Święty Bodnar – patron drogowych pijaków?

Święty Bodnar – patron drogowych pijaków?

Wielkie sukcesy ma na koncie ekspert od praw człowieka Adam Bodnar, który od trzech miesięcy pełni funkcję ministra (nie)sprawiedliwości. Zdążył już zrobić czystki polityczne na niespotykaną dotąd skalę w wymiarze sprawiedliwości czy stanąć w obronie szefa NIK oskarżanego o przestępstwa. A teraz wykastrował prawo o konfiskacie aut pijanym kierowcom. Jednocześnie chyba nie stracił zaufania „postępowców” zatroskanych o demokrację, praworządność i bezpieczeństwo na drogach. Tyle wygrać!

W ciągu ostatnich 8 lat w środowiskach lewicowych i liberalnych intelektualistów dużo się mówiło, że wówczas rządząca prawica jest ze wszech miar barbarzyńska. Przeciwko prawom człowieka, prawom mniejszości, prawom pieszych, przyrodzie. Przeciwko wszystkim. Tylko by lali beton, jeździli szybko samochodami, niszczyli lasy i złorzeczyli na wszystkich. Nie to co lewicowi liberałowie, dbający o zrównoważony rozwój i to, by w Polsce panowały cywilizacyjne standardy.

Prawica w awangardzie bezpieczeństwa

Zapewne dlatego to właśnie rząd Zjednoczonej Prawicy wprowadził przełomowe przepisy o pierwszeństwie pieszych na pasach, zaostrzeniu kar za przestępstwa drogowe oraz konfiskacie samochodów osobom jeżdżącym pod wpływem alkoholu. Pewnie też dlatego teraz, gdy te ostatnie przepisy miały wejść w życie, postanowił wykastrować je nie kto inny, jak minister sprawiedliwości Adam Bodnar. Konfiskata aut pijanym kierowcom ma nie być obowiązkowa, choć przepisy uchwalone przez PiS zakładały właśnie takie rozwiązanie. Po zmianach dokonanych przez Bodnara to sądy mają decydować, kiedy ją zastosować, a kiedy nie.

Jak się można domyślać, będą raczej skłonne obarczać nią zwykłych szaraczków, a nie osoby zamożne i wpływowe. Mówiąc zupełnie wprost: ograniczenie tego straszaka może spowodować, że na drogach będzie ginąć więcej ludzi. Projekt ten jeszcze za rządów PiS był niepotrzebnie złagodzony, ale i tak gdyby przepisy w tej formie weszły w życie, stanowiłyby przełom. Powyżej jednego promila kierowca musiałby stracić auto. Jednak po obecnej nowelizacji tylko sąd może kierowcę pozbawić auta, niezależnie od tego, jak bardzo był pijany.

Liberalny ukłon w stronę morderców na drogach

Kastracji prawa dokonał dokładnie ten sam święty Bodnar, który był i jest patronem liberałów, lewaków i NGO-sów. Idol wielkomiejskich „wrażliwych” środowisk intelektualnych, choć zdarzało mu się już czapkować Balcerowiczowi oraz polecać piosenkę konfederaty o mordowaniu socjalistów. Ekspert od demokracji, praworządności, przyjaciel mniejszości i strażnik praw człowieka. Ten sam, który został teraz patronem drogowych bandytów, bo absurdalnie rozumiane prawo do własności i do patrzenia na czubek własnego nosa postawił nad bezpieczeństwem oraz dobrem wspólnym, czym pewnie ucieszył zwolenników Konfederacji. Może nie jest mu tak daleko do nich, jak się powszechnie uważa?

To ten sam Bodnar, który właśnie zwrócił wniosek do Sądu o postawienie zarzutów szefowi NIK Marianowi Banasiowi, którego podejrzewa się między innymi o oszustwa podatkowe, nadużycie uprawnień i fałszowanie oświadczeń majątkowych. Ten sam Bodnar, który swoim nazwiskiem firmuje niespotykaną po 1989 roku feerię zamachów na praworządność i przykładów ręcznego sterowania wymiarem sprawiedliwości. Ten sam, który popiera nielegalne przejmowanie mediów publicznych, z pominięciem konstytucyjnego organu, jakim jest KRRiT.

Trudno o większy rozdźwięk między aurą, jaką ten człowiek wokół siebie wytworzył, a tym, co realnie robi jako minister w rządzie Tuska. Jest to bardziej rażące niż w przypadku Sienkiewicza czy Kierwińskiego właśnie dlatego, że Bodnar wchodził do rządu jako ekspert od praw człowieka.

Bezpieczeństwo już nie jest ważne?

Warto też zauważyć, że ta hucpa odbywa się przy cichym wsparciu właśnie tych wszystkich lewicowo-liberalnych środowisk wyspecjalizowanych w paplaniu o praworządności i prawach człowieka czy też ruchów miejskich oraz ekspertów od bezpieczeństwa drogowego. Wymowne jest milczenie szczególnie tych ostatnich, wedle których PiS zawsze robił „za mało”, jeśli chodzi o bezpieczeństwo na drogach.

Przejrzałem kilka profili osób i stowarzyszeń podejmujących tematykę poprawy bezpieczeństwa na drogach, m.in. warszawskiej organizacji reprezentującej ruchy miejskie oraz pewnego specjalisty od wdrażania (trzeba przyznać, że z sukcesem) rozwiązań zmniejszających liczbę wypadków na ulicach jednego ze średnich miast. Można tam znaleźć między innymi wywody o złym CPK i o tym, że w Warszawie priorytetem jest walka z PiS, ale dziwnym trafem nie ma nic o skandalicznej decyzji Bodnara o rozmiękczeniu przepisów o konfiskacie aut pijanym kierowcom. Gdyby zrobił to prawicowy minister, to oni wszyscy krzyczeliby pod budynkiem Ministerstwa Sprawiedliwości i mówili o barbarzyńskiej prawicy. Po raz kolejny okazuje się, że kolesiostwo i koligacje z liberalną oligarchią są dla tych środowisk istotniejsze niż przywiązanie do deklarowanych wartości.

Nie ufajmy samozwańczym liberalnym ekspertom

Wnioski z tej lekcji mam dwa. Po pierwsze, jeśli prawica wróci do władzy, to właśnie Bodnara powinna w pierwszej kolejności pociągnąć do odpowiedzialności jako jedną z twarzy nadużyć obecnej władzy. Po drugie: my, osoby reprezentujące opcję suwerenno-patriotyczną, nie musimy słuchać połajanek wszystkich tych ekspertów, którzy serwują nam wykłady o demokracji, prawach człowieka i „zachodnich standardach”. Możemy sami i na własnych zasadach zbudować państwo sprawiedliwe społecznie, socjalne i zarazem takie, w którym w wielu obszarach życia panują zasady niewywodzące się z prawa dżungli.

Bartosz Oszczepalski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Wikipedia.

Kiepscy jak my: życzliwa opowieść o klasie ludowej?

Kiepscy jak my: życzliwa opowieść o klasie ludowej?

Klasę ludową przedstawia się zazwyczaj w popkulturze jako leniwą, roszczeniową i niezdolną do wartościowej aktywności społecznej. Bardzo często jest ukazywana karykaturalnie, aby wzbudzać litość i śmiech. Ta narracja była przez wiele lat na tyle jednostronna, że nawet sitcom „Świat według Kiepskich” wyróżniał się pozytywnie na tym tle. Może serialowy Ferdek Kiepski nie był wcale „nierobem”, lecz głosem umęczonego ludu, który w końcu został usłyszany?

Choć istnieją istotne różnice i szkoły w definiowaniu klasy ludowej, to ich cechą wspólną wydają się niższe dochody oraz mniejszy kapitał kulturowy i ekonomiczny osób należących do niej w porównaniu do klas stojących wyżej w społecznej hierarchii. W Polsce, gdzie według Głównego Urzędu Statystycznego mediana zarobków wynosi zaledwie 3403 zł netto, antyludowa narracja w popkulturze jest paradoksem. Tym bardziej, że ta już u swej definicji skierowana powinna być do mas i „ludu”. To w dużej mierze zasługa mediów liberalnych i panującego od początku lat 90. w życiu społeczno-politycznym ideologicznego credo, że godni szacunku są głównie przedstawiciele zawodów inteligenckich. Najlepiej tacy, którzy dzięki posiadanemu stanowi majątkowemu nie uskarżają się na swój los i nie męczą innych protestami dotyczącymi ich sytuacji bytowej (chyba, że akurat rządzi ktoś, kogo nie lubi polska inteligencja).

Klasa ludowa w krzywym zwierciadle

Po 1989 roku powstawały więc filmy, gdzie ukazywano „patologię i pijaństwo” byłych pracowników PGR jako pewien rodzaj egzotyki społecznej. Jednak nikt nie zadawał pytań, dlaczego ci ludzie upadli i czy przypadkiem balcerowiczowska terapia szokowa ich do tego nie doprowadziła. Była ona wówczas ideologicznym dogmatem, dziejową koniecznością, której nie można było podważać. Nawet do chwili obecnej nie brakuje programów, w których proste chłopaki ze wsi są ukazywane w krzywym zwierciadle jako ci bez perspektyw i szans na znalezienie partnerki. Widz może się z nich śmiać, bo dziwnie mówią i brak im ogłady, a nawet trochę im współczuć. Ale uważać ich za równych sobie? Nigdy w życiu. Czasem taka narracja pojawia się nawet w prasie lewicowej, gdzie dla liberalnych feministek pozostanie na wsi czy w małym mieście jest synonimem bycia życiowym „przegrywem” w kontrze do postawy wykształconych i osiągających sukcesy kobiet, które wyprowadziły się do jednej z kilku polskich metropolii. To miałoby tłumaczyć fakt, że coraz więcej mężczyzn pozostaje w stanie kawalerskim.

Ale nie tylko mężczyźni z klasy ludowej są pokazywani w krzywym zwierciadle. W jednym z popularnych programów biedne kobiety, najczęściej ze wsi, zamieniały się rolami z zamożnymi mieszkającymi w dużych miastach. Ich pochodzenie i praca na wsi były w domyśle pokazane jako coś gorszego i niegodnego cywilizowanego człowieka. Program opierał się na sugestii, że kobieta ze wsi, aby zyskać prawo do szacunku, musi stać się taka, jak ta zamożna i przeprowadzić się do miasta. Szkopuł w tym, że większość zamożnych kobiet było strasznie zmanierowanych, mało inteligentnych i wyrażających przekonanie, że o wartości człowieka decydują jedynie pieniądze i ubiór. Nie wiemy też wiele o tym, jak doszło do ich awansu życiowego – na skutek faktycznie ciężkiej pracy czy splotu szczęśliwych okoliczności. Dano im jednak mandat do deptania godności mniej zamożnych kobiet.

Natomiast w większości pokazywanych w stacjach komercyjnych seriali fabularnych skierowanych do klasy średniej w zasadzie w ogóle nie ma klasy ludowej. Ukazywany jest tam głównie los przedstawicieli zawodów elitarnych: projektantów mody, lekarzy czy prawników. Fabuła zazwyczaj skupia się na ich życiu prowadzonym w Warszawie, przeważnie w apartamencie czy w jakimś oszklonym biurowcu w okolicach Śródmieścia. Kiedyś wyłamywał się z tego serial „Miodowe lata”, którego fabuła ogniskowała się wokół przygód pracownika miejskiej kanalizacji i kierowcy warszawskiego tramwaju, jednak po produkcji pozostało już tylko wspomnienie. W Warszawie też jest przecież mnóstwo ludzi, którzy pracują za niskie stawki w słabo opłacanych zawodach, jednak w popkulturowych tworach i oni nie są dostatecznie widoczni.

Bezrobotny inny niż w opowieściach liberałów

Niedawno wyemitowano ostatni odcinek „Świata według Kiepskich”. Ostateczny koniec serialu komediowego, który przez 23 lata bawił różne pokolenia Polaków to dobry przyczynek, żeby zastanowić się nad tym, jak klasa ludowa jest przedstawiana w popkulturze i czy ta produkcja nie wyłamywała się trochę ze schematu. Czy zatem lokatorzy kamienicy przy ulicy Ćwiartki 3/4 mieli nam do przekazania coś więcej, niż tylko żarty?

Wiele na to wskazuje. „Świat według Kiepskich” powstał jako polska odpowiedź na amerykański sitcom „Świat według Bundych”, jednak dość szybko wypracował własny język i zaczęło się w nim pojawiać więcej odniesień zrozumiałych jedynie dla polskiego widza. Obie produkcje zostały stworzone z myślą o typowych rodzinach z klasy pracującej, polskiej i amerykańskiej, jednak realia życia w Polsce z lat dziewięćdziesiątych kazały nakreślić między tymi światami wyraźne różnice. To, co dla nawet biedującego Amerykanina było normą, czyli dom na przedmieściach i samochód, dla Ferdka Kiepskiego mogło być jedynie odległym marzeniem. Jego rzeczywistość była naznaczona przez mieszkanie w starej wrocławskiej kamienicy, wspólną toaletę, wieczne bezrobocie i zrzucenie odpowiedzialności za utrzymanie rodziny na żonę i jej skromną pensję pielęgniarki. Już to założenie sprawiało, że serial musiał mieć wydźwięk trochę publicystyczny, a nie tylko komediowy. A pod płaszczykiem niewyszukanych gagów przemycono wiele celnych obserwacji społecznych.

Bo wbrew pozorom serial nie do końca karmił się stereotypami leniwego bezrobotnego, nawet jeśli pozornie czasem tak było. Ferdek nie jest bowiem bezrobotnym znanym z opowieści liberalnych, a przynajmniej nie zawsze. Nie jest on bezczynny, podejmuje różne inicjatywy i zakłada biznesy na granicy opłacalności: radio, gabinet bioenergoterapeutyczny czy prywatną szkołę. Ostatecznie wszystkie one kończą się fiaskiem i jego rodzina nie może wyjść z zaklętej pułapki wykluczenia społecznego, ponieważ nie posiada on odpowiedniego kapitału kulturowego i finansowego oraz znajomości. Nie odnosi sukcesu, jednakże, choć zdarza mu się przesiedzieć całe dnie w fotelu, to patrząc przez pryzmat wszystkich sezonów trudno go posądzić o brak kreatywności. Chęci rozbijają się o realia – to obala neoliberalny mit, że wystarczy tylko chcieć, by szybko dorobić się majątku, a przegrywają jedynie bezczynni. Również jego żona Halina ciężko pracuje, by utrzymać rodzinę, lecz wykonuje niedoceniany i słabo opłacany zawód pielęgniarki, więc ciągle ma kłopoty finansowe. Niełatwa profesja rzeźnika nie pozwala na awans społeczny także sąsiadowi Arnoldowi Boczkowi.

Co więcej, sąsiad Paździoch, choć jest drobnym przedsiębiorcą, wydaje się być w niewiele lepszej sytuacji finansowej niż Kiepscy. Na rynku zdominowanym przez sieci odzieżowe bazarowi handlarze mogą co najwyżej zarobić na skromne utrzymanie, mimo lisiego sprytu Paździocha. Jest to sprzeczne z neoliberalnym mitem szybkiego wzbogacenia, jeśli tylko weźmie się sprawy we własne ręce i założy firmę. Po transformacji ekonomicznej, która przyczyniła się do znacznego wysypu „bazarowych przedsiębiorców”, takich Paździochów było w Polsce bardzo wielu, lecz popkultura mainstreamowa uparcie pokazuje głównie tych, którzy jeżdżą drogimi samochodami lub przynajmniej mają ładny dom na przedmieściach.

Pięścią w twarz inteligenta

Uważny widz dostrzegł zapewne, że w serialu nigdy nie bano się podejmować tematów społecznych. Również takich, które dotyczą nierówności społecznych, wykluczenia ekonomicznego i rozbieżności między klasą ludową a inteligencją. Jednym z moich ulubionych odcinków był ten, w którym inteligenci płacą przysłowiowym chamom, czyli Ferdkowi i Waldkowi, za bicie ich, a potem organizują demonstrację pod ich mieszkaniem, domagając się szacunku i zapowiadając powstanie partii, która będzie głosiła taki postulat. To pokazuje w prześmiewczym tonie, że inteligencja ma potrzebę bycia dyskryminowaną przez chama, choć pozostaje to głównie w sferze jej złudzeń, a nie realiów.

W innym odcinku pojawiła się przestroga przed prywatyzacją przestrzeni publicznej i reprywatyzacją, zjawiskami aż zbyt dobrze nam znanymi w III RP. Listonosz Edzio wysłał do Ferdka, Paździocha i Boczka fałszywe listy informujące o tym, że do każdego z nich należy jakiś skrawek kamienicy – korytarz, ubikacja i klatka schodowa. Sprywatyzowanie wspólnej własności doprowadziło do zniszczenia wspólnoty sąsiedzkiej, ponieważ każdy z właścicieli zaczął pobierać opłaty za używanie swojej własności i tym samym ograniczał jej dostępność innym.

W krzywym zwierciadle była też przedstawiana przesadna afirmacja kultury szlacheckiej, kultywowana przez dużą część Polaków, którzy mają przeważnie chłopskie korzenie, lecz wstydzą się ich. Także wspólnota europejska została ukazana jako miejsce, gdzie są „równi i równiejsi”, dzieleni według klucza klasowego i narodowościowego. W odcinku „Jeleń Ferdynand” wszyscy sąsiedzi mogli wejść do Unii, choć zanim to się stało byli surowo oceniani przez Niemca, który z pewnymi zastrzeżeniami, ale mimo wszystko kolejno przepuszczał ich przez specjalną bramkę. Unia jednak nie chciała bezrobotnego Ferdka, dlatego rodzina musiała przebrać go za niemieckiego barana, co dopiero skłoniło Niemca do udzielenia zgody na akces biednego wrocławianina do „szlachetnej” wspólnoty.

Kiepscy czasem zdzierali farbę ułudy z idealizowanego w mediach neoliberalnego kapitalizmu, kwestionowali i obalali wiele jego mitów. W jednym z odcinków listonosz Edzio ułożył nawet piosenkę o tym, że Balcerowicz musi odejść. Może dlatego w opublikowanym na portalu film.org.pl tekście o serialu, „Jeszcze nie czas kończyć Świat Według Kiepskich”, Odys Korczyński zauważył, że jakaś tam część klasy średniej oraz polskiej inteligencji miała wyjątkową alergię na tę produkcję i często domagała się jej zdjęcia z anteny.

Należy zaznaczyć, że część podejmowanych przez Ferdka inicjatyw nie ma charakteru typowo zarobkowego, jak na przykład założenie zespołu punkowego czy bandu jazzowego. To kreatywność po prostu wynikająca z potrzeby robienia czegoś inspirującego. W pewnym momencie Ferdek godzi się z tym, że żadna z tych aktywności nie przyniesie finansowego sukcesu, ale po prostu stara się robić to, co lubi i to, co wydaje mu się słuszne. Widać to w odcinku, gdzie wyrabia sobie uprawnienia pracownika Sanepidu tylko po to, żeby zamknąć szemrany gastronomiczny biznes Paździocha i zaraz potem zrezygnować z pracy.

Korczyński zauważa, że głowa rodziny Kiepskich osiąga stan swoistej harmonii kwestionując wyścig szczurów, a nawet mimo skromnego stanu posiadania żyje całkiem przyjemnie, za co może go nie lubić klasa średnia uwięziona w spirali kredytów, konsumpcjonizmu i obłędnej harówki od rana do wieczora.

Oczywiście trochę prowokuję i celowo używam hiperboli, nadając „Światu według Kiepskich” społeczny i klasowy akcent. W istocie poszczególne sezony były pod tym względem nierówne, bo tworzyli je różni scenarzyści i reżyserzy. Nie zmienia to faktu, że póki co sitcom komediowy wydaje się jedną z najbardziej życzliwych opowieści o klasie ludowej w popkulturze. Zresztą nawet we współczesnej kulturze pod tym względem panuje posucha, bo jakoś nie możemy się doczekać w rodzimym kinie polskiego Kena Loacha, który tworzyłby filmy o zacięciu społecznym i wyjątkowej wrażliwości.

Dominują raczej obrazy, w których prowincja czy żyjąca na marginesie społeczeństwa klasa ludowa skrywają jakąś mroczną tajemnicę, mającą związek z ich zacofaniem czy antysemityzmem wyssanym z mlekiem matki. Niech więc każdy oceni sam, czy te dostrzegalne walory „Kiepskich” wynikają głównie z braku konkurencji na tym polu, czy jednak z czegoś większego.

Bartosz Oszczepalski

Chcesz socjalu? Nie głosuj na lewicę!

Chcesz socjalu? Nie głosuj na lewicę!

Tuż przed wyborami parlamentarnymi lewicowa publicystyka nabiera rozpędu. Pojawiają się szczegółowe analizy wymierzone w maluczkich nierozumiejących dziejowych konieczności, szumne deklaracje o wielkich koalicjach, a nawet groźby skierowane pod adresem rządzącej prawicy. W oczy rzuca się jednak to, że w tych wywodach, co tylko pozornie jest paradoksalne, brakuje troski o los klasy ludowej i pracowników po ewentualnym dojściu do władzy liberałów oraz dokooptowaniu sobie przez nich lewicy jako koalicjanta.

Czy nadejdzie lewicowo-liberalny „dzień sznura”?

Tomasz Kozak, deklarujący się jako marksista, z zawodu adiunkt na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej, na łamach „Krytyki Politycznej” popełnił tekst „Zdelegalizować PiS? Jak powinny wyglądać powyborcze rozliczenia”. Zachęca w nim lewicę do przelicytowania liberałów w bezwzględności i do jeszcze mocniejszego niż oni postulują rozliczenia „pisowców”. Elektorat opozycji „chce krwi”, więc powinien tę czerwoną krew dostać, najlepiej od czerwonej lewicy – buńczucznie pisze Kozak. Wspólna lista opozycji, czyli sojuszu neoliberałów z lewicą, to dla marksisty oczywista oczywistość, dlatego idzie on dalej. Domaga się zemsty, „przygotowania list pupili pisowskich”, „procesowego ich przeczołgiwania” oraz „publicznego napiętnowania”. Ale na tym nie kończy. Pragnie uruchomienia środków policyjno-prokuratorskich, by uzyskać większość w Sejmie, zamykania posłów PiS w więzieniu i pozbawiania ich immunitetów. Pod płaszczykiem inteligenckiej nowomowy i erudycyjnego języka Kozak zawarł pogardę dla demokracji, praw człowieka, praworządności oraz wielu innych wartości, jakich przestrzeganie deklaruje opozycja. Napisał jeden z bardziej obrzydliwych i paskudnych wywodów w historii lewicowej oraz opozycyjnej publicystyki.

Ale czy jest się czego bać? Absolutnie. Kozakowi, podobnie jak głośnemu przed kilkoma laty kieleckiemu libertarianinowi Kelthuzowi, zamarzył się „dzień sznura”, z tą jednak różnicą, że pierwszemu lewicowy, a drugiemu libertariańsko-prawicowy. W przypadku Kelthuza marzenia skończyły się na upokarzającym wyroku z tytułu „znieważenia w swoich piosenkach osób ze względu na ich kolor skóry, wyznawaną religię oraz przekonania polityczne”, przy okazji obnażając finansową niedolę „przedsiębiorczego” liberała. Natomiast represyjne marzenia lewicowego adiunkta raczej się nie wydostaną poza publicystyczne wykwity trzeciego sortu. Choćby dlatego, że samorządowe układy są znacznie trwalsze niż rządowe, a tam, by chronić profity, dochodzi niekiedy do bardzo egzotycznych sojuszy. Gdyby na szczeblu centralnym poszczególne partie represjonowały się nawzajem po przetasowaniach na szczytach władzy, wiele intratnych interesów natrafiłoby na przeszkody. Żeby jednak to wiedzieć, należałoby czasem wychylić głowę z uniwersyteckich murów.

Oczywiście, jak przystało na prawdziwego marksistę, Kozak ani nie razu nie zająknął się o tym, jak dojście neoliberałów i lewicy kulturowej wpłynie na sytuację pracowników i klasy ludowej. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, aby mieć świadomość, że ta może się znacznie pogorszyć. Tu jakoś brakowało mu werwy i socjalistycznego radykalizmu. Taki „marksizm” nie potrzebuje nawet ataków ze strony prawicy, tym bardziej że są one zazwyczaj karykaturalne, by zostać uznanym za co najwyżej dziwaczną fanaberię zblazowanego intelektualisty.

Młodzi socjaliści starzeją się brzydko

Oczywiście wywody Kozaka można traktować jako pewne egzotyczne ekstremum, które nie jest warte wysnuwania wniosków dotyczących całej lewicy. Ale po lewej stronie na porządku dziennym jest narracja, w której los grup najgorzej sytuowanych ekonomicznie znajduje się na dalszym miejscu. Oczywiście pozory są zachowane: „lewicowy program” istnieje, postulaty na profilu partii Razem są (choć tych ekonomicznych jest jakby mniej niż kilka lat temu), Zandberg i Konieczny czasami napomkną o pracownikach najemnych i potrzebie mnożenia programów socjalnych, a także rozliczą PiS z tego, że jest „zbyt mało” prospołeczny. Ale to tylko zasłona dymna, a prawdziwe zamiary są widoczne w wypowiedziach dwóch lewicowych polityków dotyczących przyszłych układanek koalicyjnych. Całkiem niedawno Zandberg ostro zareagował na wulgarnego tweeta liberała Tomasza Lisa, który „Kałownią” nazwał Szymona Hołownię za rzekome niszczenie jedności liberalnej opozycji. Zandberg przekonywał, że to takie wypowiedzi dziennikarza „rozbijają jedność na centroprawicy”. Czy jest to ślad wskazujący na przygotowywanie swojej pozycji w negocjacjach koalicyjnych? Nie ma tu przypadku. W podobnym tonie wypowiadał się w rozmowie z Robertem Mazurkiem w RMF FM Maciej Konieczny, inny parlamentarzysta z Razem. Szczytem jego asertywności wobec liberałów było to, że deklaratywnie wykluczał przygotowanie jednej listy opozycji, lecz zarazem często używał sformułowań typu „nasze listy wyborcze” czy „nasz koalicyjny rząd”. W zasadzie przyznał, że koalicja z PO jest prawdopodobna, czego nie można powiedzieć o koalicji lewicy z PiS w razie przegranej bloków opozycyjnych.

Na wszystko to patrzę z rozbawieniem jako były członek socjalistycznej młodzieżowej organizacji, w której działali także obecni liderzy Razem. Nie sposób się bowiem nie uśmiechnąć, gdy się zestawia wspomniane wypowiedzi z tym, co głosiły młodsze wersje obecnych lewicowych posłów. Obaj byli wręcz socjalistycznymi hunwejbinami, którzy w organizacji rozliczali „prawicowe frakcje”. Rugali (bo nie była to zwykła kulturalna krytyka) też obecnych na wspólnych spotkaniach sędziwych działaczy PPS czy młodych aktywistów OPZZ za choćby ciut przychylne słowa wobec SLD, wówczas „neoliberalnego wroga”, krytykowanego mocniej niż piętnowana była cała prawica. Nie pomyślałbym wówczas, że za pewien czas nie tylko będą w świetnej komitywie z liberałami z SLD, bo to już się dzieje od wielu lat, ale również o Tusku i PO mówić zaczną jako o naturalnym koalicjancie. I to ustami Macieja Koniecznego, swego czasu jednego z najbardziej zajadłych antyliberałów w organizacji Młodzi Socjaliści. Trudno o bardziej dobitny i groteskowy przykład przemiany nadgorliwego ideowca w cynika.

Czary goryczy dopełnia transfer wyjątkowo radykalnej neoliberałki i fanki Balcerowicza Klaudii Jachiry do Partii Zieloni. Oczywiście Zieloni już od dłuższego czasu unikają związków z lewicą, a ich parlamentarzyści są w klubie KO. Jednak kiedyś było inaczej: kierownictwo ugrupowania nie bało się szermować antyneoliberalnymi hasłami, które wraz z agendą ekologiczną i liberalizmem światopoglądowym teoretycznie sytuowało ich po lewej stronie. Kiedyś mówiło się: z wierzchu zielony, a w środku czerwony. Teraz powinno się mówić: z wierzchu zielony, a w środku neoliberalny.

Lewicowi stratedzy z bożej łaski

Nie sposób zatem uwierzyć w to, że los pracowników najemnych czy osób z najniższych szczebli drabiny klasowej spędza sen z powiek kierownictwu Razem i że martwią się tym, co się stanie z grupami wykluczonymi ekonomicznie, gdy jednak Tuska nie będzie się dało przekonać do socjalnych pomysłów. To cecha wspólna również przyszywanych strategów, którzy z pozycji eksperckich przekonują, że dzięki pójściu za rączkę z neoliberałami razemowcy przynajmniej mają szansę na udział we władzy i realizację postulatów, a byliby jej pozbawieni, gdyby „szlachetnie zostali w niszy jak Śpiewak czy Ikonowicz”. Oczywiście nie wspominają, że lewica w Polsce sama zasłużyła na taką sytuację, stawiając na liberalny gospodarczo elektorat klasy średniej (znacznie bardziej prorynkowy od elektoratu PiS, a w niektórych obszarach nawet od wyborców PO) i sprowadzając własną rolę do pozycji kwiatka na liberalnym kożuchu. A gdy już było wiadome, że na fioletowych sztandarach daleko się nie zajedzie, zamiast budować struktury od podstaw postawiła na szybkie kariery u boku liberałów. To nie „dziejowe konieczności” zaprowadziły was tam, gdzie jesteście. Wy sami to zrobiliście. Oczywiście teoria o tym, że „lepszy rydz niż nic” już nie działa, gdy w tych kręgach ostro krytykuje się nielicznych lewicujących publicystów, którzy doceniają niektóre działania PiS z pozycji prosocjalnych.

Na koniec i ja się pobawię w domorosłego stratega, choć upierać się będę, że moje wnioski są oparte na zdecydowanie mniej wątłych przesłankach. Lewica nie przejmuje się sytuacją pracowników i klasy ludowej, szykując się do sprawowania władzy wraz z neoliberałami. Uzależniła się od fochów liberalnego gospodarczo elektoratu i salonów. Zatem zwyczajna arytmetyka krzyczy: „Chcesz socjalu? Pragniesz propracowniczych zmian? Nie głosuj na lewicę!”. Tym bardziej, że – w przeciwieństwie do publicystów i działaczy lewicowych – według sondażu przeprowadzonego na zlecenie Wirtualnej Polski aż 49 procent przepytywanych Polaków obawia się tego, że powrót PO do władzy wiązać się będzie z ograniczeniem programów socjalnych, a także z podwyższeniem wieku emerytalnego. Co więcej: Polacy głosujący na podstawie poglądów i oczekiwań socjalnych doskonale wiedzą, że lewica chce ułatwić neoliberałom powrót na szczyty władzy. I dlatego ta część wyborców nie odda głosu na lewicę. Byt, jak zawsze, określa świadomość, a porady domorosłych strategów są ludziom zbędne. Ciekawe, co by o tym wszystkim powiedział Marks, gdyby żył?

Bartosz Oszczepalski

Grafika w nagłówku tekstu: Phil59 from Pixabay.

Komu są potrzebne ideologiczne totemy?

Komu są potrzebne ideologiczne totemy?

Co jakiś czas, trochę na marginesie publicystyki, toczy się spór o to, który działacz, polityk czy ruch polityczny spełniają warunki, by nazywać ich prawdziwą lewicą i prawdziwą prawicą. Na ogół wygląda to tak, że jedna strona uważa, iż lewica to twór przede wszystkim liberalny obyczajowo, w najlepszym razie z lekkim zacięciem socjalnym, a wszystko inne, w sensie bardziej konserwatywne, to prawica lub skrajna prawica. Ale pojawiają się też przeciwne głosy, mówiące, że palmę pierwszeństwa „lewicowości” czy bycia „socjaldemokratycznym ugrupowaniem” dzierży rządzący PiS, gdyż jako jedyny po 1989 roku wdraża na tak szeroką skalę programy socjalne. Nie wydaje mi się jednak, żeby ten spór miał w ogóle sens.

O dziwo, autorzy tych drugich opinii w pewnym stopniu podzielają przekonanie libertariańskiej prawicy, która uważa, że PiS to „socjaliści z krzyżem w zębach”. Różnica jest taka, że dla nich to określenie ma pozytywny wydźwięk. Biorąc pod uwagę, że na płaszczyźnie realiów, a nie frazesów rzeczywiście to PiS jest najbardziej socjalnym rządem po 1989 roku, można by uznać, że to oni mają więcej przekonywających argumentów. Jednak tak naprawdę żadna ze stron nie ma racji, za to obie toczą (anty)intelektualny jałowy spór oderwany od rzeczywistości.

Politologia to nie matematyka

Realia polityki są płynne i to one nadają poszczególnym pojęciom sens, często zupełnie nowy. Humanistyczna z ducha politologia uniwersytecka i polityka realna to nie matematyka, która jednak opiera się na ściśle określonych i nieprzekraczalnych ramach. To zarówno jej wada, bo nie brak w tej dziedzinie oszołomów, którzy uważają, że można stworzyć każdą teorię i podważyć każdy fakt, ale też i zaleta, ponieważ pozwala postrzegać rzeczywistość w sposób nieszablonowy i uczyć się myślenia abstrakcyjnego oraz humanistycznego, w którym świat nie kończy się na cyferkach. Ale ci, którzy walczą o totemy prawdziwych prawic i lewic, nie korzystają z tych dobrodziejstw politologii.

Zarówno w Polsce, jak i w wielu krajach nastąpiło zatarcie granic między klasyczną prawicą a klasyczną lewicą. Brazylia, gdzie niedawno bardzo brutalną walkę stoczyli zwolennicy klasycznie prawicowego, niemal faszyzującego Bolsonaro z obozem klasycznie socjaldemokratycznego Luli, jest tu raczej wyjątkiem od reguły. PiS jest dobrym przykładem zamazania się tych granic. Prawo i Sprawiedliwość to bowiem partia socjalno-konserwatywna inspirująca się katolicką myślą społeczną, ale na tle polskiej „lewicy” (tej, która teraz jest w opozycji, a kiedyś rządziła) gospodarczo faktycznie może sytuować się bliżej typowej socjaldemokracji i to sformułowanie wcale nie wydaje się być specjalnie kontrowersyjne. Nie tylko z powodu 500 plus, lecz szeregu innych „socjaldemokratycznych” rozwiązań: większych nakładów na służbę zdrowia, żłobki czy wprowadzania świadczeń dla emerytów i rodzin.

To oczywiście nie oznacza, że PiS jest socjalistami, jak to często starają się głosić liberałowie. W ich programie nie brakuje komponentu bardzo konserwatywnego, nie opowiadają się też za prymatem społecznej własności środków produkcji. A ponieważ ta „lewicowość”, o którą walczą ci, którym nie podobają się argumenty o „lewicowym PiS”, kojarzy się ludziom jak najgorzej, na przykład z neoliberalnymi rządami SLD czy z Rafałem Trzaskowskim, to PiS-owi ta łatka lewicowości jest potrzebna jak robotnikowi głos oddany na Joannę Scheuring-Wielgus. Socjalni wyborcy partii rządzącej też w taki sposób się nie identyfikują, więc nie ma sensu im tej lewicowości wciskać na siłę.

Nie jesteśmy uformowani w sztancy

Zapewne niemało czytelników ma czasem wrażenie, że ze swoimi przekonaniami ciężko im trafić idealnie w typowe ramy klasycznej lewicy i klasycznej prawicy. Tym bardziej, że te są coraz bardziej rygorystyczne. Coraz więcej osób, w tym również ja i środowisko „Nowego Obywatela”, które użyczyło mi swoich łamów na potrzeby tego felietonu, w zdecydowanie mniejszym stopniu niż niegdyś identyfikuje się z lewicą. Co oczywiście nie oznacza zapisywania się do obozu szeroko rozumianej prawicy. Moglibyśmy oczywiście popierać gospodarcze postulaty Razem, przy okazji licząc, że „fioletowi” dojdą do władzy i je zrealizują, ale w 2022 roku już chyba nikt nie wierzy w te bajki, które niegdyś opowiadali nam działacze tej partii. Tym bardziej, że jak wspominałem, to PiS jest jedyną siłą, która obecnie jest w stanie skutecznie wcielać w życie prospołeczne postulaty, a ugrupowanie Adriana Zandberga jest skazane na bycie kwiatkiem do liberalnego kożucha. Wymachiwanie odważnymi hasłami o 7-godzinnym czasie pracy tego nie zmieni, nawet jeśli na poziomie ideologicznym jest słuszne.

A teraz będę mówić już tylko w swoim imieniu. Jako były już lewicowiec taktycznie popieram PiS, ale jednocześnie nie jestem typowym pisowcem. W kwestiach obyczajowych opowiadam się zdecydowanie po stronie wolności, a przynajmniej do momentu, w którym ona nie zagraża innym. Z drugiej strony od nowych woke-rewolucjonistów oraz akolitów siedemsetnej fali neofeminizmu i tak nie dostałbym legitymacji prawdziwego lewicowca. A to dlatego, że nie chciałbym, aby popierana przeze mnie szeroko rozumiana swoboda w obszarze prywatnych wyborów wiązać się musiała z niemożnością skrytykowania lewicowego aktywisty czy feministki, która w poniedziałek walczy z seksizmem, a we wtorek walczy na ringu w zawodach organizowanych przez przemocowego seksistę. Jako demokrata akceptuję wolność jednostki, ale to w mojej optyce coś innego niż moralny relatywizm współczesnej lewicy połączony z cenzorskim szantażem. Tym bardziej, że jakoś ta głoszona na lewicy zasada o podmiotowości nie działa, gdy na przykład ocenia się ludzi z okolic lewicy oddających głosy na PiS czy chwalących socjalne posunięcia rządu Zjednoczonej Prawicy. Wtedy „wolny wybór” przestaje mieć znaczenie, bo on występuje głównie wtedy, gdy trzeba bronić prawa celebrytek-feministek do robienia, czego chcą, nawet jeśli to koliduje z głoszonymi przez nie przekonaniami. Jednym słowem, wierzę w idee równości oraz wolności, ale jestem przekonany, że wolność polega również na dostrzeganiu i mówieniu o tym, że niektórzy korzystają z niej nadmiernie i popadają w działania destrukcyjnie na poziomie indywidualnym i ogólnospołecznym. Gdzie mnie to sytuuje? Na prawicy czy na lewicy?

Kwestia mojego stosunku do „praworządności” i Unii Europejskiej też jest złożona i wyłamuje się z typowych podziałów na lewicę oraz prawicę. Z biegiem czasu staję się coraz bardziej „brukselosceptyczny”, ale raczej z pozycji egalitarnych niż konserwatywnych. Uważam, że trzeba tworzyć przeciwwagę wobec niemiecko-francuskiego kapitału oraz elitarystycznej Europy federacyjnej. Taka forma krytyki nie istnieje jednak na lewicy, więc znów sytuuje mnie to bliżej PiS. Teoretycznie, ponieważ zauważam, że partia rządząca coraz mniej umiejętnie rozgrywa partię szachów z Brukselą.

Liberałowie klasyczni czy konserwatywni? Wiejscy socjaliści czy liberałowie?

Nie tylko zresztą PiS łamie te granice lewicowo-prawicowe. Na scenie politycznej, może poza skrajnie prawicową Konfederacją, nie ma ugrupowań typowo lewicowych i prawicowych. Lewica to de facto progresywni liberałowie, a obóz liberalny raz dryfuje w stronę liberalizmu klasycznego, by potem znów powołać się na swoje konserwatywno-liberalne korzenie. Socjaldemokratyczne postulaty gospodarcze głoszone niedawno przez Tuska dowodzą tego, że nawet (przynajmniej deklaratywne) odejście od twardogłowego neoliberalizmu byłoby możliwe, gdyby nie karmiony dekadami Balcerowiczem i Gadomskim aktyw reagujący nerwowo na tego typu propozycje podczas otwartych spotkań z liderem partii.

A Agrounia? Kolejny przykład formacji trudnej do politologicznego zdefiniowania. Niby jest to ugrupowanie ludowe i akcentujące wiele postulatów interwencjonistycznych oraz antyglobalistycznych, jednak niektóre wywiady z Michałem Kołodziejczakiem wskazują, że nawet w tak podstawowych kwestiach, jak stosunek do 500 plus czy minimalnych stawek godzinowych, wciąż znajduje się on ekonomicznie „na prawo” od partii rządzącej. Cóż, struktura społeczna wsi zmieniła się znacznie od czasów Andrzeja Leppera. Jednocześnie już w trakcie pisania tego felietonu zapoznałem się ze świeżym wywiadem z liderem Agrounii, w którym szermuje on hasłami socjalistycznymi niczym przedwojenny PPS-owiec. Najwidoczniej wewnątrz tej formacji wciąż trwa intensywny ferment ideowo-programowy i dopiero za jakiś czas okaże się, w którą stronę on się rozwinie. PiS wygrywa w dużej mierze dzięki głosom mieszkańców wsi, również tych niezamożnych, więc trudno sobie wyobrazić, żeby Agrounia zrezygnowała z postulatów w duchu sprawiedliwości społecznej. Ugrupowanie Szymona Hołowni to już w ogóle dziwny postpolityczny twór od Sasa do Lasa, ale jednak trafiający w gusta pewnej części centrowego i umiarkowanego elektoratu.

Jednym słowem, drodzy intelektualiści, nie pozbawiajcie się przyjemności z obserwowania tych zmian, jakie zachodzą na scenie politycznej. Trwanie przy sztywnych definicjach książkowych niczym przy dekalogu ani nie ubogaca intelektualnie, ani niczemu konstruktywnemu nie służy, bo zmiany te odzwierciedlają również poglądy wyborców, które wykraczają daleko poza ideologiczną sztancę. Można nie przepadać za PiS-em lub Koalicją Obywatelską, ale zarówno socjalno-konserwatywny PiS, jak i liberalna bądź liberalno-umiarkowanie-konserwatywna opozycja to ugrupowania swoimi programami odzwierciedlające nastroje wyborców i krajowe realia społeczno-polityczne. No chyba, że ktoś odczuwa potrzebę mocniejszej identyfikacji ze swoją „banieczką polityczną” jako oblężoną twierdzą jedynej słusznej ideologii – ale to go na pewno intelektualnie nie rozwinie.

Bartosz Oszczepalski

Grafika w nagłówku tekstu: Pixabay.com

Średni film z ważnym przesłaniem

„Gierek” to bardzo przeciętny film, który jednak był w Polsce potrzebny. Dość często razi, bo trudno nie dostrzec jego niedostatków, ale zarazem prowokuje w pozytywnym sensie, a o PRL opowiada w tonie dalekim od czarno-białego.

Ballada o człowieku, który stał się ikoną z przypadku

Nie ma co ukrywać. Nowa produkcja o pierwszym sekretarzu PZPR kuleje na wielu płaszczyznach. I to tych czysto warsztatowych. Razić mogą mało zabawne żarty średnio pasujące do tematyki filmu, dziwna praca kamery, niekiedy niezbyt błyskotliwe linie dialogowe popadające w niezamierzony komizm, telenowelowa otoczka czy słabo rozrysowane postacie połączone z nie do końca trafionym doborem aktorów do konkretnych bohaterów. Oczywiście Jaruzelski był skrajnie negatywną postacią w polskiej historii, jednakże w opinii osób go znających raczej w kontaktach sprawiał wrażenie stonowanej i powściągliwej osoby, a nie narwańca-spiskowca o wyglądzie i zachowaniu Gargamela, a tak go przedstawiono w filmie. Kania, tu ukazany jako towarzysz Maślak, ogładą i wyrafinowaniem nie grzeszył, lecz trudno uwierzyć, że był też pajacującym przygłupem, a tak zagrał go aktor zwykle zresztą specjalizujący się w takich rolach.

Postacie w ogóle są grubo ciosane, kliszowe i mało zniuansowane. Dotyczy to również samego Gierka, który zupełnie słusznie został przedstawiony jako bohater bardziej pozytywny niż Jaruzelski i Kania, jednak za bardzo przesadzono z jego wybielaniem, tworząc cukierkową laurkę. O ile jego rolę w zmienianiu Polski oceniam dobrze, o tyle ciężko uwierzyć, że był prawie antykomunistą, kremlosceptykiem i zwolennikiem „koncesjonowanej opozycji”, a przypadkowo został sekretarzem w systemie, którego tak naprawdę nie popierał. Mało jest prawdopodobne, by tak wysoką funkcję powierzono dobrodusznemu gamoniowi, który nie ma pojęcia o meandrach polityki i zostaje łatwo oszukany przez konkurentów, także przecież nie grzeszących inteligencją. Oczywiście Gierek uchodził za sympatycznego i naprawdę miał dobry kontakt z ludźmi, ale zarazem zanim został pierwszym sekretarzem, przez wiele lat przewodził partyjnym strukturom na Śląsku. Wiedział, z czym się je politykę i można go nazwać politycznym wygą. Tymczasem w filmie jest liściem, który omyłkowo spadł na dach i został dość szybko strząśnięty przez wiatr.

Ziarno prawdy

Wiele wydarzeń historycznych zostało w „Gierku” przedstawionych z przymrużeniem oka i dość umownie, ale to nie dokument, więc można to potraktować ulgowo. I nawet jeśli tak ukazany Gierek nie zawsze przekonuje, to akurat Koterski ze względu na podobną fizjonomię i usilne starania, tego dobrodusznego empatę przedstawia dobrze i w sposób wiarygodny. Tak jak zapewne chciał reżyser, choć jak już wspomniałem, taki pomysł na Gierka średnio mi odpowiada. Docenić należy kilka drugoplanowych ról, jak choćby radzieckiego polityka granego przez Krzysztofa Tyńca. Intryga, choć grubo ciosana, po pewnym czasie nawet zaczyna wciągać, przez co film się nie dłuży, mimo że trwa aż 2,5 godziny. Sama myśl przewodnia scenariusza też jest mi bliska, bo Gierek na tle innych dygnitarzy wypadał dobrze i był kojarzony z tym, z czym powinien być utożsamiany prawdziwy socjalizm – sprawczością, niwelowaniem nierówności społecznych, stawianiem oporu imposybilizmowi. I nie tylko socjalizm, ale każde cywilizowane państwo oraz prozwojowy projekt społeczno-gospodarczy, więc polityczny przekaz produkcji można bronić z pozycji niesocjalistycznych.

Warto przy okazji zaznaczyć, że bronią się też komentarze i wątki ekonomiczne, z których dużą część zapewne napisał publicysta ekonomiczny Rafał Woś. Sam zresztą zagrał małą rólkę liberalnego ekonomisty doradzającego Gierkowi terapię szokową i radykalną prywatyzację, co można traktować jako zapowiedź ery Balcerowicza, której upadek Gierka był być może pierwszym zwiastunem. Bawić, a jednocześnie nie pozostawać obojętnym może też na przykład stwierdzenie amerykańskiego bankiera, że tak naprawdę pożyczają wszyscy, również kraje kapitalistycznego Zachodu, a Polska nie jest wyjątkiem. To ważne w kontekście zarzucenia Gierkowi socjalistycznego populizmu.

I pewnie nie każdy wątek spiskowy w „Gierku” stał blisko prawdy, ale zarazem trudno się nie zgodzić, że przeciwko pierwszemu sekretarzowi został zawiązany spisek, o czym świadczy fakt, iż internowano go w stanie wojennym. Dlatego z dużą dozą sympatii podchodzę do tego, że reżyser Michał Węgrzyn ukazał w swoim dziele ponadczasowe i ponadpolityczne mechanizmy niszczenia ludzi. Całkiem „przypadkowo” prawie zawsze są to osoby występujące przeciwko establishmentowi i działające na rzecz „zwykłych” obywateli, a nie tylko elit. Teraz, kiedyś, w administracji państwowej, w samorządach, w spółkach skarbu państwa i przedsiębiorstwach prywatnych. Podobnie jak Gierkowi, w taki sposób gębę złodzieja i prymitywa dorobiono między innymi Andrzejowi Lepperowi. Jakkolwiek całościowo nie oceniałbym „Gierka”, doceniam to, iż wiele osób, które oglądały film, wspominało, że rozjaśnił im on sporo faktów ekonomicznych i związanych z kulisami władzy.

Film mógł być znacznie lepszy, ale krytycy też

A dlaczego był on Polsce i Polakom potrzebny? Bo mimo swoich wad – jednowymiarowych postaci czy zbyt propagandowego wymiaru – i tak jest bardziej zniuansowany w ocenie PRL czy w ogóle aktywnej roli państwa w gospodarce niż przytłaczająca większość polskich filmów powstałych po 1989 roku. Oczywiście miał ten system mnóstwo wypaczeń, jak choćby cenzura, brutalna pacyfikacja strajków i uzależnienie od Rosji, jednakże miewał i zalety. Nie brakowało ambitnych reform społecznych, inwestycji robionych z wielkim rozmachem czy takich polityków jak Gierek, którzy w jakimś stopniu próbowali otworzyć Polskę na świat i uniezależnić od ZSRR, nawet jeśli deklaracje wskazywały na coś innego. I o tym właśnie opowiada „Gierek”. Film wadliwy, a zarazem taki, który trochę nieporadnie, ale jednak próbuje tamten okres w historii Polski pokazać w sposób mniej zerojedynkowy niż to zwykle ma miejsce.

Być może z tego wynika furia, która zawładnęła recenzentami oceniającymi „Gierka”. Rozumiem, że film może się nie podobać, bo i ja nie jestem do niego w pełni przekonany, jednak zaskakiwać może zaciętość każąca niektórym redakcjom pisać aż po dwie recenzje tej produkcji, w dodatku pełne wulgaryzmów. Nikt mnie też nie przekona, że recenzenci oceniając dzieło nie mieli w głowie pewnych politycznych klisz. Szczególnie ci o przekonaniach neoliberalnych, konserwatywno-liberalnych bądź lewicowo-liberalnych. Nie ma w tym przypadku, że określali złośliwie jednego ze scenarzystów Rafała Wosia mianem „alt-leftowego publicysty” czy twierdzili, że jest radykalnym socjalistą przesadnie nienawidzącym Balcerowicza, z czego wynikają wady filmu. Jeden z historyków posunął się nawet do tego, żeby zarzucić twórcom, iż nie przedstawili polityka z Sosnowca jako nieoczytanego nieuka nieinteresującego się filmami i teatrem, bo w jego opinii to właśnie ma świadczyć o tępocie danego człowieka. Mieszanka klasizmu i uprzedzeń wobec wszelkich polityków, którzy mieli inny pomysł na Polskę niż neoliberalny, wielu recenzentom nie pozwoliłaby docenić filmu, nawet gdyby był lepszy. Zresztą warto tu zadać pytanie: skoro „Gierek” to produkcja słaba, dlaczego do tej pory nie powstał jakiś inny, lepszy film o tym polityku albo chociaż bardziej zniuansowany i zarazem wartościowy artystycznie obraz o epoce PRL-u? Dlaczego w Polsce kino społeczne kuleje, a w rodzimych filmach przeważnie szczytem analizy społecznej jest naigrawanie się z ciemnego ludu nienawidzącego „obcego” i elitarny dydaktyzm? Tego recenzenci nie napiszą, a szkoda.

Moja ocena: 5/10

Bartosz Oszczepalski