O wartości, etykę i skuteczność

Lewicowa propozycja zmiany świata wypływa z systemu wartości odmiennego niż konserwatywny, liberalny czy nacjonalistyczny. Wolność, Równość i Braterstwo to fundament lewicowego systemu etycznego (dziś również Siostrzeństwo lub zastępująca ostatni człon Solidarność) i najkrótszy opis punktu, do którego zmierzamy.

Realizacja tej propozycji oznacza stworzenie świata, w którym wszyscy ludzie będą wolni od przymusu ekonomicznego i prześladowań, równi wobec prawa i siebie nawzajem. Długofalowym planem jest stworzenie warunków, które sprzyjać będą rozwojowi najlepszych cech rodzaju ludzkiego.

Stojąc na gruncie idei wyprowadzonych z Marksa, lewica stwierdza, że zło dzisiejszego świata wynika z takiego a nie innego systemu gospodarczego – sposobu produkcji, oraz służącej mu ideologii, czyli kultury, instytucji, systemów wartości.

Pierwszym krokiem do zmiany stosunków gospodarczych i społecznych jest wyzwolenie się społeczeństwa z ram tej ideologii. Odrzucenie postaw pożądanych w kapitalizmie, szkodliwego systemu wartości, stawiającego na indywidualizm, konkurencję oraz sukces rozumiany jako dojście do bogactwa i pozycji.

Logiczną konsekwencją takiej diagnozy jest stwierdzenie, że ruch proponujący inne urządzenie świata musi zaproponować również, jeśli nie w pierwszym rzędzie, alternatywny system etyczny.

W odróżnieniu od prawicy konserwatywnej i nacjonalistycznej, lewica wie, że tego nie da się zadekretować. W odróżnieniu od liberałów uważa, że jednostkowe wolności nie sumują się w wyzwolenie społeczne. Ruchy emancypacyjne na całym świecie propagowały lewicowy system etyczny poprzez tworzenie nowej kultury oraz obiegu edukacji alternatywnego wobec państwowego i kościelnego.

Przykładem tekstu poruszającego to zagadnienie na gruncie polskiej tradycji lewicowej jest „Program wykładów nowej etyki” (zwany również Katechizmem) Edwarda Abramowskiego. W latach 20. i 30. program stworzenia nowej kultury – od malarstwa, przez turystykę, literaturę i teatr – był kluczową kwestią dla działaczek i działaczy lewicy. Tak pisał o tym działacz oświatowy PPSD, późniejszy prezes pepeesowskiego Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego, Kazimierz Czapiński:

[…] Charakter tej kultury jest inny. Jest to kultura optymistyczna. Kultura zaufania do nauki. Kultura solidarności ogólnoludzkiej, a więc pokojowej współpracy – kultura pracy, bo właśnie praca jest największym szlachectwem okresu proletariackiego. Kultura równości, kultura równego startu dla wszystkich. Kultura wolności prawdziwej, bo opartej na gwarancjach równości gospodarczej. Kultura maksymalnego, największego wysiłku całej ludzkości – w kierunku szczęścia i sprawiedliwości. […] Partia socjalistyczna dobrze rozumie, że nie podoła olbrzymim zobowiązaniom i wielkiej odpowiedzialności, jeśli nie potrafi wytworzyć ludzi obowiązkowych, wykształconych i moralnie odpowiedzialnych.

Lewica w Polsce od lat błąka się na marginesie sceny politycznej. W wyobraźni społecznej funkcjonuje głównie jako spadkobierczyni PZPR lub bananowa wielkomiejska młodzież. Nie ma swojego obrazu świata, systemu wartości, wizji przyszłości, z którymi potrafiłaby dotrzeć do ludzi, jakich powinna reprezentować, nie była w stanie sformułować własnej propozycji etycznej.

Wynika to oczywiście z dziesiątek powodów – najbardziej oczywiste z nich to obciążenie PRL-em oraz nierównowaga sił i środków w porównaniu z prawicą i liberałami. O tym, że lewica bardzo długo nie miała wpływu na rzeczywistość (a i dziś ma bardzo ograniczony), zdecydowały siły dużo potężniejsze niż SLD czy garstka aktywistek i działaczy lewicy pozaparlamentarnej. Nie zmienia to faktu, że ten brak wpływu był i jest silnie demoralizujący. Jedną z reakcji na tę niemoc jest popadanie w skłonność do niemalże programowego sprzeciwu wobec posługiwania się w działalności politycznej systemem etycznym. Sprzeciwu wobec oceniania rzeczywistości przez pryzmat wartości – Równości, Wolności i Solidarności. Przekonanie, że wartości jako takie są przestarzałe, a już na pewno nie są lewicowe. Przyjęcie i uwewnętrznienie prawicowej opowieści o sobie – jedyne wartości to, oczywiście, Bóg Honor i Ojczyzna (względnie wolność, własność, sprawiedliwość), a wszystko inne to nihilizm i brak moralności.

W warunkach takiej autokastracji pozostają dwie propozycje – technokratyczna lub negatywno-ironiczna. Żadna z nich nie stanie się Dobrą Nowiną, której lewica potrzebuje jak powietrza.

Propozycja socjaldemokratyczna bez wejścia na poziom wartości – równości, wyzwolenia, godności i wolności – sprowadza się do wizji armii urzędników i formularzy podatkowych. Za punkt wyjścia obierana jest koncepcja jednostki posiadającej swoje egoistyczne dążenia i pragnienia. W tej propozycji do koncepcji socjaldemokratycznej jednostkę przekonać można poprzez wykazanie matematycznego rachunku zysków i strat: może twoje pragnienia nie są wspólnotowe, ale bardziej opłaca ci się płacić wyższe podatki i wstąpić do związku zawodowego, niż zdać się na dobrą wolę najbogatszych i ekonomię skapywania.

To nie jest opowieść, która może porwać kogokolwiek. Klub miłośników biurokracji nie jest środowiskiem, z którym można się utożsamiać na poziomie emocji. Wysoko ustawiony próg wejścia uniemożliwia otwarcie się na osoby, których hobby nie jest porównywanie systemów opieki społecznej w krajach UE. A ugrupowań, które lepiej niż lewica posługują się tabelą rachunkową, jest sporo.

Propozycja socjaldemokratyczna pozbawiona pierwiastka utopijnego – wizji celu, do którego dążymy jako ruch i wspólnota – staje się szeregiem niepołączonych ze sobą recept na zwalczanie poszczególnych symptomów kryzysu realnego kapitalizmu. Takiej wizji nie jest pozbawiona nowa prawica, która światowe rynki widzi jako arenę zmagań służących odnowieniu narodowych wspólnot. Odwołanie do wartości, wspólnoty i celu pozwala na ubranie nawet najbardziej reakcyjnej agendy w szaty rewolucyjne. Ograniczając się do rocznika statystycznego w roli źródła naszych przekonań, skazujemy się na bezsilne reagowanie na postępy prawicy.

Pozycja negatywno-ironiczna jest jednak wielokrotnie gorsza. Dla części istniejącego środowiska aktywistycznego drogą do lewicowego zaangażowania było odrzucenie norm społecznych, kategorii i wspólnot uznawanych za tradycyjne. Równoczesny brak sformułowania własnych kategorii wspólnotowych skutkuje przejściem na pozycje negacji i poczucia wyższości, komunikowanych na zewnątrz poprzez otwarte wyśmiewanie grup i jednostek stosujących takie kategorie. To recepta na pewną porażkę.

Taki model myślenia i działania jest alienujący i destrukcyjny również wewnętrznie. Ciągłe toczenie beki uniemożliwia operowanie na poziomie pozytywnych emocji i wytworzenie własnej silnej tożsamości grupowej. Ten brak wizji przyszłości, nadziei i poczucia wspólnoty, połączony z kulturą wyśmiewania wszystkiego, co poważne, skutkuje popadnięciem w błędne koło frustracji i konfliktów. Najczęstszą reakcją na taki stan rzeczy jest jeszcze więcej dystansu, jeszcze więcej ironii – w tym wobec siebie, własnej działalności, organizacji i Sprawy.

W takim układzie spora część niewielkiego lewicowego środowiska zmienia się w swego rodzaju internetową subkulturę. Grupę posługującą się hermetycznym kodem kulturowym, obracającą się we własnym kręgu, coraz bardziej wyobcowaną i w kontakcie ze światem zewnętrznym reagującą właśnie jak subkultura. Z krążącymi wewnątrz grupy komunikatami musimy być na bieżąco, jeżeli chcemy utrzymać ciągłość i w ogóle rozumieć, co się dzieje.

Praktycznym przykładem tego procesu jest zaangażowanie widocznej części lewicy w internetową kulturę dank memes – wciąż bardziej hermetycznych i autotelicznych grafik, intencjonalnie brzydkich, pozbawionych sensu i wartości dla wszystkich, którzy nie są na bieżąco z forami w rodzaju 4chan i innych internetowych śmietnisk.

To wszystko ma daleko idące konsekwencje. Kultura internetowego flejmu zostaje przeniesiona na wszelkie odcinki komunikacji. Każda rozmowa zmienia się w monolog, w którym nie chodzi o przekonanie kogokolwiek, wyjaśnienie swojego stanowiska, nawet nie o ostrą polemikę, ale o zaoranie i zmasakrowanie, postrzegane jako domyślny sposób prowadzenia dyskusji.

Rozpowszechnienie wzorów komunikacji takich jak programowe przyjmowanie roli zdystansowanego obserwatora i cynicznego komentatora można, zgodnie z lewicową tradycją, interpretować jako skutek alienacji człowieka w społeczeństwie kapitalistycznym. Wiąże się ona z zanikiem bądź utowarowieniem więzi społecznych, poczuciem jednostkowej bezsilności i, w konsekwencji, epidemią zaburzeń depresyjnych.

Kody kulturowe wygenerowane przez platformy typu 4chan są w jakimś sensie kulturą konserwatywnego kapitalizmu w stanie czystym. Cechuje je postawa pogardy wobec słabości (do której zaliczane jest właściwie całe spektrum wartości lewicowych – feminizm, solidarność, pomoc wzajemna), wyrażana z pozycji doskonale wyobcowanej anonimowości, usytuowanej poza jakąkolwiek więzią społeczną. Dlatego platformy takie nie są w stanie wytworzyć niczego innego niż jakaś odmiana alt-rightu – wynika to wprost z natury takiego medium.

Żywiołowość pewnych internetowych form komunikowania się nie oznacza, że nie powinniśmy utrzymywać do nich krytycznego dystansu. Nie ma możliwości uczestniczenia w takiej kulturze bez wzmacniania jej podstawowego przekazu. Zamknięcie się w getcie internetowej subkultury znacząco osłabia możliwości przyciągnięcia osób spoza wąskiego środowiska oraz wpływa na zdolności poznawcze i komunikacyjne. Oparcie tożsamości na formach językowych, a nie wartościach, nie wzmacnia wewnątrzgrupowych więzi.

Uczucia wspólnotowe nie są same w sobie związane z ideologią konserwatywną, choć wiele osób na lewicy zdaje się żywić właśnie takie przekonanie. Położenie większego nacisku na kwestię podzielanych wartości posłuży wewnętrznej integracji ruchu, w którym uczestniczymy. Może też posłużyć zwiększeniu naszych szeregów – w końcu identyfikacja polityczna w znacznym stopniu oparta jest na emocjonalnym zaangażowaniu. A trudno jest je wykrzesać odwołaniem do technokracji albo niezrozumiałymi formami komunikacyjnymi.

Nie było nam łatwo, jako dzieciom transformacji ustrojowej, odrzucić liberalną opowieść o byciu kowalem własnego losu i głębokiej niesprawiedliwości wsparcia socjalnego, odrzucić kategorie „nierobów” i „patologii” – a jednak to robimy.

Nie jest nam łatwo, jako osobom wychowanym w społeczeństwie patriarchalnym, wdrażać postulaty równości płci – a przecież postulujemy wprowadzanie parytetu i suwaka w działalności politycznej, kształtujemy zasady dyskusji dążące do zniwelowania przewagi mężczyzn nad kobietami, wypracowujemy standardy równościowe.

Na co dzień, w miarę możliwości, rezygnujemy z jedzenia mięsa lub nabiału, produktów zawierających olej palmowy, nie kupujemy ubrań szytych w Bangladeszu, bojkotujemy firmy represjonujące związki zawodowe, przestajemy oglądać tresującą nas do indywidualizmu i konsumpcji telewizję. Ograniczamy rzeczy, które szkodzą planecie, społeczeństwom lub nam samym.

Równocześnie część z nas jak zamach na swoje prawa człowieka traktuje pomysł odrzucenia szkodliwej i nieprzynoszącej niczego kultury ironicznego dystansu i wulgarnego rechotu. Kultury, która stworzyła Donalda Trumpa, alt-right i popularność Janusza Korwina-Mikke, kultury plucia na wszystko, co dla kogoś ważne. Oburzenie jest domyślną reakcją na propozycję, żeby zacząć otaczać się rzeczami dobrymi, pięknymi i mądrymi, a w działalności społecznej i politycznej kierować się etyką – kategoriami empatii, wspólnoty i solidarności.

Projekt lewicowy, socjaldemokratyczny, wypływa z wartości, z systemu etycznego. Dąży do zapewnienia wolności, godności i bezpieczeństwa wszystkim ludziom. Zakłada, że prawo jednostki do przyjemności, jej wolność pozytywna może i powinna być ograniczana w celu minimalizacji cierpienia wszystkich.

Światopogląd, który odrzuca wartości wspólnotowe i dąży do maksymalizacji przyjemności jednostki, to libertarianizm. Tego rodzaju wizja zakłada indywidualne wyzwolenie jednostki z więzi wspólnoty, postrzeganych niemal wyłącznie jako źródło opresji. Jako spadkobiercy i spadkobierczynie tradycji socjalistycznych uznajemy, że emancypacja odbywa się wewnątrz wspólnoty, w ramach wspólnotowych wartości i zobowiązań. Jest to lekcja, którą z powodzeniem odrobiła prawica. Zlekceważenie roli etyki i wartości w najlepszym przypadku skazuje lewicę na bycie dostarczycielem socjalnej korekty programowej projektu konserwatywnego lub liberalnego. W najgorszym – na polityczny niebyt.

Michał Maleszka, Mateusz Trzeciak

Rodzina na cudzym, czyli o polityce mieszkaniowej Thatcher i spółki

Rodzina na cudzym, czyli o polityce mieszkaniowej Thatcher i spółki

Dziennikarskie śledztwo, przeprowadzone przez tabloid „Daily Mirror” przy współpracy ze związkiem zawodowym GMB, ujawniło ogromną skalę patologii na brytyjskim rynku mieszkaniowym.

Wprowadzony ustawą Housing Act w 1980 roku przez rząd Margaret Thatcher program Right to Buy (Prawo do Wykupu) umożliwiał najemcom lokali komunalnych ich zakup na własność po obniżonej cenie. Program cieszył się dużym zainteresowaniem, osiągając szczyt popularności w 1984 roku. Według danych, które „Daily Mirror” uzyskał od gmin w całej Wielkiej Brytanii na podstawie ustawy o dostępie do informacji publicznej, 1/3 wykupionych na podstawie Right to Buy mieszkań znajduje się obecnie w rękach osób prywatnych, które czerpią dochody z ich wynajmu.

Ian Gow, bliski współpracownik i sekretarz Margaret Thatcher, był ministrem odpowiedzialnym za mieszkalnictwo w rządzie torysów wprowadzającym Right to Buy. Nadzorował powstawanie i przebieg tego programu. W 1990 roku został zabity w ataku bombowym przeprowadzonym przez IRA. Jego syn, multimilioner Tyron Charles Gow, jest potentatem na rynku mieszkaniowym. Wraz z żoną Karin dysponują aktualnie ogromną, trudną do oszacowania ilością dawnych mieszkań komunalnych. Tylko na jednym osiedlu w South London mają co najmniej 40 lokali, których wartość może sięgać nawet 10 milionów funtów.

– Nie dałoby się tego zmyślić. Rodzina jednego z torysowskich ministrów, który nadzorował Right to Buy, okazuje się posiadaczami setek sprywatyzowanych mieszkań. Program Thatcher był ruchem umożliwiającym wykorzystanie budynków komunalnych dla prywatnych zysków – mówi sekretarz generalny związku GMB, Paul Kenny.

Gmina London’s Wandsworth sprzedała w ramach Right to Buy 24 000 lokali. Tylko w niespełna 16 tysiącach przypadków zachowała własność nieruchomości. 39% nowych właścicieli podaje inny adres do korespondencji, co jasno świadczy o tym, że kupowali mieszkania w celu ich wynajmu na rynku prywatnym.

Tylko w jednym byłym bloku komunalnym w Sherfield Gardens na 120 mieszkań aż 62 wynajętych lokali jest zarejestrowanych na osoby zamieszkałe gdzie indziej. Właścicielem 35 z nich jest Charles Gow, a 5 posiada jego żona.

Według informacji uzyskanych od gminy Wandsworth, dziewięćdziesięciu pięciu nowych właścicieli posiada 5 lub więcej takich lokali. Rekordzista ma ich 93, drugi na liście 32. Ustalenia związku GMB sugerują, że rekordzistą jest właśnie Charles Gow.

Urzędowe dane katastralne pokazują, że syn torysowskiego ministra zaczął nabywać dawne komunalne lokale w Sherfield Gardens w roku 1996, po 100 000 funtów każdy. Jego firma, KCG, oferuje dziś do wynajęcia czteropokojowe mieszkania w Sherfield Gardens za 1500 funtów miesięcznie. Każde z nich jest warte około 300 tysięcy funtów.

Charles Gow, który mieszka w wartym 2,5 miliona funtów domu w Esher, odmówił podania informacji o tym, jak wiele byłych lokali komunalnych posiada: Wasze dane są zaniżone. Ale zapłaciłem za nie cenę rynkową, prowadzę biznes. Nie wywołacie we mnie poczucia winy.

Patologie bywają jeszcze głębsze. Inwestorzy nabywali prawa własności do dawnych mieszkań komunalnych poprzez fundusze zarejestrowane w raju podatkowym na Wyspach Normandzkich. Dwie siostrzane spółki zarejestrowane w Guernsey mają szeroką ofertę wynajmu dawnych lokali komunalnych: Chelsea Estates Ltd. posiada 38 byłych domów komunalnych w Wandsworth, a Birkett Estates Ltd. ma ich 19. Są one kontrolowane przez byłego inwestora wysokiego ryzyka Alexa Birketa Smitha i jego brata Jamesa. Związek GMB odnalazł powiązania – ich żony są bezpośrednimi właścicielkami 27 kolejnych lokali w Wandsworth, co oznacza, że tylko jedna zamożna rodzina posiada prawie 100 dawnych mieszkań komunalnych w stolicy.

– Wasze dochodzenie pokazuje, dlaczego miliony ludzi zostały wypchnięte na drogi rynek prywatnego wynajmu, podczas gdy kilku szczęśliwców świetnie sobie radzi – mówi Toby Lloyd z mieszkaniowej organizacji charytatywnej Shelter. – Problem z Right to Buy polega na tym, że sprzedane lokale nie zostały w żaden sposób zastąpione. To nie był program zwiększający prywatną własność mieszkań – to był program zmniejszający zasób komunalny. Gminy nie mogły budować nowych mieszkań za pieniądze uzyskane ze sprzedaży.

Informacje uzyskane przez „Daily Mirror” i GMB na podstawie ustawy o dostępie do informacji publicznej pokazują, że w niektórych gminach blisko połowa sprywatyzowanych mieszkań komunalnych jest w rękach osób prywatnych, czerpiących zyski z wynajmu. „Daily Mirror” publikuje wyniki swojego dochodzenia w momencie, gdy kryzys mieszkaniowy w Wielkiej Brytanii osiąga punkt szczytowy. Tylko w ciągu ostatniej dekady prywatny sektor wynajmu zwiększył się dwukrotnie. Osiem i pół miliona mieszkanek i mieszkańców Wysp Brytyjskich wynajmuje mieszkania na rynku prywatnym – to 1/6 brytyjskich gospodarstw domowych. Pięć milionów ludzi oczekuje na mieszkania socjalne, a liczba oddawanych mieszkań nie ma szans zaspokoić palących potrzeb społecznych.

Powyższy tekst jest omówieniem artykułu Nicka Sommerlanda pt. „Great Tory housing shame: Third of ex-council homes now owned by rich landlords”, opublikowanego na stronie internetowej „The Mirror”.