przez Olga Drenda | poniedziałek 6 listopada 2017 | opinie
Kilkanaście lat temu zdarzyło mi się jechać koleją z ciekawymi współpasażerami – niepozorną, najzwyklejszą starszą panią i jej dorosłym wnuczkiem. Wnuczek chciał być dla babci uczynny, ale w praktyce okazywał się nadgorliwy w jej udziecinnianiu: „Babuniu, popatrz, jakie za oknem miasto, babuniu, a w gazecie papież, a może dla babuni jagódkę, taka dobra jagódka”. Zmęczona tym nadmiarem troski pani dosiadła się do współpasażerki, trochę młodszej od siebie, z opaską na włosach i w anilanowym swetrze, wyglądającej jak jedna z niepozornych, niewidocznych osób, pracujących w usługach na zapleczu świata, osób, które sprawiają, że rzeczywistość jakoś działa i toczy się z dnia na dzień. Od słowa do słowa, obie kobiety zaczęły wymieniać się ulubionymi łacińskimi sentencjami, a potem przeszły do rozmowy o Arystotelesie. Bawiły się wspaniale. Nie były to wcale księżniczki w przebraniu kopciuszków – pewnie po prostu chodziły do tuż powojennych szkół średnich, w których języków klasycznych nauczano powszechnie (do lat 60.), i choć nie zostały osobami na tzw. stanowiskach, to wiedza i radość z niej czerpana zostały z nimi na dobre.
Wiem, że zabrzmiało to jak pouczająca opowiastka kołcza życiowego Grzegorza Mateusiaka, być może brakuje jeszcze tylko puenty „a potem cały pociąg wstał i zaczął bić brawo”. Ale co poradzić, musicie wierzyć mi na słowo. Nie mam ani talentu reportera-podsłuchiwacza, ani dobrej pamięci, ale ta historia, która jakby spadła z nieba jako specjalna lekcja o nieoczywistości świata, włącza mi się w głowie od czasu do czasu. Zwykle wtedy, kiedy przypomina mi się druga anegdota, którą lubię opowiadać i pewnie przytaczałam już nieraz w innych kontekstach. Gdy legendarny bluesman Leadbelly opuścił więzienie i udał się w trasę koncertową ze zbieraczem amerykańskiego folkloru Johnem Lomaxem, ten chciał, by Leadbelly występował wciąż w drelichu i śpiewał surowe bluesy zza krat. To wywołało niezgodę między muzykiem a jego odkrywcą: jako wolny człowiek, już z wyrobioną marką, Leadbelly marzył o nowym garniturze i o tym, by grać miejski jazz, co uważał za naturalną ewolucję – wyrok zakończony, mógł już grać jak wolny człowiek. Lomax wolał zamrozić go w skamielinie „autentyzmu”, nie biorąc pod uwagę wyborów samego artysty.
„Zwyczajni ludzie” nie mają w życiu łatwo nie tylko ze względu na jego materialną prozę, ale także dlatego, że nie są traktowani serio, za to często – instrumentalnie. Każdy wstrętny i krzywdzący komentarz o „ciemnym ludzie”, „plebsie”, „niecywilizowanej hołocie”, których naczytaliśmy się w ostatnich latach o wiele za wiele i za które również na łamach „Nowego Obywatela” niejeden dostawał zasłużone bęcki, ma swój rewers w postaci fałszywej, instrumentalnej sympatii dla szarego człowieka. To czasami dobrze znana, stara chłopomania, ale czasami coś o wiele gorszego – instrumentalny, chytry paternalizm. Ten, kto stosuje takie metody, posługuje się wyobrażonym „zwykłym człowiekiem” jako pałką służącą do zdzielenia jakiejś grupy, której aktualnie nie lubi. Na pewno znacie to doskonale.
Wyobraźcie sobie „ulubionego” publicystę (na pewno takiego macie), który nagrywa filmik o tym, jak szama prosto z puszki paprykarz szczeciński i zagryza pasztetową, choć na co dzień na pewno jada lepiej, i opowiada przy tym, że wstrętne lewaki nie wiedzą co dobre, jedzą tylko trawę. Albo kiedy uznany aktor w wywiadzie przyznaje, że tak w ogóle to nie bardzo lubi towarzystwo ludzi, chyba że na Podkarpaciu, bo tam lud prosty, żyje zgodnie z intuicją i bez trucizn sączonych w niewinne dusze przez słowo pisane i nowoczesne wynalazki. Można oczywiście uważać, że gdzieś za Tarnowem zaczyna się jakiś średniowieczny park tematyczny, w którym prąd wytwarzają biegające chomiki, a mieszkańcy hołdują stylowi życia z czasów Piasta Kołodzieja. Jeśli jednak o czymś świadczą takie opinie, to o odklejeniu mówiącego, który Podkarpacie odwiedził chyba we śnie. Miałam znajomego z tamtych okolic, który żartował, że oczywiście, wszyscy mieszkają w skansenie w Sanoku – malowanie sobie podkarpackiego „czarnego luda” przez Warszawę to powracający refren. Tyle że w zależności od tego, kto mówi i w jakich okolicznościach, to albo ludek prosty a poczciwy, który uroczo klnie, albo demoniczna tłuszcza gotowa zdzielić za darmo sztachetą.
Można też, jak niektórzy robią dla szpanu, używać przeciętnego obywatela jako rekwizytu w swoim własnym teatrze jednego aktora. W latach 80. powstało określenie „trustafarians” na ludzi, którzy głosili pochwałę nieskomplikowanego życia, bo było ich na to stać – byli rentierami, gwiazdami telewizji czy dziedzicami fortun, a z hippisowskiej chatki na końcu świata, w której żyli prosto i zgodnie z naturą, mógł ich w razie potrzeby ewakuować prywatny helikopter. To o takich przypadkach śpiewał zespół Pulp w dość nieoczywistym przeboju „Common people”, którego bohaterka „chciałaby żyć jak zwyczajni ludzie”, choć oczywiście wcale nie musi.
Tymczasem w Polsce mamy to szczęście, że – o ile faktycznie nie jesteśmy spadkobiercami milionerów – w większości nie musimy udawać zwyczajnych ludzi, bo nimi jesteśmy. Oczywiście, ostatnie dekady przyniosły stopniowe pogłębianie się podziałów między ludźmi i izolację, a wiele drabin społecznego awansu połamano, ale pamiętajmy, że wciąż mamy niezłe zapasy, z których można coś zbudować. Większość z nas chodziła do publicznych szkół, nadal istnieją darmowe studia dzienne i stypendia, wychowywaliśmy się często na niegrodzonych osiedlach, gdzie sąsiedzi reprezentowali bardzo różne światy, a historie w poszczególnych domach to nadal pamięć różnych kolei losu, w tym przenosin ze wsi do miasta, faktycznych szans, jakie dała szkoła, biedy albo życia tuż nad kreską, pracy kiepskiej, żmudnej, ale dającej satysfakcję, a czasami żadnej. Różnice między nami istnieją i nieprawdą jest, że żyjemy w płaskim klasowo społeczeństwie, jak wydawało się niektórym, ale będę się upierać, że mamy szansę na budowę relacji opartych na solidarności i zrozumieniu, że dobro drugiego człowieka służy także nam.
Dziki kapitalizm zniszczył i podzielił bardzo wiele, ale nie unicestwił wszystkiego. W większości, jako obywatele, nadal jedziemy na różnych piętrach, ale jednak tego samego, niezbyt wysokiej jakości wózka. Znajdujemy się na spektrum niepewności i skromnego stanu posiadania – od bardzo skromnego, po „w porządku”, a zewnętrzne oznaki stabilizacji bywają makietą z tektury. Nawet stateczna menedżerka z lśniącego biurowca może swoją gorliwością w szlusowaniu do aktualnych standardów i mody maskować „słoikowe” poczucie niedopasowania (co zresztą jest zjawiskiem starszym niż III RP – o psychologicznych zawiłościach awansu społecznego mówi sympatyczny film „Warszawskie gołębie” z lat 80.). A ponieważ często ciuch od projektanta jest z lumpeksu, sushi z dyskontu, a dekoracje w stylu prowansalskim pochodzą z hurtowni „Upominex”, makieta może się okazać stosunkowo łatwa w demontażu. Kto wie, może dlatego taką popularnością cieszą się opowieści o latach 90., może sięgają po zwykłą pokoleniową nostalgię – przypominają czas, gdy kolorowe gazety trąbiły o tym, że każdy może zostać milionerem, ale z drugiej strony rzeczywistość sama uczyła o tym, jak różni bywają ludzie i ich życiorysy. Mogliśmy, mieszkając w domu jednorodzinnym, odwiedzić po lekcjach koleżankę z klasy w kamienicy bez łazienki, albo samemu mieszkając w kamienicy wpaść do mieszkania kolegi z bloku, żeby pograć na amidze. Dorastającym w realiach, gdzie wszystko jest ogrodzone, wszędzie trzeba wpisywać kody i za wszystko trzeba płacić, ta nauka na pewno przychodzi trudniej – trzeba przekroczyć coś zastanego.
W eseju poświęconym obcości w literaturze science fiction Ursula K. LeGuin pisze: „Jeśli zaprzeczasz więzi z drugim człowiekiem albo grupą ludzi, jeśli twierdzisz, że są zupełnie odmienni niż ty – tak, jak mężczyźni zrobili to wobec kobiet, jedna klasa wobec innej, naród wobec narodu – możesz zacząć ich nienawidzić lub ubóstwiać, ale w każdym z tych przypadków zaprzeczasz waszej duchowej równości, ludzkiej realności. Zmieniasz ich w rzecz, z którą jedyna możliwa relacja to relacja oparta na władzy. W ten sposób dokonujesz zgubnego w skutkach zubożenia swojej własnej rzeczywistości. Wyobcowujesz się”. Myślę o tym zawsze, kiedy przypominam sobie sytuacje, w których lewicowcy wydają się podchodzić do możliwie szeroko rozumianego „ludu” jak do jeża. Boją się, nie wiedzą, jak się zachować, jak mówić o ludziach, z którymi sympatyzują i chcieliby okazać solidarność, wreszcie – wyobrażają sobie na ich temat niekoniecznie właściwe rzeczy. Na temat ludzi, którzy są przecież w zasięgu rozmowy!
Pytam siebie w duchu: co się z nami podziało? Dlaczego zachowujemy się, jakbyśmy odlecieli na różne planety? Jakbyśmy nigdy nie mieli sąsiadów, nie mieszkali teraz czy kiedyś na blokowisku, nie chodzili do publicznej szkoły i nie odwiedzali kolegów z klasy, a w dorosłym życiu nie łączyły nas relacje z ludźmi, którzy mogli pracować w zawodzie, o którym my nie mamy pojęcia, ale razem z nami łazili po górach, bunkrach albo słuchali podobnej muzyki? Co jest tym biletem na inną planetę, co stawia te bariery? Wykształcenie, nawet jeśli nigdy nie pracowaliśmy w zawodzie lub nie dotrwaliśmy do magistra? Praca? A może – o ironio – uświadomienie sobie, że w społeczeństwie nie wszyscy mamy równe szanse, co jakimś dziwnym sposobem sprawia, że zaczynamy się dystansować wobec kogoś, z kim niedawno moglibyśmy wypić piwo i porozmawiać o zbieraniu płyt (bo „co on sobie o mnie pomyśli, muszę mieć salon wypisany na twarzy”).
Skąd się to bierze, to pouczanie i pielęgnowanie poczucia winy, samokrytyka zamiast faktycznej polityki, autoanaliza i przykrawanie się do wzorca zamiast bardziej praktycznego i empatycznego przymknięcia oka na różnorodność postaw ludzkich, przyznania, że ja jestem taka, a ty śmaka, ale łączą nas podobne cele, monitorowania drobiazgów zamiast stwierdzenia – ok, ale idź i nie grzesz więcej? Jest jakiś straszny paradoks w tym, że czasem wiedza i samoświadomość zamienia się w pancerz. Teoria habitusów Bourdieu, skądinąd bardzo odkrywcza w socjologii, przeniesiona na poziom rozmów międzyludzkich i osobistych postaw robi dziwne rzeczy z Polakami i Polkami. Widziałam najlepsze umysły mego pokolenia pochłonięte przez nieustanne rachunki sumienia. Czy może mi się podobać ta piosenka? Czy to wypada, czy nie wypada? Czy nie wydaję się za głupi lub za mądry? Czy moje gusta nie są elitarne albo przeciwnie, pozerskie? Jak Molierowski pan Jourdain, który po 40 latach uświadomił sobie, że mówi prozą, tak biedny, zdezorientowany sympatyk lewicy uświadamia sobie, że mógł mieć w życiu nieco więcej fartu. Świadomość różnych punktów startowych w życiu to sama w sobie dobra rzecz, bo czas najwyższy dać sobie spokój z mitem „od zera do milionera”, ale problem zaczyna się wtedy, gdy ta świadomość, zamiast oświecać, staje się ciężarem, o którym pisała LeGuin.
Tak powstaje uprzedzenie, z mieszaniny obaw i lęków: mogę zrobić coś źle, więc na wszelki wypadek będę się trzymać z daleka. Ktoś dotychczas znany staje się w naszych oczach obcym, człowiekiem z innego świata, niezrozumiałym; pogłębia się między nami rów, choć świadomość i empatia powinna raczej sprzyjać jego zasypywaniu. Wyobcowujemy się również wobec samych siebie. Jeśli jesteśmy wykształceni albo mieliśmy szczęście znaleźć dobrą pracę – zaczynamy się za siebie wstydzić, postrzegać swój (mimo wszystko nadal skromny) status jako barierę w komunikacji, ciężar większy niż w rzeczywistości. Widziałam realizację tego scenariusza kilka razy i za każdym z nich wyglądało to podobnie: jakby bardziej świadomie deklarowany akces do lewicy sprawiał, że wcześniej zwyczajnie otwarty na świat (i prospołeczny w praktyce) człowiek wolał schować się do nory i pogrążyć w nieskończonych debatach o tym, kim jesteśmy i dokąd tuptamy. Można poświęcać się wtedy w nieskończoność cyzelowaniu mowy i własnych przyzwyczajeń tak, by były jak najmniej dokuczliwe dla innych grup społecznych. Takie dyskusje odbywają się zwykle w niewielkich gronach, co czyni je niszowym sportem. Redaktorzy i czytelnicy „NO”, którzy słuchają metalu, a jest nas tu kilkoro, zapewne pamiętają tragikomiczne debaty sprzed kilkunastu lat o tym, kto nadaje się na TRVE metalowca, a kto już naraża się na pozerstwo; zwykle kończyło się to tym, że w zbiorze TRVE zostawała może jedna wzorcowa osoba. Po co doskonale pozbawiony uprzedzeń język, skoro nie zamierzamy go używać, skoro boimy się porozmawiać?
Ten lęk i pewna sztywność, samoalienacja – wszystko to może niestety przełożyć się na próbę rozmowy. Ktoś, kto nie jest pewien, jak mówić do drugiego człowieka w obawie, że ten jest „zupełnie inny niż ja”, zaczyna babciojagódkować, robiąc wrażenie takie, jakie zrobił – mimo najlepszych intencji – wnuczek z kolejowej anegdoty. Nikt nie lubi, gdy się ktoś nad nim, dorosłym obywatelem, pochyla i załamuje rączyny. Nikt nie chce, żeby mu na siłę wpychać nawet najsmaczniejsze jagódki. Nieco naiwną, ale może skuteczną (bo nie ma zmiany bez dozy naiwności) receptą na wyjście z tego stanu rzeczy jest dać się polubić, najlepiej osobiście. Szukanie poziomych płaszczyzn porozumienia, idących w poprzek podziałów narzuconych nam z góry. Za tzw. moich czasów, w latach 90. i wczesnych zerowych, takim wspólnym gruntem były subkultury. Dzisiaj mogą być to rzeczy powszechnie lubiane, jak sport, ciuchy, ogródek czy makijaż, albo nieco bardziej niszowe, jak stare auta, szydełkowanie albo UFO. Jeśli nasi rozmówcy są nieco starsi, mogą spokojnie zdeklasować wiedzą magistra, bo oczywistą rzeczą było dla nich oglądanie Teatru Telewizji i „Wielkiej Gry”, może czytanie wielkonakładowych magazynów w rodzaju „Przekroju” czy „Nowej Wsi”. To oni wygraliby z nami w „Jednym z dziesięciu”.
Stanisław Barańczak zastanawiał się w latach 70., dlaczego tak wielu widzów bynajmniej nienoszących cylindra i fraka kochało „Kabaret Starszych Panów”, ignorując jednocześnie łopatologiczne filmy i powieści milicyjne. Odpowiedzią był szacunek dla widza. Nie można bowiem podważać czyjejś zdolności do myślenia. Zakładać, że ktoś jest z zasady pozbawiony wyobraźni, umiejętności autorefleksji, poczucia humoru (w tym dystansu wobec samego siebie). Dzisiaj autorzy blogów i kanałów Youtube poświęconym teoriom spiskowym, płaskiej Ziemi albo Reptilianom, nie stronią od wykładania teorii filozoficznych (nawet jeśli są to teorie wzięte z kompletnie innego wymiaru, albo z pewnej części ciała) i wcale nie unikają trudnych słów. I chociaż opowiadają bajki, to trzeba oddać im sprawiedliwość, że realizują postulat Barańczaka o tym, żeby szanować swojego odbiorcę. Warto wziąć sobie to do serca. Nawet jeśli nasz obecny lub potencjalny znajomy, sąsiad, współpracownik nie ma czasu na czytanie powieści, nie znaczy to, że zna góra sto słów, a to, że ma daleko do najbliższej galerii sztuki, nie powoduje, że sztuki nie może zrozumieć. Dlaczego zakładamy, że nie można jednocześnie lubić grillowania i czytania książek, albo słuchać disco polo, poezji śpiewanej i Chopina, w zależności od humoru i okazji? Swoją drogą, czy wiedzieliście, że zespół Boys na początku inspirował się INXS i Duran Duran, a wczesne piosenki Akcentu to przeróbki standardów z „krainy łagodności”? No to już wiecie.
Polityka w życiu codziennym to także lekcja wyrozumiałości, zwłaszcza jeśli nie chcemy uprawiać gwiazdorskiej autopromocji, lecz zaprosić na wspólny pokład jak najwięcej osób. Kiedy byłam nastolatką, zdarzyło mi się na chwilę „przykucnąć”, uwierzyć w liberalizm i dać się oszołomić przekonaniu, że każdy jest kowalem własnego losu (na szczęście ta chwila nie trwała długo). Hipiso-punki z małych miast nosiły wtedy koszulki z napisem „Każdy inny, wszyscy równi”, a ja dziwiłam się, co też oni wymyślają. Dzisiaj muszę ich przeprosić. Bo tak trzeba żyć.
Olga Drenda
przez Olga Drenda | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017
Słowo „amator” wydaje się dzisiaj obciążone trochę lekceważącym tonem (nikt nie chciałby, aby o jego pracy mówiono „amatorszczyzna”) i odruchowo każe myśleć o wytartych kalkach językowych w rodzaju nieśmiertelnych „amatorów białego szaleństwa”. Jeśli jednak chcemy brać na poważnie postulaty demokratyzacji dostępu do wiedzy, a nawet zasady równości w ogóle, warto schować tę kategorię do kieszeni albo zrewidować swoje poglądy na temat granicy między zawodowstwem a hobbystycznym czy niedzielnym uprawianiem nauki. Nauka obywatelska to termin, który funkcjonuje w powszechnym obiegu co najmniej od lat 70. XX wieku, rozpowszechnił się natomiast za sprawą internetu w fazie web 2.0. Obecnie, w epoce galopującej popularności teorii spiskowych czy modnego terminu postprawda, nie można dopuścić do tego, aby obywatelskie podejście do wiedzy zostało zdyskredytowane.
W świecie nauk społecznych i badań nad historią coraz częściej zwraca się uwagę na sferę określaną jako wernakularna – obszar tego, co miejscowe, powszechne, potoczne, ale też nieprofesjonalne. Ten teren zawsze był domeną etnologii i antropologii kultury – nauk, które w swojej nowoczesnej, niegabinetowej wersji stanowią szkołę pokory dla każdego badacza i badaczki. Zamiast spoglądać na obiekt badań z wysokości katedry, konieczne jest nawiązanie kontaktu i znalezienie sposobu dotarcia do rozmówcy, a także – jak postuluje jeden z najważniejszych współczesnych antropologów Clifford Geertz – przyjęcie do wiadomości faktu, że być może nigdy nie uda się w pełni pojąć badanego przez siebie świata i wejść w buty swoich rozmówców.
W badaniach nad historią już od czasów francuskiej szkoły Annales, czyli od lat 30. XX wieku, poświęca się należytą uwagę codzienności, badając „historie peryferyjne” i „małe historie”, wszystko to, co nasyca bieg dziejów poza nurtem kluczowych wydarzeń historycznych, i miejsca gdzie zmiany następują w innym, wolniejszym tempie. Spisywaniem i porządkowaniem tych informacji posiłkowali się jednak głównie historycy akademiccy, zajmujący się tą dziedziną zawodowo, na podstawie kronik miejskich, pamiętników czy dokumentów sądowych. W dziedzinie historii, socjologii, antropologii wizualnej rośnie z kolei zainteresowanie fotografią wernakularną (zdjęciami z wakacji, fotografią ślubną, użytkową fotografią portretową czy współczesnymi zdjęciami rozpowszechnianymi w internecie) jako dokumentem ludzkiego życia, przekonań, aspiracji, a także tzw. egodokumentami – korespondencją, pamiętnikami, inskrypcjami nagrobnymi. Wszystko to pozwala uczestnikom historii przemawiać samodzielnie, własnym głosem.
O potrzebie jak najbardziej demokratycznego podejścia do wiedzy i dostępu do nauki świadczy to, jak duży rozwój i ile odkryć zawdzięczamy nieprofesjonalnym pasjonatom. Droga autodydaktyki nie była w ich przypadku wyborem, lecz koniecznością, mowa bowiem o czasach, w których edukacja, szczególnie uniwersytecka, stanowiła przywilej zarezerwowany dla bardzo wąskiej warstwy społeczeństwa. Okoliczności te stworzyły imponującą tradycję modelu samouka z klasy nieuprzywilejowanej – zapał do czytelnictwa i zdobywania wiedzy stanowił jeden z elementów tradycyjnej working class pride i traktowany był jak narzędzie emancypacji, szczególnie w Wielkiej Brytanii. Temat ten gruntownie przebadał Jonathan Rose w swojej książce „The Intellectual Life of the British Working Classes”. Powołuje się on m.in. na relacje z ówczesnych teatrów objazdowych, w których robotnicza publiczność domagała się wystawiania sztuk uwielbianego przez nią Szekspira, a także na wpływ wielkiego dramaturga na retorykę XIX-wiecznych przywódców związkowych. W Polsce warto byłoby zapewne prześledzić analogiczny wpływ drukowanych w odcinkach powieści Henryka Sienkiewicza na popularyzację literatury pięknej wśród najszerszych grup odbiorców.
Powszechny obowiązek edukacji i rozwój dwudziestowiecznego systemu szkolnictwa, a także dominacja popkultury i rozrywki w kulturze masowej, sprawiły, że kultura autodydaktyki w końcu zanikła. Nim jednak to się stało, przyniosła budzące podziw rezultaty. Początki współczesnej paleontologii historia zawdzięcza właśnie półamatorce, Mary Anning, która wiedzę o skamielinach zdobywała samodzielnie. Jej historia jest niestety typowa dla swoich czasów. Jako pochodząca z klasy robotniczej kobieta nie miała szans na uzyskanie wykształcenia uniwersyteckiego, na publikacje w biuletynach naukowych ani na członkostwo w prestiżowym Londyńskim Towarzystwie Geologicznym, co nie przeszkadzało jednak zawodowym naukowcom o uprzywilejowanej pozycji wykorzystywać jej wiedzę i dorobek, naturalnie bez podawania nazwiska faktycznej odkrywczyni. Jak zwykle bywa w podobnych przypadkach, dopiero po śmierci Anning jej faktyczne dokonania stały się głośne. Okazało się, że niewykształcona kolekcjonerka, która uczyła się biologii, archeologii i łaciny całkowicie samodzielnie, przepisując wypożyczone książki naukowe, jako pierwsza zidentyfikowała pełne szkielety m.in. plezjozaura i ichtiozaura, a także opisała szereg innych prehistorycznych stworzeń morskich. Jedna z najważniejszych postaci w dziejach fizyki, Michael Faraday, również był samoukiem: jako nastolatek z niezamożnej rodziny zatrudnił się na stanowisku asystenta introligatora, aby móc czytać do woli. Tak zdobył samodzielnie wiedzę z zakresu fizyki, co pozwoliło mu później spisać własne teorie.
W dziedzinie historii, bo ten temat interesuje mnie tutaj szczególnie, piśmiennictwo nieprofesjonalne wydatnie uzupełnia liczne białe plamy. Teksty autorstwa nieprofesjonalnych historyków to dzisiaj jedno z najważniejszych źródeł we wczesnej historiografii Afryki, krajów skandynawskich, dziewiętnastowiecznych dziejów Stanów Zjednoczonych (tu znaczący, choć na długi czas zapomniany, wkład wniosły kobiety). Podobnie bez egodokumentów, które przede wszystkim w dwudziestoleciu międzywojennym i po wojnie zbierano m.in. do konkursów prasowych i antologii, znacznie mniejsza byłaby nasza dzisiejsza wiedza o ówczesnej polskiej wsi. Tu najważniejszym zbiorem pozostają niewątpliwie „Pamiętniki chłopów”, wydane w roku 1935, które wielu współczesnym czytelnikom uświadomiły po raz pierwszy realia życia wiejskiego. Podsumowywał je najlepiej cytat z jednego z pamiętników: Chłop bez butów, konie bez podków, a koła wozowe bez obręczy.
Dzisiaj o nauce obywatelskiej mówi się przede wszystkim w kontekście wikipedystów czy wielkoskalowych przedsięwzięć, takich jak Galaxy Zoo czy Zooniverse – platform internetowych, na których użytkownicy mogą samodzielnie klasyfikować galaktyki, czy globalnych projektów zbierania danych meteorologicznych. Astronomia, meteorologia czy geografia zyskują wiele dzięki wkładowi lokalnych obserwatorów i crowdsourcingowi wiedzy. W zakresie historii podobną rolę odgrywają muzea czy fundacje poświęcone dziedzictwu kulturowemu. Instytut Historii Miasta (The Institute of Urban History) w Sztokholmie to dzisiaj przykład miejsca, w którym historycy zawodowi i niezawodowi mogą spotykać się, wymieniać wiedzą i wspólnie angażować w przedsięwzięcia. Skandynawia przoduje zresztą w takich demokratycznych przedsięwzięciach badawczych, a wkład amatorów jest tam od dawna doceniany.
Osobiście interesuje mnie mniej spektakularny, lokalny aspekt takich działań, na skalę nie tyle kosmiczną, co powiatową; stąd moje zainteresowanie internetowymi archiwistami dzielnic, osiedli i miejscowości i społecznościami, które samorzutnie wytwarzają się wokół ich stron. To współczesny odpowiednik papierowych publikacji wydawanych często własnym nakładem lub w małych oficynach, dokumentujących dzieje jakiegoś miasta i dostępnych w lokalnym muzeum. Dzisiaj pojedynczy pasjonaci lub ich niewielkie zespoły zakładają strony lub profile na Facebooku, na których prowadzą kronikę swojej okolicy, często uzupełniając nieznaną historię miejsc anonimowych czy nieznaczących. Przeglądają biblioteki fizyczne i cyfrowe, przekopują archiwa miejskie, wdychają kurz w antykwariatach, skanują zdjęcia, archiwizują materiały otrzymane od innych odwiedzających. Zamieszczane fotografie i skany zachęcają odwiedzających do dzielenia się własnymi wspomnieniami, co często pozwala uzupełnić zapomnianą topografię okolicy. Komentarze wspominają więc o poszczególnych mieszkańcach (np. kto mieszkał w nieistniejącym już domu), lokalizacjach (czy w miejscu dzisiejszego dyskontu znajdowała się piekarnia, czy cukiernia oraz jak miała na imię sprzedawczyni), przemianach miejskiej tkanki, zmianach w charakterze terenu – poszerzeniu drogi, rozbudowie szkoły. Nieocenione okazują się wspomnienia osób zatrudnionych niegdyś w nieistniejących już dzisiaj zakładach pracy, a także ludzi zaangażowanych w bardzo aktywny przecież mikroobieg krzewienia kultury i edukacji pozaszkolnej w czasach PRL. Domy kultury, kółka hobbystyczne, kluby zainteresowań na osiedlach i w małych miejscowościach po latach w internecie przeżywają swoje drugie życie. Takich miejsc, gdzie odbudowuje się stopniowo lokalna pamięć, jest wiele w każdej części kraju: „Zgorzelecki PRL”, „Radom – retrospekcja”, „Zapomniane miejsca w Świętochłowicach”, „Historia Piotrowic i Ochojca”… Moja „Duchologia polska” poniekąd jest projektem o podobnej proweniencji, ponieważ bardzo wiele zawdzięczam informacjom od osób odwiedzających regularnie moją stronę.
Współczesne platformy dla miłośników fotografii i serwisy społecznościowe pozwalają również odkurzyć archiwa fotografom z lokalnej prasy, którzy publikują swoje stare skany. Tu na szczególną uwagę zasługuje Sławomir Olzacki z Ostrołęki, w swoim czasie szeregowy reporter, z dzisiejszego punktu widzenia czujny dokumentalista, który potrafił uchwycić codzienność w momencie przemiany, fotografując dworce PKS-u, wnętrza spółdzielni mleczarskiej, pionierskie gospodarstwo ekologiczne pewnego rolnika. Zygmunt Wiciński, inny fotograf, który w swoim czasie nie doczekał się większej sławy, został odkryty na nowo dzięki opublikowanym na Facebooku starym zdjęciom z dopiero rozbudowującego się warszawskiego Ursynowa. Kadry te ukazują pozostałości wiejskich zabudowań, pojedyncze drewniane gospodarstwa, chwiejące się płotki i stadka kur z nowymi blokami majaczącymi w tle czy widmowe krajobrazy z zaroślami, w których kryje się porzucona warszawa czy syrena. Fotograf i miłośnik pozostałości PRL-u Błażej Targaczewski wędruje z kolei od lat po Polsce w poszukiwaniu wyblakłych resztek państwowych murali na ścianach kamienic. Niedawną historię miejsc anonimowych pozwalają przypomnieć sobie też wyprawy urbexowców – fotograficzne relacje z nielegalnych często wycieczek do opuszczonych domów i fabryk inspirują nierzadko do dzielenia się prawdziwymi opowieściami, a przy okazji do snucia rozmaitych ponurych spekulacji, rodem ze scenariuszy horrorów.
Opowieści miłośników urbexu leżą gdzieś na granicy prawdy i fantazji, ale nie inaczej ma się przecież sprawa ze sporą częścią literatury historycznej. Wśród polskich czytelników, ale i na całym świecie, tematyka historyczna cieszy się dzisiaj dużym zainteresowaniem, szczególnie na najmocniej ekscytujących odcinkach, które łatwo dają przerobić się na kanwę wciągających powieści: szpiegowska i militarna historia II wojny światowej, słynne dynastie Europy, wojny epoki średniowiecznej. To zatarcie między faktem, fikcją a gdybologią jest bardzo wyraźne (przykładem może być popularność w Polsce publikacji z zakresu historii spekulatywnej, czyli opartej na scenariuszach „co by było, gdyby”). Co ciekawe, niestety w tej ostatniej dziedzinie brylują poczytni… zawodowi historycy, prześcigający się w pouczaniu dawno nieżyjących już polskich polityków, co powinni byli zrobić, żeby niezawodnie wygrać II wojnę światową i że oczywiście zwycięstwo było o mały włos.
Walijski historyk William Rubinstein twierdzi, że różnica między historykiem zawodowym a nieprofesjonalnym leży w poziomie ambicji i w obszarze zainteresowań. Historyk-amator, jak pisze Rubinstein, interesuje się przede wszystkim przypadkami niezwykłymi (nierozwiązane tajemnice, zagadkowe zabójstwa) i wierzy, że zdobędzie tak duże kwalifikacje i będzie badać sprawę na tyle pilnie, iż w końcu dokona przełomowego odkrycia. W Polsce, jak to często bywa, wszystko jest postawione do góry nogami, ale być może ta rzetelność – w miejsce fantazjowania – mogłaby być cechą, której historycy zawodowi uczyliby się od pasjonatów?
Olga Drenda
przez Olga Drenda | wtorek 17 stycznia 2017 | Kwartalnik, Zima 2016
Plakat festiwalu Jazz nad Odrą 1989 autorstwa Jacka Wolffa i Wojciecha Zawadzkiego przedstawia Wrocław w wersji wielkomiejskiej – najpewniej zgodnie z wyobrażeniem autorów o „cywilizowanym świecie”. Znakiem cywilizacji jest tu przede wszystkim wszechobecność reklam. Kamienice na czarno-białej fotografii graficy przyozdobili mnóstwem kolorowych szyldów, bannerów, wywieszek – z charakterystyczną dla epoki dezynwolturą traktując ochronę znaku firmowego. Prawdopodobnie wycięto je z katalogu typu „Quelle”, który docierał wówczas do Polski w przesyłkach zagranicznych (i często był postrzegany jako rodzaj przewodnika po życiu w „normalnym kraju”). Wyobrażoną wielkomiejskość autorzy plakatu kupili w pełnym pakiecie – obok reklam samochodów i aparatów fotograficznych pojawia się również „Sex Party”. Zderzenie z tym plakatem po niemal 30 latach przynosi wrażenia z pogranicza śmiechu i przerażenia – autorzy chyba posiedli zdolność przewidywania przyszłości, bo Wrocław i inne polskie miasta tak właśnie wyglądają. Jedyna, ale zmieniająca wszystko różnica polega na tym, że zamiast aury prestiżowej wielkomiejskości otrzymaliśmy beztroski bałagan. Italo Calvino pisał jeszcze w latach 70. w „Niewidzialnych miastach”: Cechą przestrzeni miejskich jest przerost semiozy. Nazwy, symbole, ikony, reklamy przesłaniają domy, place, ludzi. Przerost semiozy, który nastąpił w Polsce, wydaje się szczególnie dotkliwy, przesłania bowiem wszystko, nawet Tatry – Podhale to region najbardziej niesławny pod względem wizualnego chaosu.
Dyskurs popularny na temat przestrzeni publicznej w Polsce ukształtowało zgodne założenie, że jest brzydko. Wyartykułowane zostało przede wszystkim w tekstach Filipa Springera i Piotra Sarzyńskiego (arcymalkontentów z zasady, którzy jednak uczciwie wskazują systemowe przyczyny), a także Ziemowita Szczerka (u niego brzydota ma rys egzotyczny i poczciwy, to brzydota o dobrym serduszku). Z jednej strony – polemizowanie z takim stanowiskiem jest bezcelowe, bo konieczne byłoby zignorowanie oczywistych zjawisk: wszędobylskiej reklamy, bezczelnej i agresywnej polityki deweloperów, bezinteresownego wandalizmu, śmiecenia. Tego nie da się nie zauważać. Z drugiej strony jednak narzekanie, nawet w dydaktycznym, uświadamiającym tonie, to nie wszystko, to zatrzymanie się na samym początku drogi. Konieczne jest bowiem zadecydowanie, co robić dalej i co jest wykonalne. Można oczywiście popaść w tożsamościowo-kompensacyjne tony, tarzać się z upodobaniem we własnym położeniu i reagować odruchem kolanowym na krytykę: jest brzydko, ale to nasza własna brzydota, inni nie będziemy! Jest w tym jednak nuta smutnego masochizmu i pogodzenia się z podłym losem. Można przyjrzeć się temu, co wymknęło się spod kontroli, spróbować zrozumieć, dlaczego tak się stało, a przede wszystkim – określić, gdzie i jak chcielibyśmy przebywać i mieszkać.
Smutny aktualnie kształt polskiego krajobrazu to kombinacja kilku elementów. Są to brak właściwego prawa, obyczaj zezwalający częściowo na bierność czy nadmiernie szeroki margines laissez-faire i wreszcie: czynnik finansowo-biznesowy. Wielokrotnie zdarzało mi się trafiać na refleksje czy mimowolne obserwacje dotyczące zmian w przestrzeni, gdy pisałam „Duchologię polską”, co pozwalało częściowo prześledzić zachodzące zmiany. Amatorska fotografia lat 70. i 80., fotograficzne „szkicowniki” Jerzego Lewczyńskiego, Davida Hlynsky’ego czy Władysława Hasiora ukazują często nie tylko pierwsze jaskółki wizualnej anarchii, plamy chaosu pojawiające się w odgórnie planowanej przestrzeni, ale także zaniedbania, brud, bałagan, które pracowicie gumkowano z pocztówek z betonowego raju (ich wspaniałą kolekcję opublikował ostatnio Mikołaj Długosz w „Lecie w mieście”). Pomału jednak w krajobraz wkrada się reklama, nie tylko państwowo usankcjonowana poprzez murale, ale także amatorska, jak ręcznie namalowany plakat „Samomyjki”, wypatrzony przez Hlynsky’ego w jednym z krakowskich sklepów. W przestrzeni pojawia się sporo amatorskiej twórczości, niekoniecznie tylko w obrębie ogródka działkowego, gdzie to – jak w głośnym eseju opisał Roch Sulima – kultywowano kreatywność w duchu zrób to sam. Rozmaite szyldy i plansze, fronty sklepów, wystawy, wszystkie stawały się polem twórczości wernakularnej.
Urządzanie miasta po swojemu (z dobrym i złym skutkiem oczywiście) nie jest więc zjawiskiem nowym; jeszcze w latach 70. Marcin Czerwiński starał się przeprowadzić obronę fenomenu, który wówczas określano jako kicz miejski: niejeden szyld, niejedna reklama, witryny, zaaranżowanie kwietników, malunki geometryczne na ławkach i sztachetach, balkony z ich domowej roboty zasłonkami, markizami itp. Jest to po prostu w mieście taki oto żywioł plastyczny, który przeziera co krok. Uzasadniał także miejsce dla „domków polskich”; domek taki, zamieszkiwany przez typ „drobnego ciułacza”, zrodził się na obszarach miejskich i przymiejskich już poza obrębem folkloru, natomiast w obrębie działania rynku, dla którego pracował tartak, cegielnia czy blacharnia, narodził się w sferze społecznej, nieaspirującej do wzorców mieszczańskich czy ziemiańskich. Wydaje się, że właśnie domek polski i kicz miejski to niewinni, budzący dzisiaj sympatyczne skojarzenia protoplaści aktualnego bałaganu przestrzennego.
Podobnie ciepłe uczucia można żywić do zanikającego już powoli zjawiska typopolo, charakterystycznego dla wczesnego kapitalizmu. Powszechna dostępność kolorowych folii samoprzylepnych spopularyzowała szyldy autorstwa samych właścicieli drobnych biznesików, często nieporadne, bez ładu i składu, ale przez to oryginalne i pozwalające dostrzec dobre chęci. „Dziki” kapitalizm w Polsce lat 90. przyniósł w estetyce ofensywę amatorki, w której od czasu do czasu pojawiały się przejawy naprawdę błyskotliwej wyobraźni. Stylistyka aspiracyjna (o której indywidualnym wymiarze, przejawiającym się we „właściwym” stroju, rekreacji i hobby, pisze znakomicie Magda Szcześniak w „Normach widzialności”) kazała zdobić szklanymi frontami banki i urzędy, a nowe gmachy stawiać w stylu postmodernistycznym, najlepiej wściekle kolorowe. Równolegle z nią istniał jednak wszechświat mało-sklepikowo-bazarowy, w którym królowało typopolo nalepione pobieżnie na front PRL-owskiego sklepu. Elementem, który zostanie zauważony zapewne przez niewielu, więc być może tym bardziej warto o nim przypomnieć, jest estetyka wernakularna i oddolna kreatywność mieszkańców: wszystkie wynalazki architektoniczne i dekoratorskie, które powstają z pomysłowości, potrzeby chwili czy chęci ozdobienia otoczenia, a przy tym nie są sformatowane przez łatwo dostępne gotowce. Najprostsze sześciany „kostek polskich” niejednokrotnie zdobiono mozaikami z potłuczonej ceramiki (w mojej okolicy obowiązuje kolor morski), balkony blokowisk przeobrażały się w egzotyczne palmiarnie wyłożone warstwami mat, a balustrady pokrywały się kolorowymi pasami z tworzywa. Obecnie nawet ogródki działkowe, które łatwo wyposażyć sprzętem z marketów budowlanych, nie są już ostoją oryginalnych samoróbek. Jednym z niewielu nowych zjawisk na tym polu, z pewnością godnym odnotowania, jest drugie życie opon, które funkcjonują jako huśtawki, klomby, a nawet fantazyjne łabędzie.
Wszystkie te zjawiska są prekursorskie w stosunku do aktualnego stanu rzeczy i znamionuje je pewna radosna anarchia. Różnica między 1991 a 2016 jest jednak znacząca: przed dwiema dekadami większość wspomnianych wyrobów była „jednorazowa” – niemal nieobecnym zjawiskiem były bary czy sklepy sieciowe. Aktualnie natomiast mamy do czynienia z kombinacjami prefabrykatów, z inwazją klonów. Najłatwiej zauważyć to nie tylko po wszechobecności dyskontów spożywczych, które stopniowo eliminują sklepy indywidualne, ale także po obecności fotografii stockowej w reklamie produkowanej przez trzecioligowe agencje i studyjka poligraficzne. Pojawiają się na nich wciąż te same twarze z banku zdjęć, podobne ornamenty, zbliżona typografia. W parze ze sformatowaniem przestrzeni idzie łopatologiczne myślenie o reklamie, zgodnie z którym wskazówki do sklepu, hurtowni, warsztatu muszą być natrętne, a jeśli kiosk nie zostanie otoczony ze wszystkich stron świata strzałkami wskazującymi „to jest kiosk”, żaden klient nie domyśli się, co to za obiekt.
Ewolucja polskiej przestrzeni publicznej idzie w parze z modami gastronomicznymi, motoryzacyjnymi itp. Z jednej strony mamy estetykę „na sterydach”, a w niej wspólny mianownik znajdują energy drinki oraz szybkie auta, z których w środku nocy słychać głośną, basową muzykę. Z drugiej – w schludnych kawiarniach miękkie akustyczne melodie sączą się przy aromatycznych napojach i dietetycznym cieście; te lokale mają bardziej dyskretne liternictwo, elegancko zaprojektowane logo. Oczywiście ich wygląd jest ściśle związany z zawartością. Krótkowzroczne i niedobre byłoby narzekanie na pstrzące nasz krajobraz budki i kioseczki, bez zwrócenia uwagi na ich paskudne nadzienie w postaci lombardów, sklepów z alkoholem i lokali z automatami do gier, wszystkie oczywiście czynne 24 godziny na dobę i często stawiane jedno obok drugiego, jako sprawnie funkcjonująca – nawet, gdy ma niezależnych właścicieli – maszyneria do wykorzystywania ludzkiej łatwowierności i desperacji. Modne kawiarnie, salony urody, ale także biura przynależą z kolei do „mac-świata” (nie chodzi o McDonald’sa, lecz o Macbooka), rejonów globalnej estetyki, która odznacza się „spreparowaną bezpretensjonalnością”, sztucznie zaaranżowanym powrotem do prostoty i natury. Przestrzenie te i sposoby ich użytkowania mają oczywiście wymiar klasowy, czekający jeszcze na bardziej gruntowne zbadanie, ale wydaje się, że ich światy w pewnym stopniu zazębiają się – kawiarnię czy salon spa w stylu warszawskim można już coraz częściej znaleźć w mieście powiatowym, meble i dekoracje w tzw. stylu skandynawskim dostępne są powszechnie w niedrogich sklepach, co rozwiewa aurę wielkomiejskiej elitarności.
Agata Pankiewicz, redaktorka antologii „Hawaikum”, poświęconej koślawej urodzie polskich przestrzeni, wskazuje na osobliwą kombinację dobrych chęci i zupełnego wyalienowania. Ja o tym myślę jak o próbie budowania swojego raju. A że te raje są zupełnie niepołączone ze sobą i z krajobrazem, to inna sprawa – mówi Pankiewicz w wywiadzie dla pisma „Aktivist”. Pozwalając sobie na osobiste wtrącenie i odrobinę anecdata: moje doświadczenie mieszkania na przedmieściach różnych miejscowości wydaje się potwierdzać te obserwacje. O ile mieszkanie w bloku przyzwyczaja czy niejako wymusza współdziałanie i komunikację z sąsiadami, branie pod uwagę ich preferencji, czasem wspólne podejmowanie decyzji, o tyle budownictwo jednorodzinne sprzyja wytworzeniu efektu „pola siłowego” wokół pojedynczej działki. Przez to pole, w wyobrażeniu właściciela, nie przenikają hałasy, brzydkie zapachy i inne nieprzyjemności, a nieprzekraczalną granicę totalnej swobody (w której często nie mieszczą się praktyki dobrosąsiedzkie) wyznacza linia ogrodzenia właśnie. Można dopatrywać się przyczyn takiego stanu rzeczy w przekonaniu, że (aspiracyjny) domek na przedmieściu postrzegany jest przez jego lokatora często jako bezpieczna przystań, niejako wyabstrahowana z szerszego otoczenia – służy do spędzania w niej poranków, wieczorów i weekendów, przyjeżdża się doń i wyjeżdża zeń samochodem. Do tego dom stanowi spełnienie pewnej ambicji, co sprzyja pobłażliwości własnej. Często nie stoi za tym zapewne zła wola, a przyzwyczajenie, komfortowy mechanizm psychologiczny, rodzaj projekcji każącej wierzyć, że skoro u mnie wszystko działa, to wszędzie indziej również.
W tym kontekście do myślenia dają badania przeprowadzone przez TNS w 2013 roku. Pokazują one ciekawą rozbieżność, która pomaga wyjaśnić paradoksy polskiego krajobrazu: oto 80% badanych uważa, że ważne jest, aby miejscowość ładnie wyglądała, ale jednocześnie aż 70% nie widzi problemu we własnej okolicy, udzielając twierdzącej odpowiedzi na pytanie „czy przestrzeń w Polsce jest uporządkowana?” dotyczące najbliższego otoczenia. To samo pytanie zadane w odniesieniu do uogólnionych miast, wsi i dróg przyniosło odpowiedzi już mniej optymistyczne. Jednocześnie te same badania pozytywnie zaskakują przy okazji pytania o zjawisko, które pewien wygadany internauta nazwał „zagrodowym liberalizmem”. Większość ankietowanych wyraziła opinię, że „mieszkańcy i lokalne władze powinni mieć wpływ na to, co jest budowane w ich okolicy”. Wreszcie, i to zapewne najbardziej praktyczna wiedza, ankietowani deklarują, co ich zdaniem szpeci wspólną przestrzeń. Przede wszystkim są to śmieci, psie kupy i napisy na murach. Pakiet „springerowski”, czyli architektoniczny bałagan i chaotyczna zabudowa, dzikie parkingi, a przede wszystkim reklamy – niepokoją znacznie mniejszą liczbę pytanych. Warto zastanowić się, skąd wynika taki stan rzeczy. Pomagają w tym dalsze deklaracje: niemal połowa zapytanych Polaków twierdzi, że reklamy, gdy są pomysłowe i zabawne, mogą urozmaicać przestrzeń; większość zdecydowanie uważa, że nie wolno wywieszać bannerów na zabytkach; jednocześnie niemal taka sama liczba osób zgodziłaby się na wywieszenie reklamy na własnym domu, gdyby mogli otrzymać za to zapłatę.
Te obserwacje pozwalają wysnuwać przypuszczenie, że pewne zjawiska mogą być traktowane jak zło konieczne (dzikie parkingi, ponieważ jest zbyt mało parkingów właściwych, podobnie z mieszkaniami – lepsze jakiekolwiek niż żadne), inne z kolei budzą akceptację, jeśli w jakiś sposób zostaną ucywilizowane. Oto reklama outdoorowa jest tolerowana, gdy znajduje się w przeznaczonym dla siebie miejscu (klasyczne billboardy, citylighty na przystankach, murale), natomiast bannery na ogrodzeniach, a zwłaszcza siatki na budynkach, zwane popularnie „szmatami”, budzą jednoznaczną niechęć. Innymi słowy, konieczna jest jakaś droga środka, która pozwoli na „kuratorowanie” (przez samorządy? komisje? samych właścicieli budynków?) przestrzeni reklamowej tak, aby uwzględniała kompromisowe rozwiązania. Dyskutowana ubiegłoroczna ustawa krajobrazowa wydaje się odpowiadać na te problemy tylko po części.
Kolejną przyczyną o systemowym charakterze jest zjawisko, które można nazwać rodzajem wymuszonej rezygnacji. A może ponurym pragmatyzmem, każącym wybierać budującym i urządzającym przestrzeń pomysły wtórne, rodem z masowego supermarketu, kiepskiej jakości, nieładne, tylko dlatego, że okazują się bardziej ekonomiczne czy wygodniejsze w utrzymaniu. To sprawia, że z krajobrazu Polski znika stopniowo lub bezpowrotnie zmienia się ciekawa architektura, której remont się nie opłaca. Smutnym przykładem jest choćby malejąca liczba unikatowych domków z wapienia w okolicach Częstochowy, które łączą rustykalną urodę z regionalnym rysem (przy budowie wykorzystywano lokalny surowiec). Niestety ich konstrukcja powoduje problemy z temperaturą i wilgocią wewnątrz domu, urok przegrywa więc z argumentem praktycznym: wapień chowa się pod styropianem albo stawia nowego gotowca z katalogu. Być może przemyślany system ochrony dziedzictwa architektonicznego, który uwzględniłby odciążenie mieszkańców w wydatkach, pozwoliłby zachować przestrzeń regionu w oryginalnym kształcie?
Możliwe jednak, że stałe zanurzenie w pewnej rzeczywistości nie pozwala dostrzec szerszych struktur czy zaburza obserwację powolnej ewolucji, każąc skupiać się na stanie bieżącym. Na potrzeby „Duchologii polskiej” miałam możliwość przeprowadzenia kilku rozmów z Cyprianem Kościelniakiem, polskim grafikiem i ilustratorem, od lat pracującym w Holandii. W latach 80. na własne potrzeby prowadził szkicownik fotograficzny, dokumentujący oddolną twórczość działkowiczów czy robotników – tak jakby przewidywał, że ich czas już mija, domagają się więc zarejestrowania. […] tak zwana epoka żelaza, czyli bramy, ogrodzenia. To było dla mnie esencją wizualności Polski Ludowej: natychmiast, szybko, tanio. Coś, co miało trwać chwilę, trwało dziesięć lat. Zauważenie ulicy, tego, co brudne, szare, było dla mnie wielkim odkryciem. Przyznałem się sam przed sobą, że to mój świat i że muszę z niego korzystać – mówił. Kolejne powroty do Polski przynosiły obserwacje o zmieniającej się przestrzeni, która stopniowo zaczęła się jego zdaniem „niderlandyzować”, podążając w stronę pewnego sformatowania, odgórnego projektu. W Holandii, ale też coraz bardziej w Polsce, brakuje mi siermiężności, komunikacji płynącej z pierwotnej potrzeby używania znaków. W latach 80. było tego mnóstwo.
Alternatywą dla amatorskiej, nieprofesjonalnej komunikacji okazuje się niestety profesjonalizm w formie instant, przestrzeń renowacji w identycznym stylu, „kamienowanych” rynków, blaszanych klocków, jednakowych dyskontów i marketów, szaro-czerwonych zygzaków kostki Bauma, zatłoczonych nowych osiedli, krótkowzrocznych projektów. Strategia „natychmiast, szybko, tanio”, o której wspomina Kościelniak, zyskała nowe wcielenie – ukryte pod pretekstem modernizacji. Nieprzemyślanej i pospiesznej, często niezbyt funkcjonalnej, do tego najpewniej z krótką datą ważności. Jej powolna erozja, starzenie się, może przynieść dla wspólnej przestrzeni skutki jeszcze bardziej opłakane. Być może warto już dzisiaj wykonać kilka symulacji: zamienić w myślach jedno z nowych centrów handlowych w dużym mieście w opuszczony supermarket ze „Świtu żywych trupów” (galerie handlowe skutecznie zombifikują centra miast – dlaczego ich nie miałoby kiedyś spotkać to samo), wyobrazić sobie odnowiony dworzec czy centrum przesiadkowe za kilkanaście lat, gdy materiały się nieco zestarzeją (czy trzeba będzie co chwilę coś łatać?), całe miejscowości bez zieleni (bo miejsca parkingowe, bo trzeba grabić liście), a szerszy krajobraz bez naturalnych nie-miejsc, łąk, zarośli, małych lasków, zjedzonych przez rozrost miast (urban sprawl). To perspektywy groźniejsze niż plankton reklamowy, który – choć brzydki – stosunkowo łatwo posprzątać.
Olga Drenda
przez Olga Drenda | poniedziałek 19 grudnia 2016 | Jesień 2016
Muzyka tradycyjna znów się podoba, znów ciekawi. Piszę te słowa w szczycie sezonu wakacyjnego, dwa lata po Roku Kolberga: zaraz hipsterska publiczność pod sceną katowickiego Off Festivalu będzie tańczyć przy mazurkach tria Janusza Prusinowskiego, w całym kraju co chwilę odbywają się tabory taneczne, potańcówki, warsztaty, a młodsi pilnie podsłuchują wiekowych mistrzów śpiewu i tańca. Telewizja publiczna nadaje cykl programów „Dzika Muzyka”, w których reporterzy wędrują po kraju i odwiedzają lokalnych artystów. W leżącym na moim biurku ostatnim numerze „Gazety Magnetofonowej”, magazynie poświęconym wyłącznie polskiej muzyce, znajdziemy artykuły o harmonistce z Radomszczyzny Wiesławie Gromadzkiej, nowej muzyce polskich Romów i… królu pocztówek dźwiękowych, polonijnym gwiazdorze Małym Władziu. Wydawałoby się, że nigdy zainteresowanie tego typu muzyką nie było aż tak duże – i to właśnie w jej najbardziej autentycznej wersji, nie tej kuratorowanej przez ekspertów z miasta. Tak jakby pojawiła się szansa na porzucenie wieloletniego bagażu i docenienie muzyki samej w sobie. Ale kto gra dziś oberki i mazurki i kto do nich tańczy? Fascynaci-etnomuzykolodzy, wiejscy neofici tęskniący za sielskim życiem czy sami lokalsi, odkrywający na nowo kulturę swoich okolic?
Kłopot zaczyna się już na poziomie nazewnictwa, którego używamy. Problemy z „kulturą korzeni” to rzecz znana każdemu etnografowi, nawet hobbyście – przede wszystkim ze względu na wiele wyobrażeń i klisz, jakie nawarstwiły się na tym zjawisku. Jest tak bowiem z kulturą ludową, że wielu chciałoby ją sobie wyczarować według własnych scenariuszy. Polska nie różni się tu wiele od Stanów Zjednoczonych, gdzie podobne mitologie zbudowali wokół bluesa biali kolekcjonerzy nagrań (o czym świetnie pisze Marybeth Hamilton w „In Search of the Blues”). Rozmaici ideologowie lubią się wysługiwać wsią, widząc w niej a to rezerwat szlachetnych dzikich, a to zdrój krzepy narodowej. W każdym przypadku jest to pielęgnowanie własnych wyobrażeń i odbieranie głosu samym mieszkańcom, zabawa w rzecznika prasowego bez pytania zainteresowanych o zdanie. Chłopoman chciałby, żeby wieś była na zawsze błoga i naiwna, siedziała w piwnicy jak Kaspar Hauser bez pojęcia o świecie. Jest chyba jakiś nieusuwalny kłopot z polskim pisaniem o wsi. Trudno podjąć ten temat, by nie wpaść w którąś z żłobionych od dziesięcioleci kolein. Pułapek jest wiele: a to mitologizacja, a to epatowanie naturalizmem, a to protekcjonalne poklepywanie, czy wreszcie romantyczno-młodopolskie uwielbienie prostego ludu – pisał Dobrosław Kot na łamach „Znaku”, przyznając się uczciwie do bezradności badacza, pisarza, działacza, któremu mimo najlepszych intencji może powinąć się noga.
Na kulturze wiejskiej, w tym muzyce, przez dziesięciolecia – już od XIX w. – przeprowadzano etnograficzne eksperymenty, modelując ją zgodnie z obowiązującą aktualnie wykładnią. W czasach PRL promowano folklor – stylizowany, uładzony ku ozdobie oficjalnych uroczystości, przypominający sielankową pocztówkę. Zespoły pieśni i tańca wykonywały repertuar brzmiący ludowo, ale pisany od nowa przez kompozytorów. Jednocześnie trwała autentyczna muzyka wsi, ale zmieniała się samorzutnie, przede wszystkim od kiedy do domów zawitały radia; obok oberków w repertuarze muzykantów pojawiały się fokstroty i tanga o miejskim rodowodzie. W czasach, gdy melodie stylizowane na ludowe zaczęli grać No To Co i Czesław Niemen przyodziani w haftowane koszule, na weselach pojawiły się przeboje z radia i z obiegu pocztówkowego (jak słynny „Biały Miś”, pierwotnie bigbitowy, który na dancingi i do remiz trafił z pewnego studia nagraniowego w Trójmieście), a do dawnej muzyki tańczyć już nie chciano. Skrzypce i basy odłożono w kąt.
Długie odnajdywanie
W roku 1979 wsie Mazowsza i Lubelszczyzny zaczął przemierzać z magnetofonem etnograf i malarz Andrzej Bieńkowski. Podobnie jak fotografka Zofia Rydet, która mniej więcej równocześnie rozpoczęła pracę nad swoim „Zapisem Socjologicznym”, również i on zorientował się, że pewien świat znika i z jego rejestracją trzeba się pospieszyć. Na pewno nie była to, jak mówi Bieńkowski, wyobrażona „wiejska Atlantyda”, odcięta od szerszych kontekstów. Dobrze widać to na niektórych zdjęciach Rydet, która uchwyciła, jak stara scenografia wypełnia się nowszą treścią, jak w chacie obok skrzyni i pieca chlebowego stoi regał na wysoki połysk, a ściany zdobią nie tylko religijne oleodruki, ale i plakaty modnego w latach 70. szansonisty Adriano Celentano czy portret prezydenta Kennedy’ego, zapewne prezent od krewnego-emigranta. A muzykantów, którzy grali na weselach w tradycyjnym składzie, żyło już coraz mniej.
Lata 50. i 60. wyznaczają cezurę dla spójnego repertuaru tradycyjnego. To za sprawą upowszechnienia się radia – mówi Antoni Beksiak, znawca muzyki tradycyjnej, współzałożyciel Stowarzyszenia Dom Tańca. – Wcześniej, jeszcze w latach 30., „nutowcy” wprowadzali do obiegu melodie miejskie zasłyszane na jarmarkach, które potem nieczytający nut muzykanci powtarzali ze słuchu. Zaraz po wojnie popularne były zespoły akordeonowe, które grały repertuar opracowany – tanga milonga, oberki wilanowskie – tłumaczy.
Olbrzymia liczba nagrań z początku XX w. zaginęła w czasie wojny. Po 1945 r. Instytut Sztuki PAN, świadom szybko postępujących zmian, prowadził nagrania terenowe na wsi. Cenne zasoby można znaleźć również w archiwach radiowych, jednak stanowią one przykład starszego myślenia o muzyce wiejskiej. Nacisk kładziono w nim na repertuar, charakterystyczne cechy regionalne, regularności i podobieństwa, a nie na wykonawstwo i styl danego muzyka. Takie podejście sprawiało, że nagrania archiwalne są często krótkie, trwają po kilkanaście sekund. Z kolei wydawnictwa płytowe z okresu PRL mają zazwyczaj kompilacyjny, przekrojowy charakter, a pocztówki dźwiękowe zawierają folklor stylizowany. Wydawałoby się, że oddolność mody pocztówkowej – bo mikrostudia nagraniowe często mieściły się w garażu czy szopie – sprzyjała amatorskim rejestracjom muzyki lokalnej, ale w praktyce okazuje się, że zwykle pocztówki zawierają kopie importowanych z Ameryki polek lub standard typu „Murka” w wykonaniu, dajmy na to, Zespołu Ludowego z Pysznicy. – Istnieje taki zbiór nagrań z Biskupizny, właśnie na pocztówkach, ale muzyka autentyczna rzadko trafiała na płyty. Nawet przed wojną, w czasach Syrena Rekord, woleli folklor stylizowany – wyjaśnia Antoni Beksiak.
Etnomuzykolodzy od połowy lat 70. zaczęli interesować się indywidualną praktyką wykonawczą muzyki wiejskiej (np. Piotr Dahlig, który wydał „Ludową praktykę muzyczną” w 1983 r.), jednak najmocniej dotychczasową perspektywę zmienił Andrzej Bieńkowski ze swoją „Muzyką Odnalezioną”. Jego metodą było nawiązywanie przyjaźni z wiejskimi muzykantami, co często wymagało długotrwałego przełamywania muru nieufności wobec gościa, który z jakiejś przyczyny wypytywał o melodie, jakich wówczas nikt na wsi nie chciał słuchać. Wiekowi artyści zazwyczaj już wtedy nie grywali i prowadzili zwyczajne życie gospodarza. Ich miejsce na tanecznych deskach zajmowali młodzi, którym muzyka dziadków nie podobała się wcale. Gdy jednak udawało się namówić muzyka, aby sięgnął po dawno schowane gdzieś w kąt skrzypce czy harmonię, obie strony reagowały z entuzjazmem. Muzykanci zatracali się w transowych melodiach, a Bieńkowski rejestrował wielogodzinne nagrania. Tak rozpoczęła się ogólnopolska sława Kazimierza Meto czy Jana Gacy. Ten nurt, w którym zamiast anonimowej „muzyki ludowej” słuchano stylu konkretnego wykonawcy, i to w niezmienionej formie (in crudo), kontynuował też działający od lat 90. Dom Tańca. Zainspirowani podobnymi działaniami na Węgrzech, zaczęli organizować tabory – imprezy, podczas których tańczono, słuchano i uczono się śpiewu i gry.
Domy Tańca zaistniały w niemal pustej przestrzeni. Lata 90. nie były dobrym okresem dla tego typu zainteresowań. – Przymiotnik „polski” stał się wtedy pejoratywny, nie mówiąc już o wiejskości. To kojarzyło się w powszechnym odbiorze źle. Byliśmy bandą odszczepieńców. Muzyka tradycyjna nie interesowała nikogo. Andrzej Bieńkowski wspominał, jak jeszcze w latach 80. zaprosił kapelę Metów na wernisaż z mnóstwem przedstawicieli ówczesnej „Solidarności”. Trafił na mur niezrozumienia i wrogości – wspomina Antoni Beksiak. – Liczyła się co najwyżej muzyka góralska.
Faktycznie, podhalańskie melodie traktowano wówczas jako rodzimy ornament w stylu folk music, który przyklejano do rozmaitych stylów popularnych. Zespół Trebunie-Tutki nagrywał z Jamajczykami z Twinkle Brothers, góralszczyzna pojawiała się w dyskotece i w doszlifowanym produkcyjnie popie dla yuppies. – Górale pełnili rolę szlachetnego dzikusa. Wylansowany w międzywojniu model wypełnił lukę w powszechnej świadomości. A przecież to tradycja relatywnie mało podobna do kultury pozostałych rejonów Polski, ze względu jej na zderzenie z kulturą wołoską – muzycznie bliżej z Tatr na Węgry niż na Mazowsze. Ale tak działa tzw. folk, czyli, według definicji prof. Czekanowskiej, bezpieczna równowaga między bliskością a egzotyką. Wieś była zawstydzająca, folk w zderzeniu z muzyką świata czy popem oswojony – wyjaśnia Antoni Beksiak.
Sacrum i profanum
Na wsi królowała za to wówczas dyskoteka, zwłaszcza disco polo – konglomerat włoskiego italo disco, sentymentalnych melodii rodem z „Koncertu Życzeń”, śpiewnika harcersko-rajdowego i niegrzecznych przyśpiewek biesiadnych – muzyka na pewno popularna i ludyczna, ale nie ludowa w sensie formy.
Stare tradycje trwały przede wszystkim w muzyce religijnej. – W latach 90. muzyka wiejska była nadal żywo pamiętana, ale już nieżywa w sensie społecznym w dawnych formach, które stanowiły jej rację bytu. Oczywiście wyjątkiem są tu częściowo polskie Karpaty. W swoim naturalnym kontekście były praktykowane wtedy (i tak gdzieniegdzie jest do dzisiaj) jedynie pieśni pogrzebowe i zaduszne oraz inne tradycyjne religijne pieśni i śpiewy pozaliturgiczne czy pozakościelne, które dokumentowałem wtedy i wydałem później na płytach – wspomina Remigiusz Mazur-Hanaj, etnograf, muzyk (m.in. Księżyc), również współtwórca Domu Tańca. Dziś to te pieśni z kolei zanikły niemal całkowicie; stało się tak na skutek szybkich zmian w obyczajach pogrzebowych, bo obecnie już rzadko ostatnie pożegnanie jest obrzędem angażującym całą społeczność sąsiedzką. Współcześnie tradycję tę podtrzymuje i popularyzuje poeta i śpiewak (również pogrzebowy) Adam Strug. Zbiór pieśni praktykowanych jeszcze wśród starszego pokolenia mieszkańców okolic Węgrowa i Sokołowa Podlaskiego wydała również etnolożka Anna Jurkiewicz.
Co ciekawe, tematyka wiejskiej pieśni religijnej interesuje dzisiaj często osoby świeckie i nawet niekoniecznie gorliwie wierzące. – Dla większości duszpasterzy są to sprawy obojętne i dotyczą raczej elit wśród duchowieństwa, bardziej zakonników (np. dominikanów) niż kleru diecezjalnego, który wespół z organistami jest raczej odpowiedzialny za rugowanie przez dziesiątki lat dawnego repertuaru, stylu i praktyk wykonawczych niż za ich ochronę. Na pewno poszerzyła się znacznie wrażliwość na ten wymiar muzycznych tradycji wśród ludzi niezwiązanych z Kościołem czy nawet od niego dalekich – mówi Mazur-Hanaj.
Zapiski Bieńkowskiego, zebrane przez niego w kilku książkach, ujawniają trudności w budowaniu porozumień między wsią a miastem. Warunki życia (w latach 80. i 90. często dojmująco złe, tym bardziej, gdy mówimy o ludziach starszych, już za słabych, żeby trzymać w ryzach całe gospodarstwo) to z jednej strony codzienność, do której człowiek się przyzwyczaja, a z drugiej – coś, co jednak peszy i powoduje dyskomfort. Do najbardziej poruszających fragmentów należą te, w których muzykant prosi, żeby nie pisać o tym, że pasie krowy czy że jego dom jest biedny, bo sąsiedzi będą się z niego śmiać – albo te, w których muzycy konfrontują się pierwszy raz ze swoim obrazem w telewizji i czują się zawstydzeni swoim wyglądem, bo byli przekonani, że magia ekranu zmienia każdego w eleganckiego spikera. Coś, co dla widza i słuchacza z miasta jest bezcennym dokumentem i fascynującą wyprawą, uczestnika przedsięwzięcia może uwierać i boleć.
Sprzeczne oczekiwania, jakimi kierowano się wobec muzykantów wiejskich, były dla nich z kolei dezorientujące. – Ruch profesjonalizacji muzyki wiejskiej, zespoły grające pod nadzorem instruktorów z Warszawy, miał wielkie znaczenie dla ewolucji muzyki na wsi. Podobnie muzyka stylizowana, obecna w mediach. Reprezentanci starej tradycji często mieli poczucie zdezorientowania, nie wiedzieli, czego badacz od nich w ogóle oczekuje. Byli zaskoczeni, że ktoś chce słuchać starej muzyki, tej, w której czuli się najlepiej. Z drugiej strony – na pewno mieli poczucie, że ich świat muzyczny jest niezrozumiały dla ludzi z miasta. Pomimo wciąż silnie obecnej hierarchii, poczucia, że „ci z miasta” są ważniejsi, jest element własnej racji: „co ja mu będę grał, jak on tego nie zrozumie”! Jakby mieli tłumaczyć kosmicie – wyjaśnia Antoni Beksiak. – Dystans kulturowy jest ogromny. Muzyka mazurkowa nie ma nic wspólnego z dzisiejszą muzyką popularną, nie ma tu ciągłości i żadna polka music w Stanach tego nie załatwia. Badacz stawał wobec czegoś równie egzotycznego dźwiękowo jak muzyka afrykańska, choć substrat tej ostatniej jest bardziej obecny w popkulturze niż muzyki mazurkowej.
Ze wsi do miasta i z powrotem
Lata działalności ruchu in crudo zaowocowały przybliżeniem muzyki Mazowsza, Radomskiego, Kieleckiego, Lubelskiego, Sieradzkiego, Łęczyckiego czy Wielkopolski szerszej publiczności, zgromadzeniem nagrań wydanych na wielu płytach i regularnymi wydarzeniami, które zaczęły stopniowo przyciągać miejscową publiczność, nie tylko przybyszów. W pewnym momencie ruch zaczął ewoluować. Jak w latach 1995–2008 koryfeusze ruchu in crudo czy ruchu domów tańca kładli nacisk na kontakt osobisty ze spadkobiercami i praktykami dawnej kultury wiejskiej, na poznanie i przyswojenie sobie tej muzyki w formach bliskich oryginałowi i niestylizowanych, tak w ostatnich latach coraz silniejsze jest zjawisko pośredniego poznawania (np. przez nagrania czy warsztaty u pośredników miejskich) oraz autorskiego jej traktowania i aplikowania w szersze całości estetyczne – mówi Remigiusz Mazur-Hanaj.
Takim zjawiskiem jest zapewne „powrót [na scenie] do źródeł” z pogranicza muzyki alternatywnej, eksperymentalnej i popularnej. Jeszcze w latach 90., w okresie ekspansji world music, tej przyjemnej ścieżki dźwiękowej do globalnej wioski, której symbolem na krajowym gruncie stały się nagrania Kayah z Goranem Bregoviciem i góralskie reggae, grupa artystów zwróciła się ku niemodnej „muzyce korzeni”, poszukując jej śladów w Polsce, czasem jadąc dalej na Wschód. Stąd reaktywacja archaicznego instrumentarium (liry korbowe, suki biłgorajskie) czy śpiewu białego. Tak czynili Atman/Karpaty Magiczne, Księżyc i inni muzycy spod znaku tajemniczej wytwórni Obuh. Czasami, na wzór brytyjskich i irlandzkich grup z lat 70. i 80., jak The Pogues, Levellers czy New Model Army, dziedzictwo chłopskie staje się częścią repozytorium punkowego, nośnikiem treści emancypacji i buntu. W Polsce najwyraźniej widać to na przykładzie R.U.T.Y
(tu punkowy czad towarzyszy antypańszczyźnianym tekstom z antologii „Jabłoneczka” Juliana Przybosia), Pochwalonych czy Samych Suk, ale też u Hańby!
Ta ostatnia grupa gra punka na instrumentach typowych dla kapel podwórkowych z lat 30. To również jeden z przykładów zainteresowania tzw. folklorem miejskim, który przed laty dokumentowali Janusz Dunin czy Bronisław Wieczorkiewicz. W ostatnim czasie pojawiły się bowiem grupy, które reaktywują tego rodzaju stylistykę w wierny sposób (Warszawskie Combo Taneczne i inni) – i tak oto, meandrując i krążąc, muzyczne fenomeny wędrują ze wsi do miasta i na odwrót. Wydaje się, że w 2016 r. jesteśmy na etapie odkrywania na nowo muzyki okresu przejściowego, kiedy brzmienia miejskie i wiejskie przenikały się nawzajem. – Dzisiaj większym zainteresowaniem zaczynają się cieszyć szlagiery przedwojenne oraz składy dęte, na które „przekładano” starą muzykę oraz importowane przeboje począwszy od lat 50. (przykładem zespół Tęgie Chłopy) – mówi Remigiusz Mazur-Hanaj. Jednocześnie od czasu do czasu pojawiają się wciąż zjawiska spod znaku folk, w których – co charakterystyczne – w powierzchownie polski kostium przebiera się brzmienia typowe dla innych rejonów Europy. Popularna na początku XX w. grupa Brathanki pożyczała melodie z Węgier, Kayah i Bregovic grali po bałkańsku, kapela Enej wykonuje coś w rodzaju ska z ukraińską nutą i polskim tekstem. Modny przed kilku laty eurowizyjny hit „My Słowianie” powielał muzycznie i wizualnie schematy typowe dla bałkańskiego turbofolku. Przy tym często jest to przypadkowy kulturowy melanż odziany w łowickie paski – typowe world music, w którym „etniczność” oznacza tak naprawdę wszędzie i nigdzie.
Pozostaje pytanie: kto jest dzisiaj odbiorcą muzyki tradycyjnej? Wieś czy „miastowi”? Żyjemy w końcu w realiach, w których migrują i „słoiki”, i „mieszczuchy”, rozlewają się przedmieścia, a dyskoteka disco polo działa niemal przy krakowskim Rynku; granice ulegają coraz mocniejszemu zatarciu. Sama widzę to na plakatach, reklamujących w Katowicach imprezy taneczne z radomskim oberkiem. – Wzrost popularności wiejskich tradycji muzycznych w dużych miastach niewątpliwie ma związek głównie z powojennymi migracjami. Wnuki dawnych migrantów poszukują korzeni zerwanych przez ich dziadków i rodziców w toku tzw. awansu społecznego. Wieś jest już całkiem nieźle skomunikowana ze światem, osiedlają się na wsiach migranci z miast – coraz częściej więc zjawiska kulturowe przybierają tam charakter glokalny – mówi Remigiusz Mazur-Hanaj. Dodaje też, że w regionach, w których tożsamość lokalna zaczyna się mocniej emancypować – na Kaszubach, Kurpiach, Podhalu, w Beskidzie Zachodnim i Wielkopolsce – miejscowe tradycje muzyczne przyswaja sobie na nowo chętnie słuchacz wiejski. Antoni Beksiak zwraca z kolei uwagę na polityczny wymiar zainteresowania muzyką wsi, którą ze względów emancypacyjnych czy tożsamościowych próbują „przytulić” różne stronnictwa. – Jest grupa słuchaczy prawicowych, którzy traktują tę muzykę jako wyraz tradycji polskiej, ale jest też podobna grupa mocno lewicowa, prochłopska – wyjaśnia.
Dosyć uniwersalnym zjawiskiem jest natomiast fakt, że wielu słuchaczy dociera do muzycznych zasobów wsi okrężną drogą. Zaczyna się od zainteresowania muzyką Rumunii czy Ukrainy, czasami nawet niby-średniowiecznym rockiem i metalem, po czym słuchacz uważniej nastawia uszu na to, jak brzmi Polska. Antoni Beksiak opowiada mi o Krzysztofie Polowczyku, jednym z najmłodszych dudziarzy w Polsce: Słuchał folk-metalu ze Skandynawii z dudami, szukał gdzieś daleko, po czym uświadomił sobie, że w jego wsi dudziarz mieszka trzy domy dalej i nawet słyszał go jako dziecko. Tak został pierwszym dudziarzem w swojej okolicy od wielu lat.
Krótki przewodnik po polskiej muzyce tradycyjnej dla laików i lajkoników – tłumaczy Remigiusz Mazur-Hanaj:
Mówi się, że muzyka wiejska jest „prosta”, ale jest to prostota nieco z innego świata, więc trudna. Niełatwo współczesnemu uchu usłyszeć tę muzykę z jej niuansami, trudno jest nauczyć się jej. Jej specyfikę łatwiej zrozumieć w otwartej „cage’owskiej” perspektywie. Dość powiedzieć, że niewielu chopinistów jest w stanie zagrać mazurki blisko tego, co słyszał, komponując je, Chopin.
Przede wszystkim trudno ją zapisać, należy do królestwa chwili, jest bardzo wariabilna. Praktycznie każdy gra ją inaczej, poza tym została ukształtowana przez wyobraźnię przeddur-mollową, obowiązywały w niej różne systemy tonalne, różne temperacje itp.
Muzykę polską (z wyłączeniem gór oraz tzw. Ziem Odzyskanych, Kaszub oraz wschodniego i południowo-wschodniego pogranicza) wyróżniają rytmy trójmiarowe, mazurkowe, które zresztą w XVII–XVIII wieku były modne w prawie całej Europie i najprawdopodobniej wtedy zakorzeniły się w wielu krajach, zwłaszcza skandynawskich.
Polską muzykę w jej dawniejszym wydaniu wyróżniała śpiewność, mnóstwo mazurków powstało ze śpiewu. Instrumentalna muzyka tradycyjna wraz ze śpiewem – styl grania i śpiewania, cechy tonalne, brzmienie, instrumenty, teksty – wszystko to razem z kontekstem kulturowym stanowiło coś w rodzaju kodu tożsamościowego, który w każdej wsi właściwie był nieco inny.
Poszczególne regiony wyróżnia popularność odmiennych instrumentów:
- Wielkopolska, Beskid Śląski i Żywiecki, kiedyś Podhale – dudy w różnych odmianach, zresztą kiedyś popularne na terenie całej Polski;
- we wszystkich regionach popularne były skrzypce, często z basami i/lub bębenkiem, dawniej instrumenty skrzypcopodobne, jak suka biłgorajska czy fidel płocka;
- na Podhalu, Spiszu, wśród Łemków, Bojków, Ukraińców, Żydów, Polaków na pograniczu południowo-wschodnim – dwoje lub troje skrzypiec;
- wśród Żydów, Polaków na Wileńszczyźnie i w Rzeszowskiem oraz wśród Ukraińców lubiane były cymbały;
- w XIX w. z orkiestr wojskowych, mieszczańskich, dworskich zaczęły przenikać na wieś w większej skali niektóre instrumenty dęte, najpierw klarnet, później puzon i trąbka. Od początku XX w. powstają orkiestry dęte;
- wtedy też rozpowszechnia się harmonia trzyrzędowa, a od II wojny – akordeon.
przez Olga Drenda | środa 5 października 2016 | Lato 2016
Katowice od dawna próbują budować tożsamość w oparciu o muzykę. W mieście, tradycyjnie uchodzącym za ośrodek bluesa i metalu, nową, reprezentacyjną siedzibę w centrum zyskała Narodowa Orkiestra Studia Polskiego Radia (NOSPR), trwają inwestycje w modne festiwale. W tym roku Katowice otrzymały tytuł Miasta Muzyki UNESCO. Wydaje się, że władze starają się wzorować na Leeds, mieście uchodzącym za modelowy przykład sukcesu niełatwej transformacji ośrodka przemysłowego w centrum usług i kultury. To obieg oficjalny, cieszący się hojnym wsparciem instytucjonalnym i budujący miastu dobry PR, jak się wydaje – z powodzeniem. Poza nim jednak w Katowicach i, szerzej, na Śląsku działają mniej znani, za to bardzo pracowici i zaangażowani animatorzy życia muzycznego, starający się wyjść poza reprezentacyjną miejską witrynę ścisłego centrum i organizować przedsięwzięcia bliskie codziennemu doświadczeniu lokalności. To Joanna Bronisławska, ucząca dzieci eksperymentowania z dźwiękiem. To Wojciech Kucharczyk, skoczowski muzyk i wydawca. To wreszcie Reaktor, społeczno-artystyczna platforma zrzeszająca miejscowych twórców, znana z prowadzenia Biura Dźwięku (które zagospodarowuje nieużywane na co dzień amfiteatry w dzielnicowych parkach, organizując tam darmowe koncerty) i imprez techno na hałdzie w Kostuchnie. Od niedawna zaś znany jest również za sprawą, poświęconego zjawisku orkiestr górniczych, spektaklu „Witom – Żegnom” w reżyserii Remigiusza Brzyka.
Etnomuzykolodzy często powtarzają, że na wsi nastąpił proces „odmuzykalnienia”. Przyczyniła się do niego najpierw polityka kulturalna czasów PRL, promująca folkloryzm (termin oznaczający zinstytucjonalizowaną stylizację na ludowość, reżyserowaną sztukę pozornie ludową; zjawisko, które przyjęło się nazywać „cepeliadą”), a następnie szybkie zmiany technologiczne, w wyniku których ludzie z wykonawców muzyki stali się przede wszystkim jej odbiorcami.
Dziś trudno mówić o powszechnym zwyczaju śpiewania, a tym bardziej gry na instrumentach. Tymczasem w miastach istnienie chórów i orkiestr było ściśle związane z organizowaniem codzienności wokół zakładu pracy, stanowiło element rozbudowanego systemu wspierania przez pracodawcę życia społecznego i kultury. W okresie przedwojennym, gdy na Śląsku powstawały modelowe kolonie przemysłowe, wokół kopalni czy huty pojawiło się budownictwo mieszkaniowe, a wraz z nim świetlice, szkoły, instytucje opieki (co można prześledzić na mapie pierwotnego przeznaczenia budynków, dziś często nieczynnych, w poszczególnych dzielnicach Katowic). W Polsce powojennej mecenat utrzymywał pracodawca państwowy w ramach rozbudowanego systemu wspierania kultury i organizacji czasu wolnego. W okresie III RP, wskutek rozchwiania się uprzedniego stanu rzeczy, orkiestry często przestawały działać, nie mając środków na dalsze funkcjonowanie, albo przechodziły pod opiekę miejskiego czy dzielnicowego ośrodka kultury. Okresem ich wielkiego wymierania stał się koniec lat 90. i początek nowego stulecia, gdy zespoły milkły wraz z upadkiem zakładów pracy lub niedługo później.
Przypadek, gdy orkiestra, niejednokrotnie o lata, przeżywa swój macierzysty zakład, nie jest wyjątkowym zjawiskiem na mapie Śląska. Tak stało się z Orkiestrą KWK Katowice, która wystąpiła w „Witom – Żegnom”. W roku premiery spektaklu Katowice świętowały 150-lecie nadania praw miejskich, co celebrowano m.in. wielką paradą orkiestr dętych. Wśród nich znalazł się zespół z kopalni Murcki-Boże Dary, który dosłownie chwilę później stracił swojego mecenasa. W samych Murckach ostatni szyb zamknięto przed dekadą, co niemal natychmiast odbiło się na całej dzielnicy. Śliczne jak z piernika miasteczko dzisiaj zamieszkują seniorzy i bezrobotni młodzi. Wizyta w nim natychmiast wywołuje uczucie rozgoryczenia: zniknął powód, dla którego powstała cała kolonia z rozbudowaną infrastrukturą i osiedliło się tu tylu ludzi, którzy dziś zostali sami, zdezorientowani, coraz bardziej odcięci od reszty Katowic (stacja kolejowa oczywiście również nie działa). Sama orkiestra, funkcjonująca w oderwaniu od pierwotnego kontekstu, pozostaje ostatnim elementem całości, gdy pozostałe „puzzle” już poznikały.
„Witom – Żegnom” to spektakl wielowątkowy, luźny, bliski gawędzie. Splatają się tu anegdoty zebrane przez twórców w czasie ich rocznej bliskiej współpracy z orkiestrami, żart, notatki na marginesie historii Śląska, sceny z życia wspólnot, których składową były górnicze zespoły, oraz oczywiście muzyka. Obok orkiestr pojawiają się na scenie kapelmistrzowie w roli samych siebie, narrator-przewodnik zagrany przez Marcina Gawła, wreszcie prof. Zbigniew Kadłubek w filozofującym monologu wprowadzającym w kontekst zjawiska. Znamienne, że do tej roli wybrano właśnie Kadłubka, specjalizującego się w oikologii – nauce o zakorzenieniu, relacji człowieka z miejscem jego zamieszkania. Z reguły bowiem ktoś, kto ma ambicje i dobrą wolę zajmowania się tematami oddolnej twórczości różnych grup, balansuje na wąskiej granicy między fascynacją a folkloryzacją, czyli chęcią zamrożenia stanu rzeczy w skansenowej formie. Zwłaszcza że fascynacja taka często jest wynikiem jakiegoś oddalenia, czy to pierwotnego (zbieracz lub miłośnik w ogóle nie pochodzi ze społeczności, której muzykę pokochał), czy wtórnego (jako wyniku ponownego spojrzenia na miejsce i kontekst, z którego się wyrosło, zwykle po wyjeździe gdzieś indziej – na studia czy do pracy, i spowodowanej tym zmiany własnego spojrzenia).
Zbieracz, animator, etnomuzykolog, choćby amator, powinien mieć w pamięci historię Johna Lomaxa i odkrytego przez niego genialnego bluesmana Leadbelly’ego. Lomax, chcąc widzieć w bluesie gatunek korzenny i nieskażony, ignorował fakt, że jego podopieczny w rzeczywistości najbardziej chciał śpiewać popularny miejski jazz. Uparcie nakłaniał go, aby podczas koncertów wykonywał piosenki więzienne. Nikt nie chce zostać „sfolkloryzowany”. „Witom – Żegnom” jest jednak spojrzeniem od środka, zakotwiczonym w „byciu stąd”. Wybór takiego tematu, a następnie potraktowanie go z serdecznością i entuzjazmem nie dziwią. Na Śląsku mamy do czynienia z renesansem lokalnej tożsamości, który przybiera najrozmaitsze formy, od zupełnie popkulturowych koszulek z modro kapustą czy śląskojęzycznych memów, poprzez podkreślanie robotniczej dumy, aż po tworzenie własnej literatury i odkrywanie specyficznej filozofii miejsca (ucieleśnionej przez Grupę Janowską, Janoscha, Henryka Wańka).
Górnośląska mimesis, tak mi się wydaje, nigdy nie dążyła do odtworzenia przyrody, do naśladownictwa natury. Ponieważ była późna i mało ukorzeniona, oddalona od pierwotności, raczej zmierzała do oddania drugiej natury – natury maszyn, miasta, zagęszczenia materialnego. Usiłowała wytrąbić to, co gdzie indziej dawało się wypowiedzieć słowami – pisał Zbigniew Kadłubek. Czyżby zatem w śląskich orkiestrach dętych dało się zauważyć wczesną zapowiedź muzyki industrial i techno, fabrycznych dźwięków z Detroit, Sheffield i Łodzi?
Bliskość muzyki i górnictwa tymczasem nikogo na Śląsku nie dziwi – jest świadectwem wspaniałej i niedocenionej tradycji autodydaktyki klasy robotniczej. Mój dziadek Ewald, zatrudniony w kopalni Halemba, nie tylko grywał na akordeonie, lecz także prowadził notesik z recenzjami ulubionych wykonań muzyki klasycznej, które kolekcjonował na płytach. Najbardziej lubił Brahmsa.
Znamienne, swoją drogą, że spektakl wystawiono w „Dezember Palast”, dawnym Centrum Kształcenia Ideowo-Wychowawczego Kadr Robotniczych. Ta kłopotliwa pamiątka ambicji I sekretarza KW PZPR w Katowicach, Zdzisława Grudnia, jedno z typowych dla lat 70. monumentalnych rozwiązań architektonicznych, była przez pewien czas siedzibą NOSPR, a obecnie mieści się tam Centrum Kultury im. Krystyny Bochenek. Ze względu na osobę fundatora „pałac” wielu Ślązakom nie kojarzy się dobrze. Epoka „Cysorza” Grudnia to okres wielkoskalowych przebudów miasta i modernizacyjnych inwestycji, ale też brutalnej ingerencji w tkankę starych Katowic (czego symbolem stało się zniszczenie części założenia miasta-ogrodu na Giszowcu pod osiedle z wielkiej płyty), co często interpretowano jako próby zbudowania od nowa tożsamości miasta i regionu, symboliczne karcenie za odmienność kulturową. Kulturę śląską próbowano przykroić, podobnie jak kulturę wsi, do uładzonego modelu oficjalnego, w którym Górny Śląsk, Zagłębie i Beskidy zasadniczo nie różniły się od siebie. „Pałac Grudniowy” w końcu oswojono, wprowadzając do niego kulturę – to na jego scenie grano przez wiele lat szalenie popularnego i na wskroś śląskiego „Cholonka” według powieści Janoscha.
Jak przyznał w jednej z rozmów Remigiusz Brzyk, „Witom – Żegnom” powstało minimalnym nakładem środków. Scenografię złożono z obiektów znalezionych w Centrum Kultury. Wydaje się, że gdyby nie oddolny ruch artystów współpracujących z Reaktorem, nikt nie zainteresowałby się tematem orkiestr. W raporcie Narodowego Centrum Kultury z roku 2010 pojawia się konkluzja, że próby zainteresowania socjologów i kulturoznawców śląskimi chórami i orkiestrami nie dały jak dotąd zadowalającego rezultatu. Odchodzące dziedzictwo muzyki wiejskiej w ostatniej chwili znalazło swoich odkrywców, apologetów, archiwistów takich, jak Andrzej Bieńkowski, zespół Księżyc czy Adam Strug. Znaleźli w nim świadectwa różnorodności regionalnej, etnicznej, bogactwo obyczajów, mów i rejestrów, które wygładziła i ujednoliciła monolityczna Polska powojenna. Samorzutna kultura miast, z wyjątkiem Warszawy, to obszar, który pozostaje mimo wszystko słabo zbadany, co jest w Polsce smutnym losem wytworów nowoczesności w ogóle. Miasto czy obszar przemysłowy traktowane były przez długi czas jeśli nie z rezerwą, to przynajmniej z obojętnością, jako materia przezroczysta, której naturą jest szybka ewolucja, brak tradycji i właściwości.