przez Ignacy Husarski | środa 1 lutego 2017 | opinie
PZU i Polski Fundusz Rozwoju poinformowały 8 grudnia 2016 r. o zakupie za 10,59 mld zł 32,8% akcji Pekao SA od włoskiego banku Unicredito. Tym samym udział polskiej własności w polskim systemie bankowym ponownie przekroczy 50%. Polska straciła na całej operacji z Pekao SA około 2% PKB, a Włosi odzyskali zainwestowane pieniądze za pomocą zaledwie 2,5-letniej średniej dywidendy. Ryszard Petru (obecnie z Nowoczesnej) doradzał wicepremierowi Balcerowiczowi w rządzie w latach 1997-2000 w rządzie premiera Buzka (obecnie PO). Ciekawe, czy także w kwestii tej, delikatnie mówiąc, niedoszacowanej i niegospodarnej prywatyzacji?
Bank był „prywatyzowany” od 1998r. Do 1999 r. Za 100 mln złotych sprzedano 5,29% EBOiR i za 3,93 mld zł Unicredito Italiano i Allianz AG otrzymały 52,09%. Pekao SA w latach 2001-2015 wypłaciło 22 mld zł dywidendy.
Nie wchodząc w kwestię wpływu inflacji, zysku z wniesionych włoskich innowacji, strat wynikłych z braku troski o jakość instrumentów finansowych w Polsce i potencjalnych „trupów” w księgach Pekao SA, można uznać, robiąc proste kalkulacje, że rząd polski dopłacił do interesu jakieś 28 mld złotych, pozbywszy się 57% akcji, a odzyskawszy tylko 32,8%. Aby dojść do wyjściowych 57%, trzeba by dorzucić jeszcze przynajmniej z 8 mld zł, a to już 35 mld zł strat Skarbu Państwa. Unicredito zwróciło sobie zakup w około 2,5 roku przeciętnej dywidendy za lata 2001-2015. Nie chcę wchodzić w kalkulacje względem prywatyzacji pozostałych 47% akcji, bo nie znalazłem danych.
Tygodnik „Polityka” trochę się cieszy, a trochę martwi faktem odkupienia akcji Pekao SA. Przedmiotem troski jest nadmiar kontroli polityków, w domyśle PiS, nad polskim sektorem bankowym: Gdyby to były ręce drobnych, prywatnych inwestorów giełdowych, którzy kupiliby jego akcje na GPW – moglibyśmy się tylko cieszyć. Bank znów byłby polski, pozostając jednak bankiem prywatnym. Tak się jednak nie stało. Repolonizacja Pekao SA oznacza bowiem jego renacjonalizację. Stanie się bankiem kontrolowanym przez wielkie spółki skarbu państwa, czyli faktycznie kontrolowanym przez polityków. Podobnie jak drugi największy bank detaliczny, PKO BP… [Politycy] Ulegną pokusie, by udzielał pożyczek przedsiębiorstwom bez zdolności kredytowej, których inne banki kredytować nie będą chciały.
Czasopismo martwi się wpływem polityków PiS na polski system bankowy, nie zająknąwszy się o tym, czyja decyzja i wpływ doprowadziły do ubytku pieniędzy publicznych w wysokości, mniej więcej, budżetu obronnego Polski w roku 2016: 35 mld zł, czyli około 2% PKB. Nie udało mi się również znaleźć w Internecie komentarzy panów Balcerowicza i Petru na temat tego zakupu. A przecież w latach 1997-2000 Leszek Balcerowicz pełnił funkcję wicepremiera i ministra finansów w rządzie Premiera Buzka, a Ryszard Petru był jego doradcą. Warto się ich dopytać, na podstawie jakiej oceny skutków i kalkulacji dokonali decyzji o takiej prywatyzacji i co o tym sądzą z perspektywy czasu.
Pekao SA to około 13% polskiego sektora bankowego. Rząd premiera Buzka i wicepremiera Balcerowicza w dwa lata „sprywatyzował” 52,9% polskiego sektora bankowego. Jeśli równie „korzystnie” prywatyzowano pozostałe banki w latach 1998-1999, to biorąc pod uwagę, że Pekao SA stanowił 25% całości bankowej prywatyzacji/przejęć tych lat, można roboczo założyć patrząc na liczby, że straciliśmy na tym jako kraj i podatnicy około 8% PKB Polski z roku 2015 i około 12% PKB z roku 1998. Zapewne Nowoczesna czy PO nie będą analizować odpowiedzialności swoich prominentnych polityków za ten oczywisty brak gospodarności.
Co dalej z repolonizacją banków? Nie ma magicznego algorytmu, który potrafi ocenić, ile z nich powinno się znaleźć w polskich rękach. Na podstawie rozmów z finansistami i posługując się zdrowym rozsądkiem można założyć, że o ile da się uzasadnić mądrością etapu dojście do psychologicznych 50% przy pomocy państwowego kapitału, o tyle ta forma polonizacji nie powinna być kontynuowana. Zbyt duża koncentracja banków w rękach państwowych spółek zagrozi konkurencji na tym wrażliwym rynku.
Jak proporcje między krajowym i zagranicznym kapitałem wyglądały w różnych krajach w 2010 r.? W większości krajów o silnych gospodarkach udział zagranicznych banków nie przekracza 30%. Moim zdaniem Polska powinna więc dążyć obniżenia poziomu zagranicznej własności do maksymalnie 20%, ale za pomocą innej metody polonizacji. Powinna się ona opierać na przejęciach przez polskie prywatne grupy kapitałowe, wspierane przez rozsądną, długofalową i zakulisową politykę państwa.
A jaki z tego wniosek dla propaństwowej i prospołecznej polskiej lewicy? Ano taki, że powinna się ona trzymać możliwie daleko od wszystkiego, co ma cokolwiek wspólnego z partiami i mediami należącymi do środowiska mającego cokolwiek wspólnego z taką niegospodarnością na wielką skalę publicznych środków, od mediów z Agorą i „Polityką” na czele, po PO czy Nowoczesną. I zadawać pytania osobom odpowiedzialnym za takie prywatyzacje, jak to się stało, że obywatele stracili dziesiątki miliardów zł na prywatyzacji samego sektora finansowego.
Ignacy Husarski
przez Magdalena Okraska | poniedziałek 30 stycznia 2017 | nasze rozmowy
Z dr. hab. Ryszardem Szarfenbergiem z Instytutu Polityki Społecznej Uniwersytetu Warszawskiego rozmawiamy o społecznych, demograficznych i politycznych skutkach wprowadzenia programu Rodzina 500+.
***
W czerwcu na swoim profilu facebookowym przytaczał Pan szacunki Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej na temat znacznego spadku ubóstwa relatywnego i skrajnego wśród dzieci, a także ubóstwa w ogóle. Liczby te robiły wrażenie, nastąpił spory spadek. Było to kwartał po wprowadzeniu programu. Według tych statystyk oba rodzaje ubóstwa wśród dzieci udało się mocno ograniczyć na fali programu (być może nie tylko). Jakie ogólne wnioski na temat sytuacji dzieci i rodzin możemy wysnuć po 8-9 miesiącach od wprowadzenia programu?
Ryszard Szarfenberg: Po pierwsze, to tylko szacunki i przewidywania. Pierwsze wskaźniki ubóstwa za 2016 rok będą dostępne w połowie tego roku. Po drugie, ocena 500+ jest utrudniona, gdyż ustawodawca przypisał mu co najmniej dwa cele – obniżenie ubóstwa i zwiększenie dzietności, a ściślej: liczby urodzeń. Kiedy zastanawiamy się, jak ocenić ten program, i ktoś mówi, że „po skutkach go poznacie”, to myślimy: dobrze, ale po skutkach, jeśli chodzi o ubóstwo czy o dzietność? Może być tak, że jest on bardziej skuteczny w przypadku ubóstwa, a mniej jeżeli chodzi o dzietność. Oczywiście świadczenie o takiej skali może mieć wiele innych skutków poza tymi, które ustawodawca przyjął za pożądane i zamierzone. W dyskusji nad 500+ stawiano rozmaite hipotezy dotyczące skutków ubocznych – zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. Niektórzy twierdzą, że ma on głównie cel polityczny. Ocena pod tym względem wymagałaby badania wpływu obietnicy wyborczej i później funkcjonowania programu na poparcie dla partii politycznych i wyniki wyborów.
W ocenie polityki społecznej liczy się nie tylko skuteczność. Nawet jeżeli 500+ jeden ze swoich celów osiąga w dużym zakresie, to ekonomiści powiedzą: „Ale za jaką cenę?”. I zapytają: „czy tego samego nie dałoby się osiągnąć taniej”. W tle pojawia się argument, że moglibyśmy osiągnąć to samo, albo może i więcej, ale wydając środki na świadczenia inaczej zaprojektowane. I może zostałoby nam jeszcze pieniędzy na to, żeby osiągać cele demograficzne w inny sposób.
W tradycyjnym podejściu do ewaluacji, czyli całościowej oceny programów i ich skutków społecznych, liczą się nie tylko skuteczność i efektywność, ale również coś, co jest nazywane użytecznością. Powinniśmy się zastanowić, czego potrzebują rodziny i/lub dzieci. Gdybyśmy mieli listę tych potrzeb, moglibyśmy zastanowić się, czy 500+ odpowiada na nie. Które rodziny potrzebują dodatkowych środków, które nie itd.
Kolejne kryterium oceny to trafność – gdy już mamy określone potrzeby rodzin, możemy zastanowić się, czy cele programu 500+ są z nimi zgodne. Skoro niektóre rodziny chciałyby mieć więcej dzieci, a nie mają, to możliwe, że cel dotyczący dzietności jest trafny. Trwałość – to kolejne kryterium. Niektórzy obawiają się, czy program przetrwa ze względu na różne swoje cechy i kontrowersje z nim związane. Poza tym, jeżeli będzie miał pozytywne wyniki, to czy one będą trwałe.
Nie jest to jeszcze pełny zestaw kryteriów, które mogą być zastosowane do oceny 500+. Dodałbym jeszcze przekonanie, które twórcy programu nazywają aksjologicznym: że wszystkie rodziny są tak samo ważne, bo a) rodzina jest bardzo ważną wartością, b) potrzeby wszystkich rodzin są tak samo istotne. I wtedy pojawia nam się dodatkowe kryterium oceny, a więc kryterium aksjologiczne.
Pani mnie namawia, żebym oceniał nie dość, że jednokryterialnie, to jeszcze, w ramach tego jednego kryterium, a więc skuteczności, tylko w obszarze jednego celu, mimo że tych celów można by wyróżnić więcej. Skupię się zatem tylko na tym jednym zagadnieniu, czyli ocenie programu pod względem skuteczności w redukcji ubóstwa. Muszę powiedzieć, że wszystkie podawane dane to szacunki, symulacje na podstawie modeli mikrosymulacyjnych i nie można na ich podstawie twierdzić, że wiemy już, że w 2016 r. ubóstwo dzieci zmniejszyło się o x procent. Tego jeszcze nie wiemy, to są tylko przewidywania. I dopiero w 2017 r., mając dane z gospodarstw domowych, z GUS-u, będziemy mogli sprawdzić, czy i w jaki sposób ono się zmniejszyło. Wówczas trzeba będzie zadać pytanie, jaka część tej zmiany to wpływ programu 500+. Kilka ośrodków, nie tylko ministerstwa, ale również ośrodki niezależne od nich, jak Bank Światowy czy Centrum Analiz Ekonomicznych ze Szczecina, przeprowadziło własne szacunki. Na ich podstawie można stwierdzić, że przewidujemy, iż ubóstwo ogółem zmniejszy się o kilkadziesiąt procent, ubóstwo dzieci również, z tym że ubóstwo dzieci może się zmniejszyć w większej skali niż ubóstwo ogółem. Taki jest wynik mikrosymulacji. Pani premier podała w orędziu najbardziej optymistyczny scenariusz, w ramach którego ubóstwo skrajne dzieci zmniejszy się o 94 proc., ale Bank Światowy, który to szacował, stwierdził w innym scenariuszu, że będzie to 77 proc. Możliwe, że czegoś nie przewidziano i okaże się, że to np. 70 proc. Gdy dane będą bardziej pewne, będziemy mogli zawężać przedziały i zastanawiać się, ile z tego spadku zawdzięczamy 500+.
Bezpiecznie jest powiedzieć, że ubóstwo dzieci może zmniejszyć się od 50 do aż 90 procent. Jeśli zatem chodzi o ocenę skuteczności programu, to on jest bardzo skuteczny. Są to bowiem bardzo duże spadki. Skuteczność więc oceniamy jako bardzo dobrą. Niektórzy mówią nawet o fenomenalnych wynikach pod tym względem.
Spróbujmy omówić jeden z celów programu, czyli dzietność. W styczniu 2016 r., a więc grubo przed wdrożeniem programu, mówił Pan w wywiadzie dla Polskiego Radia, że zapowiadany program kładzie nacisk głównie na kryterium demograficzne – nie na walkę z ubóstwem, lecz na podniesienie dzietności. Zapytam więc, czy dysponujemy już jakimiś badaniami lub szacunkami na temat tego, czy dzietność faktycznie się podnosi. I czy program był faktycznie na to kryterium nastawiony?
R. Sz.: Możemy zastanawiać się, na ile programy świadczeniowe związane z rekompensowaniem rodzinom kosztów związanych z dziećmi zachęcają te rodziny do realizowania planów prokreacyjnych. Jest to jeden z czynników, które biorą one pod uwagę, przynajmniej średnio rzecz ujmując. Jeżeli mamy niepewność co do dochodów, te dochody są niskie, a wychowanie dzieci kosztuje, to decyzja o kolejnym dziecku może być trudna, biorąc pod uwagę tylko te ekonomiczne kwestie. Wiadomo, że ludzie chcą mieć dzieci, ale jeśli mają już jedno, to pojawia się pytanie, czy mieć drugie. Demografowie dość mocno podkreślają, że problemy demograficzne biorą się głównie z tego, że decyzje o drugim dziecku są rzadsze niż w przeszłości. W związku z tym spadają współczynniki dzietności. Program 500+ wprowadza kryterium dochodowe na pierwsze dziecko. Można je interpretować jako instrument pronatalistyczny – chociaż niektórzy twierdzą, że jest ono tylko po to, żeby zaoszczędzić na wydatkach.
Załóżmy, że mamy rodzinę z jednym dzieckiem, która zastanawia się, czy mieć drugie. Jeśli zdecydują się na nie, to, po pierwsze, pojawi się dodatkowa osoba do przeliczenia dochodów i może rodzina zmieści się w kryterium i dostanie wsparcie również na pierwsze dziecko. Zastanawiają się: co by było, gdyby przyszło na świat drugie dziecko? Na pewno będzie już na nie 500+. Nie będzie to specjalnie dużo, ale jeśli np. jedno z rodziców zdecyduje się przejść na pół etatu, to wtedy zmniejszą się zarobki i spełnione zostanie kryterium dochodowe i świadczenie będzie też na pierwsze dziecko. Wyobrażam sobie, że ktoś, kto to projektował, mógł myśleć w ten sposób. Gdyby jednak chodziło wyłącznie o cel demograficzny, należałoby skoncentrować się na rodzinach, które w ogóle nie decydują się na dzieci, żeby się zdecydowały przynajmniej na jedno, a w szczególności na tych, które mają jedno dziecko, żeby podjęły decyzję o drugim. Trzecie i czwarte dzieci są już mniej istotne. Dlaczego więc również takie rodziny wspiera 500+? Tym razem może chodzić o ubóstwo, rodziny wielodzietne były nim bardziej zagrożone w Polsce.
W szerszym ujęciu na dzietność wpływa wiele czynników i, jeśli zapytać bezpośrednio rodziny, to nie jest to zasadniczy wątek. Co prawda zależy, jakie rodziny pytamy i na jakim są one etapie rozwoju prokreacyjnego. Jednak badane kobiety wskazują, że jest to duże obciążenie – chciałyby pracować, ale mają dziecko, partner czy mąż w wychowaniu dziecka nie pomaga, albo nie do takiego stopnia, jak one oczekują. Po takim doświadczeniu część kobiet może stwierdzić, że więcej się na to nie zdecydują, ponieważ to zbyt duży wysiłek, koszt itd. Obecnie wiek rodzenia pierwszych dzieci zbliża się do trzydziestki, a więc te kobiety, które miały być aktywne na rynku pracy, już na nim są. Możemy się zastanawiać, czy akurat świadczenie pieniężne jest najlepszym instrumentem, który można wykorzystać, żeby przekonać ludzi do zakładania rodzin, a w szczególności zwiększania dzietności (rodziny 2+1 lub 1+1 do przekroczenia granicy jednego dziecka).
W badaniach porównawczych stwierdzano, że świadczenia pieniężne zwiększają dzietność, jeżeli są dostępne w kolejnych latach po urodzeniu i towarzyszą im rozwiązania, które pozwalają godzić życie rodzinne z pracą. Trzeba też wziąć pod uwagę możliwość podwójnego obciążenia opieką. Załóżmy, że kobieta w wieku 30 lat ma pierwsze dziecko, a w wieku 34 lat zastanawia się nad drugim, ale jej rodzice już wymagają opieki, która też zazwyczaj spada na kobietę. Jak to wpłynie na decyzję o kolejnym dziecku?
Jeśli dostajemy dodatkowe pieniądze, to albo zaoszczędzimy je, albo wydamy na to, co wyda nam się potrzebne – i tyle. Natomiast decyzja o posiadaniu kolejnego dziecka jest poważna i większość rodzin zastanawia się nad nią, bierze pod uwagę rozmaite czynniki, istnieją też wzory dzietności w rodzinach, z których te osoby pochodzą. Są też trendy ogólnospołeczne wpływające na to, jaki model rodziny jest dominujący. Obecnie nie jest to rodzina wielodzietna, lecz raczej z jednym lub z dwójką dzieci. W związku z tym, że wpływa na to tak wiele czynników, nie tylko wątek związany z budżetem domowym, to skuteczność pod względem dzietności jest dużo mniej pewna, o ile w ogóle, w porównaniu ze zmniejszeniem ubóstwa.
Ostatnio rząd ogłosił, a media to podchwyciły, że w pierwszej połowie roku 2016 urodziło się więcej o 9,5 tysiąca dzieci niż w analogicznym okresie 2015 r. Ale, po pierwsze, nie chodzi o liczbę urodzeń, lecz o wskaźniki, które są używane do naukowego badania i monitorowania dzietności – czyli ile dzieci przypada na jedną kobietę w wieku rozrodczym. Sam prosty wzrost, czyli to, że liczba urodzeń jest wyższa o 10 tysięcy, musi być przeliczony na liczbę kobiet, bo kobiet może być więcej (np. ze względu na wyż demograficzny), a więc dzietność byłaby taka sama. Trzeba tu być ostrożnym, szczególnie jeżeli rząd zdecydowanie włącza zarówno wątek dzietności, jak i ubóstwa do kreowania własnego pozytywnego wizerunku.
Chciałabym porozmawiać o krytyce programu. Najpierw mówiono, że ten program się nie powiedzie, nie uda, że go nie wprowadzą, że oszukują. Teraz, gdy już działa, jest krytykowany z kilku punktów widzenia. Jeśli chodzi np. o sytuację kobiet, to krytykuje się go z neoliberalnego punktu widzenia – że zachodzą na rynku pracy „niekorzystne” zmiany, ponieważ kobiety odchodzą z kiepsko płatnych posad, że trzeba podnosić wynagrodzenia, bo po otrzymaniu 500+ pracownicy już nie zadowolą się tym, co otrzymywali do tej pory. Program jest krytykowany także z feministycznych punktów widzenia, czyli odwrót kobiet z rynku pracy uważany jest za duży i niepotrzebny, za zagnanie ich z powrotem do gospodarstwa domowego. Czy faktycznie odpływ kobiet z rynku pracy jest duży i jakie są jego przyczyny?
R. Sz.: Na razie nie ma żadnych dowodów na to, że nastąpił jakiś odpływ z rynku pracy, a szczególnie że był on duży. Na ten temat również były prowadzone mikrosymulacje i wynik był taki, że z pracy zrezygnuje około 230 tysięcy osób, głównie kobiet. Dużo to czy mało? To jest 5 procent kobiet pracujących zawodowo, a jeśli chodzi o całość aktywności zawodowej w Polsce, to jest to niewiele ponad 1 procent osób zatrudnionych. Zatem ubóstwo redukujemy o kilkadziesiąt procent, czego kosztem jest – jeśli ktoś patrzy na zmniejszenie zatrudnienia kobiet jako koszt – to, że kilka procent kobiet, szczególnie w rodzinach, w których już jest żywiciel, decyduje się na rezygnację z pracy. Przy czym w mikrosymulacjach nie brano pod uwagę decyzji kobiet, które postanowiły ograniczyć liczbę godzin pracy, np. przejść na pół etatu. Co prawda w Polsce praca na niepełny etat nie jest zbyt popularna, możliwe że ze względu na niechęć pracodawców, ale też i niższe płace. 500+ spowoduje jednak, że ten drugi problem będzie mniejszy, tj. łatwiej będzie się zgodzić na mniejszą pensję, gdy zrekompensuje ją świadczenie.
Nie ma żadnych pewnych szacunków oprócz tych z mikrosymulacji. W mediach pojawiły się informacje, że 140 tysięcy kobiet zrezygnowało z pracy, ale był to błąd. Wzięto pod uwagę wyłącznie wzrost udziału deklarujących bierność zawodową z powodu opieki nad bliskimi – nie wiadomo nawet, czy nad dziećmi, czy nad osobami starszymi. Inne wskaźniki: bierność zawodowa kobiet nie wzrosła, aktywność zawodowa kobiet nie spadła.
Jak ocenić to, że niektóre kobiety rezygnują z pracy? Niektórzy twierdzą, że to zaganianie kobiet do domu, wypychanie ich z rynku pracy. Czy dobre jest jednak zaganianie kobiet DO pracy z powodu konieczności ekonomicznej? Najważniejsze, by miały wybór, czy chcą pracować, czy nie chcą, czy chcą się zajmować dziećmi w domu – albo łączyć jedno z drugim. Wybór, aby pracować i nie mieć dzieci, jest moim zdaniem dość heroiczny, ze względu na to, że większość z nas chce mieć dzieci. Pozostaje zatem łączyć opiekę z pracą albo rezygnować z pracy. Zasadniczo w Polsce i tak większość kobiet pierwszy rok po urodzeniu dziecka przeznacza na opiekę. Jeśli drugie dziecko pojawia się szybko, to czas bez pracy wydłuża się. Niektórzy krytykują żłobki, bo twierdzą, że kobieta powinna być w domu przez trzy lata. Oczywiście żłobki i przedszkola mają pozytywny wpływ na dzieci i ich dalszy rozwój, ale również obecność matki i ojca we wczesnym okresie rozwoju jest ważna. W późniejszym także – zatem, jeśli uznalibyśmy, że aktywność zawodowa rodziców może być nadmierna w kontekście potrzeb dzieci, to rezygnacja z pracy czy przechodzenie na pół etatu nie wydaje się niczym złym. Jeśli np. kobieta uważa, że za mało czasu poświęca dzieciom i decyduje, że od teraz przejdzie na pół etatu, żeby ten czas mieć, to jaka z tego wynika szkoda? Niektórzy jednak interpretują to w taki sposób, że ludzie powinni pracować, bo pieniądze należą się tylko za pracę. I pojawia się wątek, że oto kobiety zrezygnują z zatrudnienia i będą dostawały pieniądze „za nic” – tak jakby wychowanie dzieci, gotowanie, pranie itp. nie były ważne i cenne z punktu widzenia samych kobiet, rodzin, ale także społeczeństwa.
Inni mówią: a jak to wpłynie na emerytury kobiet? System emerytalny jest tak skonstruowany, że im mniej lat pracy, im mniejszy zebrany kapitał, tym niższa emerytura, a to głównie problem kobiet ze względu na ich obowiązki opiekuńcze. Wydłużenie wieku emerytalnego kobiet miało poprawić sytuację. Teraz, gdy PiS uchwalił powrót do poprzedniego wieku, znowu pojawia się zagadnienie: co z emeryturami kobiet? Po pierwsze – wysokość emerytur będzie problemem dla wszystkich. Gdy już znajdziemy się w takiej sytuacji, że przy pełnym obciążeniu nowy system będzie wskazywał na to, że dużo kobiet nie zdobyło uprawnień do minimalnej emerytury, a większość kobiet na emeryturze ma ją w minimalnej wysokości (i bardzo różni się to od sytuacji mężczyzn), to reformy będą nieuniknione. Taki system będzie politycznie nie do utrzymania. Każda opozycja wykorzysta to, aby atakować rząd, że nic nie robi, gdy kobiety nie dość, że pracują i sprawują opiekę, to jeszcze mają niskie emerytury, a część w ogóle musi się utrzymać z pomocy społecznej. Jeżeli jednak kobiety również widzą w ten sposób system emerytalny, to będzie je to zachęcało do podtrzymywania aktywności zawodowej. Główne pytanie dotyczy więc skali rezygnacji z pracy. Jeśli to nie będzie duża skala, to może taki koszt warto ponieść i dla dobra tych kobiet, i dla dobra dzieci.
Co do innych krytyk, to roztaczane są mniej lub bardziej czarne scenariusze, do czego 500+ może doprowadzić, jeśli chodzi o rynek pracy i gospodarkę. Z argumentów krytycznych dwa są kluczowe. Pierwszy mówi o niesprawiedliwości, i tu głównym przedmiotem ataku jest kryterium dochodowe na pierwsze dziecko…
Czy uważa Pan, że powinno istnieć górne kryterium dochodowe, czy też świadczenie powinno być egalitarne, tak jak teraz – oczywiście ono jest egalitarne od drugiego dziecka licząc.
R. Sz.: Atak na kryterium dochodowe z punktu widzenia niesprawiedliwości polega na tym, że porównujemy np. pięcioro dzieci w bardzo zamożnej rodzinie, która dostaje 2 tysiące, a z drugiej strony mamy samotną matkę, która zarabia płacę minimalną, nie łapie się na to kryterium, ma jedno dziecko i świadczenia nie dostanie. Mamy całą taką grupę rodzin – nie są to najubożsi, ale jednak niezamożni – która jest wykluczona. Jest to niesprawiedliwe, tym kobietom i dzieciom też należy zapewnić ochronę, świadczenie, gdy dajemy je również najbogatszym. Jaka może być odpowiedź na ten argument? Na przykład taka, że poświęcono tu sprawiedliwość dla aspektu demograficznego. Rząd chciał zachęcić do urodzenia drugiego dziecka, więc zgodził się na niesprawiedliwość, która zresztą nie jest pełna, bo najbiedniejsze rodziny z jednym dzieckiem, spełniające kryterium, przecież świadczenie dostaną. Zgodzono się na ograniczoną sprawiedliwość, na wyłom w sprawiedliwości, dla osiągania celu demograficznego. Czy warto było taką cenę ponieść, to zależy od tego, czy wpływ na dzietność będzie znaczący.
Drugi wątek – świadczenie dostają również zamożne rodziny. Gdybyśmy wyłączyli kryterium „od drugiego dziecka”, to ktoś mógłby twierdzić, że już nie ma żadnych wykluczonych, ale po co włączać rodziny zamożne? Ten argument jest już mniej trafny, bo 500+ bardziej wspiera rodziny biedne niż zamożne. Dla tych drugich nawet 2 tysiące złotych miesięcznie to może nie być znacząca kwota. Poza tym wśród rodzin zamożnych nie ma wielu wielodzietnych – to dodatkowa kwestia. Czy żeby z tą niesprawiedliwością jakoś sobie poradzić, powinniśmy ustalić, że zamożni dostają mniej, ale jednak coś, czy też trzeba wprowadzić kryterium zamożności? Zdając sobie sprawę z tego, że będzie to kosztowało (koszty biurokracji) i w związku z tym pogorszy się efektywność i skomplikuje system. Z drugiej strony mamy już doświadczenie z kryterium tego typu w konstrukcji uprawnień do becikowego.
Poza tym, i to istotniejsza sprawa, pieniężne świadczenia rodzinne mają dwie funkcje. Pierwszą jest wyeliminowanie ubóstwa dzieci, a drugą – rekompensowanie rodzinom kosztów posiadania potomstwa. Jeżeli tak, to koszty te ponoszą wszystkie rodziny, nie tylko ubogie. Rodziny zamożne, ze względu na to, że mają dużo większy budżet, znacznie więcej wydają na potrzeby dzieci. Można więc powiedzieć, że w celu ograniczenia ubóstwa nie powinniśmy wspierać rodzin zamożnych, pozostawić je poza świadczeniem, ale już w kwestii świadczeń rodzinnych jako rekompensaty można pomyśleć o ich wspieraniu – oczywiście nie wszystkich jednakowo, lecz bardziej tych, którzy są bardziej obciążeni i mają mniejszy budżet, a słabiej tych, którzy mają większy.
Najważniejszy dla ekonomistów argument krytyczny dotyczy efektywności. Rząd wyda 23 mld złotych i nic lub prawnie nic nie osiągnie, jeśli chodzi o wskaźnik dzietności? Prowadzi to do wniosku: jest to gigantyczne marnotrawstwo środków publicznych. Przy rozważaniu wpływu na ubóstwo, nie jest to już takie oczywiste. Ponosimy rzeczywiście duży koszt, 23 mld, ale ograniczenie ubóstwa szacuje się na od 23 proc. do ponad 90 proc w przypadku ubóstwa skrajnego dzieci. Można powiedzieć: duży koszt, ale też duża skuteczność, a więc efektywność średnia.
Tak czy inaczej, wszystko, co się dzieje w polityce społecznej, jest uzależnione od decyzji politycznych. Politycy podejmują decyzje kierując się nie tylko efektywnością ekonomiczną. Decydują też inne względy. Można by osiągnąć to samo, czyli np. zlikwidować ubóstwo skrajne (dzieci i ogólne), ale już jeśli chodzi o ubóstwo relatywne, 23 mld to za mało na całkowitą jego redukcję. Porównajmy to z obecnymi wydatkami na rozmaite świadczenia inne niż z ZUS: w 2015 r. Polska wydała na nie 45 mld. W takim razie po wprowadzeniu 500+ wydajemy o 50 proc. więcej. Na emerytury i renty wydajemy jednak ponad 230 miliardów, a więc 10 razy więcej.
Polska była znana z tego, że odsetek wydatków na politykę rodzinną w stosunku do PKB był wyjątkowo niski jak na Europę. Wydawaliśmy mało, teraz wydajemy więcej. Dyskusja dotyczy nie tylko tego, ile należy wydawać, ale też jak podzielić wydatki. Wielu twierdzi, że nie na świadczenia pieniężne, ale na usługi, czyli np. na opiekę żłobkową, na przedszkola, na usługi dla rodziców dzieci niepełnosprawnych, na rehabilitację itd. Ci krytycy wskazują, że tu są duże braki i dużo lepiej rząd wydałby te pieniądze, gdyby przeznaczył je właśnie na usługi. Z kolei rząd twierdzi, iż 500+ jest tylko pierwszym i niejedynym krokiem w ramach filaru demograficznego odpowiedzialnego rozwoju. W grudniu uchwalono program „Za życiem”, który wnosi wiele nowych wątków, związanych co prawda głównie z opieką nad dziećmi niepełnosprawnymi. Nie jest więc tak, że rząd zatrzymał się tylko na świadczeniu pieniężnym i mówi, że to już koniec jakichkolwiek działań w obszarze polityki rodzinnej. Pytanie tylko, czy wszystkie inne stare i nowe rozwiązania będą odpowiednio finansowane i upowszechnione.
W związku z istniejącym obecnie w Polsce konfliktem politycznym krytycy PiS-u zrobią wszystko, żeby oczernić ten program, żeby znaleźć przeciwko niemu argumenty, niezależnie od tego, czy one są uczciwe i słuszne. Po stronie propagandy rządowej będzie miało miejsce podkreślanie tylko silnych stron i negowanie słabych. Cała ta dyskusja wydaje mi się być bardzo ciekawa. W ubiegłych latach powtarzano ciągle bajki o rybach i wędkach, o tym, że świadczenia pieniężne są złe, bo rozleniwiają itd. Coś się jednak w społeczeństwie zmieniło. Pamiętam, że duże wrażenie zrobiło na mnie porównanie badań CBOS-u z roku 2000 i chyba z okresu 10 lat później na temat poglądów Polaków dotyczących tego, jakim rodzinom trzeba pomagać finansowo. W roku 2000 większość twierdziła, że tylko ubogim. W 2010 – większość twierdziła, że wszystkim rodzinom. Interpretacja jest taka: w roku 2000 jeszcze silny był wpływ poglądu, który mówił, że świadczenia pieniężne, i w ogóle pomoc ze strony państwa, to jakiś przeżytek komunistyczny, że teraz już trzeba sobie samemu radzić. Pomagać należy tylko najbardziej potrzebującym. Po 10 latach wchodzą nowe pokolenia, które już są mniej podatne na tę propagandę, ona zresztą też osłabła ze względu na wejście do Unii i inne sprawy.
PiS więc dobrze wyczuł nastroje społeczne, ale partie prawicowe już w latach 90. twierdziły, że świadczenia rodzinne powinny być dla wszystkich dzieci. Dla mnie to bardzo dobra wiadomość. Uważam, że świadczenia pieniężne pozytywnie wpływają na różne aspekty funkcjonowania rodzin, dzięki temu, że zmniejszają poziom ubóstwa, a tym samym również stresu w rodzinie. W kręgach międzynarodowych zaszła podobna zmiana. Organizacje międzynarodowe zaczęły popierać rozwój świadczeń pieniężnych w krajach biedniejszych. Dotyczyło to głównie świadczeń warunkowych. Zasiłki są przyznawane pod warunkiem, że dzieci będą wysyłane do szkoły, poddawane badaniom lekarskim, szczepione.
Nie wynika stąd w żadnym razie, że usługi dla dzieci i rodzin nie są ważne. Część ludzi popiera je, gdyż nie wierzy w racjonalność wyborów rodzin – damy im pieniądze, a oni nie kupią tych usług, które byłyby dla nich wartościowe, lecz kupią coś innego. W tle jest pytanie, na co wystarczy 500+, a na co nie wystarczy. Pamiętam, że za rządów PO-PSL Stowarzyszenie Dużych Rodzin mocno lobbowało za tzw. bonem opiekuńczym. Bon to coś w rodzaju pieniądza, ale za ten pieniądz można kupić tylko jedną usługę, mianowicie opiekę. Bony zatem ograniczają wybór tego, na co możemy te pieniądze wydać, ale dają wybór, gdzie je zrealizować – czy w placówce publicznej, czy prywatnej, czy samemu opiekować się dzieckiem i wtedy bon przypadnie rodzicowi.
Ostatnie pytanie jest trochę wróżbiarskie, bo dotyczy nieostrej, niemierzalnej kwestii. Jaki Pana zdaniem będzie los polityczny tego programu? Czy za wcześnie o tym mówić?
R. Sz.: Przyjdzie czas wyborów i programów wyborczych. PiS, jak sądzę, bardzo będzie chciał zdobyć i tym razem większość konstytucyjną, czyli będzie musiał nie tylko przedstawić swoje sukcesy z okresu rządzenia, ale obiecać coś nowego. Zastanawiam się, czy nie będzie to propozycja zniesienia kryterium dochodowego na pierwsze dziecko pod hasłem „nikogo nie wykluczamy”. Na pewno ta partia wykorzysta przed wyborami 500+, nagłaśniając go jako swój wielki sukces. Co prawda w tym okresie już będzie wiadomo, czy dzietność się zwiększyła, czy nie, i o ile. Podejrzewam, że może ona wzrosnąć (obecnie w kilku krajach rozwiniętych notuje się wzrost dzietności) i będzie to wykorzystywane. Potencjalnie jest to bardzo silny przekaz: „Patrzcie, jak dobry program zrobiliśmy, a wszyscy nam wróżyli, że to się nie uda i doprowadzi do katastrofy”. Oczywiście wiele będzie zależało od ogólnej sytuacji gospodarczej oraz sytuacji na rynku pracy.
Jeśli PiS chciałby przekonać umiarkowanych krytyków 500+, może głosić, że widzi słabe strony świadczenia i po wyborach je wyeliminuje.
Co do opozycji, mamy pewne wskazówki, jak ona może się zachować. Pamiętamy, że Platforma, atakując PiS w sprawie 500+, zaproponowała świadczenie na wszystkie dzieci, bez kryterium dochodowego. Zastanawiam się, czy zastosują taktykę: „Gdy my wygramy wybory, będziemy dużo bardziej hojni”. To jedna wizja. Mogą też obiecać jakieś inne świadczenia, np. emeryturę obywatelską, czyli każda osoba w wieku 65 lat dostanie 1000 zł. Inna taktyka wyborcza, jaką sobie wyobrażam: Nowoczesna mogłaby powiedzieć: „My zlikwidujemy program, który jest skrajnie nieefektywny, nie osiąga swoich celów, jest problemem dla budżetu, skutkuje wysokimi podatkami, a my je obniżymy”. Część opozycji może pójść więc w totalną krytykę 500+, ale nie wiem, czy to będzie skuteczne wyborczo, bo nie przyciągną w ten sposób tych, którzy się wahają, którzy mówią: „PiS dał, oni chcą zabrać, a ja znam wielu ludzi, którzy na tym skorzystali” albo „Chcą zabrać, oferując w zamian niskie podatki, a PiS przecież podatków nie zwiększył”.
Jeśli PiS wygra kolejne wybory, to podejrzewam, że program będzie nadal kontynuowany bez większych modyfikacji. Cały czas kwestią otwartą są inne świadczenia rodzinne, które po wprowadzeniu 500+ trochę tracą rację bytu, tylko że ich likwidacja to wystawianie się na atak polityczny. Wtedy będzie jasny przekaz do społeczeństwa: PiS zabiera świadczenia rodzinom biedniejszym. Sądziłem, że rząd chce oszczędzić wszystkim rodzinom z dziećmi konieczności korzystania z pomocy społecznej. Byłoby to możliwe do przeprowadzenia, gdyby 500+ wliczało się do kryterium dochodowego branego pod uwagę przez te instytucje – ale się na to nie zdecydowali. Można więc uznać, że są wrażliwi na atak, że „zabierają świadczenia biednym rodzinom”.
Dużo mniej jasny jest więc scenariusz, w którym wygrywa opozycja. Większość komentarzy wskazuje, że świadczenie będzie już wtedy tak osadzone w rzeczywistości, ludzie się przyzwyczają itd., że politycznym samobójstwem będzie jego całkowita likwidacja. Może ona jednak oznaczać, że 23 mld zostanie wydane na podwyższenie zasiłków rodzinnych i dodatków do nich, a wtedy zyskają na tym biedniejsi. Strategia byłaby więc taka: nie tyle likwidujemy 500+ i zabieramy 23 mld z polityki rodzinnej, co wydajemy je inaczej, ale nadal w tym obszarze. Mógłbym sobie wyobrazić, i znalazłoby to zapewne poklask wielu ekspertów, że cała kwota zostanie wydana na upowszechnianie żłobków, przedszkoli, asystentury rodzinie itp. Najmniej prawdopodobne wydaje mi się, że w przypadku wygranej opozycja wycofa 500+ i 23 mld całkowicie znikną nie tylko z polityki rodzinnej.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Magdalena Okraska
13 stycznia 2017 r.
przez Remigiusz Okraska | czwartek 26 stycznia 2017 | opinie
Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi głównie o bazę. Czyli o stosunki produkcji i pracy, przeobrażenia technologiczne i organizacyjne, układ sił klasowych – koncentrację przestrzenną pracowników najemnych, poziom ich zorganizowania/uzwiązkowienia, liczebność i rozmieszczenie rezerwowej armii pracy itd., itp. Brzmi dziwnie, niemodnie, nudnie, mało „seksownie”? Owszem. Tyle że lewica jest dzisiaj wobec prawicy bezradna m.in. dlatego, że porzuciła coś, co kiedyś stanowiło ABC jej myśli ideowopolitycznej i narzędzi analitycznych.
Gdy podobne procesy zachodzą w skali kontynentu czy globu, to trudno mówić o przypadku. Od lat 70. gospodarki krajów Zachodu odchodzą od modelu fordowskiego, od kapitalizmu „skoncentrowanego”. Nowe technologie oznaczają zmianę form produkcji, m.in. jej decentralizację przestrzenną i czasową. Oznaczają też globalizację i outsourcing – przenoszenie produkcji, masowy i tani transport towarów na duże odległości itp. To z kolei równa się rozbiciu bastionów klasy robotniczej, dawnych central związkowych, zagłębi przemysłowych. To zaś sprawia, że klasa robotnicza ma mniejszą siłę polityczną, a także schodzi ze sceny życia publicznego i kulturalnego. Nowe formy produkcji skutkują odmiennymi modelami konsumpcji i stylu życia. Pracownicy coraz rzadziej postrzegają siebie przez pryzmat wykonywanego zawodu, miejsca zatrudnienia, przynależności do zbiorowości robotniczej itp. To wszystko oznacza, że elity polityki i biznesu stają się silniejsze. Państwo staje się bardziej prokapitalistyczne, a mniej prospołeczne. To oznacza jeszcze większe osłabienie związków zawodowych i bastionów robotniczych, jeszcze więcej outsourcingu, prac „śmieciowych” i bezrobocia, jeszcze większą słabość i „niemodność” pracowników, ich problemów, aktywności itp.
Co więcej, takie przeobrażenia podkopują także klasę średnią – czy to wskutek pauperyzacji społeczeństwa i związanego z nią spadku popytu na rozmaite produkty i usługi, czy to w efekcie typowej dla kapitalizmu koncentracji majątków i środków produkcji w rękach rekinów kosztem płotek (niczym już teraz niehamowanej, bo welfare state równie mocno co klasę robotniczą chronił klasę średnią przed biznesowymi gigantami). Spora część „średniaków” pikuje w dół – małe sklepy przegrywają z sieciówkami, mikrofirmy stają się zaledwie podwykonawcami większych bez żadnej faktycznej autonomii, liczne dobra niegdyś dostępne dzięki akumulacji kapitału są teraz już tylko na wieloletni i trudny do spłacenia kredyt itd. Wbrew korwinowskiej propagandzie, małych sklepikarzy nie dobijają składki na ZUS, lecz to, że pod nosem wyrosła im Biedronka (lub Wal-Mart), z którą nie mają szans konkurować nawet przy zerowych składkach i podatkach dokładnie tak samo, jak niedoświadczony chuderlak przegra z mistrzem świata wagi superciężkiej.
To oczywiście schemat, który ma w różnych krajach i regionach inne tempo, niuanse, dynamikę i zakres, ale opisujący pewien ogólny trend.
Lewica ma z takiej sytuacji cztery wyjścia. Być taką, jak dawniej, czyli „upierać” się przy elektoracie robotniczo-przemysłowym. Ten jednak nie tylko maleje pod względem liczebnym, ale i zostaje zdekoncentrowany, nierzadko zamienia się w lumpenproletariat (to nie jest termin pogardliwy, lecz diagnostyczny – oznacza degradację z poziomu zorganizowanego proletariatu do poziomu wegetacji na obrzeżach rynku pracy ze wszystkimi tego konsekwencjami społeczno-kulturowymi). Z biegiem lat nie tylko nie zapewnia wygrania wyborów, ale nawet liczącego się poparcia, także wskutek odpolitycznienia czy odpływu takiego elektoratu do prawicy. Według niemodnych dziś myślicieli byt społeczny określa świadomość społeczną – rozwój masowej i silnej lewicy był możliwy dopiero po powstaniu wielkiego przemysłu i towarzyszącej mu robotniczej „armii”; sama idea jest doskonale bezpłodna, jeśli nie trafi na podatny grunt stosunków społecznych.
Drugi scenariusz to próby powiązania postawy propracowniczej ze wspieraniem i pozyskaniem innych grup słabszych – kobiet, rozmaitych mniejszości. Działa(ło) to stosunkowo dobrze np. w krajach skandynawskich, głównie z powodu silnego zakorzenienia lewicy oraz ugruntowanego etosu egalitarnego, uwarunkowanego historycznie. Ale i tam jest to „koalicja” trudna, bo podmywana zmianami na rynku pracy czy przeobrażeniami kulturowymi, jak indywidualizm, egocentryzm, decentralizacja społeczeństwa i jego „uplemiennienie” podług wzorców konsumpcyjnych, stylów życia, hobbies itp. Nawet tam rośnie w siłę ultraprawica i zbiera poparcie społecznych „dołów”, choć jeszcze dekadę, półtora temu było to nie do wyobrażenia.
Trzecia opcja to rejterada z pozycji klasowych ku reprezentowaniu „nowoczesnych” idei i postaw, mało szkodliwych dla elit biznesu i pieniądza. Tę opcję wybrała lewica w wielu krajach Zachodu. Na poziomie ideowym jej zwieńczeniem była „trzecia droga” Blaira i Schroedera itp., na poziomie praktycznym „lewicowy” demontaż państwa opiekuńczego i flirt z liberalizmem gospodarczym, natomiast na poziomie „elektoratowym” próby reprezentowania właściwie wszystkich, ale w coraz mniejszym stopniu środowisk plebejskich. Ludzie nowocześni i postępowi, kobiety, młodzież, mniejszości etniczne czy kulturowe – wszyscy mieli być zjednoczeni ponad podziałami klasowymi, samą swoją nowoczesnością, postępowością czy mniejszościowym statusem gwarantować prawdę, dobro i piękno, które pokonają fałsz, zło i brzydotę. Liczne sukcesy odniesione na gruncie, nierzadko ważnych, progresywnych zmian w sferze kultury czy obyczajowości, dokonały się jednak w tym samym czasie, gdy kondycja klasy pracującej i warstw ludowych ulegała stałemu pogorszeniu.
Wreszcie scenariusz czwarty, raczej wyobrażony niż realizowany na Zachodzie, choć w dużej mierze odpowiedzialny za sukcesy lewicy np. w Latynoameryce. Wychodzi on z założenia, że jakkolwiek na Zachodzie nie ma już (a w różnych „peryferyjnych” obszarach nie ma jej jeszcze lub nigdy nie będzie, bo industrializacja była tam tylko wyspowa i szczątkowa) takiej klasy robotniczej, jak dawniej, to jest wciąż duża, a właściwie rosnąca – wskutek lumpenproletaryzacji pracowników najemnych oraz kruszenia się klasy średniej – klasa ludowa. Nie gwarantuje ona wygrania wyborów, ale stać po stronie ludu oznacza spełniać historyczną powinność lewicy – być po stronie słabszych. To do nich lewica powinna się zwrócić, mówić ich językiem, odwoływać do ich kultury i tożsamości, ich gniewu, lęków, problemów, sytuacji, nadziei i marzeń. Jeśli tego nie zrobi, uczyni to ktoś inny.
I uczynił. Triumfalny pochód prawicy, a wręcz skrajnej prawicy, polega głównie na zagospodarowaniu gniewu i strachu klasy ludowej: resztek proletariatu przemysłowego, nowej klasy robotniczej (zatrudnionej raczej w logistyce czy montowniach niż w tradycyjnym przemyśle), chłopstwa i robotników rolnych, niższych warstw klasy średniej, uboższej części prekariatu oraz lumpenproletariatu. To znów jest uproszczony schemat, znów ma różne niuanse, ale sedno tej fali wygląda właśnie tak. Czy to I wojna, czy Wielki Kryzys – zaowocowało to popularnością czarnosecinnej prawicy i autorytaryzmów. Świat bez pracy, chleba, stabilizacji, nadziei – jest czasem szukania kozłów ofiarnych, wsobności, węszenia za wrogami, okopywania się we wspólnocie etnicznej, jest czasem wiary w silnych ludzi, którzy „zrobią porządek”, jest czasem szukania oparcia w „tradycji”, w tym, co znane, oswojone, dające poczucie bezpieczeństwa. Jest czasem kurczowego chwytania się każdej nadziei, najbardziej głupiej czy złudnej, a bywa że podłej.
Analiza stawiająca w centrum uwagi „bazę”, nie zaś „nadbudowę”, nie jest lekiem na całe zło. Nie wyjaśnia absolutnie każdego zjawiska, bo istnieje sporo innych zmiennych, od psychobiologicznych po różnice kulturowe. Ale nawet toporny „ekonomizm” zbliża nas do rozpoznania problemu bardziej niż całkowite pominięcie lub lekceważenie roli przeobrażeń gospodarczych. Kto nie wierzy, niech zastanowi się nad tym, jak bardzo legły w gruzach wszystkie naiwne wizje środowisk demokratycznych czy lewicowych upatrujących nadziei w czynnikach pozaekonomicznych. Wejście do Unii Europejskiej i w ogóle „europeizacja” miały z Polski uczynić kraj nowoczesny, postępowy, liberalny kulturowo, tolerancyjny itd. Tymczasem dziś popularność postaw wręcz przeciwnych jest znacznie większa niż 10 czy 20 lat temu. Podobne oczekiwania wiązano ze zmianą pokoleniową – dziś to właśnie młode pokolenie jest najbardziej konserwatywne pod wieloma względami. Można oczywiście uznać, jak czyni niemała część „światłej” części opinii publicznej, że Polacy i Polki wysysają z mlekiem matek wszystko to, co złe, ciemne, zacofane itp.; że nad Wisłą mieszka jakieś dziwne, ohydne plemię. Cóż, od takiej diagnozy tylko krok do auto-nienawiści (wobec własnej wspólnoty) lub elitarnego nabzdyczenia. Sugerowałbym zrobić coś zupełnie innego – sprawdzić, jak rozwój „wstecznictwa” wiązał się z przeobrażeniami socjogospodarczymi, czyli jak wraz z nim lub przed nim rosła skala bezrobocia, zatrudnienia „śmieciowego”, samozatrudnienia, bieda-firemek i topornych mikrousług, a spadał odsetek stabilnych umów o pracę, zatrudnienia w branżach i zakładach nowoczesnych czy choćby mających postać staroświeckiego „porządnego” przemysłu. „Dzikie” warunki materialne skutkują zdziczeniem światopoglądowym.
Ale jedynie głupiec, nawet jeśli jest to głupiec z doktoratem czy z elitarnego saloniku kulturalnego, ma dla postaw spod znaku zdziczenia tylko potępienie i jałowe moralizowanie. Alternatywą dla tak czy inaczej pojętego faszyzmu, nawet jeśli to faszyzm zdecentralizowany, przybierający postać setek indywidualnych stron internetowych zamiast karnego maszerowania czwórkami w jednakowych mundurach, nie jest moralizowanie, nie są zaklęcia i pouczenia. Jest nią zmiana systemowa, zmiana reguł gry, zmiana podziału dochodu narodowego na korzyść słabszych. Tak stało się np. w ramach rooseveltowskiego New Deal. Reformy socjalne uchroniły USA przed piekłem autorytaryzmu, przemocy, czystek, wojny wszystkich ze wszystkimi. Ale reformy są trudne. Klasy posiadające rzadko kiedy stać na refleksję nieegoistyczną.
Lewica jest dzisiaj wobec tego bezradna. Po pierwsze, bo sytuacja jest o wiele trudniejsza niż dawniej – kapitalizm współczesny ma postać heterogeniczną. Trudno o wspólnotę w społeczeństwie indywidualistycznym i podzielonym na dziesiątki „sekt” kulturowych, zawodowych, konsumpcjonistycznych. Jedyne wciąż silne spoiwa – tożsamość narodowa i religijna – zostały całkowicie zawłaszczone przez prawicę, nie bez zaniechań lewicy (pisał o tym szerzej u nas Jarosław Tomasiewicz). Po drugie, bo lewica porzuciła perspektywę klasową czy choćby „ludową”. Mimo deklaratywnej prospołeczności (nierzadko przypominającej tandetną ludomanię) nie potrafi w to grać, często nie czuje takich identyfikacji. Nie jest to jej świat i naturalny punkt odniesienia mimo rozmaitych gestów, jak kreowanie się wielkomiejskiego inteligenckiego projektariatu czy akademików na poniewieranych prekariuszy, bez uwzględniania faktu, że dzielą ich styl życia, kapitał kulturowy czy perspektywy: niezamożny/-a młody/-a doktorant/-ka czy „pracownik/-ca kultury” będą za 20 lat kimś zupełnie innym, wyżej postawionym, a niezamożna młoda kasjerka czy kierowca – jedynie starszymi i sponiewieranymi życiem kasjerką i kierowcą. Myślenie w kategoriach klasowych jest takim środowiskom obce. Stąd karkołomne próby wykazywania, że „tak naprawdę” ksenofobiczna prawica nie wygrywa głosami klasy ludowej lub że to chwilowe.
A nawet jeszcze bardziej karkołomne, wręcz groteskowe pomysły polityczne. Kuriozalnym przykładem tego ostatniego jest tekst działaczki lewicowej partii opublikowany w lewicowym medium, mówiący, że prawicę przegłosują, a lewicę odbudują kobiety. Zupełnie brak tu refleksji, że interesy Grażyny Kulczyk i interesy sprzątaczki są zupełnie inne. Brak też refleksji, że w lewicowości nie chodzi tylko o przegłosowanie prawicy, bo kluczowe jest to, po co i w imię czego/kogo to zrobić. Bez zwrotu lewicy ku klasie ludowej, bez znalezienia kanałów komunikacji z nią i pozyskania jej poparcia, nie ma nadziei na świat lepszy, nie ma nadziei na silną lewicę, nie ma nadziei na trwałe przerwanie pasma sukcesów prawicy.
W Polsce będzie to jeszcze trudniejsze. Lewica jest tu skompromitowana podwójnie – komunistyczną odległą przeszłością oraz mniej odległą kolaboracją z sytymi liberalnymi elitami i uwikłaniami w skojarzenia z ich dziedzictwem, odrzucanym przez klasę ludową ze względu na antyspołeczny i nieegalitarny wymiar takiej polityki. Co więcej, o ile prawica w innych krajach nie zawsze jest prosocjalna (aczkolwiek na poziomie haseł i obietnic staje się taką coraz bardziej – vide ewolucja programowa Frontu Narodowego czy paternalistyczno-protekcjonistyczne wywody Trumpa), o tyle w Polsce jej główny nurt jest właśnie taki. Prawica ma dla ludu tożsamość – patriotyzm, „politykę historyczną”, religijność, etnocentryzm, straszenie imigrantami czy „upadkiem moralnym” – ale ma też chleb. Po fiasku rządów symbolizowanych przez Zytę Gilowską, dziś już nie tylko na poziomie haseł wyborczych jest to „Polska solidarna”. Klasa ludowa wprost odczuwa korzyści z 500+, walki ze „śmieciowym” zatrudnieniem, podwyżek minimalnych stawek płac, objęcia podstawową opieką medyczną osób niemających opłacanych składek na ubezpieczenie zdrowotne, malejącego bezrobocia itp. (a także coraz bardziej konkretnych kolejnych reform socjalnych: publicznego programu mieszkaniowego, podwyższenia zasiłków dla bezrobotnych itp.). I co z tego, że ta polityka jest daleka od doskonałości czy niekonsekwentnie socjalna według wyobrażeń lewicy, skoro jest bardziej prospołeczna niż poczynania poprzednich ekip. A że towarzyszy temu kontrowersyjny pakiet poczynań w innych sferach? Jeszcze nikt nie oszukał piramidy potrzeb Maslowa – a przynajmniej nie w wymiarze masowym.
Przy okazji „czarnego protestu” – tak masowego i udanego właśnie dlatego, że projektowane zmiany uderzały również, jeśli nie przede wszystkim, w kobiety z klasy ludowej – środowiska lewicowe przywoływały znane słowa z „Opery za trzy grosze”:
Panowie, co stawiacie wymagania,
by świat rozkosznie was podniecał wciąż —
jeść dajcie najpierw wszystkim bez żebrania,
a potem róbcie ewidencję ciąż.
Zgoda, słuszny postulat. Tyle że można to bez trudu sparafrazować tak: Jeść dajcie najpierw wszystkim bez żebrania, a potem róbcie ewidencję poparcia dla tolerancji, mniejszości, Trybunału Konstytucyjnego, ekologii, swobód obywatelskich i obyczajowych itd., itp. Bez zmian w „bazie” nie będzie zmian w „nadbudowie”. Jeszcze nikt nie oszukał piramidy potrzeb Maslowa.
Remigiusz Okraska
Powyższy tekst stanowi nieco zmienioną i rozszerzoną wersję wypowiedzi dla redakcji „Magazynu Kontakt”, która opublikowała ją w postaci jednego z głosów w ankiecie przedstawionej czytelnikom i czytelniczkom na facebookowym profilu czasopisma.
przez Rafał Gdak | wtorek 24 stycznia 2017 | opinie
Styczniowe mrozy dały się we znaki także pasażerom komunikacji miejskiej. Okazuje się, że wystarczy odrobina techniki, by uniknąć stania na przystanku. W niektórych miastach, m.in. w Lublinie, Łodzi czy Gdańsku funkcjonuje znacznie ułatwiający życie System Informacji Pasażerskiej. Wystarczy zainstalować w smartfonie odpowiednią aplikację i uzyskać dostęp do rozkładu w czasie rzeczywistym. Jak to działa? Bardzo prosto. Aplikacja wskaże aktualny czas dojazdu wybranego autobusu czy tramwaju do naszego przystanku. Zamiast marznąć w oczekiwaniu na często opóźnione pojazdy komunikacji miejskiej, możemy dostosować wyjście z domu czy pracy do realnego rozkładu.
Kilka dni temu rozmawiałem na temat wspomnianego rozwiązania z siedemdziesięciolatkiem korzystającym na co dzień z transportu publicznego. Pomysł go zachwycił. Czar prysł, gdy okazało się, że jest jedno „ale”. Żeby korzystać z tego dobrodziejstwa, trzeba mieć smartfon z dostępem do internetu. Rzeczony mężczyzna używa zwykłej komórki. Technologii się boi. Twierdzi, że nie potrafiłby używać smartfonu. – Próbowałem nauczyć się na telefonie znajomego – mówi. – Wszystko tak szybko ucieka, gdy przesunie się palcem – skarży się.
Rozkład jazdy online to tzw. potrzeba pierwszego świata, ale ten błahy w gruncie rzeczy przykład pokazuje spory problem. Dziś wiele aktywności wymaga od nas korzystania z technologii. Młodzi radzą sobie bez trudu. Starsi czują się zagubieni. Często wręcz nie nadążają za nowinkami i ma to realny wpływ na ich życie. Przykładów mogę przytoczyć wiele. Ograniczę się do tych, które sam widziałem.
Dwa, może trzy lata temu na jednym z dużych dworców w Polsce południowej byłem świadkiem sceny, gdy dwoje starszych ludzi próbowało dostać się do autokaru prywatnej firmy. Chcieli dotrzeć do miasta oddalonego o kilkaset kilometrów. Nie udało im się pojechać, bo nie mieli biletu ani nawet rezerwacji. Aby je zdobyć, konieczny był dostęp do internetu. Kierowca biletów już nie sprzedawał, bo w pojeździe nie było miejsc. Podobne sceny obserwowałem w pociągach dalekobieżnych. Tu problem jest mniejszy. Do pociągu się dostaniemy, ale bez miejscówki musimy odbyć podróż na stojąco. Zakup biletu w sieci kilka dni czy tygodni wcześniej, nie tylko zagwarantuje nam miejsce, ale też zniżkę rzędu nawet 30 procent. I znowu: wszystko to wygląda pięknie i wygodnie, gdy potrafimy się odnaleźć w wirtualnym świecie i mamy z nim połączenie lub chociaż nasi bliscy potrafią nam pomóc w jego okiełznaniu.
Dostęp do sieci, a coraz częściej również możliwość korzystania z niej w urządzeniach mobilnych, staje się powoli koniecznością. Rzecz nie dotyczy zresztą wyłącznie obsługi komputera czy smartfonu. Współczesny świat wymaga od nas umiejętności korzystania z wielu urządzeń elektronicznych: bankomatów, biletomatów, paczkomatów itp. Już teraz w wielu placówkach medycznych funkcjonują zapisy online. Bez wychodzenia z domu możemy zarejestrować się na wizytę u lekarza.
Jak radzą sobie z tym wszystkim osoby starsze? Bardzo różnie. W grudniu 2015 roku Kancelaria Senatu opublikowała raport „Wykluczenie cyfrowe w Polsce”. We wprowadzeniu do opracowania wyższej izby parlamentu czytamy: Wykluczenie cyfrowe, choć tożsame z wykluczeniem społecznym ze względu na skutki, jest jednak zjawiskiem bardziej złożonym, na które składa się wiele różnych czynników decydujących o znalezieniu się w grupie osób zagrożonych. W grę wchodzi zarówno fizyczny dostęp do Internetu, jak również cała gama przesłanek natury psychologicznej.
Dokument nie pozostawia złudzeń. Tylko 15 procent badanych przez CBOS osób w wieku powyżej 65 lat korzystało w 2014 r. z internetu. Nieco lepiej było w niższej kategorii wiekowej. 39 procent obywateli w przedziale 55-64 lata deklarowało korzystanie z sieci. Dla porównania, wśród 18-24-latków było to 97 procent. Oczywiście wyniki zależały też od innych kryteriów. Między innymi od zamożności i miejsca zamieszkania.
Wnioski? Oddajmy głos autorom senackiego opracowania. Według nich zjawisko to stanowi duże wyzwanie nie tylko dla administracji rządowej, ale i samorządów oraz organizacji społecznych. Celem miałoby być włączenie grup zagrożonych wykluczeniem do grona osób korzystających w pełni z możliwości, jakie daje internet poprzez likwidację barier, zarówno technologicznych, jak i psychologicznych – czytamy.
Jak wygląda w praktyce ta walka? Lublin to najbliższa ciału koszula, dlatego, żeby to sprawdzić, wszedłem najpierw na stronę Starostwa Powiatowego w Lublinie. Znalazłem na niej linki do programów prowadzonych na przełomie 2012 i 2013 roku. W serwisie Lubelskiego Urzędu Wojewódzkiego wyszukiwarka nie znalazła żadnych wyników. Z mediów dowiedziałem się za to, że w latach 2007-2013 rozdano na Lubelszczyźnie 7 tys. zestawów komputerowych w ramach projektu finansowanego z unijnych środków, prowadzonego przez Urząd Marszałkowski. Program kosztował 41 mln złotych. Marszałek chwalił się wówczas, że była to największa tego typu inicjatywa w Polsce.
Rzecz jasna tego typu programy należy pochwalić, ale trzeba pamiętać o tym, że, po pierwsze, problem wykluczenia cyfrowego nie został rozwiązany w 2013 roku. Po drugie zaś, w ostatnich latach nastąpiła rewolucja mobilna. Co to oznacza? Że rozdawanie komputerów nie wystarczy w sytuacji, gdy zmieniają się interfejsy i filozofia obsługi sprzętu. Dość powiedzieć, że rynek PC globalnie się kurczy, a w ubiegłym roku osiągnął historyczne minimum sprzedanych komputerów. Spadki mają się również utrzymać roku bieżącym. Kierunek musi być jeden: z wykluczeniem cyfrowym należy walczyć metodami przystosowanymi do czasów.
Paradoksalnie, trwająca od lat mobilna rewolucja może być szansą dla seniorów. Obsługa smartfonów i tabletów jest znacznie mniej wymagająca od obsługi komputerów PC. Wystarczy spojrzeć na bardzo małe dzieci, które bez problemów rozumieją sposób interakcji z urządzeniami już podczas pierwszego kontaktu. Na szczęście coraz częściej spotykam też osoby w wieku 50+, przeglądające internet w smartfonie. Patrzę jednak na swoich rodziców, teściów, i widzę, jak ważna jest edukacja ze strony najbliższych, którzy cyfrowy świat rozumieją. To jedna z form walki z wykluczeniem.
Rafał Gdak
przez Mariusz Braszkiewicz | czwartek 19 stycznia 2017 | opinie
Zgodnie z XX poprawką do Konstytucji Stanów Zjednoczonych Ameryki 20 stycznia 2017 r. o 12:00 czasu wschodniego, czyli o 18:00 czasu środkowoeuropejskiego, upłynie prezydencka kadencja Baracka Obamy, a rozpocznie się kadencja Donalda Trumpa.
Zwycięstwo Trumpa w głosowaniu w Kolegium Elektorskim, które odbyło się 19 grudnia 2016 r. z udziałem elektorów wyłonionych w głosowaniu powszechnym 8 listopada, było dużym zaskoczeniem w kontekście przedwyborczych prognoz bukmacherów, komentatorów i polityków. Głosowanie powszechne, zgodnie z przewidywaniami i sondażami, wygrała Clinton, jednak głosowanie elektorów wygrał Trump. Wymownym wyrazem zaskoczenia było niewystąpienie Hillary Clinton na wieczorze wyborczym i apel szefa sztabu, Tony’ego Podesty, do zwolenników zaniepokojonych cząstkowymi wynikami, by się rozeszli. Zaskoczenie pojawiło się również w Polsce. Poza Sławomirem Sierakowskim (który wcześniej przewidział Brexit) nie było chyba w polskich mediach głosu od początku przewidującego zwycięstwo Trumpa.
Dlaczego Trump wygrał?
Wśród słów, które zrobiły karierę przy okazji tych wyborów, wyróżnić należy deplorables, którym to mianem Hillary Clinton określiła zwolenników swego kontrkandydata. Słownik Longmana tłumaczy ten zwrot jako godni pożałowania. Osobiście wolę się posługiwać bardziej swobodnym, ale wpisującym się w polską stylistykę polityczną wyrażeniem gorszego sortu. Zwrotem tym Hillary Clinton popełniła ten sam błąd, który 4 lata wcześniej zrobił Mitt Romney – republikański rywal Baracka Obamy w walce o prezydenturę. Na spotkaniu ze sponsorami nazwał on wyborców Obamy ofiarami i oświadczył, że nie jest jego celem ubieganie się o głosy grupy, której liczebność obliczył na 47% Amerykanów. W jednym i drugim przypadku kandydaci spotkali się z negatywną reakcją wyborców na swoją arogancję, choć oczywiście nie był to jedyny powód ich przegranej.
Wymieniłbym 5 głównych powodów porażki Clinton.
1. Trump i jego sztab lepiej zrozumieli wymagania geografii wyborczej. Po kampanii prawyborczej, adresowanej głównie do struktur partyjnych w poszczególnych stanach, przyszedł czas na przekonanie nieprzekonanych. Trump skupił się na obszarze Pasa Rdzy, czyli regionu dawnej świetności przemysłu ciężkiego. Głównie na Wisconsin, Michigan i Pensylwanii. Jak okazało się po ogłoszeniu wyników wyborów, właśnie te trzy stany okazały się kluczowe, tj. Clinton do zwycięstwa w skali kraju brakło właśnie tych stanów, w których przegrała różnicą odpowiednio 0,76 punktów procentowych, 0,22 pp. i 0,72 pp. Trump jeździł tam od miejscowości do miejscowości, czasem występował na kilku wiecach dziennie. Swoim running mate, czyli kandydatem na urząd wiceprezydenta, zrobił Mike’a Pence’a, byłego gubernatora Indiany, stanu leżącego właśnie w tamtym regionie. Co więcej, w debatach wyborczych ze swą kontrkandydatką wymieniał z nazwy właśnie powyższe stany, gdy wspominał o rozmowach z wyborcami. Ten zabieg socjotechniczny z pewnością przysporzył mu tam poparcia. Aktywność Hillary Clinton była dużo mniejsza. Na przykład po uzyskaniu nominacji Demokratów nie była w Wisconsin ani razu, uznając, że skoro od 1988 r. nieprzerwanie wygrywał tam kandydat Demokratów, również ona ma zwycięstwo zapewnione. W Michigan (to również od 1988 r. stan głosujący nieprzerwanie w wyborach prezydenckich na Demokratów) i w Pensylwanii (od 1992 r.) jej aktywność była mniejsza niż Trumpa. Jej running mate, Timowi Kaine’owi z Wirginii, który miał powalczyć o głosy Południa, nie udało się zapewnić zwycięstwa w Karolinie Północnej ani na Florydzie. Przegrała tam jeszcze większą różnicą niż we wspomnianych trzech stanach na Środkowym Zachodzie. Należało więc odpuścić Południe, wybrać running mate’a ze Środkowego Zachodu i tamże wiecować. Zwycięstwo Clinton w głosowaniu powszechnym 48% do 46% jest marnym pocieszeniem dla niej i jej zwolenników w obliczu systemu elektorskiego, którego lepszym zrozumieniem wykazali się sztabowcy Trumpa.
2. Trump dostosował program do wymagań kluczowych stanów. Wiedząc, jak wielu ludzi w Pasie Rdzy za pogorszenie swej sytuacji materialnej wini wolny handel, przenoszenie zakładów pracy zagranicę oraz napływ imigrantów, w kampanii wyborczej skupił się na krytyce Północnoamerykańskiego Układu o Wolnym Handlu, na zapowiedziach wysokich ceł i podatków dla producentów, którzy przenieśli produkcję zagranicę, a także na zamknięciu granic.
3. Trumpowi ze swym programem udało się zyskać większe poparcie wśród niegłosujących na Republikanów grup demograficznych, niż mieli poprzedni kandydaci tej partii. Spójrzmy tu na wyniki exit polls przeprowadzonych przez Edison Research na zlecenie National Election Pool (konsorcjum największych mediów amerykańskich: ABC News, AP, CBS News, CNN, Fox News i NBC News). Wolno uznać te wyniki za wiarygodne, gdyż dały Clinton 47,9% głosów (w rzeczywistości dostała 48%), a Trumpowi – 46,2% (w rzeczywistości 46%). Według nich zmalała przewaga Demokratów wśród mniejszości rasowych i osób słabo zarabiających. Przed wyborami na łamach „Nowego Obywatela”, w numerze 21 (72), zjawisko to przewidział Arun Gupta w artykule „Rany kłute klasy robotniczej”. Jego zdaniem Partia Demokratyczna odeszła od ludu i obecnie reprezentuje finansjerę z Wall Street. Obecny wśród wyborców Trumpa rasizm jest zdaniem Gupty często oznaką nie złej woli, lecz rozpaczy i błędnego przekonania, że to mniejszości „zabierają pracę” Amerykanom. Podzielam pogląd Gupty. Podobnie w artykule „A nie mówiłem?” pisze Jarosław Tomasiewicz. O ile jednak ma on rację w kwestii degeneracji lewicowo-liberalnych elit, o tyle zupełnie nie zgadzam się z nim, gdy pisze o rzekomym konserwatyzmie obyczajowym ludu i za utratę poparcia ludu wini walkę z religią. Kwestie światopoglądowe i obyczajowe były w tej kampanii drugoplanowe. Gdyby Republikanie szli do wyborów z hasłami obyczajowej kontrrewolucji, ich kandydatem zostałby Ted Cruz, który skrytykował Donalda Trumpa za to, że nie są dlań największym problemem toalety dla osób transpłciowych. Sam Trump jest zresztą bardziej przychylny osobom LGBT niż cała reszta republikańskiej wierchuszki, z jego zastępcą Mike’iem Pencem (który chce leczyć homoseksualistów elektrowstrząsami) na czele. Po wyborach zadeklarował, że nie popiera prawnego uchylenia zawierania małżeństw jednopłciowych. Republikańska młodzież popiera małżeństwa jednopłciowe. Starsi Republikanie wymrą albo zmienia poglądy (jak uczynił to kilka lat temu senator Rob Portman).
4. Demokraci dali prezent Trumpowi poprzez wystawienie w wyborach Hillary Clinton, osoby niemogącej poszczycić się nieposzlakowaną opinią, kojarzonej z licznymi aferami i już na starcie kampanii mającej wysoki wskaźnik niepopularności. Może więc lepszym wyborem byłby Joe Biden, który mimo 8 lat wiceprezydentury i 36 lat w Senacie nie był nigdy posądzany o udział w żadnej aferze grubszej niż plagiat przemówienia lidera brytyjskiej lewicy Neila Kinnocka (o który sam pokrzywdzony nie miał żalu)? On jednak, spodziewając się porażki w prawyborczym starciu z Clinton, nie zdecydował się na start. Nie wiem natomiast, czy lepszym kandydatem Demokratów byłby Bernie Sanders. Przy całej mojej sympatii do niego, on też mógłby przegrać z Trumpem. Wprawdzie nie budził wielkiej nieufności wśród Amerykanów, a nawet w kampanii wyborczej Donald Trump puszczał oko do jego wyborców, ubolewając nad brudnymi chwytami, jakie stosowała wobec Sandersa Clinton, ale zupełnie inaczej wyglądałaby sytuacja, gdyby to on rywalizował z Trumpem. Wtedy codziennie Sanders byłby obwiniany o głód na Ukrainie, łagry, Katyń i Kambodżę. Takie już są uniwersalne prawa walki wyborczej. Polscy czytelnicy i czytelniczki na pewno wiedzą, o czym mówię. U nas jest podobnie – ulubiona lewica polskiej prawicy to ta, której aktualnie nie ma. Gdy się pojawi, przestaje być ulubiona, a jej miejsce zajmuje ta lewica, która jeszcze wczoraj była wrogiem. Znamy to dobrze. Wiemy, z jakich pozycji atakowany był Sojusz Lewicy Demokratycznej. Wiemy też, że gdy na lewicy pojawiła się partia Razem, nie mająca na koncie tego wszystkiego, co zarzucano (często jak najsłuszniej) SLD, to nagle postkomuniści przestali być dla prawicy tacy straszni. Tak by też zapewne było z Sandersem.
5. Trumpowi pomógł system wyborczy. I nie mówię tu bynajmniej o dokonywaniu wyboru przez Kolegium Elektorskie, dzięki czemu wygrał mimo przegranej w głosowaniu powszechnym – wszak gdyby głosowanie powszechne było decydujące, Trump mógłby ciułać głosy w spisanych przezeń na straty stanach, jak Kalifornia czy Nowy Jork, i być może też by wygrał. Mam na myśli brak powszechności prawa wyborczego w Stanach Zjednoczonych. Wprawdzie przyjęta w 1965 r. Ustawa o prawie do głosowania (Voting Right Act of 1965) ma zapobiegać wszelkim przejawom dyskryminacji, ale wykonanie pozostawia stanom, nad czym od 2013 r. rząd federalny nie ma kontroli wskutek wyroku Sądu Najwyższego w sprawie Shelby v. Holder. Poza nielicznymi wyjątkami, w USA nie ma automatycznej rejestracji wyborców, nadto w regionach zamieszkałych przez mniejszości ogranicza się liczbę urzędów wydających dokumenty tożsamości (których posiadanie w USA nie jest obowiązkowe, ale jest niezbędne dla oddania głosu). Zjawisko voter supression opisał Adam Ostolski w artykule „Trump, Clinton i walki klasowe w USA”, toteż pozwolę sobie odesłać czytelnika do jego artykułu, zamiast powielać trafne spostrzeżenia. Ze swej strony dodam jeden czynnik, który Ostolskiemu umknął, czyli politykę karną. W wielu stanach byli więźniowie są dożywotnio pozbawieni praw wyborczych. Najkrótsza nawet odsiadka czyni człowieka dożywotnio obywatelem drugiej kategorii. Fakty mówią, że przestępczość jest wśród czarnoskórych i Latynosów wyższa niż wśród białych. Odrzucając całkowicie antynaukowe uprzedzenia rasowe, wśród przyczyn tego stanu wskazać należy trudną sytuację materialną. To wszyscy wiemy. Co jednak, w mojej ocenie, umyka większości osób piszących o wyborach w USA (w tym przywołanemu przeze mnie Ostolskiemu, z którym w większości się zgadzam), to rola wojny z narkotykami. Penalizacja posiadania narkotyków zarówno w Polsce, jak i w USA, służy celom statystycznym. W USA, poza poprawą statystyk policji, nadto pomaga eliminować ludzi z grona wyborców. Wśród konsumentów narkotyków jest nadreprezentacja mniejszości rasowych. Nie czynię mniejszościom z tego zarzutu, po prostu stwierdzam fakt. Narkotyki uważam za takie samo zło, jak alkohol (którego po nieudanym eksperymencie prohibicyjnym sprzed prawie 100 lat nikt poważny w Ameryce nie chce zakazywać), papierosy czy niezdrową żywność. Nie mam złudzeń, jakoby polegająca nie na leczeniu, a na karaniu ofiar nałogu War on Drugs była wyrazem troski o zdrowie Amerykanów. Rozpętana została przez republikańskiego prezydenta Nixona, podsycona przez jego partyjnego kolegę Reagana i złagodzona przez demokratycznego prezydenta Obamę (który posunął się nawet do nagięcia rażąco niesprawiedliwego federalnego prawa poprzez nieegzekwowanie go w tych stanach, które sobie tego nie życzą). I nic dziwnego, wszak eliminacja posiadaczy narkotyków z grona wyborców jest na rękę Republikanom.
Jak będzie za Trumpa?
Przywołany wcześniej artykuł „A nie mówiłem” Jarosław Tomasiewicz kończy myślą, że zwycięstwo Trumpa jest buntem peryferii przeciwko centrum, ale bynajmniej nie jest zwycięstwem peryferii. Podzielam ten pogląd. Peryferie głosowały na Trumpa jako na kandydata antysystemowego. Ale antysystemowy może być kandydat, a nie prezydent. Trump, pomimo że jest miliarderem, wykreował w kampanii swój wizerunek jako kogoś, kto rozumie zwykłych Amerykanów, w przeciwieństwie do Clinton. Nie było to trudne ze względu na związki Clinton z wielkim biznesem (o czym pisał przywołany już Gupta). Co więcej, notowania giełdowe chwilę po wyborach wskazywały na to, że giełda negatywnie odebrała zwycięstwo Trumpa. To trwało jednak tylko chwilę. Potem indeksy poszły mocno w górę. W dużej mierze jest to efekt tego, że antysystemowy Trump zaraz po wyborach, gdy przyszło do decyzji personalnych, wziął do rządu parę grubych ryb świata biznesu: resort spraw zagranicznych obejmie Rex Tillerson (były prezes Exxona), skarbu – Steven Mnuchin (OneWest Bank), pracy – Andy Puzder (CKE Restaurants), edukacji – Betsy DeVos (żona byłego prezesa Amwaya). Taki skład rządu jest ceną, jaką Trump zapłacił za dobre relacje z wielkim biznesem. Toteż próżno się spodziewać, by zyskał na tym lud. Pewnym ustępstwem wobec dołów jest nominacja Steve’a Bannona, redaktora naczelnego portalu Breitbart News, będącego ulubionym medium antysystemowej prawicy, określającej się mianem alt-right, przypominającej do złudzenia tzw. prawą stronę internetu w Polsce.
W zeszłorocznych wyborach Republikanie zdobyli także większość w obu izbach Kongresu. Co więcej, ze względu na podeszły wiek dwojga lewicowych sędziów Sądu Najwyższego, konserwatyści zyskają prawdopodobnie niebawem większość w Sądzie Najwyższym, który nie będzie obalał ustaw uchwalonych przez Kongres i podpisanych przez Trumpa. To daje Republikanom pełnię władzy. Oczywiście w ramach samej partii ścierają się różne poglądy i w wielu kwestiach członkowie partii mówią różnymi głosami. Jedni mówią, że Obamacare (reforma systemu ubezpieczeń zdrowotnych) powinna być uchylona, inni – że stopniowo modyfikowana. Nie ma też w partii zgody co do prawa do aborcji czy w kwestii polityki zagranicznej. Zwłaszcza ta ostatnia kwestia, Polaków szczególnie interesująca, jest niewiadomą. Sam Trump raz wysyłał sygnały, że dojdzie do zbliżenia amerykańsko-rosyjskiego, a innym razem, że dojdzie do zaostrzenia konfrontacji. Antyrosyjskim jastrzębiem jest wiceprezydent Mike Pence, podczas gdy podczas gdy doradca ds. bezpieczeństwa, Mike Flynn, jest prorosyjski. Na razie nie podejmuję się przewidywać, które skrzydło partii w jakiej kwestii zwycięży.
Co dalej?
Z sukcesu amerykańskiej prawicy, jakim jest zwycięstwo Trumpa w wyborach prezydenckich i Republikanów w wyborach kongresowych, cieszą się akceleracjoniści, tj. zwolennicy poglądu, który sprowadzić można do słów: im gorzej, tym lepiej. Zdaniem akceleracjonistów zwycięstwo Trumpa, podobnie jak Brexit w Zjednoczonym Królestwie, rządy PiS (a najlepiej jeszcze kogoś bardziej na prawo od PiS) w Polsce i inne zwycięstwa prawicy na świecie skumulują niezadowolenie społeczne i skłonią lud do buntu, a po okresie rządów Trumpów, Kaczyńskich, Orbanów i Le Penów nastąpi rewolucja socjalistyczna.
Skupmy się jednak na ludziach i formacjach politycznych nieoderwanych od rzeczywistości. Na tych, którzy chcą przeprowadzać zmiany na tyle, na ile to możliwe, a nie na marzycielach i na ludziach skoncentrowanych bardziej na czystości ideologicznej niż na poprawie bytu Amerykanów. Niestety system partyjny jest zabetonowany, toteż amerykańska lewica musi działać w ramach Partii Demokratycznej. Już teraz, dzięki niezłemu wynikowi prawyborczemu Berniego Sandersa, udało się przyjąć najbardziej lewicowy program wyborczy od 1972 r. (podczas gdy Republikanie mieli najbardziej prawicowy od 1964 r.) Należy działać dalej w celu oczyszczenia Partii Demokratycznej z clintonizmu i nadania jej oblicza zdolnego do pokonania prawicy w następnych wyborach.
Po klęskach wyborczych w latach 80. Demokraci skręcili w prawo, czego uosobieniem był Bill Clinton. Wtedy to miało sens, gdyż więcej wyborców można było podebrać Republikanom z prawej strony niż z lewej. Teraz, gdy polaryzacja poglądów w USA jest większa, należy skręcić w lewo, by zyskać głosy wyborców lewicowych niegłosujących oraz głosujących na Trumpa, a przekonanych przezeń hasłami głoszonymi tradycyjnie przez lewicę – mam tu na myśli płacę minimalną, płatne urlopy macierzyńskie czy sprzeciw wobec sprzyjającym wielkim korporacjom umów o wolnym handlu. Oczywiście nie wolno przy tym porzucać kwestii obyczajowych (gdy rośnie liczba osób niewierzących lub obojętnych religijnie, a prawa mniejszości seksualnych nie budzą zbyt wielkiego sprzeciwu, nie zaszkodzą one Demokratom), ale przede wszystkim Demokraci winni być kojarzeni z reprezentowaniem interesów nizin społecznych. Dlatego dobrym kandydatem na prezydenta lub przynajmniej na wiceprezydenta będzie za cztery lata Sherrod Brown (zapamiętajcie to nazwisko) – związany ze związkami zawodowymi senator z Ohio, czyli stanu leżącego w Pasie Rdzy, graniczącego z Pensylwanią i Michigan. Jego kandydatura nie zaszkodzi utrzymaniu dotychczasowego żelaznego elektoratu z Północnego Wschodu (tam przewaga Demokratów jest zbyt wielka), a pomoże odzyskać Pas Rdzy.
Poza wspomnianymi wyżej kwestiami ideowymi, programowymi i kadrowymi, nie wolno zapominać o kwestiach PR-owych. Dotychczasowe zagrania Partii Demokratycznej, polegające na protestach przeciwko wyborze Trumpa, cichym wspieraniu żądanego przez kanapową Partię Zielonych ponownego przeliczenia głosów i krytyce systemu opartego na Kolegium Elektorskim, oceniam pozytywnie. Trzeba przeciwnika atakować, delegitymizować i nie iść na kompromisy, poza wspomnianymi w poprzednim akapicie sytuacjami, w których Trump być może wbrew własnej partii będzie zwolennikiem lewicowych rozwiązań. Być taką opozycją, jaką przez kilka ostatnich lat byli Republikanie, gdy stosowali obstrukcję parlamentarną, podważali legalność obywatelstwa Obamy (sam Trump w kampanii wyborczej przyznał w końcu, po latach głoszenia kłamstw w tej materii, że Obama jednak urodził się w USA), zarzucali Demokratom fałszerstwa wyborcze, a związane z nimi portale internetowe produkowały i powielały fałszywe newsy. W epoce postprawdy (posttruth – kolejne słowo, które zrobiło karierę po wyborach) nie ma znaczenia, czy Rosja wpłynęła na wyniki wyborów w USA. Jeśli tak, to należy to nagłośnić. Jeśli nie – należy to wymyślić. Nieważne, czy na Demokratów zagłosowały nielegalnie 3 mln ludzi bez obywatelstwa, jak twierdzą alt-rightowskie portale. Nagłaśniać zjawisko voter suppression. I nie palić szmatławych portali. Zakładać własne. Wtedy może za 4 lub 8 lat uda się przejąć władzę, a potem zrobić coś dobrego.
przez Piotr Wójcik | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Zima 2016
Można powiedzieć, że „Źli Samarytanie” ukazują się w Polsce w idealnym momencie. Ta być może najcelniejsza kompleksowa analiza globalnej polityki wolnego rynku pojawia się nad Wisłą w czasie finalizowania dwóch wielkich umów handlowych: TTIP i CETA. „Źli Samarytanie” Ha-Joon Changa to przede wszystkim pełen polotu traktat krytykujący wolny handel i politykę pełnego otwarcia gospodarki, czyli dwie rzeczy żarliwie zalecane przez wszystkich tytułowych Samarytan z MFW, Banku Światowego oraz globalistycznych elit krajów rozwiniętych. A przy okazji są to dwa zalecenia, które Polska przyjęła niemal w pełni i od ręki po przełomie 1989 roku. Aby nie powtórzyć błędów sprzed 25 lat, dzieło Changa powinno stać się w tym ważnym momencie lekturą obowiązkową dla polskich decydentów. To kopalnia argumentów, faktów i twardych danych, które nawet najbardziej zatwardziały umysł muszą skłonić do zastanowienia się dwa razy, czy na pewno TTIP i CETA są tym, czego obecnie najbardziej potrzebują zarówno Polska, jak i cała Unia Europejska.
Wadliwa teoria
Teoretyczne podstawy otwarcia się na wolny handel zapewnia obecnie koncepcja Heckschera-Ohlina-Samuelsona, zwana w skrócie teorią HOS. Jest ona rozwinięciem tez Davida Ricardo, który w miejsce bezwzględnych przewag komparatywnych wprowadził przewagi względne. Inaczej mówiąc, nawet jeśli jeden z dwóch krajów ma przewagę w wydajności produkcji dwóch towarów, to integracja handlowa między nimi wciąż się opłaca, gdyż pierwszy powinien się skupić na produkcji tych towarów, które dają mu największą przewagę produktywności, a drugi na polu, na którym odnosi najmniejszą stratę. XX-wieczni twórcy teorii HOS zmodyfikowali tę koncepcję, wprowadzając do niej kluczowe dla produkcji składowe – kapitał i pracę, twierdząc, że kraje zasobne we względnie tani kapitał powinny się skoncentrować na produkcji kapitałochłonnej, państwa z dużą ilością taniej siły roboczej natomiast – na produkcji pracochłonnej. W ten sposób wszyscy pokażą swoje najmocniejsze strony, dzięki czemu w krótkim czasie nastąpi pełne wykorzystanie dostępnych mocy produkcyjnych, a uzyskane w ten sposób nadwyżki będzie można przeznaczyć na konsumpcję. Wydaje się to na pierwszy rzut oka logiczne – jak wszystkie „zdroworozsądkowe” teorie złych Samarytan. W końcu każdy powinien się skupić na rozwinięciu swoich mocnych stron, bo ma to potencjał przynoszenia największego zwrotu. W książce Changa co i rusz przekonujemy się jednak, że logiczne na pierwszy rzut oka teorie nie tylko okazują się wadliwe, lecz także są zwykłą pułapką zastawioną przez życzliwych możnych.
Zacznijmy od wad – teoria HOS zakłada doskonałą mobilność czynników produkcji. Inaczej mówiąc, po upadku huty piece hutnicze w magiczny sposób zamienią się w komputery i zaczną służyć do produkcji oprogramowania w firmie IT, a wyrzuceni z pracy górnicy błyskawicznie przekwalifikują się na wielojęzycznych prawników korporacji. Chyba każdy zdaje sobie sprawę, że to niemożliwe. Nie ma żadnych gwarancji, że po upadku zakładów danego sektora, w wyniku otwarcia się gospodarki i dostosowywania do „optymalnej” dla niej produkcji powstaną na ich miejsce nowe zakłady. Albo że istniejące rozbudują się do tego stopnia, iż wchłoną powstały wolny zasób danego czynnika produkcji. Najprawdopodobniej będzie tak, że w kraju rozwijającym się może i rzeczywiście obszary pracochłonne gospodarki się rozwiną, jednak obszary kapitałochłonne, w tych krajach siłą rzeczy zacofane, upadną pod ciężarem konkurencji i już się nie podniosą. Pracujący tam ludzie trafią na bruk, a kapitał na śmietnik. Nastąpią nie tylko straty materialne, ale i powiększą się rzesze przegranych takiej transformacji. Nawet jeśli uda się kiedyś wchłonąć powstałe wolne zasoby, a straty odrobić, nastąpi to po długim czasie. Całe grupy społeczne i pokolenia przegrają w takim procesie na zawsze. Żeby zminimalizować negatywne skutki, w kraju musiałyby istnieć mechanizmy kompensacji – redystrybucja, zabezpieczenie społeczne i sprawne usługi publiczne. Tymczasem w krajach rozwijających się niemal nigdy ich nie ma lub są w powijakach – i w obliczu wyzwania nie zadziałają na odpowiednią skalę. Zatem żaden lider polityczny, czujący odpowiedzialność za całą wspólnotę, nie powinien podjąć działań zalecanych przez teorię HOS.
Jednak te wady teoretyczne są niczym przy niebezpieczeństwach pułapki, jaką za pomocą teorii HOS szykują źli Samarytanie z krajów rozwiniętych. Nie trzeba być geniuszem, aby się zorientować, że rzetelne wdrożenie tej koncepcji będzie oznaczać dla kraju specjalizację w zacofanych dziedzinach, skaże zatem dane państwo na wieczny dystans wobec najlepiej rozwiniętych. Otwarcie gospodarki rzeczywiście jest najlepszym sposobem na wzrost wydajności w krótkim terminie – jednak w długim okaże się pułapką. Umożliwi bowiem rozwój zakładów w obszarach pracochłonnych, jednak branże kapitałochłonne pozostaną dla kraju zamknięte. Lokalni zacofani producenci tych branż błyskawicznie przegrają konkurencję z rozwiniętymi producentami z krajów zamożnych, bo będą pozbawieni ochrony, a nawet jeśli zdążą się przekwalifikować na produkcję pracochłonną, to gwarantująca największy zwrot i skok produktywności produkcja kapitałochłonna będzie dla nich niedostępna – tak, jak i dla społeczeństwa niedostępny stanie się standard życia społeczeństw rozwiniętych. Producenci z krajów bogatych już na starcie wyeliminują swoją raczkującą konkurencję. Nic więc dziwnego, że promują wolny handel, gdzie tylko mogą.
Protekcjonizm kluczem do sukcesu
Nie jest więc chyba już teraz niespodzianką, że kraje wysoko rozwinięte, gdy same były na niższym poziomie rozwoju, prowadziły politykę zupełnie różną od tej, którą teraz postulują. Pierwsza potęga gospodarcza Zachodu, Wielka Brytania, dziś uważana za ojczyznę wolnego handlu i gospodarczego liberalizmu, w istocie jest ojczyzną protekcjonizmu i regulowania gospodarki na niemal wszystkie możliwe sposoby. Pionierem tych rozwiązań był już Henryk VII, który głęboko ingerował w handel wełną i produktami wełnianymi – raz zwiększając, raz zmniejszając cła, to zabraniając zupełnie eksportu surowca, to lekko uchylając dla niego drzwi. Wszystko po to, by wesprzeć krajowych wytwórców i wykończyć zagraniczną konkurencję, głównie holenderską, która sytuowała się na wyższym poziomie technologicznym, ale w dużej mierze była uzależniona od taniej wełny z Wysp.
Protekcjonizm do rangi sztuki podniósł słynny brytyjski premier Robert Walpole. Przed nim brytyjska polityka oczywiście nie była wolnorynkowa – jednak skupiała się na dominacji w handlu, np. dzięki prawu o żegludze, które wymagało, by wszelki handel z Wielką Brytanią odbywał się za pośrednictwem brytyjskich okrętów. Po 1721 roku Walpole postawił na ochronę i wspieranie wytwórstwa. Jego ideą przewodnią był eksport produktów przetworzonych i import surowców. Zatem znacznie podniósł cła na import skończonych towarów, za to obniżył lub zniósł stawki importowe na materiały do produkcji. Zaczął stosować szereg zachęt dla eksporterów – od dopłat do produkcji na eksport, po zwroty ceł, które krajowi producenci musieli zapłacić w państwach, w których sprzedawali swoje towary. Ustanowił też regulacje jakości obligatoryjne dla wszystkich producentów z Wysp, by któryś z nich nie psuł reputacji produktom „made in UK”. Forsował również bezwzględne przepisy wobec brytyjskich kolonii, zabraniające im prowadzenia bardziej rozwiniętej produkcji, m.in. zakazał Amerykanom budowy nowych odlewni i walcowni, skazując ich na produkcję surówki niskiej jakości.
Wielka Brytania kontynuowała tę politykę aż do połowy XIX wieku, będąc najbardziej protekcjonistyczną gospodarką świata. Jej cła na towary przetworzone wynosiły w 1820 roku 45–55%, tymczasem w Niderlandach było to 6–8%, w Prusach 8–12%, a we Francji, postrzeganej dziś stereotypowo jako etatystyczna – 20%. Zjednoczone Królestwo zaczęło forsować i stosować wolny handel dopiero w drugiej połowie XIX wieku, gdy już tamtejsi wytwórcy mieli taką przewagę nad konkurencją ze świata, że na liberalizacji mogli tylko zyskać.
Protekcjonizm na szeroką skalę stosowało też kolejne mocarstwo tradycyjnie kojarzone z wolnym rynkiem. W USA ta polityka nosiła nazwę „ochrony przemysłów raczkujących”, a jej zręby stworzył pierwszy sekretarz skarbu Alexander Hamilton, do dziś uznawany za ojca założyciela amerykańskiego kapitalizmu. W 1791 roku opublikował „Raport o stanie manufaktur”, w którym wprost zalecał ochronę dopiero rozwijających się krajowych wytwórców przed konkurencją z zagranicy. Rekomendował więc wysokie cła na towary przetworzone, ale i liberalizację importu półproduktów potrzebnych krajowym wytwórcom. Postulował zakaz eksportu kluczowych surowców oraz ufundowanie nagród za przełomowe wynalazki i patenty. Forsował rozbudowę infrastruktury materialnej niezbędnej do rozwoju przemysłu, a także stworzenie regulacji jakości. Niestety nie doczekał wprowadzenia swoich pomysłów w życie. Za jego czasu Kongres, pod wpływem silnych plantatorów i właścicieli niewolników z Południa, wprowadzał rozwiązania różne od proponowanych przez Hamiltona. Plantatorzy eksportujący surowce lub nisko przetworzone produkty, wytwarzane dzięki de facto darmowej sile roboczej, chcieli mieć dostęp do tanich produktów przetworzonych lub ekskluzywnych z zagranicy. Nie po raz pierwszy okazało się, że wolny handel był na rękę głównie wyzyskiwaczom – w tym przypadku właścicielom niewolników. W wyniku ich lobbingu Kongres, jeśli podnosił cła, to tylko w tak nieznaczny sposób, że nie mogło to przynieść spodziewanych rezultatów w postaci wzrostu krajowej aktywności przemysłowej.
Cła znacząco podniesiono dopiero w wyniku wojny brytyjsko-amerykańskiej. Do 1820 roku zostały podniesione aż do poziomu 40% z 12,5% w 1812 roku. Pełne urzeczywistnienie koncepcji Hamiltona przyniosła dopiero prezydentura Abrahama Lincolna. Bazował on na opracowanej przez Henry’ego Claya koncepcji „Systemu amerykańskiego”, który łączył protekcjonizm z wielkimi inwestycjami publicznymi w infrastrukturę. Po wyborze Lincolna na prezydenta USA podniosły cła na import towarów przetworzonych do najwyższej na świecie wysokości 50% i utrzymały je aż do I wojny światowej. Po krótkotrwałej liberalizacji handlu ustawa Smoota–Hawleya w reakcji na Wielki Kryzys znów wywindowała cła na wysokie poziomy. Dopiero po II wojnie światowej, gdy USA były już potęgą gospodarczą, Amerykanie zaczęli forsować wolny handel. Jednak nawet wtedy wspierali swoich wytwórców i eksporterów, głównie finansując wydatki na badania i rozwój. W latach 1950–1995 udział publicznych środków w amerykańskich wydatkach B+R wynosił między 50 a 70%, tymczasem w tradycyjnie interwencjonistycznych Japonii i Korei Południowej – zaledwie 20%.
Przykładem klęski wolnego handlu jest natomiast Meksyk. Lata przed liberalizacją handlu stosował industrializację metodą substytucji importu, czyli zastępowania tradycyjnie importowanych produktów wyrobami lokalnych wytwórców, chronionych cłami i innymi barierami (np. kwoty importowe), nawet jeśli produkty te były gorszej jakości niż zagraniczne. W latach 1955–1982 dochód per capita rósł w tym kraju rocznie o 3,1%, co w tak długim okresie jest wynikiem znakomitym. Niestety po tym czasie Meksyk nawrócił się na ideologię wolnorynkową. Pierwszym etapem transformacji meksykańskiej polityki handlowej były lata 1985–1995, gdy znacznie zliberalizowano handel, znosząc wiele istniejących barier. W tym okresie wzrost spadł do raptem… 0,1% rocznie. Była to przymiarka do podpisania umowy NAFTA, która ustanowiła strefę wolnego handlu między USA, Kanadą i Meksykiem. NAFTA weszła w życie w 1995 roku i odcisnęła piętno na krajowym przemyśle wytwórczym, budowanym pieczołowicie w latach substytucji importu. Doprowadziła do załamania się całych sektorów gospodarki meksykańskiej, wzrostu bezrobocia i spadku płac. Meksyk stracił aż 1,6 mln miejsc pracy w rolnictwie i 600 tys. dobrze opłacanych w przemyśle. Drobni meksykańscy rolnicy nie wytrzymali konkurencji z wielkimi amerykańskimi farmami, które zalały tamtejszy rynek tanimi i mocno subsydiowanymi produktami rolnymi. Na subsydiowanie własnych na taką skalę oczywiście nie było stać znacznie biedniejszego Meksyku. Nawet niewielkie odbicie wzrostu, jakie przyniosło wejście w życie układu NAFTA, nie powetowało strat wynikających z liberalizacji handlu. Dochód per capita w latach 1995–2002 rósł w tempie 1,8%, a więc niemal dwukrotnie niższym niż w czasach protekcjonizmu. Dodatkowo odbywał się on dzięki inwestorom zagranicznym, a nie krajowym, oraz na fali powstawania gorzej płatnych miejsc pracy. To wszystko jest tym „dziwniejsze”, że według narracji Samarytan, Meksyk wydawał się wręcz idealnym kandydatem na prymusa wolnego handlu. Graniczył z największym rynkiem świata, a więc była to doskonała okazja, by jego wytwórcy skorzystali z efektu skali. Dodatkowo miał bardzo dużą diasporę w USA, co powinno zapewnić niezbędne w biznesie powiązania nieformalne. Oprócz tego dysponował fundamentem wzrostu, a według mainstreamowych ekonomistów – dobrze wykształconą i kompetentną siłą roboczą i kadrą menedżerów. Nic to jednak nie dało – krajowi wytwórcy zbyt szybko zostali zmuszeni do konkurencji z wysoko rozwiniętymi producentami z USA, co skończyło się zupełną klęską rodzimej, meksykańskiej gospodarki. Chang wymienia jeszcze kilka przykładów niepowodzeń otwarcia gospodarki. W Wybrzeżu Kości Słoniowej po obniżce ceł o 40% w 1986 roku załamały się całe sektory gospodarki – włókienniczy, obuwniczy, a także istniejący tam samochodowy. W Zimbabwe liberalizacja handlu w 1990 roku przyniosła błyskawiczny wzrost bezrobocia z 10 do 20%.
Pułapka zagranicznych inwestycji
Nawet liberalni ekonomiści przyznają, że inwestycje zagraniczne nierówne inwestycjom zagranicznym. Inwestycje portfelowe, czyli inwestowanie na krajowym rynku akcji, nieruchomości lub innych aktywów, mogą przynieść więcej szkód niż pożytku. Często mają charakter stricte spekulacyjny, a więc są nastawione na dochód w krótkim terminie. Siłą rzeczy są więc bardzo niestabilne, a podczas realizacji zysków mogą spowodować znaczne perturbacje na rynku. Dodatkowo mają tendencje procykliczne, więc napływają wtedy, gdy w gospodarce panuje hossa, a odpływają w czasie recesji. Zatem w okresie ożywienia mogą spowodować przegrzanie gospodarki i pęcznienie baniek – czyli niekontrolowany i nieuzasadniony wzrost cen aktywów (mieszkań, udziałów, obligacji rządowych). Tymczasem w okresie załamania lub pęknięcia wytworzonych baniek, ich odpływ spowoduje pogłębienie recesji. Właśnie dlatego kraje rozwijające się doświadczyły ogromnego wzrostu kryzysów finansowych od momentu, gdy otworzyły swoje rynki kapitałowe. W latach 1945–1971, gdy światowe przepływy finansowe nie były jeszcze zliberalizowane, kraje te przeszły 16 kryzysów walutowych, jeden walutowo-bankowy i żadnego stricte bankowego. Tymczasem w latach 1973–1997, czyli w okresie znacznej liberalizacji przepływów, ucierpiały w wyniku 17 kryzysów bankowych, 57 kryzysów walutowych i 21 walutowo-bankowych.
Jednak nie tylko zagraniczne inwestycje portfelowe przynoszą szereg niebezpieczeństw. Także bezpośrednie inwestycje zagraniczne (BIZ – inwestowanie w realną gospodarkę) mogą się odbić czkawką państwu przyjmującemu. Oczywiście w powszechnej optyce są źródłem niemal samych korzyści – transfer technologii, nowe miejsca pracy, wzrost produktywności. Zagrożenia są dużo mniej oczywiste, ale jednak istnieją – i z reguły się ujawniają, choć nie są tak nagłaśniane, jak otwarcie nowego zakładu. Dają wchodzącemu koncernowi okazję do obniżania opodatkowania dzięki korzystaniu z cen transferowych. Pompując koszty w kraju, który przyjął inwestycję, przenosi się dochód do państw z niskimi stawkami podatku dochodowego, ze specjalnymi preferencjami dla poszczególnych rodzajów działalności (np. dochody z licencji) lub wręcz dla konkretnych firm (jak czynił to Luksemburg). Chang przytacza kilka przypadków absurdalnych transakcji między filiami różnych koncernów, które miały na celu machinacje podatkowe – eksport anten telewizyjnych z Chin po 40 centów za sztukę czy wyrzutni rakiet z Boliwii po 40 dolarów. Z drugiej strony, zagraniczne filie koncernów importowały niemieckie ostrza pił do metalu za 5,5 tys. dolarów za sztukę, japońskie pęsety za 5 tys. dolarów czy klucze francuskie za ponad tysiąc dolarów za sztukę. Trzeba pamiętać, że taka optymalizacja jest groźna nie tylko z powodu strat wpływów podatkowych. Jest też niekorzystna dla bilansu handlowego kraju, gdyż lokalne spółki-córki koncernów, by wykazać straty i nie płacić podatków, importują za wyższą kwotę, niż eksportują.
Co więcej, inwestycje bezpośrednie nie zawsze przybierają formę inwestycji typu greenfield, czyli budowy od podstaw nowego zakładu. Często to inwestycje typu brownfield – przejęcia całego istniejącego przedsiębiorstwa. Pół biedy, gdy jest ono przejmowane z myślą o rozwoju. Niestety bywa, że to wrogie przejęcia, mające na celu albo wyeliminowanie konkurencji, albo przejęcie majątku tańszym kosztem. Hiszpańskie linie lotnicze Iberia wykupiły kilka południowoamerykańskich kompanii z nowymi samolotami, następnie odświeżono nimi starą flotę nabywcy, a wykupione linie doprowadzono do bankructwa. BIZ niekoniecznie muszą się też wiązać z transferem technologii. Jeśli nie zadba się o odpowiednie przepisy dotyczące współpracy inwestora z lokalnymi dostawcami, firmy zagraniczne mogą tworzyć enklawy, działając tylko w obrębie własnych sieci korporacyjnych, a więc o jakimkolwiek upowszechnianiu modernizacji będzie można zapomnieć. Jednak według Changa najważniejszym zagrożeniem wiążącym się z BIZ jest konkurencja, jaką będą stanowić zagraniczni inwestorzy dla krajowych producentów. Koncerny z zagranicy z reguły są bardziej wydajne od krajowych wytwórców i prawdopodobnie wygryzą ich z rynków. Udostępnią często tańsze i lepsze jakościowo produkty, z którymi nie będą w stanie konkurować niedojrzali jeszcze do rywalizacji na takim poziomie rodzimi przedsiębiorcy. Zamiast więc dostać nieco czasu na dorośnięcie, po prostu upadną.
Oczywiście nie będzie niespodzianką, że w walce z kapitałem zagranicznym przodowali ci, którzy obecnie najsilniej postulują ułatwienia dla inwestycji zagranicznych i przepływów kapitałowych. W 1832 roku prezydent USA Andrew Jackson doprowadził do upadku Drugiego Banku USA, nie odnawiając mu licencji, gdyż udział kapitału zagranicznego był w nim zbyt wysoki – choć wynosił ledwie 30%. Ustawa z 1887 roku zabroniła posiadania ziemi w USA osobom z zagranicy, a także spółkom, których kapitał zagraniczny przekracza 20%. Także poszczególne stany nie próżnowały w tym zakresie – w tym samym roku Indiana wprowadziła prawo w zasadzie odbierające firmom zagranicznym ochronę prawną. Stan Nowy Jork natomiast po prostu zabronił otwierania na swoim terenie filii banków zagranicznych.
Bardzo obrazowy jest przykład Toyoty. Przerzuciła się na produkcję samochodów w 1933 roku, a sześć lat później rząd Japonii usunął z kraju zagranicznych producentów aut, z General Motors i Fordem na czele. Pomimo państwowej ochrony budowa nowoczesnych pojazdów szła Toyocie jak po grudzie. Gdy w 1958 roku firma postanowiła podbić amerykański rynek modelem Toyoped, próba skończyła się spektakularną klęską. Amerykanie za nic w świecie nie chcieli się przesiadać do zagranicznych pojazdów z kraju, który kojarzył im się z produkcją tandety. Sprawy nie ułatwiał sam pojazd, który – oględnie mówiąc – nie był specjalnie udany. Po tej kompromitacji w Japonii rozgorzała dyskusja – postulowano wpuszczenie do kraju zagranicznych producentów aut, by Japończycy też mogli korzystać z najlepszych rozwiązań w tym zakresie. Twierdzono, że skoro po tak długim okresie protekcji w Kraju Kwitnącej Wiśni wciąż nie doczekano się porządnych modeli samochodów, to Japonii nie jest dane produkować pojazdy. Ostatecznie jednak nie zdecydowano się na ten krok – postanowiono, że lepiej przez jakiś czas mordować się w zacofanych rodzimych pojazdach, by koncern miał jeszcze trochę czasu na dorośnięcie. Dziś japońskie samochody są równie oczywiste, co norweski łosoś albo szkocka whisky – kojarzą się z niezawodnością i nowoczesnością, a marka Lexus także z prestiżem. Gdyby w latach 60. wpuszczono do Japonii zagraniczne firmy motoryzacyjne, być może ani Lexusa, ani sukcesu Toyoty w ogóle by nie było.
Najnowszym przykładem skutecznej walki z zagranicznym kapitałem jest Finlandia. Od momentu uzyskania niepodległości w 1918 roku robiła wszystko, by zniechęcić zagranicznych inwestorów do aktywności na swoim terytorium. W latach 30. wprowadzono m.in. przepisy, które oficjalnie uznawały podmioty z ponad 20-procentowym udziałem kapitału zagranicznego za „niebezpieczne”. Oczywiście obudowano to szeregiem protekcjonistycznych ustaw. Prawo złagodzono dopiero w 1987 roku, gdy podniesiono dopuszczalny pułap udziału kapitału zagranicznego w firmach do 40%, jednak Ministerstwo Handlu i Przemysłu wciąż musiało wydawać zgodę na każdą inwestycję zagraniczną. Rzeczywista liberalizacja handlu i przepływu kapitału nastąpiła w tym kraju dopiero w 1993 roku z powodu planowanej za dwa lata akcesji do UE. W tych cieplarnianych warunkach spokojnie dojrzewały fińskie firmy, które ostatecznie wyrwały Finlandię z zacofania – gdy uzyskiwała niepodległość, była jednym z najbiedniejszych krajów Europy. Nokia musiała czekać na wypracowanie pierwszego zysku ze swego pionu elektronicznego aż 17 lat, a w pewnym momencie była przecież zupełnie bezkonkurencyjna w produkcji telefonów komórkowych. Tymczasem gdyby Finowie wpuścili do siebie kapitał zagraniczny, któryś z ówczesnych gigantów zapewne wykupiłby Nokię i zakończył działalność nierentownego pionu elektronicznego albo zlecił mu drugorzędną produkcję.
Złote czasy protekcjonizmu
Głównym argumentem złych Samarytan jest rzekomo dobroczynny wpływ wolnego handlu na wzrost gospodarczy. Nawet jeśli niesie on ze sobą szereg zagrożeń, które coraz częściej trudno jest ignorować, to społeczeństwo ostatecznie i tak odniesie korzyść z liberalizacji dzięki szybszemu rozwojowi gospodarczemu. Nawet ten argument jest jednak wyjątkowo wątpliwy.
Okazuje się, że kraje stosujące wolny handel, z własnej woli lub nie, często notują dużo gorsze wyniki wzrostu niż kraje protekcjonistyczne. Czasy powszechnych barier dla kapitału były też okresami większego boomu niż te wolnorynkowe. W XIX wieku zmuszone do otwarcia swoich gospodarek kraje kolonizowane notowały znacznie gorsze wyniki niż państwa chroniące swe rynki. W latach 1870–1913 kraje Azji (bez Japonii) rosły ledwie o 0,4% rocznie, a Afryki – o 0,6%. Tymczasem w Europie wzrost wynosił 1,3%, a w USA, które były w tym okresie najbardziej protekcjonistycznym krajem świata, nawet 1,8%. Podobnie sprawa wygląda w okresie powojennym. W latach 60. i 70., gdy panowały powszechne praktyki protekcjonistyczne, kraje Zachodu rozwijały się w tempie 3,2% rocznie, tymczasem w latach 80. i 90., gdy zaczęto wdrażać daleko posunięta liberalizację, tempo spadło do 2,1%. Jeszcze wyższy spadek odnotowały kraje rozwijające się. W latach 60. i 70. wzrastały średnio o 3% rocznie, tymczasem od lat 80. nastąpił spadek do 1,7%. A trzeba pamiętać, że za wzrost w ostatnich dekadach zaczęły odpowiadać przede wszystkim gigantyczne Chiny, a więc realny spadek wzrostu w większości krajów rozwijających się był w wyniku liberalizacji światowego handlu znacznie większy. Podobnie wygląda to w poszczególnych regionach. Ameryka Łacińska rosła w latach 60. i 70. w tempie ponad 3 proc. rocznie, a Brazylia wzrostem przypominała azjatyckie tygrysy. Tymczasem po ich nawróceniu się na wolnorynkowe zasady konsensusu waszyngtońskiego tempo spadło do jednej trzeciej wcześniejszych wyników, a w latach 2000–2005 spowolniło jeszcze bardziej, do ledwie 0,6% rocznie. W Afryce od lat 80. dochód per capita zaczął wręcz spadać, choć we wcześniejszych dwóch dekadach osiągał ok. 2% wzrostu.
Analogie do polskiej historii po 1989 roku, jakie można wysnuć ze „Złych Samarytan”, są aż nazbyt oczywiste. Także nad Wisłą nagłe otwarcie gospodarki doprowadziło do upadku wielu krajowych producentów, szczególnie z branż zaawansowanych technologicznie. Upadek Kasprzaka czy Unitry tłumaczono logiczną konsekwencją ich zacofania w stosunku do zachodnich konkurentów. Nie ulega wątpliwości, że polskie zakłady rzeczywiście były zacofane, jednak właśnie dlatego należało dać im czas na okrzepnięcie w warunkach gospodarki rynkowej. Także nad Wisłą dochodziło do wrogich przejęć, chociażby wrocławskiego Elwro, kupionego przez Siemensa, a następnie dosłownie zrównanego z ziemią. To właśnie w wyniku liberalnej polityki po 1989 roku wciąż nie doczekaliśmy się koncernów światowego formatu. Perła w koronie polskiego przemysłu, czyli Pesa, tak naprawdę stanowi dziesiątą część potencjału francuskiego Bombardiera. A wszelkie jej wpadki (np. z Dartami) są bezlitośnie wypominane i wykorzystywane jako uzasadnienie zakupu zagranicznych składów Pendolino. Nie zwraca się uwagi na fakt, że Pesa jest wciąż niedojrzałym młodzieńcem, który musi sobie radzić, rywalizując z okrzepłymi dorosłymi konkurentami. Niestety, gdy polski przemysł raczkował, nie był otoczony taką ochroną jak fiński czy japoński. I między innymi dlatego, pomimo 25 lat stabilnego wzrostu, zamożny Zachód wciąż nawet nie majaczy na horyzoncie. Szkoda, że „Źli Samarytanie” nie zostali napisani przed 1989 rokiem. Być może któryś z polskich decydentów po lekturze poszedłby po rozum do głowy. Niestety, obecnie ta bardzo ważna książka Changa jest dla Polaków trochę musztardą po obiedzie. Choć oczywiście na naukę nigdy nie jest za późno.
Piotr Wójcik
Ha Joon-Chang, Źli Samarytanie. Mit wolnego handlu i tajna historia kapitalizmu, tłum. B. Szelewa,
M. Sutowski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2016.
przez Tomasz S. Markiewka | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Zima 2016
Jednym z gości Światowego Forum Ekonomicznego w Davos w 2014 roku był Matthieu Ricard, buddyjski mnich, niegdysiejszy biolog. Codziennie rano prowadził zajęcia relaksacyjne dla chętnych. Co ważne, Ricard nie jest zwykłym buddystą, lecz człowiekiem dzierżącym tytuł najszczęśliwszej osoby na świecie. Podstawą do jego przyznania był eksperyment przeprowadzony na uniwersytecie w Wisconsin: na głowie francuskiego mnicha umieszczono 256 czujników, które zapisywały reakcje w jego mózgu. Wyniki, zdaniem badaczy, były zdumiewająco pozytywne. Jest to oczywiście „dowód” bardziej anegdotyczno-medialny niż w pełni naukowy, choćby dlatego że grupa porównawcza, na tle której oceniano wyniki Ricarda, była niezbyt duża jak na standardy nauki. Jednak sama etykietka „najszczęśliwszego człowieka na świecie” przemawia do wyobraźni wielu ludzi.
Książka Williama Daviesa „Happiness Industry” („Przemysł szczęścia”) zaczyna się właśnie od opisu pobytu Ricarda w Davos i wspomnianego eksperymentu. Nie jest to, jak łatwo się domyślić, wybór przypadkowy. Cała otoczka związana z „najszczęśliwszym człowiekiem na świecie” odwiedzającym Forum Ekonomiczne symbolizuje bowiem problem, który jest głównym tematem rozważań Daviesa, czyli ścisły związek między nauką, szczęściem oraz biznesem. Autor „Happiness Industry” uważa, że jest to niebezpieczna mieszanka. Nie żeby miał on coś przeciwko szczęściu czy nauce (ani tym bardziej samemu Ricardowi!). Również biznesu nie traktuje jako czegoś z natury złego. Kłopot polega na tym, że gdy te trzy rzeczy łączą się, nauka nazbyt często nabiera charakteru technokratycznego albo po prostu zmienia się w pseudonaukę i gadżeciarstwo, szczęście zostaje zredukowane do roli biologicznych wskaźników pozwalających oszacować nasze zdolności produkcyjne, a biznes oraz mechanizmy wolnorynkowe zaczynają wkraczać na tereny, na których ich skuteczność i autorytet są, delikatnie mówiąc, wątpliwe.
Sytuację pogarsza jeszcze to, że rozwój przemysłu szczęścia wiąże się zazwyczaj z lekceważeniem podstawowych pytań filozoficznych: czym w ogóle jest szczęście? Jakie są jego rodzaje? Czy każdy rodzaj szczęścia jest dobry? Jaki dokładnie istnieje związek między reakcjami chemicznymi w naszych mózgach a pojęciem wywodzącym się z czasów, gdy nikt nie słyszał o neuronach? Jak kształtowały się wyobrażenia na temat szczęścia? Wbrew pozorom nie są to abstrakcyjne pytania przeznaczone jedynie dla ludzi zajmujących się zawodowo filozofią albo mających zbyt wiele wolnego czasu. Jak słusznie sugeruje Davies, ich lekceważenie skutkuje tym, że przemysł szczęścia staje się narzędziem do bezrefleksyjnego promowania postaw i rozwiązań korzystnych dla konkretnej grupy osób, a nie dla ogółu społeczeństwa.
Angielski socjolog twierdzi między innymi, że za różnymi (choć oczywiście nie wszystkimi) pomysłami uszczęśliwiania ludzi stoi próba odpowiedzi na stare kapitalistyczne pytanie: jak wycisnąć z pracowników jeszcze więcej? Liczne badania wskazują, że osoba nieszczęśliwa, pasywna i mająca skłonności do depresji jest mniej wydajna w pracy (co zresztą nie jest specjalnie odkrywczym stwierdzeniem). Dlatego wielu ludzi biznesu, ale także ekonomistów i polityków, jest zainteresowanych wszelakimi projektami, które pomagają zrozumieć, na czym polega szczęście – czy też ogólniej: dobre samopoczucie – i jak można je kontrolować. Trochę szkoda, zważywszy na istotność problemu, że Davies nie dostarcza większej liczby przykładów tego zjawiska. Wspomina głównie o działaniach brytyjskiego rządu, który zleca prywatnym firmom zadanie „stawiania na nogi” bezrobotnych ze słabym samopoczuciem, oraz o modnych aplikacjach zdrowotnych, które wpisują się w trend Health 2.0, a przez samego autora są nazywane złośliwie przyrządami do „zwiększania produktywności”.
Davies zaznacza również – znowu trafnie – że ta niezbyt szlachetna motywacja do rozwijania przemysłu szczęścia wpływa na sposób, w jaki zaczynamy myśleć o samym stanie „bycia szczęśliwym”. Jak pisze, gdy zajmujemy się bólem, czyli czymś, co zazwyczaj jest uważane za główną przeszkodę na drodze do szczęścia, możemy przyjąć dwie postawy. Pierwszą jest takie przearanżowanie otoczenia, aby zniknęła przyczyna nieszczęścia. Drugie wyjście to zmiana sposobu, w jaki odbieramy naszą sytuację. Innymi słowy, jest to różnica między strategią skupiająca się na kontekście oraz strategią skupiającą się na jednostce. Niestety – zdaniem Daviesa – najczęściej wybieramy tę drugą. Dlaczego tak się dzieje? Ano właśnie dlatego, że z punktu widzenia kogoś, kto jest zainteresowany zwiększeniem produktywności pracowników, ważne jest tylko to, żeby nie byli oni nieszczęśliwi. Czytaj: żeby nie spadała ich produktywność. Wysłanie osoby niezadowolonej z życia na zajęcia z pozytywnego myślenia albo na terapię (strategia indywidualistyczna) jest zaś w większości przypadków o wiele łatwiejsze i tańsze niż zmienianie otoczenia, w którym ona funkcjonuje (strategia kontekstualna). Tym bardziej, że być może tym wywołującym niezadowolenie otoczeniem są nie tylko warunki pracy w tej czy innej firmie, ale cały system kapitalistyczny.
Czemu Davies uważa, że wybór strategii indywidualistycznej jest wyborem niewłaściwym? Gdy spotykamy się z osobą nieszczęśliwą, to warto zadać sobie pytanie, z czego wynika jej brak zadowolenia – na jaki problem ono wskazuje. Jak pisze Davies: Gdy jakaś osoba jest nieszczęśliwa z powodu tego, że nierówności dochodowe sięgnęły w Brytanii i USA poziomu, którego nie widzieliśmy od lat 20. XX wieku, rada – dawana przez niektórych ekonomistów szczęścia – że ta osoba miałaby się lepiej, gdyby nie znała zarobków innych ludzi, wydaje się beznadziejna. A jednak właśnie takie rozwiązanie podsuwa strategia indywidualistyczna: nie martwmy się systemowymi problemami, zadbajmy tylko o poprawę samopoczucia poszczególnych osób, bez wnikania w przyczyny ich niezadowolenia. Jeszcze raz oddajmy głos Daviesowi, tym razem komentującemu ironicznie niektóre nurty współczesnej psychologii: Pod wieloma względami nauka zajmująca się szczęściem jest krytyką skierowaną do wewnątrz, pomimo wszystkich nawoływań psychologii pozytywnej, aby dostrzec świat wokół nas. Nieustanna fascynacja ilościowym podejściem do subiektywnych odczuć może jedynie odwrócić naszą krytyczną uwagę od szerszych problemów politycznych i ekonomicznych. Zamiast szukać sposobów na zmianę naszych uczuć, powinniśmy wreszcie wziąć to, co skierowaliśmy do wewnątrz, z powrotem na zewnątrz.
Przesłanie, aby przyjąć perspektywę kontekstową i wycelowaną „na zewnątrz”– aby poznawać człowieka przez pryzmat jego interakcji społecznych i politycznych – powraca w książce Daviesa wielokrotnie. To nie tak, że psychologia czy nauki kognitywne nie mają nic ciekawego do powiedzenia o nas, ludziach, i o tym, co nam sprawia radość, a co nie – przekonuje autor „Happiness Industry”. Rzecz w tym, że tego rodzaju badania powinny być drzwiami, przez które przechodzimy do dialogu politycznego. Innymi słowy, chodzi o to, aby nie traci z oczu interakcyjnego wymiaru ludzkiego życia – tego, że jesteśmy istotami społecznymi. Davies podkreśla szczególnie rolę języka, powołując się nawet (choć dosyć pobieżnie) na poglądy niemieckiego filozofa Ludwiga Wittgensteina. Zdaniem Wittgensteina, aby zrozumieć znaczenie słowa, musimy wiedzieć, w jaki sposób jest ono używane – pisze – co oznacza, że problem rozumienia innych ludzi jest przede wszystkim problemem społecznym. Podobnie, aby pojąć, co dana osoba robi, powinniśmy zrozumieć, co znaczą jej działania, zarówno dla niej samej, jak i dla ludzi, których one dotyczą.
Autor przekonuje, że nazbyt indywidualistyczna, technokratyczna i rynkowa wizja szczęścia ma swoje źródła już w podejściu angielskiego filozofa Jeremy’ego Benthama oraz jego bardziej bądź mniej bezpośrednich dziewiętnastowiecznych następców. Zresztą większa część książki Daviesa jest w rzeczywistości poświęcona nie tyle współczesnym badaniom nad szczęściem, ile historycznej rekonstrukcji rozwoju nauk o nim. Dla części czytelników będzie to z pewnością rozczarowanie. Davies wychodzi jednak ze słusznego założenia, że aby zrozumieć dane zjawisko, należy poznać jego historię. I trzeba przyznać, że przekonująco pokazuje, jak historia dociekań nad szczęściem w różnych jego odmianach zaważyła na dzisiejszym podejściu do tego tematu.
Wracając zaś do Benthama, był on żywo zainteresowany badaniem ludzkiego szczęścia. I chciał to robić w sposób naukowy, co oznaczało dla niego odrzucenie filozoficznych spekulacji, którym nie ufał, oraz skupienie się na fizycznych podstawach doznań takich jak przyjemność i ból. Jednym z pomysłów angielskiego myśliciela na badanie poziomu szczęścia było mierzenie pulsu. Inną prekursorską ideą było użycie pieniędzy jako miernika. Bentham rozumował tak: jeśli ludzie są w stanie za pewne rzeczy zapłacić więcej niż za inne, znaczy to, że te pierwsze muszą wywoływać w nich większą ilość szczęścia niż te drugie. Śledząc zachowania ekonomiczne danej osoby, możemy zatem odkryć, co przysparza jej więcej radości, co mniej, a co wcale. Przenosząc to na poziom społeczny, jesteśmy w stanie opracować ogólną mapę szczęścia.
Obydwa wspomniane pomysły nigdy nie zostały przez Benthama rozwinięte, wobec pierwszego on sam wyrażał sceptycyzm. Jednak, jak zauważa Davies, twórca utylitaryzmu wytyczył ścieżkę, którą podążyła większość późniejszych badaczy szczęścia: odrzućmy spekulacje filozoficzne, skupmy się na właściwościach biologicznych człowieka oraz na jego działalności ekonomicznej, ponieważ to fizjologia oraz pieniądze dają nam najlepszy, najbardziej obiektywny dostęp do ludzkich uczuć. Takie podejście wiązało się także z próbą ominięcia języka i bezpośredniego dotarcia do świata naszych wewnętrznych doznań. Bentham, jak wielu badaczy szczęścia po nim, nie ufał słowom, nie ufał temu, co ludzie mają do powiedzenia. Stąd pomysły, aby pominąć wymiar językowy i od razu przejść do obiektywnych, twardych danych dostarczanych przez organizm lub zachowania ekonomiczne.
Problem z biologizowaniem szczęścia oraz z porzuceniem filozoficznych dociekań polega na tym, że za każdym razem, gdy ktoś przechodzi od pytania o szczęście wprost do pytania o reakcje naszego organizmu – niezależnie od tego, czy chce badać puls, czy neurony – pomija istotne problemy społeczne, jak te, o których była mowa powyżej. Gdy zaś do tego wszystkiego dochodzi ekonomizacja nauk o szczęściu, zaczynamy się niebezpiecznie zbliżać do ponurej wizji przyszłości, w której cały dyskurs szczęścia stanie się tylko przykrywką dla nowych sposobów zarabiania pieniędzy. Raz, przez handlowanie aplikacjami, tabletkami i usługami polepszającymi nasze samopoczucie. Dwa, przez wspomniane już podkręcanie wydajności pracowników. Gdy tylko skierujemy krytyczne oko na instytucje – zauważa Davies – zamiast na emocje i nastroje jednostek, które w ich ramach funkcjonują, wszystko się zmienia. Rzecz w tym, że osoby zainteresowane rozwijaniem przemysłu szczęścia nie mają ochoty na taką zmianą perspektywy. Częściowo dlatego, że im się to nie opłaca, częściowo zaś dlatego, że nawet nie dostrzegają możliwości zmiany punktu widzenia, gdyż nie mają świadomości historycznych uwarunkowań stojących za ich obecnym podejściem do problemu.
Davies pisze również, że sojusz przemysłu szczęścia z ekonomią stał się jeszcze niebezpieczniejszy, gdy ta druga – wraz ze swoim językiem oraz założeniami – zdominowała w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat nasz sposób myślenia o świecie. A mówiąc dokładniej: zdominowała go konkretna doktryna ekonomiczno-filozoficzna, czyli neoliberalizm. Posługując się słynnym terminem Jeana Lyotarda – sam autor po niego nie sięga, lecz termin ten idealnie pasuje do kontekstu – możemy stwierdzić, że neoliberalizm stał się wielką narracją (notabene zaczął uzyskiwać ten status mniej więcej wtedy, gdy Lyotard ogłaszał kres wielkich narracji). Kształtuje nie tylko dyskurs ekonomiczny, ale także społeczno-polityczny. Głównie dlatego, że coraz częściej rozmawiamy o naszych społeczeństwach i o sobie nawzajem w kategoriach wolnorynkowych. Ekonomiści tacy jak Leszek Balcerowicz starają się nas przekonać, że im mniej polityki, a więcej wolnego rynku i relacji biznesowych w naszym życiu, tym lepiej. Wielu ludzi, w tym samych polityków, ulega tej narracji. Efekty? Wystarczy posłuchać, jak często politycy tłumaczą się, że nie zrobią tego, co należy zrobić, ponieważ są zniewoleni przez dwa współczesne bóstwa: Rynek i Inwestora. Gdy język ekonomiczny posiada tak wielką siłę przebicia, wspierane przez niego indywidualistyczne podejście do szczęścia ma jeszcze większe szanse na zawładnięcie naszą wyobraźnią.
Niestety wątek neoliberalny pozostawia największy niedosyt w trakcie lektury książki Daviesa, ponieważ autor nie poświęca mu dostatecznej uwagi. I to mimo tego, że samo pojęcie neoliberalizmu nieustannie powraca w jego rozważaniach, a jeden z rozdziałów jest niemal w całości poświęcony doktrynie spopularyzowanej przez Miltona Friedmana i „chłopców z Chicago”. Przeczytamy w nim ciekawą anegdotę tłumaczącą, jak pochwała wolnego rynku doprowadziła chicagowskich neoliberałów do poparcia interesów wielkich korporacji, ale nie dowiemy się zbyt wiele o powiązaniach między tą doktryną a przemysłem szczęścia. Dotykamy tu zresztą największej wady „Happiness Industry”. Zbyt często pewne wątki są w książce jedynie sygnalizowane, co skutkuje tym, że momentami związki między szczęściem, ekonomią i nauką stają się w rozważaniach Daviesa bardzo luźne. Najmocniej jest to widoczne właśnie w rozdziale o neoliberalizmie. Czytelnik zbyt wiele rzeczy musi dopowiadać sobie sam, tak że momentami nie bardzo wiemy, czy wciąż podążamy za subtelnymi rozważaniami autora, czy też może wypełniamy luki argumentacyjne za niego. Jeśli już o wadach i braku precyzji mówimy, byłoby dobrze, gdyby Davies we fragmentach, w których zżyma się na zbytnią medykalizację naszych odczuć, dodał gwoli sprawiedliwości, że niektóre lekarstwa poprawiające stan psychiczny bywają dla części osób w miarę skutecznym i pożądanym rozwiązaniem ich problemów.
W ostateczności jednak książka Daviesa jest pozycją dobrą i potrzebną. Pochwały, które znajdują się na jej tylnej okładce – m.in. autorstwa Ha-Joon Changa, znanego koreańskiego ekonomisty (a jednocześnie prześmiewcy procesu ekonomizacji języka) – nie są na wyrost. W czasach, gdy zewsząd uśmiechnięci ludzie z telewizji i Internetu obiecują, że staniemy się szczęśliwsi, jeśli tylko kupimy dany produkt lub usługę, Davies postanowił zadać podstawowe pytanie: szczęście, czyli co? A próbując na nie odpowiedzieć, zapuścił się w mało znane zakamarki historii, w której rozwój kapitalizmu nieustannie splata się z rozwojem dociekań na temat szczęścia, pozostawiając na nich niezatarty ślad. „Happiness Industry” przypomina, że jakkolwiek dominujący nie byłby obecny sposób mówienia o szczęściu, to nie jest on jedynym możliwym podejściem do tego zagadnienia, tak jak neoliberalna doktryna nie jest jedynym możliwym sposobem urządzenia naszych społeczeństw.
dr Tomasz Markiewka
William Davies, The Happiness Industry. How the Government and Big Business Sold Us Well-Being, London – New York 2015.
przez Jacek Żebrowski | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Zima 2016
Dzisiejszym miłośnikom kina może się wydawać, że znakiem rozpoznawczym angielskiej kinematografii od zawsze był realizm. Charakterystyczne cechy, takie jak szybkie wymiany zdań, cięte riposty, błyskotliwe dialogi, naturalistyczna sceneria czy użycie języka potocznego i dialektów, często są stawiane za wzór przy tworzeniu wiarygodnych scenariuszy. Wbrew pozorom sukcesy Kena Loacha czy Mike’a Leigh nie miały swych źródeł w kinie, lecz w znienawidzonym dziś i wyśmiewanym przez burżuazyjnych artystów medium, jakim jest telewizja publiczna.
Źródła, inspiracje, konteksty
Telewizja brytyjska i tradycje teatralne odegrały ogromną rolę w rozwijaniu talentów filmowych. To dla niej kręcili i pisali mistrzowie: Stephen Frears, Alan Clarke, Ken Loach, Mike Leigh, Mike Newell czy nieznani w Polsce pisarze, producenci i scenarzyści, tacy jak Tony Garnett, Alan Bleasdale, Nell Dunn, David Leland, Barry Hines, John Osborne. Szczególnie popularne były trzy serie sztuk telewizyjnych: „Armchair Theatre” (1956–1974), „The Wednesday Play” (1964–1970) i „Play for Today” (1970–1984).
Sztuka telewizyjna to osobny gatunek, charakterystyczny dla telewizji brytyjskiej, czerpiący mocno z ówczesnego kina, teatru i literatury – a więc wypadkowa tych trzech mediów. Źródeł teatralnych należy upatrywać w czasach Złotej Ery Telewizji w Stanach Zjednoczonych (1948–1960), kiedy to transmitowano ze studia sztuki dramatyczne prezentowane na żywo, podobnie jak to robił we wczesnym stadium nasz rodzimy Teatr Telewizji. Brytyjskie sztuki były jednak nagrywane na taśmę filmową, poddane regułom kinowego montażu, a także nie ograniczały się do studia telewizyjnego, lecz były kręcone w naturalnych sceneriach. Literackie inspiracje brały się z obieranej tematyki: moralnego, socjologicznego i psychologicznego portretowania brytyjskiej klasy pracującej. Sztuki te zbierały przed telewizorami całe rodziny; mało tego – społeczności lokalne spotykały się w pubach, aby oglądać kolejne odcinki.
Nie miało to nic wspólnego z operami mydlanymi. Gatunkowo sztuki telewizyjne mieściły się w definicji społecznego realizmu, nawiązującego do tzw.kitchen-sink drama (pol. „dramat zlewu kuchennego”), nurtu obecnego w teatrze, filmie i literaturze przełomu lat 50. i 60. Przedstawiały życie przeciętnych Brytyjczyków z klasy robotniczej w codziennym otoczeniu, z wykorzystaniem naturalnych dialogów, bez dramatycznych napięć i zwrotów akcji. Społeczny realizm (termin raczej rzadko używany w polskim piśmiennictwie krytycznym)1 tym różnił się od socrealizmu, że ten drugi był jedynym kierunkiem w sztuce aprobowanym przez władze komunistyczne w krajach „demoludów”. Była to estetyczna gałąź propagandy, mająca za zadanie wyrażać i wspierać dążenia tejże władzy do utrzymania przewagi. Nie miała oczywiście nic wspólnego z jakimkolwiek realizmem. Pierwszy z kolei był oddolnym, choć nieprzypadkowym jak na tamte czasy dążeniem twórców do opisu życia i otaczającego ich świata. Nierzadko byli to twórcy o poglądach lewicowych, humanistycznych czy socjalistycznych, lecz nie stanowiło to reguły: miernikiem była wrażliwość na codzienną rzeczywistość.
Pomimo estetycznych różnic, społeczny realizm był w powojennych czasach wszechobecny w kinie i literaturze – wystarczy wspomnieć włoski neorealizm, polską szkołę filmową, kino japońskie czy bengalskie, literaturę skandynawską, indyjską, radziecką. Wiązało się to oczywiście z pokłosiem II wojny światowej, odradzaniem się ze zgliszcz tak w sensie fizycznym, jak i moralnym, a także z emancypacją klasy robotniczej oraz ze zrzuceniem przez wiele krajów łańcuchów kolonializmu.
W 1947 roku powstał film „W niedzielę zawsze pada deszcz” (It Always Rains on Sunday, reż. Robert Hamer)2, opowiadający historię mieszkańców Bethnal Green na londyńskim East Endzie, w tradycyjnej dzielnicy dokerów i imigrantów, mocno zniszczonej przez wojenne bombardowania, zmagającej się z biedą i przestępczością. Bohaterka filmu, mężatka i matka dwóch córek, kierowana dawnym uczuciem daje schronienie byłemu chłopakowi, który właśnie uciekł z więzienia. Policyjna obława zacieśnia się, zbieg znika, a bohaterka próbuje popełnić samobójstwo, po tym jak wychodzi na jaw, że ukrywała przestępcę. Fabuła była typowa dla ówczesnego filmu noir i tak też film został zakwalifikowany przez krytyków. Publiczność doceniła ekranową intrygę, dzięki czemu obraz był jednym z popularniejszych w 1948 roku, chociaż pozostał w cieniu produkcji gigantów tamtych lat: Davida Leana, Carola Reeda, tandemu Michael Powell – Emeric Pressburger czy kasowych melodramatów zupełnie dziś zapomnianego, nawet w Anglii, Herberta Wilcoxa. Szybko jednak popadł w zapomnienie jako jeden z wielu popularnych „czarnych” filmów tamtej epoki, tym bardziej, że reżyser Robert Hamer już rok później nakręcił kasową komedię „Szlachectwo zobowiązuje” (Kind Hearts and Coronets, 1949). Dzięki niej zapisał się na trwałe w historii kinematografii, zdobyła ona bowiem miejsce w pierwszej dziesiątce najlepszych brytyjskich filmów według British Film Institute3. Niespodziewanie w 2008 roku „W niedzielę zawsze pada deszcz” zwrócił uwagę krytyków podczas pokazów w Nowym Jorku. Cztery lata później miał swoją ponowną premierę w Wielkiej Brytanii, wraz z nowszą wersją na DVD. Nie fabuła, ale realistyczny portret klas niższych, sceny uliczne, autentyczne wnętrza oraz odwzorowanie „kawałka życia” (slice-of-life) dały zasłużone laury produkcji zapomnianej przez lata – zwiastunowi społecznego realizmu późniejszych lat.
Społeczny realizm na stałe znalazł miejsce w kulturze i sztuce brytyjskiej jednak dopiero wraz z premierą sztuki Johna Osborne’a „Miłość i gniew” z 1956 roku, pierwszymi pokazami ruchu dokumentalistów pod szyldem Free Cinema (1956) oraz wejściem na ekrany filmów grupy „Angry Young Men” – Jacka Claytona („Miejsce na górze”), Karela Reisza („Z soboty na niedzielę”), Lindsaya Andersona („Sportowe życie”) i Tony’ego Richardsona („Miłość i gniew”, „Smak miodu”). Krytycy zwracają uwagę, że w angielskim teatrze było to możliwe dzięki odważnemu złamaniu reguł panujących w dramatopisarstwie od XIX wieku. Niższe klasy były do tej pory portretowane w sposób sztuczny, wykształceni pisarze opisywali je, nie znając tematu z autopsji. Zbiegło się to z inspiracją neorealizmem i polską szkołą filmową oraz z „nową falą” najpierw w filmie europejskim, a później także światowym. Powojenne pokolenie brytyjskich autorów pochodziło głównie z klasy robotniczej lub niższej klasy średniej, dzięki czemu ich opowieści miały autentyczny wymiar. Jednak, z dzisiejszej perspektywy, filmy te nadal w pewien sposób tkwiły w „klasycyzmie”, ponieważ były to produkcje wielkich studiów filmowych, a role odgrywali popularni aktorzy. Szansą na „coś więcej” okazała się telewizja.
Szklana pogoda
Najpierw w 1956 roku na ekranach telewizorów pojawił się „Armchair Theatre”, który był emitowany co niedzielę w wieczornym paśmie na kanale ITV, jedynej wówczas stacji komercyjnej. Na grunt brytyjski gatunek sztuki telewizyjnej przeszczepił Kanadyjczyk Sydney Newman. Dzięki wstawiennictwu znanego lewicowego dokumentalisty, Johna Griersona, dostał się do stacji NBC, w której zajmował się dla kanadyjskiej CBC (odpowiednik brytyjskiej BBC) analizą technik telewizyjnych ze szczególnym uwzględnieniem relacji na żywo, dramatu i filmu dokumentalnego. Nabyte umiejętności rozwijał po powrocie do Kanady, skupiając wokół siebie wielu młodych, utalentowanych scenarzystów i filmowców. Wielu z nich umożliwił start w telewizji. W 1958 roku wyjechał do Wielkiej Brytanii na zaproszenie szefa korporacji ABC Television. Zastał tamtejszą telewizję w fatalnym stanie, a także podzielone klasowo społeczeństwo. Na małym ekranie pokazywano jedynie klasyczne sztuki lub ich miałkie podróbki opowiadające o życiu burżuazji. Słynne jest powiedzenie Newmana: „W cholerę z klasą wyższą. Przecież oni nawet nie mają telewizorów!”.
W ABC działał podobnie jak w Kanadzie: z nowymi twórcami, na oryginalnych tekstach pisanych specjalnie dla „Armchair Theatre”, poruszających tematy społeczne z perspektywy zwykłego widza, np. po raz pierwszy publicznie podjęto temat rozwodów czy rasizmu. Program ten przejął po Howardzie Thomasie, szefie ABC, dzięki któremu pojawił się w Wielkiej Brytanii. Równocześnie powstał serial „Rewolwer i melonik”, który zdobył niebywały rozgłos i sukces również poza granicami kraju. Po kilku latach Newman przeniósł się do BBC, aby również tam „potrząsnąć” zmurszałą formą telewizyjnych sztuk, wprowadzając twórców „Angry Young Men” i walnie przyczyniając się do stworzenia gatunku zwanego, wówczas pejoratywnie, kitchen-sink drama.
Właśnie wtedy pojawił się Ken Loach, zadeklarowany socjalista, który rozpoczął pracę jako jeden z wielu reżyserów sztuk telewizyjnych dla BBC – serii „The Wednesday Play”. Były to niskobudżetowe produkcje publicznej telewizji w czasach, kiedy istniało coś takiego jak świadoma polityka edukacyjna zwana „misją publiczną”, podobne do „Armchair Theatre”, lecz o nowatorskiej formie. Konfrontowały widzów z życiem klasy robotniczej i ważnymi problemami społecznymi, takimi jak aborcja, bezdomność, bezrobocie, apartheid, wojna jądrowa. Celem Newmana, autora projektu, było wyrwanie BBC z apatii „bezpiecznych tematów” i nadanie telewizji wigoru i ostrości, co na pewno się udało. „Gra wojenna” Petera Watkinsa, opisująca domniemane skutki ataku jądrowego na terytorium Brytanii, tak wstrząsnęła cenzorami BBC, że nie chciano się odważyć na emisję. Odcinki trwające od godziny do 90 minut były pisane przez dziennikarzy, dramaturgów lub pisarzy, a następnie przekazywane młodym reżyserom, którzy często zatrudniali aktorów niezawodowych. Jak to jednak bywało z dawną telewizją, ze 170 odcinków wyemitowanych w latach 1964–1970 w archiwach BBC zachowało się jedynie 76, z czego większość nie jest obecnie dostępna ani w internecie, ani na DVD. Jedynie kariera filmowa Kena Loacha pozwoliła na wyciągnięcie z niebytu kilku odcinków tej niezwykle popularnej serii („Three Clear Sundays”, „Up the Junction”, „The End of Arthur’s Marriage”, „Cathy Come Home”, „In Two Minds”, „The Big Flame”).
Schodząca z ekranów seria „The Wednesday Play” zrobiła miejsce kolejnej podobnej serii, „Play for Today”, która została zakończona w 1984 roku decyzją zakazu emisji, wydaną przez konserwatywny rząd Margaret Thatcher. Seria został wówczas określona jako „kontrowersyjny i niebezpieczny program o inklinacjach socjalistycznej propagandy”.
Nostalgia za starą Anglią?
Innym, równie zapomnianym rodzajem programu, są sitcomy opowiadające o życiu zwyczajnych Brytyjczyków. Nie mam tu na myśli oper mydlanych czy innych tasiemców niewiele różniących się od naszych „Plebanii” i „M jak miłość”, lecz seriale komediowe w rodzaju znanych także w Polsce „24 godziny na dobę”, „Tylko głupcy i konie” lub „Co ludzie powiedzą?”. Dawniej telewizja brytyjska produkowała wiele komedii portretujących klasę robotniczą, która była w centrum zainteresowania producentów i scenarzystów telewizyjnych („Porridge”, „Brush Strokes”, „Steptoe and Son”, „Rising Damp”). Jednak w latach 90. porzucono cierpki i niepoprawny politycznie humor, znany na przykład z opowiadającej o imigrantach produkcji w rodzaju „Mind Your Language”, na rzecz płaskiego i bezpiecznego dowcipu dla dobrze sytuowanej klasy średniej. Ostatnimi laty zaś rekordy oglądalności biją seriale kryminalne.
Z brytyjskich seriali w Polsce znamy głównie kultowy „Latający Cyrk Monty Pythona”, który raczył nas humorem intelektualnym i nie jest w żaden sposób, wbrew obiegowej opinii krążącej nad Wisłą, typowym przykładem humoru angielskiego – wręcz przeciwnie. Konserwatywne pod względem humoru seriale „Pan wzywał, milordzie?”, „‘Allo ‘Allo”, „Hotel Zacisze”, „Czarna Żmija” czy „Czerwony karzeł” również nie są najlepszymi przykładami portretowania życia mieszkańców Brytanii. Na szczęście dzisiaj dzięki internetowi możemy nadrabiać straty. Z łatwością uda nam się znaleźć większość odcinków „Birds of a Feather”, „‘Til Death Us Do Part” czy „Bread”. Komedia „robotnicza” opierała się głównie na humorze sytuacyjnym, regionalnych różnicach dialektalnych i bohaterach, którzy nieudolnie próbowali wyrwać się ze swojej klasy społecznej do wyższej („Steptoe and Son”, „Co ludzie powiedzą?”, „Tylko głupcy i konie”, „Whatever Happened to the Likely Lads?”, „Going Straight”).
W 2011 roku ówczesny szef programowy BBC Danny Cohen (żeby było zabawnie – żydowski syn radcy prawnego po Uniwersytecie Oksfordzkim, raczej nie working-class mate) obwieścił, że stacja chce powrócić do odbiorców z klasy robotniczej, prezentując seriale umiejscowione w ich środowisku. I słowa dotrzymał, bo pojawiły się odnoszące sukcesy serie „Trafny wybór”, „Z pamiętnika położnej”, „Cradle to Grave”, „Wciąż 24 godziny na dobę”, „Last Tango in Halifax”, „Happy Valley” czy „Car-Share”. Jednak z podsumowaniem, czy jest to nowy trend, czy tylko chwilowa fanaberia byłego już dyrektora BBC, trzeba się wstrzymać. Niewątpliwie odegrała tu rolę nostalgia za „Ye Olde England”, „starą dobrą Anglią”, bo seriale „Z pamiętnika położnej” czy „Cradle to Grave” są umiejscowione w środowisku robotniczym lat 50. i 70. Z kolei „Wciąż 24 godziny na dobę” jest nieco sentymentalną kontynuacją pokazywanego kiedyś w Polsce „24 godziny na dobę”, serialu z lat 70. o prowincjonalnym sklepiku. Gdyby tak u nas scenarzyści i twórcy seriali byli na tyle odważni, żeby zamiast świecznikowych produkcji o wojennej młodzieży, księżach, lekarzach, detektywach czy menedżerach nawiązać do trochę innych tematów… Na przykład do obrazów takich jak „Dom”, „Siedem stron świata”, „Daleko od szosy”, „Wojna domowa”, „Ślad na ziemi”, „Dziewczyna z Mazur”, „Blisko, coraz bliżej”, neorealistycznych seriali Stanisława Jędryki czy obydwu słynnych produkcji Stanisława Barei. Paradoksalnie jedynym dobrym, a nie powstałym na licencji (jak np. „Miodowe lata” zrealizowane na podstawie amerykańskiego robotniczego serialu z lat 50. – „The Honeymooners”) polskim serialem o takiej tematyce byli… „Londyńczycy”, chociaż formułę tę paralitycznie i nieudolnie próbują zastępować paradokumentalne „Trudne sprawy” (na niemieckiej licencji „Familien im Brennpunkt”) i „Dlaczego ja?” (również niemiecki „Verdachtsfälle”). Chyba szybko nie doczekamy się więc historii z życia przeciętnego mieszkańca kraju umiejscowionego między Cottbus a Brześciem.
Niedawny sukces Kena Loacha, który za swój najnowszy film „Ja, Daniel Blake” otrzymał Złotą Palmę w Cannes, nie wziął się znikąd. Anglicy są przesiąknięci szekspirowską tradycją jak gąbka. Szekspirowskie cięte dialogi mają we krwi. Wystarczy iskra talentu, żeby to przetworzyć i wykorzystać w trakcie pisania serialu – mówił w wywiadzie dla „Dwutygodnika” Maciej Maciejewski, scenarzysta „Gliny”4. Te trzy zdania to chyba zgrabne wytłumaczenie sukcesów wyspiarskich produkcji telewizyjnych.
Jacek Żebrowski
Przypisy:
- Określenia „społeczny realizm” i „socrealizm” brzmią podobnie w języku angielskim – social realism i socialist realism – stąd niezbędne jest wyjaśnienie różnic między obydwoma terminami.
- Ponieważ nie udało mi się znaleźć w żadnym źródle, czy film miał premierę w Polsce, moje tłumaczenie tytułu zapożyczyłem z zakończenia „Pierwszego kroku w chmurach” Marka Hłaski i książki węgierskiego pisarza Gézy Molnára.
- http://news.bbc.co.uk/1/hi/entertainment/455170.stm
- http://www.dwutygodnik.com/artykul/6555-glos-wiekszosci.html
przez Olga Drenda | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Zima 2016
Plakat festiwalu Jazz nad Odrą 1989 autorstwa Jacka Wolffa i Wojciecha Zawadzkiego przedstawia Wrocław w wersji wielkomiejskiej – najpewniej zgodnie z wyobrażeniem autorów o „cywilizowanym świecie”. Znakiem cywilizacji jest tu przede wszystkim wszechobecność reklam. Kamienice na czarno-białej fotografii graficy przyozdobili mnóstwem kolorowych szyldów, bannerów, wywieszek – z charakterystyczną dla epoki dezynwolturą traktując ochronę znaku firmowego. Prawdopodobnie wycięto je z katalogu typu „Quelle”, który docierał wówczas do Polski w przesyłkach zagranicznych (i często był postrzegany jako rodzaj przewodnika po życiu w „normalnym kraju”). Wyobrażoną wielkomiejskość autorzy plakatu kupili w pełnym pakiecie – obok reklam samochodów i aparatów fotograficznych pojawia się również „Sex Party”. Zderzenie z tym plakatem po niemal 30 latach przynosi wrażenia z pogranicza śmiechu i przerażenia – autorzy chyba posiedli zdolność przewidywania przyszłości, bo Wrocław i inne polskie miasta tak właśnie wyglądają. Jedyna, ale zmieniająca wszystko różnica polega na tym, że zamiast aury prestiżowej wielkomiejskości otrzymaliśmy beztroski bałagan. Italo Calvino pisał jeszcze w latach 70. w „Niewidzialnych miastach”: Cechą przestrzeni miejskich jest przerost semiozy. Nazwy, symbole, ikony, reklamy przesłaniają domy, place, ludzi. Przerost semiozy, który nastąpił w Polsce, wydaje się szczególnie dotkliwy, przesłania bowiem wszystko, nawet Tatry – Podhale to region najbardziej niesławny pod względem wizualnego chaosu.
Dyskurs popularny na temat przestrzeni publicznej w Polsce ukształtowało zgodne założenie, że jest brzydko. Wyartykułowane zostało przede wszystkim w tekstach Filipa Springera i Piotra Sarzyńskiego (arcymalkontentów z zasady, którzy jednak uczciwie wskazują systemowe przyczyny), a także Ziemowita Szczerka (u niego brzydota ma rys egzotyczny i poczciwy, to brzydota o dobrym serduszku). Z jednej strony – polemizowanie z takim stanowiskiem jest bezcelowe, bo konieczne byłoby zignorowanie oczywistych zjawisk: wszędobylskiej reklamy, bezczelnej i agresywnej polityki deweloperów, bezinteresownego wandalizmu, śmiecenia. Tego nie da się nie zauważać. Z drugiej strony jednak narzekanie, nawet w dydaktycznym, uświadamiającym tonie, to nie wszystko, to zatrzymanie się na samym początku drogi. Konieczne jest bowiem zadecydowanie, co robić dalej i co jest wykonalne. Można oczywiście popaść w tożsamościowo-kompensacyjne tony, tarzać się z upodobaniem we własnym położeniu i reagować odruchem kolanowym na krytykę: jest brzydko, ale to nasza własna brzydota, inni nie będziemy! Jest w tym jednak nuta smutnego masochizmu i pogodzenia się z podłym losem. Można przyjrzeć się temu, co wymknęło się spod kontroli, spróbować zrozumieć, dlaczego tak się stało, a przede wszystkim – określić, gdzie i jak chcielibyśmy przebywać i mieszkać.
Smutny aktualnie kształt polskiego krajobrazu to kombinacja kilku elementów. Są to brak właściwego prawa, obyczaj zezwalający częściowo na bierność czy nadmiernie szeroki margines laissez-faire i wreszcie: czynnik finansowo-biznesowy. Wielokrotnie zdarzało mi się trafiać na refleksje czy mimowolne obserwacje dotyczące zmian w przestrzeni, gdy pisałam „Duchologię polską”, co pozwalało częściowo prześledzić zachodzące zmiany. Amatorska fotografia lat 70. i 80., fotograficzne „szkicowniki” Jerzego Lewczyńskiego, Davida Hlynsky’ego czy Władysława Hasiora ukazują często nie tylko pierwsze jaskółki wizualnej anarchii, plamy chaosu pojawiające się w odgórnie planowanej przestrzeni, ale także zaniedbania, brud, bałagan, które pracowicie gumkowano z pocztówek z betonowego raju (ich wspaniałą kolekcję opublikował ostatnio Mikołaj Długosz w „Lecie w mieście”). Pomału jednak w krajobraz wkrada się reklama, nie tylko państwowo usankcjonowana poprzez murale, ale także amatorska, jak ręcznie namalowany plakat „Samomyjki”, wypatrzony przez Hlynsky’ego w jednym z krakowskich sklepów. W przestrzeni pojawia się sporo amatorskiej twórczości, niekoniecznie tylko w obrębie ogródka działkowego, gdzie to – jak w głośnym eseju opisał Roch Sulima – kultywowano kreatywność w duchu zrób to sam. Rozmaite szyldy i plansze, fronty sklepów, wystawy, wszystkie stawały się polem twórczości wernakularnej.
Urządzanie miasta po swojemu (z dobrym i złym skutkiem oczywiście) nie jest więc zjawiskiem nowym; jeszcze w latach 70. Marcin Czerwiński starał się przeprowadzić obronę fenomenu, który wówczas określano jako kicz miejski: niejeden szyld, niejedna reklama, witryny, zaaranżowanie kwietników, malunki geometryczne na ławkach i sztachetach, balkony z ich domowej roboty zasłonkami, markizami itp. Jest to po prostu w mieście taki oto żywioł plastyczny, który przeziera co krok. Uzasadniał także miejsce dla „domków polskich”; domek taki, zamieszkiwany przez typ „drobnego ciułacza”, zrodził się na obszarach miejskich i przymiejskich już poza obrębem folkloru, natomiast w obrębie działania rynku, dla którego pracował tartak, cegielnia czy blacharnia, narodził się w sferze społecznej, nieaspirującej do wzorców mieszczańskich czy ziemiańskich. Wydaje się, że właśnie domek polski i kicz miejski to niewinni, budzący dzisiaj sympatyczne skojarzenia protoplaści aktualnego bałaganu przestrzennego.
Podobnie ciepłe uczucia można żywić do zanikającego już powoli zjawiska typopolo, charakterystycznego dla wczesnego kapitalizmu. Powszechna dostępność kolorowych folii samoprzylepnych spopularyzowała szyldy autorstwa samych właścicieli drobnych biznesików, często nieporadne, bez ładu i składu, ale przez to oryginalne i pozwalające dostrzec dobre chęci. „Dziki” kapitalizm w Polsce lat 90. przyniósł w estetyce ofensywę amatorki, w której od czasu do czasu pojawiały się przejawy naprawdę błyskotliwej wyobraźni. Stylistyka aspiracyjna (o której indywidualnym wymiarze, przejawiającym się we „właściwym” stroju, rekreacji i hobby, pisze znakomicie Magda Szcześniak w „Normach widzialności”) kazała zdobić szklanymi frontami banki i urzędy, a nowe gmachy stawiać w stylu postmodernistycznym, najlepiej wściekle kolorowe. Równolegle z nią istniał jednak wszechświat mało-sklepikowo-bazarowy, w którym królowało typopolo nalepione pobieżnie na front PRL-owskiego sklepu. Elementem, który zostanie zauważony zapewne przez niewielu, więc być może tym bardziej warto o nim przypomnieć, jest estetyka wernakularna i oddolna kreatywność mieszkańców: wszystkie wynalazki architektoniczne i dekoratorskie, które powstają z pomysłowości, potrzeby chwili czy chęci ozdobienia otoczenia, a przy tym nie są sformatowane przez łatwo dostępne gotowce. Najprostsze sześciany „kostek polskich” niejednokrotnie zdobiono mozaikami z potłuczonej ceramiki (w mojej okolicy obowiązuje kolor morski), balkony blokowisk przeobrażały się w egzotyczne palmiarnie wyłożone warstwami mat, a balustrady pokrywały się kolorowymi pasami z tworzywa. Obecnie nawet ogródki działkowe, które łatwo wyposażyć sprzętem z marketów budowlanych, nie są już ostoją oryginalnych samoróbek. Jednym z niewielu nowych zjawisk na tym polu, z pewnością godnym odnotowania, jest drugie życie opon, które funkcjonują jako huśtawki, klomby, a nawet fantazyjne łabędzie.
Wszystkie te zjawiska są prekursorskie w stosunku do aktualnego stanu rzeczy i znamionuje je pewna radosna anarchia. Różnica między 1991 a 2016 jest jednak znacząca: przed dwiema dekadami większość wspomnianych wyrobów była „jednorazowa” – niemal nieobecnym zjawiskiem były bary czy sklepy sieciowe. Aktualnie natomiast mamy do czynienia z kombinacjami prefabrykatów, z inwazją klonów. Najłatwiej zauważyć to nie tylko po wszechobecności dyskontów spożywczych, które stopniowo eliminują sklepy indywidualne, ale także po obecności fotografii stockowej w reklamie produkowanej przez trzecioligowe agencje i studyjka poligraficzne. Pojawiają się na nich wciąż te same twarze z banku zdjęć, podobne ornamenty, zbliżona typografia. W parze ze sformatowaniem przestrzeni idzie łopatologiczne myślenie o reklamie, zgodnie z którym wskazówki do sklepu, hurtowni, warsztatu muszą być natrętne, a jeśli kiosk nie zostanie otoczony ze wszystkich stron świata strzałkami wskazującymi „to jest kiosk”, żaden klient nie domyśli się, co to za obiekt.
Ewolucja polskiej przestrzeni publicznej idzie w parze z modami gastronomicznymi, motoryzacyjnymi itp. Z jednej strony mamy estetykę „na sterydach”, a w niej wspólny mianownik znajdują energy drinki oraz szybkie auta, z których w środku nocy słychać głośną, basową muzykę. Z drugiej – w schludnych kawiarniach miękkie akustyczne melodie sączą się przy aromatycznych napojach i dietetycznym cieście; te lokale mają bardziej dyskretne liternictwo, elegancko zaprojektowane logo. Oczywiście ich wygląd jest ściśle związany z zawartością. Krótkowzroczne i niedobre byłoby narzekanie na pstrzące nasz krajobraz budki i kioseczki, bez zwrócenia uwagi na ich paskudne nadzienie w postaci lombardów, sklepów z alkoholem i lokali z automatami do gier, wszystkie oczywiście czynne 24 godziny na dobę i często stawiane jedno obok drugiego, jako sprawnie funkcjonująca – nawet, gdy ma niezależnych właścicieli – maszyneria do wykorzystywania ludzkiej łatwowierności i desperacji. Modne kawiarnie, salony urody, ale także biura przynależą z kolei do „mac-świata” (nie chodzi o McDonald’sa, lecz o Macbooka), rejonów globalnej estetyki, która odznacza się „spreparowaną bezpretensjonalnością”, sztucznie zaaranżowanym powrotem do prostoty i natury. Przestrzenie te i sposoby ich użytkowania mają oczywiście wymiar klasowy, czekający jeszcze na bardziej gruntowne zbadanie, ale wydaje się, że ich światy w pewnym stopniu zazębiają się – kawiarnię czy salon spa w stylu warszawskim można już coraz częściej znaleźć w mieście powiatowym, meble i dekoracje w tzw. stylu skandynawskim dostępne są powszechnie w niedrogich sklepach, co rozwiewa aurę wielkomiejskiej elitarności.
Agata Pankiewicz, redaktorka antologii „Hawaikum”, poświęconej koślawej urodzie polskich przestrzeni, wskazuje na osobliwą kombinację dobrych chęci i zupełnego wyalienowania. Ja o tym myślę jak o próbie budowania swojego raju. A że te raje są zupełnie niepołączone ze sobą i z krajobrazem, to inna sprawa – mówi Pankiewicz w wywiadzie dla pisma „Aktivist”. Pozwalając sobie na osobiste wtrącenie i odrobinę anecdata: moje doświadczenie mieszkania na przedmieściach różnych miejscowości wydaje się potwierdzać te obserwacje. O ile mieszkanie w bloku przyzwyczaja czy niejako wymusza współdziałanie i komunikację z sąsiadami, branie pod uwagę ich preferencji, czasem wspólne podejmowanie decyzji, o tyle budownictwo jednorodzinne sprzyja wytworzeniu efektu „pola siłowego” wokół pojedynczej działki. Przez to pole, w wyobrażeniu właściciela, nie przenikają hałasy, brzydkie zapachy i inne nieprzyjemności, a nieprzekraczalną granicę totalnej swobody (w której często nie mieszczą się praktyki dobrosąsiedzkie) wyznacza linia ogrodzenia właśnie. Można dopatrywać się przyczyn takiego stanu rzeczy w przekonaniu, że (aspiracyjny) domek na przedmieściu postrzegany jest przez jego lokatora często jako bezpieczna przystań, niejako wyabstrahowana z szerszego otoczenia – służy do spędzania w niej poranków, wieczorów i weekendów, przyjeżdża się doń i wyjeżdża zeń samochodem. Do tego dom stanowi spełnienie pewnej ambicji, co sprzyja pobłażliwości własnej. Często nie stoi za tym zapewne zła wola, a przyzwyczajenie, komfortowy mechanizm psychologiczny, rodzaj projekcji każącej wierzyć, że skoro u mnie wszystko działa, to wszędzie indziej również.
W tym kontekście do myślenia dają badania przeprowadzone przez TNS w 2013 roku. Pokazują one ciekawą rozbieżność, która pomaga wyjaśnić paradoksy polskiego krajobrazu: oto 80% badanych uważa, że ważne jest, aby miejscowość ładnie wyglądała, ale jednocześnie aż 70% nie widzi problemu we własnej okolicy, udzielając twierdzącej odpowiedzi na pytanie „czy przestrzeń w Polsce jest uporządkowana?” dotyczące najbliższego otoczenia. To samo pytanie zadane w odniesieniu do uogólnionych miast, wsi i dróg przyniosło odpowiedzi już mniej optymistyczne. Jednocześnie te same badania pozytywnie zaskakują przy okazji pytania o zjawisko, które pewien wygadany internauta nazwał „zagrodowym liberalizmem”. Większość ankietowanych wyraziła opinię, że „mieszkańcy i lokalne władze powinni mieć wpływ na to, co jest budowane w ich okolicy”. Wreszcie, i to zapewne najbardziej praktyczna wiedza, ankietowani deklarują, co ich zdaniem szpeci wspólną przestrzeń. Przede wszystkim są to śmieci, psie kupy i napisy na murach. Pakiet „springerowski”, czyli architektoniczny bałagan i chaotyczna zabudowa, dzikie parkingi, a przede wszystkim reklamy – niepokoją znacznie mniejszą liczbę pytanych. Warto zastanowić się, skąd wynika taki stan rzeczy. Pomagają w tym dalsze deklaracje: niemal połowa zapytanych Polaków twierdzi, że reklamy, gdy są pomysłowe i zabawne, mogą urozmaicać przestrzeń; większość zdecydowanie uważa, że nie wolno wywieszać bannerów na zabytkach; jednocześnie niemal taka sama liczba osób zgodziłaby się na wywieszenie reklamy na własnym domu, gdyby mogli otrzymać za to zapłatę.
Te obserwacje pozwalają wysnuwać przypuszczenie, że pewne zjawiska mogą być traktowane jak zło konieczne (dzikie parkingi, ponieważ jest zbyt mało parkingów właściwych, podobnie z mieszkaniami – lepsze jakiekolwiek niż żadne), inne z kolei budzą akceptację, jeśli w jakiś sposób zostaną ucywilizowane. Oto reklama outdoorowa jest tolerowana, gdy znajduje się w przeznaczonym dla siebie miejscu (klasyczne billboardy, citylighty na przystankach, murale), natomiast bannery na ogrodzeniach, a zwłaszcza siatki na budynkach, zwane popularnie „szmatami”, budzą jednoznaczną niechęć. Innymi słowy, konieczna jest jakaś droga środka, która pozwoli na „kuratorowanie” (przez samorządy? komisje? samych właścicieli budynków?) przestrzeni reklamowej tak, aby uwzględniała kompromisowe rozwiązania. Dyskutowana ubiegłoroczna ustawa krajobrazowa wydaje się odpowiadać na te problemy tylko po części.
Kolejną przyczyną o systemowym charakterze jest zjawisko, które można nazwać rodzajem wymuszonej rezygnacji. A może ponurym pragmatyzmem, każącym wybierać budującym i urządzającym przestrzeń pomysły wtórne, rodem z masowego supermarketu, kiepskiej jakości, nieładne, tylko dlatego, że okazują się bardziej ekonomiczne czy wygodniejsze w utrzymaniu. To sprawia, że z krajobrazu Polski znika stopniowo lub bezpowrotnie zmienia się ciekawa architektura, której remont się nie opłaca. Smutnym przykładem jest choćby malejąca liczba unikatowych domków z wapienia w okolicach Częstochowy, które łączą rustykalną urodę z regionalnym rysem (przy budowie wykorzystywano lokalny surowiec). Niestety ich konstrukcja powoduje problemy z temperaturą i wilgocią wewnątrz domu, urok przegrywa więc z argumentem praktycznym: wapień chowa się pod styropianem albo stawia nowego gotowca z katalogu. Być może przemyślany system ochrony dziedzictwa architektonicznego, który uwzględniłby odciążenie mieszkańców w wydatkach, pozwoliłby zachować przestrzeń regionu w oryginalnym kształcie?
Możliwe jednak, że stałe zanurzenie w pewnej rzeczywistości nie pozwala dostrzec szerszych struktur czy zaburza obserwację powolnej ewolucji, każąc skupiać się na stanie bieżącym. Na potrzeby „Duchologii polskiej” miałam możliwość przeprowadzenia kilku rozmów z Cyprianem Kościelniakiem, polskim grafikiem i ilustratorem, od lat pracującym w Holandii. W latach 80. na własne potrzeby prowadził szkicownik fotograficzny, dokumentujący oddolną twórczość działkowiczów czy robotników – tak jakby przewidywał, że ich czas już mija, domagają się więc zarejestrowania. […] tak zwana epoka żelaza, czyli bramy, ogrodzenia. To było dla mnie esencją wizualności Polski Ludowej: natychmiast, szybko, tanio. Coś, co miało trwać chwilę, trwało dziesięć lat. Zauważenie ulicy, tego, co brudne, szare, było dla mnie wielkim odkryciem. Przyznałem się sam przed sobą, że to mój świat i że muszę z niego korzystać – mówił. Kolejne powroty do Polski przynosiły obserwacje o zmieniającej się przestrzeni, która stopniowo zaczęła się jego zdaniem „niderlandyzować”, podążając w stronę pewnego sformatowania, odgórnego projektu. W Holandii, ale też coraz bardziej w Polsce, brakuje mi siermiężności, komunikacji płynącej z pierwotnej potrzeby używania znaków. W latach 80. było tego mnóstwo.
Alternatywą dla amatorskiej, nieprofesjonalnej komunikacji okazuje się niestety profesjonalizm w formie instant, przestrzeń renowacji w identycznym stylu, „kamienowanych” rynków, blaszanych klocków, jednakowych dyskontów i marketów, szaro-czerwonych zygzaków kostki Bauma, zatłoczonych nowych osiedli, krótkowzrocznych projektów. Strategia „natychmiast, szybko, tanio”, o której wspomina Kościelniak, zyskała nowe wcielenie – ukryte pod pretekstem modernizacji. Nieprzemyślanej i pospiesznej, często niezbyt funkcjonalnej, do tego najpewniej z krótką datą ważności. Jej powolna erozja, starzenie się, może przynieść dla wspólnej przestrzeni skutki jeszcze bardziej opłakane. Być może warto już dzisiaj wykonać kilka symulacji: zamienić w myślach jedno z nowych centrów handlowych w dużym mieście w opuszczony supermarket ze „Świtu żywych trupów” (galerie handlowe skutecznie zombifikują centra miast – dlaczego ich nie miałoby kiedyś spotkać to samo), wyobrazić sobie odnowiony dworzec czy centrum przesiadkowe za kilkanaście lat, gdy materiały się nieco zestarzeją (czy trzeba będzie co chwilę coś łatać?), całe miejscowości bez zieleni (bo miejsca parkingowe, bo trzeba grabić liście), a szerszy krajobraz bez naturalnych nie-miejsc, łąk, zarośli, małych lasków, zjedzonych przez rozrost miast (urban sprawl). To perspektywy groźniejsze niż plankton reklamowy, który – choć brzydki – stosunkowo łatwo posprzątać.
Olga Drenda
przez dr hab. Rafał Łętocha | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Z Polski rodem, Zima 2016
Nie ulega wątpliwości, że od czasów Mikołaja Kopernika nie było Polaka, który wniósłby do światowej ekonomii tak doniosły wkład jak Michał Kalecki.
Zainteresowanie jego dorobkiem zdaje się w ostatnich latach rosnąć, jest odkrywany na nowo zarówno w naszym kraju, jak i poza jego granicami. Można jednocześnie powiedzieć, że ciągle nie jest dostatecznie doceniany, o czym świadczy niezbyt powszechna świadomość, że to właśnie on głosił teorie prekursorskie wobec koncepcji Johna Maynarda Keynesa, jednego z najwybitniejszych i najbardziej wpływowych ekonomistów naszych czasów. Trzy lata przed wydaniem przez Keynesa jego fundamentalnej pracy „Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza” (1936), która przyniosła autorowi światową sławę i spowodowała, że keynesizm stał się jedną z najważniejszych szkół ekonomicznych XX wieku, Kalecki opublikował „Próbę teorii koniunktury” (1933) i otrzymał dzięki niej stypendium w Szwecji. W pracy tej przedstawił poglądy w zasadzie tożsame z teorią popytową Keynesa, która trzy lata później przyniesie brytyjskiemu ekonomiście wielkie uznanie na całym świecie. Wskazał, w jaki sposób przez pobudzenie popytu można uzdrowić i ożywić gospodarkę pogrążoną w tamtym czasie w kryzysie. Zarówno Kalecki, jak i później Keynes uznali, że główną przyczyną kryzysu jest zbyt niski popyt, w związku z czym nieodzowna jest interwencja państwa i finansowane z budżetu roboty publiczne. Na te cele państwo powinno bez wahania pożyczać pieniądze, a potem je wydawać – a wszystko po to, by wzbudzić popyt.
Zdaniem wielu badaczy wywody Kaleckiego były o wiele bardziej klarowne, spójne i pogłębione niż teksty brytyjskiego ekonomisty. Jednak fakt, że pochodził z kraju peryferyjnego, a jego praca została wydana w języku polskim, z pewnością nie pomógł w rozpropagowaniu jego teorii w świecie Zachodu. Sam Kalecki zresztą niespecjalnie o to dbał. Kiedy w 1936 roku przeczytał pracę Keynesa, postanowił się z nim spotkać i przyłączyć do obozu keynesistów, zdając sobie sprawę z siły, którą sobą reprezentują, nie wchodził natomiast w spory dotyczące pierwszeństwa autorstwa teorii popytowej. Współpracownica Keynesa i jednocześnie Kaleckiego, brytyjska ekonomistka Joan Robinson, w artykule „Kalecki i Keynes” podkreślała, że teoretyczne pierwszeństwo pewnych podstawowych założeń koncepcji Keynesa leży bez wątpienia po stronie Kaleckiego, jednak był on zbyt uprzejmy, aby kiedykolwiek o tym przypominać. Profesor Tadeusz Kowalik, uczeń i współpracownik Kaleckiego, przytacza z kolei opinię noblisty w dziedzinie ekonomii Lawrence’a R. Kleina. Nie wahał się on stwierdzić, że po ponownym przestudiowaniu artykułu Kaleckiego o cyklu koniunkturalnym doszedł do wniosku, że stworzył on system, który zawiera wszystko, co ważne w systemie keynesowskim […]. Jestem przekonany, że jego teoria zatrudnienia jest równorzędna do Keynesa […]. Niestety, Kaleckiemu zabrakło reputacji Keynesa i zdolności do zwrócenia na siebie uwagi światowej opinii publicznej. Dlatego jego teoria pozostała mało zauważana. W pewnym sensie teoria Kaleckiego przewyższa teorię Keynesa, gdyż jest wyraźnie dynamiczna. Uwzględnia ponadto podział dochodu oraz jego poziom, a także odróżnia decyzje inwestycyjne od ich realizacji1.
***
Michał Kalecki urodził się w 22 czerwca 1899 roku w zasymilowanej rodzinie polsko-żydowskiej2. Jego ojciec był w Łodzi właścicielem przędzalni, którą jednak utracił. W wieku 11 lat Michał wstąpił do I Gimnazjum Filologicznego w Łodzi, następnie zaś w 1917 roku rozpoczął studia na Politechnice Warszawskiej, na Wydziale Inżynierii Budowlanej. Później jeszcze kilkakrotnie zmieniał uczelnie, przenosząc się na studia matematyczne na Uniwersytecie Warszawskim, a następnie na Politechnikę Gdańską, której jednak nie ukończył z powodu pogorszenia się sytuacji materialnej. Nie miał więc formalnego wykształcenia ekonomicznego, a nawet w pełni ukończonych studiów, na Politechnice Gdańskiej otrzymał bowiem tylko tzw. półdyplom. Pracując w przedsiębiorstwie wywiadu kredytowego, rozwijał jednak swoje zainteresowania ekonomiczne, co wkrótce przybrało postać systematycznych studiów.
Pod koniec lat 20. XX w. nawiązał regularną współpracę z dwoma polskimi periodykami ekonomicznymi – „Przeglądem Gospodarczym” oraz „Przemysłem i Handelem”, w których publikował artykuły o wielkich koncernach czy międzynarodowych stosunkach gospodarczych. W 1929 roku otrzymał posadę w Instytucie Badania Koniunktur i Cen. Odtąd mógł poświęcić się pracy jako ekonomista, choć trzeba powiedzieć, że nigdy też nie porzucił całkowicie zainteresowań inżynierią i czystą matematyką, publikując artykuły również na te tematy. W Instytucie opublikował wspominaną już broszurę „Próba teorii koniunktury”. Nawiązał również współpracę z „Przeglądem Socjalistycznym”, w którym zamieścił kilka artykułów pod pseudonimem Henryk Braun. Wraz ze współpracownikiem z Instytutu, Ludwikiem Landauem, dokonali pierwszych oszacowań inwestycji, konsumpcji i dochodu społecznego dla Polski oraz przygotowali opracowanie na temat wahań cen, kosztów i produkcji przemysłowej w naszym kraju. W 1933 roku, krótko po opublikowaniu „Próby teorii koniunktury”, Kalecki wziął udział w konferencji Towarzystwa Ekonometrycznego w Lejdzie i zaprezentował tam swój artykuł będący wykładem głównych myśli z tej pracy. Dotyczył on teorii cyklu, teorii zysków oraz teorii efektywnego popytu i produkcji. Części dotyczące teorii zysków oraz teorii efektywnego popytu i produkcji, w których, zdaniem większości badaczy, antycypował teorię Keynesa z „Ogólnej teorii zatrudnienia, procentu i pieniądza”, nie wzbudziły jakiegokolwiek zainteresowania uczestników konferencji. Natomiast model cyklu koniunkturalnego wywołał przychylne komentarze Ragnara Frischa z Norwegii i Iana Tinbergena z Holandii.
Dzięki udziałowi w konferencji w Lejdzie otrzymał Kalecki stypendium Rockefellera na studia zagraniczne i w styczniu 1936 r. wyjechał do Szwecji. Tam właśnie przeczytał „Ogólną teorię…”. Według Joan Robinson, czytając ją miał poczucie, że jest to książka, którą właśnie zamierzał napisać. Powiedział: przyznaję, byłem chory. Przez trzy dni leżałem w łóżku. Potem pomyślałem sobie – Keynes jest bardziej znany ode mnie. Te idee rozejdą się o wiele szybciej, jeśli będą pochodziły od niego – a potem zajmiemy się ciekawą kwestią ich stosowania. To mnie podniosło na duchu3. W związku z tą lekturą postanowił udać się niezwłocznie do Anglii i przyłączyć do szkoły keynesowskiej. W marcu 1936 roku przybył na Wyspy i podjął starania o nawiązanie kontaktu z najbliższymi współpracownikami Keynesa. W ten sposób poznał Joan Robinson, z którą przez lata pobytu w Anglii będą łączyły go nie tylko kontakty zawodowe, ale i przyjaźń. W 1938 roku otrzymał stypendium Uniwersytetu w Cambridge i uczęszczał na seminarium prowadzone przez Piero Sraffę. Wkrótce zaś, wraz z Austinem Robinsonem, Richardem Kahnem, Piero Sraffą i Keynesem jako przewodniczącym, wziął udział w nadzorowaniu programu badawczego National Institute of Economic and Social Research, dotyczącego kosztów własnych, przychodów i produkcji.
Od 1940 roku pracował jako samodzielny pracownik naukowy w Oksfordzkim Instytucie Statystycznym, współpracując tam m.in. z Ernstem Friedrichem Schumacherem, Davidem Worswickiem czy Josefem Steindlem. Podczas II wojny światowej powstały też niezwykle ważne, zwłaszcza z punktu widzenia niniejszego artykułu, prace Kaleckiego: „Polityczne aspekty pełnego zatrudnienia” (1943) oraz „Trzy drogi do pełnego zatrudnienia” (1944). Zamieszczono je w książce napisanej wspólnie z innymi członkami Instytutu, zatytułowanej „The Economics of Full Employment”. W Instytucie Kalecki pozostał do marca 1945 roku, kiedy to wyjechał do Montrealu, gdzie podjął pracę w Międzynarodowym Biurze Pracy. W następnym roku natomiast udał się do Nowego Jorku i objął tam stanowisko zastępcy dyrektora Działu Stabilizacji i Rozwoju w Departamencie Gospodarczo-Społecznym Sekretariatu ONZ. Zajmował się głównie analizą wewnętrznych problemów ekonomicznych różnych krajów, zarówno tych rozwiniętych, jak i rozwijających się. Analizy te następnie były zamieszczane w serii „World Economic Report”. Równocześnie kontynuował badania teoretyczne, czego owocem była praca „Teoria dynamiki gospodarczej” (1958). Wydaje się, że doświadczenia pracy w ONZ (gdzie przygotowywał m.in. raporty o problemach gospodarczych Izraela czy Meksyku) zaowocowały u niego zainteresowaniem ekonomią rozwoju, za której pioniera zresztą jest dziś przez niektórych uważany.
Z powodów politycznych zrezygnował z pracy w ONZ. Ostatnie lata jego działalności tam zbiegły się z kulminacją maccartyzmu w Stanach Zjednoczonych. Kilku kolegów Kaleckiego pod naciskiem USA zostało zdymisjonowanych przez Sekretarza Generalnego ONZ Trygve’go Lie, w wyniku oskarżeń o sprzyjanie komunizmowi. W związku z tym Kalecki również zrezygnował z posady i w 1955 roku wrócił do Polski, gdzie został powołany na stanowisko doradcy Hilarego Minca, ówczesnego wicepremiera. W następnych latach piastował różne stanowiska jako doradca lub konsultant, przeważnie na polu planowania gospodarczego, odgrywając bardzo ważną rolę w opracowaniu projektu planu perspektywicznego na lata 1961–1975. Wkrótce jednak plan ten spotkał się z surową krytyką jako wyznaczający zbyt skromne cele, co zapoczątkowało wycofywanie się Kaleckiego z aktywnego udziału w życiu politycznym. Od tego momentu skupił się przede wszystkim na pracy teoretycznej i zajęciach dydaktycznych. Zgromadził wokół siebie grupę ekonomistów, tworząc w istocie całą szkołę myśli ekonomicznej, określaną mianem szkoły Kaleckiego (Tadeusz Kowalik, Kazimierz Łaski, Ignacy Sachs, Włodzimierz Brus). W końcu 1955 roku podjął pracę w Zakładzie Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk, a w 1956 r. Centralna Komisja Kwalifikacyjna nadała mu pierwszy akademicki tytuł profesora nauk ekonomicznych. Kontynuując zainteresowania ekonomią rozwoju, wraz z Oskarem Langem i Czesławem Bobrowskim zorganizował w 1958 roku seminarium poświęcone gospodarkom słabo rozwiniętym i prowadził je niemal przez dziesięć lat. W 1961 roku rozpoczął wykłady w Szkole Głównej Planowania i Statystyki (SGPiS), a następnie objął tam pracę na pełny etat. Rok później minister szkolnictwa powołał go na przewodniczącego rady naukowej utworzonego przy SGPiS Międzyuczelnianego Zakładu Problemowego Gospodarki Krajów Słabo Rozwiniętych.
W 1965 roku przeszedł atak serca, który pozostawił po sobie trwałe ślady i spowodował poważny uszczerbek na zdrowiu. Ponadto na jego samopoczucie niekorzystnie wpływała sytuacja w kraju i nasilająca się nagonka antysyjonistyczna. W 1969 roku zrezygnował ze stanowiska w SGPiS. Zmarł 17 kwietnia 1970 roku.
***
Kalecki w swoich pierwszych pracach ekonomicznych zajął się problemem nadzwyczaj wówczas aktualnym i poruszającym wyobraźnię licznych myślicieli: jak przeciwdziałać kryzysom koniunkturalnym i co robić, aby gospodarkę jak najszybciej z takiego kryzysu wyprowadzić. Uznał, wbrew opinii powszechnej zarówno wówczas, jak i dzisiaj, że ratunkiem nie jest zaciskanie pasa przez wprowadzanie oszczędności w sektorze publicznym, lecz odpowiednie pobudzanie popytu. W swojej teorii efektywnego popytu wskazywał, że wzrost płac i zatrudnienia pobudza konsumpcję wśród robotników, a tym samym zwiększa zatrudnienie w gałęziach produkcji dóbr spożycia. Rozszerzenie produkcji wywołuje dalszy rozwój inwestycji i tworzenie się nowej siły nabywczej. Zjawiska kryzysowe pojawiają się natomiast dopiero wówczas, gdy zwiększona produkcja natrafia na barierę popytu, która pociąga za sobą zmniejszenie się zakresu i rentowności inwestycji, wzrost bezrobocia, spadek cen itp. Przyczyną kryzysów jest więc niedostateczny popyt efektywny, którego przezwyciężenie nie jest możliwe w sposób samoistny, bo mechanizm sam nie jest w stanie się regulować, wymaga natomiast stymulacyjnej roli państwa w gospodarce.
Kluczową rolę w pobudzaniu koniunktury Kalecki widział w inwestycjach. Paradoks inwestycji w majątek trwały polega jednak na tym, że pobudzają one gospodarkę tylko do momentu, gdy są tworzone. Ich zakończenie zaś czyni zatrudnionych przy nich pracowników bezrobotnymi, a one same zaczynają wytwarzać towary czy usługi, które nie napotykają na wzrastający popyt, przyczyniając się tym samym do zahamowania koniunktury. Drugi paradoks dotyczy natomiast oszczędności oraz finansowania inwestycji dzięki nim. Można zapytać, skąd wziąć pieniądze na nowe inwestycje. Rozsądek podpowiadałby, że najlepiej z oszczędności powstałych w wyniku ograniczenia potrzeb konsumpcyjnych. Kalecki jednak zwraca tutaj uwagę, że wzrost oszczędności kapitalistów nie musi przekładać się na inwestycje, a po drugie – inwestycje de facto „finansują się same”, ponieważ raz rozpoczęte, zwiększają strumień dochodów. Wreszcie zaś – samo zwiększenie konsumpcji kapitalistów prowadzi do wzrostu popytu, a więc również do ich zysków, co przeczy powszechnemu przekonaniu, że im więcej się konsumuje, tym mniej się oszczędza.
Wzrost konsumpcji nie oznacza spadku oszczędności. Pogląd taki jest słuszny w odniesieniu do pojedynczego kapitalisty, jeśli bierzemy natomiast pod uwagę całą klasę kapitalistów, to istnieje zależność przeciwna: wzrost wydatków inwestycyjnych i konsumpcyjnych prowadzi do wzrostu zysków. Co inwestują lub konsumują jedni – to zarabiają wnet inni kapitaliści. Kapitaliści jako ogół zyskują wszak to właśnie, co inwestowali i konsumowali4. Paradoks ten został ujęty w sformułowaniu: Robotnicy wydają tyle, ile zarabiają, a kapitaliści – tyle, ile wydają. Dla wysokiej koniunktury decydujące są zachowania kapitalistów – im wyższe są ich dochody, tym bardziej wzrasta niebezpieczeństwo względnego zmniejszenia się ich wydatków na konsumpcję (w stosunku do dochodów). Wydatki pracowników są natomiast dość stabilne. Brak przekształcania oszczędności w inwestycje nakręca spiralę recesyjną, jeżeli w tym samym momencie wiele osób zaczyna postępować w analogiczny sposób. Do podtrzymania długofalowego rozwoju niezbędne są ponadto zdaniem Kaleckiego innowacje mające stanowić najistotniejszy bodziec. Wskazuje też wreszcie na redystrybucję dochodów, która może w skali makroekonomicznej pobudzić gospodarkę i ograniczyć bezrobocie.
Tym samym podważył on pogląd, że obniżka płac, cięcia budżetowe i przysłowiowe „zaciskanie pasa” stanowią najlepsze panaceum na wyjście z kryzysu. Państwo powinno pobudzać gospodarkę niejako od dołu, przy pomocy wydatków trafiających wprost do pracowników, którzy w swej masie, gdy dostaną więcej pieniędzy, będą więcej wydawać na cele konsumpcyjne, a tym samym nakręcać spiralę koniunktury. Redystrybucja dochodów na rzecz uboższych grup społeczeństwa i wzrost wydatków państwowych powinny być więc celem polityki pełnego zatrudnienia.
Problematyką pełnego zatrudnienia Kalecki zajął się w czasie II wojny światowej. W swoim artykule poświęconym tym kwestiom wskazał na trzy drogi prowadzące do osiągnięcia i utrzymania stanu pełnego zatrudnienia:
- Przez wydatki rządu na inwestycje publiczne (np. szkoły, szpitale, drogi itp.) lub na subsydiowanie masowej konsumpcji (zasiłki rodzinne, obniżki podatków pośrednich, subsydia w celu obniżania cen podstawowych środków utrzymania) – pod warunkiem, że wydatki te są finansowane z kredytów. Metodę tę będziemy w skrócie nazywać finansowaniem z deficytu.
- Przez pobudzanie prywatnych inwestycji (za pomocą obniżki stopy procentowej, zmniejszania podatku dochodowego i innych środków wspierających prywatne inwestycje).
- Przez redystrybucję dochodu od wyższych do niższych grup dochodowych5.
Rząd, zdaniem Kaleckiego, powinien finansować te wydatki z kredytów, w ten sposób wywołując ogólny wzrost dochodu. Zwiększone dochody powodują zwyżkę wpływów z podatków dochodowych. W efekcie deficyt budżetowy jest niższy niż wzrost wydatków rządowych. Deficyt w ten sposób niejako sam się finansuje, wzrost deficytu wywołuje bowiem przyrost dochodów i zmiany w strukturze ich podziału. Pojawiają się oszczędności konieczne do jego sfinansowania. Rzecz jasna, na co wskazywał Kalecki, trzeba być ostrożnym przy stosowaniu tego środka – wydatki rządu na cele publiczne nie mogą rosnąć szybciej niż potrzeby w tym zakresie. Rząd powinien dokonywać publicznych inwestycji w takim zakresie, jakiego aktualnie wymaga zaspokojenie potrzeb społeczeństwa, a wydatki rządu powyżej tego poziomu są przeznaczane na subsydiowanie masowej konsumpcji6.
Dziś jednak przy stosowaniu tej metody pojawia się jeszcze jeden problem, na który Kalecki czy Keynes nie zwracali zupełnie uwagi, a który został trafnie zdiagnozowany przez Jerzego Osiatyńskiego – mianowicie liberalizacja rynków kapitałowych. W dzisiejszych czasach znaczna część potrzeb pożyczkowych jest finansowana przez podmioty zagraniczne. Stąd politycy nie mają takiej swobody pobudzania koniunktury przez zwiększanie wydatków publicznych. Sam wzrost zadłużenia nie musi być niczym złym. Niebezpieczeństwo zaczyna być dopiero wtedy, gdy finansują go podmioty zagraniczne, dlatego, że bardzo dużą rolę odgrywają wówczas rynki finansowe. Nie jest przypadkiem, że Wielka Brytania, która miała większy dług i deficyt w relacji do PKB niż Hiszpania, nie stała się podczas obecnego kryzysu celem ataku rynków finansowych. Miała własną walutę, a na dodatek zapewnienie Banku Anglii, że będzie finansował brytyjski dług. Hiszpania nie miała ani jednego, ani drugiego. Japonia ma 230 proc. długu i się tym nie przejmuje, bo jej papiery dłużne znajdują się w rękach Japończyków. Agencje ratingowe mogą sobie o tym kraju pisać, co chcą – nie ma to żadnego wpływu na koszty jego obsługi7.
Jeżeli zaś chodzi o stymulowanie prywatnych inwestycji – owszem, Kalecki zalecał ten środek, uznając, że należy to czynić choćby poprzez zmniejszanie podatku dochodowego, subsydiowanie przedsiębiorstw podejmujących inwestycje czy obniżanie stopy procentowej. Środki te należy uznać za komplementarne i stosować łącznie. Jednak nie wierzył w możliwość utrzymania pełnego zatrudnienia li tylko przy ich pomocy, tj. drogą pobudzania prywatnych inwestycji. Przewidywał zresztą, że udział państwowych fabryk w ogólnej masie urządzeń przemysłowych będzie stale rosnąć, co stanie się symptomem niezdolności prywatnej przedsiębiorczości do wypełnienia swego zadania w warunkach pełnego zatrudnienia8.
Zdecydowanie najistotniejszym spośród trzech przedstawionych przez niego sposobów jest odpowiednia redystrybucja. Wynika to chociażby z tego, że krańcowa skłonność do konsumpcji klas zamożnych jest mniejsza niż warstw ubogich. W związku z tym konieczne jest dokonanie transferu części dochodu warstw zamożnych do warstw ubogich. Można to zrobić przez podatek progresywny, zmniejszanie podatków na towary pierwszej potrzeby czy wypłacanie odpowiednich zapomóg. Wszystko to, zwiększając skłonność do konsumpcji w danym społeczeństwie, skutkuje wzrostem popytu efektywnego. W przypadku zastosowania tej metody konieczna jest jednak również kontrola cen. Kalecki nie wierzył natomiast, aby mogło się to dokonać siłami samych pracowników, którzy zdołaliby wywalczyć sobie wyższe płace. Jak pisał, walka o płace nie doprowadzi do fundamentalnych zmian w podziale dochodu narodowego. Znacznie skuteczniejszym środkiem do osiągnięcia tego celu jest opodatkowanie dochodów i majątku, gdyż te rodzaje podatków (w przeciwieństwie do podatku towarowego) nie wpływają na koszty zmienne, a zatem nie działają w kierunku wzrostu cen. Jednakże dla dokonania redystrybucji dochodu za pomocą takich środków rząd musi mieć zarówno siłę, jak i pragnienie, aby to przeprowadzić9.
Co do ostatniej kwestii – powątpiewał on poważnie, czy w państwie kapitalistycznym taka wola się znajdzie. Jednocześnie przytomnie zauważał, iż istnieje też cała masa tak zwanych „przyjaciół robotników”, którzy starają się ich przekonać, że we własnym interesie powinni zaprzestać walki o płace, albowiem wzrost płac miałby być główną przyczyną bezrobocia i szkodziłby klasie robotniczej jako całości. Tymczasem, jak podkreślał, ekonomia keynesowska całkowicie podważa fundamenty takiego rozumowania. Pełne zatrudnienie na stałe może zapewnić, zdaniem Kaleckiego, jedynie kombinacja tych trzech sposobów, które nie są od siebie niezależne, a wręcz przeciwnie – należy uznać je za organiczną całość, za metody, które winny być wdrażane jednocześnie i kumulatywnie. Rząd powinien wydawać na inwestycje publiczne i na subsydiowanie konsumpcji uboższych grup ludności tyle, aby – w połączeniu z inwestycjami prywatnymi, niezbędnymi do zwiększania zdolności wytwórczej urządzeń proporcjonalnie do wzrostu „dochodu narodowego przy pełnym zatrudnieniu” – zapewnić pełne zatrudnienie10. Oczywiście to, w jakim okresie, z których korzystać w większym stopniu, na co kłaść nacisk, to kwestia techniczna, którą trzeba rozważać w odniesieniu do konkretnej sytuacji, w jakiej znajdują się dany kraj i jego gospodarka.
Kalecki był jednak sceptyczny co do tego, czy państwa kapitalistyczne, nawet wiedząc, jak to zrobić, będą chciały utrzymywać pełne zatrudnienie. Można zapytać, z czego ta nieprzychylność wynika. Autor wskazuje, że podstawowe znaczenie ma tu niechęć wielkiego kapitału do utrzymywania pełnego zatrudnienia za pomocą wydatków państwowych. Stanowi to poniekąd paradoks, albowiem wyższa produkcja i zatrudnienie są korzystne nie tylko dla robotników, lecz także dla kapitalistów, których zyski rosną. Jednak tak właśnie się dzieje, co pokazały czasy kryzysu lat 30. Kalecki przyczyny niechęci kapitalistów do pełnego zatrudnienia osiąganego przez wydatki państwowe dzieli na trzy kategorie: 1) niechęć do wtrącania się państwa w zagadnienia zatrudnienia w ogóle, 2) niechęć w stosunku do kierunku wydatków państwowych (inwestycje publiczne i subwencjonowanie konsumpcji), 3) niechęć do społecznych i politycznych przemian, wynikających ze stałego utrzymywania pełnego zatrudnienia11. Stwierdza, że kapitaliści niechętnie patrzą na każde rozszerzenie interwencji państwa, zwłaszcza zaś w sprawach zatrudnienia. Akceptują inwestycje publiczne, ale żądają, by ograniczały się one do obiektów, które nie konkurują z aparatem wytwórczym kapitału prywatnego, jak np. szkoły, drogi, szpitale. Zakres tej akceptacji jest, rzecz jasna, dość wąski, lecz zachodzi obawa, że rząd, działając w myśl polityki pełnego zatrudnienia, zechce go rozszerzyć.
Zdaniem Kaleckiego można by sądzić, że w związku z tym kapitaliści będą się przychylniej odnosić do subsydiowania masowej konsumpcji niż do inwestycji publicznych. Nic bardziej błędnego: różnego rodzaju zasiłki rodzinne czy subsydia spotykają się z jeszcze mocniejszym ich sprzeciwem. Tu bowiem chodzi o zasadę „moralną” najwyższej wagi. Podstawy etyki kapitalistycznej wymagają, „byś zarabiał w pocie czoła na swój chleb” – chyba że żyjesz z dochodów z kapitału12. Poza tym w systemie stałego, pełnego zatrudnienia zwalnianie z pracy przestałoby odgrywać rolę środka dyscyplinującego masy, pozycja społeczna kapitalistów zostałaby tym samym zachwiana, a wzrosłaby pewność siebie robotników. Instynkt klasowy kapitalistów mówi im zatem, że trwałe, pełne zatrudnienie jest dla nich niekorzystne, podważa ich pozycję, a bezrobocie stanowi integralną część systemu kapitalistycznego.
***
Julio López i Michaël Assous w swojej biografii Kaleckiego nazywają go pionierem ekonomii rozwoju. Problematyką tą zainteresował się Kalecki jeszcze w latach 30. XX wieku. Wyrazem tego była obszerna recenzja książki Mihaila Mainolescu „The Theory of Protection and International Trade” (1931). Manoilescu jako gorliwy zwolennik protekcjonizmu spotkał się z surową krytyką ze strony ekonomistów liberalnych. Kalecki jednak bronił jego poglądów, wskazując, że autor ten pokusił się o stworzenie naukowych podstaw protekcjonizmu, zwłaszcza w krajach zacofanych i rolniczych, będąc przekonanym, iż nowe gałęzie przemysłu powinny być otaczane w tego typu krajach opieką, albowiem będą one dogodne z punktu widzenia kraju, ponieważ z powodu bezrobocia dodatkowe inwestycje będą tworzyły swoją własną podaż oszczędności13. Sprzeciwiał się jednak uznaniu protekcjonizmu za jakiś uniwersalny i jedyny sposób rozwiązywania problemów krajów rozwijających się i doprowadzenia do ich uprzemysłowienia.
Na większą skalę zainteresował się tymi zagadnieniami podczas swojej pracy w ONZ. Nie może to dziwić z tego powodu, że pełnił obowiązki doradcy w kilku krajach o takim charakterze. W 1951 roku pracował jako doradca rządowy w Izraelu, sporządzając plan doraźnych naprawczych działań obejmujących krótką perspektywę czasową. W swoim raporcie wskazywał, że problemy gospodarcze kraju związane są głównie z masową migracją ludności żydowskiej do Izraela oraz strukturalnymi cechami tamtejszej gospodarki uzależnionej od jednego źródła rozwoju, czyli importu kapitału. Zalecił jednocześnie środki zaradcze, które podzielił na trzy główne działy: redukcja importu i zwiększenie eksportu, zrównoważenie bilansu płatniczego przy użyciu innych środków, polityka antyinflacyjna.
Z kolei w latach 1959–1960 Kalecki prowadził działalność doradczą w Indiach. Analiza tamtejszej sytuacji doprowadziła go do wniosków, że przyczyną braku stabilności indyjskiej gospodarki jest przede wszystkim nazbyt rozbudowany program inwestycyjny prowadzony zarówno przez sektor państwowy, jak i prywatny. Zapewnienie Indiom równowagi finansowej wymagało wedle niego wzrostu w tym kraju podaży artykułów pierwszej potrzeby. W związku z tym podkreślał konieczność braku ich opodatkowania i utrzymania na nie stałej ceny oraz ograniczenia konsumpcji artykułów dalszej potrzeby w stopniu niezbędnym do sfinansowania rozpoczętych inwestycji. Zalecał również wprowadzenie progresywnego podatku gruntowego dotykającego dużych gospodarstw wiejskich. To miałoby zmusić właścicieli do zwiększenia wydajności z hektara i unowocześnienia środków upraw lub wyzbycia się gruntów, a w takim przypadku prawo pierwokupu miało mieć państwo. Program ten w największym stopniu naruszał interesy przemysłowej burżuazji oraz wiejskiej oligarchii, z czego Kalecki zresztą doskonale zdawał sobie sprawę.
Następnie pomiędzy 1960 a 1961 rokiem przygotował program pięcioletni dla Kuby, odrzucając pomysły jej gwałtownego uprzemysłowienia. W swoim programie zakładał, że w tym czasie stopa produkcji ma zwiększać się na Kubie o 13 proc. rocznie, a konsumpcji o 10 proc. Jednocześnie wskazywał, że aby osiągnąć ten wzrost, gospodarka kubańska musi rozwinąć eksport cukru, rolnictwo oraz program szkoleń zawodowych14.
Oczywiście te praktyczne doświadczenia przekładały się również na bardziej ogólne refleksje teoretyczne dotyczące państw rozwijających się. Kalecki wskazywał, że głównym problemem, przed którym stoją tego rodzaju kraje, jest zwiększenie inwestycji. Napotyka ono jednak na trzy zasadnicze przeszkody. Po pierwsze, jest możliwe, że inwestycje prywatne nie osiągną dostatecznie wysokiego poziomu. Po drugie, gospodarka może nie dysponować fizycznymi zasobami niezbędnymi do zwiększenia produkcji dóbr inwestycyjnych. Po trzecie, jeśli nawet dwie pierwsze przeszkody zostaną przezwyciężone, to wciąż pozostaje do rozwiązania problem dostatecznej podaży artykułów pierwszej potrzeby na zaspokojenie popytu wynikającego ze wzrostu zatrudnienia15. Uznawał jednak, że można te przeszkody przezwyciężyć za pomocą różnego rodzaju środków, takich jak interwencja rządu w dziedzinie inwestycji, zapewniająca ich odpowiednią skalę i strukturę, właściwe opodatkowanie klas uprzywilejowanych czy wprowadzenie głębokich instytucjonalnych zmian w rolnictwie, likwidujących bariery jego rozwoju. W tym ostatnim przypadku chodziło Kaleckiemu przede wszystkim o to, że wielkie przeszkody dla postępu w dziedzinie rolnictwa w krajach rozwijających są zazwyczaj pokłosiem istnienia tam feudalnych i przedfeudalnych stosunków własności, systemów dzierżawy itp. W związku z tym nie ma żadnych szans na poprawę w sferze rolnictwa, dopóki nie dojdzie do odpowiednich zmian instytucjonalnych. Tylko wówczas, gdy wyższe ceny produktów rolnych przyniosą korzyść biedocie, może nastąpić łączny wzrost popytu i produkcji. Jeśli zaś wyższy udział zysku na terenach wiejskich zostanie przechwycony jedynie przez właścicieli ziemskich, kupców czy lichwiarzy, nie przyniesie to wyższej konsumpcji lub inwestycji.
Zwracał on ponadto uwagę na kilka dodatkowych kwestii, których nie podejmowali pionierzy ekonomii rozwoju: 1) obecności i znaczenia rezerw niewykorzystanych zdolności wytwórczych w krajach słabo rozwiniętych; 2) skutków większej wydajności zdolności wytwórczych w krajach słabo rozwiniętych; 3) problemu inflacji16. Kalecki był jednym z niewielu, którzy zwrócili uwagę na to, że choć w krajach rozwijających się kapitału jest niewiele, to jednak jego część może pozostawać niewykorzystana. Odrzucał przy tym sugestie jakoby niewykorzystane zasoby i masowe bezrobocie stanowiły coś naturalnego i nie miały wartości ekonomicznej. Ich wyzyskanie może prowadzić do przyspieszenia wzrostu gospodarczego bez kosztów lub po niższych kosztach. Nie wierzył jednak, że sam wzrost wydajności może być panaceum. Jeżeli wzrostowi wydajności pracy towarzyszy jednoczesny, proporcjonalny wzrost płac realnych, to stopień monopolizacji nie zmienia się. Jeżeli konsumpcja kapitalistów i inwestycje nie rosną, to łączny popyt i łączna produkcja pozostaną stałe, a to pociągnie za sobą zmniejszenie zatrudnienia na skutek wzrostu wydajności. Co więcej, jeżeli obniżka jednostkowych kosztów pracy, wynikająca z wyższej wydajności pracy, nie zostaje przeniesiona na konsumentów przez proporcjonalne obniżki cen lub jeśli nie będą im towarzyszyć proporcjonalnie wyższe płace, to stopień monopolizacji wzrośnie. Wreszcie zaś można również uznać za zasługę Kaleckiego zaproponowanie nowej teorii inflacji w gospodarkach rozwijających się, gdzie inflacja powstaje z powodu cenowej nieelastyczności podaży produkcji żywności. Podchwycone to zostało później przez ekonomistów z Ameryki Łacińskiej, którzy sformułowali strukturalną teorię inflacji17.
Osiągnięciem Kaleckiego jest też wyodrębnienie typu państwa będącego „ustrojem pośrednim” pomiędzy rozwiniętymi gospodarkami kapitalistycznymi a socjalistycznymi (Indie, Egipt, Boliwia), w którym klasą rządząca staje się drobna burżuazja wraz z bogatym chłopstwem. Ten typ wyłonił się po II wojnie światowej wskutek emancypacji politycznej oraz walki z kolonializmem i imperializmem. Kalecki był przekonany, że tego rodzaju państwa są w stanie przetrwać pod warunkiem spełnienia kilku warunków, przede wszystkim uzupełnienia emancypacji politycznej o ekonomiczną, tzn. wyzwolenia się spod wpływów kapitału zagranicznego, przeprowadzenia reformy rolnej oraz zapewnienia stałego rozwoju gospodarczego18. Klasami antagonistycznymi wobec klasy rządzącej są w tym ustroju z jednej strony wielka burżuazja i feudałowie, którzy zostają pozbawieni znaczenia politycznego, z drugiej zaś – biedota miejska oraz chłopi małorolni i bezrolni niepartycypujący w dobrodziejstwach rozwoju gospodarczego. Odpowiednikiem tej wewnętrznej pozycji klasy rządzącej jest lawirowanie pomiędzy dwoma blokami, kapitalistycznym i socjalistycznym. Dzieje się tak z prostego powodu: postawienie na jeden nich oznaczałoby jednocześnie wzmocnienie któregoś przeciwnika wewnętrznego. Poza tym umożliwia to tym krajom korzystanie z zagranicznych kredytów przy jednoczesnym zachowaniu planowania gospodarczego i dużego zaangażowania państwa w gospodarkę.
***
O znaczeniu Kaleckiego na gruncie nauk ekonomicznych świadczy fakt, że jest to jedyny polski uczony, którego „Dzieła” wszystkie, obejmujące siedem tomów, zostały wydane w języku angielskim przez jedną z najbardziej renomowanych oficyn wydawniczych – Oxford University Press. Aktualność jego myśli natomiast dobrze ilustrują wydarzenia ostatniego kryzysu gospodarczego.
W krajach, w których podjęto walkę z kryzysem opartą na oszczędnościach budżetowych i cięciach finansowych, a takie zalecenia, jak pamiętamy, otrzymały rządy Grecji czy Portugalii od Międzynarodowego Funduszu Walutowego, sytuacja bynajmniej nie uległa poprawie. Wręcz przeciwnie, doprowadziło to do załamania gospodarek tych krajów i, jak się szacuje, każde 1 euro oszczędności przyniosło kurczenie się gospodarki o 1,5–1,7 euro, bo wraz z oszczędnościami gwałtownie spadł popyt i wzrosło bezrobocie. Zupełnie inną drogą poszła Francja, w której wprowadzono tzw. pakiet pomocy publicznej i to dzięki niemu uniknęła ona tak negatywnych konsekwencji jak Grecja, Portugalia czy Hiszpania.
Wydarzenia ostatnich lat dobitnie pokazują, że istnieje potrzeba rozszerzenia kompetencji różnego rodzaju instytucji państwowych sprawujących kontrolę nad sektorem gospodarczo-finansowym, stworzenia zwartych, konkretnych, systemowych programów walki z kryzysem, większego udziału państwa w procesie redystrybucji wytworzonego dochodu oraz wzmocnienie tegoż państwa jako podmiotu polityki społecznej. Rynek nie jest w stanie efektywnie zarządzać ryzykiem oraz samoregulować się, a państwo jest jedynym podmiotem zdolnym przeciwstawić się globalnemu załamaniu poprzez interwencję w sektorze finansowo-bankowym.
dr hab. Rafał Łętocha
Przypisy:
- T. Kowalik, Michał Kalecki, kim był, jakim go znałem i podziwiałem [w:] Twórczość naukowa Michała Kaleckiego i jej znaczenie w teorii ekonomii, red. G. Musiał, Katowice 2006, s. 68.
- Informacje biograficzne na temat Kaleckiego na podstawie: J. López, M. Assous, Michał Kalecki, Warszawa 2015;
K. Chojnacka, Michał Kalecki o relacjach państwo – gospodarka, Kielce 2013.
- J. Robinson, Michal Kalecki on the Economics of Capitalism, „Oxford Bulletin of Economics and Statistics” 1977, t. 39,
nr 1, s. 8–9.
- M. Kalecki, Teoria dynamiki gospodarczej, Warszawa 1979, s. 8.
- Idem, Trzy drogi do pełnego zatrudnienia [w:] idem, Dzieła. Kapitalizm. Koniunktura i zatrudnienie, t. 1, red. J. Osiatyński, Warszawa 1979, s. 350–351.
- Idem, Pełne zatrudnienie przez pobudzanie prywatnych inwestycji? [w:] ibidem, s. 383.
- R. Woś, Dziecięca choroba liberalizmu, Warszawa 2014, s. 261.
- M. Kalecki, Pełne zatrudnienie…, s. 385.
- Idem, Teoria zysków [w:] idem, Dzieła. Kapitalizm. Dynamika gospodarcza, t. II, red. J. Osiatyński, Warszawa 1980, s. 556.
- Idem, Pełne zatrudnienie…, s. 382.
- Idem, Polityczne aspekty pełnego zatrudnienia [w:] idem, Z ostatniej fazy przemian kapitalizmu, Warszawa 1968, s. 22.
- Ibidem, s. 24.
- J. López, M. Assous, op.cit., s. 241.
- Zob. W. Gliwa, Działalność Michała Kaleckiego w charakterze doradcy rządów państw [w:] Twórczość naukowa Michała Kaleckiego…, op.cit., s. 385–400.
- M. Kalecki, Różnice w węzłowych problemach gospodarczych między wysoko rozwiniętą i zacofaną gospodarką kapitalistyczną [w:] idem, Dzieła. Kraje rozwijające się. Studia varia: o ekonomii i ekonomistach, t. 5, red. J. Osiatyński, Warszawa 1985, s. 33–34.
- J. López, M. Assous, op.cit., s. 247.
- Ibidem, s. 248–249.
- M. Kalecki, Ustroje pośrednie [w:] idem, Z ostatniej fazy…, s. 60.
przez Jan Przybylski | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Zima 2016
Dokonana w 2015 roku zmiana obozu rządzącego sprawiła, że ponownie wypłynęło pytanie o rolę Chin w polskiej polityce. Wiązało się to z kilkoma spektakularnymi wydarzeniami. Wizyta prezydenta Dudy w Państwie Środka w listopadzie 2015 roku, planowana przede wszystkim jako udział w pracach polsko-chińskiego forum gospodarczego oraz grupy współpracy Chiny-Europa Środkowo-Wschodnia, określanej jako 16+1, przekształciła się dynamicznie w spotkanie na najwyższym szczeblu, a jego konsekwencją była czerwcowa podróż do Polski Przewodniczącego Chińskiej Republiki Ludowej Xi Jinpinga. Na fali daleko idących oficjalnych deklaracji o współpracy pojawiły się na forum publicznym rozważania dotyczące potencjalnie strategicznego charakteru relacji z Chinami. Mogłyby one umożliwić Polsce gospodarczą i polityczną kapitalizację rozwoju dalekowschodniego giganta, a znaczną rolę odgrywałby tu projekt Nowego Jedwabnego Szlaku.
Oczekuje się jednak konkretów, a nie deklaracji, takich jak np. porozumienie o współpracy podpisane w 2011 roku przez prezydenta Komorowskiego, które mimo „strategicznego” charakteru pozostało pustą literą. Jedna z przesłanek wskazujących na to, że kierunek chiński może zostać tym razem potraktowany poważniej, to skomplikowana sytuacja obecnego obozu rządzącego, zwłaszcza w dziedzinie polityki zagranicznej, a także wynikające z działań wewnętrznych napięcia w relacjach z Unią Europejską, poszczególnymi jej krajami oraz ze Stanami Zjednoczonymi. Jednocześnie z zasadniczych przyczyn brak możliwości reorientacji na Rosję, jaka stała się udziałem Węgier Viktora Orbána. Nowy Jedwabny Szlak bywa postrzegany jako szansa realizacji idée fixe „alternatywnej” polskiej polityki zagranicznej: koncepcji Międzymorza. Nie brak też jednak głosów tonujących rozbuchane nadzieje i wskazujących na ogromną nierównowagę stron takiego partnerstwa.
Kolejną niezwykle istotną kwestią staje się potencjalny globalny konflikt na linii Stany Zjednoczone – Chiny, którego narastanie z uwagi na wyrównywanie potencjału współzawodników może doprowadzić wręcz do wojny światowej, i to w nieodległej perspektywie. A jak uczy doświadczenie, wojna światowa jest dla Polski sytuacją bardzo niekomfortową. Nawet jeżeli, jak w przypadku tej z lat 1914–1918, jej skutki strategiczne są w ostatecznym rozrachunku korzystne, kraj leżący na jednej z jej głównych osi płaci ogromne koszty. W tym kontekście narzuca się kwestia Rosji, jej ambicji realizowanych w ostatnich latach oraz skomplikowanych relacji w trójkącie Pekin – Moskwa – Waszyngton, których element z uwagi na fatum geopolityki stanowi Polska.
Relacje z Chinami – rys historyczny
W czasach dawniejszych Chiny, chociaż były centrum cywilizacyjnym i wytwórczym ówczesnego świata, z uwagi na odległość raczej pośrednio oddziaływały na sytuację w Europie Środkowej leżącej poza strategicznymi szlakami handlowymi. Wystarczy wspomnieć czasy imperium mongolskiego i jego rozpad, związany m.in. z zaangażowaniem się chana Kubilaja w utwierdzenie się w Państwie Środka, co spowodowało, że Europa przestała być zagrożona najazdami z Azji. Z kolei jednoznaczna przewaga Chin na Dalekim Wschodzie jeszcze w XVIII wieku sprawiła, że ekspansja terytorialna Rosji w kierunku wschodnim przebiegała bez współzawodnictwa z Pekinem. Upadek państwowości polskiej pod koniec XVIII wieku spowodował, że nasz kraj nie był w żadnej mierze aktorem na scenie „wieku upokorzeń” Chin, ograniczonego umownie latami 1842–1949, co skądinąd może stanowić pewien kapitał na przyszłość. Relacje odrodzonej Rzeczypospolitej zajętej własnymi problemami z Chinami przeżywającymi jeden z największych w historii kryzysów były siłą rzeczy rachityczne. Zmiana przyszła po znalezieniu się obu krajów w obozie komunistycznym po II wojnie światowej i po chińskiej wojnie domowej. Mimo pewnych wspólnych przedsięwzięć, takich jak spółki joint-venture w rodzaju towarzystwa okrętowego Chipolbrok, stosunki te nie były jednak szczególnie bogate w konkrety, m.in. z powodu podległości politycznej Warszawy względem „stolicy światowego proletariatu”, szczególnie do 1956 roku. Pewnym wyjątkiem było tu zajęcie przez premiera Zhou Enlaia negatywnego stanowiska wobec ewentualnej sowieckiej interwencji wojskowej w październiku 1956 roku. Nie pozostało ono bez wpływu na bieg wypadków. Potencjał rozwoju relacji, jaki prawdopodobnie istniał między PRL Władysława Gomułki mającą pewne ambicje pod względem niezależności a ChRL, nie został wyzyskany z uwagi na rozbieżności w dziedzinie polityki zagranicznej. Takie chińskie działania, jak parcie do konfliktu z Indiami, były przez Warszawę oceniane negatywnie. Bardzo istotne znaczenie miał rozbrat między maoistowskimi Chinami a Związkiem Sowieckim, który nastąpił w 1962 roku i spowodował, że Warszawa znalazła się w obozie coraz mocniej skonfliktowanym z Pekinem, co zostało przypieczętowane odwołaniem chińskiego ambasadora z Polski w 1967 roku. Rozpoczęta na początku lat 70. normalizacja stosunków nie spowodowała szczególnej rewolucji. Rozwój stosunków politycznych, a zwłaszcza gospodarczych, nastąpił w latach 80., kiedy to dla ekipy Jaruzelskiego Chiny stanowiły jedno z okien na świat, umożliwiając dzięki dostępowi do deficytowych w kraju dóbr konsumpcyjnych złagodzenie sankcji nałożonych przez Zachód po wprowadzeniu stanu wojennego, a z drugiej – dość chłonny rynek dla polskich produktów przemysłowych (w tym samochodów i maszyn górniczych).
Rok 1989 przyniósł symboliczny zbieg okoliczności: w Polsce 4 czerwca był dniem zwycięstwa opozycji w częściowo wolnych wyborach, w Chinach – krwawego stłumienia demonstracji studentów na placu Tian’anmen. Wizerunek Chińskiej Republiki Ludowej w Polsce w kolejnej dekadzie był bardzo zły. Kraj ten powszechnie postrzegano jako komunistyczną skamielinę, a uwagę opinii publicznej przyciągały, z pewnym zróżnicowaniem intensywności w zależności od orientacji światopoglądowej, brutalność polityki w Tybecie i niedemokratyczny charakter systemu politycznego, brak swobody działania kościołów chrześcijańskich i rygorystyczna polityka ograniczania przyrostu naturalnego. Co symptomatyczne, ze schematu tego wyłamywał się z jednej strony obóz postkomunistyczny, nawiązujący do powrotu do ciepłych relacji z lat 80., a z drugiej – kręgi Janusza Korwin-Mikkego, zwracające uwagę na oszałamiające wskaźniki wzrostu gospodarczego i aprobujące rządy bardzo twardej ręki w polityce wewnętrznej. Mimo przywrócenia w 1994 roku wizyt na najwyższym szczeblu państwowym relacje polityczne pozostawały w przeważającej mierze ornamentalne, czego nie zmieniały kolejne szumne komunikaty, oświadczenia czy porozumienia. Jednocześnie w kolejnej dekadzie zmieniał się obraz Chin – nie dawało się nie dostrzegać imponującego rozwoju gospodarczego tego kraju, znaczonego powstawaniem supernowoczesnych metropolii czy napływu wysokiej jakości współczesnej kultury chińskiej. Skutek odnosiły podejmowane przez Chińczyków działania PR-owe, a także doświadczenia z życia codziennego, takie jak wszechobecność towarów z Państwa Środka, wśród których tania masówka uzupełniana była przez produkty wysokiej jakości.
Obecne stosunki gospodarcze charakteryzują się znaczną nierównowagą na niekorzyść Polski. Import około dziesięciokrotnie przewyższa eksport, a o ile ten pierwszy wynosi powyżej 10 proc. całości polskich obrotów na tym polu, drugi to ledwie 1 proc. Chiny są drugim co do ważności eksporterem do naszego kraju, który z kolei na ich rynku w zasadzie się nie liczy. Obok oczywistej dysproporcji między wielkością gospodarek, znaczenie ma tu wynikła z transformacji ustrojowej dezindustrializacja i „umontownienie” Polski, a także niska innowacyjność krajowej gospodarki oraz dominacja kapitału zagranicznego, który zazwyczaj prowadzi w Chinach własne interesy. Znajduje to odzwierciedlenie również na rynku inwestycji – o ile Chińczykom zdarza się nabywać polskie firmy (vide przejęcie cywilnej części Huty Stalowa Wola przez grupę Guangxi LiuGong Machinery), o tyle rachityczny kapitał krajowy nie ma warunków do ekspansji na zasadzie wzajemności, ograniczanej oczywiście różnicą skali, określaną przez niemal 25-krotnie mniejszy nominalny PKB naszego kraju.
Chiny, USA i Pacyfik
Wspomniany powyżej „wiek upokorzeń” oznaczał stopniowy upadek znaczenia państwa chińskiego. W połowie XIX wieku wciąż było gigantem liczącym ponad 412 milionów obywateli (dla porównania: Europa Zachodnia miała ich 166 milionów, Stany Zjednoczone – niecałe 24 miliony) i największą potęgą gospodarczą świata, odpowiadając pod tym względem całej Europie Zachodniej i niemal sześciokrotnie dystansując pod względem wielkości gospodarki Stany Zjednoczone. Jednak dobrowolna izolacja od płynących z zewnątrz prądów i określone cechy cywilizacyjne sprawiły, że Państwo Środka znalazło się w swoistej drzemce. Zostało z niej przebudzone w bardzo nieprzyjemny sposób, gdy okazało się, że nie jest na żadnym polu w stanie skutecznie stawić czoła dynamicznym krajom Zachodu, napędzanym przez niesłychany rozwój nauk ścisłych i rewolucję przemysłową, co przekładało się na skokowy wzrost umiejętności pokonywania odległości oraz poprawę sztuki wojennej. Przewaga techniczna Europejczyków, wyraźna już podczas pierwszej wojny opiumowej, podczas której Brytyjczycy zastosowali parowe okręty i karabiny kapiszonowe, rosła radykalnie wraz z pojawieniem się okrętów żelaznych, szybkostrzelnej broni strzeleckiej i artylerii.
Chiny pozostawały pod kluczowymi względami na poziomie porównywalnym z Europą czasów wojny trzydziestoletniej. Do naporu Europejczyków, w szczególności Brytyjczyków i Francuzów, szybko dołączyły Rosja, Stany Zjednoczone, a pod koniec XIX wieku stary lokalny wróg – zmodernizowana według zachodnich wzorów Japonia. Bezradne, trapione regresem politycznym Chiny, przegrywające mimo usiłowań modernizacyjnych kolejne wojny, traciły kraje znajdujące się wcześniej w orbicie wpływów oraz terytoria własne. Stawały się przedmiotem bezwzględnej eksploatacji o charakterze kolonialnym. Czasem największego upadku były lata 20. i 30. XX wieku, znaczone tragiczną w skutkach inwazją japońską oraz słabością rządu usiłującego pełnić rolę centralną, a faktycznie sprawującego kontrolę tylko nad niektórymi terytoriami, podczas gdy innymi władali warlordowie czy komunistyczni rebelianci.
Odwrócenie koniunktury przyniósł koniec II wojny światowej. Oznaczał on przede wszystkim pokonanie najbardziej dokuczliwej Japonii i upadek znaczenia europejskich mocarstw stricte kolonialnych, który rychło przełożył się na utratę niemal wszystkich posiadłości w Azji Południowo-Wschodniej. Wojna domowa między Kuomintangiem a komunistami Mao Zedonga toczyła się o kontrolę nad całością kraju. Chiny roku 1949 były jednak niewiele liczebniejsze niż 100 lat wcześniej (544 miliony mieszkańców, dla porównania – Stany Zjednoczone liczyły już 150 milionów), a przede wszystkim znajdowały się w stanie upadku gospodarczego. Gospodarka chińska z 1950 roku była sześciokrotnie mniejsza od amerykańskiej.
Okres władzy Mao Zedonga należy oceniać na dwóch płaszczyznach. Jedna to ogólna nieefektywność przyjętego systemu gospodarczego, rozliczne szalone, prowadzące do tragicznych skutków rozwiązania, niszczące znaczną część zgromadzonych przez tysiąclecia zasobów kulturalnych, które składają się na „wielki skok naprzód”, a przede wszystkim niezliczone zbrodnie władzy i ogrom cierpień społeczeństwa. Drugą stanowią: centralizacja polityczna i dokonująca się mimo wszystko w pewnym zakresie modernizacja, czerpiąca z istniejących zdobyczy cywilizacyjnych, wyznaczana przez uprzemysłowienie, rozwój edukacji i opieki zdrowotnej. W aspekcie geostrategicznym oznaczała ona stworzenie pierwszej od stu lat faktycznie efektywnej armii, do której przez pewien czas trafiały najnowocześniejsze wzory sowieckiego sprzętu. Wzrost potęgi Chin został przypieczętowany wejściem w 1964 roku w posiadanie broni nuklearnej.
Moment ten, poprzedzony wspomnianym zerwaniem politycznym z ZSRR, można uznać za cezurę znaczącą odzyskanie przez Chiny statusu samodzielnego aktora w geopolitycznym teatrze. Kraj był skonfliktowany zarówno z USA, jak i z ZSRR. Te pierwsze, po pokonaniu Japonii, wojnie koreańskiej i wycofaniu się z Azji dawnych mocarstw europejskich, stały się dominującym graczem na Pacyfiku i w Azji, wspierającym rząd tajwański roszczący sobie prawa do władzy nad całością terytorium Chin oraz powstrzymującym siły komunistyczne w krajach Azji Południowo-Wschodniej. Z kolei z Sowietami w 1969 roku Chiny stoczyły lokalną wojnę o sporne terytoria graniczne.
Dość szybko okazało się jednak, że autarkia jest nie do utrzymania. Zdecydowanie niewystarczające były zasoby gospodarcze i militarne. Polityka „wielkiego skoku” okazała się opierać na mrzonkach. Braku infrastruktury, wiedzy i kwalifikacji kadr technicznych oraz siły roboczej nie udało się żadną miarą wyeliminować nakazami osiągania globalnych rezultatów, które w istocie prowadziły do dewastacji istniejących zasobów. Drugi aspekt jest ściśle związany z poprzednim – o ile transfer gotowych sowieckich rozwiązań i technologii pozwalał na uruchomienie i utrzymanie produkcji, o tyle już w obliczu słabości nauki i przemysłu ich efektywny rozwój stawał się bardzo poważnym wyzwaniem, nie mówiąc nawet o innowacyjnych opracowaniach samodzielnych. W efekcie potencjał chiński, stosunkowo poważny na przełomie lat 50. i 60., w wyniku starzenia się rozwiązań obniżał się na tle rywali w zastraszającym tempie, a szydercze określenie „Górna Wolta z rakietami” znacznie bardziej pasowało do ChRL niż do Związku Sowieckiego.
Rozwiązaniem dylematu okazało się dla kierownictwa chińskiego postawienie na kartę zachodnią. Okoliczności sprzyjały takiemu biegowi spraw. Zasadniczym rywalem Zachodu pozostawał Związek Sowiecki, dotrzymujący mu kroku w dziedzinie zbrojeń. Na Półwyspie Indochińskim Stany Zjednoczone toczyły wojnę ze – sponsorowanymi przez Moskwę i Pekin – Wietnamem Północnym i ruchami partyzanckimi, a odniesienie rozstrzygającego zwycięstwa stawało się coraz bardziej wątpliwe. W tej sytuacji narzucało się wykorzystanie widocznego konfliktu między komunistycznymi mocarstwami i ocieplenie stosunków z relatywnie słabymi Chinami (mimo wzrostu ludności do 862 milionów w 1972 roku ich gospodarka pozostawała niemal pięciokrotnie mniejsza niż 210-milionowych wtedy Stanów Zjednoczonych). Taki też ruch wykonano. W 1972 roku Richard Nixon odwiedził Pekin, by spotkać się z Mao Zedongiem, co otworzyło drogę do tzw. normalizacji stosunków wzajemnych. Pierwszymi beneficjentami tej polityki byli chiński przemysł zbrojeniowy i armia. Od wczesnych lat 70. z Europy Zachodniej, a później również ze Stanów Zjednoczonych i Izraela, zaczął napływać wąski strumień wyselekcjonowanych systemów i technologii. Z jednej strony pozwalały one Chińczykom pod względem technicznym przekroczyć próg przełomu lat 50. i 60., z drugiej jednak nie wzmacniały ich nadmiernie militarnie.
Zasadniczym przełomem w dziedzinie gospodarczej stało się rozpoczęte w 1978 roku stopniowe, kontrolowane urynkowienie gospodarki (połączone z dekolektywizacją własności rolnej) i otwarcie na inwestycje zagraniczne. Dzięki nadążaniu za rozwojem turbokapitalizmu i wykorzystaniu jego zasady maksymalnej redukcji kosztów (w tym przenoszenia produkcji do krajów o najtańszej sile roboczej) ruch ten rozpoczął przekształcanie Chin w „fabrykę świata”. Zaowocowało to 2,2-krotnym wzrostem PKB Chin do 1989 roku, przy zwiększeniu liczby ludności tylko o 17%. Jednocześnie gospodarka Stanów Zjednoczonych w tym samym roku była już większa od chińskiej tylko 2,8 razy. Wydarzenia na placu Tian’anmen jasno wskazywały, że kierownictwo chińskie nie zamierza dopuścić do ograniczenia swojej władzy politycznej na podobieństwo bankrutujących systemów bloku sowieckiego. Z kolei władzę gospodarczą utrzymywało przez wymuszanie na kapitale zagranicznym tworzenia przedsiębiorstw typu joint-venture.
Ochłodzenie stosunków z Zachodem i sankcje w wielu dziedzinach, w połączeniu z powolną poprawą stosunków ze Związkiem Sowieckim w latach 80., stworzyły nową sytuację, w której Chiny stały się głównym rywalem Stanów Zjednoczonych. Kwestionowały szerzone przez Amerykę, również jako instrument globalnej kontroli, ideały liberalno-demokratyczne oraz powoli zmierzały ku rywalizacji strategicznej. Czemu powoli? Miało to dwie zasadnicze przyczyny. Jedna to strategiczne zalecenie Deng Xiaopinga, które podsumowuje nakaz „nie podnoście głów”. Zgodnie z nimi politykę Chin miały znamionować cierpliwość, zbieranie sił i wyczekiwanie na stosowny moment oraz unikanie prowokowania innych głównych aktorów globalnego teatru. Drugi powód to ograniczone siły wojskowe. Dla rywalizacji na Pacyfiku kluczowe znacznie mają lotnictwo i marynarka wojenna, a na przełomie lat 80. i 90. ich stan nie mógł napawać Chińczyków optymizmem. Amerykanie wprowadzali wtedy pierwsze samoloty stealth, tymczasem podstawowym myśliwcem chińskim była licencyjna wersja MiGa-19 z połowy lat 50. Podobnie archaicznie wyglądało lotnictwo uderzeniowe. W nieco lepszej sytuacji była marynarka wojenna, ale i tu jednostki bazujące na sowieckich rozwiązaniach z lat 50. miały być dopiero uzupełnione przez nowsze, wyposażone w sporej mierze w systemy zachodnie. Chińskie siły zbrojne nie był wtedy w stanie stworzyć zagrożenia konwencjonalnego nawet dla 20-milionowego Tajwanu. Militarne znaczenie Chin opierało się wciąż na orężu nuklearnym, które choć dość mało zaawansowane technicznie i nieliczne w stosunku do arsenałów amerykańskich i sowieckich, stanowiło uzasadnienie mocarstwowego statusu kraju.
Przekroczenie „za wysokich progów” w dziedzinie techniki wojskowej umożliwiła Chinom szeroko zakrojona współpraca z Rosją oraz krajami postsowieckimi, możliwa dzięki normalizacji stosunków, a szczególnie pilna z uwagi na nałożone po 1989 roku sankcje, które zatrzymały dopływ nowszych systemów ze Stanów Zjednoczonych i zachodniej Europy. Zakupy, a następnie podjęcie licencyjnej produkcji systemów rosyjskich, uzupełnione ogromnymi możliwościami korzystania z potencjału intelektualnego obszaru postsowieckiego, a także legalnym i nielegalnym pozyskiwaniem rozwiązań zachodnich, spowodowały radykalną zmianę oblicza chińskich sił zbrojnych. Skokowej modernizacji uległy wszystkie ich gałęzie. Znaczną część wyposażenia lotnictwa stanowią myśliwce Su-27/30 oraz ich chińskie pochodne i wspomniany J-10. Łączna liczba samolotów bojowych chińskiego lotnictwa i marynarki wojennej wynosi około 2200 sztuk, co czyni z Chin drugą pod względem liczebnym potęgę światową. Oznacza to, że kraj posiada około 2/3 stanów amerykańskich, choć lotnictwo USA pozostaje średnio o co najmniej generację bardziej zaawansowane, gdyż dysponuje niezwykle zaawansowanymi systemami uzbrojenia, rozpoznania i dowodzenia, wciąż niedostępnymi dla Chin. Niemniej najnowocześniejsze, liczone w setki maszyny chińskie, są już w stanie podjąć walkę z wersjami konstrukcji wywodzących się z lat 70., stanowiącymi wciąż większość stanów lotnictwa amerykańskiego. To zasadniczy postęp w porównaniu z sytuacją sprzed ćwierćwiecza, gdy takie starcie przypominałoby dla strony amerykańskiej polowanie na kaczki. Podobnie rzecz ma się z flotą Chin. Około 60 niszczycieli oraz fregat nowej generacji wybudowanych od lat 90. lub zakupionych w Rosji, wspieranych przez 40 odpowiadających im pokoleniowo konwencjonalnych oraz 10 nuklearnych okrętów podwodnych, ustępuje co prawda nowoczesnością jednostkom US Navy, wyposażonym w najbardziej zaawansowane na świecie systemy. Stanowią jednak znaczną siłę, której Stany Zjednoczone żadną miarą nie mogą lekceważyć. Istotną zmianą, kluczowym krokiem floty chińskiej na drodze do możliwości pokazania siły na oceanach i dalekich lądach, było wcielenie w 2012 roku przez chińską marynarkę wojenną do służby pierwszego lotniskowca „Liaoning”. Budowana jeszcze za czasów sowieckich jednostka, przejęta przez Ukrainę i odkupiona przez Chiny, oficjalnie w celu przekształcenia w pływający hotel i kasyno, została wykończona do pełnienia funkcji szkolno-bojowych, a na podstawie uzyskanej wiedzy i doświadczeń Chiny budują dwie kolejne.
W aspekcie gospodarczym Chiny do dziś kroczą ścieżką nieprzerwanego rozwoju, którego nie zakłócił w istotnym stopniu nawet kryzys gospodarczy lat 2008–2009. Według szacunków dotyczących 2016 roku przewaga Stanów Zjednoczonych pod względem PKB stopniała do 63%. Następuje przy tym zauważalna zmiana charakteru chińskiej gospodarki. O ile jeszcze przed dekadą marki chińskie praktycznie nie były znane w świecie, o tyle dziś Lenovo, Huwaei czy ZTE są poważnymi graczami. Dokonują się również spektakularne przejęcia przedsiębiorstw zagranicznych – obok nabycia przez Lenovo działu komputerów osobistych IBM można wymienić zakup przez holding Geely firmy Volvo Cars. Obecna polityka gospodarcza zakłada z jednej strony promowanie innowacyjności (np. w zakresie technologii ekologicznych), a z drugiej – zminimalizowanie uzależnienia gospodarki od eksportu przez pobudzanie stosunkowo niewielkiej dotychczas konsumpcji wewnętrznej. Ma temu służyć rozbudowa słabego do tej pory sektora usług, a także rozwój systemów emerytalnych i opieki zdrowotnej. Celem jest utrzymanie wysokiej stopy wzrostu dzięki wykorzystaniu ogromnych rezerw wewnętrznych. Imponująca globalna wartość PKB Chin rozkłada się na ogromną populację, przez co wartość per capita pozostaje względnie niska – w 2015 roku wynosiła 8141 dolarów, przy 56 084 dolarach w Stanach Zjednoczonych (dla porównania – Polska osiąga wskaźnik 12 142 dolarów). Powodzenie tych zamiarów, wraz z luzowaniem restrykcyjnej dotychczas polityki demograficznej (obowiązujące od 1980 roku ustawowe ograniczenie do jednego dziecka na rodzinę zostanie w 2017 roku zastąpione ograniczeniem do dwojga) będzie miało jeden skutek: w ciągu kilkunastu najbliższych lat Chiny staną się pierwszą gospodarką świata, a później wysforują się na pozycję wyraźnego lidera. Zgodnie z szacunkami na rok 2050 ich gospodarka będzie wtedy o połowę większa od amerykańskiej.
Wzrost potęgi na wszystkich polach spowodował przewartościowania w chińskiej polityce. O ile w latach 90. i w kolejnym dziesięcioleciu władze ściśle przestrzegały zasady „niepodnoszenia głów”, ograniczając się do biernego oporu względem amerykańskiego unilateralizmu i nie popierając żadnej interwencji amerykańskiej na świecie, ale też nie ingerując, o tyle początek bieżącej dekady przyniósł zmianę. Jest ona związana z widocznym kryzysem systemu finansowego opartego na dominacji amerykańskiego modelu bankowości i dolarze jako głównej światowej walucie rozliczeniowej – oraz z wyczerpywaniem się sił Stanów Zjednoczonych w wojnach ekspedycyjnych. Nowa generacja polityków, reprezentowana przez Xi Jinpinga i premiera Li Keqianga, sformułowała nowe hasła: „chińskiego marzenia” i „wielkiego renesansu narodu chińskiego”. Zasada bierności i kumulowania sił została explicite odrzucona na rzecz aktywności w polityce zagranicznej. Jako długoterminowy cel tych strategii jawi się odzyskanie przez kraj statusu supermocarstwa, jaki miał on do XIX w.
Wspomniane hasła nie są czczymi deklaracjami. Od początku wieku obserwujemy zdecydowany wzrost aktywności Chin w skali globalnej. Stały się kluczowym graczem w Afryce, gdzie kupują niezbędne dla gospodarki surowce i inwestują w projekty infrastrukturalne i przemysł, udzielają rządom korzystnych pożyczek i rozdzielają pomoc finansową. Działają w Ameryce Południowej, znów kupując surowce (są obecnie największym partnerem handlowym m.in. Brazylii i Wenezueli), ale też przymierzając się do infrastruktury, czego przykładem może być projekt Kanału Nikaraguańskiego, którego rzeczywisty status i perspektywy są jednak wciąż niejasne. Są obecne oczywiście również na bliższych obszarach: w zaprzyjaźnionym niemal od zarania państwowego bytu Pakistanie budują potężny port przeładunkowy w Gwadarze. Kluczowym rejonem jest jednak samo Morze Południowochińskie, na którym od początku bieżącej dekady Chiny często zachowują się prowokacyjnie, wysyłając silne zespoły floty w pobliże Japonii, z którą prowadzą spór o Wyspy Senkaku. Pozostają w aktywnym konflikcie o Wyspy Paracelskie z Wietnamem, Malezją i Filipinami.
Działaniom o charakterze lokalnym towarzyszą inicjatywy mające par excellence wymiar globalny. W połowie 2015 roku utworzono Azjatycki Bank Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB), zrzeszający ponad 50 krajów z całego świata, w tym Polskę. To alternatywa wobec Banku Światowego czy Międzynarodowego Funduszu Walutowego – z decydującym głosem Pekinu. Juan staje się walutą światową, Chińczycy naciskają na używanie go w rozliczeniach w kontaktach z partnerami handlowymi. Wreszcie w 2013 roku Xi Jinping przedstawił koncepcję Nowego Jedwabnego Szlaku, czyli sieci korytarzy transportowych (kolejowych, drogowych, przesyłowych) oraz połączeń politycznych i gospodarczych – w tym tworzonych przez ekspansję chińskich instytucji finansowych – między Chinami a Europą, przez które odbywałby się transfer obrotów między tymi obszarami; w 2013 roku wyniosły one 559 miliardów dolarów. Szlak morski miałby przebiegać z Chin przez cieśninę Malakka, Sri Lankę, Ocean Indyjski, Róg Afryki i Kanał Sueski do Morza Śródziemnego. Szlak lądowy wiódłby z Chin przez Kazachstan do Europy. Z Kazachstanu możliwych jest kilka alternatywnych tras: przez Rosję, Białoruś/Ukrainę i Polskę do Niemiec, przez Uzbekistan i/lub Turkmenistan, Iran i Turcję lub Gruzję do Bułgarii bądź na Słowację.
Rosnąca potęga Chin sama w sobie stanowi zagrożenie dla obecnego globalnego hegemona, tym większe w sytuacji jego osłabienia. Stanowi kolejną odsłonę konfliktu mocarstw morskiego i lądowego. Trwa on od skomunikowania świata u zarania ery nowożytnej. Stawką jest dominacja na świecie. Konflikt obejmuje obszary militarny, gospodarczy i polityczny. Jest w sporej mierze niezależny od intencji stron, ponieważ następuje na mocy praw geopolityki i działania politycznej grawitacji. Wzrost jednego z aktorów porywa go z impetem i wywołuje reakcję innych uczestników dramatu.
Polityka amerykańska w dość wyraźny sposób ewoluowała w kwestii chińskiej. Na początku lat 90. nie postrzegano Chin jako zagrożenia, czego widomym znakiem była likwidacja baz na Filipinach. Dekada ta przebiegła pod znakiem nieuznawania czynnika chińskiego w polityce za strategiczne zagrożenie, mimo wyraźnego wsparcia dla Tajwanu podczas kryzysu w latach 1995–1996, który zresztą unaocznił ówczesną bezwzględną supremacją militarną Stanów Zjednoczonych. Koniec lat 90. znamionowało wyraźne odprężenie w relacjach. Zmieniło się to z nastaniem ery George’a W. Busha, kiedy to Chiny zostały uznane za „strategicznego konkurenta” – wcześniej były „strategicznym partnerem”. Za jedną z zasadniczych przyczyn „wojny z terrorem” uznaje się (mające ostrze antychińskie) dążenie Stanów Zjednoczonych do przejęcia kontroli nad leżącymi w regionie Zatoki Perskiej złożami ropy naftowej. Odsłona tej wojny na odcinku afgańskim umożliwiła Amerykanom ustanowienie (za zgodą Rosji) czasowej, jak się okazało, obecności wojskowej w Kirgistanie i w Uzbekistanie. Nastąpiły też dalsze dostawy broni dla Tajwanu. Są one barometrem skomplikowanych relacji amerykańsko-chińsko-tajwańskich: w okresach ochłodzenia stosunków z Pekinem Waszyngton jest wyraźnie bardziej chętny do zawierania umów i ich realizacji, choć nakłada się na to dalekie od pełnego zaufanie do Tajwańczyków, wśród których bój toczą tendencje niezawisłościowe i prochińskie. Rok 2011 przyniósł – w obliczu kryzysu gospodarczego i coraz wyraźniej rosnącej potęgi Chin – oficjalne ogłoszenie przewartościowania amerykańskiej strategii przez zwrot na Pacyfik i przesunięcie na ten obszar zasadniczej uwagi Waszyngtonu oraz większości sił zbrojnych. Ogólnie rzecz biorąc, zadanie amerykańskiej strategii polega na utrzymaniu kontroli nad łańcuchem ograniczającym swobodę wyjścia Chin na oceany, rozciągającym się od Japonii przez Tajwan i Filipiny po Indonezję, oraz nad szlakami komunikacyjnymi na obu wielkich oceanach.
Wspomniany zwrot konweniuje z obawami przed zdominowaniem przez chińską potęgę, dzielonymi przez wszystkie praktycznie kraje szeroko rozumianego regionu. Powtarza się tu scenariusz opisywany przez Raymonda Arona w odniesieniu do Niemiec wilhelmińskich, których rosnąca potęga po zjednoczeniu groziła, z uwagi na potencjał ludnościowy i dynamizm rozwoju, gospodarczym zdominowaniem wszystkich lokalnych aktorów. Chiny stanowią takie zagrożenie dla Japonii – potężnej, lecz pogrążonej w stagnacji gospodarczej, niezwykle słabych militarnie Filipin, tradycyjnie wrogiego im Wietnamu. Budzą niepokój także innej rosnącej potęgi – Indii, z którymi dzielą sporną górską granicę. Wspierają ich tradycyjnego wroga, Pakistan, i dążą do obecności wojskowej oraz politycznej na Oceanie Indyjskim – obok wspomnianego Gwadaru chodzi o obecność i wpływy w Myanmarze, na Sri Lance, a także w Somalii, gdzie od 2009 roku stale operują zespoły okrętów chińskiej marynarki wojennej. Oczywistym przykładem jest Tajwan, którego reintegracja stanowi zasadniczy cel polityki chińskiej.
Taki stan rzeczy prowadzi do zauważalnego ocieplenia stosunków poszczególnych krajów ze Stanami Zjednoczonymi, postrzeganymi jako przeciwwaga dla lokalnego giganta. W ostatnich latach wskutek zgodnych inicjatyw obu stron nastąpiła całkowita normalizacja stosunków amerykańsko-wietnamskich, ukoronowana niedawnym zniesieniem embarga na dostawy broni. Filipiny dążą z amerykańską pomocą do pewnego zwiększenia potencjału obronnego, planowane jest także otwarcie pięciu nowych baz w tym kraju. Zdecydowanemu zacieśnieniu uległy relacje amerykańsko-indyjskie. Stany Zjednoczone stają się coraz ważniejszym dostawcą uzbrojenia dla Indii, wypierając z tego rynku Rosję, choć wcześniej były na nim praktycznie nieobecne. Rozwija się współpraca z Japonią, np. w dziedzinie obrony przeciwrakietowej, którą należy postrzegać jako mającą również tło antychińskie – arsenał nuklearny tego kraju jest znacznie mniej liczny niż amerykański i rosyjski (wynosi, według różnych szacunków, 5–10% każdego z nich, co czyni jego dezaktywację przez tarcze antyrakietowe znacznie bardziej prawdopodobną). Tajwan uzyskuje zgody na dostawę kolejnych transzy uzbrojenia.
Chiny a Rosja
Bardzo ważnym elementem tła relacji chińsko-amerykańskich jest Rosja. Jak wspomniano wcześniej, normalizacja stosunków sowiecko-chińskich postępowała powoli w latach 80. ubiegłego stulecia, czego ukoronowaniem była wizyta Michaiła Gorbaczowa w Pekinie w 1989 roku W jej następstwie w 1991 roku podpisano umowę graniczną, regulującą większość spornych kwestii, usuwającą groźbę konfliktu i pozwalającą obu stronom na zasadnicze zmniejszenie ogromnej dotychczas militaryzacji granicy. Ocieplenie to, dotyczące – po rozpadzie Związku Sowieckiego – Rosji, umożliwiło dzięki transferom sprzętu i technologii w postaci produkcji licencyjnej skokowy rozwój chińskiego potencjału militarnego. Było zbawienne również dla rosyjskiego przemysłu obronnego, który w sytuacji braku zamówień, wynikającego z zapaści gospodarczej, utrzymywał się głównie dzięki sprzedaży do Chin i Indii. Po początkowym uśpieniu relacji politycznych, w 1994 roku rozpoczęła się trwająca do dziś epoka sojuszy i partnerstw o różnym natężeniu (pierwotnie było to partnerstwo „konstruktywne”, później „strategiczne”).
Ogólnie rzecz biorąc, w aspekcie politycznym dla Rosji Chiny stanowią kartę przetargową w relacjach z Zachodem, a w szczególności ze Stanami Zjednoczonymi – w okresach ochłodzenia Kreml zwraca się ku wschodniemu sąsiadowi, odwraca przy „resetach”. „Strategiczne partnerstwo”, zainicjowane w 1996 roku, stanowiło reakcję na otwarcie drogi państw Europy Środkowo-Wschodniej do NATO wbrew sprzeciwom Rosji. Rok 2001 przyniósł próbę ocieplenia stosunków Moskwy z Waszyngtonem pod hasłem „wojny z terrorem”, co zaowocowało szokującą dla Chin obecnością wojsk amerykańskich w Azji Środkowej, wskutek czego uznały one Rosjan za partnera obrotowego, niegodnego rzeczywistego zaufania. Ponowne zbliżenie chińsko-rosyjskie nastąpiło w 2005 roku z uwagi na brak efektów poprzedniego zwrotu. Rosja nie uzyskała od Stanów Zjednoczonych oczekiwanej carte blanche na obszarze postsowieckim, nastąpiły wręcz „kolorowe rewolucje”; sama z kolei nie wsparła Amerykanów na Bliskim Wschodzie.
W kolejnych latach Rosja, a w szczególności jej daleki wschód, stawała się w coraz większym stopniu zapleczem surowcowym Chin, które finansowały infrastrukturę przesyłową. Pekin dysponuje dzięki temu lądowymi drogami dostaw strategicznych surowców, Rosja ma w relacjach z Zachodem alternatywę polityczną oraz gospodarczą. Pozwala jej to na wzrost poczucia znaczenia oraz na snucie wizji imperialnych, a w perspektywie – grę na sprzecznościach między ośrodkami rywalizującymi o globalną władzę. W rzeczywistości jednak stosunki te są obciążone zasadniczą nierównowagą. Gospodarka chińska jest dziewięciokrotnie większa od rosyjskiej, struktura wymiany handlowej przypomina schemat kolonialny: do Chin wędrują surowce i materiały nieprzetworzone, do Rosji – towary przemysłowe i żywność. Powoli wyczerpuje się atrakcyjność Rosji nawet jako dostawcy technologii wojskowych. Mimo zachowania przez Rosjan pewnych kluczowych atutów, jak niedopuszczenie do przekazania licencji na produkcję silników do samolotów wojskowych, Chińczycy dopracowują się powoli własnych rozwiązań. Zapewne wersje ich zaprezentowanych niedawno samolotów bojowych będą już napędzane jednostkami co najmniej własnej produkcji.
W razie długofalowego powodzenia chińskiego projektu modernizacyjnego Rosji grozi ostateczna wasalizacja. Niemniej, z racji własnego imperializmu i skonfliktowania z Zachodem po kryzysie ukraińskim, jest skazana na Chiny, zatem relacje te powinny być w perspektywie najbliższych lat stabilne. Jednak po stronie Moskwy istnieje potencjał kolejnych wolt. Zachód pozostaje dla Rosji najważniejszym politycznym oraz gospodarczym punktem odniesienia. Realizacja programu Nowego Jedwabnego Szlaku spowoduje ugruntowanie w krajach tego obszaru wpływów gospodarczych Chin, którym Rosja nie jest w stanie wiele przeciwstawić, ponieważ preferuje projekty przede wszystkim polityczne, takie jak, poniekąd wbrew nazwie, Euroazjatycka Unia Gospodarcza.
Powrót do Polski
Nasz kraj sam w sobie jest w globalnej grze pionkiem. Leży jednak w obszarze zderzania się bloków geopolitycznych. Zaostrzanie się rywalizacji między Stanami Zjednoczonymi a Chinami z Rosją w tle w oczywisty sposób zwiększa zagrożenia, chociaż niesie też szanse.
Największa z nich wiąże się z projektem lądowej części Nowego Jedwabnego Szlaku, mającego zmniejszyć zależność chińskiego handlu od tras morskich kontrolowanych przez Stany Zjednoczone i ich sojuszników. Przez Polskę prowadzi najłatwiejsza do realizacji trasa, wykorzystująca istniejące już połączenia. Związana z tym projektem chińska koncepcja dla Europy Środkowej, określona przez grupę 16+1, pokrywa się z historycznymi polskimi wizjami Międzymorza, bo obejmuje kraje wyszehradzkie, bałtyckie i bałkańskie. Wsparcie przez Chiny nadałoby Międzymorzu substancjonalności pozwalającej w razie powodzenia projektu na uzyskanie przez region podmiotowości politycznej, którą należałoby zasadniczo wzmocnić więziami w ramach Europy Bałtyckiej oraz z krajami skandynawskimi i Ukrainą.
Na tej drodze piętrzą się jednak z polskiego punktu widzenia liczne trudności. Zasadniczą jest dysproporcja potencjałów między wszystkimi krajami razem wziętymi a Chinami, a także słabość każdego z nich z osobna, w tym samej Polski. Ich gospodarki są w dużej mierze montowniane, oparte na taniej sile roboczej. Są zapleczami krajów UE i Stanów Zjednoczonych, pozbawionymi marek atrakcyjnych dla rynku Państwa Środka. Choć można mieć pewne nadzieje na ponadnormatywną życzliwość w związku z brakiem udziału Polski i innych krajów regionu w „wieku hańby”, chińskie zaangażowanie na pewno nie oznacza przyniesienia nam książęcego diademu i kontenerów pełnych dóbr. Konieczna będzie twarda walka o interesy, o korzystny dla nas przebieg procesów gospodarczych, tak aby nie oznaczały one kolejnej kolonizacji i wpadnięcia z deszczu pod rynnę. Pojedynkiem Dawida z Goliatem będzie zapewne przekonywanie Pekinu przez Warszawę do takiego ukierunkowania projektów w regionie, aby uwzględniały w jak największym stopniu lokalne interesy, w tym nasze. Problemem będzie oczywiście organizacja stosunków w regionie w taki sposób, by występował jako jedna całość, z największym krajem jako liderem, a nie jako konkurent rywalizujący na własną rękę o cudze względy. Oczywiście należy brać pod uwagę scenariusz również takiej konkurencji i prób maksymalnego wyzyskania własnych atutów. W każdym razie konieczne są skuteczne działania na rzecz siły, konkurencyjności i podmiotowości gospodarczej jako warunków sine qua non pojawienia się jakichkolwiek korzyści.
Istnieją oczywiście związane z czynnikiem chińskim kluczowe zagrożenia i szanse, niezależne od koncepcji Międzymorza. Możliwość oparcia się na Chinach z jednej strony ułatwia Rosji prowadzenie w regionie imperialnej, rewizjonistycznej polityki, z drugiej jednak otwiera krajom naszego regionu możliwość szukania w potężnym Pekinie moderatora ograniczającego rosyjskie zapędy. To ważne szczególnie z uwagi na koncentrację Stanów Zjednoczonych na Pacyfiku i zmniejszenie możliwości skutecznego działania w Europie Środkowej w razie konfliktów, które prawdopodobnie z upływem czasu będą się pogłębiać. Z drugiej strony, zmiana stosunku sił na niekorzyść Stanów Zjednoczonych będzie zapewne zwiększała ich skłonność do obłaskawiania Rosji, także w regionie. Chwilowo takiego zagrożenia nie widać, jednak trzeba pamiętać o wcześniejszych zwrotach i „resetach” politycznych. Warto również wspomnieć o wyrażonej ostatnio przez Zbigniewa Brzezińskiego opinii na temat końca ery globalnej dominacji i konieczności pokojowego podzielenia się z Chinami oraz Rosją władzą nad światem w celu zachowania przez Waszyngton pozycji seniora nowej Wielkiej Trójki. Może to wskazywać na istnienie w amerykańskiej elicie władzy rozbieżnych opinii, które z kolei mogą przekładać się na wahania wpływów opcji konfrontacyjnej i ugodowej oraz rzutować na sytuację globalną, w szczególności potencjalnie dotkliwie na pograniczach. Wiele wskazuje na to, że ofiarą takich wahań stała się w 2008 roku Gruzja, zachęcona do asertywnej polityki wobec Rosji, a następnie pozbawiona wsparcia w związku z nadchodzącym przesunięciem na szczytach władzy.
Narzuca się wniosek, że Polska jest skazana na prowadzenie wirtuozerskiej polityki, balansującej między Waszyngtonem a Pekinem. W żadnym razie nie można dopuścić do bezalternatywności. W tym kontekście szczególnie niepokojące wydaje się mianowanie wiceministrem spraw zagranicznych odpowiedzialnym za politykę amerykańską i azjatycką byłego pracownika amerykańskich instytucji państwowych, związanego z tym krajem całym przebiegiem kariery. Nominacja ta została, w niezwykły dla ich zwyczajowo aksamitnej dyplomacji, skrytykowana jawnie przez chińskie czynniki oficjalne. W aspekcie jakości polityki zagranicznej nie sposób nie wspomnieć o prowadzącym ją ministrze, którego temperament publicystyczny jest odwrotnie proporcjonalny do osiągnięć. Podobne obawy budzi radykalnie proamerykański zwrot w polityce zamówieniowej Ministerstwa Obrony Narodowej, wykonany w niewiarygodnym wprost stylu, psującym w fatalny sposób stosunki z kluczowym krajem Unii Europejskiej. W sytuacji braku konkretów można obawiać się, że zdecydowane zaangażowanie na kierunku chińskim w 2015 roku stanowiło rodzaj zasłony dymnej dla rzeczywistego zamiaru prowadzenia polityki nawet nie proamerykańskiej, a bezpośrednio amerykańskiej. Oczywiście każda polityka jest podatna na korekty, niemniej wolty czy, co gorsza, pozorowanie zaangażowania na strategicznym kierunku, aby odstąpić od niego dla jakichś minimalnych czy wręcz pozornych korzyści, takich jak rozmieszczenie w kraju symbolicznych sił sojuszniczych, grozi postrzeganiem nas jako partnera zupełnie niepoważnego i niewartego uwagi w przyszłości.
dr Jan Przybylski
Autor w znaczącej mierze jest dłużnikiem dr. Jacka Bartosiaka i dr. Michała Lubiny, z których ustaleń obficie korzystał, a do prac „Pacyfik i Eurazja. O wojnie” oraz „Niedźwiedź w cieniu smoka. Rosja–Chiny 1991–2014” odsyła Czytelników zainteresowanych pogłębionym ujęciem tematu.
przez Katarzyna Gajewska | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Zima 2016
Nie chcę już więcej współzawodniczyć, iść przez życie bez więzi z innymi, samemu. Nie chcę już, by moja siła, moje zdrowie i moja energia życiowa były wykorzystywane przez dominujący system. Nie chcę wychowywać się w rodzinie nuklearnej, która służy tylko regeneracji sił potrzebnych do pracy. Nie chcę konsumować i zapominać o wszystkich swoich niespełnionych marzeniach. Chcę to wszystko zmienić teraz i tutaj. Nie chcę czekać na nowe, lepsze społeczeństwo, ale już dziś przyczynić się do jego rozwoju, chcę dziś zacząć żyć – tak brzmi fragment manifestu Kommune Niederkaufungen, napisanego w 1983 roku.
Ponad 30 lat temu zebrała się grupa ludzi, którzy chcieli żyć inaczej. Co wyszło z tego eksperymentu? Jakie wyzwania stawia mu życie i jak wygląda codzienność w komunie, której celem jest sprzeciw wobec realiów kapitalizmu?
Początki
Zaczęło się na początku 1983 roku od 12 osób, które przeprowadziły się z landu Hessen do Hamburga, by poświęcić się założeniu wspólnoty. Szybko zrobiło się z nich 20 osób, z biegiem czasu dołączyło następnych 20 – znajomi znajomych. Grupa napisała manifest, w którym zostały określone główne cele utworzenia wspólnoty. Podstawowa zasada to: Od każdego według jego możliwości, każdemu według jego potrzeb. Pięć kluczowych celów, które nie uległy zmianie aż do dziś, to:
- wspólne gospodarowanie zasobami: indywidualne dochody i dobytek idą do wspólnej kasy i każdy może z niej korzystać według własnych potrzeb;
- zasada konsensusu, czyli decyzje dotyczące wspólnoty podejmowane są tylko pod warunkiem jednomyślności. Później jednak wprowadzono pewne odstępstwa od tej reguły – w przypadku braku konsensusu po dwumiesięcznych dyskusjach, decyzja może być podjęta pomimo weta trzech członków, dopiero weto czterech osób może zablokować decyzję;
- zniesienie struktury rodziny nuklearnej i uznanie prac domowych za obszar działalności o tej samej wartości co praca zarobkowa;
- przezwyciężenie nierówności między płciami;
- lewicowa orientacja polityczna, np. mieszkańcy angażują się w działania przeciw energii nuklearnej i w kwestię uchodźców.
Prace nabrały tempa. W latach 1984–1986 projekt przyciągnął około 1000 osób, angażujących się na różne sposoby. Rozpoczęto kampanię informacyjną, by znaleźć przyszłych mieszkańców wspólnoty. Stworzono zespoły do poszczególnych zadań, np. weryfikowania ogłoszeń o zakupie nieruchomości. Szukano 100 osób gotowych zainwestować w projekt lub wydawać comiesięczną gazetkę z aktualnościami. Aby usprawnić przygotowania, powstały też wspólnotowe mieszkania. W sumie razem zamieszkiwało około 28 dorosłych i 10 dzieci – testowali wspólne gospodarowanie pieniędzmi i zasadę konsensusu. Ponadto spotykali się w ramach kręgów kobiet i mężczyzn oraz grup terapeutycznych. Pozwoliło to na poznanie się i zbudowanie zaufania zanim powstanie komuna.
W grudniu 1986 roku, po trzech latach starań, zakupiono duży budynek nieopodal Kassel w Hesji. 17 dorosłych z trójką dzieci zamieszkało w budynku za dużym na ich potrzeby w nadziei, że inni się dołączą. Komuna jednak nigdy nie rozrosła się do planowanych stu osób. Od tamtej pory wspólnota zakupiła inne budynki i tereny w okolicy. W pobliżu Kassel powstały też inne wspólnoty.
Warunki życia
Z zewnątrz posiadłość komuny nie różni się zbytnio od „burżujskiego” sąsiedztwa na przedmieściach Kassel, gdzie się znajduje. Wygląda jak kilka budynków mieszkalnych w dobrym stanie. Jest czysto, wszystko wydaje się mieć swoje miejsce, ogród jest zadbany. Różnicę zdradzają tablica ogłoszeń z informacjami politycznymi znajdująca się przed budynkiem, napis-fragment manifestu, który świetnie komponuje się z resztą, trochę wyższy odsetek mężczyzn z długimi brodami i włosami oraz dwie osoby z dredami.
Dziś Kommune Niederkaufungen to 59 dorosłych (31 kobiet i 28 mężczyzn) oraz 20 dzieci i nastolatków. Wiek mieszkańców: od noworodka do 69 lat. Od 2010 roku liczba członków jest mniej więcej stała. Do celów mieszkalnych służy około 2000 metrów kwadratowych. Członkowie są podzieleni na 16 grup mieszkaniowych. Choć zdarza się, że pary i rodziny mieszkają same, przeważnie grupy składają się z osób niemających silniejszych więzi. Na przykład jedno mieszkanie dzieliły dwie kobiety ze swoimi synami i dwóch mężczyzn, choć nikt z dorosłych nie był w związku z inną osobą z lokalu. Nastolatkowie w komunie postanowili wprowadzić się do osobnego mieszkania bez rodziców. Dla jednej z moich rozmówczyń współdzielenie mieszkania jest trudne, ponieważ potrzebuje spokoju i porządku. Waha się, czy poprosić o oddzielne lokum, gdyż mieszkanie razem jest jedną z głównych zasad komuny, a ponadto wspólnota nie ma na to środków.
Mieszkańcy mają do dyspozycji wspólną bibliotekę, garderobę z ubraniami, pomieszczenie, gdzie składowane są rowery, salę komputerową z dostępem do Internetu i drukarką, pralnię z trzema pralkami na całą wspólnotę, warsztat do majsterkowania, pomieszczenie muzyczne, domowe kino i duży pokój wielofunkcyjny. Posiadają również dwa domki letniskowe w pobliżu: można się do nich udać na wakacje.
Wspólnota dysponuje ośmioma samochodami do prywatnego użytku, trzeba je więc rezerwować z wyprzedzeniem. To samochody elektryczne, które służą do przemieszczania się na krótkie dystanse. Jakość jedzenia jest dla mieszkańców bardzo ważna, dlatego albo produkują własne, albo kupują pożywienie najlepszej jakości.
Uśrednione koszty życia wynoszą 900 euro miesięcznie na osobę, włączając w to czynsz w wysokości 114 euro, który wpłacają na osobne konto, by odkładać na inwestycje lub remonty. W koszty wliczone są też składki na emerytury.
Model ekonomiczny i organizacja pracy
Wspólnota jest stabilna finansowo od 30 lat. Działa w niej obecnie kilka przedsiębiorstw i kolektywów zarabiających pieniądze: przedszkole dla dzieci wspólnotowych i tych z okolicy, ośrodek dla osób starszych potrzebujących opieki dziennej, pokazy pojazdów elektrycznych w parku, warsztaty porozumienia bez przemocy i na inne tematy, uprawa warzyw dla abonentów i praca edukacyjna wokół tej kwestii, produkcja nasion, poradnictwo dotyczące dawnych odmian owoców, jak również ich uprawa i przetwarzanie. W ramach wspólnoty istnieje 20-hektarowe gospodarstwo rolne, w którym produkowane są mięso, kiełbasy, ser i inne produkty mleczne. Istnieje tu także ośrodek konferencyjny z 35 miejscami noclegowymi, kuchnia gotująca dla innych przedsiębiorstw we wspólnocie i oferująca usługi cateringowe na zewnątrz, przedsiębiorstwo meblarskie i remontowe. Jednym z ciekawszych przedsiębiorstw jest producent niszczarek do przedmiotów z różnych tworzyw – Fila Maker. Marek ze Słowacji, który założył to przedsiębiorstwo, utożsamia się z ruchem makers [makerzy – kultura będąca rozwinięciem subkulturowego ruchu Do it Yourself, „Zrób to sam”, w kierunku technologicznym – przyp. red.] i jego produkty są dostępne na wolnej licencji. Oprócz sprzedawania niszczarek zarabia również około dwóch tysięcy euro rocznie na przemielonych odpadach i kilka tysięcy euro miesięcznie na filmach pokazujących niszczenie przedmiotów na YouTubie.
Taka różnorodność przedsiębiorstw zapewnia wspólnocie stabilizację oraz pozwala na rozwijanie nowych inicjatyw i dotowanie tych mających mniejsze powodzenie. Zachęca to do podjęcia ryzyka. Ośrodek konferencyjny na początku miał powstać z pobudek ideologicznych, a nie po to, aby dawać duże dochody. Okazało się jednak, że to obszar przynoszący zysk. Jednym z priorytetów wspólnoty jest stworzenie systemu produktów i usług ważnych w życiu codziennym, takich jak rolnictwo i opieka, pomimo że nie są one korzystne finansowo.
Każda grupa ustala samodzielnie, jak chce pracować i określa wspólnie czas pracy. Jedna osoba nie pracuje z powodów zdrowotnych. Niektórzy pracują tylko 20 godzin tygodniowo. Trzy osoby są w wieku emerytalnym, ale nadal pracują, lecz podejmują mniej odpowiedzialne i lżejsze zadania. Kilka osób jest zatrudnionych poza komuną, w takich obszarach jak szkolnictwo, opieka socjalna, ergoterapia. Za pracę uważa się także działalność, która nie przynosi żadnych korzyści materialnych, np. zaangażowanie polityczne, opiekę nad dziećmi, pomoc przy rozwiązywaniu sporów w komunie. W przypadku chęci poświęcenia większej ilości czasu tego typu zajęciom, trzeba omówić to ze współpracownikami z danego kolektywu.
Oprócz pracy w kolektywach lub poza wspólnotą obowiązuje tygodniowy plan sprzątania i gotowania. Każdy jest zobowiązany do sprzątania sali, w której trzy razy dziennie podawane są posiłki. W grupach mieszkaniowych ustala się zasady i plany według oczekiwań mieszkańców.
Wolność, różność, wyrozumiałość
W dokumencie założycielskim Kommune pisze: Asceza nie jest naszym celem i jako grupa nie decydujemy, co jest prawdziwą, a co sztuczną potrzebą.
Są osoby, które dużo pracują i mało wydają, i takie, które robią dokładnie odwrotnie. Uli Barth, 66-letni współzałożyciel, który zajmuje się finansami, zauważył ciekawe zjawisko: co roku stan konta wspólnoty wychodzi na zero. Choć w lipcu 2016 roku dług wynosił 30 tysięcy euro, to przeważnie komunie udaje się go spłacić do końca roku. Niektórzy zaczynają oszczędzać, inni przyzwyczaili się do letniej dziury budżetowej. Oprócz comiesięcznego sprawozdania na temat stanu konta i obwieszczania na tablicy ogłoszeń wydatków wynoszących więcej niż 150 euro oraz wpisywania mniejszych sum do specjalnego zeszytu nie ma żadnego sposobu kontroli finansów. Przykład ten potwierdza zaobserwowaną przez Colina Warda, brytyjskiego teoretyka anarchistycznego, ludzką predyspozycję do spontanicznej samoregulacji w społecznościach bez hierarchii.
Osobom, które mało wydają, czasem trudno jest patrzeć na to, jak inni szastają pieniędzmi. Głównym sposobem radzenia sobie z tym problemem jest postawienie się na miejscu drugiej osoby i zrozumienie jej potrzeby. Często wystarcza poznanie powodu, dla którego ktoś chce wydać większą sumę. David wpisał kiedyś na listę większych wydatków kurs medytacji kosztujący 500 euro. Dwie kobiety zagadnęły go, by dowiedzieć się, czy jest to dla niego ważne. Ostatecznie sam zrezygnował z drugiej części, ponieważ kurs nie spodobał mu się. Choć nie ma kryteriów dotyczących wydatków konsumpcyjnych, mieszkańcy wiedzą, co wypada, a co nie. Takim tabu jest na przykład wyjazd na wakacje samolotem. Kiedyś wydało się dopiero po fakcie, że ktoś wybrał się na Majorkę.
Jedni uważają, że powinno się więcej pracować, a inni wolą mniej konsumować. Akceptowana jest praca w różnym wymiarze, w różnym tempie, z różnym stopniem odpowiedzialności. Istnieją rozmaite definicje pracy czy czasu wolnego. W kolektywach pracowniczych bierze się pod uwagę możliwości każdej jednostki. Pewna osoba pracująca w ośrodku dla starszych miała w czasie pobytu w komunie okresy intensywniejszej transformacji osobistej i potrzebowała więcej czasu na terapię. Wtedy pracowała mniej, około 20 godzin. Teraz jest w stanie pracować 35 godzin tygodniowo. Inna kobieta pracowała kiedyś w tym samym kolektywie 40 godzin tygodniowo, a teraz może tylko 20 ze względu na wiek. Były jednak przypadki przepracowania się w rolnictwie. W jednym z kolektywów, w którym pracowały trzy osoby, członkowie mieli różne wyobrażenia na temat tego, ile powinno się produkować. Na przykład dla jednej osoby miarą było to, ile można wyprodukować na danym obszarze, dla innej ważniejsze było, ile to będzie wymagało pracy.
Oficjalne stanowisko grupy mówi o równym traktowaniu wszystkich, niezależnie od ich możliwości. Każda praca ma taką samą wartość, nawet jeśli pewne obszary działalności są nisko wyceniane przez rynek. Jednak codzienne rozmowy w komunie pokazują, że trudno pozbyć się wartości i nawyków ukształtowanych przez kulturę kapitalistyczną. Zdarza się na przykład, że osoby, które dużo pracują, napomykają przy tych mniej pracujących, że ci ostatni znowu mają wolne. Ale są to pojedyncze przypadki członków, którzy obawiają się, że komuna za mało zarabia. Podkreślane jest również, ile dane przedsiębiorstwo zarabia dla komuny.
Podejmowanie decyzji, czyli wyższa szkoła cierpliwości
Jeśli wspólnota nie może dojść do konsensusu, organizowanych jest sześć specjalnych zebrań w ciągu dwóch miesięcy. Jeśli rozmowy nic nie zmienią, decyzja może być podjęta mimo weta trzech osób, dopiero sprzeciw co najmniej czterech osób ją blokuje. W ten sposób nie daje się zbyt dużej władzy jednostce, ale bierze się pod uwagę mniejszość. Unika się jednak takiej metody podejmowania decyzji i raczej szuka kompromisu. Jeśli wokół konkretnej kwestii zbierze się grupa tematyczna, to zaczyna się wymiana poglądów i argumentów na piśmie. Spisywane są też protokoły z dyskusji. Wiele osób narzeka, że jest za dużo do czytania i że trzeba się zagłębiać w zbyt wiele tematów. Decyzje są poddawane ogólnemu głosowaniu na plenum, co ma służyć poznaniu nastawienia grupy. Jedną z możliwości jest pozostawienie wyboru innym. Trudno sobie bowiem wyrobić zdanie na wszystkie tematy.
Podjęcie ważnej decyzji w ośrodku opieki zajęło cały rok – przykład ten ilustruje, jak wolno zachodzą zmiany. W ostatniej fazie tego procesu zorganizowano trzydniowe obrady, podczas których cała komuna sformułowała razem kilka propozycji, by następnie wspólnie je przegłosować i dopracować szczegóły tych najbardziej popularnych.
Widać różnicę pokoleniową. Młodzi chcą mieć wi-fi i używać komórek, ale starsze pokolenie nie zgadza się na to. W końcu pojawił się kompromis: można mieć połączenie z Internetem we własnym komputerze, ale nie można używać wi-fi ani komórki w pomieszczeniach wspólnych. Młodzi narzekają, że trzeba dużo cierpliwości i samozaparcia, by wprowadzić coś nowego. Zainstalowanie telewizji satelitarnej w jednym z mieszkań skończyło się odejściem jej najgorętszego przeciwnika. Mieszkaniec z szesnastoletnim stażem widzi zmianę, jaka zaszła wraz z przybyciem nowych członków. Pojawiło się bardziej indywidualistyczne podejście, jest mniej chęci dyskutowania zasad wspólnego życia. Rośnie popularność przekonania, że każdy powinien zajmować się własnymi sprawami.
Jest wiele kwestii, które powodują napięcia i trzeba je szczegółowo omówić. Na przykład mieszkańcy mają różne opinie dotyczące tego, ile komuna powinna łożyć na dzieci, które są częściowo pod opieką jednego z rodziców mieszkającego poza komuną.
Życie w grupie wymaga wielu ustępstw i przemyślenia własnych racji. Wydaje się, że to dużo więcej poświęceń niż w „normalnym życiu.” Jednak popatrzmy, jak wiele na co dzień akceptujemy bez świadomości, że to nasza decyzja. Zakładamy, że nie ma alternatywy. Członkowie komuny wybrali podejmowanie decyzji na więcej tematów, niż ma to miejsce w przypadku organizacji hierarchicznej. Jeden ze współzałożycieli zauważył, że reguły ciągle się zmieniają. Trzeba je na nowo ustalać i dyskutować, a i tak decyzje niekoniecznie przekładają się na działania, bo wszystko zależy od nastawienia. Ilu członków, tyle interpretacji zasad i celów komuny.
Model rodziny i życie prywatne
Choć mieszkańcy są blisko siebie na co dzień, nie przekłada się to automatycznie na głębokie przyjaźnie. Przeważnie uważają za przyjaciół tylko kilka osób w komunie i osoby spoza niej. Jedna mieszkanka porównała życie w komunie do klasy szkolnej. Innej przypomina to raczej rodzinę, rodzeństwo.
Relacje między członkami są szczere i pełne szacunku. 29-letni David, od siedmiu lat w komunie, zauważa, że wśród jego znajomych z zewnątrz nie ma zwyczaju dawania każdemu możliwości wypowiedzenia się do końca i nie szuka się kompromisu, który zadowalałby obie strony. Tutaj obowiązuje niepisana zasada, że każdy powinien być wysłuchany. Gdy rozstawał się z byłą partnerką, z którą razem pracowali, inna osoba zaoferowała mediację.
48-letnia pedagog lepiej czuje się w komunie, ponieważ stosunki między płciami są bardziej wyrównane. Na uwagi seksistowskie nie ma tu miejsca. Po doświadczeniach w bardziej tradycyjnych związkach uważa, że komuna ułatwia jej życie z mężem. Nie oczekuje się spełnienia wszystkich potrzeb od jednej osoby, ponieważ łatwo znaleźć kogoś innego do wspólnych przedsięwzięć. Konflikty na temat prac domowych i wydawania pieniędzy są sprawą całej wspólnoty, zamiast kumulować się w związku. Pary niekoniecznie mieszkają razem – w ten sposób unika się udręki życia codziennego, która często niszczy miłość. Pewna 40-latka uwolniła się dzięki komunie od presji posiadania tradycyjnej rodziny – ma 20 nieswoich dzieci.
Dla niektórych zespolenie pracy i życia prywatnego to zaleta tego projektu. W kolektywach pracy jest mniej „fasady” niż w innych miejscach zatrudnienia. W ośrodku opieki nad osobami starszymi współpracownicy spotykają się co rano i mówią, w jakim nastroju i formie są danego dnia. Ponieważ zna się sytuację osobistą współpracowników, łatwiej jest o wyrozumiałość.
Kilka osób ma trudności z odpoczynkiem, ponieważ nie udaje im się oddzielić pracy od reszty życia. Trzydziestoparoletnia kobieta, która mieszka w komunie od siedmiu lat, potrzebuje coraz więcej przerw. Czterdziestokilkuletnia matka z pięcioletnim stażem w komunie, która pracuje z osobami z chorobami starczymi, kładzie się wcześnie spać i nie ma siły na utrzymywanie kontaktów poza komuną, ponieważ w ciągu dnia jest cały czas wśród ludzi. Nie jest pewna, czy atak serca, który przeżyła dwa lata temu, nie był związany z intensywnością, jaką narzuca życie w grupie. Stwierdziła, że zamieszkanie w komunie to zdecydowanie nie jest rozwiązanie dla kogoś, kto szuka sposobu na spokojną starość. W grupie nie jest łatwiej. Pojawiają się inne wyzwania, co wymaga sporo energii. Zadomowienie się zabiera trochę czasu – dla jednej osoby były to aż trzy lata. Ci, którzy odeszli, narzekali, że czuli się przytłoczeni obecnością tak dużej liczby osób. Trudno wspierać innych, gdy ci przechodzą przez ciężkie chwile albo, wiedząc o tym, zachowywać się tak, jakby nic się nie stało.
Wstąpienie i wystąpienie z komuny
Dyskusje nad przyjęciem do wspólnoty nowych członków trwają tylko dwa tygodnie. Konieczna jest jednomyślność. Możliwe jest też wykluczenie kogoś ze wspólnoty, ale dotychczas nie miało to miejsca. To raczej osoby, które nie mogą się odnaleźć, same odchodzą. Warunkiem rozpoczęcia procesu przystąpienia do grupy jest jednomyślna decyzja o umożliwieniu okresu próbnego, który ma pomóc podjąć ostateczną decyzję. Przed okresem próbnym i po nim każdy wyraża swoje zdanie pisemnie. W tym czasie każda wspólnota mieszkaniowa zaprasza kandydata na jeden wieczór, który jest okazją do głębszego poznania się. Dana osoba powinna się włączyć w prace jednego z obszarów działalności wspólnoty. Kandydat ma równe prawa oprócz prawa weta, ale nie wnosi jeszcze swego dobytku do wspólnych zasobów.
Najważniejszym czynnikiem przy decyzji o przyjęciu jest znalezienie pracy w komunie i umiejętność zintegrowania się z innymi. Mieszkańcy wolą też osoby młode. Jedno weto, nawet z błahego powodu, wystarczy, by nie przyjąć nowej osoby. Jednak pomimo zasady jednomyślności, zdarzały się przypadki, że nie udało się zablokować wstąpienia niektórych osób.
Przystąpienie do komuny to decyzja na całe życie. Oszczędności i dobytek osoby nowo przybyłej zostają ulokowane na wspólnym koncie, z którego pieniądze służą inwestycjom i wypłacaniu „odchodnego”. Nawet jeśli ktoś oddał komunie duże oszczędności i zasoby, przy wystąpieniu otrzyma tylko kilka tysięcy euro na rozpoczęcie nowego etapu w życiu. Uwe tłumaczy, że w ten sposób komuna staje się alternatywą dla niesprawiedliwości systemu kapitalistycznego. Ktoś, kto ma większe oszczędności albo je odziedziczył lub nabył w inny sposób, skorzystał na nierównościach społecznych. Jedna osoba z 28-letnim stażem zrezygnowała z życia w komunie po wiadomości o odziedziczeniu domu rodzinnego, gdyż stałby się on własnością komuny.
Opowiedziano mi o osobach, które wyprowadziły się, ponieważ nie mogły sprostać narzuconym samym sobie wymaganiom aktywnego uczestnictwa we wspólnocie. W dwóch przypadkach członkowie opuścili wspólnotę z powodu choroby lub depresji. Czasem trudno znaleźć sobie miejsce w kolektywach pracy. Innymi powodami było nawiązanie związku z kimś spoza komuny lub trudne rozstania par wewnątrz grupy.
Od 26 lat komuna zajmuje się kwestią planowania emerytur. Co roku są odkładane pieniądze na zabezpieczenie emerytalne. W przypadku wystąpienia z komuny, oddaje się danej osobie zaoszczędzony kapitał, by mogła wpłacić go na swój fundusz emerytalny.
Wspólnota zaczątkiem zmiany siebie i świata
W 2001 roku Kommune napisała, że wspólne życie i działanie są formą sprzeciwienia się „duchowi czasu” i przyzwyczajeniom typowym dla zatomizowanego społeczeństwa. Ta refleksja wydaje się jeszcze bardziej aktualna w obecnych czasach, gdy widzi się niepowodzenia zachodniej lewicy. Niedawno Zygmunt Bauman tłumaczył w wywiadzie dla „El Pais”, jaka jest różnica między wspólnotą a siecią kontaktów i zrywami typu Occupy czy Oburzeni. Uważa on, że atomizacja społeczna, choć nie przeszkadza krótkotrwałej mobilizacji, jaka miała miejsce w ostatnich latach w rożnych częściach świata, w dłuższej perspektywie prowadzi do stagnacji. Prawdziwa zmiana w społeczeństwie wymaga stworzenia wspólnoty i odwagi przynależenia do grup(y). Doświadczenie osób żyjących w komunach i wspólnotach potwierdza, że życie razem wymaga chęci podjęcia ryzyka. To tak jak założenie rodziny, ale z 60 osobami, z których około pięciu zmienia się co roku.
Przynależność do wspólnoty stymuluje do ciągłej pracy nad sobą. Otoczenie wciąż konfrontuje z własnymi nawykami i utartymi ścieżkami. Czasem wychodzą na jaw rzeczy, których nie chce się widzieć. Kobieta po czterdziestce powiedziała, że dzięki komunie stała się bardziej elastyczna, dostaje wiele inspiracji, by wyjść z rutyny, do której ma skłonności. Życie razem i potrzeba omawiania wielu rzeczy z innymi sprawiają, że łatwo jest zatracić siebie. Nie dać się odwieść od swoich racji to także wyzwanie.
Wiele osób nie ma ochoty na konfrontacje i mówienie wprost o problemie. Prowadzi to do narzekania na innych i obmawiania pod ich nieobecność. Jona zauważył, że często narzekanie na kogoś wynika z faktu, że się nie zna tej osoby oraz nie rozumie jej potrzeb i zachowań. Konflikty i niezadowolenie prowadzą do podziałów i zabierają dużo energii. Niektórzy unikają jedzenia przy jednym stole. W małej grupie doszłoby do rozstania, tu można żyć obok siebie. Dochodziło już do rozdzielenia kolektywów pracy lub do odseparowania członków kolektywów z powodu konfliktów.
Od końca 2002 roku we wspólnocie działają grupy terapeutyczne i uczące się porozumienia bez przemocy. Wiele osób, z którymi rozmawiałam, powoływało się na główne zasady tego porozumienia. Na przykład jedna z osób, która przeszła intensywną psychoterapię w ciągu siedmioletniego pobytu w komunie, zmieniła swoje zachowanie w sytuacjach konfliktowych. Nie obwinia już innych o wszystko, lecz zastanawia się, w jaki sposób przyczyniła się do ich niezadowolenia. Małe scysje w życiu codziennym są okazją, by zgłębić własną psychikę. W sytuacji konfliktu lub weta, inni próbują pomóc danej osobie zrozumieć, jakie wewnętrzne problemy mogła w sobie odkryć. Intensywność życia w grupie daje wiele okazji do skonfrontowania się z mechanizmami własnego zachowania.
Uli podchodzi sceptycznie do terapii grupowych. Mogą być nawet przeszkodą w budowaniu wspólnoty, ponieważ prowadzą do indywidualizacji, zbytniego skupiania się na sobie. Mieszkaniec z 16-letnim stażem w komunie zaobserwował, że pomimo wszystkich metod i specjalistów od relacji między ludźmi jest tutaj wiele konfliktów, które czasem ciągną się od lat.
Według dwóch osób, dyplomowanego pedagoga i byłej pielęgniarki, praca w komunie jest lepszym rozwiązaniem niż zatrudnienie w systemie państwowym, w którym cały czas obcina się etaty i obniża jakość usług. Pomimo wielu niedogodności i trudności w życiu codziennym, doktor nauk rolniczych, która rozwinęła przedsiębiorstwo produkujące warzywa ekologiczne, widzi sens swojego wyboru. Udało jej się osiągnąć coś, co byłoby trudne do stworzenia na wolnym rynku. Woli wprowadzać wymierne zmiany, a nie tylko o nich pisać. Cała Kommune to historia ludzi, którzy o czymś marzyli, czegoś pragnęli – i zabrali się do pracy. I tworzą swoją wizję społeczeństwa już od 30 lat.
Gunter zauważa, że wybranie ścieżki kapitalistycznej dzieje się automatycznie. Zastanawia się, co zrobić, by alternatywne formy organizacji społecznej były taką samą oczywistością. Dla mnie tego typu wspólnoty są okazją, by przejrzeć się w lustrze. Poprzez kontrast można zobaczyć własne przyzwyczajenia, które przyczyniają się do utrwalania nierówności społecznych i degradacji środowiska. Eksperyment ten pokazuje, jaki standard życia można osiągnąć dzięki współpracy i solidarności. Choć dla wielu życie w komunie jest niewyobrażalne, można zainspirować się tym przykładem w życiu codziennym. Oto kilka pomysłów: wspólne używanie pralki lub samochodu, ale za to dobrej jakości; dzielenie opieki nad dziećmi pomiędzy rodziców a osoby bezdzietne; wspólne organizowanie pracy reprodukcyjnej (czynności domowych) i włączenie do łatwych zadań osób bezrobotnych; więcej cierpliwości i pracy nad sobą w konfliktach; mniej Internetu i komórek, za to życie blisko siebie. Nie trzeba od razu zakładać komuny, by postanowić, że chce się innej jakości życia, a potem wykorzystać siłę grupy i samoorganizacji, aby to osiągnąć. Im się udało.
dr Katarzyna Gajewska
przez Jesse Myerson | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Zima 2016
Ruch Occupy nie zmienił jedynie debaty publicznej – on położył fundamenty pod nową erę radykalnych protestów. Pięć lat po jego powstaniu warto przyjrzeć się uważniej temu dziedzictwu.
17 września 2011 roku jedynym stałym mieszkańcem parku Zuccotti na Dolnym Manhattanie był wykonany z brązu pomnik biznesmena, usadowiony na ławce po zachodniej stronie parku. Tak to wyglądało, zanim pojawiły się tysiące demonstrantów, którzy zbudowali obozowiska, by protestować przeciwko „władzy jednego procenta” najbogatszej elity finansowej. Przed 24 września, kiedy kraj obiegł film pokazujący, jak nowojorski policjant traktuje protestujących gazem pieprzowym, zieleniec zyskał nową nazwę – Liberty Plaza Park (Park Wolności) i mieścił już stoisko powitalne, kuchnię, kącik dla dzieci, strefę kultury i sztuki, drużyny gotowych do pomocy medyków i prawników, centrum medialne i bibliotekę.
Wszystko to powstało na fali improwizacji, która jest ważnym komponentem tego rodzaju buntu. Zaczęło się od wykonania przez założycieli prostego gestu, a rozrosło do rozmiarów ruchu, który tworzył protestacyjne obozowiska w całym kraju – i rozwijał się głównie dzięki intuicji, eksperymentom, przypadkom, szczęściu lub nagłej konieczności.
Konieczność ta stała się niebawem paląca, jako że policja szybko zaczęła stosować sankcje wobec rodzącego się ruchu i rozbijać obóz za obozem. W mgnieniu oka państwo zniszczyło większość z materialnych dokonań Occupy, pozostawiając opinii publicznej wrażenie, że ruchowi nie udało się zbudować niczego trwałego ani pożytecznego.
A jednak po pięciu latach mówi się o Occupy jako o ruchu, który wprowadził tematykę nierówności do debaty politycznej – co w konsekwencji pozwoliło na tak bezprecedensowe wydarzenie, jak udział 74-letniego socjalisty w wyścigu o prezydenturę USA, a także zapoczątkowało nową epokę gwałtownych protestów i nieposłuszeństwa obywatelskiego.
Jeśli wydaje się to zatem sporym dziedzictwem jak na ruch, który się właściwie nie rozwinął, to warto przyjrzeć się bliżej, co Occupy stworzyło – i tworzy nadal – i z czym wyszło poza okupowane parki. W rzeczy samej, ruch „zmienił kierunek prowadzonej dyskusji” i upowszechnił ideę 99 proc., która przywróciła politycznej narracji pojęcie klasy społecznej. Jednak tak samo istotne wydaje się, że skutkiem jego powołania jest także powstanie wciąż istniejącej infrastruktury – sieci komunikacji, przestrzeni (w sensie fizycznym) dostępnej dla organizatorów, a także wzorców szkolenia i analizy. Choć tego rodzaju infrastruktura jest często pomijana milczeniem lub niedoceniana, jest jednak kluczowa dla wzrostu ruchu i trwałości jego wpływu społecznego. Pojawiając się na scenie politycznej, gdy amerykańska lewica nie radziła sobie najlepiej, ruch Occupy skleił ponownie struktury, które mogły wspomóc jej rozwój – ale jego najważniejszym dziedzictwem jest to, że położył podwaliny, na których późniejsze ruchy mogły budować i które mogły ulepszać.
Zaczynając od zera
Gdy Occupy pojawiło się znienacka w 2011 roku, nie miało wiele do zaoferowania, jeśli chodzi o instytucje, partie polityczne, publikacje, sieci komunikacyjne czy przestrzeń spotkań. Antyglobalizacyjne ruchy sięgające kilkunastu lat wstecz oraz wysiłki grup antywojennych działających w połowie pierwszej dekady XXI wieku pozostawiły po sobie tylko niewielkie, rozproszone resztki narzędzi i systemu wsparcia dla buntów społecznych. Grupy organizacji pracowniczych, takich jak Communication Workers for America, United Steelworkers czy National Nurses United, udzieliły poparcia ruchowi, a wielu działaczy związkowych pojawiło się, by zapewnić mu wsparcie materialne. Ale, ogólnie mówiąc, Occupy brakowało odpowiedniej infrastruktury zapewnianej przez lewicę znaczącą politycznie.
Bez takich narzędzi i przestrzeni niezbędnych, żeby budować ruch, Occupy nigdy nie miało wielkiej szansy na przekształcenie się w silną formację polityczną. Nadal jednak stanowiło pozytywną odmianę na tle anemicznych protestów i buntów, do jakich wielu organizatorów przywykło w poprzednich latach. Yotam Marom wspomina poprzednie ruchy socjalistyczne, w które był zaangażowany przed powstaniem Occupy. Twierdzi, że demonstracje publiczne i aktywizm zawsze wydawały się niewielkie, bardzo skromne, wyglądały sztucznie. Zapraszałem na nie swoich znajomych i w duchu modliłem się, by nikt się nie pojawił, ponieważ te spotkania były trochę żenujące. Aż tu pewnego dnia w parku Zuccotti: warunki były w sam raz, pojawili się odpowiedni ludzie w odpowiednim czasie. Trochę szczęścia i to wszystko po prostu się wydarzyło.
Z każdą godziną przybywało nowych osób. Bardzo często nie miały żadnego doświadczenia związanego z aktywizmem. Jak mówi Marom, dobrze działająca organizacja rozpoznałaby wśród nich naturalnych liderów, po czym wdrożyła proces rozwijania u nich umiejętności przywódczych. Tylko że żadne tego typu procedury nie istniały. – Udawaliśmy, że jesteśmy ruchem pozbawionym liderów – skarży się Marom. W rezultacie nowi przywódcy zostali wyłonieni dość przypadkowo i okazało się, że nie można na nich liczyć. Ruch stał się zatem mniej kolektywny i demokratyczny.
Kwestia przywództwa wciąż prześladowała Occupy. Jednak po tym, jak parki opustoszały, ta konkluzja doprowadziła Maroma i garstkę jego znajomych o podobnych poglądach do założenia Wildfire Project – inicjatywy, która miała za zadanie ułatwiać planowanie strategiczne, edukację polityczną i wdrażanie do przywództwa. Działali wspólnie z liderami innych ruchów, które pojawiły się na fali Occupy. Od momentu powstania na początku 2013 roku Wildfire współpracuje z młodą afroamerykańską organizacją wyzwoleńczą Dream Defenders z siedzibą na Florydzie, a także z Fossil Fuel Students Divestment Network, zwalczającą wykluczenie grupą Occupy Our Homes i kilkoma innymi – aby w obliczu kryzysu aktywizmu wyposażyć je w narzędzia i umiejętności przydatne w codziennej pracy.
Wildfire szerzy podstawowe umiejętności, takie jak publiczne przemawianie czy prowadzenie rozmów, narad itp. Ale grupa przyswoiła sobie również wiele lekcji, których wcześniej musieli nauczyć się członkowie Occupy – na przykład tego, żeby nie tłumić konfliktów. – Inne procesy planowania strategicznego oznaczają odłożenie na bok spraw emocjonalnych, politycznych czy interpersonalnych i „zabranie się do roboty” – wyjaśnia Marom. Jednak Wildfire postępuje odwrotnie: Właściwie rzucamy się w konflikty głową naprzód. Staramy się, o ile to tylko możliwe, uczyć ludzi, że można być w konflikcie w produktywny sposób, że konflikt to jeden ze sposobów walki o określenie strategii działania.
Jednocześnie grupa próbuje zwalczyć niechęć do przywództwa, przenikającą wcześniej ruch Occupy. – Ma to wiele wspólnego ze strachem przed wrogiem i poczuciem rezygnacji, które podpowiada nam, że i tak nigdy nie wygramy – mówi działacz. Według niego strach przed powołaniem liderów to szerszy problem lewicy. Uważa, że stanowi on barierę w budowaniu silnego i wpływowego ruchu.
Nowe zasady dla radykałów
Choć Occupy zdecentralizowało system zarządzania, wywalczyło z drugiej strony sprawiedliwy remis dla tych, którzy mieli całkowicie dość polityki rozumianej tradycyjnie. W czasie poprzedzającym wybuch rewolty Tammy Shapiro rozważała całkowite odejście z ruchów oddolnych. Organizacje pozarządowe, które działały ściśle według politycznego scenariusza, uważnie kontrolując każdy aspekt własnego przekazu i rozwoju, wydawały się jej jedynym graczem w mieście. – Odrzucało mnie to, jak bardzo kapitał i zależności finansowe kontrolowały i determinowały zarówno politykę Waszyngtonu, jak i aktywność organizacji pozarządowych – wspomina była działaczka grupy J Street U, młodzieżowej organizacji gromadzącej się wokół kwestii okupacji izraelskiej. Zauważyłam, że nieważne, co by się działo, bogaci ofiarodawcy mają zawsze więcej do powiedzenia niż grupy oddolne.
Natychmiastowy sukces Occupy Wall Street pozwolił Shapiro dostrzec siłę, jaka tkwi w różnych metodach i sposobach organizowania się. Zdecentralizowany przebieg demonstracji, pozostawiający mnóstwo miejsca na eksperymenty grup oddolnych, podsunął jej sposób działania, w którym odnalazła sens. Sprawił też, że ponownie zainteresowała się zajęciami, które planowała porzucić. Zaangażowała się w InterOccupy, grupę stawiającą sobie za cel ułatwianie komunikacji pomiędzy różnymi podgrupami ruchu na terenie całego kraju. Używała w tym celu różnych narzędzi – stron internetowych, mediów społecznościowych i konferencji online – pozwalających członkom ruchu z różnych miast na sprawne komunikowanie się i tworzenie więzi. Biorących udział w telekonferencji dzielono na grupy, które miały w razie potrzeby organizować demonstracje, ustanawiano kolejność wypowiadania się, a nawet prowadzono wirtualne wybory.
Z taką siecią komunikacyjną jako zapleczem InterOccupy mogło z łatwością wysyłać regularnie newslettery informujące odbiorców o wyzwaniach, jakie napotykał ruch, o rozwiązaniach, nad którymi pracował, działaniach, jakie planował, i tak dalej – a wszystko to bez podziałów hierarchicznych. Udowodniło to Shapiro, że „decentralizacja ma potencjał”.
Rok później dostrzegła, że model ten można wcielić w życie w nowy sposób, nawet jeśli wielu z jej rodaków ogłaszało upadek ruchu Occupy. Mamy przecież tę ukrytą sieć – przypomina sobie, że upierała się przy podjęciu tego tematu podczas spotkania na temat stanu ruchu, które odbyło się w październiku 2012 roku. – Nie wierzę, że jest ona martwa. Zajęto się sprawdzeniem, czy instynkt dobrze jej podpowiadał. Paradoksalnie, sieć przydała się natychmiast: Wróciliśmy z Blue Mountain, a następnego dnia uderzył huragan.
Occupy Sandy, sieć pomocowa świadcząca opiekę ofiarom Huraganu Sandy, to drugi akt powrotu ruchu. Udało mu się nie tylko przywrócić do życia sieci komunikacyjne, które stworzył rok wcześniej, ale i osiągnąć taką efektywność działań, że zawstydził podejmowane chaotycznie wysiłki FEMA, Czerwonego Krzyża i innych bardziej tradycyjnych, hierarchicznych organizacji, które nie podołały sprawnym i efektywnym działaniom obliczonym na niesienie ulgi i pomocy ofiarom. Kiedy FEMIE się nie udawało, na miejscu było Occupy Sandy – głosił nagłówek listopadowego wydania „New York Timesa”. – Occupy Sandy udowodniło mnie i wielu innym nowojorczykom, iż działamy w taki sposób, że nasza praca przynosi rezultaty – mówi Shapiro. – Nasz sposób organizacji miał ogromny potencjał, pozwalający uzyskać wymierne efekty.
Jednak próby przekucia potencjału decentralizacji w zaangażowanie ludzi, którzy nie brali udziału w obu wersjach ruchu Occupy, okazały się trudne. – Mieliśmy podstawowe, intuicyjne rozumienie tych procesów – zauważa Shapiro – ale brakowało nam języka i wzorców osobowych. Nie mieliśmy swojej „Rules for Radicals”, napisanej w czasach ruchu społecznego posługującego się internetem i innymi nowoczesnymi technologiami [mowa o książce „Rules for Radicals: A Pragmatic Primer for Realistic Radicals”, napisanej w 1971 roku przez Saula D. Alinsky’ego, a zawierającej rady dla organizujących się oddolnych grup – przyp. tłum.].
Jeśli nie potrafi się jasno zdefiniować kultury organizacyjnej ruchu, trudno jest rozpoznać jego słabości i uporać się z nimi. Aby zmienić ten stan rzeczy, Shapiro i kilkoro podobnie myślących działaczy utworzyło wspólnie „think-make-and-do-thank” [kpina z często używanej nazwy „think tank”, która oznacza „laboratorium myśli”. Proponowana przez działaczy formuła to „laboratorium myśli, tworzenia i działania” – przyp. tłum.] o nazwie Movement Netlab. Jego celem była próba dokładnego określenia, jak różnorodne role uczestnicy mogą odgrywać w jednym masowym, zdecentralizowanym ruchu. Na przykład – ruch potrzebuje trenerów, nauczycieli, twórców swojej wewnętrznej kultury, osób wprowadzających go do głównego nurtu itd. Inny z podjętych projektów dokumentował cykl rozwojowy ruchów społecznych. Netlab stawia hipotezę, że ruchy powstają na fali szczególnych „momentów”: najpierw narasta ogólna wściekłość na trwający kryzys. Potem pojawia się wydarzenie-wyzwalacz, które inicjuje spontaniczną masową odpowiedź, a ta stanowi początek fazy „bohaterskiej” ekspansji i okresu miesiąca miodowego, gdy wszystko wydaje się możliwe. Kiedy to się kończy, ruch przechodzi okres bolesnego kurczenia się, a potem ostatni etap – refleksję i ewolucję. Następnie cykl rozpoczyna się ponownie – miejmy tylko nadzieję, że różnica jest taka, iż ruch tymczasem osiągnął już jakieś namacalne cele i jest lepiej przygotowany do wykorzystania momentu, gdy kolejny raz będzie zwyżkował.
Shapiro i Netlab angażowali się wcześniej w ruch sprawiedliwości klimatycznej, co pozwoliło im wcielić w życie kilka z hipotez na temat tego, jak masowe, zdecentralizowane ruchy potrafią organizować się skutecznie na rzecz wspólnego celu. Na przykład podczas przygotowań do Marszu Klimatycznego w 2014 roku Shapiro stworzyła system komunikacji, który współgrał ze strukturą InterOccupy, zapewniając każdej z ponad 100 „gałęzi” (Praca dla Klimatu, Sztuka dla Klimatu itd.) stronę internetową, grupę na Facebooku i grupę na platformie Google – połączone wspólnym wejściem do sieci, ale odrębne.
To wszystko ułatwiło ludziom wejście w ruch wprost z własnej wspólnoty, której czuli się istotną częścią, i wniesienie do niego swojej tożsamości, zamiast pozostawiania jej przed drzwiami. Co więcej, pozwalało to grupom, których poglądy czasami mogły stać w sprzeczności z założeniami ruchu – np. związkom zawodowym albo grupom walczącym z wydobyciem gazu łupkowego – organizować się w sposób autonomiczny przed uczestnictwem w demonstracjach i marszach dotyczących ich przekonań.
Okupowanie polityki wyborczej
Winnie Wong, która także była zaangażowana w Occupy Sandy, miała inny pomysł na to, jak sprawić, by zdecentralizowane sieci ponownie zadziałały. Widziała, jak skuteczne były w pomocy ofiarom huraganu i zaczęła zastanawiać się, jak by się zachowały, gdyby w grę weszło prowadzenie polityki. – Chciałam wykonywać ruchy taktyczne i strategiczne, chciałam „okupować Partię Demokratyczną”, która – jak sądzę – jest współodpowiedzialna za wiele bardzo szkodliwych praktyk.
Doprowadziło to do powstania grupy People for Bernie [Ludzie dla Berniego, inicjatywa wspierająca lewicowego kandydata na prezydenta Berniego Sandersa – przyp. tłum.], w której ukuto chwytliwe powiedzonko „Feel the Bern” [„poczuj Bernie’go”; gra słów oparta na wyrażeniu idiomatycznym „feel the burn”, czyli „otwórz oczy i dostrzeż swoje kiepskie położenie” – przyp. tłum]. – Organizujemy się w grupy złożone z ośmiu do dziesięciu osób – mówi Wong – i dajemy sobie nawzajem prawo do autonomicznego działania w imieniu kolektywu. Gdy pojawiają się nieporozumienia – co jednak dzieje się bardzo rzadko – dotyczące tego, czy jakaś sprawa jest warta wspierania, są rozwiązywane poprzez szybkie obrady na facebookowym czacie. To właśnie Occupy nauczyło mnie nieeskalowania konfliktów.
Właściwie grupa zawiązała się w 2014 roku pod nazwą „Ready for Warren”. – Jej misja obejmowała budowanie zaplecza wyborczego dla ludzi, którzy identyfikowali się z głównym przesłaniem Occupy Wall Street – dodaje aktywistka – a Elizabeth Warren była naszym wzorem reprezentantki 99 proc. Nie upłynęło wiele czasu i prominentne liberalne organizacje podpięły się pod nawoływanie do wystawienia Warren w prawyborach w 2016 roku przeciwko Hillary Clinton, ostatecznie jednak pomysł ten zarzucono.
W kwietniu 2015 roku Wong mówiła: To my jako pierwsi promowaliśmy Sandersa, na długo zanim inne grupy go wsparły. People for Bernie stworzyli list otwarty z nazwiskami wielu organizatorów demonstracji z parku Zuccotti oraz innych miejsc – ludzi, którzy podpisali się na znak poparcia dla Sandersa jako indywidualni okupujący. Jednocześnie grupa założyła stronę internetową, strukturą zbliżoną do proponowanej przez Tammy Shapiro i InterOccupy, a także ponad pięćdziesiąt grup na Facebooku i Twitterze pod hasłem „Głosuj na Berniego”. – Sprawiło to, że zbudowano wielki, zdecentralizowany namiot, pod którym mogli się schronić i spotkać ludzie z całego kraju. Daliśmy hasła dostępu bardzo wielu członkom – mówi Wong. – Wiedzieliśmy, że nie możemy być jedynymi ludźmi odpowiedzialnymi za tworzenie przesłania. Potrzebowaliśmy innych, by je tworzyli. Potrzebowaliśmy ludzi, którzy rozmawialiby na temat ważnych dla nich kwestii.
Choć na razie nie ma planów, by drogowskaz z napisem „Bernie” zamienić na coś innego, grupa pozostawia sobie przestrzeń na ewentualną zmianę. – Nigdy nie chodziło tylko o zwycięstwo Sandersa w wyborach – mówi działaczka. – Chodziło o stworzenie ruchu.
Co najważniejsze, sieć People for Bernie pozbierała rozrzucone puzzle i szczątki po wcześniejszych protestach – i jest gotowa na ponowne przystąpienie do działania, gdy tylko nadejdzie sprzyjający moment.
Okupować, by obalić
Latem 2016 roku przez USA przetoczyła się nowa fala miasteczek namiotowych. Od Decolonize LA, przez Plac Wolności w Chicago, po nowojorski Plac Abolicji – aktywiści raz jeszcze zgromadzili się, by stworzyć miejsca protestu, tym razem w celu nawoływania do potępienia rasistowskich zachowań stróżów prawa i masowych aresztowań. Protesty te wyewoluowały bezpośrednio z ruchu Black Lives Matter i w niektórych przypadkach wzorowały się na obozowiskach założonych podczas protestów w Ferguson w 2014 roku. Także infrastruktura zbudowana przez Occupy była dla nich istotnym wsparciem.
Spotkania organizacyjne grupy zakładającej Plac Abolicji, położony tylko kilka przecznic od parku Zuccotti, odbywały się w May Day Space, której to przestrzeni schronienia udzielił kościół episkopalny na Brooklynie. Kolektyw prowadzący ten projekt jest w znacznej mierze złożony z Okupujących, którzy aż za dobrze pamiętają, jak ruch zwiądł, gdy zabrakło mu stałego miejsca spotkań. Poprzednio zajmował o wiele większą przestrzeń w dzielnicy Bushwick, dzieląc ją z innymi oddolnymi inicjatywami i grupami. – Naszą misją jest udostępnianie przestrzeni organizacjom walczącym o sprawiedliwość społeczną – mówi Sandra Nurse, weteranka ruchu Occupy i członkini kolektywu May Day. – Przestrzeń jest specjalnie tworzona w taki sposób, by grupy mogły czuć się mile widziane o każdej porze dnia, kiedy tylko potrzebują miejsca na spotkanie. Dzięki istnieniu May Day aktywiści nie muszą już uciekać się do spotkań w przypadkowych miejscach w niedogodnych godzinach, bo tylko takie odpowiadają prowadzącym te przestrzenie, ani też umawiać się w miejscach publicznych, gdzie policja może im przeszkadzać.
Pięć lat temu Occupy Chicago dojmująco cierpiało z powodu braku wspólnej przestrzeni. Masowe aresztowania sprawiły, że nigdy nie założono stałego obozu. Ale już chicagowski Plac Wolności dokonał tego, czego wcześniej nie udało się Occupy Chicago – czyli faktycznie okupował. Organizatorzy z grupy #LetUsBreathe na 41 dni zmienili zaniedbane, puste miejsce w zachodniej części miasta w miasteczko namiotowe. Nawoływali w nim nie tylko do zamknięcia domniemanego „czarnego punktu policyjnego” na Homan Square [ang. police black site – określenie na miejsce o zazwyczaj nieznanej lokalizacji, w którym policja czy inne służby prowadzą tajne działania; przykładem są więzienia CIA: Polska była tu „czarnym punktem” – przyp. tłum.], ale także przewidywali, że Plac Wolności stanie się przestrzenią, która wyobraża świat bez policji, miejscem spotkań społeczności. Po jakimś czasie organizatorzy zakończyli okupację i oddali teren we władanie lokalnych mieszkańców.
Shapiro uważa, że jedną z głównych różnic organizacyjnych pomiędzy ruchami Occupy a Black Lives Matter jest to, że ten drugi celowo włącza w swój obręb ważne organizacje o formalnych strukturach przywództwa. Postępując tak, BLM w dużej mierze unika fetyszyzacji przywództwa lub jego braku, które tak frustrowało Yotama Maroma w parku Zuccotti – a ten fetysz nadal ma się nieźle, bo jak mówi działaczka, ruch nie miał i nadal nie ma tego typu podbudowy i struktury – ponieważ ich nie wypracował. – Jeśli działamy w ramach zdecentralizowanej sieci, to potrzebujemy delegować przywództwo – ale to nadal musi być przywództwo – wyjaśnia.
Lekcje te sprawiły, że lewica jest obecnie w zupełnie innym miejscu, niż była przed pięcioma laty. Yotam Marom mówi: Największym sukcesem Occupy jest to, że ludzie nauczyli się, że mają możliwości. My sami nigdy nie mieliśmy żadnych oczekiwań co do wielkości czy siły ruchu – i przyniosło to katastrofalne skutki. Obecnie nowi działacze wierzą, że ruch ma sens i potencjał, a to zmienia całkowicie metody, jakich używają w działaniu.
Jesse Myerson
Tłumaczenie Magdalena Okraska
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na internetowej stronie amerykańskiego lewicowego miesięcznika „In These Times” 16 października 2016 roku.
przez Hifumi Okunuki | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Zima 2016
„Strajk”. Jak się czujecie, gdy słyszycie to słowo, jakie wrażenia mu towarzyszą? Widzicie na horyzoncie krew, pot i łzy? A może wściekłą, złośliwą masę, która niszczy społeczeństwo obywatelskie? Założę się, że większość Japończyków poniżej czterdziestki nie ma ani pozytywnej, ani negatywnej opinii na temat strajkowania. Nie mają też żadnych wspomnień ani wrażeń z nim związanych – jak też żadnego pomysłu na to, czym właściwie jest strajk. A wszystko dlatego, że strajkowanie staje się w japońskim społeczeństwie coraz rzadszym widokiem. Jednak nie zawsze tak było.
W 1974 roku przez kraj przetoczyła się fala strajkowa. Wówczas 9581 zakładów stanęło na pół dnia roboczego. W protestach wzięło udział ponad trzy i pół miliona pracowników. Ten powojenny szczyt aktywności protestacyjnej w Japonii miał miejsce, gdy miałam trzy lata. Z dzieciństwa pamiętam, że dość często widywało się strajkowe przestoje w pracy. Angażowali się w nie głównie konduktorzy pociągów i kierowcy autobusów. Ostatnie dane pochodzą z 2013 roku – odbyło się wtedy ogółem zaledwie 71 strajków.
Wykładam na uniwersytecie prawo pracy, uczę nastolatków i dwudziestoparolatków. Największe wyzwanie dla obu stron stanowi właśnie temat strajków. Wśród pytań, jakie padają podczas tych zajęć, można usłyszeć: „Co to jest strajk?”, „Czemu ktokolwiek miałby robić coś podobnego?” i „Jaki to ma w ogóle cel?”.
Młodzi studenci, którzy uczęszczają na moje zajęcia, nigdy nie widzieli strajku ani też o nim nie słyszeli. W tym sensie nie mają zatem żadnych uprzedzeń ani z góry powziętych założeń – ich umysły są jak tabula rasa. Mówię im: „Artykuł 28 Konstytucji Japonii gwarantuje pracownikom prawo do solidarności, a to oznacza również prawo do strajku”. Wtedy na twarzach wielu z nich dostrzegam zdumienie i zakłopotanie. Jeśli nigdy wcześniej nie słyszało się o strajku ani go nie widziało, bardzo trudno pojąć, co to właściwie jest.
W zeszłym roku, kiedy uczyłam na kursie posemestralnym, wydarzyło się coś, co posłużyło mi za świetny podręcznikowy przykład w rozmowie na temat znaczenia strajków. 20 marca 2014 roku do strajku przystąpił związek zawodowy w Sotetsu Holding Inc. – firmie, która ma monopol na połączenia kolejowe i autobusowe w prefekturze Kanagawa. Studentki z mojego college’u, czyli z Uniwersytetu dla Kobiet w Sagami, często korzystały z połączeń zapewnianych przez tę spółkę. Kilka z nich wydawało się zadowolonych, gdy donosiły grupie, że odbywa się strajk.
Niektóre studentki pokazywały mi „vouchery strajkowe”, rozdawane na stacjach jako potwierdzenie dla szkół i miejsc pracy pasażerów, że spóźnili się oni w umówione miejsce z powodu strajku. Zdjęcia voucherów rozeszły się w internecie i były udostępniane w mediach społecznościowych – a komentarze pod nimi wskazywały, że są traktowane wręcz jak skarby kolekcjonerskie.
Firma Sotetsu Holdings twierdziła, że z powodu „zniszczenia” rozkładu jazdy otrzymała wiele skarg i zażaleń, z drugiej jednak strony u wielu studentów i internetowych komentatorów wyczuwało się pewne podekscytowanie – doświadczali bowiem czegoś niezwykłego, czegoś choć trochę różnego od szarej codzienności. Czy to było wydarzenie, które przypomniało im o czasach katastrof naturalnych albo o innych tragediach? Nawiasem mówiąc: pociągi zatrzymały się tylko na dwie godziny, licząc od pierwszego składu o siódmej rano, zatem rozkład jazdy nie został poważnie zmieniony. Choć jestem szczęśliwa z powodu pozytywnej reakcji studentów na strajk, sytuacja ta jednocześnie udowadnia, jak rzadkie stały się w naszym kraju tego rodzaju wydarzenia.
Dlaczego liczba strajków w Japonii zmalała? Oto kilka powodów.
Nasza praca straciła ciągłość i jednorodność, uległa rozpadowi na drobne części. Pracownicy są zatrudniani tylko na część etatu lub wysyłani w różne miejsca, w zależności od dnia. Zbudowanie solidarności w miejscu pracy staje się zatem coraz trudniejsze. Jednocześnie dużym związkom zawodowym nie udało się zrekrutować w swoje szeregi osób pracujących na niepełny etat, a więc szansa, by związki mogły angażować się w spory w ich miejscach pracy, uległa znacznemu zmniejszeniu. Pracownicy żyją w coraz większej izolacji od innych i – w rezultacie – zamiast do związków, zwracają się z prośbą o pomoc do prawników lub sądów. Zaczęli także postrzegać związki jako instytucje zewnętrzne, które pomogą im, gdy mają kłopoty w miejscu pracy, jednak nie mają z samymi pracownikami nic wspólnego.
W Japonii „klient jest bogiem” od czasu, gdy upowszechniło się poniższe stwierdzenie piosenkarza Haruo Minami: Cokolwiek robi klient, nie mamy prawa sprawić mu jakiegokolwiek kłopotu. Nie możemy sprawić, by klient, który nam płaci, był niezadowolony. Prawda jest jednak taka, że Minami został źle zrozumiany i żalił się później, że zdanie zaczerpnięte z jego utworu zostało potraktowane jako zachęta do takiego zachowania. Powiedział: Chodziło mi tylko o to, że kiedy śpiewam, muszę myśleć o mojej publiczności jako bóstwach, bo inaczej nie dałbym z siebie wszystkiego. Jednak ten fragment upowszechnił się jako mantra japońskiego świata biznesu – i jest nią od pół wieku.
Gdy podsumujemy wszystkie te przykłady, nietrudno będzie zrozumieć, czemu japońskie społeczeństwo uważa, że strajkujący pracownicy powodują dyskomfort klientów: robią to tylko dlatego, że chcą zaspokoić swoje samolubne chęci poprawienia warunków pracy. A zatem, zdaniem większości, nie powinni „wciągać” klientów w swoją walkę ani czynić ich jej świadkami.
Emi Kawaguchi-Mahn, mieszkająca w Niemczech japońska pisarka, podziela tę opinię na temat strajków. W zeszłym roku [2015] napisała książkę pod tytułem „Lived in Europe and the Results are: Japan 9, Europe 1” („Mieszkałam w Europie i Japonia wygrywa z nią 9:1”). Jej poprzednia książka nosiła tytuł „Mieszkałam w Niemczech i Japonia wygrywa z nimi 8:2”. Te żałośnie śmieszne tytuły powstały na fali ostatniej mody na pozycje oddające Japonii cześć jako lepszej nie tylko od poszczególnych krajów w Europie, ale też od całego kontynentu.
W nowym kraju autorki strajki zdarzają się „o wiele za często”. Moim zdaniem strajk pracowników Lufthansy to po prostu szantaż – pisze. Dobrze, gdy pracownicy naciskają na zarząd. Ale angażowanie w to bogu ducha winnych ludzi, którzy nie mają z całą sprawą nic wspólnego, to ogromnie tchórzliwy sposób postawienia na swoim. Przypomina to działania terrorystów, którzy chcąc przeforsować swoje żądania, biorą ludzi jako zakładników. Ja i moi japońscy znajomi żyjący w Niemczech dostajemy szału, gdy tylko widzimy kolejne wiadomości na temat nowych strajków. Nie mogę uwierzyć, że ci ludzie mogą robić takie rzeczy z taką nonszalancją! I dalej: W Japonii, kraju, który czci klienta, strajki wzbudzają największy gniew społeczny ze wszystkich działań podejmowanych przez związki zawodowe. Moim zdaniem, choć może prawa pracownicze są tam nieco słabsze niż tutaj, Japonia jest o wiele przyjemniejszym miejscem do życia, bo brak tam szarpiących nerwy protestów i irytujących dysput.
Jestem pod wrażeniem, że ktoś z takimi poglądami zdołał znieść przebywanie w Niemczech przez tyle lat wypełnionych stresem.
Przede wszystkim powinniśmy zacząć od zdefiniowania, czym jest strajk. Ujmijmy to w prosty sposób – to po prostu odmowa pracy przez zorganizowaną grupę pracowników. Celem takiego grupowego działania jest wywieranie nacisku na pracodawcę, by ustąpił związkom zawodowym. Gdyby pracownicy po prostu nie przyszli do pracy lub odłożyli narzędzia w czasie poza strajkiem, byłoby to zaniedbanie obowiązków służbowych, które w świetle prawa mogłoby się skończyć postępowaniem dyscyplinarnym. Jednak jeśli określone prawem warunki zostaną spełnione, pracownicy mają prawo do strajku, a więc – do niepodjęcia pracy. Prawo im to gwarantuje. Zatem pracodawcy nie mogą dyscyplinować, pozywać do sądu za wyrządzone szkody lub w inny sposób zniechęcać pracowników do udziału w legalnym strajku (art. 7 i 9 Ustawy o związkach zawodowych). Nie mogą także obciążyć ich odpowiedzialnością karną za straty biznesowe, nawet jeśli praca firmy uległa zahamowaniu z powodu strajku (art. 1.2).
Jakie zatem warunki muszą zostać spełnione, aby strajk był uprawniony i tym samym chroniony prawem? Po pierwsze, w pewnych zawodach w Japonii obowiązuje zakaz strajkowania. Protestów nie mogą prowadzić urzędnicy państwowi, a także policjanci, strażacy i żołnierze sił obrony kraju – choć niektórzy z nich twierdzą, że zakaz ten gwałci ich konstytucyjne prawa.
Strajki muszą być także bezpośrednio powiązane z warunkami pracy lub określonymi przez związki żądaniami, dotyczącymi np. wymogu poprzedzenia wszelkich planowanych zmian w warunkach pracy konsultacją z pracownikami. Pracownicy mogą strajkować w celu uzyskania wyższych pensji lub obniżenia liczby godzin pracy – ale już nie dla celów politycznych, związanych z ruchami społecznymi czy religijnymi. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że naukowcy tacy jak nieżyjący już Inejiro Numata czy aktywny obecnie Satoshi Nishitani byli zdania, że strajkujący powinni mieć dozwoloną prawnie możliwość angażowania się w protesty dotyczące kwestii, które mają ogromny wpływ na ich sytuację ekonomiczną – jak ceny w sklepach, podatki czy bezpieczeństwo socjalne.
„Tematyka” strajku musi być w zgodzie z normami społecznymi. Oznacza to, że związki nie mogą znienacka wzniecić protestu z żądaniami, które nie były jeszcze negocjowane. Pracownicy nie mogą też wystąpić z wygórowanymi oczekiwaniami, których pracodawca nie da rady spełnić, ani postawić sobie za jedyny cel zniszczenia przedsiębiorstwa czy poważnego zakłócenia jego działania. Protest musi się wiązać z warunkami pracy lub relacjami związkowców z przedsiębiorstwem.
8 września 2004 roku tokijski sąd uznał strajk związku zawodowego graczy w baseball za legalny, chociaż dotyczył on sprzedaży Pacific League nowemu właścicielowi. Sąd orzekł, że sprzedaż ta wpłynęłaby na warunki pracy graczy.
Wierzę, że strajki są fundamentalnym prawem wszystkich pracowników, bez względu na rasę, narodowość, płeć, wiek, rodzaj pracy czy typ umowy. Kawaguchi-Mahn porównuje strajk do ataku terrorystycznego i czerpie wielką przyjemność z poniżania związkowców. Używa fantomu „klienta”, by pozbawić pracowników ich podstawowych praw i zmusić do uległości. Pamiętajmy, że klienci zawierają umowę na wykonanie usług z samym przedsiębiorstwem – nie z pracownikami – toteż dostarczenie produktu czy usługi jest obowiązkiem przedsiębiorstwa. Jeśli kłopoty na linii pracodawca – pracownik sprawiają, że obsługa klienta jest niemożliwa, odpowiedzialność leży po stronie przedsiębiorstwa, nie pracowników czy związków zawodowych.
Kawaguchi pisze o tym w taki sposób, jakby pracownicy w konflikcie sił z pracodawcą zajmowali równorzędną pozycję. Spoglądając na historię powstawania ruchów pracowniczych i rodzenia się prawa pracy, widzimy, że wyewoluowały one, by położyć kres rażącej dysproporcji sił i władzy. Robotnicy walczyli o swoje prawa i o istnienie związków zawodowych, o zmniejszenie nierównowagi sił – a strajk był i jest najważniejszym środkiem pośród metod używanych, by wzmocnić pozycję negocjacyjną. Bez strajków pracownicy nie mieliby żadnych szans postawić się korporacyjnemu Goliatowi. Za każdym razem, kiedy rozpoczynają strajk, ryzykują swoimi pensjami i mogą stracić środki na utrzymanie. Strajkując, pokazują pracodawcy, że firma działa tylko dzięki ich pracy. Niemiecki federalny sąd pracy wydał orzeczenie o treści: Jeśli pracownicy podpiszą z zarządem układ zbiorowy bez prawa do strajku, to nie jest to żaden układ, a po prostu zbiorowe błaganie.
Wpływ strajków na rzeczywistość społeczną sięga daleko poza mury miejsca pracy. Historia uczy nas o wielu przykładach udanych strajków, które poprawiły warunki pracy w różnych gałęziach przemysłu. Dziś wiosenna ofensywa shunto [coroczna japońska praktyka negocjowania płac we wszystkich sektorach bez względu na to, czy są uzwiązkowione, czy nie: małe firmy wzorują się na listach płac ogłaszanych przez większe przedsiębiorstwa z tej samej branży; odbywa się zawsze wiosną – przyp. tłum.] stała się tylko formalnością, ale nie możemy zapomnieć, że kiedyś wymagała walki i ogromnej solidarność, łączącej różne gałęzie przemysłu i różne miejsca pracy.
Profesor Kazuhisa Nakayama zainspirował mnie do rozpoczęcia badań nad prawem pracy. Strajki towarzyszą nam od czasów pierwszych buntów ludzi i trwają nadal – pisał w 1977 roku w swojej książce „Sutoraiki-ken”. Strajk to rzecz przyrodzona człowiekowi. Ponieważ to absolutnie podstawowe zachowanie ludzkie, nie zaprzestano ich, pomimo że protestujących spotkały surowe sankcje. Słowa te są tak samo prawdziwe dziś, jak były wtedy.
Tłum. Magdalena Okraska
Tekst pierwotnie ukazał się na portalu japantimes.co.jp w czerwcu 2015 roku.
Hifumi Okunuki
przez dr Rafał Bakalarczyk | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Zima 2016
Polska należy do krajów z najniższym odsetkiem osób po 50. roku życia pracujących zawodowo. Przez lata wiele z nich przechodziło na wcześniejsze emerytury i renty, o których otrzymanie dziś znacznie trudniej. Obecnie coraz więcej osób starszych zasila szeregi bezrobotnych, a w dodatku bardzo trudno powrócić im w tym wieku na rynek pracy. Choć poziom zatrudnienia osób na przedpolu starości wzrósł w ostatnich latach, Polska nadal jest w tyle za unijnymi standardami. Zatrudnienie w grupie wiekowej 55–64 lat wyniosło w 2015 roku 45,8%, co jest najniższym wskaźnikiem w całej Unii Europejskiej (średnia to 50,8%).
Różne twarze bezrobocia
Pozostające bez zatrudnienia osoby po 50. roku życia dzielą się na dwie grupy. Pierwsza to ci, którzy pracy nie mają, ale jej poszukują. Druga to tacy, którzy przechodzą w stan bierności zawodowej, a więc nie poszukują zatrudnienia, przynajmniej oficjalnie. Wśród „biernych” zawodowo są osoby przechodzące na któreś ze świadczeń emerytalno-rentowych, przyznawanych z uwagi na współwystępowanie określonego wieku, uwarunkowanej zdrowotnie niezdolności do dalszej pracy oraz jej stażu. Mamy także osoby niepobierające żadnego ze świadczeń emerytalno-rentowych, a utrzymujące się z dochodu pozostałych członków rodziny lub pobierające świadczenia zaopatrzeniowo-pomocowe, choćby w związku ze sprawowaniem długoterminowej opieki nad osobą zależną (np. specjalny zasiłek opiekuńczy, świadczenie pielęgnacyjne lub zasiłek dla opiekuna).
Grupa osób nieaktywnych zawodowych jest szeroka i zróżnicowana. Różni je status w systemie zabezpieczenia społecznego oraz powód, dla którego pozostają poza rynkiem pracy, motywacje do ewentualnego powrotu na rynek pracy i tzw. zatrudnialność, czyli potencjał bycia zatrudnionym. Z punktu widzenia gospodarki oraz stabilności systemu zabezpieczenia społecznego (chodzi nie tylko o system emerytalny, ale także o służbę zdrowia) ważna jest ogólna liczba pozostających poza zatrudnieniem bez względu na powody. Natomiast z socjalnego punktu widzenia szczególnie newralgiczna jest liczba bezrobotnych seniorów i jej procentowy udział w grupie pozostających bez zatrudnienia. Wówczas mamy bowiem po pierwsze do czynienia z ludźmi, których potencjał, aspiracje i potrzeby związane z uczestnictwem w rynku pracy nie mogą być zaspokojone, a po drugie – z osobami szczególnie zagrożonymi wykluczeniem i niedostatkiem. Jako bezrobotni nie są uprawnieni do zabezpieczenia w formie emerytury lub renty. W obliczu braku środków i trudności ze znalezieniem pracy pozostaje im (a i to nie zawsze) zasiłek dla bezrobotnych lub jeszcze niższy – i obwarowany rygorystycznymi kryteriami – zasiłek okresowy z pomocy społecznej. Zanim pochylimy się nad tą szczególnie „wrażliwą” grupą, wyjaśnijmy pokrótce, dlaczego bezrobocie, ale również szerzej – pozostawanie poza rynkiem pracy dużej części osób w wieku 50+, jest nie tylko doraźnym problemem indywidualnym tych ludzi i ich najbliższego otoczenia, lecz także ekonomicznym wyzwaniem, zwłaszcza w dłuższej perspektywie.
W wyniku starzenia się społeczeństwa zmianie ulegają proporcje wieku: m.in. pomiędzy liczbą osób w wieku produkcyjnym a liczbą osób w wieku poprodukcyjnym na rzecz tych ostatnich. Zaburzenie tych proporcji skutkuje tym, że z mniejszej puli środków (pozyskiwanych w formie podatków i składek) będzie trzeba zaspokoić większą pulę potrzeb.
Oczywiście liczy się nie tylko stosunek ilościowy między generacjami, ale także to, ilu ich przedstawicieli pracuje, jak ich praca jest oskładkowana i jakie otrzymują uposażenie – od niego zależy wysokość składek, przynajmniej w ramach zatrudnienia kodeksowego. Wydaje się, że zwłaszcza w grupie 50+ i 65+ potencjał zatrudnieniowy jest dalece niewykorzystany. Znalezienie zatrudnienia choćby tym, którym zdrowie daje możliwość pracy, może okazać się racją stanu państwa, którego społeczeństwo dynamicznie się starzeje.
Atuty i słabe strony 50+
Po stronie samych osób po pięćdziesiątce można wymienić kilka ograniczeń z punktu widzenia pozycji na rynku pracy. Są to: statystycznie mniejsze zaznajomienie z nowymi technologiami, potrzeba większej ilości czasu na wykonanie zadań, mniejsza mobilność, a także niższa sprawność fizyczna, co w niektórych branżach może skutkować niższą wydajnością. Niektórzy bywają po latach pracy dotknięci wypaleniem zawodowym1. Pewien problem może stanowić fakt, że ich kompetencje i kwalifikacje mogą się niekiedy zdezaktualizować i nie są wystarczająco przydatne na współczesnym, szybko zmieniającym się rynku pracy. Radzeniu sobie z tym problemem nie sprzyja słabo zakorzeniona w polskiej kulturze i życiu społecznym praktyka uczenia się przez całe życie (lifelong learning) oraz kształcenia ustawicznego. Dzięki niemu wiele osób na kolejnych etapach drogi zawodowej mogłoby przekierować swoje kwalifikacje na takie, które dają większe szanse odnalezienia się na rynku pracy. Ma to znaczenie nie tylko w kontekście dezaktualizacji dawniej nabytych umiejętności, ale także starzenia się człowieka. Część zawodów wymagających sprawności i wytrzymałości fizycznej łatwiej wykonuje się w młodości i w sile wieku, ale już w późniejszej fazie życia łatwiejsze może być wykonywanie innych zadań. W krajach, w których aktywność zawodowa kończy się późno, jak choćby w Skandynawii, uczenie się przez całe życie oraz zmienianie i podnoszenie kwalifikacji na różnych etapach kariery zawodowej, są ważnym elementem podtrzymywania potencjału zawodowego. Dodajmy jednak, że aby to było możliwe, nie wystarczy tylko wola samych osób pracujących lub bezrobotnych. Konieczne jest kreowanie odpowiednich możliwości i zachęt – a to leży po stronie instytucji państwa i sektora przedsiębiorstw.
Wbrew stereotypom, w porównaniu z młodszymi generacjami osoby starsze mają także pewne atuty, choć nie zawsze się je dostrzega i wykorzystuje. Wśród ich mocnych stron znajduje się np. rzetelne wykonywanie powierzonych im zadań. W mniejszym stopniu niż młodsze generacje są podatni na rozchwianie emocjonalne, a częściej cechują się odpowiedzialnością, odpornością na stres i umiejętnością podejmowania decyzji. Potrafią pracować w zespole, a także kierować ludźmi i przekazywać doświadczenia i umiejętności młodszym pracownikom. Starsi ludzie mają też większe doświadczenie, zarówno zawodowe, jak i życiowe. Ich sytuacja bywa często bardziej ustabilizowana niż w przypadku osób młodszych. Cechuje ich większa dyspozycyjność – choć nie zawsze, ponieważ czasami pojawiają się obowiązki wobec wnucząt i sędziwych rodziców2.
Pracodawcy nie zarządzają wiekiem
Na słabe i mocne strony można oddziaływać przez politykę państwa, organizując lub stymulując działania na rzecz podnoszenia kwalifikacji czy wzrostu kompetencji cyfrowych. Można też prowadzić odpowiednią politykę zarządzania wiekiem przez przedsiębiorstwa. Niestety, pracodawcy w Polsce statystycznie czynią to w niewielkim stopniu. Jak czytamy w jednym z dokumentów: Badania polskich pracodawców wskazują, że w firmach nadal stosunkowo rzadko spotykane jest zarządzanie wiekiem i długofalowe planowanie kariery zawodowej uwzględniające spersonalizowane plany szkoleniowe i systematyczną ocenę kompetencji, ale też wiedza na temat zarządzania wiekiem jest niewielka3. Stosunkowo niewiele polskich firm stosuje rozwiązania, które ułatwiają pracę osobom w wieku 50+ i zwiększają ich efektywność. Tym samym rzadko są aplikowane różnego rodzaju metody zarządzania, które uwzględniają wiek siły roboczej. W małych firmach następuje głównie przesuwanie starszych pracowników na inne stanowiska, a w dużych prowadzi się czasem specjalne programy, lecz opierają się one zwykle na mentoringu4. Pracodawcy myślą często o starszych pracownikach w kategoriach kosztów, jako o rzekomo mniej produktywnych i droższych, m.in. ze względu na większe ryzyko zachorowań. Nadużywanie zwolnień lekarskich w tej grupie wiekowej nie jest jednak zasadniczo praktykowane. Nierzadko postawy pracodawców są zakorzenione w bardziej ogólnych stereotypach wobec osób starszych, które dotyczą nie tylko stosunków pracy i w związku z tym nie tylko w ich ramach powinny być obalane.
Ograniczenia związane z opieką
Istnieją jednak systemowe uwarunkowania obniżenia aktywności zawodowej, które dotyczą nie tyle samego charakteru rynku pracy, ile jego instytucjonalnego i społecznego otoczenia.
Dla części osób w wieku 50+ tym, co ogranicza szanse pozostania na rynku pracy, są obowiązki pozazawodowe, głównie związane z długoterminową opieką nad osobami zależnymi. Dotyka to zwłaszcza kobiet. W dzisiejszych analizach barier aktywności zawodowej osób starszych podnosi się właśnie ten wymiar. Obciążenie opiekuńcze bywa zresztą dwustronne – ze strony najmłodszych i najstarszych, stąd sformułowanie sandwich generation na określenie osób 50+, na które spada opieka nad wnukami w pierwszym okresie życia, a także nad sędziwymi rodzicami. Zjawisko to niewątpliwie pogłębiają braki w infrastrukturze opiekuńczej dla osób zależnych w całym cyklu ich życia. Na przykład z instytucjonalnej opieki żłobkowej korzysta raptem kilka procent dzieci do lat 4, a w około 80% gmin nie działa jakakolwiek instytucja opieki zewnętrznej przewidziana w Ustawie z 2011 roku o opiece nad dzieckiem do lat trzech. Wprawdzie w ostatnich latach wydłużono wydatnie urlopy rodzicielskie, ale i tak między 1. a 3. rokiem życia dziecka młodzi rodzice są często zdani jedynie na siebie lub dziadków.
Nie lepiej wygląda opieka nad rosnącą liczbą osób w podeszłym wieku, których część wymaga codziennej pomocy. System opiera się głównie na instytucji rodziny, a najczęściej opiekę sprawują kobiety po 45. roku życia. Istniejąca polityka publiczna tworzy jeszcze silniejsze bariery dla zatrudnienia opiekunów osób starszych, niż ma to miejsce w przypadku opieki nad maluchami. Aby uzyskać jakiekolwiek wsparcie z racji pełnienia roli opiekuńczej wobec najbliższych, trzeba całkowicie zrezygnować z zatrudnienia, z wszelkimi umowami cywilnoprawnymi włącznie. Sprawia to, że lata opieki całkowicie eliminują osoby ją sprawujące z rynku pracy, a później, nawet gdy opieka ustanie, trudniej ponownie przywrócić je do życia zawodowego. Hipotetyczna sytuacja, gdy sprawowanie opieki i otrzymywanie z tego tytułu wsparcia mogłoby być godzone w jakimś zakresie z pracą zarobkową, nie ma niestety miejsca.
Problem nie leży jednak tylko w „dezaktywizującym” charakterze ustawy o świadczeniach rodzinnych, na podstawie której wypłacane są świadczenia dla niepracujących zawodowo opiekunów, lecz także w całościowym braku polityki wsparcia tej grupy. Niedostatek instytucji wsparcia dziennego i opieki domowej, a także regulacje pracy nieuwzględniające tego, jaka jest specyfika sytuacji osoby pracującej, która ma niesamodzielną osobę na utrzymaniu, sprawiają, że kontynuowanie lub podjęcie pracy zawodowej bywa dla opiekunów niemożliwe. Tym bardziej, że w przypadku osób 50+, a zwłaszcza 60+, sprawność i stan zdrowia ich samych pozostawiają nieraz wiele do życzenia, więc podwójne obciążenie (pracą i opieką) bywa nie do udźwignięcia. U pracujących opiekunów, bo czasem jednak się oni zdarzają (choć nie bez indywidualnych i zdrowotnych kosztów), pojawia się ponadto ograniczenie czasu i energii na podnoszenie kwalifikacji, co również może przyczynić się do przedwczesnego opuszczenia rynku pracy. W kontekście barier aktywności zawodowej osób 50+ warto pochylić się nad zagadnieniem słabości polityki publicznej w zakresie wyzwania, jakim jest rosnące zapotrzebowanie na opiekę. Pokazuje to, że skuteczna polityka na rzecz zatrudnienia wymaga także szerszego publicznego otoczenia w postaci dobrze działającego państwa opiekuńczego, wspierającego obywateli w pełnieniu różnych ról społecznych, w tym rodzinno-opiekuńczych. Bez rozwoju publicznej opieki i kompleksowego wsparcia tych, którzy ją sprawują, na dłuższą metę prawdopodobnie nie damy rady stworzyć osobom 50+ warunków do kontynuacji ścieżki zawodowej. A w kolejnych latach i dekadach ten problem się pogłębi.
Brak zdrowia
Innym czynnikiem ograniczającym podjęcie lub utrzymanie aktywności zawodowej starzejących się pracowników może być pogarszający się stan ich zdrowia. Jak pokazał raport „Pol Senior”5, problemy zdrowotne i ograniczenie sprawności były istotną przyczyną przedwczesnego wycofania się z rynku pracy wielu osób po 55. roku życia. Jak wynika z porównawczego badania SHARE, na tle innych krajów kondycja zdrowotna Polaków zbliżających się do wieku senioralnego nie wygląda dobrze. Na przykład na tle Szwecji, gdzie 43% mężczyzn i 36% kobiet w wieku 50+ oceniło swój stan zdrowia jako dobry, podczas gdy zaledwie 10% Polaków i 6% Polek w tym wieku ma taką opinię6. Należy pamiętać jednak, że dysponujemy głównie deklaracjami, które nie zawsze precyzyjnie muszą określać rzeczywisty stan zdrowia. Okazało się również, że wśród pracujących po 50. roku życia zwolnienia lekarskie nie były wykorzystywane zbyt często ani nadużywane. Warto to podkreślić, gdyż często wobec starszych pokoleń stosuje się tezę o przesiąknięciu duchem homo sovieticus, który ma sprawiać, że pracownik nie garnie się do produktywnej pracy i kombinuje, ile się da, choćby starając się o „lewe” zwolnienia. Okazuje się, że są to w znacznej mierze stereotypy, które trzeba burzyć, ponieważ to właśnie stereotypowe myślenie bywa jedną z głównych barier w zatrudnieniu osób 50+.
Ciekawe jest również, w jaki sposób autorzy jednego z badań7 tłumaczą tak niewielką wśród starszych pracowników absencję z powodu choroby. Otóż mogą stać za tym dwie niewykluczające się hipotezy. Pierwsza odnosi się do faktu, że w starszym pokoleniu pracę do późnych lat zachowują głównie osoby najsprawniejsze w wymiarze fizycznym, wobec czego ci, którzy pozostają na rynku pracy, faktycznie mogą cechować się dobrym zdrowiem i sprawnością zawodową. Być może także zawody, które wykonują, w mniejszym stopniu stanowią obciążenie dla zdrowia. Jest jednak i drugie wytłumaczenie, nad którym również warto się pochylić. Część osób starszych, zdając sobie sprawę z własnej defaworyzowanej pozycji w sferze zatrudnienia, w obawie, że gdy raz pracę stracą, mogą już nie pozyskać kolejnej, stara się minimalizować sytuacje, które mogłyby w oczach pracodawcy ukazać ich w złym świetle8. Pamiętajmy, że jedną z obaw pracodawców jest właśnie pogorszenie zdrowia i niesprawność pracownika. Pojawia się ryzyko, że ludzie chorzy będą i tak przychodzili do pracy, a nie odpoczywali na zwolnieniu, co może mieć negatywne przełożenie na zdrowie ich samych oraz reszty załogi.
Bez pracy i bez renty
Na relacje między zdrowiem, zdolnością do pracy i zatrudnieniem niebagatelny wpływ ma także ewolucja systemu emerytalno-rentowego. Przez lata po okresie transformacji zasady przyznawania rent i wcześniejszych emerytur były dość liberalne, czym próbowano złagodzić ogromne koszty społeczne restrukturyzacji gospodarczej i rosnącego bezrobocia. Przyznawanie dużej części pracowników uprawnień rentowych chroniło tych ludzi przed pozostawaniem bez środków do życia. Realizowany wówczas model polityki społecznej stworzył swoistą normę wczesnego opuszczania rynku pracy przez starzejących się pracowników. Tym zjawiskiem do pewnego stopnia możemy tłumaczyć, dlaczego poziom aktywizacji osób 50+ był przez lata tak niski.
Warto jednak podkreślić, że ten model jest już nieaktualny. Dziś szanse na uzyskanie renty są znacznie mniejsze, co przekłada się na liczbę osób ją pobierających. Na przykład w 2014 roku na rencie z tytułu niezdolności do pracy było 1 mln 48 tys. osób, podczas gdy w 1998 roku – aż 2,7 mln9. W 2011 roku orzeczenie wydano 29% osób po raz pierwszy badanych w celu uzyskania świadczeń rentowych10. Selekcja jest więc bardzo ostra i stoi za nią z jednej strony chęć obniżenia kosztów na wypłaty świadczeń, a z drugiej filozofia aktywizacji, zgodnie z którą należy ograniczyć przechodzenie na świadczenia rentowe i stymulować do pozostawania aktywnym zawodowo. Tematem na osobny artykuł i dłuższą dyskusję jest rozważanie, czy ewolucja polityki zabezpieczenia społecznego w tym kierunku jest dobra i czy nie poszła za daleko. Zdarzają się wszak sytuacje, że osoby o ewidentnie ograniczonej sprawności, i to w sposób trwały, nie otrzymują uprawnień rentowych lub otrzymują je jedynie na czas określony. Ograniczenia w dostępie do świadczeń rentowych zmuszają większą liczbę osób w wieku 50+ (to bowiem w tej grupie o takie świadczenia się dotąd ubiegano) do podtrzymywania aktywności zawodowej. Nie wszystkim się to udaje. Tym, którzy w późnym wieku stracili pracę, a nie mają uprawnień do renty, grozi widmo bezrobocia. Ponadto może ono trwać dłużej (u niektórych aż do śmierci), ponieważ równolegle – i zdaje się, że w oparciu o podobne przesłanki – ograniczono w minionej dekadzie krąg uprawnionych do wcześniejszych emerytur, a także podniesiono powszechny wiek emerytalny. W dyskusji nad zasadnością i skutkami tej ostatniej reformy często padały słowa krytyczne, np. – że wymusi ona pracę do śmierci, co w przypadku części osób i profesji faktycznie może mieć miejsce. Nie mniej uwagi powinniśmy jednak poświęcić tym, którzy pracować nie będą, gdyż stracą zatrudnienie u schyłku kariery zawodowej i trudno będzie im w okresie przedemerytalnym znaleźć nowe. Pomiędzy systemem świadczeń emerytalno-rentowych a zatrudnieniem rozpościera się rozległa sfera ludzkich dramatów, z których trudno wyjść, a państwo – jak pokażę na przykładzie raportu Najwyższej Izby Kontroli – nie dość skutecznie w tym pomaga.
Problemy z aktywizacją
Z powodu licznych barier w zatrudnieniu starszych pracowników szczególnie potrzebna jest aktywna polityka państwa. Niestety, choć jest ona w Polsce prowadzona, nie przynosi spodziewanych rezultatów. Pokazuje to dobitnie raport Najwyższej Izby Kontroli dotyczący aktywizacji zawodowej osób 50+. Warto zastrzec, że działania urzędów pracy poddano kontroli w okresie 2010–2012, a więc w czasie poprzedzającym nowelizację ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy (weszła w życie w maju 2014 roku), wprowadzającej pewne zmiany, jeśli chodzi o działania aktywizacyjne, także w odniesieniu do osób w wieku 50+ i długotrwale bezrobotnych. Jednak choć raport dotyczył jeszcze innych ram instytucjonalnych, pewne zaobserwowane mechanizmy i problemy prawdopodobnie się nie zdezaktualizowały. Warto więc sięgnąć po ustalenia, wnioski i rekomendacje płynące z kontroli.
Jak czytamy w końcowym raporcie: Najwyższa Izba Kontroli stwierdza, że podejmowane przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej oraz urzędy pracy działania aktywizujące zawodowo osoby bezrobotne z grupy 50+, które powinny zwiększyć szansę uzyskania przez te osoby stałego zatrudnienia, nie przynoszą oczekiwanych rezultatów. Ustalenia kontroli w powiatowych urzędach pracy wskazują, że rezultaty działań aktywizujących były przeważnie krótkotrwałe, nie zapewniały bezrobotnym stałej pracy w dłuższym okresie, jedynie nielicznym udało się uzyskać trwałe zatrudnienie. Pozostali, o ile znaleźli pracę, byli zazwyczaj zatrudniani na postawie krótkoterminowych umów cywilnoprawnych. Po ich rozwiązaniu, w zdecydowanej większości, ponownie rejestrowali się jako bezrobotni i byli obejmowani kolejnymi działaniami aktywizującymi11.
Jeśli chodzi o skuteczność mierzoną uzyskaniem stałego zatrudnienia, szczególnie słabo wypadły staże, po których zatrudnienia nie uzyskała ponad połowa uczestników. Reszta zaś została zatrudniona na umowach cywilnoprawnych, a po ich wygaśnięciu rejestrowała się ponownie w urzędzie pracy. Warto podkreślić, że zatrudnienie na umowach cywilnoprawnych, kojarzone z realiami zawodowymi młodego pokolenia, okazuje się także obecne w doświadczeniach osób w końcowej fazie ścieżki zatrudnienia. Nie tylko staże, ale także szkolenia okazały się mało skuteczne: na 691 przypadków tylko 40 osób znalazło zatrudnienie po ich zakończeniu (nie licząc tych, którzy podjęli działalność gospodarczą). Jeśli chodzi o tę ostatnią formę, z tytułu której można było uzyskać dofinansowanie, większość korzystających widziała w niej raczej substytut świadczeń społecznych. Większość tego typu firm nie przetrwała, a te, którym się udało, nie wykazywały zysków. Ich działalność sprowadzała się wyłącznie do odprowadzania minimalnych składek, co skłania do tezy, że część osób traktowała ten sposób zatrudnienia jako substytut świadczeń społecznych, a nie krok na drodze do trwalszej obecności na rynku pracy.
Wydaje się, że najbardziej skuteczne było refundowanie pracodawcy kosztów wyposażenia stanowiska pracy, choć i tu sukces okazał się mało trwały. Osoby zatrudnione tą drogą wprawdzie przepracowały wymagane dwa lata, jednak zaledwie 40% z nich po upływie tego czasu kontynuowało pracę. Większość ponownie rejestrowała się jako bezrobotni, a ich dotychczasowi pracodawcy składali nowy wniosek. Raport de facto ujawnił, że pracodawcom wręcz opłaca się duża rotacja pracowników, ponieważ dzięki temu „otrzymują” kolejne osoby właściwie bez ponoszenia kosztów własnych. Ponadto w toku kontroli przedstawiciele NIK nabrali podejrzeń, że niektórzy pracodawcy traktują urzędy pracy jako miejsce wyszukiwania informacji o potencjalnych pracownikach, których następnie będą mogli zatrudnić „na czarno”, o czym mogą świadczyć obecne we wszystkich skontrolowanych urzędach praktyki wycofywania przez przedsiębiorców oferty pracy po tym, jak PUP zgłosił do danej firmy określone osoby12.
Choć raport NIK koncentruje się przede wszystkim na działaniu instytucji zatrudnienia w istniejących ramach prawnych, daje wgląd także w sytuację i postawy samych starszych bezrobotnych, a także pracodawców, którzy za pośrednictwem PUP-ów pozyskują tanią siłę roboczą. Można powiedzieć, że głównymi beneficjentami systemu aktywizacji osób po 50. roku życia są właśnie przedsiębiorcy i to niekoniecznie ci, którzy na to zasługują.
Przejdźmy do charakterystyki grupy bezrobotnych 50+. Około 70 proc. ma wykształcenie zasadnicze zawodowe, podstawowe lub niższe. Prawie co piąty pracował wcześniej mniej niż 5 lat lub nigdy. Brak doświadczenia zawodowego i stosunkowo niskie wykształcenie ograniczają szanse na zatrudnienie. Jak podaje NIK, wielu pracodawców nie jest zainteresowanych rekrutacją pracowników o takich kwalifikacjach. Wydaje się, że takie cechy nakazywałyby szukać głównie prac prostych, w zawodach niewymagających kwalifikacji, ale akurat w nich liczą się sprawność i szybkość wykonywania poszczególnych czynności, co z kolei osobom bezrobotnym 50+ trudno może być uzyskać. Tym bardziej, że niski poziom wykształcenia i niski status społeczno-ekonomiczny są skorelowane ze słabym stanem zdrowia, więc po przekroczeniu 50. roku życia można cierpieć na większe lub mniejsze dolegliwości zdrowotne. Takich osób częściej niż przeciętnie dotyka bezrobocie długotrwałe, z którego wychodzi się znacznie trudniej, a skuteczne działania na rzecz powrotu na rynek pracy bywają droższe.
Pewne ograniczenie stanowią braki w znajomości języków i obsługi komputera, co zdarza się nie tylko wśród bezrobotnych w wieku 50+, ale ogólnie wśród osób w tym wieku, choć nierównomiernie. Niski status społeczno-ekonomiczny i poziom wykształcenia wyraźnie współgrają z niskimi kompetencjami cyfrowymi i językowymi. Części pracodawców może to przeszkadzać. Według wypowiedzi PUP w Lubaniu: W badaniu dotyczącym przyczyn utrudniających podejmowanie zatrudnienia przez bezrobotnych z grupy 50+, którymi objęto 410 bezrobotnych (38% ogółu), do odbycia stażu najczęściej wskazywano prace porządkowe, następnie budownictwo, handel i gastronomię. Aż 75% osób podało, że nie posiada umiejętności obsługi komputera, choćby w stopniu podstawowym. Znajomość tę w stopniu zaawansowanym zadeklarowało jedynie 2% osób. Około 71% nie znało żadnego języka obcego, choćby w stopniu podstawowym (osoby, które deklarowały znajomość języka obcego najczęściej wskazywały na język niemiecki na poziomie podstawowym – 16%)13.
Również motywacja dużej części bezrobotnych w tym wieku, w świetle wypowiedzi przedstawicieli skontrolowanych przez NIK urzędów pracy, nie rokuje najlepiej, jeśli chodzi o przywrócenie tym osobom legalnego i trwałego zatrudnienia. Motywacje skłaniające do zarejestrowania się w urzędzie pracy nierzadko mają bowiem charakter pozazatrudnieniowy. Może to być potrzeba uzyskania ubezpieczenia zdrowotnego lub droga do uzyskania innych form pomocy. Jak przekonuje dyrektur PUP w Radomiu, Bezrobotni w wieku 50+ rejestrują się nie tylko w celu poszukiwania pracy. Część osób rejestruje się w celu nabycia uprawnień do świadczenia przedemerytalnego, potrzebują zaświadczeń o zarejestrowaniu do uzyskania świadczeń z pomocy społecznej, dodatku mieszkaniowego, stypendium dla dzieci, zasiłków, potrzebują ubezpieczenia zdrowotnego. Według naszej oceny, około 40% bezrobotnych rejestruje się w celu innym niż poszukiwanie pracy. Podobnie widzą to dyrektorzy PUP w innych powiatach. W Ostrowi Mazowieckiej próbowano nawet obliczyć strukturę motywacji zarejestrowanych bezrobotnych 50+ przez ankiety. Wynikło z nich, że 51% kierowało się chęcią znalezienia pracy, a 12% – uzyskania świadczeń z pomocy społecznej14.
Szukanie pracy czy bezpieczeństwa?
Warto jednak powstrzymać się od zbyt pochopnych i uproszonych ocen, jakie w neoliberalnym dyskursie zwykło się wystawiać. To nie jest kwestia lenistwa, roszczeniowości itp. U ludzi dotkniętych lub zagrożonych głęboką marginalizacją takie motywacje wydają się całkowicie uzasadnione. Można też zastanowić się, czy wszystko jest w porządku z państwem, w którym obywatele bez pracy, by móc skorzystać z konstytucyjnego prawa do podstawowej opieki zdrowotnej, muszą kombinować, rejestrując się jako bezrobotni. W tym kontekście należy spojrzeć z nadzieją na zapowiedzi obecnego rządu, który wprowadził obywatelskie prawo do podstawowej opieki zdrowotnej ze środków publicznych. Może to nie tylko doprowadzić do wzmocnienia obywateli, zwłaszcza tych najsłabszych, w ich podmiotowych prawach do zabezpieczenia zdrowotnego, ale także nieco urealnić liczbę osób, które poszukują pracy za pośrednictwem służb zatrudnienia. Nie znaczy to jednak, że wszystkie takie osoby pozostają bierne; część pracuje w szarej strefie. Gdyby ludzie wykluczeni nie musieli rejestrować się w urzędzie pracy tylko w celu uzyskania ubezpieczenia, prawdopodobnie pozwoliłoby to służbom zatrudnienia (które i tak cierpią na braki finansowe, kadrowe i czasowe) bardziej skoncentrować się na bezrobotnych rzeczywiście poszukujących pracy, co może zwiększyłoby skuteczność działań i szanse adresatów pomocy na znalezienie zatrudnienia.
Choć uzyskanie pracy nie zawsze bywa główną przyczyną rejestracji w urzędzie, odmowy przyjęcia zatrudnienia nie są aż tak częste, jak mogłoby się wydawać. A wiąże się to właśnie z obawami przed utratą pomocy i elementarnego zabezpieczenia społecznego. Stosunkowo niewielka jest liczba osób, które zostały wyrejestrowane na skutek odmowy podjęcia pracy bez wyraźnego powodu. Nawet gdy ktoś odmawia, zwykle szuka usprawiedliwienia (brak dojazdu, choroba, opieka nad osobą zależną). Oddajmy głos Dyrektorowi PUP w Jeleniej Górze: Wśród 477 osób skierowanych do wykonywania prac społecznie użytecznych w latach 2010–2012, 76 osób porzuciło tę pracę […]. W stosunku do tych osób podejrzewać należy, że nie były nimi w ogóle zainteresowane, a przyjęły propozycję wyłącznie z obawy przed utratą świadczeń z pomocy społecznej15.
Niedoinwestowana i nieskuteczna
Bywa jednak tak, że urzędy pracy w ogóle nie zdołały przedstawić oferty. Takie przypadki zidentyfikowano w 15 na 24 skontrolowane urzędy. Uzasadniano to brakiem środków i ofert. Te, które spływały, były zaś często bardzo mało atrakcyjne, zarówno jeśli chodzi o warunki pracy, jak i płacy, co potwierdzali także przedstawiciele samych PUP-ów. Jeśli mówimy o braku środków, nie można zapominać, że chodzi o okres, w którym na skutek bilansowania budżetu zamrożono w ogromnej części wydatki z Funduszu Pracy, więc urzędy dysponowały niewielkimi zasobami. Ponadto w Polsce trwało wówczas pokryzysowe spowolnienie gospodarcze implikujące mniejszą liczbę ofert pracy. Niewielkie nakłady na przeciwdziałanie bezrobociu (nie tylko w analizowanym okresie) mogą działać niekorzystnie na skuteczność realizacji tego celu przez państwo, może to bowiem rzutować choćby na stan zatrudnienia w urzędach pracy. Na tle porównawczym wygląda on niekorzystnie. Jak czytamy: W porównaniu z innymi krajami europejskimi, w polskich urzędach pracy dostępność do pracowników kluczowych jest niższa. W 2011 r. jeden pośrednik pracy obsługiwał 547, a jeden doradca zawodowy – 1238 osób bezrobotnych. W tym samym okresie w Czechach odpowiednio 259 i 929, w Szwajcarii – 108 i 410, a w Wielkiej Brytanii 262 i 116 osób bezrobotnych16.
Wnioski i rekomendacje
Wsparcie osób 50+ w wyjściu z bezrobocia powinno być traktowane priorytetowo, zarówno ze względów socjalnych, jak i z uwagi na społeczno-ekonomiczny interes polskiego państwa i społeczeństwa w dobie starzenia się populacji. Działania aktywizujące osoby próbujące powrócić na rynek pracy powinny stać się częścią szerszej polityki na rzecz podnoszenia zatrudnienia osób 50+, a także 60+. Pierwszym ogniwem winna być zreformowana i dofinansowana aktywna polityka rynku pracy (która wymaga w świetle raportu NIK pewnych modyfikacji), ale konieczne są także działania na innych odcinkach polityki publicznej: zdrowia, opieki nad osobami zależnymi czy kształcenia, w tym ustawicznego.
Gdy mowa o polityce publicznej, należy widzieć w jej obrębie nie tylko instytucje państwowe, ale także np. sektor przedsiębiorstw, którego dotychczasowy wkład w osiąganie wspomnianego celu jest nader skromny. Niewielkie zaangażowanie w kształcenie ustawiczne, niedostateczna znajomość i wykorzystanie zarządzania wiekiem, często instrumentalne korzystanie z oferty PUP-ów, bez zaangażowania się w stworzenie dla pracowników rekrutowanych tą drogą trwałych podstaw do stabilnego zatrudnienia – to elementy funkcjonowania przedsiębiorstw, które wymagają rewizji. Z pewnością ważne są poszczególne regulacje w obszarze zabezpieczenia (choćby dostęp do ubezpieczenia zdrowotnego czy świadczeń z tytułu opieki), przeciwdziałania bezrobociu, jak i w samym kodeksie pracy. Obok twardych regulacji, ważne jest także oddziaływanie miękkie na pewien społeczny klimat przesycony stereotypami na temat starszych pracowników (co pokazują choćby dane na temat nadużywania zwolnień lekarskich) i starszych pokoleń ogółem. Walka z tymi stereotypami to zadanie także dla aktorów życia społecznego spoza wąsko rozumianych stosunków pracy. Ważne, aby uzmysłowić sobie, że starsze osoby mają na rynku pracy, obok pewnych ograniczeń (da się je – jak w przypadku kompetencji cyfrowych – zredukować), również bardzo ważne walory dla przedsiębiorstw i gospodarki, a także dla młodszych pracowników, którym nieraz brakuje doświadczenia, jakiego mogliby zaczerpnąć od starszych współpracowników. Myślenie o osobach starszych nie tylko pod kątem ograniczeń i problemów, ale także (często nie dość wykorzystanego) potencjału, to ważny komponent nowoczesnej polityki senioralnej.
Rafał Bakalarczyk
przez Bartłomiej Grubich | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Zima 2016
Od jakiegoś czasu coraz częściej słyszymy o patriotyzmie gospodarczym (lub ekonomicznym). Czym on jest? Przede wszystkim dotyczy konsumpcji. W ciągu ostatnich kilku lat powstały liczne inicjatywy mające zachęcać do korzystania z usług i nabywania produktów polskich firm. Można już chyba mówić o swoistej modzie na kupowanie „naszego”. Ale czy „nasze” jest z definicji lepsze dla nas – społeczeństwa, pracowników, podatników, obywateli?
Moda polska
Oczywiście najbardziej zauważalna jest odzież patriotyczna. Koszulki ozdobione narodowymi symbolami spotyka się powszechnie na polskich ulicach, a ich noszenie nie jest już tylko domeną kibiców. Producenci takiej odzieży akcentują zazwyczaj, że produkowana jest ona w Polsce, co w przypadku tekstyliów nie jest dziś regułą.
Powstają również liczne strony internetowe (takie jak np. „Patriotyzm Gospodarczy – Lubię to”, facebookowy fanpage posiadający tysiące fanów), które za swoją misję uznają promowanie krajowych przedsiębiorstw. Informacje tam zamieszczane dotyczą przede wszystkim sukcesów polskich firm na rynkach krajowym i zagranicznych. Przeważają, jak można się domyślić, pozytywne wiadomości. Same tytuły artykułów wskazują na hurraoptymizm: „Z podlaskimi ziołami i olejami do Chin. Tam zamawiają na tony”, „Polski start-up spełnia marzenie ciężarnych kobiet”, „Polska myśl techniczna znów podbija świat. Sprzedaż w górę aż o 48,5 proc. Na przekór branży” itd.
W ostatnim czasie głośno zrobiło się także o aplikacji Pola. Po zainstalowaniu w telefonie i zeskanowaniu kodu kreskowego produktu umożliwia ona weryfikację firmy-producenta pod względem patriotyzmu ekonomicznego. Jak czytamy na stronie projektu: Każdemu producentowi Pola przypisuje od 0 do 100 punktów. Pierwsze 35 punktów przyznaje proporcjonalnie do udziału polskiego kapitału w konkretnym przedsiębiorstwie. Dalsze 10 punktów otrzymuje ta firma, która jest zarejestrowana w Polsce, a kolejne 30, o ile produkuje w naszym kraju. Dalsze 15 punktów zależy od tego, czy zatrudnia w naszym kraju w obszarze badań i rozwoju. Wreszcie ostatnie 10 punktów otrzymują firmy, które nie są częścią zagranicznych koncernów. Aplikacja została ściągnięta i zainstalowana kilkaset tysięcy razy. Nazwa Pola wielokrotnie przewijała się w polskich mediach i stała się symbolem tego, jak można pożenić nowoczesność z patriotyzmem.
Również firmy chętniej zaczynają odnosić się do tożsamości narodowej i akcentują przywiązanie do Polski. Z chęcią mówią o produkcji w Polsce, o korzystaniu z krajowych dostawców, o płaceniu podatków „na miejscu”, a także o tak symbolicznych kwestiach, jak kibicowanie polskim reprezentacjom sportowym. Niezależnie od tego, czy są to rodzinne firmy „od pokoleń”, czy też wielkie zagraniczne koncerny, zagospodarowują one konsumencki patriotyzm.
Nowe stare?
Oprócz konsumpcji drugim obszarem, w którym mówi się o patriotyzmie, jest wspieranie krajowych firm. Istnieje nawet Parlamentarny Zespół na rzecz Wspierania Przedsiębiorczości i Patriotyzmu Ekonomicznego. W tym przypadku patriotyzm utożsamiany jest głównie z uproszczeniem prawa dotyczącego przedsiębiorców i z obniżeniem podatków. Analizując działania tego zespołu, trudno uciec od skojarzeń, że na poziomie deklaracji to nadal ten sam kierunek polityki gospodarczej, co w latach poprzednich. Tyle że pod sztandarem patriotyzmu silnie akcentujący pomoc małym i średnim przedsiębiorstwom, ponieważ głównie z tego sektora pochodzą firmy z kapitałem całkowicie polskim. – Te działania mają raczej charakter uśmiechania się do przedsiębiorców jako grupy potencjalnych wyborców. Mają charakter głównie polityczny – zauważa, odnosząc się do ogólnego kierunku polskiej polityki ekonomicznej w ostatnich latach, Dariusz Szklarczyk, socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego. W podobnym tonie wypowiada się Jarosław Urbański, socjolog, działacz związany z radykalnym Ogólnopolskim Związkiem Zawodowym Inicjatywa Pracownicza: Część grupy wytwórców, producentów, widzi w takich hasłach jak patriotyzm możliwość umocnienia swojej pozycji w grze rynkowej. Jest to wykorzystywane i przechwytywane przez rządzących, którzy na tym chcą zbić kapitał polityczny. To trochę samonapędzający się mechanizm.
Retoryka prezentowana podczas corocznych konferencji „Pulsu Biznesu”, odbywających się pod hasłem „Czas na patriotyzm gospodarczy”, jest podobna i dotyczy głównie ułatwień dla przedsiębiorców. Nie powinno to zaskakiwać, gdyż spotykają się tam przede wszystkim prezesi wielkich firm (w ostatniej edycji brali udział m.in. szefowie PKO, PZU, PKN Orlen, Kulczyk Investments, Citi Handlowy, Grupy Maspex Wadowice) oraz politycy. Te konferencje są charakterystyczne dla polskiej debaty na temat patriotyzmu gospodarczego. Mianowicie marginalnie traktowane są tam kwestie pracownicze. Mówi się o nich jedynie jako o efekcie końcowym działań polityków i przedsiębiorców – w myśl tego, że polskie firmy będą bogate i innowacyjne, co poskutkuje niskim bezrobociem oraz wysokimi płacami – a nie jak o ważnej kwestii wpływającej na kształt i społeczny wymiar krajowej gospodarki. – Na pewno wpływ ma na to trajektoria rozwoju naszego kraju w ostatnich latach i dominującego myślenia neoliberalnego. Prawa pracownicze nie były mocno widoczne w debacie publicznej – zauważa Dariusz Szklarczyk.
Związana z neoliberalnym myśleniem była afera dotycząca firmy LPP, właściciela popularnych marek odzieżowych takich jak Cropp czy Reserved. Polska firma, mająca swoje korzenie na Pomorzu, w 2011 roku przeniosła prawa własności części swoich znaków towarowych do cypryjskiej spółki. Analogiczny proceder w odniesieniu do pozostałych marek LPP dokonało w 2013 roku, korzystając tym razem ze spółki zarejestrowanej w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. W ten sposób firma stała się bogatsza o kwoty liczone w setkach milionów złotych (wartość przeniesionych znaków towarowych wycenia się na ponad miliard złotych).
Doniesienia medialne na ten temat zmobilizowały kilka osób do zorganizowania bojkotu konsumenckiego marek LPP. – Taka sytuacja nie powinna być akceptowalna. Wszyscy tutaj pracujemy, składamy się wspólnie na infrastrukturę publiczną i powinniśmy to robić uczciwie – o powodach bojkotu mówi Mateusz Mirys, jego organizator. – Problem wyprowadzania podatków do rajów podatkowych faktycznie jest globalny i bez rozwiązań na poziomie ponadnarodowym nie da się tego procederu na dłuższą metę zatrzymać. Ponadto ciągłe obniżanie podatków, co miało przynieść według liberałów większą ich ściągalność i w efekcie wzrost wpływów, nie przynosi pozytywnego skutku – wpływy do budżetów państw spadają. Dodajmy, że LPP nie miało noża na gardle, radziła i radzi sobie bardzo dobrze. To także firma, która od początku działała i działa nadal głównie w Polsce, korzystając z tutejszej infrastruktury, siły nabywczej polskich pracowników, a ponadto reklamowała się jako polskie przedsiębiorstwo.
Można założyć, że ewentualny spadek sprzedaży w trakcie bojkotu nie był odczuwalny dla takiego giganta jak LPP, lecz medialna burza wokół tego tematu spowodowała, iż w połowie 2015 roku mogliśmy przeczytać, że właściciel marek Reserved i Cropp zdecydował się przenieść prawa majątkowe do znaków towarowych do polskiej spółki-matki.
Polskie, czyli które?
Niewątpliwie kształt współczesnego rynku i własności utrudnia stosowanie pojęcia patriotyzmu. Wpływ globalizacji i funkcjonowanie na rynku światowym uniemożliwiają jednoznaczne określenie tożsamości narodowej firmy. – Sami pracownicy często mówią, że nie wiedzą, czy dana firma jest jeszcze polska, czy już nie. Ile kapitału jest wciąż krajowego? Nawet jeżeli znamy daną firmę jako tradycyjną, naszą – z nazwy, pochodzenia, lokalizacji – to bywa ona zarządzana przez kadrę zza granicy i/lub zasilana kapitałem zagranicznym. Pracownikom trudno zdefiniować, który pracodawca jest „nasz”, a który „obcy” – stwierdza profesor Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu Beata Skowron-Mielnik. – Kapitał żyje w oderwaniu od państwa, jakiejkolwiek struktury. Ma charakter globalny i nie podlega żadnej większej kontroli ze strony państw, narodów, społeczeństw, wspólnot – zauważa doktor Rafał Towalski ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. – Proszę zwrócić uwagę na retorykę, jaką stosuje inwestor w danym kraju, mówiąc, że jeśli się tej społeczności nie podoba, on może się w każdym momencie przenieść gdzie indziej. Inwestor nie jest w żaden sposób zainteresowany patriotyzmem rozumianym jako działanie na rzecz wspólnoty. Co znaczy polska firma? Czy to jest firma, która płaci tutaj podatki? Która zatrudnia tylko Polaków? Która produkuje tylko z polskich półproduktów? Na ile mamy się cieszyć ze wsparcia dla polskiej firmy, która w pewnym momencie uciekła z płaceniem podatków na Cypr? Co tak naprawdę wynika z narodowego charakteru kapitału? Do końca nie wiadomo. Jeżeli firma płaci podatki w Polsce, to dobrze, ale to powinna być rzecz normalna. Kapitał będzie jednak działał tam, gdzie mu wygodniej.
Sprawę „tożsamości” narodowej czy lokalnej przedsiębiorstwa komplikuje kilka powszechnych zjawisk. Przede wszystkim outsourcing, a więc wyodrębnianie ze struktury firmy często istotnych zespołów i funkcji oraz przenoszenie ich do innych podmiotów. Standardowymi przykładami są oczywiście sprzątanie i ochrona. Na porządku dziennym jest sytuacja, gdy sprzątaczka lub ochroniarz pracujący w konkretnym budynku, w konkretnej firmie zatrudnieni są przez zupełnie innego pracodawcę. Outsourcing dotyczy wielu różnych dziedzin, np. obsługi klienta, usług informatycznych, marketingowych. To, co się liczy, to dążenie przedsiębiorcy do obniżania kosztów. I chociaż nie jest to regułą, to ta praktyka najczęściej wpływa negatywnie na pracowników i warunki ich zatrudnienia.
Podobnie funkcjonują na rynku agencje pracy tymczasowej, które doraźnie, w zależności od potrzeb, „zaopatrują” firmy w pracowników, a ci najczęściej mają znacznie gorsze warunki zatrudnienia, a przede wszystkim brak im poczucia stabilności co do tego, u jakiego zleceniodawcy będą pracowali, jak i stabilności samego zatrudnienia. Z pomocy agencji pracy tymczasowej korzystają zarówno firmy polskie, jak i zagraniczne. Uniemożliwia to jasne oceny jakości zatrudnienia. – Bywało, że 30% pracowników zatrudnianych przez polskie zakłady Volkswagena to byli pracownicy agencji pracy tymczasowej. Byli więc tą gorszą siłą roboczą, nie obejmowały ich dobrodziejstwa lepszych stosunków pracy, które oferował Volkswagen. Firma korzystała z usług agencji pracy tymczasowej, wiedząc, że prawa i uposażenia pracowników przez nią zatrudnianych wyglądają znacznie gorzej niż te, którymi chwali się koncern – mówi Jarosław Urbański.
Jaskrawym przykładem tego typu kombinacji jest polski InPost. – Jak wiemy dopiero teraz, firma InPost to funkcjonujące przez wiele lat kilka lub kilkanaście firm i firemek powiązanych nie do końca jasną siecią zależności. I okazuje się, że pracownicy InPostu, mający identyfikatory, uniformy InPostu, podpisywali umowy z zupełnie innymi firmami – zauważa Mateusz Mirys.
Różne kultury, różne prace
Niezależnie od tych wątpliwości i komplikacji przyjęło się postrzegać firmę w kontekście kraju, z którego się ona wywodzi. Przynajmniej do pewnego stopnia. – Jeżeli chodzi o identyfikację narodową pracodawcy, wydaje się, że nie jest to bardzo istotne dla osób wchodzących na rynek pracy. To raczej stereotypy i oczekiwania, że jeśli zaczniemy pracę w firmie amerykańskiej, to będą to inne, lepsze standardy. Nie zawsze jest jednak dobrze, o czym świadczy przykład Amazona. Co z tego, że to firma nowoczesna, globalna, skoro warunki pracy w jej magazynach pod Wrocławiem i Poznaniem wołały o pomstę do nieba? – mówi Szklarczyk. – Jednocześnie, jeżeli ktoś świadomie szuka pracy, z łatwością znajdzie potwierdzenie z diagnoz, badań, że przeciętna płaca w firmach z kapitałem zagranicznym jest wyższa. Natomiast co do kultury i warunków pracy, to nadal głównie stereotypy. Wszystko zależy od konkretnej osoby i można mieć bardzo złego szefa obcokrajowca, a bardzo dobrego – Polaka. Kultura pracy zależy od tego, jaką kulturę reprezentują liderzy, menedżerowie, kierownicy poszczególnych szczebli. Reguł nie ma.
Potwierdzają to badania firmy Millward Brown przeprowadzone w 2010 roku. Wynikają z nich spore różnice w postrzeganiu pracodawców w zależności od pochodzenia kapitału. Wśród zagranicznych firm pożądanymi pracodawcami były przedsiębiorstwa angielskie, niemieckie i amerykańskie, a na końcu tej skali znalazły się włoskie, rosyjskie i hiszpańskie.
Rozróżnienie to wydaje się być zrozumiałe. Prawa zatrudnionych w zamożnych krajach europejskich są z punktu widzenia zatrudnionego lepsze niż u nas, a kultura pracy stoi zasadniczo na wyższym poziomie. Rafał Towalski przestrzega jednak, by nie wysuwać zbyt jednoznacznych hipotez: Dlaczego na przykład firmy zagraniczne, które w swoim kraju przestrzegają praw pracowniczych w sposób bardzo skrupulatny i bardzo dużo uwagi zwracają na współpracę z organami przedstawicielskimi zatrudnionych, kiedy pojawiają się w Polsce, zaczynają zachowywać się jak przysłowiowi wikingowie? Jeżeli rozmawiamy o kulturze organizacyjnej, wpadamy w taką pułapkę. Są firmy, które „u siebie” robią to, co powinny robić, lecz gdy pojawiają się w innym środowisku, zachowują się zupełnie inaczej, w sposób jednoznacznie zły dla pracowników. Natomiast jeżeli chodzi o firmy polskie, rzeczywiście w latach 90. był moment, kiedy uważano, że polski kapitalista jest dwa razy gorszy niż ten z Niemiec czy Francji i miało to pewne odzwierciedlenie w rzeczywistości. Od jakiegoś czasu to się jednak zmienia.
Prof. Beata Skowron-Mielnik zwraca uwagę na to, w czym przede wszystkim zarysowuje się przewaga firm zagranicznych: Przede wszystkim jakościowa różnica polega na podmiotowym podejściu do pracownika. Polskie firmy częściej kojarzone są z podejściem, że „jak płacę, to przychodzisz i pracujesz – ciesz się, że masz pracę”. W przypadku firm zagranicznych też tak bywa, ale jednocześnie częściej praca jest w nich dobrze zorganizowana, a pracownicy, nawet jeżeli wymaga się od nich dużo, to jest jasno powiedziane, w jakich godzinach, w jakim trybie, z jakim wynagrodzeniem za dodatkową pracę. Dobra organizacja pracy i dobre warunki pracy są tą przewagą, na którą zwracają uwagę pracownicy. Badaczka dodaje jednak, że zagraniczne firmy prowadzące działalność w Polsce to firmy duże, korporacyjne, stabilne, a więc teoretycznie mające większe możliwości bycia konkurencyjnymi w kwestii oferowania lepszych warunków. Firmy te częściej dbają o pozytywny wizerunek pracodawcy zarówno na wewnętrznym, jak i zewnętrznym rynku pracy, inwestując znaczne środki w kształtowanie warunków pracy i komunikując je wyraźnie. Oczywiście zazwyczaj nie jest to – i słusznie – argument dla osoby zatrudnionej. Nikt nie może od niej oczekiwać pogodzenia się ze słabymi warunkami pracy i niskim wynagrodzeniem tylko dlatego, że dana firma jest polska i nadal na dorobku w walce z zagraniczną konkurencją.
Solaris – sukces na barkach ludzi
Polskie firmy często osiągają spore sukcesy za granicą, stają się rozpoznawalnymi markami i dają Polakom powód dumy. Ale niekoniecznie przekłada się to na profity dla tych, którzy są za te sukcesy w znacznej mierze odpowiedzialni – pracowników. Dobrym tego przykładem jest marka Solaris. Autobusy i tramwaje tej podpoznańskiej firmy jeżdżą w wielu miastach, nie tylko europejskich. Eksport pojazdów Solaris w 2015 roku wyniósł 946 sztuk, a rok wcześniej przekroczył 1000. Trudno więc mówić, że jest to firma na dorobku. I być może właśnie dlatego w 2015 roku powstały w niej zakładowe struktury NSZZ „Solidarność”.
– Byliśmy niedoceniani przez firmę. Nikt z nami nie rozmawiał, mieliśmy tylko nakazy z góry – mówi o powodach założenia związku jego przewodniczący Albert Wojtczak. – Wszystko było na zasadzie dekretów. Pracownicy, którzy próbowali się przeciwstawiać takiemu sposobowi zarządzania firmą, nie mieli żadnej siły przebicia – dodaje Wojciech Jasiński, jego zastępca. – Były problemy z otrzymaniem urlopu, nadużywano prawa do nadgodzin, zdarzyły się sytuacje, które mogły być zakwalifikowane jako mobbing. Tego typu spraw narosło mnóstwo, nikt nie był w stanie ich rozwiązać i atmosfera w pracy stała się nie do zniesienia.
– Na produkcji ludzie mówili wprost, że nie mają nic do stracenia. Pracę na takich warunkach mogą obecnie znaleźć w okolicy Poznania w ciągu kilkunastu dni – dodają moi rozmówcy, jednocześnie podkreślając, że ze strony pracodawcy nie było problemów z założeniem związku. Pojawiły się jedynie sugestie, że w Solarisie jest on niepotrzebny. Nie przekonało to jednak pracowników.
– Zaczęła się robić normalność – krótko o dotychczasowych sukcesach związku mówią panowie Wojtczak i Jasiński. Przede wszystkim kadra menedżerska rozpoczęła szkolenia mające na celu polepszenie relacji z pracownikami i zdaniem tych ostatnich przyniosło to pozytywny skutek. Wynegocjowano również bardziej elastyczne możliwości korzystania z krótkich (jedno-, dwudniowych) urlopów. Udało się także rozwiązać kilka pomniejszych konfliktów. Wciąż trwają rozmowy z pracodawcą w sprawie tematu nadgodzin, tak aby znaleźć rozwiązanie satysfakcjonujące obydwie strony.
– Wszyscy powinniśmy, w miarę możliwości, kupować polskie produkty, ponieważ w ten sposób dajemy pracę innym. Konieczny jest wewnętrzny rynek zbytu – zwraca uwagę Wojciech Jasiński. – Jeżeli jednak w Polsce wciąż będą niskie płace, to nas nie będzie stać na te produkty. Już Henry Ford zauważył, że samochody nie będą kupowały samochodów. Robią to ludzie, ale do tego muszą mieć zarobki na odpowiednim poziomie. Nasi przedsiębiorcy oraz włodarze kraju nie mogą tego zrozumieć. Nie będzie zbytu na produkty, jeżeli nie będzie miał kto ich kupić…
Solidaryzm (anty)narodowy
Różnice w jakości oferowanej pracy nie wynikają jedynie z pochodzenia kapitału. Chociaż nie jest łatwo znaleźć kompleksowe badania, które całościowo zajęłyby się tym problemem, to jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że narodowa tożsamość pracodawcy jest, w porównaniu z innymi, czynnikiem o ograniczonym znaczeniu. – Niełatwo powiedzieć, że polski kapitalista lepiej lub gorzej traktuje polskiego pracownika, bo to byłoby duże uproszczenie. Tak naprawdę dużo większe znaczenie ma to, czy firma jest duża, czy mała. Czy funkcjonuje w obszarze wysokiego bezrobocia, czy też nie, czy to jest branża usługowa, czy handlowa. To ma większy wpływ na sytuację, niż narodowość właścicieli lub to, skąd pochodzi kapitał firmy – podkreśla Jarosław Urbański.
Podobnie sprawa wygląda w przypadku poziomu uzwiązkowienia. Badania profesora Juliusza Gardawskiego wykazały, że był on znacznie wyższy w firmach zagranicznych. Trudno jednak na podstawie tego wysuwać głębsze wnioski, poziom ten bowiem jest różny już na etapie różnic między województwami.
Pokazuje to z jednej strony złożoność sytuacji polskich pracowników i siłę twardych faktów – trudno kierować się niejasnym, rozmytym interesem narodowym w sytuacji, gdy nie można sobie i najbliższym zapewnić godnego poziomu życia. Z drugiej strony, powszechna emigracja „za chlebem” umożliwia szersze spojrzenie na kwestię patriotyzmu, który nie jest jedynie domeną Polaków: Jeżeli na rynku pracy dla kapitalistów wartościowe będzie istnienie dużej grupy pracowników-migrantów, nie zgodzą się oni na daleko posunięte koncepcje nacjonalistyczne lub patriotyczne, które utrudniałyby dostęp do taniej siły roboczej. Tę walkę i dyskusję na ten temat współcześnie obserwujemy – zauważa Jarosław Urbański. – Z drugiej strony, oczywiście sami pracownicy próbują wykorzystać hasła nacjonalistyczne czy patriotyczne do umocnienia swojej pozycji na rynku pracy. Na przykład pracodawcom mówią „powinniśmy się porozumieć, koncepcja solidaryzmu społecznego, bo należymy do jednego narodu, więc Polak powinien zatrudniać Polaka”, i w ten sposób umacniają się w konkurencji o lepsze zarobki czy o samo zatrudnienie z Ukraińcami przybywającymi do Polski. Jest to wykorzystywane do tworzenia podziałów między robotnikami i hasła patriotyzmu ekonomicznego często temu służą. Ale są one bronią obosieczną, bo jeżeli tymi samymi hasłami posłuży się brytyjski rząd, brytyjskie partie i brytyjscy kapitaliści, to za chwilę wróci tu fala polskich migrantów zarobkowych i będziemy w wielkim kłopocie. Okaże się wtedy, że patriotyzmy gospodarcze, realizowane w każdym kraju osobno, wcale nie służą polskim pracownikom najemnym. Duża część z nich – w ostatnich dekadach co najmniej dwa miliony – żyje przecież z „niepolskich” miejsc pracy – dodaje.
Innymi słowy w modelowej sytuacji, gdy każdy naród w imię patriotyzmu kupowałby jedynie swoje produkty i wspierał własnych przedsiębiorców, zawsze ostatecznie przegra kraj ze słabszą gospodarką, co pogłębi istniejące już różnice. Bezpośrednie inwestycje zagraniczne polskich firm z każdym rokiem rosną. W 2010 roku wynosiły 186 miliardów, w 2014 było to 231 miliardów, a w 2015 już 239 miliardów (według szacunków Narodowego Banku Polskiego). Zawsze jednak będą niższe niż w krajach bogatszych. Powszechne narzekania, gdy polskie przedsiębiorstwa przejmowane są przez firmy zagraniczne, idą w parze z entuzjazmem wobec polskich przejęć na rynkach zagranicznych. Polski Maspex, firma mająca już za sobą kilkanaście przejęć zagranicznych przedsiębiorstw, której sprzedaż zagraniczna stanowi już 35% obrotów, działająca prężnie na rynkach czeskim, słowackim, węgierskim czy rumuńskim, z perspektywy obywateli tych krajów jest firmą obcą, z zewnątrz. Wspieranie patriotyzmu gospodarczego przez inne państwa odbije się również na wynikach polskich firm. Stało się tak np. w Szwecji w głośnej sprawie z 2010 roku, gdy część związków zawodowych poskarżyła się na autobusy firmy Solaris. Oficjalne zastrzeżenia związkowców dotyczyły wad pojazdów, w praktyce jednak zarzuty można było wiązać z istnieniem w Szwecji dwóch silnych przedsiębiorstw produkujących autobusy – Scania i Volvo.
W poszukiwaniu patriotyzmów
Rozważania na temat patriotyzmu ekonomicznego i jego wpływu na rynek pracy należy uznać za interesujące, jednak rzadko są oparte one na twardych danych, gdyż jest to zjawisko trudne do badania. Co ciekawe, częściej analizowano niejako drugą jego stronę, mianowicie wpływ inwestycji zagranicznych na rynek pracy. Nie ma zgody co do odpowiedzi na podstawowe pytanie: czy bezpośrednie inwestycje zagraniczne wpływają na tworzenie miejsc pracy, czy też redukują zatrudnienie? Badania empiryczne wykazują, że sytuacja wygląda różnie w zależności od kraju czy regionu. W krajach Azji Południowo-Wschodniej wpływ ten był zasadniczo pozytywny, natomiast w państwach Ameryki Łacińskiej – negatywny.
Niewątpliwie Polska należy do krajów atrakcyjnych z racji dobrze wykwalifikowanej i taniej siły roboczej. Udział płac w PKB należy do najniższych w Unii Europejskiej i, w przeciwieństwie do stabilnego poziomu w Unii, odnotowuje systematyczny spadek. Można więc wysunąć wniosek, że coraz lepiej żyje się w Polsce tym, którzy czerpią zyski z kapitału, a gorzej tym, którzy zyski czerpią z pracy. Jak wskazuje jeden z raportów Fundacji Kaleckiego, według raportu PAIiIZ, w 2001 r. koszty pracy zajmowały pierwsze miejsce na liście 22 czynników decydujących o podjęciu działalności gospodarczej w Polsce. Aż 58% badanych inwestorów zagranicznych umieściło je w rubryce „bardzo ważne”. Na drugim miejscu znalazła się wielkość polskiego rynku z 47% wskazań. Cztery lata później wielkość polskiego rynku wysunęła się na prowadzenie (57% wskazań), a koszty pracy (53% wskazań) były na drugim miejscu, co może oznaczać, że sprzedaż na polskim rynku staje się coraz ważniejszą motywacją dla kapitału zagranicznego. W 2011 r., gdy PAIiIZ znów poprosił zagranicznych inwestorów o ocenienie ważności poszczególnych kryteriów inwestycyjnych, dostępność wykwalifikowanej siły roboczej została oceniona najwyżej (ocena 4,5/5). Niemal tak samo wysoką ocenę uzyskały koszty pracy (4,4/5). Koszty pracy w Polsce nie tylko są oceniane pozytywnie przez inwestorów zagranicznych, ale też ta ocena systematycznie rośnie. Autorzy raportu przypisują to „konkurencyjnemu poziomowi płacowych kosztów pracy”, który bierze się z zaniżonych płac w stosunku do wydajności pracy. Niestety należy też zwrócić uwagę, że nawet branże zaawansowane technologiczne, które istnieją w Polsce (motoryzacyjna, IT), swoje centra badawcze mają w innych miejscach, a więc wysoka wartość dodana jest nadawana produktom poza krajem.
Nie można jednak tych spostrzeżeń jednoznacznie przełożyć na oceny patriotyzmu ekonomicznego i jego wpływu na rynek pracy. Postawy patriotyczne w gospodarce są powodem do zadowolenia, ale przyjmowane bezkrytycznie zamazują relację pracownika i pracodawcy, a te mogą być różne, niezależnie od kwestii własnościowych czy kraju pochodzenia firmy. W państwie takim jak Polska ważniejsza wydaje się solidarność między pracownikami i wspieranie tworzenia miejsc pracy zapewniających przyzwoite warunki zatrudnionym. Odwrócenie trendu, do którego przyczyniają się działania firm zarówno polskich, jak i zagranicznych, czyli zwyżkowanie PKB głównie ze względu na wzrost wartości kapitału, wydaje się ważniejsze niż samo hasło o wzroście wartości PKB z odroczoną w czasie (często „na zawsze”) obietnicą, że przyniesie to poprawę życia nam wszystkim.
Warto monitorować pod tym względem także polityków, z lubością podchwytujących modne hasła, do których aktualnie należy również patriotyzm gospodarczy. Wypada zapytać, czy wiarygodną twarzą takich zmian może być wieloletni prezes zagranicznego banku. Należy zwrócić uwagę na to, by główną rolę przypisywać zmianie jakościowej, a nie ilościowej, gdyż na fali samego bogactwa polskich firm niekoniecznie bogaci się przeciętny Polak. Na pewno nie jest to regułą.
– Patriotyzm? Ale jaki? Nie widzę większego sensu we wspieraniu polskich firm tylko dlatego, że są polskie, jeśli jednocześnie wyzyskują pracowników czy oszukują państwo na podatkach. Takich firm nie zamierzam wspierać, bo to nie jest w moim interesie jako obywatela, pracownika, konsumenta – stwierdza Mateusz Mirys. – W moim interesie jest korzystanie z produktów czy usług takich firm, co do których wiem, że dochowują standardów zatrudnienia, środowiskowych, etycznych. To, że jakaś firma jest polska, budzi moją sympatię, lecz z automatu niczego nie rozstrzyga. Z samego budowania polskiego kapitału bez oglądania się na pracowników niewiele nam przyjdzie na dłuższą metę.
Bartłomiej Grubich
przez Jarosław Tomasiewicz | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Zima 2016
…Pozwolę sobie zacząć od osobistej dygresji1. W pierwszej połowie lat 90. uczestniczyłem w hucznej domówce w Krakowie, w gronie tamtejszych radykalnych aktywistów politycznych. Wdałem się w gorącą, obficie podlewaną alkoholem dysputę z Markiem Kurzyńcem. Będąc wówczas gorliwym orędownikiem ludowego „rewolucyjnego nacjonalizmu”, zarzucałem mojemu anarchistycznemu adwersarzowi oderwanie od rzeczywistości, od problemów i poglądów zwykłych ludzi. Kurzyniec zareplikował: „Ty się tylko stylizujesz na proletariusza!”. Niestety, musiałem przyznać mu rację: choć nauczycielska pensja była żałośnie niska, to wyższe wykształcenie i praca umysłowa w czasach przed taśmową produkcją dyplomów i postindustrialną transformacją alienowały mnie od mas robotników fabrycznych. Mogłem jednak oddać cios, stwierdzając, że proletariacki image anarchistów też nie jest niczym innym, jak stylizacją, że myli im się cyganeria z klasą pracującą2.
I ten problem po dziś dzień pozostaje, w mojej opinii, główną słabością polskiej lewicy. Jest oderwana od mas ludowych, które rzekomo ma reprezentować. Część polskiej lewicy (?) otwarcie zerwała z tradycją artykułowania plebejskich interesów3. Większość z tych, którzy tkwią na starych, klasowych pozycjach, identyfikuje się de facto nie tyle z ludem, ile ze swoim – wyidealizowanym i zideologizowanym – wyobrażeniem o tymże ludzie. W ich wizji proletariusz jest obowiązkowo antyklerykałem, internacjonalistą i feministą (a w miarę możności także wegetarianinem) – a jeśli nie jest, to znaczy, że żaden z niego proletariusz4.
Dlatego artykuł niniejszy poświęcę ruchowi autentycznie ludowemu, zrodzonemu z oddolnych walk społecznych, a nie z ideologicznej inspiracji5, ruchowi, który nie musiał się „stylizować” i, niczym mitologiczny Anteusz z matki-ziemi, z ludu wprost czerpał swą moc.
I
W 1990 roku spadły na Polskę dobrodziejstwa planu dostosowawczego Międzynarodowego Funduszu Walutowego opracowanego przez Jeffreya Sachsa, a firmowanego przez Leszka Balcerowicza. Inflacja w pierwszym roku obowiązywania Planu Balcerowicza wyniosła 585,8 proc. (dla porównania: w 1989 roku – 251,1 proc., a w 1988 – 60,2 proc.). Działo się to w warunkach faktycznego zamrożenia płac większości pracowników za sprawą osławionego „popiwku”, czyli podatku od ponadnormatywnych wynagrodzeń. „Przeciętne wynagrodzenie realne pracowników sektora państwowego i spółdzielczego było w 1990 roku niższe o 28 proc. niż w roku poprzednim” – donosił sucho Główny Urząd Statystyczny. Wskaźnik przeciętnych miesięcznych wynagrodzeń realnych malał systematycznie aż do roku 1993 włącznie. A nie wszyscy mieli szczęście otrzymywać jakieś wynagrodzenie: w ciągu 1990 roku bezrobocie wzrosło z 0,3 proc. w styczniu do 6,5 proc. w grudniu; trzy lata później wynosiło już 16,4 proc.6
W szczególnie trudnej sytuacji znaleźli się wszakże rolnicy. Znów zacytujmy informację GUS: „Ceny artykułów zbywanych przez rolników wzrosły ok. dwukrotnie wolniej od cen nabywanych przez nich środków produkcji”. Nieubłaganie rozwierały się, jak w czasie przedwojennego Wielkiego Kryzysu, „nożyce cen”. Spadek stopy życiowej na wsi – i tak zacofanej w porównaniu z resztą kraju – był jeszcze większy niż w mieście. Paradoksalnie, polityka Balcerowicza uderzyła najdotkliwiej w gospodarstwa duże, wysokotowarowe, produkujące na rynek. Ich właściciele w poprzedniej dekadzie brali na korzystnych warunkach kredyty, pozwalające zmodernizować i zintensyfikować produkcję. Teraz skokowy wzrost bankowych odsetek wepchnął ich w pętlę zadłużenia. Nie mogąc spłacić kredytów – bankrutowali, a ich gospodarstwa były licytowane. Nic dziwnego, że w tej grupie nastroje desperacji były najsilniejsze7. Już w 1990 roku doszło do masowych protestów rolniczych – tylko w lipcu zorganizowano 927 blokad dróg. Przeciw protestującym w Mławie rolnikom premier Tadeusz Mazowiecki wysłał transportery opancerzone (pod naciskiem Aleksandra Halla i… Jacka Kuronia).
Wśród niezadowolonych był Andrzej Lepper, urodzony w 1954 roku absolwent technikum rolniczego. Przez pewien czas pracował w Państwowych Gospodarstwach Rolnych w województwie słupskim, w 1978 roku został najmłodszym w Polsce kierownikiem PGR-u. Wstąpił wtedy do PZPR8, jednak zakończył przynależność już dwa lata później, gdy w 1980 roku zdecydował się na prowadzenie indywidualnego 63-hektarowego gospodarstwa. We wrześniu 1991 roku stanął na czele protestu zadłużonych rolników w Darłowie, a w październiku tego roku został liderem ogólnokrajowego Komitetu Obrony Rolników, który walczył o wstrzymanie grożących rolnikom egzekucji komorniczych.
Pokłosiem tych protestów było utworzenie Związku Zawodowego Rolnictwa „Samoobrona”, zarejestrowanego 10 stycznia 1992 roku. Samoobrona stanowić miała nieprzejednaną opozycję, w przeciwieństwie do dwóch pozostałych organizacji rolniczych – Krajowego Związku Rolników i „Solidarności” Rolników Indywidualnych, którym zarzucała ugodowość wynikającą z powiązań, odpowiednio, ze starym i nowym aparatem władzy. Łączył się z tym radykalizm metod. W marcu I Krajowy Zjazd ZZR powołał tzw. brygady antyegzekucyjne, które miały zajmować się udaremnianiem zajęć komorniczych w zadłużonych gospodarstwach. W kwietniu stuosobowa grupa związkowców zajęła gmach resortu rolnictwa. W czerwcu w dziesięciu województwach (m.in. we Włocławku) odbyły się blokady dróg publicznych. Apogeum protestów miało miejsce w lipcu, gdy Samoobrona próbowała przeprowadzić „marsz gwiaździsty”. 72 kolumny rolników ruszyły na Warszawę, czemu towarzyszyły starcia z policją. Związkowcy grozili wysadzeniem w powietrze cystern z paliwem, 91 protestujących aresztowano, wielu zostało poturbowanych, a kilku trafiło do szpitala. Późniejsze akcje Związku w tym okresie (jak blokada przejść granicznych w Świecku i Kołbaskowie) miały już wyraźnie mniejszą skalę, jednak wciąż cechował je radykalizm. Należały do nich m.in. starcia z policją w Warszawie w kwietniu 1993 roku, wywiezienie na taczce burmistrza Praszki w sierpniu 1993 roku, pobicie zarządcy zlicytowanego gospodarstwa w Kobylnicy w lipcu 1994 roku.
Równolegle Samoobrona rozbudowywała zaplecze społeczne i polityczne. Nawiązała współpracę z pracowniczymi związkami zawodowymi (m.in. z NSZZ „Solidarność ’80”, z Wolnym Związkiem Zawodowym „Sierpień ’80”, z Federacją Związków Zawodowych Górników), współtworząc Międzyzwiązkowy Krajowy Komitet Negocjacyjno-Strajkowy. W czerwcu 1992 roku utworzona została partia polityczna Przymierze Samoobrona, w skład której obok związkowców weszli grupa członków Polskiej Partii Zielonych z Januszem Bryczkowskim na czele oraz szereg osób kojarzonych z narodowo-komunistycznym skrzydłem PZPR (Bohdan Poręba, Bożena Krzywobłocka, Józef Balcerek). Pod koniec roku powstał Komitet Samoobrony Narodu, który miał stanowić szeroki ruch społeczny z udziałem – oprócz wymienionych – także Komitetu Obrony Bezrobotnych, środowisk kombatanckich (Stowarzyszenie Ofiar Wojny, gen. Stanisław Skalski, płk Antoni Heda) i drobnych grup nacjonalistycznych, takich jak Stronnictwo Narodowe „Ojczyzna”. Samoobrona próbowała w ten sposób wyrwać się z wiejskich opłotków.
Pomimo to start w wyborach parlamentarnych we wrześniu 1993 roku okazał się porażką: partia uzyskała zaledwie 2,78 proc., co wynikało m.in. z braku porozumienia z Partią X Stanisława Tymińskiego, głoszącą nieomal identyczny radykalno-populistyczny program społeczny. Ruch wszedł w kryzys. W grudniu 1993 roku z partii został usunięty Bryczkowski, który założył jawnie faszystowski Front Narodowy Samoobrona (potem Polski Front Narodowy). W sierpniu 1994 roku Lepper został aresztowany, co Bryczkowski bezskutecznie usiłował wykorzystać do próby przejęcia kontroli nad ZZR. Wewnętrzne rozbicie w połączeniu z opadaniem fali niezadowolenia społecznego drastycznie ograniczyło możliwości mobilizacyjne Samoobrony. Przez kilka najbliższych lat ograniczała się do punktowych wystąpień wykorzystujących lokalne konflikty społeczne. W regionie świętokrzyskim powstała Samoobrona Mieszkańców, której celem była obrona praw lokatorskich. W czasie budowy gazociągu jamalskiego Samoobrona nawiązała współpracę z Polskim Stowarzyszeniem Budowniczych Rurociągów Witolda Michałowskiego, domagając się wyższych odszkodowań dla rolników. U schyłku tysiąclecia związkowcy połączyli wysiłki z Federacją Zielonych i obrońcami zwierząt w proteście przeciw ekspansji firmy Smithfield Foods (Kongres Rolniczo-Ekologiczny w maju 2000 roku).
Efekty były jednak niewielkie. W wyborach prezydenckich 1995 roku na Leppera głosowało zaledwie 1,32 proc. wyborców. Dwa lata później w czasie wyborów parlamentarnych okazało się, że Samoobrona potrafi wystawić kandydatów tylko w 16 okręgów (na 52), uzyskując w sumie 0,08 proc. głosów.
Wiatr ponownie zaczął dąć w żagle Samoobrony pod koniec lat 90., w miarę jak znów pogarszała się sytuacja życiowa Polaków (tzw. drugi plan Balcerowicza: w 2001 roku stopa bezrobocia sięgnęła 17,5 proc.). W 1998 roku nasiliły się rolnicze protesty, na których czele stanęła Samoobrona wespół z innymi związkami rolniczymi; głośnym echem odbiło się zniszczenie importowanego zboża na przejściu granicznym w Muszynie. W styczniu 1999 roku miała miejsce blokada polsko-niemieckiego przejścia granicznego w Świecku, w której uczestniczyły ponad 3 tysiące związkowców. 27 maja w całym kraju odbyły się blokady dróg, których liczba miała sięgnąć dwustu. W sierpniu 1999 roku protest Samoobrony w Bartoszycach przeistoczył się w gwałtowne rozruchy, w wyniku których 11 policjantów znalazło się w szpitalu. Udział mieszkańców miast w tych wydarzeniach pokazywał, że Samoobronie udało się pozyskać zwolenników spoza wsi.
Ugrupowanie Leppera zmodyfikowało strategię, co podkreślała nowa nazwa: Samoobrona Rzeczypospolitej Polskiej. Doszło do wymiany części kadr – dawnych działaczy pokroju Leszka Zwierza zastąpili ludzie tacy jak Janusz Maksymiuk czy Krzysztof Filipek. Współpraca z profesjonalistą od PR Piotrem Tymochowiczem zaowocowała nowym, „dystyngowanym” image Leppera. Mówić można o Samoobronie 2.0. Coraz wyraźniejsze stało się otwarcie Samoobrony na opozycję lewicową: w 1999 roku lepperowcy wzięli udział wraz z Sojuszem Lewicy Demokratycznej w pochodzie pierwszomajowym i w wielkiej manifestacji 24 września. Strategią ruchu pozostała jednak budowa „frontu narodowo-ludowego”. W styczniu 2000 roku ogłoszono utworzenie Bloku Ludowo-Narodowego obejmującego SRP, WZZ „Sierpień ‘80” i nacjonalistyczny Front Polski gen. Tadeusza Wileckiego. Blok okazał się martwym płodem, gdyż nie był w stanie wyłonić wspólnego kandydata w nadchodzących wyborach prezydenckich9. W rezultacie Lepper zdobył 3,05 proc., co wciąż lokowało Samoobronę w kategorii politycznego planktonu. Lepperowcy byli jednak przekonani, że przyszłość należy do nich. W ich opinii potwierdzało to podpalenie w maju 2000 roku domu Stanisława Łyżwińskiego w Hucie Skaryszewskiej, w którym zatrzymał się Lepper; interpretowali to jako próbę zabójstwa ludowego przywódcy.
Okazało się, że mieli rację, wierząc w powodzenie swej sprawy. W wyborach parlamentarnych 2001 roku SRP osiągnęła bezprecedensowy sukces – 10,2 proc. głosów i 53 mandaty – stając się trzecią siłą polityczną w Polsce. Dotychczasowi pariasi nagle zostali partnerami najważniejszych aktorów sceny politycznej. Zauważalna już wcześniej ewolucja ku lewicy zaowocowała warunkową współpracą z koalicją SLD-PSL. Samoobrona była jedynym klubem spoza koalicji, który poparł rząd Leszka Millera, a Lepper został wicemarszałkiem Sejmu. Istniał nawet projekt włączenia SRP do koalicji rządowej, lansowany przez grupę wojskowych z gen. Sławomirem Petelickim na czele, nie doszło jednak do tego wskutek sprzeciwu Aleksandra Kwaśniewskiego.
Sielanka nie trwała długo. Już w listopadzie 2001 roku Lepper zaszokował posłów, sugerując korupcję i kryminalne powiązania czołowych polityków SLD i PO, co spowodowało jego odwołanie z funkcji wicemarszałka. W grudniu Samoobrona wraz z Ligą Polskich Rodzin i Prawem i Sprawiedliwością forsowała wniosek o wotum nieufności wobec ministra spraw zagranicznych Włodzimierza Cimoszewicza. Nie oznaczało to jednak jeszcze opozycji totalnej. Szereg inicjatyw rządu Millera popieranych było w Sejmie przez lepperowców. Po sukcesie SRP w wyborach samorządowych w 2002 roku (16 proc. poparcia na poziomie województw), w ośmiu sejmikach wojewódzkich utworzyła ona koalicje z SLD. Lepper jednak stopniowo radykalizował stanowisko i w kwietniu 2003 roku zażądał od działaczy partii zerwania sojuszów z lewicą w terenie (co doprowadziło do kilku rozłamów, np. w Lublinie odeszła grupa Konrada Rękasa). Jeszcze ostrzej atakowany był rząd Marka Belki, uważanego za człowieka Kwaśniewskiego. Samoobrona współpracowała coraz ściślej z prawicową opozycją, popierając np. tzw. raport Ziobry dotyczący „afery Rywina” czy wniosek o popełnieniu przestępstwa przez szefa Wojskowych Służb Informacyjnych gen. Marka Dukaczewskiego. Lepper żądał też ustąpienia prezydenta Kwaśniewskiego, ogłaszając go przedstawicielem „układu polityczno-biznesowo-mafijnego”.
Ten wspólny front z prawicą nie oznaczał jednak zwrotu SRP w prawo. Przeciwnie – plan Leppera zakładał przejęcie przez Samoobronę hegemonii na lewicy. IV zjazd ZZR w styczniu 2004 roku odmawiał SLD lewicowości, a pod koniec roku Lepper deklarował: „Stawiam sobie za cel tak przekonać elektorat lewicy, by zrozumiał, że jedyną lewicową, prospołeczną i patriotyczną partią jest obecnie Samoobrona”. W tym celu nawiązano współpracę z Demokratyczną Partią Lewicy, Ruchem Ludzi Pracy i Krajową Partią Emerytów i Rencistów. W szeregach SRP znaleźli się działacze Sojuszu (np. Grzegorz Tuderek, Bolesław Borysiuk) i Unii Pracy (Andrzej Aumiller). W dużej mierze plan Leppera się powiódł. Wprawdzie odnotowano odpływ części starego elektoratu Samoobrony w kierunku Ligi Polskich Rodzin, ale zostało to zrekompensowane przez przejęcie wielu dotychczasowych wyborców lewicy – głównie emerytów i rencistów, robotników upadłych zakładów pracy, byłych funkcjonariuszy służb mundurowych. Już w wyborach do europarlamentu w 2004 roku lepperowcy wyprzedzili SLD10.
Równolegle do aktywności parlamentarnej SRP starała się działać na niwie społecznej. Partia podjęła współpracę z organizacjami osób niepełnosprawnych (wyznaczając nawet specjalnego pełnomocnika ds. kontaktów z nimi) i środowiskiem matek samotnie wychowujących dzieci. Próbowano nadal prowadzić akcje bezpośrednie, takie jak obrona targowiska we Włocławku w 2001 roku, zablokowanie Chińskiego Centrum Handlowego w Woli Kosowskiej i wysypanie na tory importowanego zboża w Warszawie w 2002 roku, pikiety przeciw wojnie w Iraku w 2004 roku, poparcie protestów służby zdrowia i rybaków bałtyckich w 2005 roku. Wyraźnym jednak było, że inicjowane przez Samoobronę protesty stawały się coraz słabsze liczebnie, mniej żywiołowe, wręcz zrytualizowane.
…Przerwijmy w tym momencie beznamiętną narrację historyka odautorskim komentarzem. Wybiegając w przyszłość: Samoobrona odniosła sukces, ale go zmarnowała. „Miałeś, chamie, złoty róg”, ciśnie się na usta. Lepper nie wykorzystał tych sześciu lat tłustych, kiedy miał popularność, pieniądze, dostęp do mediów, na stworzenie sieci organizacji społecznych, która zapewniałaby trwałe oparcie w społeczeństwie, niezależne od zmiennej koniunktury wyborczej. Wprawdzie w maju 2002 roku powstała Ogólnopolska Młodzieżowa Organizacja Samoobrony, jednak partyjna młodzieżówka skupiała raczej karierowiczów niż ideowców11. Komórki takie jak Centrum Informacji Aferalnej czy Centrum Analiz Wyborczych miały charakter fasadowy – wystarczy powiedzieć, że obsługę szeroko rozreklamowanego jako instytucja antykorupcyjna CIA przydzielono… jednemu pracownikowi. Zamiast żmudnej pracy u podstaw preferowano pozyskiwanie podmiotów zewnętrznych zainteresowanych współpracą dopóki przynosiła ona wymierne korzyści. Zupełnie zaniedbana została praca ideotwórcza i formacyjna: zaprzestano wypracowywania ideologii12, która stanowiłaby niekoniunkturalną motywację i spoiwo członków partii, nie zrealizowano pomysłu wydawania teoretycznego periodyku „Trzecia Droga”. Zlekceważono nawet budowę własnego aparatu propagandowego, uniezależniającego ruch od nieprzychylnych mu mediów. Pojawił się wprawdzie dwutygodnik „Samoobrona”, jednak jego wydawcą (faktycznie niezależnym od partii) został znany antysemita Leszek Bubel, który niebawem zerwał z Lepperem. Pod względem kadrowym, zamiast oprzeć się na lokalnych społecznikach, Lepper preferował biznesmenów (jak Piotr Misztal, skazany za łamanie prawa pracy) i zawodowych polityków, jak były prezes Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego Ryszard Czarnecki.
Z czego te zaniechania wynikały? Niewątpliwie olbrzymią rolę odegrała typowo polska krótkowzroczność, stawiająca improwizację, prowizorkę i drogę na skróty ponad systematyczną pracę organiczną. Przywódca ruchu był też niewątpliwie pod rosnącym ciśnieniem posłów, radnych, szeregowych działaczy, którzy chcieli jak najszybciej skonsumować sukces wyborczy, sięgając po stanowiska, wpływy i pieniądze. Zapewne dotknęło to i samego Leppera, którego w tym czasie dotknęły kłopoty zdrowotne – syndrom „zmęczonego rewolucjonisty”, przekonanego, że należy mu się nagroda za dawne trudy, ilustrują choćby dzieje przedwojennych piłsudczyków. Można też przypuszczać, że Lepper celowo zaniedbał instytucjonalizację i ideologizację ruchu, gdyż silne struktury ograniczałyby jego wodzowską pozycję, a skonkretyzowana ideologia – swobodę politycznego manewru.
Podwójne wybory 2005 roku potwierdziły sukces SRP: w wyborach parlamentarnych uzyskała 11,41 proc. głosów (nieznacznie więcej niż SLD), w prezydenckich Lepper zajął trzecie miejsce z 15,11 proc. Wyniki były jednak gorsze od oczekiwanych. Zwycięstwo PiS sprawiło, że scena polityczna nie uległa polaryzacji, jak oczekiwał Lepper, na obóz prawicowo-liberalny, kierowany przez Platformę Obywatelską, i lewicowo-populistyczny, którego główną siłą byłaby Samoobrona. Zamiast tego wytworzył się podział na „Polskę liberalną” (PO, w pewnej mierze SLD) i „Polskę solidarną” pod przewodem PiS. Pojawiła się możliwość zaistnienia szerokiego frontu antyliberalnego (postulowanego wszak przez Leppera w latach 90.), ale SRP była jego podrzędnym elementem.
Logika tego podziału – jak również wspomniane parcie lepperowców do władzy – pchały Samoobronę w objęcia prawicy. Już w drugiej turze wyborów prezydenckich Lepper udzielił poparcia Lechowi Kaczyńskiemu. W lutym 2006 roku Lepper wraz z Jarosławem Kaczyńskim i Romanem Giertychem podpisali „pakt stabilizacyjny”, w maju SRP weszła w skład koalicji rządowej. Lepper został wicepremierem i ministrem rolnictwa, Samoobrona uzyskała też stanowiska ministrów pracy i budownictwa, osiemnastu wiceministrów, kierownictwo Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa oraz KRUS. Koordynator służb specjalnych Zbigniew Wassermann oficjalnie oznajmił, że nie ma żadnych dowodów na inspirowanie ruchu Leppera przez byłych funkcjonariuszy SB.
Lepper usilnie starał się zrzucić odium awanturnictwa i radykalizmu, zaprezentować się jako odpowiedzialny polityk. Bezskutecznie. Przeciwko sobie miał otwartą wrogość mediów i słabo skrywaną niechęć koalicjanta. W jego własnej partii silne były tendencje odśrodkowe, część posłów z Janem Bestrym ciążyła ku PiS. Nieustanne tarcia w koalicji już we wrześniu 2005 roku doprowadziły do kryzysu gabinetowego i dymisji Leppera, który zagroził wejściem w sojusz z… PO. W październiku kryzys został zażegnany, jednak SRP wyszła z niego osłabiona. Jasne się stało, że Lepper nie panuje nad własnym ugrupowaniem: zerwanie koalicji doprowadziłoby do dezintegracji partii, bo wielu posłów nie chciało wracać do opozycji. Wiarygodność ruchu i jego przywódcy drastycznie się zmniejszyła z powodu nieustannych wolt; nie można było nie zauważyć, że Samoobrona przypomina sobie o postulatach programowych na ogół przy okazji konfliktów personalnych. Symbolem degrengolady stało się udaremnienie egzekucji komorniczej przez posła SRP, który powołując się na poparcie ministra sprawiedliwości, chronił… własny majątek.
Rozczarowany elektorat Samoobrony przechodził do obozu PiS, czego dowiodły wybory samorządowe w 2006 roku – na szczeblu wojewódzkim ugrupowanie Leppera uzyskało tylko 5,54 proc. głosów. Obserwatorzy byli zgodni, że sprawowanie władzy okazało się zabójcze dla partii protestu. „Może dziś już tak bardzo ucywilizowany Lepper nie podoba się radykałom na wsi?” – pytał socjolog Radosław Markowski. Dziennikarka Janina Paradowska potwierdzała: „Lepper w kręgu rządowego establishmentu nie może już być wyrazicielem społecznego protestu i jego pozycja musi słabnąć”.
Kolejny cios uderzył w SRP w grudniu 2006 roku, gdy „Gazeta Wyborcza” oskarżyła wiceprzewodniczącego partii, Łyżwińskiego, a także samego Leppera, o wykorzystywanie seksualne kobiet związanych z Samoobroną13. W lipcu 2007 roku Centralne Biuro Antykorupcyjne aresztowało pod zarzutem korupcji dwóch pracowników ministerstwa rolnictwa związanych z Lepperem, którego też oskarżono o udział w procederze. Choć zarzutów wobec Leppera nie udowodniono, został odwołany ze stanowiska, co doprowadziło do rozpadu koalicji i przedterminowych wyborów.
SRP zaczęła wykonywać desperackie ruchy. Najpierw zdecydowano o połączeniu z LPR w nową formację Liga i Samoobrona, niedługo później porozumienie zerwano, wykonując ostry zwrot w lewo, czego symbolem było przyjęcie na listy Samoobrony Leszka Millera i Piotra Ikonowicza. Trudno uznać, by takie chaotyczne działania poprawiały wiarygodność partii. W dodatku przeceniono popularność Millera, któremu lewicowy elektorat pamiętał poparcie dla podatku liniowego i dla wojny w Iraku. Skutkiem była wyborcza katastrofa: 1,53 proc.
Późniejsze dzieje Samoobrony to już wegetacja, przypominająca sentencję Marksa o historii powtarzającej się jako operetka. Lepper zapomniał starej prawdy, że nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki. Po akcesji do Unii polskie społeczeństwo przeszło przyśpieszoną transformację. Wieś się rozwarstwiła: część rolników wyraźnie się wzbogaciła, innych uzależniły unijne dotacje14. Masa bezrobotnych wyjechała na przysłowiowy zmywak. Lud się zmienił, zmieszczaniał; proletariat przeistoczył bądź to w salariat, bądź to w prekariat. Samoobrona stała się anachroniczna. Tytułowy Anteusz postanowił stać się Ikarem; gdy pojął grozę sytuacji, zapragnął schronić się na ziemi – ale ta zniknęła. Znalazł się w stanie nieważkości.
Morał tej opowieści jest prosty: lewica nie może odrywać się od swej plebejskiej bazy. Ma artykułować jej interesy i poglądy. „Wèi rénmín fúwù” (służyć ludowi!), jak mawiali maoiści. Jeśli w Polsce nastąpi odrodzenie lewicy, to w formie pragmatycznego neopopulizmu, być może odwołującego się właśnie do tradycji Samoobrony.
II
Oblicze ideowo-polityczne Samoobrony pozostawało nieodgadnione. Zwolennicy odwoływali się do enigmatycznego (neofaszyzm? postsocjaldemokracja?) pojęcia „trzeciej drogi” pomiędzy socjalizmem a kapitalizmem. Przeciwnicy zadowalali się klasyfikowaniem lepperowców jako „populistów” (a populista w oczach nie tylko establishmentu, ale i współczesnych lewicowców to, wiadomo, nieświadomy faszysta albo zamaskowany faszysta – Kukiz, Farage, Trump). Wielkomiejska lewica, która zastąpiła ideę sojuszu robotniczo-chłopskiego modnymi teoriami o „nowej klasie robotniczej” złożonej z „białych kołnierzyków”, traktowała wiejski ruch nieufnie. Gdy jednak poddamy program Samoobrony chłodnej politologicznej analizie, okazuje się, że ma on charakter klasycznie socjaldemokratyczny (tj. sprzed blairowsko-schröderowskiej transformacji).
Zacznijmy, po marksistowsku, od „bazy”, czyli problematyki społeczno-gospodarczej, która w programie Samoobrony zajmowała miejsce pierwszoplanowe. Ruch deklarował, zwłaszcza w latach 90., antykapitalistyczną orientację, uważając, że „kapitalizm to prymat kapitału i zysku nad pracą i człowiekiem”, i deklarując (1994): „Kapitalizm nie jest systemem wiecznym. Ustąpić on musi nowym koncepcjom stosunków międzyludzkich, nowej ekologicznej moralności. Nowa epoka postkapitalistyczna już się rodzi”.
Alternatywą miał być ustrój zapewniający sprawiedliwą redystrybucję dóbr w imię nadrzędnego interesu społecznego. Samoobrona wyobrażała sobie ów postkapitalistyczny system jako gospodarkę wielosektorową, opartą na współistnieniu własności państwowej (przemysł surowcowy i wydobywczy, energetyczny, zbrojeniowy, infrastruktura komunikacyjna oraz bankowość i ubezpieczenia), pracowniczej (przekształcanie przedsiębiorstw państwowych w spółki pracownicze), spółdzielczej (m.in. nowe formy kooperatyw na wsi) i prywatnej (głównie małe i średnie rodzime przedsiębiorstwa, które postulowano chronić przed ekspansją wielkiego kapitału zagranicznego). W gospodarce takiej kierowniczą rolę odgrywałoby państwo, które w stosunkach zewnętrznych miało prowadzić politykę protekcjonistyczną chroniącą rynek wewnętrzny, a w wewnętrznych – stosować na szeroką skalę interwencjonizm, poprzez m.in. tworzenie prawnych i instytucjonalnych ram rynku, rozbudowę infrastruktury w kluczowych dziedzinach, pomnażanie kapitału ludzkiego poprzez rozwój nauki i edukacji, dbałość o opiekę społeczną i ochronę środowiska. Szczególną rolę przyznawano polityce monetarnej i fiskalnej. Proponowano zwiększenie obciążeń podatkowych dla osób najwięcej zarabiających, przy jednoczesnym zwolnieniu z podatków najuboższych, obniżenie podatków pośrednich oraz wprowadzenie podatku obrotowego. Narodowy Bank Polski miałby ponosić odpowiedzialność za rozwój gospodarczy oraz poziom zatrudnienia i z tych zadań być rozliczany przez parlament.
Z tych pozycji Samoobrona krytykowała neoliberalny kierunek transformacji ustrojowej lat 90. Podzielając powszechną wówczas opinię o rabunkowym charakterze przekształceń własnościowych, głoszono: „Większość prywatyzacji przeprowadzonych w Polsce wykonano źle, z naruszeniem interesów gospodarczych Polski i z istotnym naruszeniem interesów Skarbu Państwa”. Logiczną konsekwencją tego stanowiska był postulat przeprowadzenia lustracji majątkowej i gospodarczej, rozliczenia skorumpowanych elit. Zarazem Lepper zwracał uwagę – na ileż wcześniej przed „postkolonialnymi” modami lewicy! – na kompradorski charakter wprowadzanego w Polsce modelu kapitalizmu. Beneficjentem transformacji był jego zdaniem w pierwszym rzędzie wielki ponadnarodowy kapitał. Zwłaszcza prywatyzacja sektora bankowego prowadzić miała do utraty kontroli państwa nad zachodzącymi w Polsce procesami gospodarczymi oraz do osłabiania polskiej przedsiębiorczości poprzez dyskryminacyjną politykę kredytową.
Dużo mniej uwagi poświęcano sprawom polityczno-ustrojowym. Samoobrona bez zastrzeżeń uznawała demokratyczne fundamenty państwowości, co nie znaczy, że zadowalał ją konstytucyjny kształt III Rzeczypospolitej. Przede wszystkim domagała się uzupełnienia instytucji przedstawicielskich elementami demokracji bezpośredniej, np. wprowadzenia możliwości rozpisywania – na wniosek 500 tysięcy obywateli – referendum w sprawie skrócenia kadencji parlamentu lub usunięcia z urzędu głowy państwa. Zgodnie z tradycjami tak ruchu ludowego, jak PPS chciała też zastąpienia Senatu przez izbę społeczno-zawodową, złożoną z przedstawicieli związków zawodowych, organizacji pracodawców, samorządów terytorialnych oraz organizacji pozarządowych. Proponowała odejście od zasady wolnego mandatu na rzecz związania mandatu poselskiego z partią, zniesienie immunitetu parlamentarnego i ograniczenie sprawowania mandatu do trzech kadencji. Relatywnie sceptyczny pozostawał stosunek Samoobrony do samorządu terytorialnego – partia przestrzegała przed zbytnią decentralizacją sfery publicznej, obawiając się zarówno rozkwitu mikrooligarchicznej patologii na szczeblu lokalnym, jak i utraty sterowności państwa przez rząd. I jeszcze jedna osobliwość: idąc pod prąd opinii, Samoobrona opowiadała się przeciw uzawodowieniu armii, a za utrzymaniem jej obywatelskiego charakteru opartego na powszechnym poborze.
Charakterystycznym rysem koncepcji ustrojowych Samoobrony, również zgodnym z tradycyjnymi koncepcjami socjaldemokratycznymi, było umieszczanie instytucji i mechanizmów demokratycznych w ramach państwa narodowego. Wewnętrzna suwerenność ludu przekładała się na zewnętrzną suwerenność narodową – niezależność państwa wobec ponadnarodowych organizacji, instytucji, korporacji.
Idea, że Rzeczpospolita Polska winna być samodzielnym podmiotem na arenie międzynarodowej, warunkowała koncepcje ruchu w zakresie polityki zagranicznej. Pryncypium dbałości o interes narodowy prowadziło w pierwszej kolejności do skrajnie pragmatycznego postulatu „ekonomizacji” polityki zagranicznej, która miała być oparta wyłącznie na kryterium korzyści płynących z wymiany handlowej z określonymi krajami. To z kolei sprawiało, że Samoobrona bliska była – choć wprost tego nie wyartykułowała – koncepcjom polityki wielowektorowej i, co za tym idzie, świata wielobiegunowego, taką politykę umożliwiającego. Ruch pozostawał sceptyczny wobec idei unifikacji globu, zauważając, że nie istnieje jedna idealna forma ustrojowa, w jednakowym stopniu odpowiadająca wszystkim społeczeństwom. Lepper podkreślał, że „każde państwo ma swoje tradycje, kulturę, i należy to uszanować”.
Takie podejście stawiało Samoobronę w opozycji do jednoznacznie prozachodniej polityki zagranicznej III Rzeczypospolitej. Ruch oponował przeciw członkostwu Polski w NATO, uważając, że oznacza to podporządkowanie polskich sił zbrojnych obcemu dowództwu i ich użycie w egzotycznych konfliktach15. Z tych pozycji Samoobrona protestowała w 1999 roku przeciwko nalotom na Jugosławię („NATO odrzuciło maskę paktu obronnego, a stało się żandarmem, pilnującym interesów międzynarodowej finansjery”), a w 2003 roku (wraz z LPR) przeciw udziałowi Polaków w interwencji w Iraku. Lepper krytykował „wasalizację” Polski przez USA, niektórzy działacze porównywali wręcz relacje łączące Warszawę z Waszyngtonem do satelickiego statusu PRL. Najwięcej jednak uwagi Samoobrona poświęcała (zwłaszcza w pierwszym okresie działalności) groźbie uzależnienia ze strony Niemiec. Dla rolników z Ziem Odzyskanych „niemieckie zagrożenie” miało realny wymiar roszczeń majątkowych byłych niemieckich właścicieli czy też wykupu przez Niemców ziemi (w Polsce znacznie tańszej16). Dlatego już w 1994 roku Samoobrona przestrzegała przed „tłumieniem czujności wobec nacjonalizmu i rewizjonizmu niemieckiego”. Ekspansja ekonomiczna Niemiec wiązać miała się z rozwarstwieniem majątkowym pomiędzy wspomaganą przez Berlin mniejszością niemiecką a miejscową ludnością polską.
Antyniemieckie nastawienie rzutowało też na nieufność wobec integracji europejskiej, postrzeganej początkowo jako instrument niemieckiego imperializmu. W latach 90. Samoobrona była orędowniczką radykalnego eurosceptycyzmu, uzasadnianego wszakże – w odróżnieniu od narodowo-katolickiej prawicy – nie argumentami tożsamościowymi, lecz ekonomicznymi. Według Leppera struktury europejskie zdominowane były przez największe państwa i funkcjonowały, opierając się na kapitalistycznych dogmatach, a akcesja do Unii będzie miała negatywne skutki, gdyż Polska stanie się jedynie rynkiem zbytu i rezerwuarem taniej siły roboczej dla zachodnich firm. Szczególnie dotkliwie integrację odczuć miała polska wieś, która nie wytrzymałaby konkurencji dotowanego rolnictwa zachodnioeuropejskiego. Nic dziwnego, że jeszcze w 2001 roku Samoobrona wzięła udział – wraz z takimi ugrupowaniami jak Unia Polityki Realnej – w I Polskiej Konferencji Eurosceptyków.
Później wszakże ów eurosceptycyzm słabł, Samoobrona przesuwała się w kierunku tzw. eurorealizmu, uzależniając swe poparcie dla projektu integracyjnego od konkretnych warunków wynegocjowanych z instytucjami unijnymi. Wynikało to w dużej mierze z faktu, że wielu rolników stało się po akcesji beneficjentami Wspólnej Polityki Rolnej UE. Dostrzegając pozytywne aspekty integracji, próbowano sformułować własną wizję Unii Europejskiej, opartą z jednej strony na poszanowaniu suwerenności państw, z drugiej – na implementacji standardów socjalnych chroniących interesy świata pracy. Projekt ten, łączący koncepcje lewicowe z suwerenizmem, można by nazwać „socjalną Europą Ojczyzn”, choć sami lepperowcy mówili o „wielkiej ludowo-humanistycznej integracji Narodów Europy”. Oznaczało to selektywne podejście do inicjatyw integracyjnych. Samoobrona np. krytykowała kształt europejskiego Traktatu Konstytucyjnego (2005) i kwestionowała przyjęcie przez Polskę wspólnej waluty, ale zarazem popierała dalsze poszerzanie Unii Europejskiej (również o Turcję). Uznając zróżnicowanie interesów, aspiracji i poziomu rozwoju poszczególnych krajów członkowskich, akceptowała istnienie różnych stopni integracji („Europa wielu prędkości”).
Poparcie Samoobrony dla rozszerzenia Unii wiązało się ze wschodnim wektorem polityki zagranicznej, od początku postulowanym przez Leppera. W enuncjacjach partii pojawiały się nawet echa koncepcji panslawistycznych, wyrażające się w akcentowaniu wspólnoty kulturowej narodów słowiańskich, jednak podłoże „orientacji wschodniej” było zasadniczo pragmatyczne. Lepper uważał, że Polska powinna szukać sojuszników „w najbliższym otoczeniu, a nie za morzami, na innych kontynentach”, a obszar poradziecki był ważnym rynkiem zbytu dla polskiego rolnictwa, dlatego Samoobrona przykładała wielką wagę do dobrych stosunków ze wschodnimi sąsiadami. Lepper znany był przede wszystkim jako admirator modelu białoruskiego, ale opowiadał się też za ścisłą współpracą z Ukrainą, sugerując nawet możliwość wspólnego przystąpienia obu krajów do UE. Pierwszorzędne znaczenie miały mieć oczywiście obopólnie korzystne relacje z Federacją Rosyjską, nie oznaczało to jednak identyfikowania się z racjami rosyjskimi. Partia np. domagała się od Rosjan przekazania wszystkich archiwaliów dotyczących zbrodni katyńskiej oraz uznania jej za ludobójstwo, a na forum Parlamentu Europejskiego posłowie SRP protestowali przeciw budowie Nord Stream. W późniejszym okresie kierunek wschodni został przedłużony aż do Chin, uznanych za priorytetowego partnera w przyszłości. W kręgu Samoobrony pojawiały się koncepcje integracji całej przestrzeni eurazjatyckiej od Atlantyku po Pacyfik.
Partia nie wypracowała natomiast jednolitego programu w sprawach światopoglądowych i kulturowo-obyczajowych, zadowalając się doraźnym prezentowaniem zdroworozsądkowego stanowiska w duchu umiarkowanego konserwatyzmu. Lepper podkreślał, że jako katolik przeciwny jest przywróceniu kary śmierci, choć w szeregach partii pojawiały się też odmienne wypowiedzi. Akceptując urządzanie „parad równości” (trwała wówczas dyskusja dotycząca ich zakazu) czy legalizację związków partnerskich, zdecydowanie występował przeciwko homoseksualnym małżeństwom, a zwłaszcza adopcji przez nie dzieci. Uznawał konieczność poszanowania praw kobiet, ale równocześnie akcentował ich rolę rodzinną. W kwestii przerywania ciąży stał na stanowisku „kompromisu aborcyjnego” z 1993 roku, zwracając zarazem uwagę na społeczne przyczyny zabiegów aborcyjnych. W 2005 roku poparł zakaz stosowania kar fizycznych wobec nieletnich. Pod koniec życia skłaniał się ku depenalizacji „lekkich” narkotyków. Na pewno Samoobrona nie była obyczajową awangardą, ale zauważyć można, że poglądy Leppera ewoluowały wraz ze zmianami opinii publicznej.
Program Samoobrony miał więc, jak widać, charakter wyraźnie lewicowy, jednak w Polsce dużo większą rolę odgrywa sfera symboliczna, ta zaś nie była już tak jednoznaczna. Ideologia ruchu miała charakter eklektyczny. Korzenie Samoobrony tkwią przede wszystkim w tradycji radykalnego ruchu ludowego, w myśli agrarystycznej – bogatej, choć całkowicie zapomnianej przez wielkomiejską polską lewicę. Idealizowana wieś miała być fundamentem i zarazem ostatnią redutą polskiego społeczeństwa. „Każda zagroda, każde gospodarstwo rolne staje się bastionem oporu przeciwko obłędnej, antynarodowej polityce rodzimych i zagranicznych liberałów” – głosiła Samoobrona.
Bardzo wyraźna (i jeszcze bardziej irytująca polskich lewicowców, uparcie ignorujących istnienie lewicowych nacjonalizmów) była retoryka patriotyczna – Lepper mówił o sobie, że jest „narodowcem i ludowcem”. Samoobrona stawiała sobie za cel obronę nie tylko interesów rolników i warstw pracujących, ale całego narodu, upośledzonego w międzynarodowym podziale pracy. Naród rozumiany jako organiczna wspólnota połączona kulturą i historią uznawany był za podmiot polityki. Z akcentowania więzi kulturalnej wynikał postulat ochrony rodzimej kultury przed ekspansją obcej kultury masowej. W stosunku do mniejszości głoszono potrzebę „poszanowania […] odrębności kulturowych wszystkich mniejszości narodowych i religijnych zamieszkujących Polskę”, jednak w retoryce ruchu pojawiały się akcenty antysemickie. Sam Lepper w 1993 roku oznajmił, że „to wstyd, że rządzi nami mniejszość; to Polacy powinni rządzić, a o mniejszość trzeba dbać, tylko że ona musi być na swoim miejscu”. Cztery lata później partia nawoływała do zaostrzenia polityki wizowej i imigracyjnej. Zarazem w 2006 roku przewodniczący Samoobrony protestował przeciw publikacji karykatur Mahometa jako obraźliwych dla wyznawców islamu17.
Odległym od kanonów lewicowej ortodoksji źródłem inspiracji była też katolicka nauka społeczna. Dziś Sławomir Sierakowski wciąga na sztandary lewicy papieża Franciszka – Lepper dawno temu wyszukiwał antykapitalistyczne akcenty w nauczaniu Jana Pawła II. W programie partii z 2003 roku można przeczytać: „Samoobrona Rzeczypospolitej Polskiej kieruje się nauką społeczną Kościoła i w pełni podziela zawarte w encyklikach wskazania największego autorytetu moralnego naszych czasów, za jaki uznajemy Papieża Jana Pawła II”. W działaniach Samoobrony często występowała symbolika religijna (krzyże, obrazy, pieśni kościelne), co wiązało się z religijnością wiejskiego elektoratu; nie bez znaczenia była też osobista religijność Leppera, praktykującego katolika. Nie oznaczało to jednak klerykalizmu. Zwłaszcza w latach 90. w Samoobronie żywa była krytyka hierarchii kościelnej za brak wrażliwości społecznej i materializm. Lepper mawiał, że biskupi „bardziej cenią pieniądz niż Boga”. Dopiero w 2005 roku doszło do zbliżenia partii z narodowo-tradycjonalistycznym nurtem Kościoła skupionym wokół Radia Maryja. „Radio Maryja nie utrzymując się z reklam, jest niezależne od wielkich międzynarodowych koncernów i kapitału zagranicznego” – podkreślał wtedy Lepper.
Narodowo-chrześcijańskie elementy Samoobrona potrafiła łączyć z sentymentem do PRL, a ściślej – do panującego wtedy bezpieczeństwa socjalnego i względnego egalitaryzmu. Politolog Mirosław Karwat w 2005 roku uznał Samoobronę za „chyba jedyną partię polityczną dobrze mówiącą o Polsce Ludowej”. „Nie zgadzam się z tym, […] że te 45 lat było dla Polski stracone, że dzisiaj wszystko zaczynamy od zera” – twierdził Lepper, zwracając uwagę na osiągnięcia tej epoki. Nie negował faktu podporządkowania ZSRR (brak suwerenności), ale zaprzeczał twierdzeniu o „sowieckiej okupacji” (brak niepodległości). Sprzeciwiał się stosowaniu zbiorowej odpowiedzialności wobec wszystkich członków PZPR, wprowadzając w zamian rozgraniczenie między skorumpowanymi elitami PRL a szeregowymi członkami partii. Te pierwsze wespół z kierownictwem „Solidarności” miały pójść na służbę międzynarodowego kapitału, zawierając układ okrągłostołowy. „Po 4 czerwca w 1989 roku nikt w Polsce nikomu władzy nie oddał, tylko podzielono się wpływami. Sekretarze partii, ludzie z dawnego układu, zajęli się biznesem, przeszli do banków, potworzyli różne spółki, a Solidarność zajęła się prywatyzacją i obsadzaniem stanowisk państwowych. To wszystko była polska Jałta” – mówił Lepper. To sprawiało, że Samoobrona poparła lustrację rozumianą jako pełne ujawnienie archiwów IPN. Tradycja Polski Ludowej (zwłaszcza okresu Gierka) była ścieżką, którą postępowała ideowa ewolucja tego populistycznego ruchu w kierunku lewicowym. W 2005 roku Lepper oznajmił, że Samoobrona jest formacją „lewicy patriotycznej, lewicy postępowej, nowoczesnej, tolerancyjnej, bez żadnych skrajności i dewiacji”.
Lepper sięgał też czasem do dorobku zachodniej myśli politycznej. O ile w latach 90. była to tzw. ekonomika hamiltoniańska18, propagowana przez Lyndona LaRouche’a jako pierwowzór keynesizmu, o tyle w XXI w. znajdziemy liczne odwołania do antyglobalizmu. Antyglobalistyczne diagnozy pułapek rozwoju zależnego okazywały się zbieżne z intuicjami i refleksjami działaczy Samoobrony. „Jestem przeciwko takiej globalizacji, do jakiej chcą doprowadzić międzynarodowe instytucje finansowe – Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Jest to globalizacja biedy i budowanie miliardowych fortun nielicznych rodzin światowego biznesu. To jest globalizacja, która prowadzi do największego wyzysku w dziejach świata. Globalizacja w obecnym jej kształcie jest początkiem końca demokracji, władzę polityczną nie tylko nad całymi państwami, ale nawet nad społecznościami lokalnymi zaczynają przejmować wielkie koncerny” – pisał Lepper, powołując się m.in. na Josepha Stiglitza. W ideologii ruchu odnajdziemy też wątki ekologiczne. Samoobrona żądała – w interesie małorolnego chłopstwa – zakazu upraw roślin genetycznie modyfikowanych i przemysłowych metod hodowli zwierząt, domagała się uwzględniania kosztów ekologicznych. Lepper szukał dla tych postulatów uzasadnienia ideologicznego (tzw. humanizm ekologiczny), mówiąc np., że „niestety człowiek działa wbrew naturze, wbrew otoczeniu: dewastuje przyrodę. I dlatego mamy rozmaite kataklizmy. Ingerencja człowieka w naturę zawsze kończy się tragedią”.
Z tych jakże odmiennych komponentów Lepper starał się stworzyć spójną ideologię, łączącą w jedną całość lewicowy i prawicowy antyliberalizm. „Ojca Rydzyka, okres Gierka oraz działania Samoobrony łączy dążenie do rozwoju kraju, gospodarki, aby ludzie mogli żyć godnie w Polsce” – mówił przed wyborami w 2005 roku. Pozycjonował Samoobronę jako przeciwnika ponadpartyjnego obozu liberalnego, rozciągającego się od SLD przez PO do PiS, wspólnie odpowiedzialnego za negatywne skutki transformacji. „Liberałowie spod znaku wymienionych partii dbają o interesy swoich mocodawców reprezentujących kraje ościenne i międzynarodowy kapitał spekulacyjny” – głosił.
Cała ta rodząca się w bólach przez kilkanaście lat koncepcja rozsypała się jednak w listopadzie 2005 roku, gdy Lepper w wywiadzie da „Pulsu Biznesu” zaprezentował nowe oblicze Samoobrony: „socjalliberalizm”. Aby złagodzić wizerunek, wycofał się nawet ze swego sztandarowego hasła „Balcerowicz musi odejść”. Populistyczny ruch protestu bez oporu zaakceptował reguły gry. Partia miała stać się przyjazną biznesowi (niektórzy działacze mówili wprost o konieczności „wymiany elektoratu”). Koalicja z radykalną prawicą uniemożliwiła zakończenie ewolucji w kierunku socjaldemokratycznym, przeistoczenie się w „polski SMER”; zamiast tego pojawiła się partia władzy pokrywająca bezideowość bezładną, wielokierunkową demagogią. W felietonie „Aksamitny kapelusz Leppera” („Nowy Robotnik”, nr 11 z 2005 roku) napisałem wtedy: „Tym razem zwrot dokonany przez przewodniczącego jest nazbyt gwałtowny, na tym wirażu Samoobrona wypadnie z toru”. I to nastąpiło.
Chaotyczny finał nie zmienia jednak faktu, że Samoobrona była czy też, mówiąc precyzyjnie, stawała się lewicą – lewicą plebejską, organicznie wyrastającą z codziennych problemów zwykłych ludzi. Mamy tu do czynienia z lewicowością aposterioryczną, która bierze się z uogólnienia życiowych doświadczeń swojego środowiska, swojej klasy, a nie z przejęcia się abstrakcyjnymi teorematami. Kwestionują ten typ lewicowości wyznawcy „lewicowego aprioryzmu”, samozwańczy strażnicy czystości doktryny. Na ogół jednak ich uniwersalistyczne uroszczenia są tylko maską skrywającą pogardę dla plebsu19.
dr hab. Jarosław Tomasiewicz
Przypisy:
- Na ogół rygorystycznie oddzielam swoje publikacje obiektywno-naukowe od subiektywno-publicystycznych, tu jednak postanowiłem połączyć oba ujęcia. Dlatego wyróżniłem czcionką dwa rodzaje tekstu: naukowy (normalna czcionka) i publicystyczny (kursywa).
- Poza wiecznie żywa – według trafnego opisu Cezarego Michalskiego: „papieros, przekrzywiony kaszkiet, fryzura z Peaky Blinders i patetyczna minka proletariusza na studiach doktoranckich”.
- Przykładem mogą być publikowane w „Krytyce Politycznej” teksty Macieja Gduli, takie jak „Kłusem o klasach i polityce” czy „To walka o rząd dusz w klasie średniej”. Takie stanowisko wynika faktycznie z trafnego, niezmistyfikowanego rozpoznania własnej pozycji społecznej. Niektórzy próbują jednak dorobić do tego ideologię. T. R.Wiśniewski już w 2002 roku pisał: „Filozoficzna ważkość klasy robotniczej w wieku XIX brała się wszak nie ze współczucia dla ich fatalnego położenia ekonomicznego, lecz z faktu, że jej partykularne interes wyrażały wówczas uniwersalne interesy ludzkości jako całości. […] Dzisiejsza sytuacja społeczna późnego kapitalizmu stawia problem stratyfikacji ludzkości w zupełnie innym świetle. Nowe formy zniewolenia […] ujawniają się w segmentach społeczeństwa, których rozpoznanie jest dla klasy robotniczej czymś istotowo niemożliwym. […] Walka proletariatu utraciła już swoją poznawczą wyższość nad innymi formami emancypacji społecznej”. To Platońska wizja dziejów, w której liczy się Idea, a nie ludzie – ci są tylko narzędziem, raz użytecznym, innym razem wyrzucanym na śmietnik Historii. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że wyznawcy tej wizji kultem abstrakcyjnego Człowieka przesłaniają swój egocentryzm: to realni ludzie mają dostosować się do oczekiwań „świadomej elity”, jej wyobrażeń o świecie. Narcyzm upozowany na uniwersalizm.
- Stąd fenomen rzekomej „lewicy socjalnej”, dla której najważniejszym (a w każdym razie najbardziej emocjonującym) problemem jest los uchodźców oglądanych w telewizji – im bardziej egzotycznych, tym bardziej zasługujących na zaangażowanie.
- Nad teorią spiskową o roli tajnych służb w tworzeniu Samoobrony pozwolę sobie przejść do porządku dziennego. Służby mogą wykorzystywać, ale nie kreować niezadowolenie społeczne. Przypuszczenie, że bez wrażych knowań ciemnych sił ludzie nie odczuwaliby gniewu z pauperyzacji, jest absurdalne. Niejasne jest też, jaki interes owe „służby” miałyby w podtrzymywaniu rządu PiS w 2006 roku (a do tego sprowadzał się udział Samoobrony w koalicji rządowej).
- Może jeszcze jeden wskaźnik, już nie ekonomiczny: w 1990 roku w Polsce było 4970 samobójstw, w 1991 roku – 5316, w 1992 roku – 5713…
- Stąd przyczepiana nieraz Samoobronie etykietka „partii obszarników”. Pomijając już krzywdzącą przesadę tego określenia, pozwolę sobie zwrócić uwagę, że siłą napędową praktycznie każdej rewolucji – od francuskiej 1789 roku po „Solidarność” 1980–1981 – są z reguły „wyższe warstwy ludu” (drobna burżuazja we Francji, wykwalifikowani robotnicy w Polsce) o podniesionym poziomie świadomości i aspiracji, a nie nędzarze z samego dna hierarchii społecznej.
- Liczebność PZPR przekraczała wtedy 3 mln osób. Biorąc pod uwagę, że liczba zatrudnionych w Polsce wynosiła ok. 12 mln szacować można, że 1/4 osób czynnych zawodowo w tzw. sektorze uspołecznionym przynależała do partii.
- Na gruzach Bloku powstała jednak rok później Alternatywa Ruch Społeczny, z której z kolei wyrosła Polska Partia Pracy.
- Postępująca „socjaldemokratyzacja” Samoobrony i związane z tym łagodzenie stanowiska wobec integracji europejskiej powodowały secesje elementów prawicowo-nacjonalistycznych: w 2003 roku powstały Polski Blok Ludowy Wojciecha Mojzesowicza i Polska Racja Stanu Zbigniewa Witaszka, w 2005 roku – Samoobrona Narodu Polskiego Tadeusza Mazanka.
- Przewodnicząca OMOS Maja Jankowska już trzy lata później odeszła, stwierdzając, że „jej poglądy przestały być zbieżne z programem Samoobrony”.
- Jeszcze w 1996 roku Samoobrona zorganizowała sympozjum dotyczące koncepcji „trzeciej drogi”, z udziałem m.in. prof. Aleksandra Legatowicza.
- Z Wikipedii: „9 grudnia 2006 podano wyniki badań DNA, z których wynika, że Stanisław Łyżwiński nie jest ojcem trzyipółletniej córki Anety Krawczyk. Adwokat Krawczyk zażądała wtedy badań DNA Andrzeja Leppera, twierdząc, że skoro Krawczyk współżyła w tamtym czasie tylko z nimi dwoma, to Lepper musi być ojcem dziecka Krawczyk. […] 8 lutego 2007 badanie DNA Andrzeja Leppera wykazało, iż nie jest on ojcem najmłodszego dziecka Anety Krawczyk”. Sprawa nie została wyjaśniona. Ze względu na śmierć Leppera jego proces został umorzony. W przypadku Łyżwińskiego Sąd Najwyższy w 2012 roku uchylił cztery z pięciu punktów wyroku – w tym gwałtu i przyjmowania oraz żądania korzyści osobistych o charakterze seksualnym – uznając, że doszło do naruszenia wymogów rzetelnego procesu. Rok później postępowania karne wobec Łyżwińskiego zostały zawieszone z uwagi na zły stan jego zdrowia.
- Widać to było już w 2007 roku, gdy zadowoleni wyborcy Samoobrony poparli PiS (25,5 proc.), a niezadowoleni – PSL (18 proc.).
- Później to stanowisko uległo złagodzeniu – w 2005 roku gen. Z. Poznański, ekspert partii odpowiadający za sprawy obronności, deklarował, że „bardzo dobrze, że nasz kraj jest członkiem potężnego sojuszu euroatlantyckiego – NATO”.
- W 2004 roku w Polsce 1 hektar gruntów rolnych kosztował 1261 (Agencja Nieruchomości Rolnych) lub 1788 (rynek prywatny) euro, w Niemczech – 9233.
- Warto też wspomnieć, że pierwszy ciemnoskóry polski parlamentarzysta – Bengalczyk Hubert Costa – został wybrany do Sejmu właśnie z listy Samoobrony.
- Aleksander Hamilton (1755–1804) jako sekretarz skarbu w gabinecie Jerzego Waszyngtona był zwolennikiem aktywnej polityki finansowej państwa i ochrony rodzimego przemysłu; do jego pomysłów nawiązali progresywiści Woodrowa Wilsona na początku XX w.
- Pogardę ową doskonale oddaje portret Leppera – parweniusza, chama w zabłoconych butach, polskiego Artura Ui – nakreślony przez Stefana Chwina („Droga na Belweder”) w „Krytyce Politycznej” nr 4 z 2003 roku.
Bibliografia:
- M. Drozd-Piasecka, Andrzej Lepper – chłopski przywódca charyzmatyczny?, „Etnografia Polska” 2001, t. XLV, z. 1–2.
- A. Lepper, Każdy kij ma dwa końce. Nowa droga dla Polski, Warszawa 2001.
- A. Lepper, Przemówienia Przewodniczącego Partii Samoobrona RP Posła na Sejm RP Andrzeja Leppera w czasie IV kadencji Sejmu RP, Warszawa 2003.
- M. Piskorski, Samoobrona RP w polskim systemie partyjnym (mps dysertacji doktorskiej, Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu, 2010).
- J. Tomasiewicz, Niepogoda dla populistów. Kampanie prezydenckie Andrzeja Leppera i Bogusława Ziętka w 2010 r. w: Wybory prezydenckie 2010, Katowice 2011.
- J. Ul, A. Lepper, Samoobrona: Dlaczego? Przed czym?, Warszawa 1993.
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Wywiad - kwartalnik, Zima 2016
– Jest Pan autorem książki „Reprywatyzacja. Źródła problemu”. O co właściwie w niej chodzi?
– Dr Tomasz Luterek: W książce przytaczam kilka definicji reprywatyzacji – co wskazuje na istotną dla naszej rozmowy wieloaspektowość i interdyscyplinarność tego zagadnienia. Najprościej można powiedzieć, że reprywatyzacja to proces przywrócenia dóbr majątkowych byłym właścicielom, którzy zostali ich pozbawieni w wyniku komunistycznej nacjonalizacji. Termin ten jest jednak nieścisły, a to dlatego, że proces przewłaszczenia dóbr z domeny państwowej czy publicznej do prywatnej nazywamy przecież prywatyzacją. Reprywatyzacja jest zatem wąskim wycinkiem znacznie szerszego zjawiska, ściśle związanym z prawami majątkowymi do nieruchomości – gruntów czy budynków. Na marginesie: rzadko się dziś pamięta, że komunistyczna nacjonalizacja dotyczyła także ruchomości – rzeźb, obrazów, mebli, maszyn fabrycznych. Reprywatyzacja ma miejsce w krajach, w których po II wojnie światowej budowano porządek ustrojowy zakładający nacjonalizację różnorakiego majątku, oparty o doktrynę komunistyczną i dominację sowiecką. Dodam ważną rzecz: po 1945 roku nacjonalizacja dokonywała się również w krajach Europy Zachodniej. Zwłaszcza w górnictwie, hutnictwie i przemyśle zbrojeniowym był to olbrzymi proces. Nie wzięło się to znikąd: musimy pamiętać, że po II wojnie Europa była zdewastowanym kontynentem, wiele gałęzi przemysłu zbankrutowało i ciężar ich podniesienia wzięło na siebie państwo. Również na Zachodzie panowała doktryna, że odbudowa gospodarcza musi być oparta na państwie, że to jedyne remedium na zniszczenia i plan na nowy ład społeczny. Oczywiście w tamtych krajach nie był to proces stricte doktrynalny – własność prywatna pozostała w rękach znakomitej większości podmiotów gospodarczych i obywateli.
W Polsce lata 40. XX wieku to czas największych nacjonalizacji, a z kolei lata 90. XX wieku to właściwie restauracja, czyli przywracanie dawnego porządku społeczno-gospodarczego, państwa burżuazyjnego, którego fundamentem jest własność prywatna. Jeżeli spojrzymy na składowe tego procesu, to z jednej strony powinno to być rozliczenie ludzi, którzy montowali i zabezpieczali poprzedni system, ludzi nierzadko z krwią na rękach, którzy dziś otrzymują wysokie emerytury. Z drugiej – powinniśmy przywracać niesłusznie odebrane prawa własności. To drugie dokonało się w Czechach, w NRD, w Estonii, na Łotwie, na Litwie.
– A co z Polską?
– Po 1989 roku dokonała się częściowa reprywatyzacja. Kościół rzymskokatolicki i związki wyznaniowe otrzymały ją na fantastycznych warunkach. Byliśmy pierwszym krajem, który przyjął regulacje reprywatyzacyjne. Jednak dotyczyły one dość wąskich grup. Szkoda, że podobne przepisy nie zostały opracowane dla innych dawnych właścicieli: dla osób prywatnych i ich spadkobierców.
– Jakie akty prawne regulują procesy reprywatyzacyjne?
– Regulacje dotyczące Kościoła katolickiego i innych związków wyznaniowych to przede wszystkim Ustawa z 17 maja 1989 roku o stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego w Rzeczypospolitej Polskiej i podobne regulacje z innymi związkami wyznaniowymi, również umowy indemnizacyjne. Mamy też ustawę zabużańską z 2005 roku, czyli kompleksowe uregulowanie kwestii rozliczenia za majątki przejęte na Kresach Wschodnich. Natomiast nie mamy żadnej kompleksowej ustawy reprywatyzacyjnej, która dotyczyłaby terytorium Polski Centralnej.
Kościół jest największą grupą interesu, która ma prawo być zadowolona z reprywatyzacji. Powołano specjalną komisję, składająca się po połowie z reprezentantów strony rządowej i kościelnej. Kwalifikowano nieruchomości, które podpadały pod zakres działania tej komisji. To ciało wydawało decyzje, od których nie można było się odwołać. Wartość określano na podstawie operatów szacunkowych opracowanych przez rzeczoznawców. Obowiązywał model restytucyjny, czyli starano się jak najwięcej dóbr zwrócić w naturze. W tym kontekście należy przypomnieć, że Fundusz Kościelny powstał w wyniku Ustawy z 1950 roku o przejęciu przez państwo dóbr martwej ręki, poręczeniu proboszczom posiadania gospodarstw rolnych i utworzeniu Funduszu Kościelnego. Dobra martwej ręki to majątki ziemskie kościołów i instytucji kościelnych, pozyskiwane głównie w wyniku darowizn wiernych, które często miały miejsce na łożu śmierci. A skoro nastąpiła reprywatyzacja, to Fundusz Kościelny powinien zostać zlikwidowany.
– Ale Fundusz Kościelny istnieje i ma się dobrze.
– Uważam, że rola Kościoła katolickiego w utrzymaniu polskiej podmiotowości w czasach PRL była arcypozytywna. Zresztą, gdy podejmowano polityczną decyzję w tej sprawie, tym między innymi ją tłumaczono. Ale, owszem, są to superbeneficjenci reprywatyzacji. Gdyby wszyscy inni dawni właściciele zostali podobnie serio potraktowani, nie rozmawialibyśmy dziś o reprywatyzacji.
– Działa też od niedawna tzw. mała ustawa reprywatyzacyjna…
– Nazywanie tego ustawą to nadużycie. To ustawka… To są w gruncie rzeczy nowelizacje Ustawy o gospodarce nieruchomościami i Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego. I tyle.
Tak naprawdę większość spraw opiera się na orzecznictwie. Na przykład w przypadku Warszawy linia orzecznictwa sądów bazowała na modelu restytucyjnym. W Polsce wciąż obowiązują dekret Bieruta i dekret o reformie rolnej, to one są w pewnym sensie podstawą działań reprywatyzacyjnych. Przykładowo, jeżeli w dekrecie Bieruta było zapisane, że przysługuje takie a nie inne roszczenie w związku z komunalizacją, to do tego się odwołujemy. Oczywiście w niejednokrotnie nowelizowanej ustawie o gospodarowaniu nieruchomościami znajdują się przepisy, na które można się powoływać. Dodajmy do tego Kodeks Postępowania Administracyjnego.
W przypadku reprywatyzacji wielokrotnie mamy do czynienia z szukaniem luk w starym systemie. Na przykład już po 1990 roku byli właściciele kwestionowali podstawę tego, czy dany majątek podpadał pod reformę rolną. W Wielkopolsce podlegały jej majątki powyżej stu hektarów, w Polsce centralnej – powyżej pięćdziesięciu hektarów. Czasami okazywało się, że brakuje hektara czy dwóch, w związku z czym stwierdzano nieważność decyzji i domagano się zwrotu. Reprywatyzacja opierała się na szukaniu błędów w sztuce nacjonalizacji dokonywanej przez komunistów. Część gmin wyprzedawała ten majątek i wtedy właściciele mieli prawo pierwokupu.
Można wręcz stwierdzić, że cała dzisiejsza tzw. reprywatyzacja sądowa opiera się na szukaniu błędów proceduralnych w procesach przewłaszczania dokonywanych przez komunistów.
– A może to był przemyślany koncept? Puścić reprywatyzację na żywioł?
– Nie sądzę, żeby ktoś akurat o tym myślał. Trzeba brać pod uwagę, że nastało nowe państwo, III Rzeczpospolita, dawni właściciele byli sfrustrowani – klasa polityczna co rusz mówiła o tym, że stawia na własność prywatną, a oni nie mogli się doczekać systemowych rozwiązań prawnych. To rodziło złość. I zaczęto szukać na własną rękę rozwiązań na gruncie istniejącego prawa. Według mnie to było naturalne. I nie dziwię się prawnikom, że się w to angażowali. Z czasem kancelarie prawne coraz lepiej poznały meandry tej gry. Wypracowane mechanizmy zaczęły służyć pewnej grupie do patologizacji procesu reprywatyzacji. Okazało się również, że znajomości w instytucjach samorządowych mogą dodatkowo ułatwić przejmowanie nieruchomości od Skarbu Państwa czy samorządu. Praprzyczyną tego stanu rzeczy jest zaniechanie ze strony państwa przyjęcia kompleksowej ustawy reprywatyzacyjnej.
Dodajmy jeszcze jedną rzecz: w latach 90. XX wieku podejmowano próby tworzenia ustaw reprywatyzacyjnych. Ale dobrze pamiętamy, ile trwały wówczas rządy, jak labilna była większość parlamentarna. Wiemy jedno: najbardziej zaawansowana ustawa reprywatyzacyjna wyszła z gabinetu Jerzego Buzka i została zawetowana przez Aleksandra Kwaśniewskiego. Marek Belka i Ryszard Kalisz wprost przyznawali, że go do tego namówili. Pytanie zatem, kiedy pojawiały się pomysły na patologizację procesu reprywatyzacji.
Dla kogoś, kto interesuje się polityką, reprywatyzacja jest bardzo ciekawym polem doświadczalnym dla dostrzeżenia realnych grup interesów, które działają w państwie. A wtedy można zobaczyć, ile ma to wspólnego z podziałami, które dostrzegamy choćby w momencie wyborów i jak to się rozkłada w rzeczywistości.
– Chciałbym, żebyśmy jeszcze – dla kontrastu – spojrzeli w kierunku innych państw, które mierzyły się z problemami reprywatyzacji. Jakie modele rozwiązań przyjęto?
– Nie jest tak, że w innych państwach zwracano wszystkim i wszystko. W Niemczech jeszcze przed reprywatyzacją tym problemem zajmowało się koncepcyjnie grono naukowców. Również tam nie było pełnej restytucji – po pięćdziesięciu latach nie da się wszystkiego zwrócić, pół wieku to czas kolosalnych zmian. Przecież na miejscu dawnych ziem mogą stać kopalnie, huty, sklepy wielkopowierzchniowe – to wszystko nie stanowiło mienia w jego formie z daty nacjonalizacji.
Panuje opinia, że w Czechach przeprowadzono modelową reprywatyzację: była najszersza, najbardziej zaawansowana. Ale trzeba pamiętać, że do Czech wrócili po wojnie Edvard Beneš i Jan Masaryk, tam początkowo funkcjonował legalny rząd, dekrety Beneša powstały przed zamachem stanu z 1948 roku, a to na ich mocy wywłaszczono i wysiedlono Niemców sudeckich oraz znacjonalizowano przemysł. Dlatego czeska reprywatyzacja po 1990 roku przebiegała trochę inaczej i dotyczyła przede wszystkim tych nieprawidłowości, które miały miejsce po 25 lutego 1948 roku. Częstokroć były to mniejsze dobra: działki, grunty, czasem kamienice, choć był też pałac należący do księcia Karela Schwarzenberga, wieloletniego ministra spraw zagranicznych Czech. Rodzinne studio filmowe Barrandov odzyskali również Václav Havel i jego brat.
W Czechach przyjęto model restytucyjny: jeżeli możemy zwrócić dobro w naturze, to zwracamy, a jeżeli nie – płacimy odszkodowanie. Natomiast niemiecki model nie był nastawiony na restytucję. Dawni właściciele częściej otrzymywali zredukowane odszkodowania – a nie grunta czy domy, które np. były po wojnie odbudowywane z publicznych środków. Z kolei Węgrzy poszli w stronę długoletniego wypłacania świadczeń byłym właścicielom i zredukowanych kwotowo świadczeń rekompensacyjnych. Zatem, moim zdaniem, tak chwalony u nas model czeski niekoniecznie jest najlepszy. Dodam, że przez wiele lat byłem absolutnym zwolennikiem zdecydowanej restytucji majątku – ale z upływem lat sytuacja się zmieniła, od symbolicznego upadku komunizmu w Polsce upłynęło już 27 lat i udało nam się zbudować sprawnie funkcjonującą gospodarkę rynkową, ukształtowała się nowa struktura własnościowa. Musimy wyważyć wszystkie racje.
– Dlaczego tak się stało?
– Restytucja w wielu przypadkach jest naruszeniem praw, które nabyło przez lata wielu ludzi. Jest naruszeniem pewnego ładu, który się ukształtował.
Żyjemy w świecie, w którym konsekwencje „rzeczywistości upaństwowionej”, kształtowanej w systemie nakazowo-rozdzielczym, zderzyły się z żywiołowymi mechanizmami prywatyzacji i urynkowienia. W tym momencie prawa byłych, w znakomitej większości już nieżyjących właścicieli, muszą w moim odczuciu zostać skonfrontowane z prawami żyjących obecnych właścicieli i ich interesy powinny być dobrem chronionym.
– Okołoradziecki ustrój miał być trwały. Okazało się jednak, że kilkadziesiąt lat to nie tak znów wiele…
– Klasa rządząca PRL-em wprowadzała rozwiązania w rodzaju Dekretu o reformie rolnej, w którym wprost stwierdzano, że zabierają wszystko bez odszkodowania. Zrobiono to na podstawie dekretu PKWN, który powoływał się z kolei na Konstytucję Marcową. Zrobił to organ nielegalny w świetle tej właśnie konstytucji… To była zupełna „partyzantka”. Natomiast gdyby komuniści byli sprytni, to mogliby postąpić inaczej, „załatwić” właścicieli w białych rękawiczkach: odpowiednio wysoki podatek od nieruchomości plus ograniczenia w wysokości czynszów. I dzięki administracyjno-prawnym sztuczkom pozbyto by się prywatnych właścicieli w kilka lat. A z kolei odpowiednie zakazy rynkowe wobec ziemian czy fabrykantów w rzeczywistości nakazowo-rozdzielczej gospodarki mogłyby doprowadzić do powolnego odbierania im własności. W ten sposób zniszczono przecież drobny handel i przedsiębiorców w czasie tzw. bitwy o handel: regulacyjne metody spowodowały, że nastąpiło wygaszenie handlu prywatnego. Ale nikt wówczas nie przypuszczał, że ten proces się odwróci, dlatego postępowano tak, a nie inaczej.
Przy okazji: nieco inaczej postępowano z własnością spółdzielczą. Formalnie nie odebrano jej spółdzielniom, ale przez dekady tak manipulowano ludźmi, strukturami, władzami, żeby mieć nad nimi pełną kontrolę.
– W Polsce sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że na mapę reprywatyzacyjną składają się bardzo różne obszary geograficzno-historyczno-polityczne: Kresy, Polska Centralna, Ziemie Odzyskane.
– Reprywatyzacja to świetny przyczynek do dyskusji o fundamentach współczesnej Polski. Gdy patrzymy na mapę III Rzeczpospolitej, która dziedziczy granice po PRL-u, to musimy mieć świadomość, że to zupełnie nowy kształt. Tymczasem ziemie polskie, Korona, to terytoria z czasów Kazimierza Wielkiego: Wielkopolska, Małopolska, Podole. Później doszło Pomorze Gdańskie z województwem malborskim i Warmią, w wyniku pokoju toruńskiego z 1466 roku, następnie Mazowsze. Dodajmy do tego unię z Litwą.
Pokolenia Polaków były przyzwyczajone, że nasze państwo jest bardziej zwrócone na wschód; w 1945 roku mapa obecnej Polski była szokiem dla znacznej części społeczeństwa. Polski Szczecin? Umówmy się, relatywnie równie polska była Lubeka, która ma słowiańskie korzenie, ale mówimy o historii sprzed wielu, wielu wieków, sprzed bardzo ważnych procesów cywilizacyjnych i geopolitycznych. Okazało się także, że nie będziemy mieli Lwowa, głównego ośrodka polskiej kultury i nauki, zwłaszcza w drugiej połowie XIX wieku i początkach XX wieku. To tak jakby ktoś dziś zadekretował, że nie będziemy mieli Krakowa. To było odbierane jako dewastacja kraju odzyskanego na dwie dekady. Dodajmy do tego hekatombę elit… Straciliśmy Wilno, Warszawa leżała w gruzach. Potrzebna była zupełnie nowa narracja, choćby opowieść o Polsce od morza do Tatr.
– I ona się z czasem przyjęła.
– Tak, ponieważ wiele roczników Polaków chodziło do szkół, w których „od zawsze” wisiała mapa kraju, jaką dobrze już znamy.
Musieliśmy się w tym wszystkim odnaleźć, stworzyć swoją opowieść. Reprywatyzacja jest ciekawa również dlatego, że na wielu płaszczyznach burzy tę powojenną konstrukcję – ponieważ przypomina o świecie, który istniał przed 1945 rokiem. W tamtym świecie był Lwów, było ziemiaństwo, znaczna własność prywatna.
– To jasne. Ale dlaczego dziś karać starych ludzi i ich dzieci za to, że odbudowywali stolicę, albo za to, że po przymusowym przesiedleniu musieli zamieszkać w poniemieckich stronach i domach? A często przez lata żyli i tęskniąc, i obawiając się, że zaraz wrócą dawni właściciele.
– Wychowałem się na pruskim Powiślu. Doskonale znam te historie, a także dramat mieszkańców pogranicza, którzy ciągle od nowa musieli opowiadać się po stronie tych czy innych wygranych. Niejednokrotnie te wybory były związane z interesem ekonomicznym, np. wybór polskości lub niemczyzny w określonym momencie historycznym. Dochodziło do dramatycznych sytuacji. Po 1945 roku na rejony pograniczne zaczęli napływać Polacy z Mazowsza i zabierali własność autochtonicznym społecznościom związanym ze słowiańszczyzną i polskością.
– Po wojnie nowe państwo przejęło także kontrolę nad własnością dawnych prywatnych banków, czyli również nad należącymi do nich hipotekami, które obciążały nie tak małą część nieruchomości przejmowanych dziś przez osoby prywatne.
– Po wojnie wobec znacznej części banków przeprowadzono postępowanie likwidacyjne. Wykazano, że nie spełniają warunków, aby prowadzić działalność finansową. A wówczas dawne aktywa banków, które zostały zabezpieczone również w formie hipotek, przeszły na rzecz Skarbu Państwa. Zatem to nie jest tak, że jakiś obywatel, który wziął kredyt na kamienicę, miał szczęście, że bank został zlikwidowany – nic z tych rzeczy, niezależnie od wszystkiego hipoteka wciąż istniała. A to jest bardzo ważne.
– Dlaczego?
– Dlatego, że dziś w Warszawie oddajemy kamienice, które były zadłużone po same dachy, po cichu uznając, że były one pozbawione obciążeń hipotecznych. To bardzo wyrywkowe traktowanie reprywatyzacji.
– Jak dotąd nikt o tych hipotekach głośno nie mówił, a przecież zdaje się to oczywiste. Przy okazji – jakie właściwie było zainteresowanie tym zagadnieniem nie tylko wśród prawników, ale choćby w świecie naukowym? Pytanie także, czy ktoś takie kwestie sygnalizował reprezentantom klasy politycznej.
– Nie wiem, czy w niektórych środowiskach nikt tego nie widział, czy nie chciał widzieć. Nie spotkałem artykułów naukowych na ten temat; jeśli zaś chodzi o monografie reprywatyzacyjne, to oprócz mojej pracy mogę mówić jeszcze o zaledwie dwóch. Ten temat nie był jakoś specjalnie eksploatowany.
Rozmawiamy o historii, gdyż rzetelne zbadanie kwestii reprywatyzacji to pewien cywilizacyjny wymóg, który potrzebuje interdyscyplinarnego, wielopłaszczyznowego podejścia.
Warto się zastanowić, ile obecnych nieruchomości jest obciążonych hipotekami. Podejrzewam, że jakieś 80–90 proc. I podobnie – przed wojną wcale nie wyglądało to tak, że wszyscy mieli pieniądze. Ziemie, które weszły w granice II Rzeczpospolitej, były potwornie zrujnowane, wielu ludzi budowało się na kredyt, zaciągało pożyczki bankowe. Nie może być tak, że ktoś wybudował kamienicę w 1938 roku, wziął na to mnóstwo kredytów, a obecnie jego spadkobiercy odzyskują w całości majątek dziadziusia.
– Zwraca Pan w swojej książce uwagę, że kwestie reprywatyzacji zapętlają w sobie rozliczne czynniki, nader niejednoznaczne, jeśli chodzi o ich ocenę. Niektóre z nich to bardzo wstydliwe kwestie. Na przykład część przedwojennych majątków, którymi dysponowali Polacy, została w ciągu dekad nadana ich rodzinom za wysługiwanie się zaborcom.
– Temat reprywatyzacji wbrew pozorom nie jest nowy. W czasach zaborów byli Polacy, którzy nie tylko dali najwyższą daninę krwi, ale płacili choćby majątkami za udział w powstaniach. Z drugiej strony byli i tacy, którzy mieli korzyści z wiernej służby zaborcom. Było jasne, że gdy Polska odzyskała niepodległość, ci pierwsi winni odzyskać swoje dobra. Proszę zwrócić uwagę: w 1918 roku powstanie styczniowe to była zupełnie inna perspektywa czasowa niż dziś, to było kilkadziesiąt lat – podobnie jak ma się to obecnie w przypadku reprywatyzacji dóbr znacjonalizowanych po 1945 roku.
Wówczas, po odzyskaniu niepodległości, również wydawało się, że najuczciwiej jest oddać odebrane przez zaborców majątki polskim właścicielom. Ale co się okazało? Zaborcy niejednokrotnie odsprzedawali zarekwirowane majątki innym Polakom, nierzadko były one dobrze zarządzane, przynosiły zyski; co istotne: ta substancja pozostawała w polskich rękach. Czy zatem zabierać majątki ludziom, którzy często sami już je odziedziczyli?
W efekcie przyjęta została ówczesna regulacja reprywatyzacyjna, która musiała się zmagać również z takimi zagadnieniami. W 1932 roku przyjęto ustawę uzupełnioną rozporządzeniem z 1937 roku, na mocy których państwo rekompensowało właścicielom i ich spadkobiercom krzywdy doznane od państw zaborczych. To była forma zadośćuczynienia, pewien gest państwa polskiego wobec własnych obywateli i ich pokrzywdzonych przodków. Moim zdaniem wówczas państwo polskie, ludzie kochający własny kraj, stanęli na wysokości zadania. Co ważne, trudno odmówić II Rzeczpospolitej braku szacunku dla polskiej historii, dla ludzi, którzy zabiegali o naszą niepodległość – a jednak nie zdecydowano się wówczas na pełną restytucję.
– W gruncie rzeczy wskazuje Pan, że źródłowo temat dotyczy wizji państwa, wspólnoty polskiej.
– Mówimy o filozofii budowy państwa, tego, czym jest społeczeństwo, jak się zmienia w wyniku licznych przeobrażeń historycznych.
W przypadku źródeł współczesnej reprywatyzacji chodzi oczywiście o dekret o reformie rolnej z 1944 roku i dekret Bieruta z 1945 roku. Kwestie związane z nacjonalizacją przemysłu to styczeń 1946 roku. Zasadniczo poruszamy się w cezurze czasowej obejmującej lata 1944–1962. Ale musimy przecież pamiętać jeszcze o nacjonalizacji dokonanej przez Sowietów w 1939 roku i przez Niemców w czasie okupacji. Komuniści w 1944/1945 roku mieli już wyczyszczoną sytuację, ponieważ przedwojenny polski przemysł w dużej mierze został albo zniszczony, albo znacjonalizowany, albo w jakikolwiek inny sposób poddany kontroli okupantów. W obszarze przewłaszczeń, zaboru mienia, stosunków własnościowych mamy do czynienia z naprawdę skomplikowaną materią. Dodajmy do tego również strategiczne przenoszenie niemieckiego majątku przemysłowego na polskie ziemie, w celu zabezpieczenia produkcji przed nalotami sprzymierzonych.
Zwrócę uwagę na interesującą rzecz: Czesi po wojnie dlatego tak dobrze wyglądali z przemysłem, bo Niemcy przenieśli na ich terytoria znaczną część zbrojeniówki. Największe naloty aliantów na zakłady Škoda przeprowadzono 24 kwietnia 1945 roku. Panowało przypuszczenie, że było to celowe zniszczenie potężnego konkurenta, niebezpiecznego ekonomicznie dla zachodniego kapitału w powojennej rzeczywistości. Zostało to bardzo mocno nagłośnione; niewykluczone, że ze względu na ten skandal komuniści uzyskali tak znakomite wyniki w powojennych wyborach w Czechosłowacji.
– W Pana pracy bardzo mnie zaintrygowały pewne wątki związane z reprywatyzacją, które właściwie wiążą się z operacjami na alternatywnej rzeczywistości. Myślę o metodach wyceny wartości mienia zabużańskiego: otóż kamienice lwowskie wyceniane są na 20 proc. dzisiejszej wartości kamienic krakowskich, a wileńskie – na 20 proc. wartości współczesnych kamienic lubelskich. Oparte jest to na założeniu, że gdyby historia potoczyła się inaczej, to tamte kamienice miałyby podobną wartość. Przecież to jest zupełnie nieweryfikowalne.
– Widzi pan, gdzie my jesteśmy? Tak, to jest w ustawie. Niewątpliwie jest to swoiście romantyczna, miła dla kresowych serc alternatywna wizja historii, tylko jaki ma ona związek z rzeczywistością? Niestety II wojna światowa miała miejsce i jej tragiczne skutki są faktem. Zabór polskich ziem wschodnich i wypędzenie Polaków niestety wydarzyły się i wpłynęły na sytuację majątkową milionów polskich obywateli. Ale jak racjonalnie wytłumaczyć przyjęcie takiej koncepcji określania wartości mienia kresowego i to jeszcze redukowanej następnie o 80 proc.?! Dlaczego przyjęto wypłaty na poziomie 20 proc., a nie 25 proc. czy 17 proc.? Wydaje się, że sposób naliczania odszkodowań w ustawie zabużańskiej to nie najlepsze rozwiązanie nie tylko od strony merytorycznej, lecz także taktycznej, gdyż jakkolwiek państwo wypłaca tylko 20 proc., to jednak przyznaje, że wysokość całkowitych odszkodowań powinna być wyższa. Gdyby zatem w przyszłości okazało się, że jednak zapisy tej ustawy w świetle zmiennych orzeczeń organów sądowych krajowych lub międzynarodowych są bezprawne, powstałoby uzasadnione roszczenie o dopłatę 80 proc. wartości. Tylko jakiej wartości? Hipotetycznej! Ta konstrukcja nie jest, delikatnie mówiąc, najszczęśliwsza. A co, gdyby okazało się, że jednak rząd niemiecki powróci do swojej pierwotnej, trwającej całe dziesięciolecia wykładni dotyczącej zasadności roszczeń obywateli niemieckich do majątku w Polsce (sprawa ta, w odróżnieniu od kwestii granicznych, nie jest uregulowana traktatowo)? Przyjmując koncepcje z ustawy zabużańskiej, wycena majątków w Gdańsku czy Szczecinie powinna być dokonywana na bazie dzisiejszego rynku nieruchomości w Lubece, a wrocławskich – na bazie cen monachijskich…
– A jednak ustawodawcy to zaakceptowali.
– Ponieważ nikt na serio nie dyskutował w Polsce przez lata o reprywatyzacji, nikt tego nie badał naukowo, ekspertów było niewielu. To była naprawdę niszowa dziedzina. Poza tym nie ma w Polsce think tanków, które by to analizowały, przygotowywały merytoryczne rozwiązania. To jest dramat.
– Ale wie Pan znacznie lepiej ode mnie, że tego typu rozwiązania z przyjmowaniem optymalnej wartości i wypłacaniem dość niewielkiego od niej procenta wiążą się z faktem, że państwo polskie nie udźwignęłoby finansowo pełnego zwrotu kosztów. Tym bardziej, że współczesna praktyczna reprywatyzacyjna logika sugeruje odtworzenie stanów własności sięgających do czasów ziemian i kamieniczników. I jeszcze jedno: przecież współczesne państwo polskie nie jest winne temu, co się stało z majątkami dawnych właścicieli. De facto nie ponosi odpowiedzialności za przewłaszczenia z czasów PRL czy okupacji.
– Ta ostatnia sprawa jest najważniejsza. I ona stanowi clou problemów z reprywatyzacją. Otóż my dziś, jako społeczeństwo polskie, nie jesteśmy winni temu, że nasz kraj został napadnięty przez Niemców i Sowietów. Polska zapłaciła za to straszliwą dewastacją – w każdym możliwym obszarze rzeczywistości. Dodajmy jeszcze, że polskie społeczeństwo na różne sposoby buntowało się wobec form ograniczania wolności, rugowania własności, lekceważenia praw obywatelskich itp., jakie miały miejsce w okresie powojennym. I dobrze o tym wiemy. Wreszcie, dzięki korzystnej koniunkturze geopolitycznej, udało nam się wyjść z poprzedniego ustroju. Powtórzę: jako społeczeństwo nie jesteśmy winni geopolitycznym ustaleniom, które zdecydowały o kształcie PRL.
– Ale nie możemy powiedzieć swoim obywatelom: idźcie się skarżyć choćby do Moskwy…
– …albo do stolic zachodnich aliantów. To musi być jasno powiedziane: nie jesteśmy winni jako polskie społeczeństwo temu, jak urządzono nasz kraj – od granic po ustrój.
– Ale zahaczamy nieledwie o historiozofię. To nie musi obchodzić ani dawnych właścicieli, ani ludzi sprzedawanych z reprywatyzowanymi mieszkaniami.
– To się wiąże z bardzo konkretnymi sprawami. Skoro jako obywatele nie jesteśmy odpowiedzialni za kształt PRL, to dlaczego mamy płacić za reprywatyzację z naszych podatków? Oczywiście, przywracamy ustrój oparty na prywatnej własności. Ale z drugiej strony taki, a nie inny bieg wydarzeń historycznych kształtuje nowe realia, w których wszyscy mamy prawo żyć bezpiecznie i godnie. Sądzę, że w takiej sytuacji optymalnym rozwiązaniem jest nie pełna restytucja, ale pewnego rodzaju świadczenie czy zadośćuczynienie wobec dawnych właścicieli.
– Pytanie, ile można lub powinno się zapłacić dawnym właścicielom.
– Możliwie dużo, ale w taki sposób, żeby nie doprowadziło to do katastrofy finansów publicznych. Mamy rozwiązania dotyczące Kresów Wschodnich: przyjęliśmy dzisiejszą wartość nieruchomości, zredukowaną do 20 proc. W wyniku realizacji ustawy z 2005 roku wypłaciliśmy kwoty na poziomie 10 miliardów złotych. Dodajmy, że te tereny stanowiły około 40 proc. ówczesnej Rzeczpospolitej, nie były może zbyt bogate, ale Zagłębie Borysławskie czy Lwów miały znaczną wartość. Być może w przypadku Polski Centralnej byłoby to – wedle tej metodologii – około 40 miliardów złotych.
Jeśli zaś chodzi o założenia metodologiczne, co do których uważam, że byłyby uczciwe, to pozwolę sobie zwrócić uwagę na kilka kwestii. Po pierwsze, podobnie jak w przypadku ustawy zabużańskiej, potrzebne byłoby przyjęcie stanu prawnego, technicznego, planistycznego z daty nacjonalizacji. Do tego należałoby przyjąć ówczesne kryteria rynkowe, które pomogłyby nam określić ówczesne wartości. I tak moglibyśmy wycenić wartość dobra, które zostało znacjonalizowane. Są też metody waloryzacji tego majątku do stanu obecnego. Można użyć wskaźnika GUS-owskiego, można posłużyć się parytetem złota albo dolarem. Co ważne, stosując taką metodę, można odliczyć obciążenia hipoteczne.
Co bardzo ważne, a o czym nie chcą mówić amatorzy polskiej wersji reprywatyzacji, wartość nieruchomości po wojnie na ziemiach polskich była bardzo niska. Przecież to wszystko w znacznej mierze leżało w gruzach. Przypomnijmy również, jaka była wartość nieruchomości w Polsce w latach 90. XX wieku. Gdy przeliczymy ją na dolary, wychodziło kilka, kilkanaście tysięcy dolarów za mieszkania w centrach dużych miast.
– Z taką wartością rynkową starowaliśmy do (od)budowy kapitalizmu.
– Owszem, często się zapomina, że wartość rynkowa odzwierciedla wiele czynników: politycznych, geopolitycznych, gospodarczych, społecznych, infrastrukturalnych; zależy także od działalności inwestora. To, że dziś ta wartość jest znacznie wyższa, to wysiłek wszystkich, którzy budowali w Polsce kapitalizm przez ostatnie dekady. Mówię o absolutnie wszystkich, którzy na to pracowali – niezależnie od ich miejsca w strukturze społecznej. Uważam, że odnieśliśmy sukces, skoro wartość rynkowa nieruchomości wzrosła. Wykonaliśmy kawał dobrej roboty.
– Znając problemy państwa polskiego z instytucjonalną logistyką, może to, co Pan wyżej proponuje, jest zbyt trudne do przeprowadzenia.
– Nie, nie jest trudne. To są normalne czynności rzeczoznawców. Badamy akta notarialne, które wskazują na wartość poszczególnych nieruchomości. W rozporządzeniu dodatkowo dałoby się ustalić tabele uśrednionych cen, które obowiązywały wówczas w danym regionie. Mówimy i tak o miliardach złotych, zatem wydatek na zespół naukowców to byłby promil promila.
– Czyli brakuje woli politycznej, żeby stworzyć ustawę i obsługujące ją instytucje publiczne?
– Z tego, co pokazują różnorakie tropy wskazane choćby przez Jana Śpiewaka i Miasto Jest Nasze, wynika, że tak miało być. Można odnieść wrażenie, że powstał pewien pomysł biznesowo-mafijny na to, żeby tak to wyglądało. Przyznam, że to dla mnie przerażające. Zajmowałem się reprywatyzacją od wielu lat, widziałem pewne rzeczy, ale nie sądziłem, że może to być wręcz „przewał konceptualny”, sięgający fundamentów III Rzeczpospolitej. To tylko pokazuje skalę rozpadu państwa…
– Absurdem w tej sytuacji jest, że klasa polityczna bardzo dużo mówiła o tym, że w Polsce stawiamy na własność prywatną, budowanie kapitalizmu, uwłaszczenie obywateli. A ustawy reprywatyzacyjnej jak nie było, tak nie ma.
– Modele prywatyzacji i reprywatyzacji, które mamy, służą elitom powstałym w wyniku transformacji czasów PRL. Żeby było jasne – w aferę reprywatyzacyjną są też zamieszani ludzie, którzy wywodzą się z przedwojennych elit.
– W wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” mówił Pan: skala nieprawidłowości, jaka miała miejsce przy zwracaniu nieruchomości nie tylko w Warszawie, ale we wszystkich dużych miastach, gdzie grunty sięgają najwyższej ceny, powinno nas prowokować do stawiania pytań o znaczeniu fundamentalnym. Może w końcu spróbujemy określić, w jakim państwie chcemy żyć, zastanowimy się, kiedy święte prawo własności powinno ustąpić miejsca interesowi społecznemu, określimy, które wartości są dla nas jako społeczeństwa priorytetem, a które należy wyplenić, wyrwać z korzeniami. Wiem, że nie jest Pan przeciwnikiem własności, ale dość ironicznie Pan podchodzi do tego, jak to prawo bywa rozumiane w polskich realiach.
– Oczywiście, że była to ironia. Ktokolwiek prześledził ewolucję skodyfikowania prawa własności w różnych systemach i formacjach społeczno-gospodarczych, wie, że jest to prawo, które fundamentalnie porządkuje ludzkie światy na przestrzeni dziejów. I zawsze ma swój kontekst społeczny i polityczny. Gdy ktoś mówi o bezwzględnym „świętym prawie własności”, oderwanym od istnienia państwa, to nie wie, o czym mówi. A to dlatego, że właśnie państwo jest gwarantem istnienia własności.
– Posłużę się pewną, źle niekiedy widzianą etykietą: ideologia neoliberalna stawia na to, że państwo jest jak najsłabsze, przeważa myślenie, że gdy ktoś się staje właścicielem, to może dowolnie dysponować własnością, ale także losem ludzi, którzy w jakiś sposób są z jego własnością związani.
– Uważam się za liberała i zapewniam, że niewiele z tą doktryną mają wspólnego lumpenliberałowie, którzy nierzadko są przestępcami i podszywają się pod hasła liberalne, żeby bronić swoich interesów. Liberalizm pierwotnie wskazywał na rolę silnego państwa – tylko takie państwo może bronić własności. Dodajmy, że prawo własności nie jest bezwzględne – nawet zgodnie z naszym kodeksem jest ograniczone przez prawa innych właścicieli. Z własnością niejednokrotnie związane są różnorakie obowiązki.
Oczywiście, dzisiejsza definicja prawa własności jest refleksją naszych czasów i tego, co uważamy za słuszne i co powinno być chronione.
– W swojej pracy porusza Pan też wątek „prawdziwej wartości” danej nieruchomości, na którą często powołują się – bardzo arbitralnie – właściciele lub potencjalni właściciele.
– To ważna kwestia związana również z odzyskiwaniem kamienic i praktykami reprywatyzacyjnymi. Jeżeli ktoś kupił w 2008 mieszkanie za 500 tysięcy (to okres, gdy były najwyższe ceny), to np. w 2010 roku to samo mieszkanie mogło być warte już tylko 400 tys. złotych. Czy mamy komuś płacić wyrównanie w sytuacji, gdy zechce sprzedać mieszkanie, którego wartość spadła? I teraz pojawia się pytanie, jaka była wartość dziś odzyskiwanych nieruchomości w momencie ich nacjonalizacji, np. w 1945 roku? Czy była to wartość z hossy w 2008 roku? A może wartość z czasów bessy w 2010 roku? A może adekwatna wartość to ta z 1990 roku?
– Czy Pana zdaniem powstanie ustawa reprywatyzacyjna?
– Chciałbym… [milczenie]
– Chciałby Pan. Ale pewności Pan nie ma?
– Nie, nie mam.
– Wydaje się, że rośnie nacisk społeczny, rośnie wiedza społeczna o niuansach polskiej reprywatyzacji…
– To jest pytanie, czy afera reprywatyzacyjna zostanie wykorzystana do bieżących rozgrywek politycznych, takich jak zmiana na stanowisku prezydenta Warszawy, czy rzeczywiście ten czas pewnej refleksji społecznej, z jaką mamy dziś do czynienia, zaowocuje pozytywnymi zmianami. Sądzę, że temu też służy nasza rozmowa: wreszcie w przestrzeni publicznej można postawić szereg pytań i udzielić na nie odpowiedzi. Jako ekspert rozmawiam i z ludźmi obecnie rządzącymi, i z ludźmi opozycji – taka jest moja rola, żeby docierać z tą wiedzą również do klasy politycznej. Ludzie Prawa i Sprawiedliwości są zainteresowani tą tematyką, tylko że ktoś w tym środowisku rozpuszcza informacje, że ustawa reprywatyzacyjna będzie kosztować budżet państwa 800 miliardów. Nie wiem, skąd się to bierze…
– Mówi Pan o kwocie czy o źródłach, które ją podają?
– Po pierwsze nie wiem, skąd ta kwota – to są niewiarygodne szacunki, powstałe nie wiadomo, na podstawie jakich danych. Moim zdaniem byłoby to raczej 30–40 miliardów złotych. Po drugie, jeżeli ktoś rozpuszcza informacje o tak zawyżonych sumach, to niewykluczone, że chce, by dalej trwało bagno reprywatyzacyjne. Być może jest to informacja wysyłana – ewidentnie w złej wierze – ze środowisk mafii reprywatyzacyjnej. Mam wrażenie, że politycy PiS są wręcz straszeni tą kwotą, ponieważ wraca ona do mnie w dyskusjach dość często. Oczywiście, każdy minister finansów, który usłyszy taką sumę, zrobi wszystko, żeby zablokować ewentualną ustawę. To trzeba wyraźnie powiedzieć: kto to wymyśla? Żadne 800 miliardów! A jeżeli mówimy o kwocie 30–40 miliardów rozbitej na 20–30 lat, to zmienia postać rzeczy i nastawienie polityczne.
– Przy okazji, mamy nie tylko polskich, ale również mniej lub bardziej rzekomych zagranicznych spadkobierców, którzy zgłaszają się po nieruchomości. Pojawia się znacznie szerszy problem: mówimy o tym, że PRL zrywał ciągłość państwa polskiego, w związku z czym nie jesteśmy odpowiedzialni jako społeczeństwo III RP choćby za decyzje majątkowe władz tego państwa. Ale z drugiej strony dobrze wiemy, że to problem legislacji międzynarodowej, od której dziś zależy choćby formalna nienaruszalność i legalność naszych zachodnich granic.
– Oczywiście, zostały podpisane traktaty graniczne, zapadło wiele rozstrzygnięć międzynarodowych, ponosimy konsekwencje tych regulacji. I faktycznie wypłacamy dawnym właścicielom pewne świadczenia, a równocześnie przyznajemy, że umowy indemnizacyjne (odszkodowawcze) pozwalają zachować pewien ład prawny i elementarny szacunek dla własności.
Trzeba też przyznać, że pewne elementy rozciągniętego na dekady status quo wiążą się również z silnymi zależnościami wewnętrznymi. Przecież jedną z warstw, które najbardziej skorzystały na parcelacji majątków ziemiaństwa, byli chłopi. Nie da się wywrócić obecnego świata do góry nogami – uznajmy obecny stan rzeczy, inaczej groziłaby nam rewolucja społeczna. Podobnie stały się faktem umowy indemnizacyjne z państwami zachodnimi i nie jest w naszym interesie jako państwa, aby to negować.
– Ale w przypadku reprywatyzacji w Warszawie mieliśmy do czynienia z sytuacją, gdy władze miasta były bardziej przychylne cudzoziemcowi „odzyskującemu” majątek, za który w czasach PRL wypłacono już odszkodowania.
– To jest nienormalne. Przynajmniej dla urzędników interes państwa polskiego powinien być najistotniejszy. Jeżeli ktoś się sprzeniewierza temu interesowi, to – jeżeli doniesienia medialne się potwierdzą – mieliśmy do czynienia z korupcją. Osoby za to odpowiedzialne powinny być pociągnięte do odpowiedzialności i skazane.
– W książce wyraźnie Pan wskazuje, że o ile ludzie rządzący PRL-em z sowieckiego nadania mieli wolę polityczną, by metodą faktów dokonanych wprowadzać daleko idące zmiany, o tyle obecnie właściwie tej woli politycznej brak, by ucywilizować reprywatyzację. Państwo jest – także w tej kwestii – mocno dysfunkcyjne instytucjonalnie. Czy tak było od początku III RP, czy przyszło jakieś załamanie?
– To bardzo interesująca kwestia, która wiąże się z tym, czym właściwie jest III Rzeczpospolita. Przypomnę, że reprywatyzacja jest częścią szerszego zjawiska, czyli prywatyzacji. Na temat tej ostatniej napisano mnóstwo. I wielu badaczy zgodnie twierdzi, że model prywatyzacji, jaki u nas zrealizowano, był niesprawiedliwy. Przypomnijmy choćby prywatyzację kuponową, która była wielkim majstersztykiem, polegającym na tym, że gigantyczny majątek został skupiony za grosze. Oczywiście, kraje takie jak Rosja czy Ukraina pokazują, że można to było zrobić jeszcze gorzej – tamtejsza skala grabieży jest porażająca.
Problem w tym, że nie osiągnęliśmy konsensusu, jak miałby wyglądać optymalny model prywatyzacji. Czy najważniejsza powinna być efektywność? Czy może akcje powinny być podzielone równo między wszystkich obywateli, co raczej jest nieefektywne. Ale przecież jeżeli sprzedamy majątek wcześniej znacjonalizowany, to może się okazać, że nowy zagraniczny właściciel celowo zadusi produkcję. Tych dylematów transformacyjnych było całe mnóstwo. I możemy pytać, czy źle zrobiona prywatyzacja jest dowodem na nieudolność państwa, czy może restauracja kapitalizmu jest tak skomplikowanym procesem, że przerasta wszystkich. Moim zdaniem czymś pionierskim – i to w wymiarze historii powszechnej – jest transformacja od ustroju, w którym znaczna część własności była znacjonalizowana, do ustroju kapitalistycznego.
My byliśmy skazani na samych siebie. Wschodni Niemcy mieli zaplecze w postaci RFN, a przecież do dziś część wschodnich landów to nie są obszary najlepiej rozwijające się. Dlatego nie zgadzam się z jednoznacznie krytyczną oceną, że cała polska prywatyzacja była nieudana i złodziejska.
– Może nieco naiwnie: a gdyby kamienicę albo fabrykę odzyskała staruszka, która była pełnoprawną właścicielką w 1945 roku, to czy załatwiałoby nam to wszystkie problemy? Jakoś łatwo mogę sobie wyobrazić, że od takich staruszek różnymi metodami skupują nieruchomości panowie o nazwiskach na literę M.
– Jedna pani odzyskałaby kamieniczkę… A ta, na której gruncie stoi teraz Pałac Kultury i Nauki co miałaby odzyskać?
– Mogłaby dostać udziały w sprzedaży biletów w „Kinotece”.
– Można powiedzieć: jedna miała szczęście, druga – pecha. Dlatego, po pierwsze, są inne niż restytucja metody przywracania pewnej elementarnej sprawiedliwości. Po drugie, elity III RP uchylają się jednak od roli dziejowego demiurga – nie oceniają, co jest słuszne, a co nie.
Znów wracamy do pytania: co jest sprawiedliwe? Często podaję przykład kopalni, która w 1945 roku przynosiła świetny dochód, a dziś są tam hałdy. Oddajemy hałdy? To jest sprawiedliwe? Były właściciel musiałby jeszcze płacić za rekultywację. Naprawdę, restytucja to nie jest najlepszy pomysł.
– A może nie dzieje się w gruncie rzeczy nic złego – ot, akumulacja kapitału w nowej odsłonie dziejowej. Wiemy zresztą (znakomity jest przykład Dantona), że prawnicy solidnie uczestniczą w awangardzie przekształceń własnościowych.
– [śmiech] Dochodzimy do pewnej prawdy: gwałtowne zmiany polityczne, rewolucyjne czy kontrrewolucyjne, zawsze wiążą się ze stworzeniem warstwy nowych bogatych, z wieloma niejasnościami. One dotyczą także przywracania własności. Ale zapewniam Pana, że nikt z nas nie chciałby wrócić do realiów z 1945 roku, do zdewastowanej ziemi, milionów kalek.
– Odnoszę wrażenie, że beneficjenci reprywatyzacji zachowują się tak, jakbyśmy przywracali stan sprzed bombardowania Wielunia przez Niemców.
– Dokładnie tak. Tymczasem na ogół znacjonalizowane zostały gruzy, a nie kamienice z lata 1939 roku.
– Opinia publiczna nie widzi ruin – widzi domy.
– Ponieważ ludzie, którzy na tym zarabiają, chcą widzieć majątek. A przecież czymś innym są odszkodowania za straty wojenne, a czym innym – reprywatyzacja. Rzadko kto ujmuje to wszystko – proszę zwrócić uwagę, na jak różne aspekty sprawy zwracamy uwagę i jak rzadko dochodzimy do jednoznacznych konkluzji, co jest właściwe, a co – nie.
Często mówię o tym, że chodzi o to, jak w ogóle rozumiemy filozofię reprywatyzacji. Wiem, że gdy widzimy przed oczyma ludzi wyganianych z mieszkań, przepędzanych lokatorów, a ktoś zaczyna opowiadać o filozofii reprywatyzacji, to brzmi to abstrakcyjnie. Ale w rzeczywistości to nie są odległe sprawy. Musimy rozumieć, jakiego państwa chcemy, jakie wartości mają być dla nas cenne. Potrzebujemy think tanków, pracy umysłowej, żeby zrozumieć to wszystko.
– A może jest tak, że powstaje nowa, w tym momencie dość agresywna warstwa posiadająca, która z czasem się nasyci, a jej dzieci nikogo nie będą musiały mordować i palić, i nauczą się jeść nożem i widelcem.
– Akurat przodkowie tych od palenia najprawdopodobniej umieli jeść nożem i widelcem. I to jest najbardziej przerażające. Ludzie nikczemni i chciwi przynależą do różnych grup i środowisk, nawet tych wywodzących się z dawnych elit. Problemem jest, że państwo nie umie nas bronić przed takimi ludźmi. Dobre i to, że możemy dziś rozmawiać o tym, w jakim państwie chcemy żyć, co ma być jego fundamentem.
Dodam kolejną kwestię: roszczenia reprywatyzacyjne to roszczenia w znakomitej większości spadkobierców, a nie samych byłych właścicieli. W jakim stopniu dzisiejsi spadkobiercy przyczynili się do wypracowania tego majątku? Spuścizna przodków jest oczywiście ważna, szanuję ją, ale my tworzymy współczesną Polskę swoją pracą.
– Wiemy jednak, że kapitał, którym się dysponuje – niezależnie od tego, jak się go uzyska – jest potężną trampoliną do lepszego życia. A w takich realiach jak nasze jest to często istotniejsze niż etyczne rozważania nad powinnościami związanymi z własną pracą i dziedziczoną własnością.
– Rzecz jasna. Ale powtórzę: polska własność rozciągała się na tereny dzisiejszej Ukrainy, Litwy, całej dzisiejszej Białorusi, na południe Łotwy. Co w takim razie z polskimi majątkami pod Kijowem i w Kijowie? Co z majątkami na Białorusi? Mówię o tych ziemiach, które straciliśmy po traktacie ryskim. Tam Polacy mieszkali od setek lat, tracili całą spuściznę. Przecież nie dostali w II Rzeczpospolitej ani grosza.
– I o to były wówczas pretensje ze strony ziemiaństwa. Ale z dzisiejszej perspektywy to prehistoria.
– Przecież to początek II Rzeczpospolitej, nie tak znów wiele czasu od dekretu Bieruta. Widzimy, jak wybiórczo traktowana jest ta historia, w zależności od tego, jakie interesy ma się do zrobienia.
– Z jednej strony mamy do czynienia z poszkodowanymi właścicielami. Z drugiej – z ludźmi wyrzucanymi z mieszkań, nierzadko ludźmi starszymi, zupełnie bezradnymi, o zerowej wiedzy prawnej, których pozostawiono samym sobie, a w dodatku szachowano ich tym, że o co chodzi, odzyskiwana jest święta własność, wy możecie zdychać pod płotem.
– Posługuję się często takim porównaniem: majątek ziemski został rozparcelowany pomiędzy chłopów; kamienice – w jakimś sensie – między lokatorów, dzieci chłopów, które zamieszkały w miastach. Dlaczego nie zabieramy ziemi chłopom, przecież to by było o wiele łatwiejsze, nikogo nie wyrzucalibyśmy z domu…
– Mielibyśmy wtedy nie jednego, a dziesięciu Lepperów.
– Ano właśnie. Okazuje się, że lokatorzy byli słabsi, słabsi fizycznie. Jak jest różnica między ziemią a kamienicą w centrum Warszawy? Dlaczego jednego nie oddajemy w naturze, a drugie – owszem? To chyba jedyna różnica, dla której to wszystko się dzieje – to drugie jest o wiele więcej dziś warte.
– Cała nasza rozmowa wskazuje, że jedynym argumentem w historii reprywatyzacji jest argument siły, siły pieniądza…
– …układów, realizacji interesów pewnych grup. Tak to dzisiaj wygląda.
– Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 17 września 2016 roku
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Wywiad - kwartalnik, Zima 2016
– Zanim przejdziemy do kwestii systemowych, zapytam, kiedy i dlaczego zainteresowałeś się sprawą warszawskiej reprywatyzacji?
– Jan Śpiewak: Gdy założyliśmy stowarzyszenie Miasto Jest Nasze, początkowo zajmowaliśmy się kwestiami związanymi z miejscami użyteczności publicznej, z parkami i z konserwacją budynków. Jedna ze współzałożycielek naszego stowarzyszenia mieszkała w pobliżu Ogrodu Jordanowskiego, który w dziwny sposób przestał być Ogrodem Jordanowskim i został przekazany w prywatne ręce. Nowym właścicielem okazał się handlarz roszczeń Marcin Marcinkowski. Jego nazwisko wypłynęło później przy okazji budowy biurowca vis à vis Placu Zamkowego. Okazało się, że miasto razem z działką przy Zamku Królewskim oddało mu fragment tunelu trasy W-Z. To był moment, gdy ręce nam opadły, bo jak to możliwe, że można odzyskać fragment tunelu drogi publicznej. Weszliśmy w temat reprywatyzacji warszawskiej nie od strony związanej z lokatorami i „czyścicielami” kamienic, ale dlatego, że spostrzegliśmy dziwne rzeczy dziejące się w przestrzeni publicznej z newralgicznymi miejscami stolicy: jakiś biznesmen znikąd może meblować najważniejsze miejsca w kraju.
– Z tego, co pamiętam, urzędnicy miejscy twierdzili, że W-Z to w ogóle samowola budowlana.
– Tak: że nie ma żadnych papierów na ten tunel [śmiech]. To pokazuje poziom chaosu i pogardy wobec prawa. A później się okazało, że matka architekta wydawała pozwolenie na ten biurowiec.
Zaczęliśmy coraz bardziej interesować się Marcinem Marcinkowskim, powstała mapa warszawskiej reprywatyzacji, z pomocą której pokazaliśmy m.in. wielkość jego interesów, pokazaliśmy, jak człowiek znikąd robi, co chce. Była jeszcze jedna skandaliczna sprawa – oddanie gimnazjum na ulicy Twardej, chociaż nie było żadnych dokumentów, które by to uzasadniały; bardzo dziwne było zachowanie Ratusza. Uznaliśmy, że ta sprawa zasługuje na pokazanie i nagłośnienie. Zrobiliśmy mapę reprywatyzacji i zaczęła się batalia sądowa, bo Marcinkowski nas pozwał.
W 2014 roku zdecydowaliśmy się startować w wyborach samorządowych i zaczęliśmy badać zagadnienie od strony mieszkańców Warszawy. Jednym z tematów kampanii była liczba roszczeń, w tym wobec szkół i innych instytucji publicznych, liczba osób poszkodowanych. Od momentu, kiedy zostałem radnym Śródmieścia, w pełni zrozumiałem, czym dzika reprywatyzacja jest dla lokatorów. Wcześniej miałem tego pewną świadomość, ale dopiero wówczas zobaczyłem cały rozmiar i konsekwencje zjawiska. Dwa lata zajęło nam zrozumienie istoty i mechanizmów reprywatyzacji. To była ziemia niezbadana – trzeba było gromadzić stopniowo wiedzę prawną, administracyjną. Jako radny zderzyłem się z przeróżnymi ludźmi, zacząłem poznawać kulisy decyzji, które zapadały w przypadku zwrotów majątku.
– Jak wiele osób padło ofiarą warszawskiej reprywatyzacji?
– To sprawa trudna do oszacowania. Miasto oczywiście nie dysponuje żadnymi oficjalnymi statystykami. My szacujemy, że mogło to być nawet 40 tys. osób wygnanych z domów. Fundacja ePaństwo wystąpiła z wnioskiem o udostępnienie wszystkich decyzji dotyczących zwrotów nieruchomości. Gdy otrzymamy kompletną listę, będziemy mogli powiedzieć więcej. To jest też kwestia transparentności – to wszystko odbywało się przy pogwałceniu podstawowych zasad jawności. Wiemy też, że kolejne tysiące kamienic są zagrożone roszczeniami.
– Czy potrafisz wskazać i uargumentować najważniejsze problemy związane z reprywatyzacją? Myślę przede wszystkim o zjawiskach, które wiążą się z dobrostanem mieszkańców Warszawy oraz z funkcjonowaniem aparatu władzy.
– To jest naprawdę wiele spraw i trudno jednoznacznie stworzyć hierarchię wielu bolączek powiązanych ze sobą. Z pewnością jedna z najważniejszych kwestii dotyczy tego, że obecna sądowa reprywatyzacja jest niewiarygodnym gwałtem na Konstytucji i na podstawowych prawach człowieka. Nie można cofać decyzji administracyjnych nadających prawa konkretnym osobom – mówimy o budynkach mieszkalnych w Warszawie, co do których ludzie podpisywali umowy najmu regulowane przez państwo i kupowali mieszkania na podstawie tych decyzji.
Sądy, uchylając te decyzje, stwierdzając, że nie było nieodwracalnych konsekwencji prawnych, uderzyły w absolutne podstawy ustrojowe i elementarne prawa człowieka. Była to fikcja prawnicza stworzona przez lobby reprywatyzacyjne, która wdarła się do orzecznictwa sądów administracyjnych. Tak naprawdę mamy do czynienia z procederem, który łamie Konstytucję, prawo do mieszkania, samą zasadę państwa prawa i zaufania obywatela do państwa. To głównie sądy administracyjne doprowadziły do tego procederu. Mieliśmy do czynienia z bezprecedensowym atakiem sądów na prawo i obywateli. To rzecz, którą zrozumieliśmy dość niedawno. Próbujemy się z tą interpretacją przebić, ale jest ciężko, ponieważ wśród prawników panuje zmowa milczenia. Oni świetnie wiedzą, że większość zwrotów nieruchomości to lipa. Ale żyła z tego duża część warszawskiego establishmentu prawniczego. Sądy przestały być narzędziem sprawiedliwości – stały się narzędziem opresji.
Są też inne sprawy, związane z kwestiami szerszymi, dotyczącymi etyki, relacji społecznych, wizji relacji między przeszłością a teraźniejszością i przyszłością. Dlaczego mamy cofać historię, przywracać stosunki własnościowe nieledwie dziewiętnastowieczne? Odnoszę wrażenie, że i w praktyce, i w niewypowiedzianej wprost teorii powstały dwa rodzaje obywatelstwa. Jest obywatelstwo oparte na własności, nierzadko niesamowicie naciągane, jak to widzimy w przypadku restytucji majątków. To obywatelstwo jest najważniejsze, jest hołubione.
Po drugiej stronie są „drugorzędni obywatele”, choćby lokatorzy wyrzucani z mieszkań. Wskazuje to na bardzo brutalny rys naszego państwa, które jest niewiarygodnie okrutne wobec słabszych – tych, którzy nie mogli sobie wykupić mieszkania, którzy nie mieli przodków arystokratów albo nie są handlarzami roszczeń. W ten sposób sądy, czy szerzej – aparat państwa, stały się zinstytucjonalizowanym narzędziem pogardy klasowej, instrumentem refeudalizacji, zarówno w sensie moralnym, jak i materialnym. Dodajmy, że reprywatyzacja dotyczy nie tylko przedwojennych majątków, ale także bogatego Kościoła…
– O tym jeszcze porozmawiamy.
– W każdym razie trzeba pamiętać, że znaczna część tej wydumanej własności była przed wojną obciążona hipotekami o wysokości większej niż wartość nieruchomości. Cofamy stan prawny sprzed kilkudziesięciu lat, ale długi wyzerowujemy. W dodatku oddajemy także lekką rączką budynki, które powstały już po wojnie.
– Komuś się to opłaca.
– Opłaca się to wąskiej elicie – zblatowanym środowiskom prawniczym, politycznym, urzędniczym, biznesowym, które to wszystko robią. Można to porównać z uwłaszczeniem nomenklatury i dawnej opozycji z lat 90. XX wieku. Dziś nie ma już państwowych fabryk, ale w domenie publicznej pozostały jeszcze kamienice, place, działki, na których stoją szkoły. To wszystko jest objęte uwłaszczeniem nowej elity, która po pierwsze ma korzenie peerelowskie, po drugie – opozycyjne, a po trzecie – przedwojenne, arystokratyczne.
– Całość tworzy zupełnie nową jakość.
– [śmiech] Tylko powtórzę, że ta stara arystokracja, która uwielbia wspominać swoje kamienice i majątki, często żyła na kredyt. To jest ta część prawdy historycznej, o której nie chce się pamiętać.
– Zostawmy póki co przedwojennych kamieniczników. Interesuje mnie, jaki obraz instytucji centralnych i samorządowych oraz polskiego ładu prawnego wyklarował się w twoich oczach po kilku latach zajmowania się warszawskimi sprawami.
– Moim zdaniem są to często grupy mafijne – mówię o ludziach z administracji publicznej, samorządowej, którzy korzystali na reprywatyzacji. Jeżeli mamy do czynienia z powtarzającymi się sytuacjami, w których urzędnicy wydają decyzje na własną korzyść – nie są to odosobnione przypadki, ale cecha systemowa – to według mnie przypomina to model włoski, w którym mafia przejęła ogromną część funkcjonowania państwa. Oczywiście nie jest to ośmiornica z capo di tutti capi, ale spolonizowana, horyzontalna struktura. To wręcz konfederacje, które działają w zorganizowany, przebiegły, przemyślny sposób, i – w odróżnieniu od państwa – potrafią sobie wyznaczać cele długoterminowe i je realizować.
Reprywatyzacja to ściśle związany z prywatyzacją ciąg przyczynowo-skutkowy, którego początek można wskazać na połowę lat 80. XX wieku. Wtedy zaczęło się skupywanie papierów wartościowych przez Służbę Bezpieczeństwa w składach makulatury. Już wówczas SB wiedziała, że będzie miała miejsce reaktywacja przedsiębiorstw. Oglądałem materiał „Superwizjera” TVN, w którym mężczyzna prowadzący w PRL skup makulatury opowiadał, jak przychodzili do niego ludzie wtajemniczeni i kupowali akcje, które wtedy nie miały żadnej wartości poza numizmatyczną. Ale oni wiedzieli, co się szykuje…
No i znacznie później mamy różne dziwne ustawy, które zaczęły przechodzić przez polski parlament. W 2001 roku mieliśmy weto prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego w sprawie ustawy reprywatyzacyjnej. Mówił, że reprywatyzacja ma iść przez sądy i że jest to najbardziej uczciwe. W 2003 roku zostało zlikwidowane planowanie przestrzenne w państwie. W 2004 roku mieliśmy ustawę Blidy umożliwiającą eksmisję na bruk oraz zmianę ustawy o gospodarowaniu nieruchomościami, która wygenerowała falę gigantycznych odszkodowań w absolutnie sztuczny sposób. Wreszcie zmieniło się orzecznictwo sądów, co było niekonstytucyjne. Mieliśmy do czynienia z coraz bardziej retroaktywnymi interpretacjami dekretu Bieruta, zmieniającymi to, co ustawodawca miał na myśli i równocześnie ograniczającymi sferę nieodwracalnych skutków prawnych. A to sprawiło, że można zwracać wszystko…
Dziś dekret Bieruta – to majstersztyk! – zupełnie wbrew temu, po co został ustanowiony, służy do zwracania wszystkiego, co się da. Zapewne to prawo nie było najlepiej napisane, ale dziś stanowi pole do popisu dla wszelkiej neofeudalnej ekwilibrystyki. Mamy do czynienia z sytuacjami, gdy budynki leżały w gruzach, później na ich miejscu postawiono inne, czasem w nieco innej lokalizacji, zasiedlono je, ludzie wykupili tam mieszkania, a sądy administracyjne twierdzą, że nie było nieodwracalnych konsekwencji prawnych i te budynki można oddawać. To jest potężny cios w państwo prawa. To sądy administracyjne są jedną z najbardziej anarchizujących życie społeczne instytucji publicznych w Polsce.
A później mamy sławetne orzeczenie NSA, które sprowadza rolę państwa właściwie do budowy dróg i autostrad oraz mówi, że właściwie wszystko – łącznie ze szkołami, bo nie są one celem publicznym – można zwracać.
– To wszystko, o czym mówisz, pokazuje, że procesy transformacyjne wcale nie złagodniały w pierwszej i drugiej dekadzie XXI wieku – a jedynie przeniosły się w inne obszary. I zdaje się, że to jeszcze nie koniec.
– Zorganizowana przestępczość doskonale wie, że rynek nieruchomości jest najbardziej intratnym rynkiem do spenetrowania. Paliwa, narkotyki, spirytus – to są rzeczy niosące wysokie ryzyko. Obrót nieruchomościami oprócz tego, że przynosi zyski, jest też świetnym narzędziem do prania brudnych pieniędzy.
Uwaga państwa polskiego skupiła się na zderegulowaniu kwestii związanych z obrotem i zwrotami nieruchomości. Teraz mamy chyba do czynienia z ostatnim etapem tego procesu, czyli podważeniem reformy rolnej. Jeżeli to przejdzie, to moim zdaniem będziemy mogli mówić o swego rodzaju zamachu stanu: niezależnie od tego, jak oceniamy peerelowski dekret o reformie rolnej, jego zanegowanie będzie się równało otwarciu na oścież drzwi do masowego odbierania chłopom ziemi i zniszczenia porządku społecznego, jaki znamy.
Mam też pełną świadomość, że w sądach panuje korupcja. Z jednej strony mamy ideologię neoliberalną, która jest usprawiedliwieniem dla tego typu zachowań, z drugiej – ogromną korupcję wśród sędziów. Istnieje coś takiego jak Samorządowe Kolegium Odwoławcze, które jest sądem administracyjnym pierwszej instancji, ale tak naprawdę nie jest sądem, lecz częścią samorządu i jest wyjęte całkowicie spod kontroli społecznej, a decyduje o życiu dziesiątków tysięcy ludzi oraz o mieniu wartym miliardy złotych.
Ale spójrzmy szerzej: jeśli można podważyć reformę rolną, to można wszystko. Niemcy tak naprawdę nie pozbyli się roszczeń – mamy tylko deklarację rządu RFN, że nie będzie ich popierał. Ale jeżeli nasze państwo otworzy możliwość do szerokiej restytucji majątków, to wszystko przed nami. To przerażające, ale dość prawdopodobne…
– Czy jakiekolwiek instytucje publiczne były zainteresowane dbałością o konstytucyjny wymiar procesów, które właśnie zachodzą?
– Żona prezesa Trybunału Konstytucyjnego, Dorota Safjan, była osobą, która odpowiadała za reprywatyzację w Warszawie za czasów rządów Lecha Kaczyńskiego. Sama mieszka w budynku przy ulicy Kredytowej 6, który – moim zdaniem nielegalnie – chce przejąć mecenas Stachura. To jest niemożliwie, żeby wysocy przedstawiciele państwa polskiego nie widzieli, co się dzieje.
Gdy pochodzimy po prawnikach, posprawdzamy na stronach internetowych kancelarii prawnych w Warszawie, to zobaczymy, że co druga zajmuje się reprywatyzacją. Udział prawników w tym procesie jest odrażający, ponieważ obsługując osoby, które miały roszczenia do nieruchomości, stawali się właścicielami tych majątków, a później stawali się oprawcami ludzi wyrzucanymi z tych mieszkań.
Dziś słyszymy, że związany z Ordo Iuris Krzysztof Wąsowski, rzecznik dyscyplinarny warszawskiej Okręgowej Rady Adwokackiej, ma postawione zarzuty prokuratorskie w sprawie Komisji Majątkowej, czyli mienia należącego do Kościoła – i mowa o naprawdę wielkich pieniądzach. Mamy szefa Okręgowej Rady Adwokackiej Grzegorza Majewskiego, który sam się zajmuje reprywatyzacją, jak to obserwujemy w przypadku Chmielnej 70. Widzimy, że rodzina Hanny Gronkiewicz-Waltz przejęła dawną pożydowską kamienicę, do której w zupełnie nieprawny sposób zgłaszali prawa samozwańczy właściciele. I tak dalej. Wyłania się nam obraz elit, które chcą skolonizować kraj, chcą na nowo zagnać ludzi do czworaków. Ten poziom okrucieństwa, bezwzględności, korupcji, oszustwa, niewiarygodnej buty i chamstwa kojarzy mi się z najgorszymi tradycjami sarmacko-magnackiej Polski.
– Kilka miesięcy temu gościliśmy obaj w programie „Bez Retuszu” w TVP INFO, poświęconym aferze reprywatyzacyjnej i zabójstwu Jolanty Brzeskiej. Dawny prezydent Warszawy Marcin Święcicki uspokajał nas, że właściwie wszystko dzieje się zgodnie z prawem: owszem, były jakieś nadużycia, ale zasadniczo rzecz idzie w dobrym kierunku, a reprywatyzacja po polsku jest procesem słusznym i sprawiedliwym.
– Pan Święcicki pokazuje nędzę intelektualną tych elit. Nawet na poziomie prostego logicznego rozumowania można wysnuć wniosek, że restytucja mienia, czyli reprywatyzacja nieruchomości w naturze, jest niegodziwością po upływie kilku dekad.
Stanowisko Miasto Jest Nasze jest proste: odszkodowanie od 20 proc. wartości nieruchomości na dzień nacjonalizacji. Jeśli miałeś zadłużoną stertę gruzów, to dostajesz 20 proc. wartości zadłużonej sterty gruzów. W morzu krzywd, jakie wydarzyły się w dziejach Polski w XX wieku i wcześniej, ta jedna krzywda związana z nacjonalizacją nie może być traktowana na specjalnych zasadach. A w jakim stanie Warszawa była po wojnie, najlepiej pokazują na serio rozważane wówczas pomysły, żeby stolicę kraju przenieść do Łodzi.
Dodajmy jeszcze, że można poprawnie i skutecznie argumentować, że do żadnej reprywatyzacji nie powinno dojść, ponieważ mamy choćby kwestię zasiedzenia.
– Warszawa była odbudowywana wysiłkiem nie tylko jej mieszkańców. Energię do odbudowy czerpano choćby z chłopskich kontyngentów.
– Ponadto chłopi kontyngenty musieli płacić aż do lat 70. Czy będziemy za to zwracać ich rodzinom?
Jako Miasto Jest Nasze mamy poczucie tak daleko idącego absurdu dzisiejszych praktyk reprywatyzacyjnych uprawianych na drodze sądowej, że rozważamy – w formie intelektualnej prowokacji – złożenie pozwu zbiorowego przeciwko Związkowi Szlachty Polskiej w sprawie pańszczyzny. Wyszły mi 4 biliony złotych – bez odsetek. I wtedy możemy się zastanawiać nad wyrównywaniem historycznych krzywd.
Oczywiście, są różne historie. Moja matka odzyskała przedwojenną rodzinną kamienicę w Krakowie. Ten budynek nie był zburzony, mój dziadek był w księdze hipotecznej itd. Nie uważam jednak, żeby to było sprawiedliwe, że odzyskaliśmy kamienicę w naturze. Powinno być wypłacone odszkodowanie.
– Przy okazji, władze Warszawy mówią o Tobie jako o cynglu Prawa i Sprawiedliwości. Masz twarde dowody na to, że nim nie jesteś?
– [śmiech] Polecam naszą nową mapę reprywatyzacyjną, dostępną w internecie, na której ujawniamy związki ludzi związanych z Prawem i Sprawiedliwością z warszawską reprywatyzacją. Nagłaśniamy sprawy, które uderzają i w jednych, i w drugich. Ale jest oczywiste, że bardziej będziemy krytykować Platformę, bo to Platforma rządziła w stolicy przez ostatnie dziesięć lat. To oni mieli prezydenta, premiera, prezydent Warszawy, to oni nadal rządzą w Warszawie, to ich urzędnicy fizycznie podpisują decyzje i za to wszystko odpowiadają.
Co nie zmienia faktu, że reprywatyzacja nie mogłaby trwać tyle, nie mogłaby krzywdzić tylu ludzi, nie mogłaby być takim źródłem zysku, gdyby nie była ekumenicznym biznesem. Przy tym korytku posilili się i ludzie z PO, i ludzie z PiS, i Kościół, i komuchy…
– Na mapie reprywatyzacyjnej znalazł się również Jacek Kotas, w 2007 roku podsekretarz stanu w Ministerstwie Obrony Narodowej w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, a obecnie prezes zarządu Fundacji Narodowe Centrum Studiów Strategicznych, zajmującej się bezpieczeństwem militarnym Polski.
– Kotas od 2002 do lata 2016 roku był w zarządzie firmy deweloperskiej Radius Projekt oraz wielu spółek powiązanych z Radiusem – wycofał się z nich wszystkich między czerwcem a sierpniem. Z Radiusem jest związana firma ICON, która rewitalizuje odzyskane kamienice i, naszym zdaniem, dostaje bardzo liberalne warunki konserwatorskie.
Kotas jest również związany z Marią Buczyńską, prezeską w spółkach Radiusa i wspólniczką Katarzyny Janowskiej, prawej ręki Piotra Wociala, który m.in. był pełnomocnikiem Feniksa w sprawie zreprywatyzowanej kamienicy na Noakowskiego 16, przejętej przez męża Hanny Gronkiewicz-Waltz. Zwrócę uwagę na ciekawą rzecz, pokazującą logikę procesów transformacyjnych: otóż firma Radius dawniej zajmowała się prywatyzacją majątku publicznego, prywatyzacją przedsiębiorstw miejskich i państwowych. Widać, jak to się wiąże z granicą pomiędzy państwem a biznesem.
Mapa reprywatyzacyjna dobrze pokazuje szerszy obraz warszawskiego rynku nieruchomości. Dobrze widać, jak ci wszyscy ludzie są ze sobą związani, jak robią ze sobą interesy, jak osoby ze wszystkich opcji biorą w tym udział. Mam nadzieję, że w PiS jednak zwycięży chęć rozliczenia z tym i pociągnięcia do odpowiedzialności osób, które w tym współuczestniczyły.
– Jak opiszesz relacje z instytucjami publicznymi, samorządowymi i centralnymi, poziom ich zainteresowania i kompetencji w tej tematyce?
– Nie ma tego dialogu, nie ma rozmów. Jesteśmy dla nich intruzami. Poza tym ukrócić dziką reprywatyzację można by za pomocą zrealizowania wyroku Trybunału Konstytucyjnego z maja 2015 roku, który mówi o stwierdzaniu nieważności decyzji administracyjnych. Na podstawie tego ucięto by wszystkie zwroty budynków w naturze tam, gdzie doszło do nieodwracalnych zmian w prawie. To tylko kwestia realizacji jednego wyroku TK! Komitet Obrony Demokracji jest niezainteresowany, podobnie PiS i PO.
Panuje zmowa milczenia – nikogo to nie obchodzi. Na mapie reprywatyzacyjnej pokazujemy, że ludzie, którzy reprezentowali lub reprezentują państwo, są powiązani z grupami, które mają kontakty ze zwykłymi gangsterami: ludźmi związanymi ze SKOK-ami Wołomin, z mafią pruszkowską i wołomińską. To też tłumaczy, dlaczego zamordowano Jolantę Brzeską – dlatego, że w reprywatyzacji biorą udział gangi, ludzie, którzy nie boją się zabić. Mamy do czynienia z państwem, które realizuje nie interes zwykłych obywateli, ale tych wszystkich uprzywilejowanych grup.
– Wróćmy do prób waszej współpracy z instytucjami publicznymi.
– Pamiętam, jak rozmawiałem z wiceprezydentem Warszawy Jarosławem Jóźwiakiem, mówiłem mu o tym wyroku TK – nic, zero zainteresowania.
Naprawdę uważam, że cechą charakterystyczną współczesnych polskich elit jest pogarda dla szerokich rzesz społeczeństwa. I w związku z tym ci, którzy robią reprywatyzację, uważają, że mogą wszystko. A inni się obojętnie przyglądają. Może ta pogarda została przyjęta w sposób nieświadomy, ale jest faktem: pogarda czy wręcz nienawiść wobec słabych, przyzwolenie na przemoc wobec nich. Nie odczuwałem tego długo, ponieważ nie byłem i nie jestem ofiarą reprywatyzacji, ale zobaczyłem, że możliwe są wszelkie szwindle i strukturalna przemoc wobec ofiar „czyścicieli” kamienic – i się przeraziłem.
A przecież potrzebne są tylko dwie niewielkie zmiany: zmiana przepisu 156 w Kodeksie Postępowania Administracyjnego i jednego przepisu w ustawie o gospodarowaniu nieruchomościami. Spowodowałoby to zarówno zablokowanie przekazywania nieruchomości w naturze, jak i zmniejszenie wysokości odszkodowań – wartość byłaby wyznaczana nie na dzień wydania decyzji o zwrocie, ale na dzień nacjonalizacji.
– Myślałem także o reagowaniu instytucji na los eksmitowanych ludzi, o merytorycznej zdolności i możliwościach reagowania urzędników choćby na roszczenia rzekomych właścicieli – czyli o tym, czy urzędnicy, także niższych szczebli, potrafią/chcą troszczyć się o dobro wspólne, dobro publiczne.
– Myślę, że wielu urzędników niskiego i średniego szczebla nie ma po prostu nic do powiedzenia. Spotkałem paru naprawdę świetnych urzędników, którzy doskonale wiedzieli, na czym ten szwindel polega i próbowali mu przeciwdziałać. Ale takie osoby są osamotnione. System jest ustawiony od góry. W tym świecie działają ludzie absolutnie zdemoralizowani. Wiesz, ilu urzędników Biura Gospodarki Nieruchomościami ma roszczenia do stołecznych nieruchomości?
– Uświadom mnie.
– Roszczenia ma lub może mieć 1/3 urzędników BGN. To jest, k…, niemożliwe. Jeżeli weźmiemy rozkład statystyczny i powiemy sobie, że 3 proc. dzisiejszych warszawiaków ma jakieś roszczenia, to nie jest możliwe, żeby aż tak liczna część stosunkowo niewielkiej grupy pracowniczej była spadkobiercami dawnych właścicieli.
Są urzędnicy, którzy chcieli dobrze, ale zazwyczaj nie mieli wpływu na to, co się dzieje, choć czasem się udawało. Podam przykład pełnomocnik miasta, mecenas Izabelli Korneluk, która w Śródmieściu wywalczyła anulowanie odszkodowania dla Marka Mossakowskiego – za Hożą 25a. Mossakowski za 550 zł – jedna umowa na 500 zł, druga na 50 zł – odkupił prawa do kamienicy od dwóch starszych kobiet i od państwa domagał się 5 milionów złotych za utracone korzyści. Sąd pierwszej i drugiej instancji przyznał mu to odszkodowanie, ale Korneluk w Sądzie Najwyższym doprowadziła do bezprecedensowego orzeczenia, że umowa przeniesienia praw do własności za 500 złotych, dotycząca nieruchomości wartej wiele milionów, jest po prostu nieważna, bo łamie podstawowe zasady współżycia społecznego. Czy po tak wielkim sukcesie panią Korneluk awansowano na wiceprezydenta odpowiedzialnego za reprywatyzację? Wyrzucono ją z pracy. A to był typ urzędniczki, która w urzędzie pracowała ponad dwadzieścia lat, przykład osoby o absolutnie propaństwowym i prospołecznym nastawieniu. Ale tacy ludzie, którzy robią coś dobrze i uczciwie, są sekowani – dostają w twarz od tych, którzy stoją wyżej i przyszli się nakraść.
Co gorsza, sądzę, że sytuacja w Warszawie w sprawach samorządowych jest relatywnie lepsza niż w innych miastach w Polsce, szczególnie mniejszych i małych. W stolicy ma się większe możliwości znalezienia pracy, nie jest się skazanym np. na posady w administracji. A im mniejsze miasto, tym wpływ samorządowców większy.
– Potrafisz wskazać najbardziej Twoim zdaniem bulwersujące historie reprywatyzacyjne?
– Wspomniana wyżej Hoża 25a jest naprawdę bulwersująca. Kazimierzowska 34 – Jakub Rudnicki w stołecznym Ratuszu wydawał decyzje dotyczące nieruchomości odebranych na mocy dekretu Bieruta i zwracanych przez miasto dawnym właścicielom, a później wystąpił z wnioskiem o zwrot nieruchomości na warszawskim Mokotowie. Przejął ją razem z mieszkańcami, ponad dwukrotnie podniósł czynsz. Zatrudnił tam Jacka Powsińskiego, znanego „czyściciela” kamienic. „Zwrócono” również publiczne gimnazjum na Twardej – lipne testamenty, kuratorzy z Karaibów, ale tę decyzję niedawno cofnięto, ponieważ kilku zainteresowanych występowało jako kuratorzy nieżyjących osób, co jest niezgodne z prawem.
– Gdy patrzysz w przeszłość, jesteś w stanie pokazać, w jaki sposób zmieniała się dynamika sporu o warszawską reprywatyzację, wskazać kamienie milowe, najważniejsze wydarzenia, który wpływały choćby na decyzje Ratusza, doprowadziły do większego zainteresowania mediów?
– To zabrzmi strasznie, ale sprawą, która spowodowała, że warszawska reprywatyzacja znalazła się na radarze opinii publicznej, była śmierć Jolanty Brzeskiej w marcu 2011 roku. Sam wtedy zorientowałem się, że istnieje taki problem. W tamtym czasie działały ruchy lokatorskie, które walczyły z handlarzami roszczeń i „czyścicielami” kamienic. To oni budowali wśród ludzi podstawową świadomość, że w ogóle coś złego się dzieje.
Dodajmy do tego sprawę reaktywowanej jeszcze wcześniej, bo w 2005 roku, spółki Giesche, która chciała „odzyskać” 1/3 Katowic. To był pomysł ludzi z Wybrzeża, którzy nie mieli żadnych związków z przedwojenną firmą. Otóż odkupili od kolekcjonera pakiet przedwojennych akcji spółki Giesche na okaziciela, udali się do sądu i zażądali upoważnienia do zwołania walnego zgromadzenia akcjonariuszy przedwojennej spółki Giesche SA. Sąd dał im takie prawo i spółka została wpisana do rejestru. Sprawa ciągnęła się latami i świetnie pokazywała mechanizm „odzyskiwania własności”.
No i są jeszcze historie Komisji Majątkowej, z której ludzie związani z Kościołem razem z byłymi esbekami wyprowadzili setki milionów złotych.
Później pojawiamy się w Warszawie my, czyli MJN, zaczynamy tłumaczyć reprywatyzację klasie średniej: robimy mapę reprywatyzacji, zaczynamy mówić o przejmowanych szkołach, miejscach publicznych, niszczonych zabytkach, takich jak kamienica Mirona Białoszewskiego.
Wreszcie w 2015 roku mamy zmianę władzy w Polsce, odblokowanie – jednak – prokuratury warszawskiej i pojawienie się woli ścigania ludzi związanych z aferą reprywatyzacyjną, abstrahując od motywacji ścigających. W kwietniu 2016 roku ukazał się w stołecznej „Gazecie Wyborczej” artykuł ujawniający niewiarygodny szwindel na placu Defilad: okazało się, że w 2012 roku miasto bezpodstawnie oddało cenną działkę w samym sercu Warszawy, choć jej dawny właściciel, obywatel Danii, został spłacony jeszcze w latach 50. XX wieku przez ówczesne polskie władze. Nieco później w „Gazecie Wyborczej” zapadła decyzja, żeby materiał ze „Stołecznej” poszedł w wydaniu ogólnopolskim. Działo się to w sezonie ogórkowym, więc temat „zażarł”. To wszystko podbudowane było działalnością MJN, działalnością ruchów miejskich i lokatorskich, zmienioną atmosferą polityczną, większym zainteresowaniem mediów prawicy. I tak wybuchła afera reprywatyzacyjna, która właściwie już wygasa.
– A domyślasz się może lub wiesz, jak to się stało, że „Gazeta Wyborcza”, która już parę lat temu mogła się solidnie wziąć za ten temat, dopiero teraz się na to zdecydowała?
– Równie dobrze można zapytać, co robili przez ostatnie dziesięć lat radni PiS, a jest ich w tym mieście około dwustu…
– Skąd wziął się pomysł na warszawską mapę reprywatyzacyjną? I czym ona jest w waszym zamyśle? Dziś można ją znaleźć w internecie, ale musieliście o nią toczyć boje w sądzie.
– Skierowano przeciw nam dwa pozwy, jest już w tej sprawie kilka wyroków. Gdybyśmy nie mieli wsparcia mediów i kilku przyjaznych adwokatów, to mogłoby się to skończyć różnie. W pierwszej instancji sąd cywilny skazał nas absolutnie skandalicznym wyrokiem, który godził w elementarne zasady wolności słowa.
Gdy dostałem ten pierwszy wyrok, pomyślałem: to znaczy, że trzeba z Polski uciekać. Na szczęście system sądowniczy ostatecznie pokazał, że nie jest aż tak bardzo skorumpowany – sąd apelacyjny i sądy karne uwolniły nas od zarzutów. Okazało się, że poziom tego draństwa, które dzieje się w Warszawie, jest już nie do ukrycia, że ten poziom patologii i niesprawiedliwości po prostu razi. Ale nadal otrzymujemy mnóstwo pism przedprocesowych, jesteśmy straszeni prawnikami. Jeśli ktoś nie ma dość twardego tyłka, pewności siebie, także pewnych kompetencji, to czuje strach przed takimi ludźmi.
– A dlaczego właśnie mapa?
– Reprywatyzacja jest cholernie skomplikowana dla ludzi niewtajemniczonych, którzy z daleka obserwują tylko pewne jednostkowe zjawiska. Potrzebowaliśmy narzędzia, które w graficzny sposób będzie w stanie pokazać, jaka jest skala zjawiska i powiązania między jego bohaterami. Trzeba też było przekuć na język klasy średniej, mediów i multimedialnej opinii publicznej to, o czym stowarzyszenia lokatorskie mówiły od lat. Im brakowało języka, z pomocą którego można się było przebić dalej. Nam też jego stworzenie zabrało trochę czasu.
– Pamiętam dobrze, że gdy kilka lat temu mówiłem swoim dobrze rokującym znajomym o lokatorach wyrzucanych z mieszkań, odpowiedź była powątpiewająca: to pewnie menele, ludzie życiowo roszczeniowi i niezaradni, którzy pasożytują na czyjejś świętej własności.
– Pomysł elit III RP na rządzenie polega m.in. na skłóceniu klasy średniej z klasą ludową. Doprowadzono choćby do tego, że zlikwidowano budownictwo społeczne i komunalne. Młody człowiek, który przyjeżdża do Warszawy robić karierę, kupuje mieszkanie na kredyt. Nagle się okazuje, że jakaś biedota mieszka w świetnych wielkich kamienicach w centrum Warszawy, a ja jestem zmuszony kupić na Białołęce małą kawalerkę i będę ją spłacał trzydzieści lat. I tracę dwie godziny dziennie w korkach.
Nic dziwnego, że przerzucenie winy na lokatorów wyrzucanych z mieszkań działało. Sfrustrowani zapracowani trzydziestolatkowie mówili: dlaczego oni mają mieć lepiej od nas? Elity, które tak to urządziły, miały na kogo szczuć młodych na dorobku. Ale gdy zaczęto odbierać ludziom parki i szkoły, gdy w najmniej oczekiwanych miejscach zaczęły powstawać biurowce zupełnie niepasujące do okolicy, gdy pojawiła się taka grupa jak frankowicze – zobaczyli, w co byli wkręcani. Dużo osób jakoś dojrzało. Ja sam dojrzałem, gdy to wszystko zobaczyłem i zrozumiałem, jakie to podłe.
– Gdy rozmawiałem z panią Ewą Andruszkiewicz, uprzytomniłem sobie, że należy ona do dość nielicznego grona osób, które potrafią zwerbalizować, opisać to, czego doświadczyły jako prześladowani lokatorzy. Wielu ludzi nie potrafiło wypowiedzieć niesprawiedliwości, która ich dotykała.
– Nie chcę, żeby to źle zabrzmiało, ale w grę wchodzą kompetencje kulturowe. Gdy ktoś jest z klasy średniej albo z inteligencji, to będzie w stanie napisać pismo zamiast prawnika, przedstawić swoje racje przed sądem. Jeżeli większość życia tyrał, miał ograniczony kontakt ze słowem pisanym, boi się instytucji itp., to go to wyklucza, czyni bezbronnym wobec znacznie lepiej zorganizowanego przeciwnika.
Nie wiem, na ile to kontrowersyjna teza, a na ile rzecz oczywista, ale mamy klasę ludową o niższych kompetencjach kulturowych, która otrzymała awans społeczny w czasach Polski Ludowej, a teraz znów doświadcza degradacji. I jest sprowadzana do miejsca, w którym była w czasach II Rzeczpospolitej albo jeszcze wcześniej.
– Przy okazji: mówiliśmy o mapie stołecznej reprywatyzacji. A jak wygląda mapa organizacji społecznych stanowiących drugą stronę konfliktu?
– Oprócz nas działają Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów, Kancelaria Sprawiedliwości Społecznej, Komitet Obrony Lokatorów i Komitet Obrony Praw Lokatorów. Działają również – choć nie wiem, na ile to jest „nasza strona” – stowarzyszenia autentycznych spadkobierców w Warszawie, którzy są bardzo źle traktowani przez miasto. Tak naprawdę to mało.
Zależy nam na szerokich koalicjach ze wszystkimi, którzy są zainteresowani zmianami na lepsze w prawie reprywatyzacyjnym, ponieważ tylko zmiany prawa są realnym remedium na sytuację. Budujemy nacisk. Mam zresztą nadzieję, że Kongres Ruchów Miejskich, który wreszcie zostanie zarejestrowany jako podmiot prawny, będzie platformą lobbingu na rzecz zmian w prawie na poziomie parlamentarnym.
Powiem wprost: ruchy miejskie, stowarzyszenia lokatorskie nie są w stanie być stroną w każdym procesie, nie dadzą rady pomóc wszystkim – tego jest za dużo. Jeżeli państwo nie jest zainteresowane systemowym uzdrowieniem sytuacji, to jesteśmy w ciężkim położeniu.
– Z naszej rozmowy wyłania się obraz państwa, instytucji publicznych, które – z całą pewnością w tej właśnie sprawie – są zupełnie niezainteresowane tym, co nazywamy dobrem wspólnym. Czy w Polsce działają jakieś instytucje nakierowane na organizacje takich jak wasza czy na ludzi skrzywdzonych przez dziką reprywatyzację? Myślę choćby o Rzeczniku Praw Obywatelskich?
– Bardzo lubię Adama Bodnara, ale w sprawach reprywatyzacji ograniczył się do zajęcia jednego stanowiska. To jest ewidentnie niewystarczający stopień zaangażowania. To może wynikać z tego, że sam w tym momencie trochę zastępuje całe państwo – a ma na to osiem milionów budżetu. Oczywiście, zdecydowanie bym sobie życzył, żeby RPO bardziej zaangażował się w tę sprawę, ponieważ jest on naszym sojusznikiem.
Niedawno spotkaliśmy się z Naczelną Radą Adwokacką. Nie wiem, na ile to PR, a na ile szczere chęci, aby uporządkować jednak ten bałagan, który dzieje się w warszawskiej palestrze. Chcemy zrobić spotkanie ze stowarzyszeniami sędziowskimi, z Izbą Notarialną. Prof. Ewa Łętowska daje dziś dobry przykład środowiskom prawniczym, choć sama przed laty była przeciwniczką ustawy reprywatyzacyjnej. Ale – powtórzę – nie jesteśmy bardzo liczni i nie mamy zbyt wielu sojuszników.
Wiesz, często jest tak, że nawet wysoko postawieni ludzie, gdy z nimi rozmawiam, kiwają głowami: tak, tak, dzieje się źle, to wszystko jest takie niesprawiedliwe, no ale… Jak śpiewały Elektryczne Gitary: „Wszyscy zgadzają się ze sobą, a będzie nadal tak jak jest”. Mam na przykład dobry kontakt z posłem PiS Pawłem Lisieckim z warszawskiej Pragi, jest bardzo sympatyczny, zgadza się ze mną, faktycznie zajmuje się tą tematyką, ale pojedynczy politycy też nie wszystko mogą w obrębie logiki struktur, w jakich się poruszają.
– Ponad dwa lata temu w wywiadzie dla portalu „Nowego Obywatela” mówiłeś: Dzika reprywatyzacja zaczyna zagrażać wspólnej przestrzeni – parkom, szkołom czy szpitalom – na niespotykaną dotąd skalę. Częściowo jest to też niestety kwestia wizerunku lokatorów – z jednej strony klasa średnia patrzy na nich trochę z góry, z drugiej, ludziom, którzy wynajmują mieszkania na rynku albo kupują ciasne mieszkanie na kredyt gdzieś na obrzeżach miasta, jawią się oni jako grupa uprzywilejowana. Ale to nie jest tylko kwestia uprzedzeń klasowych – po prostu sama logika konfliktów o mieszkania jest bardziej partykularna, bo odbywa się np. na skalę kamienicy. Ludzi łatwiej jest podzielić, pozbywać się ich stopniowo, a protest na większą skalę opiera się raczej na odruchach solidarności niż na poczuciu, że broni się wspólnej własności wszystkich mieszkańców. Tymczasem konflikt np. o szkołę czy skwer dotyka bezpośrednio całej społeczności. Czy ten podział został już zażegnany? Czy obecnie jest to już wspólna walka różnych środowisk?
– Ludzie coraz mocniej uświadamiają sobie, że to wszystko jest oparte na jednym wielkim szwindlu. Nikt nie lubi być okradany. To jest ten moment, gdy obywatele zrozumieli, że to naprawdę nie ma nic wspólnego z naprawianiem krzywd. W takim sensie jesteśmy już wspólnotą – bo ta wiedza się uwspólniła.
Ale wciąż chodzę po warszawskich wspólnotach mieszkaniowych i widzę, jak funkcjonują. Są takie, które świetnie działają, są solidarne, i takie, do których przychodzę i słyszę: „to bardzo fajnie, że będzie reprywatyzacja, bo z tymi komunalnymi mamy same kłopoty, poza tym chcemy wreszcie zrobić remont klatki schodowej”. Oni wierzą, że gdy przyjdzie handlarz roszczeń wraz z „czyścicielami” kamienic, to wyrzuci niewygodnych sąsiadów i zrobi remont. Niestety, takich wspólnot mieszkaniowych jest w Warszawie sporo.
Bardzo istotna sprawa: sądy administracyjne odebrały ludziom wyrzuconym z reprywatyzowanych kamienic prawo do bycia stroną w postępowaniu – nie mają się jak bronić. To jest moim zdaniem łamanie podstawowych praw człowieka: bo jakim cudem nie ma interesu prawnego człowiek, który mieszkał w kamienicy trzydzieści lat i posiada ważną umowę najmu?! Jak sąd może coś takiego stwierdzać?! Tacy ludzie są zostawieni sami sobie. Ich jedynym ratunkiem jest pomoc wspólnoty mieszkaniowej (choć niektóre sądy też to kwestionują): ona ma prawo być stroną w postępowaniu. Ale jeżeli wspólnota odwraca się do nich plecami i mówi im: spieprzajcie! – to są już zupełnie sami. To fenomenalny eksperyment społeczny: wojna między ludźmi napuszczonymi na siebie. Z jednej strony mamy tych, którzy wykupili mieszkania, mieli na to pieniądze i możliwości, a z drugiej tych, którzy nie wykupili mieszkań, bo albo nie mieli pieniędzy, albo nie czuli konieczności. Ci ludzie latami żyli drzwi w drzwi i nagle jeden zaczyna pogardzać tym drugim, ponieważ dostaje silny sygnał z zewnątrz, że ten obok niego, bez wykupionego mieszkania, jest obywatelem drugiej kategorii, z którym można zrobić, co się chce. Takich przypadków jest mnóstwo. Znam konkretne przypadki: fotograf-celebryta, który robi zdjęcia wszystkim polskim sławom, koszmarnie bogaty, traktuje jak śmiecia swoją sąsiadkę, ponieważ ona jest „komunalna” – i w naszym świecie wolno mu tak robić.
Dobrze to pokazuje neofeudalny, okrutny rys polskiego społeczeństwa i państwa, który uświadamia, jak tutaj musiała wyglądać sytuacja kilka wieków temu. Dziś jest to lekko upudrowane, ale w kluczowych sytuacjach ujawnia się z całą siłą. Sądy uderzyły w elementarną solidarność międzyludzką, doprowadziły do poróżnienia ludzi, stworzenia tych dwóch wspomnianych już obywatelstw: obywatelstwa opartego na własności i obywatelstwa minus własność, które jest czymś gorszym.
– Już prawie trzydzieści lat budujemy społeczeństwo obywatelskie, standardy demokratyczne, ale gdy poskrobać pozłotkę, dochodzimy do momentu, w którym naga siła finansowa może decydować o wszystkim.
– Wyobrażam sobie, że gdyby w jednym z wielkich zachodnich miast zaczęło się wyprawiać coś takiego jak w Warszawie, to kilkadziesiąt tysięcy ludzi wyszłoby na ulicę, stanęło przed ratuszem i temat byłby posprzątany. Niestety, w Polsce mamy niski poziom solidarności społecznej, za to wysoki – wzajemnej nieufności. To pokazuje, że nie udało się zbudować społeczeństwa obywatelskiego w szerszej skali. Widzę przyszłość Polski w naprawdę ciemnych barwach – wydaje mi się, że reprywatyzacja odsłania potężny kryzys państwa i elementarnych wartości w społeczeństwie. W dodatku refeudalizacja społeczna jest procesem, który naprawdę zachodzi. A to najbardziej zagraża naszej suwerenności, bo prowadzi do atrofii państwa, atomizacji społecznej.
Jeżeli „coś dmuchnie”, to nasze państwo rozsypie się jak domek z kart, ponieważ nikt nie będzie go bronił, bo ludzi, którzy są zainteresowani chronieniem jego interesu, obroną interesów nie tylko najbogatszych, jest garstka.
– W Warszawie dochodzi do żywiołowych procesów społecznych, związanych choćby ze znacznym napływem siły roboczej, fizycznej i umysłowej. A z drugiej strony są ci starsi ludzie, dorastający i dojrzali jeszcze w PRL, później niekiedy na nowo układający sobie życie w III RP, którzy dziś nikomu nie są potrzebni. Wspominaliśmy już o tym – oni się latami wzajemnie nie słuchali i nie znali.
– Dodałbym do tej mozaiki problemów jeszcze coś, co nazywam absolutnym brakiem wiary w sprawczość: że obywatel niczego sam nie jest w stanie zmienić. Jako ruchy miejskie powstaliśmy po to, żeby pokazać, że jeśli się dogadamy, jeśli się zrzeszymy, jeśli będziemy odważni, jeśli nie będziemy bać się konfliktów, jeśli będziemy pryncypialni, jeśli będziemy radykalni – to będziemy w stanie zmienić różne rzeczy. Miasto Jest Nasze, oczywiście z pomocą innych organizacji, doprowadziło do odwołania w Warszawie trzech wiceprezydentów, nagłośniło wiele afer, doprowadziło razem z innymi organizacjami do dymisji szefa Okręgowej Rady Adwokackiej. Ludzie muszą zacząć wierzyć, że są w stanie coś zmienić – musimy wspólnie działać na rzecz oddolnej zmiany systemowej, ponieważ elity bez silnych nacisków nie są zainteresowane naruszaniem status quo.
Bez stałej presji niewiele osiągniemy. Widać przecież jak bardzo władze Warszawy lawirują. Hanna Gronkiewicz-Waltz obiecała, że wstrzyma decyzje reprywatyzacyjne aż do momentu uchwalenia ustawy, co było odważnym ruchem, a teraz Witold Pahl, nowy wiceprezydent, mówi, że nie, że skądże, nic takiego nie mówiliśmy, reprywatyzacja idzie dalej… Oni nas okłamują bez wstydu! Uznali, że interes musi iść dalej: poświęci się kilka figur, ludzie opisani przez „Gazetę Wyborczą” może pójdą na rzeź, znajdą się kozły ofiarne – ale przecież mowa o miliardach złotych.
– Jesteś zadowolony z tzw. małej ustawy reprywatyzacyjnej? Niektórzy nazywają ją „ustawką”.
– Ona w ogóle nie zablokuje handlu roszczeniami. Owszem, umożliwi kontrolowanie kuratorów, ale to było możliwe już wcześniej – tyle że sądy były tak skorumpowane lub gnuśne, że ustalały 120-letnich kuratorów dla prawowitych właścicieli nieruchomości. Ta ustawa daje też – fakultatywnie! – możliwość odmowy wydawania decyzji w przypadku różnych celów społecznych. Ale fakultatywność daje znów możliwość korupcji. Poza tym, jak mnie informowano, jej bolączką jest wygaszenie roszczeń, które były zgłoszone zgodnie z prawem. Prawnicy mówią, że będzie skarżona do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.
Jest dla mnie dziwne, jak już mówiłem, że nie zmieniono ustawy o gospodarowaniu nieruchomościami i nie zmieniono zapisów w KPA, a zmieniono przepisy wtórne wobec nich. W najlepszym razie było to działanie PR, które miało ucywilizować reprywatyzację, żeby tak nie kłuła w oczy klasy średniej. W gorszym przypadku jest to kolejny mechanizm do zarabiania pieniędzy na reprywatyzacji. Martwi mnie również to, że tę ustawę pisali Marcin Bajko i senator Aleksander Pociej, osoby zaangażowane w reprywatyzację.
– Próbowałeś sprawami warszawskiej reprywatyzacji zainteresować np. lokalny Kościół…
– [śmiech]
– Poczekaj, pozwól, że dokończę pytanie. Próbowałeś pokazać nieetyczny wymiar sprawy, którą chyba warto byłoby także, ze względu na skalę zjawiska, „objąć duszpasterską troską”? A może znasz takie próby zainteresowania ze strony dostojników Kościoła tą krzyczącą niesprawiedliwością? Czy może pytam naiwnie?
– Nawet do głowy mi to nie przyszło. A może trzeba by wprost ich o to zapytać. Kościół jest bardzo zaangażowany w reprywatyzację, kilka afer jest związanych z tą instytucją. Choćby słynne grunty na Białołęce, które były wycenione przez Komisję Majątkową na 30 milionów złotych, a okazało się, że były warte ćwierć miliarda złotych.
W Warszawie Kardynał Kazimierz Nycz jest bardzo zaangażowany w działalność deweloperską, chce budować Nycz Tower na miejscu dawnej parafii i cmentarza z XIX wieku.
– Wyjaśnijmy czytelniczkom i czytelnikom, co to Nycz Tower.
– Kościół chce wybudować monstrualnej wielkości wieżowiec tuż przy kościele świętej Barbary, to zabytkowe miejsce w Śródmieściu, zachowane przed pożogą wojenną. Kardynał Nycz forsuje plan zagospodarowania przestrzennego, który umożliwia wyburzenie XIX-wiecznej parafii i postawienie na miejscu starego cmentarza i fragmentu XIX-wiecznej Drogi Krzyżowej czegoś, co ma się nazywać Roma Tower. My na to mówimy Nycz Tower, bo to inicjatywa hierarchy, który jest ewidentnie łasy na kasę. Co więcej, po drugiej stronie tej działki był kompleks szkół. Te szkoły już zamknięto i idą do zaorania. I tam też mają stanąć wieżowce. A jest to naprawdę piękny fragment kameralnej zabudowy z przełomu XIX i XX wieku. Podsumowując: władze warszawskiego Kościoła też są ślepe, ponieważ same były zainteresowane robieniem pieniędzy na reprywatyzacji.
– A może właśnie trzeba do nich uderzyć? Zapytać, czy widzą zło, które się dzieje? Zapytać, czy są zdolni do reakcji?
– Nie pomyślałem o tym. Może to dobry pomysł. Nie wpadłem na to też z moją gminą żydowską. Ale wiesz, zarówno Kościół, jak i gmina żydowska były gigantycznymi beneficjentami reprywatyzacji.
– Jesteś jednym z liderów warszawskiego antyreprywatyzacyjnego ruchu oporu. Często słyszysz pogróżki?
– Miałem jeden dziwny telefon, ale to od osoby mi życzliwej, która przekazała pewne informacje krążące po mieście. Sądzę, że to będą raczej próby dezawuowania nas niż jakieś fizyczne zagrożenie.
Walimy w ten mur od trzech lat. Wydaje mi się, że udało się go poważnie nadkruszyć. Jak nie dziś, to za parę lat uda się jeszcze więcej, uda się posprzątać to wszystko. Dlatego wciąż startujemy w wyborach – rozumiemy, że dopóki nas nie ma w tej grze, dopóki nie możemy bezpośrednio naciskać na władzę w ciałach reprezentujących mieszkańców, dopóty nic się nie zmieni.
– Dziękuję za rozmowę.
Warszawa – Kraków, 13 listopada 2016 roku
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Wywiad - kwartalnik, Zima 2016
– Przypomnijmy Pani sprawę: w 2004 roku kamienica, w której Pani mieszkała, trafiła w ręce dawnego właściciela Jerzego Sułowskiego. Została Pani eksmitowana. Teraz mieszka Pani w domku w lesie kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy. Ale na tym nie koniec – wytoczono Pani proces o odszkodowanie za zajmowanie lokalu w kamienicy bez stosownej umowy. Rzekomo jest Pani winna właścicielom tej kamienicy 100 tys. złotych. Wśród tych osób jest gwiazdeczka z TVN Małgorzata Ohme.
– Ewa Andruszkiewicz: Własność odzyskiwał Jerzy Sułowski w imieniu własnym oraz brata, który mieszka w Kanadzie. W tej chwili prowadzone jest dochodzenie w sprawie zwrotu. Na moją prośbę sprawdzała to już policja, ale nie chciano mi nic powiedzieć, poza tym, że były tam nieprawidłowości, ale uległy przedawnieniu. Nie wiem, jak to obecne władze potraktują – czy były przedawnienia w rozdawnictwie nieruchomości, czy też nie.
Nie wiem, czy bratu pana Sułowskiego przysługiwało odszkodowanie w ramach umowy indemnizacyjnej (odszkodowawczej). Polska podpisała tę umowę z Kanadą w 1972 roku, to ostatnia umowa tego typu z wówczas podpisanych. Nie wiem, czy ten pan wyjechał z Polski do Kanady przed czy po 1972 roku – jeżeli po, to nic mu się już nie należało. W każdym razie ten człowiek udzielił pełnomocnictwa w sprawach nieruchomości swojemu bratu Jerzemu, mieszkającemu w Warszawie. Ten z kolei dał pełnomocnictwo „mecenasowi” Krzysztofowi Ćwiekowi. To człowiek dobrze znany w Warszawie z przejmowania nieruchomości, nie jest żadnym mecenasem, prowadzi agencję nieruchomości i handluje mieszkaniami. Ale w tej sprawie występował jako „mecenas”. Zresztą Ćwiek pojawił się również w sprawie odzyskiwania kamienicy na Nowym Świecie 24, ale wówczas w charakterze adwokata na sali sądowej.
– A kto występował przeciw Pani w sądzie?
– Był to człowiek dobrze znany w świecie warszawskiej reprywatyzacji. Przedstawiający się jako książę, mecenas Hubert Massalski – to on reprezentował powoda w sprawie.
W październiku 2015 roku doprowadziłam do tego, że policja przesłuchała wreszcie mojego przeciwnika procesowego, Jerzego Sułowskiego. Okazało się, że on w ogóle nie wie, że mi wytaczał procesy, nie ma wobec mnie żadnych roszczeń, nic nie wie o mojej sytuacji. A w Garwolinie toczy się postępowanie egzekucyjne i jest wyznaczony termin licytacji mojego domku w lesie, do którego się przeprowadziłam, gdy wyrzucono mnie z mieszkania w Warszawie z wyrokiem o treści: eksmisja bez prawa do lokalu socjalnego. Z przesłuchania wynikało, że Sułowski właściwie nie zna swoich pełnomocników, być może znał Massalskiego. Policjanci źle go przesłuchiwali.
Sułowski unikał spotkania ze mną. Znalazłam go wreszcie w szpitalu: miał przyjść na przesłuchanie, ale nie przyszedł. Policjant zadzwonił do jego żony, a ta mówi, że mąż leży po zawale na Oddziale Intensywnej Opieki Medycznej w szpitalu na Banacha. Nie wytrzymałam, pojechałam tam. I teraz najciekawsze: w 2005 roku byłam na kawie z człowiekiem, który przedstawił mi się jako Jerzy Sułowski. To człowiek, który sprzedał wszystkie odzyskane lokale w kamienicy, gdzie mieszkałam. Ale w szpitalu nie leżał ten sam człowiek.
– To nie był on?
– Nie, to była podstawiona osoba. Przedstawiłam policji rysopis. A pan Sułowski, ten prawdziwy, nie leżał wcale na OIOM-ie, lecz w Klinice Chorób Wewnętrznych Nadciśnienia Tętniczego i Angiologii. Wyglądał kwitnąco. Policja go później przesłuchała beze mnie, bo odpuściłam, przekazałam jedynie swoje pytania, które źle zadawali. Ale i tak wyszło, że on nie zna swoich pełnomocników, że nigdy nie był w notariacie, a powstało ponad dwadzieścia aktów notarialnych, w których pani notariusz pisze, że stawił się osobiście. Kto się stawił? Nie mam pojęcia – to wszystko jest nadal zagadką. Ale egzekucja komornicza mojego majątku trwa…
– Lokum, w którym mieszkała Pani w Warszawie, było w dyspozycji miasta.
– Tak. A przed wojną zostało sprzedane przez pierwotnego właściciela, zadłużonego w Banku Gospodarstwa Krajowego. Pod tym adresem odzyskano trzy mieszkania.
– Od razu podniesiono Pani czynsz?
– Tak, zresztą niezgodnie z prawem. Byłam jedyną osobą, która płaciła ten podniesiony czynsz. To nie było duże mieszkanie, niecałe 50 metrów kwadratowych. Nie należałam nigdy do ubogich. Całe życie byłam dziennikarką, pochodzę z dziennikarskiej rodziny. Mój mąż również był dziennikarzem, miał dobre zarobki jako kierownik działu w najpopularniejszym wówczas tytule prasowym. Kupienie tego mieszkania nie byłoby dla nas problemem. Ale nie dopięliśmy tej sprawy, brakowało a to czasu, a to jakichś dokumentów.
Walka z handlarzami roszczeń i czyścicielami kamienic często dotyczyła ludzi ubogich, ledwo wiążących koniec z końcem, ale też z reguły uczciwych, którzy całe życie ciężko przepracowali. To były równocześnie osoby stare – byłam jedną z ostatnich, które podpisały umowę najmu w lokalach sprzed 1945 roku. Zdążyłam się zestarzeć do nowych wspaniałych czasów, a ci, którzy mieszkali w takich lokalach po 50–60 lat, byli jeszcze starsi ode mnie i zastało ich to w momencie, gdy nie mieli już żadnego wyjścia, żadnych perspektyw. Jeżeli sądy orzekały „eksmisję bez prawa do lokalu socjalnego” – tak jak było w przypadku Joli Brzeskiej, która miała niewielką emeryturę i bodajże o 40 złotych przekroczyła limit ustalony dla wrażliwego lokatora – to gdzie się taki człowiek mógł podziać? To po prostu był dramat dla wielu ludzi i sporo osób tego nie przeżyło.
Miałam wewnętrzną pewność, że dzieje mi się straszna krzywda, na którą nie zasłużyłam, ale było mnie stać, żeby płacić podwyższony czynsz. Oni mi go jeszcze dwukrotnie podnosili – płaciłam. W związku z tym mieli problem – żeby wyrzucić, trzeba udowodnić, że dana osoba jest zadłużona.
– A chcieli Panią wyrzucić?
Im nie zależało na moim czynszu. Chcieli mnie wygnać, zależało im na mieszkaniu. To kolejny skandal, za który odpowiadają nasi ustawodawcy. Otóż osoby odzyskujące budynki są zwolnione z wszystkich opłat. Gdy zwykły człowiek uzyskuje w wyniku spadkobrania jakąkolwiek nieruchomość, to jeśli ją sprzeda w ciągu pięciu lat kalendarzowych, płaci 19 proc. podatku. Oni byli z tego zwolnieni, ponieważ – zgodnie z logiką ustawodawcy – zachowana została ciągłość własności. Widzi pan, co się dzieje? Nie płacą podatku od spadku, nie płacili podatku od sprzedaży – wystarczy „odzyskać” wiele lokali, sprzedać je dalej – co za zysk!
Zależało im, żeby jak najszybciej sprzedać te mieszkania. U mnie to były bardzo okazyjne transakcje: moje lokum zostało sprzedane za 250 tys. zł, choć było warte 400–450 tys. złotych. Inne mieszkanie, 110 metrów kwadratowych, sprzedali za 450 tys. zł. Tak niskich cen na rynku nie było – chodziło o to, żeby te lokale upłynnić. W ten sposób „uwiarygodniano” takie mieszkania – bo nawet jeżeli z daleka widać, że zostało ono kupione w złej wierze, to ten problem jakoś się rozmywa.
– A co z lokatorami z dwóch pozostałych mieszkań?
– Lokatorzy z mieszkania na górze to byli dziwni ludzie, którzy za punkt honoru stawiali sobie za nic nie płacić. Dobrze na tym wyszli, bo dostali od nowych właścicieli 60 tys. złotych, żeby tylko się wynieśli. Co do mieszkania na dole, to z nim się wiąże wręcz odwrotna, dramatyczna historia. Ojciec kobiety, która tam mieszkała, kupił je przed wojną od ówczesnego właściciela, Stefana Sułowskiego, ojczyma Jerzego Sułowskiego i jego kanadyjskiego brata. Ze względu na to, że na kamienicy ciążył dług, operacja została przeprowadzona „na lewo”, nie mogła zostać wpisana do hipoteki, gdyż rękę na pieniądzach od razu położyłby bank. Prawdopodobnie powstał jakiś akt notarialny, ponieważ nikt na gębę nie kupuje stu metrów mieszkania. Ta pani całe życie tam mieszkała przeświadczona, że jest u siebie. Nie wykupiła tego mieszkania po raz drugi. Mecenas Ćwiek od razu zabrał się za nią i jej męża: małżeństwo otrzymało ofertę, że jeśli się szybko wyprowadzi, to nowy właściciel nie podniesie czynszu i wypłaci im 75 tys. zł. Przystali na to. Ale ta kobieta tego nie przeżyła, umarła na serce, nie mogła uwierzyć, że to wszystko jest możliwe. Pamiętała, jak szła z matką, odprowadzały ojca, który jechał na dworzec z walizką pieniędzy.
– Czy szukała Pani wówczas wsparcia w instytucjach publicznych? Albo wśród ludzi, którzy mieli podobne problemy?
– Nie znałam wówczas takich osób. Z ruchem lokatorskim zetknęłam się dopiero w styczniu 2008 roku. Najpierw pisałam do prokuratur. Pierwsze zawiadomienie było o kradzieży księgi wieczystej z sądu w alei Solidarności – ale sprawa została umorzona. Gdy zapytałam, dlaczego, odpowiedziano mi, że nie jestem stroną w sprawie i nie przysługuje mi żadna odpowiedź. Nie znałam wtedy jeszcze swoich praw.
Na dobre zaczęłam się tym wszystkim interesować właśnie w styczniu 2008 roku, gdy zjawił się w moim życiu książę mecenas Hubert Massalski, który zatelefonował pewnego ranka i przedstawił się jako pełnomocnik mojego ówczesnego sąsiada Piotra Porębskiego, fotografa celebrytów. Stwierdził, że podjął się mediacji między nami.
– A skąd ta gorąca potrzeba mediacji ze strony księcia mecenasa?
– Sprawdziłam już wcześniej w hipotece, jakie ruchy są wykonywane w obrębie tej nieruchomości. Odkryłam, że jest wpis w dziale trzecim – ktoś podpisał przedwstępny akt kupna-sprzedaży mojego mieszkania. Znajomy adwokat ustalił, że to mój sąsiad podpisał ten akt notarialny. Gdy zadzwonił Massalski, powiedziałam, że nie wyświetlił mi się jego numer, poprosiłam o podyktowanie go, powtórzenie imienia i nazwiska. Dużą część pracy zawodowej poświęciłam na pisanie reportaży interwencyjnych – od razu siadłam do komputera i zaczęłam wyszukiwać informacje na temat mecenasa.
Wtedy znalazłam opis próby włamania do mieszkania Joli Brzeskiej. Gdy zobaczyłam adres, Nabielaka 9, to wpadłam w panikę i bez śniadania tam pobiegłam, żeby powiedzieć, że mam do czynienia z tymi samymi ludźmi. Joli, której wtedy jeszcze nie znałam, nie było. Ale drzwi faktycznie zostały opalone. W końcu znalazłam numer telefonu stacjonarnego do niej, przechodziła wtedy ciężki czas, to było zaraz po śmierci jej męża, Kazimierza. I to Jola zaprosiła mnie na spotkanie ruchu lokatorskiego.
Wówczas ja także byłam już sama, mój mąż zmarł wcześniej na raka mózgu. Sądzę, że cała ta sytuacja też się do tego przyczyniła, to był szok dla mężczyzny w wieku przedemerytalnym, całe życie ciężko pracującego, że nie zagwarantował swojej rodzinie dachu nad głową.
– Zakładam, że nowi właściciele nie ustawali w wysiłkach, aby również Pani pozbyć się z mieszkania.
– Dowiedziałam się, że nie odprowadzili ani złotówki z opłat, które wnosiłam na poczet ogrzewania, wody itd. To mieszkanie było w ten sposób zadłużone na 6,5 tys. zł. Poszłam do administracji wyjaśnić tę sprawę i dowiedziałam się, że mecenas Massalski twierdzi, że nie płacę. Powiedziałam, że owszem, co miesiąc płacę tysiąc złotych. Byli w szoku, bo to była dwukrotność tego, co płaciła moja sąsiadka z dołu, która miała takie samo metrażowo mieszkanie i zdążyła je już wykupić.
Dowiedziałam się przy okazji, że co roku mam ponad dwa tysiące złotych nadpłat za media. Także dlatego, że od czasu, gdy przyszedł do mnie mecenas Ćwiek i zamiast „dzień dobry” stwierdził: „Pani mieszka w cudzym mieszkaniu”, wolałam żyć w domku poza Warszawą. Poza tym coraz bardziej się bałam.
W każdym razie napisałam do właściciela dwa listy z prośbą o rozliczenie mediów, począwszy od 2004 roku. Napisałam trzeci list z informacją, że jeżeli znów mnie zlekceważy, to uznam to za zgodę na samodzielne rozliczenie tych spraw. Przestałam płacić, w sumie trwało to cztery miesiące. Wtedy dostałam rozwiązanie umowy najmu od… mojego sąsiada, Piotra Porębskiego, który poczuł się w prawie, rozwiązał cudzą umowę najmu i wytoczył mi proces o eksmisję. Gdy się wyprowadzałam w 2010 roku, on nadal nie był właścicielem, a mimo to przyszedł z komornikiem odebrać mieszkanie, chociaż jasno zadeklarowałam, że klucze oddam dobrowolnie – właścicielowi, do rąk własnych, nikomu innemu. Ale komornik przyszedł z Porębskim, a ten – ze ślusarzem. Stałam z kluczami, a ślusarz zmieniał zamek.
– Wówczas miała już Pani kontakt z ruchem lokatorskim.
– Tak, w 2008 roku byłam na pierwszym spotkaniu wypędzonych lokatorów. Dowiedziałam się, że jest więcej osób, w których życiu zjawił się Hubert Massalski. To było Krakowskie Przedmieście 35, Dahlberga 5, Jola z Nabielaka 9. Później pojawili się jeszcze państwo Święciccy, którzy mieszkali na Francuskiej 30. Wcześniej Jola od Marka Mossakowskiego, który był bardzo blisko zaprzyjaźniony z Massalskim, dostała ofertę, że ten da jej mieszkanie na Otwockiej.
Zaczęliśmy zbierać dane, zgromadziliśmy kilkanaście adresów. Próbowaliśmy zainteresować różne organy władzy. W kwietniu 2008 roku napisaliśmy do Prokuratury Okręgowej w Warszawie doniesienie o zorganizowanej grupie przestępczej, która w dziwny sposób wchodzi w posiadanie nieruchomości w stolicy i prześladuje mieszkańców. Prokuratura Okręgowa skierowała sprawę na Mokotów, policja przesłuchiwała mnie i Jolę. Gdy mieli wezwać kolejne osoby, dowiedzieli się, że Dahlberga to nie jest jednak Mokotów, ale Wola – i z przyjemnością to tam wysłali. Na Woli najpierw wysłano wezwania do wszystkich osób, które wskazaliśmy, ale nikt nie przyszedł, więc prokurator sprawę umorzył – wezwani nie potwierdzili, że są zorganizowaną grupą przestępczą…
– To zaskakujące.
– Wówczas złożyliśmy zażalenie na postanowienie prokuratury. Odbyła się sprawa, młodziutka pani sędzia po przesłuchaniu Joli Brzeskiej stwierdziła, że przestępstwo może dotyczyć mienia o tak dużej wartości, że sąd rejonowy nie jest władny, aby rozstrzygać o takiej skali przestępstwa i skierowała to do sądu okręgowego w Warszawie, też do wydziału karnego.
Czekaliśmy rok, zanim sprawa się odbyła. W międzyczasie, w 2009 roku, udało się przesłuchać Jerzego Sułowskiego, Marka Mossakowskiego i Przemysława Jaszke. Sąd orzekł, że prokuratura miała rację, umarzając sprawę. Uzasadnienie było bardzo długie, sędzina dostała je przed wejściem na salę, popijała wodę i aż się krztusiła, gdy to czytała. Na koniec powiedziała nam: „proszę państwa, ci ludzie są fachowcami i mają na swoje usługi fachowców, wy też musicie zatrudnić fachowców, którzy wam pomogą”.
Uważam, że gdyby prokuratura okręgowa w 2008 roku na serio zajęła się naszym doniesieniem, to Jola Brzeska by żyła. To jest moje oskarżenie – uważam, że są współwinni temu, co się stało.
– Cóż, z jednej strony inercja instytucji (to w wersji optymistycznej), z drugiej – przedsiębiorczy ludzie, którzy „mają odwagę się bogacić”.
– W pewnym momencie zaczęłam liczyć: jest pan Sułowski i ktoś, kto prawdopodobnie się pod niego podszywał, jest pan Ćwiek, jest pan Massalski, jest wynajęta do zarządzania moim mieszkaniem pani Grażyna Wójcik, która koło Joli Brzeskiej wynajmuje biuro, jakby pilnowała zdobyczy Mossakowskiego, jest pani notariusz, która firmuje dziwne umowy notarialne. Pan wybaczy: pierniczą się ze mną przez pięć lat, z upierdliwą staruszką-emerytką, i zarabiają 250 tysięcy na sprzedaży mieszkania? Po 50 tys. złotych na głowę? 10 tysięcy złotych rocznie na łebka? To co to jest za biznes? I wtedy przyszła mi myśl: oni mają jakiś inny interes w pozbywaniu się ludzi z przejętych domów. Niby odzyskali 1/3 nieruchomości, ale co z resztą? Co z mieszkaniami, które gmina sprzedała lokatorom? Przecież w myśl świętego prawa własności też powinny im się należeć. Zaczęłam pytać, czy przypadkiem nie dostają odszkodowań za te utracone na zawsze lokale, a jeśli tak, to w jakiej wysokości. Ludzie pukali się w głowy, że bzdury opowiadam.
– Dziś to już tajemnica poliszynela.
– Długo po tym, jak zamordowano Jolę Brzeską, zadzwoniła do mnie Małgorzata Zubik z lokalnej „Gazety Wyborczej”. Chciała opisać moją sprawę. Akurat trwał proces, który mi wytoczono o odszkodowanie za bezumowne zajmowanie lokalu (gdy sąsiad rozwiązał ze mną umowę, to przez jakiś czas zajmowałam to lokum bezumownie). Powiedziałam do niej: „Nie chcę, żeby pani o tym pisała, niech pani napisze o czymś innym. Przecież my jesteśmy świetną zasłoną dymną dla prawdziwego draństwa”. Ona zapytała: „O czym pani mówi?”. No i tłumaczyłam jej, że wypędzonym lokatorom zabierany jest dobytek – przecież w substancję mieszkaniową inwestowaliśmy latami. W tym mieszkaniu, w którym żyłam, wszystko było moje: instalacje, kable, kaloryfery, rury w ścianach, które montowałam, armatura łazienkowa. I nikt z nami tego nie rozlicza, bo mamy oddać mieszkanie w takim stanie, w jakim ono było, gdy zapadła decyzja zwrotowa. Mówiłam Zubik, że prawdziwy interes polega na odszkodowaniach. Nie uwierzyła niestety.
Minęły dwa tygodnie. W „Stołecznej” ukazał się jej wywiad z mecenasem Janem Stachurą, który opowiadał, że był dekret Bieruta, że się należą odszkodowania, że są zwroty w naturze. Zubik go spytała, czy kiedyś odzyskał jakieś pieniądze za takie sprzedane mieszkania. A on mówi, że wyjął z takiej kamienicy kilkanaście milionów złotych.
Podobnie skrywana była wiedza o umowach indemnizacyjnych (odszkodowawczych). Myśmy z Jolą Brzeską wiedziały o tym w 2009 roku dzięki młodym ludziom. Ich rodzice mieszkali w zwróconej kamienicy, więc wiedzieli, że przed wojną należała ona do osób, które wyjechały do Stanów Zjednoczonych. W pewnym momencie pojawili się osobnicy przedstawiający się jako następcy prawni – odkupili roszczenia. Nasi rozmówcy, zresztą pracownicy korporacji, zaczęli drążyć temat i na amerykańskich stronach rządowych znaleźli informacje o tym, że Polska podpisała ze Stanami Zjednoczonymi umowę indemnizacyjną.
Pamiętam, że mieliśmy na ulicy Przemysłowej spotkania, które nazywały się Strona Społeczna. Przyszli ci młodzi ludzie i opowiedzieli nam o tym, mówili o ogromnych pieniądzach, które Polska wypłaciła w ramach odszkodowań indemnizacyjnych. Nie wiedziałyśmy, że z innymi krajami również podpisano takie umowy. Drążyłyśmy z Jolką temat, pisałyśmy pisma do władz. Ministerstwo Spraw Zagranicznych odpowiedziało, że nie ma żadnej wiedzy na ten temat. I tyle.
– To była cała wiedza, którą państwo polskie podzieliło się z wami na ten newralgiczny temat?
– W 2005 roku ustawą powołano do życia Prokuratorię Generalną, wzorowaną na tej przedwojennej, utworzonej przez Piłsudskiego. Jej zadaniem jest troska o interesy Skarbu Państwa. Pamiętam, że w tamtym czasie przeczytałam w „Rzeczpospolitej” wywiad z człowiekiem, który tworzył tę instytucję na nowo. Zaczęliśmy na ten temat rozmawiać w stowarzyszeniu, że może to właściwy adres, że może tam powinniśmy się udać. Mieliśmy przecież adresy kilkunastu nieruchomości odzyskanych przez tych samych ludzi. A skoro te nieruchomości są własnością Skarbu Państwa, to może Prokuratoria się tym zainteresuje. Któraś z nas była tam – nikt nie chciał rozmawiać.
– Dlaczego?
– Tłumaczono, że to podlega bezpośrednio Ministrowi Skarbu, którym był wtedy Aleksander Grad. Napisałyśmy z Jolką pismo do niego, z prośbą o skierowanie sprawy do Prokuratorii Generalnej jako instytucji, której urzędnicy mają status prokuratorów i badają wszelkie sprawy związane z interesami Skarbu Państwa. Minister Grad nie odpowiedział nam przez dwa miesiące, więc Piotr Ciszewski wysłał ponaglenie. I znów – cisza przez dwa miesiące. Piotr usiadł i napisał pismo do Grzegorza Schetyny, wówczas Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji. Dostaliśmy w dwa tygodnie odpowiedź, że minister Grad ustawowo ma 30 dni na udzielenie nam odpowiedzi. Dołączyliśmy to pismo od Schetyny i znów wysłaliśmy list do Grada. Do dziś nie dostaliśmy odpowiedzi.
Mam podejrzenie, że nad tym wszystkim był rozłożony rządowy parasol ochronny, parasol politycznego establishmentu. A pod nim, co dziś już widać choćby z warszawskiej mapy reprywatyzacyjnej, było całe mnóstwo powiązanych ze sobą ludzi.
– Porozmawiajmy jeszcze o pierwszych latach stołecznego ruchu lokatorskiego. Jak je Pani wspomina?
– Rozmawiałam o tym niedawno z Janem Śpiewakiem. Mówiłam mu: wy wszyscy, którzy dziś zajmujecie się aferą reprywatyzacyjną, jesteście dziećmi Joli Brzeskiej.
Na pewno ważnym momentem była próba włamania do mieszkania Brzeskich, podjęta przez Mossakowskiego i Massalskiego i ich bandę w lipcu 2007 roku. Kazimierz Brzeski, mąż Joli, bardzo to przeżył i postanowił coś z tym zrobić. Zaczął studiować przepisy dotyczące organizacji pozarządowych, żeby stworzyć stowarzyszenie, do którego mogliby przychodzić wypędzani lokatorzy. Poznał grupę anarchosyndykalistów i socjalistów, był w tym gronie Piotr Ciszewski, do dziś prezes Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów, był tam Andrzej Smosarski.
Kazimierz spostrzegł, że lokatorzy, którzy sami borykają się z bandytami wchodzącymi z buciorami do naszych domów i mówiącymi, że mieszkamy w cudzych mieszkaniach, nie mogą reprezentować swoich interesów. Także dlatego, że są niewiarygodni, gdy mówią o własnych problemach. Potrzebny był ktoś, kto sam nie ma podobnych kłopotów, ale widzi, że ludziom dzieje się straszna krzywda i jest gotów ich reprezentować. Tak powstało WSL, które zarejestrowało się w 2007 roku.
Później zaczęły się tworzyć inne ruchy. Piotr Ikonowicz, który jest świetnym mówcą i ma za sobą przeszłość parlamentarną, otworzył Kancelarię Sprawiedliwości Społecznej. Później powstał Komitet Obrony Lokatorów, a po zabójstwie Joli włączył się Kolektyw Syrena, oni to strasznie przeżyli. Syrena w większym stopniu kładzie nacisk na problemy systemu polskiego mieszkalnictwa. Powiedzmy też sobie szczerze, choć bez żalu do nikogo: dużo ludzi przez te wszystkie lata przychodziło do ruchu lokatorskiego po doraźną pomoc – ale znikali, gdy ją otrzymali. Tym bardziej znikali, gdy jej nie otrzymywali.
– Pisaliście w tamtych latach do Rzecznika Praw Obywatela w sprawie wypędzonych lokatorów?
– O! Wymieniłam obszerną korespondencję jeszcze z Januszem Kochanowskim, tym RPO, który zginął w Smoleńsku. W końcu „wypowiedziałam mu pracę”, żeby broń boże nigdy nie występował w moim imieniu. A zaczęło się niewinnie. Napisałam do niego, podpierając się tym, że dzierżawcy mają prawo pierwokupu – chodzi o ochronę ich interesów. Uznałam, że sprawiedliwiej byłoby, gdybyśmy jako długoletni najemcy, wywiązujący się ze swoich zobowiązań, mieli to prawo. Rzecznik Kochanowski odpowiedział, powołując się na Konstytucję, że jest święte prawo własności i że to ograniczałoby prawa właścicieli do swobodnego dysponowania nieruchomością.
Później była prof. Ewa Lipowicz, która rozpoczęła urzędowanie od złożenia deklaracji podczas zaprzysiężenia w Sejmie, że będzie chciała pomagać przede wszystkim ludziom starszym, którzy są źle traktowani przez polskie prawo i nie ma żadnego programu ich aktywizacji. Ja w to wszystko, jak idiotka, uwierzyłam. Śmialiśmy się później, że gdy przychodzi taki Mossakowski do naszych domów i mówi „wynocha z mojego mieszkania!”, to nie ma lepszego programu aktywizacji. Staruszki dostają takiego napędu… [śmiech]. Pisałam do prof. Lipowicz, gdy już mój wyrok o eksmisji był prawomocny. Dostawałam odpowiedzi, że absolutnie nic mi się nie należy, wszystko jest zgodnie z prawem.
Pisałam o pomoc w kasacji mojego wyroku zarówno do RPO, jak i do ówczesnego prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta, który odpowiedział mi, że nie są władni. Nieprawda, dwie osoby w Polsce mają takie uprawnienia: RPO i prokurator generalny. Odnoszę wrażenie, że Adam Bodnar jest pierwszym RPO, który w ogóle zainteresował się tą sprawą, ale ja już nie mam siły się do niego zwracać.
– To brak nadziei?
– Wie pan, jakie to są potężne emocje? A przecież nie dotyczą tylko mnie. Byłam eksmitowana jako samotna osoba. Mój syn mieszka w Anglii, przyjechał trochę wcześniej, pomógł mi likwidować to mieszkanie. Rozmontowywał coś w swoim pokoju, poszłam pakować rzeczy z kuchni, nagle poczułam, że u niego panuje wielka cisza. Poszłam tam – płakał przy biurku, drżały mu plecy. Powiedziałam mu: nie rozklejaj się, bierz młotek i łom, do roboty! A on, że całe jego życie jest w tym pokoju. To było strasznie smutne [milczenie]. Zadzwoniłam wtedy do Piotra Ikonowicza z pytaniem, czy pomoże: nigdy nie byłam eksmitowana, nie wiedziałam, jak to wygląda, nie wiedziałam, jak się zachowa komornik – sprawiał miłe wrażenie, ale nigdy nie wiadomo. Chciałam, żeby ktoś obok mnie był. Piotr zapytał, czy chcę blokady eksmisji. Powiedziałam, że absolutnie nie! Skoro mam eksmisję wyznaczoną na 15 września i zrobimy blokadę, to komornik przyjdzie za dwa tygodnie z ekipą antyterrorystyczną. Tylko koszty będę miała większe, bo jeszcze za tę brygadę będę musiała zapłacić. Piotr jednak nie znalazł czasu, ale był ze mną Janusz Baranek z WSL, któremu zawsze będę za to wdzięczna. Wiedziałam, że musi być ze mną jakiś facet i faktycznie, bronił mnie jak lew. Byłam przekonana o swojej niewinności, o tym, że jestem ofiarą oszustwa. Nie mogłam się załamać – musiałam dalej walczyć. Ale byliśmy całkowicie bezradni i nikt z reprezentantów państwa polskiego nam nie pomógł.
– Mam silne wrażenie, prowadząc tę rozmowę, że tym, co Panią odróżnia od wielu wyrzuconych lokatorów, jest zdolność opisania tej sprawy. I że to jest bardzo ważne, bo umożliwia Pani zabranie głosu, wyartykułowania swoich racji, nagłośnienie ich – dobitne, ale też bardzo racjonalne.
– …umiejętność pisania, to też bardzo ważne. Wczoraj ponownie rozmawiałam z kobietą, która dwa miesiące temu została zmuszona do opuszczenia kamienicy należącej przed wojną do państwa Pahlów. Witold Pahl to nowy wiceprezydent Warszawy. Hanna Gronkiewicz-Waltz, ogłaszając tę nominację, stwierdziła, że to człowiek, który nie ma nic wspólnego z reprywatyzacją, bo pochodzi z Gorzowa Wielkopolskiego. Dziesięć minut po tym, jak pani prezydent wystąpiła w telewizji, miałam telefon od kobiety, która mi mówi: „właśnie wyleciałam z kamienicy, która należała do rodziny Pahlów, oni pochodzili z Włocławka, to jest ta rodzina. Sama oddałam klucze do mieszkania, bo bałam się komornika”. Pytam ją, kto to odzyskał: Pahl? Spadkobiercy? Następcy prawni? Ona mówi, że nie wie. Poradziłam jej, żeby napisała do prokuratury, zgłosiła sprawę. Zmartwiła się, że nie umie tego napisać, zrezygnowała, choć obiecałam jej, że to zredaguję. Minęły dwa miesiące – nie napisała. Takich osób było i jest wiele.
Wielu ludzi nie tylko nie umiało napisać listu do urzędników. Wstydzili się też komorników. Przecież dla zwykłego człowieka, który uczciwie się prowadzi całe życie, nie robi machlojek, nie żyje z przekrętów, wizyta komornika to wielki lęk.
Ja się nie pierniczyłam. Pisałam do wszystkich: trzech prezydentów Polski – Kwaśniewskiego, Kaczyńskiego, Komorowskiego, trzech albo czterech ministrów sprawiedliwości. Napisałam do premiera Donalda Tuska, który mnie odesłał do Ministerstwa Pracy, żebym tam szukała pomocy społecznej. A ja już byłam na emeryturze i nie interesowało mnie ministerstwo pracy, a pomocy społecznej nigdy nie potrzebowałam i mam nadzieję, że nigdy nie będę potrzebowała.
– Ale i Panią ekipa od odzyskiwania kamienic wydrenowała z majątku…
– Mówiłam o komornikach i wstydzie. Wie pan, w jaki sposób odbierano nam godność? Między innymi przez generowanie strasznych długów – w różny sposób. Najczęściej prowadziło do nich rozwiązanie umowy najmu komunalnego: z kilkuset złotych czynsze rosły do trzech tysięcy. Mossakowski już w 2008 roku na Krakowskim Przedmieściu liczył sto złotych za metr kwadratowy w ramach czynszu.
Poza tym to było tak obliczone, żeby nasze długi przechodziły na nasze dzieci i chyba nawet wnuki. Mój syn, który nigdy nie mieszkał u żadnych panów Sułowskich, był na wszystkich ogłoszeniach wyroków, bo odpowiada ze mną solidarnie za długi. Straszną o to prowadziłam wojnę: udowodniłam w sądzie, że to roszczenie, które mają wobec mnie – tj. odszkodowanie za bezumowne zajmowanie lokalu przez półtora roku, bo sąsiad, który nie był stroną mojej umowy, według sądu rozwiązał ją skutecznie – nie może obejmować mojego syna, który w 2006 roku na stałe wyjechał do Anglii: miałam na to dokumenty z jego uczelni, wyciągi bankowe, ponieważ dostał kredyt na studia, przyznawany osobom, które jakiś czas już tam przebywają. Lecz sąd stwierdził, że on, owszem, mieszkał w Anglii, ale na Dąbrowskiego 18 w Warszawie było centrum jego aktywności życiowej… To samo było przecież z córką Joli Brzeskiej. Mossakowski ciągał ją po sądach ze trzy lata po tym, jak zamordowano jej matkę; udowadniał, że ona jest mu winna bodajże 80 tys. złotych.
– Chodziła Pani na te jej procesy?
– Zasada była taka, że uczestniczymy nie tylko w swoich procesach, ale też w rozprawach innych osób. Po pierwsze po to, żeby dodawać sobie nawzajem otuchy, po drugie, żeby uczyć się obyczajów panujących na sali sądowej. Przecież myśmy nigdy w życiu nie chodzili po sądach. Nagle okazało się, że chodzimy tam jak do pracy. I trzecia rzecz: chodziliśmy tam, żeby patrzeć sądowi na ręce.
Kiedyś sędzina spytała Jolę Brzeską: „Państwo się przyjaźnicie ze sobą, chyba się długo znacie?”. A Jolka jej na to, że nie, że poznaliśmy się, bo mamy wspólnych przeciwników. Coś jest na rzeczy – wiele przyjaźni powstało dzięki tym łajdakom.
– A jak się skończyła sprawa z długami i synem?
– Wspomniałam już, że pisałam sporo listów. No to napisałam do Anny Komorowskiej – rozpaczliwy list zdesperowanej matki. Trochę w stylu naiwnej idiotki: że od lat walczę z mafią, a to jest tak silna mafia, że nawet jej mąż nie dałby rady. Napisałam, że szukam zrozumienia u kobiety, która jest dla mnie ideałem Matki Polki. Że dopóki walczyłam sama, to walczyłam na własny rachunek. Ale teraz zabierają się za moje dziecko. A ja jestem matka-kocica i oczy wydrapię. I oświadczam, że jeżeli zbliżą się na odległość strzału – to było bardzo wyważone przeze mnie ze względu na upodobania myśliwskie męża adresatki [śmiech] – to zabiję. Dostałam odpowiedź z Kancelarii Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego, że skierowali sprawę bodajże do prokuratora generalnego i do prezesa sądu okręgowego w Warszawie. Nie wiedziałam, czy chodzi o to, żeby ukarać mnie za groźby karalne, czy o coś innego.
Podczas apelacji, gdy byłam sama, bo wszyscy moi adwokaci byli przez tamtych zastraszani, pani sędzia stwierdziła, że skoro mój syn tam nie mieszkał, to nie może płacić moich długów. Trzy lata trwał ten proces.
– Pani się czasem śmieje, gdy to opowiada. Ale wyobrażam sobie, że wtedy nie było Pani do śmiechu.
– To był bardzo ciężki klimat. Czuliśmy się osaczeni. A później zostałam sama. Odkryłam, że kradną mi korespondencję ze skrzynki pocztowej. Miałam podejrzenia, że włamują mi się do komputera. Próbowali wedrzeć się do mieszkania [głos się załamuje]. Wiedziałam od Joli, że trzeba się twardo postawić w takiej sytuacji. Wzywałam policję, bez przerwy trzeba było coś zgłaszać. Wszelka pomoc była doraźna – policja przyjeżdżała, pukała, czy może wejść… Gdy teraz to opowiadam (piszę też książkę na ten temat), to mimowolnie się śmieję, żeby to wszystko jakoś odreagować.
Nawet mój adwokat przeszedł na ich stronę – dziś występuje jako pełnomocnik tych, którzy odzyskują kamienice. Zresztą przyszedł do mnie i uczciwie powiedział: „Pani Ewo, ja już nie mogę pani bronić”.
– Z tego, co Pani wspominała, na emeryturze chciała Pani pisać pogodne teksty o zwierzętach.
– Ale dziś mieszkam w domku w lesie, który też chcą mi odebrać spadkobiercy pana Sułowskiego i nie jestem w stanie pisać o niczym innym niż reprywatyzacja. Napisałam na ten temat parę tekstów pokazujących rzecz z różnej strony, ale przez lata nikt tego nie chciał.
Pamiętam, jak opisałam moją eksmisję w sposób bardzo zabawny, chociaż nie było z czego się śmiać. Zaczęłam to leadem: „Wygonili na ulicę razem ze starym, kalekim psem. A przecież ustawa o ochronie praw zwierząt zabrania takiego traktowania psów” [śmiech]. Wysłałam to do „Polityki”, wysłałam do „Rzeczpospolitej”, w której kiedyś pracowałam, w parę innych miejsc. Wydrukowała w końcu „Angora”, nawet bardzo dobrze zapłacili.
Później, po morderstwie Joli, „Angora” sama się do mnie zwróciła z pytaniem o tekst na ten temat. „Przegląd” też brał artykuły – ale tylko o Joli, innych reprywatyzacyjnych nie chcieli. Próbowałam do polskiego „Le Monde Diplomatique” napisać tekst o ofiarach śmiertelnych dzikiej reprywatyzacji. Było przecież wiele takich przypadków: ludzie się wieszali, mieli wylewy, ataki serca. Nie wydrukowali. Chyba mi nie uwierzyli.
– Zwykle to są opowieści bez imion i nazwisk.
– Chce pan nazwisko? Andrzej Karwowski, trener jeździectwa, sam był jeźdźcem wiele lat, bardzo schorowany, miał rentę inwalidzką, z trudnością się poruszał. Miał mieszkanie komunalne w kamienicy podarowanej „Solidarności”, niedaleko Uniwersytetu Warszawskiego. Oni tę kamienicę sprzedali, nowy właściciel wygonił go do kotłowni.
– K…
– W kotłowni na ogół urzędują dzikie koty, więc on jak ten dziki kot. Stamtąd też go mieli wyrzucić, ale nie zdążyli, bo umarł. No, ale nie chcieli mi tego wydrukować w „Le Monde Diplomatique”. Mój tekst o złotych sztabkach, czyli o tym, że nad wieloma kamienicami przed wojną ciążyły hipoteki bankowe, wreszcie został wydrukowany kilka miesięcy temu. Ale wcześniej przeleżał u mnie dwa lata, wędrował po wielu redakcjach. W „Rzeczpospolitej” stał na kolumnie, ale radca prawny powiedział, że redakcji nie stać na procesy. Tam nie było żadnego powodu do procesu! Opisywałam mechanizm tego, jak zostały umorzone przedwojenne długi na przykładzie własnej kamienicy, bo jej historię najlepiej znałam. Było tam o tym, jak Stefan Sułowski kupił za własne pieniądze działkę, żeby wybudować kamienicę czynszową, na którą zaciągnął dług w Banku Gospodarstwa Krajowego. Pisałam, że ta hipoteka przeszła po wojnie do Skarbu Państwa, że później dewaluacja sprawiła, iż z 36 tys. złotych przedwojennego długu zrobiło się 10 groszy.
– Chyba można zaryzykować tezę, że środowisko dziennikarskie zawiodło w tej sprawie?
– Media nie chciały o tym wiedzieć. Większości nic to nie obchodziło.
– Przepraszam, nie chcę zabrzmieć bezczelnie, ale czy Pani zainteresowałaby się tymi sprawami, gdyby nie własne doświadczenia?
– Chyba nie… Często posługujemy się stereotypami. Trudno uwierzyć w to, co nas spotkało. Tak wyrzucić ludzi na ulicę? Bezpodstawnie? Niemożliwe! Na pewno byli winni! Gdybym nie poznała problemu od podszewki, też bym pewnie nie wierzyła w opowieści o arystokratycznych mecenasach i mafiach na Mazowszu. W 2008 roku mieliśmy happening na Nowym Świecie – zrobiliśmy Centrum Wypędzanych. Janusz Baranek zbudował stoisko z naszymi ulotkami, staliśmy z transparentami: „Lokatorzy to nie towar” itp. Mój pies miał własny plakat: „Mam prawo do budy, żądam budy dla mojej pani”. Zrobiliśmy wesołą imprezę. Ale co pewien czas napadali na nas młodzi ludzie, którzy mówili, że mają kredyty na mieszkania i ubliżali nam, mówiąc, że za friko chcemy żyć w cudzych lokalach.
Nawet gdy opowiadałam moim dobrym znajomym o wszystkich tych mechanizmach, które dziś już dobrze znamy, to przez całe lata nikt mi nie chciał wierzyć. Znajomi dziennikarze mówili, że nic nie mogą, że to nie do uwierzenia.
– Ja nie wierzę, że oni nie wierzyli. Chcieli mieć święty spokój.
– Możliwe… Gdy tylko wyprowadziłam się do lasu, nabrałam dystansu do Warszawy. W pewnym momencie doszłam do wniosku, że stolica znajduje się pod okupacją oszustów, którzy uwłaszczają się na cudzym. Dzwoniła do mnie koleżanka mojego syna, mówiła, że mieszka na Tamce, ma własnościowe mieszkanie, z którego chyba zaraz wyleci, ponieważ firma Feniks przejęła tę kamienicę, wywaliła wszystkich „komunalnych”, podkupiła jakąś rodzinę, żeby mieć ponad 50 proc. udziałów. A jeśli mają większościowe udziały w nieruchomości, to rządzą: zmieniają zarządcę nieruchomości, a ten nie podpisuje umów z wodociągami, energetyką, ciepłownikami. Najpierw odłączają prąd, później wodę, wreszcie ogrzewanie – odbywa się takie samo czyszczenie jak w kamienicach, które były w całości komunalne. A do tego podnoszą fundusz remontowy, który robi się naprawdę słony.
Pamiętam, jak Jolka w sierpniu 2010 roku, pół roku przed morderstwem, taka radosna przybiegła na zebranie stowarzyszenia i wymachiwała kartką, że ma orzeczenie o niepełnosprawności. Wierzyła, że będzie ją to chroniło, wtedy faktycznie jeszcze niepełnosprawnych nie wyrzucali na bruk. Później nawet ludzie na wózkach inwalidzkich trafiali na ulicę…
– Koszty budowy kapitalizmu wciąż rosną.
– Na Wilczej albo Nowogrodzkiej była taka historia, że dzieci poszły do szkoły, żona pojechała do pracy, mąż został w domu. Właśnie wymieniono im okna na plastikowe, już po przejęciu kamienicy. Gdy żona wróciła do domu, to mąż wisiał na tych nowych oknach, na pasku się powiesił. Zostawił list, że się nie sprawdził jako mężczyzna. Po dramacie, który się tam rozegrał, lokatorzy kamienicy dostali mieszkania komunalne. Ale tylko tam, w innych kamienicach było jak wcześniej.
W naszym stowarzyszeniu była kobieta, Wanda, której mąż chorował na raka kości, miał przerwany rdzeń kręgowy, bo to była jedyna metoda, żeby tak strasznie nie cierpiał. Leżał sparaliżowany w łóżku. Sąd wydał wyrok: eksmisja – choremu na raka mężowi przysługuje lokal socjalny, a Wandzie nie przysługuje. Sąd ich rozwiódł!
– Rozumiem, że sąd go skazał na wszelkie upodlenie.
– To trwało, a w końcu łaskawie przyznano im jako małżeństwu lokal socjalny. Lokal socjalny różni się od komunalnego. Gdy Hanna Gronkiewicz-Waltz niedawno opowiadała, jak to pomagała lokatorom wrażliwym, to nie potrafiła nawet odróżnić mieszkania socjalnego od komunalnego. Telepało mnie, jak jej słuchałam. Lokator wrażliwy, jeśli miał do czegoś prawo, to do lokalu socjalnego, który ma zupełnie inny status – podpisuje się umowę na czas określony. Mało tego – to jest mieszkanie kontrolowane przez różne służby socjalne, nie można nim dowolnie dysponować.
Kolejny przykład: Wanda Pradzioch. Mieszkała w lokum komunalnym, które wróciło do faktycznych właścicieli. Długo czekała na inny lokal komunalny. W momencie, gdy zapadł wyrok „eksmisja do lokalu socjalnego”, wykreślili ją z kolejki komunalnej… Ona do dziś walczy o to lokum, sąd administracyjny przyznał jej rację. Ale co z tego?
– To będzie naiwne pytanie: wie Pani, jak to wyglądało z drugiej strony? Jak postrzegała was tamta strona?
– Tamci ludzie mieli nas za nic, za śmieci. Myślę, że sądy też. I inne instytucje. Przez te wszystkie lata, w czasie tych wszystkich procesów, ani razu nikt nigdy mnie nie zapytał, czy mam się gdzie podziać. Nie interesowało to ani sędziów, ani pani radcy prawnej urzędu dzielnicy Warszawa-Mokotów, która ani razu nie przyszła jako interwenient uboczny na proces. Za to przysłała pismo, że po zapoznaniu się z aktami sprawy stwierdza, iż eksmisja jest zasadna i urząd prosi o nieprzyznawanie prawa do lokalu socjalnego. Nikt nie przyszedł spojrzeć mi w oczy, zapytać, czy się boję, gdzie się podzieję. To wszystko w sytuacji, gdy mój były sąsiad, który już czuł się właścicielem mojego mieszkania, krzyczał do mnie: „wypierdalaj, ty kurwo, bo ci przypierdolę”.
– Od zawsze słyszę od ludzi, którzy uważają, że się mylę w sprawach lokatorów i reprywatyzacji, że wygnani z „odzyskanych” mieszkań to żule. Dziś siedzę przed Panią, dziennikarką…
– …z czterdziestoletnim stażem. Myślę czasem, choć może to dziwne, że było potrzebne, żebym znalazła się w tym wszystkim, ponieważ potrafię o tym opowiadać. Mam nadzieję, że skończę wkrótce moją książkę. To bardzo osobista rzecz o tym, co mi się zdarzyło. Dużo tam jest o Joli Brzeskiej, o tym, jak dochodziłyśmy do całej tej wiedzy, jak szukałyśmy w prasie wielu informacji, jak chciałyśmy zrozumieć, co się dzieje.
Do dziś nie rozumiem, czemu pan Sułowski, jego córki i wdowa po nim dalej mnie prześladują, wciąż żądają licytacji mojego domku w lesie. Moim zdaniem ta rodzina nic z tego nie miała. Może poprosili o pomoc specjalistów od odzyskiwania mieszkań, w tym mecenasa Ćwieka, i nie wiedzieli, z czym to się wiąże. Bodaj wczoraj Jan Śpiewak dołączył do swojej mapy reprywatyzacyjnej notariusza Piotra Sicińskiego. Pomyślałam: skąd ja znam tego człowieka? Sięgnęłam do aktu notarialnego – żaden notariusz nie chciał tego podpisać, a on podpisał.
– To może sprawdźmy od razu na mapie, kto to pan Siciński: „Notariusz, były sędzia, szef wydziału ksiąg wieczystych Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa X Wydział Ksiąg Wieczystych. Począwszy od czerwca 2005 roku, prowadzi Kancelarię Notarialną w Warszawie, specjalizując się w obrocie nieruchomościami. Przez jego kancelarię przewinęły się jedne z największych transakcji nieruchomościowych w stolicy. Oskarżany przez Zarząd Wspólnoty przy Wspólnej 54 o działania niezgodne z prawem i na szkodę wspólnoty”.
– Człowiek powiązany z Marzeną K., urzędniczką Ministerstwa Sprawiedliwości.
– Spójrzmy: „Urzędniczka Ministerstwa Sprawiedliwości w Departamencie Współpracy Zagranicznej i Praw Człowieka. Siostra mec. Nowaczyka, z którym prowadziła wspólne interesy na rynku nieruchomości. W ciągu ostatnich 5 lat w ramach odszkodowań reprywatyzacyjnych otrzymała od M. St. Warszawy kwotę 38 mln zł. Jest też współwłaścicielką zreprywatyzowanej kamienicy przy ul. Odolańskiej 7. Była właścicielką Mokotowskiej 63”.
– Ta sama pani K. odpowiadała za… program pomocy dla osób pokrzywdzonych przestępstwem. Ilu ludzi ona pokrzywdziła! Miasto Jest Nasze wykonało pracę, za którą nikt nie chciał się wziąć. Gdy obecnie piszę teksty o reprywatyzacji, to urzędnikom Ministerstwa Sprawiedliwości trzeba tłumaczyć sprawy na poziomie wiedzy studentów pierwszego roku prawa.
Jak pan wie, pani prezydent zapowiedziała, że dalszych zwrotów nie będzie, a sprawy się toczą (wiceprezydent Pahl wczoraj stwierdził, że ależ skąd, zwroty będą następować). Gdy Hanna Gronkiewicz-Waltz mówiła, że wstrzymuje te zwroty, to w sądzie okręgowym w Warszawie toczyła się sprawa czteroosobowej rodziny z ulicy Schroegera 72. Co ważne, decyzją ministra Ziobry, kwestia zwrotu tej kamienicy trafiła do wrocławskiej prokuratury. Tam kierowano sprawy, w których istnieje podejrzenie przestępstwa w wyniku porozumienia handlarzy roszczeń z urzędnikami.
– I co z tą czteroosobową rodziną?
– Jak wy to mówicie w „Nowym Obywatelu”? Klasyk, panie Krzysztofie – czteroosobowa rodzina, w tym jedenastoletnie dziecko, eksmisja bez prawa do lokalu socjalnego. Mijają trzy dni – w sądzie rejonowym Warszawa-Śródmieście zapada kolejny wyrok: na starszego, schorowanego pana, eksmisja bez prawa do lokalu socjalnego. Na czyją korzyść? Spółki-córki Feniksa. Nic się nie zmienia. To wszystko trwa…
12 maja 2015 roku zapadł w Trybunale Konstytucyjnym wyrok, który mówi, że artykuł 156 paragraf 2 jest niezgodny z Konstytucją. Wszystkie zwroty, jakie się odbyły w Warszawie w ciągu ostatnich lat, przeprowadzono na podstawie tego właśnie artykułu i paragrafu… Czarno to widzę, tego będzie tak dużo, że nie sposób ogarnąć całości.
– Władze Warszawy same już zgłosiły około 5 tysięcy przypadków nieprawidłowości. Jedna z interpretacji mówi, że chodzi o zapchanie „kanałów drożnych” odpowiednich instytucji.
– Patrzę dziś z perspektywy tych sześćdziesięciu kilometrów od Warszawy i mówię: nikt nie może się czuć w tym mieście bezpieczny, ani lokator komunalny, ani socjalny, ani właściciel hipoteczny – są instrumenty prawne i nie tylko takie, żeby każdego wysiudać. Ludzie, którzy się na tym dorabiają, nawet gdy ktoś pogrozi im paluszkiem, to z głodu nie umrą.
Myśmy przez lata nie znali podstawowych aktów prawnych, które odpowiadały za mechanizm narastającej grabieży. Dziś pojawiają się już głosy, że to, co się stało w ostatnich latach, wygenerowało większe krzywdy niż dekret Bieruta. W przypadku tego dokumentu właściciele mieli wpisane w księgach wieczystych prawo dożywocia. Było takie zabezpieczenie, którego nie mają dzisiejsi lokatorzy, a przecież wnieśli wiele pieniędzy i pracy w utrzymanie tych lokali. Lokatorzy zostali wystawieni na ulicę.
Książę mecenas Massalski starał się o Krakowskie Przedmieście 65. Bardzo ładna okolica: z okien widać Kolumnę Zygmunta, kościół świętej Anny. W trakcie tych procedur zwrotowych okazało się, że w 1945 roku, gdy bardzo pospiesznie odbudowywano Trakt Królewski, tę kamienicę posadzono na dwóch posesjach. Jedna połowa należała do jakichś Massalskich (to nie jego rodzina), a druga – do kogo innego. Przy tej okazji kogoś olśniło, że ta kamienica została odbudowana po wojnie! Co za odkrycie, przecież cały Nowy Świat został odbudowany!
Miasto zażądało od Massalskiego dwóch milionów złotych odszkodowania za ten dom. To śmieszne pieniądze. To, co widzimy z ulicy, to fasada wąskiej kamieniczki. Ale w środku jest coś przepięknego – oficyny, które idą aż do ulicy Koziej, mają przepiękne łuki. Ale Massalski nawet tych dwóch milionów nie zapłacił, bo uważał, że jemu się należy.
A czemu nikt nie bada, ile kosztowały roboczogodziny mojej matki, która społecznie odgruzowywała rynek Starego Miasta? Ilu ludzi pracowało, żeby to miasto powstało z ruin? A dziś przychodzą jakieś typy i biorą jak swoje! I to nie spadkobiercy, tylko następcy prawni.
– Zabójstwo Jolanty Brzeskiej wywołało strach czy wściekłość w środowisku lokatorskim?
– Pamiętam wściekłość. Ale też pół roku bez snu. To była moja pierwsza zima w lesie. Jolkę wywieźli do lasu i tam spalili. Mnie nawet nie musieliby nigdzie wywozić, wystarczyłoby podpalić drewniany domek. Wyobraźnia pracowała non stop, całą dobę. A w nocy, co przymknęłam oczy, to blask bijący od kominka stawiał mnie na równe nogi. Widziałam przerażoną twarz Joli wyłaniającą się z płomieni. I nie pomagało to, że policja na moją prośbę każdej nocy przejeżdżała koło mnie. Ani monitoring, który zamówiłam, nim się przeniosłam po eksmisji na to odludzie. Nieco uspokoiłam się dopiero we wrześniu, kiedy udało nam się zainteresować sprawą Joli prokuratora Andrzeja Seremeta i zabrano dochodzenie z Mokotowa. A to przecież i tak nic nie dało.
Byliśmy i nadal jesteśmy wściekli. I zdumieni. Jolka z nas wszystkich była najinteligentniejsza. Jak ona się dała osaczyć, że wyszła z nimi? Komu ona zaufała na tyle, żeby wpuścić do mieszkania? Nikt z nas nie zazna spokoju, póki nie zostanie wyjaśnione, co i dlaczego wydarzyło się 1 marca 2011 roku.
– Próbowaliście zainteresować swoimi sprawami konkretnych polityków?
– Chodziliśmy do Andrzeja Czumy, najczęściej rozmawiał z nami jego syn. Z kolei dzięki Julii Piterze otrzymałam kilka ważnych dokumentów, łącznie z tymi o przedwojennym długu.
Nie chcę oskarżać nikogo – nikt nam nie mógł pomóc. Napisałam kiedyś do Komendanta Głównego Policji, aby zbadano, czy w sprawach reprywatyzacji istnieje zorganizowana grupa przestępcza. On wyznaczył dwóch ludzi do kontaktów ze mną. I nic się nie wydarzyło. Uważam, że nad Massalskim, Mossakowskim i Ćwiekiem był potężny parasol ochronny. Z tego, co wiem, Mossakowskiego zaczęli prześwietlać na rok przed morderstwem Jolanty Brzeskiej. Od 2010 roku nie znaleźli niczego nagannego w działalności tego pana?
– Czy zwróciła się do was przez te lata jakakolwiek instytucja publiczna, na zasadzie: widzimy, że dzieje się coś złego, więc ciekawi nas, co o tym sądzicie?
– Bodaj w 2009 roku, wedle mojej wiedzy jedyny raz, przyszło do nas trzech posłów i rozmawiali z nami. Nie pamiętam, jaką opcję reprezentowali.
Próbowaliśmy – bezskutecznie – zainteresować sprawą Helsińską Fundację Praw Człowieka. Nawet byłyśmy tam z Jolą razem, składałyśmy pisma, nigdy nie otrzymałyśmy odpowiedzi. Kiedyś wyszłam od nich, płacząc, miesiąc po morderstwie Joli. Wtedy prokuratura upierała się, że to było samobójstwo. Poszłam do Fundacji zapytać, czy jest jakaś możliwość, żeby wystąpić do Interpolu, do kogokolwiek, żeby to dochodzenie było prowadzone prawidłowo. Rozmawiałam z kimś – nie był to Adam Bodnar – kto mi powiedział, że skoro policja twierdzi, że to było samobójstwo, to nie ma możliwości prawnych, aby podważać wiarygodność naszych stróżów prawa. W tym pomieszczeniu siedziała też jakaś dziewczyna, która znała sprawę i wzięła moją stronę… Wyszłam stamtąd, strasznie rycząc, bo przecież wierzyłam, że musi być na świecie jakaś sprawiedliwość.
– Mało rozmawialiśmy o Pani sprawie.
– W skrócie? Oni chcą mi zabrać wszystko, co się da, a ja złośliwie i uporczywie nie chcę im oddać. A dlaczego na mnie trafiło? Nie wiem. Mogło trafić na Pana mamę albo babcię.
– Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 17 września 2016 roku