przez Tomasz S. Markiewka | środa 7 października 2020 | opinie
Na pewno znacie ten argument przeciwko progresji podatkowej: to nie ma sensu, bo tak naprawdę wyższe kwoty zapłacą ludzie zarabiający dziesięć tysięcy złotych na rękę, czyli marne dwa i pół tysiąca euro, a prawdziwi bogacze i tak się wywiną. Pomińmy na chwilę fakt, że dziesięć tysięcy złotych w Polsce to dużo, a ta chęć do przeliczania złotówek na euro jest stosowana wybiórczo – jakoś mało kto podaje w euro kwoty zasiłków dla bezrobotnych albo pensji dla pielęgniarek, żeby pokazać, jak marne są to pieniądze.
Prawdą jest, że pozwalamy najbogatszym – osobom na poziomie Kulczyków – unikać podatków na najprzeróżniejsze sposoby, a potem jeszcze sławimy ich dobroczynność. Celowo piszę „pozwalamy”, bo to nie jest żadne prawo przyrody, lecz skutek naszych decyzji politycznych. Problem dotyczy nie tylko Polski, o czym najlepiej świadczą ostatnie doniesienia na temat Donalda Trumpa: „New York Times” ujawnił, że amerykański prezydent w dziesięciu z ostatnich piętnastu lat nie płacił żadnych podatków dochodowych.
To zjawisko niebezpieczne nie tylko dlatego, że szkodzi finansom publicznym i potęguje nierówności społeczne, ale również z tego powodu, że prowadzi do skapywania cynizmu. Ludzie wiedzą, że ci na samej górze mają raje podatkowe i armie prawników specjalizujących się w „optymalizacji podatkowej”. No więc jak reagują ci na niższym poziomie? Oczywiście też się nie palą do płacenia podatków i głosują przeciw próbom zwiększenia progresji. A czasami dostają namiastkę raju podatkowego – w Polsce jest to na przykład możliwość fikcyjnego samozatrudnienia. Ci na najniższych poziomach mają znikome narzędzia do przeprowadzania takich sztuczek, mogą co najwyżej zatrudniać się na czarno, choć często jest to nie tyle ich wybór, ile przymus. Pozostaje im zatem złość na cały ten system i poczucie, że są ogrywani przez własne państwo.
W ten sposób otrzymujemy popękane społeczeństwo, z marniejącą służbą zdrowia, niedofinansowanym transportem publicznym i z ludźmi, którzy nawzajem sobie nie ufają.
Emmanuel Saez i Gabriel Zucman w książce „The Triumph of Injustice” przypominają, że gdy Stany Zjednoczone wprowadzały podatki progresywne, a najwyższa stawka podatku dochodowego sięgała tam w pewnym momencie nawet 90%, to jedną z motywacji dla tego rozwiązania było przekonanie społeczeństwa do pomysłu wspólnego składania się na państwo. Progresja podatkowa stanowiła rodzaj deklaracji polityczno-etycznej: tak, wiemy, że wielu z was zarabia mało, ale chcemy, aby wszyscy składali się na dobro wspólne, i zobaczcie, ci na górze hierarchii dołożą się w sposób proporcjonalny do swojej lepszej sytuacji. W ten sposób budowano zaufanie do państwa – nie na wzniosłych nawoływaniach do odpowiedzialności, ale dzięki wprowadzaniu rozwiązań, które większość społeczeństwa mogła odczytać jako działające w ich interesie.
Dziś idziemy inną drogą – drogą cynizmu. Z jednej strony pozwalamy garstce wybrańców grać wedle innych reguł niż reszta z nas, z drugiej – udajemy, że każdy ma równe szanse w tej ustawionej grze. Sztuczki podatkowe bogaczy są tego najjaskrawszym przykładem, ale samo zjawisko sięga dalej.
Porozmawiajcie z ludźmi na temat zdobywania pracy. Wszyscy – od menedżerów po osoby na śmieciówkach – wiedzą, jak dużą rolę odgrywają znajomości, a bogaci mają ich więcej niż biedniejsi. A jednak ten temat niemal nie istnieje w przekazie medialnym. Słyszymy zamiast tego, że wszystko zależy od nas: gdy ktoś jest zaradny i przedsiębiorczy, to świat stoi przed nim otworem, a jeśli sobie nie radzi, to najwyraźniej jest roszczeniową łamagą. Nie tylko karcimy ludzi, którzy nie potrafią wygrać w tej nierównej grze, ale dodatkowo sławimy jako półbogów tych, którzy czerpią największe korzyści z obecnego systemu.
To samo z równością wobec prawa. Wszyscy wiemy, że pieniądze dają dostęp do najlepszych prawników i ta równość działa tylko w teorii, ale już nie w praktyce. Niestety jakoś niewiele się o tym mówi w kontekście praw człowieka, sprawiedliwości, prawa i tym podobnych kwestii. Dopiero przy okazji jakiejś głośnej afery możemy zajrzeć za kulisy całego systemu. Ostatnio wyszła w Polsce książka „Złap i ukręć łeb” o Harveyu Weinsteinie, znanym producencie filmowym, skazanym za gwałt i napaść seksualną. Możemy się z niej dowiedzieć między innymi tego, że Weinstein miał świetne kontakty w świecie prawniczym i wykorzystywał je do uciszania poszkodowanych kobiet. Bogaty i wpływowy facet korzysta ze swojego majątku i wpływów, aby uniknąć konsekwencji swoich czynów? Żadne zaskoczenie, prawda? Wiemy, że tak jest, a jednak często zachowujemy się, jakby nie było problemu.
To rodzi frustrację w ludziach, którzy mają świadomość, że mimo oficjalnych zapewnień o demokracji i równości niektórzy mogą więcej niż inni. Ta frustracja łatwo przekształca się w cynizm. W Polsce powinniśmy wiedzieć najlepiej, jak to działa. Choć mamy w Konstytucji zapis o sprawiedliwości społecznej, to przez lata spora część klasy politycznej i mediów podchodziła do niego cynicznie, na zasadzie „He he, no niby jest coś takiego, ale wiadomo, że to bajka dla dorosłych, a life is brutal”. No więc czy to naprawdę takie dziwne, że w końcu przychodzi ktoś, kto rozszerza ten cynizm na inne zapisy i stwierdza „He he, niby jest coś w Konstytucji o trójpodziale władzy i innych takich pięknych rzeczach, ale wiadomo, że to bajka dla dorosłych, a life is brutal”?
Tak się kończy promowanie i sankcjonowanie cynizmu społecznego przez ludzi, którzy powinni stać na straży demokratycznego i sprawiedliwego społeczeństwa.
dr Tomasz Markiewka
przez Tomasz S. Markiewka | niedziela 26 kwietnia 2020 | opinie
Cokolwiek nie działoby się w Polsce, jednego możemy być pewni: popularnością będzie się cieszyła idea taniego państwa, znoszenia regulacji i zestaw podobnych pomysłów, które mają wprowadzić oszczędności i zwiększyć efektywność. Wszak powszechnie wiadomo, że nic tak nie polepsza wydajności danej rzeczy, jak próba przyoszczędzenia na niej. Nie powinno zatem dziwić, że pandemia stała się okazją do forsowania tej niebezpiecznej idei.
„Zanim skończy się epidemia, należy zawieszać niepotrzebne rygory, może np. RODO, a następnie je znieść i ograniczyć biurokrację generującą koszty i pętającą nasze życie i aktywność gospodarczą” – czytamy w tekście Marka Domagalskiego w „Rzeczpospolitej”. Pomińmy już fakt, że RODO to rozporządzenie unijne i Polska nie może go dowolnie zawieszać – z pomysłami Domagalskiego jest głębszy problem.
Kiedy czytam takie wezwania, od razu przypomina mi się obserwacja amerykańskiego ekonomisty Roberta Reicha. Wspomina on, że gdy był sekretarzem pracy w administracji Billa Clintona, to miał ambicję tworzenia prostych i przejrzystych przepisów. Nie mnóżmy regulacji, nie komplikujmy – takie było założenie. Tylko co się okazywało? Gdy już udało się napisać proste prawo, to do gry przystępowali korporacyjni lobbyści, do których zalicza się również część polityków. Tu trzeba zmienić, tu potrzebny jest wyjątek, tu kolejny – mówili. Administracja rządowa się łamała i tak oto powstawały zawiłe regulacje, do których nie ma co podchodzić bez prawników. Nie dlatego, że źli urzędnicy lubią wszystko utrudniać, a państwo jest rozbuchane, ale dlatego, że państwo jest słabe i łamie się przed reprezentantami „wolnego” rynku (swoją drogą, Elizabeth Warren w rozmowie z Reichem wspomniała, że najlepszym sposobem na uchwalenie dobrego prawa w USA jest utrzymywanie go możliwie długo w tajemnicy przed korporacyjnymi lobbystami).
Na ogólniejszym poziomie podobną prawidłowość zauważył David Graeber w książce „Utopia regulaminów”. Neoliberalna rewolucja zapoczątkowana przez Reagana i Thatcher opierała się na obietnicy odchudzania państwa, znoszenia bezsensownych regulacji i ograniczania biurokracji. Brzmi wspaniale, prawda? Każda dorosła osoba zna frustracje związane z niewydolną biurokracją, niemiłymi urzędnikami czy koniecznością wypełniania bezsensownych formularzy. Kiedy więc Reagan mawiał: „Najbardziej przerażające słowa w języku angielskim to: jestem z rządu i chcę ci pomóc” – mogli się z tym utożsamić nie tylko użytkownicy angielszczyzny. Ale ta neoliberalna obietnica to był zwykły PR – tak naprawdę regulacje i biurokracja po neoliberalnej rewolucji miały się dobrze, po prostu zaczęły jeszcze bardziej sprzyjać tym, którzy mają (im więcej, tym lepiej), a mniej tym, którzy nie mają. „Zakrawa to na paradoks – pisze Graeber – polityka, która ma ograniczać ingerencje rządu w gospodarkę, w praktyce zawsze kończy się tym, że przybywa regulacji prawnych, biurokratów i funkcjonariuszy policji”.
No ale może to dlatego, że nadal nie jesteśmy w prawdziwym kapitalizmie, nadal nie mamy prawdziwego wolnego rynku uwolnionego z kajdan państwowych regulacji? Problem polega na tym, że sama idea „wolnego rynku niezależnego od państwa” jest nierealizowalną utopią, która opiera się na błędnym przekonaniu, że rynek jest bytem niezależnym od państwa.
„Historia gospodarcza dowodzi, że narodziny rynków krajowych w żadnym wypadku nie były skutkiem stopniowego i spontanicznego uwolnienia sfery gospodarczej od kontroli państwa. Przeciwnie, ukonstytuowanie się rynku wynikało ze świadomej i często gwałtownej interwencji ze strony państwa, które narzucało społeczeństwu organizację rynkową w celach pozaekonomicznych” – pisał lata temu Karl Polanyi w „Wielkiej transformacji”. Jeszcze zgrabniej ujął to wspomniany wcześniej Reich w książce „The Common Good”: „państwo nie ingeruje w rynek, ono go tworzy”.
Tak naprawdę – powiada słusznie Reich – nie mamy wyboru między regulacjami a ich brakiem, lecz między regulacjami, które sprzyjają tym albo innym grupom społecznym, w zależności od tego, jak są skonstruowane. Komu zaś najczęściej sprzyjają regulacje wprowadzane pod płaszczykiem „znoszenia regulacji”? Ha-Joon Chang, koreański ekonomista, pisze o tym w „23 rzeczach, których nie mówią wam o kapitalizmie”: „Kiedy więc wolnorynkowi ekonomiści mówią, że nie powinno się wprowadzać pewnej regulacji, bo ograniczyłaby ona »wolność« na jakimś rynku, to po prostu wyrażają polityczną opinię o tym, że odrzucają prawa tych, których proponowane ograniczenia miałyby bronić. Zakładają ideologiczną maskę, która ma nas przekonać, że prowadzona przez nich polityka nie jest tak naprawdę polityczna, ale stanowi obiektywną ekonomiczna prawdę, podczas gdy polityka innych ludzi jest polityczna. A tak naprawdę wolnorynkowi ekonomiści są w równym stopniu politycznie motywowani, co ich oponenci”.
Tak więc zamiast zniesienia regulacji, domagajmy się regulacji, które działają na rzecz ludzi pracy, na rzecz wykluczanych i zapominanych, na rzecz ludzi, których nazywamy dziś bohaterami i bohaterkami: od pielęgniarek po osoby sprzątające nasze ulice – a nie na rzecz wielkiego biznesu. Zamiast taniego państwa, domagajmy się państwa mądrego i solidarnego, które chce budować dobrobyt dla wszystkich, a nie dla garstki. Zamiast odchudzania, domagajmy się inwestycji, które dziś potrzebne są szczególnie, jeśli chcemy uniknąć załamania gospodarki.
dr Tomasz Markiewka
przez Tomasz S. Markiewka | niedziela 2 lutego 2020 | opinie
Łukasz Warzecha napisał ostatnio tekst, w którym tłumaczy, dlaczego on, samozwańczy liberał, popiera wydawanie publicznych pieniędzy na utrzymanie monarchów. Na pierwszy rzut oka wydaje się to dziwne, wszak w Polsce liberała najlepiej poznać po tym, jak bardzo narzeka na wydawanie pieniędzy z budżetu państwa na jakąkolwiek pomoc. Wiecie, „nic nie ma za darmo”, „każdy sam musi sobie zapracować” i tym podobne formułki.
Wydawałoby się, że członkowie rodziny królewskiej, którzy mają ogromne przywileje i pieniądze, są wzorcowym przykładem ludzi „dostających coś za darmo”, za sam fakt należenia do określonej linii rodowej. A jednak polscy liberałowie nie kwapią się do ich krytyki, wolą pomstować na propozycję podwyższenia emerytur czy płacy minimalnej. Część z nich, jak wspomniany Warzecha, wręcz wychwala instytucję monarchii. O co chodzi?
Publicysta „Do Rzeczy” pisze, że docenia monarchię, ponieważ ta „pełni rolę stabilizującą”, zapewniając państwu mocniejsze podstawy. Są ludzie, którzy twierdzą – ba, mają nawet na to badania i statystyki – że aktywne zmniejszanie nierówności, inwestowanie w edukację, pracowników czy służbę zdrowia też może „pełnić rolę stabilizującą”. Zaryzykowałbym tezę, że takie inwestycje robią to znacznie lepiej niż sponsorowanie monarchów. Ale kiedy słyszę, że ktoś przedstawia się jako liberał, to prędzej spodziewam się po nim zachwytów nad monarchami, ewentualnie nad ludźmi o „szlachetnym pochodzeniu” (przypomnijcie sobie ekscytację „genami Kidawy-Błońskiej”) niż propozycji zwiększenia inwestycji publicznych w dobra wspólne. Dlatego nie bardzo kupuje tę opowieść o „roli stabilizującej”.
Moim zdaniem istnieje lepsze wyjaśnienie. Jest nim zachwyt nad osobami, które mają władzę i pieniądze. Ludźmi, których można ubóstwiać i wynosić ponad „motłoch”. Przez wiele lat taką rolę odgrywali monarchowie, dziś coraz rzadziej, a ich miejsce zajęli bogaci biznesmeni i szefowie korporacyjni. Dlatego też ludzie, którzy tak jak Warzecha lubią określać się mianem „liberałów”, gdy akurat nie są zajęci wychwalaniem monarchii, to angażują się całym sercem w obronę systemu, w którym ci biznesmeni znajdują się na górze hierarchii społecznej.
To jest szerszy trend kulturowy: podziwiamy bogatych biznesmenów, utożsamiamy się z nimi, bronimy ich do utraty tchu przed podatkami i pragniemy być tacy jak oni. Stąd popularność wszelkiego rodzaju poradników z serii „Bądź jak Bezos/Jobs/Trump”. Spójrzcie jak wypowiada się autor książki „Umysł miliardera” w wywiadzie dla „Forbesa”: „Miliarderzy to ludzie, którzy prowadzą armie pracowników na różnych szczeblach odpowiedzialności. Bardzo łatwo jest odpaść na którymś szczeblu i nie dotrzeć do miliardera”. To wspinanie się po szczeblach, aby spotkać na samej górze miliardera i choć na chwilę dotknąć jego boskich szat, ma wyraźny posmak religijny. Nie jesteśmy wcale tak daleko od popularnych kiedyś panegiryków, w których wychwalano ponad wszelki rozsądek królów i innych władców.
W jednym i drugim przypadku, królów i bogatych biznesmenów, mamy do czynienia z zabobonem, a dokładniej z ideologią, której podstawową funkcją jest utrzymanie ściśle hierarchicznej struktury społecznej. Trafnie opisują to Peter Bloom i Carl Rhodes, badacze społeczni, w książce „Świat według prezesów”: „Dawno już zauważono, że zaufanie pokładane w wolnym rynku ma charakter nie tylko naukowy, ale także (a może przede wszystkim) religijny. Opiera się ono na przywiązaniu do dogmatycznej wizji człowieka i świata; na czymś, co ekonomista Joseph Stiglitz nazywa wszechobecnym „fundamentalizmem rynkowym”. Prawdopodobnie ten pierwiastek religijny jest jeszcze silniejszy w hiperkapitalizmie. Reprezentuje on niebiański porządek rzeczy, w którym prezesi są wszystkowiedzącymi, potężnymi, świeckimi bogami, odbierającymi należną cześć od mniej utalentowanych, ale oddanych wiernych. Taka idealizacja utwierdza prawomocność współczesnego, boskiego uniwersum kapitalistycznego i służy do wypierania jakichkolwiek faktów dotyczących korporacyjnych nadużyć, bezwzględnego dążenia do zaspokajania interesów własnych, przemysłowych zniszczeń środowiska oraz globalnych nierówności, które wymknęły się spod kontroli”.
Kiedy pada pytanie, dlaczego właściwie mamy godzić się na świat, w którym kilkadziesiąt osób ma większy majątek od biedniejszej połowy ludzkości, to kapłani wolnego rynku mają nie lada problem z udzieleniem sensownej odpowiedzi. Na początku próbują przekonywać, że to kwestia pracowitości, ale szybko zdają sobie sprawę z tego, jakim absurdem jest stwierdzenie, że kilkadziesiąt osób pracuje więcej niż kilka miliardów ludzi. Więc przerzucają się na argument z produktywności, ale on też jest nieprzekonujący, bo nie tłumaczy, czemu jeszcze kilkadziesiąt lat temu prezes w USA zarabiał 30 razy więcej od przeciętnego pracownika, a tuż przed kryzysem finansowym z 2008 roku prawie 400 razy więcej. Ostatecznie więc wyznawca kultu miliarderów jest zmuszony stwierdzić „Rynek tak zdecydował”. Ale taka odpowiedź ma dokładnie taką samą wartość, jak próba przekonania ludzi, że muszą godzić się na rządy monarchy, bo „Bóg tak zdecydował”. To tylko wybieg, który służy do zachowania dotychczasowych struktur władzy.
Właśnie dlatego ten kapitalistyczny zabobon jest niebezpieczny. Jako członkowie demokratycznych społeczeństw mamy pełne prawo dociekać, czy tak ogromna przepaść między najbogatszymi a całą resztą jest uzasadniona i czy powinniśmy się na nią godzić. W pełni zasadne jest pytanie, które tak bardzo godzi w uczucia religijne sporej części osób: „Czy w ogóle ktokolwiek powinien być miliarderem?”. Andrew Sayer słusznie pisze, że po prostu nie stać nas na takie fanaberie jak krezusi, którzy zgarniają lwią część globalnego majątku. W dodatku mają ogromną władzę, bo stać ich na własne media, na lobbing, na reklamę, na najlepszych prawników. Jak zauważa George Monbiot, w czasach kryzysu klimatycznego ludzie kierujący największymi firmami paliwowymi dosłownie decydują o przyszłości całej ludzkości. Choć nie wygrali żadnego powszechnego głosowania, które dawałoby im prawo do takiej władzy. Każda próba ucięcia tej dyskusji za pomocą zaklęć o rynku i wybitnych biznesmenach jest gestem antydemokratycznym i tak należy go nazywać. Oczywiście, zakładając, że traktujemy demokrację na poważnie, a nie jako fajne hasło do skandowania na manifestacjach.
Tomasz Markiewka
przez Tomasz S. Markiewka | niedziela 24 listopada 2019 | opinie
Uczestniczyłem już w wystarczającej liczbie rozmów na temat podatków w Polsce, żeby nauczyć się na pamięć padających w nich argumentów. Na przykład niemal w ciemno można obstawiać, że w dyskusji pojawi się osoba, która powie: „Problem z pomysłami lewicy jest taki, że wyższe podatki tak naprawdę nie dotkną milionerów, którzy wykorzystają różne machinacje, aby ich uniknąć. Najbardziej dostanie się takim osobom jak ja, które całe życie ciężko pracowały, a teraz dowiadują się, że są bogaczami, bo zarabiają osiem tysięcy złotych na rękę. Myślicie, że to dużo? W Warszawie? Przecież to niecałe dwa tysiące euro!”.
Nie neguję tego, że taka osoba ciężko pracuje. Nie wątpię nawet w to, że jest szczera, gdy mówi, iż nie czuje się szczególnie bogata. Niemniej jednak jej argumentacja dobrze pokazuje, w jak absurdalny sposób jest ustawiona w Polsce dyskusja o podatkach i społeczeństwie dobrobytu. Zwróćcie uwagę szczególnie na to pragnienie, aby natychmiast przeliczać zarobki oscylujące wokół 10 tysięcy złotych na euro. To ciekawe, że zazwyczaj nie stosuje się takiego przelicznika wobec 500 plus, zarobków sprzątaczek, ochroniarzy, nauczycielek czy pielęgniarek. Dla nich punkt odniesienia jest inny.
Ludzie mniej zamożni – głosi popularna w Polsce narracja – powinni się cieszyć, że nie mieszkają w PRL-u albo Wenezueli. Taki jest punkt odniesienia dla nich. Dlatego nie ma sensu, żeby przeliczali pomoc socjalną na euro i narzekali, jak marnie wygląda ona na tle Niemiec, Francji czy państw skandynawskich. Nie możecie, drodzy, porównywać się z takimi państwami, bo my nie jesteśmy tak zamożni jak one, więc nie stać nas ani na taki socjał, ani na takie usługi publiczne. Musicie cierpliwie poczekać. Wyższa klasa średnia ma za to pełne prawo żalić się, że na tle europejskich zarobków są ubogimi żuczkami i próba wyższego opodatkowania ich dwóch tysięcy euro ociera się o stalinowski gułag.
A gdyby odwrócić sytuację? Gdyby powiedzieć ludziom zarabiającym w okolicach 10 tysięcy złotych: „Rozumiemy, że kiedy porównujecie się z wyższą klasą średnią w Niemczech, to wasze zarobki nie wyglądają już tak imponująco, ale nie jesteśmy przecież tak zamożni jak Niemcy, więc nie stać nas na to, żebyście za pomocą niskich progów podatkowych albo dzięki uciekaniu na fikcyjne samozatrudnienie próbowali nadgonić naszych zachodnich sąsiadów. Musicie cierpliwie poczekać”.
Od razu podniósłby się krzyk, że skoro państwo tak traktuje osoby zamożne, to one uciekną na Zachód. Ten argument jest zdecydowanie nadużywany. Przede wszystkim to naprawdę nie jest tak, że ci wszyscy menedżerowie czy informatycy mogą bez problemu wyjechać z Polski i szybko znaleźć dobrze płatną pracę za granicą. A nawet jeśli im się to uda, to szybko odkryją, że muszą tam zacząć płacić wyższe podatki niż w Polsce, w dodatku nikt nie ma specjalnej ochoty wysłuchiwać w Niemczech czy Francji ich jęków o stalinowskich progach podatkowych. Warto też sobie przypomnieć o tym, że w ostatnich latach nie mieliśmy problemu z exodusem menedżerów, ale na przykład pielęgniarek. To nie ludzie zarabiający „marne 2 tysiące euro” uciekali masowo z Polski. Tak bardzo chcemy stworzyć cieplarniane warunki dla osób relatywnie zamożnych, że zapominamy o tych, którzy wyciągają po 2 albo 3 tysiące złotych na rękę, a czasem nawet mniej.
Może więc zamiast poddawać się korwinowskim lękom spod znaku wywodów, że „Jeśli podniesiecie podatki, to menedżerowie uciekną z kraju”, pora zacząć krzyczeć: „Jeśli nie podniesiemy podatków, żeby mieć pieniądze na porządne wypłaty dla budżetówki i na godne usługi publiczne, to zostaniemy w kraju bez pielęgniarek i nauczycielek”?
To zadziwiające, jak rzadko myślimy w takich kategoriach. Kiedy mowa o progresji podatkowej, to od razu pojawiają się głosy, dlaczego ciężko pracujący ludzie mają sponsorować „leniuchów na zasiłkach”. Można by pomyśleć, że nasz kraj składa się tylko z osób zarabiających powyżej średniej krajowej i Ferdków Kiepskich. W debacie znika gdzieś większość Polaków, która ciężko pracuje na co dzień i jest niezbędna dla rozwoju kraju, a jednocześnie traci na idiotycznym systemie podatkowym, który premiuje osoby uciekające na samozatrudnienie i ludzi zamożnych.
Dotykamy tutaj jednego z największych szwindli w historii III RP. Nie dokonał się on przy Okrągłym Stole ani w Magdalence, nie stoi za nim żaden mityczny układ, przynajmniej nie taki, jak go sobie zazwyczaj wyobrażamy. Chodzi o fałszywy obraz rzeczywistości, który codziennie wylewał się z mediów i został skutecznie wtłoczony do głów Polaków. W skrócie przedstawia się on następująco: „Kraje bogacą się dzięki uwalnianiu przedsiębiorczej energii własnych obywateli. Nie ma zaś lepszego sposobu, aby to zrobić, niż likwidowanie jak największej liczby regulacji rynkowych i wprowadzanie jak najniższych podatków dla osób zamożnych. Dopiero kiedy będziemy mieli wystarczającą liczbę ludzi bogatych, możemy sobie pozwolić na socjalne eksperymenty”.
To oczywiście bzdura. Jeśli spojrzymy na kraje europejskie, które uchodzą u nas za symbol dobrobytu, to zobaczymy, że nie tak wyglądał ich rozwój. Po II wojnie światowej, gdy nastąpił w nich gwałtowny skok jakości życia większości obywateli, były one budowane za pomocą socjaldemokratycznych rozwiązań. Wysoka progresja podatkowa, regulowany rynek, duże nakłady na pomoc socjalną. My uwierzyliśmy natomiast, że można zbudować u siebie europejski dobrobyt na degresywnym systemie podatkowym, w którym faworyzuje się kilka procent najbogatszych Polaków kosztem całej reszty, a jakakolwiek dyskusja o pomocy socjalnej nie może się obyć bez zwyczajowych nawiązań do bolszewizmu i Stalina.
Tak wygląda największa demagogiczna bzdura III RP – że można budować sprawne państwo, lekceważąc potrzeby osób zarabiających poniżej średniej krajowej, że wystarczy tylko ciąć i ciąć podatki oraz wydatki budżetowe. Otóż przykład krajów, do których tak wzdychamy, świadczy o czymś wręcz przeciwnym. Chcemy Europy? To musimy za nią zapłacić. Musimy mieć progresywny system podatkowy, który zapewni wpływy. Dopiero dzięki nim można będzie zbudować coś więcej niż państwo z kartonu.
Tomasz Markiewka
przez Tomasz S. Markiewka | niedziela 11 sierpnia 2019 | opinie
Zapewne znacie Jana Hartmana. To publicysta, który zawsze wali prosto z mostu. Kiedy inni dzielą włos na czworo, on mówi wprost: cham to cham, motłoch to motłoch, debil to debil. Koniec kropka. Niczym Friedrich Nietzsche wali swoim krytycznym młotem w polskie społeczeństwo. Kto go za to krytykuje, ten albo nie rozumie, albo został omotany poprawnością polityczną.
I oto nagle Hartman znalazł w swoim publicystycznym sercu niespotykane pokłady czułości. Postanowił stanąć w obronie Kamila Durczoka, który spowodował wypadek, prowadząc auto po pijanemu. To wszystko nie jest takie proste, przekonywał Hartman. „Może jego problemy to nie całkiem jego wina?” – pytał na Twitterze. Potem rozwinął ten wątek na swoim blogu.
To zastanawiające, że gdy Harman pisze o „motłochu”, to nie interesują go żadne próby skomplikowania obrazu grupy społecznej, którą nazywa w ten sposób. Motłoch jest motłochem, o czym tu mówić? I tak kilka milionów osób zostaje wrzuconych do jednego worka i sprowadzonych do kilku prosty cech. Ale nie Durczok, ten jest postacią tak złożoną, jakby wyszedł spod pióra Tołstoja albo Nabokova. Jego pijaństwo nie jest po prostu pijaństwem, ale przejawem czegoś głębszego. To, że mógł rozjechać niewinnych ludzi, nie może przekreślić tego, jak wielowymiarowy jest kontekst decyzji i zachowań Durczoka.
Trudno nie zauważyć, że Hartman ma dwie miary – jedną dla ludzi takich jak Durczok, drugą dla „chamów”, „prostaków” czy „ludu”. To niestety cecha charakterystyczna polskiej debaty publicznej. Wystarczy spojrzeć, jak pisze się i mówi u nas o mieszkańcach wsi. Traktuje się ich jak jednolitą masę, która odznacza się bardzo prostym zestawem cech. Czasem prowadzi to do naiwnego idealizowania wiejskości, ale w większości przypadków jest na odwrót – wieś i jej mieszkańcy stają się nosicielami wszystkiego, co najgorsze w naszym społeczeństwie.
Uderza mnie to, bo sam wychowałem się na wsi. Większość mojej rodziny też pochodzi ze wsi i mieszka tam. Nigdy nie przywiązywałem do tego większej wagi, ale od kilku lat coraz mocniej uderza mnie to, że jawna pogarda dla wiejskości jest stałym i istotnym składnikiem tożsamości części polskiego środowiska inteligencko-medialnego. I dzieje się to ponad podziałami politycznymi.
Klasycznym przykładem jest książka Piotra Nowaka, prawicowego profesora związanego z czasopismem „Kronos”, zatytułowana „Hodowanie troglodytów”. Nowak pisze w niej wprost, że ludem się „brzydzi”, a mówiąc dokładniej, brzydzi się jego „ciemnotą, brudem, nieludzką symbiozą z przyrodą”. Książka Nowaka wzbudziła swego czasu zachwyt u części środowiska akademickiego, bo autor tak ładnie bronił etosu inteligenckiego, a że przy okazji sięgał po klasyczne chwyty rasistowskiego języka (odczłowieczanie całych grup społecznych), no to nie bądźmy już tacy wrażliwi. W końcu nie pisał o Durczoku.
Tę pogardę znajdziemy także z łatwością po stronie liberalnej. Klasykiem jest nie kto inny jak Hartman we własnej osobie, który w felietonie dla „Polityki” ogłosił wszem i wobec, że z potomków chłopów i robotników nie będzie czytelników Żeromskiego ani nawet Masłowskiej, bo inteligenckość się dziedziczy. Kilka miesięcy temu Janusz Majcherek pisał w „Gazecie Wyborczej”, że wszystkie nieszczęścia, które spotykają Polskę, wypełzają ze współczesnej polskiej wsi. W ten sam trend wpisał się Przemysław Szubartowicz, pisząc na Twitterze: „Dziś prowadziłem spotkanie z Jerzym Stępniem, który zwrócił uwagę na zapomniany fakt. Otóż PiS przy władzy to w dużej mierze efekt kompleksu chłopa pańszczyźnianego. Dziś to niewolnik, któremu wystarczy 500+ od pana (»pana« Kaczyńskiego) i który ucieka od wolności, bo za trudna”. Maria Halamska w wywiadzie dla „Kultury Liberalnej” przekonywała zaś, że „w całej klasie ludowej” możemy dostrzec postawy roszczeniowe.
Polskiej wsi z pewnością daleko do ideału, ale przecież Hartmanowi, Majcherkowi czy Nowakowi nie chodzi o to, jaka naprawdę jest wieś, lecz o przeżywanie intelektualnych orgazmów, które zapewnia prosty podział: „my, elity duchowo-inteligenckie” kontra „niewykształcony, głupi motłoch”. Lud, chłop, robotnik, wiejskość ogrywają rolę symboli zacofania, na tle których polscy arystokraci ducha mogą zachwycać się własną postępowością.
Łatwo przy tym zapomnieć, że to nie chłop wykrzykiwał ostatnio bzdury o tęczowej zarazie, lecz poznaniak, profesor nauk teologicznych z Uniwersytetu Adama Mickiewicz. To nie prostak ze wsi wystraszył się kilka miesięcy temu kobiety z bananem, lecz profesor socjologii, który ukończył Uniwersytet Warszawski. To nie potomek chłopów, ale szlachty (i przy okazji następny absolwent Uniwersytetu Warszawskiego) od lat tworzy różne partie, które spaja pogarda dla kobiet i wszelakiego rodzaju mniejszości, a także zabobonna wiara w wolny rynek. To nie członek prostego ludu pracował nad instytucjonalnym odrodzeniem się ruchów nacjonalistycznych w Polsce, lecz student kilku kierunków we Wrocławiu, Warszawie i Toruniu, uczestnik „Tańca z gwiazdami”. Jego protektorem był absolwent Uniwersytetu Adama Mickiewicza i wzięty prawnik z rodzinny profesorskiej. Jarosław Kaczyński – jeśli to on jest dla was symbolem zła – też nie pochodzi z małej chłopskiej chatki, lecz z Żoliborza.
Więc na miejscu Polski postępowej, wysublimowanej oraz inteligenckiej dałbym sobie na wstrzymanie i przestałbym się brandzlować przekonaniem o własnej wyższości duchowej. Nie ma nic wyrafinowanego w posługiwaniu się klasistowskimi przesądami. Skoro niektórzy zwolennicy postępu i oświecenia potrafią dojrzeć złożoność człowieka nawet na przykładzie znanego dziennikarza rozbijającego się po pijaku samochodem, to może warto dojrzeć równą złożoność postaw, motywacji i okoliczności w „motłochu”?
dr Tomasz Markiewka
Fotografia w nagłówku tekstu: Remigiusz Okraska