Medialne oblicza biedy (wywiad z dr hab. Małgorzatą Lisowską-Magdziarz)

 

Dr hab. Małgorzata Lisowska-Magdziarz, prof. UJ, pracuje na Uniwersytecie Jagiellońskim. Prowadzi badania nad semiotyką mediów oraz kulturowymi praktykami ludzi w społeczeństwie konsumpcyjnym. Autorka książek „Znaki na uwięzi. Od semiologii do semiotyki mediów” (2020), „Nienawiść w mediach. Diagnoza i badanie” (2020), „Fandom dla początkujących. Tożsamość i twórczość” (2018), „Fandom dla początkujących. Społeczność i wiedza” (2017), „Feniksy, łabędzie, motyle. Media i kultura transformacji” (2012), „Pasażer z tylnego siedzenia. Media, reklama i wychowanie w społeczeństwie konsumpcyjnym” (2010); „Media powszednie. Środki komunikowania masowego i szerokie paradygmaty medialne w życiu codziennym Polaków u progu XXI wieku” (2008); „Analiza tekstu w dyskursie medialnym” (2006); „Analiza zawartości mediów” (2004); „Bunt na sprzedaż. Przemysł muzyczny – reklama – semiotyka” (2000), oraz kilkudziesięciu artykułów i rozdziałów w pracach zbiorowych, poświęconych semiotyce mediów i innym formom analizy przekazów w komunikowaniu masowym, użytkowaniu mediów, a także metodologii oraz edukacji medialnej. W wolnym czasie czyta pamiętniki polskich pisarzy, jeździ na nartach i ogląda seriale.

Chciałabym porozmawiać o reprezentacjach ubóstwa w mediach. Niemal wszystko związane z ubóstwem jest w dyskursie określane mianem patologii. Mamy w polskich mediach długą tradycję skupiania się na negatywnych atrybutach ubóstwa, czyli przedstawiania go poprzez grzyb na ścianach, rozgrzebane łóżka, zużyte meble, bałagan. Takie wizerunki były, mam wrażenie, charakterystyczne dla okresu około roku 2000 i są charakterystyczne dla teraźniejszości, a zwłaszcza okresu po roku 2015. W jaki sposób ludzie ubodzy – czy ubóstwo jako cecha – są przedstawiani w mediach głównego nurtu i w mediach tabloidowych? To według Pani badań dwie różne sprawy.

Małgorzata Lisowska-Magdziarz: Jako semiotyczka i medioznawczyni zajmuję się nie tyle zagadnieniami statusu społecznego, ile kulturą konsumpcyjną i jej związkami z mediami. Dlatego zwraca moją uwagę to, w jaki sposób w mediach reprezentowane są zagadnienia, powiedzmy, ubóstwa, różnych form społecznej deprywacji, marginalizacji itd. w kontekście tego, że polskie społeczeństwo, a media na pewno, zaakceptowały i zinternalizowały wartości konsumpcyjne. Przyjęły za fakt nie tylko to, że konsumpcja jest dobra, ale i to, że jest powszechnie dostępna, stanowi element stylów życia ludzi. W związku z tym również prawo do szacunku i zainteresowania otrzymują przede wszystkim osoby, które osiągnęły tak zwany sukces, czyli mają odpowiednio wysoki poziom konsumpcji, a jednocześnie konsumują umiejętnie i widowiskowo. Brak dostępu do konsumpcji oraz wiedzy, jak i do czego jej używać, oznacza marginalizację. W mediach biedni automatycznie trafiają na ten margines.

Oczywiście jest tak, że mamy pewne stałe, pewne skonwencjonalizowane taktyki, strategie, wzorce reprezentacyjne dotyczące ubóstwa – i one są nawet starsze niż media komercyjne. Gdybyśmy porównali, co o ubóstwie pisało dziennikarstwo przedwojenne, to tutaj też nie ma dużej różnicy. Jest patologizacja, połączenie ubóstwa z jakimś bardziej lub mniej otwarcie wyrażanym przekonaniem, że bieda to wynik patologii i że niemal automatycznie do tej patologii prowadzi, że te dwa zjawiska są skorelowane. Istnieje też swoista estetyzacja – ubóstwo jest reprezentowane przez pewien zestaw stałych wizualnych przedstawień, które koncentrują się na tym, że ludzie biedni są brzydcy i żyją w brzydkich miejscach, że ubóstwo wiąże się z brudem i dewastacją itd. W mediach opiniotwórczych możemy mieć też trochę odwrotną sytuację, mianowicie swego rodzaju odpersonalizowanie ubóstwa i przedstawianie go z kolei jako zagadnienia systemowego, co ma swój sens, ale wtedy czyni je dość abstrakcyjnym. Nie ma ono ludzkiej twarzy. Rozumiem to, bo przed dziennikarzem, który musi o tym pisać, stoi trudne zadanie. Z jednej strony prezentacji tego zjawiska prawdopodobnie w jego społecznym kontekście, a więc nie jako czegoś, co jest wyłącznie jednostkowym problemem, lecz skutkiem układu ekonomicznego, politycznego itp. Z drugiej strony – nietracenie wymiaru ludzkiego, a jednocześnie niedawanie pożywki voyeryzmowi. Media tabloidowe natomiast wykorzystują w dużej mierze model voyerystyczny. Ustawiają się one, co jest paradoksem, w roli reprezentantów osób wykluczonych społecznie, ich głosu: dziennikarze tabloidów mają być tymi, którzy w relacji pomiędzy władzą a społeczeństwem biorą stronę wykluczonych. Ale jednocześnie ich relacje są hiperboliczne, sensacyjne i bardzo skupione na zewnętrznych, „atrakcyjnych” atrybutach skandalicznego obrazu biedy. Mamy jakąś panią Józefę, lat pięćdziesiąt dwa, która mówi, że nie ma za co żyć – i dostajemy przy okazji nie tylko mocno emocjonalny tekst, ale i ilustracje podkreślające dramatyzm sytuacji i skupiające się na(nie)estetycznych aspektach obrazu bohaterki. Biedę w gazetach i programach telewizyjnych typu tabloidowego pokazuje się nam z pełnym inwentarzem estetycznego podglądactwa.

Czy to polska specyfika?

Obiektywizacja, personalizacja czy voyeryzm, estetyzacja czy patologizacja ubóstwa – są dość uniwersalne. Znajdziemy je w mediach nie tylko polskich. Natomiast niepokojącym elementem we współczesnych polskich reprezentacjach ubóstwa jest połączenie ubóstwa z upokorzeniem. Pisze o tym ciekawie dr Rydlewski, zwracał na to uwagę profesor Burszta, że w mediach o mocno konsumpcyjnym nastawieniu mamy pokazanie ubogiego jako kogoś, kto z jednej strony jest godzien… nie wiem, czy aż pogardy, ale z pewnością politowania, ze względu na swoją nieporadność w poruszaniu się w świecie kodów konsumpcyjnych, marek, produktów, swoją naiwność w tym świecie. Z drugiej strony mamy cały nurt humiliation shows, w którym ludzie ubodzy czy z jakichś innych względów społecznie zmarginalizowani, są zapraszani do programów telewizyjnych o tematyce lifestyle’owej lub jawnie konsumpcyjnej i zostają ich bohaterami. Godzą się na to, bo to być może życiowa szansa, ale zwykle nie zdają sobie sprawy, jakie są konsekwencje wejścia w interakcję z taką machiną medialną, że przykroi ona ich występ do własnych potrzeb. W efekcie, ze swoją nieporadnością i habitusem niedostosowanym do życia w świecie konsumpcji, zostają upokorzeni jawnie, na ekranie. Stają się obiektem podglądactwa, a show polega na napawaniu się ich upokorzeniem. Mówię tu o programach typu „Chłopaki do wzięcia” i o tzw. makeover shows, do których instytucja medialna bierze kogoś, kto jest biedny, brzydki i wykluczony, i pokazuje mu, jak dzięki użyciu produktów i usług może stać się piękny, bogaty i popularny – ale to zawsze wiąże się z upokorzeniem jako warunkiem udziału w show i jako jego narracyjnym komponentem. To smutny paradoks, że w społeczeństwie, które właściwie dopiero przyswaja kody i praktyki konsumpcjonizmu, upokorzenie kogoś, kto nie jest w stanie włączyć się w ten festiwal konsumpcji, jest częścią rozrywki. Oczywiście zatem przykre jest, że w mediach ubóstwo się patologizuje, przedstawia je za pomocą zestawu wyświechtanych obrazów – obłażący tynk, niepościelone łóżko, albo (to też częsty wątek) pokazuje się, że biedni nie dbają o swoje dzieci. Natomiast ten wątek upokorzenia i pokazania, że bieda wiąże się z niedostosowaniem do szczęśliwego świata konsumentów, jest chyba stosunkowo nowy.

Wydaje mi się, choć nie mogę poprzeć tego stwierdzenia niczym poza długą obserwacją mediów, że media przed czasami „szczęśliwej konsumpcji” były bardziej solidarne z biednymi. Biedni byli tacy jak my. A teraz mamy się dowiedzieć, że biedni to są ci, którzy mogą nam dać poczucie wyższości. Ci, którzy to poczucie wyższości zyskują, podłączyli się pod społeczeństwo konsumpcyjne wcześniej lub, co się często pomija, mieli lepsze warunki startu, lepszy zestaw okoliczności losowych. Ośmieszające, upokarzające reprezentacje ludzi materialnie ubogich są moim zdaniem niebezpieczne nie tylko dlatego, że usuwają z pola widzenia systemowe zagadnienia związane z ubóstwem, ale również z tego powodu, iż do pewnego stopnia likwidują one empatię. Jeżeli „Chłopaki do wzięcia” służą do tego, aby się z nich śmiać, to zmienia to naszą perspektywę, nie patrzymy na nich jak na kogoś, kogo los mógłby zostać polepszony, lecz jako na kogoś, kto jest od nas po prostu gorszy. Jeżeli ktoś jest ośmieszony, wówczas zostaje mało miejsca na zrozumienie lub współczucie.

W ciekawy sposób łączy się z tym zagadnienie programów aspiracyjnych, takich jak np. „Kto poślubi mojego syna”, gdzie mamy pewien obraz świata ludzi bogatych i szczęśliwych, który zostaje skonstruowany przez instytucje medialne i przeznaczony dla odbiorców uboższych, nie mających takiego szczęścia w życiu – jako pewien wzorzec. Jest to wzorzec jednocześnie całkowicie nierealistyczny – bogaci tak nie żyją, nie mieszkają ani nie mówią, to jest fantazja rodem z serialu „Dallas” czy z latynoskich telenowel – jak i całkowicie nieosiągalny. Tkwi w tym bardzo duża pogarda mediów wobec ludzi, którzy mają być odbiorcami tego typu materiałów.

Kto zarządza dyskursem przedstawiającym ubóstwo w mediach głównego nurtu? Kto zarządza tym, jak biedni zostaną przedstawieni? Czy mają swoją reprezentację, media stojące po ich stronie? Pisała Pani o tabloidach typu „Super Express”, a takie media mówią: „Nam, zwykłym Polakom, podrożały chleb i prąd, podczas gdy Maryla Rodowicz je pączki po 30 zł za sztukę” – ale czy faktycznie osoby ubogie, wykluczone, czują, że „Super Express” je reprezentuje? Czy to jest po prostu format, który ma być w kontraście do np. „Gazety Wyborczej”?

Nie wiem, jak czują, nie mam dostępu do żadnych takich badań. Przypuszczam, że może tak być, iż dla części ludzi forma i sposób widzenia świata prezentowane przez prasę tabloidową są lepiej zrozumiałe, przystępniejsze, w pewnej mierze również bardziej atrakcyjne niż quality media. To jest zrozumiałe. Nie bez powodu drukowana prasa tabloidowa ma się nie najgorzej, bo ona trafia do tych, którzy niekoniecznie siedzą w internecie, gdzie przenoszą się media opinii. Ci czytelnicy niekoniecznie mają nawet dostęp do świata komunikacji interaktywnej – nie tylko wprost techniczny, ale także mentalny, ekonomiczny itd.

Jestem jednak przekonana, że wszelkie próby reprezentowania tzw. zwykłego człowieka przez prasę tabloidową nie są prowadzone w interesie tego zwykłego człowieka, lecz w imię sprzedawalności. Problem z reprezentacją biednych w mediach głównego nurtu wiąże się z tym, że, aby mieć w nich swoją reprezentację, trzeba posiadać pieniądze i dostęp do narzędzi szerokiego rozpowszechniania informacji i opinii. Z kolei świat kultury interaktywnej usuwa do pewnego stopnia konieczność posiadania wielkich środków: ze swoją narracją, przy pomocy niewielkich funduszy, teoretycznie mogę przy pomocy internetu dotrzeć do sporej publiczności. Tu jednak pojawia się problem wiedzy i kompetencji. Nawet jeśli bariera wejścia do sfery publicznej jest niższa, to trzeba jeszcze umieć to zrobić. Zarządzanie swoim wizerunkiem, tematyką w mediach interaktywnych, to pochodna habitusu, wytrenowania, umiejętności praktycznych. Biedni między innymi dlatego są biedni, że znajdują się w tzw. luce cyfrowej, czyli w tym obszarze komunikacji społecznej, w którym albo nie korzysta się z mediów cyfrowych, albo się korzysta, ale w sposób uproszczony, nie mając w nich własnej podmiotowości, własnej twórczości, reprezentacji własnych interesów. Pomysły, żeby dawać laptopy dzieciom z rodzin ekonomicznie źle sobie radzących, co miało poprawić ich wyniki w szkole, doprowadziły, jak się okazuje, do tego, że jakość wyników szkolnych tych dzieci się pogorszyła. Te laptopy musiałyby być jeszcze w środowisku domowym kompetentnie używane. Nie tylko do gier i zabawy, ale także do poszukiwania wiedzy. Dlaczego biedni nie mają swojej porządnej, poważnej reprezentacji w internecie? Bo nie ma tu know how.

Z drugiej strony jednak zapytajmy, czy człowiek, który z różnych względów podlega mechanizmom społecznego wykluczenia, musi chcieć osobiście reprezentować w mediach interesy własne lub własnej grupy? Może chce, może nie chce. Może nie chcieć – nie ma obowiązku. Natomiast zasadniczo istotna jest tutaj kwestia odpowiedzialności dziennikarzy i wydawców, ludzi, którzy kreują dyskurs społeczny i którzy powinni umieć się powstrzymać przed tworzeniem treści wzmacniających paskudne stereotypy i świadomie podchodzić do zagadnienia społecznego obrazu różnych grup i zjawisk. Uważam więc, że produkowanie shows opartych na upokorzeniu jest wyrazem cynizmu i absolutnego porzucenia odpowiedzialności społecznej. Rozumiem, że to jest robione przez media komercyjne, ale nawet w mediach komercyjnych można oczekiwać, że ktoś będzie używał sumienia. I znowu, to nie jest tak, że tylko my mamy te humiliation shows. Ale w pewnych momencie mieliśmy szansę, aby u nas się to nie pojawiło, żeby tego do nas nie wpuścić. Zastanawiam się, czy dziennikarz, redaktor, wydawca nie mogą czasami powiedzieć „nie”. Powiedzą państwo, że nie może z powodów rynkowych, bo w komercyjnych mediach musi robić to, co mu każą. Nie musi.

Docieramy do roku 2015, który bardzo zmienił tę dynamikę. Dzięki polityce społecznej PiS mnóstwo tematów weszło do głównego nurtu albo zostało w nim nie tyle przypomniane, co omówione z innej perspektywy – wszelkie tematy socjalne, warunki pracy, mieszkalnictwo. A jednocześnie pojawiła się ofensywa medialna i internetowa anty-500+, został odgrzany termin „roszczeniowość”. Zaczęto wymyślać pewnym grupom społecznym od Karyn, Sebków, Brajanków itp., zwłaszcza w internecie. Ale pojawiła się też nowa kategoria – „zatroskany” dziennikarz czy też „zatroskany” celebryta, przeciwny „rozdawnictwu”, np. głośny felieton Agaty Młynarskiej w „Newsweeku” o wyjazdach Polaków nad morze – nazywanie tego „najazdem Hunów”. Nastała złość pewnej grupy społecznej na to, że ten dystans się jakby skraca, chociaż on się nie skraca naprawdę, tylko po prostu inna grupa społeczna zaczęła mieć trochę wyższy dochód rozporządzalny, wobec czego nie zmieniła habitusu, ale zaczęła pojawiać się w nowych miejscach, które do tej pory były dla niej niedostępne, albo korzystać z rozrywek, na które wcześniej nie było jej stać. Jednocześnie pojawił się jeszcze jeden wątek: sprzeciw wobec takich krytycznych postaw i termin „klasizm”. Zaczęto nazywać klasizmem wszystkie przejawy niechęci estetycznej, czy właściwie jakiejkolwiek, w stosunku do osób z klas ludowych.

Owszem, PiS wprowadził do publicznej dyskusji różne zagadnienia związane ze społecznym wykluczeniem. Zrobił to populistycznie, z troski o wyniki wyborów, co oczywiście widać po efektach i objawach braku rzeczywistego zainteresowania systemowymi obszarami niedostatku (na przykład sytuacją życiową rodzin dzieci chronicznie chorych). Jeśli chodzi o 500+, to przyznaję, że z powyższych względów na początku nie byłam przekonana do tego programu. Teraz natomiast dostrzegam pewne zalety. Uważam, że postrzeganie przez klasę średnią świadczenia 500+ w kategoriach właśnie patologizacji – że to 500+ zostanie wydane na wódkę, a takie obawy były często wyrażane publicznie – to niewątpliwie wyraz klasizmu, a także, niestety, dowód na to, że narracja o biedzie jako patologii się przyjęła i została zinternalizowana. Ktoś jest biedny, dostanie 500 zł, wyda je na wódkę? „Narobi sobie dzieci”, żeby dostać więcej tych pięćsetek? Takie wypowiedzi zdarzały się i powracają do dziś nawet w mediach opiniotwórczych, i jest to dość okropne, bo pokazuje, że ci, którzy z racji wyższego habitusu, nie najgorszego wykształcenia, pewnych doświadczeń społecznych, powinni… nie, nie możemy powiedzieć „uważać, co myślą”, ale powinni myśleć krytycznie i całościowo. Tymczasem odwołują się w swojej ocenie 500+ do wiedzy anegdotycznej. W stylu „mój wielodzietny niepracujący sąsiad alkoholik jest dowodem na to, że wszyscy wydadzą 500+ na wódkę”. A nie na buty dla dziecka czy pierwszy wyjazd na wakacje.

To pokazuje, że cała ta narracja ubóstwa jako problemu estetycznego i habitusowego oraz patologizacji biedy, ponieważ już tak długo trwa, dobrze się przyjęła. Ludzie rzeczywiście, trochę odruchowo, zaczęli tak myśleć. Uważam, że wprowadzenie do obiegu terminu „klasizm” – którego nie używają ubodzy, lecz klasa średnia w stosunku do siebie wzajemnie – jest o tyle pozytywnym zjawiskiem, że chociaż ten termin jest używany nadmiernie, za często, nie zawsze adekwatnie, to jego istnienie zwraca w ogóle uwagę na to, że istnieje coś takiego, jak klasowe uprzedzenia w stosunku między innymi właśnie do ubogich. A to jest u nas ważne, bo jednocześnie przecież nasza edukacja – szkolna, literacka, kulturalna – to historia o Judymie i Siłaczce, o inteligentach, którzy bezinteresownie poświęcając się, idą ratować i edukować biednych, podnosić ich z dramatycznego upadku materialnego lub moralnego. Więc powiedzenie czasem „to klasizm” komuś, kto wyraża pogardę, zwłaszcza związaną z walorami estetycznymi niedostatku oraz jego domniemaną patologizacją, jest zdrowe, jest trzeźwiące, bo wytrąca z samozadowolenia.

Uważam, że ten wspomniany nieszczęsny felieton o najeździe Hunów zaraz po tym jak pewna liczba uboższych Polaków pierwszy raz pojawiła się w kurortach – być może, bo przecież nie wiemy tego na pewno, dzięki 500+ – jest niewątpliwie wyrazem klasizmu, nawet jeśli (co widziałam na własne oczy) rzeczeni Polacy rzeczywiście nie zachowywali się specjalnie dobrze. Ale przesunięcie społeczne, awans społeczny grup i jednostek nigdy nie odbywa się bezszmerowo, bez generowanych przy tej okazji problemów, także w komunikacji między klasami i we wzajemnym spojrzeniu na siebie. Hałasowanie na plaży doprawdy nie jest największym z nich. Habitus się nabywa, więc to, że ludzie dostali 500+, nie oznacza, że on się od razu poprawił. Czy należało tej poprawy oczekiwać od razu? Nie. Czy to, że jakieś dzieci pojechały pierwszy raz w życiu na wakacje nad morze było złe czy dobre? Było dobre.

Czy po wprowadzeniu 500+ w kwietniu 2016 r. media liberalne i głównego nurtu bardziej zaczęły na ten język uważać? Z jednej strony mam wrażenie, że zaczęły „dowalać patologii”, a z drugiej – pojawiło się też wiele głosów, że nie, nie można w ten sposób, że jednak ludzie, którzy otrzymują jakieś świadczenie, mają prawo zachowywać się tak czy inaczej. Jest pewien nacisk, żeby zmienić ich traktowanie przynajmniej na poziomie języka. Pewnych rzeczy już nie wypada, tak jak kiedyś przestało wypadać z rasizmem czy dyskryminacją kobiet.

W tym sensie felieton pani Młynarskiej, o którym tu mówimy, miał pozytywny efekt. Było to tak brutalnie sformułowane, że część z nas palnęła się w czoło. Natomiast jest też tak, że czasem ludzie mówią takie rzeczy w prywatnych rozmowach, dając wyraz np. frustracji zachowaniem sąsiada, który ma mało przyjemne przyzwyczajenia, ale odpowiedzialne media nie powinny używać takiego języka, ponieważ podnosi on poziom społecznej agresji oraz ponieważ jest klasistowski. Może jest tak, że pomału się tego uczymy. Zmiany w języku – żeby był mniej brutalny, mniej wykluczający – są oczywiście jak najbardziej pożądane, trochę ciągną za sobą zmianę społeczną; nie wystarczą, ale tutaj nie ma prostej relacji przyczynowo-skutkowej, że coś jest pierwsze, a coś jest drugie.

Natomiast jeśli chodzi o cały wątek pogardy klasowej i upokorzenia, które występują w różnych programach medialnych, to tam właściwie nie znajdziemy brutalnego języka. Tam jest bardzo miło i przyjemnie, prowadzący program rzucają się na szyję bohaterom, płaczą razem z nimi, wszyscy mówią sobie po imieniu i zwierzają się wzajemnie z kłopotów, ale to przecież wcale nie zmienia tego, co jest pod spodem. Jest wiele hipokryzji. Jest ten słodki, miły język, instytucja medialna zaprzyjaźnia się z bohaterem programu – ale to wcale nie oznacza, że nie ma w tym pogardy klasowej i każdej innej. Tkwi ona w samych założeniach takich programów i w dynamice władzy pomiędzy instytucją, reprezentującym ją dziennikarzem, bohaterem programu i jego odbiorcami.

Oczywiście więc język powinien się zmienić, a medialne reprezentacje powinny być bardziej wrażliwe, ale najpierw jest to jednak kwestia zmian systemowych i odpowiedzialności mediów. Jeśli już o tym piszą czy mówią o zagadnieniu ekonomicznego wykluczenia i powiązanych z nim wykluczeń edukacyjnych, komunikacyjnych, konsumpcyjnych, to powinny je widzieć jako pewne zjawisko systemowe, na które należy patrzeć jako na całość. Przyznam, że czuję dużą ambiwalencję w przypadku różnych akcji pomocowych, tych programów, w których widzimy bardzo biedną rodzinę i apel, żeby zrzucić się na jej wsparcie. To zrozumiałe, zrozpaczeni ludzie czasem nie mają innego wyjścia. Ale mamy całe gatunki medialne, całą grupę mediów, które na tym rozkwitają. Takie opowieści i narracje to fałszywie zaangażowany reportaż społeczny, który tylko pozornie dąży do zmiany społecznej, nawet jeśli niekiedy przyczynia się do wyeliminowania czyjegoś indywidualnego nieszczęścia. Gdzie jest pytanie o głębsze źródła sytuacji, w której jedynym ratunkiem dla ludzi pragnących leczyć swoje dziecko, jest pokazanie się w telewizji z błaganiem o pomoc lub zorganizowanie zbiórki w internecie? No, ale dla mediów pokazywanie takich historii jest oczywiście łatwiejsze i daje oglądalność, natomiast pisanie o tym w kategoriach systemowych jest o wiele trudniejsze i mniej atrakcyjne.

Pomagam od kilku lat Festiwalowi Wrażliwemu w Gdańsku. Nagradzamy dziennikarzy za teksty, filmy, słuchowiska o tematyce społecznej. Mieliśmy wiele dyskusji na temat tego, kogo my właściwie nagradzamy. Co tak naprawdę oznacza dziś „wrażliwość społeczna”? Wpisaliśmy do regulaminu, że chcemy doceniać takie materiały, które nie tylko pokazują, że jest jakiś problem, ale także tłumaczą, dlaczego ten problem istnieje i próbują wskazywać rozwiązania, a nawet w praktyce do nich doprowadzać. Tego jest w mediach za mało.

To są problemy, które mają swoje strukturalne przyczyny i oczekują na systemowe rozwiązania, a są przedstawiane jako ciekawostka. W tych programach typu reality showtalent show, o których mówimy, jest też wiara w Kopciuszka, w „od pucybuta do milionera”. Jest to niestety suflowanie ludziom wiary, że jeśli wystarczająco dużo ze sobą zrobią, to coś się zmieni w ich życiu na lepsze. Zazwyczaj tak nie jest lub zmienia się na krótko.

Tu są dwa problemy. Jeden to taki, że „zrobienie czegoś ze sobą” ma być powiązane z interwencją instytucji medialnej. To ona daje narzędzia, know how, wzorce osobowe. To jest oczywiście złudne. A druga kwestia to pokazywanie, że to odpowiedni rodzaj konsumpcji uczyni cię szczęśliwszym, że gdy poprawisz interfejs, to oprogramowanie pod spodem też się zmieni. Zacznij od tego, że się dobrze ubierzesz, umalujesz, że będziesz „mieć wiarę w siebie”. To nieustannie powracający, uwłaczający motyw – że aby osiągnąć sukces, trzeba tylko po prostu mieć motywację, ciężko pracować. Pewien profesor niedawno powiedział przedstawicielom klasy średniej, że gdy będą pracowali po 16 godzin na dobę, to osiągną sukces. To oczywiście nonsens. Po pierwsze, człowiek musi też żyć, a nie tylko pracować. Po drugie – system, w którym trzeba pracować 16 godzin na dobę, jest patologiczny. A po trzecie i najważniejsze, stawiając w centrum motywację oraz widzialność medialną, pomija się w ogóle zagadnienie startu, warunków wyjściowych, równości szans. Cała narracja pt. „trzeba tylko chcieć” została tak bardzo znormalizowana, że mamy cały rynek poradników „jak osiągnąć sukces w dowolnej dziedzinie”, które mówią, że motywacja jest niemal wszystkim. Wzorce osobowe w mediach konsumpcyjnych, gdzie pokazywani są ludzie sukcesu, którzy mówią „bardzo chciałem i ciężko pracowałem” – może to pojedynczym osobom się udaje – absolutnie pomijają ograniczenia systemowe i są uwłaczające w stosunku do tych, którzy bardzo się starali, ale z powodu okoliczności systemowych lub tragedii osobistych im się nie udało. Nie można komuś powiedzieć „jesteś biedny dlatego, że jesteś leniwy”. Są pewnie i tacy ludzie, którzy są biedni, bo są leniwi, ale to nie jest okoliczność systemowa. Nikt nie chce być biedny dla własnej przyjemności i nie jest tak, że ludzie są biedni tylko dlatego, że nie chce im się wstać z łóżka.

Co do przedstawiania biedy, ubóstwa w internecie – w memach, na grupkach internetowych itp. – to internet ułatwia uwypuklanie i wyszydzanie pewnych cech charakterystycznych i zachowań. Jednocześnie jest jednak tak, że w internecie już nie śmieją się z nas media i dziennikarze – choć oczywiście też mogą, np. tworząc fanpage, z których kilka ma niesamowitą popularność – lecz śmiejemy się z siebie nawzajem. I znowu, po roku 2015 czy 2016, pojawiły się pewne tematy i kierunki myślenia na temat ludzi pobierających świadczenia socjalne. Za każdej władzy obecne były memy czy żarty o Karynach i Sebastianach, wyśmiewające nie tylko biedę, ale także habitus, sposób ubierania się, zwyczaje żywieniowe – zawsze byli po prostu tacy ludzie, z których przedstawień się śmiano. Czy Pani to badała, jak to wygląda i jak się zmienia?

Obserwuję to z zainteresowaniem, ale śledzę te zmiany także dlatego, że prowadzenie zajęć z semiotyki ze studentami coraz młodszymi rocznikowo wymusza obserwację tego typu działań w internecie. Pomyślałabym nie tylko o Karynie, Sebastianie, Marianie, ale też np. o Nosaczu, który jest bohaterem memów i jednocześnie reprezentantem ludzi o niskim habitusie, plebejskich przyzwyczajeniach itp. Zresztą nie tylko memy, ale także różne krótkie filmiki na YouTube, gdzie pokazywane są wyczyny ludzi niespecjalnie wykształconych, a bardzo pragnących swoich pięciu minut popularności. Nie wiem, o czym to świadczy, choć pomyślałabym, zważywszy na popularność tego typu działań i to, że kolejne tak zwane templatki oparte na tym temacie się pojawiają, iż być może w jakiejś mierze to zostało zinternalizowane – ten klasizm. Wyśmiewana jest nie tyle bieda w sensie rzeczywistej katastrofy ekonomicznej, co brak wykształcenia, plebejskie zwyczaje, niski habitus. Być może winne temu jest wcześniejsze voyerystyczne podejście, jeszcze z czasów przedinternetowych. Zastanawiam się tylko czasem, kim są ludzie, którzy robią takie memy oraz ludzie, których te memy śmieszą. Nie potrafię powiedzieć, czy to jest wyraz opinii kogoś, kto opowiada nam autoironicznie o własnym otoczeniu, czy wyraz pogardy klasowej ze strony kogoś, kto patrzy z góry na biedniejszego od siebie i mniej estetycznego Polaka.

Nie wiem, czy to było zamierzone w postaci Nosacza, ale jest trochę tak, że on wzrusza, np. mnie. Są takie memy z Nosaczem, na których jest on np. ojcem, który nie potrafi swoim dzieciom powiedzieć, że je kocha, bo jest sztywny i inaczej wychowany. Nosacz to nie jest tylko puszka z piwem, jak Seba czy Karyna, ale Nosacz służy też pokazaniu Polaka w wieku 50+, bez wykształcenia, obarczonego rodziną itp., lecz czasami mającego przebłyski wrażliwości. Wydaje mi się, że akurat Nosacza robi jakiś bardzo dobry obserwator. W internecie jest zresztą tak, że straciliśmy kontrolę nad tym, ile osób „robi” memy z jakąś postacią. Może Nosacza tworzą różne osoby i dlatego część Nosaczy jest fajna.

Ale czy nie jest tak, że jednym ze stereotypów dotyczących biedy jest jej powiązanie ze społecznym konserwatyzmem? Zamożna klasa średnia miałaby być otwarta, liberalna, wielokulturowa, światowa itd., a biedni – zamknięci, nietolerancyjni, konserwatywni, niepasujący do nowoczesnego świata. I efektem tych stereotypów są memy w rodzaju „mój stary, który bije brawo, gdy samolot wyląduje”. Wyśmiewamy się tu trochę z Nosacza jako kogoś, kto nie tylko nie ma habitusu, ale też nie otarł się o „nowoczesny świat” albo nie rozumie, że „wielokulturowość to ważna rzecz”. Jest może w takim myśleniu frustracja klasy średniej i młodszego pokolenia, ponieważ zamknięty, mało nowoczesny, konserwatywny pogląd na świat potrafi się przedostać do urn wyborczych. Skądinąd zresztą rzeczywiście, w sposób empirycznie sprawdzalny, postawy bardziej konserwatywne i zamknięte łączą się z niższym wykształceniem i niskim statusem społecznym. Fakt, że rzeczywiście bieda łączy się z takimi postawami, jest przedmiotem niepokoju i frustracji klasy średniej i może być podstawą pod wrogie, czasem też klasistowskie podejście do tych, którzy nie zdążyli lub nie mieli możliwości wyrobić kapitału kulturowego na uczelniach i podczas podróży po świecie.

W tekście sprzed 10 lat – być może to już się zdezaktualizowało – wspomina Pani o odrębności tabloidów kobiecych. Tabloidy kobiece, czyli wysokonakładowe gazety kolorowe skierowane do kobiet, mówią, że bieda istnieje, ale jako sposób uporania się z nią prezentują osobistą zaradność. Nie załamanie rąk, lecz podjęcie drogi ku polepszeniu własnej codzienności w okolicznościach, z których nie możemy się wyrwać. Co takie czasopisma doradzają kobiecie, która ledwie wiąże koniec z końcem?

My, medioznawcy, dzielimy czasopisma lifestylowe, w tym kobiece, na półki. Jeśli patrzymy na najtańsze czasopisma dla kobiet – chodzi o pisma drukowane na papierze, które nie mają adekwatnego odpowiednika internetowego, gdyż w znacznej mierze są przeznaczone dla kobiet będących w luce cyfrowej – mamy kilka wątków. Jednym jest osobista zaradność. Ja to, przyznam się, lubię. Jest tam bardzo wiele porad jak tanio ugotować obiad, gdzie się niedrogo ubrać, jak sobie poradzić w drobnych dolegliwościach. To kultura wzajemnego pomagania sobie, dzielenia się radami. Takie czasopisma dostarczają też trochę pozytywnej walidacji – mówią „przyślij nam swój przepis kulinarny razem ze zdjęciem, swój sposób na coś tam”, i to jest fajne. Wypasione, grube, lakierowane pisma kobiece zaśmiałyby się z tego przepisu, bo to jest czasem tzw. mięsny jeż, ale tanie czasopisma pokazują coś, co jest bliższe zwykłym ludziom i ich możliwościom (nie tylko finansowym), proponują rozwiązania, które są wykonalne. Drugi wątek to eskapizm. Bardzo wiele tych pism oferuje pewną wersję kultury celebryckiej, narrację o celebrytach, dość prostą ucieczkę w ich świat. To podsuwanie pewnych wzorców lifestylowych, które są nieosiągalne. Ale kim jesteśmy, by uważać, że to należy źle oceniać?

To są treści w stylu „co słychać u rodziny królewskiej w Anglii”, czyli wieści ze świata, którego nigdy nie będziemy częścią.

Każdy potrzebuje jakiegoś eskapizmu. Dla niektórych są to właśnie wieści o tym, jak żyje Małgorzata Kożuchowska czy Tomasz Kot, jak się żenią, rozwodzą, jakie mają ładne domy. Jest tam model tabloidowy – zdjęcia paparazzich, plotkarstwo, z drugiej strony jednak potrzeba ucieczki od rzeczywistości, gdzie panują trudne warunki, jest dość zrozumiała. Jaka miałaby być alternatywa? Te pisma dlatego są tanie i w dużym nakładzie, żeby człowiek bardzo zmęczony po całym dniu, usiadł wieczorem z podwiniętymi nogami i mógł nad nimi odetchnąć.

W gazetkach typu „Przyślij Przepis” rodzina otrzymuje 1000 zł za zdjęcie na okładce wraz z ugotowaną przez siebie potrawą. Nie chodzi tylko o te pieniądze, ale też o sam fakt, że przepis się ukazał.

Tak, to taka prosta forma partycypacji. Jest przyjazna zbiorowość ludzi, którzy kupują tę gazetkę i wymieniają się przepisami. Oczywiście te przepisy nie odzwierciedlają stylu kulinarnego zamożnych miejskich hipsterów, którzy cenią na przykład weganizm i miewają różne wyrafinowane pomysły kulinarne i dekoracyjne. Ale dlatego właśnie w takiej gazetce jesteśmy wśród swoich.

Przepisy bezmięsne się tam pojawiły, ale nie wegańskie, tylko wegetariańskie, i są na nie takie specjalne zielone wkładki, ostrzegają nas „uwaga, teraz będzie zdrowo”. Natomiast oczywiście dostępność tych produktów w sklepach i ich ceny to jest zupełnie co innego niż w pismach typu „Kukbuk”.

Cała stylizacja też jest bardziej normalna i bliska. Jeśli przepisom towarzyszą zdjęcia i opisy rodzin, które zaproponowały daną potrawę, to daje nam to wgląd w życie normalnego, niezamożnego Polaka – jak się ubiera, z czego gotuje, co je. Nie ma tam wysilonej minimalistycznej estetyzacji, jak w „Kukbuku”, gdzie mamy kwadratowy talerz i na nim dwie poziomki.

Użyła Pani kiedyś sformułowania „media, w których bieda nie istnieje”. Chodzi o czasopisma z gadżetami dla mężczyzn czy te wypasione, grube, jak „Twój Styl” itp.?

To cała sfera mediów lifestylowych dla klasy średniej i jakoby, rzekomo, dla klasy wyższej. To nie tylko czasopisma ilustrowane i pewne całe stacje telewizyjne, ale w dzisiejszym świecie także np. Instagram, gdzie bieda nie istnieje – gdzie udział w ogólnym, konsumpcyjnym festiwalu jest całkowicie znormalizowany i nie podlega dyskusji. Jeżeli tam się pojawia bieda, np. w TVN-ie, to jest sytuowana w kategoriach wstydliwego problemu albo stanowi przedmiot pogardliwego podglądania. Natomiast znormalizowany jest w tych mediach taki stan, że wszyscy jesteśmy względnie zamożni. „Normalny” człowiek ma samochód, „normalny” człowiek ma nowoczesny komputer, „normalny” człowiek ma niezłe mieszkanie. Jeśli nie mieszka jako tako, to jest pijany albo ciężko chory – coś z nim jest nie tak. Dziesięć czy piętnaście lat temu istniał już u nas ten telewizyjny świat glamour, ale niepokojące jest to, co się potem stało z platformami społecznościowymi. Zbudowany został bardzo silny nacisk konsumpcyjny, znormalizowany został pewien zasób konsumpcyjnych wzorców cywilizacyjnych, lifestylowych – widać to na przykład na Instagramie. Według badań Instagram służy części użytkowników do zamieszczania materiałów, ale dla bardzo wielu innych jest źródłem voyerystycznej przyjemności. Mają konto, prawie nic tam nie wrzucają, ale patrzą na to, co mają inni ludzie. Tam jest absolutnie świat bez biedy, za to pełen wysilonej stylizacji i wysilonego dorównywania. Jest taka książka Alaina de Bottona „Lęk o status”, gdzie autor analizuje różnego rodzaju sytuacje społeczne, związane także z mediami i komunikowaniem, które są nakierowane na wzbudzenie w nas lęku, czy my na pewno mamy to, co powinniśmy mieć albo czy korzystamy z dobrodziejstw konsumpcji w takim stopniu, w jakim powinniśmy korzystać. Czy inni przypadkiem nie mają więcej, czy nie obniżamy się na drabinie społecznej? To jest okropne – może faktycznie budzić lęk i prowadzić ludzi do nierozsądnych decyzji ekonomicznych, np. zadłużania się po uszy. Media społecznościowe wygenerowały własny świat bez biedy. W mediach broadcastingowych dziennikarz może przyjąć postawę reprezentanta wykluczonych. Natomiast w internecie, gdzie ludzie reprezentują sami siebie, nie pokazuje się własnych problemów finansowych i bytowych, może z wyjątkiem krótkotrwałych zrzutek na palące potrzeby. To może normalne – kto chciałby się chwalić własnym niedostatkiem? W tej przestrzeni bez biedy, w której sam za siebie odpowiadasz i sam siebie prezentujesz, nawet jeżeli jest ci trudno, to nie stajesz się reprezentantem wykluczonych, bo jesteś głównie reprezentantem samego siebie.

Tomasz Grzegorz Grosse: W Unii Europejskiej i wśród państw członkowskich mamy do czynienia z trzema poziomami, które mają kluczowe znaczenie, jeśli chodzi o politykę zagraniczną, gospodarkę i strategię przemysłową. Te trzy poziomy to geopolityka, czyli poziom władzy w stosunkach międzynarodowych, interesy ekonomiczne oraz wartości. Podstawowy problem polega na tym, że nie zawsze te poziomy tworzą jednolitą lub przynajmniej spójną strategię, która prowadziłaby w jednym kierunku i tworzyła efekt synergii pomiędzy nimi. Czasami są one sobie wręcz przeciwstawne. Nie tworzą tym samym czegoś, co możemy nazwać strategią geoekonomiczną, która polega na podporządkowaniu interesów ekonomicznych szerszej strategii geopolitycznej, a którą możemy obserwować np. w przypadku Chin czy Stanów Zjednoczonych. Innym problemem jest sprzeczność między doraźnymi a długofalowymi celami ekonomicznymi. Czyli nie tylko trzy wspomniane poziomy ze sobą nie współgrają, ale dodatkowo sfera ekonomiczna sama w sobie nie jest wewnętrznie spójna.

Na czym polega ta niespójność?

Jest ona widoczna zwłaszcza w sferze, którą Francuzi nazywają suwerennością europejską, mając najczęściej na myśli suwerenność technologiczną. Chodzi o to, aby Unia (czy też kraje unijne) generowała najnowocześniejsze i najbardziej przełomowe technologie, a nie tylko była ich odbiorcami – czy to ze Stanów Zjednoczonych, czy z Chin. Świadomość tego typu przejawiają stratedzy polityczni czy sami politycy, ale zazwyczaj spotykają się z przeszkodami chociażby na poziomie urzędników, konsumentów czy korporacji. To właśnie korporacje, czy to francuskie, czy niemieckie lub inne, są tak bardzo uzależnione od kapitału i technologii amerykańskich czy chińskich, że nie potrafią myśleć w kategoriach autonomii strategicznej. Robią to niejako wbrew interesom wspólnot politycznych, w których działają, ale też wbrew długofalowym interesom własnym. Brakuje im do tego funduszy, wyobraźni, ale i mają świadomość, że klienci nie chcą nieco gorszego czy też droższego produktu, nawet jeśli miałby on być europejski. A tego w średnim horyzoncie czasowym wymagałoby postawienie na suwerenność technologiczną w poszczególnych dziedzinach. Wreszcie pozostaje kwestia funduszy, tj. tego, kto ma to wszystko sfinansować. W związku z powyższym, możemy w kwestii przemysłu mówić w Unii o pewnym zwrocie na poziomie dyskursywnym, ale na poziomie efektów materialnych taki zwrot się nie dokonuje.

Komisja Europejska opublikowała Nową Strategię Przemysłową dla Europy, wskazując m.in. na problemy uzależnienia od komponentów wrażliwych dla produkcji przemysłowej i nakreślając osiągnięcie celu strategicznej autonomii. Niemcy jakiś czas temu opublikowały strategię przemysłową na rok 2030, w której podkreślają m.in. cel wzmocnienia potencjału technologicznego oraz autonomii technologicznej. Z kolei niedawno prezydent Francji, Emmanuel Macron, ogłosił plan inwestycyjny, w którym kilkanaście miliardów euro zostanie do 2030 r. zainwestowanych m.in. w półprzewodniki, robotykę, sztuczną inteligencję czy technologie wodorowe. Mamy wreszcie przykład Polskiej Polityki Przemysłowej, dokumentu opublikowanego przez Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii w czerwcu 2021. Jak w takim razie należy traktować te strategiczne dokumenty dotyczące polityki przemysłowej czy też innowacyjnej, które zostały w ostatnim czasie opublikowane przez konkretne rządy i instytucje?

Dobrym przykładem realizacji strategicznych przedsięwzięć w dziedzinie przemysłu czy raczej technologii jest projekt GAIA-X. Zrzesza on najważniejsze europejskie korporacje informatyczne pod egidą UE. To inicjatywa, która miała wytworzyć europejską alternatywę w zakresie gromadzenia i przetwarzania danych wobec już ugruntowanej pozycji firm amerykańskich, ale też wobec potencjału chińskiego. Dodatkowo to przedsięwzięcie było wzmocnione działaniem TSUE, który w pewnym momencie w praktyce uniemożliwił przekazywanie danych osobowych do Stanów Zjednoczonych. Co się jednak z tym projektem stało? Okazało się, że firmy europejskie nie są zainteresowane robieniem czegoś przeciwko Amerykanom, a tym właśnie byłoby budowanie technologicznej alternatywy w zakresie chmury obliczeniowej. Później do projektu dołączyły firmy amerykańskie i okazało się, że na poziomie grup roboczych to właśnie Amerykanie mają najwięcej do powiedzenia, jeśli chodzi o szczegóły technologiczne. Cała ta inicjatywa na samym końcu nie prowadzi zatem do europejskiej autonomii technologicznej, lecz w miękki sposób utrwala zależność europejską od technologii amerykańskiej. To pokazuje pewną niemożność, jeśli chodzi o prowadzenie tego typu działań innowacyjnych. Pokazuje również, że, choć Europa mówi o strategicznych wyzwaniach i potrzebnych do tego działaniach, nie jest w stanie skrócić czy odrobić dystansu do konkurentów pozaeuropejskich – ze względu albo na niewystarczające środki, albo na dotychczasowe tendencje i przyzwyczajenia, które tę zależność w gruncie rzeczy utwierdzają.

GAIA-X to jednak projekt europejski. Jak to się ma do wspomnianych wyżej strategii i inicjatyw na poziomie państw członkowskich?

W tym kontekście ciekawym przypadkiem jest Francja. Jeżeli spojrzymy na to, jak Francja prowadzi politykę europejską, to zobaczymy, że państwo to stara się wykorzystać każdą nadarzającą się okazję, żeby korporacje francuskie otrzymały coś z budżetu europejskiego – czy to na działania innowacyjne, technologiczne, czy różne inne. Po tym, jak powstał budżet unijny przeznaczony na politykę obronną, okazało się, że lwia część tych wydatków ma iść na technologie wojskowe i duża część z nich została wywalczona przez polityków francuskich dla korporacji francuskich. Ten sam proces możemy prześledzić w polityce spójności, polityce innowacyjnej czy jeśli chodzi o środki finansowe przeznaczane np. w ramach programów ramowych Horyzont (dotyczących rozwoju badań i innowacji w UE). Rząd francuski stara się zrobić wszystko, żeby przekierować politykę UE na rzecz technologicznej suwerenności, a jednocześnie wyrwać dla własnego przemysłu jak najwięcej funduszy na cele innowacyjnej gospodarki. Jednocześnie dostrzega ograniczone pole realizacji tych celów na poziomie europejskim. W związku z tym, niezależnie od polityki europejskiej, rząd francuski odrabia lekcje we własnym zakresie. Prezydent Macron powołał narodowy fundusz pandemiczny, w ramach którego kilkadziesiąt miliardów euro ma zostać zmobilizowanych na zmianę jakościową, jeśli chodzi o rozwój technologiczny w najbardziej kluczowych obszarach. To jest lekcja, którą powinniśmy odrobić także w Polsce. Niezależnie od funduszy europejskich powinniśmy mobilizować własne środki, które będą prowadziły do wzrostu inwestycji przez polskie przedsiębiorstwa, instytuty badawcze czy uczelnie wyższe. To powinny być polskie konsorcja, ewentualnie robione we współpracy z partnerami z Europy Środkowo-Wschodniej, bo celem strategicznym powinno być budowanie potencjału rozwoju endogenicznego, opartego na własnych zasobach w naszym regionie. Niestety wciąż nie widzę u nas takich działań na poważną skalę.

Chciałbym wrócić jeszcze do wspominanej już autonomii strategicznej. Czy jest to docelowy kierunek, w którym będzie szła UE? Jak w tym projekcie odnajdują się z jednej strony kraje centrum, takie jak Francja i Niemcy, a z drugiej strony te półperyferyjne, takie jak Polska?

Rzecznikiem autonomii strategicznej Europy jest przede wszystkim Francja. Do pewnego stopnia, ale tylko w niektórych jej przejawach, koncepcję tę wspierają Niemcy, oczekując oczywiście przede wszystkim korzyści dla własnych korporacji. My raczej słabo włączamy się w ten projekt. Po pierwsze dlatego, że jesteśmy w konflikcie z instytucjami unijnymi i mamy głębokie poczucie braku zaufania związane z tym, że działania polityk unijnych niekoniecznie mogą przynieść korzyści nam, za to wzmocnić korporacje francuskie czy niemieckie. Polska w niewielkim stopniu jest w stanie zabezpieczyć swoje interesy i to zależy od wielu czynników. Po drugie, obawiamy się, że projekt autonomii strategicznej tak naprawdę odbije się na relacjach Unii czy samej Polski ze Stanami Zjednoczonymi. Mówiąc krótko: że jako Polska będziemy wspierać rozwój korporacji francuskich czy niemieckich, w zamian obniżając polskie bezpieczeństwo. Z naszej perspektywy taki deal wydaje się bezsensowny.

Na czym dokładnie polegały te złe doświadczenia, jeśli chodzi o Polskę i UE? Wspomniał Pan, że istnieją duże różnice w korzystaniu z funduszy europejskich.

W tej chwili jesteśmy właściwie w takiej sytuacji, że pojawiają się głosy mówiące o zawieszeniu wszystkich środków dla Polski, łącznie z funduszami spójności. Z punktu widzenia interesów kraju jako takiego, odcięcie nas w ogóle od funduszy jest rzeczą, która poważnie obciąża relacje Polski z UE. Bo to de facto oznacza, że nie byłoby najmniejszej próby zbilansowania korzyści, jakie odnoszą zachodnioeuropejskie korporacje mogące funkcjonować na polskim rynku. W związku z tym trudno mówić tu o zaufaniu czy partnerstwie. Inną kwestią jest to, na co powinny być przeznaczane środki, które płyną do nas np. w ramach polityki spójności i odpowiedź na pytanie, dlaczego w znacznie większym stopniu fundusze europejskie na Zachodzie idą na działania innowacyjne, prace badawcze, a w Polsce w dalszym ciągu lwia część tych środków jest przeznaczana na rozwój podstawowej infrastruktury, dróg, chodników, kolei. Innym problemem jest podział środków w ramach samej polityki innowacyjnej – jest on bardzo asymetryczny. Korzyści, jakie odnoszą podmioty z krajów Europy Zachodniej, są nieporównywalnie większe do tych, jakie mają podmioty polskie. Podobna historia dotyczy funduszy w zakresie polityki obronnej, przeznaczonych na rozwój technologii militarnych dla korporacji wojskowych. Należałoby to zmienić. Powinien to być bardzo ważny cel polityczny, żebyśmy z funduszy europejskich mogli kreować krajową technologię.

W swoich publikacjach często pisze Pan o modelu egzogenicznym kapitalizmu jako modelu polskim. Czym ten model się charakteryzuje i jak wytworzył się on w Polsce?

Kapitalizm egzogeniczny to taki model rozwoju, który jest silnie warunkowany czynnikami zewnętrznymi, np. decyzjami o inwestycjach zagranicznych korporacji, decyzjami politycznymi europejskich państw centralnych czy decyzjami dotyczącymi udostępniania jakiejś technologii, którą posiadają korporacje bardziej zaawansowane gospodarczo. Pojęcie kapitalizmu egzogenicznego funkcjonuje w literaturze co najmniej od lat 70. ubiegłego wieku, czyli od 50 lat. Wtedy to model rozwoju zależnego był opisywany na przykładzie krajów Ameryki Łacińskiej. Natomiast w przypadku Europy Środkowo-Wschodniej ten sposób opisu rozwoju gospodarczego praktykowali przede wszystkim naukowcy z zachodnich uczelni, analizując m.in. transformację gospodarczą po 1989 roku. Jeżeli więc mówimy o modelu egzogenicznym, to on w literaturze był najczęściej opisywany jako pochodna procesów transformacji gospodarczej, czyli przejścia od modelu realnego socjalizmu do gospodarki kapitalistycznej. Najciekawsze w takim ujęciu jest to, że ten model rozwoju gospodarczego, opartego o zewnętrzny kapitał i silne gospodarcze zależności, w ramach których pełnimy rolę gospodarki peryferyjnej, nie jest niczym nowym. Podobnego typu relacje występują w tej części Europy co najmniej od XV wieku. Zmieniały się w tym czasie konfiguracje geopolityczne i szczegółowe cechy zależności, ale na bazowym poziomie był to rozwój zależny charakterystyczny dla modelu egzogenicznego. Inną interesującą rzeczą jest, na co wskazują rozliczne badania, że po naszym wejściu do UE ta zależność się wzmocniła. Paradoksalnie, fundusze europejskie, członkostwo w rynku wewnętrznym, pewnego rodzaju modernizacja dokonywana przez kapitał i korporacje zachodnioeuropejskie, wszystkie te procesy jeszcze bardziej wzmocniły trajektorię rozwoju egzogenicznego. Ten model rozwoju jest związany m.in. z konkurencyjnością gospodarki opierającej się na niskich kosztach produkcji. Jednak rosnące płace i koszty energii ograniczają możliwości wzrostu w ramach tego modelu. Dlatego też ważne jest stopniowe przejście do innego typu rozwoju, który będzie oparty o kapitały lokalne (przede wszystkim finansowe i technologiczne), a więc o endogeniczne czynniki wzrostu. Oczywiście nie jest to droga prosta i łatwa, ale nie jest też niemożliwa do zrealizowania.

Co w takim razie robić?

Póki co jesteśmy w pewnym konflikcie, do którego moim zdaniem musiało dojść, szczególnie jeśli chodzi o Europę Zachodnią. My zawsze prędzej czy później, mówię tu o polskiej kulturze politycznej, reagujemy w ten sposób na zbyt silną zależność. Ale równie charakterystyczne dla naszej kultury politycznej jest klasyfikowanie zależności głównie na płaszczyźnie politycznej, a zarazem niedostrzeganie zależności ekonomicznej, niezmiernie istotnej z punktu widzenia strukturalnego. W związku z tym buntujemy się, jak przez wieki, przeciwko zależności politycznej, a nie próbujemy przepracować w żaden sposób modelu rozwoju gospodarczego. Bunt polityczny może być pewnym środkiem dojścia do celu, ale nie może być celem samym w sobie. W związku z tym pojawia się pytanie, czemu ma służyć ten bunt i co ma być później. I ja tego właśnie nie wiem, bo nie dostrzegam odpowiedzi u elit politycznych, nawet tych, które przyjmują konflikt jako mechanizm wybicia się na autonomię pod względem politycznym. Słyszymy często od polityków o potrzebie suwerenności. Ale ona jest rozumiana przede wszystkim w kategoriach geopolitycznych, a brakuje właśnie perspektywy ekonomicznej – takiej, która jest zawarta w myśleniu elit francuskich, gdy mówią one o suwerenności. Mówiąc o suwerenności, Francuzi mają na myśli przede wszystkim autonomię technologiczną. My natomiast nie doceniamy perspektywy ekonomicznej poza tym, że boli nas, gdy ktoś chce nam zabrać fundusze unijne.

Powiedział Pan, że po wejściu do UE zależność gospodarcza Polski czy Europy Środkowo-Wschodniej jeszcze się powiększyła. Jak to się ma do rosnącego PKB i rosnącego standardu życia mieszkańców Polski?

To jest skutkiem procesu konwergencji, który zachodzi między nami a Europą Zachodnią. Rzeczywiście zbliżamy się do średniej UE, jeśli chodzi o PKB na mieszkańca kraju. Ale wynika to także z ogromnych nakładów pracy, które Polacy wkładają w ten sukces ekonomiczny. Efekt konwergencji jest też budowany w dużym stopniu poprzez korzystanie z zachodnich technologii. W związku z tym pracujemy nie tylko na bogactwo naszego społeczeństwa, ale również właścicieli kapitału i technologii z Europy Zachodniej. Tym samym w jakimś stopniu budujemy bogactwo tamtych społeczeństw. Chodzi o to, żeby to zmienić, żeby zmienić te proporcje, żebyśmy tworzyli własne technologie i je wykorzystywali.

Ale dlaczego mamy to zmieniać, skoro, jak Pan wspomniał, zachodzi proces konwergencji, a wskaźniki takie, jak poziom PKB czy poziom bezrobocia idą w dobrym kierunku?

Przyczyn jest bardzo wiele. Po pierwsze, model, dzięki któremu proces konwergencji zachodził, wyczerpuje się. Skoro wzrastają u nas koszty produkcji i koszty płac, to stajemy się mniej atrakcyjnym wykonawcą różnego rodzaju dóbr dla inwestorów zewnętrznych, bo naszą przewagą konkurencyjną były i są właśnie niskie koszty pracy. Musimy zmienić swój model konkurencyjności gospodarczej, czyli przejść na wyższy wkład własny, wynikający z innowacji technologicznych i z własności tej technologii. Kolejna rzecz – nie możemy rozwijać się wyłącznie według wskazówek zewnętrznych, według decyzji kapitału zagranicznego, ponieważ w sytuacji rosnącej niepewności politycznej w Europie musimy mieć własne zasoby, na których możemy się opierać. Nie możemy sobie pozwolić, że ktoś nam po prostu powie z dnia na dzień, że odbiera nam pieniądze europejskie, bo jesteśmy niepraworządni. My nie jesteśmy krajem wielkości San Marino, abyśmy mogli stanąć wobec takiej sytuacji, że ktoś nam odbierze możliwości rozwoju. Musimy traktować siebie w sposób bardziej poważny i docenić skalę naszej obecności w Europie. Musimy sami zadbać o swój rozwój, tak samo jak powinniśmy sami zadbać o swoje bezpieczeństwo. Nie możemy opierać bezpieczeństwa tylko lub w dużej mierze na zakupie uzbrojenia zewnętrznego. Musimy budować pewną bazę własnych zdolności obronnych. I na tej samej zasadzie powinniśmy tworzyć bazę przemysłową i technologiczną, potencjał naukowy, który będzie w stanie, na przynajmniej podstawowym poziomie, w sytuacji jakiegoś załamania lub kryzysu odpowiedzieć na potrzeby państwa. Jeżeli np. wybucha pandemia, to nie możemy być zaskoczeni, że w Polsce nie wytwarza się maseczek albo innych produktów, które nie wymagają przecież wielkiej technologii i mogą powstawać u nas. W związku z tym chodzi o wytworzenie endogenicznej infrastruktury gwarantującej nam minimum zabezpieczenia ekonomicznego, a także w innych sferach: zdrowotnej, wojskowej, społecznej, zagrożenia klimatycznego, powodziowego itd. Nie odrabiamy pewnych lekcji, które już dawno powinniśmy mieć przerobione. W zasadzie w każdej dziedzinie rozwoju naszego kraju możemy się oprzeć na przynajmniej niektórych krajowych technologiach i krajowych firmach, żeby w krótkim wymiarze, kilku, kilkunastu lat zrobić bardzo poważny krok do przodu. A my tego nie robimy. Uważam, iż nie robimy tego m.in. dlatego, że jesteśmy przyzwyczajeni do rozwoju zależnego i że ten rozwój przynosi nam korzyści. A gdy nagle przestanie nam przynosić korzyści, to będziemy się drapać po głowie i zastanawiać, co w takim razie zrobić. Nie powinniśmy być postawieni w takiej sytuacji. Należy zawczasu budować alternatywny model gospodarczy, który wykluczy przynajmniej niektóre ryzyka, również polityczne, mogące nas dotknąć.

W książce „Cztery wymiary integracji” wskazuje Pan, że historycznie uzależnienie od zachodniego centrum od pięciuset lat wiązało się z pewną formą niedorozwoju czy też niemożnością gospodarczego rozwoju, i że na tej relacji korzystał przede wszystkim Zachód, a niekoniecznie korzystał na tym autonomiczny rozwój Polski. Dlaczego nie udawało się wybicie na większą niezależność?

To wynika z kilku czynników. Po pierwsze, przyzwyczailiśmy się do tego, że sfera gospodarcza jest pozostawiona obcokrajowcom. Jeszcze w ramach I Rzeczypospolitej szlachta w zasadzie nie zajmowała się działalnością ekonomiczną, bo uważała, że jest to poniżej godności szlacheckiej. W związku z tym delegowano tego typu działania na obcokrajowców, którzy wykorzystywali ten fakt i się na tym bogacili. Niedocenianie sfery gospodarczej przez elity polityczne odpowiedzialne za kraj oraz brak tendencji do myślenia geoekonomicznego, które zasoby ekonomiczne traktowałaby jako istotne z punktu widzenia geopolitycznego, były historycznymi błędami, jak się wydaje, popełnianymi przez kolejne pokolenia elit.

Skoro jest tak dobrze, skoro się bogacimy, skoro dzięki integracji europejskiej doganiamy Europę Zachodnią, to po co to zmieniać, po co w ogóle się nad tym zastanawiać? Przyrównałem kiedyś członkostwo w UE do złotego kaftana bezpieczeństwa, w którym czujemy się komfortowo i bezpiecznie, ale on usypia naszą czujność i zniechęca do myślenia alternatywnego, do myślenia o bardziej ambitnych celach, bez których nie mamy szans na dogonienie państw Europy Zachodniej, nie wspominając o ich przeganianiu. Możemy osiągnąć pewien stopień poziomu bogactwa, ale ten, kto nie dysponuje własnością w zakresie kluczowych technologii, będzie zawsze skazany wyłącznie na to, żeby współpracować jako podwykonawca z zewnętrzną korporacją, która w gruncie rzeczy decyduje o wszystkim.

Dziwi mnie, że postawienie do dyskusji publicznej kwestii zależności ekonomicznej wobec Europy Zachodniej jest przedstawiane niemalże jako zamach stanu. Wedle krytyków takiej debaty sam problem nie powinien być poruszany w debacie publicznej, bo to ponoć oznacza, że chcemy już wyjść z UE, że chcemy przewrócić świat do góry nogami, a przecież jesteśmy w najwspanialszym momencie historii od kilkuset lat. Jeżeli nie jesteśmy w stanie nawet podjąć tej dyskusji, to co dopiero zastanawiać się, jakiego rodzaju transformację przeprowadzić. Jak poprawić nasze konkurencyjne miejsce na mapie Europy? Boimy się nawet zacząć dyskusję na ten temat, a co dopiero przeprowadzić taki plan – chociaż inne narody europejskie, nie mówiąc już o narodach pozaeuropejskich, bardzo często widzą swoją szansę właśnie w budowaniu potencjału technologicznego i naukowego. Wystarczy spojrzeć, jaki skok rozwojowy zrobiła najpierw Japonia, niewiele później Korea Południowa czy Tajwan, i wreszcie: co zrobili Chińczycy. To prostu nieprawdopodobne. Sądzę, że oni myśleli nie tylko o tym, jak dogonić Zachód, ale jak go przegonić, jak mieć najbardziej konkurencyjne przemysły w skali globalnej. My nie jesteśmy w stanie o tym myśleć, bo uznajemy, że bycie podwykonawcą korporacji niemieckiej to jest absolutnie najlepsza rzecz, jaka w naszych tysiącletnich dziejach się przydarzyła. Jeżeli nie zmienimy tego sposobu myślenia, to ten cud gospodarczy, z którego się cieszymy, może bardzo łatwo wyparować. Świat jest dynamiczny.

Dziękuję za rozmowę.

Marzec 2022 r.

Magdalena Okraska (ur. 1981) – etnografka, publicystka. Obecnie kształci się w zawodzie pracownika socjalnego. Autorka książek „Ziemia jałowa. Opowieść o Zagłębiu” (2018) oraz „Nie ma i nie będzie” (2022) poświęconych społecznym skutkom neoliberalnej „transformacji” i zniszczeniu przemysłu w Polsce. Stała współpracownica „Nowego Obywatela” i osoba odpowiedzialna za funkcjonowanie techniczno-organizacyjnego aspektu wydawania pisma.

W sieci Żabki – rozmowa z Agnieszką Nowak i Anną Mendrok ze Stowarzyszenia Ajentów i Franczyzobiorców

 

Co was zmotywowało do przystąpienia do franczyzy w sieci Żabka?

Agnieszka Nowak: Bycie u siebie – myślę, że to kusi. Jako kobieta często czułam się niedoceniana w swojej pracy. Mężczyźni byli faworyzowani. Kiedy okazało się, że mogę być na swoim, nie chodziło mi o to, że będę wielką panią kierowniczką. Raczej o to, że w końcu nie doświadczę tych nieprzyjemnych historii, które miałam już za sobą.

Anna Mendrok: Odkąd ukończyłam osiemnasty rok życia, w zasadzie cały czas pracowałam na półtora etatu. Stwierdziłam, że muszę wykorzystać to, że nie mam jeszcze rodziny i dzieci, i czegoś się dorobić.

Agnieszka: Sieć mocno podkreślała, że możemy na tym zarobić. Oczywiście nikt nie mówił, że to będą miliony, ale że będziemy w stanie normalnie żyć i funkcjonować – jeśli się przyłożymy i będziemy chętne do pracy. Jestem osobą bardzo pracowitą, więc dla mnie nie było to żadnym wyzwaniem. Cieszyłam, się że będę mogła też w jakiś sposób sprawdzić siebie. Kierownictwo to było coś nowego, a w handlu pracowałam już dziesięć lat.

Anna: Mocno wierzyłam, że będzie mnie stać na to, aby opłacić podstawowe rachunki, jechać na wakacje choć raz w roku, i żeby jeszcze zaocznie studiować.

Agnieszka: Wejście we franczyzę to był niewielki wkład finansowy. W moim przypadku to było ok. 3–4 tysięcy.

Jak wygląda akcja informacyjna i szkoleniowa do momentu, w którym podpisujecie umowę?

Anna: Najpierw szukałam informacji na forach internetowych. Były komentarze negatywne i pozytywne. Na spotkaniu z menedżerem zapytałam, skąd się biorą opinie negatywne. Powiedział, że ci, którzy je piszą, to banda nieudaczników. Potem było dwutygodniowe szkolenie. Przeszkolono nas z programów informatycznych. Kurs kończył się egzaminem.

Agnieszka: Ja natomiast pracowałam jako sprzedawczyni w moim późniejszym sklepie. Miałam więc przygotowanie. Moje szkolenie również trwało dwa tygodnie. Informacje dotyczące funkcjonowania sieci były znikome i bardzo ogólnikowe. Na zasadzie: dostaniesz sklep, niski wkład własny, będziesz pracować, a reszty dowiesz się później. Szkolenie dotyczyło spraw technicznych – uczyliśmy się systemów informatycznych i tego, jak ma wyglądać system zamówień. Przede wszystkim nie było możliwości zapoznania się z umową. Chciałam ją wcześniej skonsultować z prawnikiem i księgową, ale nie było takiej możliwości. Po trzecim pytaniu o umowę pani szkoleniowiec zdenerwowała się i powiedziała, że jeśli jeszcze raz zapytam, to mnie wyrzucą.

Jak wyglądał moment podpisania umowy?

Agnieszka: Podpisywałam ją w jednym z oddziałów firmy, w Tychach. Tam dopiero zobaczyłam dokument, który miał ponad trzydzieści stron. Chciałam ją przeczytać. Pani powiedziała, że chyba jestem niepoważna i że ona nie będzie siedzieć i czekać, bo za mną jest już pięciu kolejnych. Zignorowałam to i po prostu czytałam. Po pięciu minutach powiedziała donośnym głosem: „Ma pani jeszcze cztery minuty. Naprawdę pani nam nie robi łaski, że tu jest”. Obok stał partner ds. sprzedaży, czyli osoba, która łączy franczyzodawcę z franczyzobiorcą. On próbował załagodzić sytuację, mówiąc: „Proszę cię, podpisz. Później wszystko wytłumaczę”. Zwróciłam uwagę tylko na okres wypowiedzenia, bo to mnie wtedy najbardziej interesowało.

Anna: U mnie było podobnie. „Za pięć minut przychodzę. Fajnie, jakbyś to zdążyła podpisać, a poza tym musisz już jechać na sklep”. Stwierdziłam, że OK i podpisałam. Chciałam kopię do wglądu, żeby w aucie poczytać. Ale dowiedziałam się, że musi to jeszcze podpisać dyrektor z centrali i ostatecznie swój egzemplarz otrzymałam dużo później.

Przed podpisaniem umowy trzeba założyć działalność?

Agnieszka: To jest warunek konieczny – musi być założona jednoosobowa działalność gospodarcza zarejestrowana w Polsce. Musi być jeszcze poręczyciel weksla, ponieważ zabezpieczeniem Żabki jest weksel in blanco na poczet ewentualnych długów wobec sieci.

Jak wygląda sam początek działalności?

Anna: Klucze odebrałam 20 grudnia, kiedy w sklepie byli jeszcze budowlańcy. Na drugi dzień przyjechał towar. Kolejne dni spędziłam w sklepie. W wigilię wyszłam o osiemnastej, zdążyłam się szybko wykąpać i na wieczerzę przyjęła mnie babcia. W pierwszy dzień świąt zebrałam całą rodzinę i pojechaliśmy układać towar. Drugi dzień świąt był taki sam. Dzień po świętach miałam otwarcie sklepu.

Agnieszka: Otrzymujemy w pełni wyposażony i zatowarowany sklep. Żabka sama znajduje lokalizację, wynajmuje lokal od właściciela, a my jesteśmy podnajemcą. Pokrywamy koszty tego lokalu proporcjonalnie do obrotu. W moim przypadku było to dokładnie 2% od obrotu sklepu. Nie wiedziałam, ile rzeczywiście Żabka płaciła właścicielowi, ale mogło być tak, że gdy miałam większy obrót, to ta kwota, którą płaciłam Żabce, była wyższa od czynszu ustalonego przez właściciela. Oni to nazywali „partycypowaniem w kosztach wynajmu lokalu”, ale w praktyce często my płaciliśmy 100%, a oni na tym zarabiali. Oprócz tego sieć pokrywała prąd, koszty ochrony, koszty dowozu i transportu oraz wszystko, co związane z informatyką. My płaciliśmy za obsługę terminala, prowizje za płatności kartą, internet, telefon, wodę, śmieci, opłatę franczyzową, opłatę licencyjną i całość kosztów związanych z działalnością gospodarczą: wypłaty dla pracowników, składki, księgowość. Do tego zobowiązania podatkowe, bo – co najważniejsze – kasa fiskalna była zarejestrowana na nas.

Jak wyglądają zasady związane z opłatami licencyjnymi i franczyzowymi?

Agnieszka: Umowy zmieniają się średnio co 3–4 miesiące, więc powiemy, jak było u nas. Opłata licencyjna wynosiła 2% całych obrotów sklepu. Była też opłata za wyposażenie – 3% od obrotu. W jednym miesiącu eksploatacja półek kosztowała nas więcej, w innym mniej. To, że opłata licencyjna mogła być wyższa, jest zrozumiałe. Ale eksploatacja półek… Pokrywaliśmy opłaty za dzierżawę terminala i prowizję za płatność kartą, chociaż te transakcje w całości szły na konto Żabki.

A jaką swobodę daje ta umowa tobie jako przedsiębiorcy?

Agnieszka: Wpływ miałam wyłącznie na to, kogo i na jakich warunkach zatrudniałam. Jeżeli chodzi o samo funkcjonowanie sklepu – pole manewru jest żadne. Mieliśmy też wpływ na to, u kogo będziemy zamawiać warzywa, owoce i pieczywo. Poza tym dostawałyśmy odgórne instrukcje, jak ma wyglądać sklep w środku, jak ma być ułożony towar i w jakiej ilości. Jak ma wyglądać sklep z zewnątrz, jakie mają wisieć plakaty. Na przykład nie mogliśmy mieć żadnych ulotek nie związanych z funkcjonowaniem sklepu. Byliśmy sprawdzani na podstawie tzw. weryfikacji. Robił to przedstawiciel sieci, tzw. partner ds. audytu. Kontrole były niezapowiedziane i kończyły się karą albo nagrodą.

Jak wygląda sposób zamówienia towaru?

Agnieszka: System zamówień zależy od obrotów sklepu, które podzielone są na wysoko-, średnio- i niskoobrotowe. Od tego zależy ilość zamówień w tygodniu. Sklep wysokoobrotowy może mieć dostawy nawet sześć razy w tygodniu. Poza tym każdy sklep był traktowany tak samo. To jest dużym minusem, bo co innego sprzedaje się przy miejskim przystanku, a co innego na dużym osiedlu. Naszą swobodą była wyłącznie kwestia kwoty zamówienia. Minimum, które narzucano na jedno zamówienie, to było 5 tysięcy netto.

Czy jako franczyzobiorca masz wybór, jakie towary zamówisz?

Agnieszka: Funkcjonuje mylne wyobrażenie, że my jako franczyzobiorcy czy przedsiębiorcy możemy samodzielnie robić zamówienia do Żabki. Teoretycznie za te 5 tysięcy bylibyśmy w stanie kupić i zamówić to, co jest nam potrzebne. Ale w momencie wspomnianej weryfikacji były jasne zapisy, że musimy mieć tzw. asortyment podstawowy. Powiedzmy, że w sklepie mamy trzy tysiące produktów, z czego tysiąc to asortyment podstawowy. On musi być w ilości co najmniej trzy sztuki i nieważne, czy się sprzedaje. Gdy przychodziła weryfikacja, to sprawdzali te towary wyrywkowo. Bardzo lubię ryby, ale nigdy nie zapomnę łososia, który był sprawdzany podczas każdej weryfikacji. Gdy kończyła się data ważności – zabierałam je do domu i jadłam. Na półce – pusto. Następnego dnia przychodzi weryfikatorka – a nie jest to zapowiadane – i mówi: „Nie ma łososia. Punkty na minus”. Mówię: „Wczoraj były. Przeterminowały się”. Ona: „Źle zamówiłaś towar”. Następnym razem znowu zamawiam trzy łososie. Ale akurat w dniu weryfikacji ktoś kupił jednego. Weryfikatorka: „Znowu pani brakuje łososia, ma pani tylko dwa”.

Jakie są zasady tej weryfikacji?

Agnieszka: Weryfikacja jest punktowana. Maksymalna liczba punktów to 100. Za każdy błąd punkty są odbierane. Ta weryfikacja jest złożona z kilku części, najważniejszy jest asortyment. Ale my nie mamy możliwości, żeby mieć na sklepie te tysiąc produktów po trzy sztuki każdego…

Co się działo z przeterminowanym towarem?

Agnieszka: Ich nie interesowało, czy ja to sprzedam, czy wyrzucę, czy ktoś mi to ukradnie, czy zjem. To jest moja odpowiedzialność. Te zasady pokazują, że w Żabce zupełnie nie ma swobody działalności. Jeżeli miałabym swój sklep i jakieś produkty by się nie sprzedały, to drugi raz nie zamówiłabym ich przecież. Bo po co mam sobie generować stratę?

To nie koniec różnic między „zwykłym sklepem” a Żabką.

Agnieszka: Zasadnicza różnica to system rozliczeniowy względem skarbu państwa. Zwykły przedsiębiorca rozlicza się na podstawie książki przychodów i rozchodów. W zwykłym sklepie rozliczenie podatkowe jest proste. Zamawiamy towar i mamy koszty. Z drugiej strony jest przychód, czyli sprzedaż fiskalna. Po odliczeniu kosztów, z tego, co nam fizycznie zostało, płacimy podatek dochodowy. W przypadku Żabki wygląda to tak, że sklep teoretycznie jest nasz. Kasa fiskalna zarejestrowana jest na nas i urząd skarbowy widzi to, co jest na kasie fiskalnej i to, co jest w księgach. Powiedzmy, że po zapłaceniu wszystkich kosztów według fiskusa zostaje nam 10 tysięcy. Ale tylko w teorii. W praktyce 100% utargu brutto w gotówce i w kartach wpłacamy do Żabki. Z pierwszym dniem nowego miesiąca dostajemy rozliczenie i przelew, średnio 10–12 tysięcy złotych. I z tych pieniędzy opłacamy ZUS i pracowników, i fizycznie w kieszeni zostają nam ok. 3 tysiące złotych. Ale Urząd Skarbowy widzi w księgach, że zostało nam 10 tysięcy i chce od nas podatek od tej kwoty. I to jest przekręt podatkowy na ogromną skalę. Bo jesteśmy rozliczani z tego, co zarejestrowała kasa fiskalna i z tego, ile zamówiliśmy towaru. Nikt nie patrzy, ile tych pieniędzy naprawdę wpłynęło do nas.

Anna: Przychód w postaci przelewu, o którym mowa, to nie jest przychód skarbowy w rozumieniu pojęcia przychodu. To jest wynagrodzenie, które sieć przelewa do sklepu po rozliczeniu poprzedniego miesiąca.

Agnieszka: Na to nakłada się jeszcze jedna kwestia. Kierując się naszym przykładem – zostało nam 10 tysięcy według kasy fiskalnej i z tego urząd nas rozlicza. Ale w praktyce Żabka wystawia jeszcze korekty faktur na towar promocyjny. Sprzedajemy go poniżej ceny zakupu i żeby to teoretycznie wyrównać, wystawia się fakturę-korektę. Fiskus widzi 10 tysięcy zarobku na kasie. Ale gdy przychodzi korekta na 5 tysięcy złotych, to ona obniża nasz zakup i podatek naliczony jest już od 15 tysięcy. Ta faktura to fikcyjny twór, który obniża nam koszt zakupów i generuje sztuczny przychód na kasie fiskalnej według zwykłego systemu podatkowego.

Jak to jest możliwe?

Anna: Są dwa systemy. Pierwszy to system wewnętrzny, który służy tylko do komunikacji między Żabką a sklepem. Jest połączony m.in. z kasą fiskalną. To cała platforma, która służy do wycen, nadzorów inwentaryzacyjnych, kontroli stanów magazynowych. Umożliwia rozliczanie wszystkich kosztów i przychodów. To system wewnętrznych rozliczeń i zobowiązań stron stosunku franczyzowego. Ale on nie ma nic wspólnego z podatkami i księgowaniem. Księgi i kasa fiskalna są natomiast zewnętrznym systemem rozliczeń – franczyzobiorca jest samodzielną jednostką gospodarczą i jako taka rozlicza się z urzędami skarbowymi. Natomiast o tym, ile sklep zarobił faktycznie, decyduje system wewnętrzny pomiędzy Żabką a sklepem.

Czy treść i kwoty tej faktury-korekty można jakoś zweryfikować?

Agnieszka: Nie można. Nie ma na niej wyszczególnionych pozycji, których dotyczy rabat, czyli ta korekta. Jest napisane tylko: „rabat zakupowy”. W skali miesiąca dostawaliśmy, powiedzmy, dwadzieścia faktur na różne produkty, w normalnej cenie i te promocyjne. Zawsze na jednym dokumencie. Faktura-korekta dotyczyła tylko produktów promocyjnych. Nie pamiętałyśmy, które to były, bo one nie były w żaden sposób zaznaczone.

Przepisy pozwalają na coś takiego?

Agnieszka: Nasze stowarzyszenie walczy właśnie o to, żeby ukazać i zlikwidować ten mechanizm. Gdy w rozmowie radiowej z dyrektorem Żabki zadałam takie pytanie, to odpowiedział mi, że do weryfikacji faktur służą aplikacje.

A są jakieś?

Anna: Jak można dokument księgowy sprawdzić w aplikacji? Przecież to niedorzeczne.

Agnieszka: Przecież zamykając działalność i idąc do urzędu skarbowego nie wyciągnę aplikacji i nie powiem: „Tu niech pan sobie policzy w aplikacji”. Prawo mówi jasno, jakie są zasady wystawiania faktur i korekt. I tak to powinno być wystawiane. Jeżeli idziemy do Lidla i jogurt jest przeceniony o połowę, to na paragonie mamy: jogurt 2 zł, rabat 50% – złotówka do zapłaty.

Anna: W ustawie o VAT jest zapisane, jak powinna wyglądać faktura korygująca. Ile było przed, ile po, co korygujemy – sztukę czy cenę, albo czy dajemy rabat. Natomiast faktura korygująca wystawiona przez firmę Żabka Polska nie stosuje się do ogólnych zasad zapisanych w ustawie, ponieważ brakuje: ilości korygowanych produktów, kwoty oraz wartości przed i po. Nie można w żaden sposób sprawdzić poprawności tej faktury, ponieważ pozycja na fakturze nazywa się „rabatem zakupowym” i brak dla niej jakichkolwiek szczegółów. Firma Żabka Polska powołuje się na artykuł w ustawie, który stanowi wyjątek, czyli tzw. fakturę korygującą. Faktura korygująca może być stosowana jedynie wtedy, gdy rabatujemy lub korygujemy wszystkie pozycje z faktury. W tym przypadku do faktury korygującej załączone było kilkanaście faktur, a rabaty dotyczyły tylko kilku wybranych pozycji. W naszej ocenie jest to jawne łamanie ustawy o VAT. Przedstawię to na przykładzie: kupujemy 10 kg bananów, 10 kg jabłek i 10 kg cytryn. Dostajemy rabat na wszystkie produkty 10%. W tym przypadku możemy zastosować fakturę korygującą, która będzie zawierała informację, że całość towaru z faktury jest objęta rabatem. Natomiast jeżeli rabat będzie dotyczył tylko bananów, to w tym przypadku musimy zastosować ogólne zasady dotyczące faktury korygującej, czyli wyszczególnić produkty objęte rabatem, ilości oraz kwoty przed i po rabacie.

Agnieszka: To nie jest wykorzystywanie przepisów. To jest jawne złamanie ustawy o podatku VAT. Jest to też jedna z tych kwestii, które, mam nadzieję, jako stowarzyszenie po prostu doprowadzimy do końca.

Anna: W tej sprawie były kontrole poselskie w dwóch urzędach skarbowych w Bielsku-Białej. Słano też pisma do Krajowej Informacji Skarbowej. Wszystkie te organy odpowiadają, że nie mogą udzielić odpowiedzi na pytanie, czy faktura-korekta jest zgodna z przepisami, bo nie jesteśmy stroną, która jest zainteresowana. Nie ma to wpływu na nasze bezpośrednie zobowiązania podatkowe. Czyli twierdzi się, że osoby prowadzące sklepy Żabka mają to księgować i nie są stroną uprawnioną do zadawania takiego pytania. To Żabka Polska powinna wystąpić z wnioskiem do odpowiednich organów z zapytaniem, czy tę fakturę wystawiają prawidłowo. Ale Żabka tego nie zrobi, bo nie ma w tym żadnego interesu.

Agnieszka: Żabka posiada wewnętrzny system, jak każdy większa firma. Zapanowanie nad ogromem wszystkich formalności jest bardzo trudne. Osoba, która wchodzi do sieci, potrzebuje kilku miesięcy, żeby wszystko ogarnąć technicznie. Ta nietransparentność prowadzi też do tego, że nie można sobie nawet mniej więcej wyliczyć przewidywanego wynagrodzenia. Druga sprawa: z racji tego, że dużo czasu spędzamy jako pracownicy – na kasie, przy towarze – są rzeczy, które leżą odłogiem, chociażby faktury. Po każdej dostawie Żabka wystawia faktury, które trzeba dokładnie sprawdzić, ale często brakuje czasu, żeby je zweryfikować.

Czy ten niejasny system sprawiał jeszcze jakieś problemy?

Agnieszka: Kolejną kwestią są rozliczenia i inwentaryzacje. W Żabce istnieje system comiesięcznego pobierania pieniędzy na tzw. wpłatę ubytków towarowych. Czyli zabezpieczenie na poczet inwentaryzacji. Jest to na początku 1% obrotów sklepu. Te pieniądze teoretycznie powinny być odkładane na jakimś subkoncie, tak, aby było sprawiedliwie. Przychodzi moment inwentaryzacji i możemy sprawdzić, że przez rok pobierano, powiedzmy, 1000 zł miesięcznie, czyli na koniec roku powinniśmy mieć 12 tysięcy nadpłaconych pieniędzy.

Wtedy sprawdzamy stan magazynowy i wobec ewentualnych ubytków rozliczamy tę kwotę.

Agnieszka: Bardzo często okazuje się, że podczas inwentaryzacji dzieją się rzeczy niezrozumiałe z perspektywy osoby, która długo prowadziła sklep. Jeżeli przez rok zostało pobrane np. 12 tysięcy złotych, a inwentaryzacja wychodzi na minus 30 tysięcy, to łącznie ubytek jest wart 42 tysiące. To jest pół sklepu – ktoś by to musiał wynieść, ukraść albo przeterminować. Nikt nigdy nie umiał powiedzieć, jak te inwentaryzacje są rozliczane. Wysyłany jest tylko link, w którym zapisane są pliki.

Czyli na podstawie czego jest robiona ta inwentaryzacja?

Agnieszka: Wysyłają nam druk z liczbą faktur. Twierdzą, że jest to zaległość, za którą nie zapłaciliśmy. Według nich ten towar został np. skradziony. My natomiast możemy tylko zweryfikować to, co mamy fizycznie na sklepie. Fizycznie nie ma możliwości, żeby te braki to były produkty przeterminowane, uszkodzone czy skradzione. Zauważyłybyśmy to w takiej skali.

Jak zatem wygląda rozliczenie pieniędzy pobranych na poczet inwentaryzacji?

Agnieszka: Pieniądze na poczet ubytków towarowych były pobierane z wynagrodzenia. Nie było żadnego subkonta, na które byśmy to wpłacały. Nie miałyśmy na to żadnego dokumentu. A to jest nasz koszt. Prowadzący sklep Żabka powinni to sobie wpisać w koszty i odliczyć od opodatkowania.

Anna: To są nasze pieniądze, które Żabka co miesiąc od nas brała. Nie ma na to żadnego dokumentu księgowego. W skali miesiąca przy 6000 sklepów to jest 12 milionów złotych…

Agnieszka: Nieopodatkowanych pieniędzy. Skoro oni od nas to pobierali, to powinni to opodatkować jako przychód. To jest miesięcznie 12 mln zł. W skali roku braknie zer… To nie jest jakaś mrzonka czy wymysł. Mamy dowody, że ta kwota została pobrana, ale na to nie ma żadnego oficjalnego dokumentu księgowego, żadnej faktury.

Anna: To jest możliwe tylko z jednego powodu. Sklepy wpłacają cały utarg do Żabki. I to centrala Żabki dysponuje pieniędzmi. Wszystkie rozliczenia za towar, rozliczenia wewnętrzne, muszą się odbywać z poziomu Żabki.

Wniosek nasuwa się taki, że wy pod względem decyzyjnym nie byłyście przedsiębiorczyniami, lecz raczej pracownicami.

Anna: Tak.

Agnieszka: Dokładnie.

Więc sąd powinien ustalić, że między Żabką a wami zachodził stosunek pracy. Tak się jednak nie dzieje.

Agnieszka: Są przesłanki, które mówią, że to nie jest prosty stosunek pracy.

Chociażby to, że z kolei my jako prowadzący sklep zatrudniamy pracowników. To jest wykorzystywanie sytuacji, bo nie ma przepisów, które by jasno ustalały zasady gry. Umowa franczyzowa to zwykła umowa nienazwana. Są sieci franczyzowe, które działają fair, ale są też tacy, którzy wykorzystują niedoskonałość obecnego prawa.

Co dla was oznaczał taki system rozliczeń?

Agnieszka: Nigdy nie wiedzieliśmy, jaki będzie nasz zarobek, bo nie dało się tego wyliczyć. Nawet oszacować, bo było tak dużo zmiennych. Przez to, że nie wiedzieliśmy, jak wysoka będzie wystawiona faktura-korekta, nie wiedzieliśmy też, jaki wyjdzie podatek. A podatki po prostu zaczęły nas zabijać. Jeżeli nie mamy fizycznie takich pieniędzy, to jak możemy je płacić? Ale okazało się, że możemy i musimy. Gdy tego nie robiliśmy, to urząd skarbowy wchodził na nasze konto. Gdy konta były pozajmowane, to zajmowali nasze wynagrodzenia przychodzące z Żabki.

Anna: W rezultacie często to, czy będziemy miały z czego żyć, zależało od wyniku weryfikacji.

Zasady weryfikacji są określone w umowie?

Agnieszka: W wielu punktach umowy jest tylko informacja, że „szczegółowe informacje reguluje osobna instrukcja”. Takich instrukcji, gdy odchodziłam z sieci, było około stu. Przy podpisaniu umowy żadna instrukcja nie była nam pokazywana. Nowe instrukcje pojawiały się na naszych pocztach z informacją, że wchodzą od jutra. Mogły się też zmieniać z dnia na dzień. Regulowały dosłownie wszystko. Od rzeczy błahych, że plakaty mają wisieć z lewej zamiast z prawej strony, po rzeczy ważne, a nawet takie, które w jakiś sposób zmieniały kształt umowy głównej.

I te zasady były jasne i dostępne?

Agnieszka: Co do weryfikacji, otrzymaliśmy bardzo szczegółową informację – czego dotyczy, w jaki sposób będzie realizowana, sprawdzana i punktowana. Ale tę weryfikację przeprowadzali ludzie. To też były osoby, które miały własną działalność gospodarczą i nie były zatrudnione w sieci. Szczerze powiedziawszy, te weryfikacje często były zupełnie nieobiektywne. Standardy były bardzo różnie interpretowane. Często końcowa ocena zależała od znajomości z osobą sprawdzającą lub od jej nastroju. Czasem od pogody, bo np. kwestia brudnej podłogi od tego zależy.

A jak wyglądały same warunki pracy?

Agnieszka: Sklepy często były otwierane w nieodpowiednich warunkach. Mam na myśli przepisy BHP i sanepidowskie. Miałam taką sytuację po remoncie sklepu, który robiła Żabka. Był tam piec do wypieku bułek, który nagrzewał się do temperatury ok. 300 stopni. Gdy się go otworzyło, to od gorącej klapy do lady było 30 centymetrów. Pracownik, który miał wyciągnąć gorące bułki w rękawicach, fizycznie nie był tego w stanie zrobić, bo albo oparzyłby się, albo musiałby tam stać bokiem. Zgłaszałam to, prosząc ich, żeby to poprawili, ale usłyszałam, że w planach wszystko się zgadza. Podczas odbioru sanepidu powiedziałam, że nie odpowiem za to, że ktoś poparzy sobie ręce. Powiedziano mi wprost: „Ale to jest Żabka”. Odpowiedziałam, że ja za to odpowiedzialności nie wezmę i jeżeli nic z tym teraz nie zrobią, to pójdę z tym dalej. Więc sanepid wystawił na mnie mandat. Bo to ja jestem właścicielką sklepu, prawda?

Poszłaś z tym mandatem do centrali?

Agnieszka: Przyjechali i dorobili 15 cm. Załatwili, że jednak mandatu nie było. Było mnóstwo takich sytuacji.

Jakie są obowiązkowe godziny otwarcia sklepu?

Anna: Sklep musi być otwarty od godziny 6 do 23. Nikogo nie interesuje, co się w międzyczasie dzieje. Sklep ma być po prostu otwarty. Jeżeli nie – kara: 1000 złotych za dzień.

Nie było problemu z utrzymaniem tych godzin?

Agnieszka: Są sytuacje losowe, takie typowo życiowe, np. pracownikowi nagle zachorowało dziecko, więc nie otworzyliśmy sklepu od 6 rano. Podczas weryfikacji byliśmy sprawdzani z godziny otwarcia sklepu. A dokładnie z logowania się na kasie, bo to działa tak, że wchodzimy rano, rozbrajamy alarm, logujemy na kasie. Zdarzyło się mnie samej, że po prostu zapomniałam się zalogować, bo robiłam coś innego, w sklepie nie było ruchu. Piętnaście po szóstej wchodzi klient, patrzę: „Kasa niezalogowana”. Mieliśmy pięć minut dopuszczalnego spóźnienia na zalogowanie się na kasie, a jeżeli było to więcej niż dwa, trzy razy, to też była kara.

Wynosiła 1000 zł?

Agnieszka: Nie, za takie sytuacje 100 zł. Gdyby się okazało, że sklep został otwarty np. od 14:00 – bo coś się wydarzyło – to kara wyniosłaby 1000 zł. Oni wtedy uznawali, że sklep był zamknięty.

Jak wyglądał realnie wasz dzień pracy?

Anna: Mocno zaangażowałam moją rodzinę – ciocia pracowała razem ze mną. Pracowałyśmy od poniedziałku do niedzieli. Jedna miała pierwszą zmianę, druga drugą zmianę, natomiast sklep był otwarty siedem dni w tygodniu. Gdy już weszła ustawa o niedzieli niehandlowej, to sporadycznie zdarzyło się, że w niedziele było zamknięte. Natomiast szybko rozeszły się informacje, że jeśli w niedziele będzie zamknięte, to w poniedziałek rano będzie szczegółowa weryfikacja.

Agnieszka: Tuż przed wejściem tej ustawy byłam bardzo szczęśliwa, że będę mogła mieć jeden dzień w tygodniu wolny. To było jak gwiazdka z nieba. Pamiętam wypowiedzi polityków z partii rządzącej, że w ustawę zostanie włączona franczyza. Była u mnie w sklepie koleżanka i razem się cieszyłyśmy. Przyjechał partner i mówi: „Z czego się tak cieszycie? I tak będziecie otwarci”. Dwa dni później wieszali plakaty z napisem „Placówka pocztowa”. Po kilku dniach dostaliśmy do podpisu papier, na którym było napisane: „Oświadczam, że prowadzę działalność gospodarczą we własnym imieniu i na własny rachunek”. Co się później okazało? Ustawa została przyjęta w takim kształcie, że jednak franczyza nie podlega tej ustawie, a wyjątkiem są placówki pocztowe lub osoby, które prowadzą działalność gospodarczą na własny rachunek i we własnym imieniu. Dokładnie tak, jak napisano na tym druku. I tak Żabki stały się placówkami pocztowymi oraz zaczęły w nich pracować osoby, które prowadzą własną działalność.

Czy to znaczy, że musiałyście pracować w niedzielę?

Agnieszka: Powiedziano nam, że mamy wybór, bo nigdzie nie było przepisu, że musimy w tę niedzielę pracować. Ale cały wybór polegał na tym, że jeżeli w niedzielę nie przyszliśmy, to w poniedziałek przychodziła weryfikacja i były z tego powodu kary. Gdy ludzie zaczęli się trochę buntować, to załatwili to inaczej. Kary były nadal, ale później przy rozliczeniu całościowym pewne składowe naszego przychodu były zależne od tego, ile dni w miesiącu sklep był otwarty.

Ile realnie czasu spędzałyście w sklepie?

Agnieszka: Ja w ogóle otwierałam sklep sama, nie mając żadnej pomocy. Przez pierwsze dwa tygodnie pracowałam codziennie przez 19–20 godzin. Po zamknięciu sklepu zamykałam się w biurze i ogarniałam dokumenty, które wtedy były dla mnie abstrakcją. W domu brałam tylko prysznic, spałam dwie godziny i z powrotem do pracy. Później spędzałam w pracy już mniej czasu, po 16–17 godzin. Gdy zatrudniłam drugiego pracownika, jeszcze mniej. Ale codziennie w pracy spędzałam minimum osiem godzin. Czasami czułam się odarta z godności jako człowiek i jako kobieta – naprawdę byłam momentami tak przemęczona, że czułam, iż źle wyglądam. Nie miałam czasu, żeby iść do fryzjera, żeby o siebie zadbać, odpocząć po prostu. Tu nie chodzi o to, że marzyłam o tym, aby jeździć na kawę do Berlina i na zakupy do Paryża. Mówię o normalnym ludzkim życiu.

Anna: Co z tego, że jesteś na zmianie te 8 godzin, skoro mimo wszystko człowiek nie wychodzi o 14:00, lecz o 20:00?

Czy zdarzają się takie sytuacje, że ktoś jest tylko kierownikiem sklepu i robi tylko zamówienia?

Agnieszka: To osoby, które są na początku. Wydaje im się, że ogarną to zatrudniając dodatkowego pracownika, bo jeszcze je na to stać. Ale to się weryfikuje w trzy do pięciu miesięcy. Nagle się okazuje, że nie ma pieniędzy i trzeba kogoś zwolnić. Widziałam filmik zachęcający do przystąpienia do franczyzy. Występuje w nim pani, która jest tak pięknie ubrana, że czuję jak pachnie przez telewizor. Przechadzając się po sklepie w zielonej koszulce mówi, że jest swoim szefem, że ma elastyczny czas pracy i że ma czas na spełnianie swoich pasji – dużo czyta i podróżuje. Gdyby nie fakt, że bardzo lubię mój telewizor, to chyba bym go wyrzuciła przez okno…

Czyli większość czasu spędzałyście w pracy?

Agnieszka: Oczywiście nie powiem, że nigdy nie miałam wolnego, ale to naprawdę były sporadyczne sytuacje. I obwarowane stresem o to, żeby miał kto wpłacić pieniądze, żeby miał kto zrobić zamówienie. Zazwyczaj brało się na plecy komputer i te zamówienia były robione w różnych miejscach – na przykład w szpitalu.

Postacie jak z promocyjnego filmu to czysta fikcja?

Agnieszka: Są takie osoby. W Żabce funkcjonuje system premiowania osób, które wprowadzają nowych ludzi do franczyzy. Jeżeli dzisiaj prowadziłabym sklep i ktoś z mojego polecenia wszedłby do sieci, to dostałabym 10 tysięcy złotych. Gdy ktoś jest utalentowany, to nie musi pracować. Samo mu się kręci. Często jest też tak, że typuje się w okręgu „superfranczyzobiorcę”, który ma dobry samochód, jest zadbany i ubrany. Zaprasza się go na spotkania rekrutacyjne. Pokazuje, że jest super i dostaje pieniądze. Mamy na przykład w stowarzyszeniu koleżankę, która, gdy zaczęły się jej pierwsze problemy związane z podatkami, poprosiła o spotkanie z partnerem z Żabki. Partner przyjechał, wysłuchał całej historii, a na koniec powiedział: „To ty nie wiesz, jak się to robi, żeby mieć z czego zapłacić podatki? Znajduje się dwóch frajerów w miesiącu i już żyjesz”.

Jak wygląda proces wyjścia z sieci?

Anna: Jest miesięczny okres wypowiedzenia – zwykły dla umowy cywilno-prawnej. Natomiast sama kwestia zamknięcia sklepu i rozliczenia się z firmą to zupełnie inna bajka. Cały towar, który mamy w sklepie, zostaje przerzucony na innego franczyzobiorcę. Ale to nie jest zwykłe przekazanie, lecz nasza sprzedaż, więc my od tego oczywiście odprowadzamy podatek. W większości przypadków jest to gwóźdź do trumny, bo na sam koniec współpracy z Żabką powiększa ludziom dług względem urzędu skarbowego.

Agnieszka: Pierwszym krokiem jest przygotowanie mentalne. Zwykle gdy ludzie zaczynają mieć problemy, to nie myślą: „Jest źle, nie kalkuluje mi się, wychodzę”. Popadają w ogromne długi w krótkim czasie i zapętlają się. Kredyt goni kredyt, pożyczka goni pożyczkę. W końcu dochodzą do momentu, gdy myślą: „Jeżeli z tego wyjdę, to zostanę na kompletnym lodzie. Póki to ciągnę, to jakoś spłacam długi”.

Jest jakiś moment nadziei: „A może w przyszłym miesiącu będzie lepiej?”.

Agnieszka: Gdy pojawiają się pierwsze problemy, ludzie zgłaszają się do partnerów. Partner przyjeżdża i mówi: „Może masz za dużo pracowników – jednego zwolnij. Weź więcej godzin. Za mało się starasz na tych weryfikacjach – popraw to”. Wpędzają ludzi w poczucie winy. Tyle że to nic nie daje. Wyjście z sieci to jest proces w głowie, bo na papierze to jest tylko trzydzieści dni. Myślałam, że gdy wyjdę z tej sieci, to droga zamknięta. Nie widziałam dla siebie perspektyw. To jest paniczny strach.

Anna: To wielka praca i oddanie całego siebie. Te wszystkie godziny spędzone, wszystkie stracone wakacje, uroczystości rodzinne. My przez długi czas nie miałyśmy sylwestra, nie miałyśmy świąt, nic. Więc ciężko zrezygnować z tego sklepu widząc to wszystko, co człowiek tam włożył i ile rzeczywiście stracił.

Agnieszka: Gdy człowiek już widział, że jest naprawdę źle, to z ich strony było słychać: „Tylko ty masz takie problemy”. Jeżeli z każdej strony słyszysz: „Ty jesteś zła i nieudana”, to człowiek wstydzi się wyjścia z sieci. Wstydzi się mówić, że sobie nie poradził. To trzeba przełamać i to wymaga czasu. Dzień wyjścia z sieci… Nie powiem – łza w oku się zakręciła, lecz bardziej chodziło o pracowników. Wyszłam z tego sklepu może nie z głową do góry, ale nie z głową w kolanach. Wyszłam i nigdy nie pozwolę na to, żeby ktokolwiek wmówił mi, że to jest moja porażka. Zrobiłam wszystko, co mogłam, z należytą starannością, zostawiłam tam mnóstwo zdrowia, energii, siebie.

Anna: W moim przypadku to wpływa na dalsze życie. Już nie jestem tak odważna, jak byłam przedtem, zanim weszłam do sieci. Cały czas mam jakieś obawy, wszędzie widzę jakieś podstępy, podejrzewam, że ktoś chce mnie oszukać.

Jak współpraca z Żabką odbiła się na waszych kieszeniach?

Anna: Odzyskałam od nich pieniądze, które były mi potrzebne w następnym etapie mojego życia, czyli w dochodzeniu do zdrowia i pełnej formy psychicznej i fizycznej. Teraz już pracuję gdzie indziej. Dzięki Bogu w ZUS-ie nie mam żadnych zobowiązań. Natomiast urząd skarbowy po czterech latach mojej działalności podsumował mnie na około 70 tysięcy złotych. Mam układ ratalny. Podatek VAT płacę co miesiąc w kwocie 100 zł, podatek dochodowy co miesiąc 850 zł. W sumie jest to co miesiąc niemal 1000 zł długu do spłacenia. Mamy w stowarzyszeniu ludzi, którzy wychodzą z ogromnymi długami – zarówno w stosunku do sieci Żabka, jak i wobec urzędów skarbowych i ZUS-u. To są niekiedy kwoty w sumie ok. miliona złotych. Ci ludzie nie są w stanie funkcjonować i żyć normalnie. Ja bym sobie z tym psychicznie nie poradziła.

Agnieszka: Zgłaszają się do nas rodziny, których bliscy popełnili samobójstwa i to są naprawdę ogromne dramaty.

Jak wyglądały początki waszego Stowarzyszenia Ajentów i Franczyzobiorców?

Agnieszka: Zanim powstało stowarzyszenie, rozpoczęłam już działania w pojedynkę. Będąc jeszcze w sieci obiecałam sobie, że muszę wyjaśnić pewne kwestie – chociażby podatkowe. Szukałam pomocy w Krajowej Administracji Skarbowej i urzędach skarbowych. Przez rok dzwoniłam do Ministerstwa Finansów. Udało mi się w końcu dzięki temu uporowi wywalczyć spotkanie. Na tym spotkaniu byłam ja, koleżanka i mecenas, z którym zaczęłam współpracę, ale potraktowano nas bardzo niepoważnie, chociaż ówczesny wiceminister finansów obiecał, że zostanie zrealizowana kontrola. No, ale później były roszady kadrowe w ministerstwie i plany spełzły na niczym.

Ale nie poddałyście się.

Agnieszka: Zaczęłam wysyłać e-maile do posłów – prawo, lewo, środek. Odpowiedziała tylko Agnieszka Ścigaj, która spotkała się ze mną, ale gdy zobaczyła, jak to jest skomplikowane, to powiedziała, że jej zasięgi nie są takie, żeby mogła pomóc. Potem zwróciłam się o pomoc do Razem. Spotkał się z nami poseł Maciej Konieczny, porozmawiał i obiecał nam pomoc. Jako jedyny nie popatrzył na nas jak na jakieś kretynki.

Jakie cele ma stowarzyszenie?

Agnieszka: Obiecałam sobie, że dopóki moje zdrowie na to pozwoli, będę walczyć do samego końca. O sprawiedliwość dla wszystkich, którzy są w naszym stowarzyszeniu, ale też dla tych, którzy kiedyś będą chcieli w tę franczyzę wejść. Dlatego bardzo bym chciała, żeby powstała i została przyjęta ustawa o franczyzie. To będzie scheda po mnie. To wymaga determinacji, ale nie mam nic do stracenia. I naprawdę się już nie wstydzę. Nigdy nie byłam idealna, ale nie powinnam mieć takiego długu w urzędzie skarbowym i będę to podkreślać zawsze: „To nie są moje podatki, bo ja nigdy nie zarabiałam takich pieniędzy, żeby mieć tyle do zapłacenia”.

Kto przystępuje do stowarzyszenia?

Agnieszka: Nasze stowarzyszenie nie ma wielu członków. Ludzie się boją i wstydzą. Sytuacja dotyka nie tylko osób, które prowadziły te sklepy, ale także całych rodzin, przede wszystkim finansowo. To też kwestia urągania ludzkiej godności, chociażby dlatego, że jemy przeterminowany towar, dlatego, że nas często nie stać nas na to, żeby kupić normalny… To są historie kobiet, które dzieciom pod choinkę dawały przeterminowane czekolady. Albo dzieci, które na śniadanie przez okrągłe pół roku jadły jogurty. To są osoby wyizolowane z życia społecznego. Bo jeżeli my pracujemy bardzo dużo i bardzo długo, to tu nie ma też czasu i ochoty, żeby gdzieś wyjść, z kimś się spotkać. I to jest ogromne oszustwo. Udawanie, że jest w porządku.

W jaki sposób znajdujecie kolejne osoby?

Agnieszka: Trudno do nich dotrzeć. Widzą, że były jakieś stowarzyszenia, które się rozpadły. Pandemia pokrzyżowała nasze plany, ale teraz powoli wracamy do tego, żeby się spotykać choćby online. Bo te pierwsze miesiące pandemii poświęciłyśmy mocno na działania. Gdybyśmy zrobiły na odwrót, to by się wszystko rozsypało. Musiałyśmy tym ludziom coś dać. Pokazać, że już coś wypracowałyśmy, już do czegoś doszłyśmy. Chodźcie z nami, będzie dobrze.

Dziękuję za rozmowę.

Luty 2021 r.

Fotografia w nagłówku tekstu pochodzi z Wikipedii

Michał Maleszka – pracownik administracyjny Uniwersytetu Jagiellońskiego i członek krakowskiej spółdzielni „Ogniwo”. Publikował artykuły m.in. w „Borussii” i „Barbarzyńcy”.

Weź chwilówkę? – rozmowa z prof. dr hab. Iwoną Jakubowską-Branicką

Weź chwilówkę? – rozmowa z prof. dr hab. Iwoną Jakubowską-Branicką

 

Czym jest sektor pozabankowy albo parabankowy? Czym różni się od „normalnej” bankowości – prawnie, ekonomicznie i społecznie?

Iwona Jakubowska-Branicka: W polskim systemie prawnym nie istnieje legalna definicja parabanku. Mimo że prawnicy powszechnie używają tego pojęcia, nie pojawia się ono w aktach prawnych. W literaturze przedmiotu można jednak znaleźć próby zdefiniowania parabanku oraz instytucji pozabankowej. I tak np. Witold Srokosz w książce „Czynności bankowe zastrzeżone dla banków” definiuje parabanki jako podmioty rynku finansowego, które, nie będąc bankami, wykonują na podstawie innych ustaw niż prawo bankowe czynności bankowe zastrzeżone dla banków lub bez upoważnień ustawowych wykonują czynności bankowe w ujęciu szerokim. Zdefiniować parabanki spróbowali także twórcy słownika dostępnego w ramach Portalu Edukacji Ekonomicznej Narodowego Banku Polskiego, mówiąc, iż w ich ocenie najbardziej trafne jest przyjęcie, że instytucje parabankowe to inne niż banki instytucje, dla których działalność depozytowa jest działalnością podstawową. Ostatecznie najszersza definicja stwierdza, że parabankami są wszystkie instytucje finansowe świadczące usługi podobne do bankowych; w ujęciu węższym instytucjami parabankowymi określa się podmioty inne niż banki, które zostały przez odrębne ustawy upoważnione do podejmowania czynności bankowych sensu stricto. W naszej książce „Rynek firm pożyczkowych w Polsce” przyjęliśmy, że parabankiem jest instytucja finansowa, która świadczy usługi zbliżone do usług świadczonych przez banki (tzw. usługi bankowe w ujęciu szerokim), jednak nieobjęta nadzorem Komisji Nadzoru Finansowego i niestosująca przepisów ustawy Prawo bankowe, a zatem przyjęliśmy definicję wypracowaną przez Komitet Stabilności Finansowej.

Co w kontekście sektora parabankowego oznacza przywoływane w waszej książce pojęcie hybrydyzacji?

W tym sensie instytucje te mają charakter hybrydowy, jeśli przez hybrydę rozumieć kombinację aspektów, które tradycyjnie przynależą do różnych domen, w tym przypadku obszaru bankowego i pozabankowego. Takie zdefiniowanie instytucji parabanku pozwala na stwierdzenie, że firmy pożyczkowe są jedną z form parabanków. Do niedawna instytucje pożyczkowe nie miały swojej definicji legalnej. Sytuacja zmieniła się wraz z nowelizacją ustawy z 12 maja 2011 r. o kredycie konsumenckim, która weszła w życie 11 października 2015 r. i zdefiniowała instytucję pożyczkową jako kredytodawcę, który nie jest: bankiem krajowym, bankiem zagranicznym, oddziałem banku zagranicznego, instytucją kredytową lub oddziałem instytucji kredytowej, spółdzielczą kasą oszczędnościowo-kredytową lub podmiotem, którego działalność polega na udzielaniu kredytów konsumenckich.

Powiedzmy kilka słów o korzeniach całego zjawiska. Skąd się ono wzięło i jakie są jego korzenie, zarówno globalnie, jak i w Polsce?

Rynek małych firm pożyczkowych od dawna funkcjonował w USA i w Europie Zachodniej, natomiast w Polsce zaczął rozwijać się w połowie lat 90. ubiegłego wieku. Firmy te oferowały tzw. szybkie pożyczki oraz pożyczki i kredyty „bez Biura Informacji Kredytowej”, kierując swoją ofertę przede wszystkim do osób bez zdolności kredytowej. Pojawiało się coraz więcej punktów stacjonarnych proponujących takie pożyczki, a równolegle rozlała się fala ogłoszeń reklamowych na słupach, latarniach, ścianach domów, przystankach. W końcu na ulicach miast stanęły tzw. pożyczkomaty, w których całą procedurę zaciągnięcia pożyczki można było załatwić od ręki, za pośrednictwem urządzenia. Jeszcze w 2015 r. liczbę firm pożyczkowych w Polsce szacowano na kilka tysięcy tzw. małych, lokalnych firm, które działały przeważnie w obrębie jednej miejscowości lub na niewielkim obszarze, oraz na kilkadziesiąt firm o zasięgu znacznie większym, w tym ogólnopolskim.

Czy od tamtej pory coś uległo zmianie? Jaka obecnie jest skala rozpowszechnienia instytucji pożyczkowych w Polsce?

Ciekawe, że gdy w 2013 r. rozpoczęliśmy nasze badania nad rynkiem firm pożyczkowych (projekt „Dlaczego paraformalność działa. Dyfuzja chwilówki w Polsce”), okazało się, że ze względu na zmiany w otoczeniu prawnym, są one prowadzone w kluczowym i bardzo dynamicznym okresie. Zaczynaliśmy je w momencie, gdy rynek usług pożyczkowych był w niewielkim stopniu uregulowany prawnie, co oznaczało, że każdy przedsiębiorca mógł prowadzić usługi pożyczkowe, swobodnie tworząc swoją ofertę. Niedługo później pojawiły się pierwsze regulacje. Przełomem wyznaczającym kierunek rozwoju branży firm pożyczkowych była nowelizacja ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym: Ustawa z dnia 5 sierpnia 2015 r. o zmianie ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym oraz niektórych innych ustaw (Dz. U. 2015, poz. 1357). Zawiera ona pierwsze rozwiązania mające prowadzić do choćby częściowego unormowania działalności branży firm pożyczkowych w Polsce. Ustawa nałożyła znaczące ograniczenia na działalność tych firm, ustawodawca założył, że nowe prawodawstwo równocześnie wyeliminuje z rynku niestabilne firmy oraz zmniejszy ryzyko zbytniego zadłużania się klientów.

Ograniczono pozaodsetkowy koszt pożyczki: w pierwszym roku kredytowania koszty te nie mogą przekroczyć 55% kwoty kredytu, a w każdym kolejnym roku dodatkowo 30% pożyczonej kwoty. Łączny koszt wszystkich opłat pozaodsetkowych z jednej pożyczki nie może przekroczyć 100% jej wartości (art. 36a). Nowelizacja zlikwidowała możliwość tzw. rolowania pożyczek, czyli prolongaty terminu spłaty za odpowiednią prowizją. W praktyce nierzadko obserwowane były przypadki „rolowania” niemal w nieskończoność pożyczek zaciąganych na miesiąc, przy jednoczesnym czerpaniu zysków przez firmę poprzez wciąż pobierane odsetki od kwoty kredytu (art. 36b).

Kolejnym krokiem zmierzającym do prawnego uregulowania funkcjonowania firm pożyczkowych na polskim rynku kredytowym była nowelizacja ustawy z 12 maja 2011 r. o kredycie konsumenckim, która weszła w życie 22 lipca 2017 r., a na jej mocy został utworzony Rejestr Instytucji Pożyczkowych prowadzony przez Komisję Nadzoru Finansowego. Od tej pory podmiot pragnący rozpocząć działalność jako instytucja pożyczkowa zobowiązany jest do złożenia wniosku zawierającego podstawowe informacje, w tym: nazwę spółki, adres, dane członków zarządu włącznie z PESEL, numer w rejestrze KRS, NIP. Konieczność rejestracji nie oznacza jednak – niestety – możliwości kontroli działalności firm pożyczkowych przez Komisję Nadzoru Finansowego. W tej chwili w rejestrze KNF zarejestrowane są 493 instytucje pożyczkowe, można jednak domniemywać, że w dalszym ciągu działają firmy pożyczkowe powstałe i zarejestrowane lata temu jako działalność gospodarcza. O ile mi wiadomo, do dnia dzisiejszego nie ma spisu wszystkich działających firm pożyczkowych, nie mówiąc już o mechanizmach ich faktycznej kontroli. Trudno więc określić rozmiary tzw. szarej strefy, co zresztą jest jedną z przyczyn prowadzących do samoorganizacji tej części sektora firm pożyczkowych, która nie chce być utożsamiana z tą „szarą strefą”.

Podsumowując, można powiedzieć, że na przestrzeni ostatnich lat, od 2015 r. trwa nieprzerwanie proces prawnego uporządkowania sytuacji firm pożyczkowych. Celem ustawodawcy jest również niewątpliwie zabezpieczenie interesów pożyczkobiorców korzystających z usług tych firm.

Dlaczego w ogóle ludzie biorą chwilówki? Jaki jest profil odbiorcy tego typu usług?

Wyniki naszych badań ilościowych z roku 2016, na reprezentatywnej próbie ogólnopolskiej (przeprowadzonych przez CBOS 21–28 stycznia 2016 r. w ramach badania omnibusowego 2016/03), wskazują, że z usług firm pożyczkowych w ciągu ostatnich pięciu lat od chwili przeprowadzenia badania korzystało 6,7% respondentów. W kontekście próby badawczej grupa ta wydaje się niewielka. Jednak przy założeniu reprezentatywności próby dla populacji Polski, co oznacza, że populacja dorosłych osób w 2016 r. według GUS wynosiła 31 537 114, mówi nam to, że w podobnej sytuacji mogło znaleźć się 2 207 598 osób. Z uwagi jednak na to, że jest to badanie sondażowe, wynik należy poprawnie podać w przedziale, który tutaj wynosi między 2 172 546 a 2 242 650 osób (dla 95% poziomu ufności). Ostatecznie wnioskujemy, że z usług firm pożyczkowych korzystało około 2,2 mln Polaków.

Na ogół, niestety, są to osoby mające poważne kłopoty finansowe. Z produktu finansowego, jakim są chwilówki w firmie pożyczkowej, najczęściej korzystają respondenci oceniający własne warunki materialne jako złe – 21,3%, w rodzinach o dochodach do 649 zł na osobę, pracujący w prywatnym gospodarstwie rolnym – 20,5%, rolnicy – 13,8% i renciści – 13,1% oraz osoby mające wykształcenie podstawowe lub gimnazjalne – 8,9% lub zasadnicze zawodowe – 8,3%. Chwilówki najczęściej biorą ludzie starsi, w wieku 55–64 lata – 9,6%, również mieszkańcy miast powyżej 500 tysięcy i więcej mieszkańców. Osoby korzystające z usług firm pożyczkowych najczęściej wpadają w spiralę zadłużenia – 35,5%; ponad jedna trzecia z nich (34,4%) znajdowała się lub znajduje w krajowym rejestrze dłużników; najczęściej objęte są postępowaniem sądowym z powodu niespłacania długów – 36,3%. Badani, którzy korzystali z usług firm pożyczkowych, najczęściej biorą pożyczki od 1000 do 2501 zł – 29,2% (ostatnia chwilówka tej wysokości dotyczy 32,3% badanych) oraz od 500 do 1100 zł (ostatnia chwilówka tej wysokości – 20,5% badanych), powyżej 3000 zł – 10,9% badanych (ostatnia chwilówka tej wysokości – 18,5% badanych).

Zaledwie 72,7% badanych było w stanie spłacić pożyczkę w terminie, 18,6% nie miało takiej możliwości z powodu braku wystarczających środków, 4,5% badanych nie spłaciło pożyczki w terminie z powodu kontrowersji z pożyczkodawcą. Aż 44,5% badanych zdecydowało się na wzięcie pożyczki w firmie pożyczkowej, a nie kredytu lub pożyczki w banku z powodu braku zdolności kredytowej, a tym samym braku dostępu do tradycyjnych usług bankowych. 22% jako uzasadnienie podaje brak formalności, fakt, że nie trzeba przedstawiać żadnych dokumentów takich jak poświadczenie wysokości zarobków czy zgody współmałżonka. 8,6% przyznaje, że pożyczki są bardzo drogie, ale procedura ich uzyskania jest bardzo szybka. Zaledwie 4% nie uważa tych pożyczek za drogie, ceniąc sobie ich szybkie udzielenie. Badani, którzy nie mają zdolności kredytowej, jako powód podają brak stałych dochodów, pracę na czarno – 44,6%, niskie dochody – 29,6% oraz posiadanie zadłużenia w innych bankach, co skutkuje odmową udzielenia kredytu bankowego – 14,9%. Większość badanych, tj. 64%, nie akceptuje kosztów pożyczek (33% akceptuje), ale korzysta z nich z konieczności.

Padło tu wiele danych – czy możemy na ich podstawie stwierdzić, że chwilówki to problem związany przede wszystkim z ubóstwem i niską pozycją społeczną?

Wszystko na to wskazuje. Z przedstawionych analiz wynika jednoznacznie, że w zdecydowanej większości klientami firm pożyczkowych w Polsce są ludzie wykluczeni z bankowego rynku finansowego, nieposiadający zdolności kredytowej, przede wszystkim z dwóch powodów. Po pierwsze, osiągają bardzo niskie dochody, a po drugie – nie spełniają kryteriów formalnych wymaganych przez banki, nie posiadają stałego zatrudnienia, są zatrudnieni na tzw. śmieciówkach. Wykluczenie z systemu bankowego oznacza niemożność korzystania z relatywnie tańszych kredytów i pożyczek, a więc upośledzonych skazuje na jeszcze większe upośledzenie w sytuacji konieczności pozyskania pieniędzy na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Można więc mówić o podwójnym wykluczeniu.

Czy wiemy coś o tym, na co są wydawane te pieniądze? Na jakie potrzeby odpowiadają?

Według przywoływanego przeze mnie badania, ostatnią chwilówkę badani najczęściej przeznaczyli na: zakup żywności – 17,4%; zapłatę rachunków – 14,6%; opłacenie leczenia, zakup leków – 13,1%, zaplanowane remonty, np. mieszkania – 10,3%, nagłe, nieprzewidziane wydatki, np. naprawy – 6,8%, edukację dzieci, np. zakup podręczników, opłaty w szkole – 6,6%; wyjazdy, wypoczynek – 6,2%, na zakup podstawowych rzeczy dla najbliższych, np. ubrania dla dzieci – 4,9%. Pozostałe wybory lokują się poniżej 4 pkt procentowych, warto jednak zwrócić uwagę, że 3,1% bierze chwilówki na zaspokojenie bieżących potrzeb, na które nie mają środków, ponieważ spłacają kredyty, a 2,3% na spłatę długów zaciągniętych przez członków rodziny. Jedynie 3,9% badanych zadeklarowało, że wzięli chwilówkę na zakup ekstra sprzętu, np. drogiej komórki.

Przytoczona struktura potrzeb, których zaspokojeniu służą chwilówki, jest przygnębiająca i nie pozostawia wątpliwości, iż tak drogie pożyczki służą zaspokojeniu potrzeb podstawowych, a nie ekskluzywnych.

Co Polki i Polacy sądzą o chwilówkach? Czy są świadomi związanego z nimi ryzyka?

Większość respondentów korzystających z usług firm pożyczkowych nie ma do nich zaufania – to 57,8%. Niezależnie od tego niepokoi i zadziwia fakt, iż zaledwie 51,6% badanych pożyczkobiorców skorzystało z możliwości wcześniejszego poznania treści umowy dotyczącej warunków, na jakich udzielana jest pożyczka. Z odmową możliwości wcześniejszego poznania warunków umowy spotkało się 13,1% pożyczkobiorców. Nie umiało podać ogólnych kosztów ostatniej pożyczki aż 27% pożyczkobiorców. Trudno powiedzieć, czym spowodowany jest taki stan rzeczy. Prawdopodobnie katastrofalnie niskim poziomem edukacji ekonomicznej, związanym najczęściej z niskim wykształceniem badanych pożyczkobiorców. Takie wytłumaczenie wydaje się najbardziej prawdopodobną hipotezą, ale na pewno nie jedyną możliwą.

Przeanalizowaliśmy również 19 skarg na firmy pożyczkowe, które wpłynęły do Rzecznika Finansowego oraz 71 skarg złożonych do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Zdecydowana większość skarg dotyczyła niebotycznie wysokich kosztów rzeczywistych pożyczki, dochodzących niekiedy do 200-300%, nękania przez pożyczkodawcę, niemożności przedłużenia terminu spłaty, bezprawnego naliczania kosztów pożyczki. Wszyscy skarżący pisali w nadziei, że Rzecznik Finansowy lub UOKiK rozwiążą ich problem, co z uwagi na kompetencje wymienionych urzędów nie jest możliwe.

No właśnie – czy instytucje państwowe w jakiś sposób pomagają ofiarom firm pożyczkowych? Czy mogą oni liczyć na jakieś wsparcie?

Postawmy zatem pytanie, na ile prawo chroni interesy pożyczkobiorców. W 2016 r. w Instytucie Wymiaru Sprawiedliwości zespół kierowany przez Mateusza Grochowskiego przeprowadził badanie poświęcone praktyce polskich sądów w sprawach o roszczenia z umowy pożyczki. Raport z badań „Umowa pożyczki w orzecznictwie sądów powszechnych” został opublikowany na stronie Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości. Analiza objęła ogółem 367 spraw rozpoznawanych przez sądy powszechne i zakończonych prawomocnie w 2015 i w 2016 r. Prowadzone badanie wskazało na bardzo wyraźną dominację w badanej grupie umów o charakterze „jednostronnie sprofesjonalizowanym” – w których jedna ze stron trudni się stale i w zorganizowany sposób zawieraniem umów danego rodzaju. Niemal wszystkie spośród badanych spraw toczyły się z powództwa pożyczkodawców – zwykle instytucji pożyczkowych lub nabywców wierzytelności. Tylko w jednej ze spraw w całej badanej próbie w roli powoda występował konsument. Przeważająca liczba spraw kończyła się przegraną konsumenta. Co więcej, jak jasno dowodzi badana próba, w większości przypadków odbywało się to przy całkowitej bierności pożyczkobiorcy, który nie podejmował jakiejkolwiek obrony wobec żądań pożyczkodawcy. W badanych sprawach wyraźnie zaznaczyła się dysproporcja w korzystaniu przez strony z pomocy adwokatów i radców prawnych. O ile pożyczkodawca dysponował z reguły pomocą profesjonalnego pełnomocnika, o tyle konsumenci niezwykle rzadko korzystali z tej formy pomocy. Można to wytłumaczyć przede wszystkim wysokimi kosztami korzystania z pomocy fachowych pełnomocników.

Badanie ujawniło także wyraźną słabość instytucjonalnej ochrony interesów konsumenta, zarówno w sferze działań państwa, jak i w sektorze pozarządowym. W badanych sprawach, z nielicznymi wyjątkami, niemal zupełnie ignorowano szerszy kontekst prawa konsumenckiego w porządku prawnym UE. Sądy pomijały zarówno treść legislacyjnych dokumentów UE, jak i orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości UE, czyniące priorytetem ochronę praw konsumenta. System kontroli i wsparcia, który powinno zapewnić państwo, funkcjonuje z reguły źle. Sądy w wielu przypadkach jedynie zatwierdzają to, co przedstawi im pożyczkodawca. W ten sposób pierwotne wykluczenie ekonomiczne przekłada się na wykluczenie z systemu bankowego, a to z kolei powoduje częściowe wykluczenie z ram porządku prawnego tworzonego przez państwo. Mamy więc do czynienia z potrójnym, „kaskadowym” wykluczeniem, a ostatecznie z wykluczeniem obywatelskim, bo o takim można mówić, gdy jednostka przestaje być podmiotem prawa, które nie chroni jej interesów.

Co dalej? Czy istnieją bezpieczne i pożyteczne chwilówki, czy można sobie coś takiego wyobrazić?

Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba przyjrzeć się już toczonym dyskusjom – istnienie i funkcjonowanie firm pożyczkowych jest powszechnie krytykowane z uwagi na bardzo wysokie oprocentowanie pożyczek. W 2019 r. rząd zgłosił projekt nowej ustawy, ograniczającej w znacznym stopniu dochody firm pożyczkowych. Obecnie limit kosztów pożyczki wynosi 55% wartości pożyczki w skali roku. Projekt ustawy antylichwiarskiej, przyjęty przez rząd, zredukował ten próg do, początkowo, wysokości 45%, a ostatecznie przewiduje się, że będzie on wynosił 20%.

Projekt ten wywołał prawdziwą burzę dyskusji. Protestują przedstawiciele firm pożyczkowych, wieszcząc upadek tego sektora. Komisja Nadzoru Finansowego zgłosiła zastrzeżenia do projektu, wskazując, że w imię ochrony interesów konsumentów nie można doprowadzić do unicestwienia firm legalnie działających na rynku finansowym. Autorzy projektu są natomiast zdania, że ograniczenie wysokości oprocentowania działa w interesie pożyczkobiorców, którzy niejednokrotnie stawali się ofiarami nadużyć.

Czy chwilówki można trzymać w ryzach? Ograniczanie rynkowej samowoli firm pożyczkowych może zwiększać bezpieczeństwo ich klientów i ograniczać szkody społeczne?

To bardzo szeroki temat. Wydaje się jednak, że podstawowe kwestie to po pierwsze kontrola, czy firmy pożyczkowe działają zgodnie z obowiązującym prawem. Po drugie, umożliwienie pożyczkobiorcom faktycznego dochodzenia swoich roszczeń, realne wsparcie ze strony instytucji państwa, takich jak np. UOKiK czy Rzecznik Praw Konsumenta. Następnie – kontrola poziomu zadłużenia deklarujących chęć zaciągnięcia pożyczki. Część osób korzysta z dobrodziejstw FinTechu, czyli technologii cyfrowej w branży finansowej, co przy braku kontroli wysokości poziomu zadłużenia prowadzi do niekontrolowanego poziomu zadłużania się. I wreszcie, kwestia ostatnia spośród moim zdaniem najważniejszych. Korzystanie z usług firm pożyczkowych nie wymaga zgody współmałżonka, co może prowadzić, i często prowadzi, do katastrofy finansowej całych rodzin. Odpowiedzialność za długi obciąża współmałżonka nawet wówczas, gdy nie mają wspólnoty majątkowej.

Nadal jednak pozostaje tutaj założenie, że chwilówki w jakiejś postaci są czymś nieuniknionym. Dlaczego?

Przede wszystkim dlatego, że instytucja firm pożyczkowych jest jedyną, która umożliwia legalne zaciągnięcie pożyczki ludziom nie posiadającym zdolności kredytowej. Całkowity zakaz takiej działalności uderzy w ludzi, którzy w świetle obowiązujących zapisów nie mają zdolności kredytowej, w tym również zatrudnionych na umowie-zlecenie na krótki okres czasu. Jest wielce prawdopodobne, iż uniemożliwienie firmom pożyczkowym legalnego funkcjonowania na polskim rynku finansowym prawdopodobnie doprowadziłoby do wytworzenia tzw. szarej strefy, co byłoby katastrofalne, tym bardziej, że w sytuacji epidemii koronawirusa prawdopodobnie liczba osób potrzebujących wsparcia finansowego wzrośnie lawinowo, przynajmniej na jakiś czas.

Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, luty–marzec 2020 r.

Prezentowane wyniki badań zostały szeroko omówione w: „Rynek firm pożyczkowych w Polsce. Teoria i praktyka”, red. naukowa I. Jakubowska-Branicka, PTE Warszawa 2018. Książka została wydana w ramach projektu „Dlaczego paraformalność działa. Dyfuzja chwilówki w Polsce” sfinansowanego ze środków Narodowego Centrum Nauki przyznanych na podstawie decyzji numer DEC-2013/11/B/HS6/01506.

Szymon Majewski (ur. 1992) – warszawiak i piasecznianin, z wykształcenia historyk. Ideowo demokratyczny socjalista inspirujący się myślą Edwarda Abramowskiego. Poza tym miłośnik dobrego hip-hopu i wycieczek po lasach.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Paweł Szymczuk z Pixabay.

Trzy pokolenia kobiecej biedy – rozmowa z dr Małgorzatą Potoczną

Trzy pokolenia kobiecej biedy – rozmowa z dr Małgorzatą Potoczną

– Badania prowadzone przez zespół, do którego Pani należy, mają wyjątkowy charakter. Analiza życia trzech generacji kobiet mieszkających w mieście poprzemysłowym w okresie transformacji przypomina zejście do podziemia, o którym mówiono niechętnie, a jeśli pojawiały się jakieś opinie na jego temat, to dominowały z góry ustalone tezy. Co można powiedzieć o sytuacji kobiet po 1989 roku na podstawie biografii tych kobiet?

– Wieloletnie badania, które zaczęliśmy prowadzić na początku lat 90., pozwoliły nam odtworzyć proces tworzenia i trwania izolowanych przestrzennie i społecznie obszarów określanych mianem „enklaw biedy”. Tym samym dostarczyły nam przekonujących dowodów na to, że procesy społeczno-ekonomiczne związane z transformacją miały dla „włókienniczej” Łodzi olbrzymie znaczenie. Nasze badania pokazały także, iż rok 1989 był przełomowy dla wielu łódzkich kobiet reprezentujących różne generacje. Przez ponad 200 lat rozwój miasta, losy życiowe i sytuacja zawodowa mieszkańców, szczególnie kobiet, związane były z funkcjonowaniem przemysłu włókienniczego, oferującego zatrudnienie przede wszystkim kobietom. Niestety już w pierwszym roku przemian systemowych trudności ekonomiczne wielu zakładów przemysłowych powodowały znaczące ograniczenie zatrudnienia lub ich zamknięcie. W efekcie strukturalne bezrobocie w Łodzi dotknęło przede wszystkim włókniarki. Bezrobocie plus proces komercjalizacji usług społecznych spowodowały, że znaczna część rodzin łódzkich stała się finansowo niewydolna. Miało to oczywiście bardzo duży wpływ na przebieg życia i sposób, w jaki wiele kobiet na różnych etapach swojego życia ześlizgnęło się w sytuację biedy.

– Co można powiedzieć o najstarszym pokoleniu kobiet i o tym, jak wyglądało ich życie na początku lat 90.?

– Kobiety należące do pokolenia babek uczestniczyły na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat w polityczno-ekonomicznych przemianach kluczowych dla polskiego społeczeństwa. Na ich biografie składają się doświadczenia II wojny światowej, początki socjalizmu, intensywna industrializacja, a także likwidacja socjalizmu i budowa kapitalizmu. Wobec tego ich codzienną życiową trajektorię wyznaczały przedwojenna bieda, doświadczenia zdobyte w czasie okupacji oraz podjęcie pracy w socjalistycznych fabrykach. Zdecydowana większość z nich urodziła i wychowała się w małorolnych rodzinach chłopskich, najczęściej wielodzietnych, a w Łodzi znalazły się w poszukiwaniu lepszego życia uciekając przed biedą doświadczaną w okresie dzieciństwa na wsi.

– Przenosiny z małej wsi do dużego przemysłowego miasta oznaczają duże zmiany w ich życiu. Jak przebiegał proces oswajania nowej rzeczywistości i jego reguł?

– Towarzyszyła temu nadzieja na znalezienie pracy i odmianę losu. Wprowadzenie systemu socjalistycznego i industrializacji oznaczało dla wielu z nich przezwyciężenie biedy, której doświadczały od najmłodszych lat. Z powodu trudnej sytuacji finansowej uzyskanie wykształcenia nie było w ich zasięgu, ale to nie oznaczało, że nie uczyły się nowych umiejętności. Praca w fabryce wiązała się z nabywaniem nowych umiejętności praktycznych, a także, co nie mniej ważne, z odczuwalną poprawą sytuacji materialnej, okupioną jednakże wieloletnią ciężką pracą. Po zakończeniu wojny w Łodzi ocalało 70% potencjału przemysłowego. Uruchomiono produkcję w systemie dwu- i trzyzmianowym, w którym na co dzień te nastoletnie wówczas dziewczyny rozpoczęły swoją pracę zawodową i kontynuowały ją aż do emerytury. Znaczna część z nich przez całe zawodowe życie była związana z jednym zakładem pracy. Pamiętam historie respondentek, które przepracowały w jednym zakładzie prawie 40 lat. Jeśli nieliczne z nich zmieniały miejsce pracy, to tylko po to, aby było łatwiej im godzić wychowanie dzieci z pracą na trzy zmiany. W przemyśle włókienniczym stanowiły trzon klasy robotniczej.

– Nadchodzi początek lat 90. Zamyka się pewien etap w ich życiu, związany z pracą zawodową. Większość z nich nabywa prawa do emerytury i można chyba uznać, że mogą wreszcie odpocząć po ciężkiej ponad 40-letniej pracy.

– Oczywiście zaraz po zakończeniu pracy w fabryce na przełomie lat 80. i 90. zaczynają pobierać emeryturę, ale ich sytuacja wcale nie jest taka świetna. Po pierwsze wysokość emerytur nie pozwalała czuć się beneficjentkami ciężkiej 40-letniej pracy. Po drugie te niewysokie emerytury stały się parasolem ochronnym dla pozbawionych możliwości zatrudnienia dorosłych – niesamodzielnych dzieci czy wnuków. W konsekwencji towarzyszy im świadomość tego, że doświadczają biedy w okresie starości, na którą nie zasłużyły, ponieważ okres PRL-u i swoją stabilizację materialną okupiły ciężką wieloletnią pracą.

– Lata 90. to okres, w którym obserwujemy radykalną zmianę na kilku poziomach. Zmienia się gospodarka, system polityczny, ale zmienia się także język, za pomocą którego opisujemy i opowiadamy o starej i nowej rzeczywistości. Babki nie tylko należą do starego świata, ale z racji wykonywanej pracy uosabiają człowieka „minionego”, dla którego zaczyna brakować miejsca w nowej neoliberalnej rzeczywistości.

– Oczywiście w tym czasie najważniejsze z punktu widzenia generowania procesów wykluczania są zmiany na rynku pracy. Obserwujemy przejście od rynku pracownika do rynku pracodawcy, które nie dotyczy bezpośrednio kobiet ze starszego pokolenia, ale te ruchy tektoniczne oddziałują na ich życie za pośrednictwem dzieci i wnuków, którzy w latach 90. znajdują się bez pracy, a często bez środków do życia. W takich okolicznościach babki starają się wspierać materialnie swoich najbliższych, biorąc na siebie również część obowiązków wychowawczych wobec wnuków. W tym kontekście widać doskonale, jak poważne konsekwencje dla przebiegu życia kobiet z pokolenia średniego, czyli ich córek, miał proces zwijania się państwa. Początek lat 90. to przecież także głęboka zmiana w filozofii myślenia o jednostce, która bierze na siebie odpowiedzialność za własne życie i zostaje kowalem swojego losu. Malejąca rola państwa powoduje, że ostatnią deską ratunku dla kobiet średniego pokolenia są właśnie babki, które mają mieszkania, renty, emerytury, i które stanowią podstawową formę zabezpieczenia.

– Czyli babki jako ostatnia deska ratunku?

– Tak, w sytuacji, kiedy kobiety przede wszystkim średniego, ale i młodszego pokolenia nie mają pracy, to właśnie babki biorą na swoje barki zapewnienie im dachu nad głową. Ich niewielkie świadczenia emerytalne stanowią często jedyny strumień gotówki zasilający w sposób stały domowe budżety. Podstawową strategią radzenia sobie w tak niesprzyjających transformacyjnych okolicznościach jest funkcjonowanie gospodarstwa domowego oparte na łączeniu wszystkich dochodów, co najczęściej wygląda tak, że wspólny dochód tworzą przede wszystkim emerytura, jedna pensja, którą zarabia zięć (jeśli jest) oraz świadczenia z pomocy społecznej i/lub zasiłki dla dzieci.

– Wystarczy, żeby zapewnić godne życie?

– Dochody wystarczają na zaspokojenie podstawowych potrzeb, ale pod warunkiem, że pieniądze są oszczędnie i racjonalnie wydawane. To taki model codziennego funkcjonowania, w którym człowiek, nie mając żadnych oszczędności, nie może odłożyć żadnych pieniędzy, ale nie musi też pożyczać.

– Wspomniała Pani o średnim pokoleniu kobiet, czyli o córkach babek. Co można powiedzieć na ich temat?

– Transformacja ustrojowa radykalnie zmieniła sytuację zawodową średniej generacji kobiet. Wskutek restrukturyzacji przemysłu włókienniczego Łódź okazała się miastem szczególnie narażonym na strukturalne bezrobocie i pauperyzację mieszkańców. Już na początku transformacji, w latach 1990-1993, odnotowano znacznie większy niż przeciętnie w innych miastach przemysłowych spadek produkcji i zatrudnienia. Zwolnienia grupowe i upadek kolejnych zakładów powodowały wzrost bezrobocia wśród kobiet. Podstawową cechą biografii zawodowych kobiet średniego pokolenia jest doświadczenie utraty stałej pracy zarobkowej i wejście w sytuację bezrobocia bez żadnych szans na powrót w kolejnych latach do stałego legalnego zatrudnienia. Nasze respondentki średniej generacji, wkraczające na rynek pracy na przełomie lat 70. i 80., nie miały żadnego problemu ze znalezieniem pracy w Łodzi. Dramat rozpoczął się właśnie w 1989 r.

– Ten dawny świat rozpadł się jak domek z kart. W nowej rzeczywistości trzeba sobie radzić samemu, a nie użalać się nad sobą i nie szukać wsparcia w instytucjach publicznych. Taka była dominująca narracja.

– To prawda, obowiązujące zasady przestały funkcjonować w bardzo szybkim tempie. Sytuację kobiet dodatkowo komplikuje niski poziom ich wykształcenia. Bardzo często jest to wykształcenie zawodowe, duża część z nich kończyła np. przyzakładowe szkoły zawodowe. Ich szanse na to, żeby wejść sensownie na rynek pracy, po 1989 roku były dosłownie zerowe. Biografie zawodowe robotnic wykwalifikowanych zatrudnionych w fabrykach jako prządki, tkaczki czy snowaczki pokazują, że pracowały one przez kilka lat, potem po urodzeniu dziecka decydowały się na urlop wychowawczy i niestety po urlopie wychowawczym, często wydłużonym przez urodzenie drugiego dziecka, nie miały możliwości powrotu do pracy. Zakłady, w których pracowały, upadały lub były dzielone na mniejsze. Jeśli powrót po urlopie wychowawczym następował po podziale zakładu, zazwyczaj jedna z tych firm miała obowiązek przyjąć do pracy kobiety po urlopach wychowawczych. Ale nie było dla nich pracy, więc pod jakimkolwiek pretekstem zwalniano je. Doświadczeniu utraty stałej, legalnej pracy zarobkowej, a z biegiem lat braku możliwości podejmowania pracy dorywczej, towarzyszy degradacja materialnych warunków życia oraz ograniczenie możliwości i szans życiowych kobiet średniej generacji. Znalazły się w sytuacji poważnych problemów w regulowaniu bieżących świadczeń, rachunków za prąd, gaz itp. Duża część z nich wpadła w spiralę zadłużenia.

– Nie mogą wrócić do dużych włókienniczych zakładów, ale lata 90. to okres, kiedy powstają pierwsze prywatne firmy. Jak na wolnym rynku odnajdują się kobiety z tego średniego pokolenia?

– Większość tych kobiet nie ma wyjścia i po utracie stałej pracy, aby przeżyć, podejmuje zatrudnienie na czarno i godzi się na warunki, jakie oferują im właściciele firm. Często oznacza to pracę w bardzo trudnych warunkach. Niekiedy kobiety szyją w domu, ale pamiętam historie kobiet pracujących w piwnicach, gdzie na małej prowizorycznej przestrzeni działały nowo powstałe firmy. Wszystkie pracują na tzw. akord. Dochody, jakie uzyskują, są różne i zależą przede wszystkim od tego, czy jest praca. Niekiedy, gdy pracy jest dużo, są zmuszone szyć bez przerwy dzień i noc, innym razem, gdy jest martwy sezon, nie są w stanie zarobić nawet na to, by opłacić podstawowe świadczenia. Można powiedzieć z pełną odpowiedzialnością, że była to eksploatacja pracownika za niskie stawki, więc pieniądze, które te kobiety mogły ostatecznie wygospodarować na potrzeby swoich rodzin, były niewielkie i niewspółmierne do potrzeb. Ponadto historie naszych respondentek pokazują, jak bardzo uciążliwa i wyczerpująca była praca w zakładach położonych poza Łodzią, do których kobiety musiały dojeżdżać po kilkadziesiąt kilometrów dziennie. Wspominały, że pracują po 10-12 godzin i jeszcze dodatkowo 2 godziny przeznaczają na dojazd.

– Mogło być to bardzo trudne dla kobiet, które posiadały pod opieką małe dzieci.

– Gdy starały się o ponowne wejście na rynek pracy, kobiety średniej generacji doświadczały wielu przejawów dyskryminacji. W nowych warunkach gospodarczych okazały się mało atrakcyjne na rynku pracy ze względu na wiek, stan zdrowia, a także posiadanie dzieci. Z perspektywy kobiety, która musi dać jeść dziecku, jedynym wyjściem jest podjęcie każdej pracy. Pamiętam historie kobiet, które opowiadały, jak wiele wysiłku wkładały w poszukiwanie pracy i za każdym razem kończyło się na niczym, ponieważ pracodawcę interesował przede wszystkim jej wiek. W wieku 40 lat nie nadawały się już do pracy, zdaniem potencjalnego pracodawcy. Kobiety opowiadały też o mobbingu, niewypłacanych pensjach i uzależnianiu wyższej stawki od takiego czy innego zachowania. W takiej sytuacji często decydowały się na porzucenie pracy…

– Można odnieść wrażenie, że w dyskusji o losie takich kobiet brakuje bardzo ważnego elementu, bez którego trudno wyobrazić sobie szeroką i krytyczną wyobraźnię społeczną. Mam na myśli wątek długofalowych konsekwencji.

– Jest to niezwykle ważny wątek, który niestety był prawie nieobecny w debacie w ostatnich latach. Jedną z takich konsekwencji była rezygnacja z mieszkań, na które latami odkładali na książeczki mieszkaniowe rodzice kobiet z pokolenia średniego. Lata 90. to był okres, kiedy część kobiet musiała zrezygnować z takiego mieszkania. To były nierzadko piękne i duże mieszkania, które trzeba było oddać za długi lub żeby lada moment nie popaść w długi. Nie było innego wyjścia, człowiek traci pracę i bardzo szybko nie stać go na opłacenie czynszu i inne opłaty. Potem przechodzą do mieszkań komunalnych, przedłużający się okres bez pracy powoduje, że za chwilę lądują w czarnej dziurze w większej enklawie biedy, w mieszkaniach bez żadnych standardów. W Łodzi dwa takie mechanizmy przesiedleń były bardzo widoczne. Jeden to administracyjna decyzja eksmisyjna, drugi to samodzielna decyzja o zmianie mieszkania na mniejsze i w gorszej lokalizacji.

– Brzmi jak przyczynek do badań na temat geografii biedy. Usuwamy z pola widzenia niezamożne kobiety, które trafiają do specjalnie wydzielonych stref miejskich. Jak wyglądało i wygląda życie takich kobiet skazanych na życie w biedzie?

– W przypadku kobiet jest to ciągła walka o byt. Nasze badania bardzo wyraźnie potwierdzają jedną z najistotniejszych z cech feminizacji biedy, mianowicie to, że w sytuacji ograniczonych środków finansowych, kobiety w większym stopniu niż mężczyźni czują się odpowiedzialne za zdobycie środków materialnych potrzebnych na utrzymanie. I to kobiety podejmują różne działania na rzecz zdobycia środków niezbędnych do zaspokojenia podstawowych potrzeb, przede wszystkim dzieci. Kobieta jest matką i chowa godność do kieszeni, zaciska zęby, zakasuje rękawy, najmuje się do sprzątania, prac sezonowych, jest zaradna, bo wie, że musi dać jeść dzieciom. Te kobiety szukają pomocy wśród członków najbliższej rodziny i w instytucjach pomocy społecznej, starają się o zasiłki, zapomogi, zgłaszają się po pomoc do organizacji charytatywnych, chodzą po dary do Kościoła czy PCK. Żywność kupuje się najtańszą, chroniąc w miarę możliwości tylko potrzeby żywnościowe najmłodszych dzieci. Odzież kupuje się przecenioną lub nie kupuje wcale. Nie utrzymuje się kontaktów towarzyskich, a nieliczne spotkania towarzyskie ograniczone są do członków najbliższej rodziny. Podejmują pracę dorywczą. Kobiety starszego pokolenia bardzo często podejmowały pracę w godzinach nadliczbowych, wykorzystywały nisko oprocentowane pożyczki oferowane przez zakład pracy. Ponieważ nie miały możliwości korzystania z usług oferowanych przez rynek, więc samodzielnie wykonują większość prac domowych niezbędnych do funkcjonowania rodziny. Najważniejszą strategią jest międzypokoleniowa współpraca kobiet. Współdziałanie międzypokoleniowe ratuje rodzinę przed upadkiem.

– Wspomniała Pani o pracy na czarno w prywatnych firmach w wykonaniu kobiet średniego pokolenia. Czy to znaczy, że w przeciwieństwie do pokolenia babek nie mają one prawa do emerytury?

– Sytuacja tych kobiet wygląda bardzo źle. Choć większość naszych badanych pracowała ciężko po 12 godzin na dobę, to nie mając umowy o pracę – przez wszystkie lata swojego zatrudnienia nie opłacały składek emerytalnych. Ostatecznie zostały więc bez prawa do emerytury. Kobiety z pokolenia średniego stanowiły największą część osób korzystających z pomocy społecznej.

Pomoc społeczna w latach 90. nie miała dobrej prasy. Korzystanie z usług państwowych instytucji wsparcia było traktowane jako przejaw nawyków odziedziczonych po okresie PRL-u.

Korzystanie z zasiłku po 1989 roku to była jedna z podstawowych strategii poradzenia sobie z trudną sytuacją, w której znalazły się kobiety z pokolenia średniego. Pierwszy okres transformacyjny to czas, w którym starano się zaopiekować osobami, które zostały na bruku. Dla tych kobiet to nie było łatwe doświadczenie. Znalazły się w sytuacji bez wyjścia. Traktuję ich zachowanie jako strategie radzenia sobie i wiem z rozmów, że części z nich bardzo trudno było i jest znieść opinię osoby korzystającej z pomocy społecznej. Zdecydowana większość z nich chciała uczciwie pracować, szukała pracy, ale nikt nie był zainteresowany ich zatrudnieniem. Pomoc społeczna to dla nich jak być albo nie być. Miały dzieci na utrzymaniu. I bardzo często były po rozwodzie.

– Jaka rola w radzeniu sobie w tak trudnej sytuacji przypadła mężczyznom? Spodziewam się wątków związanych z alkoholem i bezrobociem, ale czy można powiedzieć coś na temat tego, dlaczego część z nich znalazła się w trudnej sytuacji? Czy miało na to wpływ to, że część dużych zakładów, w których byli zatrudnieni, też zostało zlikwidowanych?

– W Polsce biedą zarządza kobieta, to ona nie może się przyznać, że jest bezradna. Nawet jeśli jej codzienne życie polega na rozpaczliwych próbach utrzymania siebie i swoich bliskich, to zawsze powinna świecić przykładem zaradnej i opiekuńczej matki. Mężczyznom takie sytuacje po prostu się nie zdarzają. Kobiety natomiast muszą sobie poradzić w każdych warunkach. Ostatnie 30 lat pokazuje, że korzystanie z pomocy społecznej w trzech generacjach kobiet stało się wymuszone przez warunki zewnętrzne. Oczywiście daje się zaobserwować niepokojący proces osadzania się w sposób trwały młodszych generacji w instytucjach pomocy społecznej. Widać to wyraźnie w strategiach działania, bo gdy średnie pokolenie kobiet było zainteresowane podjęciem każdej możliwej pracy, aby szybko z tej pomocy zrezygnować, tak dzisiaj dla młodszych generacji pomoc społeczna stanowi podstawowe źródło dochodu. To oczywiście ma swoją cenę – utrwala postawę bezradności, poczucia braku godności i wartości.

– Doszliśmy do kwestii młodszego pokolenia tych kobiet, czyli wnuczek. Co wiemy o tym pokoleniu?

– Kobiety zaliczone do generacji „córek” rodziły się w drugiej połowie lat 70. i w pierwszej połowie lat 80. Ich wczesne dzieciństwo przebiegało w okresie stopniowo narastającego kryzysu gospodarczego i politycznego. Zakończenie edukacji obowiązkowej i wkraczanie w okres dorosłego życia przypadało u nich na lata 90. W osobistym doświadczeniu transformacja to dla nich czas związany z utratą pracy przez rodziców. Świat, w którym zaczęły świadomie uczestniczyć, opiera się już na kapitalistycznym porządku społecznym, gdzie pozostawanie bez pracy nie stanowi wyjątku, lecz – w pewnych środowiskach – regułę. Z jednej strony to naturalny okres, kiedy te kobiety miały wejść na rynek pracy, ale ponieważ w tym pokoleniu bardzo często występowało wczesne macierzyństwo, to właściwie nie zdążyły nabyć niezbędnego doświadczenia na rynku pracy. Niezależnie od tego podejmowały jednak próby zatrudnienia, ale fakt posiadania dziecka utrudniał podjęcie pracy ze względu na obciążenie albo dojazdy. W rozwijającej się gospodarce rynkowej pojawiło się zapotrzebowanie na ludzi wykształconych, nowych specjalistów, ludzi o wysokich kwalifikacjach zawodowych, ale kobiety młodego pokolenia nie miały najmniejszych szans, żeby spełnić choć część wymagań.

– Nieplanowane wczesne macierzyństwo w takich okolicznościach brzmi jak wyrok.

– Wczesne macierzyństwo sprawiało, że decydując się na wychowanie dzieci młode kobiety automatycznie rezygnowały z kontynuowania edukacji. Często było tak, że po urodzeniu dziecka decydowały się na samotne rodzicielstwo. Działo się tak, ponieważ ich partnerami nierzadko byli mężczyźni o niskim, podstawowym i zasadniczym zawodowym wykształceniu, którzy pochodzili z rozbitych rodzin, mieszkali najczęściej z matką, byli na jej utrzymaniu, pracowali dorywczo lub byli bezrobotni. Wobec tego młode matki nie chciały formalizować związków. Młode matki odkładały poszukiwanie zatrudnienia do momentu, aż dzieci osiągną wiek przedszkolny lub szkolny. Wszystkie chciały podjąć pracę po wychowaniu dziecka. Ale nie mając dotychczas żadnych doświadczeń na rynku pracy, nie miały też pomysłów, jaką pracę chciałyby podjąć.

– Ciekawym wątkiem, który przewija się w naszej rozmowie, jest pewien typ solidaryzmu kobiet, dzięki któremu kobiety utrzymywały się na powierzchni przez te wszystkie lata. Można nawet chyba postawić tezę, że to dzięki wzajemnej solidarności część kobiet nie znalazła się na samym dnie. Wiemy, że pokolenie babek było bardzo oddane i zaangażowane we wspieranie swoich córek i wnucząt, ale co można powiedzieć o pozostałych kobietach?

– Babki są najlepszym przykładem takiego solidaryzmu, ponieważ one wychowawczo i ekonomicznie przejęły odpowiedzialność za młodsze pokolenie. W pokoleniu średnim kobiety też się tak zachowują – nawet jeśli korzystają z zasiłków, to wspólnymi siłami dzielą się kosztami i są w stanie wspólnie funkcjonować. Solidaryzm kobiet to taka podstawowa ścieżka radzenia sobie z biedą. Niewiele mieliśmy sytuacji, które pokazywałyby takie zaangażowanie mężczyzn. To się trochę zmienia w młodszych pokoleniach.

– Po 10 latach przeprowadzono kolejne badania na grupie tych samych kobiet.

– Badania, do których odwołuję się odpowiadając na pytania, ukazują bardzo istotną cechę biedy doświadczanej przez kobiety. Mianowicie to, że bieda w doświadczeniu kobiet ma niestety trwały, międzygeneracyjny charakter. Choć oczywiście u podstaw trudnej sytuacji i międzypokoleniowej transmisji biedy leży szereg zróżnicowanych, zindywidualizowanych okoliczności losowych czy systemowych. Starsze pokolenie respondentek doświadczało biedy przede wszystkim w okresie dzieciństwa i narażone jest na niedostatek w schyłkowej fazie życia z powodu braku zabezpieczenia materialnego dzieci i wnuków, którym muszą pomagać. Średnie pokolenie nie zaznało biedy w dzieciństwie, choć ich ówczesne warunki życia nie były dostatnie. Bieda w doświadczaniu tej generacji kobiet pojawiła się nieoczekiwanie, przede wszystkim jako rezultat zmian systemowych. Jej doświadczanie prowadzi do poczucia niezasłużonej klęski życiowej i utraty dotychczasowego standardu życia. Badania zrealizowane 10 lat później (tj. w latach 2008-2010) pokazały, że z uwagi na znaczne pogorszenie stanu zdrowia kobiety średniej generacji zostały całkowicie wykluczone z rynku pracy. Wiele z nich wpadło w pułapkę kredytową parabanków lub komercyjnych firm kredytowych, których prowizje i odsetki pochłaniają większość skromnych dochodów. Niewielka jest zatem szansa na poprawę losu tych kobiet w przyszłości. Zmiana może być tylko na gorsze, ponieważ nie będą otrzymywać emerytur na starość, nie mają odpowiedniego stażu pracy i zgromadzonych składek. Nie będą także mogły liczyć na pomoc swoich córek, ponieważ ich szanse na pracę i zarobki są jeszcze bardziej ograniczone. W przypadku młodszej generacji oferowane przez sprywatyzowany łódzki przemysł lekki miejsca pracy ograniczają się do prac pomocniczych w szwalniach, pracowniach krawieckich, małych firmach odzieżowych, niekiedy pracy sprzątaczki, dozorczyni, nadal najczęściej są to prace dorywcze, „na czarno”, przynoszące bardzo niskie zarobki, które pozwalają zaspokoić zaledwie najpilniejsze potrzeby, a nie wypracować jakąkolwiek stabilizację finansową. Brak stałego zatrudnienia kobiet młodszej generacji skutkuje brakiem samodzielności ekonomicznej i mieszkaniowej. W ich doświadczenie wpisuje się już w trwały sposób uzależnienie od świadczeń instytucji pomocy społecznej. Brak możliwości uzyskania pracy dającej poczucie stabilizacji staje się trwałym elementem doświadczenia biograficznego najmłodszej generacji kobiet, tych urodzonych już po 1989. Jest to pokolenie najbardziej zdezorientowane i zagubione – absolutnie nieprzygotowane do życia we współczesnych realiach ekonomicznych i zupełnie pozbawione korzeni.

– Jakie są najbardziej wyraziste cechy doświadczenia biograficznego trzech generacji kobiet?

– Zwrócę uwagę na najważniejsze cechy biografii kobiet w sytuacji biedy. Z pewnością do takich należy doświadczenie skrócenia do minimum fazy dzieciństwa i młodości w wymiarach edukacyjnym i rodzinnym. W wymiarze edukacyjnym badane generacje kobiet charakteryzuje bardzo krótki pobyt w szkole, wykształcenie od niepełnego podstawowego w pokoleniu najstarszych kobiet do zawodowego w pokoleniu średniej generacji, podstawowego w młodszej i najmłodszej. Możliwości edukacyjne są więc bardzo mocno ograniczone, w przypadku starszej generacji skrajnie ograniczone z przyczyn materialnych, konieczności podejmowania wczesnej pracy zarobkowej, opieki nad młodszym rodzeństwem, brakiem wsparcia i pootrzymywania aspiracji edukacyjnych w rodzinie, generalnie odczuwaną potrzebą jak najszybszego usamodzielniania się. W wymiarze życia rodzinnego najbardziej wyrazistą cechą doświadczenia biograficznego kobiet jest duży ładunek doświadczeń traumatycznych dotyczących życia rodzinnego oraz wejście we wczesne małżeństwo i wczesne rodzicielstwo. Dzieciństwo jawi się bowiem jako okres wielowymiarowej deprywacji ekonomicznej, emocjonalnej i społecznej. Konsekwencją jest wczesny start w dorosłość, jednak utrudniony przez brak szeroko rozumianego kapitału ekonomicznego (brak posagu), edukacyjnego (brak wykształcenia), emocjonalnego (brak oparcia w rodzinie) i kulturowego. Dorosłość starszego pokolenia to życie nacechowane ciężką pracą zawodową, często borykanie się z alkoholizmem męża i dzieci, a w konsekwencji przejęcie odpowiedzialności za utrzymanie rodziny. W przypadku kolejnych pokoleń brak pracy, nieudane z różnych powodów związki małżeńskie czy samotne, wczesne i nieplanowane rodzicielstwo.

– Dziękuję za rozmowę.

fot. w nagłówku rozmowy: Tomasz Chmielewski

Co z tą piosnką? – rozmowa z Jarkiem Szubrychtem

– Jesteś dziennikarzem, twórcą i redaktorem naczelnym „Gazety Magnetofonowej”, magazynu o polskiej muzyce. A niegdyś byłeś wokalistą blackmetalowej Lux Occulty. Zwykle zaczynam wywiady od ankiety personalnej: dlaczego metal, a nie punk?

– Jarek Szubrycht: Punk też był obecny. Zawsze słuchałem punk rocka, ale dużo mocniej zaangażowałem się w metal, również ze względów środowiskowych. W Dukli, malutkim podkarpackim miasteczku, punków było raptem dwóch. Miałem za to więcej starszych kolegów, którzy interesowali się metalem, jeździli już na koncerty, mieli nagrania. W 1986 r., jak pół świata, zostałem fanem zespołu Europe, za sprawą ich przeboju „The Final Countdown”. Pewnego razu w „Świecie Młodych” wyczytałem, że Europe i taka muzyka to metal.

– Bezkompromisowi hałaśnicy z Europe otworzyli ci uszy na brutalne granie?

– [śmiech] Owszem, jakkolwiek zabawnie by to dziś nie brzmiało. Kolega z bloku, dzięki ojcu, który mieszkał w Stanach, miał nagrania zespołów metalowych. Okazało się, że to, czym dysponował, nie przypominało Europe – było zdecydowanie lepsze. Dałem się pochłonąć tej muzyce. Trafiłem w czas schyłkowego PRL, kiedy w państwowych mediach zaczęto puszczać metal, który wówczas zyskiwał na popularności.

Przypomnę, że w 1986 r. odbyła się w Katowicach pierwsza Metalmania. Raz w tygodniu w Programie Trzecim Polskiego Radia i raz w tygodniu w Programie Drugim można było w całości wysłuchać metalowych płyt (i nagrać je sobie). Również „Na Przełaj”, czyli organ prasowy Związku Harcerstwa Polskiego, prowadzony wówczas przez ludzi, z których przynajmniej część była naprawdę młoda i otwarta na świat, puszczał sporo materiałów na tematy rzeczywiście fascynujące młodzież. Oni mieli świadomość, że jeśli będą się kurczowo trzymać oficjalnego sznytu harcerza wiernego ideałom ludowej ojczyzny, nikt po to nie sięgnie.

– Podobnie było z Rozgłośnią Harcerską.

– Tak, to też było jedno z muzycznych okien na świat. Dodam, że w „Na Przełaj” pojawiały się nie tylko notki o płytach, ale choćby reportaże z Jarocina, z Metalmanii, z Metal Battle. Jeszcze jedna, cenna rzecz: o ile w przypadku radia, telewizji czy magazynów typu „Non Stop”, gdzie takie treści się pojawiały, to był jednostronny komunikat typu nadawca-odbiorca, o tyle redakcja „Na Przełaj”, bodaj w 1988 r., otworzyła się na czytelników. Opublikowali wówczas na swoich łamach cykl artykułów Marcina Wawrzyńczaka, twórcy słynnego metalowego fanzina „Eternal Torment”, w których opisał m.in. kilka naprawdę undergroundowych deathmetalowych kapel. Ich nagrań nie puszczali w Polskim Radiu. To nam otworzyło oczy. Mówię „nam”, ponieważ później się okazało, że te teksty były punktem zwrotnym dla wielu moich kumpli. Poznaliśmy metalowy underground: okazało się, że istnieje nieoficjalne wymienianie się nagraniami, czyli tape trading; okazało się, że istnieją polskie fanziny, które można czytać. Miałem szczęście, bo na początku trafiłem na te edytorsko nieco słabsze…

– Dlaczego: szczęście?

– Stwierdziłem, że zrobienie fanzina nie przekracza moich zdolności. Co prawda ten, który zrobiłem jako pierwszy, było dużo gorszy od tych słabych, które dostałem [śmiech], ale nauczyłem się dzięki niemu, jak współtworzyć metalowy underground. Zaczęła się wymiana listów, wyjazdy na koncerty, poznawanie sceny.

– Gdy dziś zajrzeć do „Jaskini hałasu” Wojciecha Lisa i Tomasza Godlewskiego, widać dobrze, jak bardzo estetyka metalowego podziemia nie pasowała do świata pierwszych sekretarzy i księży proboszczów.

– To jest rzecz częściowo znana choćby ze sporów o Jarocin z tamtych lat, teoria wentyla bezpieczeństwa: lepiej, żeby młodzi słuchali dziwnej muzyki, niż wychodzili na ulice i protestowali przeciw ludowej ojczyźnie. Ale prawda jest też taka, że w miasteczkach takich jak Dukla wielka polityka była nieobecna. Nawet gdybym chciał rzucać kamieniami w ZOMO-wców, to musiałbym jechać jakieś 150 kilometrów, żeby się na to załapać.

Ale nie jest też tak, że milicja ułatwiała życie metalowcom. Zdarzali się nadgorliwi milicjanci, którzy łapali pierwszych długowłosych, również na ulicach małych miasteczek i wycinali ze skór znaczki z pentagramami, nazwami kapel. Albo obcinali lub podpalali włosy w radiowozie. I choćby po tym było widać, że wciąż żyjemy w państwie policyjnym, w którym milicja bezkarnie nadużywa środków przymusu. Ale absolutnie ten rodzący się metalowy underground nie był sam w sobie żadnym celem dla służb.

Opowiem historię dość charakterystyczną dla schyłkowej komuny. Gdy wykleiłem swój pierwszy fanzin, uświadomiłem sobie, że właściwie nie wiem, gdzie go odbić na ksero. To nie była Warszawa, to nie był nawet Rzeszów, to była Dukla. Najbliższe ksero było zdaje się w Krośnie. W dodatku to była jesień 1989 r., obowiązywały jeszcze przepisy, według których nie można było odbić większej ilości materiałów na ksero bez zatwierdzenia cenzorskiego.

– Zakładam, że nie poszedłeś do cenzury.

– Mój ojciec był wojskowym, ale też człowiekiem tolerancyjnym. Rodzice wspierali mnie w moich zainteresowaniach. Z wyjazdów do większych jednostek na ćwiczenia, ze szkoleń dla WOP-istów, ojciec przywoził mi płyty, kasety, plakaty. Mam też w głowie taki obrazek: podoficer Ludowego Wojska Polskiego wybiera się na służbę, ale przecież wieczorem koncert, więc póki co siedzi w mundurze przy stole i naszywa mi na katanę „telewizor” Kreatora z płyty „Pleasure to Kill”.

– To się układa w logiczną całość.

– [śmiech] W każdym razie, jak już zrobiłem ten fanzin, ojciec zaoferował pomoc. Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy na Komendę Wojewódzką Milicji Obywatelskiej w Krośnie. Ojciec miał tam znajomych. Powiedział, że syn robi gazetę o muzyce, poszło bez problemu. Na komendzie odbiłem więc dwadzieścia czy trzydzieści sztuk pierwszego numeru swojego fanzina. A drugi numer ukazał się nieco później w zupełnie innej rzeczywistości, gdy istniały już komercyjne punkty ksero.

– Pozwól, że jeszcze wrócę do punka. Nie pociągał cię od strony ideowej, np. jako muzyka o mocniejszym przekazie politycznym?

– Interesowałem się punkiem, ale metal odpowiadał mi bardziej również pod względem estetycznym. Czytałem punkowe fanziny, m.in. „Qqryq”, z uwagą śledziłem tamte dyskusje ideowe. Z satysfakcją obserwowałem natomiast to, że muzyka hardcore/punk w jakiejś części ewoluowała brzmieniowo w stronę metalu. Nie oszukujmy się: wielu ludzi od punka odrzucał brak dbałości o formę – dla części zespołów i fanów treść była tak bardzo nadrzędna, że cokolwiek grało i jakkolwiek brzmiało, było okej. Dla mnie liczyła się też forma i dlatego byłem choćby fanem Dezertera, który choć surowo, dobrze brzmiał, dużą wagę przywiązywał do muzyki.

Jeszcze jedno: wtedy było sporo zespołów i fanzinów, w których mocno podkreślano, że „dzieciaki powinny się zjednoczyć” – niezależnie od tego, czego słuchają. Nie wszyscy się z tym zgadzali, ale to miało swoje szersze uzasadnienie. Metalowcy byli mniej politycznie zaangażowani od punkowców, ale pewne rzeczy były wtedy powszechne, choćby podskórna antysystemowość wśród młodzieży, na którą składało się i odrzucenie dogorywającej komuny, i mocno podkreślany antyklerykalizm. Nazwę to nutą wolnościową, choć bez jakichś jasnych politycznych afiliacji. Walący się ustrój nie był nasz, ale to, co się pchało w jego miejsce, czyli prawica w typie Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, albo Lech Wałęsa i bracia Kaczyńscy, też nie było nasze. Przynajmniej tak to wyglądało w moim środowisku.

– W kilku książkach, które podsuwa mi pamięć, pojawia się PRL-owski dom kultury jako miejsce ważne dla kształtowania się muzyki tworzonej przez kolejne roczniki dojrzewające w tamtej epoce. Myślę o poświęconym Republice „Nieustannym tangu” Leszka Gnoińskiego, „KSU. Rejestracja buntu” Krzysztofa Potaczały, „Roman Kostrzewski. Głos z ciemności” (wywiad-rzeka) i Twojej książce: „Vader. Wojna totalna”. Istotne jest też to, że tego typu instytucje stanowiły lokalny koloryt zarówno w przypadku większych, jak i mniejszych ośrodków. Zniknięcie znacznej części z nich to chyba jeden z mniej oczywistych symboli transformacji?

– Byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie doceniał znaczenia domów kultury. Wojewódzki Dom Kultury w Krośnie był dla mnie oknem na świat. Widziałem tam pierwsze prawdziwe koncerty, w tym takich sław jak Voo Voo, dzięki corocznym Krośnieńskim Spotkaniom Teatralnym zobaczyłem po raz pierwszy adaptacje sztuk Sławomira Mrożka czy Eugene Ionesco – mocne doświadczenia, tym bardziej, że w ramach wycieczek szkolnych do teatru w wielkim mieście, czyli Krakowie, karmiono nas kanonem lektur szkolnych. Na deskach krośnieńskiego domu kultury, wraz ze swoimi pierwszymi zespołami, w których zacząłem krzyczeć, brałem udział w przeglądach takich i owakich – tak stawiałem pierwsze kroki na prawdziwej scenie przed prawdziwą publicznością.

A równocześnie ćwiczyliśmy jako zespół metalowy w naszym domu kultury w Dukli. To było szersze doświadczenie, znane wielu późniejszym zawodowym muzykom: trudne związki tych instytucji z przeróżnymi metalowymi czy punkowymi młodzieżowymi składami. Z jednej strony ludzie, którzy tam pracowali, chcieli pomagać małolatom w nauce gry na instrumentach, z drugiej zupełnie nie ogarniali tego, co się dzieje. Nie rozumieli, co gramy, co próbujemy robić. W naszym przypadku nie skończyło się to jednak źle – po różnych próbach przydzielania nam instruktorów, wymyślania, na jakiej uroczystości moglibyśmy wystąpić z naszym repertuarem, dali nam w końcu spokój i swobodnie korzystaliśmy z sali prób w domu kultury w Dukli, na spółkę z zespołem weselnym Renoma.

Minęło parę lat, w 1994 roku powstała Lux Occulta. Byłem już na tyle świadomy i bezczelny, że już nikogo o nic nie prosiłem, ale założyliśmy swoje najbardziej szokujące koszulki, przywdzialiśmy pełen metalowy rynsztunek, i zażądaliśmy audiencji u burmistrza Dukli. Powiedzieliśmy panu burmistrzowi, że zakładamy zespół, mamy kilka utworów i chcemy sali na próby, bo to lepiej, niż gdybyśmy mieli pić wódkę na schodach kina. Lekko skonfundowany burmistrz zaczął opowiadać, że jak był młody, to też był hippisem [śmiech]. Ale ugiął się przed siłą naszych argumentów. Najpierw mieliśmy próby w kinie, później dostaliśmy sporych rozmiarów salę w zabytkowym ratuszu na środku rynku, który dziś nie należy już do miasta, bo odnaleźli się spadkobiercy. To był niezły układ: myśmy mieli jedyne klucze do sali, a oni płacili czynsz i prąd [śmiech]. Żeby było jasne: to była Dukla w połowie lat 90. XX w., w większych miastach Polski coś takiego nie było już wtedy możliwe.

– Mieliście wręcz cieplarniane warunki…

– Po latach, już jako dziennikarz, który analizował różnorakie zjawiska muzyczne, zacząłem się zastanawiać: jak to jest, że polskie zespoły zakładane przez siedemnasto- czy osiemnastolatków, po kilku latach są na ogół na poziomie „x”, a zespoły zakładane w tym samym czasie przez ich rówieśników z Finlandii czy Norwegii po kilku latach są na poziomie „x do kwadratu, x do sześcianu”. Dowiedziałem się, że w Skandynawii instytucjonalne wsparcie dla nastoletnich muzyków jest stosowane systemowo. Młodzież zakłada kapele, ale nie musi „na bezczela” wykopywać drzwi u burmistrza, licząc na to, że trafią na człowieka liberalnego i życzliwego. W krajach Skandynawii obowiązkiem samorządów jest wspieranie muzycznych talentów dzieciaków: młodzi dostają miejsce na próby, odpowiednie dofinansowanie, żeby kupić sprzęt albo coś nagrać, mają do dyspozycji instruktorów. Mało tego – muzycy, którzy sami coś osiągnęli, mogą zatrudnić się jako instruktorzy w takich ośrodkach. Ihsahn, gitarzysta zespołu Emperor, kapeli o międzynarodowej renomie, przez lata pracował w ten sposób. To ma sens: dzieciaki przychodzą z różnymi umiejętnościami i zainteresowaniami, zatem trudno, żeby jeden i ten sam instruktor przerabiał ze wszystkimi w nieskończoność kanon w rodzaju „Trzech kurek”. Im lepsza i bardziej różnorodna oferta dostępna dla każdego, tym lepiej rozwijają się talenty wśród młodzieży. To wyjaśnia też różnicę poziomów między zespołami w międzynarodowej skali: u nas bardzo wiele dzieciaków na własny użytek musiało odkrywać koło od nowa. W tym czasie ich rówieśnicy ze Skandynawii ostro ruszyli już do przodu…

– Malowniczo to zjawisko opisał Daniel Ekeroth w książce „Szwedzki death metal”: „Z racji tego, że Szwecja jest krajem bogatym (przynajmniej kiedyś była), każdy kto chce grać w zespole, ma stworzone ku temu warunki. Władze miejskie w dużym zakresie zapewniają instrumenty i miejsca do ćwiczeń, a za granie prób i tworzenie nagrań niektóre organizacje wypłacają nawet pieniądze. W wielu szwedzkich miastach nadal stoją ogromne budynki z salami na próby, które można wynająć praktycznie za nic. Z uwagi na fakt, że struktura administracyjna Szwecji opiera się głównie na bardzo małych i nudnych mieścinach […], młodzieży nie pozostaje nic innego, jak tylko zająć się sportem lub założyć kapelę”.

– Ma to bardzo ciekawe skutki ekonomiczne. W tej chwili muzyka w krajach skandynawskich to gigantyczne źródło dochodu, również dla państwa. Muzyka jest towarem eksportowym. Również black metal promowany jest jako dobro kulturowe, które znakomicie się sprzedaje. Zatem to nie jest tak, że oni jedynie „dają pograć gówniarzom”, żeby się nie zapili lub nie zaćpali, gdy są w najgłupszym wieku. To jest też inwestycja. W Norwegii dzięki eksplozji black metalu znacznie wzrosła turystyka: cudzoziemcy odkryli ten kraj za sprawą metalu. Norwescy dyplomaci, którzy jadą na placówkę do innych krajów, muszą wiedzieć, czym jest rodzimy black metal – do ich kompetencji i obowiązków należy znajomość i promowanie tej muzyki.

– Gdy rozmawiamy, toczy się spór polityczny o festiwal w Opolu. Jak z perspektywy undergroundowca oceniałeś dawniej tego typu imprezy muzyczne?

– Zacznijmy od tego, dlaczego powstał festiwal polskiej piosenki w Opolu. To był element zakorzeniania w wyobraźni zbiorowej powojennego statusu Ziem Odzyskanych, ich kulturowej przynależności do macierzy. Ale jest jeszcze jedna sprawa. Oceniamy wartość piosenek dawnych artystów i artystek, którzy przewinęli się w czasach PRL przez Opole, z perspektywy ludzi podpiętych do internetu, którzy w każdej chwili mogą sięgnąć choćby po dowolne dzieła muzycznej popkultury. A to nie jest sprawiedliwa ocena.

– Dlaczego?

– Sprawdź premiery w Opolu z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych. Nawet jeżeli nie były to zawsze rzeczy wybitne, to na pewno było to wszystko, na co wówczas było stać polską scenę muzyczną. W Opolu z nowym repertuarem pojawiali się Anawa lub Czesław Niemen. A na nich trudno narzekać. Innych kanałów dystrybucji informacji, poza państwowymi, wtedy nie było – jeśli ktoś chciał dotrzeć z szeroko rozumianą muzyką popularną do publiczności, to musiał wystąpić w Opolu. Poziom tamtej piosenki w stosunku do tego, co dziś dzieje się w głównym nurcie, był bardzo wysoki. Z dzisiejszej perspektywy niektóre z tych piosenek trącą myszką, są banalne, ale wiele z nich to dobre numery, świetnie zaaranżowane, bardzo dobrze zagrane i zaśpiewane, ze znakomitymi tekstami. Sprawdź, co było prezentowane w Opolu w 1972 r., jeśli chodzi o teksty, i porównaj to z Opolem ostatnich lat… To jest dramatyczna przepaść.

– No to skąd ta przepaść?

– Dziś Opole to festiwal, na który nie ma pomysłu. Ta sytuacja ciągnie się od dziesięciu-piętnastu lat. W znacznej mierze bierze się to stąd, że artyści nauczyli się docierać do publiczności innymi kanałami, choćby za pośrednictwem internetu. Ten festiwal przestał decydować o trendach i popularności. Oczywiście, wciąż są twarze, które bez Opola żyć nie mogą, albo byłoby im bez niego trudniej, ale to cień dawnej chwały…

– A to nie jest kwestia stopniowego kurczenia się publiczności Opola? Starsi darzą tę imprezę sentymentem, bo kochają wspomnienia z młodych lat, ale dzisiejsi dwudziesto-, trzydziestolatkowie mają zupełne inne festiwale: Open’er, OFF Festival, Męskie Granie?

– Nie do końca, bo to też inna muzyka. Tego, co się gra na OFF-ie, nigdy nie było w Opolu. Podejmowano tam próby montowania alternatywnej sceny, ale kończyło się na mniej lub bardziej udanych eksperymentach. I owszem, jestem za tym, żeby eksperymentować w Opolu.

– Chcesz szokować starszych państwa?

– Niekoniecznie. Pamiętam piętnastoletniego siebie z Dukli, który jeśli nie zobaczył czegoś w telewizji i nie usłyszał w radiu, to nie wiedział, że to istnieje. Oczywiście, ktoś powie, że dziś to niepotrzebne, bo mamy internet. Tylko żeby znaleźć coś w sieci, trzeba wiedzieć, czego szukać. A przecież portale społecznościowe coraz bardziej trzymają nas w bańce naszych upodobań i pułapce przyzwyczajeń. To ma swój komercyjny wymiar: reklamodawcy pokażą nam rzeczy, które skłonią nas, byśmy sięgnęli do portfela. Coraz trudniej wyrwać się temu modelowi funkcjonowania w sieci, który Google z Facebookiem narzucają całemu światu.

I jeszcze jedno – nie można oceniać Opola jako festiwalu, nie prowadząc dyskusji o kondycji mediów publicznych. Opole jest do niczego, bo telewizja publiczna jest do niczego – niezależnie od ekipy, która tam rządzi. Abstrahując już od tego, że każda władza zawłaszcza telewizję, żeby dotrzeć do ludzi i w mniej lub bardziej zawoalowany sposób na nich oddziaływać, to nikt z tych ludzi nie potrafił odpowiedzieć sobie na pytanie lub podjąć decyzji politycznych o konsekwencjach istotnych także dla finansów tej firmy, czym ona właściwie ma być.

Mówi się o misji telewizji publicznej, a równocześnie każe się jej zarabiać pieniądze na najbardziej oglądalnych formatach. Promowane są właściwie coraz głupsze pomysły. „Gwiazdy tańczą na lodzie” to przecież była oferta TVP.

– Wróćmy do Opola.

– Ono jest nijakie i coraz mniej znaczy, bo kulturotwórcza misja telewizji publicznej to w znacznej mierze pic na wodę. Gdyby ktoś się tym przejął i konsekwentnie to realizował, a były takie próby, to wszystko mogłoby wyglądać inaczej. To nie jest tak, że w Polsce nie ma ludzi, którzy mogliby to dobrze zrobić, stworzyć świetny scenariusz kilkudniowego festiwalu, pokazać stare gwiazdy w nowym, interesującym świetle. Mogliby też pokazać, że istnieje nowe życie w polskiej muzyce popularnej.

Przy okazji: były ekipy, które traktowały misję telewizji publicznej serio. Pierwsza to tzw. pampersi z początku lat 90. To były czasy, gdy ludzie jeszcze przejmowali się niemodnym dziś słowem „pluralizm”. Pampersi byli zdecydowanie z prawego skrzydła, ale równocześnie bardzo pilnowali, żeby pokazywać dzieła kultury popularnej, z którymi pewnie nie do końca się zgadzali.

– Przypomnijmy parę nazwisk: Wiesław Walendziak, Grzegorz Górny, Andrzej Horubała.

– Dbali o to, żeby zarówno kultura, jak i publicystyka, która dziś jest formą źle zamaskowanej propagandy, przedstawiały naprawdę szerokie spektrum wizji świata. Pokazywali się tam i ludzie z Totartu czy bruLionu, i katolicy ze środowiska „Frondy”.

Drugi taki moment to były pomysły ekipy Jerzego Kapuścińskiego i nawet później Macieja Chmiela, mówię tu o TVP 2. Było widać, że ciężko pracują nad ofertą kulturalną, tylko w innym już czasie – gdy znacznie zmniejszono budżety na własne produkcje. Dodajmy do tego TVP Kulturę, ale jej przykład pokazuje, że misyjność zepchnięto do pewnej niszy.

– Pamiętam, że jako nastolatek w telewizji „pampersów” zobaczyłem „Hair” Miloša Formana, „Jesus Christ Superstar” Andrew Lloyd Webbera i „The Wall” Alana Parkera.

– Miałem tak samo… Tamta telewizja publiczna kupiła nam „Miasteczko Twin Peaks”, choć w przypadku drugiego sezonu było już przecież jasne, że na całym świecie widownia odpływała. A oni nie bali się zaglądać w te wyższe rejony popkultury, które z różnych przyczyn mogły drażnić szerszą widownię.

– W tamtych czasach telewizja publiczna pokazała też wielki show na Wembley po śmierci Freddy’ego Mercury’ego i Woodstock z 1994 roku – późno w nocy i nad ranem w swoim pokoju oglądałem na Rubinie C714 Porno for Pyros, Nine Inch Nails, Metallicę.

– Moi rodzice byli wtedy na tyle uprzejmi, że obiecali nocować w domku na działce, ściągnąłem więc znajomych i dwie bite noce siedzieliśmy przy tym Woodstocku. To nam zmieniało życie – oglądaliśmy Red Hot Chilli Peppers w tym samym czasie, co Amerykanie. Ta telewizja pokazywała nam to, co faktycznie w czasie rzeczywistym działo się w kulturze popularnej.

– Ktoś może powiedzieć: jesteście stare pierniki, przecież to samo można sobie teraz zobaczyć na żywo na YouTube…

– Po pierwsze nie wiem, czy telewizję publiczną w modelu, który byśmy sobie życzyli, da się w Polsce jeszcze w ogóle uratować. Po drugie, jak już wspominałem, są ludzie, którzy także w dziedzinie popkultury mają nieco lub znacznie lepszy kapitał kulturowy. Nie trzeba nawracać nawróconych – chodzi o to, żeby z lepszą ogólnodostępną ofertą dotrzeć do tych, którzy z różnych przyczyn mają do niej utrudniony dostęp. Szczerze wątpię, że jakakolwiek ekipa odczuwa potrzebę, by edukować szerokie masy.

– W polskiej muzyce popularnej wciąż widoczne jest coś, co roboczo nazwę inteligenckim tonem. W pewnej mierze widać to było w Opolu, w czasie recitalu Maryli, w wyblakłych już mocno wspominkach o Agnieszce Osieckiej. Widać to dobrze po serii muzycznej „Zaśpiewani”. I widać również, gdy Maciej Maleńczuk śpiewa Włodzimierza Wysockiego albo „kłania się w pas” Wojciechowi Młynarskiemu. Można się z tego śmiać, ale ten inteligencki sznyt chyba zapewnia polskiej muzyce kontakt z literaturą, poezją, malarstwem?

– To nie jest typowo polska cecha. Muzyka popularna ma różne oblicza, a inspiracje literaturą czy malarstwem to są rzeczy, które rezonują silnie w kontrkulturze amerykańskiej późnych lat 60., a następnie w latach 70. Przypomnijmy sobie choćby Patti Smith, Lou Reeda, Davida Bowie. Często to były więzi osobiste, przeróżne dziedziny życia przenikały się ze sobą – dobrze to pokazuje przykład Andy’ego Warhola i zespołu Velvet Underground. Za paradoks można jednak uznać to, że ten nurt na Zachodzie nie był mainstreamowy, natomiast w Polsce, w czasach PRL, rzeczywiście był głównym nurtem. To o tyle interesujące, że przecież znaczną część włodarzy Polski Ludowej, pomijając Józefa Cyrankiewicza, trudno posądzać o jakieś wyższe potrzeby kulturalne. A jednak wszyscy ci ludzie, mieli – może wynikający z pewnego kompleksu wobec inteligencji jako warstwy kulturotwórczej – spory szacunek do świata kultury.

Choć dodam, że po pierwsze tamten system zmarnotrawił wiele talentów, również artystycznych, ponieważ o bardzo wielu rzeczach, zwykle w sposób niejawny, decydowali ludzie kierujący się nieraz podłymi motywacjami. Po drugie, rynek muzyczny był zupełnie nieracjonalny, a sami muzycy często nie wiedzieli, ile płyt faktycznie sprzedają i ile na nich realnie zarabiają. To wszystko kontrolowały upolitycznione instytucje. Po trzecie, mieliśmy jednak ograniczony dostęp do wielu dzieł kultury światowej i polskiej, chyba że trafiły do drugiego obiegu.

– A może to inteligenckie nastawienie wynikało z pewnych paradygmatów tamtego ustroju – trzeba było nieść kaganek oświaty w lud, kultura masowa świetnie się do tego nadawała.

– W tamtych latach inna była też kultura popularna. Nikt jeszcze wtedy nie wymyślił rzeczy tak głupich jak te, które przyswajamy dzisiaj. Może też jest tak, że gdyby ta rozrywka, która dziś robi za kulturę popularną, była tak rozpowszechniona jak obecnie, to pewnie korzystaliby z tych narzędzi. I może przeróżni czynownicy tańczyliby i wówczas na lodzie. Ale zamiast tego mieliśmy Teatr Telewizji. Pamiętam, że w latach 80., gdy już rejestrowałem pewne rzeczy świadomie, moi rodzice, matka – wiejska nauczycielka, ojciec – wopista, siadali ze mną przed telewizorem i oglądaliśmy spektakle Teatru Telewizji. To było naturalne. I powszechnie oglądane. Już na początku III RP, ale wciąż według wzoru wypracowanego w PRL, pokazano w telewizji teatralną adaptację bodaj „Transatlantyku” Gombrowicza. Ja sam jeszcze niewiele z tego rozumiałem, ale pamiętam, że rodzice byli mocno na „nie”. Dziś myślę, że super było to, że oni w ogóle sami chcieli się z tym skonfrontować, nie wyłączyli telewizora. Obejrzeli, bo uważali, że to ważne. Przy wszystkich swoich niezliczonych grzechach, PRL nie dezawuował kultury jako takiej. Chciał ją kształtować wedle swoich potrzeb, chciał ją zawłaszczyć, ale nie wpadł na to, żeby powiedzieć ludziom: „słuchajcie, kultura nie jest wam do niczego potrzebna”…

– W jesiennym numerze „Gazety Magnetofonowej” opublikowaliście tekst Leszka Gnoińskiego „Szkółka dla niegrzecznych dziewcząt”, który opowiada o Lucciola Ladies Rock Camp, założonym w Beskidzie Niskim przez Ewę Langer, basistkę zespołów PRL i Translola. To tekst z mocnymi wątkami feministycznymi, z opowieściami o tym, że wiele kobiet dzięki tamtejszym warsztatom muzycznym uczy radzić sobie choćby z doznaną przemocą. Wolisz tę muzykę, artystki i artystów, którzy są na przeróżne sposoby zaangażowani społecznie, politycznie i ideowo, czy bliższa jest ci raczej filozofia: „pan nie śpiewaj o ideach, pan śpiewaj dobrze”?

– [śmiech] Jeżeli chodzi o moje muzyczne potrzeby, to są one różnorodne. Czasem potrzebuję muzyki zachwycającej formalnie, która nie niesie żadnego przekazu lub jest to przekaz ideologicznie neutralny.

Kultura jest dziś w znacznej mierze społecznie utożsamiana z rozrywką. Sam się łapię na takim odbiorze. To powoduje, że traktujemy kulturę jako coś, co ma nam się podobać, poprawiać nastrój, łatwo się przyswajać. Ale kultura nie jest identyczna z rozrywką. Ta pierwsza ma nam stawiać pytania, poruszać, gniewać, konfrontować z cudzymi wizjami i poglądami. Dlatego takich treści też szukam i staram się prezentować. Natomiast uważam, że nie wolno wymagać od artystów zajmowania stanowiska w jakiejkolwiek sprawie. Artystyczna wolność jest też wolnością od oczekiwań czy wymagań społecznych i od wymogów stawianych przez fanów. Jeżeli artysta/artystka z własnej nieprzymuszonej woli chce zabrać głos, czy to w formie dzieła, czy w wywiadzie, czy w jakikolwiek inny sposób – droga wolna. Jeżeli ktoś chce mieć poglądy również na scenie – nie mamy prawa mu tego zabraniać, muzyk nie musi być tylko od śpiewania i grania: ma prawo mówić o feminizmie, patriotyzmie, zmianach klimatycznych. Ale z drugiej strony nie mamy prawa wymuszać na artystach publicznego wyrażania poglądów. Nie powinny tego robić również instytucje.

– Inna rzecz, że chyba jeszcze moje roczniki wychowały się w atmosferze popkulturowej, w której spora część artystów i artystek z zasady nie było obojętnych. Składanki na kasetach magnetofonowych w rodzaju „Muzyka przeciwko rasizmowi” to było coś najbardziej naturalnego nawet dla tych, którzy jakoś głębiej nie uczestniczyli w muzycznych rytuałach. Na początku lat 90. część kaset magnetofonowych z o wiele bardziej wtedy popularną muzyką rockową była zaopatrzona we wkładkę wzywającą do ogólnospołecznego referendum w sprawie aborcji i przeciwstawienia się stanowisku Kościoła w tej sprawie. Róże Europy, Kult, Big Cyc, Kobranocka – to nie była alternatywa, ale rzeczy dość mainstreamowe, a jednak mocno zaangażowane. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy i Przystanek Woodstock to w ogóle osobny rozdział. Dziś chyba tego zaangażowania, także kojarzonego ze światopoglądowym liberalizmem, jest w muzyce popularnej mniej.

– Jak to zwykle bywa, nie ma jednej przyczyny dla tego skomplikowanego zjawiska. Wydaje mi się, że faktycznie w przestrzeni publicznej mniej jest dziś tego typu muzyki. Piosenki, które u progu lat 90. były grane w radiu, faktycznie mniej lub bardziej dotykały rzeczywistości społeczno-politycznej i ją komentowały.

Konstatuję to z pewną przykrością, jako przedstawiciel pokolenia, które się na czymś takim wychowało, ale wydaje mi się, że współczesny eskapizm też jest jakąś deklaracją polityczną. Być może muzycy z pokolenia, które dziś jest poniżej trzydziestki, a także odbiorcy ich muzyki z takich roczników, uznali, że pieśni tamtego pokolenia to nie są songi w ich sprawach. Być może to, co nazywamy zaangażowaniem, oni uznają za dyskusję na obce im tematy, za spory, o których nie chcą nic słyszeć.

Na początku lat 90., gdy po raz pierwszy jako młodzi ludzie mogliśmy brać udział w wolnych wyborach, bardzo mało wśród moich znajomych, rówieśników i rówieśniczek, było osób, które świadomie nie korzystały z tej możliwości. Dla nas wielką wartością było to, że możemy wybrać. Kłóciliśmy się o to, dokonywaliśmy różnych wyborów, ale umywanie rąk było rzadkim, dziwacznym gestem. Dziś nie ma muzyki tamtych czasów, ale warto by też zbadać, jak wielu młodych w ogóle nie ma przy urnach wyborczych. Myślę, że to się ze sobą wiąże. I to nie jest problem jedynie młodych, to jest dość powszechne dziś społecznie przekonanie, że nas to nie dotyczy.

– Jest rap, hip hop, jeszcze o tym pogadamy. A Pablopavo śpiewa piosenki o Jolancie Brzeskiej i Stefanie Okrzei.

– Ale Pablopavo nie jest dwudziestoparolatkiem… Dziś ludzie utalentowani potrafią pięknie i wyjątkowo realistycznie pokazać okolice czubka swojego nosa. Taco Hemingway, szczególnie na dwóch pierwszych EP-kach, ładnie zobrazował warszawskie życie dzisiejszych dwudziestoparo-, trzydziestolatków. Ale to jest obserwacja społeczna bez żadnych deklaracji.

– Starasz się, żeby każdy numer „Gazety Magnetofonowej” miał swój temat przewodni. Najnowsze wydanie poświęciliście outsiderom i buntowniczkom, a rok temu motywem przewodnim była rodzina. To zdaje się wtedy zrobiliście wywiad z raperem Kękę, który opowiadał o tym, jak zmieniło go rodzicielstwo. Przepraszam, ale konieczny będzie długi cytat: „Dla niejednego słuchacza lektura zestawienia OLiS (lista najchętniej kupowanych płyt przygotowywana przez ZPAV – Związek Producentów Audio-Video) może być zaskakująca. Zarówno raporty cotygodniowe, jak i te ukazujące nasz rynek w ujęciu rocznym, pełne są nazwisk, które przeciętnemu odbiorcy są nieznane. Oczywiście, pojawiają się również artyści popularni i lubiani. W podsumowaniu 2016 r. znalazły się m.in. Agnieszka Chylińska, Ania Dąbrowska, a także grupa Kult. Część osób rozpozna może jeszcze zwycięzcę zestawienia – łódzki raper O.S.T.R. sprzedał do tej pory 100 tys. płyt, nagrywa od 16 lat i można go czasami usłyszeć w radiowej Trójce. Ale między nimi znajdują się nazwiska i pseudonimy, które dla przeciętnego odbiorcy są tajemnicą. Na przykład KęKę, który dla komercyjnych stacji radiowych jest muzykiem wyklętym. Radomski raper zajął szóste miejsce w zestawieniu najlepiej sprzedających się płyt ubiegłego roku i jest jednym z hiphopowców, których znają młodzi, a media pomijają. Jednak to właśnie on oraz Paluch, Kali, Małpa, Pro8l3m, Białas, Dudek P56 i Sitek sprzedają więcej albumów niż artyści wypełniający czas antenowy komercyjnych rozgłośni radiowych. Raperzy okupują szczyty OLiS przez niemal połowę roku. Często debiutują od razu na pierwszym miejscu – tak jak w tym roku zrobili to Guzior z płytą „Evil Town”, Bedoes z „Aby śmierć miała znaczenie”, Hades ze „Światłem”, Dwa Sławy z „Dandys Flow”. Żadnego z nich nie promują ogólnopolskie rozgłośnie radiowe” (Dziennik.pl). Z czego Twoim zdaniem wynika ten fenomen naprawdę popularnej muzyki, której nie grają wielkie rozgłośnie?

– Nie sądzę, żeby to też była jakaś szczególnie polska przypadłość. Choć u nas to chyba zaznacza się silniej. Z jednej strony wiąże się z tym, że istnieją u nas zjawiska muzyczne (i stojące za nimi fenomeny społeczne), które pozostają właściwie poza radarem większości dużych mediów z siedzibą w Warszawie. Jeśli KęKę nie przyjdzie do nich do redakcji i nie kopnie ich w cztery litery, to oni go nie zauważą. Sami nie poszukają i nie sprawdzą. Później się dziwią, że Michał Szpak sprzedaje mniej płyt niż KęKę. I mówią: „No jak to, przecież Szpak jest co tydzień w telewizji śniadaniowej”. Czym innym jest rzeczywistość medialna z tych kilku stołecznych ulic, a czym innym Polska. Kękę jest chłopakiem z Radomia, który jako nieodrodny przedstawiciel swojego pokolenia nie czuł się bohaterem felietonów w mainstreamowych mediach, raczej czuł się reprezentantem świata zupełnie pomijanego, a może nawet – pewnie niesłusznie – pogardzanego. Sądzę, że gdyby KęKę chciał zrobić krok w stronę świateł wielkiej sceny, jak paru innych raperów, to by go wpuszczono. Ale on sam uznał, że tam nie pasuje. Inna sprawa, że treści, które znalazły się na jego pierwszych płytach, bywały mocno konfrontacyjne.

KęKę był dosadny zarówno jeśli chodzi o kwestie obyczajowe, opisując życie w trasie, jak i o kwestie, które dziś określa się mianem polityki historycznej, i które bardzo źle były widziane w medialnym mainstreamie. W „Jednym kraju” rymował chociażby: „Jeszcze razem się przejdziemy Łyczakowską, stanie otworem Ostra Brama / Bez agresji, ale dajcie to co polskie”. Takich treści mainstream nie próbował zrozumieć. Krakowski poeta pisał kiedyś: „Niczego o nas nie ma w konstytucji”. KęKę stał się głosem tych, o których niczego nie było w mediach głównego nurtu.

– Czas przeszły jest tu istotny?

– Bo dziś inne media są w głównym nurcie. Głosy kiedyś spychane na margines, stają się dominujące. W popkulturze to też jest widoczne. Choć nie wydaje mi się, że akurat KęKę chciałby być heroldem jakiejś sprawy i partii.

– Ty zdaje się pojechałeś do niego, do Radomia, zrobić ten wywiad?

– Tak. Wydał mi się fascynujący. Nie tylko przez to, co mówi, ale i przez to, jak ważne dla wielu ludzi jest to, co mówi. Na podstawie znajomości jego pierwszych dwóch płyt wydawało mi się jednak, że jest to człowiek, który nie będzie chciał ze mną w ogóle rozmawiać, bo jak sobie wygoogla, że piszę np. do „Polityki”, to nie siądzie ze mną do stołu. Mnie z kolei przekaz niektórych jego tekstów, delikatnie rzecz ujmując, niepokoił.

Wydarzyła się jednak rzecz interesująca. KęKę wydał trzecią płytę. Nie widać na nim zmiany poglądów, ale zmienił się język, którym opowiada o sobie i świecie, na mniej konfrontacyjny, a bardziej gorzko-refleksyjny, skłaniający do dialogu. Pojechałem do Radomia, siedliśmy w jego ulubionym barze, zjedliśmy sznycle. Opowiedział mi o zmianach w jego życiu. Po pierwsze, wytrzeźwiał. I zaczął głośno mówić o swojej walce o trzeźwość. Stanął na nogi, założył rodzinę. Stało się coś jeszcze: dziś po prostu sprawdza swój światopogląd, uważnie przygląda się samemu sobie. I nawet jeśli nie zmienił poglądów, nie ma w nim już agresji. Opowiadam tak szczegółowo o jednym artyście, bo uważam go za interesującą postać: to jeden z najważniejszych polskich raperów, którego w zasadzie nie widać w mediach.

– To jak to biznesowo działa w praktyce?

– Płyty wydaje sobie sam, a żona organizuje mu koncerty, na które przychodzi mnóstwo ludzi. Wiele osób wspiera go też w walce o trzeźwość.

Skoncentrowałem się na KęKę, ale zasygnalizowałeś ważny problem. W Polsce istnieją trzy sceny muzyczne, które funkcjonują jak odrębne światy. Jedna to świat, który widzisz w Empiku, na liście OLiS. Drugi to świat, który od podstaw został zbudowany przez raperów. Wspomniany wyżej O.S.T.R. jest gościem, który funkcjonuje na granicy tych dwóch światów. Z jednej strony pojawia się w zasięgowych mediach, jego płyty są w Empiku, ale ogromna część jego publiczności dociera do niego przez youtuby itd., itd. Tam jest całe mnóstwo raperów, którzy budują sobie publiczność, dyskutują ze sobą, kłócą się, dissują, współpracują i część z nich w ogóle nie wchodzi na OLiS, bo ich płyty są nienotowane w obiegu – albo w ogóle nie wydają „legali”, albo wydają je poza oficjalnym obiegiem. Tak naprawdę nie wiemy, jak duże to zjawisko.

I mamy trzecie, pewnie największe uniwersum – to disco polo. Nikt nie wie, jaka to jest skala. Od blisko trzech dekad znaczna część społeczeństwa uczestnicząca w życiu muzycznym bawi się i wzrusza przy disco polo. I wydaje na to swoje pieniądze. Ale nikt tego solidnie nie bada. Disco polo widziane z Warszawy to są albo rzucane z wyższością uwagi w stylu „niech to g… już przepadnie”, albo „achy i ochy”, rzucane na kanapie w telewizji śniadaniowej w obecności Zenka Martyniuka i zachwyty nad niezweryfikowaną nigdy „chińską karierą” innej grupy. Do tego ckliwe obrazki z serialu dokumentalnego TVP czy baśni TVN i Agory o disco polo, które niewiele wyjaśniają, mają się tylko dobrze sprzedawać.

– Trochę się boję, że zaraz wpadniemy w muzyczną chłopomanię. A dodajmy, że dziś już istnieją całe kanały telewizyjne poświęcone temu nurtowi.

– Uważam, że disco polo to gwałt na estetyce. Ale rozwój tego gatunku świetnie pokazuje niedoceniany w Polsce przez lata fenomen: jeśli czegoś nie pokazujesz w inteligenckiej i wielkomiejskiej prasie, to wcale to nie znika. Jeżeli nie umiemy o czymś rozmawiać, a tylko wyszydzamy, to nie powoduje, że to przestaje istnieć. W przypadku disco polo szyderstwa nie brakowało, zabrakło za to porządnej i powszechnej edukacji muzycznej od poziomu przedszkola czy szkoły podstawowej.

– Parę lat temu tu i ówdzie na prawicy pojawiały się koncepcje, że disco polo z lat 90. to nowa muzyka ludowa.

– Przeciwnie, moim zdaniem disco polo zabiło muzykę ludową. Ona zresztą też stanowi wyzwanie jako przedmiot opisu. Bo z jednej strony mamy inteligentów z dużych miast, którzy jeżdżą na wieś, przesłuchują ostatnich grajków ludowych lub próbują rekonstruować to, co było niegdyś i przepadło. Natomiast muzyka ludowa w swoim tradycyjnym ujęciu ściśle wiązała się z wiejską obrzędowością, choćby religijną. W tej materii istnieje radykalny pogląd, reprezentowany na przykład przez Adama Struga, że Sobór Watykański II bardzo jej zaszkodził dopuszczając do uroczystości religijnych nową muzykę. Ponadto wiejska obrzędowość dotyczyła całego rytmu życia zgodnego z naturą i najważniejszych wydarzeń życia: narodzin, ślubów i wesel, pogrzebów. Ale kultura masowa, przeniesiona z miasta za pośrednictwem radia i telewizji, odciskała się na wsi coraz mocniej. I w którymś momencie italo disco okazało się najprostsze do odwzorowania, tym bardziej, że dało się przywieźć z miasta kupiony za psie pieniądze azjatycki klawisz, gdy już nikt nie chciał uczyć się grać na gęślach. Jaka to muzyka wsi, skoro instrumenty, które stanowiły faktyczny element ludowej kultury, zastąpiono fabrycznym syntezatorem?

– Pierwszy numer „Gazety Magnetofonowej” ukazał się dzięki powodzeniu akcji crowdfundigowej. Pierwsze wsparcie ze środków publicznych dostaliście bodaj w tym roku. Jak postrzegasz kwestię mecenatu instytucji publicznych w popkulturowej przestrzeni?

– Jestem przeciwnikiem myślenia, które dominowało szczególnie w latach 90. w Polsce, że jeżeli coś na siebie nie zarobi, to nie ma racji bytu. I zaczęto w kulturze promować skutecznych menedżerów, przeciwstawiając im nieskutecznych dyrektorów z niedochodową, więc anachroniczną wizją artystyczną. Nie odpowiada mi wizja, która głosi, że pieniądze publiczne powinny być tylko na coraz lepsze drogi, po których będziemy jeździć coraz lepszymi samochodami. To kultura definiuje nas jako wspólnotę. Jaka ta kultura powinna być, jakie treści przekazywać, kogo wspierać, a kogo nie wspierać, to oczywiście kwestia do dyskusji. Taka dyskusja wciąż trwa i się nie kończy. I nigdy nie powinna się kończyć, bo to oczywiste, że w państwie i społeczeństwie ścierają się różne postawy, poglądy i wartości.

Dodam ważną rzecz: im mniejsza centralizacja w tym względzie, tym lepiej, bo wiele inicjatyw kulturalnych powstaje na lokalnym poziomie i nawet najlepsi warszawscy eksperci od spraw merytorycznych nie potrafią dobrze ocenić lokalnego kontekstu: kto na taki festiwal czy spektakl przychodzi, jaka jest oferta kulturalna w tym rejonie zarówno w tym czasie, jak i w ciągu roku…

– Z jednej strony mamy ambitne projekty wsparte publicznym groszem, myślę choćby o albumie „Gajcy”, na którym grają m.in. Aggresiva 69, Kazik, Pustki, Karolina Cicha, Dezerter, Lech Janerka, albo o filmie dokumentalnym „Jarocin. Po co wolność?” w reżyserii Leszka Gnoińskiego i Marka Gajczaka, z drugiej strony jestem sobie w stanie wyobrazić solidnie podsypaną złotówkami chałturkę na doraźne partyjne zamówienie. To jest niebezpieczeństwo związane z wydawaniem publicznych środków na kulturę. A dobrzy muzycy będą nagrywać wartościowe płyty i bez publicznego wsparcia…

– Jest takie niebezpieczeństwo, o którym mówisz. W każdej branży, nie tylko muzycznej, są artyści, którzy aktywnie szukają każdej możliwości wyciągnięcia publicznych środków na projekty wątpliwej jakości. To są ludzie, którzy nauczyli się, jak kreować pomysły podobające się urzędnikom. Są ludzie żyjący z tego jak pączki w maśle, albo przynajmniej raz na jakiś czas trafiający na żyłę złota. To jest patologiczny margines.

– Naprawdę margines?

– Ten proceder mocno kłuje w oczy, bo często wiąże się z wyraźną przynależnością polityczną osób, które decydują o tej kasie i tych, którzy po nią sięgają. Oczywiście jeśli utrwali się praktyka, że każda nowa ekipa polityczna życzy sobie mieć kulturę pasującą do jej światopoglądu, to problem będzie narastał. Ale tego typu działania są zwykle przeciwskuteczne. Także dlatego, że oprócz pieśniarzy, którzy wyśpiewają wszystko, kulturą zajmują się najczęściej ludzie z natury przekorni.

Przekonałem się też na własnej skórze, że problemy z wydawaniem pieniędzy na kulturę wiążą się ze złożonością procedur. To zresztą polska przypadłość na wielu polach. Skomplikowanie tych procedur odbiera szanse wielu artystom, którzy nie wyspecjalizowali się w pozyskiwaniu środków, a naprawdę mają coś wartościowego do zaproponowania. Umówmy się, dla artystów proza życia bywa trudna, a co dopiero liczące kilkadziesiąt stron wnioski o 10 tysięcy złotych.

Dodam jeszcze jedną rzecz: wydaję „Gazetę Magnetofonową” jako prywatna firma, ale mogę starać się o publiczne środki finansowe, jeśli spełnię szereg ściśle określonych warunków. To partnerstwo publiczno-prywatne w kulturze jest u nas w głębokich powijakach, jeśli porównać to z sytuacją w innych krajach, choćby w Anglii. Myślę o BRIT School for Performing Arts and Technology, państwowej i bezpłatnej szkole średniej, która specjalizuje się w kształceniu piosenkarzy i piosenkarek, producentów muzycznych, dźwiękowców, scenografów, operatorów.

– Dodam, że BRIT to z kolei skrót od British Record Industry Trust. Warto o tym opowiedzieć czytelniczkom i czytelnikom „Nowego Obywatela”.

– BRIT School to instytucja, która pokazuje, że można myśleć na dekady do przodu. Na przełomie lat 80. i 90., pod koniec za rządów Margaret Thatcher, która nie słynęła ze skłonności etatystycznych, ktoś wpadł na pomysł, że warto zainwestować w brytyjskich muzyków. Reprezentanci dużych wytwórni muzycznych, tzw. mejdżersów, siedli do stołu negocjacyjnego z urzędnikami i ustalono, jak to w praktyce będzie finansowane. Część środków finansowych na BRIT School pochodzi z podatków (u nas spora część krytyki dotycząca dotacji polega właśnie na sarkaniu, że to „wyrzucanie w błoto pieniędzy podatników!”), a część dają prywatne wytwórnie muzyczne. Państwo założyło, że ta kasa zwróci się w podatkach, a prywatne firmy – że zwróci im się to w przyszłych zyskach.

– Jak to działa w praktyce?

– Szkoła powstała na południu Londynu, wśród jej absolwentów są Adele, Morcheeba, Amy Winehouse, ale także mnóstwo nieznanych szerszej publiczności osób, które pracują w wytwórniach płytowych, studiach nagraniowych, mediach muzycznych. To naprawdę rewelacyjna kuźnia kadr. Kołem zamachowym BRIT School był pakt, o którym mówiłem, ale teraz finansują się choćby ze słynnych Brit Awards. Cały dochód z tej imprezy idzie właśnie na BRIT School. Małolaty, które skaczą pod sceną podczas rozdania nagród, to są właśnie uczniowie i uczennice tej szkoły.

Byłem tam, oprowadzał mnie po szkole jeden z jej pracowników, pokazywał, jak to dokładnie funkcjonuje. Na etapie gimnazjum szkoła przyjmuje młodzież uzdolnioną muzycznie. Trzeba zdać egzamin, ale jak wspomniałem, nauka jest bezpłatna. To otwiera ją na uboższą młodzież, którą nie stać na dobre prywatne szkoły z wysokim czesnym. Z jednej strony dzieciaki mają normalny program szkolny, z drugiej mają mnóstwo zajęć odpowiednich do profilu instytucji. BRIT School jest też zapleczem dla West Endu, czyli dzielnicy londyńskich teatrów muzycznych, dochodzą zatem zajęcia z tańca, choreografii itd.

Na kolejnym etapie edukacji w tej szkole uczniów i uczennice czeka rozmowa dotycząca ewentualnej korekty ich życiowych planów. Czasem jest tak, że dzieciak przychodzi jako najlepszy gitarzysta w okolicy, ale w murach BRIT School zrozumiał, że jest trochę ludzi jeszcze lepszych od niego i nigdy ich nie prześcignie. Ale okazuje się, że jest świetny w studiu nagraniowym, doskonale słyszy i czuje produkcję. Dostaje więc propozycję, by na ostatnie trzy lata szkoły zapisać się do odpowiedniej klasy. I jeszcze jedno – oni się tam uczą czytania kontraktów, razem z prawnikami, z ludźmi z wytwórni. Ktoś im pokazuje: to jest punkt w umowie, który obliguje cię do tego i tamtego, a daje ci to i tamto. Szkoła wypuszcza dziewiętnastolatków, którzy potrafią ze zrozumieniem przeczytać umowę i dzięki temu mają znacznie większe szanse, żeby nie wpakować się w kłopoty na długie lata ewentualnej kariery.

Na zakończenie edukacji w BRIT School organizowane są oficjalne przesłuchania, w których mogą wziąć udział tylko zarejestrowani przedstawiciele firm fonograficznych, teatrów muzycznych itp. Po przesłuchaniach muszą rozmawiać z dzieciakami za pośrednictwem szkoły – nie jest tak, że wcisną nastolatkowi co zechcą, bo przy stole spotykają się prawni opiekunowie uczniów, reprezentanci szkoły i zainteresowani „łowcy głów”.

Opisuję to wszystko w dużym skrócie, ale jak widać – można. Ale trzeba myśleć długofalowo, bo pierwsze konfitury z BRIT School to późne lata 90. Potrzeba wizji politycznej, która nie polega na tym, że myślimy o tym, jak mile połechtać szefa partii albo naszych wyborców, lecz perspektywicznie myślimy o tym, co będzie korzystne dla dobra całej wspólnoty.

– Spróbujmy podać pozytywne przykłady z własnego podwórka. W polskiej kinematografii dużo rzeczy udało się dzięki PISF, choć pamiętam lamenty szerokiej rzeszy wolnorynkowców, gdy ta instytucja dopiero powstała. A jak z muzyką rozrywkową?

– Dla mnie pozytywnym przykładem jest działalność Instytutu Adama Mickiewicza – najlepiej znam ich praktyki związane z szeroko pojmowaną muzyką rozrywkową. W swoim czasie dominowało myślenie, że trzeba chwalić się na świecie artystami, którzy u nas już osiągnęli wymierny sukces, bo skoro udało się tu, to pewnie uda i tam. Na szczęście IAM – konkretnie myślę o komórce funkcjonującej pod nazwą Don’t Panic! We’re From Poland – od wielu lat działa inaczej. Dziennikarzom i organizatorom festiwali ze świata umożliwia poznanie wielu różnych polskich muzyków, niekoniecznie najsławniejszych. I to właśnie ludzie stamtąd decydują, co może spodobać się u nich, bo znają swój rynek, lokalny kontekst. Zapraszają artystów, a ci mogą liczyć na wsparcie IAM, choćby przy współfinansowaniu pierwszych wyjazdów. Dzięki takiej filozofii nie wywozi się w świat artystów, których nikt tam nie chce słuchać, ale dociera z muzyką, która faktycznie tam działa.

Na nasz wewnętrzny użytek świetne rzeczy robi Narodowy Instytut Audiowizualny (NinA), z jednej strony udostępniając archiwa ze skarbami polskiej kultury, które były niedostępne przez lata, z drugiej strony nagrywając współczesnych artystów. Archiwizują w ten sposób cenne rzeczy, których nikomu by się komercyjnie nie opłacało nagrywać na tak profesjonalnym poziomie.

– To, co mówisz, dobrze pokazuje, jak to jest z prywatnym wsparciem dla kultury: wygrywa argument „nie opłaca się”.

– W Polsce w ogóle istnieje problem prywatnego mecenatu dla ambitniejszej muzyki popularnej. Tych pieniędzy jest mało. Z jednej strony wiąże się to ze słabością mediów, nie tylko muzycznych: bardzo mało się u nas mówi o tym, jak świetne rzeczy w Polsce dzieją się nie tylko w samej muzyce, ale i wokół niej – myślę choćby o światowych trasach polskich artystów czy recenzjach, które tam zbierają. To powoduje, że marketingowcy mniejszego i większego biznesu nie widzą powodu, żeby wydawać na muzykę większe pieniądze.

Z drugiej strony pisarze, muzycy, malarze co prawda potrzebują pieniędzy, także prywatnych, ale materia, w której się poruszają, jest znacznie bardziej wrażliwa niż inne dziedziny ludzkiej aktywności, w których sponsor może pokazać się jako dobroczyńca. Sportowca możesz od stóp do głów ubrać w barwy swojej firmy, ale muzykowi tego nie zrobisz, bo on natychmiast przestanie być wiarygodny. W teatrze możliwości ekspozycji reklamy są dość marne, choć publiczność z życzliwością podchodzi do sponsorów, bo rozumie, jak dużo dzięki nim może się wydarzyć. Ale jak wsadzić product placement w adaptację sztuki Dostojewskiego czy Wyspiańskiego? Po co zatem użerać się z artystami, jeśli w dowolnym z o wiele bardziej popularnych sportów można sobie kupić prawie wszystko i prawie wszędzie?

– A patrząc szerzej: muzyka popularna nie stała się jedynie wypadkową biznesu?

– Nie, nie sądzę, żeby poza muzyką czysto użytkową, na przykład graniem na fortepianie w hotelowym lobby, ktoś to robił sądząc, że to dobry interes. Dotyczy to nawet ludzi, których puszczają w radiu, jak Mrozu. To jest mały rynek – nawet jeśli na moment zyskasz popularność i zarabiasz jakieś pieniądze, to po pierwsze nie trwa wiecznie, po drugie wcześniej dokładałeś do tego przez długie lata.

– Mamy też w popkulturze muzyków dobrze żyjących z grania. Zarówno takich, którzy zrobili światową karierę, jak Behemoth, jak i tych, którzy odłożyli na bok pytanie, kiedy ze sceny zejść, bo grają na dniach miast jak Polska długa i szeroka.

– Oczywiście. To jest ich zawód, oni chodzą do pracy, gdy grają te wszystkie koncerty. Nie mylmy jednak skutku z przyczyną – oni przez lata zapracowali na swoją sławę, robili kiedyś rzeczy naprawdę pod prąd, albo nagrywali dobre kawałki i umieli je pokazać publiczności. Nie sądzę, żeby na przykład muzycy Kultu u progu kariery myśleli, że to dobra droga na przyszłość i szansa na niezły plan emerytalny w postaci solidnych wpływów z ZAiKS-u.

Nieliczni z tych, co grają, mają szanse na sukces finansowy. Branża muzyczna w Polsce nie jest bogata – absolutnie przytłaczająca większość muzyków to ludzie, którzy jeżdżą na koncerty wykorzystując urlopy, albo są wykopywani z jednej pracy i idą do kolejnej, niekiedy gorzej płatnej, żeby robić to, co chcą robić. Wspomniałeś Behemotha – jesteśmy kilkudziesięciomilionowym społeczeństwem i mamy trzy, może cztery kapele metalowe, które mogą grać w sposób w pełni profesjonalny, czyli członkowie zespołu nie muszą mieć dziennej pracy, żeby się z czegoś utrzymać. Przyznasz, że szału nie ma, jeśli spojrzymy na ogrom polskiej sceny metalowej.

Ale to szersze zjawisko – sądzę, że z muzyki rozrywkowej, tworzonej autorsko, może w Polsce wyżyć, i to nie na poziomie sytej klasy średniej, raptem kilkaset osób. A przecież zajmuje się tym kilkadziesiąt, może kilkaset tysięcy osób. Jeśli widzisz kogoś w telewizji i on ładnie wygląda, to myślisz, że zbił fortunę na paru przebojach. Ale to bardzo niepewny chleb – jeśli ktoś umie sobie napisać piosenki i jest regularnie grany przez radiu, to ma jakąś tam stabilizację, bo płyną tantiemy…

– …z tego, co pamiętam, Edyta Bartosiewicz opowiadała po swoim powrocie muzycznym, że ekonomicznie poradziła sobie w czasie ciężkiej depresji, bo miała środki z ZAiKS-u…

– …dlatego jeśli jesteś na tyle alternatywny, że nie grają cię dwie największe w Polsce rozgłośnie (a grają w gruncie rzeczy nie za wiele), to z ZAiKS-u masz co najwyżej kroplówkę. Owszem, zawsze możesz grać koncerty. Ale jeśli zachorujesz, to tracisz zarobek. Poza tym, ludzie się bulwersują, gdy usłyszą o stawce za koncert w wysokości kilkunastu czy kilkudziesięciu tysięcy złotych. Ale trzeba przewieźć ekipę i sprzęt, opłacić dźwiękowca i oświetleniowca, kierowcę i menedżera, trzeba zapłacić kolegom z zespołu itd., itd. Nawet artystom z dorobkiem i nazwiskiem może po odliczeniu kosztów zostawać w kieszeni naprawdę niewiele. Wielu rzeczy można zazdrościć ludziom na scenie – adrenaliny, podróży, poznawania mnóstwa ciekawych osób – ale dochodów bym nie zazdrościł.

– Dziękuję za rozmowę.

Kraków-Warszawa, wrzesień 2017 r.

(Nie)rzadkie choroby – rozmowa z Krzysztofem Swacha

Mukowiscydoza, hemofilia, Choroba Fabry’ego, hiperfenyloalaninemia, Syndrom Devica, Zespół Westa – to zaledwie kilka z ponad 8 tysięcy tak zwanych chorób rzadkich, czyli schorzeń, z którymi zmaga się mniej niż 5 na 10 tysięcy osób. Ta rzadkość to jednak tylko złudzenie – według różnych szacunków choroby te dotykają nawet 8 procent populacji. Dla zaledwie 1–3% pacjentów istnieje możliwość leczenia farmakologicznego. W pozostałych przypadkach możliwe jest jedynie leczenie objawowe i rehabilitacja. Choć te schorzenia są niezwykle różne jeśli chodzi o przebieg, występowanie czy wpływ na organizm, to problemy dotkniętych nimi ludźmi są bardzo podobne. To brak właściwej i szybkiej diagnozy i dostępu do leczenia. Wiele z tych chorób prowadzi do głębokiej niepełnosprawności, co odbija się na sytuacji całej rodziny chorego. O problemach związanych z chorobami rzadkimi i sposobami na rozwiązanie choć części z tych trudności opowiada Krzysztof Swacha, założyciel fundacji „Umieć pomagać”, prywatnie ojciec chłopca chorego na zespół Huntera.

– Choroby rzadkie są trochę „poza systemem”. Bezradne są służba zdrowia i system wsparcia socjalnego.

Krzysztof Swacha: Nie zgodzę się. Służba zdrowia, pomoc społeczna czy firmy farmaceutyczne nie są bezradne. Problemem jest jedynie – choćby w Polsce – to, jak patrzy się na choroby rzadkie. Wystarczyłoby zmienić optykę i traktować pacjentów chorych genetycznie jak wszystkich innych.

– To znaczy jak?

– Mamy w tej chwili taką sytuację, że potrzeby chorych na choroby rzadkie nie są dostrzegane przez decydentów. Tak, jakby ci pacjenci w ogóle nie istnieli…

– Czy mógłby Pan wskazać przykład takiego niedostrzegania, sytuacji, w której te deficyty są najbardziej widoczne?

– Zdecydowanie odłogiem leży edukacja. Od kilku lat staramy się, aby w mediach, ale także w środowisku naukowym i medycznym, temat chorób rzadkich rzeczywiście zaistniał. Choćby po to, by przyszli naukowcy i lekarze nabyli wiedzę na ich temat. To przełoży się na rozwiązanie największego problemu, jakim jest diagnostyka, a raczej jej brak. Bo nie jest do końca winą lekarza, że nie potrafi rozpoznać choroby, na którą cierpi kilkaset osób na świecie. Żeby rozpoznać taką dolegliwość, trzeba mieć ogromną wiedzę i doświadczenie. Można ją nabyć tylko poprzez pracę z takimi pacjentami. Bez właściwej diagnostyki nie ma mowy o dalszym skutecznym leczeniu. Dlatego tak ważne jest, aby przyszli lekarze mieli jak najwięcej do czynienia z pacjentami chorymi na choroby rzadkie. Nawet nie po to, by samemu rozpoczynać leczenie – wystarczy, że pacjentowi lub jego rodzinie wskaże się specjalistę lub placówkę zajmującą się danym schorzeniem.

– Czyli studenci medycyny powinni być kierowani do takich placówek w ramach studiów?

– Niekoniecznie. Wystarczy tylko, żeby wzrosła świadomość istnienia samego problemu. Nie oszukujmy się – częstotliwość występowania pojedynczych chorób rzadkich jest tak niewielka, że wiele osób zwyczajnie nie przejmuje się ich istnieniem. Często po prostu pomija się je przy stawianiu diagnozy. Ma to dramatyczne konsekwencje dla pacjentów.

– A jest ich jakieś 2,5 miliona…

– Tak, ta liczba robi wrażenie. Problem w tym, że mówienie o ogółach w przypadku chorób rzadkich najczęściej kończy się niczym. Potrzebna jest świadomość skali problemu, ale też jego różnorodności. Nie można powiedzieć: „choroby rzadkie to…”. Dlatego potrzebna jest naprawdę ogromna praca nad świadomością społeczną.

– A tą zajmują się głównie organizacje pozarządowe.

– Jednocześnie, jeśli weźmie się pod uwagę skalę potrzeb, tych organizacji społecznych jest naprawdę niewiele. Zdarza mi się uczestniczyć w konferencjach i spotkaniach organizowanych przez Eurordis – sieć organizacji europejskich zajmujących się chorobami rzadkimi. Niestety udział Polaków w tego typu spotkaniach jest niewielki. Sam nie wiem, z czego to wynika. Tymczasem na przykład w Niemczech jest 80 organizacji zajmujących się chorobami rzadkimi. Ta liczba przekłada się na wzrost wiedzy na ten temat. Najpierw w środowisku lokalnym, tam, gdzie dana organizacja działa, a potem coraz szerzej i szerzej. Taka oddolna edukacja. Tymczasem w Polsce tych organizacji jest niewiele i często ich główną działalnością jest bezpośrednia pomoc chorym. Tymczasem w wielu chorobach zwyczajnie nie ma jak im pomóc.

– Znam sporo tego typu organizacji – przewija się tam jeden schemat. W rodzinie rodzi się dziecko z jakąś chorobą rzadką. Potem jest heroiczna walka o diagnozę, wędrówki pomiędzy placówkami. W szczęśliwszym scenariuszu pojawia się lekarz-cudotwórca, który wprowadza mniej lub bardziej skuteczną terapię. Tymczasem rodzice powodowani poczuciem solidarności z innymi, którzy znaleźli się w takiej sytuacji, zakładają organizację. Choćby po to, aby razem z innymi zbierać okruchy informacji na temat danej jednostki chorobowej. Trochę tak, jak gdyby problem chorób rzadkich został sprywatyzowany.

– Moim zdaniem wiąże się to choćby z samym nazewnictwem. Mam problem z samym określeniem „choroby rzadkie”. Jasne, wynika ono z potrzeby stworzenia definicji dla chorób, z którymi zmaga się określona grupa ludzi. Z drugiej strony decydenci, słysząc hasło „choroby rzadkie”, słyszą głównie ten drugi człon nazwy. Tymczasem, choć pojedyncze schorzenie dotyka często kilku czy kilkunastu osób w kraju, to jeśli weźmie się pod uwagę wszystkie tego typu schorzenia, jest to naprawdę duża grupa. Może gdybyśmy to inaczej definiowali i skupiali się choćby na potrzebach pacjentów, a nie na ich liczbie, byłoby inaczej. Położyłbym nacisk na potrzeby pacjentów i ich rodzin. O chorobach rzadkich powinno się mówić jako o takich, które wymagają specjalistycznego wsparcia, szybkiej diagnozy, ale też zmieniają funkcjonowanie całej rodziny chorego, dlatego zarówno oni, jak i ich bliscy potrzebują specjalnego wsparcia – farmakologicznego, terapeutycznego itp. Może wtedy udałoby nam się więcej ugrać, bo żaden rząd czy żaden decydent nie odważyłby się bagatelizować tematu tylko z powodu nazwy.

– Może powinniśmy mówić o chorobach genetycznych?

– Jeśli chodzi o nazewnictwo, to zmieniłbym tę nazwę na każdą inną, byleby tym dzieciom pomóc. Bo jeśli utrzymuje się w głowach ludzi stereotyp choroby rzadkiej jako problemu marginalnego, to usprawiedliwia to niejako bylejakość w traktowaniu tych chorych. Trzeba to zmienić. Być może trzeba zacząć właśnie od zmiany nazwy.

– Remedium na bylejakość, o której wspomniano, miał być Narodowy Plan dla Chorób Rzadkich, przy którego powstawaniu pracował również Pan. Lata mijają, a wciąż pacjenci i ich rodziny pozostają z informacją, że już wkrótce Plan wejdzie w życie, trzeba tylko postawić ostatnią kropkę. Problem w tym, że jakoś tej ostatniej kropki postawić się nie da.

– I moim zdaniem długo nikt jej nie postawi. Nie ma gotowości do tego, żeby spróbować podjąć zobowiązania wynikające z zapisów Planu dla Chorób Rzadkich.

– Jakie w takim razie byłyby te zobowiązania?

– To byłoby wprowadzenie w życie tego, o czym do tej pory rozmawialiśmy. Właściwie wszystkie postulaty naszego środowiska zawierały się w tym planie. Pierwsza rzecz to oczywiście diagnostyka i tu się powtórzę – jeżeli nie będziemy mieć poprawnej diagnostyki, to liczba zdiagnozowanych chorób wciąż będzie niższa niż w rzeczywistości. A każdy źle zdiagnozowany pacjent to także pacjent źle leczony. Właśnie dostęp do leczenia jest drugim elementem planu. Prawidłowo postawiona diagnoza sprawia, że możemy szybko zacząć na przykład podawać odpowiednie leki, ale przede wszystkim rodzice będą wiedzieli, z czym mają do czynienia i nie będą potrzebne pielgrzymki po kolejnych szpitalach i gabinetach lekarskich. Trzecią sprawą są kwestie socjalne. W przygotowanym dokumencie był rozdział poświęcony obowiązkom państwa. Była wśród nich m.in. szczególna troska wobec rodziców, którzy ze względu na chorobę dziecka rezygnują z pracy zawodowej. Chodziło o ich prawa emerytalne. My, rodzice, ponoszący duży ciężar opieki nad tymi dziećmi, tracimy coś, co dla zwyczajnych rodzin jest oczywiste. Na przykład matka lub ojciec decydujący się na opiekę nad małym chorym nie płaci składek na ZUS. Inna sprawa to mowa o wspieraniu chorych, gdy ci osiągną już pełnoletniość, ale dalej pozostaną osobami zależnymi od pomocy innych. Czwartym elementem planu była edukacja społeczeństw i wzrost świadomości społecznej. Oczywiście nasz plan nie zawierał cudownego remedium na wszelkie bolączki, ale był na tyle komplementarny, że każdy jego element wspierał następny. Większa wiedza społeczeństwa to lepsza diagnostyka i opieka lekarska, to równa się lepszemu stanowi chorych, co przekłada się na sytuację opiekunów. Koło się zamyka.

– Zawsze w takich sytuacjach korci mnie, by zapytać, czy aby na pewno potrzebujemy specjalnego planu. Może wystarczyłoby realizować już istniejące przepisy?

– Nie chodziło nam o to, żeby zebrać w jedno miejsce postulaty i stworzyć jakiś dokument – a raczej, by decydenci mogli zrozumieć, co stoi u podstaw tego wszystkiego. Tą podstawą jest, jak już wspominałem, świadomość społeczna istnienia problemu, a wraz z nią dostęp chorych do odpowiednich usług medycznych, świadczeń, rehabilitacji i edukacji. Jeśli dokonanie takiej „rewolucji” jest niemożliwe dla jakiegokolwiek rządu, to wszelkie działania związane z chorobami będą fikcją.

– Mógłby Pan przybliżyć kulisy powstawania tego programu?

– Rozmowy, które prowadziliśmy z Ministerstwem Zdrowia od 2011 roku, toczyły się we właściwym kierunku. My, strona społeczna, chodziliśmy na spotkania, dyskutowaliśmy nad konkretnymi zapisami planu, aby był on jak najbardziej spójny i pełny, by nie pomijał ani nie faworyzował żadnej z grup pacjentów. Przypomnę tylko, że nad jego zapisami pracowało ponad 200 osób. To nie była garstka szalonych społeczników – byli wśród nas lekarze, naukowcy, genetycy, ale też oczywiście rodzice. O tych ostatnich mówiono wręcz jako o fachowcach, którzy są najlepszym źródłem informacji, gdyż codziennie przebywają z dziećmi dotkniętymi tymi chorobami. Gdy przedstawiliśmy już plan stronie rządowej, otrzymał on bardzo dobre recenzje. Niestety potem wszystko się zmieniło. Rodzice przestali być fachowcami i najlepszym źródłem informacji, a współpracujący z nimi lekarze i naukowcy okazali się zbędni. Ministerstwo Zdrowia wzięło nasz plan we własne tryby, obiecując nam tylko dodatkowe spotkania z już wybranymi grupami osób, co miało służyć doprecyzowaniu poszczególnych zapisów planu i upewnieniu się, czy zawiera on wszystko, czego potrzeba. Do tych spotkań nigdy nie doszło. Ostatni raz w ministerstwie byłem na początku 2015 roku. Wtedy powiedziano nam, że za 6 tygodni przeprowadzimy jeszcze jedno spotkanie i ruszamy z pracami nad planem. Od tego czasu nie dostałem żadnej informacji, co się dzieje z efektem naszych długoletnich wysiłków. Nie umiem tego nazwać inaczej niż brakiem kultury.

– W lutym 2017 roku były już wiceminister zdrowia Krzysztof Łanda przeprosił za zwłokę i powiedział, że prace nad wdrożeniem Planu są już na finiszu i wystarczy tylko ustalić pewne kwestie z Ministerstwem Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.

– Tego pana już nie ma w Ministerstwie Zdrowia. Zawsze można znaleźć wymówkę, żeby czegoś nie zrobić. Najpierw tłumaczono się niedoróbkami planu, a potem kwestiami międzyresortowymi. Ale ktoś, kto widział, jak ten plan jest zbudowany, nie mógł być zaskoczony tym, że jego realizacja wymaga uruchomienia takich czy innych działań. Druga sprawa, że właściwie nie mamy kogo w tej chwili pytać, co dzieje się z Narodowym Planem dla Chorób Rzadkich. Ile lat mamy słuchać jeszcze o tej ostatniej kropce? Moim zdaniem nikt nie ma woli wprowadzenia tego planu w życie.

– Ale mamy też inny dokument rządowy – program „Za życiem”. Jego założeniem jest wspieranie osób z niepełnosprawnością i ich rodzin od momentu zdiagnozowania trudnej ciąży do bardzo późnej dorosłości. Moim zdaniem wiele z postulatów, o których Pan mówił, zawartych jest właśnie w tym programie. I to zarówno tych dotyczących opieki medycznej, jak i wsparcia socjalnego.

– Moim prywatnym zdaniem nazwa nie ma znaczenia. Jeśli program „Za życiem” zapewni właściwą diagnostykę, pomoc fachowców i dostęp do terapii osobom, u których wykryto chorobę rzadką, to jestem za. Żeby była jasność: my, rodzice, zdajemy sobie sprawę, że cały ciężar zapewnienia właściwego leczenia będzie spoczywać na nas. Ale zależy nam na tym, by diagnoza odbyła się możliwie jak najwcześniej, bo wiemy, jak tragiczna w skutkach może być sytuacja, gdy chorobę wykryje się za późno.

– Jakie to ma konsekwencje?

– Jeśli za późno wdroży się nawet najlepsze leczenie, to spustoszenie, jakiego choroba dokonała w organizmie, może być już nieodwracalne. Druga rzecz: na tym etapie ktoś może stwierdzić, że skoro taka terapia jest nieskuteczna, to po co ją refundować.

– Znów koło się zamyka.

– Argument o nieefektywności terapii przy chorobach rzadkich jest dla mnie wierutną bzdurą. Jeszcze nie słyszałem o dziecku, które umarło z powodu terapii, a przypadków, gdy do śmierci doprowadził jej brak, jest całe mnóstwo. Inna sprawa, że w wielu przypadkach leczenie polega na spowalnianiu postępu choroby. Są choroby, których nie uleczymy, ale możemy wydłużyć życie chorych. Zadam pytanie: czy są choroby powszechne, których też nie da się wyleczyć?

– Jasne – całkiem sporo: stwardnienie rozsiane, cukrzyca itp.

– W dodatku są to choroby coraz częstsze, których leczenie trwa do końca życia pacjenta. Czy to oznacza, że mamy rezygnować z terapii, które ewidentnie poprawiają jakość jego życia? Jasne, że nie. W takim razie czemu, gdy mówi się o chorobach rzadkich, myślenie jest całkiem inne? Owszem, czasami efektywność tego leczenia jest mniejsza niż nasze oczekiwania. Ale wynika to nie tyle ze słabości terapii, ile ze zbyt późnego jej wdrożenia. Jeżeli udałoby się doprowadzić do sytuacji, że dzieci z chorobami rzadkimi byłyby diagnozowane najwcześniej jak to możliwe, to liczba pacjentów dobrze odpowiadających na terapię byłaby o wiele większa i zamknęlibyśmy usta niedowiarkom.

– Tu dobrym przykładem byłyby wszelkie choroby związane ze specjalnymi dietami. Jedna z nich to fenyloketonuria, przy której trzeba wyeliminować z diety konkretny aminokwas i spożywać tylko starannie dobrane produkty. W przeciwnym razie dochodzi do bardzo poważnych uszkodzeń układu nerwowego i poważnej niepełnosprawności intelektualnej.

– To dobry przykład na to, jak ważna jest wczesna diagnostyka. Jeśli rodzic nie dowie się, jak karmić swoje dziecko, to będzie tylko mógł patrzeć bezradnie, jak jego stan się pogarsza. Inna sprawa, że w wielu chorobach rzadkich trzeba zmienić nie tylko dietę, lecz także cały sposób funkcjonowania rodzin, choćby po to, żeby dziecko nie umarło w niepotrzebnym cierpieniu. Dlatego nie wolno odrzucać jakiejś terapii tylko dlatego, że po jej zastosowaniu na przykład kilkulatek poruszający się na wózku nie wstanie i nie zacznie grać z kolegami w piłkę. Druga sprawa, że nie brakuje też sytuacji, gdy żadnej terapii nie ma i nie da się choremu dziecku w żaden sposób pomóc, poza właściwą rehabilitacją czy opieką.

– Co więc trzeba zrobić?

– Wprowadzić badania przesiewowe już od pierwszych dni życia, bez czekania na wystąpienie objawów. Znam przypadki z zagranicy, gdy poprzez takie wczesne wykrycie i podanie leków przed pojawieniem się objawów choroby, uratowano dziecko przed naprawdę poważną niepełnosprawnością. Gdyby coś takiego udało się wprowadzić w Polsce, to skala ludzkich tragedii związana z chorobami rzadkimi byłaby o wiele mniejsza.

– Mógłby Pan wskazać jakiś modelowy przykład z zagranicy?

– Żeby była jasność – nie wszystko, co jest na Zachodzie, jest lepsze od tego, co mamy w Polsce. Czasem nasze rozwiązania są korzystniejsze. Mamy dobrych fachowców, którzy potrafią zapewnić świetną opiekę. Co do dobrych przykładów, to utkwiła mi w głowie historia, którą opowiedział pewien profesor z Australii zajmujący się tematyką mukopolisacharydozy. Z jego słów wynikało, że jeśli wykryje się chorobę podczas wcześnie przeprowadzanych badań przesiewowych i zastosuje odpowiednie leki, to uniknie się nagromadzania w organizmie mukopolisacharydów, których nadmiar odpowiedzialny jest za niszczenie komórek organizmu. W rezultacie dzieci z tą chorobą będą mogły o wiele lepiej się rozwijać. Dziecko z taką samą chorobą, ale z terapią uruchomioną w późniejszym czasie, w zasadzie nie ma na to szans.

– Tu mamy przykład paradoksu kosztów ukrytych. Oszczędzając na diagnostyce, państwo samo dokłada sobie wydatków w późniejszym czasie. Oprócz dziecka, które wymaga intensywnej pomocy medycznej i wielu innych usług, są jeszcze jego rodzice, z których co najmniej jedno musi rezygnować z pracy i samemu stać się klientem pomocy społecznej.

– Nasze argumenty mówiące o tym, że opieka państwa w całym okresie życia dziecka jest droższa przez to, że zaniedbano kwestie diagnostyki i leczenia, zupełnie nie trafiają do decydentów. Nie wiem, jakim myśleniem się oni kierują, ale ciężar kosztów wynikających choćby z poważnej niepełnosprawności dziecka rodzice będą ponosić przez całe jego życie. Taniej dla wszystkich byłoby, gdyby służba zdrowia miała możliwość zaradzenia pewnym problemom, zanim się one w ogóle pojawią. Dobrze leczone dziecko mogłoby przecież, zamiast leżeć w domu czy szpitalu, chodzić do przedszkola, szkoły i bawić się z rówieśnikami. Sam znam takie dzieciaki. Skoro więc udało się to w pojedynczych przypadkach, to czemu nie uczynić z tego normy? Nawet najdroższa terapia jest dla państwa tańsza niż jej brak. Dopóki nie zmienimy obecnego myślenia, będzie dalej królowała strategia udawania, że problemu nie ma, bo przecież diagnozuje się tak mało tych chorób…

– Jest jeszcze aspekt ludzki. Rodzice chorych dzieci nie martwią się o to, czy ich dziecko będzie miało piątki i czy zawsze będzie miało zasznurowane buty, ale o to, czy nie umrze w nocy.

– Tak właśnie jest. W tym wszystkim najważniejszy powinien być zawsze pacjent. Jeśli damy mu lepsze leczenie, to damy mu lepsze życie w lepszych warunkach. Nawet jeśli to życie nie będzie zbyt długie, to dając mu właściwe wsparcie, zminimalizujemy cierpienie jego i jego rodziny. A o to przede wszystkim w tym chodzi.

– Czasami mam wrażenie, że nie dla wszystkich jest to tak samo oczywiste.

– Wie pan, co zmieniło sytuację chorych na mukowiscydozę w Wielkiej Brytanii? To, że premier Gordon Brown miał syna z tą chorobą. Widząc, jak wygląda obecna sytuacja chorych i ich rodzin, zmienił ją, korzystając z własnych doświadczeń z uzyskiwaniem diagnozy i dostępu do leczenia. Pytanie, czy każdy polityk musi mieć w rodzinie taką sytuację? Mam nadzieję, że wystarczą rozmowy z rodzicami, lekarzami i uczonymi. My, rodzice, naprawdę nie chcemy wiele – tylko tyle, ile mają inni chorzy. Bo na razie jest tak, że nie mając wyboru, to my ponosimy większość kosztów obecnej sytuacji.

– Czyli podsumowując: dopóki nie zmieni się system, swoje życie będą musieli zmieniać rodzice.

– Tak. Mam nadzieje, że kiedyś przyjdzie moment, gdy wiedza na temat chorób rzadkich będzie na tyle powszechna, że wprowadzenie potrzebnych zmian stanie się sprawą oczywistą. Może będzie potrzebny ktoś, kto ma w rodzinie czy w najbliższym otoczeniu osobę chorą i wie, jakie problemy się z tym wiążą. Taka wiedza pozwoli dopiero spojrzeć na choroby rzadkie z właściwej perspektywy. Nie tylko bieżących kosztów i oszczędności, ale pojedynczych ludzkich tragedii i możliwości ich uniknięcia. Lubię odnosić się do przykładu chorób onkologicznych. Jeszcze 30–40 lat temu wiedza na temat nowotworów była w społeczeństwie niemal zerowa. Proszę zobaczyć, co dzisiaj dzieje się z chorobami onkologicznymi. Umiemy o nich dyskutować, mamy coraz większą wiedzę na temat profilaktyki i wczesnego wykrywania raka. Czy ktoś kilkadziesiąt lat temu myślał, że głośno będzie się mówiło o samobadaniu jąder czy piersi? Dziś wiedza na ten temat jest powszechna – a to przekłada się na lepszą diagnostykę i leczenie. Mam nadzieję, że podobna rewolucja dokona się w zakresie chorób rzadkich. Dlatego musimy oswajać społeczeństwo z tym tematem. Dzięki temu może uda się osiągnąć taką sytuację, że ci chorzy będą żyli razem z nami, niekoniecznie jako pacjenci leczenia paliatywnego, podłączeni do aparatury, ale obok nas, w szkole, domu, parku czy ogrodzie. Nawet jeśli będą poruszali się o kulach czy na wózku albo będą mieli bardzo specjalną dietę, to będą się tak samo śmiali i bawili jak wszyscy inni. Marzę o tym, by skończyć z negatywnym komunikatem, który towarzyszy chorobom rzadkim. Zamiast obrazków o cierpieniu wolałbym rzetelną dyskusję o tym, jak pomóc chorym, bo ta pomóc jest w wielu przypadkach możliwa i przynosi rezultaty.

– Dziękuję za rozmowę.


Andrzej – Syndrom Devica

Wszystko zaczęło się od swędzącej plamki na skórze, która stawała się coraz większa i większa. „Gdy udaliśmy się z tym do lekarza, stwierdził, że mój mąż jest zdrowy” – wspomina Emilia Mulawa, żona Andrzeja dotkniętego zespołem Devica. To choroba, w której własny układ odpornościowy atakuje rdzeń kręgowy i nerwy wzrokowe. Jest często mylona z początkami stwardnienia rozsianego (SM).

Wkrótce Andrzej Mulawa stracił władzę w ręce. Gdy jego stan zaczął się drastycznie pogarszać, zaczęto podejrzewać nowotwór i zastosowano terapię sterydami. Ta okazała się szkodliwa. Prawdziwą diagnozę – syndrom Devica – udało się ustalić dopiero wtedy, gdy Andrzej Mulawa był już całkowicie sparaliżowany i musiał oddychać przy pomocy respiratora.

Fragment artykułu „Rzadkie choroby – częsty problem”, Niepelnosprawni.pl, 06.03.2015 r.

Artur – Fenyloketonuria

„Powiedziano mi, że dziecko jest upośledzone umysłowo i nie ma sensu dalej go leczyć. Jednak ja cały czas o niego walczyłam” – wspomina Bożena Zwolińska, matka 41-letniego Artura, chorego na fenyloketonurię. – „W ósmym roku życia syna udało mi się zdobyć skierowanie do Centrum Zdrowia Dziecka. Tam powiedziano mi, że jest już za późno i mogę co najwyżej wprowadzić dietę ograniczającą białko. Tymczasem sytuacja jego zdrowia pogarszała się z każdym rokiem. Nikt nie udzielił nam pomocy. Dzwoniłam do szpitali w całej Polsce, gdzie zbywano mnie stwierdzeniem, że nic się nie da zrobić”.

Gdy syn miał 36 lat, pani Bożena zdecydowała się poszukać w internecie czegoś na temat jego choroby. Tam znalazła Stowarzyszenie Ars Vivendi, prowadzone przez Małgorzatę i Stanisława Maćkowiaków, które zajmuje się wspieraniem osób chorych na fenyloketonurię i inne choroby rzadkie. Dopiero tam znalazła właściwe wsparcie, a także wiedzę na temat leczenia i diety, która okazała się zbawienna w skutkach.

„Oni uratowali życie mojemu synowi i całą nasza rodzinę” – mówi ze łzami w oczach Bożena Zwolińska. – „Stan Artura poprawił się tak bardzo, że aż mój drugi syn zapytał mnie, czy to możliwe, że Artur będzie niedługo zdrowym człowiekiem…”.

Fragment artykułu „Leczenie chorób rzadkich wreszcie z planem?”, Niepelnosprawni.pl, 02.03.2016 r.

Clemence – Zespół Ehlersa-Danlossa

Od wczesnego dzieciństwa cierpię na silne bóle i inne objawy. Choroba ta powoduje uogólniony, rozlany ból oporny na leczenie, problemy oddechowe, bóle głowy, ogromne zmęczenie. Procesy automatyczne (na przykład oddychanie, zasypianie) po pewnym czasie przestają takie być. Lekarze nieznający tej choroby przy pierwszym kontakcie z chorym uważają, że może mieć problemy psychologiczne – gdyż towarzyszą jej silne zmęczenie i ból, których nigdy nie możemy naprawdę zlikwidować; może to być przypadek depresji wtórnej. Choroba może przybierać różne formy i utrudnia codzienne życie. Nie ma możliwości złagodzenia bólu, ponieważ nie znaleziono dotąd skutecznego leczenia. Zarówno we Francji, jak i w innych krajach brakuje środków na poszukiwania i badania. Większość chorych w pewnym momencie ma problemy z chodzeniem, więc poruszają się na wózkach. Życie musi być zorganizowane w inny sposób, są czynności, których przez pewien czas lub nigdy nie możemy wykonywać sami.

Podziękowania za tłumaczenie dla Agaty Kwiatkowskiej i Magdaleny Pawlik

Przykłady chorób rzadkich:

Fenyloketonuria: wrodzona choroba metaboliczna występująca z częstością około 1 na 8 tysięcy noworodków. U podłoża choroby leży nieprawidłowa przemiana aminokwasu – fenyloalaniny w organizmie. O ile odpowiednio wcześnie nie zostanie zastosowane właściwe leczenie, gromadzący się w nadmiarze aminokwas uszkadza organizm dziecka, a w szczególności jego mózg, prowadząc nieuchronnie do niepełnosprawności intelektualnej. Stąd konieczność wczesnej diagnostyki choroby opartej na badaniach przesiewowych noworodków i wczesnego prowadzenia leczenia dietą o ograniczonej podaży fenyloalaniny. Takie postępowanie warunkuje profilaktykę uszkodzenia układu nerwowego, pozwalając na całkowicie prawidłowy rozwój dziecka chorego na tę chorobę.

Na podstawie http://www.nadziejawgenach.pl/ choroby_rzadkie/47-Zespol_Devica_(NMO).html

Zespół Devica – choroba neurologiczna o charakterze demielinizacyjnym, w której nadaktywne białka – limfocyty B układu odpornościowego, zamiast strzec organizmu przed infekcjami, atakują również nerwy wzrokowe i nerwy rdzenia kręgowego, „nie rozróżniając” komórek mieliny od chorobotwórczych. Wskutek takich ataków początkowo wytwarza się stan zapalny w obrębie mieliny nerwu, później atrofia (zanik), a w końcu martwica samego nerwu – powstają tzw. jamki martwicze, doskonale widoczne w obrazie MRI (czasami mylone z torbielami lub innymi ogniskami patologicznymi). Zmiany degeneracyjne są nieodwracalne, prowadzą do poważnych deficytów neurologicznych, choć chorzy utrzymują swój potencjał intelektualny i są w pełni świadomi co do możliwości szybkiego, zmiennego postępu choroby i nie najlepszych rokowań.

Na podstawie http://www.nadziejawgenach.pl/choroby_rzadkie/47-Zespol_Devica_(NMO).html

Mukowiscydoza – schorzenie, którego głównym objawem jest nadprodukcja gęstego i lepkiego śluzu, zaburzającego pracę narządów wyposażonych w gruczoły śluzowe. Objawia się przede wszystkim przewlekłą chorobą oskrzelowo-płucną oraz niewydolnością enzymatyczną trzustki z następowymi zaburzeniami trawienia i wchłaniania. Większość chorych (około 75 proc.) cierpi na choroby i dolegliwości układu pokarmowego, takie jak kamica żółciowa, skręt jelita w okresie płodowym, niedrożność smółkowa jelit w okresie noworodkowym, dystalna niedrożność jelit, wtórna marskość żółciowa wątroby, nawracające zapalenia trzustki, blokowanie przewodów trzustkowych przez śluz. Dzięki postępowi medycyny udało się w ostatnich latach wydłużyć przeciętną długość życia chorych z mukowiscydozą do 24 lat.

Na podstawie http://www.chorobyrzadkie.com/schorzenia/mukowiscydoza- istota-choroby

Zespół Ehlersa-Danlosa – występująca w 1 na 5–10 tysięcy urodzeń choroba tkanki łącznej, która buduje nie tylko ścięgna czy więzadła, ale również kości, chrząstki, skórę i krew. Objawia się m.in. chronicznym bólem stawów, kręgosłupa, mięśni, ścięgien (zapalenia ścięgien), skóry, żołądka, piersi, genitaliów itp., ale też problemami w poruszaniu się, zaburzeniami termoregulacji i zaburzeniami sensorycznymi i neurologicznymi.

Na podstawie http://www.ehlers-danlos.pl/p/dolegliwosci.html