przez Jarosław Tomasiewicz | niedziela 22 grudnia 2019 | opinie
Lewica jako dziedzic Oświecenia opiera się na idei Postępu: zmiana ma być nie tylko historycznie zdeterminowana, ale też z natury rzeczy musi nieść pozytywne skutki. Zgodnie z linearną koncepcją dziejów, każda zmiana przybliża szczęśliwy Koniec Historii – świat jest wszak racjonalny! Istnieją jednakże lewicowe ideologie krytykujące paradygmat modernizacji. Nie negują Oświeceniowych wartości, ale kwestionują pogląd, że modernizacja może owe wartości urzeczywistnić. Należy do nich teoria zależności (zwana też dependyzmem) i jej pochodne.
Źródła
Marks i Engels byli entuzjastami tego, co dziś nazywamy globalizacją. Dla nich postęp ludzkości dokonywał się po linii prostej, jego ostatecznym celem miało być totalne panowanie człowieka nad przyrodą, spełnione dzięki rozwojowi techniki i centralizacji wysiłków. Rozwój gospodarki światowej spowodował wzrastającą wszechstronną współzależność narodów, produkcja i spożycie nabrały charakteru kosmopolitycznego, wraz z rozwojem kapitalizmu „odosobnienie i przeciwieństwa narodowe między ludźmi zanikają coraz bardziej”. Postępowi społecznemu i ekonomicznemu sprzyjają duże organizmy gospodarcze, dlatego w rozwijającym się świecie nie ma miejsca dla tradycyjnych, zamkniętych społeczeństw. Marks wierzył, że kolonialne panowanie Europejczyków odegra historycznie postępową rolę, dokonując, choć brutalnymi metodami, radykalnego przeobrażenia zacofanych kolonii w kierunku kapitalizmu, przemysłu, nowoczesności.
Nadzieje Marksa nie spełniły się jednak. Okazało się, że – jak udowodnili Alice i Daniel Thornerowie – np. w Indiach pod rządami brytyjskimi w latach 1815-1880 dokonało się odprzemysłowienie kraju, czemu dodatkowo towarzyszyła stagnacja produkcji rolnej. Marksiści musieli ustosunkować się do tych faktów. Podczas gdy jedni (wśród nich takie postacie jak August Bebel) znajdowali niezliczone argumenty usprawiedliwiające „misję cywilizacyjną białego człowieka”, inni uważali kolonializm za sprzeczny zarówno z humanitarnymi ideałami, jak i z interesem proletariatu. Interesująco prezentuje się na tym tle refleksja Karola Kautsky’ego, który w artykule „Ultraimperializm” (1914) przewidywał, że konkurencja imperialistyczna doprowadzi w końcu do stworzenia kartelu mocarstw. Ta wizja politycznej jedności zglobalizowanego kapitalizmu długo mogła wydawać się fantasmagorią, dziś jednak jawi się jako prorocza.
Pośród krytyków kolonializmu odnajdziemy jednak przede wszystkim Różę Luksemburg, która w wydanej w 1912 r. pracy „Akumulacja kapitału (przyczynek do ekonomicznego wyjaśnienia imperializmu)” dała wnikliwą analizę XIX-wiecznej globalizacji. Jej zdaniem, cała polityka kolonialna to nic innego jak akumulacja pierwotna realizowana w skali całego globu. Celem tej polityki jest wciągnięcie kolonii w orbitę handlu światowego: naród podbity ma stać się odbiorcą towarów metropolii – by to osiągnąć, niszczy się miejscową gospodarkę naturalną. Polityka podatkowa kolonialistów wciąga narody kolonialne w wir gospodarki towarowo-pieniężnej. Rozwój infrastruktury służy udostępnianiu metropolii bogactw naturalnych kolonii, stanowiącej surowcowy suplement. Luksemburg nie przechodzi jednak do porządku dziennego nad ofiarami tych procesów – w odróżnieniu od swego mistrza zdaje się im współczuć. Analizuje na przykładzie Indii i Algierii, jak kolonializm doprowadził do rozkładu wspólnot wiejskich, przekształcając chłopów w wielomilionową masę nędzarzy.
Lenin przełożył to na język praktyki. Jego teoria imperializmu różniła się od luksemburgistowskiej: o ile Luksemburg koncentrowała się na zewnętrznym aspekcie imperializmu tj. na podbojach kolonialnych, o tyle przywódca bolszewików akcentował przede wszystkim jego wewnętrzne implikacje. Tym niemniej z faktu nierównomiernego rozwoju ekonomicznego świata Lenin wyciągał wnioski odmienne niż Marks. To nie wysokorozwinięta Europa miała narzucić swój model rozwojowy reszcie globu, to Rosja – „najsłabsze ogniwo” imperializmu – miała stać się zarzewiem światowej rewolucji, zaś siłą napędową tejże byłyby m.in. antyimperialistyczne walki narodów kolonialnych i półkolonialnych. Skoro imperializm jest jedną całością, to proletariat powinien popierać wszystkie ruchy antyimperialistyczne (w tym też te potępiane dotąd przez marksistów jako „reakcyjne”, np. chłopski), a ściślej – wykorzystać je dla sprawy socjalizmu. Leninowska teoria imperializmu stała się arsenałem, z którego pełnymi garściami czerpały wszelkie ruchy narodowo-wyzwoleńcze chcące uchodzić za „postępowe”.
Jednak według Lenina, podstawową sprzecznością współczesnego świata pozostawał konflikt klasowy między proletariatem i burżuazją, ruchy narodowowyzwoleńcze mogły pełnić tylko funkcję pomocniczą. Jeden z uczniów Lenina poszedł wszakże o krok dalej, odwrotnie rozkładając akcenty. Mir Sayit Sułtan-Galijew, baszkirsko-muzułmański bolszewik, uznał, że podstawowym jest konflikt między Europą a narodami kolonialnymi i półkolonialnymi; miejski proletariat Europy jest tak samo obcy ludom Wschodu jak burżuazyjni kolonizatorzy.
Panislamski komunizm Sułtan-Galijewa został zdławiony jeszcze w latach 20., ale po kilku dekadach podobny obraz świata zaprezentowali komuniści chińscy z Mao Tse-Tungiem na czele. Dążąca do samodzielności Komunistyczna Partia Chin potrzebowała sztandarów, pod którymi mogłaby wzniecić rebelię przeciw hegemonii Kremla. Pierwszym z nich była obrona Stalina (jak wykazał Tony Cliff, stalinizm na tym etapie bardziej odpowiadał odbywającej się w ChRL pierwotnej akumulacji); drugim – hasło „światowa wieś okrąża światowe miasto”. Rzucił je w 1965 r. Lin Piao, uogólniając w skali globalnej taktykę „długotrwałej wojny ludowej”, która przyniosła KPCh zwycięstwo w wojnie domowej. Na IX Zjeździe KPCh w 1969 r. sformułowana została teza o zasadniczej sprzeczności między Trzecim Światem z jednej strony a rozwiniętymi krajami kapitalistycznymi i socjalistycznymi z drugiej. Sprzeczności klasowe okazywały się drugorzędne wobec „neokolonialnego spisku” supermocarstw dążących do hegemonii. Ostateczną formę koncepcja ta uzyskała w 1974 r., gdy Teng Siao-ping obwieścił „teorię trzech światów”, dzielącą świat na supermocarstwa, kraje rozwijające się i strefę pośrednią, obejmującą państwa rozwinięte, które uczestniczyły w wyzysku Trzeciego Świata, ale zarazem były zdominowane przez USA lub ZSRR.
Postawmy tu obrazoburczą tezę – teoria zależności to wyrafinowany intelektualnie maoizm. Oczywiście nie znaczy to, że szkoła dependystyczna była tubą propagandy Pekinu. Uważam jednak, iż dependyści postrzegali świat podobnie jak maoiści – tyle, że na innym, naukowo-teoretycznym poziomie. Oba nurty rozwijały się równolegle, zdarzały się między nimi przypadki osmozy (wszak maoistą był Samir Amin, jeden z czołowych przedstawicieli „teorii zależności”).
Geneza i rozwój
Bezpośrednim protoplastą teorii zależności był jednak nie marksizm (choć jego wpływu na dependyzm nie da się przecenić), lecz latynoamerykańska szkoła ekonomiczna zwana desarrollizmem. Ameryka Łacińska nieprzypadkowo stała się miejscem narodzin dependyzmu – formalnie niepodległa od z górą stulecia, wciąż jednak pozostawała zacofana. Niedorozwój regionu zmuszał ekonomistów do refleksji nad jego przyczynami. Ośrodkiem tejże refleksji stała się działająca od 1948 r. Comision Economica Para America Latina (CEPAL), kierowana w latach 1950-63 przez Raula Prebischa. Prebisch, najpierw monetarysta a później zwolennik Keynesa, w 1950 r. opublikował „The Economic Development of Latin America and Its Principal Problems”, w której poddał krytyce założenia keynesizmu jako nieadekwatne do sytuacji w Ameryce Łacińskiej, wprowadzając zarazem pojęcie gospodarki peryferyjnej. Podsumowanie swoich poglądów zawarł w artykule „Critica al Capitalismo Periferico”, opublikowanym w 1976 w „Revista de la CEPAL”.
Skupieni wokół CEPAL ekonomiści doszli do wniosku, że nie można rozpatrywać gospodarki narodowej jako zamkniętego systemu. Furtado napisał: „/…/ gospodarki słabo rozwinięte tworzą podsystemy, których zachowanie nie będzie mogło być całkowicie wyjaśnione, jeśli nie będziemy posiadać hipotezy dotyczącej struktury i funkcjonowania globalnego systemu /…/”. Analizując międzynarodowe powiązania gospodarcze, posłużyli się ogólną teorią systemów wypracowaną przez biologa Ludwiga von Bertalanffi – w myśl jego koncepcji, system charakteryzuje ekwifinalność („tendencja do osiągnięcia charakterystycznego stanu końcowego z wychodzeniem od różnych stanów początkowych i dążeniem do celu różnymi drogami”), sprzężenie zwrotne, zdolność przystosowawcza i zachowanie teleologiczne.
Doktryna CEPAL współbrzmiała z analizami takich marksistów, jak Paul Baran, który w „On the Political Economy of Backwardness” (1952) doszedł do wniosku, że kraje zacofane nie mają żadnych perspektyw rozwoju w systemie imperialistycznej integracji, charakteryzującym się dominacją kapitału finansowego metropolii, niedorozwojem burżuazji lokalnej i przewagą prekapitalistycznych sposobów produkcji. W wydanym pięć lat później dziele „The Political Economy of Growth” Baran pisał: „Królowanie kapitalizmu monopolistycznego i imperializmu w krajach rozwiniętych i organizacja społeczna krajów zacofanych są ściśle powiązane i stanowią jedynie dwa różne aspekty tego, co w istocie jest jednym problemem globalnym”.
Desarrollizm odbił się szerokim echem w innych krajach regionu, m.in. w Brazylii, gdzie koncepcję desenvolvivemento (rozwoju) głosił m.in. Celso Furtado w takich pracach, jak „El Desequillibrio Externo en las Economias Subdesenvolvidas” (1953) czy „Uma Economia Depediente” (1956). Tą drogą poszedł prezydent Kubitschek, inicjując program industrializacji przez państwo za pomocą inflacji kontrolowanej. Gdy jednak inflacja wymknęła się spod kontroli i program poniósł fiasko, desenvolvimentyści spolaryzowali się – ich lewica z Furtado na czele opowiada się za rozszerzeniem zakresu interwencji państwa (świadectwem tej radykalizacji są dzieła Furtado „Desenvolvimento e Subdesenvolvimento” z 1961, „Brasil: What Kind of evolution” z 1963 i „Dialectica do Desenvolvimento” z 1964 r.). Ekipa Furtado popiera populistyczny rząd prezydenta Goularta (zajmując tu przeciwną pozycję niż Prebisch, który tworzył swą teorię w opozycji do populizmu Perona, a następnie zaoferował swe usługi wojskowej dyktaturze gen. Aramburu). Pucz wojskowy z 1964 r. zmusza Furtado do emigracji – po krótkim pobycie na uniwersytecie Yale przenosi się do Paryża. Na emigracji powstają kolejne prace: „Teoria e Politica do Desenvolvimento” (1967), „La Concentracion del Poder Economico en los Estados Unidos y sus Proyecciones en America Latina” (1968), „A Hegemonia dos Estados Unidos e Subdesenvolvimento da America Latina” (1973), „O Mito Desenvolvimento Economico” (1974, wyd. polskie 1982).
Ostateczną formę teorii zależności nadał Andre Gunder Frank publikując w 1966 r. w „Monthly Review” artykuł „The Development of Underdevelopment”, a rok później pracę „Capitalism and Underdevelopment in Latin America. Historical Studies of Chile and Brazil”. Opisuje tam obrazowo światowy system ekonomiczny, który „składa się ze światowej metropolii (obecnie Stanów Zjednoczonych) i jej klasy panującej oraz jej lokalnych i międzynarodowych satelitów – lokalnych satelitów, które stanowią np. południowe stany USA, oraz międzynarodowych satelitów, jak Sao Paulo. O ile Sao Paulo jest lokalną metropolią w ramach lokalnego systemu, model będzie się składał dalej z jego satelitów: prowincjonalnych metropolii, /…/ a następnie z kolei ich regionalnych i lokalnych satelitów. /…/ cały łańcuch relacji metropolia – satelita sięga w dół do poziomu hacjendy i wiejskiego kupca, którzy są satelitami lokalnych metropolitalnych centrów handlowych, opierając się na chłopstwie jako na własnych satelitach”.
W rozwijanie teoria de la dependencia zaangażowali się liczni intelektualiści latynoamerykańscy: Fernando Cardoso, Celso Furtado, Osvaldo Sunkel, Helio Jaguaribe, Vania Bambirra, Ruy Mauro Marini, Theotonio Dos Santos, R. Pizarro, O. Caputo, E. Falletto. Rychło znaleźli odzew w Afryce (Samir Amin, A. Emmanuel, Walter Rodney) i Azji (Ranjit Sau, S. Lal). Paradoksalnie, teoria zależności spotkała się też z dużym zainteresowaniem w krajach wysokorozwiniętych – badania nad nią podjęli Immanuel Wallerstein w USA, Gavin Williams i E. A. Brett w Wielkiej Brytanii, Alain Touraine we Francji, Volker Bornschier w Szwajcarii, Johan Galtung w Skandynawii, Wiktor Tiagunienko i W. L. Szejnis w ZSRR, Tamas Szentes na Wegrzech. Nie zabrakło tu też Polaków: Ignacego Sachsa, Jana Kieniewicza, Witolda Kuli, Marcina Kuli, Henryka Szlajfera, Jerzego J. Wiatra. Dependyzm wywierał także wpływ na polityków Trzeciego Świata – przykładem może być choćby prezydent Ghany K. Nkrumah ze swą książką „Neocolonialism – the Last Stage of Imperialism” (1965).
W obrębie szkoły dependystycznej szybko pojawiły się różne kierunki. Wyróżniano np. eksternalistów (którzy akcentowali zewnętrzne oddziaływania Centrum) i internalistów (koncentrujących się na wewnętrznych uwarunkowaniach rozwoju); innym kryterium podziału było uznawanie prymatu stosunków wymiany (cyrkulacjoniści) lub peryferyjnych stosunków produkcji w determinowaniu sytuacji Peryferii. Z biegiem czasu wytworzyły się wszakże trzy zasadnicze nurty. Pierwszym była klasyczna teoria zależności, uznająca całkowite uzależnienie satelitów od metropolii. Głosili ją m.in. Frank, Brett, Szentes, Amin, a zwłaszcza Emmanuel, który w swej pracy „L’echange inegal” (1969) sformułował koncepcję wymiany nierównej i nierównej akumulacji.
Inni badacze (R. M. Marini, J. Galtung, L. Szejnis, B. I. Kowal) zwrócili natomiast uwagę na przyśpieszony rozwój niektórych krajów peryferyjnych (Brazylia, kraje naftowe, tzw. tygrysy Azji Południowo-Wschodniej) i postępujące rozwarstwienie w obrębie Trzeciego Świata; zjawisko to zdawało się zadawać kłam podstawowej tezie dependyzmu, że rozwój Peryferii jest niemożliwy. Marini w 1972 r. opublikował artykuł „Brazilian Sub-Imperialism”, w którym ogłosił teorię subimperializmu; zgodnie z nią pomiędzy krajami imperialistycznymi i peryferyjnymi istnieje ogniwo pośrednie w postaci państw subimperialistycznych. Państwa subimperialistyczne miały pośredniczyć w transferze bogactwa z Trzeciego Świata jako swoisty pośredni ośrodek akumulacji, pozwalało im to na prowadzenie względnie samodzielnej polityki ekspansji.
Szok naftowy 1974 r., ukazując, że zależność peryferii od centrum nie jest jednostronna i zupełna, przyczynił się do narodzin jeszcze jednej mutacji dependyzmu – teorii systemu-świata. Teorię tę sformułował Immanuel Wallerstein w dziele „The Modern World-System” (1974), a podjęli m.in. Christher Chase-Dunn, V. Bernschier, A. L. Zolberg. Wallerstein określany jest jako „neomarksista spod znaku Polanyi’ego”, ale stosunki wymiany są dla niego ważniejsze od stosunków produkcji, dlatego też walka klas to tylko specyficzny, ale nie wyjątkowy przypadek konfliktów społecznych. W teorii systemu-świata dependyzm został skrzyżowany z koncepcjami historyków Szkoły Annales z Fernandem Braudelem na czele; dostrzec można tu też wpływ młodszej generacji szkoły frankfurckiej (J. Habermas, Trent Schroyer) z jej koncepcją rozwoju zdominowanego i postulatem globalnej organizacji gospodarki.
Teoria systemu-świata jest w Polsce stosunkowo dobrze znana, dlatego jej prezentację pozwolę sobie pominąć. Przyjrzymy się natomiast klasycznej teorii zależności. O ile bowiem industrializacja niektórych krajów Trzeciego Świata w latach 1960-1990 stawiała pod znakiem zapytania teoria de la dependencia (a w każdym razie wymagała jej modyfikacji), o tyle ostatnia faza globalizacji ukazała z całą brutalnością ułudę rozwoju wmontowanych w system zależności krajów peryferyjnych (kryzys azjatycki, kryzys argentyński). W ten sposób zarzucony niegdyś pierwotny wariant dependyzmu ponownie staje się aktualny.
Założenia
Punktem wyjścia dla dependystów była konstatacja, że wszystkie obowiązujące teorie – monetaryzm, keynesizm, marksizm – są skażone piętnem eurocentryzmu i jako takie nieprzydatne dla Trzeciego Świata.
Pochylmy się nad stosunkiem do marksizmu, z którym związki ukazywałem na wstępie. Jeden z czołowych dependystów, Furtado, prezentuje się jako marksistowski rewizjonista, sceptyczny wobec niektórych tez marksizmu, ale akceptujący jego aparat pojęciowy i ogólne założenia. Wchodzi w spór z marksistami, gdy twierdzi, że walka klas nie jest motorem postępu, bo zamiera z chwilą zaspokojenia ekonomicznych żądań klasy robotniczej. Ponieważ nie sprawdziła się Marksowska teza o bezwzględnej pauperyzacji proletariatu – klasa ta utraciła swój rewolucyjny potencjał. Siłą sprawczą rozwoju są natomiast zmiany technologiczne. Przystosowanie się do nich implikuje konieczność przemian systemu wartości, ten zaś proces dokonuje się nierównomiernie, w zależności od stopnia zintegrowania danej grupy z nowoczesną gospodarką. W ten sposób Furtado jako pierwszoplanowe zdaje się widzieć konflikty kulturowe między grupami wyznającymi różne systemy wartości. Z tego punktu widzenia, brazylijski teoretyk negował też antagonizm między kapitalizmem i socjalizmem. Jego zdaniem, miała miejsce submergencja (upodabnianie się socjalizmu do kapitalizmu), czego dowodem było tworzenie w państwach bloku wschodniego wielkich przedsiębiorstw, opieranie ich działalności na rozrachunku gospodarczym, ich współpraca z przedsiębiorstwami kapitalistycznymi; twierdził też, że we współczesnych społeczeństwach zarówno Zachodu, jak i Wschodu rządzi – poprzez biurokrację – klasa intelektualistów. Oba rzekomo przeciwstawne systemy zostały potraktowane jako współuczestnicy eksploatacji Trzeciego Świata.
Dependyści podejrzliwie odnoszą się do liberalnej teorii korzyści komparatywnych, wedle której na międzynarodowej wymianie korzystają wszyscy uczestnicy. Postrzegają gospodarkę światową jako grę o sumie zerowej: zysk jednej strony oznacza stratę dla drugiej (aczkolwiek z zastrzeżeniem, że nie oznacza to bezwzględnego ubożenia peryferii, lecz nierówny podział zysku). Dlatego, według Franka, rozwój i zacofanie są „dwiema stronami tego samego medalu, to znaczy są wzajemnie uzupełniającymi się warunkami globalnego systemu akumulacji kapitału”. Furtado w swym „Micie rozwoju gospodarczego” sformułował kluczową tezę mówiącą, że „korzenie niedorozwoju gospodarczego sięgają ścisłego, powstałego w szczególnych historycznych warunkach związku między wewnętrznym procesem eksploatacji i zewnętrznym procesem uzależnienia”. Posunął się nawet dalej, do przypuszczenia iż „/…/ kapitalizm nie może istnieć bez asymetrycznych stosunków między podsystemami gospodarczymi i bez przejawów wyzysku społecznego, które leżą u podstaw niedorozwoju”.
Początki tego stanu rzeczy miały leżeć w epoce europejskiej ekspansji kolonialnej, gdy międzynarodowy podział pracy objął cały świat. O ile wcześniej Europa nie odstawała wyraźnie od reszty świata, to powstanie rynku globalnego (a zwłaszcza światowego systemu kapitalistycznego) przyniosło zasadnicze zróżnicowanie dynamiki rozwoju poszczególnych regionów. Krajom pozaeuropejskim został narzucony tzw. klasyczny podział pracy (pozornie oparty na wzajemnych korzyściach), w wyniku którego większość z nich utraciła autonomię i samowystarczalność ekonomiczną, polityczną i kulturową. Uzależnienie czasem następowało na skutek podboju, częściej jednak powstawało w efekcie układu pomiędzy metropolią (a ściślej jej elitą) a elitami krajów satelickich – układu nierównoprawnego, choć na krótki dystans korzystnego dla elity Peryferii.
Wymiana między metropolią a satelitami ma charakter nieekwiwalentny, gdyż gospodarczym monokulturom krajów peryferyjnych Centrum narzuca warunki poprzez globalny rynek zbytu. Pojawia się zjawisko asymetrycznej komplementarności. Wynika to z faktu – jak zauważył już Prebisch – że Centrum ma monopol na nowe technologie i wytwarzanie środków produkcji, natomiast Peryferie uczestniczą w procesie produkcji jako dostawca surowców dla przemysłu metropolii. W rezultacie „/…/ gdy centra zatrzymują cały zysk z postępu technicznego w swoim przemyśle, to kraje peryferyjne przekazują im część owoców swojego postępu technicznego”. Rozwój w tych warunkach oznacza błędne koło: zwiększanie produkcji surowców przez satelitów pogarsza – zgodnie z prawem popytu i podaży – terms of trade, i w rezultacie gałęzie eksportowe nie są w stanie pełnić funkcji źródła rozwoju społecznego. Co więcej, polityka proeksportowa oznacza pogłębienie uzależnienia, jako że trzeba kupować technologie, maszyny, komponenty, jest się więc uzależnionym od wahań rynku globalnego. Uprzemysłowienie Peryferii ma charakter imitacyjny. „Kapitalizm peryferyjny wywołuje – pisał Furtado – zjawisko mimetyzmu kulturowego i wymaga ciągłej koncentracji dochodów umożliwiającej uprzywilejowanym mniejszościom naśladowanie wzorców konsumpcyjnych krajów centrum”. W wyniku tego z jednej strony pogłębia się rozwarstwienie społeczne w krajach satelickich, z drugiej zaś następuje ekonomiczna i kulturowa homogenizacja społeczeństw Centrum (możliwa dzięki zyskom z eksploatacji Peryferii).
Dlatego dependyści (np. Frank) postrzegali gospodarkę światową jako łańcuch wymuszonych zależności łączących systemy o różnym poziomie rozwoju. Głównym instrumentem uzależnienia peryferii są oligopole. Jak napisał Furtado, „/…/ ustala się i upowszechnia sytuacja, która pozwala wielkim przedsiębiorstwom na korzystanie z techniki i kapitału centrum oraz z siły roboczej i kapitałów peryferii, co ogromnie zwiększa ich zdolności manewru i wzmacnia tym samym tendencję do »umiędzynarodowienia« działalności gospodarczej w obrębie systemu kapitalistycznego” (Furtado zauważał, że m.in. imigracja zarobkowa korzystna jest dla wielkiego kapitału). Emmanuel i Amin przenieśli Marksowskie schematy konkurencji wewnętrznej i międzybranżowej do analizy stosunków między krajami, tworząc koncepcję wymiany nierównej i nierównej akumulacji. Ponieważ kapitał jest mobilny a siła robocza immobilna, kapitał może korzystać z siły roboczej na Peryferiach, zaniżając koszty pracy. Głównym kanałem transferu wartości jest handel międzynarodowy – wraz z towarem wędruje nieopłacona część siły roboczej. Teoretycy ci wskazywali jednak różnych beneficjentów tego zjawiska: o ile według Amina korzystała z niego metropolitalna burżuazja i arystokracja robotnicza, o tyle zdaniem Emmanuela głównym beneficjentem była klasa robotnicza Centrum.
Wiązało się to z przekształcaniem stosunków klasowych w Centrum poprzez wewnętrzną „kolonizację kulturową”. Furtado uznając autonomię kulturową za warunek istnienia klasy dostrzega, że w Centrum kulturowa autonomia proletariatu została nadwerężona z powodu upowszechnienia burżuazyjnych wzorców konsumpcji, co rozbroiło metropolitalną klasę robotniczą. Prowadziło to do jeszcze bardziej obrazoburczych wniosków: ortodoksyjnie marksistowskiej tezie, że proletariat predestynowany jest do internacjonalizmu, Furtado przeciwstawia hipotezę, że współcześnie klasa robotnicza jest żywotnie zainteresowana obroną państwa narodowego. Czytamy: „Idea wzmocnienia internacjonalizmu klasy robotniczej jako odpowiedź na internacjonalizm wielkich przedsiębiorstw nie znajduje /…/ uzasadnienia w rzeczywistości. Jest całkiem możliwe, że duże robotnicze organizacje związkowe z krajów centrum przeciwstawią się wspólnie poczynaniom wielkich przedsiębiorstw zmierzającym do wyrównania spadku produkcji w jednym kraju (gdzie trwa strajk) przez zwiększenie produkcji w innym. Trudno jednak sobie wyobrazić, aby robotnicy przyczynili się do ograniczenia poziomu życia w swoim własnym kraju. Tym bardziej, że to właśnie robotnicy w krajach o najniższym poziomie życia musieliby poświęcić się w imię solidarności międzynarodowej”. W innym miejscu stwierdza zaś: „Możliwe jest, że klasy robotnicze podejmą wzrastający trud nadania kierunku państwu, które powinno przeciwstawiać się wielkim przedsiębiorstwom z pozycji siły. /…/ należałoby przyjąć, że rozwój klas robotniczych dokonuje się na drodze rosnącego utożsamiania się ze społeczeństwami narodowymi, do których należą /…/. Jednocześnie, zwiększający się nacisk grup kierujących wielkimi przedsiębiorstwami na klasę kapitalistyczną będzie kształtował jej wizję świata w kierunku przekraczania ram narodowych. Poczucie przynależności do »klasy międzynarodowej« charakteryzujące dzisiaj wyższe kadry biurokracji wielkich przedsiębiorstw, staje się stopniowo powszechną postawą wyższych warstw klasy kapitalistycznej”.
Dependyści znaczącą rolę przyznawali czynnikowi z reguły pomijanemu przez ekonomistów – zależności kulturowej. Ich zdaniem, integracja międzynarodowa, w wyniku której wartość dodatkową wypracowywaną przez autochtoniczny lud przywłaszcza burżuazja zagraniczna i kompradorska, prowadzi do nakładania się podziałów klasowych z narodowymi. Najczęściej następuje to poprzez westernizację elity, która nadwyżki wydaje na import towarów luksusowych z Centrum (przed oczami staje nam w tym momencie polityka handlowa Rzeczpospolitej szlacheckiej). Jak zauważa Furtado, wykorzystanie nadwyżki zależy od przewagi kulturowej. Dlatego nieodłącznym aspektem uzależnienia ekonomicznego i politycznego jest „gwałt symboliczny”. Centrum eksportuje do Peryferii swoje normy i wartości, co prowadzi do degradacji rodzimej kultury, a w skrajnych (choć coraz częstszych) przypadkach do akulturacji, rozerwania kulturowej tkanki społeczeństwa. Furtado formułuje więc wniosek, że społeczna własność środków produkcji nie wystarcza do usunięcia zależności, jeśli kraj byłby nadal kulturowym satelitą centrum (i tu znowu nasuwa się przykład PRL, zwłaszcza w epoce Gierka).
Anty-Postęp
Powyższa analiza doprowadziła dependystów do wniosku, że postulat rozwoju Trzeciego Świata jest szkodliwą mrzonką, ponieważ uzależnia od Centrum i pogłębia nierówności wewnętrzne. Zakwestionowali oni nawet sam paradygmat Postępu, tkwiący u korzeni myśli lewicowej. Furtado za mit uznał pogląd, że „rozwój gospodarczy taki, jaki miał miejsce w państwach, które przewodziły w rewolucji przemysłowej, może być uogólniony. /…/ Idea ta z kolei prezentuje przedłużenie mitu rozwoju, podstawowego elementu ideologii wywodzącej się z rewolucji burżuazyjnej, która zrodziła współczesne społeczeństwo przemysłowe”.
Dependyści nie byli wszakże epigonami starego świata, lecz prekursorami nowego myślenia. Furtado już w połowie lat 70. prorokował: „Koszt tego [charakterystycznego dla krajów Centrum – J. T.] sposobu życia, przejawiający się w niszczeniu środowiska fizycznego, jest tak wysoki, że każda próba jego upowszechnienia prowadziłaby nieuchronnie do upadku całej cywilizacji, a nawet wystawiłaby na niebezpieczeństwo przetrwanie gatunku ludzkiego”.
Jarosław Tomasiewicz
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w „Obywatelu” nr 26, jesienią 2005 roku.
przez Jarosław Tomasiewicz | czwartek 22 listopada 2018 | opinie
Padł kolejny bastion lewicy. Brazylia.
Jeszcze niedawno Ameryka Łacińska stanowiła obiekt westchnień zachodnich lewicowców. Mieniąca się wszelkimi odcieniami czerwieni – od wenezuelskiego karminu po argentyński róż – kontrastowała z szarzejącą lewicowością Starego Kontynentu. Brazylia, największe państwo kontynentu, członek BRICS, zdawała się być stabilnym filarem lewicowego układu. Dynamiczny rozwój gospodarczy współgrał z ambitnymi programami socjalnymi, towarzyszyły temu postępowe przemiany kulturowe, a wszystko odbywało się w warunkach respektowania demokracji i praw człowieka. Porto Alegre było mekką alterglobalistów, a budżet partycypacyjny zaadaptowali nawet warszawscy liberałowie. Podziw rozciągał się na brazylijski model kulturowy – pamiętam zachwyty nad głębią brazylijskiej wielokulturowości, autentyzmem tamtejszej tolerancji, niedościgłej dla ludzi Zachodu. Brazylia jawiła się jako idealne środowisko nowoczesnej socjaldemokracji. I nagle wszystko to rozsypało się jak przysłowiowy domek z kart.
Władzę w kraju demokratycznie przejął „tropikalny Trump” (ba, Hitler nawet!) – Jair Bolsonaro, ucieleśnienie wszystkiego, czego lewica nienawidzi. W kraju, w którym ludzie o afrykańskich korzeniach stanowią połowę ludności, wygrywa rasista. Potężny ruch związkowy, z którego wszak wyrosła Partia Pracujących (PT), nie potrafił powstrzymać reprezentanta wielkiego kapitału. Nie pomogła mobilizacja kobiet #EleNao (swoją drogą – ewidentne naśladownictwo tożsamościowych kampanii północnoamerykańskich).
Jak to się stało? Wiadomo, że prawica wygrywa w Polsce (to tylko potwierdza złą opinię przeciętnego lewaka o kraju nad Wisłą), od pewnego czasu widać, że na całym „rasistowskim” Zachodzie sukcesy odnoszą populiści. Ale Brazylia?! Lewicowi komentatorzy próbują racjonalizować przegraną. Wyjaśnienia znajdują z reguły dwa. Pierwsze to jawna, brutalna stronniczość aparatu państwowego, który wyeliminował z wyborczej rywalizacji popularnego Lulę, oraz środków masowego przekazu, szczujących przeciw Partii Pracujących. Trudno się z tym nie zgodzić. Warto wszakże zauważyć, że z klasowej perspektywy to chyba naturalne, tymczasem euroamerykańska lewica tak przyzwyczaiła się do przychylności mediów, iż nie potrafi sobie wyobrazić odmiennej sytuacji.
Drugą przyczyną ma być zbyt mały radykalizm brazylijskiej socjaldemokracji, która zerwała z walką klas. To fakt, który zresztą dotąd jakoś nie przeszkadzał nowolewicowcom pielgrzymującym do Porto Alegre. Ale czy rzeczywiście brak radykalizmu jest przyczyną klęski? Przecież rewolucyjne masy mogły głosować na radykalnych lewicowców: Verę Lúcię z Socjalistycznej Partii Zjednoczonych Pracowników (PSTU), Guilherma Boulosa popieranego przez Partię Socjalizmu i Wolności (PSOL) oraz Brazylijską Partię Komunistyczną (PCB), João Vicente Goularta reprezentującego Partię Wolnej Ojczyzny (PPL), ewentualnie na Marinę Silvę – afrobrazylijską kandydatkę Zielonych. Ale nie zagłosowały: Goulart dostał 0,03%, Lucia 0,05, Boulos 0,58, Silva cały 1 procent! Masy zawiodły swoją awangardę.
To może i ja wtrącę swoje dwa grosze. Zastrzegam się, że nie jestem specjalistą od Brazylii. Nigdy tam nie byłem, nie znam portugalskiego. Moje refleksje na ten temat to opinia kogoś z zewnątrz. Jednak pewne kwestie mają wymiar po prostu zdroworozsądkowy. Zwrócę uwagę na trzy przyczyny klęski lewicy w Brazylii – takie, które chyba umykają innym komentatorom.
Pierwszą, najgłębszą jest paradoksalnie… sukces rządów PT. Brazylijskiej socjaldemokracji udało się wydobyć z nędzy miliony ludzi, rozrosła się liczebnie klasa średnia. Ale „byt kształtuje świadomość”: nowobogaccy mają inne aspiracje, nie interesują ich programy socjalne adresowane do biedoty. Nie chcą bonów żywnościowych, lecz nowych iphone’ów. Ba – wszelki „socjal” przeliczają na podatkowe obciążenia swoich dochodów (nawet jeśli tenże socjal im samym czy ich rodzicom pomógł kiedyś podnieść się z biedy). Swoje niezadowolenie brazylijska klasa średnia po raz pierwszy zamanifestowała w 2014 r., już wtedy dostrzec można było niechęć do PT. Tego problemu nie rozwiązała dotąd żadna partia socjaldemokratyczna – taki był wszak mechanizm rewolucji thatcherystowskiej, która doprowadziła do upadku welfare state w Wielkiej Brytanii.
Drugą przyczyną było zlekceważenie problemu przestępczości. Jest to jedna z tych kwestii, wobec których lewica tradycyjnie staje bezradna. Albo problem bagatelizuje i przemilcza, zakładając, że w socjalistycznym raju sam z siebie zniknie, albo – co gorsza – traktuje po doktrynersku. Niestety na lewicy pokutuje odrealniona wizja przestępczości, romantyzująca kryminalistów. Przestępczość postrzegana jest jako swoista forma walki klasowej, wojna biednych z bogatymi: wydziedziczeni na własną rękę dokonują ekspropriacji majątku burżujów. To bzdura, urojenie oderwanego od życia intelektualisty. Przestępczość jest de facto wojną biednych z biednymi – ofiarami kradzieży, pobić, gwałtów, zabójstw najczęściej padają inni mieszkańcy biednych dzielnic. Nie burżuje, którzy mieszkają w strzeżonych osiedlach, bawią się w drogich klubach, przemieszczają własnymi samochodami (pisałem o tym już lata temu w tekście „Al Capone i Robin Hood”).
Przyczynę trzecią widzę w forsowaniu przez PT i całą lewicę przemian kulturowych w oderwaniu od kontekstu. Brazylia była krajem wyjątkowo silnego maczyzmu, krajem, w którym sądy uniewinniały mężów za zabójstwo niewiernych żon w afekcie. I oto nagle, na przestrzeni mniej niż jednego pokolenia, Brazylia staje w awangardzie postępu obyczajowego: tu odbywają się największe parady równości, tu państwo uczy tolerancji wobec mniejszości seksualnych w szkołach i mediach, tu pary homoseksualne mogą zawierać małżeństwa. Nie ukrywam, że zdumiewała mnie szybkość transformacji brazylijskiego społeczeństwa – a zarazem zastanawiała wysoka liczba homofobicznych zabójstw, świadcząca, że ta transformacja nie przebiega bezboleśnie. A teraz jawny homofob wygrywa wybory grając homofobiczną kartą. Amerykanie mają na to określenie: backlash.
Nietrudno dostrzec, że wymienione przeze mnie przyczyny nie mają specyficznie brazylijskiego charakteru. W mniejszym lub większym stopniu występują też w Polsce, Francji, Stanach Zjednoczonych. Kryzys lewicy ma bowiem charakter globalny. Ze swej strony powtórzę, że kryzys lewicowości jest kryzysem politycznej poprawności. Lewica na ten kryzys wciąż widzi jedną receptę: więcej politycznej poprawności! Polityczna poprawność – kiedyś dodatek do lewicowości – teraz okazuje się esencją tejże. Zabawną rzeczą jest czytanie, jak próbujący wyrwać się z matni lewicowcy postulują stworzenie „lewicowego populizmu” (zgoda), dodając jednym tchem: „otwartego na mniejszości seksualne, imigrantów”. Populizm oparty na mniejszościach? Toż to oksymoron. Uzasadniać ma teoretycznie ową konstrukcję „postmarksizm” – koncepcja, że nie wszystkie niesprawiedliwości wynikają z kapitalizmu. Abstrahując od ewentualnej prawdziwości tego twierdzenia – to nie jest żaden „postmarksizm”, lecz zwyczajny „premarksizm”, głoszony przez wielu socjalistów utopijnych w XIX w. A właściwie – biorąc pod uwagę zaciekłą walkę Marksa ze zwolennikami takich poglądów – po prostu antymarksizm. I tak wracamy do punktu wyjścia.
Dobranoc Państwu. Miłych snów.
dr hab. Jarosław Tomasiewicz
przez Jarosław Tomasiewicz | wtorek 2 stycznia 2018 | Kwartalnik, Zima 2017
Po rozwiązaniu Milicji Ludowej i innych socjalistycznych formacji paramilitarnych PPS musiała odbudowywać swą milicję od podstaw1. O ile zbrojna działalność socjalistów w okresie odzyskiwania niepodległości i walki o granice jest zrozumiała, o tyle funkcjonowanie bojówki partyjnej w demokratycznej Rzeczypospolitej budzi dziś wątpliwości. Warto zatem przywołać socjopolityczny kontekst tego zjawiska. Do stosowania przemocy szczególnie skłonni byli ludzie zdesperowani, walczący o materialne warunki egzystencji, dlatego konflikty społeczne (strajki, demonstracje) miały nieraz gwałtowny przebieg. Typowym przykładem mogą być wydarzenia podczas pochodu robotniczego z Rakowa do Częstochowy w listopadzie 1923 r., gdy doszło do „starcia z policją, która operowała bagnetami, a […] robotnicy użyli do walki cegieł […], żelaznych szuflad i drągów”. Starcia policji z bezrobotnymi 9 lutego 1926 r. w Kaliszu trwały dziesięć godzin.
Nic dziwnego, że przemoc przenosiła się na stosunki polityczne. Wszystkie partie miały swoje bojówki, brutalnie zwalczające przeciwników. Socjalista Stefan Brzozowski, jadąc w teren agitować przed wyborami 1922 r., musiał zaopatrzyć się w rewolwer bębenkowy typu nagan, gdyż endecy pobili mówców PSL „Wyzwolenie” na wiecu przedwyborczym w pobliskim Jeżowie. Eugeniusz Ajnenkiel, opisując rozłam w łódzkich związkach zawodowych, wspomina o „związku brukarzy, […] posiadającym zdecydowanych do bitki i noża adherentów”. Bójki wybuchały na zebraniach, np. na posiedzeniu Centralnego Komitetu Wykonawczego PPS 12 września 1928 r. „podczas repliki Jaworowskiego wywiązała się między nim a Żuławskim bójka, w rezultacie której poprzewracano stół i krzesła”. Gwałtowny przebieg miały kampanie wyborcze – Ludwik Hass opisuje na przykładzie Warszawy, że „często dochodziło do awantur i bójek pomiędzy […] agitatorami”. Przemocą posługiwali się nie tylko szeregowi aktywiści. W Radzie Miejskiej Łodzi zdarzały się „bójki na pięści i krzesła”. Przemoc wdzierała się nawet do najwyższych instancji państwa. Wincenty Witos opisywał sceny w Sejmie, jak po zabójstwie prezydenta Gabriela Narutowicza „socjaliści […] uzbrojeni w sękate laski, z posłem Wojtkiem Malinowskim na czele, wpadli do klubu Związku Ludowo-Narodowego celem dokonania doraźnego wymiaru kary. […] Po dłuższym czasie i trudzie zdołano walczących zapaśników rozdzielić”.
W takich warunkach posiadanie bojówki było wręcz koniecznością. Tomasz Arciszewski, zeznając podczas procesu brzeskiego, oznajmił: „Już […] w 1919 r. rozpoczęły się ataki na PPS ze strony komunistów i wobec tego należało stworzyć straż porządkową dla ochrony partii”. PPS działała niejako dwutorowo. Jak wspomina Aleksy Bień, z jednej strony tworzono milicję przy komitetach dzielnicowych partii, z drugiej szkolono kadry „pod firmą” Związku Strzeleckiego. Istotnym zapleczem kadrowym były też robotnicze organizacje sportowe. Tadeusz Jabłoński wspominał: „Pużak był […] inspiratorem organizowania siły fizycznej w partii dla jej obrony na bazie robotniczego ruchu sportowego i ruchu młodzieżowego. […] robotnicze kluby sportowe mają być traktowane jako przysposobienie wojskowe, na wzór Schutzbundu wiedeńskiego”. Pierwszy z nich – RKS „Skra” – powstał już w grudniu 1921 r.; w jego ramach funkcjonowały m.in. sekcje strzelecka, zapaśnicza i bokserska.
Osmoza między PPS a Związkiem Strzeleckim była na tyle głęboka, że socjalistyczna „Gazeta Robotnicza” mogła głosić: „Strzelec powstał i wyrósł dzięki PPS”. Potwierdzali to przeciwnicy – endecka „Gazeta Polska” pisała, że „Strzelec” rekrutuje członków z „mętów społecznych”, jest „przesiąknięty żywiołami socjalistycznymi”, służy „sprawie rewolucji społecznej”. Działaczem ZS od 1912 r. był Józef Łokietek, komendant warszawskiej milicji PPS, pełniący funkcję „komendanta placu” w „Strzelcu”. Dzięki temu bojówka socjalistów szkoliła się w lokalach i na poligonach Związku Strzeleckiego, wykorzystując jego mundury i sprzęt. „Powiązania obydwu grup na tym […] terenie były takie, że sam diabeł nie zgadłby, gdzie kończy się milicja PPS, a zaczyna »Strzelec«” – napisał Jerzy Rawicz. Również w Zagłębiu Dąbrowskim Zarząd Okręgowy „Strzelca” tworzyli socjaliści: przewodniczącym był Aleksy Bień, a komendantem kpt. rez. inż. Cezary Uthke.
Do rozbratu doszło po przewrocie majowym. Wobec tworzenia na bazie „Strzelca” Związku Naprawy Rzeczypospolitej – konkurencyjnej partii politycznej – Sekretariat Generalny CKW PPS wydał 12 czerwca 1926 r. okólnik zalecający, by „sparaliżować w zarodku ZNR i uchronić Strzelca przed partyjnictwem”. W oddziałach zdominowanych przez socjalistów należało nie dopuszczać do podporządkowania ZNR, z pozostałych protestacyjnie występować. Członkostwo w ZS było dopuszczane tylko równolegle z przynależnością do milicji partyjnej („Będąc w Strzelcu pobierają niezbędną wiedzę wojskową, by zastosować ją do milicji PPS”) przy pierwszeństwie rozkazów milicji; zarazem nakazywano przyśpieszyć formowanie milicji PPS. Mimo to stosunki ze Związkiem Strzeleckim pozostawały początkowo poprawne, policja donosiła, że „pomiędzy ludźmi obydwu tych organizacji nie było poważniejszych zajść”. W styczniu 1928 r. z inicjatywy Medarda Downarowicza doszło do zawarcia paktu o nieagresji między milicją a „Strzelcem” na czas wyborów, czy nawet porozumienia skierowanego przeciw komunistom i prawicy. Jeszcze jesienią 1928 r. terenowe organizacje PPS (np. w Gostyninie) angażowały się w tworzenie struktur ZS.
Równolegle (czy też przenikając się ze „Strzelcem”) istniała właściwa milicja partyjna. Początkowo miała ona charakter doraźnych straży porządkowych o płynnym członkostwie i zdecentralizowanej strukturze. Milicję formowano przed ważnymi wydarzeniami z pewnych, odważnych i silnych fizycznie towarzyszy. Na przykład przed demonstracją pierwszomajową 1922 r. warszawska konferencja międzydzielnicowa PPS uchwaliła, że każdy komitet dzielnicowy ma przysłać do dyspozycji Okręgowego Komitetu Robotniczego 10 milicjantów pod dowództwem komendanta; następnego dnia na podwórzu OKR odbyła się próbna musztra milicji. Niezależnie od bojówki partyjnej dowodzonej przez J. Łokietka, swoje służby porządkowe (Milicję Robotniczą) tworzyły też poszczególne związki zawodowe, np. związek metalowców (komendant Rączka). Warszawscy milicjanci wyróżniali się czerwonymi opaskami z napisem „PPS” i numerem legitymacji partyjnej, które potem miały być zastąpione „żetonami”. Milicja uzbrojona była w rewolwery (ok. 350 – częściowo prywatne, częściowo wypożyczane milicjantom przez partię), dysponowała samochodami ciężarowymi (prawdopodobnie wypożyczanymi przez Wydział Zaopatrywania m. Warszawy).
Instytucjonalizacja milicji stopniowo postępowała. Źródła policyjne donosiły, że decyzja o powołaniu „defensywy” zapadła na zebraniu warszawskiej PPS 29 kwietnia 1922 r. Jerzy Czeszejko-Sochacki uważa, że decydującym impulsem powołania „milicji porządkowej” pod komendą Łokietka były rozruchy towarzyszące wyborowi Narutowicza. Według Kazimierza Pużaka, milicja PPS jako „stała instytucja partyjna” działała od 1925 r. Prawdopodobnie wtedy podjęto uchwałę – nieegzekwowaną wszakże – że do milicji należeć powinien każdy członek partii w wieku 21-30 lat. Wsparcie socjalistycznych magistratów Sosnowca i Dąbrowy Górniczej pozwoliło na rozbudowę milicji PPS w Zagłębiu Dąbrowskim. Dowodzona przez Tadeusza Dobrowolskiego, Stanisława Bergera i Edwarda Zycha, została zorganizowana w plutony i kompanie, jednolicie umundurowana i przeszkolona. W Warszawie liczbę milicjantów oceniano w 1926 r. na ok. 100, ale w zbiórce warszawskiej milicji 21 października 1928 r. brało jednak udział aż 600 milicjantów. Porównanie z liczbą członków partii świadczy, że bojówka nie miała charakteru masowego, lecz raczej zamknięty: w Śródmieściu na 280 członków PPS do milicji należało zaledwie 10-15. Wynikało to nie tyle z planowej kadrowości milicji, co z postępującej już jej gangsteryzacji.
Problemów nastręczało utrzymanie dyscypliny w milicji. Bojówka praktycznie usamodzielniła się, nie tylko działając samowolnie, ale realizując też nieraz odmienną od oficjalnej linię polityczną. Kierownictwo PPS skarżyło się, że „bojówka występuje zawsze zbyt agresywnie”, że „bojowcy, rozzuchwaleni bezkarnością, wywołują bójki przy lada sposobności”. Wynikało to również z przyczyn pozapolitycznych, takich jak nadużywania alkoholu przez milicjantów. „Do nieodłącznych utensyliów »pracy« bojówki obok browninga, kastetu i laski należała butelka »monopolki«” – pisze Rawicz. Potwierdzały to źródła policyjne, donoszące np. o nielegalnym wyszynku napojów alkoholowych i nocnych libacjach w Warszawskim OKR. Narastanie powiązań bojówki ze światem przestępczym prowadziło do krwawych porachunków między milicjantami. 11 października 1926 r. Matys Lubelski, przewodniczący żydowskiej sekcji Związku Zawodowego Tragarzy i zarazem sutener zamieszany w handel żywym towarem, został zastrzelony przez Stanisława Makowieckiego; obaj byli członkami dzielnicy powązkowskiej PPS i partyjnej milicji. Dwa lata później w odwecie za zabójstwo Lubelskiego grupa Franciszka Sieczki zabiła Lucjana Groszyńskiego. Kontekstem kryminalnym tłumaczyć należy też strzelaninę między jednym z dowódców bojówki radnym Marcelim Piłackim a wywiadowcami policyjnymi Szeinmannem i Frankfurckim 9 października 1926 r. w restauracji przy ul. Leszno 40.
Milicja pełniła różnorakie funkcje. Jej zasadniczym (a w każdym razie oficjalnym) zadaniem była ochrona organizowanych przez partię zebrań, wieców, demonstracji i innych imprez. „Każdym pochodem PPS […] kierowała pod względem technicznym zawsze milicja” – pisał „Robotnik” podkreślając też „rolę milicji przy utrzymaniu porządku na sali” zebrań. Socjalista Przybyszewski uzasadniał to, mówiąc: „Proletariat polski, urządzając demonstracje majowe za czasów carskich, doszedł do wniosku, iż tylko siła zbrojna jest w stanie uchronić pochód od rozbicia – dlatego też robotnicy powinni zorganizować silną milicję dla własnej ochrony”. Dziennik „Robotnik” tak opisywał ochronę pierwszomajowej demonstracji w 1927 r.: „Otwierają pochód dwa samochody ciężarowe, wypełnione milicją robotniczą […] za autami dąży oddział milicji […] na tyle naszego pochodu znajdują się silne oddziały milicji pepesowskiej, za nim cztery auta w poprzek ulicy, potem dwa szeregi milicji”; szpaler milicjantów chronił też boki pochodu. Przemoc uważana była za skuteczną metodę działania. „Dano im [napastnikom] taki »wycisk« (w kinie »Oświatowe«), że potem nie odważyli się na dalsze […] zaczepki” – chwalił się Eugeniusz Ajnenkiel.
Rola milicji nie ograniczała się do obrony imprez przed ewentualnymi atakami – milicjanci używani byli także do kierowania i kontroli manifestacji, np. inicjując okrzyki i pieśni czy tłumiąc niepożądane wystąpienia (Aleksy Bień wspominał o pobiciu prowokatora, który wzniósł okrzyk „Precz z kościołem i religią!”). Bojówka używana była nie tylko w trakcie imprez stricte politycznych, ale również podczas pogrzebów działaczy partyjnych (jak np. Feliksa Perla w kwietniu 1927 r., gdy rozpędziła chasydów na żydowskim cmentarzu) czy imprez rozrywkowych („Musieliśmy mieć dobrą straż porządkową” na zabawach tanecznych, przyznawał Lucjan Motyka). Milicjanci wykorzystywani byli też – zwłaszcza w okresach napięć politycznych – jako ochrona lokali partyjnych czy ochrona osobista przywódców partii. Józef Mieszkowski wspominał: „W [lokalu PPS na] Alejach [Jerozolimskich 6] mieliśmy porządki, przypominające raczej komendę jednostki wojskowej lub komisariat policji państwowej, niźli lokal partyjny. […] Na ławkach siedziały przeważnie groźne typy straży porządkowej z dzielnic Wola, Ochota lub Powiśle z potężnymi lagami w rękach”.
Oprócz zadań defensywnych milicja prowadziła też działania ofensywne. Polegały one, najogólniej rzecz ujmując, na uniemożliwieniu działalności przeciwnikowi. W praktyce oznaczało to przede wszystkim rozbijanie imprez wrogich organizacji. Członek PPS Jan Packan opisywał rozbicie zamkniętego zebrania endeków w sali Powiatowej Kasy Chorych na krakowskich Plantach: „nasza szturmówka pośrodku ze mną dotarła do trybuny. […] poseł endecki Stanisław Rymar […] wygrażał się, że wyrzuci nas przez policję […]. Nasi towarzysze kolejarze w dosadny sposób Rymara, już bez okularów na nosie, wynieśli z sali, którą endecy […] pospiesznie zaczęli opuszczać”. W okresie przedwyborczym zarządzano ostre pogotowie bojówki w lokalach dzielnicowych: „Zadaniem milicji będzie patrolowanie przez całą noc ulic Warszawy, zdzieranie plakatów list przeciwnych oraz ochrona plakatów własnych”. Bojówkarze atakowali też pojedynczych aktywistów i sympatyków innych ugrupowań. Sprawozdanie polityczne warszawskiej organizacji KPP uskarżało się latem 1928 r.: „Dla dzielnic takich jak Wola i Ochota bojówki pepesowskie są plagą. Ciągłe napady na towarzyszy sprawiają, że żyją oni pod stałą groźbą mordu pepesowskiego”. Przeciwnicy byli atakowani na ulicach, w oberżach, nawet w prywatnych mieszkaniach. Niekiedy przyjmowało to postać masowych nalotów i regularnych pacyfikacji całych osiedli (np. na Ochocie czy Pelcowiźnie). Oto opis jednego z takich wydarzeń: „pod tunelem kolejowym na Budach znalazły się 4 auta ciężarowe, z których wysiadło kilkunastu bojówkarzy. Spotkanych robotników wyłapali, bili, strzelali do nich. […] Ofiarą tej masakry padło 16 robotników”.
Niektóre akcje milicji nie mieszczą się w żadnej z powyższych grup. Bojówka pełniła również rolę prestiżowo-reprezentacyjną, urządzając przemarsze zwartych oddziałów ulicami miasta czy oddając salwy z rewolwerów na pogrzebach towarzyszy (np. „ugodzonego zdradziecką kulą” Wysockiego vel Pyzaka na cmentarzu wolskim 17 czerwca 1922 r.). W proletariackich dzielnicach Warszawy milicja była siłą pozwalającą egzekwować wyroki tzw. sądów robotniczych, tworzonych samorzutnie od 1918 r. Według Konstancji Jaworowskiej: „do Łukasza [Siemiątkowskiego] często różni ludzie – robotnicy, członkowie dzielnicy i sympatycy – przychodzili, żeby ich godził, na skargę, i też obcy, którzy uważali się za pokrzywdzonych. […] Możliwe, że ktoś za to go wynagrodził, nie wiem”. Na Powązkach tę „ideową dintojrę” sprawował Łukasz Siemiątkowski (ps. „Tata Tasiemka”), na Pradze – działacze PPS Łagowski, Wierzbicki, Lewacz, w Jerozolimie – Kowalski, Żychowski, Masarowicz.
Bojówka mogła zapewniać też partii zaopatrzenie, np. dokonując przed zamachem majowym w 1926 r. kradzieży broni i amunicji z magazynów 21. i 30. pułku piechoty w warszawskiej Cytadeli. Komunista Czeszejko-Sochacki twierdzi nawet, że grupy bojowe PPS przeprowadzały ekspropriacje na cele partyjne już w Polsce niepodległej, dokonując napadów na banki i sklepy. Czynić miały to na początku lat 20. trzy bojówki pozostające w kontakcie z M. Malinowskim: lubelska (Leon Prybe i Czesław Gruszka), radomska (Jan Żurawski) i warszawska (Jan Trzciński ps. „Długi”). Ich dziełem miały być napady rabunkowe m.in. w Brześciu, Włodzimierzu Wołyńskim, Łucku, Zamościu i Dęblinie. W marcu 1923 r. grupa lubelska została rozbita przez policję, jej przywódców skazano na karę śmierci. Niedługo po tym Żurawski zginął w starciu z policją, zaś aresztowany Trzciński umarł w więzieniu.
Milicja prowadziła walkę niejako na dwóch frontach: z jednej strony przeciwko prawicy i kontrolowanemu przez nią aparatowi państwa, z drugiej – przeciw skrajnie lewicowej konkurencji. Z kolei do spektakularnej konfrontacji z prawicą doszło w 1922 roku. 11 grudnia prawicowi demonstranci zablokowali w bramie apteki Klawego przy pl. Trzech Krzyży posłów PPS Ignacego Daszyńskiego, Rajmunda Jaworowskiego i Bolesława Limanowskiego, chcąc uniemożliwić przysięgę prezydencką G. Narutowicza. Działaczka partii Apolonia Rybakowa zmobilizowała w lokalu na Al. Jerozolimskich 300-400 robotników, w tym 15 uzbrojonych milicjantów. „Wkroczyliśmy na pl. Trzech Krzyży i klinem wbiliśmy się w tłum” – wspominał uczestnik zajść. Doszło do starcia z endecką młodzieżą, a następnie do wymiany strzałów, w wyniku czego śmiertelnie ranny został niosący sztandar PPS robotnik Jan Kałuszewski. Kolejne starcie miało miejsce na Nowym Świecie. Gdy pięć dni później prawicowy zamachowiec zabił prezydenta, grupa piłsudczyków z Adamem Kocem przygotowała projekt „akcji karnej”, którą przeprowadzić miała milicja PPS. Jak napisał Andrzej Garlicki: „Pod tym enigmatycznym określeniem krył się projekt fizycznej likwidacji wybranych działaczy obozu narodowego”. Mimo gotowości J. Łokietka do udziału w tej akcji, została ona powstrzymana przez Ignacego Daszyńskiego.
Starcia z prawicą trwały i wcześniej, i później, także poza Warszawą, choć na ogół miały charakter niezorganizowany. Do starć między milicją PPS a bojówkami prawicy doszło w Bogucicach podczas marszu robotników Zagłębia Krakowskiego do Katowic z okazji przyłączenia Górnego Śląska do Polski. Latem 1922 r. socjaliści pobili posłów Związku Ludowo-Narodowego (m.in. Stanisława Rymara), dwa tygodnie później rozbili wiec endecji w kinie „Uciecha”. Według „Gazety Polskiej” odpowiedzialna była 100-osobowa bojówka o nazwie „Piłsudski” z Bednarczykiem i Packanem na czele. Organizator napadu twierdził, że dokonała tego skrzyknięta naprędce grupa kolejarzy. Zimą 1923 r. w Łomży młodzi socjaliści starli się na rogu ul. Dwornej i Giełczyńskiej z endekami rozlepiającymi klepsydry Eligiusza Niewiadomskiego.
Konflikty milicji robotniczej z policją miały charakter chroniczny, dochodziło do nich w czasie wielu manifestacji i strajków. Największy zasięg miały podczas strajku kolejarzy w Krakowie 6 listopada 1923 r. Strajkujący robotnicy przerwali wówczas kordon policji na ul. Dunajewskiego, na co policja odpowiedziała ogniem. Wśród okrzyków „Niech żyje Piłsudski!” rozbrojone zostały dwie kompanie 16. pułku piechoty. Szarża 8. pułku ułanów załamała się ostrzelana przez robotników, konie ślizgały się na bruku polanym wodą. Buntownicy zdobyli samochód pancerny. Jak wspominał Packan: „Walka przeniosła się na całe miasto, robotnicy likwidowali policję, aż w końcu patrole robotnicze przejęły całą władzę w mieście”. Wskutek walk zginęło 3 oficerów, 11 szeregowców, 18 cywili; rannych zostało 31 policjantów, 101 wojskowych, kilkudziesięciu cywilów. Trudno ocenić, na ile wydarzenia te miały charakter żywiołowy, na ile zaś grupy uzbrojonych robotników działały w sposób zorganizowany i zdyscyplinowany; z relacji wynika, że straż porządkowa PPS nie panowała nad tłumem, a potem podstępem odebrała broń robotnikom. Dostrzec jednak można w wydarzeniach krakowskich trop piłsudczykowskiej konspiracji. Według Wincentego Witosa, działacz PPS Mieczysław Mastek „Twierdził […], że na dzień 6 listopada 1923 r. nasłano do Krakowa, bez ich woli i wiedzy, bardzo wielu ludzi zupełnie nieznanych, uzbrojonych i poinstruowanych. Pomiędzy nimi znajdował się także […] Kostek Biernacki. […] Mastek twierdził z całą stanowczością, że zamiarem Kostka Biernackiego było objęcie rządów w Krakowie i urządzenie stamtąd marszu na Warszawę”.
Kulminacją konfrontacji z rządzącą prawicą był przewrót majowy, w którym czynny udział wzięła PPS, a zwłaszcza jej „radykalne”, tj. piłsudczykowskie skrzydło. Już jesienią 1925 r. M. Malinowski poinformował Adama Pragiera o „pracy, jaką grupa towarzyszy z PPS oraz dawnych peowiaków podjęła dla przeciwstawienia się zamachowi przygotowywanemu przez prawicę”. O udziale piłsudczykowskich działaczy PPS w sprzysiężeniu świadczy zebranie w przeddzień marszu na Warszawę, na którym Bronisław Pieracki udzielił im instrukcji, a potem spotkanie Jędrzeja Moraczewskiego i Adama Kuryłowicza z Piłsudskim 12 maja ok. godz. 23.00. Wspierający przewrót kolejarze rozpoczęli strajk, aby uniemożliwić transport wojsk rządowych. 12 maja popołudniu Jaworowski ogłosił mobilizację członków warszawskiej organizacji PPS, a następnego dnia CKW partii oznajmił swe bezwarunkowe poparcie dla zamachu.
Poparcie ze strony socjalistów nie miało wymiaru wyłącznie politycznego, ale też militarny. Opinie historyków co do udziału batalionów robotniczych w zamachu są rozbieżne. Garlicki stwierdza, że „batalion robotniczy dzielnicy Wola” formowany w Domu Związków Zawodowych na ul. Leszno liczył zaledwie 150 nieuzbrojonych ludzi i nie uczestniczył w walkach, ograniczając się do usuwania komunistów ze swego rejonu. Z kolei Rawicz przytacza relacje świadczące o rozdawaniu przez Siemiątkowskiego i Piłackiego milicjantom broni ukrytej w mieszkaniach posłanki Zofii Praussowej i adwokata Polaka, jak również o likwidowaniu gniazd dywersji przez patrole milicji i o jej walkach na Polu Mokotowskim. Te relacje nie muszą być sprzeczne: być może „stała” bojówka walczyła, a ochotnicy stali w odwodzie. Herman Lieberman, socjalista skądinąd krytyczny wobec Piłsudskiego, przyznawał, że „istotnie proletariat warszawski z entuzjazmem przyłączył się do walk żołnierzy Piłsudskiego. Coraz to inne oddziały widywałem na ulicach uzbrojone w karabiny: sami proletariusze”.
Poparcie socjalistów dla przewrotu nie ograniczało się do stolicy. Łódzka organizacja PPS otrzymała od Pużaka polecenie: „Dogadać się z wojskiem […] Wejść w kontakt z kolejarzami. […] W razie potrzeby ogłosić strajk”. Eugeniusz Ajnenkiel wraz z bojowcami Antonim Purtalem, Franciszkiem Helińskim, Wiktorem Krawczykiem i Józefem Endrychem przystąpił do organizowania milicji składającej się z oddziału lotnego w sile 25 ludzi (stale dyżurującego w siedzibie OKR), siatki łączności (łącznicy z dzielnic) oraz ochrony lokali dzielnicowych tworzonej przez komendantów „milicji majowej” (grupy po 30 milicjantów). Milicja PPS wraz z członkami Związku Strzeleckiego pomaszerowała pod koszary 28. Pułku Strzelców Kaniowskich, który w rezultacie przeszedł na stronę Piłsudskiego. Na prośbę gen. Stanisława Małachowskiego, który poparł przewrót, PPS ogłosiła mobilizację swych członków formując dwie kompanie liczące po 150 ludzi, które zostały umundurowane i przećwiczone w koszarach. W ramach działań bojowych milicjanci wysadzili tory kolejowe na linii Strzałków – Kutno – Łowicz, unieruchamiając w ten sposób pociąg pancerny z Poznania. Jednak – podobnie jak Warszawie – już 17 maja gen. Małachowski nakazał rozwiązanie kompanii ochotniczych.
Podobnie wyglądała sytuacja w innych ośrodkach. Na przykład w Łomży OKR PPS wezwał członków do zgłoszenia się do koszar 33. pułku piechoty, gdzie zostali umundurowani i przeszkoleni. W Krakowie socjaliści powołali doraźną milicję robotniczą pod komendą Ryszarda Kunickiego, to samo nastąpiło w Bielsku.
Konflikt PPS z komunistami miał przyczyny zarówno ideologiczne (stosunek najpierw do niepodległości państwa polskiego, potem do jego granic i ustroju), jak i taktyczne (rywalizacja o tę samą bazę społeczną). Kwestie taktyczne zaostrzyły się po proklamowaniu przez Komintern „jednolitego frontu robotniczego od dołu”, który sprowadzał się do próby przechwytywania zwolenników socjaldemokracji przez partie komunistyczne. Gdy Komunistyczna Partia Robotnicza Polski wystąpiła w kwietniu 1922 r. z propozycją wspólnych demonstracji pierwszomajowych, reakcja PPS była negatywna: milicja miała nie dopuścić do włączanie się komunistów w pochód, a nawet niszczyć ich sztandary. KPRP oceniła, że „bojówka odegrać miała rolę pomocniczego ramienia zbrojnego burżuazji”.
W miarę upływu czasu konflikt się zaostrzał. W styczniu 1924 r. bojówka PPS pobiła komunistę Piotra Szelenbauma z fabryki Lilpopa, w lipcu tego roku ponownie zaatakowano członków KPRP w tym zakładzie, 3 sierpnia milicja zaatakowała wiec komunistyczny w Teatrze Powszechnym, w wyniku czego zastrzelony został przez Andrzeja (Jędrzeja) Kowalskiego działacz kompartii Wiktor Biały. 6 września 1925 r. bojówka PPS dzielnicy Wola zamordowała komunistów Jana Łukasika i Henryka Przechorowskiego. 8 listopada tego roku doszło do starć podczas Kongresu Robotniczo-Chłopskiego zorganizowanego przez PPS w cyrku przy ul. Ordynackiej; straż porządkowa pobiła grupę działaczy komunizującej Niezależnej Partii Chłopskiej (B. de Nisau, Stanisława Ballina, Alfreda Fiderkiewicza, Feliksa Hołowacza, Adolfa Bona). 21 listopada Ballin został pobity w powiecie krasnostawskim.
Jeszcze bardziej krwawy był następny rok. Do prawdziwej masakry doszło 1 maja 1926 r. Według relacji komunisty: „Gdy razem z grupą towarzyszy znalazłem się na przeciwko Muzeum Przemysłu i Rolnictwa, zobaczyłem, że auto ciężarowe z bojówkarzami, jadące na tyłach pochodu pepesowskiego, raptem się zatrzymało. Po chwili rozległa się salwa rewolwerowa, za nią druga, trzecia. To bojowcy PPS prażyli wprost w tłum, na oślep. […] nadjechały z boku auta z bojowcami PPS. Na wprost ministerstwa kolei rozległa się druga salwa. Pada śmiertelnie ranny robotnik komunista, Jan Gawlik. […] Trzecią i ostatnią salwę dali bojowcy PPS na placu Trzech Krzyży. Kule pepesowskie kładą tutaj trupem robotnika Gustawa Wudla, wielu innych ranią”. Maciej Rataj opisywał wydarzenia następująco: „Pochód PPS odbywał się według wszelkich reguł strategii. Oddziały bojowe uzbrojone, częściowo umieszczone na autach ciężarowych. Doszło dwukrotnie do starcia – na Krakowskim Przedmieściu i koło kościoła Aleksandra. Strzały – w wyniku 5 osób zabitych, 11 ciężej i lżej rannych. Policja pilnowała reguł boju, nie zachowując zresztą obiektywizmu: w momentach niebezpieczeństwa wkraczała, oddzielając PPS od napierających komunistów”. Natomiast Warszawski OKR wydał oświadczenie, w którym stwierdzał: „Wzięliśmy na siebie utrzymanie porządku i zażądaliśmy wycofania policji. Milicja PPS z zimną krwią porządek utrzymała”.
13 maja 1926 r. bojówka PPS (radny Kowalewski, Macanek, Jeger) zaatakowała wiec KPP na rogu Wolskiej i Okopowej. 27 czerwca doszło do krwawych starć między socjalistami i komunistami w czasie demonstracji PPS na ul. Piotrkowskiej w Łodzi (kilkunastu rannych). 5 września 1926 r. milicjanci (m.in. Jan Łaniewski, Jendryszek i Siemiątkowski) pomogli policji rozbić demonstrację Związku Młodzieży Komunistycznej, w wyniku czego zmarł Grünbaum. 26 września 1926 r. bojówkarze (Piłacki, Łokietek, Siemiątkowski, Preis, Dewódzki i inni) napadli na odczyt komunizującej PPS-Lewicy w teatrze Kamińskiego przy ul. Oboźnej. Podobnie wyglądała sytuacja w innych miastach, np. w Krakowie milicja PPS pobiła 14 maja grupę komunistów.
Apogeum konfliktu między dwiema marksistowskimi partiami miało miejsce w 1928 r. Już w lutym warszawska bojówka rozbiła wiec PPS-Lewicy w Poznaniu, pobity został lewicowiec Szwarc. W marcu podczas pogrzebu ofiar katastrofy budowlanej pobici zostali komunistyczni posłowie Jakub Gawron i Henryk Bitner. 1 maja Warszawą ponownie wstrząsnęły krwawe zajścia. Na pl. Teatralnym odbywały się równocześnie dwa wiece: komunistyczny i socjalistyczny. Według sprawozdania Komisariatu Rządu, w czasie przemowy komunistycznego posła Adolfa Warskiego „jeden z członków milicji uderzył laską Warskiego, który w odpowiedzi na to sięgnął po rewolwer i strzelił do bijącego go. Strzał ten był hasłem do ogólnej bójki. Posypały się strzały z obydwu stron i zawrzała walka na pięści, laski i noże”. „Gazeta Warszawska” z 2 maja 1928 r. tak opisywała dalszy przebieg wydarzeń: „od strony ul. Wierzbowej nadciągnął nowy duży pochód komunistów, prąc na środek placu ku grupom PPS. […] Z kontratakiem wystąpiła bojówka PPS, ulokowana na samochodzie ciężarowym, ochraniającym grupę PPS, na lewo od frontu Teatru Wielkiego od strony ul. Trębackiej. Stojący na samochodzie »milicjanci« wydobyli rewolwery i zaczęli strzelać salwami, większość w górę, wielu jednak strzelało w tłum”. „Naje Fołkscajtung” dodawała: „Padają salwy podług komendy. Całe grupy milicjantów pepesowskich, w gotowości bojowej, przyklękają i raz po raz strzelają”. Ofiarą miało paść 8 zabitych i 600 rannych. Bojówki PPS starły się też tego dnia z komunistami w Zagłębiu Dąbrowskim, Lwowie i Borysławiu.
Po tych wydarzeniach konferencja międzydzielnicowa warszawskiej organizacji PPS postanowiła „rozpocząć likwidację komunizmu w Warszawie”. Łokietek otrzymał owację, wręczono mu kwiaty. Jaworowski miał się wypowiedzieć, że „za jedyną skuteczną broń w walce ze wzrastającym komunizmem uważa siłę fizyczną”. Za słowami poszły czyny. Już 2 maja siedmioosobowa bojówka PPS z Woli z A. Kowalskim na czele napadła na delegata fabryki Lilpopa Rucińskiego. 2 czerwca miał miejsce najazd na Budy (35 milicjantów, m.in. A. Kowalski, jego brat Tomasz, Aleksander Krajewski, Jeger, Rogowiecki, Bednarek). Przygotowywany miał być też zamach na komunistycznego posła Konstantego Sypułę, co ujawnił sekcyjny milicji Piotr Jagodziński.
Zaostrzenie konfrontacji z komunistami mogło być spowodowane narastającym konfliktem wewnątrz PPS, w której prorządowe stanowisko WOKR rodziło coraz większy opór. W tej sytuacji piłsudczykowska frakcja Jaworowskiego mogła chcieć uwikłać partię w ofensywę antykomunistyczną. Skutek był jednak odwrotny. Agresywność bojówki spotkała się z niechęcią większości członków PPS. W rezultacie milicjanci zaczęli zwracać się przeciw własnym towarzyszom. Komisariat Rządu donosił, że WOKR usiłuje „nawet uciekając się do konieczności użycia siły fizycznej nie […] dopuścić do odbycia się walnych zebrań poza plecami OKR-u”, a bojówka terroryzuje na zebraniach opozycyjnych członków PPS. 4 lipca omal nie doszło do bójki w lokalu Związku Zawodowego Kolejarzy podczas przemówienia Zygmunta Żuławskiego, który krytykował Jaworowskiego. 20 sierpnia 1928 r. milicja nie wpuściła opozycjonistów na zebranie Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego. 2 września milicjanci z Woli, Powązek i Powiśla zerwali odczyt Żuławskiego. Przygotowywany miał być też przez bojówkę zamach na socjalistycznych działaczy związkowych Stefana Haupe i Edwarda Zawadzkiego. Sytuacja dojrzała do rozłamu.
dr hab. Jarosław Tomasiewicz, Piotr Grudka
Przypis:
- Rozwiązanie Milicji Ludowej i innych podobnych formacji opisano w artykule J. Tomasiewicza pt. „O wolność. Polskie socjalistyczne formacje zbrojne 1917–1920” w poprzednim numerze „Nowego Obywatela”.
przez Jarosław Tomasiewicz | poniedziałek 4 grudnia 2017 | opinie
Mój poprzedni felieton dotyczył – trzeba to wyjawić – marksistowskiej idei pracy i roli proletariatu przemysłowego [1]; zwracał też uwagę na antyegalitarne konsekwencje technoutopii. A jednak większość moich znajomych, o ile już jakoś do tego tekstu się ustosunkowali, skoncentrowała się na wątku zupełnie pobocznym, który miał tylko zwrócić uwagę na prawdopodobne przyczyny zarzucania przez lewicę proletariackich wartości – wątku prekariatu (mylonego czasem zresztą, nie wiedzieć czemu, z hipsterstwem). No cóż, robotnicy fabryczni takich felietonów raczej nie czytują.
W takim razie zajmijmy się mitem prekariatu. To nawet lepsza arena polemiki z „nową lewicą” niż grząski grunt psychologii wyszukującej różnice między etosem heroicznym i hedonistycznym [2].
Zacznijmy od tego, że kreowanie tzw. prekariatu na odkrycie socjologiczne XXI stulecia to humbug, wyważanie otwartych drzwi. Jeśli za podstawowe kryterium prekarności uznać niestabilne warunki zatrudnienia, to zawsze występowała warstwa osób zatrudnianych doraźnie (np. robotnicy rolni czy budowlani), w pierwszych dekadach XIX w. takie warunki były udziałem praktycznie całego proletariatu przemysłowego. Powiem więcej – dla robotnika epoki leseferyzmu, wynagradzanego w systemie dniówkowym i co dzień ustawiającego się w kolejce po pracę pod bramą fabryki, kilkumiesięczna umowa na czas określony byłaby niewysłowionym szczęściem. Tak więc „prekariat” nie jest żadną nową klasą. Jeśli czymś różni się od proletariuszy sprzed dwustu lat, to przede wszystkim wyższym mimo wszystko poziomem życia: prekariusz może ubogo wegetować, ale nie umiera z głodu, a to istotne, bo warunkuje stopień politycznej determinacji tej grupy [3].

Nie jest też nową próba ustanowienia „ludzi luźnych” awangardą rewolucji – przewija się ona czarną nicią w historii ruchu robotniczego co najmniej od czasów Nieczajewa, wzywającego „Połączmy się ze straceńczym światem zbójeckim, tym prawdziwym i jedynym rewolucjonistą w Rosji”. W XX wieku do tej koncepcji powrócono po Maju ’68, gdy okazało się, że robotnicy zamiast „żądać niemożliwego” strajkują o przysłowiowego „wróbla w garści” w postaci podwyżek i warunków bhp. Francuski goszysta Serge July napisał: „Lumpenproletariat jest najbardziej ofensywnym bojownikiem walk ulicznych. Katangijczycy, czarni robotnicy, aktorzy bez ról, bezrobotni kierowcy bez ciężarówek, studenci bez studiów, oficerowie bez żołdu – oto armia ludowa”. Wtórował mu Huey Newton z Czarnych Panter. Później Toni Negri wykoncypował teorię subproletariatu: nowej siły rewolucyjnej, złożonej z robotników niewykwalifikowanych, o niskim stażu i płynnym zatrudnieniu [5]. Teraz mamy prekariat – nową nazwę wciąż tej samej de facto warstwy.
Poszukiwanie „rewolucyjnej” alternatywy dla proletariatu ma z reguły to samo psychopolityczne podłoże, które nazywam podejściem platońskim: punktem wyjścia i punktem odniesienia są abstrakcyjne ideały, dla których szuka się nosiciela – a nie realni ludzie, konkretne grupy społeczne. Kiedyś heroldem emancypacji miała być klasa robotnicza, ponieważ jednak okazuje się ona konserwatywna, więc rozczarowani „platonicy” muszą znaleźć inny obiekt swej fascynacji.
Krzyżyk na drogę, można powiedzieć. Mam przeczucie graniczące z pewnością, że donkiszoci bezkresnej emancypacji znów się zawiodą. Wymieńmy słabości prekariatu.
Feler pierwszy – jest to wciąż grupa stosunkowo nieliczna. Polska, królestwo śmieciówek, należy ponoć do najbardziej sprekaryzowanych rynków pracy w Unii. Tymczasem w I kwartale 2017 r. 12 133 000 (93,9%) zatrudnionych pracowało na podstawie umowy o pracę wobec 430 000 „prekariuszy” na umowach cywilnoprawnych. Nawet jeśli do tego doliczymy 148 000 przypadków wymuszonego samozatrudnienia (tylko dla jednego zleceniodawcy), jest to wciąż nieznaczna mniejszość [7]. Co więcej, liczba ta prawdopodobnie będzie maleć, bo robotyzacja uderza dziś w pierwszej kolejności w miejsca pracy wymagające niskich kwalifikacji i obsługiwane przez prekariuszy [8]. W ten sposób dochodzimy do…
…feleru drugiego: słabej pozycji prekariatu w strukturze społeczno-ekonomicznej współczesnego kapitalizmu. Jak już pisałem poprzednio – jest to grupa peryferyjna, czasem po prostu zbędna. Strajk barmanów McDonald’sa czy kierowców Ubera nie wstrząśnie systemem. Podtrzymam swoją opinię o wyższości pracy produkcyjnej nad nieprodukcyjną: o ile pierwsza mogłaby się ostatecznie obyć bez drugiej, to sfera nieprodukcyjna nie istniałaby bez fundamentu w postaci produkcji materialnej. Ale tyle o tym, nie zamierzam wyręczać Marksa w obronie laborystycznej teorii wartości i prymatu bazy nad nadbudową. W każdym razie już więcej sensu ma teoria „klasy kreatywnej” [9], bo ta rzeczywiście jest siłą napędową innowacyjnych sektorów gospodarki. Tu jednak problemem okazuje się fakt, że yuccie należą do beneficjentów systemu, nie stanowią więc żywiołu rewolucyjnego.
Feler trzeci polega na mgławicowości tej grupy. W poprzednim felietonie opisałem prekariuszy skrótowo: „sprzątaczka na śmieciówce, student dorabiający jako barista, dziennikarz freelancer, samozatrudniający się informatyk, artysta z bohemy”. Dodam, że także menedżer, który świadczy na rzecz korporacji usługi kierownicze w ramach jednoosobowej działalności gospodarczej. Dzieli tych ludzi rodzaj wykonywanej pracy, wykształcenie, dochody, styl życia [10]. A co niby łączy – poza arbitralnym zaszufladkowaniem do prekariatu? To sztuczna, abstrakcyjna kategoria, istniejąca głównie w wyobraźni teoretyków.
I wreszcie feler czwarty: prekariat nie ma zalet proletariatu. Na wszelki wypadek zastrzegę się tym razem wyraźnie, że nie utożsamiam prekariusza z typem psychicznym beztroskiego „pasikonika”, gardzącego pracą i pracującymi frajerami, nie poczuwającego się do żadnej solidarności z „mrówkami”, ale święcie przekonanego, że „mrowisko” winno zaspokajać wszelkie jego zachcianki. Charakter klasowy jest podobny do narodowego – oznacza statystycznie większe prawdopodobieństwo występowania pewnych cech, a nie esencjonalistyczny determinizm. Tym niemniej nie da się zaprzeczyć, że określone środowisko pracy sprzyja wyrabianiu się pewnych postaw psychicznych. Cechy takie jak solidarność, wytrwałość, dyscyplina, samoorganizacja wytwarzają się i utrwalają w toku pracy zespołowej, w kolektywie w miarę możności stabilnym i zwartym. Zmienność zatrudnienia i elastyczny czas pracy sprzyjają atomizacji i indywidualizmowi, utrudniają identyfikację z miejscem i towarzyszami pracy, uniemożliwiają rozwój klasowej świadomości.
W rezultacie w postmodernistycznym świecie proletariusz może stylizować się na burżuja, a burżuj na proletariusza – obfitość rekwizytów pozwala na względnie swobodny wybór ról odgrywanych w społeczeństwie spektaklu [11]. I to prowadzi nas do zaskakującej konstatacji: znaczna część prekariuszy nie postrzega swego statusu w kategoriach opresji, ba – jest zadowolona z elastycznego zatrudnienia: Codzienne wczesne wstawanie? Praca od ósmej do szesnastej? Śmieszne dwadzieścia dni urlopu? To nie dla mnie! Niech żyje wolność, wolność i swoboda…[12] I życie złudzeniami.
Reasumując: z tego pieca chleba nie będzie. Czy to oznacza, że od prekariatu należy się odciąć, jego istnienie i problemy ignorować? Oczywiście, że nie. Prekariusze, tak samo jak inteligencja pracująca, bezrobotni, samozatrudniający się, emeryci czy ubożsi rolnicy należą do klas ludowych, których interesów trzeba bronić. Czym innym jest jednak robienie z nich awangardy rewolucji i przemian społecznych. Tu niezastąpieni pozostają working class heroes [13].
dr hab. Jarosław Tomasiewicz
Przypisy:
1. Z reguły biorę stronę niemodnych, zapomnianych, przegranych. Stronę rzekomych zawalidróg postępu, skazanych na zagładę – niczym analogowe winyle – przez różnych mędrków pozujących na rzeczników Historii. Swoją drogą Historia już nieraz odpowiadała złośliwym chichotem na zapędy ludzi uważających, że poznali jej zamiary.
2. Nawiasem mówiąc w zaznaczaniu tej różnicy nie byłem oryginalny – zwracał na to uwagę już w 1970 r. Charles Reich w „Zieleni się Ameryka”, tyle, że on głosił wyższość nowolewicowej „Świadomości III”, a mi sympatyczniejszymi pozostają „purytańscy i zgorzkniali” starzy radykałowie. Oczywiście można zarzucić „starej” lewicy, że w swej istocie też jest hedonistyczna, bo przecież dąży poprawy warunków życia ludzi. Różnica polega jednak na tym, że w tym przypadku przyjemność nie jest „przyrodzonym prawem”, ale swego rodzaju „nagrodą” za wysiłek: pracę robotnika, walkę rewolucjonisty. Nie chcę jednak rozwijać tego wątku, żeby znów nie umknęła zasadnicza teza tekstu.
3. Mówiąc obrazowo: dla ajfona można zabić, ale za ajfona się nie zginie.
4. Pyszną anegdotę wyczytałem we wspomnieniach francuskiego związkowca z CGT: w czasie strajku okupacyjnego w 1968 r. pod bramą jego fabryki pojawiła się grupa zrewolucjonizowanych studentów. „Wpuśćcie nas za bramę”, zażądali. „Po co?”, pyta straż związkowa. „Trzeba uniemożliwić produkcję niszcząc maszyny”, brzmiała odpowiedź. „Ale jak zniszczycie nasze maszyny, to gdzie będziemy pracowali?”, dziwują się robotnicy. „Możecie sadzić ryż, jak chińscy towarzysze!”.
5. Nie powstrzymam się w tym miejscu przed zasygnalizowaniem, że zdaniem Philipa Willana (Puppetmasters: The Political Use of Terrorism in Italy, s. 186-187, 347) teoretyk autonomizmu Negri był zarazem agentem CIA.
6. Moje stanowisko jest dokładnie odwrotne – przedstawiłem je w tekście „Ideologie czy ludzie?” w: „Inny Świat” nr 15 (2001 r.).
7. http://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/rynek-pracy/pracujacy-bezrobotni-bierni-zawodowo-wg-bael/aktywnosc-ekonomiczna-ludnosci-polski-i-kwartal-2017-roku,4,24.htmlNa czas określony zatrudnionych było 3 401 000 pracowników, z czego 61% z powodu niemożności znalezienia pracy stałej. Ta grupa jednak nie spełnia w pełni Standingowych kryteriów prekarności.
8. Np. http://www.mirror.co.uk/news/weird-news/building-robot-mcdonalds-staff-cheaper-8044106
9. Nawiasem mówiąc jej prototypu można by się doszukiwać w marksistowskim rewizjonizmie Ernsta Fischera, uważającego inteligencję naukowo-techniczną za główny motor postępu.
10. Tu w pełni zgadzam się z Piotrem Ciszewskim: http://www.lewica.pl/?id=31300&tytul=Piotr-Ciszewski:-Prekariat—nowa-niebezpieczna-fikcja
11. Oczywiście nie jest to tylko kwestia świadomości, bo za kotarą spektaklu wyzysk i wykluczenie od wpływu na decyzje objawiają się w sposób obiektywny.
12. Nad koncepcją dochodu gwarantowanego, mającego być rozwiązaniem tego problemu, znęcałem się już poprzednio, więc teraz tylko dodam, że choć chrześcijańskie przykazanie pomocy bliźnim winno łagodzić Leninowskie dictum „kto nie pracuje, ten nie je”, to jednak pomoc przynależy zasadniczo osobom niezdolnym do pracy. W każdym razie ciemne strony tego projektu dostrzegają też co bardziej wnikliwi zwolennicy BDP jak E. Morozov: „Nie sądzę jednak, że sam dochód podstawowy może rozwiązać sprzeczności i strukturalne problemy dzisiejszego systemu. […] Poza oczywistymi argumentami, że dochód podstawowy ma opóźnić rebelię pracowników przerażonych automatyzacją pracy itd., według mnie stoi za tym pragnienie, żeby stworzyć nowy system, w którym konsumenci mają pieniądze na nowe cyfrowe usługi. […] W strukturze globalnej gospodarki widać wyraźnie, że powstała nowa generacja rentierów. […] Dla mnie dochód podstawowy ufundowany na tym podziale byłby sformalizowaniem jakiegoś postimperialistycznego mechanizmu w globalnej gospodarce”. http://krytykapolityczna.pl/swiat/nowa-generacja-rentierow-evgeny-morozov-o-cyfrowym-kapitalizmie-danych-i-smart-cities/
13. https://www.youtube.com/watch?v=tnsDK5XVFq4
przez Jarosław Tomasiewicz | czwartek 21 września 2017 | opinie
Dawno, dawno temu za siedmioma rzekami żył sobie siwobrody mędrzec, który odkrył kamień filozoficzny umożliwiający transmutację, czyli przemianę jednej substancji w inną, przeistaczanie świata wedle swej woli, ba – nawet uszlachetnienie ludzkiej duszy. Tym kamieniem filozoficznym była Praca, a mędrzec nazywał się Karol Marks.
Trudno przecenić rolę pracy w teorii marksistowskiej. W aspekcie ściśle ekonomicznym to praca tworzy wartość dodatkową, co pozwala uzasadnić zbędność kapitalisty w procesie produkcji. W aspekcie społecznym praca – stanowiąca zasadniczą formę kontaktu człowieka z otaczającą go rzeczywistością – umożliwia przekształcanie tejże rzeczywistości, ale jest też źródłem – inspiracją – wszelkich pomysłów i idei. W aspekcie antropologicznym praca odegrała zasadniczą rolę w uczłowieczeniu małpy – wyrabiając inteligencję, wymuszając społeczne współdziałanie, tworząc materialne zręby cywilizacji. Dlatego celem marksistów było WYZWOLENIE PRACY poprzez przezwyciężenie jej alienacji. Owszem, zięć Marksa, dziennikarz Paul Lafargue, popełnił był pamflet „Prawo do lenistwa”, pozostawał jednak w swych poglądach osamotniony wśród produktywistycznie zorientowanych marksistów. W większym stopniu konstruktywistycznego ducha marksizmu oddawał Stanisław Brzozowski, który pracy nadawał mistyczną wręcz wartość, uznając ją za manifestację istoty człowieczeństwa, za specyficznie ludzką zdolność tworzenia, celowego przekształcania rzeczywistości.
Marx is dead. Jego idee też. Porzucają je nawet jego spadkobiercy, a ściślej mówiąc: bękarty Fouriera podające się za potomków Marksa. Postlewica, zaaferowana swymi kulturowymi obsesjami1, zapoznała nie tylko materialistyczną zasadę prymatu bazy nad nadbudową (teza, że „byt kształtuje świadomość” to wszak esencja marksizmu!), ale też wartość pracy. Na flagach postlewicy wypisane zostało nowe hasło: WYZWOLENIE OD PRACY. Już nie „Pracy i chleba” domagają się współcześni lewacy – ale „Chleba i igrzysk”.
Jak do tego doszło, że (post)lewica zaprzecza samej sobie? W myśl marksistowskiej teorii, o wszystkim decydują stosunki klasowe. Dawna lewica swój przekaz adresowała do ludzi pracy, do robotników. Wychowywałem się w robotniczym środowisku i wciąż – mimo całego tornada transformacji – w zasadzie w takim żyję. Mój sąsiad z lewej to górnik, z prawej – szofer komunikacji miejskiej. Tu praca nigdy nie była dopustem bożym ale powodem do dumy, sposobem spędzania czasu, hobby nawet. Nieroby i niedołęgi byli w pogardzie, szacunkiem cieszył się ten, co znał się na robocie, co potrafił pracować ciężko i fachowo. Po powrocie z zakładu ludzie często zajmowali się majsterkowaniem, pracami przydomowymi, uprawą ogródka. Oczywiście nie byli robotami – spotykali się z kumplami w knajpach i krewniakami na imieninach, chodzili na zabawy i jeździli na wczasy, pili alkohol w ilościach zabójczych dla współczesnego hipstera. W mordę też potrafili dać. Normalni ludzie. Prawdziwi ludzie2.
Dezindustrializacja sprawiła jednak, że przemysł został wypchnięty przez usługi, w których dominują elastyczne formy zatrudnienia. Klasa robotnicza, zdziesiątkowana i zepchnięta do głębokiej defensywy, nie jest już obiektem zainteresowania nowej lewicy. Nawet jeśli postlewica od święta zadeklamuje mantrę o „prawach pracowniczych” wepchniętych gdzieś między prawa mniejszości a prawa zwierząt, to jej bohaterem stał się „prekariusz”, którym może być zarówno sprzątaczka na śmieciówce, student dorabiający jako barista, dziennikarz freelancer, samozatrudniający się informatyk, artysta z bohemy3. Transformacja ekonomiczna znalazła swe odzwierciedlenie w psychologii społecznej. Nowa baza nowej lewicy to zblazowani hipsterzy i zdemoralizowani lumpenproletariusze – przebodźcowane, powierzchowne, egocentryczne, histeryczne dzieci cywilizacji high tech, niestabilne tyleż społecznie, co emocjonalnie, ogarnięte manią zabawy i rozrywki, traktujące pracę jako w najlepszym razie zło konieczne. Oni nie chcą wyzwolenia pracy, bo nie potrafią sobie wyobrazić takiej, która by ich wciągała. W końcu każda praca zajmuje czas, który można poświęcić na rozrywkę czy lenistwo!
Na usługi nowej bazy stają postlewicowi ideologowie przeczesujący internet w poszukiwaniu mód i nowinek. Jest, mam – robotyzacja! To najnowszy trend. Oto aktualna jedynie słuszna droga do utopii. Nie trzeba robić żadnej rewolucji, która – nie bójmy się tego powiedzieć – oznacza niewygody i ryzyko, która tak naprawdę wcale nie jest przyjemna! Przemiana nastąpi sama z siebie. No i nareszcie: nie trzeba będzie pracować! Wszystko za nas zrobią roboty. A z czego będziemy żyć? To proste: BDP, czyli Bezwarunkowy Dochód Podstawowy.
Powiem wprost: dla mnie, wychowanego na aktywistycznym, heroicznym micie ujarzmiania przyrody,
Maszyniście
zakutemu w żelazo,
górnikowi rwącemu pokłady rud
kadzisz,
kadzisz w niemej ekstazie,
wysławiasz ludzki trud.
to wybitnie żałosny ideał. Ideał trutnia. Ideał absolutnie burżuazyjny – o ile dotąd pasożytniczy charakter miała burżuazja, to teraz postlewica woła o pasożytnictwo dla każdego. Znam osoby, rodziny, niemalże całe osiedla od lat żyjące z różnego rodzaju zasiłków. Czy nastąpił w tym środowisku rozkwit nieskrępowanej twórczości artystycznej, eksplozja aktywności społecznej? Zdziwicie się – NIE. To sfrustrowani, znerwicowani, zakompleksieni konsumenci seriali telewizyjnych i tanich używek, wyalienowani z tkanki społecznej kokonem swojej kanapy, w najlepszym razie bywalcy dyskotek i meczów4.
Ale zgoda, to rzecz gustu, jeden woli Majakowskiego, inny Kapelę. Są ludzie, którym taki styl życia („cywilizacja bonobo”)5 może odpowiadać. Jednak za fasadą tego gnuśno-konsumpcyjnego „szczęścia”, w cieniu Podstawowego Dochodu Gwarantowanego przez roboty, czai się niebezpieczeństwo.
Zacznijmy od najgorszego scenariusza. Robotyzacja oznacza, że ludzka siła robocza staje się ZBĘDNA. A więc zgodnie z kapitalistyczną logiką stanowi obciążenie dla gospodarki i społeczeństwa. Co robi się z takim balastem? Pozbywa się go, redukuje jak nie przymierzając pogłowie koni pociągowych. Jednym słowem: eksterminacja. Oczywiście nie zamierzam tu straszyć anachronicznymi wizjami rodem z XX w.: komory gazowe, krematoria, obozy zagłady itp. Czułe sumienia współczesnej upper i upper middle class wzdragałyby się przed tak drastycznymi formami „ostatecznego rozwiązania kwestii proleckiej”. Ale doskonale można sobie wyobrazić wykorzystanie socjotechniki skłaniającej do „dobrowolnej” autodestrukcji, starannie opracowanego zestawu bodźców ekonomicznych i manipulacji psychologicznych: ograniczanie przyrostu naturalnego, upowszechnianie środków psychotropowych, umożliwianie eutanazji przy równoczesnym ograniczaniu dostępu do świadczeń socjalnych, zwłaszcza zaopatrzenia emerytalnego i opieki zdrowotnej. Jesteś niepotrzebny, więc przysłuż się społeczeństwu – zabij się sam! Czy tylko ja mam wrażenie, że te środki już są, na razie drobnymi kroczkami, wdrażane przez establishment?
Niewiele wspólnego z tradycyjnymi ideałami lewicy ma jednak też scenariusz „optymistyczny”, czyli ten, w którym robotyzacja zapewni obfitość dóbr gwarantującą każdemu Bezwarunkowy Dochód Podstawowy. Nawet entuzjaści tego rozwiązania przyznają, że praca w nowym społeczeństwie pozostanie jako przywilej dla nielicznych. W praktyce oznacza to, że pracujący będą otrzymywali płace znacząco wyższe od BDP, bonus motywujący ich do wysiłku. Oczywiście znajdą się hobbyści, którzy zadowalając się dochodem podstawowym będą wytwory swojej pracy udostępniali za darmo, ale sektor prywatny będzie robił wszystko, by jego produkty były bardziej atrakcyjne niż te darmowe. Nie ma podstaw sądzić, by te wysiłki nie były skuteczne – wszak Linux nie doprowadził Microsoftu do bankructwa. W rezultacie ukształtuje się system kastowy o charakterze piramidy. Jej wierzchołek stanowić będzie nieliczna grupa właścicieli środków produkcji, dysponentów globalnych bogactw; środkowe piętro zajmą dobrze opłacani profesjonaliści; podstawa to wegetujący na socjalu proleci. Nowy Wspaniały Świat.
Co istotne: o ile dawny proletariat stanowił fundament społeczeństwa przemysłowego, które bez jego pracy nie byłoby w stanie istnieć, to bezproduktywni beneficjenci BDP będą żyli wyłącznie z łaski klas wyższych, bo z punktu widzenia ekonomii nie będą do niczego potrzebni. A to oznacza, że niemożliwą okaże się jakakolwiek rewolucja, bo proleci będą skazani na wieczną zależność od profesjonalistów obsługujących gospodarkę.
Robotyzacja będzie miała – zwłaszcza w swej początkowej fazie – jeszcze jeden skutek w wymiarze globalnym. Dynamiczny rozwój, jaki odnotowały w ostatnim ćwierćwieczu przynajmniej niektóre kraje Azji i Afryki, zawdzięczają one możliwości konkurowania z Zachodem niższymi kosztami siły roboczej. Gdy praca robotów będzie tańsza niż praca robotnika z Kambodży, to okienko rozwoju zamknie się dla Trzeciego Świata. A zarazem krajów tych (może poza Chinami) nie będzie stać na robotyzację. Te koszty też należałoby wkalkulować w naszą technologiczną utopię. Uwaga na marginesie: polska „lewica” obnosi się ze swym „internacjonalizmem”, ten jednak sprowadza się do zapatrzenia w Zachód i marzenia „żeby u nas było tak jak w Europie”. Ale „cały świat” to nie Europa, to nie Zachód – to także (a nawet przede wszystkim) Trzeci Świat6.
Żeby nie przedłużać: wiara w mesjańską misję robotów jest kolejnym wcieleniem naiwnej technoutopii. Saint-Simon w XIX w. wierzył, że ludzkość wyzwolą mechanizacja i industrializm. W nie tak odległych latach 90. rozpowszechnione było przekonanie o rewolucyjnej roli internetu, który miał jakoby wprowadzić nas w postkapitalistyczne „społeczeństwo informacyjne”. I co?
dr hab. Jarosław Tomasiewicz
- Z analizy czołowego polskiego portalu postlewicowego wynika, że bardzo zaawansowane są przygotowania do przeprowadzenia rewolucji w Westeros.
- Czas przeszły nie jest tu precyzyjny: ci ludzie wciąż żyją i na ogół pozostali sobą. Czas przeszły jednak ma podkreślać, że odeszła formacja społeczna, której nadawali ton.
- Nie mogę się w tym miejscu powstrzymać od dygresji: moda na odnajdywanie „proletariackości” przyjmuje niekiedy formy dość komiczne. Oto odkryłem w internecie „pracowników poezji” (a przynajmniej jedną). Marksista zapytałby: a jakąż to wartość dodatkową wytwarzają poeci i kto ich z niej wywłaszcza?
- Opiszę wam walkę klas, jakiej byłem kiedyś świadkiem. Otóż familoki w mojej dzielnicy zasiedla dziś lumpenproletariat, utrzymujący się ze złomiarstwa i zbierania węgla na hałdzie. Pod jednym z familoków trwały roboty drogowe, robotnicy kopali rowy. Jeden z „wykluczonych” zaczął ot tak, z nudów, wyzywać drogowców z okna. Ci nie pozostali mu dłużni i tak od słowa do słowa zaczęła się awantura. „Wykluczeni” skrzyknęli się i w ciągu kwadransa była akcja 10 na 2. Drogowcy wycofali się zostawiając łopaty… Sięgnijmy po Marksa: „Lumpenproletariat, ten bierny wytwór gnicia najniższych warstw starego społeczeństwa […] wskutek całej swej sytuacji życiowej jest raczej skłonny do sprzedawania się jako narzędzie reakcyjnych knowań”.
- Notabene bonobo, jak wykazują nowsze badania, wcale nie są pokojowo nastawione.
- Np. dawna lewica krytykowała „drenaż mózgów” i rąk dokonywany przez Zachód z krajów postkolonialnych – postlewica stała się czołowym entuzjastą tego procederu.