przez Maurycy Gocławski | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017, Wywiad - kwartalnik
– W swojej książce „Co z tym Kansas? Czyli jak konserwatyści zdobyli serce Ameryki” pochyla się Pan nad zjawiskiem tzw. backlashu – konserwatywnej fali zalewającej Stany Zjednoczone na przełomie poprzedniego i obecnego wieku. Czym ten ówczesny backlashowy konserwatyzm wyróżniał się na tle innych nurtów konserwatywnej polityki?
– Thomas Frank: Kluczowa różnica polega na tym, że zamiast występować z pozycji „prawowitych właścicieli społeczeństwa”, konserwatyzm backlashu kreuje się na wyraziciela i obrońcę interesów wściekłych, uciskanych zwykłych ludzi, zniesmaczonych ekscesami wszechobecnego rozbuchanego liberalizmu.
Oczywiście tak rozumiany backlash nie narodził się w latach 90. Ten model uprawiania polityki – poprzez odwołanie się do „zwykłego człowieka” i przeciwstawienie go zdemoralizowanym elitom – ma w amerykańskiej polityce ostatniego stulecia długą tradycję. Zresztą nie tylko w amerykańskiej i nie tylko w dwudziestowiecznej. Ale w tym sensie, w którym używam tego pojęcia, backlash pojawia się w Stanach po raz pierwszy w późnych latach 60. – w dekadzie, która pod bardzo wieloma względami stanowi początek naszej ery politycznej.
W tamtym okresie backlash był przede wszystkim reakcją na antyrasistowski ruch praw obywatelskich i jego zdobycze w postaci reform znoszących segregację rasową. W ruchu tym prym wiedli politycy pokroju George’a Wallace’a – Demokraty i prominentnego zwolennika segregacji, wieloletniego gubernatora Alabamy w latach 60., 70. i 80., kilkukrotnego kandydata na prezydenta USA. Przedstawiciele tej formacji stanowili wówczas poważną siłę w amerykańskiej polityce, zdobyli też liczne przyczółki we władzach lokalnych i rozmaitych urzędach w całym kraju.
Nawiasem mówiąc: Donald Trump jest świadomym imitatorem wielu polityków tamtej epoki, zwłaszcza Richarda Nixona, który również był jednym z liderów backlashu. W retoryce Trumpa nie brakuje także nawiązań do Ronalda Reagana, który również wchodził do polityki na fali ruchu sprzeciwu wobec liberalizmu lat 60.
– Głównym punktem odniesienia dla tego pierwszego backlashu były więc reformy rasowe. A co było źródłem i wyróżnikiem konserwatywnej reakcji w latach 90.?
– Motywem przewodnim backlashu lat 90. była wielka fala wojen kulturowych. To wtedy centralną częścią życia politycznego stały się konflikty o modlitwy w szkołach, nauczanie teorii ewolucji czy prawo aborcyjne. Dla wielu ludzi kwestie te pozostają kluczowe do dzisiaj, choć moim zdaniem w późniejszych latach prawica poniosła na tym kulturowym froncie spore straty.
Równolegle w latach 90. coraz wyraźniej widoczne stają się dramatyczne konsekwencje reform gospodarczych Reagana dla amerykańskiego świata pracy. Życie amerykańskich robotników, ich środowisko, wszystkie najbardziej uprzemysłowione części kraju zamieniają się w pobojowisko.
– W „Co z tym Kansas?” stawia Pan tezę, że konserwatywna radykalizacja kulturowa lat 90., jeśli przyjrzeć się jej bliżej, jest ściśle związana z tym właśnie doświadczeniem i ma w gruncie rzeczy klasowy charakter.
– Zgadza się. Przy czym ta klasowa natura wojen kulturowych stanowiła pewne tabu, nie odnoszono się do niej wprost. Mówiono za to o „zwykłych ludziach” i ich „prostych, tradycyjnych wartościach”, a po drugiej stronie barykady – o liberalnych elitach. W amerykańskiej tradycji populistycznej to zawsze był podstawowy schemat – centralnym motywem jest konflikt pomiędzy ludem a elitą. I ta elita jest zwykle definiowana w sposób dosyć mglisty.
Przedstawiciele konserwatywnego backlashu lat 90. mówią więc o elicie liberalnej, ale jest niejasne, co mają tak naprawdę na myśli, a formułowane przez nich definicje są dalece niespójne. W ostatnim rozdziale „Co z tym Kansas?” staram się znaleźć możliwie najlepsze przybliżenie tego, co mają na myśli, i dochodzę do wniosku, że najważniejszym punktem odniesienia jest dla nich klasa specjalistów – nauczyciele, pracownicy uczelni, pracownicy socjalni, menedżerowie itd. Ta konkluzja jest zarazem fundamentem mojej kolejnej książki – „Listen, Liberal”. Ale ideolodzy i politycy backlashu nigdy wprost tego nie przyznają, nie przedstawiają definicji wroga.
– W polskim życiu politycznym ostatnich dekad też pojawiały się formacje spokrewnione z amerykańskim backlashem czy wręcz go imitujące. Aby pozyskać robotników musiały one jednak zawsze – przynajmniej do pewnego stopnia – prezentować się jako progresywne w sferze społeczno-gospodarczej. To pod tym względem chyba najtrudniej z polskiej perspektywy zrozumieć zjawisko, które opisuje Pan na przykładzie Kansas, gdzie ruch konserwatywny opierający się na „niebieskich kołnierzykach” przyjmuje za swój deregulacyjno-rynkowy program Republikanów. Jak to się dzieje? Jak biały robotnik w amerykańskim Midweście staje się wyborcą Reagana, George’a W. Busha czy Donalda Trumpa?
– To proste – przede wszystkim politycy w rodzaju wyżej wymienionych mówią do tego wyborcy i komunikują się z nim zupełnie innym językiem niż robią to Michael Dukakis, Al Gore czy Hillary Clinton. Kandydaci Partii Demokratycznej w czasach, o których mówimy, byli bez wyjątku pozbawionymi charyzmy technokratami, przedstawicielami „lepszego świata” ludzi wysoko wykształconych. Jawienie się jako osoby ekstremalnie kompetentne, kandydaci, za którymi stoi bezkonkurencyjne doświadczenie, było dla nich niemal punktem honoru.
Z drugiej strony, dawna potęga liberalizmu1 w Ameryce wynikała z faktu, że był on autentycznym ruchem ludowym. Zorganizowani pracownicy i farmerzy mieli swoje miejsce w życiu każdej amerykańskiej społeczności. Tutejszy liberalizm był częścią życia zwykłych ludzi, był wpleciony w demokratyczną podszewkę kraju. W latach 90. XX wieku liberalizm był już jednak czymś zupełnie innym – jawił się jako obca filozofia, narzucana z góry przez garstkę ludzi uważających się za moralnie lepszych. Już nie był czymś, co jest zakorzenione w konkretnej społeczności, w małym miasteczku czy na przedmieściu, nie było go już nawet w części dużych miast. Jako szersza oddolna formacja po prostu zniknął, a jednocześnie, w tym samym czasie, tego rodzaju rolę zaczął odgrywać konserwatyzm. Stał się wszechobecny: słychać go w każdej stacji radiowej, w izbach handlowych… Biznes ma swoje organizacje w każdym mieście i miasteczku w Ameryce, a robotnicy – już nie. Rozbijanie ruchu związkowego zaczyna się w latach 70. i 80., a jest tak skuteczne, że na początku lat 90. liberalizm jako zjawisko oddolne już w tych miejscach nie istnieje.
W miastach wysoko uprzemysłowionych, takich jak Wichita w stanie Kansas, liberalizm był dawniej ideą, która znakomicie odpowiadała na codzienne potrzeby człowieka jako uczestnika życia gospodarczego. Dziś to już tylko słowo, które możemy usłyszeć z ust polityka występującego w telewizji. To samo dotyczy innych miejsc – np. wschodniego sąsiada Kansas, Missouri. Demokraci byli tam dominującym ugrupowaniem aż do lat 90. Wynikało to po części z południowego dziedzictwa Konfederacji2, ale także z żywych tam tradycji postępowego populizmu. Wiejskie hrabstwa Missouri często wybierały Demokratów jeszcze do okolic roku 2000, ale od 2012 roku są konsekwentnie republikańskie. W ostatnich wyborach Trump wygrał w Missouri przewagą ponad pół miliona głosów, a Republikanie objęli sześć z ośmiu miejsc w Izbie Reprezentantów.
– Na ile Trump wpisuje się w historię backlashu? Czy to kolejny odcinek tej samej historii, którą opisał Pan w „Co z tym Kansas”?
– Trump jest zupełnie inny niż republikańscy politycy lat 90. Jego kampania wyborcza zajmowała się kwestiami gospodarczymi w sposób bardzo otwarty, nie bał się mówić o interesach klasy pracującej.
– Dlaczego tak się stało? Czy wojny kulturowe okazały się na dłuższą metę niewystarczającym narzędziem mobilizowania poparcia społecznego?
– Było to związane z konsekwencjami wielkiej recesji, która dotknęła USA po 2008 roku. Kiedy gospodarka amerykańska załamała się za sprawą machlojek na rynku mieszkaniowym i w finansach, reguły gry uległy zmianie i wiele „zdobyczy” backlashu zostało unieważnionych. Ludzi przestały obchodzić wojny kulturowe, sprawy ekonomiczne znów stały się najważniejsze. Tylko że konflikty dotyczące tej sfery nie były już tym samym, co kiedyś – zaczęły być ujmowane w tych samych kategoriach, co wojny kulturowe: zwykli ludzie kontra szemrane elity.
– Wydaje się jednak, że jakaś ciągłość pomiędzy backlashem a Trumpem jest, choćby w tym sensie, że Trump wpisał się w szerszy proces „przejmowania” robotniczych społeczności na rzecz Republikanów. W ostatnich wyborach wygrał w kolejnych „tradycyjnie prodemokratycznych” stanach, w tym w tzw. Pasie Rdzy (Rust Belt).
– Proces utraty przez Demokratów dominującej pozycji w dawnych regionach przemysłowych trwa już od dawna, ale dopiero teraz uruchomiły się wszystkie dzwonki alarmowe. Jeśli ktoś traktował sprawę poważnie już wcześniej, mógł obserwować, jak proces ten obejmuje coraz to kolejne obszary Wielkich Równin: Nebraskę, obie Dakoty… Gdy ku Republikanom zwróciła się Północna Dakota, byłem w szoku – to zawsze był bardzo liberalny stan, w latach 30. miał nawet własną lokalną partię socjalistyczną, a teraz on też wkroczył na konserwatywną ścieżkę.
Innym przykładem tego samego zjawiska jest Zachodnia Wirginia – tradycyjnie mocno robotniczy stan z wysokim poziomem uzwiązkowienia. Jeszcze w 1988 roku Zachodnia Wirginia wybrała Michaela Dukakisa – demokratycznego oponenta George’a Busha seniora. Ale od tego czasu stała się głęboko konserwatywna. Dwa albo trzy lata temu „Washington Post” opublikował kilka artykułów o tym, jak zmienia się ten stan, ale wtedy było już po wszystkim – Wirginia była już tak naprawdę po drugiej stronie politycznej barykady. Liberalni publicyści nie mogli w to uwierzyć.
Wreszcie, Trump zwyciężył w stanach Ohio i Iowa oraz w większości obwodów „Pasa Rdzy”. To były nieznaczne zwycięstwa dla Republikanów w sensie liczby głosów, ale stanowiły ukoronowanie długoletniego procesu stopniowego „konserwatywnienia” dawnych rejonów przemysłowych USA.
Fascynujące jest dla mnie to, że ani Demokraci, ani też obóz liberalno-postępowego nie podejmują prób, żeby coś z tym zrobić. Co wybory liberałowie zdają się mówić sobie po prostu, że i tak nie mogą zrobić nic innego niż czekać aż zmieni się struktura demograficzna społeczeństwa. Ewentualnie – wymyślają przeróżne argumenty, aby udawać, że mogą sobie pozwolić na zignorowanie całego zjawiska albo że tak naprawdę nic się nie dzieje.
– A dzieje się? Czy nie mają racji ci, którzy twierdzą, że teza o tym, iż Trumpa wybrali biali robotnicy, jest co najmniej przesadzona? Może – jak przekonują – decydujące dla wyniku wyborów były inne czynniki – np. kwestie rasowe, głosy mieszkańców białych zamożnych przedmieść albo wysoka absencja wyborcza wśród różnych grup stanowiących tradycyjne zaplecze Partii Demokratycznej. Słowem – raczej słabość kandydatury Clinton niż siła Trumpa.
– Te wszystkie czynniki są wzajemnie powiązane. Jedna grupa nie idzie zagłosować równie licznie jak zazwyczaj, inna idzie do urn masowo. Zwycięstwo Trumpa było nieznaczne, nie wygrał jeśli chodzi o liczbę głosów zdobytych w całym kraju i tak dalej. Więc można rozłożyć ręce i powiedzieć: nic nie dało się zrobić. Albo można też przyznać, że coś jednak się stało, że ta zmiana trwa od dłuższego czasu.
Trump wygrał w wielu stanach, w których „nie powinien” wygrać, które były uznawane za tradycyjnie prodemokratyczne. Co więcej, podejmowane przez Trumpa starania o głosy białej klasy robotniczej, były naprawdę znaną sprawą, to ta część elektoratu była głównym adresatem jego kampanii. Ale – oczywiście – o jego zwycięstwie nie zadecydowali tylko biali robotnicy. Fakt, że wielu Czarnych czy Latynosów z warstw robotniczych nie poszło do urn, też miał olbrzymie znaczenie. Nie przemawiała do nich kandydatura Hillary Clinton – w sposób, w jaki wcześniej przemawiała choćby kandydatura Baracka Obamy. Wielu było wciąż wkurzonych na to, co robił jej mąż jako prezydent.
W tych wyborach zdecydowanie kluczowe były kwestie klasowe, ale wśród znacznej części Demokratów, zwłaszcza tych będących częścią establishmentu, istnieje silna potrzeba, żeby zamieść ten fakt pod dywan. Jeśli partia lewicy straciła lub traci głosy robotnicze, oznacza to, że musi tym ludziom coś zaoferować, w jakiś sposób się zmienić. Tymczasem, prawdę mówiąc, Partia Demokratyczna nie wydaje się zainteresowana taką odmianą. Mogłoby to być dla niej kosztowne, oznaczać utratę poparcia zamożnych elit, które obecnie zapewniają jej finansowanie.
Nawiasem mówiąc, kampania Hillary przebiła kampanię Trumpa pod względem zebranych pieniędzy i wydatków mniej więcej dwukrotnie. Nie uwzględniam tu darmowej obecności Trumpa w mediach – a pokazywali go w telewizji cały czas – ale pod względem zebranych środków i wydatków na kampanię Clinton wyprzedziła go o parę długości, co nigdy wcześniej nie zdarzyło się w takim stopniu. Demokratom zdarzało się bardzo rzadko wyprzedzić Republikanów w tej konkurencji – ta sztuka udała się Obamie w 2008 roku i Clintonowi w 1996 – ale zawsze tylko niewielką przewagą. Tymczasem w przypadku Hillary i Trumpa to był dosłownie nokaut – uzbierała bez porównania więcej pieniędzy.
Tydzień przed wyborami byłem na Florydzie. Mówimy o stanie, który od lat jest jednym z najbardziej nieprzewidywalnych pod względem wyników, kluczowym „stanem niezdecydowanym” (swing state), jednym z najważniejszych dla wygranej w całym kraju. W telewizji cały czas wyświetlane były klipy wyborcze Hillary i różnych lokalnych kandydatów (do Senatu, do Izby Reprezentantów), ale nie wydaje mi się, żebym widział przez cały czas, kiedy tam byłem, jakikolwiek klip Trumpa – choćby jeden. Jeśli chodzi o płatną reklamę, był w tej kampanii w zasadzie nieobecny. Nadrabiał oczywiście ciągłą obecnością we wszelkiej maści programach informacyjnych i publicystycznych, ale tu z kolei zwykle pokazywano go w jak najgorszym świetle, w aurze oskarżeń o faszyzm czy rasizm.
– Jak tłumaczy Pan tę relatywną finansową słabość kampanii Trumpa w kontekście faktu, że zwyciężył wśród najzamożniejszych wyborców?
– Owszem, wygrał wśród najwięcej zarabiających – kandydaci Republikanów mają w tej grupie przewagę od dekad. Ale finansowanie polityki to w USA domena specyficznej, wąskiej grupy ludzi. Jeśli spojrzy się na grono republikańskich miliarderów, którzy zwykle biorą w tej grze udział, nietrudno zauważyć, że zdecydowana większość z nich nie przepadała za Donaldem Trumpem. Podejrzewam, że przekonają się do niego do czasu kolejnych wyborów, ale faktem jest, że w 2016 roku nie okazali mu publicznie poparcia.
– Jednocześnie jednak rzeczą, którą dość konsekwentnie pokazywały sondaże, była przewaga Hillary w grupach najmniej zarabiających. I nie brakowało na lewicy głosów traktujących ten fakt jako wymówkę, mówiących: spójrzcie, biedni wciąż głosują na Demokratów, więc wszystko jest w porządku. To był też kolejny argument na rzecz tezy, że przekonanie o tym, iż lewica porzuciła klasę pracującą, jest co najmniej przesadzone, a przyczyn porażki Clinton należy szukać gdzie indziej.
– To prawda, że ludzie najbiedniejsi relatywnie częściej głosowali na Clinton. Ale przede wszystkim trzeba tu zaznaczyć, że klasa pracująca to nie jest to samo, co ludzie ubodzy. Za główny wyznacznik przynależności klasowej uznaje się zwykle zawód. Znaczna część ludzi o najniższych dochodach to studenci, emeryci, niepełnosprawni i bezrobotni. W tych grupach Demokraci prawie zawsze dominowali. W kategoriach socjologicznych klasa pracująca jest dziś raczej częścią klasy średniej, nie jest tą samą grupą, co biedni.
– Podczas listopadowego wieczoru wyborczego rzeczą szczególnie uderzający był dla mnie absolutny szok, jaki wywołały wśród komentatorów wyniki wyborów. Przecież nie chodzi tylko o to, że zawiodły badania opinii społecznej – mamy raczej do czynienia z sytuacją, w której eksperci przegapili ogromną, trwającą wiele dekad zmianę socjopolityczną.
– I jestem pewien, że za cztery czy osiem lat będzie znowu wielki szok – tak samo było przecież w roku 2000 i 2004, kiedy wygrywał George W. Bush. Demokratyczny establishment niczego się nie nauczył. Pamiętam, że w 2004 roku reakcje były niemal identyczne – medialni celebryci zapowiadający, że jeśli Bush zostanie wybrany na kolejną kadencję, wyprowadzą się do Polski albo coś w tym rodzaju. Oczywiście nikt tych zapowiedzi nie spełnił, ale zawsze jest wielkie zaskoczenie, szok, nie mogą uwierzyć w to, co się stało.
Myślę, że wynika to w dużej mierze z tego, że wiele z tych osób – gwiazd medialnych, komentatorów itp. – nie zna osobiście nikogo, kto głosowałby na Republikanów. Weźmy dla przykładu moje okolice: niewielkie miasto Bethesda w stanie Maryland, bardzo zamożne i bardzo z siebie zadowolone. Mieszka tu wielu bogatych liberałów, w tym postaci znane z mediów, dziennikarze „New York Timesa”, CNN itd. Kiedy ludzie tacy jak oni wyobrażają sobie wyborcę Trumpa czy wyborcę konserwatywnego w ogóle, to myślą o nim z niewypowiedzianą moralną pogardą.
– Czyli ostatecznie okazuje się, że w przekonaniu zwolenników backlashu jakoby liberalne elity były grupą obcą i wrogo wobec nich nastawioną, jest jakieś ziarno prawdy.
– Tak, ta pogarda elity wobec „nieokrzesanych mas” bywa bardzo realna. Trzeba jednak postawić sobie pytanie, o jaką elitę nam tak naprawdę chodzi, bo w USA liberalizm stał się pojęciowym workiem bez dna. Jak już wspomniałem, wydaje mi się, że chodzi przede wszystkim o specjalistów. Nie wiem, ile to już razy podczas rozmowy z ludźmi o pozycji społecznej podobnej do mojej – nieźle sytuowanymi Demokratami – spotykałem się z tym charakterystycznym snobizmem wobec wyborców Trumpa jako czegoś ze swojej istoty „niższego” w hierarchii bytów niż oni sami.
Oczywiście tymi, którzy pociągają za sznurki w Partii Republikańskiej i kształtują jej program, są ludzie pokroju braci Koch3, przedstawiciele „jednego procenta”, ludzie najściślejszej elity. Ale jednocześnie, w mentalności liberalnego specjalisty wciąż mamy wyobrażenie, że Republikanie to jacyś „mniejsi ludzie”, prowincjonalni, niewykształceni, rasistowscy kretyni.
– Wydaje się, że elita kulturowa jest w USA zarazem bardziej znienawidzona przez niższe warstwy społeczne i sama bardziej ich nienawidzi niż ma to miejsce w przypadku zdecydowanie bardziej wpływowych elit ekonomicznych. Dlaczego tak jest?
– Myślę, że wynika to w dużej mierze z widoczności. Specjaliści to grupa, z którą masz do czynienia na co dzień – to pański lekarz, to osoba, która siedzi za biurkiem, gdy chce pan uzyskać jakąś usługę publiczną, to bibliotekarz – nie mówiąc już o tym, że pełno ich we wszystkich mediach. Widzi ich pan codziennie na ekranie telewizora. To „korpus oficerski życia codziennego”, jak nazwałem ich w „Listen, Liberal”. Oni są majorami, kapitanami i pułkownikami, a pan – szeregowcem albo kapralem. Spotykamy ich każdego dnia, a oni mówią nam, co mamy ze sobą robić.
Tymczasem ludzi „jednego procenta” nie widzimy w zasadzie nigdy. Mieszkają w jakichś wielkich grodzonych posiadłościach, do których nie mamy wstępu, nie znamy ich, nie wiemy, jak wyglądają, kim na dobrą sprawę są.
– Rozumiem, że do pewnego stopnia obwinianie bardziej widocznych specjalistów za degradację społeczno-ekonomiczną klasy pracującej jest klasycznym mechanizmem „fałszywej świadomości” i pomija rzeczywistych sprawców i beneficjentów tej zmiany. Ale może ten sentyment dotyka też pewnego realnego problemu? Pewien polski polityk konserwatywny mówił w podobnym kontekście o „dystrybucji szacunku społecznego”.
– Dobre określenie, bardzo mi się podoba. Na pewno mamy tu realny problem na poziomie jednostek, czego świadectwem jest wspomniana już pogarda. W każdym porządku społecznym, który jest zhierarchizowany, jeśli ludzie wyższych warstw gardzą tymi, którzy są niżej od nich, oznacza to, że mamy problem. A kiedy ci, którzy są wyżej, są w dodatku skupieni w jednej partii politycznej i nominują na swoją kandydatkę kogoś takiego jak Hillary Clinton… Żeby była jasność, sam głosowałem na nią i uważam, że miała rację w wielu kwestiach. Byłaby przyzwoitym prezydentem. Ale jednocześnie jest polityczką, która – w swoim sposobie bycia, mówienia i w tym, co mówi – wyraża postawy charakterystyczne dla swojej klasy w sposób całkowicie jednoznaczny. Na przykład gdy w czasie kampanii wyborczej określiła wyborców swojego oponenta mianem ludzi godnych pożałowania (deplorables) i oskarżyła ich, gremialnie, o najniższe motywy: rasizm, fanatyzm itp. To wszystko razem jest jak przepis na wywołanie resentymentu i bardzo ułatwia przeciwnikom grę na tym resentymencie, a jednocześnie bardzo utrudnia przekraczanie tych społecznych uwarunkowań.
W tych wyborach chodziło o klasy – czy się to komuś podoba, czy nie. Klasowe krzywdy i żale oraz gniew wymierzony w elity były w kampanii wszechobecne. Oczywiście trzeba do tego dodać liczne aspekty ironiczne całej sytuacji, np. fakt, że Trump jest miliarderem. Nie da się też powiedzieć, żeby cechował go jakiś szczególnie plebejski styl bycia.
Innym przykładem ironii tych wyborów jest fakt, że pod względem linii politycznej Hillary byłaby w oczywisty sposób lepszym prezydentem dla klasy pracującej, tyle tylko, że nikt jej nie wierzył. Kluczowymi tematami kampanii były wolny handel i imigracja, przy czym co do handlu Hillary ciągle powtarzała, że zgadza się z Trumpem. Ale nikt jej nie uwierzył.
– Tylko ze względu na język, jakim mówiła?
– Również dlatego, że jest z rodziny Clintonów. Obie partie nominowały najbardziej niepopularnych kandydatów na prezydenta w historii, więc wśród ich elektoratów niewiele było idealizmu. Chociaż nie, muszę się z tego wycofać: było mnóstwo idealizmu po stronie Hillary, płynącego każdego dnia kampanii z łamów „New York Timesa” i „Washington Post”. Kochali ją tam tak, jak jeszcze nigdy media nie kochały żadnego kandydata za mojej pamięci. W obozie konserwatystów nie widziało się żadnego idealizmu, jeśli chodzi o ocenę Trumpa. Pojawiały się tam co najwyżej argumenty typu: facet jest w końcu naszym kandydatem, musimy na niego zagłosować, żeby powstrzymać Clinton.
– Ale jednocześnie to Trump skuteczniej zmobilizował elektorat republikański niż Clinton demokratyczny.
– To prawda. Hillary jest naprawdę niepopularna, miała na koncie skandale, nie jest też kimś inspirującym w sposób, w jaki inspirujący był choćby Obama. Można krytykować Obamę, ile się chce – sam jestem w stosunku do niego głęboko krytyczny – ale z pewnością jest on sympatyczną postacią i potrafi być inspirujący nawet dla tych, którzy się z nim nie zgadzają. Tymczasem Clinton niesie na plecach cały negatywny bagaż prezydentury Obamy, ale nie ma jego uroku. Kolejnym obciążeniem jest dla niej jej mąż – oczywiście skojarzenie z nim niosło też dla Hillary pewne korzyści, bo lata, gdy był w Białym Domu, były dostatnie, ale jednocześnie wszyscy pamiętają mu NAFTA (Północnoamerykański Układ Wolnego Handlu) i inne umowy handlowe, które przyczyniły się do pogorszenia sytuacji pracowników przemysłu, deregulację bankowości czy choćby realizowaną przez niego politykę masowego zamykania w zakładach karnych, w praktyce sprowadzającą się do obław na przeważnie czarnych obywateli i wtrącania ich do więzień za minimalne naruszenia prawa. Sam przysięgałem po tym, jak de facto zlikwidował system opieki społecznej w 1996 roku – kolejne wielkie „zwycięstwo” rodu Clintonów – że nigdy już nie zagłosuję na kogoś, kto nosi to nazwisko. Ostatecznie zrobiłem to, poszedłem zagłosować na Hillary, ale z pewnością nie odczuwałem w związku z tym satysfakcji.
Głównym powodem, dla którego uzyskała nominację partyjną, było to, że „przyszła jej kolej”. Establishment Demokratów nie powiedział tego wprost, ale było to dość oczywiste. Sposób, w jaki spacyfikowali wysiłki jej konkurenta w wyścigu o nominację, Berniego Sandersa, pokazał w jasny sposób ich oczekiwanie, że będą mogli po prostu wybrać kolejnego prezydenta, i w związku z tym nie podejrzewali, że ich kandydatka będzie musiała być dla kogoś przekonująca. Sanders byłby, nawiasem mówiąc. Ale nie, oni wybrali Clinton.
– Tymczasem wyborcy chcieli zmiany – może Demokraci nie spodziewali się tego, że czynnik ten okaże się dla wyników wyborów tak kluczowy – w znacznie większym stopniu niż w poprzednich?
– Ale to nie jest do końca prawda. Dla wielu to wybory 2008 roku były wyborami wielkiej zmiany. Zwycięstwo Baracka Obamy rozbudziło wielkie oczekiwania wobec jego prezydentury. Jako kandydat był niezwykle porywający, miał świetne przemówienia, wydawało się, że rozumie dokładnie, co doprowadziło do załamania finansowego. Sam myślałem, że będzie Franklinem Rooseveltem mojego pokolenia. Ale później zawiódł pokładane w nim nadzieje.
Proszę sobie wyobrazić: wydaje nam się, że jesteśmy w przełomowym dla całego świata momencie, już czujemy, jak przesuwają się płyty tektoniczne, spodziewamy się, że lada chwila czeka nas głęboka reforma systemu ekonomicznego, po czym przychodzi Obama, obejmuje urząd i niczego specjalnie nie zmienia. Wprowadza natomiast do Białego Domu ludzi, których pamiętamy z administracji Billa Clintona.
Jedyną rzeczywiście znaczącą rzeczą, jakiej dokonał, było Obamacare, ale umówmy się, nie był to oszałamiający sukces. W tamtym momencie ludzie naprawdę chcieli dobrego publicznego programu opieki zdrowotnej w Ameryce, ale on im go nie dał. Zamiast tego wprowadził to połowiczne rozwiązanie, dobre pod pewnymi względami, ale strasznie skomplikowane i naprawdę źle skonstruowane pod innymi. Obamacare przysparza bólu głowy nawet tym, którym pomogło – znam wielu ludzi, którzy uzyskali dzięki niemu ubezpieczenie zdrowotne, a jednocześnie nie są z niego zadowoleni. Nie jest to popularny program. Mamy więc wybory wielkiej zmiany w 2008 roku, ale zmiana nigdy nie nadchodzi. I właśnie to rozczarowanie umożliwiło pojawienie się kogoś takiego jak Trump. Pod pewnymi względami za jego zwycięstwem stoją te same emocje i potrzeby, za sprawą których wygrał Obama, tyle że skwaśniałe, bo przez osiem lat trzymane były w soli i occie. I tak oto zamiast nadziei doszła do głosu desperacja.
– Tylko czy Obama mógł zrobić coś więcej? Przecież jego propozycje przez znaczną część tych lat były naprawdę mocno ograniczane przez republikańską większość w Kongresie.
– Oczywiście do pewnego stopnia to prawda – od momentu przejęcia Kongresu przez Republikanów w 2011 roku byli oni w stanie powstrzymać uchwalenie właściwie jakiejkolwiek poważnej reformy. Ale miał ponad trzy lata, kiedy mógł zrobić, co chciał, gdyby tylko dobrze to rozegrał. Gdyby był naprawdę sprawny, to mógł powstrzymać przejęcie Kongresu przez Republikanów. A ponadto jest też mnóstwo rzeczy, które mógł zrobić bez aprobaty Kongresu. Prezydentura jest w USA bardzo potężnym urzędem. Trump z pewnością nam to udowodni.
Pytanie brzmi raczej: czy przyczyną porażki Obamy był brak doświadczenia, czy woli – sam skłaniam się do tej drugiej odpowiedzi. Nawet jeśli sam nie wiedział, jak załatwia się sprawy w Waszyngtonie, miał w swojej ekipie ludzi, którzy wiedzieli. W pewnym momencie zacząłem pisać artykuły o wszystkich rzeczach, które Obama mógłby przeprowadzić samodzielnie, nawet bez poparcia Kongresu. I były to sprawy naprawdę dużego kalibru. Mógł chociażby – tak jak zapowiadał to w kampanii wyborczej w 2008 roku – renegocjować NAFTA i inne porozumienia na rzecz wolnego handlu. Ale kiedy został wybrany, zmienił zdanie. Mógł ukarać ludzi z Wall Street odpowiedzialnych za kryzys 2008 roku. Mógł zacząć egzekwować przepisy antymonopolowe, mógł dobrać się do skóry Google’owi – tak jak, do pewnego stopnia, zrobiono to w Unii Europejskiej – Amazonowi, Wal-Martowi. Nie zrobił żadnej z tych rzeczy i to był jego wybór.
– Mimo wszystko w 2008 roku motywacje do głosowania na Obamę mogły być różne – jego charyzma i urok osobisty, pomysły na rozwiązanie kryzysu finansowego, sprzeciw wobec polityki Busha, kwestie rasowe. Tymczasem w przypadku Trumpa sondaże pokazują wyraźnie, że był on uważany przez większość za gorszego kandydata niż Clinton w zasadzie we wszystkich kategoriach z wyjątkiem jednej: „kandydat zmiany”.
– I myślę, że do niej doprowadzi! Niekoniecznie będzie to dobra zmiana, ale jakaś na pewno. W czasie, kiedy prowadzimy tę rozmowę, nie ma go jeszcze nawet w Białym Domu, a już doprowadził do tego, że pewna firma – nazywa się Carrier – która planowała likwidację swojej fabryki w Indianie i przeniesienie tamtejszych miejsc pracy do Meksyku, cofnęła swoją decyzję. Ta sprawa stała się jednym z centralnych tematów kampanii Trumpa, odnosił się do niej na każdym swoim wiecu, groził Carrierowi, zapowiadał, że uderzy w nich specjalnie zaprojektowanymi cłami i – niech mnie licho – w końcu się ugięli, stwierdzili: no dobra, nie przenosimy fabryki. Wymagało to ostatecznie obietnic ulg podatkowych, ale udało się – mimo że nie jest jeszcze prezydentem. Trudno nie pomyśleć po czymś takim: gdzie był Obama przez wszystkie te lata? Gdyby dokonał czegoś takiego, być może Hillary zostałaby wybrana.
– Wielu lewicowych komentatorów przekonuje, że Trump nie będzie realizował tych pozytywnych zmian, jakie zapowiadał w kampanii. Nazwiska przedstawionych dotąd członków jego przyszłego gabinetu i ich powiązania z największymi amerykańskimi korporacjami wydają się potwierdzać te diagnozy. Mam tu na myśli choćby nominowanego na szefa Krajowej Rady Gospodarczej (National Economic Council) byłego prezesa zarządu Goldman Sachs Gary’ego Cohna, przyszłego sekretarza stanu Rexa Tillersona – do niedawna prezesa Exxon Mobil, sekretarza skarbu Stevena Mnuchina (kolejny byłego członek zarządu Goldman Sachs) czy w końcu synowca Trumpa, magnata rynku nieruchomości Jareda Kushnera, który ma zostać doradcą nowego prezydenta do spraw handlu. „Obrotowe drzwi” między polityką a wielkim biznesem zdają się w administracji Trumpa funkcjonować w najlepsze.
– Owszem, ci ludzie będą fatalnymi urzędnikami i nie mają nic wspólnego z tym, co Trump obiecywał. Wielu z nich to typowi przedstawiciele republikańskiego establishmentu, ludzie, których znamy z administracji Busha. Elaine Chao – kandydatka Trumpa na sekretarz transportu – to kolejny przykład tej samej tendencji. Kierowała Departamentem Pracy w najgorszym okresie prezydentury Busha juniora, a teraz wróciła. Z tego nie może wyniknąć nic dobrego. Wielu spośród nominowanych w sposób otwarty i aktywny sprzeciwia się misji urzędów, którymi mają kierować, a jeden z nich nawoływał wręcz do jego likwidacji.
– Dość uderzający – zwłaszcza jeśli ma się w pamięci rolę wojen kulturowych w amerykańskiej polityce – wydaje się też fakt, że Trump nie wydaje się szczególnie konserwatywną figurą w sensie kulturowym.
– Zdecydowanie nią nie jest.
– Czy to oznacza, że zwycięstwo Trumpa – jak sugerował Pan wcześniej – wpisuje się w trwający od 2008 roku trend wygaszania roli konfliktów kulturowych w polityce? Czy raczej stanowi początek konfliktu kulturowego w nowym kształcie, w którym elementy tradycyjnego konserwatyzmu mieszają się z estetyką i językiem internetowej kontrkultury?
– A może – dodałbym – jest to po prostu hipokryzja i wszystkie te wartości rodzinne nigdy się tak naprawdę nie liczyły? Zawsze miałem wrażenie, że konserwatyzm kulturowy w amerykańskiej polityce jest trochę takim oszustwem i pojawienie się Trumpa zdaje się to potwierdzać. Zabawne jest też to, że Hillary Clinton w żaden sposób nie pomogła jej osobista postawa w kwestiach obyczajowych, np. fakt, że jest wierzącą metodystką, czy to, że pozostała wierna swojemu mężowi pomimo okropnego sposobu, w jaki ją potraktował. To aż dziwne, że nie wynikły z tego dla niej żadne korzyści czy choćby współczucie ze strony elektoratu „tradycyjnych wartości”. Zamiast tego wyborcy ci zagłosowali gremialnie na Donalda Trumpa, który był żonaty trzykrotnie i otacza się króliczkami Playboya, nie mówiąc już o tym okropnym nagraniu, na którym mówi, że obmacywanie kobiet jest prawem osoby sławnej. Coś potwornego. Sztab Clinton robił, co mógł, żeby zrobić z tego aferę, a jednak wyborcy konserwatywni zdołali w jakiś sposób przymknąć na to oko.
To prowadzi nas z kolei do pytania: co tak naprawdę jest dla wyborców Trumpa ważne? Moim zdaniem są to wciąż kwestie klasowe, a do tego zawiedzione nadzieje na zmianę i desperacja.
– Wspomniał Pan, że większość mediów nie znosiła Trumpa i pokazywała go w najgorszym możliwym świetle. Czy mogło mu to, paradoksalnie, pomóc, zwiększając jego wiarygodność jako kandydata antyestablishmentowego, kogoś obcego elitom medialno-showbiznesowym?
– Zdecydowanie tak.
– Powiedział Pan też, że rywal Clinton w prawyborach Partii Demokratycznej, Bernie Sanders, mógł być bardziej atrakcyjnym kandydatem dla wielu wyborców z klasy robotniczej, którzy ostatecznie zagłosowali na Trumpa albo wcale nie poszli na wybory. Na to, że miał większe niż Hillary szanse na zwycięstwo w wyborach powszechnych, wskazywało też wiele sondaży. Biorąc pod uwagę wszelkie jego potencjalne słabości jako kandydata – wiek, pochodzenie społeczne, etniczne i regionalne, przynależność do „kosmopolitycznej elity ze wschodniego wybrzeża”, przyjętą przez niego etykietkę socjalisty itp. – myśli Pan, że to faktycznie było możliwe? Czy należy to raczej traktować jako sympatyczną iluzję lewicowych komentatorów?
– Myślę, że to naprawdę mogło się udać. Przede wszystkim dlatego, że jego kandydatura mogła być atrakcyjna dla tej grupy, która umożliwiła Trumpowi zwycięstwo – białej klasy robotniczej – a jednocześnie był on w stanie wykorzystać przeciw rywalowi wszystkie jego słabości, jak rasizm czy afery. W przeciwieństwie do Clinton, Bernie nie miał na koncie żadnych afer, ma wśród opinii publicznej wizerunek kogoś w rodzaju ukochanego dziadka, nie ma wokół siebie toksycznej aury, jaką roztacza Trump. Czym innym jest głosowanie na Trumpa w przekonaniu, że nie masz innego wyboru, a czym innym wybranie go jako „większego dobra”.
Jedynym rzeczywistym problemem Sandersa były ograniczone możliwości finansowania kampanii – banki z Wall Street i inni sponsorzy Hillary Clinton nie byliby zwolennikami jego kandydatury.
Wspomniał pan o tym, że Bernie lubi określać się mianem socjalisty. To prawda, że ta etykietka jest w Stanach uznawana za kłopotliwą, ale to chyba nie jest już tak istotne jak kiedyś. A najśmieszniejsze, że on wcale nie jest socjalistą – to Demokrata ze „starej szkoły” Franklina Roosevelta i Harry’ego Trumana. W czasach, kiedy dorastał, ktoś taki jak on znajdowałby się w partyjnym centrum.
Pod wszystkimi innymi względami był lepszym kandydatem niż Hillary i gdyby go wystawiono, mógłby wygrać. Trzeba tu jednak zastrzec, że poważne szanse na zwycięstwo z Trumpem miałby niemal każdy inny kandydat. Choćby wiceprezydent w administracji Obamy, Joe Biden – naprawdę dobry populistyczny mówca, potrafiący mówić do robotniczego elektoratu jego językiem. Ale Demokraci nie chcieli iść w tym kierunku, chcieli Hillary, kochali ją. Partyjny establishment uważał, że była idealna w każdym calu. Byli pewni, że wygra dla nich i prezydenturę, i Senat – a nie zrealizowała żadnego z tych celów.
Wielu republikańskich kandydatów na senatorów podjęło wysiłki, żeby zdystansować się od Trumpa ze względu na otaczające go kontrowersje. Kandydaci Demokratów nie podejmowali podobnych prób, większość z nich udzieliła Hillary pełnego poparcia, uważali, że wszystko jest z jej kandydaturą w porządku. I zapłacili za to.
– A może wybrali Clinton świadomi jej słabości, bo woleli przegrać niż zmienić się jako partia?
– Kandydatura Hillary była w oczywisty sposób ryzykowna ze względu na wszystkie afery, z którymi była kojarzona. Skandal wokół e-maili wyszedł na jaw jeszcze zanim zaczęły się prawybory, bardzo wcześnie pojawiły się też pierwsze wątpliwości dotyczące działalności i finansowania Fundacji Clintonów. Ale Demokraci zignorowali te sprawy, wydawało im się to nieistotne.
Myślę, że założyli po prostu od początku, że ostatecznie wygra z Trumpem cokolwiek by się stało. Jestem w stanie zrozumieć to założenie, bo też tak mi się wydawało – dopiero pod sam koniec kampanii zacząłem mieć wątpliwości. A wydawało mi się tak, ponieważ uwierzyłem w tezę powtarzaną przez Demokratów przez lata: że będą wygrywać w zasadzie każde wybory ze względu na kierunek zmian demograficznych w kraju. Na poparcie tej tezy mieli liczby i byli bardzo pewni swego. I myślę, że to był prawdziwy powód, dla którego uznali, że mogą nominować, kogo tylko chcą, a ta osoba zostanie prezydentem.
– Szanse Sandersa na wygraną, jeśli rzeczywiste, to chyba kolejne świadectwo zmian, jakie zaszły w Stanach od czasu, kiedy napisał Pan „Co z tym Kansas?”. W perspektywie politycznej ery backlashu jego zwycięstwo – jako jednoznacznego zwolennika pro-choice, poszerzania praw LGBT, legalizacji marihuany itp. – wydaje się czymś niemal nie do pomyślenia.
– Do pewnego stopnia się zgadzam – w kategoriach backlashu Sanders, jako Demokrata ze stereotypowo liberalnego stanu Vermont, który zalegalizował małżeństwa homoseksualne, inwestuje w zieloną energię itp., a przy okazji ktoś, kto wywodzi się z ruchu obrony praw obywatelskich lat 60., zostałby automatycznie zaszufladkowany jako część liberalnej elity. Ale jednocześnie Sanders ma też aurę człowieka bardzo staromodnego. Na przykład nigdy nie zobaczysz go bez garnituru i krawatu. Nie przypomina Donalda Trumpa z jego upodobaniem do świata showbiznesu, króliczków Playboya itp. Pod wieloma względami mógłby być atrakcyjnym wyborem dla konserwatywnych wyborców.
– Ostatnia porażka wyborcza zwiększa szanse na zmiany w Partii Demokratycznej?
– Powątpiewam w to. Będą pewnie nominować innych, bardziej inspirujących polityków w typie Obamy, ale nie sądzę, żeby zmienili się głębiej, w sferze realnych działań. W tej chwili pomiędzy Demokratami toczy się wojna domowa o dalszy kierunek rozwoju partii. Wszyscy zdają sobie sprawę z tego, co się stało, z faktu, że muszą coś zrobić, żeby powstrzymać odpływ głosów robotniczych, ale sponsorzy, ugrupowania i ludzie, którzy stoją na czele partii, nie chcą iść w tym kierunku. Nie wiem, co tak naprawdę się stanie. Byłoby nadzwyczajnie, gdyby ludzie tacy jak Sanders czy Elizabeth Warren wyszli z tego konfliktu górą. Pewnie jest to hipotetycznie możliwe, wszystko może się zdarzyć – to jedna z rzeczy, które pokazał nam Trump.
– A może zmiana przyjdzie od dołu? Dostrzega Pan jakieś perspektywy ożywienia w najbliższych latach np. ruchu związkowego? Może szansą na poprawienie siły przetargowej świata pracy może okazać się zapowiadany przez Trumpa powrót produkcji przemysłowej do USA?
– Nie jest to coś, czemu się bliżej przyglądałem, ale generalnie nie widzę takich sygnałów. Sytuacja związków zawodowych jest dramatyczna: politycznie są „uwiązane” do Partii Demokratycznej, a Republikanie niczego im nie oferują. Trump mógłby teoretycznie zaproponować im jakiegoś rodzaju „otwarcie”, ale żaden z liderów związkowych nie zaryzykowałby, nie poszedłby z nim rozmawiać, nie podjąłby próby negocjacji. Wszyscy obawiają się w dodatku, że ograniczenia praw związkowych pracowników sektora publicznego może dokonać Sąd Najwyższy.
– Zwycięstwo Trumpa wpisuje się w cały ciąg wydarzeń politycznych o globalnym zasięgu – mam na myśli Brexit, a także proces wzmacniania się i krystalizowania czegoś na kształt międzynarodowego frontu prawicowych populizmów w Europie i nie tylko.
– To prawda, ale ta ponadnarodowa zbieżność nie dotyczy tylko antyglobalistycznej prawicy. Warto popatrzeć w podobnej perspektywie na to, co wydarzyło się z partiami i ruchami społecznymi lewicy na całym świecie. „Listen, Liberal” to książka poświęcona przypadkowi Partii Demokratycznej w USA i temu, jak utraciła ona swoją rację bytu, poczucie celu i tożsamość. Ale wydaje mi się, że podobny proces dotknął całego świata zachodniego. Lewicowe partie w Europie też pogubiły się i nie wiedzą, po co istnieją. Mamy problem, który dotyka całego świata, ale jego rozwiązanie wymaga też pochylenia się nad sytuacją w każdym z jego małych zakątków.
– Dziękuję za rozmowę.
Styczeń – luty 2017 roku
Przypisy:
- W USA pojęcie liberalizmu – w przeciwieństwie np. do Polski – ma konotacje (centro)lewicowe; to doktryna odwołująca się nie tylko do ideału wolności czy też emancypacji jednostki, lecz także do równości wszystkich obywateli, zarówno wobec prawa, jak i jako podmiotów ekonomicznych. Liberalizm w rozumieniu amerykańskim to także szeroka formacja społeczna, która – historycznie rzecz biorąc – ukształtowała się jako zaplecze Rooseveltowskiego Nowego Ładu i obejmowała zarówno progresywnych intelektualistów czy polityków, jak i np. ruch związkowy czy spółdzielczy; w tym sensie liberałowie stanowią odpowiednik europejskiej socjaldemokracji.
- Partia Republikańska powstała w 1854 roku jako ugrupowanie sprzeciwiające się niewolnictwu, dominujące w szczególności w północnej części USA; republikański prezydent Abraham Lincoln stał na czele stanów północnych w czasie wojny secesyjnej. Partia Demokratyczna była z kolei silnie związana z wielkimi właścicielami ziemskimi na Południu i po secesji w większości opowiedziała się za pokojową strategią wobec Konfederacji. Po wojnie Demokraci, którzy reprezentowali w kwestiach rasowych agendę konserwatywną, byli w związku z tym naturalnymi beneficjentami niechęci mieszkańców południowych stanów do Partii Republikańskiej i zdominowali tamtejsze życie polityczne. Nawet w okresie późniejszym, kiedy za sprawą m.in. demokratycznych prezydentów Franklina D. Roosevelta, Harry’ego Trumana, Johna F. Kennedy’ego i wreszcie Lyndona B. Johnsona, który podpisał w 1964 roku znoszący segregację rasową Civil Rights Act, Demokraci stopniowo włączali prawa obywatelskie Czarnych do swojej krajowej agendy, w południowych stanach partia wciąż zdominowana była przez konserwatystów i białych suprematystów. Missouri było jednym ze stanów niewolniczych, ale w czasie wojny secesyjnej funkcjonowały w nim równolegle rząd prounijny i prokonfederacki.
- Właściciele wielonarodowej korporacji Koch Industries, której siedziba mieści się w Wichicie w stanie Kansas, a zarazem sponsorzy organizacji konserwatywnych, backlashowych i libertariańskich, a także polityków „antyestablishmentowego” skrzydła Republikanów.
przez Remigiusz Okraska | wtorek 16 maja 2017 | edytorial, Kwartalnik, Wiosna 2017
Dawno, dawno temu osią polityki oraz podziałów partyjnych i ideologicznych był stosunek do gospodarki, własności, dochodu narodowego i jego podziału. Czyli do tego, co niemodna dziś ideologia marksowska określała hasłowo mianem „bazy”, w kontrze do „nadbudowy”. Oczywiście inne kwestie również wpływały na identyfikacje polityczne. Jednak o tym, kto jest lewicą, kto prawicą, kto centrum, kto opcją umiarkowaną, a kto skrajną, decydował głównie zestaw postulatów i wartości odnoszących się do gospodarki i podziału jej owoców. Z czasem to wszystko się zagmatwało, skomplikowało, nierzadko zostało postawione na głowie.
Wydawałoby się, że nie ma nic ważniejszego. Że kluczowe powinno być to, czy mamy co jeść, w co się ubrać, gdzie i w jakich warunkach mieszkać, za co się leczyć, kształcić. Czy mamy pracę, dochody, czy możemy coś odłożyć na czarną godzinę lub czy w przypadku nastania czarnej godziny możemy się gdzieś zwrócić o pewną i bezwarunkową pomoc. Czy stać nas na wypoczynek, rozrywki intelektualne i kulturalne. I tak dalej. Jednak sprawy takie są dziś w debacie politycznej albo słabo obecne, albo dyskutowane jednostronnie.
W ostatnich dekadach mieliśmy dominację ideologii neoliberalnej. Prawie cała narracja o gospodarce polegała na powtarzaniu kilku zaklęć: własność prywatna to jedyne słuszne rozwiązanie, wolny rynek wszystko sprawiedliwie wyreguluje, podatki powinny być niskie, a państwo – ograniczone i tanie.
Pół biedy, gdy w ogóle dyskutowano takie kwestie. Ogromna część sporu i propozycji pozytywnych dotyczy zupełnie innych spraw. Głównie „tożsamości” – systemu wartości, postaw, wyborów moralnych, a w polskim przypadku także stosunku wobec przeszłości. Nietrudno zgadnąć, że taki obrót sprawy jest na rękę jednostkom i grupom uprzywilejowanym ekonomicznie. Znane powiedzonko mówi, że dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach. Nie rozmawiają, bo nie muszą – gdyż pieniędzy mają pod dostatkiem. Łatwo być idealistą lub idealistę udawać, jeśli posiadamy pełny portfel. Natomiast brak pieniędzy na żywność lub czynsz musi owocować materializmem. Materializm mógłby być jednak niebezpieczny dla tych, którzy pieniądze mają. Bo ci, którym ich brakuje, mogliby się zastanawiać, dlaczego tak się dzieje i czy to sprawiedliwe, że jeden ma prywatny odrzutowiec, choć niekoniecznie pracował, a inny ma zdezelowane dwudziestoletnie auto, choć ciężko pracował. Żeby zatem jedni nie zajmowali się zbytnio myśleniem o pieniądzach, inni podsuwają im odmienne tematy. Nie mają chleba? Niech się kłócą o aborcję, związki partnerskie, wyklętych itd.
To oczywiście nie jest żaden spisek ani całościowo zaplanowana operacja odwracania uwagi. Nie jest również tak, że sprawy „tożsamości” nie mają żadnego związku ze sprawami „chleba”. Ale niezależnie od tego, czy jesteśmy hetero- czy homoseksualni, czy jesteśmy za czy przeciw aborcji, czy wolimy wyklętych od komunistów lub odwrotnie – mamy podobne żołądki i resztę podstawowych potrzeb materialnych. Dlatego „baza” powinna być jednym z kluczowych tematów naszych zainteresowań i refleksji.
W bieżącym numerze kładziemy na to szczególny nacisk, choć „od zawsze” był dla nas kluczowy. Zaczynamy od wywiadu z Thomasem Frankiem, który pokazuje, jak kwestie ekonomiczne zepchnęły na margines pozostałe wątki w kampanii wyborczej w USA. Nancy Fraser obwieszcza koniec „postępowości” realizowanej w sojuszu z bogaczami. Postulujemy wysokie podatki dla zamożnych. Przyglądamy się nierównościom społecznym. Rozmawiamy o losach mieszkańców dawnych PGR-ów. Przedstawiamy robotników, którzy przejęli fabryki od właścicieli. Zastanawiamy się, jak zorganizować w związki zawodowe pracowników „niestabilnych” sektorów. Właściwie w niemal każdym tekście tego numeru, nie wyłączając tych o postaciach z przeszłości czy o sztuce, zastanawiamy się nad „bazą”. Dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach? My rozmawiamy, bo – podobnie jak nasi czytelnicy i czytelniczki – musimy. Zapraszam do lektury!
Remigiusz Okraska
przez Markus Drake | poniedziałek 15 maja 2017 | nasze rozmowy
Po rozpadzie Układu Warszawskiego – aż do początku XXI wieku – europejskie partie Zielonych uznawały wydatki na zbrojenia i obronę terytorialną za coś przestarzałego, apelując o koniec poboru oraz przekonując, że czas problemów z bezpieczeństwem minął. Gdzieś między rosyjską inwazją na Gruzję a nielegalną aneksją Krymu przekonanie co do sytuacji w Europie uległo przeobrażeniom. Kraje nad Bałtykiem są ze względu na swe położenie oraz kulturę w szczególny sposób dotknięte tymi zmianami.
Markus Drake: Jakie są Waszym zdaniem źródła niestabilności w rejonie Morza Bałtyckiego? W jaki sposób region ten będzie się rozwijał?
Anke Schmidt-Felzmann: Największe zagrożenia wiążą się ze sporymi ambicjami rosyjskich władz, chcących podkreślić mocarstwowość swojego kraju. Poza ryzykiem incydentów zbrojnych oraz agresji militarnej istotne konsekwencje ma brak zainteresowania Kremla kwestiami związanymi z ochroną środowiska oraz celami ochrony klimatu. Innym problemem jest fakt, że zaufanie sporej części krajów regionu do Rosji uległo poważnemu zachwianiu w wyniku nielegalnej aneksji Krymu w roku 2014 oraz interwencji zbrojnej na wschodzie Ukrainy. Zauważalne są spore zagrożenia ze strony położonego między Polską a Litwą obwodu kaliningradzkiego. Używanie przez Kreml nuklearnego straszaka wobec krajów nordyckich to kolejny powód do niepokoju. Rozbrzmiewa pytanie o to, czy rosyjskim władzom można ufać oraz w jaki sposób można kształtować wspólne relacje w świetle wydarzeń na Krymie oraz w Donbasie.
Arūnas Grazulis: Na Litwie – powiedziałbym, że również w Estonii oraz Łotwie – widoczny jest swego rodzaju konsensus między głównymi partiami, który można określić mianem umiarkowanie „jastrzębiej” polityki zagranicznej. Związek Chłopów i Zielonych nie jest tu wyjątkiem. Nie ma wielkich różnic w tej materii między partiami, choć prawica zajmuje jeszcze ostrzejsze stanowisko. Istnieje silna tradycja nieufności wobec Rosji, sięgająca późnego XVIII wieku. Od końca wieku XX wzajemne relacje przebiegały dwutorowo – na „wysokim” poziomie obie strony wymieniały się nieprzyjemnymi deklaracjami, które jednak nie wpływały na relacje handlowe i gospodarcze. Obecna sytuacja jest pochodną zmian z okolic roku 2004, kiedy to Putin rozczarował się niemożnością posiadania dobrych stosunków z Zachodem bez przestrzegania zachodnich wartości, czemu towarzyszyła inwazja na Gruzję oraz aneksja Krymu. Dziś Rosja rozmieszcza kolejne dywizje na granicy z państwami bałtyckimi, czemu towarzyszy powolna i słaba odpowiedź z ich strony. Przykładem militaryzacji są wspólne rosyjsko-białoruskie ćwiczenia wojskowe, mające na celu przedarcie się przez 120 kilometrów litewskiego terytorium w celu zdobycia połączenia z Kaliningradem. Nie powiedziałbym jednak, że kraje bałtyckie nic tylko siedzą na beczce prochu – wodą gaszącą pożar jest tu obecność sił NATO, a kolejnym wiadrem wody mogą być kraje po zachodniej stronie Bałtyku.
Anke Schmidt-Felzmann: Musimy pamiętać, że po zimnej wojnie Szwedzkie Siły Zbrojne zdecydowały się na „strategiczne wygaszanie”. Poczucie stabilności regionu, który zaczął wyglądać na „strefę pokoju”, wpłynęło na decyzje dotyczące unowocześnienia oraz restrukturyzacji systemu obronnego kraju, przenoszące środek ciężkości z obrony terytorialnej na misje zagraniczne. Podczas gdy Szwecja i inne kraje na północy i zachodzie Europy uważały w okolicach roku 2004 relacje z Rosją za najlepsze w historii, na wschodzie rejonu Morza Bałtyckiego odczuwalne już było poczucie nadchodzącego pogorszenia sytuacji.
Arūnas Grazulis: Przełom roku 2004 i 2005 był tu punktem zwrotnym – republiki nadbałtyckie wstąpiły do NATO. Putin był z początku neutralnie nastawiony do Zachodu. Jasne, że uważał członkostwo Litwy, Łotwy i Estonii w Sojuszu Północnoatlantyckim za błąd, zależało mu jednak przede wszystkim na kwestiach biznesowych. Podejście to ustąpiło wkrótce miejsca spojrzeniu geopolitycznemu, czego przejawem było np. odcięcie dostaw ropy do litewskiej rafinerii, budowa gazociągu Nord Stream, jak również rozwój energetyki jądrowej na Białorusi i w obwodzie kaliningradzkim.
Trwa pisanie historii na nowo. Rosja narzeka, że nie konsultowano się z nią w kwestiach związanych z Ukrainą, mimo iż to Kreml odmówił bycia częścią „wspólnego sąsiedztwa”.
Anke Schmidt-Felzmann: Relacje krajów nadbałtyckich z Rosją odgrywały dla nich zawsze (z oczywistych względów) kluczową rolę. Inną istotną kwestią była chęć odzyskania przez rosyjskie władze strategicznej kontroli nad częściowo sprywatyzowanym krajowym sektorem energetycznym – realizowali ją w praktyce, mając w tym swój długofalowy cel. Gwałtownie rosnące ceny ropy oraz towarzyszące temu dochody umożliwiły odzyskanie przez kraj pozycji wielkiego mocarstwa. Na drugi plan odłożono kwestie społeczne, ekologiczne czy zdrowie publiczne. Ustąpiły one miejsca priorytetowemu traktowaniu kwestii związanych z bezpieczeństwem oraz obronnością, mających „uczynić Rosję znów wielką”. Percepcja rozwoju Rosji ze strony Niemiec oraz innych krajów Europy Zachodniej była zupełnie inna niż ta, jaką miała Polska czy państwa bałtyckie. Już podczas pierwszej kadencji Putina jego zamiary były jasne – i to na długo przed incydentem z przenosinami pomnika czerwonoarmistów w Tallinnie czy cyberatakiem na estońskie instytucje państwowe w roku 2007.
Wtedy to doszło do napięć z mieszkającymi w Estonii Rosjanami, a Rosja zaczęła mocno naciskać na kraj w sprawie pomnika…
Arūnas Grazulis: Konflikt ten pokazał brak perspektyw na stabilizację wzajemnych relacji, na co bardzo liczyliśmy. W okresie desowietyzacji (dekadę wcześniej) tego typu pomniki na terenie państw bałtyckich usuwano i zaczęto składować w specjalnych parkach kulturowych. Osoby o postsowieckich sentymentach mogły to uważać za brak szacunku, jednak do czasu wspomnianego incydentu ani Rosja, ani rosyjskie społeczności nie reagowały na ten proces negatywnie. Wskazuje to na zmianę układu sił w regionie. Rosja używa tego typu hybrydowej wojny do pokazywania zarówno swej miękkiej, jak i twardej siły.
Anke Schmidt-Felzmann: Większość zachodnich ekspertów datuje pogorszenie wzajemnych stosunków na okolice roku 2009 – proces ten zaczął się jednak już w roku 2003, gdy ówczesny szef Komisji Europejskiej, Romano Prodi, wspomniał o „pierścieniu przyjaciół” wokół Unii. Rosja zaprotestowała, argumentując, że ma specjalny charakter i nie jest częścią pierścienia „zwykłych” sąsiadów – jej relacje z UE powinny zatem mieć specjalny charakter. Trwa pisanie historii na nowo. Rosja narzeka, że nie konsultowano się z nią w kwestiach związanych z Ukrainą, mimo iż to Kreml odmówił bycia częścią „wspólnego sąsiedztwa”. Dziś prezentuje się to jako „dowód” na wrogość Unii, uzasadniającą niechęć Rosji do nawiązywania z nią współpracy.
Arūnas Grazulis: Współpraca w Rosją w regionie Morza Bałtyckiego nadal jednak trwa. Mogę opowiedzieć o szeregu przykładów współpracy transgranicznej z obwodem kaliningradzkim, kiedy to zachowanie Moskwy nie budzi zastrzeżeń. Poza kwestiami związanymi z obronnością nie brak dobrego zrozumienia dla roli bezpieczeństwa ekologicznego oraz zainteresowania współpracą w kwestiach życia codziennego na szczeblu lokalnym i regionalnym.
Anke Schmidt-Felzmann: Pozostaje jednak rozziew między polityką lokalną a wykorzystywaniem narzędzi nacisku. Dobra, lokalna współpraca sąsiedzka między krajami basenu Morza Bałtyckiego nigdy tak naprawdę nie przełożyła się na poczucie wspólnoty między nimi.
Jak wygląda reakcja na ten rozziew i o co chodzi w poszukiwaniu militarnych rozwiązań tej nierównowagi – tak jak w Szwecji, na nowo się zbrojącej i wracającej do poboru?
Anke Schmidt-Felzmann: Istnieje różnica między tym, co Szwecja tak naprawdę robi a tym, jak interpretuje się to na zewnątrz. Kraj wydaje na obronę tylko 1% swojego PKB. Choć potencjał Szwedzkich Sił Zbrojnych już się nie kurczy, to w ostatnich trzech latach mieliśmy do czynienia nie ze wzrostem, lecz ze spadkiem wydatków zbrojeniowych. Decyzja o powrocie poboru, która ma być w tym roku wcielana w życie, nie zmienia faktu, że jedynie niewielka część poborowych odbywać będzie służbę wojskową. Głównym powodem jej przywrócenia był poważny problem z niedoborem personelu w wojsku.
Arūnas Grazulis: Broniłbym redukowania przez Szwecję swych zdolności obronnych na przełomie wieków. Było to całkiem sprytne – wiązało się bowiem z przeniesieniem zbędnego sprzętu wojskowego do państw bałtyckich, z pociskami przeciwlotniczymi włącznie! Kraje te uzyskały mnóstwo cennego sprzętu z Niemiec czy Szwecji w dobrej cenie lub nawet za darmo. Inwestowanie w bezpieczeństwo sąsiada jest też inwestowaniem w Twoje bezpieczeństwo! Kraje te, pozbywając się swojego sprzętu, tak naprawdę działały również na swoją korzyść. Na Litwie pobór zlikwidowany został w roku 2008. Powód był podobny do tego w Szwecji – założono, że region jest stabilny i będziemy chronieni przez NATO. Kiedy w roku 2015 został on przywrócony, liczebność wojska była niewielka i rosła powoli. Największy nacisk postawiony został na jednostki obrony terytorialnej, składające się z ochotników.
Anke Schmidt-Felzmann: Ochotnicza służba Hemvärnet uległa od roku 2014 wzmocnieniu. Sporo ochotników służyło jako poborowi – również w oddziałach, które na początku wieku zostały rozwiązane. Mam wrażenie że sporo młodych ludzi w krajach bałtyckich z pokoleń urodzonych już po zakończeniu zimnej wojny chętnie wstępuje do jednostek obrony terytorialnej. Nie jestem pewna, czy z tak dużym poziomem entuzjazmu mamy do czynienia również w Szwecji.
Arūnas Grazulis: W rejonie Morza Bałtyckiego rosną wydatki obronne. Litwa niedawno ustawiła wzrost swojego celu wydatkowego na poziom 2,5%, przekraczający nieformalny NATO-wski cel 2%. Nie tyle była to decyzja polityczna, co konsekwencja zmian geopolitycznych. Zwrócenie większej uwagi na poprawę własnych zdolności bojowych jest odejściem od poprzedniego paradygmatu, w którym najlepszą ochroną dla państw bałtyckich będzie pierwszy martwy amerykański żołnierz…
Anke Schmidt-Felzmann: To prawda, choć nie możemy zapomnieć, że na Litwie, Łotwie i w Estonii stacjonować będą kanadyjscy, brytyjscy i niemieccy żołnierze. Stanowi to szczególnie ważny krok dla Berlina. Niemcy biorą już dziś udział w patrolowaniu nieba nad tymi krajami, co prowokuje twarde reakcje ze strony Moskwy – dla rządu federalnego decyzja o byciu krajem ramowym dla batalionu NATO na Litwie nie była zatem prosta.
Arūnas Grazulis: Obserwujemy zatem odwrót od „paradygmatu Schrödera” w Niemczech.
Anke Schmidt-Felzmann: I tak, i nie. Nadal widoczne są spore różnice między niemieckimi socjaldemokratami a chadekami – zauważalny jest jednak konsensus co do tego, że Rosja może stanowić zagrożenie dla rejonu Morza Bałtyckiego i że to ważne, by za słowami poszły czyny. Nie tylko pieniądze, ale i żołnierze. Trwa dialog, drzwi pozostają otwarte, ale Berlin nie pozostawia Kremlowi wątpliwości co do tego, kogo bronić będzie Bundeswehra.
Powiedziałeś, że „najlepszą obroną będzie pierwszy martwy amerykański żołnierz”. Myślisz że stanowisko to daje się utrzymać w erze prezydenta Trumpa?
Arūnas Grazulis: Trump jest tu wielkim znakiem zapytania, który wyjaśni się w najbliższych miesiącach. Kluczowym pytaniem jest to, czy na serio chce on dobijać jakichś targów z Putinem. Państwa bałtyckie oczywiście zachowują w tej sytuacji ostrożność i uważnie monitorują wypowiedzi prezydenta. Zakłada się, że dowolny polityk na jego stanowisku zderzyłby się z realiami amerykańskich interesów narodowych oraz ekonomicznych. Założenie to zdaje się być podzielane również przez rosyjskich analityków, dają oni sobie jednak dwa lata na przejście przez niego od retoryki kampanijnej do realnych działań. Te dwa lata mogą być kluczowe dla regionu.
Anke Schmidt-Felzmann: Nie podzielam tego optymizmu. Być może nowy amerykański prezydent nie zda sobie sprawy z tego „jak wszystko działa”. Biorąc pod uwagę charakter Donalda Trumpa nie powinniśmy uważać normalizacji za przesądzony scenariusz. Widzimy, jak kraje z regionu poszukują gwarancji ze strony innych graczy. Niemcy odnajdują się w nowej rzeczywistości. Nowe porozumienie o współpracy szwedzko-fińskiej przygotowuje grunt pod współpracę wojskową „poza pokojem”. To istotna deklaracja.
Czy zatem kraje te opowiedzą się za pomysłem wspólnej unijnej polityki obronnej, a może nawet europejskiej armii? Czy wysiłki Finlandii i Szwecji, chcących załatać dziury w swoich systemach obronnych, mogą być inspiracją do pójścia naprzód w tej kwestii?
Anke Schmidt-Felzmann: Uzupełnianie się ich potencjałów militarnych nie powinno być postrzegane w kategoriach łatania dziur. Potrzeba wzmocnionej współpracy wynika z faktu, że ich partnerzy osiągnęli ją już w ramach NATO. Proponowana armia Unii Europejskiej ma niewiele wspólnego z regionem Morza Bałtyckiego. „Plan Junckera”, odświeżony we francusko-niemieckiej propozycji przedłożonej na szczycie w Bratysławie, nie odpowiada na nasuwające się pytania. Stworzenie europejskiej odnogi w ramach NATO wydaje się zupełnie uzasadnione – jaka byłaby jednak wartość dodana dodatkowej, unijnej struktury powielającej Sojusz? Unijna armia miałaby inne ambicje niż jedynie bycie europejską gałęzią NATO. Plan wydaje się skupiać na wzmacnianiu współpracy wewnątrz Unii, stworzeniu stałego dowództwa likwidującego konieczność tworzenia takowego z każdą kolejną misją UE. Nie oferuje jednak żadnych rozwiązań dla rejonu Morza Bałtyckiego.
Przejdźmy do kluczowej dla Zielonych kwestii bezpieczeństwa energetycznego i zmian klimatu. W jaki sposób wpływają na nie obecne napięcia z Rosją?
Arūnas Grazulis: Pamiętajmy, że przejście do samochodów bardziej wydajnych było efektem kryzysu naftowego w roku 1973. Dla Niemiec oznaczał on wzrost sprzedaży „garbusa”! Mogą nas zatem czekać pozytywne skutki tej sytuacji. Litwa ma dziś do dyspozycji terminal do importu gazu, nie musimy zatem płacić za niego najwięcej w Europie, jak było przez ostatnie pół dekady! Przez ostatnie kilkanaście lat rosła również produkcja zielonej energii. Czas, by Rosja zaczęła to zauważać, jako że w dużej mierze zależy ona od sprzedaży surowców energetycznych.
Anke Schmidt-Felzmann: Szwecja pod względem produkcji energii ze źródeł odnawialnych jest nadal jednym z europejskich liderów. Ciekawie było obserwować, w jaki sposób agenda ekopolityczna wpływa na tradycyjne „twarde” podejście do obronności w epoce postępującej remilitaryzacji Bałtyku oraz rozwijania starych i nowych baz wojskowych, na przykład w Gotlandii. Powrót obecności militarnej na tej wyspie wymaga dodatkowych prac budowlanych. Opór wobec nich zdaje się być umotywowany dawnymi hasłami pacyfistycznymi, wykraczając poza kwestie ekologiczne. Nowe budynki powstają jednak z uwzględnieniem nowoczesnych standardów dotyczących środowiska oraz zrównoważonego rozwoju. Są one płynnie wtopione w krajobraz, rozwijane są również plany co do zarządzania ich odpadami oraz zapotrzebowaniem na wodę.
Inną ważną kwestią są konflikty między nową infrastrukturą energetyki odnawialnej a potrzebami militarnymi oraz bezpieczeństwa. Na południowym wschodzie kraju duża morska farma wiatrowa miała dostarczać prąd na zaspokojenie krajowych potrzeb. W grudniu roku 2016 szwedzki rząd – mimo protestów lokalnych władz oraz utraty szans na inwestycje oraz miejsca pracy – nie wydał pozwolenia na jej budowę. Decyzja motywowana była bezpieczeństwem narodowym. Oceny oddziaływania wskazywały na to, że może ona mieć negatywny wpływ na możliwości treningowe szwedzkiej marynarki oraz floty powietrznej.
Mamy jeszcze do czynienia z planowaną budową przecinającego Bałtyk rurociągu Nord Stream 2. Uzasadnione zastrzeżenia, dotyczące wpływu na środowisko morskie oraz rezerwaty przyrody, rzadko przebijają się w dyskusjach, choć w szwedzkich debatach publicznych regularnie wspomina się o zwiększonym transporcie paliw kopalnych. Rząd w Sztokholmie jasno stwierdził, że rurociąg ten stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego. Kwestie związane ze środowiskiem, infrastrukturą energetyczną i dostawami zasobów, użytkowaniem ziemi, wody oraz innych surowców nie mogą być dłużej odsuwane na bok dyskusji o „twardych” zagrożeniach militarnych czy bezpieczeństwa w basenie Morza Bałtyckiego.
Jak zapatrujecie się na różnice między Zielonymi w rejonie? Jak bardzo różnią się ich podejścia do kwestii bezpieczeństwa i czy macie dla nich jakieś rekomendacje w tym zakresie?
Arūnas Grazulis: Kluczową różnicą między partiami ekopolitycznymi z Europy Zachodniej a litewską czy łotewską jest mniejsze uzależnienie tych drugich od podejścia skupiającego się na ideologicznym stawianiu kwestii ochrony środowiska w centrum przekazu. Dostosowują się w miarę potrzeby do aktualnej sytuacji poprzez większą elastyczność swoich programów i priorytetów. Z powodu specyficznej historii państw bałtyckich ich pozycje w zakresie polityki międzynarodowej są raczej centroprawicowe. Inne partie Zielonych z Europy są od nich dużo bardziej na lewo.
Anke Schmidt-Felzmann: Obserwowaną w ostatnich latach zmianą jest coraz większe powiązanie kwestii „twardego” bezpieczeństwa z „zielonymi” tematami. Musimy przemyśleć wpływ ekopolitycznych pomysłów na kwestie związane z bezpieczeństwem narodowym. W programie szwedzkich Zielonych nie znalazłam żadnych odpowiedzi poza nawoływaniami do „szerszej współpracy, głębszego dialogu i lepszego zrozumienia”. Pamiętam, że gdy w roku 1999 Joschka Fisher jako minister spraw zagranicznych Niemiec wspierał interwencję militarną w Kosowie, było czymś szokującym, że oto nagle „Zieloni poszli na wojnę”. Dziś obserwuję ekopolityków takich jak Robert Habeck (minister w rządzie w Szlezwiku-Holsztynie) czy Cem Özdemir (współprzewodniczący partii) przyjmujących twarde stanowisko w kwestiach związanych z Syrią czy Ukrainą. Zielonym w Szwecji udało się uniknąć sporów wokół kwestii bezpieczeństwa i obronności. Było to łatwiejsze z powodu trzymania się przez socjaldemokratów polityki niezaangażowania w bloki militarne, przez co nie było konieczności zajmowania stanowiska w tej sprawie.
Powyższa rozmowa pierwotnie ukazała się na łamach magazynu „Green European Journal” http://www.greeneuropeanjournal.eu. Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek.
przez Krzysztof Mroczkowski | środa 10 maja 2017 | opinie
Koniec okresu wysokiego poparcia dla obozu rządzącego jest pożywką dla rodzimego komentariatu. Pojawia się duża liczba spostrzeżeń i analiz próbujących wyjaśnić bądź też „opowiedzieć” przyczyny zmiany preferencji sondażowych. Dobrym i logicznym uzasadnieniom towarzyszą niewiarygodne. Trudno się do końca połapać, czy błahe przyczyny skutkują istotnymi zdarzeniami, czy to istotne przyczyny niosą błahe skutki.
Ten moment stanowi dla mnie pretekst do pierwszego podsumowania dotychczasowych rządów Zjednoczonej Prawicy. Niby to jeszcze nie czas równej rocznicy, w jakie zwykło się wystawiać oceny rządzącym, ale przecież ostatnie półrocze każdej kadencji jest już w zasadzie okresem kampanii wyborczej. Wedle chronologii przywracanego właśnie czteroletniego liceum rządy prawicy kończyć będą za chwilę swoją drugą klasę. Jakie stopnie powinny widnieć na świadectwie władzy?
Polityka społeczna: 5
Ocena jest wysoka, mimo świadomości zarówno niedoskonałości programu 500+, jak i faktu, że obszar polityki społecznej nie kończy się (a przynajmniej nie powinien) na jednym programie. Ta ocena pojawia się na świadectwie jako wyraz uznania za to, że przez ostatni rok dokonał się największy i najdonioślejszy zwrot prospołeczny w III RP. Ani efekty „becikowego”, ani obniżki podatku PIT (minimalne dla niezamożnych) nie mogą się równać z tą skalą transferu środków, jaka jest efektem programu 500+. Dodatkowe 20 miliardów złotych pojawiające się co roku w kieszeniach osób zazwyczaj niezamożnych – jest działaniem bezprecedensowym.
Można się oczywiście zżymać, że motywacją prawicy nie była chęć stworzenia lepszego porządku społecznego, lecz raczej chęć zdobycia władzy za pomocą obietnicy socjalnej oraz chęć dokonania rewanżu na przeciwnikach politycznych. Chińska mądrość ludowa mówi nam jednak, że nie jest ważne, czy kot jest czarny, czy biały – ważne, żeby łapał myszy. Częstokroć istotne i potrzebne rzeczy dzieją się obok motywacji głównych sprawców. W Stanach Zjednoczonych Monica Lewinsky była głównym, choć przypadkowym powodem niezlikwidowania przez prezydenta Billa Clintona jednego z najważniejszych świadczeń społecznych (Social Security). Być może to jej zatem zawdzięczamy to, że prezydentem USA jest dzisiaj „tylko” śmieszno-straszny Donald Trump, nie zaś prawdziwy proto-faszystowski demagog, jaki bez trudu mógłby wyrosnąć na gruncie społecznego spustoszenia. Tym bardziej nie powinniśmy mieć problemu z akceptacją pozytywnej zmiany społecznej w Polsce jako rezultatu wyborczego kontraktu.
Dlaczego do tego transferu nie doszło wcześniej? Część powodów była technokratyczno-obiektywna. Rok 2008 uderzył w rządzących podwójną kombinacją globalnego kryzysu finansowo-gospodarczego oraz niższych wpływów podatkowych (i składki rentowej), wywołanych obniżką PIT-u. Formalnym ograniczeniom wydatkowym związanym z narzuconą przez Komisję Europejską procedurą nadmiernego deficytu towarzyszyła nieformalna, lecz równie realna groźba rozgniewania globalnych rynków finansowych „lekkomyślnym rozdawnictwem”.
Jednocześnie jednak już nawet te ograniczenia „obiektywne” kształtowane były również przez samoograniczenia mentalne polskiego konsensusu obecnego w debacie publicznej. Jedno takie ograniczenie: brak możliwości stworzenia trzeciej stawki podatkowej, znacząco zawęziło pole do umożliwienia transferów socjalnych. Ograniczenia mentalne polskiej warstwy opiniotwórczej (tej samej, dla której wprowadzenie programu 500+ było „niemożliwe”) są bardzo podobne do tych, na które cierpi w krajach Zachodu ich „klasa profesjonalna”, a które tam doprowadziły do wezbrania fali populizmu (Trump, Brexit, Le Pen, AfD, Hoffer itd.), grożącej rozniesieniem porządku, jaki znamy i zastąpieniem go czymś gorszym. Zbyt łatwo zapomina się o ekonomii politycznej determinującej sposób podziału majątku. Ekspertki i eksperci klasy profesjonalnej w naturalny sposób odnoszą się do swoich (pozytywnych) społecznych i materialnych doświadczeń. Odmienne, często trudniejsze doświadczenia części społeczeństwa, nie mają możliwości wpłynięcia na los tych grup z powodu braku reprezentacji w mediach, w think tankach, instytucjach i urzędach. Tymczasem realna możliwość dokonania głębszych zmian istniała cały czas, a stosowany w III RP sposób podziału dochodu narodowego był tylko jedną z wielu możliwości praktykowanych w krajach kapitalistycznych.
Raz uruchomiony, mechanizm redystrybucyjny wpłynie na realną dynamikę społeczną, już zmieniając sytuację ekonomiczną części społeczeństwa. Chociaż efektów 500+ nie należy przeceniać, to ograniczenie palących problemów społecznych – spadający poziom ubóstwa i wykluczenia, w szczególności biedniejszych i w szczególności dzieci – jest faktem doniosłym nie tylko poprzez swą skalę, ale również przez wymiar etyczny. Walka z negatywnymi zjawiskami, takimi jak ubóstwo dzieci, nawet gdyby występowały one względnie marginalnie (a tak niestety nie jest), jest ważnym testem i sprawdzianem dla zbiorowości. Nawet sarkający na 500+ i niedostrzegający jego znaczenia są beneficjentami tej dobrej zmiany: mogą żyć we wspólnocie w lepszy sposób realizującej cywilizacyjną misję tworzenia „coraz bardziej ludzkiego” świata.
Inne, bardziej potoczne poczucie sprawiedliwości również jest „wygranym” programu 500+. Zwiastuje on bowiem koniec podejścia „brać i nie kwitować”, charakteryzującego kolejne technokratyczne agendy reformatorów. Społeczeństwo i gospodarka podlegają oczywiście określonym ekonomicznym koniecznościom i, na przykład, bezbolesna transformacja gospodarcza nie była możliwa. Nie można jednak po tej konstatacji przez ćwierć wieku przechodzić do porządku dziennego nad tym, że kolejne technokratyczne wyrzeczenia wymagane są od tych, którzy już i tak radzą sobie gorzej. Symbolicznym przykładem może być przywoływana przez pewnego komentatora telewizyjna dyskusja na temat systemu emerytalnego, w której dziennikarka i profesor mówią o tym, jak to oboje lubią swoją pracę i chcą pracować do siedemdziesiątki. Deficyty poznawcze nie pozwalały opiniotwórczym elitom zrozumieć przyczyn oporu dużej części społeczeństwa wobec reform, w dodatku niewielu się na ten wysiłek zrozumienia poważyło.
Oczywiście program 500+ jest krytykowany za potencjalnie negatywne kształtowanie postaw, czyli zachęcanie do bezczynności i przyzwyczajenie do „rozdawnictwa”. Nie słychać jednak żadnego przekonującego argumentu, dla którego sposób podziału dochodu narodowego sprzed dobrej zmiany miałby być bardziej naturalny, sprawiedliwy i niekorumpujący ludzkich zachowań niż ten nowy.
Teoretyczne „eksperckie” rozważania na temat słuszności programu redystrybucji wypadają miałko przy sile praktyki tego programu, pozwalającej uniknąć tych katastrofalnych skutków, które krótkowzroczność i nieskuteczność klasy profesjonalnej przynosi wraz z falą populizmu. Beneficjenci tej zmiany to nie rządzący, lecz wszyscy ceniący spokój społeczny. Zarówno ci, którzy uważają rosnące nierówności, atomizację, stratyfikację i brak dystrybucji szacunku społecznego za zjawiska złe, jak i ci, którzy sądzą, że jedynym problemem są barbarzyńcy zakłócający ich dotychczasowe dobre życie.
Polityka gospodarcza: 4-
Taka ocena wydaje się być wysoka jak na dotychczasowe, ale również i przyszłe efekty (nie powinniśmy się spodziewać zbyt pozytywnych skutków). Na tle poprzednich rządów wyniki gospodarcze są umiarkowane, zaś na tle zapowiedzi i rozbudzonych ambicji – skromne. Prawdopodobnie wpadki, które będą czekać rząd, groziły będą skompromitowaniem idei wspierania wzrostu gospodarczego przez państwo (pisałem o tym już tutaj).
Jednakże, jak już wskazywałem wcześniej na tych łamach, pomimo śmierci pacjenta, operacja może okazać się udana. Niepowodzenie flagowych projektów resortu rozwoju będzie trudne do uniknięcia, ale w trakcie tych prób może się wytworzyć unikalne know-how, potrzebne, by Polska stała się zaawansowaną gospodarką. Wyzwanie inteligentnej koordynacji podmiotów prywatnych i publicznych, firm i instytucji, pomoże wytworzyć wzorce skutecznej współpracy i adaptacji do zmieniających się warunków rynkowych. Ambitne, czasami wręcz nierealistycznie postawione cele mogą stać się siłą organizującą modernizację polskich organizacji państwowych i prywatnych, ich dojrzałe zachowania, sięganie po najlepsze wzorce.
Jednocześnie zauważalny jest szereg zagrożeń, które powodują, że ocena 4- na końcowym, maturalnym świadectwie rządów prawicy w 2019 r. stoi pod dużym znakiem zapytania. Wizjonerskim zapowiedziom często nie towarzyszy potrzebna praca organiczna, czego dobrym przykładem mogą być działania w sferze energetyki, gdzie poza flagowymi projektami brakuje konsekwentnej pracy nad modernizacją sektora oraz wytyczenia ścieżki do osiągnięcia celów gospodarki niskoemisyjnej.
Nierówna, często niewysoka jakość kadr „dobrej zmiany” może przyczynić się do utraty czasu i zasobów w państwowych spółkach, a w konsekwencji do utraty przez demos wiary w możliwość stymulowania przez państwo dobrej polityki gospodarczej. Dodatkowo gospodarka cierpi i będzie cierpieć przez działania „dobrej zmiany” na innych polach. Niestabilność instytucji (w tym orzecznictwa, regulacji dotyczących dysponowania własnością) może osłabić koniunkturę, nie pozwalając gospodarce rozwinąć pełnej prędkości.
Instytucje i sprawy publiczne: 2
Przez ostatnie półtora roku słyszeliśmy wiele opinii o świetnym ładzie prawnym panującym w III RP aż do nastania „złej zmiany”. Absolutystyczne stwierdzenia autorytetów co do demokratycznych i ustrojowych zasad upraszczają ważny, wręcz dramatyczny wymiar dylematu stojącego przed polską zbiorowością: naprawiać instytucje czy budować od nowa? Można zmieniać istniejące instytucje, czasami również w sposób radykalny. Wiele z nich jest bardzo kiepskich, nie zasługujących na obronę, a w opinii społeczeństwa (ale także ekspertów) często uchodzą one za siedlisko złych praktyk. W niektórych sytuacjach „szarpnięcie cuglami” może się w wydawać wręcz zbawienne jako metoda kruszenia zblatowanych, zinstytucjonalizowanych układów (przykładem takiego zblatowania mogą być poszczególne przypadki warszawskich reprywatyzacji). Radykalne zmiany PiS, jak np. w przypadku sądów przekreślające trójpodział władzy, często nie oferują jednak dobrej alternatywy i nie budują mechanizmów ulepszania wzorców i standardów, zastępując jedynie jedną lojalność grupową inną lojalnością, bynajmniej nie lojalnością wobec zasad.
Środowiska dotknięte myśleniem korporacyjnym (np. adwokatura, akademia), które nie wytworzyły wystarczająco dobrych wzorców sprawnego i społecznie pożytecznego działania, powinny być przede wszystkim zdiagnozowane pod kątem istnienia wewnętrznych mechanizmów samousprawniania. Te zaś mechanizmy – często słabe lub wewnętrznie przez korporację tępione – powinny zostać przez władzę wykonawczą wsparte miękkimi działaniami z zewnątrz. Radykalna interwencja w dane instytucje, przy braku utraty możliwości wsparcia mechanizmów samousprawniających, staje się próbą zabicia muchy młotkiem.
Szkody wyrządzane instytucjom są częścią szerszego nurtu psucia spraw publicznych, w którym obóz rządowy, choć odgrywa główną rolę, nie jest osamotniony. Nadanie konfliktowi środowiskowemu wymiaru wojny dobra ze złem nie podwyższa, lecz obniża poprzeczkę wobec standardów promowanej kultury umysłowej. „Swoim” wolno więcej i więcej im się wybacza. Tożsamościowe kibolstwo doskonale zlewa się z aspektem psucia instytucji w przypadku telewizji publicznej. Jej przekazy informacyjno-publicystyczne są rzadko widzianym w świecie rozwiniętym okazem tępej propagandy i świadectwem nieprawdopodobnego zaniku jakiejkolwiek autorefleksji autorów. Ich płytki przekaz jest wyrazem braku szacunku dziennikarzy i wydawców do widzów i do samych siebie. Wytworzony syntetycznie w politycznych gabinetach w 2006 r. spór stał się wielkim tożsamościowym biznesem, pochłaniającym kolejne połacie państwa jako scenografie do swojej walecznej ekspansji. Pochłania również wielkie zasoby i organizuje część życia zbiorowego, wypaczając jego wzorce i mechanizmy. Jak pisał Józef Szujski: Dobre systemy z figurantów robią ludzi, a złe z ludzi robią figurantów.
Niestety, ocena jest niska, a rokowania na ocenę końcową równie złe.
Sprawy zagraniczne: 1
Ostatni rok był czasem wielkiego przegrupowania w światowej polityce. Sojusz euroatlantycki staje pod znakiem zapytania, podobnie jak rola świata zachodniego w ogóle. Stany Zjednoczone, ze względu na osobę nowego prezydenta, stają się globalnym czynnikiem nieprzewidywalności i ryzyka. Wielka Brytania zdecydowała o rozpoczęciu procesu wyjścia z Unii Europejskiej. Sama Unia przeżywa wzrost ruchów nacjonalistycznych w poszczególnych państwach członkowskich. Broniąc się przed opcją nuklearną powrotu do Europy egoizmów, kraje „starej” UE zwierają szeregi, tworząc wspólne i bardziej zintegrowane jądro polityczne, zmobilizowane do utrzymania zasad wspólnoty interesów i wzajemnej pomocy, ale już w węższym gronie (do którego Polska się nie zgłasza).
Przez ten czas polska dyplomacja starała się raźno ciąć gałąź, na której siedzimy, przy każdej okazji opowiadając się werbalnie za Europą egoizmów, za powrotem do panowania na naszym kontynencie prawa dżungli, które niechybnie doprowadzić musi do kolejnego polskiego dramatu. W przypadku Donalda Trumpa, francuskich nacjonalistów, brytyjskich krytyków UE, niemieckich przeciwników kanclerz Merkel, polskie czynniki rządowe znajdywały ciepłe słowa, przyłączając się do krytyki i forsując niejasną wizję reform opartych na woluntarystycznej partycypacji w politykach UE i implikującej jako reakcję tworzenie „dwóch prędkości” przez kraje „starej Unii”.
Można nie mieć wiele sympatii do europejskiego establishmentu (którego dzisiejsze kłopoty są w dużej mierze zasłużone), lecz traktowanie przez ministra Waszczykowskiego polityki zagranicznej jako sposobności do dowolnej wypowiedzi publicystycznej dla własnej emocjonalnej satysfakcji jest dyskwalifikujące. Możliwości manewru polskiej polityki zagranicznej znacząco się zawężają i bez „pomocy” rządu, i być może okres pozytywnej koniunktury geopolitycznej Polski, gdy jeszcze istnieją jakiekolwiek dobre wyjścia, powoli zmierza ku końcowi. Powinniśmy jednak próbować otwierać choćby nie najbardziej obiecujące furtki, aby jak najdłużej obyć się bez nieodwracalnych strat dla swojego położenia. W tym względzie polityka rządu była katastrofalna i nie zasługuje na jakąkolwiek ocenę wyższą niż niedopuszczająca.
Widoczne są pewne symptomy poprawy, aby ocena końcowa za dwa lata była wyższa, jednak konieczna będzie zmiana nie tylko na pozycji ministra. Ze średniej ważonej wszystkich ocen wynikałaby słaba trójka, jednak najsłabsze ogniwo to 1 za politykę zagraniczną za osłabienie podstaw wspólnoty, za co nie należy się promocja. Cieszy, że na tym punkcie wyczuleni są również Polacy i wypchnięcie kraju poza obręb UE jest dla nich nieakceptowane. Odbywająca się obecnie społeczna korekta i karcenie władzy w sondażach będzie, miejmy nadzieję, koniecznym otrzeźwieniem.
Krzysztof Mroczkowski
przez Stefan Paweł Załęski | czwartek 4 maja 2017 | opinie
Analizujący sposoby uszczelnienia systemu składek ZUS tekst Piotra Wójcika jest świetnym przykładem niezrozumienia funkcji i działania składek w społeczeństwie. Z pozoru stanowią one niezbędny element finansowania tak potrzebnego systemu ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych. W istocie są elementem wyzysku klas pracowniczych poprzez skandalicznie wysokie opodatkowanie pracy. Najlepszym rozwiązaniem byłaby zatem redukcja finansowania ubezpieczeń społecznych za pośrednictwem składek, na rzecz zwiększenia finansowania budżetowego, czyli z wszystkich innych podatków, zwłaszcza gdyby były one progresywne.
Autor postuluje załatanie rozmaitych dziur w systemie składek, przede wszystkim zniesienia ryczałtu dla samozatrudnionych i zlikwidowanie górnego limitu tzw. trzydziestokrotności, czego akurat rządzący nie chcą zrobić ze względu na obawę wypłat zbyt dużych emerytur. Problem w tym, że to niewiele zmieni. Składki ZUS w dalszym ciągu nadmiernie obciążałaby pensje pracowników i robiłyby to w sposób degresywny, choć już mniej. W dalszym ciągu byłyby elementem degresywnego systemu podatkowego opartego o podatki liniowe i ryczałtowe.
System składek ZUS jest najbardziej degresywnym podatkiem w Polsce, stanowiącym największy składnik obciążeń podatkowych, o czym pisałem szerzej już wcześniej. Jednak, co najważniejsze – nie da się składek ZUS uczynić podatkiem progresywnym. Rozsądne w takiej sytuacji jest jej ograniczenie, a wręcz likwidacja. Neoliberalizm jest systemem wyzysku. Składki ZUS stały się w Polsce jednym z kluczowych narzędzi tego wyzysku. Efektem są rosnące nierówności społeczne, które już stały się bezpośrednim zagrożeniem dla demokracji, bowiem degresywny system podatkowy jest największym wrogiem demokracji.
Szczególną uwagę należy zwrócić na propozycję oskładkowania umów o dzieło. Pomijając problem potencjalnej niekonstytucyjności takiego rozwiązania, należy się zastanowić nad jego celem. Głównym argumentem jest tu zrównanie obciążenia podatkami różnych typów umów, co spowodować ma ograniczenie stosowania umów cywilnych na rzecz umów o pracę. Tylko że ten sam efekt można uzyskać zmniejszając składki ZUS, czyli obciążenia podatkowe umów o pracę. W tym przypadku lepiej jest wyrównać obciążenia fiskalne w dół, redukując niezwykle skomplikowany i degresywny system składkowy. Innymi słowy, to nie umowy o dzieło są zbyt nisko opodatkowane – to umowy o pracę są opodatkowane zbyt wysoko, przede wszystkim za sprawą degresywnych składek ZUS.
Podstawowe pytanie brzmi: dlaczego powszechne emerytury, renty, opieka zdrowotna i inne ubezpieczenia społeczne są finansowane z osobnego systemu składek, a nie z ogólnego budżetu? Dlaczego nie mogą być finansowane w taki sposób, jak szkolnictwo, obronność, policja, albo tak jak emerytury, renty, opieka zdrowotna i inne ubezpieczenia społeczne elity naszego kraju, czyli prezydentów, posłów, sędziów i prokuratorów, policjantów, wojskowych, strażaków i innych służb mundurowych? Oni nie płacą składek, więc dlaczego muszą to robić wszyscy inni?
Ostatnie pytanie należałoby odwrócić: dlaczego wojskowi nie płacą składek od swoich zarobków? Odpowiedź jest prosta: dzięki temu otrzymują „na rękę” wyższe pensje. W ich przypadku dochód netto i przychód brutto niewiele się różnią. Przeciętny polski pracownik doświadcza tej różnicy znacznie bardziej, ale tak naprawdę nie wie, ile wynosi jego właściwa pensja przed oskładkowaniem. Wie tylko, ile składek sam odprowadza, ale nie wie, ile odprowadza za niego pracodawca. Ukrywaniu rzeczywistych kosztów ponoszonych przez zatrudniającego służy głównie podział składek na część płaconą przez pracownika i część płaconą przez pracodawcę. Suma pensji netto, składek pracownika i składek pracodawcy jest wyższa niż przychód wykazywany w deklaracjach podatkowych pracownika, a stanowiących podstawę obliczania składek i podatku PIT. Innymi słowy, rzeczywista płaca każdego polskiego pracownika jest wyższa, niż to wynika z oficjalnych danych i jednocześnie wyższe jest jej opodatkowanie.
Jak cynicznie przedstawiono tę sytuację w materiałach projektu edukacyjnego „Lekcje z ZUS” dla szkół: System ten, zwany systemem zdefiniowanej składki, odporny jest na presję poszczególnych grup pracowników. Innymi słowy, obecny system składek ZUS stworzono, by paraliżował protest społeczny i pacyfikował polityczną inicjatywę jego zmian. W tej sytuacji nic dziwnego, że jedyną grupą, która podnosi problem zbyt wysokich obciążeń płac pracowniczych, są pracodawcy, w większości liberałowie ekonomiczni. Taki stan rzeczy doprowadził niektórych, m.in. Mikołaja Iwańskiego, do całkowicie mylnego poglądu, że likwidacja składek na rzecz finansowania budżetowego systemu ubezpieczeń stanowi projekt neoliberalny.
Związani ze środowiskiem pracodawców liberałowie chcą zastąpić zarówno składki ZUS, jak i podatek PIT jednym liniowym podatkiem od funduszu płac danego podmiotu ekonomicznego. Trochę dziwna wydaje się idea takiego kolektywnego podatku w ustach liberałów ekonomicznych. Z lewicowego punktu widzenia byłby on nawet interesujący, gdyby był to podatek progresywny, bo zmuszałoby to większe przedsiębiorstwa do płacenia wyższych podatków. Jednak ukrywa on przez swą kolektywność indywidualny wymiar dochodów, a przecież w podatku dochodowym chodzi o aplikację progresji obciążeń do indywidualnych osiągnięć ekonomicznych. Liberałowie chcą obniżyć wydatki państwa przez wprowadzenie podatków liniowych (tak jakby w Polsce były jakieś inne, oprócz jednego degresywnego). Intencją projektu lewicowego powinno być zastąpienie systemu składek ZUS przez system podatków progresywnych, głównie majątkowych – zgodnie z zasadą, że w kapitalizmie opodatkowany powinien być głównie kapitał, a nie praca.
Wybitny badacz systemów ubezpieczeń prof. Nicholas Barr wypowiada się jednoznacznie: ubezpieczenia społeczne powinny być finansowane przede wszystkim z systemu budżetowego, czyli z podatków, a nie ze składek. Wspólnie z noblistą prof. Peterem Diamondem wykazali, że system składkowy może być wprowadzony jako dodatkowy, dobrowolny system ubezpieczeń w krajach rozwiniętych o dużych nadwyżkach inwestycyjnych.
Kwestia finansowania z obowiązkowych składek prywatnych funduszy emerytalnych jest według nich właściwie poza dyskusją, ponieważ przyczynia się do wzrostu deficytu i obciąża nadmiernie płace pracowników. Wbrew neoliberalnej propagandzie, prywatne fundusze są droższe niż państwowe, a to ze względu na konflikt interesów i dążenie do maksymalizacji zysku przez korporacje poprzez wykorzystywanie bardzo dużej asymetrii informacji, dającej im ogromną przewagę nad klientami. Prof. Leokadia Oręziak wprost określa OFE jako neokolonializm w białych rękawiczkach, odbywający się poprzez transfer publicznych pieniędzy na konta korporacji, zamianę długu ukrytego na jawny, ale wysoko oprocentowany – z pożyczek, które państwo musi brać, by załatać dziurę budżetową spowodowaną transferami. A jak pokazuje przykład Chile, emeryci w efekcie otrzymali głodowe emerytury.
Najwyższy czas już stwierdzić, że stworzony w 1999 roku składkowy system finansowania ubezpieczeń społecznych jest nieefektywny i nieracjonalny. Zamiast go reformować, czas przeciąć gordyjski węzeł składek ZUS poprzez likwidację obowiązkowego systemu składkowego i powrót do systemu gwarantowanych świadczeń.
Paweł Stefan Załęski
przez Piotr Wójcik | wtorek 25 kwietnia 2017 | opinie
Pracowitość to słowo-wytrych, idealne do tresury każdego, kto ośmiela się podważać istniejący porządek społeczny. Ma uzasadniać istnienie hierarchii społecznej, różnic w posiadaniu czy nierównych wpływów politycznych. Ma wytrącać argumenty z rąk tym będącym na dole, którzy odważyli się powiedzieć tym na górze, że to niesprawiedliwe. Otóż ci na górze najpierw na to zapracowali, czyli wykazali się odpowiednią dozą pracowitości. Ci na dole albo mają to dopiero przed sobą – czyli muszą zakasać rękawy i wziąć się do roboty – albo nie wykazali się należytym samozaparciem i niestety nie będzie im dane wdrapać się na szczyt. Są po prostu zbyt mało pracowici. Pracowitość ma uzasadniać, dlaczego ktoś absurdalnie dużo zarabia, a brak pracowitości uzasadnia, dlaczego ktoś zarabia koszmarnie mało. Jest też słowem-kluczem, które tłumaczy, dlaczego ktoś nie ma „pleców” w społeczeństwie (nie „wychodził” sobie) albo odpowiedniego wykształcenia (nie chciało mu się uczyć). Niewiele zarabiasz, zatem widocznie za mało pracujesz, ewentualnie nieodpowiednio się starasz w pracy i za mało z siebie dajesz.
Absolutyzm rynkowy
W czasach urynkowienia niemal wszystkiego, jesteś tym, ile zarabiasz, choć różne Mateusze Grzesiaki próbują nam wmówić, że jesteś tym, co robisz, albo tym, jakie są twoje myśli. Robisz to, na co cię stać, a myślisz bardzo często o potrzebach, które są niezaspokojone. Czyli finalnie i tak jesteś taki, na bycie jakim pozwala twoja pensja. To od niej zależy, czy będziesz dyskutował w towarzystwie o najnowszym serialu z płatnej platformy streamingowej, czy będziesz miał do powiedzenia co najwyżej, co się działo w ostatnim odcinku badziewiastego tasiemca puszczanego łaskawie w otwartym paśmie. Czy będziesz jechał na kilkudniowy modny festiwal muzyczny, czy zadowolisz się festynem z okazji 150-lecia nadania praw miejskich twojej mieścinie. Czy będziesz się odżywiał zgodnie z twoją filozofią życiową, opartą na harmonii z przyrodą, czy zgodnie ze stanem twojego portfela, próbując żyć w harmonii z tymi groszami, które co miesiąc przelewają ci na konto. Twoje zarobki określają, w jakim towarzystwie się obracasz, w jaki sposób spędzasz czas oraz czy żyjesz zgodnie z przekonaniami. Że niby te kwestie nie przesądzają o twojej osobowości? A co niby ją określa, jeśli nie sposoby spędzania czasu, praktykowana filozofia życiowa, przyjaciele czy gust? Jakieś trzymane w głowie metafizyczne koncepcje? Wolne żarty.
Zresztą również fundamentalne sprawy zależą od twoich zarobków. To, czy będziesz mógł spędzać czas z dziećmi, zależy od tego, w jakiej lokalizacji kupiłeś mieszkanie i ile czasu poświęcasz na dojazdy do pracy. Zaangażowanie we wspólnotę religijną/lokalną zależy od tego, czy w 8 godzin zarobisz na utrzymanie, czy raczej będziesz na nie tyrał 12 godzin dziennie. Zdrowy tryb życia jest uzależniony od tego, czy stać cię na żywność wysokiej jakości i sprzęt do uprawiania sportu. Od twojej pensji zależy nawet twoja moralność – w końcu bardzo łatwo można być prawdomównym i brzydzącym się kradzieżą dobrym obywatelem, który nie szczędzi środków na pomoc bliźniemu, gdy nie ma się na głowie większych ograniczeń ekonomicznych. Dużo zarabiasz, więc nie musisz się zastanawiać nad tym, czy ściąganie pirackich płyt z torrentów jest moralne czy nie, po prostu kupujesz oryginał w sklepie. Podsumowując cytatem z Hanny Baker z serialu „Trzynaście powodów”: Gdy nie masz dużo pieniędzy, większość decyzji podejmowanych jest za ciebie.
Biedny, więc pracowity
Inaczej mówiąc, zdecydowana większość różnic między ludźmi wynika z zaledwie jednego czynnika – różnic w dochodzie. Tymczasem są one ogromne – w Polsce i tak nie tak wielkie, jak w USA czy Ameryce Łacińskiej. Żeby uzasadnić tak ogromne różnice między ludźmi, trzeba było wymyślić naprawdę dobry argument. Stała się nim pracowitość. Rzekomo te wszystkie odmienności wynikają z różnego stopnia zaangażowania, które każdy z nas wkłada w codzienną aktywność, szczególnie zawodową. Jesteśmy wynagradzani zgodnie z tym wkładem Jeśli dostajemy dziesiątego każdego miesiąca niewiele, widocznie staramy się zbyt mało. Tymczasem ten argument jest od początku do końca wyssany z palca. To konstrukcja stworzona na użytek tych, którzy akurat pracowitością specjalnie się wykazywać nie musieli, bo albo po prostu wszystko dostali w spadku, albo doszli do tego siłą rozpędu, dzięki rodzinnym zasobom kapitałowym, kulturowym i społecznym. Inaczej mówiąc, tego dętego argumentu używają najczęściej ci, którzy z pracowitością nie mają wspólnego nic lub bardzo niewiele.
Gdyby rzeczywiście to pracowitość była główną przyczyną osiągania wysokich zarobków, wtedy ci, którzy więcej pracują, więcej by zarabiali. Wystarczy jednak rzut oka na statystyki dotyczące liczby godzin pracy, by się przekonać, że jest… odwrotnie. Polacy pracują przeciętnie ponad 1963 godziny rocznie, zatem są w czołówce nie tylko Europy, ale i świata. Wśród europejskich członków OECD niewiele ustępują nam Łotysze, Litwini i Estończycy (1852 godziny). Na drugim biegunie są Niemcy, którzy pracują 1371 godzin rocznie, czyli niemal 600 godzin rocznie mniej niż Polacy. Nieco tylko więcej niż Niemcy pracują Holendrzy, Duńczycy i Belgowie (1541 godzin). No cóż, według popularnej wykładni pracowitości, powinniśmy być wspólnie z Bałtami w unijnej czołówce płac – w końcu pracujemy długo jak mało kto. A niewiele pracujący północni Europejczycy powinni być na dole. Jest jednak inaczej – według parytetu siły nabywczej na czele są Niemcy ze średnimi rocznymi zarobkami rzędu ok. 47 tys. euro, a za nimi… Holendrzy, Belgowie i Duńczycy (40 tys. euro). Kto znajduje się na drugim końcu skali? Oczywiście Litwini, Łotysze i Estończycy (17 tys. euro). A zaraz nad nimi Polacy, z średnimi zarobkami rzędu niecałych 20 tys. euro.
Prawda jest więc zupełnie inna. Nie jest tak, że kto więcej pracuje, więcej zarabia, lecz odwrotnie: kto więcej zarabia, ten… mniej pracuje. Ogromnymi pokładami pracowitości wykazują się ci mniej zarabiający. I nic dziwnego. W końcu, zarabiając odpowiednio dużo, można sobie spokojnie pozwolić na ograniczenie czasu pracy czy rezygnację z kilku zleceń. Zarobionych środków i tak wystarczy na życie w dobrobycie. Za to osiągając niskie wynagrodzenie, trzeba tyrać nawet i kilkanaście godzin dziennie, brać wszystko, co wpadnie w ręce, łącznie z dwoma etatami, byle tylko starczyło na wszystkie potrzeby, a i jeszcze nieco zostało na czarną godzinę. Tych będących na dole drabiny dochodowej, czy to w skali Europy, czy kraju, nie trzeba uczyć pracowitości, bo akurat tej mają oni pod dostatkiem.
Reżim produktywności
Oczywiście ktoś może zauważyć, że nie jest istotne, ile godzin kwitniemy w pracy, bo można w niej siedzieć i 14 godzin dziennie i nic w tym czasie nie robić. Ważniejsze są efekty naszej pracy – czyli pracowitość to produktywność. Skoro nie wypracowujemy podczas naszej pracy odpowiedniego zwrotu, to trudno, żebyśmy dużo zarabiali. Bez żartów: utożsamianie produktywności z pracowitością jest równie nieuzasadnione. Produktywność to wartość wypracowywana w godzinę pracy. Norweg wypracowuje 79 dolarów na godzinę, a Francuz 61. Tymczasem Polak w tym czasie około 29 euro, a Łotysz 26. Nikt mi nie wmówi, że Norweg jest 3 razy bardziej pracowity od Łotysza, a Francuz dwa razy bardziej od Polaka. Na Zachodzie pracują miliony Polaków oraz obywateli krajów Europy Środkowo-Wschodniej i jakoś produktywnością nie odstają od reszty. Wręcz przeciwnie, niejednokrotnie są chwaleni za jakość swojej pracy. W jaki sposób trzy razy mniej pracowici ludzie mogliby bez większych problemów rywalizować z miejscowymi? Znajomy elektryk wyjechał do pracy do Francji i gdy pierwszy raz dotarł na miejsce pracy, to owszem, przeżył szok, ale odwrotny. Poczuł się, jakby czas wokół zwolnił, nikt się nigdzie nie spieszył, w przerwie obiadowej pito wino, a w piątki wychodzono o 12. Jeszcze inny znajomy wyjechał na wakacje do Norwegii malować płoty. Po pierwszej skończonej robocie zleceniodawca aż złapał się za głowę – nie przypuszczał, że taki płot można pomalować w 4 godziny. Miejscowym zajęłoby to co najmniej dwa dni. A przecież podobno to Francuzi i Norwegowie powinni dawać z siebie w miejscu pracy 2-3 razy więcej niż Polacy.
Z czego to wynika? Ano z tego, że produktywność ma bardzo mało związku z pracowitością. Wręcz przeciwnie – gdy produktywność jest wysoka, można sobie pozwolić na pracę na niższych obrotach. Produktywność wynika przede wszystkim z zaawansowania technologicznego oraz organizacji pracy w firmie, a także z rynkowej wyceny dóbr produkowanych w twojej firmie. I wreszcie – z ogólnej rynkowej wyceny dóbr wytwarzanych w gospodarce w kraju, w którym pracujemy. Jeśli jest wysoka (bo ciągnie ją na przykład kilka bardzo rozwiniętych branż), to wtedy nawet płaca sprzątaczki może zawstydzić płacę profesora uniwersytetu z kraju, którego gospodarka wyceniana jest nisko. I właśnie dlatego taksówkarz w Kairze, nawet jeśli byłby mistrzem kierownicy i wyczyniał za kółkiem cuda, nigdy nie osiągnie takich zarobków, jak jego odpowiednik w Paryżu – choć przecież jazda po drogach północnoafrykańskich miast wymaga więcej umiejętności, niż wożenie klientów w zachodniej Europie. I właśnie dlatego elektryk pracujący w zacofanej firmie, nawet gdyby zakładał 100 puszek w godzinę, nigdy nie osiągnie takiej produktywności, jak jego wcale nie lepszy kolega pracujący w utrzymaniu ruchu polskiej filii motoryzacyjnego giganta, od czasu do czasu naprawiający maszynę.
Bardzo ułomny arbiter
Produktywność nie zależy więc od pracowitości. Zależy za to w ogromnej mierze od tego, jak rynek wycenia owoc twojej pracy. Pytanie, czy ta wycena jest uzasadniona. Czy sprawiedliwie oddaje twój wkład pracy? Wartość owoców twojej harówki? Szczerze mówiąc, jest to wątpliwe. Więcej, rynek jest bardzo wadliwym mechanizmem wyceniania owoców pracy. Swego czasu Partia Razem zwróciła uwagę w jednej z grafik, że Mateusz Morawiecki, gdy był prezesem BZ WBK, zarabiał tyle, co 60 pielęgniarek. Czy jest możliwe, że użyteczność pracy prezesa banku była 60 razy większa niż praca pielęgniarki? Skoro rynek jest efektywnym mechanizmem wyceny, to dlaczego dopuścił do tak absurdalnej sytuacji? I jeszcze inaczej: w latach 1978-2000 pensje prezesów w USA wzrosły o… 1279%. Niesamowici z nich herosi, skoro w dwie dekady poprawili swoją produktywność 13 razy. W latach 1965-1978 pensje prezesów spółek giełdowych w USA wzrosły co prawda „tylko” o 80%, ale w tym czasie indeksy giełdowe amerykańskich firm… spadły o połowę. Jak to możliwe, żeby sprawiedliwy rynek dokonał tak absurdalnie błędnej oceny ich pracy?
Otóż rynek wcale nie jest udanym mechanizmem wyceny pracy, a już na pewno nie jest sprawiedliwym. Na przykład zupełnie nie dostrzega społecznej użyteczności takich zawodów, jak pielęgniarka, strażak czy nauczyciel. W mało którym kraju należą oni do górnych grup dochodowych, choć społeczeństwo korzysta na ich pracy w ogromnym stopniu. Na pewno w większym niż na pracy giełdowego maklera, który niemal w każdym kraju zarabia krocie. Poza tym twierdzenie, że „rynek o czymś zdecydował” jest umowne i zwodnicze. Rynek nie jest bytem, a o jego „wyrokach” decydują ludzie, szczególnie ci dysponujący największymi wpływami i kontrolujący najważniejsze zasoby. Dlatego też wycena pracy osób umocowanych na strategicznych rynkowych pozycjach jest tak absurdalnie zdeformowana. Na przykład sektor finansowy kontroluje ogromne przepływy pieniądza w gospodarce, dzięki czemu zarobki są tak nieproporcjonalnie wysokie w stosunku do innych grup zawodowych, a klasa menedżerów ma spore możliwości kształtowania własnych płac, z czego również ochoczo korzysta. I właśnie dlatego znakomity nauczyciel z powołania, zostający po godzinach i organizujący uczniom i wspólnocie lokalnej wiele pozalekcyjnych zajęć, nigdy nawet nie zbliży się w zarobkach do miernego dyrektora banku. W sytuacji, gdy wyroki rynku są tak arbitralne, niesprawiedliwe, nielogiczne i niemające nic wspólnego z pracowitością, twierdzenie, że to „rynek zdecydował” o różnicach w zarobkach, nie jest żadnym argumentem. Jest tylko mydleniem oczu serwowanym przez grupy hegemoniczne tym, którzy są na dole, żeby po pierwsze uzasadnić swoją dominację, a po drugie, żeby złagodzić ich gniew, dając im fałszywą nadzieję, że wystarczy tylko zakasać rękawy do roboty, aby samemu dołączyć do tych na górze.
Jak widać, pracowitość ma niewielki związek z różnicami w zarobkach. A skoro osobisty wkład to tylko jeden z wielu czynników wpływających na dochody i to jeszcze drugorzędny, niedopuszczalne jest, by wysokość zarobków w aż tak ogromnym stopniu determinowała życie ludzi i prowadziła do tak ogromnych różnic. Jaka jest na to recepta? Odrynkowienie i demonetyzacja. Wyłączenie z logiki rynkowej najważniejszych obszarów życia oraz wprowadzanie bezpłatności w dostępie do podstawowych dóbr i usług. Rozszerzenie usług publicznych nie tylko na tak oczywiste (choć nie w Polsce) obszary jak mieszkalnictwo, ale też kultura popularna, sport i wypoczynek. Wszystko to zmniejszy znaczenie kwoty, która widnieje na naszym pasku wypłaty. Tylko wtedy każdy z nas będzie mógł powiedzieć, że jestem taki, jaki chcę, a nie taki, jaka jest moja pensja.
Piotr Wójcik
przez Tomasz S. Markiewka | środa 19 kwietnia 2017 | opinie
Każdy polityczny okres tworzy modę na określone słowa, za pomocą których ludzie próbują uchwycić jego cechy charakterystyczne. Gdy w Polsce główna oś sporu przebiegała między rządzącą PO a opozycyjnym PiS-em, w mediach karierę robiły określenia takie jak „moher” i „leming”. Przez jednych były używane poważnie, jak gdyby rzeczywiście uchwyciły ważne cechy naszego społeczeństwa, przez innych z ironią. Obecnie, gdy zarówno w naszym kraju, jak i w wielu częściach świata sukcesy odnosi prawica, modne stało się słowo „populizm”. Wprawdzie jest ono stałym elementem słownika politycznego już od wielu lat, ale ostatnimi czasy jego popularność jeszcze wzrosła. Nie ma dnia, aby jakiś polityk czy publicysta nie posłużyli się nim do opisania najnowszych wydarzeń. Populiści doprowadzili do Brexitu, populiści rządzą Polską, populista Trump wygrał z Clinton, populistyczna Le Pen grozi rozpadem Unii Europejskiej, Holendrzy dali odpór populistom, nie głosując na Wildersa.
Jednak popularność tego słowa sięga dalej. Komentatorzy jako populistyczne często określają także partie sytuujące się po lewej stronie sceny politycznej, np. grecką Syrizę czy hiszpański Podemos. Również lewicowe recepty polityczne – wysokie podatki, duże transfery socjalne czy próba ograniczenia władzy międzynarodowych korporacji – często bywają etykietowane w mediach jako populistyczne. Kto nie wierzy, niech wpisze odpowiednią sekwencję słów w internetową wyszukiwarkę. W tę pułapkę wpadają nawet ludzie uważający się za przedstawicieli lewicy, jak Grzegorz Kołodko, który swego czasu na antenie TVN-u przestrzegał polskie społeczeństwo przed lewicowym populizmem czy nawet „lewactwem”. Zresztą wystarczy przypomnieć dyskusję wokół 500 plus. Część osób była przerażona tym programem równie mocno, jak majstrowaniem przy Trybunale Konstytucyjnym lub językiem antyimigracyjnym. Z ich perspektywy był to przejaw tego samego problemu: populizmu. Dlatego nie wahały się wytaczać przeciwko programowi najcięższych dział, w tym wszystkich możliwych stereotypów na temat ludzi ubogich.
Skoro przejawem populizmu ma być zarówno wrogość wobec obcych, jak i pomoc najuboższym, zarówno program Trumpa, jak i program Podemos – by sięgnąć po najsłynniejsze zagraniczne przykłady polityki prawicowej i lewicowej – powstaje proste pytanie: co to słowo właściwie znaczy? Na ile pomaga objaśnić współczesny świat, a na ile zaciemnia sytuację? Przecież wystarczy tylko zerknąć na propozycje Trumpa i Podemos, aby dojrzeć poważne różnice. Trump chce obniżać podatki dla bogaczy, Podemos podwyższać. Trump na każdym kroku pokazuje, że nie obchodzą go prawa kobiet, Podemos jest w tej sprawie bezkompromisowe i żąda pełnego równouprawnienia. Trump idzie na otwartą wojnę z imigrantami, a Podemos swego czasu proponowało, by zlikwidować wszelkie bariery związane z migracją i nadać w Hiszpanii prawa wyborcze każdemu przybyszowi z innego kraju. A jednak dla dużej części mediów i polityków zarówno amerykański prezydent, jak i młoda lewicowa partia są populistami. O co chodzi?
Umberto Eco, autor „Imienia róży”, stwierdził kiedyś, że gdy mamy problem z jakimś słowem, dobrze jest odwołać się do rozsądku słowników. Niestety, „Słownik języka polskiego” tylko pogłębia zakłopotanie. Wedle niego populizm to tyle, co lansowanie idei „zgodnych z oczekiwaniami większości społeczeństwa w celu uzyskania jego poparcia i zdobycia wpływów lub władzy”. Ta definicja nie oddaje grozy, z jaką o populizmie mówi duża część medialnych komentatorów i klasy politycznej. Cóż jest bowiem takiego strasznego w odpowiadaniu na zapotrzebowania większości społeczeństwa? Czy nie na tym w dużej mierze powinna polegać demokracja? Głoszenie określonych idei w celu zdobycia poparcia także nie wydaje się niczym szczególnie zdrożnym. Czy jest jakaś partia w Polsce, która nie stara się, aby to, co głosi, przełożyło się na jej sukces wyborczy?
Choć więc z formalnego punktu widzenia przytoczona definicja może być dobra, to nie oddaje jednej ważnej sprawy. Gdy nazywamy jakieś partie populistycznymi, to zazwyczaj chcemy podkreślić, że są one nieodpowiedzialne, ponieważ obiecują rzeczy niemożliwe do spełnienia lub odwołują się do najniższych instynktów części wyborców. Dlatego populistami są zarówno ci, którzy wmawiają ludziom, że potrafią szybko i łatwo rozwiązać większość ich bolączek, jak i ci, którzy szukają kozłów ofiarnych, np. imigrantów, jako wytłumaczenia lub przykrywki dla ważnych problemów społecznych.
Po tym uzupełnieniu uzyskujemy prostą i w gruncie rzeczy banalną definicję populizmu. Czy tłumaczy ona jednak, dlaczego część dziennikarzy i polityków nazywa populistami nie tylko ugrupowania wyraźnie prawicowe, lecz także wyraźnie lewicowe? Tak, ale pod warunkiem, że przyjmiemy określony punkt widzenia. Pytanie o sensowność rzucania na prawo i lewo zarzutami o populizm jest więc tak naprawdę pytaniem o sensowność tego punktu widzenia. Jak go nazwać? Jedni wolą określać go mianem liberalizmu (zazwyczaj jego zwolennicy), inni – neoliberalizmu (przeciwnicy). Mniejsza o etykietki. Niezależnie od nazwy faktem pozostaje, że dominuje on w polityce od kilkudziesięciu lat, co najmniej od epoki Margaret Thatcher i Ronalda Reagana, a w Polsce od przełomu roku 1989. I nie chodzi tylko o zestaw rozwiązań ekonomicznych (niskie podatki, zmniejszanie środków na pomoc socjalną, deregulacja gospodarki, uelastycznienie rynku pracy), ale także o powiązanie ich z podstawowymi wartościami politycznymi naszych czasów, takimi jak np. budowanie trwałych, pokojowych relacji między poszczególnymi krajami.
Po upadku ZSSR (neo)liberałowie uwierzyli, że historia dobiegła końca i jedynym racjonalnym rozwiązaniem większości problemów trapiących ludzkość jest wolnorynkowy fundamentalizm. Takie podejście dotknęło także Polski. Kto nie sądził, że powszechna prywatyzacja, rządy kapitału i otwieranie rynków są jedyną słuszną drogą, był etykietowany jako bez mała wariat. Pisali o tym między innymi David Ost w „Klęsce solidarności” oraz Elizabeth Dunn w „Prywatyzując Polskę”. Ten pierwszy zauważa na przykład, że w pewnym momencie lat 90. okazało się, iż sami robotnicy nie mają już języka, w jakim mogliby wyartykułować swoje problemy tak, by ich usłyszano. Dunn i Ost podkreślają, że zmian, jakie zachodziły w Polsce po roku 1989 (a na świecie jeszcze wcześniej), nie można sprowadzić tylko do ekonomii. Istotną rolę w całym tym procesie odgrywał także język. Ludzie pokrzywdzeni przez transformację, ludzie, których los z wielu względów uległ pogorszeniu, nie posiadali słów, za pomocą których mogliby wyrazić niezadowolenie. Narzucony słownik świetnie nadawał się do wychwalania wolnorynkowych reform – słabo do opisywania krzywd obywateli i obywatelek zostających z tyłu. Trudno było im winić neoliberalizm, ponieważ mało kto w ogóle znał ten termin. Nie bardzo można było też narzekać na sam kapitalizm, bo ten został skojarzony z wolnością, nowoczesnością i uniezależnieniem się od Rosji, czyli wszystkim tym, co piękne i wspaniałe. Taka sytuacja sprawiła, że ludzie szukali innych wytłumaczeń swoich niepowodzeń. Część zaczęła oskarżać rządzących o korupcję, nawet gdy nie było ku temu dostatecznych dowodów. Niektórzy dawali się uwieść narracji nacjonalistycznej. Nie dlatego, że byli ze swojej istoty nacjonalistami, lecz dlatego, że nikt nie proponował alternatywnego języka, w którym mogliby wyrazić własny – odmienny od dominującego – punkt widzenia. Tylko garstka osób mówiła o systemowych niesprawiedliwościach i podawała w wątpliwość wybraną przez Polskę wersję kapitalizmu, bardziej anglosaską niż skandynawską.
(Neo)liberałowie jednak mieli na to wszystko jasną odpowiedź. Nasi przeciwnicy to populiści, czyli – mówiąc bez ogródek – szaleńcy, którzy nie wiedzą, że świat działa tak, a nie inaczej i że nie ma innej drogi. Każdy, kto nie opowiadał się za wolnorynkowym fundamentalizmem, czyli nie przemawiał w interesie tych, którym się powodziło, mógł zostać naznaczony w ten sposób. Taką postawę prezentowały właściwie wszystkie główne partie, w tym te mieniące się lewicowymi, jak SLD. Mogły one toczyć mordercze spory na wiele różnych tematów, zazwyczaj dotyczących przeszłości i osobistych niesnasek, ale w tej jednej sprawie były zgodne. Dzisiaj, wbrew pozorom, niewiele się zmieniło. Mniej więcej rok temu setki tysięcy ludzi w całej Europie protestowały przeciwko międzynarodowym umowom handlowym CETA i TTIP. Obawiano się, że dają one jeszcze większą władzę korporacjom, przyczyniając się do dalszej utraty wpływu zwykłych obywateli na decyzje polityczne. Obawy wspierali czołowi współcześni ekonomiści, tacy jak Joseph Stiglitz i Ha Joon-Chang. Większość politycznego establishmentu nie widziała jednak żadnego problemu. Dariusz Rosati, europoseł PO, w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” dziwował się, jak ktoś w ogóle może protestować przeciwko tak wspaniałej umowie jak CETA. Koalicję przeciwników podpisania umowy nazwał „populistami”, którzy „nie szanują faktów”.
Jeśli zrozumiemy tę (neo)liberalną perspektywę, łatwo pojmiemy, dlaczego populistami mogą być nazywane tak skrajnie różne siły polityczne, jak nacjonalistyczny Front Narodowy i lewicowe Podemos albo, by sięgnąć po polski przykład, PiS i Razem. Z punktu widzenia (neo)liberała populistą jest każdy, kto występuje przeciw politycznemu konsensusowi opierającemu się na wolnorynkowym fundamentalizmie. Ten konsensus jest opakowany w piękne idee: otwartość, wolność czy budowanie zjednoczonej Europy. Wszystko to jednak – zdaniem (neo)liberałów takich jak Rosati – musi być wsparte na wolnym rynku, którego zasady dyktują międzynarodowe korporacje. Osoba, która podważa kapitalizm – albo nawet tylko kapitalizm w jego obecnym kształcie – jawi się jako równie niebezpieczna, co otwarty ksenofob. Podemos, Razem, Le Pen, Syriza, PiS, Kukiz, Trump – co za różnica? Cała ta wizja polityczna jest przenoszona z miejsca na miejsca dzięki jednemu małemu słowu: „populizm”. Słowu, które zrównuje walkę z nierównościami społecznymi z pogardą dla ludzi innych narodowości i wyznań. Słowu, które nie rozróżnia między walką o prawa kobiet a próbami ich ograniczania. Słowu, które stoi na straży (neo)liberalnego porządku świata.
Czy słuszna jest (neo)liberalna wiara, że wartości takie jak zjednoczona Europa są koniecznie powiązane z fundamentalizmem wolnorynkowym? W tę bajkę można było wierzyć jeszcze na początku lat 90., ale nie w 2017 roku. Nie po kryzysie finansowym, nie po Brexicie, nie po zalewie publikacji na temat rosnących nierówności społecznych w krajach zachodnich. Marzenie o końcu historii okazało się mrzonką. Choć (neo)liberałowie długo nie chcieli przyjąć tego do wiadomości. Dlatego takim szokiem był dla nich ciąg zwycięstw radykalnej prawicy. Duda? Śmiechu warte, na pewno nie wygra z Komorowskim. Brexit? Bez obaw, niemożliwe. Trump? Nie ma szans z Clinton. Pięknym symbolem tej (neo)liberalnej naiwności stał się Tomasz Lis, który zawczasu obwieścił zwycięstwo Komorowskiego na Dudą jako rzecz niepowątpiewalną, przewidywał, że 54-55% Brytyjczyków opowie się za pozostaniem w Unii Europejskiej, a także wieszczył 310 głosów elektorskich dla Clinton (ostatecznie zdobyła o wiele mniej: 227)
I oto jesteśmy w świecie, w którym to, co wydawało się stałe i pewne, rozpłynęło się w powietrzu. Jaka jest odpowiedź (neo)liberałów? W Polsce wyglądała ona mniej więcej tak: „Populiści przejmują władzę, wszystkie ręce na pokład, Kijowski naszą ostatnią nadzieją!”. Oto cała diagnoza i recepta ludzi niepotrafiących zrozumieć, jakim cudem w świecie, w którym miało nie być żadnej alternatywy, mogły pojawić się tak mroczne siły jak Trump czy PiS. Połączenie histerii, szukania rozwiązań na ślepo i upartego trwania przy starym punkcie widzenia. Jedno z największych nieszczęść politycznych naszych czasów to właśnie to, że najsilniejszą (bo mająca największy dostęp do pieniędzy i mediów) alternatywą dla prawicy są wciąż (neo)liberałowie wierzący, że rozwiązaniem jest powrót do tego, co było. Andrew Pickering, brytyjski filozof, opisuje w jednym ze swoim tekstów zmagania amerykańskich władz z rzeką Missisipi. Mimo wielu prób utrzymania jej w zaprojektowanych granicach, rzeka wciąż się buntuje i przełamuje kolejne bariery. Pickering określa działania Amerykanów jako beznadziejną i w gruncie rzeczy śmieszną próbę zatrzymania czasu, jako próbę unieruchomienia Missisipi, „zamrożenia” jej w jednym punkcie. Podobnie wyglądają działania (neo)liberałów. Choć historia wciąż wylewa się w różnych miejscach (w USA, Wielkiej Brytanii, Polsce), przełamując bariery starego porządku politycznego, ci wciąż roją sobie, że można ją zatrzymać.
Konsekwencje mogą być fatalne. Nawet jeśli (neo)liberałowie wygrają kilka potyczek z nacjonalistami, jak w Holandii, to nie będą w stanie przywrócić dawnego porządku. Zbyt wiele uległo już zmianie i ze zbyt wieloma problemami się zmagamy: od globalnego ocieplenia, przez kryzys migracyjny, po kłopoty Unii Europejskiej. Zresztą holenderska wygrana zostało osiągnięta za cenę ustępstw na rzecz prawicowej niechęci do imigrantów. (Neo)liberałowie nie mają już ani siły, ani pomysłu na walkę z prawicowym radykalizmem, może poza postawą typu „przejmijmy część tego radykalizmu”, bo do czego innego sprowadzał się na przykład ogłoszony swego czasu przez Grzegorza Schetynę „koniec z lewicowymi eksperymentami”? Jednocześnie utrudniają powstanie lewicowej alternatywy poprzez etykietowanie każdego sprzeciwu wobec dotychczasowej polityki jako „populizmu” – niezależnie od tego, czy sprzeciw ten przybiera formę prawicową, czy lewicową. To słowo niczego nie tłumaczy i w niczym nie pomaga. Jest wyrazem bezsilności, złości oraz intelektualnej i politycznej kapitulacji wobec tego, co dzieje się na świecie.
Jeśli (neo)liberałowie naprawdę obawiają się rozpadu Europy, zaniku współpracy międzynarodowej, odrodzenia nacjonalizmów, to muszą w końcu nauczyć się patrzeć na świat z nowej perspektywy. Takiej, w której Trump i Podemos, PiS i Razem, prawica i lewica, ksenofobia i otwartość na świat, homofobia i walka o prawa mniejszości, kampanie finansowane przez miliarderów i oddolne ruchy, ustępstwa na rzecz wielkich korporacji i walka o polityczne wpływy dla zwykłych obywateli – są dwiema zupełnie odmiennymi odpowiedziami na to, jak mają wyglądać nasze społeczeństwa, a nie przejawem tego samego zagrożenia. Innymi słowy, jeśli (neo)liberałowie na serio chcą walczyć z nacjonalizmem i ksenofobią, powinni zacząć od pożegnania się ze słowem „populizm”. Słowem należącym do starego świata, którego nie da się już przywrócić.
dr Tomasz Markiewka
przez Bartosz Oszczepalski | wtorek 11 kwietnia 2017 | nasze rozmowy
Z Zenonem Kopyścińskim, przewodniczącym Niezależnego Związku Zawodowego Kierowców, rozmawiamy o trudnej sytuacji polskich kierowców i kondycji transportu publicznego.
***
W ubiegłym roku złożyliście do sejmowej komisji ds. petycji wniosek o zmianę ustawy o czasie pracy kierowców, dotyczącej indywidualnego rozkładu ich czasu pracy. Czego dokładnie dotyczy petycja? Dlaczego ta zmiana jest niekorzystna dla pracowników? W jaki sposób wpływa na ich pracę?
Zenon Kopyściński: Zmiany wprowadzone w 2012 r. ustawą o czasie pracy kierowców, w art. 8 dyskryminują kierowców, powodując pogorszenie warunków pracy, wypoczynku. Wpłynęły one niekorzystnie na ich wynagradzanie. Indywidualny rozkład czasu pracy, wprowadzony w art. 8 ust. 2, 3 i 4 ustawy, doprowadził do sytuacji, w której pracodawcy mogą wdrażać różne godziny rozpoczęcia i kończenia pracy. Mogą także wezwać pracownika-kierowcę do wykonywania pracy ponownie w tej samej dobie pracowniczej i nie oznacza to pracy w godzinach nadliczbowych. To także powoduje, że pojęcie 24-godzinnej doby pracowniczej dla kierowców, o której jest mowa w art. 8 ust. 1 wspomnianej ustawy, straciło dotychczasowe znaczenie, ponieważ pracodawcy od czasu zmiany ustawy mogą skrócić dobę pracowniczą z 24 godzin do na przykład 21 godzin, a nawet do 19 godzin. To oznacza, że nie muszą płacić kierowcom za godziny nadliczbowe za wezwanie ich do pracy w tej samej dobie pracowniczej – inaczej niż to miało miejsce przed zmianą ustawy. Z tego tytułu kierowcy ponoszą straty finansowe. Indywidualny rozkład czasu pracy powoduje, że po skróceniu doby pracowniczej, w pięciodniowym tygodniu pracy pojawia się sześć cyklów pracy. Taki system stał się bardzo wyczerpujący dla kierowców. Ma on bardzo niekorzystny wpływ na ich zdrowie, życie rodzinne, a także na bezpieczeństwo w ruchu drogowym. Tak eksploatowani kierowcy są zagrożeniem w ruchu drogowym, a media w razie wypadku drogowego z udziałem kierowców zawodowych zazwyczaj informują, że zawinił czynnik ludzki, a nie stan techniczny pojazdu. Niestety nikt nie pyta, w jakich warunkach musi pracować ten „czynnik ludzki”. Indywidualny rozkład czasu pracy musi być usunięty z ustawy.
Poprzedni rząd tłumaczył potrzebę wprowadzenia tych zmian złą sytuacją ekonomiczną przewoźników i niestabilną sytuacją transportu drogowego. Jakich argumentów związek używał przeciwko tym tezom?
Z. K.: Była to tylko wygodna przykrywka dla tych zmian. Tak naprawdę zaowocowało to jeszcze większym pogorszeniem sytuacji w transporcie drogowym, ponieważ zmiany te zniechęciły dotychczasowych kierowców zawodowych do wykonywania zawodu i spowodowały falę odejść do innych miejsc zatrudnienia. Potencjalni kandydaci nie chcą pracować w tej branży ze względu na wyczerpujący system pracy. Kierowca w dyspozycji pracodawcy jest od 13 do 15 godzin na dobę, mając w zanadrzu jedynie krótki odpoczynek dobowy od 9 do 11 godzin, oraz tygodniowy odpoczynek od 24 do 45 godzin.
Niekorzystne zmiany w ustawie z 2011 r. zostały wprowadzone z inicjatywy grupy posłów, wobec tego nie było konsultacji społecznych i związki zawodowe nie mogły w ramach dialogu społecznego zająć stanowiska w tej sprawie. Dopiero po zmianie ustawy w 2012 r. rozpoczęliśmy odpowiednie działania przy współpracy z Forum Związków Zawodowych, do której to federacji należymy jako związek.
Czy ówczesny resort wsłuchiwał się w wasze argumenty?
Z. K.: Wystosowaliśmy w tej sprawie szereg pism, między innymi do Marii Wasiak, ówczesnej Minister Transportu i Rozwoju, oraz do sejmowej Komisji Infrastruktury, z propozycją wielu zmian w ustawie o czasie pracy kierowców. Po tych pismach początkowo wydawało się, że ówczesny resort skłonny jest pochylić się nad naszymi propozycjami, ale była to tylko złudna nadzieja. Pozytywną opinię na temat propozycji naszych zmian zawarł w piśmie Zbigniew Rynasiewicz, Sekretarz Stanu w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju. Jednak skończyło się tylko na pozytywnej opinii. Mamy nadzieję, że obecny rząd i parlament zmienią to złe prawo.
Jak obecnie ocenia Pan szansę na powrót do poprzedniego stanu prawnego? Czy obecnie są prowadzone jakieś rozmowy w tej sprawie z przedstawicielami ministerstw?
Z. K.: Zobaczymy, co się stanie w przyszłości, ale mamy głęboką nadzieję, że w obecnej sytuacji politycznej istnieje szansa na powrót poprzedniego stanu prawnego, a nawet na poprawienie ustawy o czasie pracy kierowców oraz innych przepisów dotyczących ich pracy, tak, aby zatrzymać obecnych kierowców w tym zawodzie i zachęcić do pracy w naszej branży inne osoby. Uważamy, że takie zmiany są niezbędne, ponieważ oficjalnie mówi się o braku kierowców zawodowych idącym w dziesiątki tysięcy wakatów. W tym celu, na wniosek Rady Dialogu Społecznego w sprawie powołania zespołu dla prowadzenia branżowego dialogu społecznego ds. transportu drogowego, obecna Minister Rodziny Pracy i Polityki Społecznej powołała Trójstronny Zespół ds. Transportu Drogowego, działający przy Ministrze Infrastruktury i Budownictwa. Powołanie tego zespołu powinno przyczynić się do wypracowania nowych, lepszych przepisów prawa o transporcie drogowym, w których uwzględnione będą godziwe warunki pracy, płacy i odpoczynku kierowców. Jesteśmy wdzięczni za tę inicjatywę.
Z jakimi problemami borykają się obecnie kierowcy w Polsce? Co należałoby jeszcze zmienić?
Z. K.: Problemy te uzależnione są od rodzaju transportu. Inne kłopoty występują w przewozie towarów, w przewozach międzynarodowych i krajowych, a inne w przewozie osób, w tym w przewozie osób do 50 km.
W przewozie towarów czy surowców problemem jest zbyt długi czas pracy, krótkie odpoczynki dobowe i tygodniowe oraz ograniczony dostęp do infrastruktury socjalnej w miejscu odbywania odpoczynku dobowego i tygodniowego. Kierowcy są przymuszani do odbywania odpoczynku w kabinie kierowcy i nie mają możliwości odpowiednio wypocząć i zregenerować organizmu. Z biegiem czasu nawarstwia się przemęczenie fizyczne i psychiczne. Problemem są również źle zlokalizowane parkingi dla samochodów ciężarowych. Dobiegający hałas z dróg uniemożliwia kierowcom spokojny sen. Kierowcom doskwiera także długotrwała rozłąka z rodziną oraz fakt, że będąc w trasie siłą rzeczy trudno zadbać o odpowiednie odżywanie się, co potem wpływa negatywnie na zdrowie. Ponadto dochodzą kradzieże przewożonych ładunków i okradanie kierowców. Ogólnie praca ta stała się niebezpieczna. Pewną niedogodnością jest także długotrwałe oczekiwanie na terminalach odpraw granicznych na wschodniej granicy naszego kraju. Ograniczony jest dostęp do sanitariatów i pomieszczeń socjalnych, sfatygowana i przestarzała jest infrastruktura na terminalach. Niestety te przeszkody nie są rekompensowane adekwatnymi zarobkami. Wynagrodzenie określone w umowie o pracę w większości przypadków oscyluje wokół minimalnej krajowej.
Głównym problemem kierowców pracujących w komunikacji miejskiej jest z kolei właśnie wydłużony czas pracy, o którym wcześniej mówiłem (nawet do 12 godzin na dobę). Pracodawcy wprowadzają indywidualny rozkład czasu pracy, co przyczynia się do skracania odpoczynku dobowego tylko do minimalnej wartości, tzn. do 11 godzin na dobę. Nie stosuje się takiego indywidualnego rozkładu czasu pracy w żadnym innym zawodzie w naszym kraju, przez co kierowcy są wyjątkowo dyskryminowani. Wiąże się to z dużym obciążeniem psychicznym i fizycznym. Z tym obciążeniem nie radzą sobie i nie zgadzają się na nie w szczególności młodzi kierowcy, którzy mają możliwość podjęcia pracy w innych zawodach, mniej wyczerpujących i oferujących porównywalne lub wyższe zarobki, przy 8-godzinnym dniu pracy i znacznie dłuższym odpoczynku. Ponadto często zwracamy uwagę na nieuwzględnianie w wynagrodzeniu kierowców wydłużających się czynności związanych z obsługą codzienną pojazdu –przy wyjeździe z zajezdni autobusowej i po zjeździe po zakończonej pracy. Należałoby też zrobić coś z ograniczonym dostępem do infrastruktury socjalnej na pętlach autobusowych. Ponieważ coraz więcej kobiet pracuje w komunikacji miejskiej na stanowisku kierowcy, dostęp do sanitariatów jest kluczowym wyzwaniem dla organizatorów przewozów. Nawet władze Warszawy nie rozwiązały do tej pory tego ważnego problemu. Kolejna paląca kwestia, która wymaga zmiany, to źle zaplanowane rozkłady jazdy, nieuwzględniające korków ulicznych i przyczyniające się do tego, że kierowcy przyjeżdżają z dużym opóźnieniem, co ogranicza ich możliwość odpoczynku i generuje konflikty z pasażerami.
Transport publiczny w Polsce niedomaga. Polikwidowano PKS-y, do wielu miejscowości nie dojeżdża żaden bus lub autobus. Trwają prace nad nowelizacją ustawy o transporcie publicznym, która w założeniu ma wyjść naprzeciw oczekiwaniom wielu obywateli pozbawionych dostępu do transportu. Jak Pan ocenia ten projekt i co według Pana powinno się w nim jeszcze znaleźć, aby usprawnić transport w kraju?
Z. K.: Publiczny transport zbiorowy to poważne wyzwanie dla gmin, związków międzygminnych, miast na prawach powiatu, związku powiatów i województw. Obecnie ta forma transportu nie funkcjonuje dobrze, przez co niektóre rejony kraju pozbawione są dostępu do komunikacji publicznej.
Ustawa o Publicznym Transporcie Zbiorowym z 1 marca 2011 r. znacząco zmieniła zasady odpowiedzialności za funkcjonowanie komunikacji publicznej. Podstawową zmianą wprowadzoną w życie w ramach tej ustawy jest nałożenie na jednostki samorządu terytorialnego obowiązku organizacji publicznego transportu zbiorowego na swoim terenie. Takie rozwiązanie powoduje, że to organizator, a nie przedsiębiorca, będzie ponosił odpowiedzialność wobec społeczeństwa za funkcjonowanie publicznego transportu zbiorowego.
Tylko że obecnie to jest tylko teoria zapisana w ustawie, niewiele mająca wspólnego z praktyką. Można tutaj mnożyć przykłady i jednoznacznie stwierdzić, że większość jednostek samorządu terytorialnego nawet w najmniejszym stopniu nie wywiązuje się z obowiązków nałożonych na nie w ramach ustawy o PTZ. Otóż samorządy nie badają potrzeb przewozowych swoich mieszkańców dla obszaru właściwości organizatora, nie organizują komunikacji publicznej, a jeśli nawet, to nie interesują się, w jaki sposób ona funkcjonuje i czy zaspokaja potrzeby lokalnej społeczności. Samorządy nie dofinansowują komunikacji i nie wyrażają zainteresowania, aby współfinansować już istniejący transport, szczególnie na odcinkach nierentownych, ale istotnych z punktu widzenia dobra wspólnego i interesu społecznego.
Według mojej oceny, jako osoby, który od lat jest związana z transportem publicznym, te wszystkie elementy składają się na fakt, że kolejne miejscowości są odcinane od komunikacji. Bez udziału samorządów lokalnych w jej organizowaniu i finansowaniu żaden przewoźnik samodzielnie nie udźwignie ciężaru realizacji tych zadań tam, gdzie jest bardzo mały potok pasażerski i nie zapewnia on nikomu rentowności. Transport publiczny był od lat zaniedbywany, ciągle odkładano na później problem niewystarczającego dofinansowania. W biednych powiatach i gminach doprowadziło to do pozbawienia społeczności lokalnej dostępu do komunikacji zbiorowej. W niektórych regionach kraju funkcjonują mali przewoźnicy, tzw. busiarze, ale ta komunikacja nie ma nic wspólnego z transportem publicznym, to raczej działająca szara strefa czyszcząca lokalny rynek z pieniędzy poprzez omijanie rejestracji przejazdu na kasie fiskalnej lub używanie kasy fiskalnej niespełniającej kryteriów rozporządzenia o kasach rejestrujących przejazd. Przewoźnicy komercyjni są zainteresowani tylko liniami o wysokim potoku pasażerskim. Dlatego są potrzebne konkretne rozwiązania systemowe, które wyeliminują szarą strefę i uproszczą prowadzenie komunikacji przewoźnikom spełniających określone kryteria, np. zatrudnianie kierowców do wykonania zadania publicznego na umowę o pracę. Jednak do dobrego funkcjonowania komunikacji publicznej potrzebny jest jeden podstawowy element, jakim jest finansowanie przez polskie państwo zadań z tego zakresu, bo przekazywanie tych obciążeń samorządom lokalnym to tylko odsunięcie narastającego problemu. Problem pozostaje, bo większość samorządów niższego szczebla w naszym kraju nie jest obecnie w stanie sfinansować dodatkowych i kosztownych zadań z zakresu komunikacji publicznej. Dlatego właśnie niezbędna jest pomoc finansowa ze środków wojewódzkich lub z budżetu państwa.
Zaproponowane zmiany w ustawie o publicznym transporcie zbiorowym (projekt z dnia 27.02.2017 r.) w pewnym stopniu mają szansę poprawić dostęp do komunikacji. Godna uznania jest zasada, według której dostęp do rynku przewozów drogowych będzie możliwy tylko w drodze umów pomiędzy operatorem a organizatorem w ramach zawartych przetargów, z wyjątkiem międzywojewódzkich przewozów pasażerskich. Operatorzy, którzy wygrali przetarg, będą mogli obsługiwać te odcinki, gdzie są duże potoki pasażerskie, co zapewni im rentowność, dzięki czemu obciążenie finansowe dla gmin i powiatów będzie mniejsze.
Dziękuję za rozmowę.
Pruszków, 10.03.2017 r., rozmawiał Bartosz Oszczepalski.
przez Michał Kowalówka | poniedziałek 10 kwietnia 2017 | opinie
Kiedy kilka miesięcy temu wiadomość o śmierci Zygmunta Baumana obiegła media, wśród jego czytelniczek i czytelników dominowały głosy, że utraciliśmy jeden z ostatnich wielkich autorytetów, że zostaliśmy osieroceni w szczególnie burzliwym i trudnym czasie. Zastanawiano się, jak poradzimy sobie ze sprzecznościami ponowoczesności, pozbawieni znawcy owych sprzeczności. Widać wyraźnie, że potrzebujemy intelektualnych map i punktów orientacyjnych – niezbędne są komentarze porządkujące przeobrażającą się rzeczywistość.
Z końcem lat 90. Bauman postanowił używać do opisu nowych zjawisk kulturowych i politycznych określenia „płynność” (liquid). Socjolog podnosił rzecz z pozoru oczywistą: codzienne funkcjonowanie jednostki często wiąże się z odczuwaniem trwogi, zagubienia, wrażeniem niepewności; towarzyszy jej zmęczenie i emocjonalna ambiwalencja – lęk przed społeczeństwem, lęk przed samotnością1, jak ujmuje to w posłowiu do „Pasaży” Waltera Benjamina.
Zdaniem Baumana warunki życia kilku ostatnich pokoleń – w szczególności mieszkańców regionów wysoko rozwiniętych – zmieniły się bezprecedensowo w co najmniej pięciu istotnych wymiarach. Wymieńmy je dla porządku:
Pierwszym jest przejście od stałej do płynnej fazy nowoczesności. Rzeczywistość obywatelek i obywateli Zachodu jeszcze w pierwszej połowie ubiegłego stulecia była wyposażona w stabilne struktury. Istniały formy i modele zachowań, które wyraźnie ograniczały paletę jednostkowych wyborów, kreując poczucie porządku. Klasy i grupy wraz ze swoimi etosami, pomimo możliwej i przewidzianej w systemie kapitalistycznym mobilności społecznej, trwały w jako takiej ciągłości.
Drugim elementem przeobrażeń jest separacja realnej władzy i polityki. Aparat tradycyjnego państwa narodowego w szybkim tempie traci moc sprawczą na rzecz eksterytorialnej, globalnej sieci powiązań finansowo-gospodarczych i militarnych.
Kolejnym rodzajem zmian jest postępujące obumieranie idei kooperacji oraz solidaryzmu. Alienacja, indywidualizm, egoizm, atomizacja – dobrze znamy ten refren. Ucieczka państwa od odpowiedzialności w obszarze sprawiedliwości społecznej stała się w wielu miejscach ponurym faktem.
Czwartym elementem jest atrofia długoterminowego planowania i dalekosiężnego myślenia. Rzeczywistość uległa zdumiewającej komplikacji i fragmentaryzacji, co wiąże się z obniżeniem jakości prognoz, jakie społeczeństwo jest w stanie konstruować.
Ostatni rodzaj zmian odnosi się do przemieszczenia odpowiedzialności za problemy o skali makro ze zbiorowości na ramiona jednostek. Ryzyko jest sprywatyzowane, a najmniejszą odpowiedzialność ponoszą te podmioty, które mają szeroki udział w zyskach wynikających z ryzykownych przedsięwzięć.
Płynny lęk
Trudno mieć wątpliwości – według Baumana płynna nowoczesność (a wraz z nią płynny kapitalizm) to nowy stan ludzkiego ducha, którego składnikiem jest płynny lęk. Warto pamiętać, że współczesne nauki psychologiczne dowodzą, iż strach i lęk to różne zjawiska. Strach (fear) jest racjonalną reakcją na rozpoznanie obiektywnego zagrożenia zewnętrznego. Natomiast lęk (anxiety) jest reakcją emocjonalną wywoływana przez przedświadome rozpoznanie niebezpieczeństwa lub nieszczęścia2. Doświadczanie lęku jest bardzo specyficznym rodzajem cierpienia: niewyraźnym, w dojmujący sposób rozproszonym, często paraliżującym. Socjologiczna perspektywa właściwa Baumanowi jest tutaj w zgodzie z wiedzą psychologiczną: lęk to nazwa, którą nadajemy naszej niepewności: naszej niewiedzy o zagrożeniu i o tym, co należy zrobić […] żeby go opanować albo odeprzeć, jeśli opanowanie go jest ponad nasze siły3. Co ciekawe, lękowi towarzyszy nie tylko niewiedza jak postąpić, ale też frustrujące przeświadczenie, że poza zasięgiem wiedzy jednostki leży coś ważnego, co pomogłoby uniknąć opresji.
Ponadto znajdujemy u Baumana rozróżnienie na lęk zwyczajny (czy podstawowy) oraz lęk drugiego stopnia – lęk pochodny. Lęk pochodny to permanentne usposobienie, w przeciwieństwie do zwyczajnego lęku, który zdarza się epizodycznie; innymi słowy, jest to wciąż obecne echo minionych traumatycznych doświadczeń, które nie pozwala jednostce przestroić się na pogodne i ufne przyjmowanie nadchodzącej przyszłości. Można uznać, że osoby borykające się z lękiem pochodnym przyswoiły wizję rzeczywistości, w której stale oczekiwać należy ataku i niezdefiniowanego zagrożenia. Czujność została zrutynizowana. Ludzie odczuwający zagrożenie radzą sobie jak potrafią – często przeciwskutecznie.
Ryzyko i kultura nieufności
Specjaliści podpowiadają, że lęk łatwo reprodukuje się i rozprzestrzenia. Czym więcej lęku, tym mniej obiektywizmu i poznawczej trzeźwości. Spirala nakręca się, kiedy stabilne osoby doświadczają obronnych działań współobywateli – skłaniane są wówczas do weryfikacji swoich wyobrażeń o poziomie bezpieczeństwa. Czym więcej kamer przemysłowych i pracowników ochrony, czym więcej ludzi noszących przy sobie broń, tym gorzej: poczucie zagrożenia i osaczenia rośnie proporcjonalnie do wysokości ogrodzeń wokół zamkniętych osiedli.
Czy powszechne ubezpieczanie się na wypadek wszystkiego, co tylko podsunie wyobraźnia, nie jest znaczące? Płacimy za ubezpieczenia od odpowiedzialności wobec innych, na wypadek kradzieży, zranienia, niepogody czy niedotrzymania kontraktów biznesowych. Gałąź gospodarki oparta na nieufności prosperuje bardzo dobrze. Nawet w roli zasobnego konsumenta jednostka nie może wykazywać nadmiernego zaufania. Ufność wobec towarów spada nie tylko w tym sensie, że ich materialna żywotność wydaje się ciągle zmniejszać. Chodzi także o to, że obiekty naszych pragnień szybko tracą siłę przyciągania, a na przedmiotach naszej dumy w mgnieniu oka pojawia się piętno wstydu4. Konsumpcyjna tożsamość, budowana w procesie otaczania się dobrami-symbolami, jest wyjątkowo krucha.
Dodajmy również, że supernowoczesne, interaktywne media służą nam do nasycania się informacjami zapowiadającymi niezliczone katastrofy i kryzysy – dzień w dzień dowiadujemy się, że spis zagrożeń nie jest bynajmniej kompletny5. Przyjmujemy gigantyczne porcje cudzego cierpienia i pakiety wezwań do charytatywnej pracy. Kiedyś dylematy i decyzje etyczne (a zatem i polityczne) charakteryzowała bezpośredniość, tak jak bezpośredni był głos osoby proszącej o pomoc. Można odnieść wrażenie, że dziś nasze wybory moralne stają się coraz bardziej abstrakcyjne i najprawdopodobniej nieadekwatne do naszych zdolności poznawczych.
Zapewne należy pogodzić się z faktem, że nie jesteśmy w stanie uzyskać zadowalającej wiedzy na temat przyszłości – nawet tej przyszłości, którą współtworzymy własnymi decyzjami. Aby sprawnie i bez nadmiernego dyskomfortu funkcjonować na co dzień, człowiek musi dokonywać wielu zakładów odnośnie swego otoczenia. Zaufanie to zakład (przekonanie i oparte na tym działanie), że niepewne przyszłe działania innych ludzi lub funkcjonowanie urządzeń czy instytucji – będą dla nas korzystne6. Obecnie mamy jednak do czynienia z tworzeniem się czegoś przeciwnego: kultury nieufności. Nestor polskiej humanistyki, konserwatywny socjolog Piotr Sztompka, nie pozostawia złudzeń: zaufanie publiczne, rozumiane jako przekonanie o kompetencji, rzetelności, uczciwości, prawdomówności, bezinteresowności i spolegliwości elit politycznych, rządu, instytucji publicznych, wyraźnie pogarsza się w najmocniejszych demokracjach świata. […] Zaufanie konsumenckie także się obniża. […] Na koniec zaufanie egzystencjalne albo inaczej rutynowe, czyli bezrefleksyjne poczucie pewności, stabilności i ciągłości życia codziennego, ulega załamaniu7. Nawet stara, znana reguła, że oprócz śmierci możemy być pewni tylko płacenia podatków, została przez plutokratów brutalnie sfalsyfikowana.
Xanax dla wszystkich
Kiedy przywołamy dane statystyczne, zobaczymy, że zdrowie psychiczne w rozwiniętych społeczeństwach jest na coraz niższym poziomie. Pierwszy z brzegu efektowny przykład: na przestrzeni ostatnich dziewięćdziesięciu lat liczba zaburzeń depresyjnych i lękowych wśród Amerykanów wzrosła o blisko 300%8. Ze statystyką należy oczywiście uważać; trudno ocenić, czy liczby z pożądaną dokładnością odzwierciedlają większe nasilenie chorób psychicznych – na pewno pokazują również, że dziś przywiązuje się większą niż dawniej wagę do higieny psychicznej. Stworzono nowe metody badawcze, diagnostyka jest bardziej precyzyjna, a dostęp do państwowej służby zdrowia zwiększył się. W żadnym razie nie można jednak ignorować istnienia problemu: wedle WHO zaledwie jedna trzecia osób cierpiących na zaburzenia psychiczne korzysta z profesjonalnej pomocy. Prognozy Światowej Organizacji Zdrowia przestrzegają, że w 2022 r. depresja będzie na świecie drugim najbardziej kosztownym społecznie schorzeniem, zaraz po chorobach nowotworowych. Znaczące jest, że w Wielkiej Brytanii w latach 1998-2010 przepisywanie leków psychotropowych zwiększało się średnio o 10% rocznie9. Na kłopotach z dobrostanem psychicznym można zarobić (i wyspekulować) nieprzyzwoicie duże pieniądze.
Warto odnotować, że w ostatniej Diagnozie Społecznej z 2015 r. 90% badanych osób ujawniło, że „w minionych miesiącach” nie przeżywało głębokich kryzysów, które powodowały pojawienie się myśli samobójczych. W porządku? Niestety nie – przecież widzimy tym samym, że 10% obywatelek i obywateli przyznało, że samobójstwo rozważało rzadko (7,2%), często (2,2%) i bardzo często (0,5%)10. Autorzy i autorki Diagnozy zaskakująco szybko przechodzą nad tym faktem do porządku dziennego. Skądinąd wiemy, iż socjologowie w wielu miejscach na świecie są w stanie wykazać, że czynniki takie, jak choćby niestabilność zatrudnienia i zbyt długi czas pracy, skutkują znacznym pogorszeniem zarówno zdrowia fizycznego, jak i psychicznego11.
Jestem zdania, że wobec medycznych przenośni stosowanych do opisu kultury czy polityki warto zachować rezerwę – niemniej, czasem wydają się być na miejscu. Sięgając do psychiatrycznej literatury przedmiotu znajdziemy na przykład opisy zaburzeń anankastycznych, czyli związanych z obsesjami i natręctwami. Specjaliści wyjaśniają, że przeczesanie włosów lub wyszorowanie rąk może zaburzoną osobę uwolnić od niepokoju nawet na kilka godzin, podobnie jak tabletka xanaxu. Nie trzeba być psychologiem, aby zrozumieć, że realnym kłopotem pacjenta nie jest higiena ciała – jeśli przyjmujemy symptom w dosłownym, racjonalnym kontekście, popełniamy błąd. Poważne, dolegliwe objawy (neurotyczne, psychotyczne, jakiekolwiek inne) stanowią najczęściej formę dysfunkcjonalnej obrony, są nieadekwatną odpowiedzią i „rozpaczliwą” reakcją naszych organizmów. To strzały na ślepo, przypadkowo rozdawane ciosy, które nie przynoszą trwałej ulgi.
Słynni pionierzy psychoanalizy, choć mylili się częściej niż bramkarze przy rzutach karnych, mieli właściwą intuicję: usuwanie symptomów jest na dłuższą metę pozbawione sensu, gdyż w miejsce tych zlikwidowanych zjawiają się inne. Klasyczna syzyfowa praca.
Jeśli spojrzymy na pole społeczne, na zbiorowości przepełnione płynnym lękiem i frustracją, zauważymy zbliżony mechanizm obronny. Kiedy zszokowani i przejęci wysyłamy sms-y wspomagające finansowo remont hospicjum, kiedy w podnieceniu, niecierpliwie wskazujemy w społeczności kozła ofiarnego, gdy kompulsywnie korzystamy z pornografii, albo kiedy zażywamy wyciszające farmaceutyki, najczęściej po prostu redukujemy natężenie symptomów. Oszukujemy nasze ciała. Próbujemy wykiwać system nerwowy, który generuje sygnały ostrzegawcze: jest źle! Wygląda na to, że społeczno-ekonomiczna płynność naprawdę nam nie służy.
Hobbesem Freuda
Szukając odpowiednich rozwiązań należy zwrócić uwagę na dwie istotne rzeczy.
Rzecz pierwsza: należy ominąć szczególnie popularną pułapkę, w której utknęła między innymi część lewicy zbyt silnie przywiązana do psychoanalitycznego sentymentu (chociażby kontrkulturowi partyzanci i przedstawiciele ruchów New Left).
Na manowce – jak sądzę – wyprowadzi nas freudowskie założenie odnośnie do ludzkiej natury. Zasadniczo składają się na nią dwa przeciwstawne popędy: libido (eros) i destrudo (tanatos). Zgodnie z tym przekonaniem możemy popędy przemieszczać, obrabiać, wytyczać im bardziej akceptowalne drogi, czyli sublimować; ewentualnie możemy je tłumić. Już w szkolnych ławkach poznajemy opowieść o rzekomo niezmiennej ludzkiej naturze i kagańcu cywilizacji. Krótko mówiąc: z biegiem czasu, zamiast mordować inne osoby gołymi rękami i gwałcić bez opamiętania, stworzyliśmy konkurencję rynkową i sport, gdzie agresywno-destruktywne skłonności uwalniają się w miarę nieszkodliwy sposób; lecz koniec końców tanatosa wyzbyć się nie możemy. Antropologiczny pesymizm w czystej postaci.
Jeśli powszechnie przyjmiemy, że konstytutywnym, immanentnym składnikiem człowieczeństwa jest popęd śmierci, łatwo uwierzymy w konserwatywną przypowieść o pierwotnej wrogości jednostek wobec siebie nawzajem. Albo usiądziemy na plaży wokół hedonistycznego ogniska z bojownikami kontrkultury, przekonanymi, że popędów tłumić nie wolno, a wszelkie kulturowe urządzenia i polityczne regulacje są źródłem cierpień.
Porównując uwagi na temat stanu natury czynione przez Freuda z przemyśleniami innego klasyka, Hobbesa, zobaczymy, gdzie leży kluczowy problem. Jeżeli uważnie i bez uprzedzeń prześledzimy „Lewiatana”, dostrzeżemy, że w dwa i pół wieku starszej analizie Hobbesa agresja obecna w stanie natury nie mówi nam niczego głębokiego o „prawdziwej” ludzkiej naturze. W jego opinii gwałt i przemoc są produktami przede wszystkim powierzchownych cech interakcji międzyludzkich (potwierdzenie tej myśli znajdziemy też u Rousseau). Przemoc wynikać może m.in. z braku powszechnie przyjętych reguł współżycia oraz z braku poczucia bezpieczeństwa – czyli z baumanowskiego płynnego lęku. J. Heath i A. Potter piszą tak: Hobbes twierdzi, że choć stan natury jest pełen okrucieństwa, nie wynika to z wrodzonej agresywności ludzi. Problem w stanie natury polega przede wszystkim na tym, że nie możemy sobie nawzajem ufać. Zajmujemy więc wobec siebie agresywną postawę i stosujemy strategie wyzysku – ale nie dlatego, że powoduje nami fundamentalna potrzeba wyzyskiwania bliźnich! Chcemy się ochronić przed wykorzystaniem z ich strony, w związku z czym często gotowi jesteśmy stosować przemocowe rozwiązania napotkanych problemów. Nie warto wierzyć w mistyczną koncepcję popędu śmierci, który zagłusza rozumowe wnioski, nawet jeśli pełny racjonalizm człowieka jest mrzonką. To społeczny chaos i deregulacja sprzyjają lękom i brutalnym obronom. Widzimy, że według Hobbesa zadanie stworzenia cywilizacji jest znacząco skromniejsze niż w pojęciu Freuda – dla pokojowego współdziałania nie trzeba walczyć z potężnymi, mitycznymi popędami, lecz należy tworzyć procedury, systemy prawne, inkluzywne instytucje.
I rzecz druga: funkcjonowanie w płynnym świecie, wśród nadmiaru ryzyk, natłoku danych i aktów rywalizacji byłoby mniej dotkliwe, gdybyśmy powstrzymali postępujący rozkład kompleksowych, uniwersalistycznych wizji świata: doktryn, ideologii czy metanarracji wykpiwanych np. przez postmodernistycznych filozofów. Nie dysponując spójnym, zrozumiałym obrazem rzeczywistości, jesteśmy skazani na niepewność co do znaczenia naszych działań. Sensotwórcza rola systemów etycznych jest nie do przecenienia. Warto przywołać słowa Mirosławy Marody: Właśnie dzięki emocjom i wartościom zakodowanym w całościowych, nomicznych wizjach świata, jesteśmy w stanie kontrolować natłok bodźców płynących ze środowiska, poprzez różnicowanie ich znaczenia dla naszych dążeń. Same te dążenia […] są pochodną społecznie wytwarzanej, nomicznej wizji, rozdzielającej to, co naturalne, racjonalne, i oczywiste od tego, co irracjonalne12. Tym, co znajduje się u podłoża lękowego doświadczania otoczenia, nie są wyłącznie konsumpcyjny spektakl, ilościowy przyrost bodźców i systemowe konflikty obecne w płynnym kapitalizmie, lecz także obumieranie tej porządkującej struktury życia społecznego, jaką tworzą zbiory idei, pozwalające prowadzić usystematyzowane myślenie.
Nie wszystko musi rozpłynąć się w powietrzu
Wspólnym projektem nowoczesnego społeczeństwa klasowego było dążenie do równości i emancypacji. Projektem ponowoczesnego społeczeństwa ryzyka i płynnego kapitalizmu jest dążenie do bezpieczeństwa i marzenie o wyswobodzeniu się z lęku. Podkreślmy, że sen o równości wiązał się z działaniem w duchu pozytywnym, utopia bezpieczeństwa jest zaś w znacznym stopniu defensywna, asekuracyjna, niekiedy paranoiczna. Pojawia się pytanie, czy wspólnoty oparte na niepokoju i projekty ufundowane na lęku oraz nim napędzane, są w stanie przynieść coś dobrego i rozsądnego politycznie?
Na szczęście niepokój nie pozbawił nas jeszcze całkowicie wiary w rozum. Analizowany przez Baumana postmodernistyczny bezwład intelektualny posiada istotną zaletę: sam jaskrawo oświetla sprzeczności tkwiące u swych korzeni, uwydatnia własne wady i ślepe uliczki. Świadectwem naszej epoki, jak sądzę, nie muszą być słowa Baudrillarda: „the real is no longer real” – wbrew postmodernistycznym apokaliptykom uznajmy fakt, że twarda rzeczywistość mimo wszystko istnieje. Nie pozwólmy, aby każda stałość rozpłynęła się w powietrzu – spójne, uniwersalne opowieści oraz tworzone z odpowiednim krytycyzmem instytucje i regulacje są zbiorowości potrzebne jak czyste powietrze.
Zwracajmy uwagę na faktyczne, głębokie źródła społecznego lęku. Nie warto nerwowo rzucać się w wir medialnych awantur i ulegać pokusie chaotycznego rozwiązywania naskórkowych problemów. Jak pisze nadpobudliwy teoretyk z Lublany, Slavoj Žižek, Już lepiej nie robić nic, niż angażować się w punktowe działania, których ostatecznym efektem jest głównie to, że system pracuje sprawniej. Dziś największym zagrożeniem nie jest pasywność, lecz pseudo-aktywność.
Przypisy:
- Z. Bauman, Posłowie [w:] W. Benjamin, Pasaże, tłum. B. Frydryczak, Kraków 2005.
- P. Zimbardo, R. Gerrig, Psychologia i życie, tłum. J. Radzicki, E. Czerniawska, A. Jaworska, J. Kowalczewska, Warszawa 2011, s. 604, 612.
- Z. Bauman, Płynny lęk, tłum. T. Kunz, Kraków 2008.
- Z. Bauman, Kultura w płynnej nowoczesności, Warszawa 2011.
- Tamże, s. 12.
- P. Sztompka, Zaufanie, Kraków 2007.
- P. Sztompka, Zaufanie, Kraków 2007.
- M. Marody, Jednostka po nowoczesności, Warszawa 2016, s. 106.
- Stephen Ilyas, Joanna Moncrieff, Trendy w przepisywaniu oraz koszt leków stosowanych w zaburzeniach psychicznych, British Journal of Psychiatry 2012; nr 200.
- J. Czapiński, T. Panek (red.), Diagnoza społeczna 2015, Rada Monitoringu Społecznego, Warszawa 2015.
- K. Sparks, C. Cooper, Y. Fried, A. Shirom, The effects of hours of work on health: A meta-analytic review, „Journal of Occupational and Organizational Psychology“ nr 70.
- M. Marody, Jednostka po nowoczesności, Warszawa 2016.
przez Mark Weisbrot | piątek 31 marca 2017 | opinie
Od redakcji „Nowego Obywatela”: 20 lutego w Ekwadorze odbyła się pierwsza tura wyborów prezydenckich. Poniższy tekst powstał przed nią. Wybory nie przyniosły jednak rozstrzygnięcia i w efekcie 2 kwietnia odbędzie się druga tura, w której zmierzą się lewicowiec Lenín Moreno oraz konserwatywny liberał Guillermo Lasso.
***
W ciągu ostatniego roku Ameryka Łacińska skierowała swój kurs na prawo, z poparciem i przy przychylnej reakcji Waszyngtonu. Trzy z największych potęg ekonomicznych Ameryki Południowej – Brazylia, Argentyna i Peru – mają obecnie prawicowych prezydentów blisko związanych z Waszyngtonem i jego polityką zagraniczną. Standardowa narracja „konsensusu waszyngtońskiego” ignoruje jakąkolwiek rolę odegraną przez USA w regionie i przedstawia lewicowe rządy wybierane w Ameryce Południowej na przestrzeni kilku ostatnich dziesięcioleci jako te, które odniosły popularność na fali boomu konsumpcyjnego i populistycznych zwycięstw, rozdając środki biednym i nierozsądnie gospodarując budżetem. Gdy ów boom dobiegł gwałtownego końca, głosi dalej ta narracja, rządom skończyły się zarówno pieniądze, jak i polityczna koniunktura.
Ta historia jest jednak mocno przesadzona i ma służyć samemu opowiadającemu. Ekwador jest dobrym przykładem tego, jak rządy lewicowe w ostatnim dziesięcioleciu odnosiły sukcesy dzięki progresywnym i twórczym zmianom w polityce gospodarczej, a także dzięki reformom finansowym, instytucjonalnym i regulacyjnym.
Przykładowi Ekwadoru warto przyjrzeć się również dlatego, żeby zobaczyć, jak bardzo przesadzona jest znaczna część retoryki mówiącej, że „globalizacja” ogranicza decyzje rządów do tych, które uszczęśliwią międzynarodowych inwestorów. Okazuje się, że nawet stosunkowo niewielkie, rozwijające się państwo o średnim dochodzie, może wdrożyć alternatywne rozwiązania polityczne – jeżeli tylko obywatele wybiorą rząd niezależny i wystarczająco odpowiedzialny, aby je zastosować.
Wśród osiągnięć dziesięciolecia rządów lewicy w Ekwadorze (2007-2016) widzimy zmniejszenie ubóstwa o 38 procent i zmniejszenie skrajnego ubóstwa o 47 procent. Wydatki na cele socjalne, łącznie z większymi wydatkami na edukację i opiekę zdrowotną (liczone jako odsetek PKB) podwoiły się. Znacznie wzrosło uczestnictwo mieszkańców w wieku lat 17 i młodszych w edukacji, a wydatki na szkolnictwo wyższe (także liczone jako odsetek PKB) stały się najwyższe w Ameryce Łacińskiej. Średni roczny wzrost dochodu na mieszkańca był o wiele wyższy niż w ciągu poprzednich 26 lat (odpowiednio 1,5 i 0,6 procent), poza tym zdecydowanie zmniejszyły się nierówności społeczne.
Inwestycje publiczne liczone jako odsetek PKB wzrosły ponad dwukrotnie, czego rezultaty dały się zauważyć pod postacią nowych dróg, szpitali, szkół i dostępu do elektryczności.
Rafael Correa został wybrany na prezydenta Ekwadoru w 2006 r., a urzędowanie rozpoczął w styczniu 2007 r. Ten były minister gospodarki, wykształcony w USA, postanowił naprawić niektóre ze strukturalnych i instytucjonalnych problemów, które hamowały postęp kraju. W efektywnym prowadzeniu polityki przeszkadzał fakt, że Ekwador w 2000 r. przyjął dolara amerykańskiego jako walutę. Oznaczało to, że rząd nie mógł wpływać na kurs wymiany własnej waluty i stopień, w jakim mógł prowadzić politykę pieniężną, był ograniczony. Fakt ten zmniejszał również zdolność Banku Centralnego do wystąpienia w roli pożyczkodawcy ostatniej szansy dla krajowego system bankowego.
Wszystko to znaczyło, że rząd musiał wykazać się większą wydajnością i twórczą inicjatywą oraz zwiększyć zakres swojej kontroli nad systemem finansowym. W referendum w 2008 r. zatwierdzono nową konstytucję, dzięki czemu główny bank, uprzednio „niezależny” i zobligowany do skupiania się na utrzymaniu niskiej inflacji, stał się częścią zespołu ds. gospodarki w rządzie. To był ważny krok ku skoordynowaniu polityki gospodarczej. Wśród ekonomistów panuje przekonanie, które jest też filarem neoliberalizmu, iż banki centralne powinny być niezależne od urzędników państwowych. W praktyce oznacza to zazwyczaj, że nie odpowiadają one przed ogółem społeczeństwa, ale nie są w ten sam sposób niezależne od potężnych finansowych lobby.
Nowe prawo wprowadzone w 2009 r. wymogło na bankach w Ekwadorze sprowadzenie 45 procent ich aktywów płynnych z powrotem do kraju. Wymóg ten wzrósł do 60 procent w 2012 r., a faktyczny wskaźnik na rok 2015 wyniósł ponad 80 procent. Ta oraz inne reformy mające na celu zatrzymanie dolarów w kraju, były niezbędne do przezwyciężenia przez rząd pierwszej poważnej przeszkody: światowego kryzysu finansowego z 2008 r. i recesji z 2009 r. Ekwador stał się jednym z najbardziej poszkodowanych krajów na półkuli, jako że ceny ropy naftowej spadły, a rząd czerpał większość dochodów właśnie z eksportu ropy. Kolejne źródło wpływających do kraju dolarów, przelewy – głównie pieniądze przesyłane rodzinom przez Ekwadorczyków pracujących za granicą – również wyschło w trakcie recesji. Takie podwójne uderzenie mogło spowodować długotrwały kryzys, jednak dzięki znacznemu zwiększeniu wydatków rządowych i dużemu planowi stymulacyjnemu z 2009 r., tak się nie stało. Recesja trwała tylko trzy kwartały i kosztowała Ekwador około 1,3 procenta PKB.
Kolejnym dużym szokiem gospodarczym okazał się długotrwały spadek cen ropy naftowej w trzecim kwartale 2014 r. Rząd wykazał się wtedy jeszcze bardziej twórczym podejściem: oprócz wprowadzenia ekspansywnej polityki fiskalnej (tj. działań z większymi deficytami budżetowymi), bank centralny zadecydował o poluzowaniu polityki pieniężnej [czyli wprowadzeniu większej ilości pieniędzy do obiegu – przyp. red.], w podobny sposób, jak zrobiła to Rezerwa Federalna w USA w odpowiedzi na recesję. Bank „wyprodukował” miliardy dolarów, które pożyczył rządowi oraz bankom publicznym. Był to nieoczekiwany ruch ze strony rządu, który nie posiadał nawet własnej waluty, ale okazał się bardzo korzystny w drodze do gospodarczego ozdrowienia.
Najważniejsza decyzja podjęta w celu umożliwienia obecnej gospodarczej regeneracji w Ekwadorze była również najbardziej niekonwencjonalna: rząd nałożył szereg ceł na produkty importowane, korzystając z postanowienia Światowej Organizacji Handlu odnośnie do awaryjnego zabezpieczenia bilansów płatniczych. Zredukowanie importu w latach 2015-2016 dodało w tym czasie około 7,6 punktów procentowych do PKB. To działanie złagodziło efekt cięć budżetowych, których musiał dokonać rząd, gdy załamały się źródła dochodów.
Rząd Correi i jego partia (Alianza PAIS) były dzięki temu w stanie osiągnąć znaczne sukcesy gospodarcze i społeczne, mimo dwóch recesji wywołanych poważnymi zawirowaniami zewnętrznymi. Wbrew temu, co twierdzi Waszyngton, było to możliwe dzięki dużym reformom instytucjonalnym, regulacji finansowej i mądrym decyzją politycznym, z których wiele kłóciło się z neoliberalnymi standardami.
Pomocne było oczywiście to, że sam prezydent ma doktorat z ekonomii, wiedział, co robi i od początku był poważnie zaangażowany w postępowe zarządzanie. Nie zmienia to faktu, że rząd Correi musiał walczyć z potężnymi grupami interesu, w tym z bankierami, do których należała większość kanałów telewizyjnych, kiedy prezydent rozpoczął urzędowanie. Referendum w 2011 r. zakazało bankom posiadania firm medialnych (i na odwrót), co pomogło w uciszeniu ich głosu w debacie publicznej. Jednak pozostały one i tak potężną, upolitycznioną, prawicową siłą, tak jak działo się to w innych krajach z lewicowymi rządami, np. w Brazylii, gdzie duże media przewodziły zakończonym sukcesem wysiłkom zmierzającym do usunięcia prezydentki Dilmy Rousseff z urzędu, mimo niepopełnienia przez nią czynu, za który można by postawić ją w stan oskarżenia jako urzędnika państwowego.
Dziedzictwo obecnego rządu zostanie poddane próbie w wyborach prezydenckich i do Zgromadzenia Narodowego w tę niedzielę [mowa o pierwszej turze wyborów, która odbyła się w lutym 2017 – przyp. red.]. Kandydatem z partii Correi jest Lenín Moreno, znany z aktywizmu na rzecz osób niepełnosprawnych w kraju i za granicą (on sam porusza się na wózku inwalidzkim od czasu, kiedy został postrzelony w napadzie rabunkowym w 1998 r.). Moreno, który cieszy się popularnością w partii i wśród społeczeństwa, obiecał pomnożyć gospodarcze i społeczne zyski ostatniej dekady. I prowadzi w sondażach.
Najgroźniejszym przeciwnikiem Moreno jest Guillermo Lasso (nie zaskakuje nas, że jest wpływowym bankierem), który obiecuje obniżenie podatków, w tym rezygnację z podatku od zysków kapitałowych, co byłoby z pożytkiem głównie dla grup o wysokich dochodach. Lasso przegrał z Correą w 2013 r. – jego przeciwnik zwyciężył przytłaczającą liczbą głosów.
Kolejną przeciwniczką Moreno jest prawicowa była członkini Kongresu, Cynthia Viteri, która chce zniszczyć część z głównych reform Correi. Planuje między innymi przywrócenie bankowi centralnemu autonomii, zniesienie podatku od odpływu kapitału i zmniejszenie uprawnień rządu centralnego. Moreno musi uzyskać 40 procent głosów i co najmniej dziesięciopunktowe prowadzenie nad kolejnym kandydatem, żeby wygrać w pierwszej turze. Istnieje niewiele wiarygodnych sondaży przedwyborczych, ale Moreno jest postrzegany jako zwycięzca, nawet jeśli niewystarczająco popularny na wygraną w pierwszej turze.
Dlaczego te wybory są ważne? Jak zauważył w zeszłym miesiącu Noam Chomsky: W tym stuleciu Ameryka Łacińska, po raz pierwszy w ciągu 500 lat, wyzwoliła się od zachodniego imperializmu. W zeszłym stuleciu uosabiały go Stany Zjednoczone. „Różowa fala” to rzadkie wydarzenie w historii świata: obywatele państw rozwijających się przyczyniają się do gospodarczego i społecznego postępu przez demokratyczne wybory (bardzo niewiele krajów rozwijających się, które odniosły sukces ekonomiczny w dwudziestym wieku lub później, np. Chiny, miało ustrój demokratyczny). Od 2002 do 2014 r. wskaźnik ubóstwa w Ameryce Łacińskiej spadł z 43,9 do 28,2 procent, po okresie wzrostu trwającym dwie dekady.
Wszystkie te zyski – państwowa suwerenność, postęp społeczny, demokracja – okazują się trudne w utrzymaniu, gdy postępowe siły w regionie borykają się ze zwalniającą światową i regionalną gospodarką, z odradzającą się prawicą, która wciąż kontroluje większość bogactwa, dochodu i mediów w swoich krajach, jak również, w niektórych przypadkach, z własnymi błędami. I jakby tego nie było aż nadto, mamy też Waszyngton, który przez ostatnie 16 lat stosował prostą strategię: pozbądźmy się wszystkich lewicowych rządów, jakich tylko możemy, i upewnijmy się, że nigdy nie powrócą. Nikt nie oczekuje niczego lepszego od nowego reżimu w USA.
Być może o wyborach w Ekwadorze nie będzie głośno w zachodnich mediach, ale zwolennicy i przeciwnicy ruchów emancypacyjnych i postępowych rządów w Ameryce Łacińskiej z pewnością będą uważnie śledzić to wydarzenie.
Mark Weisbrot
Tłumaczenie Kamila Zubala
Tekst pierwotnie ukazał się w lutym 2017 r. na stronie internetowej czasopisma „The Nation”.
przez Magdalena Okraska | środa 29 marca 2017 | nasze rozmowy
Z Alicją Beryt i Michałem Maleszką z krakowskiej spółdzielni „Ogniwo” rozmawiamy o tym, jak idee współpracy, działania nie dla zysku, demokracji, samostanowienia i równości wcielają w życie w ramach założonej kooperatywy.
***
Spółdzielnia „Ogniwo” istnieje od 2014 r. Jakie idee, wartości i pomysły stały za jej powstaniem? Czy trudno było przekuć je w codzienną praktykę?
Alicja Beryt: Zaczynaliśmy jako grupa 10 osób, bo taki jest wymóg formalny przy zakładaniu spółdzielni w Polsce. Obecnie „Ogniwo” liczy 22 członków i członkiń. Prowadzimy księgarnię-kawiarnię-centrum społeczne na krakowskim Kazimierzu. Użyczamy naszej przestrzeni różnym inicjatywom (inicjatywy kobiece, queerowe, malowanie transparentów na demonstracje, spotkania nieformalnych grup reagujących na bieżące wydarzenia), a także warsztatowi elektronicznemu prowadzonemu przez jednego z naszych spółdzielców. Odbywają się wystawy, wykłady, pokazy filmów, debaty, premiery książek.
Zanim założyliśmy spółdzielnię, duża część z nas uprawiała różne formy lokalnego aktywizmu, formalne i nieformalne. Można tu wymienić okupację krakowskiego rynku w 2012, Inicjatywę Prawo do Miasta, Krakowski Chór Rewolucyjny, Kraków Przeciw Igrzyskom, „Krytykę Polityczną”, partie polityczne – PPS, Zielonych i później Razem. Mieliśmy doświadczenie w pracy w organizacjach i w organizowaniu ludzi. Nie mieliśmy doświadczenia w biznesie.
Potrzebowaliśmy „własnej”, przyjaznej przestrzeni. Na pytanie: po co to robimy, odpowiadaliśmy żartobliwie „żeby lewactwo miało gdzie imprezować”. Wielu i wiele z nas organizowało różne wydarzenia i musiało się tułać po różnych lokalach albo po prywatnych mieszkaniach, co siłą rzeczy stwarza ograniczenia.
Michał Maleszka: Przez lata czytałem o alternatywnych formach organizowania się – w anarchistyczno-punkowych zinach, w prasie typu „Obywatel” czy w tekstach klasyków pokroju Abramowskiego. Wstąpiłem do spółdzielni między innymi dlatego, by w końcu sprawdzić, jak idea sprawdza się w praktyce, choćby w ograniczonym zakresie.
A. B.: Początki były trudne – wszystko, co sobie założyliśmy, trwało dłużej. Rodziło to oczywiście sporo frustracji. Żadne z nas nigdy na serio nie prowadziło knajpy, więc wszystkie pomysły były nowe i niesprawdzone. Cały czas musieliśmy uczyć się od siebie nawzajem. Często iść na kompromis, bo okazywało się, że nie zgadzamy się co do szczegółów. Ponieważ przyjęliśmy, że decyzje chcemy podejmować w miarę możliwości konsensualnie, prowadziliśmy niekończące się dyskusje.
Forma prawna spółdzielni to „spółdzielnia pracy”. Jak to działa? Jakie są zasady dotyczące wypracowywania zysku i jego podziału? Jak radzicie sobie z podziałem obowiązków?
M. M.: Jesteśmy „zwykłą” spółdzielnią, a nie spółdzielnią socjalną. Warto to podkreślić, bo wiele osób z góry zakłada, że jeśli spółdzielnia, to na pewno socjalna. Jak działa spółdzielnia? Jak zwykła firma, ale z wewnętrzną demokracją – każdy członek i członkini spółdzielni mają równe prawo decydowania o przedsiębiorstwie bez względu na ilość wniesionych udziałów. W praktyce ta demokracja wiąże się z koniecznością dopełnienia mniej lub bardziej uciążliwych procedur.
A. B.: W Polsce firmę może założyć każdy i może to uczynić bardzo szybko. Założenie spółdzielni wiąże się z dużą ilością formalności i jest skomplikowane. Tym bardziej dla ludzi, którzy w najlepszym przypadku należeli wcześniej do spółdzielni mieszkaniowej, a najczęściej nie należeli do żadnej.
M. M.: Staramy się, aby postulat demokracji wewnątrz przedsiębiorstwa nie zamienił się w czysty formalizm, staramy się tę demokrację praktykować na co dzień. Oprócz tego, że jesteśmy w stałym kontakcie dzięki aplikacji do pracy zespołowej, spotykamy się co tydzień, żeby omówić, co jest do zrobienia i rozdzielić zadania. Owszem, jak każda spółdzielnia mamy prezesa, zarząd i radę, ale w praktyce większość istotnych decyzji podejmujemy po ogólnej dyskusji.
Formalnie rzecz ujmując nasza spółdzielnia jest spółdzielnią bezprzymiotnikową. Dawniej ta forma działalności nazywana była chyba „spółdzielnią pracy i użytkowników”. W tej chwili jest nas 22 spółdzielców i spółdzielczyń. Większość z nas ma „normalną”, pozaspółdzielczą, ośmiogodzinną pracę. Jako spółdzielnia utrzymujemy się z obrotów baru, sprzedaży książek i udostępniania przestrzeni na warsztaty i spotkania. Zysk idzie w całości na bieżącą działalność, opłaty i wynagrodzenia. Nadwyżka jest raczej niewielka, ale nie „dokładamy” do spółdzielni.
Osoby zatrudnione spędzają w spółdzielni najwięcej czasu i siłą rzeczy to na nie spada utrzymanie przedsięwzięcia w ruchu z dnia na dzień – kontrolują magazyn, odpowiadają na e-maile, telefony i ogólnie trzymają rękę na pulsie. Reszta z nas dołącza się w miarę możliwości, posiadanych umiejętności i zasobów. Osoby z samochodem odpowiedzialne są za dostawy. W ramach spółdzielni funkcjonuje zgrana podgrupa nagłośnieniowo-techniczna. Inni zwyczajowo odpowiedzialni są za media społecznościowe czy grafikę. Większość wydarzeń organizowanych jest przez osoby i organizacje zewnętrzne, ale część organizujemy sami – tutaj sprawdzają się osobiste kontakty i zainteresowania poszczególnych spółdzielców.
A. B.: Podczas rozmów ze znajomymi, którzy, tak to ujmijmy, nie do końca kumają ideę spółdzielczości, pojawiały się często pytania w rodzaju: ale jak będziecie sprawdzać, czy ktoś nie kradnie pieniędzy, albo czy wywiązuje się ze swoich obowiązków? To prawda, nie mamy rozwiniętego systemu kontroli. Zadania, które przydzielamy sobie na cotygodniowych spotkaniach, są realizowane sprawnie lub mniej sprawnie, ale nie wyciągamy wobec siebie konsekwencji. Nie mamy premii, z której dałoby się coś obciąć. W zasadzie ostracyzm społeczny też występuje w niewielkim stopniu, chociaż oczywiście nie zawsze wszystko jest idealnie. Zdecydowanie częściej staramy się chwalić za dobrze wykonaną robotę, niż ganić za coś, co nie jest zrobione od miesięcy. Czasem okazuje się, że po prostu nie musiało być zrobione. Czasem, że zadanie przejmuje ktoś inny. Może to naiwne i idealistyczne podejście, ale dla mnie osobiście w „Ogniwie” ważniejsza jest dobra atmosfera niż perfekcyjnie wykonane zadania. W dzisiejszym świecie po prostu bardzo wiele od siebie wymagamy. Cenię sobie, że w „Ogniwie” nie ma wielkiego ciśnienia, ale z drugiej strony nie ma też drastycznego zawalania pracy.
M. M.: Początkowe etapy istnienia spółdzielni to było „rozpoznanie walką” granic naszego entuzjazmu i możliwości. Wiele pomysłów zostało zweryfikowanych negatywnie, na wiele nie starczyło czasu i energii.
Na jakich przykładach, z Polski czy zza granicy, wzorowaliście się ideowo?
M. M.: Nie jesteśmy szczególnie wyjątkowi. Istnieją podobne księgarnio-kawiarnie (np. Zemsta w Poznaniu), różnego rodzaju centra społeczne – zarówno formalne (jak świetlice Krytyki Politycznej), jak i anarchistyczne squaty. Gdy zawiązywaliśmy spółdzielnię, chcieliśmy stworzyć tego typu miejsce. Jednak w odróżnieniu od squatów chcieliśmy działać w pełni legalnie, a w odróżnieniu od NGO’sów – chcieliśmy być niezależni od zewnętrznych źródeł finansowania.
A. B.: „Ogniwo” jest trochę domem kultury, ale zamiast pracowni plastycznej mamy malowanie transparentów. Ćwiczy u nas Krakowski Chór Rewolucyjny, a czasem także Krakofonia (Chór LGBT). Wielu znajomych dziwiło się, przychodząc do nas po raz pierwszy, bo myślało, że spółdzielnia to będzie taki squat. Ale my chcieliśmy, żeby było mniej wsobnie, mniej subkulturowo. Zależało nam na zdobyciu bardziej różnorodnej klienteli. Chodziło o to, żeby w „Ogniwie” czuli się dobrze nie tylko aktywiści, ale i osoby w rodzaju naszych rodziców, jak i znajomi spoza aktywistycznej bańki. Myślę, że do pewnego stopnia to się udało. Z jednej strony jesteśmy kawiarnią jak wiele innych, z drugiej, kiedy idę na kawę gdzieś indziej, zawsze się trochę dziwię, że można chcieć „tylko” sprzedawać kawę.
Jakie są największe przeszkody, trudności w pracy w takim kształcie?
M. M.: Większość z nas pracą na rzecz spółdzielni zajmuje się „po godzinach” – choć nie traktowałbym tego jako trudności, lecz jako model, który świadomie wybraliśmy. Większość przeszkód, z którymi się spotykamy, ma charakter zewnętrzny – np. niepewna sytuacja lokalowa. Ze spółdzielczą formą działalności często kojarzony jest biurokratyczny formalizm, będący poniekąd ubocznym kosztem demokracji wewnątrz przedsiębiorstwa. W naszym przypadku jest to niwelowane przez fakt, że jesteśmy raczej zgraną ekipą. Utrzymujemy też bardzo dobry kontakt z lokalnymi przedstawicielami Związku Lustracyjnego Spółdzielni Pracy, którzy służą nam radą we wszystkich sprawach formalnoprawnych.
Właściwie ze wszystkimi kryzysami, z którymi mamy do czynienia, łatwiej sobie poradzić działając przy pomocy spółdzielczej formy i ducha. Trudności rozkładają się w miarę równomiernie na spore grono osób, z których każda ma równy interes w pracy na rzecz wspólnego przedsięwzięcia. Łatwiej jest zmobilizować zasoby, pomysły i energię. Łatwiej jest kogoś odciążyć czy zamienić, gdy ten nie daje rady. Gdyby nasz lokal prowadzony był jak zwykła firma, to dotychczasowe kryzysy zapewne dawno już by nas zmiotły ze sceny.
A. B.: Z pewnością trudno jest o równy podział pracy, ze względu na nasze zaangażowanie na innych polach. Jak wspominałam, nie prowadzimy żadnych kontroli, kto ile czasu poświęca spółdzielni i jak wywiązuje się z zadań. Prawdopodobnie dałoby się to łatwo zważyć, zmierzyć i policzyć, ale celowo tego nie robimy. Sukces pracy grupowej jest bardziej satysfakcjonujący niż indywidualne osiągnięcia, a także ważniejszy jako materiał do rozważań, niż indywidualne porażki. Brzmi to może bardzo bezosobowo, ale w praktyce działa. Jeśli chodzi o wymienianie największych trudności, to nigdy nie będzie jakieś pojedyncze wydarzenie, a bardziej proza życia. Suma małych trudności jest zawsze bardziej uciążliwa. Ale zgadzam się z Michałem, że w większej grupie łatwiej sobie z nimi poradzić.
Wymieńcie trzy najważniejsze wydarzenia/wyzwania, którym udało się wspólnie podołać/zorganizować.
M. M.: Największym wyzwaniem, przed jakim stanęliśmy, był rzeczywisty początek działalności lokalu jesienią 2015 roku. Przedłużający się remont pochłonął większą część naszych środków, skończyły się wakacje czynszowe – spółdzielnia musiała zacząć na siebie zarabiać. Nadszedł moment, w którym idee nieuchronnie zostały skonfrontowane z twardą rzeczywistością. To był czas, w który wielu rzeczy uczyliśmy się niejako „w biegu”, wypracowaliśmy swoje procedury i styl pracy.
A. B.: Dużym wyzwaniem organizacyjnym była organizacja spotkania z autorem głośnego reportażu „Głód”, wydanego w Polsce w 2016 r., Argentyńczykiem Martínem Caparrósem. Z prośbą o współorganizację spotkania zgłosiły się Wydawnictwo Literackie i Krakowskie Biuro Festiwalowe, operator programu Kraków – Miasto Literatury UNESCO, co było dla nas dowodem, że weszliśmy na stałe na gęstą krakowską mapę kulturalną jako „zaangażowany” lokal (wybrany ze względu na tematykę książki).
M. M.: Z przedsięwzięć, które współorganizowaliśmy, a które można potraktować w kategorii wyzwań, przychodzą mi do głowy dwa przykłady. Pierwszy to „Przystań pielgrzyma LGBT”, którą zorganizowało u nas stowarzyszenie „Wiara i Tęcza” podczas Światowych Dni Młodzieży. Organizatorzy dostawali wiadomości z pogróżkami, obawialiśmy się trochę o bezpieczeństwo lokalu, ogólnie sytuacja w mieście była połączeniem karnawału ze stanem wyjątkowym. Ostatecznie było bardzo spokojnie, a nasz lokal został odwiedzony przez chyba wszystko możliwe redakcje prasowe z kontynentu.
Drugie wydarzenie-wyzwanie jest z zupełnie innej parafii. Od kilku miesięcy organizujemy w Ogniwie „Złe wieczory” – spotkania poświęcone scenie muzyki metalowej. Pomysł wyszedł od jednego z naszych spółdzielców, który jest fanem takich klimatów – w odróżnieniu od większości. „Złe wieczory” są o tyle fajne, że gromadzą zupełnie inną publikę od tej, która przychodzi do nas na co dzień i do której przyzwyczailiśmy się. Dla nas to wyjście poza nasze podstawowe środowisko – krakowsko-lewicowo-inteligenckie, a także kontynuacja polityki pluralizmu, którą prowadzimy od początku, łącząc w jednej przestrzeni promocje numerów „Nowego Obywatela” i książek „Krytyki Politycznej”, goszcząc „Dni Świeckości” i współpracując z „Tygodnikiem Powszechnym”.
Jak postrzegacie obecną „modę na spółdzielczość”, trend na powstawanie kooperatyw spożywczych i innych? Niektórzy mówią, że to zabawa dla przedstawicieli klasy średniej i tzw. alternatywnej młodzieży, nie prawdziwe spółdzielnie etosowe, których celem było zapewnienie bytu/pożywienia członkom i które bywały ich „być albo nie być”. Czy spółdzielczość w XXI wieku ma szansę stać się popularna w sensie powszechności, nie chwilowej mody?
A. B.: Nie będzie ukrywać, że poniekąd jesteśmy częścią tej mody. Ale uważam, że lepsza jest moda na spółdzielczość niż moda na „załóż firmę”. Dlaczego? „Zakładanie firmy” wynika z różnych rzeczy, ale dla mnie ideowo z przekonania, że sama będę lepszą szefową niż ktoś inny, a przy okazji pracuję na własny rachunek. Czyli jest to bardzo indywidualistyczna postawa, która na dobrą sprawę nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Zakładanie spółdzielni to oczywiście forma „samorządności”, ale wynikająca z przekonania, że od innych ludzi można i trzeba się czegoś nauczyć. Praca w spółdzielni to współpraca, to rodzi zupełnie innego rodzaju klimat, wynika z innych założeń. Większą wartością jest wspólna praca, a mniejszą indywidualny zysk.
M. M.: Większość z nas nie czerpie bezpośrednich profitów z działalności spółdzielni. To, co robimy, w znacznej mierze jest robione dla idei albo w celu spełnienia swoich potrzeb pozaekonomicznych. Wszystko to sytuuje nas raczej w trendzie wspomnianym w pytaniu. W miarę możliwości staramy się propagować wiedzę o spółdzielczości, związanych z nim etosie i wartościach, ale – nie łudźmy się – do odrodzenia ruchu spółdzielczego potrzeba czegoś więcej niż księgarnio-kawiarni na krakowskim Kazimierzu.
Spółdzielczość po 1989 r. wydaje się być celowo upośledzona wobec innych form własności. Z punktu widzenia typowego pracownika czy konsumenta wiąże się ona przede wszystkim z często niezrozumiałym formalizmem. Niski jest poziom świadomości tego, czym w ogóle jest spółdzielczość. Dla wielu osób jest to archaiczna forma prowadzenia działalności, w zasadzie nieodróżnialna od własności państwowej.
Popularność w XXI wieku? Konieczna jest edukacja w tym zakresie i pewnie zmiany w prawie. Być może powinno się promować spółdzielnie zamiast start-upów. Propagować tę formę w szkołach – na zajęciach z przedsiębiorczości albo poprzez spółdzielnie uczniowskie. Osobiście uważam, że teksty np. Abramowskiego powinno się wpisać na listę licealnych lektur. Na Zachodzie odkrywa się ostatnio na nowo bardzo tradycyjnie rozumiane zasady spółdzielczości jako potencjalną alternatywę wobec przedsięwzięć typu Uber.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Magdalena Okraska
20 marca 2017 r.
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 28 marca 2017 | opinie
A więc wojna! – słyszymy każdego rana, gdy pies ze snu budzą nas pies, kot, dziecko, on lub ona, budzik, wycie pił spalinowych za oknem, demonstracje za lub przeciw. A więc wojna! Oko za oko, ząb za ząb, okładka za okładkę, kłamstwo za kłamstwo, propaganda za propagandę, nieżyczliwość za nieżyczliwość, obelga za obelgę. Wstajemy, bierzemy prysznic, pijemy kawę, sprawdzamy, czy stan twarzy w lustrze jest kompatybilny ze stanem konta bankowego, czytamy smsy, maile, powiadomienia, ponaglenia, potępienia, przymilenia. Pies szczeka na kosmos, a kot go kontestuje, dzieci mają gorączkę, ona lub on już wyszli. Rachunki do zapłacenia cierpliwie czekają na swoją kolej albo na komornika. A może jesteśmy sami tą wyobcowaną współczesną samotnością zasobów ludzkich trawionych spokojnie przez lokalny kapitalizm. A wokół wojna, wojna domowa. I walka klas. Już się z tym oswoiliśmy: można żyć pośród codziennej kanonady mediów masowego rażenia. Tak dzień cały, między pracą, prokrastynacją a rozrywką, w kraju wartości i brutalnej akumulacji kapitału. Wartości są jak baloniki napełnione helem, na ogół w barwach bogoojczyźnianych i w narodowo-wyklętym fasonie, unoszą się nad głowami zauroczonej młodzieży i dorosłych. Zaś akumulacja kapitału jednym odkraje mięso do kości, innych tuczy ponad miarę. Ale tego nie widać, bo w naszych czasach bogaci są coraz chudsi, a biedni nierzadko coraz grubsi. Bogaci noszą się niewyszukanie i dbają o kondycję, biedniejsi chcą mieć więcej, zatem biorą kredyty na prestiż i szybciej umierają z braku rzetelnej opieki medycznej.
I tak nastają kolejne dni i noce. Trwa wojna, z którą jesteśmy oswojeni, trwa walka klas, o której na ogół nie wypada głośno mówić – to również jest jej elementem. Wojna domowa jest w dużym stopniu wojną elit: tych, które dziś sprawują władzę, z tymi, które doświadczyły bolesnego odcięcia od instytucji władzy i straciły sporo atutów w rozmowach z mniejszym i większym kapitałem. Wojna domowa zmieniła bieg transferów finansowych ze spółek skarbu państwa i sięgnęła po inne zasoby ludzkie w ramach kooptacji do wyższych stref politycznych i propagandowych. W tym może nawet jest jakiś element klasowy: niejeden zabiedzony pisowiec i pisówka, wyposzczeni przez niemal dekadę, wreszcie doczekali gratyfikacji i głębokiej satysfakcji delektowania się upadkiem tych, co poszli precz od okienka z napisem „pieniądze publiczne”. O wielu nic nie wiemy, inni nieźle yaycują na naszych oczach. W szeregach przegranych wzmacnia się rozpacz i dezorientacja: o ile poprzedni rząd PiS nie przetrwał zbyt długo, robiąc sobie śmiertelnych wrogów z takich aliantów jak Roman Giertych czy Kazimierz Marcinkiewicz, o tyle ten obecny trafił na naprawdę niezłą koniunkturę, zarówno gospodarczo, jak i politycznie, społecznie i kulturowo.
Czasem trudno byłoby oddzielić od siebie poszczególne aspekty tych dwóch procesów: wojny domowej i walki klas. Bo czy głośny ostatnio list czytelniczki do „Wysokich Obcasów”, który jest kompendium lumpenliberalnych przesądów wobec tych dość nielicznych segmentów polityki społecznej, jakie ma do zaoferowania III RP swoim obywatelkom i obywatelom, to bardziej zgiełk walki klas czy wojny elit? To danie upichcono z jednego i drugiego: smutne przecież, ale arcytypowe dla polskich wyobrażeń społecznych uprzedzenia klasowe osoby, która nazywa się „lewaczką”, łączą w jedno wzajemne nienawiści postsolidarnościowych elit z typowymi narzędziami stygmatyzacji uboższych – tak się robiło i robi przemoc symboliczną w III RP.
Ale spójrzmy, jaki sprytny zabieg, na który na szczęście nabiera się dziś nieco mniej osób: czytelniczka „WO”, która wymiotuje na nas swoją niechęcią do socjalu, publicznej służby zdrowia i matek-„tipsiar” z butelką piwa w zanadrzu, nazywa się „lewaczką”. Centroprawica spod znaku Agory, maskująca swój klasowo-uprzywilejowany, zdecydowanie prokapitalistyczny charakter liberalizmem obyczajowym i udzielaniem łam ludziom ze środowisk lewicy, nie ma już nic do stracenia. Widać wyraźnie, co oni właściwie przez lata promowali jako „lewactwo”: neoliberalną demagogię połączoną z niechęcią wobec katolicyzmu i/lub Prawa i Sprawiedliwości. Jesteś lewakiem? Jesteś lewaczką? Tak, tak! Dlaczego? Bo nie znoszę PiS! Bo „Jan Paweł II zajebał mi szlugi”! I czego jeszcze nie znosisz? ZUS-u, górników, publicznej służby zdrowia. Oto „lewacki” kanon z okolic Agory. Problem w tym, że rzadko kto miał odwagę powiedzieć takim ludziom, żeby najpierw chwilę pomyśleli, jak definiują swoją lewicowość. A podobno w znacznej mierze wciąż definiuje się ona przez emancypację warstw niższych, egalitarny projekt społeczno-polityczny zakładający aktywny udział państwa w budowaniu powszechnego dobrostanu. Oczywiście, poczesną rolę odgrywa w tej materii lewicowy feminizm, ponieważ to kobiety, szczególnie kobiety klasy ludowej, zwykle lądują na niższych szczeblach patriarchalno-kapitalistycznego społeczeństwa. Ale „lewactwo” czytelniczki „WO” nie jest tym wszystkim – jest ordynarnym lumpenliberalizmem, cynicznym albo cierpiącym solidnie na fałszywą świadomość klasową.
To chyba największy problem lewicy w polskich realiach: jest skazana na obce media, zarówno pro- jak i antypisowskie. I telewizja zarządzana przez PiS, i stacje komercyjne potrzebują lewicy na własnych warunkach i do własnych celów. Zresztą media kapitału nigdy nie będą mediami świata pracy. W naszych warunkach nie jest winą ani Razem, ani stowarzyszeń lokatorskich, ani lewicowych feministek, że nie ma dużych mediów lewicy. Swoje popsuło SLD, związki zawodowe absolutnie zawaliły tę sprawę. Efekt jest taki, że wszyscy musimy liczyć na zaproszenia od wydawców, dla których jesteśmy mniejszymi lub większymi dziwadłami.
Walka klas i wojna elit w znacznej mierze są sporem o pojęcia. W tej materii to świadomość buduje polski byt i chyba dość skutecznie utrudnia wypracowanie języka, w którym moglibyśmy się ze sobą komunikować, nie tracąc potężnych ilości energii na wyjaśnianie elementarnych terminów z języka politologii, socjologii, historii idei. Nacjonaliści i centroprawica równie chętnie i bardzo instrumentalnie używają słów „lewica” i „lewactwo”. Lewakiem jest dla nich Adam Michnik, lewaczką Hanna Gronkiewicz-Waltz. To nawet zabawne, jak bardzo w Polsce centroprawica, i ta nieco bardziej liberalna i laicka, od pana Adama, i ta, która wzmacnia narodowo-katolicką nóżkę, od prezesa Kaczyńskiego, rozegrała lewicową terminologię na własną korzyść – w czasach zamętu, gdy SLD nie bardzo wiedziało, czym właściwie jest, to się musiało udać. I dziś płacimy tego skutki. Na marginesie: humaniści, cały ten inteligencki żywioł, to niesamowicie perfidne stworzenia. Gdy przestajemy dociekać prawdy, a skupiamy się jedynie na propagandzie, która w czasach takich jak obecne zapewnia nam byt, jesteśmy najbardziej niebezpiecznymi z rozumnych zwierząt. A to dlatego, że psujemy język, ten najważniejszy z kosmosów, jaki eksplorujemy, a który jest równocześnie największą siecią komunikacyjną ludzkości.
Do tego trzeba dodać jeszcze jedną istotną rzecz – (kontr)rewolucję w państwie Prawa i Sprawiedliwości. Te dwa zjawiska dzieją się równocześnie i niesamowicie dynamizują scenę społeczną i polityczną. Z punktu widzenia lewicy i lewicujących liberałów partia rządząca bywa przedstawiana albo jako niesamowicie niespójna w swoim programie i jego realizacji, albo niezwykle, autorytarnie wręcz konsekwentna. To sprzeczność w opisie, która wymagałaby osobnej analizy. W dużym skrócie, rzecz zależy od tego, jak ujmujemy tę prosocjalną część programu PiS, już realizowaną i zapowiadaną. Dla części lewicy to prawicowy socjalny populizm, dla innych faktyczne wyzwalanie prosocjalnego aspektu funkcjonowania państwa spod dyktatu lumpenliberalnej doktryny, na której w znacznej mierze ufundowano III Rzeczpospolitą. Można ten obraz próbować niuansować jeszcze bardziej i przyjąć, że w samym środowisku partii rządzących 500 Plus traktowane jest na różne sposoby i różne widzi się z niego pożytki, łącznie z bardzo doraźnymi, potencjalnie sprzyjającymi w kolejnych kampaniach wyborczych. Dla potrzeb tego felietonu zakładam, że ten dość umiarkowany program społeczno-gospodarczy, który wcale nie czyni Polski państwem dobrobytu socjalnego, jest czynnikiem realnie rewolucjonizującym naszą rzeczywistość. Obecnie na poziomie materialnym, choć pytanie – bardzo przecież lewicowe – jak kwestie bytowe mogą przełożyć się na świadomość społeczną.
I jeszcze jedno: przyjęcie 500 Plus sprawiło, że traktowane zwykle przez rządy jak piąte koło u wozu ministerstwo pracy i polityki społecznej (przez PiS nie tylko symbolicznie wzmocnione jego „urodzinnieniem”) nagle znalazło się w centrum zainteresowania opinii publicznej, elektoratu rządzącej partii i jej mniej lub bardziej prominentnych polityków. Socjalny aspekt prowadzenia polityki został wydobyty z głębokiego cienia. Oczywiście, to jeszcze nie przesądza o głębokiej zmianie na lepsze, ale w polskich warunkach lepiej mieć do czynienia z ministrą Rafalską niż z „lewacką” czytelniczką „Wysokich Obcasów”, która lumpenliberalne listy pisze. Choć zdaję sobie sprawę, jak głębokie emocje może wywoływać taka opinia w zaułkach lewicowego światka, które rzadko jednak odwiedzają tzw. zwykłe Polki i zwykli Polacy. Oczywiście ktoś zripostuje, że najlepiej byłoby mieć do czynienia z partią Razem u władzy, ale jej rządy lub efekty parlamentarnej obecności polskie społeczeństwo może rozliczy za kilkanaście lat. A może nigdy.
Jest jednak drugi aspekt obecnych rządów, który zdecydowanie neguje choćby przekonania zawarte w felietonie Marcina Janasika „Razem, ale dokąd?”. Tam, gdzie występuje mocny rozziew kulturowy między stronami konfliktu, socjalny kompromis nie jest możliwy ani na poziomie społecznym, ani tym bardziej politycznym. Z jakich przyczyn lewicowe feministki i feminiści mieliby na przykład przełykać gorzką pigułkę potencjalnego kompromisu z propisowskimi zwolennikami i zwolenniczkami Ordo Iuris? Tym bardziej, że #czarnyprotest nie był żadnym knowaniem lewicy i liberałów/liberałek, ale wkurzoną reakcją na dość ostentacyjne próby zmiany tzw. kompromisu aborcyjnego, który był przecież takim samym „kompromisem narodowym” jak Okrągły Stół. Czyli nie był nim prawie wcale. Nie, zdecydowanie: niech PiS robi 500 Plus, niech zwiększa uprawnienia Państwowej Inspekcji Pracy, niech próbuje zwiększać ściągalność VAT (dobre i to, skoro nie ma odwagi zacząć ściągać większych podatków od naprawdę wielkiego kapitału), niech ściga i wsadza choć niektórych typów od reprywatyzacji, bo to wszystko jest korzystne dla dużej części społeczeństwa. I to jest najważniejsze: szansa na poprawę realnego bytu sporej części Polek i Polaków. Ale nie udawajmy, że to wystarczy, by zapomnieć o protokole rozbieżności, który znacznie ogranicza pole manewru właśnie słabszej stronie. Nie udawajmy, że po stronie centroprawicy nie ma ludzi, którzy z przyczyn konfesyjno-ideologicznych na różne sposoby negują choćby problem z patologiami w polskich rodzinach, zaczynając od przemocy domowej. Notabene: latem 2015 roku mogłem jeszcze zrobić dla „Gazety Polskiej Codziennie” wywiad z Marceliną Zawiszą i Katarzyną Paprotą z partii Razem. Dziś nie byłoby to możliwe – nie tylko dlatego, że Adrian Zandberg nieco za bardzo folguje językowi i nazywa politykę rządzącej partii „gówniarzerią”.
I jeszcze jedno: dlaczego znaczna część lewicy, która coraz lepiej pojmuje swoją historyczność, miałaby udawać, że pada deszcz, gdy duża część polityki historycznej prawicy, i tej w wydaniu instytucjonalno-, i tej w wydaniu rynkowo-tiszertowym, bazuje na świadomie uprawianej antylewicowości? Skoro już doszliśmy do wniosku, że hasełka w rodzaju „wybierzmy przyszłość” były w pewnym momencie najkorzystniejszą strategią dla SLD, ale nie dla lewicy jako takiej, to dlaczego mamy godzić się na kontrrewolucję pamięci, która bazuje na patriotyzmie niemal zupełnie wytartym z treści innych niż martyrologia? To prawica ma instytucje, niech zatem zacznie przypominać Polkom i Polakom „Testament Polski Walczącej”. Wiem, to nierealne. Akurat ten dokument to część historii, o którym nie chce pamiętać ani prawica okołopisowska, ani liberalna gospodarczo prawica z okolic Komitetu Obrony Demokracji. I dobrze wiemy, dlaczego: ponieważ to istotny element pamięci, który rozsadza neoliberalną układankę tożsamościową na poziomie światopoglądu publicznych instytucji i ideologicznego zapotrzebowania rynku.
Ważna rzecz – uwagi, które poniżej zapiszę, nie są ocenne, ale analityczne. Znana teza głosi, że PiS przejął od lewicy elektorat socjalny. Ale to o wiele bardziej skomplikowane. A to z tej prostej przyczyny, że ewentualny prosocjalny elektorat wcale nie oznacza z definicji elektoratu współczesnej lewicy, która w kwestiach emancypacyjnych znacznie wykracza poza postulaty sprzed stulecia. Nawet jeśli przyjmiemy, że lud w Polsce nie jest wcale tak konserwatywny, jak chciałaby prawica, to jest wystarczająco konserwatywny w sferze publicznej, by od dekad wybierać centroprawicę, albo co najwyżej mocno dwuznaczną w sprawach obyczajowych post-PRL-owską socjaldemokrację, a nie na przykład Zielonych. Co więcej, niestety, po kryzysie z przełomu dekad ujawniły się w polskim społeczeństwie głębokie pokłady frustracji, które uskrzydliły neoendeków na ambonach, stadionach i w politycznych gabinetach. Może był kiedyś moment, w którym dało się ulicę zdobyć dla lewicy (bezprzymiotnikowej), ale, jak się wydaje, niesprzyjających okoliczności było całkiem sporo.
Zatem nawet socjalny elektorat nie będzie tak łatwy do pozyskania. Dlaczego? Bo, jak dotąd, najprozaiczniej w świecie, na skrzyżowaniu między socjalnością a emancypacją kulturowo-polityczną rozchodzą się drogi przynajmniej części prosocjalnego elektoratu i lewicy. I także dlatego lewica, która nie może udawać, że nie słyszy chamskich uwag o emigrantach, wypowiadanych nierzadko wcale nie przy „budce z piwem”, ale w inteligentnych biurowcach przez modnie przystrzyżone korpoosoby, które po robocie kultywują nacjonalistyczne fobie, nie przywita z entuzjazmem wizji politycznego sojuszu z obecnym obozem władzy. Tym bardziej, o czym piszę ze smutkiem, że obrażanie lewicy i mocna dyskredytacja jej postulatów emancypacyjnych, nie tylko tych nazywanych obyczajowymi, ale np. antyprzemocowych i antyseksistowskich, jest po prostu częścią lajfstajlu niemałej części centroprawicy. Choć jest i odwrotnie: to niektórzy ludzie lewicy sądzą, że pogardą dla propisowskiego ludu i elity cokolwiek dla siebie wywalczą w przestrzeni społecznej. Tyle że siły wyborcze i możliwości instytucjonalne rozkładają się obecnie na zdecydowaną niekorzyść lewicy. Ten stan szybko się nie zmieni.
Choć dodajmy jeszcze jedną rzecz przy okazji rozważań o konserwatyzmie ludu. Otóż, rzecz jasna, duża część społeczeństwa nie jest tak arcykatolicka, jak to się podaje do wierzenia z ambon i rozlicznych mównic, albo jak straszą tym co bardziej histeryczni salonowi liberałowie. Mnóstwo Polek i Polaków wyznaje coś w rodzaju religijności niekonsekwentnej: np. mniej lub bardziej regularnie chodzi do kościoła, ale przymyka oczy na przeróżne formy libertynizmu obyczajowego, własnego i swoich dzieci (rzadziej sąsiadów i sąsiadek). Mnóstwo Polek i Polaków ma w nosie to, co ksiądz mówi o prezerwatywach, ale odnajduje dziwną radość w lamentacjach nad zagrożeniem uchodźczym dla Polski. Konstelacje tych poglądów są przeróżne. Jest też sporo ludzi, znaczna część społeczeństwa, która po prostu nie zna języka feminizmów, albo – z innej puli – nie lubi cynicznego antyklerykalizmu. I dopóki lewica nie uświadomi sobie, że właśnie do takich osób musi odnaleźć drogę, będzie stała przed ścianą biernego oporu. A dodajmy, że Razem wciąż jest partią, która myli się ludziom choćby z Nowoczesną. Być może dla wielu Polek i Polaków znalazłaby się nieco odpowiedniejsza oferta polityczna: zachowująca dystans do Kościoła, ale nie odnosząca się obelżywie do sacrum, patriotyczna, ale nie szowinistyczna, po części socjaldemokratyczna, otwarta na postulaty feministyczne. Ale takiej oferty nie ma i raczej nikt jej w najbliższym czasie nie skonstruuje. A może nie miałaby szans w świecie domagającym się coraz bardziej spolaryzowanych dookreśleń.
W każdym razie mamy dziś w Polsce do czynienia nie tylko z raczkującą rewolucją socjalną, ale też – znacznie chętniej pokazywaną przez medialny antypisowski mainstream – kontrrewolucją instytucjonalno-rynkową. W PiS nie krzyczą „śmierć frajerom!” (choć nigdy nie brakowało w otoczeniu i szeregach tej partii skrajnych lumpenliberałów), bo szczególnie obecnie to nie wypada i się nie opłaca. W PiS niektórzy powiadają: „śmierć drzewom, skoro własność jest najświętsza!”. Proliberalna część elity pisowskiej dziś na ogół trzyma język za zębami, z wyjątkiem publicystów obsługujących ten segment propisowskich wyborców, ale łatwo sobie można wyobrazić sytuację, w której zmiana koniunktury politycznej wzmocni sygnał radykalnie prorynkowy. A nie zapominajmy, że redaktor Ziemkiewicz co prawda zawsze chętnie zruga KOD, ale gdy trzeba „odda rację” Leszkowi Balcerowiczowi.
Trwa wojna domowa i trwa walka klas. Lewica ma trudniej: musi przekonać do siebie znacznie większą liczbę nieprzekonanych. I niekoniecznie zobaczy polityczną wygraną na własne oczy. Ale cóż to by było za życie, gdyby z założonymi rękoma patrzeć na ten cholerny kapitalizm.
Krzysztof Wołodźko
przez Marcin Malinowski | czwartek 23 marca 2017 | opinie
Od kilku lat głośny jest temat zmian Konstytucji RP z 1997 r. W kilku tekstach zatem przeanalizuję jej artykuły z punktu widzenia zagadnień opisywanych przeze mnie w kwartalniku „Nowy Obywatel”, takich jak konkurencyjność gospodarki, zrównoważony rozwój, ochrona społeczeństwa przed negatywnymi konsekwencjami globalizacji, konieczne zmiany instytucjonalne, ochrona środowiska czy zmniejszanie nierówności społecznych. Dotychczas unikałem kwestii światopoglądowych i zamierzam się tego trzymać.
Konstytucja to temat nie tylko dla prawników. Język prawniczy powinien służyć do sformułowania w postaci aktów prawnych specyficznych celów interesu społecznego, publicznego i narodowego obywateli Polski. Natomiast moje sugestie to tylko skromna i niedoskonała wskazówka, w jakich punktach obecna Konstytucja się nie sprawdziła. Omówione kwestie nie wyczerpią wszystkich ważnych zagadnień, gdyż ograniczam rozważania do tematów, które znam ze swojego życia zawodowego.
Poniższy tekst jest poświęcony Rozdziałowi III Konstytucji (art. 69-74). Artykuły, których nie wspominam, nie wydają mi się kontrowersyjne. Pogrubioną czcionką dopisane są moje sugestie uzupełnienia tej ustawy. Zapewne wiele stwierdzeń powinno zostać przeanalizowanych przez prawników i innych specjalistów w celu możliwie precyzyjnego sformułowania.
Pierwszą część tych rozważań opublikowano tutaj, a drugą tutaj.
Art. 69
1. Osobom niepełnosprawnym władze publiczne udzielają, zgodnie z ustawą, pomocy w zabezpieczaniu egzystencji, przysposobieniu do pracy, komunikacji społecznej oraz ograniczeniu wykluczenia cyfrowego.
2. Władze publiczne ograniczają wykluczenie osób niepełnosprawnych za pomocą odpowiedzialnego i zrównoważonego planowania przestrzennego. Szczegóły określa ustawa.
Sens dodania elementu o wykluczeniu cyfrowym został dobrze opisany w artykule Rafała Gdaka. Waga zasad planowania przestrzennego dla osób niepełnosprawnych nie wymaga objaśnień. Konstytucja powinna nałożyć na państwo obowiązek ich przestrzegania.
Art. 70
1. Każdy ma prawo do nauki. Nauka do 18-go roku życia jest obowiązkowa. Sposób wykonywania obowiązku szkolnego określa ustawa.
2. Nauka w szkołach publicznych jest bezpłatna. Ustawa może dopuścić świadczenie niektórych usług edukacyjnych przez publiczne szkoły wyższe za odpłatnością.
3. Rodzice mają wolność wyboru dla swoich dzieci szkół innych niż publiczne. Obywatele i instytucje mają prawo zakładania szkół podstawowych, ponadpodstawowych i wyższych oraz zakładów wychowawczych. Warunki zakładania i działalności szkół niepublicznych oraz udziału władz publicznych w ich finansowaniu, a także zasady nadzoru pedagogicznego nad szkołami i zakładami wychowawczymi, określa ustawa.
4. Szkoły niepubliczne współfinansowane przez władze publiczne realizują, jako minimum, podstawę programową Ministerstwa Edukacji Narodowej. Szczegóły określa ustawa.
5. Władze publiczne zapewniają obywatelom powszechny i równy dostęp do wykształcenia. W tym celu tworzą i wspierają systemy indywidualnej pomocy finansowej i organizacyjnej dla uczniów i studentów, zapewniając równość w dostępie do edukacji od przedszkola po uniwersytety, poświęcając szczególną uwagę kwestii równego dostępu do edukacji dzieci i młodzieży z biednych rodzin. Warunki udzielania pomocy oraz konieczność corocznego raportowania o równości w dostępie do edukacji określa ustawa.
6. Władze publiczne zapewniają spójność strategii edukacyjnej ze strategią zrównoważonego i odpowiedzialnego rozwoju, w tym rozwoju polskiej gospodarki, przemysłu, badań naukowych oraz potrzeb społecznych.
7. Podstawa programowa przygotowuje dzieci i młodzież do życia w szybko zmieniającym się i globalizującym świecie, zwracając szczególną uwagę na polski kontekst i główne wyzwania globalizacji, takie jak zmiany technologiczne, ochrona przyrody i zmiany klimatyczne.
8. Zapewnia się autonomię szkół wyższych na zasadach określonych w ustawie.
Nie jest to temat, w którym mam całościowe kompetencje, natomiast orientuję w kilku jego aspektach. Ponieważ jest on fundamentalny dla przyszłości Polski i dobrobytu zwłaszcza biedniejszej części obywateli, pozwolę sobie na kilka komentarzy.
Co do art. 2 o bezpłatności oświaty publicznej, to jest to jeden z filarów egalitarnego społeczeństwa. Natomiast budzi sprzeciw darmowe, czyli finansowane z podatków pacjentów, kształcenie np. lekarzy, którzy całą karierę, bardzo dobrze płatną, prowadzą następnie za granicą. Są prawa, są i obowiązki. Oczywiście doświadczenie zagraniczne jest ważne, jednak np. lekarz wykształcony w Polsce i pracujący całe życie w Londynie, powinien spłacić koszt studiów po cenach komercyjnych. Podobnie np. z inżynierami czy innymi zawodami, których rynki pracy się zglobalizowały, a których koszt wykształcenia jest wysoki.
Ważne byłoby uściślenie, że strategia edukacji ma być zintegrowana z rozwojem ekonomicznym Polski, aby uczelnie nie produkowały absolwentów sobie a muzom, jak to często ma miejsce. Dodatkowo można by też pomyśleć o podkreśleniu wagi kwestii społecznych i kulturowych.
Punkt siódmy powinien nakładać na władze publiczne obowiązek tworzenia takich programów edukacyjnych, które będą dzieciom i młodzieży objaśniały zmieniający i globalizujący się świat i jego zawiłości.
Art. 71
1. Państwo w swojej polityce społecznej i gospodarczej uwzględnia dobro rodziny. Rodziny znajdujące się w trudnej sytuacji materialnej i społecznej, zwłaszcza wielodzietne i niepełne, mają prawo do szczególnej pomocy ze strony władz publicznych.
2. Państwo w swojej polityce społecznej, rodzinnej, zrównoważonego i odpowiedzialnego rozwoju w sposób szczególny wspiera zrównoważoną demografię. Rząd co dwa lata raportuje przed sejmem sytuację demograficzną Polski i wdrażania strategii demograficznej.
3. Matka przed i po urodzeniu dziecka ma prawo do szczególnej pomocy władz publicznych, której zakres określa ustawa.
Widać gołym okiem, że program 500+ jest w duchu paragrafu 1. Powinno się dodać paragraf o wspieraniu demografii, której obecna kondycja zagraża zrównoważonemu rozwojowi Polski, w tym systemowi emerytalnemu.
Art. 71 powinien być bacznie analizowany także z punktu widzenia rozważań na temat skrócenia tygodnia pracy, wprowadzenia minimalnego dochodu gwarantowanego czy przyszłego opodatkowania pracy robotów, wypychających powoli ludzi z rynku pracy.
Art. 74
1. Władze publiczne prowadzą politykę zapewniającą bezpieczeństwo ekologiczne współczesnemu i przyszłym pokoleniom.
2. Bezpieczeństwo ekologiczne jest rozumiane jako ochrona bioróżnorodności i zdolności ekosystemów do zapewniania polskiemu społeczeństwu wysokiej jakości usług ekologicznych, w tym czystej wody pitnej i powietrza.
3. Ustawa o zagospodarowaniu przestrzennym bierze pod uwagę zasady bezpieczeństwa ekologicznego, konieczność ochrony bioróżnorodności i naturalnych szlaków migracyjnych zwierząt.
4. Zasoby naturalne będące własnością państwa, które są kluczowe dla bezpieczeństwa ekologicznego, jak lasy, rzeki, jeziora, wody gruntowe, ziemia rolna, nie podlegają przekształceniom własnościowym.
5. Zasoby naturalne kluczowe dla bezpieczeństwa ekologicznego nie będące własnością państwa, są regulowane i chronione w duchu interesu społecznego, publicznego i narodowego. Ustawa zapewnia rozproszoną i egalitarną własność niepaństwowych zasobów naturalnych, reguluje ich obrót, uniemożliwia spekulację nimi oraz nadmierną koncentrację własności nieuzasadnioną interesem publicznym i społecznym.
6. Spory sądowe o własność i prawo do używania zasobów naturalnych w Polsce podlegają wyłącznie polskim sądom.
7. Władze publiczne są zobowiązane do wdrażania całościowej i długoterminowej strategii, mającej na celu ciągłą poprawę jakości ekosystemów i ich zdolności do dostarczania polskiemu społeczeństwu wysokiej jakości usług. Szczegóły reguluje ustawa.
8. Ochrona środowiska i bioróżnorodności jest obowiązkiem władz publicznych.
9. Każdy ma prawo do informacji o stanie i ochronie środowiska.
10. Władze publiczne wspierają działania obywateli na rzecz ochrony i poprawy stanu środowiska, zapewniając sprawiedliwy i równy dostęp do ochrony przyrody różnych polskich organizacji społecznych.
11. Obszary o zaostrzonej ochronie przyrody są osobami prawnymi. Sejm wybiera na Rzecznika Przyrody prawnika wyspecjalizowanego w prawie ochrony środowiska, który ma prawo reprezentować przyrodę przed sądem. Szczegóły, w tym odpowiednie finansowanie biura Rzecznika Przyrody, określa ustawa o zapewnieniu bezpieczeństwa ekologicznego, zachowaniu bioróżnorodności i sprawnych ekosystemów oraz zrównoważonym i odpowiedzialnym rozwoju.
To bardzo ważny artykuł z punktu widzenia prawa następnych pokoleń Polaków do czystego środowiska, swobodnego dostępu do niego oraz zdrowych usług ekosystemów, jak woda pitna, dobra ziemia rolna. Więcej na ten temat pisałem w dwóch artykułach na łamach „Nowego Obywatela” (dostępne są tutaj oraz tutaj).
W punkcie drugim tego artykułu należy dokładnie zdefiniować, co Konstytucja rozumie jako bezpieczeństwo ekologiczne.
Punkt trzeci narzuca ustawie o planowaniu przestrzennym obowiązek brania pod uwagę zasady bezpieczeństwa ekologicznego. Z tego punktu powinno wynikać, że np. planując budowę czy remont drogi należy uwzględnić przejścia dla migrujących zwierząt, a planując zabudowę terenu – brać pod uwagę siedliska zwierząt.
Punkt czwarty chroni zasoby naturalne przed prywatyzacją czy presją na ich prywatyzację w przypadku kryzysu finansowego państwa, czyli pozbawienia społeczeństwa możliwości taniego korzystania z natury i jej usług, jak woda pitna czy czyste powietrze. Dokument Komisji Europejskiej na temat obszarów Natura 2000 szacuje, że roczny koszt tworzenia, ochrony i zarządzania obszarami Natura 2000 wynosi w całej Unii Europejskiej około 5,8 miliardów euro, natomiast zyski, w tym jakość usług ekosystemów, to około 200-300 miliardów euro rocznie, generowane np. przez zmniejszanie szkód powodziowych. Ochrona przyrody po prostu opłaca się, podobnie jak czyste powietrze w miastach.
Punkt piąty nakłada na niepaństwowych właścicieli ziemi rolnej, lasów czy jezior obowiązek zapewnienia minimalnych norm ochrony przyrody oraz chroni Polaków przed nadmierną koncentracją zasobów naturalnych w prywatnych rękach. Jest to bardzo ważne, gdyż wiele funduszy inwestycyjnych, np. z Chin czy krajów arabskich, masowo wykupuje tereny i zasoby. Konstytucja powinna to uniemożliwić w interesie społecznym i narodowym.
Punkt szósty powinien uniemożliwić sejmowi i rządowi traktatową zgodę na międzynarodowy arbitraż w kwestii zasobów naturalnych. Jeśli istniejące umowy o ochronie inwestycji to blokują, odpowiednie zapisy powinny zostać zmienione.
Punkt siódmy nakazywałby władzom publicznym ciągłą pracę nad poprawą bezpieczeństwa ekologicznego. Skutkiem powinno być dążenie do zwiększania ilości i wielkości terenów chronionych, na przykład jako obszary ochrony siedliskowej/gatunkowej (Habitat/Species Management Area, jak Natura 2000) czy ścisły rezerwat przyrody (Strict Nature Reserve).
Punkt dziesiąty może ukrócić dominację myśliwych.
W punkcie jedenastym puszczam wodze fantazji i postuluję, aby obszarom chronionym nadać osobowość prawną oraz stworzyć instytucję Rzecznika Przyrody z prawem do reprezentowania natury przed sądem.
Powinien także powstać nowy artykuł Konstytucji, wykładający stosunek wobec zmian klimatycznych. Nie zaryzykuję zaproponowania jego treści. Winien jednak jasno określić definicję problemu, zagrożenia dla Polaków, kontekst polskiej specyfiki węglowej oraz określić stosunek wobec praw przyszłych pokoleń i odległych krajów bezpośrednio zagrożonych zmianami klimatycznymi.
Kolejnym nowym artykułem powinien być zapis o prawach zwierząt. Bestialstwo hodowli przemysłowej nie zna granic. Coraz lepiej rozumiemy znaczenie niektórych gatunków na górze łańcuchów pokarmowych, jak wilki, w kontekście zdolności do przetrwania w dobrej kondycji i oferowania usług ekosystemowych. Głównym zagrożeniem dla zwierząt jest nieetyczne zadawanie im zbędnego bólu. Niestety nie istnieje u nas żaden zapis konstytucyjny, który odnosiłby się do ochrony zwierząt. Cywilizowany świat powoli to zmienia. Już w 1992 r. Szwajcaria wprowadziła do swojej konstytucji zmiany, zgodnie z którymi zwierzęta są traktowane jako istoty żywe, a nie rzeczy. W 1999 r. Nowa Zelandia zapewniła podstawowe prawa pięciu gatunkom małp. Zakazano wykorzystywania ich w ramach doświadczeń i badań. Zostało to uznane za największy sukces w historii walki o prawa zwierząt. W 2002 r. Niemcy jako pierwszy kraj w Unii Europejskiej wprowadziły do konstytucji poprawki gwarantujące zwierzętom większe prawa. Niestety taki artykuł naruszy interesy lobby hodowców, sieci handlowych i myśliwych, więc jego wprowadzenie nie będzie łatwe. Taki artykuł mógłby wyglądać następująco:
Art. Xx
1. Władza publiczna chroni zwierzęta przed bólem i cierpieniem, zabrania niehumanitarnych metod hodowli zwierząt oraz obrotu mięsem z takiej produkcji.
2. Państwo szczególnie chroni w Polsce zwierzęta istotne dla bioróżnorodności i zdrowia ekosystemów oraz promuje ich międzynarodową ochronę.
3. Rzecznik Przyrody ma prawo do reprezentowania zwierząt przed sądami, do oceny aktów prawnych względem ich zgodności z art. 74 i art. Xx oraz przesyłania ich do oceny Trybunału Konstytucyjnego.
przez Jan Przybylski | czwartek 16 marca 2017 | opinie
Niemal półtora roku, jakie minęło od powołania rządu Beaty Szydło, to czas, po upłynięciu którego ekipę można zacząć oceniać za pracę na własny rachunek, z uwzględnieniem zastanego stanu rzeczy, jednak bez interpretowania całego bieżącego stanu spraw w jego kontekście. Dotyczy to również obronności, o którą lepsza dbałość była jednym z istotnych akcentów propozycji wyborczej PiS. Na pewno udało się zaznaczyć obecność tych spraw w świadomości publicznej – można jednak żałować, że często w związku z kwestiami dość odległymi od merytoryki.
Przegląd wypada rozpocząć od sztandarowego projektu bieżącej ekipy, stanowiącego najbardziej radykalne i w praktyce jedyne naprawdę znaczące odejście od wcześniej prowadzonej polityki zbrojeniowej, czyli od Wojsk Obrony Terytorialnej. Ich znaczenie w ostatnich dniach podkreślono powołaniem specjalnego wiceministra odpowiedzialnego przede wszystkim za ten zakres. Zamierzenia na bieżący rok obejmują powołanie kolejnych trzech wojewódzkich brygad OT, które dołączą do trzech utworzonych w ubiegłym roku. Powołanie dowództw wojewódzkich stanowi wstęp do formowania rzeczywistych jednostek bojowych – podstawowym szczeblem taktycznym WOT będą powiatowe kompanie. Zabezpieczenie potrzeb tworzonych oddziałów, które mają zwiększyć do 2019 r. liczebność armii o połowę, wiąże się z koniecznością dokonania dość sporych zakupów. Takowe są czynione. Dla OT będzie przeznaczona część z ponad 86000 zamówionych w ciągu minionego roku karabinków automatycznych Beryl (które mają uzupełnić najnowsze MSBSy i broń wyborowa) i 1700 pocisków rakietowych bardzo krótkiego zasięgu Piorun. Zamówiono również umundurowanie, środki łączności oraz obserwacji i lekkie moździerze, a przewiduje się zakup środków przeciwpancernych, bezpilotowych statków powietrznych i pojazdów transportowych.
Energia, z jaką formowany jest nowy rodzaj wojsk, nie eliminuje jednak żadnej z wątpliwości wiążących się z nimi od samego początku. Obok nieuniknionej konkurencji o środki budżetowe z wojskami regularnymi, najważniejszą jest realna skuteczność lekkiej piechoty – mającej dysponować tylko symboliczną liczbą pojazdów opancerzonych – w potencjalnej konfrontacji z armią rosyjską. Ta ostatnia, dzięki poważnym inwestycjom epoki Putina, nabrała bardzo zrównoważonego charakteru, co uczyniło z niej groźnego przeciwnika, pozbawionego większości wcześniejszych słabości. Odznacza się ona bowiem jednocześnie dużą liczebnością i siłą ognia na każdym szczeblu, w znacznej mierze dzięki przemyślanym modernizacjom potężnych zasobów uzbrojenia postsowieckiego, uzupełnianego przez nowsze wzory, do których dołączyło nowoczesne wyposażenie w zakresach rozpoznania, dowodzenia, łączności i walki elektronicznej oraz poprawa jakości czynnika ludzkiego. Ten ostatni element jest efektem z jednej strony profesjonalizacji, wspomaganej radykalnym wzrostem płac kadry, a z drugiej – zmiany charakteru poboru przez uszczelnienie systemu, zapewnienie wyraźnie lepszych warunków bytowych i znaczące ograniczenie patologicznych zjawisk, takich jak niesławna „fala”. Dzięki temu armia rosyjska pozyskuje najlepszych poborowych, zamiast, jak to bywało wcześniej, najgorszych. Wszystko to każe sceptycznie podchodzić do możliwości, jakie w ewentualnym starciu z Rosją mają nasze ubogo wyposażone, szkolone w ograniczonym wymiarze czasowym jednostki, które być może byłyby realną pomocą w walce z przeciwnikiem słabo zorganizowanym, o przestarzałym wyposażeniu i niskim morale.
Modernizacja techniczna wojska ma być realizowana w oparciu o zaktualizowany plan opracowany jeszcze przez ekipę ministra Siemioniaka. Tu postawiono zdecydowanie na kontynuację. Niestety nie tylko zamierzeń, ale i postępującego odwlekania ich realizacji, rozmywającej się w negocjacjach, dialogach i anulowaniu poszczególnych zadań tylko po to, aby powróciły niedługo w bardzo podobnej formie, opóźnionej jednak o kilka lat. Jest to co prawda nieuchronne w sytuacji zmniejszenia planowanych do 2022 r. wydatków o niemal 25 proc., w celu przykrojenia ich do realnych możliwości budżetowych.
Bezwzględnie najważniejszym programem pozostaje nieodmiennie modernizacja systemu obrony przeciwlotniczej kraju. W tym przypadku trudno mówić o optymizmie. Dotychczasowe środki walki, jeżeli nie zostały jeszcze wycofane, są – poza bronią o zakresie bardzo krótkim – przestarzałe wyraźnie (zestawy Osa) lub niemal absurdalnie (pozostałe). Tymczasem w kwestii systemów przeciwlotniczych średniego zasięgu i przeciwrakietowych, MON pozostaje, mimo ogłaszanych przełomów i rozstrzygnięć, na etapie rozmów z dwoma podmiotami, tj. teoretycznie preferowanym Raytheonem, oferującym wersję rozwojową systemów Patriot, i konsorcjum MEADS. Oczywiste jest, że dostawy pierwszych systemów, nawet w konfiguracji odbiegającej od docelowej, nie nastąpią, jak planowano i ogłaszano jeszcze niedawno, w roku 2018. W sytuacji trudności w spełnieniu (samych w sobie jak najbardziej słusznych, ale niemożliwych do zrealizowania z powodu wzorów „z półki” wymagań MON), a także chęci pozyskania perspektywicznych, jednak dopiero dopracowywanych nowości, takich jak system dowodzenia IBCS, otwarte pozostaje pytanie, jak duże będzie faktyczne opóźnienie (ostrożne szacunki mówią o 2019 r.) i jaka będzie dojrzałość otrzymanego rozwiązania, jego interoperacyjność i podatność na przyszłe modernizacje. Co gorsza, nie podejmuje się zdecydowanych działań w celu modernizacji zakresu zasięgu bliskiego. W przypadku teoretycznie nieobciążonego aż tak wygórowanymi wymaganiami programu „Narew” pierwotnie zakładano dostawę do 2022 r. dziewięciu spośród zakładanych jedenastu baterii, tymczasem według obecnych zamierzeń mają one ruszyć dopiero w 2021 r.
Modernizacja lotnictwa, wychodząca poza realizowane obecnie programy, odnośnie do których decyzje podjęto wcześniej (samoloty szkolenia zaawansowanego „Bielki”, zakupy uzbrojenia, takiego jak pociski JASSM/JASSM-ER, AMRAAM i Sidewineer czy bomby), stanowi przykład gonitwy koncepcji trudnej do ogarnięcia dla obserwatora. Teoretycznie sytuacja jest jasna: siły powietrzne dysponują trzema eskadrami F-16, dwiema MiGów-29 i jedną Su-22, a Plan Modernizacji Technicznej nie przewiduje żadnych zakupów do 2022 r., i takie też stanowisko prezentował MON jeszcze niedawno. Poprzednia ekipa ogłosiła, że w latach 20. zamierza zakupić 64 wielozadaniowe samoloty bojowe V generacji. Z uwagi na odległość w czasie trudno było te zamierzenia traktować jako coś więcej niż niezobowiązującą deklarację. Tymczasem, najprawdopodobniej w związku z opóźnieniami programów zakupów systemów OPL i śmigłowców wielozadaniowych, na początku stycznia pojawiła się potwierdzona przez wiceministra Kownackiego informacja o rozważaniach dotyczących rychłego zakupu aż 96 używanych F-16 (najpewniej A/B). Ewentualnie o zastosowaniu innego rozwiązania, które umożliwiłoby wycofanie przestarzałych i problematycznych w eksploatacji MiGów i Su oraz być może zwiększenie stanu liczebnego Sił Powietrznych. Kolejne dwa miesiące nie przyniosły wyjaśnienia sytuacji, można zatem napisać tyle, że nabycie celem modernizacji samolotów wyprodukowanych we wczesnych latach 80. byłoby ciekawym, godnym rozważenia pomysłem, ale przed 15 laty, jako przedsięwzięcie równolegle do zakupu nowych F-16. Obecnie mija się to z celem – stare maszyny są kosztowne w eksploatacji, a racjonalna ekonomicznie modernizacja nie pozwoli przekształcić ich w środek walki zdolny do konfrontacji z Rosją. Ona bowiem wprowadziła do uzbrojenia nowe modele maszyn, co prawda wywodzące się z Su-27 z przełomu lat 70./80. ubiegłego wieku, ale bardzo poważnie zmodernizowane, a także, co gorsza, poczyniła znaczne postępy w dziedzinie walki radioelektronicznej. Według nieoficjalnych informacji, uzbrojenie tureckiego lotnictwa było nieskuteczne wobec Su-34 i 35, a przedstawiciele jednostek zajmujących się tą dziedziną zgłaszają bardzo niepokojący przyrost obserwowanych możliwości Rosjan w tym zakresie. W tej sytuacji, jeżeli SP miałyby szukać sukcesorów MiGów i Su do pozyskania w nadchodzących latach, najskromniejszym akceptowalnym rozwiązaniem wydaje się być zakup F-16 w najnowszym wariancie, określanym jako V, przy czym z uwagi na prawdopodobne wygaszenie produkcji w ciągu najbliższego roku, góra kilku lat, decyzję należałoby podjąć szybko. Ewentualnie można dokonać modernizacji do tego standardu posiadanych samolotów i zamontowanie pochodzącego z nich wyposażenia w nabytych samolotach używanych, ale będących w rozsądnym stanie technicznym, tj. należących do wersji C/D, wyprodukowanych już w latach 90.
W odniesieniu do słynnego zakupu programu śmigłowców wielozadaniowych, sytuacja wydaje się (znów trudno nadążyć za deklaracjami i pomysłami, w szczególności samego szefa MON) wyglądać tak, że realizacja nastąpi później, w okrojonej formie, z rozbiciem na kilka platform. Co prawda może to umożliwić lepsze dostosowanie do potrzeb poszczególnych użytkowników, ale trudno będzie mówić o jakichkolwiek zyskach gospodarczych czy choćby usprawnieniu serwisowania, które w przypadku zakładów w Świdniku wygląda źle. Resort wyraża wolę kontynuowania programu zakupu śmigłowców szturmowych. Wygląda na to, że nie porwano się na przemyślenie ich użyteczności w możliwej do nabycia liczbie, jak i całych wojsk aeromobilnych w sytuacji siły wielowarstwowej obrony przeciwlotniczej armii rosyjskiej. Opóźnia się wprowadzenie do uzbrojenia bezpilotowych statków powietrznych mających możliwości większe od czysto taktycznych. Mowa jest obecnie o dostawach dopiero od roku 2020. W 2016 r. nie zostały nawet uruchomione postępowania w tym zakresie.
Wojska lądowe były dotychczas, dzięki procesom modernizacyjnym prowadzonym od początku XXI wieku, najlepiej, obok lotnictwa, prezentującą się częścią Wojska Polskiego. Upływ czasu ujawnia jednak kolejne wymogi, z których jedne są przynajmniej w pewnym stopniu spełniane, drugie zaś nie. Na pierwszej szali należy położyć modernizację artylerii lufowej, dzięki rozpoczętym lub bliskim rozpoczęcia zakupom armatohaubic Krab, wreszcie na spełniającym wymogi wojska podwoziu, i moździerzy samobieżnych Rak wraz z towarzyszącymi systemami, nawet jeżeli trzeba będzie poczekać jeszcze na ich pełną kompletację czy nowoczesną amunicję. Wdrożono także zakupione od Niemiec czołgi Leopard 2A5 i zainicjowano modernizację dotychczas posiadanych pojazdów w wersji 2A4 (na jej palącą konieczność wskazują tureckie doświadczenia z użyciem tych wozów w Syrii).
Na drugiej jednak szali musi znaleźć się modernizacja parku pojazdów bojowych piechoty, a tu nie jest dobrze. Opóźniają się nawet dostawy wozów Rosomak w wersji z wieżą bezzałogową w końcu zintegrowaną z przeciwpancernymi pociskami kierowanymi Spike (dotychczas Rosomaki nie mają praktycznie żadnych zdolności samodzielnej walki z czołgami). Co gorsza, jedynym bojowym wozem piechoty o trakcji gąsienicowej pozostaje zupełnie już przestarzały BWP-1, a realność opracowania jego pełnowartościowego następcy w programie „Borsuk” (zakładane dostawy od 2021 r.) jest niewiadomą. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja z typowanym na następcę czołgów PT-91 i T-72 pojazdem, który ma stać się owocem programu Gepard. Wcześniejsze, skrojone pod przemysł wymagania zakładały opracowanie dość lekkiego wozu, zunifikowanego z cięższą wersją platformy bojowego wozu piechoty. Tymczasem prezentacja przez Rosję przedseryjnych egzemplarzy nowego czołgu T-14 Armata przydała jeszcze większej wagi wątpliwościom odnośnie do sensu budowy wozu lekkiego. Wymagania są w trybie tajnym przeformułowywane, ale wydaje się, że nabycie pojazdu będącego czymś innym, niż pełnowartościowym czołgiem, będzie trudne do uzasadnienia. Tymczasem opracowanie takowego wydaje się być zadaniem zdecydowanie przekraczającym samodzielne możliwości polskiego przemysłu, w szczególności do roku 2022, kiedy miałyby rozpocząć się dostawy. Modernizacja zagranicznej broni pancernej (w tym i rosyjskiej) przez wprowadzanie systemów aktywnej ochrony pojazdów nakazuje też zastanowić się nad przyszłą bronią przeciwpancerną – pocisk Spike, acz zadowalający na dziś, przestaje być bronią perspektywiczną. Oczywiście nie mniej ważne niż środki „twarde” jest wspomaganie działania jednostek przez informatyczne systemy zarządzania walką różnych szczebli. Tu system batalionowy zanotuje co najmniej roczne opóźnienie wobec planów.
Na biegunie przeciwległym do Wojsk Lądowych i Sił Powietrznych znajduje się Marynarka Wojenna, której najwartościowszymi jednostkami pozostają lądowe wyrzutnie rakiet przeciwokrętowych. Fregaty, pojedyncza korweta i okręty podwodne starzeją się coraz bardziej – wśród tych ostatnich średnia wieku dochodzi do 50 lat – a następców nie widać. Opóźnia się nawet oddanie do służby pomnika nieudanego przedsięwzięcia modernizacyjnego, zdegradowanej do roli patrolowca niedoszłej korwety „Ślązak” (wcześniej „Gawron”), która w postaci z okrojonym uzbrojeniem i wyposażeniem miała zostać przekazana MW w zeszłym roku. Niestety, nie doszło do tego z uwagi na problemy z wykonaniem niezbędnych prac. Według obecnych planów wcielenie jednostki ma nastąpić w 2018 r., czyli 17 lat po rozpoczęciu prac. Problemy wystąpiły również podczas finalnej fazy działań konstrukcyjnych przy prototypowym niszczycielu min projektu „Kormoran II”, tu jednak opóźnienie ma wynieść „zaledwie” pół roku.
W przypadku planowanych następców eksploatowanych okrętów wojennych sytuacja nie wygląda dobrze. Postępowanie dotyczące tzw. okrętów obrony wybrzeża „Miecznik” (w praktyce po zmianie wymagań dużych korwet/małych fregat) oraz okrętów patrolowych z funkcją zwalczania min „Czapla” zostało w związku ze zmianami własnościowymi w przemyśle stoczniowym anulowane i ma zostać wznowione w bieżącym roku. Obecny harmonogram zakłada oddanie do służby jednostek pierwszego typu w latach 2022–24, drugiego – w latach 2024–2026. Opóźnienie wobec pierwotnych planów, sformułowanych w 2013 r., wynosi już 5 lat. Nie rozstrzygnięto również postępowania w sprawie budowy okrętów podwodnych, które obecnie mają zacząć wchodzić do służby najwcześniej w roku 2024 (z opóźnieniem wynoszącym 4 lata). Fatalna sytuacja sprzętowa MW skłania do formułowania koncepcji tymczasowego przejęcia używanych jednostek nieco mniej wiekowych i/lub nowocześniejszych, niż posiadane, np. wycofanych australijskich fregat typu „Adelaide”, należących do tego samego typu, co eksploatowane obecnie w Polsce jednostki pozyskane niegdyś od Stanów Zjednoczonych, jednak głęboko zmodernizowanych. Pomysły te nie wydają się jednak trafiać na podatny grunt w resorcie. Wypada jeszcze wspomnieć o swoistym kuriozum, jakim jest wzbogacenie planu modernizacji MW o budowę serii małych okrętów rakietowych w latach 2027–30. Tymczasem klasa ta na całym świecie zanika z uwagi na niemożliwość zapewnienia skutecznej obrony przeciwlotniczej, małą dzielność morską i brak uniwersalności jednostek. Można mniemać, że chęć budowy takich okrętów wynika z zupełnie mechanicznej chęci zastąpienia jednostek typu „Orkan”.
Deklarowany przez kolejne kierownictwa resortu cel to lokowanie jak największej części zamówień w krajowym przemyśle zbrojeniowym. Zamówienia złożone w 2016 r. są niewątpliwe w jakiejś mierze realizacją tej obietnicy. Sama umowa na zakup modułów ogniowych Regina (których efektorami są haubicoarmaty Krab) ma wartość niemal 4,7 miliarda złotych. Aczkolwiek trzeba będzie odliczyć importowane elementy podwozi koreańskiej konstrukcji, których zastosowanie stało się konieczne w wyniku moralnego i technicznego zestarzenia się nośnika krajowego, w połączeniu z problemami jakościowymi. Dla radomskiej Fabryki Broni zamówienia na łączną kwotę niemal pół miliarda złotych stanowią mannę z nieba. Przy odpowiedniej polityce zarządu może to pozwolić na podjęcie starań w celu stania się światowym graczem, który nie jest zależny wyłącznie od rodzimego wojska. W przypadku innych producentów sytuacja będzie uzależniona od pomyślnego podpisania umów i wywalczenia istotnego udziału w realizacji programów. Podpisywane są wprawdzie, np. przy okazji programu „Wisła”, liczne porozumienia przemysłowe, należy jednak pamiętać, że do czasu rozstrzygnięcie postępowań mają one charakter wyłącznie deklaratywny. Przejęcie przez Polską Grupę Zbrojną dawnej Stoczni Szczecińskiej oraz Stoczni Marynarki Wojennej (formalnie w stanie upadłości i likwidacji) da być może okazję do przeprowadzenia sanacji państwowej części tego sektora – jak wspomniano wcześniej, dotychczas realizacja programów przebiegała źle i nie dawała powodów do optymizmu na przyszłość.
Z drugiej jednak strony, realizacja niektórych istotnych przedsięwzięć wyłącznie krajowymi siłami wygląda na porywanie się z motyką na słońce, szczególnie w sytuacji problemów w realizacji zadań o znacznie mniejszym zakresie, takich jak bezzałogowa wieża do bojowych wozów piechoty. Dotyczy to w szczególności programu, który powinien efektywnie doprowadzić do powstania nowego czołgu. Tu narzucającą się z uwagi na ogrom zadań formą jest współpraca międzynarodowa, a obiecujące deklaracje o ewentualnym dołączeniu do kooperacji niemiecko-francuskiej czy, być może, rozszerzenia współdziałania z potężnym koncernem Rheinmetall, nie wydają się mieć póki co ciągu dalszego. Rozwiał się także w praktyce miraż wyszehradzkiej współpracy przy bojowym wozie piechoty, intencje partnerów okazały się nie do pogodzenia. Nie udało się zrealizować również koncepcji współpracy z Norwegią przy budowie okrętów podwodnych, która miała w zamierzeniach zapewnić znaczne korzyści polskiemu przemysłowi – Norwegowie nie zamierzali czekać do greckich Kalend na naszych decydentów i samodzielnie dokonali zakupu. Do niepowodzeń należy zaliczyć też efekty programu śmigłowcowego – zarzucono jak się wydaje pomysł repolonizacji zakładów produkcyjnych sprzedanych podmiotom zagranicznym, co w praktyce wyklucza konsumpcję przemysłową przyszłej modernizacji lotnictwa.
Na zakończenie przeglądu warto wspomnieć o budzących emocje sprawach kadrowych, zahaczających o politykę. Do dymisji podało się w ostatnim okresie wielu wysokiej rangi oficerów, w tym Dowódca Generalny Rodzajów Sił Zbrojnych generał Mirosław Różański oraz szef Inspektoratu Uzbrojenia generał Adam Duda. Niewątpliwie ma to związek z problematycznymi koncepcjami kierownictwa MON. Jednym z obszarów są wspomniane wyżej kwestie zakupowe, takie jak osławiony przetarg śmigłowcowy, którego wynik anulowało nowe kierownictwo. Drugim jest samo funkcjonowanie wojska. Obok zagadnienia Wojsk Obrony Terytorialnej, spór dotyczy choćby decyzji resortu o przeniesieniu elementów 11. Lubuskiej Dywizji Kawalerii Pancernej do podwarszawskiej Wesołej, kwestionowane z uwagi na zasadność operacyjną. Zaplecze jednostek, kluczowe dla odtwarzania gotowości bojowej jednej z najwartościowszych jednostek, znajdzie się tam w obszarze znacznie intensywniejszego potencjalnego oddziaływania przeciwnika, a nawet może znaleźć się na terenie zaskakującego wtargnięcia. Odchodzenie kluczowych dla wojska osób musi budzić niepokój, nawet jeżeli dotychczasowe ich dokonania budziły kontrowersje (jak w przypadku Inspektoratu Uzbrojenia). Ważne, aby wypełnianie wakatów dokonywało się według klucza kompetencyjnego, a nie politycznego czy też związanego z bezkrytyczną akceptacją wątpliwych nieraz decyzji kierownictwa politycznego.
Jan Przybylski
przez Cezary Miżejewski | poniedziałek 13 marca 2017 | opinie
Można popaść w depresję podczas lektury wywiadu z Pawłem Załęskim („Nie potrzebujemy społeczeństwa obywatelskiego”) o roli sektora obywatelskiego w polityce, zwłaszcza w kontekście obecnej polityki rządu. Autorowi nie da się odmówić wielu trafnych spostrzeżeń. Istnieją jednak również pozytywne narracje, niekoniecznie oskarżające sektor pozarządowy o demontaż i prywatyzację państwa, a pokazujące jego duże możliwości w zakresie nowej wizji partnerstwa publiczno-społecznego, tworzącego nowy model społeczny.
NGO, czyli kto?
Oczywiście należy zacząć od zdefiniowania obszaru, o którym mówimy. Autor dokonuje zabiegu podziału organizacji obywatelskich na polityczne i niepolityczne. Ten drugi nurt nazywa dla rozróżnienia NGO-sami. Problem jednak w tym, że masowe ruchy polityczne, jak i związki zawodowe, organizacje pozarządowe, czyli fundacje i stowarzyszenia, to różne wersje tej samej aktywności obywatelskiej. I jakkolwiek byśmy na to nie patrzyli, to wszystkie one składają się na to, co czasem niesłusznie nazywa się „społeczeństwem obywatelskim”. Trudno zatem dowieść, że wpływ organizacji społecznych na zmiany polityczne był minimalny. Rola ruchu związkowego, komitetów obywatelskich „Solidarności” w okresie 1989-1990, rola Społecznego Komitetu na Rzecz Referendum w 1992 czy w obecnych czasach rola Rodziny Radia Maryja lub ruchów miejskich – jest tego klasycznym przykładem. Warto przypomnieć, że – zgodnie z danymi GUS – mamy ponad 160 tys. organizacji, z czego blisko 60 tys. to nierejestrowe organizacje przyparafialne, zaś klasycznych stowarzyszeń nie zajmujących się sportem, pożarnictwem, łowiectwem itd., jest zaledwie 35,5 tys. Dlatego też zabieg autora jest zafałszowaniem całej rzeczywistości, ujmując jego najbardziej medialny kawałek jako całą rzeczywistość. Oczywiście w porównaniu z większością krajów europejskich jesteśmy krajem o najniższym poziomie zrzeszania się obywateli, co jest po trosze smutnym dziedzictwem poprzedniego systemu.
Prawdą natomiast jest, że wśród tej wyróżnianej odrębnie grupy NGO apolityczność została wpisana jako podstawowa zasada tej grupy. Apolityczność ta jest oczywiście sztuczna, bowiem w istocie wpisywała się w funkcjonujący model demoliberalny, co zaowocowało dość wyraźną postawą w sporze politycznym, sprzyjającą bardziej linii reprezentowanej przez UD-UW-PD-PO niż jakiejkolwiek innej. Warto zwrócić uwagę, że z modernistycznych formacji ostatniego ćwierćwiecza tylko środowisko ludowców dbało w miarę dobrze o Ochotnicze Straże Pożarne (ok. 15 tys.), Ludowe Zrzeszenia Sportowe (ok. 8 tys.) czy Koła Gospodyń Wiejskich (ok. 1,2 tys.). Imputowanie natomiast przez autora, że stanowi to proces uwłaszczenia komunistycznej nomenklatury, jest jednak nieporozumieniem wynikającym z nieznajomości tych podmiotów. Działa tu wiele autentycznych, a często jedynych na obszarach wsi organizacji, które aktywizują nie tylko dorosłych, ale i wielu przedstawicieli młodzieży. Inaczej jest w przypadku organizacji, które można by przypisać do szeroko rozumianej lewicy. Pierwsze próby samoorganizacji, podejmowane w początkach lat 90. przez PPS, a potem Unię Pracy, m.in. organizacje lokatorskie czy bezrobotnych, rozpadły się, zaś SLD programowo nie uważało i nie uważa organizacji za partnera czy podstawę działań, sądząc, że „państwo załatwi wszystko”. Po drugiej stronie, oprócz potężnego Caritasu i wspomnianych ruchów parafialnych, zaczął się również formować blok organizacji „Konfederacja Inicjatyw Pozarządowych Rzeczypospolitej”, który dwukrotnie zabrał już publicznie głos, w tym dość sensownie w sprawie ustawy o Narodowym Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego. Ideolodzy trzeciego sektora do dzisiaj poszukują świętego Graala, jakim jest wspólna reprezentacja organizacji obywatelskich, oraz wspólnego mianownika w kontrze do władzy publicznej. Niestety – a może raczej stety – trudno znaleźć wspólny mianownik dla organizacji myśliwych oraz organizacji przeciwników polowań. Podobnie z interesami PZPN i Uczniowskich Klubów Sportowych. Dlatego też patrzenie na obszar organizacji obywatelskich jako spójną całość pod względem politycznym jest dość trudne. Można natomiast patrzeć na ten obszar poprzez jego zachowania i funkcje, jakie pełni.
Pomiędzy publicznym a prywatnym
Dużo poważniejszym zarzutem stawianym przez Załęskiego jest natomiast teza o hybrydowym charakterze organizacji obywatelskich. Czyli, w uproszczeniu, o komercyjnym funkcjonowaniu za publiczne pieniądze. Co, z jednej strony, powoduje niedookreśloność działań, a z drugiej – demontaż funkcji państwa. To poważny zarzut i pewnie, w pierwszej z tych kwestii, niepozbawiony sensu. Jednak warto zwrócić uwagę na fakt, iż sytuacja ta wynika nie tylko z poczynań i światopoglądu ideologów trzeciego sektora, ale także z polityki państwa.
Ideolodzy sektora, wychowani na amerykańskich wzorcach, tak długo pielęgnowali kwestię odrębności od państwa (łącznie z adaptacją amerykańskiej nazwy organizacji pozarządowej: NGO), że wpadli we własną pułapkę. Polska nie jest krajem filantropii i filantropów, w którym możliwa jest autonomia finansowa organizacji. Biznes ma te działania w głębokim poważaniu i, zamiast wspierać istniejące organizacje, stworzył własne fundacje, które wspiera środkami publicznymi z 1% podatku PIT. Tym samym koncept na finansową i, co za tym idzie, pozarządową autonomię – spalił na panewce. Dziś zaledwie ok. 12% przychodów stowarzyszeń i fundacji pochodzi z darowizn i innych przekazanych środków finansowych, zaś ze zbiórek publicznych jest to 1%, a ze składek – 4% (GUS, „Sektor non-profit w 2014 r.”, 2016). Źródła publiczne to blisko połowa przychodów (46%). Ta sytuacja spowodowała wejście w działalność gospodarczą czy ekonomiczną w ramach działalności odpłatnej pożytku publicznego. Niektórzy niestety zatracili proporcje. I czasem nie wiem, czy takie organizacje takie jak np. Forum Rozwoju Demokracji Lokalnej – przy całym szacunku dla ich działań i rzetelności – są już biznesem, czy też nadal organizacją obywatelską. Zwracam uwagę, że np. we Włoszech organizacje nie mogą prowadzić działalności ekonomicznej, ale za to wolontariat finansowany jest przez fundację bankową – nie dobrowolnie, lecz na mocy zobowiązań nałożonych przez państwo. Zaś działalność gospodarczą prowadzą wyodrębnione spółdzielnie socjalne.
Unikanie państwa, wręcz niechęć lub zniechęcenie do brania współodpowiedzialności, z jednoczesnym korzystaniem ze środków publicznych, sprowadziło organizacje do roli podwykonawcy dla władz publicznych. Można im narzucić zarówno tematy, jak i kierunki działań, zmuszając organizacje do działania reaktywnego zarówno w zakresie merytorycznym, jak i warunków finansowych. System finansowania organizacji w Polsce, czyli ustawa o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie, jest młodszym dzieckiem zamówień publicznych, dlatego wysublimowany system konkursów, preferujący źle pojętą „konkurencyjność”, zmusza do konkurowania również na poziomie zaniżonych stawek. To pokłosie syndromu „najniższej ceny” doprowadziło wiele przedsięwzięć na skraj absurdu, dokładając dodatkowo tzw. wkład własny, czyli zaniżone koszty wykonania zadania trzeba uzupełnić dodatkowo o 10-15% wkładu własnego ze składek czy innych źródeł. Największe szkody wprowadziło – silne w kulturze organizacyjnej – pojęcie „wspierania organizacji pozarządowych”, w które uwierzyły też same organizacje. Czyli realizacja zleconych zadań publicznych jest wspieraniem organizacji. Ale już zakup tej samej usługi od przedsiębiorcy jest po prostu zakupem od przedsiębiorcy. Organizacji robi się przysługę, w przypadku przedsiębiorcy kupuje się niezbędny produkt. Wspieranie dodatkowo zepchnięto do getta, ograniczając środki w budżecie przeciętnie do 1% wydatków jednostek samorządu terytorialnego. W przypadku kupowania usług u prywatnych przedsiębiorców nie ma natomiast żadnych limitów. Można zlecić co i ile się chce. Dopiero w 2017 roku wszedł w życie plan zamówień publicznych, który, jak warto zwrócić uwagę, nie obejmuje zakupów poniżej 126 tys. zł. Ta nierówność powoduje, że prawdziwy zakres zadań zlecanych przedsiębiorcom wielokrotnie przekracza to, co przeznacza się dla organizacji.
Usługi społeczne jako partnerstwo publiczno-społeczne
Jedną z tez Załęskiego jest próba obalenia mitu, że organizacje pozarządowe zajmują się pomocą biednym i potrzebującym wsparcia. Tymczasem – jak twierdzi – badania wskazują, że dotyczy to niewielkiego odsetka trzeciego sektora. Rzeczywistość jednak jest inna. Według GUS („Działalność organizacji non-profit w 2013 r.: Zarządzanie, współpraca i świadczenie usług społecznych”, 2016), sektor obywatelski obejmuje 95% sportu i rekreacji, 75% placówek integracji społeczno-zawodowej oraz 28% jednostek stacjonarnych pomocy społecznej. Ale warto zwrócić uwagę, że w przypadku placówek wsparcia dziennego aż co druga prowadzona jest przez organizacje, zaś w stacjonarnej pomocy społecznej – co trzecia. W edukacji jest to 10%, w silnie skomercjalizowanej ochronie zdrowia zaledwie 3%, ale już opiece pielęgnacyjnej 12%, a hospicyjnej aż 37%. Trudno uznać to za śladowe ilości, choć udział mógłby być dużo wyższy, gdyby inna była polityka publiczna w Polsce.
A kwestia tej polityki jest zasadniczej wagi. Polska stoi przed kluczowymi decyzjami odnoszącymi się do usług społecznych. Oprócz konieczności ich rozwoju, wynikającej zarówno z kwestii demograficznych (do 2030 r. liczba osób starszych wzrośnie z obecnych niemal 1,5 mln do ok. 2,2 mln), świadomościowych (np. w przypadku praw osób z niepełnosprawnością), polityki publicznej w zakresie rodziny, zwłaszcza rodzin z dziećmi itd., warto pamiętać, że podlegamy regułom Europejskiego Modelu Społecznego, który usługi społeczne w interesie ogólnym uważa za istotną cześć polityki społecznej UE.
Powstaje zatem pytanie, czy oprócz przemyślenia – co nieuniknione – systemu finansowania tych wszystkich elementów usług, KTO będzie je realizował i na jakich zasadach. Można polegać tu na dotychczasowym systemie outsourcingu usług w ramach nowego zarządzania publicznego, gdzie cena, a nie jakość stanowi podstawę realizacji zadań i gdzie dumping socjalny naruszający podstawowe przepisy prawa łączy się z drenażem zysku do właścicieli firm usługowych. Drugie pytanie, jakie należy sobie postawić, to pytanie o organizację działań. Czy ma być oparta wyłącznie na strukturach biurokratycznych, działające reaktywnie, czy też powinna być partnerska i oparta na potrzebach obywateli.
Jeżeli zatem zadajemy sobie pytanie, po co nam organizacje obywatelskie, to może warto myśleć o podejściu łączącym działania niekomercyjne ze współuczestnictwem obywateli i ich organizacji w procesie realizacji usług społecznych. Czy istnieje jakaś różnica? Organizacje oparte na swojej misji są zakorzenione w społeczności lokalnej, korzystają ze wsparcia społecznego, tworzą miejsca pracy dla ludzi, którzy są dziś oddaleni od rynku pracy. Przykładem są Warsztaty Terapii Zajęciowej, obejmujące dziś sieć prawie 700 placówek stworzonych z inicjatywy rodziców na rzecz swoich dzieci. Gdyby nie ich inicjatywa, państwo nie zrobiłoby tu wiele. Ludzie ci realizują działania obywatelskie, chcą tu – na terenie społeczności – pracować, żyć i mieszkać. Tu ich dzieci chodzą do przeszkoli i szkół, tu kupują w lokalnych sklepach. Ci ludzie zyskując podmiotowość w tym, co robią, aktywizują się w społeczności, odbudowują aktywność ekonomiczną i społeczną wspólnot samorządowych jako społecznie odpowiedzialnego terytorium. Tych samych wspólnot, które istnieją dziś tylko w formie biurokratycznych struktur realizujących to „co się opłaca”.
Jednak uzyskanie podmiotowości to nie tylko powiedzenie sobie, że usługi mogą realizować tylko lub przede wszystkim organizacje obywatelskie. Musi zostać zapewniona podmiotowość, czyli współuczestnictwo w planowaniu, realizacji i monitorowaniu tych działań. Muszą zostać zapewnione nowe rozwiązania umożliwiające nie konsultacje, ale partycypację w programowaniu. Powinny powstać nowe instrumenty koprodukcji usług, o których pisze m.in. dr hab. Dawid Sześciło, czy choćby partnerstwo w ich realizacji, czego nie zapewnił dotąd system prawny. Czy można zrobić to bez publicznych pieniędzy? Nie jest to możliwe. Sektor publiczny sam w sobie nie udźwignie rozmiaru tych obowiązków i nie pomoże tu żadna forsowna rekomunalizacja, bowiem nie chodzi tu o pozbywanie się zadań, które i tak pozostaną publiczne, lecz o sposób, zakres i metody ich realizacji. Samo finansowanie tych zadań przez sektor publiczny nie uzależnia, bo ktoś zawsze płaci. Ważne jest, w jaki sposób jest to przeprowadzane. Zauważył to już dawno Jeremy Rifkin w „Europejskim marzeniu”, porównując europejski i amerykański model organizacji obywatelskich.
Alternatywy są proste. Usługi zapewni przedsiębiorca komercyjny, którego celem jest jak największy zysk, albo władza publiczna, która musi spełniać wszystkie standardowe procedury – albo będą realizowane w sposób zindywidualizowany, empatyczny i uspołeczniony. Pieniądze są te same. Ale wynik prac może być różny.
Jaka polityka publiczna
Ta dyskusja odbywa się w kontekście projektu regulacji o Narodowym Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego. Nie chcę tu dyskutować o wszystkich aspektach tego pomysłu, bowiem kwestia wielowymiarowości sektora obywatelskiego jest bardziej skomplikowana. Organizacje to również działania wzajemnościowe, hobbystyczne, rzecznicze, strażnicze i spełniające jeszcze wiele innych funkcji, które klasyfikują naukowcy i które widzimy w bieżącej działalności.
Warto spojrzeć tu na aspekt usług omawiany powyżej. Ustawa w tej materii wiele nie rozwiąże. Jej zadaniem jest podniesienie rangi problematyki w wymiarze horyzontalnym, choć w istocie nie wynika z niej koordynacja działań rządowych. Możliwe jest tu jedynie stworzenie jednego lub kilku funduszy wspierających organizacje instytucjonalnie. Zapewne gdyby nie kontekst, w jakim się pojawiła ustawa (otoczka skandalu medialnej nagonki na organizacje), dyskusja byłaby o wiele bardziej spokojna. Bardziej ciekawe są rozważania grup eksperckich pełnomocnika rządu, które wskazują na potrzebę bardziej przyjaznego otoczenia prawnego, nowych pomysłów na finansowanie, działań o charakterze edukacyjnym. To ciekawe kierunki, ich propozycje nie są niepokojące, ale już sposób procedowania budzi niepokój. Czy oznacza to zmianę w polityce publicznej rządu? Na razie tylko w zakresie współuczestnictwa organizacji w procesie stanowienia norm, choć głównie nie polega to na ograniczeniu praw, ale na budowaniu narracji antywarszawskiej, co mogłoby oznaczać walkę z oligarchią sektora pozarządowego. Na razie nie przekłada się to na budowanie wsparcia dla organizacji lokalnych, zaś dotychczasowy Priorytet Funduszu Inicjatyw Obywatelskich finansujący małe granty dla małych młodych organizacji poprzez regranting – będący dziś jedyną formą wyrównywania szans – jest nadal zagrożony.
Nieco inaczej wyglądają prace Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w kontekście ekonomii społecznej, które to pojęcie obejmuje również organizacje obywatelskie. Nota bene aspekt ekonomii społecznej, podobnie jak kwestia wykluczenia społecznego, zostały wykreślony w trakcie konsultacji z projektu ustawy o NCRSO. W MRPiPS dyskutuje się o założeniach projektu ustawy kompleksowo regulującej sferę ekonomii społecznej, w tym zasady udziału podmiotów ekonomii społecznej w realizacji zadań publicznych, opisanej – co ważne – w Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju z lutego br.
Tu pojawia się propozycja zintegrowanego programowania społecznego w gminach i powiatach, przy aktywnym współudziale organizacji obywatelskich. Pojawiają się nowe formuły upraszczające możliwość zlecania usług społecznych i tworzenia partnerstw. Pojawia się pomysł zastąpienia konkursów negocjacjami w zakresie jakości i stawek. Powierzania zadań, a nie wspierania, jak do tej pory. Być może to część obszaru, który powinniśmy zdefiniować jako ekonomię solidarną, łączącą realizację usług społecznych z integracją i zatrudnianiem osób zagrożonych wykluczeniem. To nowe, bardzo otwarte podejście partnerstwa publiczno-społecznego. I to się wydaje kierunkiem wartym dyskusji i wsparcia.
Dość naiwne wydają się oczekiwania Załęskiego, że odcięcie finansowania organizacjom zajmującym się np. wsparciem bezdomnych, stanie się najlepszą drogą do upolitycznienia tych organizacji i że w efekcie będą one walczyć z bezdomnością, zamiast korzystać z jej istnienia. To droga, którą państwo usiłuje stosować od dawna. Przerzucając choćby z administracji rządowej na samorządową zadania, bez dodatkowych środków (a nawet przy zmniejszonych) nie powoduje się zmiany, a jedynie zanik funkcji publicznych. Zniesienie dofinansowania domów dziecka nie spowoduje nagle powstania innych form pieczy zastępczej. Istotą nie jest bowiem likwidacja środków, bo postawa organizacji nie zależy od rodzaju środków, lecz od ich upodmiotowienia, aby współuczestniczyły w planowaniu zadań publicznych w sferze społecznej.
To współudział obywateli w polityce samorządowej może zmienić znacznie więcej, niż tylko protestujące organizacje. Nie neguję potrzeby istnienia społeczeństwa cywilnego, w którym świadomi swych praw obywatele mogą wiele zmienić, ale podstawą w obecnym zglobalizowanym świecie jest współuczestnictwo w działaniach, i takie działania są planowane. Oby tylko nie zabrakło woli do ich wprowadzenia.
Cezary Miżejewski
przez Marcin Janasik | wtorek 7 marca 2017 | opinie
Pozwolę sobie dorzucić trzy grosze do niedawnej polemiki między Piotrem Ikonowiczem z Ruchu Sprawiedliwości Społecznej a Justyną Samolińską z partii Razem, odnosząc się do bardzo ważnej kwestii podniesionej przez tą ostatnią, a mianowicie skuteczności działania. Chodzi mi jednak nie o skuteczność organizacyjną, lecz polityczną.
Zacznijmy od truizmu – istotą partii politycznych jest dążenie do realizacji swojego programu poprzez przejęcie władzy czy choćby udział w jej sprawowaniu. Jaki jest więc ten błyskotliwy strategiczny plan działań, który ma do tego doprowadzić? Nawet jeśli partia Razem ściągnie na akcje wspomniane przez Samolińską 20-30 razy więcej ludzi niż Ikonowicz i pokaże te kilka tysięcy aktywistów na raz, to co z tego, jeśli nie przełoży się to na zmiany polityczne i gospodarcze zgodne z programem partii czy choćby mu bliskie? Rzeczywiście imponujący start osiągnięty dzięki entuzjazmowi aktywistów i poparciu neoliberalnych mediów z TVN i GW na czele, chcących tuż przed wyborami urwać PiS-owi kilka punktów procentowych z mobilnego elektoratu socjalno-antyestablishmentowego, może zostać łatwo zmarnowany i niestety obecny kierunek działania Razem (mam na myśli przede wszystkim konszachty z KOD-em, o czym za chwilę) do tego prowadzi. Żeby było jasne: przed ostatnimi wyborami zarekomendowaliśmy aktywistom i sympatykom naszych działań głosowanie, z braku sił antysystemowych, właśnie na Razem, PiS i (ostrożnie wybranych) kukizowców, czyli na ugrupowania antyoligarchiczne – zakładające możliwość istnienia „Systemu z ludzką twarzą”, wprawdzie posiadanego przez garstkę oligarchów łupiących ludzkość, ale płacących podatki i pozbawionych władzy politycznej. Bez podnoszenia tak ważnych dla całej planety i naszego gatunku kwestii jak abolicja zadłużeniowa, redystrybucja własności, antykonsumpcjonizm itp. Sukces Razem naprawdę zatem leży mi na sercu.
Fundamentalne pytanie do aktywistów tej partii brzmi: naprawdę liczycie w przewidywalnym horyzoncie czasowym, powiedzmy 7-11 lat, na zwycięstwo w wyborach i samodzielny rząd? W Polsce? Skoro nawet w Hiszpanii, Włoszech czy Grecji się to nie udaje? Zrobicie więcej akcji niż Syriza? Stworzycie lepsze struktury niż Podemos? Jak przekonacie Polaków tymi samymi hasłami, które nie działają w bardziej lewicowych, progresywnych, wyemancypowanych społeczeństwach, nie mających spadku po realnym socjalizmie i w dodatku dotkniętych masowym bezrobociem młodzieży? Kolor flagi można zmienić na jakikolwiek, ale jak sprawicie, żeby wasi aktywiści byli bardziej zaangażowani, bardziej ofiarni, bardziej świadomi niż we wspomnianych krajach, tworząc ruch społeczny przekładający się na 30-40% poparcia wyborczego?
Bardzo ograniczone są możliwości masowego obudzenia ludzi wytresowanych (okaleczonych mentalnie w procesie socjalizacji) przez system do funkcji konsumpcyjno-produkcyjno-reprodukcyjnych trybików machiny do działalności obywatelskiej i pełni człowieczeństwa godnego naszej nazwy gatunkowej czy choćby tylko do kompulsywnego głosowania. Należałoby temu zagadnieniu poświęcić osobny tekst, traktujący też o świadomej konsumpcji, samoświadomości i przewartościowaniu celów życiowych narzucanych nam przez system na rzecz wolnego, wszechstronnego rozkwitu połączonego z uznaniem Sprawy za priorytet (nie tylko czasowy i finansowy, ale też edukacyjny). Czyli czemuś, na czym tak Ikonowicz, jak ja i wszyscy inni aktywiści antysystemowi i antyoligarchiczni połamali sobie zęby zarówno w Polsce, jak w innych krajach, a gryźliśmy przez lata, ile sił w szczękach i sercach. System okazał się póki co zbyt potężny i zbyt dobrze kontroluje ludzi mentalnie, co nie zmienia faktu, że dla sił antyoligarchicznych to warunek podstawowy do zwycięstwa niezależnie od form organizacyjnych, programów, liderów itd. Oczywiście wszystkie te trzy elementy muszą współgrać, żeby aktywistów… aktywizować do budzenia kolejnych – i koło się zamyka. Jeśli w tej sferze nie nastąpi przełom, a nic go nie zapowiada (w tym warunki społeczne raczej nie będą tak złe – czyli tak dobre – jak dajmy na to w Grecji), to wasi młodzi aktywiści zdążą skończyć studia, zacząć kariery, rozmnożyć się i odejść z przyczyn o wiele ważniejszych niż Sprawa, zanim nastąpi Wasz samodzielny rząd.
Potencjał Razem, bez większych zmian jakościowych na scenie politycznej, to 10, 15 czy – co już wydaje mi się mało realne – 20-25%. Tak czy siak, partia ta może liczyć tylko na koalicję lub wieczną opozycyjność. Jeśli odrzucimy to drugie jako działanie nieskuteczne (umieszczenie grupy posłów w sejmie czy radnych w samorządach samo w sobie pod kątem realizacji programu nic nie daje), rodzi się pytanie, z kim taka koalicja byłaby możliwa – z kim chce Razem współrządzić Polską?
Obecnie partia ta ma jeszcze mniejszą zdolność koalicyjną niż PiS, który zawsze w zanadrzu będzie miał przynajmniej część kukizowców, do czego oczywiście się nie pali ze względu na osobowość i poglądy ich lidera, oraz ewentualnie PSL jeśli partia ta straci instynkt samozachowawczy. A Razem? Właśnie Ikonowicza macie. I kilku trockistów. Garstkę feministek, gejów i Zielonych. Może trochę organizacji miejskich i NGO’sów. Z całą sympatią do wyżej wymienionych – jakoś tego rządu nie widzę. Realne opcje są tylko dwie: neoliberalne szKODniki (czyli PO/.N/SLD/palikociarnia i podobne środowiska pod jakimkolwiek szyldem) lub właśnie PiS. Nad opcją pierwszą litościwie spuszczę zasłonę milczenia. Mam nadzieję, że nikt w Razem nie bierze tego pod uwagę, tym bardziej jeśli krytykuje się Ikonowicza za zakończone przecież z hukiem konszachty z SLD sprzed kilkunastu lat.
PiS to de facto siły narodowowyzwoleńcze o zacięciu solidarystycznym. Owszem, antykomunistyczne i antylewicowe głównie w sensie symbolicznym i kulturowym, co przecież można zrozumieć ze względów historycznych. Polska jest obszarem o statusie półkolonii na drodze do niepodległości. Pełną niepodległość uzyska wyłącznie jeśli konflikt z międzynarodową finansjerą kontrolującą UE (wystarczy zerknąć choćby na listę płac Goldman Sachs) eskaluje, a PiS zacznie odcinać dreny łączące gospodarkę polską z rajami podatkowymi, korporacjami i instytucjami globalnych banksterów, odzyska kontrolę nad kluczowymi sektorami lub chociaż je spolonizuje kapitałowo, wprowadzi sprawiedliwą redystrybucję dochodów (pozostawiając niestety niesprawiedliwą strukturę własności) itd. Jest w tym chyba dla Razem strategicznym sojusznikiem?
Różnica między antyoligarchiczną, populistyczną, konserwatywną obyczajowo socjaldemokracją (mam na myśli aspekt społeczno-gospodarczy), jaką stał się PiS w ostatnich latach od czasu pogrzebania projektu PO-PiS-u i nastania ścisłego sojuszu z „Solidarnością” a antyoligarchiczną socjaldemokracją liberalną obyczajowo, czyli Razem, jest chyba jednak mniejsza, niż między tą ostatnią a neoliberałami z PO, .N, SLD? Stosunek PiS do pieniędzy publicznych i redystrybucji jest fundamentalnie różny od PO i Nowoczesnej głównie przez to, że pisowcy czują się autentycznie obrońcami i gospodarzami Polski, to dla nich święta misja, czują się odpowiedzialni za społeczeństwo i utożsamiają się raczej z tymi, którzy cierpią, niż z tymi, którzy ich od 28 lat łupią. Dla realizacji idei sprawiedliwości społecznej nie zawahają się sięgnąć do pieniędzy, z których Polska jest okradana, natomiast PO/Nowoczesna/SLD reprezentują moim zdaniem interesy tych, którzy kradną – od prywatyzacji/reprywatyzacji przez wyłudzenia VAT-u i wszystkie możliwe szwindle finansowe i przetargowe, lichwę i wyzysk, po niepłacenie podatków. Na fundamentalnym, moralnym i mentalnym poziomie środowiska Razem i PiS są bardzo podobne; pod kątem duchowym mają nieco inną wersję tego samego archetypu mesjańsko-prometejskiego, najważniejsze jednak, że to właśnie on im przyświeca.
Kto jak kto, ale lewica powinna chyba rozumieć wtórność nadbudowy kulturowej i pierwsza wyjść z drugorzędnych różnic dla dobra wspólnego, nawet jeśli jeszcze dziesięciu Giżyńskich będzie ją myliło ze stalinistami. Dla organizacji, której jeden z liderów nosi koszulkę z Marksem, powinno to być chyba jasne. Nawet jeśli Razem naprawdę przejmuje się Trybunałem Konstytucyjnym (zaangażowałem się przeciwko nowelizacji ustawy o zgromadzeniach, więc mogę to zrozumieć), to zawsze może zacząć takie akcje robić poza KOD-em. Jako, jak czytamy u Samolińskiej, liczna organizacja, nie będzie z tym miało problemu.
Warto przypomnieć nastrój panujący choćby w środowisku Klubów Gazety Polskiej i wśród części prawicowych publicystów po debacie przedwyborczej, aż do pierwszej akcji Razem pod sejmem w ekstremalnie ważnym dla PiS momencie. Razem było postrzegane jako grabarz SLD, nowa nadzieja na sensowny układ sceny politycznej, w której lewica to nie postkomuniści i neoliberałowie zblatowani z oligarchią polską i europejską. Jakkolwiek Kukiz na obecnej nieformalnej koalicji czy, jak kto woli, przychylnej opozycyjności wobec PiS może realnie stracić, to Razem, starannie wybierając różnice nie stanowiące dla PiS casus belli (jak choćby ustawa antyterrorystyczna, prawa kobiet, podatki dla najbogatszych, konopie, większa redystrybucja itp.) tak czy siak zgarnie wszystkich po lewej stronie sceny politycznej poza wymierającymi przecież resztkami elektoratu SLD i niedobitkami Palikota choćby przez swoją obecną i dającą się przewidzieć w najbliższej przyszłości bezalternatywność. Co oczywiste, myśląc o przyszłej koalicji, w żadnym wypadku nie należy się tak politykom PiS, jak i dziennikarzom i oddolnemu, „demonstracyjnemu” aktywowi partyjnemu kojarzyć z oligarchicznymi szKODnikami. Spacery w takim towarzystwie to działanie w przeciwnym kierunku. Równie dobrze Razem mogłoby wspierać „turystyczne” podróże Nocnych Wilków, albo zrobić jakąś wredną akcję w rocznicę Smoleńska czy aneksji Krymu. Różnić się można rzeczowo również z przyszłym sojusznikiem, a wroga można sobie zrobić z PiS-u bardzo łatwo, zwłaszcza jeśli się grzebie w ranach. To akurat zrozumiałe.
Jeżeli PiS zdobędzie znów samodzielną większość, to nie ma o czym mówić. Gdyby jednak w wyniku jakichś zawirowań czy kontrofensywy globalnej oligarchii lub kolejnego globalnego kryzysu PiS nie zdobył większości nawet z kukizowcami (choć środowisko to jest mentalnie bliższe PiS-owi niż Razem, to sam Kukiz na pewno będzie traktowany z wielką ostrożnością), to tylko taka koalicja ratowałaby Polskę od powrotu neoliberałów pod tym czy innym szyldem. PiS stałby się w długim okresie niezagrożoną partią władzy, lawirującą między skrzydłami, których nie ma sensu połykać – skrajna prawica jest zbyt obciążająca wizerunkowo, rdzenni kukizowcy niekontrolowalni, a lewica po prostu niestrawna. Być może taka koalicja mogłaby nawet zmienić Konstytucję w kluczowych dla obywateli sprawach jak referenda, bez których obligatoryjności nie można mówić tak naprawdę o demokracji, a co najwyżej o demokracji oligarchicznej (w której mamy jedynie prawo, by co 4 lata wybrać sobie nadzorców) czy urealnienie wolności ekonomiczno-życiowej przez wprowadzenie Minimalnego Dochodu Gwarantowanego. Może nawet udałoby się wykorzystać państwo do obudzenia społeczeństwa i masowej, mentalnej przemiany w coś bardziej… ludzkiego. Kto wie.
Popychanie, a nawet szarpanie PiS-u w dobrym kierunku mogłoby być historycznym sukcesem Razem jako mniejszościowego koalicjanta, daleko większym niż działalność Podemos, bo przekładającym się na konkretne ustawy i budżet państwa. Podgrzewanie nastrojów „roszczeniowych”, rozbudzenie apetytu na jeszcze większy, sprawiedliwy kawałek tortu przy referendalnym stole decyzyjnym, wspierałoby egalitarny, redystrybucyjny kierunek PiS i przysłużyłoby się pracującym i bezrobotnym Polakom bardziej niż spacery z ich wrogami. Ugruntowanie postaw solidarystycznych, przynajmniej pod kątem polsko-trybalistycznym, bo na masowe pogłębienie empatii i świadomości gatunkowej trzeba będzie jeszcze pewnie poczekać, przy odpowiedniej konstelacji długofalowo byłoby bardzo korzystne.
Oczywiście można utyskiwać na autocenzurę, kompromisowość, pragmatykę polityczną. Jako że jestem święcie przekonany, że można (i trzeba!) zmienić nie tylko Polskę, ale cały globalny system, nie będę nikogo oskarżał o utopijność czy idealizm. Rzecz w tym, że w formule partyjnej, tu i teraz, takie właśnie działanie będzie dla Razem strategiczne najkorzystniejsze. Z kolej powrót banksterskiej oligarchii reprezentowanej przez PO, .N, SLD i PSL jest największym zagrożeniem dla społeczeństwa polskiego, a już zwłaszcza dla najuboższych, bronionych przez lewicę warstw. Większym niż nowa patriotyczno-solidarystyczna oligarchia tworzona przez PiS, bo do tego rzeczywiście sprowadza się przejmowanie Polski przez to plemię bez urealniania demokracji. Umówmy się jednak, że tacy są z PiS-u faszyści, jak z Razem bolszewicy. Jedyną realną szansą dla Razem na realizowanie swojego programu w horyzoncie 7-11 lat jest udział w rządach tej solidarystycznej „alter-oligarchii” jako jej mniejszościowy składnik. Z jednym, dwoma, trzema ministerstwami, możliwością częściowej realizacji programu, kucia kadr, sprawdzania idei w praktyce. To naprawdę więcej niż można zrobić spacerując z KOD-em. Jest źle, ale miejmy nadzieję nie jest jeszcze za późno. Choćby po Ziobrze i Kurskim widać, że Jarosław Kaczyński może i nie zapomina, ale potrafi się wznieść ponad przeszłe konflikty, jeśli jest to dla niego użyteczne. Naprawdę warto już teraz zastanowić się nad przyszłością w kontekście skuteczności działania i przestać budować niepotrzebne mury, zwłaszcza że przy mentalności polskiej klasy politycznej ich zburzenie może być potem naprawdę trudne. Zawód polityka to także odpowiedzialność za ogół nawet kosztem schowania ego do kieszeni. Jeśli jest się „lewackim” politykiem – tym bardziej, tak mi się przynajmniej wydaje.
Marcin Janasik
przez Piotr Wójcik | poniedziałek 27 lutego 2017 | opinie
Jestem niemal nieustannie skonfundowany, gdy obserwuję życie polityczne w ostatnim czasie. Z jednej strony doszła do władzy partia, której etatystyczno-socjalne idee są mi bardzo bliskie. Co więcej, ekipa ta rzeczywiście próbuje wdrażać je w życie. I powoli przynosi to efekty, które widać w ostatnich bez mała rewelacyjnych danych z gospodarki – duży wzrost płac w 2016 r., pierwszy od 2008 r. wyraźny wzrost udziału płac w PKB, najwyższy w UE wzrost PKB w IV kwartale 2016 r., najlepsza sytuacja finansowa gospodarstw domowych od 2007 r., czteroprocentowy wzrost liczby urodzeń, a nawet hossa na giełdzie. Z drugiej jednak strony, co rusz mam wrażenie, że wiele z tych zmian należałoby przeprowadzić nieco inaczej. A często wręcz zupełnie inaczej. Wciąż mam wrażenie, że gdyby reaktywację państwa przeprowadzić bardziej z głową i według zdrowych standardów, efekty byłyby lepsze. W zasadzie z błędów obecnej ekipy rządzącej można by stworzyć krótki poradnik „jak nie budować instytucji publicznych”.
Nie walczyć na dziesięciu frontach na raz
Lepiej nie otwierać zbyt wielu frontów jednocześnie, gdy przystępuje się do zmiany paradygmatu, na którym zasadza się od ćwierćwiecza państwo, na inny, a w zasadzie zupełnie odmienny. Najlepiej otworzyć tylko te najbardziej potrzebne. Skoro doszło się do władzy dzięki postulatom ekonomicznym, warto dobrze się zastanowić, czy spór z sądem konstytucyjnym jest rzeczywiście konieczny. W końcu raczej nie zakwestionuje on sztandarowych projektów: wsparcia rodzin zasiłkiem na dzieci, publicznego programu mieszkaniowego czy godzinowej stawki minimalnej. Wątpliwe też, by mógł się przyczepić do ustaw podatkowych, jeśli byłyby dobrze napisane. Gdy jednak uznamy, że z jakichś względów akurat spór z sądem konstytucyjnym jest konieczny, to nie należy skłócać się ze wszystkimi pozostałymi silnymi grupami interesu. Jeśli chcemy dążyć do spięcia z sędziami, dobrze byłoby nie zrażać do siebie mediów, bezsensownie postulując ograniczenia dotyczące ich pracy w Sejmie. Jeśli gotujemy się na konflikt z rynkami finansowymi, np. obciążając banki podatkiem, nie należy prowadzić awanturniczej polityki w UE, obwieszczając na przykład, że się nie przyjmie żadnego uchodźcy, choć widać gołym okiem, że procedura ich rozdzielania i tak utknęła w martwym punkcie.
Nie trzeba też wrzucać wszystkich przeciwnych grup do jednego worka z napisem „liberalno-lewicowe elity biznesowo-polityczne”, bo nie stanowią one jednolitej grupy i nie mają takich samych interesów. I nie zapominać, że w tym worze można znaleźć też i sojuszników, jeśli się dobrze poszuka. A bez jakichkolwiek sojuszników wśród głównych grup interesu nie da się przeprowadzić głębokiej i przede wszystkim trwałej zmiany społeczno-ekonomicznej. Za nic w świecie nie otwierać wszystkich planowanych frontów na raz, a już na pewno o tym nie krzyczeć. Nie sprawiać wrażenia, jakby chciało się dokonać jakiejś wielkiej rewolucyjnej zmiany, bo to działa jak płachta na byka na tych, którzy korzystają ze status quo. Nie zapominać, że z silnymi grupami interesów najłatwiej jest walczyć po cichu, krok po kroku, uprzejmie się uśmiechając i przytakując, gdy to nic nie kosztuje i nie wiąże się z żadnymi realnymi ustępstwami.
Nie wylewać dziecka z kąpielą
Reformując instytucje, nie równać ich z ziemią. Naprawianie polega na tym, że przywraca się czemuś jego funkcjonalność, a nie niszczy. Gdy chcemy zreformować sąd konstytucyjny, należy go naprawić, nie obezwładnić. W sytuacji serii wypadków oficjeli, nie opowiadać, że trzeba rozwiązać cały BOR, tylko zidentyfikować obszary, które nie działają i zająć się nimi. „Opcja zerowa” niemal nigdy się nie sprawdza – nie sprawdziła się, gdy 25 lat temu zaczęliśmy reformować gospodarkę, nie sprawdzi się i teraz, gdy reformujemy instytucje. Nawet niewydolna instytucja posiada bagaż doświadczeń i umiejętności, które można wykorzystać i które szkoda tracić. Nie uznawać wszystkich zastanych pracowników służby cywilnej za sługusów wcześniejszego „reżimu”. Wielu z nich to profesjonaliści, którzy zdecydowali się służyć wspólnocie za marne grosze. Odsuwanie ich to nie tylko niesprawiedliwość wobec nich samych, ale przede wszystkim ogromna strata kompetencji.
Pod żadnym pozorem nie należy upolityczniać, czy też w polskich warunkach: upartyjniać, instytucji publicznych. Nawet jeśli do tej pory były przejęte przez przeciwny obóz polityczny, rozwiązaniem jest ich profesjonalizacja, a nie robienie tego samego à rebours. Warunkiem dobrego funkcjonowania instytucji jest zaufanie jak największej części obywateli – jeśli spora ich grupa uważa je za partyjne (vide powiedzenie „państwo PiS”), to utrudnia się tym organom osiąganie założonych celów. Nie należy oddawać z założenia niezależnych instytucji pod kontrolę polityków – jeśli sądy źle działają, trzeba stworzyć mechanizmy kontroli bezpośrednio przez obywateli, a nie przez akurat sprawującą władzę większość sejmową. Nie rezygnować z konkursów na wysokie stanowiska w korpusie cywilnym tylko dlatego, że wiele z nich było ustawionych. Po pierwsze nie wszystkie, a po drugie samo ich istnienie utrudniało umieszczanie swoich na stanowiskach. Sam znam co najmniej kilka historii z niższego szczebla, w których wybrany wcześniej kandydat nie wygrywał konkursu – po prostu nie było możliwości nie wybrać lepszego. Raczej zatem należy dopracować ten mechanizm, a nie wrzucać go do kosza.
Nie przeprowadzać zmian „na szybko”, bez przygotowania i debaty. Lepiej ich w ogóle nie przeprowadzić albo chociaż opóźnić, niż zrobić to źle. Działając w ramach złych instytucji ludzie tworzą mechanizmy dostosowawcze, dzięki czemu nawet w ramach złych przepisów i podmiotów tworzą się dobre praktyki. Gdy chce się zdemolować zastany ład, bez konsultacji społecznych, instynktownie obudzi się wobec tego sprzeciw. Bo lepsze oswojone złe instytucje niż totalny chaos. Nawet jeśli gimnazja mają swoje grzechy na sumieniu, to nie ma potrzeby ich likwidować przepisami pisanymi na kolanie – można to zrobić rzetelniej rok później. Polska edukacja ma już dosyć rewolucyjnych przemian.
I przede wszystkim, nie zapominać, że kiedyś przestanie się rządzić. Reformując instytucje polityczne, robić to w taki sposób, żeby nie utrudniały życia, gdy będziemy w opozycji. Bo dziś może ułatwi to zadanie, ale za kilka lat, gdy role się odwrócą, przeciwnicy polityczni wykorzystają je do własnych celów.
Nie stawiać ideologii ponad interesem kraju
Nie ideologizować przesadnie instytucji. Oczywiście polityka każdej partii jest odzwierciedleniem idei, które za nią stoją, jednak same instytucje powinny pozostać możliwie bezstronne. Idee są różne i się zmieniają, a Polska jest jedna i chcielibyśmy, żeby trwała jeszcze lata i wieki. Jej instytucje mają służyć prawicowcom i lewicowcom, katolikom i wojującym ateistom, prawdziwym macho i homoseksualistom. Wszyscy oni są obywatelami Polski i nie znikną, nawet jeśli zamknie się na nich oczy. Nie tworzyć z mediów publicznych prawicowej tuby, bo nie będą mogły na nią patrzeć osoby o innych poglądach. A chyba warto dotrzeć z misją do wszystkich, a nie do wiernych i już przekonanych. Nie rozdawać dotacji pismom idei z ideologicznego klucza – monodebata publiczna to najkrótsza droga do upośledzenia intelektualnego społeczeństwa. A upośledzone społeczeństwo to upośledzone państwo.
Nie wynosić na zewnątrz sporu politycznego i nie nakładać na politykę zagraniczną własnych ideologicznych przekonań. Szukanie sojuszników na podstawie własnego światopoglądu to najgłupsza strategia geopolityczna, jaką można sobie wyobrazić. Nie dążyć do zbliżenia z krajami o zupełnie odmiennych interesach tylko dlatego, że nie lubią tych samych polityków, co my. Jak przyjdzie co do czego, to i tak pójdą własną drogą, a na nas się nawet nie obejrzą (ewentualnie wykorzystają nas we własnej wewnętrznej grze politycznej, jak Brytyjczycy). Nie szukać sojuszników wśród krajów, które bratają się z naszymi największymi wrogami, bo widać na oko, że żadnej realnej wspólnoty interesów na dłuższą metę się z nimi nie zbuduje. Skoro zwalczamy Nord Stream II, to nie ma większego sensu zbliżać się do Węgrów, którzy dążą do stworzenia analogicznego South Stream. Raczej należy przeorientować się na tych, którzy podzielają z nami obawy geopolityczne – nawet jeśli czuje się do nich niechęć z powodów światopoglądowych. Geopolityka to gra o krajowe interesy, a nie przepychanka konfesyjno-ewangelizacyjna.
Nie rezygnować z kandydatur popierania Polaków na najwyższe urzędy międzynarodowe tylko dlatego, że było się z nimi w ostrym sporze politycznym w kraju. Już sam fakt zasiadania przez Polaków na wysokich międzynarodowych stołkach podnosi prestiż Polski. Zachodnim elitom trudniej będzie przehandlować nasz kraj, gdy pochodzą z niego ci, z którymi jeszcze niedawno poklepywały się po plecach. Poza tym nawet największy kosmopolita w głębi duszy nigdy nie zapomni, skąd pochodzi. Przecież tu ma rodzinę (bliższą lub przynajmniej dalszą), wspomnienia, sieci społeczne, często majątek. Właśnie dlatego słusznie mówi się, że „kapitał ma narodowość”.
Nie stawiać na wiernych amatorów
I wreszcie, pod żadnym pozorem nie robić totalnej amatorki. Skoro już media publiczne muszą być tubą propagandową, to niech to będzie chociaż propaganda subtelna i inteligentna. Bo inaczej, zamiast przekonywać do swoich racji, wystawi się na pośmiewisko. Nie wstawiać antypatycznej Beaty Mazurek na rzecznika, bo przecież wiadomo, że zostanie najgorszym rzecznikiem czegokolwiek ever. Nie otaczać się miernotami tylko dlatego, że są wierne i nie rugować wyróżniających się jednostek, bo to wcale nie ułatwi zadania. Prędzej czy później (raczej prędzej) ich miernota się ujawni i obróci przeciw. Na przykład dadzą się ponieść emocjom i wykluczą inną miernotę z obrad Sejmu, czym dadzą asumpt do miesięcznego paraliżu parlamentu. Lepiej trochę się pomordować z ludźmi, którzy coś sobą prezentują – nawet jeśli czasem to nieprzyjemne, to na dłuższą metę przyniesie zdecydowanie lepsze rezultaty.
Jak widać, w zdroworozsądkowej strategii budowania dobrego państwa nie ma większej filozofii. Wcale nie trzeba rezygnować przy tym z własnych ideałów i przekonań. Nie trzeba też rezygnować z własnych celów i chodzić na zgniłe kompromisy z tymi, których uważa się za główne zawalidrogi w dziele sanacji państwa. Wystarczy nieco uzbroić się w cierpliwość i nie chodzić na łatwiznę. I nie dawać się ponosić własnemu przekonaniu o nieomylności. Polska potrzebuje reaktywacji państwa i silnych instytucji, ale warto zrobić to z głową. Pozytywnie odbije się to zarówno na Polakach, jak i na tych, którzy to przeprowadzą.
Piotr Wójcik
przez Joanna Grzymała-Moszczyńska | środa 15 lutego 2017 | opinie
Złudzenia optyczne? Och, to bardzo ciekawe jak działa nasz mózg! Fakt, że rozumiemy sens zdania, nawet jeśli przestawimy pierwsze litery słów? Niezwykłe, jak dobrze działa nasz system językowy! Zapomniałaś o rocznicy lub urodzinach kolegi, opowiedziałeś historię, a koleżanka mówi ci, że było zupełnie inaczej? Kto by to wszystko pamiętał, przecież jesteśmy tylko ludźmi.
Gdy opowiadamy ludziom o różnych złudzeniach i ograniczeniach poznawczych, najczęściej są zainteresowani i rozbawieni, ale jednak nie czują się urażeni. Te ograniczenia i niedoskonałości uważamy za stałą część ludzkiej natury. Wszystko radykalnie się zmienia, gdy w podobny sposób zaczynamy mówić o podejmowaniu decyzji. Nikt prawdopodobnie nie poczuje się osobiście dotknięty, gdy powiemy, że uległ złudzeniu optycznemu. Większość osób nie obrazi się, gdy im powiemy, że cierpią na bóle pleców, ponieważ nasz kręgosłup wyewoluował zbyt szybko i nie jest odpowiednio przystosowany do siedzącego trybu życia. Ale gdy wskazujemy na błędy popełniane przy podejmowaniu decyzji i zwracamy uwagę na niespójności w wyborach, jakich dokonują, wówczas, jak twierdzi Eldar Shafir, psycholog z Uniwersytetu w Princeton, obrażamy ich samych, ich niezależność, ich umiejętności i kompetencje, nie mówiąc o ich doskonałym wglądzie w to, czego potrzebują i pragną.
Absurdem byłoby upieranie się, że nasze zmysły zawsze działają w sposób idealny i nic ani nikt nie jest w stanie tego zmienić – ani pogorszyć, ani udoskonalić ich funkcjonowania. Równocześnie, jak zwraca uwagę Shafir, uznani myśliciele, tacy jak John Stuart Mill czy Milton Friedman, upierają się, że decyzje, które podejmujemy, są dokładnie takie, jak być powinny i nikt ani nic, a w szczególności państwo, nie jest w stanie uczynić ich lepszymi. Ilustracją tych przekonań może stanowić ten – bardzo popularny – cytat z Friedmana: Nikt nie wydaje cudzych pieniędzy tak ostrożnie, jak wydaje swoje własne. Albo słowa Milla: Najzwyklejszy człowiek zna swoje uczucia i położenie nieskończenie lepiej, niż ktokolwiek inny. Te zdania, w kontekście aktualnej wiedzy psychologicznej na temat ludzkiego funkcjonowania poznawczego, są po prostu absurdalne.
Oczywiście, możemy bardziej „martwić się” swoimi pieniędzmi, ale wcale nie oznacza to, że wydamy te pieniądze znacząco lepiej niż odpowiednio przeszkolona osoba o dobrych intencjach. Obszary, w których bardzo często podejmujemy błędne decyzje, oparte na założeniach sprzecznych z prawdą, to te, na których najbardziej nam zależy – a więc to, jakie działanie przyniesie największy zysk, zapewni nam najlepszą edukację, bezpieczeństwo czy poprawę stanu zdrowia. Oczywiście odpowiednie przygotowanie i zmotywowanie doradców jest dużym wyzwaniem, ale nigdy mu nie podołamy, jeśli, zgodnie z tym, co mówi Shafir, nie rozpoznamy pierwotnego problemu, jakim są nasze bardzo ograniczone możliwości podejmowania tzw. Racjonalnych Decyzji.
Według Shafira fakty odnośnie do ludzkiego zachowania są jednoznaczne. Jesteśmy istotami nieuchronnie i głęboko uzależnionymi od kontekstu. Począwszy od postrzegania kolorów, przez odczuwanie emocji, dokonywanie wyborów i wydawanie sądów, nasze doświadczenia są silnie kształtowane przez kontekstualne niuanse, których w dodatku najczęściej nie jesteśmy świadome. Nie jesteśmy w stanie wpłynąć na własną percepcję złudzenia optycznego. Podobnie jest w naturalnym, codziennym funkcjonowaniu – jesteśmy więźniami kontekstu.
Przykładów są tysiące – począwszy od czaru okazji supermarketowych, przez mechanizmy rządzące korzystaniem z usług finansowych, po wpływ pory dnia na decyzje sędziów. Wyniki badań Dazigera i współpracowników (2011) wskazują, że stosunek przychylnych rozstrzygnięć w sądach w trakcie dnia waha się od 65% rano, do blisko zera przed przerwą na lunch, aby po przerwie powrócić do poziomu wyjściowego.
Nie ma również wątpliwości co do tego, że jesteśmy skłonni/e wydawać dużo więcej, gdy korzystamy z karty kredytowej, niż gdy płacimy gotówką. Wpływ środka płatniczego, jaki wybieramy, na to, ile wydamy, jest bardzo silny (do 100%) i według naukowców nie może być w całości przypisany ograniczeniom w płynności finansowej (Prelec i Simester, 2001). Ogromny wpływ – szczególnie w sektorze finansowym – mają również reklamy. Badania przeprowadzone w RPA testowały różne sposoby prezentowania oferty kredytu. Okazuje się, że zdjęcie uśmiechniętej kobiety towarzyszące ofercie zwiększyło zainteresowanie mężczyzn kredytem tak samo, jak obniżenie oprocentowana o 4,5% (Bertrand i in. 2005). Zaprezentowanie osobie potencjalnie zainteresowanej kredytem jednej oferty zamiast czterech, zwiększa prawdopodobieństwo podjęcia pożyczki tak samo, jak obniżenie oprocentowania o 2%. Zaskakująco wysoki wpływ na naszą sytuację materialną ma również pogoda – osoby, które przychodzą na rozmowę o pracę w dzień deszczowy, prawdopodobnie zostaną ocenione niżej, niż gdyby rozmowa odbywała się przy pięknym słońcu (Schwarz i Clore 1983). Podobnie jest z rozmowami kwalifikacyjnymi na studia medyczne – kandydatki i kandydaci byli oceniani o 10% mniej korzystnie, gdy ich rozmowy odbywały się w dzień deszczowy w porównaniu z dniem słonecznym (Redelmeier i Baxter 2009).
Według Shafira, przyjęcie do wiadomości faktu, że jesteśmy istotami, których preferencje są podatne na wpływ kontekstu (w taki sam sposób, w jaki jesteśmy podatni na złudzenia optyczne), powinno radykalnie zmienić nasze poglądy na autonomię i niezależność procesu podejmowania codziennych decyzji od wszelkich manipulacji.
Sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że osoby mają wiele różnych tożsamości – w moim przypadku polityczki, doktorantki, córki, członkini Koła Pszczelarzy w Krynicy-Zdroju – a ich preferencje są mocno uzależnione od tego, która z tych tożsamości jest akurat najsilniej zaktywizowana. Badania wskazują, że aktualnie dostępna tożsamość może zmienić radykalnie to, czy damy przekonać się do czegoś, z czym wstępnie się nie zgadzamy (Kelley 1955), naszą percepcję reklam (Forehad i in. 2002) czy decyzje konsumenckie (LeBoeuf i in. 2010).
Tego rodzaju niestabilność w postawach i wyborach jest sprzeczna z prostackimi poglądami na autonomię, powszechnie wyznawanymi przez liberałów. Pracujący ojciec będzie bardziej skłonny przyjąć zaproszenie na weekendową konferencję poza miejscem zamieszkania, gdy otrzyma je będąc w pracy (kiedy dominuje jego tożsamość zawodowa), niż gdy dotrze ono do niego wieczorem, kiedy będzie bawił się ze swoim dzieckiem (a więc kiedy bardziej dostępna będzie jego tożsamość ojcowska). Czyją autonomię w takiej sytuacji powinniśmy szanować bardziej – zawodową czy rodzicielską? Czy posiadając wiedzę na temat tego mechanizmu i wykorzystując ją do przekonania naukowczyni, którą bardzo cenimy i chcemy, aby wystąpiła na naszej konferencji, wykazujemy się brakiem szacunku dla jej autonomii i uwłaczamy jej godności? Jeśli wpływ kontekstu na percepcję wzrokową nie urąga naszej godności, tym bardziej nie powinniśmy postrzegać jako zniewagi uznania faktu, że podejmujemy decyzje pod wpływem kontekstu. W tym sensie tzw. zasada szkody Johna Stuarta Milla, wyrażona w eseju „O wolności”, według której ludzie wiedzą, co leży w ich najlepszym interesie i powinni mieć możliwość dokonywania zgodnego z tym, wolnego od manipulacji, wyboru, nie jest w pełni stosowalna do istot, jakimi jesteśmy.
Biorąc pod uwagę to wszystko, jak w zasadzie miałaby wyglądać wolna od manipulacji możliwość wyboru? Jak zwraca uwagę Shafir, teoretycznie słuszny sprzeciw wobec manipulacji, która „narusza autonomię ofiary poprzez podkopywanie i obrażanie jej zdolności do podejmowania decyzji” (Wilkinson 2013), oparty jest na bardzo naiwnym obrazie „ofiary” i jej funkcjonowania psychologicznego. Uznanie wpływu sytuacji i kontekstu w żadnym wypadku nie oznacza, że nie potrafimy podejmować decyzji, lecz że nasze decyzje są ogromnie podatne na manipulacje i zniekształcenia. Liberalny upór – godny lepszej sprawy – że jakiekolwiek wpływanie na decyzje obywateli i obywatelek (np. poprzez stosowne regulacje wprowadzane przez państwo) jest przejawem braku szacunku dla ludzi, jest ślepy na fakty oczywiste dla studentki pierwszego roku psychologii. Jeśli przyjmiemy za fakt naszą ograniczoną możliwość podejmowania „racjonalnych” decyzji, przestaniemy wymagać dla nich tak wiele uznania.
Jesteśmy manipulowani w wielu obszarach i na różne sposoby. Manipulacja jest integralną częścią naszego życia. Dlaczego nie uznać tego faktu i nie zrobić z niego możliwie najlepszego użytku? Liberałowie argumentują, że pewien stopień manipulacji jest dopuszczalny. Tak było w przypadku reformy OFE: naszej decyzji zostawiono, czy przenosimy oszczędności emerytalne do ZUS-u (co było możliwością docelową), czy zostajemy w OFE. Jednak fakt, że ludzie zwykle odrzucają opcje, które zdecydowanie im się nie podobają, nie sprawia, że sama konstrukcja sytuacji wyboru nie jest manipulacją. Zwłaszcza że często nie zdajemy sobie sprawy z tego, która część tej sytuacji powinna zostać odrzucona – oraz dlatego, że ta część, która w największym stopniu jest manipulacją, nie musi koniecznie być tym, co odrzuca nas najbardziej.
Jak udowadnia Shafir, możemy nie lubić noszenia gotówki i wybierać płatności kartą kredytową, ale to właśnie korzystanie z karty sprawia, że wydajemy dwukrotnie więcej. Wcale nie muszę czuć się niekomfortowo, gdy „doradca finansowy” pyta, czy bezpieczeństwo mojej rodziny lub spokojna starość są dla mnie ważne, gdy przychodzę do banku złożyć wniosek o kredyt mieszkaniowy. Gorzej, gdy możliwość podjęcia „wolnego wyboru” sprawia, że wychodząc z banku orientuję się, że wykupiłam toksyczną polisolokatę.
Kopalnią przykładów tego rodzaju manipulacji jest książka Pawła Reszki „Jak oszukują nas wielkie firmy”. W jednej z rozmów dyrektor sprzedaży firmy ubezpieczeniowej i zarządzającej aktywami mówi: Racjonalności po stronie klienta nie ma. On kieruje się emocjami. Bierze nie to, co jest dobre, ale to, co fajnie opakowane. Najlepiej sprzedają więc wyspecjalizowani w tym rzemiośle „kuglarze”.
Książka pełna jest opisów bezwzględnych manipulacji mających na celu sprzedawanie toksycznych produktów finansowych – polisolokat, za pomocą których można wyłącznie stracić pieniądze, czy ubezpieczeń, które nie ubezpieczają na żadną okoliczność. Klienci i klientki podpisują je, ponieważ umowy skonstruowane są w sposób absolutnie niezrozumiały dla osoby bez stosownego przygotowania.
Fascynującym zbiorem technik manipulacyjnych jest także strona internetowa firmy Kredyty-chwilówki.pl. Silnie eksponowaną częścią jej działalności jest tzw. społeczna odpowiedzialność biznesu. Firma zajmuje się organizacją wydarzeń z gruntu sympatycznych – Mikołajek dla dzieci z Przedszkola Samorządowego w Gorzowie Wielkopolskim wraz z prezentami opakowanymi w firmowe reklamówki, czy spotkań dotyczących „edukacji ekonomicznej”, podczas których przekazuje się 6-letnim dzieciom wiedzę dotyczącą tego, czym zajmują się „doradcy finansowi” oraz tego, dlaczego nie należy bać się kredytów. W dawaniu dzieciom prezentów, a tym bardziej w edukacji ekonomicznej, nie ma przecież nic złego. Czy to coś, co mogłoby wzbudzić sprzeciw rodziców? Firma buduje swój wizerunek instytucji miłej i dobroczynnej, tworząc pozytywne skojarzenia dzieci i rodziców z lichwą – bo przecież ważne są edukacja i odpowiedzialność, a te kredyty to nic złego.
Jak możemy przeciwdziałać manipulacjom czyhającym na nas na każdym kroku? W oczywisty sposób rozwiązaniem jest wprowadzanie – szczególnie w takich obszarach jak sektor finansowy – daleko posuniętych regulacji. Jednak wystarczy wspomnieć reakcje polskich mediów i establishmentu na Rekomendację S wydaną przez Komisję Nadzoru Finansowego w marcu 2006. Przedstawiała ona zagrożenia związane z kredytami frankowymi oraz wprowadzała zalecenie, aby banki jako pierwsze oferowały klientom kredyty w złotówkach. W książce Reszki wspomina to były współwłaściciel firmy doradztwa finansowego: Jaka była reakcja? Niech pan spojrzy na artykuły w gazetach i na portalach ekonomicznych. Niemal wszystkie w duchu: „Wprowadzanie rekomendacji dotknęło głównie osoby o najniższych dochodach. Część z nich straciła możliwość zaciągnięcia kredytu”. Tak? A może uchroniło przed wizją bankructwa?
Politycy nie pozostawali w tyle. Pamiętam Zytę Gilowską, były oświadczenia think tanków ekonomicznych. W sumie racjonalne, bo przecież: każdy ma prawo ryzykować, dlaczego powinniśmy odbierać komuś prawo do decydowania, dlaczego ograniczamy wolność, komuna już była. I to wszystko było racjonalne, dopóki kurs franka spadał, płace rosły, oprocentowanie było niskie. Potem wszystko pękło i zaczęło się szukanie winnego, czyli kozła ofiarnego. Najfajniej byłoby zrobić winnego z Komisji Nadzoru Finansowego. Zaczęło się mówienie, że to nadzór finansowy nie dopilnował. Więc KNF przypominała: „Myślmy ostrzegali!!!”, i opublikowała wypowiedzi krytykujące przyjęcie w 2006 roku Rekomendacji S. (Reszka 2016, s. 94).
Zyta Gilowska mówiła z pełnym szacunkiem o zdolnościach obywateli i obywatelek do podejmowania racjonalnych decyzji kredytowych – moim zdaniem obywatele są dorośli i mają prawo do pewnej dozy lekkomyślności w podejmowaniu decyzji (PAP, 10.02.2006). Również Klub Parlamentarny Prawa i Sprawiedliwości przyjął Rekomendację S z „niepokojem”, gdyż wprowadzanie sztucznych ograniczeń tamujących naturalny rozwój rynku kredytów nie służy polskiej gospodarce, a już na pewno nie służy obywatelom.
Fascynującą lekturą jest również raport podsumowujący akcję „Wolność dla marzeń, wolność dla kredytów”, przygotowany przez Instytut Globalizacji. Na podstawie wyników badań zleconych TNS OBOP autorzy wnioskują, że Polacy są ostrożni i świadomi ryzyka kredytowego. Dlatego też dodatkowe regulacje są zbędne. Możemy tam przeczytać wypowiedź Andrzeja Sadowskiego, wiceprezydenta Centrum im. Adama Smitha, który mówi: Nie można ingerować w obszar roztropności banku i jego klienta. O tym, jak skończyła się wiara w „roztropność” banków oraz ich klientów i klientek, nikomu nie trzeba przypominać.
Jak pisze Shafir, pozostaje zaakceptować, że świat jest nieuchronnie pełen manipulacji i zająć wobec tego faktu stanowisko. Oraz zastanowić się, czy najlepszą z dostępnych możliwości rzeczywiście jest sytuacja, w której rządy i organizacje społeczne w imię uszanowania ludzkiej godności i wolności wyboru pozwalają nam wpadać w pułapki finansjery sprzedającej niebezpieczne produkty i nierealistyczne marzenia w atrakcyjnych opakowaniach.
Podczas gdy rząd amerykański wydaje 2 miliony dolarów rocznie na program edukacji żywieniowej, McDonald’s inwestuje 1,4 miliarda dolarów w reklamę. Większość australijskich dzieci w wieku 9-10 lat jest przekonanych, że Ronald McDonald wiedział najlepiej, co dzieci powinny jeść. Metaanaliza 40 badań dotyczących relacji pomiędzy oglądaniem telewizji a otyłością u dzieci, wskazuje, że głównym mechanizmem zapośredniczającym tę relację jest oglądanie reklam (Olfman 2005). Jak możemy się przed tym bronić? Grecja nie pozwala na wyświetlanie reklam zabawek przed 22.00, Belgia wprowadziła pięciominutowy bufor przed i po (oraz w trakcie) programów dla dzieci, Norwegia i Szwecja zabraniają kierowania reklam do dzieci poniżej 12. roku życia (Browne i Horpen 2004).
Jednak regulacje (niestety) nie rozwiążą wszystkich problemów społecznych – szczególnie w obszarze zachowań prozdrowotnych, bezpieczeństwa czy szeroko rozumianego dobrostanu fizycznego i psychicznego. Choć zapewnienie możliwości skorzystania z dobrej jakości, bezpłatnej i powszechnej służby zdrowia jest podstawą, nie zawsze taka możliwość będzie wystarczającą zachętą do wzięcia udziału np. w programie profilaktyki raka szyjki macicy lub badaniu przesiewowym w kierunku cukrzycy. Dlatego też musimy zgodzić się na to, aby rządy i organizacje społeczne mogły konstruować rzeczywistość w sposób ułatwiający podejmowanie właściwych, dobrych dla nas wyborów.
W oczywisty sposób pojawia się pytanie: czy chcemy wydawać publiczne środki na manipulacje? Z jednej strony – oczywiście, że nie! Ale z drugiej możemy zapytać, czy chcemy efektywnie wydawać pieniądze publiczne na rozwiązywanie problemów zdrowotnych, walkę ze smogiem czy przestępczością? Marzę o tym, aby tego rodzaju problemy nie istniały, ale dopóki istnieją nie możemy obrażać się na rzeczywistość i musimy szukać skutecznych sposobów radzenia sobie z tymi zagrożeniami. Jak słusznie zwraca uwagę Shafir, nie byłoby szczególnie mądrym uznanie, że występowanie wypadków samochodowych stanowi obrazę dla ludzkiej godności i w związku z tym nieprowadzenie działań mających na celu zapobieganie im.
W 2010 r. rząd Davida Camerona zapoczątkował tzw. Behavioural Insights Team, którego celem jest tworzenie mechanizmów mających na celu m.in. promocję zdrowszego trybu życia, zwiększania ściągalności podatków i wspieranie dobroczynności. Przykładem interwencji zaprojektowanej w ramach tego zespołu jest drobny zabieg, który może ułatwić płacenie podatku w terminie. W Wielkiej Brytanii urzędowi podatkowemu udało się o 15 procent zwiększyć liczbę osób, które opłacały podatek w terminie – dokonano tego dzięki odwołaniu do normy społecznej, w formie wysłania listu informującego podatnika, że większość jego sąsiadów już to zrobiła (Mols i in. 2014).
Inną, również dość subtelną interwencją, tym razem mającą na celu obniżenie poziomu przestępczości, było posprzątanie i doświetlenie oraz reagowanie na łamanie norm (takich jak picie alkoholu) w miejscach dotkniętych wysokim wskaźnikiem łamania prawa (Braga i Bond, 2008). W punktach poddanych tego typu interwencji obserwowano 20% mniej zgłoszeń naruszenia porządku (34% mniej napaści i 11% mniej kradzieży), bez jednoczesnego wzrostu przestępczości w innych miejscach w pobliżu.
Bardzo skuteczne są również interwencje odnoszące się do ważnych dla nas tożsamości. Kampanie medialne mające na celu zmniejszenie zaśmiecenia w okolicy autostrad w Teksasie i Oklahomie odniosły znaczący sukces – w ciągu roku poziom zaśmiecenia został zredukowany o 72%! Dlaczego? Według badaczy wynikało to z tego, że hasła takie jak „Don’t mess with Texas” (gra słów: „don’t mess” oznacza zarówno „nie śmieć”, jak i „nie zadzieraj”) odwoływały się do lokalnej dumy i podkreślały, że śmiecenie nie jest zachowaniem godnym „prawdziwych Teksańczyków” (Grasmick i in. 1991).
Zupełnie oczywistym jest to, że zaprezentowany tu tok myślenia może wydawać się niepokojący, wywoływać dyskomfort i sprzeciw. Zdaję sobie sprawę z ogromnych wyzwań etycznych (i praktycznych) z nim związanych, jak chociażby to, kto ma prawo decydować o wdrażaniu rozwiązań opisanych powyżej czy definiować to, jak powinno wyglądać „dobre życie”. Co w sytuacji, gdy manipulacji podejmuje się rząd, który ma na celu ograniczanie podstawowych wolności obywatelskich? Ale równocześnie: czy nie jest niepokojący sposób postępowania i skala manipulacji sektora finansowego czy wielkich korporacji? Wreszcie pytanie: czy wykażemy się większym szacunkiem dla osoby o znaczącej krótkowzroczności, przekonanej, że ma doskonały wzrok, zachęcając ją do założenia okularów, czy może lepiej, abyśmy uznali, że ma pełne prawo do posiadania takiego przekonania i podejmowania Wolnych i Racjonalnych Wyborów, a następnie nie zareagowali, widząc, że zbliża się do przepaści?
Joanna Grzymała-Moszczyńska
Autorka we fragmentach swojego tekstu streściła argumentację przedstawioną w artykule Eldara Shafira „Manipulated as a Way of Life” opublikowanym w „Journal of Marketing Behavior”, 2015, 1: 245–260.
przez Jarosław Tomasiewicz | piątek 10 lutego 2017 | opinie
Od dekad krytykuję polską lewicę za intelektualną impotencję wyrażającą się w bezmyślnym importowaniu zagranicznych wzorów. CTRL+C, CRTL+V. To takie błędne koło: specyficzny splot czynników geopolitycznych, historycznych, społeczno-ekonomicznych i kulturowych spowodował, że lewica w Polsce pozostawała na ogół (pomijając kilka historycznych wyjątków) osamotnioną mniejszością; poczucie izolacji sprawiało, że z utęsknieniem wyczekiwała pomocy z zewnątrz („wczoraj Moskwa, dziś Bruksela”); stawianie na „bratnią pomoc” zamiast na pracę w rodzimym społeczeństwie pogłębiało alienację lewicy. Przy czym, o ile sto lat temu lewica rozkwitała intelektualnie (Brzozowski! Abramowski! Luksemburg! Kelles-Krauz! Machajski! Hempel! – i wielu, wielu innych), to obecnie, po dziesięcioleciach gonienia obcych wzorów i implementowania ich w „tym kraju”, stała się intelektualnie wyjałowiona. Sprowadzenie polskiej lewicy do roli translatora zewnętrznych trendów dostrzegam nie tylko ja – „bardzo dziwna postać”, jak raczył nazwać mnie ongiś jeden z lewicowych redaktorów – ale też nieposzlakowani lewicowcy.
Ale spokojnie, tym razem nie będę przynudzał i powtarzał się. Wręcz przeciwnie – skrytykuję domorosłych lewaków z nadwiślańskiego zaścianka za niedostrzeganie najnowszych mód zrodzonych w Ojczyźnie Światowej Klasy Kreatywnej.
Po kolei. Przez ostatnie lata hipster-lewica, udająca obecnie lewicę radykalną, wygrzewała się w ciepłym słoneczku liberalnego mainstreamu, który zdominował układ geopolityczny. Można było bezpiecznie walczyć o postęp mając za plecami liberalne państwo – oczywiście nie będące szczytem marzeń goszysty, pryncypialnie krytykowane za „błędy i wypaczenia”, ale jednak uważane za mniejsze zło niż ciemnogród i populizm. Ono samo było trzymane w ryzach przez „oświecony absolutyzm” Unii Europejskiej, a tę znowuż asekurował – jako zwornik globalnego ładu – dobrotliwy Wielki Wujek Barack. W ten sposób mogło pojawić się zjawisko charakterystyczne dla schyłkowych imperiów: imperialistyczna lewica pragnąca sfinansować reformy socjalne w metropolii profitami z poddanych hegemonicznemu uciskowi peryferii, dlatego zainteresowana w utrzymaniu istniejącego ładu geopolitycznego (zjawisko brytyjskiego socjalimperializmu XIX/XX w. opisywał Bernard Semmel). Bezzębna prawica mainstreamowa, skoncentrowana na liczeniu korporacyjnych zysków, mogła sobie wszczynać kulturowe wojenki, ale generalnie zepchnięta została do głębokiej defensywy, oddając jedną pozycję po drugiej. Skrajna prawica w większym stopniu egzystowała w histeryczno-sensacyjnych medialnych stories niźli w realu.
Aż tu nagle demon powrócił. Objawił się AltRight – „prawica alternatywna”, alternatywna wobec mainstreamu; zjawisko skądinąd niejednolite. To nie jest reaganowsko-thatcherowska neoliberalna/neokonserwatywna New Right, której ostatnim wyrazem była Tea Party. AltRight to odrodzenie twardej „Starej Prawicy” – etnopolitycznej, tradycjonalistycznej, populistycznej – w nowych postmodernistycznych formach. Swoisty powrót do korzeni. I to właśnie altrightowcom udało się pokonać mainstreamową lewicę na jej własnym polu: zdobyć poparcie robotników używając nie haseł kulturowych (Thomas Frank trochę się zdezaktualizował), lecz ekonomicznych. Robotnicy z Pasa Rdzy poparli protekcjonizm przeciw globalizmowi.
Dla lewicy, która zdążyła już zapomnieć o cechującym ją kiedyś antyimperializmie, to geopolityczne trzęsienie ziemi, ba – coś w rodzaju odwrócenia magnetycznych biegunów Ziemi. Nagle zabrakło punktu oparcia, punktu odniesienia. Lewica musi odnaleźć się w nowej sytuacji, dokonać samokrytyki, reorientacji, przewartościowania. Odpowiedzieć sobie na pytanie: co robić? Najpopularniejsza odpowiedź brzmi: to, co dotąd, tylko bardziej. Zewrzeć szeregi, okopać się na swych pozycjach. To reakcja mieszczanina przestraszonego załamaniem status quo. Bastionami oporu (safe zones) stają się uniwersytety i liberalne samorządy wielkich miast. Magazyn „Rolling Stone” opisuje formowanie się koalicji anty-Trumpowej. Znajdą się w niej organizacje proimigranckie, ekologiczne, feministyczne, mniejszości seksualnych, walczące o ograniczenie dostępu do broni i – co ciekawe – „prawdziwi konserwatyści” (czyt. neokonserwatyści) niechętni izolacjonizmowi Trumpa. Nie brakuje wam tu kogoś? Bo mi brakuje – związków zawodowych. Wygląda na to, że lewica obraziła się na robotników. Zamiast tego Trump spotyka się z liderami związkowymi.
Jednak nie wszyscy amerykańscy lewicowcy są wyznawcami kultu cargo, ufnymi, że powtarzanie pewnych rytuałów zapewni im pomyślność. Niektórzy uważają, że wyzwanie ze strony AltRight wymaga symetrycznej odpowiedzi: stworzenia alternatywnej wobec mainstreamu lewicy odwołującej się do zapomnianych fundamentów lewicowości. Przeciwnicy postrzegają kiełkujący fenomen AltLeft jako nowe wcielenie sojuszu ekstremów, „miejsce, gdzie Pat Buchanan spotyka Ralpha Nadera” (choć alt-leftists odrzucają jakiekolwiek formy współpracy z faszystami, rasistami, antysemitami, fundamentalistami). Zwolennicy akcentują, że jest to de facto powrót do tradycji Starej Lewicy – „lewicy takiej, jaką była od II wojny światowej do kontrkultury lat 60.”.
Oznacza to przede wszystkim prymat ekonomiki nad kulturą, pierwotność bazy wobec nadbudowy, powrót do Marksowskiej tezy, że „byt kształtuje świadomość”. Pogarda wobec biednych i przegranych traktowana jest jako najważniejszy z grzechów. My będziemy lewicowi w sprawach ekonomicznych […], lecz raczej centrowi w sferze kultury – napisał „alternatywny lewicowiec” Robert Lindsey. Takie podejście stawia AltLeft w opozycji zarówno do technokratycznej socjaldemokracji, która już dawno zdezerterowała do obozu neoliberalizmu, porzucając klasę ludową, jak i wobec „lewicy kulturowej” (Cultural Left) dominującej po lewej stronie barykady. Ci pierwsi to po prostu „zdrajcy klasy robotniczej”, wróg klasowy. Drugim, jako „błądzącym towarzyszom”, poświęca się większość polemicznego ferworu.
AltLeft toleruje zwolenników Cultural Left pod warunkiem, że nie eksponują swych antagonizujących poglądów. Lewica kulturowa krytykowana jest nie co do zasadności czy kierunku przemian kulturowych, ale ze względu na ekstremizm. Lindsey pisze: Prawa gejów – tak! Gejowska polityka – nie! Wsparcie i tolerancja dla biologicznych homoseksualistów, aby żyli wedle swego wyboru w wolności i szczęściu. […] Z drugiej strony homoseksualizm nie powinien być wywyższany ani wychwalany […]. Prawa kobiet – tak! Kobieca polityka – nie! Alternatywna lewica popiera feminizm równościowy, ale nie feminizm genderowy, radykalny, nienawidzący mężczyzn. Według alt-leftists promowana przez kulturalistów „polityka tożsamościowa” prowadzi do zastępowania walki klas konfliktem rasowym i/lub płciowym. W tym ujęciu biali ludzie są złem […] a każdy kto nie jest biały, automatycznie jest świętym. Oznacza to nie tylko dzielenie klasy pracującej według rasistowskich kryteriów, ale też stosowanie odpowiedzialności zbiorowej (zwróćmy przy tym uwagę, że o ile przynależność klasową można zmienić stosunkowo łatwo, to rasowej czy płciowej raczej nie, co czyni antagonizm nieprzezwyciężalnym).
Innym aspektem „alternatywnej lewicy” jest internacjonalizm rozumiany jako antyimperializm, a nie kosmopolityzm. Lindsey podkreśla, że pragnienie ludzi, by […] posiadać narodową, etniczną czy religijną tożsamość powinno być postrzegane jako prawo, w które nie wolno się wtrącać. Wynika z tego akceptacja dla wielokulturowości imigrantów w pierwszym pokoleniu, ale promowanie asymilacji w następnych. Z jednej strony krytykowany jest szowinizm (extreme patriotardism) i wsparcie dla zachodniego imperializmu – także ze strony Berniego Sandersa, klasyfikowanego jako „zimnowojenny liberał”. Z drugiej strony, odrzuca się pogląd, że „Zachód jest zły, a nie-Zachód jest cudowny”. AltLeft odcina się zarówno od antysemityzmu, jak i od radykalnego syjonizmu, akceptując antysyjonistów, ale też… umiarkowanych syjonistów.
Amerykańska AltLeft istnieje niewiele ponad rok (strona Altleft.com pojawiła się w listopadzie 2015 r.), jest ugrupowaniem niewielkim i do tego zróżnicowanym, o niewykształconej jeszcze fizjonomii. Jeden z jego zwolenników napisał: Niestety, AltLeft przyciąga szeroki wachlarz dziwnych typów, z których każdy ma swoje błazeńskie pomysły na to, czym AltLeft być powinna. No cóż, początki zawsze są trudne.
Czy Polacy powinni naśladować AltLeft? Nie. Wystarczy powrót do rodzimej tradycji, rzeczowa, nieuprzedzona analiza rzeczywistości, po prostu zdrowy rozsądek. Jaskółki można dostrzec.
dr hab. Jarosław Tomasiewicz
przez Mateusz Trzeciak | poniedziałek 6 lutego 2017 | opinie
Lewicowa propozycja zmiany świata wypływa z systemu wartości odmiennego niż konserwatywny, liberalny czy nacjonalistyczny. Wolność, Równość i Braterstwo to fundament lewicowego systemu etycznego (dziś również Siostrzeństwo lub zastępująca ostatni człon Solidarność) i najkrótszy opis punktu, do którego zmierzamy.
Realizacja tej propozycji oznacza stworzenie świata, w którym wszyscy ludzie będą wolni od przymusu ekonomicznego i prześladowań, równi wobec prawa i siebie nawzajem. Długofalowym planem jest stworzenie warunków, które sprzyjać będą rozwojowi najlepszych cech rodzaju ludzkiego.
Stojąc na gruncie idei wyprowadzonych z Marksa, lewica stwierdza, że zło dzisiejszego świata wynika z takiego a nie innego systemu gospodarczego – sposobu produkcji, oraz służącej mu ideologii, czyli kultury, instytucji, systemów wartości.
Pierwszym krokiem do zmiany stosunków gospodarczych i społecznych jest wyzwolenie się społeczeństwa z ram tej ideologii. Odrzucenie postaw pożądanych w kapitalizmie, szkodliwego systemu wartości, stawiającego na indywidualizm, konkurencję oraz sukces rozumiany jako dojście do bogactwa i pozycji.
Logiczną konsekwencją takiej diagnozy jest stwierdzenie, że ruch proponujący inne urządzenie świata musi zaproponować również, jeśli nie w pierwszym rzędzie, alternatywny system etyczny.
W odróżnieniu od prawicy konserwatywnej i nacjonalistycznej, lewica wie, że tego nie da się zadekretować. W odróżnieniu od liberałów uważa, że jednostkowe wolności nie sumują się w wyzwolenie społeczne. Ruchy emancypacyjne na całym świecie propagowały lewicowy system etyczny poprzez tworzenie nowej kultury oraz obiegu edukacji alternatywnego wobec państwowego i kościelnego.
Przykładem tekstu poruszającego to zagadnienie na gruncie polskiej tradycji lewicowej jest „Program wykładów nowej etyki” (zwany również Katechizmem) Edwarda Abramowskiego. W latach 20. i 30. program stworzenia nowej kultury – od malarstwa, przez turystykę, literaturę i teatr – był kluczową kwestią dla działaczek i działaczy lewicy. Tak pisał o tym działacz oświatowy PPSD, późniejszy prezes pepeesowskiego Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego, Kazimierz Czapiński:
[…] Charakter tej kultury jest inny. Jest to kultura optymistyczna. Kultura zaufania do nauki. Kultura solidarności ogólnoludzkiej, a więc pokojowej współpracy – kultura pracy, bo właśnie praca jest największym szlachectwem okresu proletariackiego. Kultura równości, kultura równego startu dla wszystkich. Kultura wolności prawdziwej, bo opartej na gwarancjach równości gospodarczej. Kultura maksymalnego, największego wysiłku całej ludzkości – w kierunku szczęścia i sprawiedliwości. […] Partia socjalistyczna dobrze rozumie, że nie podoła olbrzymim zobowiązaniom i wielkiej odpowiedzialności, jeśli nie potrafi wytworzyć ludzi obowiązkowych, wykształconych i moralnie odpowiedzialnych.
Lewica w Polsce od lat błąka się na marginesie sceny politycznej. W wyobraźni społecznej funkcjonuje głównie jako spadkobierczyni PZPR lub bananowa wielkomiejska młodzież. Nie ma swojego obrazu świata, systemu wartości, wizji przyszłości, z którymi potrafiłaby dotrzeć do ludzi, jakich powinna reprezentować, nie była w stanie sformułować własnej propozycji etycznej.
Wynika to oczywiście z dziesiątek powodów – najbardziej oczywiste z nich to obciążenie PRL-em oraz nierównowaga sił i środków w porównaniu z prawicą i liberałami. O tym, że lewica bardzo długo nie miała wpływu na rzeczywistość (a i dziś ma bardzo ograniczony), zdecydowały siły dużo potężniejsze niż SLD czy garstka aktywistek i działaczy lewicy pozaparlamentarnej. Nie zmienia to faktu, że ten brak wpływu był i jest silnie demoralizujący. Jedną z reakcji na tę niemoc jest popadanie w skłonność do niemalże programowego sprzeciwu wobec posługiwania się w działalności politycznej systemem etycznym. Sprzeciwu wobec oceniania rzeczywistości przez pryzmat wartości – Równości, Wolności i Solidarności. Przekonanie, że wartości jako takie są przestarzałe, a już na pewno nie są lewicowe. Przyjęcie i uwewnętrznienie prawicowej opowieści o sobie – jedyne wartości to, oczywiście, Bóg Honor i Ojczyzna (względnie wolność, własność, sprawiedliwość), a wszystko inne to nihilizm i brak moralności.
W warunkach takiej autokastracji pozostają dwie propozycje – technokratyczna lub negatywno-ironiczna. Żadna z nich nie stanie się Dobrą Nowiną, której lewica potrzebuje jak powietrza.
Propozycja socjaldemokratyczna bez wejścia na poziom wartości – równości, wyzwolenia, godności i wolności – sprowadza się do wizji armii urzędników i formularzy podatkowych. Za punkt wyjścia obierana jest koncepcja jednostki posiadającej swoje egoistyczne dążenia i pragnienia. W tej propozycji do koncepcji socjaldemokratycznej jednostkę przekonać można poprzez wykazanie matematycznego rachunku zysków i strat: może twoje pragnienia nie są wspólnotowe, ale bardziej opłaca ci się płacić wyższe podatki i wstąpić do związku zawodowego, niż zdać się na dobrą wolę najbogatszych i ekonomię skapywania.
To nie jest opowieść, która może porwać kogokolwiek. Klub miłośników biurokracji nie jest środowiskiem, z którym można się utożsamiać na poziomie emocji. Wysoko ustawiony próg wejścia uniemożliwia otwarcie się na osoby, których hobby nie jest porównywanie systemów opieki społecznej w krajach UE. A ugrupowań, które lepiej niż lewica posługują się tabelą rachunkową, jest sporo.
Propozycja socjaldemokratyczna pozbawiona pierwiastka utopijnego – wizji celu, do którego dążymy jako ruch i wspólnota – staje się szeregiem niepołączonych ze sobą recept na zwalczanie poszczególnych symptomów kryzysu realnego kapitalizmu. Takiej wizji nie jest pozbawiona nowa prawica, która światowe rynki widzi jako arenę zmagań służących odnowieniu narodowych wspólnot. Odwołanie do wartości, wspólnoty i celu pozwala na ubranie nawet najbardziej reakcyjnej agendy w szaty rewolucyjne. Ograniczając się do rocznika statystycznego w roli źródła naszych przekonań, skazujemy się na bezsilne reagowanie na postępy prawicy.
Pozycja negatywno-ironiczna jest jednak wielokrotnie gorsza. Dla części istniejącego środowiska aktywistycznego drogą do lewicowego zaangażowania było odrzucenie norm społecznych, kategorii i wspólnot uznawanych za tradycyjne. Równoczesny brak sformułowania własnych kategorii wspólnotowych skutkuje przejściem na pozycje negacji i poczucia wyższości, komunikowanych na zewnątrz poprzez otwarte wyśmiewanie grup i jednostek stosujących takie kategorie. To recepta na pewną porażkę.
Taki model myślenia i działania jest alienujący i destrukcyjny również wewnętrznie. Ciągłe toczenie beki uniemożliwia operowanie na poziomie pozytywnych emocji i wytworzenie własnej silnej tożsamości grupowej. Ten brak wizji przyszłości, nadziei i poczucia wspólnoty, połączony z kulturą wyśmiewania wszystkiego, co poważne, skutkuje popadnięciem w błędne koło frustracji i konfliktów. Najczęstszą reakcją na taki stan rzeczy jest jeszcze więcej dystansu, jeszcze więcej ironii – w tym wobec siebie, własnej działalności, organizacji i Sprawy.
W takim układzie spora część niewielkiego lewicowego środowiska zmienia się w swego rodzaju internetową subkulturę. Grupę posługującą się hermetycznym kodem kulturowym, obracającą się we własnym kręgu, coraz bardziej wyobcowaną i w kontakcie ze światem zewnętrznym reagującą właśnie jak subkultura. Z krążącymi wewnątrz grupy komunikatami musimy być na bieżąco, jeżeli chcemy utrzymać ciągłość i w ogóle rozumieć, co się dzieje.
Praktycznym przykładem tego procesu jest zaangażowanie widocznej części lewicy w internetową kulturę dank memes – wciąż bardziej hermetycznych i autotelicznych grafik, intencjonalnie brzydkich, pozbawionych sensu i wartości dla wszystkich, którzy nie są na bieżąco z forami w rodzaju 4chan i innych internetowych śmietnisk.
To wszystko ma daleko idące konsekwencje. Kultura internetowego flejmu zostaje przeniesiona na wszelkie odcinki komunikacji. Każda rozmowa zmienia się w monolog, w którym nie chodzi o przekonanie kogokolwiek, wyjaśnienie swojego stanowiska, nawet nie o ostrą polemikę, ale o zaoranie i zmasakrowanie, postrzegane jako domyślny sposób prowadzenia dyskusji.
Rozpowszechnienie wzorów komunikacji takich jak programowe przyjmowanie roli zdystansowanego obserwatora i cynicznego komentatora można, zgodnie z lewicową tradycją, interpretować jako skutek alienacji człowieka w społeczeństwie kapitalistycznym. Wiąże się ona z zanikiem bądź utowarowieniem więzi społecznych, poczuciem jednostkowej bezsilności i, w konsekwencji, epidemią zaburzeń depresyjnych.
Kody kulturowe wygenerowane przez platformy typu 4chan są w jakimś sensie kulturą konserwatywnego kapitalizmu w stanie czystym. Cechuje je postawa pogardy wobec słabości (do której zaliczane jest właściwie całe spektrum wartości lewicowych – feminizm, solidarność, pomoc wzajemna), wyrażana z pozycji doskonale wyobcowanej anonimowości, usytuowanej poza jakąkolwiek więzią społeczną. Dlatego platformy takie nie są w stanie wytworzyć niczego innego niż jakaś odmiana alt-rightu – wynika to wprost z natury takiego medium.
Żywiołowość pewnych internetowych form komunikowania się nie oznacza, że nie powinniśmy utrzymywać do nich krytycznego dystansu. Nie ma możliwości uczestniczenia w takiej kulturze bez wzmacniania jej podstawowego przekazu. Zamknięcie się w getcie internetowej subkultury znacząco osłabia możliwości przyciągnięcia osób spoza wąskiego środowiska oraz wpływa na zdolności poznawcze i komunikacyjne. Oparcie tożsamości na formach językowych, a nie wartościach, nie wzmacnia wewnątrzgrupowych więzi.
Uczucia wspólnotowe nie są same w sobie związane z ideologią konserwatywną, choć wiele osób na lewicy zdaje się żywić właśnie takie przekonanie. Położenie większego nacisku na kwestię podzielanych wartości posłuży wewnętrznej integracji ruchu, w którym uczestniczymy. Może też posłużyć zwiększeniu naszych szeregów – w końcu identyfikacja polityczna w znacznym stopniu oparta jest na emocjonalnym zaangażowaniu. A trudno jest je wykrzesać odwołaniem do technokracji albo niezrozumiałymi formami komunikacyjnymi.
Nie było nam łatwo, jako dzieciom transformacji ustrojowej, odrzucić liberalną opowieść o byciu kowalem własnego losu i głębokiej niesprawiedliwości wsparcia socjalnego, odrzucić kategorie „nierobów” i „patologii” – a jednak to robimy.
Nie jest nam łatwo, jako osobom wychowanym w społeczeństwie patriarchalnym, wdrażać postulaty równości płci – a przecież postulujemy wprowadzanie parytetu i suwaka w działalności politycznej, kształtujemy zasady dyskusji dążące do zniwelowania przewagi mężczyzn nad kobietami, wypracowujemy standardy równościowe.
Na co dzień, w miarę możliwości, rezygnujemy z jedzenia mięsa lub nabiału, produktów zawierających olej palmowy, nie kupujemy ubrań szytych w Bangladeszu, bojkotujemy firmy represjonujące związki zawodowe, przestajemy oglądać tresującą nas do indywidualizmu i konsumpcji telewizję. Ograniczamy rzeczy, które szkodzą planecie, społeczeństwom lub nam samym.
Równocześnie część z nas jak zamach na swoje prawa człowieka traktuje pomysł odrzucenia szkodliwej i nieprzynoszącej niczego kultury ironicznego dystansu i wulgarnego rechotu. Kultury, która stworzyła Donalda Trumpa, alt-right i popularność Janusza Korwina-Mikke, kultury plucia na wszystko, co dla kogoś ważne. Oburzenie jest domyślną reakcją na propozycję, żeby zacząć otaczać się rzeczami dobrymi, pięknymi i mądrymi, a w działalności społecznej i politycznej kierować się etyką – kategoriami empatii, wspólnoty i solidarności.
Projekt lewicowy, socjaldemokratyczny, wypływa z wartości, z systemu etycznego. Dąży do zapewnienia wolności, godności i bezpieczeństwa wszystkim ludziom. Zakłada, że prawo jednostki do przyjemności, jej wolność pozytywna może i powinna być ograniczana w celu minimalizacji cierpienia wszystkich.
Światopogląd, który odrzuca wartości wspólnotowe i dąży do maksymalizacji przyjemności jednostki, to libertarianizm. Tego rodzaju wizja zakłada indywidualne wyzwolenie jednostki z więzi wspólnoty, postrzeganych niemal wyłącznie jako źródło opresji. Jako spadkobiercy i spadkobierczynie tradycji socjalistycznych uznajemy, że emancypacja odbywa się wewnątrz wspólnoty, w ramach wspólnotowych wartości i zobowiązań. Jest to lekcja, którą z powodzeniem odrobiła prawica. Zlekceważenie roli etyki i wartości w najlepszym przypadku skazuje lewicę na bycie dostarczycielem socjalnej korekty programowej projektu konserwatywnego lub liberalnego. W najgorszym – na polityczny niebyt.
Michał Maleszka, Mateusz Trzeciak