przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017
Po prawie trzech dekadach istnienia III Rzeczpospolitej można z całą pewnością stwierdzić, że zasługuje ona na swoją „czarną księgę”. Znalazłoby się tam miejsce na przeróżne opowieści: o prywatyzacji systemu emerytalnego, o pacyfikacji przez policję protestów robotniczych, o osiedlach kontenerowych i o braku polityki komunalnej państwa, o ciężkim losie Mariana Zagórnego, który walczył z mafią zbożową i płacił za to wyrokami sądowymi, o zmowie pogardy wobec popegeerowskiej wsi. A także, oczywiście, musiałoby się tam znaleźć miejsce na historię rodzimej reprywatyzacji. I jeszcze jedno: dzieje III RP to również historia walki klasowej. Napiszę to mocno: zamordowana kilka lat temu działaczka lokatorska Jolanta Brzeska jest również – najdosłowniej w świecie – ofiarą walki klas.
Książka „Wszystkich nas nie spalicie”, autorstwa Piotra Ciszewskiego i Roberta Nowaka, może stanowić część „czarnej księgi” III RP, choćby jako istotny element wstępu. Tym bardziej, że autorzy dobrze wiedzą, o czym piszą: Ciszewski to dziennikarz, publicysta i aktywista społeczny, działacz kampanii „Mieszkanie Prawem, Nie Towarem”, a następnie współtwórca Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów i uczestnik blokad eksmisji na bruk. Z kolei Robert Nowak to społecznik, bloger, od kilku lat związany z WSL, redaktor portalu lokatorzy.pl. Ich praca pisana jest z jasno określonej perspektywy: aktywistów stołecznego środowiska lokatorskiego.
Dla niektórych powyższa kwestia stanowi mankament tej książki, ale moim zdaniem warto przypominać i pokazywać opinii publicznej tę dość nieliczną grupę działaczek i działaczy lokatorskich, którzy przez lata mieli odwagę zaangażować się po stronie przegranych, po stronie wyszydzonej sprawiedliwości. I nie mogli liczyć na niczyje oklaski, więcej nawet: nie mogli nawet liczyć na życzliwość czy chociażby uczciwe traktowanie ze strony przeróżnych instytucji publicznych. Gdy niemal wszyscy stali odwróceni – oni toczyli nierówną walkę z reprywatyzacyjnym, bezwzględnym, wpływowym, potężnym finansowo i politycznie reprywatyzacyjnym układem.
Rzućmy najpierw szersze światło na sprawę. Ostatnie dekady w naszym kraju upłynęły na dyskusjach dotyczących rozliczeń z epoką PRL, ukarania winnych zbrodni, potępienia ludzi i struktur odpowiedzialnych za patologie tamtych czasów. Ale najwyższa pora, żebyśmy solidnie zaczęli mówić o rozliczaniu III RP z jej przewin, bo nagromadziło się tego brudu już dość: jedni go nie widzą, ponieważ z niego świetnie żyją, drudzy przeoczyli teraźniejszość zajęci spoglądaniem w przeszłość, trzeci tak bardzo uwierzyli w ultraliberalną doktrynę gospodarczą, że krzywdę mnóstwa obywatelek i obywateli Polski pojmują jako nową dziejową sprawiedliwość i konieczność. Jeszcze jedno: wyobrażenia społeczne wydają się czymś efemerycznym, ale w znacznej mierze to atmosfera dogmatycznego ultraliberalizmu gospodarczego, zapewne nierzadko podpartego własnym zyskiem jego piewców, odpowiada za zaniechania państwa i znieczulicę społeczną wobec ofiar dzikiej reprywatyzacji. Być może za kilka dekad dzika reprywatyzacja zostanie w pełni opisana jako historia koncesjonowanej przez państwo i długo społecznie tolerowanej nikczemności.
Pozwolę sobie na pewne smutne wspomnienie. Tuż po śmierci Jolanty Brzeskiej, na początku marca 2011 roku, byłem aktywnym użytkownikiem bardzo wówczas popularnego portalu blogowego salon24.pl. Blogosfera dawała wówczas mocno niezapośredniczony głos zwykłym użytkownikom internetu, głos – jak często przekonywano – daleki od zapatrywań mainstreamu. Pod kilkoma dość istotnymi kwestiami były to jednak nierzadko głosy bardzo typowe. Opublikowałem tam wówczas kilka okolicznościowych tekstów poświęconych tragicznie zmarłej działaczce lokatorskiej. Najbardziej przygnębiające, choć dość oczywiste w polskich realiach, było to, że najaktywniejszymi komentatorami byli miłośnicy „najświętszej własności”, którzy wprost pisali, że Brzeska najpewniej miała problemy psychiczne i dokonała samospalenia, że nie sprowokowałaby agresywnych działań ze strony czyścicieli kamienic, gdyby wyprowadziła się z cudzego mieszkania, że ruchy lokatorskie pasożytują na legalnie zdobytej/odzyskanej własności. Wreszcie padały sugestie, że jeśli ktoś tak bardzo współczuje wyrzucanym z mieszkań, to niech przyjmie ich pod swój dach. Ten przykład jak w soczewce pokazywał, w jaki sposób przemoc symboliczna legitymizuje we współczesnej Polsce przemoc instytucjonalno-rynkową. Uderzało coś jeszcze: częsty brak kontrargumentów blogerek i blogerów, którzy przeciwstawiali się tej logice, ale nie wiedzieli, jakim językiem wyrazić swój sprzeciw wobec dogmatycznego lumpenliberalizmu. I milkli.
Dziś na szczęście sytuacja przedstawia się choć trochę inaczej. Zwolennicy „najświętszej własności”, owszem, nierzadko nie zmienili zdania ani o jotę, ale po pierwsze, za sprawą sprawnych i konsekwentnych działań stowarzyszenia Miasto Jest Nasze patologie reprywatyzacji zostały nagłośnione medialnie i weszły na dobre do masowego obiegu informacji. Po drugie – zmiana władzy politycznej w październiku 2015 roku w tej akurat materii okazała się dobra, a przynajmniej – niezgorsza. Zarówno prace nad powstaniem komisji weryfikacyjnej, jak i zdecydowane działania Ministerstwa Sprawiedliwości oraz Prokuratury pomogły wielu osobom uświadomić sobie, że reprywatyzacja po polsku była zalegalizowanym szwindlem. Stołeczny Ratusz, niegdyś traktujący głos lokatorów z absolutną dezynwolturą, sporo stracił pod względem wizerunkowym, w kwestiach reprywatyzacji przestał być wiarygodny dla dużej części opinii publicznej, a niektórzy jego urzędnicy stali się obiektem większego zainteresowania odpowiednich organów państwa.
Patrząc z dzisiejszej perspektywy, „Wszystkich nas nie spalicie” Ciszewskiego i Nowaka, przynosi wiele oczywistości, szczególnie osobom nieźle już w sprawie zorientowanym. Jestem jednak przekonany, że to absolutna lektura obowiązkowa dla tych, którzy dopiero chcieliby poznać skandaliczną historię reprywatyzacji pisaną z perspektywy działaczy lokatorskich, historię ich walki o respektowanie praw ludzi, którzy stali się obywatelami drugiej kategorii. Co istotne, w znacznej mierze książka ta jest pracą z zakresu rodzimej historii ludowej. To jej ważny rys, ponieważ wciąż brak lewicy istotnych społecznie ludowych mitów, nie tylko oddziałujących na wyobraźnię lewicowych środowisk, lecz zdolnych zainteresować także tzw. zwykłych ludzi.
Żywy dziś mit Jolanty Brzeskiej ogniskuje wiele elementów istotnych z punktu widzenia lewicy: i tych odnoszących się do katalogu lewicowych wartości oraz aktywności i wrażliwości społecznej, i tych, które wiążą się z wizją i standardami polityki społecznej, mieszkaniowej, ładu społeczno-gospodarczego i legislacyjnego. Czy nie jest znamienne, że jedną z najgłośniejszych ofiar III Rzeczpospolitej jest samotna, starsza kobieta? W kraju oficjalnego kultu chrześcijańskich wartości, państwo i mafia zjednoczyły się przeciw niezamożnej lokatorce. Bo ośmieliła się walczyć o sprawiedliwość dla siebie i grupki podobnych sobie „życiowych nieudaczników”, którzy i które mieli pecha stanąć na drodze budującemu się właśnie kapitalizmowi „po polsku”.
Wiele o sytuacji ruchu lokatorskiego i fatalnym losie wypędzonych lokatorów jeszcze kilka lat temu mówi taki oto cytat: Pierwsze blokady eksmisji oraz akcje organizacji lokatorskich w tej sprawie nie spotkały się z większym zrozumieniem mediów. Jeszcze w latach 2008–2009 dziennikarze pisali o biednych kamienicznikach niemogących się pozbyć mieszkańców z należących do nich budynków. Właściciel więc może robić, co mu się podoba, nawet jeśli działa na granicy prawa – sugerowali, a reprywatyzacyjna patologia narastała. Nie bez znaczenia jest fakt, że przez blisko trzy dekady III RP nie udało się stworzyć integralnej ustawy reprywatyzacyjnej. Ostatni jej duży projekt, zresztą autorstwa niechlubnej pamięci rządu Jerzego Buzka, zawetował ówczesny prezydent Aleksander Kwaśniewski. Tłumaczył to ochroną „zasad sprawiedliwości społecznej i równością obywateli wobec prawa”. Notabene autorzy „Wszystkich nas nie spalicie” przypominają, że już w 1995 roku Piotr Ikonowicz, wówczas poseł, proponował uchwalenie ustawy o wygaszeniu roszczeń reprywatyzacyjnych. Trudno jednak wyobrazić sobie jej realizację, szczególnie w klimacie pierwszych lat transformacji.
Reprywatyzację w III Rzeczpospolitej często czyta się i ogląda przez pryzmat stolicy. Tylko w Warszawie władze wypłaciły w ramach roszczeń reprywatyzacyjnych 1,4 mld złotych – pomińmy tu wartość działek i budynków oddanych w Warszawie. Autorzy pracy podkreślają jednak, że reprywatyzacja ma zasięg ogólnopolski. Tym bardziej, że podwyżki czynszów dają kamienicznikom szansę na szybki zarobek bez ponoszenia wielkich kosztów. Stąd jeden z rozdziałów książki nosi wymowny tytuł: „Poznań, Łódź, Kraków, Warszawa – wspólna sprawa!”. To o tyle istotny wątek, że skoncentrowane na sprawach stołecznych tzw. ogólnopolskie media rzadko pokazują bolączki naszej rzeczywistości, która otwiera się poza rogatkami Warszawy.
Ciszewski i Nowak skrótowo (może nawet zbyt skrótowo) opisują realia pozawarszawskiej reprywatyzacji, ale już tylko to, co pokazują, pozwala zobaczyć, że różnorakie skandaliczne aspekty społecznej niesprawiedliwości III RP nie dotyczą jedynie stolicy. Są niestety wspólną cechą polskich przemian.
Przykładowo, w Poznaniu władze miasta postawiły na szybkie pozbycie się ponad 150 kamienic o nieuregulowanym statusie własnościowym, pozostających pod zarządem Miejskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Mieszkaniowej. Nie przykładano należytej wagi do sprawdzania zasadności roszczeń, nie próbowano podważać ich w sądzie, nie dbano o to, żeby dawni właściciele lub ich spadkobiercy wzięli na siebie część kosztów wieloletniego utrzymania budynków przez państwo. Na ogół urzędnicy nie chcieli też komunalizować tych budynków. Na lokalną strategię miejską nałożyły się całościowe rozwiązania prawne. W ramach jeszcze skuteczniejszego budowania kapitalizmu w 2006 roku uwolniono czynsze w budynkach prywatnych, wcześniej regulowane w ustawie o ochronie praw lokatorów. To jeszcze bardziej pogorszyło sytuację wypędzanych lokatorów.
Walki klas nie prowadzi się dziś wyłącznie w białych rękawiczkach, wcale nie. Nie toczy się jej jedynie w telewizyjnych studiach, drogich restauracjach, gabinetach prawodawców, na przyjęciach dla wielkiego biznesu, potężnych mediów, wpływowych polityków. Walka klas wciąż toczy się na ulicach, na klatkach schodowych, przed drzwiami domów, do których próbują się wedrzeć odzyskiwacze kamienic. Tyle że po jednej stronie są ludzie bezwzględni i zmotywowani dużym zarobkiem, korzystający nierzadko ze wsparcia albo cichego przyzwolenia państwa, a po drugiej – zmęczeni i zestresowani, zagrożeni w swoim bycie kobiety i mężczyźni i ludzie dobrej woli, nierzadko otrzaskani z różnorakimi aspektami walki na każdym możliwym froncie, ale nie dość liczni, przeciążeni pracą i zobowiązaniami.
Spójrzmy z bliska na to, czego na ogół nie chcą pokazywać kamery mediów zaprzyjaźnionych z realnym liberalizmem: przy ulicy Stolarskiej 2 w Poznaniu [lokatorzy – przyp. K.W.] zabili deskami główne wejście do budynku. Zostało ono dodatkowo zabezpieczone kontenerem na śmieci, a bramy pilnowało kilka osób. Mieszkańcy szykowali się na atak czyściciela kamienic. Nie chcieli dopuścić go do budynku, aby nie zaczął ponownie psuć instalacji, odłączać prądu ani wprowadzać ludzi prowadzących remont, będący w rzeczywistości dewastacją kamienicy. Wszystko to działo się na oczach niereagującej policji: gdy 17 sierpnia 2012 roku [Piotr Ś. – jedna z prominentnych postaci poznańskiego rynku nieruchomości – przyp. K.W.] przybył na Stolarską z robotnikami i próbował rozbić blokadę, funkcjonariusze zachowywali się biernie. Obserwowali zdarzenie nawet w momencie, gdy zbiry szarpały lokatorów i dochodziło do rękoczynów. Dopiero zgromadzenie się na miejscu sporego tłumu gapiów z okolicznych budynków oraz przybycie obrońców praw lokatorów domagających się interwencji skłoniło policję do wkroczenia i zablokowania pomocnikom Ś. dostępu do bramy. Pomimo ewidentnego łamania prawa nikt nie został jednak nawet zatrzymany.
Roman Kuster, w tamtym czasie komendant policji w Poznaniu, tak odpowiedział na prośby lokatorów o pomoc: Mamy wolny rynek i jeśli chcą państwo mieć całodobową ochronę, można skorzystać z usług firm ochroniarskich. To jeden z bardzo licznych przykładów na to, że urzędnicy publiczni w III RP byli/są tak naprawdę mniej lub bardziej jawnymi „funkcjonariuszami rynku”. W stolicy Wielkopolski na ratunek lokatorom ruszyli anarchiści z Kolektywu Rozbrat. W lutym 2012 roku doszło do powstania Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów. Ostatecznie jednak nowy właściciel doprowadził do wyprowadzki niechcianych przez siebie mieszkańców z kamienicy przy Stolarskiej. Obywatelski opór sprawił jednak, że lokatorom udało się uzyskać od miasta mieszkania komunalne.
Historia reprywatyzacji to, chyba bardziej dosłownie niż w przenośni, dzieje współpracy państwa, biznesu i mafii – ta prawda uwidacznia się z całą jaskrawością na kartach książki Ciszewskiego i Nowaka. Być może konkretni lokalni i centralni politycy nigdy nie podawali ręki bandytom zastraszającym ludzi, ale bliższe przyjrzenie się sprawie pokazuje, kto z czyjej brudnej roboty miał korzyść. Niekoniecznie korzyścią osobistą – władze samorządowe i centralne po prostu „miały kłopot z głowy”. Różne mechanizmy – polityczne, legislacyjne, rynkowe i bandyckie – pracowały na to, żeby pozbyć się lokatorów – obywateli gorszej kategorii. Ludzkie cierpienie i tragedie, całe życie starszych już ludzi podsumowane nagle wyrokiem eksmisji, bo byli zwykłymi obywatelami gwałtownie przeobrażającego się kraju.
To wszystko nie było interesujące – zresztą, reprywatyzacyjna wizja rzeczywistości nosi wszelkie znamiona nowej sprawiedliwości dziejowej, i to w niemal magiczny sposób: samo pozyskanie „świętej własności” gwarantowało i gwarantuje nieledwie nietykalność w oczach nie tak małej części elit III RP. W pewnym sensie, co warto sobie uświadomić przy okazji wydania właśnie tej książki, w podobno katolickiej (przynajmniej co do publicznej moralności) Polsce duży pieniądz stał się funkcją etycznej słuszności, a ubóstwo stało się etycznie podejrzane. To dlatego właśnie tak łatwo było budować obraz ofiar reprywatyzacji jako roszczeniowej grupki z marginesu społecznego, a nowi właściciele chodzili w nimbie ludzi, którzy wreszcie sięgnęli po to, co im się należało. Nic też dziwnego, że ruchy lokatorskie miały naprawdę znaczne trudności, żeby przebić się ze swoim wołaniem przez tak silną i szeroko akceptowaną narrację.
W polskich warunkach sporym wzięciem cieszy się hasło o braku alternatywy wobec przyjętego modelu przemian ustrojowych i własnościowych. Skoro „nie było alternatywy” dla terapii szokowej, to nic dziwnego, że „nie ma alternatywy” dla licznych zjawisk stanowiących jej logiczne następstwo, w tym dla reprywatyzacji. Istnieją jednak przykłady negujące takie neoliberalne „oczywiste oczywistości”. Prawda jest taka, że istnieje alternatywa. Najlepszym przykładem Łódź, gdzie prywatne osoby próbowały odzyskać kamienicę gruntownie odrestaurowaną za publiczne pieniądze (mowa o ponad 10 milionach złotych). Władze miasta toczyły spór sądowy o zabytkowy budynek i wygrały. Co więcej, w 2012 roku w celu obrony miejskich nieruchomości lokalny samorząd powołał do życia Zespół ds. Ochrony Własności: składa się on z siedmiu ekspertów, między innymi od dokumentów archiwalnych oraz historii zabytkowych budynków. Praca tej grupy ma charakter śledczo-historyczny. Przyczyniła się do skierowania do prokuratury podejrzenia o próbie wyłudzenia 35 nieruchomości, a pod koniec sierpnia 2016 roku przygotowywanych było kolejnych 10 wniosków. Jest to jedyny przypadek tak szerokiego działania miasta przeciwko roszczeniom reprywatyzacyjnym. Co istotne, z dużym prawdopodobieństwem można ocenić, że część łódzkich roszczeń zgłaszanych jest z premedytacją już po zakończeniu remontu kamienic. Urzędnicy tamtejszego Wydziału Organizacyjno-Prawnego wprost stwierdzają, że część wniosków o zwrot opiera się na sfałszowanych dokumentach notarialnych oraz księgach wieczystych. Jak widać, instytucje mogą starać się o dobro publiczne – potrzeba jednak do tego woli politycznej lokalnej władzy, potrzeba odpowiednich struktur/instytucji i przeznaczenia środków na ich utrzymanie. Alternatywa istnieje, ale opłaca się nie tym, którym na ogół powinna się opłacać – to również wiele mówi o determinantach naszej rzeczywistości.
Ktoś powie, że mało w tej recenzji poświęciłem miejsca Jolancie Brzeskiej. To prawda, to celowy zabieg. Z całą pewnością jest dziś tak, że stała się ona postacią, wokół której ogniskuje się pamięć nie tylko ruchu lokatorskiego, ale bodaj wszystkich osób dobrej woli krytycznie podchodzących do spraw reprywatyzacji. Jej historia jest już dość dobrze znana, łatwo się z nią zapoznać, choćby sięgając do różnorodnych źródeł internetowych, tekstów prasowych, coraz większej liczby audiowizualnych materiałów dokumentalnych. Z całą pewnością jest też bardzo dobrze znana znakomitej większości czytelniczek i czytelników „Nowego Obywatela” – byłbym przykro zaskoczony, gdyby było inaczej.
Dodajmy, że na początku marca 2017 roku przekroczony został kolejny kamień milowy: sprawę morderstwa Brzeskiej i stołecznej reprywatyzacji przedstawiło w materiale reportażowym BBC. Na naszych oczach powtarza się dobrze znany, choć tragiczny schemat: okrutne zabójstwo, wbrew pragnieniom morderców i ewentualnych zleceniodawców, nie zamyka sprawy. Staje się kamieniem węgielnym. Mieszkanka z Nabielaka 9 zasługuje na równie dobry film fabularny co Veronica Guerin, irlandzka dziennikarka walcząca piórem z mafią narkotykową. Choć może lepiej, gdyby nie kręcili go polscy specjaliści od koturnowych i laurkowych obrazów oraz historycznych rekonstrukcji. Z całą pewnością książka Ciszewskiego i Nowaka dostarczy obfitego materiału scenarzystkom i scenarzystom zainteresowanym patologiami reprywatyzacji, historią tej hańby. O ile kiedyś faktycznie zaczniemy bardziej interesować się krzywdami wyrządzonymi najzwyklejszym ludziom w naszych czasach.
Powiem jeszcze jedną rzecz: nawet jeżeli winni śmierci stołecznej działaczki lokatorskiej zostaną ukarani, to sprawiedliwości wciąż nie stanie się zadość. Ponieważ sprawiedliwość dla Brzeskiej oznacza coś więcej – sprawiedliwość dla wszystkich. A ta wiąże się z przywróceniem państwu polskiemu elementarnej efektywności w dziedzinie polityki społecznej i mieszkaniowej. Znamienny jest fragment z książki Ciszewskiego i Nowaka: na początku każdego roku odbywa się Dzień Lokatora. Przy tej okazji opracowano raport pokazujący, ile miasto powinno wydać na budowę nowych lokali dla osób z zasobu reprywatyzowanego i innych potrzebujących. Z danych zebranych na początku 2015 roku przez WSL wynikało, że aby rozwiązać problem, wystarczyłoby przeznaczyć na ten cel jedynie nieco ponad 1,5 proc. budżetu m.st. Warszawy, czyli około 7 proc. wydatków przewidzianych na inwestycje. Ale ruchy lokatorskie wciąż nie są dla stołecznych samorządowców partnerem – są uciążliwym petentem. Przy okazji, co z jednej strony zrozumiałe, z drugiej pomniejsza nieco wartość książki, w znacznej mierze skupia się ona na działalności Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów, a niemal pomija inne organizacje lokatorskie. Z jednej strony da się to wyjaśnić faktem, że autorom najłatwiej było opisać ten fragment ruchu lokatorskiego, który najlepiej znają, z drugiej – pokazuje podziały także w obrębie tego, dość przecież nielicznego, środowiska.
Państwo zwane III Rzeczpospolitą nie jest nawet nocnym stróżem, jest wspólnikiem oprawców. Ta smutna prawda czytelnie i rzeczowo została przedstawiona na kartach książki, której okładkę zdobi graffiti z podobizną Jolanty Brzeskiej. Po części gorzka, po części pokrzepiająca myśl: jak w najbardziej barbarzyńskich czasach książka o małym nakładzie, której przydałaby się solidna korekta, jest jednym ze znaków nadziei, głosem sprawiedliwości i niewygodnych prawd, głosem lewicy, która jest wierna swoim zasadom i swoim społecznym zobowiązaniom.
Krzysztof Wołodźko
Piotr Ciszewski, Robert Nowak, Wszystkich nas nie spalicie, Wydawnictwo Trzecia Strona, Warszawa 2016.
przez Andrzej W. Nowak | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017
Zarządzanie jest dyscypliną, która nie ma w Polsce łatwego życia. Częściowo zaważyły na tym uwarunkowania historyczne. Analizując to w perspektywie „długiego trwania”, można sięgnąć do I Rzeczpospolitej i wskazać, że w kraju właściwie bez miast i przemysłu, z gospodarką opartą na półniewolniczej pracy chłopskiej, nie trzeba było rozwijać zbyt wyrafinowanych narzędzi zarządzania. Okres „długiego wieku XIX” pomógł niewiele, kraj nie miał własnej państwowości, nawet jeśli Polacy odnosili sukcesy we wspomnianej dziedzinie (dość wspomnieć środowisko skupione wokół poznańskiego „Bazaru” czy sukcesy polskich przedsiębiorców w Rosji), to nie było szans kontynuacji i kumulowania doświadczenia. Wiek XX nie był lepszy; pierwsza połowa naznaczona dwiema wojnami i kryzysem ekonomicznym utrudniała samoorganizację. Z kolei w okresie PRL prężnie rozwijające się nauki o zarządzaniu zostały uwikłane w ideologicznie motywowane zadania oraz częściowo skompromitowane. Rok 1989 to kolejny cios. Powstały po okresie transformacji kryzys tej dyscypliny w Polsce wynika także z nałożenia się dwóch procesów: globalnej ewolucji systemu kapitalistycznego w kierunku przyśpieszonej neoliberalizacji oraz rodzimej „terapii szokowej”.
Zdaję sobie sprawę, że teza o kryzysie dyscypliny zarządzania po 1989 roku może dla wielu brzmieć paradoksalnie. Przecież „marketingu i zarządzania” nauczano we wszystkich szkołach wyższych. Trzeba jednak zauważyć, że – jak wskazuje David Graeber w „Utopii regulaminów” – zainteresowanie pojęciem „biurokracja” w naukach społecznych rosło do około 1973 roku, aby potem zacząć nieubłaganie maleć. Nie oznacza to, że na świecie ubyło biurokracji. Przeciwnie, biurokracji przybyło, jesteśmy zarządzani jak nigdy dotąd, tyle że pozwoliliśmy sobie odebrać prawo do publicznego mówienia na temat zarządzania i do traktowania go jako kwestii politycznej o konsekwencjach społecznych czy osobistych. Jedną z patologii wynikających ze spustoszenia naszej wyobraźni socjologicznej i organizacyjnej jest właśnie fakt, że kwestie dotyczące biurokracji i zarządzania przestały być w centrum zainteresowania nauk społecznych, a zostały przejęte przez technokratyczny świat korporacji.
Częściowo to także wina ruchów lewicowych i emancypacyjnych. Słuszna krytyka społeczeństwa przemysłowego, krytyczna analiza biurokratycznego socjalizmu i kapitalizmu, napędzające generację 1968 roku pragnienie wyzwolenia z „żelaznej klatki” i pokazywanie negatywnych aspektów racjonalizacji życia – wszystko to spowodowało, że lewica i ruchy emancypacyjne odwróciły się od tej tematyki i porzuciły ją. Podobnie ruchy anarchistyczne czy anarchosyndykalistyczne, tak sprawne w samoorganizacji, nie zawsze potrafiły dostarczyć języka, którym można by afirmatywnie mówić o zarządzaniu. Problem jest podobny jak w przypadku techniki i nauki. Łatwo pokazać negatywne skutki zarządzania (analogicznie – techniki i nauki), wskazać na jego funkcjonalność dla korporacyjnego kapitalizmu, ale nazbyt radykalna krytyka pozbawia nas sprawczości, oddajemy pole innym. Jeśli sami nie potrafimy zarządzać, pozwalamy, by zarządzali nami inni.
Czas na odzyskanie zarządzania dla lewicy i ruchów emancypacyjnych. Należy odczarować tak jego praktykę, jak i teorię. Warto wreszcie przełamać ciągnące się od czasów rewolty 1968 roku zamknięcie w niemocy, w przesadnej krytyce rozumu instrumentalnego. Lewica i ruchy emancypacyjne też mogą promować przedsiębiorczość, wydajność, skuteczność, sprawność, zmysł organizacyjny. Nie bójmy się tych słów i praktyk. Wiem, że dziś są one często przechwytywane przez neoliberalną nowomowę, ale tak nie musi być. Możemy mówić i myśleć inaczej. Szansą na to jest skorzystanie z bogatego dorobku Moniki Kostery. Łączy ona erudycję humanistki z dyscypliną właściwą polu badawczemu, którym się zajmuje – zarządzaniem. Kostera w swoich wielu książkach przybliża polskiemu czytelnikowi mało znany w Polsce skandynawski nurt myślenia o tej dziedzinie. W odróżnieniu od nurtu anglosaskiego, zarządzanie nie jest tu traktowane tylko w wąskim ujęciu ekonomicznym, ale obejmuje ono całość relacji. W tym sensie Kostera podąża za Arystotelesowskim pojęciem ekonomii (oikonomos) – zarządzaniem tym, co wspólne, a nie, jak większość neoliberalnie zorientowanego zarządzania, jedynie za chremastyką, czyli sztuką zarabiania pieniędzy.
Jednak nawet po uwzględnieniu swoistego usytuowania badawczego i dyscyplinarnego autorki omawiana książka wyróżnia się na tle bliskiej jej tradycji. Monika Kostera, pisząc „Occupy Management”, zrezygnowała z klasycznych sposobów budowania układu treści stosowanego w książkach naukowych. Czytelnik i czytelniczka zamiast klasycznego układu rozdziałów otrzymują specyficzną, kolistą strukturę muzyczną. Powtarzający się rytm powoduje, że wraz z kolejnymi pojęciami jak po spirali zanurzani jesteśmy w imaginarium stworzonym przez autorkę. Książka ta ma być, jak pisze Kostera, przewodnikiem po znanym terenie, ale ukazującym go w inny, prawdopodobnie ukryty dotychczas sposób. To trudne zadanie: ukazać to, co znane, dostępne nam, w sposób, który nas zainspiruje. Łatwo uwodzić egzotyką, ezoteryką, utonąć w pogoni za nowinkami. Czytelnik i czytelniczka książki Kostery prowadzeni są w zdyscyplinowanym kolistym rytmie. Dostają propozycję złożoną z czterech części, zatytułowanych kolejno: planowanie, organizowanie, motywowanie, kontrolowanie. One z kolei rozpadają się każdorazowo na trzy części będące omówieniem konkretnych pojęć, konceptów, idei. Liczba trzy nie jest tu przypadkowa. Kostera organizuje świadomie pojęcia tak, aby wydobyć z nich trialektyczne napięcie. Wiemy z mikrosocjologii, że trójkąt jest bardzo niestabilnym społecznie układem. Wiemy też, że układ trzech zmiennych tworzy ciekawsze napięcie niż prosty układ znoszących się przeciwieństw. Świadomie opierając się na takiej trialektycznej zasadzie, autorka od początku zaprasza czytelnika i czytelniczkę do podjęcia wysiłku samodzielnego organizowania odbieranego przekazu. Taka struktura książki nie pozwala na łatwe domknięcie treści w prostych syntezach. W tym sensie autorka nie tylko pisze o organizowaniu i zarządzaniu, lecz także świadomie prowadzi odbiorcę przez proces samozarządzania i organizowania – w tym przypadku na poziomie czytania i odbierania przekazu. To bardzo ciekawy, choć trudny formalnie zabieg. Można odnieść wrażenie, że w kilku miejscach autorka gubi rytm, napięcie nie jest odpowiednio wyartykułowane. Jest to jednak zarzut wynikający z koniecznej recenzenckiej małostkowości.
Wróćmy zatem do struktury: w każdej części układ treści jest konsekwentnie rozpisany na sześć podrozdziałów, poświęconych kolejno: krótkiej historii danego pojęcia (idei, zjawiska), refleksji nad nim, części zatytułowanej „dźwięki, obrazy, sny”, kolejnej – poświęconej refleksji, krótkiemu omówieniu na przykładzie, a kończy się zadaniami, pytaniami dla czytelników. Dlaczego skupiłem się na takim, dość żmudnym, odtworzeniu układu treści? Odpowiedź jest prosta – gdyż jest on przykładem tego, jak ważna jest dyscyplina i organizacja, aby móc działać twórczo i spontanicznie. Książka Moniki Kostery samym swym układem udowadnia sens oraz cel organizowania i zarządzania. Zdyscyplinowany podział treści i pozornie ograniczająca w swej powtarzalności struktura pozwalają autorce na śmiałe, pełne wyobraźni i kreatywności refleksje. Połączenie elastyczności i struktury, kreatywności i bezpieczeństwa, ruchliwości i trwałości, to zalety dobrze zarządzanej organizacji czy procesu. Nowomowa neoliberalna polega, między innymi, na wytwarzaniu wymuszonych dychotomii. Powyższe pary nie są traktowane jako napięcie w dialektycznym procesie, ale jako przeciwstawne pojęcia. Dobrze było to widać w analizie przedstawionej w książce „Prywatyzując Polskę” Elisabeth Dunn, w której z definicji potraktowano dawnych pracowników (z okresu PRL-u) jako statycznych, pasywnych, biernych, a „prywatyzatorów” i prekarne stosunki pracy jako synonim elastyczności, dynamiki i kreacji. Studium empiryczne Dunn pokazało, że w praktyce było dokładnie odwrotnie. Jak udowodnił Tomasz Rakowski w swych „Łowcach, zbieraczach, praktykach niemocy”, dla mieszkańców podlubelskich wsi okres PRL był synonimem ruchu i dynamiki, a okres po prywatyzacji – zastoju, „wielkiego zatrzymania”.
Jeśli analizujemy te przypadki bez znajomości książki Moniki Kostery, możemy wciąż popadać w schematy dychotomiczne, proste, szkodliwe poznawczo i politycznie. „Occupy Management” pozwala nam na zrozumienie całościowego charakteru procesu zarządzania. Dzięki drodze, jaką z Kosterą przechodzimy, wczytując się wraz z nią w poszczególne pojęcia i układy, w które się one łączą, możemy zejść poniżej „piany codzienności” tworzonej przez język gazet i nie tylko zobaczyć efekt, jakim jest otaczająca nas rzeczywistość dnia codziennego, lecz także poznać mechanizmy, które pozwoliły na jej stworzenie, podtrzymywanie i wytwarzanie w przyszłości. A co najważniejsze, Kostera nie pracuje tylko w trybie odtwarzania, ukazywania – jej propozycja zachęca nas, abyśmy wzięli odpowiedzialność za to, jak w przyszłości rzeczywistość będzie kreowana.
Autorka, wierna uczennica Zygmunta Baumana, wie, że dzisiejsze czasy to „śmierć przyszłości”, że wraz z upadkiem socjalistyczno-nowoczesnych projektów (także tych w najbardziej śmiałej, komunistycznej wersji) borykamy się z doświadczaniem bezkrólewia, naznaczonym brakami kierunku, narracji, nadziei, strategii, wizji. Podążając za Baumanem, autorka jest sceptyczna wobec prostych modernistycznych recept. Wie, że wyczerpały one swoje zasady rozwojowe. Dlatego też, jej recepty i sposób wykładu dalekie są od apodyktycznego, modernistycznego dydaktyzmu.
Omawiania książka, jak pisze sama autorka, jest podręcznikiem z zarządzania i teorii organizacji dla osób, które już posiadają podstawową, tradycyjną, kanoniczną wiedzę z zarządzania; jej celem nie jest wtłaczanie nam informacji do głowy. Nie mówi ona do nas „z góry”. Raczej jesteśmy przez autorkę prowadzeni, czujemy, że mówi ona „z nami”, a nie „do nas”. Dziś w świecie trawionym zalewem informacji, „mówienie z góry” nie tylko byłoby zbędne, ale powiększałoby chaos, zagubienie i niepewność. Autorka próbuje być dla nas przewodniczką po świecie wiedzy, którą – jak zakłada – już posiadamy. Jest w tym podobna Immanuelowi Wallersteinowi wkładającemu wiele wysiłku w to, aby raczej odmyśleć struktury wiedzy niż wytwarzać kolejne koncepty. Wysiłki Kostery i Wallersteina nieprzypadkowo się spotykają, oboje próbują podjąć na nowo trud bycia nowoczesnym po nowoczesności. Wallerstein zamiast utopii proponuje utopistykę, czyli praktyczną refleksję nad możliwymi przyszłościami. Kostera próbuje zachęcić nas do krytycznego remanentu, audytu nowoczesności, abyśmy mądrzejsi o to, co nowoczesność dała nam złego, a co przyniosła dobrego, mogli próbować być bardziej samo(za)rządni i samozorganizowani.
W części pierwszej, pt. „Planowanie”, autorka rozpisuje je jako interakcje trzech momentów: wyobraźni, inspiracji i intuicji. Wyobraźnię rozumie, w dużej mierze podążając za Millsem, jako zdolność łączenia istniejących elementów w coś nowego. Wyobraźnia socjologiczna i organizacyjna jest w czasach neoliberalnych w odwrocie. Zdolność łączenia, klejenia, widzenia całości, ale z wrażliwością na konkret, pozwala na nawigowanie w świecie, przekraczanie własnych ograniczeń. Nie byłoby to jednak możliwe bez kolejnej zdolności – inspiracji. Kostera rozumie ją jako poczucie kontaktu z czymś wyższym, przekraczającym nas. I tak jak wyobraźnia (socjologiczna i organizacyjna) pozwala ujrzeć połączenia, w tym relację pomiędzy poziomem osobistym a systemowym, tak inspiracja daje odwagę do przekraczania własnego usytuowania, szukania czegoś więcej, dalej i wyżej. Sama jednak zdolność łączenia (wyobraźnia) oraz chęć działania w imię wyższych celów (inspiracja) nie wystarczą, jeżeli nie będziemy potrafili „czytać” sygnałów z rzeczywistości. Kostera, omawiając trzecią składową – intuicję, przypisuje jej taką właśnie rolę. Intuicja to poza/ponad racjonalna zdolność do odbierania sygnałów środowiska, otoczenia. To zdolność otwierania się na to, co możliwe, odwaga podjęcia ryzyka. Jednak, jak podkreśla autorka, ma to też swą ciemną stronę – poleganie jedynie na intuicji mogłoby łatwo zwieść nas na manowce. Testowanie granic nie może bowiem polegać na ich odrzuceniu. Podsumowując – planowanie to zdolność łączenia różnych sfer, środowisk, zjawisk (wyobraźnia) wzbogacona o chęć wykroczenia poza zastany porządek (inspiracja) na podstawie wiedzy dotyczącej otoczenia, środowiska (intuicja).
Gdy już zaplanowaliśmy, czas na następny krok – organizowanie. Pierwszą składową organizowania jest struktura, a właściwie: strukturalizowanie rzeczy i procesów. Organizowanie to zarówno dostrzeganie wewnętrznej struktury w rzeczach czy procesach, jak i nadawanie struktury temu, co samo było bezkształtne. Nadawanie struktury, formy to zadanie odpowiedzialne. To, jak je przeprowadzimy, będzie wpływać na przyszłe losy naszych przedsięwzięć. Na przykład struktury zbyt sztywne będą ograniczać komunikację i wymianę sygnałów z otoczeniem. Tworzenie struktury, organizowanie, wymaga przestrzeni – to kolejny element, na który zwraca uwagę autorka. Traktowanie przestrzeni jako znaczącej, twórczej, politycznej jest już dziś coraz lepiej rozpoznane. Miejsce traktowane jest jako znaczące, pełne symboliki i przeciwstawiane abstrakcyjnej, „zimnej” przestrzeni. Widać to chociażby w działaniach ruchów miejskich, które walczą o odzyskanie prawa do przestrzeni miejskiej. Kostera, która napisała doktorat o skandynawskim stylu zarządzana, a także ukończyła studia na tematycznym kierunku w Lund, wierna jest temu dziedzictwu. To Skandynawowie od lat podkreślali jak ważne jest zarządzanie, wytwarzanie dobrej przestrzeni jako warunku do twórczego działania. Przestrzeń rozumiana jako „znacząca” – miejsce jako synteza dziedzictwa, tradycji i demokratycznego zarządzania, stanowi od lat ważny element polityki publicznej w krajach skandynawskich. Odzyskanie przestrzeni nie musi polegać na gentryfikacji czy traktowaniu „dobrej przestrzeni” jako luksusu dla klas wyższych. Dobre, jakościowe zarządzanie przestrzenią powinno być nieodłącznym elementem organizowania naszego wspólnego życia i jednym z warunków jego demokratyczności.
Ściśle wiąże się z tym kolejny, ostatni moment organizowania: synchronizowanie – zarządzanie czasem. Wrażliwość na „miejsce” uczy nas, że przestrzeń wytwarza nas równie silnie, jak my ją, analogiczny proces zachodzi w przypadku czasu. Fordyzm, taylorowskie zarządzanie nauczyło nas czasu abstrakcyjnego, harmonogramu i znieczuliło na pierwotne doświadczanie czasu jako znaczącej chwili. Za Arystotelesem ujęcie to zwykło się określać jako różnicę pomiędzy czasem chora (czas abstrakcyjny) a kairos (czas znaczący, moment). Uczulenie na znaczący czas pozwala zauważyć, na czym polega mistrzostwo rzemieślnika czy artysty. Widać to świetnie, gdy obserwujemy parę zgranych tancerzy, których każdy ruch ciała jest zsynchronizowany nie wedle jakiegoś abstrakcyjnego metronomu, ale stanowi wypadkową muzyki, ruchu ciał, emocji i „wyczucia chwili”. Pojęcie kairos jest kluczowe politycznie i etycznie. Starożytni sofiści podkreślali, że wyczucie właściwego momentu to najważniejsza umiejętność retora – wyczucie, kiedy i co należy powiedzieć. W wersji etycznej to ważna składowa działania roztropnego etycznie (phronesis). Nie wystarczy bowiem wiedzieć, „co trzeba zrobić”, ale ważne jest, aby mieć doświadczenie i wiedzę, które pozwolą na zrobienie tego w odpowiednim momencie i czasie. Organizowanie to, według Kostery, wiedza o tym, kiedy, gdzie i jak nadać rzeczywistości formę i kształt.
Zaplanowaliśmy działanie, wiemy już, jaki kształt i jaką formę rzeczywistość ma mieć, teraz czas na moment kolejny – motywowanie do działania. Wprawianie w ruch zaplanowanych sposobów organizowania rzeczywistości wymaga według autorki trzech połączonych momentów: przywództwa (leadership), nauczania (learning) oraz miłości (love). Pojęcie lidera jest niebezpieczne, jak mało które zostało zawłaszczone przez korporacyjną nowomowę. Kostera stara się je odzyskać, wskazując historyczne ujęcia przywództwa – od filozofa-króla (Platon), przez oświeconego mistrza (tradycja Wschodu), po charyzmatyczne przywództwo w ujęciu Webera. Rozwija ona ujęcie przywództwa, wskazując na trzy jego wersje: autokratyczną, demokratyczną i leseferystyczną. Pisze, że można dzięki temu wyróżnić korespondujące z tymi stylami trzy archetypy przywódcze: menedżera, lidera i przedsiębiorcy. Ten pierwszy odpowiada za codzienne funkcjonowanie organizacji, podtrzymuje jej trwanie, przedsiębiorca wytwarza nowe pola rozwoju, a lider zajmuje miejsce centralne – powoduje, że to, co właśnie stało się możliwe, może zaistnieć. Przywództwo i związana z nim odpowiedzialność wymagają ponownego przemyślenia w ramach ruchów emancypacyjnych.
Nazbyt autokratyczne, agresywne typy przywództwa w ramach organizacji politycznych i partyjnych spowodowały, że sama idea przewodzenia stała się na lewej stronie sceny politycznej podejrzana. Kostera uczy nas, że da się to pojęcie odzyskać, uwolnić z tych negatywnych konotacji. Szczególnie widać to w sposobie, w jaki łączy ona przywództwo z pojęciami uczenia i miłości. To dopiero dzięki nim przywódca może motywować do działania. Uczenie to proces, w którym korzyści odnoszą obie strony – ta, która przekazuje wiedzę, oraz ta, która ją pozyskuje. Uczenie to jeden z mechanizmów wytwarzania solidarności i więzi opartej na wzajemności, otwarciu na siebie nawzajem, a do zaistnienia prawdziwie pedagogicznego stosunku konieczna jest wrażliwości tak nauczycieli, jak i uczniów. Konstruowanie przestrzeni edukacyjnej wymaga zaś stworzenia całościowych warunków dla dobrej kooperacji. To nie byłoby możliwe bez kolejnego elementu – miłości. Kostera odwołuje się do greckiego podziału na eros, agape i philia. I tak jak pożądanie erotyczne zbliża ku sobie jednostki, a agape pozwala im w owym pożądaniu nie oślepnąć, tak philia – solidarność, przyjaźń, jest uczuciem, które obejmuje większe wspólnoty. Poczucie solidarności, przyjaźni, pozwala odczuwać świat jako bezpieczny, taki, w którym może rozwijać się zaufanie. Dziś często zapominamy o tym wymiarze myśli politycznej, utopijnej, socjalistycznej, dla której ważna była właśnie owa humanistyczna nadzieja na przekraczającą jednostki przyjaźń międzyludzką. Motywowanie do działania to wedle Kostery proces oparty na refleksyjnym, zdolnym do uczenia się i nauczania przywództwie, które będzie osadzone we wspólnocie.
Ostatni zestaw pojęć dotyczy kontrolowania – czyli tego, jak upewniamy się, że rzeczy będą zrobione. Kontrolowanie jest terminem, który silnie zrósł się z takimi określeniami jak dyscyplina i samodyscyplina, determinacja, władza. Kostera proponuje nam po raz kolejny alternatywny sposób ujęcia. Rozpisuje pojęcie kontroli i kontrolowania na trzy momenty: ethos, etykę i ekologię. Odwołanie do ethosu pokazuje rolę więzi i zobowiązania wobec wspólnoty, miejsca, organizacji. Ethos pokazuje, że nie przychodzimy znikąd, nie powstajemy „jak grzyby pod deszczu”, że w odróżnieniu od liberalnych monad mamy swą historię. Pozwala to na ukazanie, że można mówić o lokalności i tradycji bez popadania w nacjonalistyczne fantazje.
Etyka to z kolei zestaw przewodników po tym, co złe i dobre, określa ona warunki brzegowe dla naszego działania. Odwołanie do ekologii to w sensie filozoficznym umieszczenie naszych działań w całości powiązań, wskazanie na ich globalną perspektywę. To ostatnie dobrze opisuje Naomi Klein w swej książce „Klimat. To zmienia wszystko”, w której wskazuje, w jaki sposób zmiany środowiskowe i klimatyczne redefiniują nasze problemy, także te intymne i osobiste. Kontrolowanie to zatem proces rozpisany na trzy momenty: ethos, czyli świadomość własnej historii, zobowiązań, przynależności, etykę wyznaczającą ramy i warunki brzegowe, i wrażliwość na całość zjawisk systemowych.
Książka „Occupy Management” to specyficzny niepodręcznik, przewodnik po zarządzaniu i organizowaniu, który zaprasza nas do podjęcia trudu samoorganizowania i samozarządzania. Książka zawiedzie tych, którzy oczekują gotowych recept, przepisów, rozwiązań – nie otrzymają ich. Monika Kostera konsekwentnie nawiązuje do bliskiej mi tradycji działania roztropnego (phronesis), mądrości praktycznej bazującej na doświadczeniu, aplikowanej w konkretnym momencie i czasie. Wiedzy takiej nie można nauczyć w sposób proceduralny, technokratyczny. Każdy czas i miejsce wymagają modyfikacji reguł, zastosowania wiedzy wynikłej z kontekstu działań. Tego nie można nabyć tak jak procedury technicznej. Przestrzec jednak należy przed pośpiesznym odrzuceniem procedur, przepisów, reguł. Kostera nie namawia do tego, proponuje raczej ich przekroczenie. Pokazuje, w jaki sposób dzięki regułom i organizowaniu możemy być bardziej twórczy, sprawczy. Kostera ani nie popada w utopię reguł i procedur, ani też nie tworzy utopii intuicji i ekspresji. Konsekwentnie uczy nas, że organizowanie i zarządzanie są częścią naszego ludzkiego dziedzictwa i jako takie stanowią dziedzinę humanistyczną, co było oczywiste zarówno dla Arystotelesa, jak i dla Marksa.
Andrzej W. Nowak
Monika Kostera, Occupy Management! Inspirations and ideas for self-organization and self-management, Routledge, Londyn 2014.
przez Olga Drenda | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017
Słowo „amator” wydaje się dzisiaj obciążone trochę lekceważącym tonem (nikt nie chciałby, aby o jego pracy mówiono „amatorszczyzna”) i odruchowo każe myśleć o wytartych kalkach językowych w rodzaju nieśmiertelnych „amatorów białego szaleństwa”. Jeśli jednak chcemy brać na poważnie postulaty demokratyzacji dostępu do wiedzy, a nawet zasady równości w ogóle, warto schować tę kategorię do kieszeni albo zrewidować swoje poglądy na temat granicy między zawodowstwem a hobbystycznym czy niedzielnym uprawianiem nauki. Nauka obywatelska to termin, który funkcjonuje w powszechnym obiegu co najmniej od lat 70. XX wieku, rozpowszechnił się natomiast za sprawą internetu w fazie web 2.0. Obecnie, w epoce galopującej popularności teorii spiskowych czy modnego terminu postprawda, nie można dopuścić do tego, aby obywatelskie podejście do wiedzy zostało zdyskredytowane.
W świecie nauk społecznych i badań nad historią coraz częściej zwraca się uwagę na sferę określaną jako wernakularna – obszar tego, co miejscowe, powszechne, potoczne, ale też nieprofesjonalne. Ten teren zawsze był domeną etnologii i antropologii kultury – nauk, które w swojej nowoczesnej, niegabinetowej wersji stanowią szkołę pokory dla każdego badacza i badaczki. Zamiast spoglądać na obiekt badań z wysokości katedry, konieczne jest nawiązanie kontaktu i znalezienie sposobu dotarcia do rozmówcy, a także – jak postuluje jeden z najważniejszych współczesnych antropologów Clifford Geertz – przyjęcie do wiadomości faktu, że być może nigdy nie uda się w pełni pojąć badanego przez siebie świata i wejść w buty swoich rozmówców.
W badaniach nad historią już od czasów francuskiej szkoły Annales, czyli od lat 30. XX wieku, poświęca się należytą uwagę codzienności, badając „historie peryferyjne” i „małe historie”, wszystko to, co nasyca bieg dziejów poza nurtem kluczowych wydarzeń historycznych, i miejsca gdzie zmiany następują w innym, wolniejszym tempie. Spisywaniem i porządkowaniem tych informacji posiłkowali się jednak głównie historycy akademiccy, zajmujący się tą dziedziną zawodowo, na podstawie kronik miejskich, pamiętników czy dokumentów sądowych. W dziedzinie historii, socjologii, antropologii wizualnej rośnie z kolei zainteresowanie fotografią wernakularną (zdjęciami z wakacji, fotografią ślubną, użytkową fotografią portretową czy współczesnymi zdjęciami rozpowszechnianymi w internecie) jako dokumentem ludzkiego życia, przekonań, aspiracji, a także tzw. egodokumentami – korespondencją, pamiętnikami, inskrypcjami nagrobnymi. Wszystko to pozwala uczestnikom historii przemawiać samodzielnie, własnym głosem.
O potrzebie jak najbardziej demokratycznego podejścia do wiedzy i dostępu do nauki świadczy to, jak duży rozwój i ile odkryć zawdzięczamy nieprofesjonalnym pasjonatom. Droga autodydaktyki nie była w ich przypadku wyborem, lecz koniecznością, mowa bowiem o czasach, w których edukacja, szczególnie uniwersytecka, stanowiła przywilej zarezerwowany dla bardzo wąskiej warstwy społeczeństwa. Okoliczności te stworzyły imponującą tradycję modelu samouka z klasy nieuprzywilejowanej – zapał do czytelnictwa i zdobywania wiedzy stanowił jeden z elementów tradycyjnej working class pride i traktowany był jak narzędzie emancypacji, szczególnie w Wielkiej Brytanii. Temat ten gruntownie przebadał Jonathan Rose w swojej książce „The Intellectual Life of the British Working Classes”. Powołuje się on m.in. na relacje z ówczesnych teatrów objazdowych, w których robotnicza publiczność domagała się wystawiania sztuk uwielbianego przez nią Szekspira, a także na wpływ wielkiego dramaturga na retorykę XIX-wiecznych przywódców związkowych. W Polsce warto byłoby zapewne prześledzić analogiczny wpływ drukowanych w odcinkach powieści Henryka Sienkiewicza na popularyzację literatury pięknej wśród najszerszych grup odbiorców.
Powszechny obowiązek edukacji i rozwój dwudziestowiecznego systemu szkolnictwa, a także dominacja popkultury i rozrywki w kulturze masowej, sprawiły, że kultura autodydaktyki w końcu zanikła. Nim jednak to się stało, przyniosła budzące podziw rezultaty. Początki współczesnej paleontologii historia zawdzięcza właśnie półamatorce, Mary Anning, która wiedzę o skamielinach zdobywała samodzielnie. Jej historia jest niestety typowa dla swoich czasów. Jako pochodząca z klasy robotniczej kobieta nie miała szans na uzyskanie wykształcenia uniwersyteckiego, na publikacje w biuletynach naukowych ani na członkostwo w prestiżowym Londyńskim Towarzystwie Geologicznym, co nie przeszkadzało jednak zawodowym naukowcom o uprzywilejowanej pozycji wykorzystywać jej wiedzę i dorobek, naturalnie bez podawania nazwiska faktycznej odkrywczyni. Jak zwykle bywa w podobnych przypadkach, dopiero po śmierci Anning jej faktyczne dokonania stały się głośne. Okazało się, że niewykształcona kolekcjonerka, która uczyła się biologii, archeologii i łaciny całkowicie samodzielnie, przepisując wypożyczone książki naukowe, jako pierwsza zidentyfikowała pełne szkielety m.in. plezjozaura i ichtiozaura, a także opisała szereg innych prehistorycznych stworzeń morskich. Jedna z najważniejszych postaci w dziejach fizyki, Michael Faraday, również był samoukiem: jako nastolatek z niezamożnej rodziny zatrudnił się na stanowisku asystenta introligatora, aby móc czytać do woli. Tak zdobył samodzielnie wiedzę z zakresu fizyki, co pozwoliło mu później spisać własne teorie.
W dziedzinie historii, bo ten temat interesuje mnie tutaj szczególnie, piśmiennictwo nieprofesjonalne wydatnie uzupełnia liczne białe plamy. Teksty autorstwa nieprofesjonalnych historyków to dzisiaj jedno z najważniejszych źródeł we wczesnej historiografii Afryki, krajów skandynawskich, dziewiętnastowiecznych dziejów Stanów Zjednoczonych (tu znaczący, choć na długi czas zapomniany, wkład wniosły kobiety). Podobnie bez egodokumentów, które przede wszystkim w dwudziestoleciu międzywojennym i po wojnie zbierano m.in. do konkursów prasowych i antologii, znacznie mniejsza byłaby nasza dzisiejsza wiedza o ówczesnej polskiej wsi. Tu najważniejszym zbiorem pozostają niewątpliwie „Pamiętniki chłopów”, wydane w roku 1935, które wielu współczesnym czytelnikom uświadomiły po raz pierwszy realia życia wiejskiego. Podsumowywał je najlepiej cytat z jednego z pamiętników: Chłop bez butów, konie bez podków, a koła wozowe bez obręczy.
Dzisiaj o nauce obywatelskiej mówi się przede wszystkim w kontekście wikipedystów czy wielkoskalowych przedsięwzięć, takich jak Galaxy Zoo czy Zooniverse – platform internetowych, na których użytkownicy mogą samodzielnie klasyfikować galaktyki, czy globalnych projektów zbierania danych meteorologicznych. Astronomia, meteorologia czy geografia zyskują wiele dzięki wkładowi lokalnych obserwatorów i crowdsourcingowi wiedzy. W zakresie historii podobną rolę odgrywają muzea czy fundacje poświęcone dziedzictwu kulturowemu. Instytut Historii Miasta (The Institute of Urban History) w Sztokholmie to dzisiaj przykład miejsca, w którym historycy zawodowi i niezawodowi mogą spotykać się, wymieniać wiedzą i wspólnie angażować w przedsięwzięcia. Skandynawia przoduje zresztą w takich demokratycznych przedsięwzięciach badawczych, a wkład amatorów jest tam od dawna doceniany.
Osobiście interesuje mnie mniej spektakularny, lokalny aspekt takich działań, na skalę nie tyle kosmiczną, co powiatową; stąd moje zainteresowanie internetowymi archiwistami dzielnic, osiedli i miejscowości i społecznościami, które samorzutnie wytwarzają się wokół ich stron. To współczesny odpowiednik papierowych publikacji wydawanych często własnym nakładem lub w małych oficynach, dokumentujących dzieje jakiegoś miasta i dostępnych w lokalnym muzeum. Dzisiaj pojedynczy pasjonaci lub ich niewielkie zespoły zakładają strony lub profile na Facebooku, na których prowadzą kronikę swojej okolicy, często uzupełniając nieznaną historię miejsc anonimowych czy nieznaczących. Przeglądają biblioteki fizyczne i cyfrowe, przekopują archiwa miejskie, wdychają kurz w antykwariatach, skanują zdjęcia, archiwizują materiały otrzymane od innych odwiedzających. Zamieszczane fotografie i skany zachęcają odwiedzających do dzielenia się własnymi wspomnieniami, co często pozwala uzupełnić zapomnianą topografię okolicy. Komentarze wspominają więc o poszczególnych mieszkańcach (np. kto mieszkał w nieistniejącym już domu), lokalizacjach (czy w miejscu dzisiejszego dyskontu znajdowała się piekarnia, czy cukiernia oraz jak miała na imię sprzedawczyni), przemianach miejskiej tkanki, zmianach w charakterze terenu – poszerzeniu drogi, rozbudowie szkoły. Nieocenione okazują się wspomnienia osób zatrudnionych niegdyś w nieistniejących już dzisiaj zakładach pracy, a także ludzi zaangażowanych w bardzo aktywny przecież mikroobieg krzewienia kultury i edukacji pozaszkolnej w czasach PRL. Domy kultury, kółka hobbystyczne, kluby zainteresowań na osiedlach i w małych miejscowościach po latach w internecie przeżywają swoje drugie życie. Takich miejsc, gdzie odbudowuje się stopniowo lokalna pamięć, jest wiele w każdej części kraju: „Zgorzelecki PRL”, „Radom – retrospekcja”, „Zapomniane miejsca w Świętochłowicach”, „Historia Piotrowic i Ochojca”… Moja „Duchologia polska” poniekąd jest projektem o podobnej proweniencji, ponieważ bardzo wiele zawdzięczam informacjom od osób odwiedzających regularnie moją stronę.
Współczesne platformy dla miłośników fotografii i serwisy społecznościowe pozwalają również odkurzyć archiwa fotografom z lokalnej prasy, którzy publikują swoje stare skany. Tu na szczególną uwagę zasługuje Sławomir Olzacki z Ostrołęki, w swoim czasie szeregowy reporter, z dzisiejszego punktu widzenia czujny dokumentalista, który potrafił uchwycić codzienność w momencie przemiany, fotografując dworce PKS-u, wnętrza spółdzielni mleczarskiej, pionierskie gospodarstwo ekologiczne pewnego rolnika. Zygmunt Wiciński, inny fotograf, który w swoim czasie nie doczekał się większej sławy, został odkryty na nowo dzięki opublikowanym na Facebooku starym zdjęciom z dopiero rozbudowującego się warszawskiego Ursynowa. Kadry te ukazują pozostałości wiejskich zabudowań, pojedyncze drewniane gospodarstwa, chwiejące się płotki i stadka kur z nowymi blokami majaczącymi w tle czy widmowe krajobrazy z zaroślami, w których kryje się porzucona warszawa czy syrena. Fotograf i miłośnik pozostałości PRL-u Błażej Targaczewski wędruje z kolei od lat po Polsce w poszukiwaniu wyblakłych resztek państwowych murali na ścianach kamienic. Niedawną historię miejsc anonimowych pozwalają przypomnieć sobie też wyprawy urbexowców – fotograficzne relacje z nielegalnych często wycieczek do opuszczonych domów i fabryk inspirują nierzadko do dzielenia się prawdziwymi opowieściami, a przy okazji do snucia rozmaitych ponurych spekulacji, rodem ze scenariuszy horrorów.
Opowieści miłośników urbexu leżą gdzieś na granicy prawdy i fantazji, ale nie inaczej ma się przecież sprawa ze sporą częścią literatury historycznej. Wśród polskich czytelników, ale i na całym świecie, tematyka historyczna cieszy się dzisiaj dużym zainteresowaniem, szczególnie na najmocniej ekscytujących odcinkach, które łatwo dają przerobić się na kanwę wciągających powieści: szpiegowska i militarna historia II wojny światowej, słynne dynastie Europy, wojny epoki średniowiecznej. To zatarcie między faktem, fikcją a gdybologią jest bardzo wyraźne (przykładem może być popularność w Polsce publikacji z zakresu historii spekulatywnej, czyli opartej na scenariuszach „co by było, gdyby”). Co ciekawe, niestety w tej ostatniej dziedzinie brylują poczytni… zawodowi historycy, prześcigający się w pouczaniu dawno nieżyjących już polskich polityków, co powinni byli zrobić, żeby niezawodnie wygrać II wojnę światową i że oczywiście zwycięstwo było o mały włos.
Walijski historyk William Rubinstein twierdzi, że różnica między historykiem zawodowym a nieprofesjonalnym leży w poziomie ambicji i w obszarze zainteresowań. Historyk-amator, jak pisze Rubinstein, interesuje się przede wszystkim przypadkami niezwykłymi (nierozwiązane tajemnice, zagadkowe zabójstwa) i wierzy, że zdobędzie tak duże kwalifikacje i będzie badać sprawę na tyle pilnie, iż w końcu dokona przełomowego odkrycia. W Polsce, jak to często bywa, wszystko jest postawione do góry nogami, ale być może ta rzetelność – w miejsce fantazjowania – mogłaby być cechą, której historycy zawodowi uczyliby się od pasjonatów?
Olga Drenda
przez Jacek Żebrowski | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017
W latach 60. XX wieku Wielka Brytania nie była – inaczej niż dzieje się obecnie – swego rodzaju ziemią obiecaną dla obcych przybyszów. Imperium Brytyjskie znajdowało się wówczas w stanie zaawansowanej degradacji. Dzięki silnym ruchom narodowowyzwoleńczym i antykolonialnym rok po roku od korony brytyjskiej odpadały kolejne państwa uzyskujące niepodległość. Sama Brytania popadła w horrendalne długi zaciągnięte po II wojnie światowej u Amerykanów, które notabene spłacono ostatecznie dopiero w pierwszym dziesięcioleciu XXI wieku. Pożyczka była tak naprawdę wzięta po to, aby pomóc Brytanii w skutkach powojennej regulacji, a nie tylko w zniszczeniach wojennych – stwierdza prof. Mark Harrison z Warwick University. Głód, bezdomność, bezrobocie, zniszczenia – kraj był gospodarczo na skraju bankructwa. Zubożałe społeczeństwo – chociaż nie tak zrujnowane wojną, jak polskie – już w 1945 roku w wyborach powszechnych zagłosowało na socjalistyczną Partię Pracy. Rozpoczęła ona tworzenie welfare state: ustanowiono darmową służbę zdrowia (National Health Service), stałe emerytury, powszechne ubezpieczenie, darmową edukację na wszystkich szczeblach, świadczenia dla chorych, bezrobotnych i najuboższych oraz nacjonalizację dróg, transportu, kopalń i przemysłu ciężkiego. Mimo że już w 1951 roku do władzy doszła Partia Konserwatywna, nacisk społeczny był na tyle silny, że zaakceptowała ona reformy wprowadzone przez laburzystów. Ci ostatni rządzili również w latach 1964–1970 i 1974–1979, aby później na długo przegrać z taczerystami. Radość z zakończonej wojny oraz nadzieje związane ze zwycięstwem Partii Pracy dokumentuje film Kena Loacha „The Spirit of ‘45” (2013), złożony z wywiadów oraz materiałów archiwalnych z tamtego okresu. Ów specyficzny „duch roku 1945” wpłynął znacząco na całe społeczeństwo, również na kulturę, czego skutkiem były radykalne zmiany w obyczajowości oraz sztuce brytyjskiej, jak na przykład powstanie „Angry Young Men” („Młodych gniewnych”). Jednak w cieniu tak znaczących postaci, jak John Osborne, Alan Sillitoe, David Storey, John Braine czy Harold Pinter tworzyli inni, nie tak uznani, choć ważni twórcy. Należała do nich Nell Dunn.
Pochodziła z upper-middle-class, a konkretnie z rodziny nieszlacheckich baronetów Dunn. Jej dziadkiem był kanadyjski przemysłowiec, ojcem – Sir Philip Dunn, a matką – Lady Mary Sybil St Clair-Erskine. Jako dorastająca dziewczyna w wieku 14 lat porzuciła naukę szkolną u sióstr zakonnych, a mając 23 lata wyprowadziła się z bogatej dzielnicy Chelsea do ubogiego robotniczego dystryktu Battersea w południowym Londynie. Zatrudniła się przy pakowaniu cukierków jako robotnica w fabryce czekolady – za dwa szylingi i siedem pensów na godzinę. Znalazła tam szczerych, gościnnych i otwartych ludzi: Nie był to żaden eksperyment. Po prostu: podobało mi się tam, więc się przeniosłam – wspomina po latach. Owocem była jej debiutancka książka „Up the Junction” wydana w 1963 roku, której fragmenty ukazywały się wcześniej w lewicowym piśmie „The New Statesman”. Na polski „Up the Junction” można by przetłumaczyć mniej więcej jako „Za skrzyżowaniem” lub „W górę (drogi) od skrzyżowania”, co przypomina idiom „za rogiem”. Dla Dunn tytuł oznaczał inny świat istniejący gdzieś za skrzyżowaniem, w nieznanej części Londynu. Prawdziwy, żywy, autentyczny. Niewątpliwie dla zbuntowanej dziewczyny z burżuazji był to odważny krok: ludzie z jej klasy nigdy nie zapuszczali się na tereny zamieszkane przez „biedotę”.
„Up the Junction” to zbiór szesnastu króciutkich, oszczędnych, niemal lakonicznych opowieści z życia kobiet pracujących i mieszkających w jednej dzielnicy. Minimalizm tych opowieści bazuje generalnie na dialogu i dość skromnym opisie świata przedstawionego. Wbrew pozorom ta powściągliwość środków przekłada się na maksymalne napięcie emocjonalne, jakie jest wywoływane przez obraz Londynu sprzed pół wieku. Opowieści Dunn nie były ani wykoncypowanymi anegdotami czy wymysłem wyobraźni, ani politycznie umotywowanym posunięciem: ich siła tkwi w autentyzmie i szczerości. Takie było życie w Battersea: ciężka praca, romanse, niechciane ciąże, rozwody, aborcje, imprezy w sobotnią noc, bójki między chłopakami, przygodny seks, skromne pensje, wypady do fryzjera i do pralni, przejażdżka motocyklem, czasem i rasizm wobec przybyszów z Karaibów. Chociaż głównymi bohaterkami są dorastające dziewczyny, to na drugim planie nie brak również opowieści kobiet dojrzałych czy starszych pań, koleżanek z fabryki: rozmawiają o śmierci męża jednej z nich, pijaństwie innego, nieodpowiedzialności, zdradach, rozwodach, ślubach, macierzyństwie, ojcostwie, codziennym życiu małżeństw z dłuższym stażem, samotności, starości. Wielką zaletą książki Dunn jest to, że autorka nie ocenia swoich bohaterów, nie wartościuje ich wyborów i zachowań, pokazuje życie takim, jakie jest. Pisarka opowiadała, że gdy czytała na głos swoje opowiadania koleżankom z pracy, te były szczerze zdziwione, że kogoś może to oburzać, bo „Up the Junction” zszokowało brytyjską klasę średnią, która nie miała zielonego pojęcia o problemach klasy robotniczej. Tyleż dziwne, że gdy czyta się tę książkę obecnie, postacie wzbudzają sympatię, a nawet więcej! Książka skrzy się zabawnymi, błyskotliwymi dialogami i specyficznym brytyjskim ulicznym humorem. Być może dzisiaj podobna książka o życiu ekonomicznych imigrantów przybyłych z Europy Środkowej i Wschodniej mogłaby tak samo oparzyć wypieszczone podniebienia nowej i starej burżuazji, która wzdryga się na dźwięk tak niewinnych słów, jak crap czy bollocks (a trzeba dodać, że Anglicy z niższych klas przeklinają ciężej i częściej niż Polacy, tyle że z humorem, a nie jak ci ostatni – z frustracji).
Sukces i popularność książki spowodowały, że „Up the Junction” doczekało się dwóch ekranizacji. Pierwszą dla telewizji BBC w serii „The Wednesday Play” zrobił 29-letni wówczas Ken Loach (1965), a na duży ekran przeniósł opowiadania Peter Collinson (1968), w Polsce jego film wyświetlano pod tytułem „Życie w Battersea”. Ekranizacje te znacznie różnią się między sobą. Wersja Loacha to niemal czyste cinéma-vérité: kręcone na przemian w studiu lub w autentycznych plenerach kamerą 16 mm lub kamerą telewizyjną, nie tylko rejestruje zachowania aktorów w zbliżeniach twarzy, lecz także w przerywnikach pokazuje nagrane ukrytą kamerą z samochodu ulice i mieszkańców Battersea. Wersja Loacha jest kompilacją wątków ze wszystkich opowiadań zawartych w tomie, a sama Nell Dunn pracowała przy filmie jako twórczyni dialogów. Z dzisiejszego punktu widzenia surowa, czarno-biała, paradokumentalna produkcja dla telewizyjnej serii „The Wednesday Play” okazuje się sensacyjna i przełomowa pod względem formalnym. Będące wówczas w awangardzie filmy ruchów direct cinema czy cinéma-vérité wyświetlano jedynie w dyskusyjnych klubach filmowych dla garstki zapaleńców i koneserów, podczas gdy film Loacha obejrzało nagle w brytyjskiej telewizji… 10 milionów widzów! BBC odebrało 400 zażaleń od telewidzów narzekających na „brzydki język” oraz poruszanie tematu aborcji. Przeciwko aborcji szczególnie gardłowała znana brytyjska „obrończyni moralności chrześcijańskiej” Mary Whitehouse (co ciekawe, z powieści dowiadujemy się, że mieszkańcy Battersea wówczas w każdą niedzielę chodzili jeszcze gromadnie do kościoła). „Up the Junction” zostało również użyte jako argument przy legislacji ustawy o aborcji w brytyjskim Parlamencie (Abortion Act 1967).
Kiedy książka odniosła sukces rynkowy i prestiżowy (nagroda John Llewellyn Rhys Prize), za ekranizację filmową zabrał się również komercyjny reżyser Peter Collinson. Nie ukrywał finansowego charakteru swojej produkcji: Robię filmy dla rozrywki, co może brzmi zabawnie, ale nie mam żadnej potrzeby, aby przekazywać komuś moje osobiste opinie. Myślę, że reżyser powinien być przekaźnikiem, poprzez który publiczność odbiera opowieść – i to wszystko. Dobry reżyser jest dobrym narratorem. Moje zarobki mogą być większe niż całkowity koszt „Penthouse’a”, ale moje metody się nie zmienią. Chcę, aby moje filmy były zabawne, bo wtedy widzowie mają szansę podążać za fabułą. W rzeczy samej film Collinsona spłyca klasowość i emancypacyjny potencjał zbioru opowiadań Dunn.
Oryginał literacki jest nowatorski z kilku względów. Przede wszystkim po raz pierwszy od czasów Dickensa i Orwella (np. „Na dnie w Paryżu i Londynie”) pokazuje bezpośrednio i bez upiększeń życie klasy robotniczej. Popularne w tym samym czasie autorskie filmy typu „Z soboty na niedzielę” czy „Smak miodu” były jednak dosyć ugładzonymi portretami tej klasy społecznej. Drugi atut to zwrócenie uwagi na życie kobiet, co wówczas było nowością, bo do momentu ukazania się powieści kobiety z klasy pracującej były ignorowane nawet przez pisarzy lewicowych. I wreszcie język: dialogi pisane są autentycznym slangiem z południowego Londynu, zapisywanym w wersji fonetycznej (np. ‘ent got no money; you bin swimmin’; if yer take everythin’ off; me mum hasn’t slept with me dad itd.), a także cechują się nagromadzeniem charakterystycznych przymiotników używanych tylko w tej części miasta. Co ciekawe, akcent nie zmienił się znacznie od lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, ponieważ podobną wymowę spotyka się również dziś na ulicach biednego Londynu. Język londyńczyków jest żywy i zmienny, o czym świadczy rozbudowane słowotwórstwo i inkorporowanie słów pochodzenia obcojęzycznego (zaręczam, że kilkakrotnie z ust londyńczyków słyszałem wypowiadany spontanicznie pod nosem najpopularniejszy polski wulgaryzm, zaczynający się na „k”!). Ten slang, choć troszkę podkoloryzowany, słyszymy również w telewizyjnej wersji Loacha, ale – czego można się było spodziewać – pozbyto się go w kinowej wersji Collinsona, w której bohaterowie klasy robotniczej mówią językiem prezenterów BBC. Zwrot „up the junction” wszedł również na stałe do popkultury dzięki piosenkom zespołów Manfred Mann czy Squeeze.
Nell Dunn ugruntowała swoją pozycję powieścią „Poor Cow” (1967), skupiającą się na losach samotnej młodej matki z robotniczego East Endu. Natychmiast zekranizował ją, tym razem w wersji kinowej, nie kto inny jak oczywiście Ken Loach. W Polsce film wyświetlano pod tytułem „Czekając na życie”, z czego kpił w 5. numerze miesięcznika „Kino” z 1969 roku Rafał Marszałek: „Biedna krowa” – ach ta swojska tendencja do lukrowania w tytułach tego, co niewydarzone… W tym samym czasie Dunn przeniosła się z Battersea na Putney, a jej mąż, dziennikarz Jeremy Sandford, współpracował z Loachem przy scenariuszu do filmu „Cathy Come Home” (1967). Rafał Marszałek w swojej recenzji dla „Kina” trafnie opisuje zresztą pewne różnice dzielące Loacha i Dunn przy produkcji „Poor Cow”: Nie o specyfikę telewizyjną i filmową tutaj chodzi, ale o swoistość filmu społecznego, o różne rozumienie jego funkcji. Znamienne, że owo rozumienie jest udziałem samych autorów filmu. Podczas gdy marzeniem reżysera jest „uchwycenie życia w locie”, absolutne stopienie pierwiastka dokumentalnego z fikcją, odkrycie dramatycznych podtekstów uregulowanego niby życia społecznego, scenarzystka Nell Dunn zwierza się, że dla niej sens społeczny ekranowych wypadków nie był tak ważny, jak odmalowanie stosunków między młodą matką a jej synkiem, że „film zawiera syntezę wielu moich obserwacji życiowych dotyczących trudności młodych matek oraz sensu egzystencji kobiety” […] Właśnie z perspektywy życia uczuciowego [bohaterów] przeciętność pokazywana przez Loacha nabiera ważności. W innym miejscu krytyk zwraca uwagę na pewne zawieszenie bohaterów Loacha i Dunn: Ów stan [ubezwłasnowolnienia] jest przecież funkcją życia społecznego, nie biologii. Bo chodzi tu o wiekuiste przypisanie do jedynego możliwego statusu 2 życia na społecznym marginesie. […] Trudno zawierzyć możliwościom przemiany w tym życiu od początku zdeterminowanym. W tym eufemizmie możemy odczytać dzisiaj to, co w tamtych czasach Dunn i Loach podawali Brytyjczykom na tacy: że warunki ekonomiczne determinują klasowo zarówno życie wewnętrzne, uczuciowe (Dunn), jak i społeczne (Loach), ze wszystkimi jego komplikacjami. Mówimy jednak o świecie long time gone – świecie idealizowanej Ye Olde England, robotniczej Anglii, w którym wszystko miało swoje miejsce i było pewne tak bardzo jak to, że jutro pójdziemy do pracy do tej samej fabryki, a w piątek zalejemy się w pubie.
Czytając książki Dunn i oglądając filmy Loacha, miałem wrażenie, że nie tylko się one nie zestarzały, ale wręcz są aktualne na wielu poziomach. Szczególnie sceny z pubu czy uliczne przechadzki wyglądają tak, jak gdyby grali je dzisiejsi londyńczycy, z tą tylko różnicą, że zmieniła się moda. Swoją drogą, analizując wypowiedzi mieszkańców Wielkiej Brytanii, którzy zagłosowali za Brexitem, można zaobserwować, że zdecydowana większość, szczególnie ludzi starszych, głosowała właśnie za tą dawną bezpieczną Brytanią z okresu 1945–1979, głównie przeciwko znienawidzonym Torysom, a nie, jak to starają się przedstawić przewrażliwieni na swoim punkcie Polacy, przeciwko imigrantom z, wyłącznie oczywiście, Europy Wschodniej. Jest prawdą, że agresywnie ksenofobiczna kampania Nigela Farage’a uruchomiła rasistowskie demony, ale umówmy się – tkwią one w każdej społeczności, pod każdą szerokością i długością geograficzną, bez względu na ustrój, rasę, klasę, wiek czy pogodę. Gdyby jednak ktoś chciał się dowiedzieć, na czym polega ta nostalgia i sentyment, warto sięgnąć po dwie pierwsze książki Nell Dunn lub obejrzeć wczesne filmy Kena Loacha.
Jacek Żebrowski
przez Andrzej Muszyński | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017
1.
W zasadzie nie wiem, czym imponuje mi najbardziej. Może tym, że gdy leczył się na gruźlicę w szpitalu w Zakopanem, wypuszczał się samotnie na grań Miedzianego. Musiał mieć w sobie jakiś górski gen, bo parę sezonów robił najtrudniejsze drogi w Tatrach. A taternictwo znajdowało się w epoce międzywojnia na naprawdę wysokim poziomie. Być może miał słabo rozwiniętą korę mózgową. To podobno ona działa na nas hamująco. No, głupi trochę był. Napalony na te ściany jak nieszczęście. 13 sierpnia 1927 roku w schronisku w Pięciu Stawach spotkał dwójkę sztubaków. Nie miał się z kim wspinać, nie chciało mu się łazić, pragnął pionu, więc zabrał ich na Zamarłą Turnię. Pozabijali się. Nie pamiętam, czy któryś przeżył. W każdym razie Szczuka spadł do podnóża ściany. Toprowcy zapakowali ciało na bambus i zaczęli znosić do Palenicy. Niestety na szosie do Morskiego Oka odbywały się modne wtedy wyścigi samochodowe, więc złożyli ciało w krzakach i czekali. Szczuka by na pewno nie czekał. Pewnie przez las by szedł. Nie skończył trzydziestki. Miał życiorys jak osiemdziesięciolatek.
Swoją drogą jakoś nam się przesuwa granica dojrzałości – twórczej, i w ogóle. Dziś trzydziestoparolatek to wciąż artysta młody, zapowiadający się, obiecujący. Kiedyś propozycje artystyczne dwudziestolatka traktowano serio i uważano go po prostu za twórcę. No i ludzie jednak wtedy szybciej zakładali rodziny, brali odpowiedzialność za swoje.
Szczuka zostawił po sobie trochę wspomnień, zapisków z gór. Czyta się to kapitalnie. Był chyba geniuszem. Nie potrafię wymienić wszystkich pasji i obsesji, którymi żył. Przede wszystkim zajmował się malarstwem jako prekursor awangardy w Polsce, pionier polskiego konstruktywizmu i produktywizmu.
Ale nie za to go podziwiam. Tylko za co? Przecież nie za to, że młodo zginął. A może za to, że przy tej jego narowistości trzymał się zasady, by zawsze w górach czekać na ostatniego? To naprawdę niełatwe. Każdy ma swoje tempo życia, myślenia i chodu.
Na pewno zmagał się z wadami. Podobno potrafił dać w pysk. Niewykluczone jednak, że nie zważał na nie. Interesowała go żywa sztuka. Byłbym w stanie założyć się, że go to wypalało. Wyżerała go od wewnątrz ta pasja do twórczości i… życia? Niekoniecznie, to nie zawsze idzie w parze. Wysuszało go nienasycenie, którego nie można zaspokoić. Co najwyżej przelotnie.
2.
Parę faktów: urodził się w 1898 roku. Mieszkał głównie w Warszawie, ulica Wspólna 20. Jako dziecko kolekcjonował robaczki czy motylki do swoich gablotek. Studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie u Miłosza Kotarbińskiego. Bywał w kawiarni Bliklego. Boksował. Tak też nazwał swojego psa – Boks. Zakochał się w Teresie Żarnówerównie, członkini Komunistycznej Partii Polski. To ona wciągnęła go w sprawę Wielkiej Przemiany. Mietek wyczuwał, że idzie nowe. Że świat burżuazji odchodzi do przeszłości.
1923 rok to dla niego szczyt. Pod pseudonimem Rekuć wystawił w Zachęcie monumentalne kompozycje o tematyce religijnej. Nikt go z nimi od dawna nie kojarzył, choć Mietek wcześniej malował z furią sceny Apokalipsy, Mesjasza. Jego krytycy nie mogli się nachwalić. Gdy dowiedzieli się, kto zacz, szlag ich trafił. Za bardzo odstawał, zbyt ostentacyjnie się nie słuchał. Wziął udział w wernisażu w Wilnie, gdzie razem z Żarnówerówną pokazali rzeźby i grafiki, nazywane poezjografią albo poezjoplastyką. Zakochał się bowiem Mietek w fotomontażu, plakacie. W 1924 roku razem założyli pismo „Blok”, w którym Szczuka wyłożył swój program artystyczny. Jego plakat „Amnestia dla więźniów politycznych”, opublikowany w broszurze, został częściowo skonfiskowany i ocenzurowany. Nikt przed nim plakatem politycznym się w Polsce nie zajmował. Projektował nowoczesne osiedla robotnicze i obszernie pisał o potrzebie nowej wizji budownictwa. Oczywiście miał ją gotową. Współorganizował Międzynarodową Wystawę Architektury Nowoczesnej w Warszawie w 1926 roku. Rok później wziął udział w Wystawie Nowoczesnej Architektury w Moskwie. W tym roku założył też pismo „Dźwignia”, w którym opublikował esej „Sztuka a rzeczywistość”. No a chwilę potem miało miejsce to spotkanie w Pięciu Stawach.
3.
Przez długi czas nie mogłem znaleźć jego zdjęcia w sieci. Te w jego monografii, pióra Sterna i Bermana, pt. „Mieczysław Szczuka”, też nie są zbyt wyraźne. Widziałem jego portret, oglądam go teraz w internecie, ale za chwilę znów nie pamiętam, jak wygląda. Podobno miał bardzo wyraziste niebieskie oczy. Stal, typowa dla ludzi gór? Podejrzewam, a jest to podejrzenie graniczące z pewnością, że nie dbał o takie sprawy. Zakładam, że nie fotografowałby się dziś na ściankach medialnych. Z relacji o nim wiadomo, że niespecjalnie troszczył się o honoraria. Toteż nie miał pieniędzy.
W czwartym numerze „Dźwigni” Szczuka opublikował tekst „Sztuka a rzeczywistość”, który przedrukowujemy w tym numerze „Nowego Obywatela”. Chyba nigdy wcześniej nie czytałem tekstu sprzed wojny, który wybrzmiałby dziś tak aktualnie. Jest celujący, bo Szczuka jasno nazywa rzeczy.
Gdzie dziś jest sztuka, a gdzie rzeczywistość? Rzeczywistość włączyła turbo. Reportaż chełpi się, że tylko on nadąża, goni jak policjant za zbójem w amerykańskich filmach. Internet też nie nadąża, ale przynajmniej nigdy, jak wyrocznia delficka, nie zostawia człowieka bez słowa. Sztuka przyjęła postawę krytyczną i przez długie lata wychodziło jej to przekonująco. Tyle że dalsza krytyka już nic nie wnosi, bo ten świat potrzebuje teraz nadziei, wiary i lepszej pogody. Więc pasowałoby się znów nauczyć go afirmować. Zachwycać się tym, co jest, co pozostało. Wyjść do ludzi. Jak? Ironia i szydera są narzędziami krytyki. W jaki sposób się zachwycać, nie odwołując się do patosu, komunikując się z ludźmi w ich nowym języku, który formy zachwytu wyparł albo oskubał do nagich „wow”, „omg”? Trzeba szukać nowego, podpowiada Szczuka. Bo otaczanie się minionym, bibelotami, antykami, które – owszem – koją pamięć, ale nie oferują nadziei zmiany, to drobne, nieszczególne, ale jednak oszustwo. I rejterada. Proszę czytać.
Andrzej Muszyński
przez Mieczysław Szczuka | wtorek 16 maja 2017 | Kwartalnik, Wiosna 2017
Znamienną cechę ewolucji, jaka zaszła w dziedzinie sztuki w okresie panowania nowoczesnego kapitalizmu, stanowi daleko idący rozdział między działaczem sztuki – artystą a życiem codziennym. Rozdział ten zaznacza się szczególnie w dziedzinie sztuk plastycznych. Zanim przejdziemy do wyjaśnienia przyczyn tego rozdziału, trzeba będzie wspomnieć o sposobach i warunkach pracy artystów w czasach dawniejszych. Artysta dawnych wieków, przystosowany do ustroju gospodarczego opartego na drobnej wytwórczości, pozostawał z nim w pewnej harmonii. Granice artyzmu były, jak to zresztą wiadomo, szersze niż dziś. W pewnym sensie artystą był każdy prawie rzemieślnik wytwarzający przedmioty użytku: stolarz, ślusarz, cieśla, złotnik itd. Mając dużo czasu, nie spiesząc się zanadto, prymitywnymi stosunkowo narzędziami zdobił wytwarzane przez siebie przedmioty według pewnych ustalających się kanonów, które nie rozwijały się zbyt szeroko ani też nie przeobrażały się gwałtownie – a niejednokrotnie przetrwały szeregi pokoleń. W ramach tego kanonu miał jednak pewną inicjatywę, na którą pozwoliły mu narzędzie, materiał i zmysł artystyczny.
Stosunki te zmieniły się radykalnie, skoro na miejsce drobnej wytwórczości rzemieślniczej przyszedł kapitalizm ze swym burzliwym tempem rozwoju, gwałtownymi przewrotami technicznymi, nieuregulowanym rynkiem – a przede wszystkim masową wytwórczością maszynową, we wszystkich dziedzinach1.
Tzw. sztuki plastyczne pozostają w bezpośredniej zależności od budownictwa, które najwydatniej łączy w sobie treść utylitarną z naddatkiem estetycznym. Budownictwo jest najściślej przystosowane do warunków życiowych tych, którym służy za schronienie lub warsztat pracy. Jest wskaźnikiem ich stanu materialnego, „stopy życiowej”, zakresu wymagań i potrzeb życia codziennego, kultury, przynależności klasowej.
Harmonijne dostosowanie przedmiotów użytkowych wnętrza mieszkalnego (meble, naczynia etc.) do form samego budynku wpływa na ukształtowanie ich zewnętrzności (w znaczeniu estetycznym). W ten sposób urabia się „styl” (tj. system estetycznego łączenia form). Sfery uprzywilejowane gospodarczo (przez to i kulturalnie) tworzą własne budownictwo – architekturę (budownictwo mieszkalne, reprezentacyjne, kultu religijnego, urzędowe etc.), w której dzięki środkom, jakimi władają, mogą w najwyższym stopniu rozwinąć stronę estetyczną, obok wygody i przeznaczenia praktycznego. Tworzący się styl klasy uprzywilejowanej zostaje narzucony całemu społeczeństwu – bez względu na to, czy klasy miały zadatki swych własnych stylów (np. u nas tzw. sztuka ludowa).
Tempo rozwoju nowoczesnego kapitalizmu nie pozwoliło na dostosowanie w sensie artystycznym form wytwarzanych przedmiotów codziennego użytku (mieszkanie, dom, meble, wyroby włókiennicze, talerze, łyżki itp., itp.) do nowych materiałów, nowych środków technicznych i nowych warunków życia. Ponieważ każdy wytwórca, począwszy od pierwotnego człowieka, stara się nadawać piękną formę wytworzonym przez siebie przedmiotom – odbiorca zaś wybiera taki przedmiot, który, poza stroną praktyczną, będzie mu dawał estetyczne zadowolenie – więc i fabrykant rozumiał doniosłość estetycznego „wabika” na rynku. By zdobyć ten „wabik” zastosował metodę najłatwiejszą i co najważniejsze najtańszą. Sięgnął po wzory, które natychmiast można było zużytkować. Wzorów tych dostarczyła przeszłość oraz współczesna „egzotyczna” sztuka i miejscami krajowy folklor ludowy. Czerpie się więc z tych źródeł pełnymi garściami, nalepia się „estetyczne” ozdóbki na treść zasadniczo nieraz odmienną. Wskrzesza się pseudoantyk, pseudogotyk, robi się pseudochińszczyznę, pseudoludowość itd., itd. W ten sposób urabia się gust odbiorcy – i przystosowuje się narzędzia wytwórczości. Wnętrze mieszkalne, począwszy od mieszkań baronów przemysłu, bankierów itp., skończywszy na mieszkaniu drobnego mieszczucha, jest kramem, w którym, zależnie od stopnia zamożności jego właściciela, gromadzi się chaotycznie i bezplanowo mnóstwo niepotrzebnych drobiazgów. Dla mas pracujących daje się produkt jeszcze lichszy i tandetniejszy – bo tańszy – no i mniej, rzecz oczywista. „Sztukę dla tłumu” reprezentuje reprodukcja o temacie sielankowym, batalistycznym, patriotycznym lub religijnym, przeznaczona dla mieszkań robotników lub lokali, które odwiedzają.
Niewątpliwie na rozwoju sztuk plastycznych w ciągu XIX wieku odbił się charakter klasy, która w tym okresie wszędzie doszła do władzy. Burżuazja europejska wyłania się z tak zwanego trzeciego stanu, „z ludu” w charakterze nowego elementu uprzywilejowanego politycznie i gospodarczo. Z jednej strony miała „lud”, drobnomieszczaństwo i proletariat, napierające na jej przywileje, z drugiej zaś sformowane już grupy przywilejowe, feudałów, do których usiłowała się przyłączyć i po krótkim okresie fermentu i walki przyłączała się pomyślnie. Należy zaś zaznaczyć, iż właściwa wielka burżuazja nigdy nie prowadziła z feudałami walki bezpardonowej.
Ta sytuacja społeczna, to tchórzliwe wcieranie się w szeregi uprzywilejowanych powoduje głęboko parweniuszowski stosunek wielkiej burżuazji do sztuki i życia2. Typowo parweniuszowskie jest jej rozmiłowanie się w przeszłości, w „stylach” przeróżnych, modach przebrzmiałych, poszukiwanie piękna w tym, co stare, co straciło wartość użytkową i wstydzenie się tych właściwości realnych, użytkowych, które się z sobą wnosi. Stąd owe teorie estetyczne stawiające granice między pięknem a użytecznością – piękne jest to tylko, co nigdy nie służyło lub też obecnie nie służy do użytku (kult starych ruin itp.). I nigdy rozdwojenie między tym, co piękne, a co użytkowe, nie doszło do tak potwornych rozmiarów. Z jednej strony imitacje przebrzmiałych stylów, z drugiej obrzydliwe murowane baraki, budowane bez żadnego względu na higienę (domy mieszkalne, lokale fabryczne). Nie idzie tu już zupełnie o ludzi – idzie o maksimum korzyści dla właściciela: budując fabrykę, buduje się kryte pomieszczenia dla maszyn, dla surowców i wyprodukowanych towarów – niewiele myśli się o ludziach, którzy tam będą pracować. Budując domy mieszkalne nie bierze się pod uwagę elementarnych zasad stworzenia chociażby znośnych warunków dla życia ludzkiego. Typem budownictwa miejskiego staje się kamienica dochodowa, w której każdy metr sześcienny musi dać zysk. Lokale państwowe, biurowe, domy ludzi bogatych – stawia się z pozornym luksusem, gdyż to opłaca się – ściąga nabywcę, daje powagę reprezentacyjną. Luksus przejawia się przede wszystkim w oprawie zewnętrznej: gzymsy, kolumny, fryzy itp. swą „stylową” pstrokacizną oblepiają front budynków – przy czym kosztują niewiele. Pomieszczenia są lepsze i wygodniejsze. Tu i ówdzie zieleń i pewna dbałość o światło3. Wszystkie te pozory bezwzględnie odpadają w budownictwie dzielnic uboższych, w pomieszczeniach dla służby, stróżów, w suterenach i poddaszach – gdzie panują warunki wprost okropne4.
Wpływ tych stosunków – charakterystyczne cechy kapitalizmu, psychologia klasy panującej – powiększony został o nieprzystosowanie się artystów do większych żądań. Artysta tkwiący w starych metodach „twórczości”, zwłaszcza artysta z własną inicjatywą, jest za powolny, aby nadążyć za tempem rozwoju. Bywa też za kosztowny. Jak wyżej zaznaczyliśmy, jeżeli idzie np. o architekturę, to strona „estetyczna” pozostaje domeną czystej spekulacji. Artyście pozostaje na pociechę „sztuka czysta”. Nie da się to wszystko zamknąć w ramach „podziału pracy”. Artysta odsuwa się coraz bardziej od życia, uprawiając „sztukę czystą”, „sztukę samą dla siebie”.
Znalazły się inne przyczyny takiego „oczyszczania” sztuki od pierwiastków ziemskich. Artysta dawnych wieków niemal z reguły pracował dla odbiorcy wiadomego: czy było to miasto, zrzeszenie jakieś, kościół czy też prywatna jednostka. Później ten typ odbiorcy znanego schodzi na drugi plan. Artysta pracuje dla niewiadomego odbiorcy – wysyła swoje dzieło na rynek, na wystawę, do kunsthändlera. Ten nieznany odbiorca nie jest jednak całkowitym anonimem: musi to być człowiek o tyle dobrze sytuowany materialnie, aby mógł sobie kupić dzieło sztuki. To jedyny punkt orientacyjny – poza tym przewala się rozkiełznany żywioł koniunktury rynkowej, w którym artysta pogrążony bywa w sposób podobny, jak każdy drobny producent wartości luksusowych w dodatku. Rynek ten był dość pojemny: szybko wzrastająca produkcja nadwartości kosztem mas robotniczych, wytworzyła całe nowe warstwy odbiorców, znawców – stworzyła grunt dla rozwoju tych nieznanych dotychczas stosunków. Jeżeli dawniej artysta znał odbiorcę – to było również i odwrotnie. Styk ten został zerwany. O ile artysta stoi przed zagadkowym, chaotycznym żywiołem rynku – z różnym stopniem samopoczucia zależnie od przyjęcia, o tyle „konsument” również staje przed zagadką nieznanego zupełnie przejawu „twórczości”.
Artysta, niezależnie od narzędzi twórczości: poeta, malarz, rzeźbiarz, staje w pozie kapłana, posiadacza sił tajemniczych5, w stopniu daleko większym niż dotychczas. Zajmuje on po trosze – w stosunku do estetyzującej masy odbiorców – pozycję taką, jaką miał średniowieczny alchemik – trochę uczony, trochę szarlatan, szerokim, zarozumiałym gestem oddzielający się od tych spraw, w których nie może się czuć „mistrzem” i kapłanem – od spraw, których nie może zrozumieć, między innymi od sprawy rynku. Tym samym gestem oddziela się od „tłumu”.
Tu są źródła Indywidualizmu w sztuce (indywidualizm przez wielkie I naturalnie). Uwydatniają tu się najrozmaitsze składniki. Oprócz wyżej wyszczególnionych przyczyn wchodzi tu w grę i odgrodzenie się od konkurenta – walka o swój kawałek rynku – o swoją rzeszę zasłuchanych i zapatrzonych „niepoświęconych” odbiorców.
Przypomnijmy jeszcze zjawisko tak zwanej cyganerii, stanowiącej w XIX w. nieodłączną, zdawałoby się, właściwość wszystkich „szerszych” przejawów w sztuce. Był to rodzaj szkoły życiowej, koniecznego przygotowania się, aby być artystą „prawdziwym”. Cyganeria miała niewątpliwie znaczenie odspołeczniające w przygotowywaniu czystych artystów.
Życie wielkomiejskie stworzyło niewątpliwie warunki dla takiego właśnie rozumienia sztuki, przyczyniło się do rozwoju pewnych tendencji. Charakterystyczna dla mieszczanina tęsknota do przyrody, będąca typowym wytworem stosunków wielkomiejskich (brak warunków zdrowotnych, powietrza, słońca itd.) znajduje wyraz w malarstwie pejzażowym, w ciszy „martwych natur”, w malarstwie rodzajowym. Duszący się w mieście inteligent poszukuje sił „odrodzenia” u źródła – pierwotnej tężyzny „ludu”, ludów dzikich, stąd ludowość, egzotyzm, prymitywizm. Szybkie tętno współczesnego życia, gwałtowność i ostrość zmian w ustosunkowaniu się sił społecznych z jednej strony – z drugiej zaś łatwość szerokiego i względnie łatwego rozpowszechnienia zdobyczy techniki artystycznej (co nieuniknienie bywa połączone z wulgaryzacją) – wszystko to odbija się na szybkości i ostrości przełomów w sztuce. W czasie względnie krótkim zachodzi szereg przełomów w malarstwie: klasycyzm, romantyzm, naturalizm, impresjonizm. W wieku XX zaś zmiany te przybierają tempo po prostu karuzelowe.
Pozostaje to w ścisłym związku z postępami techniki. Zapotrzebowanie na portret, pejzaż, malarstwo historyczne i batalistyczne, na ilustrację aktualną itd. pokrywają fotografia i kino, które są bezkonkurencyjne w dokładności, szybkości i taniości w stosunku do pracy artysty zadowalającej dawniej te zapotrzebowania. Artyście usuwa się grunt pod nogami, wymykają się całe dziedziny pracy. Pozostają zagadnienia formalne – w które zagłębia się coraz bardziej. Już impresjonizm, pierwszy z kierunków zrodzonych w „czystej” atmosferze burżuazyjnej, wprowadza do sztuki zagadnienie analizy światła. Później następuje okres zachwytu nad maszyną. Zamiast wyrażania wątpliwej wartości osobistych nastrojów, wypowiadania ubożuchnej zresztą treści „duszy” u artystycznych osobników, niedowarzonych, rozgoryczonych, nie mających niejednokrotnie choćby skromnych wiadomości ogólnych, następuje reakcja: podziw nad cudami techniki (krótkotrwały zresztą)6.
Praca nad zagadnieniami formalnymi postępuje naprzód: plastyka wyzwala się spod supremacji naturalizmu, anegdoty literackiej itp. Następuje okres zbiorowego poszukiwania form, laboratoryjności metody pracy – dążenie do budowy dzieła sztuki samego dla siebie, nie wyrażającego nic, istniejącego absolutnie samowystarczalnie7.
Malarstwo sztalugowe obiektywnie stało się luksusem i dodajmy luksusem spospolitowanym, narzuconym na rynek wystawowy, który daje z czasem rezultaty bardzo nikłe. Wystawę bowiem, dostępną tylko w pewnych oznaczonych terminach, dystansuje reprodukcja w piśmie.
Jak to już wyżej zaznaczyliśmy, artysta egzystencję swą wiązał i wiązać musiał z warstwami posiadającymi, przez które traktowany był różnie, na ogół jednak jako naddatek kultury, spełniający funkcję nie bardzo potrzebną – czasem szanowną, a niekiedy wprost śmieszną. Skazany na uprawianie sztuki samej dla siebie, sztuki czystej, artysta żył jednak i działał w „społeczeństwie” (rozumianym jako sfery dobrze sytuowane materialnie, a co za tym idzie i kulturalnie). Artysta więc w pracy swej musi dawać wyraz zainteresowaniom swej klienteli. Nie wyłącza to naturalnie faktu, że stosunek poszczególnych jednostek do tych spraw mógł być inny. Ale tu idzie właśnie o artystów jako o grupę społeczną.
Naturalnie nie jest to wcale przypadek, że przełom w ustosunkowaniu się artystów do zagadnień społecznych nastąpił równolegle z kryzysem ideologicznym i technicznym w sztuce. Wyrażają się tu tendencje te same, co w innych dziedzinach współczesnego życia. Postępy maszynizacji, rozwój techniczny doprowadzają do absurdu i wywracają dotychczasowe sposoby działania i organizacji społeczeństwa. Rozwój techniczny przewyższa moc ram organizacyjnych dzisiejszego społeczeństwa, stąd absurdalne sprzeczności na każdym kroku zarówno w ideologii, jak i w praktyce codziennej. Artysta nowoczesny pozornie w oderwaniu (biorąc pod uwagę jego sytuację społeczną, o której wyżej mówiliśmy), bez jasnego uświadomienia sobie tych sprzeczności, szedł na ogół drogą poszukiwań formalnych, drogą wnoszenia nowych wartości do dorobku poprzednich pokoleń. Mając dość czasu (brak doraźnego zastosowania), rozwija zagadnienia formalne i poszukuje w nich sensu tego, co robi. Ma on właściwie przed sobą drogę już utartą: iść po linii najmniejszego oporu – zaspokajania gustów ludzi, którzy nie mając czasu na rozmyślanie nad problemami sztuki, posiadają jednak w ręku środki materialne zapewnienia egzystencji artysty. Nie jest to, rzecz naturalna, droga dla natur ambitniejszych, bogaciej uposażonych – może sumienniejszych. Ludzie ci buntują się, wyłamują z ramek ustalonych, przeprowadzają aż do końca założenia eksperymentu formalnego, doprowadzając tym samym do absurdu fikcję „sztuki dla sztuki”, sztuki „czystej”. Bezinteresowna (w sensie zastosowania) praca nad zagadnieniami formalnymi (kubizm, futuryzm, suprematyzm i in.), zagłębianie się w nowe materiały, uświadomienie sobie w ten sposób nowych metod produkcji, uzależnienie charakteru twórczości od użytego materiału (tak, bo i to było niekiedy tajemnicą), wszystko to odsłaniało całą potworną fikcję zawartą w hasłach „sztuki czystej”. Uświadomienie sobie faktu, że sztuka XIX w. była właściwie bez życiowego zastosowania, przebija się w takich nieokreślonych zresztą hasłach, wysuwanych w ostatnich latach kilkunastu przez artystów: „sztuka na ulicę”, „sztuka dla wszystkich”. Hasła te głoszone przez tzw. nową sztukę łatwiej było wygłosić niż w czyn wprowadzić. Zdemoralizowane przez dotychczasową praktykę środowisko konsumentów, nie widziało w tym nic innego ponad niewinne skądinąd poszukiwanie „nowego dreszczu”, w najlepszym razie odbicie pewnych fermentów nurtujących sfery inteligencji. Co gorsza i co odjęło wartość tym hasłom, że w ten właśnie sposób rozumiała je znaczna część artystów. Świadczą o tym awantury, którymi futuryści popisywali się w kołach snobistycznych konsumentów. Istota konfliktu została zaciemniona i długo musiała pozostać niezrozumiana.
Przyczyniał się do tego brak uwiązania społecznego. Artysta, pisarz, w ogóle intelektualista (przeszedłszy przez specjalne dodatkowe wychowanie, o którym mówiliśmy), przyzwyczaił się wysyłać na zagadkowy rynek „czystą sztukę”, „czystą poezję”, „czystą myśl” i w ogóle tylko czysty towar kulturalny. Ale ten towar kulturalny służył tylko ograniczonej ilości odbiorców. Szło to jako tako, póki stosunki dotychczasowe pozostawały bez zmiany. Wojna i kryzys gospodarczy będący jej wynikiem, wyniszczyły drobną i średnią burżuazję miejską, będącą główną odbiorczynią bieżącej produkcji artystycznej (wielka burżuazja, magnaci przemysłowi i ziemscy, kompletowali zbiory przeważnie dziełami starych, nieżyjących artystów o ustalonej renomie). Rynek zwęził się ogromnie.
Wysunął się i z biegiem coraz bardziej zaznaczać będzie swą obecność nowy odbiorca – proletariat. Ale ten odbiorca żąda określonego produktu – nie chce „czystego” towaru, żąda wartości użytkowych. Zdezorientowany dotychczasowym chaosem nie określa swych żądań dostatecznie jasno, tym niemniej orientuje się instynktem, czego mu trzeba. Należy podkreślić te słowa: orientuje się instynktem. Kształtowanie się świadomości nowoczesnego proletariatu jest procesem jedynym w dziejach – o przebiegu ogromnie ciężkim i powikłanym przeróżnymi wpływami. W dziedzinie politycznej dążenia klasy robotniczej, z natury rzeczy, przejawiły się w sposób określony z powodu ostrej konieczności przeciwstawienia się klasom panującym. W dziedzinie sztuki, jak i w dziedzinie wielu spraw kultury, takiej ostrej konieczności nie było. Stąd też panują tu chaos i bezprogramowość. Dzieje się to nie tylko dlatego, że przewagę ma i długo jeszcze będzie miała doraźna walka polityczna, którą zaabsorbowane są wszystkie niemal siły klasy robotniczej. Trzeba tu wziąć pod uwagę, że przodujące żywioły robotnicze wzrastały, wychowywały się w ramach kultury burżuazyjnej i nieraz uważają produkty tej kultury za zjawiska szczytowe, których prześcignąć nie sposób. Krytycyzm ostry i głęboko sięgający, jeśli idzie o burżuazyjną politykę i ekonomię – zanika, przestaje należycie określać zjawiska, gdy wchodzi na teren kultury burżuazyjnej, na teren sztuki, literatury burżuazyjnej. Jednym słowem, rewolucyjność w polityce łączy się często z absolutnym zburżuazyjnieniem w zakresie spraw kultury. Stąd pochodzą tendencje, które można by określić jako ekspansję kulturalno-etykietkową. To znaczy, że na dany typowo burżuazyjny produkt usiłuje się nalepić etykietę proletariacką, w postaci kilku haseł, jakiegoś ogólnikowego wezwania czy tendencji. Produkty tego rodzaju zwłaszcza, o ile robione są na zamówienie, łączą w sobie burżuazyjne sugestie wewnętrzne z tandetnością wykonania. Zupełnie serio można spotkać wśród działaczy proletariackich ludzi, w mózgach których proletariackość nieuniknienie łączy się z tandetnością. Mówiąc stylem kwiecistym, można by te zjawiska określić jako pianę nieczystą nadpływającej proletariackiej fali. I dlatego w sprawach tych należy się zdać raczej na instynkt masy niż dotychczasowe rozumowane teorie w tym duchu, trącące nieuleczalnym mieszczaństwem swych twórców. Proletariatowi potrzeba sztuki nie jako sztukateryjnej ozdóbki odświętnej, ale sztuki na co dzień. Musi zaginąć ów rozdział będący wynikiem parweniuszowskiego wstydu burżuazji – rozdział produkcji od życia i spraw kultury, rozdział pociągający za sobą sfetyszyzowanie obłudne wszystkich przejawów działalności człowieka, a zarazem szereg potwornych kłamstw, oblepiających wszystko, począwszy od giełdy, instytucji rządowych i demokracji parlamentarnej, a skończywszy na najdrobniejszych, najcodzienniejszych sprawach. To musi zaniknąć, jak musiało zaniknąć typowe kłamstwo kapitalistycznego świata: sztuki samej dla siebie. Zaniknąć musi nie tylko w teorii – bo do niego dziś mało kto się przyznaje – ale i w praktyce.
Artysta zaczął myśleć. Uświadomił sobie dokładnie nicość swego dotychczasowego stanowiska społecznego. Artysta wyłamuje się z ram dzisiejszego ustroju, chce i szuka praktycznego celu, praktycznego zastosowania dla swej działalności. Nie chce być pustym „ornamentem” społeczeństwa, chce współdziałać w organizacji życia. Tego wszystkiego ustrój kapitalistyczny mu nie da i dać nie może. Nawet tam, gdzie widoki takiej pracy na pozór otwiera, okazują się one złudnymi. Tam nawet, gdzie egoizm jednostek, podporządkowujący miliony swej woli, zdaje się odchodzić na drugi plan, zawsze okazuje się to sprawą tchórzliwego kompromisu – opuszczeniem pewnych eksponowanych pozycji, by tym pewniej bronić dalszych. Tylko nowy ustrój społeczny umożliwi wykorzystanie wszystkich możliwości postępu technicznego, zduszonych lub opacznie wyzyskiwanych przez dzisiejszych panów świata – i umożliwi powstanie nowych warunków dla tej działalności człowieka, którą nazywamy sztuką.
Mieczysław Szczuka
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Dźwignia” nr 4, lipiec 1927. Poprawiono pisownię według obecnych reguł.
Przypisy:
- Nawet pozornie „samodzielny” dzisiejszy rzemieślnik jest niewolnikiem udoskonalonego narzędzia. Doszło do tego, np., że zrobienie mebla o racjonalnych prostych kształtach kosztuje drożej niż zrobienie tegoż mebla o kształtach secesyjnie powyginanych. Fabryki, produkując narzędzia dostosowane do wytwarzania w pewnym „guście”, uniemożliwiają niekiedy najracjonalniejsze i najbardziej skromne formy.
- Sorel zwracał uwagę na przed-pokojowo-służbowe rysy w literaturze francuskiej XVIII w. Ale i po Wielkiej Rewolucji objawy te wracają z charakterystyczną siłą. Homer burżuazji, Balzak, przejawia w swych powieściach dziwny na pozór, lokajski kult dla arystokracji, obniżający wprost wartość wielu jego dzieł. Ciekawe objawy zauważyć się tu dadzą w filozofii Comte’a itd., itd.
- Kapitalizm w swoim własnym dobrze zrozumianym interesie stwarza niekiedy „dobrodziejstwa”, które mogą uchodzić za przejawy społecznego altruizmu i dbałości o wymagania kulturalno-życiowe najszerszych mas. Np. nowa ustawa amerykańska o rozbudowie miast, w której dopatruje się pierwszych kroków na drodze do „urbanizacji miasta”, tłumaczy się żądzą zwiększenia dochodów. Pomieszczenia bowiem na dolnych piętrach dzisiejszych drapaczy nieba, ze względu na panujący w nich zupełny mrok (spowodowany nieproporcjonalną wąskością ulic w stosunku do wielopiętrowych gmachów), nie dawały dochodów w tej wysokości, jaka zaspokoiłaby apetyt kapitalistów. Nie względy więc humanitarne, a po prostu interes dyktuje kapitalizmowi owe posunięcia dające iluzje zdrowych, nowoczesnych tendencji społecznych w budownictwie.
- Robotnicze miasta-ogrody i kolonie rozbudowane racjonalnie (w Anglii, Austrii, Niemczech, Holandii, Belgii) powstają pod naciskiem żądań proletariatu i traktować je należy jako jego zdobycze konkretne.
- Taką samą pozę miał średniowieczny majsterek – „mistrz” cechu.
- Przemiany ideologiczne w sztukach plastycznych oraz wykazanie wpływu ideologii burżuazyjnej na sztukę współczesną omówimy w artykułach poświęconych kinu i reklamie, które to najlepiej ideologię tę reprezentują.
- W nawale założeń formalnych decydująco zaważyły zagadnienia materiału.
Artysta zastanawiając się nad konstrukcyjnymi właściwościami materiału, nad różnorodnością cech powierzchni danego materiału w zależności od obrobienia, nad swoistymi właściwościami materiału w reagowaniu na światło, itd., itd. uświadomił sobie, iż należy uzależniać charakter tworzonej rzeczy od użytego materiału. Zagadnienie materiału (nie traktowane fetyszystycznie u kubistów lub suprematystów) wysunęło zagadnienie użytkowych wartości dzieła sztuki, które to zagadnienie stało się punktem zwrotnym dla części nowoczesnych artystów.