przez Cezary Miżejewski | niedziela 29 kwietnia 2018 | opinie
Chciałbym powiedzieć kilka słów o tym, skąd wyrośliśmy, bo to, że wyrośliśmy na ruchu „Solidarności” nie jest przypadkiem. Dobrze byłoby, abyśmy mieli jasność, że idee socjalizmu niepodległościowego i ruchu robotniczego „Solidarności” bardzo ściśle się ze sobą wiązały, więc nie był to też przypadek, że znaleźliśmy się właśnie w tym miejscu, w którym się znaleźliśmy. Starałem się przejrzeć akta IPN. To, co Państwu opowiem, jest rodzajem skrótu, pokazaniem, skąd się nasze idee wzięły. Uważam bowiem, że jesteśmy sztafetą pokoleń, że to nie jest tak, że nagle coś wybucha, lecz tli się, żarzy w mniejszym lub większym stopni, by pojawić się w kluczowych momentach historii.

Dlatego nie chciałbym zaczynać od 1955 czy 1956 r., ale od lat wcześniejszych. Dopiero wczoraj – tocząc na Facebooku dyskusję o tekście Leszka Żebrowskiego o PPS-WRN, w którym usiłował zdeprecjonować dokonania PPS-WRN i jej oddziałów wojskowych – uświadomiłem sobie, jak nawet my niewiele wiemy o tych wydarzeniach. Jak historycy nie odrobili lekcji nie tylko z PPS lat 1987-1990, ale całego ruchu socjalistycznego. Nie powstała żadna dobra monografia dotycząca wojennych losów PPS. I to jest jedyna formacja zbrojna ruchu niepodległościowego w czasie wojny, która takiej monografii się nie doczekała. W PRL nie było klimatu do prowadzenia badań na ten temat, a książka powstała w tamtym czasie pozostawia wiele do życzenia ze względu na brak dostępu do źródeł, które dopiero teraz są znane. Dlatego chciałbym zacząć od 1945 r. Trzeba pamiętać, że PPS po wejściu nowej władzy w 1945 r. była w trudnej sytuacji, a losy socjalistów były bardzo skomplikowane. My też mamy swoich żołnierzy wyklętych. Stanisław Wencel z Zawiercia, pseudonim okupacyjny „Twardy” – syn działaczy Polskiej Partii Socjalistycznej i zesłańców syberyjskich (urodzony w Ust-Kucie na Syberii), przed wojną działacz PPS, Organizacji Młodzieży Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego, Czerwonego Harcerstwa i korespondent pisma „Robotnik”. Podczas okupacji dowódca oddziału bojowego PPS-WRN, dowódca 1. kompanii oddziału rozpoznawczego „Surowiec” 23 DP AK Okręgu Śląskiego, dowódca 3 kompanii II batalionu 27. pp AK Okręgu Kielecko-Radomskiego. Dowodził w najbardziej ryzykownych akcjach zbrojnych na tym terenie, jego oddział wykonał około 80 wyroków śmierci na hitlerowcach i konfidentach Gestapo. W lutym 1945 trafił na przesłuchanie w UB, po wypuszczeniu wrócił do lasu, utworzył oddział składający się z kilkunastu osób, który m.in. zlikwidował posterunek milicji oraz znanego z okrucieństwa ubeka. Ujawnił się po tym, jak ubecy aresztowali jego matkę, w latach pięćdziesiątych zapłacił za to kolejnym wyrokiem.
Dotarłem do dokumentów bezpieki, które dowodzą, że gdzieś już w 1945, 1946 r. sporządzano spisy PPS-owców aktywnych w czasie wojny. Wówczas gromadzono te dane na wszelki wypadek, a „przydały” się one później w latach pięćdziesiątych.
Mieliśmy też socjalistów, którzy stanęli po drugiej stronie barykady. Tu rzecz była bardziej skomplikowana, bo nie mówię teraz o żadnych szujach czy karierowiczach, ale o ludziach, którzy autentycznie chcieli odbudować Polskę: Aleksy Bień, przedwojenny prezydent Sosnowca, Józef Grzecznarowski, przedwojenny prezydent Radomia, Marian Nowicki, twórca Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Oni zdecydowali, że nie chcą walczyć, tylko odbudowywać.
Jak pisał w 2013 r. „Dziennik Zachodni”: gdyby zapytać dzisiaj młodych mieszkańców Sosnowca, kim był Aleksy Bień, niewielu potrafiłoby na to pytanie poprawnie odpowiedzieć. Jeden z najwybitniejszych działaczy zagłębiowskiej PPS i były prezydent tego miasta to dziś postać zapomniana. Budowa linii tramwajowych, łaźni miejskiej, wiaduktu pod torami kolejowymi na drodze w kierunku Starego Sosnowca i początek regulacji Czarnej Przemszy i Brynicy – to tylko niektóre z inwestycji zrealizowanych w Sosnowcu podczas prezydentury Aleksego Bienia. Nieudane próby reaktywacji przedwojennej Polskiej Partii Socjalistycznej sprawiły, że zapisał się do PPS działającej przy rządzie lubelskim. W 1947 r. został posłem na Sejm Ustawodawczy. W lutym 1948 r. objął stanowisko dyrektora Ubezpieczalni Społecznej w Warszawie. Już w październiku został jednak zwolniony i wyrzucony z partii. Zmarł w Sosnowcu 8 lipca 1977 roku. Jego grób znajduje się na cmentarzu na Małobądzu. Dzisiaj to postać praktycznie nieznana. Bień, członek Polskiej Partii Socjalistycznej, jeden z najwybitniejszych zagłębiowskich polityków w okresie dwudziestolecia międzywojennego, nie ma w mieście ulicy swojego imienia.
Józef Grzecznarowski w czasie II wojny światowej po zajęciu przez Niemców Radomia jako prezydent miasta został aresztowany i osadzony w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen, potem w Buchenwaldzie. Uratowany z niewoli pod Lubeką z tzw. Marszu śmierci przez wojska amerykańskie i skierowany na leczenie do Szwecji, powrócił do Radomia w październiku 1945 r. Podjął pracę w Społecznym Przedsiębiorstwie Budowlanym w Radomiu, a następnie został dyrektorem Zjednoczenia Budownictwa Miejskiego.
W 1946 r. doprowadził do utworzenia Radomskiej Spółdzielni Mieszkaniowej na wzór przedwojennej Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej.
Uczestniczył wraz z Zygmuntem Żuławskim w próbie utworzenia Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej jako kontynuacji przedwojennej PPS i PPS-WRN. W wyniku porozumienia Zygmunta Żuławskiego z „lubelską” PPS, w kwietniu 1946 został dokooptowany do Rady Naczelnej „lubelskiej” PPS. Na XXVII Kongresie „lubelskiej” PPS w grudniu 1947 ponownie wybrany do Rady Naczelnej. W marcu 1946 wnioskował o wystawienie odrębnej listy PPS w wyborach i nietworzenie wspólnej listy z PPR. Przewodniczył Komitetowi Miejskiemu i Okręgowi PPS w Radomiu, wydawał pismo „Życie Robotnicze”. W październiku 1946 został wiceprzewodniczącym Wojewódzkiego Komitetu PPS w Kielcach. W wyborach do Sejmu Ustawodawczego w styczniu 1947 uzyskał mandat poselski. W Sejmie Ustawodawczym zasiadał w Komisji Odbudowy. 5 kwietnia 1948 r. w ramach „reorganizacji” Wojewódzkiego Komitetu PPS w Kielcach został usunięty ze składu Komitetu jako „duchowo nieprzygotowany do jedności organicznej obu partii”. W 1948 r. Grzecznarowski został usunięty z PPS i odwołany przez Sejm z komisji sejmowych. W 1952 r. otrzymał nakaz opuszczenia Radomia. Zdegradowany służbowo, od 1948 do 1955 r. kierował odcinkiem robót radomskiego zjednoczenia w Nowej Hucie.
„Po Kazimierzu Wielkim był niewątpliwie największym budowniczym Radomia, a jeszcze za życia jego legendą” – pisał kilka lat temu w „Wyborczej” Aleksander Sawicki, szef Społecznego Komitetu Ratowania Zabytków Radomia o Józefie Grzecznarowskim. „Gazeta Wyborcza” pokusiła się o przedstawienie jego dokonań. A było tego niemało. Józef Grzecznarowski przyczynił się do budowy w Radomiu Fabryki Obuwia Bata, miał swój udział w otwarciu fabryki telefonów Ericsson i Zakładów Przemysłu Tytoniowego. Przyczynił się do budowy fabryki nawozów, dbał o inwestycje komunalne. Za jego czasów zainwestowano w wodociąg, powstała m.in. wieża ciśnień przy ul. Słowackiego, stacja pomp Wodociągów Miejskich. Za czasów Józefa Grzecznarowskiego miasto zbudowało cztery szkoły, przebudowano rogatkę lubelską na łaźnię miejską, przy placu Jagiellońskim powstał Dom Robotniczy pełniący funkcję kina, domu kultury i sali koncertowej, zbudowano rzeźnię miejską w pobliżu skrzyżowania Wernera i Mireckiego, a na Borkach powstało 12 drewnianych czworaków dla bezdomnych, czyli tzw. kolonia robót. To Józef Grzecznarowski zorganizował w przedwojennym Radomiu Kasę Chorych. To Grzecznarowski zdecydował o budowie w Radomiu bloków magistrackich u zbiegu dzisiejszych ulic 25 Czerwca i Struga. Po wojnie z jego inicjatywy powstało osiedle XV-lecia i Radomska Spółdzielnia Mieszkaniowa. Przez ponad 15 lat był jej prezesem.
Marian Nowicki przed 1939 r. należał do wybitnych działaczy PPS, był sekretarzem Związku Zawodowego Robotników Rolnych, redaktorem dwutygodnika PPS „Chłopska Prawda” i autorem programu rolnego PPS. Był członkiem Rady Naczelnej PPS od 1921 do 1939 r. W wyborach parlamentarnych w 1928 r. uzyskał mandat z listy PPS, a w 1930 r. zdobył z listy Centrolewu.
Od 1932 r. był prezesem Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Od 1938 r. pełnił mandat radnego Warszawy z listy PPS. Uczestnik kongresów Międzynarodowego Związku Robotników Rolnych. W 1937 r. współorganizator Pierwszego Polskiego Kongresu Mieszkaniowego.
W czasie wojny należał do PPS-WRN. Po powstaniu warszawskim uczestniczył w ratowaniu mienia i archiwów warszawskich instytucji spółdzielczych w ramach tzw. akcji pruszkowskiej. W 1945 r. wraz z Zygmuntem Żuławskim był inicjatorem powołania PPSD, niezależnej od „lubelskiej” PPS. W wyniku porozumienia 31 marca 1946 r. został dokooptowany wraz z Zygmuntem Żuławskim i innymi działaczami do Rady Naczelnej „lubelskiej” PPS. Pełnił w niej funkcję zastępcy przewodniczącego. Od 1946 r. był również posłem do KRN, a następnie na Sejm Ustawodawczy. W latach 1947-1952 był działaczem spółdzielczości mieszkaniowej, a od 1956 r. członkiem Komisji Gospodarki Komunalnej i Budownictwa przy KC PZPR. Od 1947 do 1952 r. radny Stołecznej Rady Narodowej. W latach 1950-1954 członek Rady Nadzorczej Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej oraz prezes Centralnego Zarządu Budownictwa Miast i Osiedli Zakładu Osiedli Robotniczych, od 1956 do 1960 r. prezes Zarządu Centralnego Związku Spółdzielni Budownictwa Mieszkaniowego. Na I Krajowym Zjeździe Delegatów Spółdzielni Mieszkaniowych w grudniu 1956 r. powołany na przewodniczącego Związku Spółdzielni Mieszkaniowych.
To pokazuje, że losy socjalistów, nie tylko tych, którzy byli przeciwko, ale i tych, którzy byli za, były bardzo skomplikowane. W znacznie gorszej sytuacji byli oczywiście ci, którzy zdecydowanie opowiedzieli się przeciwko ustrojowi. W 1948 r. odbył się przed Wojskowym Sądem Rejonowym proces tzw. kierownictwa centrum WRN. Na ławie oskarżonych znaleźli się Kazimierz Pużak, Tadeusz Szturm de Sztrem, Józef Dzięgielewski, Ludwik Cohn, Feliks Misiorowski i Wiktor Krawczyk. Akt oskarżenia zarzucał im organizowanie zakonspirowanej partii WRN oraz przedsięwzięcie działań zmierzających do obalenia przemocą ustroju Państwa Polskiego i usunięcia jego zwierzchnich organów, tj. zbrodnię z art. 86 § 1 i 2 Kodeksu Karnego Wojska Polskiego. Sąd uznał wszystkich oskarżonych za winnych zarzucanych im czynów i skazał Kazimierza Pużaka i Tadeusza Szturm de Sztrema na kary 10 lat więzienia, złagodzone na podstawie amnestii do lat 5 oraz utratę praw obywatelskich i honorowych na 5 lat, Józefa Dzięgielewskiego i Wiktora Krawczyka na kary 9 lat więzienia złagodzone na podstawie amnestii do połowy, Ludwika Cohna i Feliksa Misiorowskiego na 5 lat więzienia, darowane na podstawie amnestii oraz utratę praw obywatelskich i honorowych na dwa lata. W stosunku do wszystkich skazanych sąd orzekł przepadek całego mienia na rzecz Skarbu Państwa. Ludwik Cohn zawdzięczał stosunkowo łagodny wyrok temu, że okres wojenny spędził w Oflagu. We wrześniu 1939 r. dostał się do niewoli jako uczestnik obrony Warszawy, co sąd podkreślił w uzasadnieniu wyroku jako okoliczność łagodzącą.
Chociaż bowiem formalnie nie oskarżono WRN-owców o kolaborację z okupantem, w uzasadnieniu aktu oskarżenia znajdują się następujące charakterystyczne zdania, zapowiadające procesy z lat 1949-55 przeciwko działaczom podziemia: „w okresie okupacji WRN szermując hasłami patriotycznymi, cały swój wysiłek skierowała przeciwko ZSRR i jego Armii Czerwonej, która była główną antyfaszystowską siłą wyzwoleńczą… Głosząc znaną teorię dwu wrogów, przygotowywała masy nie do walki z Niemcami, lecz do walki z wyzwoleńczą Armią Czerwoną… Nie dopuszczając do utworzenia jednolitego frontu i nawołując do walk bratobójczych, faktycznie działała na rękę Niemcom”. Niektóre procesy WRN-owców odbyły się jeszcze przed procesem kierownictwa. Adam Obarski skazany został przez Wojskowy Sąd Rejonowy na karę śmierci, złagodzoną następnie przez Najwyższy Sąd Wojskowy na 15 lat więzienia, za przystąpienie do utworzonego w roku 1945 komitetu porozumiewawczego stronnictw wchodzących w czasie okupacji w skład Delegatury. Obarski całej kary nie odbył, wyszedł na wolność przedterminowo w roku 1954. We wrześniu 1947 roku działacz związkowy Antoni Wąsik w indywidualnym procesie otrzymał karę czterech lat. W latach 1948 i 1949 sądzeni byli w różnych procesach, jako członkowie WRN-u, Stefan Zbrożyna, wiceprezydent Warszawy w podziemiu, Władysław Wilczyński, Kazimierz Rysiewicz, Stanisław Sobolewski, Wiesława Pajdakówna, córka Antoniego, Bolesław Gałaj, Józef Bielicki, Henryk Kwiatkowski, Marian Bomba i Wanda Stande. Wszyscy skazani zostali na kary 5-6 lat więzienia, odpowiednio złagodzone na zasadzie amnestii.
Zofia Pajdakowa, żona Antoniego, aresztowana w tym samym czasie w Krakowie, poniosła śmierć w gmachu UB, wyskoczywszy rzekomo oknem. Antoni Zdanowski, zwolniony w toku śledztwa, zmarł bezpośrednio po wywiezieniu go w stanie agonalnym karetką z więzienia. Dzięgielewski zmarł na gruźlicę, której nabawił się w więzieniu, kilka miesięcy po wyjściu na wolność. Misiorowski, ciężko torturowany w śledztwie, przebył w więzieniu zawał serca i zmarł krótko po zwolnieniu. Do Pużaka zastosowano szczególnie zaostrzony reżim. Ciężko chorego umieszczono w wilgotnej, nieopalonej celi – zmarł w więzieniu w Rawiczu 30 kwietnia 1950 roku.
Ocenia się, że co najmniej 200 osób ścisłego aktywu PPS przeszło przez wieloletnie więzienia. Czasami były to głośne nazwiska, czasami nikomu nic nie mówiące.
Przygotowując grunt pod zjednoczenie koncesjonowanej PPS i PPR zarządzono też czystki. Szacuje się, że z samej organizacji stołecznej wyrzucono 6 tysięcy osób i te 6 tysięcy miało swoje teczki. Tych spraw było naprawdę mnóstwo. To wszystko czeka na historyczne opracowanie. Pytanie, czy coś się wtedy działo, czy rzeczywiście istniała konspiracja. To kolejny element, który gdzieś tam pojawia się w dyskusjach o współpracy emigracyjnej PPS z krajową. Wskazywano, że przerzucano do kraju pieniądze, kurierów, że szukano wsparcia. Wiemy, że do Polski chodzili kurierzy, Franciszek Smereczyński to jeden z nich. Znalazłem np. ulotkę, która była przygotowana przez Centralny Komitet Zagraniczny PPS, ale była wysyłana z terenów Polski. Czyli ktoś musiał to przewieźć i rozsyłał na różne adresy. I oczywiście bezpieka usiłowała robić spisy ludzi, którzy te ulotki dostali, albo zgłosili że dostali. Usiłowano je wszystkie wyłapać, co było niemożliwe.
Co raz pojawiają się kolejne informacje, które są zupełnie nieznane, niezbadane. Niestety większość bohaterów tych działań nie żyje, pytanie, czy gdzieś zostawili swoje wspomnienia. Być może one istnieją. W połowie lat pięćdziesiątych nie żyje Kazimierz Pużak, nie żyje wielu działaczy zmarłych w więzieniu lub po wyjściu z więzienia. W 1955 r. z zesłania rosyjskiego wraca skazany w procesie szesnastu Antoni Pajdak. Komitet Centralny PZPR zadaje pytanie: czy siedzą jeszcze jacyś PPS-owcy? Z notatki dla Komitetu Centralnego wynika, że ostatnim więźniem PPS-owskim był Andrzej Czystowski, młody działacz z Żoliborza, który został skazany w procesie „Startu”, czyli Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa. Nazwa „Start” była kryptonimem powołanej w Warszawie w okresie okupacji w ramach Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa ekspozytury urzędu śledczego, przeznaczonej głównie do walki z bandytyzmem i kolaborantami. Urzędy śledcze PKB współdziałały ponadto z cywilnymi sądami specjalnymi przy delegaturach okręgowych, powołanymi do wymierzania sprawiedliwości w przypadkach zdrady, szpiegostwa, kolaboracji itp. Działalność ta nie stanowiła tajemnicy; tuż po wojnie została np. przypomniana w cyklu artykułów przez Stefana Korbońskiego. Dopiero na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych władze komunistyczne doszukały się w niej elementów zdrady narodowej, organizując serię procesów przeciwko kadrze dowódczej Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa. W procesie organizacji „Start”, w grudniu 1951 r., zostali oskarżeni: Witold Pajor, Zygmunt Ojrzyński, Stanisław Nienałtowski i właśnie Andrzej Czystowski. Trzech pierwszych zostało skazanych na karę śmierci, przy czym Rada Państwa skorzystała z prawa łaski w stosunku do Pajora i Nienałtowskiego. Wyrok wykonano na Zygmuncie Ojrzyńskim, zginął 2 stycznia 1953 r.
Zaczyna się okres odwilży i pojawia się pierwszy dość ciekawy symptom. Późną jesienią 1956 r. w mieszkaniu Józefa Stopnickiego przy ul. Filtrowej w Warszawie odbyło się prywatne spotkanie Ludwika Cohna, Tadeusza Szturm de Sztrema, Juliana Maliniaka i Stefana Zbrożyny z udziałem adwokatów-socjalistów Anieli Steinsbergowej, Stanisława Garlickiego, Maurycego Karniola i Józefa Stopnickiego. Zebrani zgodzili się z wnioskiem Ludwika Cohna, że nie będą ubiegać się o rehabilitację i odszkodowanie za więzienie, uznając, że tak naprawdę zostali skazani za coś, co uważali za słuszne, tzn. za walkę z komunistycznym państwem. Zdaniem Cohna „skoro zatem dziś partia uznaje, że rządy epoki stalinowskiej są godne potępienia, to nie mam powodu wypierać się tego, co nam imputuje wyrok sądu wojskowego – tj. że system tych rządów zwalczaliśmy”.
W tym czasie (1956 r.) pojawia się pomysł odtworzenia Polskiej Partii Socjalistycznej, zainicjowany – co ciekawe – przez Edwarda Osóbkę-Morawskiego. Wywołało to pewne poruszenie, wyrażane m.in. w anonimowym liście środowiska socjalistów, gdzie zastanawiano się na temat tej inicjatywy. Jednak osoba Osóbki-Morawskiego była traktowana dosyć niepoważnie i nieufnie. Tym bardziej, że z jednej strony Osóbka-Morawski wzywał do odtworzenia PPS-u, z drugiej zaś chciał się koniecznie dostać na listę Frontu Narodowego w wyborach, w których Wiesław Gomułka wezwał do głosowania bez skreśleń. Ostatecznie – choć było to przedmiotem wielu dyskusji – większość socjalistów zdecydowała się nie uczestniczyć w tego typu przedsięwzięciach, wiedząc, że jest to rodzaj hucpy politycznej, bądź też prowokacji. Tak naprawdę nawet gdyby odtworzono PPS w tamtym czasie, nie byłaby to ta właściwa PPS. Jan Józef Lipski w swoich Dziennikach z tamtego czasu, bardzo negatywnie ocenia postawę Osóbki-Morawskiego, uznając, że groźba reaktywacji PPS miała być kartą przetargową w walce o miejsca na liście Frontu Narodowego Niemniej jednak po wyjściu z więzień socjaliści zaczynają się ze sobą spotykać, rozmawiać. Słowo „organizować się” jest za daleko idące, bo tak naprawdę jeżeli pytamy, czy istniała jakaś organizacja socjalistów w tym czasie, to możemy sobie otwarcie powiedzieć: nie istniała. Ludzie się po prostu spotykali, pisali wspomnienia, zastanawiali co dalej.
Tak zwane elementy WRN-owskie oskarżano wówczas o wszystko, o sabotaże w fabrykach, o rozpijanie młodych pracowników. Ciekawe jest i to, że o ile staliniści mieli obsesję na punkcie Trockiego i trockistów, tak polskie UB miało obsesję na punkcie PPS-WRN. Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego było sfokusowane na byłych działaczy WRN. W każdym departamencie, urzędach bezpieczeństwa był specjalny wydział. Notabene, jak się czyta ubeckie sprawozdania o WRN, to widać coś, co zahacza o paranoję. I tak np. Stefan Zbrożyna, były prezydent Płocka, były wiceprezydent Włocławka, były wiceprezydent podziemnej Warszawy, działacz WSM-u, po wyjściu z więzienia w latach pięćdziesiątych był już starszym panem, a liczba zdjęć z jego obserwacji jest tak olbrzymia, że jeżeli jemu poświęcali tyle czasu, to ile musiało to kosztować wysiłku i pieniędzy. Wydaje się, że każdy PPS-owiec miał swoich licznych „aniołów stróżów”. W stosunku do niektórych z nich tworzono nawet dzienne raporty z tego, co robili. Oczywiście – na ile to możliwe – starano się również podsłuchiwać wszystkie spotkania. Każda władza, nawet totalitarna czy autorytarna, nie jest w stanie sięgnąć wszędzie, ale była to – powiem szczerze – zadziwiająca struktura. Oto schemat, na jakim rozrysowano różnego rodzaju kontakty Stefana Zbrożyny – z Józefem Stopnickim, Tadeuszem Szturm de Sztremem, Julianem Maliniakiem, Januszem Ostrowskim, Wacławem Gajeckim. Miał dwóch stałych agentów: TW „Olimpię”, czyli Andrzeja Nowickiego, późniejszego słynnego filozofa, profesora, a do 1956 r. ochotniczo tajnego współpracownika oraz TW „Barda” Władysława Uziembłę. Też byłego działacza PPS, byłego posła PPS, który przeszedł na stronę Służby Bezpieczeństwa. To byli dwaj podstawowi agenci, a była jeszcze masa innych. Tak naprawdę działaczy WRN szpiegowano na różne sposoby. Nawet tak bzdurna informacja, że przesłano komuś zaproszenie na 75-lecie PPS organizowane przez Zakład Historii Komitetu Centralnego PZPR, wprawiała machinę w ruch, powstawały notatki, materiały. Bezpieka miała szczególną obsesję na punkcie spotkań przy grobie Kazimierza Pużaka. To smutne, że dziś grób Pużaka jest zniszczony i zapomniany. Przykre, że my o tę swoją tradycję nie dbamy. Socjaliści różnej maści od czasu do czasu spotykają się tam 30 kwietnia w rocznicę jego śmierci, ale tak naprawdę groby polskich socjalistów, włącznie z grobem Kazimierza Pużaka, zostały zapomniane. Kiedyś 1 sierpnia, w rocznicę Powstania Warszawskiego, na wszystkich grobach powstańców były zapalone świece, znicze, a grób Pużaka wyglądał tak jak każdego innego dnia. A mówimy przecież o przewodniczącym Rady Jedności Narodowej podziemnego parlamentu, również powstańcu warszawskim. Gdy jeszcze żyła Krysia Cała, która była takim nestorem Komisji Historycznej PPS, przed 1 listopada jeździliśmy porządkować groby. Ale tak naprawdę w tej naszej tradycji historycznej, w naszym myśleniu, zostało to zapomniane. To smutne, że od tego 1950 r., kiedy śledzono pogrzeb Pużaka, i później przez dziesiątki lat kiedy socjaliści spotykali się nad tym grobem w rocznicę śmierci, UB-ków było więcej niż uczestników – dowodem na to film, jaki można obejrzeć na Youtubie („Tajne Taśmy SB” (2002) od 34 min. 46 sek.). Socjaliści próbowali podtrzymywać tradycję, kultywować etos PPS m.in. przy okazji różnego rodzaju rocznic: śmierci Mieczysława Niedziałkowskiego, Feliksa Perla. Wszystkie spotkania były ściśle obserwowane przez bezpiekę.
W pewnym momencie bezpieka wymyśliła, że skoro cały aktyw PPS jest obserwowany, to wrogie działania musi prowadzić inna tajna komórka, której oni nie mogą jeszcze zidentyfikować. I tak dochodzili do kolejnego poziomu paranoi, np. zlecenia śledzenia Zbrożyny całodobowo, ukrytych zdjęć bezpieczniackich z kolejnych pogrzebów. Można wyliczać i wyliczać. W 1967 r. bezpieka postanowiła wytoczyć nowy proces PPS-WRN. Ustalono, że wokół adwokata Józefa Stopnickiego gromadzą się różni ludzie, właśnie Ludwik Cohn, Józef Sobolewski, Stefan Zbrożyna. Pojawiają się też nowe kontakty, które pokazują łączność starego z nowym. Tym nowym łącznikiem jest na przykład Jan Józef Lipski, który nie był nigdy działaczem PPS, nie był socjalistą w rozumieniu tradycji historycznej. Pojawiają się Krzysztof Dunin-Wąsowicz, Marian Marek Drozdowski, Jan Strzelecki. Na spotkaniach starszych działaczy, obok zastanawiania jak wydrukować jakieś ulotki na wybory Rad Narodowych, a może coś namieszać na spotkaniu Rady Adwokackiej, pojawiły się też różnego rodzaju inicjatywy społeczne, które były również inicjowane przez młodych. Te spotkania oni nazywali kółkiem, w nawiązaniu do historycznego PPS-WRN, która w czasie wojny miała kryptonim Koło.
Zaczęło pojawiać się nowe pokolenie ludzi, którzy zarazili się ideą socjalistyczną. Kiedy w 1971 r. zmarł Stefan Zbrożyna, to Jan Józef Lipski przekazywał jego przesłanie o społecznikostwie, które powinniśmy kultywować, nie aktywizmie, a społecznikostwie. O ludziach którzy nie strzelali, nie byli rewolwerowcami, ale budowali miasta, osiedla, Warszawską Spółdzielnie Mieszkaniową. To jest coś, co powinniśmy przenieść do naszej tradycji.
W 1955 r. pojawia się Klub Krzywego Koła, najważniejsze forum wymiany wolnej myśli między intelektualistami, dziennikarzami, pisarzami i artystami w ówczesnej Polsce. Należeli do niego m.in. byli członkowie PPS: Marian Falski, Julian Hochfeld, Edward Lipiński, Andrzej Munk, Aniela Steinsbergowa, Jan Strzelecki, Tadeusz Szturm de Sztrem, Stefan Zbrożyna, Jan Wolski – wybitny działacz spółdzielczy, który amerykańską nagrodę Jerzykowskich przeznaczył właśnie na działalność niepodległościową, postać trochę zapomniana, niedawno „odkopana” przez radomskiego historyka. A także późniejsi członkowie PPS: Aleksander Achmatowicz, Jan Kielanowski, Jan Józef Lipski.
Klub powstał przy ulicy Krzywe Koło w Warszawie w prywatnym mieszkaniu Juliusza (współpracownika SB, w latach 70. i 80. tworzącego agenturalne ugrupowania socjaldemokratyczne i socjalistyczne) i Ewy Garzteckich. Wiem, że niektórzy na tej sali znali Garzteckiego osobiście jeszcze z lat osiemdziesiątych. Klub Krzywego Koła nabierał szybko znaczenia politycznego, choć skala jego działań oraz zasięg były ograniczone. Socjalistyczni adwokaci wielokrotnie bronili przed sądami członków opozycji demokratycznej. I tak np. Aniela Steinsbergowa broniła w procesach członkiń Klubu Krzywego Koła Hanny Rewskiej (1958-1959) i Anny Rudzińskiej (1962, obrońcą był również Ludwik Cohn), w procesie Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego (1965), Jana Nepomucena Millera, Januarego Grzędzińskiego (1965). To z inicjatywy członków Klubu zrodziła się tradycja możliwie tłumnego uczestnictwa w procesach politycznych.
Jak wspominał jeden z jego członków Aleksander Małachowski, autorytet klubu sprawił, że na rozprawie przed Sądem Najwyższym przeciwko Annie Rewskiej, skazanej za związki z Giedroyciem, pojawiło się w sali sądowej aż kilkudziesięciu wybitnych intelektualistów, w tym takie postaci jak profesor Tadeusz Kotarbiński i Jan Parandowski. Jego zdaniem miało to wpływ na uniewinnienie Rewskiej. To również na korytarzach sądów spotykali się ci starzy socjaliści i ci nowi – nie wiem, czy można nazwać ich socjalistami, ale na pewno demokratami.
Ta tradycja przetrwała do lat 80. Widzę tutaj Czesława Borowczyka, na jego procesie w 1988 r. kontynuowaliśmy tradycję, która narodziła się właśnie w latach sześćdziesiątych.
Po zamknięciu Klubu Krzywego Koła pojawiła się inicjatywa powołania loży wolnomularskiej Kopernik, by w ten sposób prowadzić dalej tajną działalność. Przypomnę, że przed wojną niektórzy działacze lewicowi należeli do lóż wolnomularskich, które zostały zlikwidowane w 1938 r. To właśnie socjaliści Jan Wolski i Stefan Zbrożyna wpadli na pomysł wykorzystania loży wolnomularskiej jako podstawy dalszego działania w wymiarze niepodległościowym. Członkami loży byli m.in. działacze PPS: Ludwik Cohn (od 26.03.1972), Edward Lipiński (od 10.12.1972), Aleksander Lutze-Birk, Jan Wolski, Stefan Zbrożyna (od 19.02.1961). Przewodniczącym loży był dwukrotnie Jan Józef Lipski, w latach 1962-1981 i 1986-1988. Powstała w 1961 r. loża Kopernik do lat siedemdziesiątych nie została odkryta przez służbę bezpieczeństwa. Przeglądałem dokumenty, z których wynika, że wielokrotnie bezskutecznie próbowano poprzez Paryż dowiedzieć się, co dzieje w Polsce. Loża Kopernik była miejscem, w którym spotykały się różne tradycje i osoby, w tym siostrzeniec Stefana Okrzei, Jan Olszewski, oraz Aleksander Lutze-Birk, były działacz organizacji bojowej PPS.
To oczywiste, że inicjatyw było znacznie więcej, od podpisywania listów, po Klub Krzywego Koła. Bo list 34 to nie tylko Edward Lipiński, ale i Marian Falski, też wybitny działacz PPS. Utworzone przez Tadeusza Kotarbińskiego Towarzystwo Kultury Moralnej pozornie nie miało nic wspólnego z socjalizmem, budowało środowisko społeczno-etyczne, a powstała tam sekcja przeciwników kary śmierci. Pamiętajmy, że były to lata 60. Powiedzenie wtedy, że się jest przeciwko karze śmierci, to tak jakby powiedzieć, że się jest przeciwko PRL. Tak jeszcze było w 1988 r., gdy inicjowaliśmy powstanie Stowarzyszenia na Rzecz Przeciwników Kary Śmierci.
Różnych inicjatyw, podpisywania listów było znacznie więcej, nie wymieniałem ich wszystkich. Faktem jest, że nie było chyba żadnego wydarzenia w historii demokratycznej opozycji, w której nie byłoby socjalistów. Pytanie, czy miało to charakter formacyjny. Socjaliści znaleźli się wśród sygnatariuszy Listu 34, Listu w sprawie Legionów, Listu w sprawie Organizacji „Ruch”, Listu 15, Listu 59, Listu 14, byli wśród założycieli Niejawnego Funduszu Pomocy dla Represjonowanych.
Nie wspomniałem np. Ruchu Porozumienia Polskich Socjalistach w ramach KPN. Maciek Gawlikowski, gdy dowiedział się o tym spotkaniu, bardzo się oburzył i pewnie trzeba będzie zrobić spotkanie o tym. Wydano ostatnio Listy Jana Józefa Lipskiego do Giedroycia, gdzie można przeczytać, jak bardzo niepokoiła go ta inicjatywa. Andrzej Friszke też o tym pisze. W pewnym momencie pojawiła się propozycja, by w ramach Komitetu Obrony Robotników wyłonić grupę socjalistyczną. Ale natychmiast pojawiła się inicjatywa Juliusza Garzteckiego o nazwie Polscy Socjaliści – w tej chwili nie ma co do tego żadnych wątpliwości, że UB-cka – która miała na celu storpedowanie tego typu działań. To dziś pewnie jeszcze wybrzmi, ale o ile kiedyś UB miała obsesję na punkcie WRN, tak potem SB miała obsesję na punkcie PPS. Wynikało to pewnie z mitu założycielskiego PZPR. Pojawi się to potem w dokumentach SB z 1987 r. Mam czasem wrażenie, że więcej osób nas śledziło niż nas było.
Wracając do lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Tamto środowisko się rozrastało, przenikała się w nim stara i nowa opozycja, i działacze PPS byli w nim obecni. Na zdjęciu Komitetu Obrony Robotników z tyłu widzimy Antoniego Pajdaka, z przodu Ludwika Cohna, Anielę Steinsbergową, Wacława Zawadzkiego, z tyłu Piotr Naimski, a na samym skraju Jan Józef Lipski.
To kolejny kamyczek do budowy sztafety pokoleń. Jana Olszewskiego, Ludwika Cohna i Jana Józefa łączyła także współpraca w przechowywaniu dużych sum pieniędzy, odziedziczonych po okupacyjnej PPS WRN. Opozycja demokratyczna kilkakrotnie posiłkowała się tymi środkami. Skorzystał z niej KOR, a czym pisze Andrzej Friszke, a także opozycja lat 80. Jak wielkiego charakteru musieli być ludzie, którzy przez pięćdziesiąt lat przechowywali niemałe pieniądze. Wydawali je na prośbę organizacji, która już nie istniała. Świadomość, że byli ludzie, którzy mieli nadzieję, że te pieniądze będą przydatne na działalność pracowniczą, lewicową, socjalistyczną i nie uszczknęli z tego ani jednego dolara, przywraca wiarę w człowieka. Bo to były dolary, i gdy Andrzej Malanowski jedną z takich partii otrzymał i wymieniał w banku, okazało się, że są to dolary z 1937 r., stąd przez chwilę podejrzewano, że to fałszywki. Mówię o tej anegdocie, bo chcę pokazać jak silne były więzi, jak silne tradycje, które sprawiały, że ludzie przechowywali różne rzeczy, w tym pieniądze, i nie śmieli nic uszczknąć na swoje cele.
Pierwszy Krajowy Zjazd „Solidarności” jest zamknięciem działania Komitetu Obrony Robotników. Podczas swojego przemówienia Edward Lipiński przyznaje, że pierwszy raz w życiu na zebraniu związków zawodowych wystąpił w 1904 roku, a być może ostatni – co też okazało się prawdą – na I Krajowym Zjeździe NSZZ „Solidarność”. Kiedy mówimy o „Solidarności” patrzymy na nią przez pryzmat ostatnich działań, ale trzeba pamiętać, że my wyrośliśmy na wspólnej mitologii budowy tego lewicowego ruchu, robotniczego ruchu „Solidarność”. Bo ja uważam, że „Solidarność” była lewicowa z natury, co nie znaczy, że ludzie tej formacji byli ludźmi lewicowymi. Ta formacja stworzyła coś, co ja uważam za największe osiągnięcie, czyli program Samorządnej Rzeczpospolitej. Ostatnio uczestniczyłem na zorganizowanej przez organizacje pozarządowe w Europejskim Centrum Solidarności konferencji na temat idei solidarności wczoraj i dzisiaj. Poruszano tam wiele kwestii, od posłania do ludów narodów Europy Wschodniej, po sposoby, w jaki wybierano przewodniczącego. Natomiast brakowało informacji o Rzeczypospolitej Samorządnej, czyli głównej idei, która sprawiała, że to właśnie PPS, a nie jakaś inna formacja wystąpiła z najśmielszym – moim zdaniem i co ciekawe powstałym w PRL-u – programem w wymiarze ustrojowym, takim, jakiego dzisiaj nie mają politycy. Przypomnę choćby kwestię Izby Samorządowej czy też Izby Społeczno-Gospodarczej, zamiast kompletnie bezsensownego Senatu. Wspomnę program przedsiębiorstwa społecznego, którego założenia – może w zmienionej formie – próbujemy kultywować, programu, który został kompletnie zapomniany i wyparty.
W latach osiemdziesiątych ścieraliśmy się o to z mainstreamem „Solidarności”. W „Robotniku” Tomasz Litwin (pseudonim Michała Boniego) pisał o tym, że „Solidarność” oznacza reformy, my – że obronę praw pracowniczych, i pozostaliśmy wierni temu przekonaniu. Na bazie tego pomysłu powstawały Kluby Rzeczpospolitej Samorządnej Wolność Sprawiedliwość Niepodległość. Dwóch członków tych klubów zdaje się widzę na sali. To program, który był w istocie programem budowy formacji lewicowych, szkoda, że trwało to w zasadzie kilka dni, ale dowodzi, że w latach osiemdziesiątych to my podnosiliśmy hasło samorządów, przedsiębiorstwa społecznego, fabryk dla robotników, rezygnacji z liberalnych reform.
Kiedy ktoś mnie pyta, skąd się wziąłem, to odpowiem, że z nich wszystkich. Mimo że większości tych ludzi nie znałem – z historycznych działaczy rozmawiałam tylko z Lidią Ciołkoszową i Antonim Pajdakiem – to współpracowałem z uczniami tych starych socjalistów. To, że jestem jaki jestem, zawdzięczam tej sztafecie pokoleń. Idea niepodległościowego socjalizmu przetrwała, mimo że ta prawdziwa PPS zniknęła po 1945 r., jej działacze byli więzieni i represjonowani, pozbawieni faktycznej możliwości działania. A jednak idea przetrwała. Czy przetrwała do dzisiaj? A co dziś oznacza bycie socjalistą w rozumieniu PPS-owskim? Odpowiedź na to pytanie jest bardziej skomplikowana niż nam się wydaje i niż to wynika z poczucia przynależności do takiej czy innej grupy politycznej.
Cezary Miżejewski
Niniejszy tekst stanowi poprawiony i uzupełniony tekst wystąpienia na konferencji „Socjaliści z Solidarności”, która odbyła się 14 października 2017 roku z inicjatywy Stowarzyszenia Wolnego Słowa w Warszawie. Tekst w wersji niepoprawionej został opublikowany w okolicznościowej pokonferencyjnej publikacji „Socjaliści Solidarności”, którą można otrzymać w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa w Warszawie.
przez Cezary Miżejewski | poniedziałek 13 marca 2017 | opinie
Można popaść w depresję podczas lektury wywiadu z Pawłem Załęskim („Nie potrzebujemy społeczeństwa obywatelskiego”) o roli sektora obywatelskiego w polityce, zwłaszcza w kontekście obecnej polityki rządu. Autorowi nie da się odmówić wielu trafnych spostrzeżeń. Istnieją jednak również pozytywne narracje, niekoniecznie oskarżające sektor pozarządowy o demontaż i prywatyzację państwa, a pokazujące jego duże możliwości w zakresie nowej wizji partnerstwa publiczno-społecznego, tworzącego nowy model społeczny.
NGO, czyli kto?
Oczywiście należy zacząć od zdefiniowania obszaru, o którym mówimy. Autor dokonuje zabiegu podziału organizacji obywatelskich na polityczne i niepolityczne. Ten drugi nurt nazywa dla rozróżnienia NGO-sami. Problem jednak w tym, że masowe ruchy polityczne, jak i związki zawodowe, organizacje pozarządowe, czyli fundacje i stowarzyszenia, to różne wersje tej samej aktywności obywatelskiej. I jakkolwiek byśmy na to nie patrzyli, to wszystkie one składają się na to, co czasem niesłusznie nazywa się „społeczeństwem obywatelskim”. Trudno zatem dowieść, że wpływ organizacji społecznych na zmiany polityczne był minimalny. Rola ruchu związkowego, komitetów obywatelskich „Solidarności” w okresie 1989-1990, rola Społecznego Komitetu na Rzecz Referendum w 1992 czy w obecnych czasach rola Rodziny Radia Maryja lub ruchów miejskich – jest tego klasycznym przykładem. Warto przypomnieć, że – zgodnie z danymi GUS – mamy ponad 160 tys. organizacji, z czego blisko 60 tys. to nierejestrowe organizacje przyparafialne, zaś klasycznych stowarzyszeń nie zajmujących się sportem, pożarnictwem, łowiectwem itd., jest zaledwie 35,5 tys. Dlatego też zabieg autora jest zafałszowaniem całej rzeczywistości, ujmując jego najbardziej medialny kawałek jako całą rzeczywistość. Oczywiście w porównaniu z większością krajów europejskich jesteśmy krajem o najniższym poziomie zrzeszania się obywateli, co jest po trosze smutnym dziedzictwem poprzedniego systemu.
Prawdą natomiast jest, że wśród tej wyróżnianej odrębnie grupy NGO apolityczność została wpisana jako podstawowa zasada tej grupy. Apolityczność ta jest oczywiście sztuczna, bowiem w istocie wpisywała się w funkcjonujący model demoliberalny, co zaowocowało dość wyraźną postawą w sporze politycznym, sprzyjającą bardziej linii reprezentowanej przez UD-UW-PD-PO niż jakiejkolwiek innej. Warto zwrócić uwagę, że z modernistycznych formacji ostatniego ćwierćwiecza tylko środowisko ludowców dbało w miarę dobrze o Ochotnicze Straże Pożarne (ok. 15 tys.), Ludowe Zrzeszenia Sportowe (ok. 8 tys.) czy Koła Gospodyń Wiejskich (ok. 1,2 tys.). Imputowanie natomiast przez autora, że stanowi to proces uwłaszczenia komunistycznej nomenklatury, jest jednak nieporozumieniem wynikającym z nieznajomości tych podmiotów. Działa tu wiele autentycznych, a często jedynych na obszarach wsi organizacji, które aktywizują nie tylko dorosłych, ale i wielu przedstawicieli młodzieży. Inaczej jest w przypadku organizacji, które można by przypisać do szeroko rozumianej lewicy. Pierwsze próby samoorganizacji, podejmowane w początkach lat 90. przez PPS, a potem Unię Pracy, m.in. organizacje lokatorskie czy bezrobotnych, rozpadły się, zaś SLD programowo nie uważało i nie uważa organizacji za partnera czy podstawę działań, sądząc, że „państwo załatwi wszystko”. Po drugiej stronie, oprócz potężnego Caritasu i wspomnianych ruchów parafialnych, zaczął się również formować blok organizacji „Konfederacja Inicjatyw Pozarządowych Rzeczypospolitej”, który dwukrotnie zabrał już publicznie głos, w tym dość sensownie w sprawie ustawy o Narodowym Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego. Ideolodzy trzeciego sektora do dzisiaj poszukują świętego Graala, jakim jest wspólna reprezentacja organizacji obywatelskich, oraz wspólnego mianownika w kontrze do władzy publicznej. Niestety – a może raczej stety – trudno znaleźć wspólny mianownik dla organizacji myśliwych oraz organizacji przeciwników polowań. Podobnie z interesami PZPN i Uczniowskich Klubów Sportowych. Dlatego też patrzenie na obszar organizacji obywatelskich jako spójną całość pod względem politycznym jest dość trudne. Można natomiast patrzeć na ten obszar poprzez jego zachowania i funkcje, jakie pełni.
Pomiędzy publicznym a prywatnym
Dużo poważniejszym zarzutem stawianym przez Załęskiego jest natomiast teza o hybrydowym charakterze organizacji obywatelskich. Czyli, w uproszczeniu, o komercyjnym funkcjonowaniu za publiczne pieniądze. Co, z jednej strony, powoduje niedookreśloność działań, a z drugiej – demontaż funkcji państwa. To poważny zarzut i pewnie, w pierwszej z tych kwestii, niepozbawiony sensu. Jednak warto zwrócić uwagę na fakt, iż sytuacja ta wynika nie tylko z poczynań i światopoglądu ideologów trzeciego sektora, ale także z polityki państwa.
Ideolodzy sektora, wychowani na amerykańskich wzorcach, tak długo pielęgnowali kwestię odrębności od państwa (łącznie z adaptacją amerykańskiej nazwy organizacji pozarządowej: NGO), że wpadli we własną pułapkę. Polska nie jest krajem filantropii i filantropów, w którym możliwa jest autonomia finansowa organizacji. Biznes ma te działania w głębokim poważaniu i, zamiast wspierać istniejące organizacje, stworzył własne fundacje, które wspiera środkami publicznymi z 1% podatku PIT. Tym samym koncept na finansową i, co za tym idzie, pozarządową autonomię – spalił na panewce. Dziś zaledwie ok. 12% przychodów stowarzyszeń i fundacji pochodzi z darowizn i innych przekazanych środków finansowych, zaś ze zbiórek publicznych jest to 1%, a ze składek – 4% (GUS, „Sektor non-profit w 2014 r.”, 2016). Źródła publiczne to blisko połowa przychodów (46%). Ta sytuacja spowodowała wejście w działalność gospodarczą czy ekonomiczną w ramach działalności odpłatnej pożytku publicznego. Niektórzy niestety zatracili proporcje. I czasem nie wiem, czy takie organizacje takie jak np. Forum Rozwoju Demokracji Lokalnej – przy całym szacunku dla ich działań i rzetelności – są już biznesem, czy też nadal organizacją obywatelską. Zwracam uwagę, że np. we Włoszech organizacje nie mogą prowadzić działalności ekonomicznej, ale za to wolontariat finansowany jest przez fundację bankową – nie dobrowolnie, lecz na mocy zobowiązań nałożonych przez państwo. Zaś działalność gospodarczą prowadzą wyodrębnione spółdzielnie socjalne.
Unikanie państwa, wręcz niechęć lub zniechęcenie do brania współodpowiedzialności, z jednoczesnym korzystaniem ze środków publicznych, sprowadziło organizacje do roli podwykonawcy dla władz publicznych. Można im narzucić zarówno tematy, jak i kierunki działań, zmuszając organizacje do działania reaktywnego zarówno w zakresie merytorycznym, jak i warunków finansowych. System finansowania organizacji w Polsce, czyli ustawa o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie, jest młodszym dzieckiem zamówień publicznych, dlatego wysublimowany system konkursów, preferujący źle pojętą „konkurencyjność”, zmusza do konkurowania również na poziomie zaniżonych stawek. To pokłosie syndromu „najniższej ceny” doprowadziło wiele przedsięwzięć na skraj absurdu, dokładając dodatkowo tzw. wkład własny, czyli zaniżone koszty wykonania zadania trzeba uzupełnić dodatkowo o 10-15% wkładu własnego ze składek czy innych źródeł. Największe szkody wprowadziło – silne w kulturze organizacyjnej – pojęcie „wspierania organizacji pozarządowych”, w które uwierzyły też same organizacje. Czyli realizacja zleconych zadań publicznych jest wspieraniem organizacji. Ale już zakup tej samej usługi od przedsiębiorcy jest po prostu zakupem od przedsiębiorcy. Organizacji robi się przysługę, w przypadku przedsiębiorcy kupuje się niezbędny produkt. Wspieranie dodatkowo zepchnięto do getta, ograniczając środki w budżecie przeciętnie do 1% wydatków jednostek samorządu terytorialnego. W przypadku kupowania usług u prywatnych przedsiębiorców nie ma natomiast żadnych limitów. Można zlecić co i ile się chce. Dopiero w 2017 roku wszedł w życie plan zamówień publicznych, który, jak warto zwrócić uwagę, nie obejmuje zakupów poniżej 126 tys. zł. Ta nierówność powoduje, że prawdziwy zakres zadań zlecanych przedsiębiorcom wielokrotnie przekracza to, co przeznacza się dla organizacji.
Usługi społeczne jako partnerstwo publiczno-społeczne
Jedną z tez Załęskiego jest próba obalenia mitu, że organizacje pozarządowe zajmują się pomocą biednym i potrzebującym wsparcia. Tymczasem – jak twierdzi – badania wskazują, że dotyczy to niewielkiego odsetka trzeciego sektora. Rzeczywistość jednak jest inna. Według GUS („Działalność organizacji non-profit w 2013 r.: Zarządzanie, współpraca i świadczenie usług społecznych”, 2016), sektor obywatelski obejmuje 95% sportu i rekreacji, 75% placówek integracji społeczno-zawodowej oraz 28% jednostek stacjonarnych pomocy społecznej. Ale warto zwrócić uwagę, że w przypadku placówek wsparcia dziennego aż co druga prowadzona jest przez organizacje, zaś w stacjonarnej pomocy społecznej – co trzecia. W edukacji jest to 10%, w silnie skomercjalizowanej ochronie zdrowia zaledwie 3%, ale już opiece pielęgnacyjnej 12%, a hospicyjnej aż 37%. Trudno uznać to za śladowe ilości, choć udział mógłby być dużo wyższy, gdyby inna była polityka publiczna w Polsce.
A kwestia tej polityki jest zasadniczej wagi. Polska stoi przed kluczowymi decyzjami odnoszącymi się do usług społecznych. Oprócz konieczności ich rozwoju, wynikającej zarówno z kwestii demograficznych (do 2030 r. liczba osób starszych wzrośnie z obecnych niemal 1,5 mln do ok. 2,2 mln), świadomościowych (np. w przypadku praw osób z niepełnosprawnością), polityki publicznej w zakresie rodziny, zwłaszcza rodzin z dziećmi itd., warto pamiętać, że podlegamy regułom Europejskiego Modelu Społecznego, który usługi społeczne w interesie ogólnym uważa za istotną cześć polityki społecznej UE.
Powstaje zatem pytanie, czy oprócz przemyślenia – co nieuniknione – systemu finansowania tych wszystkich elementów usług, KTO będzie je realizował i na jakich zasadach. Można polegać tu na dotychczasowym systemie outsourcingu usług w ramach nowego zarządzania publicznego, gdzie cena, a nie jakość stanowi podstawę realizacji zadań i gdzie dumping socjalny naruszający podstawowe przepisy prawa łączy się z drenażem zysku do właścicieli firm usługowych. Drugie pytanie, jakie należy sobie postawić, to pytanie o organizację działań. Czy ma być oparta wyłącznie na strukturach biurokratycznych, działające reaktywnie, czy też powinna być partnerska i oparta na potrzebach obywateli.
Jeżeli zatem zadajemy sobie pytanie, po co nam organizacje obywatelskie, to może warto myśleć o podejściu łączącym działania niekomercyjne ze współuczestnictwem obywateli i ich organizacji w procesie realizacji usług społecznych. Czy istnieje jakaś różnica? Organizacje oparte na swojej misji są zakorzenione w społeczności lokalnej, korzystają ze wsparcia społecznego, tworzą miejsca pracy dla ludzi, którzy są dziś oddaleni od rynku pracy. Przykładem są Warsztaty Terapii Zajęciowej, obejmujące dziś sieć prawie 700 placówek stworzonych z inicjatywy rodziców na rzecz swoich dzieci. Gdyby nie ich inicjatywa, państwo nie zrobiłoby tu wiele. Ludzie ci realizują działania obywatelskie, chcą tu – na terenie społeczności – pracować, żyć i mieszkać. Tu ich dzieci chodzą do przeszkoli i szkół, tu kupują w lokalnych sklepach. Ci ludzie zyskując podmiotowość w tym, co robią, aktywizują się w społeczności, odbudowują aktywność ekonomiczną i społeczną wspólnot samorządowych jako społecznie odpowiedzialnego terytorium. Tych samych wspólnot, które istnieją dziś tylko w formie biurokratycznych struktur realizujących to „co się opłaca”.
Jednak uzyskanie podmiotowości to nie tylko powiedzenie sobie, że usługi mogą realizować tylko lub przede wszystkim organizacje obywatelskie. Musi zostać zapewniona podmiotowość, czyli współuczestnictwo w planowaniu, realizacji i monitorowaniu tych działań. Muszą zostać zapewnione nowe rozwiązania umożliwiające nie konsultacje, ale partycypację w programowaniu. Powinny powstać nowe instrumenty koprodukcji usług, o których pisze m.in. dr hab. Dawid Sześciło, czy choćby partnerstwo w ich realizacji, czego nie zapewnił dotąd system prawny. Czy można zrobić to bez publicznych pieniędzy? Nie jest to możliwe. Sektor publiczny sam w sobie nie udźwignie rozmiaru tych obowiązków i nie pomoże tu żadna forsowna rekomunalizacja, bowiem nie chodzi tu o pozbywanie się zadań, które i tak pozostaną publiczne, lecz o sposób, zakres i metody ich realizacji. Samo finansowanie tych zadań przez sektor publiczny nie uzależnia, bo ktoś zawsze płaci. Ważne jest, w jaki sposób jest to przeprowadzane. Zauważył to już dawno Jeremy Rifkin w „Europejskim marzeniu”, porównując europejski i amerykański model organizacji obywatelskich.
Alternatywy są proste. Usługi zapewni przedsiębiorca komercyjny, którego celem jest jak największy zysk, albo władza publiczna, która musi spełniać wszystkie standardowe procedury – albo będą realizowane w sposób zindywidualizowany, empatyczny i uspołeczniony. Pieniądze są te same. Ale wynik prac może być różny.
Jaka polityka publiczna
Ta dyskusja odbywa się w kontekście projektu regulacji o Narodowym Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego. Nie chcę tu dyskutować o wszystkich aspektach tego pomysłu, bowiem kwestia wielowymiarowości sektora obywatelskiego jest bardziej skomplikowana. Organizacje to również działania wzajemnościowe, hobbystyczne, rzecznicze, strażnicze i spełniające jeszcze wiele innych funkcji, które klasyfikują naukowcy i które widzimy w bieżącej działalności.
Warto spojrzeć tu na aspekt usług omawiany powyżej. Ustawa w tej materii wiele nie rozwiąże. Jej zadaniem jest podniesienie rangi problematyki w wymiarze horyzontalnym, choć w istocie nie wynika z niej koordynacja działań rządowych. Możliwe jest tu jedynie stworzenie jednego lub kilku funduszy wspierających organizacje instytucjonalnie. Zapewne gdyby nie kontekst, w jakim się pojawiła ustawa (otoczka skandalu medialnej nagonki na organizacje), dyskusja byłaby o wiele bardziej spokojna. Bardziej ciekawe są rozważania grup eksperckich pełnomocnika rządu, które wskazują na potrzebę bardziej przyjaznego otoczenia prawnego, nowych pomysłów na finansowanie, działań o charakterze edukacyjnym. To ciekawe kierunki, ich propozycje nie są niepokojące, ale już sposób procedowania budzi niepokój. Czy oznacza to zmianę w polityce publicznej rządu? Na razie tylko w zakresie współuczestnictwa organizacji w procesie stanowienia norm, choć głównie nie polega to na ograniczeniu praw, ale na budowaniu narracji antywarszawskiej, co mogłoby oznaczać walkę z oligarchią sektora pozarządowego. Na razie nie przekłada się to na budowanie wsparcia dla organizacji lokalnych, zaś dotychczasowy Priorytet Funduszu Inicjatyw Obywatelskich finansujący małe granty dla małych młodych organizacji poprzez regranting – będący dziś jedyną formą wyrównywania szans – jest nadal zagrożony.
Nieco inaczej wyglądają prace Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w kontekście ekonomii społecznej, które to pojęcie obejmuje również organizacje obywatelskie. Nota bene aspekt ekonomii społecznej, podobnie jak kwestia wykluczenia społecznego, zostały wykreślony w trakcie konsultacji z projektu ustawy o NCRSO. W MRPiPS dyskutuje się o założeniach projektu ustawy kompleksowo regulującej sferę ekonomii społecznej, w tym zasady udziału podmiotów ekonomii społecznej w realizacji zadań publicznych, opisanej – co ważne – w Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju z lutego br.
Tu pojawia się propozycja zintegrowanego programowania społecznego w gminach i powiatach, przy aktywnym współudziale organizacji obywatelskich. Pojawiają się nowe formuły upraszczające możliwość zlecania usług społecznych i tworzenia partnerstw. Pojawia się pomysł zastąpienia konkursów negocjacjami w zakresie jakości i stawek. Powierzania zadań, a nie wspierania, jak do tej pory. Być może to część obszaru, który powinniśmy zdefiniować jako ekonomię solidarną, łączącą realizację usług społecznych z integracją i zatrudnianiem osób zagrożonych wykluczeniem. To nowe, bardzo otwarte podejście partnerstwa publiczno-społecznego. I to się wydaje kierunkiem wartym dyskusji i wsparcia.
Dość naiwne wydają się oczekiwania Załęskiego, że odcięcie finansowania organizacjom zajmującym się np. wsparciem bezdomnych, stanie się najlepszą drogą do upolitycznienia tych organizacji i że w efekcie będą one walczyć z bezdomnością, zamiast korzystać z jej istnienia. To droga, którą państwo usiłuje stosować od dawna. Przerzucając choćby z administracji rządowej na samorządową zadania, bez dodatkowych środków (a nawet przy zmniejszonych) nie powoduje się zmiany, a jedynie zanik funkcji publicznych. Zniesienie dofinansowania domów dziecka nie spowoduje nagle powstania innych form pieczy zastępczej. Istotą nie jest bowiem likwidacja środków, bo postawa organizacji nie zależy od rodzaju środków, lecz od ich upodmiotowienia, aby współuczestniczyły w planowaniu zadań publicznych w sferze społecznej.
To współudział obywateli w polityce samorządowej może zmienić znacznie więcej, niż tylko protestujące organizacje. Nie neguję potrzeby istnienia społeczeństwa cywilnego, w którym świadomi swych praw obywatele mogą wiele zmienić, ale podstawą w obecnym zglobalizowanym świecie jest współuczestnictwo w działaniach, i takie działania są planowane. Oby tylko nie zabrakło woli do ich wprowadzenia.
Cezary Miżejewski
przez Cezary Miżejewski | sobota 17 listopada 2012 | opinie
Są rzeczy, które pomimo zmiany pokoleń, ustrojów, systemów nadal są aktualne. Historia podobno jest nauczycielką życia. Historia PPS jest właśnie takim przykładem. I ona właśnie pokazuje nam, że dzięki tradycjom i wartościom niesionym przez pokolenia słowo „socjalizm” może ponownie odzyskać swój blask. Nie jesteśmy znikąd, nasza tradycja i nasza historia pokazują, że socjaliści jako jedyni umieli połączyć marzenie o wolności, o własnym państwie z dążeniem do sprawiedliwości i równości.
Program wciąż aktualny
Gdy w listopadzie 1892 roku na przedmieściach Paryża w Montrouge spotkało się osiemnastu polskich emigrantów nikt jeszcze nie przypuszczał, że rodzi się jedna z najbardziej istotnych partii politycznych, która odegra znaczącą rolę w historii Polski. Pomimo iż wywodzili się z grup i organizacji socjalistycznych, w tym Polskiej Socjalno-Rewolucyjnej Partii „Proletariat”, czy Polskiej Gminy Narodowo-Socjalistycznej, w istocie nie byli delegatami, lecz grupą ludzi uważających, że potrzebna jest nowa jakość programowa i organizacyjna dla polskich robotników przede wszystkim pod zaborem rosyjskim. Przyjęty wówczas „Szkic programu Polskiej Partii Socjalistycznej”łączył w sobie wszystko to, co stało się nośnikiem idei PPS przez następne sto lat. Zadeklarowano bowiem, że PPS „walczyć będzie o niepodległą Rzeczpospolitą demokratyczną”, która będzie zarazem musi spełniać warunki:
- praw człowieka (zupełna wolność słowa, druku zebrań i stowarzyszeń; całkowite równouprawnienie narodowości wchodzących w skład Rzeczypospolitej, równość wszystkich obywateli w kraju bez różnicy płci, rasy, narodowości i wyznania),
- praw obywatela (bezpośrednie, powszechne i tajne głosowanie, samorząd gminny i prowincjonalny z wybieralnością urzędników administracyjnych, bezpłatna procedura sądowa, wybieralność sędziów i sądowa odpowiedzialność urzędników),
- praw pracownika (8-godzinny dzień roboczy; stała 36-godzinna przerwa co tydzień; ustalenie minimalnej płacy roboczej; równa płaca dla kobiet i mężczyzn przy równej pracy),
- praw społecznych (bezpłatne, przymusowe, powszechne, całkowite nauczanie; dostarczanie uczącym się środków utrzymania przez państwo; zabezpieczenie państwowe w razie wypadków, braku pracy, choroby i starości, postępowy podatek do dochodu i od majątku, i taki podatek od spadków; zniesienie podatków od artykułów spożywczych oraz pierwszej potrzeby).
Gdybyśmy przytaczali następne programy PPS w jej 120-letniej historii, to i tak w istocie powracamy do źródeł przyjętych w 1892 roku. Warto pamiętać, jacy ludzie znaleźli się wśród autorów najbardziej polskiego i socjalistycznego programu. Byli to m.in. Aleksander Dębski, z ziemiańskiej rodziny, bojownik robotniczej partii Proletariat (kierował nią po aresztowaniu L. Waryńskiego), który próbował zorganizować zamach na cara, pod koniec życia senator. Edward Abramowski, prekursor spółdzielczości i jak się dziś wspomina, ideowy patron programu „Samorządnej Rzeczpospolitej” z 1981 roku, Stanisław Wojciechowski, późniejszy Prezydent RP, niestrudzony spółdzielca ze „Społem”. Feliks Perl, ze zasymilowanej rodziny żydowskiej, którego ojciec uczestniczył w powstaniu 1863, legendarny redaktor „Robotnika”. Aleksander Sulkiewicz, a właściwie Iskander Mirza Duzman Beg Sulkiewicz, polski Tatar, który był organizatorem przerzutów bibuły, poległ jako sierżant Legionów. I wreszcie Bolesław Limanowski, zesłaniec z 1861 roku, któremu nie udało się uciec z Syberii na powstanie, również senator do 1935. Warto pamiętać, że działacze rodzącego się ruchu narodowego również uważali się za niepodległościowych socjalistów. Jednym z działaczy Związku Zagranicznego Socjalistów Polskich był m.in. Zygmunt Balicki z Ligi Narodowej.
Idea PPS przeniosła się do kraju. Emisariusze idei i bibuły utworzyli pierwsze kółka partii. Doszło wówczas do podziału. Jedni uważali, że walka o niepodległość krępuje wyzwolenie społeczne, ale w istocie działali na rzecz utrzymania status quo – to oni utworzyli Socjaldemokrację Królestwa Polskiego i Litwy. Drudzy to ci, którzy na wiecu w Częstochowie mówili „pamiętamy, że najpierw urodziliśmy się Polakami, a następnie z rozmysłem staliśmy się socjalistami”. Pierwszy zjazd podziemnej PPS odbył się w czerwcu 1893 r. w lesie pod Wilnem. Uczestniczyło w nim pięć osób: emisariusze Wojciechowski i Sulkiewicz, młody adwokat Ludwik Zajkowski, polski tatar Stefan Bielak i młody zesłaniec z Zułowa – Józef Piłsudski, który nieprzerwanie działał w PPS do 1914 roku.
Podstawowym orężem było wówczas słowo. W 1894 r. powstał legendarny „Robotnik”, kierowany początkowo przez Jana Stróżeckiego, a po jego aresztowaniu od siódmego numeru redaktorem był Piłsudski. Wydawano i przemycano coraz więcej. Powstawały kolejne okręgowe komitety robotnicze: w Warszawie, Radomiu, Zagłębiu. W tym też czasie powstała PPS zaboru pruskiego działająca we współpracy z SPD, zaś w Galicji Polska Partia Socjalno-Demokratyczna Galicji i Śląska Cieszyńskiego.
Działalność PPS w zaborze rosyjskim budziła coraz większą wściekłość rosyjskiej policji i tajnej Ochrany. W końcu udało im się w lutym 1900 r. zlikwidować w Łodzi przy ulicy Wschodniej 19 drukarnię „Robotnika” i aresztować Piłsudskiego, który jednak zbiegł z więzienia rok później.
Zaczęło się na Placu Grzybowskim
Nie przeszkodziło to dalszemu rozwojowi partii. Gdy w 1904 r. wybuchła wojna Rosji z Japonią, pojawiła się nadzieja na odmianę losów Polski. PPS angażuje się w działania przeciwko poborowi. Akcje rozbijane są brutalnie przez wojsko i policję. Na konferencji warszawskiej PPS pod kierunkiem Józefa Kwiatka, postanowiono więc dać im opór z bronią w ręku.
Zdarzyło się to na Placu Grzybowskim 13 listopada 1904 roku. W trakcie blisko stutysięcznej manifestacji, po wyjściu tłumu z kościoła Wszystkich Świętych chorąży Stefan Okrzeja wyciągnął w górę sztandar z napisem „PPS. Precz z wojną i caratem! Niech żyje Wolny Polski Lud!”. Gdy do sztandaru ruszyła policja, Okrzeja wraz z innymi otworzył ogień, co rozpoczęło strzelaninę. W 1929 odsłonięto tam kamień pamiątkowy, który został zniszczony w latach stalinowskich. Ponownie odsłonięto go w 1992 r. i dziś przypomina o tych wydarzeniach, choć dwa lata temu, ktoś zamalował go napisem „lepszy martwy niż czerwony”, co nie świadczy dobrze o nauczycielach historii autora.
Informacje o wydarzeniach na Placu Grzybowskim obudziły wyobraźnię Polaków. Było to pierwsze starcie zbrojne z zaborcą od 1863 roku. Po niej przyszły kolejne manifestacje: w Radomiu, gdzie w obronie sztandaru poległ Wiktor Cymerys-Kwiatkowski, i w Łodzi, gdzie poległ Tomasz Księżczyk. Wszyscy oni zostali odznaczeni po latach pośmiertnie przez Prezydenta RP Ignacego Mościckiego Krzyżem Niepodległości z Mieczami.
Był to również początek słynnej Organizacji Bojowej PPS, kierowanej przez Piłsudskiego, Walerego Sławka, Tomasza Arciszewskiego, Bolesława Bergera (jego bratanek kilkadziesiąt lat później organizował pułk Armii Krajowej „Baszta”), Władysława Dehnela (jego syn, Władysław Dehnel „Agrafka”, kapitan AK, walczył w Powstaniu Warszawskim na Żoliborzu, później był działaczem PPS na emigracji). W trakcie walk z zaborcą wykonano ponad 2500 akcji zbrojnych, w trakcie których poległy setki bojowców, niemal 300 skazano na karę śmierci, zaś blisko 300 aresztowano. Na stokach Cytadeli warszawskiej polegli Stefan Okrzeja, Józef Montwiłł-Mirecki, Henryk Baron, w trakcie walki zginęli m.in. Baruch Szulman i Tadeusz Dzierzbicki.
W tym czasie, w trakcie walk rewolucyjnych nastąpił podział na „młodych”, którzy utworzyli PPS-Lewicę, oraz „starych”, którzy powołali PPS Frakcję Rewolucyjną. Według Adama Ciołkosza: „»Młodzi« dostosować chcieli cele walki proletariatu polskiego do potrzeb rosyjskiego ruchu rewolucyjnego. Uważając osiągnięcie niepodległości w ówczesnych warunkach za niemożliwe odsuwali je w daleką przyszłość i poprzestawali na postulacie usamodzielnienia Królestwa Polskiego w ramach republikańskiego i demokratycznego państwa rosyjskiego. Natomiast »starzy« w dalszym ciągu jako cel walki klasy robotniczej stawiali niepodległą polską republikę demokratyczną, w taktyce zaś rewolucyjnej zachowywali samodzielność polskiego ruchu socjalistycznego, chociaż bynajmniej nie wykluczali koordynacji sił w walce ze wspólnym wrogiem – caratem”.
Podział ten zahamował w znacznym stopniu rozwój PPS, ale co ważniejsze dokonał trwałego podziału – na lewicę niepodległościową i późniejszą partię komunistyczną, która powstała z połączenia PPS-Lewicy i SDKPiL.
Upadek walk rewolucyjnych w Królestwie Polskim, terror i aresztowania spowodowały zanik działalności socjalistów. Byli oni również lżeni przez ówczesne środowiska prawicy jako bandyci. Wielkość czynu widzieli tylko ludzie – byli wśród nich Stefan Żeromski czy Gustaw Daniłowski – którzy w tej, nadaremnej zdawałoby się, walce dostrzegali tworzenie nowego społeczeństwa, świadomego narodowo i społecznie, i którzy w wyzwoleniu kulturowym ludu widzieli przyszłość Polski.
Niepodległa Rzeczypospolita
Działalność PPS przeniosła się do Galicji. Tam to właśnie Józef Piłsudski, wykorzystując istniejące możliwości, stworzył najpierw Związek Walki Czynnej, a następnie Związek Strzelecki we Lwowie oraz Towarzystwo „Strzelec” w Krakowie. Z nich powstały oddziały strzeleckie, które w sierpniu 1914 r. ruszyły ponownie walczyć o Polskę: I Brygada Legionów i dywersyjny Oddział Lotny Wojska Polskiego.
Ale socjaliści odbudowywali również swoje struktury, powstało Pogotowie Bojowe PPS, które wspólnie z Polską Organizacją Wojskową przygotowywało się do ostatecznej walki o niepodległość, tocząc jednocześnie walki z niemiecką policją.
7 listopada 1918 roku, nie czekając na rozwój wypadków czy postanowienia Rady Regencyjnej działającej z ramienia Niemiec, PPS i galicyjska PPSD razem z działaczami PSL „Wyzwolenie” powołali w Lublinie Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej, z Ignacym Daszyńskim jako premierem. Po powrocie Piłsudskiego z więzienia w Magdeburgu, Daszyński otrzymał ponownie misję formowania rządu, rezygnując z niej jednak na rzecz innego socjalisty, Jędrzeja Moraczewskiego. Rząd ludowy Moraczewskiego wprowadził dekret o czasie pracy, sankcjonujący normę 8-godzinnego dnia i 46-godzinnego tygodnia pracy. Wprowadził również dekrety o inspekcji pracy, o związkach zawodowych, oraz dekret o obowiązkowym ubezpieczeniu robotników na wypadek choroby. Zadekretowano również moratorium mieszkaniowe dla bezrobotnych, zakaz podwyżki komornego dla mieszkań 1-2-pokojowych ponad poziom z czerwca 1914 r. oraz ograniczenie prawa do eksmisji. Przygotowano także prawo wyborcze przyznające prawa wyborcze kobietom, co nie było normą w ówczesnej Europie. Tak, tak – to działo się w 1918 roku.
Gdy nastał czas obrony ojczyzny w 1920 roku, a bolszewicy znaleźli się pod Warszawą, znów socjaliści stanęli w pierwszym szeregu. Daszyński został wicepremierem w rządzie Obrony Narodowej Wincentego Witosa. Powstały Robotniczy Komitet Obrony Warszawy oraz Robotniczy Pułk Obrony Warszawy. W walkach zginęło wielu działaczy, m.in. poseł PPS Aleksander Napiórkowski z Łodzi.
W II Rzeczypospolitej PPS angażowała się w obronę praw pracowniczych, ale także w obronę demokracji. Działano na forum parlamentu. W 1928 r. na PPS głosowało niemal 1,5 mln wyborców. Aktywne było również związane z PPS-em Zrzeszenie Związków Zawodowych (zrzeszające prawie pół miliona członków), organizacje młodzieżowe, spółdzielcze, Towarzystwo Uniwersytetu Robotniczego i inne.
Rozdźwięk z obozem Piłsudskiego po zamachu majowym w 1926 roku, spowodował zaangażowanie się PPS w walkę o demokracje parlamentarną, brutalnie ograniczaną przez obóz władzy. Przystąpienie do szerokiej koalicji partii demokratycznych Centrolewu, mogących zagrozić ówczesnemu układowi spowodowało represje, aresztowania posłów, fałszowanie wyborów i wreszcie proces brzeski, w którym skazano na więzienie m.in. Adama Ciołkosza, Stanisława Dubois, Adama Pragiera, Mieczysława Mastka, Hermana Liebermana i Norberta Barlickiego. Spowodowało to bojkot następnych wyborów w latach 1935 i 1938 oraz szukanie innych form działań politycznych.
Jednak gdy przyszło zagrożenie wojenne, PPS znów pojawił się w pierwszym szeregu.
Wojna i konspiracja
We wrześniu 1939 r. do legendy przeszły udział Robotniczej Brygady Obrony Warszawy oraz Czerwonych Kosynierów Gdyńskich w walkach obronnych. Zaraz po rozpoczęciu okupacji podjęto działalność konspiracyjną. Przybrano dla organizacji nazwę Wolność, Równość, Niepodległość (WRN).
WRN stanowił jeden z fundamentów Polskiego Państwa Podziemnego oraz rządu polskiego w Londynie. Na czele podziemnego parlamentu Rady Jedności Narodowej stanął Kazimierz Pużak, wieloletni sekretarz generalny PPS, więziony niegdyś przez Rosjan w twierdzy w Szlisselburgu. Członkami zostali Zygmunt Zaremba i Tomasz Arciszewski. Antoni Pajdak wszedł natomiast w skład Krajowej Rady Ministrów jako zastępca Delegata Rządu na Kraj.
W rządzie gen. Sikorskiego członkami byli Lieberman jako minister sprawiedliwości, Jan Stańczyk jako minister opieki społecznej oraz Jan Kwapiński jako minister przemysłu i handlu, zaś w rządzie Stanisława Mikołajczyka – Kwapiński jako wicepremier i minister przemysłu, handlu i żeglugi, Stańczyk jako minister pracy i opieki społecznej oraz Ludwik Grosfeld jako minister skarbu.
W trakcie okupacji PPS wydawała ponad pięćdziesiąt podziemnych tytułów prasowych. Od 1940 r. ukazywało się pismo „WRN”, od 1943 „Robotnik w Walce, zaś w czerwcu 1944 wznowiono „Robotnika”. Tworzono własne oddziały bojowe: Gwardię Ludową WRN (jej nazwę podkradła komunistyczna PPR), które weszły w skład Armii Krajowej jako Organizacja Wojskowa Pogotowia Powstańczego Socjalistów (OW PPS), a także Milicję Robotniczą.
Gdy wybuchło Powstanie Warszawskie, oddziały PPS należały do najbitniejszych oddziałów. Na Żoliborzu IV batalion OW PPS im. Jarosława Dąbrowskiego starł się z Niemcami już o godz. 14.30 w trakcie zbiórki przy ul. Suzina. Stoi tam do dzisiaj pamiątkowa tablica upamiętniająca wówczas poległych. Batalion walczył do ostatnich dni „republiki żoliborskiej”, stanowiąc trzon Zgrupowania „Żyrafa”. III Batalion im. Stefana Okrzei bronił na Woli barykady przy ul. Młynarskiej. Zginął tam dowódca kpt. Karol Kryński „Waga”, odznaczony pośmiertnie Krzyżem Virtuti Militari. Żołnierze PPS weszli w skład i walczyli w Zgrupowaniu „Leśnik” na Starym Mieście i Śródmieściu. Bataliony z Ochoty i Mokotowa zostały kompletnie rozbite 1 sierpnia, zaś część żołnierzy walczyła w szeregach batalionu „Miłosz”. Żołnierze PPS walczyli również w szeregach kompanii 102 Batalionu „Bończa” i VI Batalionu Milicji PPS na Starym Mieście. Pełnili tam również funkcje powstańczej policji. Członkowie PPS pełnili również funkcje administracyjne, m.in. Stefan Zbrożyna był wiceprezydentem powstańczej Warszawy.
W tym czasie wkraczające oddziały Armii Czerwonej zadbały, aby znaleźć swoje „własne” władze polskie, które będą sprzyjały nowemu porządkowi przychodzącemu ze wschodu. Obok komunistycznej PPR utworzono atrapy Stronnictwa Ludowego i Polskiej Partii Socjalistycznej, wywodzącej się z rozłamowej grupy Edwarda Osóbki-Morawskiego z Robotniczej Partii Socjalistów Polskich.
Lubelska – jak ją nazywano – PPS była dla wielu atrakcyjna. Ludzie potrzebowali normalności po przeżyciach wojennych, zaś niektóre reformy społeczne były żywcem wzięte z Deklaracji podziemnej Rady Jedności Narodowej. Nic też dziwnego że przyłączało się do niej wielu. Po nieudanej próbie odbudowy podziemnej PPS poprzez powołanie własnej partii, część działaczy z Zygmuntem Żuławskim – przewodniczącym przedwojennej Rady Naczelnej PPS, przystąpiła do struktur partii lubelskiej.
Jednak wiara w normalność i niezależność okazała się płonna. PPS była potrzebna narodowi polskiemu, jak mówił Józef Cyrankiewicz, ale nie była potrzebna komunistycznej PPR. Przed włączeniem jej do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej wyrzucono z oficjalnej PPS tysiące działaczy jako „niezdolnych do zjednoczenia”. Najbardziej pryncypialnych, którzy do „lubelskiej” nigdy nie wstąpili lub szybko z niej wystąpili, jak Kazimierz Pużak, Ludwik Cohn, Józef Dzięgielewski, Antoni Zdanowski czy Stefan Zbrożyna, po prostu aresztowano i skazano na więzienie. Pużak i Zdanowski już go nie przeżyli. Niektórzy dawni działacze włączyli się do PZPR, co i tak nie przeszkodziło w ich powolnej eliminacji lub zostali trwale zmarginalizowani.
W Londynie 29 listopada 1944 r., po dymisji rządu Stanisława Mikołajczyka, premierem rządu RP został mianowany wybitny działacz PPS, Tomasz Arciszewski (był również ministrem pracy i opieki społecznej). Rząd Arciszewskiego protestował przeciwko decyzjom jałtańskim, wydał m.in. „Oświadczenie”, w którym stwierdził, że „decyzje Konferencji Trzech zostały przygotowane i powzięte nie tylko bez udziału i upoważnienia rządu polskiego, ale i bez jego wiedzy”. Był to ostatni rząd emigracyjny mający pełne międzynarodowe uznanie.
Zacząć od nowa
Na placu boju pozostali emigranci, tworząc struktury Centralnego Komitetu Zagranicznego PPS. Adam i Lidia Ciołkoszowie, Zygmunt Zaremba, Tomasz Arciszewski czy Jan Kwapiński próbowali zachować ideały PPS, organizując działania, które miałyby zainteresować Europę problemami polskich pracowników. Utworzono z emigracyjnych partii socjalistycznych Unię Socjalistyczną Europy Środkowo-Wschodniej (SUCEE).
Nadzieje związane z końcem stalinizmu nie ziściły się. Kraje Zachodu zajęte wydarzeniami w Egipcie, zamknęły oczy na rozstrzelanie Węgier. Próby odbudowania krajowej PPS przez Osóbkę-Morawskiego zostały zduszone w zarodku, zanim tak naprawdę się rozpoczęły.
Socjaliści szukali innych form działania. Był to m.in. Klub Krzywego Koła, a od 1976 r. Komitet Samoobrony Społecznej KOR, w którym działali m.in. Antoni Pajdak, Ludwik Cohn czy Edward Lipiński.
Przełom nastąpił po 1980 roku. Pojawiło się nowe pokolenie, które w PPS szukało odnowienia ideowego. Od połowy lat 80. wokół podziemnego pisma członków Międzyzakładowego Robotniczego Komitetu Solidarności „Robotnik” skupili się młodzi socjaliści zapatrzeni w historię i ideały PPS, m.in. Piotr Ikonowicz, Grzegorz Ilka, Tomasz Truskawa, Krzysztof Markuszewski, Iwona Różewicz i piszący te słowa. W listopadzie 1987 r. odbudowali oni w kraju PPS. Z działaczy opozycji przyłączyli się do nich Jan Józef Lipski oraz działacz „Solidarności” Józef Pinior. Niestety ocena rzeczywistości i sposób postępowania wobec władzy doprowadził do podziałów na kilka odłamów, w tym najbardziej radykalną PPS-Rewolucja Demokratyczna, znaną z demonstracji i strajków.
W 1990 r. doszło do połączenia wszystkich krajowych odłamów PPS (również nieformalnego środowiska skupionego wokół Jana Mulaka) z emigracyjną PPS. Odbył się XXV Kongresu PPS, w trakcie którego Jan Józef Lipski został wybrany przewodniczącym Rady Naczelnej PPS, zaś Lidia Ciołkoszowa dożywotnią honorową przewodniczącą.
Trudne losy niekoncesjonowanej lewicy
Niestety partia socjalistyczna nie wywodząca się z obozu komunistycznego nie miała wówczas wielkich szans. Szukano nowych możliwości i prób przełamania historycznych podziałów. Początkowo w wyborach 1991 r. PPS startowała w ramach Solidarności Pracy Ryszarda Bugaja, nie uzyskując żadnego mandatu. Po śmierci Jana Józefa Lipskiego w 1991 r. przewodnictwo objął Stanisław Wąsik z emigracyjnych struktur PPS, a następnie Piotr Ikonowicz.
Start PPS w ramach Solidarności Pracy – był to pierwszy błąd. Drugi popełniono w 1993 r., startując w ramach Sojuszu Lewicy Demokratycznej, co doprowadziło do utraty zaplecza w środowiskach pracowniczych oraz do poważnego rozłamu. W ramach trzyosobowego Koła Parlamentarnego PPS (1993-97) zgłaszano inicjatywy ustawodawcze o najmie lokali mieszkalnych (zakazujące eksmisji „na bruk”), pomocy społecznej, przeciwdziałania bezrobociu, zakazie stosowania azbestu, głównym inspektoracie celnym, w sprawie zmian w Kodeksie pracy itp. PPS traktowany był jednak jako ciało obce zarówno przez „sojusznicze” SLD, jak i przez opozycyjną Unię Pracy.
Dalsze trwanie w ramach SLD po wyborach 1997 zostało przerwane po decyzji Sojuszu o przekształceniu się z koalicji wyborczej w jednolitą partię. Koło Parlamentarne PPS i Ruchu Ludzi Pracy powstałe w 1999 r. nie miało już dawnej dynamiki koła solidarnościowych socjalistów. Zaś nieprzemyślana do końca decyzja o samodzielnych startach w wyborach prezydenckich i parlamentarnych w 2000 i 2001 wywołała odejście wielu działaczy.
Obecnie PPS w istocie istnieje w formie Komisji Historycznej, kierowana przez prof. Krzysztofa Dunin-Wąsowicza i Krystynę Kulpińską-Całą, która próbuje zainteresować chlubną przeszłością.
Bo i trzeba to przypominać, kultywować, rozdmuchiwać. Etos PPS obecny jeszcze w działaniach opozycji w czasach PRL, dziś już kompletnie zanikł. PPS-owcy, gdy przychodził czas, stawali do walki z zaborcami i okupantami, oddając daninę krwi i życia – i ci bohaterowie pozostali w pamięci. Ale PPS-owcy to również – jak pisał Jan Józef Lipski – „społecznicy”, którzy „największą rolę odegrali w rozlicznych instytucjach samorządu terytorialnego, spółdzielczości, społecznych instytucjach oświatowych itp. Dorobek materialny i społeczny ich pracy – a często dorobek ideowy oraz intelektualny – do dziś jest zauważalny w naszym życiu, co więcej, stanowi nieraz układ odniesienia dla myśli o projektów o reformie i terapii życia społecznego”.
Dzisiaj, gdy polska lewica poszukuje natchnienia w różnych miejscach i koncepcjach, warto oprzeć się na trwałym fundamencie naszych własnych korzeni. Pamiętajmy, że nie wolno sprzeniewierzyć tego dziedzictwa. Nie ramotki historycznej, nie barwnych obrazków, ale tego twardego kręgosłupa moralnego, który wielokrotnie budził nadzieje, a którego efekty przetrwały jako legenda. Ona żyje nadal wśród nas, tak w 1987 r., jak i dzisiaj. I być może nie chce nam się do niej schylić. A może jednak warto?
Cezary Miżejewski
Tekst publikujemy w 120. rocznicę rozpoczęcia zjazdu, na którym powołano Polską Partię Socjalistyczną.
przez Cezary Miżejewski | środa 30 maja 2012 | nr 1/2012
Zamówienia publiczne w Unii Europejskiej nie stanowią jedynie instrumentu zapewnienia przejrzystości i uczciwej konkurencji dla przedsiębiorców. Regulacje unijne przewidują również ich istotny wpływ na kwestie społeczne. Wynika to z prostego przekonania, że gospodarka może być jednocześnie społeczna i rynkowa. Dlatego zamówienia publiczne to wybór wykonawców nie tylko najlepszych, ale także takich, którzy dbają o prawa pracownicze, zrównoważony rozwój oraz o integrację społeczną osób zagrożonych wykluczeniem. Rozwiązania europejskie, które to umożliwiają, jeszcze się w Polsce nie przyjęły, ale nie musi tak być zawsze.
Każdy, kto otarł się o sektor publiczny, słyszał o zamówieniach publicznych, czy to jako zlecający, czy jako wykonawca. O podobnej praktyce zwanej „zasadą konkurencyjności”, która de facto stanowi odmianę zamówienia publicznego, słyszeli też wszyscy realizatorzy projektów z Europejskiego Funduszu Społecznego. Zasady tych regulacji są dość oczywiste. Chodzi o to, aby wydając środki publiczne (krajowe lub europejskie) na zakupy dóbr, usług czy wykonawstwo robót, stosować zasady równego traktowania, uczciwej konkurencji i przejrzystości procedur. Rynek zamówień publicznych nie jest mały – w Unii Europejskiej zakupy publiczne, realizowane w ramach procedury zamówieniowej, stanowią przeciętnie ok. 18% PKB. W Polsce rynek ten jest mniejszy i stanowił w 2008 r. ok. 8,6% PKB, jednak w 2010 r. już ok. 11,8%, co oznacza, że rozwija się dynamicznie. O ile w 2009 r. wydatki na zakupy publiczne stanowiły 126,7 mld zł, to rok później już 167 mld zł 1. Jest to zatem rynek nie do pogardzenia.
Ramy działań w obszarze zamówień publicznych określone są przez europejskie dyrektywy2, które muszą zostać przeniesione do krajowego porządku prawnego. Przepisy europejskie dotyczą zamówień powyżej 125 tys. euro. Przy zamówieniach na roboty budowlane nowy próg wynosi 4,845 mln euro, zaś w przypadku zamawiających z sektora samorządowego – 193 tys. euro przy zamówieniach na dostawy lub usługi oraz 4,845 mln euro przy zamówieniu na roboty budowlane3. Poniżej tych wartości można stosować niektóre uproszczenia procedur podstawowych, np. przeprowadzić postępowania w trybach uproszczonych: negocjacji z ogłoszeniem, zapytania o cenę i licytacji elektronicznej, wyznaczyć minimalny termin złożenia oferty (np. w przetargu nieograniczonym) czy uzyskać minimalną liczbę ofert. Powyżej progów obowiązują pełne procedury z poinformowaniem wykonawców w Europie, czyli przekazaniem wszelkiej dokumentacji Urzędowi Publikacji Unii Europejskiej do rozpowszechnienia w Dzienniku Urzędowym Unii Europejskiej. To tylko przypomnienie dla tych, którzy sądzą, że próg stosowania zamówień powyżej 14 tys. euro4 pochodzi z dyrektyw europejskich – to już nasz polski pomysł, zwalniający drobne zamówienia z rygorów krajowej ustawy.
W związku z aspiracjami europejskimi, Polska w czerwcu 1994 r. przyjęła ustawę o zamówieniach publicznych5, którą w 2004 r. zastąpiono nową regulacją, dość gruntownie znowelizowaną w roku 2006 i latach kolejnych.
Wszyscy kradną?
Niestety, wiele przepisów w Polsce powstaje w myśl założenia, że „wszyscy kradną”. Taka jest też, w rzeczy samej, ustawa Prawo zamówień publicznych, a raczej jej praktyczne stosowanie. Regionalne izby obrachunkowe – postrach samorządów terytorialnych – dokonują co roku ok. 1200–1300 kontroli. W trakcie kontroli od 2005 do I półrocza 2008 r. stwierdzono aż 6394 (!) uchybienia związane z realizacją zamówień publicznych przez samorządy. Wśród nich, 556 wynikało z braku lub niewłaściwej specyfikacji istotnych warunków zamówienia, zaś 333 z nieprawidłowego określenia przedmiotu zamówienia – cech technicznych i jakościowych, kosztorysu, projektu6. Może zatem problemem nie jest nieuczciwość, lecz brak umiejętności prawidłowego formułowania dokumentacji przetargowej?
W tym samym okresie RIO skierowało 1790 wniosków w sprawie naruszenia dyscypliny finansów publicznych, z czego aż 730 (ponad 40%) wyłącznie z uwagi na zamówienia publiczne7. Według danych z lat 2007–2010, komisje ds. dyscypliny finansów publicznych zarejestrowały 15 553 czyny naruszenia dyscypliny finansów publicznych, z tego w zakresie zamówień publicznych – 1708 (niemal 11%). W tych przypadkach, komisje nie tylko stwierdziły naruszenie przepisów zamówień publicznych, ale również przypisały winę konkretnym osobom8. Możemy przyjąć dwie przeciwstawne tezy. Albo Polska to kraj nieuczciwych urzędników, albo też zamawiający nie radzą sobie z przepisami oraz kontrolami.
Sprawiedliwy rynek pracy
Na efekty takiej presji nie trzeba było długo czekać. Jeżeli w 2004 r. tylko 29% przetargów rozstrzyganych było na podstawie kryterium ceny, to już w 2010 r. takie przetargi stanowiły aż 91%. Dla porównania: w niemieckiej ustawie przeciwko ograniczeniom nieuczciwej konkurencji (GWB) wprowadzono zakaz stosowania kryterium ceny, jako jedynego kryterium wyboru ofert9.
Dopiero historia z chińskimi wykonawcami autostrady A2 nieco otworzyła oczy polskim decydentom – głównie z uwagi na skalę zjawiska. Jak podaje „Polityka”: Dziś mamy w Polsce wielki inwestycyjny dyskont: liczą się tylko niskie ceny10. Chińczycy złożyli ofertę z ceną niższą o ponad 51% od kwoty, jaką zamawiający przeznaczył na sfinansowanie zamówienia oraz o ponad 23% niższą od następnej najkorzystniejszej oferty, czyli oferty odwołującego11. Oferta przedstawiana – nawet przez Urząd Zamówień Publicznych – jako racjonalne gospodarowanie środkami publicznymi, zamieniła się w koszmar, gdy wykorzystywani podwykonawcy odmówili dalszej współpracy. Metoda obniżania ceny jest prosta – główny wykonawca wymusza oszczędności na podwykonawcach. A na czym można najlepiej zarobić? Obcinając koszty pracy. Potem w mediach pojawiały się łzawe reportaże o złych firmach, które nie zapłaciły pracownikom. A był to przecież prosty łańcuszek zależności: wybór najtańszej oferty, której koszty ostatecznie zapłacili pracownicy.
Art. 90 prawa zamówień publicznych przewiduje co prawda zwrócenie się do wykonawcy o udzielenie wyjaśnień na temat sposobu wyliczenia takich kosztów, ale odwołując się do zapisów art. 55 europejskiej dyrektywy, zamawiający bierze pod uwagę obiektywne czynniki, w szczególności: oszczędność metody wykonania zamówienia, wybrane rozwiązania techniczne, wyjątkowo sprzyjające warunki wykonywania zamówienia dostępne dla wykonawcy, oryginalność projektu wykonawcy oraz wpływ pomocy publicznej12. Jest tylko jedno „ale”. Dyrektywa w art. 55 ust. 1 ppkt d) wskazuje, że owe szczegóły mogą również obejmować kwestie zgodności z obowiązującymi przepisami dotyczącymi ochrony zatrudnienia i warunków pracy, a także miejsca, w którym roboty budowlane, usługi lub dostawy te mają być realizowane. A o tym w polskich przepisach głucho.
Co więcej, ta sama dyrektywa w art. 27 wyraźnie wskazuje, że zamawiający może zostać zobowiązany przez przepisy państwa, aby zaznaczył w ogłoszeniu instytucje, od których potencjalny wykonawca może dowiedzieć się o obowiązujących na danym terenie przepisach, w tym o ochronie zatrudnienia oraz warunkach pracy, a także – po udzieleniu takiej informacji – zobowiązać wykonawcę do potwierdzenia, że takie przepisy stosuje.
Jednak cena lub paramenty techniczne są w Polsce ważniejsze niż kwestie pracownicze. Stwierdził to m.in. Sąd Okręgowy w Opolu, który w wyroku z 13 stycznia 2005 r. (II Ca 835/04) stwierdził, że: przy ocenie, czy oferta zawiera rażąco niską cenę (art. 89. ust. 1 pkt. 4 Pzp), jak też cenę poniżej kosztów świadczenia usług (art. 15. ust. 1 ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji) nie można powoływać się na takie czynniki, jak płaca minimalna oraz wskaźnik jej wzrostu13.
W innych krajach sprawy takie budziły znaczne kontrowersje. Na przykład w Dolnej Saksonii prawo zakazuje udzielania zamówień na roboty budowlane firmom, które nie zobowiążą się na piśmie do zapłacenia swoim pracownikom co najmniej wynagrodzenia wynikającego z obowiązującego (regionalnego) układu zbiorowego. Wykonawca musi także zobowiązać się do nałożenia takiego samego obowiązku na podwykonawców oraz do sprawdzania, czy się z niego wywiązują. Niewywiązywanie się z tego zobowiązania powoduje nałożenie kary umownej. Przepis ten był przedmiotem skargi przed sądem niemieckim w związku z wykonywaniem zamówienia publicznego na roboty budowlane (budowa więzienia w Göttingen-Rosdorf) przez firmę Objekt und Bauregie (O&B). Niemiecka instytucja wypowiedziała zamówienie publiczne i pozwała firmę O&B, domagając się zapłacenia kary umownej, gdyż stwierdzono, że polski podwykonawca firmy O&B płacił swoim pracownikom, zatrudnionym na miejscu budowy w Niemczech, jedynie 46,57% płacy minimalnej, wynikającej z obowiązującego układu zbiorowego. Sprawa trafiła do Trybunału Sprawiedliwości14, który w wyroku co prawda zanegował umowę zbiorową jako akt powszechnie obowiązującego prawa, ale podkreślił kwestię stosowania urzędowej stawki minimalnego wynagrodzenia.
Sprawa chińskich wykonawców zirytowała nawet zagorzałych liberałów. Poseł Adam Szejnfeld – w imieniu sejmowej Komisji „Przyjazne Państwo”, zajmującej się sprawami związanymi z ograniczeniem biurokracji – zgłosił w czerwcu 2011 r. projekt zmiany ustawy Prawo zamówień publicznych. Projekt ten zobowiązuje m.in. do odrzucania ofert wykonawców, którzy nie respektują zasad wynagradzania ustalonych w przepisach powszechnie obowiązujących, jednoznacznego przeniesienia ciężaru dowodu rynkowego ceny na wykonawcę, który podejrzewany jest o jej zaniżanie oraz dodania przepisu zobowiązującego podmiot zamawiający, jeśli jedynym kryterium jest cena, do udowodnienia, że zastosowanie innych kryteriów nie przyczyni się do wydatków ze środków publicznych, ponoszonych w całym okresie realizowania zamówienia15. Projekt został poparty na posiedzeniu Komisji przez Federację Stowarzyszeń Naukowo-Technicznych Naczelnej Organizacji Technicznej, ekspertów Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych „Lewiatan” oraz prezesa Wielkopolskiej Izby Budownictwa.
W trakcie pierwszego czytania 26 lipca 2011 r. na posiedzeniu Komisji Gospodarki nie było już tak przyjaźnie. Pomimo że pozytywnie o projekcie wypowiedziały się również m.in. Związek Rzemiosła Polskiego, Izba Bawełny, Amerykańska Izba Handlowa w Polsce, Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego oraz Prokuratoria Generalna Skarbu Państwa, to przedstawiciel Urzędu Zamówień Publicznych wyraził stanowisko negatywne, wskazując potrzebę dyskusji i dialogu między stroną rządową a wykonawcami na temat wielu zagadnień związanych z prawem zamówień publicznych. Dodał również, że nie są potrzebne istotne zmiany w samym prawie zamówień publicznych. Kropkę nad „i” postawił dyrektor Departamentu Dróg i Autostrad Ministerstwa Infrastruktury, który – w imieniu Generalnego Dyrektora Dróg Krajowych i Autostrad oraz Polskich Linii Kolejowych – określił stanowisko jednym zdaniem: obowiązujące przepisy w tym zakresie są absolutnie wystarczające16.
Komisja Europejska w propozycji nowej dyrektywy o zamówieniach publicznych17 z grudnia 2011 r. wskazuje m.in., że instytucje zamawiające mogą podjąć decyzję o nieudzieleniu zamówienia oferentowi, który złożył najlepszą ofertę. Mogą tak postąpić, jeżeli ustalą, że oferta ta nie jest zgodna, co najmniej w równoważny sposób, z obowiązkami wynikającymi z prawodawstwa Unii w dziedzinie prawa socjalnego, prawa pracy lub prawa ochrony środowiska, bądź z przepisów międzynarodowego prawa socjalnego i prawa ochrony środowiska, wymienionych w załączniku do dyrektywy. Instytucja zamawiająca może również wykluczyć z udziału w zamówieniu publicznym każdego wykonawcę, jeżeli wie o jakimkolwiek naruszeniu obowiązków wynikających z wymienionego wyżej prawodawstwa. Zapisano również, iż zamawiający może wymagać od wykonawców wyjaśnień dotyczących przedstawionej ceny lub kosztów w zakresie, o którym mowa była powyżej. Może również z tych powodów ofertę odrzucić. Wspomniany załącznik do dyrektywy w obszarze praw międzynarodowych obejmuje stosowanie m.in.:
- Konwencji Nr 87 dotyczącej wolności związkowej i ochrony praw związkowych;
- Konwencji Nr 98 dotyczącej stosowania zasad prawa organizowania się i rokowań zbiorowych;
- Konwencji Nr 29 dotyczącej pracy przymusowej lub obowiązkowej;
- Konwencji Nr 105 dotyczącej zniesienia pracy przymusowej;
- Konwencji Nr 138 dotyczącej najniższego wieku dopuszczenia do zatrudnienia;
- Konwencji Nr 111 dotyczącej dyskryminacji w zakresie zatrudnienia i wykonywania zawodu;
- Konwencji Nr 100 dotyczącej jednakowego wynagrodzenia dla pracujących mężczyzn i kobiet za pracę jednakowej wartości;
- Konwencji Nr 182 dotyczącej zakazu i natychmiastowych działań na rzecz eliminowania najgorszych form pracy dzieci.
Sejmowa Komisja ds. Unii Europejskiej na posiedzeniu w dniu 1 marca 2012 r., wspierając stanowisko rządu, negatywnie oceniła fakt, że przyjęcie nowej dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie zamówień publicznych w proponowanym kształcie będzie wiązało się z nałożeniem na państwa członkowskie dodatkowych obowiązków, które w chwili obecnej nie są realizowane, bądź też realizacja których ma obecnie bardziej ograniczony zakres, a które to nowe obowiązki mogą skutkować dodatkowymi kosztami 18. Widać zatem, że walka o zagwarantowanie praw pracowniczych w zamówieniach publicznych – wbrew wyraźnemu stanowisku europejskiemu – będzie nam musiała zająć jeszcze trochę czasu19.
Preferencje dla działań społecznych
Nie wszelkie zapisy dyrektyw europejskich automatycznie znajdują odzwierciedlenie w polskim ustawodawstwie. Zaostrzenia proceduralne zostały przyswojone najszybciej, ale już z kwestiami społecznymi jest większy problem.
Przykładem może być wspieranie włączenia społecznego i promowanie organizacji zajmujących się ekonomią społeczną. Chodzi tu np. o równy dostęp do możliwości ubiegania się o zamówienia publiczne dla firm, spółdzielni, przedsiębiorstw społecznych i organizacji non profit, które są własnością osób z grup / mniejszości etnicznych lub zatrudniają takie osoby, czy też promowanie zatrudnienia wspierającego osoby niepełnosprawne, w tym także na otwartym rynku pracy20. Zapisy te pojawiły się we wspomnianej już dyrektywie z marca 2004 r. o zamówieniach publicznych. Wdrożenie zapisów unijnych poprzedziły batalie sądowe, np. sprawa 31/87 Gebroeders Beentjes BV przeciwko Holandii, w której potwierdzono, że warunek związany z zatrudnieniem osób pozostających przez długi okres bez pracy jest zgodny ze starą dyrektywą, jeśli bezpośrednio ani pośrednio nie dyskryminuje on oferentów z innych państw członkowskich Wspólnoty21. To i inne orzeczenia spowodowały, że w ramach nowej dyrektywy z 2004 r. wprowadzono wprost zapisy odnoszące się do kwestii prozatrudnieniowych.
W art. 26 dyrektywy wskazano, że instytucje zamawiające mogą określić warunki szczególne związane z realizacją zamówienia, pod warunkiem, że są one zgodne z przepisami prawnymi Wspólnoty oraz zostały wskazane w ogłoszeniu o zamówieniu lub specyfikacjach. Warunki rządzące realizacją zamówienia mogą, w szczególności, dotyczyć względów społecznych i środowiskowych. Uszczegółowiono to w pkt. 33 preambuły, precyzując, że względy te mogą zachęcać do organizacji wewnętrznych szkoleń zawodowych, zatrudniania osób mających szczególne trudności z integracją, a także zwalczania bezrobocia lub ochrony środowiska. Można na przykład ustanowić wymóg – odnoszący się do realizacji zamówienia – co do zatrudnienia osób długotrwale poszukujących pracy, co do przeprowadzenia szkoleń dla bezrobotnych lub młodocianych, co do przestrzegania postanowień Konwencji Międzynarodowej Organizacji Pracy (MOP), o ile przepisy te nie zostały wdrożone do prawa krajowego, oraz co do zatrudnienia większej liczby osób niepełnosprawnych, niż przewiduje to ustawodawstwo krajowe22.
Wskazano również preferencje dla zatrudniania osób niepełnosprawnych (w art. 19), określając, że Państwa Członkowskie mogą zastrzec prawo udziału w procedurach udzielania zamówień publicznych zakładom pracy chronionej lub przewidzieć możliwość realizacji takich zamówień w ramach programów pracy chronionej, w których większość zaangażowanych pracowników stanowią osoby niepełnosprawne, które ze względu na charakter lub stopień swojej niepełnosprawności nie mogą wykonywać swojej pracy w normalnych warunkach.
Pomimo że miesiąc później, 1 maja 2004 r., Polska przystąpiła do Unii Europejskiej, trudno byłoby znaleźć podobne postanowienia w polskich przepisach dotyczących zamówień publicznych. Ten stan utrzymał się aż do 2009 r.
Na przełomie 2007 i 2008 r. sejmowa Komisja Polityki Społecznej, a ściślej – podkomisja ds. organizacji pozarządowych, przygotowała nowelizację ustawy o spółdzielniach socjalnych23. W projekcie tym znalazły się propozycje preferencji prozatrudnieniowych w Prawie zamówień publicznych. Nie zostały one zbyt przychylnie potraktowane przez rząd24. Jednak 2 kwietnia 2009 r. Sejm jednomyślnie uchwalił zmiany do ustawy, co spowodowało interwencję Urzędu Zamówień Publicznych w Senacie25. Okazało się, że UZP zaproponował nieoczekiwanie własne zmiany w nowelizacji, która w kwietniu 2009 r. miała trafić do Sejmu. Ostatecznie zawarto kompromis, który pozwolił utrzymać uchwalone zmiany – weszły one w życie 16 lipca 2009 r.26 Dodatkowo, Urząd Zamówień Publicznych postanowił również wykazać się inicjatywą, zgłaszając zmiany odnośnie preferencji prozatrudnieniowych, dotyczących niepełnosprawnych, w ramach nowelizacji ustawy Prawo zamówień publicznych z 5 listopada 2009 r., które weszły w życie 22 grudnia 2009 r.27
Co to były za zmiany? W zakresie preferencji prozatrudnieniowych umożliwiają one określenie w opisie przedmiotu zamówienia (Specyfikacja Istotnych Warunków Zamówienia) wymagań związanych z realizacją zamówienia, dotyczących zatrudnienia osób:
- bezrobotnych lub młodocianych w celu przygotowania zawodowego, o których mowa w przepisach o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy;
- niepełnosprawnych, o których mowa w przepisach o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiu osób niepełnosprawnych;
- osób, o których mowa w przepisach o zatrudnieniu socjalnym28;
albo utworzenia funduszu szkoleniowego, czy też zwiększenia wpłat pracodawców na utworzony już fundusz, w rozumieniu przepisów o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy.
Drugą zmianą jest możliwość zastrzeżenia przez zamawiającego w ogłoszeniu o zamówieniu, że o udzielenie zamówienia mogą ubiegać się wyłącznie wykonawcy, u których ponad 50% zatrudnionych pracowników stanowią osoby niepełnosprawne (w rozumieniu przepisów o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz przepisów o zatrudnianiu osób niepełnosprawnych albo właściwych przepisów państw członkowskich Unii Europejskiej lub Europejskiego Obszaru Gospodarczego). Są to tzw. zamówienia zastrzeżone.
Z tymi zmianami wkroczyliśmy w rok 2010. W październiku 2009 r. Minister Rozwoju Regionalnego wraz z Prezesem Urzędu Zamówień Publicznych wydali wytyczne dotyczące stosowania „klauzul społecznych” w zamówieniach publicznych29, precyzując m.in., że zamawiający może wprowadzić nie tylko wymagania związane z zatrudnieniem bezrobotnych, ale także dodatkowe elementy, np. zatrudniania tych bezrobotnych wyłącznie na podstawie stosunku pracy lub aby zatrudnienie dotyczyło osób skierowanych przez powiatowy urząd pracy, czy też zwalnianych w ramach ustawy z dnia 13 marca 2003 r. o szczególnych zasadach rozwiązywania z pracownikami stosunków pracy z przyczyn niedotyczących pracowników. Możliwości jest tutaj wiele, choć nie przekonało to opornych – zwłaszcza samorządowych prawników, którzy wychodzą z tradycyjnego założenia: skoro nie ma nakazu w ustawie, to znaczy, że nie wolno.
Urząd Zamówień Publicznych przyjął w 2010 r. plan działań w zakresie zrównoważonych zamówień publicznych30, w którym po raz pierwszy rozszerzył propozycję poza sferę tzw. zielonych zamówień31, również na zamówienia społecznie odpowiedzialne. Dość ambitnie określono cel, którym ma być podwyższenie poziomu „społecznych” zamówień publicznych na szczeblu krajowym do 10%, choć nie precyzuje się metodologii, jaką będzie się mierzyć postęp. Według danych UZP, w 2010 r. klauzule społeczne były zawarte w 2,7% zamówień publicznych32. Jak wynika ze wstępnych danych, dotyczyło to wszystkich aspektów o charakterze społecznym, w tym np. dostosowania zamówień do potrzeb osób niepełnosprawnych. W samorządach klauzule społeczne spotykane są dość rzadko, dlatego warto wskazać pozytywne przykłady: burmistrza Byczyny, burmistrza Brzezin33, poprzedniego prezydenta Bydgoszczy czy prezydenta Częstochowy.
Co dalej?
Nowe unijne przepisy o zamówieniach publicznych są coraz bardziej szczegółowe. O sprawach pracowniczych już wspomniano – warto dodać, że prawdopodobnie zostanie obniżona granica w zamówieniach zastrzeżonych dla firm zatrudniających osoby niepełnosprawne – z 50% do 30%. Wspieranie działań prozatrudnieniowych pozostaje aktualne, ponadto pojawią się dodatkowe preferencje dla rozwoju usług społecznych. Te kwestie musimy wywalczyć w nowelizacji Prawa zamówień publicznych zaraz po przyjęciu dyrektywy w 2012 r. Będzie to wymagać zorganizowanych i dobrze przygotowanych kampanii.
Ale niezwykle istotne jest również wypromowanie dotychczasowych (jak i przyszłych) możliwości, zarówno w administracji rządowej, jak i samorządowej. Dlatego należy uruchomić wszelkie drogi działania, w tym tkwiące w różnych inicjatywach europejskich. Po pierwsze, musi powstać podręcznik, autoryzowany przez Urząd Zamówień Publicznych wraz z Krajową Radą Regionalnych Izb Obrachunkowych, skierowany do samorządów, z praktycznymi przykładami, SIWZ-ami (Specyfikacjami Istotnych Warunków Zamówienia) i opisami dobrych praktyk. Po drugie, muszą zostać zrealizowane masowe szkolenia – również autoryzowane przez UZP – skierowane do pracowników odpowiedzialnych za zamówienia publiczne w samorządach. Po trzecie, rząd musi jasno pokazać – również w praktyce – że wspiera społecznie odpowiedzialne zamówienia. To nie są rzeczy skomplikowane ani wymagające od ministra finansów jakichkolwiek bolesnych decyzji. To wszystko jest wykonalne w ramach obecnych możliwości. Trzeba tylko dostrzec, że art. 20 Konstytucji RP, stanowiący o podstawach ustroju gospodarczego Rzeczypospolitej Polskiej, mówi o gospodarce zarówno społecznej, jak i rynkowej. A obok zapisów o wolności działalności gospodarczej oraz własności prywatnej, znajdują się tam również zapisy o solidarności, dialogu i współpracy partnerów społecznych.
Cezary Miżejewski 34
Przypisy:
- Sprawozdanie Prezesa Urzędu Zamówień Publicznych o funkcjonowaniu systemu zamówień publicznych w 2010 r., Warszawa 2011, s. 18.
- Dyrektywa 2004/18/WE Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 31 marca 2004 r. w sprawie koordynacji procedur udzielania zamówień publicznych na roboty budowlane, dostawy i usługi oraz dyrektywa 2004/17/WE Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 31 marca 2004 r. koordynująca procedury udzielania zamówień przez podmioty działające w sektorach gospodarki wodnej.
- Od 1 stycznia 2010 r., po wejściu w życie rozporządzenia Komisji (WE) z dnia 30 listopada 2009 r. nr 1177/2009, zmieniającego dyrektywy: 2004/17/WE, 2004/18/WE i 2009/81/WE Parlamentu Europejskiego i Rady w odniesieniu do progów obowiązujących w zakresie procedur udzielania zamówień publicznych.
- Do 2007 r. było to 6 tys. euro.
- Ustawa z dnia 10 czerwca 1994 r. o zamówieniach publicznych (Dz.U. z 1994 r. Nr 76, poz. 344).
- I. Bendorf-Bundorf, Zadania regionalnych izb obrachunkowych w procesie umacniania polskiego systemu zamówień [w:] XV-lecie systemu zamówień publicznych w Polsce. Ogólnopolska konferencja naukowa 22–23 czerwca 2009 r. Toruń, Toruń – Warszawa 2009, ss. 10–12.
- Tamże, s. 14.
- M. Winiarz, Dyscyplina finansów publicznych jako instrument egzekwowania legalności postępowań o udzielenie zamówienia publicznego. Próba oceny systemu [w:] Nowe podejście do zamówień publicznych – zamówienia publiczne jako instrument zwiększenia innowacyjności gospodarki i zrównoważonego rozwoju. Doświadczenia polskie i zagraniczne, Część I, Warszawa 2011, s. 233.
- A. Kurowska, Racjonalny dobór kryteriów oceny ofert w świetle art. 53 dyrektywy 2004/18/WE [w:] Urząd Zamówień Publicznych. Ekonomiczne i prawne zagadnienia zamówień publicznych. Polska na tle Unii Europejskiej (monografia naukowa), Warszawa 2010, s. 46.
- A. Grzeszczak, Chiński syndrom, „Polityka”, 20 czerwca 2011 r.
- Sprawa Covec: UZP twierdzi, że cena podana przez Chińczyków nie była rażąco niska, Newsweek.pl z 10 czerwca 2011, http://polska.newsweek.pl/sprawa-covec–uzp-twierdzi–ze-cena-podana-przez-chinczykow-nie-byla-razaco-niska,78033,1,1.html
- Art. 90, ust. 2 Ustawy z dnia 29 stycznia 2004 r. Prawo zamówień publicznych (tj. Dz.U. z 2010 r. Nr 113, poz. 759, Nr 161, poz. 1078, Nr 182, poz. 1228, z 2011 r. Nr 5, poz. 13, Nr 28, poz. 143, Nr 87, poz. 484, Nr 234, poz. 1386, Nr 240, poz. 1429).
- D. Piasta, G. Wicik, P. Wiśniewski, Zamówienia publiczne w orzecznictwie sądowym, cz. I, „Finanse Publiczne” 2/2008.
- Orzeczenie z dnia 3 kwietnia 2008 r. w sprawie C-346/06 – Artykuł 49 WE – Swoboda świadczenia usług – Ograniczenia – Dyrektywa 96/71/WE – Delegowanie pracowników w ramach świadczenia usług – Ochrona socjalna pracowników, na stronie http://www.uzp.gov.pl
- Uzasadnienie komisyjnego projektu ustawy o zmianie ustawy – Prawo zamówień publicznych (druk nr 4451) z 29 czerwca 2011 r.
- Kancelaria Sejmu, Biuro Komisji Sejmowych, Biuletyn z posiedzenia Komisji Gospodarki (Nr 222) Nr 5384/VI kadencja, z 26 lipca 2011 r.
- Wniosek. Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie zamówień publicznych KOM(2011) 896 wersja ostateczna z 20 grudnia 2011.
- Opinia nr 8 Komisji do Spraw Unii Europejskiej Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej w sprawie „Wniosku dotyczącego dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie zamówień publicznych (KOM(2011) 896 wersja ostateczna)” przyjęta na 31. posiedzeniu w dniu 1 marca 2012 r.
- Co prawda, w 2004 r. wykluczono z postępowania podmioty, które zalegają z opłatami składek na ubezpieczenie społeczne, ale wykluczenie tych, którzy prawomocnie zostali skazani za przestępstwo przeciwko prawom osób wykonujących pracę zarobkową, nastąpiło dopiero w listopadzie 2009 r.
- Kwestie społeczne w zakupach. Przewodnik dotyczący uwzględniania kwestii społecznych w zamówieniach publicznych, Komisja Europejska. Dyrekcja Generalna ds. Zatrudnienia, Spraw Społecznych i Równości Szans, październik 2010.
- Orzeczenie Trybunału (Czwartej Izby) z dnia 20 września 1988 r. Gebroeders Beentjes BV przeciwko Państwu Holenderskiemu. Więcej w: Urząd Zamówień Publicznych, Zamówienia publiczne w Unii Europejskiej, Orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości, Warszawa 1999, s. 93.
- Dyrektywa 2004/18/WE Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 31 marca 2004 r. w sprawie koordynacji procedur udzielania zamówień publicznych na roboty budowlane, dostawy i usługi, Dz. Urzędowy UE L134/114 z 30 kwietnia 2004.
- Komisyjny projekt ustawy o zmianie ustawy o spółdzielniach socjalnych oraz o zmianie niektórych innych ustaw (Druk sejmowy nr 1136), Warszawa, 29 maja 2008 r.
- Stanowisko Rady Ministrów wobec komisyjnego projektu ustawy o zmianie ustawy o spółdzielniach socjalnych oraz o zmianie niektórych innych ustaw z dnia 16 marca 2009 r.
- Zapis stenograficzny (836) z 131. posiedzenia Komisji Gospodarki Narodowej w dniu 15 kwietnia 2009 r., http://ww2.senat.pl/k7/kom/kgn/2009/131gn.htm
- Art. 4 ustawy z dnia 7 maja 2009 r. o zmianie ustawy o spółdzielniach socjalnych oraz o zmianie niektórych innych ustaw (Dz.U. z 2009 r. nr 91, poz. 742).
- Ustawa z dnia 5 listopada 2009 r. o zmianie ustawy – Prawo zamówień publicznych oraz ustawy o kosztach sądowych w sprawach cywilnych (Dz.U. z 2009 r. nr 206, poz. 1591).
- Są to, zgodnie z ustawą: bezdomni realizujący indywidualny program wychodzenia z bezdomności, w rozumieniu przepisów o pomocy społecznej; uzależnieni od alkoholu, po zakończeniu programu psychoterapii w zakładzie lecznictwa odwykowego; uzależnieni od narkotyków lub innych środków odurzających, po zakończeniu programu terapeutycznego w zakładzie opieki zdrowotnej; chorzy psychicznie, w rozumieniu przepisów o ochronie zdrowia psychicznego; zwalniani z zakładów karnych, którzy mają trudności w integracji ze środowiskiem, w rozumieniu przepisów o pomocy społecznej; uchodźcy realizujący indywidualny program integracji, w rozumieniu przepisów o pomocy społecznej.
- Zalecenia Ministra Rozwoju Regionalnego oraz Prezesa Urzędu Zamówień Publicznych dotyczące stosowania klauzul społecznych w zamówieniach publicznych z 20 października 2009 r. dostępne na http://www.uzp.gov.pl
- Urząd Zamówień Publicznych, Krajowy Plan Działań w zakresie zrównoważonych zamówień publicznych na lata 2010–2012, Warszawa 2010.
- „Zielone zamówienia publiczne” to osobna gałąź działań w sferze zamówień publicznych, preferująca postępowanie ekologiczne, energooszczędne, szanujące środowisko.
- Rząd chce upowszechniać klauzule społeczne w zamówieniach publicznych, „Gazeta Prawna” z 13 lutego 2012 r. oraz Jak rozwiać obawy przed stosowaniem klauzul społecznych?, http://www.ekonomiaspoleczna.pl/wiadomosc/687461.html
- Specyfikacja z Brzezin została udostępniona na stronie III Ogólnopolskiego Forum Spółdzielni Socjalnych: http://www.ofss.org.pl/materialy-konferencyjne/
- Autor miał okazję inicjować zapisy dotyczące klauzul społecznych w 2009 r., był również współautorem zaleceń Ministerstwa Rozwoju Regionalnego i Urzędu Zamówień Publicznych w sprawie stosowania klauzul społecznych.