przez Krzysztof Mroczkowski | poniedziałek 18 listopada 2024 | Kwartalnik, nr 45/(96)
Świat stoi u progu dekad epokowej transformacji społecznej i politycznej. Ogromne zmiany klimatyczne i bioróżnorodności wpłyną na procesy polityczne. Technologia zmieni się w tempie nienotowanym do tej pory. Zrzucone na społeczeństwa koszty globalnych nieefektywności ekonomicznych wpłyną na formę i treść polityki liberalnych dotąd demokracji. Zagrożenie agresją wojenną i zarządzanie procesami migracyjnymi wpłynie na zmianę np. roli wojska w państwach. Ta właśnie rzeczywistość odsłania się już teraz naszym oczom powoli, ale bezustannie.
W świecie tym rola Europy maleje, choć nadal jest ona podmiotem mogącym współkształtować globalne zmiany. W samej zaś Europie rośnie rola Polski, dzięki dekadom rozwoju gospodarczego stającej u progu współdecydowania o kierunkach polityk Unii Europejskiej. W samej za to Polsce amalgamat szeregu zdarzeń i procesów politycznych wyłonił dwa relatywnie silne względem wąskich grup interesu ośrodki polityczne, dość podatne jednak na społeczny wpływ i różne tematyczne preferencje wyborców. To oznacza, że polityka klimatyczna Unii, jej podejście do migracji, jej decyzje akcesyjne czy też kształt kolejnych budżetów raczej nie będą mogły stać w rażącej sprzeczności z preferencjami Polaków wyrażanymi w sondażach.
Od globalnych procesów po sondażowe poglądy i tendencje zwykłej Polki i zwykłego Polaka i z powrotem. Rola zwykłych, robiących zakupy po pracy Polaków w sterowaniu światem – choć nadal mała – jeszcze nigdy nie była tak wielka.
Przydymione okulary polskiej percepcji
Dlatego też (oraz również dlatego, iż poglądy Polaków na kwestie zagraniczne nie różnią się zasadniczo od poglądów polskich elit) zamiast wstępu do rozważań o wyzwaniach Europy oraz polskich interesach w tym kontekście, należy gruntownie rozprawić się z dopadającą nas przypadłością. Otóż myślenie o polityce międzynarodowej Polski jest skrzywione przez życzeniową, niedojrzałą optykę. Niczym przez przydymione okulary, polska percepcja rzeczywistości nie wyłapuje dobrze kształtów poszczególnych relacji, polegając na bardzo niedokładnym i wprowadzającym w błąd przybliżeniu. Skala konsekwencji błędu zmusza do zastanowienia się nad tym zjawiskiem. Na czym polega skrzywiona polska percepcja spraw zagranicznych?
Po pierwsze, nieodpowiedzialna niedojrzałość. Bagatelizowanie ryzyk i traktowanie przyszłości wspólnoty jako przestrzeni, w której konsekwencje są nieostateczne i ograniczone. Porównajmy te dwie role: prywatną i publiczną. Polscy rodzice zapewne nie wysłaliby swojego dziecka na wycieczkę do miejsca, o którym nie ma żadnych informacji. Wielu polskich obywateli bagatelizuje jednak wspólnotową wycieczkę w świat katastrofy klimatycznej, o którym wiele nie wiemy, lecz łudzi się, że „będzie dobrze”, zamiast zachować zasadę ostrożności. Polski rodzic zapewne nie zachęcałby dziecka do rozpoczęcia walki samotnie przeciwko siódemce. Wielu polskich obywateli nie ma problemu z zachęcaniem polityków do tego, aby „mocno cisnąć” Niemcy, siedmiokrotnie silniejsze od Polski.
Po drugie, realizm Kalego. Głośne domaganie się kierowania wyłącznie polskim interesem narodowym przy odsądzaniu od czci i wiary innych państw, gdy w jakiejś mierze kierują się swoim wąskim interesem. Kraje zachodniej Europy ponoszą ekonomiczne, społeczne i polityczne koszty opowiedzenia się za wspieraniem Ukrainy, pomimo że ich percepcja poziomu zagrożenia bezpieczeństwa własnych państw jest radykalnie inna niż Polski. Dlatego ich polityka względem wojny na Ukrainie, chociaż oparta na wspólnych wartościach, ograniczona jest realizmem polityki wewnętrznej i potrzeb ich społeczeństw. Dla wielu w Polsce jest to dowód upadku, sprzedajności i, co ciekawe, „głupoty” rządów tych krajów. Oczywiście, jakże zupełnie inna jest nasza ocena potrzebnej asertywności Polski w relacjach z Ukrainą.
Po trzecie, niedocenianie dekad pracy, myślenie w kategorii „tu i teraz”, nie pokoleń. Specyficznie polska masowa percepcja realizmu politycznego potrafi docenić politykę niezwracania na siebie uwagi i komasowania siły przez Chiny po reformach Denga jako sprytną, wyrachowaną i właściwą. Jednocześnie polscy obywatele nie doceniają, iż dokładnie taką samą drogą kroczy Polska, która trzydzieści lat temu była dwadzieścia razy słabsza od Niemiec. Niecierpliwość i przecenianie własnych sił już w przeszłości doprowadzało do możliwych do uniknięcia dużych porażek polskiej polityki zagranicznej. Wiele dobrego natomiast wynikało z mało spektakularnej ciągłości polskiej polityki.
Po czwarte, sekciarstwo, manicheizm i jednoznaczne, pozbawione niuansu oceny. Od ściany do ściany, w polskiej percepcji Unia Europejska może być tylko poważnym zagrożeniem interesu narodowego lub tylko błogosławieństwem zapewniającym bezpieczną przyszłość. W rzeczywistości zagrożenia i szanse współwystępują w niezwykle pogmatwanym ciągu przyczynowo-skutkowym. To nie innych, ale siebie krzywdzimy, nie rozumiejąc dokładnie obecnych relacji międzynarodowych, np. „problemu niemieckiego” w Europie, posługując się tylko stereotypami. Innym elementem napędzającym sekciarstwo w myśleniu Polaków jest partyjne pałkarstwo. Dlatego więc „lud kodziarski” nie potrafi docenić wizjonerskiego odczytania zagrożenia ze Wschodu przez Lecha Kaczyńskiego. Dlatego też „lud pisowski” hołdem berlińskim nazwał balansujące na granicy prowokacji, niemalże antyniemieckie przemówienie Radosława Sikorskiego wygłoszone w twarz zszokowanych berlińskich elit, w tym prezydenta Niemiec, ówcześnie jeszcze blokujących ratowanie eurozony przez Europejski Bank Centralny.
Wchodzimy w czas, gdy Polska odpowiedzialność za Europę będzie się zwiększać, a jednocześnie koszt pomyłek w naszej polityce zagranicznej może być za sprawą rosyjskiego imperializmu ogromny. Zarówno liderzy polityczni, jak i wpływający na nich obywatele muszą zachowywać się maksymalnie odpowiedzialnie, odrzucając życzeniowe „chciejstwo” na rzecz ostrożnościowego tkania dobrych relacji, współzależności i poczucia zobowiązania z tymi, których pomocy możemy potrzebować.
Powrót prymatu polityki
Czytający te łamy świadomi są wielokrotnie powtarzanej diagnozy słabości świata Zachodu. Globalizacja i finansjalizacja gospodarek spowodowały osłabienie związków zawodowych i klasy średniej, wzrost nierówności ekonomicznych i niezrównoważenie duży wpływ świata Kapitału na procesy polityczne. To zaś umacniało procesy oligopolistyczne i rentierskie na Zachodzie, oddając w zamian za finansowe korzyści coraz więcej przestrzeni w przemyśle i innowacjach protekcjonistycznym Chinom. Te procesy oligarchizacyjne zwiększały społeczne napięcia w krajach Zachodu i długofalowe ryzyka dla konkurencyjności względem modelu chińskiego.
Otóż powyższa diagnoza zaczęła się nieco dezaktualizować. Przyczyn należy upatrywać w sercu globalnego kapitalizmu: Stanach Zjednoczonych. Mój tekst z tutejszych łamów sprzed czterech lat, pt. „Mniej morałów, więcej szczegółów. Progresywna polityka po pandemii” („Nowy Obywatel” nr 84, 2020), poświęcony był dwóm zagadnieniom. Pierwsze to krytyka antyzachodnich tendencji na zachodniej lewicy. Dziś, po ataku Rosji na Ukrainę, nie wymaga to wzmacniania argumentami. Drugie zaś, ważniejsze, to opis środowiska amerykańskich progresywnych ekspertów gospodarczych, którzy zamiast prawienia „morałów” zamierzają doprowadzić do istotnej zmiany systemu gospodarczego poprzez wejście w „szczegóły” na zapleczu procesu politycznego: w komisjach Kongresu i w urzędach regulacyjnych. Celem było usuwanie paragraf po paragrafie i firma po firmie oligopolistycznych przewag regulacyjnych i doprowadzenie do tego, by gospodarka rynkowa nie uspołeczniała kosztów, lecz działała w społecznym i narodowym interesie. Owi eksperci, wraz z objęciem urzędu przez Bidena w 2021 r., rozpoczęli metodyczną pracę. Warto wspomnieć tu kluczowe nazwiska, takie jak Rohit Chopra, Lina Khan, Gary Gensler czy szef sztabu administracji Bidena – Ron Klain, będący patronem dla wielu inicjatyw tej grupy.
Ekspertom od szczegółów udało się przywrócić sytuację, w której to świat polityki i długofalowego interesu społecznego stara się narzucić ramy działania, a nie robi tego wielki amerykański biznes. Niezauważenie dla wielu, administracja Bidena okazała się przełomowa na wielu frontach, gdzie po raz pierwszy od dekad lobbyści korporacji przegrywali walkę o zmiany w prawie z reprezentantami interesu społecznego. Stało się tak nawet w zakresie opieki zdrowotnej, gdzie wprowadzono m.in. maksymalne roczne rachunki za leki dla seniorów, maksymalną cenę insuliny oraz mechanizmy negocjacji na rzecz zmniejszenia cen świadczeń. Wprowadzono minimalny 15-procentowy podatek dla firm powyżej 1 miliarda dolarów przychodów. Szereg legislacji zmierzało do osiągnięcia efektów społecznych, takich jak zwiększenie ulgi podatkowej na dzieci, które pozwoliło (czasowo) niemal wyeliminować ubóstwo dzieci, czy też zmniejszenie długu studenckiego.
Administracja Bidena, od początku zmagająca się z trybem nadzwyczajnym wywołanym najpierw pandemią, a następnie jej skutkami, w tym inflacją, w naturalny sposób weszła w rolę aktywnego twórcy polityki i jej ram. Dokonała też istotnych kroków celem odzyskania przemysłowo-innowacyjnego prymatu w gospodarce światowej, zdając sobie sprawę z zagrożenia ze strony chińskiego protekcjonizmu państwowego. Dlatego też w 2022 r. Kongres przyjął dwie protekcyjne ustawy, dotyczące mikroczipów oraz całości gospodarki (tzw. IRA inflation reduction act). Ta druga ustawa stała się przyczyną obaw o szybkie pogorszenie się konkurencyjności gospodarek Unii Europejskiej. W odpowiedzi na te obawy Komisja Europejska zleciła przygotowanie dwóch raportów dwóm włoskim byłym premierom: Enrico Letcie i Mario Draghiemu.
Ponieważ historia powrotu prymatu polityki w administracji Bidena ma szansę powtórzyć się w Europie, warto jeszcze spinając klamrą wątek USA zapytać: dlaczego ekspertom się udało. Można wskazać na dwie przyczyny. Po pierwsze: rosnąca niezależność polityków. Jakkolwiek rosnące podziały polityczne tworzące toksyczny konflikt mają bardzo wiele minusów, to plusem jest stworzenie masy zwolenników gotowych na oddolne finansowanie kampanii wyborczej (co tworzy niezależność od kapitału) oraz zwiększona tożsamościowa zależność wielkich mediów od obozu politycznego (a nie od lobbystów i reklamodawców). Zwolennicy partii X, będący na „świętej wojnie” z partią Y, poświęcają się finansowo i dyscyplinują dziennikarzy „swoich” mediów, tym samym tworząc większą przestrzeń działania politycznym liderom (wszelkie skojarzenia z Polską są przypadkowe). Po drugie, przyczyną braku skutecznego weta amerykańskiego Kapitału wobec proponowanych zmian był brak alternatywnych koncepcji na horyzoncie. Administracja Bidena zaoferowała biznesowi zarobek poprzez dotacje w ramach IRA, a sam amerykański kapitał, widząc rosnące ryzyko geopolityczne, wycofał się z Chin. Dotychczasowy model wyczerpał się i nie było sensu udawać, że jest inaczej.
Moment krytyczny dla Europy
Protekcjonistyczny zwrot USA zastał Europę osłabioną kryzysem energetycznym i skutkami agresji Rosji na Ukrainę. Poprzedni pomysł na konkurencyjność Europy, wpływający na dotychczasowy software polityk unijnych, pochodził z Niemiec i wbrew opiniom krytyków nie był zupełnie niespójny. Regulacyjnie stymulowany popyt na odnawialne źródła energii miał zapewnić wzrost i pierwszeństwo sektora zielonej energii, znajdującego następnie rynek na obszarze zagrożonym katastrofą klimatyczną: całej planecie. Sukces tej strategii dałby Europie ogromne korzyści.
Fundamenty tego planu zostały jednak podkopane dekadę temu, gdy dokonano decyzji o niestawianiu na ostrzu noża kwestii kradzieży intelektualnej technologii przez Chiny. Tym samym z wizji producenta technologii OZE, eksportującego ją na świat, powoli kroczyliśmy w stronę odbiorcy tańszych produktów OZE z Chin, zbudowanych na kradzieży europejskiej technologii.
Zatem Europa straciła możliwość w miarę bezbolesnego miękkiego lądowania w rzeczywistość gospodarki doby katastrofy klimatycznej, zachowując dobrobyt przy jednoczesnym moralnym przywództwie jako pionier i dostarczyciel technologii ratujących planetę. Warto powtórzyć: koncepcja sama w sobie nie była zła. Zawiodły polityczna siła i determinacja. Niezwykle ciężko negocjować z takim państwem jak Chiny, gdy jest się krajem znacznie mniejszym, spora część biznesu preferuje krótkowzroczne umowy, a stworzenie niezałamującego się wspólnego frontu wszystkich istotnych państw UE wymaga niezwykłej ekwilibrystyki.
Ten „wspólny front” gospodarczy państw UE, jednocześnie konieczny i niemożliwy, obrazuje gospodarczo-polityczną łamigłówkę, przed którą stoimy. Brak politycznej jedności oznaczać będzie gospodarczą marginalizację. Próba narzucenia jedności ma wielkie szanse być kontrskuteczna. Wspólne dobrowolne uzgodnienia wszystkich większych państw wymagałyby ciągłego dowodzenia najwyższych politycznych umiejętności przy każdym istotnym zakręcie. Nie należy jednak spisywać Europy z góry na straty, ponieważ inna, zupełnie logicznie niemożliwa do utrzymania struktura, jaką jest strefa euro, ma już ponad ćwierć wieku i nic nie wskazuje, by nie miała funkcjonować kolejne ćwierć i więcej. Ponieważ alternatywa jest jeszcze gorsza.
Europa znajduje się obecnie w kleszczach pomiędzy próbą utrzymania konkurencyjności międzynarodowej a próbą utrzymania swojego modelu społecznego. Presja ta zwiększała się przez ostatnie trzy dekady. W różnych krajach Europy Zachodniej politycy mniej lub bardziej chętnie godzili się na pewne ograniczenia modelu społecznego w swoich krajach (w zakresie praw i regulacji pracowniczych, emerytalnych, świadczeń socjalnych, dostarczania dóbr publicznych takich jak służba zdrowia czy transport). Nie da się ukryć, że choć Europa Zachodnia jest zapewne nadal najlepszym miejscem do dobrego życia, to społeczne niezadowolenie narasta. Dla Europy Wschodniej to istotne również dlatego, że skonfrontowani z niezadowoleniem swoich społeczeństw zachodnioeuropejscy liderzy muszą być mniej skorzy do ustępstw wobec krajów naszej części Europy. Zagląda im w oczy widmo implozji systemu politycznego.
Europejscy liderzy, skonfrontowani z presją globalnego kapitalizmu, grali do tej pory na czas. Europejski biznes domagał się reform i w jakiejś mierze je dostawał od systemu politycznego. Obecnie system polityczny ma minimalne pole manewru, ledwo zarządzając społecznym wzburzeniem. Jednocześnie europejski biznes faktycznie słania się na nogach, będąc wypychanym z globalnej konkurencji na rynkach najistotniejszych marżowo. Amerykański nowy protekcjonizm IRA w połączeniu z presją chińską powoduje, że Europa traci pozycję z kwartału na kwartał, choćby w segmencie aut elektrycznych.
Jak w tym wszystkim powinna się zachować Polska? Wywalczyła sobie właśnie kluczową tekę komisarza ds. budżetu, co w połączeniu z wysoką osobistą pozycją Donalda Tuska wśród przywódców UE oraz polską prezydencją w pierwszej połowie 2025 r. daje nam przestrzeń do oddziaływania na przyszły kierunek Wspólnoty.
Stare cele i nowe środki polskiej polityki
Nowy polski rząd nie zrezygnował z celu prowadzenia ambitnej polityki zagranicznej, deklarowanego również przez poprzednią władzę. Przeciwnie, zmiana wizerunku Polski poszerza narzędzia i usuwa niektóre ograniczenia forsowania skutecznych inicjatyw. Przywiązanie do europejskich wartości i kultywowanie dobrych osobistych relacji w połączeniu z lepszym wczuciem się w potrzeby partnerów daje większe możliwości wpływania na kształt decyzji unijnych dotyczących przyszłości Unii. Jednocześnie rząd Donalda Tuska musi bardzo uważnie stawiać kroki, aby nie dać się złapać w ambicjonalne pułapki związane z formatem weimarskim i tarciami na linii kanclerz Niemiec – prezydent Francji. Po wyborach europejskich nadszedł czas resetu wielu polityk. Zadaniem Polski będzie ukształtowanie ambitnej odpowiedzi UE na obecne wyzwania, ale także takiej, w której większej aktywności Unii towarzyszyć będzie sprawiedliwy rozkład korzyści.
Rząd nowej koalicji w swojej aktywności zagranicznej nie omieszkał w pierwszej kolejności zerwać nisko wiszący owoc, jakim jest podkreślenie proeuropejskiego i kooperatywnego nastawienia względem innych unijnych stolic. Te zapewnienia współpracy i otwartości do dialogu pozwalają na lepszą atmosferę do rozmów o konkretach: problemach do rozwiązania, interesach do zabezpieczenia, współpracach do zawarcia. Ten sposób prowadzenia komunikacji wymusza też uważniejsze wczytywanie się w perspektywy innych państw. Musimy wiedzieć, jakie kwestie są istotne dla innych stolic, aby mieć możliwość formułowania wzajemnie korzystnych rozwiązań.
Jednakże symboliczne podniesienie przez polski rząd wysoko europejskiej flagi nie powinno być przeceniane. Przypomniał o tym kanclerz Scholz podczas lutowego, pierwszego spotkania z Donaldem Tuskiem w Berlinie, gdy na ręce polskiego premiera złożył gorące podziękowania Polsce za… działania na rzecz zapewnienia stabilności energetycznej Niemiec, czynione przez poprzedni polski rząd.
Ostatecznie to ten wymiar konkretnych decyzji i wykonawczych działań (celem zachowania bezpieczeństwa dostaw energetycznych dla niemieckiej gospodarki) ma bardziej zasadnicze znaczenie dla współpracy państw niż publicystyczne deklaracje, które u poprzedniego rządu bywały groteskowo i dziecinnie antyniemieckie. Dlatego efekt retorycznego „nowego otwarcia” w polityce zagranicznej ma swoje limity: zarówno Scholz, jak i Tusk zdają sobie sprawę z rozbieżnych interesów w kwestii np. centralizacji decyzji w UE. Zdają też sobie sprawę z różnicy znaczenia i politycznych wpływów, dlatego polska strona rządowa (w przeciwieństwie do części komentatorów) zachowuje umiar w retoryce na temat roli trójkąta weimarskiego w UE i roli Polski w trójkącie weimarskim.
Rząd Zjednoczonej Prawicy za sprawą europejskich sojuszników PiS miał ograniczoną zdolność współpracy na płaszczyźnie europejskiej. W ugrupowaniu Europejskich Konserwatystów i Reformatorów obok proukraińskich partii premiera Czech Petra Fiali i premier Włoch Giorgii Meloni znajdywał się również ścisły sojusznik PiS, prorosyjski premier Węgier Viktor Orbán, którego postawa wobec Ukrainy wzbudza oburzenie i stawia go na marginesie w Brukseli. Dużym ograniczeniem rządu PiS była również niepotrzebnie konfrontacyjna retoryka antyniemiecka i eurosceptyczna tworzona na potrzeby polityki wewnętrznej oraz niewielka elastyczność wobec stanowisk innych państw. Polska jako kraj średniej wielkości o trudnym sąsiedztwie przywiązywała zbyt małą wagę do swojego wizerunku i budowania ciepłych relacji.
Poprzedni polski rząd nie połapał się, iż wspólny język wzajemnej sympatii i podzielanych wartości jest koniecznością. Jak ujął to kiedyś były minister ds. europejskich Konrad Szymański: odwoływanie się do wspólnoty wartości to narzędzie państw słabszych (takich jak Polska), dlatego język idealizmu jest taktyką z naszego punktu widzenia arcyrealistyczną. Odwrotność tego podejścia – przyjęcie za standard języka Europy odrębnych interesów narodowych i egoizmów – osłabia Polskę. Ciekawym probierzem skuteczności nowego polskiego rządu będzie m.in. kwestia niemieckiego zadośćuczynienia za II wojnę światową oraz wpływ na niemieckie postrzeganie tej kwestii. Inwestycja w budowaną w języku niemieckim percepcję niemieckiej opinii publicznej i jej liderów powinna dać lepszą stopę zwrotu niż dotychczasowa inwestycja w budowanie polskiego resentymentu poprzez tweety w języku polskim Instytutu Strat Wojennych. Ważny jest odpowiednio postawiony cel.
Polski rząd ma przestrzeń do przebudowy pozycji naszego kraju. Przekaz, na który Europa czeka, to „możecie liczyć na Polskę w nadchodzących trudnych momentach, również tych trudnych dla zachodniej Europy”. Takie podejście buduje zasadę wzajemności i racjonalniejsze decyzje naszych partnerów w przypadku np. zagrożenia dla niemieckiej bazy przemysłowej. Partnerzy powinni również usłyszeć, iż cieszymy się i doceniamy np. deklarowaną większą obecność wojskową w krajach bałtyckich i że będziemy uzgadniać z nimi wspólną percepcję ryzyka, aby nie musieli obawiać się rzekomej nieobliczalności Europy Wschodniej.
Postawienie na europejską solidarność powinno również oznaczać kurs na friend-shoring i większą rolę Europy Wschodniej w budowaniu gospodarczej spójności europejskiego bloku. Mechanizmem zabezpieczenia przed szokami polityczno-społecznymi powinna być ambitniejsza wspólnotowa polityka inwestycyjna. To pozwoliłoby uratować spójność UE bez utraty sterowności, a jednocześnie bez politycznego zamętu, który wywołałaby próba centralizacji. Taka nowa Unia, wstawiająca się za słabszymi („nową UE” oraz Mołdawią i Ukrainą), miałaby większą wiarygodność wobec, przykładowo, Afryki czy Ameryki Łacińskiej. A takie alianse będą ważne w dobie zapewnienia wystarczalności choćby w zakresie krytycznych surowców.
Nadchodzący europejski reset może być szansą dla Polski. Nie odnaleźliśmy się w nadciągających nowych regułach m.in. Europejskiego Zielonego Ładu. Nowa polityczna recepta w trójkącie klimat – społeczeństwo – konkurencyjność musi ochronić zarówno klimat, jak i społeczeństwo, a w kwestii konkurencyjności skorzystać z protekcyjnego momentu wytworzonego przez amerykański Inflation Reduction Act. To wymagać będzie nowej inicjatywy i nowego impetu.
Propozycja priorytetów na rok 2025
Europa mierzy się w 2024 r. z trzema głównymi wyzwaniami:
- Bezpośrednim zagrożeniem bezpieczeństwa ze strony Rosji;
- Społecznym niezadowoleniem z systemu politycznego w wielu krajach;
- Zagrożeniem gospodarczą marginalizacją w konkurencji globalnej.
Ten pierwszy problem jest zrozumiały, ale bolesny bardziej dla nowych członków UE (tych, którzy dołączyli dwadzieścia lub mniej lat temu) niż dla starych. Drugi problem jest szczególnie dotkliwy dla starych członków, a trzeci zagraża wszystkim, choć to Europa Zachodnia bardziej odczuwa jego presję.
W trakcie polskiej prezydencji, a także w okresie przygotowań do niej, polski rząd powinien w szczególny sposób zająć się trzecim problemem, gdyż jego rozwiązanie jako jedyne może mieć pozytywne efekty zewnętrzne dla obu pozostałych problemów.
Problem bezpieczeństwa nie będzie miał tak dużego znaczenia dla Europy Zachodniej czy Południowej, zaś problem mitygacji społecznego populistycznego wzburzenia (np. poprzez politykę migracyjną) jest mało atrakcyjny dla krajów naszego regionu. Jednak przeciwdziałanie gospodarczej marginalizacji Europy jest w stanie przynieść korzyści na wszystkich frontach.
Priorytetem w perspektywie krótkoterminowej powinno być dla polskiej prezydencji stworzenie dodatkowych źródeł finansowania dla unijnych priorytetów już w 2025 r. Priorytetem średnioterminowym powinno być wpłynięcie na bardziej ambitne założenia kolejnej wieloletniej perspektywy finansowej.
Postulowany niegdyś przez Marcina Korolca Europejski Fundusz Rozwoju Przemysłu może stać się narzędziem odzyskiwania przez Europę przewagi w sektorze czystych technologii i innych gałęziach przemysłu. Może też posłużyć do mobilizacji krajowych przemysłów obronnych. Jednocześnie ramy „polityki przemysłowej” powinny celować w szczególne impulsy inwestycyjne w regionach dotkniętych problemami społeczno-ekonomicznymi. Warto w tym kontekście pomyśleć również o rozszerzeniu Funduszu Sprawiedliwej Transformacji.
Dla krajów naszego regionu, poza aspektem sektora obronnego, ważne będzie również zachowanie regionalnego charakteru inwestycji, aby fundusz nie został wykorzystany do drastycznego rozwarstwienia technologicznego wewnątrz Unii.
Stworzenie funduszu wymagać będzie dodatkowych pieniędzy z jednego z trzech źródeł: unijnego nowego podatku, wspólnego długu lub podwyższenia składki.
W interesie Polski i Unii jest przyjęcie tego ostatniego rozwiązania, ale nowa perspektywa finansowa nie zacznie się przed 2028 r. Ramy perspektywy zostaną zaproponowane przez Komisję około maja 2025 roku. Wiemy, że prezydent Francji jest zwolennikiem wyższej składki i polska prezydencja powinna wspierać to rozwiązanie w zamian za uwzględnienie interesów regionu. Francja również powinna być sojusznikiem w kwestii ewentualnych zapisów warunkowości.
W krótszej perspektywie ważniejsze jest jednak uruchomienie dodatkowych środków przez wspólny dług, co pozwoli na stworzenie nowej dynamiki rozwojowej i politycznej już w przyszłym roku, na czym zależy Francji. Polska z kolei, szczególnie w okresie do końca prezydencji, może zapewnić konsensus państw regionu.
Reasumując, Polska w trakcie prezydencji powinna doprowadzić do uruchomienia nowych wspólnych strumieni wydatkowych, pozwalających odpowiedzieć na obecne wyzwania. Powinna doprowadzić do ramowego porozumienia w sprawie zwiększenia składki w nowej perspektywie unijnej oraz uruchomienia wspólnego funduszu już w 2025 r. W ten sposób będą mogły zostać uwzględnione najważniejsze perspektywy różnych grup państw w Unii. Nowe narzędzie będzie stanowiło instrument politycznej kontrofensywy. Wspólnota problemów, jaką jest Unia, stać się może wspólnotą rozwiązań.
Ani euroentuzjazm, ani eurosceptycyzm nie są dobrym doradcą dla polskiej polityki zagranicznej. Uniknięcie katastrofy rozpadu Unii jest polską racją stanu, a wzięcie większej odpowiedzialności za rozedrganą Europę – nie wyborem, lecz koniecznością. W czasie epokowych transformacji odegranie przez Polskę kluczowej roli w ustabilizowaniu sytuacji zmieniłoby trwale naszą pozycję. Obywatele jednego z krajów-przywódców kontynentu najbardziej przyjaznego człowiekowi już nigdy nie potrzebowaliby „aspirować” i „doganiać”. Mogliby za to chronić i rozwijać to, co cenią u siebie oraz pomagać tym, których epoka transformacji dotknie trwalej i groźniej.
Krzysztof Mroczkowski – publicysta, ekonomista i historyk. Stały współpracownik „Nowego Obywatela”.
przez Krzysztof Mroczkowski | czwartek 19 października 2023 | opinie
Chcemy się podzielić krótkim podsumowaniem wyników wyborów z punktu widzenia spraw, którymi się zajmujemy w Pacjencie Europa: sprawiedliwej transformacji, Unii Europejskiej, zdrowia publicznego. Nie w perspektywie najbliższych paru miesięcy, tylko lat i dekad.
***
Będziemy mieli teraz test tego, na ile nowy rząd i organizacje pozarządowe będą dbać o społeczną sprawiedliwość zielonej transformacji – gdy zniknie straszak PiS-u przy władzy. My na pewno będziemy pilnować sprawiedliwości społecznej tego procesu. Z powodu przywiązania do zasad – i ze względów pragmatycznych. Prawo i Sprawiedliwość zdobyło (po dwóch kadencjach, pandemii, inflacji i wojnie) 36 procent głosów. Zarazem zdecydowanie wygrało wśród robotników, mieszkańców mniejszych miejscowości i ludzi mniej zamożnych. I najpewniej będąc w opozycji – a więc nie odpowiadając już realnie za rządzenie i negocjacje w Brukseli – jeszcze mocniej pójdzie w retorykę antyunijną i antyzieloną. Z długofalowym wpływem zarówno na poglądy swojego elektoratu, jak i poziom oraz charakter debaty o transformacji energetycznej.
Najbliższe cztery lata, z wysokimi cenami energii, odłożonymi przez zaniedbania kosztami zielonej transformacji, niestabilną sytuacją międzynarodową – mogą być trudne. A widmo Polexitu wcale nie zostało wyegzorcyzmowane. Jak słusznie powiedział komentując wynik wyborów były prezydent Aleksander Kwaśniewski: „Nowa władza musi pokazać, że widzi problemy wyborców PiS-u, zrozumieć ich problemy”.
***
Słychać komentarze, że Polska wróciła na Zachód. Ale Zachód, na który wróciła, nie jest już tym samym Zachodem, do którego dołączaliśmy w 2005. A niestety główne partie i ich intelektualiści w większości posługują się starą mapą Europy. Weźmy naszego najważniejszego sąsiada: Niemcy. Rośnie tam poparcie dla skrajnie nacjonalistycznej – otwartej na retorykę rewizji granic z Polską – partii AfD. Słabnie wokół tej partii kordon sanitarny: koalicja CDU-CSU-AfD już nie jest czystą polityczną fikcją w perspektywie tej dekady. A jeszcze bardziej prawdopodobny jest wyścig między AfD i CDU-CSU do prawej ściany.
Polska prawica żyła ostatnimi laty (często słusznym) punktowaniem hipokryzji Niemiec mówiących o wartościach i handlujących z Putinem. Co będzie, gdy zderzymy się z Niemcami, które będą mówić przede wszystkim o własnym, wąsko rozumianym, niemieckim narodowym interesie? Hipokryzja to hołd, który występek składa cnocie. Jako taka hipokryzja stwarza przestrzeń do rozliczania ludzi, którzy głoszą pewne wartości, z ich niepełnej realizacji. Ludzie, którzy wybierają głoszenie czystej siły egoistycznego interesu – są nierozliczalni. Nie można nic wygrać na punktowaniu ich niespójności między głoszonymi wartościami a praktyką. Podobnie bezradna wydaje się wobec takich przyszłych Niemiec spod znaku „Germany first” dotychczasowa opozycja. Żyje przecież (z niewielkimi wyjątkami) z doganiania Europy. A co będzie doganiać, gdy w Paryżu – po wdrożeniu społeczeństwu reformy emerytalnej pałkami przez Macrona-Napoleona – rządzić będzie formacja Marine Le Pen?
A nawet, jeśli te dwa scenariusze się nie spełnią, co z Polską w Europie w ciągu najbliższej dekady, gdy USA będzie musiało w końcu – a jest to długofalowo niemal nieuniknione – zrezygnować z tak silnej militarnej obecności w naszej części świata, bo zmusi je do tego republikańska większość? Lub po prostu zbyt napięty budżet?
Po kampanii czas na poważną rozmowę – po wszystkich stronach – o naszej roli w Europie i architekturze Europy, w której będziemy czuć się pewnie, podmiotowo i bezpiecznie.
***
Cieszy ugrzęźnięcie na poziomie 6–7 procent przez Konfederację. Pokazuje to, że polskie społeczeństwo wcale tak chętnie nie łyka koktajlu z finansowej autodestrukcji państwa polskiego w czasie wojny i antyludzkich poglądów ws. opieki nad słabszymi, odpowiedzialności za siebie nawzajem. Mamy nadzieję, że skłoni to partie, które do tej pory mniej lub bardziej kopiowały za Konfederacją np. stosunek do zdrowia publicznego (w tym np. przeciwdziałania Long COVID przez zapewnienie dobrej jakości powietrza w budynkach) do słuchania naukowców, organizacji pozarządowych czy rodziców, którzy nie chcą, by ich dzieci były narażone na wysokie ryzyko chorób płuc i układu nerwowego.
***
Na koniec jeszcze jeden powyborczy aspekt, wpływający na wszystkie poprzednie, który nie może umknąć naszej uwadze. Niski poziom debaty publicznej w masowych środkach przekazu za sprawą kampanii wyborczej osiągnął kolejne dno. Problem z tą sytuacją nie polega na jej estetyce. Trudne czasy, w które Polska już jakiś czas temu weszła, wymagają zarówno od elity politycznej, jak i od obywateli znaczącego podniesienia świadomości sytuacji i zagrożeń oraz niespłaszczonej, zniuansowanej dyskusji. W dobrych czasach spłaszczony, karykaturalny, trollerski przekaz na poziomie diagnoz, analiz i propozycji rozwiązań jest zaledwie niedojrzałym podejściem, na które możemy przymknąć oko. Natomiast w czasach zbliżających się wyzwań takie zatruwanie wspólnoty dawkami tożsamościowego chuligaństwa należy stanowczo sekować z przestrzeni publicznej.
Polska potrzebuje dzisiaj zachowania przez obywateli trzeźwego i czujnego osądu, dobrego poinformowania, a także żywej i przede wszystkim głębokiej debaty, nie wykluczającej na wstępie innych punktów widzenia. Chłodnych, trzeźwych i czujnych umysłów wielu Polaków – zaangażowanych w debatę, podnoszących nasze zrozumienie świata i naszej własnej wspólnoty – będziemy bowiem bardzo potrzebować.
Krzysztof Mroczkowski, dr Mateusz Piotrowski
Zdjęcie w nagłówku: fot. Yves Bernardi z Pixabay.
przez Krzysztof Mroczkowski | sobota 22 stycznia 2022 | nasze rozmowy
O Instytucie Pamięci Narodowej z dr. Bartoszem Rydlińskim, prezesem i współzałożycielem Centrum im. Ignacego Daszyńskiego, rozmawia Krzysztof Mroczkowski.
Dlaczego kandyduje Pan do Kolegium IPN? W Pańskim środowisku pojawiają się głosy na temat likwidacji IPN-u – czy Pan ich nie podziela?
Dr Bartosz Rydliński: Trudno byłoby wskazać bardziej upolitycznioną państwową instytucję aniżeli Instytut Pamięci Narodowej. IPN na przestrzeni lat udowodnił, że ma poważny problem z pluralizmem, jeśli chodzi o prowadzoną politykę historyczną. W działaniach Instytutu razi promocja radykalnie prawicowej wizji przeszłości. Ślepe wychwalanie endecji, kult „żołnierzy wyklętych”, pozbawione pluralizmu perspektyw podejście do oceny PRL – to wszystko budzi moją niezgodę. W działaniach IPN ciężko doszukać się także widocznego docenienia roli lewicy w odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Symbolicznym jest to, że obchody 100-lecia powstania pierwszego rządu niepodległej Polski, czyli Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej, organizowało kierowane przeze mnie Centrum im. Ignacego Daszyńskiego we współpracy z UMCS. IPN tego dnia nie zrobił nic. Podobnie rzecz się ma w podejściu Instytutu do naprawdę ikonicznych postaci Polskiej Partii Socjalistycznej. To, że przez ponad 20 lat działalności Instytutu nie ukazała się na przykład ani jedna biografia Bolesława Limanowskiego, nestora polskiej lewicy niepodległościowej, świadczy o IPN kiepsko.
Ostatnio wśród książek historycznych pojawia się nurt historii ludowej (przykładem może być „Chamstwo” Kacpra Pobłockiego). Jak instytucja taka jak IPN powinna odpowiedzieć na ten nurt? Czy w pracach publikacyjnych IPN-u aspekt historii społecznej oraz aspekty klasowe są wystarczająco uwzględniane?
Historia została sprowadzona w większości publikacji IPN do anachronicznie uprawianej historii politycznej, dziejów dygnitarzy, urzędów. Polacy jako społeczeństwo są gdzieś z boku. IPN posiadający potężny budżet na badania historyczne pomija chociażby analizę strajków chłopskich międzywojnia, protestów robotniczych przed 1939 rokiem. Żeby IPN w sposób rzetelny mógł pochylić się nad „ludowym” nurtem historii Polski należałoby poszerzyć okres analizy IPN na cały XX wiek. W innym wypadku anihiluje się jeden z największych niepodległościowych i społecznych zrywów w dziejach ziem polskich, jakim była Rewolucja 1905 roku. Odbiorca propagandy historycznej IPN nie dowie się o Republice Ostrowieckiej czy Zagłębiowskiej.
Ludowa Historia Polski jest też niepełna bez historii najnowszej, historii transformacji. Nie da się bowiem rzetelnie odnosić do naszej współczesności bez krytycznego spojrzenia na wielomilionowe bezrobocie, upadek przemysłu, na to, że wielu z naszych współobywateli zostało pozostawionych samych sobie przez państwo w ustrojowym „skoku do królestwa wolności” po 1989 roku.
Kreatorzy przemian 1989 roku i pierwszych lat III RP nadal odgrywają istotne role w życiu publicznym. Można przypuszczać, że do końca obecnej dekady się to zmieni, a dla młodszej części polskiego społeczeństwa przełom ustrojowy będzie wydarzeniem z odległej historii. Jak w tych nowych warunkach, bez udziału decydentów okrągłostołowych, opowiedzieć tę najnowszą historię społeczną i polityczną Polski? Jak IPN (w przypadku poszerzenia badanego okresu o koniec XX. wieku) powinien badać to, co stało się w latach 90.?
Coraz więcej badaczy i dziennikarzy młodego pokolenia oddaje głos naocznym świadkom tamtych przemian. Rafał Woś, Magdalena Okraska, Marek Szymaniak, Katarzyna Duda czy Piotr Witwicki są autorami książek, które mogą stanowić przykład tego, jak mówić o transformacji do młodych. Dodatkowym walorem jest to, że wspomnianymi autorami są osoby, które same dorastały w latach 90. i były świadkami wielu kosztownych społecznie reform. Z wiadomych powodów „ojcowie założyciele” III RP będą chcieli mówić o sukcesach tamtych czasów, o wykorzystanych szansach, o historycznych wzrostach PKB. Jednak dla uczciwego podejścia do historii najnowszej warto oddać głos mieszkańcom Włocławka, Myszkowa czy Wałbrzycha, którzy będą mieć inne spojrzenie na tamte czasy.
Jeżeli prace historyczne IPN miałyby oddać głos mieszkańcom, to w jaki sposób praktycznie mogłoby to wyglądać?
Weźmy przykład mojego rodzinnego Nowego Dworu Mazowieckiego, w którym się urodziłem i dorastałem. Historia miasta garnizonowego, ściśle związanego z wojskiem, nie tylko z Twierdzą Modlin stanowiącą symbol polskiego oręża z wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku czy kampanii wrześniowej 1939 roku. To nade wszystko rozwój nowych jednostek wojskowych po 1945 roku w samym Nowym Dworze, powstanie nowych bloków, całej infrastruktury, migracji wewnętrznych, tworzenie pewnej wojskowej tożsamości rodzin, niekrytej dumy oficerów LWP. Wszystko to się zmienia w 1990 roku, do mojego miasta przychodzi swoista „doktryna szoku”. Z miesiąca na miesiąc są zamykane jednostki, a żołnierze i oficerowie tracą pracę. Zaś po ponad dwóch dekadach w miejscu lotniska wojskowego powstaje lotnisko cywilne obsługujące jedną, zagraniczną i „tanią” linię lotniczą. Cała ta historia nadaje się na dobre opracowanie historyczne, którego niestety brakuje.
Jest Pan kojarzony z raczej pozytywną oceną dorobku Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. IPN powołany został m.in. do krytycznego rozliczenia z przeszłością. Czy nie ma w tym pewnej sprzeczności?
Tak, jestem kojarzony z uznaniem dla milionów ludzi, którzy budowali Polskę Ludową, jedyną możliwą Polskę w powojennych realiach geopolitycznych. IPN nie został powołany do tego, by przedstawiać PRL jako wyrwę w państwowości, blisko pięciu dekad totalitaryzmu niszczącego polską tożsamość narodową. To wyjątkowo płytki i poznawczo wątpliwy proceder. Przez ostatnie 20 lat o zbrodniach PRL zostało powiedziane wszystko. Może zatem nadszedł czas na analizę tego, co w PRL się udało, np. reformy społeczne, inwestycje infrastrukturalne, olbrzymi wysiłek zagospodarowania ziem północnych i zachodnich. Coraz więcej badaczy nauk społecznych i humanistycznych wskazuje na to, że dzięki rewolucji Polski Ludowej, czyli stworzeniu nowoczesnego społeczeństwa, wyrwanego z feudalnych zależności, współczesna Polska zawdzięcza swój sukces gospodarczy. Innymi słowy nadszedł czas na to, aby IPN zaczął analizować historię społeczną PRL w możliwie profesjonalny i niezideologizowany sposób.
Co uważa Pan za największy sukces, a co za największą porażkę Polski okresu 1945-1989?
Zacznę od sukcesu, w tym celu podam liczby. Po hekatombie II wojny światowej Polska miała 24 milionów obywateli – w 1990 było to 38 milionów. Zatem odbudowa demograficzna, sprzężona z polityką społeczną PRL, to moim zdaniem największy sukces tamtego okresu. Największą porażką po 1945 roku będą bez wątpienia represje stalinowskie, wymierzone także w działaczy PPS. Praktyki totalitaryzmu powinny zawsze spotykać się z potępieniem.
Dla wielu Polaków symbolika patriotyczna jest bardzo ważna i wciąż jest elementem wzmacniającym więzi społeczne. Istnieje pewne imaginarium ważne dla zbiorowej tożsamości wielu Polaków niezależnie od pochodzenia klasowego, poglądów partyjnych czy miejsca zamieszkania. Powiedzmy, że na jego obrzeżach, chociaż nie zupełnym marginesie, są żołnierze wyklęci, a w centrum Armia Krajowa i ruch „Solidarności”, opór wobec sowieckiej dominacji. Czy rewizja myślenia o Polsce Ludowej w kierunku, który Pan zarysował, nie nosi ryzyka rozbicia jednego z niewielu punktów wspólnych w myśleniu Polaków?
Ale także za sprawą IPN od lat Armia Krajowa jest zastępowana przez mit żołnierzy wyklętych. Niezbyt licznego w istocie grona, w którym pomieszano autentycznych bohaterów, jak Pilecki, z niemożliwymi do obrony postaciami w stylu „Ognia”, czy „Burego”. Ruch „Solidarności” z jego postulatami socjalnymi, których wiele bez problemu byłoby aktualnych w realiach III RP, też ustępuje miejsca historii poszczególnych działaczy i liderów „Solidarności”.
Zaś w kontekście patriotyzmu nie mam wątpliwości, że postacie takie jak Ignacy Daszyński czy Wanda Krahelska stanowią lepszy symbol umiłowania Ojczyzny aniżeli Roman Dmowski. Za sprawą działalności IPN w obecnej postaci również patriotyzm nie ma dziś niestety uniwersalnego charakteru. Najwyższy czas to zmienić!
Dziękuję za rozmowę.
22 stycznia 2022 r.
przez Krzysztof Mroczkowski | czwartek 20 stycznia 2022 | opinie
Mija osiem miesięcy, odkąd Kancelaria Prezesa Rady Ministrów przez swoje kanały w mediach społecznościowych oraz spot reklamowy obiecywała Polakom „ostatnią prostą” w walce z pandemią.
Stowarzyszenie Pacjent Europa przestrzegało wtedy przed nieuzasadnionym optymizmem. Pisaliśmy: „To nie jest żadna ostatnia prosta”. Przekonanie to oparliśmy na podstawie nie tylko tempa szczepień, ale również sposobu oraz czasu wprowadzania, utrzymywania i znoszenia innych polityk sanitarnych.
Od zeszłego roku podkreślamy, że – według danych wskazywanych przez ekspertów – polityką najlepiej chroniącą ludzkie życie, zdrowie, ale również wolności obywatelskie i nadzieję na trwały powrót do normalności jest „strategia eliminacji wirusa”. Polega ona na zduszeniu liczby zakażeń (szeregiem działań dotyczących administracyjnych restrykcji, w tym lockdownów i kwarantann) do poziomu bliskiego zera. Zamiast tego mamy do czynienia z polityką reakcji dopiero w momencie gwałtownego wzrostu zakażeń, gdy przepełnienie szpitali skutkuje lawiną zgonów.
Jest to polityka nieefektywnie reagująca na problem oraz skutkująca wieloma możliwymi do uniknięcia zgonami. Wbrew pozorom nie musimy dokonywać wyboru między „normalnym życiem” i ignorowaniem zgonów a długotrwałymi restrykcjami. Aby uniknąć kolejnej, piątej fali zakażeń oraz śmierci wielu osób, konieczna jest zmiana polityki. Po przejściu tej fali musimy ograniczyć liczbę zakażeń w pobliże zera i utrzymywać ten stan lekkimi i czasowymi działaniami przeciwepidemicznymi.
Niski na tle europejskiej średniej poziom zaszczepienia populacji, jak również utrzymująca się w społeczeństwie niechęć do przestrzegania administracyjnych restrykcji sanitarnych oddalają nas od zakończenia pandemii i przyczyniają się do przedłużania obecnego stanu rzeczy. Jednakże, choć niezadowolenie obywateli skierowane jest w niewłaściwym kierunku, Stowarzyszenie Pacjent Europa – w przeciwieństwie do przekazu płynącego z wielu ośrodków medialnych – dostrzega racjonalne podstawy tych lekkomyślnych i antyspołecznych postaw wielu Polaków. Odruchowe zbywanie tych głosów jako irracjonalnych i absurdalnych oddala nas od rozwiązania ważnego problemu społecznego.
Polacy mają prawo być źli na rządzących. Mają prawo podejrzewać, że ochrona interesów społeczeństwa nie zawsze w rządowych gabinetach miała priorytet nad, przykładowo, bieżącą narracją PR-ową czy strategią komunikacyjną. Obywatele mają prawo oczekiwać rzetelnej komunikacji nauki zamiast perswazyjnego hurraoptymizmu polityków i części ekspertów co do skuteczności szczepionek (wspomniana „ostatnia prosta”). Mają też prawo wątpić w to, czy eksperci zawsze dobro pacjentów i populacji stawiają wyżej niż środowiskowe konformistyczne presje i utarte stanowiska. Mają prawo pytać, czy na kształtowanie medialnych przekazów większy wpływ ma troska o życie i zdrowie ich bliskich, czy chęć dopasowania narracji do oczekiwań odbiorców. W obliczu sprzeciwu zarządów wielkich korporacji medycznych wobec zawieszenia patentów – sprzeciwu blokującego możliwości produkcji szczepionek przez kraje ubogie – również nie powinno nas dziwić stawianie przez wielu obywateli pytań o wpływ „Big Pharmy” na dobrostan społeczeństwa.
Sceptycyzm obywateli ma głębokie korzenie, ugruntowane m.in. doświadczeniami postkomunistycznej transformacji ustrojowej w Europie Środkowo-Wschodniej. Regiony i miejscowości „wygrane” bardziej ufają autorytetom i szczepią się chętniej. Regiony i miejscowości „zapomniane” podchodzą do nich z nieufnością. Nieprzypadkowo w Unii Europejskiej najniższe poziomy zaszczepienia mają kraje z populacjami najdotkliwiej dotkniętymi tym problemem, jak np. w Bułgarii. Poczucie „zdradzenia” przez elity i nieufność wobec ich przekazu ma więc racjonalne korzenie, chociaż jawi się jako irracjonalne i wydaje szkodliwe owoce.
Dotychczasowe strategie nie działają. Dlatego Stowarzyszenie Pacjent Europa uważa, iż dla uniknięcia piątej fali powinniśmy wykorzystać nadchodzący po czwartej fali spadek transmisji wirusa do wdrożenia strategii jego eliminacji i utrzymania zakażeń na jak najniższym poziomie dzięki konsekwentnemu korzystaniu z dostępnych mechanizmów minimalizacji wpływu lokalnych ognisk zakażeń, takich jak: śledzenie przypadków zachorowań przez Sanepid, kierowanie na kwarantanny zarówno przyjezdnych, jak i mających kontakt z osobami zakażonymi, izolowanie tych przypadków (najlepiej przez kwarantanny „hotelowe”), a także wprowadzanie lokalnych lockdownów celem zatrzymania krążenia wirusa.
Długotrwałe próby ignorowania problemu są kosztowne i niebezpieczne. Opanowanie problemu w jego łagodnej fazie pozwoli na obniżenie wydatków administracyjnych, ale również – co najważniejsze – pozwoli ochronić wiele ludzkich istnień. Towarzyszyć temu powinny finansowa pomoc dla obywateli oraz transparentna, intelektualnie uczciwa komunikacja, traktująca ludzi podmiotowo, dzięki której poziom zaufania do elit, a także do programu szczepień powinien wzrosnąć. Od początku pandemii populacja Polski obniżyła się o ćwierć miliona – za sprawą czterech fal zakażeń oraz towarzyszącego im przeciążenia służby zdrowia. Uniknięcie śmiertelnej piątej fali jest dzisiaj w rękach polityków.
Krzysztof Mroczkowski, Mateusz Piotrowski
Stowarzyszenie Pacjent Europa
przez Krzysztof Mroczkowski | niedziela 8 listopada 2020 | opinie
Drogie liberałki i szanowni postępowcy – odłóżcie szampana. Wygrana Joe Bidena w wyborach prezydenckich w USA tylko pozornie przypominać może powrót na utarte tory prezydentury Baracka Obamy. Czteroletnia prezydentura Trumpa miała być wzięta w nawias i uznana za niestosowny psikus wyrządzony przez historię naturalnemu porządkowi rzeczy. Ale kolejne cztery lata prawdopodobnie będą w amerykańskiej i światowej polityce bardziej historycznie znaczące niż poprzednie cztery. Przypieczętowany zostanie koniec świata liberalnego.
Jednym z owoców kadencji Bidena będzie powstanie w najsilniejszym państwie świata Zachodu „superestablishmentu” poprzez zrośnięcie się politycznego establishmentu władzy z prywatnym establishmentem cenzury. Platformy technologiczne, media, rząd, instytucje, organizacje pozarządowe, wielkie korporacje, opiniotwórczy intelektualiści, uniwersytety – wszystkie ośrodki władzy grać będą do jednej bramki, odgrywając niewiarygodną scenkę oporu wobec bliskiej faszyzacji. Rosnący sprzeciw wobec superestablishmentu, nie mającego nic wspólnego z politycznym liberalizmem, spowoduje, iż prawicowy populizm zamiast zasłużenie zniknąć, przeżywać będzie renesans.
Joe Biden, w przeciwieństwie do Baracka Obamy i Hillary Clinton, nie jest neoliberałem z przekonań. W swojej pięćdziesięcioletniej karierze politycznej kierował się niemal wyłącznie interesem własnej politycznej przyszłości. Był jako senator w latach 90. współautorem prawicowej ustawy, która doprowadziła do wzrostu liczby osób (szczególnie czarnoskórych) osadzonych w więzieniach. Jako senator ze stanu Delaware (będącego rajem podatkowym) promował interesy sektora finansowego, np. w zakresie niemożności ogłoszenia bankructwa długu studenckiego. Jednak nigdy nie był ideologiem, a pomoc korporacji w finansowaniu własnych kampanii wyborczych traktował transakcyjnie. Pomimo iż wielomilionowe rachunki za leczenie chorego na nowotwór syna niemal doprowadziły rodzinę Bidenów do bankructwa, ten nadal popiera sektor prywatnej służby zdrowia.
W przeciwieństwie jednak do większości polityków Biden nie miałby nic przeciwko prowadzeniu polityki bardziej postępowej – o ile korzyści dla jego kariery byłyby większe niż koszty. Prawa ręka Bidena, Ted Kauffman, nominowany do senatu po objęciu przez Bidena wiceprezydentury, był współautorem projektu ustawy o przywróceniu regulacji Glass-Steagall, czego niestety nie udało się uchwalić. Na tle układającego skład rządu pod dyktando prywatnego banku Baracka Obamy, Biden może się wydawać wręcz neutralnym wyborem.
Zresztą, również lepsza część posunięć zagranicznych Baracka Obamy – umowy z Iranem i Kubą, prawdopodobnie celowe przeciąganie decyzji o ataku na Syrię celem wzmocnienia oporu opinii publicznej wobec interwencji – cieszyła się poparciem Bidena, przy bardziej agresywnej postawie szefów dyplomacji USA.
Dobiegający za kilka lat osiemdziesiątki Biden nie kontroluje jednak procesów, które uruchomiła opozycja względem Donalda Trumpa. Tworzący się superestablishment całkowicie porzucił nawet wyrywkowe traktowanie serio liberalnych wartości. Trump uruchomił w dawniej liberalnej amerykańskiej burżuazji pokłady „religijności” wyrażającej się w świętym oburzeniu wobec „heretyków”. W związku z tym cenzura wypowiedzi Trumpa, jego urzędników i sprzyjających mu gazet przez stacje telewizyjne i media społecznościowe spotkały się nie z oburzeniem wobec ataku na wolność słowa, lecz z wiwatami postliberałów. Nawiasem mówiąc, problem „fake newsów” jest realny i przyczynia się do rozpadu wspólnot. Sposobem na walkę z nim nie jest jednak coraz bardziej prewencyjna cenzura, lecz rozbicie i uregulowanie oligopoli mediów społecznościowych. Należy uniemożliwić sprzedawanie czasu uwagi użytkowników oraz algorytmizowanie ich preferencji.
Amerykańska prawica podczas czteroletniego polowania na czarownice dostanie drugie życie. Niezasłużenie. Kontrolowany przez Partię Republikańską senat będzie się starał torpedować jakiekolwiek progresywne posunięcia Bidena, wpływając na przedłużenie się światowej dekoniunktury. Prawica będzie jednak mogła przedstawić się jako atrakcyjna alternatywa. Jak przewidywano na tych łamach, Trump uzyskał w tych wyborach bezprecedensowo wysokie jak na kandydata prawicy poparcie wśród mniejszości etnicznych. Wszystko dzięki coraz mocniej uwypuklającemu się konfliktowi klasowemu między wykształconą a mniej wykształconą częścią społeczeństwa.
O konflikcie klasowym między górnymi 10-15% najbogatszych (z wyłączeniem multimilionerów i miliarderów) a resztą społeczeństwa pisało w ostatnim czasie wielu autorów. Obyczajowo liberalna burżuazja przeciwstawiana jest klasie ludowej. Konflikt ten ma potencjał ograniczania praw ekonomicznych i obywatelskich klasie ludowej uznanej za „niegodną” pod względem moralnym. W kontekście międzynarodowym warto zauważyć potencjał imperialistyczny takiej narracji. Za oczywiste uznaje się, przykładowo, iż ogólnoświatowe standardy co do właściwego przedstawiania i traktowania osób czarnoskórych wypracowywane są nie na kontynencie afrykańskim, lecz w Stanach Zjednoczonych.
Dawną kolonialną „misję cywilizacyjną” wobec tubylców oraz późniejsze „polityki rozwojowe” pod dyktando technokratów z cywilizacyjnego Centrum, mogą zastąpić sankcje nakładane na kraje i korporacje dowolnie uznane za naruszające imperialny standard w jakimś kulturowym zakresie. Efektem takiej polityki mogłoby być wzmocnienie siły największych ponadnarodowych korporacji, wypracowanie elementów protekcyjnych wobec nich oraz narzędzi dyscyplinowania i unieszkodliwiania potencjalnej nieimperialnej konkurencji.
W istocie test nowego systemu widzieliśmy już podczas głosowania 3 listopada. Równocześnie z wyborami prezydenckimi stan Kalifornia przeprowadził głosowanie nad „propozycją 22”, nadającą prawa kierowcom Ubera i Lyfta. Giganty technologiczne wydały 200 milionów dolarów na kupienie progresywnych organizacji i przedstawienie propozycji jako aktu rasistowskiego i skierowanego przeciw mniejszościom (co jest dokładną odwrotnością samej propozycji). Liberalni Kalifornijczycy zagłosowali zgodnie z umoralniającymi nawoływaniami progresywnych liderów i odrzucili propozycję – co spowodowało wielki oddech ulgi u korporacji. Postliberalne radio NPR nazwało ten rezultat „zwycięstwem sprawiedliwości społecznej”.
Nadejście ery superestablishmentu spowoduje więc ponowne wejście do gry prawicowych populistów, dzięki cenzorskim zapędom postliberałów wiarygodnie przedstawiających się w przebraniu obrońców klasy ludowej. Jednak hegemoniczna ofensywa postliberalnej burżuazji, poza irytującą wyższościową manierą i wzmacnianiem prawicowych ściemniaczy, ma jeszcze jeden istotny minus. Konflikt postliberalnej burżuazji i klasy ludowej zaciemnia kwestię oligarchiczną, to jest istnienie wąziutkiej warstwy beneficjentów hiperakumulacji kapitałowej ze wszystkimi tego zgubnymi skutkami.
Górne 15% społeczeństwa bierze na siebie, chętnie co prawda, odgrywanie roli złych, kierujących się resentymentem autokratów. Sedno sytuacji jest jednak nieco inne. W 2011 roku koncern VW wyemitował telewizyjną reklamę volkswagena passata, która dobrze ilustruje istotę tych relacji. W reklamie kilkuletnie dziecko przebrane za Lorda Vadera z „Gwiezdnych Wojen” próbuje siłą woli przemieszczać przedmioty. W końcu udaje się: VW passat zareagował na komendę małego Vadera. Widz reklamy dowiaduje się, iż wszystko za sprawą mającego kluczyki ojca małego Vadera. Dziecko, niczym postliberalna burżuazja, ma dzięki temu poczucie sprawczości i satysfakcję. W istocie jednak działają tylko te komendy, które aprobuje właściciel. Pozostaje pytanie, czy Amerykanie skupią się na przebranym „Lordzie Vaderze”, czy może zorientują się, kto trzyma kluczyki?
Krzysztof Mroczkowski