przez Mariusz Braszkiewicz | czwartek 19 stycznia 2017 | opinie
Zgodnie z XX poprawką do Konstytucji Stanów Zjednoczonych Ameryki 20 stycznia 2017 r. o 12:00 czasu wschodniego, czyli o 18:00 czasu środkowoeuropejskiego, upłynie prezydencka kadencja Baracka Obamy, a rozpocznie się kadencja Donalda Trumpa.
Zwycięstwo Trumpa w głosowaniu w Kolegium Elektorskim, które odbyło się 19 grudnia 2016 r. z udziałem elektorów wyłonionych w głosowaniu powszechnym 8 listopada, było dużym zaskoczeniem w kontekście przedwyborczych prognoz bukmacherów, komentatorów i polityków. Głosowanie powszechne, zgodnie z przewidywaniami i sondażami, wygrała Clinton, jednak głosowanie elektorów wygrał Trump. Wymownym wyrazem zaskoczenia było niewystąpienie Hillary Clinton na wieczorze wyborczym i apel szefa sztabu, Tony’ego Podesty, do zwolenników zaniepokojonych cząstkowymi wynikami, by się rozeszli. Zaskoczenie pojawiło się również w Polsce. Poza Sławomirem Sierakowskim (który wcześniej przewidział Brexit) nie było chyba w polskich mediach głosu od początku przewidującego zwycięstwo Trumpa.
Dlaczego Trump wygrał?
Wśród słów, które zrobiły karierę przy okazji tych wyborów, wyróżnić należy deplorables, którym to mianem Hillary Clinton określiła zwolenników swego kontrkandydata. Słownik Longmana tłumaczy ten zwrot jako godni pożałowania. Osobiście wolę się posługiwać bardziej swobodnym, ale wpisującym się w polską stylistykę polityczną wyrażeniem gorszego sortu. Zwrotem tym Hillary Clinton popełniła ten sam błąd, który 4 lata wcześniej zrobił Mitt Romney – republikański rywal Baracka Obamy w walce o prezydenturę. Na spotkaniu ze sponsorami nazwał on wyborców Obamy ofiarami i oświadczył, że nie jest jego celem ubieganie się o głosy grupy, której liczebność obliczył na 47% Amerykanów. W jednym i drugim przypadku kandydaci spotkali się z negatywną reakcją wyborców na swoją arogancję, choć oczywiście nie był to jedyny powód ich przegranej.
Wymieniłbym 5 głównych powodów porażki Clinton.
1. Trump i jego sztab lepiej zrozumieli wymagania geografii wyborczej. Po kampanii prawyborczej, adresowanej głównie do struktur partyjnych w poszczególnych stanach, przyszedł czas na przekonanie nieprzekonanych. Trump skupił się na obszarze Pasa Rdzy, czyli regionu dawnej świetności przemysłu ciężkiego. Głównie na Wisconsin, Michigan i Pensylwanii. Jak okazało się po ogłoszeniu wyników wyborów, właśnie te trzy stany okazały się kluczowe, tj. Clinton do zwycięstwa w skali kraju brakło właśnie tych stanów, w których przegrała różnicą odpowiednio 0,76 punktów procentowych, 0,22 pp. i 0,72 pp. Trump jeździł tam od miejscowości do miejscowości, czasem występował na kilku wiecach dziennie. Swoim running mate, czyli kandydatem na urząd wiceprezydenta, zrobił Mike’a Pence’a, byłego gubernatora Indiany, stanu leżącego właśnie w tamtym regionie. Co więcej, w debatach wyborczych ze swą kontrkandydatką wymieniał z nazwy właśnie powyższe stany, gdy wspominał o rozmowach z wyborcami. Ten zabieg socjotechniczny z pewnością przysporzył mu tam poparcia. Aktywność Hillary Clinton była dużo mniejsza. Na przykład po uzyskaniu nominacji Demokratów nie była w Wisconsin ani razu, uznając, że skoro od 1988 r. nieprzerwanie wygrywał tam kandydat Demokratów, również ona ma zwycięstwo zapewnione. W Michigan (to również od 1988 r. stan głosujący nieprzerwanie w wyborach prezydenckich na Demokratów) i w Pensylwanii (od 1992 r.) jej aktywność była mniejsza niż Trumpa. Jej running mate, Timowi Kaine’owi z Wirginii, który miał powalczyć o głosy Południa, nie udało się zapewnić zwycięstwa w Karolinie Północnej ani na Florydzie. Przegrała tam jeszcze większą różnicą niż we wspomnianych trzech stanach na Środkowym Zachodzie. Należało więc odpuścić Południe, wybrać running mate’a ze Środkowego Zachodu i tamże wiecować. Zwycięstwo Clinton w głosowaniu powszechnym 48% do 46% jest marnym pocieszeniem dla niej i jej zwolenników w obliczu systemu elektorskiego, którego lepszym zrozumieniem wykazali się sztabowcy Trumpa.
2. Trump dostosował program do wymagań kluczowych stanów. Wiedząc, jak wielu ludzi w Pasie Rdzy za pogorszenie swej sytuacji materialnej wini wolny handel, przenoszenie zakładów pracy zagranicę oraz napływ imigrantów, w kampanii wyborczej skupił się na krytyce Północnoamerykańskiego Układu o Wolnym Handlu, na zapowiedziach wysokich ceł i podatków dla producentów, którzy przenieśli produkcję zagranicę, a także na zamknięciu granic.
3. Trumpowi ze swym programem udało się zyskać większe poparcie wśród niegłosujących na Republikanów grup demograficznych, niż mieli poprzedni kandydaci tej partii. Spójrzmy tu na wyniki exit polls przeprowadzonych przez Edison Research na zlecenie National Election Pool (konsorcjum największych mediów amerykańskich: ABC News, AP, CBS News, CNN, Fox News i NBC News). Wolno uznać te wyniki za wiarygodne, gdyż dały Clinton 47,9% głosów (w rzeczywistości dostała 48%), a Trumpowi – 46,2% (w rzeczywistości 46%). Według nich zmalała przewaga Demokratów wśród mniejszości rasowych i osób słabo zarabiających. Przed wyborami na łamach „Nowego Obywatela”, w numerze 21 (72), zjawisko to przewidział Arun Gupta w artykule „Rany kłute klasy robotniczej”. Jego zdaniem Partia Demokratyczna odeszła od ludu i obecnie reprezentuje finansjerę z Wall Street. Obecny wśród wyborców Trumpa rasizm jest zdaniem Gupty często oznaką nie złej woli, lecz rozpaczy i błędnego przekonania, że to mniejszości „zabierają pracę” Amerykanom. Podzielam pogląd Gupty. Podobnie w artykule „A nie mówiłem?” pisze Jarosław Tomasiewicz. O ile jednak ma on rację w kwestii degeneracji lewicowo-liberalnych elit, o tyle zupełnie nie zgadzam się z nim, gdy pisze o rzekomym konserwatyzmie obyczajowym ludu i za utratę poparcia ludu wini walkę z religią. Kwestie światopoglądowe i obyczajowe były w tej kampanii drugoplanowe. Gdyby Republikanie szli do wyborów z hasłami obyczajowej kontrrewolucji, ich kandydatem zostałby Ted Cruz, który skrytykował Donalda Trumpa za to, że nie są dlań największym problemem toalety dla osób transpłciowych. Sam Trump jest zresztą bardziej przychylny osobom LGBT niż cała reszta republikańskiej wierchuszki, z jego zastępcą Mike’iem Pencem (który chce leczyć homoseksualistów elektrowstrząsami) na czele. Po wyborach zadeklarował, że nie popiera prawnego uchylenia zawierania małżeństw jednopłciowych. Republikańska młodzież popiera małżeństwa jednopłciowe. Starsi Republikanie wymrą albo zmienia poglądy (jak uczynił to kilka lat temu senator Rob Portman).
4. Demokraci dali prezent Trumpowi poprzez wystawienie w wyborach Hillary Clinton, osoby niemogącej poszczycić się nieposzlakowaną opinią, kojarzonej z licznymi aferami i już na starcie kampanii mającej wysoki wskaźnik niepopularności. Może więc lepszym wyborem byłby Joe Biden, który mimo 8 lat wiceprezydentury i 36 lat w Senacie nie był nigdy posądzany o udział w żadnej aferze grubszej niż plagiat przemówienia lidera brytyjskiej lewicy Neila Kinnocka (o który sam pokrzywdzony nie miał żalu)? On jednak, spodziewając się porażki w prawyborczym starciu z Clinton, nie zdecydował się na start. Nie wiem natomiast, czy lepszym kandydatem Demokratów byłby Bernie Sanders. Przy całej mojej sympatii do niego, on też mógłby przegrać z Trumpem. Wprawdzie nie budził wielkiej nieufności wśród Amerykanów, a nawet w kampanii wyborczej Donald Trump puszczał oko do jego wyborców, ubolewając nad brudnymi chwytami, jakie stosowała wobec Sandersa Clinton, ale zupełnie inaczej wyglądałaby sytuacja, gdyby to on rywalizował z Trumpem. Wtedy codziennie Sanders byłby obwiniany o głód na Ukrainie, łagry, Katyń i Kambodżę. Takie już są uniwersalne prawa walki wyborczej. Polscy czytelnicy i czytelniczki na pewno wiedzą, o czym mówię. U nas jest podobnie – ulubiona lewica polskiej prawicy to ta, której aktualnie nie ma. Gdy się pojawi, przestaje być ulubiona, a jej miejsce zajmuje ta lewica, która jeszcze wczoraj była wrogiem. Znamy to dobrze. Wiemy, z jakich pozycji atakowany był Sojusz Lewicy Demokratycznej. Wiemy też, że gdy na lewicy pojawiła się partia Razem, nie mająca na koncie tego wszystkiego, co zarzucano (często jak najsłuszniej) SLD, to nagle postkomuniści przestali być dla prawicy tacy straszni. Tak by też zapewne było z Sandersem.
5. Trumpowi pomógł system wyborczy. I nie mówię tu bynajmniej o dokonywaniu wyboru przez Kolegium Elektorskie, dzięki czemu wygrał mimo przegranej w głosowaniu powszechnym – wszak gdyby głosowanie powszechne było decydujące, Trump mógłby ciułać głosy w spisanych przezeń na straty stanach, jak Kalifornia czy Nowy Jork, i być może też by wygrał. Mam na myśli brak powszechności prawa wyborczego w Stanach Zjednoczonych. Wprawdzie przyjęta w 1965 r. Ustawa o prawie do głosowania (Voting Right Act of 1965) ma zapobiegać wszelkim przejawom dyskryminacji, ale wykonanie pozostawia stanom, nad czym od 2013 r. rząd federalny nie ma kontroli wskutek wyroku Sądu Najwyższego w sprawie Shelby v. Holder. Poza nielicznymi wyjątkami, w USA nie ma automatycznej rejestracji wyborców, nadto w regionach zamieszkałych przez mniejszości ogranicza się liczbę urzędów wydających dokumenty tożsamości (których posiadanie w USA nie jest obowiązkowe, ale jest niezbędne dla oddania głosu). Zjawisko voter supression opisał Adam Ostolski w artykule „Trump, Clinton i walki klasowe w USA”, toteż pozwolę sobie odesłać czytelnika do jego artykułu, zamiast powielać trafne spostrzeżenia. Ze swej strony dodam jeden czynnik, który Ostolskiemu umknął, czyli politykę karną. W wielu stanach byli więźniowie są dożywotnio pozbawieni praw wyborczych. Najkrótsza nawet odsiadka czyni człowieka dożywotnio obywatelem drugiej kategorii. Fakty mówią, że przestępczość jest wśród czarnoskórych i Latynosów wyższa niż wśród białych. Odrzucając całkowicie antynaukowe uprzedzenia rasowe, wśród przyczyn tego stanu wskazać należy trudną sytuację materialną. To wszyscy wiemy. Co jednak, w mojej ocenie, umyka większości osób piszących o wyborach w USA (w tym przywołanemu przeze mnie Ostolskiemu, z którym w większości się zgadzam), to rola wojny z narkotykami. Penalizacja posiadania narkotyków zarówno w Polsce, jak i w USA, służy celom statystycznym. W USA, poza poprawą statystyk policji, nadto pomaga eliminować ludzi z grona wyborców. Wśród konsumentów narkotyków jest nadreprezentacja mniejszości rasowych. Nie czynię mniejszościom z tego zarzutu, po prostu stwierdzam fakt. Narkotyki uważam za takie samo zło, jak alkohol (którego po nieudanym eksperymencie prohibicyjnym sprzed prawie 100 lat nikt poważny w Ameryce nie chce zakazywać), papierosy czy niezdrową żywność. Nie mam złudzeń, jakoby polegająca nie na leczeniu, a na karaniu ofiar nałogu War on Drugs była wyrazem troski o zdrowie Amerykanów. Rozpętana została przez republikańskiego prezydenta Nixona, podsycona przez jego partyjnego kolegę Reagana i złagodzona przez demokratycznego prezydenta Obamę (który posunął się nawet do nagięcia rażąco niesprawiedliwego federalnego prawa poprzez nieegzekwowanie go w tych stanach, które sobie tego nie życzą). I nic dziwnego, wszak eliminacja posiadaczy narkotyków z grona wyborców jest na rękę Republikanom.
Jak będzie za Trumpa?
Przywołany wcześniej artykuł „A nie mówiłem” Jarosław Tomasiewicz kończy myślą, że zwycięstwo Trumpa jest buntem peryferii przeciwko centrum, ale bynajmniej nie jest zwycięstwem peryferii. Podzielam ten pogląd. Peryferie głosowały na Trumpa jako na kandydata antysystemowego. Ale antysystemowy może być kandydat, a nie prezydent. Trump, pomimo że jest miliarderem, wykreował w kampanii swój wizerunek jako kogoś, kto rozumie zwykłych Amerykanów, w przeciwieństwie do Clinton. Nie było to trudne ze względu na związki Clinton z wielkim biznesem (o czym pisał przywołany już Gupta). Co więcej, notowania giełdowe chwilę po wyborach wskazywały na to, że giełda negatywnie odebrała zwycięstwo Trumpa. To trwało jednak tylko chwilę. Potem indeksy poszły mocno w górę. W dużej mierze jest to efekt tego, że antysystemowy Trump zaraz po wyborach, gdy przyszło do decyzji personalnych, wziął do rządu parę grubych ryb świata biznesu: resort spraw zagranicznych obejmie Rex Tillerson (były prezes Exxona), skarbu – Steven Mnuchin (OneWest Bank), pracy – Andy Puzder (CKE Restaurants), edukacji – Betsy DeVos (żona byłego prezesa Amwaya). Taki skład rządu jest ceną, jaką Trump zapłacił za dobre relacje z wielkim biznesem. Toteż próżno się spodziewać, by zyskał na tym lud. Pewnym ustępstwem wobec dołów jest nominacja Steve’a Bannona, redaktora naczelnego portalu Breitbart News, będącego ulubionym medium antysystemowej prawicy, określającej się mianem alt-right, przypominającej do złudzenia tzw. prawą stronę internetu w Polsce.
W zeszłorocznych wyborach Republikanie zdobyli także większość w obu izbach Kongresu. Co więcej, ze względu na podeszły wiek dwojga lewicowych sędziów Sądu Najwyższego, konserwatyści zyskają prawdopodobnie niebawem większość w Sądzie Najwyższym, który nie będzie obalał ustaw uchwalonych przez Kongres i podpisanych przez Trumpa. To daje Republikanom pełnię władzy. Oczywiście w ramach samej partii ścierają się różne poglądy i w wielu kwestiach członkowie partii mówią różnymi głosami. Jedni mówią, że Obamacare (reforma systemu ubezpieczeń zdrowotnych) powinna być uchylona, inni – że stopniowo modyfikowana. Nie ma też w partii zgody co do prawa do aborcji czy w kwestii polityki zagranicznej. Zwłaszcza ta ostatnia kwestia, Polaków szczególnie interesująca, jest niewiadomą. Sam Trump raz wysyłał sygnały, że dojdzie do zbliżenia amerykańsko-rosyjskiego, a innym razem, że dojdzie do zaostrzenia konfrontacji. Antyrosyjskim jastrzębiem jest wiceprezydent Mike Pence, podczas gdy podczas gdy doradca ds. bezpieczeństwa, Mike Flynn, jest prorosyjski. Na razie nie podejmuję się przewidywać, które skrzydło partii w jakiej kwestii zwycięży.
Co dalej?
Z sukcesu amerykańskiej prawicy, jakim jest zwycięstwo Trumpa w wyborach prezydenckich i Republikanów w wyborach kongresowych, cieszą się akceleracjoniści, tj. zwolennicy poglądu, który sprowadzić można do słów: im gorzej, tym lepiej. Zdaniem akceleracjonistów zwycięstwo Trumpa, podobnie jak Brexit w Zjednoczonym Królestwie, rządy PiS (a najlepiej jeszcze kogoś bardziej na prawo od PiS) w Polsce i inne zwycięstwa prawicy na świecie skumulują niezadowolenie społeczne i skłonią lud do buntu, a po okresie rządów Trumpów, Kaczyńskich, Orbanów i Le Penów nastąpi rewolucja socjalistyczna.
Skupmy się jednak na ludziach i formacjach politycznych nieoderwanych od rzeczywistości. Na tych, którzy chcą przeprowadzać zmiany na tyle, na ile to możliwe, a nie na marzycielach i na ludziach skoncentrowanych bardziej na czystości ideologicznej niż na poprawie bytu Amerykanów. Niestety system partyjny jest zabetonowany, toteż amerykańska lewica musi działać w ramach Partii Demokratycznej. Już teraz, dzięki niezłemu wynikowi prawyborczemu Berniego Sandersa, udało się przyjąć najbardziej lewicowy program wyborczy od 1972 r. (podczas gdy Republikanie mieli najbardziej prawicowy od 1964 r.) Należy działać dalej w celu oczyszczenia Partii Demokratycznej z clintonizmu i nadania jej oblicza zdolnego do pokonania prawicy w następnych wyborach.
Po klęskach wyborczych w latach 80. Demokraci skręcili w prawo, czego uosobieniem był Bill Clinton. Wtedy to miało sens, gdyż więcej wyborców można było podebrać Republikanom z prawej strony niż z lewej. Teraz, gdy polaryzacja poglądów w USA jest większa, należy skręcić w lewo, by zyskać głosy wyborców lewicowych niegłosujących oraz głosujących na Trumpa, a przekonanych przezeń hasłami głoszonymi tradycyjnie przez lewicę – mam tu na myśli płacę minimalną, płatne urlopy macierzyńskie czy sprzeciw wobec sprzyjającym wielkim korporacjom umów o wolnym handlu. Oczywiście nie wolno przy tym porzucać kwestii obyczajowych (gdy rośnie liczba osób niewierzących lub obojętnych religijnie, a prawa mniejszości seksualnych nie budzą zbyt wielkiego sprzeciwu, nie zaszkodzą one Demokratom), ale przede wszystkim Demokraci winni być kojarzeni z reprezentowaniem interesów nizin społecznych. Dlatego dobrym kandydatem na prezydenta lub przynajmniej na wiceprezydenta będzie za cztery lata Sherrod Brown (zapamiętajcie to nazwisko) – związany ze związkami zawodowymi senator z Ohio, czyli stanu leżącego w Pasie Rdzy, graniczącego z Pensylwanią i Michigan. Jego kandydatura nie zaszkodzi utrzymaniu dotychczasowego żelaznego elektoratu z Północnego Wschodu (tam przewaga Demokratów jest zbyt wielka), a pomoże odzyskać Pas Rdzy.
Poza wspomnianymi wyżej kwestiami ideowymi, programowymi i kadrowymi, nie wolno zapominać o kwestiach PR-owych. Dotychczasowe zagrania Partii Demokratycznej, polegające na protestach przeciwko wyborze Trumpa, cichym wspieraniu żądanego przez kanapową Partię Zielonych ponownego przeliczenia głosów i krytyce systemu opartego na Kolegium Elektorskim, oceniam pozytywnie. Trzeba przeciwnika atakować, delegitymizować i nie iść na kompromisy, poza wspomnianymi w poprzednim akapicie sytuacjami, w których Trump być może wbrew własnej partii będzie zwolennikiem lewicowych rozwiązań. Być taką opozycją, jaką przez kilka ostatnich lat byli Republikanie, gdy stosowali obstrukcję parlamentarną, podważali legalność obywatelstwa Obamy (sam Trump w kampanii wyborczej przyznał w końcu, po latach głoszenia kłamstw w tej materii, że Obama jednak urodził się w USA), zarzucali Demokratom fałszerstwa wyborcze, a związane z nimi portale internetowe produkowały i powielały fałszywe newsy. W epoce postprawdy (posttruth – kolejne słowo, które zrobiło karierę po wyborach) nie ma znaczenia, czy Rosja wpłynęła na wyniki wyborów w USA. Jeśli tak, to należy to nagłośnić. Jeśli nie – należy to wymyślić. Nieważne, czy na Demokratów zagłosowały nielegalnie 3 mln ludzi bez obywatelstwa, jak twierdzą alt-rightowskie portale. Nagłaśniać zjawisko voter suppression. I nie palić szmatławych portali. Zakładać własne. Wtedy może za 4 lub 8 lat uda się przejąć władzę, a potem zrobić coś dobrego.
przez Mariusz Braszkiewicz | wtorek 4 października 2016 | Lato 2016
Polska nie funkcjonuje w próżni, lecz w układzie międzynarodowym, co nadaje sens śledzeniu wydarzeń politycznych w kraju położonym tak daleko od nas jak Stany Zjednoczone. Oddziałują one na nas zarówno jako światowe mocarstwo, a więc w zakresie stosunków międzynarodowych, jak i w innych dziedzinach, np. jako eksporter idei. Nastroje w USA i w Europie wpływają na siebie nawzajem. Tegoroczne wybory prezydenckie pełnią zatem dla mnie, jako bardzo odległego obserwatora, dwojaką rolę. Z jednej strony decydują, kto będzie rządził światowym supermocarstwem i sojusznikiem Polski, co może mieć wpływ na naszą pozycję międzynarodową. Z drugiej – udzielą odpowiedzi na pytanie, jakie nastroje przeważają w Stanach Zjednoczonych i w jaki sposób będą oddziaływały na nastroje europejskie.
Jak się wybiera?
Wybory prezydenckie w USA odbywają się w specyficznym trybie. Istnieje wprawdzie głosowanie powszechne, ale wyłania ono tylko członków Kolegium Elektorów, które wybiera głowę państwa. Jest ich obecnie 538, a każdy stan wybiera tylu elektorów, ilu ma łącznie reprezentantów i senatorów. Liczba senatorów jest stała – po dwóch z każdego stanu, a grupa reprezentantów – proporcjonalna do liczby ludności danego stanu, więc w nieco ponad półmilionowym Wyoming będzie to 1 osoba, w trochę ponad trzydziestoośmiomilionowej Kalifornii – 53. Wybory mają charakter większościowy – zwycięzca bierze wszystkie głosy danego stanu (wyjątkiem są Nebraska i Maine, w których przegrany może dostać część głosów, jeśli wygra w którymś z okręgów). W takim systemie jest możliwe, aby zwycięzca głosowania powszechnego przegrał w głosowaniu elektorskim – zdarzyło się tak cztery razy. Aby zostać prezydentem, trzeba zdobyć ponad połowę głosów elektorskich, czyli 270. W razie nieprzekroczenia tego progu przez żadnego z kandydatów, np. w przypadku remisu (co zdarzyło się jeden raz) lub rozdrobnienia elektoratu (również jeden raz), wyboru spośród trzech kandydatów z największą liczbą głosów elektorskich dokonuje Izba Reprezentantów. Głosy liczy się wtedy stanami – aby zostać wybranym, trzeba uzyskać głosy ponad połowy stanów. Równocześnie wyłania się wiceprezydenta, a w razie niewybrania go przez Kolegium Elektorskie wyboru dokonuje Senat. Wyborów przedterminowych nie przewiduje się – w razie śmierci prezydenta między wyborem a rozpoczęciem kadencji urząd obejmuje wiceprezydent, podobnie jak w razie śmierci na urzędzie (co zdarzyło się osiem razy, w tym cztery razy z powodu morderstwa) lub rezygnacji (jeden przypadek).
Prezydentem może zostać tylko ktoś, kto jest obywatelem kraju z urodzenia – nabył obywatelstwo na terytorium USA lub za granicą z amerykańskich rodziców. Musi mieć ponadto ukończone 35 lat i mieszkać na terenie USA od co najmniej 14 lat. Maksymalna liczba kadencji to dwie. Jeżeli prezydent objął urząd w drodze sukcesji po poprzedniku i sprawował go krócej niż dwa lata – wówczas może ubiegać się o dwie pełne kadencje. Jeżeli dłużej – tylko o jedną.
Równocześnie odbywają się wybory do Izby Reprezentantów i do Senatu, choć zmianie ulega jedynie 1/3 senatorów. Senatorów wybiera się w poszczególnych stanach, a reprezentantów – w jednomandatowych okręgach wyborczych.
System partyjny jest zdominowany przez dwie partie: Demokratów i Republikanów. Świadczą o tym liczby: 435 reprezentantów (a więc wszyscy), 98 na 100 senatorów i 49 na 50 gubernatorów należy do jednej z dwóch głównych partii. Kandydaci na prezydenta w pierwszej kolejności ubiegają się o nominację jednej z dwóch partii. W każdym stanie i niebędącym stanem terytorium odbywają się prawybory (przypominające typowe wybory) i caucus (przypominające zjazdy partyjne). Zależnie od wyników kandydaci otrzymują określoną pulę delegatów. Jest też grono unpledged delegates czy też superdelegates, którzy nie są związani wolą wyborców – to najważniejsi działacze: członkowie Kongresu, gubernatorzy i wysoko postawieni funkcjonariusze partyjni. Wszyscy delegaci pod koniec lipca zbierają się na Konwencji. Przyznaje ona nominację temu z kandydatów, który uzyska bezwzględną większość głosów. Jeżeli żaden nie uzyska jej w pierwszym głosowaniu, delegaci głosują do skutku, z tym że od drugiego głosowania nie są już związani wolą wyborców, co stwarza możliwość zakulisowych targów. Po uzyskaniu nominacji kandydat przedstawia swojego running mate, czyli kandydata na wiceprezydenta.
Kto na Prezydenta?
W rozpoczętych 1 lutego prawyborch z dwóch głównych partii wystartowało 15 kandydatów (3 z Partii Demokratycznej i 12 z Partii Republikańskiej). W momencie powstawania artykułu zostało ich pięciu – 2 Demokratów i 3 Republikanów. Ich prezentację rozpocznę od lewej strony politycznej sceny.
74-letni senator Bernie Sanders urodził się w żydowskiej rodzinie polsko-rosyjskiego pochodzenia. Jego ojciec przybył do USA ze Słopnic w powiecie limanowskim. Sanders nie jest członkiem żadnej partii, choć ubiega się o nominację Demokratów. Począwszy od lat 60. XX wieku, kiedy brał udział w protestach antywojennych i antysegregacyjnych, był działaczem niewielkich ugrupowań socjalistycznych, które kontestowały system dwupartyjny. W latach 1981-1989 był burmistrzem Burlington w stanie Vermont, a wybory wygrywał, mając przeciw sobie kandydatów obu partii. Jako burmistrz, oprócz wprowadzania lewicowych rozwiązań na lokalnym poletku, przejawiał zainteresowanie sprawami ogólnoświatowymi, o czym świadczą wysyłane przez niego apele: do przywódców nuklearnych mocarstw o rozbrojenie, do prezydenta RPA o zakończenieapartheidu, do Ronalda Reagana o zaprzestanie finansowania prawicowych organizacji terrorystycznych w Ameryce Łacińskiej, do Margaret Thatcher o zakończenie wojny w Irlandii Północnej. Już wtedy popierał prawo osób pozostających w związkach homoseksualnych do zawierania małżeństw. Radykalnie lewicowe jak na USA poglądy i dystans do obu głównych partii uczyniły Sandersa postacią rozpoznawalną poza Burlington, dzięki czemu w 1991 roku został kongresmenem.
W czasach prezydentury George’a W. Busha Sanders nawiązał współpracę z Demokratami m.in. na gruncie krytyki agresji na Irak i innych tego typu metod „walki z terrorem”. Wciąż jednak nie wstąpił do tej partii (Czasami jest Demokratą – jak powiedziała senatorka Barbara Boxer), w pewnych kwestiach zawierał jednak sojusze idące w poprzek podziałów partyjnych – o krytyce Banku Centralnego i powiązań państwa z wielkim biznesem mówił tym samym głosem, co libertariański kongresmen Ron Paul. Po ośmiu reelekcjach Bernie Sanders zdecydował się w 2006 roku na start w wyborach do Senatu, znów jako kandydat niezależny. Tym razem jednak nie miał przeciwko sobie Demokratów – zdecydowali się oni nie wystawiać własnego kandydata i poparli Sandersa. W podobny sposób uzyskał reelekcję w 2012 roku.
Określa się jako demokratyczny socjalista. Jego obietnice wyborcze oparte są na rozwiązaniach stosowanych w krajach skandynawskich. Krytykuje układy o wolnym handlu, postuluje uspołecznienie uczelni wyższych, podwyżkę płacy minimalnej, rozszerzenie systemu ubezpieczeń zdrowotnych, reformę prawa pracy w kierunku zwiększenia uprawnień pracowników, złagodzenie polityki kryminalnej (np. legalizacja narkotyków, likwidacja prywatnych więzień), zniesienie (powszechnej po zmachach 11 września) inwigilacji czy też wprowadzenie podatku od transakcji finansowych.
O nominację Demokratów ubiega się też 69-letnia Hillary Clinton, która ma szanse zostać pierwszą kobietą na stanowisku prezydenta USA. Urodzona w konserwatywnej rodzinie (jako 17-latka była wolontariuszką w kampanii wyborczej Barry’ego Goldwatera, ultrakonserwatywnego republikańskiego kandydata na prezydenta z 1964 roku), zmieniła poglądy pod wpływem kazań lewicującego pastora Dona Jonesa. Na studiach była już zaangażowana w ruch antywojenny i w 1972 roku wspierała lewicowego kandydata George’a McGoverna. W tym okresie poznała też swojego późniejszego męża, gubernatora Arkansas i prezydenta, Billa Clintona.
Za jego prezydentury była aktywna politycznie – pracowała nad ustawami gwarantującymi pomoc rodzinom adopcyjnym i zastępczym oraz ich dorosłym wychowankom, jak również nad nieprzyjętym przez Kongres projektem ustawy o ubezpieczeniu zdrowotnym dla rodzin z dziećmi. Równocześnie jednak Clinton niejednokrotnie była w ogniu krytyki. Przykładem może być afera Whitewater, dotycząca spółki działającej na rynku nieruchomości, w której Clinton miała udziały i która zbankrutowała w niewyjaśnionych okolicznościach (dokumenty zaginęły). Podejrzewa się, że firma prowadziła nielegalne interesy ze stanem Arkansas, którego gubernatorem był wówczas nie kto inny, jak Bill Clinton. Kontrowersje budzi także jej postawa wobec pozamałżeńskich przygód męża, który romansował z piosenkarką Gennifer Flowers oraz z urzędniczkami Paulą Jones i Moniką Lewinsky. To właśnie te dwa ostatnie romanse i związane z nimi kłamstwa prezydenta doprowadziły do wszczęcia wobec niego procedury impeachmentu – Hillary Clinton opowiedziała się wówczas po stronie męża i publicznie szkalowała jego kochanki (Monica Lewinsky jest częścią rozległego prawicowego spisku).
Pod koniec prezydentury Billa, w 2001 roku, Clinton została senatorką. W Senacie była przedstawicielką prawego skrzydła Demokratów – m.in. uznawała małżeństwo za związek mężczyzny i kobiety oraz głosowała za takimi republikańskimi inicjatywami, jak wojna w Iraku czy zakaz znieważania flagi. Wielu komentatorów odbierało to jako chęć zdobycia poparcia centrowych wyborców w wyborach prezydenckich. Istotnie, Clinton wystartowała w nich w 2008 roku, ale przegrała prawybory z Barackiem Obamą. Po jego wygranej została sekretarzem stanu, doprowadzając do krótkotrwałego ocieplenia stosunków z Rosją oraz do interwencji w Libii (jak sama ją podsumowała: przyszliśmy, zobaczyliśmy, zginął [chodzi o libijskiego dyktatora Muammara al-Kaddafiego]). Jej działalność na tym stanowisku spotyka się z krytyką – przeciwnicy oskarżają ją o zaniedbanie bezpieczeństwa konsulatu w libijskim Bengazi, gdzie w 2012 roku zginął ambasador USA, czy też o nielegalne przechowywanie niejawnych mejli (z których wynika, że USA przejęły libijskie złoto po wspomnianej interwencji) na prywatnej skrzynce. Hillary Clinton ma więc doświadczenie na najwyższych szczeblach władzy, również w sensie negatywnym.
Spośród kandydatów republikańskich najbliżej centrum sytuuje się 63-letni John Kasich, gubernator stanu Ohio. Jest wnukiem imigrantów z Czech i Chorwacji. W latach 1983–2001 był kongresmenem, a w latach 1995–2001 przewodniczył Komisji Budżetu Izby Reprezentantów. Podczas pracy na tym stanowisku doprowadził do uchwalenia w 1997 roku ustawy budżetowej, która – po raz pierwszy od 1969 roku – wprowadziła budżet zrównoważony, tj. taki, w którym dochody równe są wydatkom. Przeprowadził też reformę systemu opieki społecznej, która – przez ustalenie limitu czasu przysługiwania zasiłków oraz wprowadzenie obowiązku pracy beneficjentów – miała doprowadzić do zmiany charakteru opieki społecznej z „rozdawniczego” na „aktywizacyjny”. W tym czasie Kasich miał dobre relacje z Demokratami – wielu z nich poparło napisane przez niego ustawy, a prezydent Clinton je podpisał. Ponadto zasiadał w Komisji Sił Zbrojnych, w której – wbrew konserwatystom – poparł Clintona w ograniczeniu dostępu do broni palnej. Jednak potem, w 1998 roku, głosował za postawieniem go w stan oskarżenia. Po odejściu z Izby Kasich prowadził audycję w konserwatywnej stacji FOX News, a następnie pracował w banku Lehman Brothers. Do polityki wrócił w 2010 roku po zwycięskich wyborach na gubernatora Ohio. W 2014 roku uzyskał reelekcję. Jako gubernator obniżył deficyt budżetowy, ciął wydatki i podnosił niektóre podatki. Popiera konstytucyjny zakaz budżetu z deficytem, tj. takiego, który prowadzi do zwiększenia zadłużenia stanu lub państwa. Jest też zwolennikiem szkół czarterowych, czyli placówek prywatnych, nieobjętych państwowym programem nauczania, ale finansowanych z publicznych pieniędzy i rozliczanych za efekty. Sprzeciwia się aborcji, choć stwierdził, że zgwałconej córce pozwoliłby na dokonanie zabiegu. Jest też przeciwny stosowaniu marihuany nawet do celów medycznych, ale popiera prawo poszczególnych stanów do decydowania o tej kwestii. Prezentuje ponadto stanowisko krytyczne wobec postulatów ochrony środowiska, co wynika z interesów wielkiego biznesu w stanie Ohio, gdzie kwitnie wydobycie surowców energetycznych. Nie popiera małżeństw homoseksualnych, ale deklaruje, że skoro ich zniesienie wymaga wprowadzenia poprawki do Konstytucji, to nie poprze jej. Opowiada się za pozostawieniem nielegalnym imigrantom możliwości uregulowania ich statusu, poparł również wprowadzone przez Obamę powszechne ubezpieczenia zdrowotne.
Zdecydowanie po prawej stronie sytuuje się 45-letni Ted Cruz, senator z Teksasu. Ma szansę zostać pierwszym prezydentem USA urodzonym za granicą (w Kanadzie) i pierwszym pochodzenia latynoskiego (jego ojciec jest Kubańczykiem). Poglądy Cruza można określić mianem konserwatywnego libertarianizmu – dał się poznać jako zwolennik wolnego handlu, obniżki podatków i zniesienia płacy minimalnej. Sprzeciwia się aborcji, obowiązkowi szkolnemu, obowiązkowym ubezpieczeniom zdrowotnym, małżeństwom homoseksualnym i związkom partnerskim. Neguje nadto globalne ocieplenie i krytykuje rządowe programy ochrony środowiska. Ponieważ jego poglądy na ochronę środowiska przeczą uznanym naukowo faktom, Cruz porównuje się do Galileusza, który też negował dotychczasową wiedzę (Barack Obama skomentował to słowami: Galileusz uważał, że Ziemia kręci się wokół Słońca. Ted Cruz uważa, że Ziemia kręci się wokół Teda Cruza). Cruz jest też przeciwny federalnej wojnie z narkotykami, rozpoczętej przez Nixona i podsyconej przez Reagana – uważa, że każdy stan ma prawo decydować o polityce narkotykowej. Jest zwolennikiem kary śmierci, wolnego dostępu do broni i twardej polityki imigracyjnej (popiera budowę muru na granicy z Meksykiem). W polityce zagranicznej jego priorytetem jest Izrael, a głównymi wrogami – Iran i Państwo Islamskie. Cruz jest skłócony z prawie całą Partią Republikańską, której zarzuca zdradę ideałów. Przynależność do niej traktuje jako smutną konieczność w obliczu zabetonowanego dwupartyjnego systemu. Sam o sobie powiedział: Po pierwsze – jestem chrześcijaninem, po drugie – Amerykaninem, po trzecie – konserwatystą, a potem – Republikaninem.
Ostatnim kandydatem jest 69-letni Donald Trump, miliarder z Nowego Jorku. Omawiam jego postać na końcu nie dlatego, że jest najbardziej prawicowym z kandydatów, choć niejednokrotnie określano go w polskich mediach mianem skrajnie prawicowego, ultrakonserwatywnego czy nawet anarchokapitalisty. Próba przypisania Trumpowi poglądów jest karkołomna. Moim zdaniem jest on daleki od amerykańskiego konserwatyzmu. Dużo bliżej mu do europejskich ruchów nacjonalistycznych, choć to też uproszczenie. Nie pełnił dotąd żadnych funkcji publicznych. Jest biznesmenem, dziedzicem wielomiliardowej fortuny swego dziadka, imigranta z Niemiec. Działa na rynku nieruchomości. Jest ponadto osobowością telewizyjną. Występował w reality show „The Apprentice”, jako miłośnik wrestlingu występował na jego galach, a raz nawet bił się z Vincem McMahonem, prezesem World Wrestling Entertainment.
Popularność zawdzięcza temu, że jest człowiekiem z zewnątrz, nieskażonym dotychczasową polityką. W obliczu mody na antysystemowość jest to atut w oczach opinii publicznej. Trump, w przeciwieństwie do kontrkandydatów, unika konkretów w swym programie wyborczym. Hasło Make America Great Again jest odpowiedzią na wszystko. Co więcej, wielokrotnie w życiu zmieniał przynależność partyjną i poglądy: był Demokratą, Republikaninem, członkiem Partii Reform, powtórnie Demokratą, potem niezależnym i znów Republikaninem. Opowiadał się za publiczną służba zdrowia (idąc dalej niż Obama, który wprowadził jedynie obowiązek posiadania ubezpieczenia zdrowotnego), by teraz, choć bez konkretów, krytykować ten pomysł. Oceniał negatywnie elektrownie wiatrowe, by potem je popierać. Wzywał policję do aresztowania osób zakłócających jego wiece, by następnie domagać się wolności słowa. Wzywał do legalizacji narkotyków i do wojny z nimi. Jeżeli chodzi o obecnie głoszone poglądy, najwięcej rozgłosu przysparza mu ostre stanowisko antyimigranckie – jest za wzniesieniem muru na granicy z Meksykiem i obciążeniem tego kraju kosztami budowy. Popiera też zakaz imigracji muzułmanów. Obecnie antyimigranckie podejście jest typowe dla Republikanów (choć w 1980 roku dwaj republikańscy kandydaci – Ronald Reagan i George Bush Senior – prześcigali się w debacie, który z nich jest bardziej proimigrancki), ale sposób prezentowania tego stanowiska przez Trumpa odbiega mocno od politycznej rutyny. Kandydat ten potrafił też obrazić dziennikarkę prawicowej stacji FOX News, gdy zadawała mu niewygodne pytania. Zasugerował, że cierpi z powodu dolegliwości menstruacyjnych. Nie była to zresztą jedyna wyrażona przez niego seksistowska opinia – o Hillary Clinton powiedział: jeżeli nie umie zadowolić swego męża, dlaczego myśli, że umie zadowolić Amerykę?
Trump wyróżnia się na tle innych współczesnych amerykańskich polityków podejściem do spraw zagranicznych. Po latach interwencjonizmu jest przeciwko interwencji w Libii, a wojnę w Ukrainie uważa za wewnętrzną sprawę Europy. Zamierza też ograniczyć dotychczasowy liberalny charakter handlu zagranicznego i wprowadzić silny protekcjonizm, co wyraził w przemówieniu skierowanym do Chin, Arabii Saudyjskiej i krajów OPEC (kartelu państw-eksporterów ropy naftowej): Słuchajcie, skurwysyny! Zamierzamy nałożyć na was 25% podatku!
Co zmienią wybory?
Prezydent sprawuje władzę wykonawczą. Ogranicza go zasada trójpodziału władz i to, czy zrealizuje postulaty, będzie zależało także od wyniku równolegle przeprowadzanych wyborów do Kongresu, który ma władzę ustawodawczą. Po ośmiu latach rządów Baracka Obamy Stany Zjednoczone przesunęły się nieco w lewą stronę. Tegoroczne wybory wyznaczą kurs na następne lata. Dziś ideologia odgrywa bowiem dużo większą rolę niż niegdyś. Jeszcze w latach 80. zeszłego stulecia Longin Pastusiak, pisał, że cechą amerykańskiego systemu partyjnego jest me-tooism (ang. me too – „ja też”), polegający na głoszeniu przez obie partie podobnych poglądów. Jego zdaniem wybory były starciem osobowości, a nie wizji. Jeśli chodzi o tamte czasy, trzeba przyznać Pastusiakowi rację. Bardzo długo podziały ideologiczne szły w poprzek podziałów partyjnych. Jednak od niedawna scena polityczna jest bardziej spolaryzowana, a partie polityczne – bardziej skupione wokół ideologii, na co wskazują wyniki głosowań w Kongresie.
Oznacza to, że wybór Hillary Clinton z jej umiarkowanymi, centrolewicowymi i dostosowanymi do nastrojów społecznych (żeby nie powiedzieć konformistycznymi) poglądami przyniesie dalsze skręcanie USA w lewo. Z kolei prezydentura Berniego Sandersa, głoszącego od 50 lat lewicowe i nie zawsze popularne poglądy, oznaczała będzie skręt w lewo, ale dużo ostrzejszy. Choć Sanders w Europie uchodziłby za socjaldemokratę, a może nawet za przedstawiciela lewego skrzydła chadecji, to w Stanach Zjednoczonych głoszone przez niego opinie były poza głównym nurtem. Przed 2015 roku podzielały je tylko mniejsze ugrupowania i niezależni politycy. Uważam więc, że Sanders, ubiegając się o nominację Partii Demokratycznej, nie zdradził swych ideałów – nie dość, że pozostał im wierny, to wprowadził je do szerokiej debaty publicznej. Jego przeciwnicy polityczni mogą się z tym nie zgadzać, ale muszą się już liczyć z ruchem stojącym za Sandersem, nie mogą go po prostu przemilczeć – nie są w stanie sprowadzić lewicowych postulatów do słabo słyszalnego głosu mikrolewicy. Sanders przebił się do publicznej debaty jako pełnoprawny uczestnik. W tym sensie pewien skręt w lewo już się dokonał.
Wybór Teda Cruza będzie z kolei powrotem Stanów Zjednoczonych na prawą stronę. Jego poglądy są jeszcze bardziej konserwatywne niż Ronalda Reagana czy George’a Busha, więc z pewnością będzie dążył do zniwelowania przynajmniej w części efektów ośmiu lat rządów centrolewicowego Obamy. Oznacza to zmniejszenie roli państwa w gospodarce i postawienie na wolny rynek jako najlepszy środek do osiągnięcia dobrobytu. W sprawach społeczno-obyczajowych będzie natomiast prowadził politykę zgodną z oczekiwaniami duchownych, zwłaszcza protestanckich, przeważnie dużo bardziej konserwatywnych niż księża katoliccy. Jakkolwiek prezydent nie jest wszechwładny i nie zdoła po prostu zadekretować swych poglądów i celów, to z pewnością wybór konserwatysty będzie oznaką pewnych nastrojów społecznych – zachodzi tu sprzężenie zwrotne, gdyż będzie on równocześnie motorem konserwatywnych przemian. Wybór Johna Kasicha to również – łagodniejszy wprawdzie – zwrot w prawo. Z kolei zwycięstwo Donalda Trumpa oznaczałoby chyba największy ideologiczny przewrót w historii USA. Będzie to bowiem sygnał, że nie tylko nastąpił skręt w prawo, ale też na samej prawicy doszło do przełomu – główną jej siłą nie będą bowiem konserwatyści (z często libertariańskim odchyleniem), ale Trump i jego zwolennicy – ci, którym ideowo dużo bliżej do europejskich nacjonalistów.
Warto też wspomnieć o prerogatywie prezydenta do powoływania sędziów Sądu Najwyższego. Instytucja ta posiada prawo interpretacji Konstytucji, dzięki czemu może uznawać akty prawne za niekonstytucyjne. Tą drogą sankcjonowano ongiś niewolnictwo, potem zniesiono segregację rasową w szkołach, ograniczono karę śmierci, zalegalizowano aborcję i małżeństwa homoseksualne. Sędziów SN jest 9 i są nieusuwalni – pełnią funkcję do śmierci albo rezygnacji. Obecnie w SN zasiada czterech liberałów, trzech konserwatystów i jeden sędzia będący języczkiem u wagi. Jedno stanowisko wakuje. Uzupełni je nominat zwycięzcy wyborów. Ponadto można się spodziewać, że w czasie jego 4-letniej kadencji zwolnią się następne, gdyż kilku sędziów jest w podeszłym wieku. Toteż zwycięstwo Demokraty może skutkować np. zniesieniem kary śmierci czy uznawaniem za konstytucyjne popieranych przez Demokratów aktów prawnych (np. dotyczących ograniczenia wolnego dostępu do broni). Odwrotny skutek przyniesie oczywiście zwycięstwo Republikanina.
Sprawa polska
Pojęcie Stanów Zjednoczonych kojarzy się ludziom w Polsce z wolnością i demokracją, ze wspaniałomyślnością i ofiarnością, z ludzką przyjaźnią i przyjaznym człowieczeństwem. Wiem, że nie wszędzie Ameryka tak jest postrzegana. Ja mówię o tym, jaki jest obraz w Polsce, obraz ten został utrwalony przez liczne dobre doświadczenia historyczne – tak opisał relacje polsko-amerykańskie Lech Wałęsa, przemawiając 15 listopada 1989 roku przed połączonymi izbami Kongresu. Polska nigdy nie była pod amerykańskim butem, wrogów mieliśmy gdzie indziej. Nasze relacje były dobre: począwszy od udziału Polaków w wojnie o niepodległość USA, przez wsparcie dla odzyskania przez Polskę niepodległości po I wojnie światowej i podobnie w czasie rządów komunistycznych, aż po wejście Polski w NATO. Bywały i epizody dla Polski niekorzystne, jak zdrada jałtańska, albo przynajmniej kontrowersyjne, jak wspieranie takiego, a nie innego modelu transformacji, z narzuceniem popieranego przez USA modelu gospodarki i naciskaniem na udział w niej komunistów, co przejawiało się choćby poparciem dla prezydentury Jaruzelskiego. Nie zmienia to faktu, że w ostatecznym rozrachunku USA są dziś sojusznikiem Polski. Nie zmieni tego amerykańska dezaprobata wobec poczynań polskiego rządu w sprawie Trybunału Konstytucyjnego. W jakim kierunku będą podążać relacje polsko-amerykańskie po wyborach w Stanach?
Aby to zrozumieć, należy przede wszystkim zdjąć ideologiczne okulary. Jako stały czytelnik doniesień polskich mediów poświęconych amerykańskiej polityce, a także jako założyciel facebookowej grupy „Wybory w USA”, zaobserwowałem, że wielu Polaków zabierających głos w tej sprawie identyfikuje się z kandydatami w oparciu o ideologiczną zbieżność. W wielkim skrócie: lewicowcy popierają Demokratów (głównie Sandersa), a prawicowcy – Republikanów (głownie Trumpa). Moim zdaniem takie podejście trąci plemiennością. Polityka międzynarodowa nie jest grą ideologii. Jeżeli ktoś chce się utwierdzić w słuszności swych poglądów – niech kibicując konkretnemu kandydatowi, patrzy na jego poglądy. Jeżeli myśli o Polsce w układzie międzynarodowym – powinien zachować dystans.
Bernie Sanders, który osobiście jest mi bliski ideologicznie, pod względem polskich racji budzi pewne obawy. Z jednej strony jest Amerykaninem polskiego pochodzenia, ponadto po napaści Rosji na Ukrainę wzywał Obamę do nałożenia na agresora sankcji. To oczywiście zaleta Sandersa, ponieważ Rosja jest potencjalnym zagrożeniem dla Polski. Jest też Sanders zwolennikiem kontynuowania działalności NATO. Są w Polsce środowiska kibicujące mu – ciepło pisze o nim „Gazeta Wyborcza”, oficjalnego poparcia udzieliła mu partia Razem. Jednak, z drugiej strony, chce on rozszerzenia NATO o Rosję. Rzecz jasna wymagałoby to od Rosji zahamowania agresywnej polityki (co tymczasowo jest ona w stanie – moim zdaniem – zrobić). Czy jednak nawet z łagodniejszą Rosją zbliżenie amerykańsko-rosyjskie jest dla nas korzystne? Śmiem wątpić. Znaczenie Polski, jako kraju położonego na wschodniej flance NATO, rośnie w sytuacji napięcia. W sytuacji odprężenia – zbliżenie między mocarstwami następuje ponad głowami Polski.
Hillary Clinton będzie kontynuowała dotychczasową politykę Obamy. Sama zresztą przez pierwszą kadencję była jej architektem jako Sekretarz Stanu (odpowiednik Ministra Spraw Zagranicznych). Na początku doprowadziła do resetu (czyli odprężenia) stosunków z Rosją. Kiedy jednak po tej chwilowej poprawie Rosja wsparła prezydenta Syrii Baszszara al-Asada, do obalenia którego dążyły USA, a następnie najechała Ukrainę, relacje znacznie się pogorszyły. Ponadto USA poparły demokratyczne protesty w Moskwie w 2012 roku – czego efektem było szkalowanie Hillary Clinton w mediach rosyjskich oraz zakaz przyjmowania zagranicznych funduszy przez rosyjskie organizacje pozarządowe. Obecnie utrzymuje się stan napięcia, moim zdaniem korzystny dla Polski. Można przypuszczać, że prezydentura Hillary Clinton nie przyniesie zmian w tej materii. Prawdopodobnie będzie też nawiązywała do polityki swego męża, a to właśnie za jego prezydentury Polska weszła do NATO. Przewidywalność tej polityki jest dla Polski zaletą, co przyznali nawet dwaj prawicowi komentatorzy z Ośrodka Analiz Strategicznych, Witold Jurasz i Jarosław Guzy, którzy uznali ją za kandydatkę najkorzystniejszą dla Polski. Minusem natomiast są powiązania jej sztabu wyborczego z Kremlem, ujawnione w Panama papers – Tony Podesta, skarbnik sztabu, to lobbysta rosyjskiego Sperbanku, który przez kontrwywiad NATO i rosyjską opozycję demokratyczną jest uważany za siedlisko rosyjskiej agentury.
Ted Cruz ideologicznie jest mi odległy, ale uważam go za kandydata przychylnego Polsce. Wprawdzie nasz region nie jest dla niego priorytetem (za najważniejszego sojusznika uważa Izrael, a za najważniejszy obszar aktywności USA – Bliski Wschód), ale odwołuje się do Ronalda Reagana i chce silnego NATO ze wzmocnioną wschodnią flanką. Można się spodziewać, że pójdzie jeszcze dalej niż Obama, który doprowadził do rotacyjnej obecności 5 tysięcy żołnierzy w krajach flanki wschodniej. Cruza darzą w Polsce sympatią media bliskie PiS. Spośród polskich polityków ciepło wypowiadał się o nim Tomasz Siemoniak z PO, były szef MON.
Zwolennikiem „jastrzębiej” polityki zagranicznej jest John Kasich. Niegdyś był on sympatykiem George’a W. Busha. Dziś zmienił opinię – twierdzi, że gdyby wiedział, że w Iraku nie było broni masowego rażenia, nie poparłby inwazji, uzasadnianej rzekomą obecnością takiej broni. Nadal jednak jest zwolennikiem zwiększania budżetu sił zbrojnych, demonstrowania potęgi oraz wspierania Ukrainy dostawami uzbrojenia. Jego prezydentura oznaczałaby interwencję w obronie interesów amerykańskich, co pozwoliłoby sojusznikom Ukrainy czuć się bezpiecznie. Kasichowi polscy komentatorzy nie poświęcają zbyt dużo uwagi ze względu na jego słabe notowania i niskie prawdopodobieństwo wygranej, ale z pewnością znalazłby wspólny język z proamerykańskimi środowiskami w naszym kraju. Tym bardziej, że jest kandydatem republikańskiego establishmentu – zadziałałyby tu kontakty z Republikanami wypracowane przez lata.
Donald Trump to dla Polski opcja najgorsza z możliwych. Nie bez powodu popiera go Aleksander Dugin, ideolog rosyjskiego imperializmu. Trump uważa konflikt w Ukrainie za wewnętrzną sprawę Europy, toteż Polska, angażując się we wsparcie Ukrainy, byłaby osamotniona na arenie międzynarodowej. Krytykuje NATO, jego priorytetem jest rywalizacja z Chinami. Można przypuszczać, że dążyłby do układu z Rosją przeciwko Chinom. Pierwszą taką próbę podjął w 2001 roku George W. Bush na szczycie w Słowenii, jednak kilka lat później zarzucił tę politykę, stąd pomysł tarczy antyrakietowej w Polsce. Gdy władzę objął Obama, spróbował po raz drugi – ogłosił nowy początek relacji z Rosją, wyrzucając przy tym do kosza projekt budowy tarczy. Jednak Rosja poczyniła w Syrii i na Ukrainie kroki wrogie Stanom Zjednoczonym, co spowodowało powrót do napiętych relacji. Zbliżenie amerykańsko-rosyjskie za prezydentury Trumpa byłoby to już trzecia taką próbą w tym stuleciu. W Polsce Trumpa popierają głównie środowiska antysystemowej prawicy, głównie młodzi widzowie kanału Mariusza Maksa Kolonki na YouTube, który nagina rzeczywistość do dobrze się sprzedającej ideologii i przekonuje, że Trump jest przyjacielem Polski.
Gdy kończę pisać artykuł, patrzę na wyniki na półmetku prawyborów. U Republikanów sytuacja jest skomplikowana i nieprzewidywalna – prowadzi Donald Trump, ale nie na tyle wyraźnie, żeby być pewnym nominacji. Po piętach depcze mu Ted Cruz. Nie można też wykluczyć, że w razie nieuzyskania przez żadnego z nich bezwzględnej większości kandydatem zostanie ktoś trzeci. Jaśniejsza sytuacja jest u Demokratów – wyraźnie wygrywa Hillary Clinton i to prawdopodobnie ona wystartuje 8 listopada w wyborach. Jej kandydatura ma swoje wady – jako osoba będąca przez lata blisko szczytów władzy jest bardziej zepsuta przez wielką politykę, przez lata prezentowała konformistyczne poglądy, a sponsorami jej kampanii są głównie banki. I nie jest Sandersem – stałym w poglądach prospołecznym politykiem, którego kampanię sponsorują głównie związki zawodowe i miliony drobnych darczyńców. Czy jest ona lepsza od kandydata Republikanów? Niepewność co do tego, kto nim będzie, uniemożliwia mi udzielenie jasnej odpowiedzi. Na pewno jest lepsza od Trumpa – lepszy powolny dryf USA w kierunku centrolewicowym niż ostry skręt w stronę nacjonalizmu. Ponadto chciałbym kolejnych czterech lat rządów dających względne poczucie bezpieczeństwa Polsce, a pod tym względem Clinton prezentuje się nieco lepiej niż Trump. W rywalizacji z nim trzymam więc kciuki za kandydatkę Demokratów, bo życzę dobrze zarówno USA, jak i Polsce. Natomiast w rywalizacji z Tedem Cruzem jej przewaga w moich oczach zmniejsza się – konserwatywny libertarianizm Cruza jest z punktu widzenia ideologii mniejszym złem niż nacjonalizm Trumpa. Clinton ma nadal ideologiczną przewagę nad Cruzem, ale po nim można się spodziewać bardziej wiarygodnej i konsekwentnej polityki zagranicznej. W razie republikańskiej nominacji dla Cruza i jego rywalizacji z Clinton będę miał więc dylemat – uważam go za gorszego kandydata dla USA, ale lepszego z punktu widzenia interesów Polski.