Brexit, Polexit i lewica

Im bardziej prawicowe są nastroje, szczególnie w Internecie, tym bardziej rozważa się zalety potencjalnego Polexitu, czyli wyjścia Polski ze struktur Unii Europejskiej. Zastanówmy się zatem, co by to oznaczało dla Polski na zasadzie analogii z Brexitem i jak powinna się zachować względem tego zagadnienia propaństwowa, niepostkomunistyczna lewica społeczna.

Rozpoczęcie procesu Brexitu było zagrywką premiera Camerona, wymierzoną w UKIP i jej lidera Nigela Farage’a. Wielka Brytania ma tak silną pozycje w UE i czerpie z niej takie korzyści, że ani Cameron, ani nikt z elit politycznych Wielkiej Brytanii nie traktował serio pomysłu Brexitu. Ot, blef. Jednak, jak uczeń czarnoksiężnika, Cameron wypowiedział zaklęcie i stracił nad nim kontrolę. Było to o tyle łatwe, że brytyjskie bulwarówki od lat regularnie pisywały negatywnie o Unii Europejskiej. Ponieważ większościowa ordynacja wyborcza uniemożliwia natychmiastowe wymierzenie kary za złe decyzje przez społeczeństwo w kolejnych wyborach, konserwatyści zarządzający Brexitem zostali po czerwcowych wyborach tylko osłabieni, a nie odwołani.

UKIP oszukał Brytyjczyków przed referendum, głosząc, że wyjście z UE to 8,5 mld funtów rocznie zysku dla Brytyjczyków (tyle przeciętnie wynoszą roczne wpłaty netto Wielkiej Brytanii do UE). Na samym początku negocjacji w kwietniu 2017 r., UE zażądała 100 mld euro rachunku brexitowego za różne zobowiązania zaciągnięte względem UE, np. wpłaty do budżetu UE do końca obecnej perspektywy finansowej do 2020 r.  Londyn odrzucił te żądania jako bezzasadne, a obecnie zgadza się na 40 mld euro, podczas gdy UE zredukowała swe oczekiwania do 65 mld euro, co stanowi odpowiednio 1,7% i 2,8% brytyjskiego PKB z 2016 r. Nie zapominajmy przy tym, że Wielka Brytania jest, w przeciwieństwie do Polski, płatnikiem netto do budżetu UE.

Negocjacje brexitowe muszą, zgodnie z Traktatem UE, zakończyć się do 29 marca 2019 r. Jest to mało prawdopodobne z wielu powodów. Po tej dacie UE i Londyn mogą nie mieć umowy o wolnym handlu i wrócą do wysokich ceł na handel towarami i usługami. Gospodarka UE (bez Wielkiej Brytanii) jest ponad 5 razy większa od gospodarki Wielkiej Brytanii, a rynek UE to 47% eksportu (240 mld euro) Wielkiej Brytanii w 2015 r., zaś rynek Wielkiej Brytanii to tylko 16% eksportu UE. Łatwo więc wyobrazić sobie, kto zostanie rozjechany, gdy dojdzie do zderzenia. Inni partnerzy handlowi Wielkiej Brytanii to zaledwie 15% eksportu do USA, 7,2% do Szwajcarii, 6% do Chin, 2,1% do Hong Kongu, 1,2% do Kanady i 1% do Norwegii. Zanim więc Londyn się jakoś odkuje, część instytucji finansowych z Londynu i spora część produkcji nastawionej na eksport do UE przeniosą się do UE. Wrzuci to Wielką Brytanię w potężny kryzys ekonomiczny. Odbije się on w pierwszej kolejności na zwiększonym bezrobociu w regionach przemysłowych, które tak ochoczo głosowały za Brexitem. Stąd „kara niewidzialnej ręki rynku” będzie wymierzona w pierwszej kolejności zwolennikom Brexitu.

Polska w latach 2004-2020 otrzyma z UE w sumie 162 mld euro netto, czyli około 10 mld euro rocznie, średnio jakieś 3% PKB. Polski eksport to w 80% rynek UE, w tym 27% do Niemiec (w tym sporo prefabrykatów do niemieckich łańcuchów dostawczych, a nie produktów finalnych), a w drugą stronę to tylko 3% i 4,3% (kalkulacja z bazy danych trademap.org). Największe nieunijne rynki eksportowe dla Polski to USA (2,8% polskiego eksportu), Rosja (2,7%), Turcja (1,7%), Ukraina (1,5%), Norwegia (1,4%), Chiny (1,2%) i Szwajcaria (1%). Reszta to drobnica poniżej 1%. Liczenie na Chiny, popularne wśród części prawicy, jest złudne, zwłaszcza że one nie potrzebują Polski poza UE, lecz jako platformy dostępu do rynku UE. Zapewne więc rachunek za Polexit byłby słony i wynosił kilka razy więcej niż 1,75% PKB brytyjskiego, kraju będącego płatnikiem netto. Prawdopodobnie byłoby to około 1,5% PKB za zobowiązania bieżące (składki itd.), a ile zwrotu Unia chciałaby z około 40% polskiego obecnego rocznego PKB, które UE wpompowała w Polskę netto od 2004 r., to nawet strach się zastanawiać… Ponadto polska gospodarka poprzez odcięcie od rynków unijnych zostałaby wrzucona w otchłań kryzysu. Być może dlatego prawica odkurza kwestię reparacji wojennych od Niemiec. Cóż, zapewne moralnie ma to w oczach prawicowych radykałów jakiś sens, choć jest nierealne, nieprofesjonalne i raczej infantylne.

Polexit spowodowałby ogromny kryzys gospodarczy w Polsce, wysokie bezrobocie, wzrost kosztów obsługi długu publicznego do 5-10% odsetek i zapaść finansów publicznych, wyhamowanie inwestycji w modernizację, w technologie obronne, infrastrukturę energetyczną, koniec z 500+, koniec z bezpośrednimi dopłatami dla rolników. I w ogóle koniec marzeń o zamożnej i sprawiedliwej społecznie Polsce na dziesiątki lat. Poza tym – wzrost dominacji Rosji na Ukrainie, w Białorusi i w Polsce. Jednym słowem, Polexit to pogrzebanie „Trójmorza”, które i tak jest mało realne, poza wybudowaniem dobrych sieci transportowych (autostrady i szybka kolej) i energetycznych (zwłaszcza przesył gazu). Polska to 3-4% gospodarki UE, więc byłoby to zderzenie mrówki ze słoniem i zatopienie ekonomiczne Polski. Polexit to marzenie Putina.

Jak do tego wszystkiego powinna się odnieść lewica społeczna? Ano właściwie i w oparciu o konkrety komunikować te ryzyka swojemu potencjalnemu elektoratowi, obecnie często głosującemu na radykalną i konserwatywną prawicę. Powinna również tworzyć pozytywną wizję rozwoju UE i punktować faktami i statystykami eurosceptyków. Pozwolę sobie na kilka sugestii co do takiej komunikacji:

1. Warto analizować rachunek brexitowy i skutki gospodarcze Brexitu dla gospodarki Wielkiej Brytanii i nagłaśniać je w Polsce, modelując potencjalne koszty Polexitu – makro dla całej gospodarki oraz mikro w kontekście utraconych bezpośrednich dopłat dla rolników, kilometrów zbudowanych autostrad itd.

2. Krytycznie analizować argumentację radykalnej prawicy względem korzyści z Polexitu. Jeśli to będą korzyści z intensyfikacji relacji z Chinami czy miliardy z odszkodowań niemieckich, to warto podkreślać, że „zagłobowe Niderlandy” byłyby bardziej realne.

3. Brexit został poprzedzony latami szczucia na UE w bulwarowej prasie brytyjskiej. Obecnie można podobny proces zauważyć w prawicowych mediach czy na licznych antyunijnych stronach facebookowych, gdzie trudno znaleźć zrównoważony przekaz o UE. Może to prowadzić do powolnego, ale systematycznego spadku poparcia Polaków dla członkostwa w UE, Obecnie jest ono bardzo wysokie i wynosi około 88%. Jest tajemnicą poliszynela, że pieniądze Kremla wspierają radykalną antyunijną prawicę, pracując nad zniechęcaniem Polaków do UE. Tym samym warto aktywnie promować zalety UE, zwalczać tendencyjnie negatywny przekaz i uczyć się, jak UE funkcjonuje, jak się w niej skutecznie działa i jak pracować nad jej ulepszaniem.

4. Po wyborach w Niemczech ruszy dyskusja o dalszym rozwoju Unii. Polska obecnie nie bierze w tych rozważaniach żadnego sensownego udziału na poziomie roboczym, poza PR-em i ogólnikami. Warto rozmawiać na lewicy na ten temat i krytycznie analizować podejście i logikę polskiego rządu, która wygląda mniej więcej tak, żeby w przyszłości polski sejm czy rząd mogły wetować niekorzystne dla Polski decyzje UE. Jest to myślenie magiczne i niemieszczące się w realnym polu manewru. Niemcy i Francja będą szły w przeciwnym kierunku, czyli dalszej integracji, więc Polska powinna się odpowiednio do tego odnieść. Próba narzucania własnej życzeniowej wizji jest jak zawracanie Wisły kijem, oznacza postępującą izolację, marginalizację i ewentualnie Polexit, jeśli wywoła się falę społecznej niechęci do Unii. Co oznacza Polexit, już opisałem: potężny kryzys ekonomiczny i koniec polskich marzeń o spokoju, dostatku i bezpieczeństwie.

5. Stworzyć pozytywną i realną wizję rozwoju UE, zgodną z interesem Polski i jej obywateli. Polegałaby ona między innymi na promowaniu unii wspólnotowej, a nie międzyrządowej, promowanej przez rząd PiS i będącej na rękę największym krajom UE. Mianowicie UE z silną Komisją Europejską (i silną pozycją Polski w niej) i Parlamentem UE daje większą gwarancję ochrony interesów mniejszych państw, a UE z kluczową rolą Rady (czyli rządów) daje przewagę silnym, dużym państwom Unii, mającym wystarczający potencjał swoich administracji do forsowania własnych interesów.

6. Rozwijać strategię wejścia do strefy euro (jak, kiedy, pod jakimi warunkami itd.) i dyskutować o niej.

Ignacy Husarski

Znowu ta pijana zakonnica w ciąży na przejściu dla pieszych

23 lipca 2017 r. opublikowano podpisany przez wiele osób z różnych organizacji lewicowych List Otwarty do środowisk lewicowych „Żegnaj, III RP”. List ten zachęca do integracji środowisk lewicowo-demokratycznych i prospołecznych. Łopatologicznie argumentuje, że nie da się obecnie bronić demokratycznego systemu bez zawalczenia z radykalną prawicą parlamentarną (PiS i Kukiz’15) o biedniejsze grupy społeczne, osierocone przez III RP i głosujące obecnie na prawicę. Liberalne elity nie są już dla nich wiarygodne.

Tego samego dnia na blogu „Polityki” redaktor Edwin Bendyk skomentował ten list w tekście „Przyszłość, lewica, dialog. Dlaczego nie podpisałem listu do środowisk lewicowych”. Jest to generalnie bardzo życzliwy tekst, którego najważniejszym fragmentem jest ten:

Dlaczego więc nie podpisałem listu? Świetne towarzystwo znakomitych sygnatariuszek i sygnatariuszy zachęca. Odpowiedź wymaga autotematycznego zmierzenia się z własną biografią – gdybym podpisał, byłbym po prostu hipokrytą. Owszem, projekt III RP wyczerpał się, a jego instytucjonalną słabość ujawnił PiS. Nie mogę jednak zapomnieć, że sam projekt III Rzeczypospolitej z dumą współtworzyłem i jest on ważnym elementem mojej dorosłej biografii. Realizował w dużym stopniu to, o co na swój sposób walczyłem – z reżimem PRL w latach 80. Ba, przez wiele lat bliska mi była dominująca, neoliberalna ideologia. […] III RP skończyła się. Czy jednak trzeba ją przekreślać w trybie rewolucyjnym, potępiając w czambuł jej instytucje i elity?

To uczciwe postawienie sprawy, ale obawiam się, że mało pragmatyczne.

Następnie 1 sierpnia 2017 r. „Polityka” piórem redaktor Anny Dąbrowskiej namaściła Kamilę Gasiuk-Pihowicz z Nowoczesnej i Borysa Budkę z PO na wielkie nadzieje opozycji. Można odnieść wrażenie, że całej opozycji. A co z listem otwartym do środowisk lewicowych i zawartymi w nim tezami? Wydaje się, że Gasiuk-Pihowicz i Budka mają być odpowiedzią i na PiS, i na ochronę biografii budowniczych III RP. Sądzę, że jest to myślenie życzeniowe.

Rzućmy okiem na ostatnie sondaże: prawica (PiS i Kukiz’15) ma w nich około 40-50% poparcia, liberałowie i budowniczowie III RP (PO, Nowoczesna, SLD i PSL) około 40%, a namiastka lewicy społecznej (Razem) ok. 2-4%. Jeśli PiS i Kukiz’15 utrzymają większość swojego elektoratu, wdzięcznego głównie za programy socjalne (sądzę, że w sumie stanowi on około 30% wszystkich wyborców), a PiS odpowiednio zmieni ordynację wyborczą, prawica może mieć po kolejnych wyborach większość konstytucyjną. A wtedy rewolucja PiS się dokona.

Te 30% to przegrani neoliberalnych praktyk III RP, niekoniecznie ortodoksyjni katolicy spod znaku Radia Maryja. Neoliberalne elity III RP, czy to seniorzy, jak prof. Balcerowicz, redaktor Michnik, Frasyniuk, czy namaszczani przez nich juniorzy, jak Gasiuk-Pihowicz i Budka, najzwyczajniej w świecie nie są dla nich wiarygodni. WPolityce, Do Rzeczy, TVP czy media publiczne będą w nich waliły jak w bęben pod hasłem Balcerowicz i Michnik = Gasiuk-Pihowicz i Budka. I coś tu będzie na rzeczy.

Kto może więc wyszarpać od PiS-u i Kukiz’15 te 30% ogółu elektoratu? Wyłącznie propaństwowa lewica społeczna, nieumoczona w neoliberalne praktyki i ich skutki z ostatnich 28 lat.

Redaktor Bendyk nie musi więc być hipokrytą i wyrzekać się swojej biografii, jeśli nie chce 8 lat rządów PiS i większości konstytucyjnej dla radykalnej prawicy. Wystarczy pragmatyzm i rzetelna ocena nie tylko niewątpliwych sukcesów III RP (UE, NATO, niezłe instytucje, nienajgorsza gospodarka itd.), ale i fatalnych jej skutków, zwłaszcza w zakresie polityki społecznej, ochrony zdrowia, przemysłowej czy prywatyzacji. Bo przecież efekt uboczny neoliberalnych wysiłków elit III RP to także wytworzenie sporego ubóstwa, ogromnej emigracji zarobkowej oraz śmieciowego rynku pracy („Nowy Obywatel” pisze o tym od kilkunastu lat)… oraz oddanie w ręce radykalnej prawicy sporej części obecnego elektoratu PiS i Kukiz’15.

Warto zastanowić się, czy dla tych 30% elektoratu mogą ponownie lub pierwszy raz stać się wiarygodni Balcerowicz, Michnik, Tusk, Schetyna, Petru, Miller, Pawlak, ale też Gasiuk-Pihowicz i Budka. Jeśli elity III RP na serio uważają, że tak, to prezes Kaczyński już może chłodzić szampana.

Jeśli jednak nie, to warto zastanowić się, kto to może zrobić. Może prospołeczna i propaństwowa lewica nieumoczona w stworzenie patologii III RP, jak sygnatariusze Listu Otwartego do środowisk lewicowych?? Moim zdaniem tylko tak można zawalczyć o socjalny elektorat prawicy, tak zawiedziony poczynaniami liberalnych elit III RP.

Liberalne partie i tak będą miały około 30% poparcia, ale chyba na tym kończą się ich możliwości. Ale to, czy prawica będzie miała 50% i większość konstytucyjną, a społeczna lewica 3%, czy też lewica okroi prawicę do 35% i sama zdobędzie 10-15% w kolejnych wyborach, do pewnego stopnia zależy od politycznej wnikliwości i realizmu wciąż wpływowych mediów wywodzących się z III RP.

Społeczna lewica w swoim Otwartym Liście symbolicznie już podjęła decyzję, że nie pójdzie pod jednym sztandarem z liberalnymi elitami III RP, w tym z SLD, w kolejnych wyborach. Tak po prostu – społeczna lewica i liberałowie, w tym SLD, to zupełnie inne środowiska i wartości, choć demokracja liberalna i społeczna są sobie bliższe, niż demokracja liberalna i demokracja nieliberalna.

Banku, wracaj do Polski

PZU i Polski Fundusz Rozwoju poinformowały 8 grudnia 2016 r. o zakupie za 10,59 mld zł 32,8% akcji Pekao SA od włoskiego banku Unicredito. Tym samym udział polskiej własności w polskim systemie bankowym ponownie przekroczy 50%. Polska straciła na całej operacji z Pekao SA około 2% PKB, a Włosi odzyskali zainwestowane pieniądze za pomocą zaledwie 2,5-letniej średniej dywidendy. Ryszard Petru (obecnie z Nowoczesnej) doradzał wicepremierowi Balcerowiczowi w rządzie w latach 1997-2000 w rządzie premiera Buzka (obecnie PO). Ciekawe, czy także w kwestii tej, delikatnie mówiąc, niedoszacowanej i niegospodarnej prywatyzacji?

Bank był „prywatyzowany” od 1998r. Do 1999 r.  Za 100 mln złotych sprzedano 5,29% EBOiR i za 3,93 mld zł Unicredito Italiano i Allianz AG otrzymały 52,09%. Pekao SA w latach 2001-2015 wypłaciło 22 mld zł dywidendy.

Nie wchodząc w kwestię wpływu inflacji, zysku z wniesionych włoskich innowacji, strat wynikłych z braku troski o jakość instrumentów finansowych w Polsce i potencjalnych „trupów” w księgach Pekao SA, można uznać, robiąc proste kalkulacje, że rząd polski dopłacił do interesu jakieś 28 mld złotych, pozbywszy się 57% akcji, a odzyskawszy tylko 32,8%. Aby dojść do wyjściowych 57%, trzeba by dorzucić jeszcze przynajmniej z 8 mld zł, a to już 35 mld zł strat Skarbu Państwa. Unicredito zwróciło sobie zakup w około 2,5 roku przeciętnej dywidendy za lata 2001-2015. Nie chcę wchodzić w kalkulacje względem prywatyzacji pozostałych 47% akcji, bo nie znalazłem danych.

Tygodnik „Polityka” trochę się cieszy, a trochę martwi faktem odkupienia akcji Pekao SA. Przedmiotem troski jest nadmiar kontroli polityków, w domyśle PiS, nad polskim sektorem bankowym: Gdyby to były ręce drobnych, prywatnych inwestorów giełdowych, którzy kupiliby jego akcje na GPW – moglibyśmy się tylko cieszyć. Bank znów byłby polski, pozostając jednak bankiem prywatnym. Tak się jednak nie stało. Repolonizacja Pekao SA oznacza bowiem jego renacjonalizację. Stanie się bankiem kontrolowanym przez wielkie spółki skarbu państwa, czyli faktycznie kontrolowanym przez polityków. Podobnie jak drugi największy bank detaliczny, PKO BP… [Politycy] Ulegną pokusie, by udzielał pożyczek przedsiębiorstwom bez zdolności kredytowej, których inne banki kredytować nie będą chciały.

Czasopismo martwi się wpływem polityków PiS na polski system bankowy, nie zająknąwszy się o tym, czyja decyzja i wpływ doprowadziły do ubytku pieniędzy publicznych w wysokości, mniej więcej, budżetu obronnego Polski w roku 2016: 35 mld zł, czyli około 2% PKB. Nie udało mi się również znaleźć w Internecie komentarzy panów Balcerowicza i Petru na temat tego zakupu. A przecież w latach 1997-2000 Leszek Balcerowicz pełnił funkcję wicepremiera i ministra finansów w rządzie Premiera Buzka, a Ryszard Petru był jego doradcą. Warto się ich dopytać, na podstawie jakiej oceny skutków i kalkulacji dokonali decyzji o takiej prywatyzacji i co o tym sądzą z perspektywy czasu.

Pekao SA to około 13% polskiego sektora bankowego. Rząd premiera Buzka i wicepremiera Balcerowicza w dwa lata „sprywatyzował” 52,9% polskiego sektora bankowego. Jeśli równie „korzystnie” prywatyzowano pozostałe banki w latach 1998-1999, to biorąc pod uwagę, że Pekao SA stanowił 25% całości bankowej prywatyzacji/przejęć tych lat, można roboczo założyć patrząc na liczby, że straciliśmy na tym jako kraj i podatnicy około 8% PKB Polski z roku 2015 i około 12% PKB z roku 1998. Zapewne Nowoczesna czy PO nie będą analizować odpowiedzialności swoich prominentnych polityków za ten oczywisty brak gospodarności.

Co dalej z repolonizacją banków? Nie ma magicznego algorytmu, który potrafi ocenić, ile z nich powinno się znaleźć w polskich rękach. Na podstawie rozmów z finansistami i posługując się zdrowym rozsądkiem można założyć, że o ile da się uzasadnić mądrością etapu dojście do psychologicznych 50% przy pomocy państwowego kapitału, o tyle ta forma polonizacji nie powinna być kontynuowana. Zbyt duża koncentracja banków w rękach państwowych spółek zagrozi konkurencji na tym wrażliwym rynku.

Jak proporcje między krajowym i zagranicznym kapitałem wyglądały w różnych krajach w 2010 r.? W większości krajów o silnych gospodarkach udział zagranicznych banków nie przekracza 30%. Moim zdaniem Polska powinna więc dążyć obniżenia poziomu zagranicznej własności do maksymalnie 20%, ale za pomocą innej metody polonizacji. Powinna się ona opierać na przejęciach przez polskie prywatne grupy kapitałowe, wspierane przez rozsądną, długofalową i zakulisową politykę państwa.

A jaki z tego wniosek dla propaństwowej i prospołecznej polskiej lewicy? Ano taki, że powinna się ona trzymać możliwie daleko od wszystkiego, co ma cokolwiek wspólnego z partiami i mediami należącymi do środowiska mającego cokolwiek wspólnego z taką niegospodarnością na wielką skalę publicznych środków, od mediów z Agorą i „Polityką” na czele, po PO czy Nowoczesną. I zadawać pytania osobom odpowiedzialnym za takie prywatyzacje, jak to się stało, że obywatele stracili dziesiątki miliardów zł na prywatyzacji samego sektora finansowego.

Ignacy Husarski

Lewy do prawego?

Ryzyko ponownego przejęcia władzy w Polsce przez neoliberałów spod znaku PO, Nowoczesnej czy „Gazety Wyborczej” powinno polskim środowiskom propaństwowym i prospołecznym spędzać sen z powiek w stopniu nie mniejszym niż ryzyko zwiększenia wpływów politycznych przez nacjonalistów z ONR czy Młodzieży Wszechpolskiej. Rządowi PiS można zarzucić sporo. Warto jednak pamiętać, że partia ta ma solidną, demokratyczną legitymację 30-40% społeczeństwa i że PiS-owski konserwatywny antyneoliberalizm jest bardziej propaństwowy od antyspołecznego neoliberalizmu Nowoczesnej oraz izolacjonistycznego nacjonalizmu ONR.

Z obawą obserwujemy destabilizujący się świat. Wojny w Iraku, Syrii, Libii i na Ukrainie, zamachy terrorystyczne w Niemczech, Belgii czy Francji. Masowa imigracja do Europy. Brexit, Erdogan i Trump. Zbliżające się wybory we Francji, których wynik będzie miał kluczowy wpływ na przyszłość UE. Zmiany klimatyczne. Rosnące znaczenie potężnych globalnych korporacji, funduszy inwestycyjnych czy pojedynczych, bajecznie bogatych osób, walczących ramię w ramię o globalne przywileje w postaci odrębnego sądownictwa, niepłacenia podatków, dążących do przejmowania kontroli nad zasobami naturalnymi i dochodowymi rynkami. Wszystkie te procesy ulegają przyspieszeniu z powodu postępu technologicznego ułatwiającego globalną komunikację, czego symbolem jest m.in. Facebook.

Martwi płytkość debaty w Polsce. Martwi również systematyczny wzrost znaczenia nacjonalistów i wciąż spore znaczenie neoliberałów. Równocześnie nie dziwi dezorientacja społeczeństwa zarzucanego medialną papką pospołu przez rozgoryczone grupy odsuniętych od dostępu do żłobu neoliberalnych janczarów oligarchicznej globalizacji, zwycięzców ostatnich wyborów oraz uskrzydlonych internetową komunikacją i masowymi marszami nacjonalistów. Głos społecznej lewicy brzmi tu słabo i cicho. Oznacza to, że realny spór w Polsce toczy się między propaństwowymi konserwatystami, antyspołecznymi neoliberałami i preferującymi izolację nacjonalistami.

Warto stosować gradację oceny istniejących opcji politycznych: nacjonaliści i neoliberałowie to zagrożenie dla społeczeństwa. Jedni, bo chcą uciec przed globalizującym się światem w izolację i państwo narodowe. Nie rozumieją, że jeśli tak samo postąpią na przykład Niemcy – wróci stare. Dlatego nie widzą zalet UE, którą do pewnego stopnia pętają narodowe egoizmy i duchy przeszłości. Drudzy, podkarmiani przez zagranicznych sponsorów, zwyczajnie gardzą konserwatywnymi i biedniejszymi Polakami z prowincji, niedorastającymi do ich wysmakowanych, „nowoczesnych” standardów. Ślepo wierzą w ponadnarodową równość i braterstwo, bez refleksji, skąd bierze się np. negatywny bilans płatniczy Polski albo czemu Niemcy nie sprzedają zagranicznemu kapitałowi swoich banków i prasy.

Konserwatyści natomiast mają pełną demokratyczną legitymację konserwatywnych Polaków. Niekonserwatywni i prospołeczni Polacy powinni się z nimi zarówno spierać, jak i współpracować. Współpracować na przykład w kwestiach Planu Morawieckiego, społecznych inicjatyw rządu, jak 500+ czy Mieszkanie+. Spierać natomiast z fatalną polityką ochrony środowiska, kwestią relacji z UE czy prawa aborcyjnego. Roztropna polityka to umiejętność współpracy i niezgadzania się równocześnie.

Do powyższych wniosków można dojść patrząc przez pryzmat poniższych kryteriów, ważnych dla interesu społecznego.

Odpowiedzialność za skutki wdrażania ekonomicznej doktryny neoliberalnej, takie jak: niekorzystna prywatyzacja strategicznych sektorów gospodarki, fatalny stan usług publicznych, zadłużenie państwa, regresywne podatki czy malejący udział pensji w Produkcie Krajowym Brutto.

Rozumna i celowa polityka historyczna. Nie da się myśleć o przyszłości, nie rozumiejąc przeszłości. Tym samym przestępstwa komunistyczne z lat 1944-1989 na działaczach PPS oraz antysowiecka postawa PPS w czasach II RP powinny być ważnym elementem polityki historycznej lewicy społecznej. Może to mieć dwa efekty: demokratyzację obecnie przywłaszczonego przez prawicę dyskursu historycznego oraz nakreślenie wyraźnej bariery wobec środowisk wywodzących się z komunistycznych elit politycznych. Bariera ta jest ważna, ponieważ środowiska takie od lat aktywnie blokują otwartą dyskusję na temat odpowiedzialności za zbrodnie komunistyczne. Powoduje to liczne patologie. Na przykład celebrowanie lojalnych współpracowników radzieckich służb jako czcigodnych ojców-założycieli III RP czy niepozbawienie żadnego SB-eka emerytury za zbrodnie komunistyczne, które chyba popełniły się same.

Ochrona dobrego imienia Polski. Od Sejmu Niemego w 1717 r., z przerwą na dwadzieścia kilka lat, do 1989 r. Polska była państwem zależnym i kolonizowanym. Nie miała wpływu na politykę agresywnych państw np. w Kongo, na Ukrainie, w Polsce, Madagaskarze, Kenii, Namibii, Afryce Południowej czy Filipinach. Polska ponosi odpowiedzialność polityczną wyłącznie za lata 1919-1939 i 1990-2016.

Państwo świeckie i niewyznaniowe. Jednym z kluczowych pól konfliktu jest stosunek do prawa aborcyjnego. Dotychczas obszar ten był zdominowany przez prawicę. Nie wchodząc w etyczne i społeczne oceny samej aborcji, prawo do aborcji do 12. tygodnia powinno być oczywistym postulatem.

Respektowanie polskich norm kulturowych i społecznych. Polska jest krajem bardziej konserwatywnym niż na przykład Niemcy, Dania czy Szwecja. W konsekwencji bezrefleksyjne kopiowanie kwestii szczególnie wrażliwych kulturowo, jak np. LGBT czy agresywnego antyklerykalizmu, jest drogą do kontynuacji modelu, w którym lewica zamyka się w getcie 3-procentowego elektoratu złożonego z wielkomiejskiej inteligencji, a także oddawaniem politycznego pola neoliberałom, narodowcom i konserwatystom. Żeby wyjść z kręgu 3% poparcia, należy rozsądnie odpowiadać na potrzeby i lęki Polaków z mniejszych miejscowości. Co nie oznacza, że osoby homoseksualne nie powinny mieć solidnej ochrony prawnej, a Kościół Katolicki – być mniej szczodrze finansowy z budżetu państwa.

Stosunek do UE. UE nie jest idealna, ale jest lepsza od braku UE, gdyż gwarantuje pokój w Europie. Tym samym powoduje to ostry, konieczny konflikt ze środowiskami narodowców, dążącymi do rozbicia Unii i zachwycającymi się takimi pomyłkami politycznymi, jak Farage czy Le Pen. Polska lewica powinna wspierać UE wspólnotową, a nie międzyrządową, promowaną przez obecny rząd polski. Polska jest za słaba instytucjonalnie na skorzystanie z Unii międzyrządowej, którą siła rzeczy zdominują największe państwa europejskie w stopniu większym niż obecnie.

Ochrona środowiska, zmiany klimatyczne, bioróżnorodność i prawa zwierząt. Tu ponownie konieczny jest pewien szpagat. Z jednej strony proste kopiowanie szwedzkich czy duńskich Zielonych jest niemożliwe ze względów ekonomicznych i socjalnych, gdyż wyklucza polskie społeczności zależne od górnictwa oraz spycha sporą część obywateli w ubóstwo energetyczne. Zmiany klimatyczne zresztą nie biorą się raczej z polskiego węgla (brak efektu skali), lecz z węgla spalonego np. w Azji na potrzeby produkcji dóbr oraz usług konsumowanych przez zamożniejszych ludzi z całego świata, zwłaszcza z dużych, bogatych krajów, jak USA, Japonia, Niemcy, Arabia Saudyjska czy Francja. Z drugiej strony stosunek prawicy do zarządzania zasobami naturalnymi, obszarami Natura 2000, do przywilejów myśliwych, przemysłowej hodowli zwierząt, praw zwierząt itp., jest nieakceptowalny w XXI wieku.

Stosunek do sprawiedliwości społecznej. Podstawą sprawiedliwości społecznej jest odpowiednia ilość pieniędzy w budżecie: na publiczną służbę zdrowia, budownictwo komunalne, emerytury, renty, edukację, ubezpieczenie od bezrobocia itd. Tego się nie da sfinansować podatkami liniowymi. Stąd podatki powinny być rozsądnie progresywne, bez pomijania progresywnego podatku spadkowego.

Stosunek do armii. Oczywiście pacyfizm to piękna idea, ale Polska ma takie położenie geopolityczne, jakie ma, czyli podobne do Izraela, Finlandii czy Korei Południowej, a nie Danii, Holandii czy Luksemburga. Nakładem 2% PKB na armię to naprawdę minimum, a Obrona Terytorialna jest standardem w wielu krajach. To, że coś firmuje minister nielubiany na lewicy, nie oznacza, że jest to złe z zasady.

Kwestia uchodźców. To temat trudny etycznie. Polskie społeczeństwo i państwo nie są gotowe na masowe, niekontrolowane migracje i można albo ten fakt potępiać i tym samym marginalizować się względem elektoratu, albo mądrze się odnieść do tych lęków, np. sprzeciwiając się unijnemu uwspólnotowieniu kwestii imigracji, ale już nie idei pomocy przerażonym ludziom uciekającym przed wojnami. Jest wiele dróg, by pomóc potrzebującym, respektując obiekcje społeczeństwa. Warto też dobrze rozumieć polityczną odpowiedzialność za migracje, poczynając od wpływu na zmiany klimatyczne, przez wpływ kolonializmu kilku krajów na stabilność w obecnie zapalnych regionach świata i tym samych ich współczesną współodpowiedzialność, a kończąc na zidentyfikowaniu faktycznych prowodyrów wojennych.

Zdolność do wymanewrowania Polski z materializujących się konfliktów międzynarodowych, zwłaszcza związanych z Rosją. Art. 5 NATO, kraje bałtyckie i Przesmyk Suwalski są jednym z wiszących nad Polską mieczów Damoklesa. Należy publicznie dyskutować, czy w Polsce powinny stacjonować obce wojska i czy Polska powinna wysyłać swoich żołnierzy do krajów bałtyckich.

Istnieją na pewno inne liczne kryteria sensownej polityki, ale powyższe pozwalają ocenić, że wpływowe środowiska w Polsce ich nie spełniają. Brak dobrze przemyślanej odpowiedzi na problemy i lęki społeczne, udzielonej z respektem dla polskiej specyfiki kulturowej, zostawia potencjalne 10-20% społeczeństwa skrajnej prawicy, jak we Francji czy USA – ponieważ umie ona zarządzać lękami społecznymi. Kolejne 20% potencjalnych wyborców społecznej lewicy idzie w ręce periodycznie przefarbowujących się postsolidarnościowych lub postkomunistycznych neoliberałów. Warto? Może lepiej uznać, że społeczeństwa zmieniają się powoli, uszanować to – i tym samym postawić tamę odradzającym się w Polsce ruchom nacjonalistycznym i izolacjonistycznym oraz ograniczyć elektorat neoliberałów do świadomych neoliberałów? A przy okazji wykorzystać szansę na dialog i współpracę z częścią społeczeństwa pozbawioną reprezentacji politycznej?

Środowiska odpowiedzialne za skutki neoliberalnej polityki gospodarczo-społecznej w Polsce powinny pozostać przeszłością, natomiast narodowcy nie mogą stać się przyszłością.