przez Piotr Wójcik | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Zima 2016
Można powiedzieć, że „Źli Samarytanie” ukazują się w Polsce w idealnym momencie. Ta być może najcelniejsza kompleksowa analiza globalnej polityki wolnego rynku pojawia się nad Wisłą w czasie finalizowania dwóch wielkich umów handlowych: TTIP i CETA. „Źli Samarytanie” Ha-Joon Changa to przede wszystkim pełen polotu traktat krytykujący wolny handel i politykę pełnego otwarcia gospodarki, czyli dwie rzeczy żarliwie zalecane przez wszystkich tytułowych Samarytan z MFW, Banku Światowego oraz globalistycznych elit krajów rozwiniętych. A przy okazji są to dwa zalecenia, które Polska przyjęła niemal w pełni i od ręki po przełomie 1989 roku. Aby nie powtórzyć błędów sprzed 25 lat, dzieło Changa powinno stać się w tym ważnym momencie lekturą obowiązkową dla polskich decydentów. To kopalnia argumentów, faktów i twardych danych, które nawet najbardziej zatwardziały umysł muszą skłonić do zastanowienia się dwa razy, czy na pewno TTIP i CETA są tym, czego obecnie najbardziej potrzebują zarówno Polska, jak i cała Unia Europejska.
Wadliwa teoria
Teoretyczne podstawy otwarcia się na wolny handel zapewnia obecnie koncepcja Heckschera-Ohlina-Samuelsona, zwana w skrócie teorią HOS. Jest ona rozwinięciem tez Davida Ricardo, który w miejsce bezwzględnych przewag komparatywnych wprowadził przewagi względne. Inaczej mówiąc, nawet jeśli jeden z dwóch krajów ma przewagę w wydajności produkcji dwóch towarów, to integracja handlowa między nimi wciąż się opłaca, gdyż pierwszy powinien się skupić na produkcji tych towarów, które dają mu największą przewagę produktywności, a drugi na polu, na którym odnosi najmniejszą stratę. XX-wieczni twórcy teorii HOS zmodyfikowali tę koncepcję, wprowadzając do niej kluczowe dla produkcji składowe – kapitał i pracę, twierdząc, że kraje zasobne we względnie tani kapitał powinny się skoncentrować na produkcji kapitałochłonnej, państwa z dużą ilością taniej siły roboczej natomiast – na produkcji pracochłonnej. W ten sposób wszyscy pokażą swoje najmocniejsze strony, dzięki czemu w krótkim czasie nastąpi pełne wykorzystanie dostępnych mocy produkcyjnych, a uzyskane w ten sposób nadwyżki będzie można przeznaczyć na konsumpcję. Wydaje się to na pierwszy rzut oka logiczne – jak wszystkie „zdroworozsądkowe” teorie złych Samarytan. W końcu każdy powinien się skupić na rozwinięciu swoich mocnych stron, bo ma to potencjał przynoszenia największego zwrotu. W książce Changa co i rusz przekonujemy się jednak, że logiczne na pierwszy rzut oka teorie nie tylko okazują się wadliwe, lecz także są zwykłą pułapką zastawioną przez życzliwych możnych.
Zacznijmy od wad – teoria HOS zakłada doskonałą mobilność czynników produkcji. Inaczej mówiąc, po upadku huty piece hutnicze w magiczny sposób zamienią się w komputery i zaczną służyć do produkcji oprogramowania w firmie IT, a wyrzuceni z pracy górnicy błyskawicznie przekwalifikują się na wielojęzycznych prawników korporacji. Chyba każdy zdaje sobie sprawę, że to niemożliwe. Nie ma żadnych gwarancji, że po upadku zakładów danego sektora, w wyniku otwarcia się gospodarki i dostosowywania do „optymalnej” dla niej produkcji powstaną na ich miejsce nowe zakłady. Albo że istniejące rozbudują się do tego stopnia, iż wchłoną powstały wolny zasób danego czynnika produkcji. Najprawdopodobniej będzie tak, że w kraju rozwijającym się może i rzeczywiście obszary pracochłonne gospodarki się rozwiną, jednak obszary kapitałochłonne, w tych krajach siłą rzeczy zacofane, upadną pod ciężarem konkurencji i już się nie podniosą. Pracujący tam ludzie trafią na bruk, a kapitał na śmietnik. Nastąpią nie tylko straty materialne, ale i powiększą się rzesze przegranych takiej transformacji. Nawet jeśli uda się kiedyś wchłonąć powstałe wolne zasoby, a straty odrobić, nastąpi to po długim czasie. Całe grupy społeczne i pokolenia przegrają w takim procesie na zawsze. Żeby zminimalizować negatywne skutki, w kraju musiałyby istnieć mechanizmy kompensacji – redystrybucja, zabezpieczenie społeczne i sprawne usługi publiczne. Tymczasem w krajach rozwijających się niemal nigdy ich nie ma lub są w powijakach – i w obliczu wyzwania nie zadziałają na odpowiednią skalę. Zatem żaden lider polityczny, czujący odpowiedzialność za całą wspólnotę, nie powinien podjąć działań zalecanych przez teorię HOS.
Jednak te wady teoretyczne są niczym przy niebezpieczeństwach pułapki, jaką za pomocą teorii HOS szykują źli Samarytanie z krajów rozwiniętych. Nie trzeba być geniuszem, aby się zorientować, że rzetelne wdrożenie tej koncepcji będzie oznaczać dla kraju specjalizację w zacofanych dziedzinach, skaże zatem dane państwo na wieczny dystans wobec najlepiej rozwiniętych. Otwarcie gospodarki rzeczywiście jest najlepszym sposobem na wzrost wydajności w krótkim terminie – jednak w długim okaże się pułapką. Umożliwi bowiem rozwój zakładów w obszarach pracochłonnych, jednak branże kapitałochłonne pozostaną dla kraju zamknięte. Lokalni zacofani producenci tych branż błyskawicznie przegrają konkurencję z rozwiniętymi producentami z krajów zamożnych, bo będą pozbawieni ochrony, a nawet jeśli zdążą się przekwalifikować na produkcję pracochłonną, to gwarantująca największy zwrot i skok produktywności produkcja kapitałochłonna będzie dla nich niedostępna – tak, jak i dla społeczeństwa niedostępny stanie się standard życia społeczeństw rozwiniętych. Producenci z krajów bogatych już na starcie wyeliminują swoją raczkującą konkurencję. Nic więc dziwnego, że promują wolny handel, gdzie tylko mogą.
Protekcjonizm kluczem do sukcesu
Nie jest więc chyba już teraz niespodzianką, że kraje wysoko rozwinięte, gdy same były na niższym poziomie rozwoju, prowadziły politykę zupełnie różną od tej, którą teraz postulują. Pierwsza potęga gospodarcza Zachodu, Wielka Brytania, dziś uważana za ojczyznę wolnego handlu i gospodarczego liberalizmu, w istocie jest ojczyzną protekcjonizmu i regulowania gospodarki na niemal wszystkie możliwe sposoby. Pionierem tych rozwiązań był już Henryk VII, który głęboko ingerował w handel wełną i produktami wełnianymi – raz zwiększając, raz zmniejszając cła, to zabraniając zupełnie eksportu surowca, to lekko uchylając dla niego drzwi. Wszystko po to, by wesprzeć krajowych wytwórców i wykończyć zagraniczną konkurencję, głównie holenderską, która sytuowała się na wyższym poziomie technologicznym, ale w dużej mierze była uzależniona od taniej wełny z Wysp.
Protekcjonizm do rangi sztuki podniósł słynny brytyjski premier Robert Walpole. Przed nim brytyjska polityka oczywiście nie była wolnorynkowa – jednak skupiała się na dominacji w handlu, np. dzięki prawu o żegludze, które wymagało, by wszelki handel z Wielką Brytanią odbywał się za pośrednictwem brytyjskich okrętów. Po 1721 roku Walpole postawił na ochronę i wspieranie wytwórstwa. Jego ideą przewodnią był eksport produktów przetworzonych i import surowców. Zatem znacznie podniósł cła na import skończonych towarów, za to obniżył lub zniósł stawki importowe na materiały do produkcji. Zaczął stosować szereg zachęt dla eksporterów – od dopłat do produkcji na eksport, po zwroty ceł, które krajowi producenci musieli zapłacić w państwach, w których sprzedawali swoje towary. Ustanowił też regulacje jakości obligatoryjne dla wszystkich producentów z Wysp, by któryś z nich nie psuł reputacji produktom „made in UK”. Forsował również bezwzględne przepisy wobec brytyjskich kolonii, zabraniające im prowadzenia bardziej rozwiniętej produkcji, m.in. zakazał Amerykanom budowy nowych odlewni i walcowni, skazując ich na produkcję surówki niskiej jakości.
Wielka Brytania kontynuowała tę politykę aż do połowy XIX wieku, będąc najbardziej protekcjonistyczną gospodarką świata. Jej cła na towary przetworzone wynosiły w 1820 roku 45–55%, tymczasem w Niderlandach było to 6–8%, w Prusach 8–12%, a we Francji, postrzeganej dziś stereotypowo jako etatystyczna – 20%. Zjednoczone Królestwo zaczęło forsować i stosować wolny handel dopiero w drugiej połowie XIX wieku, gdy już tamtejsi wytwórcy mieli taką przewagę nad konkurencją ze świata, że na liberalizacji mogli tylko zyskać.
Protekcjonizm na szeroką skalę stosowało też kolejne mocarstwo tradycyjnie kojarzone z wolnym rynkiem. W USA ta polityka nosiła nazwę „ochrony przemysłów raczkujących”, a jej zręby stworzył pierwszy sekretarz skarbu Alexander Hamilton, do dziś uznawany za ojca założyciela amerykańskiego kapitalizmu. W 1791 roku opublikował „Raport o stanie manufaktur”, w którym wprost zalecał ochronę dopiero rozwijających się krajowych wytwórców przed konkurencją z zagranicy. Rekomendował więc wysokie cła na towary przetworzone, ale i liberalizację importu półproduktów potrzebnych krajowym wytwórcom. Postulował zakaz eksportu kluczowych surowców oraz ufundowanie nagród za przełomowe wynalazki i patenty. Forsował rozbudowę infrastruktury materialnej niezbędnej do rozwoju przemysłu, a także stworzenie regulacji jakości. Niestety nie doczekał wprowadzenia swoich pomysłów w życie. Za jego czasu Kongres, pod wpływem silnych plantatorów i właścicieli niewolników z Południa, wprowadzał rozwiązania różne od proponowanych przez Hamiltona. Plantatorzy eksportujący surowce lub nisko przetworzone produkty, wytwarzane dzięki de facto darmowej sile roboczej, chcieli mieć dostęp do tanich produktów przetworzonych lub ekskluzywnych z zagranicy. Nie po raz pierwszy okazało się, że wolny handel był na rękę głównie wyzyskiwaczom – w tym przypadku właścicielom niewolników. W wyniku ich lobbingu Kongres, jeśli podnosił cła, to tylko w tak nieznaczny sposób, że nie mogło to przynieść spodziewanych rezultatów w postaci wzrostu krajowej aktywności przemysłowej.
Cła znacząco podniesiono dopiero w wyniku wojny brytyjsko-amerykańskiej. Do 1820 roku zostały podniesione aż do poziomu 40% z 12,5% w 1812 roku. Pełne urzeczywistnienie koncepcji Hamiltona przyniosła dopiero prezydentura Abrahama Lincolna. Bazował on na opracowanej przez Henry’ego Claya koncepcji „Systemu amerykańskiego”, który łączył protekcjonizm z wielkimi inwestycjami publicznymi w infrastrukturę. Po wyborze Lincolna na prezydenta USA podniosły cła na import towarów przetworzonych do najwyższej na świecie wysokości 50% i utrzymały je aż do I wojny światowej. Po krótkotrwałej liberalizacji handlu ustawa Smoota–Hawleya w reakcji na Wielki Kryzys znów wywindowała cła na wysokie poziomy. Dopiero po II wojnie światowej, gdy USA były już potęgą gospodarczą, Amerykanie zaczęli forsować wolny handel. Jednak nawet wtedy wspierali swoich wytwórców i eksporterów, głównie finansując wydatki na badania i rozwój. W latach 1950–1995 udział publicznych środków w amerykańskich wydatkach B+R wynosił między 50 a 70%, tymczasem w tradycyjnie interwencjonistycznych Japonii i Korei Południowej – zaledwie 20%.
Przykładem klęski wolnego handlu jest natomiast Meksyk. Lata przed liberalizacją handlu stosował industrializację metodą substytucji importu, czyli zastępowania tradycyjnie importowanych produktów wyrobami lokalnych wytwórców, chronionych cłami i innymi barierami (np. kwoty importowe), nawet jeśli produkty te były gorszej jakości niż zagraniczne. W latach 1955–1982 dochód per capita rósł w tym kraju rocznie o 3,1%, co w tak długim okresie jest wynikiem znakomitym. Niestety po tym czasie Meksyk nawrócił się na ideologię wolnorynkową. Pierwszym etapem transformacji meksykańskiej polityki handlowej były lata 1985–1995, gdy znacznie zliberalizowano handel, znosząc wiele istniejących barier. W tym okresie wzrost spadł do raptem… 0,1% rocznie. Była to przymiarka do podpisania umowy NAFTA, która ustanowiła strefę wolnego handlu między USA, Kanadą i Meksykiem. NAFTA weszła w życie w 1995 roku i odcisnęła piętno na krajowym przemyśle wytwórczym, budowanym pieczołowicie w latach substytucji importu. Doprowadziła do załamania się całych sektorów gospodarki meksykańskiej, wzrostu bezrobocia i spadku płac. Meksyk stracił aż 1,6 mln miejsc pracy w rolnictwie i 600 tys. dobrze opłacanych w przemyśle. Drobni meksykańscy rolnicy nie wytrzymali konkurencji z wielkimi amerykańskimi farmami, które zalały tamtejszy rynek tanimi i mocno subsydiowanymi produktami rolnymi. Na subsydiowanie własnych na taką skalę oczywiście nie było stać znacznie biedniejszego Meksyku. Nawet niewielkie odbicie wzrostu, jakie przyniosło wejście w życie układu NAFTA, nie powetowało strat wynikających z liberalizacji handlu. Dochód per capita w latach 1995–2002 rósł w tempie 1,8%, a więc niemal dwukrotnie niższym niż w czasach protekcjonizmu. Dodatkowo odbywał się on dzięki inwestorom zagranicznym, a nie krajowym, oraz na fali powstawania gorzej płatnych miejsc pracy. To wszystko jest tym „dziwniejsze”, że według narracji Samarytan, Meksyk wydawał się wręcz idealnym kandydatem na prymusa wolnego handlu. Graniczył z największym rynkiem świata, a więc była to doskonała okazja, by jego wytwórcy skorzystali z efektu skali. Dodatkowo miał bardzo dużą diasporę w USA, co powinno zapewnić niezbędne w biznesie powiązania nieformalne. Oprócz tego dysponował fundamentem wzrostu, a według mainstreamowych ekonomistów – dobrze wykształconą i kompetentną siłą roboczą i kadrą menedżerów. Nic to jednak nie dało – krajowi wytwórcy zbyt szybko zostali zmuszeni do konkurencji z wysoko rozwiniętymi producentami z USA, co skończyło się zupełną klęską rodzimej, meksykańskiej gospodarki. Chang wymienia jeszcze kilka przykładów niepowodzeń otwarcia gospodarki. W Wybrzeżu Kości Słoniowej po obniżce ceł o 40% w 1986 roku załamały się całe sektory gospodarki – włókienniczy, obuwniczy, a także istniejący tam samochodowy. W Zimbabwe liberalizacja handlu w 1990 roku przyniosła błyskawiczny wzrost bezrobocia z 10 do 20%.
Pułapka zagranicznych inwestycji
Nawet liberalni ekonomiści przyznają, że inwestycje zagraniczne nierówne inwestycjom zagranicznym. Inwestycje portfelowe, czyli inwestowanie na krajowym rynku akcji, nieruchomości lub innych aktywów, mogą przynieść więcej szkód niż pożytku. Często mają charakter stricte spekulacyjny, a więc są nastawione na dochód w krótkim terminie. Siłą rzeczy są więc bardzo niestabilne, a podczas realizacji zysków mogą spowodować znaczne perturbacje na rynku. Dodatkowo mają tendencje procykliczne, więc napływają wtedy, gdy w gospodarce panuje hossa, a odpływają w czasie recesji. Zatem w okresie ożywienia mogą spowodować przegrzanie gospodarki i pęcznienie baniek – czyli niekontrolowany i nieuzasadniony wzrost cen aktywów (mieszkań, udziałów, obligacji rządowych). Tymczasem w okresie załamania lub pęknięcia wytworzonych baniek, ich odpływ spowoduje pogłębienie recesji. Właśnie dlatego kraje rozwijające się doświadczyły ogromnego wzrostu kryzysów finansowych od momentu, gdy otworzyły swoje rynki kapitałowe. W latach 1945–1971, gdy światowe przepływy finansowe nie były jeszcze zliberalizowane, kraje te przeszły 16 kryzysów walutowych, jeden walutowo-bankowy i żadnego stricte bankowego. Tymczasem w latach 1973–1997, czyli w okresie znacznej liberalizacji przepływów, ucierpiały w wyniku 17 kryzysów bankowych, 57 kryzysów walutowych i 21 walutowo-bankowych.
Jednak nie tylko zagraniczne inwestycje portfelowe przynoszą szereg niebezpieczeństw. Także bezpośrednie inwestycje zagraniczne (BIZ – inwestowanie w realną gospodarkę) mogą się odbić czkawką państwu przyjmującemu. Oczywiście w powszechnej optyce są źródłem niemal samych korzyści – transfer technologii, nowe miejsca pracy, wzrost produktywności. Zagrożenia są dużo mniej oczywiste, ale jednak istnieją – i z reguły się ujawniają, choć nie są tak nagłaśniane, jak otwarcie nowego zakładu. Dają wchodzącemu koncernowi okazję do obniżania opodatkowania dzięki korzystaniu z cen transferowych. Pompując koszty w kraju, który przyjął inwestycję, przenosi się dochód do państw z niskimi stawkami podatku dochodowego, ze specjalnymi preferencjami dla poszczególnych rodzajów działalności (np. dochody z licencji) lub wręcz dla konkretnych firm (jak czynił to Luksemburg). Chang przytacza kilka przypadków absurdalnych transakcji między filiami różnych koncernów, które miały na celu machinacje podatkowe – eksport anten telewizyjnych z Chin po 40 centów za sztukę czy wyrzutni rakiet z Boliwii po 40 dolarów. Z drugiej strony, zagraniczne filie koncernów importowały niemieckie ostrza pił do metalu za 5,5 tys. dolarów za sztukę, japońskie pęsety za 5 tys. dolarów czy klucze francuskie za ponad tysiąc dolarów za sztukę. Trzeba pamiętać, że taka optymalizacja jest groźna nie tylko z powodu strat wpływów podatkowych. Jest też niekorzystna dla bilansu handlowego kraju, gdyż lokalne spółki-córki koncernów, by wykazać straty i nie płacić podatków, importują za wyższą kwotę, niż eksportują.
Co więcej, inwestycje bezpośrednie nie zawsze przybierają formę inwestycji typu greenfield, czyli budowy od podstaw nowego zakładu. Często to inwestycje typu brownfield – przejęcia całego istniejącego przedsiębiorstwa. Pół biedy, gdy jest ono przejmowane z myślą o rozwoju. Niestety bywa, że to wrogie przejęcia, mające na celu albo wyeliminowanie konkurencji, albo przejęcie majątku tańszym kosztem. Hiszpańskie linie lotnicze Iberia wykupiły kilka południowoamerykańskich kompanii z nowymi samolotami, następnie odświeżono nimi starą flotę nabywcy, a wykupione linie doprowadzono do bankructwa. BIZ niekoniecznie muszą się też wiązać z transferem technologii. Jeśli nie zadba się o odpowiednie przepisy dotyczące współpracy inwestora z lokalnymi dostawcami, firmy zagraniczne mogą tworzyć enklawy, działając tylko w obrębie własnych sieci korporacyjnych, a więc o jakimkolwiek upowszechnianiu modernizacji będzie można zapomnieć. Jednak według Changa najważniejszym zagrożeniem wiążącym się z BIZ jest konkurencja, jaką będą stanowić zagraniczni inwestorzy dla krajowych producentów. Koncerny z zagranicy z reguły są bardziej wydajne od krajowych wytwórców i prawdopodobnie wygryzą ich z rynków. Udostępnią często tańsze i lepsze jakościowo produkty, z którymi nie będą w stanie konkurować niedojrzali jeszcze do rywalizacji na takim poziomie rodzimi przedsiębiorcy. Zamiast więc dostać nieco czasu na dorośnięcie, po prostu upadną.
Oczywiście nie będzie niespodzianką, że w walce z kapitałem zagranicznym przodowali ci, którzy obecnie najsilniej postulują ułatwienia dla inwestycji zagranicznych i przepływów kapitałowych. W 1832 roku prezydent USA Andrew Jackson doprowadził do upadku Drugiego Banku USA, nie odnawiając mu licencji, gdyż udział kapitału zagranicznego był w nim zbyt wysoki – choć wynosił ledwie 30%. Ustawa z 1887 roku zabroniła posiadania ziemi w USA osobom z zagranicy, a także spółkom, których kapitał zagraniczny przekracza 20%. Także poszczególne stany nie próżnowały w tym zakresie – w tym samym roku Indiana wprowadziła prawo w zasadzie odbierające firmom zagranicznym ochronę prawną. Stan Nowy Jork natomiast po prostu zabronił otwierania na swoim terenie filii banków zagranicznych.
Bardzo obrazowy jest przykład Toyoty. Przerzuciła się na produkcję samochodów w 1933 roku, a sześć lat później rząd Japonii usunął z kraju zagranicznych producentów aut, z General Motors i Fordem na czele. Pomimo państwowej ochrony budowa nowoczesnych pojazdów szła Toyocie jak po grudzie. Gdy w 1958 roku firma postanowiła podbić amerykański rynek modelem Toyoped, próba skończyła się spektakularną klęską. Amerykanie za nic w świecie nie chcieli się przesiadać do zagranicznych pojazdów z kraju, który kojarzył im się z produkcją tandety. Sprawy nie ułatwiał sam pojazd, który – oględnie mówiąc – nie był specjalnie udany. Po tej kompromitacji w Japonii rozgorzała dyskusja – postulowano wpuszczenie do kraju zagranicznych producentów aut, by Japończycy też mogli korzystać z najlepszych rozwiązań w tym zakresie. Twierdzono, że skoro po tak długim okresie protekcji w Kraju Kwitnącej Wiśni wciąż nie doczekano się porządnych modeli samochodów, to Japonii nie jest dane produkować pojazdy. Ostatecznie jednak nie zdecydowano się na ten krok – postanowiono, że lepiej przez jakiś czas mordować się w zacofanych rodzimych pojazdach, by koncern miał jeszcze trochę czasu na dorośnięcie. Dziś japońskie samochody są równie oczywiste, co norweski łosoś albo szkocka whisky – kojarzą się z niezawodnością i nowoczesnością, a marka Lexus także z prestiżem. Gdyby w latach 60. wpuszczono do Japonii zagraniczne firmy motoryzacyjne, być może ani Lexusa, ani sukcesu Toyoty w ogóle by nie było.
Najnowszym przykładem skutecznej walki z zagranicznym kapitałem jest Finlandia. Od momentu uzyskania niepodległości w 1918 roku robiła wszystko, by zniechęcić zagranicznych inwestorów do aktywności na swoim terytorium. W latach 30. wprowadzono m.in. przepisy, które oficjalnie uznawały podmioty z ponad 20-procentowym udziałem kapitału zagranicznego za „niebezpieczne”. Oczywiście obudowano to szeregiem protekcjonistycznych ustaw. Prawo złagodzono dopiero w 1987 roku, gdy podniesiono dopuszczalny pułap udziału kapitału zagranicznego w firmach do 40%, jednak Ministerstwo Handlu i Przemysłu wciąż musiało wydawać zgodę na każdą inwestycję zagraniczną. Rzeczywista liberalizacja handlu i przepływu kapitału nastąpiła w tym kraju dopiero w 1993 roku z powodu planowanej za dwa lata akcesji do UE. W tych cieplarnianych warunkach spokojnie dojrzewały fińskie firmy, które ostatecznie wyrwały Finlandię z zacofania – gdy uzyskiwała niepodległość, była jednym z najbiedniejszych krajów Europy. Nokia musiała czekać na wypracowanie pierwszego zysku ze swego pionu elektronicznego aż 17 lat, a w pewnym momencie była przecież zupełnie bezkonkurencyjna w produkcji telefonów komórkowych. Tymczasem gdyby Finowie wpuścili do siebie kapitał zagraniczny, któryś z ówczesnych gigantów zapewne wykupiłby Nokię i zakończył działalność nierentownego pionu elektronicznego albo zlecił mu drugorzędną produkcję.
Złote czasy protekcjonizmu
Głównym argumentem złych Samarytan jest rzekomo dobroczynny wpływ wolnego handlu na wzrost gospodarczy. Nawet jeśli niesie on ze sobą szereg zagrożeń, które coraz częściej trudno jest ignorować, to społeczeństwo ostatecznie i tak odniesie korzyść z liberalizacji dzięki szybszemu rozwojowi gospodarczemu. Nawet ten argument jest jednak wyjątkowo wątpliwy.
Okazuje się, że kraje stosujące wolny handel, z własnej woli lub nie, często notują dużo gorsze wyniki wzrostu niż kraje protekcjonistyczne. Czasy powszechnych barier dla kapitału były też okresami większego boomu niż te wolnorynkowe. W XIX wieku zmuszone do otwarcia swoich gospodarek kraje kolonizowane notowały znacznie gorsze wyniki niż państwa chroniące swe rynki. W latach 1870–1913 kraje Azji (bez Japonii) rosły ledwie o 0,4% rocznie, a Afryki – o 0,6%. Tymczasem w Europie wzrost wynosił 1,3%, a w USA, które były w tym okresie najbardziej protekcjonistycznym krajem świata, nawet 1,8%. Podobnie sprawa wygląda w okresie powojennym. W latach 60. i 70., gdy panowały powszechne praktyki protekcjonistyczne, kraje Zachodu rozwijały się w tempie 3,2% rocznie, tymczasem w latach 80. i 90., gdy zaczęto wdrażać daleko posunięta liberalizację, tempo spadło do 2,1%. Jeszcze wyższy spadek odnotowały kraje rozwijające się. W latach 60. i 70. wzrastały średnio o 3% rocznie, tymczasem od lat 80. nastąpił spadek do 1,7%. A trzeba pamiętać, że za wzrost w ostatnich dekadach zaczęły odpowiadać przede wszystkim gigantyczne Chiny, a więc realny spadek wzrostu w większości krajów rozwijających się był w wyniku liberalizacji światowego handlu znacznie większy. Podobnie wygląda to w poszczególnych regionach. Ameryka Łacińska rosła w latach 60. i 70. w tempie ponad 3 proc. rocznie, a Brazylia wzrostem przypominała azjatyckie tygrysy. Tymczasem po ich nawróceniu się na wolnorynkowe zasady konsensusu waszyngtońskiego tempo spadło do jednej trzeciej wcześniejszych wyników, a w latach 2000–2005 spowolniło jeszcze bardziej, do ledwie 0,6% rocznie. W Afryce od lat 80. dochód per capita zaczął wręcz spadać, choć we wcześniejszych dwóch dekadach osiągał ok. 2% wzrostu.
Analogie do polskiej historii po 1989 roku, jakie można wysnuć ze „Złych Samarytan”, są aż nazbyt oczywiste. Także nad Wisłą nagłe otwarcie gospodarki doprowadziło do upadku wielu krajowych producentów, szczególnie z branż zaawansowanych technologicznie. Upadek Kasprzaka czy Unitry tłumaczono logiczną konsekwencją ich zacofania w stosunku do zachodnich konkurentów. Nie ulega wątpliwości, że polskie zakłady rzeczywiście były zacofane, jednak właśnie dlatego należało dać im czas na okrzepnięcie w warunkach gospodarki rynkowej. Także nad Wisłą dochodziło do wrogich przejęć, chociażby wrocławskiego Elwro, kupionego przez Siemensa, a następnie dosłownie zrównanego z ziemią. To właśnie w wyniku liberalnej polityki po 1989 roku wciąż nie doczekaliśmy się koncernów światowego formatu. Perła w koronie polskiego przemysłu, czyli Pesa, tak naprawdę stanowi dziesiątą część potencjału francuskiego Bombardiera. A wszelkie jej wpadki (np. z Dartami) są bezlitośnie wypominane i wykorzystywane jako uzasadnienie zakupu zagranicznych składów Pendolino. Nie zwraca się uwagi na fakt, że Pesa jest wciąż niedojrzałym młodzieńcem, który musi sobie radzić, rywalizując z okrzepłymi dorosłymi konkurentami. Niestety, gdy polski przemysł raczkował, nie był otoczony taką ochroną jak fiński czy japoński. I między innymi dlatego, pomimo 25 lat stabilnego wzrostu, zamożny Zachód wciąż nawet nie majaczy na horyzoncie. Szkoda, że „Źli Samarytanie” nie zostali napisani przed 1989 rokiem. Być może któryś z polskich decydentów po lekturze poszedłby po rozum do głowy. Niestety, obecnie ta bardzo ważna książka Changa jest dla Polaków trochę musztardą po obiedzie. Choć oczywiście na naukę nigdy nie jest za późno.
Piotr Wójcik
Ha Joon-Chang, Źli Samarytanie. Mit wolnego handlu i tajna historia kapitalizmu, tłum. B. Szelewa,
M. Sutowski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2016.
przez Tomasz S. Markiewka | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Zima 2016
Jednym z gości Światowego Forum Ekonomicznego w Davos w 2014 roku był Matthieu Ricard, buddyjski mnich, niegdysiejszy biolog. Codziennie rano prowadził zajęcia relaksacyjne dla chętnych. Co ważne, Ricard nie jest zwykłym buddystą, lecz człowiekiem dzierżącym tytuł najszczęśliwszej osoby na świecie. Podstawą do jego przyznania był eksperyment przeprowadzony na uniwersytecie w Wisconsin: na głowie francuskiego mnicha umieszczono 256 czujników, które zapisywały reakcje w jego mózgu. Wyniki, zdaniem badaczy, były zdumiewająco pozytywne. Jest to oczywiście „dowód” bardziej anegdotyczno-medialny niż w pełni naukowy, choćby dlatego że grupa porównawcza, na tle której oceniano wyniki Ricarda, była niezbyt duża jak na standardy nauki. Jednak sama etykietka „najszczęśliwszego człowieka na świecie” przemawia do wyobraźni wielu ludzi.
Książka Williama Daviesa „Happiness Industry” („Przemysł szczęścia”) zaczyna się właśnie od opisu pobytu Ricarda w Davos i wspomnianego eksperymentu. Nie jest to, jak łatwo się domyślić, wybór przypadkowy. Cała otoczka związana z „najszczęśliwszym człowiekiem na świecie” odwiedzającym Forum Ekonomiczne symbolizuje bowiem problem, który jest głównym tematem rozważań Daviesa, czyli ścisły związek między nauką, szczęściem oraz biznesem. Autor „Happiness Industry” uważa, że jest to niebezpieczna mieszanka. Nie żeby miał on coś przeciwko szczęściu czy nauce (ani tym bardziej samemu Ricardowi!). Również biznesu nie traktuje jako czegoś z natury złego. Kłopot polega na tym, że gdy te trzy rzeczy łączą się, nauka nazbyt często nabiera charakteru technokratycznego albo po prostu zmienia się w pseudonaukę i gadżeciarstwo, szczęście zostaje zredukowane do roli biologicznych wskaźników pozwalających oszacować nasze zdolności produkcyjne, a biznes oraz mechanizmy wolnorynkowe zaczynają wkraczać na tereny, na których ich skuteczność i autorytet są, delikatnie mówiąc, wątpliwe.
Sytuację pogarsza jeszcze to, że rozwój przemysłu szczęścia wiąże się zazwyczaj z lekceważeniem podstawowych pytań filozoficznych: czym w ogóle jest szczęście? Jakie są jego rodzaje? Czy każdy rodzaj szczęścia jest dobry? Jaki dokładnie istnieje związek między reakcjami chemicznymi w naszych mózgach a pojęciem wywodzącym się z czasów, gdy nikt nie słyszał o neuronach? Jak kształtowały się wyobrażenia na temat szczęścia? Wbrew pozorom nie są to abstrakcyjne pytania przeznaczone jedynie dla ludzi zajmujących się zawodowo filozofią albo mających zbyt wiele wolnego czasu. Jak słusznie sugeruje Davies, ich lekceważenie skutkuje tym, że przemysł szczęścia staje się narzędziem do bezrefleksyjnego promowania postaw i rozwiązań korzystnych dla konkretnej grupy osób, a nie dla ogółu społeczeństwa.
Angielski socjolog twierdzi między innymi, że za różnymi (choć oczywiście nie wszystkimi) pomysłami uszczęśliwiania ludzi stoi próba odpowiedzi na stare kapitalistyczne pytanie: jak wycisnąć z pracowników jeszcze więcej? Liczne badania wskazują, że osoba nieszczęśliwa, pasywna i mająca skłonności do depresji jest mniej wydajna w pracy (co zresztą nie jest specjalnie odkrywczym stwierdzeniem). Dlatego wielu ludzi biznesu, ale także ekonomistów i polityków, jest zainteresowanych wszelakimi projektami, które pomagają zrozumieć, na czym polega szczęście – czy też ogólniej: dobre samopoczucie – i jak można je kontrolować. Trochę szkoda, zważywszy na istotność problemu, że Davies nie dostarcza większej liczby przykładów tego zjawiska. Wspomina głównie o działaniach brytyjskiego rządu, który zleca prywatnym firmom zadanie „stawiania na nogi” bezrobotnych ze słabym samopoczuciem, oraz o modnych aplikacjach zdrowotnych, które wpisują się w trend Health 2.0, a przez samego autora są nazywane złośliwie przyrządami do „zwiększania produktywności”.
Davies zaznacza również – znowu trafnie – że ta niezbyt szlachetna motywacja do rozwijania przemysłu szczęścia wpływa na sposób, w jaki zaczynamy myśleć o samym stanie „bycia szczęśliwym”. Jak pisze, gdy zajmujemy się bólem, czyli czymś, co zazwyczaj jest uważane za główną przeszkodę na drodze do szczęścia, możemy przyjąć dwie postawy. Pierwszą jest takie przearanżowanie otoczenia, aby zniknęła przyczyna nieszczęścia. Drugie wyjście to zmiana sposobu, w jaki odbieramy naszą sytuację. Innymi słowy, jest to różnica między strategią skupiająca się na kontekście oraz strategią skupiającą się na jednostce. Niestety – zdaniem Daviesa – najczęściej wybieramy tę drugą. Dlaczego tak się dzieje? Ano właśnie dlatego, że z punktu widzenia kogoś, kto jest zainteresowany zwiększeniem produktywności pracowników, ważne jest tylko to, żeby nie byli oni nieszczęśliwi. Czytaj: żeby nie spadała ich produktywność. Wysłanie osoby niezadowolonej z życia na zajęcia z pozytywnego myślenia albo na terapię (strategia indywidualistyczna) jest zaś w większości przypadków o wiele łatwiejsze i tańsze niż zmienianie otoczenia, w którym ona funkcjonuje (strategia kontekstualna). Tym bardziej, że być może tym wywołującym niezadowolenie otoczeniem są nie tylko warunki pracy w tej czy innej firmie, ale cały system kapitalistyczny.
Czemu Davies uważa, że wybór strategii indywidualistycznej jest wyborem niewłaściwym? Gdy spotykamy się z osobą nieszczęśliwą, to warto zadać sobie pytanie, z czego wynika jej brak zadowolenia – na jaki problem ono wskazuje. Jak pisze Davies: Gdy jakaś osoba jest nieszczęśliwa z powodu tego, że nierówności dochodowe sięgnęły w Brytanii i USA poziomu, którego nie widzieliśmy od lat 20. XX wieku, rada – dawana przez niektórych ekonomistów szczęścia – że ta osoba miałaby się lepiej, gdyby nie znała zarobków innych ludzi, wydaje się beznadziejna. A jednak właśnie takie rozwiązanie podsuwa strategia indywidualistyczna: nie martwmy się systemowymi problemami, zadbajmy tylko o poprawę samopoczucia poszczególnych osób, bez wnikania w przyczyny ich niezadowolenia. Jeszcze raz oddajmy głos Daviesowi, tym razem komentującemu ironicznie niektóre nurty współczesnej psychologii: Pod wieloma względami nauka zajmująca się szczęściem jest krytyką skierowaną do wewnątrz, pomimo wszystkich nawoływań psychologii pozytywnej, aby dostrzec świat wokół nas. Nieustanna fascynacja ilościowym podejściem do subiektywnych odczuć może jedynie odwrócić naszą krytyczną uwagę od szerszych problemów politycznych i ekonomicznych. Zamiast szukać sposobów na zmianę naszych uczuć, powinniśmy wreszcie wziąć to, co skierowaliśmy do wewnątrz, z powrotem na zewnątrz.
Przesłanie, aby przyjąć perspektywę kontekstową i wycelowaną „na zewnątrz”– aby poznawać człowieka przez pryzmat jego interakcji społecznych i politycznych – powraca w książce Daviesa wielokrotnie. To nie tak, że psychologia czy nauki kognitywne nie mają nic ciekawego do powiedzenia o nas, ludziach, i o tym, co nam sprawia radość, a co nie – przekonuje autor „Happiness Industry”. Rzecz w tym, że tego rodzaju badania powinny być drzwiami, przez które przechodzimy do dialogu politycznego. Innymi słowy, chodzi o to, aby nie traci z oczu interakcyjnego wymiaru ludzkiego życia – tego, że jesteśmy istotami społecznymi. Davies podkreśla szczególnie rolę języka, powołując się nawet (choć dosyć pobieżnie) na poglądy niemieckiego filozofa Ludwiga Wittgensteina. Zdaniem Wittgensteina, aby zrozumieć znaczenie słowa, musimy wiedzieć, w jaki sposób jest ono używane – pisze – co oznacza, że problem rozumienia innych ludzi jest przede wszystkim problemem społecznym. Podobnie, aby pojąć, co dana osoba robi, powinniśmy zrozumieć, co znaczą jej działania, zarówno dla niej samej, jak i dla ludzi, których one dotyczą.
Autor przekonuje, że nazbyt indywidualistyczna, technokratyczna i rynkowa wizja szczęścia ma swoje źródła już w podejściu angielskiego filozofa Jeremy’ego Benthama oraz jego bardziej bądź mniej bezpośrednich dziewiętnastowiecznych następców. Zresztą większa część książki Daviesa jest w rzeczywistości poświęcona nie tyle współczesnym badaniom nad szczęściem, ile historycznej rekonstrukcji rozwoju nauk o nim. Dla części czytelników będzie to z pewnością rozczarowanie. Davies wychodzi jednak ze słusznego założenia, że aby zrozumieć dane zjawisko, należy poznać jego historię. I trzeba przyznać, że przekonująco pokazuje, jak historia dociekań nad szczęściem w różnych jego odmianach zaważyła na dzisiejszym podejściu do tego tematu.
Wracając zaś do Benthama, był on żywo zainteresowany badaniem ludzkiego szczęścia. I chciał to robić w sposób naukowy, co oznaczało dla niego odrzucenie filozoficznych spekulacji, którym nie ufał, oraz skupienie się na fizycznych podstawach doznań takich jak przyjemność i ból. Jednym z pomysłów angielskiego myśliciela na badanie poziomu szczęścia było mierzenie pulsu. Inną prekursorską ideą było użycie pieniędzy jako miernika. Bentham rozumował tak: jeśli ludzie są w stanie za pewne rzeczy zapłacić więcej niż za inne, znaczy to, że te pierwsze muszą wywoływać w nich większą ilość szczęścia niż te drugie. Śledząc zachowania ekonomiczne danej osoby, możemy zatem odkryć, co przysparza jej więcej radości, co mniej, a co wcale. Przenosząc to na poziom społeczny, jesteśmy w stanie opracować ogólną mapę szczęścia.
Obydwa wspomniane pomysły nigdy nie zostały przez Benthama rozwinięte, wobec pierwszego on sam wyrażał sceptycyzm. Jednak, jak zauważa Davies, twórca utylitaryzmu wytyczył ścieżkę, którą podążyła większość późniejszych badaczy szczęścia: odrzućmy spekulacje filozoficzne, skupmy się na właściwościach biologicznych człowieka oraz na jego działalności ekonomicznej, ponieważ to fizjologia oraz pieniądze dają nam najlepszy, najbardziej obiektywny dostęp do ludzkich uczuć. Takie podejście wiązało się także z próbą ominięcia języka i bezpośredniego dotarcia do świata naszych wewnętrznych doznań. Bentham, jak wielu badaczy szczęścia po nim, nie ufał słowom, nie ufał temu, co ludzie mają do powiedzenia. Stąd pomysły, aby pominąć wymiar językowy i od razu przejść do obiektywnych, twardych danych dostarczanych przez organizm lub zachowania ekonomiczne.
Problem z biologizowaniem szczęścia oraz z porzuceniem filozoficznych dociekań polega na tym, że za każdym razem, gdy ktoś przechodzi od pytania o szczęście wprost do pytania o reakcje naszego organizmu – niezależnie od tego, czy chce badać puls, czy neurony – pomija istotne problemy społeczne, jak te, o których była mowa powyżej. Gdy zaś do tego wszystkiego dochodzi ekonomizacja nauk o szczęściu, zaczynamy się niebezpiecznie zbliżać do ponurej wizji przyszłości, w której cały dyskurs szczęścia stanie się tylko przykrywką dla nowych sposobów zarabiania pieniędzy. Raz, przez handlowanie aplikacjami, tabletkami i usługami polepszającymi nasze samopoczucie. Dwa, przez wspomniane już podkręcanie wydajności pracowników. Gdy tylko skierujemy krytyczne oko na instytucje – zauważa Davies – zamiast na emocje i nastroje jednostek, które w ich ramach funkcjonują, wszystko się zmienia. Rzecz w tym, że osoby zainteresowane rozwijaniem przemysłu szczęścia nie mają ochoty na taką zmianą perspektywy. Częściowo dlatego, że im się to nie opłaca, częściowo zaś dlatego, że nawet nie dostrzegają możliwości zmiany punktu widzenia, gdyż nie mają świadomości historycznych uwarunkowań stojących za ich obecnym podejściem do problemu.
Davies pisze również, że sojusz przemysłu szczęścia z ekonomią stał się jeszcze niebezpieczniejszy, gdy ta druga – wraz ze swoim językiem oraz założeniami – zdominowała w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat nasz sposób myślenia o świecie. A mówiąc dokładniej: zdominowała go konkretna doktryna ekonomiczno-filozoficzna, czyli neoliberalizm. Posługując się słynnym terminem Jeana Lyotarda – sam autor po niego nie sięga, lecz termin ten idealnie pasuje do kontekstu – możemy stwierdzić, że neoliberalizm stał się wielką narracją (notabene zaczął uzyskiwać ten status mniej więcej wtedy, gdy Lyotard ogłaszał kres wielkich narracji). Kształtuje nie tylko dyskurs ekonomiczny, ale także społeczno-polityczny. Głównie dlatego, że coraz częściej rozmawiamy o naszych społeczeństwach i o sobie nawzajem w kategoriach wolnorynkowych. Ekonomiści tacy jak Leszek Balcerowicz starają się nas przekonać, że im mniej polityki, a więcej wolnego rynku i relacji biznesowych w naszym życiu, tym lepiej. Wielu ludzi, w tym samych polityków, ulega tej narracji. Efekty? Wystarczy posłuchać, jak często politycy tłumaczą się, że nie zrobią tego, co należy zrobić, ponieważ są zniewoleni przez dwa współczesne bóstwa: Rynek i Inwestora. Gdy język ekonomiczny posiada tak wielką siłę przebicia, wspierane przez niego indywidualistyczne podejście do szczęścia ma jeszcze większe szanse na zawładnięcie naszą wyobraźnią.
Niestety wątek neoliberalny pozostawia największy niedosyt w trakcie lektury książki Daviesa, ponieważ autor nie poświęca mu dostatecznej uwagi. I to mimo tego, że samo pojęcie neoliberalizmu nieustannie powraca w jego rozważaniach, a jeden z rozdziałów jest niemal w całości poświęcony doktrynie spopularyzowanej przez Miltona Friedmana i „chłopców z Chicago”. Przeczytamy w nim ciekawą anegdotę tłumaczącą, jak pochwała wolnego rynku doprowadziła chicagowskich neoliberałów do poparcia interesów wielkich korporacji, ale nie dowiemy się zbyt wiele o powiązaniach między tą doktryną a przemysłem szczęścia. Dotykamy tu zresztą największej wady „Happiness Industry”. Zbyt często pewne wątki są w książce jedynie sygnalizowane, co skutkuje tym, że momentami związki między szczęściem, ekonomią i nauką stają się w rozważaniach Daviesa bardzo luźne. Najmocniej jest to widoczne właśnie w rozdziale o neoliberalizmie. Czytelnik zbyt wiele rzeczy musi dopowiadać sobie sam, tak że momentami nie bardzo wiemy, czy wciąż podążamy za subtelnymi rozważaniami autora, czy też może wypełniamy luki argumentacyjne za niego. Jeśli już o wadach i braku precyzji mówimy, byłoby dobrze, gdyby Davies we fragmentach, w których zżyma się na zbytnią medykalizację naszych odczuć, dodał gwoli sprawiedliwości, że niektóre lekarstwa poprawiające stan psychiczny bywają dla części osób w miarę skutecznym i pożądanym rozwiązaniem ich problemów.
W ostateczności jednak książka Daviesa jest pozycją dobrą i potrzebną. Pochwały, które znajdują się na jej tylnej okładce – m.in. autorstwa Ha-Joon Changa, znanego koreańskiego ekonomisty (a jednocześnie prześmiewcy procesu ekonomizacji języka) – nie są na wyrost. W czasach, gdy zewsząd uśmiechnięci ludzie z telewizji i Internetu obiecują, że staniemy się szczęśliwsi, jeśli tylko kupimy dany produkt lub usługę, Davies postanowił zadać podstawowe pytanie: szczęście, czyli co? A próbując na nie odpowiedzieć, zapuścił się w mało znane zakamarki historii, w której rozwój kapitalizmu nieustannie splata się z rozwojem dociekań na temat szczęścia, pozostawiając na nich niezatarty ślad. „Happiness Industry” przypomina, że jakkolwiek dominujący nie byłby obecny sposób mówienia o szczęściu, to nie jest on jedynym możliwym podejściem do tego zagadnienia, tak jak neoliberalna doktryna nie jest jedynym możliwym sposobem urządzenia naszych społeczeństw.
dr Tomasz Markiewka
William Davies, The Happiness Industry. How the Government and Big Business Sold Us Well-Being, London – New York 2015.
przez Jacek Żebrowski | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Zima 2016
Dzisiejszym miłośnikom kina może się wydawać, że znakiem rozpoznawczym angielskiej kinematografii od zawsze był realizm. Charakterystyczne cechy, takie jak szybkie wymiany zdań, cięte riposty, błyskotliwe dialogi, naturalistyczna sceneria czy użycie języka potocznego i dialektów, często są stawiane za wzór przy tworzeniu wiarygodnych scenariuszy. Wbrew pozorom sukcesy Kena Loacha czy Mike’a Leigh nie miały swych źródeł w kinie, lecz w znienawidzonym dziś i wyśmiewanym przez burżuazyjnych artystów medium, jakim jest telewizja publiczna.
Źródła, inspiracje, konteksty
Telewizja brytyjska i tradycje teatralne odegrały ogromną rolę w rozwijaniu talentów filmowych. To dla niej kręcili i pisali mistrzowie: Stephen Frears, Alan Clarke, Ken Loach, Mike Leigh, Mike Newell czy nieznani w Polsce pisarze, producenci i scenarzyści, tacy jak Tony Garnett, Alan Bleasdale, Nell Dunn, David Leland, Barry Hines, John Osborne. Szczególnie popularne były trzy serie sztuk telewizyjnych: „Armchair Theatre” (1956–1974), „The Wednesday Play” (1964–1970) i „Play for Today” (1970–1984).
Sztuka telewizyjna to osobny gatunek, charakterystyczny dla telewizji brytyjskiej, czerpiący mocno z ówczesnego kina, teatru i literatury – a więc wypadkowa tych trzech mediów. Źródeł teatralnych należy upatrywać w czasach Złotej Ery Telewizji w Stanach Zjednoczonych (1948–1960), kiedy to transmitowano ze studia sztuki dramatyczne prezentowane na żywo, podobnie jak to robił we wczesnym stadium nasz rodzimy Teatr Telewizji. Brytyjskie sztuki były jednak nagrywane na taśmę filmową, poddane regułom kinowego montażu, a także nie ograniczały się do studia telewizyjnego, lecz były kręcone w naturalnych sceneriach. Literackie inspiracje brały się z obieranej tematyki: moralnego, socjologicznego i psychologicznego portretowania brytyjskiej klasy pracującej. Sztuki te zbierały przed telewizorami całe rodziny; mało tego – społeczności lokalne spotykały się w pubach, aby oglądać kolejne odcinki.
Nie miało to nic wspólnego z operami mydlanymi. Gatunkowo sztuki telewizyjne mieściły się w definicji społecznego realizmu, nawiązującego do tzw.kitchen-sink drama (pol. „dramat zlewu kuchennego”), nurtu obecnego w teatrze, filmie i literaturze przełomu lat 50. i 60. Przedstawiały życie przeciętnych Brytyjczyków z klasy robotniczej w codziennym otoczeniu, z wykorzystaniem naturalnych dialogów, bez dramatycznych napięć i zwrotów akcji. Społeczny realizm (termin raczej rzadko używany w polskim piśmiennictwie krytycznym)1 tym różnił się od socrealizmu, że ten drugi był jedynym kierunkiem w sztuce aprobowanym przez władze komunistyczne w krajach „demoludów”. Była to estetyczna gałąź propagandy, mająca za zadanie wyrażać i wspierać dążenia tejże władzy do utrzymania przewagi. Nie miała oczywiście nic wspólnego z jakimkolwiek realizmem. Pierwszy z kolei był oddolnym, choć nieprzypadkowym jak na tamte czasy dążeniem twórców do opisu życia i otaczającego ich świata. Nierzadko byli to twórcy o poglądach lewicowych, humanistycznych czy socjalistycznych, lecz nie stanowiło to reguły: miernikiem była wrażliwość na codzienną rzeczywistość.
Pomimo estetycznych różnic, społeczny realizm był w powojennych czasach wszechobecny w kinie i literaturze – wystarczy wspomnieć włoski neorealizm, polską szkołę filmową, kino japońskie czy bengalskie, literaturę skandynawską, indyjską, radziecką. Wiązało się to oczywiście z pokłosiem II wojny światowej, odradzaniem się ze zgliszcz tak w sensie fizycznym, jak i moralnym, a także z emancypacją klasy robotniczej oraz ze zrzuceniem przez wiele krajów łańcuchów kolonializmu.
W 1947 roku powstał film „W niedzielę zawsze pada deszcz” (It Always Rains on Sunday, reż. Robert Hamer)2, opowiadający historię mieszkańców Bethnal Green na londyńskim East Endzie, w tradycyjnej dzielnicy dokerów i imigrantów, mocno zniszczonej przez wojenne bombardowania, zmagającej się z biedą i przestępczością. Bohaterka filmu, mężatka i matka dwóch córek, kierowana dawnym uczuciem daje schronienie byłemu chłopakowi, który właśnie uciekł z więzienia. Policyjna obława zacieśnia się, zbieg znika, a bohaterka próbuje popełnić samobójstwo, po tym jak wychodzi na jaw, że ukrywała przestępcę. Fabuła była typowa dla ówczesnego filmu noir i tak też film został zakwalifikowany przez krytyków. Publiczność doceniła ekranową intrygę, dzięki czemu obraz był jednym z popularniejszych w 1948 roku, chociaż pozostał w cieniu produkcji gigantów tamtych lat: Davida Leana, Carola Reeda, tandemu Michael Powell – Emeric Pressburger czy kasowych melodramatów zupełnie dziś zapomnianego, nawet w Anglii, Herberta Wilcoxa. Szybko jednak popadł w zapomnienie jako jeden z wielu popularnych „czarnych” filmów tamtej epoki, tym bardziej, że reżyser Robert Hamer już rok później nakręcił kasową komedię „Szlachectwo zobowiązuje” (Kind Hearts and Coronets, 1949). Dzięki niej zapisał się na trwałe w historii kinematografii, zdobyła ona bowiem miejsce w pierwszej dziesiątce najlepszych brytyjskich filmów według British Film Institute3. Niespodziewanie w 2008 roku „W niedzielę zawsze pada deszcz” zwrócił uwagę krytyków podczas pokazów w Nowym Jorku. Cztery lata później miał swoją ponowną premierę w Wielkiej Brytanii, wraz z nowszą wersją na DVD. Nie fabuła, ale realistyczny portret klas niższych, sceny uliczne, autentyczne wnętrza oraz odwzorowanie „kawałka życia” (slice-of-life) dały zasłużone laury produkcji zapomnianej przez lata – zwiastunowi społecznego realizmu późniejszych lat.
Społeczny realizm na stałe znalazł miejsce w kulturze i sztuce brytyjskiej jednak dopiero wraz z premierą sztuki Johna Osborne’a „Miłość i gniew” z 1956 roku, pierwszymi pokazami ruchu dokumentalistów pod szyldem Free Cinema (1956) oraz wejściem na ekrany filmów grupy „Angry Young Men” – Jacka Claytona („Miejsce na górze”), Karela Reisza („Z soboty na niedzielę”), Lindsaya Andersona („Sportowe życie”) i Tony’ego Richardsona („Miłość i gniew”, „Smak miodu”). Krytycy zwracają uwagę, że w angielskim teatrze było to możliwe dzięki odważnemu złamaniu reguł panujących w dramatopisarstwie od XIX wieku. Niższe klasy były do tej pory portretowane w sposób sztuczny, wykształceni pisarze opisywali je, nie znając tematu z autopsji. Zbiegło się to z inspiracją neorealizmem i polską szkołą filmową oraz z „nową falą” najpierw w filmie europejskim, a później także światowym. Powojenne pokolenie brytyjskich autorów pochodziło głównie z klasy robotniczej lub niższej klasy średniej, dzięki czemu ich opowieści miały autentyczny wymiar. Jednak, z dzisiejszej perspektywy, filmy te nadal w pewien sposób tkwiły w „klasycyzmie”, ponieważ były to produkcje wielkich studiów filmowych, a role odgrywali popularni aktorzy. Szansą na „coś więcej” okazała się telewizja.
Szklana pogoda
Najpierw w 1956 roku na ekranach telewizorów pojawił się „Armchair Theatre”, który był emitowany co niedzielę w wieczornym paśmie na kanale ITV, jedynej wówczas stacji komercyjnej. Na grunt brytyjski gatunek sztuki telewizyjnej przeszczepił Kanadyjczyk Sydney Newman. Dzięki wstawiennictwu znanego lewicowego dokumentalisty, Johna Griersona, dostał się do stacji NBC, w której zajmował się dla kanadyjskiej CBC (odpowiednik brytyjskiej BBC) analizą technik telewizyjnych ze szczególnym uwzględnieniem relacji na żywo, dramatu i filmu dokumentalnego. Nabyte umiejętności rozwijał po powrocie do Kanady, skupiając wokół siebie wielu młodych, utalentowanych scenarzystów i filmowców. Wielu z nich umożliwił start w telewizji. W 1958 roku wyjechał do Wielkiej Brytanii na zaproszenie szefa korporacji ABC Television. Zastał tamtejszą telewizję w fatalnym stanie, a także podzielone klasowo społeczeństwo. Na małym ekranie pokazywano jedynie klasyczne sztuki lub ich miałkie podróbki opowiadające o życiu burżuazji. Słynne jest powiedzenie Newmana: „W cholerę z klasą wyższą. Przecież oni nawet nie mają telewizorów!”.
W ABC działał podobnie jak w Kanadzie: z nowymi twórcami, na oryginalnych tekstach pisanych specjalnie dla „Armchair Theatre”, poruszających tematy społeczne z perspektywy zwykłego widza, np. po raz pierwszy publicznie podjęto temat rozwodów czy rasizmu. Program ten przejął po Howardzie Thomasie, szefie ABC, dzięki któremu pojawił się w Wielkiej Brytanii. Równocześnie powstał serial „Rewolwer i melonik”, który zdobył niebywały rozgłos i sukces również poza granicami kraju. Po kilku latach Newman przeniósł się do BBC, aby również tam „potrząsnąć” zmurszałą formą telewizyjnych sztuk, wprowadzając twórców „Angry Young Men” i walnie przyczyniając się do stworzenia gatunku zwanego, wówczas pejoratywnie, kitchen-sink drama.
Właśnie wtedy pojawił się Ken Loach, zadeklarowany socjalista, który rozpoczął pracę jako jeden z wielu reżyserów sztuk telewizyjnych dla BBC – serii „The Wednesday Play”. Były to niskobudżetowe produkcje publicznej telewizji w czasach, kiedy istniało coś takiego jak świadoma polityka edukacyjna zwana „misją publiczną”, podobne do „Armchair Theatre”, lecz o nowatorskiej formie. Konfrontowały widzów z życiem klasy robotniczej i ważnymi problemami społecznymi, takimi jak aborcja, bezdomność, bezrobocie, apartheid, wojna jądrowa. Celem Newmana, autora projektu, było wyrwanie BBC z apatii „bezpiecznych tematów” i nadanie telewizji wigoru i ostrości, co na pewno się udało. „Gra wojenna” Petera Watkinsa, opisująca domniemane skutki ataku jądrowego na terytorium Brytanii, tak wstrząsnęła cenzorami BBC, że nie chciano się odważyć na emisję. Odcinki trwające od godziny do 90 minut były pisane przez dziennikarzy, dramaturgów lub pisarzy, a następnie przekazywane młodym reżyserom, którzy często zatrudniali aktorów niezawodowych. Jak to jednak bywało z dawną telewizją, ze 170 odcinków wyemitowanych w latach 1964–1970 w archiwach BBC zachowało się jedynie 76, z czego większość nie jest obecnie dostępna ani w internecie, ani na DVD. Jedynie kariera filmowa Kena Loacha pozwoliła na wyciągnięcie z niebytu kilku odcinków tej niezwykle popularnej serii („Three Clear Sundays”, „Up the Junction”, „The End of Arthur’s Marriage”, „Cathy Come Home”, „In Two Minds”, „The Big Flame”).
Schodząca z ekranów seria „The Wednesday Play” zrobiła miejsce kolejnej podobnej serii, „Play for Today”, która została zakończona w 1984 roku decyzją zakazu emisji, wydaną przez konserwatywny rząd Margaret Thatcher. Seria został wówczas określona jako „kontrowersyjny i niebezpieczny program o inklinacjach socjalistycznej propagandy”.
Nostalgia za starą Anglią?
Innym, równie zapomnianym rodzajem programu, są sitcomy opowiadające o życiu zwyczajnych Brytyjczyków. Nie mam tu na myśli oper mydlanych czy innych tasiemców niewiele różniących się od naszych „Plebanii” i „M jak miłość”, lecz seriale komediowe w rodzaju znanych także w Polsce „24 godziny na dobę”, „Tylko głupcy i konie” lub „Co ludzie powiedzą?”. Dawniej telewizja brytyjska produkowała wiele komedii portretujących klasę robotniczą, która była w centrum zainteresowania producentów i scenarzystów telewizyjnych („Porridge”, „Brush Strokes”, „Steptoe and Son”, „Rising Damp”). Jednak w latach 90. porzucono cierpki i niepoprawny politycznie humor, znany na przykład z opowiadającej o imigrantach produkcji w rodzaju „Mind Your Language”, na rzecz płaskiego i bezpiecznego dowcipu dla dobrze sytuowanej klasy średniej. Ostatnimi laty zaś rekordy oglądalności biją seriale kryminalne.
Z brytyjskich seriali w Polsce znamy głównie kultowy „Latający Cyrk Monty Pythona”, który raczył nas humorem intelektualnym i nie jest w żaden sposób, wbrew obiegowej opinii krążącej nad Wisłą, typowym przykładem humoru angielskiego – wręcz przeciwnie. Konserwatywne pod względem humoru seriale „Pan wzywał, milordzie?”, „‘Allo ‘Allo”, „Hotel Zacisze”, „Czarna Żmija” czy „Czerwony karzeł” również nie są najlepszymi przykładami portretowania życia mieszkańców Brytanii. Na szczęście dzisiaj dzięki internetowi możemy nadrabiać straty. Z łatwością uda nam się znaleźć większość odcinków „Birds of a Feather”, „‘Til Death Us Do Part” czy „Bread”. Komedia „robotnicza” opierała się głównie na humorze sytuacyjnym, regionalnych różnicach dialektalnych i bohaterach, którzy nieudolnie próbowali wyrwać się ze swojej klasy społecznej do wyższej („Steptoe and Son”, „Co ludzie powiedzą?”, „Tylko głupcy i konie”, „Whatever Happened to the Likely Lads?”, „Going Straight”).
W 2011 roku ówczesny szef programowy BBC Danny Cohen (żeby było zabawnie – żydowski syn radcy prawnego po Uniwersytecie Oksfordzkim, raczej nie working-class mate) obwieścił, że stacja chce powrócić do odbiorców z klasy robotniczej, prezentując seriale umiejscowione w ich środowisku. I słowa dotrzymał, bo pojawiły się odnoszące sukcesy serie „Trafny wybór”, „Z pamiętnika położnej”, „Cradle to Grave”, „Wciąż 24 godziny na dobę”, „Last Tango in Halifax”, „Happy Valley” czy „Car-Share”. Jednak z podsumowaniem, czy jest to nowy trend, czy tylko chwilowa fanaberia byłego już dyrektora BBC, trzeba się wstrzymać. Niewątpliwie odegrała tu rolę nostalgia za „Ye Olde England”, „starą dobrą Anglią”, bo seriale „Z pamiętnika położnej” czy „Cradle to Grave” są umiejscowione w środowisku robotniczym lat 50. i 70. Z kolei „Wciąż 24 godziny na dobę” jest nieco sentymentalną kontynuacją pokazywanego kiedyś w Polsce „24 godziny na dobę”, serialu z lat 70. o prowincjonalnym sklepiku. Gdyby tak u nas scenarzyści i twórcy seriali byli na tyle odważni, żeby zamiast świecznikowych produkcji o wojennej młodzieży, księżach, lekarzach, detektywach czy menedżerach nawiązać do trochę innych tematów… Na przykład do obrazów takich jak „Dom”, „Siedem stron świata”, „Daleko od szosy”, „Wojna domowa”, „Ślad na ziemi”, „Dziewczyna z Mazur”, „Blisko, coraz bliżej”, neorealistycznych seriali Stanisława Jędryki czy obydwu słynnych produkcji Stanisława Barei. Paradoksalnie jedynym dobrym, a nie powstałym na licencji (jak np. „Miodowe lata” zrealizowane na podstawie amerykańskiego robotniczego serialu z lat 50. – „The Honeymooners”) polskim serialem o takiej tematyce byli… „Londyńczycy”, chociaż formułę tę paralitycznie i nieudolnie próbują zastępować paradokumentalne „Trudne sprawy” (na niemieckiej licencji „Familien im Brennpunkt”) i „Dlaczego ja?” (również niemiecki „Verdachtsfälle”). Chyba szybko nie doczekamy się więc historii z życia przeciętnego mieszkańca kraju umiejscowionego między Cottbus a Brześciem.
Niedawny sukces Kena Loacha, który za swój najnowszy film „Ja, Daniel Blake” otrzymał Złotą Palmę w Cannes, nie wziął się znikąd. Anglicy są przesiąknięci szekspirowską tradycją jak gąbka. Szekspirowskie cięte dialogi mają we krwi. Wystarczy iskra talentu, żeby to przetworzyć i wykorzystać w trakcie pisania serialu – mówił w wywiadzie dla „Dwutygodnika” Maciej Maciejewski, scenarzysta „Gliny”4. Te trzy zdania to chyba zgrabne wytłumaczenie sukcesów wyspiarskich produkcji telewizyjnych.
Jacek Żebrowski
Przypisy:
- Określenia „społeczny realizm” i „socrealizm” brzmią podobnie w języku angielskim – social realism i socialist realism – stąd niezbędne jest wyjaśnienie różnic między obydwoma terminami.
- Ponieważ nie udało mi się znaleźć w żadnym źródle, czy film miał premierę w Polsce, moje tłumaczenie tytułu zapożyczyłem z zakończenia „Pierwszego kroku w chmurach” Marka Hłaski i książki węgierskiego pisarza Gézy Molnára.
- http://news.bbc.co.uk/1/hi/entertainment/455170.stm
- http://www.dwutygodnik.com/artykul/6555-glos-wiekszosci.html
przez Olga Drenda | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Zima 2016
Plakat festiwalu Jazz nad Odrą 1989 autorstwa Jacka Wolffa i Wojciecha Zawadzkiego przedstawia Wrocław w wersji wielkomiejskiej – najpewniej zgodnie z wyobrażeniem autorów o „cywilizowanym świecie”. Znakiem cywilizacji jest tu przede wszystkim wszechobecność reklam. Kamienice na czarno-białej fotografii graficy przyozdobili mnóstwem kolorowych szyldów, bannerów, wywieszek – z charakterystyczną dla epoki dezynwolturą traktując ochronę znaku firmowego. Prawdopodobnie wycięto je z katalogu typu „Quelle”, który docierał wówczas do Polski w przesyłkach zagranicznych (i często był postrzegany jako rodzaj przewodnika po życiu w „normalnym kraju”). Wyobrażoną wielkomiejskość autorzy plakatu kupili w pełnym pakiecie – obok reklam samochodów i aparatów fotograficznych pojawia się również „Sex Party”. Zderzenie z tym plakatem po niemal 30 latach przynosi wrażenia z pogranicza śmiechu i przerażenia – autorzy chyba posiedli zdolność przewidywania przyszłości, bo Wrocław i inne polskie miasta tak właśnie wyglądają. Jedyna, ale zmieniająca wszystko różnica polega na tym, że zamiast aury prestiżowej wielkomiejskości otrzymaliśmy beztroski bałagan. Italo Calvino pisał jeszcze w latach 70. w „Niewidzialnych miastach”: Cechą przestrzeni miejskich jest przerost semiozy. Nazwy, symbole, ikony, reklamy przesłaniają domy, place, ludzi. Przerost semiozy, który nastąpił w Polsce, wydaje się szczególnie dotkliwy, przesłania bowiem wszystko, nawet Tatry – Podhale to region najbardziej niesławny pod względem wizualnego chaosu.
Dyskurs popularny na temat przestrzeni publicznej w Polsce ukształtowało zgodne założenie, że jest brzydko. Wyartykułowane zostało przede wszystkim w tekstach Filipa Springera i Piotra Sarzyńskiego (arcymalkontentów z zasady, którzy jednak uczciwie wskazują systemowe przyczyny), a także Ziemowita Szczerka (u niego brzydota ma rys egzotyczny i poczciwy, to brzydota o dobrym serduszku). Z jednej strony – polemizowanie z takim stanowiskiem jest bezcelowe, bo konieczne byłoby zignorowanie oczywistych zjawisk: wszędobylskiej reklamy, bezczelnej i agresywnej polityki deweloperów, bezinteresownego wandalizmu, śmiecenia. Tego nie da się nie zauważać. Z drugiej strony jednak narzekanie, nawet w dydaktycznym, uświadamiającym tonie, to nie wszystko, to zatrzymanie się na samym początku drogi. Konieczne jest bowiem zadecydowanie, co robić dalej i co jest wykonalne. Można oczywiście popaść w tożsamościowo-kompensacyjne tony, tarzać się z upodobaniem we własnym położeniu i reagować odruchem kolanowym na krytykę: jest brzydko, ale to nasza własna brzydota, inni nie będziemy! Jest w tym jednak nuta smutnego masochizmu i pogodzenia się z podłym losem. Można przyjrzeć się temu, co wymknęło się spod kontroli, spróbować zrozumieć, dlaczego tak się stało, a przede wszystkim – określić, gdzie i jak chcielibyśmy przebywać i mieszkać.
Smutny aktualnie kształt polskiego krajobrazu to kombinacja kilku elementów. Są to brak właściwego prawa, obyczaj zezwalający częściowo na bierność czy nadmiernie szeroki margines laissez-faire i wreszcie: czynnik finansowo-biznesowy. Wielokrotnie zdarzało mi się trafiać na refleksje czy mimowolne obserwacje dotyczące zmian w przestrzeni, gdy pisałam „Duchologię polską”, co pozwalało częściowo prześledzić zachodzące zmiany. Amatorska fotografia lat 70. i 80., fotograficzne „szkicowniki” Jerzego Lewczyńskiego, Davida Hlynsky’ego czy Władysława Hasiora ukazują często nie tylko pierwsze jaskółki wizualnej anarchii, plamy chaosu pojawiające się w odgórnie planowanej przestrzeni, ale także zaniedbania, brud, bałagan, które pracowicie gumkowano z pocztówek z betonowego raju (ich wspaniałą kolekcję opublikował ostatnio Mikołaj Długosz w „Lecie w mieście”). Pomału jednak w krajobraz wkrada się reklama, nie tylko państwowo usankcjonowana poprzez murale, ale także amatorska, jak ręcznie namalowany plakat „Samomyjki”, wypatrzony przez Hlynsky’ego w jednym z krakowskich sklepów. W przestrzeni pojawia się sporo amatorskiej twórczości, niekoniecznie tylko w obrębie ogródka działkowego, gdzie to – jak w głośnym eseju opisał Roch Sulima – kultywowano kreatywność w duchu zrób to sam. Rozmaite szyldy i plansze, fronty sklepów, wystawy, wszystkie stawały się polem twórczości wernakularnej.
Urządzanie miasta po swojemu (z dobrym i złym skutkiem oczywiście) nie jest więc zjawiskiem nowym; jeszcze w latach 70. Marcin Czerwiński starał się przeprowadzić obronę fenomenu, który wówczas określano jako kicz miejski: niejeden szyld, niejedna reklama, witryny, zaaranżowanie kwietników, malunki geometryczne na ławkach i sztachetach, balkony z ich domowej roboty zasłonkami, markizami itp. Jest to po prostu w mieście taki oto żywioł plastyczny, który przeziera co krok. Uzasadniał także miejsce dla „domków polskich”; domek taki, zamieszkiwany przez typ „drobnego ciułacza”, zrodził się na obszarach miejskich i przymiejskich już poza obrębem folkloru, natomiast w obrębie działania rynku, dla którego pracował tartak, cegielnia czy blacharnia, narodził się w sferze społecznej, nieaspirującej do wzorców mieszczańskich czy ziemiańskich. Wydaje się, że właśnie domek polski i kicz miejski to niewinni, budzący dzisiaj sympatyczne skojarzenia protoplaści aktualnego bałaganu przestrzennego.
Podobnie ciepłe uczucia można żywić do zanikającego już powoli zjawiska typopolo, charakterystycznego dla wczesnego kapitalizmu. Powszechna dostępność kolorowych folii samoprzylepnych spopularyzowała szyldy autorstwa samych właścicieli drobnych biznesików, często nieporadne, bez ładu i składu, ale przez to oryginalne i pozwalające dostrzec dobre chęci. „Dziki” kapitalizm w Polsce lat 90. przyniósł w estetyce ofensywę amatorki, w której od czasu do czasu pojawiały się przejawy naprawdę błyskotliwej wyobraźni. Stylistyka aspiracyjna (o której indywidualnym wymiarze, przejawiającym się we „właściwym” stroju, rekreacji i hobby, pisze znakomicie Magda Szcześniak w „Normach widzialności”) kazała zdobić szklanymi frontami banki i urzędy, a nowe gmachy stawiać w stylu postmodernistycznym, najlepiej wściekle kolorowe. Równolegle z nią istniał jednak wszechświat mało-sklepikowo-bazarowy, w którym królowało typopolo nalepione pobieżnie na front PRL-owskiego sklepu. Elementem, który zostanie zauważony zapewne przez niewielu, więc być może tym bardziej warto o nim przypomnieć, jest estetyka wernakularna i oddolna kreatywność mieszkańców: wszystkie wynalazki architektoniczne i dekoratorskie, które powstają z pomysłowości, potrzeby chwili czy chęci ozdobienia otoczenia, a przy tym nie są sformatowane przez łatwo dostępne gotowce. Najprostsze sześciany „kostek polskich” niejednokrotnie zdobiono mozaikami z potłuczonej ceramiki (w mojej okolicy obowiązuje kolor morski), balkony blokowisk przeobrażały się w egzotyczne palmiarnie wyłożone warstwami mat, a balustrady pokrywały się kolorowymi pasami z tworzywa. Obecnie nawet ogródki działkowe, które łatwo wyposażyć sprzętem z marketów budowlanych, nie są już ostoją oryginalnych samoróbek. Jednym z niewielu nowych zjawisk na tym polu, z pewnością godnym odnotowania, jest drugie życie opon, które funkcjonują jako huśtawki, klomby, a nawet fantazyjne łabędzie.
Wszystkie te zjawiska są prekursorskie w stosunku do aktualnego stanu rzeczy i znamionuje je pewna radosna anarchia. Różnica między 1991 a 2016 jest jednak znacząca: przed dwiema dekadami większość wspomnianych wyrobów była „jednorazowa” – niemal nieobecnym zjawiskiem były bary czy sklepy sieciowe. Aktualnie natomiast mamy do czynienia z kombinacjami prefabrykatów, z inwazją klonów. Najłatwiej zauważyć to nie tylko po wszechobecności dyskontów spożywczych, które stopniowo eliminują sklepy indywidualne, ale także po obecności fotografii stockowej w reklamie produkowanej przez trzecioligowe agencje i studyjka poligraficzne. Pojawiają się na nich wciąż te same twarze z banku zdjęć, podobne ornamenty, zbliżona typografia. W parze ze sformatowaniem przestrzeni idzie łopatologiczne myślenie o reklamie, zgodnie z którym wskazówki do sklepu, hurtowni, warsztatu muszą być natrętne, a jeśli kiosk nie zostanie otoczony ze wszystkich stron świata strzałkami wskazującymi „to jest kiosk”, żaden klient nie domyśli się, co to za obiekt.
Ewolucja polskiej przestrzeni publicznej idzie w parze z modami gastronomicznymi, motoryzacyjnymi itp. Z jednej strony mamy estetykę „na sterydach”, a w niej wspólny mianownik znajdują energy drinki oraz szybkie auta, z których w środku nocy słychać głośną, basową muzykę. Z drugiej – w schludnych kawiarniach miękkie akustyczne melodie sączą się przy aromatycznych napojach i dietetycznym cieście; te lokale mają bardziej dyskretne liternictwo, elegancko zaprojektowane logo. Oczywiście ich wygląd jest ściśle związany z zawartością. Krótkowzroczne i niedobre byłoby narzekanie na pstrzące nasz krajobraz budki i kioseczki, bez zwrócenia uwagi na ich paskudne nadzienie w postaci lombardów, sklepów z alkoholem i lokali z automatami do gier, wszystkie oczywiście czynne 24 godziny na dobę i często stawiane jedno obok drugiego, jako sprawnie funkcjonująca – nawet, gdy ma niezależnych właścicieli – maszyneria do wykorzystywania ludzkiej łatwowierności i desperacji. Modne kawiarnie, salony urody, ale także biura przynależą z kolei do „mac-świata” (nie chodzi o McDonald’sa, lecz o Macbooka), rejonów globalnej estetyki, która odznacza się „spreparowaną bezpretensjonalnością”, sztucznie zaaranżowanym powrotem do prostoty i natury. Przestrzenie te i sposoby ich użytkowania mają oczywiście wymiar klasowy, czekający jeszcze na bardziej gruntowne zbadanie, ale wydaje się, że ich światy w pewnym stopniu zazębiają się – kawiarnię czy salon spa w stylu warszawskim można już coraz częściej znaleźć w mieście powiatowym, meble i dekoracje w tzw. stylu skandynawskim dostępne są powszechnie w niedrogich sklepach, co rozwiewa aurę wielkomiejskiej elitarności.
Agata Pankiewicz, redaktorka antologii „Hawaikum”, poświęconej koślawej urodzie polskich przestrzeni, wskazuje na osobliwą kombinację dobrych chęci i zupełnego wyalienowania. Ja o tym myślę jak o próbie budowania swojego raju. A że te raje są zupełnie niepołączone ze sobą i z krajobrazem, to inna sprawa – mówi Pankiewicz w wywiadzie dla pisma „Aktivist”. Pozwalając sobie na osobiste wtrącenie i odrobinę anecdata: moje doświadczenie mieszkania na przedmieściach różnych miejscowości wydaje się potwierdzać te obserwacje. O ile mieszkanie w bloku przyzwyczaja czy niejako wymusza współdziałanie i komunikację z sąsiadami, branie pod uwagę ich preferencji, czasem wspólne podejmowanie decyzji, o tyle budownictwo jednorodzinne sprzyja wytworzeniu efektu „pola siłowego” wokół pojedynczej działki. Przez to pole, w wyobrażeniu właściciela, nie przenikają hałasy, brzydkie zapachy i inne nieprzyjemności, a nieprzekraczalną granicę totalnej swobody (w której często nie mieszczą się praktyki dobrosąsiedzkie) wyznacza linia ogrodzenia właśnie. Można dopatrywać się przyczyn takiego stanu rzeczy w przekonaniu, że (aspiracyjny) domek na przedmieściu postrzegany jest przez jego lokatora często jako bezpieczna przystań, niejako wyabstrahowana z szerszego otoczenia – służy do spędzania w niej poranków, wieczorów i weekendów, przyjeżdża się doń i wyjeżdża zeń samochodem. Do tego dom stanowi spełnienie pewnej ambicji, co sprzyja pobłażliwości własnej. Często nie stoi za tym zapewne zła wola, a przyzwyczajenie, komfortowy mechanizm psychologiczny, rodzaj projekcji każącej wierzyć, że skoro u mnie wszystko działa, to wszędzie indziej również.
W tym kontekście do myślenia dają badania przeprowadzone przez TNS w 2013 roku. Pokazują one ciekawą rozbieżność, która pomaga wyjaśnić paradoksy polskiego krajobrazu: oto 80% badanych uważa, że ważne jest, aby miejscowość ładnie wyglądała, ale jednocześnie aż 70% nie widzi problemu we własnej okolicy, udzielając twierdzącej odpowiedzi na pytanie „czy przestrzeń w Polsce jest uporządkowana?” dotyczące najbliższego otoczenia. To samo pytanie zadane w odniesieniu do uogólnionych miast, wsi i dróg przyniosło odpowiedzi już mniej optymistyczne. Jednocześnie te same badania pozytywnie zaskakują przy okazji pytania o zjawisko, które pewien wygadany internauta nazwał „zagrodowym liberalizmem”. Większość ankietowanych wyraziła opinię, że „mieszkańcy i lokalne władze powinni mieć wpływ na to, co jest budowane w ich okolicy”. Wreszcie, i to zapewne najbardziej praktyczna wiedza, ankietowani deklarują, co ich zdaniem szpeci wspólną przestrzeń. Przede wszystkim są to śmieci, psie kupy i napisy na murach. Pakiet „springerowski”, czyli architektoniczny bałagan i chaotyczna zabudowa, dzikie parkingi, a przede wszystkim reklamy – niepokoją znacznie mniejszą liczbę pytanych. Warto zastanowić się, skąd wynika taki stan rzeczy. Pomagają w tym dalsze deklaracje: niemal połowa zapytanych Polaków twierdzi, że reklamy, gdy są pomysłowe i zabawne, mogą urozmaicać przestrzeń; większość zdecydowanie uważa, że nie wolno wywieszać bannerów na zabytkach; jednocześnie niemal taka sama liczba osób zgodziłaby się na wywieszenie reklamy na własnym domu, gdyby mogli otrzymać za to zapłatę.
Te obserwacje pozwalają wysnuwać przypuszczenie, że pewne zjawiska mogą być traktowane jak zło konieczne (dzikie parkingi, ponieważ jest zbyt mało parkingów właściwych, podobnie z mieszkaniami – lepsze jakiekolwiek niż żadne), inne z kolei budzą akceptację, jeśli w jakiś sposób zostaną ucywilizowane. Oto reklama outdoorowa jest tolerowana, gdy znajduje się w przeznaczonym dla siebie miejscu (klasyczne billboardy, citylighty na przystankach, murale), natomiast bannery na ogrodzeniach, a zwłaszcza siatki na budynkach, zwane popularnie „szmatami”, budzą jednoznaczną niechęć. Innymi słowy, konieczna jest jakaś droga środka, która pozwoli na „kuratorowanie” (przez samorządy? komisje? samych właścicieli budynków?) przestrzeni reklamowej tak, aby uwzględniała kompromisowe rozwiązania. Dyskutowana ubiegłoroczna ustawa krajobrazowa wydaje się odpowiadać na te problemy tylko po części.
Kolejną przyczyną o systemowym charakterze jest zjawisko, które można nazwać rodzajem wymuszonej rezygnacji. A może ponurym pragmatyzmem, każącym wybierać budującym i urządzającym przestrzeń pomysły wtórne, rodem z masowego supermarketu, kiepskiej jakości, nieładne, tylko dlatego, że okazują się bardziej ekonomiczne czy wygodniejsze w utrzymaniu. To sprawia, że z krajobrazu Polski znika stopniowo lub bezpowrotnie zmienia się ciekawa architektura, której remont się nie opłaca. Smutnym przykładem jest choćby malejąca liczba unikatowych domków z wapienia w okolicach Częstochowy, które łączą rustykalną urodę z regionalnym rysem (przy budowie wykorzystywano lokalny surowiec). Niestety ich konstrukcja powoduje problemy z temperaturą i wilgocią wewnątrz domu, urok przegrywa więc z argumentem praktycznym: wapień chowa się pod styropianem albo stawia nowego gotowca z katalogu. Być może przemyślany system ochrony dziedzictwa architektonicznego, który uwzględniłby odciążenie mieszkańców w wydatkach, pozwoliłby zachować przestrzeń regionu w oryginalnym kształcie?
Możliwe jednak, że stałe zanurzenie w pewnej rzeczywistości nie pozwala dostrzec szerszych struktur czy zaburza obserwację powolnej ewolucji, każąc skupiać się na stanie bieżącym. Na potrzeby „Duchologii polskiej” miałam możliwość przeprowadzenia kilku rozmów z Cyprianem Kościelniakiem, polskim grafikiem i ilustratorem, od lat pracującym w Holandii. W latach 80. na własne potrzeby prowadził szkicownik fotograficzny, dokumentujący oddolną twórczość działkowiczów czy robotników – tak jakby przewidywał, że ich czas już mija, domagają się więc zarejestrowania. […] tak zwana epoka żelaza, czyli bramy, ogrodzenia. To było dla mnie esencją wizualności Polski Ludowej: natychmiast, szybko, tanio. Coś, co miało trwać chwilę, trwało dziesięć lat. Zauważenie ulicy, tego, co brudne, szare, było dla mnie wielkim odkryciem. Przyznałem się sam przed sobą, że to mój świat i że muszę z niego korzystać – mówił. Kolejne powroty do Polski przynosiły obserwacje o zmieniającej się przestrzeni, która stopniowo zaczęła się jego zdaniem „niderlandyzować”, podążając w stronę pewnego sformatowania, odgórnego projektu. W Holandii, ale też coraz bardziej w Polsce, brakuje mi siermiężności, komunikacji płynącej z pierwotnej potrzeby używania znaków. W latach 80. było tego mnóstwo.
Alternatywą dla amatorskiej, nieprofesjonalnej komunikacji okazuje się niestety profesjonalizm w formie instant, przestrzeń renowacji w identycznym stylu, „kamienowanych” rynków, blaszanych klocków, jednakowych dyskontów i marketów, szaro-czerwonych zygzaków kostki Bauma, zatłoczonych nowych osiedli, krótkowzrocznych projektów. Strategia „natychmiast, szybko, tanio”, o której wspomina Kościelniak, zyskała nowe wcielenie – ukryte pod pretekstem modernizacji. Nieprzemyślanej i pospiesznej, często niezbyt funkcjonalnej, do tego najpewniej z krótką datą ważności. Jej powolna erozja, starzenie się, może przynieść dla wspólnej przestrzeni skutki jeszcze bardziej opłakane. Być może warto już dzisiaj wykonać kilka symulacji: zamienić w myślach jedno z nowych centrów handlowych w dużym mieście w opuszczony supermarket ze „Świtu żywych trupów” (galerie handlowe skutecznie zombifikują centra miast – dlaczego ich nie miałoby kiedyś spotkać to samo), wyobrazić sobie odnowiony dworzec czy centrum przesiadkowe za kilkanaście lat, gdy materiały się nieco zestarzeją (czy trzeba będzie co chwilę coś łatać?), całe miejscowości bez zieleni (bo miejsca parkingowe, bo trzeba grabić liście), a szerszy krajobraz bez naturalnych nie-miejsc, łąk, zarośli, małych lasków, zjedzonych przez rozrost miast (urban sprawl). To perspektywy groźniejsze niż plankton reklamowy, który – choć brzydki – stosunkowo łatwo posprzątać.
Olga Drenda
przez dr hab. Rafał Łętocha | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Z Polski rodem, Zima 2016
Nie ulega wątpliwości, że od czasów Mikołaja Kopernika nie było Polaka, który wniósłby do światowej ekonomii tak doniosły wkład jak Michał Kalecki.
Zainteresowanie jego dorobkiem zdaje się w ostatnich latach rosnąć, jest odkrywany na nowo zarówno w naszym kraju, jak i poza jego granicami. Można jednocześnie powiedzieć, że ciągle nie jest dostatecznie doceniany, o czym świadczy niezbyt powszechna świadomość, że to właśnie on głosił teorie prekursorskie wobec koncepcji Johna Maynarda Keynesa, jednego z najwybitniejszych i najbardziej wpływowych ekonomistów naszych czasów. Trzy lata przed wydaniem przez Keynesa jego fundamentalnej pracy „Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza” (1936), która przyniosła autorowi światową sławę i spowodowała, że keynesizm stał się jedną z najważniejszych szkół ekonomicznych XX wieku, Kalecki opublikował „Próbę teorii koniunktury” (1933) i otrzymał dzięki niej stypendium w Szwecji. W pracy tej przedstawił poglądy w zasadzie tożsame z teorią popytową Keynesa, która trzy lata później przyniesie brytyjskiemu ekonomiście wielkie uznanie na całym świecie. Wskazał, w jaki sposób przez pobudzenie popytu można uzdrowić i ożywić gospodarkę pogrążoną w tamtym czasie w kryzysie. Zarówno Kalecki, jak i później Keynes uznali, że główną przyczyną kryzysu jest zbyt niski popyt, w związku z czym nieodzowna jest interwencja państwa i finansowane z budżetu roboty publiczne. Na te cele państwo powinno bez wahania pożyczać pieniądze, a potem je wydawać – a wszystko po to, by wzbudzić popyt.
Zdaniem wielu badaczy wywody Kaleckiego były o wiele bardziej klarowne, spójne i pogłębione niż teksty brytyjskiego ekonomisty. Jednak fakt, że pochodził z kraju peryferyjnego, a jego praca została wydana w języku polskim, z pewnością nie pomógł w rozpropagowaniu jego teorii w świecie Zachodu. Sam Kalecki zresztą niespecjalnie o to dbał. Kiedy w 1936 roku przeczytał pracę Keynesa, postanowił się z nim spotkać i przyłączyć do obozu keynesistów, zdając sobie sprawę z siły, którą sobą reprezentują, nie wchodził natomiast w spory dotyczące pierwszeństwa autorstwa teorii popytowej. Współpracownica Keynesa i jednocześnie Kaleckiego, brytyjska ekonomistka Joan Robinson, w artykule „Kalecki i Keynes” podkreślała, że teoretyczne pierwszeństwo pewnych podstawowych założeń koncepcji Keynesa leży bez wątpienia po stronie Kaleckiego, jednak był on zbyt uprzejmy, aby kiedykolwiek o tym przypominać. Profesor Tadeusz Kowalik, uczeń i współpracownik Kaleckiego, przytacza z kolei opinię noblisty w dziedzinie ekonomii Lawrence’a R. Kleina. Nie wahał się on stwierdzić, że po ponownym przestudiowaniu artykułu Kaleckiego o cyklu koniunkturalnym doszedł do wniosku, że stworzył on system, który zawiera wszystko, co ważne w systemie keynesowskim […]. Jestem przekonany, że jego teoria zatrudnienia jest równorzędna do Keynesa […]. Niestety, Kaleckiemu zabrakło reputacji Keynesa i zdolności do zwrócenia na siebie uwagi światowej opinii publicznej. Dlatego jego teoria pozostała mało zauważana. W pewnym sensie teoria Kaleckiego przewyższa teorię Keynesa, gdyż jest wyraźnie dynamiczna. Uwzględnia ponadto podział dochodu oraz jego poziom, a także odróżnia decyzje inwestycyjne od ich realizacji1.
***
Michał Kalecki urodził się w 22 czerwca 1899 roku w zasymilowanej rodzinie polsko-żydowskiej2. Jego ojciec był w Łodzi właścicielem przędzalni, którą jednak utracił. W wieku 11 lat Michał wstąpił do I Gimnazjum Filologicznego w Łodzi, następnie zaś w 1917 roku rozpoczął studia na Politechnice Warszawskiej, na Wydziale Inżynierii Budowlanej. Później jeszcze kilkakrotnie zmieniał uczelnie, przenosząc się na studia matematyczne na Uniwersytecie Warszawskim, a następnie na Politechnikę Gdańską, której jednak nie ukończył z powodu pogorszenia się sytuacji materialnej. Nie miał więc formalnego wykształcenia ekonomicznego, a nawet w pełni ukończonych studiów, na Politechnice Gdańskiej otrzymał bowiem tylko tzw. półdyplom. Pracując w przedsiębiorstwie wywiadu kredytowego, rozwijał jednak swoje zainteresowania ekonomiczne, co wkrótce przybrało postać systematycznych studiów.
Pod koniec lat 20. XX w. nawiązał regularną współpracę z dwoma polskimi periodykami ekonomicznymi – „Przeglądem Gospodarczym” oraz „Przemysłem i Handelem”, w których publikował artykuły o wielkich koncernach czy międzynarodowych stosunkach gospodarczych. W 1929 roku otrzymał posadę w Instytucie Badania Koniunktur i Cen. Odtąd mógł poświęcić się pracy jako ekonomista, choć trzeba powiedzieć, że nigdy też nie porzucił całkowicie zainteresowań inżynierią i czystą matematyką, publikując artykuły również na te tematy. W Instytucie opublikował wspominaną już broszurę „Próba teorii koniunktury”. Nawiązał również współpracę z „Przeglądem Socjalistycznym”, w którym zamieścił kilka artykułów pod pseudonimem Henryk Braun. Wraz ze współpracownikiem z Instytutu, Ludwikiem Landauem, dokonali pierwszych oszacowań inwestycji, konsumpcji i dochodu społecznego dla Polski oraz przygotowali opracowanie na temat wahań cen, kosztów i produkcji przemysłowej w naszym kraju. W 1933 roku, krótko po opublikowaniu „Próby teorii koniunktury”, Kalecki wziął udział w konferencji Towarzystwa Ekonometrycznego w Lejdzie i zaprezentował tam swój artykuł będący wykładem głównych myśli z tej pracy. Dotyczył on teorii cyklu, teorii zysków oraz teorii efektywnego popytu i produkcji. Części dotyczące teorii zysków oraz teorii efektywnego popytu i produkcji, w których, zdaniem większości badaczy, antycypował teorię Keynesa z „Ogólnej teorii zatrudnienia, procentu i pieniądza”, nie wzbudziły jakiegokolwiek zainteresowania uczestników konferencji. Natomiast model cyklu koniunkturalnego wywołał przychylne komentarze Ragnara Frischa z Norwegii i Iana Tinbergena z Holandii.
Dzięki udziałowi w konferencji w Lejdzie otrzymał Kalecki stypendium Rockefellera na studia zagraniczne i w styczniu 1936 r. wyjechał do Szwecji. Tam właśnie przeczytał „Ogólną teorię…”. Według Joan Robinson, czytając ją miał poczucie, że jest to książka, którą właśnie zamierzał napisać. Powiedział: przyznaję, byłem chory. Przez trzy dni leżałem w łóżku. Potem pomyślałem sobie – Keynes jest bardziej znany ode mnie. Te idee rozejdą się o wiele szybciej, jeśli będą pochodziły od niego – a potem zajmiemy się ciekawą kwestią ich stosowania. To mnie podniosło na duchu3. W związku z tą lekturą postanowił udać się niezwłocznie do Anglii i przyłączyć do szkoły keynesowskiej. W marcu 1936 roku przybył na Wyspy i podjął starania o nawiązanie kontaktu z najbliższymi współpracownikami Keynesa. W ten sposób poznał Joan Robinson, z którą przez lata pobytu w Anglii będą łączyły go nie tylko kontakty zawodowe, ale i przyjaźń. W 1938 roku otrzymał stypendium Uniwersytetu w Cambridge i uczęszczał na seminarium prowadzone przez Piero Sraffę. Wkrótce zaś, wraz z Austinem Robinsonem, Richardem Kahnem, Piero Sraffą i Keynesem jako przewodniczącym, wziął udział w nadzorowaniu programu badawczego National Institute of Economic and Social Research, dotyczącego kosztów własnych, przychodów i produkcji.
Od 1940 roku pracował jako samodzielny pracownik naukowy w Oksfordzkim Instytucie Statystycznym, współpracując tam m.in. z Ernstem Friedrichem Schumacherem, Davidem Worswickiem czy Josefem Steindlem. Podczas II wojny światowej powstały też niezwykle ważne, zwłaszcza z punktu widzenia niniejszego artykułu, prace Kaleckiego: „Polityczne aspekty pełnego zatrudnienia” (1943) oraz „Trzy drogi do pełnego zatrudnienia” (1944). Zamieszczono je w książce napisanej wspólnie z innymi członkami Instytutu, zatytułowanej „The Economics of Full Employment”. W Instytucie Kalecki pozostał do marca 1945 roku, kiedy to wyjechał do Montrealu, gdzie podjął pracę w Międzynarodowym Biurze Pracy. W następnym roku natomiast udał się do Nowego Jorku i objął tam stanowisko zastępcy dyrektora Działu Stabilizacji i Rozwoju w Departamencie Gospodarczo-Społecznym Sekretariatu ONZ. Zajmował się głównie analizą wewnętrznych problemów ekonomicznych różnych krajów, zarówno tych rozwiniętych, jak i rozwijających się. Analizy te następnie były zamieszczane w serii „World Economic Report”. Równocześnie kontynuował badania teoretyczne, czego owocem była praca „Teoria dynamiki gospodarczej” (1958). Wydaje się, że doświadczenia pracy w ONZ (gdzie przygotowywał m.in. raporty o problemach gospodarczych Izraela czy Meksyku) zaowocowały u niego zainteresowaniem ekonomią rozwoju, za której pioniera zresztą jest dziś przez niektórych uważany.
Z powodów politycznych zrezygnował z pracy w ONZ. Ostatnie lata jego działalności tam zbiegły się z kulminacją maccartyzmu w Stanach Zjednoczonych. Kilku kolegów Kaleckiego pod naciskiem USA zostało zdymisjonowanych przez Sekretarza Generalnego ONZ Trygve’go Lie, w wyniku oskarżeń o sprzyjanie komunizmowi. W związku z tym Kalecki również zrezygnował z posady i w 1955 roku wrócił do Polski, gdzie został powołany na stanowisko doradcy Hilarego Minca, ówczesnego wicepremiera. W następnych latach piastował różne stanowiska jako doradca lub konsultant, przeważnie na polu planowania gospodarczego, odgrywając bardzo ważną rolę w opracowaniu projektu planu perspektywicznego na lata 1961–1975. Wkrótce jednak plan ten spotkał się z surową krytyką jako wyznaczający zbyt skromne cele, co zapoczątkowało wycofywanie się Kaleckiego z aktywnego udziału w życiu politycznym. Od tego momentu skupił się przede wszystkim na pracy teoretycznej i zajęciach dydaktycznych. Zgromadził wokół siebie grupę ekonomistów, tworząc w istocie całą szkołę myśli ekonomicznej, określaną mianem szkoły Kaleckiego (Tadeusz Kowalik, Kazimierz Łaski, Ignacy Sachs, Włodzimierz Brus). W końcu 1955 roku podjął pracę w Zakładzie Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk, a w 1956 r. Centralna Komisja Kwalifikacyjna nadała mu pierwszy akademicki tytuł profesora nauk ekonomicznych. Kontynuując zainteresowania ekonomią rozwoju, wraz z Oskarem Langem i Czesławem Bobrowskim zorganizował w 1958 roku seminarium poświęcone gospodarkom słabo rozwiniętym i prowadził je niemal przez dziesięć lat. W 1961 roku rozpoczął wykłady w Szkole Głównej Planowania i Statystyki (SGPiS), a następnie objął tam pracę na pełny etat. Rok później minister szkolnictwa powołał go na przewodniczącego rady naukowej utworzonego przy SGPiS Międzyuczelnianego Zakładu Problemowego Gospodarki Krajów Słabo Rozwiniętych.
W 1965 roku przeszedł atak serca, który pozostawił po sobie trwałe ślady i spowodował poważny uszczerbek na zdrowiu. Ponadto na jego samopoczucie niekorzystnie wpływała sytuacja w kraju i nasilająca się nagonka antysyjonistyczna. W 1969 roku zrezygnował ze stanowiska w SGPiS. Zmarł 17 kwietnia 1970 roku.
***
Kalecki w swoich pierwszych pracach ekonomicznych zajął się problemem nadzwyczaj wówczas aktualnym i poruszającym wyobraźnię licznych myślicieli: jak przeciwdziałać kryzysom koniunkturalnym i co robić, aby gospodarkę jak najszybciej z takiego kryzysu wyprowadzić. Uznał, wbrew opinii powszechnej zarówno wówczas, jak i dzisiaj, że ratunkiem nie jest zaciskanie pasa przez wprowadzanie oszczędności w sektorze publicznym, lecz odpowiednie pobudzanie popytu. W swojej teorii efektywnego popytu wskazywał, że wzrost płac i zatrudnienia pobudza konsumpcję wśród robotników, a tym samym zwiększa zatrudnienie w gałęziach produkcji dóbr spożycia. Rozszerzenie produkcji wywołuje dalszy rozwój inwestycji i tworzenie się nowej siły nabywczej. Zjawiska kryzysowe pojawiają się natomiast dopiero wówczas, gdy zwiększona produkcja natrafia na barierę popytu, która pociąga za sobą zmniejszenie się zakresu i rentowności inwestycji, wzrost bezrobocia, spadek cen itp. Przyczyną kryzysów jest więc niedostateczny popyt efektywny, którego przezwyciężenie nie jest możliwe w sposób samoistny, bo mechanizm sam nie jest w stanie się regulować, wymaga natomiast stymulacyjnej roli państwa w gospodarce.
Kluczową rolę w pobudzaniu koniunktury Kalecki widział w inwestycjach. Paradoks inwestycji w majątek trwały polega jednak na tym, że pobudzają one gospodarkę tylko do momentu, gdy są tworzone. Ich zakończenie zaś czyni zatrudnionych przy nich pracowników bezrobotnymi, a one same zaczynają wytwarzać towary czy usługi, które nie napotykają na wzrastający popyt, przyczyniając się tym samym do zahamowania koniunktury. Drugi paradoks dotyczy natomiast oszczędności oraz finansowania inwestycji dzięki nim. Można zapytać, skąd wziąć pieniądze na nowe inwestycje. Rozsądek podpowiadałby, że najlepiej z oszczędności powstałych w wyniku ograniczenia potrzeb konsumpcyjnych. Kalecki jednak zwraca tutaj uwagę, że wzrost oszczędności kapitalistów nie musi przekładać się na inwestycje, a po drugie – inwestycje de facto „finansują się same”, ponieważ raz rozpoczęte, zwiększają strumień dochodów. Wreszcie zaś – samo zwiększenie konsumpcji kapitalistów prowadzi do wzrostu popytu, a więc również do ich zysków, co przeczy powszechnemu przekonaniu, że im więcej się konsumuje, tym mniej się oszczędza.
Wzrost konsumpcji nie oznacza spadku oszczędności. Pogląd taki jest słuszny w odniesieniu do pojedynczego kapitalisty, jeśli bierzemy natomiast pod uwagę całą klasę kapitalistów, to istnieje zależność przeciwna: wzrost wydatków inwestycyjnych i konsumpcyjnych prowadzi do wzrostu zysków. Co inwestują lub konsumują jedni – to zarabiają wnet inni kapitaliści. Kapitaliści jako ogół zyskują wszak to właśnie, co inwestowali i konsumowali4. Paradoks ten został ujęty w sformułowaniu: Robotnicy wydają tyle, ile zarabiają, a kapitaliści – tyle, ile wydają. Dla wysokiej koniunktury decydujące są zachowania kapitalistów – im wyższe są ich dochody, tym bardziej wzrasta niebezpieczeństwo względnego zmniejszenia się ich wydatków na konsumpcję (w stosunku do dochodów). Wydatki pracowników są natomiast dość stabilne. Brak przekształcania oszczędności w inwestycje nakręca spiralę recesyjną, jeżeli w tym samym momencie wiele osób zaczyna postępować w analogiczny sposób. Do podtrzymania długofalowego rozwoju niezbędne są ponadto zdaniem Kaleckiego innowacje mające stanowić najistotniejszy bodziec. Wskazuje też wreszcie na redystrybucję dochodów, która może w skali makroekonomicznej pobudzić gospodarkę i ograniczyć bezrobocie.
Tym samym podważył on pogląd, że obniżka płac, cięcia budżetowe i przysłowiowe „zaciskanie pasa” stanowią najlepsze panaceum na wyjście z kryzysu. Państwo powinno pobudzać gospodarkę niejako od dołu, przy pomocy wydatków trafiających wprost do pracowników, którzy w swej masie, gdy dostaną więcej pieniędzy, będą więcej wydawać na cele konsumpcyjne, a tym samym nakręcać spiralę koniunktury. Redystrybucja dochodów na rzecz uboższych grup społeczeństwa i wzrost wydatków państwowych powinny być więc celem polityki pełnego zatrudnienia.
Problematyką pełnego zatrudnienia Kalecki zajął się w czasie II wojny światowej. W swoim artykule poświęconym tym kwestiom wskazał na trzy drogi prowadzące do osiągnięcia i utrzymania stanu pełnego zatrudnienia:
- Przez wydatki rządu na inwestycje publiczne (np. szkoły, szpitale, drogi itp.) lub na subsydiowanie masowej konsumpcji (zasiłki rodzinne, obniżki podatków pośrednich, subsydia w celu obniżania cen podstawowych środków utrzymania) – pod warunkiem, że wydatki te są finansowane z kredytów. Metodę tę będziemy w skrócie nazywać finansowaniem z deficytu.
- Przez pobudzanie prywatnych inwestycji (za pomocą obniżki stopy procentowej, zmniejszania podatku dochodowego i innych środków wspierających prywatne inwestycje).
- Przez redystrybucję dochodu od wyższych do niższych grup dochodowych5.
Rząd, zdaniem Kaleckiego, powinien finansować te wydatki z kredytów, w ten sposób wywołując ogólny wzrost dochodu. Zwiększone dochody powodują zwyżkę wpływów z podatków dochodowych. W efekcie deficyt budżetowy jest niższy niż wzrost wydatków rządowych. Deficyt w ten sposób niejako sam się finansuje, wzrost deficytu wywołuje bowiem przyrost dochodów i zmiany w strukturze ich podziału. Pojawiają się oszczędności konieczne do jego sfinansowania. Rzecz jasna, na co wskazywał Kalecki, trzeba być ostrożnym przy stosowaniu tego środka – wydatki rządu na cele publiczne nie mogą rosnąć szybciej niż potrzeby w tym zakresie. Rząd powinien dokonywać publicznych inwestycji w takim zakresie, jakiego aktualnie wymaga zaspokojenie potrzeb społeczeństwa, a wydatki rządu powyżej tego poziomu są przeznaczane na subsydiowanie masowej konsumpcji6.
Dziś jednak przy stosowaniu tej metody pojawia się jeszcze jeden problem, na który Kalecki czy Keynes nie zwracali zupełnie uwagi, a który został trafnie zdiagnozowany przez Jerzego Osiatyńskiego – mianowicie liberalizacja rynków kapitałowych. W dzisiejszych czasach znaczna część potrzeb pożyczkowych jest finansowana przez podmioty zagraniczne. Stąd politycy nie mają takiej swobody pobudzania koniunktury przez zwiększanie wydatków publicznych. Sam wzrost zadłużenia nie musi być niczym złym. Niebezpieczeństwo zaczyna być dopiero wtedy, gdy finansują go podmioty zagraniczne, dlatego, że bardzo dużą rolę odgrywają wówczas rynki finansowe. Nie jest przypadkiem, że Wielka Brytania, która miała większy dług i deficyt w relacji do PKB niż Hiszpania, nie stała się podczas obecnego kryzysu celem ataku rynków finansowych. Miała własną walutę, a na dodatek zapewnienie Banku Anglii, że będzie finansował brytyjski dług. Hiszpania nie miała ani jednego, ani drugiego. Japonia ma 230 proc. długu i się tym nie przejmuje, bo jej papiery dłużne znajdują się w rękach Japończyków. Agencje ratingowe mogą sobie o tym kraju pisać, co chcą – nie ma to żadnego wpływu na koszty jego obsługi7.
Jeżeli zaś chodzi o stymulowanie prywatnych inwestycji – owszem, Kalecki zalecał ten środek, uznając, że należy to czynić choćby poprzez zmniejszanie podatku dochodowego, subsydiowanie przedsiębiorstw podejmujących inwestycje czy obniżanie stopy procentowej. Środki te należy uznać za komplementarne i stosować łącznie. Jednak nie wierzył w możliwość utrzymania pełnego zatrudnienia li tylko przy ich pomocy, tj. drogą pobudzania prywatnych inwestycji. Przewidywał zresztą, że udział państwowych fabryk w ogólnej masie urządzeń przemysłowych będzie stale rosnąć, co stanie się symptomem niezdolności prywatnej przedsiębiorczości do wypełnienia swego zadania w warunkach pełnego zatrudnienia8.
Zdecydowanie najistotniejszym spośród trzech przedstawionych przez niego sposobów jest odpowiednia redystrybucja. Wynika to chociażby z tego, że krańcowa skłonność do konsumpcji klas zamożnych jest mniejsza niż warstw ubogich. W związku z tym konieczne jest dokonanie transferu części dochodu warstw zamożnych do warstw ubogich. Można to zrobić przez podatek progresywny, zmniejszanie podatków na towary pierwszej potrzeby czy wypłacanie odpowiednich zapomóg. Wszystko to, zwiększając skłonność do konsumpcji w danym społeczeństwie, skutkuje wzrostem popytu efektywnego. W przypadku zastosowania tej metody konieczna jest jednak również kontrola cen. Kalecki nie wierzył natomiast, aby mogło się to dokonać siłami samych pracowników, którzy zdołaliby wywalczyć sobie wyższe płace. Jak pisał, walka o płace nie doprowadzi do fundamentalnych zmian w podziale dochodu narodowego. Znacznie skuteczniejszym środkiem do osiągnięcia tego celu jest opodatkowanie dochodów i majątku, gdyż te rodzaje podatków (w przeciwieństwie do podatku towarowego) nie wpływają na koszty zmienne, a zatem nie działają w kierunku wzrostu cen. Jednakże dla dokonania redystrybucji dochodu za pomocą takich środków rząd musi mieć zarówno siłę, jak i pragnienie, aby to przeprowadzić9.
Co do ostatniej kwestii – powątpiewał on poważnie, czy w państwie kapitalistycznym taka wola się znajdzie. Jednocześnie przytomnie zauważał, iż istnieje też cała masa tak zwanych „przyjaciół robotników”, którzy starają się ich przekonać, że we własnym interesie powinni zaprzestać walki o płace, albowiem wzrost płac miałby być główną przyczyną bezrobocia i szkodziłby klasie robotniczej jako całości. Tymczasem, jak podkreślał, ekonomia keynesowska całkowicie podważa fundamenty takiego rozumowania. Pełne zatrudnienie na stałe może zapewnić, zdaniem Kaleckiego, jedynie kombinacja tych trzech sposobów, które nie są od siebie niezależne, a wręcz przeciwnie – należy uznać je za organiczną całość, za metody, które winny być wdrażane jednocześnie i kumulatywnie. Rząd powinien wydawać na inwestycje publiczne i na subsydiowanie konsumpcji uboższych grup ludności tyle, aby – w połączeniu z inwestycjami prywatnymi, niezbędnymi do zwiększania zdolności wytwórczej urządzeń proporcjonalnie do wzrostu „dochodu narodowego przy pełnym zatrudnieniu” – zapewnić pełne zatrudnienie10. Oczywiście to, w jakim okresie, z których korzystać w większym stopniu, na co kłaść nacisk, to kwestia techniczna, którą trzeba rozważać w odniesieniu do konkretnej sytuacji, w jakiej znajdują się dany kraj i jego gospodarka.
Kalecki był jednak sceptyczny co do tego, czy państwa kapitalistyczne, nawet wiedząc, jak to zrobić, będą chciały utrzymywać pełne zatrudnienie. Można zapytać, z czego ta nieprzychylność wynika. Autor wskazuje, że podstawowe znaczenie ma tu niechęć wielkiego kapitału do utrzymywania pełnego zatrudnienia za pomocą wydatków państwowych. Stanowi to poniekąd paradoks, albowiem wyższa produkcja i zatrudnienie są korzystne nie tylko dla robotników, lecz także dla kapitalistów, których zyski rosną. Jednak tak właśnie się dzieje, co pokazały czasy kryzysu lat 30. Kalecki przyczyny niechęci kapitalistów do pełnego zatrudnienia osiąganego przez wydatki państwowe dzieli na trzy kategorie: 1) niechęć do wtrącania się państwa w zagadnienia zatrudnienia w ogóle, 2) niechęć w stosunku do kierunku wydatków państwowych (inwestycje publiczne i subwencjonowanie konsumpcji), 3) niechęć do społecznych i politycznych przemian, wynikających ze stałego utrzymywania pełnego zatrudnienia11. Stwierdza, że kapitaliści niechętnie patrzą na każde rozszerzenie interwencji państwa, zwłaszcza zaś w sprawach zatrudnienia. Akceptują inwestycje publiczne, ale żądają, by ograniczały się one do obiektów, które nie konkurują z aparatem wytwórczym kapitału prywatnego, jak np. szkoły, drogi, szpitale. Zakres tej akceptacji jest, rzecz jasna, dość wąski, lecz zachodzi obawa, że rząd, działając w myśl polityki pełnego zatrudnienia, zechce go rozszerzyć.
Zdaniem Kaleckiego można by sądzić, że w związku z tym kapitaliści będą się przychylniej odnosić do subsydiowania masowej konsumpcji niż do inwestycji publicznych. Nic bardziej błędnego: różnego rodzaju zasiłki rodzinne czy subsydia spotykają się z jeszcze mocniejszym ich sprzeciwem. Tu bowiem chodzi o zasadę „moralną” najwyższej wagi. Podstawy etyki kapitalistycznej wymagają, „byś zarabiał w pocie czoła na swój chleb” – chyba że żyjesz z dochodów z kapitału12. Poza tym w systemie stałego, pełnego zatrudnienia zwalnianie z pracy przestałoby odgrywać rolę środka dyscyplinującego masy, pozycja społeczna kapitalistów zostałaby tym samym zachwiana, a wzrosłaby pewność siebie robotników. Instynkt klasowy kapitalistów mówi im zatem, że trwałe, pełne zatrudnienie jest dla nich niekorzystne, podważa ich pozycję, a bezrobocie stanowi integralną część systemu kapitalistycznego.
***
Julio López i Michaël Assous w swojej biografii Kaleckiego nazywają go pionierem ekonomii rozwoju. Problematyką tą zainteresował się Kalecki jeszcze w latach 30. XX wieku. Wyrazem tego była obszerna recenzja książki Mihaila Mainolescu „The Theory of Protection and International Trade” (1931). Manoilescu jako gorliwy zwolennik protekcjonizmu spotkał się z surową krytyką ze strony ekonomistów liberalnych. Kalecki jednak bronił jego poglądów, wskazując, że autor ten pokusił się o stworzenie naukowych podstaw protekcjonizmu, zwłaszcza w krajach zacofanych i rolniczych, będąc przekonanym, iż nowe gałęzie przemysłu powinny być otaczane w tego typu krajach opieką, albowiem będą one dogodne z punktu widzenia kraju, ponieważ z powodu bezrobocia dodatkowe inwestycje będą tworzyły swoją własną podaż oszczędności13. Sprzeciwiał się jednak uznaniu protekcjonizmu za jakiś uniwersalny i jedyny sposób rozwiązywania problemów krajów rozwijających się i doprowadzenia do ich uprzemysłowienia.
Na większą skalę zainteresował się tymi zagadnieniami podczas swojej pracy w ONZ. Nie może to dziwić z tego powodu, że pełnił obowiązki doradcy w kilku krajach o takim charakterze. W 1951 roku pracował jako doradca rządowy w Izraelu, sporządzając plan doraźnych naprawczych działań obejmujących krótką perspektywę czasową. W swoim raporcie wskazywał, że problemy gospodarcze kraju związane są głównie z masową migracją ludności żydowskiej do Izraela oraz strukturalnymi cechami tamtejszej gospodarki uzależnionej od jednego źródła rozwoju, czyli importu kapitału. Zalecił jednocześnie środki zaradcze, które podzielił na trzy główne działy: redukcja importu i zwiększenie eksportu, zrównoważenie bilansu płatniczego przy użyciu innych środków, polityka antyinflacyjna.
Z kolei w latach 1959–1960 Kalecki prowadził działalność doradczą w Indiach. Analiza tamtejszej sytuacji doprowadziła go do wniosków, że przyczyną braku stabilności indyjskiej gospodarki jest przede wszystkim nazbyt rozbudowany program inwestycyjny prowadzony zarówno przez sektor państwowy, jak i prywatny. Zapewnienie Indiom równowagi finansowej wymagało wedle niego wzrostu w tym kraju podaży artykułów pierwszej potrzeby. W związku z tym podkreślał konieczność braku ich opodatkowania i utrzymania na nie stałej ceny oraz ograniczenia konsumpcji artykułów dalszej potrzeby w stopniu niezbędnym do sfinansowania rozpoczętych inwestycji. Zalecał również wprowadzenie progresywnego podatku gruntowego dotykającego dużych gospodarstw wiejskich. To miałoby zmusić właścicieli do zwiększenia wydajności z hektara i unowocześnienia środków upraw lub wyzbycia się gruntów, a w takim przypadku prawo pierwokupu miało mieć państwo. Program ten w największym stopniu naruszał interesy przemysłowej burżuazji oraz wiejskiej oligarchii, z czego Kalecki zresztą doskonale zdawał sobie sprawę.
Następnie pomiędzy 1960 a 1961 rokiem przygotował program pięcioletni dla Kuby, odrzucając pomysły jej gwałtownego uprzemysłowienia. W swoim programie zakładał, że w tym czasie stopa produkcji ma zwiększać się na Kubie o 13 proc. rocznie, a konsumpcji o 10 proc. Jednocześnie wskazywał, że aby osiągnąć ten wzrost, gospodarka kubańska musi rozwinąć eksport cukru, rolnictwo oraz program szkoleń zawodowych14.
Oczywiście te praktyczne doświadczenia przekładały się również na bardziej ogólne refleksje teoretyczne dotyczące państw rozwijających się. Kalecki wskazywał, że głównym problemem, przed którym stoją tego rodzaju kraje, jest zwiększenie inwestycji. Napotyka ono jednak na trzy zasadnicze przeszkody. Po pierwsze, jest możliwe, że inwestycje prywatne nie osiągną dostatecznie wysokiego poziomu. Po drugie, gospodarka może nie dysponować fizycznymi zasobami niezbędnymi do zwiększenia produkcji dóbr inwestycyjnych. Po trzecie, jeśli nawet dwie pierwsze przeszkody zostaną przezwyciężone, to wciąż pozostaje do rozwiązania problem dostatecznej podaży artykułów pierwszej potrzeby na zaspokojenie popytu wynikającego ze wzrostu zatrudnienia15. Uznawał jednak, że można te przeszkody przezwyciężyć za pomocą różnego rodzaju środków, takich jak interwencja rządu w dziedzinie inwestycji, zapewniająca ich odpowiednią skalę i strukturę, właściwe opodatkowanie klas uprzywilejowanych czy wprowadzenie głębokich instytucjonalnych zmian w rolnictwie, likwidujących bariery jego rozwoju. W tym ostatnim przypadku chodziło Kaleckiemu przede wszystkim o to, że wielkie przeszkody dla postępu w dziedzinie rolnictwa w krajach rozwijających są zazwyczaj pokłosiem istnienia tam feudalnych i przedfeudalnych stosunków własności, systemów dzierżawy itp. W związku z tym nie ma żadnych szans na poprawę w sferze rolnictwa, dopóki nie dojdzie do odpowiednich zmian instytucjonalnych. Tylko wówczas, gdy wyższe ceny produktów rolnych przyniosą korzyść biedocie, może nastąpić łączny wzrost popytu i produkcji. Jeśli zaś wyższy udział zysku na terenach wiejskich zostanie przechwycony jedynie przez właścicieli ziemskich, kupców czy lichwiarzy, nie przyniesie to wyższej konsumpcji lub inwestycji.
Zwracał on ponadto uwagę na kilka dodatkowych kwestii, których nie podejmowali pionierzy ekonomii rozwoju: 1) obecności i znaczenia rezerw niewykorzystanych zdolności wytwórczych w krajach słabo rozwiniętych; 2) skutków większej wydajności zdolności wytwórczych w krajach słabo rozwiniętych; 3) problemu inflacji16. Kalecki był jednym z niewielu, którzy zwrócili uwagę na to, że choć w krajach rozwijających się kapitału jest niewiele, to jednak jego część może pozostawać niewykorzystana. Odrzucał przy tym sugestie jakoby niewykorzystane zasoby i masowe bezrobocie stanowiły coś naturalnego i nie miały wartości ekonomicznej. Ich wyzyskanie może prowadzić do przyspieszenia wzrostu gospodarczego bez kosztów lub po niższych kosztach. Nie wierzył jednak, że sam wzrost wydajności może być panaceum. Jeżeli wzrostowi wydajności pracy towarzyszy jednoczesny, proporcjonalny wzrost płac realnych, to stopień monopolizacji nie zmienia się. Jeżeli konsumpcja kapitalistów i inwestycje nie rosną, to łączny popyt i łączna produkcja pozostaną stałe, a to pociągnie za sobą zmniejszenie zatrudnienia na skutek wzrostu wydajności. Co więcej, jeżeli obniżka jednostkowych kosztów pracy, wynikająca z wyższej wydajności pracy, nie zostaje przeniesiona na konsumentów przez proporcjonalne obniżki cen lub jeśli nie będą im towarzyszyć proporcjonalnie wyższe płace, to stopień monopolizacji wzrośnie. Wreszcie zaś można również uznać za zasługę Kaleckiego zaproponowanie nowej teorii inflacji w gospodarkach rozwijających się, gdzie inflacja powstaje z powodu cenowej nieelastyczności podaży produkcji żywności. Podchwycone to zostało później przez ekonomistów z Ameryki Łacińskiej, którzy sformułowali strukturalną teorię inflacji17.
Osiągnięciem Kaleckiego jest też wyodrębnienie typu państwa będącego „ustrojem pośrednim” pomiędzy rozwiniętymi gospodarkami kapitalistycznymi a socjalistycznymi (Indie, Egipt, Boliwia), w którym klasą rządząca staje się drobna burżuazja wraz z bogatym chłopstwem. Ten typ wyłonił się po II wojnie światowej wskutek emancypacji politycznej oraz walki z kolonializmem i imperializmem. Kalecki był przekonany, że tego rodzaju państwa są w stanie przetrwać pod warunkiem spełnienia kilku warunków, przede wszystkim uzupełnienia emancypacji politycznej o ekonomiczną, tzn. wyzwolenia się spod wpływów kapitału zagranicznego, przeprowadzenia reformy rolnej oraz zapewnienia stałego rozwoju gospodarczego18. Klasami antagonistycznymi wobec klasy rządzącej są w tym ustroju z jednej strony wielka burżuazja i feudałowie, którzy zostają pozbawieni znaczenia politycznego, z drugiej zaś – biedota miejska oraz chłopi małorolni i bezrolni niepartycypujący w dobrodziejstwach rozwoju gospodarczego. Odpowiednikiem tej wewnętrznej pozycji klasy rządzącej jest lawirowanie pomiędzy dwoma blokami, kapitalistycznym i socjalistycznym. Dzieje się tak z prostego powodu: postawienie na jeden nich oznaczałoby jednocześnie wzmocnienie któregoś przeciwnika wewnętrznego. Poza tym umożliwia to tym krajom korzystanie z zagranicznych kredytów przy jednoczesnym zachowaniu planowania gospodarczego i dużego zaangażowania państwa w gospodarkę.
***
O znaczeniu Kaleckiego na gruncie nauk ekonomicznych świadczy fakt, że jest to jedyny polski uczony, którego „Dzieła” wszystkie, obejmujące siedem tomów, zostały wydane w języku angielskim przez jedną z najbardziej renomowanych oficyn wydawniczych – Oxford University Press. Aktualność jego myśli natomiast dobrze ilustrują wydarzenia ostatniego kryzysu gospodarczego.
W krajach, w których podjęto walkę z kryzysem opartą na oszczędnościach budżetowych i cięciach finansowych, a takie zalecenia, jak pamiętamy, otrzymały rządy Grecji czy Portugalii od Międzynarodowego Funduszu Walutowego, sytuacja bynajmniej nie uległa poprawie. Wręcz przeciwnie, doprowadziło to do załamania gospodarek tych krajów i, jak się szacuje, każde 1 euro oszczędności przyniosło kurczenie się gospodarki o 1,5–1,7 euro, bo wraz z oszczędnościami gwałtownie spadł popyt i wzrosło bezrobocie. Zupełnie inną drogą poszła Francja, w której wprowadzono tzw. pakiet pomocy publicznej i to dzięki niemu uniknęła ona tak negatywnych konsekwencji jak Grecja, Portugalia czy Hiszpania.
Wydarzenia ostatnich lat dobitnie pokazują, że istnieje potrzeba rozszerzenia kompetencji różnego rodzaju instytucji państwowych sprawujących kontrolę nad sektorem gospodarczo-finansowym, stworzenia zwartych, konkretnych, systemowych programów walki z kryzysem, większego udziału państwa w procesie redystrybucji wytworzonego dochodu oraz wzmocnienie tegoż państwa jako podmiotu polityki społecznej. Rynek nie jest w stanie efektywnie zarządzać ryzykiem oraz samoregulować się, a państwo jest jedynym podmiotem zdolnym przeciwstawić się globalnemu załamaniu poprzez interwencję w sektorze finansowo-bankowym.
dr hab. Rafał Łętocha
Przypisy:
- T. Kowalik, Michał Kalecki, kim był, jakim go znałem i podziwiałem [w:] Twórczość naukowa Michała Kaleckiego i jej znaczenie w teorii ekonomii, red. G. Musiał, Katowice 2006, s. 68.
- Informacje biograficzne na temat Kaleckiego na podstawie: J. López, M. Assous, Michał Kalecki, Warszawa 2015;
K. Chojnacka, Michał Kalecki o relacjach państwo – gospodarka, Kielce 2013.
- J. Robinson, Michal Kalecki on the Economics of Capitalism, „Oxford Bulletin of Economics and Statistics” 1977, t. 39,
nr 1, s. 8–9.
- M. Kalecki, Teoria dynamiki gospodarczej, Warszawa 1979, s. 8.
- Idem, Trzy drogi do pełnego zatrudnienia [w:] idem, Dzieła. Kapitalizm. Koniunktura i zatrudnienie, t. 1, red. J. Osiatyński, Warszawa 1979, s. 350–351.
- Idem, Pełne zatrudnienie przez pobudzanie prywatnych inwestycji? [w:] ibidem, s. 383.
- R. Woś, Dziecięca choroba liberalizmu, Warszawa 2014, s. 261.
- M. Kalecki, Pełne zatrudnienie…, s. 385.
- Idem, Teoria zysków [w:] idem, Dzieła. Kapitalizm. Dynamika gospodarcza, t. II, red. J. Osiatyński, Warszawa 1980, s. 556.
- Idem, Pełne zatrudnienie…, s. 382.
- Idem, Polityczne aspekty pełnego zatrudnienia [w:] idem, Z ostatniej fazy przemian kapitalizmu, Warszawa 1968, s. 22.
- Ibidem, s. 24.
- J. López, M. Assous, op.cit., s. 241.
- Zob. W. Gliwa, Działalność Michała Kaleckiego w charakterze doradcy rządów państw [w:] Twórczość naukowa Michała Kaleckiego…, op.cit., s. 385–400.
- M. Kalecki, Różnice w węzłowych problemach gospodarczych między wysoko rozwiniętą i zacofaną gospodarką kapitalistyczną [w:] idem, Dzieła. Kraje rozwijające się. Studia varia: o ekonomii i ekonomistach, t. 5, red. J. Osiatyński, Warszawa 1985, s. 33–34.
- J. López, M. Assous, op.cit., s. 247.
- Ibidem, s. 248–249.
- M. Kalecki, Ustroje pośrednie [w:] idem, Z ostatniej fazy…, s. 60.
przez Jan Przybylski | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Zima 2016
Dokonana w 2015 roku zmiana obozu rządzącego sprawiła, że ponownie wypłynęło pytanie o rolę Chin w polskiej polityce. Wiązało się to z kilkoma spektakularnymi wydarzeniami. Wizyta prezydenta Dudy w Państwie Środka w listopadzie 2015 roku, planowana przede wszystkim jako udział w pracach polsko-chińskiego forum gospodarczego oraz grupy współpracy Chiny-Europa Środkowo-Wschodnia, określanej jako 16+1, przekształciła się dynamicznie w spotkanie na najwyższym szczeblu, a jego konsekwencją była czerwcowa podróż do Polski Przewodniczącego Chińskiej Republiki Ludowej Xi Jinpinga. Na fali daleko idących oficjalnych deklaracji o współpracy pojawiły się na forum publicznym rozważania dotyczące potencjalnie strategicznego charakteru relacji z Chinami. Mogłyby one umożliwić Polsce gospodarczą i polityczną kapitalizację rozwoju dalekowschodniego giganta, a znaczną rolę odgrywałby tu projekt Nowego Jedwabnego Szlaku.
Oczekuje się jednak konkretów, a nie deklaracji, takich jak np. porozumienie o współpracy podpisane w 2011 roku przez prezydenta Komorowskiego, które mimo „strategicznego” charakteru pozostało pustą literą. Jedna z przesłanek wskazujących na to, że kierunek chiński może zostać tym razem potraktowany poważniej, to skomplikowana sytuacja obecnego obozu rządzącego, zwłaszcza w dziedzinie polityki zagranicznej, a także wynikające z działań wewnętrznych napięcia w relacjach z Unią Europejską, poszczególnymi jej krajami oraz ze Stanami Zjednoczonymi. Jednocześnie z zasadniczych przyczyn brak możliwości reorientacji na Rosję, jaka stała się udziałem Węgier Viktora Orbána. Nowy Jedwabny Szlak bywa postrzegany jako szansa realizacji idée fixe „alternatywnej” polskiej polityki zagranicznej: koncepcji Międzymorza. Nie brak też jednak głosów tonujących rozbuchane nadzieje i wskazujących na ogromną nierównowagę stron takiego partnerstwa.
Kolejną niezwykle istotną kwestią staje się potencjalny globalny konflikt na linii Stany Zjednoczone – Chiny, którego narastanie z uwagi na wyrównywanie potencjału współzawodników może doprowadzić wręcz do wojny światowej, i to w nieodległej perspektywie. A jak uczy doświadczenie, wojna światowa jest dla Polski sytuacją bardzo niekomfortową. Nawet jeżeli, jak w przypadku tej z lat 1914–1918, jej skutki strategiczne są w ostatecznym rozrachunku korzystne, kraj leżący na jednej z jej głównych osi płaci ogromne koszty. W tym kontekście narzuca się kwestia Rosji, jej ambicji realizowanych w ostatnich latach oraz skomplikowanych relacji w trójkącie Pekin – Moskwa – Waszyngton, których element z uwagi na fatum geopolityki stanowi Polska.
Relacje z Chinami – rys historyczny
W czasach dawniejszych Chiny, chociaż były centrum cywilizacyjnym i wytwórczym ówczesnego świata, z uwagi na odległość raczej pośrednio oddziaływały na sytuację w Europie Środkowej leżącej poza strategicznymi szlakami handlowymi. Wystarczy wspomnieć czasy imperium mongolskiego i jego rozpad, związany m.in. z zaangażowaniem się chana Kubilaja w utwierdzenie się w Państwie Środka, co spowodowało, że Europa przestała być zagrożona najazdami z Azji. Z kolei jednoznaczna przewaga Chin na Dalekim Wschodzie jeszcze w XVIII wieku sprawiła, że ekspansja terytorialna Rosji w kierunku wschodnim przebiegała bez współzawodnictwa z Pekinem. Upadek państwowości polskiej pod koniec XVIII wieku spowodował, że nasz kraj nie był w żadnej mierze aktorem na scenie „wieku upokorzeń” Chin, ograniczonego umownie latami 1842–1949, co skądinąd może stanowić pewien kapitał na przyszłość. Relacje odrodzonej Rzeczypospolitej zajętej własnymi problemami z Chinami przeżywającymi jeden z największych w historii kryzysów były siłą rzeczy rachityczne. Zmiana przyszła po znalezieniu się obu krajów w obozie komunistycznym po II wojnie światowej i po chińskiej wojnie domowej. Mimo pewnych wspólnych przedsięwzięć, takich jak spółki joint-venture w rodzaju towarzystwa okrętowego Chipolbrok, stosunki te nie były jednak szczególnie bogate w konkrety, m.in. z powodu podległości politycznej Warszawy względem „stolicy światowego proletariatu”, szczególnie do 1956 roku. Pewnym wyjątkiem było tu zajęcie przez premiera Zhou Enlaia negatywnego stanowiska wobec ewentualnej sowieckiej interwencji wojskowej w październiku 1956 roku. Nie pozostało ono bez wpływu na bieg wypadków. Potencjał rozwoju relacji, jaki prawdopodobnie istniał między PRL Władysława Gomułki mającą pewne ambicje pod względem niezależności a ChRL, nie został wyzyskany z uwagi na rozbieżności w dziedzinie polityki zagranicznej. Takie chińskie działania, jak parcie do konfliktu z Indiami, były przez Warszawę oceniane negatywnie. Bardzo istotne znaczenie miał rozbrat między maoistowskimi Chinami a Związkiem Sowieckim, który nastąpił w 1962 roku i spowodował, że Warszawa znalazła się w obozie coraz mocniej skonfliktowanym z Pekinem, co zostało przypieczętowane odwołaniem chińskiego ambasadora z Polski w 1967 roku. Rozpoczęta na początku lat 70. normalizacja stosunków nie spowodowała szczególnej rewolucji. Rozwój stosunków politycznych, a zwłaszcza gospodarczych, nastąpił w latach 80., kiedy to dla ekipy Jaruzelskiego Chiny stanowiły jedno z okien na świat, umożliwiając dzięki dostępowi do deficytowych w kraju dóbr konsumpcyjnych złagodzenie sankcji nałożonych przez Zachód po wprowadzeniu stanu wojennego, a z drugiej – dość chłonny rynek dla polskich produktów przemysłowych (w tym samochodów i maszyn górniczych).
Rok 1989 przyniósł symboliczny zbieg okoliczności: w Polsce 4 czerwca był dniem zwycięstwa opozycji w częściowo wolnych wyborach, w Chinach – krwawego stłumienia demonstracji studentów na placu Tian’anmen. Wizerunek Chińskiej Republiki Ludowej w Polsce w kolejnej dekadzie był bardzo zły. Kraj ten powszechnie postrzegano jako komunistyczną skamielinę, a uwagę opinii publicznej przyciągały, z pewnym zróżnicowaniem intensywności w zależności od orientacji światopoglądowej, brutalność polityki w Tybecie i niedemokratyczny charakter systemu politycznego, brak swobody działania kościołów chrześcijańskich i rygorystyczna polityka ograniczania przyrostu naturalnego. Co symptomatyczne, ze schematu tego wyłamywał się z jednej strony obóz postkomunistyczny, nawiązujący do powrotu do ciepłych relacji z lat 80., a z drugiej – kręgi Janusza Korwin-Mikkego, zwracające uwagę na oszałamiające wskaźniki wzrostu gospodarczego i aprobujące rządy bardzo twardej ręki w polityce wewnętrznej. Mimo przywrócenia w 1994 roku wizyt na najwyższym szczeblu państwowym relacje polityczne pozostawały w przeważającej mierze ornamentalne, czego nie zmieniały kolejne szumne komunikaty, oświadczenia czy porozumienia. Jednocześnie w kolejnej dekadzie zmieniał się obraz Chin – nie dawało się nie dostrzegać imponującego rozwoju gospodarczego tego kraju, znaczonego powstawaniem supernowoczesnych metropolii czy napływu wysokiej jakości współczesnej kultury chińskiej. Skutek odnosiły podejmowane przez Chińczyków działania PR-owe, a także doświadczenia z życia codziennego, takie jak wszechobecność towarów z Państwa Środka, wśród których tania masówka uzupełniana była przez produkty wysokiej jakości.
Obecne stosunki gospodarcze charakteryzują się znaczną nierównowagą na niekorzyść Polski. Import około dziesięciokrotnie przewyższa eksport, a o ile ten pierwszy wynosi powyżej 10 proc. całości polskich obrotów na tym polu, drugi to ledwie 1 proc. Chiny są drugim co do ważności eksporterem do naszego kraju, który z kolei na ich rynku w zasadzie się nie liczy. Obok oczywistej dysproporcji między wielkością gospodarek, znaczenie ma tu wynikła z transformacji ustrojowej dezindustrializacja i „umontownienie” Polski, a także niska innowacyjność krajowej gospodarki oraz dominacja kapitału zagranicznego, który zazwyczaj prowadzi w Chinach własne interesy. Znajduje to odzwierciedlenie również na rynku inwestycji – o ile Chińczykom zdarza się nabywać polskie firmy (vide przejęcie cywilnej części Huty Stalowa Wola przez grupę Guangxi LiuGong Machinery), o tyle rachityczny kapitał krajowy nie ma warunków do ekspansji na zasadzie wzajemności, ograniczanej oczywiście różnicą skali, określaną przez niemal 25-krotnie mniejszy nominalny PKB naszego kraju.
Chiny, USA i Pacyfik
Wspomniany powyżej „wiek upokorzeń” oznaczał stopniowy upadek znaczenia państwa chińskiego. W połowie XIX wieku wciąż było gigantem liczącym ponad 412 milionów obywateli (dla porównania: Europa Zachodnia miała ich 166 milionów, Stany Zjednoczone – niecałe 24 miliony) i największą potęgą gospodarczą świata, odpowiadając pod tym względem całej Europie Zachodniej i niemal sześciokrotnie dystansując pod względem wielkości gospodarki Stany Zjednoczone. Jednak dobrowolna izolacja od płynących z zewnątrz prądów i określone cechy cywilizacyjne sprawiły, że Państwo Środka znalazło się w swoistej drzemce. Zostało z niej przebudzone w bardzo nieprzyjemny sposób, gdy okazało się, że nie jest na żadnym polu w stanie skutecznie stawić czoła dynamicznym krajom Zachodu, napędzanym przez niesłychany rozwój nauk ścisłych i rewolucję przemysłową, co przekładało się na skokowy wzrost umiejętności pokonywania odległości oraz poprawę sztuki wojennej. Przewaga techniczna Europejczyków, wyraźna już podczas pierwszej wojny opiumowej, podczas której Brytyjczycy zastosowali parowe okręty i karabiny kapiszonowe, rosła radykalnie wraz z pojawieniem się okrętów żelaznych, szybkostrzelnej broni strzeleckiej i artylerii.
Chiny pozostawały pod kluczowymi względami na poziomie porównywalnym z Europą czasów wojny trzydziestoletniej. Do naporu Europejczyków, w szczególności Brytyjczyków i Francuzów, szybko dołączyły Rosja, Stany Zjednoczone, a pod koniec XIX wieku stary lokalny wróg – zmodernizowana według zachodnich wzorów Japonia. Bezradne, trapione regresem politycznym Chiny, przegrywające mimo usiłowań modernizacyjnych kolejne wojny, traciły kraje znajdujące się wcześniej w orbicie wpływów oraz terytoria własne. Stawały się przedmiotem bezwzględnej eksploatacji o charakterze kolonialnym. Czasem największego upadku były lata 20. i 30. XX wieku, znaczone tragiczną w skutkach inwazją japońską oraz słabością rządu usiłującego pełnić rolę centralną, a faktycznie sprawującego kontrolę tylko nad niektórymi terytoriami, podczas gdy innymi władali warlordowie czy komunistyczni rebelianci.
Odwrócenie koniunktury przyniósł koniec II wojny światowej. Oznaczał on przede wszystkim pokonanie najbardziej dokuczliwej Japonii i upadek znaczenia europejskich mocarstw stricte kolonialnych, który rychło przełożył się na utratę niemal wszystkich posiadłości w Azji Południowo-Wschodniej. Wojna domowa między Kuomintangiem a komunistami Mao Zedonga toczyła się o kontrolę nad całością kraju. Chiny roku 1949 były jednak niewiele liczebniejsze niż 100 lat wcześniej (544 miliony mieszkańców, dla porównania – Stany Zjednoczone liczyły już 150 milionów), a przede wszystkim znajdowały się w stanie upadku gospodarczego. Gospodarka chińska z 1950 roku była sześciokrotnie mniejsza od amerykańskiej.
Okres władzy Mao Zedonga należy oceniać na dwóch płaszczyznach. Jedna to ogólna nieefektywność przyjętego systemu gospodarczego, rozliczne szalone, prowadzące do tragicznych skutków rozwiązania, niszczące znaczną część zgromadzonych przez tysiąclecia zasobów kulturalnych, które składają się na „wielki skok naprzód”, a przede wszystkim niezliczone zbrodnie władzy i ogrom cierpień społeczeństwa. Drugą stanowią: centralizacja polityczna i dokonująca się mimo wszystko w pewnym zakresie modernizacja, czerpiąca z istniejących zdobyczy cywilizacyjnych, wyznaczana przez uprzemysłowienie, rozwój edukacji i opieki zdrowotnej. W aspekcie geostrategicznym oznaczała ona stworzenie pierwszej od stu lat faktycznie efektywnej armii, do której przez pewien czas trafiały najnowocześniejsze wzory sowieckiego sprzętu. Wzrost potęgi Chin został przypieczętowany wejściem w 1964 roku w posiadanie broni nuklearnej.
Moment ten, poprzedzony wspomnianym zerwaniem politycznym z ZSRR, można uznać za cezurę znaczącą odzyskanie przez Chiny statusu samodzielnego aktora w geopolitycznym teatrze. Kraj był skonfliktowany zarówno z USA, jak i z ZSRR. Te pierwsze, po pokonaniu Japonii, wojnie koreańskiej i wycofaniu się z Azji dawnych mocarstw europejskich, stały się dominującym graczem na Pacyfiku i w Azji, wspierającym rząd tajwański roszczący sobie prawa do władzy nad całością terytorium Chin oraz powstrzymującym siły komunistyczne w krajach Azji Południowo-Wschodniej. Z kolei z Sowietami w 1969 roku Chiny stoczyły lokalną wojnę o sporne terytoria graniczne.
Dość szybko okazało się jednak, że autarkia jest nie do utrzymania. Zdecydowanie niewystarczające były zasoby gospodarcze i militarne. Polityka „wielkiego skoku” okazała się opierać na mrzonkach. Braku infrastruktury, wiedzy i kwalifikacji kadr technicznych oraz siły roboczej nie udało się żadną miarą wyeliminować nakazami osiągania globalnych rezultatów, które w istocie prowadziły do dewastacji istniejących zasobów. Drugi aspekt jest ściśle związany z poprzednim – o ile transfer gotowych sowieckich rozwiązań i technologii pozwalał na uruchomienie i utrzymanie produkcji, o tyle już w obliczu słabości nauki i przemysłu ich efektywny rozwój stawał się bardzo poważnym wyzwaniem, nie mówiąc nawet o innowacyjnych opracowaniach samodzielnych. W efekcie potencjał chiński, stosunkowo poważny na przełomie lat 50. i 60., w wyniku starzenia się rozwiązań obniżał się na tle rywali w zastraszającym tempie, a szydercze określenie „Górna Wolta z rakietami” znacznie bardziej pasowało do ChRL niż do Związku Sowieckiego.
Rozwiązaniem dylematu okazało się dla kierownictwa chińskiego postawienie na kartę zachodnią. Okoliczności sprzyjały takiemu biegowi spraw. Zasadniczym rywalem Zachodu pozostawał Związek Sowiecki, dotrzymujący mu kroku w dziedzinie zbrojeń. Na Półwyspie Indochińskim Stany Zjednoczone toczyły wojnę ze – sponsorowanymi przez Moskwę i Pekin – Wietnamem Północnym i ruchami partyzanckimi, a odniesienie rozstrzygającego zwycięstwa stawało się coraz bardziej wątpliwe. W tej sytuacji narzucało się wykorzystanie widocznego konfliktu między komunistycznymi mocarstwami i ocieplenie stosunków z relatywnie słabymi Chinami (mimo wzrostu ludności do 862 milionów w 1972 roku ich gospodarka pozostawała niemal pięciokrotnie mniejsza niż 210-milionowych wtedy Stanów Zjednoczonych). Taki też ruch wykonano. W 1972 roku Richard Nixon odwiedził Pekin, by spotkać się z Mao Zedongiem, co otworzyło drogę do tzw. normalizacji stosunków wzajemnych. Pierwszymi beneficjentami tej polityki byli chiński przemysł zbrojeniowy i armia. Od wczesnych lat 70. z Europy Zachodniej, a później również ze Stanów Zjednoczonych i Izraela, zaczął napływać wąski strumień wyselekcjonowanych systemów i technologii. Z jednej strony pozwalały one Chińczykom pod względem technicznym przekroczyć próg przełomu lat 50. i 60., z drugiej jednak nie wzmacniały ich nadmiernie militarnie.
Zasadniczym przełomem w dziedzinie gospodarczej stało się rozpoczęte w 1978 roku stopniowe, kontrolowane urynkowienie gospodarki (połączone z dekolektywizacją własności rolnej) i otwarcie na inwestycje zagraniczne. Dzięki nadążaniu za rozwojem turbokapitalizmu i wykorzystaniu jego zasady maksymalnej redukcji kosztów (w tym przenoszenia produkcji do krajów o najtańszej sile roboczej) ruch ten rozpoczął przekształcanie Chin w „fabrykę świata”. Zaowocowało to 2,2-krotnym wzrostem PKB Chin do 1989 roku, przy zwiększeniu liczby ludności tylko o 17%. Jednocześnie gospodarka Stanów Zjednoczonych w tym samym roku była już większa od chińskiej tylko 2,8 razy. Wydarzenia na placu Tian’anmen jasno wskazywały, że kierownictwo chińskie nie zamierza dopuścić do ograniczenia swojej władzy politycznej na podobieństwo bankrutujących systemów bloku sowieckiego. Z kolei władzę gospodarczą utrzymywało przez wymuszanie na kapitale zagranicznym tworzenia przedsiębiorstw typu joint-venture.
Ochłodzenie stosunków z Zachodem i sankcje w wielu dziedzinach, w połączeniu z powolną poprawą stosunków ze Związkiem Sowieckim w latach 80., stworzyły nową sytuację, w której Chiny stały się głównym rywalem Stanów Zjednoczonych. Kwestionowały szerzone przez Amerykę, również jako instrument globalnej kontroli, ideały liberalno-demokratyczne oraz powoli zmierzały ku rywalizacji strategicznej. Czemu powoli? Miało to dwie zasadnicze przyczyny. Jedna to strategiczne zalecenie Deng Xiaopinga, które podsumowuje nakaz „nie podnoście głów”. Zgodnie z nimi politykę Chin miały znamionować cierpliwość, zbieranie sił i wyczekiwanie na stosowny moment oraz unikanie prowokowania innych głównych aktorów globalnego teatru. Drugi powód to ograniczone siły wojskowe. Dla rywalizacji na Pacyfiku kluczowe znacznie mają lotnictwo i marynarka wojenna, a na przełomie lat 80. i 90. ich stan nie mógł napawać Chińczyków optymizmem. Amerykanie wprowadzali wtedy pierwsze samoloty stealth, tymczasem podstawowym myśliwcem chińskim była licencyjna wersja MiGa-19 z połowy lat 50. Podobnie archaicznie wyglądało lotnictwo uderzeniowe. W nieco lepszej sytuacji była marynarka wojenna, ale i tu jednostki bazujące na sowieckich rozwiązaniach z lat 50. miały być dopiero uzupełnione przez nowsze, wyposażone w sporej mierze w systemy zachodnie. Chińskie siły zbrojne nie był wtedy w stanie stworzyć zagrożenia konwencjonalnego nawet dla 20-milionowego Tajwanu. Militarne znaczenie Chin opierało się wciąż na orężu nuklearnym, które choć dość mało zaawansowane technicznie i nieliczne w stosunku do arsenałów amerykańskich i sowieckich, stanowiło uzasadnienie mocarstwowego statusu kraju.
Przekroczenie „za wysokich progów” w dziedzinie techniki wojskowej umożliwiła Chinom szeroko zakrojona współpraca z Rosją oraz krajami postsowieckimi, możliwa dzięki normalizacji stosunków, a szczególnie pilna z uwagi na nałożone po 1989 roku sankcje, które zatrzymały dopływ nowszych systemów ze Stanów Zjednoczonych i zachodniej Europy. Zakupy, a następnie podjęcie licencyjnej produkcji systemów rosyjskich, uzupełnione ogromnymi możliwościami korzystania z potencjału intelektualnego obszaru postsowieckiego, a także legalnym i nielegalnym pozyskiwaniem rozwiązań zachodnich, spowodowały radykalną zmianę oblicza chińskich sił zbrojnych. Skokowej modernizacji uległy wszystkie ich gałęzie. Znaczną część wyposażenia lotnictwa stanowią myśliwce Su-27/30 oraz ich chińskie pochodne i wspomniany J-10. Łączna liczba samolotów bojowych chińskiego lotnictwa i marynarki wojennej wynosi około 2200 sztuk, co czyni z Chin drugą pod względem liczebnym potęgę światową. Oznacza to, że kraj posiada około 2/3 stanów amerykańskich, choć lotnictwo USA pozostaje średnio o co najmniej generację bardziej zaawansowane, gdyż dysponuje niezwykle zaawansowanymi systemami uzbrojenia, rozpoznania i dowodzenia, wciąż niedostępnymi dla Chin. Niemniej najnowocześniejsze, liczone w setki maszyny chińskie, są już w stanie podjąć walkę z wersjami konstrukcji wywodzących się z lat 70., stanowiącymi wciąż większość stanów lotnictwa amerykańskiego. To zasadniczy postęp w porównaniu z sytuacją sprzed ćwierćwiecza, gdy takie starcie przypominałoby dla strony amerykańskiej polowanie na kaczki. Podobnie rzecz ma się z flotą Chin. Około 60 niszczycieli oraz fregat nowej generacji wybudowanych od lat 90. lub zakupionych w Rosji, wspieranych przez 40 odpowiadających im pokoleniowo konwencjonalnych oraz 10 nuklearnych okrętów podwodnych, ustępuje co prawda nowoczesnością jednostkom US Navy, wyposażonym w najbardziej zaawansowane na świecie systemy. Stanowią jednak znaczną siłę, której Stany Zjednoczone żadną miarą nie mogą lekceważyć. Istotną zmianą, kluczowym krokiem floty chińskiej na drodze do możliwości pokazania siły na oceanach i dalekich lądach, było wcielenie w 2012 roku przez chińską marynarkę wojenną do służby pierwszego lotniskowca „Liaoning”. Budowana jeszcze za czasów sowieckich jednostka, przejęta przez Ukrainę i odkupiona przez Chiny, oficjalnie w celu przekształcenia w pływający hotel i kasyno, została wykończona do pełnienia funkcji szkolno-bojowych, a na podstawie uzyskanej wiedzy i doświadczeń Chiny budują dwie kolejne.
W aspekcie gospodarczym Chiny do dziś kroczą ścieżką nieprzerwanego rozwoju, którego nie zakłócił w istotnym stopniu nawet kryzys gospodarczy lat 2008–2009. Według szacunków dotyczących 2016 roku przewaga Stanów Zjednoczonych pod względem PKB stopniała do 63%. Następuje przy tym zauważalna zmiana charakteru chińskiej gospodarki. O ile jeszcze przed dekadą marki chińskie praktycznie nie były znane w świecie, o tyle dziś Lenovo, Huwaei czy ZTE są poważnymi graczami. Dokonują się również spektakularne przejęcia przedsiębiorstw zagranicznych – obok nabycia przez Lenovo działu komputerów osobistych IBM można wymienić zakup przez holding Geely firmy Volvo Cars. Obecna polityka gospodarcza zakłada z jednej strony promowanie innowacyjności (np. w zakresie technologii ekologicznych), a z drugiej – zminimalizowanie uzależnienia gospodarki od eksportu przez pobudzanie stosunkowo niewielkiej dotychczas konsumpcji wewnętrznej. Ma temu służyć rozbudowa słabego do tej pory sektora usług, a także rozwój systemów emerytalnych i opieki zdrowotnej. Celem jest utrzymanie wysokiej stopy wzrostu dzięki wykorzystaniu ogromnych rezerw wewnętrznych. Imponująca globalna wartość PKB Chin rozkłada się na ogromną populację, przez co wartość per capita pozostaje względnie niska – w 2015 roku wynosiła 8141 dolarów, przy 56 084 dolarach w Stanach Zjednoczonych (dla porównania – Polska osiąga wskaźnik 12 142 dolarów). Powodzenie tych zamiarów, wraz z luzowaniem restrykcyjnej dotychczas polityki demograficznej (obowiązujące od 1980 roku ustawowe ograniczenie do jednego dziecka na rodzinę zostanie w 2017 roku zastąpione ograniczeniem do dwojga) będzie miało jeden skutek: w ciągu kilkunastu najbliższych lat Chiny staną się pierwszą gospodarką świata, a później wysforują się na pozycję wyraźnego lidera. Zgodnie z szacunkami na rok 2050 ich gospodarka będzie wtedy o połowę większa od amerykańskiej.
Wzrost potęgi na wszystkich polach spowodował przewartościowania w chińskiej polityce. O ile w latach 90. i w kolejnym dziesięcioleciu władze ściśle przestrzegały zasady „niepodnoszenia głów”, ograniczając się do biernego oporu względem amerykańskiego unilateralizmu i nie popierając żadnej interwencji amerykańskiej na świecie, ale też nie ingerując, o tyle początek bieżącej dekady przyniósł zmianę. Jest ona związana z widocznym kryzysem systemu finansowego opartego na dominacji amerykańskiego modelu bankowości i dolarze jako głównej światowej walucie rozliczeniowej – oraz z wyczerpywaniem się sił Stanów Zjednoczonych w wojnach ekspedycyjnych. Nowa generacja polityków, reprezentowana przez Xi Jinpinga i premiera Li Keqianga, sformułowała nowe hasła: „chińskiego marzenia” i „wielkiego renesansu narodu chińskiego”. Zasada bierności i kumulowania sił została explicite odrzucona na rzecz aktywności w polityce zagranicznej. Jako długoterminowy cel tych strategii jawi się odzyskanie przez kraj statusu supermocarstwa, jaki miał on do XIX w.
Wspomniane hasła nie są czczymi deklaracjami. Od początku wieku obserwujemy zdecydowany wzrost aktywności Chin w skali globalnej. Stały się kluczowym graczem w Afryce, gdzie kupują niezbędne dla gospodarki surowce i inwestują w projekty infrastrukturalne i przemysł, udzielają rządom korzystnych pożyczek i rozdzielają pomoc finansową. Działają w Ameryce Południowej, znów kupując surowce (są obecnie największym partnerem handlowym m.in. Brazylii i Wenezueli), ale też przymierzając się do infrastruktury, czego przykładem może być projekt Kanału Nikaraguańskiego, którego rzeczywisty status i perspektywy są jednak wciąż niejasne. Są obecne oczywiście również na bliższych obszarach: w zaprzyjaźnionym niemal od zarania państwowego bytu Pakistanie budują potężny port przeładunkowy w Gwadarze. Kluczowym rejonem jest jednak samo Morze Południowochińskie, na którym od początku bieżącej dekady Chiny często zachowują się prowokacyjnie, wysyłając silne zespoły floty w pobliże Japonii, z którą prowadzą spór o Wyspy Senkaku. Pozostają w aktywnym konflikcie o Wyspy Paracelskie z Wietnamem, Malezją i Filipinami.
Działaniom o charakterze lokalnym towarzyszą inicjatywy mające par excellence wymiar globalny. W połowie 2015 roku utworzono Azjatycki Bank Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB), zrzeszający ponad 50 krajów z całego świata, w tym Polskę. To alternatywa wobec Banku Światowego czy Międzynarodowego Funduszu Walutowego – z decydującym głosem Pekinu. Juan staje się walutą światową, Chińczycy naciskają na używanie go w rozliczeniach w kontaktach z partnerami handlowymi. Wreszcie w 2013 roku Xi Jinping przedstawił koncepcję Nowego Jedwabnego Szlaku, czyli sieci korytarzy transportowych (kolejowych, drogowych, przesyłowych) oraz połączeń politycznych i gospodarczych – w tym tworzonych przez ekspansję chińskich instytucji finansowych – między Chinami a Europą, przez które odbywałby się transfer obrotów między tymi obszarami; w 2013 roku wyniosły one 559 miliardów dolarów. Szlak morski miałby przebiegać z Chin przez cieśninę Malakka, Sri Lankę, Ocean Indyjski, Róg Afryki i Kanał Sueski do Morza Śródziemnego. Szlak lądowy wiódłby z Chin przez Kazachstan do Europy. Z Kazachstanu możliwych jest kilka alternatywnych tras: przez Rosję, Białoruś/Ukrainę i Polskę do Niemiec, przez Uzbekistan i/lub Turkmenistan, Iran i Turcję lub Gruzję do Bułgarii bądź na Słowację.
Rosnąca potęga Chin sama w sobie stanowi zagrożenie dla obecnego globalnego hegemona, tym większe w sytuacji jego osłabienia. Stanowi kolejną odsłonę konfliktu mocarstw morskiego i lądowego. Trwa on od skomunikowania świata u zarania ery nowożytnej. Stawką jest dominacja na świecie. Konflikt obejmuje obszary militarny, gospodarczy i polityczny. Jest w sporej mierze niezależny od intencji stron, ponieważ następuje na mocy praw geopolityki i działania politycznej grawitacji. Wzrost jednego z aktorów porywa go z impetem i wywołuje reakcję innych uczestników dramatu.
Polityka amerykańska w dość wyraźny sposób ewoluowała w kwestii chińskiej. Na początku lat 90. nie postrzegano Chin jako zagrożenia, czego widomym znakiem była likwidacja baz na Filipinach. Dekada ta przebiegła pod znakiem nieuznawania czynnika chińskiego w polityce za strategiczne zagrożenie, mimo wyraźnego wsparcia dla Tajwanu podczas kryzysu w latach 1995–1996, który zresztą unaocznił ówczesną bezwzględną supremacją militarną Stanów Zjednoczonych. Koniec lat 90. znamionowało wyraźne odprężenie w relacjach. Zmieniło się to z nastaniem ery George’a W. Busha, kiedy to Chiny zostały uznane za „strategicznego konkurenta” – wcześniej były „strategicznym partnerem”. Za jedną z zasadniczych przyczyn „wojny z terrorem” uznaje się (mające ostrze antychińskie) dążenie Stanów Zjednoczonych do przejęcia kontroli nad leżącymi w regionie Zatoki Perskiej złożami ropy naftowej. Odsłona tej wojny na odcinku afgańskim umożliwiła Amerykanom ustanowienie (za zgodą Rosji) czasowej, jak się okazało, obecności wojskowej w Kirgistanie i w Uzbekistanie. Nastąpiły też dalsze dostawy broni dla Tajwanu. Są one barometrem skomplikowanych relacji amerykańsko-chińsko-tajwańskich: w okresach ochłodzenia stosunków z Pekinem Waszyngton jest wyraźnie bardziej chętny do zawierania umów i ich realizacji, choć nakłada się na to dalekie od pełnego zaufanie do Tajwańczyków, wśród których bój toczą tendencje niezawisłościowe i prochińskie. Rok 2011 przyniósł – w obliczu kryzysu gospodarczego i coraz wyraźniej rosnącej potęgi Chin – oficjalne ogłoszenie przewartościowania amerykańskiej strategii przez zwrot na Pacyfik i przesunięcie na ten obszar zasadniczej uwagi Waszyngtonu oraz większości sił zbrojnych. Ogólnie rzecz biorąc, zadanie amerykańskiej strategii polega na utrzymaniu kontroli nad łańcuchem ograniczającym swobodę wyjścia Chin na oceany, rozciągającym się od Japonii przez Tajwan i Filipiny po Indonezję, oraz nad szlakami komunikacyjnymi na obu wielkich oceanach.
Wspomniany zwrot konweniuje z obawami przed zdominowaniem przez chińską potęgę, dzielonymi przez wszystkie praktycznie kraje szeroko rozumianego regionu. Powtarza się tu scenariusz opisywany przez Raymonda Arona w odniesieniu do Niemiec wilhelmińskich, których rosnąca potęga po zjednoczeniu groziła, z uwagi na potencjał ludnościowy i dynamizm rozwoju, gospodarczym zdominowaniem wszystkich lokalnych aktorów. Chiny stanowią takie zagrożenie dla Japonii – potężnej, lecz pogrążonej w stagnacji gospodarczej, niezwykle słabych militarnie Filipin, tradycyjnie wrogiego im Wietnamu. Budzą niepokój także innej rosnącej potęgi – Indii, z którymi dzielą sporną górską granicę. Wspierają ich tradycyjnego wroga, Pakistan, i dążą do obecności wojskowej oraz politycznej na Oceanie Indyjskim – obok wspomnianego Gwadaru chodzi o obecność i wpływy w Myanmarze, na Sri Lance, a także w Somalii, gdzie od 2009 roku stale operują zespoły okrętów chińskiej marynarki wojennej. Oczywistym przykładem jest Tajwan, którego reintegracja stanowi zasadniczy cel polityki chińskiej.
Taki stan rzeczy prowadzi do zauważalnego ocieplenia stosunków poszczególnych krajów ze Stanami Zjednoczonymi, postrzeganymi jako przeciwwaga dla lokalnego giganta. W ostatnich latach wskutek zgodnych inicjatyw obu stron nastąpiła całkowita normalizacja stosunków amerykańsko-wietnamskich, ukoronowana niedawnym zniesieniem embarga na dostawy broni. Filipiny dążą z amerykańską pomocą do pewnego zwiększenia potencjału obronnego, planowane jest także otwarcie pięciu nowych baz w tym kraju. Zdecydowanemu zacieśnieniu uległy relacje amerykańsko-indyjskie. Stany Zjednoczone stają się coraz ważniejszym dostawcą uzbrojenia dla Indii, wypierając z tego rynku Rosję, choć wcześniej były na nim praktycznie nieobecne. Rozwija się współpraca z Japonią, np. w dziedzinie obrony przeciwrakietowej, którą należy postrzegać jako mającą również tło antychińskie – arsenał nuklearny tego kraju jest znacznie mniej liczny niż amerykański i rosyjski (wynosi, według różnych szacunków, 5–10% każdego z nich, co czyni jego dezaktywację przez tarcze antyrakietowe znacznie bardziej prawdopodobną). Tajwan uzyskuje zgody na dostawę kolejnych transzy uzbrojenia.
Chiny a Rosja
Bardzo ważnym elementem tła relacji chińsko-amerykańskich jest Rosja. Jak wspomniano wcześniej, normalizacja stosunków sowiecko-chińskich postępowała powoli w latach 80. ubiegłego stulecia, czego ukoronowaniem była wizyta Michaiła Gorbaczowa w Pekinie w 1989 roku W jej następstwie w 1991 roku podpisano umowę graniczną, regulującą większość spornych kwestii, usuwającą groźbę konfliktu i pozwalającą obu stronom na zasadnicze zmniejszenie ogromnej dotychczas militaryzacji granicy. Ocieplenie to, dotyczące – po rozpadzie Związku Sowieckiego – Rosji, umożliwiło dzięki transferom sprzętu i technologii w postaci produkcji licencyjnej skokowy rozwój chińskiego potencjału militarnego. Było zbawienne również dla rosyjskiego przemysłu obronnego, który w sytuacji braku zamówień, wynikającego z zapaści gospodarczej, utrzymywał się głównie dzięki sprzedaży do Chin i Indii. Po początkowym uśpieniu relacji politycznych, w 1994 roku rozpoczęła się trwająca do dziś epoka sojuszy i partnerstw o różnym natężeniu (pierwotnie było to partnerstwo „konstruktywne”, później „strategiczne”).
Ogólnie rzecz biorąc, w aspekcie politycznym dla Rosji Chiny stanowią kartę przetargową w relacjach z Zachodem, a w szczególności ze Stanami Zjednoczonymi – w okresach ochłodzenia Kreml zwraca się ku wschodniemu sąsiadowi, odwraca przy „resetach”. „Strategiczne partnerstwo”, zainicjowane w 1996 roku, stanowiło reakcję na otwarcie drogi państw Europy Środkowo-Wschodniej do NATO wbrew sprzeciwom Rosji. Rok 2001 przyniósł próbę ocieplenia stosunków Moskwy z Waszyngtonem pod hasłem „wojny z terrorem”, co zaowocowało szokującą dla Chin obecnością wojsk amerykańskich w Azji Środkowej, wskutek czego uznały one Rosjan za partnera obrotowego, niegodnego rzeczywistego zaufania. Ponowne zbliżenie chińsko-rosyjskie nastąpiło w 2005 roku z uwagi na brak efektów poprzedniego zwrotu. Rosja nie uzyskała od Stanów Zjednoczonych oczekiwanej carte blanche na obszarze postsowieckim, nastąpiły wręcz „kolorowe rewolucje”; sama z kolei nie wsparła Amerykanów na Bliskim Wschodzie.
W kolejnych latach Rosja, a w szczególności jej daleki wschód, stawała się w coraz większym stopniu zapleczem surowcowym Chin, które finansowały infrastrukturę przesyłową. Pekin dysponuje dzięki temu lądowymi drogami dostaw strategicznych surowców, Rosja ma w relacjach z Zachodem alternatywę polityczną oraz gospodarczą. Pozwala jej to na wzrost poczucia znaczenia oraz na snucie wizji imperialnych, a w perspektywie – grę na sprzecznościach między ośrodkami rywalizującymi o globalną władzę. W rzeczywistości jednak stosunki te są obciążone zasadniczą nierównowagą. Gospodarka chińska jest dziewięciokrotnie większa od rosyjskiej, struktura wymiany handlowej przypomina schemat kolonialny: do Chin wędrują surowce i materiały nieprzetworzone, do Rosji – towary przemysłowe i żywność. Powoli wyczerpuje się atrakcyjność Rosji nawet jako dostawcy technologii wojskowych. Mimo zachowania przez Rosjan pewnych kluczowych atutów, jak niedopuszczenie do przekazania licencji na produkcję silników do samolotów wojskowych, Chińczycy dopracowują się powoli własnych rozwiązań. Zapewne wersje ich zaprezentowanych niedawno samolotów bojowych będą już napędzane jednostkami co najmniej własnej produkcji.
W razie długofalowego powodzenia chińskiego projektu modernizacyjnego Rosji grozi ostateczna wasalizacja. Niemniej, z racji własnego imperializmu i skonfliktowania z Zachodem po kryzysie ukraińskim, jest skazana na Chiny, zatem relacje te powinny być w perspektywie najbliższych lat stabilne. Jednak po stronie Moskwy istnieje potencjał kolejnych wolt. Zachód pozostaje dla Rosji najważniejszym politycznym oraz gospodarczym punktem odniesienia. Realizacja programu Nowego Jedwabnego Szlaku spowoduje ugruntowanie w krajach tego obszaru wpływów gospodarczych Chin, którym Rosja nie jest w stanie wiele przeciwstawić, ponieważ preferuje projekty przede wszystkim polityczne, takie jak, poniekąd wbrew nazwie, Euroazjatycka Unia Gospodarcza.
Powrót do Polski
Nasz kraj sam w sobie jest w globalnej grze pionkiem. Leży jednak w obszarze zderzania się bloków geopolitycznych. Zaostrzanie się rywalizacji między Stanami Zjednoczonymi a Chinami z Rosją w tle w oczywisty sposób zwiększa zagrożenia, chociaż niesie też szanse.
Największa z nich wiąże się z projektem lądowej części Nowego Jedwabnego Szlaku, mającego zmniejszyć zależność chińskiego handlu od tras morskich kontrolowanych przez Stany Zjednoczone i ich sojuszników. Przez Polskę prowadzi najłatwiejsza do realizacji trasa, wykorzystująca istniejące już połączenia. Związana z tym projektem chińska koncepcja dla Europy Środkowej, określona przez grupę 16+1, pokrywa się z historycznymi polskimi wizjami Międzymorza, bo obejmuje kraje wyszehradzkie, bałtyckie i bałkańskie. Wsparcie przez Chiny nadałoby Międzymorzu substancjonalności pozwalającej w razie powodzenia projektu na uzyskanie przez region podmiotowości politycznej, którą należałoby zasadniczo wzmocnić więziami w ramach Europy Bałtyckiej oraz z krajami skandynawskimi i Ukrainą.
Na tej drodze piętrzą się jednak z polskiego punktu widzenia liczne trudności. Zasadniczą jest dysproporcja potencjałów między wszystkimi krajami razem wziętymi a Chinami, a także słabość każdego z nich z osobna, w tym samej Polski. Ich gospodarki są w dużej mierze montowniane, oparte na taniej sile roboczej. Są zapleczami krajów UE i Stanów Zjednoczonych, pozbawionymi marek atrakcyjnych dla rynku Państwa Środka. Choć można mieć pewne nadzieje na ponadnormatywną życzliwość w związku z brakiem udziału Polski i innych krajów regionu w „wieku hańby”, chińskie zaangażowanie na pewno nie oznacza przyniesienia nam książęcego diademu i kontenerów pełnych dóbr. Konieczna będzie twarda walka o interesy, o korzystny dla nas przebieg procesów gospodarczych, tak aby nie oznaczały one kolejnej kolonizacji i wpadnięcia z deszczu pod rynnę. Pojedynkiem Dawida z Goliatem będzie zapewne przekonywanie Pekinu przez Warszawę do takiego ukierunkowania projektów w regionie, aby uwzględniały w jak największym stopniu lokalne interesy, w tym nasze. Problemem będzie oczywiście organizacja stosunków w regionie w taki sposób, by występował jako jedna całość, z największym krajem jako liderem, a nie jako konkurent rywalizujący na własną rękę o cudze względy. Oczywiście należy brać pod uwagę scenariusz również takiej konkurencji i prób maksymalnego wyzyskania własnych atutów. W każdym razie konieczne są skuteczne działania na rzecz siły, konkurencyjności i podmiotowości gospodarczej jako warunków sine qua non pojawienia się jakichkolwiek korzyści.
Istnieją oczywiście związane z czynnikiem chińskim kluczowe zagrożenia i szanse, niezależne od koncepcji Międzymorza. Możliwość oparcia się na Chinach z jednej strony ułatwia Rosji prowadzenie w regionie imperialnej, rewizjonistycznej polityki, z drugiej jednak otwiera krajom naszego regionu możliwość szukania w potężnym Pekinie moderatora ograniczającego rosyjskie zapędy. To ważne szczególnie z uwagi na koncentrację Stanów Zjednoczonych na Pacyfiku i zmniejszenie możliwości skutecznego działania w Europie Środkowej w razie konfliktów, które prawdopodobnie z upływem czasu będą się pogłębiać. Z drugiej strony, zmiana stosunku sił na niekorzyść Stanów Zjednoczonych będzie zapewne zwiększała ich skłonność do obłaskawiania Rosji, także w regionie. Chwilowo takiego zagrożenia nie widać, jednak trzeba pamiętać o wcześniejszych zwrotach i „resetach” politycznych. Warto również wspomnieć o wyrażonej ostatnio przez Zbigniewa Brzezińskiego opinii na temat końca ery globalnej dominacji i konieczności pokojowego podzielenia się z Chinami oraz Rosją władzą nad światem w celu zachowania przez Waszyngton pozycji seniora nowej Wielkiej Trójki. Może to wskazywać na istnienie w amerykańskiej elicie władzy rozbieżnych opinii, które z kolei mogą przekładać się na wahania wpływów opcji konfrontacyjnej i ugodowej oraz rzutować na sytuację globalną, w szczególności potencjalnie dotkliwie na pograniczach. Wiele wskazuje na to, że ofiarą takich wahań stała się w 2008 roku Gruzja, zachęcona do asertywnej polityki wobec Rosji, a następnie pozbawiona wsparcia w związku z nadchodzącym przesunięciem na szczytach władzy.
Narzuca się wniosek, że Polska jest skazana na prowadzenie wirtuozerskiej polityki, balansującej między Waszyngtonem a Pekinem. W żadnym razie nie można dopuścić do bezalternatywności. W tym kontekście szczególnie niepokojące wydaje się mianowanie wiceministrem spraw zagranicznych odpowiedzialnym za politykę amerykańską i azjatycką byłego pracownika amerykańskich instytucji państwowych, związanego z tym krajem całym przebiegiem kariery. Nominacja ta została, w niezwykły dla ich zwyczajowo aksamitnej dyplomacji, skrytykowana jawnie przez chińskie czynniki oficjalne. W aspekcie jakości polityki zagranicznej nie sposób nie wspomnieć o prowadzącym ją ministrze, którego temperament publicystyczny jest odwrotnie proporcjonalny do osiągnięć. Podobne obawy budzi radykalnie proamerykański zwrot w polityce zamówieniowej Ministerstwa Obrony Narodowej, wykonany w niewiarygodnym wprost stylu, psującym w fatalny sposób stosunki z kluczowym krajem Unii Europejskiej. W sytuacji braku konkretów można obawiać się, że zdecydowane zaangażowanie na kierunku chińskim w 2015 roku stanowiło rodzaj zasłony dymnej dla rzeczywistego zamiaru prowadzenia polityki nawet nie proamerykańskiej, a bezpośrednio amerykańskiej. Oczywiście każda polityka jest podatna na korekty, niemniej wolty czy, co gorsza, pozorowanie zaangażowania na strategicznym kierunku, aby odstąpić od niego dla jakichś minimalnych czy wręcz pozornych korzyści, takich jak rozmieszczenie w kraju symbolicznych sił sojuszniczych, grozi postrzeganiem nas jako partnera zupełnie niepoważnego i niewartego uwagi w przyszłości.
dr Jan Przybylski
Autor w znaczącej mierze jest dłużnikiem dr. Jacka Bartosiaka i dr. Michała Lubiny, z których ustaleń obficie korzystał, a do prac „Pacyfik i Eurazja. O wojnie” oraz „Niedźwiedź w cieniu smoka. Rosja–Chiny 1991–2014” odsyła Czytelników zainteresowanych pogłębionym ujęciem tematu.