przez Remigiusz Okraska | poniedziałek 13 października 2025 | edytorial, Kwartalnik, nr 47/(98)
Nie ma chyba tematu bardziej zmitologizowanego niż „socjal”. Wedle liberałów prawych, lewych i centrowych, w Polsce można nie pracować, nic nie robić, „wyciągać łapę”, dostawać od państwa na życzenie spore kwoty, a następnie je „przepijać” lub „robić tipsy”. Podobno jest o to łatwo. Podobno forsa tylko czeka.
Gdy zapytać autorów takich opowieści, skąd to wiedzą, odpowiadają, że „słyszeli”, że „podobno”, że „znają kogoś”, że… Konkretów niewiele. Wiadomo natomiast, skąd są te opowieści.
Zaszczepiono je w czasach Balcerowicza i masowych nakładów „Gazety Wyborczej”. Wtórował im Korwin-Mikke i podobni prawicowcy. Do tego chóru wujów dołączał nierzadko także niejeden z grona tego, co w Polsce zwano lewicą. Cała opowieść i jej schemat są wprost skopiowane z USA. W czasach neoliberalnej ofensywy Reagana kolportowano zmyślone lub histerycznie wyolbrzymione historyjki o welfare queens – kobietach, zwykle czarnoskórych, które ponoć żyją z zasiłków jak pączki w maśle.
Tego rodzaju opowieści miały jeden cel: drastyczne cięcia w budżetach pomocy społecznej. Im mniej sensowna oferta była na wolnym rynku w miarę neoliberalnej dewastacji gospodarki, tym mniej pomocy oferowało także państwo. Jednych biednych szczuto więc na innych, aby zajęci walką o ochłapy nie zwrócili uwagi, że to samo „tanie państwo” robi teraz drogie prezenty milionerom: ulgi podatkowe, dotacje, regulacje korzystne dla biznesu itp.
Im mniej w Polsce było „socjalu”, bardzo chętnie demontowanego pod byle pretekstem przez długie lata III RP, tym chętnie zmyślano opowieści o rzekomo znakomicie żyjących z niego ludziach i o ponoć wielkiej skali zjawiska. Głoszono takie wywody wtedy, gdy mieliśmy masowe bezrobocie i biedę. Ale także wtedy, gdy wskaźniki zatrudnienia są rekordowo wysokie, a zasiłki śmieszą swoją wysokością na tle już znacznie lepszych dochodów większości społeczeństwa.
A jak jest z socjalem i jego „biorcami” naprawdę? Mówi o tym niniejszy numer „Nowego Obywatela”. Rozprawiamy się z liberalną propagandą. Faktami, liczbami, odsetkami. Pokazujemy kto, dlaczego, ile i za co dostaje. Jaka jest sytuacja wielu grup społecznych. Czego w Polsce nikt nikomu, wbrew legendom, na pewno nie zaoferuje. Po co jest socjal, do kogo trafia i czy do „leni” i „pijaków”. Na co „pieniędzy nie ma i nie będzie”, dla kogo i dlaczego. Skąd się wzięła, komu służy i gdzie nas prowadzi krytyka „rozdawnictwa”. Co w „socjalu” działa, a co należałoby poprawić. I o jeszcze niejednym aspekcie tego problemu.
Ufam, że będzie to pożyteczna lektura. Nie tylko poznawczo, faktograficznie i intelektualnie. Także pod względem moralnym. W myśl kluczowej zasady naszej cywilizacji: „Kochaj bliźniego jak siebie samego”. Czyli na przykład nie opluwaj go bzdurnymi, wyssanymi z palca pomówieniami, jakoby „wyciągał łapę” i żył z tego znakomicie.
PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie – spójrzcie proszę na sąsiednią stronę.
przez Remigiusz Okraska | środa 8 października 2025 | opinie
Warto się przyjrzeć wyborom w Czechach i triumfowi tamtejszych populistów.
W wyborach parlamentarnych w Czechach przed kilkoma dniami zwyciężyła populistyczna partia ANO. Przy niemal 69-procentowej frekwencji, najwyższej od 27 lat, populiści pod wodzą Andreja Babiša uzyskali 34,51% głosów. To aż o 7,39 punktów procentowych więcej niż w poprzednich wyborach, które ANO nieznacznie wówczas przegrało. Na drugim miejscu uplasowała się centroprawicowa koalicja Spolu z wynikiem 23,36%.
Wyniki pokazują nie tylko triumf populistów. Są także przegraną ugrupowań antypopulistycznych. Razem wzięte partie i sojusze liberalne nie są w stanie stworzyć koalicji rządzącej, mając w sumie 92 mandaty w 200-osobowym parlamencie. Z kolei ANO z 80 posłami może albo rządzić mniejszościowo przy koncesjach na rzecz dwóch ugrupowań „antysystemowych”, albo próbować stworzyć z nimi rozmaite układy koalicyjne. Skrajna prawica w typie Konfederacji, czyli SPD, ma 15 mandatów, a nowe ugrupowanie w parlamencie, eurosceptyczno-antyekologiczni Kierowcy – 13.
Wspomniana wysoka frekwencja, inaczej niż w ostatnich wyborach w Polsce, okazała się być bronią nie liberałów, lecz antyliberałów. To miara społecznej niechęci wobec neoliberalnego rządu. Najbardziej frekwencja wzrosła wobec poprzednich wyborów w bastionach partii ANO. Szczególnie duży wzrost udziału w wyborach – o 5-7 pkt. proc. – zanotowano w woj. morawskośląskim oraz na północnym zachodzie kraju, natomiast bez istotnych zmian w bogatych i ludnych miastach stanowiących zaplecze wyborcze liberałów – Pradze i Brnie.
Znów inaczej niż w Polsce, tylko wspomniane dwa największe miasta stanowiły miejsca triumfów liberałów. We wszystkich pozostałych większych ośrodkach wygrali populiści, poczynając od Ostrawy, Pilzna, Liberca, Ołomuńca i Czeskich Budziejowic, czyli trzeciego, czwartego, piątego, szóstego i siódmego wśród największych miast kraju. W dodatku wygrali tam oni zwykle z wynikami wyższymi lub przynajmniej podobnymi, jak ich ogólny wynik krajowy.
Warto zarysować prawdopodobny kontekst tak wysokiego poparcia dla populistów w ogóle, w tym nawet w dużych, rozwiniętych i relatywnie zamożnych, „mieszczańskich” ośrodkach. Kontekst ten rzadko pojawia się w polskich analizach czeskich nastrojów oraz wyników wyborczych. Nic dziwnego – Czechy są w Polsce i dla Polaków opisywane niemal wyłącznie przez autorów o wcale lub nieznacznie tylko skrywanych poglądach liberalno-establishmentowych. Tymczasem przyczyny triumfu populistów wydają się w Czechach dość jasne. Są nimi przede wszystkim neoliberalna polityka formacji, które właśnie utraciły władzę.
Rządząca koalicja liberalna przeprowadziła w Czechach szereg „reform” w duchu typowym dla ortodoksyjnego, betonowego neoliberalizmu. Po pierwsze, podniesiono wiek emerytalny – wzrósł on z 64 do 68 lat. Mimo iż dla starszych pracowników wzrósł on mniej, a dla najstarszej grupy zatrudnionych, powyżej 57. roku życia – wcale, to jednak sygnał dla społeczeństwa jest jasny: macie pracować dłużej, żeby w ogóle dostać emerytury. W dodatku niższe – bowiem na mniej korzystny dla świadczeniobiorców zmieniono sposób ich przeliczania i waloryzowania.
Kolejną antyspołeczną „reformą” było zliberalizowanie prawa pracy z korzyścią dla biznesu. Skrócono okres wypowiedzenia z pracy, w wielu przypadkach obejmie on zaledwie nieco ponad miesiąc. Okres próbny, czyli niestabilną umowę dla nowych pracowników (możliwość zwolnienia z pracy z dnia na dzień) wydłużono z 3 do 4 miesięcy. Obniżono z 15 do 14 lat wiek, w którym nieletni mogą pracować dorywczo. Bardziej „elastyczne”, oczywiście na niekorzyść pracowników, są teraz zasady ustalania harmonogramu pracy, organizacji pracy na różnych stanowiskach, pracy zdalnej itp. Z 8 do 6 godzin skrócono czas na przerwę w pracy w „sytuacjach awaryjnych”. Przeciwko zmianom były związki zawodowe, ale neoliberałowie ostentacyjnie zlekceważyli ich uwagi.
Majstrowano także przy usługach publicznych. Zlikwidowano kasy kolejowe w kilkudziesięciu mniejszych miejscowościach, zamknięto 300 placówek pocztowych (głównie na prowincji) oraz zwolniono z publicznej poczty 2300 osób.
Na to wszystko nałożyły się za rządów neoliberałów plagi ponadkrajowe, jak wysoka inflacja i duży wzrost cen energii. Tyle że w Czechach, inaczej niż np. za rządów populistów w Polsce, towarzyszył temu mizerny wzrost płac (w tym płacy minimalnej) i brak poważniejszych działań osłonowych. Efektem jest realne zubożenie znacznej części społeczeństwa. Wzrosły też nierówności społeczne. Obecnie w Czechach około 8% pełnoletnich obywateli ma orzeczoną egzekucję komorniczą ze swojego majątku z powodu zadłużenia. W liczbach bezwzględnych to 650 tysięcy dorosłych osób. Wraz z partnerami i nieletnim potomstwem problem dotyczy ok. 1,5 mln osób w 10-milionowym kraju.
Liberalne media i komentatorzy przedstawiają sytuację w Czechach wedle tego samego bzdurnego klucza, jaki stosują wobec dowolnego innego kraju. Na porządku dziennym są więc wywody o prawicowości i skrajnej prawicowości – w rzeczywistości ANO to ugrupowanie centrowe, pod niektórymi względami kulturowymi na lewo od chadeków współrządzących do niedawna. Albo o „ciemnogrodzie” – tymczasem w Czechach niemal w ogóle nie odgrywają roli w polityce kwestie światopoglądowe w „polskim stylu”: populiści nie podważają liberalnego prawa aborcyjnego, nieobecna jest w ich przekazie niechęć wobec praw osób homoseksualnych itp. Jest to ugrupowanie sceptyczne wobec masowej imigracji, ale przecież w Polsce, jak wiemy, na obecnym etapie liberalnej narracji to Donald Tusk zasłania nas własną piersią przed „nachodźcami”, więc i Babiš chyba też może być taki. Mowa też, rzecz jasna, o prorosyjskości, gdy w rzeczywistości ANO jest w tej kwestii dość umiarkowane, choć zarówno doktrynalnie, jak i ze względu na rosnące nastroje społeczne zachowuje dystans wobec narracji liberałów spod znaku hurra-proukraińskości i zaangażowania w wojnę. Zresztą w okresie przedwyborczym i zaraz po wygranej ANO nawet część co bardziej przytomnych komentatorów liberalno-establishmentowych zaczęła tonować opinie o rzekomej prorosyjskości tej formacji. A nawet pojawiają się w obozie przegranych sugestie, żeby wyciągnąć do Babiša rękę w różnych sprawach, aby jego formacji nie skazywać na współpracę wyłącznie ze skrajną prawicą.
Choć kwestie wojny, imigrantów, „zachodniości” czy ekologii/klimatu mają zapewne wpływ na popularność ANO, to głównym czynnikiem sprawczym wydaje się tutaj kwestia niechęci wobec rządu neoliberałów i ich antyspołecznych decyzji. Zostawiam tu oczywiście zupełnie na boku „demokratyczne” teorie spiskowe spod znaku wywodów, że ważnymi czynnikami w wyborach są „fake newsy”, „rosyjskie ingerencje”, „boty” itd., bo to kwestie trzeciorzędne wobec realnych spustoszeń (anty)społecznych w wykonaniu dotychczasowego rządu. Wyjaśnianie wyników wyborów takimi czynnikami to z jednej strony bezradność poznawcza i kapitulacja intelektualna, z drugiej natomiast sprytny trik pozwalający w oczach naiwnych zrzucić ze środowisk liberalnych odpowiedzialność za ich błędy czy raczej: za konsekwencje ich zamierzonych poczynań.
Babiš w kampanii wyborczej mocno akcentował przekaz o treści: to, co wam zabrał rząd (neoliberałów), zostanie wam przywrócone. Poziom życia, dawny wiek emerytalny, prawa pracownicze. Czy tak będzie w rzeczywistości – nie wiadomo, ale przekaz jest jasny i oparty na kontrze wobec antyspołecznych decyzji dotychczasowej władzy. Argumenty mówiące, że lider ANO, jako zamożny biznesmen, nie dokona takich zmian, przemilczają po pierwsze mało liberalny wymiar jego poprzednich rządów (samodzielnych oraz w sojuszu z… socjaldemokratami), po drugie – zaplecze społeczne i wyborcze jego partii. Są też dość groteskowe, gdy wypowiadają je środowiska liberalne i liberalno-lewicowe powiązane albo z wielkim biznesem i z klasami posiadającymi, albo utrzymywane przez miliarderów operujących w skali świata, jak Soros.
Tak czy owak wybory w Czechach miały wyraźny rys socjalno-klasowy. Przejawiało się to nie tylko w bogato-wyspowym triumfie liberałów w Pradze i Brnie, ale jeszcze bardziej w tym, jak głosowano gdzie indziej. ANO odniosło największe triumfy w „Czechach B” – w ubogich i sponiewieranych regionach. Struktura społeczno-gospodarcza sąsiedniego kraju jest taka, że problemy socjalne nierzadko dotyczą sporych ośrodków miejskich i terenów mocno zurbanizowanych – miejsc, gdzie doszło do zapaści przemysłu i dewastacji miejsc pracy. Czy to po upadku komuny, czy wskutek trwającej od lat „transformacji energetycznej” w duchu liberalnym, czy w sytuacji obecnego uderzenia w zaawansowany przemysł wskutek wzrostu cen energii i regulacji klimatycznych. Czechy, jako obszar historycznie bardzo uprzemysłowiony, zachowały wciąż sporo miejsc pracy, a wobec zmian demograficznych bezrobocie jest niskie. Ale w ostatnim czasie rosnące, a w dodatku praca jest pracy nierówna – czym innym jest szanowany, sensowny zawód wykonywany na stabilnych zasadach niedaleko od domu, w koleżeńskim gronie, a czym innym jedno z „elastycznych” miejsc zatrudnienia byle gdzie i przy byle czym.
Najlepsze wyniki uzyskało ANO w regionach znanych jako czeskie epicentra biedy, zapaści i upadku. Chodzi głównie o województwa morawskośląskie, usteckie i karlowarskie, czyli niemal całą północ kraju. To nierzadko spore miasta i gęsta, miejska zabudowa, a zarazem obszar zdezindustrializowany – miejsca zapaści górnictwa węgla kamiennego i brunatnego, hut żelaza i przemysłu metalowego, hut szkła i zakładów tekstylnych. Przykładowo w Stonawie, gdzie właśnie zamykana jest ostatnia kopalnia węgla kamiennego w kraju, ANO dostało 58%. W sąsiedniej Orłowej 57%, a w pobliskiej Karwinie, swoistej stolicy dawnego, zniszczonego zagłębia górniczego – niemal 60%. Miasto Most na przeciwległym krańcu czeskiej północy, będące symbolem zapaści u naszych sąsiadów – to niemal 50% głosów na ANO i znacznie poniżej krajowej średniej na listy liberałów. Postprzemysłowa wojewódzka Ostrawa, trzecie co do wielkości miasto kraju, z 250 tysiącami uprawnionych do głosowania, to 43% poparcia dla populistów, a więc o ponad 8 punktów procentowych więcej niż ich średnia krajowa. Również poza północą kraju zasada jest niemal zawsze taka sama: im bardziej ubogi, pogrążony w problemach i marginalizowany jest okręg wyborczy, tym wyższe w nim poparcie dla populistów. O ile w województwie południowomorawskim ANO zyskało poparcie ciut niższe niż ogólnokrajowe, o tyle triumfowi liberałów w zamożnym i rozwiniętym Brnie odpowiada na przykład 45% dla ANO w peryferyjno-przygranicznym okręgu znojemskim.
Ciekawym terenem jest województwo morawskośląskie. Było ono jedynym, w którym próg wyborczy w ogóle, a w wielu (po)przemysłowych miastach regionu dość znacznie przekroczyła lewicowa koalicja Stačilo!. Był to sojusz Komunistycznej Partii Czech i Moraw z liderami partii socjaldemokratycznej oraz malutkimi ugrupowaniami narodowo-socjalnymi i regionalistów morawskich. Szli oni do wyborów pod hasłami łączącymi przekaz socjalno-lewicowy z suwerennościowym. Uzyskali wynik – 4,3% – znacznie poniżej sondaży i nie weszli do parlamentu. Poparcie dla nich było niższe niż przed czterema laty, gdy osobne listy komunistów i socjaldemokratów uzyskały w sumie ponad 7%. Na porażkę złożyło się kilka czynników, w tym odwrócenie się części elektoratu socjaldemokracji, gdyż dotychczas między tym ugrupowaniem a komunistami miał miejsce konflikt silnie umocowany w historii i współczesnej tożsamości. Istotnym czynnikiem była także zapewne kwestia generacyjna – komuniści i socjaldemokraci mieli elektorat ponadprzeciętnie wiekowy i przez cztery lata część tych osób odeszła lub stan zdrowia sprawił, że porzucili aktywność polityczno-wyborczą.
Ale ważniejsze wydaje się co innego. Po pierwsze, część elektoratu utracono na rzecz ANO i to nie tylko teraz, ale w długofalowym procesie. 12 lat temu socjaldemokraci byli zwycięzcami wyborów, z poparciem ponad dwudziestoprocentowym, a komuniści zajmowali trzecią pozycję z wynikiem niemal 15%. Obecnie liderzy socjaldemokratów, zanim weszli w sojusz z komunistami, prowadzili rozmowy o starcie z list Babiša. Znaczenie miała w tej kwestii zapewne także obawa części elektoratu o „zmarnowanie głosu” w przypadku nieprzekroczenia progu, co stało się z wyborcami komunistów i socjaldemokratów przed czterema laty. Jednak kluczowy wydaje się inny czynnik. Populiści, gdy są „centrowi”, mogą łowić wśród elektoratów zarówno skrajnej lewicy, jak i skrajnej prawicy. Tym pierwszym oferują przekaz socjalny, a przynajmniej nieliberalny, tym drugim – suwerennościowo-godnościowy, a jednocześnie unikają ekstremalnych postaw obu obozów. Czeskie wybory pokazały, że ugrupowania „antysystemowe” z lewa i prawa osiągnęły wyniki znacznie poniżej oczekiwań i sondaży, a część ich poparcia została skanibalizowana przez ANO.
Czechy stają się w efekcie „krajem bez lewicy”. To już druga kadencja bez ugrupowań lewicowych w parlamencie. Oznacza to, że rządzący populiści nie będą musieli czynić koncesji na rzecz lewicowego koalicjanta czy nieformalnego sojusznika. Takie koncesje poczynią natomiast na rzecz radykałów prawicowych. Wśród moich czeskich znajomych, ale także wśród głosów publicznych nietrudno znaleźć osoby identyfikujące się jako lewicowe, a zarazem głosujące w tych wyborach nie na lewicę, lecz na liberalno-libertariańskich Piratów. Ugrupowanie to może uchodzić za lewicowe czy lewicujące tylko na gruncie obyczajowo-kulturowym, bliskim indywidualistycznej pseudolewicowości kontrkulturowej, a w dodatku robiąc to w kraju, w którym, inaczej niż w Polsce, nie istnieje poważne zagrożenie dla liberalnych swobód obyczajowych, zatem odpada argument, że trzeba ich bronić w sojuszu z kimkolwiek. Popieranie Piratów zamiast „starolewicowej” koalicji to nie tylko uderzanie w ostatnie przyczółki lewicy, nie tylko wsparcie formacji współodpowiedzialnej za antyspołeczne decyzje koalicji rządowej z ich udziałem z lat 2021-2025. To także obiektywne wspieranie sojuszu ANO z radykałami prawicowymi, dla którego przy braku obecności lewicy w parlamencie po prostu nie ma alternatywy.
To także, co najważniejsze, lekceważenie rdzenia lewicowości, czyli orientacji klasowo-socjalnej, na rzecz opcji indywidualistyczno-liberalnej. Zamiana lewicowości jako interesu klasowego i zobowiązania politycznego na rzecz słabszych na wielkomiejsko-próżniaczo-subkulturowy „styl życia”. Czyli wspieranie procesu jeszcze większej separacji takich „lewicowców” od świata pracy, zwykłych ludzi, przegranych i słabszych w obecnym systemie ekonomicznym. Nic dziwnego, że dla klasy ludowej bardziej wiarygodny jest w efekcie nawet bogacz Babiš niż tego rodzaju lewicowość. Inna sprawa, że słaby wynik Stačilo jest i tak najlepszy wśród czegokolwiek, co w Czechach autoidentyfikuje się jako lewica, w dodatku jest to wynik w dużej mierze osiągnięty w środowiskach, dla których obrony powstała niegdyś lewica, a nie wśród praskich, brneńskich czy wszelkich innych freaków i rozmaitych mniejszości.
Lewicowość staje się coraz bardziej martwa i społecznie zbędna. Jest szyldem zanikającej formacji, szczególnie na obszarze postkomunistycznym. Klasy posiadające i osoby aspirujące do nich, nowoczesne mieszczaństwo, rozmaite środowiska postępowo-kulturowe – wszyscy oni znajdują reprezentację w liberałach, którzy w Czechach, w odróżnieniu od Polski, są całkowicie wolni od „staroświeckich” uwikłań kulturowych. Z kolei osoby, dla których priorytetem są kwestie socjalne, otrzymują ofertę od populistów, którzy w dodatku są im bliżsi także kulturowo, bo dzisiaj opresja klasy ludowej ma coraz częściej wymiar nie tylko ekonomiczny, ale także „lajfstajlowy” – niezamożni są nieustannie pouczani i dyscyplinowani za „niedostateczną” postępowość, tolerancyjność, otwartość itd.
W efekcie rolę reprezentantów „wyklętego ludu ziemi” coraz częściej zamiast lewicy pełnią populiści. Czas pokaże, jak w tej roli sprawdzą się oni w Czechach we właśnie zaczynającej się kadencji parlamentu.
Remigiusz Okraska
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Magdalena Okraska
przez Remigiusz Okraska | wtorek 3 czerwca 2025 | opinie
Po pierwsze i najważniejsze: obroniliśmy Polskę przed pełnią władzy Donalda Tuska i spółki. Pełnia władzy tych ludzi byłaby koszmarem. Przez półtora roku pokazali, że nie liczą się z nikim i niczym, z żadnymi zasadami, instytucjami, regułami, obietnicami, z czymkolwiek. Gdyby mieli jeszcze swojego człowieka jako prezydenta, nie byłoby absolutnie żadnej zapory przed ich szaleństwem.
Mieli przywracać praworządność, a rządzą z obchodzeniem prawa, siłowym przejmowaniem instytucji i „demokracją taką, jak my ją rozumiemy”. Mieli wyjaśniać rzekome wielkie przekręty, a zrobili areszty wydobywcze, z których nic nie wynika poza kolejnymi materiałami usłużnych mediów – tych samych, których nie interesuje, czy obecna władza nie robi przekrętów. Miały być transparentność i rzetelność, a jest ręczne sterowanie wskaźnikami inflacji i sposobem obliczania luki VAT-owskiej. Miało nie być kumoterstwa i nepotyzmu, a instytucje publiczne są obsadzane wyłącznie samymi swoimi, nierzadko wręcz groteskowo marnymi. Konkurs dotacyjny Ministerstwa Kultury dla niewielkich czasopism był za rządów PiS skierowany do czasopism różnych opcji, w tym antypisowskich, a obecnie nie dostaje dotacji nikt, kto by krytycznie oceniał rządy PO – dotację straciliśmy my i wielu innych.
Po drugie, to nie jest tylko władza polityczna. To także całe otoczenie, które im służy. Wielkie media, w tym należące do kapitału zagranicznego. Media publiczne, stronnicze nie mniej niż za poprzedniej władzy, mówią jednym głosem z prywatnymi. Klakierzy PO i Tuska mają w sumie jakieś 90% rynku medialnego w Polsce. Media te nie zajmują się patrzeniem władzy na ręce, lecz zwalczaniem opozycji. A w trakcie kampanii wyborczej – nachalną promocją kandydata obozu władzy i nagonkami na jego przeciwnika.
Gdy jedno z nielicznych uczciwych mediów prywatnych, Wirtualna Polska, ujawniło próbę skręcenia wyborów za pomocą nielegalnej kampanii promocyjnej w internecie, finansowanej zza granicy, a koordynowanej przez „organizację pozarządową” Akcja Demokracja, wszystkie media nieprawicowe, w tym publiczne, wyciszały sprawę zamiast podjąć temat. To samo robiły obsadzone ludźmi Tuska instytucje, w tym NASK mająca nadzorować bezpieczeństwo w sieci. Dziś wiemy już, jak pisze Patryk Słowik z Wirtualnej Polski, że „Misja Obserwacji Wyborów prowadzona przez OBWE we wstępnych ustaleniach skrytykowała Polskę za niewystarczający nadzór nad finansowaniem kampanii na rzecz Rafała Trzaskowskiego w internecie ze źródeł nieznanego pochodzenia”.
Najwyższa Izba Kontroli zajmuje się głównie kontrolowaniem nie obecnej, lecz poprzedniej władzy. Duży biznes sprzyja obecnej władzy. Sprzyja jej też Unia Europejska, to znaczy niewybieralna brukselska technokracja. Do tego dochodzą „organizacje pozarządowe” finansowane uznaniowymi milionami przez zagranicę – wszystkie o jednakowym profilu ideologicznym i bliskie obecnej władzy.
Władza polityczna, instytucje publiczne, główne media i wielkie „organizacje” mówią w zasadzie jednym głosem, różniąc się sporadycznie i w drobnych sprawach. Gdyby to środowisko miało jeszcze urząd prezydenta, nastąpiłaby w Polsce tak wielka koncentracja realnej władzy, jakiej w III RP jeszcze nie było.
Po trzecie, nie było jeszcze kampanii wyborczej tak bezwzględnej, jednostronnej, tak totalnie nastawionej na zniszczenie człowieka, tak brutalnie walącej w kogoś, jego bliskich itp. Nie chodziło o patrzenie kandydatom na ręce – patrzono wyłącznie jednemu kandydatowi, a drugiego trzymano pod kloszem ochronnym, co przy takiej dysproporcji sił medialnych jest po prostu próbą „ustawienia” wyborów.
Tak jak PiS przedobrzył z negatywną kampanią o Tusku w 2023 r., tak teraz liberałowie przedobrzyli z szambem wylewanym pod adresem Nawrockiego. Ludzie nie są głupi. Widzą, że coś tu nie gra, że to już za dużo. Znamy wiele głosów osób, które wprost mówiły: gdyby tak mocno go nie atakowali, to nie wzbudziłby mojej sympatii i chęci głosowania na niego, zostałbym w domu, nie jestem pisowskim betonem itp.
Metody te, wbrew wyobrażeniom naiwnych, nie polegają na tym, że coś jest na rzeczy w formułowanych oskarżeniach. Nie o to w tym wszystkim chodzi. Polegają na tym, że podobnie niszczony byłby każdy inny kandydat pisowski. Powiemy więcej: gdyby kiedyś w Polsce istniała silna i zarazem realnie antyliberalna lewica socjalna, to byłaby ona atakowana równie zajadle i bezpardonowo. Gdy ma kilka procent poparcia i głosuje za powstaniem rządu Tuska, może sobie do woli frazesowo lewicować. Gdyby nadepnęła na serio na odcisk możnym i wpływowym z rdzenia polskiej liberalnej oligarchii albo tylko w kilku sprawach współpracowała z PiS-em, byłaby atakowana nie mniej zajadle.
Podobną sprawą jest pogarda wobec wyborców. W liberalnych bańkach mówi się, że nie ma nic gorszego niż „pisowskie szczucie” na mniejszości czy migrantów. To jednak nie jest jedyne szczucie, które się odbywa. Żyjemy we wręcz instytucjonalnej pogardzie dla ubogich, niewykształconych, z problemami, z przeszłością, z „przaśnymi” nawykami, z miast, których nie umiemy wskazać na mapie. Także dlatego wygrał Karol Nawrocki – bo tak naprawdę im „gorszy” kandydat, tym bardziej jego wygrana zaboli elity i tzw. przyzwoitych ludzi. O to tutaj chodziło, nie o to, że komuś imponuje „sutener”. „Gazeta Wyborcza” już kilka godzin po przegranej liberałów rozsyłała newsletter o ogólnej wymowie typu „jak mogło do tego dojść?”. Niczego się nie nauczyli. To są trzecie wybory prezydenckie z rzędu, które przegrywa kandydat anty-PiS, bo używane są dokładnie te same metody: elitarność, obrażanie, te wszystkie Agnieszki Holland oraz Hołdysy spod kamienia, którzy „nie rozumieją, jak można” i „jakim człowiekiem trzeba być, żeby…”. Im bardziej oni pogardzają nami, tym bardziej my głosujemy przeciwko nim.
Po czwarte, Trzaskowski przegrał jednak przede wszystkim dlatego, że takie są skala niechęci wobec liberałów, poczucia zagrożenia ich rządami, przekonanie, że to łajdacy i szkodnicy. Społeczeństwo polskie naprawdę nienawidzi Tuska. Młodzi i ci, którym w latach 2007-2015 było dobrze, dali mu w 2023 r. kredyt zaufania. Większość z nich już uważa, że nie zrealizował obietnic. Prawda o Platformie jest taka, że ona nigdy nie robi obiecanych rzeczy. Pokój można wytapetować jej obietnicami, o których pamięć trwa tyle, co konferencja prasowa czy przeczytanie tweeta. Problem w tym, że kiedyś taki sposób uprawiania polityki („nie ma pieniędzy i o co wam w ogóle chodzi”, „cóż szkodzi obiecać”) był obowiązujący i nikt już na nic nie liczył. Niech sobie rządzą, jest marazm, idę pracować za tego piątaka na godzinę. Ale w 2015-2016 przestał być. Pojawił się u steru ktoś, kto robił zapowiedziane rzeczy. Różnie oceniane, ale robił. Tylko że Platforma tego nie ogarnęła. Ona chce wasz głos, bo jest Platformą, bo nie jest PiS-em. Śmieszy ją myśl, że miałby robić cokolwiek większego. Znowu wszystko jest „przeskalowane”, „kosztowne”, „niepotrzebne”, „nieopłacalne”. Będzie albo nie będzie. Może kiedyś.
Żaden z sondaży od kilku miesięcy nie wskazuje, że rządząca koalicja mogłaby liczyć na ponowne uzyskanie większości parlamentarnej. Po zaledwie półtora roku rządzenia. Tak jak o PO mówi się, że w wielkich nowoczesnych miastach mogą wystawić kukłę, a ona i tak wygra, tak w skali Polski przeciwko liberałom też można wystawić kukłę i ma się już na starcie ponad 40% osób, które by ją poparły. A człowieka z krwi i kości, który rzuca im rękawicę – tym bardziej i tym więcej.
Odrzucenie liberałów ma podwójny wymiar klasowy. Ten oczywisty to daleko idące różnice wśród wyborców. Na Nawrockiego głosowało niemal 70% robotników, ponad 80% rolników i niemal 65% bezrobotnych, którzy poszli na wybory. Na Trzaskowskiego niemal 64% osób z kategorii dyrektorzy, kierownicy i specjaliści, wygrał też, choć nie tak wyraźnie, wśród właścicieli i współwłaścicieli firm. Ale pęknięcie między liberałami i antyliberałami ma także wymiar kulturowy. Nie chodzi w nim o to, że wyborcy prawicy są „ciemniakami”, jak chcieliby zwolennicy liberałów. Odrzucają oni liberalną agendę kulturową, gdyż postrzegają ją jako szkodliwą dla siebie, wmuszaną, niezwiązaną z ich preferencjami. I jest to tendencja coraz bardziej widoczna także w krajach „zachodnich”, „nowoczesnych”, „niereligijnych” itp. Podobnie jest choćby w obiekcie westchnień polskich liberałów, czyli w Czechach – w kraju laickim populiści skutecznie grają kartą np. antyimigrancką, a ich bastionami wyborczymi nie jest „zacofana” wieś, lecz przemysłowe i poprzemysłowe podupadłe duże miasta i regiony zurbanizowane.
Po piąte, kartę hańby zapisało wiele osób i środowisk lewicowych, postępowych, rzekomo wrażliwych społecznie, „aktywistów” z „ruchów” takich czy siakich itp. Dołączyli do nagonki w wykonaniu neoliberałów i sprawców polskiej biedy z nędzą, wylewali wiadra klasistowskiej pogardy na kontrkandydata neoliberałów, głosowali na neoliberała, wyrzucili na śmietnik całe swoje wcześniejsze wywody o zasadach, wartościach, demokracjach, wrażliwościach itp. Ich postawa i ich współudział zostaną zapamiętane. Żadnych złudzeń w przyszłości.
Po szóste, nie mamy pojęcia, czy Karol Nawrocki będzie dobrym prezydentem. To kandydat skoncentrowany na prawicowej tożsamości i historii, a zbyt mało zainteresowany gospodarką i sprawami społecznymi i zbyt małą mający o nich wiedzę. To wszystko, wbrew zaklęciom bezpłodnej politycznie lewicy, jest jednak oparte na związkach z partią mającą największy dorobek prospołeczny w III RP oraz na umowie podpisanej z dużym związkiem zawodowym „Solidarność” w sprawie obrony zdobyczy socjalnych i pracowniczych. Nie mamy całkowitej pewności, że w tych kwestiach będzie dobrze w kontekście umów z Mentzenem i z długiem wobec wyborców prawicowo-prorynkowych. Ale wręcz dziecinną naiwnością jest przekonanie, że jawny wieloletni neoliberał Trzaskowski z partii, która chce „deregulować” gospodarkę, byłby lepszy pod tymi względami.
Nasze opinie o samym Nawrockim nie są jednak kluczowe. Po pierwsze taka jest wola ludu, bezwzględnej większości, na tym polega demokracja. Po drugie jakakolwiek zapora przed monowładzą liberałów jest lepsza niż brak takowej zapory. Na ocenę tej prezydentury przyjdzie jeszcze czas. Na razie wiemy, że walec neoliberalnej koalicji nie przejechał jednej z ostatnich zapór na swej drodze.
Magdalena Okraska, Remigiusz Okraska
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Robert Bazułka from Pixabay
przez Remigiusz Okraska | wtorek 20 maja 2025 | opinie
Komentarz powyborczy na szybko. Najpierw sprawy natury systemowej, później opinia o wynikach poszczególnych kandydatów.
Pierwsza tendencja, jaką widać wyraźnie, to blamaż obecnego rządu. Po zaledwie półtora roku istnienia ma on większość społeczeństwa przeciwko sobie i jest to wyraźny szybki zjazd sympatii i poparcia. A był to rząd ze sporym kredytem zaufania, nadziejami i oczekiwaniami zmian na lepsze. Właściwie nie posiada on już mandatu do rządzenia i należy dążyć do przyspieszonych wyborów, szczególnie gdyby kandydat neoliberalnego rządu na prezydenta przegrał w II turze.
Druga tendencja jest taka, że w Polsce narasta fala sprzeciwu wobec elitarnego liberalizmu. Nie jest on tożsamy z liberalizmem gospodarczym. Stanowi raczej syntezę poczynań liberalnej oligarchii politycznej, kręgów wielkobiznesowych oraz liberalnej agendy kulturowej. Opcja krytyczna wobec niego otrzymała ponad 50% poparcia, gdy agenda przeciwna jakieś 40%, nie licząc Zandberga, który się temu podziałowi nieco wymyka. To spór trudniejszy do opisania niż dotychczasowe podziały i standardowe etykietki, a zarazem jest to spór zarysowujący się coraz bardziej w skali świata.
Określiłbym go jako wojnę silniejszych i słabszych – silniejszych i słabszych wieloaspektowo. Ten konflikt nie przebiega po liniach lewicy i prawicy, socjalności i liberalizmu itp. Przebiega raczej po liniach bogatsi i biedniejsi, „rozwinięci” i „zacofani”, wielkomiejscy i prowincjonalni, modni i niemodni, globalni i lokalni, decyzyjni i pozbawieni sprawczości, więksi i mniejsi itp., itd. Łatwo ten podział przeoczyć, a przede wszystkim wyszydzać wywodami typu „nie powiesz chyba że Janusz Biznesu z firmą na prowincji jest słabszy niż doktorantka ze stolicy czy przeciętny korpoludek z Krakowa czy Wrocławia”. Otóż rzecz w tym, że rozmaite kapitały, szanse, możliwości i atuty działają razem i jest to działanie inne niż gdyby tylko postawić przeciwko sobie kapitały finansowe przykładowych ludzi w danym momencie ich życia. Po stronie umownej prawicy są dzisiaj nie tylko wprost biedni/biedniejsi, choć już wcześniej dokonał się właśnie taki klasowy transfer z lewa na prawo, sprzeczny z tym, co było dawniej. Po jej stronie są także ci, którzy mają mniej/gorzej na innych płaszczyznach: symbolicznej, kulturowej, terytorialnej, lajfstajlowej, pod względem szans na rozwój itp., itd.
„Lud” nie ma dzisiaj wiele wspólnego z kanonicznymi lewicowymi czytankami, ale ma wspólny mianownik w postaci obiektywnego bycia słabszymi czy przynajmniej subiektywnego czucia się takimi – a polityka i nastroje społeczne to nie tylko fakty i dane, ale także emocje. A emocje są takie, że jeśli masz 50 lat i nawet jako taki biznesik na prowincji, to w sensie wymiernych aktywów masz w tej chwili więcej niż 30-letni wielkomiejski „aktywista” czy „nowoczesny” korpoludek niewysokiego szczebla, ale pod wszelkimi innymi względami możesz mieć gorzej lub czuć się gorzej oraz być bombardowany pouczeniami ze strony takiej hiperelity, z którą „aktywista” i „nowocześniacy” mają więcej wspólnego niż ty z tą samą hiperlitą. A gdy ten prowincjonalny biznesik to podupadający sklepik czy jednoosobowa naprawa laptopów, to ich właściciele są kilka pięter niżej niż ciut starszy naukowiec, bardziej doświadczony pracownik korpo czy zawodowy działacz z dużego NGO. Czytanie dzisiejszego podziału społecznego po liniach wyłącznie dochodów w danym momencie czy teoretycznego stanu posiadania (środki produkcji) nie mówi nam o świecie wszystkiego. I nie tylko w Polsce, także w USA czy we Francji, gdzie te linie podziałów na lud i elitę z jej otoczeniem nie są lewicowo-prawicowe czy praca najemna kontra własny biznes, lecz przemieszane z innymi atutami i formami wykluczenia. Kto tego nie widzi, będzie ślepy i będzie przegrywał.
To bardzo ładnie widać zresztą w polskich wynikach wyborów wśród robotników. Nawrocki dostał poparcie ponad 35% z nich, Mentzen 23%, Trzaskowski już tylko 17%, za to Braun niemal 11%, a Zandberg niespełna 3%. I mniej więcej tak samo jest wtedy, gdy zastosujemy inne klucze tematyczne z podobnej działki: wykształcenie, prowincję/wielkomiejskość itp.
Liberalna hiperelita jest odrzucana przez szeroki front słabszych. Nie pomogą tu zaklęcia mówiące, że robotnicy mają „fałszywą świadomość”, skoro głosują na libertariańskiego Mentzena, że „brunatna fala” coś tam coś tam, że spora część kobiet „zbłądziła na manowce”, bo głosuje na Nawrockiego, Mentzena czy Brauna. To jest jedynie wyraz politycznej i poznawczej bezradności podlanej paternalistycznym mędrkowaniem i niezrozumieniem tego, co się dzieje i dlaczego. Nawiasem mówiąc, skoro już jesteśmy przy „brunatnej fali”, to warto pogratulować tzw. antyfaszystom. To jedyny w świecie zawód, w którym możesz świetnie zarabiać, efekty twojej roboty są coraz gorsze, ale i tak, zamiast z niej wylecieć za marne wyniki – dostajesz kolejne zlecenia. Antyfaszyzm, czyli oficjalna ideologia współczesnej neoliberalnej oligarchii, to swoiste perpetuum mobile.
To wszystko nie oznacza, że Trzaskowski na pewno nie wygra w II turze. Liberalna hiperelita rzuci ogromne środki wszelakie, aby wygrał, nie cofnie się przed żadną prowokacją, kłamstwem itp. Po drugie, front „prawicowego” (piszę w cudzysłowie, bo w Polsce jest on obecnie faktycznie prawicowy, ale choćby sąsiednie Słowacja i Czechy przypominają, że to nie takie etykietki są kluczowe dla obecnego podziału społecznego) wkurzenia nie jest jednolity i wyniki jego kandydatów nie sumują się w prosty sposób. Ale mówię o tendencji i to o tendencji globalnej czy w „świecie zachodnim”. W nim hiperlita jest coraz bardziej odrzucana i coraz mocniej kontestowana przez szeroki front ludzi wykluczanych wieloaspektowo: nie tylko wprost finansowo czy zawodowo, ale także symbolicznie, kulturowo, terytorialnie itp. I to jest kluczowy trend polityczny nadchodzących czasów, zasadnicza linia podziałów. Nie lewice i prawice, nie socjal i wolnorynkizm itp., raczej obiektywne i nie mniej tym razem ważne subiektywne poczucie bycia słabszym, przegrywającym, marginalizowanym na różnych frontach lub którymś z nich.
No a teraz pora na personalia.
Trzaskowski – dostał fangę prosto w paniczowatą buźkę. Nie pomogła mu partia władzy, nie pomogła wieloletnia rozpoznawalność, nie pomogła wielka forsa, nie pomogło wsparcie 90% mediów publicznych i tych zwanych „wolnymi” (ich „wolność” świetnie widać właśnie w takich momentach, gdy jawnie i nachalnie stają po stronie neoliberalnej oligarchii), nie pomogło ujawnione kilka dni przed wyborami bezprawne skręcanie wyborów nielegalnym wspieraniem kampanii tego kandydata wielką forsą wydawaną na promocję internetową i na ataki na kontrkandydatów. Facet zrobił wynik mizerny jak na tyle aktywów, a tym bardziej gdy wiemy, że inni kandydaci neoliberalnej koalicji wypadli marnie i to nie oni odebrali mu głosy, jak było choćby w poprzednich wyborach z niezłym wynikiem Hołowni.
Nawrocki – niby to wynik tylko taki, jakie mniej więcej poparcie ma PiS. Ale dla faceta po pierwsze do niedawna szerzej nieznanego, po drugie mającego ostrą prawicową konkurencję, a po trzecie i najważniejsze zaatakowanego tak, jak potrafi tylko liberalna oligarchia. Przetrwał, wytrwał, prawie dogonił mydłka ze stołecznego ratusza, a przed II turą jest w ofensywie. W dodatku Nawrocki grał na swoich zasadach – on nie głosił niczego, w co by nie wierzył, nie lawirował. Tymczasem Trzaskowski, podobnie jak PO wcześniej, zrobili szmatę z własnych poglądów i wieloletniej narracji, idąc w antyimigranckość, antyukraińskość, obronę granicy, udawany twardy kurs wobec Niemiec, schowanie elitarnej „ekologii” i liberalnej obyczajówki itp. Co zresztą też znamionuje szerszą zmianę nastrojów społecznych.
Mentzen – nie zrobił wyniku, o jakim marzył, nie było mijanki z Nawrockim, na którą grała hiperelita liberalna i którą wieściło wielu analitycznych mózgowców o zawsze nietrafionych prognozach i zawsze dobrze za nie opłacanych. Ale zrobił wynik naprawdę konkretny, najwyższy w dziejach swojej formacji w jakichkolwiek wyborach, a w dodatku to jego narracja jest na topie i to właśnie on zrobił to, co od wielu lat zapowiadała lewica: zmienił dyskurs. Ja się z tym dyskursem nie zgadzam, ale obiektywnie to oni mają sukces.
Braun – papierek lakmusowy tego, jakie są nastroje, jak bardzo ludzie są wkurzeni na kształt świata. Może i wkurzeni ślepo i głupio, ale także na tym polega demokracja, a jeśli taka postać robi ponad 6% de facto z niczego, a przegania dwójkę kandydatów lewicy, w tym kandydatkę lewicy rządzącej, oraz marszałka sejmu i czarnego konia poprzednich wyborów, to mówi to samo za siebie, a załamywanie rąk i zaklęcia o brunatności są jedynie wyrazem bezradności w ogóle, a tym bardziej na tle tego, że Braun z takim wynikiem to dopiero trzeci pod względem poparcia kandydat mocno prawicowy.
Hołownia – totalna porażka, blamaż. Od popularności, niemal wizji bycia rozgrywającym i zdetronizowania Tuska/PO na liberalnej flance, po wynik poniżej progu wyborczego dla partii, a i to w momencie, gdy oprócz Polski 2050 był kandydatem PSL. To cena zapłacona za kunktatorstwo, bycie nieodróżnialnym od Trzaskowskiego, układ z PO, udział w marnych rządach, utratę efektu nowości i dołączenie do neoliberalnej oligarchii. W pełni zasłużona klęska, przypieczętowana w dodatku „przekazaniem” od razu głosów Trzaskowskiemu, czyli pełną wasalizacją. Cry, Szymon, cry.
Zandberg – i dobrze, i źle. Jak na kandydata partii z sondażowym poparciem 1-2%, partii obiektywnie słabej i ubogiej, jest to wynik niewątpliwie dobry. Tym lepszy, że uzyskał poparcie wyższe niż konkurentka z lewicy, która miała o wiele więcej aktywów od niego. To dobry punkt wyjścia do ofensywy i ugruntowania zauważalnego poparcia dla samodzielnej partii Razem. Z drugiej strony oczywiście jak na dekadę istnienia partii te niespełna 5% poparcia to wynik dość mizerny. Wystarczy porównać go z tym, co w podobnym czasie zrobiła Konfederacja, a tym bardziej gdy Zandberg nie miał bardzo silnej konkurencji z lewej. W dodatku kandydat największe poparcie zyskał w kręgach silnych i sytych, co stawia na głowie sens takiej lewicowości, a do tego część owego poparcia to chwilowy owczy pęd niestabilnych ludzi młodych i powtórzenie „efektu Zandberga” z roku 2015, później roztrwonionego, co jest dość słabym fundamentem pod budowę czegoś większego. Ale obiektywnie niezła robota na tle dotychczasowej mizerii tej partii. Oczywiście ten sukces został osiągnięty narracją i priorytetami, które tej partii tacy jak ja doradzali już dawno temu: dużo o socjalu, gospodarce i realnych problemach, a mało o obyczajówce i niszowych dziwactwach – no ale wtedy przez ludzi tej samej partii, która teraz to zrobiła, byliśmy masowo obrzucani błotem, a dzisiaj nas za to oczywiście nikt nie przeprosi i nie przyzna racji.
Biejat – wynik mizerny w ogóle, nawet poniżej sondażowych notowań Nowej Lewicy, a na tle wyniku Zandberga jest to wręcz blamaż. I trudno się dziwić, bo przestrzeń dla takich poglądów jest znikoma, gdy z jednej strony jest Trzaskowski, w którym nadzieje mogą lokować zarówno mniej bystrzy progresywiści obyczajowi, jak i skręcające w prawo, ale wciąż „nowoczesne” nieco progresywne mieszczaństwo (które już tak bardzo nie chce otwierania granic, Ukraińców, woke, ekologii i czego tam jeszcze, a Biejat wciąż chce), a z drugiej jest Zandberg, czyli opcja jako tako socjalna + wciąż nieprawicowa kulturowo. W dodatku to nie jest problem samej Biejat, bo ta partia przecież nie ma nikogo znacznie lepszego do wystawienia, lecz samej oferty partyjnej – dla kogo to w ogóle jest w tych czasach i dla kogo będzie, gdyby Razem jednak zaczęło orbitować w sondażach wokół progu wyborczego zamiast kręcić się w okolicach 1-2%.
Wyniki Hołowni i Biejat to zresztą prawdopodobnie wstęp do całkowitego zmarginalizowania ich formacji w koalicji rządowej. Tusk z jednej strony potrzebuje ich do większości, ale wie, że niemal nic nie znaczą, a oni jeszcze bardziej potrzebują Tuska, aby nie być zupełnym marginesem, a on to wykorzysta. Czyli będzie to rząd już zupełnie neoliberalno-hegemoniczny.
Remigiusz Okraska
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski
przez Remigiusz Okraska | poniedziałek 12 maja 2025 | edytorial, Kwartalnik, nr 46/(97)
Widmo krąży po świecie – widmo populizmu. Wszystkie potęgi ancien régime’u połączyły się dla świętej nagonki przeciw temu widmu. Przewodnicząca Komisji Europejskiej i „postępowi” miliarderzy, Macron i Tusk, amerykańscy demokraci i niemieccy policjanci. Gdzie jest taka partia opozycyjna wobec (neo)liberałów, która by nie była okrzyczana za populistyczną przez swych przeciwników będących u władzy, przy pieniądzach i wpływach, w „wolnych mediach”, „niezależnych instytucjach” oraz „organizacjach pozarządowych”?
Powyższa parafraza pierwszych zdań niemodnego dzisiaj Manifestu, autorstwa niemodnych brodaczy, to nie tylko prowokacyjna igraszka słowna. To także rozpoznanie faktu, że władcy obecnego porządku nienawidzą populistów tak, jak niegdyś nienawidzili socjalistycznego ruchu robotniczego. Że sztandar populizmu bywa dzisiaj dla poniewieranych i wykluczonych tak samo pełen nadziei, jak niegdyś był sztandar czerwony. Ten sam, który w starej pieśni „płynął ponad trony” dawnych panów i władców, niosąc „zemsty grom, ludu gniew”.
Te analogie nie są oczywiście doskonałe, stuprocentowe. Byłoby dziecinne zestawiać tak odległe realia jeden do jednego. Ani populiści nie są doskonali i pozbawieni wad, zresztą nie były ich pozbawione rozmaite odłamy czy postaci dawnych radykalizmów. Ani sytuacja nie jest identyczna jak wtedy. Ani dążenia czy sposoby artykulacji oczekiwań jednych i drugich nie są bliźniacze.
Kustosze lewicowej tradycji obraziliby się za porównanie jej do teraźniejszych „faszystów”. A niejeden z populistów gorliwie odżegnałby się od skojarzeń z dawnymi socjalistami. Ale już dzisiejszy liberalny głuptas lub cwany propagandysta związany z tym obozem wypowiedzieliby jednym tchem „zagrożenia dla liberalnej demokracji”: komunizm, socjalizm, faszyzm, populizm.
Pewne jest, że populizm jest znienawidzony przez elity. I że jest – lub bywa – próbą artykulacji głosu słabych, wkurzonych, wykluczonych, odartych z godności i nadziei. Ma on niejedno imię i niejeden postulat, a pojemny worek z napisem „Populiści” to często tyleż bezradność poznawcza liberałów, ile ich iście goebbelsowska zagrywka, aby wszystkich przeciwników opluć jednako, bez oglądania się na spore różnice między opluwanymi.
W tym numerze „Nowego Obywatela” przyglądamy się oplutym. Bez uprzedzeń. Bez idealizowania. Bez uproszczeń. W wielu krajach, piórem wielu autorów i rozmówców wywodzących się z różnych opcji i środowisk. Nie twierdzimy, że każdy populista jest aniołem i zbawcą i że wszyscy oni mają zawsze rację. Ale zarazem nie mamy nic wspólnego z bezmyślnością/jednomyślnością i zadowoleniem liberałów, gdy coraz większe rzesze społeczeństwa odrzucają ich narrację i gdy wciąż rośnie sumaryczna fala poparcia dla populistów.
Populizm wywołuje strach elit, a do jego zwalczania rzucono ogromne siły polityczne, medialne i finansowe. I pewne jest, znów parafrazując dawny Manifest, że klasy ludowe, współcześni ciemiężeni i wykluczeni, nie mają w dzisiejszym świecie nic do stracenia prócz swych kajdan. Do zdobycia mają cały świat. A przynajmniej chleb i godność w swoich krajach.
PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie – spójrzcie proszę tutaj: https://obywatel3.macmas.pl/pomoc/