Królestwo politycznej imitacji

Premier Węgier Viktor Orbán uradował niedawno świat nauki, oświadczając, że dobrze byłoby zbudować na Węgrzech nieliberalną demokrację na wzór Federacji Rosyjskiej. Ponieważ model liberalny w pewien sposób się wyczerpał. Zauważył przy tym bardzo przenikliwie, że „najpopularniejszym tematem refleksji jest dzisiaj funkcjonowanie systemów, które nie są ani zachodnie, ani liberalne, ani tym bardziej liberalno-demokratyczne”.

Rzeczywiście, nie ma we współczesnej politologii zagadnienia bardziej aktualnego niż studia nad reżimami hybrydowymi. Terminów na ich określenie jest mnóstwo, co odzwierciedla nieukształtowany jeszcze charakter przedmiotu badań: demokracje nieliberalne, demokracje imitacyjne, autorytaryzm elekcyjny, autokracja bez tyranii.

Jaki pożytek może przynieść w praktyce ten wysunięty przyczółek nauki? Naturę reżimów hybrydowych warto rozumieć chociażby po to, aby uniknąć narzucających się analogii historycznych i nie tracić czasu na oczekiwanie, kiedy za oknem nastanie faszyzm lub wzejdzie zorza sowietyzmu.

Pesymizm historyczny zawsze jest w modzie. Za najważniejszą lekcję płynącą z historii XX wieku uważa się świadomość, że w każdej chwili wszystko może obrócić się na gorsze oraz że żadne ucywilizowanie nie chroni przed nagłym napadem zdziczenia. Ale „gorzej” i „lepiej” to terminy wartościujące. A popularne opowieści o „dnie, w które ktoś zapukał od spodu”, i inne tego rodzaju kroniki nadchodzącej apokalipsy brzmią przekonująco, lecz racjonalnych podstaw mają nie więcej niż obyczaj plucia przez lewe ramię czy lęk, by nie zapeszyć. Podejmowanie decyzji na takiej podstawie jest tak samo pochopne jak kierowanie się optymistycznym „jakoś to będzie”.

Reżim hybrydowy to autorytaryzm na nowym etapie historii. Wiadomo, na czym polega różnica między reżimem autorytarnym a totalitarnym: pierwszy wzmacnia w obywatelach bierność, a drugi – mobilizację. Reżim totalitarny wymaga uczestnictwa: kto nie maszeruje i nie śpiewa, ten jest nielojalny. Reżim autorytarny na odwrót – przekonuje poddanych, by zostali w domu. Kto zbyt energicznie maszeruje i zbyt głośno śpiewa, ten jest podejrzany, bez względu na ideologiczną treść pieśni i kierunek marszu.

Reżimy hybrydowe powstają głównie w krajach zasobnych w złoża naturalne, nazywanych czasem petropaństwami (ale zasobem, z którego się utrzymują, nie musi koniecznie być ropa). Są to reżimy, którym pieniądze dostają się za nic: nie wskutek pracy narodu, lecz ze złóż naturalnych. Ludność reżimom hybrydowym tylko przeszkadza i stwarza dodatkowe zagrożenie dla ich tajnego marzenia, jakim jest niezmienność władzy. Sercem takich reżimów jest myśl, którą w Rosji z jakiegoś powodu przypisuje się Margaret Thatcher: dobrze by było mieć X obywateli do obsługi rury (odwiertu, kopalni), a reszta najlepiej by sobie gdzieś poszła. Z tego powodu reżim obawia się każdej mobilizacji: nie posiada on bowiem instytucji służących zagospodarowaniu obywatelskiej aktywności i zaangażowania.

Badacze zachodni, którzy nazwali reżim hybrydowy demokracją nieliberalną lub autorytaryzmem elekcyjnym, zwracają uwagę na jeden jego aspekt – dekoracyjność instytucji demokratycznych. W reżimach hybrydowych odbywają się wybory, ale władza się nie zmienia. Jest kilka kanałów telewizyjnych, ale wszystkie mówią to samo. Opozycja istnieje, ale nikomu się nie sprzeciwia. A zatem – mówią zachodni politolodzy – to wszystko to tylko pozłota, pod którą kryje się stary dobry autorytaryzm.

W istocie reżim hybrydowy ma charakter dwustronnie imitacyjny. Nie tylko symuluje demokrację, której nie ma, ale też przedstawia sobą dyktaturę, która w rzeczywistości nie istnieje. Łatwo jest zauważyć, że demokratyczna fasada powstała z papier-maché. Trudniej zrozumieć, że również stalinowskie wąsy są przyklejone. Jest to trudne także dlatego, ponieważ dla człowieka współczesnego „łagodna przemoc” i „niski poziom represji” to pojęcia wątpliwe z moralnego punktu widzenia. Żyjemy w epoce humanizmu, przerażają nas nawet takie ofiary w ludziach, które wedle kryteriów europejskich XX wieku byłyby znikome.

Reżim hybrydowy stara się wykonać swoje główne zadanie – zapewnić niezmienność władzy – za cenę względnie niskiego poziomu przemocy. Nie dysponuje on ani moralnym kapitałem monarchii, ani aparatem represji totalitaryzmu. Nie da się wprawić w ruch „koła zamachowego represji” bez czynnego udziału obywateli. Ale obywatele reżimów hybrydowych nie chcą w niczym uczestniczyć. Charakterystyczne, że propaganda w reżimach hybrydowych nikogo nie mobilizuje, tylko łączy obywateli na gruncie bierności.

Spójrzmy na owych 87% Rosjan, którzy popierają wszystko – od inwazji wojskowych po sankcje spożywcze. Na pytanie „czy akceptujesz to?”, odpowiadają „tak”. Lecz jednocześnie niczego nie robią. Nie wstępują do oddziałów ochotniczych, nie chodzą na prowojenne mityngi. Nawet na wybory chodzą nieszczególnie, przez co reżim hybrydowy musi bez końca martwić się o fałszowanie frekwencji i wyników. Spośród aktywności uwarunkowanych politycznie u tych osób zaobserwowano jedynie wypłatę pieniędzy z rachunku bankowego, zamianę ich na dolary i zakup masła.

Propaganda z oszałamiającą skutecznością kształtuje opinię właśnie tych ludzi, których opinia nie ma znaczenia. Nie dlatego, że są to ludzie jakoby „drugiego sortu”, lecz dlatego, że ich opinie nie mają związku z ich działaniami. Mogą oni zapewnić władzy akceptację, lecz nie wsparcie; nie można się na nich oprzeć.

Reżim pojmuje swoim gadzim mózgiem (to nie wyzwisko, lecz termin z neurofizjologii: najstarsza część mózgu, która odpowiada za bezpieczeństwo gatunku i podstawowe odruchy), że owe 87% akceptujących nie jest podmiotem procesu politycznego. Znaczenie ma tylko opinia aktywnej mniejszości. Tym tłumaczy się „paradoks ustawodawczy”: czemu władza, która dysponuje, zdawałoby się, masowym poparciem narodu jak kraj długi i szeroki, w żaden sposób z tego poparcia nie korzysta, a zamiast tego ustanawia wciąż nowe prawa o treści represyjno-obronnej?

Być może owe prawa mają za zadanie namacać tę aktywną mniejszość? Kim są jej członkowie? Może to ludzie z podwójnym obywatelstwem, albo związani z organizacjami pozarządowymi…? A może to blogerzy? Albo ci, co chodzą na mityngi i lubią palić w restauracjach? Jak ich uszczypnąć, jak przycisnąć – nie mocno, a tylko trochę? A jeszcze lepiej – jak przekonać, że są pozbawionymi wartości odszczepieńcami i że dobrze by zrobili, gdyby wyjechali? Reżim hybrydowy nigdy nie zatrzymuje swoich obywateli – przeciwnie, zachęca aktywną mniejszość do wyjazdu.

Reżimy hybrydowe są bardzo trwałe i żywotne. Korzystają z zalet gospodarki prawie rynkowej i częściowo wolnego społeczeństwa i dlatego nie rozpadają się w jeden dzień jak klasyczne dyktatury. To powinni wiedzieć zarówno ci, którzy oczekują remake’u z rozpadu Związku Radzieckiego, jak i ci, którzy spodziewają się nagłego odrodzenia imperium. W szesnastym roku sprawowania władzy upaść z pieca na łeb i przemienić się w chwackiego faszystę jest rzeczą tak samo trudną, jak zderzyć się ze ścianą i odrodzić jako promienny liberał.

Nie oznacza to, że reżim hybrydowy jest stabilny, choć zarazem łaknie stabilności i dla niej gotów jest znieść wszelkie wstrząsy. Korzeń tej pozornej sprzeczności tkwi w mechanizmie podejmowania decyzji, który dla reżimu hybrydowego jest tym, czym igła dla Kościeja.

Konsekwentnie odcinając lub zapychając śmieciem wszystkie kanały komunikacji zwrotnej, reżim zmuszony jest w wielu kwestiach działać po omacku. Kontakt z rzeczywistością dają mu: telewizja, która rozmawia sama ze sobą; dobrane wedle kryterium niekompetencji elity; wewnętrzne poczucie wodza, którego serce winno bić unisono z narodem, lecz przez długie lata przebywania w izolacji może zacząć bić własnym rytmem. Dlatego reżim zmuszony jest bezustannie zgadywać, jak jego działanie zostanie przyjęte przez wewnętrzne i zewnętrzne audytorium. Kiedy reżim popełnia błąd, nie ma żadnych narzędzi do jego naprawy. Reżim hybrydowy nie posiada biegu wstecznego: jest trwały, lecz niemanewrowalny.

Pojawienie się demokracji imitacyjnych nie jest rezultatem zepsucia demokracji nieimitacyjnych. Jest to owoc postępu obyczajów, który nie pozwala już stosować przemocy tak szeroko i bezpiecznie, jak było to przyjęte jeszcze pięćdziesiąt lat temu. Jeśli „obłuda to danina, którą występek płaci cnocie”, to imitacja jest podatkiem, który dyktatura płaci demokracji.

Jekatierina Szulman
Przełożyła Renata Lis

Tekst pierwotnie ukazał się w gazecie „Ведомости” 15 sierpnia 2014 r. Przedruk za zgodą autorki.

Tu zaszła zdrada

Obojętnie jakie mamy poglądy dotyczące państwa, to jednak, pomijając marginalny dziś nurt anarchistyczny, zgodzimy się między sobą – lewicowiec z prawicowcem, centrysta z populistą, etatysta z liberałem, socjalista z chadekiem – że państwo powinno bronić elementarnych praw i bezpieczeństwa obywateli. Bo w zasadzie po co innego jest państwo? Najpierw właśnie po to, a dla zwolenników jego ograniczonej roli i zasięgu – tylko po to. Jeśli państwo nie gwarantuje nawet tego, równie dobrze mogłoby nie istnieć wcale.

I tak właśnie dzieje się w Polsce. Swego czasu pewien minister postawił diagnozę, że nasze państwo istnieje tylko teoretycznie. Optymista, marzyciel, zwolennik propagandy sukcesu? Co ja wypisuję – zapytacie. I dlaczego tak robię. Ano dlatego, że obawiam się, iż polskie państwo nie istnieje nawet teoretycznie. Tak sądzę z powodu, przepraszam za wyrażenie, szamba, które wybiło przy okazji tzw. reprywatyzacji.

Pisaliśmy o tym procederze już w roku 2008. O tym, jak szemranymi metodami są „odzyskiwane” kamienice i grunty w Warszawie. Jakie podejrzane typy się przy tym kręcą. Mało kto wtedy o tym wiedział, chciał wiedzieć, mówił, pisał, zwracał uwagę – tylko kilka takich niszowych środowisk jak nasze, nikt więcej. Nie interesowały się sprawą te wszystkie media, które teraz poświęcają jej wiele uwagi – czy to te „salonowe”, czy te „niepokorne”. Dziś już wiadomo sporo. Wiele też od tamtej pory wydarzyło się ludzkich krzywd. Bardzo wiele. Państwo polskie nie było nimi zainteresowane. Państwo polskie zdradziło swoich obywateli, swoje obywatelki.

W niniejszym numerze „Nowego Obywatela” dużo piszemy właśnie o reprywatyzacji. Opowiadają nam o tym ludzie świetnie znający temat. Ewa Andruszkiewicz to ofiara procederu – pozbawiona mieszkania, w którym spędziła całe dekady, lokatorka walcząca o swoje prawa, towarzyszka Jolanty Brzeskiej – zmarłej, a właściwie prawie na pewno zamordowanej w tajemniczych okolicznościach przez mafię „odzyskiwaczy” mieszkań. Jan Śpiewak jest z kolei liderem środowiska, któremu skutecznie udało się przebić z opisem przekrętów reprywatyzacyjnych do głównego obiegu medialnego, ale także ukazać, że – wbrew medialnym wywodom i obiegowym stereotypom – problem nie dotyczy „cwaniaków, którzy nie płacą czynszu” czy „niezaradnych oferm”. On dotyczy i może dotyczyć niemal każdego – nawet jeśli ktoś nie „odzyska” naszego mieszkania, to „odzyska” szkołę, park, zabytek, cokolwiek. I zrobi z tym, co zechce. Z kolei Tomasz Luterek to autor jednej z niewielu naukowych i całościowych analiz procederu i uwarunkowań reprywatyzacji. On z kolei, deklarując się jako liberał i zwolennik własności prywatnej, pokazuje, że „odzyskiwanie mienia” ma z tym wszystkim niewiele wspólnego, za to całkiem sporo z systemem zorganizowanej kradzieży i wywłaszczania.

Wszystkie te rozmowy, momentami naprawdę wstrząsające nawet dla osób znających temat, a wprost przerażające dla tych, którzy go tylko dotychczas liznęli, pokazują, że polskie państwo w zasadzie nie istnieje. Nie stanowi prawa i nie egzekwuje go w stopniu choćby minimalnie chroniącym obywateli i ład publiczny. Historie opowiedziane przez naszych rozmówców dokumentują pasmo bezprawia oraz obojętności instytucji publicznych na to, co dzieje się z Polakami/Polkami w Polsce. A przecież nie chodzi tylko o Warszawę, choć ona skupia problem jak soczewka.

To oczywiście nie wszystkie materiały, które przygotowaliśmy. To nawet nie większość z nich. Ale wszystkie pozostałe, choć ważne oraz dotyczące istotnych problemów i zagrożeń, będą chyba lekturą, mimo wszystko, lżejszą od bloku wywiadów o reprywatyzacji. Zapraszam do czytania!

Remigiusz Okraska

Co z tą Konstytucją – część 2

Co z tą Konstytucją – część 2

Od kilku lat głośny jest temat zmian Konstytucji RP z 1997 r. W kilku tekstach zatem przeanalizuję jej artykuły z punktu widzenia zagadnień opisywanych przeze mnie w kwartalniku „Nowy Obywatel”, takich jak konkurencyjność gospodarki, zrównoważony rozwój, ochrona społeczeństwa przed negatywnymi konsekwencjami globalizacji, konieczne zmiany instytucjonalne, ochrona środowiska czy zmniejszanie nierówności społecznych. Dotychczas unikałem kwestii światopoglądowych i zamierzam się tego trzymać.

Konstytucja to temat nie tylko dla prawników. Język prawniczy powinien służyć do sformułowania w postaci aktów prawnych specyficznych celów interesu społecznego, publicznego i narodowego obywateli Polski. Natomiast moje sugestie to tylko skromna i niedoskonała wskazówka, w jakich punktach obecna Konstytucja się nie sprawdziła. Omówione kwestie nie wyczerpią wszystkich ważnych zagadnień, gdyż ograniczam rozważania do tematów, które znam ze swojego życia zawodowego.

Poniższy tekst jest poświęcony Rozdziałowi II Konstytucji (art. 30-56). Artykuły, których nie wspominam, nie wydają mi się kontrowersyjne. Pogrubioną czcionką dopisane są moje sugestie uzupełnienia tej ustawy. Zapewne wiele stwierdzeń powinno zostać przeanalizowanych przez prawników i innych specjalistów w celu możliwie precyzyjnego sformułowania.

Pierwszą część tych rozważań opublikowano tutaj: https://obywatel3.macmas.pl/2016/12/06/co-z-ta-konstytucja-czesc-1/

Rozdział II – Wolności, prawa i obowiązki człowieka i obywatela

Zasady ogólne (art. 30-56)

Art. 34

1. Obywatelstwo polskie nabywa się przez urodzenie z rodziców będących obywatelami polskimi. Inne przypadki nabycia obywatelstwa polskiego określa ustawa.

2. Obywatel polski nie może utracić obywatelstwa polskiego, chyba że sam się go zrzeknie.

3. Polskie prawo imigracyjne nie podlega uwspólnotowieniu.

Biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia w Ełku, będące wodą na młyn skrajnej prawicy, niechętnie poruszam ten temat. Warto jednak myśleć dalej niż pojedynczy incydent. Kwestie humanitarne, tolerancja względem mniejszości narodowych czy religijnych, są ważnym elementem lewicowej tożsamości. Należy jednak obserwować realne skutki zmian demograficznych w Niemczech, Francji, Belgii czy Szwecji w sposób pozbawiony ideologicznego zacietrzewienia i wyciągać z nich wnioski. Właściwa ocena to nie bezrefleksyjne wspieranie „multikulti” czy hasła „Polska dla Polaków”, lecz ocena, jak te zmiany wpływają na takie kwestie jak np. demografia, rynek pracy, drobny handel, prawa kobiet, integralność kulturowa państwa, ale i kreatywna różnorodność społeczeństwa, klimat dla innowacyjności, integrowanie zagranicznych naukowców itd.

Sugerowane dodanie punktu 3. powinno być oczywiście dopasowane do prawa UE, do którego wypełniania zobowiązuje Polskę art. 9 Konstytucji RP. Takie podejście ostrożnościowe nie wyklucza etycznego postępowania. Warto sobie zdawać sprawę, że z postępującymi zmianami klimatycznymi problem masowych migracji i konfliktów zbrojnych będzie narastał.

Domyślam się, że wielu osobom nie podoba się takie pragmatyczne postawienie sprawy. Problem polega na tym, że jeśli lewica nie odniesie się mądrze do tej kwestii, poważnie traktując obawy społeczne, dyskurs zdominują narodowcy według biało-czarnego wzorca. I na tym wypłyną w wyborach, bo temat jest nośny. Obawy społeczne są realne i nic nie da rytualne zaklinanie rzeczywistości na wzór zachodniej lewicy liberalnej. Jej szlachetne przekonania w tym zakresie pryskają jak bańka mydlana w kolejnych wyborach w starciu z ksenofobicznymi nacjonalistami, jak UKIP Farage’a w Wielkiej Brytanii, Front Narodowy Le Pen we Francji, AfD w Niemczech czy PVV Wildersa w Holandii. Trump także został wybrany na fali ksenofobii i izolacjonizmu w USA. Warto również wiedzieć, że Rosja dokłada do tego pieca, po cichu finansując antyislamskie i nacjonalistyczne organizacje, świetnie wiedząc, że ten temat skłóca społeczeństwa.

Art. 49

1. Zapewnia się wolność i ochronę tajemnicy komunikowania się. Ich ograniczenie może nastąpić jedynie w przypadkach określonych w ustawie i w sposób w niej określony.

2. Władza publiczna chroni polskie społeczeństwo przed negatywnymi skutkami globalnych monopoli w usługach informatycznych.

3. Władza publiczna zapewnia bezpieczeństwo cyfrowe danych obywateli RP i strategicznej infrastruktury.

W dobie big data, rosnących globalnych monopoli amerykańskich firm informatycznych, jak Facebook, Microsoft, Apple, Google czy Amazon, powiększających się cyberzagrożeń, np. cyberwojen prowadzonych przez Rosję czy Chiny, lub globalnej cyberinwigilacji prowadzonej przez amerykańskie NSA, uzupełnienie art. 49 jest konieczne, aby wzmocnić cyberbezpieczeństwo Polski i Polaków. Zmiany tego artykułu powinny być bardzo dobrze przemyślane i odpowiadać wyzwaniom doby cyfrowej.

Art. 54

1. Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji.

2. Cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane. Ustawa może wprowadzić obowiązek uprzedniego uzyskania koncesji na prowadzenie stacji radiowej lub telewizyjnej.

Ostatnio głośne są kwestie cenzury na Facebooku. Dotyczyły one nie tylko wydarzeń organizowanych przez narodowców, ale też przez społeczne organizacje, jak np. ta strona http://www.uslugipublicznemajaglos.pl/

Podobnym problemem są tzw. fake news (fałszywe informacje) np. na Facebooku, przez które kraje trzecie próbują wpłynąć na wyniki wyborów czy referendów. Obecnie problem ten próbują ugryźć Niemcy, zastanawiając się, jak pociągnąć Facebooka do odpowiedzialności za umożliwianie tej praktyki, niebezpiecznej dla demokracji.

Nie zaryzykuję sugerowania, jak Konstytucja mogłaby się odnieść do problemów fake news i manipulacji w mediach globalnych monopolistów. Jednak temat jest istotny.

Wolności i prawa polityczne

Art. 59

1. Zapewnia się wolność zrzeszania się w związkach zawodowych, organizacjach społeczno-zawodowych rolników oraz w organizacjach pracodawców.

2. Związki zawodowe oraz pracodawcy i ich organizacje mają prawo do rokowań, w szczególności w celu rozwiązywania sporów zbiorowych, oraz do zawierania układów zbiorowych pracy i innych porozumień.

3. Związkom zawodowym przysługuje prawo do organizowania strajków pracowniczych i innych form protestu w granicach określonych w ustawie. Ze względu na dobro publiczne ustawa może ograniczyć prowadzenie strajku lub zakazać go w odniesieniu do określonych kategorii pracowników lub w określonych dziedzinach.

4. Zakres wolności zrzeszania się w związkach zawodowych i organizacjach pracodawców oraz innych wolności związkowych może podlegać tylko takim ograniczeniom ustawowym, jakie są dopuszczalne przez wiążące Rzeczpospolitą Polską umowy międzynarodowe.

Paragraf 1. niby zapewnia wolność zrzeszania się w związkach zawodowych, ale w praktyce, jak wiadomo, nie do końca to funkcjonuje. Wydaje się wystarczający do surowego karania pracodawców, którzy szykanują pracowników chcących zrzeszyć się w związkach zawodowych. Niestety, rządzące partie nie przeciwdziałały nagminnemu łamaniu art. 59.

Warto też, wzorem Niemiec, zapewnić przedstawicielom pracowników obowiązkowe miejsce w radach nadzorczych. Odpowiedni zapis został zasugerowany w art. 24.

Kolejnym rozdziałem Konstytucji jest Wolności, prawa ekonomiczne, socjalne i kulturalne. Może warto dodać do tej listy także „obowiązki”.

Art. 64

1. Każdy ma prawo do własności, innych praw majątkowych oraz prawo dziedziczenia.

2. Własność, inne prawa majątkowe oraz prawo dziedziczenia podlegają równej dla wszystkich ochronie prawnej.

3. Własność może być ograniczona tylko w drodze ustawy i tylko w zakresie, w jakim nie narusza ona istoty prawa własności.

4. Sprawiedliwy, progresywny i powszechny podatek spadkowy jest ważnym elementem zasady sprawiedliwości społecznej.

Warto się zastanowić, czy obowiązek płacenia rozsądnego, sprawiedliwego i progresywnego podatku spadkowego nie powinien wynikać z Konstytucji RP. Jak odpowiednim prawniczym językiem ująć zakaz potencjalnego unikania go za pomocą przenoszenia własności na zarejestrowane np. w Luksemburgu czy Monako fundacje lub spółki? Stawia to bogatych Polaków ponad prawem i jest dyskryminujące wobec reszty obywateli. Jak ująć kwestię własności ziemi w rękach zagranicznych spółek, których właściciele nie są obywatelami Polski? To bardzo trudny temat, również pod względem prawnym, więc ta sugestia jest tylko niedoskonałym surowcem do obróbki.

Podatek spadkowy powinien mieć sporą kwotę wolną, pozwalającą na rozwój klasy średniej. Odziedziczenie zwykłego mieszkania czy działki to nie fortuna, lecz forma zabezpieczenia od wypadków losowych.

Natomiast bogaci Polacy uchylający się od obowiązku płacenia podatku spadkowego nie powinni doświadczać życzliwości państwa, wspierania ich interesów za granicą, preferowania, dotacji publicznych itp. Są prawa, są i obowiązki. Sama kwestia zapłaty podatku od odziedziczonych akcji powinna być jednak negocjowana z urzędami skarbowymi, aby nie miało to wpływu na działalność przedsiębiorstwa w przypadku firm rodzinnych.

Art. 65

1. Każdemu zapewnia się wolność wyboru i wykonywania zawodu oraz wyboru miejsca pracy. Wyjątki określa ustawa.

2. Obowiązek pracy może być nałożony tylko przez ustawę.

3. Stałe zatrudnianie dzieci do lat 16 jest zakazane. Formy i charakter dopuszczalnego zatrudniania określa ustawa.

4. Minimalną wysokość wynagrodzenia na godzinę za pracę lub sposób ustalania tej wysokości określa ustawa.

5. Władze publiczne prowadzą politykę zmierzającą do pełnego, produktywnego zatrudnienia poprzez realizowanie programów zwalczania bezrobocia, w tym organizowanie i wspieranie poradnictwa i szkolenia zawodowego oraz robót publicznych i prac interwencyjnych.

To bardzo ważny artykuł. Punkt 4 Konstytucji, mimo niedawno wprowadzonych rozwiązań ustawowych (które łatwo zmienić), powinien zostać uszczelniony wymogiem minimalnego zarobku godzinowego, niezależenie od sposobu zatrudnienia.

Art. 66

1. Każdy ma prawo do bezpiecznych i higienicznych warunków pracy. Sposób realizacji tego prawa oraz obowiązki pracodawcy określa ustawa.

2. Pracownik ma prawo do określonych w ustawie dni wolnych od pracy i corocznych płatnych urlopów;

3. Minimalny płatny urlop wynosi 20 dni roboczych rocznie.

4. Prawo do płatnego urlopu dotyczy również tymczasowego zatrudnienia lub zatrudniania w niepełnym wymiarze czasowym. Szczegóły określa ustawa.

5. Maksymalny czas pracy wynosi 35 godzin tygodniowo. Szczegóły i uzasadnione wyjątki określa ustawa.

Czy powoli nie nadchodzi czas na siedmiogodzinny dzień pracy? Myślę, że w większości przypadków to kwestia jej organizacji. Poza tym wykorzystywanie pracowników odbija się na kosztach służby zdrowia, za co pracodawcy już nie płacą. Odbija się to również na rodzinach czy wychowaniu dzieci, powodując ogromne koszty społeczne.

Warto też uchwycić patologie rynku pracy związane z pracą tymczasową, w niepełnym wymiarze i z urlopami płatnymi. Obecny rząd już się za to zabrał, ale kwestia ta powinna być dookreślona konstytucyjnie. Kwestia kontroli stosowania praw pracy została opisana w art. 24 w poprzedniej części tekstu.

Art. 67

1. Obywatel ma prawo do zabezpieczenia społecznego w razie niezdolności do pracy ze względu na chorobę lub inwalidztwo oraz po osiągnięciu wieku emerytalnego. Zakres i formy zabezpieczenia społecznego określa ustawa.

2. Obywatel pozostający bez pracy nie z własnej woli i nie mający innych środków utrzymania ma prawo do zabezpieczenia społecznego, którego zakres i formy określa ustawa.

Artykuł ten jest ściśle związany z art. 2 i pojęciem sprawiedliwości społecznej. W zasadzie neoliberalne państwo polskie abdykowało z tego obszaru. Warto przypomnieć, że w Polsce udział wydatków socjalnych w PKB wynosi (Eurostat) 18,1%, w Czechach 20,8%, w Niemczech 29,5%, w Finlandii 31,2%, a w Danii aż 34,6%. W opisie art. 2 zasugerowałem, że Konstytucja powinna precyzyjniej, choć niewiążąco, wskazać w załączniku, co rozumie przez „sprawiedliwość społeczną”. Jeden punkt powinien dotyczyć ubezpieczenia od bezrobocia i inwalidztwa i wskazywać minimalny odsetek PKB publicznych wydatków na art. 67.

Art. 68

1. Każdy ma prawo do ochrony zdrowia.

2. Obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych. Warunki i zakres udzielania świadczeń określa ustawa.

3. Orientacyjny poziom wydatków publicznych na służbę zdrowia wynosi przynajmniej 7% PKB.

4. Władze publiczne są obowiązane do zapewnienia szczególnej opieki zdrowotnej, dzieciom, kobietom ciężarnym, osobom niepełnosprawnym i osobom w podeszłym wieku.

5. Władze publiczne są obowiązane do zwalczania chorób epidemicznych i zapobiegania negatywnym dla zdrowia skutkom degradacji środowiska.

6. Władze publiczne inwestują w edukację i zwiększanie świadomości społecznej z zakresu ochrony zdrowia i profilaktyki zdrowotnej.

7. Władze publiczne popierają rozwój kultury fizycznej, zwłaszcza wśród dzieci i młodzieży.

8. Władze publiczne rozwijają instytucje publiczne z zakresu świadczenia usług medycznych, w tym stomatologicznych i farmaceutycznych.

9. Władze publiczne wspierają publiczne instytucje w badaniach, rozwoju i wdrażaniu leków. Celem jest minimalizacja cen i maksymalizacja dostępności leków.

10. Władze publiczne podpisują umowy o świadczenie usług medycznych z niepublicznymi przedsiębiorstwami w sposób uniemożliwiający tworzenie się lub utrzymanie karteli, monopoli i oligopoli.

Neoliberalna władza nagminnie łamała ten artykuł przez postępującą komercjalizację i prywatyzację służby zdrowia. W opisie art. 2 zasugerowałem, że Konstytucja powinna precyzyjniej, choć niewiążąco, wskazać w załączniku, co rozumie przez sprawiedliwość społeczną. Jeden z punktów powinien dotyczyć minimalnego odsetka PKB publicznych wydatków na służbę zdrowia. Obecnie w Polsce wynosi on zaledwie 4,6% PKB, a prywatne wydatki na służbę zdrowia wynoszą już 29,9% sumy prywatnych i publicznych wydatków na polską służbę zdrowia, i rosną. W Czechach to odpowiednio 6,5% i 15,2%, w Finlandii 6,8% i 24,6%, w Niemczech 8,6% i 23,7%, w Danii 9,5% i 14,5%. Widać więc, że Polska wydaje procentowo najmniej na publiczną służbę zdrowia, a Polacy wydają najwięcej na prywatne leczenie. Koszmar naszej służby zdrowia nie wynika więc ze złego zarządzania, lecz w pierwszej kolejności z braku dofinansowania. Prof. Balcerowiczowi i akolitom można pogratulować wykonania zadania przez promocję podatków de facto regresywnych i bezmyślną prywatyzację majątku publicznego. Komentarz jest zbędny, a temat kwalifikuje się do konstytucyjnej interwencji.

Powinien zostać określony minimalny orientacyjny udział publicznych wydatków na służbę zdrowia w PKB – i wynosić przynajmniej 7%, czyli niewiele więcej niż w Czechach. Taki poziom, biorąc pod uwagę rozważania dotyczące art. 67, może być sfinansowany tylko za pomocą progresywnych podatków i szczelnego systemu podatkowego, minimalizującego drenaż nieopodatkowanych zysków z Polski.

Państwo powinno corocznie raportować o wydatkach na służę zdrowia, co było omawiane w kontekście w kontekście art. 2.

Zapewne nie da się całkowicie zahamować prywatyzacji usług medycznych finansowanych ze środków publicznych. Natomiast warto zapewnić konkurencyjność na tym rynku, rozdrobnienie prywatnych wykonawców usług w celu utrzymania siły negocjacyjnej państwa, inwestowanie w zdolność publicznej służby zdrowia do leczenia Polaków, publiczną sprzedaż leków (np. w szpitalach) oraz inwestowanie publicznych środków w badania i rozwój leków, by zminimalizować ich cenę. Jak wiadomo, prywatne koncerny farmaceutyczne brutalnie narzucają w sytuacji monopolu niesamowite kwoty.

Do czego prowadzi prywatyzacja szpitali, widać w Niemczech na przykładzie firmy Asklepios, o czym w grudniu 2016 r. pisał „Der Spiegel”. Mówiąc krótko: bezwzględna maksymalizacja zysku, pacjent to koszt do minimalizacji, lekarz to zasób do wyciśnięcia. Przykładem polskiej patologii w tym zakresie jest Krosno Odrzańskie i Grupa Nowy Szpital. Na całym procesie komercjalizacji służby zdrowia, firmowanym przez ówczesną minister zdrowia Ewę Kopacz, NIK nie zostawił suchej nitki. Warto wzywać PO do tablicy i pytać, jakie wyciągnęli wnioski z próby prywatyzacji służby zdrowia. Że to potencjalnie dobry interes dla prywatnych właścicieli szpitali, widać na przykładzie niemieckiej firmy Asklepios. Niestety dla pacjentów to fatalny interes i warto, aby Konstytucja rozsądnie się do tego odniosła w duchu interesu społecznego, a nie w interesie takich firm, jak Grupa Nowy Szpital.

Punkt 5 art. 68 jest rozsądnie sformułowany, choć widać, że państwo łamie go nagminnie nie zwalczając zanieczyszczenia powietrza w miastach, co jest rosnącym koszmarem i obciążeniem finansowym dla służby zdrowia. Warto również zobowiązać władze publiczne do edukowania społeczeństwa i inwestowania w profilaktykę.

Polski „self-made man” zapomniał o rodzicach

Polski „self-made man” zapomniał o rodzicach

Jednym z większych przekleństw naszego kraju jest to, że zdecydowana większość tych, którym się udało coś osiągnąć (zarobić duże pieniądze, zdobyć rozpoznawalność albo zostać szanowanym autorytetem), jest święcie przekonanych, że wszystko to zawdzięczają głównie sobie. Gdyby dać wiarę tym przekonaniom, okazałoby się, że nasze szeroko rozumiane górne warstwy utkane są niemal z samych self-made manów, którzy do swoich sukcesów doszli wyłącznie własną ciężką pracą. A jeśli Polska lub inni Polacy mieli jakiś wpływ na ich drogę życiową, to głównie w postaci kłód niemiłosiernie rzucanych im pod nogi. Przedstawiciele naszych elit (artystycznych, sportowych, medialnych) są tak przekonani o własnej samowystarczalności, że gdyby mogli, to twierdziliby pewnie, że nawet przyszli na świat bez pomocy osób trzecich.

Taka postawa elit, które, jak wszędzie na świecie, nadają ton debacie publicznej, ma bardzo przykre konsekwencje dla naszej wspólnoty. Powoduje bowiem wykształcenie się u dużej części społeczeństwa awersji do osiągania wspólnotowych celów wspólnym wysiłkiem. Budowa silnej, dobrze dofinansowanej armii? Bez sensu, i tak się sami nie obronimy, w sytuacji zagrożenia każdy powinien sam zadbać o siebie i własnoręcznie brać nogi za pas. Redystrybucja? Hola hola, dlaczego część efektów mojej harówki ma iść na tych, którym się nie chciało? Uszczelnienie systemu podatkowego? No bez przesady, żeby jakiś urzędnik miał grzebać w moich dochodach!

Takie przekonanie o własnej genialności mogłoby może i być uzasadnione, ale tylko w kraju, w którym panowałaby idealna równość szans, czyli wszyscy obywatele startowaliby z identycznego poziomu. A takie kraje nie istnieją. Polska, co gorsza, jest od tego ideału mocno oddalona. Na równość szans składa się wiele czynników. Najbardziej oczywistym z nich jest zamożność rodziny. Dziecko z rodziny bogatej ma od początku dużo łatwiej niż potomek ubogich Polaków, który od urodzenia ma pod górkę. Na studiach nie może się skupić na nauce, ale musi dorabiać w fast foodach, żeby stać go było na bilet autobusowy albo książki. Nie wyjedzie też na zagraniczny kurs językowy, a angielskiego poduczy się co najwyżej dzięki amerykańskim płytom hiphopowym. Innym czynnikiem, istotnym szczególnie w Polsce, gdzie prowincja jest wyraźnie poszkodowana pod względem infrastruktury czy dostępu do usług publicznych, jest miejsce zamieszkania. Chłopak z dużego miasta ma zdecydowanie bardziej komfortowe warunki do nauki, niż dziewczyna z niedużej gminy, wstająca codziennie o piątej, żeby 45 minut spędzić w busie do szkoły, który dowozi ją na miejsce godzinę za wcześnie – a innego nie ma.

Jednak najważniejszym i najbardziej niedocenianym czynnikiem jest kapitał kulturowy, jaki otrzymujemy od rodziców – który jest wyjątkowo nierówny i który nie jest naszą zasługą. Oczywiście wszyscy rodzice są wspaniali, bo dali nam życie i za sam ten fakt powinni mieć nasz dozgonny szacunek, nawet jeśli niektórzy potem nazbierali sobie sporo za uszami. Jednak ich możliwości wychowawcze są już bardzo różne – co często nie jest ich winą. Rodzice mający spore zdolności przekazywania wiedzy mogą już w domu nauczyć swoje pociechy wielu umiejętności, które reszta rówieśników posiądzie dopiero w pierwszych klasach podstawówki. Ich dzieci będą więc już na starcie kilka długości przed koleżankami i kolegami, którzy takiego szczęścia nie mieli. Przedsiębiorczy rodzice już od małego będą kształtować w swych potomkach smykałkę do biznesu i życiową zaradność. Dzieci osób działających w strukturach lub blisko struktur władzy dużo zręczniej będą się poruszać w kontaktach z instytucjami publicznymi. W przyszłości nie tylko nie dadzą im się stłamsić, ale też sprawniej wykorzystają je do swoich celów – na przykład starając się o grant dla swojej fundacji będą wiedzieć, jak napisać wniosek i gdzie się z nim najlepiej udać.

Przede wszystkim jednak dzieci z rodzin o wysokim kapitale kulturowym na co dzień chłoną ogromną dawkę wiedzy i umiejętności społecznych. Przypatrują się zachowaniom swoich rodziców w nietypowych sytuacjach, przed którymi stają osoby robiące karierę. Podczas spotkań rodzinnych czy towarzyskich słuchają barwnych opisów świata albo ważnych opowieści dot. historii naszego kraju. Żeby je poznać, nie będą musiały więc ślęczeć godzinami z nudną książką, lecz dowiedzą się o nich z pierwszej ręki. Przede wszystkim jednak od najmłodszych lat będą mimowolnie budować swoje sieci kontaktów. Osoby o wysokim kapitale kulturowym najczęściej mają w gronie towarzyskim podobnych sobie. A znajomość z nimi dla ich dzieci będzie miała znaczenie niebagatelne – pozwoli zdobyć staż w Brukseli, uzyskać inwestora dla swojej raczkującej firmy albo po prostu dostać dobrą pracę.

Kraje wysoko rozwinięte niwelują różnice w kapitale kulturowym i inne czynniki wpływające na nierówność szans za pomocą szerokiego dostępu do usług publicznych. Tworzą więc sieć placówek szkolnych w taki sposób, by każde dziecko miało pod nosem dobrą szkołę. Organizują darmowe zajęcia wyrównawcze, by dzieci z mniej wykształconych rodzin mogły bezpłatnie nadrobić swoje zapóźnienia. Zapewniają sieć transportu publicznego, by mieszkańcy prowincji nie musieli się godzinami telepać do celu. Umożliwiają w każdej gminie dostęp do placówek instytucji publicznych, żeby osoby z peryferii nie traciły czasu na załatwienie każdej sprawy. I, przede wszystkim, tworzą obiektywne i transparentne mechanizmy zatrudniania i awansów, by zdolni obywatele bez nieformalnych sieci kontaktów nie byli poszkodowani. Niestety w Polsce ten proces idzie jak po grudzie, czego dowodzi najnowszy „Transition Report 2016” Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju, który analizował, jak wygląda nierówność szans w krajach postkomunistycznych.

EBOiR badał, w jaki sposób czynniki składające się na nierówność szans (wykształcenie rodziców, miejsce zamieszkania, płeć i członkostwo rodziców w partii komunistycznej) wpływają na wysokość dochodów i możliwości znalezienia pracy. Niestety nie wypadliśmy dobrze. Nierówność szans wpływa w Polsce ogółem na 38 proc. różnic w dochodach. Inaczej mówiąc, w momencie naszego przyjścia na świat nasze przyszłe zarobki w porównaniu do reszty rodaków są już wiadome w dobrze ponad jednej trzeciej. Na tle innych państw postkomunistycznych wypadamy przeciętnie – jednak na to tło składają się wszystkie kraje postkomunistyczne właśnie, czyli m.in. Kazachstan (42 proc.) czy Mołdawia (40 proc.). Trudno więc uznać ten przeciętny wynik za uspokajający. W Niemczech (które dodano do analizy niejako porównawczo) nierówność szans wpływa tylko na 25 proc. nierówności dochodowych, a wskaźnik w okolicach 20 proc. ma m.in. Serbia.

Najciekawsze jednak, jak poszczególne czynniki wpływają na nierówność szans. Polska odrobiła zadanie domowe z niwelowania nierówności z powodu płci: jej wpływ na nierówność szans jest w Polsce jednym z najniższych wśród wszystkich badanych krajów i, co ciekawe, jest dużo niższy niż w Niemczech. Niestety, pod względem dwóch innych czynników jesteśmy w czołówce – i oba są związane z kapitałem kulturowym właśnie. To przede wszystkim wykształcenie rodziców (co się przekłada na ich zdolność do przekazywania wiedzy), które odpowiada za prawie 60 proc. nierówności szans w Polsce. Jest to najwyższy wynik wśród badanych krajów. Drugi czynnik to członkostwo rodziców w byłej partii komunistycznej, które w Polsce i Estonii ma najbardziej istotne znaczenie wśród krajów naszego regionu (do których EBOiR zalicza kraje bałtyckie i Grupy Wyszehradzkiej) – zwiększa ono nadwiślańskie nierówności szans o kolejne 10 proc. Ten czynnik oczywiście wiąże się z jednym z elementów kapitału kulturowego, jaki opisałem wyżej – z budowaniem sieci kontaktów. Kapitał kulturowy rodziców, na który według raportu EBOiR składają się właśnie ich wykształcenie i ewentualne członkostwo w byłej partii komunistycznej (czyli sieci kontaktów), odpowiada w Polsce w sumie za 68 proc. nierówności szans. To wynik tak wysoki, że aż trafił na okładkę omawianego raportu.

O tym, jak wielkie znaczenie ma w Polsce kapitał kulturowy rodziców, przekonują także dane Eurostatu. Zaledwie ok. 8 proc. Polaków, których rodzice mają wykształcenie zawodowe lub podstawowe, zdobywa wyższe wykształcenie. To najgorszy wynik w UE – a osiągnęliśmy go wspólnie z Bułgarią, Chorwacją, Słowacją i Czechami. Odsetek absolwentów uczelni pochodzących z rodzin o niskim wykształceniu w Estonii i Szwecji jest trzy razy wyższy, a w Wielkiej Brytanii i Finlandii nawet cztery razy. Ktoś mógłby machnąć ręką i stwierdzić, że wykształcenie zdobyte na polskich uczelniach i tak jest niewiele warte – tylko że niewiele warte byłoby takie tłumaczenie. Według analizy opublikowanej przez „The Economist”, wśród krajów OECD tylko w USA i Irlandii wyższe wykształcenie przekłada się na zwiększenie zarobków bardziej niż w Polsce. Wśród krajów wysokiej równości szans (Skandynawia, Beneluks) ma ono nawet 2-3 razy mniejsze znaczenie dla osiąganych dochodów niż nad Wisłą.

Niestety polskie instytucje państwa „dobrobytu” (jakkolwiek w naszych warunkach komicznie to brzmi) zupełnie nie radzą sobie z zacieraniem różnic w kapitale kulturowym między obywatelami. To powoduje, że kapitał kulturowy rodziców jest jednym z najistotniejszych czynników powodzenia zawodowego nad Wisłą. Wielu z nas o równym starcie może więc zapomnieć. Szkoda, że nasi rodzimi „self-made mani” przemilczają, ile dostali od swych rodziców. I to, że wielu rodaków takich atutów nie miało.

Walka klas, wojna pokoleń

W czasach, gdy dorastałem i brałem lekcje z polskiej historii i literatury, jednym z częściej powracających konfliktów był – wydawało się, że odwieczny – spór starych z młodymi. Warszawskie salony krytycznoliterackie i młody Mickiewicz, czyli spór klasyków z romantykami, Aleksander Świętochowski, czyli „My i wy”. Do tego „Lalka” Prusa, czyli przewartościowanie i starość mitu romantycznego – od zawsze przegrany Rzecki, choć i przegrany Wokulski, z gorzkimi słowami na ustach: „oszukano mnie”. A później „Przedwiośnie” Żeromskiego, czyli Szymon Gajowiec kontra Cezary Baryka. Zwykle ten stereotyp powtarzał się w podobny sposób: rewolucyjni młodzi, reakcyjni starcy i pełne hipokryzji starsze damy. Mrożek w „Tangu” rozsadził ten mit, a historia III RP pokazała, że miał trafną intuicję: arcykonserwatywny i dobrze ułożony młodzian Artur stanął w opozycji do dogmatycznie zrewoltowanych rodziców.

Jeszcze w PRL-owskiej podstawówce z lat 80., jeszcze w liceum początków III Rzeczpospolitej, konflikt starych z młodymi był chyba nawet silniej eksponowany na lekcjach polskiego niż konflikty klasowe. Choć w jakiś sposób zawsze się z nimi przenikał, ponieważ to starsze pokolenia dysponowały kapitałem, możliwościami, obyciem i znajomościami w świecie, wiedzą konieczną do podejmowania trafniejszych decyzji i szybszego osiągania zamierzonych celów. A co mieli i mają młodzi? Rozwijane zdolności, urodę jako towar, naiwność, która czasem ułatwia nieoczekiwaną wygraną – cały ten niepewny pieniądz młodości. I jeszcze jedno: młodzi, z reguły zdrowsi, zdolniejsi do cięższej harówki, idą do przodu popychani witalnością szybko regenerującego się organizmu. Gorzej, gdy mniej ustawione i ustawieni życiowo spośród młodych zaczynają się wyczerpywać i męczyć, gdy pojawiają się problemy ze snem, psychiką, relacjami, szybkim wypaleniem nie tyle zawodowym, co po prostu życiowym tych łatwo zastępowalnych prekariuszy.

Mam wrażenie, że przez dekady III Rzeczpospolitej spór starych z młodymi odszedł do lamusa wyobrażeń społecznych i kulturowej mitologii. Podobnie jak odniesienia do konfliktów i napięć klasowych – mniej lub bardziej bezkrytycznie nastawione do (od)budowy kapitalizmu elity rodzącej się III RP zadbały o to, żeby ich własna silna niechęć do instrumentarium pojęć i skojarzeń związanych z walką klas wyrugowała je ze społecznego imaginarium. To hipoteza robocza: ze względu na silne, realne i symboliczne, powiązanie konfliktu klasowego ze sporem pokoleniowym także mit walki starych i młodych musiał zostać usunięty sprzed oczu społeczeństwa. Chętnie wyjaśnię, w czym rzecz.

Warto obejrzeć kroniki filmowe z początków lat 90. Uderza w nich pewien szczegół: widzimy wciąż dobrze znanych nam z aktywności na niwie publicznej polityków i dziennikarzy: Tomasza Lisa, Piotra Semkę, Donalda Tuska, Jarosława Kaczyńskiego. Ale nie tylko ich, bo i Igora Jankego, i Marka Jurka, a szerzej patrząc: całe mnóstwo ludzi wówczas dość jeszcze młodych, których dziś znajdziemy na różnych polach skonfliktowanej polityczno-medialnej matrycy. To oni w znacznej mierze wciąż urządzają i opowiadają nasz świat: to roczniki demiurgów, władnych i  decyzyjnych. Gdzie przebiega linia graniczna między nimi a młodszymi? Gdzieś w okolicach ostatniego pokolenia opozycji czasów PRL: urodzeni w latach 60. XX w. to ci, którzy jeszcze jako studenci albo ludzie po trzydziestce robili bardzo szybkie, oszałamiające kariery w początkach III RP.

To właśnie starsze roczniki, których reprezentanci w odpowiednim czasie, miejscu i okolicznościach mogli skorzystać ze znakomitej transformacyjnej koniunktury i na dobre – oraz na długo – umościli się w strategicznych czy newralgicznych miejscach rodzimych struktur gospodarczych, medialnych, politycznych. I przez dekady wzmacniania więzi formalnych i nieformalnych stworzyli pewnego rodzaju sieć pokoleniowo-klasową, która z jednej strony pełni funkcje amortyzacyjne, z drugiej – selekcyjne. Od lat już słyszę od moich prawicowych, nieco młodszych kolegów, że bardzo trudno zająć im lepsze miejsca w różnorakich instytucjach, w tym medialnych, ponieważ to starsi bardzo dbają o to – szczególnie gdy po kolejnych falach kryzysów zaczęły kurczyć się zasoby – żeby młodsi wciąż wydreptywali przedpokoje. Oczywiście są wyjątki, ale gdzieś między rocznikami czterdziesto- a pięćdziesięciolatków przebiega wyraźna granica podziału klasowo-pokoleniowego. Jasne, ten obraz trzeba niuansować: taka elita nie stanowi jednorodnej grupy interesów. Właśnie dlatego choćby hiperwolnorynkowy (tylko na poziomie sloganów i sposobu traktowania uboższych i zatrudnianej przez siebie sezonowo siły najemnej) Wojciech Cejrowski dopiero po #dobrazmiana zawisł na Poczcie Polskiej na plakatach zachęcających do kupna jego książek w wyjątkowej pocztowej ofercie.

Jeśli trochę uważniej spojrzymy na dzisiejszych 40-latków i 40-latki, widać dotykające ich pokoleniowe przypadłości. Szkoła podstawowa: lata 80. XX wieku to socjalizacja w duchu ideologii, w którą nikt już na ogół nie wierzył, zatem za młodu odbieraliśmy lekcję społecznego cynizmu i hipokryzji. W praktyce uczono nas już – nie zawsze w domach, ale z reguły w otoczeniu środowiskowym – kultu „dorabiania się”. Na naszych dziecinno-nastoletnich oczach pokolenie rodziców z PZPR-owców, post-opozycji albo programowo apolitycznych zamieniało się w ludzi, którzy łączą walką o przetrwanie z ciułaniem i urządzaniem się. Czasem szło o przeżycie, a czasem o to, żeby w końcu nacieszyć się prestiżem i „luksusem” posiadania czegoś lepszego niż puste puszki po zachodnich piwach. Materializm teoretyczny w zawrotnym tempie transformował w praktyczny. Na akademiach ku czci coś tam jeszcze niekiedy pierniczono o Leninie, ale później nasi wychowawcy wyjeżdżali na szybki handel do wciąż podzielonych Niemiec i wracali stamtąd Oplami z tamtejszych złomowisk. I tylko ten szrot, i tylko nowa meblościanka, i tylko ten marmurkowy dżins się liczył. Myśmy to dobrze wiedzieli, widzieliśmy, że co innego nam mówią, a w co innego wierzą.

Gdy poszliśmy do liceum, Polska się już solidnie przepoczwarzała, więc na jedną nóżkę Bóg, honor i ojczyzna, na drugą Róbta Co Chceta, zespół IRA, piwo 10,5 i pierwsze shake’i w MacDonaldzie. Wmówiono nam, że jesteśmy pokoleniem bez właściwości: za młodzi na opozycjonistów, za starzy na pełnoprawne dzieci III RP, ale w sam raz, żeby wydawać kieszonkowe w amerykańskim fast foodzie. I tak już zostało. Socjalizowano nas w dwóch zupełnie różnych światach – i to niemal w tym samym czasie, bo przecież już w latach 80. XX w. PRL podskórnie oddychał nurtem tęsknoty za hiperkonsumpcją, purytański socjalizm à la Gomułka nie kręcił ani (chłopo)robotników, ani inteligencji pracującej, ani PZPR-owskiej nomenklatury. Głośno o tym nie wypada mówić, ale roczniki urodzone w latach 60. XX w. (jacy one i oni dzisiaj bywają pobożni!) słynęły z tego, co eufemistycznie nazywa się swobodą obyczajów.

Wracając do dzisiejszych czterdziestolatków: nie jesteśmy nawet dzieciakami czasów głośnej dziś epoki duchologii, bo w latach 90. szliśmy na studia. Dorosły świat był wówczas dobrze już obsadzony przez dekadę od nas starszych, i jeszcze starszych. Mam wrażenie, że właściwie nikomu nie byliśmy wtedy rocznikowo potrzebni – chyba że właśnie jako nastoletni konsumenci i, nieco później, już jako potencjalni kredytobiorcy i mięso armatnie partii politycznych i zasób na rynku pracy – do obsadzenia nieco niższych szczebli rzeczywistości. W „Gazecie Wyborczej” w pierwszej połowie lat 90. XX w. chyba pisano o nas jako „X generation” i opisywano jako „niezaangażowanych”, „bez idei”, „nie potrzebujących tożsamości”. Dziś myślę, że w ten sposób spisywano nas na straty albo pokazywano miejsce w szeregu: no bo przecież to oni, starsi, mieli idee, cholernie silne tożsamości (które dziś przechodzą już w fobie starych sytych kotów), bardzo się angażowali w sukces swoich stronnictw, no i oczywiście dochodzili do pieniędzy i stanowisk. A nieco później, gdy zaczęliśmy kończyć studia i wchodzić w dorosłość, tych pieniędzy i stanowisk było już jakby mniej. Choć owszem, Dorocie Masłowskiej w „Wojnie polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną” udało się wykrzyczeć cały ten dziwny misz-masz świata wczesnej transformacji, który chłonęliśmy z nastoletnią ciekawością, niewiele mogąc w nim jeszcze samodzielnie zdziałać.

Dziś ludzie dekadę starsi to czasem dobrzy koledzy. Ale wtedy dzieliła nas przepaść. To właśnie ich – dziś tak można na to patrzeć – symbolizuje ułożony Artur z „Tanga” Mrożka. Choćby „Pampersi”: na ogół konserwatywni i liberalni gospodarczo, choć czasem post-anarchistyczni. Obecnie z produkcjami takimi jak „Fronda” z lat 90. chyba na prawicy uchodziliby za obrzydliwych lewaków, bo dzisiejsza toporna narodowa prawica nie zniosłaby nawet takich zabaw formą czy intelektualną prowokacją. No i wtedy, w latach 90., ktoś taki jak Cejrowski napieprzający kubkiem o stół w telewizji publicznej, to była spora atrakcja i szok kulturowy. Na szczęście, moim „Co z tym Kansas?” było własne dzieciństwo, więc nie dałem się nabrać na skserowany neokonserwatywny szwindel. Ale wielu to bawiło: co samo w sobie jest śmieszne, bo gdy Cejrowski głośno pomstował na to, że „lewactwo” uczy młodzież naciągać prezerwatywy na penisa, jego widownia z moich roczników właśnie po kryjomu uczyła się tej sztuki. Socjalizowanie do powszechnie akceptowanej hipokryzji – model arcypolski.

Dziś mam wrażenie, że pokolenie czterdziestolatków jest pokoleniem Zeliga: dostosowuje się do trendów, ponieważ nigdy nie wypracowało własnej idei, własnej silnej świadomości pokoleniowej. Nie przeżyliśmy nawet własnego konfliktu ze starymi: po prostu braliśmy to, co nam dawały różne koterie reprezentujące „starych”. Kooptacja była dla nas największym zaszczytem. Kiedyś chyba w większości byliśmy „jurkoowsiakowi” i chętnie czytaliśmy „Gazetę Wyborczą” (krzywiąc się na „mohery”, bo to nas czyniło takimi liberalnymi), dziś wielu odkryło w sobie arcypatriotów i neoendeków. Nazywa się to ładnie „zmądrzeniem”, ale według mnie to efekt Zeliga, reakcja przystosowawcza roczników, które za młodu puszczono samopas, przykładem uczono albo transformacyjnego cynizmu, albo kruchcianego fanatyzmu (a czasem jednego i drugiego na raz). Przegraliśmy jako pokolenie, ponieważ nie uświadomiliśmy sobie istnienia dwóch rebelii szczególnie ważnych w kontekście gwałtownych przepoczwarzeń ustrojowych: pokoleniowej i klasowej. Nie pozwolono nam ich sobie uświadomić. Na własnej skórze przekonujemy się do dziś, jak one łączą się ze sobą w porządku biograficzno-ekonomicznym.

Przy okazji: chyba jedynym środowiskiem ideowym, jakie znam, które przynajmniej w swych początkach w znacznej mierze rekrutowało się z roczników końca lat 70., początku lat 80. jest właśnie „Obywatel”/„Nowy Obywatel”. Może za lat dziesięć albo piętnaście, da się zrobić o tym szereg długich wywiadów. Skoro rośnie nam czytelnictwo, przybywa prenumerat, to znaczy, że udało się nam pokazać coś ważnego z przemian współczesnej Polski.

Wrócę na koniec do mitów. Szymon Gajowiec tak mówił w rozmowie z Cezarym Baryką: to Edward Abramowski. Filozof i socjolog. Nowator, prekursor we wszystkich dziedzinach. Główną dziedziną jego pracy duchowej była psychologia. Syn swego czasu, socjalista rewolucyjny, obijający się o wszelkie szkopuły nauki Marksa, błąkający się wśród nich ze swoją miarą fenomenalizmu podmiotowego, stwarza wreszcie naukę własną bojkotu państwa za pomocą złączenia ludzi w związki, stowarzyszenia, kooperatywy. Usiłuje wytworzyć świat nowy i nieznany, który w jego pojmowaniu będzie wielkim, powszechnym ruchem etycznym, świat przewidywany, wymyślony. Ta wymarzona za czasów rosyjskich rewolucja społeczna i moralna poprowadziła go konsekwentnie na stanowisko teoretyka kooperatyzmu praktycznego. A jego pomysł zorganizowania ludzi w sposób antypaństwowy przywiódł go w praktyce, za panowania nad Polską caratu, do uznania Polski nie istniejącej jako realizacji jego pomysłu. […] Patrzę na jego kochany portret i powtarzam mu codziennie: śpij spokojnie, jasny duchu! Pracujemy dzień i noc, bez wytchnienia, szerzymy i spełniamy twe marzenia, tylko zgoła inaczej, wprost inaczej, w wolnym państwie polskim. Uczę się patrząc na to oblicze, na tego ducha, czego robić nie należy, ażeby dojść tam, gdzie on dojść pragnął, gdyż samo życie po tysiąc razy zaprzeczyło marzeniom tego społecznego mistyka.

Do nas, jako pokolenia, nikt tak pięknie nie mówił. I nikt nam tak dobrego świadectwa nie dawał. Karcono nas za to często w mediach, byśmy nie byli podobni do „homo sovieticusów” ze starszych pokoleń, do bezbożników „z liberalnego Zachodu”, do „moherowych beretów”. Wszystkim nas straszono. Do niczego poza wolnym rynkiem, kruchtą albo libertynizmem nie chciano przekonać. I właściwie staliśmy się sumą tych strachów i takiej socjalizacji.

Postęp ze skutkiem śmiertelnym?

„Dobrobyt bez wzrostu. Ekonomia dla planety o ograniczonych możliwościach” Tima Jacksona to książka, która przywraca właściwy porządek myśleniu o relacji między człowiekiem/wspólnotami ludzkimi a teorią i praktyką globalnego kapitalizmu. Ta erudycyjna praca, mocno zakorzeniona w konkretnych i różnorodnych danych społeczno-gospodarczych, jest również etycznym świadectwem odpowiedzialności autora za los społeczeństw i tak chciwie eksploatowanego przez nas globu. Jej wymowa to zdecydowany głos sprzeciwu wobec paradygmatów nieodpowiedzialności, na jakich bazują potężne instytucje polityczne i gospodarcze, zainteresowane szybkim, olbrzymim zarobkiem kosztem wielkich społeczeństw i małych społeczności, kosztem fauny i flory, całej Ziemi. Zdaniem Jacksona, mylimy zawrotną prędkość wzrostu (który doprowadzi nas do konfliktu z Ziemią jako dobrem skończonym) z możliwością spokojnego korzystania z dobrobytu już wypracowanego przez ludzkość. Im dłużej potęgi polityczno-gospodarcze grają na zwłokę, tym więcej przyjdzie zapłacić większości społeczeństw, gdyż odłożona w czasie katastrofa skumuluje się w jeszcze straszliwsze skutki ekologiczne. Nie żyjemy w filmie science fiction – ze zniszczonej planety nie da się uciec.

Tim Jackson jest profesorem ekonomii i badań nad zrównoważonym rozwojem na Uniwersytecie w Surrey. Jako komisarz na rzecz zrównoważonego rozwoju w Komisji Europejskiej opracował raport „Redefining Prosperity” (2003), który kilka lat później został wydany właśnie w formie książki „Dobrobyt bez wzrostu”. Ten naukowiec o wybitnie prospołecznym zacięciu jest twórcą think tanku RESOLVE (Research Group on Lifestyles Values and Environment – Grupa badająca style życia i środowisko) oraz doradcą ekonomicznym i ekspertem organizacji badających zagadnienia dotyczące zrównoważonego rozwoju. Jackson współpracował także z BBC nad projektem telewizyjnym „Ethical Man”, poświęconym „zielonej ekonomii” oraz odpowiedzialności, jaką ludzie ponoszą za struktury i procesy wytwórcze/konsumpcyjne wpływające na kondycję środowiska naturalnego.

Wspominam o tym ostatnim fakcie z jego biografii, bo dobrze ukazuje dysproporcję między standardami brytyjskiej i rodzimej telewizji publicznej. O tyle wymowna to rzecz, że nasza centroprawica w jej różnych nurtach i odcieniach, na ogół zawiadująca publicznymi środkami przekazu, uważa się za depozytariuszkę wszelkich wartości. Niestety, dla nas wszystkich szkoda, że ma pod tym względem zdecydowanie zbyt dobre mniemanie o sobie. Ale to szerszy problem – polskie społeczeństwo rzadko kojarzy etykę z ekologią, co ma coraz bardziej fatalne skutki dla nas wszystkich.

Jackson nie ma złudzeń: wbrew pewnym mrzonkom, wzrost nie równa się kumulacji powszechnego dobrobytu: nasze technologie, gospodarka i aspiracje społeczne nie mają związku z jakimkolwiek konkretnym przejawem dobrobytu. Kierująca nami wizja postępu społecznego – oparta na nieustannym zwiększaniu potrzeb materialnych – jest z gruntu niemożliwa do obrony. […] W dążeniu do dobrego życia dzisiaj, systematycznie podkopujemy podstawę naszego jutrzejszego dobrostanu.

Ale ekonomista nie obsadza siebie w roli Kasandry – jak zaznacza, jego praca to poszukiwanie realnych odpowiedzi na fundamentalne pytanie: jak może wyglądać dobrobyt w świecie o ograniczonych zasobach i z oczekiwaną populacją przekraczającą 9 miliardów ludzi w najbliższych dekadach? Czy mamy przyzwoitą wizję dobrobytu dla takiego świata? Czy wizja ta jest wiarygodna w obliczu dostępnych dowodów na istnienie ograniczeń ekologicznych?

Żyje się lepiej, żyje się weselej – cynizm znanych słów Józefa Stalina w niezwykle przewrotny, ale trafny sposób oddaje coraz bardziej „dystopijną” rzeczywistość współczesnego kapitalizmu, odmalowywaną przez Jacksona. Świat oparty na prymacie kapitału, interpretowany w zgodzie z historiozofią rynku bez limitów, napędzany przez wciąż rosnącą konsumpcję i postrzeganą jedynie w kategoriach szybkiego zysku eksploatację zasobów naszej planety, miał stawać się coraz lepszym miejscem. Jeżeli przyjrzymy się czołówkom wielu programów ekonomicznych i gospodarczych, z reguły zauważymy wpisaną w nie, idącą – mimo pewnych zachwiań – ostro w górę linię symbolizującą triumfy gospodarczego czy giełdowego wzrostu: kapitalizm to postęp, postęp to kapitalizm. To bardzo silne wyobrażenie marzenia archetypicznego w naszej strefie cywilizacyjnej i, nawet jeżeli Zachód przestaje być naiwny, w Polsce ta wiara wciąż jest bardzo silna. Stała linia wzrostu to neoliberalna, czy szerzej: kapitalistyczna wariacja na temat zlaicyzowanego okołochrześcijańskiego mitu o nieustannym postępie.

Trzeba dodać, że mitologia ciągłego wzrostu nie jest pozbawiona pewnych racjonalnych przesłanek: Karol Marks wprost wychwalał moce wytwórcze kapitalizmu, które zmieniły oblicze świata. Celową grą paradoksem było, że punkt wyjścia dla marksowskiej krytyki kapitalizmu stanowiła jego pochwała. Stąd nie może dziwić potężna siła perswazyjna mitów kapitalizmu w stosunku do społeczeństw, szczególnie w dekadach kryzysu lewicy.

Rozumny, czyli krytyczny ogląd rzeczywistości podpowiada jednak, że świat to ograniczony zasób do wykorzystania. Ciągły wzrost jest niemożliwy, w historię kapitalizmu wpisane są bardzo głębokie cykliczne kryzysy, rynek bez limitów nie oznacza powszechnego dobrobytu, a nieliczni żyją kosztem niezliczonych społeczności ludzkich. Wreszcie przyjdzie nam zapłacić słone koszty konsumeryzmu, nawet jeżeli strefy biedy, społeczno-kulturowej dewastacji i trudno usuwalnych zanieczyszczeń wciąż leżą daleko od naszych domów. To właśnie my, mieszkańcy lepszego świata, musimy liczyć się z tym, że dostęp do dobrostanu będzie kosztował nas coraz więcej – i stopniowo zmieniał się w nowe formy głębokich zależności od dysponentów kapitału, żyjących w symbiozie z prawodawcami i demiurgami rzekomo wciąż publicznych instytucji.

Jackson wskazuje, że jednym z praktycznych sposobów na to, by oślepić społeczeństwa na pułapki ciągłego wzrostu jest ideologizacja i propaganda produktu krajowego bruttu (PKB). Nie jest to tematyka nieznana, ale warto pokrótce przypomnieć, w czym rzecz: PKB jest miarą przybliżonej aktywności ekonomicznej w państwie lub regionie, oblicza się za jego pomocą ekonomiczną wartość wymienianych na rynku dóbr i usług. Gdy bogaci konsumują coraz więcej, przyjazne PKB słupki idą w górę. Zdaniem angielskiego ekonomisty, realny dobrobyt nie musi oznaczać wysokich dochodów czy bogactw. A to dlatego, że w ramach wzrostu PKB wciąż możliwe są potężne dysproporcje natury globalnej i lokalnej: jedna piąta ludności na świecie zarabia tylko 2 proc. globalnych dochodów, a najbogatszych 20 proc. ludzi otrzymuje 74 proc. dochodów. Przy okazji Jackson przypomina również, że PKB nie zwraca uwagi na koszty zdrowotne i środowiskowe, wynikające z zanieczyszczeń lub uszczupleń zasobów naturalnych.

Nie miejmy złudzeń, stwierdza autor „Dobrobytu bez wzrostu”: nawet w najbardziej rozwiniętych gospodarkach nierówność jest większa niż 20 lat temu. Podczas gdy bogaci stali się jeszcze bogatsi, dochody klasy średniej państw zachodnich w ujęciu realnym znalazły się w zastoju na długo przed obecną recesją. Wzrost, nie podnosząc wcale standardów życia tych, którzy tego najbardziej potrzebowali, zawiódł dużą część światowej ludności w przeciągu ostatnich 50 lat. Bogactwo przesączało się z dołu do góry do nielicznych szczęśliwców. Parafrazując znane powiedzonko: statystycznie z Krezusami i Lukullusami tego świata żyje się nam nieźle.

Nie bez znaczenia jest fakt, że obecny model postępu opiera się na rabunkowej eksploatacji planety. Jackson przypomina, że wyczerpywanie zasobów ropy nie jest jedynym problemem. Nie bez powodu przywołuje wypowiedź ekologa Billa McKibbena: zanim wyczerpiemy ropę, wyczerpiemy planetę. Antropogeniczne, czyli wywołane działalnością społeczności ludzkich, zmiany klimatyczne nie tylko przyczynią się do znacznego ograniczenia potencjału gospodarczego i położą kres światu, jaki znamy: pozostały nam „zapas” klimatyczny zużywamy zbyt szybko. Transformacja naszych systemów energetycznych może zabrać dziesiątki lat. Wraz z rozwojem nauki staje się coraz jaśniejsze, że ocieplający się świat może stanowić najstraszniejsze zagrożenie dla naszego przetrwania, przed jakim stoimy. Mimo że klimat stał się dla nas problemem niedawno, może okazać się matką wszelkich barier.

Kolejnym ze słabych elementów obecnego globalnego systemu gospodarczego jest nierównowaga finansowa i ekologiczna, ściśle związana z kryzysami minionej dekady. W 2008 r. państwa całego świata przeznaczyły łącznie 7 bilionów dolarów z pieniędzy publicznych na dokapitalizowanie banków, zabezpieczenie ryzykownych aktywów i ubezpieczenie zagrożonych oszczędności. Zdaniem Jacksona, choć było to jedynie doraźne działanie, wiązało się z od dawna wyznaczonymi celami: kryzys ekonomiczny nie jest skutkiem wyodrębnionego nadużycia w wybranych częściach sektora bankowego. Jeżeli doszło do nieodpowiedzialności, to była ona o wiele bardziej systematyczna i aprobowana z góry, a przyświecał jej jeden wyraźny cel: przedłużenie i ochrona wzrostu gospodarczego.

Na czym był oparty ten wzrost? Na długu – najpierw publicznym, a później prywatnym. Stymulowanie popytu poprzez coraz dalej idącą deregulację rynków czy też promowanie sekurytyzacji długów z pomocą pochodnych instrumentów finansowych było/jest w tym kontekście polityczno-gospodarczą „ucieczką do przodu”. Ekonomiczna precyzja Jacksona uwalnia myślenie czytelniczek i czytelników od łatwych moralizatorskich formułek: rynek nie został zrujnowany przez odosobnione praktyki podejmowane przez nieuczciwe osoby. Ani nawet przez przymykanie oka nie dość bacznych nadzorców. To same strategie wprowadzane, aby stymulować wzrost gospodarczy, doprowadziły w końcu do jej upadku. Rynek został zgubiony przez sam wzrost.

Jeżeli nie wyjdziemy poza taką logikę ekonomiczną, postęp będzie kosztował coraz więcej, coraz wyższe będą też, z pozoru tylko niewidoczne, koszty rosnących słupków wzrostu. Popyt na zasoby potrzebne do nieprzerwanej stymulacji gospodarczego molocha równa się coraz silniejszym ingerencjom w przyrodę i oznacza wzrastającą emisję dwutlenku węgla, niebezpiecznie spadającą bioróżnorodność, znaczne wylesienie, zmniejszające się zasoby wody i ryb oraz degradowanie gleby. Dodajmy jedną ważną rzecz. Otóż długi ekologiczne są równie niestabilne jak finansowe – nasza rzeczywistość to gra hazardowa. Czy można wyjść poza jej logikę? I to bez wcześniejszej katastrofy, która postawi pod znakiem zapytania przetrwanie ludzkości?

Angielski ekonomista nie jest katastrofistą. Myśli trzeźwo i proponuje redefinicję pojęcia dobrobytu. Jak wskazuje, ograniczone możliwości/zasoby ludzkości i planety są faktem. Ale szczęście czy dobrostan ludzki nie sprowadzają się do konsumpcji. Autor „Dobrobytu bez wzrostu” wskazuje na kilka czynników istotnych dla dobrego życia jednostek i wspólnot: zdrowie fizyczne i psychiczne, uprawnienia edukacyjne i demokratyczne, zaufanie, bezpieczeństwo, poczucie wspólnoty. Co poza tym? Sensowne zatrudnienie i zdolność do aktywności obywatelskiej. Jackson stwierdza: wyzwaniem dla społeczeństw jest stworzenie warunków, w których realizacja tych podstawowych uprawnień jest możliwa. Prawdopodobnie wymaga to poświęcenia społecznym, psychologicznym i materialnym warunkom życia – na przykład dobrostanowi psychologicznemu i prężności wspólnot – większej uwagi niż w społeczeństwach wolnorynkowych. […] Musimy także odnaleźć sposób na ominięcie ograniczeń instytucjonalnych i społecznych, które zamykają nas w wadliwym systemie. W szczególności musimy określić szanse na społeczną zmianę – zmianę wartości, stylów życia, struktury społecznej – która uwolni nas od niszczycielskiej logiki konsumpcjonizmu.

Nie chodzi tylko o mechaniczne ograniczenie konsumpcji, ale o stopniową przemianę aspiracji osobistych i społecznych niewyobrażalnej rzeszy ludzi. Być może w tym delikatnym, a przecież bardzo trudnym do realizacji punkcie, kryje się dyskretnie utopijny element tego rodzaju myślenia. I to pomimo wszystkich praktycznych instrumentów zmiany, jakie można zaproponować. To oczywiście temat na osobną dyskusję o zdecydowanie bardziej filozoficznym charakterze, ale skoro autor „Dobrobytu…” odwołuje się także do Arystotelesa, to znaczy, że rzecz dotyczy czegoś tak kontrowersyjnego, jak natura ludzka.

Przyjrzyjmy się bliżej perspektywom globalnej „dobrej zmiany”. Jackson odwołuje się do koncepcji Nowego Zielonego Ładu, o której zaczęto szerzej dyskutować w 2008 r. Kluczowe było pytanie: skoro publiczne środki zasilają wielki biznes, by uratować gospodarkę, to czy tym bardziej nie powinniśmy wydawać „pieniędzy podatników” na inwestycje w nowe technologie, które zamortyzują przynajmniej w części koszty surowcowe/środowiskowe wzrostu gospodarczego? Raport Instytutu Badań nad Ekonomią Polityczną Uniwersytetu w Massachusetts wskazywał siedem istotnych segmentów inwestycyjnych: modernizację budynków, transport zbiorowy i kolej towarową, inteligentne sieci przesyłowe, energię wiatrową, energię słoneczną i biopaliwa następnej generacji. W konkluzjach zapisano, że 100 miliardów dolarów zainwestowanych w te obszary w ciągu dwóch lat dałoby milion nowych miejsc pracy. Dla porównania, identyczne sumy zainwestowane w przemysł naftowy miałyby przynieść tylko 600 tys. nowych etatów.

Problemem jest jednak to, że zielone inwestycje i miejsca pracy, choć wiele o nich w ostatnich latach mówiono, z reguły okazywały się jedynie niewielkim wydatkiem w skali środków przeznaczanych na inwestycje przemysłowe i infrastrukturalne. Jackson przytacza chociażby dane dotyczące „zielonych” komponentów pakietów stymulacyjnych w skali globu. Wynika z nich, że na początku 2009 r. to państwa Azji i Pacyfiku miały najwyższy procent „zielonego” komponentu w odniesieniu do wszystkich wydanych środków (21,1 proc.). W przypadku Europy było to 16,7 proc., a Ameryki Północnej i Południowej – tylko 15,6 proc. Wzrost gospodarki, pomijając takie wyjątki jak Korea Południowa, wciąż odbywa się przede wszystkim w oparciu o standardowe rozwiązania, jak budowa nowych dróg, czyli o infrastrukturę wysokoemisyjną. Amerykański pakiet stymulacyjny przeznaczał 27 miliardów dolarów na budowę nowych dróg, dużo więcej niż na niskoemisyjne pojazdy elektryczne i wodorowe.

W tej sytuacji potrzebne jest zerwanie z logiką, która czyni Nowy Zielony Ład wonnym, acz drobnym kwiatkiem do kapitalistycznego kożucha. Trzeba za to nowego modelu społeczno-gospodarczego i polityczno-kulturowego. To makroekonomia ekologiczna, optymalna dla przyszłości bezpiecznej dla człowieka i planety. Makroekonomia to analiza gospodarki jako całości. Jej fundamentem – zamiast wiecznie rosnącego tempa wzrostu konsumpcji – miałaby być aktywność gospodarcza mieszcząca się w ramach skali ekologicznej, która swoją logiką daleko wykracza poza wzmiankowaną wyżej strategię rozwoju mierzalną za pomocą PKB.

Jak opisuje ją Jackson? Sądzę, że w tym momencie wiele czytelniczek i czytelników zacznie się zachwycać… lub poważnie irytować: Z całą pewnością chodzi raczej o „usługi energetyczne”, a nie dostawy energii. Raczej sprzedaż mobilności niż samochodów. Recykling, wielokrotny użytek, leasing. Może lekcje jogi, fryzjerstwo, ogrodnictwo: o ile zajęcia te nie byłyby przeprowadzane w budynkach, nie wiązałyby się z wykorzystaniem najnowszych trendów mody, a ludzie nie używaliby samochodów, by w nich uczestniczyć. Przykładowo, okropną dmuchawę do liści powinniśmy zamienić na skromną miotłę. A ponieważ opis ten przedstawia ekonomista, natychmiast dodaje: fundamentalne pytanie brzmi: czy na takich działaniach można zarobić wystarczająco dużo pieniędzy, by utrzymać gospodarkę we wzroście?

Zdaniem Jacksona, niezależnie od konkretnego kształtu makroekonomii ekologicznej, jej podstawą muszą być niskoemisyjne działania, które będą angażować ludzi w taki sposób, aby przyczyniło się to do ich rozwoju. Tego typu nowy ład ma już swoje zalążki w formie lokalnych i wspólnotowych przedsięwzięć: projektów energetycznych społeczności, lokalnych rynków obrotu produktami rolnymi, spółdzielni produkujących żywność slow food, amatorskich klubów sportowych, bibliotek, społecznych centrów zdrowia i fitnessu, lokalnych służb remontujących i dbających o infrastrukturę, warsztatów rzemieślniczych itp. Jak dotąd jednak – przyznaje ekonomista – działania tego typu są niedostrzegalnym Kopciuszkiem na obrzeżach społeczeństwa konsumpcyjnego.

W latach 1995–2005 sektor „usługi osobiste i społeczne”, obejmujący wspomniane prace, zanotował trzyprocentowy spadek wydajności, a produkcja rosła w nim tylko dlatego, że zatrudniono więcej ludzi. Ale dla Jacksona właśnie to jest argumentem na jego korzyść – właśnie na przekór gospodarce obsesyjnie obstającej za wzrostem, zasobochłonnej i konsumpcyjnej. Jackson wskazuje właściwie, że możliwość pracy jest czymś ważniejszym dla społeczności ludzkich niż wydajność pracy: gospodarka Kopciuszka może być znakomitym punktem wyjścia do budowy społeczeństwa zasobowo małochłonnego.

Powyższe zagadnienia wiążą się z czasem pracy w nowoczesnych społeczeństwach. Jego skrócenie jest na ogół najprostszym sposobem na sprostanie wyzwaniom pełnego zatrudnienia bez rosnącej produkcji. Bardziej wyrafinowane szkoły ograniczenia czasu pracy wiążą się wprost z koncepcjami sprawiedliwości społecznej i obywatelskiej partycypacji: obejmują one radykalne zmiany w strukturze płac, takie jak wprowadzenie dochodu podstawowego (lub obywatelskiego). Jackson stwierdza, powołując się na badania socjologa Gerharda Boscha, że odpowiedzialna polityka zmiany czasu pracy, wprowadzona w Niemczech i Danii (krajach regulowanej gospodarki rynkowej), wymaga stabilnej i stosunkowo równomiernej dystrybucji dochodów. Z czego płynie wniosek, że społeczeństwa zrównoważonego rozwoju, świat „ekologicznie bezpieczny”, musiałby być również miejscem o wiele bardziej egalitarnym od znanego nam z autopsji.

Wreszcie, potrzeba będzie zupełnie nowych ekologicznych przedsięwzięć, których logika będzie odmienna od obecnej: część z inwestycji w energię odnawialną przyniesie zysk tylko w znacznie szerszych ramach czasowych, niż oczekują tego tradycyjne rynki finansowe. Znamienne jest zdanie: inwestycje w poprawę stanu ekosystemów i adaptację do zmiany klimatu mogą w ogóle nie przynieść tradycyjnych zysków finansowych, mimo że chronią ważne usługi ekosystemowe na przyszłość, a mogą także przyczynić się do wzrostu zatrudnienia.

Autor „Dobrobytu…” wskazuje trzy główne obszary inwestycji ekologicznych. Pierwszy to inwestycje, które zwiększą wydajność wykorzystania zasobów i będą prowadziły do oszczędności na kosztach zasobowych. Wśród nich wymienia wydajność energetyczną, zmniejszenie ilości odpadów, recykling. Drugi to inwestycje, które zastąpią konwencjonalne technologie rozwiązaniami czystymi i niskoemisyjnymi. Do nich należą choćby odnawialne źródła energii. Trzeci obszar to inwestycje poprawiające stan ekosystemów i wiążące się z nieodzownym przystosowaniem do zmian klimatu, zalesieniem, odnową terenów podmokłych.

Trzeba jednak pamiętać, że dobrobyt społeczny, jakim widzi go angielski ekonomista, dotyczy nie tylko gospodarki i przyrody, ale również jakości życia osobistego i kontaktów międzyludzkich. Wszak dzisiejszy kryzys nie ma jedynie charakteru ściśle finansowego, lecz także głęboko ludzki. Niektóre fragmenty „Dobrobytu…” brzmią złowróżbnie. Wedle diagnoz, na które powołuje się Jackson, zachodnie społeczeństwa znajdują się w kleszczach „recesji społecznej”: w tej kwestii panuje zaskakująca zgoda, przebiegająca w poprzek spektrum politycznego. Na przykład Jonathan Rutherford, komentator polityczny lewicy, wskazuje na rosnący poziom lęku i depresji klinicznej, wzrastający alkoholizm i pijaństwo oraz spadek morale pracy. Jesse Norman z prawicy zwraca uwagę na rozpad wspólnoty, utratę zaufania społecznego i rosnącą apatię polityczną.

Próby znalezienia remedium na tego typu wyzwania współczesności skłoniły Jacksona do sięgnięcia po głośną pracę Richarda Wilkinsona i Kate Pickett „Duch równości” (recenzowałem ją na łamach „Nowego Obywatela”). Naukowiec powołuje się na ich badania, by wskazać, że współczesne kapitalistyczne społeczeństwa, szczególnie te o dominancie wolnorynkowej, antyegalitarnej i wadliwej redystrybucyjnie, nagradzają działania o podłożu rywalizacyjnym i materialistycznym, nawet jeżeli są one szkodliwe społecznie. Zbiorowości bardziej egalitarne, w których procesy redystrybucyjne mają szerokie prospołeczne zastosowanie, mają lepsze wskaźniki dotyczące przewidywanej długości życia, dobrostanu dzieci, umiejętności czytania i pisania, mobilności społecznej, zaufania społecznego. Z kolei zjawiska takie, jak śmiertelność niemowląt, otyłość, częstotliwość zachodzenia w ciążę przez nastolatki, poziom zabójstw i występowanie chorób psychicznych, osiągają wyższe wskaźniki w krajach nieegalitarnych.

Stąd wnioski Jacksona dotyczące swoistej „ekologii społecznej” (którą nieuprzedzeni reprezentanci prawicy i lewicy znajdą też w nauczaniu papieża Franciszka): najbardziej wiarygodną alternatywą jest pomysł na gospodarkę, której zadaniem byłoby zapewnienie możliwości rozwoju w obrębie barier ekologicznych. Nie stanie się to samoistnie: potrzebne są działania publiczne/polityczne, wspierające odpowiednie zachowania społeczne i zmniejszające strukturalne zachęty do bezproduktywnej rywalizacji o status: mniej materialistyczne społeczeństwo będzie szczęśliwsze. Bardziej egalitarne społeczeństwo nie będzie tak pełne lęku. Większa uwaga poświęcona wspólnocie i uczestnictwu w życiu społecznym zmniejszy samotność i anomię, która nadszarpnęła poczucie dobrobytu we współczesnej gospodarce. Rozszerzone inwestycje w dobra publiczne zapewnią trwałe zyski, wspierające dobrobyt kraju.

Gdy przeczytałem „Dobrobyt bez wzrostu”, stanąłem przed pytaniem: jak polskich górników przemienić w producentów mioteł, którymi w długie jesienne wieczory będziemy zamiatać liście na wielkomiejskich blokowiskach i wokół podmiejskich willi? Wbrew pozorom nie jest to pytanie retoryczno-sarkastyczne. Przecież mówimy o perspektywie naprawdę głębokich, ale właśnie dlatego potrzebnych przeobrażeń, które nie tyle ocalą znane nam uniwersum przed rozpadem, ile pozwolą ludzkości przejść na inny etap dziejowy i uchronią planetę przed wyniszczeniem. Jackson przedstawia jeden przekonujący argument za swoją wizją nowej rzeczywistości społeczno-gospodarczej. Nazwijmy go wprost – to wola społeczna i polityczna, konieczna, by wprowadzić potężne zmiany w strukturze redystrybucji i wydatków publicznych i prywatnych. Zmiana logiki przepływu olbrzymich środków kapitałowych mogłaby sprawić, że społeczeństwa ludzkie i przyroda wygrałyby z wysokoemisyjną i hazardową globalną gospodarką kapitalistyczną. Ale to oznacza, że bogaci musieliby oddać biednym to, co uznają za swoją własność. Angielski ekonomista twierdzi, że znaczna część współczesnych rządów zdaje sobie sprawę z takich wyzwań jak niedobory zasobów, realizacja celów zapobiegających zmianie klimatu, zagadnienia dotyczące opodatkowania ekologicznego czy dobrostanu społecznego. A jednak, jak przyznaje, zaangażowanie w obronę wzrostu gospodarczego przeciąga się w nieskończoność. Niezbędna okazuje się zatem zmiana woli politycznej.

Wczytajmy się w ostatnie powyżej zacytowane zdanie. Oto szkopuł: czy globalne elity polityczno-gospodarczo-kulturowe staną się mądrzejsze przed katastrofą, czy zmądrzeją społeczeństwa hiperkonsumpcji, czy postęp to raczej cywilizacyjny stan istnienia ze skutkiem śmiertelnym? Nie dość, że sytuacja geopolityczna nie napawa optymizmem, to tego typu pytania i odpowiedzi, jakie stawia i podsuwa Jackson, we współczesnej Polsce brzmią zdecydowanie ekscentrycznie. Dobra zmiana w skali globalnej stoi pod dużym znakiem zapytania. Ale lepiej być po jej stronie.

Tim Jackson, Dobrobyt bez wzrostu. Ekonomia dla planety o ograniczonych możliwościach, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2015, tłumaczenie Marcin Polakowski.

(Sur)realizm kapitalistyczny

Jest wszędzie. Zawłaszcza i oszpeca przestrzeń publiczną, atakuje przy każdym kroku stawianym przez nas w internecie, dyktuje warunki telewizji, prasie i radiu, wreszcie – uzurpuje sobie prawo do kształtowania gustów już nie tylko dorosłych, ale nawet dzieci. Przemysł reklamowy – bo o nim mowa – dynamicznie rozwija się z roku na rok, a rysujące się przed nim perspektywy wydają się nieograniczone.

Krytyczne rozważania na temat zjawiska reklamy warto zacząć od słów Kazimierza Krzysztofka, który nie bez pewnej dozy goryczy pisze o niej w ten sposób: Nie mam wątpliwości co do tego, że reklama współczesna […] ma już niewiele wspólnego z komunikacją społeczną, jaką pierwotnie miała być i gdyby w dzisiejszej postaci miała dopiero powstać, to prawdopodobnie […] zostałaby uznana za nielegalną […]. Jeśli słyszę na antenie pewnej rozgłośni warszawskiej, której targetem są ludzie wykształceni, kilkanaście razy w ciągu dnia, kilkadziesiąt komunikatów tygodniowo reklamujących żel intymny dla kobiet, to wiem, że jako słuchacz jestem traktowany jak gęś, której wpycha się w gardziel pokarm po to, żeby po paru tygodniach jej wątroba osiągnęła wystarczający poziom marskości, dzięki czemu smakosze będą mogli raczyć się foie gras.

Kompresja czasowo-przestrzenna

David Harvey, brytyjski teoretyk społeczny, profesor geografii i antropologii, wniósł do krytycznej teorii społecznej koncepcję tzw. kompresji czasowo-przestrzennej adekwatną do współczesnej rzeczywistości. Teoretyczne rozważania Harveya celnie opisują istotę symbolicznego i materialnego uniwersum późnego kapitalizmu. Przemysł reklamowy to w jego ujęciu jeden z warunków być albo nie być gospodarki postindustrialnej, opartej na konsumpcji, oraz współczesnego jej społeczeństwa.

Punktem wyjścia dla obserwacji Davida Harveya była analiza współczesnego systemu gospodarki kapitalistycznej w jej neoliberalnej, zglobalizowanej postaci. Procesy, którym wspomniany fenomen kompresji czasowo-przestrzennej zawdzięcza swoje powstanie, zainicjowała ewolucja, jakiej zaczął podlegać kapitalizm m.in. po kryzysie naftowym z 1973 r. Wówczas, twierdzi Harvey, takie cechy jak chwiejność, niepewność, nietrwałość czy efemeryczność stały się nieodłącznym elementem zarówno gospodarki, jak i świata kultury. Bartosz Kuźniarz w książce „Goodbye Mr. Postmodernism. Teorie społeczne myślicieli późnej lewicy” sugeruje nawet, że temu mariażowi bazy z nadbudową zawdzięczają swoją popularność (przede wszystkim w naukach społecznych i humanistyce) terminy „społeczeństwo konsumpcyjne”, „społeczeństwo spektaklu” czy „kultura obrazu”.

Zostawmy na moment świat przemysłu reklamowego, do którego zaraz wrócimy, i zobaczmy, jak – zdaniem Davida Harveya – doszło do ukształtowania się współczesnej rzeczywistości, trafnie określonej przez Zygmunta Baumana jako „płynna nowoczesność”.

Najogólniej mówiąc, od połowy lat 70. kapitalizm zaczął przyspieszać. I to mocno. System produkcji („reżim akumulacji”) złotej ery kapitalizmu 1945–1973 odszedł do lamusa, a na globalną scenę gospodarczą triumfalnym krokiem wkroczył reżim elastycznej akumulacji – doktryna neoliberalizmu, wraz ze swoimi apostołami z Wydziału Ekonomii Uniwersytetu w Chicago. Powojenne prosperity opierało się na keynesizmie, fordowskim systemie produkcji oraz organizacji pracy według koncepcji Fredericka Taylora, natomiast odwrót od tych rozwiązań miał być remedium na recesję gospodarczą. Nowy reżim elastycznej akumulacji kapitału – postfordyzm – miał sprawić, że zachodnie gospodarki ponownie będą cieszyć się wzrostem.

Na jakich filarach zbudowano ten nowy porządek? Postawiono na elastyczne podejście do kwestii zatrudnienia, krótszy cykl życia towarów, rezygnację z wielu regulacji fiskalnych i propracowniczych, personalizację i zróżnicowanie produkcji (gwałtownie zmieniając tym samym nawyki konsumentów), presję na osiąganie krótkoterminowych zysków (co znacznie utrudnia planowanie w dłuższej perspektywie czasowej) i stopniową finansjeryzację gospodarki („kasyno-kapitalizm”), ekspansję sektora usług kosztem przemysłu oraz outsourcing, czyli przenoszenie produkcji za granicę. Procesom tym towarzyszył przełom w technologii komunikacyjnej i narodziny globalnego społeczeństwa sieci. Stabilność, ciągłość i pewność przeminęły bezpowrotnie, a ich miejsce zajęła rzeczywistość postfordyzmu. Jak zauważył Bartosz Kuźniarz, zdaniem Harveya kreuje ona warunki społeczne dla płynności i rozchwiania tożsamości, które cechuje to, co można nazwać ponowoczesnością.

Rewolucja medialna oraz przyspieszenie konsumpcji, obiegu informacji i obrotu kapitałem (dzięki takim dobrodziejstwom, jak pieniądz elektroniczny) nie pozostały bez wpływu na sferę kultury. Frederick Jameson w swojej kanonicznej książce „Postmodernizm, czyli logika kulturowa późnego kapitalizmu” zgadza się z tezą, że unifikacja ekonomicznej bazy i ideologiczno-kulturowej nadbudowy to konstytutywna cecha reżimu elastycznej akumulacji. Podobnie jak Harvey, Jameson tłumaczy to m.in. przekształceniami mechanizmów rządzących kapitalizmem po kryzysie lat 70., gdy nowe reguły akumulacji, oparte na elastyczności i w dużej mierze na kapitale finansowym, zyskały silnego sprzymierzeńca w postaci masowej kultury i nowoczesnych środków przekazu, wraz z ich systemem obrazów zmieniających się jak w kalejdoskopie. Oddajmy mu głos: W czasach, gdy rynek jako fizyczna przestrzeń stopniowo zanika, a towar jest tendencyjnie utożsamiany ze swoim obrazem (marką lub logotypem), między rynkiem a mediami zachodzi dyskretna symbioza: w typowy ponowoczesny sposób zacierają się wyraźne niegdyś granice między rzeczą i pojęciem (czyli ekonomią i kulturą; bazą i nadbudową). Sprzedawane na rynku produkty stają się treścią obrazów medialnych. […] Produkty są jakby rozproszone w czasoprzestrzeni całego segmentu rozrywki […] jako część jego zawartości […] sama rozrywka i procesy narracyjne komercyjnej telewizji podlegają reifikacji i przekształcają się w towary.

Skupmy się ponownie na koncepcji Harveya. Kontynuując: w wyniku kompresji czasowo-przestrzennej wszystko, co stałe i materialne, stoi na przeszkodzie nieustannemu procesowi elastycznej akumulacji, dlatego kapitalizm, mówiąc słowami Bartosza Kuźniarza, dzięki przekształceniu towaru w obraz nie tyle przekracza swoje materialne ograniczenia, co nabywa zewnętrzną postać, która jest najbliższa jego wewnętrznej istocie. Gdy akumulacja przyspiesza, a kapitał staje się obrazem, cała materialna rzeczywistość zyskuje coś na kształt widmowej aury.

Całe to przyspieszenie, połączone z krótkim cyklem życia towarów, jak tlenu potrzebuje czegoś, co w wyniku kreowania coraz to nowych pragnień umożliwi ciągłe zastępowanie wartości użytkowej wartością symboliczną. Skoro następstwem czasowo-przestrzennej kompresji jest swoista likwidacja granic geograficznych, połączona z gwałtownym przyspieszeniem akumulacji kapitału, a do dyspozycji systemu pozostaje cały arsenał środków masowej komunikacji, reklama i media odgrywają obecnie o wiele bardziej integrującą rolę w praktyce kulturowej i dynamice współczesnego kapitalizmu. Ta pierwsza przestała być metodą informowania czy promocji w klasycznym znaczeniu, ponieważ dzisiaj jest nastawiona na manipulowanie potrzebami, trendami oraz gustami za pomocą systemu obrazów i znaków, które z kolei mogą (a czasem nawet nie muszą) nie mieć nic wspólnego ze sprzedawanym produktem – pisze Harvey. Uogólniając, przestaliśmy kupować potrzebne nam towary, a zaczęliśmy nabywać tożsamość, reprezentowaną przez obrazy i znaki. Bartosz Kuźniarz jako komentarz do tego zjawiska podaje przykład konsumenta, w którego garderobie brakuje miejsca na kolejne pary butów, gdyż ich liczba dobija już do setki. Jeśli taki amator obuwia miałby spojrzeć na swoją imponującą kolekcję przez pryzmat wartości użytkowej, niechybnie doszedłby do wniosku, że tak częste zakupy były pozbawione jakiegokolwiek sensu. Główni beneficjenci późnego kapitalizmu mogą jednak spać spokojnie, ponieważ społeczeństwo konsumpcyjne myśli zupełnie innymi kategoriami.

Warto przywołać także tezy Jeana Baudrillarda. Skonstruowane przez niego koncepcje symulakrów i hiperrzeczywistości świetnie odzwierciedlą warunki, w których reżim elastycznej akumulacji – traktujący jako przeszkodę wszystko to, co stałe i materialne – ma się dobrze.

Francuski myśliciel nie pozostawia złudzeń: realia ponowoczesności to świat dyktatu przedmiotów, uwodzących i rozgrywających człowieka według reguł wiecznie nienasyconej konsumpcji, napędzanej produkcją znaczeń. Podmiot jest tutaj skazany na bierność i zobojętnienie. Dzieje się tak dlatego, że wspomniane uwodzenie człowieka przez przedmioty neguje istnienie przeciwieństw: nie ma opozycji piękno – brzydota, jest za to wybór między pięknem a modą; zamiast dialektyki fałszu i prawdy mamy przeciwieństwo fałsz – iluzja itd. Wszelki wybór jest zatem fikcyjny, możliwe jest jedynie ciągłe poszukiwanie nowych doznań i błądzenie w gąszczu atakującej nas zewsząd wizji zaspokojenia „pragnień”.

Baudrillard nazywa rzeczywistość społeczeństwa postindustrialnego „hiperrzeczywistością”. Co to znaczy? Rozwój nowych form komunikacji oraz technologii medialnych przyczynił się do powstania uniwersum znaków mających być reprezentacją rzeczywistości, przy czym owe imitacje wyparły to, co realne, i stały się bardziej wiarygodne od tego, co miały imitować. W rezultacie w warunkach ponowoczesności zostały zerwane związki łączące znaki czy reprezentacje z oryginałami, przez co zaczęliśmy obracać się w hiperrzeczywistości, czyli świecie symulakrów – znaków już nie reprezentujących, lecz symulujących rzeczywistość. Fenomen hiperrzeczywistości idealnie odzwierciedla współczesny świat reklamy. Nowe technologie dają praktycznie nieograniczone możliwości kreowania i rozpowszechniania symulakrów, które stały się esencją marketingu medialnego. Reklama coraz bardziej oddala się od dotyczącego jej produktu, a zamiast dostarczać po prostu informacji, jest nośnikiem znaków, które kształtują u konsumentów wyobrażenia na temat ich rzekomych potrzeb i pragnień. Baudrillard nawiązuje do analiz Marksa i pisze, parafrazując go, o „rezerwowej armii potrzeb” późnego kapitalizmu: sam system przemysłowy, którego funkcjonowanie zakłada wzrost potrzeb, zakłada także „trwałą nadwyżkę” potrzeb w stosunku do podaży dóbr (tak samo spekuluje on rezerwą bezrobocia, by zmaksymalizować zysk, który czerpie z siły roboczej). […] Nie istnieje granica „potrzeb” człowieka jako istoty społecznej (innymi słowy, jako istoty produkującej sens i odnoszącej się do innych poprzez wartości). […] Strategiczna wartość, a zarazem chytrość reklamy polega właśnie na tym, że zwraca się ona do każdego w kontekście jego relacji z innymi, do jego pragnień uzyskania urzeczowionego prestiżu społecznego.

Żeby spełnić oczekiwania obecnej formy kapitalizmu, to znaczy sprawić, aby przeszkadzające mu materialne towary uległy swoistemu rozmyciu, przemysł reklamowy pracuje na pełnych obrotach, dzięki czemu produkt przestaje być tym, czym był niegdyś. David Harvey pisze: Obraz sam w sobie stał się towarem. Ta obserwacja skłoniła Baudrillarda do wyciągnięcia wniosku, że sporządzona przez Marksa analiza produkcji towarowej straciła na aktualności, gdyż kapitalizm jest teraz skoncentrowany na produkcji znaczeń, obrazów i systemów znaków, a nie na towarach jako takich. Zmiana, mówi Baudrillard, jest bardzo istotna, ponieważ łatwo da się rozszerzyć marksowskie kategorie i analizy o ten współczesny fenomen.

Wszystko to umożliwia właśnie reklama, ale rozumiana jako zjawisko totalne – jako jeden z fundamentów Harveyowskiej elastycznej akumulacji.

Estetyka realizmu kapitalistycznego

Obecny model reklamy to już nie klasyczna promocja produktów, którą niegdyś traktowano głównie jako narzędzie informowania potencjalnego klienta o właściwościach towaru, cenie oraz miejscu, którym można dokonać zakupu. Dzisiaj te informacje to rzecz drugoplanowa, tak jakby zupełną oczywistością miała być pozytywna reakcja klienta. Tak samo nie przewiduje się natychmiastowej odpowiedzi na ogłoszenie reklamowe. Jakie wobec tego jest założenie? Michael Schudson, amerykański medioznawca, pisze, że reklama pełni teraz rolę czegoś w rodzaju permanentnego stymulatora pożądanych zachowań konsumpcyjnych. Ważne, aby konsument pozostawał w ciągłej gotowości i ani na moment nie zapomniał o swoich zadaniach w ramach systemu.

Znamienne jest także wspomniane oderwanie przekazów reklamowych od czasu i przestrzeni (kłania się koncepcja kompresji czasowo-przestrzennej Harveya). Wszelkie sceny i obrazy pojawiające się w oglądanych przez odbiorcę komunikatach to rzeczywistość abstrakcyjna, wyidealizowana, niemająca wiele wspólnego z codziennym ludzkim doświadczeniem. Reżyserzy kapitalistycznego spektaklu wzdrygają się na samą myśl o ukazaniu świata takim, jaki jest naprawdę. Zamiast tego wszelkimi sposobami starają się wyrugować z tworzonych treści wszystko, co odbiorcom może kojarzyć się negatywnie, więc w rezultacie konsumenta otaczają reklamy, które do znudzenia wmawiają, że szczęśliwe momenty, emocje i doświadczenia to nasz chleb powszedni.

Fachowcy od kreowania tej alternatywnej rzeczywistości często odwołują się do sytuacji, które rzekomo są „zwykłą codziennością”. Przede wszystkim do tych związanych z relacjami międzyludzkimi – mogą dotyczyć związków damsko-męskich (zwłaszcza bardzo bliskich), rodzinnych, przyjacielskich itd. Doskonale bawiąca się paczka kumpli oglądająca mecz i popijająca piwo z uśmiechem na ustach w eleganckim pubie, szczęśliwy ojciec przybijający synowi „piątkę” w trakcie jednej z codziennych sesji gry na konsoli albo zatroskana matka prowadząca z córką żywiołową rozmowę o niesamowitych właściwościach tabletek, które przynoszą ukojenie w „te dni” – oto codzienna rzeczywistość przeciętnego konsumenta według wyobrażeń ekspertów od marketingu.

Schudson zauważa także pewien pozorny paradoks: przekaz wielu reklam jest oparty na wartościach kolektywnych (takie jak więzi rodzinne czy przyjacielskie) – czyli sprzecznych z aksjologią kapitalizmu, a tym bardziej w jego współczesnej postaci, która pod niebiosa wynosi indywidualizm („Brawo JA”) i kult własności prywatnej. Po wrzuceniu w rozpędzone tryby marketingowej machiny służą wyłącznie sprzedaży, w czym pomaga kodowanie w podświadomości odbiorcy obietnicy spełnienia jego egoistycznych pragnień.

Ten sam uczony nazywa nasycone abstrakcją uniwersum współczesnej reklamy „realizmem kapitalistycznym”, celowo nawiązując do radzieckiego socrealizmu: Treść dzisiejszych reklam […] ani nie przedstawia rzeczywistości, ani nie tworzy rzeczywistości całkowicie fikcyjnej. Istnieje za to na własnym poziomie rzeczywistości, który nazywam realizmem kapitalistycznym. Rozumiem przez to nie tylko pewien zbiór konwencji estetycznych, ale również ich związek z konkretnym systemem gospodarczym, którego idee i wartości popularyzują.

Amerykański socjolog, chcąc lepiej przedstawić swoje koncepcje, przypomina wytyczne twórców realizmu socjalistycznego, którzy – aby wiernie „edukować masy w duchu socjalistycznych ideałów” – musieli trzymać się określonych zasad estetycznych i aksjologicznych. Zgodnie z nimi sztuka powinna: 1) przedstawiać rzeczywistość tak, żeby komunikat był dla mas jasny i zrozumiały; 2) prezentować sposób życia, który należy naśladować; 3) nieść ducha optymizmu, a w swojej treści wskazywać na socjalistyczną drogę ku lepszej przyszłości; 4) koncentrować się na codzienności, ukazując pozytywne sceny z życia społeczeństwa socjalistycznego, a ostatecznie pomóc masom przyswoić nowe wartości. Nie trzeba chyba odznaczać się szczególną bystrością, aby podczas czytania powyższych zaleceń zauważyć analogię z realizmem kapitalistycznym – wystarczy zamienić „masy” na „konsumenci” i „socjalistyczny” na „rynkowy” lub „konsumpcyjny”…

Kwestie związane z estetycznym wymiarem marketingu medialnego podniósł również Wolfgang Fritz Haug, kontynuator intelektualnej tradycji Szkoły Frankfurckiej. Niemiecki socjolog wziął pod lupę przemysł reklamowy i środki masowego przekazu, traktując je jako elementy niezbędne do funkcjonowania postfordowskiego kapitalizmu. Zawarte w tytule książki Hauga pojęcie „estetyki towarowej” (commodity aesthetics) wiąże się z wbudowanym w strukturę reżimu elastycznej akumulacji nieustannym uwodzeniem konsumentów, co z kolei jest możliwe dzięki identyfikowaniu reklamowanych produktów z konkretnymi „stylami życia”, wartościami czy, mówiąc ogólnie, światopoglądem. Estetyzacja konsumpcji dóbr rynkowych jest elementem szerszego procesu, wraz z produkcją, dystrybucją i promocją towarów, pomagając tym samym zatrzeć różnice między wartością użytkową a wymienną. Oddaje więc nieocenioną przysługę ponowoczesnemu systemowi akumulacji kapitału, który do perfekcji opanował sprzedaż marzeń i fantazji. Sam autor tak tłumaczy koncepcję estetyki towarowej: to piękno rozumiane po pierwsze jako pewna cecha działająca na ludzkie zmysły; z drugiej strony jest to piękno produkowane jako wartość wymienna, dzięki czemu towary mają budzić u odbiorcy pożądanie dające impuls do kupna.

W klasycznym dziele Maxa Horkheimera i Theodora Adorno czytaliśmy o „przemyśle kulturalnym” i masowym oszustwie, jakie produkuje: Dziś w produkcji materialnej mechanizm podaży i popytu rozpada się, ale w sferze nadbudowy działa jako kontrola na rzecz panujących. Konsumentami są robotnicy i urzędnicy, farmerzy i drobnomieszczanie. Tkwią ciałem i duszą w gorsecie kapitalistycznej produkcji, i bez oporu podporządkowują się wszystkiemu, co się im oferuje. A że poddani traktowali moralność, która przychodziła do nich od panujących, zawsze bardziej serio niż ci ostatni, to dziś oszukiwane masy ulegają mitowi sukcesu znacznie bardziej niż ci, którzy sukces odnieśli. Masy mają pragnienia.

Wolfgang Haug używa natomiast określenia „przemysł iluzji”. Obietnica spełnienia i osiągnięcia, mgliście definiowanego, szczęścia dzięki konsumpcji estetycznie opakowanych obrazów jest domeną specjalistów od reklamy, czyli pracowników owego przemysłu produkującego iluzje odnoszące się do ludzkich potrzeb i zmysłów. Dla niemieckiego filozofa to nic innego jak instrument dominacji umożliwiającej reprodukcję porządku społecznego. Dzieje się to przez wykorzystywanie potrzeb konsumentów tak, aby w wyniku tej manipulacji traktowali kapitalizm jako naturalny i zarazem najlepszy system gospodarczy, a jego afirmację jako wyraz zdrowego rozsądku. Tym, co zasługuje na szczególną uwagę w analizach Hauga, jest akcent postawiony na miejsce reklamy w procesie akumulacji. To nie jest tak – twierdzi twórca pojęcia „estetyki towarowej” – że mamy do czynienia z jakąś intrygą nieuczciwych specjalistów od promocji, którzy za pomocą rozmaitych sztuczek w wysublimowany sposób manipulują konsumentami, kompromitując tym samym przemysł reklamowy. W wielu dyskusjach nad fenomenem reklamy krytyka dotyczy tylko pojedynczych, negatywnych przykładów, traktowanych jako godne potępienia wyjątki na tle wzorcowego marketingu. Zdaniem Wolfganga Hauga to błąd, ponieważ zupełnie lekceważy się strukturalną rolę przemysłu reklamowego w postfordowskim, kapitalistycznym systemie produkcji.

Istota systemowego wytwarzania i sprzedawania iluzji znanej pod postacią estetyki towarowej nie polega na powszechnej zmowie czy intrygach knutych podczas burz mózgów w agencjach reklamowych, lecz wynika z warunków, w których działa współczesny kapitalizm. Wobec nieustannej presji na maksymalizację zysku – a w tym systemie nie ma przecież innej alternatywy przetrwania – i w rzeczywistości zdominowanej przez nowoczesne technologie i środki komunikacji, inżynierowie konsumenckich dusz muszą zmagać się ze skutkami inflacji treści dostarczanych przez media ich potencjalnym klientom. Nie bez przyczyny naczelną zasadą większości poradników reklamy i marketingu jest hasło „Wyróżnij się albo giń” (którego autorem jest Jack Trout, amerykański guru marketingu). I najwidoczniej to się sprawdza, chociażby w przypadku internetu, w którym pomimo zjawiska ślepoty bannerowej i lawinowo rosnącej popularności AdBlocka wydatki na reklamę niebawem prześcigną telewizję.

Użyteczność towarów dostępnych na rynku już nie wystarczy, żeby przekonać ludzi do ich zakupu. To zdecydowanie za mało jak na wymagania członków społeczeństwa konsumpcyjnego. Należy ich zatem w jakiś sposób podejść, czyli – jak uważa Wolfgang Haug – tak manipulować ich aspiracjami, potrzebami, a nawet marzeniami, aby nabywając dany produkt, kierowali się wizją spełnienia obietnicy złożonej przez sprzedającego. Na swoisty handel fantazjami w późnym kapitalizmie zwrócił uwagę Anthony Giddens, pisząc o jego wpływie na ludzką tożsamość: Rynek od zarania promuje indywidualizm w postaci praw i obowiązków jednostek […] z czasem indywidualizm ten zaczyna rozciągać się na sferę konsumpcji, a tworzenie indywidualnych potrzeb staje się podstawowym warunkiem trwania całego systemu. […] Proces ten streszcza się choćby w skażeniu pojęcia „styl życia” przez refleksyjne wciągnięcie go w obszar reklamy. Reklamodawcy kierują się socjologicznymi klasyfikacjami kategorii konsumentów, a jednocześnie podsuwają im gotowe pakiety konsumpcyjne. […] projekt tożsamości zaczyna przekładać się na projekt posiadania pożądanych dóbr i dążenie do osiągnięcia sztucznie skonstruowanego stylu życia. Konsumpcja […] zaczyna w jakimś stopniu zastępować właściwy rozwój tożsamości.

Dla Hauga nie ulega wątpliwości, że jednym z głównych zadań współczesnej reklamy jest kreowanie estetycznej iluzji, dzięki której „powstają” wciąż nowe potrzeby do zaspokojenia. Jednak podobnie jak akumulacja kapitału musi odbywać się bez końca, tak ludzkie potrzeby wykreowane na jego usługi nigdy nie mogą zostać w pełni zaspokojone – nieograniczona żądza zysku chodzi pod rękę z nienasyconym pragnieniem zmysłowym.

Uwaga, ważny komunikat

Większość osób jest święcie przekonanych, że reklamy i kultura konsumpcji nie wpływają na nich w większym stopniu, a oni sami mają świadomość dokonywanych wyborów, ponieważ są na tyle inteligentni, że żadna manipulacja – a tym bardziej nachalna perswazja – nie jest w stanie zamydlić im oczu. Przecież dobrze wiadomo, że marketingowcy próbują nam wcisnąć, co się da, stosując różne sztuczki psychologiczne czy socjotechniczne. Na pewno na niektórych to działa, ale ja się nie daję na to nabrać i nie kupuję zbędnych rzeczy – prawdopodobnie gdyby zapytać dowolną osobę o to, jak postrzega zjawisko reklamy, udzieliłaby odpowiedzi w podobnym tonie. To w takim razie dlaczego wydatki na nią rosną z roku na rok, a agencje kreatywne i domy mediowe mają się dobrze?

Najpierw rozprawmy się z mitem, zgodnie z którym treści reklamowe manipulują wszystkimi poza osobą zainteresowaną. To bez wątpienia miłe uczucie myśleć, że odznaczamy się większą mądrością i inteligencją niż mityczni inni, którzy gorzej od nas rozumieją świat wokół. Takie fantazje może nieźle podnoszą samoocenę, ale z rzeczywistością nie mają zbyt wiele wspólnego. Nazywa się to „efektem trzeciej osoby” i polega na tym, że w ramach autowaloryzacji przypisujemy innym ludziom podatność na przekazy medialne, samych siebie wykreślając z grupy odbiorców nieodpornych na manipulację. Co ciekawe, w przypadku komunikatów o charakterze pozytywnym – na przykład kampanii społecznych – efekt trzeciej osoby występuje à rebours: uważamy, że to my jesteśmy nadzwyczajnie wrażliwi na przekazy medialne, dzięki czemu najlepiej przyswajamy wartościowe treści.

Kolejne zjawisko cenne z punktu widzenia przemysłu reklamowego dotyczy naszej podświadomości – i nie ma nic wspólnego ze spiskowymi teoriami na temat przekazu podprogowego. Wiemy już, że reklamy są nieodłącznym elementem współczesnej rzeczywistości na tyle, że przestajemy nawet zwracać na nie większą uwagę, a jeśli już zdarzy nam się skupić na danym komunikacie reklamowym, to jesteśmy co do niego sceptyczni i instynktownie – w kontrze do skierowanej do nas perswazji – podważamy go, krytykujemy i wysuwamy kontrargumenty. Jak się jednak okazuje, artyści realizmu kapitalistycznego na to właśnie liczą. Dariusz Doliński w książce „Psychologia reklamy” opisuje badania, z których wynika, że brak koncentracji na komunikacie sprzyja pojawieniu się u odbiorcy emocji pożądanych przez nadawcę, podczas gdy skupienie wpływa negatywnie na wystąpienie takiego ustosunkowania, jakiego oczekuje autor komunikatu. Takie, a nie inne działanie mechanizmu przetwarzania treści perswazyjnych tłumaczy dość oczywisty fakt, że ludzie skupiają się na źródle, treści i celu informacji kierowanych do nich. Trudno nie zauważyć pewnych charakterystycznych cech właściwych komunikatom reklamowym: napędzanie zysku jako ich cel, perswazja jako środek do jego osiągnięcia, a wreszcie specyficzna forma, przeważnie groteskowa i u niejednej osoby budząca uśmiech politowania. Zatem – z pozoru paradoksalnie – konsument całkowicie skupiony na reklamie będzie mniej skłonny zachować się zgodnie z intencją jej autorów.

Na to, że racjonalność nie ma zbyt wiele wspólnego ze skutecznością reklamowej perswazji, zwrócił uwagę Robert Heath, autor znanych książek „Ukryta moc reklamy. Co tak naprawdę wpływa na wybór marki?” oraz „Uwieść podświadomość. Psychologia reklamy”. Jego przełomowe tezy, dotyczące związku podświadomości z percepcją reklamy, wywołały burzliwą dyskusję w branży. Wcześniej dominowało w niej bowiem przekonanie, że warunkiem sukcesu jest przyciągnięcie uwagi i skupienie zainteresowania konsumenta na przekazie. Klasycznym marketingowym przykładem tego podejścia jest model AIDA (Attention, Interest, Desire, Action – Uwaga, Zainteresowanie, Pożądanie, Działanie). Heath zwrócił uwagę na to, że ludzie są raczej negatywnie nastawieni do komunikatów reklamowych, więc ich zainteresowanie oraz skupienie uwagi na informacjach w nich zawartych są bardzo nikłe. Chcąc wytłumaczyć, na czym w takim razie polega skuteczność kampanii reklamowych pomimo braku koncentracji u „targetu”, stworzył alternatywę dla modelu AIDA w postaci koncepcji płytkiego przetwarzania informacji.

Koncepcja Heatha opiera się na obserwacji procesu ludzkiego uczenia się i zapamiętywania. Otóż twierdzi on, że człowiek dużą część informacji przyswaja nieświadomie, niejako przypadkowo – dzieje się to na niskim poziomie uwagi. Takie automatyczne, ukryte uczenie się, wraz z pamięcią ukrytą, pomaga nam w odbiorze niesamowitej liczby informacji i bodźców, których dostarcza nam otaczająca rzeczywistość. Te, które zostaną w danej chwili uznane za nieistotne, poddajemy filtracji, a zainteresowanie kierujemy gdzie indziej, lecz wybrane fragmenty odrzuconego przekazu (zwłaszcza te działające na emocje) zapisują się w pamięci ukrytej. I właśnie na tym korzysta przemysł reklamowy, ponieważ w kluczowych dla niego momentach, czyli podczas zakupów, uaktywniają się pozytywne emocje i skojarzenia związane z marką czy produktem – pozostające dotychczas w uśpieniu.

***

Podzielający krytyczną opinię na temat reklamy mogą z tych obserwacji wysnuć dość ponure wnioski, bo wydaje się, że nie ma ucieczki przed niewidzialną ręką twórców realizmu kapitalistycznego. Trudno o jednoznaczną odpowiedź, a tym bardziej o pozytywną propozycję działania. Powyższe rozważania niech zamkną słowa Tadeusza Klementewicza, którego ocena działalności przemysłu reklamowego brzmi następująco: pracownik reklamy ma się przyczynić do zwiększenia konsumpcji, jednak ostateczne skutki jego pracy to m.in. wzrost zadłużenia, otyłość, zanieczyszczenie środowiska, zużywanie energii nieodnawialnej. W rezultacie na każdy funt wartości pozytywnej jego pracy przypada wygenerowanie 11,5 funta wartości negatywnej. Innymi słowy, wyżsi pracownicy sektora reklamowego niszczą wartość ok. 11,5 funta szterlinga. Na salową w szpitalu natomiast przypada co najmniej 10 funtów szterlingów wartości społecznej. W ten sam sposób można porównywać społeczną wartość pracy doradcy podatkowego i pracownicy żłobka.

Bibliografia:

  • Adorno Th.W., Horkheimer M., Dialektyka oświecenia. Fragmenty filozoficzne, Warszawa 2010.
  • Baudrillard J., Społeczeństwo konsumpcyjne. Jego mity i struktury, Warszawa 2006.
  • Doliński D., Psychologia reklamy, Wrocław 2001.
  • Encyclopedia of Postmodernism, red. V.E. Taylor, Ch. Winquist, London 2001.
  • Giddens A., Nowoczesność i tożsamość. „Ja” i społeczeństwo w epoce późnej nowoczesności, Warszawa 2001.
  • Harms J., Kellner D., Toward A Critical Theory of Advertising, https://pages.gseis.ucla.edu/faculty/kellner/essays/towardacriticaltheoryofadvertising.pdf.
  • Harvey D., Condition of Postmodernity. An Enquiry into the Origins of Cultural Change, Massachusets 1990.
  • Heath R., Uwieść podświadomość. Psychologia reklamy, Sopot 2014.
  • Jameson F., Postmodernizm, czyli logika kulturowa późnego kapitalizmu, Kraków 2011.
  • Klementewicz T., Stawka większa niż rynek. U źródeł stagnacji kapitalizmu bez granic, Warszawa 2015.
  • Krzysztofek K., Nowe media totalne – intruz w naszych domach, w Nowe media a praktyki komunikacyjne, red. J. Bierówka, S. Jędrzejewski, K. Pokorna-Ignatowicz, Kraków 2013.
  • Kuźniarz B., Goodbye Mr Postmodernism. Teorie społeczne myślicieli późnej lewicy, Toruń 2011.
  • Odih P., Advertising and Cultural Politics in Global Times, Oxford 2016.
  • Pitrus A., Znaki na sprzedaż. W stronę integracyjnej teorii reklamy, Kraków 2005.
  • Schudson M., Advertising, The Uneasy Persuasion: It’s Dubious Impact on American Society, New York 1984.
  • Wharton Ch., Advertising: Critical Approaches, Oxford 2015.
  • Wilkoszewska K., Wariacje na postmodernizm, Kraków 2008.

Czy kiedykolwiek byliśmy państwem? Genealogia pewnej (nie)obecności

Jak myśleć o państwie po polsku? To pytanie, które powinno stanowić rdzeń rodzimej refleksji politycznej. Odpowiedź na nie rzutuje bowiem na nasze współczesne wybory, a zgłębienie genealogii państwa w miejscowym kontekście może nam umożliwić nowe spojrzenie na wiele dzisiejszych problemów i dylematów.

Słowo „genealogia” nie jest tu przypadkowe. W życiu publicznym nie istnieją bowiem terminy o ustalonym znaczeniu i określonej funkcjonalność, a więc – łatwo definiowalne. Refleksji nad państwem nie należy zatem rozpoczynać od precyzyjnej definicji. Cenniejsze poznawczo wydaje się tropienie historycznych ambiwalencji bez określonych warunków wstępnych dotyczących tego, co skłonni jesteśmy rozumieć jako państwo.

Moje wyjściowe założenie jest zapewne równie kontrowersyjne, jak wyartykułowana już propozycja analizy. Otóż sądzę, że w polskich realiach przez długi okres państwo było realnością zewnętrzną, niedającą się ugruntować w ramach lokalnych wyobrażeń politycznych. Wynika z tego wiele doniosłych konsekwencji, które do dzisiaj rzutują na kształt polskiego życia politycznego. W ramach uwag wstępnych chcę wyróżnić przede wszystkim dwa rezultaty słabego ugruntowania państwa jako dużego podmiotu politycznego. Po pierwsze więc to właśnie ta sytuacja jest przyczyną szczególnej popularności takich fenomenów, jak np. romantyzm, który w centrum zainteresowania postawił nie ład instytucjonalny, lecz lud jako zbiorowość jednolitą i obdarzoną sprawczością. Innymi słowy, grupy społeczne i ich aktywność zajęły puste miejsce państwa. Po drugie, ze słabej konceptualizacji państwa w polskiej tradycji bierze się także kult rozmaitych stanów wyjątkowych, przede wszystkim wojny i związanych z nią wzorców zachowań.

Proponowana tu perspektywa może wydawać się dość jednostronna, jednak przytaczane przykłady, ilustrujące poszczególne tezy, mają zazwyczaj tę cechę, że bez większego problemu dałoby się je zastąpić odpowiednikami z danego okresu historycznego. Proponowane w tekście spojrzenie pozwala między innymi wyjaśnić relatywnie duże poparcie dla libertariańskich sloganów, a także spojrzeć w szerszej perspektywie na zadanie stojące przed prospołecznymi siłami politycznymi. Co być może kontrowersyjne, w tym ostatnim zbiorze umieścić chcę nie tylko etatystów czy socjaldemokratów. Przyjęty punkt widzenia pozwala po tej samej stronie ulokować nawet lewicowo zorientowane odłamy anarchizmu. Wychodzę zatem od odrzucenia tradycyjnej diady lewica–prawica na rzecz podziału sceny politycznej opartego na zupełnie innych zasadach.

W realiach Europy Środkowo-Wschodniej dwoistość państwa i społeczeństwa jawi się jako stan historycznie ugruntowany i łatwo dostrzegalny. Od III wojny północnej (1700–1721) do I wojny światowej pas ziemi rozciągający się między Bałtykiem a Morzem Czarnym był przestrzenią zmagań silniejszych sąsiadów: Austrii, Prus, Rosji i Turcji. Zbyt łatwe byłoby jednak wskazywanie na kolonialny status tej części Europy. Imperia kolonialne wchłaniały bowiem tereny, które pozbawione były własnej państwowości i tożsamości w ich eurocentrycznym (a więc jedynym możliwym w tamtych czasach) rozumieniu. Całkowicie odmiennie w tym zakresie przedstawiała się sytuacja na terytoriach Europy Środkowo-Wschodniej. Zanim jej rozległe obszary zaczęły być zajmowane przez sąsiednie imperia, istniały tam niezależne państwa i lokalne elity, posiadające już własne tradycje.

Obumarłe ciało króla

Dla pełniejszej genealogii państwa trzeba się cofnąć do XVI w. To wówczas rozstrzygnęły się bowiem sprawy, których rezultaty rzutowały na wiele zjawisk utożsamianych z polityczną nowoczesnością. Już od XVI w. linia Łaby zaczęła wyznaczać dwie odmienne tendencje rozwoju gospodarek europejskich. Na wschód od niej trwały procesy refeudalizacji, przejawiające się m.in. ponownym przywiązaniem chłopa do ziemi i erozją miast. Na zachód od Łaby zachodziły procesy o całkowicie przeciwnym wektorze. Chłopi stopniowo zyskiwali wolność, gospodarka ulegała monetaryzacji, a centra miejskie stawały się ważnymi ośrodkami życia politycznego i gospodarczego.

W ramach moich rozważań istotniejsze jest jednak pytanie o to, w jaki sposób w XVI w. doszło do rekonfiguracji państw europejskich w sensie instytucjonalnym. Niemiecki historyk Reinhart Koselleck słusznie wskazywał, że wiek XVI to moment przejścia od myślenia średniowiecznego (teocentrycznego) do nowożytności. Podstawową własnością tego przełomowego momentu była swoista pluralizacja myślenia o przyszłości. W średniowieczu to Kościół miał monopol na proroctwa i utopijne wizje. Czasowa zbieżność wydania przez Tomasza Morusa „Utopii” (1516 r.) i ogłoszenia „95 tez” Lutra (1517 r.) to symboliczny moment, w którym ten monopol został – jak się okazało – przełamany na stałe1.

Naruszenie jednego z fundamentów stabilności dawnego świata nie mogło oczywiście nie wywołać silnych reakcji. Całe połacie Europy spłynęły krwią wojen religijnych. Wyłonienie się państwa absolutystycznego w tych okolicznościach wiązało się z nadzieją ustanowienia trwałego pokoju. Thomas Hobbes obudował ten proces wyrafinowaną filozofią polityki, w myśl której wszelkie partykularyzmy – moralne, filozoficzne, religijne – zostaną rozwiązane przez rozum, czyli naczelną zasadę nienaruszalnej suwerenności władzy, uosobionej przez króla.

Poza Czechami, podobny proces nie miał miejsca w Europie Środkowo-Wschodniej. Sejm konwokacyjny, który obradował w Warszawie w 1573 r., zagwarantował bezwarunkowy i wieczny pokój religijny na terenie Rzeczypospolitej. Ustanowione w tym samym roku artykuły henrykowskie oraz pacta conventa regulowały system władzy w sposób niemający – poza Węgrami – precedensu w ówczesnej Europie. O ile zatem na Zachodzie partykularyzmy były wygaszane, o tyle w przypadku Rzeczypospolitej niektórzy historycy są skłonni ukazywać jej systemową osobliwość za pomocą kategorii federacji. Oto bowiem poszczególne sejmiki ziemskie wiązały instrukcjami swoich posłów udających się na Sejm walny.

Procesy zachodzące po dwóch stronach Łaby zdawały się zatem mieć przeciwny wektor. Rodzenie się nowoczesności na Zachodzie odbywało się w warunkach konfliktu społeczeństwa z państwem absolutystycznym. Marcin Moskalewicz i Jakub Duraj dla zobrazowania tych procesów zaproponowali metafory medyczne, zaczerpnięte z hipokratejskiego modelu choroby, który w oficjalnej medycynie obowiązywał do przełomu XVIII i XIX w. Według Hipokratesa stan chorobowy wynikał z naruszenia równowagi między płynami znajdującymi się w organizmie: krwią, żółcią, czarną żółcią i śluzem. Nadmiar któregoś z nich miałby prowadzić do pierwszego etapu choroby, niestrawności (apepsia), czyli upadku średniowiecznej moralności i wojen religijnych. Kolejny etap, pepasmos, to jakościowa zmiana płynu chorobotwórczego, infekcja organizmu i gorączka. W świecie polityki ten stan przejawiał się powstawaniem prywatnego sumienia, czyli społeczeństwa, pod skorupą absolutyzmu. Następnie dochodzi do apostasis, czyli fazy oddzielenia, w której płyn odkłada się w jednym miejscu organizmu. Na gruncie historii tworzenia nowoczesnego państwa byłby to etap, w którym społeczeństwo ostatecznie oddzieliło się od absolutnego państwa, tworząc własne, niezależne, pozornie apolityczne instytucje pod jego powłoką. Ostatnią fazą jest krisis, przełom w chorobie, który kończy się wyleczeniem albo zgonem. Tą fazą była rewolucja francuska i wystąpienia towarzyszące jej w innych częściach Europy2.

W Rzeczypospolitej te kategorie zupełnie nie znajdowały przełożenia na historyczne realia. Do ogólnego opisu kondycji tego bytu politycznego bardziej nadaje się chyba metafora ukuta przez Jana Sowę. Jego zdaniem, rewolucjoniści we Francji (w fazie, którą określiłem powyżej jako krisis) zabili króla jako człowieka, ale pozostawili przy życiu jego ciało polityczne, czyli tradycję scentralizowanego państwa, którego aparat próbowali wykorzystać do własnych celów. Natomiast szlachta w XV i XVI w. doprowadziła do obumarcia ciała politycznego, zachowując przy życiu króla jako człowieka3.

Dwa kierunki oświecenia

Już w okresie nowożytności struktura polityczna, jaką było państwo, została w Europie Zachodniej skonceptualizowana za pomocą pojęć bliskich ich dzisiejszym odpowiednikom. Pojęcie stato, rozumiane jako organizacja władzy politycznej, zostało ukute na terenie współczesnych Włoch na przełomie XV i XVI w. W XVI w. zbliżone brzmieniowo i znaczeniowo pojęcie état przeniknęło do francuszczyzny. Początkowo jednak w kręgach nadsekwańskich elit politycznych odnosiło się ono do regionu czy dystryktu i dopiero po kilkudziesięciu latach ustabilizowało znaczenie jako kategoria odnosząca się do całości systemu politycznego. Niemiecki odpowiednik, pojęcie staat, wyłonił się dopiero w XVII w., jednak i tu stabilizacja znaczeniowa zajęła kilkadziesiąt lat, stąd też dopiero w XVIII w. można dostrzec zaczątki używania go jako kategorii odnoszącej się do struktury władzy politycznej na danym terenie. Zbliżone w brzmieniu określenia na oznaczenie instytucji państwa zostały ukute także w językach angielskim (state), czeskim (stát) czy hiszpańskim (estado).

W Rzeczypospolitej refleksja nad tak rozumianym państwem została zdominowana przede wszystkim przez Andrzeja Frycza Modrzewskiego, który wysunął pojęcie „rzeczypospolitej”, rozumiane nie jako konkretna forma ustroju, ale jako państwo. Sądzę jednak, że taka różnica w brzmieniu nie jest przypadkowa, a między stato jako zbiorem obiektywnych instytucji a „rzecząpospolitą” jako dobrem wspólnym ogółu obywateli (szlachty) istnieje jakościowa różnica. Na przykład taka, że rzeczpospolita już w samej etymologii zawiera jakoby postulat aktywnego udziału obywateli w życiu politycznym, co z kolei zagrażałoby bytowi i spoistości państwa absolutystycznego. Nie ma zatem, jak sądzę, przypadku w tym, że w Europie Środkowo-Wschodniej (poza Czechami), w której procesy polityczne miały zupełnie inny przebieg czy dynamikę, nie powstało żadne pojęcie państwa zbliżone brzmieniowo do stato czy state. Rosjanie mają zatem gosudarstwo, w Serbii funkcjonuje słowo država itd.

Oświecenie zdawało się otwierać możliwości zmiany tego stanu rzeczy i modernizacji społeczeństw peryferyjnych. Jeden z głównych myślicieli tego nurtu, Jan Jakub Rousseau, pojęcie suwerenności przeniósł z jednostki władcy na dobrowolnie zawieraną umowę społeczną, odchodząc od wcześniejszej hobbesowskiej wizji państwa. Daleki jestem od pojawiających się nieraz w opracowaniach historii rewolucji francuskiej czy w podręcznikach do historii filozofii twierdzeń, w myśl których refleksja Rousseau miała wieść ku protototalitarnej wizji permanentnej dyktatury, a jej pierwszą ofiarą był król Ludwik XVI. Moim zdaniem Rousseau, oprócz bycia filozofem wydeptującym własne ścieżki, pozostawał w jednakowym stopniu produktem swoich czasów, czyli czasów przedrewolucyjnych. Te zaś, jak wskazywał bystry obserwator i analityk Alexis de Tocqueville, wytworzyły swoistą modę na utopizm. Moda ta brała się stąd, że najzdolniejsze umysły często były pozbawione możliwości pracy w administracji (trwale obsadzonej przez arystokrację), a zatem wywierania namacalnego wpływu na życie publiczne. Gremia te okopywały się więc w kawiarniach czy na salonach, tworząc kluby dyskusyjne. W ten sposób literaci oraz filozofowie stawali się politykami i zaczynali, czasem całkowicie świadomie, tworzyć zręby nowoczesnej opinii publicznej. Sytuacja ta wywołała sprzężenie zwrotne – urzędnicy, oddaleni od ludu i jego codziennych problemów, w coraz mniejszym stopniu byli w stanie rozumieć jego reakcje i potrzeby4. Oświecenie zatem, jako ruch zainspirowany przez ludzi wykształconych, ale odepchniętych od głównego biegu spraw państwa, przez Bronisława Baczkę nazwanych „formacją filozofów”5, było ruchem antysystemowym, oddolnym, antypaństwowym.

Zupełnie inny charakter miało ono w realiach Europy Środkowo-Wschodniej. W tej części Starego Kontynentu zwolennicy zmian musieli przede wszystkim stworzyć aparat, który byłby w stanie dokonać modernizacji. O ile zatem w Europie Zachodniej, krusząc absolutyzmy, rewolucjoniści mogli przejmować pewne ich instytucje, o tyle w Europie Środkowo-Wschodniej jedyną szansą na reformy było działanie na rzecz wzmocnienia władzy centralnej. Dążono do tego celu różnymi metodami. Ojciec polskiego klasycyzmu, Adam Naruszewicz, w swych dziełach historycznych starał się wskazywać, że jedyną szansą na poprawę bytu chłopów jest opieka ze strony instytucji centralnej. Innymi słowy, wskazywał, że zjawisko władzy szlachty nad chłopstwem występowało w mniejszym zakresie w tych momentach historii, w których silna była władza królewska. Z kolei, by wyjść poza polskie przykłady, József Hajnóczy, filozof i lider węgierskiego ruchu jakobińskiego, zdawał sobie sprawę, że reformy są możliwe jedynie dzięki poparciu władzy. Ta zaś, by móc działać, w pierwszej kolejności musiała przełamać panowanie węgierskiej szlachty. Hajnóczy, aby skutecznie osłabiać wpływy tej warstwy, próbował nieco przewrotnie opowiedzieć reformy językiem wolności stanowej. W Rzeczypospolitej w podobny sposób starał się postępować Hugo Kołłątaj. Jednak tego typu idee z trudem wyrabiały sobie własną pozycję wśród politycznych tradycji Europy Środkowo-Wschodniej.

Między pańskością a godzeniem partykularności

W procesie badania procesów historycznych trudno oczywiście znaleźć miarodajny barometr, który mógłby wskazać, jakie działania i idee znajdowały się w centrum wyobrażeń określonej epoki (czyli dającej się opisać historycznie wspólnoty komunikacyjnej), a które balansowały jedynie na peryferiach debat. Sądzę jednak, że do takiego celu można w miarę bezpiecznie użyć słowników z danego okresu. W „Nowym dykcjonarzu”, wydanym w 1764 r.
przez Michała Abrahama Troca, istota państwa została oddana m.in. w takich kategoriach, jak herrschaft (panowanie), droit de propriété (prawo własności), gouvernement (rząd). Autor przytoczył także kilka przykładów użycia tego słowa w polszczyźnie, a wśród nich: „ma państwo nad tymi włościami”, „pod szczęśliwym państwem (panowaniem) jego”. Widać więc wyraźnie, że u Troca rozumienie państwa łączy w sobie różne elementy ze sfery prywatnej i publicznej. Znamienne, że analizując niemieckie czy francuskie znaczenia i porównując je z polskimi, autor nie posłużył się takimi pojęciami, jak stat czy état6. Podobna wieloznaczność pojęcia „państwo” jest wyraźnie widoczna w słowniku Samuela Bogumiła Lindego z 1811 r. Państwo próbował on zdefiniować za pomocą takich kategorii, jak „arystokracja”, „pański stan”, „panoszenie”, „panowanie”, „rządzenie”, „kraj”, „kraina”, „włość”, „majętność”7.

Widać więc, że jeszcze w okresie wojen napoleońskich „państwo” budziło skojarzenia raczej ze sferą prywatną, skolonizowaną przez szlachtę, niż z życiem publicznym czy dobrem wspólnym. Zatem oswojenie wyobrażenia o państwie jako czymś, co godzi partykularyzmy i jest w stanie działać autonomicznie, było wciąż ważnym zadaniem dla politycznych modernizatorów. Owo słabe zakorzenienie myślenia o państwie na przełomie XVIII i XIX w. znajdowało także odzwierciedlenie w innym aspekcie idei politycznych – w utopizmie. Autorzy najnowszego opracowania w całości poświęconego historii myśli politycznej w tej części Europy od oświecenia do końca I wojny światowej, wskazują, że myśl utopijna sensu stricto, w swym czysto oświeceniowym wydaniu, nie była nigdy popularnym gatunkiem refleksji politycznej w Europie Środkowo-Wschodniej. Wiele z tekstów, które miały podobny wymiar, powstawało dopiero u progu romantyzmu. Zwolennicy oświecenia w Polsce w sposób utopijny malowali swe wizje modernizujących się państw, takich jak Anglia i Francja. Te właśnie wizje w istocie obsługiwały zapotrzebowanie, na które na zachodzie Europy odpowiadały utopie w ich typowej formule: to znaczy ukazujące czytelnikowi nieistniejące państwa i wyspy8.

Oświecenie w Europie Środkowo-Wschodniej próbowało więc ugruntować lokalną myśl polityczną, wykorzystując takie kategorie, jak społeczeństwo, naród i państwo. Tym samym protoplaści tego prądu intelektualnego szukali możliwości flirtu z władzą i jednocześnie wzmocnienia jej pozycji przez poskromienie decentralizacyjnych aktywności szlachty (zwłaszcza w krajach takich, jak Rzeczpospolita czy Węgry). Wektor oświecenia w tej części Europy był zatem odwrotny niż w przypadku zbliżonego nurtu polityczno-filozoficznego we Francji. Co więcej, oświecenie, zwłaszcza w kontekście polskim, było epoką krótką, co wynikało z tego, że ideę wzmocnienia władzy państwowej (należącej do króla) szybko zdezaktualizowały rozbiory. W ich następstwie pojęcie „państwa” zastąpiono na długo pojęciem „ojczyzny”, które w oświeceniu zostało przesunięte do nowego układu znaczeń (ze sfery prywatnej – „ojcowizna”, do sfery publicznej) i zawierało w sobie immanentny postulat odrodzenia bytu politycznego, ukryty jednak za zasłoną określonej retoryki. Nie ma zatem przypadku w tym, że – przez odwrócenie – nurty romantyczne (liczba mnoga jest tu zasadna) w tej części Europy cechowały szczególna trwałość i szczególne znaczenie. Wszak ostatni żyjący romantycy pochodzenia polskiego swe manifesty wydawali jeszcze w latach 70. XIX w., a zatem w okresie, gdy różne idee „naukowe” śmiało wkroczyły już do życia politycznego, a rozmaite święte hufce i legiony, wdrukowane w krajobraz romantycznej Europy lat 30. i 40., były już coraz odleglejszym wspomnieniem.

Romantyzm, ze swym kultem czynu, sprzyjał utrzymaniu statusu państwa jako niezakorzenionego w wyobraźni politycznej Europy Środkowo-Wschodniej. Romantyczne sposoby myślenia jako takie stały bowiem w jawnej sprzeczności z postulatami godzenia tego, co partykularne w ramach jakiejś obiektywności – choć wydaje się to warunkiem sine qua non myślenia o nowoczesnym państwie. Tymczasem romantyzm przede wszystkim uwznioślił lokalne różnorodności, stawiając na snucie opowieści o folklorze i o odrębnych drogach poszczególnych ludów-narodów9.

Należy tu jednak unikać wylewania dziecka z kąpielą. Romantyzm, jak każda epoka, zawierał także wiele elementów odziedziczonych po poprzedniczce – i to mimo (deklarowanego) całościowego odrzucenia światopoglądu oświeceniowego. Romantyczny bohater to przecież dziedzic oświeceniowego żołnierza, gotowego ponieść śmierć w imię obrony republiki.

Romantyzm ze swym kultem dzikości, naturalności i folkloru szukał wyjścia poza to, co klasyczne, umocowane w prawie pozytywnym czy w instytucjach. Państwo było w romantyzmie traktowane przede wszystkim jako epifenomen aktywności klas ludowych, jako narzędzie działające w ich imieniu. Zatem to lud, utożsamiany przede wszystkim z chłopstwem, znajdował się w centrum zainteresowania działaczy i myślicieli epoki. Nie bez powodu właśnie wtedy ukuty został termin „ludowiec”, który wkrótce stał się etykietą dla uczestników jednego z najważniejszych nowoczesnych nurtów politycznych w Polsce.

Istniała jednak przestrzeń, w której dążenia do wyemancypowania ludu zbiegały się z nieśmiałą, ale w środkowo- i wschodnioeuropejskim kontekście znaczącą refleksją na temat państwa. Tego miejsca wspólnego nie tworzyła utopia, ponieważ mimo istnienia romantycznych projektów o charakterze utopijnym ich autorzy kładli nacisk przede wszystkim na kwestie wyzwolenia moralnego oraz uwznioślali sam czyn i dokonujące go klasy (albo stany), mniej uwagi poświęcając projektowaniu przyszłego ustroju. Mam tu zatem na myśli kwestię organizacji przyszłego powstania, która otwierała możliwość refleksji na temat państwa.

Rzecz jasna, rdzeniem powstania miały być klasy ludowe. Niemniej, sporo miejsca w publicystyce i różnego typu rozważaniach zajmowała kwestia instytucji powstańczych. Część teoretyków powstania, jak np. Henryk Kamieński czy Karol Stolzman, kładła nacisk przede wszystkim na zdecentralizowany charakter przyszłej wojny o niepodległość Polski. Władza w okresie wojennej zawieruchy miała ich zdaniem należeć do lokalnych oddziałów powstańczych i do tworzonych ad hoc instytucji, takich jak rozmaite kluby wojenne czy rewolucyjne. W omawianym tu okresie najistotniejszy wkład w polską refleksję na temat państwa wniosło bez wątpienia Towarzystwo Demokratyczne Polskie. Była to jedna z najznaczniejszych polskich organizacji politycznych w XIX w. (działająca od 1832 do 1862 r.). Optowała ona za dyktatorską organizacją władzy powstańczej i dużo miejsca poświęciła refleksji nad pożądanym kształtem przyszłego rządu i organizacją władzy. W publicystyce TDP widać jednak wyraźnie ową dwoistość rozumienia pojęcia „państwo”, na którą wskazałem przytaczając fragmenty haseł słownikowych z 1764 i 1811 r.

Tak więc „państwo” w publicystyce TDP w latach 40. XIX w. pojawiało się nieraz jako synonim szlachty. Znaleźć jednak można również wskazania, że „demokracja” – rozumiana jako pewna kategoria politycznej identyfikacji, określony nurt polityczny, a nie jako forma ustroju – nie chce burzyć, aby burzyć, ale aby budować, aby postawić państwo, które by przerwaną swoją cywilizacyjną misję rozpoczęło na powrót. Nieco dalej wskazano nawet na funkcję państwa, o której wspominałem kilka akapitów wcześniej – godzenie partykularyzmów: W państwie istniejącym, mającym byt niepodległy, o to postarać się przede wszystkim należy, ażeby interesy dawne ustępowały miejsca bez zamieszania interesom nowym10. Obecność tego rodzaju przekonań w publicystyce demokratycznej, lewicującej organizacji, aktywnej głównie we Francji i w Wielkiej Brytanii, nie oznacza oczywiście, że utrzymane w takim tonie refleksje już w połowie XIX w. zajęły centralne miejsce w polskiej myśli politycznej. Niemniej ich istnienie wskazywało na pewną potencjalność i otwierało pola dalszym rozważaniom przedmiotu.

Bywaliśmy nowocześni

Problem z państwem mieli także myśliciele par excellence nowocześni. Symptomatycznym przykładem jest tu polski nacjonalizm. Nurt ten, rodząc się w warunkach braku niepodległego państwa, przechował odziedziczoną po wcześniejszych czasach dwoistość, naród i państwo traktując wyraźnie jako byty odrębne. Jego pozycja jest zatem zupełnie inna niż nacjonalizmu zachodnioeuropejskiego. Ten ostatni, zrodzony wraz z demokracją (albo wraz z walką o demokratyzację), ma całkowicie inny charakter niż środkowo- czy wschodnioeuropejski, i tylko w niektórych sytuacjach historycznych przeradza się w prąd jawnie antydemokratyczny. Nacjonalizm w Europie Środkowej i Wschodniej natomiast, z powodu braku istnienia niepodległych państw w okresie kształtowania świadomości narodowych, musiał oprzeć się na dużych grupach społecznych i zarazem występować przeciwko lokalnym instytucjom (np. walka Słowaków z madziaryzacją czy Polaków z germanizacją). Działając w realiach mozaiki narodowościowej i religijnej, nacjonaliści (zwłaszcza polscy) opierali się przede wszystkim na mieszczaństwie, któremu obiecali emancypację, drogi do niej upatrując przede wszystkim w „odbiciu” handlu z rąk niemieckich i żydowskich. Po raz kolejny zatem wektor przemian, inaczej niż w Europie Zachodniej, nie wiódł od buntu przeciwko państwu do społeczeństwa obywatelskiego, ale raczej od powstania społeczeństwa obywatelskiego do państwa.

W ramach refleksji w takiej dziedzinie, jak genealogia państwa w polskiej (ale także środkowo- i wschodnioeuropejskiej) myśli politycznej, nie można pominąć postaci, która jak w soczewce skupiła w sobie wszystkie dobrodziejstwa i ambiwalencje peryferyjnego stanu rzeczy. Mam tu na myśli Edwarda Abramowskiego. Wiąże się z nim kilka paradoksów. Przede wszystkim, jak mniemam, jego kooperatystyczne idee mają znacznie dłuższą genealogię, niż zwykło się sądzić. W tym sensie, moim zdaniem, opracowania na temat historii idei polskiego kooperatyzmu warto byłoby zaczynać od oświecenia i romantyzmu, w których elementy tej idei były obecne pod różnymi postaciami11. Abramowski więc bazował na przekonaniach obecnych już w pewnym kształcie w debacie publicznej i w zbiorowych wyobrażeniach, aczkolwiek na nowo je skonfigurował, nadał im nowe sensy, wreszcie – umieścił w nowym kontekście, zabierając głos w debatach u progu XX w.
Co najistotniejsze dla prowadzonych tu rozważań, Abramowski myślał o państwie w sposób pełen zawirowań i paradoksów. Z jednej strony ukuł wizję Respubliki Kooperatywnej, która – ponownie – miała powstać jako rezultat działania społeczeństwa obywatelskiego. Z drugiej jednak strony afirmował sprawczość ludu, nie mając zaufania do oficjalnych instytucji państwa. Fakt, że – jak wskazał Stefan Żeromski w „Przedwiośniu” – idee myśliciela etykietowanego nieraz jako anarchista, mogły być realizowane w ramach niepodległego państwa, to kolejny z paradoksów opowiadanej tu historii.

Krótki okres oświecenia, pewne wątki romantycznej myśli politycznej i elementy ideologii nowoczesnych stronnictw politycznych w niniejszych rozważaniach można postawić na jednej szali z okresem PRL. Niewątpliwie w okresie 1945–1989 wszelkie blaski i cienie projektowania nowoczesnego państwa na peryferiach uległy znacznemu, niespotykanemu wcześniej wyostrzeniu. PRL był projektem, który w każdym niemal aspekcie zapowiadał modernizację i awans społeczny setek tysięcy ludzi. Jednak w ostatecznym rozrachunku Polska Ludowa w wydaniu powojennym odeszła daleko od wizji ludowych Polsk, snutych na obszarze polskich refleksji politycznych przynajmniej od lat 30. XIX w. Wizje te częstokroć były oparte na schemacie, zgodnie z którym Polska Ludowa to nie tyle państwowość, ile opozycyjna do „Polski szlacheckiej” mglista wizja organizacji życia społecznego prowadzonego w oparciu o duże grupy społeczne (chłopstwo, robotników, inteligencję pracującą). Polska Ludowa po 1945 r. rzeczywiście odcięła dawnej szlachetczyźnie możliwość wpływania na główny nurt polskiego życia publicznego. Odebrała jednak taką możliwość również wielu innym grupom społecznym.

Nie podzielam, co prawda, jednostronnej wizji Andrzeja Ledera, w myśl której to nowi zaborcy – III Rzesza i ZSRR – okazali się głównymi siłami modernizacyjnymi przybliżającymi nadejście polskiej nowoczesności12. Leder, co wielokrotnie mu zarzucano, całkowicie bowiem pomija tradycje polskich działaczy i organizacji prospołecznych, a także pomija sprawczość klas ludowych w procesie dziejowym. Niemniej, rzecz jasna, zjawiska takie, jak przerost instytucji państwa i absurdalnych regulacji czy głęboki deficyt demokracji w PRL są na tyle dobrze rozpoznane, że chyba nie trzeba na ich rzecz dodatkowo argumentować. W ten sposób PRL, mimo potencjału i nadziei, ponownie zepchnął polską myśl państwową na peryferia, otwierając z jednej strony drogę neoliberalizmowi, z drugiej zaś – nacjonalizmowi w wydaniu ONR-owskim (stara endecja była wszak w niektórych momentach wyczulona na problemy instytucji państwa czy demokracji). Byliśmy nowocześni zbyt krótko, by zaspokoić zbiorowe aspiracje, i zbyt długo, by – po spektakularnej klęsce – na nowo spleść zbiorowe marzenia z aktywnym państwem, które może pomóc je zrealizować.

Etatyzm potrzebny od zaraz

Te właśnie marzenia, pozostałe na zgliszczach projektu nowoczesnego państwa polskiego, wiążą się obecnie z projektami politycznymi, które oznaczają w istocie powrót do stanu rzeczy z czasów, gdy państwo było zewnętrzną, nieoswojoną realnością. Nie chodzi tu nawet o okresowe przywiązanie wyborców do tej czy innej partii ani o medialną widzialność tego czy owego środowiska. Zmiana dokonuje się przede wszystkim pod powierzchnią punktowych wydarzeń i poza zasięgiem medialnych mikrofonów czy kamer. Jest to w zasadzie sytuacja schizofreniczno-przedrewolucyjna: mobilizacja środowisk antypaństwowych, które obudowują się instytucjami i wybijają sobie miejsce w przestrzeni publicznej, odbywa się w warunkach, w jakich nowoczesne państwo nigdy na dłużej nie zaistniało, nie zaprezentowało swoich wszystkich możliwości emancypacyjnych i modernizacyjnych.

Ilustracją tego stanu rzeczy jest choćby znaczne nasycenie życia politycznego nachalnym zarządzaniem zbiorową pamięcią („polityka historyczna” to dziwny termin, którego świadomie unikam). Sytuację tę można oczywiście próbować opisać w ramach banalnych twierdzeń o wrodzonej potrzebie rytualizacji czy przywiązaniu „natury ludzkiej” do symboli. W swojej analizie chcę jednak uniknąć osunięcia się w banał i proponuję zupełnie inne wyjaśnienie fenomenu popularności rozmaitych grup rekonstrukcyjnych czy obsesyjnego kultywowania historii bitew i wojen. Sądzę, że zjawiska te dają się opisać w ramach prowadzonej tu genealogii państwa w perspektywie długiego trwania. Wynikają bowiem z faktu, że wyobraźnia polityczna w wielu krajach Europy Środkowo-Wschodniej kształtowała się przez wiele lat przede wszystkim w ramach rozważania możliwości przełamania danej sytuacji zbiorowym czynem. Środowiska demokratyczne (w XIX w.) i socjalistyczne (w XX w.) próbowały łączyć utopię czynu z rozwijaniem wizji państwa w okresie pokoju. Niemniej to właśnie utopia czynu okazała się zdolna do kreowania zbiorowych emocji i kategorii tożsamościowych. Stąd kult rozmaitych stanów wyjątkowych, opisywanych za pomocą prostych kategorii narodowościowych, jest czymś, co ostatecznie blokuje myśl państwową, a zarazem tworzy przestrzeń dla nacjonalizmu (w jego środkowo- i wschodnioeuropejskiej, a zatem plemienno-etnicznej, odsłonie) i różnego typu „wolnościowych” narracji, łączących zazwyczaj autorytaryzm z libertarianizmem.

Z przeprowadzonej tu genealogii państwa można wywieść także zupełnie inną konfigurację tej strony sceny politycznej, której marzy się państwo jako sprawna i obiektywna instytucja, aktywnie organizująca życie społeczno-gospodarcze. Jak sądzę, po tej stronie ulokować można zarówno etatystów (obecnych i w obozie rządzącym, i po stronie opozycji), jak i socjaldemokratów, ale także, co pewnie zabrzmi paradoksalnie, anarchistów.

Zgadzam się więc z Jarosławem Tomasiewiczem, który w jednym ze swych tekstów przedstawił tezę, jakoby nawet współcześni polscy anarchiści, podnosząc postulaty lokatorskie czy pracownicze, w istocie tkwili na pozycjach socjaldemokratycznych. Oznacza to, że anarchiści de facto domagają się aktywniejszej roli państwa, choć zarazem proponują w miejsce jego niedomagań instytucje samopomocowe. Jednocześnie jednak, wraz z owym „etatyzowaniem” anarchizmu, można zaobserwować postępujący proces „państwowej apostazji” środowisk prawicowych, które coraz chętniej przejmują dyskurs „wolnościowy”, otwarcie deklarując niechęć do państwa jako instytucji organizującej życie społeczne i działającej w interesie dobra wspólnego13. W ten sposób struktury długiego trwania, zakorzenione w ramach wyobraźni politycznej polskiego społeczeństwa, ale także w pojęciowości (do dziś mówimy: „państwo Kowalscy”, mając na myśli panią i pana Kowalskich), gdy zostaną precyzyjnie zlokalizowane i zanalizowane, prowadzą do całkowitej rekonfiguracji pola politycznego i rozpisania stawek na nowo. Stawek, w których nic nie jest jeszcze przesądzone.

Kończąc, chciałbym podkreślić, że jak najdalszy jestem od naiwnego zapatrzenia w Europę Zachodnią jako wzorzec rozwojowy. Nie było więc moją intencją przypisywanie interpretowanym zjawiskom historycznym cech pozytywnych czy negatywnych. Chodziło mi raczej o zmierzenie się z rezultatami odrębnej drogi rozwojowej Europy Środkowo-Wschodniej i jej wpływem na polskie myślenie o państwie. Państwie, któremu zdecydowanie potrzeba ostatecznego zerwania więzów ze szlachecką pańskością i co najmniej kilkunastu lat etatystycznej reanimacji.

Przypisy:

  1. R. Koselleck, Miniona przyszłość wczesnej nowożytności, w idem, Semantyka historyczna, Poznań 2001, s. 56–57.
  2. J. Duraj, M. Moskalewicz, Krytyka i kryzys: diagnoza choroby w stadium terminalnym, w R. Koselleck, Krytyka i kryzys: studium patogenezy świata mieszczańskiego, Warszawa 2015, s. 22–23.
  3. J. Sowa, Fantomowe ciało króla: peryferyjne zmagania z nowoczesną formą, Kraków 2011, s. 236–240.
  4. A. de Tocqueville, Dawny ustrój i rewolucja, Warszawa 1970, s. 207–215.
  5. B. Baczko, Człowiek i światopoglądy, Warszawa 1965, s. 14–19.
  6. M.A. Troc, Nowy dykcyonarz to iest Mownik polsko-niemiecko-francuski: z przydatkiem przysłów potocznych, przestrog gramatycznych, lekarskich, matematycznych, fortyfikacyynych, żeglaskich [!], łowczych i inszym naukom przyzwoitych wyrazow, t. 3, Lipsk 1764, s. 1323.
  7. S.B. Linde, Słownik języka polskiego, t. II, cz. II, Warszawa 1811, s. 627–628.
  8. B. Trencsenyi, M. Janowski, M. Baár, M. Kopecek, M. Falina, A History of Modern Political Thought in East Central Europe. Volume I: Negotiating Modernity in the „Long Nineteenth Century”, Oxford 2016, s. 54–55.
  9. M. Janowski, „Multiple Sonderwegs”: The Specificity of Historical Development of East Central Europe in the Nineteenth and Twentieth Century (Introductory Remarks), „Acta Poloniae Historica” 2015, vol. 111, no. 5, s. 8.
  10. „Demokrata Polski”, 2.08.1845, s. 13–14.
  11. Pisałem o tym: P. Kuligowski, Eutopia na zgliszczach. Kierunki rozwoju idei polskiego kooperatyzmu w XIX wieku, „Historia i Polityka” 2016, nr 15 (22), s. 81–99.
  12. A. Leder, Prześniona rewolucja. Ćwiczenie z logiki historycznej, Warszawa 2014.
  13. J. Tomasiewicz, Studia z dziejów, współczesności i przyszłości polskiego anarchizmu, „Inny świat. Kwartalnik anarchistyczny” 2012, nr 2 (37), s. 63–64.

Muzyka wsi

Muzyka tradycyjna znów się podoba, znów ciekawi. Piszę te słowa w szczycie sezonu wakacyjnego, dwa lata po Roku Kolberga: zaraz hipsterska publiczność pod sceną katowickiego Off Festivalu będzie tańczyć przy mazurkach tria Janusza Prusinowskiego, w całym kraju co chwilę odbywają się tabory taneczne, potańcówki, warsztaty, a młodsi pilnie podsłuchują wiekowych mistrzów śpiewu i tańca. Telewizja publiczna nadaje cykl programów „Dzika Muzyka”, w których reporterzy wędrują po kraju i odwiedzają lokalnych artystów. W leżącym na moim biurku ostatnim numerze „Gazety Magnetofonowej”, magazynie poświęconym wyłącznie polskiej muzyce, znajdziemy artykuły o harmonistce z Radomszczyzny Wiesławie Gromadzkiej, nowej muzyce polskich Romów i… królu pocztówek dźwiękowych, polonijnym gwiazdorze Małym Władziu. Wydawałoby się, że nigdy zainteresowanie tego typu muzyką nie było aż tak duże – i to właśnie w jej najbardziej autentycznej wersji, nie tej kuratorowanej przez ekspertów z miasta. Tak jakby pojawiła się szansa na porzucenie wieloletniego bagażu i docenienie muzyki samej w sobie. Ale kto gra dziś oberki i mazurki i kto do nich tańczy? Fascynaci-etnomuzykolodzy, wiejscy neofici tęskniący za sielskim życiem czy sami lokalsi, odkrywający na nowo kulturę swoich okolic?

Kłopot zaczyna się już na poziomie nazewnictwa, którego używamy. Problemy z „kulturą korzeni” to rzecz znana każdemu etnografowi, nawet hobbyście – przede wszystkim ze względu na wiele wyobrażeń i klisz, jakie nawarstwiły się na tym zjawisku. Jest tak bowiem z kulturą ludową, że wielu chciałoby ją sobie wyczarować według własnych scenariuszy. Polska nie różni się tu wiele od Stanów Zjednoczonych, gdzie podobne mitologie zbudowali wokół bluesa biali kolekcjonerzy nagrań (o czym świetnie pisze Marybeth Hamilton w „In Search of the Blues”). Rozmaici ideologowie lubią się wysługiwać wsią, widząc w niej a to rezerwat szlachetnych dzikich, a to zdrój krzepy narodowej. W każdym przypadku jest to pielęgnowanie własnych wyobrażeń i odbieranie głosu samym mieszkańcom, zabawa w rzecznika prasowego bez pytania zainteresowanych o zdanie. Chłopoman chciałby, żeby wieś była na zawsze błoga i naiwna, siedziała w piwnicy jak Kaspar Hauser bez pojęcia o świecie. Jest chyba jakiś nieusuwalny kłopot z polskim pisaniem o wsi. Trudno podjąć ten temat, by nie wpaść w którąś z żłobionych od dziesięcioleci kolein. Pułapek jest wiele: a to mitologizacja, a to epatowanie naturalizmem, a to protekcjonalne poklepywanie, czy wreszcie romantyczno-młodopolskie uwielbienie prostego ludu – pisał Dobrosław Kot na łamach „Znaku”, przyznając się uczciwie do bezradności badacza, pisarza, działacza, któremu mimo najlepszych intencji może powinąć się noga.

Na kulturze wiejskiej, w tym muzyce, przez dziesięciolecia – już od XIX w. – przeprowadzano etnograficzne eksperymenty, modelując ją zgodnie z obowiązującą aktualnie wykładnią. W czasach PRL promowano folklor – stylizowany, uładzony ku ozdobie oficjalnych uroczystości, przypominający sielankową pocztówkę. Zespoły pieśni i tańca wykonywały repertuar brzmiący ludowo, ale pisany od nowa przez kompozytorów. Jednocześnie trwała autentyczna muzyka wsi, ale zmieniała się samorzutnie, przede wszystkim od kiedy do domów zawitały radia; obok oberków w repertuarze muzykantów pojawiały się fokstroty i tanga o miejskim rodowodzie. W czasach, gdy melodie stylizowane na ludowe zaczęli grać No To Co i Czesław Niemen przyodziani w haftowane koszule, na weselach pojawiły się przeboje z radia i z obiegu pocztówkowego (jak słynny „Biały Miś”, pierwotnie bigbitowy, który na dancingi i do remiz trafił z pewnego studia nagraniowego w Trójmieście), a do dawnej muzyki tańczyć już nie chciano. Skrzypce i basy odłożono w kąt.

Długie odnajdywanie

W roku 1979 wsie Mazowsza i Lubelszczyzny zaczął przemierzać z magnetofonem etnograf i malarz Andrzej Bieńkowski. Podobnie jak fotografka Zofia Rydet, która mniej więcej równocześnie rozpoczęła pracę nad swoim „Zapisem Socjologicznym”, również i on zorientował się, że pewien świat znika i z jego rejestracją trzeba się pospieszyć. Na pewno nie była to, jak mówi Bieńkowski, wyobrażona „wiejska Atlantyda”, odcięta od szerszych kontekstów. Dobrze widać to na niektórych zdjęciach Rydet, która uchwyciła, jak stara scenografia wypełnia się nowszą treścią, jak w chacie obok skrzyni i pieca chlebowego stoi regał na wysoki połysk, a ściany zdobią nie tylko religijne oleodruki, ale i plakaty modnego w latach 70. szansonisty Adriano Celentano czy portret prezydenta Kennedy’ego, zapewne prezent od krewnego-emigranta. A muzykantów, którzy grali na weselach w tradycyjnym składzie, żyło już coraz mniej.

Lata 50. i 60. wyznaczają cezurę dla spójnego repertuaru tradycyjnego. To za sprawą upowszechnienia się radia – mówi Antoni Beksiak, znawca muzyki tradycyjnej, współzałożyciel Stowarzyszenia Dom Tańca. – Wcześniej, jeszcze w latach 30., „nutowcy” wprowadzali do obiegu melodie miejskie zasłyszane na jarmarkach, które potem nieczytający nut muzykanci powtarzali ze słuchu. Zaraz po wojnie popularne były zespoły akordeonowe, które grały repertuar opracowany – tanga milonga, oberki wilanowskie – tłumaczy.

Olbrzymia liczba nagrań z początku XX w. zaginęła w czasie wojny. Po 1945 r. Instytut Sztuki PAN, świadom szybko postępujących zmian, prowadził nagrania terenowe na wsi. Cenne zasoby można znaleźć również w archiwach radiowych, jednak stanowią one przykład starszego myślenia o muzyce wiejskiej. Nacisk kładziono w nim na repertuar, charakterystyczne cechy regionalne, regularności i podobieństwa, a nie na wykonawstwo i styl danego muzyka. Takie podejście sprawiało, że nagrania archiwalne są często krótkie, trwają po kilkanaście sekund. Z kolei wydawnictwa płytowe z okresu PRL mają zazwyczaj kompilacyjny, przekrojowy charakter, a pocztówki dźwiękowe zawierają folklor stylizowany. Wydawałoby się, że oddolność mody pocztówkowej – bo mikrostudia nagraniowe często mieściły się w garażu czy szopie – sprzyjała amatorskim rejestracjom muzyki lokalnej, ale w praktyce okazuje się, że zwykle pocztówki zawierają kopie importowanych z Ameryki polek lub standard typu „Murka” w wykonaniu, dajmy na to, Zespołu Ludowego z Pysznicy. – Istnieje taki zbiór nagrań z Biskupizny, właśnie na pocztówkach, ale muzyka autentyczna rzadko trafiała na płyty. Nawet przed wojną, w czasach Syrena Rekord, woleli folklor stylizowany – wyjaśnia Antoni Beksiak.

Etnomuzykolodzy od połowy lat 70. zaczęli interesować się indywidualną praktyką wykonawczą muzyki wiejskiej (np. Piotr Dahlig, który wydał „Ludową praktykę muzyczną” w 1983 r.), jednak najmocniej dotychczasową perspektywę zmienił Andrzej Bieńkowski ze swoją „Muzyką Odnalezioną”. Jego metodą było nawiązywanie przyjaźni z wiejskimi muzykantami, co często wymagało długotrwałego przełamywania muru nieufności wobec gościa, który z jakiejś przyczyny wypytywał o melodie, jakich wówczas nikt na wsi nie chciał słuchać. Wiekowi artyści zazwyczaj już wtedy nie grywali i prowadzili zwyczajne życie gospodarza. Ich miejsce na tanecznych deskach zajmowali młodzi, którym muzyka dziadków nie podobała się wcale. Gdy jednak udawało się namówić muzyka, aby sięgnął po dawno schowane gdzieś w kąt skrzypce czy harmonię, obie strony reagowały z entuzjazmem. Muzykanci zatracali się w transowych melodiach, a Bieńkowski rejestrował wielogodzinne nagrania. Tak rozpoczęła się ogólnopolska sława Kazimierza Meto czy Jana Gacy. Ten nurt, w którym zamiast anonimowej „muzyki ludowej” słuchano stylu konkretnego wykonawcy, i to w niezmienionej formie (in crudo), kontynuował też działający od lat 90. Dom Tańca. Zainspirowani podobnymi działaniami na Węgrzech, zaczęli organizować tabory – imprezy, podczas których tańczono, słuchano i uczono się śpiewu i gry.

Domy Tańca zaistniały w niemal pustej przestrzeni. Lata 90. nie były dobrym okresem dla tego typu zainteresowań. – Przymiotnik „polski” stał się wtedy pejoratywny, nie mówiąc już o wiejskości. To kojarzyło się w powszechnym odbiorze źle. Byliśmy bandą odszczepieńców. Muzyka tradycyjna nie interesowała nikogo. Andrzej Bieńkowski wspominał, jak jeszcze w latach 80. zaprosił kapelę Metów na wernisaż z mnóstwem przedstawicieli ówczesnej „Solidarności”. Trafił na mur niezrozumienia i wrogości – wspomina Antoni Beksiak. – Liczyła się co najwyżej muzyka góralska.

Faktycznie, podhalańskie melodie traktowano wówczas jako rodzimy ornament w stylu folk music, który przyklejano do rozmaitych stylów popularnych. Zespół Trebunie-Tutki nagrywał z Jamajczykami z Twinkle Brothers, góralszczyzna pojawiała się w dyskotece i w doszlifowanym produkcyjnie popie dla yuppies. – Górale pełnili rolę szlachetnego dzikusa. Wylansowany w międzywojniu model wypełnił lukę w powszechnej świadomości. A przecież to tradycja relatywnie mało podobna do kultury pozostałych rejonów Polski, ze względu jej na zderzenie z kulturą wołoską – muzycznie bliżej z Tatr na Węgry niż na Mazowsze. Ale tak działa tzw. folk, czyli, według definicji prof. Czekanowskiej, bezpieczna równowaga między bliskością a egzotyką. Wieś była zawstydzająca, folk w zderzeniu z muzyką świata czy popem oswojony – wyjaśnia Antoni Beksiak.

Sacrum i profanum

Na wsi królowała za to wówczas dyskoteka, zwłaszcza disco polo – konglomerat włoskiego italo disco, sentymentalnych melodii rodem z „Koncertu Życzeń”, śpiewnika harcersko-rajdowego i niegrzecznych przyśpiewek biesiadnych – muzyka na pewno popularna i ludyczna, ale nie ludowa w sensie formy.

Stare tradycje trwały przede wszystkim w muzyce religijnej. – W latach 90. muzyka wiejska była nadal żywo pamiętana, ale już nieżywa w sensie społecznym w dawnych formach, które stanowiły jej rację bytu. Oczywiście wyjątkiem są tu częściowo polskie Karpaty. W swoim naturalnym kontekście były praktykowane wtedy (i tak gdzieniegdzie jest do dzisiaj) jedynie pieśni pogrzebowe i zaduszne oraz inne tradycyjne religijne pieśni i śpiewy pozaliturgiczne czy pozakościelne, które dokumentowałem wtedy i wydałem później na płytach – wspomina Remigiusz Mazur-Hanaj, etnograf, muzyk (m.in. Księżyc), również współtwórca Domu Tańca. Dziś to te pieśni z kolei zanikły niemal całkowicie; stało się tak na skutek szybkich zmian w obyczajach pogrzebowych, bo obecnie już rzadko ostatnie pożegnanie jest obrzędem angażującym całą społeczność sąsiedzką. Współcześnie tradycję tę podtrzymuje i popularyzuje poeta i śpiewak (również pogrzebowy) Adam Strug. Zbiór pieśni praktykowanych jeszcze wśród starszego pokolenia mieszkańców okolic Węgrowa i Sokołowa Podlaskiego wydała również etnolożka Anna Jurkiewicz.

Co ciekawe, tematyka wiejskiej pieśni religijnej interesuje dzisiaj często osoby świeckie i nawet niekoniecznie gorliwie wierzące. – Dla większości duszpasterzy są to sprawy obojętne i dotyczą raczej elit wśród duchowieństwa, bardziej zakonników (np. dominikanów) niż kleru diecezjalnego, który wespół z organistami jest raczej odpowiedzialny za rugowanie przez dziesiątki lat dawnego repertuaru, stylu i praktyk wykonawczych niż za ich ochronę. Na pewno poszerzyła się znacznie wrażliwość na ten wymiar muzycznych tradycji wśród ludzi niezwiązanych z Kościołem czy nawet od niego dalekich – mówi Mazur-Hanaj.

Zapiski Bieńkowskiego, zebrane przez niego w kilku książkach, ujawniają trudności w budowaniu porozumień między wsią a miastem. Warunki życia (w latach 80. i 90. często dojmująco złe, tym bardziej, gdy mówimy o ludziach starszych, już za słabych, żeby trzymać w ryzach całe gospodarstwo) to z jednej strony codzienność, do której człowiek się przyzwyczaja, a z drugiej – coś, co jednak peszy i powoduje dyskomfort. Do najbardziej poruszających fragmentów należą te, w których muzykant prosi, żeby nie pisać o tym, że pasie krowy czy że jego dom jest biedny, bo sąsiedzi będą się z niego śmiać – albo te, w których muzycy konfrontują się pierwszy raz ze swoim obrazem w telewizji i czują się zawstydzeni swoim wyglądem, bo byli przekonani, że magia ekranu zmienia każdego w eleganckiego spikera. Coś, co dla widza i słuchacza z miasta jest bezcennym dokumentem i fascynującą wyprawą, uczestnika przedsięwzięcia może uwierać i boleć.

Sprzeczne oczekiwania, jakimi kierowano się wobec muzykantów wiejskich, były dla nich z kolei dezorientujące. – Ruch profesjonalizacji muzyki wiejskiej, zespoły grające pod nadzorem instruktorów z Warszawy, miał wielkie znaczenie dla ewolucji muzyki na wsi. Podobnie muzyka stylizowana, obecna w mediach. Reprezentanci starej tradycji często mieli poczucie zdezorientowania, nie wiedzieli, czego badacz od nich w ogóle oczekuje. Byli zaskoczeni, że ktoś chce słuchać starej muzyki, tej, w której czuli się najlepiej. Z drugiej strony – na pewno mieli poczucie, że ich świat muzyczny jest niezrozumiały dla ludzi z miasta. Pomimo wciąż silnie obecnej hierarchii, poczucia, że „ci z miasta” są ważniejsi, jest element własnej racji: „co ja mu będę grał, jak on tego nie zrozumie”! Jakby mieli tłumaczyć kosmicie – wyjaśnia Antoni Beksiak. – Dystans kulturowy jest ogromny. Muzyka mazurkowa nie ma nic wspólnego z dzisiejszą muzyką popularną, nie ma tu ciągłości i żadna polka music w Stanach tego nie załatwia. Badacz stawał wobec czegoś równie egzotycznego dźwiękowo jak muzyka afrykańska, choć substrat tej ostatniej jest bardziej obecny w popkulturze niż muzyki mazurkowej.

Ze wsi do miasta i z powrotem

Lata działalności ruchu in crudo zaowocowały przybliżeniem muzyki Mazowsza, Radomskiego, Kieleckiego, Lubelskiego, Sieradzkiego, Łęczyckiego czy Wielkopolski szerszej publiczności, zgromadzeniem nagrań wydanych na wielu płytach i regularnymi wydarzeniami, które zaczęły stopniowo przyciągać miejscową publiczność, nie tylko przybyszów. W pewnym momencie ruch zaczął ewoluować. Jak w latach 1995–2008 koryfeusze ruchu in crudo czy ruchu domów tańca kładli nacisk na kontakt osobisty ze spadkobiercami i praktykami dawnej kultury wiejskiej, na poznanie i przyswojenie sobie tej muzyki w formach bliskich oryginałowi i niestylizowanych, tak w ostatnich latach coraz silniejsze jest zjawisko pośredniego poznawania (np. przez nagrania czy warsztaty u pośredników miejskich) oraz autorskiego jej traktowania i aplikowania w szersze całości estetyczne – mówi Remigiusz Mazur-Hanaj.

Takim zjawiskiem jest zapewne „powrót [na scenie] do źródeł” z pogranicza muzyki alternatywnej, eksperymentalnej i popularnej. Jeszcze w latach 90., w okresie ekspansji world music, tej przyjemnej ścieżki dźwiękowej do globalnej wioski, której symbolem na krajowym gruncie stały się nagrania Kayah z Goranem Bregoviciem i góralskie reggae, grupa artystów zwróciła się ku niemodnej „muzyce korzeni”, poszukując jej śladów w Polsce, czasem jadąc dalej na Wschód. Stąd reaktywacja archaicznego instrumentarium (liry korbowe, suki biłgorajskie) czy śpiewu białego. Tak czynili Atman/Karpaty Magiczne, Księżyc i inni muzycy spod znaku tajemniczej wytwórni Obuh. Czasami, na wzór brytyjskich i irlandzkich grup z lat 70. i 80., jak The Pogues, Levellers czy New Model Army, dziedzictwo chłopskie staje się częścią repozytorium punkowego, nośnikiem treści emancypacji i buntu. W Polsce najwyraźniej widać to na przykładzie R.U.T.Y
(tu punkowy czad towarzyszy antypańszczyźnianym tekstom z antologii „Jabłoneczka” Juliana Przybosia), Pochwalonych czy Samych Suk, ale też u Hańby!

Ta ostatnia grupa gra punka na instrumentach typowych dla kapel podwórkowych z lat 30. To również jeden z przykładów zainteresowania tzw. folklorem miejskim, który przed laty dokumentowali Janusz Dunin czy Bronisław Wieczorkiewicz. W ostatnim czasie pojawiły się bowiem grupy, które reaktywują tego rodzaju stylistykę w wierny sposób (Warszawskie Combo Taneczne i inni) – i tak oto, meandrując i krążąc, muzyczne fenomeny wędrują ze wsi do miasta i na odwrót. Wydaje się, że w 2016 r. jesteśmy na etapie odkrywania na nowo muzyki okresu przejściowego, kiedy brzmienia miejskie i wiejskie przenikały się nawzajem. – Dzisiaj większym zainteresowaniem zaczynają się cieszyć szlagiery przedwojenne oraz składy dęte, na które „przekładano” starą muzykę oraz importowane przeboje począwszy od lat 50. (przykładem zespół Tęgie Chłopy) – mówi Remigiusz Mazur-Hanaj. Jednocześnie od czasu do czasu pojawiają się wciąż zjawiska spod znaku folk, w których – co charakterystyczne – w powierzchownie polski kostium przebiera się brzmienia typowe dla innych rejonów Europy. Popularna na początku XX w. grupa Brathanki pożyczała melodie z Węgier, Kayah i Bregovic grali po bałkańsku, kapela Enej wykonuje coś w rodzaju ska z ukraińską nutą i polskim tekstem. Modny przed kilku laty eurowizyjny hit „My Słowianie” powielał muzycznie i wizualnie schematy typowe dla bałkańskiego turbofolku. Przy tym często jest to przypadkowy kulturowy melanż odziany w łowickie paski – typowe world music, w którym „etniczność” oznacza tak naprawdę wszędzie i nigdzie.

Pozostaje pytanie: kto jest dzisiaj odbiorcą muzyki tradycyjnej? Wieś czy „miastowi”? Żyjemy w końcu w realiach, w których migrują i „słoiki”, i „mieszczuchy”, rozlewają się przedmieścia, a dyskoteka disco polo działa niemal przy krakowskim Rynku; granice ulegają coraz mocniejszemu zatarciu. Sama widzę to na plakatach, reklamujących w Katowicach imprezy taneczne z radomskim oberkiem. – Wzrost popularności wiejskich tradycji muzycznych w dużych miastach niewątpliwie ma związek głównie z powojennymi migracjami. Wnuki dawnych migrantów poszukują korzeni zerwanych przez ich dziadków i rodziców w toku tzw. awansu społecznego. Wieś jest już całkiem nieźle skomunikowana ze światem, osiedlają się na wsiach migranci z miast – coraz częściej więc zjawiska kulturowe przybierają tam charakter glokalny – mówi Remigiusz Mazur-Hanaj. Dodaje też, że w regionach, w których tożsamość lokalna zaczyna się mocniej emancypować – na Kaszubach, Kurpiach, Podhalu, w Beskidzie Zachodnim i Wielkopolsce – miejscowe tradycje muzyczne przyswaja sobie na nowo chętnie słuchacz wiejski. Antoni Beksiak zwraca z kolei uwagę na polityczny wymiar zainteresowania muzyką wsi, którą ze względów emancypacyjnych czy tożsamościowych próbują „przytulić” różne stronnictwa. – Jest grupa słuchaczy prawicowych, którzy traktują tę muzykę jako wyraz tradycji polskiej, ale jest też podobna grupa mocno lewicowa, prochłopska – wyjaśnia.

Dosyć uniwersalnym zjawiskiem jest natomiast fakt, że wielu słuchaczy dociera do muzycznych zasobów wsi okrężną drogą. Zaczyna się od zainteresowania muzyką Rumunii czy Ukrainy, czasami nawet niby-średniowiecznym rockiem i metalem, po czym słuchacz uważniej nastawia uszu na to, jak brzmi Polska. Antoni Beksiak opowiada mi o Krzysztofie Polowczyku, jednym z najmłodszych dudziarzy w Polsce: Słuchał folk-metalu ze Skandynawii z dudami, szukał gdzieś daleko, po czym uświadomił sobie, że w jego wsi dudziarz mieszka trzy domy dalej i nawet słyszał go jako dziecko. Tak został pierwszym dudziarzem w swojej okolicy od wielu lat.


Krótki przewodnik po polskiej muzyce tradycyjnej dla laików i lajkoników – tłumaczy Remigiusz Mazur-Hanaj:

Mówi się, że muzyka wiejska jest „prosta”, ale jest to prostota nieco z innego świata, więc trudna. Niełatwo współczesnemu uchu usłyszeć tę muzykę z jej niuansami, trudno jest nauczyć się jej. Jej specyfikę łatwiej zrozumieć w otwartej „cage’owskiej” perspektywie. Dość powiedzieć, że niewielu chopinistów jest w stanie zagrać mazurki blisko tego, co słyszał, komponując je, Chopin.

Przede wszystkim trudno ją zapisać, należy do królestwa chwili, jest bardzo wariabilna. Praktycznie każdy gra ją inaczej, poza tym została ukształtowana przez wyobraźnię przeddur-mollową, obowiązywały w niej różne systemy tonalne, różne temperacje itp.

Muzykę polską (z wyłączeniem gór oraz tzw. Ziem Odzyskanych, Kaszub oraz wschodniego i południowo-wschodniego pogranicza) wyróżniają rytmy trójmiarowe, mazurkowe, które zresztą w XVII–XVIII wieku były modne w prawie całej Europie i najprawdopodobniej wtedy zakorzeniły się w wielu krajach, zwłaszcza skandynawskich.

Polską muzykę w jej dawniejszym wydaniu wyróżniała śpiewność, mnóstwo mazurków powstało ze śpiewu. Instrumentalna muzyka tradycyjna wraz ze śpiewem – styl grania i śpiewania, cechy tonalne, brzmienie, instrumenty, teksty – wszystko to razem z kontekstem kulturowym stanowiło coś w rodzaju kodu tożsamościowego, który w każdej wsi właściwie był nieco inny.

Poszczególne regiony wyróżnia popularność odmiennych instrumentów:

  • Wielkopolska, Beskid Śląski i Żywiecki, kiedyś Podhale – dudy w różnych odmianach, zresztą kiedyś popularne na terenie całej Polski;
  • we wszystkich regionach popularne były skrzypce, często z basami i/lub bębenkiem, dawniej instrumenty skrzypcopodobne, jak suka biłgorajska czy fidel płocka;
  • na Podhalu, Spiszu, wśród Łemków, Bojków, Ukraińców, Żydów, Polaków na pograniczu południowo-wschodnim – dwoje lub troje skrzypiec;
  • wśród Żydów, Polaków na Wileńszczyźnie i w Rzeszowskiem oraz wśród Ukraińców lubiane były cymbały;
  • w XIX w. z orkiestr wojskowych, mieszczańskich, dworskich zaczęły przenikać na wieś w większej skali niektóre instrumenty dęte, najpierw klarnet, później puzon i trąbka. Od początku XX w. powstają orkiestry dęte;
  • wtedy też rozpowszechnia się harmonia trzyrzędowa, a od II wojny – akordeon.
Niezabliźnione – rozmowa z Martą Dzido i Piotrem Śliwowskim

Niezabliźnione – rozmowa z Martą Dzido i Piotrem Śliwowskim

– Wiem, że opowiadacie o tym już od dłuższego czasu, sam kiedyś was o to pytałem, ale raz jeszcze: skąd pomysł na film „Solidarność według kobiet”?

Piotr Śliwowski: Marto, ze zdziwienia?

Marta Dzido: Tak, ze zdziwienia. Była w nas niezgoda na to, że oficjalna historia „Solidarności” zamieniła się w breloczek z Wałęsą.

P.Ś.: Było kilka wyzwalaczy, sytuacji, które sprawiały, że chwytaliśmy się za głowy. Marta pracowała przy filmie „Podziemne państwo kobiet”, robiła do niego zdjęcia. Pewnego dnia wróciła do domu i opowiedziała mi historię, którą usłyszała podczas nagrywania Małgorzaty Tarasiewicz, gdańskiej działaczki ruchu Wolność i Pokój. To była opowieść o losach Sekcji Kobiet, która powstała w ramach struktur NSZZ „Solidarność” w początkach III RP. Przedstawicielki tej sekcji zabrały głos w sprawie przepychanej wówczas przez prawicę i Kościół ustawy antyaborcyjnej. Ich zdanie szło pod prąd oficjalnego stanowiska związku. Marian Krzaklewski, ówczesny szef „Solidarności”, doprowadził do tego, że Sekcja Kobiet została rozwiązana.

Impulsem była także chęć wyjaśnienia historii napisu Kobiety, nie przeszkadzajcie nam, my walczymy o Polskę, który podobno był namalowany gdzieś na stoczniowym murze.

– Dziś już wiemy, że takiego napisu najprawdopodobniej nie było.

M.D.: Obejrzeliśmy tysiące zdjęć, rozmawialiśmy z różnymi osobami, które o tym pisały. Okazało się, że Agnieszka Graff cytowała Sławkę Walczewską powołującą się na kolejne źródła. Aż dotarliśmy do pisma polskiej opozycji ukazującego się w latach 80. XX w. w Republice Federalnej Niemiec w Berlinie Zachodnim. Autorka o pseudonimie Maria Bezdomna opublikowała w nim artykuł, w którym wspominała o tym napisie. Mieliśmy okazję ją poznać, dowiedzieć się, jak nazywa się naprawdę, porozmawiać z nią w Berlinie. Ta historia, opowieść o powstawaniu mitu i jego przetwarzaniu w zbiorowej pamięci, będzie zrelacjonowana szczegółowo w książce, którą piszę. Jest ona pokłosiem naszego filmu dokumentalnego o kobietach „Solidarności”.

P.Ś.: Kilka lat temu robiliśmy dla Instytutu Pamięci Narodowej cykl filmów dokumentalnych o kulturze niezależnej w PRL. IPN był bardzo zadowolony ze współpracy, film został wyemitowany przez TVP Kultura. Dzięki temu udało nam się porozmawiać z prezesem Januszem Kurtyką o nowym pomyśle, czyli o filmie poświęconym kobietom „Solidarności”. Przyszedł 10 kwietnia 2010 r. i sprawa współpracy przy realizacji filmu została zawieszona. Wówczas wstrząsnęła nami krótka informacja na pasku jednej z telewizji, że w katastrofie zginęła również Anna Walentynowicz. Obok jej nazwiska zapisano: „osoba towarzysząca”. Uderzyło nas to. Mieliśmy wrażenie, że dla wielu ludzi to zupełnie anonimowa osoba. I że z czasem zostanie kompletnie zapomniana, wyrugowana z powszechnej historii.

– Przecież i „Solidarność” jest zapomniana. Szczególnie młodzi Polacy mają zupełnie innych zbiorowych bohaterów.

M.D.: Gdy wspominaliśmy ludziom, że chcemy zrobić film dokumentalny o kobietach „Solidarności”, nierzadko słyszeliśmy coś takiego: Niczego nowego już nie powiecie. Nie zainteresuje to osób z waszego pokolenia. Nie zainteresuje to też tych, którzy brali w tym udział, tym bardziej, że wielu z nich, gdy myśli o „Solidarności”, odczuwa gorycz i żal. Z pewnością nie zechcą do tego wracać.

Nas to motywowało do powiedzenia: „sprawdzam”. Później okazało się, że po pokazach filmów podchodziły do nas kobiety i mówiły: Przyszłam na ten film, choć bałam się, że znów zobaczę to samo. A jednak zobaczyłam coś, o czym nie wiedziałam, coś innego. Z jednej strony wiele osób odkryło na nowo swoje przeróżne emocje związane z „Solidarnością”, z drugiej dowiedzieli się czegoś, czego wcześniej im nie pokazano.

– Czego nie wiedziały te kobiety?

M.D.: Zobaczyły mechanizmy odrzucenia kobiet jako tych, które nagle stały się „niepotrzebnymi koleżankami” opozycjonistów, gdy oni w nowej rzeczywistości podzielili się władzą, wpływami, orderami i miejscem w podręcznikach.

– Wasz film jest wyrzutem sumienia dla osób odpowiadających za oficjalną narrację o „Solidarności”?

M.D.: Mocne słowa. Ale tak jest. Zimą w Podkowie Leśnej była projekcja naszego filmu z udziałem Zbigniewa Bujaka i grupki dawnych opozycjonistek. Po pół godzinie przyszła wichura, zerwała linię energetyczną i nie było prądu. Gdy zapadły ciemności, pomyślałam: ludzie zaraz się rozejdą. Ale widzowie jeszcze przez trzy godziny, przy świetle z jakiegoś akumulatora, dyskutowali. W pewnym momencie Bujak powiedział: tak, mogliśmy zagospodarować potencjał Walentynowicz, ale tego nie zrobiliśmy.

P.Ś.: Chwilę później dodał: no, ale Walentynowicz nie miała przecież żadnego wykształcenia.

M.D.: A Ty mu powiedziałeś: a elektryk jakie miał wykształcenie? Wszyscy się zaśmiali – wróciliśmy do punktu wyjścia.

Z kolei we Wrocławiu na projekcji „Solidarności według kobiet” był Władysław Frasyniuk. Mówił: no tak, rzeczywiście, zapomnieliśmy o wielu kobietach… Oczywiście, nie wiem, na ile te i podobne słowa były wypowiadane pod publiczkę, a na ile były szczere.

– Jakie główne narracje pojawiły się w recenzjach waszego filmu, jakie interpretacje zaproponowali dziennikarze i widownia?

M.D.: Każde środowisko wybiera sobie z tego filmu coś, co jest wygodne dla ich własnej opowieści: wybierają bohaterki, część treści. Środowiska feministyczne traktują ten film jako dobrą okazję do rozmowy o przywództwie kobiet, o tym, czy kobiety mają nad sobą szklany sufit, o ich miejscu w polityce, o marginalizacji przy Okrągłym Stole, zapomnieniu w narracji, wątkach dotyczących herstory itd.

P.Ś.: I pewnie częściej odwołują się do takich postaci z filmu, jak Helena Łuczywo, Henryka Krzywonos, Barbara Labuda.

M.D.: Choć czasem pojawiały się też głosy: no tak, Joanna Gwiazda, muszę kupić tę książkę „Poza układem”… Z drugiej strony, gdy pisała o nas „Gazeta Polska”, to komentarze szły w stronę: odnaleziona tajemnicza postać Sierpnia 1980 r. – Ewa Ossowska. Ale wtedy nie ma problemu relacji mężczyźni – kobiety.

Z bliska jednak wiele spraw się komplikuje. Nie było kobiet przy Okrągłym Stole – to prawda. Ale gdy zapytamy, dlaczego ich nie było, to okaże się, że odpowiedź nadkrusza tę oficjalną opowieść o okrągłostołowej „narodowej zgodzie”. Dowiemy się, że to wydarzenie dzieliło opozycję i że część kobiet, bohaterek „Solidarności”, również nie zgadzało się na te rozmowy – szły za to w ówczesnych protestach z transparentami o treści „Nie dajmy rozkraść Polski”.

– Porozmawiajmy o konkretnych bohaterkach waszego filmu. Kim były wówczas, kim są obecnie?

P.Ś.: Dla mnie najważniejsze były spotkania z Joanną Dudą-Gwiazdą i Jadwigą Chmielowską.

Joanna jeszcze w latach 70. XX w. współtworzyła Wolne Związki Zawodowe, to był fundament, na którym później zbudowano „Solidarność”. To one tłumaczyły robotnikom w PRL ich prawa pracownicze, prawo do protestu. Tak różni z dzisiejszej perspektywy ludzie: Gwiazdowie, Wyszkowski, Walentynowicz, Borusewicz, później dołączył Wałęsa.

Gdy zadzwoniłem do Joanny, w jej głosie usłyszałem: daj spokój, człowieku. Poprosiłem o pomoc – powiedziałem, że wśród bohaterek filmu mamy kobiety, które są zadowolone z przebiegu i rezultatów transformacji, a przecież to nie jest cała prawda o naszej rzeczywistości. I chyba to, że szukamy czegoś więcej niż jednowymiarowe opowieści, ją zaciekawiło.

M.D.: Joanna w 1989 r. protestowała przeciw kształtowi przemian, przeciw okrągłostołowej ugodzie. Jak sama mówi: myśmy zostali z anarchistami. Już nie stali tam, gdzie solidarnościowe czy już prawicowe tłumy – była ich garstka. Joanna z Andrzejem za ostatnie pieniądze wydawali pismo „Poza Układem”. Wtedy, w 1989 r., pisali o tym, że to międzynarodowe instytucje finansowe i wielkie banki będą dyktowały teraz w Polsce warunki. Mówili coś, o czym ludzie nie chcieli wówczas myśleć, bo coraz powszechniej panowało przekonanie, że wreszcie będzie super, przyjdą kapitalizm i wolny rynek. Oni krytykowali takie myślenie – i ćwierć wieku później ich krytyka staje się dla wielu coraz bardziej oczywista, robi się wręcz popularna, gdy się wsłuchać w te wszystkie głosy o neokolonializmie, patriotyzmie gospodarczym, odbudowywaniu przemysłu.

Dla mnie samej zaskoczeniem było czytanie felietonów z „Poza Układem” w pociągu do Gdańska, gdy jechaliśmy na spotkanie z Joanną. Trudno mi było wierzyć, że to teksty z 1989 r.

– Gwiazdowa miała rację…

M.D.: Stało się tak, że oni byli te dwadzieścia parę lat do przodu. A inni, w tym Henryka Krzywonos, mówią: oni zostali w 1980 r.! To jest przecież dziwne, ta wieloletnia samotność Joanny i Andrzeja. Nikt nie chciał skorzystać z ich wiedzy – już w III RP byli ekstremistami.

– Choć PiS-owska prawica obecnie chętnie się do nich przyznaje. Historyczne doświadczenie z początku lat 90. XX w., czyli Gwiazdowie plus anarchiści kontra mocno prowałęsowska prawica rozbijająca wiece tych pierwszych – jest dziś przez wielu mocno wypierane.

M.D.: Wujcowie mówią, że no dobrze, ale jak byłoby: Gwiazdowie, anarchiści, kamienie, butelki z benzyną. Groźba eskalacji nastrojów, walki uliczne, obawa, że znów nic nie wyjdzie z szansy na wolną Polskę – to jest przedstawiane jako realne niebezpieczeństwo w tamtym czasie.

P.Ś.: Byłem zaskoczony, gdy weszliśmy do małego mieszkania Gwiazdów w Gdańsku i spojrzałem na półki: „Doktryna szoku” Naomi Klein, jakieś numery „Krytyki Politycznej”, „Katolicka Mafia” Matthiasa Mettnera.

– To ostatnie to bardzo krytyczna książka o Opus Dei.

P.Ś.: …to wszystko w domu ludzi, którzy uchodzą za prawicowych oszołomów. Joanna okazała się osobą o szerokich horyzontach, pytała nas, co myślimy o różnych sprawach, konfrontowała nasze opinie ze swoimi.

M.D.: Wiele naszych rozmówczyń pamiętało Andrzeja Gwiazdę i niezależnie od dzisiejszych podziałów mówiło o nim ciepło: że pomagał, wstawiał się, radził choćby na okoliczność ewentualnych i realnych zatrzymań. Natomiast Joanna jest pamiętana jako postać bardzo radykalna, nadająca ton. Wydaje mi się – to nie pojawiało się wprost, ale dało się odczuć – że według niektórych moich rozmówczyń gdyby nie Joanna, to Andrzej byłby w III RP po zupełnie innej stronie.

– Ale są też wspomnienia braci Kaczyńskich o Andrzeju Gwieździe, który „ryczał jak lew” na Lecha Wałęsę. Ale to temat na inną rozmowę. Piotrze, wspomniałeś także o Jadwidze Chmielowskiej. Kobieta wyrazista, zaangażowana politycznie i społecznie, outsiderka.

P.Ś.: Jadwiga Chmielowska tworzyła i koordynowała struktury Solidarności Walczącej na Śląsku.

M.D.: W pewnym momencie była szefową śląskiej SW. To była struktura, w której kobiety rzeczywiście wchodziły do władz – w przeciwieństwie do „Solidarności”, w której było mało kobiet na jakichkolwiek ważnych stanowiskach. Na przykład Ewa Kubasiewicz, gdy już wyemigrowała do Francji, szefowała emigracyjnym strukturom SW.

Chmielowska jest dla mnie kobietą, która w tamtym czasie poświęciła wszystko w imię opozycyjnego zaangażowania. W czasie, gdy się ukrywała, rozpadło się jej małżeństwo. Nie miała kontaktu z matką i nie mogła pójść na jej pogrzeb – również dlatego, że się ukrywała. Poniosła wielkie osobiste straty. Gdy nie musiała się już ukrywać, bo PRL-owskie władze anulowały list gończy za nią, okazało się, że nie ma dokąd wracać, ponieważ mieszkanie po matce jakimś cudem przejęli inni ludzie. Była bezdomna. Dziewięć lat w ukryciu, gdy angażowała się w działalność podziemną. Początek lat 90. XX w., gdy jeździła po krajach Europy Wschodniej i tam działała na rzecz swobód obywatelskich i demokracji. Później okazało się, że nie ma do czego wracać. To straszne, dla mnie było to bardzo dojmujące, gdy nam o tym mówiła. Choć ona tego nie wyolbrzymiała, nie dramatyzowała, niemal spokojnie referowała swoje życie. Ale gdy zobaczysz je z dystansu…

– W przypadku Jadwigi Chmielowskiej interesujący jest także jej zdecydowany sprzeciw wobec tego, co określa mianem „ideologii feministycznej”, choć równocześnie jest niesamowicie silną i samodzielną kobietą.

M.D.: O Henryce Krzywonos wszyscy wiedzą, że prowadzi rodzinny dom dziecka, ma dwanaścioro dzieci, piętnaścioro wnucząt i jest zaangażowana w pomoc ubogim dzieciom. Dobrze, że ludzie to wiedzą. Ale rzadko kto wie, że Jadwiga Chmielowska adoptowała dwóch synów. Jest nie do zdarcia, to zapalczywa, a równocześnie bardzo dobra kobieta.

P.Ś.: To ona do mnie zadzwoniła: panie Piotrze, podobno robicie film genderowy. Nie umawialiśmy się na to [śmiech Marty].

– To dobry moment, by zapytać, jak byliście postrzegani przez kobiety, którym proponowaliście współuczestnictwo w waszym filmie. Zastanawiam się też, czy istniał jakiś system wzajemnych poleceń: jedna pani informowała drugą, że jesteście wiarygodni? Przecież wiemy dobrze, jak mocno skonfliktowani są nierzadko ludzie pierwszej „Solidarności” i jak nieufni wobec różnych „sobie obcych”.

M.D.: W pewnym momencie tak się zadziało. Byliśmy u Ewy Kubasiewicz, która później zadzwoniła do Gwiazdów i powiedziała, że można z nami pogadać. Ona też poleciła nam Jadwigę Chmielowską.

– Mówimy o bohaterkach „pewnej opcji”. Ale części widzów naprawdę wysoko postawiliście poprzeczkę. Film otwierają sceny z Kongresu Kobiet. O „Solidarności” mówi Barbara Labuda, która po latach opozycyjnej działalności w PRL związała się z post-PZPR-owską formacją polityczną.

M.D.: Niektórzy mówili nam po filmie, że w czasie tych pierwszych siedmiu minut filmu, gdy wypowiadają się Labuda i Shana Penn, nie wiedzieli, czy oglądać dalej.

Labuda mówi wprost, że związała się z po-PRL-owską lewicą, ponieważ to była jedyna partia, która w tamtym czasie mogła realnie walczyć o te prawa kobiet, o które i ona walczyła. Dla niej kwestia ustawy antyaborcyjnej była wówczas priorytetowa. Labuda, jako osoba bardzo antykościelna, czuła się rozczarowana „Solidarnością”, która mocno skręciła w prawo, weszła w pakt z Kościołem katolickim. Zresztą była na stypendium we Francji już w latach 70. XX w. i przyjechała z powrotem do Polski z silnymi feministycznymi poglądami. Już wówczas nie bała się tego słowa, nie bała się wskazywać na prawa kobiet jako zupełnie autonomiczne od doktryny katolickiej. Ale ostatecznie Sojusz Lewicy Demokratycznej zawiódł jej nadzieje.

– No cóż, SLD kojarzy się wielu przede wszystkim ze związkiem zawodowym wymierającej już byłej PZPR-owskiej nomenklatury. A Kongres Kobiet z reprezentacją bogatych kobiet – części feministek zdecydowanie nie jest z nimi po drodze.

M.D.: Muszę zaznaczyć, że to właśnie panie z Kongresu Kobiet pomogły nam zorganizować wiele projekcji filmu w całym kraju. Być może wielu osobom to środowisko kojarzy się tylko z reprezentacją bogatszych kobiet, które nie interesują się losem kasjerek z Ełku i robotnic ze specjalnych stref ekonomicznych. Jednak lokalne środowiska związane z Kongresem to związki samopomocowe zwykłych kobiet, które organizują np. warsztaty aktywizacji zawodowej w mniejszych miejscowościach.

– W przypadku waszego filmu interesuje mnie także pewna dwuznaczność, trudna do pełnego naświetlenia w tym zakresie czasowym, jakim dysponowaliście. Z jednej strony opowiadacie o „Solidarności” w kluczu okołofeministycznym. Z drugiej przebija z filmu myślenie – przez lata uchodzące wśród wielkomiejsko-liberalnych elit za typowe dla „oszołomów” – że w trakcie transformacji coś poszło nie do końca dobrze.

P.Ś.: Joanna Gwiazda powiedziała mi coś, co często przywołuję na spotkaniach z widzami naszego filmu, a co dobrze wyjaśnia gorsze miejsce kobiet w polityce. Otóż w Polsce politykę robi się albo na rybach, albo na polowaniu, albo przy wódce. To dlatego kobiet często nie ma w gremiach decyzyjnych.

M.D.: Wiele kobiet, niezależnie od tego, czy popierały kształt polskich przemian, czy też nie, mnóstwo straciło. Część z tych, które popierały Okrągły Stół, bo odpowiadał im kształt przeobrażeń, nie miało później swojej reprezentacji w polityce, ponieważ nie należały już do rzeczywiście decyzyjnych gron politycznych wśród byłej opozycji. I mogły się tylko przyglądać, jak prawa kobiet były sprzedawane Kościołowi. Przecież na początku lat 90. XX w., o czym mniej się mówi w czasach, gdy prawica zagospodarowała wyobrażenia społeczne, miały miejsce gigantyczne protesty. Wiele kobiet, którym nie podobał się ten nowy sojusz „Solidarności” z wysokimi hierarchami katolickimi, znalazło się w różnych gazetach i fundacjach, zajęło się pracą na niwie społeczeństwa obywatelskiego, niejednokrotnie z całą wrażliwością reagowało na społeczne bolączki pierwszych lat przemian. Choć owszem, część z nich finansowo niemal od razu bardzo dobrze wyszła na transformacji.

Z drugiej strony była cała rzesza kobiet, które wcześniej pracowały w fabrykach przetwórstwa spożywczego, zakładach odzieżowych, w Państwowych Gospodarstwach Rolnych i nagle zostały na lodzie – bez pracy.

David Ost opisywał swoje spotkania z dyrektorami fabryk w Polsce na początku lat 90. To byli już niejednokrotnie panowie z solidarnościowego nadania, którzy mówili mu, że najpierw oczywiście zwalniają kobiety, no bo co one takiego robią, przekładają z półki na półkę jeden towar, a poza tym mniej przecież zarabiają, więc rodziny się nie zawalą…

P.Ś.: …a że mężczyźni są głowami rodziny, to naturalne jest, że będą te rodziny utrzymywać…

Przyznam, że gdy zabieraliśmy się za ten film, to myśleliśmy, że ułoży się w bardziej jednoznaczną opowieść. Ale w czasie wstępnych rozmów z Romanem Kurkiewiczem, Sławomirem Cenckiewiczem i Joanną Krakowską zaczęło się okazywać, że wątków jest coraz więcej i więcej. Suma tej wiedzy sprawiła, że musieliśmy na kilka tygodni zawiesić prace nad filmem, bo nie spodziewaliśmy się, że będzie tego wszystkiego tak dużo, że pokaże się tak wiele zła związanego z krzywdą bardzo wielu osób i zawiedzionymi nadziejami z początków przemian.

– Muszę zwrócić uwagę na pewną rzecz. Być może nie wszyscy czytelnicy tego wywiadu znają wasz film. Dlatego trzeba podkreślić, że to nie jest jedynie obraz o kobietach, które przegrały. To również mniej lub bardziej wprost rzecz o tych, które się nie poddały, które zamieniły swoją opozycyjną charyzmę w jakąś inną formę społecznej energii, co jednak wcale nie oznacza, że odniosły w III RP olbrzymi sukces albo że są powszechnie znane.

M.D.: Moim zdaniem większość tych kobiet jednak na różne sposoby przegrała. Której z nich nie zapytasz, niezależnie, czy to mówią Ludwika Wujec i Helena Łuczywo, czy Jadwiga Chmielowska, każda ma jakieś zastrzeżenia. Ale z drugiej strony to były często też takie osoby, które nie przejdą łatwo w stan spoczynku. Działały w latach 70. i 80. XX w., były aktywne później i są do dziś.

Dla mnie bardzo ważną postacią, którą lepiej poznałam podczas tworzenia filmu, była Anna Dodziuk. Świetna kobieta, która – jak sama mówi – nigdy nie miała ambicji politycznych. Działała w „Tygodniku Mazowsze”, samotnie wychowywała dorosłą dziś córkę z zespołem Downa, pomagali jej tata i niania. Później nie poszła do polityki ani do mediów, choć pewnie łatwo byłoby jej przejść z „TM” do „Gazety Wyborczej”. Od lat jest psychoterapeutką uzależnień, zdaje się, że musiała wyjść z premiery filmu, bo miała warsztaty.

P.Ś.: Dodziuk jeździ na Syberię i tam szkoli instruktorów terapii alkoholowej. To jest kobieta, która wyciąga całe wsie w Polsce z problemu alkoholowego.

M.D.: Może dlatego, że jest psychoterapeutką, potrafi z dystansem opowiadać o tamtych czasach. W filmie nie poświęciliśmy jej wiele miejsca, ale w książce, nad którą pracuję, zmieści się niejedna opowiedziana przez nią świetna, nierzadko komiczna historia.

– Uchyl rąbka tajemnicy.

M.D.: Opowiadała na przykład: nigdy mnie nie zatrzymali. Ale to nie dlatego, że się tak dobrze ukrywałam. Myśleli, że mam nazwisko po byłym mężu, czyli Lityńska, ale ja już byłam Bikont. Ale z kolei Bikont miał już nową żonę, Annę, więc były dwie Anny Bikont, była żona i ta obecna. I zawsze zatrzymywali tamtą Annę.

– Różnymi sposobami zbieraliście środki na „Solidarność według kobiet”. Dostaliście pomoc od instytucji publicznych, przeznaczyliście na film własne pieniądze, zrobiliście akcję crowdfundingową. Jak współpracowało się wam z państwem polskim?

P.Ś.: Ewidentnie nie chcesz, żebyśmy zrobili kolejny film za publiczne pieniądze [śmiech]. Marta powie to w sposób bardziej dyplomatyczny.

M.D.: Spodziewaliśmy się większego wsparcia. Nie chodzi tylko o finanse. Wydawało się nam, że ten temat jest na tyle ważny (a dostawaliśmy takie sygnały z instytucji, z którymi rozmawialiśmy), że odpowiednie instytucje publiczne będą zainteresowane współpracą. Ale po wymianie uprzejmości w rodzaju: bardzo ważny temat, chętnie państwa wesprzemy następowało siedem miesięcy ciszy, mimo e-maili wciąż przez nas wysyłanych. A gdy jednak dostawaliśmy fundusze, to ułamki tego, co otrzymywali inni filmowcy, zajmujący się tematami wygodnymi, które nie są ani kontrowersyjne, ani niejednoznaczne.

P.Ś.: Na przykład filmy o piłkarzach, z milionowymi budżetami. Rozpowszechniane przez kilka tygodni, trafiły do niewielkiej grupy odbiorców. To symboliczne, bo są to filmy robione przez facetów, o facetach i dla facetów.

– Może to problem strukturalny, który dotyczy tego, jak państwo radzi albo nie radzi sobie z faktycznym kreowaniem polityki kulturalnej czy historycznej?

M.D.: Trzy tygodnie temu znalazłam starą opinię z Narodowego Centrum Kultury na temat naszego projektu: „Film o kobietach Solidarności. Dofinansowanie produkcji”. Złożyliśmy taki wniosek. Rok wcześniej dostałam stypendium w ramach programu „Młoda Polska”, którego operatorem jest NCK. Dzięki temu stypendium zaczęliśmy pracę nad filmem – a kolejny pozytywnie rozpatrzony wniosek miał nam go pomóc dokończyć. Niestety, nie ma pod wnioskiem opinii, są tylko punkty i podpisy trzech osób: szefa NCK, szefowej departamentu finansowego Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, szefowej departamentu własności intelektualnej. Punktacja dotyczyła trzech kwestii: zawartość merytoryczna, sukces frekwencyjny, inne wskaźniki. Punktacja była za niska – dofinansowania nie otrzymaliśmy.

Owszem, dostaliśmy od nich pieniądze na rozkręcenie projektu. Później udało nam się zdobyć kilku partnerów, uzyskać środki z crowdfundingu i chcieliśmy, żeby NCK pomógł nam dokończyć film – pomocy już nie było.

P.Ś.: Poszliśmy na spotkanie z Krzysztofem Dudkiem, ówczesnym szefem NCK, a on się zaśmiał serdecznie…

M.D.: …i dał nam szmaciany worek z napisem „Solidarność”. I mówi: właśnie wróciliśmy z Nowego Jorku z Ewą Minge, projektantką mody, reklamowaliśmy idee „Solidarności”. Wyszliśmy od niego z torbą z logo „Solidarności”, ale bez pieniędzy na film o „Solidarności”… [milczenie] Nie, nie opowiadajmy już tych zakulisowych rzeczy.

Udało się nam ten film skończyć m.in. dzięki temu, że w opłacenie potrzebnych materiałów archiwalnych zaangażowali się Państwowy Instytut Sztuki Filmowej, Instytut Adama Mickiewicza i MKiDN – osobiście ówczesny wiceminister kultury Piotr Żuchowski. Po wielu staraniach i spotkaniach udało się odpowiednie pieniądze przetransferować do Filmoteki Narodowej, BBC i pozostałych właścicieli praw.

P.Ś.: Choć muszę podkreślić, że najdroższe, zupełnie nieznane w Polsce dwuminutowe nagranie z ośrodka internowania kobiet w Gołdapi, pochodzące ze zbiorów telewizji NBC i wycenione na 15 tys. dolarów, pozyskaliśmy dzięki zaangażowaniu Fundacji Kongresu Polonii Amerykańskiej i prywatnym darczyńcom ze Stanów.

Chciałbym o czymś jeszcze wspomnieć, to anegdotyczne, ale wymowne. Byliśmy w Kancelarii Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego, tam spotkaliśmy szefową jednego z departamentów, którą znaliśmy z TVP Kultura. Wywiązała się taka rozmowa: A czym się teraz zajmujecie? – Robimy film dokumentalny. – I co, z tego żyjecie? – Próbujemy. – To chyba macie bardzo ciężko…

Później byliśmy u wysokiego urzędnika ministerstwa kultury, który powiada: świetny pomysł na film, ale jak to zrobić, żeby wam pomóc, szkoda mi was.

– Jeżeli wysocy urzędnicy tak mówią do ludzi, którzy próbują zachować pamięć historyczną również w interesie tego państwa, to potwierdzają, że jest coś mocno nie tak z państwem jako mecenasem kultury.

M.D.: Jesteśmy zdania (i to jest nasza zasada jako dokumentalistów), że jak się robi film, to nie po to, żeby go raz pokazać, zarobić na nim i go schować, tylko po to, żeby ten film żył, jeździł po Polsce i świecie. Tak było z naszym poprzednim filmem o ludziach z zespołem Downa, czyli „Downtown. Miasto Downów”, który zrobił i wciąż robi wiele dobrej roboty.

Mieliśmy nadzieję, że instytucje, które w jakiś sposób były zaangażowane w powstanie „Solidarności według kobiet”, będą nam pomagały organizować pokazy. A przynajmniej będą promowały pokazy. I to na prostej zasadzie: ja im wysyłam e-mail z informacją, gdzie się odbędą seanse, a oni to wrzucą na swoją stronę internetową. Niektóre z tych instytucji w ogóle nie zareagowały.

P.Ś.: Europejskie Centrum Solidarności po pokazie w Gdańsku odwróciło się od nas plecami i nie zareagowało na dziesiątki e-maili, listów poleconych, zaproszeń.

– Przypomnę, że w gmachu ECS swoje biuro ma legendarny przywódca „Solidarności”. Wasz film niekoniecznie się z tym faktem komponuje.

P.Ś.: Owszem, po tamtejszej projekcji były komentarze, że skandalem jest pokazywanie takiego filmu w miejscu, w którym swój gabinet ma prezydent Wałęsa.

M.D.: Od instytucji państwowych, odpowiadających również za poziom debaty publicznej, oczekujesz, że nawet jeśli nie do końca się z czymś zgadzają, np. z czymś, co sponsorowali, to jednak będą to pokazywać albo uczestniczyć w promocji.

P.Ś.: Facet z gdańskiego IPN powiedział mi przez telefon, że na stronie internetowej instytucji, której lokalnym oddziałem szefuje, nie zamieści informacji o kinowych pokazach naszego filmu w Trójmieście. Bo jego ten temat nie interesuje.

– Mimo wszystko udało wam się zorganizować kilkaset pokazów tego filmu – w Polsce i za granicą.

M.D.: Stało się tak dzięki naszej determinacji i dzięki temu, że znalazła się cała rzesza (w większości) kobiet z poszczególnych miast, energicznych, aktywnych, które to oddolnie robiły. To były kobiety z bibliotek, domów kultury, różnych organizacji i fundacji. A teraz partia Razem pokazuje nasz film w różnych miejscach. Tymczasem w Polsce często robi się tak, że film dokumentalny pojedzie na kilka festiwali, później trafia do telewizji, i to już właściwie koniec.

P.Ś.: Pomagali nam też, choć nigdy pod oficjalnym szyldem, ludzie z Klubów Gazety Polskiej. Oni również zorganizowali pokazy w kilku miastach.

Dodam jedną rzecz do kwestii dystrybucji filmów dokumentalnych. Zarabia się właściwie na ich produkcji – dzięki dotacjom, sponsorom robi się je tak, żeby producenci zarobili na tym etapie. Później nikomu nie zależy na tym, żeby zarobić na ich dystrybucji.

M.D.: To wynika również z przekonania, że filmy dokumentalne na siebie nie zarabiają i z reguły nie wchodzą do dystrybucji kinowej.

– Ale wy pokazujecie swoje filmy z ogromną częstotliwością.

M.D.: Bo to dobre filmy, które ludzie chcą oglądać [śmiech]. Byliśmy do tego przymuszeni swoją sytuacją finansową. Organizujemy pokazy, jeździmy z filmem, czasem pobieramy za pokazy opłaty licencyjne, otrzymujemy honoraria za udział w spotkaniach z widzami.

– Ludzie lubią nie płacić za cudzą pracę intelektualną. Wielu uważa, że to taka praca na niby…

P.Ś.: Dla wielu ludzi zaskoczeniem było, że oczekujemy zapłaty, np. honorarium autorskiego.

M.D.: Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich było zainteresowane pokazaniem naszego filmu. Dostaliśmy informację, ile mamy im zapłacić za wynajęcie ich sali.

P.Ś.: 800 złotych. Ale jedno powiem: każda projekcja filmu to potwierdzenie słuszności podjętych przez nas decyzji i wiatr w żagle, potężny zastrzyk pozytywnej energii. Znamy ten film na pamięć, znamy reakcje widowni na poszczególne sceny – czasem podchodzę w odpowiedniej minucie do drzwi, za którymi jest projekcja, albo staję gdzieś z tyłu sali i nasłuchuję, czy jest tak, jak powinno – czy słyszę śmiech, oklaski, czy też absolutną ciszę, ani szelestu, kaszlnięcia. Jesteśmy zadowoleni, gdy ludzie reagują emocjonalnie.

Cieszy nas też, że widownię zaskakuje sposób opowiadania naszego filmu, tak w dużych miastach, jak i na wsiach. Angażująca widza formuła z Martą jako narratorką, jest dla wielu osób zaskoczeniem.

Zdarzają się niesamowite reakcje. Kraków, Kino pod Baranami, po projekcji zeszliśmy do Piwnicy pod Baranami na dyskusję. Trwa rozmowa, nagle wstała dziewczyna i mówi: wróciłam wczoraj z Bielska-Białej, gdzie przygotowuję pielęgniarki do strajku. Ludzie odwracają głowy, patrzą zdziwieni: kto to mówi, dziewczyna w kolorowych dredach? Widać na twarzach niedowierzanie. A na sali pełno starych opozycjonistów…

– …którzy już nikogo nie przygotowują do strajków.

P.Ś.: I są zdziwieni, kto teraz niesie ten ogień.

M.D.: To z jednej strony niesamowite, a z drugiej smutne, choć oczywiste. Wiemy, że „Solidarność” walczyła o prawo do strajku. I wiemy, że je wywalczyła. A jeszcze lepiej wiemy, że dziś to prawo często guzik znaczy, nie tylko dlatego, że nie ma już wielkich państwowych przemysłowych zakładów pracy. Można o tym wszystkim szeroko rozmawiać i nierzadko te dyskusje po projekcjach filmu wkraczały w bolesne współczesne rejony.

– Opowiadacie też w filmie historię Ewy Ossowskiej. To jedna z zapomnianych na dobre i na długo bohaterek pierwszej „Solidarności”. Przypomnę, co mówiliście mi o niej w wywiadzie jesienią 2014 r.: „Kiedy w Wytwórni Filmów Dokumentalnych szukaliśmy materiałów wideo z tamtych czasów, natrafiliśmy na puszki z taśmą filmową, które były opisane »Wrzesień 1980 r., Warszawa, Solidarność, materiały produkcyjne odrzucone«. Poprosiliśmy, żeby to nam przygotowano do projekcji i tam znalazł się zapis wideo pokazujący Lecha Wałęsę i Ewę Ossowską, którzy przyjechali do Warszawy zarejestrować związek zawodowy Solidarność. Ossowska idzie obok Wałęsy, wita ich rozentuzjazmowany tłum, ona coś mówi jemu, dziennikarzom”. Później Ossowska zniknęła z otoczenia Wałęsy. W 1996 r. wyjechała do Włoch jako imigrantka zarobkowa. A niedawno znów zamieszkała w Polsce.

M.D.: Na jednym ze spotkań powiedziała do nas: to wasza wina! [śmiech].

P.Ś.: Ona naprawdę, żyjąc tam, wymiotła kawałek własnego życia z pamięci. Do tego stopnia nie wracała do tego, że nie dzieliła się tymi wspomnieniami z najbliższymi. Jej córka, Elżbieta, gdy zobaczyła nagle swoją mamę na zdjęciu w starej gazecie, którą ta wyciągnęła z zakurzonej teczki, zrobiła wielkie oczy. A Marta pokazała jej zdjęcia Ewy z Wałęsą. Wtedy córka zapytała: Mamo, ty byłaś obok prezydenta? Byłaś kimś ważnym? Ewa wyprostowała się w fotelu, widać było emocje, wybudzenie tej Ewy ze stoczni.

M.D.: Część życia przeżyła z nazwiskiem włoskiego męża, w otoczeniu, w którym nikt nie wiedział o jej solidarnościowych korzeniach.

– Do czego właściwie wróciła?

M.D.: Do synów, których zostawiła w Polsce. Jeden miał wówczas osiemnaście, drugi piętnaście lat. Ewa wyjechała tylko z czteroletnią córką. Przyjeżdżała do Polski, odwiedzała ich. Teraz w rodzinnym kraju urodziły się jej wnuki. Poczuła, że tutaj ma korzenie.

P.Ś.: Prawda jest taka, że ona nieledwie musiała stąd uciekać. Pojawiły się brzydkie, szkalujące ją plotki, czasy nie sprzyjały kultywowaniu solidarnościowych wspomnień o pustym brzuchu. Nagle, po latach, przyjeżdżamy kilkuosobową ekipą filmową, jeździmy z nią wszędzie, poświęcamy jej pięć dób. Spojrzała inaczej na kawałek swojego życia, na siebie samą.

Z wielkim niepokojem przyjechała do Polski na pokazy filmów. Ale chciała się spotkać z ludźmi. Niedawno w „Gazecie Wyborczej” ukazał się artykuł dziennikarki, która dotarła do wielu świadków, w tym do Wałęsy, przekopała się przez masę materiałów i odtworzyła postać Ewy z tamtych czasów. Pokazała ją w dobrym świetle.

– Udzielała wywiadów polskim mediom?

P.Ś.: Niechętnie. Dzwoniła i pytała: panie Piotrze, kto to jest, czy można się z kimś takim spotkać, zaufać?

M.D.: Ale była z nami na długiej rozmowie w radiowej Trójce. Uczestniczyła w dyskusjach po projekcjach w różnych polskich miastach. Ważne jest też to, że – zupełnie o tym nie wiedząc – przyjechaliśmy do niej pod Neapol kilka miesięcy po śmierci jej włoskiego męża. Była zagubiona, nie wiedziała, jak ma sobie ułożyć dalej życie. Chyba daliśmy jej impuls. Choć to ona pozwoliła nam się pojawić w jej życiu, bo mogła od razu urwać kontakt.

– Przypomina mi się, gdy myślę o waszym filmie, o tym, co mówicie teraz, znana fraza z songu Kaczmarskiego: „Młodość szybko się zabliźni, / nie ma w tym niczyjej winy”. Czy po projekcjach waszego filmu spotykały się wspólnie kobiety „Solidarności”, których drogi rozeszły się na dobre przez minione dekady? Czy to są zabliźnione, czy wciąż niezabliźnione sprawy?

P.Ś.: Na premierę filmu zaprosiliśmy wszystkie jego pierwszoplanowe bohaterki. Widziałem, jak witają się Ludwika Wujec i Joanna Duda-Gwiazda. Jest zdjęcie, które pokazuje tę scenę. Moim zdaniem oddaje emocje tych kobiet. I chyba jednak widać wzajemny dystans.

M.D.: Takie przywitanie to grzecznościowa sprawa.

– Ale siedzieliście później razem gdzieś w kuluarach, w restauracjach czy knajpach?

M.D.: Z pojedynczymi osobami tak. Ale z tymi, których drogi się rozeszły – nie.

– „Własne pędy, własne liście zapuszczamy każdy sobie / I korzenie oczywiście na wygnaniu, w kraju, w grobie / W dół, na boki, wzwyż ku słońcu, na stracenie, w prawo, w lewo / Kto pamięta, że to w końcu jedno i to samo drzewo”…

M.D.: Mieliśmy wstrząsające spotkanie we Wrocławiu, gdy na scenie było bodaj osiem bohaterek filmu, a na sali drugie tyle. Zaproszony był także Władysław Frasyniuk.

Były tam osoby, które dziś naprawdę są po zupełnie różnych stronach. Była tam choćby Krystyna Sobierajska, która od razu uderzyła do Frasyniuka: jak to możliwe, że nie dopuściliście Komisji Krajowej Solidarności do rozmów przy Okrągłym Stole? Dlaczego źle traktowaliście Annę Walentynowicz?. Widać było, że na żywo chyba nigdy nie miała okazji zadać mu takich pytań. Frasyniuka to zdetonowało. Na sali trzy osoby biły Sobierajskiej brawo, a cztery na nią gwizdały – i to były właśnie kobiety, bohaterki naszego filmu. Później część kobiet zebrała się wokół Frasyniuka i widać było, że z nim sympatyzują, a inne odeszły rozgoryczone w swoją stronę. I nigdzie razem nie poszliśmy.

Było też spotkanie w Szczecinie, w którym brali udział Ludwika i Henryk Wujcowie oraz Łucja Plaugo, która za komuny przez lata miała zakaz pracy. To jej strasznie zniszczyło życie, a w latach 90. była długo bezrobotna, nie miała za co żyć. Mówiła tak: wiecie państwo jak to jest, gdy człowiek jest głodny i nie może zasnąć? Trzeba wziąć łyżkę cukru do buzi i bardzo długo trzymać w ustach. Wszyscy zamarli. Henryk Wujec zrobił coś takiego [Marta na siedząco głęboko się pochyla i chowa twarz w dłoniach]. Panowała głucha cisza. Chciało mi się płakać. Niczego nie trzeba było mówić.

Później byliśmy zaproszeni w nieco większym gronie na jakąś kolację, ale Wujcowie siedzieli osobno, pani Plaugo osobno – to są różne światy, różne opowieści, one się nie spotykają. Choć my możemy się spotkać i z tymi, i z tymi. Ale oni między sobą? Czy tam może być po tych wszystkich latach jakieś wzajemne zrozumienie? Nie wiem, tam jest zbyt duża przepaść.

Choć Ludwika Wujec powiedziała wówczas, że powinniśmy o sobie pamiętać. To było dobre, ale to brzmi zdawkowo, jeżeli uświadomimy sobie, jaką moc sprawczą ci ludzie mieli lub mogliby mieć.

– Zrobiliście film, który był oglądany po różnych stronach barykad. Myślę, ile osób poważnie się zastanawiało: po czyjej właściwie oni są stronie?

M.D.: Staraliśmy się opowiedzieć te wydarzenia tak, jak one rzeczywiście wyglądały. Myślę, że to widać po naszej opowieści, po tym, w jaki sposób wskazaliśmy na tych, którzy zyskali i stracili.

– Twoja opowieść, Marto, jest z jednej strony mocno antyklerykalna, ktoś powie: „lewacka”. Z drugiej – co nie jest typowe dla wielkomiejskiej inteligencji – rozumiecie historie tych, którym się nie powiodło, szczególnie w pierwszym okresie transformacji. Myślę, że niejednemu wysokiemu urzędnikowi, który stał za przyznawaniem środków, trudno było zrozumieć, o co wam właściwie chodzi. Nie stworzyliście typowej historii.

M.D.: Piotr często powtarza: gdy oglądamy westerny, zawsze jesteśmy po stronie Indian.

P.Ś.: Trzeba działać uczciwie, iść na całość, a nie biec świńskim truchtem.

M.D.: Uważam, że Kościół, który wspierał „Solidarność” w podziemiu, który wspierał również postulaty pracownicze, a nie jedynie niepodległościowe, w latach 90. skupił się przede wszystkim na walce o własną pozycję.

– Spotykaliście się nie tylko z polskimi widzami, mieliście mnóstwo zagranicznych pokazów. Mówiliście mi zresztą, że nie raz i nie dwa bardziej mogliście liczyć na zagraniczne niż na polskie instytucje.

M.D.: Nasz film miał dystrybucję kinową w Polsce, ale najwięcej razy był pokazywany w berlińskim kinie.

P.Ś.: Projekcje od listopada 2014 do maja 2015 r.! Tłumaczenie naszego dokumentu na język niemiecki, przygotowanie kopii filmu w tej wersji językowej i wsparcie realizacji cyklu projekcji w 10 miastach Niemiec zawdzięczamy Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej i Fundacji Heinricha Boella.

Toczyły się ciekawe dyskusje, bo Niemki i Niemcy mówili na debatach po pokazach, że u nich też istnieje szklany sufit dla kobiet na uczelniach, w korporacjach – nie nazwany, ale jest. A to przecież o wiele bardziej cywilizowany kraj niż nasz. W dawnym NRD wiele razy słyszeliśmy, że i u nich opozycjonistki są dziś kompletnie zapomniane. I że to dzięki przykładowi płynącemu z Polski i „Solidarności” mogli obalić mur berliński.

M.D.: Tam też jest inna kultura oglądania filmów w kinie, znacznie chętniej chodzi się na filmy dokumentalne. Tamtejsze „kino niszowe” jest dość masowe jak na nasze warunki.

P.Ś.: Spodziewaliśmy się, że nasz film może być interesujący dla Niemców, ponieważ „Solidarność” jest tam znana. Niemcy szczególnie angażowali się w pomoc Polakom w stanie wojennym. Co ciekawe, obok niemieckich feministycznych aktywistek nasz film oglądało wielu tamtejszych akademików. Pokazy naszego filmu u zachodniego sąsiada współorganizowały ośrodki uniwersyteckie, kształcące choćby przyszłych dyplomatów czy politologów. Dla mnie to rewelacyjna sprawa, bo to przecież przyszłe niemieckie elity opiniotwórcze.

Byliśmy w Niemczech akurat w czasie, gdy Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory. Stawiało to nas w niezręcznym położeniu, bo po kilku konwencjonalnych zagadnieniach okołofilmowych niekiedy zaczynała się seria pytań o sytuację polityczną w naszym kraju. Nie należę do ludzi dbających o poprawność polityczną, którzy opierniczają się w tańcu. Od razu mówiłem krótko: proszę państwa, mamy do czynienia z jakimś nieporozumieniem. Tak zwana liberalna władza zupełnie zapomniała o znacznej części społeczeństwa. PiS wygrał, ponieważ oczekiwano zmian, większego zainteresowania sprawami zwykłych Polaków, by człowiek był ważniejszy niż pieniądz. To Niemców zaskakiwało.

– Zdecydowanie mówicie zbyt wiele rzeczy, które tym czy innym słuchaczom/czytelnikom nie są na rękę. Nie obawiacie się, że to utrudni wam pozyskiwanie środków na kolejne filmy?

M.D.: Jesteśmy w świetnej sytuacji – możemy mówić to, co myślimy, pokazujemy świat swoimi oczyma. A co do środków od instytucji publicznych, to zapewniam cię, że problem z ich pozyskiwaniem nie zaczął się wraz z naszym ostatnim filmem.

Zostawmy politykę. Pokazywaliśmy „Solidarność według kobiet” także w Turcji, Macedonii, w Brazylii. Czasem okazywało się, że kraje, które odwiedziliśmy, mają własną historię cichych „rewolucji kobiet”. Bohaterki tamtejszych masowych zrywów często są zupełnie anonimowe, co najwyżej znana jest jedna, dwie postaci. Tak było choćby w Irlandii. Niedawno obchodzono tam setną rocznicę Powstania Wielkanocnego. Jedną z jego bohaterek była Konstancja Markiewicz, żona Polaka, którą można porównać do naszej Anny Walentynowicz. Na uniwersytecie w Dublinie usłyszeliśmy wykład tamtejszej profesorki, która opowiedziała, jak musiała się dokopywać do nazwisk mnóstwa innych kobiet. I wymieniła je z nazwiska.

Okazuje się, że w Czechach też nie wszystkie kobiety Karty 77 są dobrze znane. Z kolei na Ukrainie, w Kijowie, rozmowy były bardzo gorące, ponieważ tam historia dzieje się „na żywo”. Mówiliśmy o „sierotach emigracyjnych”, Majdanie, o Nadii Szewczenko i pojawiła się refleksja: nie możemy zapomnieć o naszych bohaterkach.

P.Ś.: Ciekawe były też spotkania w Moskwie, gdzie wizytę zaczęliśmy od debaty o roli kobiet w polityce w Radio Svoboda, a po projekcji filmu od widza usłyszeliśmy: „Kraj taki mały, a film taki wielki!”. Choć najbardziej kontrowersyjna okazała się moja odpowiedź na pytanie, dlaczego tak wielu Polaków nie lubi Rosji – oni nie wiedzą o 17 września 1939…

– Jakie waszym zdaniem są standardy wsparcia dla takich inicjatyw jak wasz film w krajach o wyższych cywilizacyjnych normach w instytucjach publicznych? Jak to wygląda w porównaniu z sytuacją u nas?

M.D.: Mamy teraz takie doświadczenie, bo dostaliśmy propozycję od państwowej niemieckiej instytucji, która zajmuje się robieniem historycznego archiwum online. Mają niesamowity portal, które obejmuje także polskie wątki.

P.Ś.: Poprosili nas o współpracę w uzupełnianiu treści dotyczących Polski o wszystko, co udało nam się zawrzeć w filmie: postaci, wydarzenia, archiwalia. To portal dla Niemców.

M.D.: Niczym podobnym nie była właściwie zainteresowana żadna z polskich instytucji: jedynie w umowie z IPN mieliśmy zapisane, że wszystkie nasze wywiady trafią do ich archiwum. Ale nikt nas nie zapytał: a może chcielibyście współtworzyć jakąś wystawę, portal edukacyjny? Może udostępnicie nam swoje materiały, kontakty? Wnioskuję z tego, że nikt nie chce skorzystać z naszych doświadczeń, tylko ci Niemcy.

– Nie załapujecie się na odpowiednie trendy: ani te wcześniejsze o futbolu i postsolidarnościowcach związanych z poprzednią władzą, ani na żołnierzy wyklętych.

M.D.: Myślę, że to pokazuje słabość instytucji, które są zarządzane według odgórnego politycznego klucza i mają się wpisywać w trendy. Zwracaliśmy się do Narodowego Archiwum Cyfrowego, że mamy materiały, które chcemy przekazać – żeby ktoś dał nam dysk, a my to skopiujemy i im damy. Dysk kosztuje pięćset złotych, więc nie chcemy wydawać na niego swoich pieniędzy: prosimy o dysk i udostępniamy materiał.

P.Ś.: NAC przesłało masę papierów: kto ma prawa, na jakich zasadach udostępniamy, na jaki okres, prawa spadkowe – to zrozumiałe, ale dane techniczne, kto ma prawa do nośnika, a kto do materiału, kiedy i gdzie zostało zrealizowane nagranie, kto co mówi itd. Ja to rozumiem, ale muszę zarabiać na życie i szkoda mi czasu na spełnianie dość wybujałych oczekiwań formalnych.

M.D.: Tam jest dział archiwistów, ale my to musimy zrobić. Druga rzecz to właśnie cała masa biurokracji, gdy pieniądze przyznawane są niemal z łaski, jak jałmużna. Czy wiesz, ile trzeba się nachodzić za każdym groszem, ile e-maili trzeba wysłać, jak długo nieraz czekać na odpowiedź?

P.Ś.: Jeden wniosek o dofinansowanie to tydzień, dwa intensywnej pracy, której efektem jest wytworzenie kilkudziesięciu, czasem kilkuset stron dokumentów, zebranie rekomendacji, opinii, opracowanie niezwykle precyzyjnych tabelek, kosztorysów, ewaluacji projektu. To czasem ponad kilogram papieru. A wystarczy brak jednego podpisu w określonym miejscu, by wniosek odrzucić z przyczyn formalnych.

– Czyli bardzo po polsku: dużo biurokracji, a mało pieniędzy.

M.D.: Mieliśmy sytuacje, gdy trzeba było stanąć na głowie. Pieniądze były do wydania w ciągu dwóch tygodni, musieliśmy to rozliczyć, naprodukować koniecznych papierów z datami, które się w tym czasie mieściły, a tak naprawdę realizowaliśmy to pół roku wcześniej i pół roku później. Od tych pieniędzy odprowadzaliśmy podatek dochodowy, bo to było księgowo traktowane jako dochód firmy, choć nim faktycznie nie było, bo później musieliśmy rozliczyć się do pięciozłotówki. Dużo tego księgowania było przeciwko nam – zabierało czas i wyczerpywało finansowo nasze oszczędności.

Nie jesteśmy już debiutantami, wiele instytucji zna nas i rozpoznaje, a ciągle musimy się wykazywać i uwiarygadniać jak nowicjusze. Przez lata współpracowaliśmy z TVP Kultura, później nasze drogi z niedawną panią dyrektor się rozeszły.

P.Ś.: Myśleliśmy, że teraz będzie okazja, aby wrócić do współpracy – wysyłałem tam e-maile z wieloma konkretami, nie ma odpowiedzi.

M.D.: Mnie to boli, bo w tym samym czasie piszą do nas ludzie z niemieckiego archiwum i proponują współpracę. Albo z niemieckiego radia i proponują współpracę przy projekcie o „Solidarności”…

P.Ś.: …albo odzywają się ludzie z Nowego Jorku z Polish American Museum w Port Washington i pytają, czy pomożemy im przy organizacji wystawy.

M.D.: Zastanawiamy się nad tym. Ale bywa i tak, że wszyscy myślą, że odnieśliśmy tak wielki sukces, że nie chce się nam zrobić zwykłego reportażu.

P.Ś.: Marta reprezentuje polski film dokumentalny na konferencji uniwersyteckiej w Yale, jesteśmy gośćmi Ambasady Francji w Pradze, otrzymujemy list z gratulacjami od Pierwszej Damy Rzeczpospolitej, a gdy znajomy zaprasza mnie na imprezę urodzinową pod Śnieżkę, odpowiadam, że nie stać mnie, że nie bardzo mam pieniądze… A on zdziwiony: przecież po świecie się z filmem rozbijasz!

– Myślę, że nie wszyscy się orientują w realiach tego zawodu: że dostaniesz na bilet w egzotyczne miejsce, ale nie masz na zwykłe życie.

M.D.: A to jest doświadczenie wielu ludzi kultury w naszym kraju. Myślisz: niesamowite, wciąż jeździ po kraju, wciąż na imprezach kulturalnych. Spotykasz go, a on ci mówi: zastawiłem mieszkanie.

P.Ś.: Krzysztofie, wciąż spłacam zobowiązania finansowe zaciągnięte na poczet ponad trzyletniej produkcji filmu i regularnie zdarza się, że brak mi środków na opłacenie rachunków…

– Ale wasz film pokaże TVP.

P.Ś.: Jeszcze przed zmianą władzy zaproponowali nam 1500 złotych opłaty licencyjnej. Zażądałem 80 tys. złotych, bo jak wspomniałem mam długi, z których nie mogę się wydobyć, a także brakuje mi podstawowego narzędzia pracy – zużyliśmy już naszą kamerę. Wciąż negocjujemy tę licencję.

M.D.: Filmy dokumentalne są w Polsce niedoceniane. Dystrybutorzy sprzedają je w pakietach i wychodzi im wtedy po 2–3 tys. na film. Telewizja w związku z tym jest przyzwyczajona do oferowania takich kwot. A ponieważ jeździliśmy z filmem po Polsce, to nie zależało nam na projekcji w telewizji, bo wtedy nie byłoby tych spotkań rozmów i emocji. I film umarłby śmiercią naturalną.

– Robicie film, zajmujecie się jego promocją w Polsce i na świecie, szarpiecie się niemal o każdą złotówkę z instytucjami publicznymi, prowadzicie crowdfunding, jesteście kustoszami pamięci i ambasadorami polskiej historii za granicą. I jeszcze prowadzicie swoje biuro rozrachunkowe.

M.D.: Uwielbiam pisma, które każą nam wyjaśnić, dlaczego data umowy z tego i tego listopada danego roku nie zgadza się z datą w harmonogramie.

P.Ś.: Albo dostajemy dofinansowanie, które równo pokrywa nasze wydatki na archiwa, ale obciążone podatkiem VAT, albo księgowa wylicza od tej kwoty podatek dochodowy do zapłacenia. Płaciłem to z własnej kieszeni.

M.D.: Owszem, są dotacje, można je uzyskać, ale na przykład stypendium w ramach „Młodej Polski” jest opodatkowane dwa razy. Dzwonię do NCK i mówię im to, a oni do mnie, że nic na to nie poradzą.

Najbardziej bolesne są jednak sytuacje, gdy instytucje w ogóle nas ignorują, nie odpowiadają na e-maile, zbywają. Mam wrażenie, że oni także nie chcą pisać i rozliczać się z niektórych projektów, podejmować decyzji. Urzędnicy są uwikłani we wnioski, granty, ewaluacje, fundusze europejskie – niczego się już nie robi niezależnie od tego wszystkiego.

P.Ś.: Boli, gdy plecami odwraca się od ciebie Europejska Sieć Pamięć i Solidarność, do której pukaliśmy wielokrotnie i miała nas wspierać przynajmniej w sprawie promocji projekcji. Niestety od miłej pani przez telefon dowiedziałem się już na koniec, po wielu sygnałach z naszej strony, że może to rozważą…

Moim zdaniem instytucje boją się podejmować decyzje. Nasz film jest niezależnym dokumentem – tak sformułowaliśmy wszystkie umowy, że ostatnie słowo zawsze należało do nas.

– Podasz konkretny przykład?

P.Ś.: Przedstawicielka Europejskiego Centrum Solidarności naciskała, aby mocno ograniczyć wątek Ewy Ossowskiej.

M.D.: Szczyt wszystkiego! Zrobiliśmy kolaudację filmu, a ona zdziwiona zadaje pytanie, dlaczego w filmie nie ma Hanny Gronkiewicz-Waltz i Hanny Suchockiej. A tam siedzą przedstawiciele IPN, Instytutu Adama Mickiewicza, Fundacji im. Heinricha Bölla i są cokolwiek zdziwieni obrotem sprawy. Piotr nie stracił rezonu i mówi: na szczęście tego nie było w scenariuszu i na szczęście tak mamy podpisaną umowę, że nie musimy już tego dokręcać. Jestem pewna, że gdy w przyszłości ktoś do nich przyjdzie po pieniądze, to w pakiecie wcisną te dwie panie [śmiech].

P.Ś.: Ale cieszę się, że zrobiliśmy ten film, że poświęciliśmy na niego tych kilka lat. Przyznam, że wypełnił nasz dom po brzegi. Do tego stopnia, że nasza córka mówi czasem cytatami z „Solidarności według kobiet”.

– Marto, wspomniałaś już, że piszesz książkę na kanwie waszego obrazu. Co znajdzie się na jej kartach z rzeczy, których nie zmieściliście w filmie?

M.D.: W książce są opowieści, które z różnych przyczyn nie były filmowe, czyli zapisy wielu nagranych materiałów…

P.Ś.: Spędziliśmy dużo czasu w Bielsku-Białej z Grażyną Staniszewską. Jeździła z nami ze trzy dni, nagraliśmy mnóstwo materiału i tylko jedno zdanie zmieściło się w filmie. Chyba ma nam to za złe.

M.D.: Chcę jej wysłać książkę. Ona opowiadała choćby o tym, jak wykłócała się z Balcerowiczem o indeksację płac. Chodziło o to, żeby płace nadążały za wzrostami cen. To jest długa historia, którą trzeba opisać tak, żeby każdy zrozumiał. Ale jej głos był wtedy bardzo ważny.

Są postaci, których nie ma w filmie. To ludzie, z którymi spotykaliśmy się i podczas realizacji filmu, i w trakcie późniejszych spotkań.

To bardzo ważne dla historii kobiet „Solidarności”: w książce znajdą się również opisy naszych poszukiwań, czyli jak odnaleźć historie, których nie można odnaleźć. Zamierzam opisać wiele zdjęć, które zgromadziliśmy, bo tak naprawdę ludzie często widzą fotografie, ale ich nie rozumieją, bo mało o nich wiedzą. Na niektórych zdjęciach najważniejsza kobieca postać jest zasłonięta paprotką. Albo skadrowana tak, że połowy głowy nie ma, albo podpis pod zdjęciem wyróżnia tylko mężczyznę. Pokażę też historie telewizyjnych materiałów produkcyjnych, czyli zupełnie zapomnianych archiwaliów. Przecież tak trafiliśmy na Ewę Ossowską: to były materiały, których nie oglądano przez kilka dekad, nigdy nie zostały użyte w żadnej kronice, mimo że zostały sfilmowane w 1980 r. Dzięki swojej determinacji wyciągnęliśmy to z puszek i obejrzeliśmy…

P.Ś.: A to wiązało się z wydatkiem rzędu 1400 złotych… Moim zdaniem książka Marty będzie wstrząsająca.

M.D.: Nie wiem, czy wstrząsająca. Czasami gorzka, czasami komiczna – ale zawsze skupiona na nieobecności kobiet, zapominaniu o nich. Piszę choćby o pomniku „Solidarności” w Zielonej Górze – trzech odlanych w betonie postaciach mężczyzn, którzy mają opuszczone ręce, jakby w geście bezradności, a każdy ma głowę w inną stronę. Projekt tego pomnika pochodzi z 1981 r. – nie wiem, czy ktoś się domyślał, że tak właśnie będzie w przyszłości wyglądała „Solidarność”.

– Kpisz. Naprawdę nie uważasz, że trzeba ostrożniej się obchodzić z mitami? I tymi, którzy nimi zarządzają?

M.D.: W 2005 r. napisałam książkę „Małż” – powieść o tym, jak wygląda rynek pracy dla młodych kobiet. Kiedy się ukazała, przez chwilę była głośna. Pamiętam, że już wtedy przychodzili różni ludzie i mówili: Świetna książka! Ale wiesz co, no nie wiadomo, może będziesz miała przez nią jakieś problemy. Później ukazała się moja kolejna książka, czyli „Ślad po mamie”, która mówi o aborcji. Na jej podstawie zrobiono spektakl teatralny. To nie była rzecz jednoznaczna, nie została w pełni zaakceptowana przez feministki. Pracowałam wtedy w TVP Kultura i też słyszałam: narobisz sobie kłopotów.

Albo się boisz mówić, co myślisz. Albo mówisz, co myślisz – i żyjesz.

– Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 10 czerwca 2016 r.

Ponowna analiza rozłamu między feministkami a lewicą

Niedawna śmierć Shulamith Firestone stanowi kamień milowy w historii drugiej fali feminizmu i zachęca do przyjrzenia się temu pojęciu z perspektywy historycznej. Firestone była jedną z najbardziej natchnionych i oryginalnych politycznych intelektualistek lat 60. oraz założycielką współczesnego ruchu feministycznego. Sam mogę wypowiedzieć się na temat wpływu książki Firestone, „Dialektyka płci” (1970), na moje życie. Kiedy przeczytałem ją po raz pierwszy, tuż po tym, jak się ukazała, zrozumiałem od razu, że sportretowany w niej uniwersalny system męskiej dominacji zakorzeniony w rodzinie jest największym wyzwaniem dla założeń marksizmu (który uformował wcześniej mój światopogląd), a zarazem ważną korektywą jego zawiłości. Moja książka „Kapitalizm, rodzina i życie prywatne”, wydana w 1972 r., powstała między innymi jako recenzja tekstu Firestone i zawiera próbę odpowiedzi na niego, jak też sugestie, czego może nas on nauczyć.

W jednym z nowszych wydań „New Yorkera” Susan Faludi przedstawiła mocną i wzruszającą opowieść o krótkotrwałej, zawrotnej karierze Firestone oraz tragicznych następstwach tego sukcesu. Firestone miała tylko 25 lat, gdy opublikowała „Dialektykę płci”. W chwili swojej śmierci w zeszłym roku [2012 – przyp. tłum.], w wieku 67 lat, była samotna, zubożała, zapomniana i chora na zdiagnozowaną dekady wcześniej schizofrenię. Przypominając jej tragiczną historię, Faludi porusza pokrewny temat: podział w USA między ruchem wyzwolenia kobiet a Nową Lewicą, podział, w którego tworzeniu Firestone uczestniczyła.

Dla tych, którzy są zbyt młodzi, żeby pamiętać, lub tych, którzy nie znają tego okresu historii, krótkie przypomnienie. Nowa Lewica powstała w latach 60. w Wielkiej Brytanii, Francji i Stanach Zjednoczonych w wyniku prób stworzenia platformy dla trwałego radykalizmu; radykalizmu, który byłby lepszą alternatywą dla tradycyjnego liberalizmu i nie uległ dramatycznym błędom komunizmu. Zaczątki ruchu wyzwolenia kobiet sięgają późnych lat 60. i łączą się z początkami Nowej Lewicy. Ruch wyzwolenia kobiet później się jednak odłączył i stał oddzielnym i autonomicznym ruchem kobiecym, który – ogólnie mówiąc – nie identyfikuje sam siebie jako części lewicy. W moim przekonaniu ten rozłam, nawet jeśli nie w pełni zrozumiany, był jednym z najważniejszych aspektów współczesnej historii USA.

Według mnie fakt, że obecnie w USA nie istnieje lewica, jest częściowo wynikiem tego właśnie rozłamu. Widzimy oczywiście różnorodne ruchy protestu, ale nie mamy lewicy w bardziej dobitnym sensie: społecznej i intelektualnej frakcji, zdolnej do zrozumienia amerykańskiego kapitalizmu jako całości i krytykowania go z egalitarnego punktu widzenia. Pewne jest, że pod koniec XX wieku byliśmy świadkami globalnej klęski lewicy, rozłam między radykalnym feminizmem a Nową Lewicą był zaś tylko jednym z jej elementów. Tak czy inaczej, w moim mniemaniu był to istotny element, przynajmniej w USA, i warto przyjrzeć mu się ponownie. Mimo że niektórzy postrzegają działania Nowej Lewicy jako krótki, wybuchowy przewrót, który wypalił się przed 1968 r., jej korzenie sięgają uprzednio istniejącej radykalnej tradycji – trzymająca się jej niewielka, ale znacząca mniejszość dzieliła z Nową Lewicą cel stworzenia w Stanach Zjednoczonych radykalnej platformy lewicowej. Fakt, że wysiłki te zakończyły się w latach 70. porażką, przyczynił się do triumfu neoliberalizmu, drastycznego wzrostu nierówności społecznych, wyjałowienia życia publicznego, jak też innych niezaprzeczalnie problematycznych zjawisk współczesnego świata. Dla wielu młodych ludzi postaci takie, jak Bill i Hillary Clintonowie czy Barack Obama, to jedyni znani im przedstawiciele lewicy. Dla kogoś, kto tak jak ja wciąż pamięta, czym jest autentyczna lewica, jest to ogromna strata.

Ściśle związana z nieobecnością lewicy, w szerokim tego słowa znaczeniu, pozostaje malejąca skala radykalnych tendencji wewnątrz ruchu feministycznego. Wystarczy porównać „Dialektykę płci”, która zrodziła się z Nowej Lewicy i była jej częścią, z obecnie modnym bestsellerem literatury feministycznej, „Lean In” autorstwa Sheryl Sandberg [w polskim wydaniu „Włącz się do gry. Kobiety, praca i chęć przywództwa” – przyp. tłum.], który opisuje fuzję feminizmu z kulturą biznesu. Wielu twierdziło, że krytykowanie przez Nową Lewicę biurokracji i płynącego z niej amoralnego indywidualizmu wspomogło rozwój nowego ducha wydajnego, „idealnie-na-czas”, postfordowskiego kapitalizmu konsumpcyjnego. Feminizm został z kolei zaadaptowany przez neoliberałów w celu usprawiedliwienia destrukcji tradycyjnych (bez wątpienia patriarchalnych) kultur, włączenia niewykwalifikowanych żeńskich sił roboczych do światowego łańcucha wytwórczego, a nawet wojen prowadzonych przez USA na Bliskim Wschodzie.

Jedną z głównych zasług Faludi w wyjaśnieniu tej historii jest ukazanie, jak bardzo szalone było psychologiczne otoczenie, w którym działała Firestone. Zarówno ona, jak i współczesna jej autorka „Polityki seksualnej” Kate Millett zostały wyparte z ruchu kobiecego przez feministki, które oskarżyły obie te pisarki o identyfikowanie się z mężczyznami i bycie „antysiostrzanymi liderkami”. Zdaniem Faludi hierarchia była czymś ostro potępianym przez radykalne feministki, które uważały przywództwo za zjawisko opresyjne i męskie, a ruch kobiecy postrzegały jako społeczność równych sobie kobiet. Firestone sprzeciwiała się takiemu egalitaryzmowi. Praktyka nazywana „młóceniem” [ang. thrashing], oznaczająca czyszczenie szeregów, odzwierciedlała maoistowskie ciągoty tego okresu. Jak pisze Faludi: Niczym rak, ataki przeniosły się z tych, które miały opinię sprawiających kłopoty, na te, które po prostu były silne; z tych, które działały, na te, które po prostu miały swoje zdanie; z tych, które wyróżniały się jako jednostki, na te, które niewystarczająco szybko poddawały się wahaniom zmieniającej się linii ideologicznej. Mimo że Faludi o tym nie wspomina, „młócenie” oznaczało także ataki na kobiety, które pozostawały w związkach heteroseksualnych, innymi słowy: „sypiały z wrogiem”. Wczesny ruch kobiecy poświęcił się „kobietom zdefiniowanym przez kobiety”, jak wkrótce zaczęto je określać.

Trzeba zaznaczyć, że tego rodzaju ekstremalny egalitaryzm nie był właściwy tylko wczesnemu ruchowi kobiecemu. Można go także dostrzec w działaniach Nowej Lewicy, starej lewicy i współczesnych ruchów Occupy. Amerykańska kultura została w dużym stopniu uformowana przez purytanizm – a amerykańska lewica jest odbiciem tego stanu. Amerykańscy lewicowcy stworzyli wyrażenia takie, jak „biały szowinizm”, „seksizm”, „prywatne jest polityczne”, podczas gdy lewicowcy Europy i Ameryki Łacińskiej skupiali się na zagadnieniach strukturalnych samych w sobie. Mimo że „młócenie” zdarzało się w masowym ruchu feministycznym, w wykonaniu przede wszystkim Betty Friedan i NOW National Organization for Women (Narodowa Organizacja na rzecz Kobiet), to z większą intensywnością dochodziło do niego w „sektach”. Co więcej, niektórzy rzecznicy wyzwolenia kobiet potępiali takie zachowania. Na przykład w swojej przemowie z 1970., „Skłonności do podziału i autodestrukcja w ruchu kobiecym”, Anselma Dell’Olio, założycielka Nowego Teatru Feministycznego, ostrzegała, że kobieca wściekłość, udająca pseudoegalitarny radykalizm pod „prokobiecym sztandarem” przemienia się w przerażająco jadowity antyintelektualny faszyzm lewicy.

Zrozumienie środowiska pomogło Firestone w uformowaniu mentalności, zgodnie z którą rzecznicy i rzeczniczki wyzwolenia kobiet postanowili zerwać z Nową Lewicą i zająć się odrębnym feminizmem. Mimo tego, że wiodącymi siłami w rozłamie były radykalne feministki, to niemal wszystkie feministki z lewej strony, w tym feministki socjalistyczne, łączyło dążenie do stworzenia niezależnego ruchu feministycznego. Nie można zaprzeczyć, że niewielkich rozmiarów „mieszana” lewica kontynuowała działanie do około 1980 r. Na przykład Demokratyczno-Socjalistyczny Komitet Organizacyjny, z Michaelem Harringtonem na czele, pracował w sojuszu ze związkami zawodowymi, udzielał się intensywnie w Partii Demokratycznej i był jawnie feministyczny – Gloria Steinem należała do grona założycieli tej grupy. Tak czy inaczej, większość kobiet radykałek skupiła wysiłki i energię na niezależnych organizacjach kobiecych, co z kolei oznaczało, że coraz mniej energii poświęcano na budowę „mieszanej” lewicy.

Według relacji Faludi, a pozostaje ona w zgodzie z kanonicznymi tekstami tamtego okresu, jak „Świat szeroko pęknięty” („The World Split Open”) Ruth Rosen czy „Odwaga bycia złą” („Daring to be Bad”) Alice Echol, feministki odeszły z lewicy z powodu nieprzejednanego seksizmu mężczyzn Nowej Lewicy. Cytuję teraz słowa Firestone, opublikowane w dzienniku „Guardian” w 1969 r.: Mamy ważniejsze rzeczy do zrobienia niż nakłanianie was [tj. mężczyzn], żebyście przekonali się do naszych racji. Przekonacie się, kiedy będziecie musieli, bo potrzebujecie nas bardziej, niż my potrzebujemy was… Podsumowuję przekaz: odpierdol się, lewico. Możesz od teraz obserwować swój pępek w samotności. My zakładamy własny ruch.

Na poparcie tego twierdzenia Faludi opisuje wiele nadal – po latach – budzących grozę sytuacji, w których Firestone i inne kobiety były zakrzykiwane na zdominowanych przez mężczyzn spotkaniach Nowej Lewicy.

Moim zdaniem ważne jest zrozumienie pełnej złożoności motywacji kobiet do opuszczania lewicy. Czytając oświadczenia takie jak cytowane powyżej, nietrudno postrzegać tę motywację jako ograniczoną do złości i irracjonalizmu – wielu w tym czasie tak ją rozumiało. Jednak problem stanowi nie tylko oczywiste, empiryczne wrażenie męskiej tępoty – jako naoczny świadek mogę potwierdzić, że seksistowskie poglądy były powszechnie wyznawane przez mężczyzn Nowej Lewicy. Z drugiej strony, już chwila refleksji przekona czytelnika, że takie wyjaśnienie jest nieuprawnione. Minimalizuje ono zdolność kobiet do budowania „mieszanej” lewicy, jakiej pragnęły. Podkreśla wielce negatywne doświadczenia kobiet w pracy z mężczyznami, ale nie wspomina o silnym pragnieniu tych samych kobiet do znalezienia się w ruchu wyłącznie kobiecym. Jakie by nie były wady mężczyzn Nowej Lewicy, a było ich wiele, bardziej rozsądnym wydaje się wyciągnięcie wniosku, że kobiety opuszczały lewicę dlatego, że chciały, a nie dlatego, że wypierał je męski seksizm.

Czemu kobiety chciały opuścić lewicę? Lata 70. były okresem, w którym zjawisko nazwane przez Marksa „stałym rewolucjonizowaniem produkcji” wypierało takie „odwieczne i czcigodne” instytucje jak tradycyjna rodzina, a także sieci społecznościowe i formy solidarności związane z Nowym Ładem [New Deal, program reform ekonomiczno-społecznych wprowadzonych w USA przez prezydenta Franklina Delano Roosevelta w latach 1933–1939 – przyp. tłum.]. Nie tylko kobiety i homoseksualiści, ale też synowie, ojcowie i mężowie zostali wyzwoleni z uścisku rodziny. Kobiety opuszczały Nową Lewicę, bo chciały być z innymi kobietami, bo chciały związków homoseksualnych obok heteroseksualnych, ale też dlatego, że mogły podpisać się pod stwierdzeniem wieloletniej aktywistki na rzecz pokoju, Barbary Demig, która napisała do swojego przyjaciela, Davida McReynoldsa: Nasze życia, życia kobiet, nie są dla Ciebie (i ogółu mężczyzn) realne – może jedynie do stopnia, w jakim wspierają życia mężczyzn.

Koszty tego podziału były ogromne. W swoim dzienniku Demig nazwała rozłam „tragedią”, co w moim mniemaniu jest częściowo prawdą. Świadomość wielkich ruchów lat 60. opierała się na wstrząśnięciu tożsamością społeczną i jak najdalszym wyjściu innym naprzeciw, w celu umocnienia solidarności z ludźmi całkiem różnymi od siebie. Dlatego właśnie nowi lewicowcy nie wspierali publicznie „siły studenckiej” (student power) lub innych reform odzwierciedlających ich domniemane interesy, ale twierdzili, że nie mogą być wolni, dopóki czarni są narażani na rasizm w Mississippi lub dopóki na rolników w Wietnamie zrzuca się napalm. Dla porównania, polityka tożsamości, która napędzała wyzwolenie kobiet, kontrastowała walkę z uciskiem przeciwko samemu sobie z tym, co postrzegano jako ucisk innych. Każdy czytający literaturę ruchu wyzwolenia kobiet znajdzie w niej twierdzenia takie, jak wypowiedziane przez Cathy Cade, fotografkę dokumentalną i lesbijkę, która mówiła: W ruchu czarnych walczyłam przeciwko uciskaniu kogoś innego, lecz wkrótce zyskałam możliwość walczenia o własną wolność. Członkinie pewnego kobiecego kolektywu twierdziły: najgłębsza i potencjalnie najbardziej radykalna polityka rodzi się z naszej tożsamości, a nie z pracy na rzecz zwalczania ucisku innych. Mimi Feingold napisała: Kobiety nie mogły palić kart poborowych i nie mogły iść do więzienia, więc jedyne, co mogły, to przeżywać wszystko w imieniu swoich mężczyzn, i to wydawało mi się najbardziej poniżającą kwestią.

Odczytując te stwierdzenia z punktu widzenia empatycznego historyka, szczególnie ostatnie z nich, widzimy, że ukazują one, jak kobiety w biegu historii podporządkowywały się innym – nie tylko mężczyznom, ale też dzieciom, starcom, chorym i umierającym. Kobiety poświęcały się, żeby nadać ruchowi socjalistycznemu jego etos, żeby stworzyć ruch praw obywatelskich na Południu, żeby wspierać mężczyzn w wieku poborowym, którzy odmawiali wyjazdu na wojnę w Wietnamie. Przede wszystkim jednak poświęcały się, żeby podtrzymywać rodzinę, instytucję, którą Firestone identyfikowała jako jądro ucisku nie tylko kobiet, lecz także wszystkich istot ludzkich. Co prawda, atak Firestone na „rodzinę biologiczną” (jej własne sformułowanie), w jej teorii stanowiącą źródło „psychologii siły”, był jednostronny. Rodzina może być wszak wybawieniem, nie tylko źródłem ciemności i nierówności. Jednakże sprawiedliwym i dobrym byłoby, gdyby skończyła się zależność rodziny od opiekuńczych i „dających same siebie” kobiet i gdyby ta odpowiedzialność zaczęła być rozdzielana po równo między mężczyzn i kobiety. Wyzwolenie kobiet było jednym ze sposobów oznajmienia, że kobiety nie chcą być już jedynymi dawczyniami i opiekunkami.

Na zakończenie chciałbym rozważyć jeszcze jedną kwestię. Wielu twierdziło, że prawdziwe narodziny polityki tożsamości w latach 60. i 70. nastąpiły za sprawą ruchu Black Power, a nie ruchu wyzwolenia kobiet. Prawdą jest, że Black Power pojawiła się przed wyzwoleniem kobiet i zawierała w sobie elementy polityki tożsamości, w tym zerwanie z uniwersalizmem ruchu praw obywatelskich. Niemniej jednak można zauważyć między nimi podstawową różnicę. Ruch praw obywatelskich nie tylko był ruchem walczącym o prawa, lecz także miał na celu zniszczenie rasowo zorganizowanego państwa w państwie, a konkretnie Południa rządzonego prawami Jima Crowa [ang. Jim Crow Laws, legislacja wprowadzona w USA po wojnie secesyjnej, mająca za zadanie ograniczenie praw dawnych murzyńskich niewolników oraz pogłębienie podziałów między białymi a czarnymi mieszkańcami w konkretnych stanach – przyp. tłum.]. W konsekwencji ruch praw obywatelskich był wyrazem wspólnej walki określonej grupy o prawa tej grupy, a ściślej mówiąc: o godność jej członków jako istot ludzkich. Ten właśnie fakt sprawił, że Black Power miała większe przebicie niż inne ruchy lat 60., takie jak ruch studencki, ruch antywojenny czy wyzwolenia kobiet. Czarni zdecydowali, że chcą być częścią Ameryki, jednak u podstawy był to wybór. Pewne nurty feminizmu – feministki kulturowe – twierdzą natomiast, że kobiety można postrzegać jako oddzielną nację, jednak większość kobiet się z tym nie zgadza. Z tego powodu rozłam z Nową Lewicą powinien być traktowany jako strategiczna zmiana toru, a nie jako ostateczny rozwód.

Tłum. Kamila Zubala

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu publicseminar.org w październiku 2013 r.

Program Bolsa Família w centrum uwagi: ubóstwo, klientelizm i obywatelstwo – rozmowa z Flávio Eiró

Program Bolsa Família w centrum uwagi: ubóstwo, klientelizm i obywatelstwo – rozmowa z Flávio Eiró

– W ciągu ostatnich 15 lat rząd Brazylii wdrożył ponad 140 programów społecznych, które zmieniły życie milionów Brazylijczyków. Jeden z najbardziej znanych to program Bolsa Família (Programa Bolsa Família, PBF), który w Banku Światowym zyskał nawet miano „cichej brazylijskiej rewolucji”. Czy może nam Pan streścić założenia i efekty tego programu?

Flávio Eiró: PBF to największy pod względem liczby korzystających z pomocy program warunkowych transferów pieniężnych (Conditional Cash Transfer, CCT) na świecie. Obecnie jego beneficjentami jest ponad 14 milionów rodzin, czyli około 50 mln osób – jedna czwarta ludności Brazylii. Jest on skierowany do osób żyjących poniżej poziomu ubóstwa i skrajnego ubóstwa, wyznaczonego przez miesięczny dochód nieprzekraczający 154 reali na gospodarstwo domowe i 77 reali na osobę. Warunki, które należy spełnić, by stać się beneficjentem programu, to szczepienie dzieci i posyłanie ich do szkoły oraz regularne badania medyczne kobiet w ciąży. Świadczenia mające na celu wydobycie rodzin z ubóstwa zawierają się w przedziale od 35 do 336 reali miesięcznie, zależnie od składu gospodarstwa domowego. Od 2012 r. ten maksymalny limit może być przekraczany w ramach pomocy rodzinom żyjącym w warunkach skrajnego ubóstwa. „Świadczenia na rzecz Przezwyciężenia Skrajnego Ubóstwa” to część szerszego planu „Brazylia bez Ubóstwa” (BrasilSemMiséria), którego elementem składowym jest PBF. W listopadzie 2015 r. 13,7 mln gospodarstw domowych skorzystało w ramach PBF ze świadczeń na łączną kwotę 2,2 mld reali, przy czym, jak podaje Portal Brasil, średnia wartość świadczenia wyniosła 163,06 reala.

Warunkowe transfery pieniężne należy omawiać w kontekście instytucji zajmujących się zabezpieczeniem społecznym. Zabezpieczenie społeczne jest często rozumiane jako działania publiczne podejmowane w odpowiedzi na „bezbronność, zagrożenie i ubóstwo, jakie są uważane za społecznie niedopuszczalne w określonym państwie i społeczeństwie”. Może być ono zapewnione za pomocą trzech różnych metod: ubezpieczenia społecznego, pomocy społecznej i regulacji rynku pracy. W krajach rozwijających się pomoc społeczną rozumie się jako trwałe instytucje mające na celu ograniczanie ubóstwa i zapobieganie mu poprzez regularne transfery (w naturze i pieniądzu) finansowane z podatków. Istotne jest odróżnienie CCT od programów nadzwyczajnych, finansowanych z pomocy międzynarodowej. Nową cechą programów typu CCT jest ich zakorzenienie w trwałych instytucjach krajowych, co stanowi nieznany w krajach rozwijających się do lat 90. XX wieku poziom ochrony przed ubóstwem.

PBF jest postrzegany jako udany program i stanowi modelowe rozwiązanie dla całej Ameryki Łacińskiej i innych krajów świata. Jest słusznie uważany za przełom w rozwoju brazylijskiej pomocy społecznej, ponieważ zapewnił rodzinom dotkniętym ubóstwem zagwarantowany prawem dochód. Wielu badaczy zwraca uwagę na różnorodne aspekty PBF, nie tylko jego wpływ na redukcję ubóstwa i zmniejszenie nierówności dochodowych, ale i równouprawnienie płci.

– W swoich badaniach oddaje Pan głos beneficjentom programu i pracownikom socjalnym. PBF jest oczywiście zawsze przedstawiany jako program typu CCT, jednak cechuje go do pewnego stopnia niezależność świadczeniobiorców od pracowników społecznych (transfery dokonywane są za pośrednictwem państwowego banku, co zapobiega tradycyjnym powiązaniom klientelistycznym z lokalnymi politykami). Jednak Pańskie ustalenia wskazują na istnienie pewnych relacji klientelistycznych. Jak to możliwe, że w kontekście tego programu możemy mówić o elementach klientelizmu?

– O klientelizmie należy mówić w tym kontekście z ostrożnością. Przede wszystkim jako uczony cenię precyzyjne definicje, nie powinniśmy więc mylić narzędzia analitycznego ze strategią polityczną – taką jak ujmowanie działań oponentów jako niemoralnych czy bezprawnych w celu ich zdyskredytowania. Taką strategię nierzadko stosowano wobec PBF. Od początku jest on ofiarą oskarżeń o klientelizm – a należy wspomnieć również, że podobne zarzuty sama Partia Pracujących wysuwała wobec poprzednich programów z czasów prezydenta Cardoso.

Z perspektywy mikrosocjologicznej nie możemy mówić o „programie klientelistycznym” czy „administracji klientelistycznej”, chyba że mamy na myśli zinstytucjonalizowane praktyki kupowania głosów. Klientelizm to nierówna osobista relacja między dwoma jednostkami, oparta na wzajemnej wymianie i mająca na celu maksymalizację ich interesów. Ponadto ważne jest ulokowanie rozważań w kontekście polityki brazylijskiej i tutejszych programów społecznych. Do dziś pomoc społeczna jest uważana za formę dobroczynności – widziałem wiele gmin, w których żona burmistrza odpowiadała z urzędu za pomoc społeczną. Oznacza to nie tylko ujmowanie pomocy społecznej jako „przysług” zamiast „praw”, lecz także pomieszanie sfery publicznej i osobistej: burmistrz wykonuje szlachetne zobowiązanie do udzielania pomocy najbardziej pokrzywdzonym osobom znajdującym się pod jego „kuratelą”. Zjawisko to określamy jako paternalizm.

PBF jest zarządzany na szczeblu lokalnym w gminach przez urzędników pomocy społecznej, wobec czego nie widzę argumentów za utrzymaniem tezy, że jest to program klientelistyczny. Są natomiast burmistrzowie – z partii rządzących i opozycyjnych na szczeblu federalnym – którzy użyli programu w praktykach klientelistycznych, korzystając z nieograniczonej władzy mianowania personelu opieki społecznej, w tym koordynatorów PBF.

Po tych wyjaśnieniach zastanówmy się nad odpowiedzią na pytanie „w jaki sposób?”. Pierwotnie postawiłem hipotezę, że praktyki klientelistyczne wynikały z manipulowania informacjami o uprawnieniach i zasadach programu. Uruchomiono wyrafinowany, teatralny system pośrednictwa, aby przekonać beneficjentów, że comiesięczne świadczenie jest przysługą, którą zawdzięczają pośrednikowi. Taką hipotezę można łatwo obalić, a jej utrzymanie wymagałoby powszechnego niezrozumienia programu i całkowitego braku dostępu do informacji – pozwoliłoby to podtrzymywać takie „kłamstwo”. Ponadto kryteria, jakie muszą spełniać beneficjenci BFP, są dobrze zdefiniowane w regulaminie programu, a urzędy lokalne nie mogą odmówić uczestnictwa w programie osobom spełniającym określone wymogi.

Po obaleniu przedstawionej hipotezy skoncentrowaliśmy obserwacje na działaniach pracowników socjalnych i przekonałem się, że arbitralny, uznaniowy aspekt ich pracy ma bezpośredni wpływ na dobór beneficjentów i zarządzanie programem. Pracownicy społeczni zakładają z zasady, że beneficjenci kłamią lub ukrywają informacje, zatem niespójność w informacjach o dochodach czy podejrzane zachowanie wystarczają, aby wnioskować o odebranie zasiłku. Takie wyobrażenia o beneficjentach są wzmacniane przez przypadki uważane za typowe. Najbardziej podstawowe przekonanie, podzielane przez absolutnie wszystkich pracowników społecznych, z którymi rozmawiałem: „wielu beneficjentów w PBF odmawia podjęcia pracy, aby zachować zasiłek”. Nawet po zadaniu wyraźnego pytania, czy działoby się tak również, gdyby dostępna była legalna praca z gwarantowaną płacą minimalną (zasiłek z PBF to zwykle jej jedna czwarta), ankietowani odpowiadają twierdząco – bo „znają takie przypadki”. Hipoteza ta, nazywana często w Brazylii „efektem lenistwa” (efeito-preguiça), była wielokrotnie obalana jako fałszywa. Tak czy inaczej, pracownicy socjalni są przekonani, że muszą być surowi, aby zapobiec wyłudzaniu zasiłków przez podopiecznych. Mając do dyspozycji szereg sposobów sprawdzenia informacji, pracownicy socjalni czują absolutną kontrolę nad beneficjentami programu i bez skrupułów „wymierzają sprawiedliwość”.

A wśród beneficjentów pojawia się powszechna obawa o utratę zasiłku. Pracownicy socjalni często muszą objaśniać beneficjentom podstawowe zasady programu – i objaśniają je tylko do pewnego stopnia, gdyż nie chcą być zmanipulowani w przyszłości. Moje ustalenia wskazują, że reguły obliczania przydziału świadczeń, a nawet podstawowe kryteria, których spełnienie jest niezbędne do korzystania z programu, są słabo znane. Mity otaczające pracowników socjalnych i ich wizyty w domach świadczeniobiorców nabierają jeszcze większej mocy, gdy beneficjenci dowiadują się o arbitralnych decyzjach dotyczących odebrania zasiłku. A siła tych mitów utrwala strukturę klientelistyczną (kara i odwet).

Władza urzędu lokalnego PBF wynika z marginesu uznaniowości występującego w działaniu pracowników socjalnych i jest wykorzystywana przez niektórych do kontrolowania procesu selekcji i weryfikacji rodzin, do których skierowany jest program. Motywują ich do tego przede wszystkim powiązania polityczne, które umożliwiły im zdobycie stanowiska, czasem jest to także stanowisko pracownika społecznego. Dezinformacja i arbitralne działania podejmowane przez pracowników socjalnych wystarczają, aby otoczyć program aurą niepewności – w takiej sytuacji cenny staje się przychylny polityk czy inny gwarant świadczenia, a to usprawiedliwia klientelistyczne stosunki służące maksymalizacji interesów, nawet gdy środków nie brakuje.

– Czy każdą rodzinę korzystającą z zasiłku w Bolsa Familía weryfikują pracownicy socjalni? Czy wszyscy beneficjenci powinni czuć się niepewnie?

– Nie wszystkie rodziny są weryfikowane przez pracowników socjalnych. Sprawdzanie beneficjentów to obowiązek urzędów gminnych, obejmujący aktualizację informacji z powszechnego rejestru gospodarstw domowych co najmniej raz na 2 lata, weryfikację spełniania warunków, wykrywanie nieprawidłowości, takich jak brak aktualizacji akt gospodarstwa domowego w ciągu 2 lat, nieprzestrzeganie warunków, brak informacji czy niepoprawne numery identyfikacyjne w aktach rodziny.

Jednak wśród świadczeniobiorców plotki rozchodzą się szybko. Chociaż PBF nie wymaga od beneficjentów udziału w spotkaniach grupowych, podczas których wymieniają się między sobą i z pracownikiem socjalnym doświadczeniami związanymi z partycypacją w programie (tak jak jest w przypadku pozostałych programów typu CCT w Ameryce Łacińskiej, np. urugwajskiego IngresoCiudadano), z mojego doświadczenia wynika, że beneficjenci znają informacje o świadczeniach pobieranych przez innych, w tym kwoty i napotykane problemy. Gdy beneficjenci stają w obliczu problemu, którego nie rozumieją, zwykle szukają pomocy u sąsiadów i rodziny. Informacje o typowych przypadkach są rozpowszechniane i stają się mitami, zniekształcanymi, a czasem wzmacnianymi przez pracowników socjalnych – którzy także niekoniecznie w pełni rozumieją zasady działania programu albo wolą ignorować informacje od beneficjentów. W takiej sytuacji wizyta pracownika socjalnego czy rozmowa z nim w biurze PBF jest trudnym momentem. Takie zdarzenia są w oczywisty sposób stresujące dla beneficjentów, którzy odpowiadając na pytania, dostosowują swoje odpowiedzi do znanych im mitów i dostępnych im informacji.

Każdy z poznanych przeze mnie beneficjentów potrafił wskazać przypadek sąsiada, który utracił zasiłek bez widocznego powodu. Musiał zatem przyjąć jakieś założenia i sformułować jakieś wyjaśnienia na własny użytek. Świadczeniobiorcy szybko zdają sobie sprawę, że są zdarzenia, których nie rozumieją. Zwykle ulegają wygodnictwu, rzadko próbują rozwiązać problem związany ze świadczeniem, a jeżeli już próbują – przyjmują dowolne wyjaśnienie, gdyż nie mogą skorzystać z innego źródła wiedzy. Dookoła siebie widzą osoby, które utraciły zasiłek bez widocznego powodu; widzą „nie takie biedne” rodziny otrzymujące więcej niż rodziny żyjące w skrajnej nędzy, które czasem nawet wcale nie korzystają z programu. I choć teoretycznie nie powinni, zaczynają czuć się niepewnie, nie wiedzą, co może się stać z ich własnym zasiłkiem i czują się trochę szczęściarzami, że jeszcze go mają.

– W tym kontekście pojawia się pytanie o kwestię obywatelstwa. Czy jest jakieś powiązanie między ubóstwem a obywatelstwem?

– Pojęcie „obywatelstwo” rozumiem w szerokim sensie jako relację między społeczeństwem a państwem. Relacja ta, szczególnie z punktu widzenia jednostki, jest zależna od pozycji społecznej osoby i jej warunków materialnych. W niektórych społeczeństwach ta zależność jest niewielka, a instytucje publiczne mają obowiązek równo traktować jednostki. W innych społeczeństwach, a uważam Brazylię za jedno z nich, instytucje są skonstruowane tak, aby różnicować jednostki z różnych klas, a obiektywne, bezosobowe zasady są wypierane przez nieformalne normy społeczne. W Brazylii zjawisko to występuje w wielu formach, takich jak jeitinhobrasileiro (co oznacza obchodzenie zasad albo znalezienie łatwego sposobu na skorzystanie z nich) czy słynne „Czy pan/i wie, z kim ma do czynienia?”, używane przez członków klasy wyższej, gdy są zmuszeni do przestrzegania zasad obowiązujących wszystkich. Antropolog James Holston nazwał to „zróżnicowanym obywatelstwem”: inkluzywnym jeżeli chodzi o członkostwo (nawet najbiedniejsi w Brazylii są na papierze pełnoprawnymi obywatelami) i bardzo nierównym w dystrybucji praw.

Socjolog Jessé de Souza ukuł nawet bardziej nośny termin, aby opisać to zjawisko: „podobywatelstwo”, efekt braku poczucia zbiorowej godności, podstawy nowoczesnego pojęcia obywatelstwa i braku uznania społecznego: równość staje się abstrakcyjnym pojęciem, ponieważ każdy Brazylijczyk wie, że w rzeczywistości nie wszyscy obywatele są tyle samo warci. Ci, którzy są „mniej obywatelami”, często nie spełniają społecznych wymogów produktywnego wkładu, który zapewnia uznanie społeczne. Wymogi te mają z kolei źródło w nieprzejrzystych instytucjach i neutralnych wartościach merytokratycznej konkurencji: w bezosobowych i niewidocznych sieciach, które dyskwalifikują „niepewne” jednostki i grupy społeczne jako „podproducentów” i „podobywateli”.

Postawmy kropkę nad „i”: tak, jest wyraźna relacja między ubóstwem a obywatelstwem. Skrajne nierówności społeczne są bezpośrednio powiązane z nierówną dystrybucją praw – a tym samym z tworzeniem kategorii „podobywateli” i, w szerszym sensie, z wykluczeniem społecznym. Skoro uważamy wszystkich Brazylijczyków za pełnoprawnych obywateli, czy możemy nie zauważać takich warunków materialnych, które uniemożliwiają pewnym obywatelom korzystanie z ich obywatelstwa? Czy mamy uważać, że ktoś, kto walczy o przeżycie, może korzystać z pełni praw obywatelskich? Konstytucja tak inkluzywna i egalitarna jak nasza z 1988 r. może przełożyć się na rzeczywistość wyłącznie wtedy, gdy raz na zawsze uporamy się z nierównościami społecznymi (a do tego PBF nie wystarczy, jak dowodzą ostatnie lata rosnących nierówności społecznych).

– Wydaje się, że tylko podstawowy dochód obywatelski może zapewnić pełne „obywatelstwo społeczne”. W innym przypadku zawsze jest pewien rodzaj zależności i nierównej relacji między beneficjentem a państwem, administracją czy pracownikiem socjalnym. Czy w Brazylii toczy się debata publiczna na ten temat?

– Tak, dyskusja trwa nawet wśród wysokich urzędników Ministerstwa Rozwoju Społecznego, odpowiedzialnego za PBF. O ile pamiętam, pierwszym zdarzeniem, które w efekcie doprowadziło do wprowadzenia programu Bolsa Família w Brazylii, było powołanie funduszu Alaska Permanent Fund (APF) w 1982 r., finansowanego bezpośrednio z dochodów z wydobycia ropy naftowej i gwarantującego pewien rodzaj minimalnego dochodu wypłacanego przez administrację stanową każdemu obywatelowi mieszkającemu na Alasce. Senator Eduardo Suplicy (z Partii Pracujących z São Paulo) skorzystał z doświadczeń Alaski, przygotowując ustawę o projekcie gwarantowanego dochodu podstawowego (Projeto de Garantia de RendaMínima) w kwietniu 1991 r. W tym samym roku projekt został przyjęty (głosami wszystkich partii) i przesłany do Izby Deputowanych, w której czekał na głosowanie 13 lat.

Tymczasem inicjatywy lokalne oparte na założeniach projektu Suplicy zostały zrealizowane w Dystrykcie Federalnym i w mieście Campinas w 1995 r., jednak z uwzględnieniem elementu „warunkowego”, znanego już wówczas w innych krajach. W następnych latach inne miasta wdrożyły własne wersje programów typu CCT, a w wielu rozpoczęto dyskusje nad tą koncepcją w lokalnych organach przedstawicielskich.

Koncepcja gwarantowanego dochodu minimalnego dotarła na poziom federalny, przy czym utrzymano element uzależnienia wypłat od spełniania pewnych warunków. Korzyści z takich uwarunkowań programu są dość wątpliwe. Zakładają one wymuszanie pewnego typu zachowań, choć nie jest jasne, czy są one rzeczywiście niezbędne. Tymczasem w społeczności akademickiej powszechnie przyjmuje się, że wypłaty uzależniono od spełnienia pewnych warunków głównie z przyczyn politycznych: dzięki temu łatwiej przekonać przeciętnego podatnika do przekazywania pieniędzy ludziom żyjącym w ubóstwie. Moim zdaniem – zdaniem socjologa badającego ubóstwo jako zjawisko społeczne – problemem programów tego typu jest różnicowanie obywateli. Inaczej niż w Europie, w Brazylii z pomocy korzysta znaczna część ludności – pomoc społeczna w Brazylii obejmuje jedną czwartą populacji.

Podam przykład, aby zobrazować swój wywód – wielokrotnie słyszałem, że beneficjenci programu Bolsa Família powinni być pozbawieni prawa głosu. A słyszałem taką opinię od pracowników socjalnych, ludzi o dochodach nieco powyżej poziomu ubóstwa (czyli niekorzystających z PBF), lecz także od polityków. Taki pogląd może się wydawać skrajny, jednak wyraża odczucia stanowiące rdzeń zjawiska, które możemy określić jako „konflikt klasowy” w Brazylii: ludzie żyjący w ubóstwie nie są uważani za pełnoprawnych obywateli.

Gwarantowany dochód minimalny mógłby złagodzić tego rodzaju napięcia. Wyeliminowalibyśmy na przykład problemy związane z postrzeganiem programów socjalnych jako przysług świadczonych przez polityków. Nie byłoby tak łatwo używać zasiłków do różnicowania osób żyjących w ubóstwie. Byłoby także łatwiej zapewnić pojmowanie podstawowego dochodu jako prawa: jednostka ma do niego prawo, ponieważ jest obywatelem, co więcej – potrzebuje go, aby być pełnoprawnym obywatelem. Koszty zarządzania byłyby mniejsze, a gdyby program był dobrze zaprojektowany, całkowite nakłady nie musiałyby nadmiernie obciążać budżetu rządu. Zbadanie tego zagadnienia staje się coraz pilniejsze na całym świecie, a w moim przekonaniu wkrótce stanie się konieczne w krajach, które nie są zbyt bogate. Jak dowiódł PBF, bezpośrednia dystrybucja dochodu przynosi szereg korzyści w skali mikro i makro.

– W swych badaniach skupia się Pan na regionie północno-wschodnim Brazylii. Dlaczego?

– W moim przekonaniu w oczach Brazylijczyka ubóstwo uosabiają dwa obrazy: fawele w Rio de Janeiro i północno-wschodni interior, czyli sertão. Obecnie w centrum uwagi z wielu powodów są fawele, jednak ubóstwo w Brazylii nie ogranicza się do nich. Region północno-wschodni pozostaje najbiedniejszym obszarem kraju, lecz, co ważniejsze, efekty ostatniej fazy rozwoju kraju są tam najsilniejsze. Region skupia także największą liczbę beneficjentów programu Bolsa Família – w niektórych gminach stanowią oni ponad 90% ludności. Ponadto północny wschód to tradycyjny obszar zainteresowania dla każdego badacza klientelizmu w Brazylii. Wszystkie klasyczne studia przedmiotu poświęcały uwagę temu regionowi, a do dziś jest on punktem odniesienia w badaniach klientelizmu na świecie.

Dla mnie połączenie tych dwóch zagadnień jest wyzwaniem, lecz jest także intelektualnie inspirujące. Gdy przedstawiam swoje badania, nieustannie spotykam się z silnymi przekonaniami po obu stronach sceny politycznej: jedni mówią mi, abym uważał z prezentacją wyników, gdyż prawica może je sobie przywłaszczyć i wykorzystać do atakowania programu. Z drugiej strony badanie PBF jest przez niektórych postrzegane jako postawa wyraźnie prorządowa, promocja pożądanych efektów programu. Przyznaję, że trzeba uważać na takich krytyków, ale muszę się starać, aby nie wpływali na moją pracę. W zawodzie socjologa nawet własne ideały nie mogą zakłócać pracy – choć nigdy nie ukrywałem pozytywnej opinii o programie, a moim osobistym życzeniem jest, aby te badania przyczyniły się do udoskonalenia PBF i rozwinęły studia nad polityką społeczną w Brazylii.

Muszę też przyznać, że nie wiedziałem dokładnie, z czym będę musiał się zmierzyć, kiedy zaczynałem pracę nad doktoratem – zdarza się to w większości jakościowo-indukcyjnych projektów badawczych. Moje pierwsze badania terenowe w regionie zachęciły mnie do dokładnego zapoznania się z PBF, ale dopiero podczas drugiego pobytu zdałem sobie sprawę ze znaczenia praktyk klientelistycznych w programie i postanowiłem skupić się na tym zagadnieniu. W moim przekonaniu tego typu praktyki są powszechne na północnym wschodzie – choć odwiedziłem tylko kilka gmin – przy czym moja praca polega na wykazaniu, w jaki sposób wynikają one ze struktury, która jest właściwa nie tylko temu regionowi. Teoretycznie mogą one wystąpić w każdym innym miejscu i właśnie to w moim przekonaniu czyni moją pracę szczególnie istotną.

– Obecnie Brazylia stoi w obliczu chaosu politycznego. W momencie naszej rozmowy (marzec 2016) toczy się procedura postawienia w stan oskarżenia prezydent Dilmy Rousseff, a ponadto ikona zmian i najbardziej popularny prezydent w historii, Luiz Inacío Lula da Silva, jest przesłuchiwany przez policję w ramach dochodzenia w sprawie oszustwa na wielką skalę w państwowym koncernie petrochemicznym Petrobras. Czy Pana zdaniem Brazylia może wiele stracić z osiągnięć ostatnich 13 lat?

– Niestety, moja odpowiedź musi być wewnętrznie sprzeczna, gdyż mówiąc szczerze, nie potrafię przewidzieć przyszłości PBF w długiej perspektywie. Z jednej strony powiedziałbym, że nie powinniśmy się obawiać o zdobycze, w których Partia Pracujących (PT) odegrała ważną rolę. Na tym polega piękno demokracji: gdy rząd robi krok w dobrym kierunku, kolejny rząd nie może się po prostu wycofać, nawet jeśli się na taki krok nie zgadza. Jeżeli społeczeństwo uważa osiągnięcia za istotne, nowy rząd zostanie ukarany, gdy narazi je na szwank. Mówiąc konkretnie: żadna partia opozycyjna w Brazylii nie jest oficjalnie przeciw PBF. Takie stanowisko oznaczałaby polityczne samobójstwo.

Choć żaden z poważnych polityków pretendujących do najwyższych urzędów w państwie nie deklaruje sprzeciwu wobec PBF, od czasu do czasu politycy prawicowi występują publicznie przeciw programowi. Ewentualny prawicowy rząd, który zastąpiłby administrację PT, mógłby faktycznie zagrozić osiągnięciom społecznym, szczególnie w sytuacjach kryzysów gospodarczych, które zwykle usprawiedliwiają cięcia wydatków socjalnych. Jednocześnie opozycja nieustannie żali się, że podczas wyborów rozpowszechniane są fałszywe pogłoski, jakoby ewentualny rząd partii innej niż PT miał zakończyć program Bolsa Família. Aby im zaprzeczyć, najważniejszy prawicowy kandydat na prezydenta w wyborach 2014, senator AécioNeves, próbował przeprowadzić w kongresie ustawę przekształcającą PBF w prawo zagwarantowane konstytucyjnie, choć było jasne, że ustawa zostanie odrzucona przez deputowanych z partii rządzącej. Jego celem było postawienie Partii Pracujących w bardzo delikatnej sytuacji, zmuszając ją do podzielenia się częścią zasług z PBF z opozycją, która tak naprawdę sprzeciwiała się temu programowi od jego początków. Zasadnie czy nie, od wyborów w 2006 r. (ponowny wybór prezydenta Luli) opozycja próbuje umniejszać rolę programu w sporach z kandydatami PT. Pewna personalizacja programu (który jest powszechnie postrzegany przez beneficjentów jako dzieło i zobowiązanie prezydenta Luli) niewątpliwie podważa budowanie postaw obywatelskich, lecz to nigdy nie wydawało się przedmiotem szczególnej troski PT.

W związku z tym pragnę przejść do drugiej części mojej odpowiedzi: powinniśmy się obawiać utraty tego, co zostało osiągnięte, a PT ponosi ogromną odpowiedzialność za ten stan rzeczy. PBF został utworzony dekretem prezydenta, a jego podstawy prawnej nie można mylić z ustanowieniem prawa nabytego: „przyznawanie świadczeń w ramach PBF ma charakter tymczasowy i nie tworzy prawa nabytego. Uprawnienia rodzin do otrzymywania tych świadczeń powinny podlegać obowiązkowej kontroli co dwa lata” (art. 21 rozporządzenia 6.392, tłumaczenie własne). PBF to program rządu federalnego, a nie polityka społeczna umocowana w konstytucji (w Brazylii mówimy, że jest to program rządowy, a nie program państwowy). Jego beneficjenci nie mają prawa do świadczeń, gdyż takie prawo oznaczałoby dla osób kwalifikujących się do programu nieograniczony dostęp do zasiłku. Zasięg programu nie jest aktualnym problemem, więc niewiele się o nim mówi. Nie oznacza to jednak, że rząd może w dowolnej chwili zawiesić program lub zmienić jego reguły w dowolnym momencie zwykłą większością głosów w kongresie.

Po 13 latach sprawowania rządów na szczeblu federalnym PT powinna wykorzystać momenty, w których uzyskuje największe poparcie, aby uchwalić przepisy silniej chroniące PBF. Na rzecz takich zmian pracowało wielu członków partii; najbardziej znany z nich to były senator Eduardo Suplicy, uczestnik prac nad projektem podstawowego dochodu obywatelskiego (który był inspiracją dla programów pilotażowych wprowadzających CCT w Brazylii). Obecnie, w obliczu niepewnej przyszłości i przy najniższym odnotowanym poziomie poparcia, tego rodzaju przedsięwzięcia są nierealne i prawdopodobnie takie pozostaną przez bardzo długi czas. Kiedy impeachment prezydent Dilmy Rousseff staje się realną groźbą, nawet PMDB, partia wiceprezydenta (który prawdopodobnie obejmie urząd w razie odsunięcia obecnej prezydent od władzy), już sygnalizuje zamiar ograniczenia PBF i skoncentrowania programu na pomocy najbiedniejszym.

– Jak dzisiaj, w kontekście naszej rozmowy, interpretuje Pan hasło „Brasil, País do Futuro” („Brazylia, kraj przyszłości”)?

– Gdy słyszę (i czytam) hasło „kraj przyszłości”, pierwszą moją myślą jest konstatacja, że nie mamy żadnego projektu przyszłości. Od przyjęcia konstytucji w 1988 r. nigdy nie zadaliśmy sobie poważnie pytania, jakiego typu krajem chcemy być. Zajmujemy się pojedynczymi problemami, gdy przyciągają one powszechną uwagę (zwykle z powodu wstrząsających wydarzeń). Kilka sił politycznych rozdziera kraj, próbując uzyskać lub zachować władzę i zawsze krótkowzrocznie patrząc na przyszłość. Od bardzo dawna nasz kraj nie jednoczył się wokół jednego problemu, czy lepiej – jednego rozwiązania.

Choć brzmi to surrealistycznie, niektórzy wykorzystują bieżące kryzysy polityczne w Brazylii do propagowania dyktatury wojskowej, którą nazywają „interwencją” mającą na celu odbudowę kraju i oczyszczenia go z korupcji. W obszarze moich badań toczy się w kraju narastająca dyskusja o odpowiedzialności ludzi żyjących w ubóstwie za ich własną sytuację i pojawia się twierdzenie, że udzielana im pomoc jedynie zachęca ich do lenistwa. W Brazylii, kraju o takich nierównościach strukturalnych, powinniśmy oczekiwać lepszego zrozumienia mechanizmów ubóstwa. Dyskurs merytokratyczny po prostu nie pasuje do naszej rzeczywistości, a nieliczne przypadki kariery od najniższej do najwyższej warstwy społecznej jedynie potwierdzają wyjątkowość takiej drogi. W pewien sposób importujemy (czy raczej reanimujemy) konserwatywne dyskursy, które już nie pasują do naszej demokracji ani do naszego stulecia.

Trudno jest zatem obecnie odpowiedzieć na postawione pytanie. Jedyną rzeczą, której nam nie brak, jest potencjał. Mogę wskazać kilka dziedzin, w których Brazylia może w moim przekonaniu odegrać ważną rolę w świecie. Pierwsza to różnorodność kulturowa, szczególnie współistnienie różnych religii. Nadeszła krytyczna chwila, w której dokonujemy wyboru, w jaki sposób uporamy się z nietolerancją, przesądami i rasizmem, i warto w tym kontekście przywołać religie afro-brazylijskie. Druga dziedzina to ruch feministyczny. Tu podobnie – dyskusja o przemocy wobec kobiet i ich dyskryminacji osiągnęła wreszcie zasięg ogólnokrajowy, a ruchy feministyczne rozwijają się w Brazylii dynamicznie. Nasz kraj był niegdyś wzorem w dziedzinie ochrony środowiska i zrównoważonego rozwoju. Niedawna katastrofa tamy w pobliżu miasta Mariana i późniejsze zdarzenia (głównie opieszałość rządu i próby chronienia przedsiębiorstw odpowiedzialnych za katastrofę, które wspierały kandydatów na stanowiska polityczne ze wszystkich głównych partii) dowodzą, że sprawy miały się gorzej, niż się nam zdawało. Podsumowując, wśród krajów rozwijających się Brazylia była pionierem we wdrażaniu szeregu projektów mających na celu zapewnienie dochodu podstawowego i programów typu CCT, jednak nie jestem pewny, czy zostaną one doprowadzone do końca w najbliższej przyszłości. Powtórzę: w moim przekonaniu PT mogła wykorzystać okresy silnego poparcia, aby poczynić trwałe kroki w tym kierunku, lecz aktualna sytuacja jest niesprzyjająca.

Wciąż możemy odzyskać miano „kraju przyszłości”, którym niegdyś nas określano, a omówione przykłady wskazują, na czym powinniśmy skupić uwagę, aby to osiągnąć.

– Dziękuję za rozmowę.


„Brazylia, kraj przyszłości?” to książka pod redakcją Janiny Petelczyc i Marka Cichego, wydana przez Fundację Terra Brasilis i Książkę i Prasę przed Igrzyskami Olimpijskimi w Rio de Janeiro, latem 2016 r. Stanowi ona zbiór tekstów poświęconych Brazylii – jej polityce, historii, problemom społecznym, ekologicznym oraz kulturze. Jej celem jest próba przybliżenia Brazylii polskiemu Czytelnikowi. Część tekstów powstała w formie wywiadów, w tym: z Ladislauem Dowborem (brazylijskim ekonomistą, doradcą prezydenta Luli da Silvy) czy Nilmą Lino Gomes (minister ds. kobiet, równości rasowej i praw człowieka rządu DilmyRousseff). Ponadto w książce znajdują się teksty Adama Traczyka, Agaty Błoch, Aleksandry Pluty, Janiny Petelczyc, Julii Michaels, Zuzanny Jaegermann, Magdaleny Walczuk, Marii Wróblewskiej i Gabriela Borowskiego. Rozmowa z Flávio Eiró pochodzi z tej książki.

Rany kłute klasy robotniczej

Rany kłute klasy robotniczej

Za rasizmem wyborców Trumpa kryją się rany klasy robotniczej. Jeśli uważnie wsłuchamy się w słowa jego zwolenników, uda nam się dostrzec w nich tęsknotę za postępową polityką.

66-letni Jon Lovell nie różni się niczym od innych wyborców Donalda Trumpa. Wpadłem na niego w noc republikańskich prawyborów na przedmieściach Portland w stanie Oregon, podczas świętowania zwycięstwa tego kandydata. Lovell pracuje na budowie, jest białym mężczyzną w starszym wieku, republikaninem oraz weteranem wojny w Wietnamie, gdzie walczył w Korpusie Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych. – Zajmuję się wszystkimi rodzajami budownictwa: robię podłogi, ściany z płyt gipsowo-kartonowych, remonty, wszystko – powiedział. Popiera Donalda Trumpa ze względu na wszystkich tych Latynosów, których spotyka się dziś na budowach. Wykonają tę samą pracę taniej, niż ja bym to zrobił.

Niechęć Lovella do osób pochodzenia latynoskiego sięga poza miejsce pracy. Wspomina jedno ze swoich ostatnich zleceń – pracę przy remoncie domu klientki: Remontowałem dom tej kobiety. Ma on trzy sypialnie, a właścicielka wynajmuje go latynoskim rodzinom za 800 dolarów miesięcznie. Umieszcza w każdym z pokoi jedną rodzinę i dodatkowo jedną w garażu. Latynosi niszczą dom do tego stopnia, że musi wydawać co kilka lat 10 do 15 tysięcy dolarów na jego remont. Zapytałem: „Czemu nie wynajmie go pani białej rodzinie? Nie zrobią takich zniszczeń”. Odparła: „Jeśli tak postąpię, ktoś z tej rodziny straci pracę i przestanę dostawać czynsz. Jeśli jeden z Latynosów straci zatrudnienie, ktoś inny wciąż będzie mi płacił”.

Nie zadałem sobie trudu spierania się o to, że umieszczenie czterech rodzin w domu przeznaczonym dla jednej to prosta droga do zrujnowania go – bez względu na pochodzenie tych ludzi. Zamiast tego, powiedziałem Lovellowi, że wielokrotnie widziałem podobne sytuacje w Nowym Jorku: Ta kobieta prawdopodobnie obciąża każdą z rodzin kosztem bliskim pełnej wartości czynszu, zapewne około 2500 dolarów miesięcznie lub więcej – powiedziałem. – To dlatego może sobie pozwolić na odnawianie domu co dwa lata. Lovell milczał, przetrawiając moje słowa. Dodałem: Oni także są wykorzystywani.

Rozmawiamy o jego rodzinie. Jedna z córek ukończyła uczelnię wyższą i wiedzie udaną karierę zawodową, druga zaś w kółko trafia do więzienia, jest z niego wypuszczana po odbyciu kary, po czym znów wraca za kratki. Jego syn ma problemy psychiczne i opiera swe utrzymanie na SSI [Supplemental Security Income – program rządowy zapewniający stypendia osobom o niskim dochodzie, które są jednocześnie starsze, niewidome lub niepełnosprawne – przyp. tłum]. Mówi z uczuciem o swojej córce sprawiającej kłopoty, która jest lesbijką: Powiedziałem jej – to, że jesteś homoseksualna nie sprawia, że musisz angażować się w całe te narkotyki i przemoc. Piętnaście lat temu jej partnerka zadzwoniła do Lovella i powiedziała, żeby zabrał czwórkę swoich wnuków albo ona złoży wniosek o oddanie ich do rodziny zastępczej.

Lovell, który jest rozwiedziony, wychowywał dzieci samodzielnie. Jego rodzina opierała byt na programach Food Stamps [federalny program pomocowy, ułatwiający ubogim rodzinom zakup produktów spożywczych – przyp. tłum.], Medicaid [pomoc zdrowotna dla obywateli w starszym wieku i/lub o niskich dochodach – przyp. tłum.] i Temporary Assistance for Needy Families [federalna pomoc finansowa dla rodzin niezamożnych – przyp. tłum.]. Najmłodsze z jego dzieci jest obecnie w college’u, pozostałe już zakończyły edukację.

Zapytałem go, jak godzi swoje poparcie dla Republikanów z faktem, że jego rodzina trwa dzięki wsparciu z pomocy społecznej. Zawahał się. Zwilgotniały mu oczy. W końcu powiedział: Ludzie potrzebują tych programów. Nie możemy z nich zrezygnować. Potrzebują ich, by przetrwać.

Lovell jest jednym z ponad czterdziestki wyborców Trumpa, z którymi rozmawiałam na tłumnym wiecu w Eugene w Oregonie, na Uniwersytecie w Portland czy wreszcie w czasie celebrowania wyniku prawyborów. Uosabia on paradoks uroku Trumpa. Pracownicy przeczołgani przez globalny kapitalizm chcą, by rząd udzielał pomocy „prawdziwym Amerykanom” i karał nielegalnie zatrudnionych imigrantów zarobkowych – zamiast swój gniew skierować wobec tych, którzy ich zatrudniają, wliczając w to samego Trumpa. W tym kontekście „zbudowanie muru” na granicy z Meksykiem jest dosłowną manifestacją ich obaw i niepokojów dotyczących gospodarki, społeczeństwa i rasy.

Wielu komentatorów koncentruje się jednak wyłącznie na pompatyczności i rasizmie Trumpa, określając jego wyborców jako „grupę bigotów” oraz „idiotów”, którzy „nie są ofiarami”. Jest to poziom niedoinformowania podobny do tego, jakim charakteryzuje się wiara, że deportowanie 11 milionów imigrantów pozwoli klasie robotniczej dorobić się fortun.

Po pierwsze na Trumpa w prawyborach głosowało 14 milionów ludzi, a żadna grupa tej wielkości nie stanowi monolitu. Wśród jego wyborców, których poznałem, byli weterani wojenni, emeryci, studenci, absolwenci uczelni wyższych, przedsiębiorcy, biznesmeni, pracownicy fabryk i sektora usług, policjanci, personel zarządzający, członkowie związków zawodowych czy prawnicy. W grupie tej znaleźć można nawet niewielką liczbę Azjatów, osób czarnoskórych i homoseksualistów, rozmawiałem też z wieloma kobietami, chociaż grono wyborców Trumpa jest w sposób nieproporcjonalny zdominowane przez mężczyzn. Spotkałem chrześcijańskich konserwatystów i ateistów, gorących zwolenników wojny i izolacjonistów, żarliwych wyznawców, którzy mówili: Kochamy Trumpa tak mocno, że to aż boli, a także tych, którzy sami nie mogli uwierzyć, że popierają wulgarną gwiazdę telewizji, ale robią to, ponieważ – jak sami przyznawali – w ich oczach stanowi ona mniejsze zło.

Wiele danych wskazuje także, iż popieranie Trumpa jest związane z niepokojami gospodarczymi i społecznymi. Poparcie dla jego kandydatury jest najwyższe pośród białych wyborców, których dotknęły spadek lub stagnacja wynagrodzeń, a którzy jednocześnie nie mają wyższego wykształcenia i nie ukończyli szkoły średniej, zostali wyrzuceni poza nawias grupy pracowników najbardziej poszukiwanych na rynku, a ich szacowana długość życia spadła. Ta ostatnia informacja, potwierdzona przez najnowsze badania, jest zaskakująca, ponieważ spadek szacowanej długości życia w krajach rozwiniętych zdarza się wyjątkowo rzadko – nawet podczas wojen. To dowód, że biali pracownicy w średnim wieku wyraźnie cierpią na wiele sposobów z powodu polityki gospodarczej prowadzonej zarówno przez liberałów, jak i konserwatystów. Odnotowany w latach 90. boom na giełdzie papierów wartościowych nie złagodził uderzenia, od którego ci pracownicy ucierpieli, a związanego z polityką prowadzoną przez Clintona – obejmującą np. NAFTA (Północnoamerykański Układ Wolnego Handlu), restrykcyjną politykę karną wymierzoną w ubogich, cięcia w systemie pomocy społecznej i deregulację Wall Street.

Donald Trump wie o tych faktach i wykorzystuje je. W Eugene „rozszarpywał” Clintonów, nazywając NAFTA „klęską, która zniszczyła nasz kraj”. Zorientowany rasowo gospodarczy populizm Trumpa rozwija się i kwitnie, choć obie strony sporu są zakładnikami Wall Street.

Wielu białych pracowników, którzy obecnie planują głosować na Trumpa, popierało w przeszłości jednego z kandydatów Demokratów, ale dzisiaj partia ma im niewiele do zaoferowania. Oliwy do ognia dolewa to, że liberałowie wyszydzają ich jako uprzywilejowanych rasistów-ignorantów, zamiast wziąć pod uwagę ich realne obawy ekonomiczne. Choć nie zadałem im pytania o Berniego Sandersa, kilku z nich wspomniało to nazwisko, mówiąc, że był ich drugim wyborem po Trumpie. Ci, którzy darzyli Sandersa sympatią, rozmawiali ze mną na temat swoich osobistych nieszczęść związanych z sytuacją gospodarczą kraju i wyrażali wsparcie dla takich działań politycznych, jak ukrócenie umów o wolnym handlu i stworzenie publicznych programów infrastrukturalnych.

Przy głosowaniu na Trumpa u ciążących w lewo wyborców największe skrupuły wywołują kwestie rasowe. Kandydaci tacy jak Sanders nie rozwiążą tych problemów samotnie. Silniejsze związki zawodowe i ruchy społeczne mogłyby pomóc tym wyborcom w zrozumieniu postępowej polityki klasowej, zamiast zostawiać ich bez szans na obronę, na pożarcie populizmowi Trumpa.

Dwie najpowszechniejsze postawy, jakie wyborcy Trumpa przejawiają wobec kwestii imigracji, odsłaniają punkty, w które postępowe kampanie wyborcze mogłyby uderzyć w przyszłości. Pierwsza z nich to opisywanie imigrantów jako obciążenia podatkowego. Na wiecu Trumpa w Eugene Michael, 34-letni kurier, powiedział: Nie można po prostu przejść sobie przez granicę i wysysać system, korzystając z pomocy w zakupie żywności i otrzymując opiekę medyczną. Mariah, sprzedawczyni po czterdziestce, zgadza się z tą opinią: Imigracja to największy problem. Nie przyjeżdżajcie do tego kraju tylko po to, by ciągnąć od nas pomoc.

Przyrównywanie imigrantów do pasożytów to metafora rasistowska. To także porównanie nietrafne: różnica pomiędzy tym, co rząd amerykański wydaje na pomoc społeczną dla nielegalnych imigrantów, a tym, co kraj zarabia na płaconych przez nich podatkach, jest bardzo mała, jeśli w ogóle istnieje. Jednak nie jest prawdopodobne, by serca tych wyborców mogła podbić postępowa polityka gospodarcza, ponieważ są oni zwolennikami Tea Party i wrogami programów socjalnych. Janice, pracownica młyna, była bardzo negatywnie nastawiona do Sandersa, ponieważ chce nas opodatkować i rozdawać nasze pieniądze.

Ale nie wszyscy głosujący na Trumpa postrzegają nielegalnych imigrantów w ten sposób. Inni członkowie tej grupy łączą problem z wynagrodzeniami, miejscami pracy i wolnym handlem. 29-letni Rick, student inżynierii elektrycznej z Uniwersytetu Oregońskiego, mówi: Nielegalni imigranci powodują obniżenie pensji pracowników niewykwalifikowanych. Paul, 42-letni stolarz, dodaje: W ciągu ostatnich trzech lat dłużej byłem bez pracy, niż pracowałem. Uważam, że Trump pomoże szaremu człowiekowi. Paul, który twierdzi, że Sanders był jego drugim rozważanym wyborem, popiera restrykcje związane z imigracją: Czas odzyskać Amerykę, odebrać im nasze miejsca pracy.

Choć tego typu język niesie powiew rasizmu, jest istotne, by pamiętać, że nie jest on chorobą nieuleczalną. Jak pisze Michelle Alexander w swojej książce „The New Jim Crow”, to wyuczone zachowanie oraz presja systemu społecznego. Zapewnienie alternatyw opartych na identyfikacji klasowej mogłoby oduczyć ludzi rasizmu. To jedna z lekcji, jakie wynieśliśmy z wyborów w 2012 r. Kandydujący wtedy Barack Obama zdobył o ponad połowę głosów więcej niż Mitt Romney wśród białych wyborców – robotników płci męskiej, którzy byli członkami związków zawodowych. To widomy znak, że klasa może być ważniejsza niż kwestie rasowe – i obalenie założenia, że przedstawiciele białej klasy robotniczej są urodzonymi rasistami.

Jednak kampania wyborcza Hillary Clinton skręciła w innym kierunku. Kandydatka zadeklarowała, że single-payer healthcare [system opieki medycznej, w którym z założenia państwo, a nie prywatni ubezpieczyciele, płaci za leczenie podatników – przyp. tłum.] nigdy, przenigdy nie zostanie wprowadzony. Zaatakowała też Sandersa za nawoływanie do wprowadzenia darmowej edukacji wyższej oraz odrzuciła projekty zamknięcia banków inwestycyjnych, gdyż uczynienie takiego kroku nie zakończyłoby ery seksizmu, rasizmu i homofobii. Wytyczyła podobny kurs jeśli chodzi o wolny handel, zapewniając Trumpowi pod tym względem niezłe argumenty przeciw sobie. Jej nagła, dokonana w roku wyborczym, zmiana polityki związanej z Partnerstwem Transpacyficznym, nie wybiła jej z rytmu demonstrowania wieloletniego przywiązania do Wall Street. Dziedzictwo NAFTA, jak i 21,6 miliona dolarów, które zgarnęła od 2013 r. za wygłaszanie przemów w korporacjach, osłabiły jej wiarygodność u białej klasy robotniczej głosującej na Demokratów na przemysłowym Środkowym Zachodzie USA. Jednak zamiast próbować zdobyć ich głosy z powrotem, potrafi ona jedynie, jak złośliwie mawiają niektórzy Demokraci, podebrać Trumpowi dwóch Republikanów umiarkowanych w kwestiach społecznych i wyborców niezdeklarowanych na jednego pracownika fizycznego, którego traci w tym regionie kraju.

Trump także znalazł niezły sposób na Republikanów takich jak Jon Lovell, czyli tych, którzy są zatroskani cięciami w systemie opieki społecznej. Otóż atakuje on Clinton z lewej strony, flirtując z obietnicą podniesienia płacy minimalnej i wzmocnienia programu ubezpieczeń społecznych. Takie podejście odpowiada wyborcom, którzy polegają na systemie ubezpieczeń, emeryturach oraz rentach wojskowych i policyjnych, Medicaid, opiece społecznej i Department of Veteran Affairs [rządowym systemie wsparcia dla byłych żołnierzy – przy. tłum.]. Troje wyborców Trumpa, z którymi rozmawiałem, przyznało, że z powodu niepełnosprawności pobiera Supplemental Security Income. Również na tym froncie Clintonowie nie są przyjaciółmi pracowników, jako że już w latach 90. przeforsowali drastyczne cięcia w systemie opieki społecznej, a nawet chcieli go sprywatyzować.

Bez wątpienia wielu wyborców Trumpa to osoby o zimnych sercach i rasiści, postrzegający świat według zasady dog-eat-dog (po trupach do celu). Jednak wielu z nich to ludzie cierpiący, a sporej części ekonomicznego cierpienia, którego doświadczają, jest winne to skrzydło Partii Demokratycznej, na którym znajdują się Clintonowie.

Gdy weźmiemy pod uwagę, jak wielu wyborców zdążył do siebie zrazić Trump, jego ścieżka do zwycięstwa wydaje się w najlepszym razie wąska. Ale rozpętana przez niego kampania oparta na zbiórce funduszy, reklamie, pomocy konsultantów, badaniach opinii publicznej i dokładnym pisaniu scenariuszy wystąpień, wytyczyła być może ścieżkę jakiemuś demagogowi przyszłości, który będzie potrafił zaprząc do swoich celów rasistowski populizm, porzucając jednocześnie wulgarność charakterystyczną dla Trumpa.

Hillary Clinton cynicznie używa kwestii rasowych i płciowych, by napuścić pracowników na siebie nawzajem, co ułatwia jej posuwanie się naprzód z „programem Wall Street”. Sprawi to jednak tylko, że coraz liczniejsi przedstawiciele klasy robotniczej odwrócą się od Demokratów. Najlepszą drogą do pokonania „trumpizmu” byłaby synteza postulatów antyrasistowskich, lewicowo-klasowych oraz dotyczących równości płci. A punktem wyjścia jest nauka słuchania głosów wyborców Trumpa i znalezienie takich punktów stycznych, które odwiodłyby ich od dzielącej społeczeństwo bigoterii w kierunku działań na rzecz wspólnego dobra.

Tłumaczenie Magdalena Okraska

Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej „Yes Magazine” 30 czerwca 2016 r.

Klasa robotnicza powraca

Klasa robotnicza powraca

Młodsza generacja jest wykształcona lepiej niż kiedykolwiek. A tymczasem przeważająca większość jej przedstawicieli określa siebie mianem… klasy robotniczej.

Szerokie poparcie, jakim millenialsi [pokolenie urodzone pomiędzy połową lat 80. XX w. a początkiem XXI w. – przyp. tłum.] obdarzyli Berniego Sandersa, było niespodzianką dla wielu analityków sceny politycznej. Niektórzy z nich próbowali je przypisać młodzieńczemu podekscytowaniu, niewiedzy, werteryzmowi charakterystycznemu dla młodego wieku albo „białemu przywilejowi”. Inni stawiali na głęboką niechęć do Hillary Clinton – lub na połączenie wszystkich powyższych elementów.

Niektórzy komentatorzy wskazywali, że „koalicja Sandersa”, złożona z przedstawicieli tego pokolenia oraz wyborców z klasy robotniczej, ma niewiele wspólnego z jakimkolwiek wspólnym interesem, nie mówiąc o interesie klasowym. Sympatycy Sandersa to albo idealistycznie nastawiona młodzież, albo rozczarowani rzeczywistością biali mężczyźni z klasy robotniczej. Ale fakty nie pasują do tych interpretacji. Millenialsi nie „poszli do łóżka” z klasą robotniczą – oni są jej rdzeniem. Co więcej, jako klasa robotnicza określa się większa część przedstawicieli tego pokolenia niż jakiejkolwiek generacji w przeszłości.

Według badań opinii publicznej, które przez ostatnie czterdzieści lat prowadziło General Social Survey (zarządzane przez University of Chicago), millenialsi identyfikują się z klasą robotniczą w stopniu większym niż jakakolwiek inna grupa. W 2014 r. takim mianem określało się 60 proc. z nich.

Te liczby uderzają, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę długo hołubione mity o tym, kto jest w Ameryce klasą średnią. W prasie popularnej termin „klasa robotnicza” jest zazwyczaj rezerwowany dla pracowników z wykształceniem średnim wykonujących prace fizyczne. Patrząc powierzchownie: millenialsi nie wydają się pasować do tej kategorii.

Jako grupa są wykształceni lepiej od swoich starszych odpowiedników. Podczas gdy w 1965 r. tylko około 13 proc. Amerykanów miało tytuł licencjata, dzisiaj cieszy się nim 30 proc., a 40 proc. osób w przedziale wiekowym od 18 do 24 roku życia uczęszcza obecnie do instytucji kształcącej na poziomie wyższym. Idźmy dalej: millenialsi, ogólnie mówiąc, nie pracują zazwyczaj na stanowiskach „tradycyjnie” uznawanych za robotnicze, takich jak np. produkcja lub inne prace fizyczne. Znajdują zatrudnienie głównie w przemyśle usługowym, w sektorach takich jak handel detaliczny, obsługa interesantów czy usługi zdrowotne. Pod tym względem zatem nie wyglądają według statystyków i mędrców jak klasa robotnicza i są stereotypowo uznawani za oczytanych przedstawicieli bohemy mieszkającej w dużych miastach – a nawet za snobów.

Założenia dotyczące pozycji klasowej tego pokolenia nie są jednak, jeśli złożyć je do kupy, zupełnie pozbawione podstaw. Biorą bowiem swój początek w teoriach socjologicznych na temat związków klasy społecznej i wykształcenia. Dominujące hipotezy głoszą, że znacznie wyższy poziom wykształcenia millenialsów powinien dać im wstęp do zawodów wykonywanych przez klasę średnią – oraz do osiągania dochodów na jej poziomie. Historia udowadnia, że od dawna istnieje silny pozytywny związek pomiędzy poziomem wykształcenia a pozycją klasową, co jest szczególnie istotne, jeśli chodzi o opowiadanie bajek mających zaprzeczać istotności pochodzenia społecznego i gloryfikować wspinanie się po drabinie „klasowej”. Według tych zapewnień najważniejsza miała być indywidualna zdolność do zdobycia stopnia naukowego licencjata. W badaniach socjologicznych z 1984 r. stanowiących punkt zwrotny, Michael Hout „udowodnił”, że tytuł licencjata jest biletem na pociąg, który wyjeżdża poza granice klasy robotniczej: Wykształcenie zmniejsza różnice opierające się na statusie związanym z pochodzeniem. Niwelujący je efekt trwa tym dłużej i jest tym intensywniejszy, im więcej lat edukacji jednostka ma za sobą; efekt statusu społecznego traci na znaczeniu wraz z nabywaniem wykształcenia.

Zatem, bez względu na to, czy twój ojciec pracował przy linii produkcyjnej, czy w małej farmie rolniczej, jeśli w powojennych Stanach Zjednoczonych zdobyłeś tytuł naukowy, możesz skutecznie odciąć się od swojego pochodzenia społecznego i wspinać po drabinie ku klasom wyższym.

Inna grupa teorii, mniej łączona z pozycją na rynku pracy oraz ze związaną z wykonywanym zawodem mobilnością na drabinie społecznej, udowadnia, że osiągnięcia edukacyjne umożliwiają posiadaczom dyplomów uzyskanie charakterystycznego dla klasy średniej „smaku” oraz kapitału kulturowego. Zwolennicy modelu „wyróżnienia się” argumentują, że ponieważ wielu millenialsów już zdobyło lub w przyszłości zdobędzie tytuł licencjata, automatycznie nabędą oni kwalifikacji przyrodzonych klasie średniej, szczególnie cech kulturowych utożsamianych z osobami na stanowiskach zarządzających lub z wąskimi specjalistami w pewnych dziedzinach.

Związek pomiędzy klasą społeczną a wykształceniem został już tak dogłębnie zaakceptowany, że w obecnych czasach osiągnięcia na niwie edukacyjnej służą, zarówno w literaturze socjologicznej, jak i popularnej, za „zastępstwo” klasy. Przez większą część czasów powojennych ta nieformalna analiza zdawała egzamin. Właściwie prawdą było to, że jeśli ktoś posiadał stopień licencjata, to zarabiał więcej i prawdopodobnie pracował na stanowisku zarządzającego lub specjalisty, nie wykonywał za to pracy fizycznej lub zajęć niewymagających kwalifikacji.

Z tej perspektywy spór wydaje się nieskomplikowany: millenialsi są w przeważającej mierze uznawani za klasę średnią, ponieważ sądzi się o nich, że ukończyli szkołę wyższą. Jak zatem mogą dzielić jakikolwiek interes z klasą robotniczą, nie mówiąc już o określaniu samych siebie tym mianem?

Paradoks polega na tym, że w obecnych czasach millenialsi są jednocześnie lepiej wykształceni od swoich starszych odpowiedników i zajmują gorszą pozycję na rynku pracy. Do końca bieżącej dekady 50 proc. przedstawicieli tego pokolenia będzie się legitymowało wyższym wykształceniem – w porównaniu z 35 proc. przedstawicieli Generacji X i 29 proc. przedstawicieli pokolenia wyżu demograficznego. Tyle że ogromna większość millenialsów pracuje w sektorze usług, a mediana dochodu tej świetnie wykształconej grupy jest prawie identyczna z medianą dochodu pokolenia ich dziadków, kiedy byli oni w tym samym wieku – choć poziom ich wykształcenia był ogólnie niższy. Millenialsi to mięso armatnie dla przemysłów charakteryzujących się pensjami pozostającymi na tym samym poziomie lub zmniejszającymi się (wyjątkiem jest tu opieka zdrowotna). Co ironiczne, sektor płacący przedstawicielom tego pokolenia najwyższą medianę jest jednocześnie sektorem, w którym najmniej z nich jest zatrudnionych – to tradycyjny bastion klasy robotniczej, czyli produkcja przemysłowa.

Jest także bardziej prawdopodobne, że bezrobotnym stanie się przedstawiciel właśnie tego pokolenia, a nie jego starszy kolega. Nawet bardzo zachowawcze statystyki rządowe wskazują, że ponad 12 proc. millenialsów pozostaje obecnie bez pracy, podczas gdy oficjalna wysokość bezrobocia w kraju utrzymuje się na poziomie 5 proc.

To wszystko stawia przed nami następujące zagadnienie: podczas gdy poziom wykształcenia w społeczeństwie systematycznie wzrasta od lat 60. XX w., w takim samym tempie wzrastają prekaryzacja pracy i proletaryzacja posad urzędniczych i biurowych. Jeśli wykształcenie faktycznie miałoby jakiś tajemniczy wpływ na identyfikację klasową, powinniśmy obserwować, jak wraz ze wzrostem jego poziomu rośnie grupa ludzi identyfikujących się jako klasa średnia. Skoro jednak nawet dobrze wykształceni millenialsi (czyli ci ze stopniem przynajmniej licencjata) określają się jako klasa robotnicza lub klasy niższe w stopniu znaczniejszym, niż robili to ich odpowiednicy w minionych dekadach, może to znaczyć, że długotrwały związek pomiędzy klasą a wykształceniem jest mniej uderzający i mniej niezmienny, niż się oczekuje. I to właśnie obecnie obserwujemy.

Jeśli porównamy dobrze wykształconych millenialsów z ich rówieśnikami z kilku poprzednich dekad, zauważymy stały wzrost poziomu identyfikacji „robotniczej”. W 2014 r. połowa wszystkich millenialsów ze stopniem licencjata określała się mianem klasy robotniczej lub klasy niższej – w 1974 r. było to tylko 26 proc. pokolenia w tym samym przedziale wiekowym.

Oczywiście identyfikacja klasowa jest subiektywna i niekoniecznie stanowi realne odbicie faktycznej lub obiektywnej pozycji na drabinie klasowej, ale nawet z tak subiektywnej miary można wynieść interesującą lekcję.

Po pierwsze, taka sytuacja sugeruje, że pozycja ekonomiczna millenialsów ma niewątpliwy, autentyczny wpływ na ich identyfikację klasową. Innymi słowy, identyfikacja ta nie jest produktem jakiejś wydumanej psychologicznej transformacji, która zachodziłaby na tle zmian kwalifikacji czy gustów. I to właśnie moment, w którym wiele popularnych narracji zaczyna źle interpretować tę zależność. Tak, millenialsi są dobrze wykształceni i wielu z nich może prezentować cechy kulturowe tożsame z tymi, jakie według naszych wyobrażeń przejawia amerykańska klasa średnia, ale są oni jednocześnie w beznadziejnym położeniu ekonomicznym – i to nie z własnej winy. Grali w obowiązującą grę, zostali w szkołach i zdobyli dyplomy – ale system nie wynagrodził ich za to godnymi posadami. I to właśnie ta materialna rzeczywistość wydaje się kreować ich identyfikację klasową. Bez względu na to, czy oni sami (i społeczeństwo w całej swej masie) zakładają, że bycie członkiem klasy robotniczej wiąże się z wykonywaniem blue-collar jobs [praca fizyczna – przyp. tłum] czy pink-collar jobs [najemna praca opiekuńcza, świadczona głównie przez kobiety, np. przedszkolanki, stewardessy, hostessy, kosmetyczki – przyp. tłum.], albo jeszcze innych rodzajów pracy, termin ten oznacza, że zajmuje się na drabinie społecznej pozycję poniżej klasy średniej.

Wybór tego terminu świadczy o tym, że wielu millenialsów dostrzega swoje stojące w miejscu lub wręcz malejące płace – wśród wielu innych oznak prekaryzacji – i uważa je za ostatecznie przesądzające o własnej pozycji klasowej. Zatem stosowane dotąd przez Amerykanów wąskie rozumienie pojęcia „klasa robotnicza” ulega zmianie.

Warto również zauważyć, że Sanders nie „przywrócił klasy”, nakładając staromodne kategorie klasowe (przynależności, do których nikt w Stanach Zjednoczonych się nie poczuwa) na staromodną politykę. Pojęcie klasy zostało przywrócone przez spadek płac, wzrost zatrudnienia prekaryjnego, proletaryzację zawodów urzędniczych, coraz wyższe bezrobocie, uporczywe zatrudnianie zbyt małej liczby osób tam, gdzie potrzebna jest większa załoga, a także – dramatyczne nierówności dochodów i posiadanego bogactwa.

To te czynniki stworzyły warunki, w których relatywnie dobrze wykształceni (a także uprzednio identyfikujący się jako klasa średnia) millenialsi obecnie w przeważającej masie postrzegają siebie jako tożsamych z dolną warstwą klasowego spektrum. Sanders był w stanie stworzyć politykę, która do nich przemawia – politykę klasową – i to skuteczniej, niż zrobił to ktokolwiek inny z kandydatów na prezydenta kraju.

Po drugie, te odkrycia sprawiają, że teoretyczne połączenie między wykształceniem a klasą staje się problematyczne. W teorii relacja ta może zaistnieć jedynie na bazie założenia, że wykształcenie zapewnia nam dostęp do ograniczonej liczby zawodów wymagających wysokich kwalifikacji i wysokiego statusu, a poza tym – że jest ono dostępne z grubsza tylko zbiorowości osób odpowiadającej liczebności grupy potrzebnej, by obsadzić takie wakaty. Jednak wcale tak nie jest. Trwająca od lat 60. ekspansja edukacji wyższej nie pokrywa się z przyrostem liczby dobrze płatnych miejsc pracy, które wymagałyby wysokich kwalifikacji.

W teorii nie istnieje dobry powód, by zakładać, że w kapitalizmie wykształcenie jest nieodłącznie związane z klasą społeczną i ruchliwością społeczną [social mobility – przemieszczanie się jednostek lub grup w strukturze społecznej – przyp. tłum]. To, że zdobycie wykształcenia przecierało w przeszłości szlak w górę, nie oznacza, że tak będzie zawsze. Millenialsi jako masa zaczynają zatem dostrzegać własną niezdolność do osiągnięcia materialnego komfortu charakterystycznego dla amerykańskiej klasy średniej (i stylu życia, jaki prowadzili ich dziadkowie i rodzice), a fakt, że wielu z nich legitymuje się dyplomem licencjata (lub wyższym), nie ma na tę sytuację wpływu.

Oczywiście warto też pamiętać, że ponad połowa przedstawicieli tego pokolenia nie dysponuje takim dyplomem. Stereotyp na ich temat mówi, że są nadmiernie wyedukowanymi mieszkańcami dużych miast – a istnienie takich skojarzeń pomaga zamazywać rzeczywistość, w której większa część tej grupy wiekowej posiada jedynie świadectwo ukończenia szkoły średniej. Szanse tej części na pozyskanie dobrze płatnej pracy maleją z każdą chwilą. Wykształcenie nie jest już biletem ułatwiającym ucieczkę z klasy robotniczej, którym dawniej było, a absolwenci szkół średnich coraz gorzej wypadają w konkurencji o lepiej płatne posady, ponieważ walczą o nie ze swoimi rówieśnikami legitymującymi się dyplomami ukończenia uniwersytetu. To współzawodnictwo sprawia, że wynagrodzenia obu tych grup ulegają obniżeniu.

Jednak nawet millenialsi z wyższym wykształceniem stają twarzą w twarz z problemami, jakich dawniej doświadczała tylko klasa robotnicza: bezrobociem, zatrudnieniem na część etatu, choć potrzebuje się całego (underemployment), wysokim zadłużeniem, nieprzewidywalnymi godzinami pracy i stagnacją wynagrodzeń. Wielu wykształconych millenialsów to wszystko zna – a znajomość takiego życia doprowadziła ich do gromadnego określania się mianem klasy robotniczej pomimo stopni naukowych i tak zwanego kapitału kulturowego. Ten prosty fakt wyjaśnia dezorientację związaną z fenomenem Sandersa. To, że popierali go zarówno górnicy z Zachodniej Wirginii, jak i absolwenci college’u z Nowego Jorku, jest w tym świetle całkowicie zrozumiały.

Polityka klasowa powraca, i to z fanfarami. Nie dlatego, że tak powiedział pewien senator-socjalista, ale dlatego, że bieżąca polityka gospodarcza i warunki polityczne sprawiają, iż klasa staje się dla amerykańskiego elektoratu kwestią kluczową.

Kiedy Nowa Lewica była u szczytu rozkwitu, wielu myślało, że świeżo zradykalizowana młodzież i ruchy studenckie są w stanie zastąpić klasę robotniczą w jej tradycyjnej roli zapalnika rewolucyjnej zmiany społecznej. Dziś obie te grupy stanowią właściwie jedność.

Sanders elektryzuje tę nową zbiorowość młodych wyborców z klasy robotniczej, której świadomość klasowa jest jeszcze świeża, i steruje nią w kierunku polityki emancypacyjnej. Na tym impecie powinni budować socjaliści, pracując nad tą grupą i rozwijając ją, by stała się bazą społeczną oddaną radykalnej polityce.

tłum. Magdalena Okraska

Tekst pierwotnie ukazał się w internetowym wydaniu magazynu „Jacobin” z lipca 2016 r.

Piechotą do świata – rozmowa z dr. Michałem Wolańskim

– Ostatnio ukazała się książka „Transport zbiorowy poza miejskimi obszarami funkcjonalnymi”, która jest rozszerzeniem raportu z badań prowadzonych przez Pański zespół. Zacznijmy od rzeczy podstawowych – czym są miejskie obszary funkcjonalne?

Michał Wolański: Miejskie obszary funkcjonalne to największe miasta i tereny do nich ciążące, z których ludzie codziennie dojeżdżają do szkół i pracy. Są one biegunami wzrostu oraz dobrobytu, a także szczególnym obszarem inwestycji publicznych. Tymczasem my chcieliśmy się skupić na terenach „Polski powiatowej” – obszarach, na których jedyna realna perspektywa pracy i edukacji, dostępna w ramach codziennych dojazdów, to miasta powiatowe.

– Publiczny transport zbiorowy, którym zajmowaliście się w tym badaniu, został ograniczony tylko do transportu autobusowego. Dlaczego to właśnie ten środek transportu znalazł się w kręgu zainteresowań Pana zespołu?

– Na kolej możemy narzekać, ale ona jednak jako tako funkcjonuje. Prawdziwe problemy wykluczenia transportowego zaczynają się tam, gdzie kolei nie ma, gdzie pasażerowie są skazani na własny samochód lub autobus. To właśnie te obszary stały się przedmiotem naszego zainteresowania.

– Jaki obraz wyłania się z tego badania?

– Niesamowicie smutny. Komunikacja pozamiejska się zwija – od czasu wstąpienia Polski do Unii Europejskiej została ograniczona prawie o połowę, omijają ją inwestycje unijne. Dla samorządowców najważniejsza jest budowa dróg, natomiast nie dostrzegają, że nie każdy może mieć lub prowadzić samochód – dotyczy to zwłaszcza osób najmłodszych, najstarszych, najbiedniejszych i niepełnosprawnych. Władze rządowe zupełnie pomijają problem. Nieliczne osoby, które walczą o komunikację publiczną – głównie personel PKS-ów – są już bardzo wypalone i zrezygnowane. Mimo to szacujemy, że w 2012 roku z komunikacji zbiorowej poza miastami korzystało regularnie ok. 2,5% mieszkańców kraju, czyli niemal co dziesiąty mieszkaniec obszarów wiejskich.

– A może inwestowanie w transport zbiorowy poza miejskimi obszarami funkcjonalnymi po prostu nie ma sensu i będzie lepiej, jeżeli ludzie będą wiązali swoją przyszłość z dużymi miastami? Dlaczego warto w niego inwestować?

– Nie jest naszą rolą ocenianie, czy można zatrzymać wyludnianie się obszarów wiejskich. Jednak bez wątpienia zostaną tam jacyś ludzie, którzy na pewno będą mieć dzieci i nie zawsze znajdą czas, by zawieźć je do szkół. I to już jest wystarczający powód, aby utrzymywać tam odpowiedni transport. Z pewnością nie muszą to być wielkie autobusy kursujące co chwilę, ale trzeba też pamiętać, że dzieci powinny mieć możliwość udziału w zajęciach pozaszkolnych, spotkania się ze znajomymi, i tak dalej. Trzeba też zapewnić dostęp do podstawowych usług publicznych, takich jak przychodnie czy sądy.

– Nie tylko w potocznym odbiorze dominuje przekonanie, że miarą rozwoju gospodarczego kraju jest po pierwsze gęsta sieć autostrad i możliwość przemieszczania się po nich własnym samochodem. Podziela Pan tę opinię?

– Autostrady z pewnością są widoczne. Są też „łatwą” inwestycją, politycy je lubią, bo jeśli zostaną wybudowane, to przez pierwsze dziesięć lat z reguły nie są drogie w utrzymaniu. Tymczasem transport publiczny wymaga określonych, regularnych nakładów finansowych, których nie można pokryć z pieniędzy unijnych – nie wystarczy kupić autobus czy wybudować linię kolejową, bo trzeba również zapewnić rozkład jazdy.

– Czy mimo to warto w niego inwestować?

– Tak, ponieważ, mimo że wymaga on określonego nakładu środków, w zamian daje naprawdę sporo – jest dostępny dla wszystkich, zużywa mniej energii, emituje mniej zanieczyszczeń. Może również być znacznie wygodniejszy.

– Na potrzeby diagnozy problemów transportowych na obszarach wiejskich, używają Panowie modelu błędnego koła komunikacji pozamiejskiej. Co on opisuje?

– Jest to sprzężenie pomiędzy coraz gorszą ofertą transportu publicznego a coraz mniejszą liczbą pasażerów. Jedno powoduje drugie, a drugie wywołuje pierwsze. W efekcie od wstąpienia Polski do Unii Europejskiej oferta transportu publicznego na terenach wiejskich została ograniczona o połowę.

– Jak planowanie rozwoju transportu na tych terenach wygląda dziś na poziomie państwa? Czy na podstawie dostępnych dokumentów możemy zrekonstruować jakąś wizję tego sektora?

– Jest to wizja czysto teoretyczna. Teoretycznie ważny jest rozwój obszarów wiejskich, teoretycznie ważne jest zapewnianie dostępu do edukacji oraz walka z wykluczeniem społecznym. W to wszystko rozwój transportu na terenach wiejskich wpisuje się przecież doskonale. W praktyce jednak nie ma żadnego planowania, i to – co ważne – właściwie na żadnym ze szczebli administracji publicznej. Wszystko pozostawione jest przedsiębiorcom. Taka sytuacja byłaby wprost niewyobrażalna na kolei i w komunikacji miejskiej, a w tym przypadku tak się dzieje.

– Czy wśród tych badanych obszarów można wskazać jakieś wewnętrzne zróżnicowanie? Gdzie jest najgorzej?

– Generalnie im dalej od dużych miast, tym gorzej. Zaobserwowaliśmy też taką zależność, że jeśli na danym obszarze upada PKS, to przewozy przejmują „busiarze” i poprawia się oferta na głównych ciągach, natomiast umierają „końcówki”, połączenia do małych wiosek, co ma dość oczywiste wady i zalety. Przede wszystkim jednak wiele zależy od entuzjazmu pojedynczych osób – jeśli on jest, to sporo ratuje. Stąd np. względnie niezła sytuacja w województwie lubuskim czy w Gryficach, gdzie mogą oddziaływać wzorce niemieckie.

– Wśród osób, z którymi prowadzono rozmowy, najliczniejszą grupę stanowią gimnazjaliści. Dlaczego to oni zostali wytypowani do badania? W uzasadnieniu, które pojawia się w raporcie, można znaleźć tezę, że wybór szkoły średniej determinuje dalszą ścieżkę kariery, ale również szerzej – całą drogę życiową. Mogłoby się wydawać, że współcześnie drogi awansu społecznego nie są już ściśle powiązane z wyborem szkoły. Panowie chyba jednak nie podzielają tego przekonania?

– Rzeczywiście – cały czas uważamy, że jeśli ktoś się urodzi na terenach wiejskich, to ma ograniczone możliwości rozwijania swoich pasji. I właśnie na etapie wyboru szkoły ponadgimnazjalnej musi podjąć pierwszy wybór – czy szkoła najbliższa, czy najlepiej odpowiadająca rozwojowi zainteresowań. Jest to szczególnie ważne dla osób rozważających technikum – nie w każdym powiecie młody pasjonat weterynarii czy budownictwa znajdzie odpowiednią szkołę. Być może stawką nie jest awans społeczny, ale wciąż są to wybory determinujące przyszłą pozycję zawodową, a w skali makro – jakość zasobów ludzkich kraju. Jakość, która – śmiemy twierdzić – jest ważniejsza od ilości. Wybraliśmy gimnazjalistów również dlatego, że w pierwszych latach szkoły ponadgimnazjalnej nie można samodzielnie prowadzić samochodu. Przeprowadzka do internatu także bywa trudna, bo w tym wieku bliskość rodziców jest wciąż ważna. Oprócz tego do ukończenia gimnazjum gmina ma obowiązek zapewnić transport ucznia do szkoły – później jest to już tylko problem dziecka i jego rodziców.

– W jaki sposób na mieszkańców obszarów poza miastami oddziałuje dostęp do transportu publicznego lub jego brak? Jakie problemy wiążą się z niedostatecznym rozwojem transportu na prowincji?

– Rozmawialiśmy z różnymi osobami, także z dorosłymi mieszkańcami, samorządami czy pracownikami urzędów pracy. Ci ostatni wprost stwierdzili, że często posiadanie własnego samochodu jest warunkiem zatrudnienia – chociażby w gastronomii albo w pracy zmianowej. Z kolei u gimnazjalistów zaobserwowaliśmy duże pogodzenie się z wyborem najbliższej szkoły, ogromną bierność, z której wyzwalają się tylko nieliczne jednostki. Z drugiej jednak strony utrzymanie samochodu pochłania sporą część wynagrodzenia. Ale rynek nie lubi próżni – pracownicy i uczniowie się organizują, dojeżdżają wspólnie, w niektórych regionach specjalny transport uruchamiają pracodawcy, często nawet korzysta się z autostopu przy podróżach do urzędów. To dobrze, że ludzie szukają rozwiązań, ale z drugiej strony – nie są one niezawodne i dostępne dla wszystkich, a jednocześnie prowadzą do dalszego osłabienia transportu publicznego.

– PKS-y to nieodłączny element krajobrazu PRL. Jak w transporcie na tym terenie wyglądało przejście od gospodarki centralnie planowanej do kapitalistycznej?

– Można wyróżnić kilka faz tych przekształceń. Na początku, jeszcze w latach 90., przedsiębiorstwa te były wykupywane na preferencyjnych warunkach przez ich załogi, chociaż w praktyce oznaczało to uwłaszczenie się dyrekcji na majątku przedsiębiorstw. Wiele powstałych w wyniku tego procesu firm odniosło duże sukcesy. Później postawiono na bardziej oficjalną prywatyzację, w wyniku której PKS-y kupiło między innymi kilka koncernów międzynarodowych, ale też wiele mniejszych firm. Te ostatnie były jednak częściej zainteresowane nieruchomościami dworców i zajezdni niż przewozami. Ostatnio część PKS-ów trafiła do samorządów bardzo różnego szczebla – na Podlasiu wiele firm przejął urząd marszałkowski, w Wielkopolsce zaś miasta, np. Kalisz czy Konin. Żadna metoda nie gwarantowała jednak sukcesu i w zasadzie w każdym przypadku ograniczano siatkę połączeń, ponieważ to nie własność jest kluczowa dla zapewnienia dobrej komunikacji, lecz nakłady bieżące i zrozumienie, że jest to takie samo zadanie samorządu, jak drogi czy szkolnictwo.

Pierwsze lata po zmianach nie były złe. Tak naprawdę trudności zaczęły się na przełomie wieków. Wtedy powstały gimnazja i wymyślono, że dowóz dzieci do nich będzie realizowany specjalnymi autobusami – ich zakup miał charakter polityczny, mający na celu promowanie reformy edukacji. Zamknięte przewozy osłabiły jednak sieć komunikacyjną – są miejscowości, do których dojeżdżają tylko gimbusy. Co ciekawe, zwykli pasażerowie też z nich korzystają, ale nielegalnie, płacąc kierowcom „do czapki”.

– Szansą na poprawę jakości transportu publicznego wydawało się wejście Polski do Unii Europejskiej i możliwość wykorzystania środków unijnych. Czy polskie samorządy z tego skorzystały?

– Zupełnie nie. Tylko kilka PKS-ów sięgnęło po fundusze unijne na transport pozamiejski – Bielsko, Kłodzko, Sokołów. To paradoksalne, że za pieniądze unijne, które mają na celu wyrównywanie różnic społecznych, kupujemy setki nowych autobusów dla wielkich miast. To nie tam zły transport jest przyczyną wykluczenia społecznego. Jednak to tam są struktury, które są w stanie „przerobić” fundusze.

– Co w takim razie wpływa na lepszy rozwój sieci autobusowej?

– Głównie pasja osób zarządzających przedsiębiorstwami komunikacyjnymi – ich chęć zrozumienia klientów (niestety rzadka), ratowania przedsiębiorstw oraz przekonywania samorządowców, że warto się zająć transportem publicznym. Tak się dzieje chociażby w badanych przez nas Gryficach.

– Właśnie, w badaniu wzięło udział dziewięć powiatów. Jak zostały wybrane?

– Nie było nas stać na reprezentatywność, więc postawiliśmy na różnorodność, którą skonsultowaliśmy z prezesem izby zrzeszającej PKS-y. Wybraliśmy zarówno takie obszary, gdzie PKS-y zawiesiły swoją działalność, jak i takie, gdzie możemy trafić na względnych prymusów.

– Ta różnorodność jest znacząca. Czy w związku z tym Pana zdaniem przeniesienie odpowiedzialności za finansowanie i organizowanie komunikacji na szczebel gminny, powiatowy lub wojewódzki – jak ma to miejsce dziś – jest dobrym rozwiązaniem?

– Uchwalona w grudniu 2010 roku Ustawa o publicznym transporcie zbiorowym przypisała komunikację autobusową do zadań samorządów różnego szczebla. To unikat w skali europejskiej – w Niemczech są to wyłącznie powiaty, we Francji w momencie badania były to departamenty, a teraz są to regiony. Ostatnie 5 lat pokazało, że takie rozproszenie kompetencji powoduje niepodejmowanie działań. Samorządy, które w jakikolwiek sposób wzięły się do roboty, to ułamek całości.

– Kiedy przegląda się dane na temat powiatów, można zauważyć, że w wielu przypadkach komunikacja w poszczególnych wsiach i miasteczkach jest skierowana głównie do dużych, najczęściej wojewódzkich miast. Czy zgadza się Pan z taką obserwacją?

– Naszym zdaniem znaczna część podróży to przejazdy do siedzib powiatów, stąd zdecydowanie należy planować komunikację w skali co najmniej jednego powiatu. Wyraźne jest również ponadpowiatowe oddziaływanie dawnych miast wojewódzkich. Oddziaływanie dużych miast widzieliśmy w dwóch przypadkach – powiatów bydgoskiego i zawierciańskiego. Ten pierwszy został wybrany jako punkt odniesienia – jako jedyny zaliczał się do miejskiego obszaru funkcjonalnego, natomiast drugi pokazał, że oddziaływanie Krakowa jest znacznie silniejsze niż wynika to z oficjalnej delimitacji obszaru funkcjonalnego.

– Jakie są największe problemy komunikacji publicznej poza miejskimi obszarami funkcjonalnymi? Jakie zarzuty pod adresem przewoźników są najczęściej zgłaszane?

– Przewoźnicy są już bardzo słabi i rzadko stać ich na refleksję nad popytem, badania czy choćby najprostsze działania marketingowe. Nie stać ich również na odnowę taboru czy szkolenie nowych kierowców.

– Jak na ofertę przewoźników wpływa ich silna orientacja komercjalizacyjna?

– Jeśli przewoźnik ma rzeczywiście silną orientację komercjalizacyjną, to jeszcze nie jest źle. Tak jest w Gryficach, gdzie połączenia „ratuje” się poprzez zmniejszenie taboru, dba o markę i relację z samorządami. Znacznie gorzej jest w innych przypadkach – wiele firm zgubiło się gdzieś między gospodarką centralnie planowaną a orientacją komercjalizacyjną, łącząc najgorsze cechy obu systemów i po prostu stopniowo „wycinając” połączenia.

– Zarząd Dróg i Transportu Miejskiego w Szczecinie niedawno wprowadził na obszarach o mniejszej gęstości zaludnienia, na których liczba osób korzystających z komunikacji miejskiej nie jest duża, autobusy na żądanie. To rozwiązanie, pochodzące z Niemiec, jest w badaniu rekomendowane na obszarach poza miastami. Dlaczego?

– Pozwala ono zaoferować usługę lepiej dopasowaną do potrzeb, a jeśli zupełnie nie ma pasażerów – ograniczyć koszty, np. poprzez skrócenie kursu. W Szwajcarii jest również traktowane jako swoiste „badanie rynku”, pozwalające ukształtować sieć dostosowaną do potrzeb. W Polsce jest jednak nielegalne – przewozy powinny być wykonywane zgodnie z rozkładami jazdy, listą przystanków oraz koniecznie autobusami (a nie np. mikrobusami). To swoista paranoja, utrudniająca ratowanie najsłabszych połączeń. Dlaczego wysadzając jedną osobę we wsi, w nocy, kierowca nie może wysadzić jej pod domem, tylko musi na przystanku?

– No właśnie, tego typu udogodnienia nie są w Polsce przewidziane, ale może zostały wypracowane jakieś rozwiązania, które mogą inspirować inne jednostki organizujące taki transport? Jakie jeszcze niestandardowe rozwiązania mogą usprawnić jego funkcjonowanie?

– Przede wszystkim postulujemy połączenie komunikacji publicznej ze szkolną. Tak zresztą zrobił np. opisywany przez nas podwarszawski Brwinów, dzięki czemu do wielu miejscowości dotarł pierwszy od wielu lat publiczny autobus. Co ważne, nie kosztowało to więcej, gdyż profesjonalny przewoźnik ma niższe koszty działalności niż gmina organizująca samodzielnie eksploatację autobusu i zatrudniająca kierowców (tak było wcześniej). Jest to jednak trudne pod względem formalnym – można popełnić błędy i wówczas samorząd musi zwracać nienależne pieniądze. Warto sięgać po fundusze unijne – dzięki współpracy powiatu bielskiego i PKS Bielsko-Biała mieszkańcy Podbeskidzia mogą korzystać z niskopodłogowych autobusów i przyjaznej taryfy strefowej, podobnej do tej z komunikacji miejskiej. Konieczne jest jednak zaangażowanie samorządu, który powinien być liderem. I powinny go również wspierać władze państwowe.

– Najważniejszym wyzwaniem dla przyszłości transportu poza miejskimi obszarami komunikacyjnymi wydaje się zmiana przepisów dotyczących ulg ustawowych oraz dopłat do biletów ulgowych w komunikacji publicznej, która wejdzie w życie 1 stycznia 2017 r. Z czego wynika jej znaczenie i jakie może przynieść skutki?

– Dopłaty do ulg ustawowych to ok. 30% przychodów przewoźników – zarówno PKS-ów, jak i busów. Teraz może je dostać każdy podmiot po spełnieniu określonych warunków formalnych. W ten sposób budżet państwa dotuje pozamiejską komunikację autobusową kwotą ponad 700 milionów złotych rocznie, jednak w zamian nie może stawiać żadnych warunków. System ten jest nieefektywny i prowadzi do nadużyć. Jego zmiana miała polegać na ograniczeniu od 1 stycznia 2017 r. dopłat tylko do tych linii, które będą objęte umowami z samorządem, stawiającym określone wymogi jakościowe, ustalającym maksymalną taryfę i minimalny rozkład jazdy. Zawarcie takiej umowy to jednak męka formalno-prawna, zajmująca zapewne około dwa lata. Obecnie odroczono ten termin do 1 stycznia 2018 r., ale to tak naprawdę zupełnie nic nie zmienia, poprzednio okres przejściowy wynosił przecież prawie dekadę.

– Jakie rozwiązanie tego problemu byłoby według Państwa najlepsze?

– Naszym zdaniem ten system powinien być całkowicie przebudowany. Samorządy powiatowe powinny dostać do podziału te 700 milionów w formie „znaczonych” pieniędzy i kompleksowo kontraktować za nie usługi, zgodnie z wzorcami umów przygotowanymi na szczeblu ministerialnym. Powinny także korzystać ze wsparcia unijnego na nowy tabor, udzielanego w specjalnych, prostych i standaryzowanych procedurach. Natomiast gminy powinny być zachęcane do dowozów dzieci do szkół za pomocą komunikacji publicznej, w tym negocjować z powiatami odpowiednie siatki połączeń.

– Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 23 czerwca 2016 r.

Następny przystanek: nowe miasto

Tramwaj to świetne narzędzie do odnowy naszych miast i rozwoju polskiego przemysłu.

19 grudnia 2015 r. uruchomiono w Olsztynie sieć tramwajową. To pierwszy w Polsce nowy system tramwajowy od roku 1959, kiedy to zainaugurowano kursowanie tych pojazdów w Częstochowie1. Na nową, 10-kilometrową sieć w stolicy województwa warmińsko-mazurskiego składa się główny ciąg, łączący dworzec, centrum i największe osiedla, Nagórki i Jaroty, oraz dwie odnogi: na Stare Miasto i do kampusu Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego na Kortowie. Tramwaje wróciły na olsztyńskie ulice po pięciu dekadach – wcześniej kursowały tu w latach 1907–1965, jednak na znacznie mniej rozległej sieci i zupełnie innych trasach niż obecnie.

Ostatni kurs

Poprzednia sieć tramwajowa w Olsztynie została zlikwidowana w okresie regresu miejskiego transportu szynowego, przypadającego w Polsce na przełom lat 60. i 70. XX wieku. W tym czasie wiele polskich miast zostało pozbawionych komunikacji tramwajowej: w 1962 r. tramwaje przestały kursować w Inowrocławiu, w 1966 r. – w Wałbrzychu, w 1968 r. – w Legnicy, w 1969 r. – w Jeleniej Górze, a w 1971 r. – w Bielsku-Białej. Już w 1959 r. zlikwidowano sieć tramwajową w Słupsku.

Tramwaje uznawano za powolny środek transportu, będący przy tym przeszkodą dla budowy szerokich arterii i estakad rozbijających tradycyjną tkankę, choć wówczas jednoznacznie utożsamianych z rozwojem miast. Na przykład w 1973 r. w Warszawie został zlikwidowany ciąg tramwajowy liczący prawie 8 km i obsługujący całe pasmo ciągnące się przez Dolny Mokotów i Sadybę po Wilanów. Tory zdemontowano, by mogła powstać Wisłostrada – droga szybkiego ruchu przebijająca się z południa na północ przez całą stolicę. W 1978 r. przestały docierać do Tuszyna podmiejskie tramwaje z Łodzi – połączenie to stało się ofiarą rozbudowy wylotu drogi krajowej nr 1 z aglomeracji łódzkiej. Odchodzenie od komunikacji tramwajowej bardzo szybko zaczęło się mścić: najpierw już w latach 70. skokami cen ropy wywołanymi kryzysem naftowym, w latach 80. problemami z dostępnością paliw, a w latach 90. – korkami ulicznymi coraz bardziej doskwierającymi polskim miastom.

Lata 90. były przede wszystkim okresem żmudnego finalizowania „wielkich budów socjalizmu”, do których przystąpiono dekadę wcześniej, lecz nie udawało się ich zakończyć z uwagi na kryzys gospodarczy tamtych lat. Przykładem była powstająca w bólach linia na warszawskie osiedle Jelonki czy „Pestka”, czyli całkowicie bezkolizyjna trasa Poznańskiego Szybkiego Tramwaju o długości 8 km, łącząca centrum z Winogradami, Piątkowem i Osiedlem Jana III Sobieskiego na północy miasta. Do budowy przystąpiono w 1982 r., lecz pierwsi pasażerowie skorzystali z szybkich tramwajów dopiero w 1997 r.
Jedną z ról „Pestki” – uruchomionej dwa lata po inauguracji pierwszego odcinka metra w Warszawie między osiedlem Ursynów a Śródmieściem – było pokazanie, że również tramwaj może zapewniać sprawny i szybki dojazd, poprawiając warunki życia na blokowiskach i zwiększając atrakcyjność lokalizacyjną oddalonych dzielnic.

Dopiero rok 2004 i wejście do Unii Europejskiej otworzyły szeroki dostęp do funduszy unijnych, wprost wymagających inwestowania w niskoemisyjny transport publiczny. To – jak piszą autorzy „Atlasu sieci tramwajowych Polski 2014” – dało komunikacji miejskiej bezprecedensową szansę nie tylko na wydźwignięcie się z wieloletniej zapaści inwestycyjnej, ale również pozwoliło zrealizować lub zakończyć projekty, które pozostawały w sferze planów lub ich realizacja ciągnęła się latami. […] Na tory wyjechały setki nowoczesnych niskopodłogowych wagonów, odmieniając wizerunek komunikacji miejskiej. […] Taki tramwajowy boom nie miał w Polsce miejsca od kilku dekad2.

Szynowy rozkwit

Doprowadzeniem tramwajów na osiedle Chełm rozpoczęto w 2007 r. w Gdańsku rozwijanie sieci tramwajowej w całej zachodniej części miasta. W 2012 r. trasa z Chełma została wydłużona na Orunię Górną i Łostowice. W 2015 r. tramwaje dotarły na osiedla Piecki, Migowo oraz Brętowo.

W 2007 r. w Poznaniu powstał nowy ciąg tramwajowy we wschodniej części centrum miasta – wraz z wprowadzeniem tramwajów na ul. Podgórną i Dowbora-Muśnickiego, cały ten ciąg wyłączono dla ruchu samochodowego, inkorporując do Polski nowe trendy rozwoju transportu z europejskich miast. W 2012 r. zbudowano linię na Franowo.

Krakowska sieć tramwajowa została w latach 2010–2011 rozszerzona o długie odcinki na Mały Płaszów oraz na osiedle Ruczaj. Wcześniej, w latach 2006–2008, dogęszczono sieć w centrum miasta – wraz z budową widowiskowego podziemnego odcinka pod dworcem głównym, ze zlokalizowanymi w tunelu przystankami Dworzec Główny i Politechnika.

W 2012 r. powstały nowe odcinki tramwajowe we Wrocławiu – między innymi na duże osiedle Kozanów. W latach 2013–2014 w dwóch etapach doprowadzono linię tramwajową na warszawski Tarchomin, co znacząco poprawiło dostępność komunikacyjną tego wciąż rozbudowującego się osiedla na północno-wschodnich rogatkach stolicy. W 2014 r. w Toruniu doprowadzono nową trasę tramwajową do kampusu Uniwersytetu Mikołaja Kopernika.

Na przełomie 2015 i 2016 r. – w gorącym okresie pośpiesznej finalizacji projektów z perspektywy finansowej Unii Europejskiej na lata 2007–2013 – zakończyła się realizacja dużych przedsięwzięć, dzięki którym uruchomiono nowe trasy zwiększające mobilność w kilku miastach.

W Szczecinie trasa spełniająca warunki szybkiego tramwaju została doprowadzona do pętli Turkusowa, a tym samym komunikacja tramwajowa wreszcie dotarła na Prawobrzeże, część miasta położoną po prawej stronie doliny Odry, której mieszkańcy dotychczas skazani byli wyłącznie na autobusy. W tym samym czasie w Bydgoszczy uruchomiono aż 9-kilometrową trasę na osiedle Fordon, która doprowadziła komunikację tramwajową na cały pas blokowisk i równocześnie o jedną czwartą wydłużyła sieć tramwajową w mieście. Wcześniej, w 2012 r., uruchomiono w Bydgoszczy połączenie tramwajowe do dworca głównego. Fragment trasy stanowi most nad Brdą, dostępny wyłącznie dla tramwajów, pieszych i rowerzystów. Dodajmy, że tym samym odtworzono zlikwidowaną w 1990 r. możliwość dojazdu tramwajem na dworzec główny. Otwarcie trasy tramwajowej na Fordon wykorzystano do reformy układu komunikacyjnego w całym mieście – określanej nazwą „Sieć na pięć”, a mającej na celu spowodowanie wzrostu znaczenia rozbudowanej sieci tramwajowej w obsłudze miasta. Przyjęto zasadę, że na poszczególnych ciągach częstotliwość kursowania tramwajów w godzinach szczytu nie może być niższa niż 10 minut. Na ciągach w centrum miasta kursują one co 2,5–3,5 min., na trasie do dworca – co 5 min., a na nowej linii na Fordon – co 4 min.

Aglomeracja tramwajowa

Zakres inwestycyjny otwartej linii tramwajowej na Fordon obejmował budowę estakady wraz z węzłem przesiadkowym – z peronów kolejowych można dostać się bezpośrednio na przystanki tramwajowe zlokalizowane w szklanej hali nad stacją kolejową. Następnie w październiku 2015 r. w Toruniu zbudowano zadaszoną kładkę prowadzącą wprost z przystanków tramwajowych do budynku dworca kolejowego Toruń Miasto. W ramach tej inwestycji przystanki tramwajowe zostały wyposażone w wyświetlacze informujące o najbliższych odjazdach pociągów. Powyższe węzły zbudowano w ramach współfinansowanego z funduszy unijnych projektu „BiTCity”, mającego na celu zintegrowanie komunikacyjne Bydgoszczy i Torunia. Program objął ponadto modernizację linii kolejowej między oboma miastami, rozbudowę sieci tramwajowych oraz zakup nowego taboru – zarówno kolejowego, jak i tramwajowego.

Przywiązywanie coraz większej wagi do integrowania tramwajów i kolei jest charakterystyczną cechą nowych inwestycji w miejską komunikację szynową. W 2015 r., wraz z budową nowych odcinków gdańskiej sieci tramwajowej na zachodzie miasta oraz uruchomieniem Pomorskiej Kolei Metropolitalnej, czyli nowej linii kolejowej łączącej Kaszuby z Trójmiastem, został otwarty węzeł Gdańsk Brętowo. Pasażerowie docierający pociągiem z kierunku Kartuz, Żukowa czy Portu Lotniczego im. Lecha Wałęsy mogą się w nim przesiąść do tramwaju stojącego po drugiej stronie tego samego peronu. W 2015 r. otwarto nowy odcinek krakowskiej sieci tramwajowej – połączenie ciągu na Kurdwanów i Prokocim z uruchomioną w 2010 r. linią na Mały Płaszów. Odcinek ten przebiega estakadą nad stacją kolejową Kraków Płaszów, zapewniając możliwość bezpośredniego zejścia z przystanków tramwajowych na perony kolejowe. Przypomnijmy, że w 2008 r. doprowadzono tramwaje tunelem pod dworzec Kraków Główny.

W 2013 r. trasa Poznańskiego Szybkiego Tramwaju została wydłużona do dworca kolejowego Poznań Główny i rozbudowano go o nowy peron, z którego odjeżdżają tramwaje.

Priorytet dla tramwaju

Symbolicznym zwieńczeniem boomu inwestycji w miejską komunikację szynową i przypieczętowaniem renesansu tramwaju było niewątpliwie uruchomienie nowej sieci w Olsztynie. Stworzenie nowego środka komunikacji stanowiło element szerszej odnowy transportu w tym mieście. Reforma układu komunikacyjnego z jednej strony wprowadziła linie autobusowe dowożące do tramwaju, ale z drugiej – na tych głównych ciągach, które wciąż są pozbawione komunikacji tramwajowej, poprawiono stabilność oferty autobusowej przez wytyczenie bus-pasów. W Olsztynie – dzięki tworzeniu infrastruktury tramwajowej od zera – udało się zastosować wiele rozwiązań, do których w innych miastach dochodzi się latami, często z niemałym trudem. Mowa m.in. o wspólnych przystankach autobusowo-tramwajowych, sygnalizacji świetlnej zapewniającej priorytet dla komunikacji szynowej – tramwaj, zbliżając się do skrzyżowania, wzbudza układ świateł zapewniający mu swobodny przejazd. Zastosowano też „przystanki wiedeńskie”, czyli podniesienie jezdni do poziomu chodnika, co z jednej strony ułatwia wejście do tramwaju na odcinkach, na których tory biegną w jezdni, a z drugiej wymusza na kierowcach samochodów znaczące ograniczenie prędkości, co zwiększa bezpieczeństwo pasażerów wysiadających z tramwajów na jezdnię. Dla porównania: w Warszawie na ruchliwym przystanku przy Starym Mieście, gdzie wysiadanie z tramwajów odbywa się wprost na jezdnię, jedynym wyrazem troski o bezpieczeństwo pasażerów było postawienie znaku drogowego „inne niebezpieczeństwo – wypadki z udziałem pieszych”.

Nie da się jednak ukryć, że inicjowanie olsztyńskiego systemu tramwajowego od zera wiązało się także z pewnym falstartem. Chodzi o założenie zbyt optymistycznych czasów przejazdu, co na początku funkcjonowania olsztyńskich tramwajów powodowało narastanie opóźnień wraz z każdym kursem. Szybko podjęto decyzję o urealnieniu rozkładów jazdy, co niestety przy ograniczonym zasobie taboru wymusiło wyraźne zmniejszenie częstotliwości kursowania jednej z trzech linii – łączącej dworzec główny z kampusem uniwersyteckim3.

Uruchomienie komunikacji tramwajowej w Olsztynie poprzedzono wprowadzeniem nowej taryfy, charakteryzującej się niższymi cenami biletów okresowych oraz zlikwidowaniem droższych opłat za przejazdy do strefy podmiejskiej. Efektem był wzrost sprzedaży biletów okresowych o 24% i ogólny wzrost miesięcznych przychodów z 1,088 mln zł do 1,184 mln zł4. Olsztyn stanowi – między innymi po Gdańsku, Lublinie czy kolejach regionalnych w województwie zachodniopomorskim – kolejny przykład tego, że najpewniejszym sposobem na przyciągnięcie nowych pasażerów transportu publicznego oraz na wzrost przychodów ze sprzedaży biletów jest obniżka ich cen.

Stworzenie tramwaju w Olsztynie, oprócz odmiany transportu publicznego, przyniosło przebudowę miejskich przestrzeni: Wybudowano nowe ulice, a istniejące gruntownie wyremontowano (z wymianą instalacji podziemnych włącznie). Ulica 11 listopada i początkowy odcinek alei Piłsudskiego dzięki linii tramwajowej zmieniły się z komunikacyjnego ścieku w ulice przyjazne mieszkańcom – z uspokojonym ruchem, szerszymi chodnikami, dodatkowymi przejściami dla pieszych5.

Pojawiają się zarzuty, że inwestycje tramwajowe, które obejmują również budowę i remonty równoległych jezdni czy tworzenie wyznaczonych miejsc parkingowych, to sprytny sposób samorządów miejskich na finansowanie inwestycji drogowych z puli, która powinna trafić na przyjazny środowisku transport miejski. Można jednak uznać, że zwykle jest to koszt wpasowania nowej linii tramwajowej w przestrzeń miejską wraz z jej gruntowną odnową, a nie „tylko” zapewnienia nowej linii komunikacyjnej.

Tramwajem do sklepu, samochodem do hipermarketu

Czy jest szansa, że po Olsztynie na tramwajowej mapie zaczną pojawiać się kolejne miasta? Obecnie temat tramwaju najgłośniejszy jest w Radomiu, będącym jednym z najludniejszych polskich miast bez miejskiej komunikacji szynowej. Radomskie środowiska naukowe i stowarzyszenia społeczne od kilku lat prowadzą prace nad koncepcją przebiegu trasy tramwajowej, organizują debaty oraz współpracują z ekspertami zagranicznymi w poszukiwaniu dobrych praktyk.

W ramach obywatelskich starań na rzecz budowy tramwaju w Radomiu zaproponowano już przebieg linii tramwajowej na osi północ-południe: od osiedla Michałów, przez kampus Uniwersytetu Technologiczno-Humanistycznego, śródmieście, dworzec kolejowy, przez największe radomskie osiedle Ustronie, na osiedle Prędocinek. Pokrywa się ona z najważniejszymi odcinkami najintensywniej wykorzystywanych linii autobusowych.

Dr Łukasz Zaborowski, sekretarz zarządu Radomskiego Towarzystwa Naukowego, mówi: Doświadczenia miast europejskich pokazują, iż wprowadzenie tramwaju skutkuje kilkudziesięcioprocentowym wzrostem wykorzystania transportu publicznego na danej trasie. To przekłada się na pobudzenie życia społeczno-gospodarczego w śródmieściu. Użytkownik transportu publicznego jest bowiem naturalnym klientem tradycyjnego miasta, podczas gdy zmotoryzowany – hipermarketów6.

Do społecznej wizji tramwaju w Radomiu władze miejskie podchodzą z sympatią, ale podkreślają, że nie są w stanie sfinansować takiej inwestycji. W kwestii projektów tramwajowych dają o sobie znać wady polskiej polityki regionalnej i miejskiej: 217-tysięczny Radom, czternaste pod względem liczby mieszkańców miasto w Polsce, z założenia nie może starać się o dofinansowanie unijne do budowy systemu tramwajowego. Regionalny Program Operacyjny Województwa Mazowieckiego nie przewiduje wsparcia dla budowy linii tramwajowych, natomiast ogólnokrajowy Program Operacyjny Infrastruktura i Środowisko w zakresie inwestycji tramwajowych ograniczony jest tylko do miast wojewódzkich, którym Radom nie jest. Uzależnianie możliwości uzyskania dofinansowania z funduszy unijnych na projekty z określonej dziedziny nie od potencjału ludnościowego czy potrzeb rozwojowych, lecz od tego, czy w mieście znajduje się obiekt pod nazwą „urząd wojewódzki”, pokazuje, jak wciąż wiele bezmyślności jest w polskiej polityce rozwojowej7.

Transport egalitarny

Radomiowi za przykład stawiana jest Francja, gdzie w ostatnich latach niemal co kilka miesięcy nowy system tramwajowy uruchamiany jest w kolejnym mieście. W większości są to ośrodki mniejsze od Radomia. W 2014 r. tramwaje rozpoczęły kursowanie w Aubagne (45 tys. mieszkańców) i w Besançon (117 tys. mieszkańców), w 2013 r. – w Tours (135 tys. mieszkańców), w 2012 r. – w Brest (316 tys. mieszkańców), w Dijon (153 tys. mieszkańców) i w Le Havre (172 tys. mieszkańców), w 2011 r. – w Angers (150 tys. mieszkańców) i w Reims (318 tys. mieszkańców), natomiast w 2010 r. w Tuluzie (458 tys. mieszkańców).

Renesans tramwajów we Francji nastąpił już w latach 80., po tym jak kryzys naftowy, a potem rosnący problem zakorkowania miast negatywnie zweryfikowały rezygnację z komunikacji tramwajowej na rzecz rozbudowy systemu drogowego (trudny czas dla tramwaju we Francji przetrwały zaledwie trzy sieci tramwajowe: w Lille, Marsylii i Saint-Étienne). Pierwszy nowy system tramwajowy powstał w 1985 r.
w Nantes. Od tego czasu stworzono je już w 22 miastach Francji.

Na początku 2016 r. Radom odwiedziła Bernadette Caillard-Humeau, która jako wicemer Angers w zachodniej Francji odpowiadała za wprowadzenie w 2011 r. komunikacji tramwajowej w tym mieście. Na spotkaniu z mieszkańcami Radomia i w rozmowie z dziennikarzami podkreślała, że tramwaj odmienia miasto pod wieloma względami: Poprawiliśmy jakość przestrzeni publicznej i centrum jest dużo bardziej przyjazne dla pieszych. […] To, co jest rewolucją, to egalitarność tramwaju; jest dostępny dla wszystkich. Matka może wjechać z wózkiem, bez problemu wsiadają niepełnosprawni. Często niepełnosprawni przeprowadzają się, żeby mieszkać bliżej tramwaju8.

We Francji tworzenie nowych sieci tramwajowych – ewentualnie reaktywacja komunikacji tramwajowej w miastach, które przed laty ją zlikwidowały – jest elementem szerszego programu rządu. Wspiera on władze różnych miast nie tylko w celu poprawy jakości lokalnego transportu, lecz także po to, by zapewnić stabilne perspektywy krajowemu przemysłowi elektrycznemu, maszynowemu czy przedsiębiorstwom projektowym i budowlanym.

Przystanek: odpowiedzialny rozwój

Polska powinna obecnie dochodzić do stosowania podobnych do francuskich narzędzi polityki miejskiej i przemysłowej. Rozwój komunikacji szynowej stanowi jeden z filarów rządowego „Planu na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, ogłoszonego w lutym 2016 r. przez szefa Ministerstwa Rozwoju, wicepremiera Mateusza Morawieckiego. Jedną z propozycji tego planu stanowi program „Luxtorpeda 2.0”, który ma na celu umocnienie pozycji polskich przedsiębiorstw produkujących tabor kolejowy oraz pojazdy miejskiej komunikacji szynowej. Ta branża już stała się jedną ze specjalizacji polskiej gospodarki.

Plan Morawieckiego wskazuje potrzebę wzmacniania doliny przemysłowej produkcji taboru szynowego, rozciągającej się od Bydgoszczy po Poznań. Jednak przemysł produkcji pojazdów szynowych to nie tylko Pesa z Bydgoszczy oraz Solaris, obok autobusów wytwarzający tramwaje, z halami produkcyjnymi w Bolechowie, Poznaniu i Środzie Wielkopolskiej. Na rzecz tej branży w różnych częściach Polski działają kooperanci produkujący podzespoły do pojazdów szynowych: systemy informacji pasażerskiej, urządzenia elektroniczne i oprogramowanie (Pixel z Bydgoszczy i R&G Plus z Mielca), drzwi i wyposażenie przestrzeni pasażerskiej (Rawag z Rawicza), amortyzatory hydrauliczne i siedzenia (Growag ze Zdroju koło Grodziska Wielkopolskiego) czy systemy zasilania (Medcom z Warszawy).

Plan Morawieckiego – choć zaznacza na wstępie, że polskie firmy muszą dostać pozytywny impuls od państwa, który pobudzi je do rozwoju – nie wskazuje, co konkretnie miałoby stanowić ten impuls w przypadku przedsiębiorstw, w których powstają środki transportu publicznego. Odpowiednim wsparciem byłaby po pierwsze zmiana bezsensownych zapisów w programach rozwojowych, takich jak ten uniemożliwiający nowe inwestycje tramwajowe w miastach bez statusu stolicy województwa. Dalszym krokiem powinno być – na wzór rozwiązania francuskiego – stworzenie warunków dla powstawania systemów miejskiej komunikacji szynowej w kolejnych ośrodkach.

Oprócz Radomia, z problemem braku dostępu do funduszy na budowę linii tramwajowych zderzył się Płock. W tym mieście liczącym 127 tys. mieszkańców – trzecim co do wielkości w województwie mazowieckim – od 2010 r. wskazuje się potrzebę stworzenia komunikacji tramwajowej. Przychylność kolejnych prezydentów miasta dla tego pomysłu nie jest jednak w stanie przeskoczyć kwestii braku możliwości uzyskania dofinansowania unijnego z powodu nieprzemyślanych zapisów zdefiniowanych na poziomie krajowym lub wojewódzkim.

Minus 10 w Wojkowicach

Gdy jedne miasta coraz odważniej mówią o potrzebie oparcia komunikacji miejskiej na liniach tramwajowych, w innych komunikacja szynowa jest niestety marginalizowana. Obszarami kryzysowymi pod tym względem są Górny Śląsk i Zagłębie Dąbrowskie. Tu już po wejściu do Unii Europejskiej – jasno wskazującej na konieczność rozwijania ekologicznego transportu miejskiego – doszło do poważnych cięć w imponującej sieci rozciągającej się od Gliwic po Dąbrowę Górniczą. W 2006 r. wycofano tramwaje z Wojkowic i Piekar Śląskich. Na początku 2009 r. zlikwidowano połączenie między Chorzowem a Siemianowicami Śląskimi, a kilka miesięcy później tramwaje przestały dojeżdżać do Gliwic.

Decyzja Komunikacyjnego Związku Komunalnego Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego o likwidacji obsługującej Wojkowice linii 25, docierającej do tego miasta z Dąbrowy Górniczej i Będzina, skutkowała protestami nie tylko społeczności lokalnej, lecz także samorządów miejskich, których jednak nie było stać na przekazywanie zwiększonych dopłat, jakich domagał się KZK GOP. Obrońcy tramwaju odbijali się od lodowatej atmosfery złośliwości i animozji regionalnych. Gdy samorządy z Będzina i Wojkowic domagały się od związku komunikacyjnego przeprowadzenia badań frekwencji, zostały one zrealizowane w czasie ferii zimowych, przy temperaturze –10°C. Będziński radny Marek Bugajski – który w obronie tramwaju do Wojkowic podjął nawet głodówkę – mówił „Dziennikowi Zachodniemu”: Niektórzy prezydenci śląskich miast, członkowie zarządu KZK GOP, wyrazili w ten sposób niechęć do Zagłębia9.

Likwidacja połączeń tramwajowych między Będzinem a Wojkowicami oraz między Bytomiem a Piekarami Śląskimi pogrzebała szanse na stworzenie nowego północnego ciągu tramwajowego od Bytomia po Dąbrowę Górniczą, którego warunkiem byłoby nieco ponad dwukilometrowe uzupełnienie sieci tramwajowej. Moglibyśmy być dziś świadkami jego otwarcia, gdyby tylko tramwajowy boom dotarł również do tej części Polski.

Inaczej niż w Wojkowicach było w Gliwicach, gdzie prezydent Zygmunt Frankiewicz domagał się od KZK GOP… wycofania komunikacji tramwajowej ze swojego miasta. Tak w 2009 r. pisał o dwóch liniach tramwajowych kursujących po Gliwicach we wniosku skierowanym do związku komunikacyjnego: Są one nie tylko deficytowe, ale ponadto wymagają poniesienia ogromnych wydatków na konieczną do dalszego funkcjonowania modernizację. Sposobem na szybką poprawę usług komunikacyjnych na trasie obecnie obsługiwanej przez tramwaje jest zastąpienie ich nowoczesnymi autobusami, tańszymi w eksploatacji i przede wszystkim zapewniającymi pasażerom większy komfort podróży. Biorąc pod uwagę powyższe, wnioskuję o wstrzymanie funkcjonowania linii tramwajowej 1 i 4 na terenie Gliwic.

Od 2009 r. sytuacja wygląda tak, że linia 1 z Rudy Śląskiej i linia 4 z Zabrza dojeżdżają tylko do granicy Gliwic – tu pasażerowie muszą przesiąść się do linii autobusowej. Dziś – po siedmiu latach od „zawieszenia” komunikacji tramwajowej w Gliwicach – nie ma już możliwości szybkiej reaktywacji tego połączenia. Władze Gliwic podjęły decyzję, by przy remontach ulic demontować szyny tramwajowe – gliwicka część śląsko-dąbrowskiej sieci tramwajowej znika więc w oczach. To w połączeniu z drogą ekspresową – tzw. Drogową Trasą Średnicową – która przecięła tkankę samego śródmieścia Gliwic, powoduje, że to miasto stało się skansenem bezmyślnej polityki rodem z przełomu lat 60. i 70. XX wieku, przyznającej priorytet samochodom.

Tramwaj na deptaku

Trudny czas dla tramwaju przed kilkoma dekadami cudem przetrwały tramwaje w Grudziądzu, które też były wytypowane do całkowitej likwidacji. Jednak nie powiodła się ona przede wszystkim dzięki silnemu sprzeciwowi mieszkańców oraz lokalnych władz. Dziś to liczący 97 tys. mieszkańców Grudziądz jest najmniejszym polskim miastem z własnym systemem tramwajowym. Linia tramwajowa biegnie z dzielnicy Tarpno na północy miasta przez stare miasto i centrum do osiedla Rządz na południu. Grudziądzkie tramwaje kursują co 7,5 min. w godzinach szczytu, co 10 min. poza szczytem i w soboty oraz co 15 min. w niedziele. Widać tu przewagę tramwaju nad innymi środkami transportu miejskiego – trudno znaleźć linię autobusową w polskich miastach rzędu 100 tys. mieszkańców, która zapewniałaby tak częste i regularne kursy.

W Grudziądzu tramwaje – malowniczo przeciskające się wśród kawiarnianych ogródków przez wąskie uliczki starego miasta czy sunące śródmiejskim deptakiem – świetnie pokazują, że komunikacja szynowa może osiągać dużą wydajność bez ingerencji w miejską przestrzeń: bez tworzenia wielkich arterii, bez budowy bezkolizyjnych węzłów, bez stawiania ogrodzeń i ekranów. To tramwaj tworzy miasto.

Przypisy:

  1. M. Stiasny, Z. Danyluk, Atlas sieci tramwajowych Polski 2014, Rybnik 2013 (z tego opracowania pochodzą wszystkie przytaczane w artykule daty dotyczące funkcjonowania komunikacji tramwajowej).
  2. Ibidem.
  3. M. Bobiński, Reaktywacja komunikacji tramwajowej w Olsztynie, „Świat Kolei” 2016, nr 3.
  4. Ibidem.
  5. Ibidem.
  6. K. Trammer, Czas na tramwaj, „Z Biegiem Szyn” nr 2/2016.
  7. To właśnie takie sytuacje wymuszają starania kolejnych miast o odzyskanie statusu ośrodka wojewódzkiego.
  8. K. Ludwińska, T. Dymalski, Jak tramwaj zmienił Francję – rozmowa z Bernadette Caillard-Humeau, „Gazeta Wyborcza – Radom”, 22.01.2016.
  9. M. Rechłowicz, Wojkowice. Koniec Jazdy, Gliwice 2007.
Polska na emeryturze. O polityce senioralnej

Polska na emeryturze. O polityce senioralnej

Chociaż polskie społeczeństwo, o czym wiadomo od dawna, jest jednym z najszybciej starzejących się w Europie, przygotowanie systemu polityki publicznej na wyzwania związane z tym faktem przebiega bardzo opieszale. W głównym nurcie debaty publicznej prawie w ogóle nie toczy się na ten temat dyskusja, choć poważne konsekwencje starzenia się populacji będą widoczne niemal w każdej dziedzinie życia społecznego i polityki państwa.

Obszarami, na których najbardziej bezpośrednio się to odbije, będą system zabezpieczenia emerytalnego i zdrowotnego, a także sektor opieki długoterminowej oraz rynek pracy. Ponieważ polityka publiczna to system naczyń połączonych, skutki odczujemy także w innych sferach. Czy jesteśmy na to przynajmniej odrobinę przygotowani? I co należałoby zmienić, abyśmy byli przygotowani nieco lepiej? Przyjrzyjmy się temu, co w ostatnim czasie zrobiono, na ile jest to wystarczające, a także – gdzie widać ewidentne braki i zaniechania.

Niewystarczające ramy

Mimo że, jak wykażę dalej, reakcje klasy politycznej na starzenie się społeczeństwa są niepokojące, pierwsze kroki zostały poczynione. I to stosunkowo niedawno. Jakkolwiek działania adresowane do osób starszych mają długą tradycję (choćby za sprawą bogatej historii rozwoju ubezpieczeń emerytalnych), zręby kompleksowej polityki senioralnej są bardzo świeżej daty. Pewnym impulsem i inspiracją był zapewne Europejski Rok na rzecz Aktywnego Starzenia się i Solidarności Międzypokoleniowej z 2012. W kolejnym roku powołano w resorcie pracy i polityki społecznej Departament Polityki Senioralnej, a następnie ogłoszono przygotowany tam tzw. pakiet senioralny. Złożyły się na niego trzy elementy:

  • Założenia polityki senioralnej na lata 2014–2020;
  • Rządowy Program na Rzecz Aktywności Społecznej osób starszych (ASOS) na lata 2014–2020;
  • Program Solidarność Pokoleń.

Jeśli chodzi o dokument „Założenia Polityki Senioralnej”, przygotowany przez działającą przy Departamencie Senioralnym Radę ds. Polityki Senioralnej, nie jest on wiążący, ale stanowi swoiste ramy dla działań tego typu na kolejne lata, określa wyzwania i kierunki ich rozwoju. Opisano w nim cele i tendencje interwencji publicznej w takich obszarach, jak zdrowie i samodzielność, aktywność społeczna i zawodowa, bezpieczeństwo czy solidarność międzypokoleniowa. Jednak jak czytamy w jednym z krytycznych omówień: w dokumencie brak harmonogramu realizacji proponowanych działań, wskazania podmiotów odpowiedzialnych za wykonanie i monitorowanie działań wytyczonych wedle celów i priorytetów, brak przyporządkowania spodziewanych rezultatów, a także źródeł finansowania. Wszystkie te braki sprawiają, że dokument trudno traktować jako strategię, a co najwyżej założenia do niej1.

Dokument ten z pewnością ma walory poznawcze i porządkujące, ale przydałoby się przekuć go w rzeczywistą strategię polityczną, która zawierałaby te ujęte w cytacie brakujące elementy, wzorem np. przyjętych w 2014 roku Krajowego Programu Rozwoju Ekonomii Społecznej czy Krajowego Programu Przeciwdziałania Ubóstwu i Wykluczeniu (w którym, nota bene, wątki senioralne również znajdziemy). Szkoda, że podobnej konkretyzacji nie doczekaliśmy się w przypadku polityki senioralnej.

Bardziej namacalny charakter ma natomiast program ASOS, którego pierwsza edycja została zrealizowana jeszcze przed przyjęciem pakietu senioralnego i nadaniem mu wieloletniej formuły. Kolejne edycje polegają na rozdysponowaniu – w trybie konkursowym – przez MRPiPS około 40 mln zł rocznie w celu wsparcia oddolnych, pozarządowych (również w partnerstwie z samorządami) inicjatyw senioralnych. Program obejmuje kilka kategorii: działania na rzecz edukacji osób starszych, integrację wewnątrz- i międzypokoleniową, partycypację społeczną seniorów oraz usługi społeczne na ich rzecz. Niewątpliwie program przyczynił się – a jeszcze bardziej będzie to widoczne pod koniec 2020 r., gdy zamknie się perspektywa jego realizacji – do rozwoju wielu lokalnych inicjatyw senioralnych i międzypokoleniowych, pomógł zapewne także w silniejszym skierowaniu uwagi na obecność osób starszych w środowiskach lokalnych i ich potrzeby.

Przy okazji każdej kolejnej rocznej edycji warto jednak analizować, czy faktycznie rozkład środków przebiega w sposób zrównoważony między poszczególnymi regionami, typami gmin, poszczególnymi priorytetami, a także rodzajami podmiotów. Trzeba też postawić pytanie natury bardziej ogólnej: czy program działający w trybie konkursowym, a więc siłą rzeczy nastawiony na wspieranie tylko wybranych podmiotów, może być głównym narzędziem polityki senioralnej państwa, czy też raczej powinien on mieć charakter uzupełniający względem instrumentów prawnych, finansowych, kadrowych i informacyjnych, które oddziaływałyby na jakość życia osób starszych ogółem, a nie tylko tych żyjących w lepiej zorganizowanych lub dostatniejszych gminach, z dużym udziałem prężnych inicjatyw pozarządowych.

Trzecim elementem pakietu był program „Solidarność Pokoleń”, nastawiony – we współpracy z podmiotami stosunków pracy, czyli pracodawcami i związkami zawodowymi – na promowanie aktywności zawodowej osób w wieku 50+. Na tym polu nastąpił pewien postęp, ale dalece niesatysfakcjonujący.

Na wspomnianym pakiecie nie kończy się bilans zmian w polityce senioralnej, które zostały wprowadzone w poprzednich latach. Równolegle – pod koniec 2013 r. – przyjęto w ustawie o samorządzie terytorialnym zapisy dające podstawy prawne do działania Rad Seniora w gminach. Powołano osobną komisję parlamentarną ds. osób starszych, która działa również w obecnej kadencji. Z kolei na okres rządów Ewy Kopacz przypada zainicjowanie programu „Senior-Vigor” na lata 2015–2020, czyli dziennych domów dla seniora, łączących funkcje integracyjne i rehabilitacje. Program ten również funkcjonuje w trybie konkursowym. Przewidziano 80-procentowe dotacje (przy 20 proc. wkładu własnego gminy) na powstanie stu placówek tego typu rocznie. Za nami pierwsza edycja konkursu w 2015 r. Biorąc pod uwagę, że w kraju mamy ponad 2500 gmin, na razie skala przedsięwzięcia nie jest zbyt duża, ale jeśli program się utrzyma, do 2020 r. infrastruktura takich dziennych form wsparcia może wzrosnąć w sposób zauważalny.

Warto wspomnieć także o ustawie o osobach starszych, obowiązującej od 1 stycznia 2016 r. Przewiduje ona gromadzenie danych na temat ich sytuacji. Z kolei ustawa o bezpłatnej pomocy prawnej wskazuje osoby w wieku 65+ jako jedną z grup mogących korzystać z darmowych porad. Z punktu widzenia potrzeb i bezpieczeństwa części osób starszych (tych, które posiadają lokal mieszkalny, ale mają niewielkie środki na zaspokojenie bieżących potrzeb bytowych i opiekuńczych) zapewne ważne było także przyjęcie ustawy o odwróconej hipotece. W uproszczeniu jest to usługa finansowa, polegająca na tym, że beneficjent (najczęściej osoba starsza) w zamian za przeniesienie własności nieruchomości po śmierci otrzyma od banku kredyt w dowolnie wybranej formie – w postaci wypłaty jednorazowej lub w ratach. Przepisy ustawy, której zadaniem było uregulowanie tych zagadnień w trosce o większe bezpieczeństwo osób starszych i ograniczenie nadużyć, są w dużej mierze niewykorzystywane, można powiedzieć, że wręcz martwe2.

Po zestawieniu powyższych programów, ustaw i inicjatyw można na pierwszy rzut oka odnieść wrażenie, że w polityce senioralnej dzieje się naprawdę dużo. I to już przed nadejściem tzw. dobrej zmiany, lub inaczej – dobra zmiana na tym polu dokonała się, ale nieco wcześniej. Wystarczy wymienić powstałe instytucje (Departament Senioralny i Rada Polityki Senioralnej, Sejmowa Komisja ds. osób starszych) czy programy i dokumenty (ASOS, „Solidarność Pokoleń”, „Senior-Vigor”), by zobaczyć, że narodziła się sieć instytucji odpowiedzialnych za realizowanie polityki senioralnej oraz pewne służące jej instrumenty prawne i finansowe. To ważne, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że rodzima polityka społeczna od dawna ma kłopot z koordynacją działań w różnych dziedzinach, a polityka senioralna z natury rzeczy jest rozproszona na wiele obszarów, między „aktorów” różnych sektorów i szczebli. Organy odpowiedzialne za ten obszar, nabierający znaczenia z każdym rokiem, są więc bardzo potrzebne.

Czy to jednak wystarczy? Czy możemy powiedzieć, że skoro mamy urodzaj szeroko pojmowanych instytucji, będą one we wzajemnej synergii nakręcały cały system, by szedł ku dobremu? Otóż nie, nie do końca. Polityka publiczna, zwłaszcza współczesna, bardziej niż mechanizm przypomina żywy organizm, którego nie da się, ot tak, zaprogramować na lata, ponieważ jest wrażliwy na różne zewnętrzne i wewnętrzne bodźce i sygnały płynące z szybko zmieniającego się otoczenia. Polityki senioralnej ta uwaga dotyczy także, a może nawet zwłaszcza, ponieważ proces starzenia się społeczeństwa postępuje sukcesywnie, a równolegle towarzyszą mu zmiany technologiczne i medyczne. Przeobrażenia zachodzą jednocześnie również w relacjach rodzinnych, na których dotąd w ogromnej mierze opierał się dobrostan osób w podeszłym wieku.

(Nie)bezpieczeństwo emerytalne

Wymiarem polityki publicznej najczęściej kojarzonym ze starzeniem się jest system emerytalny. Posiada on duże znaczenie z perspektywy polityki senioralnej, ale także stanowi najpotężniejszy segment polityki społecznej w krajach rozwiniętych. W Polsce szczególnie, bowiem udział świadczeń przeznaczanych na emerytury jest u nas najwyższy we wszystkich wydatkach na zabezpieczenie społeczne wśród krajów UE. Wynika to z wielu czynników, m.in. z dużej liczby emerytów, z relatywnie słabego dofinansowania innych obszarów polityki społecznej czy z pokomunistycznych mechanizmów solidaryzmu społecznego, wpisanych w system emerytalny, choć dziś już znacznie słabszych niż przed 1998 rokiem. Emerytury uważa się za główną odpowiedź państwa na tzw. ryzyko starości i związane z nim ograniczenia możliwości samodzielnego utrzymania się z pracy. Dziś, co prawda, dożycie wieku senioralnego jest coraz luźniej powiązane z utratą możliwości zarobkowania. Wydłuża się jednak faza wieku podeszłego i prawdopodobieństwo dożycia go, co skłania systemy krajowe do rozważań nad wyodrębnieniem osobnego ryzyka niedołęstwa starczego, które funkcjonowałoby obok systemu emerytalnego, np. pod postacią społecznego ubezpieczenia pielęgnacyjnego, jak to działa chociażby w Niemczech.

Niemniej jednak zabezpieczenie emerytalne pozostaje zasadnicze z punktu widzenia sytuacji socjalnej osób starszych, ponieważ to od niego zależy ich przynajmniej podstawowe bezpieczeństwo bytowe. Dziś jest ono zachwiane. Nie powinniśmy uspokajać się danymi, które od lat widnieją w raportach GUS3 na temat ubóstwa. Wynika z nich, że mieszkańcy gospodarstw emeryckich są, po gospodarstwach osób pracujących na własny rachunek, najmniej zagrożone ubóstwem skrajnym, zwłaszcza w porównaniu z rencistami, rolnikami i rodzinami utrzymującymi się ze źródeł pozazarobkowych. Statystyka nie mówi wszystkiego, przykładowo tego, że wiele osób starszych nieznacznie przekracza kryteria ubóstwa, a więc nie figuruje w statystykach skrajnej biedy, lecz żyje na tyle skromnie, że trudno jest im pokryć koszty związane z codziennym życiem czy wydatki zdrowotne, które są statystycznie dwukrotnie wyższe w gospodarstwach emeryckich niż w pozostałych. Nie mówi również o tym, że międzypokoleniowe finansowe transfery idą raczej od starszych do młodszych, a nie na odwrót4. Tak dzieje się szczególnie w środowiskach zmarginalizowanych, w których niekiedy emerytura lub renta osoby starszej były dotąd jedynym stałym źródłem utrzymania całej, nieraz licznej rodziny.

W przyszłości ryzyko biedy na stare lata może stać się jeszcze wyższe. Może się tak zdarzyć wskutek nałożenia się kilku czynników: wydłużenia długości życia na emeryturze w stosunku do lat życia w wieku produkcyjnym i długich przerw w etatowym zatrudnieniu w związku z wysokim poziomem bezrobocia, upowszechnieniem umów cywilnoprawnych, a także długimi (zwłaszcza w przypadku kobiet) okresami pozostawania poza rynkiem pracy, których przyczyna to niedostatecznie rozwinięta infrastruktura opieki nad osobami zależnymi (dziećmi, niepełnosprawnymi i osobami sędziwymi). Te zagrożenia dotyczą całego społeczeństwa, ale szczególnie mocno dotykają kobiet, ponieważ ich status na rynku pracy jest niższy, przeciętna długość życia o kilka lat wyższa niż mężczyzn, a zaangażowanie w relacje opieki – większe. Czeka nas już dziś widoczna feminizacja starości, zwłaszcza tej późnej, gdy potrzeby zdrowotne i opiekuńcze wzrastają, a jakiekolwiek możliwości dorobienia bardzo – choćby za sprawą spadku sprawności – się kurczą. Jeśli na to nałoży się jeszcze bieda, sytuacja prowadzi do dramatu i katastrofy w wymiarze indywidualnym i społecznym5. Przede wszystkim jednak należy uzmysłowić sobie, że bezpieczeństwo emerytalne zależy od wielu czynników, spośród których sporo wykracza poza samą konstrukcję systemu emerytalnego. Niemniejsze znaczenie dla bezpieczeństwa emerytalnego osób starszych mają poziom i struktura zatrudnienia (w tym wysokość wynagrodzeń i kwestia ich oskładkowania) oraz system opieki nad osobami jej wymagającymi. Dlatego dyskusja o tym, jaka część składek zostanie w danym filarze i kto będzie nimi administrować, jak również o tym, jaki będzie ustawowy wiek przechodzenia na emeryturę, jedynie połowicznie może doprowadzić nas do odpowiedzi na pytanie, co zrobić, by uchronić starsze pokolenia – te obecne i przyszłe – przed niedostatkiem.

Nieskuteczna aktywizacja

Problemy ze znalezieniem i utrzymaniem pracy, jak i potęgująca je konieczność sprawowania opieki, nieraz długoterminowej, nad osobami zależnymi, dotyczą różnych grup wiekowych. Jednak do bardziej narażonych należą osoby w tzw. wieku niemobilnym, czyli 50+. Natrafiają one na wielorakie bariery w sferze zawodowej, a jednocześnie – zwłaszcza kobiety – nierzadko pełnią role opiekuńcze czy to wobec wnuków, dla których często nie ma opieki żłobkowo-przedszkolnej, czy to wobec swoich sędziwych rodziców, chorych współmałżonków lub innych krewnych. Ograniczenia dla ich uczestnictwa w rynku pracy są różnorodne i zależą nie tylko od polityki państwa, lecz także od strategii i postaw pracodawców, współpracowników i samych osób w tym wieku. Jednak również polityka publiczna ma tu wiele do zrobienia: też, a może nawet zwłaszcza dla osób, które znalazły się poza rynkiem pracy i chciałyby (lub sytuacja ekonomiczna je do tego zmusza) na niego powrócić.

Okazuje się, że polityka aktywizacji zawodowej wobec starszych pracowników pozostawia wiele do życzenia – wskazuje na to raport NIK6. W materiale informacyjnym dotyczącym wyników kontroli czytamy: Bezrobotni Polacy po ukończeniu 50. roku życia nie otrzymują skutecznej pomocy w znalezieniu trwałego zatrudnienia. Dla większości bezrobotnych w wieku 50+ efekty programów aktywizacji zawodowej i łagodzenia skutków bezrobocia, realizowanych przez powiatowe urzędy pracy, są krótkotrwałe i nieskuteczne. Nie spełniają swojej podstawowej roli, jaką jest doprowadzenie do trwałego wyjścia z bezrobocia7.

Kontrola działań podejmowanych przez wybrane urzędy pracy w latach 2012–2014 pokazała, że zatrudnienie znalazł niewielki odsetek bezrobotnych po pięćdziesiątce poddanych szkoleniom. Wśród tych, którym się to nie udało, część wprawdzie podjęła działalność gospodarczą, ale połowa firm nie przetrwała, reszta zaś nie wypracowała zysku. Również staże nie okazały się zbyt skuteczne. Ponad połowa osób powyżej 50. roku życia po stażach nie znalazła żadnego zatrudnienia, a reszta jedynie krótkookresowe, co trudno uznać za rzeczywiste wyjście z bezrobocia. W zasadzie jedynym względnie skutecznym narzędziem polityki aktywizacyjnej okazało się refundowanie kosztów zatrudnienia, aczkolwiek wśród osób, które dzięki tej formule przepracowały wymagane ustawowo dwa lata, jedynie 40% kontynuowało pracę. Reszta wróciła „na bezrobocie”, tymczasem zatrudniający ich dotąd pracodawcy ponownie złożyli wnioski o refundację wyposażenia miejsc pracy dla kolejnych poszukujących jej osób. Wnioski pokontrolne NIK wskazują, że przy dotychczasowym systemie pracodawcom opłaca się rotacja pracowników, która jednak nie sprzyja trwałemu wychodzeniu z bezrobocia. Dotacja, jaką otrzymują, redukuje koszty zatrudnienia, dzięki czemu niewielkim kosztem zapewniają sobie tanią siłę roboczą. Ponadto w toku kontroli zidentyfikowano proceder wycofywania ofert po zgłoszeniu się chętnych do pracy za pośrednictwem PUP-ów, co zrodziło (według NIK) podejrzenia, że część pracodawców wykorzystuje urzędy pracy jako źródło potencjalnych pracowników, których następnie zatrudniają u siebie, ale już na czarno.

Osoby bezrobotne w wieku 50+, o niskiej pozycji na rynku pracy, często muszą się godzić nawet na niedogodne warunki zatrudnienia, zwłaszcza obecnie, gdy ograniczono możliwości przechodzenia na wcześniejsze emerytury, wydłużono wiek emerytalny, a także znacznie zaostrzono kryteria przyznawania świadczeń rentowych (dziś częściej niż dawniej przyznaje się je na czas określony, orzeka częściową zamiast całkowitej niezdolność do pracy, a zamiast świadczenia rentowego przyznaje „tymczasowe” świadczenia rehabilitacyjne). Możliwości przejścia ze sfery zatrudnienia w obszar zabezpieczenia społecznego stają się więc ograniczone, a osoby bez środków do życia muszą godzić się nawet na najgorsze warunki pracy i nierzadko padają ofiarami wyzysku.

Również statystyczny profil bezrobotnego w wieku 50+ nie sprzyja trwałemu wyjściu z bezrobocia. W starszym wieku jako bezrobotne rejestrują się często osoby o niższym wykształceniu. Jest wśród nich znaczny (wyższy niż dla bezrobotnych ogółem) odsetek dotkniętych bezrobociem długotrwałym. Statystycznie też dłużej trwa okres szukania przez nich pracy. Zagadnienie bezrobocia często widzimy w kontekście sytuacji osób młodych – co statystycznie ma pewne uzasadnienie – jednak trzeba pamiętać, że ten poważny problem społeczny dotyczy ludzi w różnym wieku, i młodszych, i starszych, a poszczególne grupy mają swoją specyfikę, która powinna być uwzględniona w polityce rynku pracy. Czy tak się stanie, zobaczymy. Obecnie dysponujemy deklaracją wiceministra Stanisława Szweda, że jesienią planowane są zmiany w polityce aktywizacji zawodowej osób 50+8.

Finansowe bariery UTW

Gdy mówimy o aktywności osób starszych, nie powinniśmy myśleć o niej wyłącznie w kontekście rynku pracy. Zwłaszcza gdy rozmawiamy o osobach, które wiek produkcyjny mają już za sobą i mogły lub chciałyby zająć się czymś innym niż praca zarobkowa. Dość popularną formą zorganizowanej aktywności w jesieni życia jest ruch Uniwersytetów Trzeciego Wieku, który dopiero co obchodził swoje 40-lecie. Z tej okazji powiedziano o tej wartościowej tradycji wiele dobrego, ale nie powinniśmy tracić z pola widzenia pewnych zjawisk i zaniechać refleksji nad nimi, zwłaszcza że nakazują one pytać o przyszły rozwój i kondycję tego sektora.

Z opracowania GUS-u na temat UTW wynika, że dynamika powstawania tego typu instytucji uległa w ostatnich latach zahamowaniu9 i z pewnością warto zastanawiać się, dlaczego tak się stało. Na pytanie o czynniki utrudniające działalność prawie połowa przedstawicieli UTW odpowiedziała, że przyczyną są niewystarczające środki finansowe, a także niskie dochody słuchaczy, utrudniające im wnoszenie opłat. Tymczasem to właśnie na wkładzie finansowym słuchaczy w znacznej mierze opiera się funkcjonowanie UTW. 33% z nich wskazało wpisowe i czesne jako swoje główne źródło finansowania, 18% – składki członkowskie, 25% – środki od instytucji/organizacji, w ramach których działa UTW, 8% – dotacje rządowe (środki wojewodów, ministerstw, programy ASOS i FIO), 11% – środki samorządowe, a 3% – inne źródła10. Widać więc, że działalność sektora w znacznej mierze opiera się na finansowaniu prywatnym, zwłaszcza pochodzącym od odbiorców oferty UTW. Taki model może działać zaporowo wobec osób starszych o bardzo niskim statusie materialnym, a ponadto ogranicza możliwość powstania i przetrwania placówek w społecznościach niezamożnych, w których duża część osób w starszym wieku ma skromne dochody. Nie jest zatem przypadkiem, że w województwach na tzw. ścianie wschodniej liczba UTW w przeliczeniu na liczbę mieszkańców jest skromna w porównaniu z niektórymi innymi regionami Polski. Niepokojące jest terytorialne zróżnicowanie dostępu do UTW, jak i to, że w tych społecznościach, w których działania animacyjno-integracyjne szczególnie by się przydały, jednocześnie trudniej zaistnieć tego typu inicjatywom.

Poza uniwersytetem (trzeciego wieku) też jest życie

Aktywizacja i integracja osób starszych nie muszą jednak odbywać się tylko w tej formule. Istnieją też inne zorganizowane formy, które są zresztą praktykowane na poziomie lokalnym (wielu informacji na ten temat dostarcza choćby portal Rynek Seniora). Służy temu również wspomniany program ASOS, ale sporo samorządów podejmuje działania także w oparciu o fundusze europejskie czy środki własne. O ile w przypadku polityki zabezpieczenia emerytalnego kluczowe są decyzje na poziomie centralnym, o tyle w przypadku integracji i aktywizacji ogromne pole manewru mają samorządy i pozarządowe działania na poziomie lokalnym. Z pewnością użyteczna jest tu promowana przez Światową Organizację Zdrowia inicjatywa „miast i społeczności przyjaznych starzeniu się” (age-friendly cities and communities), którą na polskim gruncie opisał i spopularyzował magazyn „Miasta”.

Jednak aby miasto było przyjazne osobom starszym, nie wystarczy tylko organizowanie dla nich pewnych form aktywności, jak to ma miejsce w UTW. Wiele osób w starszym wieku jest zainteresowanych uczestniczeniem w życiu społecznym na równych prawach z innymi mieszkańcami swoich społeczności, chodzeniem do parku, kina, teatru, kawiarni, ale pewne okoliczności utrudniają im przemieszczenie się w przestrzeni miejskiej w sposób godny i bezpieczny. Władze powinny prowadzić działania, które by im to realnie umożliwiały. Osoby starsze wskazują na takie kwestie, jak rozmieszczenie bezpłatnych toalet w przestrzeni miejskiej czy ławek, na których można usiąść i odpocząć, długość trwania zielonego światła na pasach, by można było spokojnie, w swoim rytmie przejść, wielkość kroju liter na rozkładach jazdy i innych punktach informacji, uchwyty w autobusach, progi, schody itd. Wiele usprawnień tego typu wymaga nie wielkich kosztów, lecz dobrej organizacji oraz, przede wszystkim, uwagi i troski o starszych mieszkańców. Bywają jednak osoby, którym do funkcjonowania w szerszym otoczeniu nie wystarczą udogodnienia w infrastrukturze komunikacyjnej, potrzebna jest im za to asysta osób trzecich przy przemieszczaniu się. Dlatego warto upowszechniać usługi asystentów osób starszych i równolegle animować i rozwijać w tym kierunku wolontariat, który służyłby pomocą emerytom niemobilnym.

Wreszcie należy pamiętać, że część osób nie jest zainteresowana zorganizowanymi formami aktywności, ale chcą prowadzić życie bezpieczne, godne, ciekawe, realizując swoje indywidualne hobby, np. chodzenie na ryby czy na działkę. Nie zawsze potrzebne jest im liczne i stałe towarzystwo, czasem wystarczy po prostu świadomość, że ktoś czuwa, że jeśli coś się stanie, chociażby poczują się źle, mają gdzie zadzwonić; tu otwiera się miejsce dla teleopieki i telemedycyny, których nie powinniśmy jednak traktować jako zastępników międzyludzkiej troski, ale jako jej funkcjonalny instrument.

Geriatria – to się opłaca!

Sferą newralgiczną w przypadku starszych i najstarszych Polaków jest zdrowie, ale też opieka zdrowotna. Osoby w podeszłym wieku, zwłaszcza gdy są schorowane, szczególnie dotkliwie odczuwają rozmaite problemy i braki rodzimej służby zdrowia. Nie sposób ich wszystkich omówić, skoncentrujmy się zatem na tych aspektach, które bezpośrednio wiążą się z potrzebami seniorów. Jak pokazał raport NIK z 2015: W Polsce nie ma systemu opieki medycznej nad pacjentami w podeszłym wieku. Brakuje geriatrów, a specjalistycznych poradni i oddziałów szpitalnych jest jak na lekarstwo. Główną barierą jest metoda rozliczania świadczeń medycznych przez NFZ, która zakłada finansowanie tylko jednej choroby, choć ludzie starsi z reguły cierpią na kilka schorzeń jednocześnie. Tymczasem z przeprowadzonej przez NIK analizy wynika, że pacjent w podeszłym wieku kompleksowo prowadzony przez geriatrę funkcjonuje lepiej, a jego leczenie kosztuje mniej11.

Skąd wynikają te potencjalne korzyści z wykorzystania kompleksowej opieki geriatrycznej? W dużej mierze z faktu, że osoba, która otrzyma kompleksową diagnozę i terapię uwzględniającą ogólny stan i specyfikę starszego organizmu, kończy leczenie w lepszym stanie i nie wymaga tak licznych specjalistycznych hospitalizacji później, często zażywa też mniej leków, a te, z których korzysta, z większym prawdopodobieństwem będą dobrane tak, by nie wchodziły z sobą kolizję. W raporcie NIK przeprowadzono porównanie dwóch grup starszych pacjentów o konkretnym typie schorzeń wieku podeszłego, z których część skorzystała z opieki geriatrycznej, a część z internistycznej. Łączna roczna oszczędność na osobę przy porównaniu obydwu grup w wypadku pacjentów leczących się u geriatrów wyniosła ponad 1300 złotych, a ich stan zdrowia okazał się lepszy. Po prostu specjalista w danej dziedzinie, nawet bardzo dobry i empatyczny, nie zawsze dysponuje całościową wiedzą, by spojrzeć na potrzeby starszego pacjenta równie kompleksowo, co odpowiednio przygotowany geriatra.

Tymczasem tych ostatnich brakuje w rodzimej służbie zdrowia. Zasoby kadrowe znacznie odbiegają od średniej europejskiej: w połowie 2014 r. było u nas jedynie 321 specjalistów geriatrii, co dawało wskaźnik średnio 0,8 geriatry na 100 tys. mieszkańców, podczas gdy w Niemczech wyniósł on 2,2, w Czechach – 2,1, w Słowacji – 3,1, a w Szwecji – około 812! Wyższa dostępność geriatrii okazuje się więc możliwa także w krajach o podobnym poziomie rozwoju, co pokazują przykłady czeski i słowacki. Warto odnotować, że także w tej dyscyplinie przodują kraje należące do socjaldemokratycznego modelu nordyckiego. W ostatnich latach podjęto pewne kroki na rzecz zwiększenia liczby adeptów nauk medycznych kształcących się w obszarze geriatrii, jednak braki nadal są zauważalne.

Istnieją systemowe bariery, które nie sprzyjają wyborowi tej ścieżki. Przede wszystkim geriatria jest stosunkowo słabo wyceniana, więc niechętnie otwiera się oddziały geriatryczne i rozbudowuje bazę łóżek geriatrycznych, których jest bardzo mało. Brak infrastruktury sprawia, że wielu przyszłym lekarzom ta ścieżka specjalizacyjna jawi się jako mało atrakcyjna, gdyż osoby takie słusznie mogą obawiać się, że nie miałyby gdzie odbywać praktyk, a następnie znaleźć pracy. W ostatnich latach szczęśliwie geriatria i sprzęt wykorzystywany w niej zostały przedmiotem zbiórki podczas WOŚP, co częściowo kieruje uwagę społeczną na potrzeby tego segmentu opieki zdrowotnej. Jednak biorąc pod uwagę realne przychody uzyskane tą drogą, nie należy zakładać, że w ten sposób można zniwelować niedobory – można je najwyżej nieco zmniejszyć. Potrzebne są zmiany publicznego finansowania, a także silniejsze bodźce do powstawania oddziałów geriatrycznych i kształcenia służby medycznej. Warto przypominać o korzyściach zdrowotnych i efektywnościowych związanych z racjonalizowaniem wydatków. Krótko mówiąc, bardziej dostępna geriatria po prostu opłaca się i państwu, i społeczeństwu. Zaniechania na tym polu ilustrują szerszy problem, który widzimy na wielu odcinkach polityki zdrowotnej i społecznej – czasem państwo, próbując na danym działaniu zaoszczędzić, doprowadza do tego, że w wyniku zaniechania następnie płacimy więcej. W tym wypadku także zdrowiem starszych pacjentów.

Bez wsparcia dziennego

Gdy mówimy o opiece nad osobami sędziwymi, należy brać pod uwagę nie tylko jej medyczny aspekt. Równie ważne w perspektywie podwójnego starzenia się społeczeństwa (polegającego na tym, że jeszcze szybciej niż seniorów ogółem rośnie liczba osób najstarszych) jest zapewnienie opieki długoterminowej i pomocy w codziennym funkcjonowaniu osobom tego wymagającym. W tej sferze mamy wiele braków i wiele do zrobienia. Warto przytoczyć ustalenia tegorocznego raportu NIK o pomocy osobom starszym przez gminy13. Okazuje się, że wiele skontrolowanych gmin, mimo że prawo przewiduje szeroki wachlarz form wsparcia, wykorzystuje głównie najbardziej tradycyjne instrumenty, czyli usługi opiekuńcze (w miejscu zamieszkania) i kierowanie niesamodzielnych osób starszych do DPS-ów lub innych placówek opieki długoterminowej. Brakującym ogniwem większości lokalnych systemów wsparcia w takich sytuacjach są alternatywne, dzienne lub półstacjonarne formy opieki.

Skontrolowane gminy w niewielkim stopniu wykorzystały takie formy, jak dzienne domy pomocy społecznej, mieszkania chronione czy rodzinne domy pomocy. Te ostatnie polegają na tym, że prowadzący taki dom, w którym może przebywać od 3 do 8 osób zależnych, sam z nimi mieszka, choć może korzystać oczywiście z pomocy innych. Ta formuła – w Polsce występująca marginalnie – przypomina w stojącej za nią filozofii rodzinne domy dziecka i ma na celu stworzenie osobom sędziwym i niesamodzielnym warunków kameralnych, zbliżonych do domowych.

W niewystarczającym stopniu w badanym okresie gminy rozwijały też ośrodki dziennego pobytu. Być może obecnie będzie się to zmieniać w związku z programem „Senior-Vigor”, aczkolwiek jego założenia wskazują, że tego rodzaju placówki mają cele bardziej integracyjno-aktywizujące i rehabilitacyjno-wspomagające, a nie typowo opiekuńcze. Jest to zresztą uwaga, którą można także odnieść do istniejących dotąd (jest ich w skali kraju około 200) ośrodków dziennego pobytu dla osób starszych – dobrze sprawdzają się one w przypadku osób o częściowej utracie samodzielności, ale często nie są przygotowane do zajmowania się ludźmi w pełni niesamodzielnymi, wymagającymi całodobowej, specjalistycznej opieki, zwłaszcza tymi z zaburzeniami psychicznym i neurodegeneracyjnymi, jak choćby choroba Alzheimera. Nie oznacza to, że w przypadku takich schorzeń wsparcie dzienne by się nie przydało (wręcz przeciwnie), ale istniejąca infrastruktura nie jest na razie na to przygotowana, a odrębnych wyspecjalizowanych placówek dla tego typu mieszkańców-pacjentów jest wciąż jak na lekarstwo.

Brak rozwijania instytucji wsparcia alternatywnych wobec DPS-ów to kolejny przykład pewnej nieracjonalności systemu. Jednostkowy koszt opieki w nich byłby istotnie niższy niż w przypadku placówki całodobowej, do której kierowanych jest coraz więcej osób, a wydatki gmin rosną. Ponadto formy dzienne lub te zbliżone do środowiskowo-domowych (mieszkania chronione/rodzinne domy pomocy) w wielu przypadkach zapewne byłyby bardziej preferowane przez same osoby starsze, gdyż nie musiałyby oznaczać daleko idącego odseparowania od dotychczasowego środowiska życia seniorów, a dawałyby większe szanse na zachowanie autonomii, prywatności i kontaktów z zewnętrznym otoczeniem społecznym.

Rynek wymaga nadzoru

Mimo deficytu alternatywnych dla DPS-ów form wsparcia wiele osób wymagających stałej opieki nie trafia do domów pomocy społecznej i to nie z powodu braku miejsc (wręcz przeciwnie, nierzadko zdarza się, że miejsca są nieobsadzone). Po prostu gminom bardziej opłaca się, by osoby takie trafiały do zakładów opiekuńczo-leczniczych działających w ramach służby zdrowia i finansowanych z NFZ – a nie z pieniędzy gmin, rodziny i samego podopiecznego. Jeszcze inni, coraz częściej, trafiają do prywatnych instytucji opieki, w których finansowanie pobytu bywa dla gminy tańsze, placówki te nie muszą bowiem spełniać wysokich standardów, jakie ustawowo przypisano domom pomocy społecznej.

Jeśli chodzi o prywatny sektor opieki, zasadniczy problem jest jednak inny – wiele domów działa „na dziko”, bez wymaganej rejestracji ze strony wojewody, w związku z czym nie podlegają nadzorowi standardów jakości i bezpieczeństwa. W przypadku grupy tak wrażliwej i bezbronnej, jak niesamodzielne osoby w podeszłym wieku, taki stan rzeczy jest bardzo niepokojący. A państwo nie ma jak dotąd wystarczająco skutecznych narzędzi kontroli nad tym rozrastającym się segmentem rynku. Obawy o rozmaite nieprawidłowości, jakie mogą na nim zachodzić, nie są wyssane z palca. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów przeprowadził rozległą kontrolę umów zawieranych między instytucjami świadczącymi opiekę w sektorze prywatnym a osobami z niej korzystającymi. Okazało się, że nieprawidłowości zidentyfikowano w 90% z nich! Najczęściej były to możliwość rozwiązania umowy ze skutkiem natychmiastowym, niezwracanie pieniędzy w przypadku niezrealizowania usługi, zmiany ceny usługi bez zgody konsumenta. Zdarzały się także – choć rzadziej – zastrzeżenie wyłączenia odpowiedzialności za szkody na osobie czy wygórowane kary umowne lub odsetki14. Choć kontrole doprowadziły do wyeliminowania większości nieprawidłowości w skontrolowanych podmiotach, UOKiK zapowiedział dalsze wizyty w kolejnych latach. Również Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej zapowiedziało wzmocnienie narzędzi kontrolnych wobec podmiotów sektora opieki ze strony wojewodów, a także precyzyjniejsze określenie standardów, które będą musiały spełnić prywatne placówki.

Opiekunowie nadal wykluczeni

Relacje między podmiotami opieki w ramach różnych resortów (służba zdrowia i polityka społeczna), sektorów (prywatny i publiczny) i form opieki (domowe, środowiskowe, stacjonarne) z pewnością wymagają przemyślenia i usprawnienia. Nie może to odbywać się tylko na najniższym szczeblu, ale potrzebne jest także zdecydowane i rozważne zaangażowanie po stronie rządu, zarówno w kwestii stosownych regulacji, jak i w sprawie poziomu i rozkładu środków finansowych. Nie należy jednak zapominać o rzeczy zasadniczej – nadal główną instytucją pomagającą osobom starszym, gdy tracą samodzielność, pozostaje najbliższa rodzina. Bliscy, decydując się na bezpośrednią pomoc, sami dostają się w krąg zagrożeń i obciążeń, sprawiających, że także oni, a nie tylko ich podopieczni, wymagają wsparcia ze strony państwa.

Dotychczasowy system pomocy opierał się głównie na niewysokiej i selektywnej pomocy pieniężnej, pod warunkiem spełnienia kryterium niskiego dochodu (obecnie 764 złotych na osobę) i całkowitej rezygnacji z pracy ze strony opiekuna, łącznie z brakiem możliwości wykonania doraźnie umowy zlecenia lub umowy o dzieło w warunkach domowych. To niewielkie wsparcie pieniężne jest znacznie bardziej rygorystycznie przyznawane, zarówno jeśli chodzi o wysokość, jak i zasady dostępu, niż ma to miejsce w przypadku osób opiekujących się bliskimi, którzy utracili samodzielność w dzieciństwie lub są niesamodzielni od urodzenia (tu nie ma kryterium dochodowego dla opiekuna, a wysokość tzw. świadczenia pielęgnacyjnego to 1300 zł). Tymczasem potrzeby obydwu grup opiekunów (pielęgnujących i tych starszych, i młodszych) bywają podobne. Tak daleko idące różnicowanie wzbudziło zastrzeżenia Trybunału Konstytucyjnego, który 21 października 2014 r. wydał orzeczenie nakazujące zmiany prawne. Choć w chwili pisania niniejszego artykułu mija dwudziesty miesiąc od wydania wyroku, który miał być zrealizowany „niezwłocznie”, opiekunowie osób dorosłych nadal nie wiedzą, co dalej, a dotychczasowa pomoc nie wystarcza im na godne życie. Ponadto część z nich w ogóle nie kwalifikuje się do pomocy.

Wykluczenie tych ludzi ma wiele wymiarów, nie tylko dochodowy. Dotyczy także życia zawodowego, uczestnictwa w społeczeństwie i kondycji zdrowotnej, poddawanej poważnym obciążeniom w związku z trudami wypalającej opieki, wobec których często pozostają osamotnieni. Ograniczoności wsparcia pieniężnego towarzyszą równie poważne niedobory pomocy zewnętrznej o charakterze usługowym, np. wsparcie dzienne, urlopy wytchnieniowe, doradztwo, informacje czy pomoc psychologiczna. Podobnie dzieje się ze wsparciem regulacyjnym, zmierzającym do umożliwienia opiekunom kontaktu z rynkiem pracy, co mogłoby nie tylko choć trochę zmienić ich sytuację finansową, lecz także dla części z nich być zbawienne z psychospołecznego punktu widzenia. Państwo, oszczędzając na bardziej zdecydowanej i kompleksowej polityce wsparcia, również przegrywa – wypaleni i wyizolowani opiekunowie szybciej tracą siły witalne, zdrowie fizyczne i psychiczne, co nie tylko utrudnia im dalsze sprawowanie opieki, ale czasem sprawia, że szybciej sami staną się od niej zależni, trudniej będzie ich też aktywizować zawodowo, gdy opieka ustanie. Dlatego ponownie warto przypomnieć myśl, która wielokrotnie wraca w niniejszym artykule – państwo, oszczędzając na mierzeniu się z problemami społecznymi i spychając je w „niewidzialną” sferę prywatną, sprawia, że ostatecznie będzie musiało zapłacić więcej, a problemy, z jakimi się boryka, nabrzmiewają.

Ta uwaga mogłaby być właściwie uogólnioną konkluzją poczynionych tu rozważań na temat różnych wymiarów polityki senioralnej. Jej braki skutkują zarówno pogorszeniem jakości życia rosnącej grupy osób starszych oraz ich bliskich, jak i generują koszty, niejako potęgując trudności towarzyszące przygotowywaniu się systemu społecznego i polityki państwa na postępujące starzenie się obywateli. Choć wydaje się, że kwestię senioralną publicznie dostrzeżono i uruchomiono wiele instytucji i działań, które mają za zadanie się z nią mierzyć, nadal jednak istnieje ocean problemów (z których tylko część została tu poruszona) wymagających bardziej kompleksowego oraz zdecydowanego przemyślenia i rozwiązania.

Przypisy:

  1. R. Bakalarczyk, P. Dombrowski, Pakiet senioralny, co się w nim kryje?, „Polityka Senioralna” 2015, nr 1.
  2. http://wyborcza.biz/biznes/1,147754,17906825,Co_dalej_z_odwrocona_hipoteka__Ustawa_jest_martwa.html?disableRedirects=true
  3. Por. np. Główny Urząd Statystyczny, Ubóstwo w Polsce w latach 2013 i 2014, s. 11.
  4. Więcej o złożoności problemu ubóstwa osób starszych w R. Bakalarczyk, Ubóstwo osób starszych, w: Z godnością w jesień życia, Wrocław 2011.
  5. J. Petelczyc, P. Roicka, O sytuacji kobiet w systemie emerytalnym, Warszawa 2016.
  6. https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/praca/nik-o-aktywizacji-zawodowej-osob-50.html
  7. Ibidem.
  8. http://www.rynekseniora.pl/praca/111/rzad_zapowiada_zmiany_w_aktywizacji_zawodowej_osob_50,5044.html
  9. Główny Urząd Statystyczny, Uniwersytety Trzeciego Wieku – wstępne wyniki badania za rok 2014/2015, Warszawa 2016.
  10. Ibidem.
  11. https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/nik-o-opiece-geriatrycznej.html
  12. Ibidem.
  13. https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/nik-o-swiadczeniu-pomocy-osobom-starszym.html
  14. http://www.rp.pl/Konsumenci/305059946-UOKiK-skontrolowal-prywatne-domy-opieki.html
Samotni, zbędni, bezdomni – rozmowa z Adrianą Porowską

Samotni, zbędni, bezdomni – rozmowa z Adrianą Porowską

– Kieruje Pani Kamiliańską Misją Pomocy Społecznej w Ursusie. Niedawno na portalu ngo.pl opublikowała Pani mocny tekst o tym, że to polskie instytucje i prawo, czy szerzej – my jako społeczeństwo, jesteśmy odpowiedzialni za zły los osób bezdomnych. Skąd taki artykuł i takie wnioski?

Adriana Porowska: Jestem przewodniczącą Komisji Dialogu Społecznego i współprzewodniczącą Komisji Ekspertów ds. Przeciwdziałania Bezdomności przy Rzeczniku Praw Obywatelskich. Inicjatorem jej powstania jest dr Adam Bodnar, obecny RPO. Nierzadko rozmawiam z senatorami, posłami, osobami kreującymi politykę społeczną w naszym kraju, ale również z wieloma ludźmi na poziomie lokalnym, z bardzo wielu instytucji i środowisk, które pracują z bezdomnymi. Mam wrażenie, że utarł się w naszym społeczeństwie – jak pan zauważył, nie jest to sprawa jedynie polityków – bardzo negatywny sposób myślenia o bezdomności. Co więcej, uważam, że taki rodzaj myślenia odpowiada części osób/instytucji zajmujących się sprawami bezdomnych.

– Dlaczego?

– Sytuacja, gdy ustawiamy się w roli Matki Teresy z Kalkuty, wspaniałomyślnie pomagającej „wyrzutkom społecznym”, wspiera myślenie, wedle którego nieefektywność pomocy wynika wyłącznie z winy osób bezdomnych.

Przyjrzyjmy się bliżej pakietowi stereotypowych opinii o bezdomnych. Dlaczego osoba bezdomna nie pracuje? Bo jest leniwa. Dlaczego osoba bezdomna właściwie nie ma mieszkania? Bo z własnej winy nie płaciła za nie i ją stamtąd wyrzucili. Rzecz w tym, że to, co jest stereotypem, na ogół nie jest prawdą.

Proszę spojrzeć: ktoś zarabia 1500 złotych i latami czeka na mieszkanie komunalne. Gdy zarobi nawet sto złotych więcej – bo 1500 to górna bariera dochodów – to natychmiast jest skreślany z listy oczekujących. Mało tego, nie trzeba stu złotych – jeden z naszych podopiecznych w jednym miesiącu zarobił więcej o dziesięć złotych i skreślono go z listy. Musiał czekać od początku. Przecież to chore i nieludzkie! Najważniejsze jest kryterium finansowe. Czasem się zastanawiam, po co we wnioskach komunalnych wpisuje się jakąkolwiek biografię mieszkaniową tego człowieka, skoro w ogóle nie jest to brane pod uwagę. Ważne jest tylko, by odpowiednio mało zarabiał.

Jeśli usamodzielniam kogoś w Warszawie i jest on bardzo dobrym pracownikiem – bo przecież nie chodzi tylko o pieniądze, które ten człowiek zarobi – to zdarzają się przedziwne sytuacje. Miałam podopiecznego, którego pracodawca postanowił wysłać na szkolenia, ponieważ naprawdę dobrze wywiązywał się z obowiązków i szef chciał przenieść go na lepsze, lżejsze stanowisko. Bezdomnemu doliczono ten kurs do wynagrodzenia. No i koniec – wykreślono go z listy oczekujących na mieszkanie. Załamał się, bo czekał tyle lat, i trzeba mu było wtedy mocno pomagać. Ale dodam, że z mojej perspektywy to jest też blokowanie miejsc w schronisku.

– Pracujący bezdomni – wariacja na temat pracujących ubogich.

– Pomagamy m.in. ludziom, którzy już od dawna pracują i nie ma sensu trzymać ich w schronisku po dziesięć czy dwadzieścia lat. Mamy też mieszkania treningowe. To kolejna sprawa, która pokazuje powszechny sposób myślenia i działania. My te mieszkania musieliśmy wynająć na prywatnym rynku, ponieważ w Warszawie nie ma możliwości, żeby organizacja pozarządowa mogła korzystać z lokali komunalnych miasta. Od czterech lat słyszę, że to się zmienia, podobno decyzje zapadną wkrótce.

W każdym razie – wynajmujemy mieszkania na prywatnym rynku, koszty utrzymania ponoszą nasi podopieczni. Mieszkanie kosztuje miesięcznie 1500 zł, lokatorów jest np. trzech, płacą po 500 złotych plus rachunki. A przypomnę, że oni nie mogą zarobić więcej niż 1500 złotych, zostaje im na życie 900 zł miesięcznie, zatem czekają i biedują, a my w tym czasie dajemy zarobić prywatnym właścicielom lokali.

– Pomoc socjalna, która polega na konserwowaniu biedy – majstersztyk.

– Mogę przedstawić mężczyzn, którzy przychodzą do mnie i mówią, że szef chciałby ich awansować i dać podwyżkę. A ja muszę im odpowiedzieć: nie może się Pan na to zgodzić. Przecież wiem, że te np. 200 złotych ekstra, które oni ewentualnie zarobią, nie sprawi przecież, że pójdą do banku i dostaną kredyt. Gdyby tak było, to od razu powiedziałabym do nich: bardzo proszę! Proszę płacić kredyt lub wynajmować mieszkanie na wolnym rynku. Ale przecież zdajemy sobie sprawę, że to tak nie działa, że te 200 złotych więcej to zdecydowanie za mało, aby uzyskać zdolność kredytową. Ile musi dziś zarabiać osoba samotna po 50. roku życia, żeby dostać od banku kredyt na mieszkanie? Rozziew między możliwością wzięcia przez tych ludzi kredytu a otrzymaniem mieszkania to około pięciu tysięcy złotych.

Powiem więcej: „trzymanie” takich osób w schronisku jest nieopłacalne. Więcej: jeśli za długo przebywają w schronisku, oduczamy ich pewnych rzeczy, naprawdę samodzielnego życia. Dla nich tanie mieszkania komunalne byłyby wybawieniem. Przecież pracują, płacą podatki, sami się utrzymują. Po śmierci i tak zwalnialiby taki zasób.

W Berlinie około 70 proc. mieszkań jest na wynajem. Widocznie Niemcy nie czują aż tak silnej potrzeby posiadania mieszkań własnościowych. Szczerze mówiąc, też by mi to bardziej odpowiadało. Przecież czasem ludzie pracują najpierw w jednym, później w drugim końcu Warszawy. Rozrasta im się rodzina, zatem potrzebują większego lokum, albo tracą źródło utrzymania i wtedy potrzebują czegoś mniejszego i tańszego. Gdyby wynajem był w Polsce bardziej cywilizowany, wielu ludzi tylko by na tym zyskało. Dlatego, gdy pisałam wspomniany tekst dla ngo.pl, wcale nie myślałam jedynie o osobach bezdomnych.

– Z Pani tekstu wynikało również, że opinia publiczna właściwie nie ma świadomości, że zagrożenie bezdomnością nie jest w Polsce czymś niezwykłym.

– Nie ma u nas dyskusji o tym, że codziennie wiele osób ociera się o bezdomność. Zresztą ludzie, którzy do mnie przychodzą, często nie myślą o sobie jako o bezdomnych lub się do tego nie przyznają. W taki sposób widzą i opisują tylko innych. Niektórzy mieszkają w schronisku już drugi rok i wciąż nie postrzegają siebie jako osobę bezdomną. To powoduje też, że nie chcą się identyfikować z resztą grupy, często długo nie znają nawzajem swoich imion. Dodam, że wśród osób bezdomnych, które korzystają ze schronisk, 80 proc. to mężczyźni. Dokładnie odwrotna proporcja jest w ośrodkach pomocy społecznej: 80 proc. korzystających z nich to kobiety.

– Kobiety lepiej gospodarują swoją biedą, nie wstydzą się prosić o pomoc i w efekcie nie kończą jako bezdomne?

– Tak właśnie jest. Kobiety muszą się troszczyć o dzieci, mają na głowie dom, są odpowiedzialne nie tylko za siebie. Znacznie szybciej szukają pomocy, w związku z tym szybciej ją otrzymują i nie spadają tak nisko. I przeciwnie: mam w naszym ośrodku mężczyzn, którzy bardzo długo żyli na dworcach, ponieważ bali się przyjść tutaj. Co ciekawe, mieli również taki bardzo medialny obraz schronisk dla bezdomnych jako miejsc brudnych czy niebezpiecznych. I rzeczywiście niekiedy spotykam się z tym.

Poza tym organizacje pozarządowe, które pracują z osobami bezdomnymi, nie tak rzadko wpadają w pułapkę mówienia o sobie bardzo dobrze i nie przeszkadza im w tym zbieranie przez lata „na tę samą dziurę w dachu”. Z tego powstaje specyficzna filozofia „opiekowania się bezdomnymi”. Jestem pewna, że nie ma sensu pogłębiać przez taki paternalizm rzeczywistych problemów bezdomnych.

– Dawno temu jako nowicjusz w zakonie jezuitów pomagałem przez kilka miesięcy w przytulisku dla bezdomnych w Przegalinie koło Gdańska. To była druga połowa lat 90. Zdumiało mnie wówczas, że część tych mężczyzn miało normalną pracę, choćby jako ochroniarze na terenach okołostoczniowych. To nie byli ludzie absolutnie nieporadni, przynajmniej w codziennym funkcjonowaniu nie byli bardziej nieporadni niż wielu „zwykłych facetów”. I do dziś czasem się zastanawiam, jak wielu negatywnych czynników trzeba w tak zależnym od pieniędzy świecie jak nasz, by stać się bezdomnym.

– Tych czynników jest mnóstwo. Od poranienia psychicznego, przez zadłużenie, po egzekucje komornicze. Niestety, jest też tak, że w systemie „przechowywania bezdomnych” nikt nie pyta tych ludzi, kim chcieliby być, o czym marzą, albo co chcieliby osiągnąć w ciągu nadchodzącego roku.

Gdy czasem przychodzą do nas dziennikarze, to standardowy scenariusz polega na znalezieniu „ładnej sensacji”. Wiem, jak to działa. Czasem ktoś z mężczyzn godzi się na rozmowę z dziennikarzem i później słyszę zdziwione komentarze, że to przecież tacy sympatyczni, komunikatywni ludzie. Oczywiście, bywa różnie, ale to pokazuje, jak rzeczywistość zderza się ze stereotypem bezdomnego. Inna rzecz, że staramy się też, aby nasz ośrodek nie kojarzył się z miejscem, które stygmatyzuje. Dlatego oficjalnie nazywamy się pensjonatem. To pomaga ludziom nawet, gdy idą do pracy: mówią, że nocują w pensjonacie, nie muszą kłamać. To również jest ważne, obok odbudowywanego poczucia stabilności życiowej.

Niedawno przyjęłam pewnego pana z ulicy. W środę lub czwartek Straż Miejska przywiozła go w takiej specjalnej klatce, z odpadającą skórą z nóg. Jedna noga już jest niemal w porządku, druga jeszcze się leczy. W każdym razie: on już inaczej się zachowuje po tym tygodniu, zaczyna czegoś chcieć, nie jest taki skulony i przepraszający.

– Ale z potulnymi chyba łatwiej?

– Gdy przyjmuję nowych pracowników, to czasem skarżą się: „wiesz, ten człowiek jest bezczelny, ja do niego mówię, a on do mnie z jakimiś tekstami!”. Często odpowiadam: no i świetnie. Jak ktoś skrobie w drzwi, to cholernie ciężko jest mu pomóc, a jeśli ktoś puka do drzwi i mówi jasno, czego chce, to już można spożytkować tę energię. Gdy ktoś leży w łóżku wciąż z kołdrą na głowie, to mogę go tylko skierować do szpitala psychiatrycznego w Tworkach, żeby dali mu antydepresanty. Gdy ktoś już się upomina o swoje – bardzo proszę. Ale w takim systemie jak nasz mówi się o ludziach, którzy są w kiepskiej sytuacji, lecz upominają się o coś, że to trudny, roszczeniowy klient.

Gdy o tym rozmawiam, często mówię tak: ludzie, pomyślcie o sobie na ich miejscu. Gdyby wszyscy rzucali wam kłody pod nogi, gdybyście mieli swoją wizję świata, swoje pomysły, a inni wciąż i wciąż pokazywaliby wam, że jesteście nikim – to jak byście się czuli?

Jeszcze jedna rzecz: w sprawach wielu grup społecznych, tak czy inaczej definiowanych, toczą się kampanie społeczne, walczy się o tych ludzi. Ale gdy człowiek chory na raka, emeryt czy osoba z depresją wpada w bezdomność, to nie ma zmiłuj.

– Bo bezdomny jest brudny, śmierdzi i jest leniwy?

– Tak. Wtedy wszystkie ich problemy, które najpewniej przyczyniły się do bezdomności, znikają z pola widzenia. Przez lata, gdy zwracałam uwagę, że to krzywdzące, mówiono mi: za krótko pracujesz, nie masz doświadczenia, nie wiesz, o czym mówisz. Nie mogłam się doczekać, aż będę miała przynajmniej pięcioletni staż. Dziś mówię, że pracuję z bezdomnymi ponad dziesięć lat i jestem przekonana, że ci ludzie bywają bezdomni przez tych, którzy im pomagają. Bardzo wygodnie jest prowadzić placówkę z wiecznie tymi samymi ludźmi…

Oczywiście, wśród osób bezdomnych też są ludzie niezaradni, upośledzeni, którzy wymagają wręcz opieki pielęgnacyjnej. Tak, są takie osoby. Ale uważam, że wśród tych 36 tys. bezdomnych, którzy są „oficjalnie ewidencjonowani”, niewielu znajdziemy ludzi skrajnie nieporadnych.

To naprawdę są poważne problemy systemowe. Szczerze mówiąc, ja też nie czuję się zupełnie bezpieczna.

– W jakim sensie?

– Mam kredyt we frankach szwajcarskich. To nie było tak, że zamarzyłam o kredycie w tej walucie, której nawet na oczy nie widziałam. Poszłam do banku i tam okazało się, że z moimi zarobkami tylko taki kredyt mogę wziąć. Mieliśmy już z mężem roczne dziecko, wszyscy brali kredyty, więc wydawało się, że jest to super bezpieczne. Póki co skończyło się bardzo wysokimi ratami kredytu. Ale wiemy, że wystarczy stracić płynność finansową, zachorować, wystarczy nieszczęśliwe zdarzenie osobiste czy rodzinne – i już zaczynają się schody. Wiem, co mówię: najpierw zmarł mi ojciec, a cztery miesiące później moja matka zachorowała na raka. Do kwietnia mieliśmy płynność finansową, wszystko szło dobrym torem, a później świat się raptownie zmienił. W Polsce w tego typu sytuacjach ludzie zostają na ogół sami ze sobą. Próbują na przykład łączyć na różne sposoby obciążającą opiekę nad chorym współmałżonkiem z pracą zarobkową. Zastanawiają się wtedy, na co właściwie wydawać pieniądze – na raty kredytu, na leki, na rehabilitację, „amortyzowanie” wszelkich możliwych kosztów choroby? A jeśli jeszcze jest dziecko?

Znam najtragiczniejsze sytuacje, przecież ludzie przychodzą do nas również po porady. Zdaję sobie sprawę, że życia ludzkiego nie da się zapisać w żadnych rubryczkach, zmieścić wszelkich wydarzeń losowych w przepisach prawnych.

W dodatku sądzimy często, że bezdomność dotyka tylko ludzi źle wykształconych, wykonujących słabo opłacane prace fizyczne. Ale miałam u siebie również dwóch dziennikarzy. Jeden z nich właśnie się usamodzielnia, dostał mieszkanie. To przecież też zawód wykonywany obecnie najczęściej na umowę zlecenie. W sytuacji choroby zostali bez środków do życia, bo nie byli w stanie wykonywać swoich obowiązków. Nie zarabiali kokosów – w tej branży nie każdy ma dochody jak Kuba Wojewódzki. W związku z tym szybko skończyły im się pieniądze, które mogliby przeznaczyć na kolejny czynsz.

– Ktoś jednak powie, że np. kredyt mieszkaniowy bierzemy na własne ryzyko, a nikt nam nie gwarantuje długiego i pomyślnego życia.

– Tym bardziej nie może sensownie działać system mieszkaniowy, który polega na wpędzaniu ludzi w gigantyczne długi. A kredyt mieszkaniowy tym właśnie jest. Ludzie mają w ten sposób spętane ręce. Są wiecznie na dorobku – choć podobno „na swoim”. Trudno od nich w takiej sytuacji oczekiwać większej odwagi cywilnej czy aktywności społecznej.

Dodam jeszcze jedno. Koszt mieszkań, które powstają w Warszawie, to w większości nie jest koszt tych, którzy je budują. Duża część to czysty zysk. Gdyby samorząd budował mieszkania na wynajem lub na wynajem z prawem wykupu, to wiedziałabym, że wydane pieniądze poszły na przedszkole, do którego za moment będzie chodził mój syn. Ale to się nie zdarzy. Spójrzmy na Warszawę-Ursus. Wszystkie tereny sprzedano w prywatne ręce. Za chwilę powstanie tutaj wielotysięczne miasteczko, z którego okoliczna wspólnota nie będzie miała właściwie nic.

– Wczoraj oglądałem przejmujący węgierski film dokumentalny poświęcony m.in. ubogiej eksmitowanej rodzinie. Samotna matka kilkorga dzieci mówiła w nim: „Jeśli mam do wyboru nakarmić dzieci i zapłacić rachunki, nakarmię głodne dzieci”. Z jednej strony widzimy dramat biedy. Z drugiej – w Polsce nie mówi się na ogół o ubóstwie i bezdomności inaczej niż przez pryzmat stereotypów dotyczących patologii. Ludzie, którzy spadają niżej na drabinie społecznej, z reguły są pokazywani jako jedyni winni swojego losu. No i z trzeciej – bezdomność to przecież dramat nadszarpniętych albo zniszczonych więzi międzyludzkich.

– Historie osób, które znam właśnie stąd, z naszego pensjonatu w Ursusie, to również opowieści ludzi, którzy mieli ojców, braci, matki, siostry, dzieci, współmałżonków. Bardzo często bezdomni sami izolują się od rodziny – ze wstydu. Zerwanie więzi pomaga udawać, że nic strasznego w ich życiu się nie wydarzyło. Jest u nas mężczyzna, który przed dwoma synami udaje, że pracuje w Warszawie i świetnie mu się wiedzie. Znam mężczyznę, który jest bezdomny, mieszka w ośrodku, ale wysyła pieniądze swojej siostrze, która żyje na wsi z mężem alkoholikiem.

Kiedyś naiwnie myślałam, że wystarczy porozmawiać z rodziną, wyjaśnić różnorakie kwestie związane z bezdomnością, żeby ludzie zrozumieli, co się dzieje z człowiekiem. Niestety, tak nie jest. Ludzie nie rozumieją bezdomności jako głębokiego osobistego przeżycia. Podobnie jak z alkoholizmem – wiele osób wciąż nie rozumie, że głębokie uzależnienie to nie jest kwestia wyboru, ale potężnych psychosomatycznych zmian w człowieku.

– Ale sama Pani wskazuje, że bezdomność to właściwie sytuacja mieszkaniowa. Ktoś może stwierdzić, że to zawężający punkt widzenia.

– Tak, bezdomność to sytuacja mieszkaniowa. W odróżnieniu od wielu osób nie koncentruję się na cechach charakterologicznych bezdomnych. To brak mieszkania równa się bezdomności, a przyczyny mogą być najróżniejsze. Miałam nawet taką sytuację, że żona przywiozła do mnie męża – mieszkali kątem u jej rodziców, kłócili się. Ze łzami w oczach przywoziła go do nas. Albo małżeństwo mieszkało całe życie z jej matką. A tej przestało się to podobać i mężczyzna wylądował u nas.

– Ale czy tak ukazując sprawy, nie zwalniamy ludzi od odpowiedzialności za własny los?

– Ale co kształtuje ten los na takim jak nasz rynku mieszkaniowym, przy braku tanich lokali na wynajem? Oczywiście, wśród bezdomnych są też ludzie, którym zawsze trzeba będzie pomagać, nawet jeśli w końcu dostaną mieszkanie komunalne. Trzeba będzie pilnować, czy płacą rachunki, czy w mieszkaniu panuje porządek. Ale wie pan – mój brat też czasem zapomina wyprasować koszuli. Znam mężczyzn, życiowo i biznesowo zaradnych, którzy nie wiedzą, jak włączyć pralkę. Niebezpiecznie byłoby ich zostawić na dłużej zupełnie samych. Wielu ludzi, którzy mają domy, nie ogarnia wszystkich mniejszych i większych obowiązków życiowych.

– Jak rozumiem, w przypadku trwałej bezdomności ludzie dodatkowo tracą umiejętność organizowania sobie przestrzeni domowej, dbania o nią?

– Nie generalizowałabym, ale tak się zdarza, a wówczas jest to poważny problem. Zresztą taka niesamodzielność wynika niekiedy również z kształtu i praktyk polskich instytucji pomocowych. Miałam podopiecznego, który całe życie spędził w domach dziecka, później mieszkał w hotelu robotniczym, a jeszcze później wylądował w schronisku dla bezdomnych. On naprawdę nie wiedział, co to na przykład znaczy płacić rachunki. Do tego niemal nie umie czytać i pisać. W każdym razie niedawno przyznano mu lokal. Jak pan myśli, co się zaczęło dziać?

– Już jest u was na nowo?

– Nie. Ale od razu pojawiły się u niego lęki, myśli samobójcze. On nagle został sam. I to nie w pokoju, ale w mieszkaniu. A całe życie ktoś był obok niego. Wciąż potrzebuje wsparcia.

– Bezdomni nie są przecież wycięci z jednej matrycy, podobnie jak i my wszyscy. Są wśród nich ludzie towarzyscy, są totalne mruki.

– Są u nas panowie, którzy dobrze się czują pośród innych. I przeciwnie: są też ludzie, którzy nie są w stanie przebywać w schronisku, ponieważ nie potrafią mieszkać z drugim obcym mężczyzną. Nam się wydaje, że gdy ktoś wchodzi do schroniska i dostaje wszystko za darmo, to właściwie jakby był na wczasach. Ale niech ktoś spróbuje, gdy ma 50 lat oraz swoje nawyki i przyzwyczajenia, mieszkać z dwoma, trzema obcymi ludźmi w jednym pokoju. Prosta sprawa. Jeden mówi: idę spać, bo rano wstaję do pracy. Drugi: wróciłem, mam jutro wolne, chcę pooglądać telewizję. Trzeci chce zapalić lampkę, żeby poczytać. To nie są uczniowie w internacie ani studenci w akademiku, gdzie przecież też bywa różnie.

Oczywiście, wiele osób przyczyniło się do tego, że są bezdomnymi i codziennie przyczynia się nadal do swojej bezdomności. I za nikogo z nich życia nie przeżyję. Ale można tak zmienić przepisy, tak ułatwić ludziom funkcjonowanie, żeby prawo nie blokowało większości z nich wyjścia z trudnej sytuacji. Ale u nas wciąż zwycięża myślenie: ja znam bezdomnych, bo jeden taki dostał za robotę pięć dyszek, poszedł do sklepu i wypił, no i jest mu świetnie. Ludzie! W czym mu jest świetnie? No w czym? W niczym nie jest mu świetnie…

Przez dom Misji Kamiliańskiej w ciągu dziesięciu lat, kiedy tutaj pracuję, przewinęło się kilka tysięcy osób. Nie znam ludzi, którzy wybraliby bezdomność jako coś naprawdę chcianego. Znam za to mnóstwo takich, którzy nie są w stanie z niej wyjść, ponieważ brak mieszkania wyzwala tysiące innych złych zależności. Był u nas kiedyś bezdomny człowiek, który pracował tu w kuchni. Wreszcie znalazł jako kucharz dobrą pracę na zewnątrz. Powiedziałam: świetnie, proszę pana, teraz składamy wniosek o lokal komunalny. Ale on nie był z Warszawy, lecz z innej miejscowości. Zwlekał i zwlekał z dostarczeniem odpowiednich dokumentów. Poprosiłam go do biura, przycisnęłam o to. Pyta: „Możemy porozmawiać w cztery oczy?”. A gdy wszyscy wyszli, mówi: „Ufam pani, ale nie wiem, jak to powiedzieć. Miałem wyrok dwadzieścia pięć lat. Dwadzieścia przesiedziałem. Zostałem zwolniony za dobre sprawowanie. Byłem młody i głupi, gdy to się stało, ja tam już nie wrócę”. No i okazało się, że ostatni adres meldunku to ten więzienny, a ja go chciałam usamodzielniać w Warszawie. Pomijając ekstremalny kontekst: on po prostu nie był stąd. To jest często problem dla instytucji.

Zdarza się też tak, że ktoś przez lata tkwił w aktywnym uzależnieniu. Psychoterapeuci mówią mu: pod żadnym pozorem nie wracaj w tamte strony, do takiego „gniazda”, bo wejdziesz znów w tamtejsze niedobre relacje i stare nawyki. Ale w jaki sposób zrobić inaczej, jeśli wszystkie przepisy mówią, że całe życie jesteś związany z tym miejscem, bo tam masz ostatni meldunek? Już nie mówiąc o tym, że nawet jeśli ten człowiek dostanie lokum komunalne w swoich stronach, gdzieś na prowincji, skąd ludzie wyjeżdżają, bo tam nie ma pracy, to jak je utrzyma?

– Nikomu nie zależy na tym, żeby dostosować realia prawne do zmieniających się czasów?

– Instytucje w Polsce myślą z opóźnieniem, a w dodatku te, które zajmują się polityką społeczną, po prostu są biedne. Zacznijmy od tego, że zasiłek z opieki społecznej, z którego często korzystają bezdomni, wynosi 630 zł. Jeżeli ktoś nie ma przepracowanej odpowiedniej liczby lat, nie dostanie ani renty, ani emerytury. Dla bezdomnych są właśnie takie pieniądze. Dwa pytania: wie pan, jak przeżyć za taką kwotę? Widzi pan już, jak się spycha ludzi w bezdomność? A gdy słyszę o tym, jakie renty i emerytury będą nas czekały, to myślę, na jak znaczny wzrost bezdomności musi się to przełożyć.

Od 2006 roku uczestniczyłam (z ludźmi decyzyjnymi bodaj na wszystkich możliwych szczeblach) w pracach nad zmianami ustawy zdrowotnej. Zabiegałam o to, żeby osoby nieubezpieczone, bezdomne, bez dowodu osobistego mogły uzyskać dostęp do podstawowych usług medycznych. To byłoby zresztą o wiele bardziej racjonalne ekonomiczne. Przecież dziś jest tak, że nie pójdziemy bez ubezpieczenia do lekarza, gdy choroba jest we wczesnym stadium. Ale gdy się nam pogorszy, jeżeli przeziębienie przerodzi się w zapalenie płuc i przewrócimy się na ulicy, to przyjedzie karetka, zrobią specjalistyczne badania, poleżymy w szpitalu. A system zapłaci za to więcej niż za wczesną diagnozę i szybkie leczenie…

– Widziałem to na własne oczy: ze szpitala parę dni później zawiozą bezdomnego pod schronisko. Czasem nawet za blisko nie staną, bo komuś w karetce głupio.

– Dokładnie tak to wygląda. Ale gdy próbuję to od lat tłumaczyć, to odpowiedzią jest: nie, nie, nie. Słyszę wówczas, że są specjalne „ubezpieczenia prezydenckie” (zależne od wójta, burmistrza, prezydenta miasta), które mogą otrzymać osoby bezdomne. Ale zanim bezdomny je dostanie, to rozwinie mu się grypa i powikłania związane z nią. A przecież chodzi o to, żeby mógł iść do lekarza jak każdy inny człowiek.

– Kilka lat temu głośna była sprawa „doktor Janosikowej” z Krakowa, czyli doktor Ilony Rosiek-Koniecznej, która była ciągana po sądach za wypisywanie nielegalnych recept na leki dla bezdomnych. Pamiętam że część opinii publicznej, w tym opiniotwórczy reprezentanci dużych mediów, nie wahali się nazywać jej działalności złodziejstwem.

– Powiem tak: jestem w stanie wyobrazić sobie, że są osoby, które pracują w naszym systemie i udzielają w ten sposób pomocy. Zresztą, gdyby się ktoś uparł, mógłby ciągać po sądach mnie, siostrę Małgorzatę Chmielewską albo Lekarzy Nadziei, którzy właśnie dostali nagrodę od Rzecznika Praw Obywatelskich za dwadzieścia pięć lat pracy wolontariackiej.

Nie wszyscy muszą to wiedzieć: w Warszawie funkcjonuje przychodnia Lekarze Nadziei. Działa w niej dwudziestu kilku lekarzy, którzy pracują woluntarystycznie po kilka godzin w tygodniu, opiekując się bezdomnymi. Jest tam na przykład dermatolog, pulmonolog – choroby skóry czy gruźlica u bezdomnych muszą być leczone przecież także w interesie tej „zdrowej tkanki społeczeństwa”, która w internecie żąda linczu na bezdomnych choćby za to, że ośmielają się wejść do środków komunikacji publicznej. Wszyscy ci lekarze wydają leki bezdomnym – a w świetle polskiego prawa nie mogą tego robić. No to po cholerę w ogóle diagnozować bezdomnego, skoro nie pójdzie i nie wykupi legalnie recepty? Lekarze Nadziei swoimi sposobami zdobywają potrzebne leki, żeby w ogóle leczyć tych ludzi.

– Sądzę, że działa to na zasadzie usankcjonowanej instytucjonalnej hipokryzji. Przecież zainteresowani wiedzą, że bezdomnych nie leczy się w takich ośrodkach zamawianiem chorób.

– Od wielu lat tłumaczymy odpowiednim instytucjom, że powinno to działać tak jak pomoc humanitarna. Mało tego, niedawno zmieniła się ustawa o pomocy społecznej, w której wprost jest napisane, że w schroniskach dla osób bezdomnych nie mogą przebywać osoby chore.

– Wyobrażam sobie samych zdrowych bezdomnych w przytuliskach w sezonie jesienno-zimowym…

– Wzięło to się stąd, że powstały prywatne domy pomocy społecznej, które wymknęły się spod kontroli państwa i nie bardzo wiadomo, co się w nich dzieje. No i tak oto, przy okazji walki z patologiami w takim biznesie, dostało się i nam. I co? Pójdziemy siedzieć? Przecież nie przestanę tych ludzi przyjmować. Siostra Małgorzata Chmielewska mówiła mi, że ostatnio kontaktowała się z kimś z Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w tej sprawie, a oni odpowiedzieli, że za swoje pieniądze możemy robić, co chcemy. A siostra im na to, że właśnie się okazuje, że i tego nie możemy.

Kiedyś wydawało mi się, że instytucje pozarządowe to taka plomba tam, gdzie państwo nie może, nie potrafi, nie zauważyło itd. Dawno przestaliśmy pełnić tę rolę. Obecnie idziemy w poprzek.

– W jakim sensie?

– Często zdarzają się przepisy, które wykluczają pewną grupę osób z realnej pomocy. Zatem łaskawie pozwala się nam coś robić właściwie w instytucjonalnej „szarej strefie”. Organizacje zdrowotne, które zajmują się chorymi, w tym bezdomnymi, robią często to, z czego nie wywiązują się instytucje publiczne. To one załatwiają badania, specjalistyczną opiekę, rehabilitacje.

– Często słyszymy, że mieszkania komunalne to siedlisko patologii, że są niszczone przez „element”, w tym przez osiedlonych tam bezdomnych. Jak Pani to postrzega?

– Problem polega na tym, że trudne środowiska potrzebują realnego wsparcia. I to nie takiego, które polega na tym, że dopóki ktoś nie zapuka do drzwi Ośrodka Pomocy Społecznej, to nic nikogo nie interesuje. To właśnie instytucje powinny być aktywne. Nie mówię o policji czy straży miejskiej, ale np. o psychiatrycznej opiece środowiskowej. To temat rzeka, bo jest to absolutnie niedziałający element systemu zdrowotnego. Podkreślę mocno: to w ogóle nie działa.

Ludzie z różnego rodzaju problemami psychicznymi, z zaburzeniami osobowości, często zostają sami. Ich rodziny też zostają same. Tak, ludzie i rodziny często zostają samotni: ze schizofrenią, z ciężką depresją, z nerwicami, z silnymi lękami. Nie dość, że wszyscy dookoła mają serdecznie dość takiej osoby, niejednokrotnie chętnie by się jej pozbyli, wyrzucili z mieszkania, a sąsiedzi – z bloku, to w dodatku nie ma wsparcia z zewnątrz. A powinien przyjechać lekarz psychiatra albo pielęgniarka, którzy by zauważyli sedno problemu, zdiagnozowali, pomogli, sprawdzili, czy leki są odpowiednio dobrane, czy nie doszło do remisji choroby.

Dopóki chore osoby, które są naszymi potencjalnymi podopiecznymi, mają ojca, brata, siostrę, matkę – kogoś, kto poświęca życie temu, żeby funkcjonowali, to jeszcze jest dobrze. Ale gdy te wspierające osoby umierają lub z różnych przyczyn odchodzą, ta bliska, ten bliski, którzy poświęcili im życie, to tacy ludzie lądują na ulicy. W Warszawie można spotkać wiele osób brudnych, śmierdzących, z reklamówkami na nogach zamiast butów, zarośniętych mężczyzn, zniszczonych kobiet – od razu wiemy, że to bezdomni. Ale to nie jest cała prawda o 36 tys. oficjalnych bezdomnych – w takim obrazie nie ma ludzi z nierzucającymi się w oczy chorobami psychicznymi, skazanych na bezdomność, bo nie ma komu nimi się zająć, absolutnie nieporadnych społecznie z racji psychofizycznych.

– W autobusie linii 131, który startuje w stolicy spod Dworca Centralnego, zimą często podróżował bezdomny, który głośno skrzeczał, ni to do innych, ni to do siebie. Siedział z tyłu, miejsca obok pustoszały, czasem ktoś na niego krzyknął, żeby się zamknął. Wyobrażam sobie, że ten człowiek i inni ludzie podobni do niego nie nadają się do zwykłych przytulisk. Ale autobus też nie jest dla nich najlepszym miejscem. I to nie dlatego, że psują komuś komfort podróży.

– Przy całym naszym zaangażowaniu, z całą infrastrukturą, jaką mamy, tego typu ludzie nie są w stanie funkcjonować w zwykłych ośrodkach dla bezdomnych. Głęboko upośledzeni ludzie, bardzo często uzależnieni, potrzebują profesjonalnej opieki psychiatrycznej. Oni potrzebują nie mojego dobrego serduszka, nie zwykłego pracownika socjalnego, lecz specjalisty z farmakologią. Ale czegoś takiego nie ma.

Prowadzimy także streetworking. Jeżdżę do ludzi, którzy mieszkają na ulicy. Czasami nie mam im nic do zaoferowania i niedobrze mi się robi, gdy słyszę, że przecież mogę im zawieźć termos z ciepłą zupą i koc. To jest taka pomoc, że naprawdę… Za miarę sukcesów w branży uchodzi niekiedy duża liczba koców dostarczonych bezdomnym. A tych ludzi trzeba z ulicy pozabierać! Tylko że z nami nie jedzie żaden psychiatra. Niedawno udało mi się załatwić psychoterapeutę, który jeździ ze streetworkerami. I dzięki temu udaje się pomóc niektórym bezdomnym.

Przyszedł też do mnie mężczyzna z myślami samobójczymi. Ma depresję. Idę z nim do lekarza. A tam kolejeczka: może pani przyjdzie innym razem?

– Człowiek może nie doczekać.

– Dlatego najczęściej jeździmy z bezdomnymi do szpitala na oddział. Ale oni boją się szpitali psychiatrycznych, źle im się kojarzą. Nie dziwię się im, bo tamtejszy aranż nawet zdrowym robi źle: odpadające tynki, stare łóżka z metalowymi rurami, z których odłazi farba. Wystarczy wejść do takiej placówki, zobaczyć jak to z bliska wygląda – to wciąż masakra.

Powiem wprost: jeżeli ktoś w Polsce jest biedny, chory psychicznie i nie może zająć się nim ktoś z bliskich – jest bez szans. Dodam, że na miejsce w domu opieki dla osób z zaburzeniami psychicznymi czeka się z dziesięć lat. W dodatku trzeba spełnić liczne oczekiwania odpowiednich instytucji: nie uciekać z miejsca pobytu, być ciągle do dyspozycji na okoliczność kolejnych wywiadów środowiskowych.

Niewiele lepiej bywa w ośrodkach dla osób, które czekają na miejsce w „zwykłym” Domu Pomocy Społecznej. Zajmuję się obecnie sprawami pana, który piąty rok czeka na miejsce w DPS-ie. Warszawskie Centrum Pomocy Rodzinie, które odpowiada za kierowanie do takich placówek, doszło do wniosku, że skoro mężczyzna jest u nas, to „jest zaopiekowany”. Mam go zatem wyrzucić na ulicę, żeby dostał miejsce? To starszy człowiek, jest ciężko chory, po udarach, nie jest „patologią” – jest u nas właśnie po to, żeby nie musiał na ulicy czekać na miejsce w DPS.

– Ale rozumiem, że „patologia, która niszczy mieszkania komunalne” czy – ściśle mówiąc – zwykle ląduje na ulicy z braku tanich mieszkań na wynajem i cywilizowanej polityki społecznej, to nie tylko psychicznie chorzy?

– To są także pracujący ubodzy; to ludzie, którzy latami żyją gdzieś kątem i nie stać ich na jakikolwiek kredyt mieszkaniowy; to są ludzie, którzy wychodzą z domów dziecka lub od maleńkości wyrastają w patologicznych i dysfunkcyjnych rodzinach i są z reguły skreśleni na starcie.

Z bezdomnością wiąże się jeszcze jeden problem – samotność. Do nas często trafiają ludzie po prostu samotni – gdyby byli z kimś w związku, to pewnie razem udałoby im się wynająć jakąś kawalerkę.

Po części stąd nasz pomysł na mieszkania treningowe. W pewnym wieku trudniej znaleźć kogoś, kto będzie z tobą współdzielił kuchnię i rachunki. A razem jest taniej. I na to też pomagają mieszkanie treningowe. W takich przypadkach czasem mieszka razem kilku panów, ale czasem też pary, które wspólnie składają wnioski o tego typu lokum.

Dodajmy jeszcze ludzi, którzy zostali oszukani i wykorzystani na rynku pracy. Jeden z naszych podopiecznych został bez pracy i pieniędzy, które mu się za nią należały. Poszedł na dworzec. Po trzech dniach podszedł do niego jakiś bardziej sympatyczny policjant i zapytał, co się dzieje. Mężczyzna opowiedział, w czym rzecz, źle wyglądał, wysiadła mu psychika. Dostał od policjanta adres do nas, tu się wykąpał, przebrał, poszedł na rozmowę do potencjalnego pracodawcy. Gdy przychodzą do mnie ludzie oszukani na wypłatach przez pracodawców, to nie przyjmuję ich do schroniska – daję im pieniądze na stancję. W większości przychodzą i oddają te pieniądze. Oni wiedzą, że byli w naprawdę złej sytuacji, w której rzadko kto by im zaufał. I to zaufanie jest dla nich bardzo ważne – także na przyszłość.

– Właściwie cały czas mówimy o bezdomności mężczyzn. Wskazała Pani wyżej, dlaczego tak jest. A co z bezdomnością kobiet?

– Kobiety w bezdomności są znacznie trudniejsze. Bardzo często są to osoby straszliwie poranione psychicznie. One jeszcze częściej niż bezdomni mężczyźni nie dają sobie rady bez wsparcia psychiatrycznego. Bardzo często są to osoby, które doświadczyły różnego rodzaju przemocy: seksualnej, fizycznej, ekonomicznej. Krótka rozmowa z pracownikami ośrodka dla kobiet brutalnie uświadamia w tym względzie.

Niedawno miasto stołeczne Warszawa ogłosiło konkurs na schronisko dla bezdomnych kobiet i żadna organizacja się nie zgłosiła. Zapytałam ludzi, którzy zajmują się pomocą dla kobiet, dlaczego tak się stało. Powiedziano mi, że w takim ośrodku musi być psychiatra, musi być dodatkowa kadra, a na to z kolei potrzebna jest większa pula pieniędzy. Pomijam szczegół, że ze środków pomocy społecznej nie można sfinansować pielęgniarki czy psychiatry i trzeba wykonywać różne fikołki, żeby to obejść.

– I co z tymi pieniędzmi na ośrodek dla kobiet?

– Okazało się, że więcej środków nie da się zdobyć z odpowiedniej puli… ponieważ byłaby to dyskryminacja finansowa ośrodków dla mężczyzn. Oniemiałam, gdy to usłyszałam. Dzięki takiej „równości” kobiety bezdomne są na ulicy. Jakie wspaniałe „równościowe” prawo! Jak mówiłam: gdyby patrzeć jedynie na przepisy, mielibyśmy często skrępowane ręce w pracy z bezdomnymi.

Zresztą, teoretycznie nie powinnam przyjmować u siebie ludzi spoza stolicy, ponieważ, zgodnie z ustawą, finansuje nas tutejsza gmina. A przecież dobrze wiadomo, że do Warszawy w poszukiwaniu pracy przyjeżdża cały kraj. Właściwie bezdomni nie mają wolności poruszania się po kraju – kolejne konstytucyjne prawo, które w ich przypadku jest łamane – ponieważ są „gminnymi obywatelami”: gminy za nich płacą, oni „należą” do tamtejszej opieki społecznej. Przecież nie będę pytała człowieka, który siedzi na ulicy, czy jest stąd. A jak nie jest, to nie powiem mu: „to niech pan dalej tutaj siedzi”. Biorę go do siebie do pensjonatu. Ale na dobrą sprawę w każdym momencie miasto stołeczne Warszawa może mi powiedzieć: „nie, proszę pani, nie może tak być, że przyjmuje pani, kogo chce – przestajemy finansować schronisko”. A ja z kolei muszę spełnić szereg wymogów, żeby prowadzić placówkę i dostać dofinansowanie z gminy.

– Szuka Pani dodatkowych środków?

– Owszem, ale staram się unikać grantozy. Czasem ludzie mnie pytają: „o, a czemu nie wzięłaś od tych lub tamtych?”. No nie biorę, bo czasem, żeby wyremontować pokój dla osób bezdomnych lub wymienić brudną wykładzinę, muszę udowodnić, w jaki sposób ta wymieniona wykładzina aktywizuje osoby bezdomne. I ilu bezdomnych dzięki tej wykładzinie się usamodzielni. Nie zdradzę jak, ale da się to wykazać [śmiech].

– Ale pobyt w Pani ośrodku może finansować gmina, z której bezdomny pochodzi.

– To kolejna problematyczna sytuacja. Właśnie przebywa u mnie pan gdzieś z daleka. Chwytam za telefon i dzwonię do tamtejszej gminy: „pobyt u mnie kosztuje tyle a tyle, proszę o sfinansowanie”. Pani mi na to: „u nas jest odpowiednia placówka, niech on tutaj wraca”. Pan z kolei do mnie: „ale ja w życiu tam nie wrócę!”. A pani z gminy: „proszę pani, niech wraca do nas, nie ma dyskusji!”. Mogłabym teoretycznie założyć im sprawę w sądzie, ale kto robi takie rzeczy, skoro on najpewniej po jakimś czasie znajdzie pracę i się usamodzielni.

– Mam wrażenie, że ci ludzie traktowani są przez instytucje jak pionki.

– Najważniejsza rzecz, jaka jest łamana w przypadku bezdomnych, to godność osobista, ta ludzka godność, o której mowa w preambule do Konstytucji Rzeczpospolitej.

To ma swoje skutki praktyczne: godność bezdomnych jest łamana w bardzo licznych sferach życia. Problem polega na tym, że w Polsce nie ma dobrze skoordynowanej polityki przeciwdziałania/wychodzenia z bezdomności. Nie ma realnej jednostki, która ogarniałaby wszystkie istniejące przepisy i koordynowały pracę w ramach różnych resortów – od polityki społecznej przez zdrowotną po mieszkaniową – tak, żeby one się wzajemnie nie wykluczały.

Podkreślę – staram się postrzegać przepisy prawne nie przez pryzmat bezdomności, ale pomocy mieszkaniowej dla ludzi. To jest fundament, a do tego dopiero dochodzą inne kwestie, bo czasem mamy do czynienia z szeregiem komplikacji życiowych, a czasem wystarczy znaleźć człowiekowi pracę, towarzyszyć w momencie startu i można spodziewać się, że stanie na nogi.

– Gdyby miała Pani zrobić taki portret, to kim byłaby „przeciętna polska osoba bezdomna”?

– Im dłużej tutaj pracuję, tym trudniej stworzyć mi taki jednoznaczny portret. Mieszkał u mnie na przykład pan, który walczył w Powstaniu Warszawskim. Miał ponad osiemdziesiąt lat i mieszkał w samochodzie, bo miał taki honor i ambicję, że sam sobie da radę. Zimą zainteresowali się nim okoliczni mieszkańcy i udało się go namówić, żeby przyszedł do nas i skorzystał z pomocy.

Mam też w pensjonacie chłopaka, którego w wieku osiemnastu lat rodzina zastępcza odstawiła do schroniska dla bezdomnych, ponieważ nie chciał iść do pracy ani dalej się uczyć.

Ale podkreślę raz jeszcze: największym problemem jest niedostępny i bardzo drogi rynek mieszkaniowy. No i dotychczasowy brak alternatywy dla niego w ramach polityki państwa. Moim zdaniem będzie coraz więcej ludzi bezdomnych, a my będziemy ich karmili i ubierali, będziemy musieli budować coraz większe placówki dla bezdomnych i tak naprawdę utrzymywać tych ludzi, ponieważ chroniczna bezdomność wiąże się z utratą własnej tożsamości.

Trzeba też pamiętać, że bezdomność to również problem zniszczonych rodzin. Wspominałam już o tym, że kobiety, z wielu przyczyn, lepiej sobie radzą z kontaktami z instytucjami pomocowymi. Stąd bywa tak, że po rozpadzie małżeństwa kobieta z dzieckiem idzie swoją drogą, dostaje np. lokal komunalny, a mężczyzna trafia do schroniska dla bezdomnych.

Inna rzecz, że wchodzenie w bezdomność to również pewien proces. Na przykład najpierw z różnych przyczyn tracisz pracę, możliwość utrzymywania siebie i rodziny. Później do tego dochodzi rozpad więzi międzyludzkich. I wówczas, w sytuacji takiej samotności, bezdomność jest o krok.

– Państwo polskie nie zdaje sobie sprawy, jak niebezpieczna społecznie jest bezdomność?

– Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej od wielu, wielu lat – niezależnie od tego, jaki jest rząd, kto jest ministrem i jak wiele mówi o miłosierdziu –
uznaje, że sprawiedliwie jest co roku dawać pięć milionów na bezdomność. I to w skali kraju. To się nie zmienia od lat.

Co roku ogłaszany jest konkurs, który co roku nazywa się coraz bardziej poetycko, na przykład: „Powroty osób bezdomnych”. Ale kończy się na tych pięciu milionach złotych rocznie na cały kraj. Oczywiście, jest tak, że to gminy odpowiadają za politykę społeczną względem osób bezdomnych. Ale jak się pan o to spyta w gminach, to na ogół okazuje się, że takiej polityki tam nie ma.

Z mojego doświadczenia wynika ponadto, że instytucje publiczne tak naprawdę nie chcą zajmować się bezdomnością. W Warszawie nie ma ani jednej placówki samorządu, która zajmuje się bezdomnymi. To wszystko wzięły na swoje barki organizacje pozarządowe. W całej Polsce chyba na palcach jednej ręki można policzyć gminy, które prowadzą własne placówki – tam również zajmują się tym organizacje pozarządowe. Dużo placówek ma Monar, diecezjalne struktury Caritasu, placówki odwołujące się do Brata Alberta. Z tych pieniędzy, które są od samorządów, nie da się zrobić za wiele. Dlatego musimy wiele czasu poświęcać na pozyskiwanie środków.

Jest jeszcze jeden problem: jako organizacje pozarządowe zajmujące się bezdomnymi musimy wreszcie przejść od opieki do pomocy. Ale tego się nie da zrobić bez polityki usamodzielniania. A do niej potrzebne są mieszkania.

– Ale mieszkania kosztują.

– Miejsce w moim ośrodku kosztuje gminę 400 złotych miesięcznie. A pobyt w domu pomocy społecznej między trzy a pięć tysięcy, nawet do siedmiu tysięcy miesięcznie. Moim zdaniem dużo tańsza i skuteczniejsza byłaby pomoc w dofinansowaniu mieszkania komunalnego. Skoro gmina nie ma własnych zasobów – niech dofinansuje bezdomnemu mieszkanie na rynku prywatnym. To da się sensownie zrobić. Tym bardziej, że duża część tych ludzi naprawdę chce pracować.

Ale jest jeszcze inny problem: bezdomnych, którzy pracują, chętnie się wykorzystuje. To się trochę napędza: są pod ścianą, desperacko szukają pracy, więc biorą najgorszą, a ta jest nie tylko na umowie śmieciowej, ale wiąże się z ryzykiem, że „pracodawca” w ogóle nie zapłaci albo będzie długo zwlekał.

– Jak wygląda rynek pracy osób bezdomnych?

– Zacznę od tego, że gdybym spojrzała w listę, to około 70 z 80 osób, które teraz u nas przebywają, chodzi do pracy. A przecież tutaj jest bardzo szybka rotacja, co dodatkowo pokazuje, że bezdomni faktycznie podejmują pracę zarobkową. Niestety, część wraca do nas także dlatego, że sytuacja bezdomnych na rynku pracy jest bardzo niestabilna.

Większość z bezdomnych pracuje „na ochronie”, w firmach sprzątających. To praca, którą najłatwiej dostać. A wiem dobrze, że duża część z tych ludzi pracuje dla instytucji publicznych, które korzystają z usług prywatnych firm zewnętrznych. To jest skandal, na jak fatalnych warunkach ci ludzie są zatrudniani – i nie mówię tylko o pieniądzach. Gdy taki człowiek, który jest u mnie w ośrodku, na dwa tygodnie zachoruje, to jest pozbawiony jakiegokolwiek zarobku. Gdy prezesi czy dyrektorzy przechodzą obok takich ludzi, powinni wiedzieć, że odpowiadają za ich krzywdę. Zresztą, czasem jest tak, że bezdomni nie mogą uzyskać pracy jako ochroniarze, ponieważ mają niezapłacone mandaty za przejazd komunikacją lub problemy ze spłatą alimentów i nie dostaną zaświadczenia o niekaralności.

– Trudno kogoś rozgrzeszać z niepłacenia alimentów.

– Jeżeli zarabiają najniższą krajową, a komornik zabiera im 60 proc. wynagrodzenia, to z czego mają żyć? Uciekają do szarej strefy. Żeby tak nie było, to my w ich imieniu układamy się z komornikami, żeby mogli płacić miesięcznie po 300–400 zł. No bo co to komu da, jeżeli zwiążemy tym ludziom kompletnie ręce i nogi, zabierając prawie wszystko?

– Musielibyśmy zacząć rozmowę o polskich zarobkach.

– To też byłaby rozmowa o przyczynach bezdomności. W Warszawie, do której ludzie przyjeżdżają z całej Polski w poszukiwaniu pracy, najniższa krajowa nie pozwala na samodzielne wynajęcie kawalerki. A gdzie pieniądze na przeżycie miesiąca…

Wiele osób bezdomnych pracuje też na liniach produkcyjnych, sporo zajmuje się budownictwem, wykończeniówką. Mieliśmy mechaników samochodowych, mamy sporo kierowców TIR-ów, ale także kierowców autobusów miejskich. Mieliśmy taksówkarzy, dziennikarzy, byłych zakonników, osoby z wyższym wykształceniem, w tym ekonomistę. Mieliśmy pracownika socjalnego.

Część ludzi, którzy tu mieszkają, ma swoje samochody. Potrzebują ich do pracy. Mieszka u nas na przykład mężczyzna, który ma ponad 70 lat i wciąż czynnie pracuje jako fotograf. Samochód jest mu niezbędny, wozi nim sprzęt, często musi gdzieś dojechać, a że ma już swoje lata, ciężko mu z takim bagażem poruszać się komunikacją publiczną. A czasami jest tak, że samochód jest jedyną cenną rzeczą, którą mają.

– Bezdomni mają samochody. Skandal! Widocznie wcale nie jest im tak źle…

– Bezdomni jako realni ludzie z ich faktycznymi problemami nie istnieją w wyobraźni społecznej. W politycznej czy urzędniczej często też. Bezdomnego widać, gdy śmierdzi i awanturuje się na ławce koło dworca Warszawa Śródmieście. Wtedy co najwyżej trzeba go stamtąd na chwilę zabrać, zmienić opatrunki, dać świeże ubranie i zupę. I tyle widać z bezdomności.

– Powiedzmy też sobie jasno: uzależnienia są dla bezdomnych kulą u nogi.

– To prawda. Alkoholizm jest śmiertelną chorobą. Nie każdy ma siłę zostać trzeźwym alkoholikiem. Mamy w naszym ośrodku psychologa-terapeutę na etacie, w wielu podobnych placówkach tego nie ma. Mamy też wolontariusza, fachowego psychologa. Część z bezdomnych chodzi do pobliskiego ośrodka na ośmiotygodniową otwartą terapię, która trwa przez większość dnia. Dla niektórych jest zamknięte leczenie w Tworkach.

Ostatnio zaczęliśmy też współpracę ze Stowarzyszeniem Zdrowiejących Motocyklistów (Association of Recovering Motocyclists – ARM), jego członkowie mają potężne motocykle i misję wspierania trzeźwiejących alkoholików. To jest świetna sprawa, ponieważ pojawiają się faceci, którzy stanęli na nogi, bo wytrzeźwieli, i są w stanie zaimponować innym mężczyznom po przejściach.

– Trzy lata temu przeprowadziłem dla „Nowego Obywatela” wywiad z dr Ireną Herbst na temat (anty)polityki mieszkaniowej w III Rzeczpospolitej. Ekspertka mówiła tak: „w każdym kraju, bogatym czy biednym, istnieje znaczna grupa ludzi, których nie stać na zakup własnego mieszkania. W Polsce struktura własności jest patologiczna: mamy 20 proc. mieszkań na wynajem, a 80 proc. prywatnych. To oznacza, że potrzebne są ogromne przedsięwzięcia ze strony państwa w zwiększaniu dostępu do dachu nad głową, bo w przeciwnym razie, w dłuższej perspektywie, ludzie będą lądować na dworcach. Od lat 2004–2005 znaczne środki przeznacza się na budowę noclegowni i innych tego typu ośrodków, które przestają być jedynie miejscem tymczasowego zamieszkania”.

– Z tego, co wiem, w mieście stołecznym Warszawie rocznie wydaje się dziewięć milionów złotych na bezdomnych, a trzynaście milionów na psy.

– To są roczne koszty po zsumowaniu? Przepraszam, ale z całym szacunkiem dla psów…

– Wie pan, o psy każdy się upomni. A o tych ludzi nie.

– Dziękuję za rozmowę.

Warszawa-Ursus, 19 maja 2016 r.

Za mało, za ciasno, za drogo – mieszkalnictwo w Polsce

Za mało, za ciasno, za drogo – mieszkalnictwo w Polsce

Prowadzenie sprawnej polityki mieszkaniowej, skutecznie odpowiadającej na potrzeby obywateli, to jedno z ważniejszych zadań każdej szanującej się wspólnoty politycznej. Nawet jeśli przyjmiemy i tak już ograniczoną koncepcję państwa, zgodnie z którą w sferze gospodarczej powinno się ono skupić jedynie na zapewnieniu odpowiedniej infrastruktury do wzrostu i swobodnej gry rynkowej, polityka mieszkaniowa wciąż pozostaje jedną z jego głównych kompetencji. Posiadanie dachu nad głową to sprawa zupełnie podstawowa.

Gdy brakuje wolnych i łatwo dostępnych mieszkań, zablokowana jest mobilność wewnętrzna, bo nawet gdy znajdzie się pracę w bogatym mieście, spać w nim już trzeba będzie na dworcu. Inaczej mówiąc – i przyjmując prostacką optykę stricte ekonomiczną – zła sytuacja mieszkaniowa utrudnia efektywną alokację siły roboczej. Coś jest z pewnością nie tak, gdy mieszkańcowi Raciborza łatwiej wyemigrować do Dublina niż do Katowic. Polityka mieszkaniowa jest więc newralgiczna także z punktu widzenia wzrostu gospodarczego, co powinno przekonać do niej również tych, dla których wszelkie argumenty socjalne czy prospołeczne są z gruntu podejrzane.

Jeśli prowadzenie sprawnej polityki mieszkaniowej to atrybut każdej szanującej się wspólnoty, to o naszej nie można tego niestety powiedzieć. Trudno uznać za poważny kraj, w którym obywatele są poupychani w klitkach tak ciasnych, że często nie mogą już na siebie nawzajem patrzeć. Trudno uznać za szanujące się społeczeństwo, w którym wielu trzydziestoletnich ludzi mieszka kątem u rodziców, okupując pokoiki dziecięce. Trudno uznać za sprawne państwo, które uporczywie udaje, że tej sytuacji nie widzi, a podjęte w tym obszarze działania przypominają raczej zorganizowane na szybko ersatze, nie zaś dobrze przygotowane i szeroko zakrojone projekty.

Rzeczpospolita mieszkaniami nie stoi

W ostatnim 25-leciu nastąpiła abdykacja państwa ze sfery mieszkaniowej. Pozostawienie procesom rynkowym tego newralgicznego obszaru spowodowało, że tkanka mieszkaniowa nad Wisłą przypomina raczej tkankę ciężko chorego organizmu niż „tygrysa Europy” i „prymusa przemian”. Zasób mieszkaniowy jest w Polsce bardzo zły zarówno pod względem ilościowym, jak i jakościowym.

Liczba mieszkań na tysiąc mieszkańców wynosi w naszym kraju ok. 360, tymczasem średnia europejska jest o prawie 100 lokali wyższa. Oczywiście prowadzi to w prostej linii do przeludnienia polskiej substancji mieszkaniowej. W Czechach na tysiąc obywateli przypada 458 mieszkań, na Węgrzech – 446, a w Rosji – 441. Według badań Eurostatu wskaźnik przeludnienia mieszkań w Polsce wynosi 44 proc., co oznacza z grubsza, że niemal co drugi obywatel dysponuje zbyt małym lokalem. Pod tym względem gorzej jest tylko w Rumunii. W Czechach i Estonii ten wskaźnik to zaledwie 21 proc., na Litwie – 28 proc., a na Łotwie – 31 proc., w wielu krajach zachodniej Europy zaś jest on jednocyfrowy. Niestety, stan ten niespecjalnie się zmienił w ciągu ostatnich lat. W 2012 r. ww. wskaźnik w naszym kraju wynosił 46 proc., co również było drugim wynikiem w UE – w tak złej sytuacji spadek o 2 punkty procentowe jest dalece niewystarczający.

Przeludnienie mieszkań nad Wisłą widać też, gdy obliczymy przestrzeń, którą ma do dyspozycji przeciętny obywatel naszego kraju. Na statystycznego Polaka przypada jej 26 m. kw., tymczasem na Austriaka czy Duńczyka po 50 m. kw., czyli niemal dwa razy więcej. W Polsce mamy zaledwie 1,1 izby mieszkalnej na osobę, chociaż średnia unijna to 1,6. Pod tym względem gorsza od nas w UE również jest Rumunia (1,0), a o wiele lepsze są m.in. Czechy (1,4) czy Estonia (1,6).

Nasze mieszkania są przepełnione do granic wytrzymałości, ale również ich stan, oględnie mówiąc, pozostawia wiele do życzenia. Wskaźnik deprywacji mieszkaniowej, który pokazuje odsetek lokali obciążonych co najmniej jedną de facto dyskwalifikującą je wadą (np. brak toalety, nieszczelny dach itd.) wynosi w Polsce 9,1 proc., co jest siódmym najwyższym wynikiem w UE. Średnia unijna jest niemal dwa razy niższa, w Czechach ten wskaźnik wynosi już tylko 3,5 proc., na Słowacji – 4,3 proc., w Estonii – 5,8 proc., a w wielu krajach zachodniej Europy oscyluje wokół 1–2 proc., co oznacza, że problem niemal tam nie występuje.

Poza fatalnym zasobem mamy również bardzo słabo rozwinięty rynek, co jest zresztą dość typowym paradoksem w sytuacji, gdy procesy rynkowe puści się samopas. Swoją drogą, doskonale obala to popularne teorie, według których rynki kształtują się samoczynnie, a gospodarka rynkowa to stan naturalny dla społeczeństw. Otóż zawsze i wszędzie rozwinięte rynki były kształtowane świadomą polityką państwa, która zaopatrywała je co najmniej w niezbędną infrastrukturę instytucjonalną, motywującą podmioty komercyjne do działania w danym obszarze. Doskonałym tego antyprzykładem jest polski nierozwinięty rynek mieszkaniowy. W zasadzie jedynym w miarę racjonalnym sposobem zapewnienia sobie dachu nad głową jest w Polsce zakup nieruchomości. Wynajem jest zupełnie nieopłacalny. Za równowartość ceny mieszkania w Warszawie można je wynajmować przez ok. 15 lat, tymczasem przeciętna dla europejskich stolic to 26 lat, a w Berlinie nawet 30 lat. W 2014 r. na 143 tys. zbudowanych lokali zaledwie 8 tysięcy było mieszkaniami komunalnymi, spółdzielczymi lub społecznymi – czyli jedynie 5,6 proc. mieszkań jest w Polsce budowanych na zasadach innych niż czysto komercyjne.

Sprawia to, że możliwości pozyskania dachu nad głową są nad Wisłą bardzo mało zdywersyfikowane. Według Eurostatu zaledwie 16,6 proc. Polaków wynajmuje mieszkanie (4,3 proc. po cenach rynkowych, a 12,3 proc. po cenach niższych niż rynkowe, co de facto oznacza, że są to lokale socjalne), tymczasem średnia unijna sięga 30 proc., a więc jest prawie dwa razy wyższa, w tym aż 19,1 proc. najmu dokonuje się tam po cenach rynkowych. W Niemczech aż 39,6 proc. obywateli mieszka w lokalach wynajmowanych na zasadach rynkowych, a łącznie z lokalami dotowanymi niemal połowa Niemców najmuje swoje miejsce zamieszkania. Odsetek Czechów wynajmujących lokale w cenach rynkowych jest cztery razy wyższy niż Polaków (ogółem najmuje mieszkanie co piąty Czech), a Słowaków niemal dwa razy wyższy.

Na słabo rozwiniętym rynku wynajmu cierpi mobilność wewnętrzna. Według OECD tylko 10 proc. Polaków zmieniło miejsce zamieszkania w obrębie kraju w ostatnich pięciu latach. Tymczasem w przypadku Niemców było to 22 proc., Francuzów – 27 proc., Duńczyków – 34 proc., a Szwedów – nawet 40 proc. A to z kolei nie pozostaje bez wpływu na gospodarkę – niska mobilność wewnętrzna źle oddziałuje na krajowy rynek pracy, w szczególności w kraju doganiającym, takim jak Polska, w którym między regionami występują znaczne różnice w płacach oraz w produktywności.

Z drugiej strony, zakup mieszkania jest w naszym kraju wyjątkowo trudny z powodu daleko posuniętego uśmieciowienia pracy oraz niskich płac. Możliwości pozyskania kredytu pozbawionych jest wiele osób pracujących na umowach celnie zwanych śmieciowymi, które OECD dla zmyłki nazywa terminowymi (umowy cywilnoprawne oraz umowy o pracę na czas określony) – a tych jest nad Wisłą niemal najwięcej na świecie (28,4 proc.; minimalnie wyprzedza nas jedynie Chile). Za przeciętne wynagrodzenie Polak nie kupi nawet metra kwadratowego mieszkania – według NBP wystarczy ono na zaledwie 0,84 m. kw. Według raportu Deloitte na zakup 70-metrowego mieszkania Polak musi wydać 7,2 średnich rocznych pensji, tymczasem Niemiec – tylko 3,3, a Hiszpan – 4,4.

To wszystko oczywiście sprawia, że z jednej strony Polacy często kupują zbyt małe mieszkania, a z drugiej – bardzo długo mieszkają w domu rodzinnym. Aż 44 proc. mieszkańców Polski w wieku od 25 do 34 lat zamieszkuje z rodzicami, tymczasem w Czechach to już tylko 33 proc., na Litwie 31 proc., w Estonii 20 proc., w Niemczech 17 proc., w Wielkiej Brytanii 14 proc., we Francji 11,5 proc., w Szwecji i Finlandii jedynie 4 proc., w Danii zaś – zaledwie 1,5 proc. Mieszkanie u rodziców do późnych lat ma negatywne konsekwencje społeczne (niska samodzielność młodych), a w szczególności demograficzne. Odkładanie na później założenia rodziny oraz kupowanie zbyt małych lokali odbija się na dzietności mieszkańców naszego kraju, która jest wyjątkowo niska. Wskaźnik dzietności w 2014 r. wyniósł w Polsce 1,32 i był niski nawet na tle Europy starzejącej się w szybkim tempie (średnia unijna to 1,58). Tymczasem dzietność jest najwyższa właśnie tam, gdzie młodzi obywatele szybko wyprowadzają się z domu – we Francji to 2,01, w Wielkiej Brytanii – 1,81, a w Szwecji – 1,88. Mała liczba rodzących się dzieci jest oczywiście groźna dla krajowych systemów zabezpieczenia społecznego, zmniejsza się bowiem grupa płacących składki, oraz dla rozwoju gospodarczego, ponieważ kurczy się grupa osób aktywnych zawodowo.

Państwo nie zdało egzaminu

Mamy więc do czynienia z charakterystyczną sytuacją, która powstaje, gdy państwo prowadzi bardzo ograniczoną politykę społeczną, skierowaną tylko do najuboższych warstw. Kształtuje się wtedy nowa klasa wykluczonych – zbyt bogatych, aby korzystać ze wsparcia państwa, i zbyt biednych, by kupować niezbędne usługi na rynku. Według danych przytoczonych przez rząd podczas prezentacji programu „Mieszkanie+”, 40 proc. Polaków nie ma zdolności kredytowej, a najem mieszkania jest poza ich możliwościami finansowymi. Traktowanie mieszkania komunalnego jako synonimu lokalu socjalnego sprawiło, że potrzeb mieszkaniowych nie ma jak zaspokoić wiele osób niebędących wcale na dnie, lecz z różnych powodów (zawodowych, rodzinnych) niemogących nabyć mieszkania na własność. To osoby, dla których wynajem na polskich zasadach rynkowych jest nie do przyjęcia lub leży poza zasięgiem możliwości finansowych. To jest też w istocie najbardziej zapomniana grupa polskich wykluczonych – nie ci najubożsi, ale pracujący i zarabiający umiarkowanie niewiele, będący już poza orbitą pomocy społecznej, którym państwo nie ma nic do zaoferowania, a rynek pozwala zaspokoić zaledwie część potrzeb.

Ewidentnie widać, że sektor prywatny nie poradził sobie z zapewnieniem Polakom odpowiedniej liczby łatwo dostępnych mieszkań o dobrej jakości. W takiej sytuacji rysuje się bezwzględna potrzeba interwencji instytucji publicznych – zarówno państwa, jak i samorządu. Państwo podejmowało tego rodzaju próby, jednak były one ograniczone i ułomne. Sztandarowym przykładem jest obfitujący w wady program Mieszkanie dla Młodych. Po pierwsze, jego źle dopasowane widełki cenowe powodowały, że wiele w miarę atrakcyjnych lokali było w jego ramach niedostępnych. Był to jeden z powodów, dla których aż 65 proc. środków przygotowanych na 2014 r. pozostało niewykorzystanych. Po drugie, przez większość czasu był on nakierowany tylko na rynek pierwotny, co bez wątpienia cieszyło deweloperów (2015 r. okazał się dla nich najlepszy w historii), ale niekoniecznie Polaków, którym znów zmniejszono wybór mieszkań. Po trzecie, ograniczenie dotacji tylko do pierwszych 50 m. kw. (a dla rodzin z trójką dzieci do 65 m. kw.) spowodowało, że rodziny z dziećmi szukające większych lokali niechętnie brały kredyt z MdM – stanowiły one zaledwie 27 proc. wszystkich beneficjentów. Tak więc MdM zamiast wspierać w pierwszej kolejności rodziny z dziećmi, szczególnie potrzebujące porządnego dachu nad głową, stał się programem wsparcia dla singli. Po czwarte wreszcie, jest to program ułatwiający jedynie zakup, a to przecież z najmem mamy największy problem. Tymczasem jedyny państwowy program, który obejmował także rynek najmu, jest zupełnie niepoważny. Fundusz Mieszkań na Wynajem miał za zadanie do 2018 r. udostępnić… 5,5 tysiąca mieszkań, a do końca 2015 r. oddał zaledwie 380 lokali. Przy luce mieszkaniowej, która wynosi według różnych szacunków między 1 a 3 miliony lokali, docelowa liczba mieszkań objętych FMnW jest wręcz śmieszna. W dodatku program ma działać przy stopie zwrotu 4 proc. Inaczej mówiąc, publiczny program polityki mieszkaniowej, kierujący się osiąganiem celów społecznych, powinien według zamierzeń inicjatorów przynosić zwrot jakieś 2–4 razy wyższy niż marża hipermarketów, kierujących się maksymalizacją zysku. Prowadzi to do takich absurdów jak w Poznaniu, gdzie ceny najmu niektórych z oddanych mieszkań były wyższe niż stawki rynkowe.

Mistrzowie dekomunalizacji

O ile jeszcze o państwie możemy, przy bardzo dużej dawce dobrej woli, powiedzieć, że chociaż próbowało coś zrobić, o tyle samorządy zawiodły na całej linii. A przecież w debacie publicznej powtarza się niemal do znudzenia, że co jak co, ale samorządy to nam się udały.

Gmina jest zobowiązana do zaspokajania potrzeb swojej wspólnoty lokalnej, a jedną z podstawowych potrzeb człowieka jest posiadanie mieszkania. Dlatego też gminne budownictwo mieszkaniowe został wymienione w ustawie o samorządzie gminnym jako jedno z zadań własnych gminy. Ustawa o ochronie praw lokatorów wprost nakłada na nie obowiązek zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych gospodarstw domowych o niskich dochodach oraz zapewniania lokali socjalnych. Do rzetelnego wypełniania tych obowiązków niezbędne jest posiadanie dobrze rozbudowanego komunalnego zasobu mieszkaniowego, jednak zasoby mieszkaniowe polskich gmin nie tylko są wyjątkowo ubogie, ale dodatkowo z roku na rok stają się coraz bardziej ograniczone. Możemy wręcz powiedzieć, że w ostatnich latach mieliśmy do czynienia z daleko posuniętą dekomunalizacją tkanki mieszkaniowej.

Według GUS w latach 2002–2013 liczba mieszkań w Polsce wzrosła o 18 proc. W tym samym czasie nastąpił bardzo wyraźny spadek liczby mieszkań w zasobie gmin – wyniósł on aż 31 proc. W 2002 r. gminy były właścicielami 11,6 proc. ogólnej liczby mieszkań, tymczasem w 2013 r. posiadały już tylko 6,75 proc. lokali. Ten sam trend wykazała NIK, według której tylko w latach 2009–2011 komunalny zasób mieszkaniowy 34 kontrolowanych gmin skurczył się o 5,4 proc. Na przykład w Zielonej Górze spadek ten wyniósł aż 12,7 proc., w Opolu – 8,3 proc., a w Kielcach – 8,6 proc.

Ograniczanie gminnych zasobów powoduje, że lokale komunalne mają na rynku mieszkaniowym niewielkie znaczenie. Jak już wspomniałem, lokale komunalne stanowiły w 2013 r. tylko 6,75 proc. ogółu mieszkań w Polsce. Dodatkowo wskaźnik ten różni się znacznie zależnie od regionu kraju. O ile, według GUS, w województwie śląskim kształtuje się on na poziomie 10,5 proc., o tyle np. w województwie podkarpackim na poziomie 2,7 proc., a więc niemal cztery razy niższym. Zastanawiające jest, że odsetek mieszkań komunalnych w ogólnej liczbie mieszkań jest najniższy w niezamożnych województwach Polski wschodniej – w lubelskim wynosi 2,9 proc., w podlaskim – 3,8 proc., a w świętokrzyskim – 3 proc. W tych regionach kraju mieszka stosunkowo najwięcej osób o niskich dochodach, którym to właśnie gminy zgodnie z ustawą powinny zapewniać mieszkania, tymczasem komunalne zasoby są tam najuboższe. Dużo lepiej sytuacja prezentuje się w zachodnich regionach kraju – najwyższy wskaźnik mamy w dolnośląskim (11,6 proc.), ale niewiele gorzej jest we wspomnianym śląskim, a więc na terenach bardziej zamożnych, w których potrzeba utrzymywania większych zasobów wydawałaby się mniejsza.

Równolegle do liczby mieszkań komunalnych spada też liczba gminnych pustostanów, czyli lokali niezamieszkanych. Według GUS w 2002 roku wynosiła ona 49 149, czyli 3,6 proc. wszystkich lokali mieszkalnych w zasobie gminy. W 2013 r. ich liczba spadła do 39 845, co stanowiło już większą część wszystkich mieszkań komunalnych, a mianowicie 4,3 proc. Oznacza to, że nie tylko zmniejsza się zasób mieszkaniowy gmin, lecz także spada efektywność jego wykorzystywania. Z drugiej strony, trzeba zauważyć, że jednak pustostany stanowią marginalną część tych zasobów i, jakkolwiek ich zagospodarowywanie jest potrzebne i może być pożyteczne z perspektywy mikro, to w żaden sposób nie rozwiąże ono problemów mieszkaniowych w makroskali. W żadnym z województw odsetek mieszkań niezamieszkanych nawet nie zbliża się do 10 proc. zasobu komunalnego – najwyższy jest w mazowieckim (7,6 proc.), a względnie wysoki również w łódzkim (6,8 proc.). W pozostałych województwach jest on znacznie niższy, a w lubuskim wynosi jedynie 1,8 proc. Również w liczbach bezwzględnych zasób mieszkalnych pustostanów jest wyjątkowo ubogi. Najwięcej niezamieszkanych lokali mieszkalnych znajduje się w województwach mazowieckim (9746), śląskim (6675) i łódzkim (6317). Trzeba pamiętać, że nawet te liczby mogą być zawyżone, ponieważ – jak wykazała kontrola NIK – aż 22,7 proc. pustostanów znajduje się w budynkach przeznaczonych do rozbiórki, a kolejne 26 proc. wymaga gruntownego remontu.

Liczba niezamieszkanych mieszkań komunalnych w województwie

Bardzo ubogi zasób mieszkaniowy gmin uniemożliwia im zaspokajanie potrzeb mieszkaniowych wspólnot lokalnych. W 34 gminach skontrolowanych przez NIK na koniec 2011 r. na mieszkanie komunalne oczekiwało 48,4 tysiąca gospodarstw domowych. W tym okresie liczba komunalnych lokali niezamieszkanych wynosiła w tych gminach 14 378, a po odjęciu mieszkań do wyburzenia już tylko 11 111 mieszkań, co oznacza liczbę czterokrotnie mniejszą niż liczba zgłoszeń. W latach 2009–2011 skontrolowane gminy przydzielały rocznie po 7,3 tysiąca lokali, co sprawiało, że co roku mieszkanie komunalne otrzymywało zaledwie 15 proc. oczekujących. Wydłużało to do absurdalnych rozmiarów okres oczekiwania na lokal – według NIK w skontrolowanych 34 gminach wynosił on od co najmniej kilku do niemal 26 lat. Najdłużej na mieszkanie komunalne trzeba było czekać w Kielcach – na 10 wniosków skontrolowanych przez NIK najkrócej czekano na lokal 19 lat, a najdłużej – 25 lat i 11 miesięcy.

Jeśli gminy wypełniają zapotrzebowanie wspólnot na lokale mieszkaniowe w zaledwie 15 proc., a czas oczekiwania rozrósł się do nawet kilkudziesięciu lat, to ktoś tu sobie kpi w żywe oczy z ustawowych zadań, które na nim spoczywają. Czas odrzeć samorządy z nimbu sukcesu 25-lecia i powiedzieć głośno, że zarządzanie wspólnotą lokalną nie polega na remontowaniu parków, lecz na dostarczaniu usług publicznych wysokiej jakości, takich jak mieszkania komunalne czy opieka przedszkolna.

Nie tylko dla najbiedniejszych

W 2013 r. zamieszkanych było 895 018 mieszkań komunalnych. Średnio w Polsce na jedno mieszkanie przypada 2,78 osoby, oznaczałoby to zatem, że w lokalach komunalnych mieszkało niecałe 2,5 miliona osób. Tymczasem, według danych GUS, w 2014 r. w skrajnym ubóstwie żyło ich 2,8 miliona, a przecież gminy powinny zaspokajać także potrzeby mieszkaniowe osób żyjących poniżej granicy ubóstwa ustawowego (granica interwencji socjalnej – 4,6 miliona osób) oraz poniżej granicy ubóstwa relatywnego (co daje w sumie grupę 6,2 miliona osób). Przytoczone dane pokazują, że gminy do wypełnienia tego zadania nawet się nie zbliżają. Tymczasem wspólnoty lokalne mogłyby stać się znaczącym podmiotem na rynku mieszkaniowym nie tylko z perspektywy osób ubogich, lecz także wszystkich pozostałych obywateli. Byłoby znakomicie, gdyby udało się zerwać ze stereotypem, zgodnie z którym mieszkanie komunalne to produkt przeznaczony tylko dla osób o najniższych dochodach.

Są przykłady państw, w których zdecydowana większość społeczeństwa mieszka w lokalach zapewnianych przez sektor publiczny. Na przykład w Singapurze aż 82 proc. obywateli zamieszkuje w lokalach wybudowanych przez państwo. Ich zapewnieniem zajmuje się tamtejsza Rada Rozwoju Mieszkalnictwa (HDB). Dzięki wykorzystaniu efektu skali oraz przemyślanym regulacjom, np. ułatwiającym wykup ziemi na cele publiczne, HDB zapewnia lokale tańsze nawet o kilkadziesiąt procent od kupowanych za ceny rynkowe. Dzierżawi je mieszkańcom na 99 lat. Wszyscy obywatele, którzy z jakichś względów nie mogą zaspokoić swych potrzeb mieszkaniowych za pomocą transakcji rynkowych, także w Polsce powinni mieć faktyczne prawo korzystania z publicznych usług mieszkaniowych. Tych względów może być mnóstwo – niepewna sytuacja zawodowa, nieoczekiwana zmiana sytuacji rodzinnej, niskie zarobki. Trudno mówić o podejmowaniu suwerennych decyzji ekonomicznych, gdy człowiekowi wisi nad karkiem bicz w postaci lęku o przyzwoity dach nad głową. Aby to zmienić, niezbędne jest znaczne zwiększenie gminnych zasobów mieszkaniowych.

Bez wątpienia polityka mieszkaniowa to podstawowe wyzwanie dla polskich instytucji publicznych. Z powodu ograniczonych zasobów powinniśmy porzucić projekty wspierające zakup mieszkań. Nacisk należy położyć na rozbudowę programów mieszkań na wynajem, gdyż to właśnie z rynkiem najmu, który jest newralgiczny z punktu widzenia mobilności wewnętrznej, mamy nad Wisłą największy kłopot. Wolne środki, zgromadzone w wyniku chociażby zakończenia wątpliwego programu MdM, powinny zostać skierowane np. na państwowy program mieszkań na wynajem na wzór choćby tego z Singapuru. Bezwzględnie trzeba też zrezygnować z absurdalnego pomysłu, by taki program przynosił czteroprocentową stopę zwrotu – jego budżet powinien się co najwyżej bilansować. Należy też zadbać o ustawowe instrumenty kontroli gmin w zakresie zaspokajania potrzeb mieszkaniowych ich mieszkańców. Skoro można w ustawie o finansach publicznych wpisać odpowiednie poziomy zadłużenia, kontrolowane następnie przez RIO, to nie widzę problemu, żeby w odpowiednich przepisach umieścić np. maksymalny czas oczekiwania na lokal komunalny oraz wskazać konkretne sankcje za jego nieprzestrzeganie.

Być może niezłym pomysłem byłyby kasy oszczędnościowo-budowlane, pozwalające obywatelom odkładać środki na mieszkanie na preferencyjnych warunkach, dzięki czemu nie musieliby być skazani na wieloletni kredyt. Takie kasy nieźle sprawdzają się w Austrii i Niemczech. W miejscach, w których trudno zmobilizować dostateczny zasób publicznych środków, należałoby rozważyć partnerstwo publiczno-prywatne, w którym podmiot prywatny przy pomocy środków publicznych oraz własnych wykonywałby inwestycję publiczną, a w zamian za zainwestowane zasoby stawałby się na jakiś czas operatorem obiektu, pobierając z tego tytułu regulowane opłaty w czynszu.

Wiele z powyższych rozwiązań zawiera program „Mieszkanie+” ogłoszony niedawno przez obecną ekipą rządową. „M+” zakłada budowę tanich mieszkań na wynajem, w których czynsz wynosiłby, zależnie od lokalizacji, od 10 do 20 zł za m. kw. Do tych kwot najemca musiałby jeszcze doliczyć opłaty za media oraz ewentualnie ok. 20 proc. dodatkowej składki, jeśli chciałby za 30 lat opłacania tego podwyższonego czynszu wejść w posiadanie mieszkania na własność. Atrakcyjne warunki cenowe rząd zamierza zaoferować dzięki wykorzystaniu gruntów należących do Skarbu Państwa, co pozwoli uzyskać średni koszt budowy metra kwadratowego na poziomie 2,5 tys. zł. Inwestycje będą realizować podmioty prywatne, które następnie przekażą gotowe mieszkania publicznemu zarządcy. Program w dłuższej perspektywie ma sie samofinansować z czynszów, jednak początkowe etapy zostaną opłacone z kredytów zaciągniętych pod zastaw gruntów, na których powstaną planowane inwestycje. O mieszkania będą mogli starać się wszyscy, jednak preferencyjnie będą traktowane osoby o niższych zarobkach oraz rodziny z dziećmi. Oprócz tego „M+” zakłada także zwiększenie dopłat budżetowych do mieszkań komunalnych do 55 proc. wartości inwestycji, a także stworzenie Indywidualnych Kont Mieszkaniowych w bankach komercyjnych, do których obywatele po co najmniej 5 latach oszczędzania będą mogli dostać dopłatę ze środków publicznych do wykorzystania na szeroki wachlarz celów mieszkaniowych.

Jeśli spełnią się początkowe założenia, to „M+” zaoferuje mieszkania w bardzo konkurencyjnych cenach zarówno na wynajem, jak i na kredyt. Problemem może być uzyskanie średniego kosztu budowy metra kwadratowego na poziomie 2,5 tys. zł, ponieważ w dużych miastach trudno będzie zejść już poniżej 3 tys. Mimo tego zastrzeżenia jest szansa, że w końcu doczekamy się kompleksowego programu mieszkaniowego, który z jednej strony nie będzie rodzić podejrzeń, że leży w interesie kogoś innego niż obywatele, a z drugiej strony jego skala sprawi, że Polacy autentycznie odczują poprawę w tej sferze życia. Cieszy też, że po latach zachłystywania się ideą własności prywatnej powstaje program, który umożliwi atrakcyjny wynajem od publicznego dostawcy. Dzięki temu, że opcja najmu będzie nieco tańsza, a stawki w jej przypadku wyjątkowo atrakcyjne wobec cen rynkowych, możemy zakładać, że znacząca część osób zdecyduje się na korzystanie z „M+” bez dążenia do własności, co sprawi, że nasz rynek mieszkaniowy stanie się bardziej zrównoważony, a mobilność wewnętrzna wzrośnie. Mocną stroną „M+” jest także elastyczność oraz wielowymiarowość, co pokazuje, że jego twórcy próbowali spojrzeć na problem z szerszej perspektywy, uwzględniając różne potrzeby i scenariusze, zawierając je w jednym dużym programie, a nie rozmywając w kilku.

W kreowaniu skutecznej polityki mieszkaniowej oczywiście nie chodzi o to, żeby instytucje publiczne udostępniały większość lokali. Niemal we wszystkich gospodarkach rynkowych to podmioty prywatne zapewniają dominującą część substancji mieszkaniowej. Ważne jednak, aby państwo oraz samorządy stały się poważnymi graczami na rynku mieszkaniowym, których świadome działania pozwolą im na kształtowanie rzeczywistości w kierunku odpowiednim dla naszej wspólnoty politycznej. Jak dotąd było z tym niestety bardzo źle. Miejmy nadzieję, że „M+” stanie się impulsem do zmian na lepsze.

Kto tu naprawdę rządzi? – rozmowa z dr. hab. Tomaszem Zaryckim

Kto tu naprawdę rządzi? – rozmowa z dr. hab. Tomaszem Zaryckim

– W świecie idei jednym z Pana znaków rozpoznawczych jest teza, że kluczową, dominującą pozycję zajmuje w polskim społeczeństwie inteligencja, że to ona – a nie możni oligarchowie, menedżerowie największych spółek czy klasa partyjno-biurokratyczna – de facto rządzi Polską. Ma Pan na to jakieś dowody?

Prof. Tomasz Zarycki: Mało kto chce mi uwierzyć na słowo. Co oznacza w Polsce władza? Są kraje, w których odpowiedź na to pytanie rozumie się sama przez się, np. w Rosji, gdzie prezydent Władimir Putin i jego otoczenie może nie pociągają za wszystkie sznurki, ale dla wszystkich jasne jest, że mają ogromne wpływy, nieporównywalne z innymi podmiotami. A w takim kraju jak Polska, gdzie mamy dużo słabsze państwo, w kraju położonym w „strefie przejściowej”, w której krzyżują się różne wpływy geopolityczne, co wiąże się z niestabilnością i nawracającymi historycznymi wstrząsami, odpowiedź na takie pytanie jest dużo trudniejsza.

W swoich próbach zidentyfikowania kluczowych struktur i „węzłów” sprawowania władzy skupiłem się na wymiarze „długiego trwania” i reprodukcji elit, uznając, że zdolność do przekazania pozycji społecznej kolejnym pokoleniom jest jedną z najważniejszych cech autentycznej elity władzy. Tym różni się ona jako formacja od pojedynczych ludzi, którzy zdobywają nawet bardzo wielkie wpływy, ale zamykają się one w jednym, dłuższym lub krótszym życiorysie. Interesowały mnie więc elity, które posiadając realną zdolność sukcesji, stanowią stały element funkcjonującego w Polsce systemu społecznego, niezależnie od historycznych zawirowań. Przy tych założeniach teza o inteligenckiej hegemonii sama się nasuwa – to jedyna grupa w Polsce, która jest w stanie przekazywać sobie z pokolenia na pokolenie pozycję i wpływy.

– Kiedy patrzę na rodzinę Kulczyków, nie bardzo wyobrażam sobie, co miałoby powstrzymać swobodną reprodukcję elit finansowych czy oligarchów. Przecież obecnie w Polsce najbliżsi krewni nie są nawet objęci podatkiem spadkowym…

– A jednak statystycznie rzecz biorąc, przekazanie pozycji w tego typu środowiskach okazuje się trudne. Nawet największe fortuny rozsypują się wskutek przede wszystkim nieumiejętnego zarządzania przez kolejne pokolenia właścicieli. W Polsce zresztą obecne, powstałe u schyłku komunizmu czy jeszcze później środowisko przedsiębiorców po raz pierwszy w swojej historii musi stawić czoła tzw. problemowi sukcesji i za wcześnie jest, by powiedzieć, jak da sobie z nim radę. Poza tym należy pamiętać, że w perspektywie historycznej polskie elity ekonomiczne tracą większość majątku w wyniku kryzysów pojawiających się cyklicznie w naszym regionie. Podobnie rzecz ma się z elitami politycznymi czy urzędniczymi.

– A czy dominację inteligencji da się Pana zdaniem zaobserwować też w codziennym życiu współczesnych Polaków, bez odwoływania się do kategorii długiego trwania?

– Myślę, że tak. Bardzo trudno zrozumieć polską kulturę, także tę współczesną, bez odwołania do schematu pan–cham, który stanowi jedno z istotnych narzędzi budowania pozycji inteligencji. Bycie „człowiekiem kulturalnym” jest w Polsce bardzo ważnym atutem i potężną bronią, umożliwiającą przyjmowanie dominującego miejsca w hierarchii społecznej. Osoby, które mogą zostać skutecznie zdezawuowane z pozycji kulturowych, są z kolei odsuwane od gry o kluczowe stawki i pozycje. Przy czym ta gra kulturowa ma oczywiście charakter względny – w różnych sytuacjach ta sama osoba może być zarówno „panem”, jak i „chamem”.

Innym sposobem na pokazanie kluczowej roli inteligencji we współczesnym życiu społecznym jest rekonstruowanie sieci inteligenckich jako konkretnych środowisk towarzysko-rodzinnych. A właściwie głównie towarzyskich, bo rodzinność ma największe znaczenie w modelu arystokratyczno-ziemiańskim, a taka czysta inteligencja jest mniej rodzinna, ma krótszą pamięć i kwestia krwi jest dla niej mniej istotna. Pionierką tego typu podejścia jest amerykańska antropolożka Janine Wedel. Jej pierwsza książka, pt. „Prywatna Polska”, poświęcona realiom społecznym późnego PRL, stanowi właściwie z mojego punktu widzenia empiryczny dowód na to, jak to działa: że są to konkretni ludzie obecni w wielu różnych instytucjach, którzy dzięki swojej „sieciowości” mogą zdobyć istotny wpływ na wiele rzeczy, czasem przesądzający.

– Ale czy owa sieciowość jest w Polsce wyłącznym atrybutem inteligencji? I czy da się łatwo odróżnić – w sensie narzędzi i sposobów działania – sieci inteligenckie od tych tworzonych przez inne grupy społeczne?

– Sieci to oczywiście atrakcyjne hasło, bo jak ktoś dobrze poszuka, to można znaleźć je wszędzie, gdyż wszyscy jesteśmy z kimś połączeni. I niejedna z nich jest zapewne „gęstsza”, czyli bardziej zwarta, zdolna do egzekwowania od swoich członków konkretnych zobowiązań, a więc bardziej efektywna w realizacji celów niż sieć inteligencka. A jednak to właśnie sieć inteligencka wydaje mi się szczególnie istotna dla zrozumienia relacji władzy w polskim społeczeństwie. Jest wysoko umocowana i ma silne poczucie tożsamości zbiorowej. Ponadto w ramach sieci obejmującej ogół środowisk inteligenckich funkcjonują „podśrodowiska”, które często mają już bardzo gęsty charakter. Te podśrodowiska znają się, a przynajmniej wiedzą o sobie nawzajem. W pewnych przypadkach potrafią rozpoznać się jako części jednej całości i działać wspólnie, a w innych – prowadzą wojny między sobą. Czasami ogłaszają przy tym np. podział Polski i przekonują inne grupy społeczne do brania stron w ich konflikcie.

Gdy weźmiemy nasze elity pod, umownie mówiąc, mikroskop, to te środowiska, granice pomiędzy nimi i osoby, które w nich funkcjonują, można całkiem łatwo namierzyć. I zobaczyć, że chociażby dla polskiego życia instytucjonalnego bardzo ważne jest wykorzystywanie zasobów z innych pól, a tym najpotężniejszym polem jest sieć inteligencka. Osobom, które są spoza inteligencji, szczególnie spoza tzw. warszawki, brakuje tego zaplecza i wydatnie wpływa to na ich kariery, ścieżki awansu itp.

– Wspomniał Pan o warszawskiej elicie inteligenckiej – to chyba istotne spostrzeżenie, że sama inteligencja jest grupą silnie hierarchiczną. Może warto tu też powiedzieć, jak właściwie definiuje Pan inteligencję, bo można odnieść wrażenie, że zajmuje się Pan relatywnie wąskim gronem ludzi, którzy z wykształcenia i powiązań towarzysko-rodzinnych uczynili swój atut, a nie np. szeroką rzeszą ludzi posiadających wyższe wykształcenie, wszelkiego rodzaju pracownikami umysłowymi itp.

– Definiuję inteligencję na dwa sposoby – przez kapitał kulturowy jako główny atut oraz wskazując na konkretne sieci. Ale faktem jest, że inteligencja jest silnie hierarchiczna i zwykle skupiam się na jej wyższych warstwach. Istnieją też warstwy niższe, które bardzo często nie mają dostępu do najbardziej elitarnych dóbr, pozostając niejako na peryferiach głównych sieci inteligenckich. Czasem jednak, nawet będąc inteligentami „niższego szczebla”, mogą relatywnie skorzystać na swojej klasowej przynależności, „załapać się” – np. w sytuacji rewolucyjnej. Tak było w przypadku „Solidarności”, gdy rozpoznanie kogoś jako inteligenta wydatnie zwiększało jego dostęp do uprzywilejowanych pozycji na różnych poziomach struktur tego ruchu.

Istotną cechą wyróżniającą inteligencję jest też odwoływanie się do szczególnego etosu. Ma on kluczowe znaczenie zarówno dla budowy wspólnej inteligenckiej tożsamości grupowej, jak i dla gry o miejsce w hierarchii wewnętrznej. Istotne jest też szersze społeczne rozpoznanie etosu inteligenckiego – ludzie mogą mieć bardzo różne podejścia do konkretnych osób czy środowisk, ale istnieje szeroko rozpowszechnione przekonanie, że istnieje pewna misja inteligencji, pewien ideał, i że są osoby, które lepiej lub gorzej ten ideał realizują, którym można w związku z tym przyznać szczególne role społeczne, np. w polityce, ale nie tylko. Wielu badaczy i teoretyków inteligencji zarzuca mi, że lekceważę ten ostatni, najważniejszy ich zdaniem, czynnik. Przekonują oni – np. Andrzej Walicki – że albo się ten etos ma i wtedy jest się inteligentem, albo się go nie ma, i wtedy można być „mieszczaninem”, „przedstawicielem klasy średniej” albo kimkolwiek innym, ale nie inteligentem. Mój stosunek do etosu rzeczywiście może się na tym tle wydawać lekceważący czy też cyniczny, bo widzę go jednak bardziej jako narzędzie niż istotę inteligenckiej gry. Jest to jednak przede wszystkim moja próba wypracowania narzędzi analitycznych do badania określonego środowiska i nie zakłada ona oceny takich czy innych ideałów.

– Mówi Pan o budowaniu inteligenckiej tożsamości i funkcjonowaniu w środowisku inteligenckim jako pewnego rodzaju grze. Jakie są zasady tej gry? Czy każdy może wziąć w niej udział?

– Gra polega na wejściu, utrzymywaniu się i walce o miejsce w konkretnej – najlepiej elitarnej – sieci społecznej, która daje dostęp do najróżniejszych zasobów. Mogą to być wszystkie zasoby, jakimi dysponują inni uczestnicy sieci i którymi są gotowi się wymieniać, a więc w przypadku inteligencji zarówno wiedzy, dobra materialne (np. atrakcyjne zlecenia), a przede wszystkim „kontakty” w przeróżnych instytucjach i nieformalnych środowiskach, także poza granicami kraju. Trudno mówić jednak o jakichkolwiek jednolitych regułach tej gry – one są szalenie relatywne i relacyjne, spersonalizowane, zależne od konkretnej osoby, konkretnej sieci, konkretnej sytuacji.

– Czyli warunkiem wstępu do gry jest umiejętność wyczucia zasad wstępu do niej?

– Tak. Kolejnym krokiem jest odnalezienie się w tych zasadach, a także rozpoznanie, jakie środowisko jest w twoim zasięgu. Bo jeśli zbliżysz się do niewłaściwego środowiska, to ono cię odrzuci albo każe ci wiele lat „terminować” na pozycjach aspirujących. A jeśli dobrze wybierzesz, to załapiesz się od razu, po dziesięciu minutach rozmowy, bo odkryją jakiś twój cenny zasób: co robią twoi rodzice, jaką szkołę kończyłeś, jakich masz znajomych, zainteresowania albo sposób bycia… Kryteria bycia uznanym za „swojego” są różne.

Rola rodziny jest u inteligencji – jak już mówiłem – trochę wypierana. Każdy inteligent jest przekonany, że swoją pozycję wypracował sam, ale – jak wskazuje Wedel – rodzina ma w istocie kluczowe znaczenie, co wynika m.in. ze szlacheckiego rodowodu. Jeśli urodziłeś się w „dobrej rodzinie”, drastycznie zwiększa to twoje szanse na wejście do kręgów elitarnych. W kręgach tych często mówi się o kimś – w charakterze rekomendacji – że jest wnukiem tego czy tamtego, synem profesora itp.

– Jak liczna jest właściwie w Polsce ta elita inteligencka? Ile osób należy do grona, które się rozpoznaje i które jest „grupą trzymającą władzę” w najbardziej bezpośrednim sensie?

– Nigdy nie próbowałem tego policzyć, zajmowałem się raczej „jakościową” stroną tych zjawisk. Byłoby to trudne – tym bardziej, że mówimy o hierarchicznej strukturze, w której nie tak łatwo jednak jest oddzielić „górę” od „dołu”. Wyzwaniem jest też niski poziom instytucjonalizacji elit inteligenckich. W wielu krajach zachodnich przynależność do elit dużo łatwiej można powiązać czy to z ukończonymi szkołami, czy z członkostwem w określonych organizacjach, klubach itp. W Polsce byłby z tym dużo większy problem – wiadomo na przykład, jakie uczelnie są uznawane za najlepsze, ale ani ich ukończenie nie gwarantuje miejsca w elitarnych środowiskach, ani studiowanie gdzie indziej nie przekreśla szans na nie. Większe znaczenie dla miejsca w hierarchii społecznej miewają elitarne szkoły średnie, ale także im daleko jest do jakiegoś monopolu na kształcenie „ludzi kulturalnych” – wciąż można skończyć trochę gorsze liceum i się załapać. Najłatwiej jest policzyć ludzi, którzy znajdują się na samym szczycie hierarchii społecznej – bo wszyscy ich znają i wiedzą, że na tym szczycie są – a im niżej schodzimy, tym węższy krąg będzie te osoby rozpoznawał.

– A jak wyglądał historyczny proces kształtowania się inteligenckiej hegemonii? Czy możemy wyznaczyć jakiś moment, w którym – w Pana ocenie – skończyło się panowanie Polski ziemiańskiej i mieszczańskiej, a zaczęło – inteligenckiej?

– Początki inteligencji to XIX wiek. Znane sprawy: upadek gospodarki folwarcznej, migracja szlachty do miast, a jednocześnie – kształtowanie się nowoczesnego szkolnictwa. Do I wojny światowej – a nawet w pierwszych latach II RP – kluczowymi czynnikami wejścia w szeregi rodzącej się inteligencji były ukończenie gimnazjum i matura. Decydująca dla uzyskania przez inteligencję statusu hegemonicznego była jednak – moim zdaniem – rewolucja bolszewicka 1917 r.

Inteligenci to miało być po prostu wykształcone mieszczaństwo imperiów – podobne warstwy społeczne powstały też w większości państw zachodnich. Tylko że tam, w momencie upadku imperiów i erozji arystokracji, pozycje dominujące zachowały burżuazja i państwo. W Polsce państwo było słabe, zalążkowe. Rewolucja w Rosji wbiła gwóźdź do trumny polskiego ziemiaństwa, odcinając je od największych majątków rolnych na Wschodzie, ale pośrednio podcięła też skrzydła przemysłowcom i handlowi, zanim one zdołały się na dobre rozwinąć. Reszty dokonał Wielki Kryzys. Inteligenci nie mieli z kim przegrać konkurencji o władzę.

– A skąd się w tym wszystkim wziął etos, przekonanie o szczególnej misji inteligenckiej?

– W dużej mierze z długoletniego braku własnych struktur państwowych i związanego z tym poczucia odpowiedzialności wykształconych elit za walkę narodowowyzwoleńczą i ciągłość kulturową. Istotny, zwłaszcza pod koniec XIX w., był też czynnik klasowy: poczucie odpowiedzialności za los materialny klas niższych. Etos klasowej solidarności występuje także wśród elit kapitału kulturowego na Zachodzie, tyle że tam nie są one elitami przywódczymi.

– Od rewolucji bolszewickiej nikt już w Polsce nie zagroził inteligenckiej hegemonii?

– Były próby jej podważenia. Do budowy silnej elity państwowo-urzędniczej i osłabienia wpływów inteligenckich dążyła w pewnej mierze sanacja. Ale jednocześnie ona sama miała mocno inteligencki charakter, właściwie należałoby ją uznać za jedną z frakcji inteligencji, która wymyśliła, że użyje państwa do wzmocnienia swojej pozycji w grze. To się wszystko zawaliło, bo państwo było słabe, a reszty dokonała wojna. Można zastanawiać się, co by się stało, gdyby wojna nie wybuchła. Gdyby projekt sanacji udało się zrealizować, mogłaby powstać państwowa nomenklatura i wziąć inteligencję pod but, a układ społeczny w Polsce zbliżyłby się nieco do rosyjskiego. Ale, z drugiej strony, wiele osób wskazuje, że sanacja była jednym ze słabszych reżimów w Europie lat 30., że zapewniała względną wolność słowa i w związku z tym nie ogranicza nadmiernie tej inteligenckiej gry.

Kolejną próbą zmiany układu sił był stalinizm. Również w tym przypadku mieliśmy do czynienia z przejęciem sterów państwa przez jedną z frakcji inteligencji i z tylko ograniczoną ingerencją w prymat inteligenckich wartości.

Kolejną „powtórkę z rozrywki”, próbę wzmocnienia państwowego wymiaru władzy z wykorzystaniem poparcia ludzi z awansu, mamy oczywiście w marcu 1968 r. Ale i tym razem efekty – z punktu widzenia długofalowej struktury relacji władzy w Polsce – okazały się dość słabe. Można też zauważyć, że antyinteligencka frakcja w ówczesnym starciu, pomimo radykalizmu niektórych swoich haseł, zmierzała de facto nie tyle do obalenia inteligenckiej hegemonii, ile do przejęcia w ramach inteligenckiej gry pozycji „starej”, lewicowej inteligencji.

– To może inteligenckie przewroty i rewolucje, wykorzystywanie politycznych instrumentów, a czasami też represji do międzyfrakcyjnej rywalizacji, też są w jakimś sensie częścią gry?

– Ci, którzy w niej przegrywają, zwykle przedstawiają każdy taki „przewrót” jako wymierzony w inteligencję traktowaną jako całość – bo w końcu wymierzony w nas, którzy inteligencję i jej cnoty najlepiej uosabiamy. Ale rzeczywiście – próbujący ingerować poważniej w społeczne relacje władzy zwykle sami są inteligentami lub przynajmniej osobami aspirującymi do inteligencji, uznającymi inteligencką ramę odniesienia.

– Jeśli trzymać się zaproponowanego przez Pana momentu symbolicznego początku inteligenckiej hegemonii, w przyszłym roku obchodzić będziemy jej stulecie. Spróbujmy w takim razie dokonać bilansu: jakie problemy i jakie społeczne korzyści wynikają z „przewodniej roli inteligencji”?

– Można mówić o plusach i minusach tego systemu społecznego, rzecz jednak w tym, że nie bardzo mamy dla niego realne alternatywy. Jak bardzo byśmy tej naszej specyfiki nie krytykowali, powstała ona wskutek działania czynników i procesów historycznych silniejszych od czyjejkolwiek woli i mam wrażenie, że na inną ścieżkę po prostu nie było nas stać. Ale na pewno warto mieć świadomość problemów i obciążeń, jakie się z tym wiążą. Można wśród nich wymienić np. marginalizację problemów ekonomicznych i deprecjację związanych z nimi elit połączone z obsesją na punkcie spraw kultury, tożsamości, historii, która jest implikowana przez inteligencką hegemonię, a z perspektywy międzynarodowej może jawić się jako kompensacyjny czy też zastępczy wymiar debat społecznych.

Oprócz minusów można też mówić o relatywnych plusach. Skrótowo rzecz ujmując, inteligencja stanowi tutejszy substytut burżuazji i w jakiejś mierze się w tej roli sprawdziła. Wiele rzeczy, które w Polsce mniej więcej funkcjonują tak jak powinny, można wyprowadzić z podzielanych w społeczeństwie norm, wartości i pewnej spoistości, za które to sfery w dużym stopniu właśnie inteligencji należy przypisać odpowiedzialność.

Można też oczywiście wskazywać na relatywne zalety naszego modelu i władzy inteligenckiej na tle np. Rosji czy innych państw Wschodu. W tle jest tu oczywiście zabieg, który sam krytykuję, czyli orientalizm – przekonanie, że Rosjanie i inne narody Wschodu są cywilizacyjnie gorsze, dzikie. A dodatkowo, że wobec tego „syfu na Wschodzie” nie bardzo wypada nam krytykować to, co jest w Polsce. Ale zawsze się śmieję, że chociaż sam napisałem kilkanaście tekstów na temat tych mechanizmów, czasem trudno mi się oprzeć temu podejściu. Weźmy chociażby system opieki społecznej – wiele osób słusznie ubolewa, że został on u nas rozmontowany, że mamy duże nierówności itd., ale gdy się spojrzy na to, co zrobiono z systemem opieki społecznej na Ukrainie czy w Rosji, to widać, że u nas jednak rozmontowano go w dużo mniejszym stopniu. I myślę sobie, że w jakiejś mierze zawdzięczamy to inteligenckim wartościom i środowiskom – że to one nie pozwoliły nam tego rozwalić.

– Jak to? Przecież to inteligenci wprowadzali i uzasadniali „bolesne reformy”. Czy nie należałoby raczej powiedzieć, że jeśli czegoś nie rozmontowali, to głównie ze względu na realny lub potencjalny opór klas pracujących?

– Oczywiście, to jest też jakieś wyjaśnienie. Prawdą jest również, że według sondaży Polacy oczekują od państwa spełniania funkcji opiekuńczych, że mają dużo bardziej prospołeczne poglądy niż klasa polityczna. Ale na ile to, że jakieś elementy państwa dobrobytu pozostawiono, było efektem patrzenia w te sondaże, strajków czy protestów, a na ile istotny był np. czynnik inteligencki? Trudno na to pytanie odpowiedzieć, bo to wszystko jest ze sobą wzajemnie powiązane. Chodzi o to, że znaczenie ma zarówno obecność protestów, jak i ich recepcja po stronie warstw dominujących. W polskim przypadku elita projektuje się jako inteligencka – i jako taka dostaje społeczną legitymizację – a inteligent ze względu na etos może tłumaczyć robotnikom, że to on wie lepiej, co jest dobre dla ogółu, że reformy są bolesne, ale niezbędne, natomiast nie bardzo może sobie pozwolić na to, żeby być w stosunku do nich cyniczny i obojętny. Dlatego w Polsce łatwiej jest być wysłuchanym; efekt może być niemal zerowy, ale to retoryczne wysłuchanie też stanowi jakiś fakt społeczny.

Z kolei klasy pracujące przez okres PRL same nauczyły się tego, że aby były skuteczne, również muszą odwoływać się do rezerwuaru wartości i norm inteligenckich. To jeden z powodów, dla których największy polityczny sukces odniosła w PRL „Solidarność”, a nie np. strajkujący robotnicy w 1956 czy 1970 r.

Pamiętajmy też, że – realnie patrząc – jeśli w naszym kraju była w momencie przełomu 1989 r. jakakolwiek alternatywa dla władzy inteligenckiej, to był nią raczej postkomunizm, hegemonia wyrosłych na prywatyzacji oligarchów, nomenklatury i technokratów, którzy być może zachowywaliby się nawet bardziej brutalnie niż Leszek Balcerowicz – a nie jakiś demokratyczny syndykalizm. To taka moja mała „realpolityczna” próba ratowania reputacji inteligencji jako formacji.

– W swoich wystąpieniach zwraca Pan uwagę na to, że rola inteligencji w polskim społeczeństwie jest ściśle związana z pozycją naszego kraju w globalnej gospodarce i polityce. Na czym polega specyficzna symbioza pomiędzy polską inteligencją a światowymi centrami?

– Józef Chałasiński mówił, że już w okresie międzywojennym inteligent zmieniał swoją funkcję, z rezydenta dworu stając się rezydentem obcego kapitału. Kompradorski charakter elity inteligenckiej zdaje się nieodłącznym elementem jej roli od tego czasu. W okresie PRL-u, w szczególności w odniesieniu do okresu do 1968 r., można chyba mówić o legitymizacji przez znaczną część inteligencji zależności Polski od ZSRR i narzucanego przez ten kraj ustroju. Lata kolejne to stopniowy proces podważania przez inteligencję tego układu, i być może właśnie to wycofywanie placetu inteligencji dla ówczesnych władz i zależności od Związku Sowieckiego było jedną z kluczowych przyczyn ich narastającej słabości.

Po 1989 r. duża część inteligencji weszła z nowym entuzjazmem w rolę rezydentów kapitału. Można więc powiedzieć, że o ile na poziomie krajowym pozycja inteligencji jest w Polsce na tle standardów świata kapitalistycznego wyjątkowo wysoka, o tyle jeśli spojrzymy na nasze społeczeństwo z perspektywy ponadnarodowej, wszystko nam się zaczyna zgadzać. Jeżeli uwzględnimy fakt, że – funkcjonalnie rzecz biorąc – nasza wyższa burżuazja jest po prostu na Zachodzie, to rola inteligencji okazuje się analogiczna do tamtejszych jej odpowiedników – jest klasą „obsługującą” kapitał i legitymizującą relacje władzy (w tym także przez ich krytykę). Ale jako że Polska jest jednak oddzielnym państwem, ze swoją własną kulturą, a elity zachodniego kapitału, pomimo że pełni on kluczową rolę w naszej gospodarce, nie są prawie zupełnie obecne w krajowym życiu publicznym, powstaje wrażenie, że burżuazja jest w nim stosunkowo mało widoczna i to inteligencja wyrasta na dominującego aktora w tej narodowej przestrzeni.

– Wspomniał Pan o roli inteligencji jako „producenta” legitymizacji dla systemu, w tym przez krytykę. Na czym ten mechanizm polega, w jaki sposób radykalna czy krytyczna inteligencja wzmacnia istniejące relacje władzy?

– Inteligencki dyskurs krytyczny spełnia funkcję wentylu bezpieczeństwa dla nastrojów antysystemowych, a dodatkowo pokazuje, że system jest otwarty i elastyczny, że na krytykę pozwala. Najskrajniejszym przykładem tej roli inteligencji są wydziały humanistyczne części zachodnich uniwersytetów, na których nierzadko ludzie są znakomicie opłacani za projektowanie antykapitalistycznych rewolucji. Kraje nietolerujące krytycznych intelektualistów, w szczególności na publicznych uczelniach, zwykle okazują w ten sposób swoją słabość i strach elit władzy przed przewrotem mogącym nastąpić w każdej chwili. Z kolei legitymizująca funkcja konstruktywnej krytyki wiąże się z pokazywaniem „uczenia się systemu” – inteligencja sygnalizuje strukturalne problemy, a system stopniowo je uwzględnia, wprowadzając reformy. Efektem jest z jednej strony realna poprawa systemu, a z drugiej umocnienie go, obniżenie ryzyka pojawienia się jakiegoś wybuchu społecznego.

– W roli inteligenta widać pewne napięcie. Z jednej strony to ktoś, kto – produkując narracje obsługujące lokalne interesy międzynarodowego kapitału – utrzymuje Polskę w relatywnym zapóźnieniu czy też zależności. Jednocześnie naczelnymi wartościami dla inteligenta są bodaj najczęściej modernizacja i postęp.

– Nie do końca zgodzę się z oskarżeniem inteligencji o hamowanie rozwoju czy utrzymywanie zapóźnienia. Generalnie jestem pesymistą, uważam, że jeśli chodzi o system światowy i pozycję, jaką zajmuje w nim Polska, niewiele dało się zmienić. W debacie historycznej jest cała wielka dyskusja nad rolą szlachty. Niektórzy uważają, że to właśnie ona odpowiada za wprowadzenie Polski do systemu światowego w roli dostarczyciela zboża, skazując nas na ścieżkę rozwoju zależnego i peryferyjność. I tu też myślę, że bardzo trudno jest rzetelnie odpowiedzieć na pytanie, czy istniała jakakolwiek alternatywa. Koncentracja kapitału w świecie zachodnim była wtedy już zaawansowana, a wybór był taki, że albo przyjmujemy ofertę Holendrów, albo pozostajemy jeszcze jakiś czas „poza systemem”. Na pewno nie było opcji stworzenia w Warszawie – samą siłą politycznej woli tutejszych warstw dominujących – nowego Amsterdamu.

Możliwości zmiany, bardziej podmiotowego kształtowania swojej pozycji w światowym ładzie gospodarczym, testuje od kilkunastu lat Władimir Putin. Wymyślił sobie jakiś czas temu na przykład, że zbuduje w Moskwie jeden z węzłów kapitalistycznej akumulacji, własne „City”, podobne do tych, które funkcjonują w Londynie, w Hong Kongu czy w Nowym Jorku. I zbudował. Nazywa się Moskwa City. Jest pięknie: wspaniałe wieżowce, chyba najwyższe w Europie. I stoją prawie całkowicie puste. Był taki artykuł w „New York Timesie” obśmiewający ten projekt, w którym napisano m.in., że w jednym z pięćdziesięciopiętrowych budynków na którymś tam piętrze zrobiono hostel studencki, bo ceny wynajmu są tak niskie. Przekaz był prosty: nie wystarczy za środki z handlu ropą i gazem zbudować wieżowce, żeby spowodować akumulację kapitału. A co dopiero mówić o Polakach, którzy nie mają ropy ani własnego kapitału na stawianie wieżowców i muszą poprzestać na użytkowaniu tych budowanych tu przez światowych graczy. Trudno w tego typu kontekście jakoś szczególnie obwiniać inteligencję – ona po prostu skorzystała z możliwości, jakie tu miała.

Rzeczywiście inteligenci sporo mówią o postępie i modernizacji, co można postrzegać jako hipokryzję, bo wiele zmienić nie są w stanie. Ale działają zazwyczaj w dobrej wierze i czasem nawet jakieś małe kroczki w dobrym kierunku udaje się im zrobić. Można słusznie krytykować ich za tę hipokryzję, za brak zrozumienia mechanizmów ekonomicznych, ale żeby zaraz coś hamowali? Gdybyśmy naszą inteligencję rozgonili, raczej nie nastałby wzrost i ogólna szczęśliwość.

– To jakie właściwie jest i w jakich granicach mieści się to pole władzy inteligencji nad rzeczywistością społeczną w Polsce, które może ona uprawiać względnie swobodnie? Bo jeśli jest władza, to powinna być też jednak jakaś odpowiedzialność.

– Obszarem najbardziej ograniczonej suwerenności inteligencji jest ekonomia – została ona oddana w dużym stopniu, także w sensie własnościowym, pod zarząd kapitału zachodniego, a w sferze regulacji jej działania podlegamy w znacznej mierze Unii Europejskiej i innym ponadnarodowym podmiotom. Podobnie jak m.in. Jadwiga Staniszkis uważam, że był to w dużym stopniu świadomy wybór polityczny. Otwarcie się na zachodni kapitał miało spełnić potrójny cel – było jednocześnie elementem walki z postkomunizmem, programu modernizacyjnego oraz geopolitycznej integracji ze światem zachodnim. Z tego wyboru można w jakimś stopniu inteligencję rozliczać, ale czy aby na pewno nomenklatura postkomunistyczna byłaby zdolna stworzyć lepszy, skuteczniejszy projekt modernizacyjny niż elity inteligenckie? Można powątpiewać.

Dużo większy wpływ lokalne elity mają na wąsko rozumianą politykę – ustrój państwa i samorządu, system partyjny itp. – choć i tu istnieją pewne ograniczenia, związane m.in. z integracją europejską oraz ze słabością polskich struktur państwowych. To, na jak wiele taka elita może realnie sobie w tej dziedzinie pozwolić, testuje w tym momencie w Polsce aktualna ekipa rządząca.

Niemal pełną suwerennością dysponuje natomiast nasza inteligencja w sferze kultury. I chyba dzięki temu może tworzyć dowolnie absurdalne mity dotyczące polskiej historii czy swojej roli dziejowej.

– A jak zdefiniowałby Pan rolę, którą odgrywa w Polsce klasa średnia? Pomijając nawet przepowiednie niektórych publicystów, że wraz z procesem modernizacji zastąpi ona anachroniczną inteligencję, to chyba nie da się powiedzieć, że jest pozbawiona znaczenia politycznego. Od dobrych 20 lat zdobycie jej poparcia wydaje się wręcz być warunkiem objęcia władzy w Polsce.

– Przejście pomiędzy klasą średnią a inteligencją jest u nas dość płynne. Stosunkowo najłatwiej jest zobaczyć granice w przypadku wyższej warstwy klasy średniej. Możemy w niej wyróżnić tych, którzy realizują inteligenckie wzorce albo do nich dążą, i tych, którzy je odrzucają, budując swoją pozycję wyłącznie na kapitale ekonomicznym – mówiąc inteligenckim językiem są „nowobogaccy” – i nie przejmują się, że są w związku z tym postrzegani jako „niekulturalni”. Bogacąc się, szukając wpływów i ignorując przy tym inteligenckie snobizmy, grupa ta stanowi dla inteligenckiej hegemonii największe zagrożenie. Niewątpliwie trzeba się z nią liczyć. Jak już jednak wspominałem, wątpliwą kwestią w polskich warunkach pozostaje jej zdolność do stania się podmiotem wielopokoleniowym. Na pewno za wcześnie byłoby mówić, że jej przedstawiciele są jakąś burżuazją i myślę, że będzie im się trudno w burżuazję przekształcić. Inteligencja się ich boi – szczególnie taka bardziej etosowa – jako „chama, który się wzmacnia”, ale jednocześnie polityczność wyższej klasy średniej jest słaba i inteligencja jest ją w stanie rozgrywać, np. wpychając ją, jak wszystkich, w do bólu inteligenckie podziały polityczne.

– W jakim sensie nasze podziały polityczne są inteligenckie?

– Inteligencki charakter mają wszystkie pytania, które nam się zadaje. Po której stronie inteligenckiej gry jesteś, kogo uważasz za prawdziwego inteligenta i na czym polega inteligenckość? Kto jest prawdziwszym patriotą i kto jest „lepiej inkulturowany”, jak to ostatnio powiedział prezes PiS Jarosław Kaczyński? Kto jest pierwszego, a kto drugiego sortu? Przy czym oczywiście chodzi o sort inteligenckości. To zupełnie arbitralne, abstrakcyjne kategorie, gdy się temu bliżej przyjrzeć spoza polskiej perspektywy. Ale ludzie to kupują i angażują się, często bardzo emocjonalnie, po którejś ze stron takich czysto kulturowych sporów. Także klasa średnia, włącznie z nowobogackimi, posłusznie dzieli się według tak narzuconych linii konfliktu, zamiast bronić swoich interesów klasowych.

– Jak interpretuje Pan w tym kontekście polityczny projekt Kaczyńskiego? Czy to jest po prostu kolejny epizod wewnątrzinteligenckiej walki frakcyjnej, mający na celu jakąś korektę narodowego panteonu, czy stoi za tym coś więcej – np. projekt budowy nowej narodowej burżuazji, wzmocnienia państwa albo dowartościowania prowincji?

– Co Kaczyński planuje, nie wiem i chyba nikt tego do końca nie wie. Ale na pewno widzę, jak ważną zmienną jest dla niego walka o inteligenckie pole. Cała ta jego ofensywa jest dla mnie potwierdzeniem aktualności diagnozy o inteligenckiej hegemonii. Poza tym są tam na pewno jakieś nawroty koncepcji sanacyjnych, wykorzystanie struktur państwowych do ingerencji w strukturę społeczną, może próba budowy jakiejś nowej narodowej nomenklatury czy klasy średniej, ale cokolwiek to jest, mam poważne wątpliwości, czy może się powieść. W kontekście słabości naszego państwa i zewnętrznych ograniczeń, o których już rozmawialiśmy, a także doświadczeń poprzednich tego rodzaju prób, sukces co ambitniejszych projektów wydaje mi się bardzo mało prawdopodobny.

– Skoro to nie wielki projekt wyjścia z peryferyjności, to może chociaż na froncie wewnątrzinteligenckim ma szanse powodzenia – dokonanie trwałej zmiany w układzie sił, odebranie „pakietu kontrolnego” stronnictwu liberalnemu?

– Po raz pierwszy od wielu lat poważnie ograniczany jest dostęp liberalnej frakcji do zasobów państwowych, ale jednocześnie przecież największe wpływy ma ona w tych sektorach, na które bezpośredni wpływ rządzących jest stosunkowo niewielki – na uniwersytetach czy w instytucjach kultury.

Innym ważnym atutem liberalnej inteligencji, w który bardzo trudno będzie Kaczyńskiemu uderzyć, jest jej dostęp do zasobów globalnych, wsparcia różnych międzynarodowych grup, fundacji itd. Czeka nas konfrontacja, która będzie dla obu stron testem, jej wyniku nie podejmuję się przewidzieć, ale myślę, że bardzo trudno będzie odnieść stronie konserwatywnej pełny sukces. Nie ma w Polsce potencjału do budowy retoryki antyeuropejskiej jak w Rosji, bardzo trudno będzie całkiem wypchnąć środowiska liberalne z pola władzy, a w związku z tym jakiś kompromis będzie w ostatecznym rozrachunku konieczny. To samo dotyczyć będzie drugiej strony – obóz liberalny nie będzie w stanie wykluczyć Kaczyńskiego z gry.

Trzeba odróżnić pole polityczne od pola władzy – w polu politycznym mieliśmy wybory, które ze względu na podział głosów i bardzo nieproporcjonalną ordynację dały PiS samodzielną większość w Sejmie mimo bardzo niewielkiej przewagi. Technicznie rzecz biorąc, w polityce Kaczyński jest silny. Ale gdy przyjdzie do wyborów, wystarczy jedna skuteczna kampania medialna, strajk generalny w służbie zdrowia albo chwilowy zastój w gospodarce, żeby wahadełko odchyliło się o te cztery punkty w drugą stronę i koniec, już mamy zmianę władzy. Wszystko to nie zmienia konfiguracji w polu władzy, która sprawia, że obie strony konfliktu są zasadniczo bezpieczne. Poza tym, wbrew pozorom i powszechnemu przekonaniu, że mamy do czynienia ze społeczną przepaścią, zarówno partie, jak i elektorat są w dużym stopniu mobilne i elastyczne, dostosowują się do bieżącej sytuacji politycznej, w zależności od kontekstu potrafią zmieniać sympatie, dzielić się albo zawierać sojusze. A to, kto ma na dłuższą czy krótszą chwilę władzę polityczną, nie ma zasadniczego znaczenia dla układu sił w inteligenckiej grze.

– Jednocześnie trudno chyba zanegować, że działania obecnej władzy mają dosyć poważne – na tle ostatnich dekad – konsekwencje w sferze społecznej dystrybucji bogactwa i prestiżu. A to już chyba może się jakoś odbić na warunkach gry.

– Może, ale nie musi. Zasady inteligenckiej gry są takie, że ludzie z awansu są w niej dużo słabszymi „kartami”. Można tu przywołać marzec 1968 r. jako przykład. Ekipa Moczara i Gomułki wprowadziła do gry trochę ludzi z awansu, wypchnęła w dużym stopniu liberalną elitę na emigrację wewnętrzną albo zewnętrzną. Ale na uczelniach do dzisiaj ludzie się śmieją z docentów marcowych. Jeśli ktoś został w tamtym okresie awansowany, to w polu naukowym nie ma prestiżu porównywalnego z tymi, którzy szli normalną ścieżką. Można powiedzieć, że technicznie Gomułka wygrał i przez jakiś czas górę nad inteligentami w grze politycznej wzięła bardziej technokratyczna warstwa aparatczyków, ale potem nagle okazało się, że przyjechał papież, powstała „Solidarność” i wkrótce „kontrrewolucja” wzięła prawie wszystko, co było do wzięcia. Tak samo dziś – można otworzyć ścieżki awansu, jakąś grupę wypromować i dowartościować, ale jeśli jest to robione – z inteligenckiego punktu widzenia – w sposób zbyt nagły i bezceremonialny, to karty tych osób w grze będą dużo słabsze. Nic nie gwarantuje, że przy sprzyjających okolicznościach strona lekko zepchnięta nie wróci z jeszcze większym niż uprzednio impetem i nie przechyli szali jeszcze mocniej na swoją korzyść. W każdej grze musi być zawsze „trochę ty, trochę ja”; czasowa przewaga jednej ze stron nie stanowi zagrożenia dla gry i dopóki ona się toczy, dopóty obie strony wzajemnie się wzmacniają – nawet jeśli taktycznie oponenta jakoś tam wypychają z pola.

– Przynajmniej na tym poziomie taktycznym można jednak odnieść wrażenie, że sukces polityczny drugiej strony wprawił stronę liberalną w lekką dezorientację, czego efektem jest swoiste przegrupowanie. Jedni mają poczucie, że porażka zobowiązuje ich obóz do przeprowadzenia jakiegoś rodzaju autorozliczenia („byliśmy głupi”), a drudzy stawiają na okopywanie się na swoich pozycjach i mobilizację „twardego elektoratu”. Ma to chyba związek z pojawieniem się w łonie tej części inteligencji podziałów pokoleniowych, stanowiących m.in. owoc różnicy doświadczeń na rynku pracy ukształtowanym w okresie transformacji…

– Zapewne różnice doświadczeń w okresie transformacji nie są bez znaczenia, ale sprowadzenie ich, jak to czynią niektórzy, do kwestii materialnych zysków w tym okresie to straszny ekonomizm, jak na inteligenckie standardy. To, że dzisiaj nie masz na restaurację czy nawet akademik, to nie znaczy, że wypadasz z gry. Prawdziwemu inteligentowi bycie przez pewien czas ubogim potrafi nawet dodawać pewnego towarzyskiego blichtru. Dlatego trochę się buntuję przeciwko łączeniu inteligencji z prekariatem. Ile ja się nasłuchałem na różnych panelach dyskusyjnych opowieści przedstawicieli elity inteligenckiej, jak to – szczególnie za komuny – w jednej koszuli chodzili, spali kątem gdzieś tam i byli bez grosza przy duszy. A jednocześnie z kontekstu wynikało, że byli w ścisłym centrum gry, bo „wszystkich” znali.

Wracając do pytania, mam wrażenie, że ta grupa „samokrytyczna” w obecnej sytuacji politycznej skazuje się na marginalizację w kontekście głównych sporów politycznych, ale bardzo trudno według mnie przewidywać przyszłość polskiego pola władzy, a w szczególności poszczególnych frakcji inteligencji. Kto wie, czy, dziś mogące się wydawać nieco śmiesznymi w swoim idealizmie czy wyalienowanym intelektualizmie, grupy o charakterze silnie etosowym nie wypłyną w nowej konfiguracji na o wiele bardziej widoczne i znaczące politycznie pozycje?

– A jednak jest w tych kształtujących się podziałach w ramach inteligencji element generacyjny. Weźmy np. średnią wieku na demonstracjach KOD. Może jednak jakiś model sporu wewnątrzinteligenckiego się wyczerpuje?

– Może. Prof. Radosław Markowski referował niedawno wnioski ze swoich wieloletnich badań nad zachowaniami wyborczymi Polaków i wynika z nich, że wybory polityczne osób do 25. roku życia są nieprzewidywalne i niestabilne. W szczególności – mówił – jest w tej grupie ogromny przechył na prawo, nadreprezentacja zwolenników Korwin-Mikkego, i gdyby wszyscy wyborcy Korwina z ostatnich 20 lat zostali przy swoim pierwszym wyborze, to dzisiaj miałby on ogromne poparcie. Ale po ukończeniu dwudziestki piątki sytuacja się zmienia i ludzie wybierają już spomiędzy dominujących opcji. I coś w tym jest – dopóki młodzież się nie zestarzeje, to trudno powiedzieć, jaki wpływ wywrze na życie polityczne.

– A propos młodzieży – głównym polem Pana aktywności jest na co dzień uniwersytet. Na ile sama uczelnia – zarówno po stronie studentów, jak i akademików – jest areną inteligenckiej gry o miejsce w inteligenckiej hierarchii?

– Oczywiście w ogromnym stopniu. Uniwersytet jest strukturą par excellence inteligencką. Jego istnienie i względna autonomia zarówno od gry rynkowej, jak i politycznej, stanowią dla inteligencji niezwykle istotny zasób i źródło siły. Trudno żeby tak ważne dla inteligencji miejsce nie było obszarem intensywnej gry i rywalizacji. Czasem to są wojny „etosowe” (jakie stanowisko wypada wyrazić lub poprzeć, a jakie nie), czasem „środowiskowe” (kogo warto popierać, a od kogo się dystansować i dlaczego – np. bo ktoś jest bardzo kulturalny, związany z zasłużonym profesorem, który zwykle oprócz tego, że ma na koncie wybitne dokonania naukowe, był też wielkim inteligentem, reprezentował nieskazitelną postawę moralną itp.), a czasem polityczne, choć od otwartej polityczności zwykle się na uniwersytecie ucieka.

– Często wśród problemów polskiego szkolnictwa wyższego wymienia się „uczelniany feudalizm”. Ale na podstawie tego, co Pan mówi, mam wrażenie, że powinniśmy wskazywać raczej na patologie typowo inteligenckie.

– Rzeczywiście to, o czym mówi się jako o „kulturze feudalnej” czy „klientyzmie” na uczelniach, pokrywa się w dużej mierze z rytuałami inteligenckimi. Ważną rolę w budowaniu hierarchii w środowiskach akademickich odgrywają oceny moralno-środowiskowe, oceny „jakości życiorysów”, w przeciwieństwie do kryterium tak prymitywnego, jak jakaś tam mieszczańska merytokracja. Ale nie sprowadzałbym problemu uczelnianego feudalizmu do inteligenckiej hegemonii, ponieważ wiele z patologicznych układów nie ma wiele wspólnego z grami inteligenckimi, za to dużo z klasycznymi konfliktami interesów materialnych. Mam natomiast wrażenie, że można powiedzieć, że ich utrzymywaniu się sprzyja silna autonomia uniwersytetów, która jest broniona przede wszystkim jako kluczowa wartość inteligencka. Inteligencja walczy o nią jako o ważny przywilej, ale często nie za bardzo przejmuje się tym, że jest ona potem nadużywana i wykorzystywana do celów niekoniecznie zgodnych z ideałami deklarowanymi przez jej obrońców.

– Ciekawy jest ten kontrast między odwołaniami do uniwersalnych wartości a klanowo-feudalną praktyką.

– Myślę, że takie napięcie pomiędzy odwoływaniem się do uniwersalnych wartości a nastawieniem na realizację partykularnych interesów istnieje wszędzie. Można je od zawsze zauważyć w Kościele. Z jednej strony głosi on uniwersalną moralność, a z drugiej strony ma feudalną, hierarchiczną strukturę i całkowicie antymerytokratyczne zasady działania, a wielu krytyków przypisuje mu interesowność. Jednocześnie oczywiste jest przecież, że ani Kościół, ani inteligencja czy uczeni, nie są w stanie funkcjonować bez posiadania określonych zasobów materialnych, o które nie wypada im jednak zabiegać zbyt otwarcie. Aby funkcjonować skutecznie, inteligenci, a w szczególności ci z nich, którzy odgrywają role intelektualistów i uczonych, a więc zsekularyzowanych kapłanów, muszą odwoływać się do ideologii bezinteresownego daru i służby, którą pełnią wobec społeczeństwa. Można też wskazywać, że żaden uniwersalizm nie może opierać się na czysto demokratycznych zasadach, nie może być efektem ciągłego plebiscytu, że musi posiadać swoich dosłownych czy symbolicznych kapłanów przekazujących jego wartości z pokolenia na pokolenie. Feudalizm uczelni jest więc w jakimś stopniu nieunikniony, pytanie jednak, kiedy staje się wyłącznie patologią, a kiedy służy bardziej budowaniu szkół naukowych, które trudno jest rozwijać w warunkach ciągłej niepewności statusu i dostępu do niezbędnych zasobów.

– Innym stałym elementem inteligenckiego rytuału, nie tylko na uniwersytecie, jest – o czym często Pan wspomina – motyw „schyłku”, powtarzanie, że prawdziwej inteligencji już nie ma.

– To kolejny quasi-religijny aspekt hegemonii inteligencji: mit o minionym złotym wieku, którego tak naprawdę nigdy nie było. Jeśli przyjrzymy się dyskursowi minionych epok, okazuje się, że inteligencja bodaj od swojego powstania była w kryzysie, schyłku i nikła pod naporem wszechobecnego „chamstwa”. Szczególnym wariantem tego rytuału są elegie i mowy pogrzebowe, które przez opowieść o „schyłku” służą w istocie pokazaniu ich autorów jako godnych następców tych, którzy odeszli. To świecki kult świętych, wiara w dawny upadły świat chodzących po świecie „nadludzi”. Stopień rozpowszechnienia tej wiary potwierdza tylko, że w rzeczywistości hegemonia inteligencji trwa w najlepsze.

– Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, czerwiec 2016 r.