Bajki o sztucznej inteligencji: Nowy wspaniały świat pracy

Bajki o sztucznej inteligencji: Nowy wspaniały świat pracy

Wokół sztucznej inteligencji budowano otoczkę czegoś potężnego, co za chwilę zmieni sposób funkcjonowania całego świata: ludzi, firm, państw, globalnej gospodarki. Z jednej strony prezentowano cudowne możliwości rozwoju, z drugiej – straszono negatywnymi konsekwencjami, z katastrofą i końcem ludzkości włącznie. Większość tych narracji to marketingowe bajki, które mają pomóc korporacjom w zdobywaniu rynków z nowym produktem.

Marketingowe narracje opierają się na sprzedawaniu obietnic. W przypadku sztucznej inteligencji od początku marketing koncentrował się na obietnicach wielkiego kalibru: AI radykalnie zmieni świat. W odniesieniu do pracy wiodący mit to opis nowego wspaniałego świata, w którym sztuczna inteligencja służy człowiekowi pomocą i wykonuje trudne, zabierające czas zadania, dostarcza wiedzy i umiejętności dostępnych niedawno tylko ekspertom. Dzięki temu przyspieszyć ma wzrost gospodarczy, dokonamy przełomowych odkryć w medycynie i nauce, a społeczeństwo będzie coraz bardziej zamożne. Ludzie w pracy będą wykorzystywać nowe narzędzia, pozwalające na podniesienie możliwości kognitywnych na wyższy poziom. Prostota stosowania AI umożliwi pracownikom dostęp do kompetencji zarezerwowanych wcześniej dla ekspertów.

Rozwój technologiczny jako mit marketingowy

Każda przełomowa technologia posługuje się wielkim mitem marketingowym. Robotyzacja miała przynieść świat bez ciężkiej pracy, bo tę będą wykonywać roboty. Ba, większość jakiejkolwiek pracy miała być wykonywana przez roboty, jak w kreskówce o Jetsonach, wzorcowej ilustracji tego mitu z lat 1960-tych, gdzie dzień pracy to tylko dwie godziny. Robotyzacja przyniosła wiele, jeśli chodzi o ograniczenie ciężkiej pracy, ale na pewno kryterium opłacalności zastępowania ludzi jako pracowników jest tu ważniejsze niż bezpieczeństwo pracujących. A przy okazji robotyzacja wpłynęła na wzrost nierówności płacowych, więc ten nowy wspaniały świat jeszcze nie nadszedł (być może nadejdzie, skoro Jetsonowie żyli w latach 2060-tych).

Mieliśmy mit gospodarki opartej na wiedzy, który wiązał rozwój państw z wykształceniem i skończył się sytuacją, w której młodzi absolwenci muszą podejmować pracę poniżej swoich formalnych kwalifikacji, bo praca jest niekoniecznie tam, gdzie ukierunkowało ich kształcenie.

Jednym ze sprytniejszych pomysłów marketingowych było wykreowanie mitu ekonomii współdzielenia, bazującego na pozytywnych potrzebach wspólnotowego dzielenia się dobrami. Finalnie przybrało to kształt drapieżnego biznesowego modelu korporacji platformowych, wykorzystujących pracę osób, których nie chcą uznać za swoich pracowników. Powiązany z tym był mit gospodarki cyfrowej, mającej dać m.in hiperindywidualizację w realizacji potrzeb konsumentów dzięki dopasowaniu oferty na podstawie danych. Tu owocami są cyfrowy nadzór, kradzież danych użytkowników i zindywidualizowana manipulacja.

Wokół sztucznej inteligencji tworzonych jest wiele mitów. Te najważniejsze nie są niczym nowym. Ich ślady można znaleźć w futurystycznych przepowiedniach sprzed kilkudziesięciu lat, jak i w literaturze popularnej czy filmach science-fiction. To mocne ugruntowanie w wytworach popkultury pozwala zresztą na łatwiejsze sprzedawanie obietnic, jak również na straszenie. Wyraźnie widać to w narracjach dotyczących wpływu sztucznej inteligencji na gospodarkę i pracę.

O wpływie AI na pracę bez lukrowania

Tezy o przełomowym znaczeniu sztucznej inteligencji dla świata pracy pojawiają się już od wielu lat. Przeważnie razem z przepowiedniami, jak duży odsetek stanowisk zniknie dzięki automatyzacji opartej na AI. Wspominałem o tych danych w tekście Przyszłość pracy w świecie sztucznej inteligencji, opisującym ten obszar po kilku miesiącach od przedstawienia szerokiej publiczności dużych modeli językowych (LLM) typu ChatGPT.

O ile wówczas alarmistyczne dane o tym, jak duża część stanowisk zniknie, były publikowane raczej w specjalistycznych raportach (zazwyczaj równoważono je informacjami o tym, ile nowych stanowisk AI wykreuje), to od kilku miesięcy takie tezy regularnie trafiają do publikacji głównego nurtu, zastępując narracje o wspaniałych możliwościach nowych aplikacji AI. „AI wykosi wkrótce połowę stanowisk pracy dla białych kołnierzyków” – obwieścił w maju 2025 roku Dario Amodei, szef firmy Antropic, działającej w branży AI. Amodei wprost stwierdził, że firmy powinny przestać lukrować przyszłość, która nadchodzi, bo przyszłość to masowe zwolnienia specjalistów w takich dziedzinach, jak technologia, finanse, prawo czy doradztwo. Pierwsze dwa lata wprowadzania LLM bazowały więc na micie wyrażonym wprost w marketingowej prezentacji Copilota Microsoftu: „To jest najpotężniejsze na Ziemi narzędzie dla produktywności; uwolni ono wszystkich od mordęgi nudnej pracy i wyzwoli kreatywność”. Po dwóch latach tonacja głównych narracji najwyraźniej zaczęła się zmieniać.

Przemiany wywołane technologiami opartymi na sztucznej inteligencji nie dzieją się jednak w sposób tak gwałtowny, jak bywa to przedstawiane i jak chcieliby producenci tych rozwiązań. Alarmistyczne hasła są tonowane nieco przez dane zebrane w badaniu The Budget Lab z Uniwersytetu Yale: o ile zmiany w rodzajach stanowisk na rynku pracy faktycznie następują szybko w ostatnim czasie, to trudno je przypisać wprowadzeniu generatywnej sztucznej inteligencji. Zmiany te są natomiast w swej skali bardzo bliskie temu, co można było obserwować podczas poprzednich przełomów technologicznych, jak wprowadzenie komputerów w 1984 roku czy internetu w 1996. Prowadzi to do konkluzji, że „rynek pracy nie doświadczył zauważalnych zakłóceń od czasu wydania ChatGPT 33 miesiące temu, co osłabia obawy, że automatyzacja AI obecnie ogranicza popyt na pracę kognitywną w gospodarce”.

Uzupełnieniem tej tezy są wnioski z raportu World Economic Forum „Future of the Jobs 2025”. Z jednej strony widać wyraźnie zapotrzebowanie na nowe stanowiska. Najszybciej rośnie popyt na specjalistów big data, inżynierów fin-tech, specjalistów AI i uczenia maszynowego oraz inne osoby o technologicznych specjalnościach, zgodnych z narracjami o zmianie świata pracy. Jeśli jednak spojrzeć na liczby bezwzględne, najbliższa przyszłość świata pracy wygląda zupełnie inaczej.

Top 10 stanowisk według największego wzrostu zatrudnienia netto (czyli kogo poszukuje się w największej liczbie), na podstawie statystyk zatrudnienia i potrzeb pracodawców w roku 2025 przedstawia się następująco:

1. Farmerzy i pracownicy rolnictwa

2. Kierowcy aut dostawczych

3. Programiści aplikacji

4. Pracownicy budownictwa

5. Pracownicy sklepów

6. Przetwórstwo żywności

7. Kierowcy

8. Pielęgniarki i opiekunowie

9. Pracownicy gastronomii

10. Kierownicy

To nie jest obraz nowego wspaniałego cyfrowego świata. Gdyby wyjąć programistów, taka lista równie dobrze mogłaby znaleźć się w raporcie sprzed kilkudziesięciu lat. Z dzisiejszej perspektywy jest to zestawienie zawodów niezbędnych do funkcjonowania scyfryzowanego świata, ale u samych fundamentów. Na dodatek są to te stanowiska, które światowa gospodarka ma do zaoferowania pracownikom, którzy tracą pracę w związku z cyfrową automatyzacją.

AI jako (pozorna) przyczyna zwolnień

Korporacje chętnie wykorzystują wdrażanie AI jako uzasadnienie zwolnień. Nowa technologia ma podnieść produktywność, przyspieszyć procesy, działać szybciej i efektywniej niż ludzie, dzięki czemu można zmniejszyć liczbę zatrudnionych – takie wytłumaczenia sprawiają wrażenie obiektywności i odniesienia do faktów. Jednak gdyby spojrzeć na fakty, może się okazać, że mamy do czynienia z kolejnym mitem, tym razem na potrzeby komunikacji do wewnątrz organizacji.

Vanessa Wingårdh, niezależna badaczka, oglądająca rozwój bańki AI od środka, zestawiła zwolnienia w amerykańskich korporacjach w ostatnim czasie z liczbą pracowników sprowadzonych przez te korporacje na podstawie wiz H-1B, sponsorowanych przez pracodawców. Jej wniosek jest prosty: firmy kłamią, jeśli chodzi o zwalnianie spowodowane wdrażaniem AI. Pozbywają się amerykańskich pracowników (droższych), żeby na ich miejsce przyjąć pracowników z innych krajów (tańszych). Nowa technologia jest tylko komunikacyjnym zaciemnieniem dla rzeczywistych przyczyn zwolnień: chodzi o prymitywne cięcia kosztów.

Paradoksalnie, cięcia kosztów poprzez likwidację stanowisk dotarły już do działów zajmujących się rozwojem AI. Meta zwolniła niedawno kilkuset pracowników z działu Superintelligence Labs, co ma podobno przynieść firmie usprawnienie procesów decyzyjnych oraz większy zakres odpowiedzialności na pozostałych stanowiskach. Z jednej strony firmy z Krzemowej Doliny inwestują więc ogromne środki w rozwój aplikacji AI, ścigając się na rynku, który jest cały czas w procesie tworzenia. Z drugiej strony doszły już do etapu, gdy proste cięcia kosztów są sposobem na pokazanie dobrych wyników inwestorom. Zapewne wynika to też z niesatysfakcjonujących wyników, jeśli chodzi o przychody z nowych produktów.

W twardych danych nie widać bowiem oczekiwanych efektów wdrożeń AI w firmach. Raport State of AI in Business 2025, opracowany w MIT, wskazuje, że pomimo ogromnych nakładów na nowe rozwiązania, firmy korzystające z rozwiązań AI nie mogą mówić o przełomie w swoich działaniach. 95% wdrożeń nie przynosi jeszcze korzyści finansowych. Problemem jest to, że w dużej skali AI jest wykorzystywana głównie na poziomie pracowników, nie przekładając się na przełomowe rozwiązania w procesach, co przyniosłoby obiecywane korzyści.

Mit efektywniejszego pracownika

Wykorzystywanie sztucznej inteligencji przez pracowników wiąże się z różnymi problemami. Na poziomie jednostkowym wdrażanie AI jest sprowadzane do hasła ułatwiania pracy dzięki osobistemu asystentowi, który zredaguje tekst, zrobi wykresy, przygotuje prezentację, odpowie na e-maila i zrobi całe mnóstwo czynności, które wcześniej zajmowały wiele czasu. Dzięki temu pracownicy mają skupiać się na wykorzystaniu wiedzy eksperckiej, czyli tej bardziej wartościowej. W rezultacie indywidualna efektywność wzrośnie – a za nią wyniki ogólnofirmowe. To głosił marketingowy mit.

Firmy tworzące aplikacje AI chcą napędzać ten rynek, dając przykład. Google, Microsoft i Meta wprowadzają polityki wewnętrzne wręcz przymuszające pracowników do wykorzystywania AI w pracy. Presja na pracowników oznacza wewnątrzorganizacyjną ocenę skali stosowania takich aplikacji. Wprowadzana jest np. rywalizacja pomiędzy zespołami o jak najwyższy wskaźnik zastosowania AI. Firmy mają ambitne plany, jeśli chodzi o osiąganie wskaźników w tym obszarze, co dla pracowników oznacza jedno: jeśli chcesz robić karierę w tej branży, musisz korzystać z AI w pracy. Wydaje się to nie mieć słabych stron, ale rzeczywistość organizacyjna zdaje się wyglądać inaczej.

Wielu profesjonalistów odrzuca korzystanie z aplikacji AI po to, aby chronić swą reputację eksperta. Ciekawy eksperyment pokazujący to zjawisko przeprowadzono w jednej z firm programistycznych. Pracownicy mieli oceniać kompetencje autora kodu IT, przy czym część badanych otrzymała informację, że kod był napisany przy pomocy sztucznej inteligencji. W tej grupie ocena kompetencji autora była znacząco niższa niż w przypadku grupy, która ten sam kod oceniała jako napisany tylko przez człowieka. Wielu pracowników uważających się za ekspertów zdaje sobie sprawę z tego zjawiska – i albo w ogóle nie korzystają z oferowanych przez pracodawcę aplikacji AI, albo wykorzystują na boku aplikacje nieautoryzowane, aby nie było to widzialne dla współpracowników.

Niska jakość wytworów AI, ale za to jest taniej

Drugie zjawisko blokujące potencjalne pozytywne efekty z korzystania z AI przez pracowników jest odbiciem tego, co widać w internecie. Pracownicy wykorzystują zakupione przez pracodawców aplikacje do generowania wytworów (raportów, prezentacji, ilustracji) tak kiepskiej jakości, że są one nieużyteczne dla odbiorców albo wymagają poprawiania przez innych. Gdy na niedawnym szkoleniu zapytałem uczestników z różnych firm, czy dostają takie produkty AI od koleżanek i kolegów w pracy, w zasadzie wszyscy podnieśli rękę. Te wytwory tylko udające dobrą pracę, a nie wnoszące nic do realizacji danego zadania, są przeniesieniem wysiłku od twórcy do odbiorcy-współpracownika. Tak jak internet jest zalewany przez AI slop (czyli teksty, obrazki, filmy etc. niskiej jakości, wygenerowane przez sztuczną inteligencję), tak organizacje mają już swój odpowiednik pod nazwą workslop.

Konieczność poprawiania kiepskiej jakości wytworów AI jest czymś standardowym, tłumaczonym często przez producentów tym, że „AI wciąż się uczy”. Zatrudnianie wykwalifikowanych grafików do poprawiania rysunków wygenerowanych automatycznie wydawałoby się w tym kontekście czymś śmiesznym. Ale jeśli poprawiającymi są ci, którzy wcześniej stracili kontrakty, gdy firma korzystająca z ich usług zakupiła licencję na aplikację AI, to jesteśmy już w sferze absurdu. Absurd przestaje być śmieszny, jeśli grafik musi to robić za wielokrotnie mniejsze pieniądze niż wtedy, gdy był zatrudniony jako specjalista odpowiedzialny za tworzenie ilustracji.

Na tym przykładzie widać wyraźnie, kto może zyskać, a kto stracić dzięki AI na takim rynku. W dużej skali to nie przełom, tylko nowe narzędzia, których efektywność nie daje skokowego przyrostu produktywności. Natomiast z całą pewnością umożliwia zejście z kosztów wynagrodzeń: czy to przez proste cięcia zatrudnienia, czy przez płacenie mniej.

„W dobrym scenariuszu AI pozwala na to, żeby więcej ludzi mogło wykonywać eksperckie zadania”, jak stwierdził David Autor z MIT, badający przemiany rynku pracy. Ten dobry scenariusz pomija jeden ważny czynnik: nie będą za to dostawać wynagrodzenia, które eksperci dostawali w czasach przed AI. Dzisiejsi eksperci mogą jutro wykonywać niespecjalistyczną pracę – ale za mniejsze pieniądze. Na większe zarobki dzięki AI mogą liczyć tylko ci specjaliści, których umiejętności nie da się zautomatyzować, a sami będą potrafili wykorzystać nowe narzędzia do wzmocnienia swojej eksperckości. Ci, którzy ekspertami nie są, mogą jutro stracić pracę, jeśli jest rutynowa. A jeśli utrzymają pracę, to niskopłatną. AI może nawet zwiększyć ich efektywność, ale bez wzrostu wynagrodzenia, bo zysk z tego trafi do kieszeni kogo innego. W największym skrócie tak przedstawia się rzeczywistość mitu o wznoszeniu gospodarki na wyższy poziom.

„Jeśli społeczeństwo jako całość stanie się znacznie bogatsze, to myślę, że to po prostu przeważy nad wadami utraty pracy przez ludzi” – stwierdził jeden z tech bros, przedstawiając swoją wizję rozwoju świata. Jego firma produkuje narzędzia AI do automatyzacji pracy, więc nic dziwnego, że jest gotów na takie ryzyko. Problemem dla świata jest to, że tech bros wierzą w ten mit.

Roman Rostek

Grafika w nagłówku tekstu: Gerd Altmann from Pixabay

Reforma czy gra pozorów?

Reforma czy gra pozorów?

Ministra Agnieszka Dziemianowicz-Bąk – w związku z uchwałą Rady Ministrów w sprawie zmiany Krajowego Planu Odbudowy – 10 kwietnia b.r. powołała w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej Zespół, którego zadaniem było opracowanie zgodnie z jednym z „kamieni milowych” KPO rozwiązań prawnych dla reformy Państwowej Inspekcji Pracy. Czyli:

– opracowanie inicjatyw legislacyjnych zwiększających efektywności zadań postawionych przed Państwową Inspekcją Pracy,

– przedstawienie rozwiązań, które zwiększają ochronę socjalną osób wykonujących pracę na podstawie umów cywilnoprawnych.

W jego skład weszli: Liwiusz Laska – Dyrektor Generalny w Ministerstwie Pracy, Jakub Szmit – Dyrektor w Departamencie Prawa Pracy oraz Tomasz Wlazło, Dyrektor w Departamencie Prawnym, a także przedstawiciele Departamentu Prawnego, Biura Ministra, Departamentu Rynku Pracy i Departamentu Analiz Ekonomicznych. Co ciekawe – do Zespołu nie wszedł żaden przedstawiciel Państwowej Inspekcji Pracy.

Nic dziwnego zatem, że już na początku maja na stronie internetowej Stowarzyszenia Inspektorów Pracy RP pojawiły się głosy krytyczne o tzw. reformie PIP. Zwrócono tam m.in. uwagę, że w tle reformy PIP „znowu pseudo-rewolucyjna deregulacja, czyli kolejna niekończąca się opowieść o pozbywaniu się niepotrzebnych i zbędnych regulacji. Trochę profesjonalnie – a trochę wolontariacko, a w odniesieniu do ochrony człowieka w środowisku pracy znowu bez pogłębionej refleksji. Wystarczy wspomnieć o odradzającej się dyskusji, czy w Rzeczypospolitej Polskiej inspekcja pracy, organ kontrolujący zapewnianie przestrzegania podstawowych praw konstytucyjnych, podlegać ma niespotykanej w Europie nadregulacji, w imię ideologicznie zdefiniowanej swobody działalności gospodarczej. Wydaje się, że dyskusję, czy pracę traktować należy wyłącznie (a nawet głównie) w kategoriach towaru – mamy już dawno za sobą…”.

Przypomniano, że „Państwowa Inspekcja Pracy nie ma inicjatywy ustawodawczej, nie ma jej również nadzorująca PIP Rada Ochrony Pracy. Może należy więc próbować zmieniać zapisy ustawowe tzw. małymi krokami. Na przykład, korzystając z dostępnych możliwości prawnych SIPRP wytrwale kieruje do Sejmu RP petycje o dokonanie punktowych, ale bardzo ważnych zmian w ustawie o Państwowej Inspekcji Pracy. W obecnej kadencji Sejmu są to petycje o zniesienie upoważnień do kontroli przedsiębiorców oraz o wprowadzenie zmian w przepisach o czasie pracy pracowników PIP (chodzi o powszechne stosowanie zadaniowego systemu czasu pracy przez inspektorów pracy) oraz o wprowadzenie kadencyjności na stanowiskach Głównego Inspektora Pracy oraz okręgowych inspektorów pracy. Inicjatywy te co prawda spotykają się – czego nigdy wcześniej nie bywało – z pełnym poparciem Głównego Inspektora Pracy, ale nasze obywatelskie inicjatywy zdają się coraz bardziej irytować sejmową Komisję do Spraw Petycji, która oczekuje na inicjatywy ustawodawcze od posłów, Marszałka itp. Trudno odmówić takiemu stanowisku jakiejś racji, ale skutkiem takiego oczekiwania może być zupełny brak reform strukturalnych Inspekcji. Dużą nadzieję środowisko inspektorów pracy pokładało w hucznie zapowiadanych przez Głównego Inspektora Pracy reformach Państwowej Inspekcji Pracy nie wymagających zmian ustawowych, a jedynie nowelizacji zarządzeń GIP i różnych wewnątrz inspekcyjnych procedur. Wydaje się, że
w obszarach tych niewiele się dzieje, a praca powołanych w tym celu zespołów wewnętrznych rozciągać zdaje się w nieskończoność. W zakresie tym również SIPRP postulowała wysłanie w zasłużony stan niebytu prawnego, pochodzących z innej epoki «kontroli śladem inspektora pracy» (czy szerzej uchylenia pozostającego w konflikcie z ustawą o PIP zarządzenia w sprawie ocen bieżących inspektorów pracy), zdefiniowanie na nowo roli koordynatorów sekcji/nadinspektorów (którzy obecnie są wyłącznie tworem administracyjno-biurokratycznym, dublującym zadania zastrzeżone w ustawie o PIP dla innych organów Inspekcji) czy racjonalizację wskaźników na podstawie których oceniana jest działalność PIP jako całości (a inspektorów pracy w szczególności)”.

Wśród uwag SIP RP o reformie PIP znalazła się również i taka: „W dyskusji na temat funkcjonowania systemu ochrony pracy w Polsce (o ile taka w ostatnim czasie w ogóle się toczy) brak zupełnie wątku funkcjonowania sądów pracy, albo ustanowienia organów, które różnego typu działania «rozjemcze», wspierające sądy mogłyby skutecznie prowadzić. Może pora na «powrót do źródeł», i skoro systemu sądowniczego nie można w jakiejś perspektywie zreformować, powierzyć takie zadania innemu organowi lub instytucji. Wiele spraw z obszaru relacji pracodawca pracownik – oczywiście na wniosek lub za zgodą obu stron – dało by się w ten sposób rozstrzygnąć”.

W ocenie SIP RP ów brak dyskusji, a szczególnie – niewłączenie przedstawicieli PIP do prac ministerialnego Zespołu, „skutkowało wrażeniem, że «przeciętnemu pracownikowi inspekcji» – na tym etapie jest wszystko jedno. Niedużo lepiej jest z organizacjami związkowymi, dla których ten rok szansy realnego wpływu na zmianę na lepsze trudno uznać za dobrze wykorzystany. Jałowe dyskusje, brak inicjatywy, a co gorsza – w przypadku niektórych liczących się organizacji – skupienie się wyłącznie na personaliach. To wszystko niestety już było… […] Czy naprawdę w „naszych sprawach” i w sprawach obywateli, których praw zobowiązani jesteśmy bronić – nic od nas nie zależy?” – pytali autorzy strony internetowej SIP RP.

Niejako w odpowiedzi 30 czerwca br. na stronie internetowej Związku Zawodowego Pracowników PIP pojawiła się informacja, że „na rozpatrzenie przez Komisję do Spraw Petycji Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej aktualnie oczekują trzy petycje skierowane przez Komisję Krajową ZZ PPIP, z czego poza wspominaną wcześniej petycją dotyczącą m.in. dodatkowego urlopu wypoczynkowego pracowników PIP zatrudnionych na stanowiskach innych niż czynni inspektorzy pracy także kolejne dwie petycje o charakterze propracowniczym w sprawach dotyczących odpowiednio: zwolnienia z podatku dochodowego należności z tytułu używania własnego pojazdu w jazdach lokalnych do wysokości miesięcznego ryczałtu pieniężnego – na podobieństwo rozwiązań jakie z powodzeniem funkcjonują w Służbie Leśnej oraz zwrotu wydatków poniesionych na parkowanie pojazdu – w związku z realizacją czynności służbowych”. Związkowcy spodziewali się, że „wszystkie te petycje będą rozpatrywane w III kwartale bieżącego roku” i zachęcali do zapoznania się „z treścią petycji i sukcesywnie zamieszczanymi przy poszczególnych petycjach Opiniami Biura Ekspertyz i Oceny Skutków Regulacji”.

Tego dnia doszło również na prośbę Komisji Krajowej ZZP PIP do spotkania z Głównym Inspektorem Pracy z udziałem przedstawiciela Związku Zawodowego Konfederacja Pracy w PIP, podczas którego – oprócz omówienia bieżących spraw – związkowcy poruszyli także kwestie reformy Urzędu oraz proponowanych w tym zakresie przez Urząd zmian ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy. Po spotkaniu, podjęta została inicjatywa petycji/protestu dotycząca wyrażenia stanowiska przez działające w PIP organizacje związkowe, a także przez zainteresowanych pracowników w kwestii ewentualnej zmiany podporządkowania, jak również zobowiązania do podjęcia działań przez Głównego Inspektora Pracy, w celu zagwarantowania udziału przedstawicieli Urzędu w pracach Zespołu do spraw reformy PIP, powołanego w Ministerstwie.

Stowarzyszenie Inspektorów Pracy RP doprowadziło
4 lipca b.r. do Interpelacji poselskiej dotyczącej wprowadzenia kadencyjności na niektórych stanowiskach kierowniczych w Państwowej Inspekcji Pracy. Interpelacja nr 10745 poseł Bożeny Lisowskiej do Ministra Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej była skutkiem petycji BKSP-155-X-457/25 skierowanej do Sejmu przez SIP RP. W interpelacji poseł przypomniała, że w świetle petycji Stowarzyszenia „wskazane jest dokonanie nowelizacji ustawy z dnia 13 kwietnia 2007 r. o Państwowej Inspekcji Pracy, poprzez wprowadzenie czteroletnich kadencji dla głównego inspektora pracy, jego zastępców oraz okręgowych inspektorów pracy, z możliwością pełnienia funkcji nie dłużej niż przez dwie kolejne kadencje”.

Petycja została poparta opinią prawną, w której podkreślono, że proponowane rozwiązania zmierzają do zwiększenia niezależności tych organów oraz poprawy sprawności zarządzania Inspekcją. Wskazano także na potrzebę uproszczenia procedur związanych z powoływaniem i odwoływaniem osób pełniących te funkcje oraz ograniczenie biurokratycznych barier, w tym nieobowiązkowych, ale czasochłonnych opinii Rady Ochrony Pracy. W związku z powyższym poseł poprosiła ministrę „o odpowiedź na następujące pytania: 1. Czy Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej prowadzi obecnie prace lub analizy dotyczące wprowadzenia kadencyjności na stanowiskach głównego inspektora pracy, jego zastępców oraz okręgowych inspektorów pracy? 2. Jakie jest stanowisko ministerstwa wobec argumentów przedstawionych w petycji i opinii prawnej, wskazujących na potrzebę zwiększenia niezależności i przejrzystości obsady stanowisk kierowniczych w PIP? 3. Czy planowane są inne zmiany legislacyjne dotyczące organizacji i zasad funkcjonowania Państwowej Inspekcji Pracy, które mogłyby wpłynąć na poprawę jakości nadzoru nad warunkami pracy w Polsce?”.

W odpowiedzi na adres Marszałka Sejmu Szymona Hołowni ministra stwierdziła, że „w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej nie prowadzi się obecnie prac mających na celu wprowadzenie kadencyjności na stanowiskach Głównego Inspektora Pracy i jego zastępców oraz okręgowych inspektorów pracy. […] Niemniej, przedstawione w petycji Stowarzyszenia Inspektorów Pracy Rzeczypospolitej Polskiej argumenty zasługują na skrupulatną ocenę i badanie. Zwiększenie niezależności i przejrzystości obsady stanowisk kierowniczych w Państwowej Inspekcji Pracy mogłoby przysłużyć się wypełnianiu zadań realizowanych przez ten organ. W przypadku uznania przez Sejm RP za właściwe wprowadzenia kadencyjności na wskazanych stanowiskach PIP, Kierownictwo Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej deklaruje gotowość do podjęcia współpracy i niezbędnych działań w tym zakresie”.

W dniu 15 lipca 2025 r. w formule online odbyła się rozmowa Głównego Inspektora Pracy z udziałem przedstawicieli czterech głównych organizacji związkowych działających w Państwowej Inspekcji Pracy: ZZP PIP, NSZZ „Solidarność”, NSZZ „Solidarność ‘80” i ZZ Konfederacja Pracy. Podczas rozmowy inspektor Marcin Stanecki poinformował, że prace Zespołu ministerialnego nie dotyczą – według jego wiedzy – zmiany podporządkowania PIP. Powiadomił o zaproszeniu go do udziału w pracach tego Zespołu wraz z przedstawicielami innych urzędów, a także o tym, iż został zobowiązany do utajnienia informacji o pracach tego Zespołu.

Wkrótce po rozmowie doszło w Głównym Inspektoracie Pracy do spotkania przedstawicieli tych związków zawodowych z Głównym Inspektorem Pracy. W jego trakcie M. Stanecki zgodził się z wnioskiem przedstawicieli związków o pilnej potrzebie przekazania pracownikom PIP wyczerpujących informacji o pracach nad reformą Inspekcji. Zobowiązał się też do przekazania przedstawicielom związków zawodowych jego autorskich propozycji zmian ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy, które w imieniu Urzędu przekazał ministerialnemu Zespołowi ds. Reformy PIP.

Działania te nie wpłynęły w jakiś zdecydowany sposób na ożywienie w środowisku inspekcyjnym zainteresowania pracami ministerialnego Zespołu, bo 4 sierpnia ZZP PIP zwrócił się do swoich członków z następującym apelem:

„Szanowne Koleżanki i Koledzy, w ostatnim czasie z doniesień różnych mediów wiele słyszymy o rozpoczętych pracach nad reformą Państwowej Inspekcji Pracy. Informacje na ten temat docierają do nas głównie z wywiadów udzielanych przez Pana Marcina Staneckiego Głównego Inspektora Pracy dla prasy, radia i telewizji i budzą obawy, zaniepokojenie, a także pytania kierowane przez pracowników do Komisji Krajowej Związku Zawodowego Pracowników Państwowej Inspekcji Pracy.

Taka sytuacja spowodowała, że podjęliśmy szereg działań mających na celu zwrócenie uwagi kierownictwa urzędu na pilną potrzebę przekazania, przede wszystkim pracownikom, informacji o stanie prac związanych z reformą Państwowej Inspekcji Pracy. Szczególnie, że w docierających do pracowników Inspekcji Pracy informacjach są także te budzące najwięcej emocji i niepokoju, w tym kwestia ewentualnej zmiany podporządkowania Inspekcji Pracy. Dodatkowo, sprawą reformy naszego Urzędu ma się zajmować powołany w Ministerstwie Rodziny Pracy i Polityki Społecznej Zespół, składający się jedynie z pracowników tego Ministerstwa. Stan zaniepokojenia pracowników potęguje zapewne także to, że szef urzędu, udzielając szeregu wywiadów, nie dostrzegł potrzeby poinformowania bezpośrednio pracowników o przyczynach i powodach planowanych zmian, a także o propozycjach zmian, jakie przy okazji prac nad ustawą o Państwowej Inspekcji Pracy, Główny Inspektor Pracy postulował w imieniu Państwowej Inspekcji Pracy. […] Komisja Krajowa Związku Zawodowego Pracowników Państwowej Inspekcji Pracy dostrzega konieczność szeregu zmian Urzędu, także pracownicy widzą taką konieczność, jednakże chcielibyśmy mieć przekonanie, że postulowane przez związek i pracowników zmiany, mają szansę na ich uwzględnienie. Komisji Krajowej szczególnie zależy na tym, aby głos pracowników został uwzględniony w pracach Zespołu ds. Reformy, powołanego przez Głównego Inspektora Pracy. Nowe zadania nałożone na Urząd wymagają przygotowania pracowników do ich realizacji, aby wdrożenie reformy było jak najbardziej skuteczne. Wydaje się więc oczywistym, że warto – już na etapie prac – wysłuchać także tych, którzy te obowiązki będą wykonywać.
Jednak docierające informacje wywołują wiele obaw co do tego, czy jako Urząd i my inspektorzy pracy realizujący jego zadania, będziemy przygotowani do skutecznego realizowania nowych obowiązków. Nie ma bowiem nic gorszego, niż brak informacji w sytuacji, gdy z wielu stron docierają do nas różne informacje, niestety także sprzeczne, a wiadomo, że może dojść do zmian mających realny wpływ na naszą pracę. Nie tracimy także z oczu sprawy reformy wewnętrznej Urzędu, jaka toczy się podczas prac, powołanych w lutym tego roku, Zespołów. Na skutek działań Komisji Krajowej ZZP PIP, przedstawiciele organizacji związkowych, zostali zaproszeni do udziału w pracach Zespołu ds. zmiany Regulaminu Wynagradzania. Ponadto, jest wreszcie zielone światło dla związków do udziału w innych zespołach. Mamy nadzieję, że toczące się prace poszczególnych Zespołów, pozwolą na realizację zgłaszanych przez pracowników uwag i postulatów. Inspekcja Pracy potrzebuje zmian, szczególnie tych, które są w naszym zakresie, toteż chcemy brać w nich aktywny udział”.

Swoją ocenę sytuacji 8 sierpnia przedstawiło też Stowarzyszenie Inspektorów Pracy RP w tekście „O niezbędnych zmianach w ustawie o PIP (cd.)”. Czytamy w nim m.in.: „W Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej powołano Zespól do Spraw Reformy Państwowej Inspekcji Pracy i niestety póki co wszystko na to wskazuje, że zakres zmian w ustawie o PIP może być ograniczony tylko i wyłącznie do implementacji tego, co się kryje pod pojęciem «kamienia milowego». Warto przypomnieć, że Stowarzyszenie Inspektorów Pracy Rzeczypospolitej Polskiej, korzystając z uprawnień statutowych, przedstawiło (i co ważne, wprowadziło w tzw. obieg prawny) kilka propozycji zmian w ustawie o PIP, koncentrując się na trzech ważnych kwestiach: ujednolicenie procedur wszczynania i realizacji kontroli poprzez zniesienie obowiązku przedkładania upoważnień do kontroli w przypadku, gdy ta dotyczy podmiotu będącego przedsiębiorcą; wprowadzenie zapisu ustawowego, aby czas pracy inspektorów pracy był określony wymiarem zadań; wprowadzenie kadencyjności na niektórych stanowiskach kierowniczych w Państwowej Inspekcji Pracy.

Petycje SIPRP w ww. tematyce w zakresie punktów nr 1 i 2 zostały skierowane do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej – zarówno w poprzedniej, jak i w obecnej kadencji Sejmu. Niestety inicjatywy te od kilku miesięcy utknęły gdzieś po drodze pomiędzy Komisją a Radą Ochroną Pracy, której opinii zdecydowała się zasięgnąć Komisja do Spraw Petycji. Ostatnia spośród ww. petycji została przez SIPRP z dalszego procedowania przez Komisję wycofana, z uwagi na prace prowadzone na szczeblu ministerialnym (niestety, jak wspomniano wyżej, raczej nie zanosi się na to, żeby propozycje strony społecznej zostały aktualnie uwzględnione).

Wypada również wspomnieć, że w podobnym trybie propozycje zmian w ustawie o PIP zgłosił także Związek Zawodowy Pracowników PIP. Petycje związkowe dotyczyły: zwiększenia wymiaru urlopu wypoczynkowego do 26 dni głównie w przypadku osób rozpoczynających pracę w PIP, i przyznania urlopu dodatkowego innym pracownikom PIP (spoza grupy inspektorów pracy) w wymiarze
3 i 6 dni odpowiednio po 10 i 20 latach pracy w Państwowej Inspekcji Pracy; zwolnienia z podatku dochodowego ryczałtu wypłacanego w jazdach lokalnych; zwrotu kosztów parkowania pojazdu na potrzeby realizacji czynności służbowych.

Petycja wskazana pod poz. 1 nie została uwzględniona przez Komisję, pozostałe petycje mają być rozpatrywane dopiero w X 2025 r. i nie można wykluczyć, że przy wyraźnie negatywnym ostatnio nastawieniu Komisji do Spraw Petycji do inicjatyw dotyczących dokonywania zmian w ustawie o Państwowej Inspekcji Pracy podzielą one los «petycji urlopowej»”.

Komisja ta „rozpatrując […] petycje wniesione przez SIPRP oraz ZZ PPIP – mając na względzie podległość Państwowej Inspekcji Pracy Sejmowi RP, jak i nadzór nad działalnością PIP ze strony Rady Ochrony Pracy rekomendowała wprowadzanie zmian w tej ustawie inną drogą. Wydaje się, że […] miała na myśli m.in. ów Zespół do Spraw Reformy Państwowej Inspekcji Pracy. Z innych uwag zgłaszanych w różnym czasie i w różnych trybach, na uwzględnienie w ramach obecnej reformy zasługują również m.in. postulaty: rozszerzenia możliwości dokumentowania kontroli w formie notatki urzędowej, nie tylko wówczas kiedy nie stwierdza się uchybień, ale również kiedy nie są wydawane decyzje; rozszerzenie grupy podmiotów podlegających kontroli inspektora pracy o podmioty, które utraciły status pracodawcy nie wcześniej niż rok przed dniem kontroli, co pozwoliłoby na możliwość wydawania środków prawnych względem byłego pracodawcy, który np. nie rozliczył się z pracownikiem lub nie wydał mu świadectwa pracy; określenie wprost w art. 11 ustawy o PIP, że wnioski wystąpienia inspektora pracy mogą mieć także charakter profilaktyczny; określenie, iż oskarżycielem publicznym jest Państwowa Inspekcja Pracy (a nie jak dotychczas – wyłącznie inspektor pracy). […] Niezależnie jaką drogą, pilne znowelizowanie ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy nie tylko w zakresie ograniczonym do wdrożenia tzw. kamienia milowego, ale także m.in. we wskazanych powyżej innych, ważnych dla funkcjonowania PIP, obszarach – jest niezbędne by skutecznie wypełniać zasadę ochrony pracy zapisaną w art 24 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Miejmy nadzieję, że sprawa faktycznego zakresu reformy PIP nie została jeszcze definitywnie przesądzona i jeżeli decydenci zamierzają: faktycznie zreformować Państwową Inspekcje Pracy, odbiurokratyzować kontrole, wzmocnić oddziaływanie inspektorów pracy, stworzyć odpowiednie zachęty finansowe do podejmowania pracy w PIP i pozostawania w niej na lata – to uwzględnią także oddolne postulaty organizacji społecznych reprezentujących pracowników PIP. Reasumując: Jeżeli zależy nam na zmianach, to środowisko inspektorów pracy (a także pozostałych pracowników PIP) powinno je zarówno inicjować (jeżeli brak jest takich działań), jak i aktywnie wspierać (jeśli rozsądne pozycje formułowane są przez innych)”.

Można odnieść wrażenie, że skutkiem tego nacisku strony społecznej, Stowarzyszenia Inspektorów Pracy RP i związków zawodowych działających w PIP, był udział Głównego Inspektora Pracy w zwołanym po raz trzeci spotkaniu ministerialnego Zespołu do spraw reformy PIP 24 lipca b.r. w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. W jego trakcie przedstawiciele Ministerstwa, Państwowej Inspekcji Pracy, Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, Krajowej Administracji Skarbowej i Rady Ochrony Pracy rozmawiali o możliwościach zacieśnienia współpracy. Ministra Agnieszka Dziemianowicz-Bąk zaznaczyła wówczas, że celem reformy PIP jest wyeliminowanie obchodzenia prawa przez zastępowanie umów o pracę umowami cywilnoprawnymi. – „Budżet państwa na tym traci, ale to pracownik jest głównym pokrzywdzonym w takiej sytuacji” – zaznaczyła ministra. – „Musimy zadbać o to, żeby pracownik nie był stratny finansowo”.

Prace nad reformą przebiegały w szybkim tempie dzięki dużemu zaangażowaniu ZUS, KAS i PIP. – „To ambitne założenie, ale chcemy jak najszybciej mieć przygotowane propozycje legislacyjne” – powiedział przewodniczący Zespołu Liwiusz Laska, dyrektor generalny Ministerstwa. – „Współpraca pomiędzy tymi trzema instytucjami pozwoli na bardziej skuteczne realizowanie kontroli inspekcji pracy, jak i na wdrażanie w życie decyzji wydawanych przez PIP stwierdzających istnienie stosunku pracy” – mówiła ministra Agnieszka Dziemianowicz-Bąk. Wymiana danych ma się odbywać w formie cyfrowej i w możliwie dużym stopniu w sposób automatyczny, aby zapewnić sprawne funkcjonowanie wszystkich instytucji. Oprócz głównego Inspektora Pracy Marcina Staneckiego, w spotkaniu Zespołu wzięli udział m.in. Prezes ZUS Zbigniew Derdziuk, przedstawiciele Rady Ochrony Pracy, Krajowej Administracji Skarbowej oraz eksperci i ekspertki Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.

Ostatecznie projekt Ustawy o zmianie ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy oraz niektórych innych ustaw został złożony przez Ministerstwo do dalszego procedowania z datą 1 września 2025 r. Nie powinno nikogo dziwić, że ministerialna, czyli rządowa reforma PIP i przygotowanie procedury przekształcania niezgodnych z prawem umów cywilnoprawnych w stosunek pracy przebiegła tak szybko: jest to bowiem realizacja jednego z tzw. kamieni milowych Krajowego Planu Odbudowy, a jej wprowadzenie w życie jest niezbędne nie tylko dla właściwej ochrony pracowników na rynku pracy, ale i dla umożliwienia rządowi dostępu do kolejnych środków z KPO. „Oddolne postulaty organizacji społecznych reprezentujących pracowników PIP” nie zostały – na co liczyło m.in. Stowarzyszenie Inspektorów Pracy RP – uwzględnione.

Jeszcze 10 września b.r. Komisja do Spraw Petycji rozpatrzyła dwie petycje Komisji Krajowej ZZP PIP: nr BKSP-155-X-517/25 – w której postuluje się, by „Pracownikowi Państwowej Inspekcji Pracy, używającemu własnego pojazdu, do celów służbowych, w jazdach lokalnych”, przysługiwało „prawo do zwrotu kosztów związanych z używaniem tych pojazdów do wysokości miesięcznego ryczałtu pieniężnego”; nr BKSP-155-X-518/25 – by „na wniosek pracownika nadzorującego lub wykonującego czynności kontrolne następował zwrot wydatków związanych z parkowaniem pojazdu w zakresie związanym z realizacją czynności służbowych”.

Pierwsza z petycji nie budziła żadnych wątpliwości. Druga wywołała obawy Wicedyrektor Departamentu Prawnego GIP, czy zaplanowany na 2026 r. budżet PIP to udźwignie. Komisja jednak nie podzieliła tych obaw.

Po raz kolejny w sprawach dotyczących pracowników PIP na posiedzeniu zabrakło głosu przedstawiciela petytora. Poseł sprawozdawca obu petycji Robert Warwas z uwagi na zgodne pozytywne opinie Biura Ekspertyz i Oceny Skutków Regulacji rekomendował nadanie im dalszego biegu, a Komisja pozytywnie odniosła się do obu inicjatyw i zdecydowała o wystosowaniu „na cito” dezyderatu do Ministra Rodziny Pracy i Polityki Społecznej z rekomendacją, by tematykę tę ująć w ramach realizowanej nowelizacji ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy. Czy jednak zostaną uwzględnione po złożeniu przez ministerialny Zespół do dalszego procedowania projektu ustawy o zmianie ustawy o PIP?

Ministerstwo pozwoliło na konsultacje jedynie w okresie od 2 do 16 września b.r. W dniach 17 i 19 września Stowarzyszenie Inspektorów Pracy RP przekazało ministrze Pracy, Rodziny i Polityki Społecznej swoją opinię i jej uzupełnienie. Pełna ich treść jest dostępna w linkach na stronie internetowej SIP RP pod wpisem z 28 września: https://www.siprp.pl/

Nic więc dziwnego, że gdy 29 września w siedzibie Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog”, odbyło się posiedzenie Zespołu problemowego ds. prawa pracy Rady Dialogu Społecznego w celu omówienia projektu ustawy o zmianie ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy oraz niektórych innych ustaw (UD283) z udziałem przedstawicieli MRPiPS i Głównego Inspektora Pracy, przewodniczący mu Jacek Męcina z Konfederacji Lewiatan zapowiedział, że przekaże Ministerstwu apel strony społecznej dotyczący wydłużenia terminu konsultacji tego projektu oraz potrzeby przeprowadzenia posiedzenia Zespołu problemowego ds. prawa pracy RDS z udziałem strony rządowej, na którym omówione zostaną wątpliwości i wnioski zgłaszane przez partnerów społecznych, a także przedyskutowane zostaną wyniki konsultacji międzyresortowych nad projektem. Takie były wnioski przedstawicieli reprezentatywnych organizacji pracodawców i związków zawodowych o propozycjach MRPiPS zapisanych w projekcie ustawy nowelizującym ustawę o Państwowej Inspekcji Pracy.

Jednym z wątków tych rozmów była propozycja uprawniająca inspektora pracy do wydawania decyzji administracyjnych o przekształceniu umowy cywilnoprawnej w umowę o pracę. – „To nowe uprawnienie inspektorów pracy wiąże się z ogromną odpowiedzialnością za wydawane decyzje. Zdajemy sobie z tego sprawę i będziemy korzystać z proponowanych przez ministerstwo zmian wtedy, gdy będziemy mieli pełne przekonanie, że kontrakt cywilnoprawny narusza powszechnie obowiązujące przepisy. W takim przypadku znaczenie będzie mogło mieć też to, czy został on narzucony niezgodnie z wolą słabszej strony takiej umowy albo gdy podpisała ona taki kontrakt nieświadoma swojej sytuacji prawnej” – podkreśla Marcin Stanecki. – „Nie planujemy kontrolować wszystkich kontraktów i podważać na siłę zasadności ich zawarcia. Będziemy działać rozważnie. Zakładam jednak, że większość naszych kontroli będzie wynikała ze skarg kierowanych do nas przez osoby, którym kontrakt został narzucony i nie miały wyboru podczas podpisywania takiej umowy” – uspokajał M. Stanecki.

W celu opracowania metodologii kontroli prowadzonych na podstawie nowych przepisów Główny Inspektor Pracy powołał zespół złożony z najlepszych inspektorów. Skuteczność działań Państwowej Inspekcji Pracy ma zwiększyć przewidziana w projekcie możliwość dostępu inspektorów do danych zbieranych przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych i Krajową Administrację Skarbową. Powinno to ułatwić przeprowadzanie tzw. analizy ryzyka, wskazującej te podmioty gospodarcze, w stosunku do których występuje uzasadnione podejrzenie, że prawo nie jest w nich przestrzegane.

– „Jeszcze nie znamy ostatecznego kształtu nowej regulacji, jednak na tyle, na ile to obecnie możliwe, chcemy się przygotować do jej wdrożenia. Zależy mi na tym, aby działania inspektorów pracy korzystających z nowych uprawnień były przejrzyste, w pełni zrozumiałe i akceptowane zarówno przez zleceniobiorców, jak i zleceniodawców. Gdy zmiany nabiorą ostatecznego kształtu, podamy nasze wytyczne dotyczące postępowania w takich sprawach do publicznej wiadomości” – deklarował Marcin Stanecki. – „Przypominam, że już teraz inspektorzy pracy skutecznie zachęcają pracodawców do takich dobrowolnych działań i mamy tu spore sukcesy. Dzięki interwencji Inspekcji Pracy kilka tysięcy osób rocznie dostaje etat i może cieszyć się przywilejami, jakie są z tym związane” – przypomniał Główny Inspektor Pracy.

– „Dyskusja na forum Rady Dialogu Społecznego to bardzo ważny element szerokich konsultacji, jakim podlega obecnie projekt ustawy autorstwa Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, dający inspektorom pracy nowe uprawnienia. Mam nadzieję, że taka analiza zaproponowanych rozwiązań pozwoli na wypracowanie przepisów niebudzących niczyich wątpliwości po ich wejściu w życie” – podkreślił M. Stanecki podczas obrad Zespołu problemowego ds. prawa pracy Rady Dialogu Społecznego.

Roman Adler

Załatwianie połączeń

Załatwianie połączeń

PKP Intercity zapowiada nowe połączenia do małych i średnich miast. Ale na razie po cichu wycofuje się z kolejnych miejscowości.

– „PKP Intercity ma plan wdrożenia nowych tras komunikacyjnych, aby te średnie miejscowości, te małe miejscowości włączyć po wielu latach w cały układ komunikacyjny przewozów dalekobieżnych, połączyć te miejscowości z dużymi aglomeracjami” – ogłosił prezes PKP Intercity Janusz Malinowski na zorganizowanej we wrześniu 2025 r. konferencji prasowej „Kolej dla lokalnych społeczności”. – „Ten plan chcemy wdrażać już od grudnia tego roku i sukcesywnie przez kolejne lata go rozwijać”.

Intercity dla lokalnych społeczności

Głównym tematem konferencji były spalinowo-elektryczne zespoły trakcyjne, które w lipcu 2024 r. spółka PKP Intercity zamówiła w koncernie Newag. Pierwszy z 35 dwunapędowych składów trafić ma do przewoźnika na początku 2027 r., a ostatni ma zostać dostarczony do połowy 2029 r. Umożliwią one uruchomienie połączeń PKP Intercity na nowych trasach, dzięki czemu pociągi dalekobieżne dotrą do Drawska Pomorskiego, Złocieńca, Czaplinka, Czarnego, Człuchowa, Chorzel, Łomży, Ostrołęki, Wyszkowa, Płońska, Raciąża, Działoszyna, Kłobucka i Karpacza.

Zanim zostaną zrealizowane dostawy taboru dwunapędowego, PKP Intercity zwiększy liczbę dzierżawionych od Stowarzyszenia Kolejowych Przewozów Lokalnych składów spalinowych – będą one w nadchodzących latach sukcesywnie zastępowane dostarczanymi przez Newag składami spalinowo-elektrycznymi. Składy dzierżawione od SKPL w czerwcu 2026 r. wyruszą na trasę Warszawa – Ostrołęka – Łomża, a już od grudnia 2025 r. obsłużą nowe szybkie pociągi relacji Gorzów Wielkopolski – Poznań. Pokonanie tej 143-kilometrowej trasy zajmie im tylko około półtorej godziny. Prezes PKP Intercity ogłosił, że uruchomienie dodatkowych połączeń z Gorzowa Wielkopolskiego do Poznania rozpocznie wdrażanie planu zaprezentowanego na konferencji „Kolej dla lokalnych społeczności”, ale wraz z przypadającą na połowę grudnia 2025 r. zmianą rocznego rozkładu jazdy pociągi nie pojawią się w ani jednym mieście, które obecnie nie jest obsługiwane przez PKP Intercity. Co więcej, kilka miejscowości straci połączenia dalekobieżne.

Odwrót z Żar i Żagania

W połowie grudnia 2025 r. pociąg InterCity „Mehoffer” przestanie kursować trasą Zielona Góra – Żary – Żagań – Chojnów – Legnica – Wrocław – Opole – Katowice – Kraków – Rzeszów – Przemyśl. Tym samym PKP Intercity całkowicie wycofuje się z południowej części województwa lubuskiego: z mapy połączeń dalekobieżnych znikną Żary (35 tys. mieszkańców) i Żagań (23 tys.), a także Małomice (3 tys.) i Nowogród Bobrzański (5 tys.). Przez te miasta pociąg PKP Intercity zaczął kursować w 2019 r. – jego uruchomienie było częścią rozpoczętej za rządów Prawa i Sprawiedliwości polityki trasowania pojedynczych pociągów PKP Intercity liniami niezelektryfikowanymi w celu zapewnienia połączeń dalekobieżnych mieszkańcom miast, przez które nie biegną główne magistrale. Od 2016 r. pociągi PKP Intercity obsługują Starogard Gdański, Czarną Wodę, Czersk, Chojnice, Złotów, Krajenkę, Wałcz, Tuczno, Kalisz Pomorski, Recz, od 2017 r. Werbkowice, Hrubieszów, od 2020 r. Głogówek, Prudnik, Nysę, Otmuchów, Paczków, Ząbkowice Śląskie, Dzierżoniów, Świdnicę, od 2021 r. Sztum, Kwidzyn, Grudziądz, Brodnicę, Rypin, Sierpc, Hajnówkę, Bielsk Podlaski, a od 2023 r. Nową Rudę i Jedlinę-Zdrój.

Choć na konferencji „Kolej dla lokalnych społeczności” ogłoszono, że Ministerstwo Infrastruktury i PKP Intercity przystępują do rozbudowy sieci połączeń o małe i średnie miasta, to wycofanie pociągu z Żar i Żagania stanowić będzie pierwszy odwrót od dotychczasowej polityki doprowadzania połączeń dalekobieżnych do kolejnych miejscowości.

Skomunikować słabo skomunikowane

„Komunikacyjne odcięcie całego regionu od systemu połączeń PKP Intercity” – tak o wycofaniu pociągu InterCity „Mehoffer” napisała w interpelacji do Ministerstwa Infrastruktury Maja Nowak, posłanka Polski 2050 z województwa lubuskiego, apelując o zachowanie połączenia dalekobieżnego obsługującego powiaty żarski i żagański.

„Na odcinku Zielona Góra – Wrocław przez Żagań i Żary notuje się niską frekwencję” – odpisał wiceminister infrastruktury Piotr Malepszak. – „Wartym podkreślenia jest również fakt, iż czas przejazdu pociągu InterCity »Mehoffer« z Wrocławia do Żar jest dłuższy niż pociągiem regionalnym”.

Rzeczywiście, odcinek z Wrocławia do Żar pociąg PKP Intercity pokonuje w 2 godz. 22 min., a więc dłużej niż pociągi Kolei Dolnośląskich, którym pokonanie tego odcinka zajmuje od 2 godz. 1 min. do 2 godz. 11 min. Dłuższy czas jazdy pociągu InterCity „Mehoffer” wynika z tego, że skład ten od Wrocławia prowadzony jest lokomotywą spalinową SU4220, która rozpędza się tylko do 90 km/h i przez to nie wykorzystuje parametrów odcinka Wrocław – Legnica – Chojnów, na którym możliwe jest osiąganie prędkości 160 km/h.

Choć ministerstwo przekonuje, że w Żarach i Żaganiu odnotowywana jest niska frekwencja, to w tych dwóch miastach z połączenia PKP Intercity korzysta kilkudziesięciu pasażerów dziennie. Na przykład w niedzielę 21 września 2025 r. z pociągu relacji Przemyśl – Zielona Góra wysiadło w Żaganiu 31 osób, a w Żarach 19 osób. Z kolei w piątek 26 września 2025 r. do pociągu relacji Zielona Góra – Przemyśl wsiadło w Żarach 66 osób, a w Żaganiu 16 osób.

Przewagą pociągu InterCity „Mehoffer” nad połączeniami regionalnymi jest to, że umożliwia mieszkańcom powiatów żarskiego i żagańskiego bezpośrednią podróż do szeregu miast południowej Polski: Opola, Gliwic, Katowic, Krakowa, Tarnowa, Rzeszowa i Przemyśla.

Resort infrastruktury w odpowiedzi na interpelację Mai Nowak wskazał, że po likwidacji pociągu InterCity „Mehoffer” mieszkańcy Żar i Żagania będą mogli pojechać pociągami regionalnymi do Wrocławia lub Zielonej Góry i tam przesiąść się do pociągów PKP Intercity. „Przesiadki stanowią nieodłączny element funkcjonowania publicznego systemu transportowego” – oznajmił wiceminister Malepszak. Nieco kłóci się to z tym, na co zwracano uwagę na konferencji „Kolej dla lokalnych społeczności”. – „Chcemy regiony słabo skomunikowane skomunikować z dużymi aglomeracjami. Często to będą trasy przez cały kraj” – mówił prezes PKP Intercity Janusz Malinowski, a wiceminister infrastruktury Piotr Malepszak wskazując na efekty, jakie przyniesie rozszerzenie floty tej spółki o składy spalinowo-elektryczne i skierowanie ich na trasy dotąd nieobsługiwane przez pociągi dalekobieżne, wymieniał: „Czas przejazdu, bogata oferta, bezpośrednie połączenia do dużych miast, czego dotychczas nie było”.

„Resort dostrzega potencjał przewozowy Żar i Żagania w ruchu dalekobieżnym oraz brak dobrej oferty przewozowej z tego regionu” – zapewnił Malepszak w odpowiedzi udzielonej na trzy miesiące przed zlikwidowaniem jedynego połączenia dalekobieżnego obsługującego południową część województwa lubuskiego. Posłanka Maja Nowak musiała czekać na odpowiedź aż 45 dni, mimo że – zgodnie z konstytucją – ministerstwa muszą odpowiedzieć na interpelację w ciągu 21 dni. Choć resort wstrzymywał się z wysłaniem odpowiedzi aż do dnia konferencji „Kolej dla lokalnych społeczności”, to nie przedstawiono na niej żadnych planów dla Żar i Żagania.

PKP Intercity nie zatrzymuje się

Na konferencji nie pochwalono się też tym, że w grudniu 2025 r. kolejne miasta stracą postoje pociągów PKP Intercity.

Pociągi dalekobieżne przestaną stawać w Suchedniowie – 7 tys. mieszkańców tego świętokrzyskiego miasta straci bezpośredni dojazd do Gdańska, Olsztyna, Białegostoku, Warszawy, Lublina, Katowic, Częstochowy czy Wrocławia, a także 13 z 16 dziennie pociągów do Krakowa (w tej relacji zostaną tylko trzy pociągi Polregio).

Z mapy połączeń dalekobieżnych zniknie stacja Nasielsk na północnym Mazowszu. Nasielsk od kilku lat dotknięty jest taktyką salami – przy kolejnych zmianach rozkładu jazdy stopniowo zmniejszano liczbę stających tu pociągów. W 2022 r. na stacji Nasielsk dziennie zatrzymywało się 10 pociągów PKP Intercity, w 2023 r. osiem, w 2024 r. pięć, a obecnie już tylko trzy pociągi dziennie. Od połowy grudnia 2025 r. na stacji Nasielsk nie zatrzyma się już ani jeden pociąg PKP Intercity. Pociągi dalekobieżne nie zatrzymają się też w liczącym 7 tys. mieszkańców Barczewie między Olsztynem a Kętrzynem.

Stacji Barczewo, Nasielsk i Suchedniów nie będzie w rozkładzie jazdy PKP Intercity, mimo że plan transportowy Ministerstwa Infrastruktury wskazuje je jako miejsca zatrzymywania się pociągów dalekobieżnych. Ponadto od grudnia 2025 r. ani jeden pociąg PKP Intercity nie stanie już w Sobolewie na linii Warszawa – Lublin.

Będzie to kolejna fala wykreślania postojów z rozkładu jazdy PKP Intercity. Od grudnia 2024 r. pociągi przewoźnika nie stają w Janowicach Wielkich, Bardzie, Gorzkowicach i Trawnikach, jak również na wskazanych w ministerialnym planie transportowym stacjach Pyskowice, Środa Śląska i Bytom Odrzański.

Podczas konferencji „Kolej dla lokalnych społeczności” zapytaliśmy wiceministra Piotra Malepszaka, dlaczego rezygnuje się z postojów pociągów PKP Intercity w kolejnych miejscowościach – także tych wskazanych w planie transportowym. Odparł, że chodzi o podzielenie się rynkiem z przewoźnikami regionalnymi: „Nie będziemy zabierać im klientów. Mamy dzisiaj takie przykłady, że Koleje Wielkopolskie, Koleje Mazowieckie, Koleje Dolnośląskie wysyłają pisma do ministerstwa, wysyłają do wiadomości PKP Intercity, że tysiące pasażerów jest, mówiąc wprost, zabieranych przez zatrzymywanie się pociągów dalekobieżnych”.

Polityka postojowa

W grudniu 2024 r. pociągi PKP Intercity przestały zatrzymywać się w wielkopolskim Zbąszyniu, ale już po trzech miesiącach postoje zostały tu przywrócone – apelował o to burmistrz miasta Tomasz Kurasiński. W odpowiedzi na jego pismo dyrektor biura rozkładu jazdy PKP Intercity Krzysztof Krasowski oznajmił: „Decyzję o zakończeniu obsługi stacji Zbąszyń podjął organizator przewozów tj. Ministerstwo Infrastruktury. Po ogłoszeniu nowego rozkładu jazdy Ministerstwo Infrastruktury zmieniło swoją decyzję. Połączenia zostaną przywrócone od 9 marca 2025 r.”.

Ministerstwo zmieniło decyzję, gdy w obronę postojów w Zbąszyniu zaangażował się poseł Jakub Rutnicki, jedynka Koalicji Obywatelskiej z północno-zachodniej Wielkopolski. Na złożoną przez niego interpelację resort odpowiedział po sześciu dniach: „W wyniku prowadzonych prac konstrukcyjnych nad rozkładem jazdy pociągów 2024/2025 został usunięty postój dla pociągów dalekobieżnych na stacji Zbąszyń” – tłumaczył Piotr Malepszak. – „Mając jednak na uwadze istotną rolę, jaką postój pełni dla lokalnej społeczności, planowane jest jego przywrócenie od 9 marca 2025 r. Z uwagi na uwarunkowania techniczne i zarządzenie rozkładu jazdy nie jest możliwa realizacja złożonego postulatu we wcześniejszym terminie”.

W grudniu 2024 r. postoje pociągów PKP Intercity stracił też Maków Podhalański. W marcu 2025 r. – po protestach lokalnej społeczności – przywrócono postoje dwóch pociągów TLK („Lubomirski” Zakopane – Kołobrzeg i „Małopolska” Zakopane – Gdynia). Od połowy grudnia 2025 r. w Makowie Podhalańskim znów będą stawać wszystkie jadące przez to miasto pociągi InterCity i TLK. W sprawę włączyła się wicemarszałek sejmu Dorota Niedziela z Koalicji Obywatelskiej – przyjęła ona w Warszawie delegację z Makowa Podhalańskiego z burmistrzem Michałem Surmiakiem na czele, a także zorganizowała spotkanie z prezesem PKP Intercity.

Najskuteczniejszym orężem lokalnych społeczności w walce o połączenia dalekobieżne okazuje się wsparcie polityka partii rządzącej.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 6/139 listopad-grudzień 2025)
https://www.zbs.net.pl. Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Karol Trammer.

Koniec języka polityki?

Koniec języka polityki?

W moim przeczuciu mamy coraz większą trudność w opisywaniu polityki za pomocą języka. Tak w ogóle. Moją hipotezą jest to, że kończy nam się język, a razem z nim kończy się pewien sposób myślenia o świecie. Słowa, których używamy – lewica, prawica, centrum, frakcja, partia, lider – pochodzą z początku XX wieku. Powstały w czasach, gdy świat był ciągły i płaski, klasy miały granice, a ta czy inna wspólnota była czymś, co dało się opisać jednym zdaniem.

Język ma znaczenie

Nie wiem, czy tylko mnie te słowa brzmią jak relikty z innej epoki. Nadal ich używamy, ale one już coraz mniej wyjaśniają. Dlaczego to wyzwanie w sensie analitycznym? Bo zasadniczo myślimy tymi samymi strukturami, którymi mówimy. Bardzo trudno wymyślić nam coś nowego, czego nie da się opisać słowami. W myśleniu odruchowo grawitujemy do określeń, których znaczenie znamy. A jeśli język nie nadąża za rzeczywistością, to przestajemy być w stanie ją przetworzyć, przeanalizować i zrozumieć.

Podział na prawicę i lewicę przestał mieć znaczenie ideowo-społeczne, a zaczął być definiowany na podstawie stosunku do przeszłości, czyli do PRL i Kościoła. Zamiast sporów o przyszłość, zaczęliśmy toczyć spory o interpretację przeszłości. Zamiast mówić o tym, dokąd chcemy iść, mówimy o tym, kto miał rację trzydzieści czy pięćdziesiąt lat temu. W ten sposób język polityki zamienił się w język pamięci. To już nie język wizji, lecz język tożsamości. W efekcie polityka przestała być projektem, a stała się rytuałem potwierdzania, kim jesteśmy i skąd pochodzimy.

Co ciekawe, sami politycy już dawno porzucili ten stary słownik. Rzadko kto mówi dziś o sobie jako o „lewicy”, „prawicy” czy centrum. Zamiast tego pojawiły się nowe, bardziej pojemne i emocjonalne etykiety: „obóz patriotyczny” czy „siły demokratyczne” albo „obóz normalności”. To już nie są kategorie ideowe, lecz marketingowe. Nie opisują kierunku myślenia, tylko przynależność emocjonalną.

A jednak większość komentatorów, mediów i analityków wciąż próbuje interpretować politykę w dawnych ramach. Wciąż rysują mapy z osiami lewica–prawica, mimo że sami uczestnicy gry politycznej już dawno zeszli z tej planszy. W efekcie analizujemy coś, czego już nie ma – jakbyśmy opisywali ruchy kontynentów według map sprzed ery geologicznej, która dawno minęła.

Jedyny widoczny południk

Jedyną wyraźną osią, jaka dziś pozostała w polskiej polityce, jest ta rozpięta pomiędzy PO a PiS, ten południk dzielący Polskę. Ale to przecież nic nowego – korzenie tego podziału sięgają sporu między PC a UW, a jeszcze wcześniej tzw. wojny na górze z początku lat dziewięćdziesiątych. Od tamtej pory polska scena polityczna obraca się wokół tych samych emocji, nazwisk i wspomnień. To już nie konflikt programów, lecz przedłużony personalny spór pomiędzy Jarosławem Kaczyńskim a Donaldem Tuskiem.

Dwie biografie, dwa temperamenty, dwie narracje o Polsce, które przez lata działały jak dwa pola grawitacyjne przyciągające wszystko wokół siebie. Partie, media, elektoraty i przystawki. I choć czas mija, układ ten wciąż determinuje ruchy wszystkich pozostałych ciał na scenie politycznej. To znaczy: dotychczas determinował.

Dziś widać, że energia tego układu się wyczerpuje. Te same postaci, te same emocje, te same narracje – odtwarzane w nieskończoność jak stary film puszczany w kółko. Wszyscy znamy jego zakończenie, ale i tak siedzimy w kinie. Zmieniają się dekoracje, ale historia wciąż ta sama. I może właśnie dlatego rośnie znużenie – nie tylko polityką, ale samym sposobem jej opowiadania.

Bo zużył się też sam język, którym ta historia była opowiadana. Słowa, które kiedyś miały moc – „zdrada”, „patriotyzm”, „liberalizm”, „solidarność” – z czasem straciły ciężar. Stały się pustymi znakami, które można dowolnie przestawiać w zdaniach, zależnie od potrzeb chwili. Przestały znaczyć. Nie opisują już rzeczywistości, tylko mają wywołać reakcję: wzruszenie, oburzenie, lojalność. Ten język nie służy już do rozumienia świata, lecz do mobilizowania swoich. Ale z tym też lepsze jutro było wczoraj. Dlatego coraz trudniej w nim powiedzieć coś prawdziwego – bo każde słowo natychmiast zostaje wciągnięte w stary konflikt i traci sens, zanim zdąży wybrzmieć.

Małymi krokami idzie nowe

Może dlatego właśnie największe emocje budzą dziś politycy spoza głównego układu – tacy jak Braun, Mentzen czy Zandberg. Każdy z nich, w zupełnie inny sposób, szuka nowego języka. Brauna napędza mesjanistyczny ton i apokaliptyczne metafory, Mentzen gra językiem rynkowym i ironicznym, a Zandberg odwołuje się do języka równości i wrażliwości społecznej. Łączy ich to, że próbują mówić do ludzi, ale nie są echem starych opowieści. Szukają słów, które znów coś znaczą, które budzą emocje, a nie tylko przywołują zakurzoną historię. I choć każdy z nich robi to inaczej – czasem radykalnie, czasem prowokacyjnie – to właśnie w tych poszukiwaniach widać, że dotychczasowy język polityki się wypalił.

Często słyszymy, że Platforma pilnuje swojej lewej strony, a PiS prawej. Nic bardziej mylnego. Nie ma już ani lewej, ani prawej strony – są tylko granice istniejącego układu. W rzeczywistości obie partie pilnują tego samego: żeby nikt nowy nie opowiedział Polski w innym języku. Żeby nie pojawił się ktoś, kto nazwie świat inaczej, poza ich słownikiem i poza ich logiką. Bo nowy język to zawsze zagrożenie – unieważnia stare podziały i odbiera władzę tym, którzy z nich żyją. Dlatego w tej polityce nie chodzi już o spór, ale o kontrolę narracji. O to, by nikt nie napisał nowego rozdziału.

Myślenie, że te partie i ugrupowania czy ich liderzy reprezentują jakichś konkretnych ludzi, grupy społeczne czy elektoraty, jest z gruntu mylne. Ten świat tak już nie działa. Dzisiejsza polityka nie opiera się na reprezentacji, lecz na rezonansie emocji. Politycy nie reprezentują już zawodów, klas ani środowisk – reprezentują nastroje: lęk, złość, zmęczenie, potrzebę przynależności. W tym sensie nowi aktorzy sceny, ci spoza głównego układu, są bardziej symptomem niż alternatywą. Nie niosą programu, ale emocjonalny ładunek. Nie obiecują rozwiązań, lecz ulgę. Polityka przestała być zwierciadłem społeczeństwa, a stała się jego głośnikiem.

To jest historia o samotności

Jeśli miałbym szukać źródła tego wszystkiego, postawiłbym na naszą rosnącą samotność. Z naszymi emocjami zostaliśmy sami, bo po prostu jesteśmy sami. I nawet nie chodzi o to, że nie możemy się nimi z kimś podzielić, żeby ktoś je wziął za swoje. Często nie mamy nawet komu ich opowiedzieć, żeby samemu je usłyszeć, nazwać, zrozumieć i przetworzyć. A emocja, której nie można wypowiedzieć, nie znika – ona szuka ujścia. Więc szukamy miejsc, które te emocje przyjmą za nas. Nasza polityka staje się zbiorowym wentylem dla tego, czego nie możemy przeprocesować sami.

W ten sposób polityka stała się formą emocjonalnej opieki zastępczej. Partie nie wychowują już obywateli, nie uczą odpowiedzialności ani nawet myślenia wspólnotowego. One tylko reagują na krzyk. Na potrzebę, żeby ktoś nas zauważył, wysłuchał, potwierdził, że mamy rację. Jak rodzice, którzy przestali wychowywać, a zaczęli nagradzać za głośność. I tak powstał system, w którym nie ma już idei, są tylko emocje krążące w zamkniętym obiegu. Krzyk, echo i poczucie, że ktoś nas słyszy – nawet jeśli nikt naprawdę nie słucha.

Paradoksalnie, coś jednak dziś łączy Brauna, Zandberga i Mentzena. To nie programy ani wartości, lecz antysystemowość – wspólne przekonanie, że obecny porządek trzeba przerwać, zburzyć lub przynajmniej podważyć. Każdy z nich robi to innym językiem i z innych powodów, ale źródło jest podobne: intuicja, że system się wypalił, że nie działa ani instytucjonalnie, ani emocjonalnie. W świecie, w którym polityka przestała odpowiadać na ludzkie potrzeby, antysystemowość staje się nową formą bliskości. Nie chodzi już o zmianę systemu, tylko o bycie przeciwko niemu. Bo w świecie samotnych ludzi sprzeciw to często jedyny sposób, żeby poczuć wspólnotę.

Antysystemowość jako siła odśrodkowa

Każdy z nich walczy z innym systemem. Braun – z systemem nowoczesności, który jego zdaniem odciął człowieka od Boga, tradycji i hierarchii. Jego bunt jest metafizyczny – przeciw światu, który przestał być święty. Mentzen – z systemem biurokratycznym i fiskalnym, który dławi przedsiębiorczość i nagradza zależność od państwa. To bunt liberalny, ekonomiczny, ubrany w język racjonalności, ale napędzany złością na bezsilność wobec instytucji. Zandberg – z systemem nierówności i wykluczenia, który w jego oczach uczynił społeczeństwo polem wyzysku i pozornej wolności. To bunt społeczny, oparty na empatii i poczuciu niesprawiedliwości. Trzy różne walki, trzy różne narracje, ale wspólne doświadczenie: poczucie, że świat, jaki odziedziczyliśmy po transformacji, już nie daje sensu.

Do każdego z nich grawitują ludzie wkurzeni. Nie tyle na konkretną władzę, ile na swoje miejsce w świecie – a raczej na jego brak. To ludzie, którzy czują, że w tym systemie nie mają już gdzie stanąć: nie są ani przegrani, ani zwycięzcy, po prostu zawieszeni. Mają pracę, ale bez poczucia wpływu. Mają głos, ale nikt go nie słyszy. Mają wolność, ale nie wiedzą, co z nią zrobić. Ich gniew nie jest ideowy – jest egzystencjalny. Wynika z poczucia niewidzialności, z tego, że świat się przesunął, a oni zostali w miejscu. Dlatego nie szukają już programu ani rozwiązań, lecy kogoś, kto nazwie ich emocje i powie, że to, co czują, ma sens.

Dlatego ideologie stały się dziś raczej wymówkami niż drogowskazami. Nie wyjaśniają świata, lecz pozwalają zrzucić z siebie jego ciężar. Dlaczego żyje nam się tak, jak się żyje? Bo Żydzi, bo kapitaliści, bo komuniści, bo Unia, bo korporacje, bo LGBT, bo globaliści. Zamiast zrozumienia – mamy gotowe winy. Zamiast języka analizy – język oskarżenia. Każda z tych opowieści działa jak bezpiecznik: pozwala poczuć sens w chaosie, nawet jeśli ten sens jest fałszywy. I właśnie dlatego ruchy antysystemowe rosną – bo oferują coś, czego brakuje w złożonym świecie: proste wytłumaczenie.

Ale to nie znaczy, że nic większego się z tych ruchów nie wykluje. Wręcz przeciwnie – właśnie w takich emocjach rodzą się nowe idee i języki. Jednak na razie to ludzie, którzy najłatwiej wyrywają się z pola grawitacyjnego dwóch wielkich mas – PO i PiS. Ich energia jest jeszcze chaotyczna, nieukształtowana, czasem autodestrukcyjna, ale właśnie dlatego tak silna. Bo nie jest obliczona na władzę, tylko na ucieczkę. To energia odśrodkowa – emocjonalny impet ludzi, którzy nie chcą już krążyć po tych samych orbitach, w tym samym systemie, wciąż wokół tych samych nazwisk i historii.

Chmura gazów i pyłów

Jeśli te dwa pola grawitacyjne naprawdę osłabną i układ w końcu pęknie, dopiero wtedy zobaczymy, co z tej energii zostanie. Czy powstanie coś nowego i trwałego, czy tylko rozpadnie się, nie zostawiając nic w zamian. Bo gniew i sprzeciw są jak zapłon – potrafią uruchomić ruch, ale nie utrzymają go długo. W pewnym momencie potrzebny jest język, który łączy, a nie tylko rozsadza. Nowy porządek zawsze zaczyna się od emocji, ale przetrwa tylko wtedy, gdy z emocji powstanie sens. I może właśnie tego dziś najbardziej brakuje – nie nowej partii, tylko nowego języka, który pozwoliłby nam na nowo opowiedzieć, kim jesteśmy i dokąd chcemy iść. Ale to wcale nic pewnego.

Bo może być też tak, że czeka nas długi okres entropii – czas, w którym świat polityki straci swój środek i symetrię. Układ dwóch mas przestanie istnieć, ale nie pojawi się żadna nowa siła, która potrafiłaby nadać kierunek. Zostanie tylko obłok gazu i asteroidów – luźnych, dryfujących po przestrzeni emocji, opinii i sprzecznych narracji. Każda z nich będzie miała swoją grawitację, ale żadna nie stworzy już planety. I może to właśnie będzie nasza nowa epoka: polityka rozproszona jak pył kosmiczny, w której wszystko się porusza, ale nic już nie krąży wokół wspólnego środka.

Jeżeli jednak miałbym prognozować, to powiedziałbym, że jednak nowe uformuje się jak zawsze. Wokół dwóch sił, które już znamy. Z jednej strony – wokół starych pieniędzy, które jak zawsze przetrwają każdą zmianę ustroju i potrafią dostosować się do każdej narracji. Z drugiej – wokół zupełnie nowego języka, który dopiero się rodzi, jeszcze bez formy i reguł, ale z energią, która może zastąpić stary porządek słów. I może właśnie tam, między kapitałem a słowem, pomiędzy tym, co materialne a tym, co znaczące, zacznie się budować kolejny układ świata. Jest to pewna szansa. Już wyjaśniam dlaczego.

Gospodarka źle zaprojektowana

Ten stary porządek, ciągnący się jeszcze z lat dziewięćdziesiątych, miał jeden poważny efekt uboczny. W dużej mierze wciąż żyjemy w układzie gospodarczym, w który weszliśmy wtedy – z jego logiką taniej pracy, zagranicznego kapitału i ciągłego nadrabiania. Politycznie jechaliśmy różnymi drogami w różnych czasach, ale wciąż tak samo głębokimi koleinami. Nie mieliśmy momentu, w którym naprawdę moglibyśmy gospodarczo wymyślić się na nowo. Zmieniały się partie, hasła i budżety, ale fundament pozostał ten sam: być użytecznym dla cudzej gospodarki. Dlatego polityka przez lata mogła się zmieniać w słowach, a kraj w rzeczywistości pozostawał w tym samym miejscu.

Efekt jest paradoksalny. Mamy jeden z największych wzrostów gospodarczych w Europie w ciągu ostatnich trzydziestu lat – i jednocześnie jedno z największych rozwarstwień społecznych. Powstał kraj, który rośnie w liczbach, ale nie dla wszystkich lepszy w doświadczeniu codzienności. Średnia zamożność się zwiększyła, lecz poczucie bezpieczeństwa i sprawczości – niekoniecznie. Nie wiadomo, czy dało się to zrobić inaczej, czy może tak właśnie wygląda cena przyspieszenia, bo przecież Rumunia i Irlandia mają podobnie. Ale to już temat na inny tekst.

Może to nawet dobrze, że Zandberg i Mentzen sprawiają wrażenie, jakby pochodzili z zupełnie różnych kierunków, a Braun – jakby teleportował się z innego wymiaru. Bo być może właśnie w tym chaosie jest nasza szansa. Może potrzebujemy teraz właśnie takiego rozproszenia, żeby na nowo znaleźć równowagę. Żeby zderzenie skrajnych wizji pozwoliło nam zbudować coś w rodzaju nowej stabilizacji – nie opartej na jednym układzie, ale na napięciu między różnymi językami. Bo może dopiero z takiego zderzenia wyłoni się coś, co naprawdę zacznie opisywać świat, w którym żyjemy dziś, a nie ten, który pamiętamy sprzed trzydziestu lat.

Na koniec: „Granice mojego języka są granicami mojego świata” – Ludwig Wittgenstein

Od tego zdania wszystko się właściwie zaczyna. Bo jeśli nasz język się kończy, to kończy się też świat, który umiemy opisać. Polityka nie jest tu wyjątkiem – przeciwnie, to ona najboleśniej ujawnia, że zabrakło nam słów. A jeśli nie mamy nowych słów, nie mamy też nowych myśli. I właśnie dlatego polityka coraz częściej przypomina powtarzanie w kółko tego samego zdania, w którym ktoś kiedyś zapomniał postawić kropkę. I teraz kręci się ono zapętlone w kółko.

Nowe idee nie rodzą się w programach ani w gabinetach – rodzą się w słowach, których jeszcze nie umiemy dobrze wypowiedzieć. W nieporadnych próbach nazwania rzeczy na nowo, w pomyłkach, w memach, w ironii, w gniewie i w milczeniu też. Ten język dopiero się składa, czasem niegramatycznie, często zbyt emocjonalnie, ale to w nim tli się coś żywego. Stary język polityki mówił o państwie, władzy i porządku wyobrażonym. Nowy – jeśli się narodzi – chciałbym wierzyć, że będzie mówił o emocjach, bliskości i sprawczości.

Może to właśnie ten moment, żeby mówić i pisać ile sił. Nie po to, żeby mieć rację, ale żeby znów nauczyć się słuchać własnych słów. Żeby próbować, mylić się, tworzyć nowe znaczenia, zanim świat ostatecznie ucichnie w szumie. Bo język nie odnawia się sam z siebie – ktoś musi go wypowiedzieć na nowo. Może więc warto mówić, nawet jeśli nie wiemy jeszcze, jak. Bo przecież na początku było Słowo.

Jakub Wojtakajtis

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Alexandra_Koch from Pixabay

Burmistrz przeciw UNESCO

Burmistrz przeciw UNESCO

Burmistrz gminy i miasta Ćmielów (woj. świętokrzyskie), Joanna Suska, ogłosiła w lokalnych mediach, że zarządzanej przez nią gminie grozi likwidacja. Według pani burmistrz powodem likwidacji gminy ma być istnienie Rudzkiego Parku Kulturowego, który powołała Rada Gminy Ćmielów w czasie, gdy burmistrzem była ta sama Joanna Suska. Rudzki Park Kulturowy (RPK) został powołany jako skutek zobowiązania się państwa do należytej ochrony obiektu światowego dziedzictwa UNESCO – Krzemionkowskiego Regionu Pradziejowego Górnictwa Krzemienia Pasiastego. W tle historii są inwestorzy i pomysł na uprzemysłowienie gminy poprzez realizację przedsięwzięć mogących doprowadzić do utraty statusu UNESCO przez ww. region. Światowy Komitet UNESCO stale monitoruje proces wprowadzenia właściwych form ochrony w otoczeniu dobra, w tym powołania i utrzymania parku kulturowego.

Krzemionki uzyskały status dobra UNESCO w 2019 roku. Są jedynym polskim obiektem tej rangi, chroniąc wartości archeologiczne unikalne w skali świata. To najlepiej zachowany i największy zespół pradziejowych kopalni krzemienia pasiastego na świecie. Status obiektu UNESCO nie daje jednak żadnej ochrony w polskim systemie prawnym. Krzemionki będące największym komponentem zespołu to także w części rezerwat przyrody „Krzemionki Opatowskie”, obszar Natura 2000 Krzemionki, zabytek archeologiczny i Pomnik Historii ustanowiony przez Prezydenta RP.

Cały region krzemionkowski składa się z czterech komponentów oddalonych od siebie o kilka, kilkanaście kilometrów (Krzemionki, Korycizna, Borownia, Gawroniec). Zawiera on pola górnicze, ośrodki przetwórstwa krzemienia pasiastego i osadę neolityczną, stanowiąc tym samym jedyny taki zespół na świecie. Region krzemionkowski jako całość to obiekt tej rangi, co piramidy egipskie lub Stonehenge. Poszczególne komponenty UNESCO oddzielone są od siebie obszarami wiejskimi i rolniczymi oraz drogami. Zachowały się tutaj zabytkowe układy urbanistyczne i ruralistyczne oraz liczne obiekty historyczne, archeologiczne i architektoniczne, tworzące ciekawy i warty ochrony krajobraz kulturowy. Elementem krajobrazu przyrodniczego, który oddziela od siebie komponenty UNESCO jest rzeka Kamienna ze swoją doliną, objęta ochroną jako obszar Natura 2000 Dolina Kamiennej. W okolicy znajdują się inne rezerwaty przyrody. Cały ten system przyrodniczo-kulturowych powiązań i zależności jest jedną z dwóch największych wartości województwa świętokrzyskiego (obok Świętokrzyskiego Parku Narodowego) i jednym z najważniejszych i najcenniejszych w Polsce, ale też w Europie.

Aby zapewnić, przynajmniej po części, ochronę otoczenia dwóch komponentów: Krzemionek i Borowni, wywiązując się tym samym (również częściowo) z deklaracji złożonej Światowemu Komitetowi UNESCO, powstał Rudzki Park Kulturowy. Park kulturowy jest ustawową formą ochrony zabytków. RPK został powołany uchwałą Rady Gminy Ćmielów w 2023 roku. Zgodnie z tą uchwałą, RPK powołuje się dla ochrony dziedzictwa kulturowego, historycznego oraz walorów przyrodniczo-krajobrazowych doliny rzeki Kamiennej. W jego granicach wprowadzono zakazy między innymi tworzenia kopalń, wielkoobszarowych farm fotowoltaicznych i składowisk odpadów.

Pierwotnie w proces powołania parku kulturowego były zaangażowane władze gmin Bodzechów, Ćmielów i Ożarów. Podpisały one list intencyjny w tej sprawie, który Komitet Światowy uznał za deklarację wystarczającą dla podniesienia regionu krzemionkowskiego do rangi dobra UNESCO. Gminy Bodzechów i Ożarów nie podjęły działań w celu powołania parków na swoich terenach, zatem RPK stanowi jedyną z wprowadzonych zgodnie z deklaracjami formę ochrony, będąc przy tym tylko częścią pierwotnie postulowanego obszaru chronionego.

Uchwałą Rady Gminy Ćmielów RPK został zniesiony w marcu 2025 roku. Uchwałę znoszącą RPK uchylił wojewoda świętokrzyski jako pozbawioną podstaw prawnych. Jego stanowisko podtrzymał Wojewódzki Sąd Administracyjny. Ćmielowska rada złożyła o kasację wyroku WSA do NSA. Jest prawdopodobne, że rada z panią burmistrz podejmą kolejną próbę likwidacji RPK.

Przynajmniej od 2019 roku trwają spory administracyjne z jednej strony pomiędzy inwestorami a gminą, a z drugiej pomiędzy społecznością lokalną, organizacjami pozarządowymi i Muzeum Historyczno-Archeologicznym w Ostrowcu Świętokrzyskim (opiekującym się bezpośrednio obiektem UNESCO). Do tej pory w bezpośrednim sąsiedztwie UNESCO i rezerwatu planowano utworzenie kopalni wapienia o powierzchni ponad 100 ha (pisałem o tym: https://obywatel3.macmas.pl/2020/10/25/swiatowy-obiekt-unesco-zagrozony-budowa-kopalni/) oraz wielkoobszarowych farm fotowoltaicznych z magazynami energii. W sprawie inwazyjnych inwestycji procedowano łącznie kilkanaście wniosków. Jak dotąd wszystkie te inwestycje nie doszły do skutku. Stało się tak dzięki współpracy Muzeum, społeczności lokalnej, organizacji pozarządowych i niektórych samorządowców oraz posłów. Ważną rolę odegrał Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska w Kielcach, nie uzgadniając możliwości realizacji inwestycji tak inwazyjnych wobec zabytków kultury i wartości przyrodniczych.

Presja inwestycyjna ciągle trwa i składane są kolejne wnioski. Inwestorzy są nieustępliwi, mimo kolejnych porażek. Skąd ich determinacja? Są dwa powody. Po pierwsze Miejscowy Plan Zagospodarowania Przestrzennego (MPZP) dla tego terenu został uchwalony 13.03.2003. Nie wniesiono do niego istotnych zmian dotyczących powołania obiektu UNESCO i planów utworzenia parku kulturowego, ale też dotyczących zmiany ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym czy uchwalenia ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami z dn. 23.07.2003 r. Zatem plan ten jest anachroniczny i wymaga pilnej aktualizacji. Co więcej, jest niezgodny z obowiązującym obecnie prawem i stanem wiedzy naukowej. Niestety dopuszcza on eksploatację złoża wapieni, jednakże nie obliguje do tego. Rada Gminy Ćmielów nie zajęła się uchwaleniem nowego lub modyfikacją istniejącego MPZP. Obecny ma już 22 lata. Rzeczywistość wokół zmieniła się radykalnie, również ta prawna.

Rada Miejska w Ćmielowie 6 marca 2024 roku podjęła uchwałę wskazującą, że plan ten jest nieaktualny. Obecnie Urząd Miasta i Gminy w Ćmielowie twierdzi, że MPZP jest aktualny. Burmistrz Suska uznała też, że Uchwała Rady Miejskiej ma jedynie charakter „opiniodawczy”, a nie wiążący. Jednak zgodnie z art. 32 ustawy z dnia 27 marca 2003 r. o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym (Dz. U. z 2024 r. poz. 1130, 1907, 1940, z 2025 r. poz. 527, 680.) pani burmistrz musi między innymi dokonać analizy zmian w zagospodarowaniu przestrzennym gminy oraz uwzględnić wnioski o zmiany zapisów w MPZP. Następnie obowiązkiem burmistrz jest przekazanie wniosków i analiz dotyczących potrzeby zmian planistycznych. Następnie przekazuje je, po uzyskaniu opinii komisji urbanistyczno-architektonicznej, Radzie Gminy. Przynajmniej raz w czasie trwania jej kadencji. Na tej podstawie Rada Gminy podejmuje uchwałę w sprawie aktualności MPZP. W przypadku uznania MPZP za nieaktualny w całości lub części, Rada Gminy i burmistrz muszą zgodnie z ustawą podjąć działania mające na celu albo opracowanie nowego MPZP, albo jego aktualizację. Przy czym tryb prac w obu przypadkach jest identyczny, czyli przebiega jak przy opracowaniu i przyjęciu nowego MPZP.

Co ważne, Rada Miejska poprzedniej kadencji podjęła uchwałę o przystąpieniu do sporządzenia planów miejscowych dla północnych obszarów gminy Ćmielów. Dałoby to możliwość aktualizacji MPZP, o którym tu mowa. Jednak pani burmistrz Joanna Suska jako organ wykonawczy nie podjęła działań mających na celu realizację przyjętych uchwał. Twierdziła, że gminy nie stać na takie opracowania. Rodzi się pytanie o to, jak zarządzana jest gmina Ćmielów, skoro nie stać jej na wywiązanie się z ustawowych obowiązków? Z tego udawanego impasu pani burmistrz mogła wyjść w prosty sposób. Zgłosili się bowiem do niej mieszkańcy z propozycją darowizny, dzięki której dało się opracować nowy MPZP. Pani burmistrz odpowiedziała na tę propozycję. Przekazała informację, że gmina może tę darowiznę wykorzystać w dowolny sposób. Niekoniecznie na sfinansowanie MPZP. Do niczego więc nie doszło.

Póki co udało się powstrzymać wspomniane plany inwestycyjne. Wykazano, że stanowią one, szczególnie plany związane z kopalnią wapienia, bezpośrednie zagrożenie dla neolitycznych kopalń oraz świata przyrody ożywionej. Wykazano też liczne uchybienia formalne opracowanego raportu oddziaływania inwestycji na środowisko. Poważnym zagrożeniem są też plany budowy kilku wielkoobszarowych farm fotowoltaicznych z magazynami energii w przybliżonej lokalizacji. Farmy te miałyby zająć setki hektarów. I tu Muzeum Historyczno-Archeologiczne w Ostrowcu Świętokrzyskim we współpracy ze stowarzyszeniami „Krzemienna Dolina”, „Korycizna” i Stowarzyszeniem Społeczno-Przyrodniczym M.O.S.T. powstrzymało destrukcyjną presję inwestycyjną. Powołanie RPK miało służyć ochronie UNESCO przed tego rodzaju inwestycjami dewastującymi krajobraz, środowisko i życie społeczności lokalnej.

Niedawno gminę obiegła wiadomość, że inwestor domaga się na drodze formalnej odszkodowania za to, że nie wydano mu administracyjnej zgody na eksploatację złóż. Nie istnieje jednak obecnie droga prawna do domagania się odszkodowania i to, że inwestor na nią wstąpił – jest nadużyciem. To, że Gmina Ćmielów i pani burmistrz używa w swoich publicznych wypowiedziach jako straszaka, argumentu związanego z groźbą wypłaty odszkodowania, można rozumieć różnie. Być może jako manipulację, być może jako wyraz niekompetencji. Można też odnieść wrażenie, że pani burmistrz stawia się publicznie w roli ofiary, która ma wielki problem, bo na administrowanym przez nią terenie znajdują się światowy obiekt dziedzictwa UNESCO i park kulturowy. W przekazie medialnym gminy i jej burmistrza słychać skargę i bezsilność wobec sprzeciwu Muzeum, ministerstw, RDOŚ, polityków, samorządowców, organizacji pozarządowych i społeczności lokalnej wobec inwestycji dewastujących lokalny system prawny. Burmistrz Suska prezentuje się jako ofiara systemu prawnego – polskiego i międzynarodowego. Jej samo-rząd wyraźnie nie jest spójny z tym, co przyjęto powszechną zgodą i usankcjonowano.

Wracając do roszczeń o odszkodowanie; nie mają one podparcia prawnego z kilku powodów:

– ziemia jest rolna, użytkowana rolniczo (i dzierżawiona przez okolicznych rolników),

– potencjalny inwestor dzierżawi od nich część tej ziemi,

– istnieją pod tą ziemią udokumentowane złoża wapieni,

– MPZP, który powstał przed utworzeniem RPK, przewiduje możliwość eksploatacji złoża,

– MPZP uchwalono wiele lat przed utworzeniem tu obiektu UNESCO i RPK,

– eksploatacja złoża zagraża zbiornikowi wód podziemnych (znajduje się około 30 m pod powierzchnią ziemi w tej lokalizacji), które są źródłem wody pitnej dla kilkudziesięciu tysięcy ludzi,

– eksploatacja złoża fizycznie zagraża istnieniu neolitycznych kopalń w Krzemionkach (wiek około 5000 lat),

– eksploatacja złoża z dużym prawdopodobieństwem doprowadzi do utraty statusu UNESCO,

– nikt nie ma koncesji na eksploatację złoża, bo taka koncesja nie istnieje.

Nie istnieje w związku z tym przedmiot sprawy, czyli eksploatacja, bo zasoby są w rękach Skarbu Państwa. Ani właściciel, ani dzierżawca nie mają praw do ich wydobycia. Ziemia jest użytkowana rolniczo i tyle na niej póki co można. RDOŚ w Kielcach odmówił uzgodnienia eksploatacji wapieni w tym miejscu.

W obronie regionu krzemionkowskiego stanęło środowisko polskich naukowców, ogłaszając swoje stanowiska w sprawie nieracjonalności i szkodliwości zamierzeń inwestycyjnych. Oto kilka z tych głosów, których zdaje się nie słyszeć lub nie rozumieć pani burmistrz:

„Uruchomienie wydobycia złóż wapienia Ruda Kościelna w miejscowości Ruda Kościelna, gm. Ćmielów, eksploatacją powierzchniową w odległości zaledwie ok. 150 m od granicy obszaru kompleksu kopalń Krzemionki, będącego dobrem światowego dziedzictwa, oraz 25 m od kopalni krzemienia pasiastego Księża Rola, wpisanej do rejestru zabytków, będzie nie tylko jednoznacznym zaprzepaszczeniem prac kilku pokoleń archeologów, geologów i przyrodników, ale przede wszystkim będzie działaniem niezgodnym ze statutem dobra światowego dziedzictwa. Złamanie tych warunków może w konsekwencji doprowadzić do wykreślenia Krzemionkowskiego Regionu Prehistorycznego Górnictwa Krzemienia Pasiastego z Listy Światowego Dziedzictwa UNESCO” – Instytut Archeologii i Etnologii Polskiej Akademii Nauk, prof. dr hab. Marian Rębkowski (pismo z dn. 13.07.2020).

„Ten najstarszy, autentyczny, unikatowy w skali światowej obiekt z ziem polskich można porównać w skali rozpoznawalności z francuskim Lascaux czy brytyjskim Stonehenge. […] Krótkowzroczne cele i zyski ekonomiczne nie mogą przysłonić wartości dumy polskiej archeologii oraz światowej spuścizny kulturowej” – Uniwersytet Marii Skłodowskiej-Curie w Lublinie, Instytut Archeologii, dr hab. Piotr Łuczkiewicz (pismo z dn. 6.08.2020).

„Komitet Nauk Pra- i Protohistorycznych Polskiej Akademii Nauk wyraża głębokie zaniepokojenie informacjami na temat planowanej eksploatacji wapieni górnojurajskich w miejscowości Ruda Kościelna, gmina Ćmielów, w bezpośrednim sąsiedztwie rozległego, pradziejowego pola górniczego, na którym od około 4 tys. do 2 tys. lat p.n.e. człowiek prehistoryczny na wielką skalę wydobywał i przerabiał na narzędzia miejscowy krzemień, tzw. pasiasty. Po zapoznaniu się z dokumentacją planowanej inwestycji Komitet wyraża zdecydowany sprzeciw wobec przemysłowej eksploatacji wapienia w bliskim sąsiedztwie zabytkowej kopalni krzemienia” – Komitet Nauk Pra- i Protohistorycznych Polskiej Akademii Nauk, prof. dr hab. Sylwester Czopek (pismo z dn. 12.08.2020).

„Trzeba podkreślić, że wspomniane kopalnie objęte ochroną są dotychczas jedynymi na świecie, gdzie takie struktury odkryto i opisano. […] W świetle obecnej doktryny konserwatorskiej nie uważa się aby jakiekolwiek czynniki ekonomiczne mogły być wystarczającą przesłanką dla niszczenia otoczenia obiektów o światowym znaczeniu, zarówno naukowym, jak krajobrazowym i turystycznym” – Państwowe Muzeum Archeologiczne w Warszawie, mgr Witold Migal (pismo z dn. 30.07.2020).

Można odnieść wrażenie, że seria niepowodzeń inwestycyjnych w sąsiedztwie regionu krzemionkowskiego jest trudna do przełknięcia przez panią burmistrz Suską. Jakiś czas temu w lokalnych mediach rozpoczęła ona kampanię, która dezinformuje społeczność lokalną i która wprost wymierzona jest w RPK i region krzemionkowski. Administracyjne i medialne zachowania pani burmistrz są co najmniej niejednoznaczne, żeby nie powiedzieć – niespójne. Raz spotyka się ona ze społecznością lokalną, zapewniając, że jest „za UNESCO”, innym razem w mediach ogłasza, że UNESCO i RPK zagrażają… istnieniu gminy Ćmielów.

W związku z niepodjęciem się opracowania aktualnego MPZP dla północnej części gminy Ćmielów (tam, gdzie powstał RKP i tam, gdzie nie udało się dotąd zrealizować żadnej z planowanych inwestycji), pani burmistrz odmawia mieszkańcom realizacji różnych, prywatnych inwestycji w obrębie ich posesji. Ewentualnie wydaje decyzje akceptujące na przykład usunięcie drzew zagrażających domom czy liniom energetycznym, ale stawiając warunki, które dla zwykłego śmiertelnika są w zasadzie niemożliwe do spełnienia. W jednym z wniosków mieszkanka zgłosiła potrzebę wycinki kilkunastu świerków, które zagrażają linii energetycznej, domostwu i których obecność uniemożliwia lub znacznie utrudnia wkopanie szamba, bez którego stare gospodarstwo nie może funkcjonować. Pani burmistrz wprawdzie nie naliczyła opłat za wycinkę drzew. Nakazała za to realizację takich nasadzeń kompensacyjnych, które w zasadzie są finansowo i organizacyjnie nie do spełnienia. Przynajmniej nie dla tej konkretnej osoby. Podobnych przypadków jest więcej. Burmistrz w ten sposób, stosując aparat administracyjny, stara się wywołać w mieszkańcach niechęć do RKP i UNESCO, które w jej przekazie są winne niedoli mieszkańców gminy. Bo przez RPK i UNESCO nie da się nic zbudować. Tyle że gdyby gmina wywiązała się z ustawowego obowiązku, jakim jest opracowanie aktualizacji MPZP, problem inercji inwestycyjnej w obrębie gospodarstw by zniknął.

Uchwała o RPK nie zawiera zakazów dotyczących rozbudowy, przebudowy, budowy gospodarstw czy wycinki zagrażających drzew. Jednak dopóki nie ma aktualnego, zgodnego z prawem MPZP, dopóty część mieszkańców gminy Ćmielów jest skazana na niesprawiedliwe i nieuczciwe uniemożliwianie im zadbania o swoje gospodarstwa. Nie da się nie odnieść wrażenia, że to działania odwetowe.

W RPK na mocy uchwały rady gminy chroni się też wartości przyrodnicze i krajobrazowe. Wspomniane działki są poddawane przyrodniczej inwentaryzacji, która w ciągu ostatnich kilku lat wykazała kilkaset chronionych gatunków roślin i zwierząt, kilkanaście gatunków Natura 2000 i kilkadziesiąt gatunków zagrożonych wymarciem i wymienionych na czerwonych listach i w czerwonych księgach ginących gatunków.

Żeby zacząć kopać tu wapienną skałę, najpierw trzeba by się kopać z prawem ochrony przyrody i całą, drogą, długotrwałą procedurą oceny wpływu inwestycji zarówno na przyrodę, jak i na zabytki. Dla tej inwestycji (planowanej kopalni) już raz się to nie powiodło. Nie jest to jednak powód, żeby nie opracować MPZP i nie jest to powód, żeby utrudniać mieszkańcom życie. Ani nie jest to powód, żeby dążyć do likwidacji RPK, a w dalszej konsekwencji wpisu na listę UNESCO.

W mojej ocenie burmistrz marnuje zasoby na nieczystą walkę o likwidację RPK, którego istnienie warunkuje istnienie obiektu światowego dziedzictwa. Dążąc do zniesienia RPK, dąży do zaprzepaszczenia wieloletnich starań wielu osób o podniesienie statusu Krzemionek i tej części doliny Kamiennej. Utworzenie tu kopalni czy wielkoobszarowych farm fotowoltaicznych przyniesie gminie wpływy z podatków może przez 30 lat. Potem zostanie albo składowisko odpadów, albo potężna dziura w ziemi. Nie będzie jednak obiektu UNESCO, a może i ważnego zbiornika wód podziemnych oraz świata, jaki znają i jakiego chcą mieszkańcy RPK. Wartość prywatnych nieruchomości spadnie. Ludzie przestaną tu kupować nieruchomości.

Zamiast tego burmistrz może opracować nowy MPZP i koncepcję rozwoju tej części gminy Ćmielów w oparciu o archeologiczne, historyczne, krajobrazowe i przyrodnicze zasoby o najwyższej randze. Czyli o to, czego tu chcą mieszkańcy. Wydaje się, że to zbyt złożona perspektywa i zbyt odroczona w politycznym i biznesowym świecie, który wyraźnie się tu splótł ze sobą.

Dotychczas Gmina Ćmielów nie podjęła żadnych działań ukierunkowanych na wsparcie obiektów UNESCO i RPK. Nie podjęła żadnych działań, dzięki którym zarządzana przez nią gmina Ćmielów mogłaby skorzystać z niecodziennego faktu, że ma do dyspozycji wartości, które nigdzie indziej nie występują.

Łukasz Misiuna

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Rzeka Kamienna, obszar Natura 2000 Dolina Kamiennej w Rudzkim Parku Kulturowym, fot. Łukasz Misiuna.

Ignacy Daszyński (1936)

Ignacy Daszyński (1936)

Jeszcze nie przebrzmiało echo manifestacyjnych obchodów z okazji 70-letniej rocznicy [urodzin] wodza proletariatu polskiego Ignacego Daszyńskiego, które były spontanicznym hołdem międzynarodowego proletariatu dla Szermierza Socjalizmu polskiego, a już jak błyskawica rozeszła się hiobowa wieść o Jego zgonie. Oto w nocy z 30 na 31 października zmarł w sanatorium w Bystrej po długiej i ciężkiej chorobie; wszelkie starania lekarzy okazały się już bezskuteczne.

Wiadomość o zgonie Ignacego Daszyńskiego wywołała wśród całego proletariatu europejskiego, a szczególnie w Polsce, głębokie wrażenie, szczery żal oraz smutek. Wszak imię Daszyńskiego związane jest nierozerwalnie z każdym wielkim zdarzeniem minionych dziesiątków lat. Twórca masowego ruchu socjalistycznego, uczynił z tego ruchu podstawę masową dla przygotowań do walki zbrojnej o Niepodległość w przededniu jeszcze wojny światowej.

Był prawdziwym Trybunem Ludu, Szermierzem idei Socjalizmu, Patriotyzmu i wolności, której pozostał wierny aż do ostatniej chwili swojego życia.

Z jego imieniem związana jest też część historii ruchu socjalistycznego na Śląsku. Z wdzięcznością wspominamy te czasy, w których tow. Daszyński pracował wśród tutejszego proletariatu polskiego.

Życiorys wodza proletariatu polskiego

Ignacy Daszyński urodził się 26 października 1866 r. Przyszedł na świat w małym miasteczku kresowym Zbarażu, na galicyjskim Podolu, w pobliżu granicy rosyjskiej. Pochodził z obdarzonej licznymi dziećmi rodziny urzędniczej. W szóstym roku życia zaczął Ignacy uczęszczać do miejscowej szkoły O. O. Bernardynów i był bardzo dobrym uczniem. Niedługo jednak dane mu było zażyć spokojnego życia w małym, otoczonym kwiatami domu rodzicielskim. Miał zaledwie dziewięć lat, gdy stracił ojca. Bardzo szybko musiał zapoznać się z życiem z najpoważniejszej jego strony. Nie był pieszczonym przez całe życie. Od małego dziecka musiał borykać się z losem. Charakter jego urabiał się w twardej walce o był.

W tym czasie zaczęło się także kształtować Jego oblicze ideowe. Wielki wpływ wywierał w tej mierze na niego starszy brat Feliks. Do gorących głów młodych chłopców znalazły najpierw dostęp idee patriotyczne. Patriotyzm Daszyńskich czerpał swe soki z dziejów walk powstańczych, wyrastał z atmosfery dymiących pobojowisk i rewolucyjne i bojowe krzesał w nich pierwiastki.

Było to w roku 1880. Ignacy Daszyński miał wtenczas 14 lat. Obaj bracia wzięli czynny udział w manifestacji patriotycznej w dzień zaduszny. Feliks napisał wiersz skierowany przeciw ugodzie z Habsburgami, a Ignacy go odhektografował i rozrzucił wśród młodzieży na cmentarzu. Represje nie kazały na siebie długo czekać. Feliks został aresztowany, a Ignacego, jako współwinnego, pociągnięto również do odpowiedzialności. Ostatecznie jednak wobec dziecinnego wieku Ignacego prokurator odstąpił od oskarżenia, a Feliksa sąd przysięgłych uwolnił. W każdym razie było to pierwsze namaszczenie rewolucyjne.

Po skończeniu szkoły średniej Daszyński poświęcił się pracy nad sobą. Lata najbliższe były jednak równocześnie latami ciężkiego borykania się z losem. Zaczął się okres tułactwa i nędzy. Po krótkim pobycie we Lwowie, znalazł się w Drohobyczu na posadzie pisarza u adwokata. Poznał środowisko bezlitosnego wyzysku, nędzy, zaczął pracować wśród tamtejszych robotników i chłopów, nawiązał kontakt z pierwocinami ruchu socjalistycznego.

We wrześniu 1890 opuścił uniwersytet w Zurychu i udał się do Lwowa. Tu po raz pierwszy staje u wielkiego warsztatu pracy politycznej, aby go już nigdy nie opuścić. Lwów był podówczas głównym środowiskiem socjalizmu polskiego w zaborze austriackim. Nie było tam jeszcze jednak wtenczas organizacji politycznej. Ruch cały skupiał się około dwóch pism socjalistycznych, które tam wychodziły, koło „Pracy” i „Robotnika”. Daszyński, który wszedł w skład redakcji „Pracy”, uważał za najważniejsze zadanie doprowadzenie do powstania partii socjalistycznej. W tę też stronę skierował swoje wysiłki. Po kilkutygodniowej pracy agitacyjnej udało mu się wreszcie doprowadzić do założenia we Lwowie organizacji socjalistycznej w postaci stowarzyszenia oświatowo-zapomogowego „Siła”. W późniejszych latach I. Daszyński bierze już udział w międzynarodowych kongresach socjalistycznych w Brukseli i Zurychu.

Na wiosnę 1894 roku Daszyński wrócił do Krakowa i objął z powrotem redakcję „Naprzodu”. Odtąd na długie czasy zamieszkał w Krakowie i bierze czynny udział w walce z reakcją galicyjską. W roku 1896 Daszyński odsiedział karę 6-tygodniowego więzienia. Była to szesnasta z kolei sprawa polityczna w Jego życiu.

W roku 1897 odbyły się wybory do parlamentu austriackiego. Daszyński kandydował w okręgu krakowskim. Wynik wyborów był olbrzymim triumfem Daszyńskiego i całkowitym pogromem przeciwników, głoszących wszędzie nieuniknioną klęskę socjalistów. Na 29 758 oddanych głosów Daszyński otrzymał 22 214, a więc 74%.

Daszyński rozpoczął okres wielkiej pracy parlamentarnej. Wkraczał na trybunę, z której głos jego miał rozbrzmiewać na cały świat w obronie żywotnych interesów polskiej klasy pracującej. Odtąd Daszyński prowadzi nieustraszoną walkę z reakcyjnym rządem hr. Badeniego, a później z namiestnikiem Galicji hr. Leonem Pinińskim. Na jednym z kongresów socjalistycznych Wiktor Adler w związku z zaostrzeniem sprawy narodowościowej, spowodowanym rozporządzeniem Badeniego, stwierdził, że tylko socjalizm jest w stanie zagadnienie to rozwiązać. „Wydawało się czymś nowym – mówił – gdy tow. Daszyński oświadczył w parlamencie: «Jestem Polakiem i jestem socjalistą. To jest rozwiązanie»”.

Na terenie Galicji i Śląska istniała wówczas Polska Partia Socjalno-Demokratyczna, której Daszyński był przywódcą.

Pierwsze miesiące roku 1900 musiał Daszyński poświęcić niemal całkowicie walce strajkowej na Śląsku [Cieszyńskim]. Przemawiał na kilku wiecach, a mowy jego przyjmowane były z wielkim entuzjazmem przez strajkujących górników.

Dalszy okres swego życia poświęcił Daszyński walce przeciw caratowi i o powszechne prawo głosowania. Prowadził też żywą akcję przeciw polityce germanizacyjnej na Śląsku Cieszyńskim, urządzając szereg wieców i wygłaszając w tej sprawie mowę parlamentarną w czerwcu 1908 r.

W lipcu 1910 r. Daszyński stanął na stanowisku udziału partii w uroczystościach grunwaldzkich. Przemówił wtenczas na starym rynku krakowskim:

„Tylko niepodległość narodowa jest drogą do zbratania, do solidarności wszystkich ludów!”.

Tymczasem wybuchła wojna światowa. Nie spadła ona na Daszyńskiego jako coś nieprzygotowanego. Lepiej od kogokolwiek rozumiał, jakie niosła ona w sobie konsekwencje i możliwości. Powstał Naczelny Komitet Narodowy, celem zorganizowania zbrojnej walki z Rosją. Obok tego platformą tego komitetu było tak zwane austro-polskie rozwiązanie niepodległości Polski. W r. 1916 szanse tego rozwiązania tak dalece zmalały, że Daszyński przekonywa się o nierealności dotychczasowej polityki i staje na stanowisku zasadniczej idei niepodległościowej. W maju 1917 r. zgłosił w Kole Polskim wniosek stwierdzający, że „rezultatem wojny na ziemiach polskich ma być, wedle żądania narodu polskiego i wedle sprawiedliwości dziejowej, niepodległe państwo polskie, utworzone z ziem polskich i cały naród jednoczące”.

Walka o niepodległość Polski nie była marną. Z gruzów powstała Polska wyzwolona. W roku 1918 Piłsudski powierzył Daszyńskiemu funkcję utworzenia rządu, po rozwiązaniu pierwszego rządu lubelskiego. Daszyński utworzył rząd o charakterze lewicowym, sam jednak ustąpił na rzecz Moraczewskiego. Nastąpiła wojna z bolszewikami, w której socjaliści wzięli czynny udział. Po tym przyszedł znany przewrót majowy i objęcie władzy przez Piłsudskiego. Daszyński oczekiwał teraz szybkiego rozwoju Polski w kierunku demokracji i postępu społecznego. Niestety, wkrótce nadzieje te zostały rozwiane. Nastąpiły znane starcia z Piłsudskim. Potem Brześć, pacyfikacja i uwięzienie 80 byłych posłów.

Otwiera się nowa walka o Polskę ludową i demokratyczną. Daszyński nie mógł już jednak w walce tej wziąć czynnego udziału. Ciężka choroba zmusiła go do porzucenia na kilka lat swej pracy, która przez całe życie była Jego żywiołem. Wszak w pracy dla idei socjalistycznej ma dziś Daszyński przeszło 50 lat.

Praca ta pozostanie trwałym Jego pomnikiem po wsze czasy!

Proletariat polski na Śląsku czeskim składa hołd prochom niezmordowanego Szermierza Socjalizmu i niestrudzonego obrońcy praw ludu pracującego. Cześć pamięci Wielkiego Wodza proletariatu polskiego!

Pogrzeb Towarzysza Daszyńskiego odbył się we wtorek, dnia 2 listopada w Krakowie. Była to masowa manifestacja wdzięczności całej Polski Ludowej i Robotniczej dla swego Wodza. W pogrzebie wzięła udział również delegacja polskiego ruchu socjalistycznego w Czechosłowacji.

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Gazeta Górnicza. Organ Sekcji Polskiej Związku Górników w Czechosłowacji” nr 45/1936, Karwina, 4 listopada 1936. Tekst publikujemy w 89. rocznicę śmierci Ignacego Daszyńskiego.