Przeciw farmazonom

Nie ma chyba tematu bardziej zmitologizowanego niż „socjal”. Wedle liberałów prawych, lewych i centrowych, w Polsce można nie pracować, nic nie robić, „wyciągać łapę”, dostawać od państwa na życzenie spore kwoty, a następnie je „przepijać” lub „robić tipsy”. Podobno jest o to łatwo. Podobno forsa tylko czeka.

Gdy zapytać autorów takich opowieści, skąd to wiedzą, odpowiadają, że „słyszeli”, że „podobno”, że „znają kogoś”, że… Konkretów niewiele. Wiadomo natomiast, skąd są te opowieści.

Zaszczepiono je w czasach Balcerowicza i masowych nakładów „Gazety Wyborczej”. Wtórował im Korwin-Mikke i podobni prawicowcy. Do tego chóru wujów dołączał nierzadko także niejeden z grona tego, co w Polsce zwano lewicą. Cała opowieść i jej schemat są wprost skopiowane z USA. W czasach neoliberalnej ofensywy Reagana kolportowano zmyślone lub histerycznie wyolbrzymione historyjki o welfare queens – kobietach, zwykle czarnoskórych, które ponoć żyją z zasiłków jak pączki w maśle.

Tego rodzaju opowieści miały jeden cel: drastyczne cięcia w budżetach pomocy społecznej. Im mniej sensowna oferta była na wolnym rynku w miarę neoliberalnej dewastacji gospodarki, tym mniej pomocy oferowało także państwo. Jednych biednych szczuto więc na innych, aby zajęci walką o ochłapy nie zwrócili uwagi, że to samo „tanie państwo” robi teraz drogie prezenty milionerom: ulgi podatkowe, dotacje, regulacje korzystne dla biznesu itp.

Im mniej w Polsce było „socjalu”, bardzo chętnie demontowanego pod byle pretekstem przez długie lata III RP, tym chętnie zmyślano opowieści o rzekomo znakomicie żyjących z niego ludziach i o ponoć wielkiej skali zjawiska. Głoszono takie wywody wtedy, gdy mieliśmy masowe bezrobocie i biedę. Ale także wtedy, gdy wskaźniki zatrudnienia są rekordowo wysokie, a zasiłki śmieszą swoją wysokością na tle już znacznie lepszych dochodów większości społeczeństwa.

A jak jest z socjalem i jego „biorcami” naprawdę? Mówi o tym niniejszy numer „Nowego Obywatela”. Rozprawiamy się z liberalną propagandą. Faktami, liczbami, odsetkami. Pokazujemy kto, dlaczego, ile i za co dostaje. Jaka jest sytuacja wielu grup społecznych. Czego w Polsce nikt nikomu, wbrew legendom, na pewno nie zaoferuje. Po co jest socjal, do kogo trafia i czy do „leni” i „pijaków”. Na co „pieniędzy nie ma i nie będzie”, dla kogo i dlaczego. Skąd się wzięła, komu służy i gdzie nas prowadzi krytyka „rozdawnictwa”. Co w „socjalu” działa, a co należałoby poprawić. I o jeszcze niejednym aspekcie tego problemu.

Ufam, że będzie to pożyteczna lektura. Nie tylko poznawczo, faktograficznie i intelektualnie. Także pod względem moralnym. W myśl kluczowej zasady naszej cywilizacji: „Kochaj bliźniego jak siebie samego”. Czyli na przykład nie opluwaj go bzdurnymi, wyssanymi z palca pomówieniami, jakoby „wyciągał łapę” i żył z tego znakomicie.

PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie – spójrzcie proszę na sąsiednią stronę.

Czas populizmu

Widmo krąży po świecie – widmo populizmu. Wszystkie potęgi ancien régime’u połączyły się dla świętej nagonki przeciw temu widmu. Przewodnicząca Komisji Europejskiej i „postępowi” miliarderzy, Macron i Tusk, amerykańscy demokraci i niemieccy policjanci. Gdzie jest taka partia opozycyjna wobec (neo)liberałów, która by nie była okrzyczana za populistyczną przez swych przeciwników będących u władzy, przy pieniądzach i wpływach, w „wolnych mediach”, „niezależnych instytucjach” oraz „organizacjach pozarządowych”?

Powyższa parafraza pierwszych zdań niemodnego dzisiaj Manifestu, autorstwa niemodnych brodaczy, to nie tylko prowokacyjna igraszka słowna. To także rozpoznanie faktu, że władcy obecnego porządku nienawidzą populistów tak, jak niegdyś nienawidzili socjalistycznego ruchu robotniczego. Że sztandar populizmu bywa dzisiaj dla poniewieranych i wykluczonych tak samo pełen nadziei, jak niegdyś był sztandar czerwony. Ten sam, który w starej pieśni „płynął ponad trony” dawnych panów i władców, niosąc „zemsty grom, ludu gniew”.

Te analogie nie są oczywiście doskonałe, stuprocentowe. Byłoby dziecinne zestawiać tak odległe realia jeden do jednego. Ani populiści nie są doskonali i pozbawieni wad, zresztą nie były ich pozbawione rozmaite odłamy czy postaci dawnych radykalizmów. Ani sytuacja nie jest identyczna jak wtedy. Ani dążenia czy sposoby artykulacji oczekiwań jednych i drugich nie są bliźniacze.

Kustosze lewicowej tradycji obraziliby się za porównanie jej do teraźniejszych „faszystów”. A niejeden z populistów gorliwie odżegnałby się od skojarzeń z dawnymi socjalistami. Ale już dzisiejszy liberalny głuptas lub cwany propagandysta związany z tym obozem wypowiedzieliby jednym tchem „zagrożenia dla liberalnej demokracji”: komunizm, socjalizm, faszyzm, populizm.

Pewne jest, że populizm jest znienawidzony przez elity. I że jest – lub bywa – próbą artykulacji głosu słabych, wkurzonych, wykluczonych, odartych z godności i nadziei. Ma on niejedno imię i niejeden postulat, a pojemny worek z napisem „Populiści” to często tyleż bezradność poznawcza liberałów, ile ich iście goebbelsowska zagrywka, aby wszystkich przeciwników opluć jednako, bez oglądania się na spore różnice między opluwanymi.

W tym numerze „Nowego Obywatela” przyglądamy się oplutym. Bez uprzedzeń. Bez idealizowania. Bez uproszczeń. W wielu krajach, piórem wielu autorów i rozmówców wywodzących się z różnych opcji i środowisk. Nie twierdzimy, że każdy populista jest aniołem i zbawcą i że wszyscy oni mają zawsze rację. Ale zarazem nie mamy nic wspólnego z bezmyślnością/jednomyślnością i zadowoleniem liberałów, gdy coraz większe rzesze społeczeństwa odrzucają ich narrację i gdy wciąż rośnie sumaryczna fala poparcia dla populistów.

Populizm wywołuje strach elit, a do jego zwalczania rzucono ogromne siły polityczne, medialne i finansowe. I pewne jest, znów parafrazując dawny Manifest, że klasy ludowe, współcześni ciemiężeni i wykluczeni, nie mają w dzisiejszym świecie nic do stracenia prócz swych kajdan. Do zdobycia mają cały świat. A przynajmniej chleb i godność w swoich krajach.

PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie – spójrzcie proszę tutaj: https://obywatel3.macmas.pl/pomoc/

Poza entuzjazmem i sceptycyzmem: eurokonieczność polskiej polityki

Świat stoi u progu dekad epokowej transformacji społecznej i politycznej. Ogromne zmiany klimatyczne i bioróżnorodności wpłyną na procesy polityczne. Technologia zmieni się w tempie nienotowanym do tej pory. Zrzucone na społeczeństwa koszty globalnych nieefektywności ekonomicznych wpłyną na formę i treść polityki liberalnych dotąd demokracji. Zagrożenie agresją wojenną i zarządzanie procesami migracyjnymi wpłynie na zmianę np. roli wojska w państwach. Ta właśnie rzeczywistość odsłania się już teraz naszym oczom powoli, ale bezustannie.

W świecie tym rola Europy maleje, choć nadal jest ona podmiotem mogącym współkształtować globalne zmiany. W samej zaś Europie rośnie rola Polski, dzięki dekadom rozwoju gospodarczego stającej u progu współdecydowania o kierunkach polityk Unii Europejskiej. W samej za to Polsce amalgamat szeregu zdarzeń i procesów politycznych wyłonił dwa relatywnie silne względem wąskich grup interesu ośrodki polityczne, dość podatne jednak na społeczny wpływ i różne tematyczne preferencje wyborców. To oznacza, że polityka klimatyczna Unii, jej podejście do migracji, jej decyzje akcesyjne czy też kształt kolejnych budżetów raczej nie będą mogły stać w rażącej sprzeczności z preferencjami Polaków wyrażanymi w sondażach.

Od globalnych procesów po sondażowe poglądy i tendencje zwykłej Polki i zwykłego Polaka i z powrotem. Rola zwykłych, robiących zakupy po pracy Polaków w sterowaniu światem – choć nadal mała – jeszcze nigdy nie była tak wielka.

Przydymione okulary polskiej percepcji

Dlatego też (oraz również dlatego, iż poglądy Polaków na kwestie zagraniczne nie różnią się zasadniczo od poglądów polskich elit) zamiast wstępu do rozważań o wyzwaniach Europy oraz polskich interesach w tym kontekście, należy gruntownie rozprawić się z dopadającą nas przypadłością. Otóż myślenie o polityce międzynarodowej Polski jest skrzywione przez życzeniową, niedojrzałą optykę. Niczym przez przydymione okulary, polska percepcja rzeczywistości nie wyłapuje dobrze kształtów poszczególnych relacji, polegając na bardzo niedokładnym i wprowadzającym w błąd przybliżeniu. Skala konsekwencji błędu zmusza do zastanowienia się nad tym zjawiskiem. Na czym polega skrzywiona polska percepcja spraw zagranicznych?

Po pierwsze, nieodpowiedzialna niedojrzałość. Bagatelizowanie ryzyk i traktowanie przyszłości wspólnoty jako przestrzeni, w której konsekwencje są nieostateczne i ograniczone. Porównajmy te dwie role: prywatną i publiczną. Polscy rodzice zapewne nie wysłaliby swojego dziecka na wycieczkę do miejsca, o którym nie ma żadnych informacji. Wielu polskich obywateli bagatelizuje jednak wspólnotową wycieczkę w świat katastrofy klimatycznej, o którym wiele nie wiemy, lecz łudzi się, że „będzie dobrze”, zamiast zachować zasadę ostrożności. Polski rodzic zapewne nie zachęcałby dziecka do rozpoczęcia walki samotnie przeciwko siódemce. Wielu polskich obywateli nie ma problemu z zachęcaniem polityków do tego, aby „mocno cisnąć” Niemcy, siedmiokrotnie silniejsze od Polski.

Po drugie, realizm Kalego. Głośne domaganie się kierowania wyłącznie polskim interesem narodowym przy odsądzaniu od czci i wiary innych państw, gdy w jakiejś mierze kierują się swoim wąskim interesem. Kraje zachodniej Europy ponoszą ekonomiczne, społeczne i polityczne koszty opowiedzenia się za wspieraniem Ukrainy, pomimo że ich percepcja poziomu zagrożenia bezpieczeństwa własnych państw jest radykalnie inna niż Polski. Dlatego ich polityka względem wojny na Ukrainie, chociaż oparta na wspólnych wartościach, ograniczona jest realizmem polityki wewnętrznej i potrzeb ich społeczeństw. Dla wielu w Polsce jest to dowód upadku, sprzedajności i, co ciekawe, „głupoty” rządów tych krajów. Oczywiście, jakże zupełnie inna jest nasza ocena potrzebnej asertywności Polski w relacjach z Ukrainą.

Po trzecie, niedocenianie dekad pracy, myślenie w kategorii „tu i teraz”, nie pokoleń. Specyficznie polska masowa percepcja realizmu politycznego potrafi docenić politykę niezwracania na siebie uwagi i komasowania siły przez Chiny po reformach Denga jako sprytną, wyrachowaną i właściwą. Jednocześnie polscy obywatele nie doceniają, iż dokładnie taką samą drogą kroczy Polska, która trzydzieści lat temu była dwadzieścia razy słabsza od Niemiec. Niecierpliwość i przecenianie własnych sił już w przeszłości doprowadzało do możliwych do uniknięcia dużych porażek polskiej polityki zagranicznej. Wiele dobrego natomiast wynikało z mało spektakularnej ciągłości polskiej polityki.

Po czwarte, sekciarstwo, manicheizm i jednoznaczne, pozbawione niuansu oceny. Od ściany do ściany, w polskiej percepcji Unia Europejska może być tylko poważnym zagrożeniem interesu narodowego lub tylko błogosławieństwem zapewniającym bezpieczną przyszłość. W rzeczywistości zagrożenia i szanse współwystępują w niezwykle pogmatwanym ciągu przyczynowo-skutkowym. To nie innych, ale siebie krzywdzimy, nie rozumiejąc dokładnie obecnych relacji międzynarodowych, np. „problemu niemieckiego” w Europie, posługując się tylko stereotypami. Innym elementem napędzającym sekciarstwo w myśleniu Polaków jest partyjne pałkarstwo. Dlatego więc „lud kodziarski” nie potrafi docenić wizjonerskiego odczytania zagrożenia ze Wschodu przez Lecha Kaczyńskiego. Dlatego też „lud pisowski” hołdem berlińskim nazwał balansujące na granicy prowokacji, niemalże antyniemieckie przemówienie Radosława Sikorskiego wygłoszone w twarz zszokowanych berlińskich elit, w tym prezydenta Niemiec, ówcześnie jeszcze blokujących ratowanie eurozony przez Europejski Bank Centralny.

Wchodzimy w czas, gdy Polska odpowiedzialność za Europę będzie się zwiększać, a jednocześnie koszt pomyłek w naszej polityce zagranicznej może być za sprawą rosyjskiego imperializmu ogromny. Zarówno liderzy polityczni, jak i wpływający na nich obywatele muszą zachowywać się maksymalnie odpowiedzialnie, odrzucając życzeniowe „chciejstwo” na rzecz ostrożnościowego tkania dobrych relacji, współzależności i poczucia zobowiązania z tymi, których pomocy możemy potrzebować.

Powrót prymatu polityki

Czytający te łamy świadomi są wielokrotnie powtarzanej diagnozy słabości świata Zachodu. Globalizacja i finansjalizacja gospodarek spowodowały osłabienie związków zawodowych i klasy średniej, wzrost nierówności ekonomicznych i niezrównoważenie duży wpływ świata Kapitału na procesy polityczne. To zaś umacniało procesy oligopolistyczne i rentierskie na Zachodzie, oddając w zamian za finansowe korzyści coraz więcej przestrzeni w przemyśle i innowacjach protekcjonistycznym Chinom. Te procesy oligarchizacyjne zwiększały społeczne napięcia w krajach Zachodu i długofalowe ryzyka dla konkurencyjności względem modelu chińskiego.

Otóż powyższa diagnoza zaczęła się nieco dezaktualizować. Przyczyn należy upatrywać w sercu globalnego kapitalizmu: Stanach Zjednoczonych. Mój tekst z tutejszych łamów sprzed czterech lat, pt. „Mniej morałów, więcej szczegółów. Progresywna polityka po pandemii” („Nowy Obywatel” nr 84, 2020), poświęcony był dwóm zagadnieniom. Pierwsze to krytyka antyzachodnich tendencji na zachodniej lewicy. Dziś, po ataku Rosji na Ukrainę, nie wymaga to wzmacniania argumentami. Drugie zaś, ważniejsze, to opis środowiska amerykańskich progresywnych ekspertów gospodarczych, którzy zamiast prawienia „morałów” zamierzają doprowadzić do istotnej zmiany systemu gospodarczego poprzez wejście w „szczegóły” na zapleczu procesu politycznego: w komisjach Kongresu i w urzędach regulacyjnych. Celem było usuwanie paragraf po paragrafie i firma po firmie oligopolistycznych przewag regulacyjnych i doprowadzenie do tego, by gospodarka rynkowa nie uspołeczniała kosztów, lecz działała w społecznym i narodowym interesie. Owi eksperci, wraz z objęciem urzędu przez Bidena w 2021 r., rozpoczęli metodyczną pracę. Warto wspomnieć tu kluczowe nazwiska, takie jak Rohit Chopra, Lina Khan, Gary Gensler czy szef sztabu administracji Bidena – Ron Klain, będący patronem dla wielu inicjatyw tej grupy.

Ekspertom od szczegółów udało się przywrócić sytuację, w której to świat polityki i długofalowego interesu społecznego stara się narzucić ramy działania, a nie robi tego wielki amerykański biznes. Niezauważenie dla wielu, administracja Bidena okazała się przełomowa na wielu frontach, gdzie po raz pierwszy od dekad lobbyści korporacji przegrywali walkę o zmiany w prawie z reprezentantami interesu społecznego. Stało się tak nawet w zakresie opieki zdrowotnej, gdzie wprowadzono m.in. maksymalne roczne rachunki za leki dla seniorów, maksymalną cenę insuliny oraz mechanizmy negocjacji na rzecz zmniejszenia cen świadczeń. Wprowadzono minimalny 15-procentowy podatek dla firm powyżej 1 miliarda dolarów przychodów. Szereg legislacji zmierzało do osiągnięcia efektów społecznych, takich jak zwiększenie ulgi podatkowej na dzieci, które pozwoliło (czasowo) niemal wyeliminować ubóstwo dzieci, czy też zmniejszenie długu studenckiego.

Administracja Bidena, od początku zmagająca się z trybem nadzwyczajnym wywołanym najpierw pandemią, a następnie jej skutkami, w tym inflacją, w naturalny sposób weszła w rolę aktywnego twórcy polityki i jej ram. Dokonała też istotnych kroków celem odzyskania przemysłowo-innowacyjnego prymatu w gospodarce światowej, zdając sobie sprawę z zagrożenia ze strony chińskiego protekcjonizmu państwowego. Dlatego też w 2022 r. Kongres przyjął dwie protekcyjne ustawy, dotyczące mikroczipów oraz całości gospodarki (tzw. IRA inflation reduction act). Ta druga ustawa stała się przyczyną obaw o szybkie pogorszenie się konkurencyjności gospodarek Unii Europejskiej. W odpowiedzi na te obawy Komisja Europejska zleciła przygotowanie dwóch raportów dwóm włoskim byłym premierom: Enrico Letcie i Mario Draghiemu.

Ponieważ historia powrotu prymatu polityki w administracji Bidena ma szansę powtórzyć się w Europie, warto jeszcze spinając klamrą wątek USA zapytać: dlaczego ekspertom się udało. Można wskazać na dwie przyczyny. Po pierwsze: rosnąca niezależność polityków. Jakkolwiek rosnące podziały polityczne tworzące toksyczny konflikt mają bardzo wiele minusów, to plusem jest stworzenie masy zwolenników gotowych na oddolne finansowanie kampanii wyborczej (co tworzy niezależność od kapitału) oraz zwiększona tożsamościowa zależność wielkich mediów od obozu politycznego (a nie od lobbystów i reklamodawców). Zwolennicy partii X, będący na „świętej wojnie” z partią Y, poświęcają się finansowo i dyscyplinują dziennikarzy „swoich” mediów, tym samym tworząc większą przestrzeń działania politycznym liderom (wszelkie skojarzenia z Polską są przypadkowe). Po drugie, przyczyną braku skutecznego weta amerykańskiego Kapitału wobec proponowanych zmian był brak alternatywnych koncepcji na horyzoncie. Administracja Bidena zaoferowała biznesowi zarobek poprzez dotacje w ramach IRA, a sam amerykański kapitał, widząc rosnące ryzyko geopolityczne, wycofał się z Chin. Dotychczasowy model wyczerpał się i nie było sensu udawać, że jest inaczej.

Moment krytyczny dla Europy

Protekcjonistyczny zwrot USA zastał Europę osłabioną kryzysem energetycznym i skutkami agresji Rosji na Ukrainę. Poprzedni pomysł na konkurencyjność Europy, wpływający na dotychczasowy software polityk unijnych, pochodził z Niemiec i wbrew opiniom krytyków nie był zupełnie niespójny. Regulacyjnie stymulowany popyt na odnawialne źródła energii miał zapewnić wzrost i pierwszeństwo sektora zielonej energii, znajdującego następnie rynek na obszarze zagrożonym katastrofą klimatyczną: całej planecie. Sukces tej strategii dałby Europie ogromne korzyści.

Fundamenty tego planu zostały jednak podkopane dekadę temu, gdy dokonano decyzji o niestawianiu na ostrzu noża kwestii kradzieży intelektualnej technologii przez Chiny. Tym samym z wizji producenta technologii OZE, eksportującego ją na świat, powoli kroczyliśmy w stronę odbiorcy tańszych produktów OZE z Chin, zbudowanych na kradzieży europejskiej technologii.

Zatem Europa straciła możliwość w miarę bezbolesnego miękkiego lądowania w rzeczywistość gospodarki doby katastrofy klimatycznej, zachowując dobrobyt przy jednoczesnym moralnym przywództwie jako pionier i dostarczyciel technologii ratujących planetę. Warto powtórzyć: koncepcja sama w sobie nie była zła. Zawiodły polityczna siła i determinacja. Niezwykle ciężko negocjować z takim państwem jak Chiny, gdy jest się krajem znacznie mniejszym, spora część biznesu preferuje krótkowzroczne umowy, a stworzenie niezałamującego się wspólnego frontu wszystkich istotnych państw UE wymaga niezwykłej ekwilibrystyki.

Ten „wspólny front” gospodarczy państw UE, jednocześnie konieczny i niemożliwy, obrazuje gospodarczo-polityczną łamigłówkę, przed którą stoimy. Brak politycznej jedności oznaczać będzie gospodarczą marginalizację. Próba narzucenia jedności ma wielkie szanse być kontrskuteczna. Wspólne dobrowolne uzgodnienia wszystkich większych państw wymagałyby ciągłego dowodzenia najwyższych politycznych umiejętności przy każdym istotnym zakręcie. Nie należy jednak spisywać Europy z góry na straty, ponieważ inna, zupełnie logicznie niemożliwa do utrzymania struktura, jaką jest strefa euro, ma już ponad ćwierć wieku i nic nie wskazuje, by nie miała funkcjonować kolejne ćwierć i więcej. Ponieważ alternatywa jest jeszcze gorsza.

Europa znajduje się obecnie w kleszczach pomiędzy próbą utrzymania konkurencyjności międzynarodowej a próbą utrzymania swojego modelu społecznego. Presja ta zwiększała się przez ostatnie trzy dekady. W różnych krajach Europy Zachodniej politycy mniej lub bardziej chętnie godzili się na pewne ograniczenia modelu społecznego w swoich krajach (w zakresie praw i regulacji pracowniczych, emerytalnych, świadczeń socjalnych, dostarczania dóbr publicznych takich jak służba zdrowia czy transport). Nie da się ukryć, że choć Europa Zachodnia jest zapewne nadal najlepszym miejscem do dobrego życia, to społeczne niezadowolenie narasta. Dla Europy Wschodniej to istotne również dlatego, że skonfrontowani z niezadowoleniem swoich społeczeństw zachodnioeuropejscy liderzy muszą być mniej skorzy do ustępstw wobec krajów naszej części Europy. Zagląda im w oczy widmo implozji systemu politycznego.

Europejscy liderzy, skonfrontowani z presją globalnego kapitalizmu, grali do tej pory na czas. Europejski biznes domagał się reform i w jakiejś mierze je dostawał od systemu politycznego. Obecnie system polityczny ma minimalne pole manewru, ledwo zarządzając społecznym wzburzeniem. Jednocześnie europejski biznes faktycznie słania się na nogach, będąc wypychanym z globalnej konkurencji na rynkach najistotniejszych marżowo. Amerykański nowy protekcjonizm IRA w połączeniu z presją chińską powoduje, że Europa traci pozycję z kwartału na kwartał, choćby w segmencie aut elektrycznych.

Jak w tym wszystkim powinna się zachować Polska? Wywalczyła sobie właśnie kluczową tekę komisarza ds. budżetu, co w połączeniu z wysoką osobistą pozycją Donalda Tuska wśród przywódców UE oraz polską prezydencją w pierwszej połowie 2025 r. daje nam przestrzeń do oddziaływania na przyszły kierunek Wspólnoty.

Stare cele i nowe środki polskiej polityki

Nowy polski rząd nie zrezygnował z celu prowadzenia ambitnej polityki zagranicznej, deklarowanego również przez poprzednią władzę. Przeciwnie, zmiana wizerunku Polski poszerza narzędzia i usuwa niektóre ograniczenia forsowania skutecznych inicjatyw. Przywiązanie do europejskich wartości i kultywowanie dobrych osobistych relacji w połączeniu z lepszym wczuciem się w potrzeby partnerów daje większe możliwości wpływania na kształt decyzji unijnych dotyczących przyszłości Unii. Jednocześnie rząd Donalda Tuska musi bardzo uważnie stawiać kroki, aby nie dać się złapać w ambicjonalne pułapki związane z formatem weimarskim i tarciami na linii kanclerz Niemiec – prezydent Francji. Po wyborach europejskich nadszedł czas resetu wielu polityk. Zadaniem Polski będzie ukształtowanie ambitnej odpowiedzi UE na obecne wyzwania, ale także takiej, w której większej aktywności Unii towarzyszyć będzie sprawiedliwy rozkład korzyści.

Rząd nowej koalicji w swojej aktywności zagranicznej nie omieszkał w pierwszej kolejności zerwać nisko wiszący owoc, jakim jest podkreślenie proeuropejskiego i kooperatywnego nastawienia względem innych unijnych stolic. Te zapewnienia współpracy i otwartości do dialogu pozwalają na lepszą atmosferę do rozmów o konkretach: problemach do rozwiązania, interesach do zabezpieczenia, współpracach do zawarcia. Ten sposób prowadzenia komunikacji wymusza też uważniejsze wczytywanie się w perspektywy innych państw. Musimy wiedzieć, jakie kwestie są istotne dla innych stolic, aby mieć możliwość formułowania wzajemnie korzystnych rozwiązań.

Jednakże symboliczne podniesienie przez polski rząd wysoko europejskiej flagi nie powinno być przeceniane. Przypomniał o tym kanclerz Scholz podczas lutowego, pierwszego spotkania z Donaldem Tuskiem w Berlinie, gdy na ręce polskiego premiera złożył gorące podziękowania Polsce za… działania na rzecz zapewnienia stabilności energetycznej Niemiec, czynione przez poprzedni polski rząd.

Ostatecznie to ten wymiar konkretnych decyzji i wykonawczych działań (celem zachowania bezpieczeństwa dostaw energetycznych dla niemieckiej gospodarki) ma bardziej zasadnicze znaczenie dla współpracy państw niż publicystyczne deklaracje, które u poprzedniego rządu bywały groteskowo i dziecinnie antyniemieckie. Dlatego efekt retorycznego „nowego otwarcia” w polityce zagranicznej ma swoje limity: zarówno Scholz, jak i Tusk zdają sobie sprawę z rozbieżnych interesów w kwestii np. centralizacji decyzji w UE. Zdają też sobie sprawę z różnicy znaczenia i politycznych wpływów, dlatego polska strona rządowa (w przeciwieństwie do części komentatorów) zachowuje umiar w retoryce na temat roli trójkąta weimarskiego w UE i roli Polski w trójkącie weimarskim.

Rząd Zjednoczonej Prawicy za sprawą europejskich sojuszników PiS miał ograniczoną zdolność współpracy na płaszczyźnie europejskiej. W ugrupowaniu Europejskich Konserwatystów i Reformatorów obok proukraińskich partii premiera Czech Petra Fiali i premier Włoch Giorgii Meloni znajdywał się również ścisły sojusznik PiS, prorosyjski premier Węgier Viktor Orbán, którego postawa wobec Ukrainy wzbudza oburzenie i stawia go na marginesie w Brukseli. Dużym ograniczeniem rządu PiS była również niepotrzebnie konfrontacyjna retoryka antyniemiecka i eurosceptyczna tworzona na potrzeby polityki wewnętrznej oraz niewielka elastyczność wobec stanowisk innych państw. Polska jako kraj średniej wielkości o trudnym sąsiedztwie przywiązywała zbyt małą wagę do swojego wizerunku i budowania ciepłych relacji.

Poprzedni polski rząd nie połapał się, iż wspólny język wzajemnej sympatii i podzielanych wartości jest koniecznością. Jak ujął to kiedyś były minister ds. europejskich Konrad Szymański: odwoływanie się do wspólnoty wartości to narzędzie państw słabszych (takich jak Polska), dlatego język idealizmu jest taktyką z naszego punktu widzenia arcyrealistyczną. Odwrotność tego podejścia – przyjęcie za standard języka Europy odrębnych interesów narodowych i egoizmów – osłabia Polskę. Ciekawym probierzem skuteczności nowego polskiego rządu będzie m.in. kwestia niemieckiego zadośćuczynienia za II wojnę światową oraz wpływ na niemieckie postrzeganie tej kwestii. Inwestycja w budowaną w języku niemieckim percepcję niemieckiej opinii publicznej i jej liderów powinna dać lepszą stopę zwrotu niż dotychczasowa inwestycja w budowanie polskiego resentymentu poprzez tweety w języku polskim Instytutu Strat Wojennych. Ważny jest odpowiednio postawiony cel.

Polski rząd ma przestrzeń do przebudowy pozycji naszego kraju. Przekaz, na który Europa czeka, to „możecie liczyć na Polskę w nadchodzących trudnych momentach, również tych trudnych dla zachodniej Europy”. Takie podejście buduje zasadę wzajemności i racjonalniejsze decyzje naszych partnerów w przypadku np. zagrożenia dla niemieckiej bazy przemysłowej. Partnerzy powinni również usłyszeć, iż cieszymy się i doceniamy np. deklarowaną większą obecność wojskową w krajach bałtyckich i że będziemy uzgadniać z nimi wspólną percepcję ryzyka, aby nie musieli obawiać się rzekomej nieobliczalności Europy Wschodniej.

Postawienie na europejską solidarność powinno również oznaczać kurs na friend-shoring i większą rolę Europy Wschodniej w budowaniu gospodarczej spójności europejskiego bloku. Mechanizmem zabezpieczenia przed szokami polityczno-społecznymi powinna być ambitniejsza wspólnotowa polityka inwestycyjna. To pozwoliłoby uratować spójność UE bez utraty sterowności, a jednocześnie bez politycznego zamętu, który wywołałaby próba centralizacji. Taka nowa Unia, wstawiająca się za słabszymi („nową UE” oraz Mołdawią i Ukrainą), miałaby większą wiarygodność wobec, przykładowo, Afryki czy Ameryki Łacińskiej. A takie alianse będą ważne w dobie zapewnienia wystarczalności choćby w zakresie krytycznych surowców.

Nadchodzący europejski reset może być szansą dla Polski. Nie odnaleźliśmy się w nadciągających nowych regułach m.in. Europejskiego Zielonego Ładu. Nowa polityczna recepta w trójkącie klimat – społeczeństwo – konkurencyjność musi ochronić zarówno klimat, jak i społeczeństwo, a w kwestii konkurencyjności skorzystać z protekcyjnego momentu wytworzonego przez amerykański Inflation Reduction Act. To wymagać będzie nowej inicjatywy i nowego impetu.

Propozycja priorytetów na rok 2025

Europa mierzy się w 2024 r. z trzema głównymi wyzwaniami:

  1. Bezpośrednim zagrożeniem bezpieczeństwa ze strony Rosji;
  2. Społecznym niezadowoleniem z systemu politycznego w wielu krajach;
  3. Zagrożeniem gospodarczą marginalizacją w konkurencji globalnej.

Ten pierwszy problem jest zrozumiały, ale bolesny bardziej dla nowych członków UE (tych, którzy dołączyli dwadzieścia lub mniej lat temu) niż dla starych. Drugi problem jest szczególnie dotkliwy dla starych członków, a trzeci zagraża wszystkim, choć to Europa Zachodnia bardziej odczuwa jego presję.

W trakcie polskiej prezydencji, a także w okresie przygotowań do niej, polski rząd powinien w szczególny sposób zająć się trzecim problemem, gdyż jego rozwiązanie jako jedyne może mieć pozytywne efekty zewnętrzne dla obu pozostałych problemów.

Problem bezpieczeństwa nie będzie miał tak dużego znaczenia dla Europy Zachodniej czy Południowej, zaś problem mitygacji społecznego populistycznego wzburzenia (np. poprzez politykę migracyjną) jest mało atrakcyjny dla krajów naszego regionu. Jednak przeciwdziałanie gospodarczej marginalizacji Europy jest w stanie przynieść korzyści na wszystkich frontach.

Priorytetem w perspektywie krótkoterminowej powinno być dla polskiej prezydencji stworzenie dodatkowych źródeł finansowania dla unijnych priorytetów już w 2025 r. Priorytetem średnioterminowym powinno być wpłynięcie na bardziej ambitne założenia kolejnej wieloletniej perspektywy finansowej.

Postulowany niegdyś przez Marcina Korolca Europejski Fundusz Rozwoju Przemysłu może stać się narzędziem odzyskiwania przez Europę przewagi w sektorze czystych technologii i innych gałęziach przemysłu. Może też posłużyć do mobilizacji krajowych przemysłów obronnych. Jednocześnie ramy „polityki przemysłowej” powinny celować w szczególne impulsy inwestycyjne w regionach dotkniętych problemami społeczno-ekonomicznymi. Warto w tym kontekście pomyśleć również o rozszerzeniu Funduszu Sprawiedliwej Transformacji.

Dla krajów naszego regionu, poza aspektem sektora obronnego, ważne będzie również zachowanie regionalnego charakteru inwestycji, aby fundusz nie został wykorzystany do drastycznego rozwarstwienia technologicznego wewnątrz Unii.

Stworzenie funduszu wymagać będzie dodatkowych pieniędzy z jednego z trzech źródeł: unijnego nowego podatku, wspólnego długu lub podwyższenia składki.

W interesie Polski i Unii jest przyjęcie tego ostatniego rozwiązania, ale nowa perspektywa finansowa nie zacznie się przed 2028 r. Ramy perspektywy zostaną zaproponowane przez Komisję około maja 2025 roku. Wiemy, że prezydent Francji jest zwolennikiem wyższej składki i polska prezydencja powinna wspierać to rozwiązanie w zamian za uwzględnienie interesów regionu. Francja również powinna być sojusznikiem w kwestii ewentualnych zapisów warunkowości.

W krótszej perspektywie ważniejsze jest jednak uruchomienie dodatkowych środków przez wspólny dług, co pozwoli na stworzenie nowej dynamiki rozwojowej i politycznej już w przyszłym roku, na czym zależy Francji. Polska z kolei, szczególnie w okresie do końca prezydencji, może zapewnić konsensus państw regionu.

Reasumując, Polska w trakcie prezydencji powinna doprowadzić do uruchomienia nowych wspólnych strumieni wydatkowych, pozwalających odpowiedzieć na obecne wyzwania. Powinna doprowadzić do ramowego porozumienia w sprawie zwiększenia składki w nowej perspektywie unijnej oraz uruchomienia wspólnego funduszu już w 2025 r. W ten sposób będą mogły zostać uwzględnione najważniejsze perspektywy różnych grup państw w Unii. Nowe narzędzie będzie stanowiło instrument politycznej kontrofensywy. Wspólnota problemów, jaką jest Unia, stać się może wspólnotą rozwiązań.

Ani euroentuzjazm, ani eurosceptycyzm nie są dobrym doradcą dla polskiej polityki zagranicznej. Uniknięcie katastrofy rozpadu Unii jest polską racją stanu, a wzięcie większej odpowiedzialności za rozedrganą Europę – nie wyborem, lecz koniecznością. W czasie epokowych transformacji odegranie przez Polskę kluczowej roli w ustabilizowaniu sytuacji zmieniłoby trwale naszą pozycję. Obywatele jednego z krajów-przywódców kontynentu najbardziej przyjaznego człowiekowi już nigdy nie potrzebowaliby „aspirować” i „doganiać”. Mogliby za to chronić i rozwijać to, co cenią u siebie oraz pomagać tym, których epoka transformacji dotknie trwalej i groźniej.

Krzysztof Mroczkowski – publicysta, ekonomista i historyk. Stały współpracownik „Nowego Obywatela”.

O Unii na serio

Gdy dekadę temu, na 10-lecie obecności Polski w Unii Europejskiej, wydaliśmy numer poświęcony podsumowaniu tego okresu, sprawa była prostsza niż dzisiaj. Bilans raczej pozytywny, a to, co budziło wątpliwości, nie należało do kwestii absolutnie kluczowych.

Inny był też kontekst. Młodsi czytelnicy tego nie pamiętają, ale akces Polski do UE dokonał się w epoce beznadziei. W kraju sponiewieranym „terapią szokową” Balcerowicza i jej powtórką za Buzka i Belki. W czasach, gdy prawica „suwerennościowa” i „narodowa” ścigała się z całą resztą na kult wolnego rynku i kurs antyspołeczny.

Polska była wtedy w zapaści. Z niemal rekordowym bezrobociem. Z marnymi płacami. Z zerowym „socjalem”. Ze zlikwidowanymi połączeniami kolejowymi, zdewastowaną infrastrukturą, zwijaniem usług publicznych. Z biedą i beznadzieją. Naprawdę trudno było uwierzyć, że może być gorzej. Być może nieco naiwnie, ale chwytaliśmy się wszelkiej nadziei. Także i takiej, że Unia mimo wad i słabości oznacza jednak szansę. Czy mieliśmy rację?

Sądzę, że w roku 2014 żyło się nam już lepiej niż w 2004. Także dzięki wielorakim aspektom przynależności do Unii. Tyle że była to Unia inna niż dziś. Od tamtej pory miało miejsce kilka zjawisk.

Centralizacja polityczna i coraz większy nacisk brukselskiej niewybieranej elity na poszczególne kraje, głównie te biedniejsze i słabsze. Znacznie silniejsze zaznaczenie się egoistycznych interesów kilku silnych państw, w tym Niemiec, kosztem innych. Narastanie sprzeczności w samej UE, skutkujące m.in. Brexitem. Krótkowzroczna polityka wschodnia krajów „starej Unii”, skutkująca bezradnością wobec Rosji. Problematyczna i coraz powszechniej odrzucana polityka migracyjna. Ekologia robiona ponad głowami społeczeństw, bez liczenia się z kosztami, zróżnicowaną sytuacją poszczególnych krajów, interesami gospodarki i poziomem życia obywateli. Narastanie społecznego buntu wobec tego wszystkiego naraz lub poszczególnych zjawisk – buntu etykietkowanego jako „populizm”.

Dzisiaj żyjemy lepiej niż w 2014 i 2004. Coraz więcej słabości ukazuje natomiast sama Unia.
Polacy są dość euroentuzjastyczni w ogóle. Ale już mniej, gdy mowa o poszczególnych pomysłach unijnej elity. Zarówno 20. rocznica obecności w UE, jak i taki stan rzeczy to dobra okazja i dobry powód, aby znowu przyjrzeć się integracji europejskiej.

Bierzemy pod lupę najbardziej problematyczne sprawy. Rolnictwo, ekologię, kwestie klimatyczne, strefę euro, sprawy pracownicze, miejsce Polski w gospodarczym układzie sił na kontynencie, rozdźwięk między kulturą euroelity a przekonaniami społeczeństw, rolę Niemiec, centralizację władzy, kondycję państwa narodowego itp. A także to, jakie oblicza i barwy polityczne przyjmuje eurosceptycyzm oraz europejską, lecz nieunijną perspektywę..

Staramy się dyskutować o Unii na serio. Z udziałem autorów z bardzo zróżnicowanych środowisk, nierzadko niezgadzających się w ocenie UE. Bez czołobitnego entuzjazmu i pokory dobrze wytresowanego niewolnika. Ale i bez (pseudo)krytycznego frazesu, który może sprawdza się na wiecach i memach, lecz nie w debacie o przyszłości Polski w tak czy inaczej ułożonej Europie.

Ufam, że lektura niniejszego numeru będzie pożyteczna, choć oczywiście nie wszystkie ważne kwestie udało się nam poruszyć.

PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie – spójrzcie proszę na sąsiednią stronę.

Dokąd jedzie Polska?

Wiele jest tematów, o których piszemy od lat. Nie z powodu braku innych pomysłów. Dlatego, że są one bardzo ważne pod względem społecznym. Innym szybko się nudzą. My uważamy, że dopóki problem trwa, dopóty trzeba o nim pisać. Należy do nich temat transportu zbiorowego i jego różnych aspektów.

Zajmujemy się tym od pierwszego numeru pisma „Obywatel”, na bazie którego powstał później „Nowy Obywatel”. To już 24 lata. W tym czasie pisaliśmy wielokrotnie o kolei i jej niszczeniu. O wykluczeniu transportowym. O zapaści komunikacji zbiorowej na prowincji. O stale rosnącej motoryzacji indywidualnej. O tym, że na kolej nigdy „nie ma” poważnych środków, ale zawsze są grube miliardy na drogi. Ale także o tym, że ludzie są często skazani na samochody, po zniszczeniu innych form transportu. I że nie jeżdżą nimi na złość całemu światu i planecie, lecz z braku innych możliwości.

Trwało to przez lata. W tym czasie mainstreamowe media pisały o „nierentownych” pociągach i autobusach. O tym, że autostrady to nowoczesność, a kolej to relikt przeszłości. O tym, że gdy państwo czy powiat dokładają do transportu zbiorowego, jest to marnotrawstwo, ale gdy niezamożny człowiek tankuje co miesiąc auto za kilkaset złotych, żeby w ogóle móc dojechać do pracy, to jest rentownie i racjonalnie. Obok tych wywodów umieszczano za setki tysięcy reklamy koncernów motoryzacyjnych. W ramach rzetelności dziennikarskiej, rzecz jasna.

Później mody się zmieniły. Bo ekologia, bo rządził PiS, bo wielkomiejska klasa komentatorska ma pod nosem metro i resztę świetnego transportu zbiorowego. Zaczęło się zatem a to nagłe i znacznie spóźnione lamentowanie nad wykluczeniem komunikacyjnym, a to żądanie stworzenia na zawołanie świetnego transportu zbiorowego, a to pomstowanie na „ciemniaków”, którzy jeżdżą dieslami wbrew zmianom klimatycznym itd. Neofici są zazwyczaj najbardziej zapalczywi, więc był to dość kiepski teatrzyk.

Wracamy dzisiaj kolejny raz do tematyki transportu w Polsce. W gronie autorów, którzy zajmują się tym od lat, konsekwentnie i wnikliwie. Zgromadziliśmy w jednym numerze najlepszych fachowców, choć oczywiście nie wszystkich. Mówią i piszą o CPK – sensie i sednie tej inwestycji. O tym, co dalej z koleją w Polsce, żeby była naprawdę przydatna. Dlaczego sprawny transport zbiorowy jest swoistym prawem człowieka. Jak wygląda wykluczenie komunikacyjne i jego przeróżne aspekty. Ile kosztowałoby wyeliminowanie tego problemu. Ile wydajemy na drogi i dlaczego tak dużo. Jak stworzyć alternatywę dla samochodów lub częstej jazdy nimi – ale bez moralizowania ludziom i pohukiwania na nich. Czy kluczowa jest mobilność przestrzenna – czy raczej brak konieczności przemieszczania się za wieloma sprawami. Jakie są przykłady sprawnego lokalnego transportu zbiorowego w Polsce. I o jeszcze innych aspektach i wyzwaniach dotyczących tej dziedziny życia.

Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek widział czasopismo niebranżowe, które w jednym numerze oferuje taką dawkę informacji o transporcie w Polsce. Z tym przekonaniem zapraszam do lektury.

PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie – spójrzcie proszę na sąsiednią stronę.

Szukaj dziury w całym

Gdyby przenieść w nasze czasy kogoś świadomego ideologicznie oraz aktywnego politycznie sprzed stu lat, to po krótkim zapoznaniu się z rzeczywistością mielibyśmy pacjenta w stanie przedzawałowym lub proszącego o rozmowę z kimś, kto pomoże mu uporać się z nadmiarem wrażeń emocjonalnych.

Dowiedziałby się bowiem, że największe od dekad programy socjalne uruchomiła w Polsce partia nazywająca się prawicową. Że w historycznie mocno lewicowej Francji największym poparciem robotników cieszy się ugrupowanie „skrajnie prawicowe”. A na wszelakie lewice głosują tam i gdzie indziej ludzie z wysokimi dochodami, świetnie wykształceni, wielkomiejscy adepci hiperkonsumpcji i elity kultury, a wyborców plebejskich jest w tym gronie niewielu. Że w różnych krajach naturalnym sojusznikiem ugrupowań lewicowych czy postępowych są partie, które odpowiadają za politykę antysocjalną i chętnie pomstujące na „roszczeniowość” ludu. Że za nowoczesne i demokratyczne uznaje się skupianie coraz większej władzy w ręku niewybieranej i niekontrolowanej kontynentalnej elity. Że wrażliwi intelektualiści są zatroskani o warstwy ludowe z odległych krajów i kontynentów, ale o rodakach z takich warstw sądzą i mówią, że to ciemnogród, który sprzedał się za świadczenia socjalne. I tak dalej, i temu podobne.

A jednocześnie tej ewolucji – nieraz totalnej – pojęć, idei i systemów wartości coraz rzadziej towarzyszą poważne dyskusje. Co, jak, dlaczego, czemu tak, a czemu nie inaczej?

Kogo to obchodzi, gdy kilka plemion nawzajem obrzuca się zajadle błotem? Gdy przekonania należy nabywać w pakietach – jeśli jesteś za punktem A, to musisz być też za punktem T. Gdy wszelkie odstępstwa, niesubordynacje i brak ortodoksji są karane wykluczaniem odszczepieńców. Chyba że jakaś wolta jest w interesie którejś grupy, służy korzyści czy szwindlowi – wtedy strażnicy czystości ideologicznej nagle tracą czujność. Ale na co dzień lepiej za dużo nie myśleć, nie mieć wątpliwości, nie wychylać się. Demokracja, wolność, niezależność – tak, tak, oczywiście, ale wracaj do szeregu i stój w nim idealnie równo.

Oto numer „Nowego Obywatela” poświęcony ideom, pomysłom, postawom i osobom dalekim od ortodoksji i jednomyślności. W ogóle lub na tle swoich macierzystych środowisk. Ekolog i „zadymiarz” wzywa do ochrony dziedzictwa narodowego. Lewicowiec broni Brexitu przeciwko europejskiemu centralizmowi. Narodowiec krytykuje lewicę, ale także prawicę. Prezentujemy lewicowe argumenty i fakty przeciwko imigracji. Rozmawiamy z dziennikarką, która dopominała się o prawa imigrantów i uchodźców, ale nie przymyka oczu na problemy i mity związane z tym procesem. Feministki próbują zrozumieć „toksycznych mężczyzn”. Mamy wywiad z badaczem, który wykazuje, że postępowa tolerancyjna elita ma w nosie zarówno swoich rodaków, jak i imigrantów, a jej środowisko to ucieleśniona idea „white power”. Przypominamy lewicowe i marksistowskie stanowiska przychylne upominaniu się o tożsamość narodową. Lewicowość antykomunistyczną. Oraz tradycje i współczesność socjalizmu inspirowanego Biblią. I jeszcze inne teksty o nieoczywistej wymowie. Jako bonus do tego wszystkiego unikatowe materiały z odległej przeszłości, spod znaku ciekawych i niegdyś całkiem wpływowych, a dzisiaj zapomnianych idei – dystrybucjonizmu oraz syndykalizmu.

Czy wszystko to jest absolutną i ostateczną prawdą? Zapewne nie. Ale przynajmniej jest próbą myślenia wbrew bezmyślności. I próbą zmierzenia się na serio ze światem, jego problemami i wyzwaniami. Z tym przekonaniem zapraszam do lektury.

PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie – spójrzcie proszę na sąsiednią stronę.