Polska wykluczonych cyfrowo

Styczniowe mrozy dały się we znaki także pasażerom komunikacji miejskiej. Okazuje się, że wystarczy odrobina techniki, by uniknąć stania na przystanku. W niektórych miastach, m.in. w Lublinie, Łodzi czy Gdańsku funkcjonuje znacznie ułatwiający życie System Informacji Pasażerskiej. Wystarczy zainstalować w smartfonie odpowiednią aplikację i uzyskać dostęp do rozkładu w czasie rzeczywistym. Jak to działa? Bardzo prosto. Aplikacja wskaże aktualny czas dojazdu wybranego autobusu czy tramwaju do naszego przystanku. Zamiast marznąć w oczekiwaniu na często opóźnione pojazdy komunikacji miejskiej, możemy dostosować wyjście z domu czy pracy do realnego rozkładu.

Kilka dni temu rozmawiałem na temat wspomnianego rozwiązania z siedemdziesięciolatkiem korzystającym na co dzień z transportu publicznego. Pomysł go zachwycił. Czar prysł, gdy okazało się, że jest jedno „ale”. Żeby korzystać z tego dobrodziejstwa, trzeba mieć smartfon z dostępem do internetu. Rzeczony mężczyzna używa zwykłej komórki. Technologii się boi. Twierdzi, że nie potrafiłby używać smartfonu. – Próbowałem nauczyć się na telefonie znajomego – mówi. – Wszystko tak szybko ucieka, gdy przesunie się palcem – skarży się.

Rozkład jazdy online to tzw. potrzeba pierwszego świata, ale ten błahy w gruncie rzeczy przykład pokazuje spory problem. Dziś wiele aktywności wymaga od nas korzystania z technologii. Młodzi radzą sobie bez trudu. Starsi czują się zagubieni. Często wręcz nie nadążają za nowinkami i ma to realny wpływ na ich życie. Przykładów mogę przytoczyć wiele. Ograniczę się do tych, które sam widziałem.

Dwa, może trzy lata temu na jednym z dużych dworców w Polsce południowej byłem świadkiem sceny, gdy dwoje starszych ludzi próbowało dostać się do autokaru prywatnej firmy. Chcieli dotrzeć do miasta oddalonego o kilkaset kilometrów. Nie udało im się pojechać, bo nie mieli biletu ani nawet rezerwacji. Aby je zdobyć, konieczny był dostęp do internetu. Kierowca biletów już nie sprzedawał, bo w pojeździe nie było miejsc. Podobne sceny obserwowałem w pociągach dalekobieżnych. Tu problem jest mniejszy. Do pociągu się dostaniemy, ale bez miejscówki musimy odbyć podróż na stojąco. Zakup biletu w sieci kilka dni czy tygodni wcześniej, nie tylko zagwarantuje nam miejsce, ale też zniżkę rzędu nawet 30 procent. I znowu: wszystko to wygląda pięknie i wygodnie, gdy potrafimy się odnaleźć w wirtualnym świecie i mamy z nim połączenie lub chociaż nasi bliscy potrafią nam pomóc w jego okiełznaniu.

Dostęp do sieci, a coraz częściej również możliwość korzystania z niej w urządzeniach mobilnych, staje się powoli koniecznością. Rzecz nie dotyczy zresztą wyłącznie obsługi komputera czy smartfonu. Współczesny świat wymaga od nas umiejętności korzystania z wielu urządzeń elektronicznych: bankomatów, biletomatów, paczkomatów itp. Już teraz w wielu placówkach medycznych funkcjonują zapisy online. Bez wychodzenia z domu możemy zarejestrować się na wizytę u lekarza.

Jak radzą sobie z tym wszystkim osoby starsze? Bardzo różnie. W grudniu 2015 roku Kancelaria Senatu opublikowała raport „Wykluczenie cyfrowe w Polsce”. We wprowadzeniu do opracowania wyższej izby parlamentu czytamy: Wykluczenie cyfrowe, choć tożsame z wykluczeniem społecznym ze względu na skutki, jest jednak zjawiskiem bardziej złożonym, na które składa się wiele różnych czynników decydujących o znalezieniu się w grupie osób zagrożonych. W grę wchodzi zarówno fizyczny dostęp do Internetu, jak również cała gama przesłanek natury psychologicznej.

Dokument nie pozostawia złudzeń. Tylko 15 procent badanych przez CBOS osób w wieku powyżej 65 lat korzystało w 2014 r. z internetu. Nieco lepiej było w niższej kategorii wiekowej. 39 procent obywateli w przedziale 55-64 lata deklarowało korzystanie z sieci. Dla porównania, wśród 18-24-latków było to 97 procent. Oczywiście wyniki zależały też od innych kryteriów. Między innymi od zamożności i miejsca zamieszkania.

Wnioski? Oddajmy głos autorom senackiego opracowania. Według nich zjawisko to stanowi duże wyzwanie nie tylko dla administracji rządowej, ale i samorządów oraz organizacji społecznych. Celem miałoby być włączenie grup zagrożonych wykluczeniem do grona osób korzystających w pełni z możliwości, jakie daje internet poprzez likwidację barier, zarówno technologicznych, jak i psychologicznych – czytamy.

Jak wygląda w praktyce ta walka? Lublin to najbliższa ciału koszula, dlatego, żeby to sprawdzić, wszedłem najpierw na stronę Starostwa Powiatowego w Lublinie. Znalazłem na niej linki do programów prowadzonych na przełomie 2012 i 2013 roku. W serwisie Lubelskiego Urzędu Wojewódzkiego wyszukiwarka nie znalazła żadnych wyników. Z mediów dowiedziałem się za to, że w latach 2007-2013 rozdano na Lubelszczyźnie 7 tys. zestawów komputerowych w ramach projektu finansowanego z unijnych środków, prowadzonego przez Urząd Marszałkowski. Program kosztował 41 mln złotych. Marszałek chwalił się wówczas, że była to największa tego typu inicjatywa w Polsce.

Rzecz jasna tego typu programy należy pochwalić, ale trzeba pamiętać o tym, że, po pierwsze, problem wykluczenia cyfrowego nie został rozwiązany w 2013 roku. Po drugie zaś, w ostatnich latach nastąpiła rewolucja mobilna. Co to oznacza? Że rozdawanie komputerów nie wystarczy w sytuacji, gdy zmieniają się interfejsy i filozofia obsługi sprzętu. Dość powiedzieć, że rynek PC globalnie się kurczy, a w ubiegłym roku osiągnął historyczne minimum sprzedanych komputerów. Spadki mają się również utrzymać roku bieżącym. Kierunek musi być jeden: z wykluczeniem cyfrowym należy walczyć metodami przystosowanymi do czasów.

Paradoksalnie, trwająca od lat mobilna rewolucja może być szansą dla seniorów. Obsługa smartfonów i tabletów jest znacznie mniej wymagająca od obsługi komputerów PC. Wystarczy spojrzeć na bardzo małe dzieci, które bez problemów rozumieją sposób interakcji z urządzeniami już podczas pierwszego kontaktu. Na szczęście coraz częściej spotykam też osoby w wieku 50+, przeglądające internet w smartfonie. Patrzę jednak na swoich rodziców, teściów, i widzę, jak ważna jest edukacja ze strony najbliższych, którzy cyfrowy świat rozumieją. To jedna z form walki z wykluczeniem.

Rafał Gdak

Bydłowozy i Gombrowicz – podróż przez wschód Polski

Scena pierwsza. Podróż do małego świata

Sobota rano. Dowolna. Opisywany scenariusz powtarza się cyklicznie. Na zrujnowany plac dawnego Dworca Południowego PKS w Lublinie podjeżdża biały volkswagen. Wygląda równie dostojnie, jak hala dworcowa, w której zamiast poczekalni rozgościł się ciuchland i mała piekarenka. Bus ma zawieźć pasażerów na Roztocze. Już dawno nazwałem go „bydłowozem”, bo tylko takie skojarzenie przychodzi mi do głowy, gdy zajmuję miejsce na rozregulowanym fotelu, a potem podskakuję na każdym wyboju. Dość powiedzieć, że w zasadzie nie cierpię na chorobę lokomocyjną, ale podróż tym środkiem transportu potrafi przyprawić mnie o jej objawy. Dodajmy do tego szczyptę tłoku, szczególnie w okolicach większych świąt – i już mamy obraz nędzy i rozpaczy. Mamy pocztówkę z kraju, który cofnął się do połowy ubiegłego wieku. Przejazdy powinny być reklamowane sloganem: „Tylko my zabierzemy cię w podróż w czasie”.

Sama jazda bardziej przypomina doświadczenia z krajów byłego Związku Radzieckiego niż zachodnie standardy. To zresztą nie tylko wina taboru. O ile droga wojewódzka nr 835 jeszcze spełnia jakieś kryteria jakościowe (i jest właśnie modernizowana), to trudno o takich mówić, gdy w miejscowości Tarnawa Mała skręci się w lewo. Miejscowi się śmieją, że gdzieniegdzie wójt zwinął asfalt na zimę i zapomniał rozłożyć z powrotem.

Alternatywa? Kiepski wybór. Sporo busów jedzie do Biłgoraja. Można ewentualnie dojechać do Tarnawy i prosić rodzinę o podwózkę do docelowej miejscowości – oddalonej o 17 kilometrów. Jest jeszcze popołudniowy bus, zapewniający większy komfort podróży. PKS? Kiedyś jeździło kilka. Dziś to już tylko przeszłość.

Scena druga. Podróż do wielkiego świata

Człowiek, który nie jechał pociągiem „Gombrowicz” relacji Przemyśl – Szczecin Główny przez Lublin, Warszawę Centralną, Kutno, Poznań, nie poznał prawdziwego oblicza transportu kolejowego w Polsce. Sam jeżdżę od kilku lat fragmentem tej trasy z Lublina do Poznania i z powrotem. Powtarzalność, z jaką dopadają mnie w tym pociągu wszelkie patologie polskiego transportu publicznego, jest wręcz tragiczna. Zanim wsiądę, wiem, czego mogę się spodziewać.

Przykład pierwszy z brzegu. Koniec września tego roku. Jak zwykle pociąg wtacza się do Poznania od strony stacji Garbary, by następnie zmienić kierunek jazdy. Na peronie mrowie ludzi. Setki pasażerów, którzy nerwowo wypatrują swoich wagonów. Pociąg objęty jest całkowitą rezerwacją miejsc. Spora część ludzi wysiada w stolicy Wielkopolski, znacznie więcej jedzie do Warszawy. Kupienie biletu z miejscówką w dniu podróży jest mało prawdopodobne. Żeby siedzieć, trzeba go nabyć co najmniej kilka dni wcześniej. Co dostajemy w standardzie oprócz pełnego przedziału? Ostatnio była to niezamykająca się toaleta, kurz unoszący się przy byle dotknięciu firanki i warstwy brudu. Mówiąc bez ogródek: smród i ubóstwo.

Zaledwie kilka dni przed opisywaną podróżą jechałem pojazdem tego samego przewoźnika z Gdyni do Poznania. Klimatyzowany wagon z roletą zamiast śmierdzącej firanki, ekran prezentujący prędkość i temperaturę, sześć miejsc, choć to druga klasa. I ta cisza, bo wagon jest wyciszony do tego stopnia, że ledwo słychać charakterystyczny stukot kół o szyny. Inny świat. Cywilizacja. Czy to jeszcze Polska, zastanawiałem się moszcząc się na siedzeniu?

Z koleją mam do czynienia każdego dnia. Mogę tylko potwierdzić. Co więcej, właśnie wracam pociągiem z Lublina… normą jest, że wschodnią ścianę obsługuje tabor trzeciej albo i gorszej kategorii… – tak opis podróży „Gombrowiczem” skomentował mój znajomy kolejarz. Bez dodatków potrawa bywa niesmaczna, dlatego na koniec dorzucę jeszcze słowo o czasie przejazdu. Rekord spóźnienia, którego doświadczyłem? 180 minut. Aby nie być gołosłownym, dodam, że ten sam pociąg „Gombrowicz” miał wczoraj w Poznaniu 120 minut opóźnienia. Zgodnie z rozkładem udało mi się dojechać w ostatnich sześciu latach może trzy razy. Oczywiście nie jeżdżę codziennie, ale kilka razy w roku. Rachunek prawdopodobieństwa wskazuje jednak, że nie są to odosobnione przypadki.

Gdy czasami opisuję na Facebooku swoje „przygody” z podróży, spotykam się z niedowierzającą reakcją znajomych z innych części Polski. „Ale przecież jest pendolino, darty, flirty”. Niestety, nie udało mi się załapać na te cuda techniki na trasach, które pokonuję.

Te, zaledwie dwie, choć niestety powtarzalne sceny, ogniskują w sobie obraz transportu publicznego na wschodzie Polski. Tutaj, jeżeli nie masz samochodu, jesteś skazany na przemieszczanie się w warunkach, które są nie tylko dalekie od komfortu, ale i od godności. Tak, nie żartuję. Mówię to z pełną stanowczością. Uważam, że jestem zmuszony podróżować w warunkach, które uwłaczają ludzkiej godności. W XXI wieku. W Polsce z autostradami, ze szklanymi domami górującymi nad stolicą.

Notatki z krainy ksenofobii

Przechodziłem dziś obok lokalu gastronomicznego, w którym sprzedawany jest döner kebab. Moją uwagę przyciągnęła informacja w dolnym rogu witryny. „Polska firma rodzinna” – głosił napis. Uśmiechnąłem się półgębkiem, bo dotarło do mnie, że mam do czynienia z kwintesencją tego, co można nazwać narodowym wzmożeniem.

Nie ma nic przeciwko polskim firmom rodzinnym, pod warunkiem, że zapewniają pracownikom godziwe warunki, odprowadzają składki i płacą podatki. Mój ironiczny uśmieszek wywołał ten nasz rodzimy paradoks, że knajpę sprzedającą dania kuchni tureckiej chrzci się polską etykietą. To zresztą przykład dość skromny. Zwłaszcza gdy porównamy go ze słynnymi „polskimi hot dogami Husaria”. Zdjęcia wózka, z którego sprzedawano te patriotyczne bułki z parówką, były kilka miesięcy temu hitem internetu.

Ale dość żartowania. Wbrew pozorom problem jest bardziej złożony i poważny. Nie chodzi rzecz jasna o nalepkę przy szyldzie lokalu gastronomicznego czy Januszów biznesu, którzy koniunkturalnie wykorzystują symbole narodowe do nabijania własnej kabzy i sprzedają pościel z godłem Polski czy chcą wprowadzić na rynek napój energetyczny „Żołnierze Wyklęci”.

Pod koniec września Prokuratura Okręgowa w Białymstoku umorzyła postępowanie w sprawie kazania wygłoszonego w kwietniu przez ks. Jacka Międlara. Młody kapłan podczas mszy w katedrze białostockiej mówił przez blisko pół godziny m.in. o „zwykłym tchórzostwie, zwykłej żydowskiej pasywności, która wkrada się w grupy społeczne na całym świecie”. Zdaniem prokuratury, zakonnik odwoływał się do treści historycznych, a zatem nie nawoływał tym samym do nienawiści. Sam Międlar wystąpił w ostatnich dniach września ze zgromadzenia Księży Misjonarzy, czyniąc polskiemu Kościołowi przysługę. Obie sprawy zbiegły się w czasie. Ksiądz wyraził radość z decyzji organów ścigania, wrzucając na Twittera zdjęcie z 1937 r. Przedstawiało narodowców pozdrawiających się
„salutem rzymskim”. Opatrzył je komentarzem: „Białostockie postępowanie umorzone! Zero tolerancji dla »żydowskiego tchórzostwa«. Salut!”. Na udostępnionej fotografii widać oskarżonych w procesie uczestników tzw. wyprawy myślenickiej. W czerwcu 1936 r. bojówki pod dowództwem Adama Doboszyńskiego opanowały na kilka godzin małopolskie miasto. Doszło wówczas do wystąpień antysemickich, niszczono żydowskie sklepy i próbowano podpalić synagogę.

Przypadek ks. Międlara to sprawa ostatnio najgłośniejsza. Ważniejsze niż wypowiedzi zbuntowanego kapłana są incydenty o podłożu rasistowskim i ksenofobicznym. Atak na Rumunkę w Łomży, pobicie profesora, który rozmawiał ze swoim niemieckim kolegą w języku Goethego, wyzwiska pod adresem ciemnoskórego chłopca w Przemyślu czy pod adresem Azjatek podróżujących warszawskim metrem – to tylko kilka ujawnionych przykładów na to, jak w naszym kraju niebezpiecznie przesuwają się granice. Śmiem jednak wątpić, że społeczeństwo zaczyna dryfować w kierunku nacjonalizmu. Istota problemu tkwi gdzie indziej. Jest nią odgórne przyzwolenie czy może raczej tworzenie klimatu, który daje zwykłym rasistom, ksenofobom, ale też środowiskom nacjonalistycznym poczucie, że mogą nie tylko głosić swoje poglądy, lecz także bezkarnie wprowadzać je w życie.

Owo przyzwolenie nie zostało i nie zostanie wyartykułowane wprost, ale wystarczy czytać między wierszami, by je dostrzec. Przykład? Minister Mariusz Błaszczak broniący partyjnej koleżanki i jej córki po tym, jak obie próbowały zablokować gdański Marsz Równości, a młodsza z kobiet wdała się w przepychankę z policją. Szef MSWiA tłumaczył, że przekazał komendantowi głównemu policji, że nie akceptuje zachowania mundurowych. Zlecił też kontrolę i sprawdzenie, czy nie doszło do przekroczenia przez nich uprawnień. Jej wyniki były pozytywne dla funkcjonariuszy. Kilka dni później córka radnej została skazana przez sąd za wykroczenie przeciw porządkowi publicznemu podczas innego protestu, przeciwko czytaniu sztuki „Golgota Picnic”.

Inny przykład? Wypowiedź tego samego ministra w sprawie pobicia Polaków w Wielkiej Brytanii. Brytyjczycy są sfrustrowani napływem imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Ale ze względu na wspomniane zasady politycznej poprawności nie mogą swojej frustracji wyładowywać na tych ludziach, więc okazują ją wobec Polaków, którzy są chrześcijanami, kulturowo tożsamymi Brytyjczykom – mówił szef MSWiA w wywiadzie dla „Naszego Dziennika”. Trudno interpretować te słowa inaczej, jak w ten sposób, że Brytyjczycy wybrali po prostu niewłaściwie i dlatego dostało się Polakom.

Można też wymienić sprawy niższego szczebla. Jedną z nich było zaangażowanie radnego związanego z ugrupowaniem Kukiz ‘15 w organizację koncertu m.in. zespołu Nordica, którego członkowie nie kryją rasistowskich poglądów. Z kolei wojewoda łódzki tłumaczył w marcu dziennikarzom, że patrole ONR na ulicach Łodzi to przejaw „obywatelskiej odpowiedzialności za nasze bezpieczeństwo, za pomyślność społeczeństwa”. ONR-owcy mieli tym samym dać dowód myślenia „w kategoriach odwagi”.

Artykuł 13. Konstytucji mówi o zakazie istnienia partii i ugrupowań odwołujących się do nazizmu, faszyzmu i komunizmu. Niestety, klimat jest taki, że prędzej Stefan Okrzeja zostanie uznany za twórcę Czeka, a Ludwik Waryński za Nadieżdę Krupską, niż doczekamy się potępienia nacjonalizmu, ksenofobii i rasizmu przez obecną władzę. I rzeczywiście prędzej znikną z polskich miast ulice 1 maja czy Komuny Paryskiej, niż nacjonalistom spadnie włos z głowy. Ci ostatni świetnie to wyczuwają, dlatego są coraz bardziej pewni siebie.

Audiowizualny prozak, czyli o prawdziwej i nieprawdziwej Polsce

Kilka tygodni temu poszliśmy z żoną na obiad do lokalu w centrum Lublina. Rozmawialiśmy o książce poświęconej Zdzisławowi i Tomaszowi Beksińskim, gdy moja małżonka wypatrzyła człowieka siedzącego na schodach przed sklepem spożywczym. – Zobacz, on prosi o jedzenie, a ludzie mijają go obojętnie – powiedziała. Wstałem, podszedłem do tego człowieka i zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, usłyszałem prośbę, bym kupił mu coś do chleba. Bochenek ściskał mocno w dłoniach. Wszedłem do sklepu, kupiłem kilka rzeczy. Gdy przekazywałem mu reklamówkę z zakupami, powiedział tylko jedno zdanie: Byłem głodny, a daliście mi jeść.

Opisywany człowiek nie wyglądał na bezdomnego z wieloletnim stażem. Był ogolony, schludnie, choć skromnie ubrany. Na ulicę trafić musiał niedawno. Nie opisuję tej sytuacji, by pochwalić się dobrym uczynkiem. Dla mnie ta pomoc znaczyła niewiele i nie obciążyła nadmiernie mojego budżetu. Gdy jednak zobaczyłem szczere łzy w jego oczach, sam niemal się rozpłakałem.

Niedawno Krzysztof Wołodźko opublikował na tych łamach poruszający felieton pt. „Czyste ręce, brudne paznokcie”. Traktuje o tej Polsce, którą widać doskonale, pod warunkiem, że chce się ją dostrzec. Zupełnie jak w opisanej przeze mnie sytuacji. Proszącego człowieka minęło kilka osób. Wszyscy udawali, że go nie ma.

Kilka dni temu mój szef opublikował na Twitterze zdjęcie z RPA. Zostało zrobione z lotu ptaka. Widać na nim po lewej stronie dzielnice bogatych i klasy średniej, a po prawej slumsy, w których zamieszkuje biedota. Bardzo sugestywna fotografia wywołała reakcję użytkowników serwisu społecznościowego. „To jest podział na nierobów i nieuków oraz na przedsiębiorczych i zaradnych” – pisał jeden. „Nawet gdyby dać im te osiedla po lewej i kilkaset miliardów w gotówce, to za 5 lat lewa strona będzie wyglądać jak prawa” – dodał drugi.

Znieczulica – można by powiedzieć. Do tego podszyta głupotą i neoliberalnymi bajkami o tym, że obie strony na starcie miały takie same szanse, przy czym jedna je wykorzystała i żyje w dobrobycie, a drugiej nie chciało się pracować i mieszka w slumsach. W tej narracji nie ma słowa o tym, że 1 na 5 osób w tzw. krajach rozwijających żyje za 1,25 dolara dziennie, a 836 milionów egzystuje w skrajnym ubóstwie. Nie ma też zdania o dysproporcjach płacowych, nierównym dostępie od edukacji itp.

Jasne, jest różnica między komentowaniem zdjęć w Internecie a odmówieniem pomocy człowiekowi proszącemu o coś do jedzenia. Nie pomylę się znacznie, gdy napiszę, że z pierwszej postawy łatwo może zrodzić się druga. Skoro bowiem traktujemy ludzi biednych jako nieudaczników, a samych siebie uważamy za zaradnych, już tylko krok dzieli nas od pogardy i braku współczucia.

Jest jeszcze jedna ludzka skłonność. Nie lubimy (i nie chcemy) patrzeć na biedę, cierpienie, zło, wyzysk, starość, choroby, śmierć. Często udajemy, że ich nie widzimy, bo psują nasze dobre samopoczucie. Najchętniej zamieszkalibyśmy w huxleyowskim nowym wspaniałym świecie, gdzie słabości zostały wyeliminowane.

Z klipów nakręconych z pokładów dronów, ukazujących Polskę, wyłaniają się czerniące się autostrady i ekspresówki, okazałe warszawskie drapacze chmur, pięknie oświetlone zabytki. Niebo jest zawsze niebieskie, trawa soczyście zielona, a kłosy zbóż złote. Jak w telewizyjnej reklamie. Widać same pozytywy i żadnych negatywów. Ten sielankowy obraz jest fałszywy. To taki audiowizualny prozak.

Wystarczy minimalna dawka dobrej woli, by zobaczyć prawdziwą Polskę. Dość powiedzieć, że potrzeba tylko sięgnąć wzrokiem ponad czubek własnego nosa lub ekran smartfona. Co wtedy ujrzymy?

Mieszkam na peryferiach Lublina. W mojej dzielnicy znajdują się bloki spółdzielcze, komunalne, deweloperskie i TBS-y. Niezły przekrój polskiego budownictwa mieszkaniowego. Osiedle jest stosunkowo młode, a jego gwałtowny rozwój nastąpił w ostatniej dekadzie. Dlatego nie widać tu zbyt wielu oznak biedy. Z drugiej strony nie ma też grodzonych apartamentowców i wylewającego się bogactwa. Ot, rodzima średnia. Gdy wsiądzie się do autobusu komunikacji miejskiej, po zaledwie kilku minutach następuje subtelna zmiana krajobrazu. W sąsiedniej, dużo starszej dzielnicy dostrzec można więcej ludzi w podeszłym wieku. Młodsi są skromniej ubrani niż ci spotykani w reprezentacyjnych punktach miasta. Nie, nie wjeżdża się do slumsów. To kolejne zwyczajne blokowisko, ale z nieco inną strukturą mieszkańców.

Kilka razy w roku bywam w Poznaniu. Wtedy jeszcze bardziej uderza mnie kontrast. W stolicy Wielkopolski widzę więcej ludzi w markowych i droższych ubraniach, modnie uczesanych, dzierżących w dłoniach flagowe smartfony. Lublin wydaje się w tym zestawieniu smutniejszy i po prostu biedniejszy. Nie mówiąc o Polsce powiatowej i roztoczańskiej wsi, którą odwiedzam przynajmniej raz w miesiącu.

Skoro z perspektywy komunikacji miejskiej można dostrzec tego typu drobne niuanse, naprawdę niewiele trzeba, by zobaczyć prawdziwą biedę. Ludzi liczących grosze wysupłane z kieszeni, ubogie zakupy na taśmach kasowych w supermarketach, spraną odzież z second handów. Przecież w tak wielu rodzinach są osoby pracujące za niewiele ponad tysiąc złotych i na śmieciówkach. Ich nie pociesza informacja, że stopa bezrobocia w Polsce wyniosła pod koniec lipca 8,6 proc. i jest najniższa od 25 lat. System wypluł ich, bo choć zarabiają grosze, jednak zarabiają.

Na wspomnianą roztoczańską wieś docieram najczęściej czymś w rodzaju marszrutki: starym busem ze zużytymi amortyzatorami i po drogach, które nie widziały remontu od dziesięcioleci. To też jest ta Polska, która nijak ma się do przesaturowanej scenerii ze stołecznym „city” w tle.

Patrząc na zdjęcie z RPA można zobaczyć niesprawiedliwość społeczną i rozwarstwienie lub podział na przedsiębiorczych i nierobów. W człowieku proszącym o jedzenie można dostrzec osobę skrzywdzoną przez los lub niezaradnego frajera. Wszystko jest kwestią wyboru.

Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy?

„Jestem patriotą i wolałbym aby jak najmniej Polaków umierało na czerwonego raka” – przeczytałem w komentarzu internauty pod jednym ze swoich tekstów. Felieton dotyczył m.in. walki z malarią. Przywołałem w nim założyciela Microsoftu, Billa Gatesa, który stwierdził niedawno, że badania nad wspomnianą chorobą nie opłacają się firmom farmaceutycznym. Wspomniany komentator zdiagnozował u mnie fascynację komunizmem. Podejrzewał też z detektywistycznym zacięciem, że reprezentuję partię Razem.

W mniemaniu tego człowieka, jak i wielu innych, rozprzestrzeniam najbardziej śmiercionośną chorobę świata. Przecież to oczywiste, że raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę. Tylko głupiec nie zdaje sobie sprawy, że największą bolączką Polaków i Polski oprócz, rzecz jasna, islamizmu, jest lewactwo. Zacząłem od drobnego, błahego wręcz przykładu, bo świetnie pokazuje rodzime absurdy. Poszukiwanie wrogów wewnętrznych i zewnętrznych wychodzi nam znacznie lepiej niż diagnozowanie sytuacji społeczno-gospodarczej.

Gdyby było inaczej, Polacy płakaliby nad wyzyskiem, współczuli przedstawicielom zawodów najgorzej opłacanych, ubolewali nad praktycznie nieistniejącym rynkiem państwowych mieszkań na wynajem, przeklinali fatalny transport publiczny. Listę spraw można wydłużać w nieskończoność. Co mamy w zamian? Choćby stygmatyzację rodzin, które korzystają z programu 500+. Tu się na chwilę zatrzymam. Mój znajomy ma pięcioro dzieci. Kilka miesięcy temu, niedługo po rozpoczęciu wypłat z programu, spacerował ze swoimi pociechami po mieście. – 2 tys. złotych – usłyszał w pewnym momencie. Początkowo nie skojarzył, o co chodzi. Za chwilę dotarło do niego, że ktoś przeliczył jego rodzinę na pieniądze z 500+. To niejedyny przykład. Sam słyszałem kilkukrotnie w autobusie i na ulicy podobne docinki w odniesieniu do rodzin z większą liczbą dzieci.

Rów podziału, który kopały przez lata elity polityczne, jest bardzo głęboki. To dlatego Marlena Joks, członkini zarządu Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości, mówi głośno i bez żenady, że budowanie przez państwo tanich mieszkań to potencjalny kłopot dla deweloperów. „Zmiana struktury mieszkańców może prowadzić do konfliktów społecznych, a poza tym w dłuższej perspektywie mogą spaść ceny apartamentowców sąsiadujących z działką” – raczyła powiedzieć. Interesujący jest fakt, że, poza paroma „lewakami”, obawy tej pani nie przeraziły zbyt wielu.

Często się zastanawiam, jak to jest, że na większe współczucie wielu moich rodaków może liczyć bogacz, którego partia Razem chciałaby obłożyć in spe sprawiedliwym podatkiem, niż ofiary kamieniczników czy ochroniarze pracujący po 12 godzin dziennie za kilka złotych za godzinę. Gdzie, do cholery, podziała się empatia? Z drugiej strony, nietrudno dostrzec schizofrenię. Dlaczego bowiem prawicowy PiS wygrał w ubiegłym roku wybory w Polsce? Odpowiedzi jest wiele, ale nie pomylę się, gdy napiszę, że stało się to również dlatego, że Polacy nie czuli się beneficjentami sukcesu, o którym trąbiła przez lata Platforma. Hasła socjalne z kampanii Prawa i Sprawiedliwości padły więc na podatny grunt.

To taki polski paradoks, że partia na wskroś konserwatywna, ocierająca się czasem o narrację skrajnie prawicową, doszła do władzy z lewicowymi hasłami na sztandarach. Jeszcze smutniejsze jest to, że jednocześnie dla wielu przedstawicieli tej partii „lewactwo” to główne zło tego świata. Można zżymać się na media głównego nurtu za to, że obrzydziły lewicę Polakom, utożsamiając ją z SLD. Można irytować się na to ostatnie ugrupowanie, że z lewicy uczyniło – excuse-moi – nalepkę na sedes. Wszystko to musztarda po obiedzie. Lewicy bowiem dziś w parlamencie nie ma i niewiele wskazuje, że zmieni się to w najbliższej dekadzie. Jakaż to ironia losu, że prawicowa partia pobiła lewicę hasłami, które powinny być fundamentem tej ostatniej i jeszcze linczuje na poziomie semantycznym wszystko, co z lewicą ma się kojarzyć.

Można mieć w głębokim poważaniu cały ten spór rozbijający się o nazewnictwo i definiujący strony politycznego konfliktu. W zasadzie każdy, kto wyczekuje utopii, jaką jest sprawiedliwość społeczna, powinien się cieszyć z pomysłów PiS, które śmiało można uznać za lewicowe. Problem w tym, że na jeden dobry lub przynajmniej zadowalający pomysł przypada dziesięć złych lub bardzo złych. Jakich?

Jednym tchem mogę wymienić kilka z nich. Wizja puszczy, leśnictwa i środowiska autorstwa ministra Szyszki. Polityka zagraniczna ministra Waszczykowskiego, znaczona brakiem dyplomacji tam, gdzie dyplomacja jest kluczowa. Wynikający z tej ostatniej konflikt z Unią Europejską, otwarta wręcz walka z wartościami europejskimi i stawianie ich w kontrze do tego, co polskie (czytaj: dobre). Otwarte podjudzanie obywateli przeciwko uchodźcom. Zawłaszczenie mediów publicznych na jeszcze większą skalę niż poprzednicy i zamiana programów informacyjnych w tychże w propagandową tubę władzy. Doprowadzenie do sytuacji, w której ustawy uchwalane przez Sejm nie mają de facto żadnego recenzenta i instytucji, która mogłaby wskazać ich wady. Mogę tak wymieniać owoce dobrej zmiany do jutra. „Apele smoleńskie” znalazłyby się na szarym końcu tej listy, jako kuriozalne, ale mało znaczące. Jasne, stan wojny psychologicznej z UE jest mniej wymierny niż liczba środków, które trafiły do rodzin w ramach 500+. Podobnie nie zmierzymy łatwo, jakie będę społeczne konsekwencje utożsamiania uchodźców z terrorystami.

Właśnie dlatego trudno cieszyć się z 500+ czy Mieszkania+. Czytałem komentatorów, którzy przywoływali w tym kontekście Słowackiego. Bo podobno „nie czas żałować róż, gdy płoną lasy”. Nie do końca jestem pewien jednak, co w tym zestawieniu jest różą, a co lasem.