przez Tomasz S. Markiewka | wtorek 30 maja 2017 | opinie
Noam Chomsky jest uznawany za jednego z najsłynniejszych intelektualistów na świecie – częściowo z powodu swoich dokonań językoznawczych, ale sławę zawdzięcza przede wszystkim komentarzom politycznym. W Polsce pisze się jednak o nim zastanawiająco mało. Gdy zaś już ktoś o nim wspomina, to często w negatywnym kontekście.
Jednym z niewielu tekstów w polskiej prasie poświęconych w całości Chomsky’emu jest artykuł Macieja Nowickiego o wymownym tytule „Najgłupszy intelektualista na świecie”. Ta opublikowana blisko dekadę temu mowa oskarżycielska przeciw amerykańskiemu badaczowi kończy się bezlitosnym wyrokiem: Richard Posner w swojej książce o public intellectuals twierdzi, że naukowiec, który osiągnął sukces w swojej dziedzinie, może użyć tego autorytetu, by pouczać ludzi w sprawach, w których jest absolutnym kretynem – pisze Nowicki. – Nie istnieje lepszy przykład tego fenomenu niż Noam Chomsky.

Większość przeciwników Chomsky’ego nie potrafi mu wybaczyć radykalnej krytyki Stanów Zjednoczonych, która – ich zdaniem – prowadzi często do wybielania wrogów USA. Negatywny stosunek do Ameryki jest też zapewne jednym z powodów, dla których o autorze wydanej niedawno książki „Who Rules the World?” pisze się u nas tak mało. Stany Zjednoczone są w Polsce wciąż uznawane za wzór do naśladowania. Owszem, czasem prawicowi politycy i publicyści popsioczą na prezydenta z Partii Demokratycznej, a liberałowie na prezydenta z Partii Republikańskiej, ale ogólny konsensus jest taki, że Ameryka jest w porządku. Kiedy proponuje – bezpośrednio bądź za pośrednictwem kontrolowanych przez siebie instytucji, takich jak Światowa Organizacja Handlu – deregulację gospodarki, to ją deregulujemy. Kiedy zaprasza nas do pójścia na wojnę, to idziemy, nawet jeśli ta toczy się w kraju, który niczym nam nie zawinił. Kiedy chce wybudować u nas tajne więzienia z pogwałceniem prawa międzynarodowego, to nasi politycy wznoszą się ponad podziałami i nie mają z tym większego problemu.
Chomsky natomiast jest bezlitośnie krytyczny zarówno wobec rządu amerykańskiego, jak i świata biznesu skupionego wokół Wall Street, niezależnie od tego, czy w Białym Domu zasiadają Bush, Obama czy Trump. Aby zrozumieć, skąd bierze się tak negatywny stosunek twórcy gramatyki generatywnej do, było nie było, własnego kraju, trzeba najpierw pojąć, jakie obowiązki jego zdaniem spoczywają na intelektualistach. Właśnie na to pytanie odpowiada Chomsky w eseju otwierającym „Who Rules the World?”. Jego zdaniem intelektualiści dzielą się na dwie grupy. Z jednej strony są ci, którzy patrzą własnej władzy na ręce i konsekwentnie krytykują jej błędy oraz występki. Z drugiej, ci, którzy biorą stronę rządzących i oskarżają o brak patriotyzmu każdego, kto odważy się ich skrytykować. Nietrudno odgadnąć, w której grupie widzi siebie Chomsky. Amerykański badacz uważa, że jego obowiązkiem jest krytykowanie władzy własnego kraju, tak jak obowiązkiem intelektualisty francuskiego jest krytykowanie władzy francuskiej, a polskiego – polskiej. Ostatecznie w większości przypadków polski czy amerykański intelektualista mają większy wpływ na postępowanie, odpowiednio, władzy polskiej oraz amerykańskiej, niż na to, co robią Rosjanie, Irańczycy lub Chińczycy. W przypadku USA postawa krytyczna jest szczególnie pożądana, ponieważ jest to kraj o potężnych wpływach: politycznych, militarnych, kulturowych oraz ekonomicznych. Gdy Ameryka robi coś źle, negatywne konsekwencje odczuwa cały świat.
Chomsky zauważa, że nasza postawa wobec intelektualistów krytycznych zawiera sporą dawkę hipokryzji. Krytyków z obcych państw – szczególnie, gdy uważamy je za wrogie – traktujemy zupełnie inaczej niż krytyków we własnym kraju. Jeśli na przykład jakiś intelektualista rosyjski ostro skrytykuje Putina, jest określany w Stanach Zjednoczonych (i większości krajów zachodnich) mianem „odważnego”, „bezkompromisowego”, „uczciwego” i „moralnego”. Gdy jednak równie mocnej krytyki wobec własnego państwa dokona intelektualista amerykański, zostanie nazwy „zdrajcą”, „wariatem”, „anty-Amerykaninem” czy też „ideologiem”. Choć lubimy wypowiadać się na temat tego, co jest etycznie słuszne, a co jest złe, to w rzeczywistości głównym podziałem, jaki stosujemy, jest rozróżnienie na „naszych” oraz „nie-naszych” – powiada Chomsky. Nie-nasi intelektualiści krytykujący nie-nasze kraje są bohaterami, natomiast nasi intelektualiści krytykujący nasz kraj są kretynami.
Wątek podwójnych standardów przewija się w esejach Chomsky’ego nieustannie. Autor „Who Rules the World?” proponuje na przykład prosty eksperyment myślowy. Co by się stało, gdyby Niemcy nazwali swój najnowszy samolot wojskowy lub rodzaj bomby „Żydem” bądź „Cyganem”? Opinia publiczna, jak najbardziej słusznie, uznałaby to z pewnością za ponury żart i natychmiast zażądała zmiany nazewnictwa. Jednak dokładnie tego rodzaju obraźliwych i niesmacznych nazw używają bez większych konsekwencji Amerykanie. Misję zabójstwa Osamy Bin Ladena amerykańskie władze militarne określiły mianem „Geronimo”, od przydomka słynnego wodza indiańskiego. Wzbudziło to protesty wśród rdzennej ludności Stanów Zjednoczonych, ale większa część opinii publicznej oraz polityków nie wydawała się tym zaniepokojona. Wszak jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że amerykańskie nazewnictwo militarne odwołuje się do kultury indiańskiej. Nazwy takie jak „Apache” czy „Black Hawk” są dobrze znane także w Polsce. Jak sugeruje Chomsky, najwyraźniej rdzenni mieszkańcy USA wymordowani masowo przez białych imigrantów nie są wystarczająco „nasi”, aby przejmować się takimi rzeczami i uważać je za niestosowne.
W podobny sposób krytykuje Chomsky „wojnę z terroryzmem”. Amerykańskie władze – a za nimi duża część zachodniej opinii publicznej – lubią przedstawiać swoje działania jako walkę na rzecz szerzenia demokracji i wolności. Problem polega na tym, że to umiłowanie demokratycznych rządów jest wybiórcze. Istnieje przytłaczająca liczba dowodów, że demokracja jest wspierana tylko o tyle, o ile pasuje do społecznych i ekonomicznych celów władz amerykańskich oraz ich sprzymierzeńców – pisze Chomsky. W czasie Zimnej Wojny Stany Zjednoczone nie wydawały się zbytnio przejmować tym, czy dany kraj jest demokratyczny. O wiele ważniejsze było, po której stronie konfliktu amerykańsko-radzieckiego stały jego władze. Idealnym przykładem jest postępowanie Amerykanów wobec Wietnamu czy Kuby. Podobnie mają się obecnie sprawy z Bliskim Wschodem. Chomsky w kilku esejach powraca do sondażu przeprowadzonego wśród mieszkańców tego regionu. Okazuje się, że za największe zagrożenie uważają oni USA i gdyby mieli wybór, wypędziliby Amerykanów jak najdalej od swoich krajów. Czemu trudno się dziwić, zważywszy na liczbę ofiar cywilnych, za które odpowiedzialność ponoszą Stany Zjednoczone, oraz przejawianą od wielu lat skłonność USA do wspierania usłużnych im dyktatorów. Słuchanie opinii obywateli Egiptu, Tunezji czy Iraku nie wydaje się jednak wchodzić w obręb amerykańskiej misji szerzenia demokracji.
Chomsky zarzuca też władzom swojego kraju całkowitą nieskuteczność w walce z terroryzmem. Nieskuteczność, która wynika jego zdaniem z przyjęcia najbardziej prymitywnych form walki – inwazji wojskowej, tortur oraz powszechnej inwigilacji. Amerykański badacz przypomina o tym, że jednym z celów Bin Ladena, o którym ten otwarcie mówił, było wciągnięcie Stanów Zjednoczonych w długotrwałe i pochłaniające ogromne środki finansowe zmagania militarne. Koszty prowadzonych przez Busha-Obamę wojen w Iraku oraz Afganistanie są obecnie szacowane na 4,4 biliona dolarów – podaje Chomsky, nazywając to przy okazji „wielkim zwycięstwem” byłego przywódcy Al-Kaidy. W dodatku postępowanie władz amerykańskich doprowadziło do dalszej destabilizacji regionu i najprawdopodobniej zwiększyło liczbę osób chętnych do wspierania organizacji terrorystycznych.
Kolejnym celem krytyki Chomsky’ego jest amerykańska polityka gospodarcza. Deregulacja gospodarki, obniżanie podatków najbogatszym, narzucanie innym krajom rozwiązań korzystnych dla USA (czy, dokładniej, dla niewielkiego odsetka mieszkańców tego kraju) – to lista najważniejszych grzechów przedstawiona przez autora „Who Rules the World?”. Chomsky wskazuje na problemy, o których pisze dzisiaj większość znanych ekonomistów, od Paula Krugmana po Thomasa Piketty’ego. Realne dochody klasy średniej stoją w miejscu od mniej więcej lat 80. XX wieku. Z kolei dochody oraz majątki najbogatszych systematycznie rosną. Na domiar złego system polityczny USA coraz bardziej działa na zasadzie „jeden dolar, jeden głos”, zamiast „jedna osoba, jeden głos”. Tworzy to rodzaj błędnego koła. Jak klasy niższe i średnie mają zmienić politykę na swoją korzyść, skoro nie posiadają niezbędnych środków, aby konkurować z milionerami, których stać na własne media, finansowanie kampanii wyborczych czy przeznaczanie ogromnych środków na cele lobbystyczne? Dla Chomsky’ego jest to kolejny dowód na to, że umiłowanie demokracji wśród amerykańskich elit istnieje jedynie w sferze retoryki.
Co gorsza, Stany Zjednoczone ze względu na swoje wpływy są w stanie narzucać tego rodzaju niszczące rozwiązania także innym krajom. Dzieje się tak między innymi za pośrednictwem międzynarodowych traktatów handlowych. Komentując jeden z nich – porozumienie NAFTA podpisane przez USA, Meksyk i Kanadę – Chomsky stwierdza, że jest to rzadki przypadek umowy, która potrafiła pogorszyć warunki ludzi pracy we wszystkich trzech krajach, jakie ją podpisały. Trudno w tym kontekście nie pomyśleć, z jakim entuzjazmem polskie elity polityczne oraz spora część mediów wypowiadały się na temat TTIP oraz CETA – analogicznych traktatów między Unią Europejską oraz Stanami Zjednoczonymi (TTIP) i Kanadą (CETA). Kolejny przykład na to, jak wielka jest siła perswazji amerykańskiej władzy polityczno-biznesowej.
Jak widać, Chomsky stawia najcięższe zarzuty ludziom rządzącym Ameryką. Nie chodzi tylko o to, że wylicza on wszystkie grzechy USA z ostatnich kilkudziesięciu, a nawet kilkuset lat. Chomsky nie omieszkuje też podsumowywać swoich wyliczeń ostrymi sformułowaniami. Na przykład nazwa Partię Republikańską „najgroźniejszą organizacją na świecie”. Na pierwszy rzut oka to oskarżenie może się wydawać mocno na wyrost, ale Chomsky ma nienajgorsze argumenty. Republikanie od wielu lat aktywnie wspierają idee, których negatywne konsekwencje odczuwają miliony, a w jednym przypadku potencjalnie nawet miliardy ludzi. Są gorącymi zwolennikami agresywnej polityki zagranicznej, w tym z użyciem sił wojskowych. Jej efektem jest zatrważająca liczba ofiar, w tym cywilnych, oraz postępująca destabilizacja wielu rejonów świata. Popierają rozwiązania gospodarcze, które – o czym mówi głośno coraz więcej ludzi – dla garstki osób oznaczają ogromne bogactwo, a dla przytłaczającej większości biedę lub, w najlepszym wypadku, umiarkowane powodzenie. Hamują równouprawnienie grup dyskryminowanych: kobiet, społeczności LGBT oraz mniejszości etnicznych. W dodatku od kilkudziesięciu lat zawzięcie zwalczają większość prób przeciwdziałania zmianom klimatycznym. Republikanie nie szczędzą środków – zarówno finansowych, jak i retorycznych – aby blokować wszelkie ambitniejsze projekty walki z globalnym ociepleniem. Za ten błąd możemy zapłacić wszyscy.
Chomsky ma więc mocne argumenty nawet na poparcie swoich najbardziej radykalnych tez. Nie oznacza to, że niczego nie można mu zarzucić. Niekiedy amerykański intelektualista niebezpiecznie balansuje na granicy między „skupianiem się na błędach naszych” (co jest zrozumiałym podejściem) a „nazbyt łatwym usprawiedliwianiem bądź przymykaniem oczu na błędy nie-naszych” (co budzi już poważne wątpliwości moralne). Przy czym trudno mu zarzucić jednoznaczne przekroczenie tej cienkiej linii. Na przykład, wbrew temu, co twierdzi wspomniany na początku Nowicki, Chomsky nie wychwalał Pol Pota i nie negował jego zbrodni. Niemniej jego komentarze w tej sprawie, szczególnie początkowo, zbyt mocno upraszczały sprawę, skupiając się przede wszystkim na błędach Amerykanów.
W przypadku „Who Rules the World?” podobne wątpliwości budzą fragmenty, w których Chomsky wspomina o konflikcie na Ukrainie. I znowu, trudno nie przyznać mu racji, gdy pisze, że zaniepokojenie, jakie wyraża Rosja w odpowiedzi na perspektywę włączenia Ukrainy do NATO, jest z politycznego punktu widzenia zrozumiałe. Gdyby Meksyk albo Kanada chciały wstąpić do sojuszu wojskowego nadzorowanego przez Rosję, Amerykanie też nie byliby raczej zachwyceni i próbowaliby temu zapobiec – zauważa Chomsky. Problem polega na tym, że amerykański badacz zapomina w tym wszystkim o… samych Ukraińcach i ich tragedii. Kiedy pisze o interwencjach USA na Bliskim Wschodzie albo w Ameryce Łacińskiej, bardzo słusznie podkreśla perspektywę Irakijczyków, Kubańczyków czy Panamczyków. Nie uwzględnia jej jednak, gdy wspomina o Ukrainie – nagle kraj ten staje się tylko kartą przetargową w relacjach między USA a Rosją. Oczywiście, Chomsky mógłby się tłumaczyć, że jego uwagi nie wynikają z lekceważenia problemów samych Ukraińców i Ukrainek, ale z konsekwentnego stosowania strategii „ujawniania podwójnych standardów”. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że autor „Who Rules the World?” sam wpada w pułapki amerykanocentryzmu. Tak jak wielu jego rodaków, gdy mówi o Europie Środkowej i Wschodniej, ma kłopoty z dostrzeżeniem czegokolwiek mniejszego niż Rosja lub ewentualnie Unia Europejska.
Trudno zatem uznać Chomsky’ego za nieomylny wzór cnót moralnych, choć amerykański badacz brzmi czasem tak, jakby próbował się na kogoś takiego wystylizować. Nie zmienia to jednak faktu, że mówi rzeczy warte wysłuchania i przemyślenia. Na szczęście nie mamy w Polsce problemu ze zbytnio idealistycznym podejściem do Rosji. Dlatego naiwności oraz przeoczenia Chomskiego, gdy idzie o Europę Wschodnią, nie stanowią dla nas większego zagrożenia – jesteśmy je w stanie szybko wyłapać. Kłopoty, z jakimi zmagamy się w naszym kraju, polegają raczej na pochopnym przejmowaniu lęków i uproszczeń pielęgnowanych przez elity Stanów Zjednoczonych oraz ich sprzymierzeńców. Najdobitniej świadczy o tym stosunek dużej części polskich polityków i opinii publicznej do krajów arabskich. Jest on niestety skażony perspektywą dobrzy-my versus źli-oni, ewentualnie oświeceni-my versus zacofani-biedni-oni, w której brakuje miejsca na subtelności w ocenie sytuacji. Chomsky stanowi dobrą odtrutkę dla tej jednoznacznej wizji świata. Dlatego byłoby dobrze, gdyby jego poglądy stały się w Polsce szerzej znane.
dr Tomasz Markiewka
przez Karol Trammer | środa 24 maja 2017 | opinie
Dokąd popłyną fundusze unijne, których nie zdoła wydać kolej?
Gdy wiceminister rozwoju Witold Słowik udzielał na przełomie lutego i marca 2017 r. wywiadu miesięcznikowi „Rynek Kolejowy” na temat szans na pełne wykorzystanie funduszy unijnych na infrastrukturę kolejową w ramach unijnej perspektywy finansowej na lata 2014-2020, uciekał się do zaklęć: – Żeby coś w ogóle mogło się udać, trzeba wierzyć, że jest to możliwe.
W Ministerstwie Rozwoju wiara w kolej topnieje jednak z miesiąca na miesiąc. W połowie kwietnia 2017 r. wiceminister Jerzy Kwieciński – najważniejszy w rządzie człowiek od programów unijnych – ujawnił podczas konferencji prasowej, że coraz poważniej myśli się o planie awaryjnym, zakładającym przesunięcie na inne przedsięwzięcia części funduszy zarezerwowanych na modernizację linii kolejowych.
Nie ma szans
Kwieciński o konieczności stworzenia planu B przekonał się po sprawdzeniu skuteczności wykorzystywania funduszy przez odpowiadającą za modernizację sieci kolejowej spółkę PKP Polskie Linie Kolejowe: – Mam małą wiarę, że wszystko pójdzie dobrze. Z takim tempem nie ma szans na to, że wykorzystamy wszystkie pieniądze. Zwłaszcza że wiele prac zostało zaplanowanych na ostatnie lata perspektywy, a doświadczenie z poprzednich lat jest takie, że żadnego z projektów nie udaje się ukończyć w terminie.
Nieuchronnie nadciągającym problemom w wykorzystaniu całości funduszy zarezerwowanych na infrastrukturę kolejową coraz baczniej przygląda się Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej. Resort ten powstał w listopadzie 2015 r. po wyborach wygranych przez Prawo i Sprawiedliwość. Szefem ministerstwa jest Marek Gróbarczyk, który dla tego stanowiska porzucił znacznie bardziej lukratywną funkcję posła do Parlamentu Europejskiego.
Kierowany przez Gróbarczyka resort po nieco ponad pół roku funkcjonowania doprowadził do przyjęcia przez radę ministrów „Założeń do planów rozwoju śródlądowych dróg wodnych w Polsce na lata 2016-2020 z perspektywą do 2030 roku”. Dokument został przyjęty 14 czerwca 2016 r.
Następnie MGMiŻŚ sprawnie przeprowadziło procedurę przystąpienia Polski do konwencji AGN („Europejskie porozumienie o głównych śródlądowych drogach wodnych o znaczeniu międzynarodowym”). Sprawę załatwiono w ciągu czterech miesięcy: 28 października 2016 r. uchwałę o przystąpieniu do konwencji podpisała premier Beata Szydło, 14 grudnia 2016 r. sejm jednogłośnie przyjął stosowną ustawę, którą następnie 11 stycznia 2017 r. również jednogłośnie i bez poprawek zaakceptował senat i 6 marca 2017 r. akt ratyfikacji konwencji AGN został podpisany przez prezydenta Andrzeja Dudę.
– Dzisiaj transportu wodnego w Polsce w zasadzie nie ma – mówił prezydent po ratyfikowaniu konwencji. – Transport rzeczny jest tańszy niż transport drogowy, a przede wszystkim nieporównywalnie bardziej ekologiczny, jest transportem przyszłości. To wielkie zadanie, które wiąże się z wielkimi inwestycjami.
Nieodwracalne zobowiązanie
Polska wraz z przyjęciem konwencji AGN zobowiązała się, że główne ciągi rzeczne dostosuje do parametrów przynajmniej IV klasy żeglowności – głębokość, promienie zakoli czy prześwity pod mostami umożliwiające ruch statków o ładowności 1000-1500 ton. Obecnie Wisła na przeważającej długości spełnia parametry klasy Ib (dla statków o ładowności 180 ton), natomiast Odra głównie parametry klasy II (dla statków o ładowności 500 ton) i klasy III (dla statków o ładowności 700 ton).
Przyjęcie konwencji AGN wymusza dostosowanie do parametrów IV klasy żeglowności Wisły, Odry, Bugu oraz Drogi Wodnej Wisła-Odra (składają się na nią Brda, Kanał Bydgoski, Noteć i Warta). Koncepcja resortu gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej zakłada dostosowanie Odry oraz Wisły między Oświęcimiem a Krakowem od razu do wyższej klasy Va, a także wykopanie Kanału Śląskiego, który połączy Wisłę w Oświęcimiu z Odrą w pobliżu Kuźni Raciborskiej.
Według wstępnych wyliczeń MGMiŻŚ, realizacja powyższych planów ma kosztować co najmniej 76,8 mld zł. Pieniądze te miałyby zostać wydane na pogłębienie i regulację rzek, stworzenie stopni wodnych, budowę nowych śluz i wydłużenie istniejących, jak i na złagodzenie zakoli rzecznych, co w języku specjalistów od gospodarki wodnej nazywa się „przebudową niewymiarowych łuków”.
– Już żaden inny rząd w przyszłości nie będzie mógł odstąpić od realizacji tych inwestycji. Przyjmujemy na siebie nieodwracalne zobowiązanie realizacji tego przedsięwzięcia, niezwykle istotnego dla gospodarki naszego kraju, determinującego jego rozwój – mówił Marek Gróbarczyk po ratyfikowaniu konwencji AGN przez prezydenta.
Zidentyfikowano potencjalne źródła
W „Założeniach do planów rozwoju śródlądowych dróg wodnych w Polsce na lata 2016-2020 z perspektywą do 2030 roku” wskazano, że tylko do 2020 r. na główne szlaki wodne należy przeznaczyć 8,9 mld zł.
Największym problemem szerokich planów rozwoju sieci dróg wodnych jest brak funduszy. Jak czytamy w założeniach, Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej „zidentyfikowało potencjalne źródła finansowania przedsięwzięć”. Wśród nich wymieniono fundusze Unii Europejskiej: Fundusz Spójności, Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego czy instrument „Łącząc Europę” (CEF).
Tyle że środki te generalnie zostały już rozdysponowane. Jeśli chodzi o transport wodny, to – według planów sporządzonych jeszcze przed przystąpieniem Polski do konwencji AGN – unijne pieniądze mają trafić przede wszystkim do portów morskich. Gros środków z funduszy unijnych wesprzeć ma infrastrukturę kolejową. Krajowy Program Kolejowy na lata 2016-2023 przewiduje przedsięwzięcia modernizacyjne o łącznej wartości 66 mld zł – z czego źródłem 56 mld zł są właśnie fundusze unijne. Jeśli jednak dojdzie do opóźnień w realizacji programu inwestycyjnego przez spółkę PKP Polskie Linie Kolejowe, Unia Europejska nie przekaże środków w zaplanowanej wysokości – w tej sytuacji sposobem na zachowanie tych pieniędzy przez Polskę będzie przesunięcie ich na inne przedsięwzięcia.
Z gałęzi na gałąź
Ministerstwo Rozwoju nie podjęło jeszcze decyzji, na co zostaną przeznaczone unijne pieniądze, których nie będzie w stanie wykorzystać spółka PKP PLK. Wśród ekspertów od programów unijnych coraz częściej mówi się, że po tą część funduszy chce sięgnąć Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej. Zgodnie ze scenariuszem tego resortu, niewykorzystane przez kolej pieniądze miałyby wspomóc realizację pierwszego etapu dostosowywania rzek do wymogów konwencji AGN, czego koszt oszacowano na – przypomnijmy – blisko 9 mld zł. Czy jednak wizja przesunięcia „kolejowych” funduszy na inną gałąź transportu jest w ogóle realna?
Cofnijmy się do przełomu 2010 i 2011 r., gdy stało się jasne, że spółce PKP PLK nie uda się wykorzystać całości funduszy przyznanych w ramach poprzedniej unijnej perspektywy finansowej 2007-2013. Odpowiadająca wówczas za wykorzystanie unijnych dotacji minister rozwoju regionalnego Elżbieta Bieńkowska dążyła do tego, by pieniądze z opóźnionych modernizacji linii kolejowych przeznaczyć na rozbudowę infrastruktury drogowej. Komisja Europejska nie zgodziła się jednak na przerzucenie wsparcia poza sektor transportu przyjaznego środowisku. Ostatecznie więc z pieniędzy unijnych, które pierwotnie były zarezerwowane na modernizację sieci kolejowej, dofinansowano zakupy pociągów i inwestycje w miejski transport szynowy.
Jednocześnie część funduszy udało się zatrzymać przy infrastrukturze kolejowej. Bruksela przystała bowiem na propozycję zgłoszoną na początku 2011 r. przez ówczesnego wiceministra infrastruktury Andrzeja Massela, by wsparcie z dużych modernizacji bez szans na terminowe zakończenie przesunąć na – finansowane wcześniej tylko z budżetu państwa – rewitalizacje linii kolejowych (oszczędne modernizacje możliwe do szybkiego przygotowania i krótkiej realizacji dzięki ograniczonemu zakresowi wymiany infrastruktury, jednak istotnie wpływające na poprawę prędkości pociągów i przepustowości linii).
Ekologiczny korytarz kontra natura
Unijni urzędnicy, którzy kilka lat temu byli niechętni wobec przesuwania „kolejowych” funduszy na drogi, w kwestii dróg wodnych mogą być bardziej otwarci na rozmowy. Zwłaszcza że w Ministerstwie Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej od początku nie zapomina się o cytowaniu w opracowaniach „Białej Księgi Transportu” Komisji Europejskiej. A w dokumencie tym – przedstawiającym wizję systemu transportowego w Europie – żegluga śródlądowa jest obok kolei wskazywana jako pożądana alternatywa dla transportu po drogach: „Do 2030 r. 30% drogowego transportu towarów na odległość powyżej 300 km należy przenieść na inne środki transportu: kolej lub transport wodny, zaś do 2050 r. powinno to być ponad 50% tego typu transportu. Ułatwi to rozwój efektywnych ekologicznych korytarzy transportowych. Aby osiągnąć ten cel, musimy rozbudować stosowną infrastrukturę”.
Tamą dla realizacji planów MGMiŻŚ może być jednak to, że doliny polskich rzek wskazanych w konwencji AGN to obszary objęte unijnym programem Natura 2000, który na celu ma zachowanie cennych gatunków i siedlisk przyrodniczych. Tymczasem podniesienie klas żeglowności wymagać będzie regulacji rzek, łagodzenia ich zakoli czy budowy stopni wodnych. Tworzenie „ekologicznych korytarzy transportowych” przekształci polskie rzeki w plac budowy nieodwracalnie zmieniający ich naturalny charakter, unikatowy w skali całej Europy. Pytanie, jak do tej sprzeczności ostatecznie podejdzie Komisja Europejska.
Kolej rozwija żeglugę
Powodzenie planów przesunięcia części funduszy unijnych z infrastruktury kolejowej na drogi wodne może zapewnić finansowanie dla pierwszych inwestycji na potrzeby masowej żeglugi śródlądowej. One mogą stać się stopą w drzwi, uzasadniającą finansowanie kolejnych przedsięwzięć, które wcale nie ograniczą się tylko do udrażniania rzek i kanałów czy budowy portów.
Kryteriów stawianych w konwencji AGN nie spełniają na przykład dziesiątki polskich mostów. Przeprawy nad rzekami o klasie żeglowności IV i Va muszą bowiem zapewniać prześwit między przęsłem a lustrem wody nie mniejszy niż 5,25 m (wartość wylicza się dla wysokiej wody żeglownej, czyli najwyższego stanu wody dopuszczającego żeglugę).
Spośród przerzuconych nad Odrą mostów kolejowych zbyt niskie są te w Opolu (prześwit 3,84 m), w Głogowie (prześwit 3,90 m), koło Czerwieńska na linii do Zbąszynka (prześwit 4,39 m) i na linii do Szczecina (prześwit 3,79 m) oraz graniczny most w Kostrzynie (prześwit 3,67 m). Kryteriów dla klas IV i Va nie spełnia również szereg mostów drogowych. Jedynie w przypadku Odry wstępne analizy wykazały konieczność przebudowy kilkudziesięciu mostów – poinformował dr inż. Andrzej Kreft z Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej w Szczecinie podczas konferencji, która w lutym 2017 r. odbyła się w Ministerstwie Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej.
Na Drodze Wodnej Wisła-Odra za niskie są trzy mosty kolejowe w Bydgoszczy – na Brdzie na linii w kierunku Torunia (prześwit 3,26 m) i na Magistrali Węglowej (prześwit 5,15 m) oraz na Kanale Bydgoskim na linii do Piły (prześwit 4,70 m). Kryteriów IV klasy żeglowności nie spełnia też most w Drawskim Młynie (prześwit 3,40 m), którym linia kolejowa Poznań – Szczecin przekracza Noteć. Z kolei na Wiśle zbyt niskie w są dwie przeprawy kolejowe: most na odcinku Spytkowice – Alwernia o prześwicie 4,60 m i most drogowo-kolejowy koło Tarnobrzega o prześwicie 4,50 m.
Co więcej, w przypadku części mostów prześwity mogą zmniejszyć się poniżej wymaganych wartości wskutek zbudowania stopni spiętrzających wodę. Z kolei szereg mostów cechuje się rozpiętością między filarami uniemożliwiającą przeprowadzenie szlaku żeglugowego o szerokości wymaganej dla klasy IV (40 m) lub klasy Va (50 m) – problem dotyczy między innymi mostu kolejowego na Wiśle między stacjami Kraków Główny i Kraków Płaszów.
Tak oto przyjęta dwa miesiące temu przez Polskę „wodna” konwencja AGN może zmusić kolej do zbudowania wielu mostów od nowa czy, w najlepszym wypadku, do ich skomplikowanej przebudowy.
Czy cała gra w żeglugę śródlądową jest warta świeczki? Dr Przemysław Nawrocki z organizacji ekologicznej WWF stwierdził na łamach „Gazety Wyborczej”: – Z wyliczeń Romana Żurka, profesora Instytutu Ochrony Przyrody PAN, wynika, że częściowe przeniesienie transportu kontenerów z polskich dróg na polskie rzeki ograniczy emisję CO2 ledwie o 1,5%. Sensowniejsze byłoby przeniesienie tirów na tory.
Karol Trammer
Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 3/89 maj-czerwiec 2017); www.zbs.net.pl
przez Red Flag | środa 17 maja 2017 | opinie
Któż mógłby zapomnieć ten widok – głupią, pustą twarz George’a W. Busha wyglądającą z pokładu lotniskowca „Abraham Lincoln”, udekorowanego wielkim bannerem z napisem „Misja ukończona”?
Data tego wydarzenia to 1 maja 2003 r. – niewiele ponad miesiąc po tym, jak Stany Zjednoczone rozpoczęły inwazję na Irak, a Bush znajdował się tam, by zadeklarować zakończenie wielkich operacji wojennych. Jak się okazało, była to deklaracja nieco przedwczesna.
Dzisiaj ruch ochrony środowiska wydaje się znajdować na etapie, na którym może uroczyście odtrąbić „zakończenie misji”. Wraz ze spadkiem cen energii odnawialnej, np. masowo wdrażanych oddolnie paneli słonecznych, oraz z powstawaniem nowych „baterii przyszłości”, wielu członków tego ruchu bije w dzwon pogrzebowy, jeśli chodzi o popularność paliw kopalnych.
Dokładnie o tym mówi nowy artykuł stratega Australia Institute, Dana Cassa, „The sun rises: the democratisation of solar energy might change everything” („Słońce wschodzi: upowszechnienie energii pozyskiwanej ze słońca może zmienić wszystko”). Ceny energii słonecznej spadły na tyle, że obecnie jest ona tak tania, jak węgiel lub gaz – a nawet tańsza. Jeszcze całkiem niedawno, w 2007 r., Australia dysponowała łącznie 8000 systemów solarnych – pisze Cass. – Stan na 1 czerwca 2016 r. to 1 548 345.
Na całym świecie wygląda to podobnie. Według raportu sporządzonego przez Frankfurcką Szkołę Finansów i Zarządzania, w 2015 r. po raz pierwszy w historii energia odnawialna stanowiła większą część nowych instalacji do produkcji energii elektrycznej. W Stanach Zjednoczonych inwestycje w źródła odnawialne sytuowały się na poziomie 265,8 mld dolarów, co stanowiło ponad dwukrotność 130 mld dolarów zainwestowanych w generowanie jej za pomocą paliw kopalnych.
Cass twierdzi, że źródła odnawialne wygrały wojnę energetyczną. Co kluczowe, jak pisze, nie stało się tak z powodu interwencji państwa, lecz dzięki działaniu „naszego codziennego kapitalizmu”: Konsumenci przestawiają się w pośpiechu na nową technologię, która pozwala im oszczędzać pieniądze. Kapitał obiera kurs na kolejną wielką inwestycję. Konserwatywni krytycy czystej energii jeszcze nie bardzo to przyznają, ale wzrost znaczenia energii słonecznej oraz zapaść energii starszego typu to swego rodzaju twórcza destrukcja. Dla systemów wielkiej energii to moment Kodaka [„Kodak moment” – przywoływana często jako przykład braku nadążenia za rozwojem technologii z własnego pola sytuacja, gdy firma Kodak nie dostrzegła z wyprzedzeniem nadchodzącej ery cyfryzacji fotografii, stając się z lidera ostatnią w wyścigu – przyp. tłum.].
Zgodnie z tą logiką nie powinniśmy się szczególnie przejmować dalszym losem kampanii związanych z ochroną środowiska, ponieważ ich kontynuowanie nie będzie trudne. Wedle tej wykładni Naomi Klein myliła się – nie chodzi o, jak pisała, „kapitalizm versus klimat”, ale raczej o „kapitalizm dla klimatu”. Ujmując to w prostszy sposób – rozwój technologiczny oznacza, choć może nie jest to jeszcze wyraźnie widoczne, że koniec paliw kopalnych zbliża się wielkimi krokami.
Musi to uspokajać tych z nas, którzy obawiali się, że kapitalizm steruje światem ku globalnej katastrofie klimatycznej. Jednak, tak samo jak w przypadku aroganckiego imperialnego podstępu Busha, takie triumfowanie nie musi zakończyć się dobrze.
Odporne paliwa kopalne
Jeśli chodzi o środowisko, powinniśmy przyswoić sobie wszyscy myśl przewodnią włoskiego marksisty Antonia Gramsciego: „Pesymizm intelektu, optymizm woli”. Istnieją powody, dla których można mieć nadzieję na zmianę światowego systemu energetycznego z tradycyjnego na odnawialny. Jasne jest, że taka zmiana ma obecnie olbrzymią wartość nie tylko z moralnego i społecznego punktu widzenia, ale także posiada sens ekonomiczny.
Niestety – w chaotycznym, nieracjonalnym systemie kapitalistycznym „posiadanie sensu” niespecjalnie się liczy. I, wbrew uspokajającym argumentom Cassa i innych, istnieje wystarczająco dużo powodów, by uznać, że poleganie na „siłach rynkowych” w celu przeprowadzenia jakiejś zmiany, oznacza przepis na katastrofę.
Pomimo ostatniego pasma sukcesów, odnawialne źródła energii wciąż stanowią tylko ułamek światowej produkcji energetycznej. W 2015 r. energia elektryczna wygenerowana przez takie źródła (z wyjątkiem wodnej) złożyła się jedynie na 7 procent całej energii wytworzonej na świecie. Paliwa kopalne za to stanowiły 80 procent. Nawet jeśli poziom inwestycji w energie odnawialne będzie rósł w obecnym tempie, postęp nowego systemu energetycznego będzie i tak powolny. Biorąc pod uwagę piętrzące się dowody na szkody, jakie do tej pory przyniosło globalne ocieplenie, nie możemy sobie na to pozwolić.
Na horyzoncie widzimy też cały czas trwającą ofensywę wpływowych i silnych przemysłów wydobywczych. Wskazany przez Cassa „moment Kodaka” to urocza metafora, jednak porównywanie sytuacji, której obecnie stawia czoła rynek energetyczny, z sytuacją przemysłu fotograficznego nieradzącego sobie z cyfryzacją zdjęć, świadczy o niezrozumieniu, jak bardzo kluczową rolę pełni energetyka w globalnym systemie kapitalistycznym.
Środowisko a imperializm
Nie jest wcale tak, że tradycyjne systemy energetyczne mają w kieszeni polityków, których można by z łatwością przekabacić na swoją stronę, jeśli tylko w korporacyjnych dotacjach pojawi się dziura. W wielu krajach państwo kapitalistyczne jest zależne od paliw kopalnych – oczywiście jako od źródła dochodu, ale i, co istotniejsze, traktuje je ono jako środek do utrzymania swojej pozycji w konkurencyjnej globalnej walce o władzę militarną i ekonomiczną.
Na dłuższą metę dla krajów takich jak Australia i Stany Zjednoczone stanie się światowymi liderami w produkcji energii odnawialnej może mieć sens – może dać im autentyczną „niezależność energetyczną” i pomóc stworzyć nowe, potencjalnie lukratywne, przemysły eksportowe. Ale kapitaliści nie biorą pod uwagę tego, co ma sens na dłuższą metę. Jedyne, co się dla nich liczy, są codzienne zyski.
Maksymalizacja zysku oznacza wyciskanie ile można ze źródeł, które się posiada. Oznacza to i zasoby naturalne, i ludzi, a także infrastrukturę produkcyjną, za pomocą której praca rąk ludzkich jest zamieniana w towary sprzedawane na światowych rynkach. Oznacza to także wyciskanie mocniej, niż czynią to nasi rywale.
W przypadku Australii i Stanów Zjednoczonych paliwa kopalne są kluczowe dla ich infrastruktury produkcyjnej, na jakiej opierają się bogactwo i władza poszczególnych grup kapitalistów. W perspektywie historycznej „tanie i łatwe w obsłudze” zasoby, takie jak węgiel, gaz i ropa, generowały zyski dla całej gospodarki. Trudno machnąć na nie teraz ręką, zwłaszcza w świetle pojawienia się nowych globalnych rywali, np. Chin.
Ostatnie zarządzenie Donalda Trumpa, w którym podkreśla on wagę „niezależności energetycznej”, odwraca kurs restrykcji związanych z państwowymi zasobami paliw kopalnych, jakich żądał Obama. Powszechnie określa się je mianem bezpośredniego prezentu dla amerykańskich firm wydobywczych i energetycznych. Jest w tym ziarno prawdy, ale nie daje to pełnego obrazu.
Tchnięcie nowego życia w amerykańską produkcję paliw kopalnych to część szerszego projektu Trumpa, zasadzającego się na postawieniu USA „na pierwszym miejscu” oraz na próbie zażegnania niebezpieczeństwa, którym grozi rozkwit Chin. Obecny prezydent Stanów Zjednoczonych umieścił całą kwestię zmian klimatycznych w kontekście rywalizacji chińsko-amerykańskiej. W 2012 r. na przykład napisał na Twitterze: Koncepcja globalnego ocieplenia została wymyślona przez Chińczyków i na ich korzyść, a jej powstanie miało na celu zmniejszenie konkurencyjności wytwórstwa amerykańskiego.
To oczywiście komiczne stwierdzenie. Ale pokazuje też, jak część amerykańskich przedstawicieli kapitału, uosabiana przez Trumpa, postrzega takie kwestie: nie tylko jako podstawę bytu firm wydobywczych w sektorze paliw kopalnych, ale także jako sprawę, która ma konsekwencje dla gospodarki jako całości, a także, szerzej, dla czołowego miejsca, jakie Ameryka zajmuje w globalnym porządku dziobania.
Trump nie jest pierwszym prezydentem Stanów Zjednoczonych, który pragnąłby wzmocnić globalną konkurencyjność kraju za pomocą eksploatowania niewykorzystanych rezerw paliw kopalnych. Obama mógł się prezentować jako oświecony zwolennik zrównoważonego rozwoju, jednak stał na czele bezprecedensowego amerykańskiego boomu na rynku produkcji gazu i ropy – i to napędzanego głównie przez niszczącą środowisko technikę szczelinowania przy wydobyciu gazu łupkowego.
Kolejna przeszkoda na horyzoncie
Poleganie na siłach rynkowych, które miałyby wdrażać „rewolucję nowych źródeł energii”, niesie ze sobą także inne problemy. Jeden z nich uwypuklono w niedawnym numerze „The Economist” w artykule pod kuszącym tytułem: „Brudny sekret czystej energii”. Nie był to jednak, jak można by przypuszczać, rodzaj „clickbaita” przeznaczonego dla organów wykonawczych firm wydobywczych czy dla australijskich polityków, szukających „brudnych” wieści o tym, jak to farmy wiatrowe czy panele słoneczne są niekorzystne dla środowiska. Jako że „The Economist” jest rzecznikiem poglądów liberalnego skrzydła amerykańskiej i brytyjskiej burżuazji, gotów jest przyznać, iż dekarbonizacja gospodarki światowej ma swoje zalety. „Brudnym” sekretem z artykułu okazuje się fakt, że źródła odnawialne są zbyt tanie. Magazyn pisze: Wiara w to, że świat wkracza w nową erę czystej, taniej i nieograniczonej energii, przestaje już być naciągana. Jest jednak pewien szkopuł o wartości 20 kwintylionów dolarów:
Aby trafić z naszej rzeczywistości do nowej, potrzeba ogromnej liczby inwestycji trwających kilka dziesięcioleci. Inwestorzy zazwyczaj lokowali swoje środki w elektryczności, ponieważ oferowała ona stabilną stopę zwrotu. Jednak zielona energia ma swój brudny sekret – im bardziej się ją rozwija, tym niższa staje się cena energii pochodzącej z każdego źródła.
Innymi słowy, problem polega na tym, że rozwój rynku energii odnawialnej sprawia, że wielkie firmy nie zgarniają już zysku, do jakiego były przyzwyczajone. „The Economist” twierdzi, że spowoduje to spowolnienie inwestycji, a zmiana sposobu pozyskiwania energii na zrównoważony stanie się niemożliwa bez interwencji rządu: Teoretycznie, jeśli odnawialne źródła energii miałyby stanowić 100 procent rynku, hurtowa cena elektryczności spadłaby do zera, co odstraszyłoby wszystkie nowe inwestycje niewspierane przez rząd.
W jednym punkcie Cass ma rację. Jeśli wygodnie się rozsiądziemy i pozwolimy rynkowi pędzić przed siebie, wzrost sektora energii odnawialnej może popchnąć nas ku „twórczej destrukcji”. Jednak, choć autor sugeruje coś wręcz przeciwnego, nie jest to sytuacja, z której powinniśmy być zadowoleni.
Sektor wielkiej energii i tak nie pozwoli na zmniejszenie własnych zysków. Będzie walczył zaciekle przeciwko rozwojowi sektora energii odnawialnej – do tego stopnia, że jeśli to dążenie okaże się jego porażką, a zyski ucierpią, firmy zaczną odbijać sobie niedobory, próbując wycisnąć jeszcze więcej ze swojej ledwo dyszącej infrastruktury, i podniosą nam ceny. W swoim entuzjazmie ogłaszania „końca misji” Cass nie poświęcił wiele uwagi tej części równania.
Rozwój energii odnawialnej jest powodem do żywienia nadziei na przyszłość. Ale triumfalizm Cassa i innych, ich poczucie, że można po prostu usiąść i pozwolić rynkowi działać, to recepta na katastrofę.
Musimy teraz walczyć bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Musimy rzucić wyzwanie trwającej dominacji przemysłu wydobywczego w światowej gospodarce. Powinniśmy też upomnieć się o taki system pozyskiwania energii, który skoncentruje się na potrzebach ludzkich, a nie na prywatnych zyskach – system, który spożytkuje najnowsze odkrycia technologiczne związane ze źródłami odnawialnymi w taki sposób, by zapewnić każdemu tanią i bezpieczną energię.
Powyższy tekst, niepodpisany, ukazał się w kwietniu 2017 r. na stronie redflag.org.au.
Tłumaczenie Magdalena Okraska
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017
Po prawie trzech dekadach istnienia III Rzeczpospolitej można z całą pewnością stwierdzić, że zasługuje ona na swoją „czarną księgę”. Znalazłoby się tam miejsce na przeróżne opowieści: o prywatyzacji systemu emerytalnego, o pacyfikacji przez policję protestów robotniczych, o osiedlach kontenerowych i o braku polityki komunalnej państwa, o ciężkim losie Mariana Zagórnego, który walczył z mafią zbożową i płacił za to wyrokami sądowymi, o zmowie pogardy wobec popegeerowskiej wsi. A także, oczywiście, musiałoby się tam znaleźć miejsce na historię rodzimej reprywatyzacji. I jeszcze jedno: dzieje III RP to również historia walki klasowej. Napiszę to mocno: zamordowana kilka lat temu działaczka lokatorska Jolanta Brzeska jest również – najdosłowniej w świecie – ofiarą walki klas.
Książka „Wszystkich nas nie spalicie”, autorstwa Piotra Ciszewskiego i Roberta Nowaka, może stanowić część „czarnej księgi” III RP, choćby jako istotny element wstępu. Tym bardziej, że autorzy dobrze wiedzą, o czym piszą: Ciszewski to dziennikarz, publicysta i aktywista społeczny, działacz kampanii „Mieszkanie Prawem, Nie Towarem”, a następnie współtwórca Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów i uczestnik blokad eksmisji na bruk. Z kolei Robert Nowak to społecznik, bloger, od kilku lat związany z WSL, redaktor portalu lokatorzy.pl. Ich praca pisana jest z jasno określonej perspektywy: aktywistów stołecznego środowiska lokatorskiego.
Dla niektórych powyższa kwestia stanowi mankament tej książki, ale moim zdaniem warto przypominać i pokazywać opinii publicznej tę dość nieliczną grupę działaczek i działaczy lokatorskich, którzy przez lata mieli odwagę zaangażować się po stronie przegranych, po stronie wyszydzonej sprawiedliwości. I nie mogli liczyć na niczyje oklaski, więcej nawet: nie mogli nawet liczyć na życzliwość czy chociażby uczciwe traktowanie ze strony przeróżnych instytucji publicznych. Gdy niemal wszyscy stali odwróceni – oni toczyli nierówną walkę z reprywatyzacyjnym, bezwzględnym, wpływowym, potężnym finansowo i politycznie reprywatyzacyjnym układem.
Rzućmy najpierw szersze światło na sprawę. Ostatnie dekady w naszym kraju upłynęły na dyskusjach dotyczących rozliczeń z epoką PRL, ukarania winnych zbrodni, potępienia ludzi i struktur odpowiedzialnych za patologie tamtych czasów. Ale najwyższa pora, żebyśmy solidnie zaczęli mówić o rozliczaniu III RP z jej przewin, bo nagromadziło się tego brudu już dość: jedni go nie widzą, ponieważ z niego świetnie żyją, drudzy przeoczyli teraźniejszość zajęci spoglądaniem w przeszłość, trzeci tak bardzo uwierzyli w ultraliberalną doktrynę gospodarczą, że krzywdę mnóstwa obywatelek i obywateli Polski pojmują jako nową dziejową sprawiedliwość i konieczność. Jeszcze jedno: wyobrażenia społeczne wydają się czymś efemerycznym, ale w znacznej mierze to atmosfera dogmatycznego ultraliberalizmu gospodarczego, zapewne nierzadko podpartego własnym zyskiem jego piewców, odpowiada za zaniechania państwa i znieczulicę społeczną wobec ofiar dzikiej reprywatyzacji. Być może za kilka dekad dzika reprywatyzacja zostanie w pełni opisana jako historia koncesjonowanej przez państwo i długo społecznie tolerowanej nikczemności.
Pozwolę sobie na pewne smutne wspomnienie. Tuż po śmierci Jolanty Brzeskiej, na początku marca 2011 roku, byłem aktywnym użytkownikiem bardzo wówczas popularnego portalu blogowego salon24.pl. Blogosfera dawała wówczas mocno niezapośredniczony głos zwykłym użytkownikom internetu, głos – jak często przekonywano – daleki od zapatrywań mainstreamu. Pod kilkoma dość istotnymi kwestiami były to jednak nierzadko głosy bardzo typowe. Opublikowałem tam wówczas kilka okolicznościowych tekstów poświęconych tragicznie zmarłej działaczce lokatorskiej. Najbardziej przygnębiające, choć dość oczywiste w polskich realiach, było to, że najaktywniejszymi komentatorami byli miłośnicy „najświętszej własności”, którzy wprost pisali, że Brzeska najpewniej miała problemy psychiczne i dokonała samospalenia, że nie sprowokowałaby agresywnych działań ze strony czyścicieli kamienic, gdyby wyprowadziła się z cudzego mieszkania, że ruchy lokatorskie pasożytują na legalnie zdobytej/odzyskanej własności. Wreszcie padały sugestie, że jeśli ktoś tak bardzo współczuje wyrzucanym z mieszkań, to niech przyjmie ich pod swój dach. Ten przykład jak w soczewce pokazywał, w jaki sposób przemoc symboliczna legitymizuje we współczesnej Polsce przemoc instytucjonalno-rynkową. Uderzało coś jeszcze: częsty brak kontrargumentów blogerek i blogerów, którzy przeciwstawiali się tej logice, ale nie wiedzieli, jakim językiem wyrazić swój sprzeciw wobec dogmatycznego lumpenliberalizmu. I milkli.
Dziś na szczęście sytuacja przedstawia się choć trochę inaczej. Zwolennicy „najświętszej własności”, owszem, nierzadko nie zmienili zdania ani o jotę, ale po pierwsze, za sprawą sprawnych i konsekwentnych działań stowarzyszenia Miasto Jest Nasze patologie reprywatyzacji zostały nagłośnione medialnie i weszły na dobre do masowego obiegu informacji. Po drugie – zmiana władzy politycznej w październiku 2015 roku w tej akurat materii okazała się dobra, a przynajmniej – niezgorsza. Zarówno prace nad powstaniem komisji weryfikacyjnej, jak i zdecydowane działania Ministerstwa Sprawiedliwości oraz Prokuratury pomogły wielu osobom uświadomić sobie, że reprywatyzacja po polsku była zalegalizowanym szwindlem. Stołeczny Ratusz, niegdyś traktujący głos lokatorów z absolutną dezynwolturą, sporo stracił pod względem wizerunkowym, w kwestiach reprywatyzacji przestał być wiarygodny dla dużej części opinii publicznej, a niektórzy jego urzędnicy stali się obiektem większego zainteresowania odpowiednich organów państwa.
Patrząc z dzisiejszej perspektywy, „Wszystkich nas nie spalicie” Ciszewskiego i Nowaka, przynosi wiele oczywistości, szczególnie osobom nieźle już w sprawie zorientowanym. Jestem jednak przekonany, że to absolutna lektura obowiązkowa dla tych, którzy dopiero chcieliby poznać skandaliczną historię reprywatyzacji pisaną z perspektywy działaczy lokatorskich, historię ich walki o respektowanie praw ludzi, którzy stali się obywatelami drugiej kategorii. Co istotne, w znacznej mierze książka ta jest pracą z zakresu rodzimej historii ludowej. To jej ważny rys, ponieważ wciąż brak lewicy istotnych społecznie ludowych mitów, nie tylko oddziałujących na wyobraźnię lewicowych środowisk, lecz zdolnych zainteresować także tzw. zwykłych ludzi.
Żywy dziś mit Jolanty Brzeskiej ogniskuje wiele elementów istotnych z punktu widzenia lewicy: i tych odnoszących się do katalogu lewicowych wartości oraz aktywności i wrażliwości społecznej, i tych, które wiążą się z wizją i standardami polityki społecznej, mieszkaniowej, ładu społeczno-gospodarczego i legislacyjnego. Czy nie jest znamienne, że jedną z najgłośniejszych ofiar III Rzeczpospolitej jest samotna, starsza kobieta? W kraju oficjalnego kultu chrześcijańskich wartości, państwo i mafia zjednoczyły się przeciw niezamożnej lokatorce. Bo ośmieliła się walczyć o sprawiedliwość dla siebie i grupki podobnych sobie „życiowych nieudaczników”, którzy i które mieli pecha stanąć na drodze budującemu się właśnie kapitalizmowi „po polsku”.
Wiele o sytuacji ruchu lokatorskiego i fatalnym losie wypędzonych lokatorów jeszcze kilka lat temu mówi taki oto cytat: Pierwsze blokady eksmisji oraz akcje organizacji lokatorskich w tej sprawie nie spotkały się z większym zrozumieniem mediów. Jeszcze w latach 2008–2009 dziennikarze pisali o biednych kamienicznikach niemogących się pozbyć mieszkańców z należących do nich budynków. Właściciel więc może robić, co mu się podoba, nawet jeśli działa na granicy prawa – sugerowali, a reprywatyzacyjna patologia narastała. Nie bez znaczenia jest fakt, że przez blisko trzy dekady III RP nie udało się stworzyć integralnej ustawy reprywatyzacyjnej. Ostatni jej duży projekt, zresztą autorstwa niechlubnej pamięci rządu Jerzego Buzka, zawetował ówczesny prezydent Aleksander Kwaśniewski. Tłumaczył to ochroną „zasad sprawiedliwości społecznej i równością obywateli wobec prawa”. Notabene autorzy „Wszystkich nas nie spalicie” przypominają, że już w 1995 roku Piotr Ikonowicz, wówczas poseł, proponował uchwalenie ustawy o wygaszeniu roszczeń reprywatyzacyjnych. Trudno jednak wyobrazić sobie jej realizację, szczególnie w klimacie pierwszych lat transformacji.
Reprywatyzację w III Rzeczpospolitej często czyta się i ogląda przez pryzmat stolicy. Tylko w Warszawie władze wypłaciły w ramach roszczeń reprywatyzacyjnych 1,4 mld złotych – pomińmy tu wartość działek i budynków oddanych w Warszawie. Autorzy pracy podkreślają jednak, że reprywatyzacja ma zasięg ogólnopolski. Tym bardziej, że podwyżki czynszów dają kamienicznikom szansę na szybki zarobek bez ponoszenia wielkich kosztów. Stąd jeden z rozdziałów książki nosi wymowny tytuł: „Poznań, Łódź, Kraków, Warszawa – wspólna sprawa!”. To o tyle istotny wątek, że skoncentrowane na sprawach stołecznych tzw. ogólnopolskie media rzadko pokazują bolączki naszej rzeczywistości, która otwiera się poza rogatkami Warszawy.
Ciszewski i Nowak skrótowo (może nawet zbyt skrótowo) opisują realia pozawarszawskiej reprywatyzacji, ale już tylko to, co pokazują, pozwala zobaczyć, że różnorakie skandaliczne aspekty społecznej niesprawiedliwości III RP nie dotyczą jedynie stolicy. Są niestety wspólną cechą polskich przemian.
Przykładowo, w Poznaniu władze miasta postawiły na szybkie pozbycie się ponad 150 kamienic o nieuregulowanym statusie własnościowym, pozostających pod zarządem Miejskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Mieszkaniowej. Nie przykładano należytej wagi do sprawdzania zasadności roszczeń, nie próbowano podważać ich w sądzie, nie dbano o to, żeby dawni właściciele lub ich spadkobiercy wzięli na siebie część kosztów wieloletniego utrzymania budynków przez państwo. Na ogół urzędnicy nie chcieli też komunalizować tych budynków. Na lokalną strategię miejską nałożyły się całościowe rozwiązania prawne. W ramach jeszcze skuteczniejszego budowania kapitalizmu w 2006 roku uwolniono czynsze w budynkach prywatnych, wcześniej regulowane w ustawie o ochronie praw lokatorów. To jeszcze bardziej pogorszyło sytuację wypędzanych lokatorów.
Walki klas nie prowadzi się dziś wyłącznie w białych rękawiczkach, wcale nie. Nie toczy się jej jedynie w telewizyjnych studiach, drogich restauracjach, gabinetach prawodawców, na przyjęciach dla wielkiego biznesu, potężnych mediów, wpływowych polityków. Walka klas wciąż toczy się na ulicach, na klatkach schodowych, przed drzwiami domów, do których próbują się wedrzeć odzyskiwacze kamienic. Tyle że po jednej stronie są ludzie bezwzględni i zmotywowani dużym zarobkiem, korzystający nierzadko ze wsparcia albo cichego przyzwolenia państwa, a po drugiej – zmęczeni i zestresowani, zagrożeni w swoim bycie kobiety i mężczyźni i ludzie dobrej woli, nierzadko otrzaskani z różnorakimi aspektami walki na każdym możliwym froncie, ale nie dość liczni, przeciążeni pracą i zobowiązaniami.
Spójrzmy z bliska na to, czego na ogół nie chcą pokazywać kamery mediów zaprzyjaźnionych z realnym liberalizmem: przy ulicy Stolarskiej 2 w Poznaniu [lokatorzy – przyp. K.W.] zabili deskami główne wejście do budynku. Zostało ono dodatkowo zabezpieczone kontenerem na śmieci, a bramy pilnowało kilka osób. Mieszkańcy szykowali się na atak czyściciela kamienic. Nie chcieli dopuścić go do budynku, aby nie zaczął ponownie psuć instalacji, odłączać prądu ani wprowadzać ludzi prowadzących remont, będący w rzeczywistości dewastacją kamienicy. Wszystko to działo się na oczach niereagującej policji: gdy 17 sierpnia 2012 roku [Piotr Ś. – jedna z prominentnych postaci poznańskiego rynku nieruchomości – przyp. K.W.] przybył na Stolarską z robotnikami i próbował rozbić blokadę, funkcjonariusze zachowywali się biernie. Obserwowali zdarzenie nawet w momencie, gdy zbiry szarpały lokatorów i dochodziło do rękoczynów. Dopiero zgromadzenie się na miejscu sporego tłumu gapiów z okolicznych budynków oraz przybycie obrońców praw lokatorów domagających się interwencji skłoniło policję do wkroczenia i zablokowania pomocnikom Ś. dostępu do bramy. Pomimo ewidentnego łamania prawa nikt nie został jednak nawet zatrzymany.
Roman Kuster, w tamtym czasie komendant policji w Poznaniu, tak odpowiedział na prośby lokatorów o pomoc: Mamy wolny rynek i jeśli chcą państwo mieć całodobową ochronę, można skorzystać z usług firm ochroniarskich. To jeden z bardzo licznych przykładów na to, że urzędnicy publiczni w III RP byli/są tak naprawdę mniej lub bardziej jawnymi „funkcjonariuszami rynku”. W stolicy Wielkopolski na ratunek lokatorom ruszyli anarchiści z Kolektywu Rozbrat. W lutym 2012 roku doszło do powstania Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów. Ostatecznie jednak nowy właściciel doprowadził do wyprowadzki niechcianych przez siebie mieszkańców z kamienicy przy Stolarskiej. Obywatelski opór sprawił jednak, że lokatorom udało się uzyskać od miasta mieszkania komunalne.
Historia reprywatyzacji to, chyba bardziej dosłownie niż w przenośni, dzieje współpracy państwa, biznesu i mafii – ta prawda uwidacznia się z całą jaskrawością na kartach książki Ciszewskiego i Nowaka. Być może konkretni lokalni i centralni politycy nigdy nie podawali ręki bandytom zastraszającym ludzi, ale bliższe przyjrzenie się sprawie pokazuje, kto z czyjej brudnej roboty miał korzyść. Niekoniecznie korzyścią osobistą – władze samorządowe i centralne po prostu „miały kłopot z głowy”. Różne mechanizmy – polityczne, legislacyjne, rynkowe i bandyckie – pracowały na to, żeby pozbyć się lokatorów – obywateli gorszej kategorii. Ludzkie cierpienie i tragedie, całe życie starszych już ludzi podsumowane nagle wyrokiem eksmisji, bo byli zwykłymi obywatelami gwałtownie przeobrażającego się kraju.
To wszystko nie było interesujące – zresztą, reprywatyzacyjna wizja rzeczywistości nosi wszelkie znamiona nowej sprawiedliwości dziejowej, i to w niemal magiczny sposób: samo pozyskanie „świętej własności” gwarantowało i gwarantuje nieledwie nietykalność w oczach nie tak małej części elit III RP. W pewnym sensie, co warto sobie uświadomić przy okazji wydania właśnie tej książki, w podobno katolickiej (przynajmniej co do publicznej moralności) Polsce duży pieniądz stał się funkcją etycznej słuszności, a ubóstwo stało się etycznie podejrzane. To dlatego właśnie tak łatwo było budować obraz ofiar reprywatyzacji jako roszczeniowej grupki z marginesu społecznego, a nowi właściciele chodzili w nimbie ludzi, którzy wreszcie sięgnęli po to, co im się należało. Nic też dziwnego, że ruchy lokatorskie miały naprawdę znaczne trudności, żeby przebić się ze swoim wołaniem przez tak silną i szeroko akceptowaną narrację.
W polskich warunkach sporym wzięciem cieszy się hasło o braku alternatywy wobec przyjętego modelu przemian ustrojowych i własnościowych. Skoro „nie było alternatywy” dla terapii szokowej, to nic dziwnego, że „nie ma alternatywy” dla licznych zjawisk stanowiących jej logiczne następstwo, w tym dla reprywatyzacji. Istnieją jednak przykłady negujące takie neoliberalne „oczywiste oczywistości”. Prawda jest taka, że istnieje alternatywa. Najlepszym przykładem Łódź, gdzie prywatne osoby próbowały odzyskać kamienicę gruntownie odrestaurowaną za publiczne pieniądze (mowa o ponad 10 milionach złotych). Władze miasta toczyły spór sądowy o zabytkowy budynek i wygrały. Co więcej, w 2012 roku w celu obrony miejskich nieruchomości lokalny samorząd powołał do życia Zespół ds. Ochrony Własności: składa się on z siedmiu ekspertów, między innymi od dokumentów archiwalnych oraz historii zabytkowych budynków. Praca tej grupy ma charakter śledczo-historyczny. Przyczyniła się do skierowania do prokuratury podejrzenia o próbie wyłudzenia 35 nieruchomości, a pod koniec sierpnia 2016 roku przygotowywanych było kolejnych 10 wniosków. Jest to jedyny przypadek tak szerokiego działania miasta przeciwko roszczeniom reprywatyzacyjnym. Co istotne, z dużym prawdopodobieństwem można ocenić, że część łódzkich roszczeń zgłaszanych jest z premedytacją już po zakończeniu remontu kamienic. Urzędnicy tamtejszego Wydziału Organizacyjno-Prawnego wprost stwierdzają, że część wniosków o zwrot opiera się na sfałszowanych dokumentach notarialnych oraz księgach wieczystych. Jak widać, instytucje mogą starać się o dobro publiczne – potrzeba jednak do tego woli politycznej lokalnej władzy, potrzeba odpowiednich struktur/instytucji i przeznaczenia środków na ich utrzymanie. Alternatywa istnieje, ale opłaca się nie tym, którym na ogół powinna się opłacać – to również wiele mówi o determinantach naszej rzeczywistości.
Ktoś powie, że mało w tej recenzji poświęciłem miejsca Jolancie Brzeskiej. To prawda, to celowy zabieg. Z całą pewnością jest dziś tak, że stała się ona postacią, wokół której ogniskuje się pamięć nie tylko ruchu lokatorskiego, ale bodaj wszystkich osób dobrej woli krytycznie podchodzących do spraw reprywatyzacji. Jej historia jest już dość dobrze znana, łatwo się z nią zapoznać, choćby sięgając do różnorodnych źródeł internetowych, tekstów prasowych, coraz większej liczby audiowizualnych materiałów dokumentalnych. Z całą pewnością jest też bardzo dobrze znana znakomitej większości czytelniczek i czytelników „Nowego Obywatela” – byłbym przykro zaskoczony, gdyby było inaczej.
Dodajmy, że na początku marca 2017 roku przekroczony został kolejny kamień milowy: sprawę morderstwa Brzeskiej i stołecznej reprywatyzacji przedstawiło w materiale reportażowym BBC. Na naszych oczach powtarza się dobrze znany, choć tragiczny schemat: okrutne zabójstwo, wbrew pragnieniom morderców i ewentualnych zleceniodawców, nie zamyka sprawy. Staje się kamieniem węgielnym. Mieszkanka z Nabielaka 9 zasługuje na równie dobry film fabularny co Veronica Guerin, irlandzka dziennikarka walcząca piórem z mafią narkotykową. Choć może lepiej, gdyby nie kręcili go polscy specjaliści od koturnowych i laurkowych obrazów oraz historycznych rekonstrukcji. Z całą pewnością książka Ciszewskiego i Nowaka dostarczy obfitego materiału scenarzystkom i scenarzystom zainteresowanym patologiami reprywatyzacji, historią tej hańby. O ile kiedyś faktycznie zaczniemy bardziej interesować się krzywdami wyrządzonymi najzwyklejszym ludziom w naszych czasach.
Powiem jeszcze jedną rzecz: nawet jeżeli winni śmierci stołecznej działaczki lokatorskiej zostaną ukarani, to sprawiedliwości wciąż nie stanie się zadość. Ponieważ sprawiedliwość dla Brzeskiej oznacza coś więcej – sprawiedliwość dla wszystkich. A ta wiąże się z przywróceniem państwu polskiemu elementarnej efektywności w dziedzinie polityki społecznej i mieszkaniowej. Znamienny jest fragment z książki Ciszewskiego i Nowaka: na początku każdego roku odbywa się Dzień Lokatora. Przy tej okazji opracowano raport pokazujący, ile miasto powinno wydać na budowę nowych lokali dla osób z zasobu reprywatyzowanego i innych potrzebujących. Z danych zebranych na początku 2015 roku przez WSL wynikało, że aby rozwiązać problem, wystarczyłoby przeznaczyć na ten cel jedynie nieco ponad 1,5 proc. budżetu m.st. Warszawy, czyli około 7 proc. wydatków przewidzianych na inwestycje. Ale ruchy lokatorskie wciąż nie są dla stołecznych samorządowców partnerem – są uciążliwym petentem. Przy okazji, co z jednej strony zrozumiałe, z drugiej pomniejsza nieco wartość książki, w znacznej mierze skupia się ona na działalności Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów, a niemal pomija inne organizacje lokatorskie. Z jednej strony da się to wyjaśnić faktem, że autorom najłatwiej było opisać ten fragment ruchu lokatorskiego, który najlepiej znają, z drugiej – pokazuje podziały także w obrębie tego, dość przecież nielicznego, środowiska.
Państwo zwane III Rzeczpospolitą nie jest nawet nocnym stróżem, jest wspólnikiem oprawców. Ta smutna prawda czytelnie i rzeczowo została przedstawiona na kartach książki, której okładkę zdobi graffiti z podobizną Jolanty Brzeskiej. Po części gorzka, po części pokrzepiająca myśl: jak w najbardziej barbarzyńskich czasach książka o małym nakładzie, której przydałaby się solidna korekta, jest jednym ze znaków nadziei, głosem sprawiedliwości i niewygodnych prawd, głosem lewicy, która jest wierna swoim zasadom i swoim społecznym zobowiązaniom.
Krzysztof Wołodźko
Piotr Ciszewski, Robert Nowak, Wszystkich nas nie spalicie, Wydawnictwo Trzecia Strona, Warszawa 2016.
przez Andrzej W. Nowak | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017
Zarządzanie jest dyscypliną, która nie ma w Polsce łatwego życia. Częściowo zaważyły na tym uwarunkowania historyczne. Analizując to w perspektywie „długiego trwania”, można sięgnąć do I Rzeczpospolitej i wskazać, że w kraju właściwie bez miast i przemysłu, z gospodarką opartą na półniewolniczej pracy chłopskiej, nie trzeba było rozwijać zbyt wyrafinowanych narzędzi zarządzania. Okres „długiego wieku XIX” pomógł niewiele, kraj nie miał własnej państwowości, nawet jeśli Polacy odnosili sukcesy we wspomnianej dziedzinie (dość wspomnieć środowisko skupione wokół poznańskiego „Bazaru” czy sukcesy polskich przedsiębiorców w Rosji), to nie było szans kontynuacji i kumulowania doświadczenia. Wiek XX nie był lepszy; pierwsza połowa naznaczona dwiema wojnami i kryzysem ekonomicznym utrudniała samoorganizację. Z kolei w okresie PRL prężnie rozwijające się nauki o zarządzaniu zostały uwikłane w ideologicznie motywowane zadania oraz częściowo skompromitowane. Rok 1989 to kolejny cios. Powstały po okresie transformacji kryzys tej dyscypliny w Polsce wynika także z nałożenia się dwóch procesów: globalnej ewolucji systemu kapitalistycznego w kierunku przyśpieszonej neoliberalizacji oraz rodzimej „terapii szokowej”.
Zdaję sobie sprawę, że teza o kryzysie dyscypliny zarządzania po 1989 roku może dla wielu brzmieć paradoksalnie. Przecież „marketingu i zarządzania” nauczano we wszystkich szkołach wyższych. Trzeba jednak zauważyć, że – jak wskazuje David Graeber w „Utopii regulaminów” – zainteresowanie pojęciem „biurokracja” w naukach społecznych rosło do około 1973 roku, aby potem zacząć nieubłaganie maleć. Nie oznacza to, że na świecie ubyło biurokracji. Przeciwnie, biurokracji przybyło, jesteśmy zarządzani jak nigdy dotąd, tyle że pozwoliliśmy sobie odebrać prawo do publicznego mówienia na temat zarządzania i do traktowania go jako kwestii politycznej o konsekwencjach społecznych czy osobistych. Jedną z patologii wynikających ze spustoszenia naszej wyobraźni socjologicznej i organizacyjnej jest właśnie fakt, że kwestie dotyczące biurokracji i zarządzania przestały być w centrum zainteresowania nauk społecznych, a zostały przejęte przez technokratyczny świat korporacji.
Częściowo to także wina ruchów lewicowych i emancypacyjnych. Słuszna krytyka społeczeństwa przemysłowego, krytyczna analiza biurokratycznego socjalizmu i kapitalizmu, napędzające generację 1968 roku pragnienie wyzwolenia z „żelaznej klatki” i pokazywanie negatywnych aspektów racjonalizacji życia – wszystko to spowodowało, że lewica i ruchy emancypacyjne odwróciły się od tej tematyki i porzuciły ją. Podobnie ruchy anarchistyczne czy anarchosyndykalistyczne, tak sprawne w samoorganizacji, nie zawsze potrafiły dostarczyć języka, którym można by afirmatywnie mówić o zarządzaniu. Problem jest podobny jak w przypadku techniki i nauki. Łatwo pokazać negatywne skutki zarządzania (analogicznie – techniki i nauki), wskazać na jego funkcjonalność dla korporacyjnego kapitalizmu, ale nazbyt radykalna krytyka pozbawia nas sprawczości, oddajemy pole innym. Jeśli sami nie potrafimy zarządzać, pozwalamy, by zarządzali nami inni.
Czas na odzyskanie zarządzania dla lewicy i ruchów emancypacyjnych. Należy odczarować tak jego praktykę, jak i teorię. Warto wreszcie przełamać ciągnące się od czasów rewolty 1968 roku zamknięcie w niemocy, w przesadnej krytyce rozumu instrumentalnego. Lewica i ruchy emancypacyjne też mogą promować przedsiębiorczość, wydajność, skuteczność, sprawność, zmysł organizacyjny. Nie bójmy się tych słów i praktyk. Wiem, że dziś są one często przechwytywane przez neoliberalną nowomowę, ale tak nie musi być. Możemy mówić i myśleć inaczej. Szansą na to jest skorzystanie z bogatego dorobku Moniki Kostery. Łączy ona erudycję humanistki z dyscypliną właściwą polu badawczemu, którym się zajmuje – zarządzaniem. Kostera w swoich wielu książkach przybliża polskiemu czytelnikowi mało znany w Polsce skandynawski nurt myślenia o tej dziedzinie. W odróżnieniu od nurtu anglosaskiego, zarządzanie nie jest tu traktowane tylko w wąskim ujęciu ekonomicznym, ale obejmuje ono całość relacji. W tym sensie Kostera podąża za Arystotelesowskim pojęciem ekonomii (oikonomos) – zarządzaniem tym, co wspólne, a nie, jak większość neoliberalnie zorientowanego zarządzania, jedynie za chremastyką, czyli sztuką zarabiania pieniędzy.
Jednak nawet po uwzględnieniu swoistego usytuowania badawczego i dyscyplinarnego autorki omawiana książka wyróżnia się na tle bliskiej jej tradycji. Monika Kostera, pisząc „Occupy Management”, zrezygnowała z klasycznych sposobów budowania układu treści stosowanego w książkach naukowych. Czytelnik i czytelniczka zamiast klasycznego układu rozdziałów otrzymują specyficzną, kolistą strukturę muzyczną. Powtarzający się rytm powoduje, że wraz z kolejnymi pojęciami jak po spirali zanurzani jesteśmy w imaginarium stworzonym przez autorkę. Książka ta ma być, jak pisze Kostera, przewodnikiem po znanym terenie, ale ukazującym go w inny, prawdopodobnie ukryty dotychczas sposób. To trudne zadanie: ukazać to, co znane, dostępne nam, w sposób, który nas zainspiruje. Łatwo uwodzić egzotyką, ezoteryką, utonąć w pogoni za nowinkami. Czytelnik i czytelniczka książki Kostery prowadzeni są w zdyscyplinowanym kolistym rytmie. Dostają propozycję złożoną z czterech części, zatytułowanych kolejno: planowanie, organizowanie, motywowanie, kontrolowanie. One z kolei rozpadają się każdorazowo na trzy części będące omówieniem konkretnych pojęć, konceptów, idei. Liczba trzy nie jest tu przypadkowa. Kostera organizuje świadomie pojęcia tak, aby wydobyć z nich trialektyczne napięcie. Wiemy z mikrosocjologii, że trójkąt jest bardzo niestabilnym społecznie układem. Wiemy też, że układ trzech zmiennych tworzy ciekawsze napięcie niż prosty układ znoszących się przeciwieństw. Świadomie opierając się na takiej trialektycznej zasadzie, autorka od początku zaprasza czytelnika i czytelniczkę do podjęcia wysiłku samodzielnego organizowania odbieranego przekazu. Taka struktura książki nie pozwala na łatwe domknięcie treści w prostych syntezach. W tym sensie autorka nie tylko pisze o organizowaniu i zarządzaniu, lecz także świadomie prowadzi odbiorcę przez proces samozarządzania i organizowania – w tym przypadku na poziomie czytania i odbierania przekazu. To bardzo ciekawy, choć trudny formalnie zabieg. Można odnieść wrażenie, że w kilku miejscach autorka gubi rytm, napięcie nie jest odpowiednio wyartykułowane. Jest to jednak zarzut wynikający z koniecznej recenzenckiej małostkowości.
Wróćmy zatem do struktury: w każdej części układ treści jest konsekwentnie rozpisany na sześć podrozdziałów, poświęconych kolejno: krótkiej historii danego pojęcia (idei, zjawiska), refleksji nad nim, części zatytułowanej „dźwięki, obrazy, sny”, kolejnej – poświęconej refleksji, krótkiemu omówieniu na przykładzie, a kończy się zadaniami, pytaniami dla czytelników. Dlaczego skupiłem się na takim, dość żmudnym, odtworzeniu układu treści? Odpowiedź jest prosta – gdyż jest on przykładem tego, jak ważna jest dyscyplina i organizacja, aby móc działać twórczo i spontanicznie. Książka Moniki Kostery samym swym układem udowadnia sens oraz cel organizowania i zarządzania. Zdyscyplinowany podział treści i pozornie ograniczająca w swej powtarzalności struktura pozwalają autorce na śmiałe, pełne wyobraźni i kreatywności refleksje. Połączenie elastyczności i struktury, kreatywności i bezpieczeństwa, ruchliwości i trwałości, to zalety dobrze zarządzanej organizacji czy procesu. Nowomowa neoliberalna polega, między innymi, na wytwarzaniu wymuszonych dychotomii. Powyższe pary nie są traktowane jako napięcie w dialektycznym procesie, ale jako przeciwstawne pojęcia. Dobrze było to widać w analizie przedstawionej w książce „Prywatyzując Polskę” Elisabeth Dunn, w której z definicji potraktowano dawnych pracowników (z okresu PRL-u) jako statycznych, pasywnych, biernych, a „prywatyzatorów” i prekarne stosunki pracy jako synonim elastyczności, dynamiki i kreacji. Studium empiryczne Dunn pokazało, że w praktyce było dokładnie odwrotnie. Jak udowodnił Tomasz Rakowski w swych „Łowcach, zbieraczach, praktykach niemocy”, dla mieszkańców podlubelskich wsi okres PRL był synonimem ruchu i dynamiki, a okres po prywatyzacji – zastoju, „wielkiego zatrzymania”.
Jeśli analizujemy te przypadki bez znajomości książki Moniki Kostery, możemy wciąż popadać w schematy dychotomiczne, proste, szkodliwe poznawczo i politycznie. „Occupy Management” pozwala nam na zrozumienie całościowego charakteru procesu zarządzania. Dzięki drodze, jaką z Kosterą przechodzimy, wczytując się wraz z nią w poszczególne pojęcia i układy, w które się one łączą, możemy zejść poniżej „piany codzienności” tworzonej przez język gazet i nie tylko zobaczyć efekt, jakim jest otaczająca nas rzeczywistość dnia codziennego, lecz także poznać mechanizmy, które pozwoliły na jej stworzenie, podtrzymywanie i wytwarzanie w przyszłości. A co najważniejsze, Kostera nie pracuje tylko w trybie odtwarzania, ukazywania – jej propozycja zachęca nas, abyśmy wzięli odpowiedzialność za to, jak w przyszłości rzeczywistość będzie kreowana.
Autorka, wierna uczennica Zygmunta Baumana, wie, że dzisiejsze czasy to „śmierć przyszłości”, że wraz z upadkiem socjalistyczno-nowoczesnych projektów (także tych w najbardziej śmiałej, komunistycznej wersji) borykamy się z doświadczaniem bezkrólewia, naznaczonym brakami kierunku, narracji, nadziei, strategii, wizji. Podążając za Baumanem, autorka jest sceptyczna wobec prostych modernistycznych recept. Wie, że wyczerpały one swoje zasady rozwojowe. Dlatego też, jej recepty i sposób wykładu dalekie są od apodyktycznego, modernistycznego dydaktyzmu.
Omawiania książka, jak pisze sama autorka, jest podręcznikiem z zarządzania i teorii organizacji dla osób, które już posiadają podstawową, tradycyjną, kanoniczną wiedzę z zarządzania; jej celem nie jest wtłaczanie nam informacji do głowy. Nie mówi ona do nas „z góry”. Raczej jesteśmy przez autorkę prowadzeni, czujemy, że mówi ona „z nami”, a nie „do nas”. Dziś w świecie trawionym zalewem informacji, „mówienie z góry” nie tylko byłoby zbędne, ale powiększałoby chaos, zagubienie i niepewność. Autorka próbuje być dla nas przewodniczką po świecie wiedzy, którą – jak zakłada – już posiadamy. Jest w tym podobna Immanuelowi Wallersteinowi wkładającemu wiele wysiłku w to, aby raczej odmyśleć struktury wiedzy niż wytwarzać kolejne koncepty. Wysiłki Kostery i Wallersteina nieprzypadkowo się spotykają, oboje próbują podjąć na nowo trud bycia nowoczesnym po nowoczesności. Wallerstein zamiast utopii proponuje utopistykę, czyli praktyczną refleksję nad możliwymi przyszłościami. Kostera próbuje zachęcić nas do krytycznego remanentu, audytu nowoczesności, abyśmy mądrzejsi o to, co nowoczesność dała nam złego, a co przyniosła dobrego, mogli próbować być bardziej samo(za)rządni i samozorganizowani.
W części pierwszej, pt. „Planowanie”, autorka rozpisuje je jako interakcje trzech momentów: wyobraźni, inspiracji i intuicji. Wyobraźnię rozumie, w dużej mierze podążając za Millsem, jako zdolność łączenia istniejących elementów w coś nowego. Wyobraźnia socjologiczna i organizacyjna jest w czasach neoliberalnych w odwrocie. Zdolność łączenia, klejenia, widzenia całości, ale z wrażliwością na konkret, pozwala na nawigowanie w świecie, przekraczanie własnych ograniczeń. Nie byłoby to jednak możliwe bez kolejnej zdolności – inspiracji. Kostera rozumie ją jako poczucie kontaktu z czymś wyższym, przekraczającym nas. I tak jak wyobraźnia (socjologiczna i organizacyjna) pozwala ujrzeć połączenia, w tym relację pomiędzy poziomem osobistym a systemowym, tak inspiracja daje odwagę do przekraczania własnego usytuowania, szukania czegoś więcej, dalej i wyżej. Sama jednak zdolność łączenia (wyobraźnia) oraz chęć działania w imię wyższych celów (inspiracja) nie wystarczą, jeżeli nie będziemy potrafili „czytać” sygnałów z rzeczywistości. Kostera, omawiając trzecią składową – intuicję, przypisuje jej taką właśnie rolę. Intuicja to poza/ponad racjonalna zdolność do odbierania sygnałów środowiska, otoczenia. To zdolność otwierania się na to, co możliwe, odwaga podjęcia ryzyka. Jednak, jak podkreśla autorka, ma to też swą ciemną stronę – poleganie jedynie na intuicji mogłoby łatwo zwieść nas na manowce. Testowanie granic nie może bowiem polegać na ich odrzuceniu. Podsumowując – planowanie to zdolność łączenia różnych sfer, środowisk, zjawisk (wyobraźnia) wzbogacona o chęć wykroczenia poza zastany porządek (inspiracja) na podstawie wiedzy dotyczącej otoczenia, środowiska (intuicja).
Gdy już zaplanowaliśmy, czas na następny krok – organizowanie. Pierwszą składową organizowania jest struktura, a właściwie: strukturalizowanie rzeczy i procesów. Organizowanie to zarówno dostrzeganie wewnętrznej struktury w rzeczach czy procesach, jak i nadawanie struktury temu, co samo było bezkształtne. Nadawanie struktury, formy to zadanie odpowiedzialne. To, jak je przeprowadzimy, będzie wpływać na przyszłe losy naszych przedsięwzięć. Na przykład struktury zbyt sztywne będą ograniczać komunikację i wymianę sygnałów z otoczeniem. Tworzenie struktury, organizowanie, wymaga przestrzeni – to kolejny element, na który zwraca uwagę autorka. Traktowanie przestrzeni jako znaczącej, twórczej, politycznej jest już dziś coraz lepiej rozpoznane. Miejsce traktowane jest jako znaczące, pełne symboliki i przeciwstawiane abstrakcyjnej, „zimnej” przestrzeni. Widać to chociażby w działaniach ruchów miejskich, które walczą o odzyskanie prawa do przestrzeni miejskiej. Kostera, która napisała doktorat o skandynawskim stylu zarządzana, a także ukończyła studia na tematycznym kierunku w Lund, wierna jest temu dziedzictwu. To Skandynawowie od lat podkreślali jak ważne jest zarządzanie, wytwarzanie dobrej przestrzeni jako warunku do twórczego działania. Przestrzeń rozumiana jako „znacząca” – miejsce jako synteza dziedzictwa, tradycji i demokratycznego zarządzania, stanowi od lat ważny element polityki publicznej w krajach skandynawskich. Odzyskanie przestrzeni nie musi polegać na gentryfikacji czy traktowaniu „dobrej przestrzeni” jako luksusu dla klas wyższych. Dobre, jakościowe zarządzanie przestrzenią powinno być nieodłącznym elementem organizowania naszego wspólnego życia i jednym z warunków jego demokratyczności.
Ściśle wiąże się z tym kolejny, ostatni moment organizowania: synchronizowanie – zarządzanie czasem. Wrażliwość na „miejsce” uczy nas, że przestrzeń wytwarza nas równie silnie, jak my ją, analogiczny proces zachodzi w przypadku czasu. Fordyzm, taylorowskie zarządzanie nauczyło nas czasu abstrakcyjnego, harmonogramu i znieczuliło na pierwotne doświadczanie czasu jako znaczącej chwili. Za Arystotelesem ujęcie to zwykło się określać jako różnicę pomiędzy czasem chora (czas abstrakcyjny) a kairos (czas znaczący, moment). Uczulenie na znaczący czas pozwala zauważyć, na czym polega mistrzostwo rzemieślnika czy artysty. Widać to świetnie, gdy obserwujemy parę zgranych tancerzy, których każdy ruch ciała jest zsynchronizowany nie wedle jakiegoś abstrakcyjnego metronomu, ale stanowi wypadkową muzyki, ruchu ciał, emocji i „wyczucia chwili”. Pojęcie kairos jest kluczowe politycznie i etycznie. Starożytni sofiści podkreślali, że wyczucie właściwego momentu to najważniejsza umiejętność retora – wyczucie, kiedy i co należy powiedzieć. W wersji etycznej to ważna składowa działania roztropnego etycznie (phronesis). Nie wystarczy bowiem wiedzieć, „co trzeba zrobić”, ale ważne jest, aby mieć doświadczenie i wiedzę, które pozwolą na zrobienie tego w odpowiednim momencie i czasie. Organizowanie to, według Kostery, wiedza o tym, kiedy, gdzie i jak nadać rzeczywistości formę i kształt.
Zaplanowaliśmy działanie, wiemy już, jaki kształt i jaką formę rzeczywistość ma mieć, teraz czas na moment kolejny – motywowanie do działania. Wprawianie w ruch zaplanowanych sposobów organizowania rzeczywistości wymaga według autorki trzech połączonych momentów: przywództwa (leadership), nauczania (learning) oraz miłości (love). Pojęcie lidera jest niebezpieczne, jak mało które zostało zawłaszczone przez korporacyjną nowomowę. Kostera stara się je odzyskać, wskazując historyczne ujęcia przywództwa – od filozofa-króla (Platon), przez oświeconego mistrza (tradycja Wschodu), po charyzmatyczne przywództwo w ujęciu Webera. Rozwija ona ujęcie przywództwa, wskazując na trzy jego wersje: autokratyczną, demokratyczną i leseferystyczną. Pisze, że można dzięki temu wyróżnić korespondujące z tymi stylami trzy archetypy przywódcze: menedżera, lidera i przedsiębiorcy. Ten pierwszy odpowiada za codzienne funkcjonowanie organizacji, podtrzymuje jej trwanie, przedsiębiorca wytwarza nowe pola rozwoju, a lider zajmuje miejsce centralne – powoduje, że to, co właśnie stało się możliwe, może zaistnieć. Przywództwo i związana z nim odpowiedzialność wymagają ponownego przemyślenia w ramach ruchów emancypacyjnych.
Nazbyt autokratyczne, agresywne typy przywództwa w ramach organizacji politycznych i partyjnych spowodowały, że sama idea przewodzenia stała się na lewej stronie sceny politycznej podejrzana. Kostera uczy nas, że da się to pojęcie odzyskać, uwolnić z tych negatywnych konotacji. Szczególnie widać to w sposobie, w jaki łączy ona przywództwo z pojęciami uczenia i miłości. To dopiero dzięki nim przywódca może motywować do działania. Uczenie to proces, w którym korzyści odnoszą obie strony – ta, która przekazuje wiedzę, oraz ta, która ją pozyskuje. Uczenie to jeden z mechanizmów wytwarzania solidarności i więzi opartej na wzajemności, otwarciu na siebie nawzajem, a do zaistnienia prawdziwie pedagogicznego stosunku konieczna jest wrażliwości tak nauczycieli, jak i uczniów. Konstruowanie przestrzeni edukacyjnej wymaga zaś stworzenia całościowych warunków dla dobrej kooperacji. To nie byłoby możliwe bez kolejnego elementu – miłości. Kostera odwołuje się do greckiego podziału na eros, agape i philia. I tak jak pożądanie erotyczne zbliża ku sobie jednostki, a agape pozwala im w owym pożądaniu nie oślepnąć, tak philia – solidarność, przyjaźń, jest uczuciem, które obejmuje większe wspólnoty. Poczucie solidarności, przyjaźni, pozwala odczuwać świat jako bezpieczny, taki, w którym może rozwijać się zaufanie. Dziś często zapominamy o tym wymiarze myśli politycznej, utopijnej, socjalistycznej, dla której ważna była właśnie owa humanistyczna nadzieja na przekraczającą jednostki przyjaźń międzyludzką. Motywowanie do działania to wedle Kostery proces oparty na refleksyjnym, zdolnym do uczenia się i nauczania przywództwie, które będzie osadzone we wspólnocie.
Ostatni zestaw pojęć dotyczy kontrolowania – czyli tego, jak upewniamy się, że rzeczy będą zrobione. Kontrolowanie jest terminem, który silnie zrósł się z takimi określeniami jak dyscyplina i samodyscyplina, determinacja, władza. Kostera proponuje nam po raz kolejny alternatywny sposób ujęcia. Rozpisuje pojęcie kontroli i kontrolowania na trzy momenty: ethos, etykę i ekologię. Odwołanie do ethosu pokazuje rolę więzi i zobowiązania wobec wspólnoty, miejsca, organizacji. Ethos pokazuje, że nie przychodzimy znikąd, nie powstajemy „jak grzyby pod deszczu”, że w odróżnieniu od liberalnych monad mamy swą historię. Pozwala to na ukazanie, że można mówić o lokalności i tradycji bez popadania w nacjonalistyczne fantazje.
Etyka to z kolei zestaw przewodników po tym, co złe i dobre, określa ona warunki brzegowe dla naszego działania. Odwołanie do ekologii to w sensie filozoficznym umieszczenie naszych działań w całości powiązań, wskazanie na ich globalną perspektywę. To ostatnie dobrze opisuje Naomi Klein w swej książce „Klimat. To zmienia wszystko”, w której wskazuje, w jaki sposób zmiany środowiskowe i klimatyczne redefiniują nasze problemy, także te intymne i osobiste. Kontrolowanie to zatem proces rozpisany na trzy momenty: ethos, czyli świadomość własnej historii, zobowiązań, przynależności, etykę wyznaczającą ramy i warunki brzegowe, i wrażliwość na całość zjawisk systemowych.
Książka „Occupy Management” to specyficzny niepodręcznik, przewodnik po zarządzaniu i organizowaniu, który zaprasza nas do podjęcia trudu samoorganizowania i samozarządzania. Książka zawiedzie tych, którzy oczekują gotowych recept, przepisów, rozwiązań – nie otrzymają ich. Monika Kostera konsekwentnie nawiązuje do bliskiej mi tradycji działania roztropnego (phronesis), mądrości praktycznej bazującej na doświadczeniu, aplikowanej w konkretnym momencie i czasie. Wiedzy takiej nie można nauczyć w sposób proceduralny, technokratyczny. Każdy czas i miejsce wymagają modyfikacji reguł, zastosowania wiedzy wynikłej z kontekstu działań. Tego nie można nabyć tak jak procedury technicznej. Przestrzec jednak należy przed pośpiesznym odrzuceniem procedur, przepisów, reguł. Kostera nie namawia do tego, proponuje raczej ich przekroczenie. Pokazuje, w jaki sposób dzięki regułom i organizowaniu możemy być bardziej twórczy, sprawczy. Kostera ani nie popada w utopię reguł i procedur, ani też nie tworzy utopii intuicji i ekspresji. Konsekwentnie uczy nas, że organizowanie i zarządzanie są częścią naszego ludzkiego dziedzictwa i jako takie stanowią dziedzinę humanistyczną, co było oczywiste zarówno dla Arystotelesa, jak i dla Marksa.
Andrzej W. Nowak
Monika Kostera, Occupy Management! Inspirations and ideas for self-organization and self-management, Routledge, Londyn 2014.
przez Olga Drenda | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017
Słowo „amator” wydaje się dzisiaj obciążone trochę lekceważącym tonem (nikt nie chciałby, aby o jego pracy mówiono „amatorszczyzna”) i odruchowo każe myśleć o wytartych kalkach językowych w rodzaju nieśmiertelnych „amatorów białego szaleństwa”. Jeśli jednak chcemy brać na poważnie postulaty demokratyzacji dostępu do wiedzy, a nawet zasady równości w ogóle, warto schować tę kategorię do kieszeni albo zrewidować swoje poglądy na temat granicy między zawodowstwem a hobbystycznym czy niedzielnym uprawianiem nauki. Nauka obywatelska to termin, który funkcjonuje w powszechnym obiegu co najmniej od lat 70. XX wieku, rozpowszechnił się natomiast za sprawą internetu w fazie web 2.0. Obecnie, w epoce galopującej popularności teorii spiskowych czy modnego terminu postprawda, nie można dopuścić do tego, aby obywatelskie podejście do wiedzy zostało zdyskredytowane.
W świecie nauk społecznych i badań nad historią coraz częściej zwraca się uwagę na sferę określaną jako wernakularna – obszar tego, co miejscowe, powszechne, potoczne, ale też nieprofesjonalne. Ten teren zawsze był domeną etnologii i antropologii kultury – nauk, które w swojej nowoczesnej, niegabinetowej wersji stanowią szkołę pokory dla każdego badacza i badaczki. Zamiast spoglądać na obiekt badań z wysokości katedry, konieczne jest nawiązanie kontaktu i znalezienie sposobu dotarcia do rozmówcy, a także – jak postuluje jeden z najważniejszych współczesnych antropologów Clifford Geertz – przyjęcie do wiadomości faktu, że być może nigdy nie uda się w pełni pojąć badanego przez siebie świata i wejść w buty swoich rozmówców.
W badaniach nad historią już od czasów francuskiej szkoły Annales, czyli od lat 30. XX wieku, poświęca się należytą uwagę codzienności, badając „historie peryferyjne” i „małe historie”, wszystko to, co nasyca bieg dziejów poza nurtem kluczowych wydarzeń historycznych, i miejsca gdzie zmiany następują w innym, wolniejszym tempie. Spisywaniem i porządkowaniem tych informacji posiłkowali się jednak głównie historycy akademiccy, zajmujący się tą dziedziną zawodowo, na podstawie kronik miejskich, pamiętników czy dokumentów sądowych. W dziedzinie historii, socjologii, antropologii wizualnej rośnie z kolei zainteresowanie fotografią wernakularną (zdjęciami z wakacji, fotografią ślubną, użytkową fotografią portretową czy współczesnymi zdjęciami rozpowszechnianymi w internecie) jako dokumentem ludzkiego życia, przekonań, aspiracji, a także tzw. egodokumentami – korespondencją, pamiętnikami, inskrypcjami nagrobnymi. Wszystko to pozwala uczestnikom historii przemawiać samodzielnie, własnym głosem.
O potrzebie jak najbardziej demokratycznego podejścia do wiedzy i dostępu do nauki świadczy to, jak duży rozwój i ile odkryć zawdzięczamy nieprofesjonalnym pasjonatom. Droga autodydaktyki nie była w ich przypadku wyborem, lecz koniecznością, mowa bowiem o czasach, w których edukacja, szczególnie uniwersytecka, stanowiła przywilej zarezerwowany dla bardzo wąskiej warstwy społeczeństwa. Okoliczności te stworzyły imponującą tradycję modelu samouka z klasy nieuprzywilejowanej – zapał do czytelnictwa i zdobywania wiedzy stanowił jeden z elementów tradycyjnej working class pride i traktowany był jak narzędzie emancypacji, szczególnie w Wielkiej Brytanii. Temat ten gruntownie przebadał Jonathan Rose w swojej książce „The Intellectual Life of the British Working Classes”. Powołuje się on m.in. na relacje z ówczesnych teatrów objazdowych, w których robotnicza publiczność domagała się wystawiania sztuk uwielbianego przez nią Szekspira, a także na wpływ wielkiego dramaturga na retorykę XIX-wiecznych przywódców związkowych. W Polsce warto byłoby zapewne prześledzić analogiczny wpływ drukowanych w odcinkach powieści Henryka Sienkiewicza na popularyzację literatury pięknej wśród najszerszych grup odbiorców.
Powszechny obowiązek edukacji i rozwój dwudziestowiecznego systemu szkolnictwa, a także dominacja popkultury i rozrywki w kulturze masowej, sprawiły, że kultura autodydaktyki w końcu zanikła. Nim jednak to się stało, przyniosła budzące podziw rezultaty. Początki współczesnej paleontologii historia zawdzięcza właśnie półamatorce, Mary Anning, która wiedzę o skamielinach zdobywała samodzielnie. Jej historia jest niestety typowa dla swoich czasów. Jako pochodząca z klasy robotniczej kobieta nie miała szans na uzyskanie wykształcenia uniwersyteckiego, na publikacje w biuletynach naukowych ani na członkostwo w prestiżowym Londyńskim Towarzystwie Geologicznym, co nie przeszkadzało jednak zawodowym naukowcom o uprzywilejowanej pozycji wykorzystywać jej wiedzę i dorobek, naturalnie bez podawania nazwiska faktycznej odkrywczyni. Jak zwykle bywa w podobnych przypadkach, dopiero po śmierci Anning jej faktyczne dokonania stały się głośne. Okazało się, że niewykształcona kolekcjonerka, która uczyła się biologii, archeologii i łaciny całkowicie samodzielnie, przepisując wypożyczone książki naukowe, jako pierwsza zidentyfikowała pełne szkielety m.in. plezjozaura i ichtiozaura, a także opisała szereg innych prehistorycznych stworzeń morskich. Jedna z najważniejszych postaci w dziejach fizyki, Michael Faraday, również był samoukiem: jako nastolatek z niezamożnej rodziny zatrudnił się na stanowisku asystenta introligatora, aby móc czytać do woli. Tak zdobył samodzielnie wiedzę z zakresu fizyki, co pozwoliło mu później spisać własne teorie.
W dziedzinie historii, bo ten temat interesuje mnie tutaj szczególnie, piśmiennictwo nieprofesjonalne wydatnie uzupełnia liczne białe plamy. Teksty autorstwa nieprofesjonalnych historyków to dzisiaj jedno z najważniejszych źródeł we wczesnej historiografii Afryki, krajów skandynawskich, dziewiętnastowiecznych dziejów Stanów Zjednoczonych (tu znaczący, choć na długi czas zapomniany, wkład wniosły kobiety). Podobnie bez egodokumentów, które przede wszystkim w dwudziestoleciu międzywojennym i po wojnie zbierano m.in. do konkursów prasowych i antologii, znacznie mniejsza byłaby nasza dzisiejsza wiedza o ówczesnej polskiej wsi. Tu najważniejszym zbiorem pozostają niewątpliwie „Pamiętniki chłopów”, wydane w roku 1935, które wielu współczesnym czytelnikom uświadomiły po raz pierwszy realia życia wiejskiego. Podsumowywał je najlepiej cytat z jednego z pamiętników: Chłop bez butów, konie bez podków, a koła wozowe bez obręczy.
Dzisiaj o nauce obywatelskiej mówi się przede wszystkim w kontekście wikipedystów czy wielkoskalowych przedsięwzięć, takich jak Galaxy Zoo czy Zooniverse – platform internetowych, na których użytkownicy mogą samodzielnie klasyfikować galaktyki, czy globalnych projektów zbierania danych meteorologicznych. Astronomia, meteorologia czy geografia zyskują wiele dzięki wkładowi lokalnych obserwatorów i crowdsourcingowi wiedzy. W zakresie historii podobną rolę odgrywają muzea czy fundacje poświęcone dziedzictwu kulturowemu. Instytut Historii Miasta (The Institute of Urban History) w Sztokholmie to dzisiaj przykład miejsca, w którym historycy zawodowi i niezawodowi mogą spotykać się, wymieniać wiedzą i wspólnie angażować w przedsięwzięcia. Skandynawia przoduje zresztą w takich demokratycznych przedsięwzięciach badawczych, a wkład amatorów jest tam od dawna doceniany.
Osobiście interesuje mnie mniej spektakularny, lokalny aspekt takich działań, na skalę nie tyle kosmiczną, co powiatową; stąd moje zainteresowanie internetowymi archiwistami dzielnic, osiedli i miejscowości i społecznościami, które samorzutnie wytwarzają się wokół ich stron. To współczesny odpowiednik papierowych publikacji wydawanych często własnym nakładem lub w małych oficynach, dokumentujących dzieje jakiegoś miasta i dostępnych w lokalnym muzeum. Dzisiaj pojedynczy pasjonaci lub ich niewielkie zespoły zakładają strony lub profile na Facebooku, na których prowadzą kronikę swojej okolicy, często uzupełniając nieznaną historię miejsc anonimowych czy nieznaczących. Przeglądają biblioteki fizyczne i cyfrowe, przekopują archiwa miejskie, wdychają kurz w antykwariatach, skanują zdjęcia, archiwizują materiały otrzymane od innych odwiedzających. Zamieszczane fotografie i skany zachęcają odwiedzających do dzielenia się własnymi wspomnieniami, co często pozwala uzupełnić zapomnianą topografię okolicy. Komentarze wspominają więc o poszczególnych mieszkańcach (np. kto mieszkał w nieistniejącym już domu), lokalizacjach (czy w miejscu dzisiejszego dyskontu znajdowała się piekarnia, czy cukiernia oraz jak miała na imię sprzedawczyni), przemianach miejskiej tkanki, zmianach w charakterze terenu – poszerzeniu drogi, rozbudowie szkoły. Nieocenione okazują się wspomnienia osób zatrudnionych niegdyś w nieistniejących już dzisiaj zakładach pracy, a także ludzi zaangażowanych w bardzo aktywny przecież mikroobieg krzewienia kultury i edukacji pozaszkolnej w czasach PRL. Domy kultury, kółka hobbystyczne, kluby zainteresowań na osiedlach i w małych miejscowościach po latach w internecie przeżywają swoje drugie życie. Takich miejsc, gdzie odbudowuje się stopniowo lokalna pamięć, jest wiele w każdej części kraju: „Zgorzelecki PRL”, „Radom – retrospekcja”, „Zapomniane miejsca w Świętochłowicach”, „Historia Piotrowic i Ochojca”… Moja „Duchologia polska” poniekąd jest projektem o podobnej proweniencji, ponieważ bardzo wiele zawdzięczam informacjom od osób odwiedzających regularnie moją stronę.
Współczesne platformy dla miłośników fotografii i serwisy społecznościowe pozwalają również odkurzyć archiwa fotografom z lokalnej prasy, którzy publikują swoje stare skany. Tu na szczególną uwagę zasługuje Sławomir Olzacki z Ostrołęki, w swoim czasie szeregowy reporter, z dzisiejszego punktu widzenia czujny dokumentalista, który potrafił uchwycić codzienność w momencie przemiany, fotografując dworce PKS-u, wnętrza spółdzielni mleczarskiej, pionierskie gospodarstwo ekologiczne pewnego rolnika. Zygmunt Wiciński, inny fotograf, który w swoim czasie nie doczekał się większej sławy, został odkryty na nowo dzięki opublikowanym na Facebooku starym zdjęciom z dopiero rozbudowującego się warszawskiego Ursynowa. Kadry te ukazują pozostałości wiejskich zabudowań, pojedyncze drewniane gospodarstwa, chwiejące się płotki i stadka kur z nowymi blokami majaczącymi w tle czy widmowe krajobrazy z zaroślami, w których kryje się porzucona warszawa czy syrena. Fotograf i miłośnik pozostałości PRL-u Błażej Targaczewski wędruje z kolei od lat po Polsce w poszukiwaniu wyblakłych resztek państwowych murali na ścianach kamienic. Niedawną historię miejsc anonimowych pozwalają przypomnieć sobie też wyprawy urbexowców – fotograficzne relacje z nielegalnych często wycieczek do opuszczonych domów i fabryk inspirują nierzadko do dzielenia się prawdziwymi opowieściami, a przy okazji do snucia rozmaitych ponurych spekulacji, rodem ze scenariuszy horrorów.
Opowieści miłośników urbexu leżą gdzieś na granicy prawdy i fantazji, ale nie inaczej ma się przecież sprawa ze sporą częścią literatury historycznej. Wśród polskich czytelników, ale i na całym świecie, tematyka historyczna cieszy się dzisiaj dużym zainteresowaniem, szczególnie na najmocniej ekscytujących odcinkach, które łatwo dają przerobić się na kanwę wciągających powieści: szpiegowska i militarna historia II wojny światowej, słynne dynastie Europy, wojny epoki średniowiecznej. To zatarcie między faktem, fikcją a gdybologią jest bardzo wyraźne (przykładem może być popularność w Polsce publikacji z zakresu historii spekulatywnej, czyli opartej na scenariuszach „co by było, gdyby”). Co ciekawe, niestety w tej ostatniej dziedzinie brylują poczytni… zawodowi historycy, prześcigający się w pouczaniu dawno nieżyjących już polskich polityków, co powinni byli zrobić, żeby niezawodnie wygrać II wojnę światową i że oczywiście zwycięstwo było o mały włos.
Walijski historyk William Rubinstein twierdzi, że różnica między historykiem zawodowym a nieprofesjonalnym leży w poziomie ambicji i w obszarze zainteresowań. Historyk-amator, jak pisze Rubinstein, interesuje się przede wszystkim przypadkami niezwykłymi (nierozwiązane tajemnice, zagadkowe zabójstwa) i wierzy, że zdobędzie tak duże kwalifikacje i będzie badać sprawę na tyle pilnie, iż w końcu dokona przełomowego odkrycia. W Polsce, jak to często bywa, wszystko jest postawione do góry nogami, ale być może ta rzetelność – w miejsce fantazjowania – mogłaby być cechą, której historycy zawodowi uczyliby się od pasjonatów?
Olga Drenda
przez Jacek Żebrowski | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017
W latach 60. XX wieku Wielka Brytania nie była – inaczej niż dzieje się obecnie – swego rodzaju ziemią obiecaną dla obcych przybyszów. Imperium Brytyjskie znajdowało się wówczas w stanie zaawansowanej degradacji. Dzięki silnym ruchom narodowowyzwoleńczym i antykolonialnym rok po roku od korony brytyjskiej odpadały kolejne państwa uzyskujące niepodległość. Sama Brytania popadła w horrendalne długi zaciągnięte po II wojnie światowej u Amerykanów, które notabene spłacono ostatecznie dopiero w pierwszym dziesięcioleciu XXI wieku. Pożyczka była tak naprawdę wzięta po to, aby pomóc Brytanii w skutkach powojennej regulacji, a nie tylko w zniszczeniach wojennych – stwierdza prof. Mark Harrison z Warwick University. Głód, bezdomność, bezrobocie, zniszczenia – kraj był gospodarczo na skraju bankructwa. Zubożałe społeczeństwo – chociaż nie tak zrujnowane wojną, jak polskie – już w 1945 roku w wyborach powszechnych zagłosowało na socjalistyczną Partię Pracy. Rozpoczęła ona tworzenie welfare state: ustanowiono darmową służbę zdrowia (National Health Service), stałe emerytury, powszechne ubezpieczenie, darmową edukację na wszystkich szczeblach, świadczenia dla chorych, bezrobotnych i najuboższych oraz nacjonalizację dróg, transportu, kopalń i przemysłu ciężkiego. Mimo że już w 1951 roku do władzy doszła Partia Konserwatywna, nacisk społeczny był na tyle silny, że zaakceptowała ona reformy wprowadzone przez laburzystów. Ci ostatni rządzili również w latach 1964–1970 i 1974–1979, aby później na długo przegrać z taczerystami. Radość z zakończonej wojny oraz nadzieje związane ze zwycięstwem Partii Pracy dokumentuje film Kena Loacha „The Spirit of ‘45” (2013), złożony z wywiadów oraz materiałów archiwalnych z tamtego okresu. Ów specyficzny „duch roku 1945” wpłynął znacząco na całe społeczeństwo, również na kulturę, czego skutkiem były radykalne zmiany w obyczajowości oraz sztuce brytyjskiej, jak na przykład powstanie „Angry Young Men” („Młodych gniewnych”). Jednak w cieniu tak znaczących postaci, jak John Osborne, Alan Sillitoe, David Storey, John Braine czy Harold Pinter tworzyli inni, nie tak uznani, choć ważni twórcy. Należała do nich Nell Dunn.
Pochodziła z upper-middle-class, a konkretnie z rodziny nieszlacheckich baronetów Dunn. Jej dziadkiem był kanadyjski przemysłowiec, ojcem – Sir Philip Dunn, a matką – Lady Mary Sybil St Clair-Erskine. Jako dorastająca dziewczyna w wieku 14 lat porzuciła naukę szkolną u sióstr zakonnych, a mając 23 lata wyprowadziła się z bogatej dzielnicy Chelsea do ubogiego robotniczego dystryktu Battersea w południowym Londynie. Zatrudniła się przy pakowaniu cukierków jako robotnica w fabryce czekolady – za dwa szylingi i siedem pensów na godzinę. Znalazła tam szczerych, gościnnych i otwartych ludzi: Nie był to żaden eksperyment. Po prostu: podobało mi się tam, więc się przeniosłam – wspomina po latach. Owocem była jej debiutancka książka „Up the Junction” wydana w 1963 roku, której fragmenty ukazywały się wcześniej w lewicowym piśmie „The New Statesman”. Na polski „Up the Junction” można by przetłumaczyć mniej więcej jako „Za skrzyżowaniem” lub „W górę (drogi) od skrzyżowania”, co przypomina idiom „za rogiem”. Dla Dunn tytuł oznaczał inny świat istniejący gdzieś za skrzyżowaniem, w nieznanej części Londynu. Prawdziwy, żywy, autentyczny. Niewątpliwie dla zbuntowanej dziewczyny z burżuazji był to odważny krok: ludzie z jej klasy nigdy nie zapuszczali się na tereny zamieszkane przez „biedotę”.
„Up the Junction” to zbiór szesnastu króciutkich, oszczędnych, niemal lakonicznych opowieści z życia kobiet pracujących i mieszkających w jednej dzielnicy. Minimalizm tych opowieści bazuje generalnie na dialogu i dość skromnym opisie świata przedstawionego. Wbrew pozorom ta powściągliwość środków przekłada się na maksymalne napięcie emocjonalne, jakie jest wywoływane przez obraz Londynu sprzed pół wieku. Opowieści Dunn nie były ani wykoncypowanymi anegdotami czy wymysłem wyobraźni, ani politycznie umotywowanym posunięciem: ich siła tkwi w autentyzmie i szczerości. Takie było życie w Battersea: ciężka praca, romanse, niechciane ciąże, rozwody, aborcje, imprezy w sobotnią noc, bójki między chłopakami, przygodny seks, skromne pensje, wypady do fryzjera i do pralni, przejażdżka motocyklem, czasem i rasizm wobec przybyszów z Karaibów. Chociaż głównymi bohaterkami są dorastające dziewczyny, to na drugim planie nie brak również opowieści kobiet dojrzałych czy starszych pań, koleżanek z fabryki: rozmawiają o śmierci męża jednej z nich, pijaństwie innego, nieodpowiedzialności, zdradach, rozwodach, ślubach, macierzyństwie, ojcostwie, codziennym życiu małżeństw z dłuższym stażem, samotności, starości. Wielką zaletą książki Dunn jest to, że autorka nie ocenia swoich bohaterów, nie wartościuje ich wyborów i zachowań, pokazuje życie takim, jakie jest. Pisarka opowiadała, że gdy czytała na głos swoje opowiadania koleżankom z pracy, te były szczerze zdziwione, że kogoś może to oburzać, bo „Up the Junction” zszokowało brytyjską klasę średnią, która nie miała zielonego pojęcia o problemach klasy robotniczej. Tyleż dziwne, że gdy czyta się tę książkę obecnie, postacie wzbudzają sympatię, a nawet więcej! Książka skrzy się zabawnymi, błyskotliwymi dialogami i specyficznym brytyjskim ulicznym humorem. Być może dzisiaj podobna książka o życiu ekonomicznych imigrantów przybyłych z Europy Środkowej i Wschodniej mogłaby tak samo oparzyć wypieszczone podniebienia nowej i starej burżuazji, która wzdryga się na dźwięk tak niewinnych słów, jak crap czy bollocks (a trzeba dodać, że Anglicy z niższych klas przeklinają ciężej i częściej niż Polacy, tyle że z humorem, a nie jak ci ostatni – z frustracji).
Sukces i popularność książki spowodowały, że „Up the Junction” doczekało się dwóch ekranizacji. Pierwszą dla telewizji BBC w serii „The Wednesday Play” zrobił 29-letni wówczas Ken Loach (1965), a na duży ekran przeniósł opowiadania Peter Collinson (1968), w Polsce jego film wyświetlano pod tytułem „Życie w Battersea”. Ekranizacje te znacznie różnią się między sobą. Wersja Loacha to niemal czyste cinéma-vérité: kręcone na przemian w studiu lub w autentycznych plenerach kamerą 16 mm lub kamerą telewizyjną, nie tylko rejestruje zachowania aktorów w zbliżeniach twarzy, lecz także w przerywnikach pokazuje nagrane ukrytą kamerą z samochodu ulice i mieszkańców Battersea. Wersja Loacha jest kompilacją wątków ze wszystkich opowiadań zawartych w tomie, a sama Nell Dunn pracowała przy filmie jako twórczyni dialogów. Z dzisiejszego punktu widzenia surowa, czarno-biała, paradokumentalna produkcja dla telewizyjnej serii „The Wednesday Play” okazuje się sensacyjna i przełomowa pod względem formalnym. Będące wówczas w awangardzie filmy ruchów direct cinema czy cinéma-vérité wyświetlano jedynie w dyskusyjnych klubach filmowych dla garstki zapaleńców i koneserów, podczas gdy film Loacha obejrzało nagle w brytyjskiej telewizji… 10 milionów widzów! BBC odebrało 400 zażaleń od telewidzów narzekających na „brzydki język” oraz poruszanie tematu aborcji. Przeciwko aborcji szczególnie gardłowała znana brytyjska „obrończyni moralności chrześcijańskiej” Mary Whitehouse (co ciekawe, z powieści dowiadujemy się, że mieszkańcy Battersea wówczas w każdą niedzielę chodzili jeszcze gromadnie do kościoła). „Up the Junction” zostało również użyte jako argument przy legislacji ustawy o aborcji w brytyjskim Parlamencie (Abortion Act 1967).
Kiedy książka odniosła sukces rynkowy i prestiżowy (nagroda John Llewellyn Rhys Prize), za ekranizację filmową zabrał się również komercyjny reżyser Peter Collinson. Nie ukrywał finansowego charakteru swojej produkcji: Robię filmy dla rozrywki, co może brzmi zabawnie, ale nie mam żadnej potrzeby, aby przekazywać komuś moje osobiste opinie. Myślę, że reżyser powinien być przekaźnikiem, poprzez który publiczność odbiera opowieść – i to wszystko. Dobry reżyser jest dobrym narratorem. Moje zarobki mogą być większe niż całkowity koszt „Penthouse’a”, ale moje metody się nie zmienią. Chcę, aby moje filmy były zabawne, bo wtedy widzowie mają szansę podążać za fabułą. W rzeczy samej film Collinsona spłyca klasowość i emancypacyjny potencjał zbioru opowiadań Dunn.
Oryginał literacki jest nowatorski z kilku względów. Przede wszystkim po raz pierwszy od czasów Dickensa i Orwella (np. „Na dnie w Paryżu i Londynie”) pokazuje bezpośrednio i bez upiększeń życie klasy robotniczej. Popularne w tym samym czasie autorskie filmy typu „Z soboty na niedzielę” czy „Smak miodu” były jednak dosyć ugładzonymi portretami tej klasy społecznej. Drugi atut to zwrócenie uwagi na życie kobiet, co wówczas było nowością, bo do momentu ukazania się powieści kobiety z klasy pracującej były ignorowane nawet przez pisarzy lewicowych. I wreszcie język: dialogi pisane są autentycznym slangiem z południowego Londynu, zapisywanym w wersji fonetycznej (np. ‘ent got no money; you bin swimmin’; if yer take everythin’ off; me mum hasn’t slept with me dad itd.), a także cechują się nagromadzeniem charakterystycznych przymiotników używanych tylko w tej części miasta. Co ciekawe, akcent nie zmienił się znacznie od lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, ponieważ podobną wymowę spotyka się również dziś na ulicach biednego Londynu. Język londyńczyków jest żywy i zmienny, o czym świadczy rozbudowane słowotwórstwo i inkorporowanie słów pochodzenia obcojęzycznego (zaręczam, że kilkakrotnie z ust londyńczyków słyszałem wypowiadany spontanicznie pod nosem najpopularniejszy polski wulgaryzm, zaczynający się na „k”!). Ten slang, choć troszkę podkoloryzowany, słyszymy również w telewizyjnej wersji Loacha, ale – czego można się było spodziewać – pozbyto się go w kinowej wersji Collinsona, w której bohaterowie klasy robotniczej mówią językiem prezenterów BBC. Zwrot „up the junction” wszedł również na stałe do popkultury dzięki piosenkom zespołów Manfred Mann czy Squeeze.
Nell Dunn ugruntowała swoją pozycję powieścią „Poor Cow” (1967), skupiającą się na losach samotnej młodej matki z robotniczego East Endu. Natychmiast zekranizował ją, tym razem w wersji kinowej, nie kto inny jak oczywiście Ken Loach. W Polsce film wyświetlano pod tytułem „Czekając na życie”, z czego kpił w 5. numerze miesięcznika „Kino” z 1969 roku Rafał Marszałek: „Biedna krowa” – ach ta swojska tendencja do lukrowania w tytułach tego, co niewydarzone… W tym samym czasie Dunn przeniosła się z Battersea na Putney, a jej mąż, dziennikarz Jeremy Sandford, współpracował z Loachem przy scenariuszu do filmu „Cathy Come Home” (1967). Rafał Marszałek w swojej recenzji dla „Kina” trafnie opisuje zresztą pewne różnice dzielące Loacha i Dunn przy produkcji „Poor Cow”: Nie o specyfikę telewizyjną i filmową tutaj chodzi, ale o swoistość filmu społecznego, o różne rozumienie jego funkcji. Znamienne, że owo rozumienie jest udziałem samych autorów filmu. Podczas gdy marzeniem reżysera jest „uchwycenie życia w locie”, absolutne stopienie pierwiastka dokumentalnego z fikcją, odkrycie dramatycznych podtekstów uregulowanego niby życia społecznego, scenarzystka Nell Dunn zwierza się, że dla niej sens społeczny ekranowych wypadków nie był tak ważny, jak odmalowanie stosunków między młodą matką a jej synkiem, że „film zawiera syntezę wielu moich obserwacji życiowych dotyczących trudności młodych matek oraz sensu egzystencji kobiety” […] Właśnie z perspektywy życia uczuciowego [bohaterów] przeciętność pokazywana przez Loacha nabiera ważności. W innym miejscu krytyk zwraca uwagę na pewne zawieszenie bohaterów Loacha i Dunn: Ów stan [ubezwłasnowolnienia] jest przecież funkcją życia społecznego, nie biologii. Bo chodzi tu o wiekuiste przypisanie do jedynego możliwego statusu 2 życia na społecznym marginesie. […] Trudno zawierzyć możliwościom przemiany w tym życiu od początku zdeterminowanym. W tym eufemizmie możemy odczytać dzisiaj to, co w tamtych czasach Dunn i Loach podawali Brytyjczykom na tacy: że warunki ekonomiczne determinują klasowo zarówno życie wewnętrzne, uczuciowe (Dunn), jak i społeczne (Loach), ze wszystkimi jego komplikacjami. Mówimy jednak o świecie long time gone – świecie idealizowanej Ye Olde England, robotniczej Anglii, w którym wszystko miało swoje miejsce i było pewne tak bardzo jak to, że jutro pójdziemy do pracy do tej samej fabryki, a w piątek zalejemy się w pubie.
Czytając książki Dunn i oglądając filmy Loacha, miałem wrażenie, że nie tylko się one nie zestarzały, ale wręcz są aktualne na wielu poziomach. Szczególnie sceny z pubu czy uliczne przechadzki wyglądają tak, jak gdyby grali je dzisiejsi londyńczycy, z tą tylko różnicą, że zmieniła się moda. Swoją drogą, analizując wypowiedzi mieszkańców Wielkiej Brytanii, którzy zagłosowali za Brexitem, można zaobserwować, że zdecydowana większość, szczególnie ludzi starszych, głosowała właśnie za tą dawną bezpieczną Brytanią z okresu 1945–1979, głównie przeciwko znienawidzonym Torysom, a nie, jak to starają się przedstawić przewrażliwieni na swoim punkcie Polacy, przeciwko imigrantom z, wyłącznie oczywiście, Europy Wschodniej. Jest prawdą, że agresywnie ksenofobiczna kampania Nigela Farage’a uruchomiła rasistowskie demony, ale umówmy się – tkwią one w każdej społeczności, pod każdą szerokością i długością geograficzną, bez względu na ustrój, rasę, klasę, wiek czy pogodę. Gdyby jednak ktoś chciał się dowiedzieć, na czym polega ta nostalgia i sentyment, warto sięgnąć po dwie pierwsze książki Nell Dunn lub obejrzeć wczesne filmy Kena Loacha.
Jacek Żebrowski
przez Andrzej Muszyński | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017
1.
W zasadzie nie wiem, czym imponuje mi najbardziej. Może tym, że gdy leczył się na gruźlicę w szpitalu w Zakopanem, wypuszczał się samotnie na grań Miedzianego. Musiał mieć w sobie jakiś górski gen, bo parę sezonów robił najtrudniejsze drogi w Tatrach. A taternictwo znajdowało się w epoce międzywojnia na naprawdę wysokim poziomie. Być może miał słabo rozwiniętą korę mózgową. To podobno ona działa na nas hamująco. No, głupi trochę był. Napalony na te ściany jak nieszczęście. 13 sierpnia 1927 roku w schronisku w Pięciu Stawach spotkał dwójkę sztubaków. Nie miał się z kim wspinać, nie chciało mu się łazić, pragnął pionu, więc zabrał ich na Zamarłą Turnię. Pozabijali się. Nie pamiętam, czy któryś przeżył. W każdym razie Szczuka spadł do podnóża ściany. Toprowcy zapakowali ciało na bambus i zaczęli znosić do Palenicy. Niestety na szosie do Morskiego Oka odbywały się modne wtedy wyścigi samochodowe, więc złożyli ciało w krzakach i czekali. Szczuka by na pewno nie czekał. Pewnie przez las by szedł. Nie skończył trzydziestki. Miał życiorys jak osiemdziesięciolatek.
Swoją drogą jakoś nam się przesuwa granica dojrzałości – twórczej, i w ogóle. Dziś trzydziestoparolatek to wciąż artysta młody, zapowiadający się, obiecujący. Kiedyś propozycje artystyczne dwudziestolatka traktowano serio i uważano go po prostu za twórcę. No i ludzie jednak wtedy szybciej zakładali rodziny, brali odpowiedzialność za swoje.
Szczuka zostawił po sobie trochę wspomnień, zapisków z gór. Czyta się to kapitalnie. Był chyba geniuszem. Nie potrafię wymienić wszystkich pasji i obsesji, którymi żył. Przede wszystkim zajmował się malarstwem jako prekursor awangardy w Polsce, pionier polskiego konstruktywizmu i produktywizmu.
Ale nie za to go podziwiam. Tylko za co? Przecież nie za to, że młodo zginął. A może za to, że przy tej jego narowistości trzymał się zasady, by zawsze w górach czekać na ostatniego? To naprawdę niełatwe. Każdy ma swoje tempo życia, myślenia i chodu.
Na pewno zmagał się z wadami. Podobno potrafił dać w pysk. Niewykluczone jednak, że nie zważał na nie. Interesowała go żywa sztuka. Byłbym w stanie założyć się, że go to wypalało. Wyżerała go od wewnątrz ta pasja do twórczości i… życia? Niekoniecznie, to nie zawsze idzie w parze. Wysuszało go nienasycenie, którego nie można zaspokoić. Co najwyżej przelotnie.
2.
Parę faktów: urodził się w 1898 roku. Mieszkał głównie w Warszawie, ulica Wspólna 20. Jako dziecko kolekcjonował robaczki czy motylki do swoich gablotek. Studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie u Miłosza Kotarbińskiego. Bywał w kawiarni Bliklego. Boksował. Tak też nazwał swojego psa – Boks. Zakochał się w Teresie Żarnówerównie, członkini Komunistycznej Partii Polski. To ona wciągnęła go w sprawę Wielkiej Przemiany. Mietek wyczuwał, że idzie nowe. Że świat burżuazji odchodzi do przeszłości.
1923 rok to dla niego szczyt. Pod pseudonimem Rekuć wystawił w Zachęcie monumentalne kompozycje o tematyce religijnej. Nikt go z nimi od dawna nie kojarzył, choć Mietek wcześniej malował z furią sceny Apokalipsy, Mesjasza. Jego krytycy nie mogli się nachwalić. Gdy dowiedzieli się, kto zacz, szlag ich trafił. Za bardzo odstawał, zbyt ostentacyjnie się nie słuchał. Wziął udział w wernisażu w Wilnie, gdzie razem z Żarnówerówną pokazali rzeźby i grafiki, nazywane poezjografią albo poezjoplastyką. Zakochał się bowiem Mietek w fotomontażu, plakacie. W 1924 roku razem założyli pismo „Blok”, w którym Szczuka wyłożył swój program artystyczny. Jego plakat „Amnestia dla więźniów politycznych”, opublikowany w broszurze, został częściowo skonfiskowany i ocenzurowany. Nikt przed nim plakatem politycznym się w Polsce nie zajmował. Projektował nowoczesne osiedla robotnicze i obszernie pisał o potrzebie nowej wizji budownictwa. Oczywiście miał ją gotową. Współorganizował Międzynarodową Wystawę Architektury Nowoczesnej w Warszawie w 1926 roku. Rok później wziął udział w Wystawie Nowoczesnej Architektury w Moskwie. W tym roku założył też pismo „Dźwignia”, w którym opublikował esej „Sztuka a rzeczywistość”. No a chwilę potem miało miejsce to spotkanie w Pięciu Stawach.
3.
Przez długi czas nie mogłem znaleźć jego zdjęcia w sieci. Te w jego monografii, pióra Sterna i Bermana, pt. „Mieczysław Szczuka”, też nie są zbyt wyraźne. Widziałem jego portret, oglądam go teraz w internecie, ale za chwilę znów nie pamiętam, jak wygląda. Podobno miał bardzo wyraziste niebieskie oczy. Stal, typowa dla ludzi gór? Podejrzewam, a jest to podejrzenie graniczące z pewnością, że nie dbał o takie sprawy. Zakładam, że nie fotografowałby się dziś na ściankach medialnych. Z relacji o nim wiadomo, że niespecjalnie troszczył się o honoraria. Toteż nie miał pieniędzy.
W czwartym numerze „Dźwigni” Szczuka opublikował tekst „Sztuka a rzeczywistość”, który przedrukowujemy w tym numerze „Nowego Obywatela”. Chyba nigdy wcześniej nie czytałem tekstu sprzed wojny, który wybrzmiałby dziś tak aktualnie. Jest celujący, bo Szczuka jasno nazywa rzeczy.
Gdzie dziś jest sztuka, a gdzie rzeczywistość? Rzeczywistość włączyła turbo. Reportaż chełpi się, że tylko on nadąża, goni jak policjant za zbójem w amerykańskich filmach. Internet też nie nadąża, ale przynajmniej nigdy, jak wyrocznia delficka, nie zostawia człowieka bez słowa. Sztuka przyjęła postawę krytyczną i przez długie lata wychodziło jej to przekonująco. Tyle że dalsza krytyka już nic nie wnosi, bo ten świat potrzebuje teraz nadziei, wiary i lepszej pogody. Więc pasowałoby się znów nauczyć go afirmować. Zachwycać się tym, co jest, co pozostało. Wyjść do ludzi. Jak? Ironia i szydera są narzędziami krytyki. W jaki sposób się zachwycać, nie odwołując się do patosu, komunikując się z ludźmi w ich nowym języku, który formy zachwytu wyparł albo oskubał do nagich „wow”, „omg”? Trzeba szukać nowego, podpowiada Szczuka. Bo otaczanie się minionym, bibelotami, antykami, które – owszem – koją pamięć, ale nie oferują nadziei zmiany, to drobne, nieszczególne, ale jednak oszustwo. I rejterada. Proszę czytać.
Andrzej Muszyński
przez Mieczysław Szczuka | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017
Znamienną cechę ewolucji, jaka zaszła w dziedzinie sztuki w okresie panowania nowoczesnego kapitalizmu, stanowi daleko idący rozdział między działaczem sztuki – artystą a życiem codziennym. Rozdział ten zaznacza się szczególnie w dziedzinie sztuk plastycznych. Zanim przejdziemy do wyjaśnienia przyczyn tego rozdziału, trzeba będzie wspomnieć o sposobach i warunkach pracy artystów w czasach dawniejszych. Artysta dawnych wieków, przystosowany do ustroju gospodarczego opartego na drobnej wytwórczości, pozostawał z nim w pewnej harmonii. Granice artyzmu były, jak to zresztą wiadomo, szersze niż dziś. W pewnym sensie artystą był każdy prawie rzemieślnik wytwarzający przedmioty użytku: stolarz, ślusarz, cieśla, złotnik itd. Mając dużo czasu, nie spiesząc się zanadto, prymitywnymi stosunkowo narzędziami zdobił wytwarzane przez siebie przedmioty według pewnych ustalających się kanonów, które nie rozwijały się zbyt szeroko ani też nie przeobrażały się gwałtownie – a niejednokrotnie przetrwały szeregi pokoleń. W ramach tego kanonu miał jednak pewną inicjatywę, na którą pozwoliły mu narzędzie, materiał i zmysł artystyczny.
Stosunki te zmieniły się radykalnie, skoro na miejsce drobnej wytwórczości rzemieślniczej przyszedł kapitalizm ze swym burzliwym tempem rozwoju, gwałtownymi przewrotami technicznymi, nieuregulowanym rynkiem – a przede wszystkim masową wytwórczością maszynową, we wszystkich dziedzinach1.
Tzw. sztuki plastyczne pozostają w bezpośredniej zależności od budownictwa, które najwydatniej łączy w sobie treść utylitarną z naddatkiem estetycznym. Budownictwo jest najściślej przystosowane do warunków życiowych tych, którym służy za schronienie lub warsztat pracy. Jest wskaźnikiem ich stanu materialnego, „stopy życiowej”, zakresu wymagań i potrzeb życia codziennego, kultury, przynależności klasowej.
Harmonijne dostosowanie przedmiotów użytkowych wnętrza mieszkalnego (meble, naczynia etc.) do form samego budynku wpływa na ukształtowanie ich zewnętrzności (w znaczeniu estetycznym). W ten sposób urabia się „styl” (tj. system estetycznego łączenia form). Sfery uprzywilejowane gospodarczo (przez to i kulturalnie) tworzą własne budownictwo – architekturę (budownictwo mieszkalne, reprezentacyjne, kultu religijnego, urzędowe etc.), w której dzięki środkom, jakimi władają, mogą w najwyższym stopniu rozwinąć stronę estetyczną, obok wygody i przeznaczenia praktycznego. Tworzący się styl klasy uprzywilejowanej zostaje narzucony całemu społeczeństwu – bez względu na to, czy klasy miały zadatki swych własnych stylów (np. u nas tzw. sztuka ludowa).
Tempo rozwoju nowoczesnego kapitalizmu nie pozwoliło na dostosowanie w sensie artystycznym form wytwarzanych przedmiotów codziennego użytku (mieszkanie, dom, meble, wyroby włókiennicze, talerze, łyżki itp., itp.) do nowych materiałów, nowych środków technicznych i nowych warunków życia. Ponieważ każdy wytwórca, począwszy od pierwotnego człowieka, stara się nadawać piękną formę wytworzonym przez siebie przedmiotom – odbiorca zaś wybiera taki przedmiot, który, poza stroną praktyczną, będzie mu dawał estetyczne zadowolenie – więc i fabrykant rozumiał doniosłość estetycznego „wabika” na rynku. By zdobyć ten „wabik” zastosował metodę najłatwiejszą i co najważniejsze najtańszą. Sięgnął po wzory, które natychmiast można było zużytkować. Wzorów tych dostarczyła przeszłość oraz współczesna „egzotyczna” sztuka i miejscami krajowy folklor ludowy. Czerpie się więc z tych źródeł pełnymi garściami, nalepia się „estetyczne” ozdóbki na treść zasadniczo nieraz odmienną. Wskrzesza się pseudoantyk, pseudogotyk, robi się pseudochińszczyznę, pseudoludowość itd., itd. W ten sposób urabia się gust odbiorcy – i przystosowuje się narzędzia wytwórczości. Wnętrze mieszkalne, począwszy od mieszkań baronów przemysłu, bankierów itp., skończywszy na mieszkaniu drobnego mieszczucha, jest kramem, w którym, zależnie od stopnia zamożności jego właściciela, gromadzi się chaotycznie i bezplanowo mnóstwo niepotrzebnych drobiazgów. Dla mas pracujących daje się produkt jeszcze lichszy i tandetniejszy – bo tańszy – no i mniej, rzecz oczywista. „Sztukę dla tłumu” reprezentuje reprodukcja o temacie sielankowym, batalistycznym, patriotycznym lub religijnym, przeznaczona dla mieszkań robotników lub lokali, które odwiedzają.
Niewątpliwie na rozwoju sztuk plastycznych w ciągu XIX wieku odbił się charakter klasy, która w tym okresie wszędzie doszła do władzy. Burżuazja europejska wyłania się z tak zwanego trzeciego stanu, „z ludu” w charakterze nowego elementu uprzywilejowanego politycznie i gospodarczo. Z jednej strony miała „lud”, drobnomieszczaństwo i proletariat, napierające na jej przywileje, z drugiej zaś sformowane już grupy przywilejowe, feudałów, do których usiłowała się przyłączyć i po krótkim okresie fermentu i walki przyłączała się pomyślnie. Należy zaś zaznaczyć, iż właściwa wielka burżuazja nigdy nie prowadziła z feudałami walki bezpardonowej.
Ta sytuacja społeczna, to tchórzliwe wcieranie się w szeregi uprzywilejowanych powoduje głęboko parweniuszowski stosunek wielkiej burżuazji do sztuki i życia2. Typowo parweniuszowskie jest jej rozmiłowanie się w przeszłości, w „stylach” przeróżnych, modach przebrzmiałych, poszukiwanie piękna w tym, co stare, co straciło wartość użytkową i wstydzenie się tych właściwości realnych, użytkowych, które się z sobą wnosi. Stąd owe teorie estetyczne stawiające granice między pięknem a użytecznością – piękne jest to tylko, co nigdy nie służyło lub też obecnie nie służy do użytku (kult starych ruin itp.). I nigdy rozdwojenie między tym, co piękne, a co użytkowe, nie doszło do tak potwornych rozmiarów. Z jednej strony imitacje przebrzmiałych stylów, z drugiej obrzydliwe murowane baraki, budowane bez żadnego względu na higienę (domy mieszkalne, lokale fabryczne). Nie idzie tu już zupełnie o ludzi – idzie o maksimum korzyści dla właściciela: budując fabrykę, buduje się kryte pomieszczenia dla maszyn, dla surowców i wyprodukowanych towarów – niewiele myśli się o ludziach, którzy tam będą pracować. Budując domy mieszkalne nie bierze się pod uwagę elementarnych zasad stworzenia chociażby znośnych warunków dla życia ludzkiego. Typem budownictwa miejskiego staje się kamienica dochodowa, w której każdy metr sześcienny musi dać zysk. Lokale państwowe, biurowe, domy ludzi bogatych – stawia się z pozornym luksusem, gdyż to opłaca się – ściąga nabywcę, daje powagę reprezentacyjną. Luksus przejawia się przede wszystkim w oprawie zewnętrznej: gzymsy, kolumny, fryzy itp. swą „stylową” pstrokacizną oblepiają front budynków – przy czym kosztują niewiele. Pomieszczenia są lepsze i wygodniejsze. Tu i ówdzie zieleń i pewna dbałość o światło3. Wszystkie te pozory bezwzględnie odpadają w budownictwie dzielnic uboższych, w pomieszczeniach dla służby, stróżów, w suterenach i poddaszach – gdzie panują warunki wprost okropne4.
Wpływ tych stosunków – charakterystyczne cechy kapitalizmu, psychologia klasy panującej – powiększony został o nieprzystosowanie się artystów do większych żądań. Artysta tkwiący w starych metodach „twórczości”, zwłaszcza artysta z własną inicjatywą, jest za powolny, aby nadążyć za tempem rozwoju. Bywa też za kosztowny. Jak wyżej zaznaczyliśmy, jeżeli idzie np. o architekturę, to strona „estetyczna” pozostaje domeną czystej spekulacji. Artyście pozostaje na pociechę „sztuka czysta”. Nie da się to wszystko zamknąć w ramach „podziału pracy”. Artysta odsuwa się coraz bardziej od życia, uprawiając „sztukę czystą”, „sztukę samą dla siebie”.
Znalazły się inne przyczyny takiego „oczyszczania” sztuki od pierwiastków ziemskich. Artysta dawnych wieków niemal z reguły pracował dla odbiorcy wiadomego: czy było to miasto, zrzeszenie jakieś, kościół czy też prywatna jednostka. Później ten typ odbiorcy znanego schodzi na drugi plan. Artysta pracuje dla niewiadomego odbiorcy – wysyła swoje dzieło na rynek, na wystawę, do kunsthändlera. Ten nieznany odbiorca nie jest jednak całkowitym anonimem: musi to być człowiek o tyle dobrze sytuowany materialnie, aby mógł sobie kupić dzieło sztuki. To jedyny punkt orientacyjny – poza tym przewala się rozkiełznany żywioł koniunktury rynkowej, w którym artysta pogrążony bywa w sposób podobny, jak każdy drobny producent wartości luksusowych w dodatku. Rynek ten był dość pojemny: szybko wzrastająca produkcja nadwartości kosztem mas robotniczych, wytworzyła całe nowe warstwy odbiorców, znawców – stworzyła grunt dla rozwoju tych nieznanych dotychczas stosunków. Jeżeli dawniej artysta znał odbiorcę – to było również i odwrotnie. Styk ten został zerwany. O ile artysta stoi przed zagadkowym, chaotycznym żywiołem rynku – z różnym stopniem samopoczucia zależnie od przyjęcia, o tyle „konsument” również staje przed zagadką nieznanego zupełnie przejawu „twórczości”.
Artysta, niezależnie od narzędzi twórczości: poeta, malarz, rzeźbiarz, staje w pozie kapłana, posiadacza sił tajemniczych5, w stopniu daleko większym niż dotychczas. Zajmuje on po trosze – w stosunku do estetyzującej masy odbiorców – pozycję taką, jaką miał średniowieczny alchemik – trochę uczony, trochę szarlatan, szerokim, zarozumiałym gestem oddzielający się od tych spraw, w których nie może się czuć „mistrzem” i kapłanem – od spraw, których nie może zrozumieć, między innymi od sprawy rynku. Tym samym gestem oddziela się od „tłumu”.
Tu są źródła Indywidualizmu w sztuce (indywidualizm przez wielkie I naturalnie). Uwydatniają tu się najrozmaitsze składniki. Oprócz wyżej wyszczególnionych przyczyn wchodzi tu w grę i odgrodzenie się od konkurenta – walka o swój kawałek rynku – o swoją rzeszę zasłuchanych i zapatrzonych „niepoświęconych” odbiorców.
Przypomnijmy jeszcze zjawisko tak zwanej cyganerii, stanowiącej w XIX w. nieodłączną, zdawałoby się, właściwość wszystkich „szerszych” przejawów w sztuce. Był to rodzaj szkoły życiowej, koniecznego przygotowania się, aby być artystą „prawdziwym”. Cyganeria miała niewątpliwie znaczenie odspołeczniające w przygotowywaniu czystych artystów.
Życie wielkomiejskie stworzyło niewątpliwie warunki dla takiego właśnie rozumienia sztuki, przyczyniło się do rozwoju pewnych tendencji. Charakterystyczna dla mieszczanina tęsknota do przyrody, będąca typowym wytworem stosunków wielkomiejskich (brak warunków zdrowotnych, powietrza, słońca itd.) znajduje wyraz w malarstwie pejzażowym, w ciszy „martwych natur”, w malarstwie rodzajowym. Duszący się w mieście inteligent poszukuje sił „odrodzenia” u źródła – pierwotnej tężyzny „ludu”, ludów dzikich, stąd ludowość, egzotyzm, prymitywizm. Szybkie tętno współczesnego życia, gwałtowność i ostrość zmian w ustosunkowaniu się sił społecznych z jednej strony – z drugiej zaś łatwość szerokiego i względnie łatwego rozpowszechnienia zdobyczy techniki artystycznej (co nieuniknienie bywa połączone z wulgaryzacją) – wszystko to odbija się na szybkości i ostrości przełomów w sztuce. W czasie względnie krótkim zachodzi szereg przełomów w malarstwie: klasycyzm, romantyzm, naturalizm, impresjonizm. W wieku XX zaś zmiany te przybierają tempo po prostu karuzelowe.
Pozostaje to w ścisłym związku z postępami techniki. Zapotrzebowanie na portret, pejzaż, malarstwo historyczne i batalistyczne, na ilustrację aktualną itd. pokrywają fotografia i kino, które są bezkonkurencyjne w dokładności, szybkości i taniości w stosunku do pracy artysty zadowalającej dawniej te zapotrzebowania. Artyście usuwa się grunt pod nogami, wymykają się całe dziedziny pracy. Pozostają zagadnienia formalne – w które zagłębia się coraz bardziej. Już impresjonizm, pierwszy z kierunków zrodzonych w „czystej” atmosferze burżuazyjnej, wprowadza do sztuki zagadnienie analizy światła. Później następuje okres zachwytu nad maszyną. Zamiast wyrażania wątpliwej wartości osobistych nastrojów, wypowiadania ubożuchnej zresztą treści „duszy” u artystycznych osobników, niedowarzonych, rozgoryczonych, nie mających niejednokrotnie choćby skromnych wiadomości ogólnych, następuje reakcja: podziw nad cudami techniki (krótkotrwały zresztą)6.
Praca nad zagadnieniami formalnymi postępuje naprzód: plastyka wyzwala się spod supremacji naturalizmu, anegdoty literackiej itp. Następuje okres zbiorowego poszukiwania form, laboratoryjności metody pracy – dążenie do budowy dzieła sztuki samego dla siebie, nie wyrażającego nic, istniejącego absolutnie samowystarczalnie7.
Malarstwo sztalugowe obiektywnie stało się luksusem i dodajmy luksusem spospolitowanym, narzuconym na rynek wystawowy, który daje z czasem rezultaty bardzo nikłe. Wystawę bowiem, dostępną tylko w pewnych oznaczonych terminach, dystansuje reprodukcja w piśmie.
Jak to już wyżej zaznaczyliśmy, artysta egzystencję swą wiązał i wiązać musiał z warstwami posiadającymi, przez które traktowany był różnie, na ogół jednak jako naddatek kultury, spełniający funkcję nie bardzo potrzebną – czasem szanowną, a niekiedy wprost śmieszną. Skazany na uprawianie sztuki samej dla siebie, sztuki czystej, artysta żył jednak i działał w „społeczeństwie” (rozumianym jako sfery dobrze sytuowane materialnie, a co za tym idzie i kulturalnie). Artysta więc w pracy swej musi dawać wyraz zainteresowaniom swej klienteli. Nie wyłącza to naturalnie faktu, że stosunek poszczególnych jednostek do tych spraw mógł być inny. Ale tu idzie właśnie o artystów jako o grupę społeczną.
Naturalnie nie jest to wcale przypadek, że przełom w ustosunkowaniu się artystów do zagadnień społecznych nastąpił równolegle z kryzysem ideologicznym i technicznym w sztuce. Wyrażają się tu tendencje te same, co w innych dziedzinach współczesnego życia. Postępy maszynizacji, rozwój techniczny doprowadzają do absurdu i wywracają dotychczasowe sposoby działania i organizacji społeczeństwa. Rozwój techniczny przewyższa moc ram organizacyjnych dzisiejszego społeczeństwa, stąd absurdalne sprzeczności na każdym kroku zarówno w ideologii, jak i w praktyce codziennej. Artysta nowoczesny pozornie w oderwaniu (biorąc pod uwagę jego sytuację społeczną, o której wyżej mówiliśmy), bez jasnego uświadomienia sobie tych sprzeczności, szedł na ogół drogą poszukiwań formalnych, drogą wnoszenia nowych wartości do dorobku poprzednich pokoleń. Mając dość czasu (brak doraźnego zastosowania), rozwija zagadnienia formalne i poszukuje w nich sensu tego, co robi. Ma on właściwie przed sobą drogę już utartą: iść po linii najmniejszego oporu – zaspokajania gustów ludzi, którzy nie mając czasu na rozmyślanie nad problemami sztuki, posiadają jednak w ręku środki materialne zapewnienia egzystencji artysty. Nie jest to, rzecz naturalna, droga dla natur ambitniejszych, bogaciej uposażonych – może sumienniejszych. Ludzie ci buntują się, wyłamują z ramek ustalonych, przeprowadzają aż do końca założenia eksperymentu formalnego, doprowadzając tym samym do absurdu fikcję „sztuki dla sztuki”, sztuki „czystej”. Bezinteresowna (w sensie zastosowania) praca nad zagadnieniami formalnymi (kubizm, futuryzm, suprematyzm i in.), zagłębianie się w nowe materiały, uświadomienie sobie w ten sposób nowych metod produkcji, uzależnienie charakteru twórczości od użytego materiału (tak, bo i to było niekiedy tajemnicą), wszystko to odsłaniało całą potworną fikcję zawartą w hasłach „sztuki czystej”. Uświadomienie sobie faktu, że sztuka XIX w. była właściwie bez życiowego zastosowania, przebija się w takich nieokreślonych zresztą hasłach, wysuwanych w ostatnich latach kilkunastu przez artystów: „sztuka na ulicę”, „sztuka dla wszystkich”. Hasła te głoszone przez tzw. nową sztukę łatwiej było wygłosić niż w czyn wprowadzić. Zdemoralizowane przez dotychczasową praktykę środowisko konsumentów, nie widziało w tym nic innego ponad niewinne skądinąd poszukiwanie „nowego dreszczu”, w najlepszym razie odbicie pewnych fermentów nurtujących sfery inteligencji. Co gorsza i co odjęło wartość tym hasłom, że w ten właśnie sposób rozumiała je znaczna część artystów. Świadczą o tym awantury, którymi futuryści popisywali się w kołach snobistycznych konsumentów. Istota konfliktu została zaciemniona i długo musiała pozostać niezrozumiana.
Przyczyniał się do tego brak uwiązania społecznego. Artysta, pisarz, w ogóle intelektualista (przeszedłszy przez specjalne dodatkowe wychowanie, o którym mówiliśmy), przyzwyczaił się wysyłać na zagadkowy rynek „czystą sztukę”, „czystą poezję”, „czystą myśl” i w ogóle tylko czysty towar kulturalny. Ale ten towar kulturalny służył tylko ograniczonej ilości odbiorców. Szło to jako tako, póki stosunki dotychczasowe pozostawały bez zmiany. Wojna i kryzys gospodarczy będący jej wynikiem, wyniszczyły drobną i średnią burżuazję miejską, będącą główną odbiorczynią bieżącej produkcji artystycznej (wielka burżuazja, magnaci przemysłowi i ziemscy, kompletowali zbiory przeważnie dziełami starych, nieżyjących artystów o ustalonej renomie). Rynek zwęził się ogromnie.
Wysunął się i z biegiem coraz bardziej zaznaczać będzie swą obecność nowy odbiorca – proletariat. Ale ten odbiorca żąda określonego produktu – nie chce „czystego” towaru, żąda wartości użytkowych. Zdezorientowany dotychczasowym chaosem nie określa swych żądań dostatecznie jasno, tym niemniej orientuje się instynktem, czego mu trzeba. Należy podkreślić te słowa: orientuje się instynktem. Kształtowanie się świadomości nowoczesnego proletariatu jest procesem jedynym w dziejach – o przebiegu ogromnie ciężkim i powikłanym przeróżnymi wpływami. W dziedzinie politycznej dążenia klasy robotniczej, z natury rzeczy, przejawiły się w sposób określony z powodu ostrej konieczności przeciwstawienia się klasom panującym. W dziedzinie sztuki, jak i w dziedzinie wielu spraw kultury, takiej ostrej konieczności nie było. Stąd też panują tu chaos i bezprogramowość. Dzieje się to nie tylko dlatego, że przewagę ma i długo jeszcze będzie miała doraźna walka polityczna, którą zaabsorbowane są wszystkie niemal siły klasy robotniczej. Trzeba tu wziąć pod uwagę, że przodujące żywioły robotnicze wzrastały, wychowywały się w ramach kultury burżuazyjnej i nieraz uważają produkty tej kultury za zjawiska szczytowe, których prześcignąć nie sposób. Krytycyzm ostry i głęboko sięgający, jeśli idzie o burżuazyjną politykę i ekonomię – zanika, przestaje należycie określać zjawiska, gdy wchodzi na teren kultury burżuazyjnej, na teren sztuki, literatury burżuazyjnej. Jednym słowem, rewolucyjność w polityce łączy się często z absolutnym zburżuazyjnieniem w zakresie spraw kultury. Stąd pochodzą tendencje, które można by określić jako ekspansję kulturalno-etykietkową. To znaczy, że na dany typowo burżuazyjny produkt usiłuje się nalepić etykietę proletariacką, w postaci kilku haseł, jakiegoś ogólnikowego wezwania czy tendencji. Produkty tego rodzaju zwłaszcza, o ile robione są na zamówienie, łączą w sobie burżuazyjne sugestie wewnętrzne z tandetnością wykonania. Zupełnie serio można spotkać wśród działaczy proletariackich ludzi, w mózgach których proletariackość nieuniknienie łączy się z tandetnością. Mówiąc stylem kwiecistym, można by te zjawiska określić jako pianę nieczystą nadpływającej proletariackiej fali. I dlatego w sprawach tych należy się zdać raczej na instynkt masy niż dotychczasowe rozumowane teorie w tym duchu, trącące nieuleczalnym mieszczaństwem swych twórców. Proletariatowi potrzeba sztuki nie jako sztukateryjnej ozdóbki odświętnej, ale sztuki na co dzień. Musi zaginąć ów rozdział będący wynikiem parweniuszowskiego wstydu burżuazji – rozdział produkcji od życia i spraw kultury, rozdział pociągający za sobą sfetyszyzowanie obłudne wszystkich przejawów działalności człowieka, a zarazem szereg potwornych kłamstw, oblepiających wszystko, począwszy od giełdy, instytucji rządowych i demokracji parlamentarnej, a skończywszy na najdrobniejszych, najcodzienniejszych sprawach. To musi zaniknąć, jak musiało zaniknąć typowe kłamstwo kapitalistycznego świata: sztuki samej dla siebie. Zaniknąć musi nie tylko w teorii – bo do niego dziś mało kto się przyznaje – ale i w praktyce.
Artysta zaczął myśleć. Uświadomił sobie dokładnie nicość swego dotychczasowego stanowiska społecznego. Artysta wyłamuje się z ram dzisiejszego ustroju, chce i szuka praktycznego celu, praktycznego zastosowania dla swej działalności. Nie chce być pustym „ornamentem” społeczeństwa, chce współdziałać w organizacji życia. Tego wszystkiego ustrój kapitalistyczny mu nie da i dać nie może. Nawet tam, gdzie widoki takiej pracy na pozór otwiera, okazują się one złudnymi. Tam nawet, gdzie egoizm jednostek, podporządkowujący miliony swej woli, zdaje się odchodzić na drugi plan, zawsze okazuje się to sprawą tchórzliwego kompromisu – opuszczeniem pewnych eksponowanych pozycji, by tym pewniej bronić dalszych. Tylko nowy ustrój społeczny umożliwi wykorzystanie wszystkich możliwości postępu technicznego, zduszonych lub opacznie wyzyskiwanych przez dzisiejszych panów świata – i umożliwi powstanie nowych warunków dla tej działalności człowieka, którą nazywamy sztuką.
Mieczysław Szczuka
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Dźwignia” nr 4, lipiec 1927. Poprawiono pisownię według obecnych reguł.
Przypisy:
- Nawet pozornie „samodzielny” dzisiejszy rzemieślnik jest niewolnikiem udoskonalonego narzędzia. Doszło do tego, np., że zrobienie mebla o racjonalnych prostych kształtach kosztuje drożej niż zrobienie tegoż mebla o kształtach secesyjnie powyginanych. Fabryki, produkując narzędzia dostosowane do wytwarzania w pewnym „guście”, uniemożliwiają niekiedy najracjonalniejsze i najbardziej skromne formy.
- Sorel zwracał uwagę na przed-pokojowo-służbowe rysy w literaturze francuskiej XVIII w. Ale i po Wielkiej Rewolucji objawy te wracają z charakterystyczną siłą. Homer burżuazji, Balzak, przejawia w swych powieściach dziwny na pozór, lokajski kult dla arystokracji, obniżający wprost wartość wielu jego dzieł. Ciekawe objawy zauważyć się tu dadzą w filozofii Comte’a itd., itd.
- Kapitalizm w swoim własnym dobrze zrozumianym interesie stwarza niekiedy „dobrodziejstwa”, które mogą uchodzić za przejawy społecznego altruizmu i dbałości o wymagania kulturalno-życiowe najszerszych mas. Np. nowa ustawa amerykańska o rozbudowie miast, w której dopatruje się pierwszych kroków na drodze do „urbanizacji miasta”, tłumaczy się żądzą zwiększenia dochodów. Pomieszczenia bowiem na dolnych piętrach dzisiejszych drapaczy nieba, ze względu na panujący w nich zupełny mrok (spowodowany nieproporcjonalną wąskością ulic w stosunku do wielopiętrowych gmachów), nie dawały dochodów w tej wysokości, jaka zaspokoiłaby apetyt kapitalistów. Nie względy więc humanitarne, a po prostu interes dyktuje kapitalizmowi owe posunięcia dające iluzje zdrowych, nowoczesnych tendencji społecznych w budownictwie.
- Robotnicze miasta-ogrody i kolonie rozbudowane racjonalnie (w Anglii, Austrii, Niemczech, Holandii, Belgii) powstają pod naciskiem żądań proletariatu i traktować je należy jako jego zdobycze konkretne.
- Taką samą pozę miał średniowieczny majsterek – „mistrz” cechu.
- Przemiany ideologiczne w sztukach plastycznych oraz wykazanie wpływu ideologii burżuazyjnej na sztukę współczesną omówimy w artykułach poświęconych kinu i reklamie, które to najlepiej ideologię tę reprezentują.
- W nawale założeń formalnych decydująco zaważyły zagadnienia materiału.
Artysta zastanawiając się nad konstrukcyjnymi właściwościami materiału, nad różnorodnością cech powierzchni danego materiału w zależności od obrobienia, nad swoistymi właściwościami materiału w reagowaniu na światło, itd., itd. uświadomił sobie, iż należy uzależniać charakter tworzonej rzeczy od użytego materiału. Zagadnienie materiału (nie traktowane fetyszystycznie u kubistów lub suprematystów) wysunęło zagadnienie użytkowych wartości dzieła sztuki, które to zagadnienie stało się punktem zwrotnym dla części nowoczesnych artystów.
przez Piotr Kuligowski | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017
W ciągu kilku ostatnich lat polskie życie polityczne zdaje się w coraz większym stopniu kształtowane przez mobilizacje uliczne. Kontrast z pierwszą dekadą XXI wieku, kiedy jedynie najlepiej zorganizowane grupy zawodowe były zdolne do wyprowadzania na ulice po kilka czy kilkanaście tysięcy osób, jest wyraźny. Media mniej więcej co kilka miesięcy ogłaszają, iż w danym mieście odbyła się „pierwsza” albo „największa” manifestacja od 1989 roku. Wydawałoby się więc, że żyjemy w okresie wzrostu aktywności obywatelskiej, która będzie powodować wzmożenie tendencji demokratyzacyjnych. Taki wniosek jest jednak błędny – w wielu zdestabilizowanych częściach świata demokracja jest w odwrocie, zyskują natomiast trendy autorytarne. Tendencja ta do pewnego stopnia unaocznia napięcie, z jakim wiąże się mobilizacja polityczna.
Uczestnictwo w wydarzeniach takich jak uliczne przemarsze czy demonstracje jest oczywiście formą domagania się widzialności i reprezentacji w sferze politycznej. Jednocześnie w pewnych warunkach roszczenia ruchów społecznych mogą być przechwytywane przez siły polityczne, które popierają ich postulaty jedynie deklaratywnie, w praktyce zaś wpisują je w walkę o szersze, często symboliczne cele. Ernesto Laclau tego typu działanie traktuje jako cechę swoistą wszelkich ruchów populistycznych, sugerując zresztą, że trudno byłoby wyobrazić sobie jakąkolwiek partię czy ruch polityczny bez tego nadrzędnego dla nich wymiaru symbolicznego czy emocjonalnego1. Rzecz jasna, te ogólne kategorie znajdują inny wyraz w określonych kontekstach, akumulując doświadczenia i określone sploty koniunktur w ramach rozwoju historycznego.
W polskim kontekście mobilizacja jako taka była do pewnego stopnia wpisana w samą logikę funkcjonowania systemu Rzeczpospolitej szlacheckiej. Nie brakowało tu jednak pewnych istotnych ambiwalencji. Kontraktowa wizja władzy, oparta na zasadzie wyboru króla, który musiał zaakceptować określone warunki, wiązała się również z prawem do wypowiedzenia posłuszeństwa, jeśli te warunki były łamane. Tak liczne w polskiej historii konfederacje, bardzo często i niezbyt uczciwie przedstawiane jako symptomy „samowoli” czy wręcz „warcholstwa” szlachty, nie były niczym innym, jak właśnie korzystaniem z tego prawa do legalnej kontestacji. Nie bez powodu zresztą samo powstanie listopadowe, w zgodzie z tą tradycją, uchodziło wśród polskich elit politycznych za zgodne z prawem. Innymi słowy, sama idea „suwerenności narodu” – należałoby dopowiedzieć, że chodzi tu oczywiście o naród polityczny, czyli szlachtę – nie była w nowożytnej historii Polski czymś nieznanym i nie musiała być na miejscowy grunt przeszczepiana za pośrednictwem np. pism Hobbesa.
Z drugiej jednak strony, osoby wykluczone z uczestnictwa we wspólnocie politycznej – jak chłopi czy mieszczaństwo – były skazane na korzystanie z typowo przednowoczesnych repertuarów kontestacji. Zbiegowiska, tumulty, podcinanie płotów, podpalenia lasów czy napady na dwory – to tylko kilka z możliwych form oporu, które we współczesnym czytelniku budzić mogą sprzeciw moralny. Należy jednak mieć na uwadze, że wkraczanie klas ludowych do polityki zazwyczaj było ruchem krwawym i gwałtownym. Co więcej, w czasach względnie spokojniejszych grupy pozbawione głosu w sferze politycznej organizowały się w sposób znacznie bardziej pokojowy. Religijne procesje ze śpiewami czy publiczne uczty także były sposobami zbiorowej współegzystencji tych społeczności. W późniejszym okresie te formy wyrazu były naśladowane przez ruchy robotnicze. Przykładem mogą tu być tzw. majówki, czyli spotkania robotnic i robotników w lasach, wpisujące się w konwencję ludowego pikniku.
Przede wszystkim jednak w polskim myśleniu politycznym u progu nowoczesności podstawową kategorię rozumienia mobilizacji i uczestnictwa w życiu publicznym wyznaczała wizja powstania. Inteligencja podejmowała, co oczywiste, refleksję nad innymi typami ruchów masowych, z którymi miała okazję się zetknąć, np. nad strajkami w rozmaitych częściach Europy. Jednak to właśnie stosunek do powstania i zdefiniowanie go w kategoriach politycznych akumulowały zasadnicze kierunki myślenia o masowej mobilizacji.
Militaryzacja, czyli obietnica nowego żywota
Już u schyłku I Rzeczypospolitej, w realnych działaniach podejmowanych przez Tadeusza Kościuszkę, wyłoniła się idea mobilizacji społecznej poprzez militaryzację. Generalnie rzecz biorąc, rozmaite formy poboru powszechnego były bodaj pierwszymi na tak dużą skalę stosowanymi w Europie sposobami włączania szerokich kręgów społecznych do uczestnictwa w życiu publicznym. Pobór, wdrażany stopniowo w kolejnych krajach Europy od schyłku XVIII wieku, sprzyjał tendencjom demokratyzacyjnym, często wbrew bezpośrednim intencjom osób, które optowały za modelem masowej i narodowej armii. Trudno bowiem wyobrazić sobie, by rekrut chciał umierać za kraj w sytuacji, gdy nie miał realnego wpływu na bieg spraw politycznych, czyli na kluczowe decyzje zapadające w państwie. Stąd nawet w kręgach pruskiej generalicji w pierwszej połowie XIX wieku dyskutowano o tym, że powszechny pobór doprowadzi ostatecznie do częściowego ograniczenia władzy królewskiej.
W kontekście polskim za fundatora tego typu myślenia można uznać Tadeusza Kościuszkę. W Uniwersale Połanieckim pisał on: Z żalem to wyznać muszę iż często wrogie obchodzenie się z Ludem, daje miejsce Moskalom do powszechnej na cały Naród potwarzy. Odbieram ustawiczne skargi od Żołnierzy i Rekrutów, że żony ich i dzieci nie tylko żadnego osłodzenia [publicznego wsparcia – przyp. autora] nie mają, ale za to prawie że służą Rzeczypospolitej ich Mężowie i Ojcowie wystawieni są na największe uciążliwości. Takowe postępki w wielu miejscach są zapewne bez wiedzy i przeciw woli Dziedziców, lecz w drugich muszą być skutkiem złej chęci, lub obcego natchnienia, aby zupełnie zapał do obrony Ojczyzny w sercach Ludu ostudzić.
Poglądy Kościuszki w najpełniejszej formie wyraził jego osobisty sekretarz Józef Pawlikowski. W 1800 roku wydał on równie fundamentalny, choć nieco zapomniany i znacznie bardziej obszerny tekst pt. „Czy Polacy mogą wybić się na niepodległość”. W dziele tym autor argumentował, że do upadku Polski w największym stopniu przyczynili się magnaci, a do jej odrodzenia wystarczające są siły polskiego narodu. W swoich obliczeniach Pawlikowski dowodził, że nawet najliczniejsze wojska zaborców nie będą w stanie przeciwstawić się polskiej armii w sytuacji, gdy powstanie obejmie szerokie kręgi społeczne. Historycy wojskowości wykazali, że rachuby sekretarza Kościuszki były w dużej mierze błędne: zawyżył on liczbę mieszkańców ziem polskich, a zarazem nie doszacował potencjału armii zaborczych. Krytykowanie dawnych koncepcji politycznych, formułowanych i wypowiadanych w ramach określonej debaty, jest jednak łatwe i ahistoryczne – w tej kwestii późniejsze pokolenia zawsze będą miały przewagę nad swymi przodkami. Istotniejszy jest polityczny potencjał zawarty w tekście Pawlikowskiego. Dla radykałów z jego epoki dzieło to stanowiło bowiem niezwykle istotny punkt odniesienia: tylko w latach 1831–1843 praca ta była wznawiana aż sześciokrotnie. Na polskim myślicielu swoje koncepcje wzorował nawet Giuseppe Mazzini – włoski prawnik i spiskowiec, który w pierwszej połowie XIX wieku był inspiratorem szeregu ruchów wyzwoleńczych i demokratycznych w Europie.
Idee Pawlikowskiego były w nieco późniejszym okresie rozwijane w kręgach osób, które często różniły się pod względem politycznych wyborów czy sympatii, ale umownie można je wszystkie określić mianem reprezentantów nurtu lewicowo-demokratycznego. Nawet Joachim Lelewel, wybitny polski polihistor i myśliciel, w istocie powtórzył zasadniczą myśl Pawlikowskiego, gdy pisał: Pojęcie moje jest takie, że naród polski inaczej podźwignąć się nie może, chyba na miejscu własnymi siłami, im więcej masa będzie poruszona, tym lepiej, tym skuteczniej, tym gwałtowniej. Nie licząc na żadną pomoc. Jedynie przez dysolucję [rozpad – przyp. autora] Rosji i poszarpanie Prus i Austrii, a to w jednym czasie.
Idee te znajdowały poparcie także w politycznie do Lelewela opozycyjnym, lecz ideowo dość do niego zbliżonym Towarzystwie Demokratycznym Polskim. Jego główni teoretycy konsekwentnie łączyli ideę masowego powstania z uwłaszczeniem chłopów i nadaniem im pełni praw politycznych. Uważali zarazem, że samo ogłoszenie tych „prawd” ludowi wznieci masowe powstanie. W przeciwnym zaś przypadku lud sam winien będzie swej nędzy i braku wolności politycznych. Wyraził to dobitnie Jan Nepomucen Janowski w wierszu pt. „Do Ludu”: Nie powstajesz? nachyl głowy; Nie chcesz równych? więc miej panów; Bałwochwalco, czcij bałwanów! Nie dla Ciebie żywot nowy!…
W latach 40. głównym teoretykiem myśli powstańczej w TDP był Ludwik Mierosławski, późniejszy dyktator powstania styczniowego. Wskazywał on, że armia powstańcza musi być liczna (porównywał ją do chmary), krytykował także szlachtę za anarchizację ustroju I Rzeczypospolitej. Zarazem jednak Mierosławski wyrażał przekonanie, że powstanie nie może być okresem gwałtownej demokratyzacji życia politycznego. Jego zdaniem nadmiar swobód politycznych w czasie walk może doprowadzić do odrodzenia się demonów przeszłości – dawnych form szlacheckiego życia politycznego, stronnictw, konfederacji, sejmików i niekończących się kłótni, które doprowadzą do dekompozycji ruchu i ogólnego zniechęcenia, a w efekcie do kolejnej klęski. Jak pisał, chwila walki nie jest chwilą swobodnego rozwijania się wszystkich żywiołów, wszystkich pierwiastków, wszystkich pojęć i myśli; ale tylko tego żywiołu, tego pierwiastku, tej myśli i tych pojęć, które zwycięstwo zapewniają.
Dość wyraźnie można dostrzec pewne ograniczenia tego modelu społecznej mobilizacji. Był on bardzo ściśle związany z przypisaniem określonych ról społecznych („Żywią i bronią”), w istocie zatem w sposób ograniczony stanowił wyzwanie dla status quo. Rzecz jasna, gdyby udało się zrealizować ten model mobilizacji – jak we Francji, gdzie w czasie rewolucji utworzono armię obywatelską złożoną z 300 tys. żołnierzy – życie polityczne uległoby zasadniczej, trudnej do przewidzenia zmianie. Co jednak istotne, odbyłoby się to niejako obok lub wbrew zasadniczym intencjom rewelatorów tego rodzaju koncepcji.
Co więcej, sama struktura armii jest wszak oparta na modelu scentralizowanego przywództwa, a polscy teoretycy masowego powstania rzadko rzucali wyzwanie wizji jednolitej, zmobilizowanej masy, dowodzonej przez genialnego stratega. Ponadto ten sposób myślenia nie pozostawiał zbyt wiele miejsca na dostrzeganie różnic wśród mobilizowanych kręgów społecznych. Idea „woli powszechnej”, która miała być realizowana przez powstanie, sprzysiężenie albo wręcz genialnego stratega, nie otwierała pola do analizy zmieniających się koniunktur i dostrzegania żywotności określonych podmiotów politycznych. Nie oznacza to jednak, że idee, zgodnie z którymi np. żołnierze mieliby prawo do wyboru swoich dowódców, w ogóle się nie pojawiały. Realne upodmiotowienie – co dostrzegło kilku myślicieli politycznych w XIX wieku – to przecież coś więcej niż nadanie chłopom ziemi w zamian za ich udział w powstaniu narodowym.
Przeciwko awangardyzmowi, o upodmiotowienie
Wyzwanie tym ideom rzucił między innymi Henryk Kamieński – ekonomista, filozof i uczestnik powstania listopadowego, który w latach 40. XIX wieku wszedł w bezpośredni spór z Mierosławskim. Kamieński, w przeciwieństwie do sporej części ówczesnych reprezentantów kręgów lewicowo-demokratycznych, był generalnie pesymistą w kwestii możliwości przeprowadzenia masowej mobilizacji w warunkach społeczno-gospodarczych, w jakich znajdowały się ziemie polskie. Krytykował też to, że osoby będące na emigracji mają aspiracje do przewodzenia polskiemu ruchowi niepodległościowemu. Wedle Kamieńskiego nie może być skuteczna strategia oparta na wysyłaniu do Polski emisariuszy z Francji czy z Belgii, którzy następnie będą chodzić od wsi do wsi i opowiadać chłopom prawdy ustalone podczas zebrań w Londynie czy w Paryżu. Sądził on, że między emisariuszem (nazywanym przez niego „apostołem”) a ludem musi istnieć twórcza relacja oparta na równości obu stron.
Aby jednak taka równościowa relacja mogła zaistnieć, niezbędna jest także demokratyczna transformacja samego ludu. Kamieński zwracał więc uwagę na to, że warunkiem niezbędnym do przeprowadzenia udanej mobilizacji społecznej jest upodmiotowienie na najbardziej podstawowym poziomie. Upraszczając nieco jego niezwykle bogatą myśl społeczną, można stwierdzić, że u podstaw masowego, świadomego ruchu niepodległościowego powinny znaleźć się takie praktyki, jak czytelnictwo czy pisanie. Wówczas, w realiach prowadzenia wojny („wojny ludowej”), nastąpiłaby rzeczywista demokratyzacja życia społecznego. Lokalną władzę przejmowałyby kluby, czyli oddolnie tworzone instytucje, znane z historii rewolucji francuskiej czy z rewolucji krakowskiej 1846 roku, a żołnierze demokratycznie wybieraliby swoich dowódców. Andrzej Walicki z całkowitą słusznością stwierdzał, że w bardziej generalnych kategoriach krytyka sformułowana przez Kamieńskiego przypomina do pewnego stopnia późniejsze krytyki awangardyzmu, czyli przekonania, że tylko niewielka, zakonspirowana i najbardziej politycznie uświadomiona grupa zdolna jest wywołać ruch masowy i nim kierować2.
Również Jan Czyński śmiało przekraczał istniejące w latach 30. i 40. XIX wieku wzorce myślenia na temat masowej mobilizacji. Co szczególnie ważne, autor ten odznaczał się oryginalnością nie tylko w kontekście polityki polskiej, ale także francuskiej. We Francji znaczna część rodzących się od lat 20. XIX wieku idei socjalistycznych nie była nakierowana na mobilizowanie mas. Główni teoretycy socjalizmu nie poszukiwali początkowo form wyrazu, które prowadziłyby do wyłonienia się ruchów społecznych, ulicznych demonstracji czy rewolucji. Przeciwnie: po traumatycznych doświadczeniach rewolucji francuskiej i wojen napoleońskich pierwsi socjaliści za cel stawiali sobie raczej poszukiwanie recept, które mogłyby doprowadzić do „nowej harmonii świata”. Dlatego też gwałtowne wystąpienia robotnicze czy uliczne zamieszki były przez nich postrzegane nie – jak w przypadku późniejszych ruchów socjalistycznych – jako zwiastuny nadchodzącej, wyczekiwanej rewolucji, lecz raczej jako kolejne dowody na to, że niestabilne, przemysłowe społeczeństwo wymaga szybkiej reformy. Były to więc raczej niewielkie, elitarne, nierzadko burżuazyjne szkoły nauk społecznych, dążące do zapobiegnięcia rewolucji.
W tym kontekście polski emigrant Jan Czyński wykazał się sporą oryginalnością. Znajdował się on w kręgu oddziaływań tzw. fourieryzmu – doktryny socjalistycznej utworzonej na bazie koncepcji Charlesa Fouriera, który drogę do przebudowy rzeczywistości społecznej widział w tworzeniu małych, lecz stopniowo rozszerzających się komun (falansterów). Czyński wszedł w spór z częścią zwolenników Fouriera (nazywanych „ortodoksami”), którzy byli przekonani, że nauka ich mistrza winna być skierowana przede wszystkim do tych osób, które są w stanie ją zrozumieć, a nie do klas najbiedniejszych, a przez to – ignoranckich. Czyński stał na stanowisku dokładnie przeciwnym, wspierając frakcję tzw. realizatorów. Aby przyspieszać rozprzestrzenianie się idei fourieryzmu wśród uboższych grup społecznych, utworzył Czyński czytelnię, w której udostępniano druki polityczne tym, których nie było stać na ich zakup. Poprzez dyfuzję tych treści starał się on mobilizować kręgi francuskiego proletariatu3.
Również w odniesieniu do polskich idei mobilizacji Czyński był myślicielem wielce oryginalnym. Przede wszystkim stanął w kontrze do dominujących w jego czasach opowieści o powstającej wsi, wskazując, że również ośrodki miejskie mogą odegrać znaczną rolę w wojnie o niepodległość. Część jego polemistów była przekonana, że miasta są „martwe” ze swej natury (bo zalane przez ludność niepolską i wypaczające naturalną jakoby „drogę rozwojową” Polski) lub ewentualnie mogą odegrać jedynie marginalną rolę. Zajmując stanowisko opozycyjne wobec tych obiegowych przekonań, Czyński wskazywał, że w miastach tkwi istotny potencjał, ponieważ są to ośrodki, w których ulokowano warsztaty produkcyjne. Co więcej, pozycję ludności plebejskiej w miastach porównywał on do kondycji chłopa. W 1843 roku pisał: Jedni chcą znosić własność, inni uposażają ubogich kosztem nic niemających, a wszyscy zapominają o sześciu milionach mieszkańców, których liczba, siła, światło, przemysł, poświęcenie jest koniecznie potrzebnym nie tylko do wywalczenia niepodległości, ale do oswobodzenia i uszczęśliwienia wszystkich ziemi naszej mieszkańców. Oprócz tego Czyński wskazywał, że Żydzi to pełnoprawni obywatele, którzy także powinni być brani pod uwagę przy planach masowej mobilizacji. Warto dodać, że sam Czyński pochodził z rodziny frankistowskiej – żydowskiego ruchu, głoszącego hasła asymilacji – i z tego powodu nieraz osobiście padał ofiarą antysemickich ataków.
Już te dwie postaci – Kamieński i Czyński – pokazują, że w ramach polskiego myślenia o masowej mobilizacji w pierwszej połowie XIX wieku pojawiło się wiele idei, które śmiało wykraczały poza redukcjonistyczne sposoby myślenia. Myśliciele ci zdawali się wskazywać, że nie wystarczy sama obietnica nadania chłopom ziemi na własność. Domagali się oni realnego upodmiotowienia różnych grup społecznych, dowodząc ich przydatności w ruchu powstańczym. Można jednak z całą pewnością stwierdzić, że ostatecznie wszelkie koncepcje mobilizacji w pierwszej połowie XIX wieku były powiązane z ideą narodu traktowaną jako najwyższy społeczny kwantyfikator. Popularna wszak w tamtym okresie była pojęciowa zbitka „lud-naród”, która sama w sobie mocowała szerokie i niedookreślone pojęcie ludu w bardziej historycznie, geograficznie i językowo (choć jeszcze nie etnicznie) zdefiniowanej ramie narodu.
Janusowe oblicze narodowej mobilizacji
Łączenie pojęć ludu i narodu jeszcze w okresie romantyzmu było dość intuicyjne. Naród był raczej zbiorem wartości moralnych i duchowych, które – wedle bardziej radykalnych romantyków – w pierwotnej i nieskażonej jakoby formie przechowywał lud, czyli przede wszystkim chłopi. Wydobycie zatem tych wartości, wyzwolenie „ducha narodu” – np. poprzez uwłaszczenie – miało doprowadzić do masowej mobilizacji i udanego powstania. Mylne byłoby jednak rozpatrywanie kwestii materialnych – jak w tym przypadku nadania ziemi chłopom – jako jedynego środka mobilizującego, zalecanego przez formację romantyków. Romantyzm operował bowiem przede wszystkim obrazami, które wygenerować miały zbiorowe emocje i nadzieje.
Dużą rolę odgrywała tu określona metaforyzacja języka politycznego, w którym można wyraźnie dostrzec spory zasób terminologii zaczerpniętej wprost z języka religijnego. Służyło to uwzniośleniu poruszanej problematyki, która – opowiadana w taki właśnie sposób – zdolna była kształtować określone postawy polityczne. Ponadto często rolę niemal aktywnego aktora odgrywała tu przyroda, która u twórców tego typu koncepcji zdawała się wręcz współuczestniczyć w ludowym powstaniu. Juliusz Słowacki, w swej polemice z „Psalmami przyszłości” Zygmunta Krasińskiego, pisał: Więc się bój – bo nie ja grożę, / Marny człowiek i twój brat… / Ale jakiś straszny świat / I widzialne światła Boże, / Z mocą, z wichrem i z szelestem/ Rzucające się na Lud – / Strachy – które mówią: Cud! / Ognie – które szepcą: – Jestem! Za pomocą podobnego języka mobilizację ludu opisywał Zenon Świętosławski – jeden z głównych ideologów utworzonych w 1835 roku, radykalnych Gromad Ludu Polskiego4: Na Wschodzie słychać jakiś ryk, jakby zgłodniałych hien wycie – łuną całą lśnią się bagnetów zastępy – Ale czemuż tak nagle niezliczone szeregi uklękły? Broń złożyły do nogi – i słychać tylko: Ludu Boży! Ludu czysty!
W pierwszej połowie XIX wieku tego typu opowieści były rzeczywiście zdolne kształtować postawy, przekaz taki trafiał jednak – czego dowodzi choćby analiza policyjnych statystyk – do określonych grup społecznych, takich jak studenci czy nauczyciele, które okazały się szczególnie podatne na ów rodzaj romantycznej metaforyzacji. Trudno było za pomocą porównań Polski do ukrzyżowanego Chrystusa czy opowieści o stepowych burzanach rozpalić czy podsycić patriotyczne nastroje wśród klas ludowych. Powodów tego stanu rzeczy można wymienić co najmniej kilka. Po pierwsze, sama dyfuzja polskich idei politycznych w XIX wieku natrafiała na wiele przeszkód. Analfabetyzm chłopów i ich nieufność do nieznajomych agitatorów, przedzierających się z Francji czy Belgii, to tylko jedna z bardziej oczywistych kwestii. Problemów nastręczały często rzeczy takie, jak wysoki koszt wydruku ulotek czy broszur, organizacja polskich czcionek, a nawet zakup papieru. Po drugie, chłopi na ziemiach polskich nadziei na poprawę swego bytu upatrywali często w działaniach administracji państw zaborczych, a nie w zaangażowaniu środowisk demokratycznych. Po trzecie wreszcie, nawet gdy lokalnie wyłoniła się postać, która zyskiwała zaufanie w kręgach klas ludowych i potrafiła umiejętnie rozbudzić w nich patriotyczne nastroje, to szybko stawała się ona wrogiem dla władz zaborczych, była identyfikowana, aresztowana i – w najlepszym wypadku – skazywana na kilkuletni przymusowy pobyt w głębi Rosji.
Romantyczne kanony myślenia o masowej mobilizacji odrodziły się po okresie pozytywizmu, gdy w polskiej refleksji politycznej następował swoisty „zwrot idealistyczny”. Biografowie Józefa Piłsudskiego czy innych „niepokornych” z tego okresu wskazują, że w ich domach rodzinnych dzieła Adama Mickiewicza i innych wieszczów romantycznych były żywo czytane i komentowane, a słynna fraza O wojnę powszechną za wolność ludów prosimy cię, Panie, traktowana była jako nieodłączna część codziennej modlitwy. Wspomniane już we wcześniejszej części tekstu wydarzenia, takie jak insurekcja kościuszkowska czy liczne wojny i powstania, w początkach XX wieku urosły do rangi mitów. Tendencja ta była zręcznie kreowana i podtrzymywana przez polski ruch niepodległościowy, który generował modę, wyrażaną nie tylko przez styl politycznego myślenia, ale także przez określony, paramilitarny ubiór i styl zachowania. Co więcej, neoromantyczny nurt polskiej irredenty jako narzędzie mobilizacji stosował metodę faktów dokonanych. Piłsudski u progu I wojny światowej świadomie mistyfikował istnienie Rządu Narodowego, tworząc nawet jego fikcyjne pieczęcie, podobne do tych, których używały polskie władze w czasie powstania styczniowego.
Jak wskazano we wcześniejszej części tekstu, kategorie narodowe w okresie romantyzmu miały wymiar wyraźnie emancypacyjny. Ich stosowanie wobec klas ludowych oznaczało przekraczanie stanowych ram myślenia, w ramach których „naród polityczny” zawężony był jedynie do szlachty. Jednak w okresie nieco późniejszym, w ramach kiełkującej myśli endeckiej, modernizujące się pojęcie narodu zaczynało już działać nieco inaczej. Lud zaczynał być definiowany przez brak pewnych cech. Jan Ludwik Popławski, jeden z prekursorów nowoczesnego polskiego nacjonalizmu, w swych pismach wysuwać zaczął postulat unarodowienia ludu, który dopiero w rezultacie takiej nowoczesnej transformacji mógł być mobilizowany.
Ostateczne konsekwencje tego rodzaju rozumowania wyszły na jaw w czasie wydarzeń rewolucyjnych lat 1904–1907. Wtedy to reprezentanci tego nurtu obserwowali niekontrolowaną, zupełnie niespodziewaną mobilizację proletariatu. Jej skala była rzeczywiście ogromna: mniej więcej 20% robotników w zaborze rosyjskim w okresie rewolucji należało do partii politycznych. Endecy opisywali tę mobilizację nie w kategoriach „budzącego się narodu”, lecz „anarchii”, której trzeba położyć kres. Perspektywa tego środowiska uległa diametralnej zmianie niemal w ciągu kilku miesięcy. Wątki biologiczne i rasowe, widoczne już wcześniej np. w pismach młodego Romana Dmowskiego, zaczęły być wtedy niemal centralnymi kategoriami w dyskursie tej formacji. Zbiologizowany i etnicznie domknięty naród stał się tworem, któremu podporządkowane były wszystkie pozostałe kategorie, a praca na jego rzecz była w dyskursie tej formacji w zasadzie obligatoryjna. Jednocześnie jednak, w przeciwieństwie do konserwatystów, endecy nie porzucili idei masowej mobilizacji. Okazała się ona niezbędna, by położyć kres wspomnianej już „anarchii”, a środkiem mobilizacji były m.in. ulotki, pisane zazwyczaj – co niezwykle charakterystyczne – w trybie rozkazującym5.
Motłoch, czyli karzący bat rewolucji
Wypada wspomnieć jeszcze o całkowicie opozycyjnym nurcie, który miał zwolenników wśród licznych XIX-wiecznych konserwatystów. Był to nurt starający się różnymi sposobami przeciwdziałać formom politycznej mobilizacji. Do pewnego stopnia wpisywało się w niego środowisko skupione wokół ks. Adama Czartoryskiego, nazywane Hotelem Lambert. Czynienie bardziej generalnych uwag na temat koncepcji politycznych tego ugrupowania wymaga szczególnej ostrożności z uwagi na to, że było ono wewnętrznie niejednorodne i nie wytworzyło żadnego centralnego programu politycznego. Niemniej warto pokusić się o sformułowanie kilku uwag na temat stosunku tego środowiska do wizji masowej mobilizacji politycznej.
Adam Czartoryski jako jeden z powodów upadku powstania listopadowego – w całkowitej kontrze do poglądów formułowanych m.in. przez wspomnianego już Kamieńskiego – wymieniał okropne klubowładztwo. Programowo niechętny wobec bliższego określenia przyszłego ustroju Polski przed wybuchem powstania, był Czartoryski przekonany, że wszelkie różnice w politycznych zapatrywaniach i dążeniach wywołają wewnętrzny rozstrój i niesnaski w ruchu niepodległościowym. W ramach bezpośredniej akcji politycznej, emisariusze i agenci Hotelu Lambert początkowo starali się przeciwdziałać przedsięwzięciom demokratów poprzez rozwijanie niejako równolegle własnych organizacji spiskowych i niepodległościowych. Co jednak niezwykle istotne, ten punkt widzenia uległ pewnej zmianie po wydarzeniach lat 1846–1848, kiedy to wszystkie podejmowane przez demokratów próby wzniecenia powstania zakończyły się klęską. Wtedy to narodziła się idea, zgodnie z którą działania Hotelu Lambert miały zmierzać bądź to do torpedowania zamiarów demokratów na ziemiach polskich, bądź też – gdyby ich twórcy odnieśli sukces – do przechwycenia ruchu.
Powstanie styczniowe, poprzedzone „rewolucją moralną”, czyli znacznym pobudzeniem aktywności części polskiego społeczeństwa, także nadeszło mimo akcji zapobiegawczych podejmowanych przez margrabiego Aleksandra Wielopolskiego. Starał się on z jednej strony uzyskać od Rosji jak najwięcej ustępstw na rzecz Polaków, z drugiej zaś – dążył do rozbicia kiełkującego ruchu. Jego działania, jak wiadomo, zakończyły się klęską, ale sam ruch został przejęty przez bardziej umiarkowane politycznie środowisko „białych”.
Kolejne lata przyniosły wzmożenie tendencji antymobilizacyjnych, które bodaj najsilniej dały o sobie znać w Galicji. Wilhelm Feldman, opisując ten okres, z pewną przesadą wskazywał, że polityka arystokratyczno-konserwatywna idzie dalej po linii wytkniętej przez Hotel Lambert, rolę przeznaczoną dawniej dla Francji przenosząc obecnie z dodatkiem uczuć wiernopoddańczych na Austrię. Demokracja, zgodnie z tradycją Towarzystwa Demokratycznego […] dąży do polityki samodzielnej, ludowej6. Wtedy to właśnie środowisko Stańczyków – galicyjskich konserwatystów dążących do zyskiwania kolejnych swobód dla Polaków za cenę lojalności wobec Austrii – ukuło termin liberum conspiro, który służył im do krytyki działań spiskowych i niepodległościowych. Według nich działania te były realizowane przez młodych i nieodpowiedzialnych działaczy, którzy nie liczyli się ze skutkami nieudanych powstań.
Jednak za tym pojęciem, jak sądzę, kryła się także szersza niechęć wobec demokracji i wkraczania klas ludowych do sfery politycznej. Już bowiem dziadek jednego z najważniejszych Stańczyków, Kajetan Koźmian, w swych wspomnieniach z wielką pogardą wypowiadał się o motłochu, który doprowadził do wybuchu nieudanego powstania listopadowego. Tego typu idee zyskały później poparcie w gronie krakowskich konserwatystów oraz profesury Uniwersytetu Jagiellońskiego. W swym wykładzie, opublikowanym w 1875 roku, Antoni Walewski wskazywał, że rewolucja (słowo to w XIX wieku często było w kontekście polskim synonimem powstania) to panowanie stronnictw, liczby, gminu, zatem materializm obszerny, wydatny, zgubny, najsroższa kara niebios nad winnymi i niewinnymi.
Romantyczna demokratyzacja i twórcze ziarno niezgody
Na podstawie analiz idei politycznej mobilizacji w XIX wieku oraz reakcji na nie można stwierdzić, że – nawet podporządkowane celom powstania i rozumiane wyłącznie jako narzędzie, służące odzyskaniu niepodległości – wpisywały się one w szeroki nurt demokratyzacji. Wkroczenie przedstawicieli klas ludowych w orbitę politycznej widzialności, dokonujące się nie tylko za pośrednictwem demokratycznych piór, lecz także – jak w rewolucji 1905 oraz innych, mniej spektakularnych ruchach – poprzez akcje bezpośrednie, powodowało konieczność nowego definiowania pola gry politycznej. Obecność nowych aktorów, jak zdawał się sugerować już Henryk Kamieński w latach 40. XIX wieku, wymagała pomyślenia całkowicie odmiennego ładu instytucjonalnego, którego powstanie oznaczałoby zburzenie tradycyjnych ról i hierarchii społecznych. Jednym z wielu bezpośrednich przejawów tej nowej sytuacji była dokonująca się w Galicji demokratyzacja prawa wyborczego.
W tym więc sensie nie podzielam opinii, zgodnie z którymi romantyzm i jego późniejsze, neoromantyczne kontynuacje należy traktować jako brzemię polskiej historii. Rzecz jasna, wiele ze sformułowanych wówczas założeń może ze współczesnej perspektywy wyglądać cokolwiek naiwnie, ale rozumienie historycznych zjawisk wymaga ich kontekstualizacji, czyli czytania i analizy w określonych warunkach. Po upadku powstania listopadowego, które nie zdołało zmobilizować szerszych kręgów społecznych, pewną koniecznością było poszukiwanie nowych form wyrazu i narzędzi artykulacji treści politycznych, które mogłyby być zrozumiałe dla klas ludowych. Dlatego też czerpanie metafor z języka religijnego czy ze świata przyrody jawi się jako śmiała próba dotarcia do tych, którzy znajdowali się poza nawiasem ówczesnego życia politycznego.
Za istotne ograniczenie XIX-wiecznych koncepcji mobilizacji skłonny byłbym zatem uważać nie romantyzm, ale raczej nieustanne napięcie między ideą narodowego powstania a dążeniem do reprezentowania partykularnych interesów grup wykluczonych. Innymi słowy, była to próba opowiedzenia o materialnych interesach i roszczeniach chłopów (w mniejszym stopniu robotników) nie za pomocą języka ekonomicznego, lecz zazwyczaj moralnego. Szlachta zatem miałaby zrzec się przynajmniej części swych własności i swobód w imię wyższego dobra, a wówczas uposażony chłop mógłby stanąć do walki. Kwestię tę dodatkowo problematyzowała spuścizna I Rzeczypospolitej. Ambicją wielu działaczy niepodległościowych było przekroczenie dawnych form życia politycznego, przy jednoczesnej chęci do reprezentowania grup wykluczonych. Powodowało to strach przed możliwością ponownego nadejścia „anarchii” czy wspomnianego „klubowładztwa” i dążenie do jedności narodowej, co wtórnie powodowało prześlepienie tych roszczeń, które groziłyby rozerwaniem mitycznej „zgody narodowej”.
Stwierdzić można, że to właśnie te zjawiska do dziś kładą się cieniem na dynamice mobilizacji społecznych. Jak bowiem pokazują wydarzenia kilku ostatnich lat, skutecznym narzędziem służącym do wyprowadzania tłumów na ulicę jest, z jednej strony, wyartykułowanie sprzeciwu wobec elit czy instytucji w kategoriach narodowych („niepolski rząd”, „obce media”), z drugiej zaś strony – podkreślanie chęci do reprezentowania całego, prawdziwego, zjednoczonego narodu. Na nowo zatem materialne roszczenia są podporządkowywane wyższym kategoriom symbolicznym. Hasło „Tu jest Polska!”, skandowane na wielu nacjonalistycznych marszach, noszenie wielometrowych flag biało-czerwonych, paramilitarna stylistyka i szereg innych tego rodzaju form wyrazu jawi się jako powrót do wzorców znanych przed wieloma dekadami. Zasianie twórczych ziaren niezgody i rozerwanie tej narracji wzdłuż szwów klasowych to zadanie tym trudniejsze, że w czasach kryzysu naturalnym zjawiskiem jest rozpaczliwe poszukiwanie przyczółków wspólnotowości. Skoro jednak jednym z nielicznych dobrodziejstw ostatnich lat jest fakt, że udział w ulicznych mobilizacjach przestał być „obciachem”, to być może budująca niezgoda jest bliżej, niż mogłoby się wydawać.
Piotr Kuligowski
Przypisy:
- E. Laclau, Rozum populistyczny, Wrocław 2009.
- A. Walicki, Henryk Kamieński: filozof ponownie zapomniany, „Przegląd Filozoficzno-Literacki” 2009, nr 25, s. 132.
- M.D. Sibalis, Jan Czynski. Jalons pour la biographie d’un fouriériste de la Grande Emigration polonaise, „Cahiers Charles Fourier” 1995, nr 6.
- Tekst przygotowany na okoliczność 180. rocznicy powstania Gromad Ludu Polskiego opublikowałem w 2016 r. na łamach „Nowego Obywatela”. Zob. P. Kuligowski, „Socjalizm” powstańców listopadowych. Rzecz o Gromadach Ludu Polskiego, „Nowy Obywatel” 2016, nr 70, s. 92–99.
- Zjawiska te w swej ciekawej monografii opisuje W. Marzec, Rebelia i reakcja. Rewolucja 1905 roku i plebejskie doświadczenie polityczne, Łódź 2016.
- W. Feldman, Dzieje polskiej myśli politycznej 1864–1914, Warszawa 1933, s. 81–82.
przez dr hab. Rafał Łętocha | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017, Z Polski rodem
Jak pisał biograf ks. Okonia, w swoim czasie stał się on w niektórych okolicach naszego kraju bożyszczem biedoty chłopskiej, a równocześnie postrachem i zmorą dziedziców, wiejskich bogaczy, plebanów. Chwalili go i darzyli sentymentem ludzie prości „z rękami czarnymi od pługa”, a ganili i obrzucali złymi słowami wszelkiego rodzaju posesjonaci, czerpiący zyski z cudzej pracy. Jego wiece bywały nierzadko widowiskiem godnym bogów – odbywały się przy protestacyjnym biciu w kościelne dzwony, chóralnym zawodzeniu nabożnych pieśni, histerycznych okrzykach bractw różańcowych, a równocześnie przy entuzjazmie i wiwatach zgromadzonych mas chłopskich1.
Postać ks. Okonia wyróżnia się zdecydowanie spośród licznych duchownych, ale również działaczy społecznych i politycznych dwudziestolecia międzywojennego. Zdecydowały o tym jego radykalizm, bezkompromisowość, żarliwość oraz ostry, momentami zjadliwy język, jakiego używał. Był to typ prawdziwego trybuna ludowego, do którego nie można było mieć obojętnego stosunku. Jego postawa i działania powodowały, że albo stawało się po jego stronie, albo zaciekle go zwalczało jako populistę i demagoga.
***
Eugeniusz Okoń urodził się w Boże Narodzenie 1881 roku w Radomyślu nad Sanem2, w chłopskiej rodzinie, jako pierworodny syn Wincentego i Anieli Okoniów. W następnych latach przyszło na świat jeszcze sześcioro rodzeństwa, w związku z czym wyżywienie tej licznej rodziny z niewielkiego gospodarstwa było nie lada wyzwaniem. W rodzinnej miejscowości ukończył cztery klasy szkoły podstawowej, jednak rodzice postarali się, by zdolny chłopiec mógł kontynuować naukę. Wysłano go więc do gimnazjum w Rzeszowie, gdzie uczył się w latach 1894–1902. Po otrzymaniu matury zgłosił się do seminarium duchownego w Przemyślu, w którym przebywał następne cztery lata. Jako jeden z najzdolniejszych seminarzystów został zgłoszony przez kierownictwo placówki do przygotowania odczytu na temat Adama Mickiewicza w związku z odbywającymi się w seminarium uroczystościami poświęconymi życiu i twórczości poety. Przybyli na nie wszyscy księża-profesorowie oraz biskupi, na czele z ordynariuszem diecezji bp. Józefem Pelczarem. Wykład Okonia tak przypadł do gustu biskupowi Pelczarowi, że nakazał go wydrukować oraz rozesłać do wszystkich księży diecezji przemyskiej.
Po uzyskaniu święceń kapłańskich nasz bohater został skierowany jako wikariusz do parafii Rudka w pobliżu Sambora. Właścicielem majątku Rudka był Aleksander Skarbek, polityk endecki, poseł na Sejm Krajowy Galicji i członek austriackiej Rady Państwa. Zauważył on młodego księdza wyróżniającego się zaangażowaniem oraz działalnością. Polecił go uwadze czołowych narodowych działaczy tamtego okresu – Stanisława Grabskiego oraz Stanisława Głąbińskiego. W ten sposób na początku swojej drogi kapłańskiej Okoń znalazł się w kręgu oddziaływania endecji.
W pierwszych dziesięciu latach posługi kapłańskiej aż osiem razy przenoszono go do różnych parafii. Było to związane z jego temperamentem i działalnością wśród ludności wiejskiej. Rozbudzanie polityczne chłopstwa zazwyczaj nie podobało się proboszczom tych parafii, w których ks. Okoń pełnił obowiązki wikariusza, stąd podejmowane przez nich starania o przeniesienie niepokornego duchownego gdzie indziej. W Świlczy k. Rzeszowa, gdzie w 1911 roku sprawował obowiązki kapłańskie, decyzja o jego przeniesieniu do Majdana Kolbuszowskiego zaowocowała protestami parafian i pismem w tej sprawie, wysłanym do kurii w Przemyślu, które jednak nie przyniosło pożądanych rezultatów. Ks. Okoń usłuchał biskupiego nakazu, zapakował skromny dobytek osobisty i był gotów do drogi. I oto wtedy zajeżdża po niego udekorowany wóz. Za wozem, na którym usadowił się ks. Okoń, jedzie chłopska banderia, złożona z kilkudziesięciu koni, oraz furmanki z ludźmi, a na przedzie – orkiestra. […] Cała ta barwna, strojna kawalkada defiluje ulicami Rzeszowa aż do dworca kolejowego. Wzbudza to poruszenie, sensację, pojawiają się wszędobylscy fotografowie, robią zdjęcia, które następnie ukazują się w niektórych ówczesnych pismach ilustrowanych w Galicji. Tak wyglądał pierwszy triumfalny pochód tego młodego kapłana3.
Na czas jego pobytu w Majdanie Kolbuszowskim przypadły wybory do parlamentu austro-węgierskiego w Wiedniu. Ksiądz Okoń prowadził w związku z tym agitację, uświadamiając chłopów, że powinni głosować zgodnie ze swoimi interesami, a więc na ludzi, którzy zechcą bronić ich sprawy na forum parlamentarnym. Wkrótce został wezwany do Lwowa przez przywódców narodowej demokracji, którzy zaproponowali mu start z ich list w wyborach w powiecie kolbuszowskim. Przeszkodą jednak okazał się wiek Okonia, któremu brakowało kilku miesięcy do osiągnięcia wymaganego wówczas cenzusu 30 lat. Wymyślono wyjście z tej sytuacji – nakłoniono ks. Okonia, aby znalazł jakiegoś zaufanego chłopa, który wystawiony zostanie jako kandydat na posła, on sam zaś zostanie kandydatem na zastępcę posła. Po kilku miesiącach figurant miał zrzec się mandatu, a jego miejsce zająć miał ks. Okoń. Kandydatem został Antoni Lewicki z Huty Komorowskiej, który zgodził się na wszystkie warunki i podpisał zobowiązanie do zrzeczenia się mandatu. Misterny plan jednak zawiódł, gdyż po udanych wyborach ani Lewicki nie chciał rezygnować, ani narodowa demokracja nie kwapiła się, aby zastąpić uległego chłopa krnąbrnym duchownym. Podczas kampanii wyborczej ks. Okoń dawał bowiem wyraz swoim rzeczywistym poglądom: podburzał masy chłopskie, ciskał gromy nie tylko na zaborców, lecz także pod adresem polskich właścicieli ziemskich, wskazywał na wyzysk, niesprawiedliwość i krzywdę, to wszystko zaś niekoniecznie było zgodne z linią obozu narodowego.
Rozczarowany, odsunął się od endecji i zbliżył do ruchu chrześcijańsko-społecznego ks. Stojałowskiego. W 1913 roku miały miejsce wybory do Sejmu Krajowego we Lwowie. Okoń postanowił w nich startować, nie wiążąc się jednak z żadnym stronnictwem politycznym. Wysunął swoją kandydaturę w dwóch okręgach jednocześnie: kolbuszowskim i krośnieńskim. O ile w tym pierwszym sromotnie przegrał z Janem Stapińskim, o tyle w drugim uzyskał mandat poselski, wygrywając z hr. Tyszkiewiczem z Kolbuszowej. W Sejmie nie związał się z żadnym klubem poselskim, pozostając tzw. posłem dzikim. Z powodu izolacji nie przejawiał większej aktywności w Sejmie Krajowym, który zresztą wraz z wybuchem wojny został rozwiązany.
***
Koniec I wojny światowej to okres, w którym Okoń intensyfikował działalność. Za jej sprawą nazwisko księdza wkrótce stało się głośne nie tylko w Galicji, lecz także na wszystkich ziemiach odradzającej się Rzeczypospolitej. Pierwszy głośny wiec z jego udziałem odbył się 2 listopada 1918 roku w Radomyślu. Wówczas to na jego wezwanie zebrani chłopi przewracali słupy graniczne oddzielające Galicję od Królestwa. Nawiązał w tym czasie współpracę z Tomaszem Dąbalem, pełniącym obowiązki komendanta żandarmerii w Tarnobrzegu z ramienia Polskiej Komisji Likwidacyjnej.
Do przełomowego wydarzenia, uważanego za początek tzw. Republiki Tarnobrzeskiej, doszło 6 listopada 1918 roku. Wtedy to zorganizowano na rynku tarnobrzeskim wiec pod pomnikiem Bartosza Głowackiego. Zgromadził on ok. 30 000 ludzi, do których ks. Okoń wygłosił płomienną mowę. Nie wahał się grać na emocjach, wskazywać winowajców chłopskiej krzywdy oraz nawoływać do radykalnych zmian, które muszą zostać urzeczywistnione wraz z końcem wojny. Żołnierze, robotnicy i ty, biedoto chłopska! Zaświtał wreszcie dla was wszystkich dzień wyzwolenia, swobody, porachunku za tyle krzywd doznanych, za tyle poniewierania twej godności, za tyle wyzysku ciebie, chłopie polski, który, jakkolwiek jesteś krwią, siłą i mózgiem tej ziemi, poniewierany byłeś i poniżany. Już nie będziesz się wysługiwał i krwawo mozolił dla obcej sprawy. […] Precz z jaśnie wielmożnymi dziedzicami, precz z utracjuszami, tyś powinien zamieszkać w tych pałacach, a do okopów wpędzić tych, co się obojętnie przyglądali twej biedzie. Ta ziemia, której broniłeś, tobie ma przypaść, a ty, chłopie, który pracowałeś w pocie czoła po dworach pańskich za marne pomieszczenie po czworakach i garść soczewicy, który trząsłeś się na widok pana rządcy, ty, którego widok oblicza jaśnie pana wprawiał w drżenie i strach zarazem, tak że na nogach twych porcięta ze strachu latały jak na wrzecionie. […] Dość przez tyle wieków napracowałeś się dla panów, aby oni opływali we wszystko, a ty, abyś gnił na barłogu. Pan Bóg nie stworzył tej ziemi, tych lasów jedynie dla nich. To twoja własność również. I powinieneś korzystać z tego. Precz ze strażą leśną i łąkową, precz z lizunami hrabskimi, rządcami i leśnymi! Zeżryj, ty chłopie, choć raz do syta.
Zakończył swoje przemówienie również znamiennymi słowami, w których pobrzmiewa krytyka pod adresem samego Kościoła, nie zawsze wykazującego zrozumienie i wrażliwość na chłopską krzywdę: Właśnie dzwonią (w kościele), ale już nie na anioł pański, ale na twój anioł chłopski4. W czasie wiecu powołano do życia Zjazd Delegatów, liczący początkowo 150 osób. Miał zastąpić Radę Powiatową. Ogłoszono likwidację posterunków żandarmerii, ustanawiając w to miejsce Milicję Ludową, zniesiono dawne rady gminne, nakazano wybrać nowych wójtów i pisarzy gminnych spośród ludzi cieszących się uznaniem u chłopstwa, pozbawiono wreszcie symbolicznie mandatów poselskich hr. Stanisława Tarnowskiego, hr. Zygmunta Lasockiego i dr. Rosnera, powołując w ich miejsce ks. Okonia, chłopów Waleriana Wryka i Adama Zielińskiego oraz dr. Jaroszewskiego5. Przez pewien czas mieliśmy w Tarnobrzegu do czynienia z dwuwładzą – z jednej strony działał chłopski Zjazd Delegatów, a następnie Komitet Powiatowy, z drugiej zaś – komisarz z ramienia Polskiej Komisji Likwidacyjnej. Komitet Powiatowy wkrótce wysłał pismo do Lublina, udzielając w nim poparcia Tymczasowemu Rządowi Ludowemu Republiki Polskiej Ignacego Daszyńskiego. Delegacja tarnobrzeska w imieniu rządu lubelskiego została przyjęta przez Stanisława Thugutta.
Sytuacja taka zaowocowała anarchią na tych terenach. Według świadka ówczesnych wydarzeń mnożyły się rabunki, napady na posterunki żandarmerii, dwory czy urzędy. W styczniu 1919 r. rozpoczęły się groźne napady na dwory. Głośnym stał się rabunek w Mokrzyszowie, gdzie 8 stycznia ludność miejscowa, nawet wójt gminny, rzucili się na spichlerz dworski hr. Tarnowskiego i rozebrali zboże, zmagazynowane tam przez rząd austriacki, a także zboże dworskie. Gdy się wieść o tym rabunku rozeszła po okolicy, nadciągnęła ludność do Mokrzyszowa ze Stalów, Żupawy, Jeziórka, Grębowa i w nocy tegoż dnia rabowała ziemniaki z kopców, uprowadzała bydło i konie ze stajen dworskich. Była to straszna noc, ludzie rozdzierali cudzą własność, jak wilki, bydło zarzynali na miejscu i mięsem się dzielili, nawoływali się wśród ciemności, zapomnieli o Bogu i przykazaniach Bożych. Dopiero oddział wojska polskiego położył kres temu, zrabowane zboże i bydło poodbierał i winnych aresztował. Do masowych rabunków doszło też w Budzie Stalowskiej, Motyczu, Grębowie. W Grębowie był napad na dwór Dolańskiego 10 stycznia wieczór. Dnia tego chłopi z Jeziórka, Żupawy i innych wsi okolicznych rozbroili posterunek żandarmerii w Grębowie, rządcę i strażników folwarcznych, obrabowali pałac w Grębowie, zabrali dwa stogi siana (około 50 fur). Równocześnie ograbiono Żydów w Grębowie. W większym jeszcze stopniu ponowił się tam napad następnego wieczoru. Rzucili się wtedy na folwark grębowski chłopi z Jamnicy, Zapolednika, Krawców, Wydrzy, rabując zboże, siano, inwentarz żywy, uprząż na konie, wozy itd. Czeladź folwarczna nie tylko nie ratowała mienia dworskiego, ale sama brała udział w rabowaniu. Pono nawet starsi i zamożniejsi gospodarze rabowali6.
Na wiecu pod pomnikiem Głowackiego ks. Okoń z Dąbalem proklamowali również powołanie Chłopskiego Stronnictwa Radykalnego (ChSR), które jednak nie rozpoczęło de facto działalności, zatem w wyborach sejmowych w 1919 r. startowali oni z list PSL-Lewica. Wkrótce, w związku z oskarżeniami o podburzanie ludu i prowadzenie „wywrotowej” roboty, Polska Komisja Likwidacyjna wydała nakaz aresztowania Okonia i Dąbala. Pierwszego z nich zatrzymano po wiecu w Baranowie i osadzono w więzieniu w Rzeszowie, drugiemu udało się uniknąć aresztowania dzięki pomocy chłopów. Wraz z aresztowaniem kuria biskupia w Przemyślu zawiesiła ks. Okonia, potępiając jednocześnie jego radykalną działalność. Jednakże w żaden sposób nie zaszkodziło to mu w wyborach, które odbyły się w styczniu 1919 roku. Z list PSL-Lewica został wybrany do sejmu w okręgu tarnobrzeskim. W parlamencie przystąpił do klubu poselskiego PSL-Wyzwolenie, a pod koniec 1919 roku, w związku z rozłamem, który dokonał się w jego klubie, rozpoczął samodzielną działalność na czele proklamowanego rok wcześniej Chłopskiego Stronnictwa Radykalnego.
W czasie pierwszej kadencji sejmu, trwającej do 1922 roku, ks. Okoń zgłosił 20 interpelacji, 16 wniosków oraz wygłosił 43 przemówienia na posiedzeniach plenarnych. Oczywiście występował przede wszystkim jako obrońca chłopów, a zwłaszcza wiejskiej biedoty. Wiele miejsca poświęcił kwestiom reformy rolnej, był bowiem zdecydowanym zwolennikiem wywłaszczenia obszarników. Postulował przeznaczenie na cele reformy rolnej nie tylko majątków ziemian powyżej 300 morgów, ale także tzw. dóbr martwej ręki (majątki ziemskie kościołów i instytucji kościelnych, pozyskiwane głównie w wyniku darowizn wiernych, które często miały miejsce na łożu śmierci), podkreślając, że duchowni nie mogą być jednocześnie dobrymi kapłanami i rolnikami. Wzywał kler zasiadający w parlamencie do porzucenia obozu ziemiańskiego, przypominając, że księża zostali posłami dzięki głosom chłopów. Pamiętajmy wszyscy o tym, że gdyby się reformy rolnej takiej, jakiej lud polski żąda, nie przeprowadziło, to Polska by istnieć nie mogła, gdyż byłaby w samych fundamentach swoich zagrożona. Jeżeli Polska ma być naprawdę rzeczpospolitą ludową, jak ją powszechnie nazywamy, to musimy jej fundamenta oprzeć przede wszystkim na ludzie, przede wszystkim na ludzie wiejskim, bo jest go aż 80% w naszym państwie, więc lud w Polsce – to naród, a naród – to lud. […] Z tego więc narodowego i patriotycznego punktu widzenia wychodząc, uważam reformę rolną nie tylko za najdonioślejszy problemat gospodarczy, nie tylko za najważniejszy problemat społeczny lecz przede wszystkim za najważniejszy problemat polityczny i państwowy; upatruję w oddaniu ziemi z rąk lekkomyślnych, marnotrawnych, egoistycznych i leniwych obszarników i szlachciców w twarde chłopskie ręce od pługa za zbawienie Polski, za jedyny najskuteczniejszy środek stworzenia z Ojczyzny naszej silnego, zdrowego jak lud i potężnego państwa7. Z uwagi na problemy związane z doprowadzeniem do reformy rolnej w Polsce, nawiązując do celowej obstrukcji działań w tym kierunku, choć deklaratywnie większość posłów opowiadała się za jej przeprowadzeniem, ks. Okoń trafnie i z dużą dozą sarkazmu zauważał: Wszyscy posłowie chcą, tylko sejm nie chce8.
Postulował również przeniesienie tzw. prawa patronatu przy mianowaniu proboszczów z właścicieli dóbr ziemskich na mieszkańców. Dzięki temu, jak pisał, chłop zrzuci z siebie kajdany nie tylko obszarników, ale i kajdany proboszczów9. Oczywiście rezolucja ta nie przeszła, ale postulat Okonia, który wprost mówił o tym, że w dalszej kolejności żądać będzie oddania ludowi prawa mianowania biskupów, dobrze pokazuje jego radykalizm. Mocno angażował się też w sprawę rozwoju szkolnictwa wiejskiego, zabierając głos przy okazji dyskusji na temat projektu ustawy o ustroju władz szkolnych w czerwcu 1920 roku. Protestował przeciwko powstawaniu na wsi szkół jednoklasowych, nazywając je surogatem szkoły, wskazywał na potrzebę tworzenia przynajmniej czteroklasowych placówek, a w większych gminach – siedmioklasowych. Domagał się też tworzenia specjalnych szkół rolniczych i akademii. Podkreślał, że szkoła winna spełniać trzy główne zadania: dostarczać i rozpowszechniać wiedzę, kształtować samodzielność w jednostkach, wyrabiać charaktery. Szkoły nasze powinny głuszyć to, co jest wadą polską. Powinny wykorzeniać wady polskie, a więc lekkomyślność, kłótliwość, samolubstwo i przekupstwo […]. Uznajmy zasadę ks. Konarskiego, starą zasadę: „szkoła nie dla szkoły, tylko dla życia”10.
Występował również z żądaniami zaprzestania stosowania kar cielesnych jako pozostałości rządów austriackich, zniesienia kary śmierci, apelował o budowę kanału Kraków – Jarosław, będącego częścią planowanej jeszcze przez Austriaków drogi wodnej, która jego zdaniem powinna połączyć Wisłę z Dniestrem. Wystąpił z wnioskiem o budowę portu na Sanie między Radomyślem Małym a Skobierzynem oraz linii kolejowej Rzeszów – Głogów Małopolski – Kolbuszowa – Tarnobrzeg – Sandomierz – Warszawa.
Postulował też przyspieszenie prac nad Konstytucją. Opowiadał się w tej kwestii za budową Polski chłopskiej, stąd uznał senat za „ostoję reakcji”, przeżytek sprzeczny z ideą Polski Ludowej, niebezpieczny dodatkowo dla ruchu ludowego. Proponował bezpośredni wybór naczelnika państwa przez ogół obywateli na 7 lat spośród trzech kandydatów zaproponowanych przez sejm11.
W tym czasie zaczął też wychodzić oficjalny organ prasowy ChSR pod nazwą „Chłopska Sprawa” (pierwszym, dość efemerycznym organem, była „Jedność Chłopska” redagowana przez Dąbala, z którym drogi ks. Okonia wkrótce się rozeszły). Jego redaktorem i wydawcą był sam Okoń, a każdy numer pisma zawierał hasła w rodzaju: „Ziemia dla chłopów”, „Niech żyje Polska chłopska postępowa”, „Żądamy natychmiastowego zniesienia w Polsce tytułów książęcych, hrabiowskich, barońskich i szlacheckich”, „Dla chłopa polskiego nie masz nic droższego nad Ojczyznę i reformę rolną” itp.
Do kolejnych wyborów, w roku 1922, ks. Okoń przystąpił już pod szyldem Chłopskiego Stronnictwa Radykalnego. Na listy tego ugrupowania padło ponad 127 tys. głosów i otrzymało ono 4 mandaty poselskie (Okoń, Jan Kudelski, Jan Dziduch, Kazimierz Średniawa). Działalność Okonia w sejmie drugiej kadencji osłabła w porównaniu z pierwszą. Wygłosił w trakcie jej trwania 18 przemówień na posiedzeniach plenarnych, zgłosił 8 interpelacji i 5 wniosków. Inna sprawa, że nie działał już samotnie, gdyż praca sejmowa rozłożona została na kilka osób. Podejmował w zasadzie te same kwestie, co w Sejmie Ustawodawczym, na czele rzecz jasna z ciągle nieprzeprowadzoną reformą rolną.
Trzeba także pamiętać o prowadzonej cały czas przez niego działalności wiecowej – był to niewątpliwie urodzony trybun ludowy. Różnego rodzaju wiece organizował regularnie, czasami nawet dwa, trzy dziennie, jego przemówienia zaś trwały zazwyczaj od 2 do 3 godzin. Były przyczyną różnych zatargów, bójek i zajść gorszących ówczesną opinię publiczną. Częstokroć miejscowe duchowieństwo czy władze usiłowały torpedować jego poczynania. Charakterystyczny przykład podaje „Chłopska Sprawa”, omawiając wydarzenia, które miały miejsce w Myszyńcu w 1924 roku. Czytamy tam, iż choć prałat miejscowy […] rozweselił trunkami swoich zwolenników i wysłał pijane baby miasteczkowe na wiec nasz, by go krzykami i hałasem uniemożliwić, ksiądz Okoń, nie zważając na szaleństwa podjudzonych i podpitych dewotek, urządził wiec duży na samym rynku, obok kościoła, a olbrzymi tłum Kurpiów słuchał mowy księdza Okonia z zapałem i zachwytem12. Wszystko to spowodowało, że z biegiem czasu ks. Okoń sam zaczął chronić i ubezpieczać swoje wiece specjalnie powołaną strażą chłopską, która stopniowo przerodziła się, zgodnie z duchem tamtych lat, w rodzaj bojówek politycznych walczących na ulicach z przeciwnikami.
W wyborach sejmowych w 1928 roku ks. Okoń nie brał już udziału. Po wygaśnięciu mandatu sejmu poprzedniej kadencji został bowiem aresztowany i uwięziony w Lublinie. Postawiono mu zarzuty podburzania chłopów i rewolucjonizowania wsi. W areszcie przebywał do końca marca 1928 roku, wypuszczono go już po przeprowadzonych wyborach. Z więzienia wrócił wprost do rodzinnego domu w Radomyślu. Pozostawał bez środków do życia, wykluczony z życia politycznego i zawieszony przez władze kościelne. W tej sytuacji zdecydował się na powrót na łono Kościoła. Odwołał swoje „błędy”, potępił wcześniejszą działalność, złożył deklarację posłuszeństwa biskupowi i odbył pokutę w klasztorze bernardynów w Dukli. Przywrócono mu kanoniczne uprawnienia do wykonywania czynności kapłańskich i skierowano do parafii do rodzinnego Radomyśla, gdzie miał pomagać miejscowemu proboszczowi. Cieszył się tam dość dużą popularnością w związku z tym, że w miarę możliwości przychodził nadal z pomocą najbiedniejszym i nie pobierał zazwyczaj opłat za posługi kapłańskie.
Podczas okupacji hitlerowskiej organizował komitet pomocy wysiedleńcom i brał aktywny udział w ratowaniu osób pochodzenia żydowskiego, organizując dla nich fałszywe dokumenty i schronienie. Działalność ta o mało nie poskutkowała aresztowaniem, jednak, w porę ostrzeżony, zbiegł i od 1942 roku do końca wojny musiał się ukrywać. Po wojnie otrzymał probostwo w małej parafii Radenice, a następnie w Dobkowicach w powiecie jarosławskim. Zaprzestał wówczas wszelkiej działalności politycznej, jednak nie znaczy to, że stracił zainteresowanie takimi kwestiami. Jak pisze jego biograf: Po wielu latach już w Polsce Ludowej, na posiedzeniach Krajowej Rady Narodowej i Sejmu Ustawodawczego, na galerii wśród publiczności przysłuchującej się obradom, można było niekiedy zobaczyć pochyloną wiekiem i zniszczoną przeżyciami postać w księżowskiej sutannie. Człowiek ten potrafił godzinami słuchać poselskich przemówień, obserwować salę posiedzeń, zatapiać się w myślach. W tym czasie jednak nikt się nie zbliżał do niego ani on do nikogo13.
W 1948 roku, po wielu staraniach, dostał pozwolenie na objęcie parafii w Olszanach i Stanowicach w powiecie świdnickim na Dolnym Śląsku. Tam, schorowany i wyczerpany kolejnymi oskarżeniami oraz szykującym się procesem o tzw. płatną protekcję (ostatecznie kolejny raz został przez sąd oczyszczony z wszelkich zarzutów), zakończył swój żywot 19 stycznia 1949 roku. Rok później, zgodnie z ostatnią wolą, jego ciało zostało sprowadzone do Radomyśla i pochowane na tamtejszym cmentarzu. Kondukt żegnający tam ks. Okonia ciągnąć się miał na 6 kilometrów…
***
Eugeniusz Okoń to niewątpliwie postać kontrowersyjna. Zdecydowało o tym wiele kwestii, przede wszystkim liczne procesy sądowe, które mu wytaczano. W czasie pierwszej kadencji sejmu wpłynęło 5 wniosków o wydanie go sądom, w czasie drugiej – jeden. Poparte były oskarżeniami o wyłudzanie przez niego pieniędzy od ludzi. Trzeba od razu powiedzieć, że we wszystkich przypadkach ks. Okoń był uniewinniany, zgodnie jednak z sentencją calomniez, calomniez, il en restera toujours quelque chose, przypisywaną Francisowi Baconowi, Beaumarchais’mu czy też Wolterowi, zawsze coś z oskarżeń pozostawało. Podczas ostatniego wystąpienia sejmowego zwrócił na to uwagę, mówiąc: Pięć razy wydawano mnie sądom w tamtym sejmie, pięć razy mnie uniewinniano […]. Czci mojej uwłaczali, a kiedy sąd mnie uniewinnił, ani razu nie słyszałem głosu satysfakcji, głosu rehabilitacji. Błotem mnie obrzucano, a nie ma żadnego oczyszczenia14. Druga sprawa, która wywoływała oburzenie, to sposób prowadzenia się ks. Okonia – zarzucano mu, nie bez podstaw, nadmierny pociąg do kieliszka i płci przeciwnej.
Nie stworzył w zasadzie żadnego spójnego programu pozytywnego. W jego przemówieniach wiecowych czy sejmowych mamy do czynienia przede wszystkim z krytyką panujących stosunków społecznych, gospodarczych i politycznych, krytyką ostrą, bezkompromisową, ponieważ Okoń nie należał do osób przebierających w słowach. Bezpardonowo atakował swoich przeciwników politycznych, ale i tych, którzy zdawali się potencjalnymi sojusznikami, jak PSL-Piast, PSL-Wyzwolenie czy inne pomniejsze partie ludowe. Nie wahał się zarzucać Niezależnej Partii Chłopskiej, dowodzonej przez Alfreda Fiderkiewicza („amerykańskiego burżuja, kapitalisty”), że jest marionetką w rękach obszarników i jednocześnie bolszewickiej Moskwy. Jan Dziduch po odejściu z ChSR i dołączeniu do Stronnictwa Chłopskiego doczekał się na łamach „Chłopskiej Sprawy” pod swoim adresem takich epitetów, jak „judasz”, „nikczemnik”, „padalec”, „gad”, „krętacz”, „bandyta”, „swołocz”, „durny baran ogłupiały od alembiku”, „świnia ordynarna” itp.
Trzeba jednak powiedzieć, że konkurenci polityczni nie pozostawali Okoniowi dłużni, określając go mianem „rozpustnika”, „zwyrodnialca”, „parszywej owcy”, „kuglarza”15. Na łamach „Wyzwolenia” pisano o nim: Jeździ po kraju i urządza zebrania i wiece, a wszędzie obiecuje złote góry, naiwni zaś i bezmyślni ludzie wierzą. Obiecuje, że gdy jego ludzie przejdą na posłów, to on w ciągu roku rozparceluje wszystkie dwory, a pokątnie opowiada, że jak on będzie rządził to chłopi sami będą wódkę robili i tytoń siali. Takie brednie opowiada, a ludzie wierzą16. W innym zaś miejscu: Ks. Okoń jest człowiekiem bardzo ograniczonym i w duszy swej nie ma żadnej zalety ani cnoty, a tym bardziej idei. Ma żądze użycia, czyli zaspokojenia swych chuci i picia. […] Okoń i jego robota jest dla ludu wysoce szkodliwą, a bałamuctwo jego jest niebezpieczeństwem ludu: może zbałamucić, ale zwycięstwa ludowi nie przyniesie17.
Nie można jednak odmówić mu ideowości ani umiejętności pobudzania i mobilizowania mas ludowych. Stawał zdecydowanie w obronie najbiedniejszych, najbardziej upośledzonych mieszkańców wsi. Zarzuty interesowności i żerowania na biedocie chłopskiej nie wydają się uzasadnione. Okoń nie dorobił się żadnego majątku, a ostatnie lata życia spędził wręcz w nędzy. Zbierane pieniądze przeznaczał głównie na działalność wydawniczą i organizacyjną, która przecież musiała być finansowana z jakichś środków.
dr hab. Rafał Łętocha
Przypisy:
- T. Rek, Ksiądz Eugeniusz Okoń 1881–1949, Warszawa 1962, s. 7.
- Wiadomości biograficzne na podstawie: Ibidem; W. Stankiewicz, Okoń Eugeniusz (1881–1949), Polski słownik biograficzny, t. XXIII, Wrocław 1978.
- T. Rek, op. cit., s. 39–40.
- T. Spiss, Ze wspomnień c.k. urzędnika politycznego, Rzeszów 1936, s. 179–180.
- J. Rawski, „Republika Tarnobrzeska”: w świetle źródeł i wspomnień adiutanta Powiatowej Komendy Wojsk Polskich w Tarnobrzegu, Tarnobrzeg 1993; J. Słomka, Pamiętnik włościanina. Od pańszczyzny do dni dzisiejszych, Tekst, z zachowaniem oryginalnej pisowni i interpunkcji, według: Słomka Jan, Pamiętniki włościanina, wyd. 2, Kraków, bez roku wyd. [1929], Towarzystwo Szkoły Ludowej, http://www.linux.net.pl/~wkotwica/slomka/slomka-12.html#sec_12_02 (22.11.2016).
- J. Słomka, Pamiętnik włościanina, op. cit.
- Sprawozdanie stenograficzne z 56 posiedzenia Sejmu Ustawodawczego z dnia 26 VI 1919.
- Sprawozdanie stenograficzne z 146 posiedzenia Sejmu Ustawodawczego z dnia 14 V 1920.
- Sprawozdanie stenograficzne z 126 posiedzenia Sejmu Ustawodawczego z dnia 4 III 1920.
- Sprawozdanie stenograficzne z 153 posiedzenia Sejmu Ustawodawczego z dnia 4 VI 1920.
- Zob. szerzej H. Cimek, Poglądy ks. Eugeniusza Okonia prezentowane w Sejmie Ustawodawczym (1919–1920), „Państwo i Społeczeństwo” 2010, nr 7.
- T. Rek, op. cit., s. 156.
- Ibidem, s. 8.
- Sprawozdanie stenograficzne z 293 posiedzenia Sejmu Ustawodawczego z dnia 17. VII 1926.
- Obecny, Kuglarz, „Wyzwolenie” 1922, nr 31, s. 333.
- Okoń w służbie piastowców, „Wyzwolenie” 1922, nr 22, s. 244.
- Ks. Okoń, „Wyzwolenie” 1922, nr 28, s. 300.
przez Jarosław Tomasiewicz | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017
„Religia to opium dla ludu”. Któż z lewicowców nie znałby tej, niedokładnie cytowanej, frazy Karola Marksa? Niektórzy wręcz sprawiają wrażenie, jakby z całego dorobku myśliciela z Trewiru zapamiętali tylko to jedno zdanie. Pełny cytat nie jest już wszakże tak jednoznaczny. Nędza religijna – pisze Marks – jest jednocześnie wyrazem rzeczywistej nędzy i protestem przeciw nędzy rzeczywistej. Religia jest westchnieniem uciśnionego stworzenia, sercem nieczułego świata, jest duszą bezdusznych stosunków. Religia jest opium ludu. Opium w XIX wieku było jednak używane nie jako środek halucynogenny, lecz znieczulający. Twórca materializmu historycznego zauważa wszak, że religia może być też „protestem przeciw nędzy rzeczywistej”, motywacją do walki. Trzymając się medycznej analogii: „amfetaminą ludu”.
Historia dostarcza niezliczonych przykładów owego swoistego dżihadu w imię sprawiedliwości społecznej. Także w chrześcijaństwie. Niektórzy wyznawcy Chrystusa nie tylko gorąco pragnęli urzeczywistnienia ideałów ewangelicznego braterstwa, ale też – zamiast nadstawiać drugi policzek – przypominali inne, niepokojące słowa Jezusa: „Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz” (Mt 10, 34–36).
U schyłku imperium rzymskiego ośrodkiem chrześcijańskiego radykalizmu była Afryka Północna. W Kartaginie i w Numidii bujnie rozkwitł kult męczenników, którzy stracili życie w czasie Wielkich Prześladowań za cesarza Dioklecjana, propagowany przez wpływową chrześcijankę Lucyllę. Jego rewersem była pogarda wobec lapsi (upadłych), czyli odstępców od wiary oraz traditores (zdrajców) – biskupów uległych wobec państwa. Gdy w 312 roku na stolicę biskupią w Kartaginie powołany został Cecylian ze stronnictwa umiarkowanych, radykałowie zwołali synod, odwołali go z urzędu i wybrali swym przywódcą Majoryna, a potem Donata. Donat, świetny mówca i organizator, stworzył prężną strukturę, która po dwudziestu latach liczyła już 270 biskupstw. Istotą jego doktryny było twierdzenie, że Kościół składa się tylko ze świętych, a więc gotowych do męczeństwa, grzesznicy zaś są zeń wykluczeni; co więcej, sakramenty udzielane przez grzeszników są nieważne.
Ponieważ cesarz wsparł w tym sporze cecylian, donatyści przeszli do opozycji. W 317 roku administracja cesarska przystąpiła do odbierania schizmatykom ich kościołów siłą, co spotkało się z czynnym oporem. Pod wodzą Makida i Fasera powstały grupy agonistów (bojowników) Chrystusa, uzbrojone początkowo w laski (gdyż w Księdze Wyjścia napisano: „Biodra wasze będą przepasane, sandały na waszych nogach i laska w waszym ręku”), potem – w miecze. Na skutek represji agoniści musieli prowadzić walkę typu partyzanckiego, krążąc w pobliżu miast, dlatego nazwano ich circumcelliones. Rygoryzm donatystów największy odzew zyskał wśród tych, którzy mieli najmniej do stracenia – wśród biedoty i ludności autochtonicznej. Nic dziwnego, że zbrojne ramię „kościoła świętych” łączyło fanatyzm religijny z postulatem zaprowadzenia równości wśród ludzi. Circumcelliones wyzwalali niewolników, unieważniali długi biedaków, doraźnie wymierzali sprawiedliwość. Przekazy głoszą, że gdy napotykali pana jadącego powozem i sługę biegnącego za nim, zmuszali ich do zamiany miejsc. Pogarda dla śmierci i pragnienie męczeństwa (aż do samobójstwa włącznie) sprawiały, że agoniści byli wyjątkowo trudnym przeciwnikiem dla sił Imperium. Wytępieni zostali dopiero przez barbarzyńskich Wandalów, którzy najechali Afrykę w 429 roku.
W odróżnieniu od donatystów, późniejsi o pięćset lat bułgarscy bogomili reprezentowali odmienny, bo pacyfistyczny nurt herezji. Bogomilizm stał się wyznaniem słowiańskiego chłopstwa, okrutnie uciśnionego przez bizantyjskie państwo i zhellenizowaną arystokrację. Ortodoksyjny teolog Kosmas uskarżał się, że bogomili uczą swych współwyznawców nieposłuszeństwa panom, potępiają bogatych, nienawidzą cara, wyśmiewają starszych, gardzą wysoko urodzonymi, tych, którzy służą carowi, uważają za znienawidzonych przez Boga, i podburzają niewolników, by nie wykonywali poleceń właścicieli. Zarazem podkreślał ich kwietyzm i pokorę: „Są jak owieczki”. U podłoża bogomilizmu legła zapożyczona od azjatyckich manichejczyków idea immanentnej grzeszności materii – świat doczesny z całą jego nędzą i krzywdą miał być dziełem szatana. Koncepcja ta wywarła przemożny wpływ na większość średniowiecznych herezji, ostro akcentujących dualizm dobra i zła, ducha i materii. Zasada prymatu ducha nad materią prowadziła nie tylko do kultu ascezy i dobrowolnego ubóstwa, ale też – niekiedy – do czynnego potępienia bogaczy.
Istniał też nurt odmienny, zakorzeniony w panteizmie Szkota Eriugeny (IX wiek), a rozwinięty przez Amalryka (zm. w 1204 roku). Jego zwolennicy, zwani „braćmi wolnego ducha”, uważali się za przepełnionych duchem świętym; jako tacy stawiali się ponad wszelkim prawem, poza dobrem i złem. Głosili, że człowiek, który osiągnął świadomość swej jedności z Bogiem, nie grzeszy, cokolwiek by czynił, gdyż czego człowiek chce, tego chce Bóg. Amalrycjanie nie byli wszakże rewolucjonistami. Ta anarchoindywidualistyczna tendencja odrzucała własność prywatną, ale nie na rzecz wspólnego posiadania, lecz w imię prawa „wolnych duchów” do korzystania ze wszystkiego. Braci wolnego ducha cechowała też nieskrępowana swoboda obyczajowa (w tym wolna miłość), dlatego socjalistyczny historyk M. Beer skomentował: przekonani o tym, że są w posiadaniu świętego ducha, lekceważyli sobie wszelką moralność, przez co przynieśli wiele szkody ruchowi komunistycznego kacerstwa.
Religia i rewolucja spotkały się natomiast w XII wieku w stolicy chrześcijaństwa – Rzymie. Bogacące się mieszczaństwo dążyło do decydowania o własnych sprawach, do samorządu, a ideologiczne uzasadnienie tych dążeń odnajdywało zarówno w rzymskiej tradycji republikańskiej, jak i w ruchu ewangelicznym. Rzecznikiem tego ruchu stał się Arnold z Brescii, uczeń słynnego filozofa Abelarda (znanego również z miłości do Heloizy). Jako przeor klasztoru kanoników regularnych w Brescii postulował powrót Kościoła do życia z czasów apostolskich, głosząc dobrowolne ubóstwo duchowieństwa i występując przeciw świeckiej władzy kleru, za co został potępiony na synodzie w Sens (1140 rok). Po pewnym czasie trafił do Rzymu, gdzie współorganizował Republikę opartą na wzorcach starorzymskich, ale też inspirowaną przykładem pierwszych gmin chrześcijańskich; papież Eugeniusz III musiał opuścić Wieczne Miasto (1146 rok). W 1154 roku nowy papież Hadrian IV obłożył Rzym interdyktem, co doprowadziło do konfliktu Arnolda z senatem. Zdaniem Karola Kautsky’ego rzymskie kupiectwo obawiało się radykalnej idei „Kościoła ubogiego”, gdyż czerpało korzyści z wyjątkowego statusu Rzymu jako Stolicy Apostolskiej: nie należy zbyt bezwzględnie obchodzić się z papiestwem, jeśli nie chce się zarżnąć kury znoszącej złote jajka. Wypędzony Arnold wpadł w ręce cesarza Fryderyka I Barbarossy, który wydał zbiega papiestwu i w 1155 roku ideolog Republiki został powieszony.
Jego koncepcje powrotu do ewangelicznego ubóstwa jednak przetrwały. W 1173 roku Piotr Waldo, bogaty kupiec z Lyonu, w czasie panującego głodu rozdał – ponoć pod wpływem „Legendy o św. Aleksym” – swój majątek biednym, a sam podjął działalność wędrownego kaznodziei. Rychło pozyskał licznych uczniów (głównie spośród tkaczy i szewców), którzy tworzyli wspólnoty na wzór wczesnochrześcijański. Gdy w 1184 roku waldensi zostali ekskomunikowani przez synod w Weronie, stworzyli własny kościół, który zyskał zwolenników zwłaszcza w południowej Francji, ale także we Włoszech, Niemczech i Czechach. Waldensi dzielili się na dwie klasy: „doskonałych” (perfecti), żyjących we wspólnocie majątkowej i stanie bezżennym, oraz „uczniów” (discipuli), którym pozwalano na małżeństwa i zachowanie prywatnej własności; „uczniowie” mieli obowiązek utrzymywania „doskonałych”. Cechą charakterystyczną waldensów było równouprawnienie płci – kobiety głosiły kazania na równi z mężczyznami. Pomimo krucjat i prześladowań ciągnących się aż po XVII wieku, waldensi przetrwali w alpejskich dolinach do naszych czasów.
Podobny charakter mieli begardzi w Niderlandach i bracia apostolscy w Italii. Z tymi ostatnimi wiąże się wydarzenie, które marksistowscy historycy uważają za pierwsze powstanie komunistyczne na Zachodzie. Ruch braci apostolskich powstał jako zakon żebrzący, założony około 1260 roku przez Lombardczyka Gerarda Segarellego. W 1286 roku zakon został zakazany, co sprawiło, że bracia zeszli do podziemia. Po straceniu Segarellego (w 1294 lub 1300 roku) na czele sekty stanął były nowicjusz franciszkański Dolcino (Dulcyn). Czytelnicy „Imienia róży” pamiętają zapewne postać mnicha Remigiusza z Varagine, który walczył pod komendą Dulcyna. Umberto Eco wkłada mu w usta idee dulcynian: wynieśliśmy ubóstwo do powszechnego przykazania, i mieliśmy prawo zawładnąć bezprawnymi bogactwami innych […] Chcieliśmy świata lepszego, pokoju i dworności, i szczęścia dla wszystkich, chcieliśmy zabić wojnę, którą wy niesiecie razem z waszą chciwością.
Zimą 1303/1304 roku Dolcino pojawił się na czele zbrojnego oddziału w Piemoncie, zdobywając zamek Gattinara. Pod jego sztandar tłumnie zbiegali się zarówno bracia apostolscy, jak i okoliczni chłopi, a także zwykli awanturnicy. Wkrótce miał pod swymi rozkazami 5000 ludzi i był panem doliny Sesji. Było to jednak apogeum potęgi ruchu. Chłopstwo Valsesji zadowoliło się doraźnymi ustępstwami feudałów, obce były mu komunistyczne projekty i plan marszu na Rzym. Miasta przerażone łupiestwem dulcynian były wrogie powstaniu. Ruch nie rozwinął się, pozostając lokalną ruchawką o charakterze na poły rozbójniczym. Zimą 1306/1307 roku walczący z braćmi apostolskimi krzyżowcy otoczyli obóz buntowników na górze Rubello, starając się wziąć go głodem. Po długotrwałym oblężeniu 23 marca 1307 roku doszło do szturmu, który zakończył się rzezią dulcynian. Sam Dolcino i jego towarzyszka, piękna Małgorzata di Trenk, zostali skazani na męki (obdzieranie ze skóry i darcie z nich pasów, rwanie ciała obcęgami i żganie pikami), a potem spaleni na stosie. Herezji nie wyrzekli się do końca.
Dolcino pozostawał pod wpływem proroctw Apokalipsy, a zwłaszcza koncepcji Trzeciego Królestwa stworzonej przez Joachima de Fiore (1145–1201), opata klasztoru cystersów w Corazzo. Według tego kalabryjskiego mistyka dzieje ludzkości dzielą się na trzy epoki: starotestamentową Boga Ojca, trwającą Syna Bożego i nadchodzącą Ducha Świętego: Najpierw był czas, w którym ludzie służyli ciału; zaczął się on od Adama, a skończył z Chrystusem. Potem nadszedł czas, gdy służyli obu, zarówno ciału jak duchowi; ten czas trwa po dziś dzień. Ale nadejdzie inny wiek, w którym ludzie żyć będą tylko dla ducha. W tym tysiącletnim trzecim królestwie stan mniszy (status monachorum), zasadzający się na wspólnocie majątkowej, obejmie całą ludzkość. Jest rzeczą konieczną, żebyśmy doszli do prawdziwego naśladowania życia apostołów, nie dążyli do posiadania dóbr doczesnych, lecz raczej ich się wyrzekli – pisał Joachim od Kwiatów. Pisma proroka z Kalabrii wywierały wpływ na radykalnych reformatorów jeszcze w XVI wieku, a pisarz Andrzej Kuśniewicz odnajdywał ich echa nawet w młodzieżowej kontestacji 1968 roku.
Kolejnym ogniwem w łańcuchu „lewicowych herezji” stali się angielscy lollardowie – „ubodzy księża” pozostający pod wpływem begardów z Flandrii. Ich czołowym przedstawicielem był John Wycliffe (1320–1384), który głosił, że wszystko należy do Boga, a grzech śmiertelny znosi prawo własności. Bardziej radykalny był John Ball, prawdopodobnie franciszkanin z Kent, który miał głosić w swych kazaniach: w Anglii nie będzie lepiej, dopóki wszystko nie stanie się wspólną własnością, dopóki nie zniknie podział na poddanych i szlachtę, dopóki wszyscy nie będziemy równi. […] Wszak wszyscy pochodzimy od tych samych rodziców, od Adama i Ewy. […] my pracujemy i wytwarzamy to, co oni [szlachta – J.T.] przejadają. A buntownicza pieśń lollardów niosła słowa:
When Adam delved and Eve span,
Who was then the gentleman?
[Gdy Ewa len przędła, a Adam orał łan
Gdzie wtenczas się podziewał nasz jaśnie pan?]
To lollardowie przyczynili się do tego, że powstanie Wata Tylera było najdojrzalszym, najlepiej zorganizowanym powstaniem chłopskim w średniowiecznej Europie. Wybuchło 10 czerwca 1381 roku równocześnie w kilku punktach, m.in. w ośrodku tkackim w Norfolk i w hrabstwie Kent. Kilkudziesięciotysięczna armia chłopska pod wodzą byłego żołnierza Tylera i duchownego Jacka Strawa pomaszerowała na Londyn (uwalniając po drodze uwięzionego Balla), a następnie wdarła się do stolicy, której bramy otwarli ich sympatycy spośród uboższych mieszczan. Powstańcy spalili pałac księcia Lancaster i siedzibę gildii prawników, ale – rzecz w tych czasach niespotykana! – nie rabowali, a skoro kogo schwycili na kradzieży, tego ścinali, jako ludzie, którzy najbardziej nienawidzą złodziejstwa. Zdradzieckie zabójstwo Tylera doprowadziło do rozgromienia ruchu – 1500 powstańców ukarano śmiercią, w tym Balla i Strawa.
Chrześcijański radykalizm społeczny rozkwitł w całej swej mocy w następnym stuleciu pod postacią husytyzmu, obecnego w popkulturze za sprawą choćby pisarstwa Andrzeja Sapkowskiego czy piosenek Daniela Landy. Ojczyzną tego rewolucyjno-religijnego ruchu nieprzypadkowo stały się Czechy. W XIV wieku kraj ten przeżywał niezwykle dynamiczny rozwój gospodarczy, który zawdzięczał głównie kopalniom srebra w Kutnej Horze. Owoce tego rozwoju były jednak dzielone bardzo nierównomiernie. Korzyści z czeskich bogactw czerpali przede wszystkim cesarz, duchowieństwo, zniemczeni możnowładcy i napływowa niemiecka ludność miast. Rdzenni Czesi spychani byli natomiast na margines, ubodzy cierpieli na skutek towarzyszącej rozwojowi „rewolucji cen”. W rezultacie doszło do szczególnego splotu antagonizmów społecznych, narodowych i religijnych. W XV-wiecznym piśmie „Krátké sebranie z kronik českých k výstraze věrných Čechů” czytamy: Czesi powinni pilnie baczyć […], aby się nie dostali pod panowanie niemieckie; bo […] naród ów jest najstraszniejszym wrogiem Czechów i Słowian.
Ideologiem niezadowolonych stał się Jan Hus, profesor uniwersytetu praskiego, proboszcz Kaplicy Betlejemskiej, spowiednik królowej Zofii. Ten pochodzący z ubogiej rodziny duchowny, zainspirowany pismami Wycliffe’a, stworzył własną doktrynę. Twierdził, że jedynym autorytetem jest Pismo Święte (Lepiej słuchać Boga niż ludzi); że Kościół jako ciało mistyczne tworzą wyłącznie sprawiedliwi z Jezusem Chrystusem na czele, a rola papieża i duchowieństwa jest podrzędna; że grzech śmiertelny pozbawia panującego władzy. Głosił powrót Kościoła do „prostoty ewangelicznej”. Popierał też postulat udzielania świeckim komunii pod dwoma postaciami (chleba i wina), symbolicznie zrównujący laikat z klerem. Poglądy te sprawiły, że Hus został przez sobór w Konstancji uznany za winnego herezji i spalony na stosie 6 lipca 1415 roku.
Śmierć Husa zainicjowała rewolucję husycką. Przez kraj zaczęła przetaczać się fala tumultów wzniecanych przez oburzonych zwolenników męczennika. 30 lipca 1419 roku wybuchł bunt w Pradze: husyci opanowali ratusz, król Wacław IV schronił się na Hradczanach, gdzie niebawem zmarł. Władzę w mieście przejęło zgromadzenie Wielkiej Gminy, w którym prawo głosu miał każdy posesjonat. W 1421 roku husycki sejm wybrał 20-osobowy dyrektoriat, sprawujący rządy w kraju.
Ruch husycki od początku był jednak rozdwojony. Jego skrzydło umiarkowane – utrakwiści, reprezentujące szlachtę i praskie mieszczaństwo, nie dążyło do zmiany ustroju społecznego, zadowalało się postulatami religijnymi i narodowymi. Ich program zawierały tzw. artykuły praskie głoszące m.in. komunię pod dwoma postaciami dla wszystkich chrześcijan, swobodę głoszenia Słowa Bożego (a co za tym idzie uznanie języka narodowego w Kościele) i zakaz posiadania majątków ziemskich przez duchownych (co pozwalało na ich przejęcie przez szlachtę i patrycjat). Ale objawiło się też skrzydło radykalne, złożone z chłopów i miejskiej biedoty. W marcu 1420 roku radykałowie założyli na wzgórzu nad rzeką Łużnicą miasto nazwane Tabor na pamiątkę palestyńskiej góry, na której dokonać miało się Przemienienie Jezusa Chrystusa. Tak pojawił się w Europie ośrodek rewolucyjny, przez XX-wiecznego historyka porównany do Moskwy lat dwudziestych. Taboryci byli millenarystami wierzącymi, iż żyją w czasach ostatecznych. Głosili bliski powrót Chrystusa, który ustanowi tysiącletnie królestwo wolności, równości i sprawiedliwości; paruzja w ich ujęciu była równoznaczna ze światowym przewrotem społecznym oznaczającym ostateczne zwycięstwo Dobra nad Złem. Co istotne, przewrót ów miał być wprawdzie dziełem Boga, ale dokonanym rękami ludzi, „bożych wojowników”. Wzywali więc wiernych, by osobiście przelewali krew przeciwników prawa Chrystusowego i umyli ręce w krwi Jego wrogów.
Boskiej proście pomocy i uwierzcie Niego.
Z Nim zawsze w końcu zwyciężycie!
Chrystus umarł za wasze winy,
obiecuje stokroć więcej.
Ten kto umrze z Jego imieniem, żyć będzie wiecznie.
Pobłogosławi każdego, kto umrze za prawdę
– głosił hymn taborytów „Ktož jsú boží bojovníci”.
Ich wizja Królestwa Bożego przypominała republikę socjalistyczną: na ziemi nie będzie króla albo panującego ani też poddanego i ustanie płacenie wszelkich podatków i ceł. Nikt nikogo do niczego zmuszać nie będzie, wszyscy bowiem będą równi sobie, jak bracia i siostry. Jak w mieście Taborze nie ma różnicy między moim a twoim, lecz wszystko jest wspólne, tak wszystko ma być wspólne na zawsze, nikt nie ma posiadać własności osobistej, a kto ją ma, popełnia grzech śmiertelny.
W praktyce taboryci musieli iść na kompromisy z realiami. Wojenne warunki wymusiły podział ich zbiorowości na gminę polową i gminę domową: pierwsza zajmowała się wojowaniem, druga swą pracą utrzymywała całą społeczność. W ramach gminy domowej każda rodzina pracowała dla siebie i oddawała do wspólnej kasy tylko wypracowaną nadwyżkę. Ten stan rzeczy wywołał opór skrajnej lewicy, domagającej się konsekwentnego zniesienia zarówno własności osobistej, jak i rodziny, będącej jej ostoją. Pod wpływem „braci i sióstr wolnego ducha”, którzy do Taboru dotarli aż z Flandrii, narodził się ruch adamitów (nazwany tak od stanu rajskiej niewinności, w jakim żyć miał biblijny Adam). Adamici wierzyli, że Bóg mieszka w sercach dobrych ludzi, a szatan – w sercach złych, siebie zaś uważali za równych Jezusowi. W życiu codziennym odrzucali nie tylko własność i małżeństwo, ale też chodzili nago. Anarchistyczne skłonności adamitów były nie do pogodzenia z militarną organizacją taborycką. W marcu 1421 roku dowódca wojskowy Taboru, Jan Žižka, wypędził sekciarzy z miasta, a w październiku zaatakował zbudowane przez nich opodal Przibienic osiedle. Pokonanych spalono na stosie. Podobno na śmierć szli ze śmiechem.
Ustrój Taboru można nazwać teodemokratycznym – jego struktura religijna pokrywała się z administracyjną. Każdy wierny mógł zostać księdzem, gdyż taboryci z pogardą odnosili się do uczoności (uczeni w Taborze musieli zająć się rzemiosłem), a Pismo Święte miało być ich zdaniem wyryte w sercach ludzi. Księży wybierała gmina, a księża wybierali biskupów. Duchowni byli utrzymywani przez gminę i pełnili w niej funkcje urzędników publicznych: pisarzy, sędziów, nauczycieli. Istotna była rola czynnika militarnego, wyodrębnionego w gminę polową i dowodzonego przez obieralnych hetmanów, będących czasem zawodowymi żołnierzami (jak Žižka), czasem duchownymi (jak Prokop).
Armia taborycka nie miała sobie równych w Europie. Była to pierwsza nowożytna formacja zbrojna: zdyscyplinowana, jednolicie ćwiczona, walcząca w zwartych szykach. Znakomicie posługiwała się nowymi technologiami, takimi jak artyleria czy sprzężone wozy (osławione „tabory”). Pozwoliło to husytom nie tylko odeprzeć pięć kolejnych krucjat, ale też przeprowadzić najazdy na Niemcy oraz wspomagać Polskę w jej zmaganiach z Krzyżakami. W 1433 roku czeskie oddziały dotarły aż do Bałtyku, w Tczewie spaliły na stosie swych służących Zakonowi rodaków za to, że przeciw własnemu narodowi dawali pomoc Niemcom i przyszli […] najemniczym orężem wojować z […] Polakami, którzy dla wspólnego języka zawsze byli Czechom przychylni.
W ruchu husyckim dokonywały się jednak przemiany. Kraj był wyniszczony wojnami i anarchią. Czescy wieśniacy coraz mniej chętnie garnęli się pod sztandar z czerwonym Kielichem, za to coraz liczniej w szeregi „bożych wojowników” napływali zubożali rycerze i pospolici awanturnicy, także z ościennych krajów. Wojsko taboryckie ulegało profesjonalizacji nieuchronnej w warunkach niekończącej się wojny, a nawet demoralizacji związanej z grabieżami. Nic dziwnego, że po śmierci Žižki (1424) z jego oddziałów uformowało się odrębne stronnictwo „sierotek” (sirotci) – to ono brało udział w wyprawie na Pomorze. Natomiast utrakwiści zainteresowani byli zawarciem pokoju, dążyli więc do kompromisu z katolikami. W listopadzie 1433 roku pełnomocnicy Kurii rzymskiej i przywódcy utrakwistów podpisali „kompakty bazylejskie”, stanowiące złagodzoną wersję artykułów praskich. Taboryci odrzucili porozumienie jako zdradę.
30 maja 1434 roku pod Lipanami spotkały się dwie armie: połączone siły katolicko-utrakwistyczne z jednej strony, taboryci Prokopa Wielkiego i „sierotki” Jana Čapka z drugiej. Tym razem taboryci musieli walczyć przeciwko nieprzyjacielowi, który nie tylko przewyższał ich liczebnie, ale też stosował taką samą taktykę. Bitwa skończyła się rzezią radykałów – Prokop poległ, Čapek uciekł z pola. Przez pewien czas stawiał jeszcze opór w zamku Syjon oddział Jana Roháča, który został rozbity w 1437 roku. Tabor jako osiedle rzemieślnicze zachował autonomię do 1452 roku, jednak z jego komunistycznego ustroju nic już nie zostało. Resztki taborytów przyjęły pacyfistyczną doktrynę Petra Chelčický’ego, tworząc ruch „braci czeskich”, którego kontynuacją jest Herrnhut.
Echa husytyzmu rozbrzmiewały jednak nadal. Taborytom nieobce były ambicje rozszerzenia swej wiary na całe chrześcijaństwo, prowadzili więc intensywną propagandę w innych krajach. Pod jej wpływem w południowych i środkowych Niemczech ukształtował się silny prąd socjalistyczny, ujawniający się zwłaszcza wśród niższych warstw ludności miejskiej i zagrażający, poza Żydami, przede wszystkim bogatej hierarchii kościelnej – pisał XIX-wieczny niemiecki historyk. Na tym podłożu wyrósł ruch anabaptystów – nowochrzczeńców, domagających się powrotu do pierwotnego chrześcijaństwa. Jeden z anabaptystów oświadczał: Najwyższym przykazaniem Boskim jest miłość. […] A miłość ta daje się poznać we wspólności dóbr doczesnych. Praktykowanie przez nich chrztu dorosłych stanowiło wyzwanie rzucane kościołom państwowym. O ile anabaptyści szwajcarscy odrzucali wszelką przemoc, o tyle wśród niemieckich panowały nastroje rewolucyjne. Do ruchu tego należała m.in. gmina w Zwickau, z którą związany był Tomasz Münzer.
Münzer, doktor teologii, wikary w rzemieślniczym kościele św. Katarzyny w Zwickau, początkowo współpracował z Marcinem Lutrem, inicjując m.in. liturgię w języku niemieckim. Szybko jednak jego poglądy uległy radykalizacji. Pod wpływem lektury Joachima de Fiore zwrócił się w kierunku mistycyzmu. Wbrew Lutrowi, postulującemu literalne rozumienie Biblii (sola scriptura), Münzer uważał, że Pismo Święte musi być poparte głosem wewnętrznego objawienia, natchnieniem ducha Bożego: Choćbyś zjadł całą Biblię, nic ci to nie pomoże. To nie uczoność (wtedy dostępna wszak nielicznym) wiodła do zbawienia, ale asceza (Ażeby zaś człowiek usłyszał i odczuł Słowo, Bóg musi mu odjąć jego chuć cielesną). Ascezie sprzyjało wyrzeczenie się własności prywatnej: wszystko jest wspólne (omnia sunt communia) i wszystko powinno być każdemu wydzielone według potrzeby – pisał, powołując się na Platona. Z kolei panteistyczna idea wszechobecności Ducha Świętego (niebo i ziemia pełne są Boga) skłaniała Münzera do koncepcji demokratycznych. Z woli Boga, podkreślał, cała gmina ma władzę miecza […], książęta nie są panami, lecz sługami miecza. Mistycyzm, jak widzimy, nie kierował marzyciela z Zwickau w zaświaty. Odrodzone społeczeństwo miało być bramą do Królestwa Bożego na Ziemi, w którym my, ludzie cieleśni, ziemscy, staniemy się bogami przez wcielenie Chrystusa.
Gdy w Niemczech wybuchła wojna chłopska, Münzer, człowiek czynu, mógł spróbować zrealizować swój program. Spotkał się z przywódcami powstania szwabskiego, którym pomógł sformułować program („Dwanaście Artykułów”): wolność osobista, ograniczenie świadczeń na rzecz dworu, podatek ograniczony do dziesięciny ze zboża, a przeznaczany na potrzeby gminy, gminna własność lasów i części gruntów, sądzenie tylko „według prawa pisanego”, wybór proboszcza przez gminę, nauczanie wyłącznie Ewangelii „bez żadnych ludzkich dodatków”. 17 marca 1525 roku Münzer opanował miasto Mühlhausen, z którego starał się uczynić bazę rewolucji. Wierząc, że bezbożni nie mają prawa do życia, chyba o tyle, o ile pozwolą im wybrani, wzywał do rewolucyjnego terroru wobec panów: Nie dopuśćcie do siebie litości, jak to Bóg przykazał przez Mojżesza. […] Niech miecz wasz nie ostygnie z krwi; […] Dopóki oni żyją, nie możecie się pozbyć strachu ludzkiego. Wezwania do powszechnego buntu trafiały jednak w próżnię, poszczególne gromady chłopskie zainteresowane były tylko lokalnymi sprawami. 14–15 maja 1525 roku doszło do bitwy pod Frankenhausen, w której siły Münzera poniosły druzgocącą klęskę. On sam dostał się do niewoli i po okrutnych torturach został stracony 27 maja.
Anabaptyści jeszcze raz zerwali się do walki. Pod wpływem krwawych prześladowań w Niderlandach pojawiła się frakcja, której przywódcy – Jan Mathys (piekarz z Haarlemu) i Jan Bockelson (krawiec z Lejdy) – gotowi byli odpowiedzieć przemocą na przemoc. Uchodzący przed represjami anabaptyści skupiali się w Münster, mieście próbującym wyzwolić się spod władzy biskupa katolickiego. Gdy w lutym 1534 roku biskup próbował zbrojnie zająć miasto, anabaptyści stawili najenergiczniejszy opór, a wkrótce potem wygrali wybory do rady miejskiej. Niebawem jednak radę zastąpił „wydział dobra publicznego”, tworzony przez dwunastu „starszych [sędziów] pokoleń Izraela”, czyli anabaptystowskich kaznodziejów wybieranych w poszczególnych parafiach. Faktycznie jednak dyktatorską władzę pełnił – tu znów biblijna terminologia – „król Syjonu” (najpierw Mathys, a po jego rychłej śmierci Bockelson), który mianował dwunastu komendantów bram. Münster zostało proklamowane Nową Jerozolimą. Szlachetne kruszce uległy uspołecznieniu, handel zastąpiono wymianą barterową. W parafiach została stworzona instytucja diakonów, którzy początkowo opiekowali się chorymi i biednymi, organizowali wspólne wieczerze, w końcu zaś wzięli na siebie aprowizację ludności. Część rzemieślników została zobowiązana do produkcji na rzecz gminy.
Rewolucja anabaptystowska budziła wiele kontrowersji. Przywódcom Nowej Jerozolimy zarzucano stosowanie krwawego terroru, pławienie się w zbytku (co kontrastowało z nędzą oblężonego miasta), rozpustę. W Münster oficjalnie wprowadzono – powołując się na starotestamentowe wzory – poligamię; Bockelson miał piętnaście żon. Kautsky wyjaśnia to jednak koniecznością ekonomiczną: w mieście było dwa-trzy razy więcej kobiet niż mężczyzn, obowiązek dołączenia samotnych kobiet do kierowanych przez mężczyzn gospodarstw domowych miał pomóc im przetrwać. Pośrednim na to dowodem ma być udział kobiecych oddziałów w obronie Nowej Jerozolimy. Ale i on przyznaje, że Anabaptyści münsterscy […] wcale nie byli zwolennikami emancypacji kobiety.
Ustanowienie wielożeństwa wywołało opór rodowitych münsterczyków, którzy w lipcu 1534 roku podnieśli bunt. Choć stłumiony, osłabił siły Nowej Jerozolimy. Próby wzniecenia anabaptystowskiej rewolucji w Niderlandach na Wielkanoc 1535 roku zostały zdławione w zarodku. W czerwcu tego roku, po wielomiesięcznym oblężeniu, wojska biskupie zdobyły Münster. W styczniu 1536 roku „króla Syjonu” i jego towarzyszy stracono. W anabaptyzmie ostatecznie wygrał kierunek pacyfistyczny, który przetrwał do naszych czasów pod postacią wspólnot amiszów i huterytów w USA.
…Donatyści, bogomili, waldensi, dulcynianie, lollardowie, taboryci, anabaptyści. Gąszcz dziwnie brzmiących, zapomnianych nazw. Czy może to jeszcze zainteresować kogoś poza garstką hobbystów? Chyba tak. Myśl postsekularna poszukuje w religii rewolucyjnego żaru wciąż tlącego się pod warstwą instytucjonalno-dogmatycznego popiołu. Amerykański pisarz anarchistyczny Peter Lamborn Wilson, znany pod pseudonimem Hakim Bey, w swym eseju „Religia i Rewolucja” głosi: „Lud-mesjasz” nie wstępuje w homogeniczną identyczność ani w piekielną separację entropicznego kapitalizmu, lecz w różnorodność i obecność rewolucji – w walkę, „świętą wojnę”. Na samym tym fundamencie możemy zacząć pracę nad teorią pojednania pozytywnych sił religii i sprawy oporu. Próbę rehabilitacji religii jako przejawu ludzkiej woli utopijnej podjął dysydencki filozof marksistowski Ernst Bloch. Jak napisał Leszek Kołakowski: Cała filozofia Blocha okazuje się w końcu teogonią, fantastyczną projekcją Boga, który się stanie. Tym tropem podąża lewicowy socjolog meksykański Luis Martinez Andrade, który w swej książce „Ameryka Łacińska: Religia bez odkupienia” doszukuje się tkwiącego w religii potencjału rewolucyjnego. Wierzy, że teologia powinna służyć uciskanym, ponieważ […] może przywrócić materializmowi historycznemu jego ładunek […] mesjanistyczny i rewolucyjny […] doprowadzić do emancypacji ludzkiej […], która ostatecznie nie będzie dziełem boskim, lecz wynikiem współpracy Boga i istot ludzkich.
dr hab. Jarosław Tomasiewicz
przez Krzysztof Nawratek | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017
Powinienem ten tekst rozpocząć albo od jakiegoś smacznego porównania Malezji z Polską, albo od generalizującego zestawienia islamu z polskim katolicyzmem – wszak wiadomo, że wielu Polaków niespecjalnie interesuje się tym, co dzieje się poza granicami ich kraju, no chyba że „wśród ofiar byli Polacy”. Nie jestem oczywiście w stanie wyrugować tego typu porównań ze sposobu, w jaki widzę Malezję (wszak urodziłem się i wychowałem w Polsce), postaram się jednak unikać prostackich i upraszczających nawiązań. Malezja i Polska są oczywiście w jakimś stopniu podobne (np. jeśli chodzi o poziom PKB oraz – z grubsza – liczbę mieszkańców), ale również – bardzo różne. Myślę więc, że celem tego tekstu jest raczej przybliżenie Malezji jako specyficznego przykładu kraju peryferyjnego, który odniósł umiarkowany sukces; kraju, gdzie różnorodność (multi-kulti) jest esencją tożsamości, zagrożoną dziś przez redukcyjny religijny fundamentalizm. Z pełnym zaangażowaniem i w każdym przypadku podpisuję się pod hasłem keep it complex.
Moje zainteresowanie Malezją, a przede wszystkim jej stolicą – Kuala Lumpur, jest częściowo zawodowe (jako nauczyciel akademicki miałem i mam kilkanaścioro studentów i studentek z tego kraju; jako urbanistę interesuje mnie rozwój tego miasta), częściowo towarzyskie (przyjaźnię się z kilkorgiem Malezyjczyków), samo miasto odwiedzałem zarówno z powodów zawodowych, jak i towarzyskich. Nie jestem jednak ekspertem zajmującym się polityką i kwestiami społecznymi tego kraju – tekst ten jest więc przede wszystkim osobistą refleksją, nie rości sobie pretensji do bycia obiektywnym raportem.
Kuala Lumpur (KL) jest – moim zdaniem – miastem, w którym można obserwować najważniejsze siły kształtujące dziś współczesny świat. Widać tu i czuć ślady (czasem całkiem świeże i wyraźne) brytyjskiej kolonizacji. To miasto w większości zamieszkałe przez muzułmanów, globalny kapitalizm można tu dostrzec na każdym kroku, rzuca się tu w oczy również wzrost potęgi Chin.
W tym momencie przyda się kilka słów wyjaśnienia. Chińczycy są w Malezji największą mniejszością etniczną. W momencie odzyskania niepodległości stanowili niemal 50% ludności, dziś jest ich poniżej 30% – Malajowie mają po prostu znacznie liczniejsze rodziny, rząd też mocno wspiera malajską większość. Chińczycy jednak są mniejszością bogatą, a większość (mówi się o około 70%) gospodarki Malezji jest w ich rękach. To oczywiście rodzi napięcie między nimi a Malajami, którzy dominują demograficznie i politycznie. Według konstytucji premierem tego kraju może być tylko Malaj i muzułmanin. Potęga ekonomiczna i polityczna Chin niekoniecznie jest dla malajskich Chińczyków korzystna; przypomina mi to trochę sytuację rosyjskojęzycznych mieszkańców Łotwy. Chińczycy w Malezji nie pojawili się bowiem wczoraj, żyją w tym kraju od co najmniej kilku pokoleń. Nie czują się więc „imigrantami”, ich związki z Ludowymi Chinami (czy Tajwanem) są słabe, a czasem bardzo trudne – przodkowie niektórych malezyjskich Chińczyków po prostu uciekli z Ludowych Chin. Malezja jest dziś ich ojczyzną. Znaczenia Chin jednak nikt w Malezji nie ignoruje. I mimo że zdarzają się (bardzo nieliczne) zamieszki na tle rasowym, a politycy rządzącej partii od czasu do czasu pozwalają sobie na uwagi na krawędzi rasizmu, to jednak w sporze pomiędzy Filipinami a Chinami o wyspy na Morzu Południowochińskim (który Chiny przegrały) Malezja – choć sama ma tam interesy – nie stanęła po stronie Filipin, lecz wezwała do dialogu i rozmów, co jednoznacznie zostało odebrane jako poparcie Chin.
Na ulicach widać co prawda segregację – Malajowie często trzymają się z Malajami, Chińczycy z Chińczykami – jednak zarówno szkoły, jak i praca działają integrująco, więc młodzież i klasa średnia śmiało przekraczają bariery etniczności. Nigdy jednak do końca: małżeństwa pomiędzy Chińczykami a Malajami są – z przyczyn religijnych – bardzo utrudnione.
W KL widać też oczywiście islam oraz napięcie pomiędzy turystami z Arabii Saudyjskiej (kobiety w burkach) a znacznie bardziej umiarkowanym islamem malezyjskim. Wspomniani wcześniej Chińczycy ledwo kryją swą niechęć do Saudyjczyków. Islam malezyjski, mimo wciąż rosnących wpływów saudyjskich związanych z finansowaniem przez Saudyjczyków szkół koranicznych, jest zbudowany wokół idei „umiarkowania”. Pomimo gorliwej religijności Malezyjczycy z niechęcią odnoszą się do jakichkolwiek przejawów fanatyzmu, a rząd z dużą determinacją tropi i zwalcza islamistów. Problemem jest oczywiście wytyczenie granicy pomiędzy „dopuszczalnym” islamizmem (reprezentowanym na przykład przez partię PAS) a tym, który jest ścigany przez władzę. Rząd bowiem otwarcie flirtuje z politycznym islamem – sam więc ma problem, by precyzyjnie określić, co jest „dobrą”, a co „złą” wersją upolitycznienia religii.
Malezja pod względem rozwoju gospodarczego jest na poziomie zbliżonym do Polski, choć nierówności społeczne są tu większe. Jest też wielu imigrantów z krajów ościennych, których Europejczykowi nieznającemu lokalnych języków trudno na pierwszy rzut oka zauważyć. Kapitalizm jest w Malezji mieszanką neoliberalizmu (tu też w latach 80. ubiegłego wieku miała miejsce rabunkowa prywatyzacja inspirowana polityką Margaret Thatcher), postkolonialnej korupcji, klanowych i rodzinnych interesów, interwencji politycznych oraz indywidualnych prób przetrwania i adaptacji. Kuala Lumpur rozwija się w napięciu pomiędzy rządowymi projektami infrastrukturalnymi a spekulacyjnym rynkiem nieruchomości. Planowanie przestrzenne, w europejskim rozumieniu tego słowa, jest w powijakach.
Te wszystkie ścierające się siły tworzą niepowtarzalny, multikulturowy (tak, tak, jak multikulti, to tylko w Kuala Lumpur) charakter tego miasta – zdarzyło mi się dostrzec w podziemnym parkingu w centrum handlowym ślady buddyjskich rytuałów. Przebywając tu, łatwo poczuć, że centrum świata przesunęło się do Azji, że Europa jest tylko jednym z graczy na światowej szachownicy, graczem coraz słabszym, coraz bardziej marginalnym, że Malezyjczycy myślą i planują globalnie. Znaczące są komentarze, które na temat referendum w kwestii wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej słyszałem od taksówkarzy, studentów, urzędników i profesorów – uważających, że to „głupia decyzja podyktowana niezrozumieniem współczesnego świata oraz ksenofobią”. Myślę, że uczynienie Borisa Johnsona ministrem spraw zagranicznych tylko utwierdziło Malezyjczyków w tym przekonaniu. Decyzja o wyjściu z Unii Europejskiej jest przyjmowana z politowaniem również dlatego, że Unia wciąż jest punktem odniesienia (niekoniecznie wzorem – ale ważnym „studium przypadku”) dla krajów ASEANu. Malezyjczycy dobrze wiedzą, że w dzisiejszym świecie nikt nie gra sam, wszyscy starają się tworzyć polityczno-gospodarcze bloki. Polityka suwerenności (opowiadają o niej też polscy politycy) to model, który umarł w początkach XX wieku na polach bitew I wojny światowej, a w Malezji chyba nikt nie traktuje go poważnie. Nie znaczy to jednak, że Malezja nie ma własnych państwowych ambicji, wręcz przeciwnie. Chce być krajem znaczącym w regionie – chce być (i do pewnego stopnia już jest) liderem Azji Południowo-Wschodniej.
Bez zbytniej przesady można chyba powiedzieć, że kształt współczesnej Malezji – pod względem gospodarczym, społecznym i politycznym – jest efektem modernizacyjnego projektu premiera Mahathira bin Mohamad, który rządził przez ponad dwadzieścia lat, od początku lat 80. do początku XXI wieku. Mahathir uważany jest za ojca wzrostu gospodarczego, którego Malezja doświadczała w tamtych latach, jest on również odpowiedzialny za wzrost znaczenia islamu w kraju. To on przeprowadził wzorowaną na Reaganie i Thatcher prywatyzację w latach 80. – choć w czasie kryzysu finansowego w latach 90. był bliski rozwiązaniom keynesowskim. Wydaje się, że Mahathir był i jest przede wszystkim nacjonalistą (jest również otwartym antysemitą), a jego „flirt” z politycznym islamem był podyktowany tym, że niemal wszyscy Malajowie są muzułmanami w przeciwieństwie do pozostałych żyjących w Malezji grup etnicznych. Jego polityka była więc prawdopodobnie przede wszystkim reakcją na islamizację kraju, która rozpoczęła się w latach 80. za sprawą wpływu saudyjskich wahabitów. Gdy ogląda się zdjęcia rodzinne Malajów z lat 60. i 70., uderza brak chust (tudung) okrywających włosy kobiet. Od lat 80. – właśnie za sprawą wpływów z Bliskiego Wschodu – stały się one powszechne, choć ich noszenie nie jest wymagane przez prawo. Według bliskiego sojusznika Mahathira i radykalnego krytyka wahabizmu, Zaida Ibrahima, premier starał się wykorzystać islam jako mechanizm wzmacniający etyczny wymiar życia publicznego oraz element odróżniający Malezję odjej dawnych kolonizatorów. Islam miał być jednym z elementów projektu modernizacji Malezji. Mahathir odwoływał się jednak raczej do „wartości azjatyckich” niż do „wartości islamskich”. Jego polityka jest różnie oceniana, wydaje się jednak, że udało mu się „obudzić” w Malajach patriotyzm i poczucie dumy z bycia Malezyjczykiem. Nie przestał być jednak nacjonalistą – gdy jego następca, premier Najib Tun Razak, zainicjował program 1Malaysia (Jedna Malezja), podkreślający harmonię i spójność Malezji bez względu na podziały etniczne i religijne, Mahathir publicznie krytykował tę propozycję, mówiąc, że jej po prostu nie rozumie.
Warto również wspomnieć córkę Mahathira, Marinę Mahathir. Formułuje ona jeden z najmocniejszych głosów w obronie praw kobiet – porównała ich pozycję w Malezji do sytuacji czarnych niewolników na plantacjach amerykańskiego Południa. Wspiera także prawa osób LGBT. Stosunki homoseksualne wciąż podlegają w Malezji karze więzienia – co szczególnie bulwersujące, bardziej restrykcyjny jest świecki kodeks karny, wywodzący się z ustawodawstwa brytyjskiego, niż prawo szariackie, które do oskarżenia o homoseksualizm wymaga trzech świadków. Co ciekawe (i znaczące), książki i publikacje Mariny w języku angielskim są powszechnie dostępne w Malezji, podczas gdy jej teksty po malajsku miewają problemy z cenzurą. Język angielski jest językiem elit, językiem wykładowym na większości uniwersytetów, jest też „oficjalnym językiem roboczym” w dwu malezyjskich stanach.
Zaid Ibrahim, który nie jest dziś już aktywny politycznie, ale jako były minister i uznany prawnik zajmuje znaczące, choć kontrowersyjne miejsce w debacie publicznej, wciąż stara się (chyba nawet mocniej niż próbował kiedykolwiek Mahathir) sformułować program „malezyjskiego” uniwersalistycznego i głęboko humanistycznego islamu. Wydaje mi się jednak, że popełnia on błąd, zbytnio odwołując się do zachodniego liberalizmu, zamiast budować swą koncepcję, obficie czerpiąc z islamskiej tradycji. W swojej książce „Assalamu Alaikum. Observations on the Islamisation of Malaysia” bardzo mocno podkreśla różnicę pomiędzy islamem – „doskonałą”, uniwersalistyczną religią, nieposiadającą ani hierarchicznej struktury „kościelnej”, ani dogmatycznej teologii, oraz islamizmem – fundamentalistycznym sposobem interpretowania tej religii przez aparat urzędników religijno-państwowych. Zaid Ibrahim przedstawia wizję islamu jako religii uniwersalistycznej, zdecentralizowanej, celebrującej niepewność ludzkich sądów. Przywołuje klasyczny okres kształtowania się prawa islamskiego jako ten, w którym uważano, że spory interpretacyjne pomiędzy prawnikami interpretującymi Koran oraz Szarię są bożym błogosławieństwem. W islamie, takim jak go opisuje, istnieje bowiem radykalne cięcie pomiędzy religią objawioną przez boga („islam jest doskonałą religią”) a ułomnościami człowieka, popełniającego błędy w interpretacji i zrozumieniu tej religii. To napięcie, które spowodowało w okresie klasycznym rozwój szkół interpretujących Koran w różny sposób, dziś jest „przezwyciężane” przez islamskich fundamentalistów opierających się na wahabickiej (obowiązującej w Arabii Saudyjskiej) wersji islamu. To właśnie Arabia Saudyjska w narracji Zaida jawi się jako największe zagrożenie dla „prawdziwego islamu”, ponieważ finansując szkoły koraniczne na całym świecie, upowszechnia ona fanatyczną i obskurancką, a dla wielu po prostu fałszywą, wersję tej religii. W tym kontekście flirt USA i UK oraz wielu innych krajów Zachodu z Saudami musi być widziany jako samobójczy. Gdyby nie pieniądze Saudów, wydawane za cichą zgodą Zachodu na nauczanie wahabickiej wersji islamu, nie byłoby ani Al Kaidy, ani ISIS. Fundamentalistyczny islam oraz islamski terroryzm są – pośrednim, ale jednak – efektami koniunkturalnej polityki Zachodu. Zaid krytykuje fundamentalistyczną interpretację prawa szariackiego, wskazując na jego niefundamentalistyczne zastosowania, jak chociażby to wprowadzone na początku lat 70. w Egipcie czy też obowiązujące w Indonezji, którą zresztą, obok Tunezji, Maroka, Egiptu oraz Turcji, wskazuje jako przykłady postępowego i demokratycznego (a przynajmniej zmierzającego w takim kierunku) islamu.
Do wielu tez Zaida można mieć zastrzeżenia. Przyjmowana przez niego bez specjalnych zastrzeżeń narracja „wojny cywilizacji” połączona z liberalno-demokratycznymi aspiracjami mnie osobiście odrzuca. Wydaje mi się, że po początkowym przedstawieniu uniwersalistycznego i głęboko humanistycznego rdzenia islamu, Zaid ulega pokusie jeszcze chyba XIX-wiecznej modernizacji.
Moje doświadczenia ze studentami i wykładowcami International Islamic University Malaysia (Zaid zresztą wspomina o nim w swojej książce jako o próbie, raczej nieudanej, budowy intelektualnego zaplecza dla „umiarkowanego islamu”), a szczególnie te wyniesione z seminarium, które prowadziłem tam na temat idei wspólnoty, sprawiają, że „kapitulacja” Zaida Ibrahima rozczarowuje. Moi rozmówcy, mówiąc o wspólnocie, odwoływali się przede wszystkim do języka liberalnej demokracji – mimo wrzucania kilku cytatów z Koranu, to raczej anglosaski komunitarianizm, a nie islam był dla nich główną ramą interpretacyjną. Liberalna demokracja na Zachodzie przeżywa dramatyczny kryzys, próba budowy jej „islamskiej” wersji wydaje mi się skazana na porażkę. Paradoksalnie, znacznie bardziej optymistycznie patrzyłbym na rozwój uniwersalistycznej myśli politycznej inspirowanej islamem (a wręcz z niego wyrastającej), która – jak się wydaje się – może mieć nawet większy potencjał inkluzywności niż chrześcijaństwo. Książka Zaida pokazuje również uderzające podobieństwa pomiędzy narracją „islamizującą” w Malezji a narracjami chrześcijańskich fundamentalistów w USA czy katolickich radykałów w Polsce – potwierdzając, że dzisiejsze religijne fundamentalizmy są postmodernistycznymi konstruktami, redukującymi złożoność tradycyjnie wyznawanych i praktykowanych religii do produktu religiopodobnego, który wykazuje więcej podobieństw z fanatyzmem zwolenników drużyn piłkarskich czy politycznych sekt niż z głęboko przeżywanymi i praktykowanymi religiami naszych prapradziadków. Ciekawym przykładem napięcia pomiędzy islamizmem a „tradycyjnym” islamem w Malezji są kłopoty ludowych znachorów i uzdrawiaczy (Malajów i muzułmanów). Funkcjonowali oni w kraju jako istotna część religijno-społecznego ekosystemu bez przeszkód do czasu, gdy „nowi” – wykształceni przez wahabitów – imamowie nie zaczęli oskarżać ich o sprzeniewierzenie się wierze.
Tutaj chciałbym na chwilę porzucić Malezję (a raczej pozostawić ją jako punkt odniesienia i potencjalne „laboratorium przyszłości”) i napisać, że moim zdaniem otwarcie na niewahabicką wersję islamu jest we współczesnej Europie absolutnie niezbędne. Miliony wyznawców islamu (w 2010 roku było ich ponad 43 miliony; przewiduje się, że do 2050 roku liczba ta wzrośnie do około 70 milionów) mieszkających we współczesnej Europie nie znikną, ich konwersja na chrześcijaństwo czy porzucenie wszelkich religii nie nastąpią, a w każdym razie nie na masową skalę. Oczywiście bajki o islamizacji Europy są bzdurami opowiadanymi przez prowincjonalnych nacjonalistów (70 milionów to wciąż ledwo ponad 10%), nie należy więc bać się wzrostu znaczenia islamu, a raczej potraktować go jako szansę na budowę sieci wpływu w krajach, w których stanowi większościowe (albo bardzo ważne) wyznanie.
Tu zadeklaruję się – by uprzedzić wszelkie niedopowiedzenia – jako zwolennik rozszerzenia EU na kraje Afryki Północnej i budowy Unii Morza Śródziemnego. Oczami wyobraźni widzę, jak w tym momencie część czytelników zamyka „Nowego Obywatela” lub przechodzi płynnie do następnego artykułu.
Jeśli jednak postanowiliście dokończyć ten tekst, spróbujmy razem zmierzyć się z mitem o nieprzezwyciężalnej różnicy pomiędzy islamem a liberalną demokracją. Sam do liberalnej demokracji mam spore zastrzeżenia – uważam ją za nie dość emancypacyjną i inkluzywną, ale dyskusję na ten temat zostawmy na inną okazję. Jest oczywiste, że w kwestii pozycji kobiet konserwatywni muzułmanie bez problemów dogadają się nie tylko z europejskimi konserwatystami, lecz – jak pokazał spór o burkini – także z pozornie liberalnymi, a nawet lewicującymi Europejczykami. Nie mówiąc już o Polakach, wśród których ze świecą szukać tych dostrzegających we francuskim ataku na burkini przejaw oświeceniowej autorytarnej tradycji, jaką każdy konserwatysta z niesmakiem odrzuca. W wielu kwestiach – na przykład in vitro – „konserwatywny” Iran jest bardziej „liberalny” niż Polska. Piszę to, by pokazać, że podział na „wartości europejskie” i „wartości islamu” jest podziałem fałszywym. Bardziej prawdziwy byłby podział na tych, którzy kierują się szacunkiem wobec drugiego człowieka, i tych, którzy drugim człowiekiem (kobietą, homoseksualistą, imigrantem, biednym) pogardzają. Mimo negatywnego stosunku islamu do homoseksualizmu, przykład Sadiqa Khana, burmistrza Londynu, który głosował za małżeństwami jednopłciowymi w brytyjskim parlamencie, pokazuje, że w wymiarze politycznym większym problemem w Europie może być konserwatywny (większościowy) odłam polskiego kościoła katolickiego niż islam. Polska prawica uwielbia straszyć wahabickim islamem z Arabii Saudyjskiej, podczas gdy islamska Tunezja wydaje się bardziej kulturowo tolerancyjna niż Polska pod rządami PiS. Nie ma więc żadnego fundamentalnego sporu pomiędzy „wartościami europejskimi” a islamem. Zarówno w Europie, jak i w północnej Afryce istnieją siły obskuranckie i emancypacyjne.
Jako intelektualny i polityczny projekt islam wydaje się co najmniej tak samo interesujący jak chrześcijaństwo. Zawiera elementy, które (post)chrześcijańską myśl są w stanie uzupełnić. Po pierwsze, jego doktryna powstaje oddolnie – w zasadzie każdy muzułmanin może zakwestionować poglądy dowolnego imama, co otwiera ścieżki ku radykalnej demokracji. Islam nie jest jednak postmodernizmem: Koran jest świętą księgą, islam jako taki jest przez swoich wyznawców uważany za „doskonałą religię”. Problem (i szansa) polega na tym, że (stąd też bierze się zakaz przedstawiania oblicza boga) istnieje radykalne i nieprzekraczalne cięcie pomiędzy ludzkimi interpretacjami a owym ideałem. Jak pisałem powyżej, istnieje w islamie tradycja wychwalająca niezgodności interpretacyjne jako dowód i potwierdzenie wielkości boga: bóg wie, my się domyślamy.
Zarówno w chrześcijaństwie, jak i w islamie obserwujemy bardzo wyraźny rdzeń egalitarny, nakazujący troskę o biednych i słabszych – to jest prawdziwy fundament Europy, to jest punkt, na którym opierają się „europejskie wartości”. Problemem fundamentalistycznie rekonstruowanych religii jest ich zamknięcie na innych i na świat. Takie religie z jednej strony nie chcą widzieć świata w jego skomplikowaniu, z drugiej zaś zgłaszają roszczenie do pseudouniwersalizmu. Jest to bowiem uniwersalizm redukujący złożoność i zamknięty na to, co jest fundamentem każdej religii, czyli na doświadczenie obcowania z „absolutnie Innym”.
Również w tym kontekście Malezja, a szczególnie KL, jest niezwykle inspirującym miejscem. Przede wszystkim ze względu na współistnienie tu różnych sposobów myślenia o ekonomii, społeczeństwie, religii, a nawet prawie (jak wcześniej wspomniałem, obowiązują w nim dwa systemy prawne, jeden dla muzułmanów, a drugi dla wszystkich pozostałych). Oczywiście tak jest w każdym mieście, jednak KL jest w owej „dywersyfikacji” przykładem dość ekstremalnym. Próby, podejmowane przez architektów i urbanistów wykształconych w UK, USA czy Australii, przemyślenia KL w duchu „miast Zachodu”, uporządkowania tej przestrzeni, wydają mi się nie tylko błędne, lecz także niebezpieczne. I nie chodzi o to, by popadać w romantyczną manierę fascynacji biedą – biedy w KL jest mniej więcej tyle samo, ile w Warszawie – lecz by mieć świadomość, że „zachodniopodobna” rewitalizacja będzie oznaczała gentryfikację (która i tak już zachodzi – bez pomocy urbanistów) i swego rodzaju sterylizację ekosystemu miasta. KL jest miastem wysp i sieci, miastem pełnym dziur i nieudanych inwestycji. Zrozumienie panującej tu logiki i dokonanie emancypacyjnej zmiany powinno polegać na „prywatyzacji ryzyka i upublicznieniu zysków”. Paradoksalnie lata rozwoju opartego na spekulacji gruntami (w większości należącymi do chińskiej mniejszości), rozwoju dróg dla prywatnego transportu (korki w centrum KL to prawdziwy koszmar), ulepszania transportu publicznego, również szynowego, by połączyć z centrum dzielnice zamieszkiwane przez Malajów, stworzyły miasto o – moim zdaniem – nieprawdopodobnym wręcz potencjale rozwojowym. „Dzielnice” to zresztą nie do końca właściwe określenie – pisząc „KL”, mam bowiem na myśli zlepek wielu miast o autonomicznych statusach, ale funkcjonujących jako jedna metropolia. Jest to zresztą przyczyna jednego z głównych problemów KL, czyli braku skoordynowanej polityki przestrzennej na poziomie całego obszaru funkcjonalnego. Ale znów – niekoniecznie centralizacja byłaby najlepszym rozwiązaniem.
KL jest miastem, w którym napięcie pomiędzy religiami, grupami etnicznymi, lokalnymi oraz globalnymi mechanizmami wyzysku widać bardzo wyraźnie. Pojawiają się w tym mieście – trochę podobnie jak w Polsce, ale na mniejszą skalę – projekty oddolnych miejskich inicjatyw. Jedną z najciekawszych jest „projekt” ścieżek rowerowych, polegający przede wszystkim na zmapowaniu dróg, których rowerzyści w KL używają. Ponieważ projekt był całkowicie oddolną inicjatywą, bez szans na budowę czegokolwiek (to się prawdopodobnie zmieni), rowerzyści „hakowali” istniejącą przestrzeń miasta. Na przykład poprzez wykorzystywanie pustych przestrzeni pod wiaduktami – drogi szybkiego ruchu prowadzone są ponad ziemią, bardzo często dołem jest wytyczony kanał, w którym płynie woda. To właśnie wzdłuż tych kanałów, pod „dachem” z drogi szybkiego ruchu, jeżdżą rowerzyści. Nałożenie się na siebie wielu porządków i sposobów działania pozwala wciąż mieć nadzieję, że Malezja będzie się rozwijała w kierunku przyjaznego i inkluzywnego społeczeństwa. Islam, podobnie jak inne religie, nie jest zagrożeniem czy problemem dla tego rozwoju – tym, co jest groźne, jest redukcja złożoności, której dokonuje planistyczny, rynkowy czy religijny fundamentalizm. Różnorodność (również multikulti) otwiera drzwi do nowych światów, pozwala na testowanie różnych rozwiązań i pomysłów. W latach 80. w Polsce (jednak musiałem do Polski w końcu nawiązać) jednym z najpopularniejszych słów był „pluralizm”. Szkoda, że dziś to słowo i jego znaczenie straciły na popularności. Malezja wciąż jest pluralistyczna, warto się jej walce w obronie swojej różnorodności przyglądać. Keep it complex.
dr Krzysztof Nawratek
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017, Wywiad - kwartalnik
– Zacznijmy od tego, że przyrzeczenie harcerskie i prawo harcerskie nieco się różnią w przypadku Związku Harcerstwa Rzeczpospolitej i Związku Harcerstwa Polskiego: w ZHP mniej jest odwołań do Boga czy szerzej – do światopoglądu katolickiego.
– Victoria Kamasa: ZHR zawsze otwarcie deklarował, że jest bardziej ukierunkowany religijnie. Z kolei w ZHP w wielu środowiskach jest najprawdopodobniej miejsce dla osób niewierzących czy ateistów. Myślę również o instruktorach harcerskich na różne sposoby skręcających w lewo. Ale dodam, że za tzw. moich czasów składaliśmy przyrzeczenie harcerskie odwołujące się do Boga, jednak był on pojmowany jako najwyższa wartość, a już z pewnością nie tylko tak, jak widzi go Kościół rzymskokatolicki. Przyznam, że to zagadnienie nigdy mnie aż tak nie absorbowało. Priorytetami harcerstwa nie są przecież dyskusje wokół religii.
– To co nimi jest?
– Formowanie sensownych osób. Tak to widzę z perspektywy czasu, gdy z dystansu patrzę na moje życie i na osoby, które poznałam w harcerstwie i do dziś mam z nimi kontakt.
Harcerstwo wychowuje ludzi, którzy bardzo dobrze potrafią się odnaleźć w naprawdę różnych miejscach. I niezależnie od tego, co robią w życiu, wnoszą wiele dobrego w środowiska, w których funkcjonują. Takie myślenie o harcerstwie jest mi osobiście najbliższe.
Oczywiście istnieje także szersza wizja harcerstwa, która w Prawie Harcerskim wyraża się choćby przez deklarację służby dla Polski. Harcerze są uczeni nie tylko pracy nad sobą, lecz także pracy dla innych. Dla mnie właśnie to jest najważniejsze: że są to ludzie nauczeni myślenia również o potrzebach innych. To nie oznacza, że np. osoby uformowane przez harcerstwo zawsze są wolontariuszami, ale znaczna część z nich w swoim dalszym życiu potrafi się angażować w różne formy wzajemnej pomocy. Drobny przykład: ludzie z moich roczników mają już małe dzieci. I my wszyscy dzielimy się tym, co mamy. Wrosło w nas przekonanie, że jeżeli coś dostałam, to przekazuję to dalej. I tak robione są całe wyprawki dla dzieci.
Widzę także, obserwując środowisko uniwersyteckie, w którym pracuję zawodowo, że byłe harcerki i byli harcerze to ludzie lepiej sobie radzący z planowaniem, z rozwiązywaniem problemów, z liderowaniem. A równocześnie są bardziej „ludzcy” w relacjach z innymi osobami.
– Pytanie, czy nie jest tak, że harcerstwo przyciąga młodzież z odpowiednimi predyspozycjami.
– Wiele zależy od wieku. W przypadku licealistów z pewnością jest tak, że prawdopodobnie skupieni na sobie chłopcy, którzy chcą „zaliczać” kolejne laski, nie trafią do harcerstwa. A jeśli spojrzymy na szkołę podstawową, na dzieci w wieku 6–10 lat, to rzecz wygląda inaczej.
– Dlaczego?
– Dzieci do harcerstwa przyciąga się zabawą. Wtedy właściwie dokonuje się proces wychowawczy – właśnie w przypadku dzieci o bardzo różnych osobowościach. Dla mnie prowadzenie gromady zuchowej było czymś niezwykłym: wtedy można im dać naprawdę potężną dawkę pozytywnej energii, pomóc budować dobre życiowe postawy, nabywać różnorakie umiejętności społeczne.
To jest ten czas, gdy można nauczyć dzieci samodzielności, do której nie zawsze wdrażają je rodzice. Kolonie to niesamowity czas. Na początku dzieciaki z każdą sprawą przychodzą do ciebie, bo nie potrafią zawiązać butów, nie umieją się zapiąć. Po trzech dniach przychodzą do starszych kolegów i koleżanek, którzy są nauczeni, jak im pomagać.
– A później radzą już sobie same?
– Między sześcio- a dziesięciolatkami jest spora różnica w rozwoju i te młodsze dzieci po prostu wymagają stałej pomocy. Ale gdy sześciolatki stają się siedmiolatkami, pomagają już tym młodszym. Pięknie to widać i zawsze lubiłam to obserwować.
W Polsce jest moim zdaniem bardzo wyraźna kultura chuchania na dzieci, wyręczania pociech i niańczenia ponad ich możliwości wiekowe. W dobrze prowadzonych gromadach zuchowych istnieje duża wiara w możliwości dziecka. Gdy prowadziłam kolonie, to nawet dla naszych instruktorów, którzy zajmowali się starszymi dzieci, było nie do pomyślenia, że nasze zuchy same przygotowują posiłki. A jednak moje dzieciaki, te młodsze, to robiły. Oczywiście, nie obiady, ale spokojnie dawały radę robić kanapki. To nie były kanapki à la wypasiony catering [śmiech], ale je robiły. Takie drobne rzeczy budowały w tych dzieciach poczucie sprawstwa już na całe życie.
– A ty sama kiedy zaangażowałaś się w harcerstwo?
– To był 1996 rok, w podstawówce, miałam trzynaście lat, siostra koleżanki była zastępową i ona mnie wciągnęła. Trafiłam do rewelacyjnie działającego środowiska, poznałam tam świetnych ludzi, którzy bardzo pomogli mi w rozwoju, byli dobrą grupą odniesienia, ponieważ byli starsi ode mnie o tych kilka lat – pomogli mi w bardziej dojrzały sposób spojrzeć na rzeczywistość. Nie bez znaczenia był fakt, że w moim rodzinnym domu słuchało się Starego Dobrego Małżeństwa, więc znałam i lubiłam klimat obozowego ogniska [śmiech].
– Skoro rozmowa schodzi na wspomnienia: czy interesowałaś się przemianami w obrębie harcerstwa przez dekady polskiej transformacji?
– Warto sobie uświadomić, że harcerstwo nie jest monolitem. Z całą pewnością nie jest nim w przypadku ZHP: wiele zależy od uwarunkowań lokalnych. Wychowałam się w hufcu, który powstał na fali buntu najbardziej prężnych i najbardziej tradycyjnych (w dobrym tego słowa znaczeniu) środowisk.
– Buntu wobec kogo i czego?
– W Poznaniu hufce ustawione są rejonami, które wyrosły z tradycji PRL, z całym dobrodziejstwem inwentarza, łącznie z tzw. betonem instruktorskim. To byli ludzie, którzy pracowali w poprzednim ustroju i wynieśli stamtąd wiele złych nawyków. Oni, owszem, nosili mundury harcerskie, ale podczas pracy nie indywidualizowali celów, „średnio” też posługiwali się metodą harcerską. A zatem pierwszym celem jest wychowanie, a forma, w której się to robi, jest dostosowana do dzieci w drużynie, do ich wieku. A w „starym” harcerstwie było tak, że ludzie mieli gotowe konspekty, realizowane niezależnie od tego, co dzieciom było naprawdę potrzebne.
Ale w tych hufcach byli też ludzie, którzy w kwestiach sposobu i metodyki działania byli bliżsi przedwojennemu harcerstwu. Ci zwracali uwagę na to, że pracuje się metodą, że drużynowy nie jest znacznie starszy od dzieci w drużynie, że wychowuje się kolejne roczniki instruktorów. Ten bunt wynikał także z kwestii ideologicznych i z podejścia do Prawa Harcerskiego, w tym szczególnie do dziesiątego punktu, czyli do niepicia alkoholu. W moim hufcu ten punkt był mocno podkreślany i traktowany z dużą powagą – wyrosłam w środowisku harcerskim, w którym naprawdę się nie piło.
– Sugerujesz, że część tej starej kadry podchodziła do tego lekceważąco czy cynicznie? Jeździli na obozy, mówili dzieciom, że prawo harcerskie zakazuje picia, a wieczorami urządzali zakrapiane imprezy?
– Takie rzeczy też się zdarzały. Myślę, że można wyróżnić dwa rodzaje postaw w kwestii alkoholu. Pierwsza jest taka, o jakiej wspominasz. Jedziesz na obóz, dzieci nie piją, a ty robisz wieczorem imprezy alkoholowe. To absolutnie nie powinno się zdarzać. Może nawet mniej ze względu na Prawo Harcerskie, ale dlatego, że jesteś nieodpowiedzialny, jeśli pijesz, mając dzieci pod opieką. Druga postawa jest taka, że gdy jedziemy na obóz to nie pijemy, bo mamy niepełnoletnich podopiecznych. Ale jesteśmy dorosłymi, ukształtowanymi ludźmi, mamy ponad 30, 40 lat i przysłowiowa lampka wina u cioci na imieninach nie jest niczym złym. Takich postaw było i jest pewnie do dziś bardzo dużo. I dla mnie jest to w porządku. Moim zdaniem dziesiąty punkt prawa harcerskiego szkodzi.
– Jesteś przeciw całkowitej abstynencji alkoholowej w harcerstwie?
– Dla mnie to była przyczyna rozstania z organizacją, ponieważ nie potrafiłam wewnętrznie pogodzić się z tym, że nie przestrzegam tego punktu Prawa Harcerskiego, a czułam, że mam ponad trzydzieści lat i czasem chcę wypić lampkę wina.
– Można na to odpowiedzieć, że alkoholizm jest dużym problemem społecznym w Polsce i stąd rola wychowawcza czy profilaktyczna harcerstwa, oparta na statutowej abstynencji, jest nie do przecenienia.
– Toczyłam na ten temat miliard dyskusji w harcerskich czasach. Dorosłych ludzi, podkreślam, dorosłych ludzi należałoby raczej uczyć korzystać z alkoholu w sposób odpowiedzialny niż zakazywać go zupełnie. Znam też niestety historie osób, które odchodziły z harcerstwa i odchylało ich zupełnie w drugą stronę, bo wreszcie mogli sięgnąć po zakazany owoc.
– Wróćmy do przeobrażeń w samym harcerstwie w początkach III RP.
– Wiele rzeczy znam z opowieści starszych ode mnie, bo – jak wspominałam – mój kontakt z harcerstwem zaczął się w 1996 roku. Otóż instruktorzy, przede wszystkim z dwóch poznańskich hufców, postanowili opuścić dotychczasowe struktury ZHP i stworzyć własny ZHP-owski hufiec, który wtedy był – i do dziś nadal trochę jest – hufcem awangardowym, odmiennym od poznańskiego środowiska. Wyróżniał się choćby tym, że miał dużo niższą średnią wieku instruktorów, np. komendanci wielu poznańskich hufców to byli panowie i panie po czterdziestce, nierzadko po pięćdziesiątce, a u nas to byli studenci i studentki albo ludzie świeżo po studiach, wychowujący trochę młodszych od siebie.
To bardzo ważne, ponieważ harcerstwo opiera się na tym, że młodzi ludzie wychowują młodszych od siebie. Gdy trafiłam do drużyny, to moje drużynowe i nasza szczepowa, czyli komendantka szczepu, były wciąż młodymi osobami.
– Z czasów podstawówki w PRL pamiętam, że harcerstwo było jednak bliżej szkoły, istniały choćby klasy harcerskie, a letnie kolonie harcerskie były zwyczajową ofertą dla uczniów. Jedna z moich nauczycielek, wówczas już osoba przed emeryturą, była zaangażowana w harcerstwo, pamiętam jak bardzo zachęcała dzieci do wyjazdów na te obozy. Pamiętam też, że była osobą z charyzmą i dużymi zdolnościami pedagogicznymi. Czasem się zastanawiam, czy i dziś harcerstwo nie powinno być bliżej szkoły: raz ze względów wychowawczych, dwa dlatego, że zapewnia gry i zabawy na świeżym powietrzu. A dobrze wiemy, jak bardzo otyłość staje się plagą wśród dzieci.
– Byłabym ostrożna z mariażem szkoły i harcerstwa. Byłoby dobrze, gdyby szkoły udostępniały harcerzom możliwość prowadzenia naborów, czyli zapraszania dzieci do harcerstwa. Albo gdyby szkoły udostępniały miejsca na harcówki, czyli miejsca, gdzie odbywają się zbiórki. Za tzw. moich czasów były to piwnice, które miały swój klimat [śmiech]. Moja pierwsza harcówka była zresztą w dawnym bunkrze, bo szkoła nim dysponowała.
Myślę jednak, że nie byłoby dobre dla harcerstwa, gdyby było łączone ze szkołą – jak kółko zainteresowań. Tym bardziej, że jedno z naszych haseł brzmiało: „harcerstwo – tylko jeśli wiesz, że chcesz”. I coś jest na rzeczy. Harcerstwo jest na tyle specyficzne, wszechstronne i angażujące, jeśli chodzi o rozwój młodych ludzi, że nie powinno być łączone z systemem edukacji – zwłaszcza z tym, co szkoła niesie za sobą obecnie.
Pracuję na uczelni i widzę „produkt” polskiej szkoły, czyli studenta pierwszego roku, kogoś, kto jest zupełnie oduczony samodzielnego myślenia. To chcę powiedzieć: oduczony, a nie niezdolny do… Problemów szkoły jest wiele, więc nie chciałabym, żebyśmy myśleli o harcerstwie jako o jednej z form edukacji, ponieważ zdeformowałoby to samo harcerstwo.
– A może wpływałoby to pozytywnie na szkoły, klasy, dzieci szkolne?
– Nie mam w to wiary. Harcerstwo nie może być organizacją masową. Mówimy o tym, że pracujemy poprzez grupę, ale nakierowani jesteśmy na pojedyncze osoby. Jeżeli masz czterdzieścioro dzieci w drużynie, to nie jesteś w stanie ich ogarnąć: nie dasz rady przyjrzeć się każdemu dziecku na tyle, by określić jego potrzeby i na nie odpowiadać, nawet w minimalnym stopniu. Gdy miałam dwadzieścioro dzieci w drużynie, to już było ciężko – a wtedy byłam dojrzałą instruktorką i zęby na tym zjadłam.
Czym innym byłoby jednak wprowadzenie elementów metody czy metodyki harcerskiej do pracy w szkole. Pomysły instruktorów na to, jak uczyć różnych rzeczy, są przecież rewelacyjne.
– A co z obozami letnimi dla dzieci, które nie należą do harcerstwa?
– Ta forma również jest w porządku, także jako forma działalności zarobkowej, charytatywnej czy społecznej. Zwykle to instruktorzy i wędrownicy, czyli najstarsi, organizują tego typu kolonie na przykład dla dzieci z ubogich domów. Co do organizowania kolonii dla dzieciaków z bogatszych rodzin – no cóż, po prostu jesteśmy dobrzy w tym, co robimy jako harcerze, więc sądzę, że taka ewentualna forma dorabiania sobie przez hufce nie przynosi im ujmy.
Poza tym ważna jest jeszcze jedna rzecz, nazwałabym ją pracą u podstaw. Nie jest tak, że każda osoba, która przejdzie przez harcerstwo, jest w dorosłym życie skazana na bycie przywódcą [śmiech]. Ale jeżeli masz dziesięcioosobową drużynę, którą kształtujesz na dobrych i uczciwych ludzi, to niesie się to dalej w świat. Jeżeli ktoś z nich później zostanie pracodawcą, który płaci uczciwe stawki, nie oszukuje na sprawach socjalnych, daje pracownikom szansę na rozwój, traktuje ich poważnie – to już dużo. Jeżeli wypuszczasz spod swoich skrzydeł w ciągu harcerskiego życia trzydzieści takich osób, to uważam, że jest to jednak wielki potencjał. A zaczyna się od spraw naprawdę drobnych, choćby od tego, że zuchy robią na zimę karmniki dla ptaków. Ale z czasem wdrażają się w inne prace – choćby w pomoc w hospicjach. I to jest kapitał społeczny, który harcerstwo wnosi w polskie życie.
– Przedstawiasz bardzo pozytywny obraz harcerstwa. Ale znam historie, z których wynika, że harcerze, tworząc sieci społeczne na prowincji, niejako „brali w zarząd” całe samorządy lub harcerstwo było dla nich trampoliną do wysokich karier w administracji i w polityce. A wtedy nierzadko ich znaczne sprawności, których nie neguję, niekoniecznie służą jakimkolwiek ideałom i wartościom społecznym. No, w przypadku ZHR może poza bogoojczyźnianymi.
– Tym, co kojarzę ze swojego doświadczenia, jest na pewno wzajemne wsparcie exharcerzy. To widać np. przy rekrutacji do pracy. Uważam zresztą, że gdybym sama była pracodawczynią, to chętnie zatrudniałabym harcerki i harcerzy – nie dlatego, że to sekta, ale ze względu na ich podejście.
Nie chcę natomiast bronić niemerytorycznych mechanizmów kooptacji, występujących także w świecie harcerskim, właśnie w ZHP, ponieważ o nim mogę mówić. Jak każda organizacja, harcerstwo jest podatne również na negatywne zjawiska społeczne.
Przyznam szczerze, że w strukturach ZHP, w których działałam, nie widziałam przepływów do świata wielkiej polityki. Oglądałam za to z bliska także cienie polityki wewnętrznej w mojej organizacji. Po latach uważam, że to również była pożyteczna lekcja.
– W jakim sensie?
– Łatwiej mi sobie radzić z polityką wewnętrzną na uczelni, łatwiej niż moim kolegom i koleżankom, ponieważ wiem, jak ludzie się nawzajem rozgrywają, jak się prowadzi grę o władze, jakie to są mechanizmy. Już się tego naoglądałam. Gdy widzę to obecnie, już mnie to nie przeraża, nie frustruje, nie zadziwia – przyjmuję to z dobrodziejstwem inwentarza. Chroni to również od poczucia rozczarowania i zgorzknienia, które obserwowałam wśród młodych pracowników naukowych w środowisku akademickim.
– Zastanawiam się, dla kogo jest współczesne harcerstwo? Czy aby nie przede wszystkim dla wielkomiejskich dzieci i młodzieży z klasy średniej, których rodziców/opiekunów stać na sprzęt, mundur, wyjazdy?
– ZHP z pewnością nie jest organizacją tylko dla bogatych dzieci. Prowadziłam drużynę na poznańskich Jeżycach i miałam tam dzieci biedne i bardzo biedne, także z tzw. trudnych domów.
Natomiast jeżeli chodzi o drużyny wędrownicze, złożone ze starszych stopniem harcerzy, to w znakomitej większości są to drużyny młodzieży z najlepszych poznańskich liceów. Nie jest zatem tak, że wszystko, o czym opowiadam, jest takie świetne, choćby od strony egalitaryzmu. Choć dodam, że nie wszyscy instruktorzy, których znam, pochodzą z klasy średniej i nie wszyscy nawet mają wyższe wykształcenie.
ZHP na pewno dobrze sobie radzi w mniejszych ośrodkach. Myślę choćby o Ostrowie Wielkopolskim, Wągrowcu, Koninie, Jarocinie. Natomiast na wsiach jest źle, jest bardzo trudno. To wynika z deficytu instruktorów. Problemy miast, miasteczek i wsi biorą się stąd, że to po prostu nie są ośrodki akademickie. Odpływ instruktorek i instruktorów z takich miejsc zaczyna się, gdy wyjeżdżają na studia i nigdy już nie wracają. To realny problem w działalności ZHP poza ośrodkami akademickimi, który nie wynika z żadnych klasistowskich założeń, lecz z deficytu ludzi, z ich braku na prowincji.
– Czyli kolejna odsłona wysysania elit przez metropolie?
– Właśnie tak. Nawet jeżeli niewielka część tych ludzi wraca z powrotem po latach w swoje okolice, bo na przykład stawia tam własny dom, to oni już wówczas niezbyt nadają się do pracy w harcerstwie. To jest dla mnie bolączka, że nie pracujemy na wsiach, gdzie byłoby to najbardziej potrzebne. Ale dotąd nie udało się wypracować modelu, w którym można byłoby to robić.
– Znam historię harcerki, która działa w jednym z małych miasteczek na Opolszczyźnie. Miała drużynę harcerską u siebie, a do tego prowadziła zastęp w pobliskiej wsi. Początkowo jeździła na tę wieś podmiejskim autobusem, który później zlikwidowano. Zaczęła zatem dojeżdżać tam rowerem – zwiększając nakład poświęcanego czasu i sił. Ale wtedy była zaangażowaną harcerką, więc mogła. Ewidentnie jednak widać typową strukturalną barierę, charakterystyczną dla polskich realiów.
– Niestety, raczej jest tak, że wysiłek jest skierowany na to, żeby utrzymać struktury istniejące w miastach i małych miasteczkach. Z prozaicznych przyczyn: nie mamy do dyspozycji kilkudziesięciu wolnych instruktorów, których możemy wysłać do pracy organizacyjnej na wieś. Taka jest smutna rzeczywistość.
Z całą pewnością w czasach, gdy byłam aktywnie zaangażowana w harcerstwo, prowadzono kursy na drużynowych dla nauczycieli wiejskich. Chodziło o to, żeby ludzi, którzy pracują w środowiskach wiejskich, przygotować do dobrej pracy metodą harcerską.
– A z czego się utrzymywaliście?
– Pracowałam w hufcu, który w znacznej części finansował się sam. Czasem mieliśmy dotacje z miasta, ale finansowaliśmy się głównie ze składek, różnorakiej własnej działalności: od zarobkowej po aukcje. Poza tym – moim zdaniem – to nie jest tak, że pieniądze są jedyną barierą. Deficyt częściej dotyczy kadr i czasu. Bo jeśli nie masz większej liczby instruktorów, to ludzie, którymi dysponujesz, nie będą mieli czasu, choćby na to, żeby jeździć na wieś.
– Mam wrażenie, że harcerstwo jest mniej widoczne w przestrzeni publicznej niż kiedyś: mówiliśmy już o szkole, ale harcerstwo przestało być też częścią kultury masowej (inaczej niż w czasach PRL), dziś kojarzy się na ogół z obsługą świąt narodowych, pielgrzymek papieskich, a niektórym z wydarzeniami związanymi z krzyżem smoleńskim.
– Harcerki i harcerze w czasie dużych wydarzeń nierzadko zajmują się logistyką i pomocą medyczną. Oczywiście, istnieje takie zjawisko jak harcerstwo pomnikowe. To jest zjawisko dobrze znane także z przeszłości. Często było tak, że harcerze byli zapisywani do kilkugodzinnego stania na warcie pod pomnikiem czy przy Grobie Pańskim – ale ten model budził kontrowersje. Część instruktorów pytała: jeśli z tego robi się clou harcerskiej służby, to jaki z tego właściwie pożytek wychowawczy?
Poza tym, jeżeli to, co robimy, jest pracą u podstaw, to w „harcerstwie dekoracyjnym” brakuje po prostu czasu na wychowywanie liderek i liderów, pokazywanie młodym ludziom ich własnych możliwości, przywracania im wiary w siebie. Harcerstwo nie może być spektakularne, musi być wychowawczo skuteczne.
Dodam jeszcze jedną rzecz, o której w Polsce w dyskusjach często się zapomina. Otóż bardzo ważną rzeczą w życiu jest umiejętność pracy w zespole. Harcerstwo tego uczy. Pracując jako instruktor, dodatkowo uczyłam się kierowania zespołem. I dziś to procentuje. Więcej: gdy dziś piszę wnioski grantowe, to nie mam z tym problemów, ponieważ umiem myśleć przez wskaźniki. Nauczyłam się, że jeśli wykonuje się jakieś działania, to w ich efekcie uczestnicy powinni nabyć pewnych umiejętności. Uczyłam się myślenia nakierowanego na cel, organizacji spotkań, konstruktywnej pracy, w której analizuje się to, co się zrobiło i zmierza się dalej. Przyznam nieskromnie: dziś, gdy pracuję na uczelni, ja to wszystko po prostu od dawna wiem i jest mi łatwiej. Gdy studenci w odpowiednich ankietach stwierdzają, że lubią moje zajęcia, to cóż: od szesnastego do dwudziestego piątego roku życia stawałam przed grupą, więc gdy zaczęłam prowadzić ćwiczenia, to nie było to dla mnie stresogenne wyzwanie.
Dlatego, raz jeszcze: widzę harcerstwo nie jako patriotyczną, narodową czy religijną dekorację, lecz jako pracę nad kształtowaniem ludzi. Możemy w ten sposób realnie wpływać – na dzieci, na instruktorów, na społeczeństwo.
– Jaki model patriotyzmu obowiązywał w ZHP w czasach Twojej działalności? ZHR często kojarzy się z bogoojczyźnianym modelem harcerstwa, a dziś powoli kult Powstania Warszawskiego bywa tam wypierany przez kult żołnierzy wyklętych.
– Pamiętam ścieranie się dwóch modeli. Wśród starszych pokoleń przeważał patriotyzm w stylu: postójmy przy pomniku, posprzątajmy grób, skupmy się na patriotyzmie jako celebrowaniu historii. W moim środowisku przeważał jednak tzw. nowoczesny patriotyzm: uczmy ludzi uczciwości w relacjach społecznych, w relacjach z państwem – wychowujmy ich np. do rzetelnego płacenia podatków. Zachęcajmy dzieciaki, żeby nie wytwarzały za dużo śmieci, wdrażajmy je do segregowania odpadków. Szukaliśmy przede wszystkim tego, co prowadzi do kształtowania postaw obywatelskich. Nie szliśmy w politykę, ale kładliśmy duży nacisk na to, żeby ludzie głosowali. Robiliśmy także debaty polityczne dla instruktorów, aby byli świadomi tego, co dzieje się w kraju i żeby się angażowali. Nie mówiliśmy im, na kogo mają głosować, ale nie było rzeczą dobrze widzianą, żeby licealistki i licealiści z ZHP nie wiedzieli, kto rządzi w kraju.
Jasne, było też trochę szeroko pojętego „pomnikowania”; w odpowiednich proporcjach jest na to miejsce. Trudno mi wyobrazić sobie harcerkę i harcerza, którzy nie czytali „Kamieni na szaniec” Aleksandra Kamińskiego. Dla mnie osobiście Powstanie Warszawskie jest bardzo ważne, chociaż na poziomie intelektualnym oceniam je bardzo niejednoznacznie. Owszem, było trochę ścierania się o to, dlaczego tak mało „pomnikowania”, czemu tak mało o Powstaniu itp. Nasza odpowiedź brzmiała: ponieważ nie to jest dziś nam tak potrzebne, nie jest to potrzebne współczesnej Polsce.
– Ale chyba przegraliście: patriotyzm obywatelski jest dziś mało sexy, jest nudny. Młodych ludzi kręci patriotyzm przelewanej krwi, już nie tylko własnej, ale chyba i cudzej, patriotyzm ze skandowaniem o ojczyźnie i machaniem flagami.
– Staraliśmy się nie wprowadzać takiego modelu patriotyzmu. Choć pewnie w życiu wielu harcerek i harcerzy jest taki etos, bo pewien patos, także patriotyczny, jest im bliski. Po części odpowiadają za to również struktury, bo nieraz całe drużyny harcerskie noszą nazwy związane choćby z Szarymi Szeregami, harcerkami i harcerzami, którzy oddali życie w Powstaniu Warszawskim.
Pamiętam, że mieliśmy przynajmniej jeden obóz tematycznie związany z pamięcią o Szarych Szeregach, ale skupialiśmy się na nim choćby na uczeniu dzieciaków pierwszej pomocy, a nie tego, jak słodko jest umierać za ojczyznę.
– Gdy jako dziecko pojechałem na obóz prowadzony przez harcerzy, najbardziej podobało mi się strzelanie z wiatrówki. Harcerstwo ma jakiś rys paramilitarny?
– Nie określiłabym tego w ten sposób. „Paramilitarna” w harcerstwie jest z pewnością musztra, ale to ma swoje uzasadnienie – jeśli musisz ogarnąć kilkadziesiąt młodych osób, to komendy „w dwuszeregu zbiórka” świetnie się do tego nadają.
– Chciałbym, żebyśmy porozmawiali jeszcze o relacjach ZHP z Kościołem. W przypadku ZHR sprawa jest dobrze znana: powstali w kontrze wobec „po-PRL-owskiego” ZHP, są powszechnie kojarzeni z tzw. prawicowym kanonem wartości. Ze znanych mi opowieści ze środowiska czasem to przenikanie środowiska harcerskiego i kościelnego było dość silne i stanowiło mocny element tożsamościowy, określający strukturę. A jak wyglądało to właśnie w ZHP za Twoich czasów?
– Pamiętam, że chodziło się do kościoła na wszelkiego rodzaju obozach i wyjazdach, ale nie było to obligatoryjne. W przypadku instruktorów również nie pamiętam parcia na uczestnictwo w obrzędach kościelnych. Były msze harcerskie, są do dzisiaj, ale z pewnością nie trzeba było na nie chodzić.
Mieliśmy harcówkę przy kościele Pallotynów, ale duchowni nie wywierali na nas nacisku w kwestiach wewnątrzharcerskich. Owszem, był taki moment, gdy przygotowaliśmy dla dzieciaków imprezę w stylu Harry’ego Pottera i ksiądz proboszcz próbował się zaangażować na zasadzie: zaraz, zaraz, Potter to magia i zło, ale doszło do rozmowy z komendantką naszego szczepu i duchowny się wycofał.
Myślę, że w przypadku ZHP można mówić o faktycznym rozdziale harcerstwa i Kościoła [śmiech]. Podam przykład: ważnym elementem życia harcerskiego jest wspólne ognisko. Ognisko zawsze kończy się braterskim kręgiem, czyli obrzędową formą pożegnania dnia, a później jest jeszcze modlitwa – ale dla chętnych. Myślę, że rozwój duchowy nie był rozumiany w moim środowisku harcerskim jako rozwój ściśle religijny czy konfesyjny: choć jeśli ktoś tak go chciał pojmować, to też mógł.
– Chciałabyś, żeby harcerstwo było bardziej społecznie dostrzegalne?
– Chciałabym, żeby więcej dzieciaków miało okazję przeżyć przygodę harcerską, bo to jest świetna sprawa. Chciałbym, żeby szczególnie dzieci ze wsi miały na to szanse. Jeździliśmy na wakacje harcerskie na Podlasie, widziałam, jaka tam jest olbrzymia przestrzeń do działania dla naszej organizacji. Ale naprawdę brak nam ludzi, instruktorów.
– Mam bardzo roboczą hipotezę, że rosnąca popularność organizacji nacjonalistycznych w Polsce po pierwsze wynika z tego, że nie ma już powszechnej służby wojskowej, po drugie z tego, że właśnie harcerstwo jest dość rachitycznej na prowincji. Stąd młodzież szuka dla siebie tożsamości i przygody w tego typu subkulturach.
– Mam wrażenie, że to jest jednak oferta dla zupełnie innych ludzi. Możliwe, że na poziomie osób w wieku licealnym byłaby to jakaś alternatywa. Ale przecież w miastach, w których harcerstwo jest nieco silniejsze, środowiska narodowe także działają.
– To chyba też kwestia naboru?
– Swego czasu robiłam nabory na poziomie gimnazjum (starsi harcerze) i liceum (wędrownicy). Zwykle są to ludzie, którzy przechodzą z młodszych drużyn w ramach ciągu wychowawczego. Zaczynasz od rekrutacji zuchów, to dzieciaki, które zapraszasz na zbiórkę, one przechodzą przez wszystkie poziomy, stając się wędrownikami, a później – instruktorami.
Ale część młodzieży to ludzie z naborów. Przeprowadza się różnorakie akcje promujące w miejscu, w którym działa drużyna. Jeśli to szkoła, jest trochę łatwiej: daje ona większą przestrzeń, masz klasę szkolną, łatwiej możesz wynegocjować z dyrekcją odpowiedni czas. Jeśli to parafia czy dom kultury, to jest trochę trudniej.
Nabór młodszych dzieci jest łatwiejszy: o ile dla potencjalnego zucha łatwiej zrobić piętnastominutową akcję, od której zaświecą mu się oczy, to w przypadku licealisty jest to znacznie trudniejsze. Siedmiolatek chce się bawić, więc gdy zaproponujesz mu wciągającą zabawę – on się wkręci. Licealiści i licealistki są już bardziej zblazowani, mają więcej nawyków, udają przed sobą w grupie rówieśniczej bardziej dorosłych, niż są. A gdy nie masz miejsca i czasu, to w piętnaście minut nie opowiesz im o fascynującej wyprawie na Elbrus.
– Porozmawiajmy jeszcze o pieniądzach, o których wyżej tylko napomknęliśmy. Nie każdego stać na harcerską wyprawę na Elbrus…
– Byłabym ostrożna z tym: „nie każdego stać”. W tych środowiskach, w których działałam, zawsze dawało się to załatwić. Było wiadomo, kto nie ma forsy i zawsze pojawiały się pomysły oraz sposoby ich realizacji, by temu brakowi zapobiec.
– Zastanawia mnie, jakimi metodami był osiągany – chyba potrzebny – egalitaryzm ekonomiczny w obrębie takiej organizacji jak harcerstwo. Żyjemy w coraz mocniej rozwarstwionym społeczeństwie i trudno mi sobie wyobrazić, że nie miało to wpływu także na waszą organizację. Znam różne historie z harcerskiego świata i niekiedy pojawia się wątek: nie wszystkich na wszystko stać – zaczynając od umundurowania.
– Nie pamiętam sytuacji, żeby ktoś z nami nie pojechał, bo nie miał pieniędzy. Za moich czasów każdy członek ZHP płacił składkę członkowską, która w jakimś procencie wracała do hufca. Ale zwykle te pieniądze były przeznaczone na bieżącą działalność hufca, czyli opłaty za harcówkę, prąd itp. Z kolei drużyny się samofinansowały: dzieci płaciły za obozy i z tego zostawało trochę pieniędzy, rodzice płacili 1 procent i to był zwykle potężny zastrzyk, organizowaliśmy akcje zarobkowe. Budżety na wyjazdy były planowane tak, żeby wystarczało. Instruktorzy i instruktorki mieli opłacane wyjazdy, choć nic na nich nie zarabiali, ewentualnie płacili mniejsze stawki. Jeżeli z tych wyjazdów zostawały jakieś pieniądze, to były przeznaczane na bieżące potrzeby programowe: choćby na papier, przybory do rysowania. Owszem, mieliśmy czasem dotacje od miasta, ale nie pamiętam, żeby np. Główna Kwatera ZHP przysyłała nam pieniądze.
– No a co z tym Elbrusem? I ze sprawnościami harcerskimi wymagającymi większych nakładów finansowych?
– W tych starszych drużynach, czyli wędrowniczych, jeżeli ktoś nie miał środków, to korzystając z gigantycznej sieci znajomości harcerskich, byłych i obecnych instruktorów, załatwiało mu się pracę, choćby możliwość sprzątania u kogoś w ogrodzie itp. Szukaliśmy także sponsorów, co z czasem szło coraz bardziej opornie. Między 1995 a 2005 rokiem pojawiło się po prostu coraz więcej różnorakich podmiotów, które też na siebie zbierały, szukały sponsorów, konkurencja rosła. Poza tym drużyny podejmowały działalność zarobkową, żeby zebrać na wyjazd.
– Zbieraliście do puszek w supermarketach?
– Puszki w supermarketach były moją najmniej ulubioną formą zarobkowania, ale robiliśmy to. Zresztą one się świetnie sprawdzały, to był ogromny zastrzyk finansowy.
– A czemu tego nie lubiłaś?
– Bo to jest średnio wychowawcze. Nie bójmy się tego słowa: takie żebranie. Klasyczne metody zarobkowania to było sprzedawanie ciasta przy okazji różnych festynów. Pamiętam, że robiliśmy kartki na święta i je sprzedawaliśmy. Gdy pracowałam już w chorągwi, to drużynowi mieli coraz ambitniejsze pomysły dotyczące regularnej pracy zarobkowej. Ostatnio widziałam nawet ogłoszenie „wynajmij harcerza”: zdjęcie chłopaków, którzy oferowali m.in. prace ogrodowe. Zresztą, gdy szukamy z mężem kogoś do pomocy, to najpierw dzwonimy po harcerzach, pytamy znajomych: „potrzebujemy ludzi do posprzątania piwnicy za kasę, macie kogoś?”.
– A co choćby z pieniędzmi na mundur? Nowy ekwipunek także kosztuje.
– Jeśli chodzi o zakup mundurów, to było to zróżnicowane. Po pierwsze, staraliśmy się nie cisnąć, szczególnie jeśli wiedzieliśmy, że ktoś ma problemy z pieniędzmi, zwłaszcza u zuchów. Niektórzy długo nie mieli mundurów. Istniał także wtórny rynek mundurów, przekazywało się je młodszym – to było naturalne. Za moich czasów zazwyczaj miało się mundur po kimś. Rzadko kogo było stać na całą wyprawkę. Gdy prowadziłam zastęp, to pamiętam, że miałam całą kolekcję karimat [śmiech]. Podobnie dzieciaki wypożyczały śpiwory. Przynajmniej pod koniec lat 90. XX wieku modny był wręcz antylans.
– Przy okazji: w ZHP niektóre funkcje są płatne i „uzawodowione”.
– Tak – i uważam, że to dobrze. Na poziomie dużego hufca albo chorągwi nie da się sensownie pracować bez płatnego etatu. Mówię o dwóch, trzech etatach, nie pięćdziesięciu. Nie da się robić księgowości chorągwi bez etatu: mówimy o wynagrodzeniu dla osób, które robią to sensownie i wypełnia im to znaczną ilość czasu, mówimy o zarządzaniu finansami grup, które idą w tysiące osób. Sądzę, że dobru organizacji służy, jeżeli jest to praca etatowa. Natomiast funkcje wychowawcze zasadniczo nie powinny być płatne.
– Rozmawialiśmy nieco o czasach PRL. Czy generalnie źle oceniasz tę kadrę z tamtych czasów?
– Nie. Myślę, że jest ona bardzo zróżnicowana. Sądzę, że jest i było tam wielu fenomenalnych drużynowych, ludzi z olbrzymim doświadczeniem. Znam kilka takich osób, są niesamowici i podziwiam ich. Myślę, że na tym etapie ta po-PRL-owska kadra, która była słaba, już się wykruszyła. Zostali dobrzy instruktorzy, ludzie, którzy dziś mają po 50, 60 lat, niektórzy z nich do dziś prowadzą drużyny. Myślę, że w pewnym sensie doświadczenie tych ludzi nie zostało docenione – szczególnie w momencie, gdy postawiono na odmłodzenie wielu elementów struktury harcerskiej. Starsza kadra na fali buntu wobec „betonu instruktorskiego” została wrzucona cała do jednego worka i potraktowana przez młodszych z dystansem i może nawet pobłażaniem czy wrogością. A ich potencjał jest ogromny: byli drużynowymi przez dekady i robią to dobrze. Mają olbrzymią wiedzę i doświadczenie. Po części zrezygnowano z ich mądrości życiowej: osiemnastolatek, choćby nie wiem jak zapalony, pod pewnymi względami nigdy nie będzie w stanie dorównać czterdziestolatkowi, bo nie ma jego dojrzałości, nie ma jego obycia.
To są kwestie, które należałoby równoważyć i nie wiem, czy zawsze się to udaje. Oczywiście, gdy stara kadra mówi: „my wszystko wiemy, wszystkie rozumy pozjadaliśmy”, to wówczas trudno się z nią pracuje i młodzi się buntują. Ale gdy starsza kadra jest otwarta, szuka porozumienia, to pracuje się z nią świetnie. Miałam takie doświadczenia i były nader pomocne – szczególnie w trudnych momentach, na ciężkich kursach harcerskich, wymagających znacznej pracy nad sobą, wiele autorefleksji. To jest prawdziwy skarb wychowawczy, ponieważ samemu uczysz się, jak postępować z innymi.
– Ale sama zwróciłaś uwagę, że w harcerstwie bardzo ważny jest model wychowania młodszych przez nieco starszych. Tutaj to nam się trochę rozchodzi wiekowo.
– Dla środowisk wiejskich i małomiasteczkowych moim zdaniem to jest jedyne realne rozwiązanie. Tam nie będzie młodej kadry harcerskiej – bo ona wyjeżdża do dużych miast studiować. Środowiska małomiasteczkowe czy wiejskie stoją właśnie starszą kadrą: to nauczyciele, pracownicy świetlic czy domów kultury.
– Wciąż myślę o obecności harcerstwa w przestrzeni społecznej, w wyobrażeniach społecznych. Może dlatego, że należę do pokolenia, które za młodu z wypiekami na twarzy czytało i oglądało „Czarne stopy”. Może jednak harcerstwo powinno być dziś bardziej obecne medialnie?
– Powinno. Myślę, że to w jakimś sensie jest słabość organizacji. Wynika to jednak z tego, że gdy masz trzech instruktorów do prowadzenia drużyny i jeden z nich miałby się zająć promocją, to ostatecznie wybór padnie na drużynę.
Ale jasne, chciałabym, żeby harcerstwo było widoczne choćby w polskich serialach, tylko że nie za cenę sojuszu z państwem, szczególnie rozumianym jako emanacja interesów partyjnych. Harcerstwo musi być odrębne od państwa, inaczej spadnie efektywność pracy metodą harcerską, która dokonuje się na poziomie instruktora i jego drużyny. Jeżeli tutaj pojawiają się jakiekolwiek wątki, które to zakłócają, to jakość pracy automatycznie spada. Podam konkretny przykład: gdy wybieraliśmy sprawności dla zuchów (czyli cykle tematyczne, nad którymi się pracuje), to kierowaliśmy się zainteresowaniami i potrzebami tej dwudziestki dzieci, które mieliśmy. Gdyby teraz się okazało, że np. mamy rocznicę chrztu Polski i muszę z tymi dziećmi robić sprawność w jakiś sposób z tym związaną, to w sposób naturalny ograniczałoby mnie to jako instruktora. Oczywiście, świetny instruktor sobie poradzi. Choć pojawia się tradycyjne pytanie: ale po co?
– Interesuje cię sytuacja i kierunki rozwoju międzynarodowego skautingu?
– Skauting się zmienia, bo zmienia się świat. Gdy byłam na zlocie skautów w Holandii, to poziom nowoczesności był tam zaskakujący, choćby poziom pracy wykorzystującej najnowsze media. Znane mi środowiska ZHP też szły w tym kierunku. Ale trzeba pamiętać o różnicach społecznych: oni jako społeczeństwa nie mają doświadczenia zaborów, rzezi okupacyjnej, kilku dekad „komuny”. To stare demokracje o bardzo wykształconej już strukturze społecznej. U nas wciąż dość mocno formuje się choćby struktura klasowa, to, co wynika z rozwarstwienia, które nie było tak mocne w czasach PRL.
– Co dla Ciebie było trudne w harcerstwie?
– Jak to w bajkach bywa: najtrudniejsza jest praca z ludźmi. Siłą rzeczy czasem jest ciężko – trudne są relacje międzyludzkie. Byłam młoda, wtedy poziom zaangażowana emocjonalnego w rzeczywistość jest znacznie wyższy – wiele rzeczy stawało się życiową tragedią [śmiech]. Z perspektywy czasu nawet te obiektywnie bardzo trudne rzeczy postrzegam jako pozytywne, kształtujące postawę. Przez dziesięć lat pracy dydaktycznej może ze dwa razy student wyprowadził mnie z równowagi. Jako trudny wątek wspominam też porażki wychowawcze – ktoś skręcił nie w tę stronę, w którą trzeba.
– Dziękuję za rozmowę.
Kraków – Poznań, 9 grudnia 2016 roku
przez Tomasz Frymorgen | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017
Dzikie strajki w sektorach pracy dorywczej są wyzwaniem dla panujących w związkach zawodowych wizji tego, gdzie i kogo organizować.
11 sierpnia jeden ze związkowców, otoczony przez stu pięćdziesięciu prowadzących dziki strajk kierowców firmy Deliveroo (zajmującej się dostawą jedzenia), przeczytał listę osiągnięć brytyjskich kurierów, którzy zorganizowali się w związku zawodowym Independent Workers of Great Britain (Niezależni Pracownicy i Pracownice Wielkiej Brytanii). Kurierzy wywalczyli 28-procentowe podwyżki; pracownicy CitySprint uzyskali 17-procentowy wzrost wynagrodzeń – dla nich była to pierwsza podwyżka od 10 lat. Rowerzyści w Mach1 zdobyli wyższe płace, uniformy zapewniane na koszt firmy oraz zniesienie opłat za wynajęcie sprzętu.
Zaledwie tydzień wcześniej sprzątacze i sprzątaczki wygrali najdłuższy, trwający 61 dni, strajk w historii londyńskiego City, zapewniając sobie płacę na poziomie londyńskiego minimum socjalnego. Obecnie jest to 9,40 funtów na godzinę. Grupa zorganizowała się w związku United Voices of the World (Zjednoczone Głosy Świata). W lutym tego roku UVW, przez mocno nagłośnioną kampanię w Sotheby’s, zwyciężył w kwestii uznania odpłatności za czas zwolnień lekarskich dla ochroniarzy i sprzątaczy pracujących dorywczo [Sotheby’s to międzynarodowy dom aukcyjny, ochroniarze i sprzątaczki są w nim zatrudniani przez firmy zewnętrzne. Jest to pierwsza w Wielkiej Brytanii grupa outsourcowanych pracowników i pracownic, która uzyskała płatne zwolnienia chorobowe – przyp. tłum.].
Zainspirowani zwycięskimi strajkami w Deliveroo, kierowcy z UberEats ogłosili, że utrzymają dziki strajk dopóty, dopóki firma nie zgodzi się zapłacić im londyńskiego minimum socjalnego.
Gdy to czytacie, możecie myśleć, że ruch pracowniczy w Wielkiej Brytanii w końcu się budzi. Od utworzenia Komisji Sprzątaczy i Sprzątaczek (Cleaners Branch) w Industrial Workers of the World (Pracownicy i Pracownice Przemysłowe Świata, IWW) w 2011 roku, historie podobne do tych zdarzają się coraz częściej i coraz częściej są zakończone sukcesem. Odważne kampanie pracownicze prowadzono już przeciwko sieciom sklepów, centrom kulturalnym, instytucjom edukacyjnym i firmom dostawczym, organizując tysiące prekaryjnych pracowników i pracownic. A jednak w 2015 roku tylko 81 tysięcy osób uczestniczyło w strajkach, które łącznie trwały jedynie 170 tysięcy dni. Oznacza to najmniej strajkujących i drugie od końca straty w produkcji od 1893 roku, kiedy rozpoczęto rejestry. W 2015 roku odnotowano też najniższy poziom uzwiązkowienia od 1995 roku – zaledwie 24,7%.
Walki sprzątaczek i kurierów to tylko rzadkie przypadki pracowniczej bojowości, a nie szerokie odrodzenie ruchu. Jednak już to czyni je interesującymi. A ponieważ akcje te pojawiły się w sektorze pracy prekaryjnej1, który tradycyjnie jest uważany za niemożliwy do zorganizowania, a w konsekwencji – zaniedbany przez związki zawodowe głównego nurtu, lewica powinna przyglądać się tym strajkom uważnie i uczyć się od biorących w nich udział.
Czy naprawdę nie da się ich zorganizować?
Opisane kampanie podważają utrzymywane od dawna przekonania na temat pracy prekaryjnej. Częstotliwość i zasięg protestów – które wciąż rosną – a także duża frekwencja w referendach strajkowych, wskazują na wysokie zaangażowanie pracowników i pracownic.
Mimo to związki głównego nurtu wciąż zdają się na nieskuteczne kryteria, które sprawiają, że osoby pracujące w oparciu o niestabilne formy zatrudnienia – stają się niewidzialne. Związki zawodowe z Trade Union Congress [TUC, największa centrala związkowa w Wielkiej Brytanii – przyp. tłum.] wycofują się ze współpracy z takimi pracownikami z różnych powodów. Niektórym brakuje umiejętności, doświadczenia i środków, aby organizować ten sektor. Inne przeanalizowały zyski i koszty, co wykazało, że kampanie skierowane do tej grupy nie są warte ich czasu. W niektórych związkach sądzi się nawet, że prekariusze i prekariuszki nie liczą się jako „prawdziwi pracownicy”, więc nie są grupą wartą uwagi.
U źródeł bezczynności głównych związków zawodowych leży ściśle legalistyczne definiowanie pracownika, praw pracowniczych i relacji pracodawca – pracownik, z organizacją uczestniczącą w negocjacjach zbiorowych jako centralnym punktem odniesienia. Osoby pracujące dorywczo czy „elastycznie”, zazwyczaj wypadają z tych ram, po czym są odrzucane jako niemożliwe do zorganizowania. W rezultacie sektor pracy prekaryjnej jest w większości nieuzwiązkowiony i panują w nim najgorsze warunki zatrudnienia.
Sposób, w jaki związki zjednoczone w TUC rozwinęły to legalistyczne podporządkowanie, to dłuższą historia. Tym, co się tutaj liczy, jest fakt, że biznes gra na takich samych zasadach jak związki, a bitwy między szefami a pracownikami odbywają się w oparciu o nie. W ostatnich latach kapitał nasilił ataki wobec zatrudnionych. W sektorze pracy stałej firmy podjęły wysiłki, żeby zmienić koszty pozwów pracowniczych w sądzie pracy i ograniczyć możliwość podjęcia prawomocnego strajku. Ponadto zupełnie pomijały zwykłe ramy prawne, tworząc więcej niestabilnych miejsc pracy. Rozwiązania takie jak wykorzystanie zewnętrznych agencji zatrudnienia, klasyfikacja niektórych pracowników i pracownic jako niezależnych kontrahentów lub umowy typu „zero godzin” [umowy o pracę „na żądanie”, niezobowiązujące pracodawcy do faktycznego oferowania pracy, a pracownika do przyjęcia zlecenia – przyp. tłum.], pozbawiają wielu osłon, z których korzystają osoby zatrudnione w tradycyjny sposób, równocześnie jednak utrzymują zasadnicze warunki relacji pracodawca – pracownik.
Praktyki zatrudniania w Delilveroo znakomicie ukazują ten mechanizm. Firma nazywa swoich kurierów „niezależnymi podwykonawcami”, więc nie jest formalnie zobowiązana do wypłat za czas zwolnienia lekarskiego, udzielania urlopów, opłacania składek emerytalnych oraz zapewnienia kierowcom płacy minimalnej (7,20 funtów na godzinę). Jednak ci tak zwani podwykonawcy mają takie same obowiązki jak pracownicy. Co najgorsze, nie mogą pracować dla żadnej innej firmy kurierskiej, mimo że Deliveroo odmawia im płacy minimalnej.
Model pracy prekaryjnej omija ramę prawną regulującą relacje między pracodawcami a pracownikami. Tych ostatnich dotyczy coraz więcej obostrzeń, a równocześnie to na nich przenoszone są ryzyko i koszty. Pozwoliło to firmom powiększać zyski, zmniejszając inwestycje.
Nieprzypadkowo Deliveroo podjęło próbę zastąpienia płacy godzinowej systemem wynagrodzeń od dostarczonej przesyłki zaledwie kilka tygodni po tym, jak firma otrzymała 212 milionów funtów na inwestycje i szykowała się do zmierzenia z nową konkurencją, UberEats. Firma musiała zintensyfikować swój model zwiększania zysków w odpowiedzi na presję zarówno ze strony udziałowców, jak i rynku.
Przeniesienie przez Deliveroo ryzyka i kosztów na pracowników jest przykładem nie tylko nowych schematów wytwarzania zysku, lecz także zdolności kapitału do wykorzystania słabości prawnych ram pracy.
Strajki na żądanie
Kreatywność w wykorzystywaniu prawa pozwala biznesowi pozbywać się kosztownych zobowiązań wobec pracowników i pracownic, jednak potencjalnie ma ona bardzo obciążające finansowo skutki uboczne. Konflikty klasowe toczą się teraz poza systemem arbitrażowym państwa, który długo zabezpieczał pokój w relacjach ze światem pracy.
– Struktury prawne działają przeciwko pracownikom i pracownicom – twierdzi Chris, organizator IWW. – Wspierają kierownictwa firm, wspierają też kompromis. Jeśli odrzucisz te ramy, możesz działać w sposób naprawdę efektywny. Skoro drogi prawne są formalnie przed nimi zamknięte lub finansowo nieosiągalne, prekariusze i prekariuszki muszą poszukiwać alternatywnych metod, aby polepszyć warunki pracy. Wszystko, co potrzebne, to momenty przełomowe, a te – szczególnie w Wielkiej Brytanii w dobie polityki cięć – pojawiają się często.
Wraz z kolejnymi strategiami podnoszenia zysków przez firmy, otwierają się nowe fronty konfliktu klasowego. Kapitał porzuca uprzednie ograniczenia, zmniejszając ponoszone przez siebie koszty i ryzyko na mniej czy bardziej legalne sposoby. Adekwatna odpowiedź na tę erozję praw byłaby nielegalna w świetle obowiązującego kodeksu pracy i państwowego systemu dialogu społecznego, co ogranicza działalność TUC. Ale poza tymi granicami można zrobić wiele.
Dzikie strajki Deliveroo i UberEats szybko wstrzymały pracę firm. To druzgocący ruch dla przedsiębiorstw, które działają przede wszystkim w trybie „na żądanie”. Natomiast zorganizowanie legalnego strajku trwa całe tygodnie i daje szefom mnóstwo czasu na planowanie awaryjne. Organizacja pierwszej blokady zajęła kierowcom Deliveroo zaledwie kilka godzin. Równie szybko zebrali się oni na pikietach wokół biura rekrutacyjnego Deliveroo, gdy dowiedzieli się, że firma próbowała zatrudnić łamistrajków. W TUC zanim zaakceptowano by inicjatywę, musiałaby ona przebrnąć przez kolejne poziomy związkowej biurokracji wrażliwej na kwestie prawne.
Obecna fala strajków pokazuje, że współczesny kapitał, charakteryzujący się elastycznością i szybkim reagowaniem, wymaga równie sprawnie reagującego i wszechstronnego ruchu pracowniczego. Kapitał, który ogranicza ochronę pracy, daje przestrzeń do takiego właśnie działania.
Reszta klasy
Choć ostatnie kampanie były bardzo odświeżające dla ruchu, zaangażowało się w nie jedynie kilka tysięcy pracowników i pracownic sektora pracy prekaryjnej, w którym pracują miliony osób, a całościowa liczebność brytyjskiej siły roboczej jest dziesięć razy większa.
Niedawno Kim Moody ostrzegał przed niebezpieczeństwami fetyszyzowania gig economy [gospodarki opartej na pracy tymczasowej – przyp. tłum.] i podważył rozpowszechnione przekonanie, że coraz więcej pracowników i pracownic przesuwanych jest do prac prekaryjnych. Argumentuje on, że skupienie się wyłącznie na prekariacie przesłania fundamentalny problem dotyczący całej klasy pracującej: mianowicie problem „kiepskich zajęć” (crappy jobs), których rozpowszechnienie wynika z intensyfikacji pracy. Z kolei Ursula Huws przekonuje, że prekaryzacja nie musi dzielić klasy pracującej. Pisze ona, że prekaryzacja jest normalnym stanem całej siły roboczej w kapitalizmie – powstrzymywanym tylko przez silne organizacje pracownicze i tylko w sprzyjających okolicznościach.
Z analiz Huws i Moody’ego wynika, że prekaryzacja jest przydatnym pojęciem ujawniającym wspólne wzory łączące sektory pracy stałej i pracy prekaryjnej. Huws argumentuje, że firmy ustanawiają nowy model zarządzania pracą w obu sektorach. Rutynowe zajęcia, takie jak rezerwacja podróży, wypełnianie raportów wydatków itd., są obecnie rozproszone pomiędzy różnymi pracownikami i pracownicami firmy, a nie skoncentrowane w działach. Oznacza to stopniowe przerzucanie niewielkich zadań na pracownice i pracowników, czego wynikiem jest obciążenie cyber-biurokratyczną nieopłaconą „pracą konsumpcyjną” konieczną dla codziennego przetrwania.
Przedsiębiorstwa coraz częściej kontrolują i śledzą wyniki pracowników. Są one oceniane w odniesieniu do coraz bardziej wymagających norm. Dalsze zatrudnienie w ramach tej samej firmy staje się zależne od ostatniego raportu o wydajności. W konsekwencji życie w korporacji zaczyna coraz bardziej przypominać życie na zewnątrz niej, natomiast koszty i ryzyko przenoszone są na osoby pracujące w sektorze pracy stałej.
Dotyczy to także stanowisk niebieskich kołnierzyków. Dla przykładu, osoby pracujące na część etatu (mniej niż dziesięć godzin tygodniowo) mogą nie być liczone jako pracujące dorywczo, ponieważ formalnie mają prawo do płatnego czasu wolnego i innych świadczeń. A jednak doświadczają tych samych problemów. Wiele z nich woli pracować na cały etat2. Brak gwarantowanej większej liczby godzin przypomina kontrakt typu „zero godzin”, kiedy pracownice i pracownicy zwiększają produktywność lub pracują dłużej za darmo, aby „zarobić” dodatkowe zmiany.
Kiedy w ten sposób myślimy o prekaryjności, staje się jasne, że sektor pracy stałej adaptuje schematy wytwarzania zysku pochodzące z sektora pracy tymczasowej. Wraz z tym procesem powstają nowe fronty konfliktu klasowego, podające w wątpliwość metody TUC.
Moody, podobnie jak Joe Allen, wzywa do reorientacji działań socjalistów i socjalistek ku rozległym centrom logistycznym w sercu globalnej gospodarki. Oto są współczesne słabe punkty kapitalizmu, zależne od armii nisko opłacanych pracowników i pracownic. To tutaj można znaleźć ogromny potencjał dla organizacji pracowniczej i odwrócenia spadku uzwiązkowienia – w miejscu, które Moody nazywa nowym terenem konfliktu klasowego.
Jednak nowy ruch pracowniczy zwycięży na nowym terenie tylko pod warunkiem, że będzie na nim walczył nowymi metodami.
Nowy ruch pracowniczy
Aby skutecznie odpowiedzieć na wzrost prekaryzacji, świat pracy musi podążać za kapitałem poza prawne granice relacji klasowych. Aktualne kampanie pracowników i pracownic prekaryjnych służą za poligon dla antagonizmu klasowego toczącego się poza arbitrażem państwa. Tam, gdzie jest coraz mniej prawnej ochrony, znajdujemy coraz większy potencjał dla innowacyjnych metod konfliktu klasowego. Biorąc pod uwagę ostatnie sukcesy pozasądowych akcji oraz stagnację tradycyjnych związków, pracownice i pracownicy mogą coraz częściej postrzegać nowe terytoria jako bardziej obiecujące niż te, które już znają.
Nowe centra logistyczne są w dużej mierze zależne od osób pracujących tymczasowo, dostarczanych przez agencje pracy. Stare sposoby związków zawodowych nie wystarczają do mierzenia się z tymi zakładami. Zamiast tego, związki powinny wyciągnąć wnioski z niedawnych walk pracowników dorywczych.
Podejmowane są już pewne starania, aby krytycznie zmierzyć się z tym wyzwaniem, jednak muszą one być powtórzone na znacznie większą skalę, zanim zobaczymy jakiekolwiek rezultaty. Upowszechnienie dzikich strajków brytyjskich pracowników i pracownic pokazuje, że jest to możliwe.
Kampanie kurierów i sprzątaczek przedefiniowują koncepcję organizowania się świata pracy w Wielkiej Brytanii. Rezultaty chaotycznych, gorących ulicznych konfliktów raz po raz pokazują, że są one korzystniejsze niż niewidoczne ugody sądowe. Na ironię zakrawa, że dzięki niezależnym formom organizowania się prekariusze cieszą się coraz większym bezpieczeństwem pracy, podczas gdy wielu uzwiązkowionych pracowników i pracownic obserwuje, jak warunki ich pracy pogarszają się, a bezpieczeństwo znika.
Byłoby dobrze, gdyby ruch pracowniczy odszyfrował ten paradoks, wyniósł z niego lekcję i wcielił ją w życie.
Tomasz Frymorgen
Tłumaczyła Alicja Palęcka
Tekst pierwotnie ukazał się w internetowym wydaniu „Jacobin Magazine” we wrześniu 2016 roku.
Przypisy tłumaczki:
- W oryginalnym tekście autor używa pojęcia informal na oznaczenie sektora pracy niestabilnej (tymczasowej, dorywczej lub w inny sposób sprekaryzowanej) przeciwstawionego sektorowi pracy stałej (formal sector). W tłumaczeniu użyto pojęcia „sektor pracy prekarnej” jako najszerszego, obejmującego wszystkie wymienione zjawiska.
- Zob. dane Eurostatu na temat przyczyn niepełnego zatrudnienia: http://appsso.eurostat.ec.europa.eu/nui/submitViewTableAction.do (23.01.2017).
przez Krzysztof Molenda | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017
W 2001 roku gospodarka Argentyny implodowała. Rezerwy walutowe spadły prawie do zera, a ci, którzy jeszcze kupowali obligacje rządowe, oczekiwali odsetek w okolicach 40% rocznie. Każdego dnia zamykano kolejne zakłady pracy. Tam, gdzie firmy jeszcze istniały, raczej niespotykane było regularne wypłacanie wynagrodzeń w całości. Przyczyny tego stanu rzeczy są dla przeciętnego Polaka zadziwiająco znajome: argentyńskie peso przywiązano „na sztywno” do amerykańskiego dolara. Przy oczywistej różnicy stabilności gospodarek, argentyńskie banki i skarb państwa oferowały znacznie wyższe odsetki od kapitału. Wobec tego kapitał międzynarodowy mógł praktycznie bez ryzyka inwestować w argentyńskie instrumenty finansowe, a następnie wyprowadzić dowolną ilość środków z systemu bankowego.
Sztywny kurs walutowy rozwiązał prawie natychmiast sprawę ciągnącej się hiperinflacji poprzedniej waluty, ale dla większość obserwatorów było jasne, że tego rodzaju system nie może trwać wiecznie. W związku z tym małe i średnie przedsiębiorstwa oraz klasa średnia, która raczej nie uczestniczyła w spekulacji na wielką skalę, w miarę możliwości trzymali pieniądze na dolarowych kontach w Urugwaju.
Gdy w 1997 roku załamał się kurs tajlandzkiego bahta, fala dewaluacji, kryzysów bankowych i walutowych przelała się przez wiele krajów rozwijających się. W Polsce najbardziej widoczna była dewaluacja rubla i zanik popytu na rynku rosyjskim, ale w tym samym czasie nastąpił też kryzys walutowy w Brazylii. Gospodarki Argentyny i Brazylii, pomimo geograficznej bliskości, nie są zbyt mocno powiązane, jednak spekulanci walutowi uznali, że argentyński system walutowy też musi się zawalić. Argentyński rząd miał inne zdanie i próbował utrzymać sztywny kurs 1:1 peso do dolara. Aby było to możliwe, zarówno rząd, jak i banki potrzebowali dolarów. Kurs był pod rosnącą presją z powodu wyprowadzania przez wszystkich coraz większych sum z systemu bankowego. Kapitał skoncentrowany na bezpieczniejszych inwestycjach wyniósł się już wówczas z Argentyny. Pozostali spekulanci, będący w stanie akceptować wysokie ryzyko, oczekiwali odpowiednio wysokich zysków i natychmiast wyprowadzali je do bezpieczniejszych miejsc. Oprocentowanie lokat w bankach cały czas rosło, ale wszystkie środki z rynku trafiały do skarbu państwa – poprzez emisję także coraz wyżej oprocentowanych obligacji. W takich warunkach praktycznie zanikła akcja kredytowa. Niemożliwe do uzyskania stały się nie tylko kredyty konsumpcyjne, lecz także inwestycyjne i obrotowe dla przedsiębiorstw. Banki stale zwiększały nacisk na spłatę zobowiązań. W ten sposób pieniądz znikł z rynku. Gdy to się stało, realia świata spekulacji walutowych dotarły do klasy robotniczej. Ostatnią ostoją stabilności pozostała praca w skupach złomu oraz w ochronie co zamożniejszych członków społeczeństwa przed przestępczością. I w samej przestępczości, rzecz jasna.
Tu wypada przypomnieć analogię z Polską. Realizowany w Argentynie plan Menema był w zasadzie identyczny jak plan Balcerowicza. Zapewne dlatego, że miały wspólnego współautora – Jeffreya Sachsa. Różnica polegała jedynie na tym, że Polskę ominęła tak ciężka faza kryzysu, ponieważ nasze władze miały wystarczająco dużo mądrości, aby bardzo szybko odejść od reżimu sztywnego kursu walutowego. Dzięki temu plan Balcerowicza w pełnej postaci obowiązywał zaledwie dwa lata, a nie – jak w Argentynie – dwanaście.
Empresas recuperadas
Realny spadek poziomu życia był w Argentynie olbrzymi. Przy takiej długotrwałości i głębokości kryzysu problem dotykał każdego sektora gospodarki i każdego człowieka. Pomimo życia w jednych z najbardziej zasobnych w urodzajną ziemię krajów na świecie, ludzie nie mieli co jeść. Ani co robić. Całkiem liczni robotnicy po prostu przychodzili do swoich zakładów pracy. Czasem było tam coś do zrobienia, częściej nie. W tym miejscu rozpoczyna się historia empresas recuperadas, czyli dosłownie „odzyskanych przedsiębiorstw”. To wieloznaczność typowa dla języka hiszpańskiego, bo sformułowanie może oznaczać zarówno przedsiębiorstwo „odzyskane z rąk kapitału”, jak i „odzyskane dla gospodarki, przywrócone do życia”.
Kiedy pracownicy pojawiali się w przedsiębiorstwie, pomimo że nie było ani materiałów do produkcji, ani zbytu, ani pieniędzy na wypłaty, kluczowa stawała się reakcja pracodawców. Jeśli właściciele mieli jeszcze w ogóle jakiekolwiek pieniądze, najczęściej wypłacali odprawy, spłacali długi i zamykali firmę, czekając na lepsze czasy. Ale to były niezbyt częste przypadki. Znacznie częściej pracodawcy, zwłaszcza mali i średni, byli w sytuacji takiej samej jak ich pracownicy, czyli zastanawiali się, za co ich rodziny przeżyją następny miesiąc. W zależności od relacji międzyludzkich, wypracowywano (lub nie) metody wspólnego życia i pracy w takich warunkach. Przeważnie zatrudnieni godzili się na obniżki pensji czy skrócenie czasu pracy.
Znacznie ciekawsze były jednak pozostałe przypadki. Zgodnie z prawem firma powinna zwyczajnie ogłosić upadłość. Czasem jednak tego nie robiono, a właściciel po prostu znikał. Niekiedy sprzedawał, co mógł, i wyjeżdżał za granicę, czasem po prostu porzucał firmę, zdarzały się także przypadki samobójstw. Sytuacje, gdy kontakt z właścicielem lub zarządem nagle się urywał, a pracownicy przychodzili do pracy, w naturalny sposób prowadziły do przejęcia opuszczonej firmy. Robotnicy już bez właściciela starali się jakoś podtrzymać jej działanie. Oczywiście okazywało się, że wiedza, jaką posiada właściciel/zarząd, ma duże znaczenie, poza tym kontaktów handlowych nie można nawiązać na nowo w jeden dzień. Ale taka sytuacja szybko ukazała olbrzymią zaletę przedsiębiorstw zarządzanych przez pracowników: związek z lokalną społecznością. To z niej przecież wywodzą się pracownicy.
Olbrzymia część upadających firm zajmowała się wytwarzaniem dóbr trwałych, w związku z czym boleśnie odczuły załamanie rynku. Z rzeczy trwałych najłatwiej bowiem zrezygnować, a i wahania walutowe czynią konkurowanie z towarami importowanymi bardzo trudnym. Paradoksalnie jednak to, co było piętą achillesową w czasach kryzysu, mogło stać się zaletą przedsiębiorstw mocno związanych z lokalną społecznością. Sprzęt i maszyny z fachową obsługą oraz ludzie zdesperowani, aby przy ich użyciu wytworzyć cokolwiek, co nadawałoby się do sprzedaży, wystarczyły. Kontakty w lokalnym środowisku pomagały sprzedać produkty, na które był popyt w ciężkich czasach i na których wytwarzanie można było w krótkim czasie przestawić linie produkcyjne.
Dla zobrazowania sytuacji przytoczę anegdotyczny przykład – firmy zajmujące się wytwarzaniem wyrobów z metali mogły przestawić się na wytwarzanie krat do okien oraz drzwi pancernych. W czasach kryzysu były to przedmioty i usługi cieszące się popytem. Co ważne, klienci byli zawsze bardziej skłonni powierzyć lokalnej firmie wykonanie produktów i usług istotnych dla swojego bezpieczeństwa. Pierwsze zlecenia tego typu pozwalały na zgromadzenie jakiegoś kapitału obrotowego. Trzeba pamiętać, że firmy przejęte przez pracowników najczęściej nie miały już żadnych materiałów do produkcji, a oni sami też zazwyczaj nie mieli już nic, bo od miesięcy niewypłacane w całości pensje musiały zwyczajnie zostać wydane na przeżycie. Stąd elementem, który powtarza się w prawie każdej historii przetrwania zakładu zarządzanego przez pracowników, jest przychylność dostawców materiałów czy usług niezbędnych do produkcji. Wbrew pozorom, w takich warunkach ekonomicznych to firmom prowadzonym przez pracowników było łatwiej uzyskać surowce na kredyt, nawet jeśli dopiero rozpoczynały działalność. Dostawcy zupełnie rozsądnie oceniali pracowników prowadzących firmę jako znacznie bardziej zdeterminowanych, aby przetrwała ona nawet najgorsze czasy. Sam zetknąłem się z podobnymi firmami i podobnymi historiami, pracując w branży metalowej na południowych przedmieściach Buenos Aires.
Fabryka bez właścicieli
Spośród wielu (około 300) historii przedsiębiorstw przejętych przez pracowników w Argentynie w trakcie kryzysu 2001/2002 dość znana jest ta FaSinPat, czyli Fabrica sin Patrones, co można przetłumaczyć jako „fabryka bez właścicieli” lub „fabryka bez dyrektorów”.
Była to wytwórnia wyrobów ceramicznych w Neuquen. Miasto to jest stolicą prowincji Rio Negro, geograficznie stanowiącej część Patagonii, a precyzyjnie mówiąc, znajduje się w środku niczego. Stworzono je w latach 70. Inwestor wykorzystał czas, kiedy dyktatura wojskowa promowała „rozwój południa kraju”, i fabryka mogła zostać w całości zbudowana za dotacje i państwowe kredyty, a następnie funkcjonować w ten sposób, prowadząc kolejne inwestycje, przez następne 20 lat. Gdy w budżecie Argentyny oraz prowincji Rio Negro pojawił się dziura, dotacje zmniejszono, a fabryka straciła jakikolwiek sens ekonomiczny. Właściciel zniknął, pracownicy po prostu rozpoczęli produkcję i sprzedaż kafli i ceramiki sanitarnej. Zbudowano sieć dystrybucji, również na odległych i lukratywnych rynkach, jak Buenos Aires. Po dewaluacji i wprowadzeniu dotacji do kosztów energii (bardzo istotnych w produkcji ceramiki) fabryka po prostu stała się zyskowna. Wtedy wrócił właściciel i z pomocą policji usiłował ją odzyskać. Jednak opór pracowników, ich rodzin i sąsiadów uniemożliwił to, a policja w końcu odpuściła i skierowała „właściciela” na drogę sądową. Po wielu latach procesu w 2012 roku zapadł ostateczny wyrok stwierdzający, że pracownicy zajęli po prostu mienie opuszczone. Z takim wyrokiem można oczywiście dyskutować, ale dla krajowej ekonomii efekt był dość łatwo mierzalny. Zamiast nieudolnie zarządzanej firmy działa fabryka, która potrafi sama się finansować, wyrobić markę swoim produktom, a także ma perspektywy rozwoju.
Kwestie prawne
Zupełnie odrębnym problemem była legalizacja takiego stanu faktycznego. Pracownicy rozpoczynali pracę, korzystając z maszyn, znajdując zlecenie, kupując surowce i sprzedając wyroby – ale co dalej? Przecież pracowali w formalnie cudzym budynku, na cudzych maszynach, do których najczęściej nie mieli żadnych praw. Jeśli z właścicielem nie było żadnego kontaktu, to problem nie był aż tak duży. Znacznie poważniej sytuacja wyglądała, jeśli pracownicy zajmowali zakład, domagając się wypłaty zaległych wynagrodzeń, a pracodawca po prostu to ignorował, po czym, gdy zakład został uruchomiony, wzywał policję.
Od strony prawnej standardowym rozwiązaniem takich sytuacji było założenie przez pracowników spółdzielni pracy (cooperativa de trabajo). Jej forma prawna i regulacje są bardzo zbliżone do istniejących w Polsce. Następnie występowano o ogłoszenie upadłości, a kiedy syndyk przejmował zakład, przystępowano do jego dzierżawy i następnie licytacji majątku. W dość dysfunkcjonalnym i skorumpowanym systemie argentyńskim nie zawsze było to tak proste. Najczęściej konieczny był (i stosowano go) nacisk lokalnej społeczności, z blokadą zakładu włącznie.
Później, już w nowych realiach politycznych i ekonomicznych rządów Kirchnerów, do prawa upadłościowego wprowadzono regulację wprost nakazującą, aby na początku procedury upadłościowej sędzia wezwał pracowników do założenia spółdzielni pracy, która może otrzymać zakład w użytkowanie na czas procedury upadłościowej oraz oczywiście przystąpić do przetargu o nabycie majątku. Podstawowe ułatwienia dla przejmowania przez pracowników przedsiębiorstw w upadłości wprowadzono zaraz po załamaniu się systemu neoliberalnego, już w 2002 roku. Duża nowelizacja prawa upadłościowego z 2011 roku nie tylko usankcjonowała takie przekształcenia, ale zasadniczo nadal je promuje. Co istotne, w tych zmianach nie wprowadzono żadnych całkowicie nowych koncepcji prawnych. Wszystkie rozwiązania zostały sprawnie wpasowane w przepisy wywodzące się z wielkich kodyfikacji epoki napoleońskiej, na których, w dużym przybliżeniu, bazuje także polskie prawo.
Po pierwsze, pracowników uznano w postępowaniu za zainteresowanych i mających prawo znać sytuację finansową i majątkową upadłego przedsiębiorstwa. Nie jest to daleko idąca zmiana, bo i tak zazwyczaj pracownicy są wierzycielami upadłego zakładu. Sędzia na początku postępowania upadłościowego ma obowiązek poinformować o możliwości założenia spółdzielni pracy. To nadal w zupełności mieści się w regułach zachodnioeuropejskiej procedury sądowej.
Następnie syndyk, działający oczywiście pod nadzorem sądowym, ma obowiązek przygotować plan likwidacji i zaspokojenia wierzycieli. Dokładnie tak samo lub bardzo podobnie wygląda procedura upadłościowa w każdym cywilizowanym kraju. Dzisiejsze rozwiązania argentyńskie dodały tu ważny element, zresztą bardzo prosty: z szacunkowego planu zaspokojenia wierzycieli wynika, w jakim procencie zostaną zaspokojeni poszczególni z nich. Syndyk powinien tylko obliczyć i podać sędziemu kwotę, jaką musi zapłacić powołana spółdzielnia pracy, aby wierzyciele otrzymali tyle samo, ile w przypadku likwidacji firmy. Jeśli spółdzielnia założona przez pracowników wykaże zainteresowanie, a sędzia uzna ją za wiarygodną, to firma jest im po prostu przekazywana. Jako rozliczenie potrąca się wierzytelności pracownicze, a spółdzielnia ma obowiązek zapłaty kwoty, która wystarczy na zaspokojenie wierzycieli w takim stopniu, w jakim byliby zaspokojeni w wyniku likwidacji.
Zauważmy, że taka procedura nie narusza podstawowej zasady postępowania upadłościowego, czyli zaspokojenia wierzycieli jak najszybciej i w największym możliwym stopniu. Owszem, utrudnia życie niektórym podmiotom. Na pewno syndykowi, bo kiedy przedsiębiorstwo jest przekazywane w całości nowemu podmiotowi, to jego praca trwa znacznie krócej, a wynagrodzenie za to bardzo lukratywne zlecenie jest niższe. Przede wszystkim znika też sporo możliwości zawierania umów z zaprzyjaźnionymi podmiotami, czyli pospolitej, bezkarnej korupcji.
Pogłębienie kryzysu i droga wyjścia
W grudniu 2001 roku w Argentynie nastąpiło przesilenie kryzysu. 3 grudnia wprowadzono drastyczne limity wypłat z systemu bankowego w celu ratowania banków zdekapitalizowanych i pozbawionych walut wcześniej wydanych na utrzymanie sztywnego kursu peso. 19 grudnia wprowadzono stan wyjątkowy, a następnego dnia odbyły się w całym kraju demonstracje, podczas których policja zastrzeliła 9 osób na Plaza de Mayo przed siedzibą rządu i innych instytucji centralnych oraz 36 osób w innych miejscach kraju. Liczba rannych na samym Plaza de Mayo przekroczyła 200 osób. Tego samego dnia prezydent de la Rúa ustąpił ze stanowiska.
W ciągu miesiąca od tych wydarzeń nastąpiło zawieszenie spłaty zadłużenia oraz rezygnacja z kursu 1:1 dolara do peso. Później całkowicie porzucono sztywny kurs walutowy, co przywróciło równowagę pomiędzy cenami produkcji krajowej i importowanej. Po objęciu władzy przez nowo wybranego prezydenta Nestora Kirchnera wprowadzono model gospodarczy promujący wzrost przemysłowy. Z jednej strony uprawy soi bardzo mocno wypierały tradycyjną hodowlę i napędzały popyt na maszyny rolnicze, z drugiej – szybko spadające bezrobocie i transfery pieniężne dla klasy niższej (zasiłki na dzieci) napędzały konsumpcję. Wprowadzono masowe dopłaty do kosztów energii. Tania elektryczność i gaz podnosiły konkurencyjność krajowej produkcji, ale też poprawiały bilans gospodarstw domowych i stwarzały motywację do zakupu energochłonnych urządzeń (jak np. klimatyzatory).
Była to relatywnie nietypowa sytuacja rynkowa. Gwałtownie rosnąca konsumpcja ułatwiała start i akumulację kapitału każdej firmie, ale jednocześnie żadne inwestycje w wydajność energetyczną i modernizację nie obciążały budżetów przedsiębiorstw, bo modernizacja nie miała sensu ekonomicznego. Energia była dotowana i tania, a płace nadal relatywnie niskie, zresztą dopływ słabo wykwalifikowanych imigrantów z Paragwaju, Boliwii i Peru utrzymywał wynagrodzenia na niewysokim poziomie, przynajmniej w branżach nieuzwiązkowionych.
Te czynniki razem wzięte spowodowały falę popytu przemysłowego, potężny wzrost produkcji i konsumpcji. Oznaczało to, że opłacalne było uruchomienie wszystkich mocy wytwórczych. A jak pamiętamy, znaczna część empresas recuperadas to były niewielkie przedsiębiorstwa przemysłowe zajmujące się obróbką metali, produkcją ceramiki itp. Właśnie takie zyskały najbardziej na nowym ustroju gospodarczym wprowadzonym przez rząd Nestora Kirchnera, niezależnie od formy własności. Firmy przejęte przez pracowników zwykle były nie najlepiej zarządzane lub przestarzałe. Brakowało im kapitału, a modernizacja nie wchodziła w grę, zwłaszcza że często wzrost wydajności był niemożliwy, jeśli miał odbyć się kosztem redukcji miejsc pracy. Ale w Argentynie za rządów Kirchnerów te rzeczy nie miały większego znaczenia. Sytuacja rynkowa pozwalała na uruchomienie wszystkich dostępnych środków produkcji, a w sytuacji bardzo niskiego zadłużenia przedsiębiorstw (bo kredytowanie w trakcie kryzysu właściwie nie istniało) oraz braku kapitalisty zainteresowanego drenażem zysków – spółdzielnie pracy właściwie musiały dobrze działać. I działały.
W 2009 roku Argentyna wpadła na chwilę w recesję, ale nie to było problemem. Rząd, wówczas już Cristiny Kirchner, zdecydował się utrzymać model taniej energii i stymulowania produkcji przemysłowej. To prowadziło do wzrostu importu paliw, co przy spadku cen eksportowanych surowców pogorszyło bilans handlowy. Reakcją były kolejne utrudnienia importu oraz wymiany walut, aż do momentu, gdy powstał podziemny rynek wymiany i transferów walutowych. To bardzo utrudniło import, ale podtrzymywało wzrost i konsumpcję przemysłową. Model trwał, jednak z powodu braku modernizacji i ograniczonej konkurencji coraz bardziej oddalał się od standardów światowych. Teoretycznie istniały programy wspierania nauki i modernizacji przemysłu, ale w swej istocie modernizacja przemysłowa opiera się na spadku zużycia energii i zatrudnienia. Do żadnej z tych rzeczy nie było w Argentynie bodźców ekonomicznych, a dodatkowo ograniczanie zatrudnienia w spółdzielniach pracy było problematyczne.
Wtedy nadeszły wybory prezydenckie 2015 roku. Wygrał je Mauricio Macri, burmistrz Buenos Aires, dość ortodoksyjny neoliberał. Restrykcje walutowe i importowe zostały od razu zniesione w całości, ponadto urynkowiono ceny nośników energii, co oznaczało drastyczną podwyżkę. Wywołało to spowolnienie, czyli m.in. gwałtowny spadek produkcji przemysłowej, w tym stali i wyrobów stalowych, o ponad 20%. Taka polityka trwa dopiero rok. Jest jeszcze nieco za wcześnie, aby pokazać przekrojowy efekt nowego systemu gospodarczego, ale można się dość łatwo domyślić, że był to rok bardzo ciężki. Najprawdopodobniej z rynku wypadną firmy najmniej wydajne, a więc m.in. zarządzane przez pracowników. Znów padnie pytanie o poziom determinacji, ale z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że pod tym względem spółdzielnie będą ostatnimi podmiotami, które zaprzestaną działalności.
Jak to robią w Urugwaju?
W tym czasie gospodarka urugwajska teoretycznie nie miała takich problemów. Jak się okazało, znacznie większy kłopot stanowiło to, że olbrzymia część systemu bankowego Urugwaju była zależna od depozytów firm i obywateli Argentyny. Po prostu Urugwaj był traktowany jako stabilne miejsce przechowywania pieniędzy. Depozyty te oczywiście nie były składane w peso urugwajskim, lecz w walutach obcych, zazwyczaj w dolarach. Banki ani nie zadawały pytań o pochodzenie środków, ani w żadnym przypadku nie ujawniały danych o rachunkach, co było największym magnesem. Nie tak małe znaczenie miała też bliskość terytorialna: Urugwaj jest jedynym państwem, do którego można się dostać z Buenos Aires w rozsądnym czasie bez podróży lotniczej.
Podczas kryzysu argentyńskiego rozpoczął się odpływ tych środków, coraz szybszy w miarę pogłębiania się problemów. Są to kraje o podobnym poziomie zamożności, ale Argentyna ma dziś dwunastokrotnie większą populację, a proporcje ogólnej wielkości gospodarek są podobne. Jeśli zaledwie kilka procent argentyńskich depozytów było przechowywanych w urugwajskich bankach, to ze względu na skalę tych gospodarek wystarczyło to do wywołania ciężkiego kryzysu. I on nastąpił. Nawet po argentyńskim przesileniu środki z banków urugwajskich były wycofywane w celu inwestycji w Argentynie, ponieważ niezwykle atrakcyjne nieruchomości kosztowały symboliczne kwoty. Gdy kolejne kredyty banku centralnego nie prowadziły do przywrócenia wypłacalności (bo odpływ kapitału cały czas trwał), w końcu ogłoszono wakacje bankowe. Ale wówczas nie funkcjonował w Urugwaju żaden system gwarantowania depozytów bankowych, rząd także go nie stworzył, nawet w obliczu kryzysu. Strach o własne depozyty spowodował, że również Urugwajczycy masowo ruszyli wybierać pieniądze z banków. Wszystkie, co do jednego, lokalne banki prywatne upadły. Oczywiście w całej gospodarce zabrakło pieniędzy w obrocie oraz kredytu. Rząd miał niezwykle ograniczone możliwości pozyskania finansowania, kurs dolara wystrzelił w górę, bo każdy obawiał się o dalszy los waluty i gospodarki.
W takiej sytuacji rozpoczęły się demonstracje i rozruchy. Jedynie mądrości ówczesnego burmistrza Montevideo z ramienia opozycyjnej Partii Socjalistycznej Tabare Vasqueza można przypisać to, że kryzys ekonomiczny nie przekształcił się w polityczny. W Urugwaju nie odrzucono spłaty zadłużenia zagranicznego, nie istniał tak duży jak w Argentynie sektor przemysłowy i nie utrzymywał się tak długotrwały kryzys. Jednak wyjście z tej sytuacji okazało się relatywnie powolne. Nie zastosowano żadnych poważniejszych metod stymulowania gospodarki, rząd nowego prezydenta, wybranego w 2005 roku Tabare Vasqueza, skupił się na prowadzeniu odpowiedzialnej polityki i reformowaniu kraju. Dlatego sytuacja empresas recuperadas była przez większość tego okresu znacznie cięższa niż w Argentynie. Tania energia, kluczowa dla działania energochłonnych branż z przestarzałym parkiem maszynowym, nie była już dostępna.
Jednak w 2012 roku rząd Urugwaju powołał fundusz o nazwie FONDES, który bliski jest typowym funduszom venture capital. Realizuje on politykę rządową, dostarczając kapitału przedsięwzięciom zbyt ryzykownym czy po prostu niekredytowanym przez banki. Jego kapitał pochodzi z zysku państwowego Banco de la Republica Oriental de Uruguay. Obecnie ten fundusz celuje w dwa rodzaje firm, które dokapitalizowuje: to małe firmy z sektora wysokich technologii, które rozpoczynają ekspansję zagraniczną, oraz właśnie empresas recuperadas.
Fundusz nie jest przypadkowym efektem polityki sprzed lat. Został powołany przez rząd José Mujicy właśnie w celu wsparcia istniejących spółdzielni pracy. A wsparcie to nie było oderwanym i przypadkowym elementem polityki, lecz realizacją wizji gospodarki, w której firmy państwowe są odpowiedzialne za podstawowe działy ekonomii, takie, w których znacząca obecność spekulacyjnego kapitału może rozchwiać gospodarkę. Dalszą częścią tej wizji jest preferowanie spółdzielczości. Stąd też firmy istniejące jako spółdzielnie, zwłaszcza spółdzielnie pracy działające w oparciu o majątek odzyskany z upadłych firm prywatnych, mają tę dodatkową możliwość pozyskania kapitału. Co więcej, ma on charakter po części spekulacyjny, tj. nie oczekuje gwarancji zysku i zachowania środków.
Ciekawym przykładem działalności kooperatyw pracowniczych jest jedno z największych przedsiębiorstw kiedykolwiek przejętych przez pracowników. FUNSA to Fabrica Uruguaya de Neumaticos SA, czyli Urugwajska Fabryka Opon. Została ona założona na fali industrializacji w latach 30. jako fabryka wyrobów gumowych, przede wszystkim opon. Był to typowy wielki zakład pracy, ale powstał w kraju, w którym wielkich fabryk prawie nie było (i nadal nie ma). Historia fabryki obfitowała w „zwyczajne” wydarzenia, takie jak utrzymanie się jako najdłużej strajkujący zakład po zamachu stanu, aresztowania i długoletnie więzienia dla działaczy związkowych, aż po prywatyzację w latach 90. Inwestor, Titan International z USA, zobowiązał się do rozwoju produkcji, ale sam popadł w problemy finansowe. Następnie sieć dystrybucji została sprzedana przedstawicielom wielkich międzynarodowych firm oponiarskich, a sama fabryka, pozbawiona kapitału obrotowego i możliwości zbytu, upadła w 2002 roku.
W warunkach urugwajskich zajęcie fabryki i kontynuacja pracy nie wchodziły w grę. Zakład ogłosił upadłość, majątek przejął syndyk pod nadzorem sądowym. Rozpoczął on proces likwidacji, zaczynając od próby sprzedaży fabryki w całości. Pracownicy założyli spółdzielnię, która z rządowym wsparciem uzyskała kredyt w wysokości 1 mln dolarów. Udzielił go bank państwowy, ale nie zrobiłby tego bez wiarygodnego biznesplanu. Tę kwotę zaoferowano jako zapłatę za fabrykę. Była to jedyna oferta, w związku z czym została przyjęta, a spółdzielnia mogła wydzierżawić maszyny od syndyka. Szybko udało się uruchomić linię produkcji gumowych rękawiczek. W porównaniu z oponami była to niezbyt wielka produkcja, ale przywróciła fabrykę do życia. Po kilku miesiącach uruchomiono produkcję opon do pojazdów rolniczych, następnie do ciężarówek, w końcu zaczęto produkować najpopularniejsze rozmiary dla samochodów osobowych. Tak pozostało do dziś. Firma istnieje i cały czas działa w formie spółdzielni pracy. Zatrudnienie wynosi około 150 osób, w porównaniu z 3000 u szczytu produkcji i około 300 przed upadłością. Według ostatnich informacji większość zatrudnionych pracowała przy linii produkcji gumowych rękawiczek, które były eksportowane głównie do Wenezueli. Z racji obecnej sytuacji w tym kraju, eksport ów prawdopodobnie nie ma już miejsca.
Przy powstaniu FUNSY po prostu wykorzystano istniejące przepisy prawne, aby uratować przedsiębiorstwo, które było i jest ważne dla krajowej gospodarki. Warto wspomnieć, że polskie przepisy nie różniły się i nie różnią w zasadniczy sposób od urugwajskich. Każda z fabryk upadających wskutek sztywnego kursu walutowego wprowadzonego planem Balcerowicza mogła zamiast likwidacji zostać sprzedana przez syndyka spółdzielni założonej przez pracowników. Nie zawsze musiało się to kończyć sukcesem, ale brak wskazania takiej możliwości jest jedną z większych przewin ekipy dokonującej w Polsce transformacji.
Kolejna historia nie jest aż tak jednoznaczna, moim zdaniem zakład ten raczej upadnie niż przetrwa. To tkalnia specjalizująca się w tkaninach wełnianych. Położona w małej miejscowości, korzystała głównie z lokalnej wełny. Tekstylia wełniane są i zawsze były produktami raczej luksusowymi, a od wielu lat są wypierane przez tworzywa sztuczne. Na światowym rynku radzą sobie jedynie producenci dóbr luksusowych z utrwaloną marką – zazwyczaj firmy włoskie, hiszpańskie lub francuskie. Dla małej tkalni z Urugwaju to ciągła walka o przetrwanie. Podobne firmy w innych miejscach świata już w zasadzie zniknęły.
Cooperativa Textil Puerto Sauce otrzymała od FONDES 8,9 mln dolarów. Problem polega na tym, że środki te zostały zużyte raczej na utrzymanie działalności niż na inwestycje w nowocześniejsze maszyny czy w promowanie marki. Ale wsparcie rządowe na tym się nie kończy. Osobiście byłem na targach Expocannabis w Montevideo. Tak, jak najbardziej – na targach, na których wystawiały się firmy związane z uprawą konopi. Znalazło się też stoisko promujące tę tkalnię. O tyle interesujące, że nie było tam przedstawiciela spółdzielni, a stoisko było obsadzone przez pracownika Ministerstwa Przemysłu. Wsparcie targowe jest kolejnym sposobem ułatwiania działalności firmom popieranym przez politykę rządową. Tkalnia prezentowała łączoną tkaninę wełniano-konopną, na którą poszukuje klientów i rynku.
Rząd zapowiedział, że FONDES zainwestuje fundusze tylko jeśli istnieje realna perspektywa uzyskania przez firmę stałej rentowności. Razem z kapitałem zawsze oferuje się wsparcie techniczne, handlowe i zarządcze, ale jeśli firma nie będzie w stanie przedstawić realnej koncepcji dochodowej działalności w przyszłości, to nie uzyska finansowania. Oznacza to po prostu większy nacisk na samofinansowanie i zwiększanie kapitału FONDES, co oczywiście przyniesie korzyść całej gospodarce. Ta spółdzielnia jak na razie nie potrafi przedstawić takiego planu. Jej jedynym nowym projektem są tkaniny wełniano-konopne. Liczy na efekt promocji kraju jako marki, a Urugwaj jest kojarzony jako światowy lider regulacji i cywilizowania rynku uprawy i spożycia konopi.
Przykłady walki o swoje
Spółdzielnia Pracy Herramientas Union z Rosario w argentyńskiej prowincji Santa Fe powstała w czerwcu 2000 roku, gdy firma Domingo Lentini SA, istniejąca od 1950 roku, zakończyła działalność i pozostawiła pracowników bez zajęcia. W bankrutującym przedsiębiorstwie nie było już środków nawet na odprawy dla zwalnianych pracowników. Właściciel rozliczył się z nimi z zaległych pensji i odpraw, przekazując im maszyny z zamykanego zakładu. Zakład ten zajmował się produkcją narzędzi tnących, czyli frezów, tarcz i taśm do pił, noży do skrawania i innych podobnych narzędzi. Dokładnie taką samą działalnością zajęła się spółdzielnia. Początek wyglądał tak, że maszyny, które pracownicy uzyskali zamiast pensji i odpraw trzeba było gdzieś przewieźć, ustawić i rozpocząć produkcję. W ówczesnych ciężkich czasach nie brakowało wolnych przestrzeni fabrycznych, bez trudu udało się znaleźć odpowiednie miejsce i rozpocząć produkcję. Po dewaluacji i zakończeniu reżimu sztywnego kursu walutowego Rosario, gdzie mieściła się fabryka, stało się krajowym centrum przemysłu sojowego. Fabryki maszyn rolniczych rozpoczęły pracę pełną parą, ponieważ wszyscy potrzebowali narzędzi. Zakład był relatywnie niewielki, zatrudniał 12 osób, z których wszyscy odnaleźli się w nowej formule prawnej.
Z kolei Roby SA było przedsiębiorstwem zajmującym się produkcją kosmetyków, środków higieny osobistej oraz innych rodzajów produktów w aerozolach (farb, domowych środków owadobójczych etc.). Siedzibę miało w powiecie La Matanza w aglomeracji Buenos Aires. W 1998 roku rozpoczęły się poważne problemy, przez większość 1999 roku nie wypłacano pensji. W grudniu 1999 pracownicy zaczęli podejrzewać, że właściciel przygotowuje się do wywozu maszyn i narzędzi oraz tego, co pozostało z surowców i półfabrykatów. Za radą i z pomocą centrali związkowej pracownicy 7 stycznia 2000 roku zajęli firmę. Po prostu przebywali w niej, głównie pilnując sprzętu przed zniszczeniem lub wywiezieniem. Właściciel zniknął. Nie było w tym czasie żadnego kontaktu ani z nim, ani z żadnym członkiem zarządu spółki. Okupacja firmy przedłużała się na miesiące, w tym czasie oczywiście nikt nie otrzymywał żadnych pensji. Przetrwanie pracownikom i ich rodzinom zapewniła Cooperativa de Trabajo Frigorifico Yaguane (Spółdzielnia Pracy Chłodnia Yaguane) nieodpłatnie dostarczając mięso dla wszystkich.
W lutym 2000 roku formalnie założono spółdzielnię pracy, która po prostu rozpoczęła działalność w zajmowanym zakładzie. Do tego etapu dotrwało zaledwie 30 osób ze 120-osobowej załogi firmy i taka grupa rozpoczęła na nowo produkcję. Kapitał obrotowy w wysokości 25 tys. peso zapewnił powiat La Matanza. Następnie zatrudnienie wzrosło do 60 osób i pozostało na tym poziomie.
Midober SA było znaczącą firmą w gospodarce Urugwaju. Ówcześnie właściwie jedynym towarem eksportowym były produkty pastwiskowej hodowli zwierząt, a firma ta zajmowała się produkcją wyrobów skórzanych. Przy zatrudnieniu o wielkości 700 osób była jednym z najważniejszych przedsiębiorstw eksportowych w kraju. W 1997 roku zakład został zamknięty, co spowodowało konflikt z pracownikami. 1 lipca tego roku rozpoczął się strajk okupacyjny. Problemy i metody ich rozwiązania do tego miejsca wyglądały dokładnie jak w Polsce w czasie planu Balcerowicza. Jednak 10 września 1997 roku zmieniono formułę protestu na strajk produkcyjny (strajk czynny). Oznaczało to pracę, używanie fabryki i sprzętu w celu ochrony miejsc pracy i dochodów. W dalszej kolejności firma i tak ogłosiła upadłość, ale pracownikom nie udało się zakupić przedsiębiorstwa w toku postępowania upadłościowego. Maszyny i zorganizowaną część przedsiębiorstwa zakupiła grupa kapitalistów. Sprzęt wynajmuje pracownikom, którzy początkowo założyli spółkę akcyjną i rozpoczęli działalność pod nazwą Vicental SA, jednak po kilku latach zmienili zdanie i utworzyli spółdzielnię pracy o nazwie Urven.
W pierwszym okresie działalności, od 2002 do 2008 roku, firma nie miała technicznych ani rynkowych możliwości obróbki skór. Na zlecenie argentyńskiej firmy obrabiała odpady mięsa i skór, przygotowując półfabrykat do wyrobu żelatyny. Większość maszyn była zbyt przestarzała i zużyta, aby garbować skóry do jakości oczekiwanej przez rynek. Zatrudnienie w tym czasie wynosiło 60 osób. W 2008 roku rząd Urugwaju wynegocjował porozumienie z władzami Wenezueli, na mocy którego wyłożono w formie zaliczki na przyszłe dostawy towarów kilka milionów dolarów dla trzech urugwajskich spółdzielni pracy, które miały potem dostarczać towary na rynek Wenezueli. Jedną z nich była właśnie Urven, która otrzymała 800 tys. dolarów, FONDES dołożył następne 1,2 mln, za co zakupiono budynek i brakujące nowe maszyny. Obecnie firma wraca na rynek produkcji luksusowych skór, wenezuelska pożyczka została spłacona i w zakładzie panuje optymizm co do rozwoju sytuacji.
Ikona spółdzielczości
W trakcie dyktatury wojskowej w Argentynie istniał dość szeroki system dotowania i kredytowania inwestycji z funduszy publicznych. W warunkach rządów terroru i braku jakiejkolwiek kontroli fundusze te były dostępne jedynie dla osób o wystarczających koneksjach w strukturze władzy. Umożliwiały one dotowanie w nieskończoność takich firm, a także umarzanie kredytów i zobowiązań podatkowych. Na tej zasadzie Marcelo Iurkovich zbudował Hotel Bauen. Powstał on na piłkarskie mistrzostwa świata w 1978 roku niemal w całości z pożyczek państwowych, których nigdy nie spłacono. Od pierwotnego właściciela hotel w 1997 roku zakupiła firma Solari SA, która w toku dalszej działalności nie miała w zwyczaju płacić podatków, w związku z czym w lutym 2002 roku ogłoszono jej upadłość.
Co istotne, Solari SA nie zapłaciła pełnej kwoty zakupu, lecz zaledwie 4 z 12 milionów peso (równowartych dolarom USA). Następnie w toku postępowania upadłościowego poprzedni (?) właściciel zaproponował, że zwróci otrzymaną zaliczkę i odzyska nieruchomość. Sąd wydał na to zgodę, lecz kwota nie została nigdy przelana. W dalszym toku postępowania upadłościowego Iurkovich podnosił, że przedsiębiorstwo z hotelem zostało przeniesione na inną jego spółkę, wobec czego Solari SA nie mógł nabyć hotelu, a nieruchomość nie weszła do masy upadłościowej. W największym skrócie – do dziś nie wiadomo, kto jest właścicielem i jak uregulować tę sytuację. Kolejne procesy sądowe nadal trwają. Jedna z prób uregulowania sytuacji polegała na ustawowym wywłaszczeniu w celu prowadzenia działalności kulturalnej, a przy okazji hotelowej. Ustawa została uchwalona przez Kongres, ale w styczniu 2017 roku zawetował ją prezydent Mauricio Macri.
Przed upadłością spółki pracownicy prowadzili strajk okupacyjny. Po ogłoszeniu upadłości zdecydowali się założyć spółdzielnię – początkowo składała się z 35 osób – aby dalej prowadzić hotel. Nosi ona nazwę Cooperativa de Trabajo B.A.U.E.N. Ltda. Miejsce to stało się ikoną ruchu spółdzielczości pracowniczej, ponieważ sam hotel położony jest w centralnym punkcie Buenos Aires. Oprócz hotelu z 220 pokojami posiada też osiem sal konferencyjnych od 50 do 800 miejsc oraz salę teatralną na 350 miejsc ze stosownym sprzętem nagłośnieniowym i oświetleniowym. W warunkach ciężkiego kryzysu budynek był wyceniony na 12 mln dolarów, obecnie jego cena wynosiłaby co najmniej kilkaset milionów.
Zaraz po rozpoczęciu działalności przez spółdzielnię miały miejsce kolejne próby eksmisji, również z pomocą policji. Próby te były blokowane przez mobilizację mieszkańców, najczęściej przy wsparciu związków zawodowych. Podobne sytuacje miały miejsce w przypadku innych firm mających nieruchomości w Buenos Aires. W tym mieście to nieruchomość stanowiła wartość – pracownicy, maszyny czy baza klientów były nieistotnym dodatkiem. Stąd też w czasie problemów ekonomicznych presja na pozbycie się pracowników była znacznie większa niż np. w branży obróbki metali, w której wartość stanowiły maszyny i umiejętność ich obsługi, a nie nieruchomości – niewiele warte hale fabryczne na przedmieściach.
Spółdzielnia składa się obecnie ze 130 członków i jest dochodowa. Pomimo tego samodzielne uzyskanie własności budynku wykracza poza możliwości pracowników. Ta historia jeszcze się nie zakończyła.
Podsumowanie
Falę ruchu spółdzielczego w Argentynie i w Urugwaju wzbudziły neoliberalne eksperymenty walutowe, bardzo podobne do tych znanych z Polski. Przez kolejne lata lewicowe rządy wspierały powstawanie i funkcjonowanie spółdzielni pracy organizowanych na gruzach upadłych firm.
Pomimo tego, że ruch spółdzielczości pracowniczej stanowił istotną część zmian w gospodarce Argentyny w procesie odchodzenia od neoliberalnych dogmatów, to do dziś brakuje opracowań naukowych pokazujących mechanizmy i dokładną skalę tego zjawiska. Najniższe szacunki mówią o około 300 firmach tego typu, a najwyższe o około 3–4 tysiącach. Ale dokładne liczby są nieznane. W rejestrze handlowym Argentyny jest nieco ponad 16 tys. spółdzielni pracy. Nie wiadomo jednak, ile z nich jest aktywnych gospodarczo. Tym bardziej nie da się ustalić, ile z nich powstało na gruzach majątku prywatnych przedsiębiorstw, a ile zaczynało działalność w inny sposób. Zwłaszcza że przecież mogło być wiele sytuacji pośrednich, jak już jakiś czas działająca spółdzielnia, która zwiększyła swój majątek przez nabycie określonych aktywów lub całego przedsiębiorstwa w postępowaniu upadłościowym. Jest wiele sytuacji pośrednich, które wymykają się wszelkiej statystyce.
Każda z powyższych historii jest inna, ale we wszystkich powtórzyły się podobne elementy. W każdej historii przejęcia przedsiębiorstw przez pracowników kluczową rolę odgrywają wierzytelności pracowników wobec firmy. Od strony finansowej i prawnej mechanizm bardzo często był identyczny: pracownicy zakładali spółdzielnię, do której wkładem założycielskim były ich wierzytelności wobec pracodawcy. Spółdzielnia w ten sposób stawała się dużym, często dominującym wierzycielem upadającej firmy. To dawało duży wachlarz możliwości w negocjacjach z faktycznie niewypłacalnym właścicielem lub, już po ogłoszeniu upadłości, upadłości, pozwalało na skuteczne domaganie się praw w postępowaniu upadłościowym lub negocjowanie z syndykiem.
Aby jednak negocjować, musiała istnieć także druga strona. Mogła to być dotychczasowa firma, ale gdy już doszło do upadłości, decydujący głos w sprawie miał sąd upadłościowy lub syndyk. W warunkach argentyńskich o wyniku postępowania decydowało nastawienie sądu, a syndyk postrzegał spółdzielnie raczej jako zagrożenie. Sytuacje, kiedy w Argentynie negocjacje z syndykiem kończyły się sukcesem, były niezwykle rzadkie. W Urugwaju natomiast syndycy byli zwykle otwarci na propozycje zarówno dzierżawy przedsiębiorstwa, jak i jego zbycia.
Bez solidarności i zaufania wśród załogi zakładu prawdopodobnie żadna z powyższych historii nie zakończyłaby się pozytywnie. Nieco pomijanym, nie zawsze pamiętanym i bardzo skomplikowanym aspektem było wsparcie zewnętrzne – zaczynając od rodzin, które godziły się na ciężkie czasy i ryzyko prowadzenia firmy przez robotników, najczęściej nie tylko bez wystarczającego, ale i bez żadnego kapitału obrotowego. Ważne były też organizacje związkowe, w każdym przypadku służące pomocą prawną oraz mobilizacjami społecznymi w celu wywarcia presji na władze (co było potrzebne szczególnie w Argentynie, a w Urugwaju raczej nie miało miejsca).
Kolejna kwestia, niezwykle istotna, to wsparcie ze strony władz. Większość firm została przejęta na fali i wskutek kryzysu, który dotknął również budżety państwowe i lokalne. Nawet jeśli pojawiła się wola wsparcia, to kasy świeciły pustkami. Nie wszędzie jednak wyglądało to identycznie, bo w Argentynie władze lokalne często były w stanie choć minimalnie dokapitalizować firmę, na zasadzie porozumień ad hoc, bez ram instytucjonalnych. W Urugwaju w okresie kryzysu i aż do zakończenia kadencji neoliberalnych władz (2005) nie istniały żadne wsparcie ani pomoc dla firm zarządzanych przez pracowników. Po objęciu rządów przez lewicę pojawiło się instytucjonalne wsparcie, będące częścią polityki. Do tego służy FONDES, do tego służyły porozumienia z rządem Wenezueli. Spory udział w tym ma też ogólna kultura prawna, organizacyjna i polityczna, stojąca w Urugwaju na wyraźnie wyższym poziomie niż w Argentynie.
Na samym szczycie tych wymogów jest po prostu zaufanie w społeczeństwie. Bez umiejętności zorganizowania się, wiary w dobre intencje organizujących i umiejętności wzajemnego zaufania na dość szeroką skalę, nic by się nie dało zrobić. To zapewne jest część odpowiedzi na pytanie, dlaczego w Polsce początku lat 90., w bardzo podobnych realiach ekonomicznych, tak szeroki ruch spółdzielczy nie powstał.
Regulacje prawa upadłościowego w Argentynie uważam za warte uwagi jako wzór do naśladowania dla lewicowych ruchów politycznych, zwłaszcza że można je wprowadzić bez żadnych zmian ustrojowych i inwestycji. Urugwajski system ekonomiczny opiera się na firmach państwowych kontrolujących główne dziedziny gospodarki. Zawsze mogą one dostarczyć kapitału lub popytu firmom i branżom, których rozwój jest uznawany za ważny dla interesu społecznego. Działanie takiego projektu jest niezwykle mocno zależne od umiejętności sprawnego zdefiniowania przez elity polityczne długoterminowego interesu przemysłowego. To niekoniecznie możliwe w dzisiejszych polskich realiach.
Krzysztof Molenda
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017, Wywiad - kwartalnik
– Jest Pan autorem książki „Młodzi a bieda. Strategie radzenia sobie w doświadczeniu młodego pokolenia wsi pokołchozowych i popegeerowskich”. Skąd taka, a nie inna tematyka pracy?
– Piotr Binder: Tematyka była reakcją na sposób, w jaki polska socjologia zajmuje się wsią – a robi to nieproporcjonalnie rzadko. Sama tematyka pegeerowska jest i była niszowa, w pewien sposób także to mnie do niej przyciągało. Wydawała mi się ważna z wielu powodów, przede wszystkim ze względu na los ludzi ze społeczności popegeerowskich. Punktem wyjścia była socjologia biedy, problematyka ubóstwa – to, jak ludzie sobie z tym radzą. Wydawało mi się, że jest to bijący po oczach przykład egzemplifikacji tego zagadnienia. Były też inne motywacje. Choćby to, w jaki sposób opisywano tych ludzi w literaturze przedmiotu. Ciekawostką jest, że PGR-y zostały przez socjologów „odkryte” dopiero po przełomie ustrojowym.
Jako młodego adepta socjologii drażniło mnie, że te społeczności pegeerowskie i popegeerowskie są tak schematycznie opisywane. Już na etapie pracy magisterskiej zajmowałem się tematyką wiejską i miałem wrażenie, że wielu dostępnym badaniom i analizom brakuje zakorzenienia w empirii albo że jest ono niewystarczające. Uważałem, że różnego rodzaju odważne tezy wymagają ponownej konfrontacji z rzeczywistością badawczą. Miałem przy tym świadomość, że ze względu na znaczne rozproszenie tych społeczności narzędzia ilościowe będą miały tutaj ograniczone zastosowanie, co zbliżało mnie do socjologii jakościowej. Ta orientacja metodologiczna oferuje możliwość uwzględnienia różnorodnych danych (od statystyk i danych urzędowych po wywiady i obserwacje). Dzięki temu wiemy znacznie więcej o badanych miejscach, ale też możliwość uogólnień jest mniejsza.
– Analizuje Pan choćby sposoby używania terminu „wyuczona bezradność”, do których zresztą bardzo krytycznie się Pan odnosi.
– To naprawdę ciekawa historia…
Na ostatnim Zjeździe Socjologicznym PTS w Gdańsku była nawet cała grupa poświęcona „wędrującym pojęciom”. „Wyuczona bezradność” to dobry przykład takiego terminu, który zupełnie niezasadnie został zaczerpnięty z innej dyscypliny, nie zoperacjonalizowano go należycie, a pomimo to po przełomie ustrojowym zrobił sporą karierę, funkcjonując raczej jako etykieta niż pojęcie naukowe. Inaczej niż w psychologii nie było żadnej socjologicznej teorii wyuczonej bezradności. Niestety, szczególnie w latach 90. chętnie odwoływano się do tego pojęcia, zwłaszcza w odniesieniu do społeczności zamieszkujących tereny, na których wcześniej funkcjonowały Państwowe Gospodarstwa Rolne. Miało to nierzadko luźny związek z empirią i niewiele wnosiło do dyskusji.
Podczas prac nad doktoratem spędziłem dużo czasu w Bibliotece Narodowej, starając się czytać wszystko, co ukazało się na ten temat. Zaobserwowałem następujący schemat: naukowcy, którzy rzeczywiście prowadzili badania terenowe, na etapie opisywania zgromadzonych danych wskazywali, że choć ludziom żyło się trudno, to często sobie radzili i byli kreatywni. Ale gdy przychodziło do wniosków końcowych, zaczynali powielać klisze utrwalone w literaturze i niejako ignorowali własne doświadczenia. Nie zamierzałem robić czegoś podobnego.
– Jeżeli fakty przeczą teorii, tym gorzej dla faktów?
– Jest niestety tak, że badacze i badaczki często nie lubią wniosków, które ich zaskakują. Trudno czasami iść pod prąd. Gdy przygotowywałem rozprawę i jej wydanie, była to tematyka niemal zapomniana. Badacze właściwie nie zajmują się takimi kwestiami jak młodzi z popegeerowskich wsi, to nie funkcjonuje ani jako temat w socjologii, ani jako grupa, którą się bada.
Owszem, od czasu do czasu ukazuje się jakaś książka i zaczynamy odkrywać coś, co po wielokroć było już opisywane, ale nie jest głośne. Florian Znaniecki zwracał na to uwagę – jeżeli komuś się wydaje, że dokonał wiekopomnych odkryć w socjologii, to znaczy, że słabo szukał w bibliotece. Rzecz w tym, że Znaniecki stwierdził to ponad sto lat temu, a jego maksyma wciąż zachowuje aktualność. Reportażystka Marta Szarejko napisała udaną książkę „Zaduch. Reportaże o obcości”, poświęconą młodym ludziom, którzy z szeroko rozumianej prowincji przeprowadzili się do Warszawy. Opisywała tam m.in. takie zjawiska jak awans społeczny czy wykorzenienie. To są kanoniczne tematy w polskiej socjologii, właściwie stanowią jej esencję. Po publikacji tej książki przez moment był to żywo dyskutowany temat, mówiono, że to zupełnie nowe spojrzenie na sprawę, bo wcześniej mówiliśmy o tych ludziach jedynie jako o „słoikach”. Nic z tych rzeczy!
Wspominam o „Zaduchu”, ponieważ ludzie, z którymi rozmawiałem na potrzeby mojej rozprawy, stanowią to samo pokolenie. Dorastali już na gruzach państwowej gospodarki rolnej i nie zostaną tam na stałe – nie ma tam dla nich i nie będzie przyszłości. Jeśli jeszcze nie wyjechali, to wkrótce wyjadą, a pozostaną naprawdę nieliczni. To przez krótkowzroczność widzimy jedynie „słoiki” – a zapominamy o zbiorowej biografii kolejnego pokolenia, opartej na szukaniu awansu społeczno-ekonomicznego.
– Na potrzeby swojej pracy prowadził Pan badania empiryczne. Proszę nakreślić: kiedy i gdzie?
– Moje badania miały charakter porównawczy. Interesował mnie bowiem jeszcze jeden problem: zderzenie rzeczywistości sprywatyzowanego i zlikwidowanego dawnego państwowego gospodarstwa rolnego w Polsce i w Rosji. Większość badań terenowych prowadziłem za naszą wschodnią granicą, w trzech regionach Rosji. Nie miałem zespołu badaczy, grant był skromny, więc musiałem odpowiednio skalibrować tę „badawczą przestrzeń empiryczną”. Po wielu konsultacjach z rosyjskimi kolegami zdecydowałem, że będą to trzy miejsca w europejskiej części Rosji. Po pierwsze, wieś Siewiernaja, na północ od Kostromy, położona na terenach nazywanych przez Rosjan nie-Czarnoziemem, po drugie wieś Centralnaja w obwiedzie lipieckim. I po trzecie: wieś Jużnaja, czyli żyzne rosyjskie południe na Kubaniu. U nas z kolei były to Grabowo i Borki położone na ziemiach północnych. W książce nie podawałem rzeczywistych nazw tych miejscowości, co wpisuje się w tradycje tego typu badań. W każdym razie był to jeden z powiatów przygranicznych na Warmii.
– A czas?
– Badania prowadziłem kilka lat temu, wracałem do tych miejscowości w różnych porach roku. Zmieniała się także sytuacja osób badanych, z którymi miałem kontakt. Przyznam zresztą, że na początku, w swojej naiwności, byłem przekonany, że uda mi się skoncentrować na losie tego dorastającego pokolenia, młodych dorosłych i tylko poprzez kontakt z nimi będę mógł zrozumieć i opisać ich sytuację. To była z mojej strony naiwność badawcza, szybko zweryfikowana podczas pierwszych rozmów.
– Na czym polegała ta naiwność?
– Przekonałem się, że nie jest możliwy rzetelny opis tego, jak oni funkcjonują, jak radzą sobie z sytuacją, bez uwzględnienia perspektywy ich rodziców i dziadków – ludzi, którzy żyli w tych rodzinach i społecznościach, dźwigali ubóstwo wtedy, gdy było ono najbardziej dotkliwe. Często to właśnie tym starszym już dziś ludziom, którzy w latach 90. najczęściej byli opisywani jako bezradni i roszczeniowi (nie wspominając najbardziej dosadnych określeń), udało się sprostać sytuacji. Uratowali dzieciństwo swojego potomstwa, bo byli zaradni, bo sobie radzili. Nie odbywało się bez poświęceń, szczególnie w przypadku matek małych dzieci, które decydowały się na wyjazdy zagraniczne – koszty psychologiczne były ogromne. Te kobiety musiały przeboleć rozstanie z dziećmi, zorganizować tutaj opiekę nad nimi, całe logistyczne zaplecze, przygotować swój wyjazd, i to bez wcześniejszego doświadczeń długotrwałych wyjazdów czy kontaktów z innymi kulturami.
To wszystko pozwala uświadomić sobie, jak olbrzymia musiała być determinacja tych ludzi, żeby zapewnić ekonomiczne przetrwanie swoich rodzin, zapewnić im byt, opłacić podstawowe rachunki. Ci ludzie tego dokonywali w czasie, gdy wsparcie ze strony instytucji publicznych było mizerne. Pomoc instytucji centralnych była niewielka, samorządy właściwie dopiero się kształtowały. Raczkował też trzeci sektor, szczególnie na tych terenach Polski, które były zasiedlane po II wojnie światowej, na zachodzie i północy, to były bardzo słabo zakorzenione społeczności, pustynia instytucjonalna. A nawet jeśli tworzyły się inicjatywy pomocowe, ich możliwości były więcej niż ograniczone.
Poza tym Agencja Nieruchomości Rolnych (wówczas Agencja Nieruchomości Rolnych Skarbu Państwa) w jej pierwszym wydaniu była instytucją, która zajmowała się głównie sobą. Tak skonstruowano ustawę: instytucja miała sobie zapewnić finansowanie i skutecznie to robiła, lecz przez pierwsze dziesięć lat jej pomoc dla mieszkańców dawnych PGR-ów była bardzo ograniczona lub żadna. Z czasem dopiero pojawiły się stypendia, bilety miesięczne itp. Ale – powtarzam to często – w czasach, gdy pomoc była najpotrzebniejsza, zabrakło jej. Ludzie zostali pozostawieni sami sobie.
– Pamiętam z początku lat 90. charakterystyczny obrazek z moich popegeerowskich rodzinnych stron: młodzież i dorosłych podróżujących na rowerach za pracą w promieniu kilkunastu, kilkudziesięciu kilometrów. Działo się to w tym samym czasie, gdy bardzo mocno zmieniał się rynek pracy i gdy poważnie ograniczano transport publiczny. Myślę, że ten fenomen początków transformacji właściwie nie istnieje jako obraz zbiorowy w polskiej pamięci. Myślę, że takich przeoczonych rytuałów tamtych czasów jest więcej. To zbyt wstydliwe, a przy tym przeczy stereotypom o biernych, leniwych popegeerowskich masach.
– Często na seminariach wchodziłem w polemiki z moimi bardziej doświadczonymi koleżankami i kolegami, którzy prezentowali tezę, że Polki i Polacy są mało mobilni, a ci z Polski wiejskiej to już w ogóle, popegeerowska wieś to zaś zupełna stagnacja. To były po prostu stereotypy: roszczeniowość, bezczynne oczekiwanie na pomoc ze strony państwa, uzależnienie od socjalu itd. Niestety jest tak, że pewne przekazy głęboko się wryły w polską świadomość. Był ten nieszczęśliwy paradokument…
– „Arizona” Ewy Borzęckiej.
– Był to bardzo sugestywny obraz, który w społecznej wyobraźni mocno się zakorzenił i stał się fatalnym punktem odniesienia. W pewnym momencie chyba nawet zaczął funkcjonować jako pewien synonim tego typu społeczności.
– Zachowania autorki filmu budziły zastrzeżenia także w środowisku filmowym. Kupowała alkohol bohaterom swojego filmu: to nie tylko zachowanie nieetyczne, ale także noszące znamiona manipulacji rzeczywistością dla osiągnięcia konkretnego celu.
– Trzeba podkreślić, że te społeczności nie są wolne od wszelkich problemów. Pamiętam, że jeszcze przed publikacją swojej książki konsultowałem się z prof. Arkadiuszem Karwackim z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. On też pisał swoją rozprawę doktorską o tych społecznościach i zwrócił moją uwagę m.in. na to, że mało wspominam o problemie uzależnienia od alkoholu. Starałem się wyjaśnić, że skupiłem się na problemie radzenia sobie z ubóstwem. Rzeczywiście było tak, że jeżeli w rodzinach był wyraźny problem alkoholowy, to traktowałem go jako odrębne zagadnienie. Jednak społeczności, z którymi miałem kontakt, były albo bardzo nietypowe, albo daleko odbiegały od obrazu ukazanego w paradokumencie „Arizona”.
Stosunkowo dużo czasu spędziłem na wsi rosyjskiej. Gdy spotykałem się w trakcie seminariów ze swoimi kolegami i koleżankami, choćby po to, żeby omówić i przedyskutować wstępne wyniki prowadzonych przeze mnie badań, to zwykle towarzyszyły temu nieco ironiczne pytania o moje samopoczucie i zdrowie z sugestią że pewnie wymagało to ode mnie sporo wytrwałości, „bo w Rosji się pije”. Tymczasem nie zdarzyło mi się, żeby ktoś wpisywał się w ten schemat nachalnego i namolnego namawiania do wspólnego biesiadowania. Raz czy drugi ktoś – starając się mnie ugościć – sugerował, że można by się napić. Ale też z zupełnym zrozumienie przyjmowali odmowę. Raz jeszcze podkreślam, nie oznacza to, że problem alkoholowy nie istniał na popegeerowskiej czy pokołchozowej wsi, bądź co bądź są to problemy społeczne – ale rzecz w proporcjach.
– To słowo chyba jeszcze nie padło: „stygmatyzacja”. Mam wrażenie, że dobrze ono oddaje to, co uczyniono uboższym Polakom ze wsi popegeerowskiej w początkach lat 90. XX wieku.
– Nie chciałem zbyt łatwo odpowiadać jedną zbitką słowną na drugą, ale uważam, że termin „wymuszona zaradność” jest dobrą kontrą wobec „wyuczonej bezradności”. To pierwsze określenie jest zaczerpnięte z języka moich rozmówców: „Musieliśmy sobie radzić, ponieważ nie mieliśmy innego wyjścia, nie mieliśmy tego komfortu, żeby siedzieć i czekać na pomoc”.
Mówił pan o rowerowych podróżach – znaczna część ludzi z tych społeczności szukała dorywczej pracy choćby w okolicznych lasach. Las o różnych porach roku wiele oferuje. Ludzie chwytali się wszystkiego: od zbieractwa po drobne prace dorywcze. Zresztą niedaleko od miejsca moich badań – w Giżycku i jego okolicach – własne badania prowadził socjolog prof. Wojciech Łukowski z Uniwersytetu Warszawskiego. To teren przygraniczny. Ludzie żyli też z drobnego przemytu – przywozili, co się dało, z Obwodu Kaliningradzkiego. Na miejscu nie było pracy.
Najwięcej PGR-ów było na ziemiach północnych i zachodnich, ponieważ w tych miejscach najłatwiej było je utworzyć. Były to tereny przyłączone do Polski po wojnie, pod wieloma względami była to swoista pustynia. Tam, gdzie przeprowadzałem badania, wcześniej istniały pruskie, junkierskie majątki. Po przejściu frontu nie zostawało tam zupełnie nic, wszystko było zniszczone. Na tych terenach osiedlała się ludność napływowa, instytucjonalnie i strukturalnie panowały tu bardzo trudne warunki. Pierwsze pokolenie, urodzone tuż po wojnie, wspomina dotkliwą biedę. Choć mieli dach nad głową, to w domach brakowało podstawowych sprzętów, a przetrwanie zapewniał sprawny piec i przydomowa hodowla z uprawą. W dodatku, w odróżnieniu od popularnego wizerunku PGR-ów, było tam mnóstwo ciężkiej pracy fizycznej.
Jest taki schemat, podobny jak w przypadku stereotypów dotyczących braku mobilności, czyli niezrozumienie elementarnej specyfiki miejsca. A były one położone na głębokich peryferiach, bo taka była specyfika gospodarstw rolnych. To nie przypadek, przeciwnie – zamysł gospodarczy władz PRL. Nie budowano ich również w atrakcyjnych częściach np. Mazur, tam powstawały ośrodki wypoczynkowe choćby dla górników. Natomiast pegeerowskie zaplecze – chlewnie, obory – to były tereny położone głęboko na uboczu. Dopóki były one w jakikolwiek sposób skomunikowane, to dało się „być mobilnym”. Wraz z upadkiem PGR-ów połączenia zaczęto likwidować. Stąd np. dobre rady, że „ludzie powinni sobie znaleźć pracę gdzieś dalej” niezbyt korespondowały z rzeczywistością. Załóżmy, że w pobliżu jest powiatowe miasto, od obszaru popegeerowskiego położone w odległości dwudziestu kilku kilometrów. Łatwo sobie wyobrazić dzień człowieka z byłego pegeeru, który najpierw szuka pracy w tym powiatowym mieście, a później ją znajduje i próbuje codziennie dojeżdżać. Wariantów jest kilka: jeśli mamy komunikację publiczną, to problem niemal rozwiązany. Jeśli nie mamy, to czym dojedziemy? Jest początek lat 90. Czy mamy samochód? Jeśli mamy, to ile wydamy na paliwo? Jakie będą miesięczne koszty podróży? Jeśli nie mamy, co dalej? Czy stać nas na jego kupno? Czy ktoś nas będzie codziennie podwoził? Jak będziemy podróżować? Może częściowo piechotą albo rowerem? Ale doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny. W dodatku, to były i są rejony wysokiego bezrobocia, płace są niskie – czy zatem ewentualne zarobki będą się nam kalkulować z wydatkami na dojazdy? Pomijam już warunki pracy, na jakich ci ludzie mieli szanse być zatrudnieni – np. umowy o pracę były mrzonką pośród tych, którzy i które próbowali ratować swoje budżety w każdy możliwy sposób.
Z taką rzeczywistością mierzyli się ludzie z popegeerowskich wsi, które badałem. Oni naprawdę nie mogli się zniechęcić, usiąść w domu i oglądać telewizję – to była często ciężka walka o przetrwanie.
– Pytanie, na ile skuteczna.
– Wspomniałem już o drobnym przemycie. Ale dodajmy do tego emigrację zarobkową. Przecież ludzie z terenów popegeerowskich, choćby ze ściany wschodniej, byli w krajach unijnych znacznie wcześniej niż nasi pozostali rodacy – wyjeżdżali tam do pracy jeszcze przed 2004 rokiem.
– Gdy słucham Pana opowieści, przypomina mi się termin „menedżerki ubóstwa”, używany przez świętej pamięci prof. Elżbietę Tarkowską. Termin opisywał niesamowicie zaradne ubogie kobiety, które muszą wykarmić rodziny, zapewnić im byt, bazując na bardzo skromnych środkach. Gdy czytałem Pana książkę, miałem wrażenie, że jej bohaterowie również byli „menedżerami ubóstwa” – musieli podejmować szereg różnorakich decyzji, które pomogłyby im przetrwać. I chyba większości się udało, choć niektórzy i niektóre przypłacali to załamaniami psychicznymi, samobójstwami…
– Przez lata byłem seminarzystą zmarłej w ubiegłym roku Pani Profesor, miałem przyjemność i zaszczyt z nią współpracować. Pojęcie „menedżerki ubóstwa” jest celne i bardzo dobrze, że zostało ukute, ponieważ w wielu aspektach polskiej rzeczywistości społecznej rola kobiet była i wciąż bywa skutecznie pomijana albo sprowadzana jest do roli „usługowej”, co jest zupełną aberracją.
Co do „menedżerów ubóstwa” z popegeerowskich wsi, to mam przed oczyma rodziny, które poznałem w trakcie swoich badań. Tak, to byli ludzie skuteczni w zarządzaniu biedą – brak formalnych kompetencji nadrabiali determinacją i uporem. Szybko uczyli się nowych rzeczy, świat popegeerowski przeobrażał się błyskawicznie. Droga od pełnego zatrudnienia do wszechobecnego bezrobocia nie była wcale taka długa, dlatego też adaptacja musiała być szybka. Czasem zdarzało się, że przemiany własnościowe poszczególnych państwowych gospodarstwach rolnych były rozciągnięte w czasie i – trzeba tu dodać – na szczęście. Wówczas w obrębie rodzin i całych społeczności zatrudnienie tracono stopniowo. Zwalniani mogli szukać nowych możliwości, ale zwykle ktoś w rodzinie zachowywał zatrudnienie albo przynajmniej miał prawo do stałych świadczeń. Zwykle na początku rezygnowano z produkcji zwierzęcej, bo była energochłonna. Praca w cielętnikach, świniarniach, oborach itp. to było zajęcie kobiet. One pierwsze traciły pracę. Ale nie mogły siedzieć w domu z założonymi rękoma. Zarządzały tymi zasobami, które były w domu, i pozyskiwały nowe środki do życia. Zdarzało się jednak, że zmiany następowały szybko – zakład był przejmowany przez nową prywatną spółkę i np. skupiano się tylko na produkcji roślinnej, wykorzystując nowe maszyny. Wtedy ze starej załogi mogło w zakładzie zostać 10% ludzi albo i mniej: doświadczeni kombajniści, kilka osób z ochrony i z nadzoru. Okazało się, że rolnictwo można robić z garstką osób, że społeczności, które wyrosły „przy byłym PGR-ze”, są zupełnie zbędne. W takiej sytuacji ludzie budowali swoje życie na nowo: inspirowali się wzajemnie, informowali o możliwościach, ktoś pierwszy przecierał szlaki, dawał znać rodzinie, sąsiadom.
– Na przykład?
– Sławny jest przykład Starych Juch – to okolice Giżycka, ta ładna część Mazur. Znaczna część tamtejszej populacji pracuje obecnie w Islandii. Polacy są zresztą największą mniejszością na tej wyspie. W islandzkich dyskontach przy kasie można często wszystko załatwić w naszym języku, bo pracuje tam wiele Polek.
– Wróćmy do mieszkańców popegeerowskich wsi na ścianie wschodniej.
– Są to z jednej strony okolice głęboko zapomniane, kompletna prowincja, a z drugiej strony ludzie stamtąd masowo wyjeżdżali do pracy do Włoch, do Norwegii, do Islandii właśnie. Niemcy i Holandia to też częste kierunki emigracji zarobkowej. Powiem więcej: niezależnie od popegeerowskiego kontekstu warto sobie uzmysłowić, jak mobilne było pokolenie osób wówczas będących w wieku średnim. To naprawdę ma tak niewiele wspólnego ze sposobem, w jaki ci ludzie byli opisywani pod koniec lat 90., że aż trudno uwierzyć, iż doświadczeni badacze byli w stanie dojść do takich wniosków – tym bardziej, że już wówczas odbywały się wyjazdy zarobkowe, o których mówimy. To było i jest istotne również dlatego, że pokazywano warstwę ludności, która de facto pochodziła z obszarów wiejskich, ale całkowicie już oderwała się od rolnictwa.
– Swego czasu przeprowadzałem dla „Nowego Obywatela” wywiad z Sylwią Urbańską, autorką książki „Matka Polka na odległość. Z doświadczeń migracyjnych robotnic 1989–2010”. Wiele mówi o współczesnej Polsce to, że dość powszechne doświadczenie społeczne było niemal nieobecne w debacie publicznej. Mam wrażenie, że młodszemu pokoleniu badaczek i badaczy udało się z większą empatią spojrzeć na szeroko rozumianą klasę ludową, że dystans ułatwia im nieuprzedzone spojrzenie choćby na społeczności popegeerowskie z pierwszych lat transformacji.
– Znamy się z Sylwią, w podobnym czasie przygotowywaliśmy swoje rozprawy, rozmawialiśmy o sprawach, które dziś poruszamy w rozmowie. Myślę, że faktycznie kluczowa jest kwestia pokoleniowa. Może jestem więźniem tej optyki, ale wydaje mi się dość oczywiste, że spojrzenie młodszego pokolenia badaczy na pierwsze lata transformacji jest fundamentalnie różne od oglądu naszych nauczycieli akademickich. Różniliśmy się zarówno w podejściu do tematu, jak i w jego ocenach. Różniło nas również to, z jakimi pytaniami badawczymi chcieliśmy się mierzyć. Mamy całe pokolenie socjologów, których szczyt kariery przypadał na lata 90. XX wieku. To był cały nurt badań skoncentrowany na transformacji ustrojowej i jej konsekwencjach. Bilanse tego okresu na gruncie naszej dyscypliny są jednak trudne. W wielu obszarach udało się zainicjować systematyczne gromadzenie danych, rozwinęły się techniki badawcze, ale niestety nie stworzono żadnej teorii polskiej transformacji. Nie neguję wysiłku badaczy, którzy funkcjonowali w zupełnie innej rzeczywistości badawczej niż obecna (zmieniła się literatura, upowszechnił się internet), zaczynali w czasach, gdy studentów na pierwszym roku studiów uczono z „Elementarnych pojęć socjologii” Jana Szczepańskiego napisanych jeszcze w latach 60. XX wieku. Raz jeszcze podkreślam: nie winię badaczy, wskazuję tylko na różnicę pokoleniową, która rzutuje również na to, jak oceniamy przemiany po 1989 roku.
Trzeba pamiętać, że polskie środowisko socjologiczne jest duże: są w nim więc ludzie, których interesują poruszane tu przez nas tematy, są i bliżsi mainstreamowi.
– Co Pan w tym kontekście rozumie przez to pojęcie?
– Myślę o badaczkach i badaczach zainteresowanych powielaniem tematów podejmowanych najczęściej w literaturze zachodniej, niezależnie od tego, na ile wyraźnie zakorzenione są one w polskim kontekście. Nie mówię tego wartościująco: sam zdecydowałem się na tematykę niszową, ale nie oczekuję, że inni badacze będą postępowali podobnie. Gdy podejmowałem się swoich badań, miałem poczucie pewnego osamotnienia. Później odkryłem jednak, że są badacze i badaczki, którzy obserwują rzeczywistość w podobny sposób, podobnie o niej myślą. Notabene, także wspomniana prof. Tarkowska zajmowała się problematyką wiejską w kontekście ubóstwa, co więcej, osobiście uczestniczyła w badaniach terenowych, a to w przypadku badaczy z dużym dorobkiem naukowym nie jest już tak oczywiste.
– Mam pewną hipotezę roboczą: kolejne pokolenia żyjące na wsi wciąż doznawały różnych form strukturalnej opresji. Zostawiając zamierzchłą pańszczyźnianą przeszłość, widzimy wyraźnie, jak bardzo wciąż eksperymentowano na wsi, również tej pegeerowskiej. A później przyszła transformacja, która także była formą trudnego eksperymentu społecznego. Czy którakolwiek z upływających dekad była bezpieczna, spokojna dla tych społeczności?
– Skupiając się tylko na wsi pegeerowskiej można wnioskować, że okresem stabilizacji był przełom lat 70. i 80., gdy wciąż płynęły tam spore dotacje, inwestowano nie tylko w sprzęt, lecz także w infrastrukturę. To są czasy, które na popegeerowskiej wsi wspomina się jako okres, gdy była praca, były sklepy, można było pójść do lekarza, był klub, działała drużyna piłkarska. No i oczywiście szkoła. Do tego były stałe pensje i dodatki.
Co ciekawe – przynajmniej taka jest moja obserwacja – na gruncie socjologii często stawiany jest znak równości między tym najlepszy okresem funkcjonowania PGR-ów a pozostałymi latami – tak jakby zawsze tak tam było. Często również stosowało się łatwe przeciwstawienie: rolnik to ten, który ciężko haruje od zmierzchu do świtu przez cały rok, jest przywiązany do wartości, a w PGR-ach jest sielanka i pełne zatrudnienie, chodzi się do pracy od–do, jest urlop itd. Ale to wszystko wynika z niedoinformowania. Gdy ktoś zejdzie na ziemię z tych obłoków, to uświadomi sobie, że np. kobiety pracowały w cielętnikach, i to nie tylko od poniedziałku do piątku, lecz także w weekendy, w święta, we wszystkie pory roku. Co więcej, pracownicy PGR-ów mieli jeszcze swoje działki czy ogródki, zajmowali się też drobną hodowlą. A to także było czasochłonne – zatem z wyobrażonej rzekomej sielanki nieróbstwa naprawdę niewiele zostaje.
– Jakie są główne elementy transformacyjnej zmiany, która dokonywała się w badanych przez Pana okolicach? Zapewne i w tym przypadku znaczną rolę odgrywały sposoby urynkowienia przetwarzającej się rzeczywistości?
– Socjologowie będą tu udzielali różnych odpowiedzi. Najprościej można powiedzieć, że zmieniło się wszystko. Po pierwsze, zmieniło się otoczenie instytucjonalne ze wszystkimi tego konsekwencjami, ze zmianą reguł gry. Po drugie, była to ogromna zmiana kulturowa, która przyszła niejako z zewnątrz, ludzie nie mieli wyboru, musieli się dostosować. Przeobrażeniu uległ świat, w którym funkcjonowali, ale także świat wartości. Tego typu zmiana z kolei zawsze wymaga czasu. Wątek, który uważam za ważny, dotyczył tego, jak bardzo perspektywa młodych dorosłych ze wsi, którymi interesowałem się najbardziej, jest zbliżona do tego, co znamy z badań na temat młodzieży z miast. To nie jest tak, że ich świat jest zupełnie inny – on jest po prostu położony dalej. Arkadiusz Karwacki powiedział kiedyś, że ludzie z byłych PGR-ów urodzili się w złych miejscach na mapie. Geograficznie pod wieloma względami były one znaczniej mniej korzystne i wymagały od tych ludzi ogromnej determinacji, żeby w życiu wypracować to, co osiągnęli ich rówieśnicy i rówieśnice z miast. W miastach możliwości było zawsze więcej, mają one więcej do zaoferowania. Z tego rodzą się luki w kapitale kulturowym, które utrudniają awans społeczny. To są trudności, z którymi ci ludzie muszą się mierzyć.
– Może zatem lepiej mówić nie o „wyuczonej bezradności”, lecz o strukturalnej niemożności?
W różnych miejscach struktury społecznej ludzie dysponują różnymi możliwościami. Tym, co wydaje się w wielu przypadkach przemawiać za tym, że ludzie z terenów popegeerowskich są mimo wszystko skuteczni, jest fakt, że pomimo różnorakich deficytów możliwości są w stanie osiągać to, co osiągają ich rówieśnicy i rówieśnicy z innych miejsc.
– Pytanie, za jaką cenę osobistą…
– Prędzej czy później pojawi się też pytanie, czy to jest sprawiedliwe, czy nie. Wówczas musielibyśmy sobie również poradzić z pojęciem sprawiedliwości. Mnie osobiście jako socjologa intryguje, że to jedno z tych zagadnień, które są dobrze znane, a które od czasu do czasu odkrywamy (jak u Znanieckiego, o którym wspomniałem wcześniej). Na początku XXI wieku, może nawet wcześniej, prof. Barbara Fatyga prowadziła w Warszawie badania nad młodzieżą licealną i studiującą. Okazało się, że młodzież wielkomiejska odczuwa dyskomfort w kontaktach instytucjonalnych z rówieśnikami, którzy nie pochodzą z dużych ośrodków, ale przyjeżdżają, nazwijmy to umownie, z prowincji.
– Skąd ten dyskomfort?
– To hipoteza robocza: być może o wielu takich karierach myślimy jako o karierach po prostu, bez świadomości tego, że osoby, o których mowa, są z prowincji – bo one zachowują to dla siebie. Nie zapominajmy też o tym, że każdy awans społeczny łączy się z wykorzenieniem..
– Wiejskie czy prowincjonalne pochodzenie wciąż jest powodem wstydu?
– Młodzi, z którymi miałem kontakt jako badacz, podkreślali na przykład, że choć mieszkają na wsi, to nie mają nic wspólnego z rolnictwem. A gdy pytałem wprost, odpowiadali, że nie widzą powodu, by wstydzić się wiejskiego pochodzenia. Smutne było natomiast to, że mieli pełną świadomość tego, jak są postrzegani na zewnątrz. To w pełni wpisywało się w socjologiczne pojęcie jaźni odzwierciedlonej: wiedzieli dobrze, jak się ich widzi. Mówili: „wiem, że o nas się myśli, że my jesteśmy taka Arizona”.
– Co właściwie charakteryzuje życie młodych dorosłych na popegeerowskich terenach?
– Jeżeli pokusić się o opisanie sedna ich tamtejszej egzystencji, to postawiłbym na tymczasowość. Powiedziałbym wręcz, że oni tam jeszcze są. Miałem kontakt z ludźmi z miejscowości, w których prowadziłem badania, również po ich zakończeniu. Część tych miejscowości odwiedziłem także później. I wtedy okazywało się, że ci, którzy zapowiadali, że wyjadą, to właśnie robili. To bardzo smutne, ale powiem brutalnie: to są miejsca bez przyszłości. Czy one znikną? Administracyjnie nie muszą: w jakiejś drobnej formie niewielkich miejsc o ograniczonej liczbie pracowników pewnie przetrwają – w końcu produkcja żywności jest opłacalna, nauczyliśmy się funkcjonować w ramach wspólnej polityki rolnej. Okres ich rozkwitu to już tylko wspomnienie, bezpowrotnie miniony obraz przeszłości.
– Czym w takim razie jest ich „radzenie sobie” w tym świecie, który właściwie nie ma przyszłości?
– Ja skupiałem się na tym, jak młodzi radzą sobie z doświadczeniem ubóstwa, w jaki sposób starają się zostać na powierzchni. Przyglądałem się, jak wyglądają ich relacje z lokalnym instytucjami, jakiego rodzaju działalność zarobkową podejmują.
Wszystko zależało od tego, w jakim momencie cyklu ubóstwa znajdowali się moi rozmówcy. Jeżeli było to ubóstwo dotkliwe, skrajne, to łączyło się to z wieloma trudnymi kwestiami: byli to ludzie bardzo zdesperowani, skłonni do tego, żeby łamać prawo, czy też szerzej – normy społeczne. Jeżeli ktoś okrada sąsiada i zakłóca jego spokój, to narusza prawo oraz pewne zasady współżycia społecznego. Ale jeśli jest to po prostu matka, która w dramatyczny okolicznościach musi zdecydować, czy wyjechać za granicę, żeby zarobić na rodzinę, to narusza ważne społeczne normy, bo przecież „to matka powinna być z dzieckiem”. Problemem tych ludzi często było to, że doświadczali biedy powracającej – tak to przynajmniej z prof. Tarkowską nazywaliśmy. Oni potrafili skutecznie poprawić swój los, zacząć w miarę dobrze funkcjonować, osiągnąć stan, gdy już się nie trzeba martwić się, czy wystarczy na jedzenie i bieżące rachunki. Ale nierzadko wystarczyła choćby choroba, utrata źródła dochodu, wypadek losowy itp., a okazywało się, że nie ma żadnego zaplecza, które umożliwia bezpieczne przetrwanie trudnego okresu. I znów przychodziło znaczne pogorszenie sytuacji. Póki zdrowie dopisywało, mężczyźni i kobiety mogli pracować choćby za granicą, np. co trzy miesiące wyjeżdżając na zarobek. Ale gdy pojawiały się choroby, ci ludzie byli unieruchomieni.
W przypadku byłych pracowników PGR-ów istotnym punktem był moment, w którym uzyskiwali prawo do stałych świadczeń, nabywali stały zasiłek przedemerytalny, renty, emerytury – jakikolwiek stały dochód. To bardzo dużo zmieniało w ich sytuacji.
– Ale młodsi nie mogli na to liczyć.
– W ich przypadku brak stabilności, brak możliwości uzyskania stałej pracy, stanowił ogromną barierę na drodze do dorosłości i samodzielności, do tego, żeby wyprowadzić się z domu od rodziców i zacząć samodzielnie funkcjonować. Nie mówiąc już o pozostałych sprawach życiowych i rodzinnych. Dlatego bardzo cenili sobie wszelką stałą pracę. Synonimem dobrej pracy było stałe zatrudnienie z umową o pracę. Na terenach przygranicznych wymarzony pracodawca to Straż Graniczna. Praca tam była postrzegana jako bardzo atrakcyjna: niedaleko od domu, dobre warunki oraz płaca. Bardzo korzystnie prezentowała się też perspektywa stosunkowo szybkiego uzyskania uprawnień emerytalnych. Część badanych podkreślała swoje oczekiwanie na kolejny nabór do Straży Granicznej. To, jak często podkreślano potrzebę stabilności zatrudnienia, uświadamia bardzo dobitnie, jak poważnym problemem jest niestabilność ich sytuacji życiowej.
– To, co Pan mówi, jest uderzające, szczególnie w porównaniu z całą masą bardzo przecież w Polsce popularnych sloganów zwolenników liberalizmu gospodarczego. Wskazuje Pan i na znaczną wagę stałej pracy, i na fakt, że czasem jedynym cywilizowanym pracodawcą okazuje się instytucja publiczna.
– To temat na dłuższą dyskusję o wizji państwa i tego, co może skutecznie rozwiązać rynek. Niezależnie od czyichkolwiek sympatii politycznych i ideowych, myślę, że poza zatwardziałymi liberałami stosunkowo niewielu uczestników debaty publicznej będzie doszukiwało się w wolnym rynku regulatora, który sam z siebie zdoła rozwiązać całą masę problemów społecznych. Nawet w krajach o stosunkowo liberalnych regułach gospodarczych za szereg zadań odpowiadają instytucje, w tym powołane do tego instytucje państwowe. Nie ma w tym nic dziwnego i nie oznacza to, że tam panuje socjalizm.
– Pierwsze lata transformacji wspominam jako z jednej strony stopniowe odcinanie moich rodzinnych okolic od różnorakiej infrastruktury publicznej, z drugiej – bardzo agresywny medialny atak na popegeerowską wieś. Czy Pana zdaniem przeanalizowano już antywiejską propagandę medialną z pierwszej połowy lat 90.? Troszkę się boję, że to pytanie retoryczne, że najkrótsza Pana odpowiedź będzie brzmiała: nie…
– Właściwie mnie pan wyręczył. Jako zjawisko – taka była moja obserwacja – te popegeerowskie społeczności zaczęły funkcjonować jako swego rodzaju kozioł ofiarny, łącznie z tym, że potrafiłem w publikacjach szanowanych socjologów przeczytać, iż te społeczności w pewnym sensie ponoszą zasłużoną karę za „tłuste lata” dobrobytu w PRL-u, kiedy była bieda, a komunistyczny reżim dopieszczał PGR-y, dokarmiał je i utrzymywał w luksusowych warunkach. Dziś brzmi to dość dziwacznie, zwłaszcza gdy zderzyć ten sąd z tym, co wiemy na temat pegeerowskich realiów.
Ale w latach 90. XX wieku te społeczności były opisywane również i takim językiem, jakim dziś nie wypadałoby opisywać żadnej grupy społecznej…
– Dlaczego?
– Skoro dziś nie możemy opisywać w tak deprecjonujący sposób żadnej grupy społecznej, którą dotykają różnorakie deficyty, to podobnie nie dałoby się tak mówić o tych społecznościach popegeerowskich – ponieważ na etapie recenzji czy wniosku grantowego zostałoby to zauważone i skrytykowane. To widoczna zmiana na lepsze – wówczas jednak taka stygmatyzacja była możliwa. I to w tekstach o charakterze naukowym.
– To, co Pan mówi, trochę psuje mój wizerunek polskiej socjologii.
– Jest taka cecha nie tyle dyscypliny, ile co części środowiska, o której czasami się zapomina. Socjologowie, zwłaszcza ci, którzy nadawali ton powojennej socjologii polskiej, rekrutowali się ze środowisk inteligenckich. Inteligencję charakteryzował określony etos, ale miała ona też swoje ograniczenia. Jednym z nich była tradycyjna niechęć do wsi jako takiej, nie mówiąc już o wsi pegeerowskiej postrzeganej jako produkt opresyjnego reżimu politycznego. To jednak tylko część problemu. Istotniejsze wydaje mi się to, że zdarzali się autorzy, którzy w jakiś sposób potrafili postawić znak równości między ludźmi tworzącymi te społeczności a ustrojem, który animował projekt rolnictwa państwowego. Zatem gdy reżim upadł, uznali, że mieszkańcy PGR-ów ponoszą zasłużoną karę. To było zupełnie nieuprawnione uproszczenie, ponieważ ci ludzie, szczególnie ze starszego pokolenia, zostali dwukrotnie, jeżeli nie oszukani, to poddani ogromnej życiowej próbie charakteru.
– Dwukrotnie? Mówi Pan o powstaniu i upadku PGR-ów?
– Tak, przecież system państwowych gospodarstw rolnych nie powstał z woli tych ludzi: oni nie zakładali tych przedsiębiorstw – to był potężny wysiłek ówczesnego państwa, żeby ten ideologiczny projekt zrealizować. Te społeczności zostały utworzone sztucznie, ci ludzie zostali w nie wtłoczeni – przecież bardzo różne były losy osób, które tam trafiały. Wiele z nich znalazło się tam z braku alternatywy, pochodzili z biednych, wielodzietnych chłopskich rodzin i chcieli po prostu usamodzielnić się, a w PGR-ze można było znaleźć pracę i lepsze lub gorsze mieszkanie. Dalej, często to byli przesiedleńcy, ludzie, którzy dosłownie padli ofiarą wielkiej historii i geopolityki. Kilka dekad później, znów bez woli tych społeczności, bez jakichkolwiek pytań, nad ich głowami zostały podjęte decyzje, że państwo się z tego projektu wycofuje. A ich pozostawiono samym sobie.
Jest też niestety tak – to stała cecha ubóstwa – że gdy go doświadczamy, zaczynamy być osamotnieni. Rodziny doświadczające ubóstwa zamykały się w sobie, bo bieda była wstydliwa, głęboko intymna, narażała na szwank poczucie godności tych rodzin – a przecież historycznie był to już moment, gdy choćby za sprawą mediów te rodziny mogły zobaczyć, jak świetnie powodzi się innym, to już nie był ten świat, w którym da się żyć zupełnie na uboczu i nie wiedzieć, czy innym jest dobrze, czy źle. Oni wiedzieli, że innym jest lepiej i to pogłębiało przeróżne negatywne emocje.
– Mówiliśmy o tym, że na poziomie naukowym pewien negatywny sposób opisu społeczności popegeerowskich dziś nie mógłby mieć miejsca. Czy Pana zdaniem – o ile śledzi Pan te kwestie w bardziej publicystycznym wydaniu – zmieniło się również medialne widzenie tego tematu?
– Moim zdaniem ten temat właściwie nie istnieje w mediach. Nie był ważny w socjologii, a tym bardziej nie funkcjonuje w debacie publicznej. Oczywiście ktoś sobie czasami, dość rzadko, przypomni o tych terenach, o ludziach stamtąd, ale trwa to krótką chwilę i kwestia gaśnie. Powiem więcej: na terenach pozamiejskich żyje ponad 40% populacji Polski. I te 40% ludności potrafi nam umykać w debacie publicznej! A co dopiero mówić o niegdysiejszych PGR-ach, rozsianych po prowincjonalnej Polsce. W dodatku mieszkańcy tych społeczności nigdy nie mieli żadnej reprezentacji, nie byli w stanie powalczyć o swój los w zorganizowany sposób, tak jak robiły to np. branżowe związki zawodowe. To byli typowi ludzie bez głosu.
– To, że popegeerowska wieś głosowała lub podobno głosowała na postkomunistów, było jeszcze jednym elementem wzbudzającym wobec niej niechęć szeroko rozumianej prawicy: to są ci, którzy chcą powrotu do PRL, a my przecież budujemy kapitalizm i wiemy, że najwspanialszy jest wolny rynek. Chyba nikt wtedy nie opowiadał tej historii tak, jak Pan to robi dzisiaj w naszej rozmowie.
– Nawet jeśli popegeerowska wieś faktycznie głosowałaby na SLD, to byłoby to zrozumiałe. Ludzie, którzy doświadczyli bardzo niekorzystnej dla siebie zmiany, będą bardziej skłonni głosować na tych, którzy – nawet tylko w warstwie retorycznej – upominają się o nich, zgłaszają chęć poprawy ich losu. Trudno oczekiwać, żeby przedstawiciele popegeerowskich społeczności głosowali na autorów niekorzystnych dla siebie przemian: Unię Demokratyczną czy Kongres Liberalno-Demokratyczny.
– Zapytam o podmiot z przeciwległego krańca spektrum ideowopolitycznego. Jak Pan postrzega rolę Kościoła w tych społecznościach popegeerowskich?
– Kościół po pierwsze funkcjonował jako instytucja, w czasie gdy wiele innych znikało lub się przeobrażało. Po drugie, stanowił źródło wsparcia. I to w najbardziej dosłowny sposób. W szczególnie trudnych okresach jednym z podstawowych źródeł wsparcia były paczki żywnościowe dystrybuowane przez parafie. Była to pomoc z Caritasu, która okazała się wyjątkowo skuteczna w momentach, gdy niedostatek był najbardziej dojmujący.
Trudno byłoby jednak powiedzieć, że Kościół odgrywał kluczową rolę. I to nie dlatego, że robił za mało, ale dlatego, że jedną z podstawowych cech skutecznego radzenia sobie z ubóstwem jest, mówiąc niezręcznym językiem technokratów, dywersyfikacja. Jest to wniosek nie tylko z moich badań. Była ona konieczna, bo bardzo rzadko jedno źródło pomocy skutecznie chroni przed biedą. Stąd konieczność łączenia różnych form wsparcia z chwytaniem się każdego dostępnego zajęcia zarobkowego. Skuteczni w wychodzeniu z ubóstwa byli ci, którzy faktycznie potrafili połączyć te różne formy działania. Szczególnie w pierwszej dekadzie polskich przemian te społeczności same siebie musiały uratować. Moim zdaniem zrobiły to skutecznie.
– Nikt im nie bije brawa…
– …to jest niestety tak, że przemyślanych strategii pomocowych wówczas nie było. Owszem, mieszkańcy społeczności popegeerowskich po utracie pracy otrzymywali jakieś odprawy, mieli przez jakiś czas zasiłki, ale z wielu względów, które już poruszyliśmy (charakterystyka regionów, położenie gospodarstw, brak zaplecza finansowego tych rodzin), trudno im było błyskawicznie przestawić się na inną branżę czy zmienić miejsce zamieszkania.
– Choć trzeba też dodać, że za odprawy mieszkańcy PGR-owskich wsi kupowali anteny satelitarne i odtwarzacze video.
– Nikt nie odmówi ludziom prawa do tego, aby podejmować – z jakiejś perspektywy – nieracjonalne decyzje. Czy tego rodzaju konsumpcja była zachowaniem racjonalnym? Z pewnością odpowiadała na jakieś potrzeby tych ludzi, na jakieś deficyty. Trzeba też pamiętać, że była to zupełnie nowa rzeczywistość, której oni wszyscy się uczyli. Mieli prawo do błędów, za które sami przecież płacili. Podkreślam: udźwignęli swój los, przecząc większości stereotypów, jakie panowały na ich temat. Co więcej: przecząc socjologicznym diagnozom na temat ich świata. Proszę pamiętać, że dość powszechnie pisano, że młode pokolenia będą powielały losy starszych, że to będą kolejne pokolenia żyjące na zasiłku. Mało kto chce pamiętać, jak nietrafne były te generalizacje.
– Tym bardziej, że część tych ludzi z młodszych pokoleń jest dziś na emigracji zarobkowej i nierzadko jeszcze przesyła pieniądze do Polski.
– Pan mówi o młodszych, a ja lubię powoływać się na taki oto przykład: pierwsze pokolenie, które wyrosło w PGR-ach, które później straciło tam pracę i przestawiło się na tory regularnych wyjazdów za granicę, zarabiało nie tylko na bieżącą konsumpcję. Ci ludzie z pegeerów wyremontowali swoje domy, później płacili za edukację swoich dzieci na niepublicznych uczelniach w wielkim mieście, a jeszcze później zaczęli spłacać kredyt swoich dzieci na mieszkanie w tymże dużym mieście. To byli ludzie, którzy pracowali niegdyś w PGR-ze: bez wielkiego kapitału kulturowego, bez wielkomiejskiego doświadczenia zawodowego. I to właśnie im w III RP doprawiono gębę.
– Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 24 lutego 2017 roku
przez Jakub Bartak | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017
W ciągu ostatnich kilkunastu lat fenomen nierówności dochodowych wdarł się na salony badań ekonomicznych. Kwestie podziału dochodu badane są już nie tylko w katedrach ekonomii keynesowskiej i marksistowskiej, lecz także w ramach jej tzw. głównego nurtu. Świadectw rosnącej popularności tego tematu jest wiele: od publikowanego przez ONZ wskaźnika IHDI (Inequality Adjusted Human Development Index), który sygnalizuje spowodowane przez nierówności straty w rozwoju społecznym, przez szereg raportów Banku Światowego, aż po sukces wydawniczy książki Thomasa Piketty’ego „Kapitał w XXI wieku”.
Co wynika z tych intensywnych badań? Co już wiemy na temat nierówności, a co wciąż pozostaje w sferze domysłów i intuicji?
Nierówności coraz mniejsze czy coraz większe?
Zacznijmy od spraw podstawowych: czy potrafimy zmierzyć, porównać i ocenić poziom nierówności między krajami i na przestrzeni poszczególnych lat? Popularność zagadnienia nierówności dochodowych przyczyniła się do znacznej poprawy sytuacji – mamy coraz więcej danych, w coraz większym stopniu porównywalnych i coraz łatwiej dostępnych. Dostępne informacje są także pozyskiwane dla większej liczby wskaźników, zbierane konkurencyjnymi metodami, dotyczą innych – nie tylko dochodowych – wymiarów nierówności.
Nie oznacza to niestety, że uniknęliśmy wszystkich problemów związanych z pomiarem nierówności – do tego jeszcze daleka droga. Po pierwsze, większość danych jest oparta na badaniach ankietowych, w których nie uczestniczą zarówno najbogatsi, jak i najbiedniejsi. W przypadku tych ostatnich przyczyna jest prozaiczna – osoby najbiedniejsze są często bezdomne, nie mają adresu i dlatego nie są typowane do udziału w ankietach. Najbogatsi natomiast częściej niż inni odmawiają udziału w badaniu. Przyczyn niechęci do dzielenia się informacjami na temat swoich dochodów jest wiele, tu jednak ważne jest jedynie to, że zdaniem praktyków badań ankietowych gospodarstwo z najbogatszego 1% rzadko uczestniczy w badaniach1. Jeżeli zaś w takich badaniach nie biorą udziału gospodarstwa najbiedniejsze i najbogatsze, to oczywiście wskaźnik nierówności dochodowych jest niedoszacowany. A co ważniejsze – nie ukazuje przeobrażeń w podziale dochodu wynikających właśnie z przeobrażeń sytuacji najbiedniejszych i najbogatszych. To duży problem, bo zmiany w dystrybucji dochodu w praktyce dotyczą przede wszystkim tych skrajnych grup dochodowych.
Po drugie – wciąż nie mamy, i zapewne mieć nigdy nie będziemy, doskonałej miary nierówności. Jak pisał Anthony B. Atkinson2, jeden z największych autorytetów naukowych w dziedzinie podziału dochodów, nierówności nie mogą być zmierzone bez wprowadzenia społecznych osądów. Miary nierówności nie są czysto „statystyczne” i zawierają w sobie ukryte sądy o wadze przypisywanej nierównościom w różnych punktach skali dochodowej.
Mimo tych trudności można zarysować problem poziomu nierówności dochodowych i trendu ich obecności w poszczególnych państwach. Jak to zwykle bywa, w polskiej debacie publicznej pełno jest anegdotycznych przykładów nierówności zarówno malejących, jak i rosnących – w zależności od potrzeby rozważającego tezę. Oczywiste jest, że zmiany w podziale dochodu występowały w różnych krajach z różnym natężeniem i w różnym kierunku. Pełny obraz nierówności wskazuje jednak, że wewnątrzpaństwowe nierówności dochodowe przeciętnie rosną (być może stąd też popularność tego tematu wśród ekonomistów?). Wzrost ten jest na tyle znaczący, że zdaniem Jamesa K. Galbraitha3 można go pojmować jako globalne wydarzenie makroekonomiczne. Ogarniająca cały świat presja wzrostu nierówności wiąże się jego zdaniem z globalizacją liberalizacji, kryzysami zadłużeniowymi i upadkiem komunizmu na początku lat 90. Dość popularnym wyjaśnieniem światowych tendencji antyegalitarnych jest także szybki postęp technologiczny, wypychający z rynku pracy tych, którzy za nim nie nadążają, a zarazem ponadproporcjonalnie nagradzający tych, którzy załapali się na jego falę4.
Wykres nr 1 pokazuje opisany wyżej proces. Przedstawione są na nim przeciętne nierówności dochodowe wyrażone współczynnikiem Giniego dla okresu 1970–1990 oraz 1990–2010. Im wyższy współczynnik Giniego, tym wyższe nierówności dochodowe. Może on przyjmować wartości od 0 (oznaczające doskonałą równość) do 1 (sytuacja, w której jedna osoba otrzymuje cały dochód narodowy). Państwa, które znajdują się powyżej linii nachylonej pod kątem 45 stopni, doświadczyły w analizowanym okresie wzrostu nierówności dochodowych. Państwa, które znajdują się pod nią, w latach 1990–2010 charakteryzowały się niższymi nierównościami niż w latach 1970–1990. Na wykresie zaobserwować można następujące fakty:
- więcej obserwacji znajduje się ponad linią, a zatem w większości państw nierówności dochodowe wzrosły;
- wzrost nierówności w niektórych przypadkach był drastyczny – szczególnie w Rosji (RUS), Chinach (CHN) i Paragwaju (PRY). Pomimo tego poziom ten jest kategorią relatywnie stałą w czasie – wszystkie obserwacje układają się w rosnącą funkcję liniową. Innymi słowy – pozycja kraju w światowym rankingu egalitaryzmu jest silnie uzależniona od poziomu nierówności w poprzednim okresie;
- wzrost nierówności obserwowany był głównie tam, gdzie w latach 1970–1990 były one niewielkie. Ich spadek przede wszystkim występował w skrajnie nieegalitarnych gospodarkach (po prawej stronie wykresu);
- wśród państw, w których nierówności dochodowe się zwiększyły, jest także Polska. Mimo to na tle państw świata jawi się ona jako gospodarka egalitarna. Lepszym punktem odniesienia są kraje o zbliżonym poziomie rozwoju gospodarczego, np. państwa należące do OECD. Wśród tych 34 gospodarek Polska znajduje się w okolicach połowy stawki – na 19. miejscu (w 2010 roku).
Wykres 1. Przeciętne nierówności dochodowe w latach 1970–1990 oraz w latach 1990–2010 w krajach świata

Źródło: opracowanie własne na podstawie danych SWIID, http://fsolt.org/swiid/ (28.01.2016).
Bliższa analiza dostępnych danych wskazuje, że nierówności dochodowe od 1970 do 2010 roku spadały znacząco w krajach Afryki Subsaharyjskiej (przeciętny Gini dla tego regionu zmniejszył się z 0,5 do około 0,44) oraz na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej (zmiana z 0,43 na 0,34). Ich wzrost w największym stopniu obserwowaliśmy w państwach Europy Środkowo-Wschodniej i w Azji Centralnej, a także wśród państw wysoko rozwiniętych. W okresie 1990–2010 obserwowaliśmy dalsze wzrosty nierówności w 50% państw świata (w 39% – spadek, a w 11% brak wyraźnego trendu). Co istotniejsze, wzrost nierówności po 1990 roku zauważany był w państwach o dużej liczbie mieszkańców, których suma stanowi 70% badanej populacji. W krajach, w których podział dochodu był coraz bardziej egalitarny, zamieszkuje jedynie 25% światowej populacji5.
Co nie zaskakuje, w posocjalistycznych gospodarkach zwiększenie nierówności zbiega się w czasie z transformacją systemową. Dysproporcje dochodowe najszybciej rosły tam w okresie 1990–1995. Taki obraz dynamiki zmian nierówności pokrywa się ze zmianami, które obserwowaliśmy w Polsce, a więc z drastycznym wzrostem nierówności w latach 1990–1995 (wykres 2). Oprócz transformacji systemowej w Polsce poziom nierówności wynikał także w dużej mierze z cyklu koniunkturalnego i ze związanego z nim poziomu bezrobocia6. Od 2005 roku podział dochodu w naszym kraju zmienia się w niewielkim stopniu (możemy obserwować niewielki spadek, którego nie potwierdzają inne źródła danych).
Wykres 2. Nierówności dochodowe w Polsce w latach 1960–2013 w porównaniu do wybranych państw

Źródło: opracowanie własne na podstawie danych SWIID, http://fsolt.org/swiid/ (28.01.2016).
Na podstawie danych zaprezentowanych na wykresie nr 1 można odnotować ogromne różnice w poziomie nierówności dochodowych między poszczególnymi państwami. Skąd się one biorą? Odpowiedź na to pytanie jest zaskakująco prosta i stanowi jedno z ciekawszych odkryć ekonomicznych w zakresie nierówności dochodowych. Otóż w swojej nowatorskiej pracy Palma udowodnił7, że różnice w nierównościach dochodowych między państwami biorą się z różnego udziału najbogatszych 10% i najbiedniejszych 40% w dochodzie narodowym. We wszystkich państwach, dowodzi Palma, osoby zaliczające się do V–IX grupy decylowej (a więc równo 50% społeczeństwa) zawsze są w stanie zagwarantować sobie 50% dochodu narodowego. Niezależnie od tego, czy badamy państwa afrykańskie, czy wysoko rozwinięte państwa europejskie, kraje mniej czy bardziej wolnorynkowe, ze słabym bądź silnym państwem, z historią komunistyczną lub kapitalistyczną, z dużą czy małą polityką redystrybucyjną – zawsze około 50% dochodu przypada tej grupie społecznej. Istotne różnice w dystrybucji dochodu pomiędzy państwami występują natomiast w udziale w dochodzie najbiedniejszych i najbogatszych. To te grupy i ich relatywna pozycja w społeczeństwie determinują poziom nierówności dochodowych.
W praktyce zatem dystrybucja dochodu narodowego rozgrywa się pomiędzy najbogatszymi 10% a najbiedniejszymi 40%. To, w jakim stopniu osobom tym udaje się zapewnić sobie udział w dochodzie narodowym, decyduje o zmianach w nierównościach dochodowych. Jak pokazuje wykres 1, w większości państw to najbogatszy decyl w minionym dwudziestoleciu zapewniał sobie coraz to większy kawałek tortu.
Czy i jak bardzo powinniśmy się tym przejmować? Jakie konsekwencje niosą za sobą rosnące nierówności dochodowe? Jakie są mechanizmy wpływu dysproporcji dochodowych na rozwój społeczno-ekonomiczny? To kolejne pytania, na które intensywnie poszukuje się odpowiedzi i na które przynajmniej częściowo udało się ją ekonomistom znaleźć. Choć kontrowersje i spory w tym zakresie wciąż się utrzymują, w ostatnich latach, co może zaskakiwać, wśród ekonomistów wychodzących z odmiennych pozycji światopoglądowych nastąpiło zbliżenie stanowisk na temat konsekwencji nierówności dochodowych. Zbliżenie to polega na powszechnym uznaniu wysokich nierówności dochodowych za barierę długookresowego rozwoju społeczno-gospodarczego oraz potencjalnego czynnika kryzysogennego zaburzającego równowagę między podażą a popytem. Dominację takich poglądów obserwujemy od późnych lat 90., kiedy to powstały obowiązujące do dziś koncepcje teoretyczne. Trend ten został wzmocniony późniejszym o dekadę kryzysem finansowym, którego głębokie przyczyny sięgają nierówności dochodowych.
Nierówności a kapitał w XXI wieku
W jaki sposób nierówności dochodowe hamują rozwój społeczno-gospodarczy? Kanałów oddziaływania jest kilka. Pierwszy z nich, wzbudzający najmniejsze kontrowersje, to kanał kapitału ludzkiego. Otóż w warunkach wysokich nierówności dochodowych inwestycje w kapitał ludzki (a zatem we wszystkie przymioty ludzkie, które ułatwiają produktywną pracę: wiedzę, umiejętności, zdrowie itd.) są dostępne tylko dla niewielkiej, zamożnej części społeczeństwa. Teoretycznie niewielkie zasoby ubogich rodzin mogą być wspierane przez pożyczki, dzięki którym również te grupy społeczne mogłyby inwestować w kapitał ludzki. Zauważmy jednak, że w praktyce niesprawność rynku pożyczkowego wyklucza z niego ubogich – wysokie koszty monitorowania oraz trudności zabezpieczenia kredytu na inwestycje w kapitał ludzki (cóż mogłoby być zabezpieczeniem takiej pożyczki?) sprawiają, że ta ścieżka inwestycyjna pozostaje dla większości niedostępna.
W warunkach wysokich nierówności dochodowych mamy zatem do czynienia z następującą sytuacją: nieliczni bogaci są w stanie inwestować ogromne sumy w swój kapitał ludzki, a liczni ubodzy pozostają słabo wykwalifikowanymi pracownikami. Efekt końcowy jest dla gospodarki niekorzystny: wysokie inwestycje bogatych nie są w stanie rekompensować braku tych inwestycji wśród ubogich. Wynika to ze specyfiki kapitału ludzkiego i jest dość oczywiste – zastanówmy się, jak wiele wiedzy i umiejętności jest w stanie zdobyć przeciętnie utalentowana osoba? Ze względu na ludzkie ograniczenia poznawcze większość z nas nie jest w stanie być jednocześnie sprawnym programistą, lekarzem i przy okazji księgowym, niezależnie od tego, jak wielkie środki finansowe włożylibyśmy w edukację. Zatem, pomimo wysokich możliwości finansowych bogatych osób, zasób kapitału ludzkiego w gospodarce będzie mniejszy niż w przypadku gospodarki o zbliżonym poziomie rozwoju, ale bardziej egalitarnej i tym samym umożliwiającej większej liczbie osób inwestycje w kapitał ludzki.
Problem niewystarczających inwestycji w kapitał ludzki jest niewątpliwie niwelowany w przypadku publicznie dotowanej edukacji na wszystkich szczeblach kształcenia. Nie oznacza to jednak, że w państwach, które ją zapewniają, nie występują problemy opisane powyżej. Przykład Polski pokazuje, że pomimo dużej dostępności publicznej oferty edukacyjnej, wciąż istnieją istotne ograniczenia zasobowe dla inwestycji w kapitał ludzki wśród uboższej części społeczeństwa. Świadczą o tym m.in. edukacyjne nierówności horyzontalne, polegające na niskim udziale uczniów pochodzących z ubogich rodzin w prestiżowych ścieżkach edukacyjnych na uczelniach o wysokiej jakości kształcenia. Badania w Polsce pokazują, że jednym z czynników determinujących dostęp do dobrego wykształcenia jest sytuacja materialna gospodarstwa domowego, która uniemożliwia części uczniów osiągających wysokie wyniki na maturze podjęcie nauki w prestiżowych ośrodkach8.
Zauważmy, że powyższy problem jest mniej dotkliwy w przypadku inwestycji w kapitał fizyczny. W tym przypadku wysokie inwestycje bogatej części społeczeństwa mogą rekompensować brak tych inwestycji wśród ubogich. Otwarte pozostaje pytanie, czy rzeczywiście jest tak w praktyce. Warto ponownie sięgnąć do przytoczonej wcześniej teorii G. Palmy. Wskazuje on, że aby sensownie odpowiedzieć na pytanie o koszty nierówności dochodowych, trzeba spojrzeć nie tylko na udział najbogatszych w dochodzie narodowym, lecz także na to, co ci bogaci z tym dochodem robią. Przypomnijmy koncepcję sprawiedliwości dystrybutywnej J. Rawlsa, zgodnie z którą nierówności dochodowe są usprawiedliwione, o ile służą poprawie losu najbiedniejszych. W niektórych krajach ta legitymizacja nierówności ma znacznie mniejsze podstawy niż w innych. Otóż okazuje się, że najbogatsze 10% społeczeństwa w skrajnie różny sposób dysponuje swoimi dochodami. W krajach Ameryki Południowej, jak przekonuje Palma, najbogatsi preferują posiadanie i następnie zjadanie jak największej części narodowego tortu: jest całkiem oczywiste, że południowoamerykańskie kapitalistyczne elity i ich krewni posiadają unikalne preferencje dla wystawnej, pompatycznej konsumpcji i dla akumulacji ruchomego kapitału niż dla akumulacji kapitału fizycznego9. Świadczy o tym relacja prywatnych inwestycji do udziału X decyla w dochodzie narodowym. W krajach Ameryki Południowej inwestycje wynoszą około 35% dochodu narodowego, podczas gdy w krajach azjatyckich ok. 70%10.
Kolejnym mechanizmem wpływu nierówności dochodowych na rozwój społeczno-gospodarczy jest kanał kapitału społecznego. Zauważa się tutaj, że relacje między ludźmi – to, w jaki sposób się do siebie odnoszą, jak często wchodzą w interakcje, jak bardzo sobie nawzajem ufają – wpływają na produktywność. Tym samym relacje te można traktować jako specyficzną formę kapitału. Kolejne prace pokazują, że wysokie nierówności dochodowe nie są sprzyjającym środowiskiem dla rozwoju kapitału społecznego. Uslaner i Brown sugerują11, że ludzie ufają sobie częściej, gdy łączą ich więzy „wspólnego losu” – gdy podzielają zbliżone przeżycia, problemy i fascynacje. W warunkach wysokich nierówności biedni i bogaci przeżywają zupełnie odmienne życia, często oddzielając się od siebie barierami fizycznymi, zamieszkując odmienne, nieprzenikające się strefy. Do tego dochodzić może wzajemna nieufność spowodowana percepcją nierówności. Jeżeli jednostki relatywnie ubogie postrzegają podział dochodu jako niesprawiedliwy i wynikający z nieuczciwego zachowania bogatych, to w naturalny sposób z dużą dozą ostrożności podchodzą do wszelakich interakcji z zamożniejszą częścią społeczeństwa i do elit społecznych. Jeżeli natomiast nierówności są postrzegane jako niesprawiedliwe i wynikające z nieuczciwych działań polityków czy niesprawnych instytucji państwowych, to możemy się spodziewać ogólnego spadku zaufania do klasy politycznej i instytucji państwa. Brakowi zaufania towarzyszy często wycofanie się z aktywnego życia obywatelskiego i politycznego.
Nierówności jako przyczyna kryzysu finansowego
Do łask głównego nurtu badań ekonomicznych w ostatnich latach powróciła także kwestia równowagi między popytem a podażą, która jest determinowana nierównościami dochodowymi. Warto odnotować, że badania w tym obszarze są w istocie powrotem do prac ekonomicznych z połowy XX wieku, m.in. do koncepcji wybitnego polskiego ekonomisty Michała Kaleckiego.
Jak nierówności dochodowe mają się do równowagi między popytem a podażą? Badania ekonomiczne podpowiadają, że osoby biedne mają wyższą skłonność do konsumpcji niż osoby bogate – a zatem, że większość swojego bieżącego dochodu wydają na bieżącą konsumpcję. Jednostki bogate natomiast znacznie większą część dochodu oszczędzają. Moglibyśmy postrzegać ten fenomen jako coś pozytywnego, bo przecież oszczędności są niezbędne do podjęcia inwestycji. Jednak, zgodnie z argumentacją wysuniętą po raz pierwszy przez ekonomię keynesowską, zauważa się, że inwestycje, choć potencjalnie możliwe (ze względu na występujące oszczędności), nie będą podejmowane, jeżeli przedsiębiorcy nie znajdą chętnych na zakup towarów i usług wytworzonych wskutek samych tych inwestycji. W takich warunkach nie istnieją zatem zachęty do inwestowania w realną gospodarkę.
Z dużym prawdopodobieństwem natomiast będziemy obserwować odpływ oszczędności w kierunku rynków finansowych, które kuszą wysokimi stopami zwrotu. Rynki finansowe kuszą tym bardziej, że w warunkach rosnących nierówności dochodowych coraz więcej osób zgłasza zapotrzebowanie na usługi finansowe. Relatywnie ubożejąca klasa średnia oraz niższa, aby utrzymać swój poziom konsumpcji, zaciągają coraz więcej kredytów konsumpcyjnych i tym samym zachęcają bogatą część społeczeństwa do lokowania nadwyżek na rynkach finansowych. Zauważmy, że mechanizm ten pozwala na powrót do równowagi między popytem a podażą, ale jednocześnie zwiększa wrażliwość systemu finansowego i naraża go na kryzysy, takie jak ten z 2008 roku. Zatem to właśnie nierówności dochodowe traktowane są jako strukturalna przyczyna kryzysu finansowego, a następnie gospodarczego. Wszystkie pozostałe wyjaśnienia, łącznie z błędami państwa, z niewłaściwymi regulacjami rynku finansowego, z mechanizmami (nie)działania instrumentów pochodnych czy z chciwością i nieodpowiedzialnością banków, są wyjaśnieniami ważnymi, ale o charakterze technicznym, wskazującymi raczej na iskrę zapalną, na bezpośrednią przyczynę wybuchu kryzysu, a nie na fundamentalne mechanizmy powstawania napięć i nierównowagi w systemie gospodarczym. Taka percepcja kryzysu z 2008 roku jest wyraźnie artykułowana przez coraz większą liczbę ekonomistów12.
Nierówności a motywacja
Często pojawiającym się wątkiem w dyskusji o nierównościach jest ich potencjalnie pozytywna rola informacyjna i motywacyjna. Przy założeniu, że udaje się znacznie obniżyć nierówności dochodowe i tym samym zniwelować ich negatywne konsekwencje, warto rozważyć, czy nie będzie się to wiązało z kosztami innego rodzaju. Przyznać przecież należy, że różnice w dochodach obserwowane w różnych zawodach, na różnych stanowiskach, związane z odmiennym doświadczeniem, wiedzą, wysiłkiem, zdolnościami czy priorytetami życiowymi, stanowią istotną część obserwowanych nierówności (wciąż jednak tylko część!). Różnice te to bodźce do podnoszenia własnych kompetencji, do ponoszenia ryzyka inwestycyjnego, do wysiłku związanego z przebranżowieniem czy z kształceniem swoich dzieci. W tym sensie nierówności są motorem postępu, szczególnie gdy doświadczamy istotnych zmian technologicznych, które wymagają porzucania dotychczasowych zajęć i poszukiwania umiejętności i wiedzy w sektorach wykorzystujących nowoczesną technologię. Kwestia ta często wykorzystywana jest w rozlicznych publicznych przepychankach na temat nierówności i przedstawiana jako antyegalitarny argument kończący dyskusję.
W dyskusjach tych niestety pomija się często kilka bardziej złożonych problemów. Po pierwsze, aby bodźce do działania były skuteczne, ludzie muszą być wyposażeni w narzędzia do realizacji tych działań. Możemy zatem wyobrazić sobie sytuację, gdy wysokie nierówności rzeczywiście zachęcają do aktywności, ale ze względu na ograniczenia materialne, czasowe i inne działanie to jest niemożliwe. Końcowym efektem będzie prawdopodobnie wzrost frustracji, a nie aktywności. Po drugie, warto się bliżej przyjrzeć zależności między nierównościami a bodźcami do wszelakiej aktywności. W najprostszym ujęciu – im nierówności będą mniejsze, tym i bodźce będą słabsze. Można jednak przypuszczać, że zależność między nierównościami a bodźcami aktywizującymi wcale nie jest liniowa. Choć obszar ten wciąż pozostaje w sferze domysłów i intuicji, możemy zauważyć, że mało prawdopodobnym jest, aby szybko rosnące płace korporacyjnych prezesów rzeczywiście stanowiły bodźce do aktywności dla całej reszty społeczeństwa. Istnieją liczne przykłady mikroekonomiczne, z których wynika, że najlepszy motywacyjny system bonusów pracowniczych w przedsiębiorstwach wcale nie polega na zapewnieniu wysokiej wygranej najlepszemu pracownikowi, wtedy bowiem tylko najlepsi z najlepszych wysoko oceniają swoje szanse otrzymania nagrody i tylko oni podnoszą poziom zaangażowania. Znacznie lepsze efekty przynosi natomiast „podział na ligi”, świetnie znany ze świata sportu, w którym wszyscy uczestnicy widzą szansę zdobycia dodatkowej nagrody. Analogicznie, choć z pewną dozą ostrożności, wnioskować można o makroekonomicznych nierównościach – prawdopodobnie po przekroczeniu pewnego poziomu dalsze ich wzrosty wcale nie przysparzają dodatkowych bodźców do działania ze względu na niską percepcję szans osiągnięcia sukcesu. Jednocześnie wzrost ten wzmagać będzie opisane wcześniej negatywne konsekwencje nierówności dochodowych.
Dodatkowo należy wspomnieć, że w praktyce mechanizm motywujący nierówności działa z jeszcze innego powodu w mniejszym zakresie, niż byśmy chcieli. Badania empiryczne wskazują, że decyzje o przekwalifikowaniu podejmują przede wszystkim osoby młode, podczas gdy starsze pokolenia cechują się niską mobilnością nawet wtedy, gdy przebranżowienie jest jedyną ucieczką od bezrobocia13. Tym samym pozytywne znaczenie nierówności dochodowych dla rozwoju jest minimalizowane przez przyzwyczajenia, ograniczenia poznawcze, niechęć do zmian, a często także przez brak czasu i zasobów, które są zresztą uwarunkowane również tymi nierównościami. Podręcznikowy mechanizm działa zatem w mniejszym stopniu niż wynikałoby to z modelowej analizy człowieka racjonalnego.
Jakub Bartak
Przypisy:
- N. Shaxson, J. Christensen, N. Mathiason, Inequality: You don’t know the half of it, Tax Justice Network, 2012.
- A.B. Atkinson, The economics of inequality, Clarendon Press, Oxford 1983, s. 47.
- J.K. Galbraith, Global inequality and global macroeconomic, „Journal of Policy Modeling” 2007, t. 29, nr 4.
- M.E. Dabla-Norris i in., Causes and consequences of income inequality: a global perspective, International Monetary Fund, 2015.
- United Nations, Inequality matters, 2013, s. 30.
- M. Brzeziński, Nierówności w Polsce na tle krajów Unii Europejskiej, http://coin.wne.uw.edu.pl/mbrzezinski/research/MB_KEP_2013.pdf (1.04.2016).
- J.G. Palma, Homogeneous Middles vs. Heterogeneous Tails, and the End of the ‘Inverted-U’: It’s All About the Share of the Rich, „Development and Change” 2011, t. 42, nr 1.
- K. Czarnecki, Uwarunkowania nierówności horyzontalnych w dostępie do szkolnictwa wyższego w Polsce, „Nauka i Szkolnictwo Wyższe” 2015, nr 1 (45), s. 183.
- J.G. Palma, op. cit., s. 34.
- Ibidem, s. 33.
- E.M. Uslaner, M. Brown, Inequality, trust, and civic engagement, „American Politics Research” 2005, t. 33, nr 6.
- J.P. Fitoussi, F. Saraceno, Europe: how deep is a crisis? Policy responses and structural factors behind diverging performances, „Journal of Globalization and Development” 2010, t. 1, nr 1; R. Ranciere, M. Kumhof, Inequality, leverage and crises, International Monetary Fund, 2010; E. Stockhammer, Rising inequality as a cause of the present crisis, „Cambridge Journal of Economics” 2015, t. 39, nr 3.
- A.C. Gielen, J.C. van Ours, Age-Specific Cyclical Effects in Job Reallocation and Labor Mobility, Institute for the Study of Labor (IZA), 2005.
przez Tomasz S. Markiewka | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017
Podatki nie cieszą się w Polsce zbytnim poważaniem. W każdej kampanii wyborczej do Sejmu pojawia się jakaś partia zapewniająca, że je obniży. Z kolei propozycja ich podwyżki, nawet jeśli dotyczy tylko najbogatszej części społeczeństwa, jest traktowana jako zło konieczne i symptom nieciekawej sytuacji ekonomicznej państwa. Od razu spotyka się też z gwałtownym sprzeciwem. Atakujecie najbardziej zaradnych członków społeczeństwa! Szykujecie powrót do czasów komunizmu! Państwo rabuje obywateli! Tego typu oskarżenia słychać za każdym razem, gdy w sferze publicznej pada propozycja podwyżki opodatkowania.
W wyścigu na obniżanie progów podatkowych (czy raczej na obietnice, że taki ruch zostanie wykonany) przodują partie stylizujące się na nowoczesne i „zachodnie”. Kiedyś niską stawkę podatku liniowego proponowała PO (słynne 3×15), dziś w jej ślady idzie Nowoczesna (3×16). Jest to o tyle ciekawe, że podatek liniowy obowiązuje raczej na wschód od Polski (np. w Rosji, Estonii i na Białorusi), na Zachodzie standardem są zaś podatki progresywne – i to zazwyczaj wyższe niż obowiązujące dziś w naszym kraju. Za progresywnymi oraz wysokimi stawkami podatkowymi przemawia jednak coś więcej niż prosty argument „tak jest na Zachodzie”, choć warto go przypomnieć, gdy rzekomo prozachodnie partie proponują „wschodnie” rozwiązania. Wielu ekonomistów i badaczy społecznych wyjaśnia, że istnieją liczne przesłanki o charakterze etycznym, ekonomicznym i socjologicznym, pokazujące, dlaczego zamożne osoby powinny płacić zdecydowanie wyższe podatki.
Kto rano wstaje…
Bogaci ludzie lubią mówić, że wszystko, co osiągnęli, zawdzięczają sobie – pracowitości, talentowi czy odwadze. Jan Kulczyk, krytykując pomysł nałożenia na najzamożniejszą część społeczeństwa wysokich podatków, utyskiwał, że byłby to atak na tych, którzy wcześniej wstają, więcej się uczą, więcej ryzykują. Gerard Depardieu po wprowadzeniu we Francji 75-procentowej stawki podatkowej dla bogaczy oskarżył tamtejszy rząd o nakładanie kary za sukces, talent i kreatywność. Za tymi narzekaniami kryje się w gruncie rzeczy filozoficzne przekonanie, że wszystkie najważniejsze składniki decydujące o naszym powodzeniu lub porażce znajdują się w nas, w poszczególnych jednostkach. Dlatego ktoś, kto odniósł sukces, nie ma żadnego obowiązku dzielić się nim z innymi za pośrednictwem podatków. A przynajmniej nie w znaczącym stopniu. Z kolei ludzie, którym się nie powiodło, nie mają podstaw, aby oczekiwać wsparcia ze strony państwa. Muszą bowiem ponieść konsekwencje swoich błędnych decyzji.
Ten skrajnie indywidualistyczny światopogląd nie ogranicza się tylko do najbogatszych przedstawicieli społeczeństwa. Przedostał się do niemal każdego zakamarka naszego języka. Jednym z wielu świadectw jego sukcesu jest zawrotna popularność słowa „przedsiębiorczość”. Nie ma wolności bez przedsiębiorczości, nie ma wolności bez ludzi przedsiębiorczych, nie ma wolności bez zaradności i bez pracowitości – mówił na Gali Pracodawców RP ówczesny prezydent Bronisław Komorowski. Przedsiębiorczość jest traktowana jako jedna z największych cnót współczesnego obywatela i niemal zawsze rozumie się ją jako coś, co człowiek nosi w sobie. Przedsiębiorczość mamy we krwi – głosi mem Nowoczesnej. Do wspierania przedsiębiorczości oraz do nauki zarządzania swoim życiem nawołuje też ksiądz Jacek Stryczek, znany ze Szlachetnej Paczki oraz z krytyki „katomarksizmu”.
Entuzjaści przedsiębiorczości mogą nie być pewni, czy się ją po prostu ma (we krwi), czy też trzeba się wyuczyć (np. kupując poradniki księdza Stryczka), wiedzą za to, że znajduje się ona w poszczególnych jednostkach. I ci, którzy mają jej najwięcej, powinni być stawiani za wzór jako współczesne odpowiedniki przodowników pracy. Największym wrogiem ludzi przedsiębiorczych jest w takiej wizji zawsze państwo. Prezydent Komorowski we wspomnianym przemówieniu dowodził, że po 1989 roku Polacy musieli nauczyć się, że nie można liczyć na państwo, a każdy obywatel powinien zostać kowalem swojego losu. Ludzie przedsiębiorczy, czytaj: ludzie, którzy odnieśli sukces, tak właśnie zdaniem byłego prezydenta zrobili. Ci, którym się nie powiodło, muszą zaś porzucić roszczeniową postawę, wziąć przykład z wielkich tego świata i zacząć pracować na własny sukces. Komorowski przekonywał, że ludzie mają obowiązek myślenia o własnym bezpieczeństwie, o własnym wysiłku, o własnej pracy, o własnej odwadze brania własnego losu we własne ręce. To obsesyjne powtarzanie słowa „własny” nie jest przypadkowe. Jest ono naturalną konsekwencją poglądu, że państwo to zbiór zatomizowanych jednostek, a każda z nich ma obowiązek dbać przede wszystkim o siebie.
Wiele osób zajmujących się na co dzień ekonomią i naukami społecznymi ma jednak poważne wątpliwości, czy taka indywidualistyczna wizja człowieka jest słuszna. Ha-Joon Chang, znany koreański ekonomista, twierdzi na przykład, że przedsiębiorczość nie jest cechą poszczególnych ludzi, lecz społeczeństw. Nawet tak wyjątkowe jednostki, jak Edison i Gates zdobyły swoją pozycję tylko dlatego, że wspierał ich cały szereg instytucji zbiorowych – pisze w „23 rzeczach, których nie mówią ci o kapitalizmie”. Do tych instytucji zalicza m.in.: infrastrukturę naukową, przepisy prawa handlowego, system edukacji (dzięki któremu ludzie tacy jak Gates i Edison mogą korzystać z wiedzy i umiejętności swoich pracowników) oraz prawa patentowe. Przedsiębiorczość staje się w krajach bogatych, nawet na poziomie firm, przedsięwzięciem wysoce zbiorowym – podsumowuje swoje wywody na ten temat Chang. Innymi słowy, nie ma przedsiębiorczości bez zbiorowości, nie ma ludzi przedsiębiorczych bez państwa tworzącego instytucje pozwalające jej kwitnąć i bez społeczeństwa nauczonego ze sobą współpracować, a nie tylko rywalizować.
Wystarczy chwila zastanowienia, aby uznać, że koreański ekonomista mówi o rzeczach oczywistych. Być może są one aż nazbyt oczywiste, dlatego tak łatwo umykają, gdy rozmawiamy o zasługach ludzi bogatych. A nie powinny. Choćby dlatego, że nie każdy ma równy dostęp do wymienionych udogodnień. Dorobienie się miliardów dolarów na firmie komputerowej dla kogoś, kto urodził się i żyje na Łotwie, a nie w Stanach Zjednoczonych, jest o wiele trudniejsze, niezależnie od umiejętności i wysiłków tej osoby. Zbyt szybko zapominamy, że drogi, którymi ludzie przedsiębiorczy wożą swoje produkty, nie spadły z nieba, lecz zostały ufundowane z podatków; że pracownicy, bez których ludzie przedsiębiorczy nie mogliby się obejść, w większości zdobyli wykształcenie w publicznych placówkach; że łatwiej sprzedawać produkowane dobra w społeczeństwie, które może sobie pozwolić na ich zakup, niż w społeczeństwie ludzi żyjących z miesiąca na miesiąc, od jednej umowy śmieciowej do następnej. Nie trzeba zresztą dokonywać porównań między państwami na różnym poziomie rozwoju, aby dostrzec, jak duża część przedsiębiorczości i zamożności bierze się nie z wybitnych jednostek, lecz z okoliczności, w których się poruszamy. Zazwyczaj wystarczy rozejrzeć się wokół.
Wybierz sobie rodziców
Nierówności w dostępie do zasobów społecznych istnieją nie tylko między poszczególnymi krajami czy regionami świata, lecz także wewnątrz rozwiniętych społeczeństw zachodnich. Joseph Stiglitz, zdobywca ekonomicznego odpowiednika Nobla, lubi powtarzać z ironią, że dzieci w USA mają przed sobą tylko jeden istotny wybór: jakich rodziców chcą mieć. Autor „Globalizacji” zauważa, że jakość wykształcenia młodych obywateli zależy w dużej mierze od zasobności portfelów ich matek i ojców. W jednej ze swoich książek przytacza statystyki, według których tylko 9% studentów elitarnych amerykańskich uczelni pochodzi z najuboższej połowy populacji – natomiast aż 74% stanowią przedstawiciele najbogatszej ćwierci społeczeństwa. Wskazuje także na dane świadczące o tym, że młodzi ludzie z biedniejszych rodzin mają statystycznie mniejsze szanse na ukończenie studiów wyższych, nawet gdy na wstępnych etapach nauki osiągają lepsze wyniki niż ich bogaci rówieśnicy.
Ale czy wykształcenie jest takie ważne? – spyta ktoś. Czy mało mamy przykładów bezrobotnych po studiach? Mimo że takie przykłady rzeczywiście istnieją i są bardzo efektowne, to znowu, statystycznie rzecz biorąc, a więc skupiając się na całości społeczeństwa, a nie na wybranych osobach – nie oddają relacji między wykształceniem a sytuacją zawodową. Richard Wilkinson i Kate Pickett, autorzy głośnego „Ducha równości” (w Polsce niestety słabo znanego), podają następujące dane dla USA: osoby chodzące do szkoły średniej, lecz kończące ją bez dyplomu, zarabiały tygodniowo przeciętnie 419 dolarów, z dyplomem – 595, po uzyskaniu licencjatu w college’u – 1039, z co najmniej tytułem magistra – ponad 1200.
Puenta jest prosta. Im jesteś bogatszy (albo raczej: im bogatsi są twoi rodzice), tym większe masz szanse na uzyskanie lepszego wykształcenia. Im lepsze masz wykształcenie, tym większe prawdopodobieństwo, że będziesz dobrze zarabiał. Warto dodać, że analizy statystyczne przeprowadzone w Polsce przez Instytut Badań Edukacyjnych także wskazują na istnienie zależności między pochodzeniem rodzinnym danej osoby a tym, jak najprawdopodobniej będzie wyglądała jej ścieżka edukacyjna. W Polsce osiągane wykształcenie zależy w znacznym stopniu od wykształcenia rodziców – piszą autorzy raportu. – Gdy przynajmniej jedno z rodziców skończyło wyższą uczelnię, to szanse uzyskania wykształcenia wyższego wynoszą 73%. Szanse te maleją, gdy rodzice nie mają wykształcenia wyższego. Dane zebrane przez IBE pokazują też, że osoby lepiej wykształcone mają mniejszy problem ze znalezieniem pracy. Wniosek jest podobny jak w przypadku badań z USA: na osiągnięcia dzieci i młodzieży w szkole, a następnie w pracy, duży wpływ ma to, z jakich rodzin pochodzą. Wygląda na to, że Stiglitz ma rację. Wybór rodziców jest istotny – oczywiście mamy tu do czynienia z czymś na wzór błędnego koła, ponieważ ci rodzice sami mieli utrudnione albo ułatwione możliwości odniesienia sukcesu.
Chang, Stiglitz, Wilkinson i Pickett dowodzą jednego: nikt nie ma prawa powiedzieć o sobie, że osiągnął sukces oraz bogactwo wyłącznie własną pracą. Tak, duża część ludzi, którym się udało, musiała na to zapracować. Ale to tylko połowa historii. Druga jest taka, że powiodło im się, gdyż na ich rzecz działały określone warunki społeczne. I – w wielu przypadkach – szczęście. Wpływem tego ostatniego na sukces zajął się ostatnio Robert H. Frank, profesor ekonomii z Cornell University, w książce „Success and Luck: Good Fortune and the Myth of Meritocracy”. Zauważa on, że żyjemy obecnie w czasach, gdy mała różnica w jakości wykonanej pracy może przełożyć się na ogromne różnice w wynagrodzeniu. Stało się tak głównie dlatego, że osoby uznawane za największych fachowców w danej dziedzinie mogą obsługiwać szersze rynki niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Ich wpływy oraz pensje uległy zatem zwiększeniu ze szkodą dla ludzi ocenianych jako odrobinę gorsi.
Co decyduje o byciu postrzeganym jako „ten najlepszy” lub „ten gorszy”? Wiele rzeczy oczywiście, ale jedną z nich są zwykłe zbiegi okoliczności. Zdaniem Franka w sytuacji, gdy społeczeństwo jest dobrze wykształcone, różnice między osobami rywalizującymi o najwyższe nagrody są tak małe, że szczęście staje się nieodłącznym elementem ich sukcesów. Ktoś spotkał odpowiednią osobę, która pomogła mu popchnąć karierę do przodu (Frank pisze, że tak właśnie zdarzyło się w jego przypadku). Ktoś inny miał wyjątkowo dobry dzień w czasie rozmowy o pracę i wyprzedził kontrkandydatkę mającą minimalnie gorszy dzień. Jeszcze inny trafił na dobry humor swojego szefa. Te „małe” zdarzenia przekładają się następnie na ogromne różnice w wynagrodzeniach między tymi, którzy mieli szczęście, a tymi, którym go zabrakło.
Frank opisuje symulację rywalizacji rynkowej ze 100 tysiącami uczestników, w której zwycięstwo w 98% zależy od talentu i włożonego wysiłku, a w 2% od szczęścia. W każdej z tych kategorii przyznawano jednostkom biorącym udział w zmaganiach losowy wynik na skali od 0 do 100. Następnie zaś sprawdzano, kto zwycięży. Okazało się, że wśród wygranych średni wynik szczęścia wynosił aż 90,23. Dodatkowo 78,1% zwycięzców nie posiadało najwyższego wyniku w kategorii talent i wysiłki. Innymi słowy, szczęście odgrywało ważną rolę w determinowaniu ostatecznych rezultatów – pomimo tego, że odpowiadało za nie tylko w 2%. Dlaczego? Dwa czynniki wpływają na taki stan rzeczy – tłumaczy Frank. Po pierwsze, ze względu na to, że szczęście z samej istoty jest czymś przypadkowym, najbardziej uzdolnione osoby mają taką samą szansę na posiadanie go jak pozostali. Po drugie, przy dużej liczbie uczestników rywalizacji wielu z nich będzie znajdowało się blisko najwyższego poziomu umiejętności, a dodatkowo kilku uzyska wysoki wynik w kategorii „szczęście”. W takiej sytuacji prawie zawsze znajdzie się ktoś, kto jest niemal tak samo uzdolniony jak najlepsza z rywalizujących osób, ale ma znacznie więcej szczęścia. Tak więc nawet kiedy szczęście odpowiada tylko w minimalnym stopniu za sukces, zwycięzca rywalizacji, w której bierze udział duża liczba uczestników, rzadko będzie najzdolniejszy, za to często znajdzie się w grupie największych szczęściarzy.
Okazuje się zatem, że nawet jeśli pominiemy takie kwestie jak nierówny dostęp do edukacji czy innych zasobów społecznych, to najwięksi wygrani rynkowych zmagań i tak powinni z ostrożnością wysuwać twierdzenia, że wszystko zawdzięczają sobie i swojej ciężkiej pracy. Gdy zaś uwzględnimy wszystkie wspomniane czynniki zewnętrze wpływające na nasz sukces, staje się jasne, że ci, którym powiodło się najbardziej, powinni czuć się w moralnym obowiązku, aby dzielić się swoim majątkiem z resztą społeczeństwa. A już na pewno taki obowiązek powinien być prawną częścią struktury nowoczesnego państwa.
Podatki dobre dla gospodarki i dla społeczeństwa
Względy etyczne i zwykłe poczucie sprawiedliwości to niejedyne argumenty na rzecz wyższych stawek podatkowych dla najbogatszych. Istnieją także powody społeczno-ekonomiczne. Mówiąc najprościej, większe podatki mogą oznaczać zarówno wydajniejszą gospodarkę, jak i szczęśliwsze, lepiej funkcjonujące społeczeństwo.
Wspomniany Frank napisał wraz z Philipem Cookiem w połowie lat 90. książkę pt. „Społeczeństwo, w którym zwycięzca bierze wszystko”. Jej teza była prosta: obserwujemy znaczące rozpowszechnienie się rynków dla zwycięzców, to znaczy rynków, na których rywalizuje bardzo wiele osób, choć tylko niewielka ich część może się uważać za prawdziwych wygranych. Ta garstka zarabia zazwyczaj bajońskie sumy. Obrazowym przykładem tego zjawiska jest zawód aktorski w USA. Mała grupa największych gwiazd zarabia krocie, ale cała masa osób próbujących szczęścia w tej profesji nie jest w stanie się nawet z niej utrzymać. Dlatego próbują dorabiać na utrzymanie w branżach takich jak gastronomia i taksówkarstwo.
Zdaniem Franka i Cooka mechanizm „zwycięzca bierze wszystko” przeniósł się na inne, „zwyczajniejsze” prace: od handlu, przez stomatologię, po prawo. I stanowi nie lada problem dla gospodarki. Z dwóch powodów. Po pierwsze, ogromne zarobki, jakimi cieszą się wygrani, przyciągają na rynki dla zwycięzców rzesze uzdolnionych i dobrze wykształconych ludzi. A to źle, ponieważ potencjał większość z nich się zmarnuje. Niezależnie od tego, jak wielu wybitnych specjalistów będzie brało udział w zmaganiach, wygra tylko kilku, czasem dzięki zwykłemu łutowi szczęścia. Po drugie, rywalizacja na tych rynkach prowadzi do marnotrawnego „wyścigu zbrojeń”. Ludzie robią wszystko, aby zwyciężyć, bo stawka jest wysoka, ale z perspektywy gospodarki i społeczeństwa jako całości ich inwestycje bywają średnio korzystne. Kłopot polega na tym, że podczas gdy ze społecznego punktu widzenia chcemy, aby inwestycje były prowadzone na podstawie ich wpływu na wartość ostatecznego produktu, z perspektywy pojedynczego uczestnika liczy się przede wszystkim to, jak zwiększają jego szanse na zwycięstwo – piszą autorzy książki.
Gdzie leży rozwiązanie tych problemów? Raczej nie w mechanizmach wolnorynkowych. Nie możemy oczekiwać, że niewidzialna ręka zaradzi ekonomicznym i społecznym dolegliwościom wywoływanym przez rynki dla zwycięzców – piszą Frank i Cook. – Przeciwnie, jako że siły prowadzące do powstania tych rynków są coraz większe, najprawdopodobniejszym scenariuszem jest to, że nasze problemy staną się jeszcze gorsze, jeśli je zaniedbamy. Zresztą, jak wynika z innych fragmentów „Społeczeństwa, w którym zwycięzca bierze wszystko”, to właśnie wolny rynek, w połączeniu z rozwojem technicznym i postępującą globalizacją, wytworzył rynki dla zwycięzców z ich wszystkimi negatywnymi konsekwencjami.
Gdzie należy zatem szukać ratunku? Autorzy omawianej książki wskazują dwa rozwiązania. Pomocne są odgórne regulacje rządowe w niektórych sferach życia gospodarczego. Na przykład wprowadzenie ustawowych dni wolnych od pracy sprawia, że nie zarzynamy się od rana do wieczora siedem dni w tygodniu w celu prześcignięcia innych uczestników rywalizacji. A nadmierna liczba godzin spędzanych w pracy jest problemem zarówno w USA, jak i w Polsce. Dane z 2015 roku wskazują, że spośród krajów Unii Europejskiej należących do OECD wyprzedzają nas pod tym względem tylko… Grecy. Jednak podstawowym sposobem na rozwiązanie problemów generowanych przez rynki dla zwycięzców są zdaniem Franka i Cooka wysokie, progresywne podatki. Jak twierdzą, najlepiej byłoby w ten sposób opodatkować konsumpcję, ale przyznają, że także wprowadzenie dużej progresji w podatkach dochodowych byłoby korzystne. Tak czy inaczej pozytywny efekt tych zmian miałby polegać na tym, że po prostu zmniejszyłyby one atrakcyjność najwyższych wynagrodzeń, a tym samym zredukowały zarówno problem przepełnienia rynków dla zwycięzców, jak i wyścigu zbrojeń. W konsekwencji gospodarka funkcjonowałaby lepiej. To jest właśnie główne przesłanie książki Franka i Cooka. Podwyższając podatki, nie tylko podejmujemy decyzję słuszną z etycznego punktu widzenia, ale także poprawiamy ekonomiczny stan naszych społeczeństw. Autorzy twierdzą, że znany argument „albo mamy wydajną gospodarkę, albo dbamy o zmniejszanie nierówności – nie da się mieć jednego i drugiego”, jest wydumany w świetle obowiązującej wiedzy na temat funkcjonowania mechanizmów wolnorynkowych w krajach rozwiniętych.
Podobnie myśli Stiglitz. W swoich ostatnich publikacjach często podkreśla, że problemy amerykańskiej, a w konsekwencji światowej gospodarki polegają na tym, że zbyt duża ilość pieniędzy idzie do kieszeni najbogatszych. Klasa średnia i niższa mają to do siebie, że większość dochodów wydają na podstawowe, namacalne dobra, jak jedzenie, mieszkania, meble i tym podobne, napędzając tym samym popyt. Z kolei bogacze dużą część pieniędzy trzymają na kontach. Dlatego gdy w wyniku obniżenia podatków większa część korzyści z wzrostu PKB jest kierowana w ich stronę, zostają zakłócone prawa popytu i podaży, do których tak lubią odwoływać się wolnorynkowi ekonomiści. Transferowanie pieniędzy od najuboższych do najbogatszych osłabia konsumpcję – pisze Stiglitz – ponieważ jednostki o wyższych dochodach przeznaczają na nią mniejszą część swoich dochodów niż jednostki o niższym dochodzie (bogaci oszczędzają od 15 do 25 procent swojego dochodu, podczas gdy ubodzy wydają cały).
Oczywiście powstaje pytanie, czy pomysł napędzania gospodarki poprzez zwiększanie konsumpcji jest dobrym rozwiązaniem w dobie globalnego ocieplenia oraz różnorakich problemów ekologicznych. Z pewnością potrzebna jest nam także refleksja nad tym, jak ta konsumpcja ma wyglądać. Zresztą Stiglitz ma tego pełną świadomość. Rzecz po prostu w tym, że amerykański ekonomista pokazuje, iż niskie podatki dla najbogatszych nie muszą automatycznie przekładać się na poprawę sytuacji ekonomicznej danego kraju, a wręcz przeciwnie. Tym samym podważa słynną teorię skapywania, która sprowadza się do zasady „stwórzcie bogatym cieplarniane warunki, a oni dzięki temu, że będą mieli szansę wzbogacić się jeszcze bardziej, rozruszają całą gospodarkę i pomogą reszcie społeczeństwa”. Jak mówi Stiglitz, z tej teorii sprawdziła się tylko jedna rzecz: bogaci rzeczywiście stali się jeszcze bogatsi w wyniku neoliberalnych reform, które polegały m.in. na obniżaniu podatków dla najzamożniejszych obywateli. Cała reszta opowieści o powszechnym bogaceniu się nie znajduje zaś potwierdzania w dostępnych danych.
O ogólnych korzyściach płynących dla społeczeństwa z polityki na rzecz równości piszą także Wilkinson i Pickett. Po przeanalizowaniu setek danych z publikacji ONZ zauważyli, że choć do pewnego poziomu dobrostan społeczeństwa (zdrowie, poczucie szczęścia, zaufanie) zależy od rozwoju gospodarczego, to w przypadku krajów zamożnych liczy się już nie to, który z nich ma większe PKB, lecz panujący w danym państwie stopień nierówności. Im mniejszy, tym lepiej. Dla wszystkich, nie tylko dla najuboższych. Z badań niewątpliwie wynika – zauważają Pickett i Wilkinson w „Duchu równości” – że każda dodatkowa doza równości przynosi istotne korzyści nawet ludziom z najwyższych kategorii zawodowych oraz najzamożniejszej czy najlepiej wykształconej jednej trzeciej populacji. Dzieje się tak m.in. dlatego, że życie w społeczeństwie o niewielkich nierównościach wiąże się z mniejszym stresem – nawet jeśli komuś powinie się noga, nie musi się obawiać trwałego bezrobocia czy biedy. Istnieją także mniejsze napięcia klasowe, a więcej ludzi ma możliwość świadomego i aktywnego uczestnictwa w życiu publicznym. Wszystko to składa się na co prawda wciąż niedoskonałe, ale z pewnością lepsze społeczeństwo w porównaniu z tymi, w których istnieje ogromna przepaść majątkowa między ludźmi. Dlatego państwa z rozbudowaną pomocą socjalną i wysokimi, progresywnymi podatkami, jak np. Dania i Szwecja, przewodzą na liście krajów, w których żyje się najlepiej.
Argument Wilkinsona i Pickett, że nie sam wzrost PKB jest ważny, ale to, jak w danym społeczeństwie są dzielone płynące z niego zyski, powinien dawać do myślenia szczególnie dziś. Wspominanie wcześniej problemy z globalnym ociepleniem sprawiają, że szukanie „dobrobytu bez wzrostu” – by odwołać się do tytułu książki Tima Jacksona recenzowanej w jednym z poprzednich numerów „Nowego Obywatela” – wydaje się pilnym zadaniem. Szczególnie jeśli ten wzrost sprzyja głównie bogatym (patrz: Stiglitz), a sposób, w jaki jest obecnie osiągany, wiąże się z marnotrawstwem środków oraz energii (patrz: Frank i Cook).
Poza neoliberalne mantry
Dyskusja o podatkach zbyt często sprowadza się do powtarzania wyuczonych formułek. Obniżmy podatki i uwolnijmy energię ludzi. Nie karzmy za sukces. Dajmy bogatym spokój. Ewentualnie: jeśli będziemy ich denerwować, to uciekną z kraju. Tak naprawdę jednak nie ma ani etycznych, ani społecznych, ani nawet ekonomicznych dowodów na to, że dobre podatki to niskie podatki. Wręcz przeciwnie. Jeśli chcemy porządnego państwa, porządnego społeczeństwa, porządnej polityki, to nie możemy pozwolić sobie na to, aby grupa i tak mających się już całkiem nieźle osób znajdowała się pod specjalną ochroną neoliberalnych przesądów oraz ogólnego poczucia ich wyjątkowości, a także bezkarności.
Spoglądanie na liczbę zmiennych, które trzeba wziąć pod uwagę przy projektowaniu sensownego systemu podatkowego, może onieśmielać. Nie powinniśmy jednak zapominać, że choć opracowanie szczegółów stanowi zadanie dla specjalistów, to sam wybór ogólnego kształtu tego systemu jest sprawą polityczną. Nie tylko w takim sensie, że odpowiadają za niego partie polityczne. Chodzi o bardziej podstawowe rozumienie polityki – rozumienie, o które upominał się m.in. Tony Judt, brytyjski historyk, w swojej głośnej książce „Źle ma się kraj” i o którym często zapominamy. Polityka w państwie demokratycznym to przestrzeń pozwalająca obywatelkom i obywatelom zdecydować, w jakiego rodzaju społeczeństwie chcą żyć – jakie idee mają stać u jego podstaw. Na końcu łańcuszka bardziej lub mniej skomplikowanych danych, liczb i wykresów dotyczących podatków nie stoją niewzruszone prawa natury, lecz ludzkie decyzje o tym, czy lepsze jest społeczeństwo, w którym garstka zwycięzców bierze niemal wszystko, czy może takie, które nikogo nie zostawia na lodzie i nie skazuje na porażkę już na starcie. Obecnie duża część z nas przegrywa. Nie chodzi tylko o klasę niższą. Nawet przedstawiciele klasy średniej, którym jako tako się powodzi, osiągają względny dobrobyt za wysoką cenę nieustannego przepracowania, stresu i poczucia braku stabilności. Czy to jest społeczeństwo naszych marzeń?
Nie istnieje uniwersalna i optymalna stawka podatkowa dla najbogatszych. Także rodzaj podatków – dochodowe, konsumpcyjne, majątkowe, od luksusu – jest kwestią do namysłu i do negocjacji. Trudno o rozwiązania sprawdzające się zawsze i wszędzie. W tej kwestii warto wsłuchiwać się w głosy ekonomistów, szczególnie tych, dla których punktem dojścia nie jest zwiększenie tego czy innego wskaźnika gospodarczego, lecz poprawa sytuacji ludzi (co nam po wzroście PKB, jeśli dla większości osób jego najbardziej namacalnym efektem jest niszczenie środowiska?). Pierwszy krok musi być jednak krokiem politycznym. Aby go wykonać, trzeba przebić się przez jeden z największych mitów neoliberalnego społeczeństwa – że próba wysokiego opodatkowania najzamożniejszych osób nie ma sensu. Ma. Dla dobra nas wszystkich.
Tomasz Markiewka
Bibliografia:
- Chang H.-J., 23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie, tłum. B. Szelewa, Warszawa 2013.
- Frank R., Cook P., The Winner-Take-All Society: Why the Few at the Top Get So Much More Than the Rest of us, New York 1995.
- Frank R., Success and Luck. Good Fortune and the Myth of Meritocracy, Princeton 2016.
- Jackson T., Dobrobyt bez wzrostu, tłum. M. Polakowski, Toruń 2015.
- Judt T., Źle ma się kraj. Rozmowa o naszych współczesnych bolączkach, tłum. P. Lipszyc, Wołowiec 2011.
- Raport o stanie Edukacji 2010, red. M. Federowicz, M. Sitek, Warszawa 2011.
- Stiglitz J., Cena nierówności. W jaki sposób dzisiejsze podziały zagrażają naszej przyszłości?, tłum. R. Mitoraj, Warszawa 2015.
- Stiglitz J., The Great Divide. Unequal Societies and What We Can Do About Them, New York 2015.
- Wilkinson R., Pickett K., Duch równości. Tam, gdzie panuje równość, wszystkim żyje się lepiej, tłum. P. Listwan, Warszawa 2011.
przez Nancy Fraser | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017
Wybór Donalda Trumpa na prezydenta USA to jeden z elementów serii dramatycznych wydarzeń politycznych, które potraktowane zbiorczo świadczą o załamaniu się neoliberalnej hegemonii.
W grupie tych aktów nieposłuszeństwa znajdują się: Wielka Brytania głosująca za Brexitem, odrzucenie reformy Renziego przez Włochów1, kampania Berniego Sandersa, który walczył o nominację Partii Demokratycznej w wyborach prezydenckich, czy wzrost poparcia dla Frontu Narodowego we Francji. Chociaż różnią się one pod względem ideologii i optyki, te wyborcze akty buntu mają wspólny cel: wszystkie oznaczają odrzucenie korporacyjnej globalizacji, neoliberalizmu i establishmentu politycznego, który je promował. W każdej z tych sytuacji wyborcy mówią „nie!” śmiercionośnej kombinacji kryzysu gospodarczego, wolnego handlu, grabieżczych kredytów i niestabilnej, kiepsko płatnej pracy – a to właśnie takie połączenie charakteryzuje dzisiejszy kapitalizm oparty na finansjeryzacji. Ich głosy są odpowiedzią na strukturalny kryzys takiej formy kapitalizmu, co po raz pierwszy ukazało się w pełnej krasie w 2008 roku, gdy światowy porządek finansowy był bliski załamania.
Do niedawna główną odpowiedzią na kryzys były protesty społeczne – niewątpliwie żywe i dramatyczne, ale w dużej mierze krótkotrwałe i efemeryczne. Z drugiej strony, systemy polityczne wydawały się na to dość odporne, ponieważ nadal były kontrolowane przez działaczy partyjnych i elity, przynajmniej w dzierżących władzę państwach kapitalistycznych, takich jak Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Niemcy. Obecnie jednak wyborcze fale uderzeniowe rozchodzą się po całym świecie i są odczuwalne także w cytadelach globalnej finansjery. Ci, którzy głosowali na Trumpa, tak samo jak głosujący za Brexitem oraz przeciwko włoskim reformom, powstali przeciwko swoim politycznym elitom. Zagrali na nosie establishmentowi partyjnemu, odtrącili system, który podkopywał ich warunki życia przez ostatnie trzydzieści lat. To, że tak postąpili, nie jest niespodzianką – zaskakuje raczej fakt, że zajęło im to tak wiele czasu.
Tak czy inaczej, zwycięstwo Trumpa nie jest jedynie rewoltą przeciwko globalnemu kapitalizmowi. Jego wyborcy odrzucili nie po prostu neoliberalizm, lecz neoliberalizm postępowy, progresywny. Dla niektórych może to brzmieć jak oksymoron, ale to prawdziwy, choć perwersyjny, sojusz, którego uchwycenie jest kluczem do zrozumienia wyniku wyborów w USA, a być może także zmian zachodzących w innych częściach świata.
W swojej amerykańskiej formie postępowy neoliberalizm jest połączeniem głównych prądów obowiązujących w nowych ruchach społecznych (feminizmu, antyrasizmu, wielokulturowości, praw osób LGBTQ) z „odwiecznymi”, opartymi na usługach sektorami biznesu z najwyższej półki (Wall Street, Silicon Valley, Hollywood). W tym związku siły postępu zostały skutecznie połączone z siłami kognitywnego kapitalizmu2, szczególnie na polu finansjeryzacji. Chociaż wydarzyło się to bezwiednie, pierwsza z tych formuł użyczyła drugiej swojej charyzmy. Wizje upozowane na idealne i nowoczesne „lubią” różnorodność i popierają wzmocnienie pozycji pewnych grup. W zasadzie mogłoby to służyć różnym celom, jednak obecnie ozdabiają one ohydną twarz polityki, która zniszczyła przemysł i konstrukt dawniej określany mianem „życia klasy średniej”.
Postępowy neoliberalizm rozwijał się w Stanach Zjednoczonych w ciągu ostatnich trzech dziesięcioleci, a usankcjonował go wybór Billa Clintona na prezydenta w 1992 roku. Clinton był głównym twórcą i inżynierem ideologii „Nowych Demokratów”, a Tony Blair stanowił jego odpowiednik w „nowej” Partii Pracy. W miejsce społeczeństwa powstałego na fali Nowego Ładu, w którym miejska klasa średnia i społeczność afroamerykańska przenikały się ze zbiorowością uzwiązkowionych robotników przemysłowych, wykuł on nowy sojusz – przedsiębiorców, mieszkańców bogatych przedmieść, nowych ruchów społecznych i osób młodych. Wszystkie z tych grup głosiły postępowe, nowoczesne poglądy i uwzględniały w nich różnorodność, wielokulturowość i prawa kobiet.
Chociaż prezentowano i popierano tak postępowe idee, to jednocześnie administracja Clintona zalecała się do Wall Street. Po przekazaniu gospodarki w ręce Goldman Sachs zderegulowała system bankowości i wynegocjowała szereg umów o wolnym handlu, które przyspieszyły deindustrializację. Po drodze porzucono stary przemysłowy region zwany Pasem Rdzy (Rust Belt), gdyż nie wytrzymał tempa – kiedyś stanowił twierdzę Nowego Ładu, dziś dostarcza wyborców Donaldowi Trumpowi. Okolica ta, wraz z nowszymi centrami przemysłu na Południu, otrzymała mocny cios, podczas gdy w ciągu ostatnich dwudziestu lat galopująca finansjeryzacja odsłaniała swoje oblicze. Polityka Clintona, kontynuowana przez jego następców, łącznie z Barackiem Obamą, pogorszyła warunki życia całej klasy robotniczej, ale szczególnie tej jej części, która była zatrudniona w produkcji przemysłowej. W skrócie – clintonizm jest w dużej mierze odpowiedzialny za osłabienie związków zawodowych, spadek płacy realnej, rosnącą prekaryzację pracy oraz zastąpienie odchodzącej w przeszłość family wage3 przez nowy model rodziny, w którym na jej utrzymanie muszą zarabiać dwie osoby.
Jak sugeruje ostatni punkt, atak na bezpieczeństwo socjalne został tu pokryty cienką warstewką forniru emancypacyjnej charyzmy pożyczonej od nowych ruchów społecznych. Mijały lata i przemysł coraz bardziej kulał, a kraj wrzał od wszechobecnych sformułowań w rodzaju „różnorodność”, „pozytywne wzmocnienie” i „brak dyskryminacji”. Terminy te, identyfikujące postęp raczej z merytokracją niż z równością, sprowadziły „emancypację” do rozwoju wąskiej elity „uzdolnionych” kobiet, mniejszości i gejów – pnących się po drabinie hierarchii korporacyjnej i uczestniczących w grze, w której zwycięzca bierze wszystko, zamiast obalać przyczyny własnej opresji. To liberalno-indywidualistyczne rozumienie „postępu” stopniowo zastąpiło bardziej kosztowne, niehierarchiczne, równościowe, wrażliwe na tożsamość klasową, antykapitalistyczne rozumienie emancypacji, jakie rozkwitło w latach 60. i 70. Gdy zanikła Nowa Lewica, jej strukturalna krytyka społeczeństwa kapitalistycznego zbladła, a charakterystyczny dla USA liberalno-indywidualistyczny zestaw przekonań utwierdził się w swej sile i niepostrzeżenie doprowadził do kurczenia się aspiracji „postępowców” i samozwańczych lewicowców. Zbieg okoliczności, jakim był fakt, że podczas tej ewolucji sposobu myślenia nastąpił rozkwit neoliberalizmu, przypieczętował tę umowę. Partie nastawione na liberalizację gospodarki kapitalistycznej znalazły świetnego partnera w merytokratycznym, korporacyjnym feminizmie, skoncentrowanym na leaning in4 oraz „przebijaniu szklanego sufitu”.
Skutkiem tego aliansu był „postępowy neoliberalizm”, który połączył popłuczyny po ideach emancypacyjnych ze śmiercionośną finansjeryzacją gospodarki. To właśnie tę mieszankę wyborcy Trumpa odrzucili w całości. W grupie tych, którzy zostali pozostawieni własnemu losowi, wyróżniali się oczywiście robotnicy przemysłowi, ale także menedżerowie i biznesmeni niskiego szczebla oraz wszyscy, którzy żyli z przemysłu w Pasie Rdzy i na Południu, łącznie z wiejskimi populacjami zniszczonymi przez narkotyki i bezrobocie. Tym społecznościom zadano dwie rany, łącząc krzywdę deindustrializacji ze zniewagą nowoczesnego moralizmu, który rutynowo obsadził ich w roli zacofanych obyczajowo. Odrzucając globalizację, wyborcy Trumpa odtrącili jednocześnie utożsamiany z nią liberalny kosmopolityzm. Dla niektórych z nich – choć oczywiście nie dla wszystkich – był to pierwszy krok na drodze obwiniania za swoje pogarszające się warunki życia poprawności politycznej, ludzi o kolorze skóry innym niż biały, imigrantów i muzułmanów. W ich oczach feministki i Wall Street to jedna szajka, a doskonale uosabia ją Hillary Clinton.
Brak jakiejkolwiek prawdziwej lewicy sprawił, że taka zbitka stała się w ogóle możliwa. Oprócz czasowych, krótkotrwałych wybuchów nieposłuszeństwa, takich jak np. Occupy Wall Street, w Stanach Zjednoczonych od kilku dziesięcioleci nie ma śladu po lewicy. Nie ma tam również żadnej całościowej lewicowej narracji, która byłaby w stanie powiązać uzasadniony gniew wyborców Trumpa z krytyką finansjeryzacji z jednej strony oraz z antyrasistowską, nieseksistowską, niehierarchiczną wizją emancypacji z drugiej. Co równie dramatyczne i smutne, potencjalne więzi świata pracy z nowymi ruchami społecznymi zostały pozostawione na pastwę losu i obumarły. Rozdzielone, te niezastąpione bieguny lewicy zdolnej do realnej zmiany społecznej usytuowały się daleko od siebie w oczekiwaniu, że zostaną ze sobą skonfrontowane jako przeciwstawne.
Przynajmniej do momentu, gdy Bernie Sanders przeprowadził niezapomnianą kampanię podczas prawyborów i walczył, nakłaniany przez ruch społeczny Black Lives Matter, by te bieguny zjednoczyć. Rewolucja Sandersa miała na celu wysadzenie w powietrze miłościwie panujących zdroworozsądkowych założeń neoliberalizmu – i była demokratycznym odpowiednikiem rewolucji Trumpa, która rozegrała się na drugim końcu osi. Nawet jeśli Trump przewrócił do góry nogami grupę Republikanów, to właśnie Bernie był o włos od pokonania namaszczonej przez Obamę spadkobierczyni, której aparatczycy kontrolowali relacje władzy na każdym poziomie w Partii Demokratycznej. Sanders i Trump zmobilizowali do głosowania na siebie ogromną większość amerykańskich wyborców. Ale to właśnie reakcyjny populizm Trumpa okazał się zwycięski. Kandydat ten z łatwością wyprzedził rywali z Partii Republikańskiej, nawet tych, którzy mieli „plecy” w postaci wielkich darczyńców czy przywódców partyjnych. Rewolucja Sandersa była za to skutecznie kontrolowana przez dalece mniej demokratycznych, wbrew nazwie, Demokratów. Do czasu głównych wyborów lewicowa alternatywa została zduszona. Pozostawał wybór Hobsona5, czyli reakcyjny populizm lub progresywny neoliberalizm. Gdy tak zwana lewica zwarła szeregi i wystawiła Hillary Clinton, kości zostały rzucone.
Od tego momentu lewica powinna takich wyborów unikać i odrzucać je. Zamiast akceptować warunki przedstawione nam przez klasę polityczną, a przeciwstawiające emancypację bezpieczeństwu socjalnemu, powinniśmy pracować nad ich przedefiniowaniem, korzystając z ogromnego społecznego gniewu i obrzydzenia wobec obecnego porządku. Zamiast okopywać się na pozycjach wzmacniających związek finansjeryzacji z emancypacją, należy budować nowy alians emancypacji i bezpieczeństwa socjalnego przeciw finansjeryzacji. W tego rodzaju inicjatywie, jaką chciał stworzyć Sanders, emancypacja nie oznacza dywersyfikacji hierarchii, lecz raczej jej obalenie. A dobrobyt to nie podnoszenie zysków czy wzrost wartości udziałów i akcji, lecz materialny wstęp do dobrego życia dla całej społeczności. Takie połączenie pozostaje w obecnym stanie rzeczy jedyną moralną, zwycięską odpowiedzią.
Nie uronię ani jednej łzy nad klęską postępowego neoliberalizmu. Z pewnością jest się czego bać w sytuacji rządów rasistowskiej, antyimigranckiej i antyekologicznej administracji Trumpa. Ale nie powinniśmy opłakiwać ani implozji neoliberalnej hegemonii, ani solidnego lania, jakie wyborcy sprawili żelaznej pięści clintonizmu, który trzymał w garści Partię Demokratyczną. Triumf Trumpa był oznaką porażki sojuszu emancypacji ze światem finansjeryzacji. Jednak jego prezydentura nie oferuje rozwiązania obecnej trudnej sytuacji, nie obiecuje nowego porządku ani bezpiecznej hegemonii. Doświadczymy raczej bezkrólewia, otwartej, niestabilnej sytuacji, w której serca i umysły są wystawione na grabież. Taki stan rzeczy oznacza nie tylko niebezpieczeństwo, ale i szansę – na budowę nowej lewicy.
Czy tak się wydarzy? Zależeć to będzie w pewnej mierze od rachunku sumienia, którego powinni dokonać „postępowcy” niedawno gromadzący się wokół idei clintonizmu. Musieliby oni porzucić uspokajający, lecz fałszywy mit, że przegrali ze „stekiem żałosnych bzdur” i ich wyznawcami (rasistami, mizoginami, islamofobami i homofobami), którym pomagało FBI oraz Władimir Putin. Powinni się przyznać, że spoczywa na nich wina za poddanie sprawy bezpieczeństwa socjalnego, bytu materialnego i godności klasy robotniczej w zamian za fałszywe poczucie emancypacji i różnorodności opartej na merytokracji.
Będą musieli głęboko się zastanowić, w jaki sposób możemy zmienić gospodarkę polityczną sfinansjeryzowanego kapitalizmu, przypomnieć sobie ulubiony zwrot Sandersa – „demokratyczny socjalizm” – i odkryć jego znaczenie w XXI wieku. Przede wszystkim zaś będą musieli odwołać się do mas wyborców Trumpa, ludzi, którzy nie są ani rasistami, ani oddanymi zwolennikami prawicy, lecz ofiarami fałszywego systemu. Powinno się ich pozyskać dla antyliberalnej wizji odnowionej lewicy.
To wszystko nie oznacza wyciszenia naglących wątpliwości dotyczących rasizmu i dyskryminacji kobiet – oznacza za to konieczność pokazania, jak te bardzo zakorzenione w naszym społeczeństwie typy opresji znajdują na obecnym etapie rozwoju kapitalizmu nowe środki ekspresji i nowy grunt. Obalając fałszywe, zerojedynkowe myślenie, które zdominowało kampanię wyborczą, powinniśmy umieć przeprowadzić analogię pomiędzy krzywdami, jakie wycierpieli ludzie o kolorze skóry innymi niż biały oraz kobiety, a krzywdami wielu z wyborców Trumpa. Tym sposobem odnowiona lewica mogłaby położyć fundamenty pod nową, silną koalicję oddaną walce o dobro nas wszystkich.
Nancy Fraser
Tłumaczenie Magdalena Okraska
Tekst pierwotnie ukazał się w internetowym wydaniu czasopisma „Dissent Magazine” 2 stycznia 2017 r.
Przypisy tłumaczki:
- Miała ona znosić tzw. doskonałą dwuizbowość, czyli jednakowe uprawnienia dla senatu i izby deputowanych. Zgodnie z tą reformą senat miałby stracić część uprawnień, na przykład prawo do głosowania ws. wotum zaufania dla rządu. Szybko jednak atmosfera wokół referendum na temat reformy przerodziła się w głosowanie za rządem Renziego lub przeciwko niemu.
- Reprezentowanego przez takie sektory, jak usługi dla biznesu, rozwinięte technologie, usługi finansowe, media, przemysł kulturalny.
- Pensji w wysokości wystarczającej na utrzymanie całej rodziny.
- Nawiązanie do tytułu feministycznego manifestu, książki Sheryl Sandberg „Lean in” z 2010 roku; autorka była jedną z dyrektorek operacyjnych firmy Facebook.
- Ang. Hobson’s choice – sytuacja fałszywego wyboru, w której oferowana jest tylko jedna możliwość lub rezygnacja z tej możliwości.