Piotr Wójcik: Dwie Polski

Piotr Wójcik: Dwie Polski

Przyjęło się uważać, że Polska jest jedna. Tak się ją analizuje w debatach, tak się o niej mówi w serwisach informacyjnych, tak o niej myślą zagorzali patrioci, dla których Polska to jest, a przynajmniej powinna być, jedna wielka wspólnota. To jedno z większych przekłamań, które swobodnie funkcjonują w debacie publicznej. Niezwykle jednolita etnicznie Polska jest, nawet po fali imigracji zarobkowej do kraju nad Wisłą w ostatnich latach, poprzecina głębokimi rowami klasowymi i terytorialnymi. Efektem tego są bardzo duże różnice w standardzie i stylu życia mieszkańców różnych części kraju, różnych części miast, a także miast i wsi. Są one zazwyczaj przemilczane w wiodących mediach – z jednej strony jako niewygodne, z drugiej jako niezauważane. Celebryci medialni zamknięci w swoich bańkach towarzyskich zerkają co najwyżej na wskaźniki ekonomiczno-społeczne dla całego kraju, wywodząc z tego różne teorie, często błędne. Żeby zerknąć nieco głębiej, musieliby „wyjść ze swojej strefy komfortu”, a to przecież sprawdza się tylko w spotkaniach kołczingowych, ewentualnie w indywidualnych karierach zawodowych i gierkach towarzyskich. Kształtować swój światopogląd lepiej w sposób bezpieczny, nie wychodząc poza utarte ścieżki, żeby przypadkiem nie doznać jakiegoś nieprzyjemnego dysonansu poznawczego.

Bułgaria i Dania w jednym kraju

Nawet najbardziej prymitywny wskaźniki dobrobytu, jakim jest PKB na głowę, ale w skali regionalnej, pokazuje, że podmiot o nazwie „Polska” to co najmniej dwa odrębne byty. Istniejące formalnie w jednych granicach, występujące obok siebie, ale mające przynajmniej tyle samo różnic, co podobieństw. Polska jako całość osiągnęła poziom rozwoju około 70 procent średniej unijnej. Problem w tym, że aż pięć polskich województw nie osiągnęło nawet połowy średniej unijnej, a kolejne cztery przekroczyły ją o kilka punktów procentowych. Przykładowo województwo lubelskie osiągnęło poziom rozwoju równy 47 procentom średniej UE, a więc jest mniej rozwinięte niż Bułgaria, najbiedniejszy kraj UE. Mniej więcej na poziomie Bułgarii znajdują się województwa podkarpackie, świętokrzyskie, podlaskie oraz warmińsko-mazurskie. Za to województwa dolnośląskie oraz wielkopolskie są już mniej więcej na poziomie Portugalii, a Mazowsze jako całość jest o 5 pkt. proc. zamożniejsze od Francji. Oczywiście dla województwa mazowieckiego wskaźnik ten zawyża Warszawa, która samodzielnie osiągnęła poziom rozwoju ok. 140 proc. średniej UE (dwukrotnie wyższy niż całego kraju). Gdyby Warszawa była odrębnym krajem, a są przecież w UE państwa o podobnej liczebności, byłaby zamożniejsza od Holandii, Niemiec czy Danii.

Oczywiście w Niemczech, Danii czy Holandii również są obszary biedniejsze, zaniżające wskaźnik PKB dla całego kraju. Gdybyśmy porównali Warszawę z samą Kopenhagą, Amsterdamem czy Monachium (bo już nie z Berlinem, od którego „nasza” stolica jest zamożniejsza, przynajmniej według parytetu siły nabywczej), to miasta te okazałyby się zdecydowanie bogatsze. Nie zmienia to faktu, że tak wielkiego rozziewu między poziomem rozwoju stolicy a resztą kraju nie ma nigdzie indziej w UE, poza Słowacją i Rumunią.

Od dobrobytu po biedę

GUS opublikował niedawno raport „Regionalne zróżnicowanie jakości życia w 2018 r.”. W niektórych obszarach różnice regionalne są jeszcze bardziej drastyczne – na przykład w zakresie sytuacji dochodowej gospodarstw domowych. W województwie mazowieckim 27 proc. gospodarstw domowych zakwalifikowanych jest do grupy wysokich dochodów, a 9 proc. do grupy relatywnego ubóstwa. W dolnośląskim 20 proc. gospodarstw domowych ma wysokie dochody, a 10 proc. jest dotkniętych ubóstwem relatywnym. W pomorskim to odpowiednio 18 proc. i 11 proc. Tymczasem na tak zwanej ścianie wschodniej sytuacja jest idealnie odwrotna. W województwie lubelskim sytuacja dochodowa 26 proc. gospodarstw domowych kwalifikuje je do grupy ubóstwa relatywnego, a zaledwie 7 proc. do grupy o wysokich dochodach. W podkarpackim 19 proc. rodzin dotyka ubóstwo relatywne, a wysokimi dochodami może się pochwalić jedynie 8 proc. rodzin. W podlaskim to odpowiednio 18 proc. i 9 proc.

Różnice w sytuacji materialnej potwierdzają także dane subiektywne z wspomnianego opracowania, czyli poziom zadowolenia z zarobków. W województwie łódzkim ze swoich dochodów zadowolonych było jedynie 33 proc. mieszkańców, a w podkarpackim, lubelskim i podlaskim 36 proc. Tymczasem w dolnośląskim 48 proc., pomorskim 47 proc., a w śląskim 46 proc.

Bardzo duże różnice w poszczególnych regionach występują także na rynku pracy. W III kwartale 2018 roku stopa bezrobocia liczona według metody BAEL wyniosła w Polsce 3,8 proc. Jednak już na poziomie województw różnice były nawet kilkukrotne. W województwie wielkopolskim wyniosło ono zaledwie 1,5 proc., a więc jak w czasach tak zwanego złotego wieku kapitalizmu po II wojnie światowej. Również w małopolskim (2,5 proc.) oraz opolskim (2,6 proc.) było ono na poziomie bezrobocia naturalnego. Jednak już w województwie podkarpackim (6,5 proc.) oraz lubelskim (6,4 proc.) było ono na poziomie odczuwalnego problemu. W tych województwach stopa bezrobocia była ponad czterokrotnie wyższa niż w Wielkopolsce.

Duże różnice w stopie bezrobocia widać także między miastem a wsią. W prawie każdej grupie wiekowej stopa bezrobocia na wsi jest przynajmniej o kilka punktów procentowych wyższa. W najmłodszej grupie wiekowej w miastach bezrobotni stanowią nieco ponad 20 procent, za to na wsi niemal 35 procent. W województwach podkarpackim, świętokrzyskim oraz lubelskim ponad 25 procent świeżo upieczonych absolwentów ma problemy ze znalezieniem pracy, tymczasem w wielkopolskim i śląskim mniej niż 15 procent.

Trzy lata robią różnicę

Oczywiście ta przepaść między poszczególnymi regionami Polski w poziomie rozwoju i w sytuacji gospodarczej przekłada się na standard życia i wskaźniki społeczne. Widać to chociażby po przeciętnej długości życia, która zależnie od regionu Polski różni się nawet o kilka lat. Przykładowo mężczyźni w województwie łódzkim żyją przeciętnie 71,9 lata, a w warmińsko-mazurskim 73 lata. Tymczasem w małopolskim 75,4 lat, a więc 3,5 roku dłużej niż w łódzkim. W województwie pomorskim mężczyźni żyją przeciętnie trzy lata dłużej niż w łódzkim i dwa lata dłużej niż w warmińsko-mazurskim. Trzy lata to może się wydawać niedużo, ale to różnica taka, jak między Polską a Wielką Brytanią albo Danią.

Także poziom patologii społecznych w poszczególnych województwach bywa diametralnie różny. Zwolennicy ekonomii liberalnej zwykle twierdzą, że patologie społeczne są powodem złej sytuacji materialnej, prawda jest jednak zupełnie inna. To zła sytuacja materialna wpływa na ekspansję patologii społecznych. Ludzie bez większych perspektyw życiowych próbują ratować samopoczucie używkami, najczęściej alkoholem, co oczywiście często jeszcze bardziej ich pogrąża, ale to zła sytuacja materialna jest pierwsza, a nie szczególna skłonność do nałogów wśród ubogich. Nic więc dziwnego, że w zakresie osób zarejestrowanych w poradniach dla osób z zaburzeniami na tle alkoholowym przodują województwa mniej rozwinięte. W województwie małopolskim w poradniach zarejestrowanych są 352 osoby z problemami alkoholowymi na 100 tys. mieszkańców, a w pomorskim zaledwie 228 osób. Tymczasem w podlaskim aż 548 osób, w warmińsko-mazurskim 507 osoby, a w łódzkim 502.

Na Mazurach nie postudiujesz

Olbrzymie różnice widać także w poziomie wykształcenia, szczególnie pod względem wykształcenia wyższego, co pokazuje wskaźnik skolaryzacji dla szkolnictwa wyższego. W Małopolsce studiuje aż 53 procent osób w wieku studenckim, na Mazowszu 48 proc., a w Wielkopolsce 42 procent. Tymczasem na Warmii i Mazurach zaledwie 19,5 proc., na Podkarpaciu 23 procent, a w województwie świętokrzyskim 21 procent. Te czasem ponad dwukrotne różnice to prawdziwa przepaść. W Polsce różnice w wykształceniu wynikają nie tylko z miejsca zamieszkania, ale przede wszystkim z wykształcenia rodziców. A te także są bardzo duże między poszczególnymi województwami. Na Pomorzu aż 9 procent rodziców respondentów miało wyższe wykształcenie w momencie, gdy pytany miał 14 lat, a w Zachodniopomorskim 8 procent. Tymczasem na Warmii i Mazurach rodziców z wyższym wykształceniem miało zaledwie nieco ponad 3 procent pytanych, a w świętokrzyskim niecałe 5 procent.

Polska jest krajem o niezwykle dużych różnicach regionalnych. Rozpatrywanie sytuacji ekonomiczno-społecznej w Polsce jako całości prowadzi do wielu mylnych wniosków, które jednak bywają bardzo wygodne dla tych, którzy je wysuwają. Polsce potrzeba jak najszybciej polityki regionalnej z prawdziwego zdarzenia, która zasypie olbrzymie różnice w rozwoju między naszym rodzimym centrum a peryferiami. Polityka ta musi uwzględniać zarówno deglomerację, jak i ekspansję usług publicznych na prowincji, szczególnie komunikacyjnych, ale nie tylko (także w sferze służby zdrowia czy edukacji). Deklaratywnie wydaje się tym zainteresowany Robert Biedroń, tylko że deglomeracji w swoim programie na stronie Wiosny poświęcił jeden akapit, a komunikacji publicznej dwa. Tymczasem świeckiemu państwu pięć akapitów, a nowoczesnej przedsiębiorczości aż osiem. Widać więc, jakim problemom rzeczywiście nadaje wiodącą rangę. Najprawdopodobniej mieszkańcy polskiej prowincji będą jeszcze czekać lata, aż ktoś się nią zajmie naprawdę poważnie.

Piotr Wójcik

Piotr Wójcik: Różnice w nierównościach

Piotr Wójcik: Różnice w nierównościach

Debata o polskich nierównościach nie jest specjalnie wiekową damą. Dosyć późno zaczęliśmy rozmawiać w III RP o różnicach ekonomicznych, choć od momentu jej utworzenia błyskawicznie one rosły. W latach 90. i w pierwszych latach XXI wieku debatę publiczną bardziej zajmowała kwestia biedy jako takiej, a mniej sposób podziału rosnącego tortu. Choć przecież różnice w zarobkach były równie widoczne na ulicy, co ubóstwo. Doprowadziło to do tego, że polityka ekonomiczna kolejnych rządów była ślepa przynajmniej na jedno oko – decydenci nie widzieli nierówności jako przyczyny biedy, lecz jedynie jako jej skutek. Co gorsza, samo pojęcie biedy było pojmowane wyjątkowo prymitywnie, jako efekt negatywnych cech osobowości, a nie jako rezultat nieprzyjaznego i niesprawiedliwego porządku społecznego. Przynajmniej w głównym nurcie społecznego dyskursu. Na szczęście trochę się od tego czasu zmieniło i wiele Polek oraz Polaków zaczęło kwestionować wyroki rynku, a zjawisko nierówności dochodowych i majątkowych na stałe zagościło w debacie ekonomicznej. Dziś już ludziom zorientowanym w kwestiach społecznych nie trzeba zwykle tłumaczyć, czym jest wskaźnik Giniego i które kraje są najbardziej egalitarne, a które wręcz przeciwnie.

Oczywiście nie znaczy to, że w temacie nierówności nastąpił konsensus. Wciąż wielu komentatorów kwestionuje znaczenie nierówności i ich negatywne skutki. Innym obszarem debaty w tym temacie była wielkość polskich różnic ekonomicznych. Jedni uparcie przekonują, że są one umiarkowane, inni zwracają uwagę, że w wielu krajach UE są wyraźnie niższe, a jeszcze inni, że są dużo większe, niż się powszechnie wydaje. Dr Michał Brzeziński z UW w rozmowie z telewizją internetową dziennika „Rzeczpospolita” stwierdził wręcz, że o polskich nierównościach wiemy bardzo mało, więc trudno cokolwiek wyrokować. Niedawno pojawił się raport kilku francuskich ekonomistów, według którego nierówności w Polsce są jednymi z najwyższych w Europie. Przeczy to oficjalnym danym, więc zamiast rozjaśniać sprawę, jeszcze ją komplikuje. Mimo to doskonale się stało, że raport ujrzał światło dzienne, gdyż rzuca nieco inne światło na tę sprawę. A jego publikacja jest doskonałą okazją, by przyjrzeć się polskim nierównościom dochodowym z wielu perspektyw. Tylko dochodowym, gdyż wiemy o nich bez porównania więcej, niż o majątkowych, które w Polsce wciąż są obszarem niezwykle słabo zbadanym, a niektóre raporty są wręcz ze sobą sprzeczne.

Równoległe rzeczywistości

Według Eurostatu, który posiłkuje się informacjami płynącymi z krajowych urzędów statystycznych, w tym z polskiego GUS-u, nierówności dochodowe nad Wisłą są umiarkowane. Co więcej, w ostatnich latach wyraźnie spadają i zbliżamy się do krajów, w których tradycyjnie są one niskie. Wskaźniki Giniego w 2017 r. wyniósł 29,2, a więc jest niższy od średniej UE (30,7). Jeszcze w 2015 r. wynosił on 30,6, a więc w dwa lata dokonaliśmy znacznego ich ograniczenia. To efekt zarówno rekordowo niskiego bezrobocia, jak i ekspansji socjalnej w czasach rządów PiS, z programem „Rodzina 500+” na czele. Szczyt polskich nierówności przypadł na 2005 r., gdy Gini wyniósł 35,6 i byliśmy pod tym względem czwartym krajem w UE. W kolejnych kilku latach jednak one spadły, by ustabilizować się na poziomie ok. 31. Począwszy od 2016 r. jesteśmy w trendzie spadkowym i mieścimy się dokładnie między Francją i Niemcami, nieco poniżej środka stawki. Co więcej, niewiele już nam brakuje do krajów niegdyś egalitarnych, w których jednak zanotowano w ostatnich latach szybki wzrost nierówności. Mowa np. o Szwecji (Gini 28) oraz Węgrzech (28,1).

Także inny popularny wskaźnik nierówności, czyli zróżnicowanie dochodowe między kwintylami dochodów (kolejne 20 proc. drabiny zarobków), pokazuje, że polskie nierówności są przeciętne i spadają. Według tego wskaźnika górne 20 proc. polskiego społeczeństwa ma średnio 4,6 razy wyższe dochody niż statystyczny przedstawiciel dolnych 20 proc. Mniej więcej podobnie jest w Niemczech (4,5), a średnia unijna wynosi 5,1. W Szwecji i na Węgrzech wynosi on 4,3, a więc nie tak wiele mniej. Choć już w Finlandii i Słowacji tylko 3,5, a w Czechach i Słowenii zaledwie 3,4 – te kraje to globalni liderzy ekonomicznego egalitaryzmu.

A jednak dane z raportu ekonomistów tworzących „World Inequality Lab” (m. in. Thomas Piketty i Gabriel Zucman) pokazują zupełnie inną rzeczywistość. Polska okazuje się być wręcz najbardziej nierównym krajem UE. Zastosowali oni jeszcze inne wskaźniki – części krajowych dochodów, które przypadają na poszczególne odsetki społeczeństwa. Tak więc górne 1 proc. Polaków zgarnia aż 12,9 proc. wypracowywanych w Polsce dochodów. W żadnym kraju UE ten wskaźnik nie jest tak duży. Jednak, co ciekawe, na drugim miejscu jest… Dania, ze wskaźnikiem minimalnie niższym – tam górny 1 proc. zgarnia 12,8 proc. dochodów. Krajem wypadającym wyraźnie gorzej w badaniach Francuzów, niż w oficjalnych danych, są też Czechy – tam górny 1 proc. zgarnia 9,5 proc. dochodów i Czesi zdecydowanie odstają pod tym względem od najbardziej egalitarnych krajów, choć według zróżnicowania kwintylowego są wręcz najbardziej egalitarni w UE. Z drugiej strony Rumunia, która według oficjalnych danych jest jednym z najmniej egalitarnych państw w UE (Gini 33,1), w zestawieniu Francuzów notuje bardzo niskie nierówności (na górny 1 proc. przypada 6,8 proc. dochodów) – niższe nawet niż Szwecja czy Finlandia.

W przypadku dochodów przypadających na górne 10 proc. społeczeństwa także jesteśmy bezkonkurencyjni w UE. Górne 10 proc. Polek i Polaków zgarnia aż 38,4 proc. krajowych dochodów – w drugich Niemczech i Irlandii to już „tylko” 35 proc. Niemcy więc także są według tych danych krajem o zdecydowanie wyższych nierównościach, niż te przedstawiane przez Eurostat. Także w tym wskaźniku dużo gorzej wypadają Czesi (29 proc.), a dużo lepiej Rumunia (28,1 proc.) – oba kraje są mniej więcej w środku stawki. Według tego wskaźnika, trzy najbardziej egalitarne kraje UE, to w kolejności Słowacja, Węgry i Szwecja, choć w tych dwóch ostatnich krajach oficjalnie notuje się wysoki wzrost nierówności.

Dwa rynki pracy w jednym kraju

Co więc o tych danych myśleć? Czy rzeczywiście Polska jest najmniej egalitarnym krajem w UE? Trzeba przecież zwrócić uwagę, że również przynajmniej kilka innych krajów wypada w raporcie Francuzów zupełnie inaczej, niż w danych Eurostatu. Odpowiedzią jest zastosowana metodologia, która w obu bazach danych jest inna. Po pierwsze, Francuzi wykazują nie wszystkie dochody, a jedynie zarobki z pracy zawodowej oraz z emerytur. Co więcej, przedstawiają oni różnice w dochodach brutto, czyli przed opodatkowaniem. Tak więc ich dane zupełnie pomijają polityki społeczne oraz systemy podatkowe poszczególnych krajów – wykazują one jedynie pierwotne nierówności powstające na rynku pracy (nierówności w emeryturach są pochodną nierówności w zarobkach). O ile system podatkowy w Polsce zupełnie nie niweluje nierówności, to już polityka społeczna bez wątpienia tak. Szczególnie po wprowadzeniu „500+”, które teraz będzie jeszcze rozszerzone. Zatem całościowe dochody poszczególnych grup społecznych są w Polsce wyraźnie bardziej egalitarne, niż pokazują Francuzi.

Fakt, że nierówności zarobkowe (nie mylić z dochodowymi), czyli te wynikające wyłącznie z różnic płacowych powstających na rynku pracy, są w Polsce bardzo wysokie, nie jest wcale tajemnicą. Już w 2016 r. Eurostat opublikował raport „How are earnings distributed in the EU”, obejmujący wyłącznie płace brutto. W tym zestawieniu Polska była na pierwszym miejscu w UE – przedstawiciele górnych 10 procent zarabiali co najmniej 4,7 razy więcej niż reprezentanci dolnych 10 procent. Druga była Rumunia (4,6), a ostatnia Szwecja (zaledwie 2,1). Polski rynek pracy jest niezwykle zróżnicowany, mówi się wręcz o jego dualizmie. Podczas gdy pewne grupy zawodowe mogą osiągać niezwykle wysokie dochody, wręcz na europejskim poziomie, inne ledwo wiążą koniec z końcem. Do tej pierwszej grupy należą zawody, które mogą oferować swoje umiejętności na rynku globalnym – informatycy, wyżsi menedżerowie – często nie ruszając się z domu (czego przykładem graficy komputerowi otrzymujący zlecenia z całego świata). Przedsiębiorstwa i zleceniodawcy muszą więc im płacić stawki porównywalne z konkurentami z krajów najwyżej rozwiniętych. Tymczasem pozostali pracownicy konkurują na rynku krajowym, w którym stawki są kształtowane bardziej lokalnie. Tego typu dualizm jest typowy dla krajów, które mają wciąż niedobory kapitału produkcyjnego wysokiej jakości, ale mają wysoki kapitał społeczny – takim właśnie krajem jest Polska.

Zeznanie pełnej prawdy nie powie

Po drugie, Francuzi nie opierali się jedynie na badaniach ankietowych, jak to robi GUS (a co za tym idzie Eurostat), ale także na rachunkach narodowych dot. PKB oraz na informacjach powstałych na bazie zeznań podatkowych. Pytanie tylko, czy taka metodologia jest na pewno lepsza w przypadku Polski. Nad Wisłą wciąż jest bardzo duża szara strefa (ok. 18 proc. PKB), a całość lub część dochodów osiągają w niej głównie mniej zarabiający. Dane z zeznań podatkowych oraz rachunku narodowego zaniżają więc dochody tej grupy. Z drugiej strony, w bogatych krajach UE zdecydowanie częściej najbogatsi korzystają z rajów podatkowych – w Polsce to wciąż nie jest częste. Zamożni Polacy wolą korzystać z krajowych możliwości optymalizacyjnych. Zarobki górnych 10 proc. w krajach zachodniej UE mogą być zatem wyższe, niż wynika to z danych podatkowych i PKB.

Żeby ocenić prawdziwy rozmiar nierówności w Polsce, warto więc posłużyć się też wskaźnikami pośrednimi, które obrazują nierówności nie wprost. Najlepszym są wskaźniki ubóstwa relatywnego, na przykład wskaźnik zagrożenia ubóstwem, który pokazuje, jak duży odsetek gospodarstw domowych otrzymuje mniej niż 60 proc. krajowej mediany dochodów rozporządzalnych. W Polsce zagrożonych ubóstwem jest 17,3 proc. gospodarstw domowych, czyli dokładnie tyle, ile wynosi średnia UE. Na górze są Rumunia (25,3 proc.) oraz Bułgaria (22,9 proc.), a na dole Czechy (9,7 proc.), Finlandia, Dania i Szwecja.

Wydaje się więc, że realne nierówności dochodowe, obejmujące wszystkie rodzaje dochodów, są w Polsce bliskie średniej unijnej. Bez wątpienia jednak mamy niezwykle wysokie nierówności płacowe, wynikające z dualizmu rynku pracy. W takiej sytuacji należy im przeciwdziałać systemem podatkowym. Niestety ten w Polsce należy do najbardziej płaskich w świecie rozwiniętym. Transfery pieniężne są w Polsce całkiem szczodre, szczególnie po ostatnich reformach, więc w tym obszarze niewiele już można zrobić w celu zmniejszenia nierówności. Za to nasz system podatkowy wciąż jest niezwykle łaskawy dla bogatych.

Jeśli chcemy zrobić kolejny krok ku ekonomicznemu egalitaryzmowi, musimy wprowadzić podatkową progresję, która w większym stopniu obciąży tych, którzy zarabiają nad Wisłą stawki europejskie. A tych, jak widać po badaniach francuskich ekonomistów, jest w Polsce niemało. Problem w tym, że to niezwykle roszczeniowa, krzykliwa i aktywna w debacie publicznej grupa osób. Czego przestraszyła się już niejedna ekipa rządząca, z rzekomo krnąbrnym PiS na czele.

Piotr Wójcik

Piotr Wójcik: Klasy w szkole

Piotr Wójcik: Klasy w szkole

Szkoła to jedno z najważniejszych miejsc we współczesnym społeczeństwie opartym o gospodarkę rynkową. Jej wagę doceniają niemal wszyscy – konserwatyści, liberałowie i socjaldemokraci. Oczywiście wszyscy w inny sposób. Konserwatyści uważają szkołę za najlepsze miejsce zakorzeniania wartości tradycyjnych i patriotycznych w narodzie. Dla liberałów szkoła to jeden z obszarów polityki społecznej, na którą wydali koncesję państwu – dajmy szansę wyedukować się społeczeństwu, a potem niech już ono radzi sobie same. Dla lewicy szkolnictwo publiczne to jeden z kluczowych instrumentów redukowania nierówności szans. Oczywiście wszystkim tym środowiskom ideowym szkoła przynosi srogie rozczarowanie. Konserwatyści muszą się mierzyć z tym, że szkoła w naturalny sposób, jako środowisko młodzieży, staje się ośrodkiem buntu wobec skostniałych struktur i archaicznych wartości. Liberałowie wnet przekonują się, że zaoferowanie możliwości edukacyjnych społeczeństwu nie wystarczy, aby dać każdemu szansę – nie wszyscy będą mogli z niej w równy sposób skorzystać. Natomiast zawód socjaldemokratów polega na tym, że pomimo wysiłków szkoła i tak jest płaszczyzną, na której reprodukują się różnice klasowe i przewagi grup hegemonicznych.

Szkoła jednej klasy

Szkoła nie tworzy równych szans wszystkim z dwóch głównych powodów. Pierwszym są różnice w kapitale kulturowym i materialnym rodzin uczniów. Dzieci z zamożnych domów mają stworzone komfortowe warunki do nauki także poza budynkiem szkoły. Często są dowożone i odbierane samochodem przez rodziców, więc są bardziej wypoczęte i mają więcej sił i czasu na pracę w domu. Są też dobrze odżywione i nie muszą się martwić o trywialne szczegóły egzystencji. Ich rodzice mają zwykle większy kapitał kulturowy, więc zawsze mogą pomóc swoim potomkom w nauce, a jeśli czegoś nie będą wiedzieć, to mogą zatrudnić korepetytora. Dzieci z „dobrych domów” wielu rzeczy uczą się też mimochodem – słuchają dyskusji rodzinnych, mają łatwy dostęp do książek dużo ciekawszych, niż szkolne lektury, dzięki czemu rozwijają zainteresowanie światem. Często są też wciągane przez rodziców do różnych podejmowanych przez nich projektów, społecznych czy kulturalnych, które także są znakomitym polem do nauki. Dzieci z niezamożnych domów, których rodzice nie dysponują odpowiednim kapitałem kulturowym, są tego wszystkiego pozbawione.

Drugim z powodów są specyficzne postawy społeczne reprezentantów poszczególnych klas. Szkoła jest dostosowana zdecydowanie do postaw reprezentowanych przez klasę średnią. Promuje wśród uczniów obowiązkowość, systematyczność, karność i nastawienie na pracę nad sobą, niezbędną do podejmowania rywalizacji. Dzieci z klasy ludowej, których życie jest zdecydowanie mniej stabilne, takich postaw nie mają zakorzenionych, także dlatego, że w codziennych zmaganiach niekoniecznie im się one przydadzą. Żeby przetrwać w swoim środowisku pozaszkolnym, muszą wykształcić w sobie twardy charakter, odwagę i nieustępliwość. Tymczasem w szkole te cechy są bezlitośnie tępione. Żyją więc w pewnym rozkroku – w środowisku pozaszkolnym potrzebny jest im do przetrwania pewien zbiór cech, jednak w szkole jest on dla nich balastem. Więcej czasu spędzają jednak poza szkołą, więc naturalnie przyswajają postawy typowe dla klas ludowych. A w szkole przyjmują postawę obronną – wagary, kultura szkolnego oporu czy tworzenie grup ludzi o podobnym nastawieniu, które często żyją w kontrze do „frajerów” z dobrych domów.

Szkoła zajmuje się też tematami typowymi dla klasy średniej. Dzieci z klasy ludowej wchodząc do niej znajdują się w innym świecie. Historyjki czytane w podręcznikach zupełnie do nich nie trafiają, bo nie odzwierciedlają ich codziennych przeżyć. Nic więc dziwnego, że szybko dochodzą do wniosku, iż szkoła to strata czasu. Zresztą sami nauczyciele to jedna z najbardziej wpływowych grup w klasie średniej – co prawda nie dysponują znacznym kapitałem materialnym, ale bardzo dużym kapitałem kulturowym. Nic więc dziwnego, że tworzą środowisko typowe dla klasy średniej, jednak zupełnie obce dla klasy ludowej. Z tych wszystkich powyższych powodów szkoła, zamiast wyrównywać szanse, często reprodukuje niektóre rodzaje nierówności. Problem w tym, że gdyby jej nie było, nierówności byłyby zdecydowanie większe.

Fikcyjna rejonizacja

Chyba najbardziej kompleksowe opracowanie nierówności w polskich szkołach przedstawił Przemysław Sadura w książce „Państwo, szkoła klasy”. Wyłania się z niej obraz nieustannie reformowanej polskiej szkoły, która choć formalnie stara się wyrównywać szanse, to klasy wyższa i średnia bez trudu znajdują sposoby wykorzystywania swych przewag, za to klasa ludowa jest coraz bardziej zagubiona. A negatywne skutki reform dotykają właśnie ją.

Sadura zaczyna analizować sytuację już od edukacji przedszkolnej. To na tym etapie najłatwiej zakorzenić w dzieciach chęć do nauki. Badania prowadzone przez OECD i IEA pokazują, że dzieci chodzące do przedszkola osiągają później lepsze wyniki w czytaniu i matematyce. Niestety transformacja mocno dotknęła również przedszkola – o ile w 1989 r. było 910 tys. miejsc w przedszkolach, to w 2004 już tylko 683 tys. Od 2006 r. liczba miejsc w przedszkolach zaczęła rosnąć, jednak wciąż daleko Polsce do krajów, w których opieką przedszkolną objęte są niemal wszystkie dzieci powyżej lat 3. W 2014 r. do przedszkola chodziło 74 proc. dzieci w wieku 3-5 lat. Z tej perspektywy negatywnie należy ocenić reformę edukacyjną PiS, która zlikwidowała obowiązek przedszkolny 5-letnich dzieci. Tym bardziej, że z dobrowolnej opieki przedszkolnej korzystają przede wszystkim dzieci z klasy średniej i wyższej. W 2010 r. pełne trzy lata w przedszkolu spędziło 59 proc. dzieci rodziców z wyższym wykształceniem, tylko 14 proc. dzieci rodziców z wykształceniem zawodowym i zaledwie 3 proc. dzieci rodziców z wykształceniem podstawowym.

Kolejnym ważnym aspektem w egalitaryzmie edukacyjnym jest późny etap selekcji na uczniów lepszych i gorszych. W Polsce był on stosunkowo późny dzięki 8-letniej podstawówce. Reforma edukacji z 1999 r. miała go jeszcze opóźnić o rok, dzięki rejonizacji gimnazjów. Jednak szkoły oraz rodzice znaleźli sposoby, by realną selekcję rozpocząć dużo wcześniej. Już w wielu szkołach podstawowych dzielono klasy dla uczniów „zdolnych” oraz „wyrównawcze”. Oczywiście w większości przypadków robiono to nieformalnie, lecz zdarzało się nawet, że rodziców proszono o wypełnienie ankiet, w których mieli opisać swoją sytuację materialną czy zawodową, na podstawie których dzielono klasy. Sam mogę potwierdzić taką praktykę – w podstawówce chodziłem do klasy „f”, do której trafiali niemal wszyscy spadkowicze, za to w klasie „e”, do której chodziły dzieci nauczycieli, spadkowiczów nie było wcale.

Szkoły oraz rodzice nauczyli się także jak obchodzić rejonizację gimnazjów, przez co po reformie realny etap selekcji następował już po 6 latach podstawówki. Miało to miejsce szczególnie w dużych miastach – w miastach mniejszych i na wsiach to zjawisko nie występowało na dużą skalę. Elitarne miejskie gimnazja tworzyły więc osobny nabór uczniów spoza rejonu, w ramach którego trafiali tylko „najzdolniejsi”, czyli dzieci z dobrych domów. Klasa średnia miała zatem możliwość „ulokowania” swoich pociech w szkołach skupiających talenty ze swojego środowiska, a do gimnazjów z gorszych dzielnic trafiały te dzieci z rejonu, które nie miały tyle szczęścia. O ile jeszcze w 2003 r. zróżnicowanie międzyszkolne egzaminów gimnazjalnych wynosiło 15 proc., to już w 2013 r. wzrosło do 24 proc. Gdyby policzyć same miasta powyżej 100 tys., zróżnicowanie międzyszkolne wynosiło w 2013 r. aż 40 proc., co jest już poziomem typowym dla edukacji po progu selekcyjnym. W tym czasie zróżnicowanie międzyszkolne wyników podstawówek wynosiło w dużych miastach jedynie 10 proc. Widać więc jak na dłoni, że rejonizacja gimnazjów w miastach powyżej 100 tys. mieszkańców, a takich mamy ponad 30, była fikcją. A reforma z 1999 r., zamiast opóźnić selekcję o rok, przyspieszyła ją o dwa lata.

Z tej perspektywy ocena reformy PiS, która likwiduje gimnazja, jest ambiwalentna (to już moje zdanie, Sadura ocenia ją jednoznacznie źle). Owszem, dzięki niej skończy się patologia omijania rejonizacji i tworzenia elitarnych gimnazjów w miastach. Pytanie jednak, czy nie byłoby lepsze zostawienie gimnazjów i likwidacja po prostu możliwości omijania rejonizacji. Dzięki temu etap selekcji następowałby dopiero po 9 latach, co bardziej wyrównywałoby szanse.

Czesne jak wypłata

Kolejnym czynnikiem nierówności w edukacji było umożliwienie zakładania szkół prywatnych. Uczniowie takich szkół w Polsce osiągają znacznie lepsze wyniki w badaniach PISA. Jest wiele elitarnych prywatnych szkół w Polsce – chyba najsłynniejsza to Zespół Szkół Bednarska w Warszawie, do którego chodzi duża część dzieci warszawskiej elity (druga część chodzi do innej szkoły prywatnej). W szkołach tych następuje „naturalna” selekcja – są one płatne, więc są dostępne tylko dla dzieci z zamożnych domów. Czesne w Bednarskiej kosztuje 1500 zł za miesiąc – wielu rodziców w Polsce zarabia niewiele więcej. Dzieci z takich prywatnych szkół i gimnazjów mają otwartą drogę do najlepszych liceów i uczelni w Polsce. Kolejny aspekt nierówności to coraz bardziej popularne korepetycje, które wielu nauczycieli wykorzystuje do dorabiania do pensji. Wśród uczniów pobierających korepetycje widać zdecydowaną przewagę dzieci z klas wyższej i średniej. Według badań opisanych przez Sadurę, korepetycje pobierało 69 proc. dzieci wyższej kadry zarządzającej i specjalistów, 52 proc. dzieci pracowników średniego szczebla, 33 proc. dzieci z klasy robotniczej i jedynie 10 proc. dzieci rolników.

Sadura opisuje również, jak specyficzne postawy prezentowane przez przedstawicieli poszczególnych klas pomagają lub przeszkadzają im w osiągnięciu sukcesów szkolnych. Zwraca uwagę, że szkoła została podporządkowana wartościom klas wyższej i średniej. „Warstwy wyższe kontrolują sfery symboliczne, na których oparty jest system szkolny. W ten sposób narzucają mu właściwe sobie wartości, schematy postrzegania i myślenia oraz kody językowe (Bernstein 2003). Uczniowie z warstw uprzywilejowanych mają więc ułatwione uczestnictwo w przekazywanych treściach, łatwiej im też osiągnąć sukcesy szkolne”. Sadura przedstawia też wywiady z uczniami z trzech klas – wyższej klasy średniej, niższej klasy średniej oraz klasy ludowej. Uczniom z niższej klasy średniej szkoła kojarzyła się bardzo dobrze. Cenili w niej jasne zasady, wspieranie etosu systematycznej pracy, nastawienie na rywalizację i osiąganie sukcesów. Czyli za wszystkie wartości typowe dla klasy średniej. Najgorzej wspominali szkołę uczniowie z klas ludowych, którzy często nie potrafili się przystosować do dominujących w niej wartości. Pozytywnie wspominali jedynie relacje w grupie rówieśniczej oraz zajęcia wychowania fizycznego.

Aby rzeczywiście otworzyć możliwości edukacyjne dla klasy ludowej, potrzebna byłaby głęboka zmiana nie tylko administracyjna, ale też programowa. Taka, która przybliżyłaby nauczaną materię oraz promowane postawy do dzieci z klasy ludowej – obecnie w wielu aspektach są to dla nich rzeczy zupełnie oderwane od rzeczywistości. Niestety tu reforma PiS również nie poprawi sytuacji – PiS raczej dąży do tego, by podstawę programową jeszcze bardziej nasycić kwestiami patriotycznymi, karty podręczników bohaterami narodowymi, a listę lektur literaturą z XIX wieku. Taki przekaz trafia może do dzieci starych rodów żyjących od pokoleń w stolicy lub Krakowie, ale raczej średnio do ucznia spędzającego pół dnia na śląskim podwórku. Jedyną nadzieją jest w takiej sytuacji to, że nauczyciele wyjrzą wreszcie poza swoją średnioklasową perspektywę i postarają się dotrzeć do uczniów myślących zupełnie innymi schematami. Przecież wcale nie gorszymi.

Piotr Wójcik

Zdjęcie w nagłówku tekstu Tomasz Chmielewski

Piotr Wójcik: Przeciw klasie średniej

Piotr Wójcik: Przeciw klasie średniej

Największą nieufność wzbudzają we mnie ci, którzy natrętnie opowiadają o klasie średniej – o jej potrzebach, problemach i postulatach. Gdy ktoś zaczyna mówić o klasie średniej, to nie tylko wiem, że będę się z nim nie zgadzał. Jestem również pewien, że będę musiał prostować manipulacje i być nieustannie czujny, by nie dać się zwieźć jego słownym gierkom i zapewnieniom o dobrych intencjach. Z osobami, które twierdzą, że nie należy utrudniać życia najbogatszym, bo dzięki temu polecimy w kosmos i wymyślimy szczepionkę na raka, gra jest przynajmniej czysta. Nie opowiadają one przy tym, że chcą sprawiedliwego społeczeństwa, z otwartą przyłbicą deklamują swoje przedpotopowe teorie. Ich poglądy są brzydkie jak Polonez, ale też, podobnie jak Polonez, przynajmniej się z tym specjalnie nie kryją. To jest jednak spora wartość.

Największym przeciwnikiem egalitarysty nie jest wcale zwolennik współczesnej arystokracji, lecz lobbysta wielkomiejskiej burżuazji. Ten pierwszy zupełnie oficjalnie przyznaje, że chciałby dać mi w twarz. Ten drugi wyciąga przyjaźnie dłoń, zapewnia, że myślimy podobnie, stawia kolejkę przy barze, a gdy tylko poczuję się po nich trochę słabiej, weźmie mi portfel, zdejmie i zabierze ubrania, następnie wykorzysta i zostawi nad brzegiem rzeki w samych bokserkach. Zdecydowanie wolę pierwszą sytuację – w niej przynajmniej mam nie takie małe szanse.

Na zakupach w Paryżu

W pojęciu polskiej klasy średniej najbardziej fałszywa jest już sama nazwa. Wskazuje ona, że mamy do czynienia z grupą społeczeństwa, która obejmuje bardzo duży obszar położony pośrodku drabiny społecznej. Gdy tylko jednak wgłębić się w tezy głoszone przez lobbystów klasy średniej, to okazuje się, że po pierwsze to grupa raczej wąska, a po drugie jest przesunięta mocno w stronę szczytu drabiny. Nad nią znajdują się już jedynie garstka tych, którzy mają tak wiele, że jest im zwyczajnie głupio zapewniać, iż należą do średniaków. Do polskiej klasy średniej, według wygłaszanych mniej lub bardziej wprost deklaracji, należą więc czołowe pióra polskiej publicystyki, popularni pisarze czy prezenterzy telewizyjni. Jeśli zapytacie Jarosława Kuźniara, Elizę Michalik albo Łukasza Warzechę, do jakiej klasy należą, bez wątpienia wskażą klasę średnią. Polska klasa średnia jest tak gęsto obsadzona przez osoby z pierwszych stron gazet, że nad nią zostaje miejsce jeszcze co najwyżej dla dzieci Kulczyka, Janusza Filipiaka i polityków szczebla centralnego. Choć ci ostatni często mają więcej wspólnego z prawdziwymi średniakami, niż większość tych, którzy się za nich uważają.

W 2015 roku na łamach „Obserwatora finansowego” Bohdan Wyżnikiewicz opublikował tekst „Klasa średnia rośnie w Polsce w siłę”. To tekst, który powinien przeczytać absolutnie każdy z klasy ludowej, jeśli uważa, że wspieranie klasy średniej jest w interesie pracowników. A takich przypadków mamy przecież w Polsce wiele, szczególnie na lewicy. Otóż Wyżnikiewicz wymienił cechy klasy średniej, a zrobił to tak wprost zapewne tylko dlatego, że pisał dla pisma eksperckiego, którym zaczytują się głównie zainteresowani zaawansowaną debatą ekonomiczną. Według Wyżnikiewicza reprezentanci klasy średniej powinni tworzyć miejsca pracy, kreować wzorce zachowań, mieć wpływ na legislację, kształtować opinię publiczną i uczestniczyć w życiu publicznym. W takim układzie prezes Comarchu Janusz Filipiak powinien bez mrugnięcia okiem twierdzić, że należy do klasy średniej. Bo już właściciel hurtowni meblowej w mieście powiatowym to nie – zapewne jego wpływ na legislację jest niewielki, zapewne też nie uczestniczy w życiu publicznym. Ale za to Jarosław Kaczyński i Grzegorz Schetyna spokojnie spełniają wyśrubowane kryteria Wyżnikiewicza, o ile za „tworzenie miejsc pracy” uznamy wstawianie ludzi na listy wyborcze.

Tekst zupełnie wspaniały popełniła Agnieszka Rybak w styczniu 2018 dla „Dziennika Gazety Prawnej”. Nosił on tytuł „Między stanami. Jak teraz w Polsce wygląda klasa średnia?”. Redaktorka Rybak z troską pochyla się nad polską klasą średnią, opisując jej obecne nawyki, zachowania i upodobania konsumpcyjne. „Większość zatrudnia pomoc domową, jeden na czterech korzysta z pomocy trenera personalnego, jeden na pięciu – z usług ogrodnika. Samochód kupuje za minimum 285 tys. zł”. Biorąc na tapetę polską klasę średnią autorka opisuje między innymi rodzinę, która podejmuje decyzję o zmianie mieszkania. Kupuje zwykłe trzypokojowe mieszkanie na obrzeżach Katowic albo Wrocławia od popularnego dewelopera? No nie bardzo – nabywa duży apartament w centrum Warszawy, z widokiem na Stadion Narodowy. Jeśli tego wszystkiego wciąż jest mało, to przytoczę jeszcze jeden ze śródtytułów: „Obowiązkowe zakupy w Paryżu”. To nie pomyłka – naprawdę tak jest tam napisane. Polski średniak przechadza się leniwie po Champs-Élysées, wchodzi do przypadkowych butików, wybiera coś dla siebie, płaci, wychodzi, a po chwili już zapomina o tej niewielkiej przyjemności.

Milionerzy z klasy średniej

Przy tak zdefiniowanej klasie średniej nic dziwnego, że wszystkie postępowe reformy były w Polsce torpedowane przez jej lobbystów. Wprowadzenie jednolitego progresywnego podatku dochodowego, wymyślone jeszcze przez PO i planowane przez PiS, miało więc zarżnąć polską klasę średnią. Dlaczego? Ponieważ wyższe podatki miały płacić osoby zarabiające powyżej 120 tys. zł rocznie. Czyli należące do około 5 procent polskiego społeczeństwa. Z tego samego powodu powstał sprzeciw wobec zniesienia limitu składek ZUS, w wyniku którego wyższe składki mieli płacić etatowcy zarabiający rocznie w okolicach wspomnianej kwoty. Obie zmiany zostały skutecznie storpedowane – z pierwszej rząd zrezygnował samodzielnie, z drugiej w kooperacji z Trybunałem Konstytucyjnym (jakkolwiek dziwacznie by to nie brzmiało). Udało się wprowadzić za to daninę solidarnościową, czyli dodatkowe 4 proc. podatku płacone przez osoby zarabiające powyżej miliona złotych rocznie. Głównie dlatego, że dochód z ich tytułu ma być wykorzystany na wsparcie niepełnosprawnych, więc trudniej było przedstawić sprzeciw wobec daniny w sposób atrakcyjny dla opinii publicznej.

Mimo to i tak podejmowane były próby storpedowania daniny solidarnościowej wspierając się argumentami rzekomo broniącymi średniaków. W Gazeta.pl opublikowano kompletnie już absurdalny tekst zatytułowany „Podatek solidarnościowy uderzy w klasę średnią. A mieli go płacić tylko najbogatsi”. Andrzej Mandel w swym tekście próbuje udowadniać, że podatek płacony od zarobków powyżej miliona złotych uderzy w zwykłych polskich średniaków. A to dlatego, że w 70 procentach zapłacą go przedsiębiorcy. Tak jakby było tajemnicą, że najbogatsi w Polsce funkcjonują jako osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą, czyli formalnie jako przedsiębiorcy. Redaktor Mandel oburza się, że daniny nie zapłacą… korporacje, bo one płacą CIT. Ale przecież korporacje nie są ludźmi – nie należą więc do najbogatszych obywateli. Co więc w tym dziwnego? Autor przytacza również zdanie eksperta Michała Wojtasa z kancelarii EOL, według którego danina nie uderzy w menedżerów, gdyż ci rozliczają się za granicą. Niestety ekspert nie tłumaczy, w jaki sposób osoba fizyczna może za granicą legalnie płacić podatki od dochodu uzyskanego w Polsce.

Lewica złapana na haczyk

Nie tylko wyodrębnienie grupy zwanej w Polsce klasą średnią trąci grubą manipulacją. Również określenie jej cech jest działaniem zamierzonym na konkretny cel. Polskiej klasie średniej przypisuje się protestanckie cnoty, takie jak pracowitość czy oszczędność. Oczywiście ma to udowodnić, że klasa średnia w pełni zasłużyła na swoją zamożność. Uwarunkowania ekonomiczno-społeczne, które sprawiają, że jedni mają, a drudzy wręcz przeciwnie, schodzą w tych analizach na drugi plan. Te przypisywanie klasie średniej protestanckich cnót wcale nie jest domeną prawicy. Socjolog Maciej Gdula w wydanym przez „Krytykę Polityczną” opracowaniu „Klasy w Polsce” przywołuje teorię Pierre’a Bourdieu, według której klasa średnia ma określone dyspozycje, takie jak samodyscyplina, nastawienie na porządek i aspirowanie. Klasa średnia jest więc zafiksowana na szeroko rozumianym osobistym rozwoju oraz na dbaniu o dobrobyt własny oraz rodziny. Te koncepcje są oczywiście chętnie przywoływane przez samozwańczych średniaków, którzy używają ich, by udowodnić, że nawet jeśli im się przelewa, to sami na to zapracowali. Chyba każdy, kto wychował się w klasie ludowej, jednak przyzna, że dyscypliny, oszczędności i pracowitości jej nie brakuje. Zapewne doskonale pamiętamy rodziców pracujących po kilkanaście godzin dziennie na półtorej etatu, odmawiania sobie przeróżnych potrzeb konsumpcyjnych czy przymuszanie do nauki, by wyrwać się z położenia swoich przodków.

Klasa średnia to w Polsce konstrukt od początku do końca wymyślony na potrzeby zamożnych. Nazwano w ten sposób grupę doskonale zarabiających, których trudno w ogóle porównywać z przeciętnymi Polakami. Dzięki temu uzyskali oni doskonały instrument dbania o własne interesy. Każdą egalitarną zmianę można storpedować, nazywając ją uderzeniem w klasę średnią. O pozytywny odbiór takiej narracji przez opinię publiczną można być wtedy spokojnym – w końcu większość obywateli czuje się przeciętna. Jak to, średniacy mają za to zapłacić? Niech płacą najbogatsi! Fakt, że za tych średniaków uważa się właśnie zamożnych, umyka już w otchłani szczegółów, w które mało kto chce się zagłębiać. Szczególnie tragiczne jest to, że na tę narrację daje się nabierać duża część lewicy. Zgrupowana głównie w dużych miastach lewica czuje większą wspólnotę z samozwańczą klasą średnią, niż z klasą ludową. W efekcie jest przeciwna wielu egalitarnym zmianom, takim jak obniżenie wieku emerytalnego, gdyż instynktownie podąża za przekazem średnioklasowym. A mówiąc klasycznie: burżuazyjnym. Tymczasem polska narracja średnioklasowa jest absolutnie nielewicowa. Wręcz przeciwnie, jest elitarystyczna, nieegalitarna i petryfikująca hierarchię społeczną. Celowo wprowadza w błąd i manipuluje podstawowymi pojęciami w interesie klasy posiadającej. Skoro lewica daje się na te sztuczki nabierać, nic dziwnego, że nie zdobywa posłuchu wśród polskich mas, które nie jeżdżą na zakupy do Paryża i nie kupują apartamentów z widokiem na Stadion Narodowy.

Piotr Wójcik

Piotr Wójcik: Egalitarna polityka rodzinna

Piotr Wójcik: Egalitarna polityka rodzinna

Polska jest jednym z najbardziej familiarnych społeczeństw w Europie. Nieprzypadkowo politycy nie tylko prawicy wciąż mówią o polskich rodzinach, o ich dobru, szczęściu i tak dalej. To oczywiście jest często czysty PR, ale wynika on z tego, że Polacy są autentycznie przywiązani do życia rodzinnego w większym stopniu niż inne narody Europy. Przesadny familiaryzm bez wątpienia może mieć mnóstwo negatywnych konsekwencji (mniejsza solidarność ogólnospołeczna, większe poważanie „obowiązków wobec rodziny” niż przepisów prawa czy instytucji itd.), jednak umiarkowany familiaryzm, polegający na trwałym przywiązaniu się członków rodzin do siebie, zły sam w sobie bez wątpienia nie jest.

Polski „crude marriage rate”, czyli odsetek małżeństw rocznie na tysiąc mieszkańców kraju, wynosi 5,1 i jest jednym z wyższych w UE. Przeciętna dla strefy euro to 4,1, a w Holandii czy Hiszpanii jest niższy niż 4. Jeszcze bardziej charakterystycznie wypadamy pod względem rozwodów – „crude divorce rate” wynosi nad Wisłą zaledwie 1,7, co jest szóstym najniższym wynikiem w UE. Wiele krajów ma „divorce rate” wyższy od 2,5, a kilka nawet wyższy od 3. W gigantyczny wręcz sposób odstajemy już w przypadku dzieci rodzących się poza małżeństwem. Tylko co czwarte dziecko w Polsce rodzi się poza małżeństwem, tymczasem średnia unijna jest niemal dwa razy wyższa. We Francji czy Słowenii dzieci ze związków pozamałżeńskich stanowią aż 60 proc. noworodków, a wielu krajach UE odsetek ten przekracza 50 proc.

Socjal dla rodzin

W tak familiarnym społeczeństwie jak Polska, nierówności szans powstają przede wszystkim w rodzinie. Ironicznie cytując klasyka, od tego, jak celnie wybierzemy sobie rodzinę, zależy cała nasza przyszłość. Jeśli urodzimy się w rodzinie majętnej, z wysokim kapitałem kulturowym, to niski poziom polskiego wsparcia socjalnego (który i tak drastycznie się podniósł po wprowadzeniu „500+”) nie przeszkodzi nam specjalnie w osiągnięciu czegoś w życiu. Tym bardziej, że będziemy mogli wykorzystać jeszcze rodzinne znajomości, a koneksje to kolejny kluczowy czynnik życiowego powodzenia nad Wisłą. Jeśli zaś źle wybierzemy sobie rodzinę, możemy mieć nieźle przechlapane. Od urodzenia będziemy mieli pod górkę, nie skorzystamy z większości dobrodziejstw familiaryzmu, a z dobrodziejstw instytucji państwa socjalnego też nie, bo takie wciąż nad Wisłą nie powstało (choć w ostatnich latach powoli zaczyna się wykluwać).

Dlatego nie jest niczym dziwnym, że ostatnie rozwiązania socjalne wprowadzane przez PiS trafiają przede wszystkim do rodzin z dziećmi. Po prostu najłatwiej w ten sposób wesprzeć szerokie grupy społeczne, bo powiązania rodzinne są w Polsce niezwykle silne. Wyprowadzka z domu rodzinnego następuje bardzo późno, nie tylko z powodów ekonomicznych, choć oczywiście też dlatego, a bliskie relacje z rodziną utrzymywane są długo po usamodzielnieniu się. Przykładowe „500+”, które formalnie trafia tylko do dzieci, które nie ukończyły 18 lat, wspiera też pośrednio dzieci dorosłe. Dzięki nadwyżkom finansowym rodziny mogą na przykład bardziej dofinansowywać dorosłe dzieci studiujące w innym mieście. Wspieranie rodzin w Polsce „rozchodzi się” na szerokie masy społeczne w dużo większym stopniu, niż ma to miejsce w krajach mniej familiarnych.

Często twierdzi się, że PiS wprowadza rozwiązania socjalne dla rodzin, by zdobyć ich głosy w wyborach. Jest to jednak argument zupełnie idiotyczny – generalnie politycy w demokracji walczą o głosy wyborców, próbując wprowadzać rozwiązania poprawiające byt społeczeństwa. Nie ma w tym niczego dziwnego. To w autokracjach można wprowadzać rozwiązania bez oglądania się na głosy wyborców, a przecież przeciwnicy PiS to podobno obrońcy demokracji. Zresztą rozwiązania wprowadzane przez ugrupowania liberalne równie dobrze można tak oceniać – obniżają podatki dla przedsiębiorców, więc walczą o ich głosy. A tak dziwnie się składa, że akurat tak się nie mówi, przynajmniej w mediach głównego nurtu.

Matczyne emerytury

Najnowszym rozwiązaniem wprowadzonym przez PiS, który wzbudził wielkie kontrowersje po stronie liberalnej, jest „emerytura dla matek czterech dzieci”, co jest trochę zwodnicze, gdyż w pewnych sytuacjach przysługiwać będzie ona też ojcom. Powszechnie twierdzi się, że jest to wsparcie dla matek, które nigdy nie pracowały, co będzie skłaniać młode kobiety do zaniechania kariery zawodowej i skupieniu się na rodzeniu dzieci. Z tych teorii przebija zwyczajna klasowa pogarda dla kobiet z klasy ludowej, bo przecież twierdzący tak komentatorzy nie myślą w ten sposób o swoich koleżankach z klasy średniej lub wyższej klasy średniej. Inaczej mówiąc, kobiety z klasy ludowej w momencie wchodzenia na rynek pracy podejmować mają decyzję, że pracę oleją i skupią się na rodzeniu i wychowywaniu np. piątki dzieci, gdyż dzięki temu już za kilkadziesiąt lat otrzymają szalone tysiąc złotych co miesiąc – doprawdy wspaniale, świetlana przyszłość! Przecież to absurd, takie rzeczy się nie dzieją. Nikt w ten sposób nie podejmuje decyzji na całe swoje życie, nawet przedstawiciele pogardzanej przez klasę średnią klasy ludowej. Abstrahując już od tego, że wychowywanie kilkorga dzieci to praca równie ciężka, jak zatrudnienie w korporacji, które cieszy się powszechnym szacunkiem.

Przede wszystkim, „emerytury dla matek” nie są świadczeniami dla rodzicielek czwórki i więcej dzieci, które nigdy nie pracowały, lecz dla tych, które nie uzbierały składek nawet na minimalne świadczenie. A to jest fundamentalna różnica. Kobiety wychowujące wiele dzieci mają zdecydowanie więcej problemów z utrzymaniem okresu składkowego na stabilnym poziomie. Mają dużo częstsze przerwy w pracy, ich CV nie jest potem okazałe, więc trudniej im zdobyć nieźle płatne zatrudnienie. Brak wystarczających na emeryturę minimalną składek wynika ze specyficznej sytuacji życiowej, a nie z lenistwa. Poza tym wprowadzenie „emerytury dla matek” jest nie tylko wsparciem, ale też symbolicznym docenieniem pracy w domu – jako właśnie pracy. To jest przecież feministyczna przesłanka.

Z drugiej strony jest faktem, że wiele kobiet wychowujących np. trójkę dzieci, albo nawet i czwórkę czy dwójkę, zdobędzie emeryturę minimalnie wyższą, powiedzmy na poziomie 1200 zł. One w takiej sytuacji mogą czuć się autentycznie poszkodowane. Przecież wychowanie i wcześniej urodzenie dwójki czy trójki dzieci również ogranicza ich możliwości zarobkowania – także one mają przerwy w pracy i mniejsze możliwości zwiększania swych kompetencji. Gdyby nie miały dzieci, ich emerytury najpewniej byłyby znacznie wyższe. Zamiast jednak krytykować „emerytury matczyne”, należałoby raczej wprowadzić dodatkowe rozwiązanie, które zwiększałoby wymiar emerytury dla każdej matki, zależnie od liczby urodzonych dzieci – np. za pierwsze dziecko dodatkowe 50 zł do emerytury, za drugie dodatkowe 100 (czyli w sumie 150 zł), a za trzecie i kolejne dodatkowe 200 zł (czyli matka trójki dzieci miałaby w sumie dodatkowe 450 zł do emerytury). To bez wątpienia nie tylko polepszyłoby sytuację emerytalną kobiet, ale też oddałoby im sprawiedliwość.

Usługi razem ze świadczeniami

Oczywiście samymi transferami nie da się poprawić bytu rodzin jako całości ani kobiet w rodzinach. Potrzebne są też rozwinięte usługi opiekuńcze, aby matki (i ojcowie zresztą też) miały dużo większe możliwości łączenia pracy z rodzicielstwem. PiS często oskarżany jest o to, że chce zostawić kobiety w domach, co trochę się kłóci z faktem, że to właśnie ta partia zwiększyła trzykrotnie (do 450 mln zł) środki dostępne w programie „Maluch+”, z którego jednostki samorządu terytorialnego mogą dofinansowywać żłobki na swoim terytorium.

O ile oferty przedszkoli i szkół w ostatnich latach wyraźnie się poprawiły, to dostępność żłobków nadal jest fatalna. Do żłobków chodzi wciąż mniej niż co dziesiąte dziecko w wieku do lat trzech. Co gorsza, są w tej kwestii gigantyczne różnice terytorialne – o ile w dolnośląskim do żłobków chodzi 14 proc. dzieci w tym wieku, to już w warmińsko-mazurskim jedynie 6 proc. W 2017 roku liczba miejsc w żłobkach wzrosła o 15 proc., co na papierze wygląda doskonale, ale łatwo o tak duże wzrosty przy tak niewielkich liczbach. Co gorsza, zaledwie 50 tys. ze 106 tys. miejsc jest w placówkach publicznych, które są zdecydowanie tańsze niż prywatne. Wiele rodzin rezygnuje z posłania dziecka do żłobka, jeśli nie dostanie się ono do placówki publicznej.

Z tej perspektywy 450 mln zł na nowe żłobki to i tak wciąż kropla w morzu potrzeb. Nawet jeśli roczny wzrost liczby miejsc w żłobkach będzie sięgać 20 proc., to minie wiele lat zanim sytuacja stanie się satysfakcjonująca.

Egalitaryzm w domu

Fundamentalnym czynnikiem określającym sytuację kobiet na rynku pracy jest równy podział obowiązków w domu. Mógłby ktoś powiedzieć, że nie jest rolą państwa wprowadzać takie zmiany. Wręcz przeciwnie, tym bardziej, że państwo ma ku temu instrumenty. Może przede wszystkim wprowadzić obowiązkowy urlop tacierzyński. Obecnie istnieje dodatkowy urlop ojcowski, ale to raczej listek figowy, bo może trwać on najwyżej 14 dni. W aktualnej sytuacji rodziny mają do dyspozycji 20-tygodniowy urlop macierzyński, który może wykorzystać matka, oraz 32-tygodniowy urlop rodzicielski, który może wykorzystać jeden z dowolnych małżonków. W związku z tym, że kobiety w Polsce (i nie tylko) mniej zarabiają, w zdecydowanej większości przypadków urlop rodzicielski również bierze matka (otrzymuje wtedy 80 proc. wynagrodzenia).

To oczywiście powoduje, że kobiety mają większe przerwy w zatrudnieniu, a pracodawcy patrzą na nie mniej łaskawym okiem, gdyż wiąże się z nimi ryzyko odejścia na rok na zwolnienie (i to niekoniecznie jedno). W czasie pozostawania młodej matki w domu w sposób naturalny kreuje się też podział domowych obowiązków, który potem zostaje na następne lata. Tymczasem 32-tygodniowy urlop rodzicielski mógłby być np. również podzielony na połowę – jedna część dla dowolnego rodzica, a druga obowiązkowo dla ojca. Oczywiście najlepiej byłoby, gdyby całe 52 tygodnie podzielić na dwie części – pierwsza obowiązkowo dla matki, a druga obowiązkowo dla ojca. Dzięki temu sytuacja kobiet na rynku pracy byłaby bliższa sytuacji mężczyzn (oczywiście w przypadku kobiet dochodzi jeszcze czasem dosyć długie L4 związane z ciążą), a w domach nie utrwalałby się nierówny podział zadań.

Bardzo ciekawy pomysł zgłosili jakiś czas temu posłowie PSL. Zaproponowali oni 7-godzinny dzień pracy dla rodziców opiekujących się dzieckiem do lat 15. Obecnie funkcjonuje coś podobnego w bardzo, ale to bardzo szczątkowej formie – z pracy o godzinę wcześniej mogą wychodzić matki karmiące piersią. Wprowadzenie tego rozwiązania mogłoby być pierwszym krokiem ku ograniczeniu czasu pracy, co postulowała niedawno Partia Razem. Trochę tak, jak „500+” może być pierwszym krokiem ku wprowadzeniu kiedyś w Polsce bezwarunkowego dochodu podstawowego. Dzięki temu rodzice, którzy mają mniej czasu wolnego niż pracownicy bezdzietni, mieliby więcej wytchnienia i czasu dla rodziny. I to zresztą również mogłoby się przyczynić do bardziej egalitarnego podziału obowiązków w domu.

Nie ma nic złego w tym, że PiS wprowadza polską wersję państwa dobrobytu skierowaną w pierwszej kolejności do rodzin. Przy tak familiarnym społeczeństwie, jak Polska, takie wsparcie ma szanse bardziej społecznie rezonować. Jednak zatrzymanie się na „500+”, 300-złotowej wyprawce szkolnej i na „emeryturach matczynych” byłoby wielkim błędem. Potrzebne są kolejne reformy, przede wszystkim znacznie zwiększające nakłady na publiczne usługi opiekuńcze oraz zmiany prowadzące do bardziej egalitarnego podziału obowiązków w domu. Oczywiście, żeby móc wprowadzić nowe programy na szeroką skalę, niezbędne będzie zdobycie nowych środków budżetowych. Czyli podniesienie podatków, szczególnie dla dobrze zarabiających, a także zniesienie szeregu ulg dla firm. Pytanie tylko, czy partia Jarosława Kaczyńskiego jest na takie zmiany podatkowe gotowa. Historia uczy, że akurat w tym obszarze PiS bardzo nie chce nadepnąć na odcisk najsilniejszych ekonomicznie grup w Polsce. Pozostaje więc czekać na rządy lewicy – ale autentycznej lewicy, a nie progresywnych liberałów, takich jak Robert Biedroń.

Piotr Wójcik

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Tomasz Chmielewski