przez Marcin Rzepa | wtorek 4 października 2016 | Lato 2016
Bez rozwoju nasza cywilizacja jest skazana na zagładę. Trwanie w jednym punkcie byłoby w rzeczywistości regresem. Firmy, kierując się zyskiem, dążą do zwiększenia obrotów, obywatele chcą poprawiać swoją sytuację bytową, a bez postępu nie byłoby wynalazków ułatwiających nam życie oraz poprawiających humor. „Postęp” to słowo tłumaczące wszystko, a jego kontestatorzy stają się wrogami publicznymi. Często jednak mamy do czynienia z fałszywym postępem, który prowadzi jedynie do bogacenia się najzamożniejszych, a przy tym niszczy nie tylko naturę, ale także inne kultury.
Amazonia to największy tropikalny las deszczowy na ziemi. Zajmuje 6,4 miliona km2, co stanowi 44% powierzchni Ameryki Południowej. Znajduje się na terenie dziewięciu krajów: Brazylii (67%), Peru (12%), Boliwii (12%) oraz Kolumbii, Ekwadoru, Gujany, Surinamu, Wenezueli i Gujany Francuskiej (terytorium zależne Francji). Mieszka tu 39 milionów ludzi, większość z nich w Brazylii (ok. 75%) i w Peru (ok. 11%).
Obszar ten jest domem dla ok. miliona ludności rdzennej, tzn. 349 zidentyfikowanych grup etnicznych, które mówią ponad 300 językami i dialektami. Ludność ta została poddana wyniszczeniu i wyzyskowi już w okresie kolonizacji kontynentu przez państwa europejskie. W XXI wieku nie odgrywa większej roli w życiu politycznym, nie wywiera wpływu na działania podejmowane przez rządy państw. Mimo „przebudzenia” i emancypacji, które miały miejsce w latach 90. XX wieku, nadal jest marginalizowana.
W Amazonii przyrodę niszczy się na masową skalę. Najbardziej widoczne jest wycinanie lasów. Odbywa się to wolniej niż w Azji i w Afryce, ale bezwzględne liczby ściętych drzew są większe. Najwięcej lasów Ameryka Południowa straciła w pierwszej dekadzie XXI wieku. W sumie wycięto ich już (według różnych szacunków) od 15% do 18,5%. Mimo podejmowania różnych inicjatyw w ich obronie tempo wycinki zwiększa się – nawet w Brazylii, po przejściowym spowolnieniu w 2013 roku, mamy do czynienia z podobnym trendem.
Działania prowadzone w Amazonii to jedna z przyczyn zmian klimatycznych. Powodują one przekształcenia struktury opadów oraz wzrost temperatury, częste susze i pożary. Na masową skalę zanieczyszczane są powietrze i woda. Zaobserwowano zjawisko ekocydu, czyli wymierania całych gatunków zwierząt (np. w Boliwii wyginęło od 400 do 650 gatunków ryb). Najgorsze dla lasów deszczowych jest przejmowanie terenów pod gospodarstwa rolne i budowę infrastruktury, ponieważ wycinanie i wypalanie powodują całkowite zniszczenie ekosystemu, w zasadzie bez możliwości jego odtworzenia.
Dla zysku, wszystko dla zysku
Lasy wycina się dla zysku: aby niskim kosztem zdobyć nowe tereny pod rozwój upraw i hodowli, pozyskania drewna oraz surowców mineralnych.
Zdecydowana większość obszarów, na których prowadzono wycinkę, jest przeznaczana na cele związane z rolnictwem. Gdy na przejętych terenach gleba ulega wyjałowieniu, osadnicy zajmują kolejne. Powiększa się grupa drobnych rolników, którzy nie mają ziemi i stosują metodę wypaleniskową – stopniowo jednak jej rola maleje na rzecz stałego osadnictwa. Coraz więcej ziem przejmują wielcy producenci rolni. Trzy czwarte powierzchni po wyciętych lasach, które są skoncentrowane we wschodnich i południowych częściach krainy oraz wzdłuż Amazonki, jest użytkowane jako pastwiska. Trudno jednak oszacować dokładne przeznaczenie terenów – w Ekwadorze to przede wszystkim hodowla (ponad 80%), w Kolumbii w latach 2000–2005 ponad połowa była przeznaczana na cele rolnicze, z czego większość na pastwiska. W latach 2005–2010 już prawie 90% wylesionych obszarów w tym kraju służyło wypasaniu bydła; na lata 2005–2019 planowano zwiększenie pogłowia z 22 do 56 milionów. Hodowla odpowiada za 12% brazylijskiej emisji gazów cieplarnianych oraz za większość wycinki, głównie w stanach Rondônia, południowowschodnim Pará i północnym Mato Grosso, w których jest największa koncentracja rzeźni i firm mięsnych. Między 1996 a 2006 rokiem pogłowie bydła w Amazonii wzrosło z 37 do 73 milionów i wskaźnik ten nadal ma tendencję wzrostową. Ekspansja hodowli oraz rozrost pól uprawnych (głównie soi przeznaczanej na pasze dla zwierząt hodowanych) jest spowodowana niskimi kosztami ziemi i subsydiami państwowymi w warunkach zwiększającego się światowego popytu na mięso.
Ważną przyczyną dewastacji Amazonii jest oczywiście pozyskiwanie drewna, zwłaszcza cennych gatunków drzew – od tego najczęściej zaczyna się cały proces zajmowania nowych ziem. Istotną rolę odgrywa również górnictwo i eksploatacja surowców mineralnych. Choć stosunkowo mały obszar znajduje się z tego powodu w bezpośrednim zagrożeniu, to jednak wydobycie powoduje napływ ludzi, budowę dróg, linii kolejowych, mostów. Lasy wycinane są też pod nowe osadnictwo miejskie, a z tym wiąże się budowa infrastruktury transportowej.
Lasy tropikalne są położone głównie w państwach rozwijających się, ale na terenach po wycince produkuje się żywność przede wszystkim na eksport do krajów rozwiniętych. Pierwotnie samowystarczalne gospodarki zostały wciągnięte w rynek światowy i stały się peryferyjnymi ośrodkami produkcji tanich nieprzetworzonych surowców, a także odbiorcami wysoko przetworzonych drogich produktów z krajów bogatych, co wpędza uboższe państwa w długi. To z kolei sprawia, że rządy biednych krajów akceptują gospodarkę opartą na wycince, przemyśle wydobywczym i doraźnych zyskach. Zadłużenie skłania je do zwiększania zysków z eksportu (głównie bogactw naturalnych i produktów rolniczych), by mogły spłacać długi. Lasy postrzegają przez pryzmat możliwych zysków materialnych. Krótkoterminowe korzyści ze zwiększenia produkcji rolnej i przemysłu wydobywczego przeważają nad ochroną przyrody. Nawet zjawiska teoretycznie korzystne dla uboższych krajów skutkują naciskiem na eksploatację przyrody. Choćby tylko chwilowy wzrost cen produktów rolnych może prowadzić do zwiększania areału upraw. Podobnie jest w przypadku surowców mineralnych. Otwieranie się państw tropikalnych na międzynarodowe rynki przyspiesza proces wylesiania.
Również chęć pobudzenia wzrostu gospodarczego odgrywa istotną rolę w procesie wylesień. Istnieją jednak rozbieżności w ocenie wpływu tego czynnika. Wzrost gospodarczy i związane z nim zwiększanie mocy produkcyjnych w rolnictwie (lepsze narzędzia i maszyny, środki chemiczne itp.) zmniejszają presję na wylesianie, ale jednocześnie przyrost zasobów wolnego kapitału wzmaga presję inwestycyjną na zajmowanie nowych terenów. Większość organizacji pozarządowych i niezależnych ekspertów postrzega rozwój gospodarczy jako główną przyczynę dewastacji środowiska. Podobnie kontrowersyjna jest kwestia przeludnienia i biedy. Uważa się, że to jedne z głównych przyczyn skłaniających ludzi do wycinania lasów i eksploatacji bogactw. Oczywisty jest również związek wzrostu dobrobytu ze zwiększaniem konsumpcji dóbr.
Widoczny związek między biedą a niszczeniem lasów deszczowych jest wynikiem polityki państwa oraz działalności elit. Biedni rolnicy nie mają środków na utrzymanie płodności amazońskich, mało urodzajnych gleb laterytowych, które dają dobre plony tylko przy dużym nawożeniu. Metoda wypaleniskowa użyźnia glebę dzięki przyswojeniu przez nią wartości odżywczych powstałych w wyniku spalenia roślinności. Po kilku latach ziemia ulega jednak wyjałowieniu. Rolnicy muszą przenosić się na nowe obszary, odbierając je naturze. Elita farmerów, przejmując ziemię, spycha biedniejszych rolników coraz głębiej w las deszczowy. Bogaci właściciele mają większe środki na przystosowanie nowych terenów pod zasiewy.
Kogo nie dotyczy prawo własności?
Jednak procesy zachodzące w Amazonii są wymierzone nie tylko w przyrodę i różnorodność biologiczną, lecz także w ludzi i w różnorodność biokulturową. To ostatnie pojęcie jest kluczowe dla dalszych rozważań. Oznacza ono różnorodność życia w rozmaitych przejawach: biologicznym, kulturowym, językowym itp. Przejawy te są wzajemnie powiązane (i prawdopodobnie zależne ewolucyjnie) w systemie społeczno-ekologicznym. To zatem i zróżnicowanie gatunkowe (roślin oraz zwierząt), i bogactwo ludzkich kultur, tradycji, obyczajów, sposobów postrzegania świata i relacji z naturą.
W ogólnym schemacie działań niszczących biokulturę w Amazonii widzimy napływ przybyszów z zewnątrz: dzikich osadników, poszukiwaczy złota, farmerów, oddziałówguerrilli, lokalnych sił policji, oddziałów paramilitarnych, kompanii wydobywczych, drwali itd. W sercu terytoriów Indian następuje rozwój infrastruktury transportowej. Kolonizację najczęściej promuje rząd, choć spora część działań jest nielegalna. Tereny, na których żyła ludność tubylcza, są przejmowane przez kolonistów, spekulantów ziemią, handlarzy drewnem. Najpierw wycina się cenne drzewa, później buduje infrastrukturę transportową, następnie prowadzi wyręb reszty lasu, a obszar przeznacza się pod uprawy, a potem na pastwiska. Pozostały las zostaje podzielony na części przez drogi, a cywilizacja nieustannie posuwa się głębiej. Rzadko zwraca się przy tym uwagę na istniejącą infrastrukturę tubylczą; stawia się budynki i tworzy składy materiałów niebezpiecznych w pobliżu siedzib wspólnot indiańskich, przeprowadza detonacje na obszarach polowań, niszczy miejsca sakralne. W następstwie tego tubylcy wycofują się w głąb lasu. Dotykają ich prześladowania i choroby. Napięcia między osadnikami a Indianami niekiedy przeradzają się w otwarte konflikty, jak w Ekwadorze w przypadku grup Siona, Sucumbios, Pastaza, Shuar, Achuar i Huaorani. Stopniowo rozwija się osadnictwo. Osadnicy stają się rezerwową siłą roboczą przy ekspansji cywilizacji, zakładaniu pól i pastwisk oraz tworzeniu dużych majątków rolnych.
Działania prowadzone w Amazonii przez firmy, państwa oraz pojedynczych ludzi są atakiem na człowieka, prawo własności do ziemi i prawa intelektualne. Koncepcja własności przedmiotów materialnych oraz praw intelektualnych jest nie tylko nieobca zachodniej cywilizacji, ale stanowi podstawę jej systemu społeczno-gospodarczego. Wciąż nie stosuje się jej jednak wobec ludów tubylczych. Międzyamerykański Trybunał Praw Człowieka (Inter‐American Court of Human Rights) stwierdził, że: Dla wspólnot indiańskich związki z ziemią nie są tylko kwestią posiadania i produkcji, ale stanowią też element materialny i duchowy, z którego muszą one w pełni korzystać, aby chronić swoje dziedzictwo kulturowe i przekazywać je przyszłym pokoleniom. Posiadanie ziemi jest dla nich sposobem na przekazywanie tradycji, zwyczajów, języka, sztuki, rytuałów, wiedzy i wartości. Prawo do niej stanowi podstawę rozwoju kultury, życia duchowego, integralności i przetrwania. Gwarantuje zachowanie godności, życia, zdrowia, wolności, swobody zrzeszania się, wyznania, swobody przepływu osób i wyboru miejsca zamieszkania oraz dostęp do żywności i wody.
Prawa te, uznane w traktatach międzynarodowych, zobowiązują państwa do przestrzegania specjalnych relacji ludności rdzennej z ich terytorium w sposób gwarantujący jej społeczne, kulturowe i ekonomiczne przetrwanie. Prawo własności, pozwalające na użytkowanie terenów zgodnie z tradycją, ma moc sprawczą nie tylko w odniesieniu do działań państwa, lecz także w relacji z innymi podmiotami, zgłaszającymi pretensje do spornej ziemi. Ich prawa „własności” są z konieczności późniejsze niż prawa Indian. W postępowaniu sądowym należy zatem brać pod uwagę prawa wspólnot, nawet jeśli nie mają one formalnego tytułu do ziemi.
Ziemia w systemie amazońskim nie jest jednym z aspektów porządku społecznego, ale stanowi jego podstawę, co pozostaje w konflikcie z zachodnim, zwłaszcza neoliberalnym podejściem do ekonomii oraz własności prywatnej. Stąd wynika wzajemne niezrozumienie: My, Indianie, jesteśmy jak rośliny. Jak możemy żyć bez naszej gleby, bez naszej ziemi? – mówi Marta Vitor z plemienia Guaraní z Brazylii.
Z prawami do ziemi wiążą się także prawa do bogactw naturalnych. Wiele grup Indian uważa, że nie mogą być one posiadane na własność, ponieważ mają swoje „duchy”. Społeczeństwa tubylcze są w ogromnym stopniu zależne od zasobów naturalnych (choćby wody), które uważają za dobro wspólne. To inny niż zachodni sposób postrzegania świata natury. Zachód wprowadza ścisły podział między przyrodą ożywioną i nieożywioną oraz regulacje dotyczące dostępu do surowców naturalnych i posiadania majątku. Wszystko jest przedmiotem posiadania, może być wycenione, kupione i sprzedane.
Kolejny problem dotyczy intelektualnych praw własności, które zajmują ważne miejsce w systemie prawnym państw zachodnich. U Indian jest to wiedza gromadzona przez pokolenia, tzw. wiedza tradycyjna, wspólne dziedzictwo, które obejmuje praktyki kulturowe. To nie tylko faktograficzne informacje o lesie, leczeniu, roślinach i zwierzętach oraz związkach między nimi, lecz także umiejętność zastosowania ich w celach żywieniowych, medycznych i kulturowych. To wszystko powiązane jest z kulturą niematerialną i kwestiami religijnymi – szamanizmem, wierzeniami dotyczącymi świata, ekologii, zarządzaniem zasobami naturalnymi, technikami rolniczymi. Jej podstawą jest dostosowanie społeczności tubylczych do warunków ich środowiska życia. Badania naukowe dowodzą, że kultura ludów tubylczych to w wielu przypadkach najbardziej kompletna i najdokładniejsza wiedza na temat środowiska lokalnego.
Spora część współczesnej medycyny bazuje na roślinach leczniczych i innych substancjach stosowanych przez ludność rdzenną, a wiedza przejęta od tubylców jest wykorzystywana na Zachodzie. Firmy farmaceutyczne uzyskują patenty na tradycyjne środki medyczne, które następnie sprzedają z dużym zyskiem. Proceder ten, określany mianem biopiractwa, nie tylko wykorzystuje tradycyjną wiedzę do celów handlowych, ale przynosi też duże straty ludności rdzennej. Około 15 tysięcy roślin na całym świecie może być zagrożonych wyginięciem z powodu nadmiernej eksploatacji do celów medycznych. Niekiedy Indianom zabrania się używania tradycyjnych lekarstw, ponieważ zostały one opatentowane przez prywatne firmy zachodnie. Przykładów na to jest dużo. Rząd Brazylii w 2012 roku wyliczył, że 35 firm (głównie z branży medycznej i kosmetycznej) było odpowiedzialnych za 220 naruszeń prawa o różnorodności biologicznej, a w efekcie nałożył na nie karę w łącznej wysokości 44 milionów dolarów. Aveda, korporacja z USA opatentowała copaiba, drzewo amazońskie, a The Body Shop z Wielkiej Brytanii – owoc cupuagu. W 2003 roku japońska K.K. Eyela Corporations opatentowała popularną jagodę açaí, choć 4 lata później, pod naciskiem rządu Brazylii, skasowano patent.
Ludność tubylcza straci tradycyjną wiedzę, jeśli Indianie zostaną wyrwani ze swojego naturalnego środowiska. Najczęściej jest ona bowiem przekazywana ustnie i w odniesieniu do lokalnego kontekstu przyrodniczego. Rezygnacja z rytuałów religijnych, nierozerwalnie połączonych z wiedzą o roślinach i zwierzętach, oraz zmiana stylu życia, odbierają tubylcom ogromną część ich kultury: Nie jesteśmy biedni ani prymitywni. My, Yanomami, jesteśmy bardzo bogaci. Bogaci naszą kulturą, naszym językiem i naszą ziemią. Nie potrzebujemy pieniędzy ani majątku. To, czego potrzebujemy, to szacunek: szacunek dla naszej kultury i szacunek wobec naszych praw do ziemi – mówił w roku 1995 Davi Kopenawa, szaman i rzecznik Indian z brazylijskiego plemienia Janomamów.
Zbrodnie w biały dzień
W ciągu wieków ludność tubylcza była prześladowana, przesiedlana, a często po prostu eksterminowana – od końca XV wieku z różnych przyczyn jej populacja w Amazonii zmniejszyła się z 8 milionów do 1 miliona osób. Działania wobec niej określa się niekiedy mianem etnocydu, czyli próby zniszczenia tożsamości grupy, która może (lecz nie musi) prowadzić do zabijania jej członków. Również druga połowa XX wieku dostarcza przykładów zbrodni wobec Indian. Ekspansja cywilizacji prawdopodobnie spowodowała m.in. wyginięcie grup Tetetes i zdziesiątkowanie Cofán w Ekwadorze. Budowa autostrady transamazońskiej w latach 70. w czasie rządów junty w Brazylii kosztowała życie 10 tysięcy Indian.
Dziś nadal stosuje się przemoc. Najczęściej przybiera ona postać spontanicznych ataków przeprowadzanych przez osadników, firmy pozyskujące drewno czy górników. W 2012 roku ci ostatni zabili około 80 członków plemienia Janomamów z Wenezueli, podkładając ogień pod wioskę. Tylko trzy osoby zdołały uciec. Często zabija się aktywistów i przywódców wspólnot, jak np. w 2014 roku w Peru, gdzie drwale zabili czterech przywódców Indian Ashéninka. W czerwcu 2009 roku w tym kraju zamordowano co najmniej 84 Indian, walczących o swoje terytorium (zginęli w starciach z policją podczas protestów). W 2011 roku Nisio Gomes, przywódca plemienia Guaraní Kaiowa, został zastrzelony przez zamaskowanych sprawców na oczach wspólnoty: Ludzie zostaną w obozie, wszyscy umrzemy razem. Nie zamierzamy opuścić ziemi naszych ojców – to słowa jednego z mieszkańców wioski Guaraní Kaiowa.
Trudno oszacować, ile osób ginie rocznie z rąk przybyszów z zewnątrz. W samej Brazylii w latach 2002–2010 miały miejsce przynajmniej 452 zabójstwa związane z konfliktami o ziemię, w 2013 roku było ich 53, a w następnym – 138, w tym kobiety i dzieci. Prawdopodobnie ofiar było więcej, a zabójcy prawie nigdy nie zostali ukarani. Widać tu kontrast z przypadkami śmierci farmerów, które zawsze wywołują interwencję policji, często z użyciem śmigłowców i ciężkiego sprzętu, aresztowania bez dowodów, blokady wiosek i przeszukania z użyciem siły. Raporty niezależnych organizacji obejmujące różne wydarzenia, od fizycznych ataków do stosowania „systematycznej presji” przez korporacje i rządy, odnotowują wzrost liczby przypadków łamania praw człowieka w Amazonii. W Brazylii 2014 rok był najgorszy pod tym względem od 10 lat. W Peru od 2008 do 2014 roku liczba takich wypadków uległa potrojeniu. W boliwijskiej części Amazonii liczba konfliktów społecznych wzrosła w latach 2009–2011 ponad trzykrotnie. Mają miejsce pobicia, tortury, pogróżki, zabójstwa, gwałty, śledzenie poczynań pojedynczych ludzi i całych wspólnot oraz zbrojne ataki na wioski, rajdy uzbrojonych bandytów, jak np. na osadę w Serra dos Trempes w Brazylii w 2014 roku, gdy jedna osoba, która nie zdołała uciec, została zabita w czasie snu ponad 20 strzałami z broni palnej.
W Brazylii nielegalne osadnictwo w Amazonii jest źródłem konfliktów i zbrojnych konfrontacji – ziemie są odbierane tubylcom. Przemocą posługują się także organy państwa. Firmy dokonujące inwestycji na obszarze lasów deszczowych ściśle współpracują z wojskiem; instalacje wydobywcze są zmilitaryzowane, a wojsko stosuje represje. Baraki żołnierzy stawia się w pobliżu wiosek indiańskich, co prowadzi do różnych incydentów oraz seksualnego wykorzystywania kobiet przez żołnierzy. Na usługach właścicieli ziemskich pozostają także oddziały paramilitarne. Giną aktywiści organizacji pozarządowych. Na przykład w Peru w latach 2002–2014 zamordowano 57 osób związanych z takimi inicjatywami. Według niektórych danych w ciągu ostatnich 25 lat w Amazonii zginęło nawet 1500 pracowników organizacji pozarządowych oraz niezależnych obserwatorów.
Czasami Indianie muszą walczyć o przyznany im rezerwat, jak np. w Raposa Serra w północnej Brazylii, niedaleko granicy z Wenezuelą. Teren ten, objęty ochroną w 2005 roku, stał się obiektem ataków. Wielu Indian zostało zabitych przez osadników i myśliwych, którzy osiedlili się tam nielegalnie i nie chcieli odejść. Większość odeszła po otrzymaniu rekompensat od rządu, ale mała grupa pozostała i wzięła odwet na tubylcach, zabijając wielu z nich i burząc wioskę.
Według niektórych badaczy najbardziej zagrożonym plemieniem na świecie jest łowiecko-zbierackie plemię Awá z Brazylii. Rozwój przemysłu wydobywczego w latach 80. sprawił, że wybudowano linię kolejową przecinającą ich terytorium. Od tego czasu wycięto 1/3 lasu na legalnie użytkowanym przez nich terenie. Wspólnota jest nieustannie prześladowana, obecnie zostało przy życiu nieco ponad 300 osób. Maszyny wycinające drzewa niszczą jej wioski. Są raporty o zabijaniu całych rodzin. Używa się zbrojnych grup (pistoleros) do oczyszczania terenu: Ukryłem się w lesie i uciekłem od białych ludzi. Zabili moją matkę, moich braci i siostry i moją żonę. […] Spędziłem wiele czasu w lesie, głodny i ścigany przez farmerów. Nie miałem rodziny, aby mi pomogła […] więc uciekałem głębiej i głębiej w las – relacjonował Karapiru z plemienia Awá, który przetrwał masakrę dokonaną przez farmerów.
Przybysze z zewnątrz przyczyniają się do zabójstw ludności tubylczej także pośrednio. Indianie, żyjący w odosobnieniu i odmawiający kontaktu ze światem zewnętrznym, poddawani są presji, przenoszą się na obce sobie tereny i wchodzą w konflikty z innymi grupami. Rozwój przemysłu drzewnego i wydobywczego w Peru zmusza plemiona do migracji na terytorium Brazylii, gdzie napotykają inne grupy tubylcze, co często kończy się rozlewem krwi. Liczba takich ofiar jest niemożliwa do ustalenia. W wyniku działalności przybyszów z zewnątrz bezsilne, zmarginalizowane grupy muszą konfrontować się z innymi znajdującymi się w podobnej sytuacji. Dotyczy to nie tylko samych Indian, ale także konfliktu między Indianami a chłopami, np. bezrolni rolnicy migrujący do Amazonii odbierali tereny Indianom. Obecnie Ruch Rolników bez Ziemi (MST – pisałem o nim obszernie w „Nowym Obywatelu” nr 69) respektuje własność Indian, często współpracując zarówno z nimi, jak i z aktywistami organizacji pozarządowych, ale niezrzeszeni przybysze z zewnątrz stwarzają problemy.
Bezpośrednie zabójstwa to najbardziej skrajne zagrożenie, jakie dotyka ludność rdzenną – jednak niejedyne. Zniszczenia, których cywilizacja dokonuje w lasach deszczowych, są przejawem głębokiej niesprawiedliwości społecznej. Konsekwencje takich działań są dla lokalnych wspólnot katastrofalne: zniszczenie ich tradycyjnego sposobu życia, załamanie instytucji społecznych, przesiedlenie z ziemi przodków. Pośrednio cierpią również ludzie na całym świecie: spada jakość ich życia, zmienia się klimat, maleje różnorodność biologiczna planety. W pewnym sensie wszyscy doświadczamy tego, co dotyka mieszkańców lasów deszczowych, choć oczywiście w nieporównywalnie mniejszym stopniu: Wy, Biali, mówicie o tym, co nazywacie „rozwojem”, i chcecie, żebyśmy stali się tacy sami jak wy. Ale my wiemy, że to przynosi tylko chorobę i śmierć. Las jest naszym życiem i potrzebujemy go, aby łowić ryby, wytwarzać pożywienie, polować, śpiewać, tańczyć i ucztować. To daje nam wszystkim życie. Bez lasu jest tylko choroba – komentuje Davi Kopenawa, szaman i rzecznik Janomamów.
Wydajność, nowoczesność, wyniszczanie
Amazonia stała się zapleczem produkcyjnym dla krajów rozwiniętych. Brazylia od 2004 roku jest głównym światowym eksporterem wołowiny. Między 1992 a 2006 rokiem nastąpiło w tym kraju podwojenie pogłowia bydła hodowlanego. Trend się utrzymuje, a kraj zwiększa eksport wołowiny oraz soi. Drobni rolnicy nie mogą rywalizować z wielkimi firmami, takimi jak Cargill, Bunge, Archer Daniels Midland czy Blairo Maggi, eksportującymi soję i mięso głównie do Europy i Chin. Bogacące się społeczeństwa podnoszą spożycie mięsa, zwłaszcza wołowiny, która jest symbolem statusu. Dobro zwierząt hodowlanych jest ważniejsze niż dobro ludzi. Aby zapewnić paszę dla bydła, odbiera się Indianom dostęp do pożywienia, w zamian przekazując jedynie jałmużnę.
Gwałtowny rozrost monokultur uprawnych zagraża różnorodności biologicznej. Brazylia jest jednym z największych użytkowników pestycydów, bo gleby są nieurodzajne i szybko się wyjaławiają. Trujące substancje dostają się do wody i zagrażają tubylcom, ale także napływowej ludności wiejskiej. Zniszczenia lasu sprawiają, że lokalna ludność nie może zdobywać tradycyjnego pożywienia, a zanieczyszczenie wód odbiera jej możliwość połowów. Musi zmienić swoją dietę i często uzależnia się od zachodnich produktów żywnościowych. Indian Guaraní zmuszono do przeniesienia się do specjalnych rezerwatów w Brazylii, aby ich ziemie stały się dostępne dla rolnictwa i hodowli. Najczęściej panują tam głód i bieda, wybuchają konflikty, częste są przypadki samobójstw.Guaraní popełniają samobójstwa, ponieważ nie mamy ziemi. Nie mamy już przestrzeni. W dawnych czasach byliśmy wolni, teraz już nie jesteśmy. Więc nasi młodzi ludzie patrzą dookoła i widzą, że nic nie pozostało i zastanawiają się, jak mają żyć. Siadają i myślą, zapominają, zatracają siebie i wtedy popełniają samobójstwo – mówiła w roku 1996 Rosalino Ortiz z brazylijskiego plemienia Guaraní Ñandeva. Nawet jeśli nowe inwestycje nie znajdują się na obszarach przyznanych Indianom, to mogą ich otaczać, jak w przypadku ludu Xikrin w Brazylii, okrążonego komercyjnymi uprawami rolnymi.
Nawet w Wenezueli, promującej się jako kraj postępowy pod względem włączania wykluczonych do życia społecznego, sytuacja nie jest lepsza. Na południu bez konsultacji z lokalnymi mieszkańcami przyznaje się koncesje koncernom wydobywczym. Państwo nie walczy także z nielegalnym wydobyciem surowców. Nagłaśniana partycypacja obywatelska nie dotyczy najbardziej zmarginalizowanej grupy społecznej – Indian amazońskich.
Poważne konsekwencje dla ludności rdzennej ma także budowanie w Brazylii zapór wodnych produkujących energię. Rozpoczęte w latach 80. inwestycje zostały wstrzymane z powodu masowego oporu mieszkańców i organizacji pozarządowych. W 2010 roku wznowiono stare projekty oraz zapoczątkowano nowe. W planach jest budowa około 250 tam, na przykład w Santo Antônio i Teles Pires. Skutkami takich inwestycji są zatopienia ogromnych obszarów leśnych, przesiedlenia tubylców oraz zaburzenie dotychczasowych systemów wodnych. Zalane obszary stają się siedliskiem komarów, które roznoszą choroby.
Najgłośniejszą tego rodzaju sprawą jest budowa tamy Belo Monte. Propaganda mówi niemal o raju, jaki powstanie w efekcie tej inwestycji – park ekologiczny, udogodnienia dla mieszkańców, lepsze warunki dla ludności. Jednak zmiana koryta rzeki i zalanie 516 km² lasu oznacza zignorowanie indiańskiego podejścia do życia i ziemi, rozbicie wspólnot, ich związków z ziemią i miejscami pochówku. To przedsięwzięcie jest wątpliwe nawet według dzisiejszych zachodnich standardów, ponieważ oznacza przymusowe przesiedlenie 20–40 tysięcy osób. W 2010 roku brazylijski prezydent Lula da Silva porównał protestujących (koalicję, w której główną rolę odgrywały organizacje tubylcze, obrońcy środowiska i organizacje praw człowieka) do dzieci. Propaganda przeciwstawia postęp cywilizacyjny niewiedzy i zacofaniu Indian. Nie wiadomo, jak plany związane z tamami wpłyną na środowisko i ludność, ale według rządu zmiany dotkną 300 tysięcy ludzi, a szacunki Ruchu Dotkniętych Tamami (Movimento dos Atingidos por Barragens) mówią o milionie. Dla ludności rdzennej oznacza to przesiedlenia, utratę terytoriów i zmniejszenie zasobów ryb, które są ważnym źródłem pożywienia i elementem praktyk kulturowych: Rzeka jest sercem naszej ziemi i naszego ludu. Nasze życie jest zorganizowane wokół rzeki. […] Jest to główna droga do naszych terenów, naszych szkół, naszych cmentarzy i naszych świętych miejsc. Rzeka jest naszą bramą do reszty świata – pisali w liście otwartym członkowie indiańskiej organizacji indiańskiej Movimento Xingu Vivo Para Sempre z Brazylii w 2010 roku.
Stracone zdrowie
Ludność tubylcza cechuje się zwykle dobrym zdrowiem, siłą, zadowoleniem i odpornością na choroby. Przypisuje się ten fakt dużej ilości ruchu, diecie bazującej na nieprzetworzonej żywności, niskiemu poziomowi stresu i oparciu systemu społecznego na wspólnotowości i wzajemności. Oderwanie od ziemi oznacza dla niej wpadnięcie w zależność od jałmużny, rynku, wyniszczającej pracy. Indianie muszą przestawić się na przetworzoną, niezdrową żywność i kopiować zachodnie sposoby jej produkcji. Zostają pozbawieni medycyny tradycyjnej. Muszą zamieszkać w slumsach lub obozach, które są przeludnione.
Począwszy od lat 60. liczne wspólnoty etniczne po kontakcie z białym człowiekiem były dziesiątkowane przez choroby zakaźne, a niektóre z nich całkowicie wyginęły. Straty okazały się tak wielkie, że często nie było komu zajmować się chorymi czy zdobywać pożywienia. Zdrowie zarówno indywidualnych jednostek, jak i wspólnoty jako całości cierpiało z powodu przymusowej zmiany stylu życia. Indianie przeżywali załamanie psychiczne i stawali się zależni od zachodniej kultury. Dotyczyło to zwłaszcza medycyny, ponieważ szamani nie wiedzieli, jak uleczyć nieznane choroby: Zanim przybyli biali, nie byliśmy nieświadomi. Nasi szamani mogli nas uleczyć. Kiedy nie było medycyny białych, dzięki szamanom niewielu ludzi umierało w młodym wieku. Teraz, gdy biali przybyli do naszego lasu, obawiamy się malarii i gruźlicy, obawiamy się xawara [chorób zakaźnych], które oni tu zostawili. Te choroby przychodzą z daleka, nasi szamani ich nie znają. […] Aby z nimi walczyć, potrzebujemy medycyny białego człowieka […] Potrzebujemy was, abyście nauczyli nas, jak używać waszej medycyny przeciwko […] chorobom – wyjaśniał w 1997 roku Davi Kopenawa. Służba zdrowia jest jednak najczęściej niedostępna dla Indian, a jeśli już, to jest to pomoc niskiej jakości. Nawet tam, gdzie tubylcy mają dostęp do opieki medycznej, lekarstwa i specjalistyczne zabiegi są często dla nich nieosiągalne z powodów finansowych.
Lud Guaraní z Brazylii i Argentyny tracił na początku XXI wieku około 10% swojego terytorium rocznie, co prowadziło do głodu i niedożywienia dzieci. Odpowiedzią rządu było rozdawanie ryżu, manioku i oleju. Zmiana stylu odżywiania niosła jednak kolejne problemy. Zdrowa dieta, bogata w błonnik, witaminy i minerały, zawierająca niewiele cukru, soli i tłuszczów nasyconych, zmieniła się w tłustą i ubogą w składniki odżywcze. Organizowano przesiedlenia do rezerwatów, które były przeludnione. W jednym z nich, w brazylijskim stanie Mato Grosso do Sul, na terenie przewidzianym dla 300 osób mieszkało ponad 11 tysięcy Indian.
Często nawet działania mające pomóc zwalczyć choroby prowadziły do pogorszenia sytuacji. Polityka misjonarzy i agend rządowych zmierzała do zmniejszenia znaczenia i rozluźnienia jedności wspólnot. Skutki były katastrofalne, jak np. w przypadku zmiany modelu macierzyństwa. Tradycyjny model (długie okresy między jednym a drugim dzieckiem, roślinne metody antykoncepcji, abstynencja i długi okres karmienia piersią), służący zdrowiu zarówno matki, jak i dziecka, został całkowicie wyparty. Wpływy zewnętrzne spowodowały częstsze urodzenia, krótszy okres karmienia piersią, co w połączeniu z agresywnym marketingiem mleka modyfikowanego i brakiem dobrej jakości pożywienia powodowało zgony i choroby niemowląt oraz dzieci.
Dokładnie zbadany jest przypadek Indian Yanomami, którzy zostali dotknięci odrą i malarią, przyniesionymi przez górników. Od 1988 do 1993 roku zginęła ok. jedna piąta populacji tej społeczności. Badania przeprowadzone w 1991 roku pokazały, że 35% osób było niedożywionych, 76% miało anemię, a 13% dzieci straciło oboje rodziców. Na niektórych terenach ponad 90% osób było dotkniętych malarią, a 70% – chorobami układu oddechowego. Wiele przebywało w ośrodku leczniczym w fatalnych warunkach sanitarnych.
Poważne kłopoty przyniósł rozwój przemysłu wydobywczego w Ekwadorze. Działania prowadzone przez Chevron/Texaco od połowy lat 60. do 1992 roku określono mianem największej katastrofy ekologicznej w drugiej połowie XX wieku. Do środowiska odprowadzono miliony litrów ropy naftowej i toksycznych odpadów, zanieczyszczając okoliczne rzeki. Ponadto awarie rurociągów spowodowały wyciek milionów litrów ropy do lasu, zanieczyszczono także powietrze w skali lokalnej. Udokumentowano poważne konsekwencje dla zdrowia Indian z grup Siona, Secoya, Huaorani, Shuar, Quichua, Shiwiar i Zaparos. Po przebadaniu 21 wspólnot okazało się, że trzy czwarte ich członków miało problemy z układem trawienno-wydalniczym, połowa cierpiała na częste bóle głowy, a jedna trzecia na problemy skórne. Częste były też bóle różnych części ciała i gorączka. Wykryto zwiększenie śmiertelności niemowląt, wady genetyczne, choroby i infekcje skóry u młodych oraz niedożywienie. Niektóre badania mówią, że ponad 83% pozostałych przy życiu cierpi na schorzenia związane z zanieczyszczeniami. Ogromne zyski koncernu (ponad 30 miliardów dolarów) zostały osiągnięte kosztem ludzkiego życia i zdrowia.
„Mamy nasze łuki i strzały”
Państwa amazońskie nie zapewniają Indianom ochrony. Nawet w Brazylii rząd nie jest w stanie zagwarantować przestrzegania ich praw obywatelskich, dostępu do opieki medycznej i zachowania dziedzictwa kulturowego. W oddalonych częściach kraju państwo jest w zasadzie nieobecne, co stwarza problemy także dla nowych osadników. Brazylia prowadzi w Amazonii politykę wewnętrznie sprzeczną. Z jednej strony wspiera działania mające na celu kontrolę wylesiania (niekiedy nawet odnosząc sukcesy), a z drugiej – finansuje projekty niszczące las. W sąsiednich państwach wygląda to podobnie. Na terenach tubylczych wyższe są wskaźniki niedożywienia, biedy, analfabetyzmu i śmiertelności.
Ludzie biorą sprawy w swoje ręce. Przemoc spotyka się z oporem grup ludności rdzennej. Prowadzone przez nie działania są zarówno pasywne (grupy żyjące w izolacji, niepoddające się presji dominującej kultury), jak i aktywne – podejmowanie akcji bezpośrednich (marsze, demonstracje, okupacje pól naftowych, koordynowane międzynarodowo kampanie na rzecz wstrzymania wydobycia). Indianie Kichwa z Sarayaku w Ekwadorze wygrali na przykład starcie z argentyńską firmą wydobywczą CGC dzięki szeroko zakrojonej kampanii informacyjnej. Wykorzystali do tego radio, Internet i filmy. Cofán z Ekwadoru w 1998 roku przerwali wydobycie na swoich ziemiach. W Brazylii dzięki mobilizacji społecznej, oporowi, protestom i wspólnym działaniom przy decydującej roli ludności rdzennej udało się zawrzeć w konstytucji prawa do ziemi i bogactw naturalnych. Dziś ok. 21% brazylijskiej Amazonii to chronione obszary należące do Indian. Autonomia ta jednak nie zawsze jest respektowana. W 2014 roku plemię Ka’apor z Brazylii pozbyło się ze swojego terenu drwali dopiero po tym, gdy ich związali, podpalili maszyny, a następnie wypuścili.
Mimo ogromnego zagrożenia Indianie rzadko stosują inne niż pokojowe metody. Tak było np. z Macuxi w Raposa Serra do Sol. Ich wioska jest otoczona przez garnizony, żołnierze prześladują młode kobiety, przemycają alkohol i wchodzą do domów bez zezwolenia. Czasami jednak tubylcy muszą się bronić: Nie boimy się. Jeśli umrzemy broniąc tego, co nasze, to nie ma problemu. Naszą główną bronią jest słowo Boga, ale jesteśmy dobrze wyposażeni na nasz indiański sposób. Mamy swoje łuki i strzały – mówi Severino Oliveira Brasil, przywódca wioski Indian Javari.
W Brazylii naukowcy zauważyli związek obecności ludności rdzennej z ochroną ekosystemów. Na obszarach zamieszkanych wyłącznie przez Indian stan przyrody poprawia się. Indianie są tak silnie powiązani z naturą, że jej ochrona nie jest dla nich odrębną, obcą ideą, ale integralną częścią życia. Wiadomo, że tubylcy na przejętych terenach wprowadzają w życie zasady ochrony przyrody, ale wiedza o ich działaniach jest jak dotychczas niekompletna i brakuje naukowych analiz tych zjawisk. Żyją w lesie i z lasem, mają skuteczne metody podejmowania decyzji. Nie wszystkie grupy są egalitarne, ale niektóre z czasem przekształciły się w społeczności zorganizowane na zasadach odmiennych niż w ustroju państwowym, niebazujących na koncentracji siły i akumulacji kapitału. Być może system kolektywny i zrównoważone gospodarowanie mogą być krokiem ku ochronie lasów.
Postęp ludzkości czy zysk korporacji?
Cywilizacja zachodnia kładzie nacisk na zysk, nie przejmuje się kosztami ludzkimi. W przeszłości zasady rynkowe stosowane były tylko w niektórych przypadkach, obecnie rynek przenika wszystkie dziedziny aktywności człowieka. Niszczy wspólnoty, które bazują na wymianie, wzajemności, pomocy. Kładzie nacisk na konsumpcję, czyni ludzi biernymi, niektórych wyrzuca poza margines. Liczą się tylko – postęp, wzrost, rozwój, bogactwo, standard życia, dobrobyt.
Trudno odmówić ludziom prawa dążenia do poprawy swojej sytuacji. Jednak bardzo często zdarza się, że „postęp” oznacza korzyści jedynie wybranych osób czy korporacji:Nie mówię, że jestem przeciwko postępowi. Myślę, że to bardzo dobre, kiedy biali przychodzą pracować między Yanomami, aby uczyć czytania i pisania oraz żeby uczyć się sadzić i używać roślin leczniczych. To jest dla nas postępem. To, czego nie chcemy, to firmy wydobywcze, które niszczą las, oraz garimpeiros [górnicy], którzy przynoszą wiele chorób. Ci biali muszą szanować naszą […] ziemię. Górnicy przynoszą broń, alkohol i prostytucję, niszczą naturę, gdziekolwiek pójdą. Dla nas to nie jest postęp. Chcemy postępu bez zniszczenia – deklarował w 1997 roku Davi Kopenawa.
Fałszywie rozumiany postęp zderza się z prawami ludności tubylczej do życia w wolności i w czystym środowisku na terenach, które użytkowała od wieków. W imię postępu wycina się lasy, powiększa obszary hodowli, upraw, kolonizacji, turystyki. Taka sytuacja zdarza się nie tylko w państwach amazońskich, ale na całym świecie: Korzenie problemu wylesiania i marnowania surowców znajdują się w państwach uprzemysłowionych, gdzie kończy większość naszych surowców, takich jak tropikalne drewno. Bogate kraje z jedną czwartą światowej populacji konsumują cztery piąte bogactw świata. […] Tak zwany postęp prowadzi do zniszczenia i rozpaczy – mówi Harrison Ngau, członek jednego z plemion malezyjskich.
przez Marcin Rzepa | piątek 30 września 2016 | Wiosna-2016
W styczniu 2006 roku Evo Morales Ayma objął najwyższe stanowisko państwowe w Boliwii. Był to kolejny – po Wenezueli i Ekwadorze – zwrot polityczny w regionie. Wybór Moralesa na prezydenta oznaczał nie tylko zerwanie z zależnością od USA i neoliberalną polityką narzuconą przez imperium, ale jest także świadectwem dwóch ważnych procesów w boliwijskiej polityce. Pierwszy to rosnący sprzeciw ludności wobec sytuacji społecznej i ekonomicznej, korupcji, klientelizmu, biedy i marginalizacji szerokich rzesz ludności. Drugi zaś to emancypacja Indian, którzy przez wieki byli spychani na margines, a także sami izolowali się od polityki. Koniec XX oraz początek XXI wieku oznaczają wzrost ich znaczenia w procesach społecznych. Symbolem nowej tożsamości było przyjęcie przez Boliwię wiphali, tęczowej flagi indiańskiej, która od prawie 10 lat powiewa obok państwowej, czerwono-żółto-zielonej.
Analitycy określają rządzącą opcję jako radykalną, bo wprowadza bezkompromisowe rozwiązania społeczno-gospodarcze. Opowiada się za daleko posuniętą redystrybucją dochodu narodowego, chce zwiększać partycypację społeczną, kwestionuje demokrację reprezentatywną, która skupia się jedynie na wyborach i prawach politycznych. Plan rządu boliwijskiego, zwany Procesem na Rzecz Zmiany (Proceso de Cambio), zakładał wprowadzenie nowej konstytucji – nastąpiło to w 2009 r. – oraz redefinicję charakteru państwa. Uznano, że powinno być ono wieloetniczne, antykolonialne, antyliberalne, indiańskie oraz wspólnotowe, z wiodącą rolą państwa. Odrzucono globalizację gospodarczą, neoliberalizm i indywidualizm w wydaniu zachodnim.
Za największy sukces Moralesa oraz rządzącej partii Movimiento al Socialismo (MAS) powszechnie uznaje się politykę społeczną. W czasie ich rządów nastąpiła znaczna poprawa wskaźników społeczno-ekonomicznych. Wielu Boliwijczyków zostało wyciągniętych z ubóstwa, polepszyły się wskaźniki dostępu do edukacji i ochrony zdrowia. Gospodarka jako całość odczuła przy tym stabilny wzrost, co przełożyło się na poprawę sytuacji ludności. Co jednak najważniejsze, obywatele uzyskali wpływ na proces podejmowania decyzji. Tradycyjnie marginalizowane grupy zwiększały swoją reprezentację na arenie politycznej. Rząd przedstawiał się jako rzecznik zwykłych ludzi, którzy wcześniej nie mieli nic do powiedzenia; Nie mówimy tylko o Indianach, ale o wszystkich ludziach. Martwimy się także o naszych braci i siostry, którzy nie są Indianami, a którzy także cierpią, dlatego że nie ma [dla nich] pracy.
Z drugiej strony, Boliwia idzie tą samą niebezpieczną drogą, co wszystkie lewicowe rządy w regionie. Powszechnie krytykuje się w tym kraju koncentrację władzy, zwiększanie uprawnień partii rządzącej, nadmierną władzę przywódcy oraz postępującą zależność od przemysłu wydobywczego, z którego zyski w dużej mierze przeznaczane są na bieżącą konsumpcję.
Korzenie przemian
Zmiany zachodzące w Boliwii nie zostały zapoczątkowane przez rząd Moralesa. Mają znacznie głębiej sięgające korzenie, a ich początku można upatrywać w rewolucjach społecznych trwających już kilkadziesiąt lat.
Społeczeństwo boliwijskie jest silnie zróżnicowane etnicznie. Z 10,5 mln obywateli ok. 55% stanowią Indianie z różnych grup, głównie Keczua i Ajmara. Do początku lat 50. XX wieku cenzusy zapewniały obywatelstwo jedynie ok. 2–5% ludności. Reszta była wyłączona nie tylko z systemu politycznego, lecz także z życia gospodarczego i skazana na wegetację w biedzie. Indianie stanowili szczególnie upośledzoną grupę, np. dopiero w latach 50. zyskali dostęp do edukacji. W 1952 r. uzbrojone społeczeństwo (górnicy i indiańscy chłopi) zmusiło wojsko do wycofania się ze stolicy, kapitulacji i przekazania władzy nowemu prezydentowi. Nowa partia rządząca, Ruch Narodowo-Rewolucyjny (MNR), zwróciła się do Indian i robotników, mobilizując ich do walki o prawo do godnego życia, alfabetyzacji i edukacji, ochrony zdrowia, demokracji i tworzenia związków zawodowych. Mimo pewnych korzystnych zmian – reformy rolnej, nacjonalizacji złóż mineralnych, zwrócenia uwagi na prawa Indian – polityka nowego rządu sprowadzała się do asymilacji. Mało konsekwentne działania władz oraz ich przymusowy charakter prowadziły do izolowania się Indian od społeczeństwa, pragnęli oni bowiem zachować niezależność kulturową. Przewrót wojskowy z 1964 r. zablokował postęp nawet tych ograniczonych zmian. Dwie fale emancypacji Indian (w latach 70. i na początku lat 90.) doprowadziły do artykulacji ich żądań politycznych. Mimo głębokich podziałów wewnątrz ruchu indiańskiego stali się oni pierwszoplanowymi aktorami na scenie politycznej Boliwii.
Od roku 1982, czyli od powrotu rządów cywilnych, w kraju funkcjonowała demokracja, jednak neoliberalna polityka sprawiła, że większość ludności żyła w fatalnych warunkach. Stabilność polityczna bazowała na trzech filarach: zmonopolizowaniu sceny politycznej przez trzy partie, porozumieniach parlamentarnych na rzecz stabilności rządu oraz konsensusie w kwestiach gospodarczych, polegającym na wprowadzeniu ortodoksyjnego neoliberalizmu. System boliwijski w latach 1985–2002 określa się mianem demokracji paktowej (democracia pactada). Stabilność miała swoją cenę – system nie był w stanie zaspokoić potrzeb obywateli, co w sytuacji rosnącego znaczenia indiańskich organizacji społecznych musiało doprowadzić do wybuchu niezadowolenia na dużą skalę. Idee, którymi kierowały się organizacje społeczne (zwłaszcza dotyczące kwestii gospodarczych), były nie do zaakceptowania przez establishment.
Dzięki protestom z lat 80. i 90. ruch indiański upolitycznił się. Jak twierdzili sami Indianie: Teraz jesteśmy silni i nigdy nie wrócimy do bycia popychanymi, ignorowanymi i odrzuconymi. Powstały dwie nowe partie polityczne – wspomniany MAS oraz Movimiento Indígena Pachakuti (MIP). W przededniu wyborów w 2005 r. stworzyły one Pakt Jedności – sojusz na rzecz wyboru Moralesa.
Początek XXI wieku to nasilenie protestów i marszy ulicznych, wykorzystywanych jako narzędzie nacisku na władze. Najważniejsze były trzy z nich. Pierwszy miał miejsce w rejonie Cochabamba w 2000 roku – była to tzw. wojna o wodę, czyli protesty zorganizowane w celu odebrania hiszpańskiej firmie koncesji na dystrybucję wody. Kolejny to protesty w El Alto w 2002 r., znane jako „wojna o gaz”, kiedy organizacjom indiańskim udało się zablokować przejęcie kontroli nad złożami gazu przez zagraniczne koncerny oraz obalić rząd. Rok później odbyły się natomiast masowe protesty zwane „wojną o terytorium”, które doprowadziły do wyjścia na ulicę tysięcy ludzi, paraliżu dróg i zablokowania najważniejszych miast. Te wydarzenia spowodowały uaktywnienie się różnych grup i organizacji indiańskich, a także wywarły presję na rząd, doprowadzając do upadku trzech gabinetów. Pokazały, że współpraca między MAS i MIP jest możliwa, oraz sprawiły, że ta pierwsza uzyskała decydujący wpływ na przebieg wydarzeń. Organizacje indiańskie, producenci koki (cocaleros) i związki zawodowe wykorzystali ten moment i zyskali decydujący wpływ na życie polityczne. MAS potrafił tworzyć szerokie koalicje, jednocząc Indian, biednych Metysów i białych, lewicę oraz wyborców rozczarowanych polityką. Choć zaczynał jako wyraziciel interesów Indian Keczua, stał się ogólnokrajową partią ludzi rozczarowanych polityką.
Osiągnięcia rządu Moralesa
Rząd Moralesa za główny cel postawił sobie rozwój polityki społecznej i poprawienie sytuacji najuboższych obywateli. Odniósł na tym polu spory sukces. Wskaźnik ubóstwa wśród obywateli kraju w latach 2005–2013 spadł z ponad 60 do 33%, a poziom skrajnej biedy skurczył się w tych samych latach z niecałych 40 do 20%. Zmniejszył się również poziom nierówności – współczynnik Giniego w latach 2005–2012 zmalał z 0,585 do 0,466. Dochód uzyskiwany przez 10% najbogatszych obywateli obniżył się w latach 2005–2012 z 45 do 33% dochodu narodowego. Wzrosła liczebność klasy średniej, podobnie jak wysokość płac oraz zasiłków dla najbiedniejszych.
Rząd wprowadził programy pomocowe dla ciężarnych kobiet i program opieki poporodowej, plany wsparcia dla dzieci i dla starszych obywateli (obniżające ceny prądu itp.). Objęły one ponad 3 mln ludzi, czyli prawie 1/3 społeczeństwa, dzięki czemu poprawiła się sytuacja wielu rodzin. Rozwinięto także system ubezpieczeń społecznych dla chłopów/rolników, zwalczanie analfabetyzmu, kampanie medyczne i ułatwiające dostęp do edukacji. Wszystkich obywateli powyżej 60. roku życia objęto programem emerytalnym. Rozwój dotyczył zwłaszcza pewnych obszarów pomocy, np. ułatwienia dostępu do wody pitnej we wsiach. Wzrósł on z 50% w 2007 roku do 79% (dane dotyczą odsetka mieszkańców) w 2012.
Należy tu jednak zgłosić dwa istotne zastrzeżenia. Po pierwsze, poprawa warunków życia nie jest zasługą wyłącznie MAS; polepszały się one także za poprzednich rządów. Od połowy lat 90. do początku kadencji Moralesa skrajna bieda spadła o 7 punktów procentowych, niedożywienie dzieci poniżej trzeciego roku życia zmalało o 4 punkty w latach 1994–2003, a analfabetyzm zmniejszył się w latach 1999–2005 z 6,6% do 5% populacji. Pomiędzy 1990 a 2003 r. śmiertelność niemowląt obniżyła się o 35 punktów procentowych. Już w 1994 r. wprowadzono prawo o partycypacji ludowej, które pozwoliło na automatyczną redystrybucję części przychodów państwa do jednostek samorządowych. W zasadzie po raz pierwszy obszary wiejskie otrzymały fundusze na inwestycje w edukację, ochronę zdrowia, infrastrukturę i kulturę. Skutkiem polityki MAS jest raczej przyspieszenie tych zmian, a nie wprowadzenie nowej jakości.
Drugie zastrzeżenie dotyczy obecnej sytuacji społecznej. Mimo korzystnych tendencji Boliwia nadal należy do najbiedniejszych krajów regionu oraz do państw o największych nierównościach na zachodniej półkuli. Według klasyfikacji UNDP była na 108. miejscu ze 187 krajów pod względem HDI (Human Development Index), ma niską średnią długość życia (67 lat) oraz wysoką śmiertelność niemowląt. Ponad 1/3 ludności żyje za mniej niż dolara dziennie. Poprawa sytuacji jest powolna, jednak baza społeczna rządu jest silniejsza niż jego przeciwnicy i można oczekiwać, że obecna polityka będzie kontynuowana.
Ambitne cele cechowały także politykę gospodarczą gabinetu Moralesa. Przeprowadzono parcelację latyfundiów i nacjonalizację sektora wydobywczego. Reforma rolna, polegająca na odebraniu ziemi bogatym właścicielom i przekazaniu jej biednym rolnikom i wspólnotom indiańskim, była jednym z najistotniejszych punktów programu MAS i miała bardzo ważny wydźwięk propagandowy. Około 25 milionów akrów zostało odebranych latyfundystom niepotrafiącym potwierdzić produktywności danego obszaru lub praw własności do niego. Ogółem od momentu zadeklarowania w 1996 roku przeglądu tytułów własności ziemi 90% z dotąd przeprowadzonych dokonał obecny rząd, a ziemię rozdzielił pomiędzy bezrolnych. Krytycy mówią o tym, że proces jest wolny (do 2013 r. dokonano przeglądu 60% wszystkich ziem), a z obszarów przejętych przez państwo jedynie 6% zostało przekazanych rolnikom. Mówi się też, że rząd coraz częściej staje po stronie bogatych właścicieli, którzy mogliby pomóc w zapewnieniu bezpieczeństwa żywnościowego oraz w modernizacji rolnictwa.
Gabinet Moralesa nie odrzucił kapitalizmu, ale sprawił, że struktury państwowe zaczęły brać pod uwagę interesy obywateli. Nacjonalizacja przemysłu wydobywczego miała naprawdę na celu zwiększenie wpływów do budżetu przez podniesienie opłat od zagranicznych firm działających w Boliwii. Polegała na przejęciu większości udziałów przez rządową agendę za odszkodowaniem przyznanym akcjonariuszom. Niektóre strategiczne przedsiębiorstwa zostały przejęte w całości. Na początku kadencji Moralesa korporacje międzynarodowe zgarniały ponad 80% zysków z eksploatacji złóż gazu. Reforma sprawiła, że przychody te zaczęły trafiać do firm boliwijskich. W latach 1999–2005 państwo otrzymywało z przemysłu wydobywczego około 2 miliardów dolarów rocznie, a w okresie 2005–2012 było to już ponad 16 miliardów. Oznaczało to przejęcie przez rząd kontroli nad kierunkiem, w jakim ma zmierzać gospodarka oraz nad redystrybucją dochodu narodowego. Co ciekawe, nie doprowadziło to do zmniejszenia skali inwestycji zagranicznych; Boliwia ma najwyższy na kontynencie udział zagranicznych inwestycji bezpośrednich w stosunku do PKB.
Rząd Moralesa zerwał z neoliberalizmem gospodarczym i zmniejszył zależność kraju od USA, kładąc zamiast tego nacisk na integrację regionalną. Obecnie dostrzegamy stały wzrost PKB na poziomie ok. 4,5% rocznie (w 2014 roku było to 5,6%, co stawiało Boliwię na drugim miejscu pod tym względem w Ameryce Południowej), dzięki czemu wzrósł on z ok. 10 mld USD w 2005 r. do ok. 34 mld USD w 2015 r. Miał miejsce także spadek zadłużenia (z ok. 7 bln USD do 5 bln USD) i choć później zaczęło ono rosnąć (niemal do 8 bln USD w 2015 r.), to korzystniejszy dla kraju był jego stosunek do rosnącego PKB. Bezdyskusyjne były natomiast spadek ubóstwa czy rozbudowa infrastruktury.
Pomysły Moralesa sprowadzają się do wykorzystania przychodów z gazu ziemnego do unowocześnienia gospodarki. Niestety, dowodzi to, że odwieczny problem z innowacyjnością w Boliwii – polegający na tym, że za bogactwo uważa się surowce mineralne, a więc to, co się znajduje, a nie tworzy – pozostaje nadal nierozwiązany. Taka polityka nie wprowadza nowej jakości, lecz jedynie stanowi doraźny lek na głębokie problemy.
Społeczeństwo obywatelskie
Według nowej Konstytucji Boliwii w kraju funkcjonuje demokracja partycypacyjna, reprezentacyjna i wspólnotowa. To oznacza, że mamy do czynienia z różnymi mechanizmami demokratycznymi, takimi jak wybory, referendum, inicjatywa ustawodawcza wyborców, procedura odwołania funkcjonariuszy publicznych, zgromadzenie, rada miasta oraz konsultacje. Konstytucja określa, że obywatele uczestniczą w kreowaniu polityki publicznej oraz wykonywaniu kontroli społecznej na każdym poziomie. W przeciwieństwie do niektórych krajów latynoamerykańskich demokracja reprezentacyjna/parlamentarna w Boliwii nie została osłabiona. Pozostaje fundamentem ustrojowym i głównym narzędziem umożliwiającym uzyskanie wpływu na sytuację polityczną kraju.
Kilku słów wyjaśnienia wymagają demokracja reprezentacyjna i wspólnotowa. Partycypacja wprowadzona przez stronę rządową opiera się na kilku mechanizmach, m.in. konsultacjach i spotkaniach strony rządowej z liderami organizacji. Konsultacje polegają na tym, że władza (tj. prezydent, minister lub parlamentarzysta) spotyka się z „bazą społeczną”, aby zasięgać opinii, informować, legitymizować swoje działania. Oczywiście, nie da się przedyskutować wszystkich decyzji, nie sposób rozmawiać ze wszystkimi obywatelami, nie zawsze możliwy jest konsensus. Spotkania te często stają się więc narzędziem manipulacji ze strony rządzących.
Inny mechanizm to spotkania z liderami organizacji społecznych – dotyczą one w zasadzie jedynie przedstawicieli największych z nich. Pełnią funkcję informacyjną, ale także konsolidującą – wzmacniają koalicję stworzoną przez rząd. Mechanizm ten pozwala z jednej strony na uzyskanie jasnego komunikatu społecznego, ale z drugiej – oznacza, że rząd może dowolnie dobierać sobie partnerów do dyskusji.
Demokracja wspólnotowa ma być wdrażana przez samorządne „terytoria indiańsko-rolnicze” – Tierra Indígena Originario Campesino (TIOC). Przyjmują one swoje normy i procedury wewnętrzne, mają prawo do własnego system politycznego, sądowego i gospodarczego w ramach autonomii, mogą także uczestniczyć w instytucjach krajowych. Często jednak kontrola pozostaje w rękach najbardziej uprzywilejowanych członków wspólnot, a sama definicja jednostek jest niejasna i pozostawia władzom możliwości manipulacji.
Decydującą rolę w zwiększaniu partycypacyjności odegrały w Boliwii ruchy społeczne. Pojęcie „ruch społeczny” jest w tym kraju często używane. Odnosi się ono w tamtejszych realiach do organizacji politycznych, protestów, mobilizacji społecznych oraz do wszelkich inicjatyw krytycznych wobec modelu neoliberalnego, a popierających drogę, którą podąża rząd. Partia rządząca ma silne związki z organizacjami społecznymi, jest w stanie zmobilizować duże grupy obywateli, a wręcz mówi o sobie, że jest „rządem ruchów społecznych”. Stwarza wrażenie, że Indianie i chłopi są homogeniczną grupą społeczną, a ona sama stoi na ich czele, ukrywając fakt, że utrzymuje bliskie relacje tylko z niektórymi organizacjami. Sprzyja to nowym wykluczeniom oraz wypycha część społeczeństwa poza bazę społeczną rządu. Początkowo nie było tego problemu, ponieważ wszyscy walczyli z konserwatywną opozycją, jednak stopniowo niektóre organizacje stawały się coraz bardziej krytyczne wobec MAS. W miarę upływu czasu okazało się, że nie ma dla nich miejsca w nowym systemie politycznym.
Głównym środkiem, do jakiego uciekały się organizacje społeczne, były od samego początku masowe protesty: Protest jest źródłem obecnego rządu, który wywodzi się z ruchów społecznych, z oporu. Z czasem uległy one swoistej instytucjonalizacji. Przestały być wyrazem buntu mas uciskanych, a stały się normalną formą wyrażania opinii. Władze umacniają tę tendencję, przyjmując żądania demonstrantów. W okresie rządów Moralesa zmieniła się nie tyle ich skala, ile przyczyny, charakter i skład ludnościowy. Większość protestujących wyraża poparcie dla władz, ale grupa sprzeciwiająca się im nie jest dużo mniejsza (różnice to ok. 5–10%). Można zauważyć jednak podział społeczny: ludność biała i metyska jest raczej przeciw rządowi, natomiast Indianie najczęściej popierają go.
Demonstracje zwolenników rządu pokazują, że – mimo akceptacji przez większość obywateli – nie ma on wolnej ręki, ale musi liczyć się z organizacjami społecznymi. Protestujący zgadzają się zasadniczo z kierunkiem, w jakim podąża kraj, ale krytykują konkretne posunięcia oraz domagają się realizacji swoich postulatów.
Obserwatorzy dostrzegają coraz większą koncentrację władzy w rękach Moralesa i małej grupy jego najbliższych współpracowników. Co więcej, możemy zaobserwować tendencję słabnięcia wpływów autentycznych przywódców ludowych, zastępowanych przez profesjonalne kadry, mające niewiele wspólnego za ideałami, na których zbudowano MAS. Przywódcy związków zawodowych oraz zwykli członkowie partii uczestniczą w działaniach i procesach decyzyjnych jedynie na ich najniższych poziomach.
Boliwijski system stał się więc bardziej reprezentatywny i uczestniczący, a mniej odpowiedzialny i przejrzysty. Z jednej strony, partycypacja społeczeństwa zwiększyła się znacząco. Z drugiej natomiast, rządzący włączyli do niej tylko część marginalizowanych wcześniej grup. Kolejnym problemem jest fakt, że największe organizacje często kierują się własnym interesem i w coraz mniejszym stopniu wyrażają potrzeby szeregowych członków.
Wspólnotowość indiańska
Indianie są największą grupą etniczną Boliwii i jednocześnie najbardziej poszkodowaną społecznie. Ich położenie było niezwykle trudne od samego początku podbijania ich terytoriów przez Europejczyków. Trzeba jednak pamiętać, że także demokratyzacja (wprowadzana od lat 80. XX wieku) uderzyła w nich politycznie i ekonomicznie. Odrzucono nieformalną autonomię, ograniczono świadczenia społeczne, dofinansowanie do żywności i wydatki na wsparcie rolnictwa, które stanowi podstawę ich dochodów. Bolesne były także programy walki z inflacją oraz otwarcie kraju na zagraniczny handel i inwestycje. Zmniejszyła się rola państwa jako aktora gospodarczego oraz dostawcy podstawowych usług dla ludności.
Rządy MAS dążą do zmiany tej sytuacji. Oficjalnie uznano 36 narodów indiańskich. W konstytucji zawarto zapis o rolniczych narodach i ludach pochodzenia indiańskiego (Naciones y pueblos indígenas originarios campesinas), zmieniono nawet nazwę państwa, z Republika Boliwii na Wielonarodowe Państwo Boliwii. Uznano prawa Indian do tożsamości kulturowej, edukacji, lokalnego zarządzania, terytoriów oraz bogactw naturalnych. Na wszystkich poziomach administracji przyznano możliwość stosowania języków indiańskich. Według nowej konstytucji Indianie mają prawo do swoich terytoriów, a także mogą ustanawiać na nich rządy. Wprowadzono zakaz prywatyzacji ziem wspólnotowych oraz zabroniono firmom międzynarodowym zarabiania na surowcach kraju.
Stopniowo od lat 80. powracają dawne formy organizacji wspólnotowych takie jak ayllu, będące siecią wspólnot opierających się na rodzinach, które wspólnie posiadają ziemię. Rządy MAS umożliwiły dalszy rozwój autonomii indiańskich. Obecnie można zauważyć silną tendencję do ich tworzenia; na kilkunastu obszarach proces już się rozpoczął, ale jest on mozolny. Od kilku już lat głównym powodem sporu między MAS a Indianami jest właśnie kwestia autonomii. Konstytucja z 2009 r. gwarantuje autonomię regionów (departamentów, wspólnot indiańskich, miast itd.), co stwarza im spore możliwości udziału w polityce. Według danych ONZ prawa wspólnot indiańskich nie są wystarczająco chronione, zwłaszcza jeśli chodzi o konsultacje dotyczące infrastruktury i projektów wydobywczych na ich terenach. Niekiedy ludności autochtonicznej udaje się zablokować projekty rządowe, jak np. w 2011 r., kiedy wspólnoty Indian Chiman, Yurucare i Moxos uniemożliwiły budowę drogi przez rezerwat.
Należy pamiętać, że Indianie nie tworzą harmonijnego świata, dzielą ich sprzeczne interesy. Solidarność może objawiać się jedynie na zewnątrz, wobec innych. Wszystkie grupy etniczne cechuje jednak podobny model życia, oparty na wspólnocie, równowadze, pomocy, zrównoważonym rozwoju. Indianie uważają, że aby otrzymać coś od Matki Ziemi, trzeba jej coś przekazać; krótkowzroczna eksploatacja jest im obca. Występuje u nich rotacyjne przekazywanie funkcji politycznych. Stosunki społeczne funkcjonujące na ich terytoriach mogą stanowić inspirację dla rozwijania demokracji partycypacyjnej. Zdaniem jednego z liderów protestów przeciwko prywatyzacji wody: Pojawiły się możliwości […] akcji kolektywnych, możliwość konstrukcji sił, które przychodzą od dołu […] realnej siły, która narzuca program siłom politycznym oraz zmusza je do spełnienia go […] Myślę, że oni [władze] bardzo się obawiają tego procesu i dlatego starają się odwieść ludzi od tych możliwości i skierować ich zamiast tego w stronę procesu głosowania, w stronę rynku wyborczego.
Chyba najlepszym przykładem zdolności mobilizacyjnych i organizacyjnych Boliwijczyków jest miasto El Alto, zamieszkane w 85% przez Indian (w tym 80% to grupa Ajmara). Już od lat 70. mają tam miejsce silne tendencje oddolnej samorządności. Przyczyny tego są dwojakie. Pierwsza to wiejskie tradycje bezpaństwowego ustroju Indian, andyjskie podejście wspólnot wiejskich do terytorialności i samoorganizacji. Drugą jest natomiast komunitarianizm w warunkach dużego miasta. Przynależność do takiej wspólnoty jest dobrowolna, choć łączy się z dostępem do edukacji dzieci oraz do sieci wodnej i elektrycznej, pozwala na przetrwanie w trudnych warunkach, w których państwo w zasadzie nigdy nie istniało. Wspólnota opiera się na cotygodniowych lub comiesięcznych spotkaniach sąsiadów, podczas których dyskutuje się o problemach dzielnicy, związanych głównie z dostępem do wody, elektryczności, ścieków, opieki medycznej, edukacji, placów zabaw. Każda rodzina ma prywatny dom, ale w ramach wspólnoty zarządza placami, szkołami, boiskami itp. Najmniejsze komórki sąsiedzkie są również siłą napędową protestów, a dzięki temu, że bunty zaczynają się na samym dole hierarchii społecznej, trudno je powstrzymać. Liderzy natomiast są łatwo zastępowalni bez uszczerbku dla wspólnoty jako całości. Indianie mają duże zdolności mobilizacyjne, dzięki którym organizują marsze, strajki (także głodowe), blokady dróg. Akcje odbywają się bez centralnego nadzoru czy planowania i jednolitych ram. Są spontaniczne, trudne do przewidzenia i zatrzymania.
Prawa człowieka i natury
Nowa konstytucja wzmocniła prawa człowieka, zwłaszcza gospodarcze, społeczne i kulturowe, a także zwróciła uwagę na prawa szczególnie poszkodowanych grup, takich jak kobiety, dzieci, Afroboliwijczycy, osoby niepełnosprawne oraz starsze. Głównym celem ochrony praw człowieka miało być Dobre życie (Vivir Bien) – idea, która zapewnia prawa człowieka, choć skupia się na ich trzeciej generacji, a więc kolektywnych prawach do pokoju, rozwoju, demokracji, dziedzictwa przeszłości czy środowiska naturalnego oraz uczestnictwie politycznym, pluralizmie, zmniejszaniu nierówności. Niestety, może być ona wykorzystywana w zależności od kontekstu. Niebezpieczne jest redukowanie praw obywatelskich do problemów związanych z warunkami życia oraz bezpieczeństwem. Sprowadza się to do schematu: rząd zapewnia obywatelom poprawę warunków życia, a ci w zamian za to urządzają demonstracje prorządowe.
Na pewno można powiedzieć, że rząd zasadniczo respektował prawa człowieka i wolności osobiste. Odbywały się wolne, demokratyczne wybory i referenda. W kraju panowała swoboda wyrażania opinii; co prawda władze atakowały media, ale wiele z nich było bardzo krytycznych wobec MAS i środków używanych przeciwko nim nie należy uznawać za zbyt radykalne. Działało wielu nadawców, w tym prywatni oraz media kościoła katolickiego. Często pojawiające się zarzuty o atakowanie wolnych mediów były nieco przesadzone, choć faktycznie strona rządowa podejmowała takie działania. Miały miejsce oskarżenia o ograniczanie wolności prasy, działania przeciwko mediom krytycznym wobec rządu, ataki na nieprzychylnych mu dziennikarzy. Symbolem może być przekształcenie najstarszej publicznej boliwijskiej stacji telewizyjnej, Televisión Boliviana, w strategiczne przedsiębiorstwo państwowe. Stała się ona tubą propagandową rządu, jednak zbankrutowała wskutek wycofania się reklamodawców. W jej miejsce utworzono Bolivia TV, całkowicie podporządkowaną rządowi. Stworzono także państwowy dziennik („Cambio”) i sieć radiową (Patria Nueva) oraz ponad 30 lokalnych rozgłośni skierowanych do Indian. Wprowadzone ustawy, mające na celu walkę z rasizmem i dyskryminacją, były wykorzystywane do ataków na przeciwników prezydenta.
Istotnym problemem w Boliwii jest przemoc wobec kobiet. Szacuje się, że ponad połowa Boliwijek doświadczyła przemocy domowej. System sądowy okazuje się nieefektywny w przypadkach rozsądzania spraw o gwałt i przemoc. Nowe podejście do tego problemu nawiązuje do idealistycznej, romantycznej wizji Indian, która zakłada, że płcie są równe i mają się uzupełniać. Jednak to do mężczyzn należy podejmowanie decyzji politycznych, a kobiety zajmują się raczej sferą domu. Istnieją różne poglądy na kwestię machismo u Indian, ale to mężczyzna ma rzeczywistą moc przywódczą, kobieta pełni funkcję uzupełniającą, pomocniczą. Mimo to kobieta w kulturze indiańskiej na pewno cieszy się większym równouprawnieniem niż w miejskich realiach Boliwii. Indiańskość rozumie relacje między płciami jako pomoc w codziennej pracy i małżeństwo oparte na wzajemności.
MAS popiera zwiększanie uczestnictwa kobiet w życiu politycznym. Konstytucja zapewnia ich równy udział. Ponad połowa członków parlamentu to kobiety, co stawia Boliwię na drugim miejscu na świecie pod względem reprezentacji kobiet w niższej izbie parlamentu. Już w pierwszym rządzie Moralesa znalazły się cztery kobiety. Większość obserwatorów skomentowała to twierdzeniem, że nie mają one kompetencji ani doświadczenia, co nie było prawdą. Jedna z nich, minister spraw wewnętrznych, była antropolożką, zasiadała w senacie oraz zajmowała się kwestią łamania praw człowieka. Pozostałe – Indianki – związane były z różnymi organizacjami boliwijskiego ruchu kobiecego.
Podobny problem stanowiła przemoc wobec dzieci oraz ich przymusowa praca. Co gorsza, nowa ustawa z 2014 roku pozwala na pracę dzieci w wieku 12–14 lat (pod pewnymi warunkami, np. nie dłużej niż 6 godzin dziennie), a w wieku 10–12 lat – w niezależnych, samodzielnych pracach pod nadzorem rodziców. Decyzja ta została skrytykowana przez organizacje broniące praw człowieka. Główną przyczyną takiej sytuacji jest bieda, która zmusza niektóre rodziny do wysyłania do pracy nawet najmłodszych, wykorzystywanych później przez pracodawców.
Jednym z ważnych problemów, z którymi boryka się rząd boliwijski, jest ekologia. Boliwia jest jednym z najbardziej różnorodnych biologicznie krajów na świecie. Znajdują się tu różne ekosystemy: amazońskie lasy deszczowe, pustynia, Andy oraz około 20% tropikalnych lodowców. Sytuacja ekologiczna ma wpływ nie tylko na mieszkańców kraju, w tym na rolników, lecz także na klimat światowy.
Punktem wyjścia boliwijskiego spojrzenia na naturę jest Vivir Bien (indiańskie Suma Qamaña) – idea sprzeciwiająca się egoistycznemu, indywidualistycznemu kapitalizmowi, który dąży do akumulacji i eksploatacji. Kładzie się nacisk na wspólnotowy socjalizm, będący w harmonii z Matką Ziemią (Pachamamą). Rozwój ma odbywać się przez współpracę i uzupełnianie, a nie wykorzystywanie innych ludzi i współzawodnictwo; zamiast „lepszego życia”, rozumianego wąsko materialistycznie, proponuje „dobre życie”. Bierze pod uwagę nie tylko zysk czy przychód per capita, lecz także tożsamość kulturową, potrzeby wspólnoty, harmonię między ludźmi i z naturą. Ochrona środowiska ma podtekst typowo andyjski: Nasz głos pochodzi z przeszłości. Nasz głos to głos przykrytych śniegiem gór, które tracą swoje białe poncho. Rząd boliwijski stara się promować tę wizję za granicą, stąd pomysł na wprowadzenie Deklaracji Praw Matki Ziemi. W 2010 r. Boliwia wdrożyła prawo ustanawiające siedem zasad Matki Ziemi: życie, zróżnicowanie środowiskowe, wodę, czyste powietrze, równowagę ekosystemową, odnowę i życie wolne od zanieczyszczeń. Obywatel może nawet wnieść do sądu skargę w imieniu Matki Ziemi. Rewolucyjne prawodawstwo jak na razie znajduje się jedynie na papierze, jednak stanowi dobry punkt wyjścia.
Prezydent Morales jest postrzegany jako swego rodzaju głos ekologów, nawołujący do działań na rzecz obniżenia emisji gazów cieplarnianych, powołania międzynarodowego trybunału ds. zmian klimatycznych oraz ustanowienia Prawa dostępu do wody uniwersalnym prawem człowieka. Zgromadzenie Ogólne ONZ przyznało Moralesowi tytuł „Światowego Bohatera Matki Ziemi”. Jednak wszystkie te działania mają znaczenie głównie propagandowe; priorytetem dla rządu jest zapewnienie rozwoju gospodarczego. W czerwcu 2015 r. wprowadzono nowe ustawodawstwo, umożliwiające zwiększenie wydobycia surowców na kilku pozostałych obszarach chronionych. W miarę upływu czasu przedsięwzięcia gospodarcze mają większy priorytet niż ekologia.
Problem narkotykowy
Jednym z najważniejszych problemów Boliwii, zwłaszcza w relacjach z zagranicą, jest produkcja narkotyków. W Boliwii – inaczej niż w Peru czy Kolumbii – kwestia upraw koki to problem społeczny. Związany jest on przede wszystkim z sytuacją chłopów, a nie z guerillą, oddziałami paramilitarnymi czy gangami międzynarodowymi, czerpiącymi zyski z handlu narkotykami. Co więcej, skandal, który wybuchł w latach 80. pokazał, że rządząca junta uczestniczyła w produkcji i dystrybucji narkotyków – represje uderzyły więc jedynie w rolników, oszczędzając przetwórców, handlarzy i dostawców. Przez lata w wielu regionach państwo było w zasadzie nieobecne właśnie poza akcjami skierowanymi przeciwko uprawiającym kokę.
Rozbieżności między USA i niektórymi międzynarodowymi organizacjami a państwami andyjskimi w postrzeganiu koki biorą się głównie stąd, że ci pierwsi wiążą ją z kokainą, a ci drudzy – z kosmowizją indiańską. Koka, mimo że uznawana jest przez społeczność międzynarodową (w tym ONZ) za narkotyk, obiektywnie rzecz biorąc nim nie jest. Jest nim dopiero kokaina, wyekstrahowana z liści koki z użyciem środków chemicznych. Typowa herbatka z liści koki zawiera tak mało substancji narkotycznej, że jest ona dla organizmu nieodczuwalna. Tymczasem Konwencja ONZ z 1961 roku traktuje liście koki tak samo jak kokainę.
W regionie andyjskim od około 5 tysięcy lat kokę stosuje się powszechnie w obrzędach indiańskich (jest rośliną magiczną, źródłem energii, odgrywa istotną rolę w rytuałach i wróżbach), a także do walki z chorobą wysokościową, jako uzupełnienie diety, surowiec do produkcji różnych artykułów (takich jak mąka, herbata czy pasta do zębów) oraz lekarstwo. Koka zawiera wiele cennych minerałów, dodaje energii, zmniejsza uczucie głodu i bólu, zwiększa koncentrację.
Początek prezydentury Moralesa to zmiana nastawienia do walki z narkotykami. Boliwia postanowiła kontynuować walkę z kokainą, ale nie z uprawami liści koki. Już w 2006 r. rząd boliwijski opublikował nową strategię walki z przemytem narkotyków na lata 2007–2010. Miała ona opierać się na racjonalizacji, stabilizacji i kontroli produkcji liści koki przez partycypację społeczną oraz zapewniać legalne sposoby użytkowania wyprodukowanych liści. Przymusowa likwidacja upraw, narzucona wcześniej przez Stany Zjednoczone, została zastąpiona dobrowolnym przystępowaniem rolników do projektu oraz wzajemną kontrolą sąsiadów. Oparto się na porozumieniach z lokalnymi federacjami producentów tej rośliny, mających na celu ograniczenie areału upraw.
Założenia polityki rządu Moralesa koncentrowały się na uznaniu pozytywnych właściwości liści koki, uprzemysłowieniu upraw rośliny dla legalnych celów, racjonalizacji produkcji oraz położeniu większego wysiłku na zwalczanie produkcji kokainy i innych niedozwolonych narkotyków na wszystkich jej etapach. Służyć temu miała dekryminalizacja upraw koki, licencjonowanie ich oraz rozwijanie alternatywnych zastosowań koki, także na eksport.
Boliwia uważa, że USA, jako największy rynek konsumencki, nie mają prawa krytykować innych krajów w sprawie ich polityk antynarkotykowych. Zdaniem Evo Moralesa Ameryka nie ma też podstaw moralnych ani autorytetu, żeby w ogóle dyskutować o walce z narkotykami. Prezydent Boliwii posunął się nawet do stwierdzenia, że narkohandel jest dla Stanów Zjednoczonych dobrym interesem. Pozwala bowiem na usprawiedliwienie interwencji w krajach antyimperialistycznych, niechętnych hipermocarstwu. Jak stwierdził: Walka z przemytem narkotyków jest [dla USA] pretekstem do zdominowania Ameryki Łacińskiej […] do zdominowania naszych ludów, do pogwałcenia naszej suwerenności. Rząd Moralesa uważa, że Waszyngton powinien zająć się walką z popytem na kokainę u siebie, i z tego trzeba go rozliczać.
Perspektywy
Dzięki polityce rządu Moralesa sytuacja społeczna w Boliwii znacznie się poprawiła. „Zwrot na lewo” należy widzieć bardziej jako skutek niezadowolenia społeczeństwa i przebudzenia ludności autochtonicznej niż katalizator rewolucyjnych zmian. Społeczeństwo aktywnie protestuje przeciwko niektórym posunięciom rządu, mającemu coraz więcej przeciwników uważających jego działania za zbyt mało radykalne. Niektórzy przywódcy indiańscy, ekolodzy i aktywiści stali się krytykami MAS, argumentując, że partia coraz bardziej przychyla się do zaspokajania żądań bogatej białej mniejszości. Jak zauważył jeden z nich: [Rząd Moralesa] porzucił możliwość prawdziwej zmiany i szukania równości tak dla Indian, jak i Metysów. Poparcie dla Moralesa jednak utrzymuje się; obecnie jest na poziomie powyżej 60%. Nie wydaje się, żeby w najbliższym czasie powstała jakaś alternatywa mogąca przekonać większość Boliwijczyków.
przez Marcin Rzepa | wtorek 24 listopada 2015 | Jesień 2015
Ruchy społeczne rolników w Ameryce Łacińskiej wydają się na pierwszy rzut oka anachronizmem. Ich istnienie sugeruje, że – niczym w XIX wieku – źli właściciele wielkich majątków ciemiężą chłopów, utrzymując ich w półniewolniczych zależnościach, przywiązując do ziemi i niszcząc każdy przejaw buntu przy pomocy utworzonych przez siebie oddziałów zbrojnych. Niestety, obecna sytuacja w regionie nie jest aż tak różna od tego, co miało miejsce w odległej przeszłości. Nadal występują olbrzymie dysproporcje w dochodach, skrajna bieda, istnieją wielkie majątki ziemskie i paramilitarne oddziały tworzone przez ich właścicieli, a lokalne władze, policja i sądy najczęściej działają na ich korzyść. Natomiast oskarżane o zacofanie współczesne ruchy społeczne stosują najnowsze metody organizacji i komunikacji, mają konkretny program i postulaty, wchodzą w porozumienia z innymi aktorami politycznymi oraz są zdeterminowane w dążeniu do celu. Jedynym przestarzałym elementem jest sytuacja, w jakiej niektóre grupy społeczne zostały postawione z powodu stosunków panujących na wsi.
Najsilniejszym ruchem rolników w Ameryce Łacińskiej jest brazylijski Ruch Pracowników Rolnych bez Ziemi (Movimento dos Trabalhadores Rurais Sem Terra – MST), zwany też Ruchem Rolników bez Ziemi oraz Ruchem Bezrolnych. Zrzesza około 1,5 mln ludzi. Początkowo ruch walczący o ziemię był zorganizowany w ramach Komisji Duszpasterstwa Ziemi (Comissão Pastoral da Terra – CPT), utworzonej w 1975 r. przez brazylijski kościół katolicki. Jej celem było organizowanie rolników w celu przeprowadzenia reformy agrarnej. Komisja była represjonowana przez władzę wojskową. Decydująca dla ruchu robotników wiejskich okazała się okupacja ziemi przez 700 rodzin w 1979 r. w stanie Rio Grande do Sul. W 1984 r. 400 członków CPT, opowiadających się za bardziej aktywną działalnością, zdecydowało się założyć nowy związek – był to początek Ruchu Pracowników Rolnych bez Ziemi. Od początku organizacja dążyła do dwóch celów: reformy agrarnej oraz utworzenia sprawiedliwego i braterskiego społeczeństwa.
Przyczyny powstania i działalności ruchu wynikają z dwóch zasadniczych kwestii. Pierwsza ma korzenie w XIX wieku, choć można się ich doszukiwać już w procesie kolonizacji, który zaczął się w szesnastym stuleciu. Podbój Nowego Świata doprowadził do sytuacji, gdy Europejczycy, a w niektórych przypadkach także lokalni kacykowie, cieszyli się przywilejami, spychając miejscową ludność – oraz sprowadzanych później Afrykanów – do roli pracowników przymusowych i niewolników. W Brazylii zaczęły powstawać latyfundia, których większość produkcji trafiała na eksport. Koncentracja ziemi utrzymywała się także po zniesieniu niewolnictwa i przywróceniu praw autochtonom i Afrobrazylijczykom. Dopiero w latach 60. XX wieku rząd João Goularta próbował przeprowadzić reformę rolną poprzez wywłaszczenie posiadłości większych niż 600 ha i ich parcelację. Stało się to jedną z przyczyn zamachu stanu i przejęcia władzy przez juntę.
Druga kwestia to wejście Brazylii na arenę światowej gospodarki oraz postępująca globalizacja, które doprowadziły do wzrostu koncentracji ziem uprawnych, zmuszając tysiące drobnych i średnich rolników do opuszczenia gospodarstw. Priorytetem rolnictwa stało się wysyłanie towarów na eksport. W 1985 roku 10% największych właścicieli ziemskich kontrolowało 80% ziem uprawnych. Struktura własności w Brazylii należy dziś do najbardziej niezrównoważonych na świecie. Proces transformacji ustrojowej nie przyniósł znaczących zmian. Rządy podkreślały konieczność przeprowadzenia reformy rolnej, ale deklaracje nie miały pokrycia w działaniach. Szacunki mówią o 2,5 mln bezrolnych chłopów, a według MST są to aż 4 mln. Uważa się, że są oni dziś w Brazylii grupą, której prawa są najczęściej łamane.
Ruch Rolników bez Ziemi najbardziej znany jest z akcji zajmowania nieużytków. Przez 30 lat działalności udało mu się zalegalizować ponad 2300 osad, w których mieszka 370 tysięcy rodzin. Kolejne 180 tysięcy czeka na uzyskanie tytułu prawnego do zajętych ziem. Dzięki temu około 900 tysięcy ludzi znalazło pracę w sektorze rolniczym. Aktywność organizacji jest jednak znacznie szersza i obejmuje także gwarantowanie usług socjalnych, tworzenie przychodni oraz centrów zdrowia i rozwój systemu edukacji. Ruch został uznany przez państwo, a także na arenie międzynarodowej: otrzymał dotacje z UNESCO i UNICEF oraz nagrodę ONZ za osiągnięcia w dziedzinie reformy rolnej, ochrony zdrowia na obszarach wiejskich, ekologicznego rolnictwa i edukacji. MST został nagrodzony Right Livelihood Award (zwaną „Alternatywnym Noblem”) za „walkę o prawa rolników bez ziemi”. Jest on także członkiem większej międzynarodowej organizacji rolniczej, La Via Campesina (Chłopska Droga), do której należą miliony członków z 87 państw. Ma ona służyć rozwijaniu kontaktów w kwestiach reform rolnych, samowystarczalności żywnościowej, praw rolników i swobodnego dostępu do nasion.
O co walczą?
Program MST można podzielić na dwie grupy postulatów. Pierwsza to kwestie agrarne: walka o ziemię, o reformę rolną, o lepsze życie ludności wiejskiej. U genezy leży reforma zakładająca przekazanie nieużytków rolnych w ręce chłopów nieposiadających żadnych gruntów. Bezpośrednio z niej wynika poszanowanie praw robotników wiejskich, działania na rzecz poprawy warunków życia ludności na wsi, publiczna ochrona zdrowia oraz edukacja. Ważnym założeniem tej wizji jest także skierowanie produkcji na rynek wewnętrzny, aby zagwarantować dostęp do żywności oraz promować zatrudnienie w kraju. Długofalowym celem jest przeorientowanie produkcji rolniczej oraz reorganizacja gospodarstw rolnych na korzyść rodzinnych, połączonych w sieć i nastawionych na zaspokojenie własnych potrzeb. Na eksport przeznaczane byłyby jedynie nadwyżki. Różnorakie inicjatywy mają promować zatrudnienie na wsi, poprawę warunków życia w różnych dziedzinach, ochronę środowiska naturalnego, pozyskiwanie energii ze źródeł odnawialnych. Ruch domaga się prowadzenia przez rząd takiej polityki, aby wzmocnić małe, rodzinne gospodarstwa oraz promować kooperatywy rolnicze. Naciska na wprowadzenie programów stymulujących zatrudnienie na wsi w sektorach rolniczych i pozarolniczych, a także ochronę praw pracowniczych. Druga grupa postulatów to dążenie do sprawiedliwego i braterskiego społeczeństwa. Od początku MST walczył o prawo do protestu i mobilizacji, wpływu na decyzje władz, niezależny proces wyborczy. Wstawiał się za ludźmi prześladowanymi, więzionymi i zabijanymi za walkę o swoje prawa.
Ruch podkreśla konieczność poszanowania praw kulturowych i różnorodności etnicznej. Nie przeprowadza zajęć obszarów na terenach ludności indiańskiej, aby nie naruszać jej odrębności kulturowej. Domaga się wprowadzenia elementów demokracji bezpośredniej do systemu politycznego. Postuluje demokratyzację środków masowego przekazu poprzez tworzenie lokalnych stacji telewizyjnych i radiowych. Walczy o włączenie pod pojęcie „obywatel” tysięcy osób zmarginalizowanych i de facto wykluczonych z życia politycznego. Jego zasługą jest wprowadzenie do negocjacji między społeczeństwem a elitami takich kwestii, jak równość płci, ochrona środowiska w rolnictwie, niezależność żywieniowa, prawa mniejszości. Krytykuje nie tylko kapitalizm i ustrój liberalno-demokratyczny, ale całą współczesną cywilizację, która prowadzi do nędzy społeczeństwa oraz destrukcji przyrody.
Bardzo ważna jest dla MST walka o prawa kobiet oraz przeciwdziałanie przemocy wobec nich. Ruch uważa, że równość można osiągnąć tylko dzięki równym szansom dla obu płci. Włącza do akcji bezpośrednich i podejmowania decyzji całe rodziny oraz wprowadza parytet na różnych szczeblach organizacyjnych. Inaczej niż w związkach zawodowych, które są domeną mężczyzn, kobiety w ruchu są coraz aktywniejsze i pełnią funkcje administracyjne i polityczne.
Sprzymierzeńcy i wrogowie
W początkach działalności MST był tłamszony przez dyktatorskie rządy wojskowe. Również pierwsi demokratycznie wybrani prezydenci nie byli mu przychylni. Dopiero prezydent Itamar Franco (1992–1995) wstrzymał ataki na Ruch i uznał go za ważnego aktora społecznego, z którym należy prowadzić rozmowy. Relacje z władzami były jednak napięte. W połowie lat 90. prezydent Fernando Henrique Cardoso chciał ograniczyć działalność ruchu. Początkowo tolerował go i promował politykę osiedleniową na nieużytkach, domagał się jednak zmniejszenia skali jego działalności oraz wstrzymania akcji zajmowania terenów. Rezygnacja z nich miała być podstawą prowadzenia rozmów. W odpowiedzi ruch zwiększył ich liczbę. Rząd podjął radykalne środki, czego skutkiem były dwie masakry, w Corumbia w 1995 oraz w Eldorado dos Carajás w 1996 r. Zwłaszcza ta druga, w czasie której policja, strzelając do chłopów blokujących autostradę, zabiła 19 osób, zwróciła uwagę społeczeństwa. W sumie w latach 1988–2001 aż 1517 pracowników rolnych straciło życie w związku z atakami policji, wojska i oddziałów paramilitarnych (ta liczba ma tym większy wymiar, gdy wiemy, że śmiertelne ofiary reżimu w Brazylii w latach 1964–1985 to „jedynie” 500 osób).
Rząd próbował zdyskredytować ruch, oskarżając go m.in. o uprawę marihuany czy nazywając jego działania nielegalnymi, „zacofanymi” i „stojącymi na drodze modernizacji”. Prowadzono także kooptację wśród jego członków oraz starano się go izolować. Mimo to MST rósł w siłę, choć można zaobserwować także okresy zmniejszenia jego aktywności – np. w 2000 r. wprowadzono przepisy uniemożliwiające wywłaszczanie okupowanych terenów, co chwilowo spowodowało dwukrotny spadek liczby obozowisk.
Kryminalizację działań ruchu powstrzymała dopiero rządząca od 2003 roku Partia Pracowników (Partido dos Trabalhadores – PT). Sojusz, pochodzący jeszcze z czasów, gdy obie organizacje były w opozycji wobec reżimu, miał swoje korzenie w bliskości programowej. Partia Pracowników wprowadziła rozwiązania korzystne dla drobnych rolników, anulowała część ich długów, przyznała im kredyty oraz zagwarantowała ceny minimalne na żywność. Relacje między MST a PT stopniowo się jednak pogarszały. Działacze ruchu twierdzili, że nie wywiązano się z obietnic przyznania ziemi 500 tysiącom rodzin. Oskarżali partię o prowadzenie neoliberalnej polityki.
MST uważa, że należą mu się pieniądze rządowe (np. kredyty dla rolników) oraz utrzymuje stosunki z przedstawicielami władz, ale stara się trzymać z dala od polityki i prowadzić niezależne działania. Chce być „czysty ideologicznie” i czasami przyjmuje postawę konfrontacyjną wobec rządu. Uważa, że relacje z graczami politycznymi są niezbędne, ponieważ pomagają w osiąganiu celów. Działalność nie jest prowadzona „poza państwem”, ale polega na jak największym wykorzystaniu istniejących możliwości. Wyznacznikiem jest pragmatyzm: niekiedy współpraca z rządem i administracją jest opłacalna, niekiedy bardziej opłaca się wejść z nimi w konflikt.
Innym istotnym sojusznikiem ruchu jest kościół katolicki. Na samym początku był on najważniejszym ze sprzymierzeńców, ponieważ określał profil ideologiczny ruchu – religijny, związany z teologią wyzwolenia. Stanowił pewien symbol, był najważniejszą organizacją opozycyjną, udzielał wsparcia, dysponował dobrym zapleczem, miał dostęp do środków finansowych. Początkowo ruch podchodził do kwestii rolnej w sposób polityczno-religijny, traktując ją jako kwestię sprawiedliwości społecznej oraz godności ludzkiej. Miała ona być podstawą wyzwolenia z kapitalizmu, który niewolił słabszych dla korzyści krajowego i międzynarodowego kapitału. W latach 90. nastąpiła zmiana podejścia na bardziej świeckie. Coraz ważniejsze stawały się zasady konstytucyjne. Zaczęto korzystać z pracy wykwalifikowanych ekspertów ds. prawa cywilnego i karnego.
MST tworzy koalicje i porozumienia z wieloma graczami politycznymi i społecznymi, co pozwala na włączenie do działań większej liczby ludzi. Najważniejsi jego sprzymierzeńcy to związki zawodowe, organizacje rolników z grupy Via Campesina, Ruch Dotkniętych Tamami (The Movimento dos Atingidos por Barragens – MAB), Ruch Małych Rolników (Movimento dos Pequenos Agricultores – MPA), lokalne wspólnoty, setki małych ruchów, brazylijski kościół katolicki, Caritas. Wiele osób popiera założenia i działalność ruchu, a około 100 tysięcy wolontariuszy w całym kraju pomaga w działaniach MST. Ruch wspierają związki zawodowe, studenci, artyści, instytucje edukacyjne, fundacje, organizacje międzynarodowe, agencje rządowe w Europie, Kanadzie, państwach Ameryki Łacińskiej.
MST ma również licznych wrogów, wielu bardzo wpływowych. Najważniejszymi z nich przez długi czas byli właściciele latyfundiów, zrzeszeni w kilku organizacjach i reprezentowani w parlamencie przez tzw. wiejską ławę (bancada rural), w skład której wchodzili politycy z różnych partii, popierający interesy właścicieli ziemskich i producentów rolnych. Latyfundyści mieli duże wpływy wśród władz, byli silną grupą lobbującą. Najczęściej stały za nimi także władze lokalne, państwowe struktury siłowe, służby policyjne oraz aparat sądowniczy. Bardzo często korzystali z usług najemników (pistoleiros), zbrojnych band, grup paramilitarnych, które stosowały przemoc wobec członków ruchu.
Obecnie za największego wroga uznać można przedsiębiorstwa transnarodowe (jak Monsanto czy Cargill), które monopolizują rynek rolniczy. MST sprzeciwia się korporacyjnej kontroli nasion, prowadzącej do narzucania rolnikom nowych wzorców technologicznych – niektóre firmy formalnie zmuszają do kupowania określonych środków owadobójczych przygotowanych dla konkretnego rodzaju nasion. Ruch walczy z plantacjami roślin modyfikowanych genetycznie, należącymi do takich korporacji. Sprzeciwia się wielkoprzemysłowym uprawom dla celów komercyjnych, które cechują monokultury odmian roślin, wysokie zużycie chemikaliów oraz zaawansowana biotechnologia. W opozycji do takiego stanu rzeczy tworzy alternatywny rynek produktów z gospodarstw spółdzielczych, co ma pozwolić na samowystarczalność żywieniową i zerwanie zależności od koncernów.
Przeciwnikiem MST jest również Bank Światowy, którego plan likwidacji biedy w Brazylii zakłada prywatyzację ziemi oraz zmianę konstytucji na taką, która nie zezwalałaby na zajmowanie nieproduktywnych obszarów. Chłopi bezrolni mogliby starać się o pożyczki na zakup własności rolnych, jednak ich sprzedaż byłaby uzależniona od decyzji właściciela. Różnic jest więcej, a MST zadeklarował konfrontację z neoliberalizmem oraz walkę w celu nacjonalizacji sprywatyzowanych przedsiębiorstw. Domaga się od rządu reformy prawa podatkowego, zmiany polityki gospodarczej państwa oraz reorientacji polityki zagranicznej.
Działalność ruchu krytykowana jest przez tych, którzy stawiają nacisk na kompromisy i elastyczność w negocjacjach między rolnikami a elitą władzy. Oskarżają oni ruch o brak doświadczenia i niezwracanie uwagi na zasady polityki. Mówi się, że działalność ruchu inspirowana jest „wulgarnym marksizmem”. MST miałby indoktrynować i manipulować ludźmi, którzy nie znają się na polityce i być tylko ruchem „przedpolitycznym” lub pseudorewolucyjną grupą.
Masowość, organizacja i wytrwałość
Główną i najbardziej spektakularną aktywnością ruchu jest zajmowanie ziemi i oddawanie jej bezrolnym pracownikom wiejskim. Punktem wyjścia dla tej działalności jest przepis brazylijskiego prawa, mówiący, że ziemie, które nie są uprawiane lub wykorzystywane produktywnie, mogą zostać przejęte i przekazane bezrolnym. Warunki panujące w kraju (ogromny obszar, dominacja wielkich majątków ziemskich, struktura upraw) sprawiają, że takich terenów jest bardzo dużo. Ziemia uprawna często traktowana jest jedynie jako lokata kapitału, a mimo to państwo nie inicjuje procesu jej redystrybucji. Rządy Partii Pracowników wprowadziły wiele programów dla najbiedniejszych obywateli, ale nie zajęły się przyczynami istnienia dysproporcji majątkowych na wsi oraz kwestią własności ziemi. Wiele nieeksploatowanych obszarów jest zadeklarowanych jako „wydajne”. Władze postawione przed faktem dokonanym muszą jednak odpowiedzieć i taki jest cel akcji ruchu.
Pierwsza okupacja, przeprowadzona w Rio Grande do Sul, doprowadziła do rozprawy sądowej, w czasie której Sąd Najwyższy orzekł, że działanie aktywistów nie było złamaniem prawa, a rząd jest zobowiązany do odbierania właścicielom nieużytkowanych majątków ziemskich. Dzięki temu MST został ruchem działającym zgodnie z prawem. Co więcej, w 1996 r. najwyższa brazylijska instancja sądownicza uznała, że okupacje w celu przyspieszenia reformy „zasadniczo różnią się” od czynów kryminalnych przeciwko własności. Te dwa orzeczenia sprawiły, że kryminalizowanie działalności ruchu jest kwestią bardziej polityczną niż prawną.
Należy pamiętać, że okupacje były narzędziem walki rolników o ziemię jeszcze przed powstaniem Ruchu Bezrolnych, a również dzisiaj są one stosowane przez inne organizacje. Nowością jest raczej wzmocnienie tej taktyki przez masową mobilizację oraz wydłużenie czasu jej trwania. W ten sposób odizolowane przypadki wtargnięcia na tereny należące do latyfundystów zostały wyniesione na poziom krajowy. Z pewnością można powiedzieć, że masowe, długotrwałe akcje zajmowania terenów, mające miejsce w wielu różnych regionach kraju, to aktywność typowa tylko dla MST.
Zajmowanie nieproduktywnych terenów przebiega w kilku fazach: przygotowanie, okupacja, zbudowanie obozu, założenie osady, budowa wspólnoty. Cały proces zaczyna się od przygotowania do zajęcia ziemi. Aktywiści zachęcają bezrolnych chłopów do gromadzenia niezbędnych materiałów, jak odzież, prowiant czy budulec na namioty. Cały ten proces może trwać nawet około roku. W określonym dniu następuje rozpoczęcie operacji, czyli zajęcie, wtargnięcie lub wejście (jak mówią jego zwolennicy) albo najazd czy inwazja (jak nazywają to wrogowie i media). Zajęcie prywatnego terenu rozpoczyna pewien proces oraz powoduje konflikt między kilkoma stronami: właścicielem, zajmującymi, władzami, w tym rządem, policją, sądami, urzędami ds. polityki rolnej. Najczęściej właściciel zwraca się do sądu z wnioskiem o eksmisję. Takie usunięcie może mieć różny charakter (pokojowy lub brutalny) oraz różny skutek. Najczęściej okupanci zostają usunięci z zajętego terenu, a czekając na decyzję sądu budują obóz (acapamento) w pobliżu, na terenie publicznym lub czasami prywatnym. Może funkcjonować on miesiącami czy nawet latami, a celem jest wywarcie presji na władze odpowiedzialne za przeprowadzenie reformy rolnej i wymuszenie przekazania ziemi. Pozwala także na poinformowanie opinii publicznej o walce oraz mobilizuje okupujących.
W wielu regionach policja oraz prywatne oddziały paramilitarne urządzają napaści zbrojne na obozy. Walka w wydaniu MST nie oznacza przemocy, ruch kładzie nacisk na pokojowe metody. Dla obrony przed agresją członkowie ruchu używają narzędzi pracy, tj. maczet, kos, kawałków drewna, starych strzelb myśliwskich. Najczęściej starają się unikać konfrontacji, ponieważ walka z siłami dysponującymi nowoczesną bronią stawia ich na z góry przegranej pozycji.
W okupacji bierze najczęściej udział od kilkudziesięciu do kilkuset osób. Wszyscy od początku uczestniczą w zarządzaniu oraz budowie podstaw wspólnoty. Obóz tworzy komisje odpowiedzialne za poszczególne kwestie (zapewnienie żywności, bezpieczeństwo, edukacja, ochrona zdrowia itd.). Zadania są przydzielane według naturalnych preferencji – każdy może wybrać, czym chce się zajmować lub zostaje przypisany do jakiegoś sektora.
Tylko masowy protest może przynieść prawdziwą zmianę, dlatego do wspólnych działań włącza się jak najwięcej ludzi. Ruch nieustannie przypomina, że każde zajęcie terenu i każde negocjacje muszą być prowadzone grupowo, gdyż jednostkowych reprezentantów można zamordować lub sprawić, aby zdradzili sprawę. Jak twierdzą liderzy: Każdy przewodniczący, nawet najbardziej reformatorski, łatwo może zmienić zdanie przez własną próżność, zdradzając swoją klasę. Historia pełna jest przykładów przywódców, którzy, będąc początkowo wybrani przez związki zawodowe lub organizacje ludowe, zaakceptowali stanowisko burmistrza lub jego zastępcy.
Około 80–90% okupacji jest skutecznych i prowadzi do przyznania tytułu prawnego do ziem. Protestujący otrzymują ziemię na własność i budują osady. Każde przejęcie gruntów postrzegane jest jako krok w stronę realizacji ogólnokrajowej reformy rolnej.
Małe wspólnoty
Zajęcie terenu i uzyskanie tytułu prawnego nie kończą walki o lepsze życie. Rozpoczynają się uprawa ziemi, produkcja i rozbudowa systemu usług dla mieszkańców. Rodziny z pomocą aktywistów ruchu (militantes) samoorganizują się, walczą o swoje prawa oraz dostęp do usług publicznych: elektryczności, urządzeń sanitarnych, infrastruktury, kultury, rekreacji itp. Wbrew pozorom jest to najtrudniejsza faza całego procesu. Najważniejsze dla rolników stają się kwestie takie, jak ceny, kredyty i gospodarowanie. Rodziny, które uzyskały ziemię, najczęściej stają się bierne – ich prywatny cel został osiągnięty i chcą one w spokoju zająć się gospodarstwem. Następuje demobilizacja osadników, zmniejszenie zainteresowania sprawami politycznymi. Utrzymanie ich aktywności jest dla ruchu wielkim wyzwaniem.
Początkowo, gdy mieszkańcy, którzy zajęli teren, chcieli pracować razem w kolektywach, tworzono spółdzielnie. Później, gdy rolnicy, którzy niedawno utracili z powodu kłopotów finansowych gospodarstwa rodzinne na rzecz wielkich posiadaczy, chcieli je odzyskać, zaczęto tworzyć także „sektory kooperacji”. Pozwala to wybrać, czy chcą pracować wspólnie, czy też samodzielnie. Jeśli zdecydują się na tę drugą opcję, nadal mogą korzystać z kredytów uzyskiwanych przez MST. Niektóre grupy rodzin wybrały metodę pracy wspólnotowej, niektóre indywidualnej, inne jeszcze drogę pośrednią, w której praca indywidualna uzupełniana jest przedsięwzięciami kolektywnymi, np. przy zakupie i użytkowaniu maszyn rolniczych. Każdy obóz i osada są inne, w zależności od ludzi je tworzących, warunków naturalnych, regionu, nastawienia władz i okolicznej ludności. Podejmuje się różne próby, prowadzi eksperymenty organizacyjne i produkcyjne. Nikt nie ma gotowych recept, ludzie szukają nowych rozwiązań.
Wiele środków i wysiłków pochłaniają działania w takich kwestiach, jak służba zdrowia czy szkolnictwo, ale MST utrzymuje, że jest to część jego walki. Powodem dominacji i wyzysku jest m.in. brak wiedzy, stąd nacisk ruchu na edukację. Analfabeci muszą uczestniczyć w kursach czytania i pisania, buduje się szkoły dla dzieci. Z inicjatywy MST powstało już ponad 1800 szkół nauczania początkowego i średniego oraz uniwersytet w stanie São Paulo. W miarę przekształcania osad w trwałe wspólnoty stają się one oficjalnie uznanymi szkołami publicznymi. W nauczaniu kładzie się nacisk na kwestie związane ze sprawiedliwością społeczną, radykalną demokracją oraz wartościami humanistycznymi i społecznymi, gdyż według stanowiska ruchu: Aby przygotować ludzi do demokracji i partycypacji przez edukację, sam system oświaty musi opierać się na zasadach demokratycznych, które próbuje promować.
Osiedla, które odniosły sukces, zapewniają dużo lepsze warunki niż zwyczajny wiejski standard w Brazylii. Niektóre dywersyfikują produkcję i sprzedają nadwyżki. Utworzono około 100 małych i średnich kooperatyw, które przetwarzają owoce, warzywa, nabiał, zboża, kawę, mięso czy słodycze oraz tworzą własne marki. Są też takie osiedla, które muszą walczyć o przetrwanie, a sporadycznie są nawet opuszczane. Według jednego z liderów: MST stało się rodzajem państwa. Robimy to, co państwo powinno robić, i wiele więcej. Ruch troszczy się o człowieka całościowo. Walczymy o ziemię, dom, wspólnotę, edukację, zdrowie, kulturę, kobiety, młodzież… W całej Brazylii nie ma organizacji pracującej na rzecz tego wszystkiego.
Ciekawym zagadnieniem jest ustrój wprowadzony we wspólnotach na zdobytych terenach. Fundamentem są rodziny, a grupa 10 rodzin tworzy tzw. podstawowy rdzeń (núcleo de base), który jest najważniejszą instancją, dyskutującą o potrzebach na danym terenie. Zajmuje się sprawami wewnętrznymi, ale debatuje także na tematy bardziej ogólne, jak sytuacja w regionie, wyniki negocjacji z rządem i władzami lokalnymi. Dzięki temu wszyscy członkowie ruchu posiadają wiedzę i orientację w charakterze toczonej walki. Skrupulatnie nadzoruje się wspólnotowe wydatki, a przepływ finansów cechuje transparentność. W zgromadzeniach bierze udział zazwyczaj około 40–50 osób, co umożliwia aktywne uczestnictwo. Dzięki temu ludzie mogą dyskutować o ważnych sprawach, ale także przezwyciężać indywidualistyczne podejście i uczyć się wspólnotowości. W większych zgromadzeniach praca toczy się także w komisjach sektorowych. Zgromadzenie wybiera dwie osoby (mężczyznę i kobietę) do rady regionalnej. Każda rada wybiera dwie osoby (znowu muszą to być przedstawiciele obu płci) do rady stanu oraz do rady krajowej. Mandat może zostać odnowiony, ale wybrana osoba nie jest nietykalna. Instancja wybierająca dokonuje przeglądów jej aktywności i może ją odwołać, jeśli nie realizuje podjętych zobowiązań.
Co 5 lat zbiera się Kongres Narodowy: główna instancja MST, która grupuje aktywistów z różnych stanów. Przyjmuje on linię programową ruchu i podejmuje decyzje dotyczące linii politycznej na kolejny okres. Co dwa lata natomiast gromadzi się Spotkanie Narodowe, które dyskutuje i aktualizuje decyzje Kongresu oraz określa szczegółowe zasady bieżących poczynań. Organem wykonawczym oraz reprezentacyjnym jest Koordynacja Narodowa, która zajmuje się wprowadzaniem uchwał organów deliberujących oraz finansami, jednak nie decyduje o polityce prowadzonej przez poszczególne struktury regionalne. Lokalne organy powinny kierować się zaleceniami polityki MST, ale ich decyzje są zdecentralizowane. Na przykład zaleceniem może być to, że należy przeprowadzać zajęcia ziem, ale metody, czas i organizacja tych przedsięwzięć należą do lokalnych działaczy. Na szczeblu centralnym analizuje się jedynie, czy wszyscy podążają właściwą drogą, a także ruchy przeciwnika oraz kwestie, które dotyczą wszystkich stanów, jak podręczniki, spotkania czy manifestacje. Założeniem systemu jest podejmowanie decyzji na jak najniższym poziomie, choć istotnymi elementami są koordynacja działań oraz kontrola.
Najbardziej doświadczeni członkowie ruchu wchodzą w skład Przywództwa Narodowego. Jest to około 20 osób, które zbierają się co dwa miesiące, żeby dyskutować i przygotować propozycje polityki, strzegąc spójności i jedności ruchu oraz jego autonomii. Planują także strategie i taktyki przedstawiane Narodowej Koordynacji, proponują rozwiązania. Zadaniem tego organu nie jest rządzić, lecz tworzyć ogólną wizję tego, co dzieje się w kraju oraz informować członków ruchu o dyskusjach i toczonej walce.
Jedną z cech wyróżniających MST jest jego przywództwo (najbardziej doświadczeni aktywiści), a konkretniej fakt, ze liderzy ruchu nie pochodzą spoza jego bazy społecznej. Około 80% liderów to chłopi lub robotnicy rolni nieposiadający ziemi. Choć najczęściej są młodzi i wyedukowani, pochodzą z biednych terenów wiejskich i łączą ich ścisłe związki z członkami ruchu. Są aktywni, ambitni, mają wiarę w możliwość utworzenia alternatywnego społeczeństwa, ale zarazem nie tracą związków ze swoim zapleczem społecznym.
Ważną sprawą jest utrzymywanie kontaktów między wspólnotami, tzw. koncentracja osad. Społeczność odizolowana od innych, otoczona latyfundiami, ma małe szanse na przetrwanie, a jeszcze mniejsze na wywarcie wpływu politycznego, gospodarczego, kulturowego i ideowego w regionie.
MST jest jednym z ruchów opierających się na zasadzie partycypacji, która ma stać w opozycji do form przedstawicielskich. Zakłada ona, że obywatele mogą sami podejmować decyzje zamiast oddawać całą władzę w ręce przedstawicieli. Uczestniczą oni w tym procesie od samego początku, aktywnie biorąc udział w debatach i wyrażając swoje zdanie. Zasady rządzące zgromadzeniami są połączeniem lewicowych i chrześcijańskich form działania wspólnoty. Jak twierdzą liderzy: Dla nas demokracja to nie jest tylko szczegół, słowo. Jest jednym z fundamentów naszej pracy pedagogicznej i naszych planów transformacji społecznej.
W przypadku MST dzieje się tak przede wszystkim za sprawą „spotkań” (reuniões), które mają różny przebieg i długość. Ich główną ideą jest przekonanie, że aby zachować równość, ludzie muszą się wypowiedzieć, mieć do tego prawo i okazję. Najważniejsza jest dyskusja, będąca swoistym rytuałem – mówcy posługują się pytaniami retorycznymi, mową zależną, ciszą, naśladują głosy innych osób, prowadzone są dialogi. Równość oznacza przede wszystkim takie same szanse na wyrażenie zdania czy podjęcie takiego postanowienia, które zawiera postulaty wszystkich działaczy lub przynajmniej dużych grup. Uczestnictwo w spotkaniu implikuje automatycznie wzięcie na siebie odpowiedzialności, a brak sprzeciwu czy zgłoszenia skargi oznacza zgodę. Każdy ma możliwość wyrażenia swojego zdania publicznie. Decyzja jest najczęściej przyjmowana jednogłośnie lub jej podjęcie jest odkładane na później.
Inne sfery aktywności
Istotną przyczyną sukcesu Ruchu Bezrolnych jest taktyka opierająca się na zróżnicowanych działaniach. Większość akcji to zgodne z prawem protesty lub akty nieposłuszeństwa obywatelskiego. Możemy zaliczyć do nich, poza opisanymi już zajęciami nieużytków, marsze (w tym nawet dwumiesięczne), mające długą tradycję w regionie Ameryki Łacińskiej, oraz blokady autostrad w proteście przeciwko konkretnym wydarzeniom (np. usunięciu rodzin z terenów zajmowanych przez ruch). W 2005 r. MST zorganizował 170-kilometrowy marsz do stolicy, w którym wzięło udział 12 tysięcy ludzi, zapewnił im jedzenie, opiekę medyczną, namioty, komunikację i koordynację, co zostało uznane za wydarzenie bez precedensu. Pozostałe działania to m.in. zajęcia budynków publicznych, niszczenie upraw, wysyłanie e-maili i listów, głodówki, publikacje manifestów, demonstracje.
Ważne miejsce zajmują działania związane z ekologią. W 1997 r. ruch utworzył BioNatur, pierwszą kooperatywę zajmującą się nasionami organicznymi oraz przejmowaniem kontroli nad nasionami od korporacji międzynarodowych. Dziesięć lat później była ona największym producentem organicznym w Ameryce Łacińskiej, z ponad stoma odmianami roślin.
Ochrona środowiska zajmuje ważne miejsce w działalności ruchu. Promuje on uprawy na małą skalę, polegające na zabiegach przyjaznych środowisku, jak międzyplony i płodozmian. Niekiedy posuwa się nawet do niszczenia upraw oraz okupacji plantacji należących do koncernów, które nie spełniają norm środowiskowych, jak Sygenta AG czy Monsanto. Podejście agroekologiczne kwestionuje neoliberalny model rolnictwa i społeczeństwa. Chce przywrócić uznanie nieformalnej, tradycyjnej wiedzy mieszkańców wsi. Pojmuje przyrodę nie jako coś, co trzeba ujarzmić i wykorzystać, ale jako źródło życia, część człowieka. Ma to korzenie w indiańskości i afrykańskości, dwóch najważniejszych (obok europejskiego) filarów kultury brazylijskiej. Ruch Bezrolnych sprzeciwia się stosowaniu nasion transgenicznych oraz dominacji monokultur uprawnych (eukaliptusa, trzciny cukrowej i soi), które niszczą ekosystem i prowadzą do zmniejszania zatrudnienia. Wspiera natomiast producentów żywności ekologicznej, programy zalesiana terenów oraz ekologiczne pozyskiwanie energii na terenach wiejskich. Jak powiedział jeden z liderów: Dla nas osada jest odrodzeniem życia ludzkiego i natury. Dlatego też najważniejsze to zdefiniować politykę gospodarczą, społeczną i rozwojową, chronić środowisko, […] odnowić zniszczone tereny, nie wzniecać pożarów, zbierać śmieci, unikać trucizn i nawozów chemicznych, sadzić różne rodzaje owoców i kwiatów, chronić ptaki i dzikie zwierzęta. Działania ekologiczne odnoszą się nie tylko do samych upraw. Często wraz z lokalnymi wspólnotami, organizacjami kościelnymi i pozarządowymi ruch protestuje w sprawie niektórych projektów szkodliwych dla środowiska naturalnego, takich jak budowanie tam i zmiana biegu rzek.
Efekty działalności
Działalność ruchu przynosi wiele zmian na poziomie prawnym, politycznym, społecznym, gospodarczym. Przekształca nieproduktywne lub nieużywane obszary rolne w utrzymujące się samodzielnie gospodarstwa. MST pomaga w efektywnym wykorzystywaniu kredytów, w modernizacji, oferuje pomoc techniczną i w zakresie strategii marketingowych. Dzięki niemu zmniejsza się bezrobocie, maleją obszary biedy, poprawia się jakość życia ludności. Ruch jest swego rodzaju mediatorem między osadnikami a państwem, jednocześnie zachowując autonomiczną strukturę, niezależność i zdolność do mobilizacji swoich członków i zwolenników.
Dzięki Ruchowi Bezrolnych tymczasowi, najemni robotnicy rolni, wykluczeni z życia politycznego, stają się podmiotem. Walka o ziemię może być widziana w szerszym kontekście jako przywrócenie praw politycznych, społecznych i ekonomicznych, których bezrolni są praktycznie pozbawieni. Jednocześnie nie robi tego za nich, a jedynie oferuje pomoc w budowie wspólnot. Akcje MST były szokiem, uzmysłowiły społeczeństwu, jak nagląca jest potrzeba poprawy życia bezrolnych chłopów, zmieniły status quo i przeniosły problem reformy rolnej na wyższy poziom refleksji politycznej.
Obecnie dużo mówi się o kryzysie ruchu. Ponieważ zajmuje się on wieloma problemami, niektórzy obserwatorzy uznają, że spycha podstawowy z nich na dalszy plan. Rolnicy mieliby być w pewnym sensie ofiarą postawy antyglobalistycznej. Prawdą jest, że przez 30 lat MST nie był w stanie wymóc realizacji ogólnokrajowej reformy rolnej, choć jego metoda „małych kroków” przyniosła imponujące wyniki.
Przeciwnicy często tworzą fałszywy obraz, w którym ruch rolników prezentuje zacofaną gospodarkę wiejską, i przeciwstawiają mu nowoczesne rolnictwo, oparte na chemii i biotechnologii. Tymczasem różnice tkwią zupełnie gdzie indziej. Neoliberalizm promuje interesy elity właścicieli wielkich majątków (często korporacji), mających dostęp do bazy środków chemicznych i powiązanych z handlem zagranicznym (większość produkcji wysyłana jest na eksport). MST stosuje inne podejście: wspiera interesy drobnych właścicieli połączonych w kooperatywy, którzy produkują przede wszystkim na potrzeby lokalne, a sprzedają jedynie nadwyżki. Przy tym ważne są nie tylko kwestie związane z samą produkcją, ale także sprawiedliwość społeczna, równość kulturowa i tożsamość. Linia podziału przebiega między nowoczesną strategią Ruchu Rolników bez Ziemi, która bierze pod uwagę interesy producentów (zatrudnienie, warunki życia), konsumentów (zdrowie, dostęp do żywności) i przyrody, a przestarzałym podejściem „rentierskim”, dla którego liczą się tylko wielkość produkcji oraz zysk uprzywilejowanej elity.
przez Marcin Rzepa | środa 6 maja 2015 | Wiosna 2015
1 stycznia 1994 r. meksykański stan Chiapas zwrócił na siebie uwagę świata. Wraz z wejściem w życie traktatu ustanawiającego Północnoamerykańską Strefę Wolnego Handlu (NAFTA), którą utworzyły Stany Zjednoczone, Kanada i Meksyk, Indianie z jednego z najbiedniejszych regionów państw-założycieli podnieśli bunt i pod szyldem Zapatystowskiej Armii Wyzwolenia Narodowego (Ejército Zapatista de Liberación Nacional, EZLN) podjęli walkę z państwem meksykańskim.
EZLN to ruch polityczno-wojskowy walczący o interesy grup ludzi zmarginalizowanych, głównie chłopów i ludności rdzennej. Nazwa ruchu odwołuje się do Emiliano Zapaty Salazara (1879–1919), przywódcy partyzantki chłopskiej w czasie rewolucji meksykańskiej, opowiadającego się po stronie najbiedniejszej części społeczeństwa. Aktywność EZLN jest określana jako guerrilla nowego typu, ponieważ w odróżnieniu od wcześniejszych „podobnych” przedsięwzięć (rewolucjonistów kubańskich, Świetlistego Szlaku w Peru, przedsięwzięć Ernesto Che Guevary w Boliwii itd.) nie dąży do zbrojnego przejęcia władzy w państwie. Kładzie nacisk na polityczną mobilizację społeczeństwa obywatelskiego. Zamiast obalać rząd, zapatyści wzywają do oddolnych reform i budowy alternatywnego systemu polityczno-gospodarczego, a ich taktyka opiera się na zdecentralizowanych działaniach zbrojnych, podejmowanych na niewielką skalę.
Zapatyści są produktem lat 90., które wytworzyły w Meksyku nową sytuację. Rok 1992, rocznica „Spotkania dwóch światów” – jak określa się dotarcie Krzysztofa Kolumba do Ameryki – był ważnym momentem dla ruchu indiańskiego. Nastąpił wzrost kontaktów między różnymi grupami etnicznymi, a ludy rdzenne zaczęły silniej akcentować swoją tożsamość. Wcześniej główną ideą odnoszącą się do ich praw był indygenizm, który przyjmował charakter paternalistyczny i miał na celu włączenie autochtonów do społeczeństwa za pomocą naśladowania przez nich głównego nurtu kultury. Lata 90. to natomiast rozkwit indianizmu, zakładającego dążenie do społeczeństwa, w którym Indianie kultywują tożsamość i sami o sobie decydują. Ruch zapatystów, w skład którego wchodzą głównie różne grupy Majów (Tzotzil, Tzeltal, Tojolab’al, Ch’ol, Mam), walczy o ich prawa, solidaryzując się jednak ze wszystkimi zmarginalizowanymi w Meksyku i na świecie.
Geneza i historia
Początków EZLN można upatrywać w guerrilli utworzonej około 1968 r. Zbrojne grupy chciały wywołać narodowe powstanie i sformować socjalistyczny rząd. Ostre represje w latach 70. i 80. doprowadziły do ostrego kryzysu w łonie opozycji. Ci, którzy przeżyli, przyłączyli się do walczących Indian. Ludność rdzenna w Meksyku tworzyła grupy samoobrony dla indiańskich chłopów i bezrolnych pracowników, którzy organizowali się w związki zawodowe i stowarzyszenia dla przeciwdziałania represjom. W 1974 r. w Chiapas miał miejsce kongres Indian – pierwsze oficjalne spotkanie ludności rdzennej nie podlegające silnej presji ze strony rządu. Przyniosło ono rozbudzenie świadomości i powstanie kanałów komunikacji między społecznościami Indian. Wielcy właściciele ziemscy, od wieków żyjący z półniewolniczej pracy ludności, nie zamierzali z niej rezygnować, a państwo nie chciało popierać „dzikich”. 17 listopada 1983 r. założono organizację polityczno-militarną pod nazwą Ejército Zapatista de Liberación Nacional, która była zbrojnym ramieniem ruchu społecznego. Była to grupa samoobrony, która miała przeciwstawić się uzbrojonym bandytom, zatrudnianym przez właścicieli wielkich majątków ziemskich.
EZLN było początkowo tradycyjną organizacją guerrilli, opierającą się na partyzantce wiejskiej, skrytym poparciu miejscowej ludności i potyczkach z małymi oddziałami. Początkowo organizacja miała charakter marksistowski, jednak przeszła transformację. Decyzja o rozpoczęciu wojny w latach 90. spotkała się z uznaniem reprezentantów wspólnot lokalnych, ale była sprzeczna z wolą większości wykształconych kadr miejskich. Wielu marksistowskich intelektualistów opuściło EZLN, które zostało tym samym zdominowane przez ludność miejscową. Był to pierwszy przypadek, w którym szeregowi członkowie guerrilli zadecydowali o kierunku, w jakim ma ewoluować ugrupowanie. Zazwyczaj decyzja ta należała do przywódców partyzantki (comandantes). Tym samym EZLN pozostało pod kontrolą Indian.
Ugrupowanie zyskiwało coraz większe poparcie kosztem innych organizacji chłopskich. Zapatyści dawali nadzieję na zmianę trudnego położenia regionu. Stan Chiapas, mimo bogactw (surowców mineralnych i rozwiniętego rolnictwa), niemal od zawsze znajdował się w trudnej sytuacji ekonomicznej. Był na uboczu wielkich wydarzeń i procesów w Meksyku. Nadmierne podatki, oszustwa, manipulacje prawne i wyzysk gospodarczy były powodem licznych buntów przeciwko właścicielom wielkich majątków. Na początku lat 90. prawie 60 proc. mieszkańców żyło za mniej niż 5 dolarów dziennie, 60 proc. dzieci nie chodziło do szkoły, a analfabeci stanowili 30 proc. obywateli stanu. Polityka władz uderzała w ludność rdzenną i chłopów, co postrzegane było jako kontynuacja wcześniejszych działań kolonizatorów, osadników i latyfundystów. Sytuację pogorszyło zniesienie limitów w imporcie kukurydzy i ochrony cen kawy, co sprawiało, że podstawowe produkty miejscowej gospodarki musiały konkurować z tańszymi z importu. Chiapas, jako jeden z najbiedniejszych stanów Meksyku, miał ponieść szczególnie wysokie koszty porozumienia NAFTA z powodu wycofania subsydiów rządowych, komercjalizacji własności indiańskiej oraz liberalizacji cen artykułów rolnych.
W walce
1 stycznia 1994 r. zapatyści rozpoczęli powstanie zbrojne, które przyniosło im międzynarodową sławę. Od 2 do 5 tys. słabo uzbrojonych rebeliantów – mężczyzn i kobiet, Indian z różnych grup etnicznych, a także Metysów i „miejskich intelektualistów” – zajęło główne miejscowości Chiapas: San Cristóbal de las Casas, Altamirano, Ocosingo, Las Margaritas. Choć kontrola zapatystów nad miastami trwała tylko kilka godzin, udało się im poinformować o swojej walce cały świat.
Przywódca buntowników, subcomandante („wicekomendant”) Marcos, z balkonu ratusza w San Cristóbal de las Casas zadeklarował początek rewolucji. Marcos to jeden z głównych przywódców powstania i rzecznik ruchu. Charakterystycznie ubrany (nieodłączne kominiarka, kapelusz i fajka), poruszający się czarnym motocyklem, przyciąga uwagę mediów. Jest on, co warto podkreślić, rzecznikiem i strategiem ruchu, a nie jego przywódcą. Pewien czas temu zrzekł się tytułu „wicekomendanta”, a w maju 2014 r. ogłosił, że jego osoba była „przebraniem”, hologramem ruchu. W wygłoszonym wówczas przemówieniu zadeklarował, że jego postać schodzi ze sceny, co w żaden sposób nie wpłynęło na działalność zapatystów.
Wypowiedziano wojnę armii i rządowi oraz wezwano obywateli do wspierania walki. Głównymi postulatami były: przeprowadzenie uczciwych wyborów, rezygnacja z nowego modelu ekonomicznego, parcelacja państwowych latyfundiów, zakaz sprzedaży ziemi wspólnotowej. Meksykańska armia przystąpiła do kontrofensywy i powstańcy wycofali się na tereny leśne. W walkach zginęło wtedy po kilkadziesiąt osób z grona powstańców, cywilów, żołnierzy i policjantów, a wojsko prawdopodobnie rozstrzelało kilkudziesięciu pojmanych guerrilleros. Powstanie zwalczały nie tylko siły rządowe (17 tys. żołnierzy), ale także właściciele ziemscy i ich oddziały paramilitarne oraz wywiad i wsparcie taktyczne z USA i Gwatemali. 12 stycznia specjalny wysłannik prezydenta Meksyku doprowadził do rozpoczęcia rozmów pokojowych, a 27 stycznia podpisano porozumienie o zawieszeniu broni, uwolnieniu więźniów i rozpoczęciu negocjacji. W marcu nastąpiła stabilizacja granicy między armią a zapatystami. Rozmowy pokojowe znalazły się w impasie, a rebelianci odrzucili propozycje rządowe.
W lutym 1995 r. miała miejsce nieudana akcja wojsk meksykańskich – porwanie dowódców EZLN. Na ulice wyszło 100 tys. obywateli wyrażających poparcie dla zapatystów. W odpowiedzi siły rządowe rozpoczęły okupację wiosek oraz budowę baz wojskowych na terenie stanu. W marcu parlament Meksyku wprowadził nowe prawo, ułatwiające wznowienie dialogu i załagodzenie konfliktu, oraz utworzył specjalną komisję, mającą wesprzeć negocjacje. Pierwsze spotkanie odbyło się w San Miguel; w kolejnych miesiącach rozmowy były wielokrotnie przerywane i wznawiane. W trakcie negocjacji zapatyści zorganizowali konsultacje ludowe, w których wzięły udział (w całym Meksyku) prawie 2 mln obywateli, w większości popierających plan przekształcenia EZLN w siłę polityczną. Zapatyści zachowali jednak broń.
Głównym punktem dyskusji między władzą a powstańcami w latach 1995–1996 stały się zwyczajowe prawa indiańskie: własne trybunały, kolektywna własność ziemi, język, medycyna tradycyjna, szacunek do natury itd. EZLN zaprosiło do rozmów kilkuset lokalnych, krajowych i międzynarodowych doradców, z których wielu było ekspertami w zakresie praw tubylczych. Osiągnięto konsensus w kwestii praw kulturowych (związanych z odrębnością Indian, sposobem ubierania się, leczeniem, kultem przodków, solidarnością, sakralizacją ziemi itp.) i w lutym 1996 r. podpisano Porozumienia z San Andrés, gwarantujące autonomię ludności rdzennej. Rząd nie dotrzymał jednak obietnic. Problem dotyczył przede wszystkim zachowania własności ziemi w kontekście podejrzeń o istnieniu w Chiapas złóż ropy naftowej. Przez stan przeszła fala przemocy, wbrew przyjętym zobowiązaniom nastąpiły ataki wojska. 23 grudnia 1997 r. doszło do ataku wspieranych przez rząd grup paramilitarnych na wieś Acteal w regionie Altos, zakończonego masakrą 43 cywilów.
Od połowy 1998 r. postępowała demobilizacja ruchu, spowodowana ustaleniem granicy między wojskiem i zapatystami oraz względnym spokojem po ostrych represjach. Nasilenie aktywności nastąpiło dopiero pod koniec 2002 r. W międzyczasie, w grudniu 2000 r., doszło do zmiany władzy. Opozycyjna Partia Akcji Narodowej zwyciężyła w wyborach prezydenckich i parlamentarnych. Zapatyści wyrazili wówczas nadzieję na poprawę współpracy oraz sformułowali prośbę o spełnienie trzech warunków niezbędnych dla kontynuacji dialogu: wypełnienie Porozumień z San Andrés, uwolnienie przetrzymywanych zapatystów i likwidację siedmiu baz wojskowych w regionach zapatystowskich. W lutym 2001 r. zapatyści przemawiali w Kongresie, apelując o gwarancje autonomii dla ludności tubylczej. W kwietniu tego samego roku wprowadzono ustawę dotyczącą uznania praw autochtonów, jednak nie była ona zgodna z najważniejszymi postulatami ruchu indiańskiego. Stany o największym udziale ludności rdzennej odrzuciły reformę, odbierając ją jako kolejną zdradę.
Zapatyści postanowili, że Porozumienia z San Andrés zostaną wprowadzone na terytoriach powstańczych metodą faktów dokonanych. Zawieszono kontakty z rządem federalnym i partiami. Zapowiedziano bojkot rządowych programów i odrzucenie władzy państwa. Utworzono strefy autonomiczne, których rząd nie uznał de iure, ale de facto zmuszony był to uczynić. W ten sposób rozpoczęła się nowa faza działalności zapatistas. Pierwszą odpowiedzią prezydenta Carlosa Salinasa de Gortari było oskarżenie rebeliantów o to, że nie są Indianami; w rządowej propagandzie twierdzono, że zapatyści to agitatorzy z zagranicy, gwatemalscy komuniści itp. W rzeczywistości większość bojowników i sympatyków EZLN to Majowie. Również większość przywódców ruchu (poza Marcosem) należała do ludności rdzennej. Strategia rządu polegała też na izolacji rebeliantów i zwiększeniu militaryzacji stanu Chiapas (wysłano tam 70 tys. żołnierzy). Do stanu, gdzie żyło niespełna 4 proc. populacji kraju, skierowano ⅓ armii. Uwięziono niektórych przywódców EZLN oraz mobilizowano i wspierano grupy paramilitarne. Rząd usiłował podzielić wspólnoty Indian i osłabić poparcie dla zapatystów w regionie. Wszystkie te działania nie przyniosły jednak pożądanych skutków.
Przywódcy EZLN pozostają celem ataków oddziałów paramilitarnych, wspieranych przez lokalną administrację. Przykładem może być wydarzenie z maja 2014 r., kiedy w zasadzce zabito nieuzbrojonego compañero Galeano – działacza oświatowego, mówcę, niezależnego doradcę, zapatystę. Brutalny atak miał na celu sprowokowanie zbrojnego odwetu, co z kolei uzasadniłoby dalsze represje i ataki wojsk rządowych. Celem przemocy są nie tylko partyzanci, ale także działacze społeczni związani z zapatystami.
Największym zagrożeniem z punktu widzenia władz jest sukces autonomii, pokazujący, że inny świat jest możliwy. Po wybuchu rewolucji zwiększono pomoc rządową dla Chiapas, m.in. na opiekę zdrowotną, edukację, rozwój wspólnot, kupno ziemi i subwencje rolnicze. Wszystkie działania prowadzone były odgórnie, bez konsultacji społecznych. Równolegle dążono do zniszczenia EZLN, odizolowania go od ludności cywilnej oraz zdobycia jej poparcia. Rząd chciał przede wszystkim zakończyć „stan wojny” i powrócić do „normalności”, co oznaczało dla niego stan sprzed rewolucji, a więc taki, który był przyczyną jej wybuchu.
Ideologia, postulaty i metody walki
Korzeni zapatyzmu można doszukiwać się w socjalizmie, municypalizmie (decentralizacji, samorządności, konfederacji miast), ruchu Indian i teologii wyzwolenia. Zwłaszcza ta ostatnia odegrała dużą rolę w krystalizacji oblicza ruchu. Księża katoliccy nie tylko wspierali i legitymizowali działania opozycyjne, ale także pomagali kształcić aktywistów chłopskich, choć przeciwstawiali się walce zbrojnej.
Zapatismo stanowi kombinację dwóch elementów. Pierwszy to tradycyjny światopogląd Majów, postrzegających świat jako twór zróżnicowany kulturowo, ale zarazem oparty na fundamencie uniwersalnych wartości oraz dialogu. Prowadzi to do odnalezienia wspólnego języka i konsensusu, który pozwala zbudować lepszy świat. Drugi nurt to natomiast alterglobalizm i krytyka neoliberalizmu. Ruch zapatystów to nowy, postmodernistyczny nurt guerilli (guerilla posmoderna). Zaprzestali używania siły inaczej niż w samoobronie, przy atakach wojska, policji czy oddziałów paramilitarnych na ich pozycje. Rozwiązania militarne miały także pozostać możliwym do wykorzystania sposobem na zwrócenie uwagi elit rządzących.
Nie uważają się za rewolucjonistów, lecz za buntowników (rebeldes), których motywacją jest dążenie do demokracji i sprawiedliwości. Nie chcą władzy, ich hasłem jest: „Dla wszystkich wszystko, dla nas nic” (Para todos todo, para nosotros nada). Ruch zapatystów uznał społeczeństwo za „katalizator demokratycznego przełomu w Meksyku”. Chciał zmobilizować obywateli przeciwko elitom oraz budować autentyczny samorząd lokalny. Jak stwierdził subcomandante Marcos: to społeczeństwo obywatelskie musi przekształcić Meksyk – my jesteśmy tylko małą częścią tego społeczeństwa, uzbrojoną częścią – naszą rolą jest bycie gwarantami przestrzeni politycznej, której to społeczeństwo potrzebuje.
Ideologia zapatystów koncentruje się wokół sprzeciwu wobec neoliberalizmu oraz rozwijania autentycznej, oddolnej demokracji. Są przeciwni globalizacji, wolnemu rynkowi, elitom finansowym. W swoich deklaracjach stwierdzają, że: Kapitalizm wraz z neoliberalną globalizacją niszczy państwa, które zdobywa, ale także dostosowuje i zmienia wszystko na swój sposób, który przynosi mu korzyści i pozbywa się sprzeciwu. […] niszczy to, co stanowi o tych państwach, niszczy ich kulturę, ich język, ich system gospodarczy, ich system polityczny, a także zależności między mieszkańcami tych państw. Uważają, że globalny neoliberalizm przekształca świat w jeden „kraj”, w którym podstawową wartość stanowi kapitał. Tradycyjne przekonania ludności rdzennej dotyczące podboju, wyzysku, eksploatacji, ucisku i wykluczenia zostały więc powiązane z poglądami na porządek globalny. Zapatyści chcą walczyć ze skutkami reform gospodarczych oraz z istniejącym porządkiem geopolitycznym. Ich ideologię cechuje wyraźny dualizm: decydującą rolę odgrywają podziały między globalną finansjerą i biznesem a lokalnymi grupami etnicznymi, między bogatym centrum a biednymi peryferiami, między rządem a obywatelami. Wierzą, że istnieje alternatywa: system oparty na realnej równości szans obywateli i narodów.
Sprzeciwiają się polityce w takim kształcie, jaki zakłada demokracja przedstawicielska. Czy mówimy, że polityka nie służy żadnemu celowi? Nie, chcemy powiedzieć, że TAKA polityka nie służy żadnemu celowi. Nie służy, ponieważ nie bierze pod uwagę ludzi, nie słucha ich, ignoruje, a zbliża się do nich tylko na czas wyborów. Zapatyści chcą działać inaczej: zamierzamy słuchać i rozmawiać bezpośrednio, bez mediatorów, ze zwykłymi i skromnymi Meksykanami i, zgodnie z tym, co usłyszymy i czego się dowiemy, […] zaczniemy budować, razem z tymi ludźmi […] narodowy program walki […] o sprawiedliwość, demokrację i wolność dla ludu meksykańskiego […] spróbujemy innej drogi uprawiania polityki.
Inny z celów to dbałość o interesy różnych grup etnicznych, społecznych, religijnych i ideologicznych, żeby w ten sposób budować solidarną wspólnotę. Domagają się więc tolerancji i gwarancji praw ludności indiańskiej do zachowania różnic kulturowych, etnicznych i ideologicznych. Zabiegają także o prawa i lepszy los robotników rolnych i przemysłowych, ludzi zmarginalizowanych, studentów, kobiet, młodych ludzi, mniejszości seksualnych, księży, zakonnic i ludzi świeckich, którzy wspierają lud w jego walce, działaczy ekologicznych oraz aktywistów społecznych, poświęcających życie walce o lepszy los ludzi wyzyskiwanych. Odwołują się do tradycji indiańskiej demokracji wspólnotowej i walczą z wykluczeniem i autorytarnym podejmowaniem decyzji. Dążą do zapewnienia wszystkim obywatelom pracy, ziemi, mieszkań, żywności, opieki zdrowotnej, bezpłatnej edukacji.
Ważnym elementem koncepcji zapatystowskich jest także szacunek dla natury. Na terenach kontrolowanych przez EZLN nie używa się pestycydów, nie buduje zapór wodnych, nie wycina lasów. Indianie promują ekoturystykę i zrównoważony rozwój. Terytoria przez nich zarządzane to lasy o jednym z największych na świecie wskaźników różnorodności biologicznej. Majowie od wieków prowadzili zrównoważoną gospodarkę wiejską w taki sposób, aby jednocześnie chronić różnorodność biologiczną oraz produkować żywność potrzebną do przetrwania lokalnych społeczności. Według miejscowej kosmowizji Indianie stanowią jedność z naturą i mają obowiązek chronić jej równowagę, gdyż śmierć ekosystemu oznaczać będzie także śmierć dla nich.
Komunikacja i symbole
Bardzo ważne miejsce w działaniach EZLN zajmuje podejście do komunikacji ze światem. Ruch zapatystów nazywany jest pierwszym ruchem informacyjnym lub postmodernistycznym. Od początku zapewniono mediom stosunkowo wolny dostęp do informacji o działalności zapatystów, nawet w strefach objętych działaniami zbrojnymi, a także do kwater głównych ruchu. Dzięki temu wytworzyła się sytuacja, w której istniało wielu nadawców informacji i nikt nie był w stanie kontrolować ich przepływu. Media alternatywne demaskowały rządową propagandę, wywierając nacisk na oficjalne ośrodki informacyjne. Raporty dziennikarzy, działaczy humanitarnych, obserwatorów religijnych i indiańskich potwierdzały wersje zapatystowskie i obciążały meksykański rząd.
Główną bronią zapatystów stało się słowo, rozpowszechniane dzięki relacjom z prasą międzynarodową i użytkownikami internetu. Wykorzystywano różne środki przekazu. Zapatyści publikowali także communiqués dla prasy, deklaracje (tzw. Deklaracje z Selwy Lakandońskiej – główne manifesty ideologiczne ruchu), książki, eseje, wywiady, artykuły, opowiadania. Zwoływali konferencje prasowe, organizowali marsze (m.in. do stolicy) i masowe zebrania. Uwagę przyciągały także przypadki uwalniania więźniów, konsultacje społeczne, publiczne głosowania i proces podejmowania decyzji we wspólnotach zapatystowskich. Społeczeństwo obywatelskie zostało uznane przez zapatystów za największego sprzymierzeńca i wiele wysiłków poświęcono nie tylko propagowaniu inicjatyw EZLN, ale także wymianie poglądów i doświadczeń. W dużej mierze dzięki temu udało się zapobiec represjom wojska i oddziałów paramilitarnych wobec ludności cywilnej Chiapas.
Indianie zyskali światowy rozgłos i miliony zwolenników. Nacisk międzynarodowej opinii publicznej sprawił, że rząd meksykański został zmuszony do ustępstw: negocjacji, ograniczenia represji, zwrócenia uwagi na prawa ludności. Zagraniczne wsparcie przyjmowało różne formy: od czysto moralnego, przez polityczne, po pomoc materialną (leki, ubrania, opatrunki, komputery itd.).
Bardzo ważnym elementem symboliki zapatystów jest czarna kominiarka. Ma ona pokazać, że do ich grona może przystąpić każdy, bez względu na kolor, płeć czy przynależność etniczną – wszystko to znajduje się pod spodem i jest nieważne, liczy się tylko chęć wspólnej walki. Kominiarka podkreśla też jedność ruchu oraz ma chronić przed represjami ze strony rządu, gdyż zapewnia anonimowość. Sprawia również, że wizerunek polityka/lidera jest nieistotny – liczy się tylko jego skuteczność i to, jak spełnia obowiązki powierzone mu przez obywateli.
Świat kupił chwytliwy wizerunek zrewoltowanych autochtonów. Fotogeniczni Indianie, często pozujący do zdjęć, noszący kolorowe ubrania, kominiarki, balaclavas (chusty na twarzy i szyi) itp., przyciągają uwagę mediów. Zapatystowskie wspólnoty pełne są murali z Che Guevarą, Zapatą, Matką Boską z Guadalupe z balaclava na szyi oraz rewolucyjnymi hasłami.
Autonomia i ustrój
Gdy mowa o ustroju wprowadzonym przez zapatystów, musimy mieć na uwadze dwie kwestie: strukturę organizacyjną samego EZLN oraz autonomie municypalne tworzone na obszarach zapatystowskich.
Struktura zbrojnego ramienia zapatystów składa się z trzech poziomów: 1) baz wsparcia (bases de apoyo), złożonych z organizacji, które zapewniają EZLN zaplecze logistyczne i ekonomiczne, 2) członków milicji, którzy mają okresowe szkolenia wojskowe i mogą być powołani do służby w zależności od potrzeb, 3) powstańców, którzy są na stałej służbie, zorganizowani według rang i uzbrojeni. Najwyższy szczebel to Dowództwo Generalne (Comandancia General), na której czele stał subcomandante Marcos, a obecnie jest to subcomandante insurgente Moisés. Struktura polityczna jest połączona z militarną na najwyższym szczeblu, ale opiera się na zorganizowanych oddolnie organizacjach delegatów i na zgromadzeniach lokalnych, a kończy na Tajnym Rewolucyjnym Komitecie Indiańskim (Comité Clandestino Revolucionario Indígena, CCRI). Jest on sformowany spośród cywilnych przywódców obojga płci z każdej z 11 autochtonicznych grup oraz z Metysów. Komitet reprezentuje najwyższą władzę polityczną w ruchu i sprawuje zwierzchnictwo także nad Dowództwem Generalnym EZLN. Zadaniem komitetu jest dowodzenie operacjami wojskowymi, a do 2003 r. odpowiadał on również za sprawy cywilne. W lipcu tegoż 2003 r. doszło do reformy: CCRI zachowało wojskowe i polityczne funkcje, ale kwestiami gospodarczymi i cywilnymi oraz usługami dla ludności zajęły się organy cywilne. Wojskowe skrzydło zapatystów znalazło się więc pod kontrolą obywateli i w zasadzie utraciło decyzyjność, zachowując jedynie funkcję doradczą.
Niektórzy twierdzą, że zapatyści demokrację mają we krwi, ponieważ są Indianami. Ma to związek z funkcjonującą od wieków romantyczną wizją Indianina – dumnego, wolnego, posiadającego szczególne relacje z naturą. Należy jednak pamiętać, że w praktyce demokracja zapatystowska pozostaje kwestią problematyczną. Wiele wspólnot żyjących w Chiapas cechuje system autokratyczny. Co więcej, zapatyści mieli początkowo charakter nie tubylczy, lecz chłopski i meksykański. W zasadzie nie wiadomo do końca, na ile EZLN funkcjonuje w zgodzie z głoszonymi przez siebie demokratycznymi regułami, ponieważ ma ono charakter półjawny, a groźba represji państwa powoduje, że wiele informacji musi być trzymanych w tajemnicy. Inaczej jest z systemem wspólnot zapatystowskich, których funkcjonowanie zostało zbadane.
Gdy kolejne rundy negocjacji z rządem nie przyniosły rozwiązania konfliktu i konkretnych zmian legislacyjnych, zapatyści skoncentrowali się na tworzeniu autonomicznych rządów we wspólnotach lokalnych w tych strefach, nad którymi utrzymali kontrolę. W rezultacie powstały 32 autonomie zapatystowskie (Municipios Autónomos y Rebeldes Zapatistas; MAREZ), do których należy ponad 2200 wspólnot, zamieszkanych przez ok. 100 tys. ludzi. Poprzez system komunalnych zebrań i narzędzia demokracji uczestniczącej organizują one ochronę zdrowia i edukację oraz nadzorują system sprawiedliwości i redystrybucji. Ich strategia polega na samoorganizacji przeciwko niesprawiedliwemu i skorumpowanemu systemowi politycznemu, bez użycia przemocy. W systemie tym każdy może brać bezpośredni udział w rządach. Warunkiem jest posłuszeństwo wobec wspólnoty, która go wybrała – innymi słowy, funkcjonuje tu mandat imperatywny. Rozwiązanie to polega na tym, że nikt z zewnątrz nie przychodzi tu, by rządzić, ale to sami ludzie decydują miedzy sobą, kto i jak będzie rządził, a jeśli nie jest posłuszny – musi odejść. Jest to tzw. zarządzanie przez posłuszeństwo (mandar obedeciendo), wyrażające całkowitą zależność władzy wykonawczej od decyzji ustalonych przez obywateli.
Model zapatystowski to wizja oddolnej demokratyzacji rozwijana na poziomie wiosek. System jest tak skonstruowany, żeby mieszkańcy mieli jak największy wpływ na proces podejmowania decyzji. Podczas zgromadzeń w wioskach każdy ma prawo głosu, niezależnie od płci, wieku czy przynależności etnicznej. Decyzja podejmowana jest 66-procentową większością głosów, co wymaga większej jednomyślności niż 50 proc. znane z demokracji przedstawicielskiej. Zawsze jednak dąży się do konsensusu i próbuje wypracować rozwiązanie, które odpowiada wszystkim.
Istotne problemy są omawiane z innymi wspólnotami zapatystowskimi poprzez system konsultacji i ponadlokalnych zgromadzeń. Organizuje się też zgromadzenia regionalne. Żadna ważna decyzja strategiczna czy polityczna nie może być podjęta bez przedyskutowania i przyjęcia przez wszystkie zgromadzenia. Podjęcie ważnych decyzji zabiera zwykle ok. 6 miesięcy. Lokalne zgromadzenia rozstrzygają natomiast wszelkie kwestie dotyczące życia danej wspólnoty oraz organizują wybory do rządu zapatystowskiego. Obecność na zebraniach wspólnotowych jest obowiązkowa dla wszystkich ludzi starszych niż 12 lub 15 lat – usprawiedliwienie nieobecności stanowić mogą tylko praca lub choroba. Zebrania gromadzą zwykle od 50 do 200 ludzi, zależnie od wielkości wspólnoty. Ich przebieg jest zawsze podobny: tzw. koordynator wyjaśnia problem, toczy się dyskusja (która może mieć różny przebieg), zazwyczaj wyłania się kilka pomysłów czy propozycji i koordynator je podsumowuje. Potem uzgadnia się wspólne stanowisko. Na zgromadzeniach każdy może się wypowiedzieć, a podjęcie decyzji poprzedzają niekiedy długie debaty. Panują przy tym zasady pełnej otwartości i wolnego przepływu informacji.
Zgromadzenia mieszkańców wybierają dwie lub cztery osoby reprezentujące ich w samorządach obejmujących po kilkanaście wsi. Reprezentanci wybierani są w jawnym i otwartym głosowaniu na 1–3 lata. Zmieniają się co 7–10 dni tak, aby mieć możliwość prowadzenia swoich gospodarstw lub innej działalności. Dodatkowo każda wspólnota wspiera przedstawicieli za pomocą projektów wspólnotowych (głównie związanych z hodowlą), a także opiekując się ich gospodarstwami, dostarczając żywność lub opłacając transport, kiedy pełnią oni funkcje publiczne. Te ostatnie są bowiem zajęciami nieodpłatnymi. Wprowadzono też mechanizm rotacji, by zabezpieczyć zgromadzenia przed przerostem władzy personalnej.
W zapatystowskiej strefie wpływów utworzono 5 regionalnych centrów (caracoles), które koordynują działania rządu cywilnego, zarządzają stosunkami z zagranicą, funduszami i projektami poprawy usług dla ludności oraz organizują plany produkcyjne dla zaspokojenia podstawowych potrzeb ludności. Mieszkańcy przy pomocy zapatystów sami tworzą i zajmują się sprawami edukacji, zdrowia i pracy. Nie ma tam narzucania decyzji ani rozwiązywania problemów za kogoś. Niektóre usługi, jak edukacja, ochrona zdrowia czy żywność, dostępne są także dla nie-zapatystów – ludzi, którzy nie biorą udziału w systemie i nie deklarują związku z ruchem.
W 2003 r. powołano Zgromadzenia Dobrych Rządów (Juntas de Buen Gobierno) – po jednym w każdym centrum zapatystowskim. Przejęły one od EZLN funkcje administracyjne we wspólnotach. Podział administracyjny autonomii zapatystowskich jest inny niż rządowy, ma na celu równą dystrybucję usług, dóbr oraz pomocy z zewnątrz. Caracoles stały się w efekcie centrami administracyjnymi i przejęły formalne kontakty ze światem zewnętrznym. Zadania Zgromadzeń to natomiast koordynacja działalności gmin, ułatwienie wymiany informacji, mediacje. Miały one pokazać m.in., że do sprawowania władzy nie trzeba „profesjonalnych polityków” i każdy nadaje się do uczestnictwa w rządzie – tym, czego chcemy uniknąć, jest sytuacja, w której polityka jest uprawiana przez profesjonalistów i przekształca się w zawód czy sposób życia. Ustrój jest elastyczny: zasady, które się nie sprawdzają, są zmieniane przez wspólnoty. Decyzja obywateli ma tu zawsze charakter nadrzędny wobec istniejących reguł.
Zapatyści nie akceptują przejawów obecności państwa meksykańskiego na swoim terenie. Obywatele sami stanowią prawo i domagają się uznania przez państwo tradycyjnych indiańskich procedur, związanych ze sposobem życia, organizowaniem się, kolektywnym podejściem do pracy i podejmowania decyzji. Zapatystowskie struktury władzy są równoległe i konkurencyjne wobec rządowych. Organy autonomii pozostają w konflikcie z oficjalną władzą, zwłaszcza w kwestii kontroli nad surowcami naturalnymi oraz wymiaru sprawiedliwości i edukacji. Zapatyści i ich sympatycy stosują wobec oficjalnych instytucji bierny opór oraz wielowymiarowy bojkot, w tym podatkowy. Nie biorą także udziału w wyborach. Do roku 1997 zapatyści byli radykalnie przeciwni rządzącej partii i nakłaniali do głosowania na opozycję, jednak później zaprzestali udziału w wyborach i konsekwentnie wzywali do ich bojkotu. Odmówili zgody na umieszczenie na swoim terenie urn i zbrojnie odpierają próby narzucenia im obowiązku wyborczego (w Meksyku, jak w wielu państwach Ameryki Łacińskiej, funkcjonuje przymus wyborczy).
Odrzucają też wsparcie finansowe od agend rządowych. Jak sami twierdzą: Oczywiście, że brak akceptacji dla rządowej „pomocy” jest czasami trudny – bardzo trudny. Ale to, co oznacza dla nas „pomoc”, to mówienie nam, jakie są nasze problemy, narzucenie nam ich modelu rozwoju, mówienie nam, jak powinniśmy żyć […], często oznacza to przeniesienie na bardziej zurbanizowane tereny albo w miejsca, gdzie możemy po prostu zostać zapomniani. Obywatele Chiapas nie chcą jałmużny, lecz szansy na stworzenie innej rzeczywistości dla siebie samych. Odrzucenie programów socjalnych państwa nie oznacza, że zapatyści dążą do secesji czy autarkii, ale ma być sprzeciwem wobec braku uznania państwa dla ich praw obywatelskich i postulatów. Wspólnoty otrzymują natomiast wsparcie od organizacji pozarządowych. Samowystarczalność wiosek i lokalnie wybranej administracji uzupełnia więc globalna sieć organizacji humanitarnych.
W 2005 r. rozpoczęto tzw. Inną Kampanię (Otra Campaña), czyli projekt, w ramach którego meksykańskie społeczeństwo obywatelskie poznaje i uczy się, z pomocą zapatystów i ich sympatyków, alternatywnych metod uprawiania polityki i zarządzania wspólnotą. Inicjatywa miała na celu m.in. zerwanie z marginalizowaniem Indian i innych poszkodowanych grup. Skierowana była zaś do tych, którzy są „na dole i po lewej” w strukturze społecznej. Zapatyści chcieli w ten sposób wyjść ze swoimi ideami poza caracoles i pokazać całemu Meksykowi, że ich system może skutecznie zwalczać korupcję, nepotyzm, klientelizm i wyzysk.
Podsumowanie
W regionie Chiapas trwa nieprzerwana walka zapatystów z armią meksykańską. Wojna jest określana jako „konflikt o małym nasileniu”. Od 1994 r. ginie tam około 100 osób rocznie. Jednocześnie postępuje pauperyzacja ludności Chiapas, co powoduje z kolei radykalizację jej dążeń. Zapatystów jest prawdopodobnie mniej niż kilkanaście lat temu, ale też jest to ruch o trwałym charakterze, do którego przystępują wciąż nowi członkowie.
Według niektórych danych sytuacja społeczna w Chiapas pogarsza się – zwiększa się ilość analfabetów, biednych (78 proc. obecnie w porównaniu z 75 proc. w roku 1994), niedożywionych (48 proc. obecnie w porównaniu z 46 proc. w roku 1990). Trudno powiedzieć, na ile są to skutki polityki rządu i neoliberalizacji, a na ile porażka projektów zapatystów. Należy pamiętać, że obszar kontrolowany przez rebeliantów to tylko część Chiapas, a pogarszająca się sytuacja w regionie może świadczyć w równym stopniu o błędach zapatystów, co o fiasku rządowej polityki socjalnej.
Z drugiej strony, dzięki współpracy między wspólnotami udało się rozwiązać wiele problemów. Skutkiem działalności EZLN jest uznanie wielokulturowego charakteru Meksyku, nadanie nowych praw Indianom i wzrost szacunku dla tej grupy etnicznej. Sami Majowie twierdzą: Nie jesteśmy tymi, którzy oczekują łaski i jałmużny od tych, którzy udają, że pomagają, podczas gdy w rzeczywistości – kupują, i którzy nie ułaskawiają, ale poniżają tych, którzy przez samo istnienie wyrażają bunt i stanowią dla nich wyzwanie. We wspólnotach indiańskich zreformowano działanie służby zdrowia i oświaty. Wydano podręczniki szkolne w językach tubylczych. Trwa walka z biedą, brakiem ziemi, niedożywieniem, niewystarczającą opieką medyczną i analfabetyzmem. Są to problemy, które mają źródło w podboju Meksyku przez Hiszpanów, w polityce Europejczyków wobec regionu, we wpływach Stanów Zjednoczonych oraz w polityce kolejnych rządów meksykańskich – i nie da się rozwiązać ich z dnia na dzień. Za sukcesy na terenach autonomicznych uznaje się stopniowy spadek absencji szkolnej, niedożywienia i śmiertelności niemowląt, a także zmniejszenie zasięgu alkoholizmu i przemocy domowej. Są także pozytywne wskaźniki dotyczące warunków życia, związane ze zmniejszeniem przeludnienia, poprawą warunków mieszkaniowych czy dostępem do wody. Tutaj również trudno powiedzieć, czy dzieje się tak dzięki sytuacji w caracoles, czy też jest to szerszy proces, obejmujący cały region.
Trudno przewidzieć, jak będzie wyglądała przyszłość zapatismo. Wydaje się, że ruch ten jest na tyle trwałym zjawiskiem, iż dalej będzie się rozwijał, choć prawdopodobnie bez spektakularnych akcji czy radykalnego zwiększenia poparcia. Przykładem na to, że zapatyści nadal działają, może być cichy marsz około 20 tys. zapatystów w październiku 2014 r. w proteście przeciwko „zniknięciu” i najprawdopodobniej zamordowaniu 43 studentów, o co oskarża się lokalne władze i policję współpracującą z lokalnym gangiem narkotykowym.
Warto pamiętać o postawie tysięcy zwykłych ludzi, którzy chwycili za broń: karabin (często będący jedynie drewnianą atrapą), słowo i działanie, aby walczyć o swoje przekonania i zrzucić jarzmo niewoli. Jak twierdzą zapatyści w jednym z manifestów: ludzie, którzy nie kontrolują swoich przywódców, są skazani na bycie niewolnikami, a my walczymy o to, aby być wolnymi, a nie o zmianę pana co 6 lat.
przez Marcin Rzepa | poniedziałek 2 lutego 2015 | Zima 2014
W wielu krajach Ameryki Łacińskiej popularność zdobywa „socjalizm XXI wieku” (hiszp. socialismo del siglo XXI). To nowa ideologia, która wywołuje spore kontrowersje. Zachowała ona niektóre elementy klasycznej, tradycyjnej doktryny socjalistycznej, takie jak walka klas, idea wyzwolenia proletariatu, nacjonalizacja środków produkcji czy zwiększenie roli państwa. W jej skład weszło jednak również wiele nowych elementów. Część komentatorów uważa, że nową ideologię można zdefiniować jedynie w sposób negatywny – wiadomo, że nie ma ona opierać się na kapitalizmie państwowym, nie ma też być systemem totalitarnym, odrzuca model kubański i w zasadzie wszystkie, delikatnie mówiąc, „nieudane” próby zmiany rewolucyjnej, na czele z sowiecką.
Uznaje jednak kapitalizm i system demokratyczno-liberalny za w rzeczywistości antydemokratyczne, ponieważ odbierają obywatelom faktyczny wpływ na podejmowane decyzje. Korupcja, indoktrynacja, manipulacja i mechanizm konsensusu powodują, że społeczeństwo zostaje oszukane, a demokracja staje się fasadowa i dostępna jedynie dla klas posiadających. Kapitalizm okazuje się być niekompatybilny z prawdziwą, obywatelską demokracją, o czym świadczy jego współistnienie z reżimami opresyjnymi. Jako system niestabilny, asymetryczny, opierający się na koncentracji kapitału i centralizacji oraz powodujący nierówności, nie jest w stanie zaspokoić potrzeb społeczeństw.
Główna teza „socjalizmu XXI wieku” głosi, że faktyczny wpływ na decyzje podejmowane w kwestiach gospodarczych, politycznych, kulturowych i militarnych powinien należeć do obywateli. Ma to być prawdziwa demokracja – system, w którym władzę sprawuje większość, w przeciwieństwie do demokracji przedstawicielskiej, opierającej się na władzy elit. W ideologii „socjalizmu XXI wieku” obecne są poglądy Karola Marksa, zwłaszcza jeśli chodzi o praktyczne skutki wprowadzonych zmian: wzrost biurokracji, społeczna własność środków produkcji, planowanie gospodarcze czy wytwarzanie nastawione na spożycie i zaspokojenie potrzeb, a nie na zysk.
Takie były źródła
W poszukiwaniu korzeni „socjalizmu XXI wieku” musimy jednak sięgnąć także do innych źródeł. Aby odnieść się do wszystkich niuansów tej ideologii, należałoby przywołać niektóre myśli C. H. Saint-Simona (sposób organizacji produkcji, rola chrześcijaństwa, elementy autorytaryzmu, wątki teokratyczne), P. Proudhona (przyrodzone prawa człowieka, wolność, równość, suwerenność, system wymiany ekwiwalentnej, wartości narodowe), W. Weitlinga (rola pieniądza, komunizm ewangeliczny), E. Cabeta (pokojowy charakter rewolucji, motyw ustroju przejściowego, kontrola słowa pisanego) i L. Blanca (radykalna reforma społeczna, państwo kierujące produkcją, stopniowe znoszenie nieograniczonej konkurencji). Można też przywołać poglądy A. Gramsciego, który twierdził, że to społeczeństwo obywatelskie (a nie gospodarka) jest motorem historii, gdyż to w nim tkwią wartości, które mogą zmieniać świat. Najważniejszym elementem będzie jednak rewizjonizm, związany z Eduardem Bernsteinem.
Był on ideologiem socjaldemokracji i jednym z najważniejszych krytyków Karola Marksa z pozycji socjaldemokratycznych. Odrzucał wszelkie schematy historiozoficzne, pretendujące do wyjaśnienia procesów dziejowych jednym abstrakcyjnym kluczem. Bernstein kwestionował teorię dotyczącą koncentracji kapitału i kwestii własności w kapitalizmie, a także bogacenia się klasy pracującej. Uważał, że kapitalizm w miarę swego rozwoju wytwarza mechanizmy, które go wzmacniają. Było to nie do zaakceptowania dla bardziej radykalnych marksistów i jedną z przyczyn rozłamu w światowym ruchu lewicowym.
Niemiecki myśliciel uważał, że nie istnieje koncentracja bogactw, a jedynie koncentracja środków produkcji. Zwrócił też uwagę na wzrost liczebności i znaczenia klasy średniej oraz spadek udziału proletariatu w całości populacji. Jednak najważniejszym elementem było stwierdzenie, że ruch robotniczy może walczyć o stopniowe wprowadzanie reform, uspołecznianie gospodarki, o więcej demokracji, równości, dobrobytu. Socjalizm został przezeń zdefiniowany jako ruch polegający na wykorzystaniu instytucji demokratycznych i siły zorganizowanego proletariatu do stopniowego uspołecznienia gospodarki i instytucji. Bernstein proponował rezygnację z rewolucji w celu przejęcia władzy. Strategią miały być ewolucyjne zmiany społeczne, inspirowane koniecznościami rozwoju gospodarczego. Bernstein atakował ideę dyktatury proletariatu, która była sprzeczna z demokracją oraz z powszechną sprawiedliwością. Liczebność klasy pracującej nie może prowadzić do niesprawiedliwego traktowania innych klas. Jego idea zakłada brak rządu o charakterze klasowym. Zdobycie władzy i uspołecznienie własności miały być nie celem, lecz środkami, obok stopniowego rozszerzania praw cywilnych oraz włączania jak największej liczby grup społecznych do systemu politycznego. Prawa obywatelskie zajmują istotne miejsce w teorii Bernsteina; uznaje on instytucje ustanowione przez liberalizm za istotny krok i uważa, że socjalizm powinien je usprawnić, zamiast niszczyć.
W gospodarce zalecał połączenie i zharmonizowanie zalet kapitalizmu: regulacją gospodarki przez państwo oraz demokratycznym systemem politycznym. Ujawniają się tu kolejne różnice między nim a Marksem, który uznawał państwo za instrument klasy panującej, a eliminację prywatnej własności środków produkcji za cel socjalizmu. Marksizm został przezeń skrytykowany jako schemat mający wyjaśnić procesy dziejowe jednym abstrakcyjnym kluczem, który zamiast badać rzeczywistość – podporządkowuje wszystkie działania oczekiwaniu na wielką jakościową przemianę o doniosłym znaczeniu historycznym.
Nowe życie idei
Ideologia Bernsteina została (na przełomie XX i XXI wieku) dostosowana do realiów Ameryki Łacińskiej przez Heinza Dietericha (Heinza Dietericha Steffana). Autor książki „El Socialismo del Siglo XXI” proponuje stworzenie systemu bez kapitalizmu, wolnego rynku i państwa jako instrumentu represji. Kluczowym etapem ma być tutaj przejście od wszechwładzy kapitalizmu do ustroju idealnego, zakładające współistnienie dwóch systemów dla harmonizacji poziomów rozwoju społeczeństw w różnych dziedzinach. Rozwój struktur miałby doprowadzić do powstania cywilizacji opierającej się na sprawiedliwości społecznej, partycypacji i tendencjach inkluzywnych. W takim systemie kontrolę nad decyzjami makroekonomicznymi dotyczącymi produkcji, dystrybucji i redystrybucji produktów sprawowaliby obywatele. Najważniejsze ma być zabezpieczenie potrzeb ludności, zaczynając od tych podstawowych.
Ideologię Dietericha można określić w skrócie jako postulat zastąpienia klasycznego marksizmu nową formą demokratycznego socjalizmu. Według niego zmiany muszą być rewolucyjne w kwestii celu, ale na gruncie metod miałby to być stopniowy proces, bez użycia siły, natomiast z wykorzystaniem demokracji partycypacyjnej, opierającej się na plebiscytach: W każdym razie musi to [nowy ustrój] być wprowadzone demokratycznie. Jeśli w jakimś momencie ludzie stwierdzą: „Osiągnęliśmy poziom rozwoju Kostaryki i to jest dla nas wystarczające, nie chcemy w Wenezueli żadnych socjalistycznych eksperymentów”, wtedy nie ma już nic do zrobienia. Demokracja oznacza, że rządzi większość. Jeśli większość jest usatysfakcjonowana quasi-pierwszoświatowymi warunkami socjalnymi i nie chce posuwać się dalej, socjalizm nie może być narzucony. Nowy system miałby zastąpić demokrację przedstawicielską, która, według autora, polega na przedkładaniu interesów parlamentarzystów ponad wolę ludu. Wybrani służą elitom oraz własnym interesom, nie reprezentując obywateli. Elity, według autora, skonstruowały system dominacji, wyzysku i alienacji, który działa przeciwko reszcie społeczeństwa.
Ekonomicznym fundamentem nowego ustroju miałaby być gospodarka wymienna, bazująca na marksowskiej teorii wartości pracy, zastępująca zasady gospodarki rynkowej. Należałoby zrezygnować z zysku jako głównego celu ekonomicznego. Główną zmianą byłoby przeniesienie punktu ciężkości na rozwój człowieka i zapewnienie mu realizacji podstawowych potrzeb, zwłaszcza w sferze pracy, ziemi, mieszkań i edukacji. Istotne jest tu także poszanowanie praw ekologicznych oraz rozsądne korzystanie z surowców naturalnych. Decydującym elementem systemu jest racjonalny, odpowiedzialny i etycznie postępujący obywatel, do którego należy podejmowanie świadomych decyzji.
Dążenie to określone zostało jako Nowy Projekt Historyczny (Nuevo Proyecto Histórico), oznaczający wprowadzenie demokracji partycypacyjnej, prospołecznej gospodarki oraz sprawiedliwości społecznej. Sam autor wyraża (choć nie explicite) niepewność co do kierunku, w jakim ten proces może zmierzać: Pytanie brzmi, czy odniesiemy większy sukces w początkowym okresie formowania systemu niż Związek Radziecki i Chiny, czy również poniesiemy porażkę. Mamy jedną przewagę nad tymi dwoma przykładami z historii: dzisiaj wiemy dokładnie, czym jest gospodarka nierynkowa i mamy techniczne możliwości, które nie istniały w tamtych czasach. Z tego powodu mogę powiedzieć, że dzisiaj po raz pierwszy pojawiły się obiektywne warunki, których można użyć do przekształcenia tej fazy przejściowej w decyzję o wprowadzeniu socjalizmu. Ważną rolę w zmianach przypisuje się internetowi i nowoczesnej technologii.
Specyfiką latynoamerykańskich teorii lewicowych jest regionalne podejście do problemów i wspólnotowy sposób widzenia świata. Bardzo często Ameryka Łacińska przedstawiana jest jako całość, a myśliciele nie wyróżniają w żaden sposób kraju swego pochodzenia. Polityka zagraniczna w koncepcji Dietericha wprowadza rozróżnienie między centrami władzy światowej – USA i UE – oraz regionami peryferyjnymi: Ameryką Łacińską, Afryką i Azją. Grupy uprzywilejowane – bankierzy, przemysłowcy i politycy – korzystają z bogactw planety, wykorzystując przy tym pracę reszty ludzkości. Podstawą systemu międzynarodowego są dominacja, wyzysk i alienacja. Źródłem biedy i wykluczenia okazuje się także monopolizacja technologii, nauki, produkcji żywności, oświaty i ochrony zdrowia. Dieterich proponuje radykalne kroki, m.in. rozwiązanie NATO, którą uważa za strażnika neokolonializmu, oraz Rady Bezpieczeństwa ONZ – jako instytucji niedemokratycznej. Postuluje likwidację długu zagranicznego, przywrócenie równowagi w handlu międzynarodowym, zerwanie z protekcjonizmem, przyznanie odszkodowań krajom postkolonialnym za epokę podporządkowania oraz ofiarom niewolnictwa i pracy przymusowej. Polityka międzynarodowa miałaby być skierowana na zaspokojenie podstawowych potrzeb ludności. Uznaje on, że na szczeblu państwowym nie jest możliwe rozwiązanie wszystkich problemów, stąd też współpraca na arenie międzynarodowej jest jedynym wyjściem.
Najważniejsze kroki, jakie należy podjąć w Ameryce Łacińskiej, to – według Dietericha – obrona suwerenności, walka z wolnym handlem w wydaniu północnoamerykańskim, powstrzymanie regionalnych inicjatyw USA (np. w ramach polityki antynarkotykowej), obrona osiągnięć wenezuelskich, sformułowanie wspólnego frontu latynoamerykańskiego. Kluczowym zadaniem jest integracja w ramach Unii Narodów Południowoamerykańskich (UNASUR; organizacja grupująca wszystkie kraje obu Ameryk, poza USA i Kanadą) oraz strategiczne porozumienie między państwami a ruchami obywatelskimi.
Warto pamiętać, że autor dostrzega wiele pozytywnych działań podejmowanych przez kraje regionu, przy czym chodzi tu nie tylko o politykę rządów lewicowych, ale też np. działalność biotechnologiczną i farmaceutyczną Kuby, brazylijskiego Embraera, firm z sektora energetycznego (wenezuelskiego PdVSA, brazylijskiego Petrobrasu, argentyńskiego YPF). Można zauważyć, że działania, które podejmowane są przez podmioty latynoamerykańskie, spotykają się z bardziej przyjaznym nastawieniem niż te z innych regionów świata, nawet jeśli korzystają z tych samych narzędzi rynkowych oraz mają te same cele ekonomiczne.
Przy omawianiu „socjalizmu XXI” wieku należy pamiętać o ideach współczesnego antyamerykanizmu, antyneokolonializmu i teologii wyzwolenia oraz indiańskich tradycjach wspólnotowych. Ważnymi symbolami historycznymi są także Salvador Allende, Fidel Castro, zapatyści i sandiniści. Wzorem była również Unia Europejska, która pokazała nie tylko, jak należy się integrować, ale także jakich błędów unikać. Integracja w Europie uznana została przez niektóre kraje za sukces. Mimo krytyki wybranych elementów, stanowi pewien wzorzec, choć należy pamiętać, że integracja w niektórych regionach Ameryki Łacińskiej jest posunięta być może nawet dalej niż w Europie, gdyż nie było tam zbyt wielkich różnic językowych i kulturowych.
„Socjalizm XXI” wieku to jedna z nowych ideologii lewicowych, które niewątpliwie różnią się od eksperymentów z wieku poprzedniego. Najważniejsze jest to, że nie chce on budować lepszej przyszłości kosztem wyrzeczeń współcześnie żyjących ludzi. Jedynym postulowanym poświęceniem jest wspólna praca dla dobra społecznego, ale ma to inny charakter niż budowanie rzekomego szczęścia przyszłych pokoleń przez krew i pracę współczesnych obywateli. Skupia się na ludziach wykluczonych, na wzmocnieniu kontaktów i więzi społecznych, czerpie siłę ze wsparcia ludu. Kluczowym elementem systemu jest świadomy obywatel, stąd też ważnym posunięciem jest alfabetyzacja, która ma inny wymiar niż w komunizmie (propaganda) czy kapitalizmie (włączenie do grona ludzi uczestniczących w wolnym rynku). Istotną rolę pełnią także media: alternatywne, lokalne, zdecentralizowane, wolnodostępne, niekontrolowane przez elity. Są one niezbędne dla budowania obywatelskości, społeczeństwa niesfragmentaryzowanego, niehomogenicznego, zachowującego swoją tożsamość.
Doktryna ta zakłada przebudowę istniejącego porządku, totalną transformację ustrojową, wprowadzenie nowych konstytucji i bardziej „ludzkie” relacje między władzą a obywatelami. Niezwykle ważny jest dialog między cywilizacjami, bazujący na międzykulturowości, emancypacji, kompromisie i alternatywnej globalizacji. W odróżnieniu od kapitalizmu ideologia ta nie motywuje ludzi do akumulacji dóbr materialnych, lecz raczej do wzajemnego poszanowania, satysfakcji, zadowolenia, wspólnego dobra. Zamiast koncentrować się na nacjonalizacji środków produkcji, centralnym planowaniu i usunięciu wolnego rynku skupia się na różnorodności i mnogości form własności.
Sięga także do kosmowizji indiańskiej (idee Vivir Bien oraz El Buen Vivir), poszukując idei wspólnotowości, komplementarności i równowagi. Tradycyjne wartości Indian Keczua i Ajmara to wzajemna pomoc, współpraca, troska o naturę, a ważne miejsce w wierzeniach zajmują Matka Ziemia, cykliczność oraz nieustanna odnowa. Ludy indiańskie wierzą, że stanowimy jedność z naturą, z czego wynika konieczność utrzymywania równowagi ekologicznej oraz dobrych relacji między członkami wspólnoty. Dobra egzystencja opiera się na korzystaniu z tego, co jest niezbędne, zadowalaniu się tym, co wystarcza do życia, dlatego też należy wystrzegać się zarówno nadmiernego eksploatowania ziemi, jak i zróżnicowania majątkowego między członkami wspólnoty. Pieniądz nie powinien służyć akumulacji, lecz ułatwiać wymianę produktów.
Zagrożenia i możliwości
Ideologia „socjalizmu XXI wieku” ma jednak również negatywne strony. Zakładając radykalne zmiany, prowadzi, po pierwsze, do przekazania władzy w ręce grupy ludzi, która nie zważa na protesty znacznej części społeczeństwa. Po drugie zaś, walcząc z opozycją wewnętrzną, posuwa się do monopolizacji środków medialnych i wyciszania niechętnych sobie głosów. Pojawiają się opinie mówiące, że socialismo del siglo XXI wyrasta z doświadczeń kubańskich i opiera się na manipulacji i instrumentalizacji demokratycznych środków, wykorzystanych w celu zdobycia i utrzymania władzy. Przywódca ruchu politycznego często wydaje się otoczony czymś na kształt kultu jednostki. Jest przedstawiany jako wybawca narodu, a otaczająca go atmosfera przypomina niekiedy legendę Ernesto „Che” Guevary, czego symbolem mogą być wizerunki i hasła na murach np. Wenezueli. Ideologia, uznając siebie samą za jedyną formę prawdziwej demokracji, występuje przeciwko instytucjom demokracji przedstawicielskiej, co w warunkach niedokładnego określenia przyszłej formy rządów może prowadzić do rządów quasi-dyktatorskich, przy usunięciu mechanizmów checks and balances. Pozwala odrzucić wybory, demokrację i państwo prawa, dając w zamian jedynie nieokreślone i niedokończone przeniesienie uprawnień na obywateli.
Właśnie nieokreślony kształt przyszłego ustroju wydaje się największym problemem. Jako że definicja socjalizmu XXI wieku jest głównie negatywna, wiele szczegółów nie zostało zdefiniowanych zarówno jeśli chodzi o okres przejściowy, jak i cel, do którego się dąży. Nie wiadomo na przykład, czy nowy system ma wyrównać poziomy życia ludności przez gospodarczy „skok do przodu” czy też odgórne zrównanie dobrobytu między warstwami społecznymi. Również problem ceny i wartości produktu nie jest szczegółowo wyjaśniony. Wartość pracy opiera się tylko na jednym schemacie, bez rozróżnienia na fizyczną i wyspecjalizowaną. Gospodarka wymienna oznacza, że liczy się tylko czas wyprodukowania lub świadczenia usługi, a wytwórca traci możliwość oszacowania wartości swojej pracy. Pojawiają się również twierdzenia, że poglądy Dietericha to jedynie powtórzenie idei przedmarksistowskich, a więc socjalistów utopijnych, niewnoszące nic nowego do teorii lewicowych.
Wydaje się, że Dieterich z góry zakłada, że to, co pożyteczne dla Ameryki Łacińskiej, jest pozytywne, bez względu na szczegóły. Podmioty międzynarodowe pochodzące z tego regionu są oceniane z większą tolerancją niż te z innych części świata. Nie krytykuje on wielu negatywnych elementów polityki, jak np. zjawiska „przekupywania” państw przez niektóre rządy lewicowe w stosunkach między krajami Ameryki Łacińskiej, m.in. za pomocą ropy naftowej. Szczególnie dobrze widać to na przykładzie polityki wenezuelskiej. Zresztą ideologia zakłada, że – odmiennie niż na rynku wewnętrznym – handel międzynarodowy powinien utrzymać mechanizmy rynkowe oraz cenowe, a nawet ceny monopolistyczne. Mamy więc tutaj do czynienia z podwójnymi standardami.
Jak by nie patrzeć, idea „socjalizmu XXI wieku” pasuje do realiów Ameryki Łacińskiej. Gospodarcze zapóźnienie regionu, wyzysk, dziedzictwo kolonializmu i nierówności społeczne sprawiają, że radykalne lewicowe recepty mają tu swoje uzasadnienie. Idee marksistowskie w zasadzie od samego początku znalazły tutaj oddźwięk. Działali tu teoretycy lewicowi (m.in. José Carlos Mariátegui czy Víctor Raúl Haya de la Torre), a także praktycy (Emiliano Zapata, Augusto Sandino czy rewolucjoniści kubańscy). Podziały rysujące się w Europie znajdowały odbicie także tutaj, choć miały własną specyfikę. Istotnym elementem była również mentalność latynoamerykańska, której punktem wyjścia jest polaryzacja społeczna oraz wizja „żniw bez zasiewu”, a więc łatwego zysku bez nakładów pracy. Rozwarstwienie społeczne i utrwalenie struktury nierówności nakładają się na poczucie podziału na winnych i pokrzywdzonych. Hamuje to działania zmierzające do usprawnienia produkcji, wypacza rozumienie przedsiębiorczości oraz wprowadza niechęć wobec długofalowych działań na rzecz poprawy sytuacji w różnych dziedzinach. Wzrost gospodarczy często widziany jest jako zysk i konsumpcja uprzywilejowanych grup społecznych. Nierzadko poszukuje się jedynie łatwych recept oraz akceptuje determinizm, zwłaszcza w stosunkach międzynarodowych. Socjalizm XXI wieku wychodzi naprzeciw tym wyzwaniom, przy czym istotny jest także jego rewindykacyjny charakter. Postuluje oszacowanie kosztów kolonializmu, inwazji zbrojnych, okradania z surowców, niewolnictwa, nierównego handlu, kosztów wywozu i składowania toksycznych odpadów, wojen i dyktatur oraz zadłużenia zewnętrznego i ekologicznych. Nierozwiązanych problemów jest wiele, a według Dietericha Socjalizm XXI wieku jest jedną z tych idei, których czas nadszedł. I nikt nie może tego zatrzymać: ani socjalistyczne błędy przeszłości, ani kapitalistyczne iluzje teraźniejszości.
Teoria a praktyka
Początek XXI wieku przyniósł możliwość wprowadzenia w życie teorii lewicowych na gruncie realiów latynoamerykańskich. Do roku 1998 w zasadzie we wszystkich państwach regionu (poza Kubą) mieliśmy do czynienia z ustrojem neoliberalnym. Kryzys zadłużeniowy spowodował konieczność negocjacji z Międzynarodowym Funduszem Walutowym i USA oraz przyjęcie twardych warunków konsensusu waszyngtońskiego. Wygrane przez Hugo Chaveza wybory prezydenckie w Wenezueli stanowiły swoisty precedens, a kolejne lata były już falą zwycięstw lewicowych opcji w poszczególnych krajach w latach 2000–2009: w Chile, Brazylii, Urugwaju, Boliwii, Ekwadorze, Nikaragui, Argentynie, Gwatemali, Paragwaju, Salwadorze. W niektórych z tych krajów możemy odnaleźć elementy „socjalizmu XXI wieku”, choć w każdym z nich w nieco inny sposób zaadaptowano tę ideologię.
„Socjalizm XXI wieku” po raz pierwszy oraz w relatywnie najpełniejszy sposób zastosowano w praktyce w Wenezueli. Ideologia ta została przyjęta przez Hugo Chaveza jako określenie pożądanego modelu politycznego, a także jako wygodne narzędzie, pozwalające zdystansować się od marksizmu-leninizmu, bolszewizmu, a w pewnym sensie nawet od kubańskiego castroizmu. Prezydent Wenezueli – wieloletni przyjaciel Dietericha – zadeklarował, że niezbędne jest przywrócenie koncepcji socjalizmu, ale w nowej formie, innej niż sowiecka. Uznał także, iż nie ma innej alternatywy dla kapitalizmu niż socjalizm. Był on pierwszym, który użył terminu el socialismo del siglo XXI, w wypowiedzi publicznej z 2005 r., co zwróciło uwagę na tę ideę.
Model wenezuelski, który możemy określić mianem chavismo lub też procesu boliwariańskiego (ze względu na częste odniesienia do bojownika o niepodległość Ameryki Łacińskiej Simona Bolivara), kładzie akcent na suwerenność narodów. Według Hugo Chaveza oznacza to więcej demokracji w polityce i więcej rozwoju wspólnotowego w gospodarce dla spełnienia potrzeb obywateli, zamiast dla mniejszości, która bogacąc się, szkodzi życiu większości żyjącej w biedzie i niedostatku. Prezydent Wenezueli uznał za trzy najważniejsze elementy socjalizmu transformację gospodarczą, demokrację partycypacyjną oraz etykę socjalistyczną (miłość, solidarność, równość), ale nie przedstawił jednolitej koncepcji, gdyż według niego socjalizm powinien zostać zaadaptowany do realiów poszczególnych krajów. Niezbędna jest jednak społeczna własność środków produkcji, produkcja zorganizowana/kontrolowana przez pracowników oraz zapewnienie realizacji potrzeb obywateli.
Najbardziej widoczną zmianą w okresie rządów chavistas, jak nazywa się zwolenników wenezuelskiego prezydenta, jest położenie nacisku na niesienie pomocy ubogim, zaspokajanie podstawowych potrzeb opieki zdrowotnej, edukacji, zatrudnienia itp. Poprawa sytuacji „wykluczonych” grup społecznych jest priorytetem w propagandzie rządowej, choć dokładniejsze zbadanie sytuacji w Wenezueli wydaje się świadczyć na niekorzyść takiego podejścia. Wzrost wydatków na cele społeczne można wytłumaczyć zwiększonymi przychodami ze sprzedaży surowców mineralnych. Jednak nawet przeciwnicy rządu wenezuelskiego muszą przyznać, że w ostatnim czasie nastąpiło rozszerzenie opieki zdrowotnej, spadek śmiertelności niemowląt, zwiększenie długości życia, zmniejszenie ubóstwa i niedożywienia, zwiększenie popularności bezpłatnej edukacji, nasilenie walki z dyskryminacją rasową i ze względu na płeć oraz niepełnosprawność. Różnice dotyczą jedynie tego, czy poszczególne wskaźniki zmieniają się w ostatnim czasie szybciej, czy też są tylko kontynuacją stopniowych zmian, mających początek w latach 90.
Gospodarczy model wenezuelski to połączenie neoliberalizmu, socjalizmu jako projektu politycznego, gospodarki rynkowej, własności prywatnej, państwowej, a w niektórych przypadkach pracowniczej, idei wspólnotowych, aktywnej walki z nierównościami społecznymi i biedą. Można jednak zauważyć, że wysiłki rządu skupiają się na dofinansowaniu żywności i różnego rodzaju programach pomocowych, ale niewiele czyni się na rzecz zwiększania udziału obywateli we władzy. Chodzi nie tyle o ukształtowanie świadomych obywateli, ile o pomoc poszkodowanym. Z jednej strony faktycznie zauważyć można nacisk władz na partycypację, przeznaczanie funduszy na rozwój społeczeństwa obywatelskiego oraz wzmożenie działań mających na celu włączanie różnych grup do życia politycznego. Wielu chavistas to doświadczeni aktywiści, pochodzący z różnych środowisk i warstw społecznych. W 2006 r. stworzony został system Rad Komunalnych (Consejos Comunales), który pozwala mieszkańcom organizować się na poziomie lokalnym i działać na rzecz rozwoju społeczności. Z drugiej strony wyraźnie widoczne jest dążenie do kontroli wszystkich aktorów społecznych przez rząd. Stworzono także nową biurokrację, zależną od państwa, z którym wiąże się jej przyszłość. Mimo dużej polaryzacji sceny politycznej Wenezueli oraz znacznego poparcia dla opozycji rząd nawet po śmierci Chaveza cieszy się sporym poparciem społecznym.
Warto zauważyć, że polityka zagraniczna Wenezueli ma za podstawowe cele m.in. promocję systemu przywództwa w wydaniu wenezuelskim przez strategie integracji gospodarczej i politycznej, promocję ideologii socjalistycznej na arenie międzynarodowej, wspieranie wielobiegunowego systemu geopolitycznego i pokojowego współistnienia narodów, zmniejszanie zależności od USA. Bardzo ważnym elementem jest budowanie solidarności regionalnej oraz zawieranie sojuszy z państwami „wykluczonymi” ze światowego systemu, zarówno politycznego, jak i gospodarczego.
Należy pamiętać, że po początkowym okresie współpracy stosunki między Dieterichem a Chavezem popsuły się. Dieterich uznał, że model wprowadzony przez wenezuelskiego przywódcę uległ wyczerpaniu oraz stwierdził, że Ten model [„socjalizm XXI wieku”] nigdy nie został wprowadzony w życie. Prezydent tego nie zrobił, a siły polityczne, takie jak Partia Komunistyczna i ci, którzy uważają siebie za trockistów, są zupełnie zacofani, jeśli chodzi o polityczną wizję świata. Krytyka nasiliła się w okresie przejęcia władzy przez Nicolása Maduro Morosa. Obecnie głosy krytyki dochodzą w zasadzie ze wszystkich stron. System wenezuelski jest niezdefiniowany ideologicznie, populistyczny, autorytarny i militarystyczny. Pozorne działania mają na celu odwrócenie uwagi społeczeństwa. Nadal jednak pozostaje wzorem dla wielu innych krajów regionu.
Niektóre elementy proponowane przez ideologię „socjalizmu XXI wieku” możemy odnaleźć w Ekwadorze. Ideologia ta pojmowana jest przez tamtejszy rząd bardziej pragmatycznie, bez zbytniego dogmatyzmu. Prezydent Rafael Correa Delgado rozgranicza demokrację formalną i realną. Ta pierwsza skupia się na możliwości głosowania, ta druga natomiast – na prawie do edukacji, ochrony zdrowia i wolności od życia w biedzie i ubóstwie. Demokracja formalna nie jest przez prezydenta poważana, nacisk stawia na tę drugą. Oznacza to, że pluralizm, prawa osobiste czy podział władzy ustąpić muszą miejsca działaniom prosocjalnym. Stąd już tylko krok do uznania takich instytucji jak wolności obywatelskie czy prawo do głosowania za antydemokratyczne, za co władze ekwadorskie są krytykowane. Rząd promujący tzw. rewolucję obywatelską (revolución ciudadana) chce zwiększyć rolę społeczeństwa obywatelskiego oraz zerwać z neoliberalną gospodarką i proamerykańską polityką. Rząd Correi różni się jednak od wenezuelskiego choćby tym, że nie promuje w takim stopniu partycypacji społecznej na poziomie lokalnym, nie stworzył także instytucji demokracji partycypacyjnej. „Obywatelskość” polega tu bardziej na zwracaniu się prezydenta bezpośrednio do społeczeństwa niż na oddaniu realnej władzy w ręce ludu. W Ekwadorze wiele jednak się zmieniło i sam prezydent cieszy się dużym poparciem społecznym (więcej o przypadku zmian w tym kraju pisałem w „Nowym Obywatelu” nr 63).
Trzecim państwem, którego polityka nosi cechy najbliższe ideologii „socjalizmu XXI wieku”, jest Boliwia. Opiera się ona na antyneoliberalizmie oraz radykalnych zmianach – m.in. przyjęto nową konstytucję i zwiększono rolę państwa w gospodarce. Wprowadzono wiele programów pomocowych, takich jak bony szkolne, renty, wsparcie dla matek, tańsza energia, walka z analfabetyzmem. Prezydent Evo Morales Ayma (sprawujący władzę od 2006 r.) w 2009 r. oficjalnie ogłosił się socjalistą. Specyfika Boliwii polega na połączeniu socjalizmu z ideologią etniczną. Występuje silna tendencja do tworzenia indiańskich autonomii terytorialnych, choć jest to proces mozolny. Poza tym spora część ludności nieindiańskiej sprzeciwia się tym zmianom. Prezydent, jako Indianin Ajmara, promuje tożsamość indiańską oraz wspólnotową demokrację bezpośrednią. Rodzi to oskarżenia o dyskryminację innych grup etnicznych. Podkreślanie tożsamości indiańskiej wydaje się niezgodne z równością w rozumieniu Bernsteina. Rząd boliwijski promuje także fałszywą interpretację charakteru władzy inkaskiej. Mit socjalizmu w państwie Inków jest popularny wśród wielu przedstawicieli Indian. Mamy tu jednocześnie do czynienia z ostrożnością w zmianach polityki fiskalnej czy płacowej. Polityka gospodarcza polega na wykorzystaniu przychodów ze sprzedaży surowców (głównie gazu ziemnego) dla unowocześnienia gospodarki.
Rządy w innych państwach regionu cechują się mniejszą obecnością elementów ideologii socjalizmu XXI wieku. Idą one raczej drogą wytyczoną przez Chile, które mają najdłużej istniejący lewicowy (czy raczej centrolewicowy) rząd w Ameryce Łacińskiej (poza Kubą). Porozumienie Concertación, sprawujące władzę od 1990 r., prowadzi wyważoną, pojednawczą politykę. Zwiększaniu płacy minimalnej i wydatków socjalnych towarzyszy ostrożna polityka fiskalna, dość konserwatywna polityka gospodarcza oraz otwartość na inwestycje zagraniczne. Niektóre z państw regionu (np. Nikaragua z prezydentem Danielem Ortegą Saavedra) stosują antyamerykańską retorykę, próbują także wprowadzać demokrację bezpośrednią, ale jej zasady są na tyle nieprzejrzyste, że trudno mówić o niekwestionowanych osiągnięciach.
Ku przyszłości?
„Socjalizm XXI wieku” jest krytykowany za to, że nie poradził sobie z „nowymi” problemami, m.in. z bezrobociem czy ekologią. Zajął się jedynie pozorami, podobnie jak demokracja liberalna. Obserwatorzy zwracają uwagę na to, co się nie powiodło lub co pozostało do zrobienia: uniknięcie monopolizacji procesu decyzyjnego przez biurokrację państwową, zapobieżenie wyłonieniu się swoistej burżuazji, która gromadzi środki dzięki swojej pozycji w systemie (np. tzw. boliburżuazja w Wenezueli), zrównanie płac, kontrola przychodów pracowników aparatu państwowego, zniesienie tajemnicy bankowej i ujawnienie kont bankowych (także zagranicznych), proporcjonalne zwiększenie podatku dochodowego, wyszkolenie (również etyczne) pracowników służby publicznej, zwiększenie kontroli obywatelskiej, walka z korupcją, większa przejrzystość procesów decyzyjnych, zwrócenie uwagi na kwestie ochrony środowiska.
Najważniejsze, czego brakuje, to dialog między władzą a społeczeństwem. Jest tylko jednostronny przekaz lub tworzenie narzędzi z udziałem społeczeństwa, które jednak nie ma realnego wpływu na władzę. Jedynie w Wenezueli ma miejsce faktyczne promowanie przez rząd demokracji partycypacyjnej. Nadal jednak wydaje się, że nawet tam pozostało bardzo dużo do zrobienia.
Krytycy twierdzą, że w Wenezueli, Ekwadorze i Boliwii nie występuje „socjalizm XXI wieku”. Władza wykorzystuje jedynie wzrost gospodarczy oraz populizm dla zdobycia poparcia. Być może największe osiągnięcia w kwestii polityki prosocjalnej mają kraje „południowego stożka”, zwłaszcza Brazylia. Kolejni prezydenci (Luiz Inácio „Lula” da Silva od 2003 r. oraz Dilma Vana Rousseff od 2011 r.) prowadzą politykę umiarkowaną, pragmatyczną, nie unikając porozumienia z partiami zachowawczymi. Polityka gospodarcza jest wolnorynkowa, otwarta na inwestycje zagraniczne, połączona z ostrożną polityką fiskalną. Wszystko to jednak łączy się z konsekwentnymi działaniami na rzecz wykluczonych. Polityka socjalna jest istotnym elementem i z założenia pochłania ponad 20 proc. PKB. Konsekwentnie rozbudowuje się programy na rzecz ubogich (Bolsa Escola czy Bolsa Família). Kraj ten nie prowadzi konfrontacji z międzynarodowymi instytucjami finansowymi, ale w sferze politycznej potrafi zachować postawę niezależną od Zachodu, o czym świadczy np. atak na „prywatną wojnę” Busha w Iraku czy zdystansowanie się od demonizacji Iranu. Brazylia odeszła od zależności gospodarczej od Stanów Zjednoczonych (co nie udało się nawet Wenezueli, której ropa przetwarzana jest w północnoamerykańskich rafineriach) oraz zwróciła się w stronę Chin. W Brazylii ma także miejsce najbardziej zaawansowany proces tworzenia demokracji bezpośredniej.
Warto tutaj zwrócić uwagę również na sytuację w Urugwaju, rządzonym od 2010 r. przez José Alberto „Pepe” Mujica Cordano, zwanego „najbiedniejszym prezydentem świata”, który żyjąc skromnie i przekazując większość dochodu organizacjom charytatywnym, przeprowadza radykalne zmiany. Mimo że gospodarka rynkowa pozostaje podstawą „Szwajcarii Ameryki Południowej”, szeroko zakrojone programy społeczne zmierzają do bardziej zrównoważonego rozwoju. Osiągnięcia są tu nawet większe, i to bez używania populistycznej propagandy. Jak stwierdził prezydent: Poświęciliśmy się starym niematerialnym bogom, a teraz znajdujemy się w świątyni Boga-Rynku. On organizuje naszą gospodarkę, naszą politykę, nasze zwyczaje, nasze życie, a nawet dostarcza nam kursów i kart kredytowych, i daje nam poczucie szczęścia. […] Wydaje się, że urodziliśmy się tylko po to, aby konsumować, a kiedy nie konsumujemy, ogarnia nas poczucie frustracji, cierpimy biedę i stajemy się samozmarginalizowani. Jego postawa z pewnością jest bardziej wiarygodna niż wystawne życie „lewicowych” przywódców.
Wydaje się, że ważniejsze od szumnych deklaracji „dążenia do socjalizmu” i „walki z neoliberalizmem” są faktyczne działania, które często unikają konfrontacji z międzynarodowymi instytucjami finansowymi czy Stanami Zjednoczonymi. Trudno znaleźć w Ameryce Łacińskiej kraj w pełni wyrażający idee „socjalizmu XXI wieku”. Warto jednak podkreślać te działania, które mają na celu promowanie aktywności i podmiotowości obywatelskiej, oraz inicjatywy korzystne społecznie.