Perspektywy aerokomunizmu

Perspektywy aerokomunizmu

Wszyscy jesteśmy komunistami. Wszyscy mieszkańcy planety Ziemi od zawsze żyją w komunizmie. Ten komunizm dotyczy tylko jednego zasobu, ale jest ogólnoziemski. Wszyscy oddychając korzystamy z tego samego, otaczającego całą kulę ziemską, zbiornika powietrza. Nikt za to nie płaci, każdy korzysta według swoich potrzeb, uznania. Nie ma żadnego ducha komunizmu krążącego nad nami. Komunizm tu jest od zawsze. Wszyscy jesteśmy aerokomunistami.

Oddychamy niezależnie od kryzysów, wojen, sztormów. Oddech jest efektem biologiczno-chemicznych oraz fizycznych procesów, które utrzymują nas przy życiu. Nasze nietrwałe, kruche i wrażliwe istnienia zależą w całości od wymiany tlenu i dwutlenku węgla, jaka odbywa się nieustannie przez nasze tchawice i oskrzela. Warto jednak podkreślić, czym oddychamy.

Wszyscy oddychamy powietrzem, które jest wspólne. Cała ludzkość oddycha tym samym wspólnym powietrzem. Tak samo oddychają nim ludzie w Afryce, Azji i Ameryce. Tym samym wspólnym powietrzem oddychają właściciele, menedżerowie i pracownicy. Tym samym wspólnym powietrzem oddychają neonaziści i postkomuniści. Tym samym wspólnym powietrzem oddycha prawica i lewica. Tym samym wspólnym powietrzem oddychają incele i feministki. Tym samym powietrzem oddychają żołnierze i generałowie. Tak jest od tysiącleci. Tym samym powietrzem oddychały niewolnice i faraonowie, królewny i parobkowie. Tym samym powietrzem oddychali chrześcijanie, buddyści i mahometanie.

Możemy się różnić na tysiące sposobów, pod względem wzrostu, rasy, płci, bogactwa, chorób. W tym jednym jesteśmy równi. Na równi oddychamy od pierwszego do ostatniego dnia życia. Wszyscy jesteśmy powietrznymi komunistami. Żyjemy w jednej wielkiej tlenowej komunie. Tlen przydzielany jest każdemu według potrzeb. Głodujący Etiopczycy mogą oddychać tyle samo, co przekarmieni Amerykanie. Mniej lub bardziej wilgotne, suche, zimne, gorące, czyste czy zanieczyszczone, ożywcze czy zatrute powietrze na całej Ziemi zawiera podobne proporcje życiodajnych cząsteczek tlenu. I azotu.

Kluczowym dla nas składnikiem tego okołoziemskiego zbiornika jest tlen. Po pierwszym globalnym zlodowaceniu w czasach kriogenu doszło do drugiej katastrofy tlenowej w okresie ediakaru 600-500 mln lat temu, gdy stężenie tlenu w powietrzu osiągnęło 10 procent wskutek fotosyntezy przez bakterie i algi, poprzedzając kambryjską eksplozję roślin i zwierząt, która doprowadziła do wzrostu stężenia tlenu do ponad 30 proc. Od tego czasu decydująca większość wielokomórkowych stworzeń na Ziemi jako eukarioty aerobowe korzysta z procesu oddychania tlenowego opartego o zbliżony dla nich wszystkich zestaw enzymów katalizujących reakcje prowadzące do powstania adenozynotrójfosforanu (ATP) jako nośnika energii komórkowej w procesach jego oksydacji. Obecnie na poziomie morza tlen stanowi 21 procent powietrza, jego większość wypełnia w 78 procentach azot, nieco ponad 0,9% to argon, a 0,04% to dwutlenek węgla. Tylko 0,003% takiego powietrza to inne gazy i zanieczyszczenia.

Cieniutka warstwa nadającego się do oddychania tlenowego powietrza to zaledwie kilka kilometrów nad poziomem morza. Połowa okołoziemskiej masy powietrza zawiera się w pierwszych pięciu kilometrach nad powierzchnią planety, czyli w połowie toposfery, najniższej warstwy atmosfery. Skład powietrza zmienia się głównie wraz z odległością od powierzchni ziemi, gdzie im wyżej, tym cięższe gazy, czyli tlen i azot, stają się coraz rzadsze. Najlżejsze, czyli wodór i hel uciekają wręcz w kosmos. Szacuje się, że rocznie 90 ton powietrza ucieka w kosmos. Jest to bardzo mała ilość, dzięki istnieniu wokół kuli ziemskiej pola magnetycznego, które jest wytwarzane przez rdzeń planety wypełniony płynnym żelazem. Jego najgłębsza część już uległa zestaleniu i do czasu, gdy cały zastygnie, pole magnetyczne będzie chroniło Ziemię przed wiatrem słonecznym. Wiatr słoneczny składa się z protonów, elektronów i cząstek alfa, które pędzą z prędkością od 200 do 900 km/s. Jak pokazały badania Marsa, gdzie brak jest silnego pola magnetycznego, cząsteczki wiatru słonecznego tworzą pole elektryczne porywające atomy górnych warstw atmosfery w kosmos. Szacuje się, że Mars stracił wskutek działania Słońca większą część pierwotnej atmosfery. Uniwersalne prawo do oddychania, jak pisał Achille Mbebe, jest w gruncie rzeczy tylko incydentalną możliwością, tymczasową wypadkową okoliczności, których trwanie jest kwestionowalne.

Możliwość korzystania z ograniczonych zasobów tlenu jest tym bardziej problematyczna, że jesteśmy uczestnikami fenomenu nazwanego antropogeniczną katastrofą klimatyczną. Jej efektem bowiem może stać się nie tylko zmiana temperatury oraz klimatu ale także niedobór czy brak wystarczającej do oddychania ilości tlenu w powietrzu. Katastrofa klimatyczna to nie tylko susze, powodzie, huragany i inne spektakularne zjawiska atmosferyczne, ale także możliwa zmiana składu powietrza. Katastrofa klimatyczna uwolni do powietrza ogromne ilości metanu, dwutlenku węgla, siarkowodoru. Zaczną się one wydzielać z obszarów wiecznej zmarzliny, lodowców i oceanów. Organizmy beztlenowe będą rozwijać się na masową skalę i produkować jeszcze więcej tych substancji.

Proces zmian może mieć stopniowy przebieg, rozciągnięty na wiele lat. Być może dziesięcioleci. Może jednak dojść do gwałtownego załamania ekosystemu, co jest coraz bardziej prawdopodobne. Powietrze, jakie znamy – zniknie. Zostanie wypełnione trującymi dla nas gazami. Nie będzie w nim tlenu. Większość organizmów oddychających tlenem zginie. Zginą miliardy zwierząt, ssaków, ptaków, owadów. Wyginie większość produkujących tlen roślin, głównie od siarkowodoru i wskutek wymarcia zapylaczy. Zginą miliony stworzeń. Na ich zwłokach żerować będą beztlenowe bakterie i grzyby produkujące jeszcze więcej metanu, dwutlenku węgla, siarkowodoru. Ci, którzy przetrwają, będą żyli w permanentnym stanie niedotlenienia, chyba że będzie ich stać na zakup tlenu. Wbrew optymistycznym oczekiwaniom końca kapitalizmu, będzie to również życie toczące się pod dyktat kapitalizmu, który jak zwykle nabierze nowych sił z kolejnego kryzysu.

Powietrze to jedyny zasób, jakiego do tej pory kapitalistom nie udało się podzielić, sprywatyzować i skomercjalizować. To trudności techniczne, a nie normatywne ideały w rodzaju „powszechnego prawa do oddychania” Achille Mbembego uchroniły nas dotychczas przed przewidywanym przez Carla Schmitta grodzeniem powietrza. Niedobór zasobów, zgodnie z prawem popytu i podaży, zwiększa akumulację kapitału. Kryzys związany z zatruciem powietrza jest całkowicie zgodny z logiką funkcjonowania systemu kapitalistycznego opartego na nieograniczonej eksploatacji i akumulacji zasobów. Jest jego efektem i jego napędem, stanem pożądanym, utratą równowagi, która nie tylko potwierdza, jak chciał Jacques Derrida, ale wręcz wzmacnia dominację. Zmiana składu powietrza doprowadzi nareszcie do jego prywatyzacji i możliwości spieniężenia. Chociażby sprzedawania w oczyszczonej formie w zasobnikach. Po katastrofie ludzie będą żyć w szczelnych, zamkniętych kapsułach, jak na stacjach kosmicznych czy łodziach podwodnych. Specjalne systemy będą produkować w nich tlen. Korporacje będą zarabiać na ich sprzedaży. Głęboki oddech stanie się luksusem.

Na zewnątrz będzie się wychodziło w maskach tlenowych. Tylko nie będzie już właściwie po co. Ci, których będzie na to stać, wyślą swojego robota. Ci, których nie będzie stać, skorzystają z robotów należących do innych. Dostarczą one żywność produkowaną za pomocą zmodyfikowanych bakterii. Beztlenowych. Przyszłość nie będzie wyglądała jak w filmie Mad Max, lecz jak z podróży na Marsa. Prowadzone obecnie przygotowania do życia na Marsie to właściwie przygotowania do przyszłego życia na Ziemi. Jeżeli temu nie zapobiegniemy, kapitaliści zniszczą Ziemię, jaką znamy, i na tym zarobią. To jest przyszłość, która czeka następne pokolenia.

Opinie, że katastrofa klimatyczna wywoła upadek kapitalizmu, są całkowicie płonne. Kapitalizm osiągnie wtedy swoje apogeum – dzięki prywatyzacji ostatniego nieskomercjalizowanego zasobu: powietrza. Stawką w grze jest nie tylko katastrofa klimatyczna, ale również ostateczne zwycięstwo kapitalizmu. Kapitaliści dobrze o tym wiedzą, dlatego nie zależy im na walce z katastrofą klimatyczną. Aeorokomunizm powinien stanowić punkt odniesienia do wszelkich walk o wspólne zasoby, wodę, żywność, mieszkania, czas.

Walka z katastrofą klimatyczną to przede wszystkim walka z kapitalizmem, z nieograniczonym niczym procesem akumulacji kapitału. To właśnie brak ograniczeń stawianych posiadaczom kapitału jest główną przyczyną zachodzących przemian. Jednym z narzędzi powinno stać się opodatkowanie kapitału. Zamiast pracy. Bowiem współczesne systemy podatkowe opierają się głównie na opodatkowaniu dochodów z pracy, głównie za pośrednictwem tzw. podatków ubezpieczeniowych (zwanych w Polsce składkami, a w nomenklaturze Unii Europejskiej kontrybucjami). Walka z katastrofą klimatyczną to walka o prawa ludzi pracy, o prawo do godnych dochodów z pracy. Jednocześnie powinna być to walka z nadmierną konsumpcją posiadaczy kapitału. Konsumpcją, której istotą jest posiadanie nadmiernej ilości kapitału. Zdywersyfikowany system podatków majątkowych może stać się narzędziem walki z katastrofą klimatyczną.

Stoimy przed klasycznym przykładem tzw. tragedii wspólnego pastwiska (ang. tragedy of commons), tyle że ma ono zasięg globalny. Istniejący obecnie i całkowicie realny ogólnoświatowy aerokomunizm może zostać pokonany przez kapitalizm dzięki katastrofie klimatycznej. Przetrwanie globalnego aerokomunizmu zależy od działań regulujących i ograniczających funkcjonowanie kapitalizmu.

Stefan Paweł Załęski

Grafika w nagłówku tekstu: Amosii z Pixabay.

Kubatury katastrofy klimatycznej

Ocieplanie się klimatu i katastrofa klimatyczna wywołane są przez stałą i długotrwałą emisję gazów cieplarnianych, głównie dwutlenku węgla. Dość powszechnie uwaga mediów i publiczności skupia się na środkach transportu jako głównych winnych tego stanu rzeczy. To błąd. Myli się przy tym ze sobą dwa zjawiska: zanieczyszczenie powietrza i emisję gazów cieplarnianych.

Za zanieczyszczenie powietrza szkodliwymi związkami odpowiedzialny jest rzeczywiście głównie transport, obok przemysłu. Transport, zwłaszcza samochodowy jest jednak bardzo widoczny, zwłaszcza dla wielkomiejskiej klasy średniej. Powiązanie transportu z emisją gazów cieplarnianych jest efektem aspiracji konsumpcyjnych tej klasy. Jest to błąd percepcji połączony z brakiem wiedzy na temat zanieczyszczeń i gazów cieplarnianych.

Spaliny samochodowe i samolotowe zawierają całą masę szkodliwych substancji i posiadają bardzo negatywny wpływ na zdrowie. Transport jednak jest odpowiedzialny za znacznie mniejszą emisję gazów cieplarnianych, niż się powszechnie sądzi. W ciągu ostatnich 60 lat wygląda to dość stabilnie i sytuuje się w okolicach 20% globalnej emisji CO2 (przy jej jednoczesnym 2,5-krotnym wzroście). W efekcie pandemicznego lockdownu w 2020 r. znacznie spadło zanieczyszczenie powietrza, w niektórych miastach wręcz spektakularnie, ale globalna emisja gazów cieplarnianych tylko o 8%.

Wodorowe i elektryczne auta zmniejszą zanieczyszczenie powietrza w centrach miast, ale same z siebie niewiele zmniejszą emisję gazów cieplarnianych. To stanie się możliwe wyłącznie dzięki zmianie sposobu produkcji energii elektrycznej, potrzebnej także do wytwarzania wodoru.

Porównanie emisji zanieczyszczeń (jak i gazów cieplarnianych) przez właściciela prywatnego odrzutowca latającego kilka razy w miesiącu w różne rejony świata z właścicielem starego zdezelowanego diesla dojeżdżającego codziennie do pracy w centrum miasta – wypada zdecydowanie na korzyść tego drugiego. Zrzucanie odpowiedzialności za katastrofę klimatyczną na stare samochody stanowi propagandowe umniejszanie skutków zachowań i konsumpcji wielkomiejskiej klasy średniej, której udział w ociepleniu klimatu ma zupełnie inny charakter.

Znacznie większy wkład w emisję gazów cieplarnianych ma wytwarzanie energii. Jest ona, pomijając przemysł, wykorzystywana przede wszystkim na potrzeby ogrzewania oraz klimatyzowania (ochładzania) pomieszczeń, w których przebywają ludzie, pracując bądź odpoczywając: biur, sklepów, restauracji, fabryk, magazynów, hal sportowych, basenów, szkół i uczelni, bibliotek, muzeów, galerii, studiów filmowych i telewizyjnych, sal koncertowych, klubów, świątyń, hoteli, mieszkań, domów, willi, rezydencji, dworów, pałaców. Lista jest długa. Jednak jej cechą charakterystyczną jest wysoka konsumpcja osób zamożnych.

Jest ona mało widoczna, bo większość obywateli nie ma dostępu do przestrzeni, w których przebywają bogaci. Jest zatem mało uświadamiana. Luksusowe biura, sklepy, rezydencje nie znajdują się pod publicznym oglądem. A to tam, w metrażach i kubaturach, należy doszukiwać się nadmiernej emisji gazów cieplarnianych. Nieruchomości są też głównym zasobem inwestycyjnym klasy średniej, a aktywizm jej przedstawicieli kończy się zazwyczaj na ich strefie komfortu. Ogrzewanie i klimatyzacja należących do nich kubatur stanowi zatem społeczne tabu.

Nietrudno zauważyć, że gwałtowny przyrost emisji gazów cieplarnianych nastąpił po II wojnie światowej, gdy rozpowszechniły się klimatyzatory pozwalając m.in. na masowe zasiedlenie Słonecznego Pasa (Sun Belt) południowych stanów Ameryki Północnej i przyrost populacji w krajach globalnego południa. Od 1960 r. notujemy prawie czterokrotny wzrost odsetka emisji CO2 przy wytwarzaniu energii elektrycznej oraz cieplnej i jednocześnie spadek udziału emisji emitowanych przez przemysł o 1/3 (przy dwu i pół krotnym wzroście globalnej emisji). Ubodzy jednak nie używają klimatyzatorów, lecz co najwyżej wiatraczków.

Luksusowe super-jachty należałoby w tej perspektywie zaliczyć raczej do kategorii (pływających) rezydencji niż środków transportu, bowiem większość energii zużywanej przez nie dotyczy klimatyzacji i ogrzewania, a nie przemieszczania się. Podobnie jest w przypadku statków wycieczkowych, które należałoby klasyfikować jako pływające hotele. Ich błędna kategoryzacja zawyża statystyki emisyjne środków transportu. W przeciwieństwie do nich, statki kontenerowe, gdzie nie zużywa się energii na klimatyzację, są najbardziej ekologicznym środkiem transportu.

Dobrym przykładem wkładu ogrzewania tylko w statystyki emisji CO2 jest Polska, gdzie często podnosi się argument, że obecna emisja CO2 jest mniejsza niż za czasów PRL, przypisując to redukcji przemysłu. Znacznie bardziej istotna była zamiana wszechobecnych kotłowni i pieców węglowych na gazowe. W dalszym ciągu jest to jednak rozwiązanie oparte o spalanie paliw kopalnych. W tym kontekście rozwiązania typu miejska sieć ciepłownicza, tzw. centralne ogrzewanie, także są już przeżytkiem, gdyż ich działanie oparte jest w całości na spalaniu paliw kopalnych. Podłączanie kolejnych budynków do sieci grzewczych jest zatem dyskusyjne – w niedalekiej przyszłości wszyscy będziemy musieli ogrzewać się za pomocą „zielonej” energii, głównie przy zastosowaniu tzw. pomp ciepła. Czeka nas swoista nowa fala elektryfikacji. Zamiast nowych podłączeń do sieci ciepłowniczej zasilanej paliwami kopalnianymi należałoby przede wszystkim prowadzić projekty ocieplania budynków, zwłaszcza starych, jak np. prowadzi to uznawana za jedną z bardziej radykalnych organizacji Insulate Britain.

Duża część winy leży po stronie architektów, którzy dzięki klimatyzacji przestali projektować budynki dostosowane do klimatu. Przeszklone wieżowce i hale zużywające tyle prądu, co całe miejscowości, stały się normą. Czas zmienić rozwiązania architektoniczne. Pompy ciepła, wymienniki ciepła, rekuperatory, ocienienia, a przede wszystkim szczelna izolacja – są dostępnymi obecnie rozwiązaniami technicznymi.

W przypadku produkcji energii kluczowe są inwestycje w jej ekologiczną produkcję – wiatrową, słoneczną, wodną czy geotermalną. Stanowi to główną propozycję tzw. zmian technologicznych od strony podaży, produkcji. Sporo w tej kwestii można oczekiwać od rozwoju technologii rozpadu oraz syntezy jądrowej. Z pomocą mogą przyjść podatki majątkowe od posiadanych bądź zużywanych zasobów. Podstawowym mechanizmem, który należałoby rozbudować, są opłaty emisyjne. Są one w istocie podatkiem majątkowym od ilości wyprodukowanego i wyemitowanego dwutlenku węgla, a z drugiej strony patrząc – podatkiem od zasobów zużytego tlenu. Należy podkreślić potrzebę objęcia tymi opłatami biomasy, zwłaszcza pochodzącej z drewna, co jest główną przyczyną obecnej globalnej fali masowego wycinania drzew i lasów, które idą po prostu „do pieca”. Podobnymi opłatami emisyjnymi powinna być też objęta przemysłowa hodowla zwierząt, emitująca dużo metanu.

Z działań po stronie konsumpcji, jako sposób jej obniżenia, należy podkreślić termiczną izolację (tzw. ocieplanie) budynków. Powinna ona być priorytetem także w krajach gorącego klimatu, gdzie występuje zjawisko sprzężenia zwrotnego: im wyższe temperatury otoczenia, tym więcej energii zużywać będą klimatyzatory. I więcej CO2 produkować. W ramach izolowania budynków pamiętać należy o zastosowaniu w nich odpowiednich okien i szyb. Obecnie na to powinny być głównie kierowane publiczne subsydia dla odbiorców indywidualnych. Z drugiej strony, za pomocą progresywnych podatków majątkowych, zwłaszcza od budynków komercyjnych, należałoby ograniczyć konsumpcję energii przez osoby nadmiernie bogate – co pozwala uznać podatki majątkowe w istocie za podatki konsumpcyjne.

Po stronie rozwiązań w walce z katastrofą klimatyczną mamy zatem trzy główne: bezemisyjna produkcja znacznie większej ilości energii elektrycznej, ocieplanie budynków oraz opodatkowanie nadmiernej konsumpcji zasobów przez osoby zbyt bogate.

Stefan Paweł Załęski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. S. Hermann & F. Richter from Pixabay

Funkcjonalne zróżnicowanie podatków majątkowych

Funkcjonalne zróżnicowanie podatków majątkowych

W sytuacji kryzysu ekonomicznego nasilają się negatywne konsekwencje funkcjonowania systemu gospodarczego opartego na akumulacji kapitału. Coraz pilniejsza staje się zmiana sposobu jego działania. Można tego dokonać przede wszystkim za pomocą podatków. Najbardziej optymalne w tym celu są zróżnicowane podatki majątkowe.

Podstawowym celem lewicy jest redystrybucja zasobów własności, by zapobiec ich nadmiernej koncentracji i doprowadzić do większej demokratyzacji kontroli nad środkami produkcji, finansów i własności. Dotyczy to w takiej samej mierze mieszkań, co hut i serwerowni, ale przede wszystkim ziemi. Można to osiągnąć za pomocą nacjonalizacji (np. jako wstępu do bardziej rozproszonej prywatyzacji). Jednak bardziej racjonalnym sposobem jest zastosowanie podatków majątkowych. Głównym wyzwaniem jest zastąpienie nieefektywnego a nieproporcjonalnie intensywnego opodatkowania pracy przez opodatkowanie kapitału.

Podstawowym jednak błędem współczesnej fiskalnej myśli lewicowej jest projekt jednolitego, zunifikowanego, obejmującego wszystkie zasoby danej osoby podatku majątkowego. Jest to błąd strategiczny i taktyczny. Strategicznie dobrze jest przyjąć, że rozmaite zasoby mają odmienną wartość społeczną i polityczną nieodzwierciedlaną w wycenie ekonomicznej. Taktycznie łatwiej jest opodatkować poszczególne zasoby, niż wszystkie naraz. Strategicznie i taktycznie lepiej jest opodatkowywać w odmienny sposób różne formy własności: ziemię, nieruchomości, środki produkcji, antyki, sztukę, instrumenty finansowe.

Lewicowe projekty podatków majątkowych koncentrują się nad wyraz intensywnie na podatkach od wartości nieruchomości. Tymczasem najpilniejsze wydaje się opodatkowanie majątków wirtualnych, czyli instrumentów finansowych. To one są odpowiedzialne za tzw. finansjalizację współczesnej gospodarki, czyli lokowanie zasobów majątkowych na rynkach finansowych zamiast w produkcji dóbr i usług, czyli za aspołeczną praktykę akumulacji kapitału na dużą skalę. To w nich ulokowane są największe majątki. W hierarchii ważności opodatkowanie instrumentów finansowych stanowi obecnie najważniejsze wyzwanie. Najtrudniejsze politycznie i jednocześnie najprostsze praktycznie w realizacji, gdyż wartość instrumentów finansowych jest znana na bieżąco. Nie trzeba ich zatem osobno wyceniać, tak jak ma to miejsce w przypadku nieruchomości czy dzieł sztuki, antyków. Są to zasoby o dużej płynności, więc łatwo jest sprzedać ich część, by spłacić należności i zobowiązania. W nieco mniejszym stopniu dotyczy to także udziałów w spółkach nienotowanych na giełdach.

Oprócz braku objęcia podatkiem majątkowym, dziwnym jest, że na sprzedaż instrumentów finansowych nie jest w bieżącym reżimie podatkowym nałożony podatek VAT, który narzucono na sprzedaż wszystkich innych towarów i usług w Unii Europejskiej, nawet w przypadku transferów poza granice Unii (co odnosi się również do bardziej progresywnego podatku obrotowego). W zamian wprowadzono opodatkowanie jedynie zysków z instrumentów finansowych, czyli dochodów inwestorów-spekulantów. Tworzy to stan fiskalnego uprzywilejowania rynków finansowych.

Przeciętny polski pracownik musi odprowadzać podatki od każdej złotówki swoich dochodów, głównie w postaci składek ZUS. To, co mu zostanie, wydaje na zakup żywności i przedmiotów, których sprzedaż jest objęta podatkiem VAT. Gdy po wielu latach uzbiera i zainwestuje w zakup mieszkania, zaczyna płacić podatek od powierzchni nieruchomości, dyskryminujący posiadaczy nieruchomości o małej wartości. Wszystkie te podatki mają degresywny charakter. Spekulanci finansowi nie mają takich problemów.

Drugim niezmiernie istotnym zasobem, którego opodatkowanie wymaga osobnych regulacji, jest ziemia. Jest to zasób szczególny i kluczowy, o ograniczonym i ściśle określonym wymiarze. Zgodnie z tzw. twierdzeniem Henry’ego George’a (Henry George Theorem), wartość ziemi i dochody z jej najmu zależą przede wszystkim od publicznych inwestycji na jej obszarze i wokół. Opodatkowanie gruntów powinno stanowić zatem podstawę publicznych budżetów, stanowić „złotą regułę finansów publicznych”, szczególnie samorządowych. Potencjał wartości gruntów jako bazy podatkowej jest systematycznie niedoszacowywany w wielu analizach, które błędnie konkludują, że nie jest on wystarczający dla współczesnych publicznych celów wydatkowych.

Dopiero teraz, jako trzeci w kolejności ważności, można rozpatrzeć podatek od nieruchomości. Jednak przede wszystkim od nieruchomości komercyjnych, czyli takich, które służą podmiotom prawnym do pomnażania kapitału: biur, fabryk, sklepów, magazynów, hoteli, mieszkań na wynajem, infrastruktury przemysłowej (dróg, przewodów, studzienek i słupów transmisyjnych, kanałów wodnych). Ich wartość jest skorelowana z rzeczywistymi i potencjalnymi zyskami. Można zatem założyć, że adekwatne opodatkowanie nieruchomości komercyjnych powinno wpłynąć pozytywnie i stymulująco na zyski z nich i odpowiednio intensywne użytkowanie. Jednym z podstawowych problemów rynku nieruchomości jest ich skup wyłącznie w celach spekulacyjnego wzrostu wartości bez odpowiednio racjonalnego i użytecznego społecznie i ekonomicznie wykorzystania.

Ta ostatnia uwaga dotyczy w takiej samej mierze czwartego punktu niniejszych rozważań – nieruchomości prywatnych wykorzystywanych w celach mieszkaniowych. Nieruchomości mieszkaniowe, jak należałoby je nazwać, stanowią główną inwestycję klasy średniej. Ich opodatkowanie powinno zatem podlegać szczególnej ostrożności. Jest to ów słynny i złowrogi podatek katastralny, który śni się po nocach jako koszmar lepiej sytuowanej części klasy średniej. I nie powinno to dziwić, bowiem są oni wyraźnie uprzywilejowani przez obecnie istniejący sposób opodatkowania nieruchomości mieszkaniowych. Zdecydowanie nie powinien on wyglądać tak, jak ma to miejsce w Polsce. Nieruchomości mieszkaniowe nie są opodatkowane adekwatnie do ich wartości, lecz według ich powierzchni (dotyczy to także nieruchomości komercyjnych i gruntów). W ten sposób uprzywilejowani zostają właściciele droższych nieruchomości miejskich, zwłaszcza w dużych metropoliach, a dyskryminowani mieszkańcy terenów wiejskich. Jest to wyjątkowo degresywny sposób opodatkowania majątków, wypaczone dziedzictwo czasów neoliberalnej transformacji. Planowane obecnie zwolnienie z opodatkowania pierwszej, zamieszkanej przez właściciela nieruchomości będzie miało taki sam degresywny charakter. Duże trudności i kontrowersje związane z opodatkowaniem zasobów mieszkaniowych są najlepszym argumentem przeciw jednolitemu podatkowi majątkowemu.

Zwrócić uwagę należy na związek opodatkowania wartości nieruchomości zarówno komercyjnych, jak i mieszkaniowych z katastrofą klimatyczną. Oto bowiem ich ogrzewanie i klimatyzowanie (a nie transport, który bardziej odpowiada za zanieczyszczenie powietrza) stanowi główny czynnik wpływający na ocieplenie klimatu poprzez emisję gazów cieplarnianych w wyniku spalania paliw kopalnych na potrzeby produkcji energii cieplnej oraz elektrycznej (do czego zużywane są też olbrzymie ilości wody). Budowa i rozbudowa nieruchomości wpływa także w istotny sposób na niszczenie naturalnych siedlisk i wymieranie zwierząt i roślin. W tym przypadku jednak głównym czynnikiem jest masowa hodowla zwierząt rzeźnych, odpowiedzialna za ekspansję nowych areałów upraw na pasze, a także za duże zużycie wody i znaczną emisję gazu cieplarnianego – metanu. Powinno to skutkować odrębnym opodatkowaniem zasobów zwierząt hodowlanych.

Wymuszenie zmniejszenia powierzchni użytkowanej na osobę powinno stanowić jeden z głównych celów podatkowych w kontekście ekologicznym – na wzór japoński, jak obrazowo można by to przedstawić. Opodatkowanie już istniejących zasobów mieszkaniowych, zwłaszcza tych niewykorzystywanych w pełni, w części czy całkowicie pustych, niezamieszkanych wymusić może bardziej racjonalne, ekonomiczne i w konsekwencji ekologiczne ich użytkowanie. Obowiązujące opłaty od emisji gazów i pyłów można uznać za szczególny podatek majątkowy – od zasobów należących do jakiegoś podmiotu i emitowanych do wspólnej atmosfery, środowiska. Przykłady te pokazują, że polityka podatkowa, zwłaszcza względem zasobów osób majętnych, powinna znajdować się w centrum namysłu i postulatów ruchów ekologicznych. Wbrew argumentom maltuzjańskim, to posiadacze dużych majątków, kapitału, ludzie bogaci, których jest mniej, są odpowiedzialni za katastrofę klimatyczną, a nie skromnie żyjące osoby ubogie, mimo iż jest ich wielokrotnie więcej.

Kolejnym, niesłychanie wrażliwym społecznie, zasobem podatkowym są depozyty bankowe. W największym stopniu korzystają z tej formy oszczędzania osoby nisko zarabiające. O ile instrumenty finansowe są głównie zasobem osób bogatych, a w nieruchomości inwestuje klasa średnia, to depozyty, lokaty bankowe stanowią podstawową formę inwestycyjną osób o niskich dochodach. Ich opodatkowanie powinno być wyraziście progresywne, z sowitą kwotą wolną od podatku. Należy przy tym podkreślić, że inflacja jako narzędzie podatkowe dotyka w największym stopniu takie właśnie zasoby „drobnych ciułaczy”, jak również dochody osób o niskich kwalifikacjach, które mają słabe możliwości przetargowe wobec pracodawców.

W przypadku ruchomości – jak pojazdy, serwery, roboty, antyki czy dzieła sztuki – można zastosować rozwiązanie, że poniżej pewnej wartości są one obłożone podatkiem VAT oraz obrotowym (obrotowym jako bardziej progresywnym w oddziaływaniu niż VAT, którego stosowanie należałoby ograniczyć, jednak wymusza je Unia Europejska), natomiast powyżej tej wartości podatkiem majątkowym, alternatywnie albo dodatkowo.

Jedynym progresywnym sposobem opodatkowania majątków jest stosowanie kwoty wolnej od podatku i przynajmniej trzystopniowej skali podatkowej o waloryzowanych co roku progach podatkowych. Każde z pięciu wyżej wymienionych dóbr podstawowych powinno być opodatkowane według osobnej skali powstałej w efekcie odpowiedniej analizy makroekonomicznej, biorącej za główny punkt odniesienia kwestię nierówności społecznych. Podatki te powinny być pobierane w cyklu miesięcznym, a nie rocznym, jak najczęściej się stosuje w przypadku podatków majątkowych, co wywołuje wrażenie ich niezwykle dużej wysokości. Dla porównania, opodatkowanie pracy w Polsce obecnie oscyluje wokół 40% miesięcznie licząc wraz ze składkami ZUS, podatek majątkowy nie powinien być wyższy niż 0,4% miesięcznie. Wszyscy walczący o niskie podatki powinni być zwolennikami podatków majątkowych.

Generalną zasadą przy tym powinno być założenie, że podatki majątkowe mają dużo lepszy wpływ na zmniejszanie nierówności ekonomicznych, wzrost gospodarczy oraz inwestycje, niż nadmiernie obecnie stosowane podatki dochodowe. Głównym argumentem wysuwanym przeciw podatkom majątkowym jest ich rzekomy wpływ na zniechęcenie do inwestowania, co całkowicie przeczy badaniom, które pokazują, że są one optymalne dla inwestycji, w przeciwieństwie do opodatkowania dochodów, zwłaszcza z pracy. Podatki te stanowią narzędzie mogące przeciwważyć neoliberalne strategie gospodarcze, zarówno tanich kredytów (np. Stany Zjednoczone, Wielka Brytania), jak i taniej pracy (np. Niemcy, Chiny, Polska) – paradoksalnie odpowiedzialne za zmniejszenie dynamiki wzrostu, inwestycji oraz produktywności.

Celem ostatecznym zastosowania zróżnicowanych podatków majątkowych jest przynajmniej częściowe zastąpienie opodatkowania pracy osób najuboższych przez podatki od kapitału zgromadzonego w bardziej lub mniej legalny czy humanitarny sposób przez najbogatszych. Podstawowe uzasadnienie dla stosowania podatków majątkowych jest w gruncie rzeczy zgodne z doktryną wolnorynkową: za posiadanie, przetrzymywanie, użytkowanie majątku na danym terytorium należy się opłata.

Stefan Paweł Załęski

Artykuł ten stanowi publicystyczny aneks do tekstu „Podatki ubezpieczeniowe w perspektywie progresji fiskalnej: efektywność opodatkowania pracy i kapitału dla lewicowych polityk redystrybucji ekonomicznej”, Praktyka Teoretyczna 3(33)/2019.

Gordyjski węzeł składek ZUS

Analizujący sposoby uszczelnienia systemu składek ZUS tekst Piotra Wójcika jest świetnym przykładem niezrozumienia funkcji i działania składek w społeczeństwie. Z pozoru stanowią one niezbędny element finansowania tak potrzebnego systemu ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych. W istocie są elementem wyzysku klas pracowniczych poprzez skandalicznie wysokie opodatkowanie pracy. Najlepszym rozwiązaniem byłaby zatem redukcja finansowania ubezpieczeń społecznych za pośrednictwem składek, na rzecz zwiększenia finansowania budżetowego, czyli z wszystkich innych podatków, zwłaszcza gdyby były one progresywne.

Autor postuluje załatanie rozmaitych dziur w systemie składek, przede wszystkim zniesienia ryczałtu dla samozatrudnionych i zlikwidowanie górnego limitu tzw. trzydziestokrotności, czego akurat rządzący nie chcą zrobić ze względu na obawę wypłat zbyt dużych emerytur. Problem w tym, że to niewiele zmieni. Składki ZUS w dalszym ciągu nadmiernie obciążałaby pensje pracowników i robiłyby to w sposób degresywny, choć już mniej. W dalszym ciągu byłyby elementem degresywnego systemu podatkowego opartego o podatki liniowe i ryczałtowe.

System składek ZUS jest najbardziej degresywnym podatkiem w Polsce, stanowiącym największy składnik obciążeń podatkowych, o czym pisałem szerzej już wcześniej. Jednak, co najważniejsze – nie da się składek ZUS uczynić podatkiem progresywnym. Rozsądne w takiej sytuacji jest jej ograniczenie, a wręcz likwidacja. Neoliberalizm jest systemem wyzysku. Składki ZUS stały się w Polsce jednym z kluczowych narzędzi tego wyzysku. Efektem są rosnące nierówności społeczne, które już stały się bezpośrednim zagrożeniem dla demokracji, bowiem degresywny system podatkowy jest największym wrogiem demokracji.

Szczególną uwagę należy zwrócić na propozycję oskładkowania umów o dzieło. Pomijając problem potencjalnej niekonstytucyjności takiego rozwiązania, należy się zastanowić nad jego celem. Głównym argumentem jest tu zrównanie obciążenia podatkami różnych typów umów, co spowodować ma ograniczenie stosowania umów cywilnych na rzecz umów o pracę. Tylko że ten sam efekt można uzyskać zmniejszając składki ZUS, czyli obciążenia podatkowe umów o pracę. W tym przypadku lepiej jest wyrównać obciążenia fiskalne w dół, redukując niezwykle skomplikowany i degresywny system składkowy. Innymi słowy, to nie umowy o dzieło są zbyt nisko opodatkowane – to umowy o pracę są opodatkowane zbyt wysoko, przede wszystkim za sprawą degresywnych składek ZUS.

Podstawowe pytanie brzmi: dlaczego powszechne emerytury, renty, opieka zdrowotna i inne ubezpieczenia społeczne są finansowane z osobnego systemu składek, a nie z ogólnego budżetu? Dlaczego nie mogą być finansowane w taki sposób, jak szkolnictwo, obronność, policja, albo tak jak emerytury, renty, opieka zdrowotna i inne ubezpieczenia społeczne elity naszego kraju, czyli prezydentów, posłów, sędziów i prokuratorów, policjantów, wojskowych, strażaków i innych służb mundurowych? Oni nie płacą składek, więc dlaczego muszą to robić wszyscy inni?

Ostatnie pytanie należałoby odwrócić: dlaczego wojskowi nie płacą składek od swoich zarobków? Odpowiedź jest prosta: dzięki temu otrzymują „na rękę” wyższe pensje. W ich przypadku dochód netto i przychód brutto niewiele się różnią. Przeciętny polski pracownik doświadcza tej różnicy znacznie bardziej, ale tak naprawdę nie wie, ile wynosi jego właściwa pensja przed oskładkowaniem. Wie tylko, ile składek sam odprowadza, ale nie wie, ile odprowadza za niego pracodawca. Ukrywaniu rzeczywistych kosztów ponoszonych przez zatrudniającego służy głównie podział składek na część płaconą przez pracownika i część płaconą przez pracodawcę. Suma pensji netto, składek pracownika i składek pracodawcy jest wyższa niż przychód wykazywany w deklaracjach podatkowych pracownika, a stanowiących podstawę obliczania składek i podatku PIT. Innymi słowy, rzeczywista płaca każdego polskiego pracownika jest wyższa, niż to wynika z oficjalnych danych i jednocześnie wyższe jest jej opodatkowanie.

Jak cynicznie przedstawiono tę sytuację w materiałach projektu edukacyjnego „Lekcje z ZUS” dla szkół: System ten, zwany systemem zdefiniowanej składki, odporny jest na presję poszczególnych grup pracowników. Innymi słowy, obecny system składek ZUS stworzono, by paraliżował protest społeczny i pacyfikował polityczną inicjatywę jego zmian. W tej sytuacji nic dziwnego, że jedyną grupą, która podnosi problem zbyt wysokich obciążeń płac pracowniczych, są pracodawcy, w większości liberałowie ekonomiczni. Taki stan rzeczy doprowadził niektórych, m.in. Mikołaja Iwańskiego, do całkowicie mylnego poglądu, że likwidacja składek na rzecz finansowania budżetowego systemu ubezpieczeń stanowi projekt neoliberalny.

Związani ze środowiskiem pracodawców liberałowie chcą zastąpić zarówno składki ZUS, jak i podatek PIT jednym liniowym podatkiem od funduszu płac danego podmiotu ekonomicznego. Trochę dziwna wydaje się idea takiego kolektywnego podatku w ustach liberałów ekonomicznych. Z lewicowego punktu widzenia byłby on nawet interesujący, gdyby był to podatek progresywny, bo zmuszałoby to większe przedsiębiorstwa do płacenia wyższych podatków. Jednak ukrywa on przez swą kolektywność indywidualny wymiar dochodów, a przecież w podatku dochodowym chodzi o aplikację progresji obciążeń do indywidualnych osiągnięć ekonomicznych. Liberałowie chcą obniżyć wydatki państwa przez wprowadzenie podatków liniowych (tak jakby w Polsce były jakieś inne, oprócz jednego degresywnego). Intencją projektu lewicowego powinno być zastąpienie systemu składek ZUS przez system podatków progresywnych, głównie majątkowych – zgodnie z zasadą, że w kapitalizmie opodatkowany powinien być głównie kapitał, a nie praca.

Wybitny badacz systemów ubezpieczeń prof. Nicholas Barr wypowiada się jednoznacznie: ubezpieczenia społeczne powinny być finansowane przede wszystkim z systemu budżetowego, czyli z podatków, a nie ze składek. Wspólnie z noblistą prof. Peterem Diamondem wykazali, że system składkowy może być wprowadzony jako dodatkowy, dobrowolny system ubezpieczeń w krajach rozwiniętych o dużych nadwyżkach inwestycyjnych.

Kwestia finansowania z obowiązkowych składek prywatnych funduszy emerytalnych jest według nich właściwie poza dyskusją, ponieważ przyczynia się do wzrostu deficytu i obciąża nadmiernie płace pracowników. Wbrew neoliberalnej propagandzie, prywatne fundusze są droższe niż państwowe, a to ze względu na konflikt interesów i dążenie do maksymalizacji zysku przez korporacje poprzez wykorzystywanie bardzo dużej asymetrii informacji, dającej im ogromną przewagę nad klientami. Prof. Leokadia Oręziak wprost określa OFE jako neokolonializm w białych rękawiczkach, odbywający się poprzez transfer publicznych pieniędzy na konta korporacji, zamianę długu ukrytego na jawny, ale wysoko oprocentowany – z pożyczek, które państwo musi brać, by załatać dziurę budżetową spowodowaną transferami. A jak pokazuje przykład Chile, emeryci w efekcie otrzymali głodowe emerytury.

Najwyższy czas już stwierdzić, że stworzony w 1999 roku składkowy system finansowania ubezpieczeń społecznych jest nieefektywny i nieracjonalny. Zamiast go reformować, czas przeciąć gordyjski węzeł składek ZUS poprzez likwidację obowiązkowego systemu składkowego i powrót do systemu gwarantowanych świadczeń.

Paweł Stefan Załęski

NGO-izacja społeczeństwa politycznego i segregacja ekonomiczna

Zaniepokojony hurraoptymistycznym tekstem Piotra Pacewicza oraz krytyką partii Razem za brak poparcia marszów KOD, doszedłem do wniosku, że obie wyrażone postawy wynikają ze wspólnej im niewiedzy na temat ekonomii politycznej segregacji we współczesnym świecie.

Ideologia społeczeństwa obywatelskiego służy idealizacji organizacji pozarządowych jako bardziej efektywnych i bardziej demokratycznych niż demonizowane instytucje państwa opiekuńczego i administracji publicznej. Żadne badania nie są w stanie potwierdzić tej demagogii. Promocja tzw. trzeciego sektora stanowi istotny, choć nie kluczowy element ataku ekonomicznej oligarchii na instytucje państwa opiekuńczego, wydatki społeczne, redystrybucję zasobów. Kluczowym elementem tego procesu jest zniszczenie progresywnego systemu podatkowego. NGO-izacja, czyli obejmowanie coraz większej liczby funkcji przez organizacje pozarządowe, jest tylko symptomem ekonomicznej dyskryminacji mas. Społeczeństwo obywatelskie jest ideologią NGO-izacji.

Powszechnie podzielana teza o pozytywnym wpływie trzeciego sektora na społeczeństwo jest nie do obronienia na gruncie empirycznym. Proste statystyki pokazują, że jest dokładnie odwrotnie, niż się powszechnie sądzi: im więcej jest organizacji pozarządowych1, tym więcej osób spędza część życia w więzieniach2, tym więcej osób żyje poniżej granicy ubóstwa3, tym niższy jest udział w PKB wydatków państwa na szkolnictwo i służbę zdrowia4, a nawet tym niższy staje się kapitał społeczny (sic!)5. I nie są to statystyki charakterystyczne tylko dla Polski, ale także dla wielu innych państw z grona zwanego demokratycznym, ze Stanami Zjednoczonymi na czele. Coś, co z perspektywy pojedynczej organizacji wygląda niezwykle chwalebnie i korzystnie, w wymiarze makroekonomicznym ma katastrofalne efekty. Pisząc bardziej dosłownie: im więcej grantów i projektów z Unii Europejskiej przerabiają polskie NGO-sy, tym trudniejsza jest sytuacja życiowa uboższej części społeczeństwa.

Organizacje pozarządowe przyczyniają się do depolityzacji społeczeństwa. Służy temu ich sposób funkcjonowania, oparty na publicznych grantach i dotacjach. Stanowi on mechanizm instytucjonalizacji ruchów politycznych (zwanych w konsekwencji „społecznymi”) w organizacje usługowe, zajmujące się łataniem dziur po niedofinansowanych instytucjach państwa opiekuńczego. Przy czym ideologiczne określanie ruchów politycznych mianem społeczeństwa obywatelskiego, a nie politycznego, służy li tylko legitymizacji ich NGO-izacji.

Na tym się jednak nie kończy. Organizacje pozarządowe stanowią element pośredni w drodze do prywatyzacji usług publicznych – poprzez wprowadzanie ukrytych za konstrukcją „składek” opłat za dostarczane przez siebie usługi. To jednocześnie mechanizm unikania opodatkowania w postaci składek i darowizn. Nie bez powodu fundacje cieszą się niechlubną opinią pralni pieniędzy. W tej chwili, dzięki ustawie pozwalającej na zamianę szkół publicznych w społeczne, czyli zarządzane przez stowarzyszenia i fundacje, odbywa się masowa prywatyzacja szkolnictwa. Zatrudniani w tak sprywatyzowanych placówkach nauczyciele nie podlegają już opiece układu zbiorowego zwanego Kartą Nauczyciela. I nie ma żadnych gwarancji, że w przyszłości szkoły te nie zaczną pobierać opłat, wbrew temu, co napisał Pacewicz.

Wbrew powszechnym poglądom, organizacje pozarządowe nie zajmują się pomaganiem ludziom ubogim. Przytłaczająca większość z nich nastawiona jest na zaspokajanie pretensjonalnych aspiracji i stylu życia liberalnej klasy średniej. Tylko niewielki odsetek organizacji, i to głównie religijnych, wspiera ubogich. Organizacje te nie pomagają jednak w wyjściu z ubóstwa, lecz sprawiają, że ubóstwo staje się bardziej do zniesienia. Jest to zgodne z konserwatywną wizją świata, w której bieda jest naturalnym porządkiem rzeczy i służy jako tło działalności łaskawych i szlachetnych filantropów z klasy wyższej. Finansowane poprzez system regresywnych podatków organizacje pozarządowe są elementem systemu wyzysku pracowniczych klas ludowych. Wspieranie organizacji pozarządowych jest jak leczenie choroby przez wzmaganie jej symptomów.

Jesteśmy obecnie świadkami zorganizowanego działania liberalnych elit, skierowanego przeciw masom tzw. klas ludowych: działania nastawionego na ich wyalienowanie przez ograniczenie dostępu do szkolnictwa, opieki społecznej i zdrowotnej, oraz podporządkowanie przez pułapkę kredytowego zadłużenia. Społeczeństwo obywatelskie służy tu tylko jako ideologiczny parawan, figowy listek zasłaniający brak systemowego wsparcia, w istocie będąc koniem trojańskim neoliberalnej polityki cięć wydatków społecznych. To tylko pretensjonalne i narcystyczne mrzonki nowobogackiej klasy średniej. Organizacje pozarządowe nie są w istocie odpowiedzialne za powstały stan rzeczy, nie są czynnikiem sprawczym, ale zaledwie symptomem zachodzących procesów. Prawdziwa gra toczy się bowiem zupełnie gdzie indziej.

Istota problemu tkwi w tym, że trzeci sektor organizacji pozarządowych nie jest rzeczywistą alternatywą dla instytucji państwa opiekuńczego. Jedyną realną alternatywą dla państwa opiekuńczego jest państwo policyjne. Taki wniosek należy wysnuć z podanych wyżej statystyk zwiększających się populacji więźniów. I taki jest populistyczny ideał ekonomicznych liberałów (a właściwie kapitalistów), pokrętnie ukrywany za stwierdzeniami o państwie jako nocnym stróżu albo o państwie minimalnym. Gdy się obserwuje postępującą militaryzację państwa i rosnący aparat inwigilacji, jasnym się staje, że państwo policyjne liberałów wcale nie jest państwem minimalnym. Jego funkcją jest, jak twierdzą liberałowie, „ochrona własności prywatnej”, czyli utrzymywanie systemu ekonomicznej segregacji na klasy posiadające własność i klasy jej pozbawione. To przedstawiciele liberalnej klasy średniej chcą inwigilować i kontrolować beneficjentów opieki społecznej bardziej niż rząd PiS. Stworzenie systemu policyjnej represji służy utrzymaniu mechanizmów wyzysku bezpośredniego przez tzw. pracodawców i pośredniego za pomocą regresywnego systemu podatkowego. Sam system mandatów również może służyć wyzyskowi ekonomicznemu. Kryminalizacja biedy ostatecznie może nawet prowadzić do pozbawienia praw politycznych objętych nią obywateli, jak ma to miejsce w Stanach Zjednoczonych. Zakaz aborcji jest jednym z głównych narzędzi kryminalizacji ubóstwa.

To przeciwko tym mechanizmom głosowano w ostatnich wyborach. W przeciwieństwie do instytucji nadzoru, jakiekolwiek szerzej zakrojone programy społeczne możliwe są do sfinansowania wyłącznie za pomocą progresywnego systemu podatkowego. Obietnice poprawy i poluzowania reżimu fiskalnego znalazły się zarówno w postulatach PiS (program 500+ jako element progresji podatkowej w postaci tzw. podatku negatywnego, które to rozwiązanie postulowałem już w 2009 r.), jak i PO (likwidacja składek ZUS – najbardziej regresywnego podatku w Polsce). Wygrała bardziej zrozumiała i bezpośrednio wpływająca na życie przeciętnego obywatela opcja pierwsza, ale kłopot z drugą pozostał (plus klasyczny problem z warunkowym przyznawaniem 500+ na pierwsze dziecko, co powoduje wypychanie beneficjentek z rynku pracy).

Kształt struktury wydatków państwowych jest uzależniony od struktury przychodów. Obecnie problemem jest to, że miłościwie nam rządząca partia zdaje się nie rozumieć, w jaki sposób funkcjonuje bieżący system podatkowy, który ma sfinansować jej rzekomo socjalne tudzież narodowe obietnice. Świadczy o tym powierzenie stanowiska ministra finansów radykalnemu liberałowi ekonomicznemu i akolicie Janusza Korwin-Mikkego – wroga wszelkich podatków poza skrajnie regresywnymi pogłównymi. Niestety, frakcja skrajnych liberałów ekonomicznych o silnych powiązaniach zawodowych z sektorem bankowo-finansowym monopolizuje stanowiska gospodarcze i finansowe w każdym dotychczasowym rządzie początku transformacji ustrojowej. Ekonomiści są obecnie kształceni wyłącznie w ramach wąskiego neoliberalnego podejścia, a brakuje świadomości, że stanowiska gospodarcze mogą być obsadzone przez osoby o innym wykształceniu – np. historyków, politologów, filozofów czy socjologów ekonomicznych. Rządzący zdają się być ślepi na jakiekolwiek inne szkoły i podejścia ekonomiczne. A Polacy przez lata głosowali na ugrupowanie, które powinno prowadzić lewicową politykę, lecz tego nie robiło, zupełnie dyskredytując socjalną lewicowość.

Fakt, że stanowiące znacznie większe niebezpieczeństwo dla naszej demokracji korporacyjne porozumienia CETA i TTIP nie wywołują w Polsce podobnie masowych protestów, napawa grozą. Wynika to z partyjnie sterowanego charakteru afektywnej mobilizacji bieżących antyrządowych protestów. Występujące patetycznie na pochodach KOD i prezentujące się jako obrońcy społeczeństwa obywatelskiego i Trybunału Konstytucyjnego, partie Nowoczesna i PO są większym zagrożeniem dla demokracji niż PiS, ze względu na swe pełne hipokryzji programy ekonomiczne, których efektem może być tylko pogłębienie segregacji społecznej. Ekonomiczna dyskryminacja i oligarchizacja są największymi wrogami demokracji. Regresywny system podatkowy jest mechanizmem antydemokratycznym.

Obserwując pogardliwy stosunek przedstawicieli klasy średniej do ubóstwa nie można być zdziwionym, że to właśnie wśród nich najbardziej popularne są postawy nacjonalistyczne, eufemistycznie nazywane konserwatywnymi. To w „liberalnej” klasie średniej najbardziej rozpowszechnione są postawy nacjonalistyczne, szowinistyczne i ksenofobiczne, a w efekcie – postępują sukcesy wyborcze skrajnej prawicy. Prowadzący do podziałów liberalizm ekonomiczny idzie w parze z postawami nacjonalistycznymi. Neoliberalnych i nacjonalistycznych polityków łączy wiele, ale przede wszystkim wspólna polityka totalnego dyskredytowania lewicy i socjaldemokracji. Nie dziwne więc, że scenę polityczną zdominowały jedynie te dwa rodzaje partii. Z pogardy wynika strach przed ubogimi, który jest tym większy, im większy jest dystans ekonomiczny dzielący obie klasy. Poziom obawy klasy średniej przed degradacją warunkowany jest stopniem zubożenia i trudnymi warunkami bytowymi najuboższych. Na rekinów sukcesu, którym się powinie noga, zawsze czeka armia bezdomnych, którym nikt przecież nie jest skłonny pomóc.

Zamiast zaszczytnej alienacji, elitom zamkniętym w grodzonych osiedlach klasowej segregacji potrzebna jest nauka racjonalnej empatii. Jak pisał Tocqueville, „dobrze pojętego interesu”, a nie konkurencji, oraz praca u podstaw demokratycznego systemu, a nie na jego wyimaginowanych szczytach. Stawiam w tym miejscu postulat i tezę, że u podstaw prawdziwie demokratycznego systemu politycznego znajduje się przede wszystkim progresywny system podatkowy. Między ekonomią a demokracją zachodzą ścisłe związki, a głównym zwornikiem pomiędzy nimi jest system podatkowy.

Jednym z rozwiązań łączących bezpośrednio progresję podatkową z prawami politycznymi byłoby finansowanie przez państwo wypłat wyborczych za udział obywateli w wyborach (zamiast karania za brak uczestnictwa, jak w niektórych krajach) – byłaby to forma płacy za sprawowanie „urzędu państwowego wyborcy”, odwołując się do platońskiej terminologii. Rozumiana również jako forma nagrody, nawet symbolicznie skromna wypłata wyborcza, umożliwiłaby aktywizację głosujących, którzy nie widzą związków korzyści ekonomicznych z partycypacją polityczną. Z drugiej strony, wprowadzenie górnego limitu wydatków partyjnych na kampanie wyborcze ustanowiłoby barierę dla korporacyjnego lobbingu, zwłaszcza zagranicznego. Rozwiązania te poszerzyłyby bazę wyborczą i ograniczyły wpływy oligarchii na proces wyborczy.

Ostatnie wybory polityczne mas oraz mowa nienawiści przedstawicieli klasy średniej pod adresem beneficjentów programu 500+ wydają się wskazywać, że polityczna linia podziału na prawicę i lewicę ma charakter tylko estetyczny. Prawdziwe, „określające świadomość” interesy ekonomiczne rozgrywają się pomiędzy neoliberałami z ich ekonomicznym szowinizmem, a socjaldemokratami dążącymi do regulacji kapitalistycznego rynku w celu poprawy sytuacji życiowej wykluczonych i dyskryminowanych. Piramida potrzeb Maslowa nie zdezaktualizowała się jeszcze i należy pamiętać o kolejności ich zaspokajania. To właśnie teraz, gdy do głosu doszły masy, z całą rażącą wyobcowane elity estetyką konieczności istnienia, a z drugiej strony, gdy elity uciekły się do obrony swych wartości w emocjonalnych zachowaniach masowych, znaleźliśmy się na drodze ku prawdziwej, a nie fasadowej demokracji. Dopiero teraz możliwa stała się dyskusja nad prawdziwymi źródłami i podstawami demokracji. To nie społeczeństwo obywatelskie, ale świadome swych interesów, podziałów klasowych, sytuacji społeczno-ekonomicznej oraz możliwych rozwiązań i kompromisów społeczeństwo polityczne jest warunkiem istnienia prawdziwej demokracji.

Nowoczesne demokracje wywalczone były w politycznej walce mas robotniczych, pracowniczych i ludowych równolegle z nowoczesnymi rozwiązaniami opiekuńczymi, czyli prawami socjalnymi. Nowoczesne demokracje, w prawdziwym rozumieniu tego słowa, powstały jako państwa socjaldemokratyczne, a nie liberalne demokracje. Innymi słowy, pełna demokracja została osiągnięta tylko w tych państwach, które wprowadziły rozwinięte programy socjalne. Podobnie, żadne państwo, które osiągnęło wysoki poziom rozwoju gospodarczego i politycznego, nie osiągnęło tego bez szeroko zakrojonych programów socjalnej redystrybucji. Odwrót od państwa opiekuńczego i progresywnego systemu podatkowego to odwrót od demokracji w kierunku ekonomicznej i politycznej oligarchii wyalienowanej z życia mas i alienującej masy ze społeczeństwa politycznego. Regresywny system podatkowy blokuje bowiem ścieżki awansu. Tylko ekonomiczne wsparcie awansu społecznego klas niższych może zapobiec demograficznemu wymarciu klasy średniej, bowiem dominujący wśród niej model prokreacji nie pozwala na odtwarzanie się. Klasa średnia wywodzi się z awansu klas niższych. Awans ten odbywał się głównie za sprawą rzeszy stanowisk urzędniczych, a nie przedsiębiorczości.

Chciałbym w tym miejscu wyrazić stanowisko, że prawdziwa demokracja jest dopiero wtedy, gdy te „ciemne” i „barbarzyńskie” masy ludowe zaczynają decydować o polityce i kształcie społeczeństwa politycznego. Problemem nowobogackiej klasy średniej jest to, że w sposób wręcz pasożytniczy zbyt wiele dochodów przeznaczyła na budowę swych prywatnych majątków, a zbyt mało na szeroką edukację i oświatę tego ludu, niemożliwe bez jednoczesnej poprawy jego warunków życiowych. Transformacja ustrojowa przyniosła systematyczne obniżanie wydatków na publiczny system edukacyjny, prowadząc do edukacyjnej segregacji. Rezultatem tego procesu jest rosnąca obawa przed „ciemnym ludem”, prowadząca liberalną klasę średnią do jego dalszej dyskryminacji i postępującej segregacji. Przerwanie tego błędnego koła możliwe jest za pomocą rozwiniętej i powszechnej oświaty i edukacji, ale w tym celu należałoby zwiększyć nakłady na publiczne szkolnictwo i rozwój zawodowy.

Jedynym skutecznym sposobem, by to osiągnąć, jest ustanowienie prawdziwie demokratycznego progresywnego systemu podatkowego opartego przede wszystkim na podatkach majątkowych, a nie tylko dochodowych. Podatki powinni płacić bogaci, a nie biedni. To możemy przeczytać w Biblii i tak pisali Adam Smith i John S. Mill – autentyczni chrześcijanie i liberałowie byli zwolennikami progresji fiskalnej. Pierwotnie słowo „liberalny” znaczyło hojny, łaskawy. Stworzenie prawdziwie demokratycznego społeczeństwa politycznego jest możliwe nie poprzez budowę fantasmagorycznego społeczeństwa obywatelskiego, ale przez odpowiednie opodatkowanie ludzi bogatych, ich majątków i korporacji, tak, aby można było sfinansować w pełni obywatelskie wychowanie i wykształcenie najuboższych nawet wyborców. Bez progresywnego systemu podatkowego każde szerzej zakrojone działanie rozwojowe jest skazane na porażkę. Szczególnie pilne jest obecnie stworzenie progresywnego podatku majątkowego, co w obliczu postępującej reprywatyzacji i refeudalizacji należy uznać za dziejową konieczność.

Przypisy:

  1. http://wiadomosci.ngo.pl/wiadomosc/1313619.html
  2. http://isws.ms.gov.pl/pl/baza-statystyczna/publikacje/download,2779,5.html
  3. https://pl.wikipedia.org/wiki/Ub%C3%B3stwo_w_Polsce
  4. http://stats.oecd.org/Index.aspx?QueryId=4549
  5. Robert Putnam „Bowling Alone: America’s Declining Social Capital” 2000, http://ks.mkidn.gov.pl/media/download_gallery/20130520SRKS_na_stronie_internetowej.pdf