przez dr hab. Rafał Łętocha | wtorek 24 listopada 2015 | Jesień 2015
W czasach wielkiego kryzysu gospodarczego lat 30. powstała monumentalna książka jednego z najwybitniejszych przedstawicieli tzw. lost generation, Johna Dos Passosa. Na publikację zatytułowaną „USA” składają się trzy części: „42 równoleżnik”, „1919” i „Ciężkie pieniądze”. Książka zyskała sławę i popularność zarówno za sprawą treści, która stanowiła wnikliwą analizę USA czasów kryzysu, jak i formy. Dos Passos zastosował bowiem nowatorską w tamtych czasach narrację polifoniczną, opierając ją na czterech elementach kompozycji powieści. Są to: oko kamery rejestrujące osobiste spostrzeżenia i wrażenia autora; kronika filmowa będąca zapisem zdarzeń bieżących, ujętych w formie tytułów z gazet, fragmentów artykułów, reklam czy piosenek; biografie polityków, finansistów, uczonych, aktorów odpowiedzialnych za kształt rzeczywistości amerykańskiej; narracja fabularna opowiadająca losy autentycznych i fikcyjnych postaci reprezentujących kategorię tzw. zwykłych Amerykanów. Najobszerniejszą część książki tworzą historie dwanaściorga głównych bohaterów, które łączą się i przeplatają w całej trylogii.
Podobnego zabiegu użył amerykański dziennikarz George Packer w swojej głośnej, nagradzanej książce, wydanej w Polsce pod tytułem „Kryzys wolnego rynku? Ameryki portret wewnętrzny”. Odwołanie do trylogii Dos Passosa jest aż nadto czytelne. Mamy tu do czynienia z podobną konstrukcją: książka przedstawia zarówno historie zwykłych Amerykanów, jak i demiurgów amerykańskiego życia politycznego, gospodarczego czy kulturalnego ostatnich kilkudziesięciu lat, wreszcie zaś – odnajdujemy sekcje, które składają się z fragmentów piosenek, programów telewizyjnych i wycinków z gazet z lat 1978–2012. Zasadnicza różnica w porównaniu z dziełem Dos Passosa jest taka, że Packer opisuje tylko historie prawdziwe, a losy bohaterów nie splatają się w jego książce na podobieństwo tych z „USA”. Ze względu na podjętą tematykę można go też bez wątpienia nazwać dłużnikiem Johna Steinbecka czy George’a Orwella, by przypomnieć choćby „Grona gniewu” czy „Drogę na molo w Wigan”.
Osią książki Packera są historie trzech postaci. Pierwszą z nich jest Dean Price, pochodzący z Karoliny Północnej wielbiciel książki prekursora „literatury osobistego sukcesu” Napoleona Hilla pt. „Think and Grow Rich” oraz przedsiębiorca tworzący sieci sklepów, stacji benzynowych, fast foodów, wreszcie zaś zapaleniec poświęcający się kwestii biopaliwa, która staje się jego prawdziwą idée fixe. Druga to Jeff Conaughton, lobbysta, prawnik, były doradca obecnego wiceprezydenta Joe Bidena, autor książki „The Payoff: Why Wall Street Always Wins”. Trzecią jest Tammy Thomas, mieszkanka miasta Youngstown w Ohio, wieloletnia pracownica przemysłu stalowego w tym mieście oraz działaczka na rzecz lokalnej społeczności. Za czwartego bohatera książki możemy uznać Petera Thiela, mimo że rozdziały mu poświęcone nie zostały zatytułowane jego nazwiskiem, a występują pod ogólnym tytułem „Dolina Krzemowa”. Jest to zresztą postać dość symptomatyczna: twórca serwisu PayPal i jeden z głównych udziałowców Facebooka, miliarder, libertarianin, dziecko boomu w Dolinie Krzemowej, wizjoner, człowiek mający świadomość, że ze światem współczesnym coś jest nie tak, zatroskany jednak cały czas o ludzkość w wymiarze globalnym, chcący zmieniać świat kompleksowo i radykalnie, snujący marzenia o nieśmiertelności i hojnie wspierający badania nad wydłużeniem ludzkiego życia, niezainteresowany natomiast zupełnie „tu i teraz”, które zdaje się dla wizjonera jego pokroju czymś zbyt trywialnym i mało pociągającym. Obok nich w książce przewijają się historie innych zwykłych Amerykanów (rodzina Hartzellów), a także wpływowych postaci amerykańskiego establishmentu czy celebrytów, jak np. Newt Gingrich, Colin Powell, Robert Rubin, Elizabeth Warren, Oprah Winfery, Jay Z, Raymond Carver, Sam Walton czy Andrew Breitbart.
Opowieść Packera rozpoczyna się w 1978 r., w momencie, gdy amerykańskie wartości zostały, jego zdaniem, podważone i zaczęły być sukcesywnie niszczone przez turbokapitalizm nastawiony na jak największy zysk. Proces ten zapoczątkował powiększające się w oszałamiającym tempie dysproporcje między garstką nieprzyzwoicie bogatych a masami wpędzanymi w coraz większe ubóstwo. Opisywane czasy to lata zamrożenia płac klasy średniej, coraz szybciej rosnących nierówności oraz zerwania niepisanej umowy obowiązującej w krajach wysokorozwiniętych po II wojnie światowej, w myśl której każdy obywatel tych społeczeństw winien mieć godną płacę pozwalająca na utrzymanie. Ameryka upodabniała się wówczas do Wal-Martu: Zrobiła się oszczędna. Ceny i płace były niższe. Zmalała liczba miejsc pracy w fabrykach, w których działały związki zawodowe, a wzrosła – niepełnych etatów na takich stanowiskach jak witający gości. Małe miasteczka, które wyniosły pana Sama, stawały się coraz uboższe, co oznaczało, że konsumenci byli coraz bardziej uzależnieni od „codziennie niskich cen”, robili wszystkie zakupy w Wal-Marcie, a może nawet musieli w nim pracować. A w tych częściach Ameryki, które się bogaciły, na wybrzeżach i w niektórych wielkich miastach, wielu klientów z przerażeniem patrzyło na Wal-Mart oraz jego wielkie regały pełne tandetnych, jeśli nawet nie niebezpiecznych towarów „made in China”, i kupowało buty oraz mięso w drogich sklepach, jakby to, że przepłacają, mogło zaszczepić ich przed rozprzestrzeniającą się taniochą.
Packer kreśli portret Ameryki ostatnich kilkudziesięciu lat w sposób mistrzowski. Trzeba przyznać, że nie ucieka się do tanich sztuczek, które co rusz chwytałyby czytelnika za serce, nie znajdziemy u niego śladów – charakterystycznej zwłaszcza dla amerykańskiej produkcji filmowej – cukierkowatości, egzaltacji i sentymentalizmu. Brak również w tych historiach happy endu czy krzepiących przykładów, autor nie próbuje też wprawić czytelnika w lepszy humor poprzez dawanie nadziei, że idzie ku lepszemu, że pierwsze jaskółki przemian zaczynają być widoczne. Zarysowuje przykłady działań przynoszących określone efekty, pokazuje, że przeciwstawienie się tym negatywnym zjawiskom, które opisuje i piętnuje, bywa czasami możliwe, ale nie wyciąga z tego żadnych ogólnych optymistycznych wniosków. Nie stawia ich za wzór uniwersalnej metody, która sprawdza się i w związku z tym winna być powszechnie stosowana. Stara się też nie ferować wyroków. Z dystansem, niejako z zewnątrz i chłodnym okiem portretuje swoich bohaterów, w dużej mierze pozostawiając czytelnika z zadaniem wyciągnięcia samodzielnych wniosków i dając tylko pewne sugestie co do tego, jakie są przyczyny kryzysu i co z USA jest nie tak. Nie spina też książki i historii w niej przedstawionych bardziej ogólnymi refleksjami, co w moim odczuciu stanowi akurat pewną słabość, choć zdaję sobie sprawę, że dla niektórych może być to atutem. Jednostkowe historie mogą stanowić egzemplifikację szerszych zjawisk, ale nie zawsze wiemy, na ile są one wynikiem uwarunkowań systemowych, na ile zaś jedynie indywidualnych decyzji poszczególnych jednostek, ich błędów i słabości.
Czytelnikowi nie do końca wyrobionemu trudno jednoznacznie stwierdzić, czy osoby, o których pisze Packer, to niewinne ofiary, czy też ludzie, których uwiodła bajka o możliwości nieustannego i przybierającego monstrualne rozmiary konsumowania. W książce pojawiają się bowiem ludzie, którzy przyjęli pewien styl życia oparty na hiperkonsumpcji, ale poczuli się oszukani, gdy okazało się, że jego kontynuowanie nie jest możliwe, że obietnice, którymi ich zwodzono, nie zostaną spełnione. Czy jednak prowadzi ich to do refleksji nad fałszem paradygmatu, któremu pozwolili się omamić? Czy też raczej ich rozgoryczenie to konsekwencja wyłącznie tego, że życie ponad stan okazało się nazbyt kosztowne i nie jest już dłużej możliwe? Czytelnik w pewnym momencie orientuje się, że trudno jednoznacznie współczuć ludziom, których historie zostały opisane przez Packera – dorabiającym post factum pokrętną ideologię do wcześniejszych działań, głosującym ewidentnie wbrew własnym interesom, wegetującym w jakimś makabrycznym stuporze – z którego wyrywa ich dopiero groźba odcięcia kablówki, utraty Internetu lub odebrania kuponów na żywność – czy tracącym dorobek życia na spekulacjach nieruchomościami i za sprawą inwestycji w piramidy finansowe obiecujące natychmiastowy zysk itp.
Z drugiej strony nie można zapominać, że w dużej mierze są to ludzie wykluczeni, stłamszeni, złamani, zbędni i zrezygnowani, niemający już sił. Wykluczenie zaś, jak wiemy, utrudnia jednostce pełnienie określonych ról społecznych, korzystanie z dóbr publicznych, infrastruktury społecznej (rynku konsumpcji, pracy, szkolnictwa, pomocy społecznej, służby zdrowia, wymiaru sprawiedliwości itp.), praw politycznych czy gromadzenie zasobów. W literaturze naukowej używane jest pojęcie underclass wprowadzone przez szwedzkiego ekonomistę Gunnara Myrdala, który zaliczył do niej jednostki żyjące w bardzo złej sytuacji materialnej i zarazem dotknięte marginalizacją w ramach struktury społecznej. Ralf Dahrendorf wyodrębnił cechy charakterystyczne członków underclass: niskie zarobki, bezrobocie, brak kwalifikacji, zależność od opieki społecznej, dezorganizacja rodziny, skłonności do zachowań aberracyjnych. Zjawisko to ma swoje skutki długotrwałe, przekładające się na pozycję i status przyszłych pokoleń. Mamy więc do czynienia z utrwalaniem i dziedziczeniem wykluczenia społecznego – kolejne pokolenia mają zazwyczaj minimalne szanse poprawy swojej sytuacji i jej przezwyciężenia. Prawie każda z postaci przedstawionych przez Packera jest poniekąd tragiczna. Wszystkie zostały wciągnięte przez bezosobowe procesy gospodarcze, których zazwyczaj nie mogą zrozumieć, więc popadają w stan coraz większej dezorientacji i zagubienia w otaczającym świecie. Są to bez wyjątku osoby odczuwające tragiczny dysonans między otaczającą je rzeczywistością a hasłami, zaklęciami, ideami, które nieustannie są im podawane jako immanentny składnik amerykańskiej mitologii. Packer pokazuje, że ludzie ci zostali całkowicie zostawieni sami sobie – nie tylko nie mogą liczyć na jakąkolwiek pomoc, ale w dodatku wszelkie podejmowane przez nich próby wydobycia się z tragicznej sytuacji napotykają na przeszkody, a oni sami na powrót są spychani przez bezduszną machinę finansowo-urzędniczą na pozycje outsiderów.
Chciwość jest dobra – mówił Gordon Gekko, bohater filmu „Wall Street” Olivera Stone’a. Packer kwestionuje tę opinię, pokazując do jakiego spustoszenia prowadzą nieokiełznana żądza zysku i niepohamowana zachłanność. Autor unika taniej agitacji, książka nie jest bowiem oskarżeniem pod adresem tej czy innej partii, polityków, menedżerów czy przedsiębiorców. Nie ucieka się do łatwych, acz powierzchownych konstatacji, wskazując raczej na chorobę Ameryki jako takiej. USA jawią się jako kraj bez nadziei, pełen ludzi przegranych i wypalonych. Nawet ci, którzy dorobili się miliardowych fortun, sprawiają wrażenie niezaspokojonych, sfrustrowanych lub pełnych lęku. Obraz ten przywodzi na myśl społeczeństwo Dobuańczyków opisane przez Ruth Benedict we „Wzorach kultury”: społeczność, w której lęk i poczucie zagrożenia były zasadą przenikającą wszystkie sfery życia. Benedict pisała o istniejącej pomiędzy mieszkańcami Dobu nieustannej podstępnej i ukrytej rywalizacji. Cała ich egzystencja była wręcz walką na noże, każdą korzyść uzyskiwało się kosztem pokonanego rywala, a za człowieka dobrego, takiego, któremu się powiodło, uważany był ten, który cichcem wysadził drugiego z siodła. Packer, opisując jedną z postaci, podkreśla: Matta najbardziej przygnębiało to, że w Ameryce zapanowała żądza pieniądza, że chodziło o osiągnięcie jak najwyższych zysków za jak najniższą cenę. Każdy myślał tylko o sobie i nie chciał nikomu pomóc. Lobbyści, politycy – wszyscy byli skorumpowani, żerowali na tych, którzy mieli najmniej. Ta erozja myślenia wspólnotowego, rozpad społeczeństwa, atrofia więzi międzyludzkich – wynikające z lansowania myślenia w kategoriach egoistycznych, nakierowania na jednostkowy prywatny, indywidualny sukces bez oglądania się na innych – to kolejny leitmotiv recenzowanej książki.
Za pewien mankament „Kryzysu wolnego rynku?” można uznać fakt, że zbyt mało wyraźnie uwypukla zmiany systemowe, które dokonały się w USA na przestrzeni ostatnich dekad. Szkoda, że autor nie próbuje jasno i wyraźnie wskazać na wydarzenia i przemiany, które w największym stopniu przyczyniły się do katastrofalnego stanu rzeczy, wyłaniającego się z kart jego dzieła. Wydaje się, że książce nie zaszkodziłyby krótkie rozdziały dotyczące kwestii bardziej ogólnych, zarysowujące tło dla tych jednostkowych historii, wskazujące na tendencje dominujące w kolejnych okresach opisywanych przez autora. Co prawda nie jest ona pozbawiona całkowicie tego rodzaju informacji i odniesień, są one jednak dość rozproszone.
Kilkakrotnie jako przykład rozmontowywania amerykańskiego systemu podaje Packer choćby zniesienie ustawy Glassa-Steagalla, wprowadzonej w 1933 r. przez Franklina D. Roosevelta w celu stworzenia bariery między bankami inwestycyjnymi a komercyjnymi i uniemożliwienia im angażowania się w praktyki spekulacyjne. Na skutek lobbingu m.in. Alana Greenspana czy Roberta Rubina, bohatera jednego z rozdziałów książki Packera, w 1999 r. Glass-Steagall Act został uchylony. Deregulacja systemu finansowego, która dokonała się w tamtym czasie, spowodowała, że zyski sektora finansowego zaczęły błyskawicznie rosnąć, przewyższając w szybkim tempie te osiągane przez pozostałe sektory gospodarki. Nawet tego rodzaju amerykańskie firmy-symbole, jak General Electric, General Motors czy Ford osiągały na początku XXI w. większość swoich zysków z aktywności na rynkach finansowych, a nie dzięki działalności produkcyjnej, która była systematycznie ograniczana. W książce zarysowano proces rosnących lawinowo nierówności, jednak trudno zorientować się co do skali, jaką począwszy od lat 70. przybiera to zjawisko. Tymczasem, jak podaje Ha-Joon Chang, o ile wynagrodzenie dyrektora generalnego w USA w latach 60. i 70. było 30–40 razy wyższe niż dochody pracownika, o tyle na początku XXI w. już 300–400 razy wyższe. Jednocześnie przeciętne wynagrodzenie za godzinę pracy pomiędzy 1973 r. a 2007 zwiększyło się z 18,9 do 21,34 dolarów, co oznacza zaledwie 13-procentowy wzrost w ciągu 33 lat.
W rezultacie znakomita większość amerykańskiego społeczeństwa mogła stać się beneficjentami tego rzekomego dobrobytu i pozornie niekończącego boomu jedynie dzięki zadłużaniu się na niespotykaną dotąd skalę. Thomas Piketty podkreśla, że po najbardziej egalitarnej epoce w USA, którą był okres od lat 50. do 70. XX w., mamy do czynienia z eksplozją nierówności dochodów na bezprecedensową skalę, a jej efektem jest zwiększenie udziału najwyższego decyla z poziomu 30–35% dochodu narodowego na początku lat 70. do 45–50% na początku XXI w., przy czym udział najbogatszego 1% populacji wzrósł z 9% dochodu narodowego do 20%. Jeśli zaś skumulujemy całkowity wzrost gospodarki amerykańskiej z lat 1977–2007, to okazuje się, że 10% najbogatszych przejęło trzy czwarte tego wzrostu, w tym 1% najbogatszych – aż 60%. Ta bezprecedensowa zwyżka nierówności płac, pojawienie się superwynagrodzeń na szczycie hierarchii płacowej to, jego zdaniem, jedna z przyczyn kryzysu finansowego z 2008 r., o czym świadczy chociażby fakt, iż udział najwyższego decyla w amerykańskim dochodzie narodowym osiągnął dwa absolutne szczyty w 1928 r. oraz w 2007, co nie może być przypadkiem. Co więcej, Piketty wskazuje, że pomimo kryzysu tendencje te nie uległy odwróceniu i zwyżka ta trwa. Nie dość, że menedżerowie zarabiają nieproporcjonalnie dużo, to nie ponoszą oni praktycznie żadnej odpowiedzialności za podejmowane decyzje i nie są karani za złe zarządzanie.
Przykład Roberta Rubina, przedstawiony w książce Packera, jest tutaj aż nadto wymowny. Rubin, pełniący do 1999 r. obowiązki Sekretarza Skarbu w gabinecie Billa Clintona, następnie zaś stojący na czele Citigroup, jedynego banku, którego nacjonalizację rząd USA brał poważnie pod uwagę w związku ze stratami wynoszącymi w momencie rozpoczęcia kryzysu finansowego 65 mld dolarów, nie miał sobie nic do zarzucenia. Okazało się, że wbrew opinii przewodniczącego Komisji Śledczej do Spraw Kryzysu Finansowego, Philipa Angelidesa, przed którą Rubin zeznawał, pobierane przez niego wynagrodzenie w wysokości 15 mln dolarów rocznie nie musi wiązać się z jakąkolwiek odpowiedzialnością. Gdy więc coś idzie nie tak – jak w przypadku kryzysu z 2008 r. – to podatnicy zostają zmuszeni do wykupienia czy wspomożenia upadających firm, podczas gdy menedżerowie, którzy doprowadzili do ich upadku, nie ponoszą żadnych konsekwencji. Wszystko to w myśl spiżowego prawa współczesnego neoliberalizmu, nakazującego prywatyzowanie zysków i uspołecznianie strat.
Na przykładzie miasta Tampa na Florydzie możemy też obserwować spustoszenie wywołane za sprawą masowego udzielania tzw. kredytów subprime (wysokiego ryzyka). Trzeba jednak jasno powiedzieć, że wśród ofiar tej polityki kredytowej odnajdujemy różne osoby. Jedni, jak Usha Patel, chcąc zrealizować swoją American way of life, inwestują oszczędności całego życia i zapożyczają się w celu uruchomienia własnego interesu, inni to niewątpliwie ludzie zwiedzeni przez szaleńczy konsumpcjonizm, pragnący większego, bardziej komfortowego domu, choć ewidentnie ich na to nie stać. Jeszcze inni to spekulanci przekonani, że odnaleźli Świętego Graala biznesu i w związku z tym nastawieni na szybkie i krociowe zyski z handlu nieruchomościami, których ceny w tamtym czasie gwałtownie rosły: U szczytu szaleństwa, czyli w 2005 roku, 29 grudnia w Fort Mayers sprzedano dom za trzysta dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy sześćset, a 30 grudnia – za pięćset osiemdziesiąt dziewięć tysięcy dziewięćset dolarów. Liczba kredytów subprime lawinowo zwiększała się: o ile na początku lat 90. stanowiły one 10% rynku kredytów hipotecznych, to 10 lat później – już 80%. Wpływ na to miały zarówno zielone światło, które tego typu kredyty uzyskały od rządu (hasło Clintona: „Własny dom dla każdego Amerykanina”), jak i rozwój pośrednictwa finansowego. Pośrednicy finansowi, wynagradzani prowizyjnie od liczby sprzedanych kredytów, byli zainteresowani ich mnożeniem, a nie jakością. Wkrótce jednak, gdy stopy procentowe – wcześniej sztucznie utrzymywane na niskim poziomie – poszły w górę, okazało się, że większość dłużników ma problemy ze spłacaniem kredytów. W tym samym czasie ceny domów zaczęły spadać, natomiast banki rozpoczęły przejmowanie obciążonych nieruchomości i wystawianie ich na sprzedaż.
W ten sposób wiele osób zostało z dnia na dzień wepchniętych w spiralę zadłużenia, z którym nie mogły sobie poradzić. Co więcej, stało się jasne, że nikt oprócz nich nie jest zainteresowany tym, czy sprostają problemowi. Wyjątkowo perfidna okazało się polityka banków i instytucji finansowych, które z premedytacją niszczyły ludzi, aby odzyskać zainwestowane pieniądze. Tyle było tych spraw, a Sąd Najwyższy wywierał tak silną presję, aby szybko je rozpatrywać, że jeden starszy sędzia, mniej więcej siedemdziesięciopięcioletni, prowadził ich jednocześnie trzy tysiące. Pewnego grudniowego przedpołudnia na wokandzie sądu hrabstwa Hillsborough było sześćdziesiąt rozpraw; zaczynały się o dziewiątej rano od sprawy National City Mortgage przeciwko Christopherowi Meierowi, a kończyły się o dwunastej sprawą Chase Home Finance przeciwko Wiliamowi Martensowi. Na każdą z nich przypadały trzy minuty, a często sprawiedliwość wymierzano w jeszcze krótszym czasie. Po lunchu, zaczynając o pierwszej trzydzieści od sprawy Wells Fargo Bank przeciwko Stephanie Besser, a kończąc o piątej sprawą Deutsche Bank przeciwko Raymondowi Lucasowi, sędzia rozpatrywał sześćdziesiąt pozwów. Jeśli pani Besser albo pan Lucas byli reprezentowani przez adwokata, „szybka wokanda” – tak to nazywano – zwalniała i nie realizowano planu. Ale najgorzej, jeśli pani Besser albo pan Lucas stawiali się osobiście, bo wtedy sąd stykał się z ludzkim aspektem sprawy, widział zniekształconą niepokojem twarz wobec groźby utraty domu i całej procedurze towarzyszyło zakłopotanie, jakby na salę, w której lekarze omawiali przypadek śmiertelnie chorej pacjentki, weszła ona sama. Wtedy sędzia mógł zadać ostrzejsze pytanie przedstawicielowi powoda, ale na szczęście takie sytuacje nie zdarzały się prawie nigdy. Większość spraw przebiegała bez sprzeciwu, wyłącznie z udziałem prawnika reprezentującego bank. Banki permanentnie zwodziły i zastraszały klientów, nie odpowiadały na telefony, okłamywały ich tak, że gdy przychodził czas rozprawy, większość pozwanych nie miała już siły walczyć, poddawała się i sprawa odbywała się błyskawicznie pod ich nieobecność. Jak zauważyła jedna z bohaterek książki Packera, Sylvia Landis: Więcej czasu, niż dostali ci ludzie, którzy przecież tracili domy, spędzam przy okienku w McDonaldzie dla zmotoryzowanych.
Jedną z ulubionych książek miliardera z Doliny Krzemowej, Petera Thiela, jest wydana w 1967 r. „Le Défi Américain” francuskiego dziennikarza i polityka Jeana-Jacquesa Servana-Schreibera. Została w niej zarysowana wizja postindustrialnej utopii istniejącej w USA około 2000 r. Servan-Schreiber uważał, że dysproporcje między dochodami ludzi zaczną się wyrównywać, a komputery wyzwolą ludzi, którym wystarczy praca 4 dni w tygodniu po 7 godzin dziennie. Można zapytać, co potoczyło się nie tak: era informatyczna, przewidywana przez francuskiego dziennikarza, faktycznie nastała. Ale utopia, która wraz z nią miała zostać zrealizowana – nie zaistniała. W jakim kierunku poszedł rozwój gospodarek i w ogóle świata Zachodu w ostatnich kilkudziesięciu latach? Czy mieliśmy do czynienia ze spojrzeniem na gospodarkę z założeniem, że człowiek cokolwiek znaczy? Czy rewolucja teleinformatyczna stanowiła rzeczywiście taki przełom, że możemy mówić o erze postindustrialnej? Coraz więcej ekonomistów podważa dziś paradygmat świata postindustrialnego, podkreślając, że lekceważenie sektora wytwórczego było jedną z przyczyn współczesnego kryzysu gospodarczego i per saldo nie wyszło na dobre państwom wysoko rozwiniętym. Ha-Joon Chang ukuł słynny przykład, mówiący, że o wiele większą rewolucją niż Internet była pralka, która – redukując ilość wysiłku potrzebnego do utrzymania domu – pozwoliła kobietom wejść na rynek pracy.
Motyw ten przewija się również w książce Packera. Samochody, pociągi i samoloty nie były teraz wiele lepsze niż w 1973 roku. Rosnące ceny paliwa i żywności świadczyły o całkowitej porażce w rozwoju technologii energetycznej i rolniczej. Komputeryzacja nie stworzyła wystarczająco dużo miejsc pracy, żeby utrzymać klasę średnią, nie spowodowała rewolucyjnych zmian w produkcji i wydajności ani nie przyczyniła się do podniesienia poziomu życia we wszystkich klasach. Wszystko to spowodowało, jak konstatował Thiel, że Amerykanie przestali już po prostu wierzyć w przyszłość i liczyć, że coś dobrego może im ona przynieść.
Trudno powiedzieć, czy Packer wierzy w przyszłość, nie daje bowiem żadnych gotowych recept, nie wskazuje dróg wyjścia z sytuacji, w jakiej znalazła się Ameryka, nie przesądza, za sprawą jakich działań mogłoby się dokonać uzdrowienie kraju. Wydaje się jednak, że mimo wszystko wierzy w Amerykanów i stara się odnajdywać wśród nich postaci, które – nie bacząc na piętrzące się przeciwności losu – zachowały i kultywują w sobie niemodne już ideały, jakie kiedyś dominowały w tym kraju. Mówi nam, że Ameryka to nie tylko Wall Street, celebryci i politycy z pierwszych stron gazet, że życie jest gdzie indziej, że tzw. amerykańskie wartości, sukcesywnie spychane na margines lub groteskowo wykoślawiane, ciągle jednak tlą się tu i ówdzie, mają nadal wyznawców i apostołów oraz ogromną siłę oddziaływania, a ich odrodzenie jest warunkiem wstępnym uzdrowienia amerykańskich realiów.
Uwagi, obserwacje i ostrzeżenia Packera, o czym warto pamiętać, nie odnoszą się jednak tylko do Ameryki. Nie można udawać, że problemy przez niego opisane nie dotyczą społeczeństw Starego Świata. Również i Europa boryka się z podobnymi trudnościami, na które jak na razie nie potrafi znaleźć skutecznego remedium. W Starym Testamencie opisana została instytucja roku jubileuszowego, obchodzonego przez Żydów co 50 lat. Za jego sprawą była przywracana naturalna homeostaza: długi umarzano, ziemia wracała do pierwotnych właścicieli, niewolników uwalniano. Można powiedzieć, że było to ówczesne prawo antymonopolowe zapobiegające procesom koncentracji majątku i władzy. W czasach współczesnych nie znamy tego rodzaju instytucji – a szkoda. Jednak fakt, że okres od końca II wojny światowej do lat 70. uznawany jest za czas względnego egalitaryzmu, świadczyć może o tym, iż taką rolę jak starotestamentowy rok jubileuszowy spełniła poniekąd wojna. Miejmy nadzieję, że nie będą potrzebne podobne wydarzenia, aby współczesne dysproporcje majątkowe zostały zniwelowane.
George Packer, Kryzys wolnego rynku? Ameryki portret wewnętrzny, tłum. Magdalena Słysz, Świat Książki, Warszawa 2015.
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 24 listopada 2015 | Jesień 2015, Wywiad - kwartalnik
– 28 grudnia 1895 r. w Salonie Indyjskim Grand Café w Paryżu bracia Lumière pokazali publiczności „Wyjście robotników z fabryki”. To początek kina, także filmu dokumentalnego. Zaczęło się od 48-sekundowego obrazu. 110 lat później na ekrany wszedł ponad dwugodzinny obraz „Śmierć człowieka pracy” Michaela Glawoggera, do którego zdjęcia autor kręcił w Ukrainie, Niemczech, Indonezji, Nigerii. Film dokumentalny ma się w naszych czasach o wiele lepiej niż klasa robotnicza.
– Artur Liebhart: Nie tylko bracia Lumière w tamtym czasie nagrywali pierwsze filmy. Byli też inni pionierzy kina, z Niemiec i Belgii, korzystający z własnych technologii, którzy na bohatera zbiorowego wybrali klasę robotniczą, ludzi wychodzących z fabryk. Glawogger po latach stwierdzał, że w naszym kręgu kulturowo-ekonomicznym klasa robotnicza zanika. Dla kontrastu: w 2005 roku film dokumentalny nabierał rozpędu. Twórcy byli w stanie, mówiąc językiem rachunku finansowego, od którego nie da się uciec także w tej branży, zdobyć znaczne fundusze na duże projekty z instytutów filmowych czy od różnych organizacji finansujących szeroko rozumianą sztukę.
Te czasy już minęły. Nawet największym twórcom kina dokumentalnego nie jest łatwo zdobyć pieniądze na projekty tworzone z rozmachem. A ci, którzy wciąż je dostają, muszą płacić cenę niezależności. Podam dwa przykłady. Wybitni twórcy, Werner Herzog i Wiktor Kossakowski, pracują obecnie nad wielkimi projektami filmowymi, które są na miarę ich ego i ambicji artystycznych. Otrzymali potrzebne pieniądze od olbrzymich organizacji medialnych, które postawiły warunek, że to one będą całkowicie kontrolować dystrybucję filmów na całym świecie. To oznacza, że tych obrazów najprawdopodobniej w ogóle nie zobaczymy w kinach. Zwykłemu widzowi pozostanie ekran laptopa, ewentualnie monitor telewizora.
Możni medialnego świata dostrzegli potencjał w filmie dokumentalnym, tym robionym z rozmachem przez głośne nazwiska. Próbują go zagarniać do swoich celów marketingowych, zrobić produkt ekskluzywny, na wyłączność, rozpowszechniany tylko za pośrednictwem VOD, czyli płatnego udostępniania treści multimedialnych. To bardzo zła praktyka. Niestety, w tę stronę ewoluuje cały świat medialny. To powoduje, że producenci nie chcą pokazywać filmów dokumentalnych na festiwalach czy publiczności w kinie. Liczą się abonament i zarobek.
– Czytałem niedawno wywiad z Joe NeCastro, dyrektorem do spraw rozwoju w Scripps Networks Interactive, zrobiony tuż po tym, jak ta firma sfinalizowała przejęcie TVN. Uderzał skrajnie zekonomizowany język opisu mediów.
– Nie ma dziś „przestrzeni mentalnej” na mówienie o czym innym. A nawet gdyby ktoś zaryzykował opis tego biznesu w innym świetle, najprawdopodobniej osoby odpowiedzialne w zarządzie choćby za kwestie PR-u uznałyby go za szaleńca.
– Gdy w 2012 r. po raz pierwszy byłem na festiwalu Planete+ Doc Film Festival, postrzegałem film dokumentalny jako rzecz nieco archaiczną. Po kilku dniach wyszedłem z Kinoteki zachwycony. Zobaczyłem m.in. „Projekt NIM” Jamesa Marsha, „Niech żyją Antypody!” Wiktora Kossakowskiego, „Chwała dziwkom” Michela Glawoggera, „Wodne dzieci” Aliony van der Horst. Miałem przed sobą cały świat. Potrafisz ująć różnorodność filmu dokumentalnego w kategorie, pokazać trendy jego rozwoju?
– Można się o to pokusić, choć film dokumentalny bardzo szybko się zmienia. Co kilka lat pojawia się obraz, który bardzo trudno zaklasyfikować. Filmoznawcy próbują oczywiście ująć ten świat w kategorie.
Moim zdaniem w naszych czasach na dalsze kierunki rozwoju filmu dokumentalnego ma wpływ rzecz tak trywialna, jak jego format. Albo film jest robiony dla telewizji i ma 55–60 minut, albo jego autor ma środki i zaufanie osób finansujących produkcję i wtedy to rzecz pełnometrażowa. To bardzo ważna sprawa, bo pozwala wykroczyć choćby poza zawężającą perspektywę ukazywania świata: krótkie pytanie, krótka odpowiedź. Wtedy dopiero widzimy film dokumentalny w jego bogactwie.
– I co się na nie składa?
– Mamy cinéma vérité, czyli film obserwacyjny. To „czysty dokument”, który polega na rejestracji rzeczywistości: reżyser stawia kamerę i idzie na piwo [śmiech].
Herzog jest krytykiem tego stylu, mówi: „bądźcie reżyserami, a nie muchami na ścianie”. Jego zdaniem twórcy muszą współtworzyć filmowe sytuacje, żeby „zagęszczać rzeczywistość”, odsuwać kotarę banalnej codzienności i ukazywać prawdziwe energie, które tworzą świat, rządzą nim lub na niego istotnie wpływają. Herzogowski styl powoli wygrywa w tej dziedzinie.
Inne filmy, w których lubują się głównie reżyserzy z krajów germanofońskich, to travelogi. To produkcje które pokazują jakiś temat, widziany z perspektywy różnych części świata, „filmy globalne”. Bardzo często opierają się one na zanegowaniu pozornych oczywistości funkcjonujących w danej kulturze. Można je traktować jako wyzwanie intelektualne i emocjonalne dla nieco bardziej wymagającej widowni. Za przykład niech posłużą obrazy Glawoggera. Jego „Megamiasta” z 1998 r. to jeden z pierwszych dużych, pełnometrażowych filmów dokumentalnych zrobionych jak fabuła, mocno zagęszczających rzeczywistość. Glawogger pokazał w nim Moskwę, Meksyk, Mumbaj, Nowy Jork. Na identycznym schemacie oparte są jego „Śmierć człowieka pracy” czy „Chwała dziwkom”, rzecz pokazująca realia prostytucji w różnych kręgach kulturowych współczesnego świata.
Są też filmy, które nazywam intymnymi. To długie dokumenty, które najczęściej są kręcone na bardzo długich planach, chcą nam pokazać prywatność bohaterów w sposób niemal namacalny.
I są filmy dokumentalne, które „chcą coś załatwić”, realizowane zarówno w formacie telewizyjnym, jak i pełnometrażowym. Bardzo rzadko są udane, często – przeciętne. Najczęściej to produkcje pokazujące różne zjawiska społeczne w sposób bardzo dydaktyczny. Najlepsze kino tego gatunku to takie, które pozwala nam myśleć i oglądać świat.
– Nie lubisz dydaktyki w filmie dokumentalnym?
– Problem raczej w tym, że ludzie przesiąknięci neoliberalnymi sposobami opisu świata odbierają kino z mocną tezą jako propagandę. Nie radzą sobie z mocno postawionymi tezami odmiennymi od poglądów, które uznają za oczywiste.
To wyraźny problem polskiego filmu dokumentalnego. U nas nie powstaje szerzej rozumiane kino polityczne. Owszem, doszliśmy do takiego etapu, że powstają w Polsce filmy o komunizmie. Robi się je dobrze, czasem nawet bardzo dobrze. To filmy naprawdę głębokie, które nie zestarzeją się i za sto lat. Na uwagę zasługuje kino Macieja Drygasa, który z absolutną konsekwencją tworzył oparte o archiwa filmy poświęcone czasom PRL. Ale niemal wszystko, co powstało w polskim dokumencie po 1989 r. i odnosiło się do nowych realiów, jest silnie naznaczone cenzurą wewnętrzną. Owszem, są wyjątki, np. „Balcerowicz. Gra o wszystko” Andrzeja Fidyka. To dobrze zrobiony film–pamflet. Z kolei „Bar na Wiktorii” Leszka Dawida to chyba jedyny znany mi film dokumentalny, który był na tyle delikatny, że mógł powstać, a dziś jego ranga rośnie. To tytuł, który pokazuje pierwszą falę emigracji Polaków do Anglii po akcesji do Unii Europejskiej. Stawia pytanie choćby o to, kim byli ludzie wyjeżdżający wówczas z kraju.
– Czy problem polega na tym, że nie stworzono u nas odpowiedniego języka filmowego do analizowania rzeczywistości czasów transformacji?
– Odwołam się do konkretnego przykładu. W 1997 r. ukazał się film dokumentalny Ewy Borzęckiej „Arizona”. To bardzo mocny film o końcu PGR-ów. Autorka weszła w tamten świat, ale nie spojrzała na niego szerzej. Pokazała widzom pijanych chłoporobotników, ale nie pokazała przyczyn ich demoralizacji i rozpaczy. Miała wielką szansę na zrobienie filmu wybitnego. Zrobiła film, który zdeterminował opis rzeczywistości. Mało kto od tamtej pory odważył się na pokazanie Polski-w-procesie: mam wrażenie, że przestraszyli się i twórcy, i potencjalni dysponenci środków finansowych.
Owszem, mamy filmy o nędzy, pokazujące biedne podwórka, szpitalne historie schorowanych ludzi. To jednak są obrazy o wykluczonych, lecz nie o tym, dlaczego ludzie są wykluczeni. Na to pierwsze ewentualnie można u nas zdobyć pieniądze. Ale brak nam sztuki kręcenia filmu dokumentalnego, który pomógłby Polakom zrozumieć, co się dzieje dookoła.
– W jednym z wywiadu wspominałeś, że film dokumentalny stał ci się bardzo bliski w czasie studiów na Wydziale Nauk Politycznych i Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. Jakie obrazy oglądałeś? Jacy twórcy cię interesowali?
– Byłem wtedy pod wielkim wrażeniem kina dokumentalnego Krzysztofa Kieślowskiego, „czarnej serii polskiego dokumentu”, twórczości Wojciecha Wiszniewskiego. To były filmy, które mnie poraziły. Zacząłem szukać także zagranicznego filmu dokumentalnego. W wakacje jeździłem do Francji na winobranie, to były lata 80. XX w. Zacząłem tam szperać po księgarniach, bibliotekach, kupować filmy na kasetach VHS. Bardzo słabo znałem francuski, ale naprawdę byłem zafascynowany. Wtedy po raz pierwszy oglądałem filmy Raymonda Depardona. Na festiwalu, który mam zaszczyt prowadzić, pierwszą pokazaną przez nas retrospektywą były jego filmy… Depardon był nieledwie moim przewodnikiem po tym, czym może być film dokumentalny, jakim może być obrazem świata, relacji społecznych. Pamiętam bardzo dobrze jego filmy o rozprawie sądowej czy pogotowiu ratunkowym.
Wrócę jeszcze do Kieślowskiego. Rozczarował mnie, gdy odszedł od filmu dokumentalnego, podając powody niby-etyczne: że nie chce pokazywać czyjegoś cierpienia. Stwierdził, że film dokumentalny wyczerpał możliwości pokazywania świata. Uważam, że nasz wielki mistrz był w błędzie. To, co dotyczyło jego własnej drogi, podał jako uniwersalną prawdę.
– Gdy trzy lata temu przeprowadzałem z Tobą wywiad, mówiłeś: „polscy dokumentaliści lat 80. i 90. stracili strasznie dużo tematów. Nie powstał film dokumentalny o Kwaśniewskim. Nie powstał dokument o Lepperze. Nie powstał choćby duży, kręcony cztery, pięć lat film o Stadionie Dziesięciolecia, w którym można by pokazać nową klasę ekonomiczną w Polsce, która od łóżek polowych przez szczęki weszła do większego biznesu. To by mogły być filmy, do których pokolenia by nawiązywały”. Coś się w tym względzie zmieniło/zmienia na lepsze?
– Moim zdaniem nic się nie zmieniło. Doszły za to kolejne tematy. Można by nakręcić interesujący film dokumentalny pod tytułem „Polskie drogi”, którego bohaterem mógłby być mały podwykonawca jednej z polskich dróg ekspresowych czy autostrad, jego życie, praca, bankructwo. To się aż prosi o pokazanie. Tym bardziej, że trudno pojąć, dlaczego kilometr polskiej drogi jest droższy niż kilometr szwajcarskiej, gdy Szwajcaria ma bardzo górzysty teren i zdecydowanie trudniej wybudować tam autostrady. I nieco podobny temat: jak to jest, że kraje zachodnie wciąż inwestują w lokalne sieci kolejowe, w powszechny i dostępny transport pasażerski, a nasze władze nie są tym zainteresowane. Ten temat ściśle wiąże się z innymi: oszczędzaniem energii, mobilnością społeczną. Komunikacja zbiorowa jest przecież priorytetem innych krajów Unii Europejskiej – u nas to kompletnie leży.
To się wiąże z jeszcze jedną sprawą: brakuje nam filmów, które pokazywałyby procesy związane z transformacją, zachodzącymi w ciągu dekad przemianami kulturowymi, obyczajowymi, rynkowymi. Dla kontrastu, Helena Třeštíková, czeska dokumentalistka, ponad dwadzieścia lat temu zaczęła pracę nad kilkoma filmami równocześnie. Co dwa, trzy lata kończy któryś z projektów i pokazuje efekty. Zrobiła choćby film „René” o narkomanie, który zaczęła kręcić jeszcze pod koniec lat 80. XX w. A ostatnio pokazała film „Prywatny wszechświat” o małej, zwykłej czeskiej rodzinie. Obraz zaczyna się od historii kobiety i mężczyzny, którzy pobrali się pod koniec lat 80. i doprowadzony jest do 2013 roku, gdy ich syn wyjeżdża do Hiszpanii, żeni się tam, układa sobie życie. Třeštíková pokazała ludzki wszechświat jak w soczewce: zaczęła od małej czeskiej stabilizacji, która rozpadła się z początkiem lat 90., pokazała załamywanie się więzi rodzinnych po 1990 roku, perypetie zwykłego życia… Znakomity film, pokazujemy go w ramach Akademii Dokumentalnej.
W tym roku pokazywaliśmy na festiwalu obraz Nicolasa Geyrhaltera kręcony przez piętnaście lat, opowiadający o niewielkiej miejscowości na pograniczu Austrii i Czech. Punktem odniesienia jest tamtejsza mała fabryczka, zakład tekstylny, który funkcjonował od XIX w. i został zamknięty na początku XXI wieku. Takiego filmu brakuje mi w Polsce, takiej szerokiej perspektywy.
Zupełnie zgubiliśmy w sobie chęć pamiętania. Przelecieliśmy przez te ostatnich 25 lat jako społeczeństwo, zupełnie nie zdając sobie sprawy, ile rzeczy się w tym czasie zmieniło. A przecież, żeby wiedzieć, dokąd idziemy, musimy wiedzieć, skąd przyszliśmy. Skupiamy się na chwili obecnej, patrzymy w przyszłości, ale przestajemy rozumieć siebie. Sztuka filmowa całkowicie tutaj poległa.
Świat zmieniał się tak szybko, że nie wiadomo było, co zostanie, a co jest tylko chwilowe. Twórcy filmów dokumentalnych należeli do ówczesnej elity kraju – obracali się w „pewnych kręgach kulturowych”. Rok 1989 przyniósł zupełną deprecjację tego, co możemy nazwać dotychczasową elitą intelektualną. Zaczął się zmieniać kodeks wartości i spraw ważnych w życiu publicznym czy prywatnym. Nie bez znaczenia była też szersza zmiana trendów kulturowych. Ludzie, którzy uważali, że mają prawo obejrzeć w Telewizji Polskiej ambitny film dokumentalny rodzimego twórcy, nagle uznali, że ich prawem jako obywateli wolnego kraju jest stwierdzić, że to nudne i bez sensu. Twórcy filmów dokumentalnych zostali w jakiś sposób odrzuceni przez media młodego kapitalizmu i sami – moim zdaniem – uprzedzili się do niego.
– Lepiej się czuli w realnym socjalizmie?
– Nie rozumieli na ogół, co się dzieje. Nie pamiętam żadnego porządnego filmu dokumentalnego o polskich przemianach ekonomicznych. Mówię o solidnym filmie, zrobionym nie z dystansu i na podstawie materiału archiwalnego, ale wtedy nakręconym. Jest tylko „Arizona” Borzęckiej, znajdą się w archiwach telewizji krótkie reportaże o tamtych czasach. Ale generalnie dokumentaliści nie chcieli o tym mówić – zwyciężyło przekonanie, że to jest niewarte wyższej sztuki. Bardzo dobrze pamiętam, jak wyglądała ulica Marszałkowska w 1989/1990 r. zastawiona łóżkami polowymi. Gdybym wtedy był trochę starszy, sam robiłbym filmy o ludziach, którzy zdobywali pieniądze, żeby kupić towary, filmy o tym, jak zmieniało się wtedy ich życie.
– Pytanie, czy nie mieliśmy do czynienia z czymś w rodzaju cenzury.
– Sądzę, że tak. Wtedy nie było jeszcze Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, a około 70 proc. pieniędzy na dokumenty dawała Telewizja Polska, która wybierała, jakie filmy chce. A w Ministerstwie Kultury debiutant, i to jeszcze dokumentalista, nie miał niemal żadnych szans na zdobycie środków. Trzeba było odbyć ścieżkę czeladnictwa, to znaczy najpierw zrobić kilka reportaży na zlecenie TVP, być grzecznym i posłusznym, żeby ewentualnie później zdobyć pieniądze na film dokumentalny.
Pamiętajmy, że w Polsce w ogóle nie robiło się pełnometrażowych filmów dokumentalnych, a jedynie krótkometrażowe na potrzeby telewizji. Mało kto wyobrażał sobie, że może zrobić pełny metraż dokumentalny.
– Znasz instytucję „półkowników”, czyli filmów dokumentalnych, które kończą w archiwach, bo wpływowi ludzie lub instytucje uznali je za nieodpowiednie dla widzów. Dobrym przykładem jest „Witajcie w życiu” Henryka Dederki z 1997 r., który pokazuje kulisy działalności firmy Amway. Dopiero w 2012 r. Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł, że TVP może wyświetlić film na swojej antenie „pod warunkiem usunięcia z niego nieprawdziwych danych o strukturze dochodów korporacji”.
– Dederkę spotkało prawdziwe inferno. To był wyraźny sygnał dla dokumentalistów: proszę się nie tykać spraw transformacji społecznej, w której istotną rolę odgrywa wielki biznes – w przeciwnym razie skończycie w sądzie. Nie jest to cenzura polityczna ani tematyczna. To jest wprost cenzura cywilna, która uruchamia w twórcach cenzurę wewnętrzną: nie będę się wychylał, mam rodzinę, chorą matkę, lepiej robić „fajne filmy”.
Jedna rzecz mnie uderza. To mianowicie, że wtedy nie zawiązała się żadna konfederacja twórców w obronie „Witajcie w życiu”. Mówię o różnych artystach, od malarzy czy rzeźbiarzy, przez pisarzy, po filmowców i radiowców. Atomizacja społeczna była już wówczas tak wielka, że ludzie w pojedynkę gryźli trawę na stadionie młodego kapitalizmu. Na ogół nikt nie chciał robić sobie problemów. Uznano powszechnie, że Dederko poszedł za daleko, więc za to zapłacił. Przypominano mu, że złamał prawo. W ten sposób prawo, rozumiane wbrew interesowi publicznemu, okazało się straszakiem i kagańcem. Los jego filmu naprawdę dobrze pokazuje zmiany świadomościowe, społeczne i etyczne w Polsce.
– W krajach zachodnioeuropejskich wolność dokumentalisty jest/była większa?
– Jeżeli twórcy dotykają zagadnień, które godzą w czyjeś interesy ekonomiczne, to w budżecie filmu są prawnicy. Ich zadaniem jest ocenianie ryzyka na bieżąco. Przygotowują się także do ewentualnej obrony i składają odpowiednią deklarację producentom i wszelkim podmiotom finansującym film, że podjęty temat jest ważki społecznie. Jeśli waga społecznego znaczenia filmu dokumentalnego jest uznana przez prawników, przez producentów i przez decydentów finansowych, to rzecz nabiera pewnego ciężaru, z którym bardzo, naprawdę bardzo trudno jest później wygrać. A to dlatego, że – w takim przypadku – interweniują ciała, które stoją na straży wolności obywatelskiej i wolności słowa.
– Dodajmy do tego znaczny mecenat państwowy w przypadku zachodniego filmu dokumentalnego. Na „Ambasadora” Madsa Bruggera wielkie środki wyłożył duński Totalizator Sportowy.
– Totalizator Sportowy jako instytucja-mecenas o wiele większe znaczenie niż w Skandynawii ma w Wielkiej Brytanii. Nie dają tych pieniędzy bezinteresownie. Redystrybucja środków finansowych za pośrednictwem kultury jest tam bardzo dobrze widziana. Totalizatory brytyjskie wręcz szukają twórców i pomysłów, sposobów na to, by pokazać się jako instytucje świadome społecznie.
– Kim są wielcy współczesnego dokumentu? Co decyduje o ich wielkości?
– Bezkompromisowość. Podam przykład Joshuy Oppenheimera, absolwenta Harvardu, reżysera „Sceny zbrodni” z 2014 r. Jeszcze kilka lat temu był on mało znanym twórcą, próbował kręcić filmy fabularne. „Scena zbrodni” to obraz o ludobójstwie dokonanym przez prawicowy reżim w Indonezji w latach 1965–1966. Oppenheimer „poczuł krew”, zobaczył, że temat tego ludobójstwa jest zupełnie przemilczany, a ludzie, którzy dopuścili się zbrodni, występują w tok-szołach jako bohaterowie. Wpadł na niesamowity pomysł: zaprosił tych ludzi rzekomo do zagrania w filmie fabularnym, który miał pokazywać ich glorię. Ukazał, jak pysznili się tym, że „uratowali Indonezję przed komunizmem”. Jego trzyletnia praca, konsekwencja i odwaga przyniosły niesamowity efekt.
Film dokumentalny wymaga od twórców wielkich poświęceń. Oczywiście istnieją takie przypadki także w fabule, ale jeśli porównamy te dwa gatunki, to dokument wymaga nierzadko absolutnego oddania się swojemu tematowi, swoim bohaterom. Tego trzeba, by ukończyć wiele filmów.
– Wspomniany już „Ambasador” Bruggera to właściwie dziennikarstwo śledcze.
– I nie tylko ten film. Na mnie olbrzymie wrażenie zrobił Erik Gandini, pół-Szwed, pół-Włoch, który w 2006 roku nakręcił pierwszy, moim zdaniem najlepszy, film o Guantanamo. Przeprowadził także – po wielu latach – niesamowite śledztwo dziennikarskie dotyczące tego, kto naprawdę wydał i zamordował Che Guevarę.
Praca dokumentalisty jest bardzo ciężka, niekiedy granicząca wręcz z obsesją, z poświęceniem swojego życia prywatnego. To powoduje, że film dokumentalny potrafi w odbiorcy wywołać bardzo silne emocje, które trudno porównać z tym, jak działa kino fabularne. A to dlatego, że są to emocje związane z tak deficytowym obecnie dobrem jak empatia, one rozbudzają chęć dowiedzenia się czegoś więcej o świecie, chęć działania.
– Chciałbym uniknąć dydaktycznej nuty, ale mam wrażenie, że festiwal filmu dokumentalnego, który stworzyłeś, pełni nieledwie rolę edukacyjną, wychowawczą.
– Nie boję się takich stwierdzeń. Ale ważne jest, że to dzieje się zupełnie nienachalnie. Film dokumentalny, nie tylko dla widowni naszego festiwalu, stał się dziełem pełnowartościowym. Ludzie, którzy zobaczyli kilka wartościowych, bardzo dobrych artystycznie dokumentów, nie mają oporów, żeby pójść do kina wieczorem „na dokument”. Nie mam problemu, żeby powiedzieć, że to również forma dobrej rozrywki. To jest dla mnie najważniejsze: film dokumentalny staje się równorzędnym, ważnym elementem konsumpcji kultury.
– Kilka lat temu wasz festiwal otrzymał nagrodę Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej w kategorii „Najważniejsze międzynarodowe wydarzenie filmowe roku”. W naszym kraju panuje dość powszechna nieufność względem instytucji publicznych. Cenisz tę nagrodę?
– PISF przyznał nam tę nagrodę za festiwal w 2008 roku. To była wówczas duża sensacja – jako młody festiwal zostaliśmy docenieni wcześniej niż warszawski czy krakowski festiwal filmowy i wcześniej niż Festiwal Nowe Horyzonty. Byłem wtedy w siódmym niebie, to była druga lub trzecia edycja nagród PISF.
Samo powstanie PISF dość powszechnie krytykowano w mediach, narzekano, że to kolejna biurokratyczna instytucja, na którą trzeba będzie płacić podatki. W rzeczywistości PISF nawiązuje do najlepszych wzorów zachodnich instytucji tego typu, które działają od lat i dają większą niezależność sztuce filmowej. Obecnie jesteśmy jedynym krajem w Europie Środowo-Wschodniej, który ma taką instytucję. Z perspektywy blisko dekady jej funkcjonowania widać tego efekty. Kilka lat temu, gdy PISF nabierał rozpędu, kino czeskie czy węgierskie było absolutnie rozpoznawalne, jeśli chodzi o naszą część Europy. A polskie kino było wówczas w najmniejszym poważaniu. Teraz sytuacja się zmieniła, z pomocą PISF udało się choćby znacznie wzmocnić prace nad rodzimym scenariuszem, który długo był najsłabszym elementem polskich filmów fabularnych. Do dziś nie jest z tym dobrze, ale już nie tak źle, jak kiedyś.
Na instytucjonalne wsparcie dla filmu warto spojrzeć szerzej. Mamy taki fenomen jak kino rumuńskie, które jest nieprawdopodobnie cenione na świecie, co rok ma „nowego proroka”, który dostaje nagrody czy to na Berlinale, czy to w Cannes, czy w Wenecji. To kino pokazywane jest na całym świecie, wszędzie – tylko nie w Rumunii.
– Kręcą filmy na eksport? To brzmi nieco groteskowo.
– Tym bardziej, że Rumuni specjalizują się w kinie społecznym. Dwukrotnie byłem członkiem jury na rumuńskich festiwalach filmowych. Okazało się, że tamtejsze sławy europejskiego kina nie mają u siebie nawet żadnego medium, które nagłaśniałoby ich produkcje, organizowało wokół nich dyskusje.
Cristian Mungiu, który w 2007 roku zdobył w Cannes Złotą Palmę za film „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni”, pokazywał ten film w Rumunii za pośrednictwem kina objazdowego, które sam stworzył. Jeździł z filmem od Bukowiny po Timiszoarę. Od tego czasu sytuacja nie zmieniła się na lepsze. Zagadywałem Rumunów dwa lata temu: macie przecież jedną z najlepszych kinematografii w Europie. Odpowiadali, że nikt nie chce tego oglądać, że multipleksy nie chcą tego pokazywać, że w ogóle nie ma pomysłu na to, by zainteresować kinowych potentatów tą produkcją. A moim zdaniem widownia by się znalazła.
– Nie mają kin studyjnych?
– Nie, nie mają. Tymczasem z moich rozmów z filmowcami z całego świata wynika, że Polska jest uznawana za kraj kina. To, że u nas utrzymały się kina studyjne, jest wielką wartością. Pod tym względem jesteśmy w lepszej sytuacji niż Węgry, Słowacja czy Czechy, które mają wysoką kulturę kinową.
– I u nas znikają „małe kina”.
– Oczywiście, nie da się naszych realiów porównać ze znacznie lepszą sytuacją w wielu zachodnich krajach, w których istnieją znakomite kina art-house’owe z pięknymi salami. Nasze kina studyjne nie mają na ogół lekko, ale funkcjonują, kultura kinowa jest podtrzymywana, dzięki temu istnieje filmowy świat poza multipleksem.
– Od tego roku wasz festiwal zmienił nazwę na Docs Against Gravity Film Festival. Dlaczego tak się stało?
– Zakończyliśmy współpracę z kanałem tematycznym Planete, bo przestał interesować się filmem dokumentalnym zaangażowanym społecznie, który jest ważnym elementem naszego festiwalu. Pewne zmiany kapitałowe doprowadziły do tego, że Canal+, wraz ze swoim wspaniałym „ogrodem sztuk”, którego wiele krajów nam zazdrościło, został kupiony przez ITI. I tak powstała platforma NC+. Planete szuka obecnie innego widza, więc ani my nie czuliśmy się dobrze z nimi, ani oni z nami. Po dziewięciu latach współpracy rozstaliśmy się w zgodzie.
Przy okazji okazało się, że na dokument jednak jest zapotrzebowanie – Discovery zostało zaproszone przez NC+ do stworzenia dla nich nowego kanału. I tak powstał Discovery Canal+. To mnie cieszy, bo pokazuje, że film dokumentalny stał się na tyle ważny dla widza, iż nie sposób go pominąć w ofercie.
Bardzo się dziwię, że telewizja publiczna wciąż nie znalazła pieniędzy na otwarcie kanału dokumentalnego, bo byłby to pewny sukces. Taki kanał, nazwijmy go roboczo TVP Dokument, miałby od razu największą widownię ze wszystkich istniejących w Polsce kanałów dokumentalnych. A tym samym mógłby mieć od razu największy budżet reklamowy. Pewny sukces! Mówiłem o tym nie raz decydentom z telewizji publicznej, widzieli pełne sale na festiwalu… I pewnie kolejny raz spróbuję przekonać ich do tego projektu.
– A może to się u nas jednak szeroko nie sprzeda?
– Film dokumentalny może mieć olbrzymią wartość komercyjną. Najlepszym na to dowodem jest działalność HBO. Oni wydają na produkcję polskich filmów dokumentalnych bardzo duże pieniądze. Przyjmują strategię, o której wspominałem na początku rozmowy, tzn. traktują film dokumentalny bardzo ekskluzywnie: premierowo pokazują obrazy przede wszystkim u siebie, żeby na tym zarobić. Czasami robią wyjątek, jak w tym roku, dla wspaniałego filmu Hani Polak „Nadejdą lepsze czasy”, który już zdobył 18 nagród na świecie, w tym główną na naszym festiwalu.
Ten tytuł to zapis czternastu lat z życia głównej bohaterki, Julii, która wraz z matką żyje na największym w Europie wysypisku śmieci pod Moskwą. Gdy Polak zaczynała kręcić materiał, jej bohaterka miała jedenaście lat. Ten film ma duże szanse na nominację Oskarową, dlatego HBO pozwoliło pokazywać go wcześniej na festiwalach.
– Wasz festiwal odbywa się każdego roku w kilku miastach Polski. Czy rozstanie z Planete oznaczało dla Ciebie problemy ze zdobywaniem środków na to spore wydarzenie?
– Nie, nie mieliśmy takich problemów. I rzeczywiście, w tym samym czasie, co w Warszawie, jesteśmy od trzech lat z festiwalem także we Wrocławiu, z pięćdziesięcioma filmami. Od dwóch lat jesteśmy w Bydgoszczy, z około dwudziestoma pięcioma filmami. Oprócz tego w ciągu tych dziesięciu festiwalowych dni animujemy Weekend z festiwalem Docs AG, w ramach którego sześć filmów pokazujemy w dwudziestu innych miastach. Jest to ogromna operacja logistyczna, ale dzięki temu możemy wykorzystać synergię mediów w tym okresie, ich zainteresowanie. Tworzymy święto filmu dokumentalnego.
– Bydgoszcz to mniejszy ośrodek. To wasz ukłon w stronę prowincjonalnej Polski?
– Na to składa się kilka rzeczy. Po pierwsze, w Bydgoszczy, w Miejskim Domu Kultury i kinie „Orzeł” pracują światli ludzie, którzy kochają film dokumentalny i którzy chcieli się w taki projekt zaangażować. To jest najważniejsze. Zresztą Bydgoszcz ma bardzo duże tradycje filmu dokumentalnego, stamtąd pochodzi nestor polskiej dokumentalistyki Kazimierz Karabasz. Stamtąd pochodzą też młodzi dokumentaliści, jak Maciek Cuske. Nie jest to miejsce przypadkowe.
Ale jesteśmy także w większych ośrodkach, jak Wrocław, który jest bardzo filmowy, ma dwa wspaniałe kina studyjne, jedno jest prowadzone przez Stowarzyszenie Nowe Horyzonty, a drugie przez instytucję wojewódzką, należy do Odra Film, jest czterosalowym, wspaniałym kinem art-house’owym, w którym odbywają się wrocławskie edycje naszego festiwalu.
– A gdyby ktoś wam zaproponował sprowadzenie festiwalu do Rzeszowa lub do wielkopolskiego Śremu?
– Bardzo chętnie. To jak zawsze zależy od ludzi. Nie traktujemy swojej działalności komercyjnie, lecz w kategoriach promocji kina dokumentalnego, myślenia o świecie filmem dokumentalnym.
– Musicie jakoś zdobywać środki na festiwal.
– Swoją działalność prowadzimy cały rok. Nie jesteśmy festiwalem, który w czerwcu się zamyka, a my kończymy pracę. Zajmujemy się dystrybucją zarówno filmów dokumentalnych, jak i fabularnych do kin, do telewizji, na portale VOD.
Mamy też własny projekt edukacyjny, Akademię Dokumentalną, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Jesteśmy na czterech uniwersytetach w Polsce z fakultetem z filmu dokumentalnego, za który studenci otrzymują punkty w ramach Europejskiego Systemu Transferu Punktów (ECTS). Zaczynaliśmy trzy lata temu na Uniwersytecie Warszawskim. W pierwszym roku zajęło nam jeden dzień, żeby zapełnić 400-osobową salę w kinie „Luna”, w następnym – godzinę, w kolejnym – minutę. To jest płatny fakultet, studenci płacą 150 złotych za piętnaście spotkań, a później piszą pracę.
Dzięki temu wszystkiemu nasz bardzo mały zespół jest w stanie się utrzymać. Festiwal jest czubkiem góry lodowej: działamy przez cały rok, często w tych samych miejscach (i z ludźmi stamtąd), w których robimy festiwalowe odsłony. Poza tym mamy przedstawicieli w Trójmieście, Poznaniu, Krakowie, Wrocławiu, którzy promują nasze filmy, przygotowują pokazy połączone z debatami, zaciekawiają lokalną publiczność tym, co oferujemy.
– Kino komercyjne i film dokumentalny to dziś całkowicie różne światy. Multipleksy nie potrzebują tego drugiego. Ale produkcje w rodzaju „Czy Noam Chomsky jest wysoki czy szczęśliwy?” Michela Gondry’ego przyciągają nie tylko na festiwalu znaczną widownię.
– Są takie tytuły jak „Pina” Wima Wendersa, pełnometrażowy dokument poświęcony niemieckiej tancerce Pinie Bausch, nakręcony w technice 3D, który w Polsce „zrobił” 80 tys. widzów. Przypomnijmy sobie też film sprzed dwóch lat, czyli „Sugar Man” Malika Bendjelloul, historię muzyka z USA, Sixto Rodrigueza, który dopiero po dekadach dowiedział się, jak wielką zrobił karierę… w RPA. I jak wielkie pieniądze przeszły mu koło nosa, gdy całe życie żył bardzo skromnie. „Sugar Mana” obejrzało w kinach 120 tys. widzów, absolutny rekord w naszych czasach. Filmowi z pewnością pomogła ścieżka dźwiękowa puszczana niemal wszędzie, nostalgiczny soul z lat 60. Ten film odniósł wspaniały sukces, choć jest fatalnie zmontowany, widać na przykład, że reżyserowi zabrakło materiału, więc powtarza niektóre ujęcia, żeby zrobić „most” między poszczególnymi epizodami. Ale to nie ma znaczenia, bo sama historia głównego bohatera, okraszona muzyką, jest niesamowicie mocna i trafiła ludziom do serca.
Przy okazji: przypomnijmy sobie, że w 1988 r. na polski dokument pt. „Nienormalni” naszego klasyka Jacka Bławuta poszło do kin 800 tys. ludzi! Dziś to niewyobrażalne.
– Szukacie każdego roku dokumentów, które okażą się także komercyjnymi hitami?
– Zaraz po zakończeniu naszego festiwalu wsiadam w samolot i lecę do Cannes. Jestem tam przez tydzień i zaczynam selekcję filmów na przyszły rok. Z dużym wyprzedzeniem wiemy też od producentów, znajomych reżyserów, jakie będą filmy w przyszłym roku, gdzie będą miały światowe premiery, czy publiczność zobaczy je wcześniej na Berlinale, w Rotterdamie, w Amsterdamie. Jesteśmy festiwalem nastawionym głównie na publiczność i robionym dla publiczności. Celowo i świadomie nie mamy tzw. marketu, do nas przyjeżdżają goście na spotkanie z publicznością, a nie po to, żeby jednego dnia jeść wspólną kolację, a następnego konkurować o te same pieniądze na produkcję następnego filmu.
– Wspominałeś o Akademii Dokumentalnej, waszym projekcie edukacyjnym skierowanym do studentów. A co z młodszymi widzami – docieracie do nich?
– Akademia jest skierowana także do szkół podstawowych, gimnazjalnych, ponadgimnazjalnych. Zaczęliśmy ten projekt sami, bez żadnego wsparcia. Po dwóch latach, gdy okrzepliśmy, a szkoły regularnie zamawiały u nas pokazy, wystąpiliśmy o wsparcie do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego i je dostaliśmy. W szkołach podstawowych pokazujemy filmy, których u nas jeszcze się nie kręci, to głównie produkcje holenderskie, belgijskie, skandynawskie. To filmy dokumentalne produkowane z myślą o widzu, który ma 10–12 lat. Te filmy trwają 10–30 minut, ale są fantastyczne. Pokazują, jak radzić sobie z problemami rodzinnymi, jak akceptować czyjąś inność, jak rozumieć problemy innych ludzi. Jeden z tych filmów opowiada o chłopaku ze szkoły w Rotterdamie, który bardzo chciał należeć do baletu wodnego, przeznaczonego dla dziewczynek. Bez żadnych dwuznaczności: chciał przekonać swoje koleżanki, że może występować w takiej grupie, z zasady sfeminizowanej. No i udało mu się, pokazał im, że znajdzie się dla niego rola i miejsce w balecie wodnym. Zdobywali później nagrody.
– W jednym z wywiadów mówiłeś, że w Polsce obok młodych twórców ze zdwojonym wysiłkiem pracują także ci ze średniego i starszego pokolenia. Szukają tematów nie tylko na naszym podwórku, ale wychodzą dalej, w świat. Przyznam szczerze, że w tym roku z polskich filmów największe wrażenie zrobił na mnie bardzo prowincjonalny film dokumentalny, czyli „Biało-czerwoni z Chrząstawy” Krystiana Kamińskiego. A w ubiegłym „Sieniawka” Marcina Malaszczaka, młodego niemieckiego twórcy polskiego pochodzenia, rzecz także mocno prowincjonalna. Z drugiej strony bardzo rozczarował mnie „wychodzący w świat” „Fuck for Forest” Michała Marczaka.
– W przypadku ostatniego tytułu – zainwestowaliśmy w reżysera. Jego wcześniejszy film, „Koniec Rosji”, był naprawdę wybitny. Pokazał wielką odwagę młodego reżysera, który na dalekiej Syberii, w bazie wojskowej położonej na Przylądku Czeluskin, najdalej na północ wysuniętym punkcie obszaru euroazjatyckiego, nakręcił film o 19-letnim rosyjskim rekrucie. To był bardzo głośny obraz, Marczakiem zainteresowali się producenci na całym świecie. Młodemu reżyserowi udało się zdobyć zaufanie Rosjan z tej bazy wojskowej tak dalece, że pożyczyli mu helikopter do kręcenia zdjęć. Marczak pokazał świat zupełnie hermetyczny, nikomu niemal nieznany. To było naprawdę totalne kino dokumentalne.
„Fuck for Forest” to był bardzo ambitny, w swojej idei zdecydowanie herzogowski pomysł. Marczak chciał pokazać outsiderów, młodych Europejczyków, którzy chcą pomóc plemionom Amazonii. Puenta jest mocna: te światy zupełnie do siebie nie przystają, dobre chęci nie wystarczą dla zrozumienia „tych innych”, którzy nie są zainteresowani rolą tubylców, nad którymi biały człowiek pochyla się z troską. Oczywiście wielu widzów gubi się w tym filmie, on jest bardzo kontrowersyjny, ale i tak był to jeden z najgłośniejszych polskich filmów za granicą w ostatnich latach.
„Biało-czerwoni…” to z kolei obraz o Polsce C. To debiut reżysera, w dodatku rzecz robiona „hobbystycznie”, bo Kamiński musiał normalnie zarabiać na utrzymanie, a równocześnie kręcił swój film. Ten film to dla mnie jeszcze jeden dowód, że najmłodsze pokolenie dokumentalistów wydobędzie się z pułapki autocenzury i stworzy dzieła wybitne.
– Kino dokumentalne to także eksperyment. Dobrze to widać, jeśli porównamy filmy „Mundial. Gra o wszystko” Michała Bielawskiego oraz zdecydowanie eksperymentalny „Zagrajmy to jeszcze raz” Corneliu Porumboiu. Oba są znakomite, oba opowiadają o piłce nożnej i polityce, ale poza tym różni je niemal wszystko…
– Corneliu Porumboiu jest wielkim artystą, kręci przede wszystkim filmy fabularne. Miał w tym roku swój film na festiwalu w Cannes w konkursie głównym. Należy do reprezentantów rumuńskiej szkoły filmowej, o której mówiliśmy. Pomysł na „Zagrajmy…” wydaje się bardzo prosty. Reżyser wraz ze swoim ojcem, Adrianem Porumboiu, niegdyś sędzią piłkarskim, ogląda zapis telewizyjny meczu z grudnia 1988 r. między Dinamo Bukareszt a Steauą Bukareszt. Co ważne, Porumboiu–ojciec był głównym arbitrem tamtego spotkania. Pierwsza z drużyn była pupilem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, druga – rumuńskiej armii. Od początku do końca oglądamy tylko mecz sprzed kilku dekad, słuchamy rozmowy ojca z synem, jesteśmy świadkami opowieści o charakterze nie tylko politycznym.
Ten film wykraczał poza ekran. Z pozoru skupia uwagę na tym, co widać „w telewizorze”, ale w rzeczywistości daje wgląd w realia epoki. Drobny szczegół – w niektórych momentach kamery zamiast akcji na murawie pokazywały widownię albo obsypane śniegiem nagie drzewa. Adrian Porumboiu wyjaśnia, że nie wolno było w transmisji z wydarzeń sportowych pokazywać takich zachowań, jak sprzeczka zawodników czy kłótnia z sędzią. W socjalizmie takie rzeczy nie mogły się dziać. I wtedy kamerzyści kierowali swój sprzęt na drzewa…
Gdybyśmy samotnie musieli oglądać taki mecz, widzielibyśmy tylko (bardzo dobry) pojedynek toczony w śniegu. Ale Porumboiu, ojciec i syn, wyjaśniają nam tamten świat, z jego zapomnianymi kodami kulturowymi, obyczajowymi, drobnymi niuansami, które zmiótł czas. To także film o oglądaniu, o tym, że obrazy z przeszłości, rejestrujące świat, same w sobie są niewystarczające – coraz mniej widzimy, czyli rozumiemy, jeśli nie towarzyszy im ludzka opowieść, czyjeś wyjaśnienie. To dokument bardzo „meta-dokumentalny”: uświadamia, że nie wystarcza mieć dostępu do zdjęć czy nagrań, żeby rozumieć świat. To film o sztuce patrzenia, który może być dla widza okazją do skupienia uwagi i refleksji nad procesami poznawczymi, nad specyfiką świata audiowizualnego.
– Against Gravity, któremu szefujesz, wprowadziło na polski rynek wiele świetnych produkcji fabularnych. Choćby głośnego „Lewiatana” Andrieja Zwiagincewa i jego wcześniejszy film, „Elenę”. Choć i one, podobnie jak obrazoburcza „Trylogia” Ulricha Seidla, stanowią swoisty dokument epoki. To właśnie klucz do waszego zainteresowania tymi produkcjami?
– Staramy się wprowadzać te filmy fabularne, które poruszają ważne tematy, liczą się ze względu na sztukę filmową, wartości artystyczne. W tym roku wprowadziliśmy naprawdę wybitny film „Turysta” w reżyserii Rubena Östlunda. Rzecz opowiada historię Tomasa i Ebby, szwedzkiego małżeństwa, które spędza czas z dwójką dzieci w Alpach Francuskich. Mieszkają w luksusowym hotelu, życie jak w bajce. Gdy jedzą lunch na tarasie restauracji, z gór schodzi na nich lawina. Ebba chroni dzieci, Tomas ucieka. Nie dzieje się nic złego, mężczyzna wraca. Ale nie jest już bohaterem rodziny. Östlund kilka lat wcześniej zrobił też bardzo niepoprawny politycznie dokument o afrykańskich imigrantach w Göteborgu, którzy „grają siebie” wedle stereotypów przypisanych im przez lokalne społeczności: że są złodziejami, że dopuszczają się aktów przemocy i terroryzują białych.
Co do Andrieja Zwiagincewa, trzeba wyjaśnić, że producentem „Lewiatana” był człowiek wpływowy w Rosji, który dzięki licznym koneksjom mógł złożyć do tamtejszego Ministerstwa Kultury bardzo niepełny, pobieżny scenariusz filmu i dostał na niego pieniądze. Później ministerstwo chciało się z tego projektu wycofać, ale gdy okazało się, że „Lewiatan” został zakwalifikowany do konkursu głównego w Cannes, ktoś łebski – tak go sobie nazwijmy – uznał, że ze względów wizerunkowych lepiej pokazać światu, jak bardzo Rosja jest liberalna i jak bardzo nie boi się trudnych, własnych tematów. Sądzę jednak, że wymowa obrazu jest na tyle mocna, tak twarda, że przesłania fakt, iż w napisach pojawia się informacja, że film sfinansowało Ministerstwo Kultury. Do Oscarów „Lewiatan” rzeczywiście był zakazany w Rosji. Gdy już pozwolono na projekcje, Zwiagincew musiał wyciąć wszystkie przekleństwa. Zrobił to w ten sposób, że gdy bohaterowie na ekranie przeklinają, wtedy nie ma dźwięku. W tak okrojonej wersji film pojawił się w kinach. O dziwo, zobaczyło go 200 tysięcy osób. To dużo, bo film był przez kremlowskie media odsądzany od czci i wiary. To dla mnie drobny znak nadziei dotyczący rosyjskiego społeczeństwa. Kupiłem ten film z myślą o dystrybucji w Polsce, znając tylko scenariusz, czytałem go na festiwalu w Wenecji w 2013 roku, a film miał premierę w 2014 roku w maju, w Cannes. Wierzyłem, że to będzie arcydzieło.
– Dzięki wam polski widz mógł zobaczyć także „Szczęście ty moje” i „We mgle” Siergieja Łoźnicy. To reżyser fabularny, który ma w dorobku głośny dokument z 2014 roku – „Majdan. Rewolucja godności”.
– Pozwolę sobie na anegdotę. Łoźnica od jakiegoś czasu pracuje nad filmem o Babim Jarze, który obecnie leży w obrębie Kijowa. Projekt będzie koprodukcją kilku krajów z dużym budżetem, ok. 5–6 milionów euro. Pod koniec września 1941 r. Niemcy dopuścili się w Babim Jarze masowego zabójstwa na Żydach, a miejsce to już w latach 30. XX wieku wykorzystywało NKWD, by potajemnie chować swoje ofiary. To będzie trudny film także dla Ukraińców, bo ludność ukraińska pomagała niemieckim jednostkom wojskowym.
Łoźnica przyjechał do Kijowa pod koniec października 2013 r., żeby kręcić materiał. Wszedł na wzniesienie, które leży na wprost Kreszczatik, głównej ulicy Kijowa, ze specjalistą Larsa von Triera od dużego obrazu. Problem był następujący: jak kamerą cyfrową zrobić odpowiednio efektowną scenę otwierającą film, która miała pokazać wjazd Wehrmachtu na Kreszczatik. I olbrzymią eksplozję, bo wojska sowieckie zaminowały prawie całe centrum Kijowa. Reżyser wcześniej kręcił tylko z użyciem taśmy 35mm, to miał być jego pierwszy film cyfrowy. Stał ze specjalistą na wzgórzu, planowali ujęcia, a na dole zaczął się gromadzić tłum. Łoźnica zawiesił dotychczasowe plany. I taki był początek jego filmu o Majdanie.
– Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 9 lipca 2015 r.
przez Sarah Jaffe | wtorek 24 listopada 2015 | Jesień 2015
Jeśli czytujecie prasę powszechnie uznawaną za feministyczną, zauważycie z pewnością jej skupienie na tzw. szklanym suficie, czyli barierach awansu zawodowego kobiet. Łatwo zaobserwować, jak feministyczne pisarki celebrują osiągnięcia Sheryl Sandberg, dyrektor generalnej Facebooka, cieszą się z posady, którą Christine Lagarde zdobyła w Międzynarodowym Funduszu Walutowym, załamują ręce nad faktem, że dyrektor generalna Yahoo, Marissa Mayer, odmówiła nazywania siebie feministką albo zastanawiają się – jak to robiła Anne-Marie Slaughter na łamach „The Atlantic” – czy kobiety (białe, dobrze sytuowane, wykształcone) mogą „spełniać się pod każdym względem” [„to have it all” – wyrażenie to w tym kontekście nie oznacza „mieć wszystko”, ale „połączyć jedno i drugie”, czyli karierę zawodową i prowadzenie domu – przyp. tłum.].
Podczas gdy debatujemy nad sytuacją niektórych z najbardziej uprzywilejowanych kobiet świata, większość przedstawicielek naszej płci jest postawiona pod ścianą. Według badań Sargent Shiver National Center dotyczących Poverty Law [instytucji, która zajmuje się prawami osób o niskich dochodach do świadczeń socjalnych – przyp. tłum.] kobiety stanowią prawie połowę krajowej siły roboczej, ale już około 60 proc. pracujących za minimalne wynagrodzenie i 73 proc. pracowników utrzymujących się głównie z napiwków. W regionie Nowego Jorku aż 95 proc. pracowników sektora opieki to kobiety. Zdominowane przez nie sektory zatrudnienia, takie jak sprzedaż detaliczna, usługi gastronomiczne i domowa opieka nad chorymi, to jedne z najszybciej rozwijających się obszarów nowej gospodarki, ale nawet tam kobiety zarabiają mniej – np. w gastronomii otrzymują średnio 83 centy w stosunku do dolara zarabianego przez mężczyznę.
To właśnie w takich warunkach, a nie na najwyższych piętrach Googleplex [siedziba firmy Google – przyp. tłum.] żyje większość kobiet. I wraz z nimi, w takich a nie innych realiach, powinny spędzać swój czas feministki.
Stawka jest wysoka. Pracownice domowe, opiekunki osób chorych, pielęgniarki i inne zdominowane głównie przez kobiety segmenty rynku pracy muszą zorganizować się jako siła robocza – albo praca, którą wykonują, nadal będzie niedoceniana, świadczona na praktycznie nieuregulowanych zasadach i prekaryjna. „Odzwiązkowienie”, które sprawiło, że aż 88 proc. Amerykanów nie należy do związków zawodowych, odbije się na nas wszystkich. Jednak większości przedstawicielek feminizmu głównego nurtu sprawa jawi się tak, jakby nic się nie stało – jakby gospodarka nie uległa zmianom i jakby w całym tym zjawisku nie było nic wartego uwagi czy zbadania z perspektywy płci. I chociaż w Wisconsin i Ohio miały miejsce poruszające cały kraj wystąpienia związkowe dotyczące praw pracowniczych, chociaż ruch na rzecz sprawiedliwości społecznej wyszedł na ulice na całym świecie, feministyczne dziennikarki nie poświęciły tematowi wiele uwagi, a jedynie zbiorczo wzruszają ramionami. Jest tak, jak Laurie Penny napisała w „New Statesman”: Kiedy my wszystkie martwimy się kwestią szklanego sufitu, miliony kobiet stoją w piwnicy i to zalewanej przez wodę.
Nowa, „wspaniała” gospodarka, która jest obecnie odbudowywana w następstwie krachu finansowego, bazuje na nisko płatnej pracy świadczonej w sektorze usług, jako że rola przemysłu jest coraz mniejsza, a sektor budownictwa tkwi w zastoju. Na początku Wielkiej Recesji, jak zauważyła w „Slate” ekonomistka Heather Boushey, liczba miejsc pracy w sektorach wytwórczym i budowlanym spadła dokładnie o połowę, tak samo jak w branży finansowo-biznesowej. Dziennikarze ogłaszali wtedy „męską recesję” (mancession) lub nawet, jak głosił tytuł popularnej książki Hanny Rosin, „koniec mężczyzny”. Ale, jak wskazywali inni, podczas gdy recesja trwała, to właśnie kobiety doświadczyły największych strat nie tylko wskutek bezpośrednich ataków na sektor publiczny, który był przez nie zdominowany pod względem zatrudnienia, lecz także w efekcie rosnącej konieczności konkurowania z mężczyznami, którzy zostali pozbawieni dotychczasowych etatów. Jak wykazały badania Institute of Women’s Policy Research, około 60 proc. miejsc pracy, które zostały zlikwidowane w sektorze publicznym, wcześniej zajmowały kobiety. Odzyskały one jednak tylko 12 proc. z nich, podczas gdy mężczyźni – aż 63 proc. utraconych posad.
Być może kobiety są nadreprezentowane w rozwijających się sektorach gospodarki, ale sektory te zapewniają im głodowe pensje. Cięcia zatrudnienia w sektorze publicznym, najbardziej ciążące na tym, że stopa bezrobocia zatrzymała się na 8 procent, dotknęły kobiet w nieproporcjonalnie dużym stopniu (a w kobiety o innym niż biały kolorze skóry zjawisko to uderzyło najmocniej). Dobre, otoczone związkową opieką miejsca pracy zniknęły, a zastąpiły je praca w Wal-Marcie za płacę minimalną – zresztą nawet w handlu detalicznym kobiety zarabiają tylko 90 proc. tego, co mężczyźni.
– Każda praca jest różnicowana płciowo. A nasza gospodarka, bazując na tym, przypisuje jej różne poziomy wartości – mówi Ai-Jen Poo, dyrektorka generalna National Domestic Workers Alliance. Poo trafiła do działalności związkowej dzięki ruchowi feministycznemu. Jak wyjaśnia, jako wolontariuszka w schronisku dla kobiet z Azji – ofiar przemocy domowej, zdała sobie sprawę, że to właśnie te kobiety, które miały możliwość pracy zawodowej, mogły wydostać się z błędnego koła przemocy. Poo do walki o szacunek dla pracowników i ich lepsze traktowanie wnosi ostrą perspektywę genderową – i upomina się przede wszystkim o szacunek dla kobiet, które „sprawiają, że każda inna praca jest możliwa” [chodzi o pracę najemną i reprodukcyjną – dzięki reprodukcyjnej pracy kobiet, czyli prowadzeniu gospodarstwa domowego, mężczyźni mogą łatwiej wykonywać pracę zawodową – przyp. tłum.]. – Z czasem społeczeństwo przestało cenić tę pracę – mówi o wszelkich czynnościach związanych ze sprzątaniem, opieką, gotowaniem i innymi zajęciami domowymi, głównie tymi niewidocznymi dla publicznego oka. – I myślę, że ma to wiele wspólnego z tym, kto ją wykonuje.
Ten argument był podstawą do walki o dostęp kobiet do zatrudnienia poza sektorem „różowych kołnierzyków” [„pink-collar workers” – pracownicy sektora usług – opieki, nauczycielskiego, drobnego handlu, obsługi restauracyjnej; głównie kobiety – przyp. tłum]. Być uwięzioną w „kobiecej pracy” oznacza być na zawsze złapaną w pułapkę pewnej określonej wizji kobiecości. Wyłamanie się z zawodów tego rodzaju było więc formą ucieczki od „mistyki kobiecości”, którą potępiła Betty Friedan. Ale sama praca nadal musi być wykonywana i, jak zauważa Poo, warunki, które od dawna cechowały obowiązki domowe i panowały w sektorze usług – brak stabilności, szkoleń i możliwości rozwoju zawodowego oraz niskie płace – stają się codziennością wszystkich amerykańskich pracowników, nie tylko kobiet. Gdy koncentrujemy się na równościowym dostępie do pracy i rozwoju „na górze”, przegapiamy prawdziwą historię, którą opisuje Bethany Moreton: Nie chodzi już o: „Och, kobiety są prawniczkami”, ale o to, że ludzie zostają zdegradowani do roli zwykłych popychadeł.
Pracodawcy nauczyli się nie tylko korzystać z możliwości płacenia kobietom mniej, lecz także bazować na specjalnych umiejętnościach i cechach tej płci. W swojej książce „To Serve God and Wal-Mart” Moreton szczegółowo opisuje, jak ten potwór handlu eksploatuje szczególne umiejętności białych kobiet – pochodzących z Południa USA chrześcijanek, które po raz pierwszy idą do pracy poza domem i godzą się pracować za niskie wynagrodzenie, ponieważ nigdy wcześniej za nic im nie płacono. Tradycja „usługiwania”, w której zostały wychowane, sprawiła, że pragnęły utrzymać nawet tę nisko płatną pracę, a także utrudniała im dostrzeżenie dyskryminacji płciowej, dziejącej się przecież na ich oczach – przynajmniej do momentu złożenia przez kilka z nich pozwu sądowego.
Warunki, w jakich znajdują się kobiety z samego dołu drabiny społecznej, mają wpływ na każdego z pracowników, jako że środkowe jej szczeble rozchwiały się lub zniknęły. Używanie wymówki, że chodzi o „opiekę”, aby płacić kobietom mniej, jeszcze bardziej ściągnęło płace w dół, gdyż „różowe” zawody stanowią obecnie coraz większą część gospodarki, określając warunki życia rosnącej rzeszy pracowników. Gdy najszybciej rozwijające się gałęzie gospodarki to te, w których praca jest najgorzej płatna, nie jest to w żadnym razie „zwycięstwo kobiet”, chociaż, jak zauważa Poo, daje to możliwość przewartościowania sposobu, w jaki postrzegamy pracę w usługach, tak by stała się ona mniej prekaryjna i by udało się stworzyć realną ochronę dla jej wykonawców. Innymi słowy, nie chodzi tylko o deklaracje, że nadchodzi „koniec prymatu mężczyzn”, ale także o przydanie pracy kobiet prawdziwej wartości i znaczenia.
To oczywiście prawica używa argumentu, że kobiety dobrowolnie wybierają nisko opłacane formy zatrudnienia, ponieważ wolą wykonywać prace związane z opieką albo potrzebują dużo wolnego czasu dla swoich dzieci. – Nie istnieje żaden powód, aby przypuszczać, że przeciętne kobiety kiedykolwiek będą miały takie same preferencje jak mężczyźni w kwestii pogodzenia zatrudnienia z rodzicielstwem, albo że kiedykolwiek nadejdzie moment, gdy będą chciały zostać bibliotekarzami lub kierowcami ciężarówek na taką skalę jak oni – napisał Ramesh Ponnuru, felietonista magazynu „Bloomberg”, „wyjaśniając”, dlaczego nie powinniśmy chcieć, aby nierówności płacowe ze względu na płeć odeszły w przeszłość. Jeśli dany zawód jest od dekad uznawany za jedną z akceptowalnych profesji dla kobiety (zarówno przez kobiety, jak i przez mężczyzn), to czy jest niespodzianką, że kobiety go „wybierają”? A gdy pracownice wykonujące tę profesję organizują się, by wywalczyć dla siebie szacunek, ich walki są postrzegane przez zbyt wielu teoretyków jako znajdujące się poza sferą zainteresowania lub wpływu feminizmu.
Nauczyciele z Chicago rozpoczęli strajk we wrześniu 2013 r. The Chicago Teachers Union (CTU) składa się w 87 proc. z kobiet. Związek dowodzony jest przez Karen Lewis, reformatorkę, która była jedyną Afroamerykanką w swoim roczniku w college’u Dartmouth. Prominentni dziennikarze płci męskiej natychmiast stanęli po stronie burmistrza z ramienia Demokratów, Rhama Emanuela, w jego walce ze związkiem, powtarzając jak echo anyzwiązkową retorykę na temat przepłacanych pracowników sektora publicznego. Nicholas Kristof na łamach „New York Times” nazwał żądania strajkujących nauczycieli „horrendalnymi i bez sumienia” i wzywał ich, aby „odważyli się” zrezygnować z części standardów dotyczących swojego zawodu. Dana Goldstein, dziennikarka feministyczna pisząca o edukacji, zamieściła na swoim blogu wpis, w którym wskazuje na feministyczną historię związków zawodowych nauczycieli i wyjaśnia, że decyzja o zatrudnieniu kobiet na stanowiskach nauczycielskich została podjęta, gdy państwo zdecydowało się zapewnić obywatelom publiczną edukację, ponieważ kobiety były tańszymi pracownikami – a politycy i publicznie wypowiadający się intelektualiści postarali się ukryć ten tok rozumowania, prezentując kobiety jako te, które są „naturalnymi opiekunami”.
Gdy tylko nauczycielki rozpoczęły pikiety, ta zdominowana przez kobiety profesja natychmiast zaczęła być demonizowana. Obie główne partie polityczne żądały cięć wynagrodzeń oraz „rentowności”, co przybrać miało formę wprowadzenia standaryzowanych testów dla uczniów i mniejszej ochrony pracownic. Nie było żadnej fali publicznego oburzenia, takiej jak choćby wtedy, gdy Susan G. Komen wycofała finansowanie należne Planned Parenthood. I to wszystko pomimo faktu, że 81 proc. nauczycieli w szkołach podstawowych i gimnazjach stanowią kobiety. Gloria Steinem wystosowała gorące poparcie dla strajku jako współzałożycielka Coalition of Labor Union Women (Koalicji Związków Pracowniczych Kobiet), ale inne znane feministki poświęciły problemom strajku mało uwagi lub wcale.
30 września 2013 r. gubernator stanu Kalifornia, Jerry Brown, zawetował historyczną ustawę, która dałaby pracującym w domu ochronę podobną do tej, jaką cieszy się większość pozostałych pracowników – drugą po nowojorskiej ustawę tego typu w kraju. Praca domowa jest od dawna przedmiotem zainteresowania twórców analiz feministycznych, a także tematem, wokół którego podejmowane są próby organizowania się. Jednak nawet w 2012 roku, w czasie trwania „wojny wypowiedzianej kobietom” – jak politycy Demokratów nazywali ten okres w e-mailach wysyłanych w celu zbierania finansów na kampanię wyborczą – gubernator-Demokrata czuł się na tyle pewnie, żeby zawetować ochronę obejmującą głównie pracowników-kobiety. – Jaki będzie to miało ekonomiczny i ludzki wpływ na niepełnosprawnych czy osoby starsze i ich rodziny, gdy personel, który zapewnia im całodobową opiekę, zażąda nadgodzin, odpoczynku i przerw na posiłki? – pytał Brown w swoim stanowisku po tym, jak pochwalił „szlachetność ich działań”. – Jakie będą dodatkowe koszty i jaka jest zdolność finansowa tych, którzy zajmują się swoimi ukochanymi członkami rodziny w ostatnich latach ich życia? Pracujący w domu, wydaje się mówić Brown, są zatem mniej ważni, niż ludzie, o których dbają.
Feministki znają tę argumentację już zbyt dobrze. Historia walki o uznanie pracy domowej ciągnie się od dawna. W latach 60. i 70. ruch Wages for Housework (Pensje za Pracę Domową) stał się gruntem, na którym kobiety kolektywnie domagały się uznania dla swoich zajęć. Selma James argumentowała: Organizujemy walkę o pensje za pracę, którą wykonujemy w domu. Żądamy, by uznana została ona za obowiązek, który, jak każdy w społeczeństwie kapitalistycznym, wykonujemy pod przymusem i którego nie kochamy, ale, jak wszyscy inni pracownicy, musimy go wykonywać, bo my i nasze dzieci umarlibyśmy z głodu, gdybyśmy go zaniechały.
Kobiety z ruchu Wages For Housework jawnie mówiły, że żądanie płac za ten rodzaj pracy jest częścią ich strategii odmowy pracy. Domagać się płacy, jak udowadniały, to odrzucić założenie, że praca domowa/opiekuńcza jest naturalnym elementem życia kobiet. The National Domestic Workers Alliance nie popiera do końca rezygnacji z pracy w domu, ale – wzywając do nadania jej uczciwych standardów i do wypłacania wyższych płac – członkowie tej organizacji mówią, że praca, którą wykonują, jest tak samo wartościowa jak każda inna, i że sprzątanie po innych nie jest „naturalnym” zajęciem dla kobiet, głównie tych o innym niż biały kolorze skóry oraz imigrantek.
Podczas gdy takie kobiety jak James walczyły o uznanie zajęć domowych za prawdziwą pracę, główny nurt feminizmu walczył o porzucenie jej na rzecz „kariery”. Jak wskazała Barbara Ehrenreich w książce „Global woman”, bohaterka drugiej fali feminizmu Betty Friedan szalała z gniewu wymierzonego przeciwko społeczeństwu, które przypisało wykształconym kobietom obowiązki, które ona postrzegała jako właściwe sprzątaczkom, a więc poniżej możliwości kobiet o przeciętnej inteligencji, a także, według cytowanych przez nią niezidentyfikowanych badań, szczególnie pasujące do dziewcząt ociężałych umysłowo.
Jednym z fundamentalnych założeń ruchu robotniczego było zawsze to, że każda praca zasługuje na szacunek – nie ma degradujących zawodów, są tylko poniżające warunki ich wykonywania. Nie chodzi o to, jak przekonuje Ehrenreich, że praca w domu była pracą fizyczną, i to, według Friedan, sprawiło, że wydawała się poniżająca, ale raczej o to, iż została osadzona w poniżających relacjach i nieuchronnie służyła ich wzmocnieniu. Robienie bałaganu, z którym inna osoba będzie musiała się uporać – rozrzucone skarpetki, pasta do zębów rozpryśnięta na łazienkowym lustrze, brudne naczynia pozostawione po nocnej przekąsce – służy pokazywaniu dominacji w jednej z najcichszych i najbardziej intymnych form.
Jak pisze Ehrenreich, National Organization for Women walczyła o objęcie pracy w domu ustawą Fair Labor Standards Act (Ustawa o Uczciwych Standardach Pracy), ale w sposób, który wydawał się zakładać, że płatna praca w domu jest koniecznością dla „pewnych kobiet”, tak by pozostałe mogły spełniać się w innych, bardziej satysfakcjonujących zawodach. Pod pewnym względem, jak się wydaje, walczyła ona więc o prawo do rzucania skarpetek czy pozostawiania brudnych naczyń i chociaż działaczki z NOW chciałyby, żeby inne kobiety, te wykonujące „brudną robotę”, miały zapewnione bezpieczeństwo pracy, to nadal wydawały się ją postrzegać jako profesję, do której one same są w pewnym sensie „zbyt dobre”.
Ehrenreich sugerowała, że fakt, iż walka o pracę w domu wciąż wydaje się niezakończona, ma prostą przyczynę – ludzie, którzy podtrzymywali to zagadnienie przy życiu, to w dużej mierze dobrze sytuowane osoby z klasy wysoko wykwalifikowanych pracowników, dziennikarze, teoretycy, politycy, profesorowie, a więc opiniotwórcza elita. To oni właśnie pozwolili, by kwestia pracy znikła z widoku, zastąpiona przez wizerunek „zajętej, pracującej zawodowo profesjonalistki, która w pośpiechu wybiega rano z domu”.
To klasa społeczna stworzyła i podtrzymuje podział między feministkami-profesjonalistkami a kobietami, które szukają pomocy w związkach zawodowych, a nie w ruchu feministycznym. Nie znajdziemy samozwańczej feministki, która przynajmniej deklaratywnie nie skłania się ku idei równej płacy za równą pracę, ale nie widać wielkiego związku między deklaracjami dostrzegania problemu a działaniami, które mogłyby zostać podjęte, żeby naprawić tę krzywdę. Ustawa Paycheck Fairness Act, dotycząca transparentności wynagrodzeń, która pozwala pracownikom dyskutować między sobą o otrzymywanych płacach, by mogli odkryć ich rozbieżności, była reklamowana jako część rozwiązania problemu rozziewu płac wynikającego z różnic płci. Ale już idea organizowania się pracowników w związki zawodowe, z pomocą których wchodziliby w układy zbiorowe dotyczące lepszej płacy i warunków pracy, wydaje się na tym etapie dawno zapomniana.
Gdy mówimy jedynie o kwestii równej płacy za równą pracę, koncentrujemy się tylko na indywidualnych stawkach płacowych konkretnych kobiet w porównaniu ze stawkami konkretnych mężczyzn. Zakładamy również, że ta praca ma miejsce w pewnego rodzaju środowisku „białych kołnierzyków”, gdzie czyjaś pensja może być negocjowana raczej indywidualnie niż zbiorowo. Marilyn Sneiderman, przez całe życie zawodowe angażująca się w działalność związkową jako liderka Jewish Service Corps, zauważa, że starania prawniczki, by zostać partnerką w kancelarii to walka indywidualna, ale już kelnerka, sprzątaczka czy pokojówka hotelowa to nie są zawody, w których pracownice karmią się nadzieją na zdobycie lepszej pracy w przyszłości za pomocą awansu zawodowego. Chodzi im raczej o płatny urlop zdrowotny, o bezpieczeństwo, o podwyżkę – a to są rzeczy, które można zdobyć tylko organizując się wraz ze współpracownicami.
Kobiety działają w ruchu pracowniczym od początku jego istnienia, poczynając od podżegającej lud do walki Mary Harris „Mother” Jones po anarchistki takie jak Lucy Parsons czy Emma Goldman. Poo wskazuje, że pierwszy odnotowany strajk pracownic domowych w kraju miał miejsce już w 1881 r. Kobiety te musiały w dodatku walczyć o swoje miejsce wewnątrz ruchu robotniczego. Daniel Katz, dziekan National Labor College, napisał, że w 1909 r., gdy miał w Nowym Jorku miejsce słynny strajk pracownic fabryk odzieżowych, a 20 tysięcy kobiet wyszło na ulice, by protestować przeciwko warunkom w fabrykach, nie walczyły one tylko przeciwko swoim szefom: Kobiety powstały przeciwko fabrykom odzieżowym, ale to było powstanie również przeciw mężczyznom. Domagały się równych praw także w związku zawodowym.
W tym samym czasie, gdy złożony głównie z imigrantek ruch pracownic fabryk odzieżowych walczył o swoje prawa, również ruch sufrażystek był w pełnym rozkwicie. Sufrażystki pochodziły głównie z klasy średniej i były częścią większego ówczesnego ruchu postępowego, który starał się „ciągnąć w górę” ubogich. Katz zauważa, że postrzegały to jako walkę dwutorową, której jedna część dotyczyła powstania przeciwko potężnym, a druga – przeciwko „kulturze ubogich”. Ubodzy mieli zatem zostać „uratowani”, a nie pytani o jakąkolwiek opinię.
Podczas gdy kobiety z fabryk odzieżowych prowadziły strajk, mężczyźni ze związków zawodowych zostawili je w dużej mierze same sobie, ale przyłączyły się do nich niektóre z sufrażystek, łącznie ze znanymi i dobrze sytuowanymi kobietami, takimi jak Nancy Astor czy Alva Vanderbilt Belmont, które, jak opisuje to Katz, miały znacznie więcej pieniędzy niż właściciele fabryk. Ale z biegiem lat pracownice fizyczne zaczęły wahać się, czy pozwolić bogatym kobietom z klasy średniej dyktować im zasady, na jakich miały działać związki zawodowe w przemyśle.
Dorothy Sue Cobble w swojej książce „The Other Women’s Movement” („Ruch Innych Kobiet”) przygląda się „związkowym feministkom”, których aktywność pomiędzy erą sufrażystek a drugą falą feminizmu uczyniła wiele dla kobiet w miejscach ich zatrudnienia. Argumentuje ona, że nie da się zrozumieć batalii między „równościowymi” feministkami a feministkami prospołecznymi, które organizowały się poprzez ruch pracowniczy, bez przyjrzenia się kwestiom klasowym.
W dzisiejszym ruchu feministycznym kwestia ta wcale nie wygląda inaczej. Znane twarze są w większości białe i dobrze wykształcone, to autorki książek i felietonistki, dyrektorki generalne w organizacjach zajmujących się jednym wybranym celem. Ale dzisiejsze feministki mają już większe pojęcie o tych kwestiach, a przynajmniej powinny je mieć. Cecile Richards, dyrektorka Planned Parenthood, zaczęła najpierw działać w Justice for Janitors (Sprawiedliwość dla Sprzątaczy), rewolucyjnej kampanii z lat 90., mającej na celu sprawienie, by pracodawcy i cały świat zaczęli dostrzegać godność i człowieczeństwo pracowników, którzy sprzątają nie tylko w domach, ale także na skalę przemysłową. Większość sprzątaczy stanowiły kobiety, najczęściej imigrantki o kolorze skóry innym niż biały.
Podział jednak nadal trwa. Kiedy Narodowa Liga Piłki Nożnej zastosowała w roku 2013 lokaut wobec związku zawodowego sędziów, wydawało się, że jej członkowie rozkoszują się wykorzystywaniem znanego antagonizmu „kobiety kontra praca”, posyłając je po raz pierwszy na boisko jako zastępstwo dla szykanowanych sędziów. Feministki wiwatowały, mężczyźni ze związku narzekali, a część ludzi lewicy schowała twarze w dłoniach, zagniewana tym cynicznym ruchem. Chcieliśmy cieszyć się z nowego pola wywalczonego dla kobiet, ale zamiast tego musieliśmy odebrać nową, trudną lekcję, mówiącą, że nie wszystkie pierwsze kroki uczynione przez kobiety oznaczają dla nich postęp. Czy chodzi o rzeczniczkę Rady Miasta Nowy Jork Christine Quinn, blokującą płacę za dni urlopu zdrowotnego, Marissę Meyer, obejmującą stery nad Yahoo, czy też Shannon Eastin, przejmującą za mniejsze wynagrodzenie obowiązki pracownika objętego lokautem – musimy zdawać sobie sprawę z faktu, że niektóre zmiany w sytuacji kobiet na rynku pracy dokonują się kosztem innych pracowników, wśród których nie brakuje także kobiet.
Dziś wiele feministek postrzega „ratowanie” pracownic seks-biznesu jako odpowiednią dla siebie działalność, ale nie uczestniczą już w strajkach i pikietach nauczycielek, pielęgniarek i pokojówek hotelowych. Gdy Dominique Strauss-Kahn został oskarżony o zgwałcenie Nafissatou Diallo, pokojówki hotelowej, feministki pospieszyły w jej obronie, ale to wsparcie nie doprowadziło do wzrostu poparcia dla związków zawodowych działających w hotelach, mimo że pracownicy hoteli Hyatt zaangażowali się w ogólnokrajowy bojkot, a UNITE HERE, związek zawodowy pracowników hotelowych, wspierał Diallo i nadal broni pracownic przed zwolnieniem z pracy za głośny sprzeciw wobec wykorzystywania seksualnego. Natomiast bardzo emocjonalne reakcje feministek skupiły się w tamtym czasie wokół Christine Lagarde, która zajęła miejsce Strauss-Kahna w Międzynarodowym Funduszu Walutowym.
Tak długo jak kobiety wychwalają własne awanse na stanowiska członkiń rad nadzorczych i innych ciał decyzyjnych ze względu na cele równościowe i nie kwestionują tego, co dzieje się w owych radach i ciałach, do prawdziwego wyzwolenia droga jest wciąż daleka.
W lipcu 2013 r. grupa kobiet-działaczek, przywódczyń lokalnych społeczności, aktywistek oraz pracownic restauracji i punktów handlowych zgromadziła się przy frontowych schodach ratusza w Nowym Jorku, aby otwarcie zabrać głos w sprawie płatnych zwolnień chorobowych. Gloria Steinem, znana feministka, nie walczyła na pierwszej linii ognia, ale stała się częścią wydarzenia, dzięki temu, że tego samego ranka opublikowała na stronach „New York Times” tekst popierający ustawę o płatnych zwolnieniach i wywarła presję na rzeczniczkę Rady Miejskiej Christine Quinn – która miała nadzieję zostać pierwszą kobietą-burmistrzem Nowego Jorku – by poparła poddanie ustawy pod głosowanie.
Quinn bez wątpienia liczyła, że podczas kampanii wyborczej poprą ją „twarde” feministki. Ale Steinem, Ai-Jen Poo, a także około dwustu innych wpływowych kobiet podpisało list mówiący, że ich poparcie dla jej kandydatury zależne jest od tego, czy pozwoli na głosowanie nad ustawą o płatnym urlopie chorobowym. Tak długo, jak kobiety będą głównymi opiekunami dla swoich rodzin, a także stanowić będą większość nisko opłacanych, pozbawionych zasiłków pracowników w mieście, walka o zmianę ich sytuacji pozostanie zadaniem dla feministek. Nie da się ukryć tego faktu za apelami o przebicie szklanego sufitu w gabinecie burmistrza.
Zorganizowanie publicznej kampanii nacisku na Quinn, by ujęła się za wszystkimi kobietami, pokazuje, jak liderki ruchu praw kobiet walczą na rzecz jego celów – jednak to stanowczo zbyt rzadki widok. Quinn nie zmieniła zdania w wyniku nacisków. Ale kampania w sprawie płatnych zwolnień jest znakiem niosącym nadzieję, znakiem, że być może ruch feministyczny na nowo rozpatruje swoje miejsce w pierwszej linii walk pracowniczych. Wąska strużka, jaką feminizm sączy się z góry ku kobietom znajdującym się niżej w strukturze społecznej – nie wystarczy.
Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w amerykańskim lewicowym czasopiśmie „Dissent” w numerze z zimy 2013.
tłum. Magda Komuda
przez Adela Marta Jurkowska | wtorek 24 listopada 2015 | Jesień 2015
Charleston w Karolinie Południowej jest najpiękniejszym miastem, w jakim byłam. Spędziłam tam tylko kilka godzin, w tym część przespałam z nogami na kierownicy w wynajętym samochodzie. Podczas spacerów między wielkimi rezydencjami w kolonialnym stylu wetknęłam sobie za ucho kolorowy kwiatek, jeden z milionów kolorowych kwiatków, rosnących szybciej, niż meksykańscy ogrodnicy nadążają z przycinaniem ich do gustownej nienachalności. Odkryłam w sobie wtedy wstydliwą empatię wobec żołnierzy oraz żon i córek Konfederacji. Zrozumiałam, że bronili nie tylko niewolnictwa, tej „dziwnej instytucji” (peculiar institution – popularny eufemizm okresu przedwojennego), która wykorzystała drobną fizyczną odmienność, by stworzyć rasę. Przede wszystkim bronili stylu życia, swojego komfortu psychicznego, swojego spokojnego snu, swoich białych dłoni. Walczyli o poczucie słuszności, o to, że mają rację, że mają święte i niezbywalne prawo do czucia się lepszymi i postrzegania innych jako gorszych i takiegoż ich traktowania. Koncepcja supremacji rasowej (white supremacy) dawała poczucie ważności, lepszości, poczucie bycia wartościowym, nawet gdy nie miało się nic i nie osiągnęło się nic, i nie było się nikim więcej niż istotą ludzką.
Dylann Storm Roof chciał się poczuć kimś, ale nie miał żadnej właściwości (property) poza białym kolorem skóry. Ale nawet ta właściwość może stać się cenną własnością (property), gdy daje ci miejsce w wygodniejszym wagonie kolejowym (patrz: sprawa Plessy vs. Ferguson1) lub zapewnia przeżycie, gdy inni giną.
Dylann Roof ma 21 lat i fryzurę „na garnek”, modną wśród polskich chłopów pańszczyźnianych w XV wieku. W środę 17 czerwca 2015 r. włożył swojego Glocka kaliber 45 mm, kupionego za pieniądze z prezentu urodzinowego od rodziców, do saszetki i poszedł na zebranie kółka biblijnego. Do tego momentu jest żałośnie i może nawet trochę śmiesznie, potem robi się strasznie. Roof wybrał grupę edukacji biblijnej, zbierającą się w Emanuel African Methodist Church w najpiękniejszym mieście, w którym w życiu byłam, nazywanym też Holy City, bo jest w nim tak wiele kościołów…
Charleston może nie jest oficjalnie najbardziej rasistowskim i „skonfederowanym” miastem w Stanach Zjednoczonych, jednak miałby do tego tytułu spore prawa. Po pierwsze, był głównym portem dla przypływających z Afryki statków z niewolnikami (nawet dla 70 procent z nich Charleston to pierwszy przystanek na amerykańskiej ziemi). Kiedy w 1808 roku zakazano wreszcie zamorskiego importu niewolników (Jezu, nie wierzę, że użyłam wobec ludzi słowa „import”, ale to przecież prawda, wstrętna prawda), Charleston zmienił się w krajowe centrum handlu wiadomo-kim. To w Charleston w grudniu 1860 roku przyjęto „rozporządzenie o secesji”. Karolina Południowa była pierwszym stanem, który opuścił Unię, a pierwsze strzały wojny secesyjnej padły z Fortu Sumter, czyli de facto z miasta-portu Charleston. Roof w swoim manifeście wyjaśnia, że wybrał Charleston, ponieważ jest najbardziej „historycznym” miastem w stanie i niegdyś miało najwyższą proporcję Czarnych wobec Białych w całym kraju.
Dziś Charleston jest w trzech czwartych biały (dane z 2010 r). Jeszcze w latach 80. proporcja ta wynosiła pół na pół. Ciekawe, czy pisząc o demograficznej przewadze Czarnych w okresie przedwojennym Roof, zadał sobie trud, by pomnożyć ich liczbę przez trzy piąte. Bo tym właśnie, według pierwszej konstytucji amerykańskiej, był Afrykanin mieszkający w Ameryce lub Amerykanin afrykańskiego pochodzenia – trzema piątymi człowieka.
Swój manifest Roof opublikował na prymitywnej stronie internetowej, która wypaliła mi dziurę w mózgu. Jest tam część fotograficzna, przedstawiająca Roofa w przydomowym ogródku, w wędkarskim kapelusiku i ciemnych okularach zsuniętych na koniec nosa jak u aktorki z Beverly Hills 90210. Do wizerunku najbardziej wyśmiewanego chłopaka w szkole dodane są, niczym okrutne nieporozumienie, atrybuty twardogłowego południowca: flaga Konfederacji, płonąca flaga USA (wydaje się, jakby była podpalona od grilla, który stoi w tle), pistolet (prawdziwy! choć w tej scenerii trudno w to uwierzyć) i tablica rejestracyjna z napisem „Skonfederowane Stany Ameryki”. Do tego, jak w albumie każdego licealisty, kilka zdjęć z wycieczek: tu cmentarz walecznych białych przodków, tam pomnik tychże, jeszcze dalej muzeum niezmiennie monotematyczne. I wypisana patykiem na piasku liczba 1488 – 14 oznacza w neonazistowskim slangu czternastowyrazowy slogan w typie „white power”, a 88 to „Heil Hitler”. Ogólnie: żałość. Ale też trochę strach ściska za gardło.
Hitem Internetu jest zdjęcie Roofa w czarnej kurtce z przyszytymi flagami RPA czasów apartheidu i Rodezji – państwa istniejącego w latach 1964–1979, zamieszkanego w większości przez Czarnych, a rządzonego wyłącznie przez Białych. Czarni przejęli władzę na drodze wyborów i w 1980 r. zmienili nazwę Rodezji na Zimbabwe. Roof najwyraźniej bolał nad tą przemianą, ponieważ swoje przesłanie zamieścił pod adresem lastrhodesian.com („Ostatni Rodezyjczyk”).
Pozostała część strony to manifest, który byłby pewniakiem w konkursie na największą liczbę nienawistnych bzdur na jednostkę objętości tekstu. Pierwszym, co zakłuło mnie w oczy, było użycie wielkiej litery, gdy mowa jest o „Białych” i małej w słowie „czarni”. Niewielka to rzecz, a boleśnie znacząca. Roof w dość nietypowy sposób dzieli ludzi na „rasy” (Żydzi jego zdaniem są rasą, wschodni Azjaci też stanowią rasę) i opisuje każdą, najwięcej miejsca poświęcając Czarnym (używam tego słowa jako politycznie neutralnego oraz w tym kontekście potrzebnego). Czarnuchy są głupie i okrutne – wnikliwie zauważa autor, który kilka godzin później zamorduje dziewięć osób. Porównuje Afroamerykanów do psów i twierdzi, że stąd bierze się współczucie dla ich krzywdy – tak jak współczuć będziemy psu bitemu przez człowieka, gdyż pies jest niższym gatunkiem. Roof chwali się, że przeczytał „setki niewolniczych wspomnień” i że większość z nich jest pozytywna. Niektórzy panowie NAWET nie zezwalali na biczowanie niewolników na swoich plantacjach. Och, co za łaska! Błąd tkwi w tym, że niewolniczych wspomnień jest naprawdę niewiele, chyba nawet jedna setka się nie uzbiera. Poza tym styl autora Roofa sugeruje, że nie przeczytał w życiu nic ponad „jakąkolwiek lekturę w drugiej klasie amerykańskiej podstawówki”. Zdaniem zamykającym ten myślowy rynsztok jest „wybaczcie błędy, nie miałem czasu tego sprawdzić”. Błędy w pisowni (typos) oczywiście, bo przecież nie błędy merytoryczne.
Jako początek swoich zainteresowań problematyką rasy i opresji wywieranej przez Czarnych na Białych (tak, w tej kolejności) Roof wskazuje sprawę zabójstwa Trayvona Martina w lutym 2012 roku. Martin – nieuzbrojony czarny 17-latek – został zastrzelony przez szefa straży sąsiedzkiej (neighbour watch) George’a Zimmermana w Stanford na Florydzie. Policja nawet nie aresztowała sprawcy, ponieważ uznała zamordowanie chłopca za działanie podjęte w obronie własnej – między Zimmermanem a Martinem doszło do sprzeczki popartej argumentem pięści. Po tym jak przez cały kraj przetoczyła się fala protestów, Zimmerman został oskarżony o morderstwo, ale ława przysięgłych uznała go za niewinnego. Departament Sprawiedliwości ogłosił, że nie ma wystarczających dowodów, by wszcząć śledztwo federalne w sprawie przestępstwa motywowanego nienawiścią (hate crime).
Roof uważał za oczywiste, że słuszność leżała po stronie Zimmermana. Wiedziony ciekawością zapytał wujka Google’a o „przestępstwa popełniane przez Czarnych na Białych” (black on white crime). Pierwszym wynikiem była – i dziś również jest – strona Rady Konserwatywnych Obywateli (Council of Conservative Citizens), której angielska nazwa skraca się do CCC, co chyba nie tylko mnie kojarzy się z KKK (Ku Klux Klan). Prezesem tej szacownej organizacji jest Earl Holt – 62-latek udostępniający najbiedniejszym z biednych mieszkania na wynajem o standardzie urągającym przyzwoitości (jego zawód to slumlord). W ten w-ogóle-nie-obrzydliwy sposób zarabia na dostatnie życie i swój konserwatywny aktywizm. Rada wspiera swoimi funduszami polityków partii republikańskiej co bardziej zaangażowanych w walkę o świętą Nierówność i upragnioną Nietolerancję. Zaraz po masakrze wszyscy wsparci zaczęli na wyścigi zwracać dotacje lub przeznaczać je na cele charytatywne. CCC powstało w latach 50. w znanym z szalejącego rasizmu stanie Mississippi. Jego głównym celem było zapobieganie integracji rasowej w szkołach po wyroku Sądu Najwyższego w sprawie Brown vs. Board of Education. Gdy konserwatywni obywatele odnieśli porażkę w bronieniu swoich dzieci przed krzywdą przebywania w jednej klasie z Afroamerykanami, przerzucili się na zwalczanie międzyrasowych małżeństw i lobbowanie przeciwko imigrantom. Monitorują również sytuację Białych zamordowanych przez Czarnych. Według statystyk FBI stanowią oni niewielki procent wszystkich ofiar, bo najwyraźniej Biali najbardziej lubią zabijać się nawzajem. Entuzjaści tematu mogą śledzić te 13,6% morderstw, których ofiary były białe, a sprawcy czarni, za pomocą wygodnych i łatwych w obsłudze mediów społecznościowych, np. wpisując na Twitterze #whitegenocide.
Zamachowiec nie przypadkiem wybrał za cel ataku Emanuel African Methodist Church. Jest on bowiem najstarszym czarnym kościołem na południe od Baltimore. Założony w 1816 roku, był miejscem, gdzie niewolnicy mogli poczuć się jak pełnoprawne jednostki ludzkie – w oczach Boga równe innym ludziom. W myśl zasady, że wiedza równa się władzy, sztukę czytania i pisania skrywano przed niewolnikami, więc kościoły były jedynymi instytucjami edukującymi społeczność niewolniczą. Denmark Vesey – jeden z założycieli kościoła – przewodził słynnemu powstaniu niewolników. Skala powstania była niewielka, zostało szybko stłumione, a wszyscy jego uczestnicy straceni. Ale zjednoczeni, zbuntowani niewolnicy byli najgorszym koszmarem dla białych plantatorów, tak przerażonych rebelią, że nawet kościół spalili do gołej ziemi.
Proboszczem tej ważnej parafii był wielebny Clementa C. Pinckney. Po wejściu do kościoła zamachowiec poprosił o wskazanie mu pastora Pinckney’a i usiadł obok niego, co może sugerować, że to on był głównym celem ataku. Wielebny Pinckney był znaną osobą publiczną, aktywnym działaczem społecznym, zasiadał w senacie stanowym Karoliny Południowej. Zawodowe obowiązki senatora wymagały od niego codziennego przebywania w budynku władz stanowych w Columbii, nad którym, zupełnie niezawstydzona swoim niemoralnym dziedzictwem, powiewa flaga Konfederacji (flaga wojenna, przypomina drugą „państwową” flagę Skonfederowanych Stanów Ameryki). Po masakrze, decyzją gubernatorki stanu Nikki Haley, flagi USA Karoliny Południowej zostały opuszczone do połowy masztu na dziewięć dni – po jednym dniu za każdą z ofiar zamachu. Jednak flaga Konfederacji – najbardziej kontrowersyjna, ponieważ bardzo często wykorzystywana jako symbol białej supremacji – pozostała na szczycie masztu. Gubernatorka ubolewa nad tym faktem, ale decyzja nie należy do niej – nad tą konkretną flagą władzę sprawuje senat stanu. Gdy piszę te słowa, senat debatuje nad usunięciem flagi: izba niższa już przychyliła się do tego wniosku.
Ale co flaga właścicieli niewolników i przeciwników Unii w ogóle robi na terenie należącym do władz stanu? Otóż umieszczono ją nad Kapitolem w Columbii w 1962 r. na znak SPRZECIWU wobec ruchu na rzecz praw obywatelskich (Civil Rights Movement), a dokładnie na rzecz równości praw obywatelskich dla wszystkich obywateli niezależnie od koloru skóry. W roku 2000, pod naciskiem protestów obywatelskich, flagę Konfederacji zdjęto z budynku senatu stanowego i umieszczono przed budynkiem. Nieważne, czy z dachu, czy z trawnika, flaga Konfederacji codziennie przypomina czarnym urzędnikom i mieszkańcom, kim ich stan chciał, by byli – niewolnikami. Czarne dzieci chodzą do szkół nazwanych imionami konfederackich generałów – ludzi, którzy oddali życie za to, by owe dzieci nie mogły się uczyć. Liczne ulice w miastach Południa noszą imiona bohaterów Konfederacji. Nawet Emanuel African Methodist Church stoi przy ulicy Johna C. Calhouna – gorącego zwolennika niewolnictwa (z nurtu: niewolnictwo to jest dobra, dobra rzecz) i jednego z najgorliwszych orędowników secesji.
Z całej dyskusji użytek dla siebie, jak zawsze, zrobią marketingowcy: największe sieci sklepów w Ameryce, w tym np. Amazon, wycofały ze sprzedaży wszystkie gadżety przedstawiające flagę konfederacji. Zapowiada się powstanie czarnego rynku ręczników plażowych, foteli rybackich i kubków termicznych.
Gdy grupa biblijna rozpoczęła dyskusję nad wybranym fragmentem Pisma, Roof najpierw słuchał, potem rozzłoszczony zabrał głos, a następnie wstał, wyjął pistolet i zaczął strzelać. Musiał pięciokrotnie przeładować magazynek, by uśmiercić wszystkich.
Cynthia Marie Graham Hurd (54 lata) – członkini grupy biblijnej i kierowniczka biblioteki publicznej hrabstwa Charleston.
Susie Jackson (87 lat) – członkini grupy biblijnej i chóru kościelnego.
Ethel Lee Lance (70 lat) – kościelny w Emanuel African Methodist Church.
Depayne Middleton-Doctor (49 lat) – pastor oraz administrator i koordynator działu rekrutacji w Southern Wesleyan University.
Clementa C. Pinckney (41 lat) – proboszcz Emanuel African Methodist Church i senator stanu Karoliny Południowej.
Tywanza Sanders (26 lat) – członek grupy biblijnej.
Daniel Simmons (74 lata) – pastor pracujący w Greater Zion AME Church w Awendaw.
Sharonda Coleman-Singleton (45 lat) – pastorka oraz logopeda i trenerka bieania w Goose Creek High School.
Myra Thompson (59 lat) – nauczycielka grupy biblijnej.
Wypisałam te nieraz trudne do wymówienia nazwiska ofiar, ponieważ ważne jest, abyśmy o nich pamiętali. Byśmy wiedzieli, kim byli, jak wyglądali, jak istotni byli dla swojej społeczności. Zbyt często zapamiętuje się tylko nazwisko i obmierzłą twarz mordercy, stającego się medialnym celebrytą. Przypomina się o nim wciąż na nowo, przy okazji procesu, potem apelacji, potem, gdy wyda swoją biografię, później zrobią o nim film dokumentalny i nawet jego śmierć na krześle elektrycznym będzie pokazana w full HD i oglądana przez miliony. A po ofiarach nie pozostanie nic poza wspomnieniami. Mamy obowiązek je pielęgnować.
Roof pozostawił przy życiu jedną osobę. Kolejne dwie, w tym dziecko, uratowały się, udając martwych. Kobiecie, która przeżyła, zamachowiec nakazał poinformowanie opinii publicznej o przebiegu zamachu i jego motywach. On sam planował prawdopodobnie popełnić samobójstwo, jednak gdy udało mu się bez problemów opuścić kościół, wsiadł w samochód i odjechał. Aresztowano go następnego dnia, 250 mil od miejsca zbrodni, już za granicą stanu – w Shelby w Karolinie Północnej. Na Dylanna Roofa jako potencjalnego mordercę wskazali jego ojciec, wuj i najbliższy przyjaciel, którzy po obejrzeniu doniesień w telewizji zawiadomili policję. Roof poprosił o ekstradycję i został przetransportowany do Karoliny Południowej. Podczas pierwszej rozprawy, która ma na celu przedstawienie zarzutów i wyznaczenie kaucji, rodziny ofiar przekazały zamachowcowi słowa przebaczenia w duchu chrześcijańskim. Roof nie wydawał się ani wzruszony, ani w ogóle… żaden. Nie był nawet przejęty tym, że grozi mu dziewięciokrotna kara śmierci.
Kobieta, mająca być posłanniczką wiadomości Roofa, jest w stanie głębokiego szoku i znajduje się pod opieką lekarzy. Jej krewna, której udało się z nią porozmawiać, przekazała, że zanim Roof zaczął strzelać, Tywanza Sanders próbował przemówić mu do rozsądku. „Nie musisz tego robić” – przekonywał. Odpowiedzią było: „Tak [muszę]. Gwałcicie nasze kobiety i przejmujecie nasz kraj”. Argument o „gwałceniu naszych (białych) kobiet” jest stary jak historia konfliktu rasowego w Ameryce. Był on podnoszony jeszcze przed zniesieniem niewolnictwa: wtedy usprawiedliwiał ten haniebny proceder jako „konieczną obronę Białych przed Czarnymi”. Potem był fałszywym pretekstem do niemal wszystkich linczów, działalności Ku Klux Klanu i praw Jima Crowa, czyniących rasową dyskryminację legalną. Entuzjaści tego wyssanego z palca konceptu, w tym morderca Roof, najwyraźniej za nic mają sobie statystki wykazujące, że w przytłaczającej większości gwałtów sprawca i ofiara mają ten sam kolor skóry.
Załóżmy jednak na chwilę, w ramach eksperymentu myślowego, że Roof naprawdę jest przekonany o tym, że czarni mężczyźni nie robią nic innego, tylko gwałcą białe kobiety. I chciał ich z tego powodu zabić. Zabić czarnych mężczyzn, by chronić białe kobiety. Na liście najlepszych miejsc i pór do zrealizowania tego celu „kościół w środowy wieczór” z pewnością zająłby jedną z ostatnich pozycji. Kobiety, niezależnie od pochodzenia etnicznego, są o wiele bardziej religijne niż mężczyźni, nie powinno więc dziwić, że na spotkanie poświęcone dyskusjom o Biblii przyszły głównie one. I to w większości kobiety poniosły śmierć – stanowiły sześć z dziewięciu ofiar.
A może właśnie to kobiety były celem od początku, nawet jeśli morderca nie zdawał sobie z tego sprawy? Nie byłby to pierwszy przypadek połączenia rasizmu z seksizmem. Gdy przedstawiciele grup niegdyś nadrzędnych (w tym przypadku biali mężczyźni), dziś zmuszeni do wykazania się czymś więcej niż posiadaniem białej skóry i penisa, by zyskać pozycję w społeczeństwie, nie są w stanie osiągnąć upragnionego prestiżu, zwracają frustrację przeciwko grupom historycznie dyskryminowanym. Ten przerośnięty maltuzjanizm traktuje prawa i wolności obywatelskie jako dobra, których zasób jest skończony, więc jeśli ktoś je uzyskuje, to automatycznie ja je tracę. Na szczęście druga poprawka do konstytucji umożliwia mi obronę tego, co moje. Obronę zbrojną.
Barack Obama stworzył całkowicie nowy gatunek krasomówstwa – przemówienie postmasakrowe. Oficjalna wypowiedź po zamachu w Charleston była jego czternastym oświadczeniem wydanym po masowym morderstwie dokonanym przy użyciu broni palnej. Obama wygłosił kilka zużytych frazesów o tym, że niewinni ludzie zginęli po części dlatego, że ten, kto chciał wyrządzić im krzywdę, nie miał problemu z pozyskaniem broni oraz że on, prezydent, odmawia udawania, że wystarczy pogrążyć się w żałobie, a każda próba działania będzie upolitycznianiem problemu. Nic nowego. Zacytował też przemówienie Martina Luthera Kinga sprzed 52 lat, wygłoszone po śmierci trzech czarnych dziewczynek w zamachu bombowym na kościół w Birmingham w Alabamie. Z tego, że ów cytat jest wciąż aktualny, płynie jeden wniosek – przez pół wieku nic się nie zmieniło.
W Stanach Zjednoczonych działają 784 „grupy nienawiści” (hate groups). Monitorowaniem ich działalności zajmuje się Southern Poverty Law Center, które prowadzi bardzo profesjonalną stronę internetową i wykonuje ogrom dobrej, merytorycznej pracy. Grupy nienawiści podzielone są na kategorie pod względem przedmiotu nienawiści: występują zatem stowarzyszenia neonazistowskie, anty-LGBT, neokonfederackie oraz, moje ulubione, stowarzyszenia „ogólnej nienawiści” (general hate). Ich istnienie jest jak najbardziej legalne, bo pierwsza poprawka gwarantuje wolność słowa. Mogą się zbroić i tworzyć własne armie, bo druga poprawka zapewnia prawo do posiadania broni. A dzięki bezkrytyczności opinii publicznej mogą przedstawiać szaleństwo nienawiści jako poglądy racjonalne, logiczne, „prawdziwie amerykańskie” i, zupełnie bez zażenowania, jako prawowitą agendę polityczną. Łącznie z tym, że stowarzyszenia potomków i potomkiń prominentnych konfederatów wciąż planują secesję od Unii.
Dlaczego masakry w Charleston nie nazywa się atakiem terrorystycznym? – pytają komentatorzy. Dlaczego nawet określenie „przestępstwo motywowane nienawiścią” (hate crime) jest używane nader ostrożnie? Czyżby dlatego, że przeczyłoby to lansowanej przez władze koncepcji terroryzmu jako działań złych muzułmanów przeciwko dobrym Amerykanom? Koncepcji, w której to „Inni”, „Obcy” żywią nienawiść do nas, a my tylko nadstawiamy drugi policzek, bo „tak zrobiłby Jezus”. „What would Jesus do?” (co zrobiłby Jezus?) jest popularnym sloganem chrześcijańskiej prawicy, często drukowanym na koszulkach, naklejkach itp. Prawicowe media energicznie grzebią w przeszłości Roofa, by znaleźć dowody nadużywania narkotyków lub historię problemów psychicznych. Tak, w marcu 2015 aresztowano go za posiadanie narkotyków. Tak, pod koniec lat 90. Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne debatowało nad wpisaniem rasizmu na listę chorób psychicznych, czego ostatecznie nie zrobiono. Nie, działanie mózgu Dylanna Roofa nie było w chwili popełnienia dziewięciu morderstw ani upośledzone przez chorobę, ani zmienione przez substancje psychoaktywne. Było napędzane zwykłą, nagą nienawiścią.
Czytam w ostatnich dniach nowo wydane po polsku eseje Emmy Goldman. Tekst „Psychologia terroryzmu” przypomniał mi o tym, że zwykłam empatyzować z więźniami i zamachowcami, gdyż wychodzę z założenia, że większość aktów przemocy ma swoją przyczynę w poczuciu krzywdy i ostatecznej bezsilności. I taka była, moim zdaniem, przyczyna tragicznych wydarzeń w Charleston. Dylann Roof czuł się ofiarą, czuł, że coś mu niesprawiedliwie odebrano. Wierzył, że za sam fakt bycia białym mężczyzną należą się prestiż społeczny, pieniądze i wygodne życie. Gdy zorientował się, że współczesny świat nie rządzi się tymi samymi regułami, co przedwojenne Południe, poczuł się skrzywdzony, a potem wściekły. Biali mężczyźni naprawdę stracili na równości praw obywatelskich. Jako biała kobieta powiem: i bardzo dobrze!
PS. Mam nadzieję, że czytelnik/-czka nie czuje się urażony/-a nieco prześmiewczym tonem artykułu. Sarkazm, ironia i złośliwość były dla mnie terapeutycznymi narzędziami zastosowanymi, by zło i ludzkie nieszczęście, z którymi obcowałam w trakcie zbierania materiałów, nie doprowadziły mnie do apopleksji. Czuję przeogromny smutek i współczucie dla ofiar i ich rodzin, a także najwyższe obrzydzenie wobec sprawcy.
Przypis:
- Homer Plessy był osobą o mieszanym „pochodzeniu rasowym” i został z tego powodu wyproszony z wagonu pierwszej klasy „tylko dla białych”. Wyrok Sądu Najwyższego z 1896 roku w sprawie Plessy vs. Ferguson uznawał doktrynę „oddzielne, ale równe” (separate but equal) za zgodną z konstytucją. W praktyce oznaczało to przyzwolenie na segregację rasową w miejscach publicznych. Wyrok pozostał w mocy do roku 1954, kiedy został uchylony decyzją Sądu Najwyższego w sprawie Brown vs. Board of Education.
przez Michel Husson | wtorek 24 listopada 2015 | Jesień 2015
Skrócenie czasu pracy to coś więcej niż ścieżka do pełnego zatrudnienia. Mogłoby ono pomóc milionom ludzi prowadzić bardziej satysfakcjonujące życie.
Wprowadzenie
35-godzinny ustawowy tydzień pracy jest we Francji źródłem nieustannych kontrowersji od momentu jego wprowadzenia pod koniec lat 90. Początkowo planowany był przez nowo wybrany, „pluralistycznie lewicowy” rząd Lionela Jospina jako recepta na powstawanie nowych miejsc zatrudnienia. Jednak propozycja obowiązkowych cięć czasu pracy w sektorze prywatnym wywołała tak wściekłą reakcję ze strony biznesu, że wprowadzenie ich (za pomocą dwóch Praw Aubry, nazwanych tak od nazwiska minister pracy Martine Aubry) spowodowało całościowe przegrupowanie francuskiego lobby największych pracodawców.
Gdy po wyborach w roku 2002 władzę objęła prawica, spadkobiercy konserwatywnej administracji poczęli znęcać się nad 35-godzinnym tygodniem pracy poprzez wdrożenie całego wachlarza reform, które rozluźniały restrykcje związane z nadgodzinami i ograniczały stosowanie prawa. Tylko pomiędzy 2002 a 2008 rokiem wcielono w życie siedem znaczących rozwiązań dotyczących czasu pracy.
A jednak nawet oddani sprawie neoliberałowie, tacy jak Nicolas Sarkozy, częściowo ograniczani przez powszechny pogląd głoszący, iż 35-godzinny tydzień pracy jest „nabytym prawem socjalnym” (jak to kiedyś określił były prezydent Jacques Chirac), nie byli w stanie całkowicie uchylić status quo.
Chęć odesłania tego prawa w przeszłość stała się centralnym elementem agendy politycznej najgłośniejszych przedstawicieli francuskiego świata biznesu. W zeszłym roku Pierre Gattaz, dyrektor MEDEF, potężnej narodowej organizacji pracodawców, wezwał do większej elastyczności w określaniu czasu pracy zatrudnionych. Obecnie jednolicie stosowany 35-godzinny tydzień pracy nie jest już trafnym pomysłem – powiedział Gattaz, dodając: Nie mówię, że musicie pracować 40 godzin tygodniowo. Ale jeśli firmy potrzebują niektórych pracowników na 40 godzin, a innych na 32, to muszą mieć możliwość zorganizowania tego w odpowiadający im sposób.
Postawy wśród francuskiej lewicy są bardziej ambiwalentne. Dla socjal-liberałów, którzy dominują w rządzącej Partii Socjalistycznej, zreformowanie prawa o czasie pracy idealnie wpasowuje się w ich większy projekt restrukturyzacji francuskiego rynku pracy w zgodzie z założeniami neoliberalizmu. Stąd minister finansów Emmanuel Macron – były bankier inwestycyjny i ideolog wolnego rynku, mocno znienawidzony przez radykalną lewicę – powtarzał jak echo za Gattazem wezwanie do większej dowolności i swobody, argumentując, że prawne ograniczenia 35-godzinnego tygodnia pracy są nadmierne, jako że pracownicy i firmy potrzebują więcej elastyczności. Dopiero w obliczu znaczącego oporu związków zawodowych rząd najbardziej niepopularnego prezydenta kraju Francoisa Hollande’a oraz premiera Manuela Vallsa (ulubieńca prawego skrzydła Partii Socjalistycznej) zgodził się wycofać ze zmian – przynajmniej tymczasowo.
To podejście obrazuje znaczącą zmianę poglądu przeważającego w mniej radykalnej sekcji francuskiej lewicy, który obowiązywał przed wprowadzeniem Praw Aubry. Początkowo propozycja przyjęcia decyzji o zmniejszeniu tygodniowej liczby godzin pracy na korzyść pracowników zatrudnionych w pełnym wymiarze została zasugerowana Jospinowi przez, mającego niewiele wspólnego z radykalizmem, Dominique’a Strauss-Kahna, przyszłego dyrektora Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który obecnie wypadł z łask z powodu molestowania seksualnego.
Tradycyjnie najsilniejszego wsparcia planowi udzieliła CFDT (Confédération française démocratique du travail – Francuska Demokratyczna Konfederacja Pracy), bardziej konserwatywna i zarazem mniej bojowa z dwóch największych francuskich central związkowych. Nie pojawiło się ono natomiast ze strony zwyczajowo łączonej z komunistami CGT (Confédération générale du travail – Powszechna Konfederacja Pracy). A zatem idea zastosowania redukcji czasu pracy jako środka na wytworzenie wzrostu zatrudnienia nie była w latach 90. jedynie domeną lewicy. Nawet na prawicy, która nigdy nie zaakceptowała pomysłu, by krótszy tydzień pracy uczynić obowiązkowym, szeroko popierano pomysły używania ulg finansowych w celu zachęcenia przedsiębiorców do skrócenia czasu pracy pracownikom pełnoetatowym. Na przykład w 1996 roku prawo Robiena oferowało subsydia w kwocie aż do 50 proc. składek pracodawcy na ubezpieczenie społeczne, jeśli tylko osiągnie on porozumienie z reprezentantami pracowników w sprawie zmniejszenia liczby godzin ich pracy.
Brak niechęci wobec tej kwestii po stronie prawicy spowodował, że radykalna lewica zaczęła wahać się, czy wesprzeć taką legislację. Ambiwalencję tę zaostrzały Prawa Aubry, które postrzegano jako wzmocnienie długotrwałego trendu większej elastyczności w relacjach pracodawca-pracownik i jako zdecentralizowanie negocjacji płacowych. Radykalna lewica sprzeciwiała się na przykład zmianom w przepisach, które miałyby wprowadzić szacowanie czasu pracy na bazie rozliczeń rocznych, nie tygodniowych, obawiała się bowiem, że te zabiegi skutecznie podważą istniejące już prawa regulujące warunki pracy. Część tych obaw potwierdziła się: prawo o tygodniu pracy przyznało pracodawcom więcej swobody kosztem pracownika, szczególnie po wdrożeniu serii reform następujących po pierwszym pakiecie ustaw Aubry.
Ale to wszystko nie powinno sprawiać, że lewicowi obserwatorzy ślepną na radykalne obietnice i możliwości idące w parze z obowiązkowym skróceniem czasu pracy. Polityka ta pod wieloma ważnymi względami oferuje autentycznie egalitarną i zrównoważoną drogę do stworzenia dużej liczby pełnoetatowych stanowisk nie poprzez deregulację rynku pracy czy spadek wynagrodzeń, lecz za pomocą redystrybucji przepracowanych godzin. To narzędzie generujące wzrost zatrudnienia, które zarówno wzmocniłoby świat pracy kosztem Kapitału, jak i zmniejszyłoby wewnątrzklasowe dysproporcje bazujące na płci i wykonywanym zawodzie.
W tym sensie istotność krótszego tygodnia pracy wykracza daleko poza granice Francji.
***
Postulat redukcji czasu pracy jest centralną kwestią w historii kapitalistycznego wyzysku i oporu pracowniczego. Obecnie, jak wskazuje choćby treść wstępniaka Denisa Kesslera w wydaniu „Le Monde” z października 2012, pracodawcy doskonale rozumieją, że to batalia o kluczowym znaczeniu.
Największa francuska federacja pracodawców MEDEF naciska na ponowne rozważenie zasadności 35-godzinnego tygodnia pracy, a nawet pragnie porzucenia wszelkich nawiązań do grupowego, zagwarantowanego prawnie limitu czasu pracy. Narodowy układ zbiorowy w sprawie wynagrodzeń, uchwalony głosami rządzącej większości, otwiera im tę możliwość, zawiera bowiem „zgodę na konkurencyjność”.
Nawet jeśli bitwa o skrócenie czasu pracy była historycznie znaczącą walką ruchu pracowniczego i głównym żądaniem lewicy przez większą część XX wieku, to dziś stanęła w martwym punkcie. Mamy problemy z osiągnięciem masowej skali działań, ze wznowieniem ofensywy i odpowiedzią na ataki pracodawców. Bój ten nie był toczony przez część lewicy i ruchu związkowego w czasach Praw Aubry, co miało negatywny wpływ na sporą liczbę pracowników najemnych (wzrost elastyczności, brak zatrudnienia wyrównawczego).
Wrażenie, że prawdziwa redukcja czasu pracy wymaga równowagi sił, która jest obecnie poza naszym zasięgiem (gdy bezrobocie nadal rośnie i mnożą się plany redukcji zatrudnienia, walka o prawa pracownicze prowadzona jest w defensywie), wzmaga poczucie beznadziei. W dodatku doświadczamy ideologicznej zniewagi, kolportowanej także w obrębie części lewicy – wmawia się nam, że musimy wybierać pomiędzy zatrudnieniem a pensjami, oraz że obecny sposób podziału wartości dodanej nie podlega żadnej negocjacji. Kluczowe jest więc znalezienie sposobów na przezwyciężenie tej sytuacji i wznowienie walki, również ideologicznej, na rzecz skrócenia czasu pracy. Wbrew powszechnym opiniom naprawdę pełne zatrudnienie jest możliwe. Wymaga ono jednak konfrontacji z pracodawcami.
Żadne stwierdzenie nie jest dalsze od prawdy niż to, że znaczne zwiększenie wydajności stanowi przyczynę bezrobocia. Jest to powszechny błąd w rozumowaniu, właściwy zwłaszcza tym, którzy wspierają tezy o „końcu pracy”, oparte na twierdzeniu, że produktywność wzrasta tak szybko, iż pełne zatrudnienie to miraż znikający już za horyzontem. Zgodnie z tymi tezami powinniśmy zastąpić prawo do pracy prawem do powszechnego dochodu. To właściwie pożegnanie z jakąkolwiek walką i niebezpieczna iluzja (szczególnie zaś niebezpieczna dla kobiet).
To nie tak. Porównajmy dwa okresy: „Trente Glorieuses” z lat 1945–1975 [okres trzydziestu lat po zakończeniu II wojny światowej, podczas którego gospodarka Francji i innych krajów Zachodu rozwijała się wyjątkowo szybko – przyp. tłum.], gdy stopa bezrobocia była niska i wynosiła 2%, z fazą neoliberalną w połowie lat 80., kiedy szacuje się ją na około 10%. Ten pierwszy okres charakteryzował się wielkim wzrostem wydajności pracy (ok. 5%), który potem spadł ostro do poziomu pomiędzy 1 a 2%. Innymi słowy: gdy następuje spowolnienie wzrostu wydajności, eksploduje bezrobocie.
Paradoks ten znika, gdy przypomnimy sobie, że zatrudnienie zależy nie tylko od ogólnego poziomu produkcji i wydajności pracy, lecz także od czasu jej poświęconego. W uśrednionym czasie – i okazuje się to prawdą dla obu wymienionych okresów – wydajność wzrasta w takim samym tempie jak produkcja, a więc przyrost nowych miejsc pracy netto zależy głównie od skrócenia czasu pracy.
Można zilustrować ten proces, rozszerzając perspektywę na cały XX wiek: w tym okresie godzinowa wydajność pracy wzrosła o współczynnik 13,6. Jak te zwyżki wydajności zostały rozdystrybuowane? Poprzez podniesienie poziomu życia (PKB pomnożone przez 9,7) i zredukowanie godzin pracy, których liczba zmniejszyła się o 44%. Zatrudnienie w międzyczasie wzrosło jedynie o 26%, a całkowita liczba przepracowanych godzin spadła o 30%. Krótko mówiąc – w porównaniu z naszymi pradziadami pracujemy tylko na część etatu i gdyby nie to, bezrobocie wzrosłoby do niewyobrażalnych rozmiarów. Jednak nie dzieje się to w sposób „naturalny”: walki pracownicze i ich efekty przekonują, że nadwyżki wydajności są dystrybuowane także w formie mniejszej liczby godzin do przepracowania, a nie tylko wzrostu wynagrodzeń. Historia ruchów społecznych i ich zmagań przeniknięta jest konfliktami na tle kwestii czasu pracy.
Drugi przykład to nasze doświadczenia związane z 35-godzinnym tygodniem pracy we Francji. Jego założenia rozwinęły się w niesatysfakcjonujących społecznie warunkach, ale byłoby absurdem zrezygnować z niego jako z „wroga gospodarki”. Prawdą jest, że na przestrzeni ostatnich dwóch dekad przyrost nowych miejsc pracy netto w sektorze prywatnym odbywał się w warunkach przechodzenia z dłuższego tygodnia pracy na tydzień 35-godzinny. Obala to powszechne przekonania na temat dynamiki zatrudnienia.
Przez dwie dekady poprzedzające wprowadzenie 35-godzinnego tygodnia pracy dobre i złe gospodarczo lata równoważyły się: zatrudnienie w roku 1997 było na tym samym poziomie, co w 1978. Pomiędzy 1997 a 2002 możemy zaobserwować spektakularną zwyżkę – powstają prawie 2 mln nowych miejsc pracy. Potem zatrudnienie osiąga swój pułap, odrobinę się wznosi i opada wraz z kryzysem. Oto rezultaty: w drugim kwartale 2013 roku w prywatnym sektorze było zatrudnionych 15,93 mln osób, podczas gdy w tym samym okresie roku 2002 – 15,9 mln. Gdyby nie wprowadzono 35-godzinnego tygodnia pracy, to po kryzysie ekonomicznym zatrudnionych byłoby dużo mniej osób, a tak różnicy prawie nie ma.
Przez trzydzieści lat, wyłączając tę przerwę, praca była dystrybuowana „liberalnie” i nierówno, głównie jako zatrudnienie na część etatu, którego podjęcie było wymuszane na kobietach. Przypomnijmy, że we Francji kobiety weszły na rynek pracy jako pracownice pełnoetatowe, praca na część etatu nigdy zaś nie była bramą do pełnego zatrudnienia, tak jak w niektórych krajach Europy Północnej. Przed latami 80. prawie nie istniała jako opcja zatrudnieniowa, a znaczenie zyskała jako bezpośredni wynik polityki publicznej (głównie dzięki zwalnianiu pracodawców ze składek na ubezpieczenie społeczne). Obecnie 30% kobiet pracuje na część etatu, większość z nich wbrew własnym chęciom, a 80% posad niepełnoetatowych obsadzonych jest właśnie przez nie. W niektórych sektorach gospodarki (handel detaliczny, gastronomia, sprzątanie) wszystkie nowo tworzone miejsca pracy obejmują część etatu i charakteryzują się ekstremalnie elastycznymi godzinami pracy oraz bardzo niskimi płacami. „Część etatu” oznacza w efekcie tylko część wypłaty (nawet jeśli większość z pracowników tych zawodów jest już wynagradzanych pensją minimalną) oraz część składki emerytalnej. Jak wykażemy, wzrost sektora pracy na część etatu wzmacnia podział zatrudnienia ze względu na płeć.
Najważniejszym zagadnieniem nie jest to, czy zmniejszy się liczba godzin pracy, ale jak tego dokonać. Redukcja może być ogólna, z zachowaniem miesięcznego wynagrodzenia lub bez niego oraz z zatrudnieniem wyrównawczym lub bez niego; może być także ukierunkowana (na prace prekaryjne i niepełnoetatowe) lub ekstremalna (bezrobocie). Kolektywna i wprowadzona przez prawo redukcja czasu pracy jest alternatywą dla ekspansji zatrudnienia na część etatu, ponieważ nawzajem się one wykluczają.
Między ograniczeniem czasu pracy a dystrybucją dochodu istnieje bliski związek. Jest wiele sposobów na skrócenie pracy, a każdy z nich ma w sposób oczywisty inny wpływ na podział bogactwa. 35-godzinny tydzień pracy pozostawił wynagrodzenia na niezmienionym poziomie, pomimo narzekań pracodawców, którzy obawiali się wzrostu kosztów pracy. Rezultat ten osiągnięto dwiema drogami: redukując składki na ubezpieczenie społeczne oraz zwiększając intensywność pracy, co doprowadziło do zmniejszenia potencjału tej polityki w kwestii tworzenia nowych miejsc pracy.
Innymi słowy – pracodawcy nigdy nie zaprzestali zbierać śmietanki ze wzrostu wydajności, a skutkiem było utrzymanie lub nawet podniesienie ich marż. Dochody z tego źródła nie były używane jako podstawa nowych inwestycji, lecz wypłacano z ich pomocą większe dywidendy. W 2012 r. pracownik średnio przepracowywał na rzecz akcjonariuszy 26 dni w roku, podczas gdy w 1980 – 9. To, co nie zostanie wypłacone pracownikom w formie wzrostu wynagrodzeń lub nie posłuży stworzeniu nowych miejsc pracy za pomocą redukcji jej czasu, jest bezpośrednio przywłaszczane przez akcjonariuszy. Dlatego właśnie wzrost i umocnienie się masowego bezrobocia oraz taka forma przejęcia zysku przez akcjonariuszy (dobry wskaźnik finansjeryzacji) to dwie strony tego samego medalu. Z tego też powodu każda propozycja redukcji bezrobocia bez dotknięcia kwestii dystrybucji dochodu jest iluzją. To tutaj kryzys odsłania przemoc w relacjach społecznych: podczas gdy pracownicy są zwalniani, a 90% nowo zatrudnionych ma ściśle ograniczone czasowo umowy na mniej niż miesiąc, wzrost dywidendy, zakłócony w 2010 r. u szczytu kryzysu, powraca, by dokonać zemsty.
Neoliberalne czy socjalno-liberalne założenia na temat tego, czym jest pełne zatrudnienie, nie pokrywają się z naszymi – bronimy właściwie pewnego typu pełnego zatrudnienia, połączonego z niską inflacją, któremu towarzyszy cykliczny brak zatrudnienia (zwany w dominującej teorii „bezrobociem w stanie naturalnym”). Oto słynne NAIRU [Non-Accelerating Inflation Rate of Unemployment – dop. red. NO], czyli stopa bezrobocia stabilizująca poziom inflacji. Produktem takiej rzeczywistości jest cała rezerwowa armia pracy, która w dzisiejszych czasach istnieje nie tylko jako niezatrudniona siła robocza, lecz także ma udział w bezrobociu cyklicznym: pracach dorywczych, zatrudnieniu prekaryjnym itp. Takie wyobrażenie „pełnego zatrudnienia” jest przyczyną tak zwanej polityki „workfare” [„welfare”, czyli obligatoryjna opieka, pomoc społeczna dla bezrobotnych zastąpiona przez „workfare” – wymaganie, by pobierający zasiłki wykonywali pracę od czasu do czasu lub brali udział w szkoleniach zawodowych – przyp. tłum.], zmuszającej bezrobotnych do zaakceptowania każdej oferty pracy, w każdych warunkach i za każdą kwotę. Musimy zdystansować się od takiego pojmowania pełnego zatrudnienia, by uniknąć nieporozumień oraz stworzyć sojusz między niezatrudnionymi, prekariuszami i pracującymi.
Jak wykazano, Prawa Aubry stworzyły możliwość stałego zatrudnienia, ale prawie nikt, przynajmniej w Partii Socjalistycznej, nie broni tych zapisów. W dodatku zasady wtedy przyjęte pogorszyły warunki bytowe szerokich rzesz klasy robotniczej.
Kluczowy jest fakt, że obniżeniu składek na ubezpieczenie społeczne nie towarzyszył żaden postulat zatrudnienia wyrównawczego. Prawo Robiena żądało go na zasadzie: „Skrócenie czasu pracy o 10% = 10% nowych zatrudnionych”, choć na jego mocy było to opcjonalne, a nie obowiązkowe; I Prawo Aubry żądało tylko 6%, a II Prawo Aubry – niczego.
Krytycy skrócenia czasu pracy mówią, że to uproszczona arytmetyka, ale łatwo wykazać, że obliczenia się sprawdziły – i że pracodawcy potrafią użyć kalkulatora. Przejście ze 100 pracowników pracujących po 39 godzin (3900 godzin) do 106 pracowników po 35 godzin (3710 godzin) skraca całościową liczbę godzin o 5,1%. Aby uniknąć zatrudnienia większej liczby pracowników, „wystarczające” jest zintensyfikowanie tempa pracy i podniesienie godzinowej wydajności. I dokładnie tak się stało: godzinowa wydajność wzrosła o 5,1%. Ale ponieważ pensja miesięczna była ustabilizowana na jednym poziomie, łączna lista płac wciąż rosła. W zamian więc pracodawcy zamrozili płace względne i otrzymali zwolnienia z płacenia składek.
Diabeł często tkwi w szczegółach. Można podawać przykłady innych mechanizmów, które obniżyły wpływ 35-godzinnego tygodnia pracy na siłę roboczą, szczególnie zwolnienia z różnych opłat dla małych przedsiębiorstw oraz nadgodziny. Wiemy, że gdy prawica powróciła do władzy, nie udało jej się „odkręcić” istnienia 35-godzinnego tygodnia pracy, który – pomimo wszystko – większość Francuzów przyjmuje za coś ustanowionego na stałe – zaczęła więc podejmować próby obejścia samego pojęcia ustawowego czasu pracy.
Powyższa analiza pozwala nam lepiej zdefiniować warunki konieczne do spełnienia, by skrócenie czasu pracy mogło w pełni ujawnić swój potencjał. Stabilizacja pensji miesięcznej jest oczywista, ale istotne jest także tworzenie nowych miejsc pracy proporcjonalnie do spadku liczby jej godzin. Taka sytuacja w sposób ewidentny zwiększy całkowite wydatki płacowe.
Reakcją na taki stan nie powinny być jednak nowe ograniczenia „obciążeń”, które stopniowo zduszą budżet przeznaczony na bezpieczeństwo socjalne, lecz proporcjonalna redukcja kosztów kapitału, np. wypłat dywidendowych i odsetek. Oznacza to dwutorową realokację zysków: po pierwsze, z sektorów kapitałochłonnych do tych, gdzie ważniejszą składową jest sama praca, a po drugie – z wielkich korporacji do małych i średnich przedsiębiorstw.
Ograniczenie czasu pracy otwiera przed człowiekiem i społeczeństwem rozmaite perspektywy emancypacyjne. Możliwość wyzwolenia się spod jarzma pracy przymusowej nie może być oddzielana od możliwości zmniejszenia wyzysku. Taki jest właśnie sens cytatu z Simone Weil: Nikt nie zaakceptowałby bycia niewolnikiem przez dwie godziny dziennie; codzienne niewolnictwo, aby zostało zaakceptowane, musi trwać tak długo, by złamało coś w człowieku.
Presja bezrobocia gwarantuje również to, że pracodawcy zintensyfikują wymagania do tego stopnia, że niemożliwe wyda się ich zakwestionowanie. Tymczasem prawdziwe ograniczenie czasu pracy można osiągnąć tylko pod kontrolą wykonujących ją pracowników. Należy zweryfikować, czy tworzone posady naprawdę istnieją – musi zostać ustanowiony nowy plan zatrudniania, który będzie nie tylko zwykłą kopią liczby wyjściowych miejsc pracy, ale weźmie też pod uwagę realne potrzeby, relatywne trudności i konieczność ograniczenia zatrudnienia o charakterze prekaryjnym.
Praca na część etatu wzmacnia nierówny podział obowiązków domowych i rodzicielskich oraz społeczne wrażenie, że pensje kobiet są dla finansów rodziny tylko dodatkowym dochodem. Badania socjologiczne wykazały, że kobiety przechodzące z całego etatu na jego część zmniejszają tym samym (już niski) udział mężczyzn w prowadzeniu gospodarstwa domowego. Nawet jeśli nazwiemy to „wyborem”, praca na część etatu pozostaje decyzją wymuszoną przez niedostateczną liczbę placówek opiekujących się dziećmi i publiczne piętnowanie pracujących kobiet. Cel, któremu rzekomo służy (więcej czasu na odpoczynek, inne aktywności, spędzanie czasu z rodziną), może i powinien zostać osiągnięty za pomocą zbiorowego skrócenia czasu pracy – dla każdego i bez redukcji poziomu płac.
Ale nawet jeśli takie zbiorowe skrócenie pracy jest warunkiem rzucenia wyzwania społecznym rolom i podziałowi pracy ze względu na płeć (a także zapewnienia kobietom możliwości większej aktywności politycznej), to oczywiście nie daje ono żadnej gwarancji, że te zmiany nastąpią. Nawyki i zbiorowa percepcja społeczna nie znikają w sposób automatyczny: w przypadkach, gdy pracownicy najemni mają trochę więcej wolnego czasu, podział w ramach 35-godzinnego tygodnia pracy wygląda tak, że jest on dzielony wzdłuż linii płciowych. Mężczyźni spędzają więcej czasu na odpoczynku lub „zabawowym” i edukacyjnym rodzicielstwie, podczas gdy kobiety poświęcają go obowiązkom domowym i pracy reprodukcyjnej [praca reprodukcyjna dotyczy prowadzenia gospodarstwa domowego, co zapewnia mężczyznom łatwiejsze wykonywanie ich pracy zawodowej – przyp. tłum.]. Zatem, aby nasze działania odniosły jakikolwiek skutek, musimy rzucić wyzwanie szkolnictwu dyskryminującemu ze względu na płeć oraz rozwinąć usługi publiczne. Egalitarna redukcja czasu pracy wraz z zakazem wymuszania pracy na część etatu to tylko warunki wstępne.
Wbrew temu, co twierdzą niektóre środowiska, szczególnie ruch de-growth [polityczny, ekonomiczny i społeczny ruch oparty na gospodarce proekologicznej oraz hasłach antykonsumerystycznych – przyp. tłum.], mówienie o wzroście wydajności nie oznacza posłuszeństwa produktywizmowi, lecz jego porzucenie. Są ku temu dwa powody: po pierwsze, wzrost wydajności nie powinien być mylony ze zwiększeniem intensywności pracy. W perspektywie historycznej ten pierwszy, umożliwiony przez innowacje techniczne, ma na celu wyzwolenie ludzi od obciążeń, podczas gdy drugi oznacza cięższą i potencjalnie dłuższą pracę. Oba w praktyce często się na siebie nakładają: innowacjom technologicznym towarzyszą reorganizacja i intensyfikacja pracy. Postęp techniczny służy także zwiększeniu wartości dodanej, a nie wyzwoleniu ludzi od pracy – jak mógłby czynić, gdyby jego celem była redukcja czasu pracy.
Po drugie, oprócz tej kwestii politycznej istnieje także zagadnienie teoretyczne: pogląd mówiący, że praca ludzka jako jedyna wytwarza wartość i jest ona jedynym źródłem zysku dla kapitalisty (pracodawcy nigdy tego nie pomijają w swoich kampaniach na rzecz wydłużenia czasu pracy). Ani kapitał, ani natura jako taka nie są wytwórcami wartości, choć poglądy takie wysnuwają zarówno ekonomia głównego nurtu, jak i niektóre nurty radykalnej ekologii.
Skrócenie czasu pracy jest środkiem do uzyskania masowego zatrudnienia i spełnienia potrzeb społecznych bez konieczności dalszego wzrostu PKB. W każdym przypadku jest ono warunkiem kontroli nad dobrami i usługami, których rozwój jest konieczny (placówki opieki nad dziećmi, szkoły, szpitale, budownictwo socjalne, transport publiczny, energia odnawialna itp.) oraz tymi, które powinny być ograniczane (reklama, produkcja opakowań, broni), czyli kontroli nad jakością tego wzrostu. Dla walki o emancypację w wielu jej aspektach jest to kluczowe.
przez Marcin Rzepa | wtorek 24 listopada 2015 | Jesień 2015
Ruchy społeczne rolników w Ameryce Łacińskiej wydają się na pierwszy rzut oka anachronizmem. Ich istnienie sugeruje, że – niczym w XIX wieku – źli właściciele wielkich majątków ciemiężą chłopów, utrzymując ich w półniewolniczych zależnościach, przywiązując do ziemi i niszcząc każdy przejaw buntu przy pomocy utworzonych przez siebie oddziałów zbrojnych. Niestety, obecna sytuacja w regionie nie jest aż tak różna od tego, co miało miejsce w odległej przeszłości. Nadal występują olbrzymie dysproporcje w dochodach, skrajna bieda, istnieją wielkie majątki ziemskie i paramilitarne oddziały tworzone przez ich właścicieli, a lokalne władze, policja i sądy najczęściej działają na ich korzyść. Natomiast oskarżane o zacofanie współczesne ruchy społeczne stosują najnowsze metody organizacji i komunikacji, mają konkretny program i postulaty, wchodzą w porozumienia z innymi aktorami politycznymi oraz są zdeterminowane w dążeniu do celu. Jedynym przestarzałym elementem jest sytuacja, w jakiej niektóre grupy społeczne zostały postawione z powodu stosunków panujących na wsi.
Najsilniejszym ruchem rolników w Ameryce Łacińskiej jest brazylijski Ruch Pracowników Rolnych bez Ziemi (Movimento dos Trabalhadores Rurais Sem Terra – MST), zwany też Ruchem Rolników bez Ziemi oraz Ruchem Bezrolnych. Zrzesza około 1,5 mln ludzi. Początkowo ruch walczący o ziemię był zorganizowany w ramach Komisji Duszpasterstwa Ziemi (Comissão Pastoral da Terra – CPT), utworzonej w 1975 r. przez brazylijski kościół katolicki. Jej celem było organizowanie rolników w celu przeprowadzenia reformy agrarnej. Komisja była represjonowana przez władzę wojskową. Decydująca dla ruchu robotników wiejskich okazała się okupacja ziemi przez 700 rodzin w 1979 r. w stanie Rio Grande do Sul. W 1984 r. 400 członków CPT, opowiadających się za bardziej aktywną działalnością, zdecydowało się założyć nowy związek – był to początek Ruchu Pracowników Rolnych bez Ziemi. Od początku organizacja dążyła do dwóch celów: reformy agrarnej oraz utworzenia sprawiedliwego i braterskiego społeczeństwa.
Przyczyny powstania i działalności ruchu wynikają z dwóch zasadniczych kwestii. Pierwsza ma korzenie w XIX wieku, choć można się ich doszukiwać już w procesie kolonizacji, który zaczął się w szesnastym stuleciu. Podbój Nowego Świata doprowadził do sytuacji, gdy Europejczycy, a w niektórych przypadkach także lokalni kacykowie, cieszyli się przywilejami, spychając miejscową ludność – oraz sprowadzanych później Afrykanów – do roli pracowników przymusowych i niewolników. W Brazylii zaczęły powstawać latyfundia, których większość produkcji trafiała na eksport. Koncentracja ziemi utrzymywała się także po zniesieniu niewolnictwa i przywróceniu praw autochtonom i Afrobrazylijczykom. Dopiero w latach 60. XX wieku rząd João Goularta próbował przeprowadzić reformę rolną poprzez wywłaszczenie posiadłości większych niż 600 ha i ich parcelację. Stało się to jedną z przyczyn zamachu stanu i przejęcia władzy przez juntę.
Druga kwestia to wejście Brazylii na arenę światowej gospodarki oraz postępująca globalizacja, które doprowadziły do wzrostu koncentracji ziem uprawnych, zmuszając tysiące drobnych i średnich rolników do opuszczenia gospodarstw. Priorytetem rolnictwa stało się wysyłanie towarów na eksport. W 1985 roku 10% największych właścicieli ziemskich kontrolowało 80% ziem uprawnych. Struktura własności w Brazylii należy dziś do najbardziej niezrównoważonych na świecie. Proces transformacji ustrojowej nie przyniósł znaczących zmian. Rządy podkreślały konieczność przeprowadzenia reformy rolnej, ale deklaracje nie miały pokrycia w działaniach. Szacunki mówią o 2,5 mln bezrolnych chłopów, a według MST są to aż 4 mln. Uważa się, że są oni dziś w Brazylii grupą, której prawa są najczęściej łamane.
Ruch Rolników bez Ziemi najbardziej znany jest z akcji zajmowania nieużytków. Przez 30 lat działalności udało mu się zalegalizować ponad 2300 osad, w których mieszka 370 tysięcy rodzin. Kolejne 180 tysięcy czeka na uzyskanie tytułu prawnego do zajętych ziem. Dzięki temu około 900 tysięcy ludzi znalazło pracę w sektorze rolniczym. Aktywność organizacji jest jednak znacznie szersza i obejmuje także gwarantowanie usług socjalnych, tworzenie przychodni oraz centrów zdrowia i rozwój systemu edukacji. Ruch został uznany przez państwo, a także na arenie międzynarodowej: otrzymał dotacje z UNESCO i UNICEF oraz nagrodę ONZ za osiągnięcia w dziedzinie reformy rolnej, ochrony zdrowia na obszarach wiejskich, ekologicznego rolnictwa i edukacji. MST został nagrodzony Right Livelihood Award (zwaną „Alternatywnym Noblem”) za „walkę o prawa rolników bez ziemi”. Jest on także członkiem większej międzynarodowej organizacji rolniczej, La Via Campesina (Chłopska Droga), do której należą miliony członków z 87 państw. Ma ona służyć rozwijaniu kontaktów w kwestiach reform rolnych, samowystarczalności żywnościowej, praw rolników i swobodnego dostępu do nasion.
O co walczą?
Program MST można podzielić na dwie grupy postulatów. Pierwsza to kwestie agrarne: walka o ziemię, o reformę rolną, o lepsze życie ludności wiejskiej. U genezy leży reforma zakładająca przekazanie nieużytków rolnych w ręce chłopów nieposiadających żadnych gruntów. Bezpośrednio z niej wynika poszanowanie praw robotników wiejskich, działania na rzecz poprawy warunków życia ludności na wsi, publiczna ochrona zdrowia oraz edukacja. Ważnym założeniem tej wizji jest także skierowanie produkcji na rynek wewnętrzny, aby zagwarantować dostęp do żywności oraz promować zatrudnienie w kraju. Długofalowym celem jest przeorientowanie produkcji rolniczej oraz reorganizacja gospodarstw rolnych na korzyść rodzinnych, połączonych w sieć i nastawionych na zaspokojenie własnych potrzeb. Na eksport przeznaczane byłyby jedynie nadwyżki. Różnorakie inicjatywy mają promować zatrudnienie na wsi, poprawę warunków życia w różnych dziedzinach, ochronę środowiska naturalnego, pozyskiwanie energii ze źródeł odnawialnych. Ruch domaga się prowadzenia przez rząd takiej polityki, aby wzmocnić małe, rodzinne gospodarstwa oraz promować kooperatywy rolnicze. Naciska na wprowadzenie programów stymulujących zatrudnienie na wsi w sektorach rolniczych i pozarolniczych, a także ochronę praw pracowniczych. Druga grupa postulatów to dążenie do sprawiedliwego i braterskiego społeczeństwa. Od początku MST walczył o prawo do protestu i mobilizacji, wpływu na decyzje władz, niezależny proces wyborczy. Wstawiał się za ludźmi prześladowanymi, więzionymi i zabijanymi za walkę o swoje prawa.
Ruch podkreśla konieczność poszanowania praw kulturowych i różnorodności etnicznej. Nie przeprowadza zajęć obszarów na terenach ludności indiańskiej, aby nie naruszać jej odrębności kulturowej. Domaga się wprowadzenia elementów demokracji bezpośredniej do systemu politycznego. Postuluje demokratyzację środków masowego przekazu poprzez tworzenie lokalnych stacji telewizyjnych i radiowych. Walczy o włączenie pod pojęcie „obywatel” tysięcy osób zmarginalizowanych i de facto wykluczonych z życia politycznego. Jego zasługą jest wprowadzenie do negocjacji między społeczeństwem a elitami takich kwestii, jak równość płci, ochrona środowiska w rolnictwie, niezależność żywieniowa, prawa mniejszości. Krytykuje nie tylko kapitalizm i ustrój liberalno-demokratyczny, ale całą współczesną cywilizację, która prowadzi do nędzy społeczeństwa oraz destrukcji przyrody.
Bardzo ważna jest dla MST walka o prawa kobiet oraz przeciwdziałanie przemocy wobec nich. Ruch uważa, że równość można osiągnąć tylko dzięki równym szansom dla obu płci. Włącza do akcji bezpośrednich i podejmowania decyzji całe rodziny oraz wprowadza parytet na różnych szczeblach organizacyjnych. Inaczej niż w związkach zawodowych, które są domeną mężczyzn, kobiety w ruchu są coraz aktywniejsze i pełnią funkcje administracyjne i polityczne.
Sprzymierzeńcy i wrogowie
W początkach działalności MST był tłamszony przez dyktatorskie rządy wojskowe. Również pierwsi demokratycznie wybrani prezydenci nie byli mu przychylni. Dopiero prezydent Itamar Franco (1992–1995) wstrzymał ataki na Ruch i uznał go za ważnego aktora społecznego, z którym należy prowadzić rozmowy. Relacje z władzami były jednak napięte. W połowie lat 90. prezydent Fernando Henrique Cardoso chciał ograniczyć działalność ruchu. Początkowo tolerował go i promował politykę osiedleniową na nieużytkach, domagał się jednak zmniejszenia skali jego działalności oraz wstrzymania akcji zajmowania terenów. Rezygnacja z nich miała być podstawą prowadzenia rozmów. W odpowiedzi ruch zwiększył ich liczbę. Rząd podjął radykalne środki, czego skutkiem były dwie masakry, w Corumbia w 1995 oraz w Eldorado dos Carajás w 1996 r. Zwłaszcza ta druga, w czasie której policja, strzelając do chłopów blokujących autostradę, zabiła 19 osób, zwróciła uwagę społeczeństwa. W sumie w latach 1988–2001 aż 1517 pracowników rolnych straciło życie w związku z atakami policji, wojska i oddziałów paramilitarnych (ta liczba ma tym większy wymiar, gdy wiemy, że śmiertelne ofiary reżimu w Brazylii w latach 1964–1985 to „jedynie” 500 osób).
Rząd próbował zdyskredytować ruch, oskarżając go m.in. o uprawę marihuany czy nazywając jego działania nielegalnymi, „zacofanymi” i „stojącymi na drodze modernizacji”. Prowadzono także kooptację wśród jego członków oraz starano się go izolować. Mimo to MST rósł w siłę, choć można zaobserwować także okresy zmniejszenia jego aktywności – np. w 2000 r. wprowadzono przepisy uniemożliwiające wywłaszczanie okupowanych terenów, co chwilowo spowodowało dwukrotny spadek liczby obozowisk.
Kryminalizację działań ruchu powstrzymała dopiero rządząca od 2003 roku Partia Pracowników (Partido dos Trabalhadores – PT). Sojusz, pochodzący jeszcze z czasów, gdy obie organizacje były w opozycji wobec reżimu, miał swoje korzenie w bliskości programowej. Partia Pracowników wprowadziła rozwiązania korzystne dla drobnych rolników, anulowała część ich długów, przyznała im kredyty oraz zagwarantowała ceny minimalne na żywność. Relacje między MST a PT stopniowo się jednak pogarszały. Działacze ruchu twierdzili, że nie wywiązano się z obietnic przyznania ziemi 500 tysiącom rodzin. Oskarżali partię o prowadzenie neoliberalnej polityki.
MST uważa, że należą mu się pieniądze rządowe (np. kredyty dla rolników) oraz utrzymuje stosunki z przedstawicielami władz, ale stara się trzymać z dala od polityki i prowadzić niezależne działania. Chce być „czysty ideologicznie” i czasami przyjmuje postawę konfrontacyjną wobec rządu. Uważa, że relacje z graczami politycznymi są niezbędne, ponieważ pomagają w osiąganiu celów. Działalność nie jest prowadzona „poza państwem”, ale polega na jak największym wykorzystaniu istniejących możliwości. Wyznacznikiem jest pragmatyzm: niekiedy współpraca z rządem i administracją jest opłacalna, niekiedy bardziej opłaca się wejść z nimi w konflikt.
Innym istotnym sojusznikiem ruchu jest kościół katolicki. Na samym początku był on najważniejszym ze sprzymierzeńców, ponieważ określał profil ideologiczny ruchu – religijny, związany z teologią wyzwolenia. Stanowił pewien symbol, był najważniejszą organizacją opozycyjną, udzielał wsparcia, dysponował dobrym zapleczem, miał dostęp do środków finansowych. Początkowo ruch podchodził do kwestii rolnej w sposób polityczno-religijny, traktując ją jako kwestię sprawiedliwości społecznej oraz godności ludzkiej. Miała ona być podstawą wyzwolenia z kapitalizmu, który niewolił słabszych dla korzyści krajowego i międzynarodowego kapitału. W latach 90. nastąpiła zmiana podejścia na bardziej świeckie. Coraz ważniejsze stawały się zasady konstytucyjne. Zaczęto korzystać z pracy wykwalifikowanych ekspertów ds. prawa cywilnego i karnego.
MST tworzy koalicje i porozumienia z wieloma graczami politycznymi i społecznymi, co pozwala na włączenie do działań większej liczby ludzi. Najważniejsi jego sprzymierzeńcy to związki zawodowe, organizacje rolników z grupy Via Campesina, Ruch Dotkniętych Tamami (The Movimento dos Atingidos por Barragens – MAB), Ruch Małych Rolników (Movimento dos Pequenos Agricultores – MPA), lokalne wspólnoty, setki małych ruchów, brazylijski kościół katolicki, Caritas. Wiele osób popiera założenia i działalność ruchu, a około 100 tysięcy wolontariuszy w całym kraju pomaga w działaniach MST. Ruch wspierają związki zawodowe, studenci, artyści, instytucje edukacyjne, fundacje, organizacje międzynarodowe, agencje rządowe w Europie, Kanadzie, państwach Ameryki Łacińskiej.
MST ma również licznych wrogów, wielu bardzo wpływowych. Najważniejszymi z nich przez długi czas byli właściciele latyfundiów, zrzeszeni w kilku organizacjach i reprezentowani w parlamencie przez tzw. wiejską ławę (bancada rural), w skład której wchodzili politycy z różnych partii, popierający interesy właścicieli ziemskich i producentów rolnych. Latyfundyści mieli duże wpływy wśród władz, byli silną grupą lobbującą. Najczęściej stały za nimi także władze lokalne, państwowe struktury siłowe, służby policyjne oraz aparat sądowniczy. Bardzo często korzystali z usług najemników (pistoleiros), zbrojnych band, grup paramilitarnych, które stosowały przemoc wobec członków ruchu.
Obecnie za największego wroga uznać można przedsiębiorstwa transnarodowe (jak Monsanto czy Cargill), które monopolizują rynek rolniczy. MST sprzeciwia się korporacyjnej kontroli nasion, prowadzącej do narzucania rolnikom nowych wzorców technologicznych – niektóre firmy formalnie zmuszają do kupowania określonych środków owadobójczych przygotowanych dla konkretnego rodzaju nasion. Ruch walczy z plantacjami roślin modyfikowanych genetycznie, należącymi do takich korporacji. Sprzeciwia się wielkoprzemysłowym uprawom dla celów komercyjnych, które cechują monokultury odmian roślin, wysokie zużycie chemikaliów oraz zaawansowana biotechnologia. W opozycji do takiego stanu rzeczy tworzy alternatywny rynek produktów z gospodarstw spółdzielczych, co ma pozwolić na samowystarczalność żywieniową i zerwanie zależności od koncernów.
Przeciwnikiem MST jest również Bank Światowy, którego plan likwidacji biedy w Brazylii zakłada prywatyzację ziemi oraz zmianę konstytucji na taką, która nie zezwalałaby na zajmowanie nieproduktywnych obszarów. Chłopi bezrolni mogliby starać się o pożyczki na zakup własności rolnych, jednak ich sprzedaż byłaby uzależniona od decyzji właściciela. Różnic jest więcej, a MST zadeklarował konfrontację z neoliberalizmem oraz walkę w celu nacjonalizacji sprywatyzowanych przedsiębiorstw. Domaga się od rządu reformy prawa podatkowego, zmiany polityki gospodarczej państwa oraz reorientacji polityki zagranicznej.
Działalność ruchu krytykowana jest przez tych, którzy stawiają nacisk na kompromisy i elastyczność w negocjacjach między rolnikami a elitą władzy. Oskarżają oni ruch o brak doświadczenia i niezwracanie uwagi na zasady polityki. Mówi się, że działalność ruchu inspirowana jest „wulgarnym marksizmem”. MST miałby indoktrynować i manipulować ludźmi, którzy nie znają się na polityce i być tylko ruchem „przedpolitycznym” lub pseudorewolucyjną grupą.
Masowość, organizacja i wytrwałość
Główną i najbardziej spektakularną aktywnością ruchu jest zajmowanie ziemi i oddawanie jej bezrolnym pracownikom wiejskim. Punktem wyjścia dla tej działalności jest przepis brazylijskiego prawa, mówiący, że ziemie, które nie są uprawiane lub wykorzystywane produktywnie, mogą zostać przejęte i przekazane bezrolnym. Warunki panujące w kraju (ogromny obszar, dominacja wielkich majątków ziemskich, struktura upraw) sprawiają, że takich terenów jest bardzo dużo. Ziemia uprawna często traktowana jest jedynie jako lokata kapitału, a mimo to państwo nie inicjuje procesu jej redystrybucji. Rządy Partii Pracowników wprowadziły wiele programów dla najbiedniejszych obywateli, ale nie zajęły się przyczynami istnienia dysproporcji majątkowych na wsi oraz kwestią własności ziemi. Wiele nieeksploatowanych obszarów jest zadeklarowanych jako „wydajne”. Władze postawione przed faktem dokonanym muszą jednak odpowiedzieć i taki jest cel akcji ruchu.
Pierwsza okupacja, przeprowadzona w Rio Grande do Sul, doprowadziła do rozprawy sądowej, w czasie której Sąd Najwyższy orzekł, że działanie aktywistów nie było złamaniem prawa, a rząd jest zobowiązany do odbierania właścicielom nieużytkowanych majątków ziemskich. Dzięki temu MST został ruchem działającym zgodnie z prawem. Co więcej, w 1996 r. najwyższa brazylijska instancja sądownicza uznała, że okupacje w celu przyspieszenia reformy „zasadniczo różnią się” od czynów kryminalnych przeciwko własności. Te dwa orzeczenia sprawiły, że kryminalizowanie działalności ruchu jest kwestią bardziej polityczną niż prawną.
Należy pamiętać, że okupacje były narzędziem walki rolników o ziemię jeszcze przed powstaniem Ruchu Bezrolnych, a również dzisiaj są one stosowane przez inne organizacje. Nowością jest raczej wzmocnienie tej taktyki przez masową mobilizację oraz wydłużenie czasu jej trwania. W ten sposób odizolowane przypadki wtargnięcia na tereny należące do latyfundystów zostały wyniesione na poziom krajowy. Z pewnością można powiedzieć, że masowe, długotrwałe akcje zajmowania terenów, mające miejsce w wielu różnych regionach kraju, to aktywność typowa tylko dla MST.
Zajmowanie nieproduktywnych terenów przebiega w kilku fazach: przygotowanie, okupacja, zbudowanie obozu, założenie osady, budowa wspólnoty. Cały proces zaczyna się od przygotowania do zajęcia ziemi. Aktywiści zachęcają bezrolnych chłopów do gromadzenia niezbędnych materiałów, jak odzież, prowiant czy budulec na namioty. Cały ten proces może trwać nawet około roku. W określonym dniu następuje rozpoczęcie operacji, czyli zajęcie, wtargnięcie lub wejście (jak mówią jego zwolennicy) albo najazd czy inwazja (jak nazywają to wrogowie i media). Zajęcie prywatnego terenu rozpoczyna pewien proces oraz powoduje konflikt między kilkoma stronami: właścicielem, zajmującymi, władzami, w tym rządem, policją, sądami, urzędami ds. polityki rolnej. Najczęściej właściciel zwraca się do sądu z wnioskiem o eksmisję. Takie usunięcie może mieć różny charakter (pokojowy lub brutalny) oraz różny skutek. Najczęściej okupanci zostają usunięci z zajętego terenu, a czekając na decyzję sądu budują obóz (acapamento) w pobliżu, na terenie publicznym lub czasami prywatnym. Może funkcjonować on miesiącami czy nawet latami, a celem jest wywarcie presji na władze odpowiedzialne za przeprowadzenie reformy rolnej i wymuszenie przekazania ziemi. Pozwala także na poinformowanie opinii publicznej o walce oraz mobilizuje okupujących.
W wielu regionach policja oraz prywatne oddziały paramilitarne urządzają napaści zbrojne na obozy. Walka w wydaniu MST nie oznacza przemocy, ruch kładzie nacisk na pokojowe metody. Dla obrony przed agresją członkowie ruchu używają narzędzi pracy, tj. maczet, kos, kawałków drewna, starych strzelb myśliwskich. Najczęściej starają się unikać konfrontacji, ponieważ walka z siłami dysponującymi nowoczesną bronią stawia ich na z góry przegranej pozycji.
W okupacji bierze najczęściej udział od kilkudziesięciu do kilkuset osób. Wszyscy od początku uczestniczą w zarządzaniu oraz budowie podstaw wspólnoty. Obóz tworzy komisje odpowiedzialne za poszczególne kwestie (zapewnienie żywności, bezpieczeństwo, edukacja, ochrona zdrowia itd.). Zadania są przydzielane według naturalnych preferencji – każdy może wybrać, czym chce się zajmować lub zostaje przypisany do jakiegoś sektora.
Tylko masowy protest może przynieść prawdziwą zmianę, dlatego do wspólnych działań włącza się jak najwięcej ludzi. Ruch nieustannie przypomina, że każde zajęcie terenu i każde negocjacje muszą być prowadzone grupowo, gdyż jednostkowych reprezentantów można zamordować lub sprawić, aby zdradzili sprawę. Jak twierdzą liderzy: Każdy przewodniczący, nawet najbardziej reformatorski, łatwo może zmienić zdanie przez własną próżność, zdradzając swoją klasę. Historia pełna jest przykładów przywódców, którzy, będąc początkowo wybrani przez związki zawodowe lub organizacje ludowe, zaakceptowali stanowisko burmistrza lub jego zastępcy.
Około 80–90% okupacji jest skutecznych i prowadzi do przyznania tytułu prawnego do ziem. Protestujący otrzymują ziemię na własność i budują osady. Każde przejęcie gruntów postrzegane jest jako krok w stronę realizacji ogólnokrajowej reformy rolnej.
Małe wspólnoty
Zajęcie terenu i uzyskanie tytułu prawnego nie kończą walki o lepsze życie. Rozpoczynają się uprawa ziemi, produkcja i rozbudowa systemu usług dla mieszkańców. Rodziny z pomocą aktywistów ruchu (militantes) samoorganizują się, walczą o swoje prawa oraz dostęp do usług publicznych: elektryczności, urządzeń sanitarnych, infrastruktury, kultury, rekreacji itp. Wbrew pozorom jest to najtrudniejsza faza całego procesu. Najważniejsze dla rolników stają się kwestie takie, jak ceny, kredyty i gospodarowanie. Rodziny, które uzyskały ziemię, najczęściej stają się bierne – ich prywatny cel został osiągnięty i chcą one w spokoju zająć się gospodarstwem. Następuje demobilizacja osadników, zmniejszenie zainteresowania sprawami politycznymi. Utrzymanie ich aktywności jest dla ruchu wielkim wyzwaniem.
Początkowo, gdy mieszkańcy, którzy zajęli teren, chcieli pracować razem w kolektywach, tworzono spółdzielnie. Później, gdy rolnicy, którzy niedawno utracili z powodu kłopotów finansowych gospodarstwa rodzinne na rzecz wielkich posiadaczy, chcieli je odzyskać, zaczęto tworzyć także „sektory kooperacji”. Pozwala to wybrać, czy chcą pracować wspólnie, czy też samodzielnie. Jeśli zdecydują się na tę drugą opcję, nadal mogą korzystać z kredytów uzyskiwanych przez MST. Niektóre grupy rodzin wybrały metodę pracy wspólnotowej, niektóre indywidualnej, inne jeszcze drogę pośrednią, w której praca indywidualna uzupełniana jest przedsięwzięciami kolektywnymi, np. przy zakupie i użytkowaniu maszyn rolniczych. Każdy obóz i osada są inne, w zależności od ludzi je tworzących, warunków naturalnych, regionu, nastawienia władz i okolicznej ludności. Podejmuje się różne próby, prowadzi eksperymenty organizacyjne i produkcyjne. Nikt nie ma gotowych recept, ludzie szukają nowych rozwiązań.
Wiele środków i wysiłków pochłaniają działania w takich kwestiach, jak służba zdrowia czy szkolnictwo, ale MST utrzymuje, że jest to część jego walki. Powodem dominacji i wyzysku jest m.in. brak wiedzy, stąd nacisk ruchu na edukację. Analfabeci muszą uczestniczyć w kursach czytania i pisania, buduje się szkoły dla dzieci. Z inicjatywy MST powstało już ponad 1800 szkół nauczania początkowego i średniego oraz uniwersytet w stanie São Paulo. W miarę przekształcania osad w trwałe wspólnoty stają się one oficjalnie uznanymi szkołami publicznymi. W nauczaniu kładzie się nacisk na kwestie związane ze sprawiedliwością społeczną, radykalną demokracją oraz wartościami humanistycznymi i społecznymi, gdyż według stanowiska ruchu: Aby przygotować ludzi do demokracji i partycypacji przez edukację, sam system oświaty musi opierać się na zasadach demokratycznych, które próbuje promować.
Osiedla, które odniosły sukces, zapewniają dużo lepsze warunki niż zwyczajny wiejski standard w Brazylii. Niektóre dywersyfikują produkcję i sprzedają nadwyżki. Utworzono około 100 małych i średnich kooperatyw, które przetwarzają owoce, warzywa, nabiał, zboża, kawę, mięso czy słodycze oraz tworzą własne marki. Są też takie osiedla, które muszą walczyć o przetrwanie, a sporadycznie są nawet opuszczane. Według jednego z liderów: MST stało się rodzajem państwa. Robimy to, co państwo powinno robić, i wiele więcej. Ruch troszczy się o człowieka całościowo. Walczymy o ziemię, dom, wspólnotę, edukację, zdrowie, kulturę, kobiety, młodzież… W całej Brazylii nie ma organizacji pracującej na rzecz tego wszystkiego.
Ciekawym zagadnieniem jest ustrój wprowadzony we wspólnotach na zdobytych terenach. Fundamentem są rodziny, a grupa 10 rodzin tworzy tzw. podstawowy rdzeń (núcleo de base), który jest najważniejszą instancją, dyskutującą o potrzebach na danym terenie. Zajmuje się sprawami wewnętrznymi, ale debatuje także na tematy bardziej ogólne, jak sytuacja w regionie, wyniki negocjacji z rządem i władzami lokalnymi. Dzięki temu wszyscy członkowie ruchu posiadają wiedzę i orientację w charakterze toczonej walki. Skrupulatnie nadzoruje się wspólnotowe wydatki, a przepływ finansów cechuje transparentność. W zgromadzeniach bierze udział zazwyczaj około 40–50 osób, co umożliwia aktywne uczestnictwo. Dzięki temu ludzie mogą dyskutować o ważnych sprawach, ale także przezwyciężać indywidualistyczne podejście i uczyć się wspólnotowości. W większych zgromadzeniach praca toczy się także w komisjach sektorowych. Zgromadzenie wybiera dwie osoby (mężczyznę i kobietę) do rady regionalnej. Każda rada wybiera dwie osoby (znowu muszą to być przedstawiciele obu płci) do rady stanu oraz do rady krajowej. Mandat może zostać odnowiony, ale wybrana osoba nie jest nietykalna. Instancja wybierająca dokonuje przeglądów jej aktywności i może ją odwołać, jeśli nie realizuje podjętych zobowiązań.
Co 5 lat zbiera się Kongres Narodowy: główna instancja MST, która grupuje aktywistów z różnych stanów. Przyjmuje on linię programową ruchu i podejmuje decyzje dotyczące linii politycznej na kolejny okres. Co dwa lata natomiast gromadzi się Spotkanie Narodowe, które dyskutuje i aktualizuje decyzje Kongresu oraz określa szczegółowe zasady bieżących poczynań. Organem wykonawczym oraz reprezentacyjnym jest Koordynacja Narodowa, która zajmuje się wprowadzaniem uchwał organów deliberujących oraz finansami, jednak nie decyduje o polityce prowadzonej przez poszczególne struktury regionalne. Lokalne organy powinny kierować się zaleceniami polityki MST, ale ich decyzje są zdecentralizowane. Na przykład zaleceniem może być to, że należy przeprowadzać zajęcia ziem, ale metody, czas i organizacja tych przedsięwzięć należą do lokalnych działaczy. Na szczeblu centralnym analizuje się jedynie, czy wszyscy podążają właściwą drogą, a także ruchy przeciwnika oraz kwestie, które dotyczą wszystkich stanów, jak podręczniki, spotkania czy manifestacje. Założeniem systemu jest podejmowanie decyzji na jak najniższym poziomie, choć istotnymi elementami są koordynacja działań oraz kontrola.
Najbardziej doświadczeni członkowie ruchu wchodzą w skład Przywództwa Narodowego. Jest to około 20 osób, które zbierają się co dwa miesiące, żeby dyskutować i przygotować propozycje polityki, strzegąc spójności i jedności ruchu oraz jego autonomii. Planują także strategie i taktyki przedstawiane Narodowej Koordynacji, proponują rozwiązania. Zadaniem tego organu nie jest rządzić, lecz tworzyć ogólną wizję tego, co dzieje się w kraju oraz informować członków ruchu o dyskusjach i toczonej walce.
Jedną z cech wyróżniających MST jest jego przywództwo (najbardziej doświadczeni aktywiści), a konkretniej fakt, ze liderzy ruchu nie pochodzą spoza jego bazy społecznej. Około 80% liderów to chłopi lub robotnicy rolni nieposiadający ziemi. Choć najczęściej są młodzi i wyedukowani, pochodzą z biednych terenów wiejskich i łączą ich ścisłe związki z członkami ruchu. Są aktywni, ambitni, mają wiarę w możliwość utworzenia alternatywnego społeczeństwa, ale zarazem nie tracą związków ze swoim zapleczem społecznym.
Ważną sprawą jest utrzymywanie kontaktów między wspólnotami, tzw. koncentracja osad. Społeczność odizolowana od innych, otoczona latyfundiami, ma małe szanse na przetrwanie, a jeszcze mniejsze na wywarcie wpływu politycznego, gospodarczego, kulturowego i ideowego w regionie.
MST jest jednym z ruchów opierających się na zasadzie partycypacji, która ma stać w opozycji do form przedstawicielskich. Zakłada ona, że obywatele mogą sami podejmować decyzje zamiast oddawać całą władzę w ręce przedstawicieli. Uczestniczą oni w tym procesie od samego początku, aktywnie biorąc udział w debatach i wyrażając swoje zdanie. Zasady rządzące zgromadzeniami są połączeniem lewicowych i chrześcijańskich form działania wspólnoty. Jak twierdzą liderzy: Dla nas demokracja to nie jest tylko szczegół, słowo. Jest jednym z fundamentów naszej pracy pedagogicznej i naszych planów transformacji społecznej.
W przypadku MST dzieje się tak przede wszystkim za sprawą „spotkań” (reuniões), które mają różny przebieg i długość. Ich główną ideą jest przekonanie, że aby zachować równość, ludzie muszą się wypowiedzieć, mieć do tego prawo i okazję. Najważniejsza jest dyskusja, będąca swoistym rytuałem – mówcy posługują się pytaniami retorycznymi, mową zależną, ciszą, naśladują głosy innych osób, prowadzone są dialogi. Równość oznacza przede wszystkim takie same szanse na wyrażenie zdania czy podjęcie takiego postanowienia, które zawiera postulaty wszystkich działaczy lub przynajmniej dużych grup. Uczestnictwo w spotkaniu implikuje automatycznie wzięcie na siebie odpowiedzialności, a brak sprzeciwu czy zgłoszenia skargi oznacza zgodę. Każdy ma możliwość wyrażenia swojego zdania publicznie. Decyzja jest najczęściej przyjmowana jednogłośnie lub jej podjęcie jest odkładane na później.
Inne sfery aktywności
Istotną przyczyną sukcesu Ruchu Bezrolnych jest taktyka opierająca się na zróżnicowanych działaniach. Większość akcji to zgodne z prawem protesty lub akty nieposłuszeństwa obywatelskiego. Możemy zaliczyć do nich, poza opisanymi już zajęciami nieużytków, marsze (w tym nawet dwumiesięczne), mające długą tradycję w regionie Ameryki Łacińskiej, oraz blokady autostrad w proteście przeciwko konkretnym wydarzeniom (np. usunięciu rodzin z terenów zajmowanych przez ruch). W 2005 r. MST zorganizował 170-kilometrowy marsz do stolicy, w którym wzięło udział 12 tysięcy ludzi, zapewnił im jedzenie, opiekę medyczną, namioty, komunikację i koordynację, co zostało uznane za wydarzenie bez precedensu. Pozostałe działania to m.in. zajęcia budynków publicznych, niszczenie upraw, wysyłanie e-maili i listów, głodówki, publikacje manifestów, demonstracje.
Ważne miejsce zajmują działania związane z ekologią. W 1997 r. ruch utworzył BioNatur, pierwszą kooperatywę zajmującą się nasionami organicznymi oraz przejmowaniem kontroli nad nasionami od korporacji międzynarodowych. Dziesięć lat później była ona największym producentem organicznym w Ameryce Łacińskiej, z ponad stoma odmianami roślin.
Ochrona środowiska zajmuje ważne miejsce w działalności ruchu. Promuje on uprawy na małą skalę, polegające na zabiegach przyjaznych środowisku, jak międzyplony i płodozmian. Niekiedy posuwa się nawet do niszczenia upraw oraz okupacji plantacji należących do koncernów, które nie spełniają norm środowiskowych, jak Sygenta AG czy Monsanto. Podejście agroekologiczne kwestionuje neoliberalny model rolnictwa i społeczeństwa. Chce przywrócić uznanie nieformalnej, tradycyjnej wiedzy mieszkańców wsi. Pojmuje przyrodę nie jako coś, co trzeba ujarzmić i wykorzystać, ale jako źródło życia, część człowieka. Ma to korzenie w indiańskości i afrykańskości, dwóch najważniejszych (obok europejskiego) filarów kultury brazylijskiej. Ruch Bezrolnych sprzeciwia się stosowaniu nasion transgenicznych oraz dominacji monokultur uprawnych (eukaliptusa, trzciny cukrowej i soi), które niszczą ekosystem i prowadzą do zmniejszania zatrudnienia. Wspiera natomiast producentów żywności ekologicznej, programy zalesiana terenów oraz ekologiczne pozyskiwanie energii na terenach wiejskich. Jak powiedział jeden z liderów: Dla nas osada jest odrodzeniem życia ludzkiego i natury. Dlatego też najważniejsze to zdefiniować politykę gospodarczą, społeczną i rozwojową, chronić środowisko, […] odnowić zniszczone tereny, nie wzniecać pożarów, zbierać śmieci, unikać trucizn i nawozów chemicznych, sadzić różne rodzaje owoców i kwiatów, chronić ptaki i dzikie zwierzęta. Działania ekologiczne odnoszą się nie tylko do samych upraw. Często wraz z lokalnymi wspólnotami, organizacjami kościelnymi i pozarządowymi ruch protestuje w sprawie niektórych projektów szkodliwych dla środowiska naturalnego, takich jak budowanie tam i zmiana biegu rzek.
Efekty działalności
Działalność ruchu przynosi wiele zmian na poziomie prawnym, politycznym, społecznym, gospodarczym. Przekształca nieproduktywne lub nieużywane obszary rolne w utrzymujące się samodzielnie gospodarstwa. MST pomaga w efektywnym wykorzystywaniu kredytów, w modernizacji, oferuje pomoc techniczną i w zakresie strategii marketingowych. Dzięki niemu zmniejsza się bezrobocie, maleją obszary biedy, poprawia się jakość życia ludności. Ruch jest swego rodzaju mediatorem między osadnikami a państwem, jednocześnie zachowując autonomiczną strukturę, niezależność i zdolność do mobilizacji swoich członków i zwolenników.
Dzięki Ruchowi Bezrolnych tymczasowi, najemni robotnicy rolni, wykluczeni z życia politycznego, stają się podmiotem. Walka o ziemię może być widziana w szerszym kontekście jako przywrócenie praw politycznych, społecznych i ekonomicznych, których bezrolni są praktycznie pozbawieni. Jednocześnie nie robi tego za nich, a jedynie oferuje pomoc w budowie wspólnot. Akcje MST były szokiem, uzmysłowiły społeczeństwu, jak nagląca jest potrzeba poprawy życia bezrolnych chłopów, zmieniły status quo i przeniosły problem reformy rolnej na wyższy poziom refleksji politycznej.
Obecnie dużo mówi się o kryzysie ruchu. Ponieważ zajmuje się on wieloma problemami, niektórzy obserwatorzy uznają, że spycha podstawowy z nich na dalszy plan. Rolnicy mieliby być w pewnym sensie ofiarą postawy antyglobalistycznej. Prawdą jest, że przez 30 lat MST nie był w stanie wymóc realizacji ogólnokrajowej reformy rolnej, choć jego metoda „małych kroków” przyniosła imponujące wyniki.
Przeciwnicy często tworzą fałszywy obraz, w którym ruch rolników prezentuje zacofaną gospodarkę wiejską, i przeciwstawiają mu nowoczesne rolnictwo, oparte na chemii i biotechnologii. Tymczasem różnice tkwią zupełnie gdzie indziej. Neoliberalizm promuje interesy elity właścicieli wielkich majątków (często korporacji), mających dostęp do bazy środków chemicznych i powiązanych z handlem zagranicznym (większość produkcji wysyłana jest na eksport). MST stosuje inne podejście: wspiera interesy drobnych właścicieli połączonych w kooperatywy, którzy produkują przede wszystkim na potrzeby lokalne, a sprzedają jedynie nadwyżki. Przy tym ważne są nie tylko kwestie związane z samą produkcją, ale także sprawiedliwość społeczna, równość kulturowa i tożsamość. Linia podziału przebiega między nowoczesną strategią Ruchu Rolników bez Ziemi, która bierze pod uwagę interesy producentów (zatrudnienie, warunki życia), konsumentów (zdrowie, dostęp do żywności) i przyrody, a przestarzałym podejściem „rentierskim”, dla którego liczą się tylko wielkość produkcji oraz zysk uprzywilejowanej elity.
przez dr Rafał Bakalarczyk | wtorek 24 listopada 2015 | Jesień 2015
Państwo i jego instytucje mogą oddziaływać na społeczeństwo nie tylko poprzez bezpośrednie dostarczanie dóbr i usług czy tworzenie odpowiednich regulacji. Również to, w jaki sposób realizowane są zamówienia publiczne może rzutować na rzeczywistość. W Polsce sfera zamówień publicznych odpowiada za prawie 10% PKB, co na tle unijnych standardów nie jest wskaźnikiem zbyt wysokim (średnia UE to prawie dwa razy tyle), ale jednak na tyle pokaźnym, że taka jej wielkość może oddziaływać na poszczególne segmenty rynku, z których część jest bardzo silnie zależna właśnie od popytu ze strony instytucji publicznych. Na przykład w branży ochroniarskiej zamówienia publiczne to 40 proc. rynku, w usługach sprzątania jest to zaś aż 60 proc.1. Niestety, zazwyczaj głównym kryterium przy zamówieniach publicznych jest niska cena – dowiadujemy się z raportu NIK opublikowanego latem 2015 r.2.
Wyzysk za publiczne
Co prawda wspomnianą kontrolę NIK przeprowadzono w latach 2012–2014, a więc zanim weszła w życie nowelizacja prawa o zamówieniach publicznych, ograniczająca możliwość konkurowania wyłącznie niską ceną (oraz zawierająca kilka innych prospołecznych zapisów), ale także świeższe dane wskazują, że to kryterium ceny odgrywa wciąż zasadniczą rolę przy wyborze ofert, podmioty zaangażowane w proces zamówień publicznych stosują natomiast różne triki, by obejść istniejące prawo. Dzieje się tak na przykład w branży ochroniarskiej. Pezes zarządu Polskiej Izby Ochrony Sławomir Wagner wskazuje: Zamawiający dzielą zamówienia na części o wartości niższej niż podlegająca prawu zamówień publicznych i robią zamówienia z wolnej ręki na zasadzie zapytania ofertowego. I tu cena jest niestety ciągle jedynym kryterium3. Owa rywalizacja cenowa odbywa się często kosztem praw pracowniczych i warunków zatrudnienia osób wykonujących czynności objęte zamówieniem.
Dotyczy to szczególnie prostych usług, takich jak sprzątanie, catering czy ochrona mienia, których wydajność wykonania bywa zbliżona w różnych firmach starających się o zamówienie. Konkurują więc niską ceną, a tę osiąga się, zaniżając płace lub proponując bezpośrednim wykonawcom usług przejście na tzw. zatrudnienie niestandardowe (umowy cywilnoprawne lub samozatrudnienie). Nie podlega ono ani rygorom wynagrodzenia minimalnego, ani nie generuje tzw. pozapłacowych kosztów pracy dla zatrudniającej firmy. W ten sposób outsourcing usług przez instytucje publiczne zaczyna przypominać tzw. wyścig do dna, polegający na sukcesywnym obniżaniu standardów pracowniczych.
Dodajmy, że mówimy o branżach, w których pracę wykonują często osoby o niskiej zatrudnialności i wysokiej zastępowalności przez innych pracowników w podobnie trudnej sytuacji. Są więc podatne na śmieciowe warunki zatrudnienia, które w odniesieniu do usług wykonywanych w określonym miejscu, czasie i pod nadzorem są zwyczajnym łamaniem prawa. Istnieją więc istotne powody, żeby państwo prowadziło politykę przeciwdziałającą takim praktykom. Akceptacja dla zatrudnienia pozakodeksowego w tego typu przypadkach krzywdzi te podmioty, które starają się postępować zgodnie z prawem pracy i społecznym interesem, zatrudniając na etat. Okazuje się, że rynek usług sprzątania uległ tak daleko posuniętemu „uśmieciowieniu”, że firmy, które oferują nie umowę o dzieło, lecz umowę-zlecenie i odprowadzają od niej składki, mogą uchodzić za awangardę społecznych standardów w tej branży… Ale na dłuższą metę stają się one niekonkurencyjne, więc albo są zmuszane do redukcji zatrudnienia, albo firma zwija interes, albo obniżają standardy zatrudnienia.
Krótko mówiąc: problemem nie są pojedyncze nadużycia, lecz powstałe reguły, spod jarzma których trudno wyłamać się pojedynczym podmiotom. Aby walczyć z takimi sytuacjami potrzebne są odpowiednie bodźce ze strony poszczególnych instytucji publicznych (zarówno zamawiających, jak i kontrolnych), a także polityka publiczna na poziomie krajowym i lokalnym, próbująca kreować nieco inne reguły gry. Tu także możliwości kształtowania rynku są niepełne, bowiem outsourcing np. usług sprzątania kwitnie na dużą skalę również w sektorze prywatnych przedsiębiorstw. Szacuje się, że na takich zasadach zatrudnia ponad połowa z nich, chcąc ograniczyć koszty utrzymywania własnego personelu. Ten mechanizm „racjonalizacji kosztów” nie sprzyja dobrym warunkom zatrudnienia tych, którzy starają się o kontrakt. Zamawiająca firma prywatna nie tylko nie jest „krępowana” regulacjami prawa zamówień publicznych, ale jako podmiot napędzany zyskiem ma też zasadniczo mniejsze motywacje do przejmowania się warunkami zatrudnienia. Takie są realia, choć w zasadzie moglibyśmy oczekiwać od firm prywatnych dbałości o jakość zatrudnienia także przy korzystaniu z outsourcingu, a owa dbałość mogłaby stanowić element budowania marki biznesu odpowiedzialnego społecznie. Gdy zaś mówimy o instytucjach publicznych – także wiarygodności w oczach obywateli. Ponadto samo przedsiębiorstwo (a także zamawiająca instytucja publiczna) może czerpać pewne korzyści z dbania, by podwykonawcy świadczący usługi na jej rzecz nie łamali prawa pracy i zapewniali pracownikom bezpieczne warunki.
Pan traci, pani traci, społeczeństwo traci
Śmieciowe zasady zatrudnienia personelu prowadzą do ogromnej rotacji pracowników i znikomej społecznej kontroli nad nimi. Gdy na przykład firma wygra przetarg na sprzątanie budynków w innej instytucji lub przedsiębiorstwie, a bezpośrednio wykonujący te usługi wciąż się zmieniają, nie sprzyja to wydajności. Co i rusz załoga w zmienionym składzie musi wdrażać się do pracy, rozdzielać między sobą obowiązki, rozpoznawać teren itd. Bardzo luźny związek pracujących z pracodawcą i świadomość życia w chronicznej niepewności, bez praw, niekoniecznie sprzyjają motywacji. Do tego dochodzą jeszcze koszty ukryte i odroczone w czasie, które widoczne są z poziomu mezo (np. danej społeczności) czy makro – koszty towarzyszące śmieciowemu zatrudnieniu, takie jak m.in. zmniejszone wpływy do ZUS czy NFZ, albo mniej oczywiste, acz nie mniej poważne koszty zdrowotne czy demograficzne (związane z odraczaniem decyzji matrymonialnych i prokreacyjnych), brak stabilności i ochrony socjalnej.
Gdy mówimy o zamówieniach publicznych, w których biorą udział instytucje państwowe danego typu, dochodzą jeszcze zagrożenia właściwe instytucji określonego rodzaju. Weźmy choćby przypadek sądów. W ostatnim czasie trwa spór pomiędzy Ministerstwem Sprawiedliwości, które oczekuje redukcji etatów w sądownictwie, a Związkiem Zawodowym Pracowników Wymiaru Sprawiedliwości. Resort wyraził zaniepokojenie i oczekiwał zwolnień oraz zlecania usług firmom zewnętrznym. Jak twierdzi Iwona Nałęcz-Idzikowska, przewodnicząca Związku Zawodowego Pracowników Wymiaru Sprawiedliwości, Zlecenie takich usług przez sądy na zasadzie outsourcingu to pomyłka. W sądzie przecież przechowywane są dokumenty z danymi wrażliwymi, a wśród nich akta spraw czy też archiwa. Firmy sprzątające robią to po godzinach pracy, kiedy w budynkach nie ma już właściwie nikogo. A taki np. portier ma klucze do wszystkich pomieszczeń. Tymczasem osoby zatrudniane przez zewnętrzne firmy – w przeciwieństwie do pracowników etatowych – nie muszą posiadać zaświadczenia o niekaralności4. Gdy dochodzi do outsourcingu, a w jego ramach do pozaetatowego zatrudnienia osób wykonujących zlecane czynności, niewielka jest publiczna kontrola nad przestrzenią, której są zobowiązane pilnować lub sprzątać państwowe instytucje. W tym przypadku chodzi więc nie tylko o bezpieczeństwo zatrudnienia, ale także o bezpieczeństwo danych obywateli.
Innym przykładem na to, jak outsourcing prostych usług może odbić się na sytuacji użytkowników danej instytucji, jest zastępowanie tradycyjnych szkolnych stołówek zewnętrznym cateringiem. Zjawisku temu, występującemu w ostatnich latach na dużą skalę w wielu polskich miastach, towarzyszyły utrata pracy przez szkolne kucharki oraz brak kontroli nad warunkami zatrudnienia i pracy tych, którzy przygotowują i dostarczają posiłki w ramach cateringu. W wielu przypadkach prawa pracownicze bywają zagrożone, jako że do skorzystania z cateringu skłania placówki głównie chęć redukcji kosztów, która to motywacja może także zachęcić do wyboru najtańszego oferenta, a więc zazwyczaj oszczędzającego albo na jakości i wartości odżywczej dostarczanych produktów, albo na zatrudnianiu i wynagradzaniu pracowników. Ponadto owa redukcja kosztów często odbywa się kosztem uczniów, co dotkliwie odczuwają zwłaszcza ci ubożsi. Gdy w szkole prowadzona jest stołówka, rodzice ucznia płacą tylko za tzw. wsad do kotła, zaś szkoła opłaca koszty przygotowania posiłku i wynagrodzenia kucharek. Gdy placówka przechodzi na catering, rodzice opłacają cały koszt posiłku. Stąd np. w Warszawie, gdzie sprywatyzowano w ostatnich latach wiele szkolnych stołówek, rodzice z własnej kieszeni muszą wyłożyć więcej. Wielu na to nie stać, dla wielu zaś jest to dotkliwy dodatkowy wydatek.
Jeśli zaś mowa o racjonalizacji wydatków (które często bywają właśnie niezbyt racjonalne), można jeszcze dodać koszty transakcyjne, związane z zawieraniem umów i wynagradzaniem pośredników. Te przykłady pokazują, że outsourcing stosowany przez instytucje publiczne, którego popularność rozkwitła na fali entuzjazmu wobec rynkowych rozwiązań także w sektorze państwowym, wcale nie jest najbardziej racjonalnym rozwiązaniem, a ponadto może nieść zagrożenia społeczne.
Sam outsourcing nadal pozostanie praktyką obecną wśród instytucji publicznych różnych szczebli i rodzajów, ale należy przemyśleć – z uwzględnieniem aspektów społecznych – jego skalę, a także walczyć o to, by minimalizować towarzyszące mu zagrożenia.
Jak robić to lepiej?
W polskim ustawodawstwie określono sposoby przeciwdziałania łamaniu praw pracowniczych przy zamówieniach publicznych. Co więcej, można tę sferę wykorzystać do osiągania innych celów społecznych, takich jak aktywizacja osób o gorszej pozycji na rynku pracy, integracja zawodowa osób z niepełnosprawnością czy promocja gospodarki społecznej. W Unii Europejskiej od dłuższego czasu zwraca się uwagę na to, że zamówienia publiczne mogą służyć, obok bezpośredniej funkcji zlecania określonych dóbr i usług, realizowaniu także innych celów społecznych czy ekonomicznych. Takie myślenie znalazło wyraz w reformie wspólnotowego prawa zamówień publicznych, a konkretnie w dyrektywie z 2014 r. Polskę czeka jeszcze dostosowanie się do tych przepisów, które będzie wymagało kolejnej nowelizacji prawa. Biorąc pod uwagę potencjał tej sfery w oddziaływaniu na sprawy społeczne, a także znając ograniczenia dotychczasowego prawa i jego stosowania, warto przyglądać się przygotowaniom do przyjęcia nowych regulacji i walczyć o ich optymalny kształt. Trzeba jednak już teraz nadmienić, że obecnie istniejące prawo daje podstawy realizacji niektórych celów społecznych i ekologicznych oraz ochronę praw pracowników, natomiast z narzędzi tych korzysta się w mocno niewystarczającym stopniu. Można więc powiedzieć, że zasadniczy problem nie jest natury prawnej, lecz społecznej i poniekąd politycznej.
Polskie prawo dostarcza narzędzi, które cywilizowałyby ów rynek, przynajmniej w zakresie zamówień publicznych. Istniejące instrumenty mają jednak w ogromnej mierze charakter fakultatywny, co oznacza, że instytucje dokonujące zamówień mają możliwość, lecz nie obowiązek korzystania z nich. Dlatego tak ważne są społeczne i instytucjonalne zachęty do ich używania, uświadamiające płynące z tego korzyści i dostarczające wskazówek oraz dobrych przykładów. Gdy obserwujemy kierunek zmian prawnych, widać, że ustawodawstwo zdradza coraz większą świadomość problemu, a także myślenie o zamówieniach publicznych w kategoriach prospołecznego potencjału, a nie tylko perspektywy redukcji kosztów.
W 2009 r. wprowadzono do polskiego prawa zamówień publicznych klauzule społeczne: tzw. zastrzeżoną, propracowniczą i zatrudnieniową. Pierwsza z nich oznacza ograniczenie postępowania do podmiotów, które zatrudniają co najmniej w 50% osoby z niepełnosprawnością. Druga zawiera trzy elementy, o których mówi art. 29 ust. 4. Zgodnie z nim zamawiający może określić w opisie przedmiotu zamówienia wymagania związane z jego realizacją, a dotyczące:
1. zatrudnienia osób:
a) bezrobotnych lub młodocianych w celu przygotowania zawodowego, o których mowa w przepisach o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy;
b) niepełnosprawnych, o których mowa w przepisach o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnieniu osób niepełnosprawnych;
c) innych niż określone powyżej, a o których mowa w przepisach o zatrudnieniu socjalnym lub we właściwych przepisach państw członkowskich Unii Europejskiej lub Europejskiego Obszaru Gospodarczego;
2. utworzenia funduszu szkoleniowego, w rozumieniu przepisów o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, w którym wpłaty pracodawców stanowić będą co najmniej czterokrotność najniższej wpłaty określonej w tych przepisach5;
3. zwiększenia wpłat pracodawców na rzecz funduszu szkoleniowego, w rozumieniu przepisów o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, do wysokości określonej w punkcie 2.
Owe klauzule możemy rozpatrywać nie tylko w kategoriach bardziej odpowiedzialnych zamówień publicznych, ale także jako narzędzia aktywnej polityki społecznej oraz inkluzywnego rynku pracy i rozwoju gospodarki społecznej. Zasady wyznaczone przez wspomniane klauzule zwiększają szanse podmiotów gospodarki społecznej (np. spółdzielni socjalnych) przy staraniu się o zamówienie publiczne, wiele z nich zatrudnia bowiem u siebie osoby ze wspomnianych grup.
Po 6 latach funkcjonowania tych przepisów doczekaliśmy się opracowań i analiz na temat stosowania klauzul oraz diagnoz na temat barier w ich upowszechnianiu. Niektóre instytucje stosują już dobre praktyki, a nawet wykorzystują je szeroko w polityce lokalnej. Jednak ogólny obraz jest dość ponury. Wspomniane klauzule społeczne są stosowane w śladowej liczbie postępowań.
Pod tym względem bardzo wiele – przynajmniej w kwestiach prawnych – przyniosły późniejsze zmiany z 2014 r. Miała wówczas miejsce kolejna nowelizacja prawa zamówień publicznych, wprowadzająca przepisy, które bezpośrednio lub pośrednio ograniczają możliwości naruszania standardów pracowniczych. Chodzi o trzy nowe instrumenty:
a) wprowadzenie klauzuli pracowniczej (dotyczącej zatrudnienia na umowy o pracę);
b) ograniczenia konkurowania wyłącznie ceną;
c) możliwość wykluczenia z postępowania wykonawców oferujących rażąco niską cenę.
Ochronić pracę
Wraz z nowelizacją z 2014 r. wprowadzono tzw. klauzulę pracowniczą, dodając do art. 29 punkt 4, mówiący, że zamawiający ma prawo określić w opisie przedmiotu zamówienia wymagania związane z realizacją zamówienia dotyczące zatrudnienia na postawie umowy o pracę przez wykonawcę lub podwykonawcę osób wykonujących czynności w trakcie realizacji zamówienia na roboty budowlane lub usługi, jeżeli jest to uzasadnione przedmiotem lub charakterem tych czynności.
Na ile ta możliwość jest wykorzystywana? Jak wynika z raportu Fundacji CSR na temat stosowania klauzul społecznych (obok klauzuli zatrudnieniowej uwzględniono także dwie pozostałe związane z zatrudnieniem niepełnosprawnych i innych grup defaworyzowanych), w badanych instytucjach publicznych stosowanie klauzuli zatrudnienia na umowę o pracę jest marginalne. Ilustruje to poniższa tabela.
|
Rodzaj klauzuli
|
Udział we wszystkich skontrolowanych postępowaniach
|
|
Brak klauzuli
|
90,76
|
|
Zatrudnienie na podstawie umowy o pracę – art. 29 ust. 4 p. 4 PZP
|
1,06%
|
|
Wymóg zatrudnienia określonej grupy społecznej – art. 29 ust. 4 p. 1 PZP
|
0,61%
|
|
Zamówienia zastrzeżone – art. 22, p. 2 PZP
|
0,15%
|
|
Inne zamówienia społecznie odpowiedzialne
|
7,26%
|
Źródło: Stosowanie zrównoważonych zamówień publicznych w Polsce. Raport z I etapu monitoringu. Raport Fundacji CentrumCSR.pl, 2015, s. 18.
Wymóg zatrudnienia na podstawie umowy o pracę zastosowano w zaledwie 7 postępowaniach. Instytucje, które to uczyniły, to Ministerstwo Środowiska, Kancelaria Prezydenta RP, Urząd Pracy Miasta Stołecznego Warszawy, Urząd Dzielnicy Śródmieście, Lasy Miejskie – Warszawa, Urząd Marszałkowski Województwa Wielkopolskiego oraz Politechnika Śląska.
Ciekawy jest też rozkład częstotliwości stosowania klauzul w badanych instytucjach ze względu na rodzaje zamawianych usług. Najczęściej stosowała je branża ochroniarska.
|
Rodzaj usług
|
Udział tych, w których zastosowano klauzule społeczne
|
|
Usługi ochroniarskie
|
22,33%
|
|
Transport
|
5,7%
|
|
Utrzymanie czystości
|
3,3%
|
|
Roboty budowlane
|
0,2%
|
|
Opieka nad osobami starszymi i niepełnosprawnymi
|
0%
|
|
Pielęgnacja zieleni
|
0%
|
|
Usługi cateringowe
|
0%
|
|
Inne
|
0%
|
Źródło: Stosowanie zrównoważonych zamówień publicznych w Polsce. Raport z I etapu monitoringu. Raport Fundacji CentrumCSR.pl, 2015, s. 19.
Dużą rolę mają tu do odegrania związki zawodowe. Gdy wyszło na jaw na przykład to, że w przetargu na utrzymanie zieleni na terenie Kancelarii Sejmu jedynym kryterium była najniższa cena, NSZZ „Solidarność” wystosowała pismo krytykujące brak wymogów zatrudniania na umowę o pracę przez wykonawcę. Sprawę tę poznała również opinia publiczna. Podobne interwencje możliwe są także na poziomie lokalnym. Rada OPZZ w Piotrkowie Trybunalskim wystosowała pismo do Prezydenta Miasta, w którym zachęca, by miasto i jednostki mu podległe uwzględniały w specyfikacji warunków zamówienia dodatkowe punkty dla wykonawców zatrudniających na umowę o pracę.
Wydaje się, że związki zawodowe, zarówno na poziomie centralnym, jak i lokalnym czy branżowym, powinny zabiegać o przestrzeganie standardów pracowniczych przy zamówieniach poprzez monitoring, nagłaśnianie dobrych praktyk, zalecenia kierowane do instytucji zgłaszających przetargi, a także szkoląc swoich członków i w miarę możliwości inne osoby na temat efektywnego stosowania pracowniczych klauzul i korzyści z ich wykorzystania. Mamy coraz większą wiedzę na ten temat – między innymi za sprawą działań i podręczników sporządzanych przez Urząd Zamówień Publicznych czy organizacje takie, jak Instytut Spraw Publicznych bądź cytowana Fundacja CSR. Związki mogą odegrać rolę w popularyzowaniu tej wiedzy, zwłaszcza że mają w tym swój statutowy interes – lepszą ochronę ludzi pracy.
Mowa jednak o szerzej rozumianym interesie publicznym, wobec czego obowiązku trzymania ręki na pulsie nie można scedować wyłącznie na związki zawodowe. Ważne jest, by interesariusze i przedstawiciele danej instytucji mieli tego świadomość i byli gotowi stanąć w obronie osób, w które bezpośrednio uderza aspołeczny model outsourcingu. Pozytywny precedens tego typu obserwowaliśmy kilka lat temu, gdy pracownicy akademiccy Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu zaprotestowali przeciwko łamaniu praw kobiet zatrudnionych przez zewnętrzną firmę do sprzątania uczelni. Firma nie tylko nie oferowała umowy o pracę, ale i miesiącami zalegała z zapłatą groszowych stawek. Ta bulwersująca sprawa była przede wszystkim przedmiotem protestu samych sprzątaczek i wspierającego je związku Inicjatywa Pracownicza, ale zapewne publiczne wsparcie akademików dodatkowo przyczyniło się do nagłośnienia problemu. Nie był to jednak pojedynczy incydent. Jak wynika ze wspomnianego raportu Fundacji CSR, autorzy negatywnie ocenili Uniwersytet Warszawski (gdzie w badanym okresie na 10 zamówień na sprzątanie ani razu nie skorzystano z którejkolwiek z klauzul społecznych), a także… Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, mimo że to tam miał miejsce głośny przypadek wyzysku.
W ostatnim czasie sprawę porusza prężnie działające środowisko walczące o zmianę świata nauki i uchronienie go przed degradacją, działające pod szyldem Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej. Cieszy fakt, że w orbicie zainteresowań członków inicjatywy i ten temat znalazł ważne miejsce. Uczelnie nie powinny swą myślą całkowicie odrywać się od materialnej bazy i więzi z tymi, którzy nie pracują naukowo, a wykonują inne ważne funkcje. W dobie atrofii solidarności między różnymi grupami zawodowymi i tymi o odmiennym statusie ekonomiczno-społecznym takie przykłady myślenia solidarystycznego są na wagę złota.
Obok oddolnej, społecznej kontroli ważne są też działania i dobre przykłady płynące z góry. Nie zawsze instytucje centralne o tym pamiętają. We wspomnianym badaniu okazało się, że Kancelaria Sejmu nie zastosowała klauzul w ani jednym postępowaniu w zakresie ochrony mienia. Jednak mimo wszystko w porównaniu z innymi instytucjami objętymi badaniem to właśnie w urzędach centralnych istnieje większe zrozumienie dla tych zagadnień. Prym wiedzie zwłaszcza Ministerstwo Pracy i do pewnego stopnia także Kancelaria Prezydenta.
Podczas prezydentury poprzedniej kadencji Kancelaria Prezydenta RP w postępowaniu nr 20/2014 urządziła przetarg na świadczenie usług ochrony fizycznej osób i mienia oraz monitorowanie sygnałów alarmu, włamania i napadu z lokalnego systemu alarmowego w obiektach przez nią zarządzanych. W kryteriach oceny ofert uwzględniono liczbę osób zatrudnionych na umowę o pracę przewidzianą do świadczenia usług ochrony na rzecz zamawiającego. Innym razem w Kancelarii Prezydenta RP zastosowano klauzulę zastrzeżoną do podmiotów zatrudniających przynajmniej w 50% osoby niepełnosprawne. Miejmy nadzieję, że będziemy mieli do czynienia z kontynuacją tej polityki.
Jednak liderem jeśli chodzi o stosowanie klauzuli pracowniczej przy zamówieniach publicznych wśród administracji rządowej pozostaje – co poniekąd zrozumiałe – resort pracy i polityki społecznej. Ostatnie lata i miesiące przyniosły godną odnotowania aktywność na tym polu. Już jakiś czas temu ministerstwo informowało, że stosuje u siebie wymóg zatrudnienia na umowę o pracę zarówno przy zamówieniach usług ochrony, jak i sprzątania. W czerwcu 2015 r. resort zorganizował konferencję, podczas której Minister Pracy i Polityki Społecznej, Szefowa Służby Cywilnej i szef KPRM wskazywali na rolę owej klauzuli w walce ze śmieciowym zatrudnieniem oraz apelowali do podległych jednostek i samorządów o korzystanie z takich narzędzi.
Docelowo jednak należy walczyć o to, by wymóg przestrzegania standardów pracowniczych w zamówieniach publicznych nie był przedmiotem dumy dla pojedynczych instytucji, które go stosują, lecz zasadą działania nie tylko Ministerstwa, ale i wielu innych organów administracji rządowej oraz instytucji niższych szczebli.
Niska cena to za mało
Drugim novum jest wprowadzenie w 2014 r. ograniczenia możliwości konkurowania wyłącznie ceną przez starających się o uzyskanie zlecenia. Zgodnie ze znowelizowanym art. 91 ustawy kryterium ceny może być zastosowane jako jedyne kryterium oceny ofert, jeżeli przedmiot zamówienia jest powszechnie dostępny oraz ma ustalone standardy jakościowe.
Główny problem z wdrażaniem i stosowaniem owych przepisów związany jest z tym, że brakuje precyzyjnego wskazania, jakie aspekty społeczne mogą być brane pod uwagę jako pozacenowe kryteria oceny ofert. W swej ekspertyzie D. Sześciło, M. Szwed i M. Szwast w obliczu braku precyzyjnych wskazań prawnych sugerują uwzględnienie następujących kryteriów6:
- zatrudnienie przez wykonawcę do realizacji przedmiotowego zamówienia osób niepełnosprawnych czy bezrobotnych, o ile taki wymóg nie został sformułowany w warunkach realizacji zamówienia poprzez zastosowanie jednej z klauzul społecznych z art. 22 ust. 2 lub art. 29 ust. 4 Prawa Zamówień Publicznych;
- wskazanie w oparciu o dowody, w jaki sposób zaproponowana przez danego wykonawcę metoda realizacji zamówienia może się przyczynić do rozwiązania określonych problemów społecznych w danym obszarze;
- angażowanie przez wykonawcę do realizacji zamówienia partnerów społecznych, np. organizacji pozarządowych czy związków zawodowych, choćby poprzez formułę regularnych konsultacji przy realizacji zamówienia;
- promowanie przez wykonawcę w ramach realizacji zamówienia wysokich standardów ochrony praw pracowniczych, np. poprzez zapewnienie, że osoby realizujące bezpośrednio zamówienie będą zatrudnione na podstawie umowy o pracę oraz będą otrzymywały wynagrodzenie adekwatne do zakresu ich zadań i obowiązków.
Wspomniana nowelizacja wprowadziła także jeszcze jeden instrument – możliwość wykluczenia z postępowania podmiotów, które zaproponują rażąco niską cenę. Art. 90 ust.1 Prawa Zamówień Publicznych mówi: Jeżeli cena oferty wydaje się rażąco niska w stosunku do przedmiotu zamówienia i budzi wątpliwości zamawiającego co do możliwości wykonania przedmiotu zamówienia zgodnie z wymaganiami określonymi przez zamawiającego lub wynikającego z odrębnych przepisów, w szczególności jest niższa o 30% od wartości zamówienia lub średniej arytmetycznej cen wszystkich ofert, zamawiający zwraca się o udzielenie wyjaśnień, w tym złożenie dowodów, dotyczących elementów oferty mających wpływ na wysokość ceny, w szczególności w zakresie:
1. oszczędności metody wykonania zamówienia, wybranych rozwiązań technicznych, wyjątkowo sprzyjających warunków wykonywania zamówienia dostępnych dla wykonawcy, oryginalności projektu wykonawcy, kosztów pracy, których wartość przyjęta do ustalenia ceny nie może być niższa od minimalnego wynagrodzenia za pracę ustalonego na podstawie art. 2 ust. 3–5 ustawy z dnia 10 października 2002 r. o minimalnym wynagrodzeniu za pracę.
2. pomocy publicznej udzielonej na podstawie odrębnych przepisów.
Ten zapis, choć co do kierunku słuszny, ma jednak dwa ograniczenia.
Po pierwsze, wspomniany przepis mówi o tym, że cena składanej oferty musi być niższa o co najmniej 30%. Prawo nie daje podstaw, by podobne sankcje zastosować wobec wykonawców proponujących cenę o 20, 25 czy nawet 29% niższą od wartości zamówienia lub średniej arytmetycznej cen wszystkich ofert.
Po drugie, wspomniany przepis nie odnosi się do tego, jaka jest prawna podstawa zatrudnienia osób wykonujących czynności objęte zamówieniem, a jedynie do samej wysokości ich wynagrodzenia. Mówiąc w skrócie, ważne jest, że pracownik otrzymuje wynagrodzenie w wysokości płacy minimalnej, a nie to, czy zatrudnia się go na umowę o pracę. Z punktu widzenia praw pracowniczych instrument ten nie stanowi wystarczającej ochrony. Gdy pracuje się w oparciu o umowę cywilnoprawną w ramach danego uposażenia (nominalnie mogącego spełniać standardy płacy minimalnej), wkład czasowy może przekraczać kodeksowe 40 godzin, ale trudno to zweryfikować i dochodzić swoich praw. Niejednokrotnie może się okazać, że wynagrodzenie w danym przypadku będzie w przeliczeniu na godzinę pracy niższe, niż wynikałoby to z etatu. Pojawia się więc pole do nadużyć. Umowy cywilnoprawne są mniej korzystne od umowy o pracę nie tylko z uwagi na wysokość wynagrodzenia, ale przede wszystkim ze względu na brak (w przypadku umów o dzieło) i ograniczony zakres (w przypadku umów zlecenia) uprawnień socjalnych i pracowniczych należnych pracującym na etacie.
Wydaje się, że w tych okolicznościach uprawniona jest opinia cytowanych ekspertów prawnych: Przepis w uchwalonym nowelą sierpniową kształcie nie spełnia oczekiwań, które wobec niego formułowali projektodawcy. Kierunek wprowadzonych zmian jest oczywiście trafny, ale szanse na to, że mechanizm wykluczenia wykonawców przełoży się na istotną poprawę sytuacji pracowników są niewielkie. Za sceptycznym stanowiskiem w tej kwestii przemawia zwłaszcza nieprecyzyjna i minimalistyczna konstrukcja prawna7.
Inne narzędzia kontroli
Inną przesłankę wykluczenia z postępowania zawiera art. 24.1. W punktach 3–8 wskazuje on na możliwość wykluczenia z postępowania tych wykonawców, którzy zalegają z uiszczeniem podatków, opłat lub składek na ubezpieczenie zdrowotne oraz wykonawców, których skazano za przestępstwo przeciwko prawom osób wykonujących pracę zarobkową. Aby móc to zweryfikować, niezbędne jest określenie w specyfikacji lub zaproszeniu do składania ofert istotnych warunków zamówienia oraz możliwości zażądania stosownych oświadczeń i dokumentów. Skorzystanie z tego instrumentu wydaje się leżeć w interesie odpowiedzialnej instytucji, która zgłasza zamówienie, gdyż służy wstępnej weryfikacji wiarygodności wykonawcy, przynajmniej w realizacji standardów pracowniczych.
Skutecznej dbałości zamawiającego o przestrzeganie praw pracowniczych przez wykonawcę zleconej usługi może służyć także prowadzenie ich monitoringu już na etapie realizacji zamówienia. Aby jednak sprawować ową kontrolę, konieczne jest wskazanie tego w specyfikacji istotnych warunków zamówienia (SIWZ to dokument niezbędny do przeprowadzenia postępowania o udzielaniu zamówienia). Lektura art. 36 prawa o zamówieniach publicznych wskazuje na duży zakres swobody w zakresie określania środków kontroli, głównie w kwestii dokumentacji pracowniczej i warunków pracy w miejscu jej wykonywania. Przykłady do powielania znajdujemy w podręczniku wydanym przez Instytut Spraw Publicznych na temat klauzul społecznych. Są one następujące:
- uprawnienie zamawiającego do kontroli dokumentacji pracowników zatrudnianych przy realizacji zamówienia przez wykonawcę, w tym do kontroli treści umów o pracę, listy płac, ewidencji czasu pracy (wraz z nadgodzinami), ewidencji urlopu;
- uprawnienie zamawiającego do kontroli dokumentacji dotyczącej odprowadzania przez wykonawcę podatków, opłat, składek na ubezpieczenia społeczne lub zdrowotne i innych należności publicznoprawnych przez wykonawcę;
- uprawnienie zamawiającego do kontroli warunków pracy w miejscu wykonywania zamówienia, w tym do możliwości przeprowadzania wywiadów dotyczących przestrzegania praw pracowniczych z osobami zatrudnionymi przy realizacji zamówienia8.
Zamawiający ma też możliwość nakładania sankcji na wykonawcę w sytuacji, gdy wymogi związane z zatrudnieniem nie zostały spełnione (o ile zostały określone uprzednio w dokumencie SIWZ). Sankcje te występują pod postacią kar umownych, obniżenia wynagrodzenia wykonawcy czy odstąpienia od umowy. Ponadto możliwe jest także skłonienie inspektora Państwowej Inspekcji Pracy do czynności kontrolnych. Jest to przydatny instrument, zgodnie bowiem z ustawą o PIP jej uprawnienia kontrolne są szersze niż w przypadku zamawiającego. Również sankcje mogą być wyższe. Przypomnijmy, że według kodeksu pracy podmiot korzystający z pracy osób zatrudnionych w ramach organizacyjnych typowych dla stosunku pracy (określone miejsce, czas, pod nadzorem) zobowiązany jest do zatrudnienia na umowę o pracę wraz z konsekwencjami socjalnymi i pracowniczymi, zaś uchylanie się od tego obowiązku może skutkować sankcjami, np. karą grzywny od 1000 do 30000 złotych (art. 22 i 282 Kodeksu Pracy). Jeszcze dalej idzie Kodeks Karny, w którego art. 218 czytamy, że kto, wykonując czynności w sprawach w zakresu prawa pracy i ubezpieczeń społecznych, złośliwie lub uporczywie narusza prawa pracownika wynikające ze stosunku pracy lub ubezpieczenia społecznego podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.
W sytuacji stwierdzenia nieprawidłowości inspektor pracy może nałożyć karę grzywny w postaci mandatu karnego lub wystąpić do sądu. Nie dotyczy to wyłącznie pracowników kodeksowych. Także wówczas, gdy osoby wykonują czynności objęte zamówieniem w oparciu o umowę cywilnoprawną w miejsce umowy o pracę, możliwe jest złożenie pozwu do sądu pracy. Niestety, praktyka ostatnich lat pokazuje, że mimo dużej liczby złożonych przez PIP wniosków do sądu pracy, wiele wyroków pozostaje niekorzystnych dla pracowników. Stanowi to asumpt do rozważenia zmian na tym polu (nie tylko w sferze zamówień publicznych), np. w kierunku postulowanego przez PIP przeniesienia ciężaru dowodowego w kwestii uzasadnienia braku umowy o pracę z zatrudnianego na zatrudniającego. Mimo to istnieje prawny instrument, do którego można się odwołać, zwłaszcza w sytuacji podejrzeń, że wykonawca łamie standardy pracownicze. Duże uprawnienia kontrolne PIP mogą pomóc dowiedzieć się, na ile uczciwie przebiega realizacja zamówienia.
Ku przyszłości
Jak widać, w procesie zamówień publicznych niejednokrotnie dochodzi do łamania praw pracowniczych, a zjawisko to w większej skali przyczynia się do „uśmieciowienia” rynku pracy lub wybranych jego segmentów. Uderza to w konkretnych ludzi i całe grupy zawodowe, ale też kłóci się z ujętymi w konstytucji oczekiwaniami wobec państwa, które powinno otoczyć odpowiednią ochroną sferę pracy i dbać o standardy zatrudnienia. Klauzule i inne działania ograniczające łamanie prawa pracy nadal nie są zbyt często wykorzystywane, mimo że ewolucja polskiego ustawodawstwa w tym zakresie idzie w kierunku coraz bardziej prospołecznym i propracowniczym. Zapewne w wyniku konieczności dostosowania się polskiego prawa do nowych dyrektyw unijnych czeka nas niebawem kolejna nowelizacja. Warto zabiegać, by prospołeczny i – od 2014 r. – propracowniczy trend legislacyjny w przetargach publicznych utrzymał się, a nawet wzmocnił. Wiele wskazuje, że obecne w prawie polskim instrumenty, które zestawia poniższa tabela, nie są wystarczająco mocne i skuteczne.
|
Narzędzie
|
Podstawa prawna
|
|
Klauzule społeczne
|
|
|
Klauzula zastrzeżona
|
Art. 22 ust. 2 PZP
|
|
Klauzula zatrudnieniowa
|
Art. 29 ust. 4 PZP
|
|
Na etapie udzielania
|
|
|
Uwzględnienie kryteriów społecznych przy wyborze oferty
|
Art. 91 PZP
|
|
Wykluczenie wykonawcy oferującego rażąco niską cenę
|
Art. 90 ust. 1 PZP
|
|
Wykluczenie wykonawcy, który dopuścił się naruszenia praw pracowniczych
|
Art. 24.1 PZP
|
|
Możliwości kontrolne po udzieleniu zamówienia
|
|
|
Możliwość określenia w istotnych warunkach specyfikacji zamówienia prawa do kontroli przez zamawiającego standardów zatrudnienia
|
Art. 36 PZP
|
|
Skierowanie kontroli PIP
|
Ustawa o Państwowej
Inspekcji Pracy |
Źródło: Opracowanie własne.
Główny problem zdaje się leżeć jednak nie tyle w prawie (a przynajmniej nie w samym prawie zamówień publicznych), ile w jego stosowaniu oraz w instytucjonalnym i mentalnym podłożu. Brakuje wciąż świadomości, umiejętności i nawyków dbania o standardy pracownicze i socjalne ze strony zamawiających, a logika szukania krótkookresowych oszczędności sprzyja premiowaniu podmiotów, które nieraz bywają na bakier z prawem pracy. Dlatego ważne jest działanie różnymi metodami i na różnych poziomach, by te standardy lepiej chronić. Potrzebna jest presja zarówno opinii publicznej, także lokalnej, organizacji społecznych oraz związków zawodowych, jak i instytucji publicznych, kreujących politykę państwa i samorządu. Chodzi o dostarczanie bodźców w postaci zachęt i sankcji, ale także wiedzy i praktycznych wskazówek, jak uczynić zamówienia publiczne bardziej odpowiedzialnymi społecznie.
W dalszej perspektywie celem powinno być nie tylko ograniczenie łamania praw pracowników zaangażowanych do realizacji zamówienia oraz przeciwdziałanie obniżaniu standardów pracowniczych w pewnych branżach (na co narażone są zwłaszcza sektory zależne od zamówień publicznych, jak ochroniarstwo czy usługi sprzątające). Powinniśmy widzieć go – zgodnie z trendami obecnymi w agendzie europejskiej – bardziej ambitnie. Zamówienia publiczne mają być jednym z narzędzi realizowania ważnych celów społecznych: aktywizacji zawodowej osób zagrożonych marginalizacją, integracji i włączenia osób z niepełnosprawnością czy wzmacniania podmiotów gospodarki społecznej.
Przypisy:
- T. Joniewicz, Wszyscy tracimy na braku zrównoważonych zamówień publicznych, czyli dlaczego organizacje pozarządowe powinny się nimi interesować, http://www.centrumcsr.pl/wszyscy-tracimy-na-braku-zrownowazonych-zamowien-publicznych-czyli-dlaczego-organizacje-pozarzadowe-powinny-sie-nimi-interesowac
- https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/nik-o-realizacji-zamowien-publicznych.htm
- http://www.wnp.pl/artykuly/,250774.html
- M. Kryszkiewicz, Resort: pracowników w sądach jest za dużo, „Dziennik Gazeta Prawna”, 10–12 lipca 2015 r.
- Wraz z nowelizacją ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy z 2014 roku, mocą której zlikwidowano instytucję funduszu szkoleniowego, ów zapis stał się bezprzedmiotowy.
- D. Sześciło, M. Szwast, M. Szwed, Jakie są alternatywy dla kontraktowania na podstawie kryterium najniższej ceny? (w druku), ss. 5–6.
- Tamże, s. 10.
- Por. T. Schimanek, B. Surdykowska, Podręcznik stosowania klauzul społecznych w zamówieniach publicznych, Instytut Spraw Publicznych, maj 2014, ss. 47–48 oraz 68–69.
przez Michał Sobczyk | wtorek 24 listopada 2015 | Jesień 2015
Polska służba zdrowia, skoncentrowana na próbach leczenia chorych, zaniedbuje uśmierzanie ich cierpień. Bez pilnych zmian systemowych, ale i mozolnej pracy nad świadomością decydentów, lekarzy, pielęgniarek i pacjentów, kolejne tysiące rodaków będą męczyć się z bólem, którego można uniknąć.
Ból towarzyszący chorobie nowotworowej dotyka 200 tys. osób rocznie, zaś łącznie aż co trzeci Polak doświadcza bólów przewlekłych lub wymagających systematycznego leczenia. Pod względem zapotrzebowania na leczenie przeciwbólowe znajdujemy się w czołówce Europy, a mimo to wielu lekarzy ma o nim nikłe pojęcie. Pragnąca zachować anonimowość szefowa poradni leczenia bólu przewlekłego przy jednym ze szpitali klinicznych podaje przykład cukrzyków chorujących równolegle na neuropatię cukrzycową, która często pozostaje nieleczona. Taki pacjent cierpi bóle, które powodują rozchwianie całego organizmu, a lekarz dziwi się, że nie może mu uregulować cukrzycy. Dr P. przekonuje, że grzechem naszej medycyny jest niedoszacowanie wpływu bólu na jakość życia, ale i umieralność. – Pacjent, który przewlekle cierpi, ma znacznie zmniejszoną odporność, często jest wręcz wrakiem człowieka. Tylko że nikt nie powie, że zmarł z powodu bólu kręgosłupa, ale że nie poradził sobie z zapaleniem płuc.
Ortopedzi, neurolodzy czy chirurdzy często mówią pacjentom, że „nie ma prawa” ich boleć, albo że nie mogą podać leku ze względu na skutki uboczne. – Tymczasem bardziej szkodzi niekontrolowany ból niż prawidłowo dobrany środek przeciwbólowy – irytuje się lekarka. Od dziesięcioleci codziennie słyszy od chorych identyczne historie, będące dowodem na niedouczenie lekarzy rodzinnych oraz specjalistów. – „Lekarz powiedział, że nie może mi wypisać takiej recepty”, „przekonywał, że w tej chorobie musi boleć”, „stwierdził, że skoro domagam się leków, to widocznie jestem od nich uzależniony” – wylicza. Podkreśla, że leczenie bólu przewlekłego powinien zacząć lekarz podstawowej opieki zdrowotnej, zaś eksperci od jego uśmierzania służyć wyłącznie tym, u których nie przyniosło ono zadowalających efektów. Tymczasem lekarze pierwszego kontaktu nie dość, że ze strachu lub braku niezbędnej wiedzy odmawiają przepisywania odpowiednich środków, to na dodatek nie kierują cierpiących do specjalistycznych poradni – i nie ponoszą za to wszystko żadnych konsekwencji.
Powszechna ignorancja lekarzy w kwestiach związanych z rozpoznawaniem i łagodzeniem bólu ma ważne źródło w ich niedostatecznej obecności w programach kształcenia. Zainteresowani mogą uzupełnić kompetencje w ramach działającej w Krakowie szkoły leczenia bólu, warsztatów metod zabiegowych, organizowanych przez naszych lekarzy po powrocie ze stażu w Anglii, oraz licznych wykładów i sympozjów, przeważnie sponsorowanych przez firmy farmaceutyczne i ukierunkowanych na promocję leków. – Wszystkie te działania są jednak niespójne, w większości „dorywcze”, a jako całość – dalece niewystarczające w stosunku do potrzeb – ocenia dr n. med. Jerzy Jarosz, twórca Oddziału Badania Bólu i Terapii Paliatywnej w warszawskim Centrum Onkologii oraz współzałożyciel Fundacji Hospicjum Onkologiczne św. Krzysztofa.
Zdaniem dr P. deficyt odpowiednio wyedukowanych medyków będzie się pogłębiał. – Nowe programy autonomiczne uczelni nie uwzględniają przedmiotu o nazwie medycyna paliatywna, w związku z czym będziemy produkować absolwentów lekceważących cierpienia pacjentów. Gratuluję… – nie kryje rozgoryczenia. Zwraca uwagę, że wraz ze średnią długością życia będzie rosnąć liczba osób wymagających leczenia przeciwbólowego. Dodajmy do tego postęp medycyny inwazyjnej. Dzięki niemu kolejne osoby zyskują szansę na wyzdrowienie, ale jednocześnie każda operacja uszkadza układ nerwowy.
Dr Marek Balicki, menedżer ochrony zdrowia i społecznik, przekonuje, że problem bólu bagatelizuje nie tylko wielu lekarzy, przekazujących złe wzorce młodszym kolegom, ale także decydenci. Koronnym dowodem jest dla niego sprawa medycznej marihuany, której legalizacja pozwoliłaby ulżyć w cierpieniach wielu nieuleczalnie chorych. Ustawodawca nie kwapi się jednak do stosownej korekty prawa. – Władza publiczna kieruje się cynicznym interesem politycznym, zarządzając narkofobicznym lękiem, albo opiera swoje działania na mitach. Tak czy inaczej, nadal niedopuszczony do stosowania jest środek wyjątkowo skuteczny i tani, a do tego bardzo bezpieczny: nie wchodzi w interakcje z innymi lekami oraz nie da się go przedawkować, w przeciwieństwie do morfiny. Politycy wcale się tym nie przejmują – oskarża były minister zdrowia, posiadający specjalizację z zakresu anestezjologii.
Głusi na głosy ekspertów medycyny bólu pozostają również urzędnicy NFZ, którzy nie uwzględniają w decyzjach m.in. postulatów Polskiego Towarzystwa Medycyny Paliatywnej.
System od siedmiu boleści
Na niedobory wiedzy i wrażliwości nakłada się niedorozwój infrastruktury: instytucji oferujących farmakoterapię oraz inne techniki interwencyjne, a jednocześnie psychoterapię i rehabilitację. Zaledwie 27 poradni leczenia bólu przewlekłego spełnia wymogi określone w Regulaminie Certyfikatu Polskiego Towarzystwa Badania Bólu. – Placówek odpowiadających definicji współczesnej, wielokierunkowej poradni leczenia bólu, jest w Polsce bardzo mało, jeśli w ogóle jakieś są. Większość bazuje na jednej lub dwóch metodach leczenia, np. farmakoterapia plus akupunktura czy metody zabiegowe. Zazwyczaj kończy się na dwóch wizytach, ponieważ pacjenci nie otrzymują tam pomocy, jakiej oczekiwali – twierdzi dr Jarosz. Dodaje, że bardzo źle ocenia również jakość leczenia w poradniach akademickich o stosunkowo rozbudowanej strukturze.
Poradnie leczenia bólu zwijają się, zamiast rozwijać, z powodu dramatycznie niskiej wyceny procedur. Dr P. szacuje łączną skalę niedofinansowania medycyny bólu w Polsce na aż 70%. Co więcej, publiczny ubezpieczyciel nie uwzględnia w kontraktach m.in. kosztów zatrudnienia psychologów, mimo iż świadczona przez nich opieka, jak choćby nauka relaksu czy behawioralne techniki redukcji przesadnego uwrażliwienia i zmieniające percepcję bólu, są często kluczowymi ogniwami procesu leczenia. – W efekcie psychologów w poradniach prawie nie ma, bo nikt nie chce pracować za pieniądze, jakie jesteśmy w stanie zaoferować – mówi lekarka i dodaje, że nieco lepiej pod tym względem jest w szpitalach onkologicznych. Zaznacza, że jej placówka jest deficytowa, a dyrektor szpitala nie likwiduje jej ze względów społecznych.
Również prezes Polskiego Towarzystwa Badania Bólu, prof. Jan Dobrogowski, akcentuje niedofinansowanie tej gałęzi medycyny. – Nie zgodzę się, że wysokość kontraktów uniemożliwia realizację świadczeń. Jednak, aby zmieścić się w stawkach NFZ, musimy np. wykonywać zabiegi gorszym sprzętem – mówi profesor, na co dzień kierujący Zakładem Badania i Leczenia Bólu Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie. Kolejny problem jego placówki stanowi fakt, że Fundusz nie rozlicza pensji niektórych pracowników. – Uważa, że tylko lekarze kilku specjalności mogą pracować w poradni leczenia bólu. Nie ma na tej liście m.in. specjalistów od rehabilitacji oraz neurologów dziecięcych. To absurdalne – ubolewa profesor. Dodaje, że Fundusz nie uznaje za przepustkę do możliwości pracy w poradni nawet ukończenia dwuletnich studiów w zakresie medycyny bólu, organizowanych przez Medyczne Centrum Kształcenia Podyplomowego Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Organizacje pacjentów także kładą nacisk na kwestie finansowe. – Postulujemy zniesienie limitów w leczeniu bólu, gdyż obecna sytuacja jest nieludzka i uniemożliwia skuteczne niesienie pomocy. Z wielu miejsc docierają do nas sygnały, że pacjenci są odsyłani z poradni leczenia bólu – właśnie ze względu na przekroczenie limitów… Kolejnym problemem jest niska wycena świadczeń dla takich poradni, dlatego jest ich nadal za mało i działają w ograniczonym zakresie. Szpitale nie chcą otwierać placówek, które z założenia będą przynosić straty – mówi Szymon Chrostowski, prezes Polskiej Koalicji Pacjentów Onkologicznych oraz Koalicji na Rzecz Walki z Bólem. Dodaje, że kluczowych utrudnień w leczeniu bólu chorzy upatrują także w nadmiernie zbiurokratyzowanych procedurach szpitalnych, zbyt małej liczbie specjalistów i braku dostatecznej wiedzy lekarzy.
Ważnym wskaźnikiem niedomagań systemu jest niskie zużycie specjalistycznych środków przeciwbólowych. – Statystyki międzynarodowe mierzą zużycie leków opioidowych w poszczególnych krajach w stosunku do potrzeb oszacowanych na podstawie danych epidemiologicznych. Bierze się pod uwagę ostre urazy, porody oraz liczbę chorych na nowotwory i AIDS, zakładając, że w odpowiednich proporcjach będą oni cierpieć bóle wymagające leczenia opioidami. Następnie całkowite zużycie tych leków dzieli się przez liczbę pacjentów. Okazuje się, że w Polsce zużycie opioidów na potencjalnego potrzebującego jest pięciokrotnie mniejsze niż średnia dla 20 najlepiej rozwiniętych ekonomicznie państw świata – tłumaczy Jerzy Jarosz. Zastrzega, że taka metodologia jest obarczona licznymi błędami – przede wszystkim opiera się ona na wybranych, nowoczesnych opioidach, tymczasem nad Wisłą najwięcej zużywa się mniej skutecznych leków. Wartość wspomnianego wskaźnika daje jednak mocne podstawy do twierdzenia, że potrzeby wielu cierpiących pozostają niezaspokojone.
Wszyscy moi rozmówcy źródeł problemu upatrują w stereotypach związanych z zażywaniem leków opioidowych, pokutujących zarówno wśród lekarzy, jak i pacjentów. Jednak zdaniem Jerzego Jarosza, który prowadzi badania dotyczące tej swoistej opioidofobii, strach przed uzależnieniem czy przedawkowaniem to w najlepszym razie część odpowiedzi. – Ustaliłem, że na terenie Mazowsza tylko 4,5% lekarzy w ogóle posiada specjalne recepty na opioidy – pozostałe 95,5% nawet nie zawraca sobie tym głowy, choć nic ich to nie kosztuje. To kwestia czystego lenistwa: po prostu nie chce im się – oskarża ekspert. Dodaje, że podział leków przeciwbólowych na przepisywane na zwykłych receptach oraz wymagające tzw. recept Rpw wytwarza w wielu lekarzach przekonanie, że te pierwsze są bezpieczniejsze. – Trudno, aby lekarz zastanawiał się nad każdym przepisem; skoro jakieś leki wymagają specjalnych recept, to znaczy, że coś jest z nimi nie tak. Tym bardziej, że na receptach Rpw trzeba słownie wpisać dawkę dobową oraz maksymalną i postawić wykrzyknik. Cały rytuał wypisywania tych recept sprawia, że można dostać opioidofobii.
Warto wspomnieć, że jednemu z koncernów, jemu tylko znanymi sposobami, udało się zarejestrować produkowany przez siebie opioid jako lek na zwykłą receptę – i środek ten jest na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o wielkość sprzedaży. W opinii dr. Jarosza medycyna bólu nie jest wolna od agresywnego lobbingu firm farmaceutycznych, wykorzystującego m.in. organizacje pacjentów do wymuszania refundacji kolejnych drogich specyfików. Do tego dochodzi korumpowanie lekarzy, np. zaproszeniami na atrakcyjne wyjazdy.
Nierówni w cierpieniu
Największą patologią systemu refundacyjnego jest jednak to, że leki opioidowe, darmowe dla prawie wszystkich cierpiących na nowotwory złośliwe, są pełnopłatne dla pozostałych chorych, nie licząc trzech rzadkich zespołów bólowych. – Ta dyskryminacja z uwagi na stan zdrowia pokazuje, że nie patrzy się na problem, jakim jest ból, a na to, jak wydać mniej pieniędzy. W tym samym czasie recepty na najdroższe leki refundowane są wypisywane lekką ręką, nawet jeśli nie przynoszą one poprawy – mówi dr Jarosz. Inna sprawa, że dotyczy to wyłącznie chorujących w domu – ta sama osoba po trafieniu do szpitala onkologicznego otrzymuje, dla odmiany, wyłącznie najtańsze środki.
– To przerażające: masz raka, wkrótce umrzesz, to ci damy refundację… Ekonomiści od ochrony zdrowia najwyraźniej uznali, że pacjenci z chorobami zwyrodnieniowymi stawów, neuralgiami czy dyskopatiami mogą długo żyć, jeśli będą dobrze leczeni przeciwbólowo, więc będą dużo kosztować – mówi cytowana już kierowniczka poradni. System jest nie tylko okrutny, ale i nieracjonalny ekonomicznie: osoby, których nie stać na opłacenie z własnych środków terapii przeciwbólowej, nierzadko kosztującej nawet 2000 zł miesięcznie, nie są w stanie pracować i trafiają na renty.
Inny przykład marnowania publicznych i prywatnych pieniędzy: niektóre niezwykle skuteczne, a jednocześnie tanie metody, jak zewnątrzoponowe podawanie środków przeciwbólowych, przestały być stosowane ze względu na przepisy, np. ograniczające możliwość przepisywania wykorzystywanych w nich leków. Zarejestrowanie dodatkowego wskazania dla taniego farmaceutyku jest dla jego producenta grą niewartą świeczki, zaś instytucje państwa pozostają bierne.
Jak informuje dr Jarosz, jeden z pionierów polskiego ruchu hospicyjnego, do niedrogich i dających dobre rezultaty metod walki z bólem należy także opieka bezpośrednio w domach chorych. – Nie wymaga sprzętu, tylko lekarza albo pielęgniarki, która się na tym zna. Jednak po co komu się szkolić, brać na siebie ryzyko powikłań itd., skoro można pójść po linii najmniejszego oporu i zapisać leki w tabletkach lub plastrach, które kosztują 10 razy więcej? Jeśli będą nieskuteczne, zapisze się inne, a potem jeszcze kolejne. Proste metody nie są stosowane, bo nikt nie ma w tym interesu, a chorzy nie zdają sobie z tego wszystkiego sprawy.
Dodajmy do tego fakt, że wyceny zabiegów bardziej wynikają z siły przebicia konkretnych osób niż z rzeczywistych kosztów. Dowód stanowią bardzo zróżnicowane stawki za metody, które w praktyce różnią się jedynie nazwą. – Trudno dostrzec oznaki realnego zainteresowania NFZ lub ministerstwa racjonalizacją i rozszerzeniem leczenia przeciwbólowego. Wiedzą, że muszą coś zrobić w tym kierunku, rzucają jakieś pieniądze, aby nie można im było zarzucić, że nic się nie finansuje. Brakuje jednak m.in. rzetelnej analizy potrzeb – podsumowuje dr P.
Droga do ukojenia
W świetle dotychczasowych rozważań zwiększenie środków na medycynę bólu oraz racjonalizacja wydatków, zwłaszcza poprzez przywrócenie rangi metodom skutecznym i tanim, są postulatami oczywistymi. Wśród innych zmian systemowych, które pozwoliłyby skuteczniej pomagać cierpiącym, moja rozmówczyni za absolutnie kluczowy uznaje rozwój obowiązkowej, kompleksowej edukacji na temat leczenia bólu dla wszystkich specjalności lekarskich i pielęgniarskich. Po drugie, przewlekły ból o natężeniu powyżej trzech punktów w skali od 1 do 10 powinien gwarantować dostęp do refundowanych leków bez względu na chorobę i rokowania. Wreszcie, jej zdaniem lekarze powinni być oceniani i rozliczani na podstawie wypełnianego przez pacjentów arkusza satysfakcji z leczenia bólu.
Dr Jarosz dodaje, że muszą istnieć systemy oceny jakości leczenia w szpitalach, ze skutecznym uśmierzaniem bólu jako ważnym elementem. – Prowadzona na bieżąco ocena jakości jest jednym z czynników dyscyplinujących, uniemożliwiających bazowanie na propagandzie sukcesu spod znaku „jesteśmy wspaniali, bo kupiliśmy nowy aparat rentgenowski”. Z drugiej strony, gdyby dana placówka wypadła bardzo źle, to obawiam się, że NFZ dałby jej mniej pieniędzy zamiast pomóc w podniesieniu jakości leczenia – i powstałoby błędne koło. Konieczne jest właściwe wykorzystywanie wyników uzyskiwanych z takiej oceny. Powinno się nie tylko wymagać działań naprawczych od szpitali źle leczących ból, ale także nagradzać te najlepsze. Jarosz zastrzega, że nie chodzi o dodatkowe finansowanie szpitali np. za właściwe postępowanie z bólem pooperacyjnym, które należy do ich niezbywalnych obowiązków. – Należy zacząć egzekwować standardy leczenia przeciwbólowego, których mamy już w Polsce trochę. To zadanie dla Funduszu – przekonuje.
Z kolei prof. Dobrogowski szczególnie akcentuje konieczność wydzielenia medycyny bólu jako odrębnej specjalizacji lekarskiej, albo przynajmniej umiejętności. – Nasze towarzystwo o to występowało, ale na razie wniosek nie spotkał się z poważniejszym odzewem. Powstanie takiej specjalizacji wiązałoby się m.in. z powołaniem konsultanta krajowego oraz konsultantów wojewódzkich, mających możliwość regulowania niektórych kwestii swoimi zarządzeniami. Bez tego wszystko opiera się na apelach ekspertów, nieposiadających żadnej mocy prawnej – tłumaczy.
Odrobina ulgi
Mimo tego wszystkiego proces leczenia bólu doczekał się w ostatnim czasie pewnych pozytywnych zmian. Dr P. wymienia lepsze zabezpieczanie bólu pooperacyjnego i pourazowego w większości szpitali oraz, będące wynikiem m.in. zabiegów towarzystw naukowych, liczne nowelizacje ustaw i rozporządzeń, które poprawiły jakość pracy lekarzy, np. skróciły czas niezbędny na wypisanie recepty Rpw. Również dr Balicki, Szymon Chrostowski i prof. Dobrogowski, mimo licznych zastrzeżeń, niezależnie od siebie stwierdzają, że resort zdrowia i NFZ zaczęły poświęcać problematyce bólu więcej uwagi.
Dr Balicki podaje przykład decyzji o objęciu finansowaniem zwalczania bólu podczas porodu. Za krok w dobrym kierunku uznaje również odejście od różowych recept na leki narkotyczne. – Co prawda recepty Rpw również są trochę inne od zwykłych, ale nie występuje ten sam stopień stygmatyzacji, odstręczającej lekarzy od przepisywania leków opioidowych – mówi. – Leczenie bólu zostało uznane przez Ministerstwo Zdrowia za jeden z priorytetów, co daje wymierne efekty. Wypracowane wraz ze specjalistami standardy leczenia zostały uznane za obowiązujące, przekazane do konsultantów wojewódzkich oraz towarzystw naukowych z rekomendacją ich stosowania przez lekarzy wszystkich specjalności. Ministerstwo zapowiedziało także kontrole placówek medycznych pod kątem skuteczności leczenia bólu zgodnie z aktualnym stanem wiedzy naukowej. Na liście leków refundowanych znajduje się obecnie większość skutecznych środków przeciwbólowych – odnotowuje Chrostowski. Dzięki wysiłkom m.in. jego organizacji zniesiono limity na część procedur opieki paliatywnej w ramach pakietu onkologicznego oraz wprowadzono obowiązkowe zajęcia z zakresu leczenia bólu dla studentów wszystkich specjalności lekarskich.
– Jako przedstawiciele pacjentów możemy zwracać uwagę opinii publicznej i decydentów na poszczególne braki systemu, ale naszym głównym zadaniem jest ogólnospołeczna edukacja. Zmiana systemu to nie tylko dobre leki i świadomi lekarze, lecz także pacjenci znający swoje prawa. Społecznej świadomości nie zmienia się rozporządzeniami, lecz regularną pracą i merytorycznymi, ale prostymi i atrakcyjnymi przekazami kierowanymi do różnych grup odbiorców. Dlatego bardzo cieszy popularność takich kampanii jak „Rak wolny od bólu”, realizowana dzięki zaangażowaniu Polskiego Radia – podkreśla społecznik, który z zawodu jest dziennikarzem i specjalistą od public relations.
Budowanie świadomości społecznej ułatwiają nowe narzędzia upowszechniania wiedzy. Za pośrednictwem prowadzonego przez Koalicję na Rzecz Walki z Bólem serwisu rakwolnyodbolu.pl pacjenci oraz ich bliscy w ciągu kilku godzin otrzymują porady od specjalistów, zaś w miastach wojewódzkich organizuje ona bezpłatne konsultacje. Pomocne praktyczne informacje, np. na temat tego, jak rozmawiać z lekarzem i jak znaleźć pomoc, publikuje również strona pokonajbol.pl, stworzona przez Fundację Medycyny Bólu, założoną w 2003 r. przez prof. Dobrogowskiego i dr. Kazimierza Sedlaka, zajmującą się poszukiwaniem nowych terapii oraz pomaganiem pacjentom.
Prezes Polskiego Towarzystwa Leczenia Bólu upatruje podstaw do ostrożnego optymizmu we wspomnianych już, współprowadzonych przez jego organizację studiach podyplomowych, obejmujących 200 godzin zajęć teoretycznych i praktycznych, niemających odpowiednika nigdzie w Europie. – Mamy już ok. 500 absolwentów – wykwalifikowanych lekarzy, którzy wiedzą, jak stosować w swojej pracy osiągnięcia medycyny bólu – cieszy się. Za równie istotną uznaje popularność programu „Szpital bez bólu”, zainicjowanego przez PTBB wraz z Polskim Towarzystwem Anestezjologii i Intensywnej Terapii, Towarzystwem Chirurgów Polskich, Polskim Towarzystwem Ginekologicznym oraz Polskim Towarzystwem Ortopedycznym i Traumatologicznym. Polega on na certyfikacji placówek, które przestrzegają standardów umożliwiających prawidłowe łagodzenie ostrego bólu w okresie pooperacyjnym i pourazowym. Mowa o prostych zasadach organizacyjnych, takich jak monitorowanie bólu co najmniej dwa razy dziennie, informowanie chorych o możliwościach jego uśmierzania czy obowiązkowe odbywanie przynajmniej dwa razy do roku stosownych szkoleń przez cały personel lekarski i pielęgniarski. – Szpitali posiadających nasz certyfikat jest już ponad 150 – chwali prof. Dobrogowski. Zauważa także rosnące zainteresowanie leczeniem bólu ze strony lekarskich organizacji zawodowych i naukowych, przejawiające się m.in. uwzględnianiem tej tematyki w programach zjazdów i sympozjów.
Znieczulica zamiast znieczulenia
Moi rozmówcy przekonują, że do tego, aby lekarze i decydenci przestali tolerować niepotrzebny ból, musimy dorosnąć jako społeczeństwo. – Na pacjenta trzeba umieć spojrzeć jak na chorego człowieka, ze współczuciem, oraz nauczyć się liczyć z jego zdaniem. Cały czas jesteśmy na etapie medycyny patriarchalnej: lekarz zawsze wie lepiej, a na dodatek wścieka się na podopiecznych, kiedy od czasu do czasu ośmielą się zgłosić jakieś oczekiwania – utyskuje dr Jarosz.
Doskonałą ilustracją tej tezy jest dla niego Onkomapa, inicjatywa Alivii – Fundacji Onkologicznej Osób Młodych, polegająca na zbieraniu opinii pacjentów w celu stworzenia przewodnika po przyjaznych ośrodkach leczących nowotwory. – Największe szpitale onkologiczne zabroniły wpuszczania ankieterów. Lekarze po prostu nie chcą znać opinii chorych. Chcę powiedzieć, że dopóki nie traktuje się pacjenta poważnie, tylko jako źródło dochodów lub strat, leczenie przeciwbólowe nie może być dobre. W USA na oddziałach ratunkowych pierwsze pytanie brzmi „czy jest pan ubezpieczony?”, ale drugie – „czy pana boli, a jeśli tak, to jak bardzo?”. Jeśli zadeklaruje się, że bardzo, jest się obsługiwanym w pierwszej kolejności. A u nas mówi pan, co chce, a i tak siedzi na SOR 10 godzin, niezależnie od tego, czy skarży się pan na ból zawałowy, czy na skaleczenie w palec.
Dlatego ogromnie ważna jest edukacja i samoorganizacja pacjentów, którzy muszą być świadomi swoich praw w zakresie leczenia bólu i gotowi do ich egzekwowania. – Jeśli leki nie działają, chorzy często uważają, że tak jak na raka nie ma lekarstwa, tak ich ból jest nieuleczalny. Są nauczeni, że mają cierpieć. Nie protestują, gdy lekarz wypisuje ich ze szpitala onkologicznego ze słowami „proszę się zgłosić do poradni przeciwbólowej”, po czym daje skierowanie na wizytę, której termin zostaje wyznaczony na za miesiąc. Wielu chorych traktuje oczekiwanie tak, jakby byli już leczeni. Polski pacjent jest przyzwyczajony, że na wszystko musi czekać i czuje się objęty opieką, gdy ma już wyznaczoną datę wizyty. Czeka i wyje z bólu – wzdycha Jerzy Jarosz. Czekanie półtora miesiąca na lek przeciwbólowy czy wypisywanie ze szpitala z bólem jest w naszym kraju patologicznym standardem.
– W polskiej kulturze i w tradycji naszego systemu medycznego leczenie bólu nie było nigdy tak ważne, jak dążenie do wyleczenia, za wszelką cenę. Ten paradygmat jest wciąż aktualny, a wzmacniają go media, które nie patrzą na to, że ulżenie w cierpieniu jest równie ważną częścią misji lekarza, jak samo leczenie. W głównym nurcie debaty publicznej o cierpieniu mówi się zbyt mało – przekonuje Marek Balicki. – Aby społeczna świadomość uległa zmianie, potrzebna jest jednak nie tylko dyskusja, ale również zmiany ustawowe – dodaje.
Poradnie na dnie
Liczba specjalistycznych poradni leczenia bólu zmniejsza się: pod koniec lata 2015 r. funkcjonowało ich 179, podczas gdy jeszcze trzy lata wcześniej było ich 220. Na całym Dolnym Śląsku jest 11 takich placówek, na Pomorzu 7, zaś na Podlasiu – zaledwie 3. Dla wielu pacjentów oznacza to brak możliwości uzyskania pomocy w pobliżu miejsca zamieszkania. Dla wszystkich: długi, nierzadko kilkutygodniowy czas oczekiwania na nią – w przypadku ostatniego z wymienionych regionów nawet kilkumiesięczny.
Wizyta u specjalisty od uśmierzania cierpienia, często obejmująca badanie szczegółowymi kwestionariuszami oceny bólu i jakości życia, trwa nawet godzinę. Tymczasem podstawowa stawka, jaką przyjął dla niej Narodowy Fundusz Zdrowia, wynosi… 26 zł. Jak alarmowała na łamach prasy dr Jadwiga Pyszkowska, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Paliatywnej, anestezjolodzy pracują w poradniach leczenia bólu głównie z pasji, gdyż miesięcznie zarabiają mniej niż za jeden dyżur w szpitalu.
Wartość rocznych kontraktów dla wszystkich poradni w całym kraju to zaledwie 21,5 mln zł. NFZ nie podniesie stawek, dopóki nie otrzyma stosownych zaleceń od Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, która wycenia leczenie według planu taryfikacji, uzgadnianego z ministerstwem i Funduszem. W momencie oddawania tekstu do druku nie było w nim leczenia bólu…
Leczenie ze szczególnym okrucieństwem
Z punktu widzenia organizacji zajmującej się problematyką ochrony praw człowieka dostęp do odpowiedniej opieki medycznej, w tym do terapii przeciwbólowej, jest istotnym elementem realizowania zobowiązań państwa z zakresu podstawowych praw i wolności. Brak zapewnienia efektywnego systemu leczenia bólu oznacza niewywiązanie się przez państwo z ciążących na nim obowiązków wynikających m.in. z Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, w szczególności z art. 3, który zakazuje tortur i nieludzkiego lub poniżającego traktowania – napisała Helsińska Fundacja Praw Człowieka w liście do resortu zdrowia.
Z kolei w komentarzu do postanowienia sygnalizacyjnego Trybunału Konstytucyjnego, w sprawie konieczności uregulowania w polskim prawie medycznego wykorzystania marihuany, HFPC powołuje się na raport sprawozdawcy ONZ ds. tortur i okrutnego, nieludzkiego lub poniżającego traktowania. Juan E. Méndez zwrócił w nim uwagę, że do tej pory złe traktowanie, do którego dochodziło w placówkach ochrony zdrowia, było postrzegane przede wszystkim jako naruszenie prawa do zdrowia, zaliczanego do praw socjalnych. Jego zdaniem należy jednak uznać, że niektóre sytuacje, które mają miejsce w lecznictwie, mogą być czymś więcej i osiągać poziom tortur lub złego traktowania. Zmiana paradygmatu i odwołanie się w przypadku nieleczenia bólu do dyskursu dotyczącego tortur i nieludzkiego traktowania pozwala nadać temu zjawisku odpowiednią rangę. Gwarantuje też skuteczniejsze mechanizmy dochodzenia zadośćuczynienia. Analiza naruszeń z punktu widzenia ram prawnych zakazujących tortur służy nadto podkreśleniu pozytywnych obowiązków państw, polegających na zapobieganiu, ściganiu i usuwaniu skutków naruszeń. Ramy prawne dotyczące tortur gwarantują, że nieadekwatność systemu, brak środków lub dostępu do określonych świadczeń nie będą usprawiedliwieniem złego traktowania – komentują eksperci Fundacji. Precyzują, że chodzi o sytuacje, gdy organy państwa są lub powinny być świadome występowania dotkliwego bólu, lecz mimo to nie zaoferowały odpowiedniego leczenia i nie podjęły wszystkich rozsądnych kroków, aby chronić psychiczną i fizyczną integralność osoby.
Organizacja przywołuje również wyrok wydany 25 stycznia 2011 r. przez Europejski Trybunał Praw Człowieka w sprawie Kupczak przeciwko Polsce. Sprawa dotyczyła osoby pozbawionej wolności, która z powodu chronicznego bólu kręgosłupa korzystała z wszczepionej pompy morfinowej. Podczas pobytu w areszcie osadzonemu nie zagwarantowano jednak skutecznego działania urządzenia, co Trybunał uznał za naruszenie zakazu nieludzkiego oraz poniżającego traktowania.
Fundacja zwraca ponadto uwagę, że ustawa o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta wprost przyznaje prawo do świadczeń zdrowotnych zapewniających łagodzenie bólu jedynie pacjentowi w stanie terminalnym. Przepis art. 20 ust. 2 nie mówi natomiast o innych grupach chorych. Ponadto poziom refundacji leków dla pacjentów cierpiących z powodu przewlekłego bólu jest niejednakowy i zależy od jego przyczyny. W związku z tymi rozbieżnościami uzasadniona wydaje się interwencja ustawodawcy – stwierdzają obrońcy praw człowieka.
przez Jan Przybylski | wtorek 24 listopada 2015 | Jesień 2015
Niedawne rozstrzygnięcie przetargu na zakup śmigłowców dla Wojsk Lądowych, Polskich Sił Powietrznych i Marynarki Wojennej, którego realizacja pochłonie prawdopodobnie ponad 10 miliardów złotych, wzbudziło żywe dyskusje na temat produkcji statków powietrznych w Polsce.
Jednym z zasadniczych argumentów oferentów, którzy konkurs przegrali, było właśnie ulokowanie produkcji w kraju. Przed zwycięzcą, firmą Airbus Helicopters, dopiero stoi zadanie stworzenia infrastruktury, w której prowadzony będzie zresztą jedynie montaż Caracali. Istotnie, AgustaWestland prowadzi w swoich zakładach PZL-Świdnik S.A. produkcję śmigłowców W-3 i SW-4 oraz kadłubów AW139, a oferta złożona w przetargu obejmowała przeniesienie produkcji AW149, natomiast Sikorsky Aircraft Corporation (SAC) produkuje w zakładach w Mielcu, również stanowiących jego własność, kadłuby i belki ogonowe S-70i oraz prowadzi ich końcowy montaż. Diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach – otóż największy udział w wartości śmigłowca mają silniki, przekładnie oraz awionika. Kadłub, choć mieści to wszystko w sobie, jest elementem relatywnie najprostszym do wykonania i najtańszym. Żaden z „polskich producentów” nie mówi o przeniesieniu produkcji tych najwartościowszych elementów do Polski – w przypadku silników pochodzących od zewnętrznych dostawców byłoby to zresztą bardzo utrudnione. Dlatego różnice ulegają znacznemu spłyceniu, trzeba bowiem pamiętać, że oferta Airbusa obejmowała uruchomienie w kraju (w Dęblinie) również linii montażowej silników Makila 2 firmy Turbomeca, napędzających Caracala. Istnieją co prawda w Polsce zakłady produkujące silniki – WSK PZL-Rzeszów S.A., należące do koncernu-matki SAC, jednak produkowane są w nich wyłącznie te silniki i elementy, które zakład miał w ofercie zanim został sprzedany inwestorowi zagranicznemu w roku 2002. Jak widać, w każdym zatem przypadku pojęcie „produkcji w Polsce” jest stosowane nieco na wyrost, albowiem obejmuje wytworzenie jedynie części końcowego wyrobu. Zlokalizowany w naszym kraju skromny przemysł lotniczy jest podzielony między kilku zagranicznych właścicieli, wskutek czego utrudniona jest sensowna „konsumpcja kontraktów” z szeroko rozumianą korzyścią dla Polski.
Krótka historia przemysłu lotniczego po 1945 r.
Przyczyny zarysowanego wyżej stanu rzeczy leżą w formie, jaką przemysł lotniczy przybrał po roku 1945 oraz w polityce przemysłowej po roku 1989, a właściwie w jej braku. Zakłady były w większości odtwarzane na bazie szczątków infrastruktury II Rzeczpospolitej, które przetrwały wojnę. Tylko zakład w Świdniku został stworzony od podstaw w czasach PRL-u. Rozwój początkowo był dość dynamiczny. Na sowieckiej licencji produkowano myśliwce MiG-15 i 17 oraz ich zmodyfikowane warianty, dość liczne samoloty lekkie. Pod kierunkiem Tadeusza Sołtyka skonstruowano pierwszy polski samolot odrzutowy, TS-11 Iskra, który niedawno przekroczył półwiecze eksploatacji. Świdnik zajął się produkcją śmigłowców na licencji Mila. Jeszcze na przełomie lat 50. i 60. plany były ambitne – zespół Sołtyka przymierzał się do konstrukcji naddźwiękowego samolotu szkolno-bojowego TS-16 Grot, który, gdyby doszło do realizacji, byłby sporym osiągnięciem. Rozmyślano też nad projektami średnich samolotów transportowych i odrzutowych samolotów dyspozycyjnych.
Niestety, już rok 1963 przyniósł podcięcie skrzydeł tych inicjatyw, wynikające z kilku przyczyn, m.in. brakło poparcia dla rozwoju niezależnego potencjału konstrukcyjnego ze strony władz, niechętne było także stanowisko towarzyszy radzieckich. Projekty anulowano, zespoły konstrukcyjne rozwiązano, a przemysł miał skupić się na licencyjnej produkcji maszyn konstrukcji sowieckiej. W związku z tym, że w ramach obozu socjalistycznego PRL przypadła obsługa przede wszystkim lotnictwa rolniczego, były to maszyny proste, jak śmigłowiec Mi-2, albo wręcz zupełnie prymitywne, jak samolot An-2. Wcześniejszy dorobek również został zmarnowany – według wspomnień profesora Sołtyka rozwojem Iskry byli zainteresowani Hindusi (którzy kupili serię tych maszyn), kupować chcieli Syryjczycy, ale przemysł… nie był chętny do sprzedaży. Odwilż przyszła dopiero w drugiej połowie lat 70., gdy podjęto prace nad samolotem szkolno-bojowym I-22 Iryda, a Świdnik, konsultując się z biurem Mila i sowieckimi planowanymi głównymi odbiorami, przystąpił do prac nad śmigłowcem W-3 Sokół. Powstało też kilka krajowych samolotów rolniczych.
Wszelkie prace znakomicie utrudnił krach gospodarki w latach 80. oraz sankcje wprowadzone w odpowiedzi na stan wojenny. Trzeba pamiętać, że i wcześniej nie było łatwo – krajowi inżynierowie mieli ze zrozumiałych względów bardzo ograniczony dostęp do myśli technicznej Zachodu. Stosunek Sowietów do dzielenia się technologiami dobrze obrazuje natomiast historia z drugiej połowy lat 70. Oto dowódca sowieckiej floty, admirał Siergiej Gorszkow, powróciwszy z manewrów na Bałtyku najwyraźniej w stanie wstrząsu psychicznego, spowodowanego dojmującą zapyziałością polskiej Marynarki Wojennej, polecił opracowanie dla niej eksportowej wersji niszczycieli typu „Sowriemiennyj”, które zaczęły wchodzić do uzbrojenia WMF [Wojenno-Morskoj Fłot, czyli marynarka ZSRR – dop. red. NO] w roku 1980. Pracom przyświecało motto sformułowane przez szefa działu projektowania dużych okrętów nawodnych: „Niczego nowoczesnego tym potencjalnym dezerterom nie udostępniać”. W efekcie proponowany Polsce wariant jednostki był wyposażony w systemy z pierwszej połowy lat 60., więc wypada cieszyć się, że zakupu nie dokonano. Nie istniała też współpraca i wymiana myśli między mniejszymi krajami RWPG. Skutek był taki, że szeroko otwarte gdzie indziej drzwi trzeba było przy raczej rachitycznej posturze krajowej myśli technicznej mozolnie wyważać.
W nowej rzeczywistości
W roku 1989 pojawiło się kilka osobnych podmiotów. W Mielcu produkowano, obok maszyn rolniczych, niewielkiego transportowego licencyjnego Ana-28, maszynę na pewno użyteczną, ale znów bardzo prostą, tanią, dającą producentowi niewielką marżę. Dopracowywano w bólach Irydę, która będąc mniej zaawansowanym (przede wszystkim z uwagi na jednoprzepływowe silniki) odpowiednikiem francusko-niemieckiego Alpha Jeta z połowy lat 70., zdążyła się już poważnie zestarzeć. Okęcie, obok drobnicy takiej jak Wilga, dopracowywało szkolno-treningowego turbośmigłowego Orlika. Świdnik zdążył wdrożyć do produkcji Sokoła, próbował szczęścia ze zmodyfikowanym Mi-2, oferowanym pod nazwą Kania, a w planach był lekki śmigłowiec SW-4. W Rzeszowie (ze wsparciem mniejszych zakładów w Kaliszu) produkowano lub planowano produkcję silników i elementów napędu dla wszystkich wymienionych maszyn poza SW-4.
Zakłady te, jak zostało powiedziane, były osobnymi firmami. To, co w księżycowy sposób mogło działać w księżycowej ekonomii realnego socjalizmu, w której istniała integrująca wszystko (wraz ze współpracą z Instytutem Lotnictwa i MON-owskim Instytutem Technicznych Wojsk Lotniczych) czapa w postaci zjednoczenia branżowego, okazało się przepisem na katastrofę w realiach rynkowych. Zakłady te były, w porównaniu z zagranicznymi, planktonem uzależnionym od jednego czy dwóch niezbyt zaawansowanych produktów, które w dodatku w związku z przemianami politycznymi i gospodarczymi straciły głównego odbiorcę, jakim dla Ana-28 i Sokoła miał być Związek Sowiecki. Przy mizernych zasobach, stojąc w obliczu konieczności kontynuowania kosztownych prac rozwojowych nad dokończeniem i wdrożeniem opracowywanych konstrukcji, były w większości w tragicznej sytuacji finansowej.
Sprawę pogarszał brak realnej polityki przemysłowej nakierowanej na utrzymanie krajowego potencjału, wskutek czego zakłady były postrzegane nie jako szansa, ale jako obciążenie. Nie podjęto najbardziej oczywistego ruchu w postaci konsolidacji zasobów i utworzenia jednej firmy. Mielec praktycznie upadł w związku z krachem programu „Iryda”. Konstrukcja ta była już zwietrzała, ale mimo wszystko miała potencjał, żeby zostać niezłym samolotem, w szczególności w kontekście zupełnej przestarzałości Iskry (notabene jedyni zagraniczni użytkownicy tej ostatniej, Hindusi, byli zainteresowani również Irydą). Niestety, fatalna współpraca na linii wojsko-przemysł, przy nieżyczliwości polityków wobec tego ostatniego (tu szczególnie „zasłużyli się” przedstawiciele Unii Wolności – Janusz Onyszkiewicz i Alicja Kornasiewicz) doprowadziła do smutnego końca. Drobna strużka zakupów Orlika była zaledwie kroplówką podtrzymującą nędzną wegetację Okęcia. Kilka projektów powstałych w latach 90., takich jak PZL-230 z Okęcia czy „konkurencyjna” wobec niego, opracowana w Instytucie Lotnictwa Kobra 2000, trudno z perspektywy czasu traktować poważnie z uwagi na chwiejność koncepcji, oderwanie od rzeczywistych potrzeb polskiego lotnictwa, słabość zakładów i brak perspektyw finansowania. Podobnie było z lansowanym przez chwilę przez Mielec pomysłem na „okcydentalizację” odkupionych składów producenta myśliwców MiG-29 (które miałyby nazywać się PZL M-2000). Stosunkowo najlepiej radził sobie Świdnik dzięki niedużym, ale mimo wszystko w miarę znaczącym sprzedażom Sokoła. Fabryka w Rzeszowie dzieliła losy sióstr wytwarzających płatowce.
W XXI wiek nasz przemysł lotniczy wszedł w stanie fatalnym, bez cienia koncepcji na rewitalizację. Okęcie zostało w latach 2001–2002 dosłownie wciśnięte koncernowi EADS (obecnie Airbus Group) przy okazji zakupu samolotów transportowych CASA C-295M. W tym samym czasie koncern UTC przejął rzeszowską wytwórnię silników. Z zakupem F-16 nie wiązały się żadne realne korzyści dla resztek przemysłu. Najlepszym offsetem byłaby licencyjna produkcja maszyn, ewentualnie montaż z produkcją części podzespołów, to jednak wymagałoby twardej postawy negocjacyjnej i miałoby sens ekonomiczny zapewne dopiero przy większej skali zakupu. Ponadto wymagałoby sanacji i odtworzenia potencjału Mielca, znajdującego się w stanie śmierci klinicznej po wdaniu się jeszcze w latach 90. w drenujące ze środków interesy z aferalnym kapitałem. Szumne zapowiedzi dotyczące doprowadzenia do sprzedaży w ramach offsetu setek Skytrucków i rolniczych Dromaderów rozwiały się jak sen złoty, bo Amerykanie policzyli sobie dzięki odpowiednim mnożnikom, że wykonanie zobowiązań będzie kosztowne. W rezultacie Mielec powędrował w roku 2007 do obecnego właściciela, przy czym tajemnicą poliszynela było, że jest to inwestycja obliczona na, uznawany za zupełnie pewny, zakup Black Hawków przez Wojsko Polskie. Wreszcie w 2010 koncern AgustaWestland przejął zakłady w Świdniku, co oznaczało praktyczny koniec polskiej własności w przemyśle lotniczym – ostały się wyłącznie remontowo-modernizacyjne wojskowe WZL-e i mała firma Edwarda Margańskiego. O chorym charakterze prywatyzacji sektora świadczą obecne, stojące na pograniczu szantażu, naciski na władze w związku z będącym nie po myśli koncernów-matek (czy może bardziej macoch) wyborem dokonanym w konkursie. A wcześniej dla wojska zmiana właścicieli oznaczała skokowy wzrost cen podzespołów i kosztów obsługi serwisowej. Rzeczywistość postkolonialna w pełnej krasie…
Czy mogło być inaczej? Pytanie jest niełatwe. Na pewno niezbędnym krokiem byłaby wspomniana konsolidacja branży i utworzenie jednej większej firmy. Byłaby ona partnerem tak dla władz, jak i dla podmiotów zagranicznych, zarówno pod względem konkurencji, jak i współpracy. Jednak, jak powiadają, od samego mieszania herbata nie staje się słodsza. Konieczne byłoby lokowanie odpowiednich zamówień przez Siły Zbrojne (tu duże znaczenie miałoby dokończenie „Irydy” mimo wszystkich przeciwności), a także efektywna promocja eksportu, której zawsze brakowało. Dalej – twarde negocjacje w sprawie przenoszenia produkcji do nas przy zakupach sprzętu za granicą. Wracając do konkursu na samolot wielozadaniowy z początku XXI wieku – gdyby jako warunek sine qua non wyznaczyć realne korzyści dla krajowego przemysłu, być może zamiast na niekoniecznie chętnych do dzielenia się technologią Amerykanów lepiej byłoby postawić na Francuzów, poszukujących aż do bieżącego roku pierwszego klienta eksportowego na swojego Rafale. Na początku XX wieku oferowali oni bardzo daleko idącą współpracę przemysłową Korei Południowej. Oczywiście wymagałoby to innego sformułowania warunków przetargu i wyasygnowania większych środków finansowych, których jednak znaczna część pozostałaby w kraju. Naturalne byłoby również poszukiwanie zagranicznego partnera celem udziału w produkcji maszyn transportowych i/lub komunikacyjnych.
To jednak jest już historią niebyłą, a – jak słusznie zauważył sir Francis Drake – okazja raz stracona jest stracona na zawsze. Obecnie polski przemysł lotniczy jest w rękach właścicieli zagranicznych, a przyszłość, przynajmniej zakładów w Mielcu, może być niepewna. Odrzucenie oferowanego Black Hawka sprawiło, że straciły one w praktyce rację bytu dla właściciela, który zresztą zmienił się w związku z nabyciem Sikorsky Aircraft przez koncern Lockheed Martin.
Szanse reaktywacji
Czy odtworzenie polskiego (pod względem własnościowym) przemysłu lotniczego byłoby celowe i realne? W horyzoncie dekady czeka Polskę zakup kolejnych wielozadaniowych samolotów bojowych, których liczbę MON określił na aż 64. Nasuwa się pytanie, czy ta idąca w dziesiątki miliardów złotych (koszt jednego samolotu można szacować na 400–500 milionów) inwestycja da wymierne korzyści polskiej gospodarce, czy może znów będziemy konsumować głównie współczynniki offsetowe. Niestety, bez ulokowania w kraju ważnej części produkcji trudno liczyć na korzystne rozwiązania, które mogłyby być stymulatorami krajowego sektora wysokich technologii, szansą dla uczelni technicznych itp.
Oczywiście przystępowanie do samodzielnej konstrukcji takiej maszyny byłoby w sytuacji ograniczonych możliwości finansowych i przemysłowych klasycznym przykładem porywania się z motyką na słońce. Należy zatem rozważyć potencjał współpracy międzynarodowej. Zarysowuje się prawdopodobnie kolejna szansa, być może ostatnia w dającej się przewidzieć przyszłości. Oto bowiem w Szwecji realizowany jest program Flygsystem 2020, który ma doprowadzić do powstania w roku 2020 samolotu V generacji, następcy myśliwca Gripen. Szwedzi, zdając sobie niechybnie sprawę z ograniczonych możliwości nabywczych własnych sił powietrznych, poszukują aktywnie partnerów zagranicznych, współpraca z którymi mogłaby zmniejszyć koszty realizacji projektu, przekładające się też później bezpośrednio na cenę zakupu maszyn. Przed dwoma laty nawiązana została np. współpraca między firmą Saab a tureckimi zakładami TAI, mająca doprowadzić do powstania pierwszego w historii rodzimego otomańskiego myśliwca, noszącego oznaczenie TFX. Jednak już to autarkijne deklaracje Turków, już to poszukiwanie przez nich innych partnerów każą powątpiewać w jej dalsze perspektywy.
W tej sytuacji można przypuszczać, że wystosowanie przez Polskę propozycji partycypacji w szwedzkim programie, poparte konkretnymi zobowiązaniami finansowymi i planami zakupowymi, byłoby mile widziane i otworzyło perspektywy rewitalizacji krajowego przemysłu lotniczego. W obecnej chwili Polska mogłaby zaoferować udział w pracach swojej bazy naukowej oraz części zbrojeniówki wnoszącej wkład w przedmiotowej dziedzinie (można tu brać pod uwagę np. zajmujący się m.in. techniką radiolokacyjną ośrodek PIT-RADWAR S.A). Jednocześnie ewentualne wycofanie się zagranicznego inwestora z Mielca mogłoby stworzyć okazję do polubownego odkupienia zakładów przez kapitał krajowy (zapewne po prostu państwo), co oddałoby do dyspozycji już gotową infrastrukturę produkcyjną, w którą można by następnie poczynić inwestycje ukierunkowane na realizację programu.
Szwecja nie jest jednak jedynym potencjalnym partnerem w regionie. Innym narzucającym się kierunkiem jest Ukraina. Kraj ten odziedziczył po Związku Sowieckim czołowe w kilku dziedzinach zakłady, wytwarzające produkty o rząd bardziej zaawansowane niż te, które przypadały w udziale przemysłowi PRL-u. W dziedzinie lotnictwa należy tu wymienić transportowce Antonowa i silniki do śmigłowców, samolotów transportowych, szkolno-treningowych oraz – przynajmniej w fazie prac rozwojowych – bojowych, pochodzące z biura konstrukcyjnego Iwczenko-Progress oraz zakładów Motor Sicz. Antonow, obok produkcji maszyn jeszcze z czasów sowieckich, opracował w latach 90. i później gamę nowych samolotów, obejmującą turbośmigłowy pasażerski An-140, rodzinę pasażerskich odrzutowców komunikacji regionalnej/transportowców budowaną wokół Ana-148 oraz ciężki samolot transportowy An-70. Maszyny te były i nadal są konstruowane w warunkach ograniczonych finansów, przy niepewnym, podatnym na wahania polityczne (a obecnie już niebyłym) łożeniu środków przez Rosjan. Zatem stabilny strategiczny partner, ułatwiający drogę na rynki europejskie (i, szerzej, „zachodnie”, w sensie uniwersum ekonomicznego, nie kierunku geograficznego), który w przeciwieństwie do wielkich koncernów amerykańskich czy zachodnioeuropejskich nie stwarzałby zagrożenia wydrenowaniem słabszej strony z technologii i działań mających na celu likwidację konkurencji, mógłby coś ugrać. Antonow zresztą oferował swoje maszyny An-32 wraz z ulokowaniem montażu w Mielcu we wspomnianym wyżej przetargu na maszyny transportowe, który wygrała CASA. Obecnie zarówno Antonow, jak i zakłady Motor Sicz zupełnie otwarcie poszukują możliwości współpracy z Polską. Ukraińskie lotnictwo wojskowe z kolei od upadku Związku Sowieckiego nie pozyskało ani jednego nowego samolotu bojowego i stanie za kilka lat przed koniecznością zapoczątkowania wymiany swojego parku maszyn, w pierwszym rzędzie myśliwców wielozadaniowych (notabene Ukraińcy zerkają tutaj w stronę… Turków).
Mamy zatem zupełnie niepowtarzalną zbieżność potrzeb Szwecji, Polski i Ukrainy, kluczowych krajów Europy bałtyckiej. Wykorzystanie jej mogłoby mieć daleko idące konsekwencje w dziedzinie współpracy na niwach militarnej, gospodarczej i politycznej, niewykorzystanie natomiast byłoby kolejnym zmarnowaniem potencjału regionu. Wolno przypuszczać, posuwając się nieco dalej w rozważaniu możliwości przemysłowych, że ukraiński potencjał w dziedzinie produkcji lotniczej do zastosowań podwójnych, wojskowo-cywilnych i stricte cywilnych stanowiłby bardzo pożądane zrównoważenie oferty postulowanego bałtyckiego partnerstwa przemysłowego. Mogłoby ono przejść dzięki temu z poziomu współpracy zadaniowej do formy ponadnarodowego koncernu, mogącego zdobywać różnych klientów dzięki szerokiej gamie produktów, podobnego do zachodnioeuropejskiej Airbus Group (do niedawna EADS). Oczywiście trzeba pamiętać cały czas, że rynek produkcji lotniczej nie jest łatwy, konkurencja jest bardzo mocna, jednak łatwo nie jest w żadnej dziedzinie. Wszak o lokowanie zakładów korzystających z taniej siły roboczej trzeba też starać się bardzo, dopieszczając na wszelkie sposoby inwestorów, do tego stopnia, że czasem trudno rozpoznać, która strona faktycznie inwestuje…
Warto wspomnieć o jeszcze jednej, tym razem niematerialnej korzyści z inwestycji w tę spektakularną dziedzinę. Oto samoloty będące wytworem współpracy, w której Polska brałaby aktywny udział, byłyby pożywką dla dobrze pojmowanej dumy narodowej, stanowiąc namacalny dowód, że orzeł rzeczywiście coś może – i nie jest to groteska z czekolady i waty słownej. Można odwołać się do wydarzenia z kwietnia bieżącego roku: oto prototyp samolotu An-178 został z wielką pompą przewieziony ulicami Kijowa, jako symbol potencjału, podnoszący na duchu społeczeństwo boleśnie doświadczone wojną. Było to niewątpliwie przedsięwzięcie dobrze przemyślane z PR-owego punktu widzenia. W Polsce brak tego rodzaju inspiracji czy symboli integrujących, podnoszących zbiorową samoocenę, jest bardzo widoczny, na co wskazują choćby szaleństwa na punkcie sukcesów reprezentantów kraju w nawet niszowych sportach.
Pozalotnicze postscriptum ukraińskie
Ukraina to nie tylko lotnictwo. Sztandarowym, obok Antonowa, przedstawicielem tamtejszego przemysłu zbrojeniowego jest charkowski kompleks pancerny, składający się z zakładów produkcyjnych im. Małyszewa oraz biura projektowego im. Morozowa. W Związku Sowieckim był wiodącym podmiotem w dziedzinie projektowania i produkcji czołgów. Obecnie jego najważniejszymi produktami są czołg Opłot-M, dorównujący większością parametrów najnowocześniejszym konstrukcjom zachodnim, oraz rodzina wysokiej klasy silników wysokoprężnych.
Również tu można dopatrywać się niewykorzystanej szansy polskiej zbrojeniówki – Opłot wywodzi się z T-80, czołgu znacznie bardziej zaawansowanego od produkowanego przez Polskę T-72, jednak wciąż o wiele bliższego mu technologicznie niż konstrukcje zachodnie. Ewentualna współpraca mogłaby uczynić zbędnym pozyskiwanie Leopardów 2, bo potężny przemysł niemiecki jest bardzo trudnym partnerem jeżeli chodzi o podział prac przy obsłudze i modernizacji, a pozycja strony polskiej – dość słaba. O brak silników z kolei rozbiła się w głównej mierze kwestia polskich podwozi do haubicoarmaty Krab – na S-12, będące pochodnymi starego sowieckiego W-46, nie było już klientów ani krajowych, ani zagranicznych, więc ich produkcję zatrzymano i zlikwidowano zakład, tracąc krajowy potencjał w tym zakresie. Gdyby zamiast PT-91, którego wojsko, jako nieperspektywicznego, po prostu już słusznie nie chciało, oferowany i kupowany był „spolonizowany” Opłot, problem ten prawdopodobnie by nie wystąpił. Niestety, znów mamy do czynienia z korzyścią, którą można było uzyskać, a nie zrobiono tego.
Na szczęście nie wszystkie możliwości związane ze współpracą z partnerami ukraińskimi pozostały niewykorzystane. W drugiej połowie pierwszej dekady XXI wieku Wojskowy Instytut Techniczny Uzbrojenia nawiązał kooperację z tamtejszą firmą Microtek w zakresie systemów obrony aktywnej pojazdów pancernych, która stała się jednym ze źródeł proponowanego obecnie przez polski przemysł rozwiązania noszącego nazwę ZASOP. Zakłady MESKO we współpracy z firmą Progress opracowują amunicję precyzyjną kalibru 155 mm z przeznaczeniem dla haubicoarmat Krab i Kryl. Te same zakłady budują, korzystając ze wsparcia konstrukcji ukraińskiej firmy Łucz, kierowany pocisk przeciwpancerny Pirat, który w perspektywie ma uzupełnić Spike’i. Wszystkie te przedsięwzięcia są dowodami, że jednak można.
Podsumowanie
Wydaje się, że warunkiem sine qua non efektywnej współpracy przemysłowej z partnerami zagranicznymi jest istnienie żywotnych, stanowiących własność krajową zakładów, realizujących spójną politykę modernizacyjną, na którą przeznaczone są adekwatne środki finansowe. Potrzeby Polski, Szwecji i Ukrainy odnośnie do obronności będą w perspektywie nadchodzących dekad znaczące i w wielu aspektach podobne. Być może ewentualne powodzenie programu budowy nowych okrętów wojennych spowoduje, że Polska będzie w stanie przedstawić wschodniemu sąsiadowi sensowną ofertę techniczną i przemysłową, kiedy ten zacznie odbudowywać flotę (jedną z istotnych opcji jest tu współpraca ze Szwecją przy budowie okrętów podwodnych nowej generacji, oferowana nam przez Sztokholm). Również wspólne potrzeby dotyczące nowego wyposażenia lotnictwa mogą przynajmniej potencjalnie stanowić podstawę wyciągnięcia polskiego przemysłu lotniczego z opisanego w pierwszej części tekstu smutnego położenia, a przy okazji także być źródłem nieocenionych zysków politycznych.
Wiele szans już stracono, jednak wysiłki mające na celu reindustrializację kraju mogłyby uwzględniać również i tę dziedzinę oraz możliwości z nią związane – także te odnoszące się do współpracy z partnerami z Europy bałtyckiej. Skoro geopolityka sama podpowiada korzystne rozwiązania, grzechem byłoby z nich nie korzystać. A jak wielokrotnie dowiodła historia, jest ona boginią surową, która za występki przeciwko sobie karze bez taryfy ulgowej.
przez Piotr Wójcik | wtorek 24 listopada 2015 | Jesień 2015
Polacy mają skłonność do uważania własnych dziejów za zupełnie wyjątkowe. Właściwie nic dziwnego – każdy odbiera swoją historię jako coś szczególnego. W sytuacji przykrych doświadczeń sądzimy, że świat sprzysiągł się właśnie przeciw nam, a do naszych sukcesów przykładamy często zbyt dużą miarę. Jedną z metod poradzenia sobie z trudną przeszłością jest przyjrzenie się losom innych, którzy przeszli podobnie ciężką drogę. Ma to znaczenie terapeutyczne („jednak nie tylko ja dostaję po głowie”), ale także edukacyjne – pozwala wyciągnąć naukę na przyszłość. Wydaje się, że ostatnie 25 lat wymaga właśnie takiego przepracowania przez Polaków – był to okres reform bardzo dotkliwych społecznie i czas olbrzymiego napływu kapitału zagranicznego, który sprawił, że wielu z nas ma wątpliwości, czy mieszka jeszcze we własnym kraju.
Kupujemy w zagranicznych hipermarketach, trzymamy pieniądze w zagranicznych bankach, dzwonimy przez zagraniczną sieć komórkową. Nawet jeśli niektórzy powątpiewają, czy taki stan można nazwać neokolonializmem, to bez wątpienia jesteśmy w bardzo dużym stopniu zależni od kapitału zagranicznego. Jednak gdy spojrzymy na najnowszą historię gospodarczą, przekonamy się, że nasz los nie jest niczym wyjątkowym. Wręcz przeciwnie, polskie podporządkowanie globalnym podmiotom gospodarczym jest typowe dla państw, które transformowały gospodarki w latach 80. lub 90. Nie tylko my mieliśmy swoją terapię szokową, nie tylko u nas gościł Jeffrey Sachs i nie tylko w naszym kraju zagraniczne instytucje finansowe sprywatyzowały publiczne składki emerytalne. Wiele podobnych przykładów znajdziemy w Ameryce Południowej czy Afryce. I zamiast po raz kolejny dumać nad tym, kiedy w końcu dogonimy Niemców czy Francuzów, spróbujmy znaleźć w sobie poczucie wspólnoty losów z Boliwijczykami czy mieszkańcami Burundi. Taka terapia może wyjść nam na zdrowie bardziej niż kolejne zachwyty nad tym, jacy to już jesteśmy europejscy.
Zależność w teorii
Zgodnie z koncepcją Immanuela Wallersteina państwa będące uczestnikami międzynarodowej wymiany gospodarczej tworzą wspólnie jeden system-świat, w ramach którego zachodzą między nimi relacje gospodarcze, konkurencja oraz wzajemne wpływy przejawiające się na różne sposoby. Nie istnieją obecnie kraje, które zupełnie nie uczestniczyłyby w wymianie – nawet najbardziej zamknięta gospodarka Korei Północnej bierze udział, oczywiście w mocno ograniczony sposób, w handlu chociażby z Chinami, jest więc częścią systemu-świata, tak jak wszystkie współczesne państwa. Na każdego z uczestników wymiany wpływają działania innych – w mniejszym lub większym stopniu, pośrednio lub bezpośrednio, czasem nawet w sposób znikomy, prawie niedostrzegalny, ale jednak żaden kraj nie jest w stanie uodpornić się na wpływ gospodarczych zawirowań międzynarodowych. Nawet Korea Północna dostanie rykoszetem, jeśli np. światowe spowolnienie gospodarcze odbije się na jej relacjach handlowych z Chinami.
Siła państwa w ramach tak zintegrowanego systemu wynika więc nie tylko ze zdolności do kształtowania porządku wewnętrznego, ale także z umiejętności kreowania skutecznej strategii w relacjach zewnętrznych. Jasne jest, że państwa silniejsze gospodarczo mają przewagę, którą chcą wykorzystać. Nie oznacza to jednak, że narody słabsze ekonomicznie są skazane na porażkę – bardzo wiele zależy od skuteczności ich polityki, choć na starcie są na gorszej pozycji.
Bogate gospodarki usiłują kształtować globalną wymianę w taki sposób, by otwierać handel na te obszary produkcji, w których są mocne, a zamykać na te, w których boją się konkurencji ze strony słabszych uczestników. Właśnie dlatego w bogatym świecie tak silnie chroniony jest sektor rolniczy. Silne ekonomicznie wspólnoty dążą również do liberalizacji rynków surowców zużywanych w dużej ilości oraz tych o niezbyt dużych zasobach, dzięki czemu mogą zapewnić sobie bardziej stabilne dostawy i niższe ceny. Natomiast rynki tych surowców, których mają sporo, wolą pozostawić uregulowane, by móc w większym stopniu kontrolować ceny oraz wykorzystywać przewagę negocjacyjną. Doskonałym tego przykładem są okresowe spory między UE a Rosją, dotyczące liberalizacji unijnego rynku gazu. Rosji są one nie w smak, gdyż pozycja Gazpromu siłą rzeczy wtedy osłabnie, za to UE właśnie do tego stanu dąży, ponieważ chce zyskać bardziej zróżnicowane, stabilne i tańsze dostawy. Państwa zamożne pragną również otwierania międzynarodowych granic na przepływy kapitałowe, wiedzą bowiem, że mają przewagę, a ich rodzime podmioty będą mogły swobodnie inwestować tam, gdzie można maksymalizować zyski. Słabszym gospodarkom uwalnianie przepływów kapitałowych może nie być na rękę – co prawda napływ zagranicznych zasobów finansowych w krótkim czasie na pewno spowoduje ich wzrost, jednak może także zdusić krajową konkurencję oraz zdestabilizować sytuację, gdyż kierunki ich obrotu odwracane są często i z różnych powodów. W interesie mniej rozwiniętych gospodarek jest więc wolniejsze i bardziej rozważne otwieranie się na przepływy kapitału.
Jak widać, interesy silnych i słabych gospodarek w ramach systemu-świata są często zupełnie różne, żeby nie powiedzieć przeciwstawne. Państwa mniej rozwinięte mogą się jednak tej liberalizacji rynków opierać. Właśnie dlatego tak ważnym narzędziem w rękach najbogatszej części świata jest uniwersalizm, czyli tworzenie zbioru zasad, które niby są dobre dla wszystkich i powinny obowiązywać na całym świecie. Do upowszechniania tych zasad i przekonywania słabszych, że są one również w ich interesie, państwa silne ekonomicznie wykorzystują wpływy i pozycję w organizacjach międzynarodowych, ośrodkach naukowych i intelektualnych oraz w mediach. Dzięki temu rzekomo uniwersalne zasady, wykreowane przez najbogatszą część świata, zostają powszechnie uznane za naukowo potwierdzone, a osoby, które się im sprzeciwiają, są nazywane ignorantami lub szaleńcami. Oczywiście zamożna część świata nie dąży do uniwersalizacji wszystkich obszarów życia – np. utworzenie jednej powszechnej religii do niczego nie jest jej potrzebne. Uniwersalne zasady, których powinno przestrzegać każde cywilizowane państwo i z którymi powinien się zgadzać każdy światły i wykształcony człowiek, dotyczą głównie tych zagadnień, na których najbardziej zależy krajom zamożnym – czyli gospodarki.
W celu ich ustalenia został stworzony tzw. Konsensus Waszyngtoński, mający być zbiorem reguł dobrego zarządzania gospodarką. Zdecydowana większość ekonomicznych ekspertów zgadza się z nim niemal całkowicie. Zasady te, dzięki wytrwałym staraniom lobbystów rozwiniętego świata, weszły do światowego dyskursu jako oczywiste i „mówią nimi” już nawet szeregowi pracownicy mediów czy początkujący pracownicy naukowi na uczelniach na całym świecie. Wśród najważniejszych z nich można wymienić liberalizację handlu, likwidację krajowych ograniczeń dla zagranicznych inwestycji bezpośrednich, liberalizację przepływów kapitałowych i rynków finansowych, prywatyzację przedsiębiorstw państwowych, gwarancję praw własności, wprowadzenie wymiennej waluty i utrzymania jej stabilnego kursu, prowadzenie zdyscyplinowanej polityki budżetowej, obniżenie podatków oraz wydatkowanie środków publicznych na dziedziny, które gwarantują wysoką efektywność i rentowność. Jak widać, niemal wszystkie postulaty są zgodne z interesami podmiotów wymiany międzynarodowej dysponujących przewagą kapitałową.
Oczywiście, niektóre z nich są pożyteczne same w sobie – np. nikt przy zdrowych zmysłach nie zakłada dziś, że da się zbudować sukces gospodarczy bez gwarancji praw własności. Dobrze też jest trzymać politykę budżetową w ryzach, choć oczywiście zdarzają się przypadki, gdy trzeba je poluzować. Jednak wprowadzanie takich zasad zawsze i wszędzie, w dodatku w pakiecie, przyniesie korzyść głównie podmiotom silnym gospodarczo. Dla nich liberalizacja rynku jest z reguły korzystna, bo otwiera nowe pola działalności, na których są w stanie uporać się z konkurencją za pomocą swoich licznych przewag.
Instytucjonalną formą opisanego modelu są organizacje, które owe zasady wdrażają. Najważniejszą z nich jest Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Uznał on Konsensus Waszyngtoński za zbiór własnych recept przepisywanych każdemu. Inne z tych organizacji to Bank Światowy oraz Światowa Organizacja Handlu. Zamożne kraje, wyposażone w silne podmioty gospodarcze zdolne konkurować na międzynarodowych rynkach, posiadające zbiór ogólnych zasad oraz instytucje dbające o to, by je wprowadzać, miały otwartą drogę do gospodarczej kontroli nad słabiej rozwiniętymi rejonami świata, dzięki czemu zapewniły sobie większe możliwości generowania zysków. Według Noama Chomsky’ego odbywa się to zazwyczaj w podobny sposób. Bazą dla tych działań jest elita kraju rozwijającego się. Jej wiedza ekonomiczna jest mierna, a przez to są oni podatni na przekaz podawany w formie naukowej oczywistości. Dodatkowym atutem jest w tej sytuacji chęć zdobywania osobistych korzyści. Następny krok to otwarcie rynku wewnętrznego dla importowanych produktów, które mają taką przewagę jakościową, że dość szybko go podbijają. Cierpią na tym lokalne przedsiębiorstwa, zarówno prywatne, jak i państwowe, więc albo bankrutują, albo zostają kupione po zaniżonej cenie jako aktywa rzekomo mało wartościowe i mało perspektywiczne. Następnym etapem jest budowanie zagranicznej struktury usługowej, handlowej i infrastrukturalnej poprzez dominację kapitału zagranicznego w najbardziej dochodowych branżach oraz naturalnych monopolach – telekomunikacji, handlu wielkopowierzchniowym czy energetyce. Ukoronowaniem procesu jest zdominowanie sektora bankowego, co pozwala na prowadzenie polityki kredytowej zgodnie z interesem centrali. W końcu kształtuje się gospodarka dualna, w której najbardziej dochodowe przedsiębiorstwa znajdują się w rękach zagranicznych, natomiast w krajowych pozostają głównie mały i średni biznes oraz produkcja rolna.
Zależność w praktyce
Tworzenie zależności gospodarczej dzięki umiejętnemu kształtowaniu wymiany sięga jeszcze czasów, gdy tradycyjna kolonizacja miała się znakomicie. Doskonałym przykładem są relacje pomiędzy Europą a zachodem Afryki od XVI do XIX wieku. W tym czasie rozwijała się regularna kolonizacja Ameryk, powstał więc ogromny popyt na niewolników, potrzebnych do pracy na plantacjach. Rezerwuarem siły roboczej stała się zachodnia Afryka, gdyż tamtejsze państwa wciąż wykorzystywały ich do różnych prac. Niewolników pozyskiwano głównie dzięki toczonym tam wojnom. Europejczycy zaczęli więc nie tylko ich kupować, lecz także masowo sprzedawać broń kontrahentom, by ci mogli skuteczniej toczyć wojny. Upiekli przy tym dwie pieczenie na jednym ogniu – zapewnili sobie popyt na produkowaną broń oraz podaż kupowanych niewolników. Takie ukształtowanie wymiany momentalnie wpłynęło na charakter polityki, społeczeństwa i kultury słabszej strony. W zachodniej Afryce powstały całe państwa wyspecjalizowane w handlu niewolnikami i na nim oparte. Najsłynniejszym z nich było Królestwo Kongo, a oprócz niego np. Oyo (dzisiejsza Nigeria) czy Asante (Ghana). Symbolem upadku kultury zachodnioafrykańskiej pod wpływem europejskich handlowców było przekształcenie się słynnej wyroczni Arochukwu w Nigerii w „pułapkę na wiernych”, którzy w dobrej wierze przybywali do niej po radę, a kończyli na statkach płynących do Ameryki.
Innym przykładem jest traktat handlowy podpisany w 1858 r. w Tiencinie, dzięki któremu mocarstwa europejskie podporządkowały sobie handlowo Chiny po wojnach opiumowych. Zobowiązały one Chiny do eksportu po niskich cenach dóbr kupowanych przez Europejczyków oraz do otwarcia swojego rynku na import opium. Nie tylko bardzo osłabiło to gospodarczo Państwo Środka, lecz także wpędziło miliony jego mieszkańców w uzależnienie od opiatów. Kolejny, nowszy przykład kształtowania relacji wymiany przez silnych pochodzi już z naszych czasów. Podczas negocjacji handlowych zwanych Rundą Urugwajską (lata 80. i 90. XX wieku) dyskutowano kwestię otwarcia rynków usług. W ich efekcie otwarto głównie rynki tych usług, które były eksportowane przez kraje wysoko rozwinięte (finanse, informatyka), a np. usługi żeglugowe czy budowlane, w których kraje biedniejsze mogłyby „powalczyć”, nie zostały objęte porozumieniem. Negocjatorzy z USA przechwalali się potem korzyściami, jakie zdobył ich kraj, ale Afryka Subsaharyjska, jak wyliczył Bank Światowy, straciła na tym porozumieniu 2 procent PKB.
Równie źle jak handlowanie z dużo bogatszymi od siebie kończy się dla krajów uboższych wdrażanie „uniwersalnych” zasad upowszechnianych przez państwa zamożne oraz ich lobbystów, takich jak MFW. I to nawet wtedy, gdy nie są one wdrażane stricte w interesie współczesnych kolonizatorów – po prostu rozwiązania kształtowane z myślą o interesie wysoko rozwiniętych państw z reguły nie sprawdzają się w ubogich i zapóźnionych. Oczywiście nie psuje to samopoczucia międzynarodowym ekspertom, którzy wciąż serwują standardową waszyngtońską recepturę. W Maroku nieźle zaczęła się rozwijać hodowla drobiu. Państwowa spółka dostarczała przedsiębiorcom 7-dniowe pisklęta, a więc brała na siebie ryzyko wysokiej śmiertelności kurczaków w pierwszych dniach życia. MFW stwierdziło kategorycznie, że państwo nie jest od hodowli drobiu, w związku z czym Maroko zaprzestało tej działalności. Na zwolnione miejsce weszła firma prywatna, jednak ryzyko śmiertelności kurcząt było dla niej zbyt wysokie i dość szybko wycofała się z biznesu. Kolejnych prywatnych chętnych hodowców już nie było, więc obiecująca gałąź gospodarki upadła. Kenia tymczasem, zgodnie z „sugestią” MFW, zliberalizowała raczkujący sektor bankowy, co miało doprowadzić do większej konkurencji. Stało się zupełnie inaczej – przez sektor pozbawiony nadzoru przetoczyła się fala bankructw (w latach 1993–1994 upadło aż 14 banków), co konkurencję jeszcze zdławiło. Niespecjalnie tym zrażeni eksperci MFW zaczęli forsować liberalizację sektora finansowego w Etiopii. Tamtejszy rząd na czele z Melesem Zenawim, znając efekty takiej liberalizacji w Kenii, nie zgodził się na podobny ruch. MFW, widząc, że Etiopczycy nie chcą grzecznie wprowadzać wszystkich jego pomysłów, odciął Etiopię od finansowania. Dopiero interwencja grupy zachodnich ekonomistów, którzy poparli w tym sporze Etiopię, spowodowała, że Fundusz zmienił zdanie.
Oczywiście, większość działań wprowadzających wolnorynkowy uniwersalizm w mniej rozwiniętych rejonach świata jest nakierowanych głównie na zdobywanie nad nimi kontroli gospodarczej, a następnie maksymalizowanie zysków. Argumenty za prywatyzacją, mówiące, że prywatne podmioty gospodarują lepiej niż państwowe, to często zwykła zasłona dymna mająca ukryć zakusy bogatych na lokalny rynek. Wybrzeże Kości Słoniowej zgodnie z podpowiedziami MFW sprywatyzowało państwowego operatora telekomunikacyjnego w taki sposób, że… sprzedało go France Telecom, państwowemu operatorowi z Francji. Ten na raczkującym rynku szybko zdobył pozycję monopolisty i znacznie podwyższył ceny, co skończyło się m.in. w taki sposób, że studenci na uniwersytetach przestali korzystać z Internetu. Notabene rząd francuski miał czynny udział w wykluczaniu amerykańskiej konkurencji z tamtego rynku – jak widać współczesna kolonizacja to nie tylko walka z krajowymi podmiotami, lecz także zacięta rywalizacja między kolonizatorami.
Prawdziwe eldorado zachodnie firmy miały po prywatyzacji systemu emerytalnego w Chile. W latach 1981–2008 AFP (tamtejsze OFE) pobrały w formie opłat, bagatela, 1/3 wszystkich składek, jakie do nich wpłynęły, co oznacza, że tylko na tym ruchu zarobiły 20 mld dolarów. Oprócz tego niemal połowa pozostałych składek była inwestowana w wielkie korporacje działające na terenie Chile, a kolejne kilkanaście procent – za granicą, w czołowe instytucje finansowe. Sami Chilijczycy mieli z tego niewiele – w 2010 r. aż 1/3 emerytów musiała pobierać dodatkowe świadczenia od państwa, gdyż AFP nie zdołały odłożyć im środków wystarczających przynajmniej na minimalną emeryturę. Doskonałym przykładem symbiozy między działającymi na danym rynku zachodnimi firmami była historia liberalizacji sektora bankowego w Argentynie. Został on przejęty przez zagraniczny kapitał, który następnie zupełnie nie miał ochoty pożyczać pieniędzy lokalnym firmom, kredytując głównie międzynarodowe korporacje działające na tamtejszym rynku. Sektor małych i średnich przedsiębiorstw został odcięty od kapitału i wpadł w tarapaty.
Doskonałym przykładem gospodarczej kolonizacji, skupiającym w sobie niemal wszystkie omawiane zjawiska, jest Boliwia. Ten niewielki kraj Ameryki Południowej zmuszony był pod koniec lat 80. starać się o restrukturyzację długu w Klubie Paryskim, w zamian za co MFW zaserwował mu „terapię szokową” (co brzmi znajomo). Jednym z architektów tego planu był… dobrze znany w Polsce Jeffrey Sachs. Plan zakładał standardowy zestaw „uniwersalnych” postulatów: pełne otwarcie granic na import i wolny handel, nagłe zniesienie kontroli cen, zamrożenie płac oraz restrukturyzację państwowych firm z myślą o ich prywatyzacji. Według planów otwarcie na wolny handel miało stworzyć wiele nowych miejsc pracy dla bezrobotnych po restrukturyzacjach krajowych firm – a skończyło się 30-procentowym bezrobociem. Zamrożenie płac przy jednoczesnym uwolnieniu cen skutkowało drastycznym spadkiem siły nabywczej, która w pewnym momencie obniżyła się aż o 70 proc., po dwóch latach wciąż była niższa o 40 proc., a w XXI wieku wciąż nie odzyskała dawnego poziomu. Inflacja, która miała zostać błyskawicznie zlikwidowana, spadła poniżej 10 procent dopiero pod dwóch latach. Te wszystkie zjawiska doprowadziły do ogromnych niepokojów społecznych oraz demonstracji tłumionych za pomocą gazu łzawiącego i strzelania do protestujących. Zgodnie z planem przystąpiono także do prywatyzacji – po sprzedaży sieci wodociągów amerykańskiej spółce Bechtel ceny skoczyły trzykrotnie, co skończyło się kolejnymi rozruchami i renacjonalizacją. Do zmonopolizowania wydobycia gazu przez amerykańskie korporacje już nie doszło, ale tylko dlatego, że wcześniej wybuchły protesty. Zgodnie z radami Banku Światowego sprywatyzowano także system emerytalny, co w efekcie generowało co roku ogromny dług publiczny – 90 proc. corocznego deficytu budżetowego było spowodowane ubytkiem składek, przy ciągłej konieczności wypłacania emerytur według starego systemu. Głównymi beneficjentami „nowego systemu” były dwa zagraniczne banki, które nim zarządzały – hiszpański BBVA oraz szwajcarski Zurich Financial Services AG. Drastycznie negatywny wpływ prywatyzacji emerytur na państwowy budżet spowodował, że także ten pomysł został zarzucony i w 2010 r. lewicowy rząd Evo Moralesa doprowadził do renacjonalizacji emerytur. Jakby tego wszystkiego było mało, Boliwia zobaczyła również, co znaczy kształtowanie warunków wymiany zgodnie z interesem silniejszego. Kraj otworzył się na wolny handel, zmniejszając stawki importowe poniżej poziomu USA i dodatkowo współpracując ze Stanami Zjednoczonymi w likwidacji upraw koki. W odpowiedzi USA zamknęły rynek na niektóre produkty rolne, które Boliwijczycy zamierzali tam eksportować, np. cukier.
Podobnie sprawy miały się w Burundi, które również w latach 80. przeszło „restrukturyzację” pod dyktando wolnorynkowego uniwersalizmu. Krajobraz po tej reformie wyglądał niezwykle znajomo. W krajowych rękach zostały przede wszystkim niewielkie zakłady rzemieślnicze, natomiast większe (a wbrew pozorom były takie) trafiły w ręce zagraniczne. Identycznie wyglądał podział podmiotów handlowych – wszystkie większe sklepy czy supermarkety były własnością kapitału zagranicznego, natomiast rodzimi przedsiębiorcy dysponowali jedynie małymi sklepikami lub handlem bazarowym. W ręce zagraniczne trafiły najbardziej dochodowe i strategiczne branże – telekomunikację oraz dostawy internetu przejął, a jakże, France Telecom z cenami wyższymi nawet od tych we Francji. Również we francuskie ręce trafiła sieć elektryczna. Poza bankiem centralnym nie istniały rodzime banki – funkcjonowały za to filie zagranicznych, które nie tylko niechętnie kredytowały lokalnych przedsiębiorców, lecz także dyktowały mało korzystne warunki (uzyskanie kredytu bardzo ułatwiało np. posiadanie białego wspólnika). Utrwaliła się również niekorzystna struktura handlu zagranicznego – importowano gotowe wyroby, natomiast eksportowano produkty rolne, spożywcze i bawełnę. Nastąpiło także rozwieranie się nożyc między cenami produktów eksportowanych a importowanych – na niekorzyść tych pierwszych. Te niekorzystne warunki wymiany spowodowały oczywiście bardzo duży jak na możliwości Burundi deficyt na rachunku bieżącym (w 2004 r. było to 100 mln dolarów). Co więcej, importowane produkty przemysłowe były droższe niż w Europie, choć lokalna siła nabywcza była bez porównania niższa. Afrykanie byli także mocno poszkodowani w kwestiach płac – zatrudnieni w zagranicznych przedsiębiorstwach wysoko wykwalifikowani obywatele Burundi zarabiali nawet 30–40 razy mniej niż ich zagraniczni koledzy z pracy.
Skolonizowana Rzeczpospolita
Nasza transformacja przypadła na nieszczęśliwy okres reaganizmu-thatcheryzmu, który notabene trwa do dziś, jednak właśnie w latach 80. i 90. (wtedy już raczej w postaci clintonizmu-blairyzmu) miał swoje apogeum. Wolnorynkowa rewolucja znacznie ułatwiła silnym kapitałowo krajom zdobywanie kontroli nad państwami słabiej rozwiniętymi, tym bardziej jeśli przechodziły akurat spore kłopoty. Podobnie jak Boliwia musieliśmy negocjować spłatę kredytów z Klubem Paryskim (a także Londyńskim) i także do nas przyjechał Jeffrey Sachs, by stworzyć zręby planu, który miał być warunkiem otrzymania redukcji zadłużenia. Przy wdrażaniu planu nas również pilnował (oficjalnie: doradzał) Bank Światowy, który suflował wiele gotowych rozwiązań. Co więcej, przechodziliśmy problemy podobne do boliwijskich (wysoka inflacja) i w Polsce także miały one zostać rozwiązane bardzo szybko dzięki terapii szokowej, oczywiście w dużej mierze zgodnej z Konsensusem Waszyngtońskim. Trzeba też przyznać, że pierwszy warunek neokolonizacji według Chomsky’ego (istnienie w kolonizowanym kraju ignoranckich i niekompetentnych elit) został doskonale spełniony – mało kto z naszych decydentów rozumiał to, co proponował im Sachs.
Przygotowano Polsce dosyć typowy zestaw zaleceń, bez przejmowania się, czy jest on dostosowany do krajowych realiów i potrzeb. Program zawierał: otwarcie na wolny handel poprzez likwidację wszelkich pozwoleń na eksport i import oraz wprowadzenie dość niskiego podatku importowego (20 proc. wartości), zniesienie wszelkich dopłat dla przedsiębiorstw z budżetu państwa, likwidację preferencyjnych kredytów z banku centralnego, znaczne podniesienie oprocentowania kredytów (także tych już zaciągniętych) powyżej inflacji, likwidację kontroli cen przy jednoczesnym ograniczeniu wzrostu płac przez specjalny podatek od zbyt wysokich wynagrodzeń (tzw. popiwek), wprowadzenie wymienialności złotego przy jego silnej dewaluacji, a także – możliwie szybką prywatyzację. Była to więc polityka zupełnie oderwana od struktury polskiej gospodarki. Skoro wiedziano, że polskie przedsiębiorstwa nie są przystosowane do konkurencji rynkowej, gdyż przez lata funkcjonowały w zupełnie innym modelu gospodarczym, należało wprowadzić elementy protekcjonizmu w postaci substytucji importu, by dać im czas na dostosowanie. Tymczasem polską gospodarkę otwarto tak szeroko, że Polska zaczęła być nazywana „Hongkongiem Europy”. W obliczu słabości kapitałowej polskich firm należało uruchomić państwowy program nisko oprocentowanych kredytów, dzięki którym przedsiębiorstwa te mogłyby pozyskiwać fundusze na działalność. Drastycznie ograniczono jednak możliwości czerpania kapitału z tego źródła, zwiększając ponadto oprocentowanie pożyczek już zaciągniętych, a w efekcie przez nasz odcięty od finansowania sektor przedsiębiorstw przeszła fala bankructw. Dodatkowo, wiedząc o tym, że wartość większości polskich zakładów jest mocno niedoszacowana z powodu dewaluacji złotówki, należało odłożyć w czasie plany prywatyzacyjne i poczekać, aż sytuacja się unormuje. Tymczasem szybkie rozpoczęcie prywatyzacji było integralną częścią planu, w związku z czym wiele przedsiębiorstw sprzedano niemal za bezcen.
Efekty gospodarczo-społeczne polskiej terapii szokowej były zatrważające. PKB Polski w latach 1991–1992 spadł o ok. 25%, a realny spadek płac do roku 1993 wyniósł ok. 30%. O ile w roku 1989 poniżej minimum egzystencji żyło ok. 16% naszych rodaków, o tyle już w 1993 było ich ok. 40%. Roczna inflacja w roku 1990 wyniosła 600%, choć miała wynosić kilka, a wskaźnik jednocyfrowy udało się osiągnąć dopiero w 1999 r.
Jeśli polska transformacja była przeprowadzana w czyimś interesie, to na pewno nie był to interes polskiej gospodarki. Dowodzi tego długa lista firm, które upadły, choć wcale nie musiały. Warszawski zakład CEMI, produkujący układy scalone, diody i tranzystory, zatrudniał ok. 8 tysięcy pracowników i był największym tego typu przedsiębiorstwem w naszym rejonie Europy. Zbankrutował m.in. w wyniku nagłego zwiększenia wartości marży kredytu i dumpingowej konkurencji. Słynne Zakłady Radiowe im. Kasprzaka, produkujące wysokiej klasy magnetofony i zatrudniające 6 tysięcy pracowników, zbankrutowały z podobnych powodów, czym pociągnęły ze sobą na dno dwie współpracujące z nimi firmy, Muflex i Cemat. Upadła także kolejna fabryka magnetofonów, tym razem z Lubartowa – produkowała sprzęt odporny na wstrząsy, wykorzystywany m.in. przez wojsko. Kolejna słynna firma, czyli Zakłady Telewizyjne Elemis, również ucierpiała w wyniku wzrostu wartości kredytu, a także odcięcia od finansowania, pomimo perspektywy wielkiego kontraktu na 100 tysięcy odbiorników. Dobiła ją zagraniczna konkurencja ze strony Philipsa i Thompsona, którym… udzielono ulg podatkowych. Terapii szokowej nie wytrzymał również ZOPAN, produkujący aparaturę pomiarową, a także wiele innych firm, takich jak Telpod czy Fonica.
Wspomniane wyżej bankructwa były w interesie napływającego z zagranicy kapitału, któremu znikała konkurencja. Można ją było jeszcze ewentualnie rozbroić za pomocą „wrogiego przejęcia”. Sztandarowe przykłady takiego działania to poczynania Siemensa. Kupił on zakłady telefoniczne ZWUT, które wcześniej praktycznie zmonopolizowały produkcję i konserwację telefonów w Polsce i ZSRR i zatrudniały ok. 4000 pracowników. Niemcy wręczyli wypowiedzenia pracownikom, a następnie… zburzyli wszystkie budynki. Dokładnie taką samą strategię Siemens obrał w przypadku Zakładu Komputerowego Elwro z Wrocławia, tym razem jednak ocalał jeden budynek, w którym pozostawiono marginalną produkcję przewodów. Nie ostały się również Dzierżoniowskie Zakłady Radiowe pomimo wcześniejszych sporych inwestycji w linie produkcyjne. Po prywatyzacji zakłady te „odchudzono” o… 90%. Inną strategię przyjął szwedzko-szwajcarski koncern Asea Brown Boveri Ltd. W kolejnych kupowanych przez siebie firmach elektronicznych zamieniał produkcję gotowych wyrobów na wytwarzanie elementów do nich. Tak postąpił w przypadku warszawskiego Megatexu, wrocławskiego Dolmetu oraz łódzkiej Elty.
Te działania spowodowały, że w zaledwie 5 lat zupełnie rozbrojono polski przemysł. Zatrudnienie w zakładach wysokiej techniki spadło o 50%, czyli o ok. 200 tysięcy pracowników. Produkcja aparatury informatycznej zmalała o 26%, optycznej o 36,5%, maszyn i urządzeń energetycznych o 45%, a urządzeń elektronicznych aż o 66,5%. W porównaniu z 1989 rokiem w 1994 produkowaliśmy już tylko niecałe 7% tranzystorów, 0,6% (!) układów scalonych, 12% silników przemysłowych, 5% kombajnów zbożowych, 20% aparatury rozdzielczej i zabezpieczeniowej wysokiego i niskiego napięcia, 12% odbiorników radiowych oraz 6% żurawi i 25% suwnic. Drastycznie za to wzrósł import towarów z zagranicy. Jego udział w krajowej podaży sprzętu automatyki przemysłowej skoczył z 28,4% w 1991 r. do 74,1% w roku 1993. Ten sam wskaźnik dla maszyn przemysłu spożywczego wzrósł z 24,5 do 87,6%, dla narzędzi z 29,6 do 57,8%, dla obrabiarek z 40,3 do 71,4%, a dla maszyn i urządzeń elektroenergetycznych z zaledwie 9,3 do 41%.
Kolejnym polem, na którym podmioty zagraniczne podporządkowały sobie nadwiślańską gospodarkę, była tradycyjna prywatyzacja. Również ona została przeprowadzona zgodnie ze schematem opisanym przez Chomsky’ego, czyli po zdecydowanie niedoszacowanych cenach. Zakłady Papierowe w Kwidzynie były przedsiębiorstwem wyjątkowo nowoczesnym. Jeszcze pod koniec lat 70. za ok. 400 mln dolarów zakupiono sprzęt z Kanady, a drugie tyle warte było uzbrojenie ziemi i rozbudowanie infrastruktury. Tymczasem Amerykanie z International Paper Group w roku 1990 kupili 80% akcji za zaledwie 120 milionów dolarów. Co gorsza, suma zwolnień podatkowych, które w zamian za to uzyskali, wyniosła w sumie… 142 miliony dolarów. Inaczej mówiąc, dopłaciliśmy Amerykanom za to, że wzięli od nas całkiem nowoczesną fabrykę. Dwa lata później prezes International Paper chwalił się w amerykańskiej prasie, że takiej transakcji nie dałby rady zawrzeć pod żadną inną szerokością geograficzną na świecie. Największym skandalem prywatyzacyjnym była jednak prawdopodobnie sprzedaż Huty Warszawa. Choć wyceniano ją nawet na 3 miliardy dolarów, 51% jej akcji zostało sprzedanych włoskiemu Lucchini za… niecałe 34 miliony. Sam grunt do tej transakcji został wyceniony po cenie 38,5 tysiąca złotych za metr kwadratowy, choć ceny rynkowe ziemi w Warszawie wahały się w tamtym okresie między 320 a 900 tysięcy zł. Również inne polskie huty sprzedano za bardzo niskie kwoty. W 2003 roku 62% akcji Polskich Hut Stali, obejmujących 4 wielkie huty, zostało zakupionych przez Mittal Steel Company za 1,43 miliarda złotych, co stanowiło ledwie 48% zysku wypracowanego przez sprywatyzowaną grupę już w pierwszym roku po jej sprzedaży. Na tej transakcji raport NIK nie zostawił suchej nitki, stwierdzając w protokole pokontrolnym, że jej wartość została zaniżona o 2 miliardy złotych.
Następne etapy modelu opisanego przez Noama Chomsky’ego, czyli zdobycie kontroli nad najbardziej zyskownymi obszarami gospodarki oraz sektorem bankowym, zostały zrealizowane z podobną gorliwością. Jeszcze na początku 1993 r. tylko 10 banków należało do podmiotów zagranicznych, jednak dość szybko zmieniło się to przy czynnym współudziale polskich elit, które zupełnie nie doceniły wagi i wartości polskiego sektora bankowego. Wielkopolski Bank Kredytowy, obecnie BZ WBK, został sprzedany Europejskiemu Bankowi Odbudowy i Rozwoju, który miał zostać inwestorem strategicznym, jednak po niedługim czasie sprzedał wszystkie swoje akcje irlandzkiemu AIB z… sześciokrotnym przebiciem. To i tak lepiej niż Bank Śląski, którego dużą część sprzedano holenderskiemu ING, wyceniając jedną akcję na 500 tysięcy złotych. Tymczasem już po pierwszym notowaniu giełdowym cena ta wzrosła… 13,5-krotnie. Po tym skandalu do dymisji podał się minister finansów Marek Borowski, a NIK przeprowadziła kontrolę, w wyniku której dopatrzyła się znamion przestępstwa oraz wykazała zaniżenie kapitału banku przed prywatyzacją o ponad bilion starych złotych. Nie przeszkodziło to jednak Holendrom w zakupie kolejnych akcji, w związku z czym w 1996 r. w niezwykle oszczędny sposób stali się większościowym udziałowcem jednej z najzdrowszych i najbardziej nowoczesnych instytucji finansowych III RP. Zgodna polityka polskich decydentów i dysponentów zagranicznego kapitału skończyła się tak, że w 2011 r. zagranicznych banków już było ok. 60, a polskich zaledwie kilka.
W ręce zagraniczne oddano również polski sektor telekomunikacyjny, który prywatyzowano na takich zasadach, że nasi państwowi operatorzy trafiali w ręce… państwowych operatorów z innych krajów. Tak się stało zarówno z Telekomunikacją Polską, którą kupił, wspominany już przy okazji opisywania neokolonizacji Afryki, France Telecom, jak i z Polską Telefonią Cyfrową, która trafiła do niemieckiego T-Mobile. Natomiast w sektorze handlu wielkopowierzchniowego zagraniczny kapitał nie musiał nawet nic przejmować – wystarczyło, że wszedł na dziewiczy rynek i błyskawicznie zdobył pozycję dominującą. W 2011 r. istniały w Polsce 732 hipermarkety i dyskonty zagraniczne (a ich liczba od tamtego czasu znacznie wzrosła), z czego samo Tesco miało 370 sklepów.
Wisienką na torcie kolonizacji polskiej gospodarki była prywatyzacja systemu emerytalnego. Jednym z głównych warunków redukcji zadłużenia Polski w pierwszych latach transformacji było właśnie przeprowadzenie tej operacji, czego dopilnować miał Bank Światowy, wspierający proces oddłużenia. System OFE został więc de facto wprost polecony nam przez zagranicznych wierzycieli, którzy wcześniej kredytowali działalność władzy PRL. W pewnym momencie doszło nawet do tego, że gdy odpowiedzialny za reformę emerytalną minister pracy Leszek Miller nie wykazywał wystarczającego entuzjazmu wobec proponowanych zmian, został zastąpiony w wykonywaniu tego zadania przez ministra finansów Grzegorza Kołodkę, który do prywatyzacji emerytur aż się palił. Inaczej mówiąc, niechętny propozycjom Banku Światowego minister został zastąpiony innym, dużo bardziej przychylnym. Dodatkowo rozpętano wielką medialną akcję propagandową, która miała nie tylko skłonić Polaków do korzystania z usług OFE, lecz także zniechęcić ich do publicznego systemu. Do teraz przynosi to negatywny skutek w postaci nagminnego omijania płacenia składek przez naszych rodaków. Akcja ta była modelowym przykładem przedmiotowego potraktowania zarówno instytucji suwerennego państwa, jak i całego społeczeństwa. Zgodnie z planem w 1999 r. dokonano w naszym kraju częściowej prywatyzacji systemu emerytalnego poprzez oddanie części składki otwartym funduszom emerytalnym. Inaczej mówiąc, przekazaliśmy część publicznych pieniędzy prywatnym funduszom inwestycyjnym, by mogły nimi obracać na rynkach kapitałowych. Były to w zdecydowanej większości podmioty o kapitale zagranicznym – w 2013 r. wszystkie zagraniczne OFE miały w rękach niemal 80% rynku. Zarządzanie składkami emerytalnymi to wyjątkowo lukratywny biznes – w latach 1999–2013 z tytułu należnych im opłat OFE pobrały dla siebie 19 mld zł. Niestety, dla budżetu państwa i systemu ubezpieczeń społecznych był to silny cios – ilość środków w systemie emerytalnym wyraźnie spadła, a emerytury na starych zasadach wciąż należy wypłacać. W związku z tym w okresie 1999–2012 tylko z powodu wprowadzenia OFE dług publiczny wzrósł o 280 mld zł. Oznacza to, że połowa przyrostu długu publicznego w tym okresie była spowodowana wprowadzeniem tego systemu. Ogromny wyciek publicznych środków z systemu ubezpieczeń społecznych, który zaistniał w związku z wprowadzeniem OFE, oraz wcześniejsza akcja obrzydzania obywatelom ZUS spowodowały powstanie wielkiej dziury w systemie. Rządzący postanowili ją załatać, podnosząc wiek emerytalny. Rozwiązanie to wzbudziło wielki opór społeczny i ponad 2 mln obywateli podpisały się pod wnioskiem o referendum w tej sprawie, został on jednak odrzucony. Inaczej mówiąc, rząd wolał wyrzucić do kosza opinię 2 milionów Polaków, niż złamać słowo dane zagranicznym instytucjom finansowym i zlikwidować system OFE.
Z perspektywy czasu możemy już powiedzieć, że operacja neokolonizacji Polski się udała. Wśród 100 największych przedsiębiorstw działających w naszym kraju w 2011 r. zaledwie 17 było polskich. Udział polskiego kapitału w sektorze bankowym dopiero po zakupie Nordei przez PKO BP w drugiej połowie 2014 r. sięgnął około 40%, a więc kapitał zagraniczny posiada aż ok. 60% tego sektora – w krajach Zachodu nawet odwrotna relacja byłaby wystarczającym argumentem, żeby bić na alarm. Ta sytuacja na szczęście może się trochę zmienić na lepsze w obliczu planowanego kupna Alior Banku przez PZU. Przez podmioty zagraniczne zdominowane zostały także pozostałe najbardziej zyskowne branże, czyli telekomunikacja oraz masowy handel detaliczny. W sektorze telekomunikacyjnym kapitał zagraniczny ma ok. 70% udziałów w rynku. Jeśli chodzi o handel, to podmioty zagraniczne posiadają zaledwie 4% wszystkich sklepów, ale przy tym aż 28% całej powierzchni handlowej – różnica ta wynika z faktu, że zdominowały one sektor sklepów wielkopowierzchniowych, a ten odpowiada już w Polsce za ponad 50% całego handlu detalicznego. Dodatkowo po rozbrojeniu naszego rodzimego przemysłu staliśmy się nisko kosztową montownią dla zagranicznych przedsiębiorstw, co odbija się na płacach. Odsetek płac w PKB Polski wynosi ledwie 46%, przy średniej UE 56%. Oznacza to, że przewaga dochodów z kapitału nad dochodami z pracy jest w naszym kraju niemal najwyższa w UE.
Jak widać, czasy kolonialne nie odeszły wcale do lamusa i mają się znakomicie. Różnica jest taka, że obecnie kolonializm nie polega już na podboju militarnym, lecz na podporządkowaniu gospodarczym. Widać też wyraźnie, że zostaliśmy mu poddani w sposób dość typowy. Ktoś może powiedzieć, że przecież przez ostatnie 25 lat niemal nieustannie się rozwijaliśmy. I tu nie ma sprzeczności – współcześni kolonizatorzy nie niszczą kontrolowanych krajów, lecz je wyzyskują. Stabilny wyzysk musi iść w parze z jakimś rozwojem – w końcu zarobić można przede wszystkim na wartości dodanej, a tej służy osiąganie pewnego wzrostu. Jest to jednak wzrost mocno ograniczony rentą kolonialną oraz interesem światowych hegemonów dzierżących przewagę kapitałową, dla których niewygodny byłby zbyt wielki sukces gospodarczy kontrolowanych terytoriów, gdyż mogłyby wtedy wybić się na niezależność. Jeśli chcemy się w końcu naprawdę rozwijać na miarę naszych możliwości, musimy zrzucić z siebie ciężar gospodarczej zależności.
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 24 listopada 2015 | Jesień 2015, Wywiad - kwartalnik
– Żeby uniknąć nieporozumień, proponuję zacząć od podstaw: co to są usługi publiczne, jaki jest ich zakres, kto jest odpowiedzialny za ich jakość i funkcjonowanie? Czemu służą?
– Dawid Sześciło: Usługi publiczne to dla mnie esencja państwa dobrobytu w działaniu. One są wyrazem tego, jak funkcjonuje państwo dobrobytu. Ale samo pojęcie „usług publicznych” jest już w pewien sposób nacechowane ideowo, odsyła nas do myślenia rynkowego, choć usługi publiczne zdecydowanie różnią się od tych, które kupujemy na rynku. Jeśli zajrzymy do regulacji konstytucyjnych dotyczących sfery praw składających się na państwo dobrobytu, to dwiema podstawowymi wartościami, które cechują system usług publicznych, są powszechność i równość dostępu do nich. Na straży tych zasad powinno stać prawo administracyjne. I im dwóm powinna służyć polityka państwa dotycząca usług publicznych.
W pewnym uproszczeniu usługi publiczne przechodziły ewolucję od modelu etatystycznego, w którym państwo określało, co jest usługą publiczną i brało na siebie odpowiedzialność za sfinansowanie dostępu obywateli do niej, a także było odpowiedzialne za bezpośrednie jej dostarczanie obywatelom za sprawą instytucji, zakładów administracyjnych, przedsiębiorstw państwowych. Od lat 70. XX wieku, wraz z ekspansją neoliberalizmu, którego efektem w systemie zarządzania publicznego jest koncepcja New Public Management (NPM), model etatystyczny zaczął ewoluować w stronę rozwiązania opartego na urynkowieniu, częściowej prywatyzacji i komercjalizacji czy korporatyzacji.
– Na czym polegają te zjawiska?
– Urynkowienie wniosło do procesu organizowania dostępu do usług publicznych takie narzędzia jak outsourcing, czyli wyprowadzanie bezpośredniego świadczenia usług z sektora publicznego na rynek, zdominowany głównie przez podmioty prywatne i komercyjne. W tym mieszczą się bardziej zaawansowane warianty outsourcingu, jak partnerstwo publiczno-prywatne, w którym prywatny podmiot bierze odpowiedzialność za bezpośrednie świadczenie, dostarcza usługę obywatelowi i dostaje za to pieniądze od państwa, a w zamian otrzymuje wyłączne prawo do czerpania zysków z takiego projektu publicznego. Sztandarowym tego przykładem są w Polsce płatne drogi.
Mamy też do czynienia z systemem voucherów czy bonów na usługi publiczne. To rozwiązanie najczęściej kojarzymy z bonami oświatowymi. Opiera się ono na mechanizmie: uwalniamy rynek, jeśli chodzi o otwieranie i prowadzenie szkół, a pieniądz podąża za uczniem. W Polsce od końca lat 90. usiłuje się w sposób skrajnie nieudolny wprowadzić tę zasadę do systemu opieki zdrowotnej. Pacjent ma ustawowo zagwarantowaną formalną swobodę wyboru świadczeniodawcy, a za jego wyborem idzie transfer środków. Dobrze widać na tym przykładzie, jakie ten model ma wady i ograniczenia, jak bardzo nie rozwiązuje problemów systemowych ze służbą zdrowia. Jaką korzyść ma pacjent z wyboru świadczeniodawcy, jeśli u każdego z nich wyczerpano już limit świadczeń finansowanych przez państwo?
Naturalną konsekwencją procesu urynkowienia jest częściowa prywatyzacja. Jeżeli otwieramy rynek i wprowadzamy konkurencję między dostawcami usług publicznych, to przełamujemy monopol usługodawców państwowych/publicznych. Prywatni usługodawcy z reguły startują z lepszej pozycji konkurencyjnej, ponieważ mają większy potencjał do obniżania kosztów, szczególnie kosztów pracy. Mniejsze jest w takich firmach uzwiązkowienie, a często w ogóle nie istnieje tam związki zawodowe. Notabene prywatyzacja może być naturalnym elementem procesu urynkowienia, ale czasem bywa wymuszona, czego jednym ze sztandarowych przykładów jest Thatcherowski system obowiązkowego kontraktowania usług publicznych. Władze lokalne zostały zmuszone do wyrzucenia z pracy sprzątaczek, ochroniarzy czy pracowników stołówek szkolnych i na wszystkie te usługi musiały organizować przetargi, które wygrywali prywatni usługodawcy.
– Wreszcie efekt komercjalizacji…
– Komercjalizacji lub korporatyzacji. Jeżeli otwieramy rynek usług publicznych, to naturalną konsekwencją jest zmiana sposobu funkcjonowania podmiotów publicznych. Sektor publiczny nie jest już taki sam, bo upodabnia się do sektora prywatnego. Coraz bardziej skupia się na wyniku ekonomicznym, stopniowo obniżając rangę takich wartości jak powszechny i równy dostęp do usług. Jest to bezpośredni skutek presji konkurencyjnej.
Jeszcze bardziej widoczny skutek to zmiana w sferze form organizacyjnych i prawnych usługodawców publicznych. Powszechnie określa się ten proces mianem komercjalizacji, ja nazwałbym go korporatyzacją. Mamy z nim do czynienia w polskiej służbie zdrowia. Polega on na przekształcaniu publicznych zakładów opieki zdrowotnej w spółki kapitałowe. Kilka lat temu nie udało się ówczesnej minister zdrowia, Ewie Kopacz, przymusić do komercjalizacji Zakładów Opieki Zdrowotnej. Wprowadzono jednak do ustawy pewne zachęty połączone z – tak to nazwijmy – groźbami, które stopniowo do korporatyzacji będą prowadzić. Z czasem będziemy mieli coraz mniej Samodzielnych Publicznych ZOZ-ów, funkcjonujących w specjalnej formie prawa publicznego, ustawowo zabezpieczonych przed upadłością, a coraz więcej będzie spółek kapitałowych. Zresztą ustawa o działalności leczniczej, wprowadzona w ramach reformy Kopacz, przyniosła jeszcze jedną fundamentalną zmianę aksjologiczną, czyli nazwała działalność polegającą na świadczeniu usług leczniczych działalnością gospodarczą.
– W jaki sposób?
– Wprowadziła pojęcia „przedsiębiorcy” i „działalności gospodarczej” na grunt systemu ochrony zdrowia. W ten sposób domknięto proces urynkowienia służby zdrowia, który zaczął się w czasach rządu Jerzego Buzka od wprowadzenia systemu voucherowego i Kas Chorych, rozdzielenia płatnika i świadczeniodawcy.
– Skąd w ogóle w europejskiej tradycji politycznej i społeczno-gospodarczej pomysł, że powinny istnieć jakiekolwiek usługi publiczne?
– Rozwój usług publicznych zdecydowanie wiązałbym z powstaniem państwa bezpieczeństwa socjalnego, którego początki sięgają połowy XIX w. Zaczynało się ono od działalności regulacyjnej instytucji publicznych, chroniących przede wszystkim pracowników, ograniczających pracę dzieci, czas pracy dorosłych itd. Później mamy reformy Bismarckowskie, wprowadzające ubezpieczenia społeczne.
Prawdziwa eksplozja państwa dobrobytu nastąpiła po II wojnie światowej. Można powiedzieć, że było to możliwe tylko w takich okolicznościach historycznych. Tłumaczę to za Andrzejem Walickim szokiem powojennym, zrozumieniem socjalnych przyczyn wybuchu wojny. To skłoniło zachodnie społeczeństwa i ich elity do innej organizacji społeczno-gospodarczej. Walicki nie jest w swoim myśleniu odosobniony – w literaturze europejskiej na temat welfare state dominuje pogląd, że interpretacja przyczyn wojny właśnie poprzez pryzmat spraw socjalnych, ubóstwa, nierówności, biedy umożliwiła sukces idei państwa dobrobytu jako najważniejszej koncepcji politycznej i społecznej okresu powojennego.
Początki wyraźnego zwrotu w stronę socjalną było widać już w trakcie wojny. W Karcie Atlantyckiej pojawiały się pierwsze odniesienia do praw socjalnych, zabezpieczenia przed biedą, zapewnienia wszystkim godnych warunków życia. A tuż po wojnie Powszechna Deklaracja Praw Człowieka była pierwszym dokumentem w historii, który wyniósł ideę państwa dobrobytu na poziom prawa międzynarodowego. Za tym poszła lawina regulacji również w sferze prawa międzynarodowego, czego dobrym przykładem jest Pakt Praw Gospodarczych, Społecznych i Kulturalnych Organizacji Narodów Zjednoczonych. Nie bez znaczenia był dorobek rodzącej się wówczas Wspólnoty Europejskiej, w tym Karta Społeczna Rady Europy.
Jeśli spojrzymy na stronę statystyczną tego procesu, to dostrzeżemy niemal skokowy wzrost wydatków publicznych na szeroko rozumianą sferę socjalną. Między XIX a XX wiekiem, w ciągu nie więcej niż stu lat, doszło do odwrócenia filozofii działania państwa: od warfare state do welfare state. Jeśli porównamy poziom wydatków państw na obronność i zbrojenia w połowie XIX w. z ówczesnymi wydatkami socjalnymi, to w połowie XX w. zaobserwujemy niemal dokładne odwrócenie proporcji. W połowie XIX w. na zbrojenia wydawano około 1/4 lub 1/5 budżetów publicznych, a na sferę socjalną – w granicach procenta. W połowie XX w. sfera socjalna to wydatki w granicach 20 proc., a na zbrojenia wydawano mniej więcej tyle, ile w połowie XIX w. na tę pierwszą dziedzinę. Skala tej ewolucji była imponująca.
– A może państwo dobrobytu było krótką przygodą w dziejach cywilizacji zachodniej?
– To wciąż otwarte pytanie. Jeśli spojrzymy tylko z perspektywy statystycznej, to możemy powiedzieć, że państwo dobrobytu ma się dobrze. Ono rośnie już nie tak szybko jak kiedyś, ale rośnie. Jeżeli zmierzymy udział wydatków socjalnych w PKB, to od 1980 roku, gdy Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) zaczęła na poważnie prowadzić pomiary, rośnie on cały czas. Wówczas było to około 16 proc., obecnie to ok. 22 proc. w stosunku do PKB.
Jeśli jednak zbadamy te dane dokładniej, to optymizm pryśnie. Gdy przyjrzymy się bliżej statystykom, zobaczymy, że wspomniany wzrost zawdzięczamy obecnie w zasadzie jednej, w porywach dwóm sferom, czyli wydatkom na systemy emerytalne i ochronę zdrowia. Jeśli chodzi o pozostałe sektory usług publicznych, czyli szeroko rozumiane usługi społeczne, pomoc socjalną, wsparcie osób bezrobotnych, budownictwo mieszkaniowe, czy szerzej – wsparcie potrzeb mieszkaniowych, to okaże się, że na tych polach mamy do czynienia ze stagnacją albo drobnym, ale istotnym regresem.
Jesteśmy w okresie zastoju, jeśli chodzi o państwo dobrobytu. Pewne wydatki rosną, bo muszą – wydatki na systemy emerytalne są niejako sztywne. Moim zdaniem wydatki na emerytury i zdrowie będą powoli „kanibalizować” sferę usług publicznych, ponieważ obecnie nie widzę szans na zwiększenie puli pieniędzy, które państwa mają do dyspozycji. Nie ma po temu sprzyjających okoliczności.
Owszem, w latach 2008–2009 mieliśmy skokowy w wielu państwach przyrost wydatków publicznych, żeby szybko zaradzić kryzysowi. Ale później znów nadszedł stopniowy spadek. A ponieważ wydatki na systemy emerytalne wciąż będą rosły, będą też pożerać budżety socjalne. Tym bardziej, że cięcia w usługach publicznych, poza wspomnianymi sferami, wciąż są możliwe bez ponoszenia poważnych konsekwencji politycznych. Jeśli utnie się pieniądze na walkę z bezrobociem, nie wzbudzi to takich protestów jak obcinanie emerytur czy podnoszenie wieku emerytalnego.
– W ostatnich dekadach XX wieku państwa zachodnie zaczęły odchodzić od przyjętego wcześniej modelu usług publicznych. W jego miejsce weszła filozofia i praktyka, o której już mówiliśmy – New Public Management. Dlaczego okazała się ona tak atrakcyjna i jakie rozwiązania proponowała?
– Kryzys państwa dobrobytu zaczął się już w latach 70. XX w. wraz ze skumulowaniem niekorzystnych okoliczności gospodarczych, czyli kryzysu walutowego i kryzysu naftowego. Do dziś panuje spór, czy stało się tak wskutek tych zewnętrznych czynników, czy też – jak chcą nas przekonać neoliberałowie – państwo dobrobytu załamało się pod ciężarem własnej nieefektywności. Nie mam jednoznacznej opinii na ten temat.
Z całą pewnością historia popularności nowego zarządzania publicznego to opowieść o tym, jak ważny w zarządzaniu publicznym jest odpowiedni zasób chwytliwych sloganów. O sukcesie NPM wcale nie zdecydowała wiedza oparta na dowodach. Bardzo ważne były proste, dobrze brzmiące hasła, które przekonywały decydentów i trafiły do opinii publicznej.
– Ludzie podający się za piewców racjonalności posługiwali się populistycznymi (w pejoratywnym tego słowa znaczeniu) hasłami?
– To są pierwsi „populiści” naszej epoki. Odkryli na nowo, że trzeba znaleźć wroga, wokół którego skupi się gniew ludzi. Tym wrogiem była dla NPM specyficznie rozumiana biurokracja, pojmowana jako synonim wszelkich nieszczęść.
Ważna sprawa: niewiele ma to wspólnego z biurokracją w jej Weberowskim rozumieniu. Według Webera jest ona najwyższą formą organizacji i najprawdopodobniej wciąż nią pozostanie, bo nic lepszego nie wymyślono na gruncie sprawnego zarządzania złożonymi strukturami zarówno w sektorze publicznym, jak i prywatnym.
Neoliberałowie zamknęli w słowie „biurokracja” wszystko, co najgorsze, wygodnie dla siebie karykaturyzując to pojęcie. Nasycili je tak negatywnymi skojarzeniami, jak nadmierny formalizm, brak elastyczności, marnotrawstwo, brak realnego odniesienia do potrzeb obywatela. Wygodnie ustawiono sobie chłopca do bicia. I wskazano na atrakcyjnie brzmiącą alternatywę: postawmy na prywatyzację usług publicznych, administracja ma jedynie organizować system, a dzięki temu uzyskamy „więcej za mniej”.
– Co oznacza to ostatnie?
– Zwolennicy NPM, przynajmniej w teorii, postawili na zasadę: nie zwiększamy wydatków, lecz szukamy źródeł zwiększania efektywności w systemie. Uznano, że czynnikiem stymulującym taki wzrost będzie przede wszystkim wpływ konkurencji i mechanizmu rynkowego. Konkurencja i urynkowienie miały wywrzeć taką presję na usługodawców, że zaoferują oni więcej usług przy niezwiększonych, a nawet przy zmniejszonych nakładach publicznych.
Do tego dochodziła retoryka umiejscawiająca obywatela w pozycji klienta. W biurokracji obywatel miał być petentem, który prosi państwo o pomoc. Zwolennicy NPM przekonywali, że w tym modelu obywatel będzie klientem, który rozsiądzie się wygodnie w fotelu i powie, czy jest zadowolony z obsługi. Stąd inwazja narzędzi typu kwestionariusze, ankiety, systemy zarządzania jakością.
Dodajmy do tego decentralizację: „administracyjne molochy” dzielimy na małe, wyspecjalizowane agendy i dajemy menedżerom publicznym (już nie urzędnikom!) swobodę zarządzania, rozliczając ich z efektów ekonomicznych, a nie np. z tego, czy działali w zgodzie z procedurami i prawem. Podręczniki do zarządzania pisane na modłę NPM ostatecznie opierają się na założeniu, że państwo i firma prywatna to właściwie to samo, że państwo jest swoistym hipermarketem, po którym chodzimy z koszykiem i kupujemy usługi publiczne.
Wreszcie mamy do czynienia z wolnościową retoryką, nawołującą, by dać obywatelowi wybór, niezależnie od tego, czy faktycznie jest mu potrzebny i czy każdy ma kompetencje do tego, by pewnych wyborów dokonywać. Rozumiem źródła powodzenia tego hasła: ludzie chcą czuć się upodmiotowieni, chcą mieć poczucie sprawczości w kontakcie z instytucjami.
– A to nie jest dobra droga ku temu?
– To z pewnością dobra droga ku indywidualizacji systemów publicznych, czyli przykrajania oferty do potrzeb i oczekiwań konkretnego obywatela. To brzmi bardzo atrakcyjnie. Ale za tym idzie kolejny proces, już nie tak korzystny: jeśli chcemy coś więcej, możemy to sobie dokupić. W etatystycznym modelu usług publicznych wszystkim oferowano po równo. Ale równocześnie w pewnym standardzie i na niekomercyjnych zasadach. W przypadku NPM rozmyto ten wspólny standard, zamazano znaczenie usług publicznych jako dobra wspólnego. Każdy miał być indywidualnym konsumentem, który kupuje sobie usługi – póki co płacąc podatki, ale docelowo rozrastała się sfera współfinansowania, a następnie pełnego dodatkowego finansowania wybranych świadczeń przez podatników.
Nie sposób nie uznać pewnego sprytu zwolenników NPM. Neoliberałowie tylko w sferze deklaracji mówili o ograniczaniu wydatków publicznych na państwo dobrobytu (pomijam rzeczywistych ideowców, opowiadających się za wolnorynkową doktryną, których jest mniejszość). W rzeczywistości najważniejsze jest nie to, żeby państwo wydawało mało, lecz żeby jak najwięcej usług kupowało na rynku prywatnym. Modelowym przykładem jest Thatcherowska Anglia. Welfare state miało być rozmontowane, ale nawet w okresie Thatcher wydatki nie spadały, czasami wręcz wykazywały tendencję wzrostową – tyle że były przekierowywane ku podmiotom prywatnym.
– Profesor Leszek Nowak w „Polskiej drodze od socjalizmu” zauważył, że w czasach Thatcher przybyło, a nie ubyło instytucji obsługujących liberalną transformację.
– Prawdopodobnie brało się to z koncepcji decentralizacji – rozbijamy duże instytucje na wiele mniejszych. Taka sytuacja utrzymuje się w Wielkiej Brytanii do dziś, rząd jest otoczony dużą liczbą różnego rodzaju agencji, instytucji wykonawczych itp.
Zwolennikom NPM niekoniecznie jest po drodze ze zwolennikami tzw. państwa-minimum. Są gotowi przymknąć oko na zwiększanie wydatków publicznych, bo przede wszystkim zależy im na tym, by strumień środków publicznych kierować ku prywatnym usługodawcom. Z punktu widzenia rynku państwo jest najbardziej wiarygodnym płatnikiem. Lepiej więc świadczyć usługi dla obywateli na podstawie kontraktu z państwem i oferować takie, za które państwo płaci (ewentualnie z opcją, że bogatsi dokupią sobie coś ekstra), niż rzucić te usługi na rynek na zasadzie indywidualnej transakcji z każdym z osobna.
– Prywatna oferta za publiczne pieniądze to intratny biznes. Ale niekoniecznie korzystny dla usługobiorców. Zła na ogół jakość posiłków, dostarczanych w polskich szpitalach przez firmy cateringowe, to jaskrawy przykład tego zjawiska. Istnieją też głębsze przyczyny wątpliwości względem prywatyzacji usług publicznych, częściej póki co wyrażane w krajach zachodnich niż w Polsce. Skąd się one biorą?
– Problem podstawowy, który uświadamiamy sobie na nowo, polega na tym, że nie na każdym rynku występuje konkurencja, a rynek w naturalny sposób wcale jej nie zapewnia. Dlatego nie możemy korzystać ze wszystkich obiecywanych korzyści urynkowienia. Są takie usługi publiczne, gdzie tej konkurencji nie ma i nie będzie.
– Poproszę o konkretny przykład.
– Spójrzmy na wodociągi. Trudno sobie wyobrazić, żeby na jednym, stosunkowo niewielkim obszarze funkcjonowało kilku konkurujących ze sobą dostawców wody. Stąd, jeżeli prywatyzujemy gminną spółkę zajmującą się zarządzaniem siecią wodociągową, to musimy być przygotowani na wszystkie negatywne konsekwencje przekształcenia monopolu publicznego w monopol prywatny. Ten pierwszy ma swoje liczne wady, ale nad nim jesteśmy w stanie zapanować poprzez mechanizmy demokratyczne. Jeżeli nie podoba nam się cena wody z gminnych wodociągów, możemy wpłynąć na wójta czy wręcz odwołać go w referendum, żeby coś z tym zrobić.
Jeżeli mamy prywatną spółkę monopolową, która zarządza siecią wodociągową, to jedyna nasza nadzieja w tym, że będą jakieś odgórne regulacje ograniczające wysokość opłat. To złudna nadzieja. Jestem pod wrażeniem raportu, wydanego jeszcze w zeszłym roku, opracowanego przez Transnational Institute, dotyczącego prywatyzacji wody i odwrotu od tego zjawiska, który obserwujemy na razie poza Polską, ale na Zachodzie dobrze go już widać. Podano tam przykłady m.in. wodociągów we Francji. Najwymowniejszy z nich dotyczył Paryża, gdzie przez długie lata wodociągi były zarządzane przez prywatnego operatora. Kilkanaście lat temu władze miasta zleciły niezależny audyt dotyczący funkcjonowania tego przedsiębiorstwa. Okazało się, że ceny wody są około 20–30 proc. wyższe, niż wymagałyby tego koszty utrzymania sieci wraz z odpowiednim zyskiem dla prywatnej firmy.
Mamy również badania robione na skalę kilkuset francuskich gmin, które pokazały, że tam, gdzie wodociągi zostały sprywatyzowane, cena wody jest przeciętnie o 20 proc. wyższa niż tam, gdzie sieć pozostaje w rękach publicznych. Badania przeprowadzane w Niemczech wykazały to samo: w parze z prywatyzacją idzie wyższa cena usług dla odbiorców. I nie jest to wcale uzasadnione wyższymi kosztami, ponoszonymi choćby za sprawą inwestycji.
Można oczywiście liczyć na to, że w zawieranej umowie zostaną ujęte odpowiednie zabezpieczenia przed radykalnym wzrostem opłat, ale one oczywiście odbiją się na cenie, jaką samorządy zyskają na sprzedaży. I wtedy również pojawia się pytanie: po co w ogóle prywatyzować?
– Załóżmy, że możliwa jest konkurencja na pewnym rynkowym obszarze, który odpowiada za usługi publiczne. Wtedy wszystko już będzie dobrze?
– Czasami dochodzi do sytuacji, w której długotrwała prywatyzacja pewnego obszaru usług prowadzi do powstania nie tyle monopolu, ile oligopolu. W Wielkiej Brytanii jest to gigantyczny problem chociażby w sferze – modnej u nas – idei prywatyzacji zakładów karnych. Wszystkie kontrakty na zarządzanie zakładami karnymi pozostają w ręku tylko trzech podmiotów (Serco, G4S, Sodexo). Nikt ich nie złapał za rękę, ale jest jakoś tak, że ich udziały w rynku są stabilne, właściwie nie rywalizują ze sobą i wywindowały opłaty za świadczenie usług do bardzo wysokiego poziomu. Oczywiście, należałoby zbadać, czy to poziom adekwatny do ponoszonych kosztów, ale wiele wskazuje na to, że brytyjscy podatnicy płacą tym firmom tzw. rentę monopolistyczną. Jest to tym bardziej niebezpieczne, że w Wielkiej Brytanii nieliczni gracze aktywni w sferze zarządzania zakładami karnymi są też quasi-monopolistami w sferze innych usług. Do tego dochodzą powiązani z nimi międzynarodowi potentaci z takich sektorów, jak catering czy branża ochroniarska – m.in. Sodexo czy G-Force Security. Ich udział w rynku usług publicznych jest na tyle duży, że zupełnie inaczej są w stanie rozmawiać z państwem. Do tego działa mechanizm obrotowych drzwi: politycy czy urzędnicy administracji publicznej przechodzą do pracy w korporacjach i firmach prywatnych. A wtedy tworzy się układ biznesowo-polityczny, który skutecznie tłumi wszelkie próby zmiany stanu rzeczy.
– Prywatyzacja usług wcale nie prowadzi do wzmocnienia wolnego rynku, co mocno przeczy liberalnemu dogmatowi.
– Przedsiębiorcy, którzy funkcjonują na rynku usług publicznych, wcale nie są zainteresowani tym, żeby go uwolnić. Są za to zainteresowani tym, aby warunki wejścia na niego były jak najtrudniejsze i aby był on jak najbardziej zamknięty. To jest potężna siła nie tylko lobbingowa, ale wręcz polityczna, strzegąca własnych interesów. Prywatyzować jest bardzo łatwo. Wciąż stosunkowo łatwo można uzyskać poparcie społeczne dla prywatyzacji, a poparcie polityczne – jeszcze łatwiej. Ale gdybyśmy chcieli wrócić do stanu poprzedniego czy też dokonać reformy, to musimy zmierzyć się z siłą beneficjentów tego systemu, którzy są w stanie uruchomić wiele bardzo różnych kanałów wpływu, żeby zmianę zablokować.
Obserwowaliśmy podobną sytuację przy niedawnej korekcie rodzimego kapitałowego systemu emerytalnego. Gdyby nie była to dla rządu Donalda Tuska sprawa życia lub śmierci, to myślę, że kampania medialno-propagandowa, niewątpliwie solidnie wspierana przez beneficjentów systemu OFE, pewnie doprowadziłaby do fiaska zmian, które i tak zatrzymywały się w pół kroku. Z drugiej strony Otwarte Fundusze Emerytalne osiągnęły na tyle duże zyski w ciągu kilkunastu ostatnich lat, że chyba łatwiej im było to przełknąć.
– Skoro wspomniał Pan o OFE, przyjrzyjmy się bliżej polskim realiom. W jednym z wywiadów mówił Pan, że mamy dziś do czynienia z drugą, „może nawet bardziej fundamentalną” fazą prywatyzacji usług publicznych. Zacznijmy od fazy pierwszej: jaki okres obejmowała, czym się charakteryzowała?
– Transformacja ustrojowa i społeczno-gospodarcza w Polsce sprzyjała urynkowieniu państwa bezpieczeństwa socjalnego. Był to proces potrzebny i nie do uniknięcia. Gdy pojawiły się podmioty inne niż państwo i instytucje państwowe, należało zrobić dla nich miejsce. Mówię zarówno o biznesie, jak i o instytucjach pozarządowych, czyli tzw. trzecim sektorze. Państwowa sfera własności musiała zostać ograniczona i siłą rzeczy również sfera usług publicznych musiała zostać otwarta na jakieś formy kontraktowania na rzecz podmiotów prywatnych. Mówimy przede wszystkim o tych sferach kontraktowania, w których jest ono powszechną praktyką również w innych państwach, czyli tzw. usługach technicznych, infrastrukturalnych. Trudno sobie wyobrazić, żeby w realiach rynkowych państwo utrzymywało przedsiębiorstwa budowlane, które będą budować wszystkie drogi czy mieszkania. Państwo może być aktywne również w tej branży, może mieć udziały w spółkach, ale jest też rynek prywatnych przedsiębiorców, oferujących usługi tego typu, i oni również powinni mieć możliwość wykonywania tych zleceń na rzecz państwa.
To był proces wymuszony ewolucją systemu gospodarczego: od niemal zupełnego upaństwowienia do pewnego zakresu urynkowienia. Ten proces był dodatkowo stymulowany przez organizacje międzynarodowe, które współfinansowały polskie przemiany w oparciu o prostą regułę: my wykładamy pewne pieniądze lub umarzamy część waszych zobowiązań, o ile przeprowadzicie reformy w sposób zgodny z naszą agendą. A model reform propagowany przez instytucje takie, jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy czy OECD był mocno zdeterminowany przez wspomnianą filozofię nowego zarządzania publicznego. To był ich sztandarowy pomysł na reformy.
– W pierwszej fazie prywatyzacji usług mieliśmy do czynienia ze znacznym ograniczeniem dostępności komunikacji publicznej. W największym stopniu dotyczy to PKS-ów, ale także PKP, która została podzielona na mniejsze spółki, co – wbrew deklaracjom – nierzadko znacznie pogorszyło jakość usług.
– Podział kolei na spółki był przygotowaniem do prywatyzacji. Nie byłoby możliwości, żeby sprywatyzować PKP, jeżeli byłaby to jedna wielka spółka. Nie da się sprzedać takiego giganta, z różnych przyczyn, chociażby ze względów na ochronę konkurencji. Oczywiście, posługiwano się argumentami, że łatwiej będzie tym zarządzać. Decentralizacja, większa autonomia menedżerów, rozbicie molocha – miały sprzyjać bardziej efektywnemu zarządzaniu. Ale nigdy empirycznie nie udowodniono, że tak dużą strukturą, oczywiście wewnętrznie podzieloną, nie da się efektywnie zarządzać. To było otwarcie drogi do prywatyzacji – po niedawnej sprzedaży PKP Energetyka widać, że ten proces dzieje się i najprawdopodobniej przyspieszy w najbliższych latach.
Przewozy autobusowe całkowicie sobie odpuszczono. Samorządy odpowiadają za transport publiczny na poziomie lokalnym, czyli na szczeblu komunikacji miejskiej i gminnej, ale przewozy międzyregionalne i między miastami zostały wypchnięte bez jakiejkolwiek debaty publicznej poza sferę zadań publicznych. Pozwolono PKS-om stopniowo umierać. I dziś widzimy, jak rynek zapełnił tę lukę i jak bardzo intratne jest to zajęcie – mówię tu przede wszystkim o Polskim Busie. Tak nie musiało być.
Ucierpiała na tym powszechna dostępność komunikacji publicznej. Jeżeli taką usługę oddajemy tylko rynkowi, to nie możemy oczekiwać, że usługodawca będzie zapewniał połączenia, które są nierentowne, np. do wsi, gdzie mieszka kilkadziesiąt osób. Jest dziś w Polsce niemało takich miejsc, gdzie przyjeżdża jeden autobus dziennie lub wręcz żaden. I jeżeli nie ma się możliwości skorzystania z transportu prywatnego, to jest się „uziemionym”.
– Czasami usłyszymy na to odpowiedź: no i dobrze, ma być jak na Zachodzie, gdzie każdy ma samochód.
– Jeżeli chodzi o transport autobusowy, najbardziej odpowiada mi rozwiązanie austriackie, gdzie działa jedna z najlepiej zarządzanych transportowych firm publicznych, czyli Austriackie Koleje Państwowe. Razem z tamtejszą państwową pocztą są one przewoźnikiem autobusowym – mają odpowiednią spółkę, która zapewnia przewozy autobusowe, jednocześnie wykonując zadania na rzecz poczty. Ten model podoba mi się także ze względu na specyficzne joint venture w ramach sektora publicznego: poczta razem z koleją. A dostępność transportu kolejowego i autobusowego jest w Austrii znakomita.
– A co decyduje o specyfice drugiej fazy prywatyzacji usług publicznych?
– Gdy minęła fala tej pierwszej, naturalnej i potrzebnej prywatyzacji i mogliśmy autonomicznie decydować o tym, jak poszczególne sfery usług publicznych sobie urządzić, wtedy zaczęła się druga fala prywatyzacji. Nie jest to już terapia szokowa, oparta na gwałtownej prywatyzacji. Rzecz dzieje się często niedostrzegalnie z poziomu makro. To dlatego, że odpowiedzialność za zapewnienie usług publicznych w znacznej mierze spadła na samorządy. Każdy samorząd, korzystając ze swojej ustawowo i konstytucyjnie chronionej samodzielności, może wybierać różne sposoby zapewnienia obywatelom określonych usług publicznych. W związku z tym na poziomie lokalnym mają miejsce procesy, których nie dostrzegamy i które nie są przedmiotem debaty publicznej na poziomie krajowym.
– O czym mowa?
– Szczególnie przyglądam się temu zjawisku w kontekście chyba dwóch najważniejszych sfer usług publicznych – ochrony zdrowia i edukacji. W obu przypadkach mamy do czynienia z następującym podejściem ze strony władz centralnych: my w pewnym zakresie rozwiązujemy samorządom ręce, jeśli idzie o zmiany strukturalne, zmiany dotyczące prywatyzacji i w ten sposób – bez dodatkowych transferów środków z budżetu centralnego – spowodujemy, że samorządy jakoś sobie poradzą z obsługą tych dwóch najdroższych sfer usług publicznych. Nikt nie powiedział wprost, że samorządy powinny prywatyzować szkoły i szpitale. Stworzono tylko warunki ku temu.
Czasami jest to tylko rozwiązanie rąk, czyli usunięcie barier prawnych dla prywatyzacji, jak to ma miejsce w edukacji. A czasami jest to wręcz zachęta do tego, by iść w stronę najpierw komercjalizacji, a później prywatyzacji, jak to zrobiono w przypadku ochrony zdrowia.
– Pan to nazywa „pełzającą prywatyzacją”.
– W przypadku edukacji polega ona na umożliwieniu samorządom przekazywania prowadzenia szkół podmiotom prywatnym. Mogą to być – zgodnie z ustawą – zarówno osoby fizyczne, jak i osoby prawne. Najczęściej są to stowarzyszenia edukacyjne. W tej chwili jedynym ustawowym ograniczeniem dla tego procesu jest limit wynikający z liczby uczniów – chodzi tylko o szkoły do 75 uczniów, czyli z reguły najmniejsze szkoły wiejskie. Ale i to ograniczenie może zostać w najbliższych latach usunięte – rzecz w wykreśleniu z ustawy o systemie oświaty trzech słów, co może się zdarzyć bez większego problemu.
– O prywatyzacji ochrony zdrowia w Polsce już mówiliśmy. Opiera się ona na stymulowaniu przekształceń Zakładów Opieki Zdrowotnej w spółki kapitałowe.
– Warto zwrócić uwagę na to, gdzie może nas doprowadzić ten proces. Pamiętajmy o tym, że SPZOZ-ów nie można było sprywatyzować zgodnie z prawem (ponieważ nie było w nich udziałów do sprzedania), choć samorządy znajdowały drogę „na około”, żeby to zrobić. Otóż likwidowały SPZOZ, jego majątek wnosiły do nowo utworzonej spółki, którą następnie sprzedawały. To rzecz całą hamowało. Teraz samorządy mogą bez większych problemów prywatyzować podległe sobie jednostki (wystarczy sprzedać akcje lub udziały w szpitalu przekształconym w spółkę) – i coraz częściej to robią. Samorządy sprywatyzowały już ponad 40 szpitali, czyli ponad 10 proc. wszystkich placówek.
Jeżeli w debacie publicznej pojawiają się hasła prywatyzacji szpitali, to nikt z politycznego głównego nurtu nie podpisze się pod tym postulatem, bo około 70 proc. Polaków nie chce prywatyzacji szpitali. Ale ten proces już zachodzi: w jednej, drugiej, trzeciej gminie. Nie jesteśmy o tym informowani jako odbiorcy mediów głównego nurtu, a w dodatku temat został usunięty jako element odpowiedzialności polityków szczebla centralnego. Jednak ewolucja systemu postępuje i jeżeli każdego roku rośnie liczba prywatyzowanych szpitali, to za kilka, kilkanaście lat możemy się obudzić w zupełnie innym systemie ochrony zdrowia i nawet nie będziemy świadomi, jaka zmiana się dokonała i kiedy to nastąpiło.
– Co będzie wyróżniać ten nowy system?
– Szpitale prywatne w dalszym ciągu będą w jakimś zakresie realizowały świadczenia na rzecz Narodowego Funduszu Zdrowia. Tylko że naturalnym mechanizmem jest skupianie się przez prywatnych operatorów szpitali na tych obszarach usług, które są najbardziej zyskowne, bo NFZ najlepiej wycenia świadczenia, albo na przynoszących największy przychód w stosunku do ponoszonych kosztów. Pozostałe świadczenia i pozostali pacjenci będą wypychani do istniejących jeszcze szpitali publicznych.
Może dochodzić do sytuacji, w których na terenie powiatu pewne świadczenia zdrowotne nie będą dostępne. Pojawia się wówczas pytanie: kto za to odpowiada? Nawet jeżeli sprywatyzujemy jedyny szpital powiatowy, to samorząd w dalszym ciągu jest ustawowo zobowiązany do zapewnienia ochrony zdrowia. Ale jeżeli sprzeda szpital, to pozbawia się jedynego instrumentu do realizacji tego zobowiązania. Może oczywiście zakontraktować określone świadczenia w szpitalu prywatnym ale – przymuszony zobowiązaniami wobec obywateli – będzie zapewne musiał zapłacić za to słoną cenę. Jeżeli w dodatku będzie to jedyny szpital powiatowy, czyli dla wielu osób naprawdę jedyny dostępny ośrodek leczenia, przynajmniej jeżeli chodzi o niektóre świadczenia, to z pewnością nie będą to usługi priorytetowe dla właściciela takiego przedsiębiorstwa.
– Dziś ruchy miejskie podnoszą kwestię coraz gorszego dostępu do usług publicznych. Takich sygnałów jest coraz więcej, już docierają do wielkich mediów i klasy politycznej. Czy to realna szansa na zmianę na lepsze?
– Z dużą sympatią spoglądam na pracę ruchów miejskich, ponieważ dostrzegły one to, co w samorządzie jest rzeczą najważniejszą. A najistotniejsze nie są bombastyczne inwestycje czy wizualna fasada, ale codzienna obsługa obywatela w sferze usług publicznych. Zastanawiam się jednak, na ile ruchy miejskie są w stanie przebić się tylko w największych ośrodkach, w których są najlepiej zorganizowane, najsilniejsze.
To demokracja lokalna jest jedyną szansą na uratowanie systemu usług publicznych, ponieważ jest on już na tyle zdecentralizowany, że trzeba pracować nie tylko na poziomie centralnym, ale w każdej pojedynczej małej gminie. Widzę jak polityka miasta stołecznego Warszawy ewoluowała pod wpływem presji ruchów miejskich. Ale nie chciałbym się nadmiernie entuzjazmować, że to już przewrót na skalę kraju – wystarczy wyjechać poza większe miasta, by zobaczyć, że demokracja lokalna na poziomie szeroko rozumianej prowincji jest rachityczna i czasami zupełnie fasadowa.
Dlatego nie jestem przesadnym optymistą, tym bardziej, że nad samorządami już wisi pętla zadłużenia po inwestycjach unijnych. Naturalną rezerwą dla samorządów, żeby to zadłużenie niwelować, będą cięcia w sferze usług publicznych, które są najbardziej kosztowne.
Co do mediów, to nasza debata jest już bardziej zrównoważona, niż kilka, kilkanaście lat temu. Nie chcę być złośliwy wobec dziennikarzy, ale zmiany w tej branży, jeśli chodzi o zatrudnienie i standardy pracy, poszły w takim kierunku, że chyba ta grupa zawodowa zaczęła odzyskiwać świadomość klasową i zrozumienie, że głosząc poglądy, jakie głosiła przez ostatnich kilkanaście lat, sama sobie szkodzi.
– Niedawno pojawiła się w mediach informacja, że Najwyższa Izba Kontroli i Państwowa Inspekcja Pracy w 2016 r. skontrolują ministerstwa w zakresie rodzaju umów, na jakie zatrudniani są tam pracownicy. Ze wstępnych danych wynika, że w niektórych resortach nawet połowa osób ma tzw. umowy śmieciowe.
– Z moich kontaktów z administracją publiczną, również z osobami, które odpowiadają za sprawy kadrowe, wiem, że problem jest, choć jego skala wciąż nie została w pełni oszacowana. Nie dziwmy się, że on zaistniał, ponieważ w ramach modelu NPM jesteśmy przekonywani, że administracja publiczna powinna szukać rozwiązań i wzorców działania w sektorze prywatnym. I to się dzieje – administracja naśladuje to, co przyjęliśmy za standardy zatrudnienia obowiązujące w sektorze prywatnym. Jeżeli w sektorze prywatnym mamy do czynienia z eksplozją śmieciowego zatrudnienia, zupełnie niekontrolowaną ze względu na bezzębną Państwową Inspekcję Pracy oraz bierność innych organów państwowych, to negatywne zjawiska są w końcu przenoszone do sektora publicznego.
W dodatku w ostatnich latach podejmowane były działania, które wzmacniały takie tendencje. Pamiętajmy, że swego czasu z inicjatywy ministra Michała Boniego wprowadzono obniżkę zatrudnienia w administracji centralnej o 10 proc. W wielu przypadkach stosowano następującą sztuczkę: osoby, które pracowały na podstawie umów o pracę, przechodziły na umowy śmieciowe. Można było wówczas nie wykazywać tych osób jako pracowników, ale one w dalszym ciągu robiły to samo.
Nasz system prawny nie zabezpiecza przed takimi patologiami w administracji. To wręcz zadziwiające, że mamy ustawę o służbie cywilnej, która – choć dotyczy tylko administracji rządowej – nawet tam może być swobodnie obchodzona z pomocą umów cywilnoprawnych. Z fatalną sytuacją mamy do czynienia w przypadku terenowej administracji rządowej. Mówię o Inspektoracie Sanitarnym czy Inspektoracie Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych. Mamy tu do czynienia już nie tylko z problemem uśmieciowienia stosunku pracy, ale z problemem pracujących ubogich. Ostatni raport o stanie służby cywilnej zawiera bardzo smutne dane. O ile dobrze pamiętam, już około 8 tys. ze 120 tys. członków korpusu służby cywilnej korzysta z pomocy społecznej. Nie dziwi to, biorąc pod uwagę, że płace w służbie cywilnej są zamrożone od 2008 r. Na przykład urzędnicy w Wojewódzkich Inspektoratach Sanitarnych w administracji terenowej zarabiają czasami w okolicach 2 tys. zł brutto.
– Tanie państwo wymaga ofiar.
– Jakiś czas temu obiektem kpin były antydopalaczowe spoty wyprodukowane przez Główny Inspektorat Sanitarny. Zarzucano GIS-owi nieporadność w walce z dopalaczami. Chciałbym zapytać najpierw, jakie warunki stworzono tym ludziom, żeby mogli dobrze wykonywać swoje zadania. Mówię nie tylko o kompetencjach i uprawnieniach, ale także o podstawowych warunkach płacy i pracy. To zupełnie zapomniana grupa urzędników. To ludzie, którymi nikt się nie interesuje, nie mają reprezentacji związkowej, o ich interesy nikt nie dba. Wystarcza już dziś w administracji publicznej ewentualnie tylko na to, żeby w miarę godne płace mieli ci najwyżej sytuowani: sędziowie, prokuratorzy, urzędnicy mianowani. Oni jeszcze zarabiają więcej, choć nie są to płace adekwatne do wykonywanych zadań. Ale ci niżej są już zupełnie zapomniani. Mówię i o urzędnikach służby cywilnej, i o licznej grupie urzędników w sądach i prokuraturze, zatrudnianych na fatalnych warunkach. Frustracja w administracji jest ogromna. Nie było chyba jeszcze od początku przemian ustrojowych tak długiego okresu zamrożenia płac dla tej grupy zawodowej.
– Ostatnio znów słyszymy, tym razem od polityków „antysystemowych”, że mamy straszliwe przerosty biurokracji, że trzeba poważnie ograniczyć zatrudnienie w administracji publicznej. Jak to jest z polską biurokracją?
– Mity o przeroście zatrudnienia, jeżeli chodzi o ogólną liczbę urzędników, już dawno zostały zweryfikowane. W Polsce szeroko rozumiana administracja zatrudnia ok. 7 proc. wszystkich pracowników, nieco mniej niż wynosi średnia unijna i znacznie mniej niż w państwach takich jak Francja, Belgia czy Hiszpania. W służbie cywilnej zatrudnienie od kilku lat spada.
Przyrost zatrudnienia obserwowaliśmy natomiast głównie w samorządach. Na tym polu wiele jest do zrobienia, ponieważ przepisy o zatrudnianiu w samorządach zostały tak zliberalizowane, że samorządy zostały wystawione na pastwę lokalnych układów. Ustawowe regulacje zatrudniania, zwalniania i wynagradzania są w samorządach bardzo ogólne. Tak jak kiedyś narzekaliśmy, że to służba cywilna jest siedliskiem patologii, tak obecnie przepisy są tam bardzo szczelne w porównaniu z sytuacją w samorządach.
Oczywiście, hasło „rozwalania biurokracji”, hasło zwalniania już nie tyle urzędników, co „urzędasów”, bo takie przecież określenie się przyjęło, zawsze będzie znajdowało sympatyków. Podobnie jak hasło ograniczania podatków. Nie wszyscy chcą dostrzec związek między tym, jak wysokie podatki płacimy, jak dobrze wynagradzamy i zatrudniamy urzędników, a tym, jak państwo funkcjonuje, jak spełnia nasze oczekiwania i zapewnia dobrej jakości usługi publiczne. Nie oznacza to, że nie mamy prawa od tego państwa wymagać czy kontrolować jego instytucji, ale piłka jest też po naszej stronie. Warto się zapytać, czy jesteśmy gotowi ponosić ciężary na jego rzecz.
– Porozmawiajmy o budzącej liczne kontrowersje Karcie Nauczyciela. Zwykle przedstawiana jest w dyskusjach publicznych jako relikt PRL. Rzadziej słychać głosy, że to w naszych realiach jeden z nielicznych już elementów szerzej rozumianego państwa bezpieczeństwa socjalnego. Dobrze na tym przykładzie widać, jak silna jest presja na likwidację praw całych grup zawodowych na rzecz czystej rynkowości.
– Nauczyciele to grupa zawodowa, która – ujmijmy to szerokim terminem – dla neoliberałów jest solą w oku. A to dlatego, że jako jedna z nielicznych już grup zawodowych w Polsce posiada silną reprezentację związkową, jest dobrze zorganizowana i wciąż stanowi znaczną siłę, która potrafi walczyć o swoje. Nie dziwi mnie zatem frontalny atak na tę grupę zawodową i przedstawianie Karty Nauczyciela jako regulacji o fundamentalnym znaczeniu dla przyszłości ekonomicznej państwa i zagrożenia dla stabilności finansów publicznych.
Tymczasem Karta Nauczyciela, tak zmitologizowana przez skrajnie liberalnych publicystów, nie zawiera niczego, co byśmy mogli określić jako bariera dla rozwoju edukacji w Polsce. Nasz system edukacji, jeżeli weźmiemy pod uwagę Program Międzynarodowej Oceny Umiejętności Uczniów (PISA) – a niezależnie od stawianych mu zarzutów metodologicznych jest to najbardziej wiarygodne źródło jakim dysponujemy – jest jednym z najlepiej funkcjonujących systemów w świecie. Karta Nauczyciela nie stała na przeszkodzie w osiągnięciu takich rezultatów.
Tworzenie kampanii przeciwko nauczycielom, którzy rzekomo pracują tylko 18 godzin tygodniowo, trafia czasami na podatny grunt również w opinii publicznej. Prawda jest taka – co pokazywały dane Instytutu Badań Edukacyjnych – że nauczyciele pracują znacznie więcej niż wyznacza im to pensum zawarte w Karcie Nauczyciela. A to dlatego, że praca nauczyciela to nie tylko prowadzenie zajęć lekcyjnych. Coraz częściej na tę pracę składa się wiele nowych obowiązków, również tych związanych z prawdziwą patologią naszego systemu edukacji, czyli New Public Management w czystej postaci.
– Do czego prowadzi on na gruncie edukacji?
– Oznacza jeszcze większą formalizację i proceduralizację związaną z wprowadzaniem ściśle zbiurokratyzowanego systemu awansu zawodowego i funkcjonowaniem czegoś, z czym zmagamy się również na uniwersytecie, czyli zupełnie fasadowym systemem sylabusów, wymogiem pisania wielostronicowych dokumentów, dotyczących celów i metod kształcenia, narastającej sprawozdawczości. To wszystko pokazuje jeden z większych paradoksów nowego zarządzania publicznego. Doktryna, która miała w zamierzeniu zrywać z biurokracją, generuje jeszcze więcej biurokracji, rozumianej jako mnóstwo formalności, papierków, procedur. Tego nie było jeszcze nigdy tak dużo, jak w epoce nowego zarządzania publicznego.
Ale narastają problemy także w sferze tego, czy szkoła uczy dziś dobra wspólnego, czy formuje młodych ludzi do odpowiedzialnego i empatycznego funkcjonowania w społeczeństwie. Szkoła uczy dziś przede wszystkim twardej wiedzy, formalnie ma pomóc w odnalezieniu się na rynku. I jedyne elementy formacyjne w szkole odbywają się przy okazji zajęć z przedsiębiorczości, które są skrajnie zideologizowaną formą edukacji ekonomicznej, oderwaną od prospołecznego spojrzenia na gospodarkę. Brak w niej elementów, które wskazywałyby młodym ludziom na ducha lojalności wobec państwa, choćby na pozytywy płacenia podatków.
– Wróćmy do Karty Nauczyciela. Sądzi Pan, że prędzej czy później zostanie zlikwidowana?
– Pamiętajmy, że rośnie rozwarstwienie wśród nauczycieli. Karta Nauczyciela staje się dobrem coraz bardziej luksusowym. Funkcjonuje ona tylko w szkołach prowadzonych przez podmioty publiczne. Jeżeli samorząd powierza prowadzenie szkoły organizacji pozarządowej albo osobie prywatnej, lub w ogóle jest to szkoła prywatna, to tam Karta Nauczyciela nie funkcjonuje. Dlatego sądzę, że nikt się nie zdecyduje na zupełną likwidację Karty, ale w końcu okaże się, że będzie ona dotyczyła niewielkiej grupy nauczycieli.
– Polskie myślenie o prywatyzacji jest wciąż niemal bezkrytyczne. Czy jednak nasze państwo nie jest przynajmniej współwinne takiemu stanowi? Rzecz nie tylko w historycznym dziedzictwie PRL, ale także w jakości instytucji III Rzeczpospolitej. A może jako społeczeństwo mamy poważny problem ze współudziałem w tworzeniu architektury własnego państwa?
– To szerszy temat, dotyczący źródeł (braku) zaufania do państwa. Zastanawiam się, czy rzeczywiście nie chcemy, by państwo świadczyło nam usługi publiczne, czy wolimy, żeby odpowiadał za to rynek. Sądzę, że chcemy, by państwo było w dalszym ciągu aktywne w tej kwestii. Odwołam się do badań opinii publicznej: zdecydowana większość z Polaków jest przeciwna prywatyzacji służby zdrowia, ze szczególnym wskazaniem na szpitale, większość Polaków jest też za utrzymaniem publicznej oświaty. Przynajmniej deklaratywnie jesteśmy za pozostawieniem odpowiedzialności państwa w tych sferach.
Jednocześnie konsensus polityczny i dominujący głos w opinii publicznej idzie raczej w stronę stopniowej, pogłębiającej się prywatyzacji. Nie ma dużej siły politycznej, która wyniosłaby na swoje sztandary kwestie utrzymania publicznego charakteru usług publicznych. Nie jest to także ważny temat w debacie publicznej, choć powinien być pierwszoplanowy. To sprawia, że dyskusja w tej materii pozostawiona jest tzw. fachowcom, a debata publiczna została silnie nasycona wątkami ideologicznymi czy stricte politycznymi.
– Rozumiem te argumenty, ale wciąż zastanawia mnie, dlaczego, pomimo deklaratywnego uznania przez Polaków wagi państwa zaangażowanego w strzeżenie zabezpieczeń społecznych, nie widać tego na płaszczyźnie wyborów politycznych i społecznego nacisku na partie polityczne.
– Myślę, że ten paradoks bierze się ze zjawiska, które obserwujemy obecnie nie tylko w Polsce. Rosnące lub stabilne oczekiwania od państwa porządnej, dobrej, szerokiej opieki i obsługi idą w parze ze spadającą gotowością do ponoszenia ciężarów na utrzymanie takiego systemu. W pewnym sensie jest to także dziedzictwo NPM, które ustawia obywateli w pozycji klienta: tego, który przede wszystkim stawia wymagania, w dodatku mamy prawo wymagać „więcej za mniej” czy wręcz coraz więcej za coraz mniej obciążeń fiskalnych. A ten mechanizm nie zadziała.
Problem w tym, że w debacie publicznej trudno kogokolwiek przekonać, że to ślepa uliczka, bo jako kontrargument wobec państwa wysuwane są przykłady jego nieefektywności. A takie zawsze można przecież znaleźć. Obywatele i media chętnie wskazują na niekompetencję urzędników albo na to, że „ZUS ma pałace”. Takie stwierdzenia dobrze zastępują merytoryczną argumentację i pozwalają posłużyć się stwierdzeniem: dlaczego mamy płacić na to więcej?
Problemem, który zajmuje mnie w sposób pozanaukowy, jest rola edukacji. Kolejne pokolenia wychodzą ze szkoły socjalizowane w duchu coraz bardziej indywidualistycznego podejścia do usług publicznych: wyszarpania sobie coraz więcej z coraz bardziej ograniczonej i dostępnej puli.
– Inna rzecz, że chętnie narzekamy na polityków, że „siedzą przy korycie”, ale dość powszechną cechą Polaków jest oszukiwanie państwa, racjonalizowane na różne sposoby.
– Nie chcemy widzieć związku między tym, co dajemy, a tym, co bierzemy. W dodatku całkowicie zaniknęła myśl, że usługi publiczne to najważniejszy, realny element dobra wspólnego. W konstytucji, w artykule pierwszym, mamy zapisaną bardzo ambitną koncepcję dobra wspólnego. Ale została ona w całości zapomniana, wraz z wieloma innymi ambitnymi pojęciami tam zapisanymi. Dopóki nie odzyskamy bardziej wspólnotowego rozumienia usług publicznych w społecznej świadomości, dopóty nie widzę szansy na zmianę polityczną i zmianę tego, jak zarządzane jest to dobro wspólne.
– Logika prywatyzacji usług publicznych bazuje na argumencie: skoro państwo jest słabe, musimy zastąpić je silnym i sprawnym rynkiem, który profesjonalnie zaspokoi potrzeby jednostek, rodzin, lokalnych społeczności. Z naszej rozmowy wynika, że nie jest to tak oczywiste.
– Na potrzeby wydanej w zeszłym roku książki „Rynek – prywatyzacja – interes publiczny. Wyzwania prawne urynkowienia usług publicznych” przeanalizowałem kilkadziesiąt badań przypadków urynkowienia usług publicznych w konkretnych sferach. Ogólny bilans urynkowienia/prywatyzacji jest negatywny, nawet jeśli brać pod uwagę kwestie efektywnościowe, które NPM wysuwa na pierwszy plan: że taniej i lepiej. W większości przypadków okazywało się, że nie tylko nie taniej, ale prawdopodobnie drożej, bo nie zawsze można to jednoznacznie zmierzyć.
Wskażę choćby na transakcje partnerstwa publiczno-prywatnego, w których koszty transakcyjne są znacznie wyższe niż w przypadku zamówień publicznych czy realizacji samodzielnych inwestycji publicznych przez państwo. Do tego dochodzą kwestie jakościowe. Dobrym przykładem jest też model tzw. bonów oświatowych. W Szwecji toczy się obecnie poważna debata publiczna na ten temat. Szwedzi obwiniają system voucherów za radykalny spadek pozycji ich kraju w rankingach jakości systemu edukacyjnego. Wprowadzenie bonów oświatowych na początku lat 90. doprowadziło do powstania wielu szkół prywatnych. Szwedzi twierdzą, że szkoły prywatne wymusiły konkurencję, która bazuje nie na jakości nauczania, ale na chwytach marketingowych. Szkoły zaczęły oferować więcej, jeżeli chodzi o zaplecze, zajęcia dodatkowe, infrastrukturę, ale kuleje główne zadanie, czyli edukacja w wyznaczonym zakresie. Placówki oświatowe skupiły się na przyciąganiu jak największej liczby uczniów, a zabrakło troski o jakość nauczania w podstawowych sferach.
– Czy istnieją realne metody przeciwdziałania negatywnym zjawiskom związanym z prywatyzacją usług publicznych?
– Widzę trzy strategie odpowiedzi na urynkowienie. Pierwsza: przywracamy stan poprzedni. To zjawisko remunicypalizacji, rekomunalizacji usług publicznych. Obserwujemy to w ostatnich latach na przykładzie wodociągów w Europie i na świecie.
Drugie rozwiązanie to „urynkowienie z ludzką twarzą”, czyli kontraktowanie prospołeczne. W tym mieszczą się przede wszystkim preferencje na rzecz podmiotów ekonomii społecznej, organizacji pozarządowych, przedsiębiorców, którzy zatrudniają osoby niepełnosprawne, długotrwale bezrobotne, młodocianych bezrobotnych itp. W tym mieści się też wprowadzanie do systemu zamówień publicznych rygorów dotyczących przestrzegania prawa pracy i praw socjalnych, jak chociażby obowiązek zatrudniania na umowę o pracę przez wykonawców.
Jestem też za tym, aby na przykład spółdzielnie socjalne korzystały z preferencji przy zamówieniach publicznych. Mamy w tym względzie uregulowania prawne i procedury. Problem w tym, że instytucje zamawiające mogą z tego korzystać, ale nie muszą i najczęściej tego nie robią. A to dlatego, że kontraktowanie z wykorzystaniem klauzul społecznych oznacza na ogół większy koszt (choć nie zawsze). Poza tym jest to dodatkowa komplikacja przy procedurze zamówieniowej, trzeba sprawdzić dodatkowe dokumenty, jest większe ryzyko, że przetarg zostanie unieważniony i dlatego często tej odwagi brakuje. Choć dobry sygnał dał ostatnio rząd, zobowiązując instytucje administracji rządowej do stosowania klauzul społecznych w procedurach zamówieniowych. Zobaczymy, jak się to rozwinie w praktyce. Mam nadzieję, że lekcja, którą odebraliśmy przy okazji przetargu na usługi pocztowe dla sądów – kiedy zobaczyliśmy, na czym i czyim kosztem prywatni usługodawcy budują swoją przewagę konkurencyjną – wzbudziła na tyle szeroki oddźwięk w opinii publicznej, że łatwiej będzie się przebijać z klauzulami społecznymi.
Zobaczymy jeszcze, czy klauzule społeczne przetrwają bez szwanku w nowej ustawie o zamówieniach publicznych, która musi zostać uchwalona do końca kwietnia 2016 r. w związku z wejściem w życie nowej dyrektywy zamówieniowej. Mam nadzieję, że klauzule społeczne przetrwają, a nawet ich zakres zostanie poszerzony. Trzeba monitorować pod tym kątem prace nad nowym prawem zamówień publicznych.
Trzecia droga to koprodukcja usług publicznych. Daje ona szansę na odbudowanie poczucia i koncepcji dobra wspólnego. To swoisty czyn społeczny, ale rzeczywiście – inaczej niż na ogół w PRL – dobrowolny i służący lokalnym wspólnotom. To forma niefinansowego, niekomercyjnego zaangażowania obywateli w tworzenie usług publicznych. Najbardziej elementarnym przykładem koprodukcji jest zaangażowanie pacjenta w proces leczenia. Jeżeli po zdiagnozowaniu schorzenia pacjent będzie mógł współpracować z lekarzem, zmieni swoje negatywne nawyki życiowe, podejmie odpowiednią dietę, to będzie faktycznym koproducentem. To jest źródło podnoszenia efektywności ochrony zdrowia bez konieczności jej prywatyzowania i zwiększania wydatków publicznych.
– Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, 12 sierpnia 2015 r.
przez Karol Trammer | wtorek 24 listopada 2015 | Jesień 2015
W Polsce do 100 miast liczących powyżej 10 tys. mieszkańców nie dociera ani jeden pociąg pasażerski. Istnieje także wiele miast spoza tej listy, które, chociaż mogą pochwalić się połączeniem kolejowym, w rzeczywistości dysponują ofertą przewozową jedynie w teorii. Na przykład przez całą dobę z 69-tysięcznych Suwałk odjeżdżają wyłącznie cztery składy – o godzinach 5:05, 6:36, 9:32 i 17:49. Sytuację, w której wprawdzie funkcjonują połączenia kolejowe, ale w praktyce nie zaspokajają nawet podstawowych potrzeb mieszkańców, w niemieckich badaniach nad mobilnością określa się mianem „kolei-alibi”. Kolej-alibi to taka, która niby istnieje, ale w rzeczywistości nie zwiększa realnej mobilności, nie zapewnia nawet możliwości codziennych dojazdów do i z pracy, nie jest narzędziem poprawy dostępności komunikacyjnej i nie przyczynia się do rozwoju regionalnego.
W innych krajach europejskich w ostatnich dekadach wykonano wiele pracy na rzecz odejścia od kolei-alibi. Nie zawsze praca ta sprowadzała się do wielkich inwestycji, takich jak budowa kolei dużych prędkości czy ogromnych modernizacji linii kolejowych, ciągnących się latami i pochłaniających miliardy. Podstawą działań na rzecz odnowy systemu kolejowego czy szerzej – całego transportu publicznego, było nowe myślenie o tworzeniu rozkładów jazdy, o skomunikowaniach pociągów czy o przyciąganiu podróżnych w porach, które, jak jeszcze niedawno się wydawało, nie mają żadnego potencjału.
Pociąg jadący na randkę
W Europie standardem stało się tworzenie rozkładu jazdy pociągów w oparciu o system cykliczny, zapewniający kursowanie pociągów w regularnych odstępach – w ruchu regionalnym podstawowo co 60 minut, ewentualnie co 30 minut w przypadku linii z największym potencjałem lub w godzinach szczytu, albo co 120 minut w godzinach wieczornych lub całodniowo na liniach biegnących przez tereny o najmniejszej gęstości zaludnienia. Jak wygląda cykliczny rozkład jazdy, można przekonać się tuż za polską granicą. Na przykład z Czeskiego Cieszyna pociągi do stacji Frýdek–Místek odjeżdżają według idealnie regularnego układu zawsze 41 minut po każdej pełnej godzinie, poczynając od 4:41, a kończąc na 22:41. Inny przykład: z leżącego na niemieckim brzegu Nysy Łużyckiej miasta Forst pociągi w kierunku Cottbus wyruszają o godz. 5:07, a później dokładnie co godzinę do 21:07 oraz o 23:07 – w tym przypadku widoczne jest wieczorne odstępstwo od 60-minutowej częstotliwości.
Taki rozkład jazdy gwarantuje po prostu regularne kursowanie pociągów. Gdy bowiem twórcy kolejowej oferty przewozowej opierają się na zasadzie cykliczności, wówczas nie pojawia się problem długich, nawet kilkugodzinnych luk między kolejnymi połączeniami. W Polsce luki takie często wypadają w porze międzyszczytowej, która – mimo zmian na rynku pracy oraz znacznego wzrostu mobilności związanej z kursami czy studiami – wciąż jest na kolei niedoceniana. Ponadto przy cykliczności rozkładu jazdy pasażerowie szybko opanowują ofertę kolei, do pełnej znajomości rozkładu wystarczy bowiem zapamiętanie, ile minut po pełnej godzinie odjeżdżają pociągi z ich stacji. Wówczas pasażer, który na co dzień jeździ do pracy pociągiem o godz. 6:41, automatycznie dysponuje wiedzą, że znajomi, którzy wieczorem wpadli z wizytą, mają pociąg powrotny o godz. 21:41, a pociąg w sam raz na sobotni wypad z rodziną odjeżdża o godz. 9:41. Cykliczny rozkład jazdy zwykle oznacza również zwiększenie efektywności funkcjonowania kolei. Intensywne i regularne kursowanie pociągów gwarantuje lepsze wykorzystanie taboru, który, zamiast dużą część doby spędzać bezczynnie na stacjach końcowych, od świtu do późnego wieczora wozi pasażerów, generując przychody ze sprzedaży biletów. Podobnie rzecz ma się z obsługą pociągów, która w czasie swojej zmiany roboczej wciąż jest w ruchu.
Cykliczny rozkład jazdy docelowo powinien funkcjonować w wersji zintegrowanej, opartej na wyznaczeniu stacji węzłowych, gdzie co godzinę lub dwie zjeżdżają się pociągi z różnych kierunków, by za chwilę rozjechać się z powrotem. Takie spotkania pociągów – określane w Niemczech mianem „rendez-vous” [franc. umówione spotkanie] – umożliwiają dogodne przesiadki w różnych kierunkach. Zgranie różnych połączeń na stacjach węzłowych skraca całkowity czas podróży, pozwalając kolei lepiej konkurować z innymi środkami transportu. Niewiele bowiem daje skrócenie czasu jazdy, jeśli przesiadka oznacza konieczność długiego oczekiwania na kontynuację podróży.
Jak dobre skomunikowania wyglądają w praktyce, prześledźmy na przykładzie stacji Krnov, leżącej tuż za polską granicą – około 10 kilometrów od Głubczyc. Na stację Krnov o godz. 14:57 wjeżdża pociąg z Ołomuńca, o godz. 15:00 przyjeżdża pociąg ze stacji Jeseník, a o godz. 15:03 pojawia się pociąg z Ostrawy przez Opawę. Po kilku minutach, w czasie których pasażerowie mają możliwość przesiadki, pociągi rozjeżdżają się z powrotem – o godz. 15:07 wyrusza skład do Ostrawy przez Opawę, o godz. 15:07 odjeżdża pociąg do stacji Jeseník, a o godz. 15:09 do Ołomuńca. Do takich zaplanowanych spotkań pociągów, dogranych również pod względem bliskości peronów, dochodzi na stacji Krnov przez cały dzień. Tymczasem 10 kilometrów dalej, w polskich Głubczycach – liczących tyle co Krnov, czyli 24 tys. mieszkańców – stacja kolejowa zarasta trawą, odkąd w 2000 r. zlikwidowany został ruch pociągów do tego miasta…
Ideał zintegrowanego i cyklicznego rozkładu jazdy osiągnięty został w Szwajcarii, gdzie funkcjonuje jeden ogólnokrajowy układ kursowania transportu publicznego – nie tylko pociągów dalekobieżnych i regionalnych, ale również autobusów, promów czy kolei linowych. Zatem rozpoczynając podróż w jednym punkcie Szwajcarii, pasażer ma pewność, że jego autobus dojedzie do stacji kolejowej kilka minut przed odjazdem pociągu regionalnego, a następnie pociąg regionalny dowiezie go do większego węzła, gdzie za chwilę złapie pociąg dalekobieżny.
Więcej mniejszych pociągów
Wprowadzanie rozkładu cyklicznego zachodziło często równocześnie ze zmianą obsługi taborowej linii regionalnych. W Niemczech w latach 90. na wielu liniach regionalnych ciężkie składy, złożone z potężnej i energochłonnej lokomotywy ciągnącej kilka wagonów, zastępowano lekkimi autobusami szynowymi. Oszczędności wynikłe ze zmiany stosowanego taboru wykorzystano dla często wprost rewolucyjnego uatrakcyjnienia oferty przewozowej – skoro bowiem do eksploatacji wprowadzany jest tabor tańszy w obsłudze, dzięki któremu wyraźnie obniża się jednorazowy koszt uruchomienia poszczególnych połączeń, to należy to wykorzystać, zwiększając dobową liczbę kursów.
46-kilometrowa linia Schwerin – Parchim, biegnąca przez wschodnioniemiecki land Meklemburgia–Pomorze Przednie, była jedną z wielu linii na terenie Niemiec, na których w połowie lat 90. wyraźnie zwiększono liczbę kursujących pociągów. Ze Schwerina w rozkładzie jazdy z roku 1992/1993 pociągi wyruszały w, jak powiedzielibyśmy dziś, typowo polskim układzie obsługi linii lokalnych: z ponad siedmiogodzinną luką ciągnącą się od świtu aż do wczesnego popołudnia – o godz. 5:49, 13:05, 15:47, 17:38 i 20:38. Wraz z wejściem w życie rozkładu jazdy z 1996/1997, gdy ciężkie pociągi zastąpiono szynobusami, wprowadzono 17 pociągów kursujących regularnie od rana do wieczora.
Zwykle znaczące dogęszczenie rozkładu jazdy przynosiło efekt w postaci często nieoczekiwanego wzrostu liczby podróżujących daną linią. Można znaleźć przykłady takich linii, jak liczący 45 km ciąg Neumünster – Bad Segeberg – Bad Oldesloe w landzie Szlezwik-Holsztyn, na którym po wprowadzeniu rozkładu cyklicznego, opartego na kursowaniu pociągów co godzinę od godz. 5:00 aż do godz. 1:00, dzienna liczba pasażerów wzrosła od 2000 do 2012 roku z 900 do 3300. Tak wynika z danych promującego kolej stowarzyszenia „Allianz pro Schiene” („Sojusz dla szyn”), zrzeszającego przewoźników kolejowych, producentów urządzeń kolejowych, organizacje pasażerów, uczelnie techniczne kształcące kadry dla kolei, kolejarskie związki zawodowe i organizacje ekologiczne.
Stowarzyszenie „Allianz pro Schiene” podaje również przykład 15-kilometrowej linii Düren – Jülich, z której w 1989 r., gdy ruch składał się z kilku na dobę połączeń obsługiwanych tradycyjnym ciężkim taborem, korzystały 392 osoby dziennie. W 2001 r., po wprowadzeniu do eksploatacji autobusów szynowych kursujących co 30 minut w szczycie i co 60 minut poza szczytem, dzienna liczba podróżnych wzrosła do 2168.
Zwiększanie liczby połączeń wraz z zastępowaniem ciężkich składów lżejszym taborem to niezbędne dostosowanie się kolei do nowych czasów. Gdy coraz więcej ludzi pracuje w wolnych zawodach czy o niestandardowych porach, a nie wszyscy jak jeden mąż jadą do pracy na godz. 6:00, gdy rośnie popularność studiów, gdy zwiększa się aktywność społeczeństwa w wolnym czasie, oferowanie kilku połączeń na dobę jest skrajnym nierozpoznaniem potrzeb pasażerów. Zmuszanie ich do kilkugodzinnego oczekiwania na najbliższy pociąg – a więc brak odpowiedzi na zmieniającą się mobilność społeczeństwa – powoduje, że podróżni, zamiast czekać, odpływają do innych środków transportu.
Krótsze składy, ale znacznie częściej kursujące – ta zasada zrobiła zawrotną karierę na lokalnych i regionalnych liniach kolejowych w Europie. Tymczasem w obsłudze połączeń regionalnych w Polsce zastępowanie ciężkich składów autobusami szynowymi rzadko wiązało się ze zwiększeniem liczby połączeń. Wprowadzano oszczędny i bardziej komfortowy tabor, nie wykorzystując jednak uzyskanych oszczędności do uatrakcyjnienia oferty przewozowej. W przypadku niejednej linii liczba połączeń po wprowadzeniu szynobusów jest mniejsza niż w czasach, gdy kursowały nią ciężkie składy.
Co więcej, zastąpienie energochłonnego taboru oszczędnymi autobusami szynowymi bez jednoczesnego rozwinięcia oferty nie spowodowało chociażby zmniejszenia poziomu dotacji samorządów wojewódzkich do kolejowych przewozów regionalnych. Na przykład w woj. podlaskim od 2004 r. do 2012 r. – a więc w czasie, gdy na tamtejszych liniach niezelektryfikowanych ciężkie składy złożone z lokomotyw i wagonów całkowicie zastąpiono szynobusami – dotacja samorządu wzrosła ponad dwukrotnie: z 11 mln zł do 26 mln zł.
Ekspresem do pracy
Za Odrą i Nysą Łużycką kolejnym filarem przemian na kolei, obok zwiększania liczby połączeń, było postawienie na kompleksową ofertę szybkich połączeń ponadlokalnych. W 1994 r. koleje niemieckie Deutsche Bahn wprowadziły nową kategorię pociągów: Regional-Express (RE). Wprowadzenie do sieci kolejowej szybkich połączeń regionalnych pod wyraźną i dziś już bardzo mocno rozpoznawalną marką Regional-Express miało na celu skrócenie długości przejazdu na trasach regionalnych w newralgicznym czasie, gdy w zachodniej części Niemiec istniała już imponująca sieć autostrad, indywidualny transport samochodowy był w rozkwicie, zaś na terenie byłego NRD po zjednoczeniu kraju rozbudowa sieci drogowej wkraczała w decydującą fazę i samochód stawał się powszechnym dobrem.
Połączenia przyspieszone, rozpoczynając funkcjonowanie pod marką Regional-Express, zmieniły w połowie lat 90. filozofię obsługi niemieckich linii regionalnych, która wcześniej, jak do dzisiaj ma to miejsce w Polsce, opierała się na pociągach zatrzymujących się na wszystkich napotkanych stacjach i przystankach, co uniemożliwiało kolei zaoferowanie długości podróży konkurencyjnej wobec samochodów mknących po sieci bezpłatnych autostrad, coraz głębiej penetrującej republikę federalną. Założeniem połączeń Regional-Express było zapewnienie pasażerom bezpośredniego dojazdu z miast na peryferiach danego regionu do samego centrum metropolii – z liczbą postojów ograniczoną tylko do większych miejscowości. Nie mniej ważne było założenie, że pociągi Regional-Express mają stanowić rozwinięcie istniejącej oferty przewozowej, a więc nie mogą wyprzeć dotychczas kursujących, często zatrzymujących się pociągów lokalnych, skutkowałoby to bowiem ograniczeniem dostępu do kolei dla pasażerów z mniejszych przystanków. Pociągi Regional-Express miały ponadto zaspokajać zróżnicowane potrzeby mobilności, a więc zgodnie z rozkładem cyklicznym kursować regularnie od rana do wieczora – co 1–2 godziny. Ważną zasadą funkcjonowania Regional-Express jest obowiązywanie w nich taryfy typowej dla połączeń regionalnych – bez żadnych dopłat.
Z czasem zmodyfikowano podejście do trasowania połączeń Regional-Express i zaczęto coraz częściej sięgać po rozwiązanie hybrydowe. Na wybranym odcinku pociąg RE zatrzymuje się na wszystkich napotkanych stacjach i przystankach (obejmując na tym odcinku także funkcję pociągu lokalnego), by następnie kolejną część swojej trasy pokonać z minimalną liczbą postojów. Dzięki temu mieszkańcy wielu wsi oraz małych miasteczek, rozsianych również po peryferiach niemieckich landów, uzyskali szybkie i bezpośrednie połączenia z centrami największych metropolii.
Jako pierwsze z dziesiątek połączeń Regional-Express, kursujących dziś na terenie całych Niemiec, uruchomiona została przed 20 laty linia RE na 253-kilometrowej trasie Magdeburg – Brandenburg nad Hawelą – Poczdam – Berlin – Frankfurt nad Odrą – Eisenhüttenstadt. Połączenie zapewniło mieszkańcom brandenburskich miast i miasteczek możliwość bezpośredniego dojazdu do dworców Zoologischer Garten, Friedrichstrasse czy Alexanderplatz, położonych w samym centrum Berlina. Według danych podawanych przez „Allianz pro Schiene” w 1994 r. z pociągów linii RE1 korzystało dziennie 8,7 tys. pasażerów. Do 2013 r. dobowa liczba podróżujących pociągami RE kursującymi między Magdeburgiem a Eisenhüttenstadt wzrosła do 49 tys.
Wynoszący prawie 500% wzrost przewozów w przypadku linii RE1 pokazuje, że pasażerowie chętnie przesiadają się do pociągów. Pod warunkiem, że kolej zapewni atrakcyjną, ale także stabilną ofertę, pozbawioną ciągłych komunikatów o „skróceniu relacji”, „zawieszeniu pociągu” czy „ograniczeniu terminów kursowania”. Ewentualny brak stabilności, który w przypadku linii RE1 miał jednak miejsce, może wyrażać się co najwyżej w uruchomieniu dodatkowych pociągów dogęszczających częstotliwość w godzinach szczytu (z 60 do 30 minut) czy w wydłużeniu kursowania na godziny późnowieczorne, a nawet nocne.
Kolej, która nie zasypia
Późnowieczorne i nocne połączenia na kolejach regionalnych mają istotne znaczenie między innymi z uwagi na tworzenie poczucia mobilności. Takie połączenia dają bowiem pasażerom sygnał, że kolej to środek transportu zapewniający dużą elastyczność – odpowiadający nie tylko na podstawową potrzebę codziennych dojazdów do pracy i szkoły, ale także dający możliwość podróżowania w celach kulturalno-społecznych: na spotkania ze znajomymi, koncerty czy seanse kinowe. Z jednej strony ma to znaczenie w walce kolei z konkurencją samochodu, z którego można skorzystać o dowolnej porze. Z drugiej buduje system transportowy zapewniający mieszkańcom obszarów wiejskich dostęp do spotkań, wydarzeń kulturalnych, wykładów i innych aktywności odbywających się w mniej lub bardziej oddalonych miastach.
Warto dodać, że pociągi kursujące późnym wieczorem to sygnał dla pasażerów, że mogą liczyć na kolej również w przypadku najróżniejszych zdarzeń wpływających na zmianę typowego planu dnia – nagłej konieczności pozostania dłużej w pracy czy okazji romantycznego spaceru z sympatią po lekcjach w liceum. W Polsce na wielu liniach regionalnych mamy do czynienia z sytuacją, gdy ostatnie połączenia kolejowe w najlepszym razie realizowane są już przed godz. 18:00. Tymczasem w innych krajach standardem stało się to, że pociągi regionalne wyruszają w trasy nawet jeszcze po północy.
Przykładowo codziennie z Pragi około godz. 0:20 gwieździście rozjeżdżają się pociągi regionalne w ośmiu kierunkach – do stacji docelowych Kralupy nad Vltavou, Všetaty, Poděbrady, Kolín, Benešov u Prahy, Dobřiš, Beroun, Kladno-Ostrovec. Podkreślmy, że zadaniem tych pociągów nie jest obsługa ruchu jedynie w ramach aglomeracji praskiej, bo te późne połączenia docierają do miast położonych nawet około 60 km od stolicy.
Dodajmy, że pociągi gwieździście rozjeżdżają się również z Brna – w tym przypadku następuje to jednak tylko w weekendowe noce. Około godz. 0:30 wyruszają pociągi regionalne do następujących stacji docelowych: Boskovice, Hustopeče u Brna, Rapotice, Tišnov, Nesovice. To stacje położone w promieniu mniej więcej 35 km od Brna. Jednak połączenia regionalne realizowane są po północy również na innych liniach kolejowych, m.in. takich jak Pardubice – Hradec Králové, Pardubice – Chrudim, Pardubice – Ústí nad Orlicí – Česká Třebová, Liberec – Jablonec nad Nisou – Tanvald, Nymburk – Kolín czy Ústí nad Labem – Teplice v Čechách – Most – Chomutov.
Na znaczącej większości pozostałych ciągów czeskiej sieci kolejowej standardem jest regularne kursowanie pociągów regionalnych do godz. 22:00–23:00. Na przykład z Czeskiego Cieszyna, liczącego 26 tys. mieszkańców, ostatnie pociągi regionalne we wszystkich czterech kierunkach odjeżdżają grubo po godz. 22:00 – o godz. 22:37 do stacji Bohumin, o godz. 22:41 do stacji Frýdek-Místek, o godz. 22:45 do stacji Ostrava-Svinov oraz o godz. 23:21 do stacji Návsí. Dla porównania: z dworca w liczącym 36 tys. mieszkańców Cieszynie po polskiej stronie Olzy ostatni pociąg odjeżdża o godz. 19:17.
W Niemczech nocne połączenia kolejowe coraz częściej oferowane są pasażerom również poza największymi aglomeracjami. Na przykład z liczącego 177 tys. mieszkańców Saarbrücken w noce z piątku na sobotę oraz z soboty na niedzielę pociągi regionalne rozjeżdżają się w trasy znacznie po północy – o godz. 00:45 wyrusza pociąg do Pirmasens, o godz. 00:48 do Neunkirchen, o godz. 1:20 do Merzig, o godz. 1:20 do Homburga i o godz. 1:22 do Sankt Wendel. To miejscowości leżące w promieniu 25–60 km od Saarbrücken.
Porównajmy to z 175-tysięcznym Olsztynem. Ostatni z tego miasta pociąg w kierunku Kętrzyna odjeżdża o godz. 20:25, w kierunku Szczytna o godz. 20:40, w kierunku Działdowa o godz. 20:37, w kierunku Iławy o godz. 20:39, w kierunku Elbląga o godz. 20:42, a w kierunku Braniewa o godz. 20:29. Oznacza to, że polska kolej odcina się nie tylko od osób chcących w stolicy województwa warmińsko-mazurskiego spędzić wolny wieczór, ale nawet od rzeszy pracowników supermarketów czynnych choćby do godz. 21:00 (tylko sklepów sieci Biedronka czynnych do tej godziny jest na terenie Olsztyna 17). Nie sposób nie wspomnieć o bardziej drastycznych przykładach, takich jak Białystok, z którego ostatni na dobę pociąg w kierunku Ełku odjeżdża o godz. 17:12, a w kierunku Bielska Podlaskiego o… godz. 15:52.
Odcinanie pasażerów
W innych krajach europejskich jednym z filarów walki o podróżnych było wydłużenie godzin kursowania kolei regionalnej. Choć w późnowieczornych pociągach – poza zupełnie wyjątkowymi okazjami jak koncerty czy festiwale – nie będzie dużego tłoku, to stanowią one dla pasażerów sygnał, że na kolei mogą polegać o różnych porach i w różnych sytuacjach. Jedna z obowiązujących za granicą zasad tworzenia oferty przewozowej mówi, że nie należy likwidować ostatniego połączenia, nawet jeśli jego wyniki przewozowe i ekonomiczne nie są zadowalające. Gdy bowiem z rozkładu jazdy zostanie wycięte ostatnie w dobie połączenie, to spadnie liczba pasażerów we wcześniejszym pociągu, dotychczas kursującym daną linią jako przedostatni.
Brak uwzględnienia tej zasady boleśnie widoczny jest właśnie w przypadku linii biegnącej z Białegostoku do Bielska Podlaskiego i dalej do Czeremchy. W 1990 r. ostatni pociąg w tym kierunku wyruszał z Białegostoku o godz. 22:56, w 1996 r. o godz. 20:15, w 2001 r. o godz. 19:50, w 2007 r. o godz. 19:17, a w 2010 r. o godzinie 16:13. Obecnie ostatni pociąg odjeżdża, jak wspomnieliśmy, o godz. 15:52 – dodajmy, że jest to jeden z zaledwie dwóch na dobę pociągów wyruszających z Białegostoku w tamtym kierunku.
Po likwidacji wieczornego pociągu odczuwalnie zmniejsza się liczba pasażerów korzystających nawet z pociągów szczytowych – pasażer, po utracie przydatnego mu wieczornego połączenia, szybko rozejrzy się za inną możliwością transportu, rezygnując z kolei w ogóle. Analogiczna sytuacja ma miejsce w przypadku likwidacji połączenia na bocznej linii, co zwykle wpływa na pogorszenie wyników na linii głównej.
Mimo to nierzadko można się spotkać z opiniami, że zmniejszająca się liczba połączeń kolejowych w Polsce to jedynie odpowiedź na ogólny, rzekomo nawet światowy, trend spadku znaczenia kolei. Gdy jednak spojrzymy na statystyki przewozowe, to przekonamy się, że tego typu opinie stanowią co najwyżej próbę wyjaśnienia nieudolności osób odpowiadających za transport kolejowy w Polsce.
Jeszcze w 2000 roku kolej w Polsce przewiozła 361 milionów pasażerów – dla porównania rok 2014 zamknięto liczbą podróżujących pociągami wynoszącą tylko 269 milionów (dane Urzędu Transportu Kolejowego). A w tym samym czasie w Niemczech nastąpił wzrost z 1 miliarda 713 milionów do 2 miliardów 23 milionów (dane międzynarodowego związku kolei UIC). Dodajmy, że dziś, gdy polska kolej w wyniku kolejnych ograniczeń w ofercie boryka się z dramatycznie niskimi wynikami przewozowymi, koncern Deutsche Bahn właśnie poinformował, że rok 2014 był w historii tego przedsiębiorstwa rekordowy pod względem liczby przewiezionych pasażerów. Dodajmy, że czeskie Ministerstwo Komunikacji poinformowało, że rok 2014 był już piątym z rzędu rokiem konsekwentnie zwiększającej się liczby podróżujących koleją w tym kraju.
Poprawa wyników przewozowych, a co za tym idzie polepszenie wyników ekonomicznych, jest możliwa jedynie w efekcie zwiększania regularności kursowania pociągów, uruchamiania dodatkowych połączeń, rozszerzania – czy w dzisiejszych realiach bardziej przywracania – zasięgu o dodatkowe trasy i miejscowości. Kolej jest bowiem organizmem, w którym kluczowe znaczenie ma efekt skali – tylko wielość połączeń, intensywny ruch i takie też wykorzystanie zakupionego taboru mogą wyprowadzić polską kolej z dołka. Ograniczanie oferty tylko pogłębia problemy i znów stawia pasażerów w obliczu następnych ograniczeń. Pamiętajmy o tym, gdy prędzej czy później usłyszymy kolejnego już „reformatora”, który jako panaceum wskaże „optymalizację sieci kolejowej” czy „racjonalizację sieci połączeń”, pod czym zawsze kryje się likwidowanie następnych linii.
przez Janina Petelczyc | wtorek 24 listopada 2015 | Jesień 2015
W polskiej debacie publicznej dominuje niechęć do niemal wszystkiego, co społeczne lub państwowe. Wielu zakłada, że jest to złe, ponieważ wspólne, a to znaczy, że niczyje. Często też uważa się, że państwowe agendy źle gospodarują pieniędzmi, w przeciwieństwie do prężnych i nowoczesnych firm prywatnych. Jedną z instytucji publicznych, które spotykają się z największą falą nienawiści, jest Zakład Ubezpieczeń Społecznych. W opiniach o ZUS-ie zazwyczaj dominują stereotypy i nieprawdziwe informacje. Warto zmierzyć się z postulatami likwidacji ZUS-u, odróżnieniem Zakładu Ubezpieczeń Społecznych od Funduszu Ubezpieczeń Społecznych czy z możliwościami uciekania ze składkami do innych państw.
Niechęć do ZUS
Zakład Ubezpieczeń Społecznych od dawna nie cieszy się dobrą sławą. CBOS regularnie przeprowadza badania na temat oceny przez Polaków różnych instytucji publicznych. Z raportów wynika, że ZUS ma nieustająco złą opinię. W marcu 2015 r. aż 59% Polaków źle oceniało tę instytucję. Gorzej w badaniach wypada tylko NFZ, którego działalność negatywnie oceniło aż 75% respondentów1.
Panująca atmosfera polityczna i popularność neoliberalnych polityków nie przyczyniają się do zmiany wizerunku państwa i jego instytucji. Niektórzy z kandydatów na urząd Prezydenta RP w 2015 r. postulowali nawet likwidację ZUS-u. Do negatywnych ocen przyczyniają się także procedury wyboru prezesa tej instytucji, a szczególnie wypowiedzi niektórych kandydatów. Kto z nas nie widział stron internetowych w rodzaju „Owoc żywota Twojego je ZUS”? Swego czasu dużą popularnością cieszyła się grafika porównująca ZUS do Amber Gold.
Bez wątpienia ZUS zmaga się z olbrzymimi problemami finansowymi, wynikającymi przede wszystkim z procesów demograficznych i zmian na rynku pracy. Jednak polscy seniorzy wciąż mogą pozostawać znacznie bardziej pewni tego, że dostaną świadczenia emerytalne niż wielu pracowników, którzy nie wiedzą, jak długo będą jeszcze zarabiać w swoim miejscu pracy i czy nie spotka ich bezrobocie. Za wypłatą świadczeń z ZUS stoją bowiem gwarancje państwowe. Ustawa o Systemie Ubezpieczeń Społecznych z 13 października 1998 r. mówi, że wypłacalność świadczeń z ubezpieczeń społecznych gwarantowana jest przez państwo.
Niechęć do ZUS-u jest często wynikiem mylenia tej instytucji z FUS-em, czyli Funduszem Ubezpieczeń Społecznych. Warto więc już na wstępie napisać, że Zakład Ubezpieczeń Społecznych zajmuje się gromadzeniem składek, rozliczaniem i wypłatą świadczeń. Składki te trafiają jednak do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, czyli FUS, który jest swoistym budżetem. I to FUS, a nie ZUS może otrzymać dotacje od państwa. Jednak dotacje te mogą być przeznaczone wyłącznie na uzupełnienie środków na wypłaty świadczeń gwarantowanych przez państwo. O różnicy między tymi dwiema instytucjami, tak często mylonymi, jeszcze niżej napiszemy.
Krótka historia ubezpieczenia społecznego w Polsce
Sama idea ubezpieczenia społecznego ma długą tradycję, choć jako instytucja państwowa, obejmująca zakresem większość obywateli, powstała dopiero w XX wieku. Wcześniej, w razie zaistnienia sytuacji niepewnej, o negatywnych konsekwencjach dla jednostki (czyli tzw. ryzyka socjalnego) najczęściej rekompensatę i zabezpieczenie gwarantowała rodzina, związki wyznaniowe lub sieci ubezpieczeń wzajemnych. Oznaczało to jednak, że bardzo wiele osób żyło i umierało w nędzy, ponieważ nie miało prawa do żadnego ubezpieczenia i zdanych było na łaskę innych. Pierwsze ubezpieczenia na masową skalę utworzono w Niemczech w latach 80. XIX wieku. Celem kanclerza Otto von Bismarcka było stłumienie nastrojów rewolucyjnych wśród robotników, dlatego przejął postulaty socjalistyczne i objął pracowników systemem ubezpieczenia inwalidzkiego, chorobowego i wypadkowego. Wówczas tylko niewielki odsetek robotników dożywał wieku emerytalnego.
Pierwsze powszechne, państwowe systemy zabezpieczenia społecznego zaczęły powstawać na początku XX wieku. W Polsce Zakład Ubezpieczeń Społecznych jako instytucja państwowa i powszechna został powołany w 1934 r. na mocy rozporządzenia prezydenta Ignacego Mościckiego, które połączyło kilka odrębnych, istniejących wcześniej instytucji ubezpieczeniowych. Przyczyniło się to do zmniejszenia kosztów administracyjnych ubezpieczenia. Warto podkreślić, że w okresie dwudziestolecia międzywojennego system emerytalny był silnie zróżnicowany wewnętrznie. Oprócz oddzielnych systemów dla pracowników umysłowych i robotników istniały także systemy dla górników, funkcjonariuszy państwowych, zawodowych żołnierzy, pracowników PKP i poczty, pracowników Lasów Państwowych, samorządów terytorialnych, PKO i Banku Polskiego2.
Świadczenia dla poszczególnych grup społecznych, np. pracowników umysłowych i robotników, różniły się. Składka pracownika umysłowego wynosiła 16,6% wynagrodzenia, z czego 9,3% płacił pracodawca, a 7,3% pracownik. Składka robotnika była niższa, obejmując 14,3% dochodu, z czego 8% płacił pracodawca, a 6,3% pracownik3. Robotnicy otrzymywali świadczenia przeciętnie pięć razy niższe od świadczenia pracownika umysłowego, często niepokrywające nawet najbardziej podstawowych potrzeb. Nie mieli prawa do wszystkich rodzajów rent, a wdowy i wdowcy musieli spełnić o wiele więcej warunków, żeby uzyskać renty rodzinne. Renty sieroce przyznawane były dzieciom niezależnie od płci do 18. roku życia, jeśli zmarły ubezpieczony był pracownikiem umysłowym, natomiast jeśli był robotnikiem, renta na syna przyznawana była do 17., a na córkę do 18. roku życia4. Nie rozwiązano kwestii braku powiązań między poszczególnymi regionami Polski i mogło się zdarzyć, że robotnik migrujący wewnątrz kraju tracił dotychczas wypracowane uprawnienia emerytalne5.
Stosunek władz do kwestii ubezpieczeń był zawsze odbiciem aktualnej sytuacji politycznej. Pracownicy umysłowi cieszyli się korzystniejszymi rozwiązaniami prawnymi, ponieważ była to grupa ściśle związana z istniejącym systemem rządów. Z kolei rozwiązania dla pracowników fizycznych wprowadzano najczęściej pod presją napięć społecznych. Niekorzystne dla systemu było pozostawienie poza nim rolników, którzy w kraju opartym na gospodarce chłopskiej stanowili znaczną grupę. Z publicznego systemu wyłączona była również administracja państwowa, która cechowała się stałymi posadami o wysokim wynagrodzeniu i mogła stanowić mocny trzon ubezpieczenia społecznego płacąc stałe, wysokie składki.
Do znacznych zmian w systemie zabezpieczenia społecznego doszło po II wojnie światowej. Polska wyszła z wojny nie tylko z populacją zmniejszoną o 6 milionów, ale także z rzeszą sierot i inwalidów. Do tego bardzo duży wpływ na strukturę ludności miały ogromne migracje na zachód oraz ze wsi do miast. Działalność ubezpieczeniową należało rozpocząć natychmiast, więc wznowiono ją na podstawie przepisów międzywojennych. Rozszerzono zakres podmiotowy i przedmiotowy, włączono do systemu pracowników o wyższych zarobkach, a w 1953 r. robotników rolnych. Rozpoczęto ujednolicanie uprawnień poszczególnych grup ubezpieczonych. Między 1950 a 1954 r. zniesiono odrębne systemy dla pracowników samorządów terytorialnych, banków państwowych i instytucji publicznoprawnych6. Pierwszy powojenny okres był więc dla systemu ubezpieczeń czasem odbudowy organizacyjnej i przyznawania dość niskich, lecz powszechnych rent gwarantujących minimum utrzymania. Zniesiono również odrębny system świadczeń dla pracowników umysłowych i robotników, uregulowano świadczenia na jednakowych zasadach dla wszystkich pracowników, a korzystniejsze świadczenia zapewniono tylko górnikom, pracownikom kolei i służbom mundurowym.
Źródła problemów
Lata 70. i 80. były dla polskiego systemu zabezpieczenia społecznego okresem częstych podwyżek świadczeń, które jednak nie nadążały za podwyżkami płac oraz za przyznawaniem świadczeń emerytalnych kolejnym grupom zawodowym. W tym czasie zakończono także proces rozszerzania ubezpieczenia emerytalnego, objęto nim bowiem twórców (1973 r.), rolników indywidualnych (1980) i duchownych (1989). System emerytalny objął prawie całą ludność czynną zawodowo. Jednocześnie na początku lat 90. próbowano zwalczać rosnące po transformacji bezrobocie poprzez przyznawanie rent i wcześniejszych emerytur.
W bardzo dużym stopniu Fundusz Ubezpieczeń Społecznych obciążyła reforma z 1999 r., wprowadzająca Otwarte Fundusze Emerytalne. System emerytalny w ramach pierwszego, bazowego filara (a więc tego, za którego obsługę odpowiada ZUS), ma charakter repartycyjny. Oznacza to, że ze składek płaconych obecnie są finansowane dzisiejsze świadczenia, a na emerytury obecnych pracowników łożyć będą kolejne pokolenia. Wraz z wprowadzeniem nowego systemu zostały znacznie okrojone składki do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych kilkunastu milionów osób – nie wynosiły już 19,52%, lecz tylko 12,22%. Pozostałe 7,3% trafiało do OFE. Oznacza to, że przychody Funduszu Ubezpieczeń Społecznych stały się mniejsze o 37,4%. Jednak w tym samym czasie nie ubyło o ponad 1/3 emerytów, którzy już pobierali świadczenia. W efekcie w FUS powstał ubytek, który trzeba było refundować z budżetu państwa. W 1999 r. było to 2,3 mld zł, ale w 2010 r. ZUS przekazał do OFE już 22,3 mld zł7.
Mimo częściowego cofnięcia reformy OFE w 2013 r. olbrzymie problemy Funduszu Emerytur Społecznych nadal istnieją, a sytuacja nie poprawia się z dwóch powodów. Z jednej strony Polska zmaga się z problemami demograficznymi, których skutki odczujemy za kilkanaście do kilkudziesięciu lat. Z drugiej strony bardzo niekorzystna jest sytuacja na rynku pracy. Umowy „śmieciowe” oznaczają znacznie mniejsze wpływy ze składek, co obciąża Fundusz Ubezpieczeń Społecznych dziś i będzie wiązało się z o wiele niższymi świadczeniami w przyszłości. W XXI w. weszliśmy więc z wielkimi wyzwaniami stojącymi przed systemem ubezpieczeń społecznych.
Czy rezygnacja z ZUS jest rozwiązaniem problemu?
Postulat likwidacji ZUS pojawia się bardzo często w debacie publicznej. Spójrzmy na ten problem hipotetycznie. Zakład Ubezpieczeń Społecznych odpowiada za gromadzenie składek na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne obywateli oraz dystrybucję świadczeń, m.in. emerytur, rent, zasiłków chorobowych lub macierzyńskich. Jednak dla uproszczenia, na potrzeby tego tekstu, załóżmy, że ZUS odpowiada tylko za wypłaty emerytur. Obecni ubezpieczeni często skarżą się, że płacą wysokie składki, a nic z nich nie będą mieli. Woleliby oszczędzać je we własnym zakresie. Czy jeśli zlikwidujemy instytucję ubezpieczeniową, to ta sytuacja się zmieni?
Pierwszym problemem byłoby ogromne obciążenie budżetu państwa i samych pracowników. Ktoś bowiem musiałby finansować świadczenia dla obecnych emerytów. W marcu 2014 r. emerytury pobierało prawie 5 milionów Polaków8. Po całkowitym zlikwidowaniu składek ich emerytury musiałoby finansować państwo. Przy optymistycznych założeniach byłoby to około 200 miliardów zł rocznie. Oznaczałoby to, że te pieniądze nie byłyby przekazywane na inne ważne społecznie cele, takie jak edukacja, ochrona zdrowia, infrastruktura itd. Drugim rozwiązaniem problemu mogłoby być przeniesienie odpowiedzialności za dzisiejszych emerytów z państwa na pracujących członków ich rodzin (na utrzymaniu państwa pozostaliby tylko ci, którzy nie mają nikogo bliskiego w wieku produkcyjnym). Wówczas okazałoby się jednak, że składka do tej pory przekazywana na ZUS bardzo często byłaby niewystarczająca. Ponadto finansować należałoby emerytury nie tylko dzisiejszych emerytów, ale wszystkich osób, które są w wieku przedemerytalnym (co najmniej 10 lat przed uzyskaniem wymaganego wieku), ponieważ w krótszym czasie nie byliby w stanie odłożyć wystarczającej kwoty.
Załóżmy jednak, że tego problemu nie ma. Czy rzeczywiście każdy byłby w stanie odłożyć sobie na przyszłą emeryturę więcej, niż odkłada w tej chwili? Badania tego nie potwierdzają. Większa część pieniędzy byłaby wydawana na bieżącą konsumpcję. Z badań CBOS przeprowadzonych w 2014 r. wynika, że aż 60% polskich gospodarstw domowych nie ma żadnych oszczędności9. Istnieje także silna zależność między posiadaniem oszczędności a oceną warunków materialnych gospodarstwa domowego. Wśród osób najzamożniejszych oszczędności ma 74% ankietowanych, a wśród osób oceniających swoje warunki jako skromne – tylko 10%. A to właśnie ci, których warunki finansowe są najskromniejsze, powinni odkładać najwięcej na przyszłą emeryturę. Mamy tu bowiem do czynienia z tzw. efektem św. Mateusza. Pochodzący z Biblii cytat – który mówi, że Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma – to zasada wykorzystywana w socjologii, opisująca ubożenie osób biednych i bogacenie się bogatych. Efekt ten w przypadku zapewniania sobie dochodu na starość polega na tym, że głównymi beneficjentami, którzy byliby w stanie zaoszczędzić, są zawsze osoby o średnich i wysokich zarobkach. Tymczasem najbiedniejsi, zarabiający najmniej, nie są w stanie odłożyć pieniędzy i nie mieliby żadnego uposażenia na starość.
Nawet jednak jeśli założymy, że większość Polaków nie wyda swojej składki (nieskierowanej już do ZUS) na konsumpcję od razu, lecz przeznaczy ją na prywatne oszczędności, nie ma pewności, że będą oni w stanie uzyskać takie świadczenie, jakie gwarantowałoby im państwo. Jedną z głównych przyczyn tego stanu jest fakt, że najprawdopodobniej pieniądze byłyby inwestowane na rynkach finansowych. Tymczasem zdecydowana większość badanych deklaruje, że w ogóle się nie orientuje (44%) lub ma słabą orientację (34%) na temat możliwości korzystnego oszczędzania lub inwestowania. Zaledwie 3% określa swoją wiedzę na ten temat jako dobrą10. Zwolennik likwidacji ZUS powie: w takiej sytuacji przeprowadźmy kursy z funkcjonowania rynków finansowych. Ale tu znów pojawiłyby się dwa problemy. Po pierwsze, reforma musiałaby być opóźniona o pokolenie – bo kursy przecież odbywałyby się na etapie edukacji szkolnej. A po drugie, czy rzeczywiście wiedza o rynkach finansowych gwarantuje wysokie stopy zwrotu z oszczędności? W przypadku OFE prof. Leokadia Oręziak określała uzależnienie emerytury od rynków finansowych mianem „ruletki”. W czasie kryzysów ekonomicznych indeksy giełdowe potrafią być niższe nawet o kilkadziesiąt procent od okresów wzrostu gospodarczego.
Nawet jeśli pominiemy i ten problem, a założymy, że przeciętny Polak odłożyłby sobie wysokie świadczenie, ponieważ nie płaciłby składek do ZUS, to i tak mógłby na starość zmagać się z biedą. Powodem tej sytuacji byłby bowiem brak waloryzacji świadczeń, która teraz dokonywana jest raz w roku. W ciągu kilkudziesięciu lat życia siła nabywcza zaoszczędzonych pieniędzy mogłaby znacznie zmaleć.
Gdy ujmiemy problem z aksjologicznego punktu widzenia, należy podkreślić, że likwidacja ZUS oznaczałaby przede wszystkim odejście od podstawowej zasady solidarności, na której oparta jest umowa społeczna funkcjonująca we współczesnych państwach. Chodzi tu zarówno o solidarność międzypokoleniową, jak i o solidarność z osobami najsłabszymi na rynku pracy, czyli późniejszymi najuboższymi emerytami.
Wiele osób czytających poprzednie akapity zdało sobie zapewne sprawę, że to rodzaj hiperboli, bo likwidacja ZUS jest właściwie niemożliwa z powodów instytucjonalnych, prawnych i politycznych. Ale przecież Zakład Ubezpieczeń Społecznych niegospodarnie wydaje nasze pieniądze. Trudno myśleć w inny sposób o finansach ZUS, jeśli w jednej z najbardziej poczytnych polskich gazet ukazują się artykuły takie jak ten zatytułowany „ZUS wydał 1 278 249 000 złotych na nagrody! NIEWIARYGODNE”11. Lecz gdy odkryjemy, że te ponadmiliardowe nagrody wypłacane były z funduszu płac (czyli nie z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych) i trafiały w ciągu 6 lat do wszystkich pracowników instytucji – która, przypomnijmy, zatrudnia prawie 50 000 osób, to dowiemy się, że chodziło o niecałe 400 zł na osobę.
Naród emigrantów
Ostatnio przykładem poruszającym opinię publiczną było wysłanie pracowników ZUS na szkolenia do Palermo. Nie tylko gazety, ale też politycy twierdzili, że gdy emeryci ledwo wiążą koniec z końcem, pracownicy ZUS za nasze pieniądze jadą na Sycylię. Krytycy takich działań nie dostrzegają jednak tego, że Polska jest narodem emigrantów i ponad 2 miliony naszych obywateli wyjechały już do pracy, najczęściej do innych państw Unii Europejskiej. Natomiast ZUS, zgodnie z Ustawą o Ubezpieczeniach Społecznych z 13 października 1998 r. ma ściśle określone zadania, w tym wynikający z artykułu 68 punkt 8 tej ustawy, który nakłada obowiązek popularyzacji wiedzy o ubezpieczeniach społecznych. Art. 71 tej ustawy mówi z kolei o wykonywaniu zadań wynikających z innych ustaw. Jednym z obowiązujących go aktów prawnych jest dyrektywa 883/2004 w sprawie koordynacji systemów zabezpieczenia społecznego oraz rozporządzenie wykonawcze 987/2009. Oprócz podstawowych zagadnień związanych z koordynacją świadczeń regulują one kwestie związane ze współpracą międzynarodową i implikują konieczność współpracy międzyinstytucjonalnej. Właśnie z tego powodu organizowane są tzw. Dni Poradnictwa w różnych krajach UE, w tym we Włoszech.
Czy Dni Poradnictwa są niepotrzebne? Skąd pracownik, który został oddelegowany do pracy w Hiszpanii na krócej niż 3 miesiące i uległ wypadkowi przy pracy, ma wiedzieć, do jakiej zwrócić się instytucji? Jakiemu systemowi emerytalnemu podlegają polscy pracownicy, którzy w Niemczech pracują jako opiekunowie niepełnosprawnych? Czy okres pracy w Niemczech będzie im się liczył do stażu pracy i kto będzie finansował ich przyszłe świadczenie? A co ma zrobić obywatel posiadający paszporty dwóch krajów, np. Polski i Niemiec, który pracował przy budowie dróg w Hiszpanii, realizowanej przez szwedzką firmę, jeśli uległ wypadkowi? Koordynacja systemów zabezpieczenia społecznego w Unii Europejskiej jest niezwykle skomplikowana i nie da się jej zawsze wyjaśnić przez Internet. Dlatego Dni Poradnictwa cieszą się dość dużą popularnością.
Natomiast tym, którzy uważają, że ZUS takie szkolenia czy konferencje organizuje za nasze składki, warto zwrócić uwagę na fakt, że ZUS, zgodnie z art. 51 ustawy o Systemie Ubezpieczeń Społecznych, jest dysponentem Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, z którego m.in. wypłacane są świadczenia emerytalne i rentowe. ZUS i FUS nie są tożsame. Wyjazdy pracowników ZUS są finansowane z zupełnie innych źródeł. Są to tzw. bieżące koszty działalności Zakładu, które zresztą stanowią część planu finansowego budżetu państwa.
Lepiej w innym państwie?
Bardzo popularne jest twierdzenie, że w krajach zachodnich za o wiele niższe składki można otrzymać w przyszłości znacznie wyższą emeryturę. Jest faktem, że obecnie średnia emerytura w krajach zachodnioeuropejskich jest wyższa niż średnia emerytura w Polsce. Wynika to jednak najczęściej ze znacznie wyższych składek opłacanych przez członków tamtych systemów oraz wyższych kosztów życia.
Najpopularniejsze jest porównywanie do Wielkiej Brytanii. Jakiś czas temu prominentny polski polityk zasugerował, że składka osoby samozatrudnionej w Wielkiej Brytanii wynosi 50 zł, a świadczenia są znacznie wyższe od polskich12. Sytuacja jednak nie do końca tak wygląda, a żeby zrozumieć, jak jest naprawdę, warto przyjrzeć się systemowi emerytalnemu osób samozatrudnionych w Wielkiej Brytanii.
Po pierwsze – jeśli ktoś chce być objęty brytyjskim systemem zabezpieczenia społecznego, musi wykonywać działalność na terenie Wielkiej Brytanii. Jest to uregulowane przepisami koordynacyjnymi, o których wspomniano wyżej (Dyrektywa 883/2004). Zgodnie z zasadą lex loci laboris (miejsca wykonywania pracy), zawartą w art. 11 ust. 3 dyrektywy o ubezpieczeniu, właściwe jest ustawodawstwo państwa, w którym praca najemna lub praca na własny rachunek jest wykonywana. Jeśli ktoś wykonuje pracę w dwóch państwach członkowskich, to podlega ustawodawstwu tego państwa, w którym mieszka i pracuje. Oznacza to, że nie można uciec od polskiego systemu zabezpieczenia społecznego inaczej, niż zakładając działalność gospodarczą wyłącznie w innym państwie (w tym przypadku w Wielkiej Brytanii) lub po prostu zamieszkując tam, jeśli działalność prowadzi się i w Polsce, i w Wielkiej Brytanii. Składki na tzw. emeryturę państwową rzeczywiście nie są wysokie i osoba samozatrudniona płaci od kwietnia 2015 r. 2,8 funta tygodniowo. Należy jednak dodać, że na koniec roku, po przekroczeniu określonej kwoty dochodu, osoba samozatrudniona musi opłacić dodatkową składkę w wysokości 9% od tego dochodu. Obecnie jest to od 8060 do 42385 funtów w skali roku. Powyżej tej kwoty opłaca się składkę w wysokości 2%. A zatem w przypadku wyższego dochodu składka nie wynosi już 11,2 funtów miesięcznie.
Ponadto składka ta gwarantuje wyłącznie tzw. bazową emeryturę państwową, która wynosi obecnie maksymalnie 115,95 funtów tygodniowo. Dla porównania: minimalna pensja w Wielkiej Brytanii (liczona godzinowo) wynosi 6,5 funta za godzinę, co średnio daje osobie pracującej na cały etat ponad 1000 funtów miesięcznie13. Obecnie, po osiągnięciu wieku emerytalnego, prawo do emerytury w pełnej wysokości ma osoba, która bez przerwy pracowała i opłacała składki przez 30 lat14. Warunkiem zaliczenia okresu samozatrudnienia do okresu składkowego jest wykazanie dochodu w odpowiedniej wysokości. Reforma emerytalna wprowadzana w 2015 r. wydłuży okres składkowy wymagany do uzyskania pełnego świadczenia do 35 lat15. W przypadku krótszego okresu składkowego (nie może on być jednak niższy niż 10 lat) świadczenie jest proporcjonalnie obniżane.
Większość Brytyjczyków ma dodatkowe ubezpieczenie (najczęściej są to pracownicze programy emerytalne), ponieważ bazowa emerytura państwowa jest świadczeniem niewysokim jak na warunki brytyjskie. Jeśli jednak emeryt postanowi na stare lata wrócić do Polski, to świadczenie transferowane z Anglii może mu zapewnić w miarę godną starość. Powstaje jednak pytanie, czy za kilkadziesiąt lat różnice w wartości nabywczej naszych pieniędzy będą wciąż tak duże i czy uda się pracować przez 35 lat bez przerwy, aby uzyskać maksymalny wymiar świadczenia.
Skoro tak dobrze, to dlaczego tak źle?
Mimo próby sprostowania nie do końca sprawiedliwych opinii dotyczących funkcjonowania Zakładu Ubezpieczeń Społecznych należy zauważyć, że jego sytuacja nie jest dobra. Ze składek ubezpieczonych nie da się sfinansować obecnych świadczeń i państwo co roku zmuszone jest dopłacać z budżetu do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Przyczyn takiej sytuacji jest kilka. Po pierwsze – przemiany demograficzne. System oparty na zasadzie repartycji (zwanej też pay-as-you-go) będzie się sam finansował tylko w sytuacji, gdy każde kolejne pokolenie będzie liczniejsze od poprzedniego. Przypomnijmy, że aby tak było, współczynnik dzietności (a więc średnia liczba dzieci przypadających na kobietę w wieku 15–49 lat) powinien wynosić 2,14. Tymczasem w Polsce w 2013 r. wynosił on jedynie 1,2916. Nie jest to zresztą wyłącznie problem Polski, bo dla całej Unii Europejskiej współczynnik ten wynosi 1,55, a żaden kraj nie osiągnął tzw. prostej zastępowalności pokoleń. Najbliżej do tego poziomu mają Irlandia (1,96), Francja (1,99) i Szwecja (1,89). Sytuację demograficzną obecnie utrudnia także emigracja osób w wieku produkcyjnym. Oznacza ona dla naszego kraju, że ponad 2 miliony osób pracują i opłacają składki w zagranicznych systemach zabezpieczenia emerytalnego oraz że najprawdopodobniej, jeśli zdecydują się na dziecko, to już za granicą (co potwierdza m.in. dość wysoki współczynnik dzietności wśród polskich kobiet na Wyspach Brytyjskich, który wynosi aż 2,13)17.
Drugim czynnikiem znacznie uszczuplającym dochody Funduszu Ubezpieczeń Społecznych jest polski rynek pracy. Zarobki w Polsce są statystycznie dość niskie. Według danych Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej oraz Głównego Urzędu Statystycznego w Polsce około 12% osób zatrudnionych na umowy o pracę (brak jest danych dotyczących wymiaru zatrudnienia) zarabia pensję minimalną lub niższą (w przypadku niepełnego etatu). Innym problemem jest fakt, że rośnie odsetek osób wykonujących pracę na podstawie umów cywilnoprawnych. Obecnie jest to 1,4 mln osób, czyli 13% wszystkich pracujących. Bezrobocie, częste przerwy w pracy (wynikające z sytuacji na rynku pracy lub potrzeby opieki np. nad członkiem rodziny) czy szara strefa dodatkowo uszczuplają wpływy do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Ponadto zmniejszają przyszłe świadczenia, ponieważ od czasów reformy z 1999 r. system emerytalny funkcjonuje na zasadzie zdefiniowanej składki. Oznacza to, że wysokość emerytury uzależniona jest od kwoty składek wpłaconych przez ubezpieczonego. To stawia w trudniejszej sytuacji tych, którzy zarabiają mniej i mają częste przerwy w pracy. Jednak i w tym wypadku nie można mieć pretensji do ZUS. Zakład nie prowadzi bowiem własnej polityki finansowej i nie może samodzielnie ustalać wysokości składek lub świadczeń, sposobu ich pobierania, progów dochodowych itp. Politykę w tym zakresie kształtuje ustawodawca, a więc koncepcje zmian należy przedstawiać członkom parlamentu, a nie obwiniać tę instytucję.
Potrzeba ubezpieczeń społecznych
Ubezpieczenie społeczne, które zawiera element przymusu (obowiązek przynależności do systemu i opłacania składek) służy nam wszystkim. Nie ma osoby, która byłaby wiecznie zdrowa czy wiecznie młoda i zdolna do pracy. Gdybyśmy mieli przenieść odpowiedzialność za różne ryzyka na prywatne osoby, to przeważająca większość mogłaby nie być w stanie zapewnić sobie bytu w przypadku trudnej życiowej sytuacji. Ubezpieczenia społeczne są wciąż dość młodą dziedziną, w powszechnej skali krajowej istnieją od około stu lat. Rezygnacja z ubezpieczenia społecznego byłaby cywilizacyjnym krokiem wstecz. Warto zauważyć, że na świecie wciąż wiele osób nie ma żadnego zabezpieczenia i musi się indywidualnie zmagać z wieloma problemami. W 2014 r., dwa lata po przyjęciu zalecenia Międzynarodowej Organizacji Pracy nr 202 dotyczącego podstaw ochrony socjalnej, wydano raport na temat ochrony socjalnej na świecie pt. „World Social Protection Report 2014/15. Building economic recovery, inclusive development and social justice”.18 W raporcie podkreśla się, że choć prawo do ochrony socjalnej jest uznawane za fundamentalne prawo człowieka, to wciąż nie jest ono realizowane w pełni. Obecnie tylko 27% populacji świata ma dostęp do kompleksowego systemu zabezpieczenia społecznego, podczas gdy w przypadku pozostałych 73% zabezpieczone są tylko niektóre ryzyka socjalne lub nie ma żadnej ochrony19. Zdaniem autorów raportu brak dostępu do pełnej ochrony socjalnej powoduje największą przeszkodę w budowaniu wzrostu gospodarczego i społecznego.
Brak ochrony socjalnej lub jej niewystarczający poziom łączą się z wysokim i trwałym ubóstwem oraz niepewnością gospodarczą, rosnącymi nierównościami, brakiem inwestycji w kapitał ludzki, a w konsekwencji ze słabym popytem w okresie spowolnionego wzrostu. O tym wszystkim należy pamiętać w dyskusjach na temat Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Modyfikacje i reformy są potrzebne większości instytucji, które muszą dostosowywać się do zmieniających się warunków. Warto jednak, aby dyskusja na ten temat była merytoryczna, zwłaszcza że jest to jedna z niewielu instytucji, która ma wpływ na nas wszystkich.
Przypisy:
- CBOS, Komunikat nr 42/2015, Oceny Instytucji Publicznych, http://www.cbos.pl/SPISKOM.POL/2015/K_042_15.PDF, dostęp: 3 czerwca 2015.
- M. Piątkowski, Ubezpieczenia emerytalne [w:] Cz. Jackowiak (red.), Rozwój ubezpieczeń społecznych w Polsce, Wrocław 1991, s. 145.
- W. Muszalski, Ubezpieczenia społeczne. Podręcznik akademicki, Warszawa 2004, s. 57.
- M. Piątkowski, op. cit., s. 149.
- Z. Landau, Podstawowe kierunki rozwoju ubezpieczeń społecznych [w:] Cz. Jackowiak (red.), op. cit., s. 39.
- H. Pławucka, Świadczenia emerytalne i rentowe [w:] Cz. Jackowiak (red.), op. cit., ss. 367–373.
- Więcej o problemach, które zrodziły się wraz z wprowadzeniem OFE, pisze L. Oręziak, OFE. Katastrofa prywatyzacji emerytur w Polsce, Warszawa 2014.
- Dokładnie 4 944,2 tys., dane za: Struktura wysokości emerytur i rent wypłaconych przez ZUS po waloryzacji w marcu 2014 r., ZUS, Departament Ubezpieczeń Społecznych, Warszawa 2014.
- Polacy o swoich długach i oszczędnościach, CBOS, kwiecień 2014.
- Polak na rynku finansowym, CBOS, listopad 2012.
- http://www.se.pl/wiadomosci/polska/zus-wydal-1–278–249–000-zl-na-nagrody_361136.html, dostęp: 23 czerwca 2015.
- Czy składka do ZUS może wynosić 50 zł? http://gowin.salon24.pl/556038,czy-skladka-do-zus-moze-wynosic-50-zl, dostęp: 23 czerwca 2015.
- National Minimum Wage rates, https://www.gov.uk/national-minimum-wage-rates, data pobrania: 7 lipca 2015.
- The basic State Pension, https://www.gov.uk/state-pension/eligibility, dostęp: 25 czerwca 2015.
- What the new state pension means for you, http://www.ageuk.org.uk/money-matters/pensions/what-the-new-state-pension-reforms-mean-for-you/new-state-pensions-changes-explained/, dostęp: 25 czerwca 2015.
- Eurostat, Total fertility rate, http://ec.europa.eu/eurostat/tgm/table.do?tab=table&init=1&language=en&pcode=tsdde220&plugin=1, dostęp: 25 czerwca 2015.
- Is the Fertility of Polish Women Higher in the UK than in Poland?, http://www.openpop.org/?p=761, dostęp: 25 czerwca 2015. Należy jednak zwrócić uwagę, że wysoki współczynnik dzietności wynika z wielu powodów – nie tylko z wyższych świadczeń, ale często także z przesuwania decyzji o dziecku w okresie przedemigracyjnym.
- World Social Protection Report 2014/15. Building economic recovery, inclusive development and social justice, ILO, Geneva 2014.
- Ibidem.
przez Marceli Sommer | wtorek 24 listopada 2015 | Jesień 2015, Wywiad - kwartalnik
– Idea IV Rzeczpospolitej Pana współautorstwa niemal całkiem zniknęła z naszej debaty publicznej – i to pomimo faktu, że obóz, który przyjęło się z IV RP utożsamiać, jest na politycznej fali wznoszącej. Jak Pan to interpretuje?
– Rafał Matyja: Skoro mowa o interpretacjach, to na wstępie muszę zaznaczyć, że pod hasłem IV Rzeczpospolitej każdy rozumie trochę co innego. Warto powiedzieć parę słów o różnych wariantach tej koncepcji. O IV RP pisałem od 1997 roku – zatem wcześniej niż powstało Prawo i Sprawiedliwość, choć myśląc o tym, kto mógłby się tą ideą zainteresować, brałem oczywiście pod uwagę krąg ludzi, którzy później stworzyli PiS.
Na moje ujęcie tej koncepcji składały się dwa podstawowe elementy – doktryna państwowa i przywództwo. Przez doktrynę państwową rozumiałem wspólny pogląd na państwo i strategiczne cele jego funkcjonowania, podzielany przez decydującą grupę elit – intelektualnych, społecznych, politycznych i administracyjnych, co sprawiałoby, że pewne rzeczy rozumie się bez słów. Na pewno Francja, Niemcy, Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone posiadają tego typu doktrynę państwową. Poszczególne stronnictwa różnią się tam i sprzeczają, ale istnieje sfera ogólnonarodowych, państwowych interesów, które są respektowane przez niemal całą elitę. Bardzo chciałem, żeby III Rzeczpospolita miała coś takiego. Tymczasem, mniej więcej w momencie, gdy doszło do uchwalenia konstytucji w 1997 r., stało się jasne, że jeśli III RP doktrynę państwową w ogóle posiada, to jest to doktryna państwa z istoty słabego, oglądającego się nieustannie na opinie zagranicznych ośrodków opinii i wewnętrznych grup interesu. Uznałem wówczas, że istnieje potrzeba pracy nad nową doktryną państwową, bo z III RP – w tym właśnie sensie – nic nie będzie.
Do tego dochodził postulat budowy silnego centrum władzy. Wraz z kolegami z Koalicji Konserwatywnej krytykowaliśmy dwugłową egzekutywę i związane z nią permanentne spory na osi prezydent–premier, konstytucyjnie usankcjonowaną rywalizację tych dwóch ośrodków. Uważaliśmy, że przy projektowaniu ustroju III RP zabrakło decyzji, żeby przy jednym z tych urzędów powstało silne przywództwo państwowe. Jako wzory dobrego ustroju traktowaliśmy z jednej strony prezydencki model francuski, a z drugiej modele niemiecki czy brytyjski, gdzie „centrum dowodzenia państwem” ulokowano w kancelarii szefa rządu.
Przywództwo, o jakie nam chodziło, wymagało ponadto spełnienia kilku warunków. Prezydent lub premier, który jest obsadzony w kluczowej roli, powinien mieć do swojej dyspozycji liczne grono urzędników i doradców pracujących na jego know-how, na jego rozumienie sytuacji kraju. Gromadzenie tej wiedzy nie może być tylko domeną poszczególnych resortów, ponieważ trudno wówczas o całościowy obraz sytuacji. Poszczególne ministerstwa – zwłaszcza w kraju o niezbyt silnym etosie urzędniczym (a w latach 90. był to jeszcze większy problem niż obecnie) – mają naturalne tendencje do produkowania wiedzy tendencyjnej, wypaczonej przez interesy sektorowe. Nakładały się na to złe nawyki biurokracji odziedziczone po PRL, takie jak gra na przeczekanie czy „spychotechnika”, czyli zasada gorącego kartofla, przerzucanego między komórkami administracyjnymi a polityczną nadbudową. Postulowaliśmy więc, aby centrum władzy wykonawczej dysponowało silnym zapleczem merytorycznym, żeby istniała instytucja pracująca na to, aby jej gospodarz był bardzo dobrze poinformowany. Próbowano zresztą tworzyć w ramach tzw. reformy centrum, prowadzonej jeszcze przez SLD, coś w tym rodzaju – mam na myśli Rządowe Centrum Studiów Strategicznych. W praktyce niestety także rządy AWS stanowiły zaprzeczenie tych pomysłów. Buzek ewidentnie nie panował nad uruchomionymi przez siebie reformami. Nie tylko oddał ich projektowanie tzw. ekspertom, lecz także nie był w stanie poskładać wyników ich pracy w jakiś spójny plan przemian. Szczyt jego myśli politycznej zawierał się w zdaniu: „wzięliśmy władzę po to, aby oddać ją ludziom”. Pomijam, że jego reformy bynajmniej tak opisanego celu nie realizowały, ale przytoczony cytat dobrze ilustruje, jak ograniczony był horyzont myślowy ówczesnych elit. Uważałem także, iż powinno się tworzyć „luksusowe” instytucje, swego rodzaju państwowe think-tanki, w których może powstawać pewna myśl strategiczna, myśl państwowa. Chodziło o to, żeby państwo, na użytek podejmowanych później decyzji, przeznaczało pieniądze na badania różnych kwestii istotnych z perspektywy interesu publicznego. Istnienie tego typu instytucji uważam za ważny element składowy siły państwa w stosunkach międzynarodowych oraz za warunek podmiotowości państwowego rdzenia w wewnętrznych relacjach instytucjonalnych. W Polsce znakomitym przykładem tego typu instytucji jest dziś Ośrodek Studiów Wschodnich. Bardzo ważne było to, żeby oba zasadnicze postulaty składające się na koncepcję IV RP – stworzenie doktryny państwowej i dokonanie przełomu ustrojowego, czyli wskazania, kto ma rządzić – zrealizować przed wstąpieniem do Unii Europejskiej, żeby w momencie akcesji było już jasne, w jakich sprawach się między sobą nie kłócimy, żeby rząd, marszałkowie województw czy szefowie podmiotów niepodlegających władzy politycznej, np. rektorzy uczelni, przedstawiciele prywatnych firm i związki zawodowe, mieli pewien sprecyzowany wspólny punkt odniesienia w postaci strategicznych celów państwa jako całości.
IV Rzeczpospolita, jaka pojawiła się w publicznym obiegu idei po aferze Rywina, była już czymś nieco innym. Jej podstawowymi elementami były „walka z układem” i zapowiedź przełomu systemowego, przy czym z pierwszym z nich, muszę przyznać, nigdy się specjalnie nie identyfikowałem. Oczywiście, trzeba w sposób zdecydowany zwalczać wszelkie struktury o charakterze przestępczym, natomiast wydawało mi się, że najpoważniejsze problemy Polski mają charakter bardziej systemowy niż personalny. Chociaż pozornie mogłoby się wydawać, że walka z układem nie musi być sprzeczna z przełomem systemowym, to w praktyce okazywało się często, że istnieje realna rozbieżność. Z jednej strony byli bowiem ludzie, którzy skłaniali się do myślenia, że jeżeli pozbędziemy się pewnej grupy osób ze struktur państwa, to już wszystko pójdzie dobrze, a z drugiej ci, którzy podkreślali raczej to, iż ta grupa – czy też szereg grup – na tyle zepsuła nam reguły gry składające się na system, że trzeba się wziąć za jego naprawę. I realizować tę naprawę jako ambitny, podmiotowy rząd niepozwalający, żeby ogon merdał psem. A w III RP ogon merdał psem. Skład władz ważnych spółek skarbu państwa układano w porozumieniu z oligarchami, politykę wobec kopalń pozostawiano układom rządzącym górnictwem od czasów PRL. Nieformalne negocjacje towarzyszyły szczegółom ważnych projektów legislacyjnych. To wszystko, co ujawniały prace komisji śledczych, stanowiło gotowy program prac dla koalicji PO-PiS. Gdy do niej nie doszło, było jasne, że zakres zmian będzie mniejszy.
Koalicja z Samoobroną i LPR nie była łatwa. Jednak rząd PiS mimo trudnych warunków miał narzędzia, żeby dokonać zmiany systemowej – i jej nie dokonał. Dlatego jego dorobek okazał się tak nietrwały. Co znamienne, jedną z pierwszych decyzji rządu Marcinkiewicza było rozwiązanie wspomnianego wcześniej Rządowego Centrum Studiów Strategicznych. Zamiast naprawić tę instytucję (po rządach SLD została ona niewątpliwie upartyjniona i znajdowała się w marnej kondycji), zachowując jej państwowotwórczy potencjał, zlikwidowano ją i nic na jej miejsce nie utworzono. To pokazywało, jaki był horyzont polityczny i intelektualny premiera Marcinkiewicza i jego otoczenia. Ale tej decyzji nie zablokowali też ani szef partii, ani ówczesny prezydent. Kluczowe dla PiS były całkiem inne sprawy niż stworzenie sprawnego centrum państwa. Niestety, ten akurat dorobek rządów PiS okazał się trwały, bo centralnej instytucji planowania strategicznego nie mamy do dzisiaj. Nie tknięto też – choć to akurat da się zapewne wytłumaczyć kontekstem parlamentarnym – problemów konstytucyjnych. Dokonano za to dość barbarzyńskiej zmiany składu i formuły Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, co odbijało się czkawką jeszcze przez kilka kolejnych lat.
Pod rządami PiS nie powstała również doktryna państwowa, która mogłaby obowiązywać nie tylko polityków, ale także szeroko rozumiane elity. PiS wszedł z tymi elitami w bardzo ostry konflikt i było jasne, że IV RP w tym wydaniu nie stanie się projektem, który zyska poparcie większości społeczeństwa. W kręgach elit doszło do odrzucenia także tego, co w tym projekcie było do przyjęcia. Pojęcie IV RP zostało trwale utożsamione z radykalnym konfliktem społecznym, politycznym, a w największym bodaj stopniu – z konfliktem symbolicznym.
– Przy czym do dziś pozostaje przedmiotem kontrowersji, kto z kim się pierwszy skonfliktował.
– To prawda, sporo racji w tym sporze jest po stronie PiS, ale niezależnie od siły ówczesnej kampanii antypisowskiej tamten rząd wywoływał awantury w bardzo wielu sprawach, w których naprawdę nie musiało do nich dochodzić. Weźmy np. przypadek środowisk akademickich – rzucenie koncepcji stworzenia uniwersytetu, na którym będą pracować sami uczciwi ludzie, było przepisem na zantagonizowanie nie tylko zagorzałych przeciwników PiS-u, lecz także zupełnie neutralnych przedstawicieli tego środowiska. Podobnie było z projektem powszechnej lustracji na uczelniach. Co do zasady, nie mam nic przeciwko lustracji osób sprawujących realną władzę, osłania ona państwo przed niepożądanym wpływem dawnych służb i struktur zagranicznych posiadających wiedzę o agenturze PRL. Jednak w przypadku uczelni było to otwarcie, zupełnie niepotrzebnego w ówczesnej sytuacji politycznej, kolejnego frontu walki z elitami, którego owocem była antypisowska histeria. A dodajmy, że cały ten konflikt był pochodną wycofania się z radykalnej wersji ustawy lustracyjnej, która zakładała po prostu upublicznienie zasobów archiwalnych IPN. Powstał projekt, który wycofywał się z ujawnienia akt, w zamian zmuszając olbrzymią rzeszę ludzi do składania oświadczeń lustracyjnych. Zatem ma pan rację, że miała miejsce bezprzykładna nagonka części mediów na PiS, natomiast fakt, że ten konflikt uległ tak radykalnemu rozszerzeniu, był także zasługą polityków tej partii. Tak ostry konflikt sprawił, że w czasie dwuletnich rządów nie podjęto nawet próby stworzenia doktryny państwowej, która mogłaby funkcjonować ponad podziałami. Nigdy nie rozmawiałem na ten temat z ważnymi politykami PiS, ale sądzę, że powiedzieliby, że to idea zupełnie nierealna. A ja uważam, że jeszcze w początkach 2005 r. była możliwa polityczno-publiczna koalicja opierająca się na zgodzie, że pewne reformy ustrojowe i uznanie nadrzędności interesu państwa są – wobec kompromitacji modelu III RP – niezbędne.
– Na ile zrekonstruowana przez Pana pierwotna idea IV RP sama się zużyła, zdezaktualizowała? W jakiej mierze jej polityczna treść domaga się rewizji, na ile pozostaje aktualna? Czy problemy związane ze słabością instytucji czy brakiem akceptowanego ponad podziałami politycznymi propaństwowego minimum nadal wydają się Panu centralnymi barierami dla naszego rozwoju?
– Nie powiedziałbym oczywiście, że to, co mówiłem 20 lat temu, jest dziś aktualne. To było aktualne, gdy po uchwaleniu konstytucji w 1997 r. doszły do władzy AWS i Unia Wolności. W tej chwili wartość tamtych tez polega wyłącznie na tym, że problemy, o których pisałem, istnieją nadal. Dziś na pewno – z tysiąca powodów, w tym tych czysto pragmatycznych – nie upierałbym się przy sztandarze IV RP. Czasami trzeba symbole schować, jeśli przy ich pomocy nie da się wytłumaczyć ważnych rzeczy. Idea tak daleko idących przemian nie spełni swojej funkcji, jeśli nie będzie inkluzywna. Nadal uważam, że Polska potrzebuje doktryny państwowej i wzmocnienia przywództwa, tym bardziej, że dziś jeszcze większym problemem pozostaje rozproszenie władzy, a pozycja różnego rodzaju „panów na zagrodzie” – np. marszałków województw czy prezydentów miast – jest silniejsza, niż była wtedy. Premier może zaś wyegzekwować mniej niż kiedykolwiek – nawet gdy działa „na siłę”. Prawdziwą zmorą dla naszego rozwoju pozostaje też brak ośrodka władzy, który byłby ośrodkiem strategicznym i operował perspektywą inną niż bieżąco-taktyczna.
– Na ile te pierwotne diagnozy powinny zostać – wobec zmian, jakie zaszły w ostatnich dekadach czy pojawienia się nowych istotnych obserwacji – uzupełnione? Jak dziś mógłby wyglądać i wokół czego skrystalizować się ambitny program na rzecz zmiany społecznej i ustrojowej?
– Namawiając mnie do prezentacji planu pozytywnego, mówi pan de facto: proszę się choć odrobinę zbłaźnić [śmiech]. Bo mówienie o takim planie, gdy nie można wskazać przesłanek politycznych jego realizacji, jest do pewnego stopnia błazeństwem. Ostatnią rzeczą, której bym chciał, jest opowiadanie o receptach, w których realizację nie wierzę.
Uważam, że polityczna realizacja tego typu projektu jest dziś prawie niemożliwa. Ukształtował się model polityki i rywalizacji między obozami politycznymi, w którym zdecydowana większość uczestników korzysta na konflikcie, a ludzi, którzy by korzystali z jego osłabienia, właściwie nie ma, a raczej są, ale nie odgrywają znaczącej roli. Z konfliktu żyją nie tylko partyjni politycy – co jest jeszcze względnie naturalne – ale także najbardziej wpływowe media.
Kolejną przeszkodą w realizacji programu przemiany społeczno-ustrojowej jest fakt, że budowanie sprawnych instytucji po prostu nie jest mocną stroną współczesnego polskiego społeczeństwa. To nie jest historyczna klątwa, bo przed wojną było lepiej, nawet niektóre polskie instytucje w czasach zaborów były porządniejsze. I mowa nie tylko o polityce, bo gdyby było tak, że nie umiemy w polityce, ale mamy za to świetne uniwersytety, rewelacyjne szkolnictwo i niezłą służbę zdrowia, to byłbym skłonny powiedzieć, że winna jest klasa polityczna. Jednak tam, gdzie politycy nie mają dostępu – np. w sądownictwie czy na uniwersytetach – wcale nie jest lepiej.
Bliskie mi poglądy instytucjonalistyczne są dziś w głębokiej defensywie i trzeba sobie uświadomić konsekwencję tego stanu rzeczy: systemową i intelektualną barierę naprawy państwa. To stanowisko największą koniunkturę przeżywało w 2004 r., gdy ludzie entuzjazmowali się pytaniami Rokity czy Ziobry w komisji rywinowskiej, kiedy wiadomo było, że wykrywane przez nich i wywlekane na światło dzienne patologie dotyczyły niemal każdej instytucji w Polsce. Tak, jak rumienił się ze wstydu ówczesny przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Juliusz Braun czy inni zeznający, którzy pokazywali, że podlegające im instytucje są w stanie głębokiego rozkładu i działają poza regułami prawnymi albo wbrew nim – tak dotyczyło to w zasadzie wszystkich instytucji publicznych. To był moment, gdy można było przeforsować szerszy program naprawy instytucjonalnej. Jeśli jednak spojrzymy, co się stało zaraz potem i co dzieje się nadal choćby z telewizją publiczną, to można nabawić się poważnych wątpliwości, czy taka zmian w ogóle jest możliwa wobec braku zarówno ugrupowań politycznych realnie zainteresowanych naprawą instytucji, jak i znaczącej siły społecznej mogącej poprzeć taki program. Ci, którzy chcą silnych, dobrze zorganizowanych instytucji, to mniejszość…
– Czy w naszej obecnej sytuacji widzi Pan w ogóle projekty ideowo-polityczne, które – tak jak koncepcja IV RP w latach 90. i później – dzięki dobrej koniunkturze i zgodności stawianych diagnoz z pewnymi bolączkami odczuwanymi przez duże grupy społeczne mają w sobie podobny potencjał mobilizacyjny i potencjał rozumnego przekształcenia rzeczywistości? Może takie projekty są, lecz w innych niż wtedy rejonach ideowych albo dotyczą innych sfer życia społeczno-politycznego?
– Nie widzę takich wizji i pomysłów. Problem jest zresztą głębszy i polega na tym, że nasze państwo nie wydaje się zdolne nie tylko do realizowania szerzej zakrojonych reform, lecz także do reagowania na bodźce czy różnego rodzaju potrzeby chwili.
Weźmy pierwszy z brzegu przykład. Obecność w Unii Europejskiej obliguje nasz rząd do wypracowywania polskiego stanowiska w różnych sprawach. Ze względów proceduralnych to stanowisko musi być w Europie brane pod uwagę niezależnie od tego, czy Polska boksować będzie poniżej, powyżej czy zgodnie ze swoją kategorią wagową. Aż się prosi, żeby istniał ośrodek koordynujący tę politykę, uzgadniający strategię itd. Tymczasem gdzie było centrum strategiczne, które pisało te wszystkie szumnie ogłaszane na konferencjach rządowych „strategie dla Polski” przez wszystkie lata rządów Donalda Tuska? Przy ówczesnej minister rozwoju regionalnego (później infrastruktury i rozwoju) Elżbiecie Bieńkowskiej, poniżej poziomu politycznego. Zresztą w rządzie koalicji PiS-Samoobrona-LPR nie było inaczej. To nie jest wina Bieńkowskiej, lecz pozostałych polityków, którzy wypchnęli tę robotę poza obszar poważnych zainteresowań. A minister Bieńkowska i grono wokół niej zgromadzone to nie były żadne wybitne strategiczne umysły (choć w innych resortach bywa pod tym względem jeszcze gorzej). To byli ludzie, którzy znali się przede wszystkim na tym, czego oczekuje od nas Unia i jak od niej wyciągnąć możliwie największe pieniądze. Mimo potrzeby instytucjonalnej oraz okoliczności sprzyjających wypracowywaniu własnej strategii nie powstało centrum strategicznej koordynacji z prawdziwego zdarzenia. Państwo nie odpowiedziało na bodźce.
Albo spójrzmy na działanie polskiego państwa wobec zagrożenia ze wschodu, jakie uwidoczniło się w związku z kryzysem ukraińskim. Po pierwszym momencie mobilizacji opinii publicznej i polityków, który nastąpił tuż przed obaleniem Janukowycza, z rosnącym niedowierzaniem przysłuchiwałem się opiniom, że Polska jest bardzo ważnym ośrodkiem kształtującym europejską politykę wschodnią. Jednocześnie obserwowałem bowiem, że nasze działania w tej dziedzinie sprowadzają się do groteskowych gestów, czego najbardziej przykrym przejawem było wzywanie po naradzie u premiera do zapalenia świeczek w oknach. Nie usłyszałem natomiast od polityków podstawowej informacji (a bardzo jej szukałem): ile my właściwie możemy wydać w związku z kryzysem ukraińskim? Jaki pakiet pomocowy, interwencyjny czy inwestycyjny możemy Kijowowi zaoferować? Nie było instytucji, która sformułowałaby plan współpracy z nowymi władzami Ukrainy. Po raz kolejny strategiczna potrzeba nie wywołała po stronie instytucji naszego państwa żadnej reakcji.
Trzeci przykład dotyczy powracającej w różnych analizach i doniesieniach medialnych kwestii unikania opodatkowania oraz transferu zysków międzynarodowych koncernów poza Polskę. Świadczy to o jednym: Polska jako państwo, mimo stale podkreślanej przez polityków potrzeby zasypywania deficytu budżetowego, nie jest w stanie położyć ręki na ogromnych środkach, które jej się należą.
Te trzy przypadki ilustrują wielkie potrzeby: strategii rozwojowej w Europie, strategii bezpieczeństwa i relacji z najważniejszymi partnerami poza Unią oraz wewnętrznej podmiotowości państwa.
W każdym z wspomnianych przypadków brakuje reakcji państwa w sprawach zupełnie oczywistych. Nie wierzę, że ktoś poza absolutnym marginesem zaneguje, że powinniśmy mieć jakieś pieniądze na aktywną politykę zagraniczną, że powinniśmy mieć swoją agendę w sprawach, w których w Unii zapadają strategiczne decyzje, albo że powinniśmy uszczelnić nasz system podatkowy. Te sprawy mogłyby stać się przedmiotem politycznego konsensusu, ale jak widać nie ma tego typu woli. A tymczasem jedyne konsultacje międzypartyjne zarządzone przez premier Ewę Kopacz w czasie jej urzędowania dotyczyły budżetów partycypacyjnych w samorządzie, czyli czegoś, co nie należy do kompetencji rządu centralnego, a w dodatku nawet w rządzeniu gminą nie odgrywa wielkiej roli – krótko mówiąc sprawy marginalnej. To dowodzi, że system jest poważnie ogłupiały – rządzony wyłącznie PR-em, i to najniższych lotów. To odpowiedź, dlaczego uważam, że się nie uda. System przestał reagować nawet na poważne bodźce.
Trudno mi sobie wyobrazić ruch społeczny, który zająłby się tymi problemami choćby sektorowo, ponieważ wielkie akcje mobilizacyjne dokonują się w Polsce w sferze symbolicznej. Nie widziałem żadnej akcji mobilizacyjnej wokół spraw instytucjonalnych. Ludzie wolą machać flagami, przejmować się wielkimi wartościami albo sprawami symbolicznymi – przy czym nie twierdzę, że to są sprawy nieważne. Gdy obserwuję różnego typu instytucje i środowiska, zapewne podzielające w sporej części moje poglądy, widzę, że ich zainteresowanie i gotowość do zaangażowania się w instytucjonalną przemianę są minimalne. Poziom kulturowej abnegacji w sprawach instytucjonalnych jest nieprawdopodobny. Obecna sytuacja przypomina mi pod tym względem rozkładający się PRL, kiedy to wynoszenie z pracy produkowanych tam dóbr lub inne formy kradzieży były nagminne. Teraz ten proceder jest oczywiście bardziej wyrafinowany, ale mam wrażenie, że panuje powszechne przekonanie, że instytucje są po to, abyśmy się przed nimi bronili i je oszukiwali, że „same się wyżywią” i poradzą bez dbania o nie, że los człowieka jest zupełnie niezależny od porządku instytucjonalnego. To, co Janine Wedel określiła przed laty jako „Polskę prywatną”, jest znów dużo silniejsze od „Polski publicznej”.
– Jeśli nie możemy oddać się wizjom realizacji planów reform, to spróbujmy pogłębić trochę bardziej naszą diagnozę, poszerzyć paletę wyzwań, które zarysowują się przed nami w perspektywie najbliższych lat i dekad.
– Uważam, że niemożliwe są wielkie, całościowe reformy, ale możliwe są sensowne zmiany. Natomiast w wymiarze bardzo ogólnym, metapolitycznym, niezwykle ważne dla Polski jest uznanie, że w obecnym układzie sił, w 2015 r., jesteśmy państwem półperyferyjnym. I nie chodzi tu o pogląd władz, ale szeroko rozumianej elity – od mediów, przez uniwersytety, po urzędników lokalnych i państwowych, o ludzi, którzy dobrowolnie angażują się w życie społeczne, także tych, którzy robią to jako wolontariusze, interesują się polityką, martwią się o Polskę etc., żeby oni wszyscy uznali prosty i nie przynoszący nam ujmy fakt, że status Polski nie jest na tyle dobry, że wymaga jedynie zachowania czy umocnienia go. Uważam, że pewien potencjał tkwi w takim rozpoznaniu: nie jesteśmy państwem takim samym jak Niemcy, tyle że z nieco niższym PKB, lecz mamy pewne zasadnicze strukturalne problemy, związane z naszym miejscem w międzynarodowym systemie politycznym i gospodarczym oraz z naturą państwa, jakie nam się w Polsce ukształtowało.
Takie rozpoznanie pozwala na kilka rzeczy: po pierwsze, na silniejsze mobilizowanie zasobów, które ograniczają negatywne skutki statusu peryferyjnego. Po drugie, na redukcję konfliktu politycznego w sytuacji, gdy jego eskalacja jeszcze bardziej ogranicza podmiotową rolę państwa w relacjach z otoczeniem. Większość państw peryferyjnych stara się – na różne sposoby, czasami takie, które mi się nie podobają, np. autorytarne – eliminować konflikt. Po trzecie, uznanie tej diagnozy musiałoby się wiązać z budową strategii „wybicia się” z peryferyjności, a na ten cel potrzebujemy po prostu… etatów. Powiedzmy – tysiąca. Sto pierwszych może iść do gabinetu premiera, kolejne sto do państwowego instytutu, który będzie badał strategie innych krajów zmagających się z tym problemem, kolejne – do poszczególnych dziedzin, które uznamy za szczególnie kluczowe w przełamywaniu peryferyjnego statusu. I każemy tym ludziom dzień w dzień myśleć o tym, jak skutecznie redukować odziedziczony peryferyjny status państwa. Ilu urzędników i doradców zajmuje się dziś tak fundamentalnym pytaniem?
Zdaję sobie sprawę, że to, o czym mówię, jest niemal niemożliwe. Problem polega na tym, że polska debata na temat peryferyjności toczy się dziś pomiędzy urażoną godnością prawicowych patriotów a frustracjami środowiska „Gazety Wyborczej”. Ci pierwsi czują się dotknięci każdym słowem obniżającym prestiż Polski, a ci drudzy nakręcają pierwszych, bijąc w ich dumę narodową, zwalając winę za wszystko na ich „zaściankową mentalność” i narodowo-katolicką tradycję. Tego sporu nie da się już wytrzymać. To, co mogłoby być fascynującą dyskusją o peryferyjności, o tym, jak radzić sobie w sytuacji ograniczonych zasobów, przeradza się w symboliczny konflikt, od którego chciałbym uciec jak najdalej.
– Skupianie się konfliktu politycznego wokół kwestii tożsamościowych i jego wysokie natężenie to też chyba cechy dosyć charakterystyczne dla peryferii.
– Przynajmniej dla części z nich. Faktem pozostaje jednak, że ta symboliczna wojna wewnętrzna, stająca się substytutem polityczności, pogrąża nas jeszcze bardziej.
Drugim wyzwaniem, o którym chciałbym powiedzieć, stanowiącym element polskiego zmagania się z peryferyjnością, jest to, ile – umownie mówiąc – miast z prawdziwego zdarzenia będziemy mieli w Polsce. Innymi słowy, czy nasz rozwój będzie policentryczny w większym czy w mniejszym stopniu.
Przez miasto rozumiem ośrodek administracyjny postrzegany jako ważny przez rząd, który rozwój takiego miasta uznaje za cel strategiczny i wspiera. Najgorszy, typowo (neo)kolonialny wariant to sytuacja, w której jest tylko jedna metropolia, a reszta to nijaki „interior”, ewentualnie kilka pół-centrów administracyjnych, gdzie jeszcze może przyjechać ktoś z zagranicy, gdzie – ironicznie mówiąc – jest jeden dobry hotel i jeden bar sushi. Tymczasem to, do czego moim zdaniem powinniśmy dążyć, to myślenie w kategoriach 50–60 ośrodków, dużych i średnich miast, które się rozwijają. W Czechach np. życie intelektualne toczy się w dwóch ośrodkach: Pradze i Brnie. Ale już na Węgrzech poza Budapesztem prawie nie istnieje. To jest m.in. kwestia lokalnych mediów, instytucji kultury, wydawnictw, życia umysłowego.
W Polsce wielu ludzi chcących się rozwijać musi uciec przynajmniej do miasta wojewódzkiego, najlepiej do dużego miasta wojewódzkiego, czyli np. Poznania, Krakowa czy Łodzi, ale jak już ktoś naprawdę chce zrobić karierę, to musi przyjechać do Warszawy. To powoduje coś, co miałem okazję obserwować, mieszkając w Nowym Sączu, czyli dramatyczny drenaż elit poniżej 50. roku życia. 50 lat to jest tyle, ile mają najmłodsi ludzie, którzy załapali się na ważne funkcje w samorządzie po stworzeniu gmin i pierwszej reformie administracyjnej w 1990 r. Zostali prezydentami i wiceprezydentami miast, prezydentami, szefami rady – słowem, kimś ważnym w mieście, była przed nimi ciekawa kariera. Następni po nich mieli już dużo więcej kłopotów z „zaczepieniem się w Ratuszu”. Z Nowego Sącza młodzi zdolni po prostu wyjeżdżali. Nie mieszkała w mieście większość absolwentów dobrych liceów urodzonych po 1975 r. Ludzie, którzy pracowali w naszej uczelni i mieli 5–6 lat mniej niż ja, mówili, że ich koledzy z klasy uciekli do Krakowa, Warszawy, za granicę. Wyjechali, bo zapotrzebowanie na nich było co najwyżej w małych firmach, salonach samochodowych, biznesie na niskim poziomie wymagań intelektualnych. Część znalazła zatrudnienie w prywatnej szkole biznesu, ale potem także większość z nich musiała szukać sobie nowego miejsca.
To nie tylko przypadek Sącza. W wielu miejscach w Polsce po prostu nie ma młodej lokalnej elity. Elita krajowa jest w związku z tym bardzo wąska, złożona głównie z ludzi, którzy siedzą w Warszawie. Drugą stroną tego problemu jest silny umysłowy centralizm tych, którzy wybrali Warszawę i myślą tak, jak gdyby poza nią nie było życia. A przecież Polska to nie Węgry czy Francja, gdzie w stołecznej aglomeracji mieszka ok. 1/5 mieszkańców.
Szansą na przełamanie peryferyjności jest 60, a może 80 ośrodków z rozbudowaną elitą lokalną. Zdecentralizowana wizja rozwoju oprócz redystrybucji materialnej zakłada inną organizację i zakorzenienie elit. To wydaje mi się ogromnie ważne, bo wspomniany centralizm umysłowy, który zaczyna być w Polsce dominujący, jest rzeczą bardzo złą dla rozwoju. 40-milionowy naród nie powinien się opierać na wiedzy 40 ekspertów zaprzyjaźnionych z rządem.
– Ten problem chyba jest mniej lub bardziej obecny na polskiej scenie politycznej. Wyraźnie widać, że jedna z partii odwołuje się do elektoratu metropolitalnego i tzw. rozwoju polaryzacyjno-dyfuzyjnego, druga zaś – do mieszkańców mniejszych ośrodków i zrównoważonego rozwoju.
– To prawda, choć niepełna. O ile PO rzeczywiście praktykuje politykę uprzywilejowującą interes metropolii, a PiS jest ugrupowaniem umiarkowanie antymetropolitalnym, to nie jest niestety partią zainteresowaną programem rozwoju miast. Wynika to ze struktury elektoratów obu partii oraz ich pozycji w politycznej grze. Pragmatyka wyborcza każe PiS zabiegać przede wszystkim o mieszkańców wsi i powiatów, a nie średnich i dużych miast.
Przy tego typu perspektywie trudno o namysł, jakiego wymagałoby podjęcie niezwykle trudnego zadania w postaci stworzenia miast z prawdziwego zdarzenia z tych 60 ośrodków. Ośrodków, które są obecnie w poważnych tarapatach: rządzonych przez bardzo silnych, niekiedy autokratycznych prezydentów i lokalne układy, z bezsilnymi radami miejskimi, pozbawionych silnych mediów lokalnych, z kulejącym rynkiem pracy, popadających w społeczną degradację. To ogromny kapitał, który się marnuje. Wielu ludzi po studiach, gdyby tylko miało oferty sensownej pracy i perspektywy na osiągnięcie stabilnej pozycji społecznej, byłoby skłonnych tam wrócić. Niestety, w tej chwili poza paroma etatami na krzyż w Urzędzie Miasta i delegaturach instytucji centralnych – gdzie zatrudnia się „swoich”, ludzi, którzy mają oparcie w danej sieci klientelistycznej – nic tam na nich nie czeka.
– Jak ocenia Pan w tym kontekście przeprowadzkę do słupskiego ratusza niedawnego warszawskiego posła i celebryty Roberta Biedronia? To przykład oddolnej realizacji pożądanego przez Pana projektu podniesienia statusu byłych miast wojewódzkich czy pusty PR?
– Może to brzmieć dziwnie, ale bardzo ucieszyłem się z jego sukcesu wyborczego. Przede wszystkim naruszył on wielkomiejski stereotyp, według którego niemetropolitalna Polska jest ostoją zapyziałego „ciemnogrodu”, a zadeklarowany postępowiec może wygrać wybory co najwyżej w Warszawie. Tymczasem w stolicy kolejną już kadencję rządzi postać wywodząca się z ruchów Odnowy w Duchu Świętym i była prezeska banku – uosabiająca stereotyp konserwatywnego mieszczaństwa ze wszystkimi jego wadami – a w Słupsku wygrywa zdeklarowany homoseksualista i lewicowiec kulturowy.
Niebagatelne znaczenie ma także pozycja Biedronia pod względem dostępu do mediów ogólnopolskich. Dobrze, że będzie przynajmniej jeden samorządowiec reprezentujący punkt widzenia prowincji, do którego dziennikarze z Warszawy mają telefon i uważają, że warto go o coś zapytać. Zwycięstwo Biedronia ma szansę zwrócić uwagę szerszej publiczności na problemy miast takich jak Słupsk, bez wątpienia należący do wspomnianej przeze mnie sześćdziesiątki. On sam zaś – można mieć nadzieję – dzięki swoim doświadczeniom i zapleczu będzie zdolny do uogólniania pewnych identyfikowanych przez siebie lokalnych problemów. Często bowiem samorządowcy znakomicie rozumiejący problemy własnego miasta nie potrafią ich uogólnić i zainteresować nimi centralnych lub regionalnych mediów.
– Czy taki nowy propaństwowy pakiet, jaki tu nakreśliliśmy – opierający się na rozpoznaniu peryferyjności Polski, tworzeniu strategii jej przełamywania oraz (od)budowywaniu pozycji miast z pierwszej sześćdziesiątki – mógłby Pana zdaniem stanowić podstawę dla pewnego ponadpolitycznego porozumienia, a przynajmniej wykształcenia lewej nogi obozu przemiany instytucjonalnej? Warto zauważyć, że kategoria peryferyjności i zainteresowanie tym, co na obrzeżach, są silnie zakorzenione w tradycji lewicowej…
– Lewicowe inspiracje jak najbardziej mogą i powinny być częścią takiego projektu. Niestety nie pamiętam w Polsce ostatnich dekad polityka głównego nurtu lewicy, który mówiłby o tym, że jesteśmy krajem peryferyjnym – i wydaje mi się to nieprzypadkowe. Wiąże się to z faktem, że po 1989 r. zainteresowanie losem gorzej uposażonych, tzw. zwykłych ludzi czy dawnej wielkoprzemysłowej klasy robotniczej było raczej domeną politycznej prawicy niż lewicy spod znaku SLD czy Palikota. Były oczywiście próby stworzenia w Polsce prospołecznej lewicy, takie jak Unia Pracy, ale nie bez powodu się nie powiodły. Elektorat socjalny w Polsce był raczej konserwatywny kulturowo, a w każdym razie nie interesowała go rewolucja obyczajowa. Uważam, że z perspektywy peryferii lewica i prawica znaczą coś innego niż w państwach należących do ekonomicznego centrum. Na peryferiach uznanie pewnych lewicowych idei czy rozwiązań może być kwestią zdrowego rozsądku. Może być racjonalnym elementem programu partii czy rządów niedeklarujących lewicowości. Podobnie zresztą na szczeblu lokalnym – lewicowy punkt widzenia może być elementem dobrych polityk miejskich bez względu na etykietę polityczną, którą posługują się prezydenci czy burmistrzowie.
Sądzę zatem, że powinniśmy rozróżnić między elementami programu lewicy a programem formacji takiej jak SLD. Te pierwsze mogą inspirować rozwiązania w zakresie np. transportu publicznego czy dostępności służby zdrowia. Te drugie – mogą poprzestać na sporadycznych powrotach do idei 49 województw jako jedynego pomysłu na wyrównanie szans średnich miast. Pomysłu – delikatnie mówiąc – mało innowacyjnego.
– A jakich zmian spodziewa się Pan na polskiej scenie politycznej? Jeśli PiS, który do niedawna jeszcze funkcjonował jako opozycja – w pewnych przynajmniej wymiarach – antysystemowa, okrzepnie w pozycji politycznego mainstreamu najbliższych kilku lat, to jakie oblicze przybrać może kolejna odsłona antysystemowego buntu? Wynik Kukiza w wyborach prezydenckich, niezależnie od tego, że prawdopodobnie mieliśmy do czynienia z polityczną gwiazdą jednego sezonu, pokazał wyraźną tendencję pokoleniowej radykalizacji politycznej i potrzebę alternatywy spoza obecnego układu partyjnego. Czy według Pana to będzie trwała tendencja, a jeśli tak, to jakie mogą być kolejne formy tej polityki protestu?
– Nie jestem pewien, czy „antysystemowość” jest dobrym kluczem. Posłużyłbym się innym, mniej chwytliwym terminem: środowisk nie uwikłanych w obecne mechanizmy klientelistyczne. Środowisk, które – zachowując niezależność – mogą formułować cele polityk publicznych swobodniej, niż czynią to partie. Ale też muszą być świadome, że każdy akces do partyjnego układu klientelistycznego zniszczy prawdopodobnie ich autentyczność. Gdyby środowisko wydające pismo „Nowy Obywatel” postanowiło wystartować w wyborach, to straciłoby znaczną część prestiżu, rangi intelektualnej i zdolności oddziaływania na życie publiczne. Jak już wspominałem, jestem pesymistą jeśli chodzi o oczekiwania wobec polityków działających w instytucjach władzy. Natomiast jestem umiarkowanym optymistą co do tego, że – m.in. dzięki zmianom w sferze medialno-komunikacyjnej – możemy się liczyć z tym, że wywieranie nacisku na system, decyzje władz czy instytucji publicznych stanie się łatwiejsze niż kiedykolwiek wcześniej, że staną się one bardziej wrażliwe na postulaty formułowane oddolnie. Nie jestem przy tym pewien, czy wygrają na tym antyrozwojowe partykularyzmy, czy raczej obywatele kierujący się dobrem wspólnym. Wyobrażam sobie, że te nowe narzędzia – np. partycypacyjne – które dziś uznawane są dość powszechnie za pozytywne, mogą zostać wykorzystane do działalności szkodliwej z punktu widzenia interesu publicznego.
Natomiast partie protestu, ugrupowania antysystemowe to projekty obarczone bardzo dużym ryzykiem. To nie jest tylko jednostkowy przypadek ruchu Kukiza. Przyglądałem się np. losom partii obywatelskich w Czechach czy na Słowacji i zwykle kończyły się one kompromitacjami – okazywało się, że stoi za nimi szemrany biznes albo po prostu ich liderom brakuje talentu i kwalifikacji niezbędnych do przetrwania w polityce. Dlatego uważam, że dobrze nadzorowana polityka uprawiana przez obecne partie byłaby lepsza niż próba poprawienia systemu przez kolejną partię, która i tak będzie musiała wejść w koleiny partii systemowych. Wyzwania związane z tworzeniem struktur nowej partii zostały kiedyś bardzo szczerze opisane przez Marka Migalskiego. Mówił on o niesamowitej liczbie kompromisów, których ten proces wymaga – związanych np. z dogadywaniem się z różnymi wariatami czy cynicznymi eks-politykami, którzy dysponują strukturami, pieniędzmi albo innymi zasobami niezbędnymi do budowy nowej formacji. Jest tego tyle, że każda taka inicjatywa musi się albo wykoleić, albo pójść drogą Tuska i Kaczyńskiego, albo skończyć jak Palikot – z ludźmi niesprawdzonymi, którzy nie nadają się do pracy partyjnej czy parlamentarnej.
Pozytywny scenariusz to raczej ewolucja, w której istniejące partie podlegają presji ze strony mediów, elit, a gdy to nie starcza – ze strony takich projektów jak ruch Kukiza. Gdyby w Polsce zaistniały elity lepiej zorganizowane i mające większy wpływ na życie publiczne i potrafiły z tego wpływu korzystać, mogłyby wymuszać na władzy odwoływanie niekompetentnych urzędników czy wycofywanie się z niemądrych decyzji. Gdyby takie elity były jeszcze rozproszone terytorialnie, mieszkały w tych 60 miastach, to wpływ taki byłby wywierany już na niższych piętrach politycznej selekcji i być może prowadził do częściowego oczyszczenia polityki z klientelizmu. Taki mechanizm kontroli wydaje mi się ważniejszy niż ciągła wymiana na scenie politycznej, pojawianie się partii, z którymi wiążemy wielkie nadzieje, a koniec końców okazuje się, że jest to kolejna kompromitacja, tylko nieco bardziej żywiołowa. W tym sensie w Polsce problem polega raczej na tym, że system umożliwia władzy bezkarne popełnianie błędów, a nie na nadmiernym zabetonowaniu sceny politycznej.
– Dziękuję za rozmowę.
Wrzesień 2015 r.
przez Remigiusz Okraska | wtorek 24 listopada 2015 | Jesień 2015
Okładka tego numeru wprost nawiązuje do tekstu, którego autor stawia tezę, że jesteśmy (neo)kolonią. Czyli terytorium, grupą ludzi i zbiorem różnych aktywów eksploatowanych przez podmioty zewnętrzne wbrew naszemu interesowi. Teza nie jest nowa, na naszych łamach gościła już wielokrotnie, ale tym razem zdecydowaliśmy się na próbę całościowego, choć syntetycznego opisu zjawiska. Gdy założymy, że jest ona prawdziwa, musimy patrzeć na Polskę i jej problemy zupełnie inaczej, niż gdyby chodziło o państwo niedoskonałe, lecz suwerenne, samodzielne i wewnątrzsterowne. Tak właśnie próbujemy spojrzeć na nasz kraj w niniejszej edycji „Nowego Obywatela”.
Teza o (neo)kolonialnym charakterze Polski nie musi być traktowana dosłownie – że oto jesteśmy krajem, w którym jacyś inni rozgrywają swoje interesy naszym kosztem. Może też zazębiać się z przekonaniem, że zamiast instytucji służących obywatelom mamy tu pustkę, atrapę czy strukturę skierowaną tam, gdzie akurat popchnie ją ktoś odpowiednio silny. Taki obraz wyłania się z dwóch wywiadów zamieszczonych w tym numerze. Rafał Matyja opowiada o słabości polskiego państwa, bezwładnym dryfie jego struktur oraz o klasie politycznej pozbawionej „instynktów” propaństwowych i myślenia w kategoriach długofalowego interesu Polski. Z kolei Dawid Sześciło mówi o stopniowej dewastacji tego, co nazywane bywa dobrem wspólnym, a co jest niszczone przez wolny rynek, biznes i grupy interesu.
W tę tematykę wpisują się trzy inne teksty. Jeden poświęcony jest obronie ZUS-u, który mimo swoich niedoskonałości stanowi swego rodzaju instytucjonalny szkielet państwa i wspólnoty w perspektywie dekad i pokoleń, a nie kolejnych newsów, skandali czy politycznych pyskówek i kampanii wyborczych. Jego funkcje i mechanizmy łączą kilka generacji Polaków, zabezpieczają im byt w okresie starości oraz realnie, nie na poziomie gołosłownych deklaracji, realizują ideał wspólnotowości.
Natomiast rozważania o niedawnym głośnym przetargu na śmigłowiec dla polskiej armii wskazują, jak daleka od faktycznego służenia naszemu krajowi jest obecna polityka wojskowo-gospodarcza i jak niewiele wspólnego z rzeczywistością mają przepychanki kilku rzekomo krajowych producentów uzbrojenia. Jeszcze inny artykuł, choć dotyczy głównie zagranicy, ukazuje na przykładzie pociągów pasażerskich, na czym polega nie tylko dbałość o wysoki poziom konkretnych usług, ale także jaka powinna być społeczna rola systemu kolejowego oraz postawa narodowych przewoźników wobec społeczeństwa.
Zagranica jest dla nas także punktem odniesienia w innym tekście. Omawia on bardzo ciekawy ruch społeczny z kraju, który przez dekady borykał się z problemami typowy właśnie dla uzależnienia (neo)kolonialnego. Mowa o brazylijskich chłopach pozbawionych ziemi, organizujących się w celu zasiedlania i uprawy nieużytków rolnych. To nie tylko historia odważnego buntu ludzi pozbawionych praw – to także opowieść o Dawidzie zwyciężającym Goliata, choć mało kto postawiłby choć grosz na to zwycięstwo. Jednym z powracających motywów w naszym piśmie jest ukazanie, że jeszcze biedniejsi, bardziej sponiewierani i mający mniej perspektyw niż my potrafią odnieść sukces w zmaganiach z niesprawiedliwym porządkiem. Należy wierzyć, mieć nadzieję i walczyć – bez tego na zawsze zostaniemy w kiepskiej sytuacji.
W tym duchu – stawiania sobie pozytywnych celów i pracy na ich rzecz – utrzymany jest jeszcze inny artykuł. Mówi on o konieczności zmagań o skrócenie czasu pracy. Postulat ten wydaje się utopijny w świecie, w którym raczej zmusza się nas do wysiłku wciąż dłuższego, odchodząc od dawno wywalczonego 8-godzinnego dnia pracy. Autorzy tekstu przekonują jednak, że krótsza dniówka jest konieczna, jeśli chcemy myśleć o rozwiązaniu wielu problemów społecznych, w tym bezrobocia.
To oczywiście nie wszystko, co przygotowaliśmy dla Was w tym numerze. Zapraszam do lektury.
PS. Niniejszy numer „Nowego Obywatela” ukazuje się w 15. rocznicę wydania debiutanckiej edycji naszego czasopisma (tamten ukazał się pod nazwą „Obywatel”, która towarzyszyła nam przez pierwszą dekadę). Niestety trudna sytuacja materialna pisma sprawia, że nie mamy możliwości świętowania tego 15-lecia. Pozostaje nam więc jedynie wierzyć, że przetrwamy kolejne lata oraz podziękować wszystkim Czytelnikom za wspieranie czasopisma przez cały miniony okres lub jego część.
przez David Graeber | wtorek 24 listopada 2015 | opinie
Dlaczego właściwie wszyscy zaakceptowaliśmy podstawową logikę pokryzysowych cięć oszczędnościowych? Ponieważ wszelka solidarność jest od pewnego czasu postrzegana jako zagrożenie.
Nie mogę zrozumieć, czemu ci ludzie nie wzniecają zamieszek na ulicach – słyszę od czasu do czasu od osób o wysokim statusie materialnym i społecznym. Mówią to jakby z niedowierzaniem: Ostatecznie my protestujemy ile sił w płucach, gdy tylko ktokolwiek spróbuje pozbawić nas możliwościom płacenia niższych podatków; gdyby groził nam głód albo bezdomność, to pewnie palilibyśmy banki i obracali w perzynę budynki parlamentu. Co w takim razie jest nie tak z tymi ludźmi?
To dobre pytanie. Można by pomyśleć, że rząd, który narzuca takie „reformy” najsłabszym bez gruntownego uzdrowienia gospodarki, popełnia polityczne samobójstwo. Tak się jednak nie dzieje – rząd dalej rządzi, a ludzie akceptują logikę kryzysu. Dlaczego? Czemu politykom obiecującym tylko kolejne trudności, wyrzeczenia i cierpienie klasa robotnicza odpowiada potakiwaniem i przyzwoleniem, a nawet czynnym wsparciem dla ich pomysłów?
Sądzę, że właśnie owo niedowierzanie, o którym była mowa, stanowi część odpowiedzi. Klasa robotnicza, jak się nam bez końca przypomina, może być mniej skrupulatna pod względem przestrzegania prawa oraz zasad przyzwoitości niż „lepsi od niej”. Jednak nie ma ona na swoim punkcie takiej obsesji, jak klasa wyższa. Jej przedstawiciele bardziej troszczą się o swoje rodziny, przyjaciół i wspólnoty, na ogół są także przynajmniej odrobinę sympatyczniejsi.
Zjawisko to, przynajmniej w pewnym stopniu, wynika z uniwersalnego prawa socjologii. Feministki już dawno zauważyły, że ci, którzy znajdują się na samym dole pełnego nierówności układu społecznego, bardziej przejmują się tymi, którzy są na szczycie, niż ci „z góry” troszczą się o „dół”. Kobiety w każdym zakątku świata przejmują się mężczyznami bardziej (i wiedzą na ich temat więcej) niż mężczyźni nimi; ludzie o czarnym kolorze skóry bardziej wczuwają się w opinie białych, pracownicy – pracodawców, a biedni bogatych.
Ludzie są istotami współodczuwającymi i tym bardziej współczują innym, im więcej o nich wiedzą. Bogaci i sprawujący władzę mogą jednak pozwolić sobie na to, by nie dbać o innych i nic o nich nie wiedzieć. Wiele najnowszych badań psychologicznych wskazuje na to, że ci, którzy urodzili się w rodzinach należących do klasy robotniczej, wypadają w testach mierzących ocenianie cudzych uczuć dużo lepiej niż członkowie bogatych klas. Nic w tym, poniekąd, dziwnego. W końcu w „posiadaniu władzy” chodzi właśnie o brak konieczności zwracania uwagi na to, co ludzie wokoło myślą i czują. Ci, którzy mają władzę, zatrudniają innych, by za nich to robili.
A kogo zatrudniają? Głównie potomków klasy pracującej. Dziś, jak sądzę, tak mocno chcemy kojarzyć ten termin z ludźmi pracującymi w fabryce, że aż zapomnieliśmy, na czym tak naprawdę polega praca większości ludzi.
Nawet w czasach Marksa i Dickensa w społecznościach robotniczych zatrudniano o wiele więcej pokojówek, pucybutów, śmieciarzy, kucharek, pielęgniarek, dorożkarzy, nauczycieli, prostytutek i handlarzy warzywami niż górników, robotników tekstylnych czy pracowników odlewni żeliwa. Dzisiaj tym bardziej robotnicy wykonują pracę postrzeganą jako „kobiecą”, polegającą na dbaniu o innych, doglądaniu ich i zaspokajaniu zachcianek, uspokajaniu, wyprzedzaniu życzeń i myśli przełożonych, a także na opiece i nadzorze nad roślinami, zwierzętami czy przedmiotami. O wiele więcej przedstawicieli klasy robotniczej wykonuje takie czynności, niż pracuje przy pomocy młotka, dźwigu, obrabiarki lub żniwiarki.
Nie chcemy o tym pamiętać nie tylko dlatego, że większość pracowników to kobiety (bo w ogóle większość ludzkości jest płci żeńskiej), ale także dlatego, że mamy wypaczoną wizję tego, czym zajmują się mężczyźni. Całkiem niedawno strajkujący pracownicy londyńskiego metra musieli wyjaśniać oburzonym podróżnym: sprawdzanie biletów to nie jest jedyna aktywność bileterów. Większość czasu w pracy spędzają oni na udzielaniu wyjaśnień, naprawianiu zepsutych przedmiotów, szukaniu zgubionych dzieci i opiece na starymi, chorymi i zagubionymi pasażerami.
Gdy się nad tym zastanowić: czy nie na tym właśnie polega życie? Wzajemność jest istotą człowieczeństwa. Pracujemy najczęściej dla siebie nawzajem, dla wspólnej korzyści, a właśnie klasa robotnicza pracuje najwięcej. Jest więc, i zawsze była, klasą troszczącą się o innych. Ale jej członkom trudno się do tego publicznie przyznać, skoro ci, którzy korzystają z ich pracy opiekuńczej, wciąż deprecjonują wartość wzajemnej troski.
Jako dziecko z rodziny robotniczej mogę zaświadczyć, że to z tej troskliwości jesteśmy dumni. Wciąż słyszeliśmy, że praca jest wartością samą w sobie, kształtuje charakter i inne cnoty, ale nie wierzyliśmy w to. Większość z nas uważała, że lepiej unikać pracy, jeśli inni nie mają z niej jakiejś korzyści. I właśnie z takiej pożytecznej pracy, czy było to budowanie mostów, czy opróżnianie nocników, byliśmy dumni. Byliśmy także dumni z wzajemnej troski o siebie. To właśnie odróżniało nas od bogaczy, którzy, jak widzieliśmy, niechętnie zajmowali się nawet opieką nad własnymi dziećmi.
To właśnie dlatego najważniejszą burżuazyjną cnotą jest oszczędność, podczas gdy najważniejszą cnotą klasy robotniczej jest solidarność. Jednak właśnie dlatego klasa robotnicza jest dzisiaj zagrożona. Były czasy, gdy troska o własną społeczność równała się trosce o całą klasę robotniczą. W tamtych czasach ważny był dla nas „postęp społeczny”. Dziś widzimy rezultaty nieustającej wojny z samą ideą udziału świata pracy w polityce oraz z ideą społeczności robotniczej. Większość ludzi pracy nie wyobraża sobie innego wyrażenia swojej troski, niż poprzez skierowanie jej ku abstrakcyjnym pojęciom, takim jak „nasze wnuki” albo „naród”, tudzież poprzez jingoistyczny patriotyzm, czy też odwoływanie się do idei zbiorowego poświęcenia.
Skutkiem jest odwrócony porządek. Dekady politycznej manipulacji wypaczyły sens solidarności społecznej, którą teraz uważa się za dopust boży. Nasza troska została wykorzystana przeciwko nam. I prawdopodobnie tak już pozostanie, chyba że lewica, która twierdzi, że mówi głosem pracowników, poważnie i na dłuższą metę zastanowi się nad tym, czym dziś właściwie jest praca i co, zdaniem tych, którzy ją wykonują, stanowi jej największą wartość.
David Graeber
Tekst ukazał się 26 marca 2014 r. na stronie internetowej „The Guardian”. Przedruk za zgodą autora.
przez Mateusz Trzeciak | wtorek 17 listopada 2015 | opinie
Dziennikarskie śledztwo, przeprowadzone przez tabloid „Daily Mirror” przy współpracy ze związkiem zawodowym GMB, ujawniło ogromną skalę patologii na brytyjskim rynku mieszkaniowym.
Wprowadzony ustawą Housing Act w 1980 roku przez rząd Margaret Thatcher program Right to Buy (Prawo do Wykupu) umożliwiał najemcom lokali komunalnych ich zakup na własność po obniżonej cenie. Program cieszył się dużym zainteresowaniem, osiągając szczyt popularności w 1984 roku. Według danych, które „Daily Mirror” uzyskał od gmin w całej Wielkiej Brytanii na podstawie ustawy o dostępie do informacji publicznej, 1/3 wykupionych na podstawie Right to Buy mieszkań znajduje się obecnie w rękach osób prywatnych, które czerpią dochody z ich wynajmu.
Ian Gow, bliski współpracownik i sekretarz Margaret Thatcher, był ministrem odpowiedzialnym za mieszkalnictwo w rządzie torysów wprowadzającym Right to Buy. Nadzorował powstawanie i przebieg tego programu. W 1990 roku został zabity w ataku bombowym przeprowadzonym przez IRA. Jego syn, multimilioner Tyron Charles Gow, jest potentatem na rynku mieszkaniowym. Wraz z żoną Karin dysponują aktualnie ogromną, trudną do oszacowania ilością dawnych mieszkań komunalnych. Tylko na jednym osiedlu w South London mają co najmniej 40 lokali, których wartość może sięgać nawet 10 milionów funtów.
– Nie dałoby się tego zmyślić. Rodzina jednego z torysowskich ministrów, który nadzorował Right to Buy, okazuje się posiadaczami setek sprywatyzowanych mieszkań. Program Thatcher był ruchem umożliwiającym wykorzystanie budynków komunalnych dla prywatnych zysków – mówi sekretarz generalny związku GMB, Paul Kenny.
Gmina London’s Wandsworth sprzedała w ramach Right to Buy 24 000 lokali. Tylko w niespełna 16 tysiącach przypadków zachowała własność nieruchomości. 39% nowych właścicieli podaje inny adres do korespondencji, co jasno świadczy o tym, że kupowali mieszkania w celu ich wynajmu na rynku prywatnym.
Tylko w jednym byłym bloku komunalnym w Sherfield Gardens na 120 mieszkań aż 62 wynajętych lokali jest zarejestrowanych na osoby zamieszkałe gdzie indziej. Właścicielem 35 z nich jest Charles Gow, a 5 posiada jego żona.
Według informacji uzyskanych od gminy Wandsworth, dziewięćdziesięciu pięciu nowych właścicieli posiada 5 lub więcej takich lokali. Rekordzista ma ich 93, drugi na liście 32. Ustalenia związku GMB sugerują, że rekordzistą jest właśnie Charles Gow.
Urzędowe dane katastralne pokazują, że syn torysowskiego ministra zaczął nabywać dawne komunalne lokale w Sherfield Gardens w roku 1996, po 100 000 funtów każdy. Jego firma, KCG, oferuje dziś do wynajęcia czteropokojowe mieszkania w Sherfield Gardens za 1500 funtów miesięcznie. Każde z nich jest warte około 300 tysięcy funtów.
Charles Gow, który mieszka w wartym 2,5 miliona funtów domu w Esher, odmówił podania informacji o tym, jak wiele byłych lokali komunalnych posiada: Wasze dane są zaniżone. Ale zapłaciłem za nie cenę rynkową, prowadzę biznes. Nie wywołacie we mnie poczucia winy.
Patologie bywają jeszcze głębsze. Inwestorzy nabywali prawa własności do dawnych mieszkań komunalnych poprzez fundusze zarejestrowane w raju podatkowym na Wyspach Normandzkich. Dwie siostrzane spółki zarejestrowane w Guernsey mają szeroką ofertę wynajmu dawnych lokali komunalnych: Chelsea Estates Ltd. posiada 38 byłych domów komunalnych w Wandsworth, a Birkett Estates Ltd. ma ich 19. Są one kontrolowane przez byłego inwestora wysokiego ryzyka Alexa Birketa Smitha i jego brata Jamesa. Związek GMB odnalazł powiązania – ich żony są bezpośrednimi właścicielkami 27 kolejnych lokali w Wandsworth, co oznacza, że tylko jedna zamożna rodzina posiada prawie 100 dawnych mieszkań komunalnych w stolicy.
– Wasze dochodzenie pokazuje, dlaczego miliony ludzi zostały wypchnięte na drogi rynek prywatnego wynajmu, podczas gdy kilku szczęśliwców świetnie sobie radzi – mówi Toby Lloyd z mieszkaniowej organizacji charytatywnej Shelter. – Problem z Right to Buy polega na tym, że sprzedane lokale nie zostały w żaden sposób zastąpione. To nie był program zwiększający prywatną własność mieszkań – to był program zmniejszający zasób komunalny. Gminy nie mogły budować nowych mieszkań za pieniądze uzyskane ze sprzedaży.
Informacje uzyskane przez „Daily Mirror” i GMB na podstawie ustawy o dostępie do informacji publicznej pokazują, że w niektórych gminach blisko połowa sprywatyzowanych mieszkań komunalnych jest w rękach osób prywatnych, czerpiących zyski z wynajmu. „Daily Mirror” publikuje wyniki swojego dochodzenia w momencie, gdy kryzys mieszkaniowy w Wielkiej Brytanii osiąga punkt szczytowy. Tylko w ciągu ostatniej dekady prywatny sektor wynajmu zwiększył się dwukrotnie. Osiem i pół miliona mieszkanek i mieszkańców Wysp Brytyjskich wynajmuje mieszkania na rynku prywatnym – to 1/6 brytyjskich gospodarstw domowych. Pięć milionów ludzi oczekuje na mieszkania socjalne, a liczba oddawanych mieszkań nie ma szans zaspokoić palących potrzeb społecznych.
Powyższy tekst jest omówieniem artykułu Nicka Sommerlanda pt. „Great Tory housing shame: Third of ex-council homes now owned by rich landlords”, opublikowanego na stronie internetowej „The Mirror”.
przez Krzysztof Wołodźko | wtorek 10 listopada 2015 | opinie
Lech Wałęsa nie jest bohaterem mojej bajki ideowej i politycznej, ale nie mogę ustrzec się myśli, że jest najtrafniejszym aforystą naszej liberalno-prawicowo-postkomunistycznej transformacji. Jego słynne „za, a nawet przeciw” dobrze oddaje ducha rodzimej polityczności, czyli polskich postaw względem klasy politycznej i dominujących wyobrażeń społecznych.
Za, a nawet przeciw. Czy jesteś za sprawnym i sprawiedliwszym państwem, które dba nie tylko o interesy bogatych, bogatszych i najbogatszych? Ależ tak, oczywiście – odpowie z reguły wielomilionowy głos opinii publicznej. Czy jesteś za likwidacją OFE? Nie, nie, nie, wara państwu od naszych pieniędzy! To ZUS nas okrada! Czy jesteś za tym, by rozwój kraju odbywał się równomiernie, z uwzględnieniem potrzeb Polski B? Rzecz jasna. Czy jesteś za tym, by państwo ingerowało w zachodzące w skali kraju procesy gospodarcze i prowadziło efektywną politykę społeczno-gospodarczą? No nie wiem, przecież to socjalizm, potrzebujemy urynkowienia, prywatyzacji, a poza tym najbardziej zagrażają nam islamiści. Czy jesteś za tym, by państwo polskie było miejscem, gdzie przeciętny Polak i Polka oraz ich rodziny mogą prowadzić godne życie? Oczywiście, inaczej zostanie nam tyko dalsza emigracja zarobkowa. Czy chcesz, by w swojej polityce rządy uwzględniały także interesy pracowników najemnych, gorzej zarabiających warstw społeczeństwa, by także bogatsi więcej dokładali się do wspólnej kasy? Znów ten socjalizm, socjalizm, socjalizm i neokomunizm!
Czy Twoim zdaniem trwa wygaszanie Polski i zwijanie państwa na prowincji? Tak! To wszystko efekty zbrodniczej polityki Platformy Obywatelskiej! Czy należy dofinansować instytucje publiczne i naciskać na władze lokalne i samorządowe, żeby sprawniej dbały o dobro wspólne? Hmmm. Teraz, gdy już odzyskaliśmy Polskę, będziemy walczyć o wartości i zdrowie moralne polskiej rodziny, państwo nie może troszczyć się o wszystko, a przynajmniej nie na socjalistyczną modłę. Czy bolejesz nad umęczoną ojczyzną? Z piersi krwawię nad jej podłym losem! Czy przeniosłeś biznes do Czech, by uniknąć ozusowania w Polsce? Oczywiście, chcę żyć godnie! Czy nie przeszkadza ci, że Jarosław Gowin był w rządzie Platformy Obywatelskiej, a teraz jest prominentnym politykiem nowego obozu rządzącego? Pomarańcza, jak widzę, z Malty – wyśmienita!
Za, a nawet przeciw… Ktoś powie, że przerysowuję. Cóż, w kraju, gdzie do Sejmu pod antysystemowymi hasełkami dostało się pospolite ruszenie ludzi, których pod względem programu często właściwie nic nie łączy, poza tym, że dostrzegli swoją szansę na poselski stołek w sukcesie charyzmatycznego showmana zbijającego na dość powszechnej frustracji i politycznym infantylizmie części elektoratu niezły kapitalik, nie jest to wcale przerysowana teza. Naprawdę na uwagę zasługuje fakt, że z list lidera pospolitego ruszenia, który w studiach telewizyjnych z mądrą miną wymawiał co rusz słowo „neokolonializm”, dostał się do sejmu szef Unii Polityki Realnej. Oczywiście, nie każdemu synapsy łączą się w taki sposób, by mógł spostrzec, że radykalny liberalizm gospodarczy jest najlepszą metodą na wzmacnianie i ugruntowanie neokolonialnego kształtu naszego państwa. Dla wielu to nieistotny szczegół.
I nawet jeśli w tym szczególe siedzi jakiś diabeł, to nie każdy spostrzeże, że bies z cwaną miną mruga okiem do wtajemniczonych. Marną pociechę stanowi fakt, że to tylko poseł/posłowie opozycji. Czas płynie szybko, a jeśli nowe trendy się ugruntują, to wkrótce nowe pokolenie gospodarczych rozbójniczych liberałów zastąpi w polityce to starsze. To dobry temat na osobny felieton: list starego diabła do młodego, list Leszka Balcerowicza do Ryszarda Petru, Janusza Korwin-Mikke do Bartosza Jóźwiaka. Jakie byłyby w nim rady? Jakie pomysły na Polskę? Jakie strategie dla sektora bankowego? Jakie koncepcje utylizacji „ludzkiego śmiecia”?
Za, a nawet przeciw… I znów szczegół: goniec firmy kurierskiej, który mówi, że będzie głosował na Nowoczesną. Przecież Nowoczesna, czytałem ostatnio nie raz i nie drugi, to powrót do programowych źródeł Platformy Obywatelskiej. Czyli do czego? Do prawdziwego liberalizmu gospodarczego, którego tak haniebnie wyrzekł się rząd Donalda Tuska. Czym jest w Polsce realny liberalizm gospodarczy? Jego symbolem jest choćby prywatyzacja emerytur, jeden z najgorszych pomysłów na rozwiązanie problemu z reorganizacją świadczeń emerytalnych w epoce niżu demograficznego. Na dysfunkcję i koszty społeczne, na czele z perspektywą radykalnego obniżenia przyszłych świadczeń, nie trzeba było długo czekać. Donald Tusk musiał odkryć w sobie socjaldemokratę, bo finanse państwa nie zniosły dobrodziejstw reformy wprowadzonej przez Buzka. Symbolem tego „prawdziwego liberalizmu” jest także wizja taniego państwa, która w praktyce oznaczała jedno: ośmiorniczki dla establishmentu i zamrożenie płac w budżetówce na długie lata, stopniowe, ale konsekwentne uśmieciowienie stosunków pracy w administracji państwowej, coraz dalej idący rozziew między dobrostanem wąskiej elity politycznej a bieda-zarobkami całej rzeszy ludzi, niższych urzędników, na których barkach spoczywa architektura publiczna.
Wiem, wiem, to wszystko są nieroby, nieudacznicy, którzy dawno powinni „założyć firmę”, żeby nauczyć się życia, zamiast wygrzewać „ciepłe państwowe posadki”. A dodajmy, że logika wystarczająca, by urządzić republikę bananową, jest często przedstawiana jako arcypatriotyczna i racjonalna, operuje najgłupszymi obowiązującymi dziś stereotypami, których wyznawcy uważają się za politycznych nonkonformistów. Ile razy musiałem wysłuchiwać ludzi, nawet starszych, żyjących jako tako tylko dzięki temu, że państwo jeszcze jest w stanie wypełniać swoje elementarne obowiązki, a równocześnie ostentacyjnie uprzedzonych względem drobnych urzędników, często zagonionych robotą, źle opłacanych niskiego szczebla administratorów struktur publicznych. Rzadko kogo obchodzi, gdy zetknie się z urzędniczą niekompetencją, jak bardzo selekcję negatywną (owszem, występującą) w administracji stymulują niskie pensje i duży rozziew między zarobkami niżej i wyżej postawionych urzędników. Jak państwo sądzicie, ku jakiemu modelowi funkcjonowania państwa będziemy zmierzać, jeśli w politycznym i społecznym myśleniu na ten temat nic się nie zmieni, jeśli za lat kilka jeszcze większe wpływy uzyskają okołokorwiniści i „PO-Nowoczesny” establishment po liftingu? Ano, ku jeszcze bardziej niefunkcjonalnemu. Zresztą, póki co i tak istotniejsze jest pytanie, co z tym wszystkim zrobi Prawo i Sprawiedliwość. Jeśli o mnie chodzi, to kulturalnie mogę poczekać sto dni z oceną bieżącej sytuacji.
Za, a nawet przeciw. Jarosław Gowin powiada, że to skandal, iż państwo odbiera dzieci ubogim rodzinom. Jak zaznacza poseł wielopartyjny, są to przecież nierzadko dzieci z rodzin „zdrowych moralnie”. Zatrzymajmy się na moment przy stygmatyzującym swądzie tej wypowiedzi, która każe się nam domyślać, że w przypadku „nizin społecznych” „zdrowie moralne” jest na tyle niepewne, iż trzeba jasno na nie wskazać, by oddzielić dobre owieczki od parszywych owiec. Bieda w Polsce, w znacznym stopniu dzięki realnym liberałom, zawsze miała złą markę. Od początku transformacji otrzymaliśmy wiele przykładów, że wykluczanie ludzi, którym strukturalnie nowy ład dał się we znaki, odbywało się przy użyciu nośnych insynuacji: to rozpita, leniwa hołota, co to ani firmy nie założy, ani roboty nie poszuka. Ile osób spośród tej hołoty, ilu ludzi z tych nizin na emigracji zarobkowej odnalazło się jako pełnoprawni pracownicy, którzy ułożyli sobie życie na obczyźnie, choć nie tak rzadko za cenę rozpadu rodzin – opinia publiczna raczej się nie dowie. Zresztą, opinia publiczna w Polsce coraz częściej jest od tego, żeby „j…ć islamistów”, krzyczeć „ZUS na okrada” i przedstawiać jako cudowne lekarstwo na patologie społeczno-gospodarcze hasełka „zausz firmę”, a nie od tego, żeby racjonalnie opisywać rzeczywistość.
To już nie jest tak, że to tylko „telewizja kłamie”, że z wozów TVN rozpyla się miraże, że Lis i Kraśko wychodzą z kątów i szczają nam do garnków jak te mrożkowe karzełki – więc nic się nie udaje. To jest tak, co dobrze widać po jakości debaty internetowej, w której nikt już przecież nie przeszkadza mówić ludowi własnym głosem, że schizofrenia narodowa, dysfunkcjonalne „za, a nawet przeciw” to standard. Kto na tym wygra? Wielki kapitał. Kto przegra? Większość Polaków, czasem nawet ci, którzy potrafią rozpychać się łokciami. Bo pękną im kości i skóra na łokciach, gdy spotkają silniejszych od siebie, albo gdy z przyczyn różnych nie będą już mogli wywiązywać się ze swoich finansowych zobowiązań względem skrajnie urynkowionego świata.
Ale wróćmy do tych dzieci odbieranych ubogim rodzicom właśnie z powodu biedy. To oczywiście bardzo źle, jeśli takie sytuacje mają miejsce. Ale przecież cały ten porządek rzeczy nie wziął się znikąd. On wziął się właśnie z ulubionej ekonomii politycznej naszych pobożnych i bezbożnych liberałów, wedle której system wsparcia socjalnego jest właściwie dla patologii i powinien być jak najmocniej okrojony. On się wziął z tego, że przez dekady transformacji filozofia państwa nie opierała się na harmonijnym poszukiwaniu rozwiązań godzących rzeczywistość rynkową ze sprawnymi strukturami publicznymi i przemyślaną polityką społeczną, lecz na ciągłym szukaniu oszczędności, okazji do cięć i jeszcze większej taniości. Ktoś się na tym oczywiście nieźle obłowił – dla reszty są kredyty. Na marginesie: podobno coraz większa liczba Polaków ogłasza upadłość konsumencką. Cóż, skoro w bardzo wielu miejscach kraju coraz trudniej o stabilną pracę za godziwe pieniądze, to musiało się tak stać. Tylko że cały ten obszar odnoszący się do klasy-ledwo-wiążących-koniec-z-końcem, którzy zdążyli „się obkupić” (zatem wygląda, że sobie nieźle radzą) właściwie jest słabo widoczny. Dopiero gdzieś na skraju rzeczywistości, jako zły symptom, na który można się gromko oburzać, przy okazji znów kopiąc „złych urzędników”, pojawiają się dzieci odbierane ubogim rodzicom. Ale nie patrzmy na to osobno: to są tylko różne aspekty zjawisk generowanych w obrębie całej wspólnoty politycznej, społecznej i kulturowej, nazywanej III RP.
Za, a nawet przeciw. Sojusz Lewicy Demokratycznej znalazł się za parlamentarną burtą. Nie ukrywam, że wyrażałem radość z tego powodu. Przede wszystkim dlatego, że chciałbym, by polska lewica była wreszcie kojarzona z Pużakiem, Ciołkoszami, Pragierem, a nie z Bierutem, generałami Kiszczakiem i Jaruzelskim. Nie ukrywam, że polityczna porażka Leszka Millera (i jego kolegi Janusza Palikota) wydaje mi się odpowiednią karą dla tych cyników. Ale do wyobraźni przemówiła mi wypowiedź stałego współpracownika „Nowego Obywatela”, Rafała Bakalarczyka, mocno zaangażowanego w sprawy rodziców i opiekunów niepełnosprawnych dzieci. Przypomniał on w komentarzu do wyników wyborów, że wraz z upadkiem SLD z Sejmu zniknie Tadeusz Tomaszewski. Jak stwierdził Bakalarczyk, poseł Tomaszewski był jednym z nielicznych, którzy zajmowali się sprawami wykluczonych opiekunów, którzy interesowali się losem tych ludzi i wypełniali wobec nich pewne publiczne/parlamentarne zobowiązania.
Nie wykluczam, że w szeregach SLD było nieco więcej takich osób, które dbały o wykluczonych, o sprawy pracownicze, współpracowały ze związkami zawodowymi, traktowały poważnie swoją lewicowość w wymiarze społecznym. Oni także „poszli za burtę”. Jeśli byli tacy – zupełnie serio należą się im podziękowania. Ale konieczne jest dopowiedzenie: największą winą postkomunistów jest fakt, że to, co powinno być rdzeniem działalności lewicowej formacji, w przypadku SLD stanowiło jakiś odprysk, coś mało istotnego w ogólnej formule tego ugrupowania. Jeśli o mnie chodzi, byłbym skłonny wybaczyć postkomunistom ich postkomunizm, gdyby przez długie lata III RP byli rzeczywistymi socjaldemokratami, socjalistami, niechby nawet socjalliberałami. Ale oni stworzyli strukturę niemal doskonale bezideową, czy raczej ideowo identyczną z filozofią realnego liberalizmu – tak dalece, że „płaczą” dziś po Millerze nader pragmatyczni postkorwiniści pokroju Łukasza Warzechy. A mają oni swoje powody, by obawiać się ewentualnych sukcesów „neokomunistów” z partii Razem.
Co do Razem, to mam tylko jedną, prostą nadzieję. Opiszę ją krótko: że to nie będzie partia „za, a nawet przeciw”.
przez Magdalena Okraska | poniedziałek 9 listopada 2015 | nasze rozmowy
Z Magdaleną Bartecką, producentką i jedną z bohaterek filmu „Niepamięć”, pierwszego polskiego dokumentu dotyczącego pańszczyzny, rozmawiamy o kulturze i życiu wsi, antagonizmie na linii wieś-miasto oraz polskiej historii opowiedzianej ustami tych, których przez dekady nie słuchano.
***
Stowarzyszenia Folkowisko zajmuje się kulturą wsi jako kulturą peryferyjną, „gorszą”, mniej widoczną w oficjalnym dyskursie. Na czym dokładnie polega jego działalność? Warto wspomnieć choćby o kampanii „Jestem ze wsi!”.
Magdalena Bartecka: Wszystko zaczęło się dzięki Marcinowi Piotrowskiemu, duchowi sprawczemu naszego stowarzyszenia, który ściągnął nas wszystkich do Gorajca – małej wsi na Roztoczu Wschodnim. Tam co roku organizujemy Festiwal Kultury Pogranicza, a w maju gromadnie świętujemy Dzień Wolności Chłopskiej, upamiętniający zniesienie pańszczyzny w Galicji. Ale chyba najgłośniejsza medialnie była akcja „Jestem ze wsi!”, która niespodziewanie urosła do rozmiarów kampanii społecznej. Jej celem było pokazanie złożoności kultury wiejskiej, rozbijanie stereotypów na temat osób pochodzących z prowincji i ujawnienie chłopskich korzeni większości Polaków. Bez grosza przy duszy udało nam się potrząsnąć tym, że tak powiem, dworkopodobnym wyrobem umysłu, czyli powszechnie panującym wyobrażeniem o niebyciu ze wsi, byciu z miasta, byciu „z pana”.
Z kolei podczas akcji „Kultura jest babą” zajmowaliśmy się bogactwem kultury tworzonej na wsi przez kobiety. Wraz z paniami z Kół Gospodyń Wiejskich, Klubów Seniora i aktywistkami z Przestrzeni Kobiet prowadziliśmy warsztaty, debatowaliśmy o roli kobiet na wsi i ich często niedocenianej aktywności. A to przecież właśnie ich niewidzialna praca tworzy wiejską tkankę społeczną.
Obecnie zajmujemy się m.in. czyszczeniem krzyży pańszczyźnianych, opieką nad drewnianą szesnastowieczną cerkwią, czytamy literaturę z paniami i panami z Dyskusyjnego Klubu Książki. Organizujemy też przegląd muzyczny „Nowe Źródła”, którego celem jest wsparcie młodych twórców i zainteresowanie ich tradycjami muzycznymi regionu.
Działamy przede wszystkim w okolicach wsi Gorajec. To tam bije źródło wiedzy. To dzięki relacjom z mieszkańcami gminy Cieszanów, dzięki robieniu rzeczy wspólnie, mamy szansę dowiedzieć się, co jest ważne dla naszych sąsiadów, co ich cieszy, co chcieliby zmienić, a co utrzymać w niezmienionej formie. Oczywiście wsie różnią się między sobą znacząco i dlatego chcielibyśmy dotrzeć do wielu takich źródeł. Chcemy się uczyć od innych organizacji działających na wsi, chcemy je poznawać i nawiązywać współpracę.
Bardzo ważne jest dla nas także szukanie porozumienia między wsią a miastem. Nie chcemy, aby jedynym pomostem między tym, co miejskie i pozamiejskie, były reality show i podsycane stereotypami diagnozy medialnych elit. Dlatego staramy się i będziemy się starać budować przestrzeń, w której różne wiejskie i miejskie doświadczenia będą mogły wybrzmieć na równych prawach. Ale też nie chcemy ustawiać się w pozycji defensywnej i ciągle tłumaczyć się przed tymi, którzy uważają kulturę pozametropolitalną za bezwartościową. Mamy chyba już dosyć powtarzania: „ej, posłuchajcie, wieś jest spoko”.
Jak obecnie postrzega się wieś? Czy nadal jest odbierana przez społeczeństwo jako ciemna, zacofana, jest stawiana w opozycji do „oświeconego”, lepszego miasta?
M.B.: Zależy, o jakich środowiskach mowa. W kręgach akademickich ostatnio dzieje się wokół wiejskości bardzo dużo. Coraz więcej badaczy (choć niestety nie wszyscy) idzie w poprzek utartym schematom myślenia o wsi. Coraz więcej miejskich wydarzeń koncentruje się wokół spraw wiejskich, jak choćby tegoroczny Festiwal Artboom. Cenne są wszelkie próby pisania chłopskiej historii na nowo. Chodzi o to, by nie myśleć o chłopskiej przeszłości wyłącznie w kategoriach braku. Warto patrzeć na nią także w kategoriach zasobu i obfitości. To są rzeczy nowe, świeże, na które patrzę z nadzieją.
Ale w publicystyce wielkomiejskiej tzw. elity opiniotwórcze serwują nam pełne pogardy obrazy mieszkańców wsi. Wystarczy przytoczyć reakcje głównonurtowych mediów na zeszłoroczne protesty rolników, którzy przecież przywieźli w Aleje Ujazdowskie postulaty w imieniu całego społeczeństwa – ważne dla wszystkich obywateli. Taka postawa środowisk opiniotwórczych, reprodukowanie takiej wizji wsi ma wpływ na konkretne decyzje polityczne. Likwidacja infrastruktury na wsi, zwijanie się państwa z obszarów wiejskich, pokazują, że wieś jest uznawana za balast, za pustynię cywilizacyjną. Ma to związek ze skrajną centralizacją Polski. Niemal wszystkie ośrodki decyzyjne, medialne i polityczne znajdują się w Warszawie. Jeśli zaś centrala przekazuje zadania organom lokalnym, to jakoś zawsze „zapomina” przekazać odpowiednie środki finansowe na realizację tych zadań. To sposób na cichą likwidację państwa rękami samorządów. Żeby tę tendencję powstrzymać i odwrócić, potrzebna jest synergia bardzo różnych organizacji, środowisk czy nawet pojedynczych osób działających na rzecz wsi (na wsi i w mieście), od związków zawodowych po Koła Gospodyń Wiejskich.
W ostatnich latach obserwujmy rosnący trend wymyślania żartów ze „słoików” i aluzji do wiejskiego pochodzenia, mimo że przecież ludność zawsze migrowała ze wsi do miast. Czy pochodzenie wiejskie jest nadal powodem do wstydu, czy coś się pod tym względem zmienia?
M.B.: Z pewnością zawrotna kariera słowa „słoik” świadczy o tym, że mamy problem z chłopskim pochodzeniem. Określenia „słoik” nie wymyśliły same „słoiki”. Dziś jednak wielu migrantów ze wsi mówi tak o sobie. Wymykają się w ten sposób stygmatyzacji, przechwytując dla siebie ten język. Ludzie zaczynają mówić o sobie nie bez dumy i zadowolenia: „tak, jestem słoikiem, tak, jestem wieśniakiem”.
Niemniej jednak obelgami są wyrażenia: „wieśniak”, „cham”, „słoma ci z butów wystaje”, „jesteś oderwany od pługa” itp. Jeśli ktoś mówi, że idzie się odchamić, to ma na myśli zażycie kultury wysokiej, tej nie-wiejskiej. Wstyd z powodu wiejskiego pochodzenia jest produktem struktur długiego trwania. Jeśli w jakimś kraju przez ponad 300 lat panowało niewolnictwo (a polska pańszczyzna nie była przecież niczym innym jak specyficzną formą niewoli), to trudno oczekiwać, żeby nie zostawiło to głębokich śladów i blizn. Ale ważne wydaje mi się, by nie czytać naszej historii tylko przez traumę, by nie traktować chłopskości jako garbu. Warto szukać też źródeł emancypacji w chłopskim uporze i oporze, w godności chłopskiej pracy i normalnym, codziennym życiu.
No i w końcu pańszczyznę jednak zniesiono. Pamiętajmy też, że potem rozwijała się chłopska spółdzielczość, że była reforma rolna (bez przymusowej kolektywizacji!), że był awans społeczny. A wszystko to wydarzyło się także dzięki oddolnemu naciskowi ze strony samych mieszkańców wsi: od chłopskich buntów, przez Wielki Strajk, opór wobec wprowadzania kołchozów, po ogromny wysiłek całych chłopskich rodzin inwestujących w wykształcenie swoich dzieci.
Jak na wsi wygląda aktywność obywatelska? W jaki sposób organizują się jej mieszkańcy?
M.B.: Dla oddolnej działalności bardzo ważna jest infrastruktura publiczna. Jeśli wieś posiada świetlicę, szkołę albo chociaż kościół, wtedy jest znacznie łatwiej, bo mieszkańcy mają gdzie się spotkać i mogą razem coś zrobić. Mogą zaplanować budżet sołecki, zrealizować jakiś wspólny pomysł czy razem poświętować, np. organizując dożynki. Jeśli jedynym miejscem publicznym jest przystanek autobusowy, na który w dodatku nie przyjeżdża już żaden autobus, wówczas działanie jest mocno utrudnione.
U nas w Gorajcu mieszkańcy angażują się w konserwację kapliczek i krzyży pańszczyźnianych. Ostatnio staramy się również zabezpieczyć wymagający konserwacji dach zabytkowej cerkwi. Mobilizujący wpływ na całe otoczenie mają prężnie działający sołtys Henio Nienajadło, pan Zbyszek Bliziński i Grzegorz Ciećka z naszego stowarzyszenia, który w poszukiwaniu zwalonych w lesie krzyży pańszczyźnianych jest w stanie przeczesać każdą gęstwinę (wszyscy oni występują zresztą w filmie „Niepamięć”). Z kolei we wsi Chorążanka, z której pochodzę, dość niedawno odremontowano świetlicę, która miała zapadniętą podłogę. Było nam znacznie przyjemniej ustalać budżet sołecki w świeżutko odmalowanej salce. Może nawet uda się wkrótce zorganizować jakąś imprezę. Dlatego bardzo ważny jest dostęp do publicznej infrastruktury. Na wsi szkoła, biblioteka czy ośrodek kultury to nie tylko miejsca, które realizują pewne usługi publiczne – często są to centra życia kulturalnego, które integrują całą społeczność: od dzieci po ludzi starszych. Raport przygotowany niedawno m.in. przez dr Przemysława Sadurę wskazuje, że dla ludzi na prowincji instytucja publiczna to także znak obecności państwa, dowód, że państwo ich nie opuściło.
„Niepamięć”, film, którego jest Pani producentką, to pierwszy polski dokument o podziale na „chłopów” i „panów”. To historia dwojga młodych ludzi – malarza-arystokraty i „wykształconej chłopki”. Wspólnie odwiedzają lubelską i podkarpacką wieś, by szukać odpowiedzi na wiele ważnych pytań: czy pochodzenie determinuje to, kim jesteśmy? Do jakiego stopnia dawne podziały wpływają na naszą teraźniejszość? Co było impulsem do powstania filmu na temat, wydawałoby się, przez wielu uznawany już za zakurzony i nieaktualny? Jakie są obecnie konsekwencje tamtego niewolniczego systemu?
M.B.: Po akcji „Jestem ze wsi!” zobaczyliśmy, że sprawa pańszczyzny pomimo odległej daty nie przedawniła się. Ogromną siłą „Niepamięci” są bardzo żywe dyskusje, które wywołuje podczas pokazów w całej Polsce. Odbyło się ich już kilkadziesiąt. Bardzo mnie cieszy, że widzowie tak chętnie zabierają głos, dzielą się swoimi historiami, dokonują wiejskich coming outów, a czasem krytykują. I chociażby temperatura tych dyskusji pokazuje, że mamy do czynienia z tematem, który się nie zużył, bo nie miał tak naprawdę szansy wybrzmieć w pełni w debacie publicznej. We wrześniu na pokazie we wsi Ostrowite była pełna sala ludzi, mimo że data pokazu pokrywała się z meczem Polska-Niemcy! Dyskusja była pełna emocji i niełatwa, bo dotykała bardzo ważnych, ale też zapalnych punktów naszej historii.
Chcieliśmy zrobić film, który podejmowałby temat polskiego niewolnictwa; mieliśmy wrażenie, że polska kultura takiego filmu bardzo potrzebuje. Sukces „Niepamięci” zawdzięczam reżyserowi filmu Piotrowi Brożkowi i montażystce Ewie Golis, którzy znaleźli formę na ujęcie tak trudnego i pewnie dla wielu twórców niefilmowego tematu. Znalezienie koncepcyjnego klucza do opowiedzenia o wydarzeniu, którego bezpośredni świadkowie dawno już nie żyją, wymagało od nich wielu godzin ciężkiej pracy.
Ostatecznie zrobiliśmy film o powidokach pańszczyzny, czyli o dawnych podziałach, które z systemu pańszczyźnianego przeszły gładko do kapitalizmu. Dawne hierarchie nakładają się na nowe. Dlatego Kulczyk wychodzi za mąż za Lubomirskiego, a Niemczycki żeni się z Czartoryską. Idealna symbioza. Nowo wzbogaceni potrzebują legitymizacji swojego majątku, a arystokraci utrzymania dawnej pozycji finansowej. Mimo że tytuły szlacheckie zniesiono dawno, to myślenie postszlacheckie pozostało. Efektem tego myślenia jest legitymizowanie nierówności np. poprzez uznanie dzisiejszych roszczeń majątkowych dawnych posiadaczy za naturalne. Kiedy kwestionujemy tę rzekomą naturalność, wskazując, że po wojnie cała Polska podnosiła stolicę z gruzów, to wtedy pojawia się pytanie: czyje tak naprawdę są te budynki? Arystokratów, którzy zdobyli swoje finansowe i kulturowe kapitały dzięki setkom lat darmowej pracy pańszczyźnianych chłopów, czy może zwykłych ludzi, którzy po wojnie odbudowywali zniszczone miasta w czynie społecznym?
„Zadaniem” filmu było wzniecenie dyskusji o roli, jaką niewolnicza praca naszych przodków odegrała w historii Polski, przypomnienie, że I RP to była kraina panów i niewolników. Czy to fundament, na którym powinniśmy budować naszą tożsamość? Z jednej strony – wyraźna dychotomia, z drugiej – temat wydawałoby się przebrzmiały, bo uwierzyliśmy, że ostatnie 70 lat zrównało nas wszystkich, że jesteśmy społeczeństwem egalitarnym, bezklasowym, a wszelkie tak wyraźne podziały to pieśń przeszłości i granie na resentymentach, co zarzuca zresztą filmowi Jan Sowa, pisząc, że „definiowanie się tylko przez to, skąd się pochodzi, nie jest politycznie obiecujące”.
M.B.: Jan Sowa ma oczywiście sporo racji: gdybyśmy chcieli definiować się tylko przez to, skąd pochodzimy, to tkwilibyśmy ciągle w mitach i traumach z przeszłości. Ale historia nie jest czymś skończonym i zamkniętym, a przeszłość nie jest całkiem przeszła. Historia ma w sobie uśpiony potencjał, który można aktywować. Zresztą sam Jan Sowa, gdy próbuje zdefiniować nowy, futurystyczny kierunek, w którym powinniśmy zmierzać, powtarza pytanie: skąd przychodzimy? Przywołuje z przeszłości mit „Solidarności”. Próbuje zakorzenić uniwersalne postulaty równości w konkretnym lokalnym kontekście. Tak, by jego wizja dobra wspólnego wynikała nie tylko z zachodnich książek, ale z doświadczenia zwykłych ludzi, którzy tu żyli pracowali i walczyli o swoją godność.
Nie da się zbudować żadnego uniwersalnego, równościowego projektu bez rozpoznania, że za tym wszystkim kryje się czyjeś życie, czyjeś dążenie. Dlatego bardzo ważne jest grzebanie w przeszłości i szukanie tego, co może mieć wybuchowy potencjał. W Folkowisku planujemy wydanie książki właśnie z taką niezwykłą historią „zwykłego człowieka”, przyjaciela naszego stowarzyszenia, 83-letniego Aleksandra Soli. W jego życiu odbija się w niesamowity sposób dziejowy proces nowoczesnej historii Polski: od przedwojennej wsi i Zagłady Żydów, przez industrializację i przygody na dzikim zachodzie Ziem Odzyskanych, po strajki lubelskiego Lipca i działalność w podziemnej „Solidarności”. To wspomnienia z życia na wsi, awansu i buntu.
A co do resentymentu – warto zadać sobie pytanie, czy jest zawsze zły. Resentyment to dojrzewający powoli gniew. Ten gniew przeciwko niesprawiedliwości może stać się paliwem samoorganizacji i wspólnego działania. Resentyment może stać się twórczy. Między innymi to resentyment wywołał Wielką Rewolucję Francuską. Nie bałabym się go aż tak bardzo.
Dziękuję za rozmowę.
23.10.2015 r., rozmawiała Magda Komuda.
przez Kolektyw Warszawskich Organizacji Lokatorskich | wtorek 3 listopada 2015 | opinie
Październik 2015. W Warszawie nie trzeba długo czekać na mieszkania komunalne. Tak przynajmniej głosi tytuł artykułu Małgorzaty Zubik z Gazety Wyborczej. Michał Olszewski, wiceprezydent Warszawy i homme fatale stołecznej polityki mieszkaniowej, podchwytuje temat i deklaruje, że opisana sytuacja „jest efektem konsekwentnie realizowanej polityki lokalowej od 2008 roku, kiedy przyjęto po raz pierwszy w historii warszawskiego samorządu kompleksowy program dot. mieszkań komunalnych”…
Ponad 420 milionów długów czynszowych, zaległości w opłatach więcej niż połowy lokatorów z ponad 80-tysięcznego zasobu mieszkaniowego miasta, pozorne programy pomocowe i czynsze regulowane wyższe niż opłaty w większości wspólnot i spółdzielni. Jeśli, jak twierdzi wiceprezydent Olszewski, jest to wynik celowego działania urzędników, to w ciemno można zlikwidować odpowiedzialne za ten stan Biuro Polityki Lokalowej.
Skąd ten dług?
Warszawska Wola. Jedna z dzielnic o największej liczbie mieszkań komunalnych. Ponad 127 milionów zadłużenia na koniec 2014 r. Już w 2005 r. Roman Burdecki, ówczesny dyrektor Zakładu Gospodarowania Nieruchomościami Dzielnicy Wola m.st. Warszawa, a obecnie naczelnik Wydziału Lokalowego na Woli, alarmował, że długi czynszowe ma ponad połowa miejskich lokatorów. W wywiadzie, którego udzielił „Trybunie”, mówił wręcz, że długi te to „bomba z opóźnionym zapłonem”. Czynsz regulowany był wtedy na poziomie dwu złotych za metr.
W 2008 r. władze Warszawy postanowiły tę bombę odpalić – dokładniej mówiąc zrobili to wiceprezydent Andrzej Jakubiak razem z Biurem Polityki Lokalowej, forsując tzw. urealnienie czynszów, co oznaczało skokową podwyżkę stawek ze wspomnianych dwóch złotych do sześciu. Projekt przyklepali miejscy radni, uchwalając Wieloletni Program Gospodarowania Zasobem Mieszkaniowym m.st. Warszawy.
Nie był to jednak koniec pułapek na niezamożnych lokatorów. W programie przewidziano czynsz karny, który znacznie przewyższał standardowe opłaty. W 2011 r. ten karny czynsz, czyli tzw. odszkodowanie, był już trzykrotnością czynszu regulowanego. Kogo nie było stać na dwa złote, płacił więc sześć, a potem w szybkim trybie lądował z odszkodowaniem sięgającym osiemnastu złotych. Zadłużeni lokatorzy tracili tytuł do lokalu (bez prawa do lokalu zamiennego lub socjalnego), a zatem nie mogli skorzystać z dodatku mieszkaniowego. Zmyślnie zaprojektowana przez urzędników spirala długów wciągnęła ponad połowę lokatorów komunalnych.
Odszkodowanie – podatek od biedy
Przyjrzyjmy się uważniej, czym jest wspomniane odszkodowanie. Wynika ono z art. 18 Ustawy o ochronie praw lokatorów. Osoby zajmujące mieszkanie bez tytułu prawnego mają płacić właścicielowi odszkodowanie równe wysokości czynszu, jaki właściciel mógłby uzyskać, gdyby ponownie wynajął ten lokal. Jednak, wbrew inwencji warszawskich urzędników, odszkodowanie nie może być dowolnie kształtowane. Pisała o tym m.in. Ewa Bończak-Kucharczyk:
„Niektórych właścicieli w ustalaniu wysokości czynszu, jaki mogą pobrać, czasami ograniczają przepisy. Ograniczenia takie dotyczą jednostek samorządu terytorialnego, które są obowiązane wynajmować zgodnie z zasadami uchwalonymi przez ich organy stanowiące oraz stosować stawki czynszu wynikające z uchwał organów wykonawczych tych jednostek albo z zarządzenia wójta, burmistrza lub prezydenta miasta, chyba że w dokumentach tych przewidziano możliwość wynajęcia próżnych lokali w trybie przetargu albo inne przypadki stosowania rynkowego czynszu”.
Karne czynsze stosowane są i w innych miastach – np. w Lublinie 200% zwykłego czynszu – wywołując podobne szkody społeczne. Co do ich lichwiarskiego charakteru nie miała wątpliwości większość zakładów gospodarki nieruchomościami, bo przynajmniej w kilkunastu sprawozdaniach przeczytać można uwagi podobne do tych ze Sprawozdania ZGN Wola za rok 2014:
„[…] sytuację pogorszyły podwyżki stawek czynszu wprowadzone w 2009 r. na podstawie Uchwały Nr XLI/1272/2008 Rady Miasta Stołecznego Warszawy z dnia 2 października 2008 r. w sprawie uchwalenia wieloletniego programu gospodarowania mieszkaniowym zasobem m.st. Warszawy na lata 2008-2012 oraz podwyższone w 2010 r., w sprawie ustalenia stawek czynszu za 1 m² powierzchni użytkowej w lokal mieszkalnych, których właścicielem jest miasto stołeczne Warszawa. W wyniku podwyżek wielu lokatorów utraciło prawo do lokalu dotychczas zajmowanego, ponieważ nie byli wstanie dokonywać opłat, ale nadal zamieszkują w tych samych lokalach.
Maksymalna stawka za bezumowne korzystanie z lokalu odpowiadała 3% wskaźnika przeliczeniowego kosztu odtworzenia 1 m² powierzchni użytkowej budynków mieszkalnych określonego przez Wojewodę Mazowieckiego dla województwa mazowieckiego. Stawka odszkodowania za bezumowne korzystanie z lokalu została zwiększona od stycznia 2009 roku o ok. 490%”.
W 2012 r. w Warszawie, dzięki staraniom organizacji lokatorskich, czynsz karny został usunięty z nowego programu. Pozostały milionowe długi, których legalność jest co najmniej wątpliwa, jednak bez wahania można wskazać ich źródło – to szkodliwe decyzje polityczne.
Śliska pomocna dłoń
W 2014 r. Warszawa ogłosiła program restrukturyzacji zadłużenia. Do 21 września lokatorzy mogli zgłaszać swój udział. Przykro patrzeć na ten niepoważny, „promocyjny” charakter programu, który ma przecież zmierzyć się z problemem społecznym dotyczącym kilkudziesięciu tysięcy mieszkańców. Dość obłudnie wyglądają też ubolewania urzędników Biura Polityki Lokalowej, że Warszawiacy nie spieszą skorzystać z pomocy.
Uchwała to kolejny przykład absolutnego braku konsultacji ze stroną społeczną. Spotkania dotyczące polityki mieszkaniowej, na których tego typu pomysły miały być omawiane, nie odbywają się od ponad roku. Odgórnie preparowane „kompleksowe” rozwiązania, nie działają w wielu polskich miastach – na papierowe, a często szkodliwe pomysły zdecydowała się i Warszawa.
Nie jest tajemnicą, że komunalny zasób mieszkaniowy w Warszawie jest poważnie zagrożony reprywatyzacją. Nie wiadomo, ile mieszkań trafi w prywatne ręce – może to być dziesięć procent, może być połowa, a może być większość. Z odpowiedzi na interpelację wynika, że tylko na Woli problem może dotyczyć ponad 1500 mieszkań.
Od lat władze Warszawy udają, że kiedy kamienica trafi w prywatne ręce, lokatorzy przestają być lokatorami komunalnymi, a miasto nie ma wobec nich żadnych zobowiązań. Co to oznacza dla zadłużonych lokatorów? Jeśli podpiszą wniosek o restrukturyzację, czyli w praktyce uznają swój dług, a ich mieszkanie znajdzie się w kamienicy, która zostanie zwrócona, nie tylko stracą dach nad głową, ale zostaną z trudnym do spłacenia obciążeniem finansowym. Warto przypomnieć, że zadłużenia okresowe (takie jak czynsz) przedawniają się po trzech latach. Może się zatem okazać, że lokator poprzez ugodę zwiększy, a nie zmniejszy swój potencjalny dług, bowiem podpisanie porozumienia oznacza uznanie również długów przedawnionych.
Problemu osób długotrwale zadłużonych nie rozwiązuje drugi komponent „kompleksowego” miejskiego programu – możliwość odpracowania długów czynszowych. Metoda ta sprawdza się jedynie w przypadku stosunkowo niewysokich, krótkoterminowych zadłużeń, jako działanie prewencyjne. W tym miejscu przytoczyć można opinię warszawskiego Biura Porad Obywatelskich, realizującego projekt „Długi – wspólny problem”: „z dotychczasowych doświadczeń doradców wynika, że Zarządy Gospodarki Nieruchomościami, a szczególnie Ośrodki Pomocy Społecznej kierują do udziału w projekcie »Długi – wspólny problem« osoby z długotrwałym i dużym zadłużeniem, dla których aktywne metody pokonywania problemu zadłużenia czynszowego przewidziane w Modelu Aktywizacji Dłużnika nie mają już zastosowania. Zarządy Gospodarki Nieruchomościami powinny zatem dokonać analizy aktualnych przypadków zadłużenia i kierować do porad osoby, którym można jeszcze pomoc w ramach MAD. W tym celu konieczne będzie zintensyfikowanie kontaktów z ZGNami, tak, aby do Biura docierały przypadki zadłużenia na niewielkie kwoty. Stwierdzono, że reakcje powinny wywołać zadłużenia na kwoty rzędu 1500 zł z okresu nie dłuższego niż 3 miesiące, bowiem tylko wtedy można realnie myśleć o rozłożeniu na raty czy oddłużaniu, a szybka reakcja da dłużnikowi możliwość uniknięcia popadnięcia w spiralę zadłużenia”.
Reguły postępowania urzędników wobec lokatorów zamieszkujących „nielegalnie”, na przykład w wyniku wypowiedzenia umowy najmu za zadłużenie, są wyjątkowo brutalne – ich wniosków o mieszkanie po prostu się nie uznaje. Poważny kłopot mają też osoby bez meldunku.
Zresztą, jak wynika z doświadczenia organizacji lokatorskich, uzasadnienia odmowy przyznania lokalu mogą być kuriozalne. Biedny nie dostanie przydziału, bo jest za biedny, co urzędowo brzmi np. tak: „[…] Wykazane przez Panią dochody świadczą, że znajduje się Pani w niedostatku. Zachodzi więc domniemanie że nie będzie Pani w stanie uiszczać czynszu i innych opłat związanych z utrzymaniem lokalu mieszkalnego. W związku z powyższym Zarząd Dzielnicy nie zakwalifikował Pani do udzielenia pomocy mieszkaniowej”. A niepełnosprawny, bo mu będzie w mieszkaniu niewygodnie – „zamieszkanie przez Pana w placówce dla bezdomnych umożliwi zakwalifikowanie na listę osób oczekujących na lokal socjalny. Należy jednak mieć na uwadze fakt, że w Pana sytuacji zdrowotnej zamieszkiwanie w lokalu socjalnym byłoby bardzo trudne bowiem są to pojedyncze izby, w starych kamienicach, pozbawione urządzeń technicznych takich jak gaz czy CO”.
Co zatem z lokatorami-nielokatorami pozbawionymi prawa najmu, mieszkającymi na zasadach skłotersów? Plan wydaje się prosty. Miasto chce się ich pozbyć, eksmitując do noclegowni, a tych, którzy będą grzeczni – do pomieszczeń tymczasowych. Politykę tę w zgrabnych słowach ujął jeden z urzędników uczestniczących w niedawnej eksmisji na bruk: „jak się delikwenta pozbędziemy z mieszkania, to mamy go w… głębokim poważaniu”. Miasto liczy, że jeśli z grona uprawnionych do starania się o mieszkania komunalne i socjalne wypchnie się jak największą liczbę osób, będzie to można przedstawić jako sukces i pochwalić się skróceniem kolejek oczekujących.
Preteksty i dyscyplina
Gdy patrzymy na pozorność działań naprawczych oraz antyspołeczną politykę czynszową w latach 2009-2013, trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z teatrem, podczas gdy faktyczne intencje projektantów systemu są zupełnie inne.
Jak wskazywała w swoich pracach Dominika Polańska, wiele zrobiono, by przedstawić lokatorów komunalnych jako pewien margines społeczny, niesłusznie uprzywilejowany, niemoralny, niewypełniający podstawowych obowiązków (płacenie czynszu). W takim duchu tworzone są przepisy lokalne, choćby wspomniana wyżej uchwała restrukturyzacyjna, do której załącznikiem jest prosty formularz zawierający tylko trzy punkty: jeden dotyczy wysokości bieżących opłat, drugi – zadłużenia, a trzeci to „informacja zarządcy dotycząca: a. dewastacji lokalu, b. wykraczaniu przeciwko porządkowi domowemu”. Ten ton od lat obowiązuje też praktycznie we wszystkich mediach.
Stygmatyzacja osób zadłużonych, to nie tylko brak wrażliwości społecznej, ale też świadomy czarny PR, przydatny w musztrowaniu lokatorów i reszty społeczeństwa. Lokatorzy komunalni są bowiem zaprzeczeniem istniejącego porządku, który polega na „uczciwym spłacaniu kredytów hipotecznych”, parafrazując słowa dziennikarki „Metro” z wywiadu z Joanną Erbel. Płacenie czynszów niższych niż „rynkowe” jest rebelią, która zagraża planom dalszego rozwoju mieszkalnictwa w stylu pańszczyźnianym. Dlatego logiczna i konsekwentna polityka miejska polega na wmawianiu opinii publicznej, że mieszkanie musi być drogie – zarówno to na wynajem, jak i na własność, a lokator komunalny to odpad poprzedniego systemu.
Opracował Kolektyw Warszawskich Organizacji Lokatorskich