przez Jan Przybylski | środa 20 sierpnia 2025 | opinie
W kontekście odbudowy potencjału zbrojeniowego kraje unijno-NATOwskiej Europy nie mogły narzekać na niedostatek coraz donośniejszych dzwonów alarmowych. Zlekceważono jednak co do zasady tak wojnę rosyjsko-gruzińską, jak i pierwszą wojnę rosyjsko-ukraińską. Nawet rok 2022 przyniósł niewiele poza zastanawianiem się. Wystarczająco wyrazistym mementem stały się dopiero rozwianie się nadziei na „wywrotkę” putinizmu na krachu pierwotnych zamierzeń krótkiej i łatwej operacji specjalnej, przestawienie gospodarki Rosji na tory wojenne umożliwiające upartą kontynuację prymitywnej i tępej wojny oraz wyraźne tężenie aliansu Pekin-Moskwa. Europie grozi kolejna wojna z Rosją, a jedynym sposobem uniknięcia jej jest szybka odbudowa potencjału militarnego, która odstraszy agresora. A jeżeli nawet nie, da możliwość wystarczająco wczesnego powalenia go.
Do decyzji podjętych – z zastrzeżeniem pozostawania ich wciąż na etapie deklaratywnym – w roku 2025 przyczyniła się także prezydentura Donalda Trumpa. Z jednej strony nieprzewidywalna, unilateralna, sprawiająca co najmniej wrażenie gotowości do czynienia strategicznych dealów z Rosją. Z drugiej strony domagająca się od Europejczyków końca jazdy na gapę pociągiem „Pax Americana” ciągniętym przez zaoceaniczną lokomotywę.
Wnioski wyciągnięte z II wojny światowej i Zimna Wojna spowodowały zasadnicze przeobrażenie krajobrazu militarnego Europy. Nawet kraje dysponujące przed 1939 mocno symbolicznymi potencjałami wojskowymi, takie jak Dania, Holandia, Belgia i Norwegia, w ramach NATO rozwinęły armie liczące po kilka setek czołgów i samolotów bojowych. Gwarantem całego systemu bezpieczeństwa była oczywiście amerykańska potęga z nuklearnym ostatecznym argumentem królów. Jednak europejscy sojusznicy nie zasypiali gruszek w popiele, początkowo korzystając z obfitej amerykańskiej pomocy wojskowej, rzeczowej i finansowej, później już na własny rachunek. W roku 1985, w szczytowym punkcie wyścigu zbrojeń podczas Zimnej Wojny, europejscy członkowie NATO wydawali na zbrojenia średnio około 3,8% PKB (wartość ważona, liczona według metodologii Paktu).
Jednak wygrana w tej konfrontacji spowodowała daleko idącą demobilizację. Wydatki spadały – dwie dekady później wynosiły już tylko średnio 1,9% PKB, aby w roku 2014 osiągnąć dno na poziomie około 1,3%. Skutki tego stanu rzeczy były bardzo proste. Redukowano zakupy. Realizacja programów takich jak europejski wielozadaniowy samolot bojowy Eurofighter Typhoon przeciągała się, a koszty jednostkowe w sytuacji stałych nakładów wymaganych na opracowanie rosły zatrważająco. Liczące tysiące czołgów armie lądowe schodziły do rzędu setek, a w niektórych krajach, takich jak Belgia i Holandia, ciężkie komponenty pancerne w ogóle zlikwidowano, uznając je za przeżytek i przyjmując, że w peryferyjnych wojnach z terroryzmem nie będą potrzebne – a wojna pełnoskalowa z potężnym przeciwnikiem stała się niepodobieństwem.
Tego przekonania nie zmieniła nawet pierwsza inwazja Rosji na Ukrainę. Zresztą uległa ona dość szybkiej „normalizacji” i w Europie przyjęto powszechnie, że skończy się na zamrożonym marginalnym froncie, obchodzącym tylko Ukraińców. Mimo wszystko sytuacja zatrzymała dalsze redukcje wydatków zbrojeniowych, a nawet, w szczególności w państwach frontowych Paktu, spowodowała ich powolny wzrost. Aczkolwiek do zadeklarowanego na szczycie NATO w Newport w roku 2014 jako cel w perspektywie dekady poziomu wydatków zbrojeniowych wynoszącego 2% dochodzono powszechnie z założenia jak najwolniej.
Ostateczne otrzeźwienie przyszło dopiero w roku 2021, kiedy wojna stała się już nieuchronna. Chociaż na przykład Niemcy trzeba było wyciągać z błogostanu za uszy. Jednym z efektów ponad trzech dekad zaniedbań stały się ograniczone możliwości wsparcia Ukrainy.
Sama pełnoskalowa agresja Rosji na Ukrainę nie spowodowała jeszcze radykalnej zmiany kursu zachodniej części Europy w dziedzinie zbrojeń. Obawy o rychłą klęskę Ukraińców nie spełniły się, a do połowy 2023 wydawało się wręcz, że mogą oni odbić przynajmniej część terenów zajętych w 2014 i 2015. Ponadto Stany Zjednoczone rządzone przez Joego Bidena zapewniały limitowane względami politycznymi, ale bardzo znaczące i stabilne wsparcie Ukrainy, demonstrując jednocześnie pełne oddanie więziom transatlantyckim. Mimo pożaru na wschodniej flance sytuacja Europejczyków była zatem całkiem komfortowa. Wydatki zbrojeniowe wzrastały w stosunkowo niewielkim stopniu. Na przykład Niemcy zwiększyły je między 2023 a 2022 symbolicznie, z 1,51% do 1,64%. Jednak tężenie rosyjskiego naporu, umożliwione przez militaryzację gospodarki, rozwiało nadzieje na względnie szybkie, łatwe i niedrogie zażegnanie zagrożenia. Kropkę nad „i” postawiła jednak dopiero wygrana w amerykańskich wyborach nie Kamali Harris, popieranej przez elity polityczne całej UE, lecz trickstera Donalda Trumpa.
Nowy-stary prezydent jął siać panikę proklamowanymi, odwoływanymi i wznawianymi wojnami handlowymi, polityką gestów wobec Rosji, czasowym wstrzymywaniem wsparcia dla Ukrainy, kwestionowaniem roli NATO. A wreszcie – obiektywnie zupełnie słusznymi postulatami wzięcia przez Europejczyków znacznie większej niż dotychczas odpowiedzialności za własne bezpieczeństwo.
Odpowiedzią na te wyzwania stało się ogłoszenie w marcu bieżącego przez Unię Europejska planu „ReArm Europe”, nazwę którego zmieniono później na „Readiness 2030”. Plan ten ma wskazanym tą datą horyzoncie czasowym zmobilizować 800 miliardów euro na ogólnie pojęte cele obronne. Jego manifestacją na niwie finansowania stał się wprowadzony w życie pod koniec maja program Security Action for Europe (SAFE), będący obejmującym 150 miliardów euro funduszem pożyczek na preferencyjnych warunkach na cele obronne. Równolegle na forum Rady Północnoatlantyckiej ujawniono przyjęty w lutym przez NATO „Plan działań na rzecz produkcji obronnej”, które mają dotyczyć agregowania zamówień, produkcji i bazy przemysłowej, interoperacyjności i standaryzacji oraz szybkiego wdrażania innowacyjnych technologii.
Dotychczasowe podsumowanie w aspekcie planistycznym stanowi szczyt NATO w Hadze, który odbył się w dniach 24–25 czerwca. Zadeklarowano (przy votum separatum Hiszpanii) na nim zwiększenie przez sojuszników do roku 2035 nakładów na cele obronne do 5% PKB. 3,5% będą stanowiły nakłady zbrojeniowe sensu stricto, natomiast na pozostałe 1,5% będą mogły składać się inwestycje w infrastrukturę podwójnego zastosowania, istotne dla potrzeb wojskowych, ochrona infrastruktury krytycznej, cyberbezpieczeństwo, rozbudowa przemysłu zbrojeniowego oraz obrona cywilną i odporność państwa.
Zadeklarować można dokładnie cokolwiek, papier wszak zniesie wszystko. Wiarygodność zmiany polityki potwierdzą dopiero czyny. Oczywiście zbrojenia nie są supermarketem, w którym kilkaset miliardów euro można wydać w ciągu kilku miesięcy. Póki co do programu SAFE ustawiła się kolejka chętnych, na czele z Polską zgłaszającą zapotrzebowanie na 45 miliardów euro, Francją (15–20 miliardów), Włochami (15 miliardów), Rumunią (10 miliardów), Belgią (7–11 miliardów) i Litwą (5,0–8,76 miliarda). Niemcy co prawda nie planują zaciągania pożyczek z SAFE, ale media donoszą o bardzo poważnych planach tamtejszego resortu obrony, które można by określić jako „Make Bundeswehra Great Again”.
Niemieckie siły zbrojne miałyby zostać zwiększone z obecnych 182 000 żołnierzy do 250–260 000. Temu rozwinięciu, przekładającemu się zgodnie z planami na utworzenie siedmiu nowych brygad pancernych i zmechanizowanych, miałby towarzyszyć zakup za kwotę 25 miliardów euro nawet 1000 nowych czołgów (Leopard 2A8 lub 2AX) oraz 2500 bojowych wozów piechoty/transporterów opancerzonych Puma Boxer. Dla porównania, obecnie niemieckie siły zbrojne dysponują około 300 Leopardami 2, 400 Pumami w linii i w dostawach oraz nieco ponad 400 Boxerami.
„Twardą” decyzję o zakupie 44 Leopardów 2A8 ogłosiły ostatnio Czechy, dołączając do kupujących takie same liczby Szwecji i Litwy (do zakupu tych czołgów przymierza się także Hiszpania). Dania podjęła przekładającą się na faktyczne działania decyzję o odbudowie trójwarstwowej naziemnej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej, zamawiając systemy Mistral 3, VL MICA, IRIS-T oraz NASAMS dla warstw niższych, natomiast decyzja o tym, czy wyższą będą stanowiły europejskie SAMP/T, czy Patrioty, ma zostać podjęta jesienią. Umowy na zakup systemów SAMP/T NG w ramach programu modernizacji obrony przeciwlotniczej zawarły ostatnio Włochy, poszukujące też nowych czołgów, których dostawcami będą według wszelkiego prawdopodobieństwa firmy niemieckie.
To oczywiście tylko przegląd najnowszych planów i umów, które uzupełnią programy zbrojeniowe realizowane od lat. Jeżeli jednak Europa ma być gotowa na danie odporu Rosji, będą musiały dojść do nich kolejne, i to niedługo. Można oczekiwać, że z uwagi na potencjał niemieckiego przemysłu obronnego, europejskie zbrojenia prawdopodobnie staną się nowym motorem gospodarki tego kraju. W szczególności te lądowe. Dominacja wśród europejskich Leopardów 2 i być może KF-51 Rheinmetalla wydaje się niezagrożona, a tamtejsze koncerny wytwarzające sprzęt pancerny wyrażają zainteresowanie przejmowaniem obiektów produkcyjnych od borykających się ze strukturalnymi problemami branży motoryzacyjnej.
Warto byłoby, aby Polska też uszczknęła coś z tego tortu. Spore zainteresowanie budzą systemy obrony przeciwlotniczej Piorun, które zdobyły klientów z „prawdziwego Zachodu” – Norwegów i Belgów. A krajowy przemysł będzie wszak koproducentem rodziny systemów przeciwlotniczych CAMM. Dysponuje też bojowym wozem piechoty Borsuk. Być może europejskie zakupy staną się dla Polski okazją do efektywnego wejścia do wspólnych programów (np. środków rażenia dalekiego zasięgu), wypierając lub przynajmniej ograniczając „znane i lubiane” zakupy z półki, w których przemysł dość rozpaczliwie stara się uzyskać jakikolwiek udział.
Tu jednak potrzebne jest myślenie w kategoriach interesu państwa, a nie tylko obozu politycznego i decyzyjność – a z tym, jak wiadomo, jest u nas kiepsko.
dr Jan Przybylski
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Marek Studzinski from Pixabay
przez Jan Przybylski | niedziela 16 marca 2025 | opinie
Burzliwy początek kadencji Donalda Trumpa przyniósł potencjał bodaj największego kryzysu w relacjach między Waszyngtonem a europejskimi sojusznikami od czasu powstania NATO.
Sytuacje ostrego iskrzenia występowały już w historii. W roku 1956 podczas kryzysu sueskiego czy dekadę później, w związku decyzją prezydenta de Gaulle’a o wycofaniu Francji ze struktur wojskowych Sojuszu, owocującą tzw. kryzysem atlantyckim. Były jednak ograniczone zasadniczo do pojedynczych stolic. Później nawet poważne rozbieżności w kwestii wojen kolonialnych epoki George’a Busha młodszego nie rodziły wątpliwości w odniesieniu do trwałości powiązań transatlantyckich w ich rdzeniu, ograniczając się do pytań, co ma się dziać na peryferiach. Zwiastunem problemów związanych ze specyficznym stylem działania Trumpa była jego pierwsza kadencja, z nagłymi ruchami w rodzaju wycofania wojsk amerykańskich z północnej Syrii. Dało to Emmanuelowi Macronowi asumpt do twierdzeń o atrofii amerykańskiego przywództwa i „śmierci mózgowej” NATO. Jednak wojna ukraińska i akces początkowo wahającej się Francji do wspierającej Kijów koalicji pod kierownictwem Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, a wręcz stopniowo przejście samego Macrona na pozycje antyrosyjskiego jastrzębia, stworzyły wrażenie spoistości Zachodu, nienotowanej co najmniej od końca Zimnej Wojny.
Zmiana władzy w Waszyngtonie przyniosła wstrząs, w którym elementy mniej czy bardziej oczekiwane mieszają się z zaskakującymi. Problemy czynione przez MAGA wsparciu Ukrainy przez administrację Joego Bidena wieściły dziejący się właśnie rollercoaster na linii Waszyngton-Kijów. Z kolei protekcjonistyczne tendencje Trumpa, przekładające się na wymachiwanie taryfami celnymi, były czytelnie przedstawiane w jego programach. Jednak całkiem poważne traktowanie roszczeń terytorialnych do znajdującej się pod duńską administracją Grenlandii stanowi pewne novum. Trudno na obecnym etapie ocenić, czy obecne ekscesy amerykańskiej polityki zagranicznej stanowią przemyślany plan przebudowy całego porządku międzynarodowego z demontażem „kolektywnego Zachodu”. Czy może próbę dźgnięcia ostrogami europejskich (choć nie tylko) aliantów, żeby skończyli z jazdą na gapę w kwestiach obrony, nieraz z wydatkami na poziomie 1% PKB. Czy może są tylko chaosem stwarzanym przez konstelację niekoniecznie stabilnych umysłowości. Jednak dziejące się wydarzenia każą uwzględniać także potencjalny decoupling większości europejskiego NATO i Stanów Zjednoczonych, nawet w formie antagonistycznej. Czy to wskutek działań Amerykanów, czy zbliżenia się Europejczyków do Chin. Warto zastanowić się, jakie ograniczenia w tym względzie nakładają na strony aktualne powiązania i zależności militarne.
Wydatki i potencjały
Stany Zjednoczone są od dawien dawna światowym liderem w zakresie wydatków zbrojeniowych. Według szwedzkiego instytutu SIPRI, kwota przeznaczona przez amerykańską administrację na ten cel w roku 2023 wyniosła astronomiczne 916 miliardów dolarów. Na tym tle dokonania Europejczyków wyglądają skromnie: Wielka Brytania – 74,9 mld, Niemcy – 66,8 mld, Francja – 61,3 mld, Włochy – 35,5 mld, Polska – 31,6 mld, Hiszpania – 23,7 mld, Holandia – 16,6 mld, Szwecja – 8,8 mld, Norwegia – 8,7 mld, Dania – 8,1 mld, Grecja – 7,7 mld, Belgia – 7,6 mld, Finlandia – 7,3 mld, Rumunia – 5,6 mld. Pozostałe kraje dokładają razem 26,6 miliarda, bez uwzględnienia Turcji, którą niezwykle trudno traktować jako wiarygodny i stabilny element NATO jako takiego, a tym bardziej bloku z Europejczykami zachodnimi i środkowymi. Łączne kwoty wydatków na obronność Europejskiego NATO wynosiły zatem 390,8 miliarda dolarów.
O ile w przypadku Stanów Zjednoczonych wydatki militarne stanowiły 3,4% PKB, o tyle w Europie porównywalny wskaźnik wykazywały jedynie Polska (3,8%) i Grecja (3,2%). Ambitna Finlandia wydawała 2,4%, a mocarstwowe Wielka Brytania i Francja – odpowiednio 2,3 i 2,1%. Niechlubną rekordzistką niskiego udziału i żywą skamieniałością czasów spadków kwot wydawanych na obronność do jednego procenta PKB, a nawet niżej, była Belgia (1,2%). Warto jednocześnie pamiętać, że europejskie wydatki i tak znacznie przewyższają rosyjskie, szacowane na, w zależności od źródła, w zakresie 109–146 miliardów dolarów.
Spróbujmy uniknąć wyliczanki liczebności sił zbrojnych, jednostek i kategorii uzbrojenia. Z jednej strony – nużącej. Z drugiej i tak pełnej nieścisłości, np. jako „myśliwiec” trzeba liczyć tak F-22 i F-35, jak i dożywającego swoich dni MiGa-29. Z trzeciej możliwej dla zainteresowanych do bardzo szybkiego samodzielnego sporządzenia w sensownej jakości na podstawie najpowszechniejszych źródeł internetowych (z wyłączeniem absurdalnego rankingu „Global Firepower”). Zamiast tego można przyjąć, że stosunek konwencjonalnych potencjałów Stanów Zjednoczonych i europejskiego NATO w wystarczająco dobrym przybliżeniu odpowiada podanemu stosunkowi wydatków. W Sojuszu używane jest wszak sprzęt oraz rozwiązania systemowe podobnej jakości i o podobnych cenach, koszty personalne są też w ostatecznym rozrachunku zbliżone.
Zdolności strategiczne
W zakresie kluczowego strategicznego „ostatecznego argumentu królów”, czyli broni nuklearnej, dominują bezwzględnie Stany Zjednoczone. Posiadają 1770 ładunków rozmieszczonych i 1930 rezerwowych. Aktywami po stronie Europy dysponują tylko Francja – 290 ładunków, oraz Wielka Brytania, mająca ich 225, z czego 120 rozmieszczonych, a pozostałe rezerwowe. Należy tu jednak poczynić istotne zastrzeżenie odnośnie do arsenału brytyjskiego. Otóż całość jego aktywnej części to głowice amerykańskiej produkcji, zamontowane na przenoszonych przez okręty podwodne również amerykańskich pociskach rakietowych Lockheed Trident II D5. Sytuacja taka, dotychczas traktowana jako normalny efekt szczególnie bliskich relacji Londyn-Waszyngton, budzi poważne wątpliwości w odniesieniu do brytyjskiej samodzielności w dysponowaniu formalnie własnym arsenałem.
Zasadnicza nierównowaga występuje także w dziedzinie zdolności strategicznych o charakterze konwencjonalnym, takich jak masowe uderzenia lotniczo-rakietowe na wielkie odległości. Tylko Stany Zjednoczone posiadają bowiem flotę samolotów bombowych sensu stricto, tworzoną obecnie przez maszyny B-52, B-1 i B-2, przy czym te dwa późniejsze wzory zaczną być w ciągu nadchodzących lat zastępowane przez B-21. Europa od wycofania w latach 80. brytyjskich bombowców strategicznych serii „V” jest pozbawiona takich zdolności. Tak francuskie Mirage IV, które przetrwały w eksploatacji do 2005, jak i późniejsze myśliwce wielozadaniowe, to o wiele niższa kategoria udźwigu i zdolności przestrzennych. Na amerykańskich rozwiązaniach opierają się dostępne dla Europejczyków zdolności w zakresie wczesnego ostrzegania powietrznego (Boeingi E-3, stopniowo zastępowane przez E-7), pewien wyłom czynią tu tylko szwedzkie latające radary Flyeye, aczkolwiek także zamontowane w docelowej wersji na amerykańskich płatowcach. Rozpoznanie najwyższego szczebla to także domena Amerykanów, rozmaite warianty RC-135 należących do USAF i RAF, tak jak i bezzałogowe Global Hawki, stały się częstymi i oddającymi nieocenione usługi gośćmi na naszym niebie w związku z wojną ukraińską.
Zdolności tylko formalnie mniej strategiczne
Symbolem europejskiego uzależnienia od amerykańskiego sektora zbrojeniowego w dziedzinie kluczowych zdolności może być wielozadaniowy samolot bojowy V generacji F-35. Został wybrany jako aktualny lub przyszły monotyp przez siły powietrzne Belgii, Holandii, co nieco ironiczne – Danii, Norwegii, Finlandii oraz Czech. Niejedynym, ale kluczowym typem jest lub ma być w Wielkiej Brytanii, Włoszech, Polsce (uzupełniając równie amerykańskie F-16 i południowokoreańskie, ale z kluczowym wykładem amerykańskim FA-50), Niemczech, Grecji oraz Rumunii. W ostatnich dniach, motywując to nieprzewidywalnością polityki amerykańskiej, wykluczenie tego typu z własnych rozważań dotyczących następcy eksploatowanych F-16 ogłosiła Portugalia.
F-35 w uwagi na charakterystyki stealth oraz sensory i ich stopień integracji jest typem, dla którego nie ma i nie będzie przez dłuższy czas dobrej alternatywy. Europejski Typhoon i (w mniejszym stopniu) francuski Rafale przewyższają go co prawda pod względem właściwości dynamicznych, ale w kwestiach wykrywalności oraz świadomości sytuacyjnej ustępują o generację. Francusko-niemiecko-hiszpański samolot VI generacji FCAS jest oczekiwany w służbie dopiero około roku 2040 (chyba że zmieni coś w tym aspekcie anonsowane unijne przyspieszenie zbrojeń), brytyjsko-japońsko-włoski GCAP, dawniej znany w Europie jako Tempest, około 2035. Do tego czasu produkt Lockheeda pozostanie w praktyce bezkonkurencyjny, a przy tym, jako się rzekło, stanowi lub ma stanowić jedyny lub zasadniczy typ dla sił powietrznych kilku kluczowych krajów europejskiego NATO.
Co mogłoby się stać w przypadku poluzowania więzi transatlantyckich? Gdyby miało ono charakter zwykłej zmiany politycznej, zapewne nic istotnego. Eksploatacja F-35 nie powinna nastręczać żadnych problemów, szczególnie że sytuacja nie jest zerojedynkowa – europejscy producenci, w szczególności brytyjscy i włoscy, odgrywają bardzo istotną rolę w programie. Gdyby jednak doszło do wzajemnego rzucania sobie rękawic, sytuacja miałaby potencjał dramatycznego skomplikowania dla Europejczyków. Możliwość eksploatacji samolotu jest bowiem w bardzo dużym stopniu uzależniona od bieżących amerykańskich aktualizacji oprogramowania oraz od znajdującego się w dyspozycji Lockheeda systemu wsparcia eksploatacji ODIN. Uwzględniając także potencjalne wbudowanie przez producenta pewnych „bezpieczników” w systemy, można przyjąć, że użytkowanie F-35 w kontrze do Stanów Zjednoczonych byłoby przedsięwzięciem na dość krótką metę, a i to przy ograniczonych możliwościach.
Przy okazji warto dodać, że szwedzki Gripen jest zależny od Amerykanów w 100% z uwagi na silnik General Electric F414, a i w Typhoonie można znaleźć kluczowe systemy amerykańskiego pochodzenia (przede wszystkim nawigacja bezwładnościowa i satelitarna). Jedynie Rafale zachowuje zasadniczą niezależność, tzn. systemy amerykańskie w nich są, ale nie aż tak newralgiczne.
Analogiczna, a nawet jeszcze bardziej krytyczna sytuacja, występuje w dziedzinie obrony przeciwlotniczej wyższych szczebli/przeciwrakietowej. Europa stoi amerykańskimi Patriotami, czy to starszymi, jak w Niemczech, Grecji, Hiszpanii i Holandii, czy nowszymi w Szwecji i Rumunii, czy wreszcie najnowszymi w sensie konfiguracji systemu w Polsce. Brak na tej liście oznacza brak stosownych systemów w ogóle – poza Francją i Włochami eksploatującymi wspólnej konstrukcji systemy SAMP/T, porównywalne, ale o niższych w porównaniu z Patriotami w najnowszej konfiguracji możliwościach, oraz Finlandią, która dopiero niedawno zamówiła izraelskie (i jako takie bardzo silnie uzależnione od Amerykanów) David’s Slingi. W kwestii obrony przed pociskami balistycznymi średniego zasięgu Europa nie dysponuje żadną potencjalną alternatywą wobec amerykańskich SM-3 i THAADów, poza izraelskimi Arrowami, z zastrzeżeniem jak powyżej.
Podobnie jak w przypadku Patriota rzecz ma się w przypadku morskiej zespołowej obrony przeciwlotniczej. Najpowszechniejszym systemem w tej domenie pozostaje amerykański SM-2, a hiszpańskie i norweskie fregaty są wręcz skonstruowane wokół amerykańskiego systemu walki AEGIS.
Co z tego wynika?
Powyższy przegląd wskazuje, że europejska część NATO pozostaje w kluczowych zakresach zdolności obronnych bardzo silnie uzależniona od amerykańskich możliwości i systemów. Nawet projekty wydatkowania setek (według obecnych deklaracji 800) miliardów euro na obronność w nadchodzących latach, szybko tej zależności nie zniosą nawet w razie najbardziej pomyślnej realizacji. Wciskanie gazu po hamowaniu trwającym od końcówki lat 80. po 2014, kiedy to tylko hamulec odpuszczono, będzie musiało pokonać ogromną strukturalną bezwładność. Na efekty trzeba będzie czekać długie lata, jeśli nie dekady. Przez ten czas Europa nie może absolutnie pozwolić sobie na antagonizowanie Amerykanów z własnej inicjatywy, a wręcz będzie zmuszona do znoszenia pewnej dezynwoltury tamtejszych decydentów, jeżeli oczywiście nie będą oni stawiać drugiej strony w sytuacji absolutnie nieakceptowalnej.
dr Jan Przybylski
Grafika w nagłówku tekstu: Gerd Altmann from Pixabay
przez Jan Przybylski | niedziela 21 lipca 2024 | opinie
Połowa roku 2024 w wojnie obronnej Ukrainy stoi pod znakiem dalszego ciągu braku spektakularnych wydarzeń, przełomów i perspektyw przeciągnięcia się „pełzanej” kampanii na rok kolejny, gdy coś w rodzaju rozstrzygnięcia mogłoby przynieść wyczerpanie możliwości jednej ze stron lub zmianę tła politycznego. W przypadku Ukrainy to wyczerpanie dotyczyłoby zdolności stawiania oporu w kontekstach militarnym i ogólnospołecznym. W przypadku Rosji – potencjału wyprowadzania kolejnych uderzeń bez liczenia się ze stratami własnymi w ludziach i sprzęcie.
Nie spełniły się obawy żywione w związku z rozpoczętą 10 maja rosyjską operacją w obwodzie charkowskim. Mimo początkowych zdobyczy terenowych agresora i słabości obrony, nie zmaterializowały się czarne scenariusze formułowane przez niektórych obserwatorów. Zgodnie z nimi armia ukraińska miała wskutek otwarcia nowego frontu pęknąć, ze skutkiem w postaci co najmniej upadku Charkowa. Ukraińcy zdołali skoncentrować siły wystarczające, aby powstrzymać Rosjan relatywnie szybko, a w lipcu nawet odzyskać niewielką część utraconych terenów. Odbyło się to jednak kosztem osłabienia innych odcinków frontu, na których trwał napór nieprzyjaciela. Zgodnie z obecną interpretacją, atak na Charkowszczyźnie był zatem klasyczną operacją pozbawioną właściwego celu, odwracającą uwagę przeciwnika i zmuszającą go do reakcji oraz przerzucenia wojsk skądinąd. Warto jednak pamiętać choćby o znanych z historii II wojny światowej sowieckich operacjach ofensywnych, które po szybkim rozbiciu się ich na oporze nieprzyjaciela były kwitowane w oficjalnej historiografii jako lokalne działania bez istotnego znaczenia i dopiero żmudne badania archiwów pozwalają ocenić początkowy rozmach.
Mimo poniesienia przez stronę rosyjską poważnych strat, domniemane odwrócenie uwagi okazało się skuteczne. Na froncie zaporoskim Ukraińcy są bliscy utraty ostatnich zdobyczy terenowych uzyskanych podczas ostatniej jak dotąd (i prawdopodobnie przynajmniej podczas obecnej odsłony wojny) ubiegłorocznej operacji ofensywnej. Na froncie donieckim natomiast Rosjanie wywierają stałą presję, posuwając się w pierwszowojennym tempie kilkuset metrów czy pojedynczych kilometrów tygodniowo i zajmując kolejne wioski, których nazwy byłoby próżno wymieniać. Niemniej jednak konsekwentnie wypierają Ukraińców na zachód, tracąc masowo ludzi i sprzęt, ale zużywając także siły przeciwnika.
Taki bieg wypadków nie grozi w przewidywalnej perspektywie rozsypaniem się ukraińskiego frontu i błyskotliwą rosyjską operacją sięgającą celów istotnie strategicznych. Ściera jednak stopniowo mającą istotne problemy strukturalne armię ukraińską, pogarsza jej i tak już obniżone morale, a w horyzoncie roku może doprowadzić do istotnego kryzysu. Pojawia się zatem kluczowe pytanie: na jak długą wojnę materiałową, znamionowaną zasypywaniem drugiej strony ludźmi i sprzętem bez przejmowania się stratami własnymi, stać jeszcze Rosjan? I czy armia ukraińska będzie w stanie dotrwać w choćby przyzwoitej zdolności bojowej do momentu potencjalnego kryzysu u wroga?
Opublikowane ostatnio opracowane przez zachodnie ośrodki szacunki rosyjskich strat od 22 lutego 2022 sięgają w zabitych od 106 000 do nawet 140 000. Licząc rannych, zdemobilizowanych z przyczyn psychicznych etc., rosyjskie ubytki w sile żywej mogą przekraczać pół miliona ludzi. Straty w czołgach przekroczyły 2700 maszyn, w przypadku bojowych wozów piechoty sięgnęły horrendalnej liczby niemal 3800, a doliczyć należy jeszcze ponad 1700 transporterów opancerzonych. Samobieżnych systemów artyleryjskich Rosjanie stracili już niemal 750. Straty w samolotach bojowych i wsparcia walki wynoszą nie mniej niż 97 maszyn. W odniesieniu do zasobów ludzkich, według (zawsze niepewnych) szacunków analityków Rosjanie mogą być na progu zdolności uzupełniania strat w obecnie ponoszonej wysokości lub wręcz spadli poniżej niego. W kwestii sprzętu odnotowano obecność na froncie pochodzących z lat 1940./50. systemów, takich jak czołgi T-54 czy armaty M-46. Analizy zdjęć satelitarnych rosyjskich składowisk sprzętu wojennego dają wynik dość jednoznaczny: zostały w porównaniu ze stanem sprzed wojny wyczyszczone niemal do cna.
Wszystko to prowadzi do, ponownie niepewnego, wniosku, że i w tej materii Rosja znajduje się mimo produkcyjnej mobilizacji gospodarki na progu, a w 2025 może zacząć mieć poważne problemy z uzupełnianiem strat. Szczególnie źle wygląda sytuacja z masowo traconymi bojowymi wozami piechoty, stąd próby kompensacji ich starymi czołgami (np. T-62) ze specyficznymi stodołowatymi zabudowami służącymi do transportu piechoty. Niewykluczone zatem, że przełom roku obecnego i przyszłego będzie krytyczny dla losów wojny. Rosjanie mogą planować rzutem na taśmę jeszcze jedną dużą ofensywę.
Armia ukraińska ma problemy równie głębokie – co prawda odblokowanie w kwietniu amerykańskiego 60-miliardowego pakietu pomocy pozwoliło na złapanie oddechu, sprzęt jednak wciąż napływa wąską strużką. Co gorsza, nie ma już nawet nadziei na uruchomienie na Zachodzie lub pod jego egidą jakiejkolwiek „mobilizacyjnej” produkcji, która byłaby w stanie poprawić sytuację. Marnie wygląda także kwestia zasobów ludzkich – co prawda wysiłki mobilizacyjne pozwalają łatać straty, ale wyszkolenie i morale już zdecydowanie nie takie, jak na początku wojny. Ukraińcy zatem mogą realnie myśleć też tylko o rzucie na taśmę i przetrzymaniu w obronie do potencjalnego kryzysu rosyjskiego potencjału uzupełniania strat. Zamiary ofensywne wydają się być całkowicie wykluczone.
Sytuację Ukrainy powinno poprawić anonsowane jako już rychłe przybycie kilkudziesięciu F-16A/B MLU z zasobów europejskich krajów NATO i zaanonsowane przekazanie przez Francję pewnej niewielkiej liczby Mirage 2000-5. O ile Mirage mogą mieć znaczenie ofensywne, jako maszyny przenoszące pociski Storm Shadow/SCALP-EG przeznaczone do rażenia rosyjskiej infrastruktury, o tyle zasadniczym zadaniem F-16 będzie prawdopodobnie defensywa.
Na jesień i zimę szykuje się bowiem bitwa o ukraińską energetykę. Wskutek osłabienia wydolności obrony przeciwlotniczej, Rosjanom udało się bowiem porazić przeważającą liczbę obiektów innych niż nuklearne. Można zakładać, że trwają intensywne prace mające na celu naprawienie tego, co możliwe w krótkim okresie, przygotowania rozproszonej sieci alternatywnych źródeł energii, tudzież sztukowania mocy dostawami z innych krajów. Jednak także Rosjanie zdają sobie z tego niestety sprawę i przy znaczącej produkcji pocisków manewrujących pewna jest kolejna ich ofensywa powietrzna przeciwko infrastrukturze, ukierunkowana na wywołanie zimą kryzysu humanitarnego i politycznego.
Koalicja wspierająca Ukrainę gromadzi z tego powodu ze wszystkich możliwych źródeł systemy przeciwlotnicze, z Patriotami na czele, jednak siłą rzeczy dostawy te będą ograniczone. Stąd potencjalna znacząca rola F-16, do których szczęśliwie dostępne są bardzo duże zasoby uzbrojenia zdolnego skutecznie razić pociski manewrujące czy godne tego drony.
Natomiast Ukraińcy przestali być, jak w pierwszym roku wojny, dłużni Rosjanom w kwestii ataków na ich infrastrukturę, włącznie z tą w głębi Rosji. W ciągu ostatnich kilku miesięcy odnotowano całkiem liczne uderzenia dronami na rosyjski przemysł naftowy, infrastrukturę energetyczną czy wreszcie zakłady zbrojeniowe i obiekty wojskowe. Co prawda te pierwsze spotkały się początkowo z niechętną reakcją Waszyngtonu, obawiającego się szczególnie niekorzystnego w roku wyborczym wzrostu cen ropy, jednak w pewnym sensie zniesiona została wreszcie nieznośna nierównowaga, w której Rosjanie rujnują Ukrainę, a ich terytorium trwa w błogim spokoju w imię wydumanej „nieeskalacji”. Możliwości Ukraińców w tym zakresie są niestety skromne, warto jednak nadmienić, że gros zachodnich sojuszników, w tym długo niechętni Amerykanie, zezwoliło na ataki na cele w Rosji z użyciem swojego uzbrojenia. Niechybnie zwiększy to dolegliwość przeciągania wojny dla Rosjan, jednocześnie wskazując na daleko idący dystans Zachodu względem szantażu nuklearnego Moskwy.
W otoczeniu międzynarodowym wojny zaszło kilka potencjalnie istotnych procesów. Wpływu wyniku wyborów na rządy we Francji nie udało się uzyskać podejrzewanemu o zamiary sprzyjania Rosji Zjednoczeniu Narodowemu. Co prawda sympatie w kierunku Moskwy wyrażane przez klan Le Penów, a nawet otrzymywanie stamtąd wsparcia finansowego są faktami bezspornymi, nie musiałyby jednak w sytuacji zmiany roli przekładać się na bieżącą politykę. Niemniej jednak pozostanie to pieśnią ewentualnej przyszłości, pozycję głównego rozgrywającego na francuskiej scenie politycznej przy praktycznie pewnym parlamentarnym klinczu zachowuje szeroko rozpościerający jastrzębie skrzydła Emmanuel Macron. W Stanach Zjednoczonych w obliczu dramatycznie już manifestującego się senilizmu Joego Bidena i chaosu w obozie Demokratów w kwestii wymuszenia wyboru ewentualnego zastępcy w wyborczym wyścigu, zdecydowanym faworytem staje się Donald Trump, skądinąd dodatkowo uskrzydlony nieudanym zamachem, dzięki któremu zyskał bezcenną ikonografię. Zamiary Trumpa w kwestii Ukrainy i Rosji pozostają niemożliwe do racjonalnego przewidywania. Może nastąpić zarówno odcięcie Ukraińców od pomocy, jak i radykalne jej zwiększenie czy wręcz podjęcie jakiejś pokerowej gry skierowanej przeciwko Moskwie.
Po drugiej stronie zawarty został określany jako strategiczne porozumienie pakt Putin-Kim, który poza mglistymi wizjami wspierania przeciwników Zachodu na całym świecie ma dać Moskwie szerszy dostęp do północnokoreańskich zasobów materiału wojennego i mocy produkcyjnych na tej niwie. Korea Północna może wspomagać „partnerów” amunicją artyleryjską i rakietami balistycznymi. Aczkolwiek według dostępnych analiz użycia środków tego rodzaju już dostarczonych Rosji są one dość pośledniej jakości. Jest w stanie dostarczać artylerię lufową czy rakietową, ale nie będzie mogła na przykład w istotny sposób uzupełnić rosyjskich braków w dziedzinie bojowych wozów piechoty, jako że sama dysponuje tylko bardzo nielicznymi BMP-1, a poza tym pojazdami bardzo prymitywnymi, klasy mniej więcej MT-LB. Na pewno za to będzie kazała za dostawy płacić sobie słono.
Pakt Moskwa-Pjongjang wywołał otwarcie nieprzychylną reakcję Korei Południowej. Seul zadeklarował, że w takiej sytuacji jest gotów przemyśleć zaopatrywanie Ukrainy w materiał wojenny, choćby na zasadzie produkcji na zlecenie koalicji wspierającej Kijów czy sprzedawania jej zapasów, które miałyby trafić na front. Mogłoby to otworzyć drzwi do pokaźnych, a nienaruszonych dotychczas zasobów. Potencjalnie niekorzystny dla Kremla może z kolei okazać się wynik wyborów prezydenckich w Iranie, który wygrał wewnątrzsystemowy reformator Masud Pezeszkian. Nie można rzecz jasna oczekiwać radykalnej zmiany frontu przez Teheran, ale artykułowana przez nową ekipę in statu nascendi chęć powrotu do poszukiwania porozumienia z Zachodem może otwierać drogę do pewnego zniuansowania jego polityki.
Nie ulega wątpliwości, że przełom 2024 i 2025 będzie dla Ukrainy rokiem niezwykle trudnym. Jeżeli Rosjanie mają stanąć wskutek kryzysu możliwości odtworzeniowych w obliczu problemów z kontynuacją bieżącego sposobu prowadzenia wojny (a na taką świadomość mogą wskazywać ostatnie pokojowe balony próbne, „skromnie” ograniczające cesje terytorialne do granic administracyjnych obwodów ługańskiego, donieckiego, zaporoskiego i chersońskiego, a warunki polityczne do wycofania akcesu do NATO), niechybnie podejmą choćby ostatni w bieżącym rozdaniu intensywny wysiłek mający na celu osiągnięcie znaczących postępów na froncie oraz w sferze destrukcji ukraińskiej infrastruktury. Przygotowują się na to wyraźnie tak Ukraińcy, jak i wspierająca ich koalicja. Jeżeli te przygotowania odniosą skutek, nagrodą będzie nie słodycz zwycięstwa, a zmniejszenie intensywności wojny lub zamrożenie jej na liniach rozgraniczenia wojsk… Lepszej perspektywy jednak póki co nie widać.
dr Jan Przybylski
Grafika w nagłówku tekstu: Gerd Altmann z Pixabay
przez Jan Przybylski | niedziela 17 marca 2024 | opinie
Czas poprzedzający drugą rocznicę rosyjskiej napaści na Ukrainę przyniósł szereg wydarzeń tyleż ważkich, co nieprzełomowych. Upadła broniona przez Ukraińców, a atakowana, co prawda z różną intensywnością i długotrwałymi przerwami, od samego początku obecnej odsłony wojny Awdijiwka. W rosyjskim łagrze życie zakończył Aleksiej Nawalny. Prezydent Zełenski zdymisjonował głównodowodzącego ukraińskich Sił Zbrojnych, generała Wałerija Załużnego. Nie sprawdziły się natomiast przewidywania dotyczące możliwości wyprowadzenia przez Rosjan generalnej ofensywy o celach strategicznych.
Ogólna sytuacja wojskowa Ukrainy po dwóch latach wojny nie przypomina już swoistego karnawału nastałego po początkowej grozie. Zaczął się on bardzo szybko po inwazji w obliczu widocznego krachu całościowo pojętego zamysłu Rosjan. Nie przypomina też jednak nadziei na konkluzywne i w miarę pomyślne szybkie zakończenie konfliktu, które kiełkowały po względnych sukcesach kontrofensyw na charkowszczyźnie i chersońszczyźnie w II połowie roku 2022. Podjęta na przełomie wiosny i lata 2023 próba uderzenia na Zaporożu zakończyła się symbolicznymi tylko zyskami za cenę istotnych (choć nie tragicznych) strat w ludziach i sprzęcie, w tym jego najwartościowszych zasobach produkcji zachodniej. Z dużym prawdopodobieństwem można uznać, że zakończyła ona definitywnie okres ukraińskiej inicjatywy w skali przekraczającej taktyczną.
Powrót do niej jest bardzo mało prawdopodobny z dwóch zasadniczych powodów. Po pierwsze – wyczerpywanie się zasobów tak ludzi, jak i sprzętu dostępnego na Zachodzie, w szczególności w sytuacji blokady w amerykańskim Kongresie pakietu pomocy opiewającego na 60 miliardów dolarów. Po drugie – okrzepnięcie rosyjskiej machiny wojennej, która po dwóch latach bolesnych lekcji ograniczyła popełnianie kuriozalnych nieraz błędów. W warunkach wojny o charakterze bliskiej pozycyjnej wdrożyła skuteczne sposoby działania, które mimo teoretycznego opracowania nie funkcjonowały dotychczas w praktyce. Analiza bieżących wydarzeń na froncie wskazuje, że rosyjskie lotnictwo, które z kretesem przegrało rok 2022 i z bardzo umiarkowaną efektywnością działało w 2023, stało się głównym rozgrywającym pod Awdijiwką, uniemożliwiając Ukraińcom skuteczną obronę. Rosjanie usprawnili także radykalnie łańcuch wykrywania wysokowartościowych celów i niszczenia ich, co przyniosło Ukraińcom bolesne straty, takie jak prawdopodobna utrata elementów zestawu Patriot wskutek porażenia w strefie przyfrontowej.
Taką skuteczność działań w zasadniczej mierze umożliwia deficyt po stronie ukraińskiej narzędzi walki z rosyjską przewagą powietrzną. Obecnie sprowadzają się one w praktyce do ofensywnego wykorzystywania systemów naziemnych. Przynosi to nieraz błyskotliwe sukcesy, takie jak zniszczenie w tym roku dwóch z około dziesięciu sprawnych samolotów AWACS A-50 i co najmniej kilku bombowców taktycznych Su-34 oraz myśliwców Su-35. Jednak w sytuacji ograniczenia do minimum możliwości bojowych ukraińskiego lotnictwa to nie wystarcza – a perspektywy nie wyglądają optymistycznie. Co prawda początek lata ma już definitywnie przynieść pojawienie się nad frontem maszyn F-16AM/BM, jednak najprawdopodobniej nie będą one w stanie podjąć batalii o panowanie w powietrzu, tak z uwagi na ograniczoną liczbę, jak i własne immanentne charakterystyki. Mimo rozlicznych zalet nie zostały po prostu zaprojektowane do funkcjonowania w tym charakterze. W NATO-wskim systemie wojny powietrznej tego rodzaju zadania miały wykonywać F-15 czy Typhoon. A dostawy takich maszyn nie pozostają nawet w sferze rozważań.
Niełatwa jest także zarówno wewnątrzpolityczna sytuacja Ukrainy, jak i w stosunkach z zachodnimi sąsiadami. W kontekście tej pierwszej zauważalna jest alienacja i słabnięcie pozycji prezydenta Zełenskiego, oskarżanego o rosnące skłonności autokratyczne. Ciągnący się konflikt z niezwykle popularnym generałem Załużnym spowodował jego odwołanie i „zesłanie” na placówkę ambasadora w Wielkiej Brytanii. Tymczasem badania opinii publicznej wskazują, że gdyby generał stworzył partię, zdominowałaby ona ukraińską scenę polityczną. Mimo że póki co dystansuje się on od takiej koncepcji, nie można wykluczyć, że w sytuacji dalszego kryzysu władzy ulegnie to zmianie. Jeżeli natomiast Zełenski wierzył, że wyraźne stawianie przed 15 października 2023 na ówczesną polską opozycję spowoduje rozwiązanie problemów w stosunkach wzajemnych, rachuby te spaliły na panewce. Nowy rząd musi uwzględniać interesy protestujących rolników, a jego twarzą w relacjach w aspekcie ochrony krajowego rynku żywności jest wiceminister Kołodziejczak.
Rosyjskie sukcesy odnoszone w ostatnich miesiącach pozostają również mocno symboliczne, a mimo większej sprawności prowadzenia działań nadal są okupione ciężkimi stratami. Pod Awdijiwką miały one sięgnąć nawet kilkunastu tysięcy zabitych, przy zachowaniu przez Ukraińców bardzo korzystnego stosunku strat własnych do strat wroga. Mimo sporych obaw, Ukraińcy po poniechaniu beznadziejnej już obrony miasta zdołali ustabilizować front na póki co prowizorycznych liniach umocnień. Rosjanie co prawda nauczyli się niszczyć nawet dobrze przygotowaną defensywę ukraińską, jednak obrońcom pozostały, mimo dużego wyczerpania, spore zasoby ludzkie i mimo wszystko sprzętowe, zapobiegające katastrofalnym pęknięciom obrony. Tygodnie następujące po upadku Awdijiwki przynoszą nadal rosyjskie postępy liczone w pojedynczych kilometrach.
Rosja ponosiła i ponosi horrendalne straty. W ludziach od początku bieżącej fazy wojny można je szacować na ponad 100 000 zabitych i dwukrotnie więcej ciężko rannych. Czołgów Rosja straciła bezpowrotnie co najmniej około 2400, bojowych wozów piechoty i transporterów opancerzonych nie mniej niż 1500, dział samobieżnych – 650. Samolotów bojowych i wsparcia walki ubyło co najmniej 90, w tym 43 nowoczesne z rodziny Su-30/34/35, co przekracza 10% stanów przedwojennych – a w tym przypadku z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością można mówić również o zbliżonej liczbie maszyn spisanych ze stanu mimo dociągnięcia na lotnisko czy efektywnie wyeliminowanych z walki na wiele miesięcy z powodu konieczności przeprowadzenia gruntownego remontu.
Gospodarka rosyjska, przestawiona w znaczącym stopniu na tory wojenne, ma pewną zdolność uzupełniania tych strat, jednak pojawiają się pytania o to, jak długotrwałą. Przykładowo, dostawy czołgów na front mają obecnie sięgać 125 pojazdów miesięcznie, ale według szacunków faktyczna produkcja nowych T-90M nie sięga nawet 25% tej liczby. Pozostałe są składakami pojazdów porażonych na froncie albo rewitalizacjami maszyn ze składów – a te ulegają nieuchronnemu wyczerpaniu. Chociaż załamanie się rosyjskiego systemu gospodarczego w sposób, który zachwieje dostawami dla frontu umożliwiającymi prowadzenie wojny z obecną intensywnością nie wydaje się być perspektywą bliską, jednak w oczywisty sposób wyczerpuje ono rezerwy bieżące i tym bardziej nie pozwala na ich odtwarzanie. A alianci wspomagający moskiewski reżim dostawami broni, czyli Iran i Korea Północna, bynajmniej nie czynią tego z dobrego serca. Według ujawnionych informacji np. ceny, jakie Rosja płaci za irańskie drony, są bardzo wysokie, w istocie na poziomie sprzętu zachodniego, mimo znacznie niższej jakości. W zarysowanym kontekście warto odnotować znaczącego „plusa ujemnego” dla Rosji – mimo sporych obaw zimowa kampania uderzeń rakietowo-dronowych na ukraińską infrastrukturę krytyczną spowodowała co prawda istotne szkody, ale nie były one na tyle znaczące, żeby zachwiać ukraińskim państwem czy wywołać kryzys humanitarny.
W odniesieniu do sytuacji politycznej w samej Rosji, śmierć Aleksieja Nawalnego, za którą – niezależnie od niemożliwych do ustalenia szczegółów technicznych – ponosi odpowiedzialność ekipa Władimira Putina, można interpretować jako deklarację wobec Zachodu, że nie nastąpi żadna pieriedyszka w wykonaniu „liberała”. Który, zanim po kilku latach powróciłby na ostro imperialistyczny kurs, mógłby liczyć na fetowanie w zachodnioeuropejskich i północnoamerykańskich stolicach. Również ewentualne rachuby na wewnątrzrosyjskie alternatywy okażą się płonne. Pewne poruszenie po śmierci Nawalnego było, jak się wydaje, w pełni kontrolowane przez władze i nie będzie miało żadnych istotnych skutków. W społeczeństwie dominuje poparcie dla wojny, a akcja mobilizacyjna nie napotyka na istotny opór. Wyeliminowani z systemu zostali także wojskowi, którzy zostali zidentyfikowani jako wspierający w zeszłym roku próbę puczu Prigożyna.
W kontekście powyższego stanu rzeczy należy interpretować znaczące przetasowania w koalicji wspierającej Ukrainę. W sytuacji amerykańskiego paraliżu decyzyjnego, który może potrwać do wyborów prezydenckich, a postawa Donalda Trumpa po jego ewentualnej wygranej jest niewiadoma (pochopne wydaje się jednak zakładanie, że automatycznie pchnie on Stany Zjednoczone na tory izolacjonistyczne i odda Ukrainę Rosji), rolę koryfeusza wsparcia dla Kijowa wzięła na siebie Francja. Od kilku miesięcy z Paryża płyną sygnały, że Francuzi będą wspierać Ukrainę niezależnie od stanowiska Waszyngtonu. A w ostatnich tygodniach Emmanuel Macron przekroczył granicę niewyobrażalnego, deklarując, że nie można wykluczyć przyszłej jawnej obecności wojsk krajów zachodnich na Ukrainie, a wojna rosyjsko-ukraińska jest wojną „naszą” – Francji i jej europejskich aliantów. Wydaje się, że za takim stanowiskiem prezydenta Francuzów, który wszak na początku wojny działał bardzo zachowawczo, podejmując próby negocjacji z Władimirem Putinem, wpływa prosta i racjonalna kalkulacja.
Rosja, pokonawszy szok związany z zupełnie nieudaną kalkulacją wyjściową i krachem pierwotnego planu podboju Ukrainy, zmobilizowała gospodarkę i zmilitaryzowała w znaczącym stopniu społeczeństwo. W koniunkcji z sankcjami (mimo ich obchodzenia), cena jest jednak ogromna. Rosja straciła możliwość funkcjonowania w sposób imitujący w sporej mierze Zachód. A także dużą część zasobów finansowych zgromadzonych podczas kilkunastu lat prosperity na rynkach surowcowych. Na przykład aktywa zgromadzone w Narodowym Funduszu Dobrobytu spadły z ponad 100 miliardów dolarów przed wojną do około połowy tej kwoty obecnie. Za to wszystko Moskwa zyskała dotychczas wyłącznie zgliszcza. Nawet zdobycie całej Ukrainy nie będzie zyskiem rekompensującym poniesione nakłady – kraj jest po dwóch latach wojny zrujnowany, populacja stała się antyrosyjska, a w razie perspektywy porażki militarnej nastąpi kolejny jej eksodus na zachód. Rosja nie zdobywa żadnych nowych technologii – nie można wszak uznać za takowe zdobywanych egzemplarzy zachodniego sprzętu reprezentującego poziom sprzed dwóch dekad…
W sytuacji determinacji Moskwy do kontynuacji wojny i braku oznak załamania wewnętrznego, w razie klęski Ukrainy należy oczekiwać prób uzyskania korzyści politycznych zbliżonych do żądań formułowanych tuż przed wojną, dotyczących m.in. ograniczenia swobody funkcjonowania NATO na terenie krajów przyjętych do Sojuszu po roku 1999, a wręcz idących jeszcze dalej. Paradoksem takiej sytuacji byłoby to, że eskalowane żądania, uderzające w interesy Zachodu, formułowałaby Rosja znacznie osłabiona w stosunku do czasu sprzed 24 lutego 2022, nie wykazując też, jak można przypuszczać, skłonności do samoograniczenia na mocy jakiegokolwiek kompromisu. W tej sytuacji, skoro ostra konfrontacja z Moskwą jest w przewidywalnym horyzoncie czasowym nieuchronna, dla Zachodu lepiej toczyć ją na Ukrainie, robiąc bardzo wiele dla zapobieżenia jej upadkowi. Wydaje się też, że Kijów nie będzie skłaniany do rokowań. Ewentualny rozejm, obciążony pewnością rychłego złamania, służyłby w istocie tylko Rosji, pozwalając jej wylizać rany i odtworzyć w spokoju zasoby. Lepiej, jeżeli są one niszczone na bieżąco…
Dla wszystkich powyższych kalkulacji decydujący będzie wynik wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. Mogą one przynieść zarówno spoczęcie niemal całości obciążenia wsparciem dla Ukrainy na barkach Europejczyków, jak i agresywny powrót Waszyngtonu do rozgrywania. Przy czym paradoksem jest, że największego natężenia tej agresywności można by się spodziewać po… Donaldzie Trumpie.
dr Jan Przybylski
Grafika w nagłówku tekstu: Rosy / Bad Homburg / Germany z Pixabay
przez Jan Przybylski | niedziela 14 stycznia 2024 | opinie
Wyprodukowany przez Netflix serial „1670” to utrzymana w konwencji mockumentu opowieść o szlachcicu Janie Pawle Adamczewskim, którego życiowym celem jest zostanie „najsłynniejszym Janem Pawłem w historii Polski”. Serial stał się bodaj jednym z najważniejszych wydarzeń w polskiej popkulturze ostatnich lat. Mówią o nim „wszyscy”, swoje opinie wygłaszają przedstawiciele rozmaitych formacji intelektualnych. Jedni widzą w nim dzieło przełomowe i nieomal epokowe, drudzy wyrażają zdegustowanie. Warto oczywiście pamiętać, że o pionierstwie w dziedzinie satyrycznego przedstawienia Rzeczypospolitej Szlacheckiej trudno mówić. Wszak już Henryk Sienkiewicz, którego najmodniej dziś nie czytać, w postaciach Zagłoby i Podbipięty wykpiwał – co prawda dość dobrotliwie, ale i celnie – ówczesną formację umysłową, imć Onufry reprezentował też explicite ciasny szowinizm stanowy. Dwa pokolenia później schyłkową postać formacji sarmackiej wyszydził już bez żadnej litości w swoim „Niemcewiczu od przodu i tyłu” Karol Zbyszewski.
Skoro „się” mówi o „1670”, to aby dołączyć, obejrzałem ośmioodcinkową produkcję Macieja Buchwalda i Kordiana Kądzieli. Weszła całkiem gładko, momentami ubawiłem się naprawdę nieźle, aczkolwiek muszę przyznać, że nie odczuwałem zbyt natarczywej potrzeby połykania kolejnych odcinków. Zdecydowanie najlepsza wydaje mi się strona wizualna z pieczołowitą rekonstrukcją realiów (także i takich detali jak to, że podczas chodzenia po błocie płaszcz uwala się nim), świetnymi zdjęciami i warstwą muzyczną, która zapewne mocno przyczyni się do rozpropagowania na nowo odkrywanego rodzimego folkloru w postaci niekojarzącej się już, jak za słusznie minionych czasów, z żenadą. Nawet jeżeli niektóre odcinki nieco się rozłaziły w szwach czy odlatywały w sobie tylko wiadomym kierunku, wrażenia wizualne i słuchowe pozostawały nieodmiennie pozytywne, nieraz nieomal hipnotyczne.
Toczy się dyskusja, o czym właściwie traktuje serial. Jedni twierdzą, że o polskim dniu dzisiejszym, tylko podanym w jakimś w sumie obojętnym kostiumie. Inni, jak wyraźnie zachwycony „1670” i obszernie argumentujący na rzecz swojego stanowiska historyk Piotr Napierała, utrzymują, że jednak o historii. Wydaje mi się, że zamierzeniem autorów było swoiste ustawienie naprzeciw siebie krzywych zwierciadeł, w których mają przeglądać się wzajemnie polska współczesność i sarmatyzm. Skoro dziś mówimy o rezyduach folwarczności w życiu społecznym i ekonomicznym, warto poszukać ich źródeł, choćby w komediowy sposób. Ta niejednoznaczność wskazuje chyba, że cel udało się zrealizować całkiem udatnie. Być może można było darować sobie jednak niektóre nadmiernie dosłowne odniesienia do współczesności, jak XVII-wieczne „smartfony”, którymi bawią się bohaterowie.
Komediowa konwencja sprawia, że nośny dziś temat „ludowej historii Polski” zostaje potraktowany cokolwiek ramowo i hasłowo, lub może inaczej – eufemistycznie. Biopolityczna władza pana, jak by to ujął Jan Sowa, na którego powołują się autorzy, występuje w postaci żartów i aluzji, więc co do zasady, widząc w warstwie wizualnej nędzę bytowania, nie jesteśmy atakowani martyrologią chłopów. Ale skoro kwestia jest tak chwytliwa, może powstanie produkcja traktująca o tym zupełnie na poważnie.
Bodaj największą siłą komiczną było włożenie w usta bohaterów współczesnego języka, przede wszystkim żargonu (pseudo)intelektualnego. Zrobiono to całkiem kunsztownie. Główną jego nosicielką jest oczywiście córka Jana Pawła, Aniela, Social Justice Warriorka pierwszej wody – co swoją drogą mocno niuansuje tę postać. Pozornie jest ona najbardziej pozytywna, kontrapunktuje absurdy i szaleństwa świata przedstawionego, ale jej zideologizowany do imentu język pozostaje nieodparcie śmieszny, a przy tym impotentny. Jednak i inni potrafią zaatakować tą samą bronią. Bodaj najbardziej zabawnym momentem całości był dla mnie Jan Paweł atakujący szablę u boku mieszczanina jako „kulturowe zawłaszczenie”. Godne najwyższego uznania, także za zwięzłe wskazanie, że sarmatyzm miał swoją rozbudowaną ideologię.
Postacie skonstruowano z różnym powodzeniem. Grany znakomicie przez Bartłomieja Topę Jan (a może Janusz?) Paweł jest całkiem niezły. Do najlepszych zaliczam te, które w pewnych momentach ocierają się o dramatyzm, jak jego żona, Zofia, i zakochany w Anieli pochodzący z Litwy pomocnik kowala, Maciej. Słaby i płaski jest natomiast brat Zofii, niewydarzony husarz Bogdan, który nie wnosi wiele poza wykpieniem używanego przez siebie języka narodowców. Również ksiądz Jakub (prywatnie syn Jana Pawła) jest mimo bardzo dobrej kreacji Michała Sikorskiego jako postać mocno taki sobie. Co do zasady pozostaje tylko szyderstwem z dzisiejszego kleru, pozbawioną pierwiastka żarliwości czy choćby bardziej komediowego szczerego fanatyzmu.
Ciekawym aspektem może być powstrzymanie się autorów od bezpośredniego przełożenia na bieżący spór polityczny, co w sumie sugerowałby wprost podział Adamczychy na dwie (nierówne) połowy. Trudno powiedzieć, czy wynika to z przenikliwości autorów, czy przeciwnie – z ich ignorancji i nierozumienia współczesności. Bo przecież wsteczny Jan Paweł to nie „PiS” – wszak obóz ten mówi o „pułapce średniego dochodu”, prezentuje konkurencyjną wobec opartej o UE, „narodową” wizję modernizacyjną, znamionowaną przez wielkie inwestycje (jak to wychodzi to już inna sprawa). Oczywiście można podejrzewać, że jest to efekt takiej, a nie innej formacji intelektualnej jego lidera. Natomiast niewykluczone, że kadry mogłyby dokonać rewitalizacji Doktryny Goryszewskiego, nawet z ujednoznacznieniem, że skoro biedna Polska modliła się i chodziła do kościoła, to lepiej z tym rozwojem i bogactwem nie przesadzać (a w czymś takim mógłby wybić nurt mistycyzująco nawiązujący do sarmatyzmu, próbowany wszak na prawicy kulturowej). Natomiast modernizacyjno-socjalny Andrzej to nie „PO” – jeżeli ktoś ma pojemniejszy hipokamp, pamięta, którego obozu zaplecze intelektualne twierdziło, że tania siła robocza stanowi zasadniczy warunek toczenia się polskiej gospodarki do przodu i trzeba ludziom wybić ze łbów myśli o tym, że w zasuwaniu za przysłowiowe 1200 jest coś złego, a tym bardziej że można to zmienić. In dubio pro reo – przyjmuję, że chodziło o sportretowanie pewnych typów myślenia bez jednoznacznego przyporządkowywania ich do konkretnych formacji.
Czy ta produkcja zmieni jakoś głęboko stosunek Polaków do przeszłości? Nie sądzę, do tego nawet i 10 ani nawet 100 produkcji nie wystarczy. W końcu dokooptowanie na przełomie XIX i XX wieku chłopstwa do Narodu Historycznego, tak że i ono może się powoływać na te husarskie skrzydła, stanowiło sukces ogromny i trwały. Nawet PRL po krótkim okresie między circa 1948 a 1955 po prostu sam się do Heroicznej Historii dokooptował, uznając się za kontynuatora tendencji mocarstwowej i pozytywnych, a może wręcz postępowych nurtów/postaci: Piastowie, „narodowcy” czasów Trylogii, Sobieski, Oświecenie…
Krytyczne analizowanie historii jest jak najbardziej potrzebne, ale nie zdoła ono dokonać wyodrębnienia jakiejś osobnej pamięci. I całe szczęście, bo przy panującym dziś klimacie intelektualnym męczyłaby ona tylko wszystkich swoimi bardziej czy mniej realnymi krzywdami. A w ramach rekompensaty domagałaby się przywilejów trudnych do sensownego określenia.
W nawiązaniu do przywołanego na początku Sienkiewicza, warto przypomnieć niesamowitą scenę opowieści księdza Kamińskiego z „Pana Wołodyjowskiego”, która sama w sobie całkowicie usprawiedliwia zaistnienie tej skądinąd całościowo dość nudnej i słabej powieści. Po dokonaniu za swoich czasów wojskowych, przypadających na okres wojen z Kozakami, czynu, którego podany ze szczegółami opis każe zakwalifikować go jako psychopatyczną zbrodnię wojenną z rysami morderstwa rytualnego, doznaje ni to snu, ni to wizji, w której Chrystus uznaje za stosowne powiedzieć do szlachcica: „Tanie teraz wasze szlachectwo, bo je za czasów wojny każdy łyk mógł kupić; ale mniejsza z tem!”. To się nazywa odwaga odbrązowiania i dekonstrukcji dyskursu… Kiedy doczekamy się takich w wykonaniu współczesnych, krytycznych twórców?
dr Jan Przybylski