Polska po wyborach prezydenckich

Polska po wyborach prezydenckich

Po pierwsze i najważniejsze: obroniliśmy Polskę przed pełnią władzy Donalda Tuska i spółki. Pełnia władzy tych ludzi byłaby koszmarem. Przez półtora roku pokazali, że nie liczą się z nikim i niczym, z żadnymi zasadami, instytucjami, regułami, obietnicami, z czymkolwiek. Gdyby mieli jeszcze swojego człowieka jako prezydenta, nie byłoby absolutnie żadnej zapory przed ich szaleństwem.

Mieli przywracać praworządność, a rządzą z obchodzeniem prawa, siłowym przejmowaniem instytucji i „demokracją taką, jak my ją rozumiemy”. Mieli wyjaśniać rzekome wielkie przekręty, a zrobili areszty wydobywcze, z których nic nie wynika poza kolejnymi materiałami usłużnych mediów – tych samych, których nie interesuje, czy obecna władza nie robi przekrętów. Miały być transparentność i rzetelność, a jest ręczne sterowanie wskaźnikami inflacji i sposobem obliczania luki VAT-owskiej. Miało nie być kumoterstwa i nepotyzmu, a instytucje publiczne są obsadzane wyłącznie samymi swoimi, nierzadko wręcz groteskowo marnymi. Konkurs dotacyjny Ministerstwa Kultury dla niewielkich czasopism był za rządów PiS skierowany do czasopism różnych opcji, w tym antypisowskich, a obecnie nie dostaje dotacji nikt, kto by krytycznie oceniał rządy PO – dotację straciliśmy my i wielu innych.

Po drugie, to nie jest tylko władza polityczna. To także całe otoczenie, które im służy. Wielkie media, w tym należące do kapitału zagranicznego. Media publiczne, stronnicze nie mniej niż za poprzedniej władzy, mówią jednym głosem z prywatnymi. Klakierzy PO i Tuska mają w sumie jakieś 90% rynku medialnego w Polsce. Media te nie zajmują się patrzeniem władzy na ręce, lecz zwalczaniem opozycji. A w trakcie kampanii wyborczej – nachalną promocją kandydata obozu władzy i nagonkami na jego przeciwnika.

Gdy jedno z nielicznych uczciwych mediów prywatnych, Wirtualna Polska, ujawniło próbę skręcenia wyborów za pomocą nielegalnej kampanii promocyjnej w internecie, finansowanej zza granicy, a koordynowanej przez „organizację pozarządową” Akcja Demokracja, wszystkie media nieprawicowe, w tym publiczne, wyciszały sprawę zamiast podjąć temat. To samo robiły obsadzone ludźmi Tuska instytucje, w tym NASK mająca nadzorować bezpieczeństwo w sieci. Dziś wiemy już, jak pisze Patryk Słowik z Wirtualnej Polski, że „Misja Obserwacji Wyborów prowadzona przez OBWE we wstępnych ustaleniach skrytykowała Polskę za niewystarczający nadzór nad finansowaniem kampanii na rzecz Rafała Trzaskowskiego w internecie ze źródeł nieznanego pochodzenia”.

Najwyższa Izba Kontroli zajmuje się głównie kontrolowaniem nie obecnej, lecz poprzedniej władzy. Duży biznes sprzyja obecnej władzy. Sprzyja jej też Unia Europejska, to znaczy niewybieralna brukselska technokracja. Do tego dochodzą „organizacje pozarządowe” finansowane uznaniowymi milionami przez zagranicę – wszystkie o jednakowym profilu ideologicznym i bliskie obecnej władzy.

Władza polityczna, instytucje publiczne, główne media i wielkie „organizacje” mówią w zasadzie jednym głosem, różniąc się sporadycznie i w drobnych sprawach. Gdyby to środowisko miało jeszcze urząd prezydenta, nastąpiłaby w Polsce tak wielka koncentracja realnej władzy, jakiej w III RP jeszcze nie było.

Po trzecie, nie było jeszcze kampanii wyborczej tak bezwzględnej, jednostronnej, tak totalnie nastawionej na zniszczenie człowieka, tak brutalnie walącej w kogoś, jego bliskich itp. Nie chodziło o patrzenie kandydatom na ręce – patrzono wyłącznie jednemu kandydatowi, a drugiego trzymano pod kloszem ochronnym, co przy takiej dysproporcji sił medialnych jest po prostu próbą „ustawienia” wyborów.

Tak jak PiS przedobrzył z negatywną kampanią o Tusku w 2023 r., tak teraz liberałowie przedobrzyli z szambem wylewanym pod adresem Nawrockiego. Ludzie nie są głupi. Widzą, że coś tu nie gra, że to już za dużo. Znamy wiele głosów osób, które wprost mówiły: gdyby tak mocno go nie atakowali, to nie wzbudziłby mojej sympatii i chęci głosowania na niego, zostałbym w domu, nie jestem pisowskim betonem itp.

Metody te, wbrew wyobrażeniom naiwnych, nie polegają na tym, że coś jest na rzeczy w formułowanych oskarżeniach. Nie o to w tym wszystkim chodzi. Polegają na tym, że podobnie niszczony byłby każdy inny kandydat pisowski. Powiemy więcej: gdyby kiedyś w Polsce istniała silna i zarazem realnie antyliberalna lewica socjalna, to byłaby ona atakowana równie zajadle i bezpardonowo. Gdy ma kilka procent poparcia i głosuje za powstaniem rządu Tuska, może sobie do woli frazesowo lewicować. Gdyby nadepnęła na serio na odcisk możnym i wpływowym z rdzenia polskiej liberalnej oligarchii albo tylko w kilku sprawach współpracowała z PiS-em, byłaby atakowana nie mniej zajadle.

Podobną sprawą jest pogarda wobec wyborców. W liberalnych bańkach mówi się, że nie ma nic gorszego niż „pisowskie szczucie” na mniejszości czy migrantów. To jednak nie jest jedyne szczucie, które się odbywa. Żyjemy we wręcz instytucjonalnej pogardzie dla ubogich, niewykształconych, z problemami, z przeszłością, z „przaśnymi” nawykami, z miast, których nie umiemy wskazać na mapie. Także dlatego wygrał Karol Nawrocki – bo tak naprawdę im „gorszy” kandydat, tym bardziej jego wygrana zaboli elity i tzw. przyzwoitych ludzi. O to tutaj chodziło, nie o to, że komuś imponuje „sutener”. „Gazeta Wyborcza” już kilka godzin po przegranej liberałów rozsyłała newsletter o ogólnej wymowie typu „jak mogło do tego dojść?”. Niczego się nie nauczyli. To są trzecie wybory prezydenckie z rzędu, które przegrywa kandydat anty-PiS, bo używane są dokładnie te same metody: elitarność, obrażanie, te wszystkie Agnieszki Holland oraz Hołdysy spod kamienia, którzy „nie rozumieją, jak można” i „jakim człowiekiem trzeba być, żeby…”. Im bardziej oni pogardzają nami, tym bardziej my głosujemy przeciwko nim.

Po czwarte, Trzaskowski przegrał jednak przede wszystkim dlatego, że takie są skala niechęci wobec liberałów, poczucia zagrożenia ich rządami, przekonanie, że to łajdacy i szkodnicy. Społeczeństwo polskie naprawdę nienawidzi Tuska. Młodzi i ci, którym w latach 2007-2015 było dobrze, dali mu w 2023 r. kredyt zaufania. Większość z nich już uważa, że nie zrealizował obietnic. Prawda o Platformie jest taka, że ona nigdy nie robi obiecanych rzeczy. Pokój można wytapetować jej obietnicami, o których pamięć trwa tyle, co konferencja prasowa czy przeczytanie tweeta. Problem w tym, że kiedyś taki sposób uprawiania polityki („nie ma pieniędzy i o co wam w ogóle chodzi”, „cóż szkodzi obiecać”) był obowiązujący i nikt już na nic nie liczył. Niech sobie rządzą, jest marazm, idę pracować za tego piątaka na godzinę. Ale w 2015-2016 przestał być. Pojawił się u steru ktoś, kto robił zapowiedziane rzeczy. Różnie oceniane, ale robił. Tylko że Platforma tego nie ogarnęła. Ona chce wasz głos, bo jest Platformą, bo nie jest PiS-em. Śmieszy ją myśl, że miałby robić cokolwiek większego. Znowu wszystko jest „przeskalowane”, „kosztowne”, „niepotrzebne”, „nieopłacalne”. Będzie albo nie będzie. Może kiedyś.

Żaden z sondaży od kilku miesięcy nie wskazuje, że rządząca koalicja mogłaby liczyć na ponowne uzyskanie większości parlamentarnej. Po zaledwie półtora roku rządzenia. Tak jak o PO mówi się, że w wielkich nowoczesnych miastach mogą wystawić kukłę, a ona i tak wygra, tak w skali Polski przeciwko liberałom też można wystawić kukłę i ma się już na starcie ponad 40% osób, które by ją poparły. A człowieka z krwi i kości, który rzuca im rękawicę – tym bardziej i tym więcej.

Odrzucenie liberałów ma podwójny wymiar klasowy. Ten oczywisty to daleko idące różnice wśród wyborców. Na Nawrockiego głosowało niemal 70% robotników, ponad 80% rolników i niemal 65% bezrobotnych, którzy poszli na wybory. Na Trzaskowskiego niemal 64% osób z kategorii dyrektorzy, kierownicy i specjaliści, wygrał też, choć nie tak wyraźnie, wśród właścicieli i współwłaścicieli firm. Ale pęknięcie między liberałami i antyliberałami ma także wymiar kulturowy. Nie chodzi w nim o to, że wyborcy prawicy są „ciemniakami”, jak chcieliby zwolennicy liberałów. Odrzucają oni liberalną agendę kulturową, gdyż postrzegają ją jako szkodliwą dla siebie, wmuszaną, niezwiązaną z ich preferencjami. I jest to tendencja coraz bardziej widoczna także w krajach „zachodnich”, „nowoczesnych”, „niereligijnych” itp. Podobnie jest choćby w obiekcie westchnień polskich liberałów, czyli w Czechach – w kraju laickim populiści skutecznie grają kartą np. antyimigrancką, a ich bastionami wyborczymi nie jest „zacofana” wieś, lecz przemysłowe i poprzemysłowe podupadłe duże miasta i regiony zurbanizowane.

Po piąte, kartę hańby zapisało wiele osób i środowisk lewicowych, postępowych, rzekomo wrażliwych społecznie, „aktywistów” z „ruchów” takich czy siakich itp. Dołączyli do nagonki w wykonaniu neoliberałów i sprawców polskiej biedy z nędzą, wylewali wiadra klasistowskiej pogardy na kontrkandydata neoliberałów, głosowali na neoliberała, wyrzucili na śmietnik całe swoje wcześniejsze wywody o zasadach, wartościach, demokracjach, wrażliwościach itp. Ich postawa i ich współudział zostaną zapamiętane. Żadnych złudzeń w przyszłości.

Po szóste, nie mamy pojęcia, czy Karol Nawrocki będzie dobrym prezydentem. To kandydat skoncentrowany na prawicowej tożsamości i historii, a zbyt mało zainteresowany gospodarką i sprawami społecznymi i zbyt małą mający o nich wiedzę. To wszystko, wbrew zaklęciom bezpłodnej politycznie lewicy, jest jednak oparte na związkach z partią mającą największy dorobek prospołeczny w III RP oraz na umowie podpisanej z dużym związkiem zawodowym „Solidarność” w sprawie obrony zdobyczy socjalnych i pracowniczych. Nie mamy całkowitej pewności, że w tych kwestiach będzie dobrze w kontekście umów z Mentzenem i z długiem wobec wyborców prawicowo-prorynkowych. Ale wręcz dziecinną naiwnością jest przekonanie, że jawny wieloletni neoliberał Trzaskowski z partii, która chce „deregulować” gospodarkę, byłby lepszy pod tymi względami.

Nasze opinie o samym Nawrockim nie są jednak kluczowe. Po pierwsze taka jest wola ludu, bezwzględnej większości, na tym polega demokracja. Po drugie jakakolwiek zapora przed monowładzą liberałów jest lepsza niż brak takowej zapory. Na ocenę tej prezydentury przyjdzie jeszcze czas. Na razie wiemy, że walec neoliberalnej koalicji nie przejechał jednej z ostatnich zapór na swej drodze.

Magdalena Okraska, Remigiusz Okraska

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Robert Bazułka from Pixabay

Powrót bez powrotu

Powrót bez powrotu

Zachwyt w lewicowej bańce Didierem Eribonem to dla mnie od dawna dość niezrozumiała fascynacja. Realia francuskie i polskie są znacząco różne – pod względami politycznymi, społecznymi, klasowymi. Rzeczy, warunki, zjawiska, które we Francji sytuowały białego człowieka „wśród ludu”, nie równały się właściwie nigdy naszym uwarunkowaniom. Uległo to zmianie wraz z nasiloną imigracją do Francji – ale i tak twierdzenie, że „lud francuski” i „lud polski” są do siebie przystawalne, a ich sytuacja bezpośrednio nawzajem przekładalna, wydaje się sporym nadużyciem. I ze strony Eribona, i polskich czytelników wywodzących się z inteligencji, którzy chcieliby wzruszać się cudzym Reims, ale do własnego Reims, czyli Przasnysza, Pułtuska albo Moniek, nie jeżdżą wcale, ponieważ woleliby o nim nie pamiętać.

To taki powrót bez powrotu.

„Życie, starość i śmierć kobiety z ludu”, druga przełożona na polski książka Eribona, jeży włos na głowie. Autor radośnie eksploatuje przeszłość, historię, teraźniejszość swojej najbliższej rodziny, a szczególnie kobiety, która, bezlitośnie opisywana, nie może się bronić – własnej matki. Już sam fakt uczynienia z bliskiej osoby bohaterki, która jednocześnie nie jest bohaterką, musi budzić przynajmniej pewien moralny sprzeciw, który narasta wraz z przewracaniem kart książki. Owszem, bywały już podobne projekty i pomysły, bo pisarze-mężczyźni lubują się w opisach swoich rodzin, w tym matek. Owszem, porównywana z Eribonem (nie wiem dlaczego, pewnie dlatego, że oboje są Francuzami) Annie Ernaux także pisze o swojej rodzinie – ale jednak głównie o sobie. To jej życie, jej ciało, jej myśli są głównymi podmiotami narracji. Tymczasem Eribon bez żenady opisuje matkę – bezlitośnie, ale nie dogłębnie. Opisuje ją jak ciało szykujące się na śmierć, jak skorupę, która miała może jakieś życie, ale oczywiście najbardziej istotne jest, co syn o tym życiu sądzi. Taki szczery, prosty opis mógłby stanowić podstawę dla świetnej prozy – ale tak się nie dzieje.

Bo „Życie…” to żadna powieść. Nawet do dobrej prozy wyznaniowej mu daleko. Książka Eribona to coś w rodzaju narzekań mężczyzny w średnim wieku, przeplatanych wspomnieniami oraz – i to rozbija formę oraz czyni książkę nie-powieścią – długimi rozważaniami o kondycji francuskiej służby zdrowia i w ogóle państwa francuskiego, o opiece społecznej, o starości. W zamierzeniu ma to mieć postać (chyba) eseju z wieloma cytowaniami z innych dzieł, także filozoficznych i medycznych. W praktyce autor uparcie wraca do jednej książki Simone de Beauvoir („Starość”) oraz cytuje, kogo się da, by wyjaśnić czytelnikowi meandry społeczne starości i przebywania w zorganizowanych ośrodkach opiekuńczych. Czyni to chłodno, bez empatii, w sposób akademicki, i, niestety, nudnawy. Te wstawki, których jest multum, kawałkują, wręcz rozdzierają narrację syna umierającej (a potem martwej) kobiety. Która to narracja zresztą też nie odznacza się szczególną wrażliwością i wdziękiem.

„Cóż za doskonały przykład rozminięcia się teorii z praktyką i postulatów z działaniami!” – napisała o tej książce Natalia Królikowska, recenzentka prowadząca stronę Propsiki. Podczas lektury towarzyszyło mi podobne uczucie i identyczne konstatacje. Eribon chce zwrócić uwagę na starzenie się społeczeństwa, kwestię starości w ogóle i opieki nad ludźmi starymi w szczególności (kto powinien, kto jest odpowiedzialny, jak się z tego wywiązują instytucje), ale udaje mu się głównie przedstawić samego siebie jako niezbyt sympatycznego bufona, który matkę, kruchą, nagą, umierającą, stawia całemu światu przed oczami jako egzemplifikację zjawiska społecznego. Czyni to przy tym bez empatii, choć jednocześnie nie pozwala zapomnieć czytelnikowi o rzekomo zalewających go wyrzutach sumienia (znacie te wybuchy rozpaczy we włoskim stylu: „Ach, czemu pojechałem do niej tylko dwa razy!”, „Całe życie byłem synem i już nie jestem!”) i obficie tłumaczy się ze swojego braku działania. Na jaw przy okazji wychodzą inne rodzinne nieporozumienia, jak np. fakt, że autor widuje jednego z braci raz na trzydzieści lat, gdyż „bardzo się od siebie różnią”, i żaden z nich nie widzi w tym niczego złego. Niestety, sam sposób prowadzenia narracji bardzo wyraźnie pokazuje, że Eribon nie lubi swojej rodziny, czuje się z nią niekomfortowo, „wyrodził się”. Gesty, które niechętnie wykonuje, są puste i automatyczne, nie niosą treści.

Czy jest obowiązek kochania matki? Czy koniecznie należy uczestniczyć w jej pogrzebie? Te pytania stawia autor i stawiają czytelnicy. Jak widziałam w kilku internetowych dyskusjach o książce, polscy zwolennicy „bycia sobą” pospieszyli już Eribonowi z odsieczą, twierdząc, że oczywiście matce, z którą „drogi się rozeszły”, aż tak pomagać czy odwiedzać jej nie trzeba (magiczne „zerwij kontakt z toksycznymi osobami”), na pogrzeb też niekoniecznie trzeba, bo to pusty rytuał, a żałobę nosi się w sercu. Eribon – i zachodnia lewica – w ogóle nie dostrzegają, że samotność starych ludzi i automatyzacja opieki wynikają właśnie z tego, iż w zindywidualizowanym świecie każdy społeczny czy rodzinny obowiązek ceduje się chętnie za pieniądze na innych. Skoro „nic nie trzeba”, to nie pomożemy. I nam też nikt nie pomoże, będą nam tyłki podcierali imigranci, jeśli naszemu państwu w ogóle starczy na opiekę.

Te rozważania są dość nieprzyjemne, jednak należy je przeprowadzić, chociaż mam wrażenie, że autor usprawiedliwia się pod publikę, a jego napady wyrzutów sumienia są dość płytkie. Chciałabym jednak, abyśmy nie przyjmowali tej perspektywy jako jedynej. Matka Eribona nie była „toksyczną osobą”. Lubiła telewizję, czytała romanse (o tym, jak bezlitośnie Eribon ocenia jej gust i smak, porozmawiamy za chwilę), wypytywała synów o różne sprawy, pracowała, starała się spełniać nałożone na nią role społeczne i rodzinne. To wszystko. Jej bycie „kobietą z ludu” przydaje się Eribonowi, gdy szuka tematu na książkę (teraz ja jestem bezlitosna, trudno) i gdy sam chce pokazać, że sam nie jest z klasy wyższej czy nawet średniej, lecz „z ludu” – jednym słowem, legitymizuje się pochodzeniem matki i rodziny, gdyż we Francji to modne. Z drugiej strony, naprawdę widać w jego opowieści, i to nie tylko tam, gdzie sam chce to uwypuklić, jak daleko odszedł od klasy, z której pochodzi.

Jedna z historii, w których jest to widoczne, a którą autor przytacza w dobrej wierze, oczekując od czytelnika zrozumienia, to wątek romansów w formie książkowej, które czytywała jego matka. Chodzi o książki znane w Polsce jako „harlekiny”: ona kocha jego, a on ją nie wiadomo, na przeszkodzie miłości stoi stara ciotka lub tajemniczy nieznajomy itp. Kolorowe okładki z obściskującą się parą, srebrne lub złote liternictwo tytułu. Wciągające historie, dające odprężenie po pracy. Po śmierci matki Eribon postanawia kupić sobie jeden z takich romansów i przeczytać go, aby poczuć się z nią więź i poznać coś, czymś się interesowała. Dochodzi do wniosku, że… nie wie, gdzie taką książkę się kupuje. Gdy okazuje się, że w dyskoncie spożywczym, z ulgą rezygnuje z zakupu, bo… nie chodzi do takich miejsc. Cały ten wątek jest groteskowy – czy dyskont słabszej marki/sieci to jak kupowanie po zmroku narkotyków w zakazanej imigranckiej dzielnicy? Dlaczego nie może tam po prostu iść po tę jedną rzecz? A jeśli naprawdę nie chce, to czy podobnej książki nie można zamówić w internecie? Krok wykonany ku „poznaniu matki” jest tak naprawdę trzema krokami w tył, w dodatku ośmieszającymi autora, bo czytelnik zaczyna się głowić o cóż mu, do jasnej cholery, chodzi.

Mniej zabawny, a bardziej przerażający jest wątek wyborów politycznych matki, pokazywany oczami syna. Eribon nie przegapi żadnej okazji na 288 stronach książki, aby podkreślić expressis verbis, że jego matka jest/była „rasistką”. Cytuje wielokrotnie jej uwagi co do koloru skóry osób występujących w programach telewizyjnych, krytycznie odnotowuje jej zdziwienie i zawód, że „Francja nie jest już taka, jak była”. Poprawia ją, poucza, prosi, by tak nie mówiła. Gdy opisuje, jak w domu opieki jest świadkiem rozmowy z odwiedzającym ją starym znajomym na temat głosowania na Marine Len Pen, padają znamienne słowa: „Zdałem sobie sprawę, że znajduję się w pokoju z dwójką faszystów”. Liberalny, salonowy, de facto mieszczański „antyfaszyzm” każe mu potępiać publicznie własną matkę przez dwa czy trzy podrozdziały. Eribon wręcz lubuje się tym wątku. Nie szczędzi matce wyrazów niesmaku i oburzenia. Ona już nie odpowie.

Autor jest w książce karykaturalnie niedojrzały, a zdaje się tego nie widzieć. Nie jest to przy tym powieść fabularyzowana, lecz coś w rodzaju autobiograficznego eseju, zatem trudno zwalić to wrażenie na konstrukcję świata przedstawionego i powiedzieć, że taki jest po prostu bohater. Nie, to sam Eribon w takim tonie opisuje siebie i rodzinę – domagając się jednocześnie współczucia, że „to” (śmierć matki i rozterki) go spotkało. Brak tu namysłu nad swoimi działaniami i, przede wszystkim, podejściem. Bardzo ludzkie, cielesne doświadczenie zadarcia woalu pomiędzy życiem a śmiercią wydaje się niewiele w nim zmieniać, jeśli w ogóle cokolwiek. A przecież śmierć rodzica jest i przeżyciem granicznym, i formacyjnym (żeby nie być gołosłowną: jestem półsierotą i towarzyszyłam ojcu w agonii i śmierci, zatem nie teoretyzuję; dzielę z Eribonem to samo doświadczenie). Banalne, ale potem już prawie nic nie jest takie samo. Przestajemy być dziećmi. Mam wrażenie, że Eribon czuje się trochę urażony, że musiał przestać nim być. Ma także ogromne poczucie nieadekwatności z powodu konieczności uczestniczenia w całej sytuacji. A przecież nie ma w ogóle mowy o długiej opiece, codziennych odwiedzinach czy zamieszkaniu z umierającą matką! Autor odwiedza ją literalnie dwa razy, bo matka umiera szybciej niż się spodziewano. Nie ma go również przy jej boku, gdy ta śmierć następuje. Trochę mało, jak na książkę „o starości i śmierci”.

Krytyk Marcin Bełza nazywa tę książkę „odrażającym esejem służącym obronie/podbiciu pozycji” i pisze: „Pogrzebów nie lubi, więc gdzieżby miał pojechać na pogrzeb matki; jedyny jaki pamięta i jedyny jaki go wzruszył to – a jakże [co za przykra niezamierzona ironia!] – pogrzeb Bourdieu”. Tak, tak. Temat smutny, ale ja się tutaj jednak śmieję.

Powiedziawszy to wszystko, co powyżej, absolutnie nie twierdzę, że książki Eribona nie warto czytać, że jest nudna czy że byłby to czas stracony. Nie. Przeczytałam ją w półtora dnia, co prawda zgrzytając zębami i stawiając ironiczne, pełne gniewu wykrzykniki na marginesach oraz pstrząc karty książki ołówkowymi dopiskami typu „he he” (nie z rozbawienia dowcipem autora, niestety). Przeczytałam, bo chciałam zobaczyć, czy tak osobista, realna historia do czegoś dąży.

No i nie dąży specjalnie do niczego, chyba że za cel dążenia uznamy intuicję autorstwa Bełzy. A najgorsze jest chyba to, że Eribon uważał za stosowne „udzielić głosu” niemej kobiecie i zapewne ma wrażenie, że ją tym wyemancypował. Nie, nie – wyemancypował swoje projekcje, a teraz co najwyżej przyjmuje kondolencje i gratulacje.

Magdalena Okraska

Eribon Didier, Życie, starość i śmierć kobiety z ludu, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2024.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

Annie myje włosy szamponem Elseve

Annie myje włosy szamponem Elseve

Ernaux pisze książki o konflikcie i awansie klasowym – to najszybsza i najkrótsza odpowiedź na pytanie w rodzaju „o czym to jest?”. Można oczywiście wikłać się w długie opowieści: „to jest o dziewczynie, która próbuje się wykształcić na nauczycielkę, a po drodze boryka się z rozmaitymi problemami”. Ale to będzie dokładnie ta sama opowieść.

Co ciekawe, w naszej części Europy postrzegamy awans klasowy nieco inaczej, bo takie podejście wpoiła nam radykalna poprawa warunków życia wielu osób pomiędzy przedwojniem a czasami PRL. Oczekujemy zatem historii ogromnej zmiany, wręcz przemiany szarego ptaka w łabędzia, oczekujemy dziewczynki z zapałkami jako punktu wyjściowego. To właśnie definicja awansu w stylu polskim – a na nią nakładają się jeszcze amerykańskie, silnie u nas obecne kalki, czyli mit „od pucybuta do milionera”.

Tymczasem historia Annie Ernaux skupia się na niuansach tego konfliktu i walki. Na drobnych znakach, które dawały jej koleżanki z internatu czy studiów, by pokazać, że „nie jest taka jak one”, a może nawet „nigdy nie będzie”, jak by się nie starała. Annie, bohaterka i właściwie alter ego autorki – bo to są powieści biograficzne – nie jest sierotą czy córką murarza, lecz pary sklepikarzy. Jej pomysły na kształcenie się, zapisywanie do kolejnych szkół, zdobywanie dyplomów nie są zupełnie niedorzeczne dla klasy społecznej, w której się wychowała. Mimo to okazuje się, że każda próba przekroczenia niewidzialnych (niby) ram tej klasy jest sabotowana – przez otoczenie i przez samą Annie. Najsilniej zaś drzwi trzymają ci, do których świata miałaby ewentualnie dołączyć.

Czytając „Ciała”, jak i „Lata”, poprzednią powieść Ernaux, sama przyłapywałam się chwilami na „polskiej” wykładni tego konfliktu. Chociaż czułam ból i nieadekwatność bohaterki dla pewnych środowisk (bo znam je z własnego doświadczenia), to czasami dowody na poczucie jej nieprzystawalności wydawały mi się błahe. Ktoś coś szeptał i zamilkł, gdy weszła do pomieszczenia? Może po latach pamięć to wyolbrzymia. Nigdy nie uśmiechała się do zdjęć, a powodem były krzywe zęby? Mam ten sam problem.

A jednak, choć wydaje nam się, że Annie ostatecznie trafiła tam, dokąd chciała, kreśli ona obraz społeczeństwa francuskiego lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych jako wręcz kastowego, pełnego pułapek i nieprzekraczalnych granic, za zbliżenie się do których grożą dotkliwe kary.

„Ciała” są oczywiście o ciele. Ciele – narzędziu pracy, ciele – źródle przyjemności seksualnej i związanych z tym obszarem problemów. Ciele oczekującym na płód, bo życie przedwcześnie chce postawić bohaterkę w roli matki. Wszystkie te funkcje ciała autorka ponownie wiąże w jedno i układa w kontekstach klasowych. „Z jednej strony były inne dziewczyny, te z pustymi brzuchami, z drugiej ja”, pisze Ernaux, podkreślając wprost, że ta „wpadka” to bezpośredni rezultat bycia córką jej klasy społecznej. Wie, że wczesna, przekreślająca szanse na dalszą edukację ciąża to zjawisko immanentne dla jej środowiska. „Inne dziewczyny” nie mają tych problemów – może nie angażują się w kontakty seksualne z przypadkowymi mężczyznami, a może w potrzebie mają się do kogo zwrócić „z problemem”. Annie nie może porozmawiać ani z rodzicami, ani z koleżankami, które uważają ją za „puszczalską”. Chłopak, który jest sprawcą ciąży, ledwo odpisuje na list i pozostawia jej wolną rękę, co brzmi dobrze, ale nie znaczy absolutnie nic, a wręcz krzyczy przesłaniem „nic mnie to nie obchodzi, radź sobie sama”.

Bohaterka musi zatem pokątnie załatwić aborcję – sama sobie, nie mając pieniędzy ani odpowiednich kontaktów. Nie jest to łatwe we Francji końca lat pięćdziesiątych. Żaden system nie wydaje się jej chronić. Pierwsza, najbardziej zapadająca w pamięć część książki, dotyczy właśnie wątpliwości i miotania się bohaterki, bo „zaraz zacznie być widać”. Przemierzamy z nią ulice miasta, szukając pokątnie zapisanych na karteczce adresów akuszerek, odwiedzamy gabinety drogich lekarzy, którzy udają, że nie wiedzą, o co Annie chodzi, obserwujemy, jak zdobywa się na wyznania, które i tak nie przynoszą spodziewanej ulgi. To totalna opowieść o ciele – ciele, w którym jest inne ciało, którego bohaterka książki chce się pozbyć. Udręka bohaterki jest silnie wyczuwalna – ta część powieści to najbardziej przykuwające fragmenty.

Ciało jest także przedmiotem (a może podmiotem?) kolejnych tekstów z tego tomu, bo książka Ernaux to kilka zebranych opowiadań, opublikowanych wcześniej przez francuską prasę. Czytamy o walce z nadwagą, która to (nadwaga i walka) ma oczywiście kontekst klasowy. Bohaterka czuje się „za ciężka”, klocowata, niezgrabna przy swoich wiotkich koleżankach z klasy średniej i wyższej. Postanawia zatem nie jeść, by im dorównać – im, a raczej ich ciałom. Ta opowieść o pokrętnych relacjach kobiety z jedzeniem i uzależnianiu poczucia własnej wartości od liczby kilogramów jest bardzo na czasie i dotyczy niemal każdej z nas.

U Ernaux jest mnóstwo dosadności, lecz nie jest ona wulgarna dzięki wyjątkowemu językowi, jakim opisane są kwestie fizjologiczne, poronienie, seks. W jej książkach pełno jest potu, spermy, śliny, krwi i innych wydzielin, ale czytelnik nie ma wcale wrażenia, że czyta coś, co zostało napisane, by szokować. Żadne z „cielesnych” wyznań nie wydaje się dodane jako niepotrzebny ozdobnik. Ernaux po prostu nam opowiada – o sobie, o swoim życiu – biorąc na warsztat te emanacje i manifestacje ludzkich przeżyć, które zazwyczaj się w takim opisie pomija. Nie koncentruje się tylko na „myślałam”, ale także na „czułam”, i to w dodatku „czułam ze wszystkimi tego fizycznymi przejawami”: potem, drżeniem, podnieceniem seksualnym, głodem, krwawieniem. Ciało jako obiekt, ale i podmiot, absolutnie króluje u Ernaux. Jest swoim ciałem. Wszyscy jesteśmy swoimi ciałami.

Niesłychanie gęsty, niepodrabialny język autorki czyni tę prozę wyznaniową więcej niż znośną. Ta „opowieść o dorastaniu we Francji”, jakich zapewne wiele, błyszczy dzięki bezlitosnemu ujęciu, na jakie autorka się zdecydowała. Mamy wrażenie, że mówi nam wszystko, że wraz z nią zaglądamy wprost do głowy piętnasto- czy dwudziestopięcioletniej Annie, że widzimy jej przeżycia od wewnątrz, a nie po prostu obserwujmy opisywaną bohaterkę. Historia kobiety, która opowiada o swojej młodości, to wyświechtany motyw literacki. Ernaux podjęła go jednak z ziemi, uprała, wysuszyła, i zastanowiła się, co można z niego zrobić. Sztukowanie narracji gęstym językiem niesie te powieści dalej, niż autorka pewnie mogła sobie wymarzyć. To powieść autobiograficzna, praca z pamięcią – ale przy ciągłej obecności Ernaux jako współczesnej, równoległej narratorki, która opisuje „tamtą Annie”, jednocześnie wtrącając coś od dzisiejszej siebie. Dwie kobiety – ta, którą była i ta, którą się stała – niosą trud tej opowieści. Opowieści odważnej, bezkompromisowej, także politycznie i społecznie, a nie tylko w wymiarze osobistym. Znane hasło „prywatne jest polityczne” znajduje odzwierciedlenie w książkach Ernaux. Obrywa się od niej Francji, stosunkom społecznym, systemowi edukacji i ochrony zdrowia. Nic nie jest takie proste, jak się wydaje, a sama pozycja autorki na drabinie klasowej także ewoluuje. Na ile potrafi dotrzeć do „tamtej dziewczyny”, odcyfrować po latach jej odczucia i motywacje? Ma się wrażenie, że robi to bez wysiłku, a przecież jest to wciąż jednak opowieść na pograniczu prozy wyznaniowej i fikcji literackiej. Mimo to czytelnik nie ma innego wyjścia niż w nią wierzyć.

Magdalena Okraska

Zdjęcie w nagłówku tekstu: StockSnap z Pixabay

Anna Cieplak: Z naszej huty błyskawica, która cały kraj rozpali

Anna Cieplak: Z naszej huty błyskawica, która cały kraj rozpali

Z Anną Cieplak rozmawia Magdalena Okraska

Co cię tak fascynuje w Górnym Śląsku i Zagłębiu, że tam umieszczasz akcję swoich książek?

Anna Cieplak: „Ma być czysto” dzieje się w robotniczej dzielnic Dąbrowy Górniczej, czyli Ząbkowicach, ale trochę pozmieniałam. Pojawiają się przestrzenie, których nie ma, bo nie byłam pewna, czy to nie zostanie odebrane jako reportaż. Miałam wtedy poczucie, że taka „nieprzestrzeń” może pokazać bardziej powszechne problemy – ale potem stwierdziłam, że stąd jestem, więc lepiej, żebym pisała o tym wprost. Sama te miejsca lubię, są mi bliskie, jakoś nie umiem pisać o przestrzeniach, w których nie byłam. Nie chodzi o to, że mam niewystarczającą wyobraźnię, tylko po prostu te miejsca czuję, znam stamtąd ludzi, zależy mi na ukazaniu ich spojrzenia. Nie potrafię pojechać gdzieś na miesiąc i napisać książkę z akcją w tamtych realiach. Wydaje mi się to nieprawdziwe, bo zawsze, gdy gdzieś jesteś, kilka lat zajmuje wejście pod warstwę numer jeden. A jeśli od razu wchodzisz pod warstwę numer trzy, warstwę jakichś problemów, to też nie mówi to wszystkiego. Żeby rozpoznać jakieś struktury, trzeba w nich najpierw pożyć, rozumieć je, w pewnym sensie być ich częścią. Chociaż niektórzy mówią, że w ten sposób traci się dystans.

Mamy w twoich książkach Będzin, Ząbkowice, później Cieszyn, ale to taka powieść rozliczeniowa, a teraz wydałaś „Ciało huty”, czyli znowu jest Zagłębie, a konkretnie Dąbrowa Górnicza, w której spędziłaś kawał życia. Co nas, jako czytelników i jako społeczeństwo, tak fascynuje w industrialnych krajobrazach, dlaczego to jest dla nas ważne?

Czytelników, z tego, co widzę, fascynuje Górny Śląsk, a Zagłębie pod niego podpinają. Mówią „Śląsk” i nie wiadomo, co to tak naprawdę jest, wielka plama całego województwa. Ludzi może interesować industrialna przeszłość tego terenu także dlatego, że mnóstwo ludzi stąd jest, bo to ogromna przestrzeń. Dużo osób z pewnym opóźnieniem, ale jednak zaczyna rozumieć, że lokalność ma formacyjne znaczenie dla nich samych. Nie jest to już chyba tak rozumiana tożsamość, jak kiedyś, czyli „mała ojczyzna”, a bardziej coś, z czego wyrastamy i próbujemy nazywać na nowo. W literaturze chyba nadal trwa „zwrot ku lokalności”, i piszą o tym często osoby, które już nie mieszkają w jakimś miejscu, wracając do swojego dzieciństwa czy dorastania. Sama wykorzystywałam ten motyw w „Latach powyżej zera”. Jest też chyba coś takiego, co można określić książkami rozliczeniowymi albo opowieściami o awansie. Mam na myśli Didiera Eribona czy Édouarda Louisa. Annie Ernaux jest mi o wiele bliższa od nich, bo w jej historii czuć obecność innych ludzi. Są ważni tak samo jak ona.

Mówiłaś o tym na jednym ze spotkań autorskich – że proza wyznaniowa to najgorsze, co może być.

W prozie wyznaniowej zawsze jest ryzyko, że rozlicza się nie tylko siebie i własne doświadczenia, ale także ludzi, którzy byli w otoczeniu autora. To mnie mocno drażni, bo jest tam element podstawowej niesprawiedliwości, ciężko mieć dystans do samego siebie. Łatwo o autokreacje, język i metafora czasami przykrywają sprawy. Proza wyznaniowa mnie rusza tylko wtedy, gdy czuję, że ktoś jest tak głęboko pod skórą, że nie oszczędza sobie, ale widzi też szerszy obraz. Ale, nie wiem, może to moje skrzywienie, że widzę świat w kategoriach, ekhm, wspólnych, czuję się częścią czegoś, a wyjątkowość mnie nie pociąga. Wolę pisać o relacjach, więziach, rozpadach.

A to rozpoznanie jakoś przenosi się na twoją prozę?

Może to zabrzmieć jak stereotyp, ale będąc tutaj odczuwam, że Śląsk jest miejscem, gdzie jest bardziej familiarnie i że relacje są ważne. Gdy spędziłam dwa miesiące na Słowacji na stypendium literackim, to cieszyłam się, że wracam tutaj, a nie do innego miejsca w Polsce. Zwyczajna codzienność nasuwa inne tematy, języki i problemy niż mainstreamowe, sloganowe i algorytmowe kwestie, które żyją trzy dni w feedzie. Oczywiście, docierają do mnie i one, ale nie zajmują wielkiej przestrzeni mojego życia, jeśli nie niosą ze sobą jakichś pogłębionych tematów, lecz odciągają uwagę. Skupiam się bardziej na tym, co dzieje się rzeczywiście tu, w okolicy. Ale znam kilku innych autorów, którzy piszą o Śląsku i wydaje mi się, że mają zupełnie inne powody. Na przykład bardziej kręci ich historia, praca z archiwum – Śląsk pod tym względem daje pole do popisu.

Zagłębie jest często traktowane w powszechnym rozpoznaniu jako mniej istotne, bo nie mieliśmy tylu kopalń, choć one też oczywiście istniały, ale dla budowania struktury regionu były ważne na innym etapie. Samo Zagłębie próbuje mieć swoją identyfikację, ale jej nie ma, musi ją, jak mi się wydaje, budować na innych zasadach niż Śląsk, który jest spojony wieloletnią historią, tradycją. Dla mnie natomiast ten obszar jest niezwykle ciekawy. To będzie może śmieszne, co teraz powiem, ale już w podstawówce brałam udział w konkursach historycznych o Dąbrowie Górniczej, uczyłam się dat na pamięć. Tym, co odróżniało ten teren, był fakt, że ta historia zawsze była ludowa, wszystkie opowieści wiązały się z przemysłem i historią zwyczajnych ludzi. No, może poza legendą o Królowej Jadwidze, która szła boso po Górce Gołonoskiej (nie Gołonowskiej, pozdrawiam Grzegorza z Sosnowca), jej stopy krwawiły i wyrastały pod nimi fiołki. Niedawno ponownie odwiedziłam Muzeum Miejskie „Sztygarka”, by zrobić sobie powtórkę, i miałam wrażenie, że tam jest jeszcze sporo do odgrzebania właśnie takiej ludowej historii. Od jakiegoś czasu już się to dzieje – jak rozszerzanie opowieści o Rewolucji 1905 w Zagłębiu, ale tematów jest o wiele więcej. Sama nie siedzę w historii, nie lubię się też historią podpierać – żeby nie robić fałszywych analogii, na których się nie znam. Wolę pisać o tu i teraz, o rzeczywistości, w której problemy klasowe nadal istnieją. Dlatego dla mnie ludowa historia regionów, także Śląska i Zagłębia, to opowiadanie o tym, jakie to ma reperkusje w teraźniejszości. Przecież nie jest tak, że gdy rozliczymy się z przeszłością naszych dziadów i pradziadów, to rozwiążą się nasze obecne problemy, które cały czas przyjmują nowe warianty.

Łączysz przeszłość – mit Huty Katowice – z jej teraźniejszością. Właśnie: mity huty i nostalgia za nią. „Nostalgia” to straszne słowo, które sugeruje tęsknotę za PRL-em. Niby kochasz, niby tęsknisz, ale wiesz, że to słusznie odeszło. Nie wydaje mi się, że to jest to, co ty i twoi bohaterowie chcieliście powiedzieć. To raczej wspomnienie o tym, co było ogromnie ważne i zmieniło się, może gniew, bo tego już nie ma.

Żyłam zawsze obok huty, rodzice moich znajomych tam pracowali (a część znajomych pracuje tam teraz), moi rodzice w Mikrohucie, która też była związana z HK – ale musiałam się do tego zbliżyć jeszcze bardziej niż wcześniej. Dla mnie nostalgia jest naturalna, jest procesem psychologicznym, w którym wspominasz swoje dzieciństwo czy czasy nastoletnie, i siłą rzeczy nie jesteś w stanie się odkleić od chemii mózgu, więc na pewne rzeczy spoglądasz z większym zainteresowaniem, sentymentem, dopamina ci skacze gdy słuchasz piosenek z czasów młodości. Tak że od nostalgii się nie odcinam, bo może ona czasem odkrywać jakąś prawdę, przypominać zachwyt, wzruszenie. Ludzie opowiadają mi o babskich combrach czy spotkaniach pracowniczych, które były wpisane w ich czas wolny, a on nam teraz współcześnie zanikł i próbujemy go odzyskać. Dużo osób snuje jakieś futurystyczne, niedorzeczne plany o świecie w ogóle bez pracy – bo pracują w zawodach, które mogłyby zniknąć i nic by się nie stało. Namacalne doświadczenie, które wspominamy, to nie tylko nostalgia, ale naturalna składowa czyjegoś życia, która ukształtowała tych ludzi, ich postawy, ich wartości, sposoby widzenia. Wiem, że nostalgia nie ma dobrej prasy, ale może warto spojrzeć na nią inaczej?

Mam wrażenie, opisując właśnie PRL i rozmawiając z ludźmi o czasach, w których jeszcze nie było mnie na świecie, że to nie jest tylko nostalgia, lecz także świadomość tego, że coś sprawnie funkcjonowało na terenie zakładu, na osiedlach, w instytucjach. Można mieć oczywiście wiele uwag krytycznych wobec tamtego modelu, ale dla zwyczajnych ludzi wiele rozwiązań było naprawdę lepszych niż w tej chwili. Myślę, że rozpoznają to też porównawczo. To nie jest tylko tęsknota za czasami młodości, ale i za czasami, gdy mieli jakieś poczucie sprawczości. Ono mogło być złudne, ale w wielu przypadkach właśnie nie było takie. Mogli się realizować w pracy, gdzie mieli przestrzeń do wykazania się, na przykład korzystając z kompetencji technicznych do naprawy maszyn, czuć się godnie. Wiele osób o tym mówiło w kontekście późniejszych doświadczeń transformacyjnych, które były straszne. Zwolnienia w Hucie Katowice przyszły trochę później niż na początku lat 90., ale odcisnęły piętno. Rozmawiałam w ostatnim czasie z bliską osobą, która doświadczyła takiej utraty – straciła to ogromne zaufanie, które było wielkim kapitałem społecznym i pomagało identyfikować się np. z zakładem pracy. Mnie rozpoznania naukowe aż tak bardzo nie interesują, ważniejsze jest to, co to dla ludzi oznaczało i oznacza.

Jak wygląda mit ogromnego zakładu, fabryki, huty-karmicielki? PRL jest demonizowany, pomimo swoich ogromnych sukcesów modernizacyjnych – i przez osoby starsze od nas, które żyły i pracowały w tamtym systemie, i przez osoby młodsze od nas, znające go tylko z memów o kolejkach do mięsnego. Budowa Huty Katowice czy wielu innych zakładów to były rzeczy niesłychane. Ten mit się dobrze trzyma czy właśnie nie, ludzie mówią: „Eee, upadło, bo musiało upaść, nie sprawdziło się, kapitalizm jest systemem doskonałym”?

Jest zupełnie odwrotnie. Na początku trochę się krygowałam, żeby to zweryfikować na spotkaniach autorskich czy w wywiadach do książki – absolutnie nie chciałam narzucić jakiejś myśli, lecz próbowałam zadawać neutralne pytania. W sytuacji twarzą w twarz to bardziej widać, bo szybciej rozpoznaje się emocje i można kogoś wspierać, żeby nie czuł się zawstydzony, że coś mu się podobało, podczas gdy w telewizji jest inna linia i mówi, że PRL był zły. Moi indywidualni rozmówcy w ogóle nie zwracali na to uwagi, nie odnotowywali nawet często tego, że jest taka narracja, a pochwał PRL-u trzeba się wstydzić. Widziałam, że na sali podczas spotkań jest wiele osób z tamtego okresu – na jednym spotkaniu śpiewali nawet piosenkę z huty – i mówili: „Niech się pani nie wstydzi zadawać takich pytań”. Byli o wiele bardziej świadomi ode mnie, urodzonej już później i trochę niepewnej, czy mogę w taki sposób nazywać ich doświadczenia.

W Zagłębiu może to jest bardziej oczywiste ze względu na historię i przemiany regionu pod wpływem budowy Huty Katowice. Sama wzrastałam w poczuciu, że nie wstydzę się swojego pochodzenia, wychowania, otoczenia. W ogóle nie wpadłabym na to, by się go wstydzić. Samo dziedzictwo etosu pracy jest dla mnie czymś ważnym. Bardzo szanowałam to, że nikt nie mówił, iż „każdy jest kowalem własnego losu”, lecz że trzeba się wspierać, że istnieje solidarność między ludźmi. To krążyło naturalnie.

Myślę, że mit huty-karmicielki jest żywy, choć nie wśród wszystkich. Nowi pracownicy Mittala (huty po zmianie nazwy i struktury własności) mówili, że był taki moment, iż wszystkie usługi, jakie się tylko dało, outsource’owano. Część pracowników mogła wyjeżdżać na staże do innych krajów, gdzie istnieje Mittal. Uwierzyli, że to jest dobre. Z biegiem czasu widzą, że nie do końca tak było – w ich życie jest cały czas wpisane ryzyko, że tę pracę mogą utracić, istnieją formy poczucia niepewności, nawet gdy praca jest rzekomo stała. W mediach co kilka miesięcy pojawia się informacja, że będzie wygaszany wielki piec. Raz się pisze, że tu, a raz że w Nowej Hucie. To funkcjonuje nad ich głowami, nie mogą na to wpływać, choć na terenie huty działa wiele związków zawodowych. Wiele osób młodych zresztą nie zapisało się do nich i ma negatywny stosunek do związków. To bardzo złożone. Są środowiska, np. Kaufland, w którym ostatni strajk był dla mnie szalenie ważny i uważam, że został zbyt mało opisany przez media, a było to jedno z najważniejszych wydarzeń w ostatnich dwudziestu latach. Pani Jola Żołnierzyk (kasjerka, społeczna inspektorka pracy) zawalczyła o kwestie, o które chętnie walczą ludzie kultury i później żyją miesiącami z jednej afery, a ona to robiła na co dzień. W tym znaczeniu walka o rolę związków zawodowych, pokazanie, że one mogą mieć wpływ, choć latami były hejtowane – to ważna sprawa. Siłą rzeczy ich rola z biegiem lat okazywała się coraz mniejsza, teraz to się zmienia. To też ludzi rozłączyło. W hucie czuć rozpad więzi… Pamiętam opowieść o tym, że się okazało, iż nie można już organizować pożegnań pracowniczych na terenie zakładu i to było dla ludzi bardzo bolesne.

Niektórzy pracują w hucie od lat 80. i ich praca jest niezastępowalna. Jest na przykład pan, który takim specjalnym narzędziem sprawdza, czy nie ma dziur w szynach. Jego maszyna nie zastąpi. Bo jak będzie jedna taka dziura w szynie, i ta szyna pójdzie na sprzedaż, to mamy kolizję np. w którymś kraju skandynawskim i huta dostaje ogromną karę finansową. Ludzie, którzy wcześniej tam pracowali, mają jednak inne spojrzenie na zakład. Doświadczenie masz w ciele. Ci, którzy siedzą w biurze i nigdy nawet nie byli na terenie huty, chociaż dla niej pracują, siłą rzeczy mają mniejsze przywiązanie do zakładu i poczucie przynależności. Do prowadzenia badań antropologicznych na terenie huty przy okazji projektu uczelnianego, gdzie mogłam jeszcze wrócić do tematu Huty Katowice po napisaniu powieści, włączyły się Agnieszka Karpiel i Jessica Kufa. Wyszło im, że doświadczenia z huty w PRL-u mogą być o wiele ciekawsze do rozpatrywania niż innowacyjne pomysły na to „jak zmieniać pracę w dobie automatyzacji”. To, czego ludzie doświadczyli tam jako technicy czy robotnicy, nosi potencjał większej zmiany – to znaczy, że pamiętają tamten okres jako czas, gdy mieli sprawczość, bo np. sami musieli rozwiązywać pewne kwestie, które teraz są rozwiązywane według procedur wcale nieułatwiających pracy ani budowania relacji. Ci ludzie zostali do pewnego stopnia odrzuceni – oni i ich zdolności. Bo to są zdolności, że potrafi się coś zbudować, zareagować na taśmie, gdy coś się dzieje czy kogoś wesprzeć, gdy jest blisko wypadku przy pracy. Te rzeczy zanikają przy automatyzacji.

Wiem z wizyty i rozmów na terenie zakładu, że są obszary, w których nigdy nie zastąpimy pracy ludzkiej. Pracownicy to bardzo dobrze wiedzą i artykułują wprost. Wiedzą, że pewne prace można zastąpić automatami, bo nie są przyjemne – choć nie mówię, że praca ma być przyjemna, bo to w ogóle nie o to chodzi. Najważniejsze, żeby praca była godna, żeby mieć poczucie, iż po pracy jest się zmęczonym, ale nie wycieńczonym. Po pracy czuję, że ją zakończyłem, że mam teraz czas wolny – tak zatrudnieni mówili też w wywiadach prowadzonych przez dziewczyny. W trybie, który teraz jest wprowadzany, jest im trudno to rozdzielać. Sama lubię czuć, że coś wykonałam, czuć jakiś rodzaj zmęczenia i świadomość, że teraz mogę odpocząć. Jest czas pracy i czas odpoczynku. Pracownicy huty kiedyś to rozpoznawali, a teraz mają z tym problem.

To jest ciekawe także w kontekście ciała. Tytuł twojej książki jest nietypowy. Czy dostawałaś pytania, co to jest to „ciało huty”, o co z nim chodzi?

Trochę żałowałam, że nadałam książce taki tytuł. Teraz wiele się mówi o ciele głównie w kontekstach erotycznych czy ezoterycznych. A to ciało, o którym ja opowiadam, odnosi się do pracy – to narzędzie pracy, przestrzeń nadużyć, ale także przestrzeń miłości i budowania relacji. Wydaje mi się, że ciało, o którym piszę, nie jest tym ciałem, jakie funkcjonuje teraz w różnych popularnych nurtach – „zaprzyjaźnij się ze swoim ciałem”, „bądź ciałopozytywna”. To znaczy – w porządku, niech sobie niektórzy z tego czerpią, bo to też jest ważne dla wielu osób, ale mnie osobiście to nie interesuje, bo wydaje mi się, że za mało dyskutujemy o ciele społecznym. W tym znaczeniu to ciało było zawsze obecne – i w rozmowach, i w moich wyobrażeniach, i w codzienności. Ciało determinuje często nawet to, jakich słów używamy, język zmienia się pod wpływem bólu czy rozkoszy. Dlatego staram się w książkach nie podkręcać formy, język jest ważny o tyle, o ile oddaje to, co chcieliby powiedzieć ludzie. Nie chcę tego psuć własnym językiem. W opowieściach o ciele jest dla mnie wiele celności, której nie odnajduję w metaforach przegadujących rzeczywistość. Wiele doświadczeń pracy, które obserwuję i o których rozmawiam ze znajomymi, wymaga uwagi.

Jeśli nie przepracujemy sobie tego, co to w ogóle ma być „praca” i nie dowartościujemy tych prac, które są wykonywane przez osoby pracujące fizycznie, to nie zrozumiemy przemian ciała. Dyskutujemy o tym, że „nic nie jest materialne”, że rozmawiamy online, bo niby cała praca przeniosła się do przestrzeni sieci. To nieprawda. Nie przeniosła się tam w całości ani nawet w znaczącym stopniu. Przeniósł się tam niewielki odsetek, ludzie uprzywilejowani, którzy mogą pracować w taki sposób. Dobrze pokazała to pandemia – ludzie pracujący na stanowiskach umysłowych mogli się co najwyżej solidaryzować z pracownikami sklepów, kurierami czy pielęgniarkami. Jest cały wachlarz takich prac. Nie można na przykład zatrzymać pracy zakładu. W 1981 r., gdy w Hucie Katowice wygaszono wielki piec z powodu strajku, musiało być to wstrząsające doświadczenie dla ciała osób – nagle ich zakład przestał funkcjonować. Ten strajk nie miał zresztą wyłącznie kontekstu politycznego (wolność, cenzura etc.), ale także socjalny. Inaczej – sprawy socjalne i prawa pracownicze są polityczne. Dla ludzi praca była taką wartością, że pomimo iż walczyli o siebie, to zatrzymanie ruchu i wygaszenie wielkiego pieca były dla nich trudne i symboliczne na wielu poziomach, także emocjonalnym.

Mamy w „Ciele huty” historię Huty Katowice, która mieści się w Dąbrowie Górniczej, od momentu jej budowy do 2022 roku. Nie znoszę sformułowania „saga”, ale książka ma w sobie coś z sagi, choć nie jest wielotomowa. Na kilku planach czasowych mamy wielu bohaterów, którzy są wzajemnie powiązani, czasem w zaskakujący sposób. Głównymi bohaterkami są Ula i Ewa, pracujące na kuchni w hucie. Bohaterkami są zresztą głównie kobiety.

To jest przede wszystkim historia o próbie upodmiotowienia siebie i zawalczenia o siebie i o innych w obliczu przemocy. Na każdym z planów ta przemoc jest, tylko ma inny wyraz. W przypadku kobiet przemoc przekuwa się na ich życie – przez wiele lat muszą sobie z nią radzić na różne sposoby. W tej historii jest zabieg bardziej, powiedzmy, powieściowy, bo to ostatecznie powieść – a co by było, gdyby za transformację odpowiadała Ewa z Sosnowca? Ewa nadała sobie prawo decydowania o pewnych sprawach, choć z czasem była degradowana i niszczona. Nieobecność robotników i robotnic w momencie przemian wpłynęła na to, jak jest i jak zapewne, niestety, będzie. To jest książka pokazująca… nie chcę używać wyświechtanego zwrotu „siła kobiet”, więc powiem, że strategie oporu Ewy z Huty Katowice. Często, mówiąc o walce kobiet, mówimy o tych na uprzywilejowanych pozycjach albo o bardzo prostych rozwiązaniach, przeniknęło to też do popkultury, do seriali (np. Bombshell o Fox News czy The Morning show). A taki opór codzienny, który był w Amice albo pojawił się np. w MOPS-ie w Bieruniu, to rzecz, która mnie najbardziej porusza, i w tych historiach jest też moim zdaniem najwięcej odwagi. W takich miejscach w przypadku oporu tracisz wszystko, i to naprawdę. Szczególnie jeśli żyjesz w małej społeczności i wiesz, że twój oprawca zmieni miejsce pracy i nie poniesie żadnych konsekwencji. W tym znaczeniu książka opowiada o przemocy w małej skali, ale z drugiej strony – o przemocy w ujęciu systemowym i politycznym. Rozkładam to na przestrzeni lat, aby pokazać, jak różne rozwiązania polityczne sprawiają, że ten opór jest tłumiony.

Mamy opisaną przemoc wobec kobiet w hucie, już niemal systemową, a potem, po pięćdziesięciu latach, przemoc promotora wobec doktorantki. To pokazuje, że te problemy nie znikają, tylko nie wiadomo jak je ugryźć. Część książki jest zresztą poświęcona dywagacjom współczesnej bohaterki, Mai, i innych osób, na temat tego, co zrobić z tym, że mężczyźni czują się bezkarni w sytuacji takiej dynamiki relacji, w której zachodzi stosunek podwładna-przełożony.

Celowo rozłożyłam tę historię przemocy na różne plany czasowe i odmienne perspektywy. To, co dostrzegam, rozmawiając z kobietami mającymi doświadczenia podobne do starszych bohaterek, to fakt, że one mają inne podejście do kwestii przemocy i wykorzystywania. Wiadomo, że wiąże się to z przemianą obyczajową. Staram się nie oceniać ludzi w momencie, kiedy coś się dzieje, bo i tak za dużo w debacie publicznej oceniamy ich, mam wrażenie, przez pryzmat tego, że czegoś nie zrobili; nie umiem nawet znaleźć słowa na to, jak mnie to drażni. Często słyszałam od kobiet opowieści nie wprost. Nikt nie używał słowa „molestowanie”, ale było jasne, że to jest to. Te doświadczenia, na które patrzymy z perspektywy lat, widzimy zupełnie inaczej. W przypadku współczesnej bohaterki chciałam to rozłożyć na bardzo bliskie plany czasowe. Widzimy ją w najtrudniejszym momencie rozwoju człowieka, od dziewiętnastego do dwudziestego któregoś roku życia, kiedy jeszcze się konstytuuje to, kim w ogóle jest, czego by chciał, jaka jest jego wrażliwość społeczna itd. Takie sytuacje mocniej czujesz w momencie, gdy się wydarzają. Molestowanie czy mobbing są inne z dnia na dzień czy z tygodnia na tydzień, a inne na przestrzeni lat, gdy zaczynasz przyglądać im się z perspektywy. Chciałam pokazać, że chyba coś się zmieniło w tym wymiarze – zaczynamy o tym mówić, ale dla mnie to nadal nie jest do końca systemowe. Często tożsamość kobiet, które walczą o sprawy pracownicze w zakładach, znika. Jest podmiot zbiorowy albo „Basia ze Świętochłowic” – chociaż przykład Basi, która została rozjechana autobusem miejskim w Katowicach, to akurat klasizm, pokazujący jak wciąż stygmatyzujemy osoby ze względu na ich miejsce urodzenia. Chciałam pokazać miejsce osób, które nie są widoczne. Maja, bohaterka współczesna, jest mobbowana przez swojego promotora. Nie ma żadnych narzędzi do obrony, a dodatkowo ogranicza ją pochodzenie i to, że zaczyna myśleć, iż stosowana przez niego miękka przemoc nie wynika tylko z jego przewagi symbolicznej (ją identyfikuje, głupia nie jest). Maja zaczyna szukać winy także w sobie, bo całe otoczenie zdaje się sugerować, że praca naukowa to dla niej „za wysokie progi”. Łatwo wtedy kogoś złamać.

Różne plany czasowe rozbrajają to też pod względem psychologicznym. W książkach lubię nie tylko podejście społeczne, systemowe, ale i psychologię postaci, dlatego skupiam się mocno na wymiarach emocjonalnych u moich bohaterów. To pokazuje też, dlaczego ktoś działa tak, a nie inaczej. Ludzie przeżywają ciężkie doświadczenia i o nich nie mówią.

A jak ci się pisze postaci męskie?

Trudniej. Mam problem z budowaniem wyraźnych antagonistów. Jedyną (chyba) wyraźną postacią męską, jaką udało mi się zbudować, był Robert w „Rozpływaj się”, bo był jak facet z emocjami na zewnątrz. Mówił też w pierwszej osobie, więc siłą rzeczy musiałam być bliżej niego. W przypadku innych mężczyzn, którzy są w moich powieściach, częściej znajdują się oni na drugim planie, są nosicielami pewnych treści, niezdecydowanymi życiowo. Często nie są wyraźnie silni, choć stosują różnego rodzaju przemoc. Kobiety muszą być silne w obliczu tego, że oni nie do końca wiedzą, kim są. Często widzę, choć nie chcę generalizować, że w miejscach, gdzie kobiety przyjmują sprawczość, mężczyźni są po prostu w wygodnej sytuacji. Dotyczy to zarówno przestrzeni pracy, jak i przestrzeni relacji uczuciowych, podziałów pracy w domu. W „Ciele huty” jest przykład romansu, który opiera się na przedziwnym rodzaju pragnienia które szybko wygasa, później niezrozumienia i zagubienia w rozpoznawaniu potrzeb i rozumieniu relacji Same aplikacje randkowe wrzucają nas często w pewien mechanizm. Chciałam Mają też opowiedzieć jak to jest. Nawet jeśli nas to drażni, to warto się temu przyjrzeć.

Gdy tworzyłam postać dyrektora, który jest straszną osobą, zorientowałam się, że te straszne osoby mają niestety też inne tła. Te problemy nam wychodzą, gdy chcemy kogoś z czegoś rozliczyć, przeprowadzić zemstę, wymierzyć sprawiedliwość. Zwykle mówię o sprawiedliwości, ale po ciężkich doświadczeniach pragnienie zemsty też jest naturalne i ludzkie. Ktoś zrobił ci taką krzywdę, że chcesz się w pierwszym odruchu zemścić.

Inaczej wyglądała historia przemocy dla kobiet, które chciały się na tym dyrektorze zemścić, a inaczej jest, gdy żyjesz z kimś na co dzień i często nawet nie rozpoznajesz, że sprawca jest sprawcą. Przemoc jest skomplikowana także na poziomie psychologicznym. Im bardziej jesteśmy związane z jakimś środowiskiem – mogą być to instytucje, grupy środowiskowe czy zawodowe, to nie musi być koniecznie dom – tym częściej zadajemy sobie pytanie: „Czy on na pewno mnie skrzywdził? Czy ja na pewno tego nie koloryzuję?”. Być może trzecioosobowy narrator mógłby to bardziej podciągnąć. Ale poszłam bardziej w stronę pokazywania, że to rozmycie winy czasem sprawia, iż czujemy jakiś rodzaj niepewności co do tego, czy mamy prawo do reakcji. To jest także bardzo ludzkie i o tym się rzadziej mówi. Mówi się o odwadze, że ktoś jest bardzo odważny, bo zabrał głos. Świetnie, szanuję, doceniam – ale nie jest dla mnie też jednoznaczne, że ktoś jest nieodważny, bo tego głosu nie zabrał. Wiedząc, że po rzuceniu pracy, gdzie występują nadużycia, nie będzie miał jak utrzymać rodziny, decyduje się w tej pracy pozostać. Może mówić na zapleczu z dziewczynami: „Co za chuj”, ale nie znajduje sposobu rozwiązania problemu, bo ktoś działa w tak subtelny sposób, że ciężko to udokumentować. Nie ma też szkoleń, który pozwoliłyby wiedzieć, że pewne formy przemocy są przemocą.

Jakie są reakcje byłych pracowników i pracownic huty na książkę? Promowałaś ją, jeździłaś, miałaś głośne czytania, dostawałaś od czytelniczek szczepki roślin – bo rośliny też są ważnymi bohaterkami „Ciała huty”. Mówiłaś, że każdy ma swoją opowieść o hucie i odbiorcy zgodzili się, że twoja jest równoległa czy pełnoprawna.

Do tej pory miałam pozytywne reakcje, choć może być też tak, że ci, którzy mieliby negatywne, nie wyrażają ich lub robią to tak, żeby do mnie nie dotarły [śmiech]. Pytanie, czy komuś podobała się moja książka, jest dla mnie chyba nieco drugorzędne. Ważniejsze jest raczej to, że się obawiałam, jak ludzie ją przyjmą, biorąc pod uwagę ich doświadczenia pracy w zakładzie. W Sosnowcu przyszły panie z jednego działu i pojedyncze osoby z innych. W Dąbrowie było ponad 130 osób, pojawiła się jedna z pierwszych pracowniczek i opowiadała jeszcze ciekawsze historie niż te, które sama wyłapałam wcześniej. Poznałam właściwie trzy pokolenia związane z hutą. Razem śpiewaliśmy piosenkę „Nasza Huta Katowice”. Wzruszające było to, że dawni pracownicy huty od jakiegoś czasu się nie widzieli, a na moim spotkaniu znowu się spotkali. Albo że ludzie przekazują sobie książkę.

Jako autorka i jako członkini społeczności zauważam coś takiego, że ktoś przychodzi na spotkanie nie po to, aby rozmawiać o mojej książce, ale żeby mi opowiedzieć swoją historię o hucie, i rozwija tę opowieść dalej. Ma to też miejsce przy okazji wystawy na temat huty, gdzie można obejrzeć obrazy z czasów jej budowy, ale także różne współczesne elementy. Ta historia fajnie żyje, przynajmniej na poziomie województwa śląskiego. Ludzie cały czas mówią „Huta Katowice”, a nie „Mittal”. Cieszę się, że trzymamy się tej nazwy, a nie oddajemy ją. Ludzie zawalczyli też kilka lat temu o napis nad wejściem, nie chcieli, żeby go zdjąć ani zmienić. Sami mieszkańcy utworzyli też Rondo Budowniczych Huty Katowice.

Reakcje są organiczne, naturalne. Ludzie rozpoznają intencję – opowiadasz o nich, a nie o sobie, jak to byłaś na terenie zakładu. To kwestia wsłuchania się. Gdy nie umiesz i nie chcesz się wsłuchać, to siłą rzeczy możesz ludzi skrzywdzić albo zrobić z tego powieść egzotyzująca bohaterki. Jeśli czytelnicy odnajdują siebie we fragmentach, to znaczy, że udało się porozmawiać, nawzajem zrozumieć. Dla mnie to jest najważniejsze: nawet nie opinie, tylko odczucia ludzi, którzy cieleśnie tę książkę czują. A nie recenzje, w których krytyk literacki doszuka się jakiegoś trendu, o jakim ona nawet nie jest.

Dziękuję za rozmowę.

Styczeń 2023 r.

25.08.2022 Warszawa. Anna Cieplak, pisarka.
Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Wyborcza.pl

Anna Cieplak – pisarka, animatorka kultury, scenarzystka, działaczka społeczna. Laureatka Nagrody im. Gombrowicza, Conrada i Nagrody-Stypendium Albrechta Lemppa. Nominowana m.in. do Nike (dwukrotnie), Paszportów Polityki, Nagrody Literacka Gdynia. Prowadzi projekty z zakresu literatury dla dzieci, młodzieży i dorosłych. Członkini grupy Każda Jest Ważna, prezeska Fundacji Pracownia Współtwórcza.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Autorstwa Peter.shaman – Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=81718216

Ten róż pasuje do wszystkiego. Podobno

Ten róż pasuje do wszystkiego. Podobno

Mówi się, że film „Barbie” krytykuje i dekonstruuje drugą falę feminizmu. Mówi się, że to zawoalowana krytyka kapitalizmu, dynamiki między płciami i wzorców kobiecości. Być może to prawda – tylko że to wszystko już było.

Firma Mattel po prostu uwłaszczyła się na micie lalki Barbie i krytyce tego mitu, serwując nam niezbyt ciepłe i nie za ostre danie, podczas gdy my jesteśmy już o wiele dalej z naszą świadomością szkodliwości pewnych rozwiązań społecznych. Czy na pewno 2023 rok jest świetnym momentem na bicie się w piersi za kreowania szkodliwego wzorca od 1959 r.? Niesmak pozostawia także fakt, że film sprawia wrażenie wspaniałego interesu: w weekend otwarcia zarobił 162 miliony dolarów, a sama firma Mattel zanotowała nieoczekiwane zyski na swoich akcjach, w kwocie… 27 miliardów dolarów. Oczywiście film uratował także spadającą sprzedaż lalki.

Sama Barbie to nie jedna, lecz wiele lalek, powstałych pod koniec lat 50. jako alternatywa dla lalki „bobasa”, którą do tej pory bawiły się dziewczynki. Nowa lalka miała być „dorosła”: mieć piersi (lecz już nie genitalia), bardzo długie nogi, nierealnie szczupłą talię i prawdziwą pracę. Początkowo służyła głównie do przebierania, fryzowania i obstawiania różowymi gadżetami. Szybko odkryto, że „dorosła” lalka może kanalizować marzenia i pragnienia bawiących się nią dziewczynek. Które dziecko nie zadaje sobie (i nie wysłuchuje do znudzenia od dorosłych) pytania: „A kim byś chciała zostać, gdy będziesz duża?”. Mattel w odpowiedzi proponuje cały wachlarz możliwości, od Barbie-w-ciąży, przez Barbie nauczycielkę po Barbie prezydentkę czy astronautkę. Pobocznych wątków w świecie Barbie nie sposób zliczyć – producenci lalek eksplorowali nie tylko świat różnych profesji (dostępnych i niedostępnych kobietom), lecz także hobby i zainteresowań (Barbie jeździła konno czy na wrotkach, była DJ-ką) oraz otworzyli szerzej drzwi do świata etnicznego profilowania wyglądu lalek. Seria Ethnic Dolls obejmuje lalki o różnych kolorach skóry, natywnych fryzurach (afro, warkoczyki i inne), strojach i rysach twarzy. Nie zabrakło oczywiście krytyki takiego podejścia do sprawy ze strony portretowanych przez Mattel środowisk etnicznych i narodowych. Firma była słusznie krytykowana za produkowanie zabawki dla białych dziewczynek, którym trzeba pokazywać, jak wyglądają przedstawicielki innych nacji i społeczności niebiałe, robiąc z tego pewien rodzaj kolekcjonerstwa („zbierz wszystkie!”) i wyolbrzymiając ich fizyczne cechy. Jednocześnie w swoim czasie wielu odbiorców wskazywało pojawienie się czarnej Barbie jako przełom społeczny, pozwalający dzieciom bawić się lalkami, które je przypominają.

„Barbie. The Movie” z 2023 roku jednak właściwie nie dotyka tematyki koloru skóry i pochodzenia etnicznego – chciałabym móc powiedzieć, że to dlatego, że mamy to już społecznie przepracowane. Tak jednak nie jest. Świat Barbie nawet w 2023 r. jest światem białych, uroczych profesjonalistek, które realizują wizję sukcesu charakterystyczne właśnie dla białego feminizmu drugiej fali. Fakt, iż twórcy filmu zdają się to dostrzegać, a nawet nieśmiało podkreślać, nie zmienia ogólnego wydźwięku. Może i Mattel uwzględnia rasę zabawki (jako jeden ze „smaków”, trik napędzający sprzedaż), ale nie uwzględnia jej klasy społecznej. Choć lalki (poza światem zza Żelaznej Kurtyny, gdzie były niedostępne i dlatego tak mocno przez nas pożądane) nie były w szczycie swej popularności drogie ani dla wybranych, wpływ ich wyglądu i przesłania na pokolenia dziewczynek wydaje się dojmujący.

I jest to wpływ głównie negatywny, co film stara się uczciwie podjąć, ale jego twórcy zapędzają siebie (i widza) w kozi róg dziwacznych przygód, nie zawsze świeżych żartów i płytkich odpowiedzi na trudne pytania. Oto w Barbielandzie wszystkie lalki żyją szczęśliwie w matriarchalnym świecie. Barbie prezydentka i Barbie pielęgniarka wspierają się nawzajem wedle najlepszych idei feministycznego siostrzeństwa. Wierzą w siłę i zawodowy profesjonalizm kobiet. Kenowie (nie zapominajmy o nich) są tam tylko po to, by je doceniać i podziwiać. Teoretycznie rzeczywiście świat Barbie jest światem kobiet, w którym Ken ma być tylko dodatkiem. Ekscytujemy się tym, kim jest czy może zostać Barbie, Kenowi wciskając pod pachę deskę do surfowania i niech stoi. W ogóle nam go nie żal, za bardzo przypomina to bowiem odwrotną sytuację w realnym życiu. Dlatego ta część odbiorców filmu, którzy wskazują na jego mizoandrię wobec Kenów – i w ogóle mężczyzn – nie spotyka się z wielkim zrozumieniem. „Ken istnieje tylko wtedy, gdy Barbie na niego spojrzy”, mówi narratorka filmu. Skąd my to znamy. Czy ktoś współczuje kobietom, wiecznie osadzanym w rolach cheerleaderek męskich przedsięwzięć, etatowych pocieszycielek i „podziwiaczek”?

Recepcja filmu przez feministki pokazuje szeroki rozdźwięk rozmaitych podejść. Niektóre skupiają się na rzekomej mizoandrii – a film tylko pokazuje świat, gdzie mężczyzna wreszcie nie rządzi; szkoda, że jak zwykle musi to robić w nieco krzywym zwierciadle, jak „Seksmisja”. Inne na krytyce samej Barbie, która jednak, ich zdaniem, nie wychodzi poza swoją stereotypowość lub narzucone z góry inne role (etniczne Barbie w roli wiecznego Innego, Barbie profesjonalistki niewidzące świata poza swoim zawodem itp.). Są też odczytania mówiące, że twórcom filmu udała się popfeministyczna dekonstrukcja mitu piękna, młodości i sukcesu. Jeszcze inne krytykują go za zbyt częste przywoływanie kapitalistycznego hasła: „Możesz być, kim zechcesz”. Tutaj akurat dna są dwa, bo to tak naprawdę żart z liberalnego feminizmu, który podaje je nam od lat szuflami.

Ciekawy w zamyśle pomysł – konfrontacja Barbielandu z realnym światem prawdziwych kobiet i mężczyzn – zgrzyta fabularnie, zwłaszcza że obudowany jest serią niepotrzebnych przygód i „atrakcji”, np. podczas podróży z jednego świata do drugiego ktoś wypada z łódki czy spada z roweru, sporo jest także żenujących musicalowych momentów, gdy wszyscy zaczynają nagle tańczyć i śpiewać. To te popkulturowe, a nawet kampowe odniesienia estetyczne, które mają mrugać do starszego widza, a raczej widzki, bo mężczyźni film „o lalce” odwiedzają raczej w roli ojców, wujków i trzymaczy popcornu (mam jednak nadzieję, że, jak Kenowie z Barbielandu, ostatecznie wyniosą z niego jakąś lekcję). Politycznych mrugnięć także nie brakuje. Zastanawiam się jednak, ile wyniesie z projekcji dziewczynka, która przyszła faktycznie na film o ulubionej lalce i przed którą jeszcze całe spektrum wiedzy o tym, że nigdy nie będzie miała tak długich nóg i nigdy nie zostanie astronautką, a Ken, chociaż głupszy, i tak jeszcze przez parę pokoleń porozdaje karty.

Obalanie mitu Mattel przez samo Mattel to oczywiście piętrowy żart, z tych kapitalistycznych żartów, gdy firma mruga do nas „no wiemy, wiemy, że kiedyś byliśmy nie fair, zmieniliśmy się”, wszyscy się śmiejemy, a potem cyk, klient zostaje bez kasy, a w postępowaniu firmy nic się nie zmienia. Czy Barbie będzie gruba i niska? Czy będzie niepełnosprawna? Czy dostanie waginę? A skąd, pozwolimy jej najwyżej urodzić plastikowe dziecko. Barbie w ciąży (tak naprawdę kumpelka Barbie o imieniu Midge) została zresztą wycofana ze sklepów już w 2002 roku i powróciła tylko na chwilę w 2013. Najwyraźniej prezydentki, astronautki, DJ-ki, modelki i nawet gospodynie domowe nigdy nie rodzą dzieci.

Dlaczego nie kupuję pop-dekonstrukcji własnego mitu przez Mattel i przede wszystkim mitu nierealnej do osiągnięcia urody? Dlaczego nie uważam, że „ten róż pasuje do wszystkiego” („this pink goes with everything”, tak brzmi fragment tekstu piosenki śpiewanej przez lalki w czołówce filmu)? Bo obalanie mitu, który się jednocześnie żwawo wzmacnia, nie jest wypowiedzeniem mu nie tylko wojny, lecz nawet potyczki. Bo lalka, która nigdy nie zdejmuje butów na obcasie, nie może wyznaczać wzorców urody, kariery ani szczęścia rodzinnego. A czy będzie wyznaczała? Oczywiście – choćby Mattel dolało jej w biodrach trochę plastiku i ogłosiło serię „plus size Barbie”. Już to zresztą zrobiło, tyle że Curvy Barbie z serii Fashionista to śmiech na sali. Nosi co najwyżej rozmiar 42 i nadal ma zgrabne nogi.

Kiedy feministki przestaną zajmować się długością nóg, zapytacie. Dokładnie wtedy, gdy przestanie się nią zajmować kultura, popkultura i kapitalizm. Dokładnie wtedy, gdy każda rozmowa o kobietach przestanie kręcić się w kółko i powracać do tematu urody, wdzięku i młodości.

Magdalena Okraska

„Barbie. The Movie”, reż. Greta Gerwig, 2023.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Erika Wittlieb z Pixabay