przez Michał Sobczyk | wtorek 24 listopada 2015 | Jesień 2015
Polska służba zdrowia, skoncentrowana na próbach leczenia chorych, zaniedbuje uśmierzanie ich cierpień. Bez pilnych zmian systemowych, ale i mozolnej pracy nad świadomością decydentów, lekarzy, pielęgniarek i pacjentów, kolejne tysiące rodaków będą męczyć się z bólem, którego można uniknąć.
Ból towarzyszący chorobie nowotworowej dotyka 200 tys. osób rocznie, zaś łącznie aż co trzeci Polak doświadcza bólów przewlekłych lub wymagających systematycznego leczenia. Pod względem zapotrzebowania na leczenie przeciwbólowe znajdujemy się w czołówce Europy, a mimo to wielu lekarzy ma o nim nikłe pojęcie. Pragnąca zachować anonimowość szefowa poradni leczenia bólu przewlekłego przy jednym ze szpitali klinicznych podaje przykład cukrzyków chorujących równolegle na neuropatię cukrzycową, która często pozostaje nieleczona. Taki pacjent cierpi bóle, które powodują rozchwianie całego organizmu, a lekarz dziwi się, że nie może mu uregulować cukrzycy. Dr P. przekonuje, że grzechem naszej medycyny jest niedoszacowanie wpływu bólu na jakość życia, ale i umieralność. – Pacjent, który przewlekle cierpi, ma znacznie zmniejszoną odporność, często jest wręcz wrakiem człowieka. Tylko że nikt nie powie, że zmarł z powodu bólu kręgosłupa, ale że nie poradził sobie z zapaleniem płuc.
Ortopedzi, neurolodzy czy chirurdzy często mówią pacjentom, że „nie ma prawa” ich boleć, albo że nie mogą podać leku ze względu na skutki uboczne. – Tymczasem bardziej szkodzi niekontrolowany ból niż prawidłowo dobrany środek przeciwbólowy – irytuje się lekarka. Od dziesięcioleci codziennie słyszy od chorych identyczne historie, będące dowodem na niedouczenie lekarzy rodzinnych oraz specjalistów. – „Lekarz powiedział, że nie może mi wypisać takiej recepty”, „przekonywał, że w tej chorobie musi boleć”, „stwierdził, że skoro domagam się leków, to widocznie jestem od nich uzależniony” – wylicza. Podkreśla, że leczenie bólu przewlekłego powinien zacząć lekarz podstawowej opieki zdrowotnej, zaś eksperci od jego uśmierzania służyć wyłącznie tym, u których nie przyniosło ono zadowalających efektów. Tymczasem lekarze pierwszego kontaktu nie dość, że ze strachu lub braku niezbędnej wiedzy odmawiają przepisywania odpowiednich środków, to na dodatek nie kierują cierpiących do specjalistycznych poradni – i nie ponoszą za to wszystko żadnych konsekwencji.
Powszechna ignorancja lekarzy w kwestiach związanych z rozpoznawaniem i łagodzeniem bólu ma ważne źródło w ich niedostatecznej obecności w programach kształcenia. Zainteresowani mogą uzupełnić kompetencje w ramach działającej w Krakowie szkoły leczenia bólu, warsztatów metod zabiegowych, organizowanych przez naszych lekarzy po powrocie ze stażu w Anglii, oraz licznych wykładów i sympozjów, przeważnie sponsorowanych przez firmy farmaceutyczne i ukierunkowanych na promocję leków. – Wszystkie te działania są jednak niespójne, w większości „dorywcze”, a jako całość – dalece niewystarczające w stosunku do potrzeb – ocenia dr n. med. Jerzy Jarosz, twórca Oddziału Badania Bólu i Terapii Paliatywnej w warszawskim Centrum Onkologii oraz współzałożyciel Fundacji Hospicjum Onkologiczne św. Krzysztofa.
Zdaniem dr P. deficyt odpowiednio wyedukowanych medyków będzie się pogłębiał. – Nowe programy autonomiczne uczelni nie uwzględniają przedmiotu o nazwie medycyna paliatywna, w związku z czym będziemy produkować absolwentów lekceważących cierpienia pacjentów. Gratuluję… – nie kryje rozgoryczenia. Zwraca uwagę, że wraz ze średnią długością życia będzie rosnąć liczba osób wymagających leczenia przeciwbólowego. Dodajmy do tego postęp medycyny inwazyjnej. Dzięki niemu kolejne osoby zyskują szansę na wyzdrowienie, ale jednocześnie każda operacja uszkadza układ nerwowy.
Dr Marek Balicki, menedżer ochrony zdrowia i społecznik, przekonuje, że problem bólu bagatelizuje nie tylko wielu lekarzy, przekazujących złe wzorce młodszym kolegom, ale także decydenci. Koronnym dowodem jest dla niego sprawa medycznej marihuany, której legalizacja pozwoliłaby ulżyć w cierpieniach wielu nieuleczalnie chorych. Ustawodawca nie kwapi się jednak do stosownej korekty prawa. – Władza publiczna kieruje się cynicznym interesem politycznym, zarządzając narkofobicznym lękiem, albo opiera swoje działania na mitach. Tak czy inaczej, nadal niedopuszczony do stosowania jest środek wyjątkowo skuteczny i tani, a do tego bardzo bezpieczny: nie wchodzi w interakcje z innymi lekami oraz nie da się go przedawkować, w przeciwieństwie do morfiny. Politycy wcale się tym nie przejmują – oskarża były minister zdrowia, posiadający specjalizację z zakresu anestezjologii.
Głusi na głosy ekspertów medycyny bólu pozostają również urzędnicy NFZ, którzy nie uwzględniają w decyzjach m.in. postulatów Polskiego Towarzystwa Medycyny Paliatywnej.
System od siedmiu boleści
Na niedobory wiedzy i wrażliwości nakłada się niedorozwój infrastruktury: instytucji oferujących farmakoterapię oraz inne techniki interwencyjne, a jednocześnie psychoterapię i rehabilitację. Zaledwie 27 poradni leczenia bólu przewlekłego spełnia wymogi określone w Regulaminie Certyfikatu Polskiego Towarzystwa Badania Bólu. – Placówek odpowiadających definicji współczesnej, wielokierunkowej poradni leczenia bólu, jest w Polsce bardzo mało, jeśli w ogóle jakieś są. Większość bazuje na jednej lub dwóch metodach leczenia, np. farmakoterapia plus akupunktura czy metody zabiegowe. Zazwyczaj kończy się na dwóch wizytach, ponieważ pacjenci nie otrzymują tam pomocy, jakiej oczekiwali – twierdzi dr Jarosz. Dodaje, że bardzo źle ocenia również jakość leczenia w poradniach akademickich o stosunkowo rozbudowanej strukturze.
Poradnie leczenia bólu zwijają się, zamiast rozwijać, z powodu dramatycznie niskiej wyceny procedur. Dr P. szacuje łączną skalę niedofinansowania medycyny bólu w Polsce na aż 70%. Co więcej, publiczny ubezpieczyciel nie uwzględnia w kontraktach m.in. kosztów zatrudnienia psychologów, mimo iż świadczona przez nich opieka, jak choćby nauka relaksu czy behawioralne techniki redukcji przesadnego uwrażliwienia i zmieniające percepcję bólu, są często kluczowymi ogniwami procesu leczenia. – W efekcie psychologów w poradniach prawie nie ma, bo nikt nie chce pracować za pieniądze, jakie jesteśmy w stanie zaoferować – mówi lekarka i dodaje, że nieco lepiej pod tym względem jest w szpitalach onkologicznych. Zaznacza, że jej placówka jest deficytowa, a dyrektor szpitala nie likwiduje jej ze względów społecznych.
Również prezes Polskiego Towarzystwa Badania Bólu, prof. Jan Dobrogowski, akcentuje niedofinansowanie tej gałęzi medycyny. – Nie zgodzę się, że wysokość kontraktów uniemożliwia realizację świadczeń. Jednak, aby zmieścić się w stawkach NFZ, musimy np. wykonywać zabiegi gorszym sprzętem – mówi profesor, na co dzień kierujący Zakładem Badania i Leczenia Bólu Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie. Kolejny problem jego placówki stanowi fakt, że Fundusz nie rozlicza pensji niektórych pracowników. – Uważa, że tylko lekarze kilku specjalności mogą pracować w poradni leczenia bólu. Nie ma na tej liście m.in. specjalistów od rehabilitacji oraz neurologów dziecięcych. To absurdalne – ubolewa profesor. Dodaje, że Fundusz nie uznaje za przepustkę do możliwości pracy w poradni nawet ukończenia dwuletnich studiów w zakresie medycyny bólu, organizowanych przez Medyczne Centrum Kształcenia Podyplomowego Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Organizacje pacjentów także kładą nacisk na kwestie finansowe. – Postulujemy zniesienie limitów w leczeniu bólu, gdyż obecna sytuacja jest nieludzka i uniemożliwia skuteczne niesienie pomocy. Z wielu miejsc docierają do nas sygnały, że pacjenci są odsyłani z poradni leczenia bólu – właśnie ze względu na przekroczenie limitów… Kolejnym problemem jest niska wycena świadczeń dla takich poradni, dlatego jest ich nadal za mało i działają w ograniczonym zakresie. Szpitale nie chcą otwierać placówek, które z założenia będą przynosić straty – mówi Szymon Chrostowski, prezes Polskiej Koalicji Pacjentów Onkologicznych oraz Koalicji na Rzecz Walki z Bólem. Dodaje, że kluczowych utrudnień w leczeniu bólu chorzy upatrują także w nadmiernie zbiurokratyzowanych procedurach szpitalnych, zbyt małej liczbie specjalistów i braku dostatecznej wiedzy lekarzy.
Ważnym wskaźnikiem niedomagań systemu jest niskie zużycie specjalistycznych środków przeciwbólowych. – Statystyki międzynarodowe mierzą zużycie leków opioidowych w poszczególnych krajach w stosunku do potrzeb oszacowanych na podstawie danych epidemiologicznych. Bierze się pod uwagę ostre urazy, porody oraz liczbę chorych na nowotwory i AIDS, zakładając, że w odpowiednich proporcjach będą oni cierpieć bóle wymagające leczenia opioidami. Następnie całkowite zużycie tych leków dzieli się przez liczbę pacjentów. Okazuje się, że w Polsce zużycie opioidów na potencjalnego potrzebującego jest pięciokrotnie mniejsze niż średnia dla 20 najlepiej rozwiniętych ekonomicznie państw świata – tłumaczy Jerzy Jarosz. Zastrzega, że taka metodologia jest obarczona licznymi błędami – przede wszystkim opiera się ona na wybranych, nowoczesnych opioidach, tymczasem nad Wisłą najwięcej zużywa się mniej skutecznych leków. Wartość wspomnianego wskaźnika daje jednak mocne podstawy do twierdzenia, że potrzeby wielu cierpiących pozostają niezaspokojone.
Wszyscy moi rozmówcy źródeł problemu upatrują w stereotypach związanych z zażywaniem leków opioidowych, pokutujących zarówno wśród lekarzy, jak i pacjentów. Jednak zdaniem Jerzego Jarosza, który prowadzi badania dotyczące tej swoistej opioidofobii, strach przed uzależnieniem czy przedawkowaniem to w najlepszym razie część odpowiedzi. – Ustaliłem, że na terenie Mazowsza tylko 4,5% lekarzy w ogóle posiada specjalne recepty na opioidy – pozostałe 95,5% nawet nie zawraca sobie tym głowy, choć nic ich to nie kosztuje. To kwestia czystego lenistwa: po prostu nie chce im się – oskarża ekspert. Dodaje, że podział leków przeciwbólowych na przepisywane na zwykłych receptach oraz wymagające tzw. recept Rpw wytwarza w wielu lekarzach przekonanie, że te pierwsze są bezpieczniejsze. – Trudno, aby lekarz zastanawiał się nad każdym przepisem; skoro jakieś leki wymagają specjalnych recept, to znaczy, że coś jest z nimi nie tak. Tym bardziej, że na receptach Rpw trzeba słownie wpisać dawkę dobową oraz maksymalną i postawić wykrzyknik. Cały rytuał wypisywania tych recept sprawia, że można dostać opioidofobii.
Warto wspomnieć, że jednemu z koncernów, jemu tylko znanymi sposobami, udało się zarejestrować produkowany przez siebie opioid jako lek na zwykłą receptę – i środek ten jest na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o wielkość sprzedaży. W opinii dr. Jarosza medycyna bólu nie jest wolna od agresywnego lobbingu firm farmaceutycznych, wykorzystującego m.in. organizacje pacjentów do wymuszania refundacji kolejnych drogich specyfików. Do tego dochodzi korumpowanie lekarzy, np. zaproszeniami na atrakcyjne wyjazdy.
Nierówni w cierpieniu
Największą patologią systemu refundacyjnego jest jednak to, że leki opioidowe, darmowe dla prawie wszystkich cierpiących na nowotwory złośliwe, są pełnopłatne dla pozostałych chorych, nie licząc trzech rzadkich zespołów bólowych. – Ta dyskryminacja z uwagi na stan zdrowia pokazuje, że nie patrzy się na problem, jakim jest ból, a na to, jak wydać mniej pieniędzy. W tym samym czasie recepty na najdroższe leki refundowane są wypisywane lekką ręką, nawet jeśli nie przynoszą one poprawy – mówi dr Jarosz. Inna sprawa, że dotyczy to wyłącznie chorujących w domu – ta sama osoba po trafieniu do szpitala onkologicznego otrzymuje, dla odmiany, wyłącznie najtańsze środki.
– To przerażające: masz raka, wkrótce umrzesz, to ci damy refundację… Ekonomiści od ochrony zdrowia najwyraźniej uznali, że pacjenci z chorobami zwyrodnieniowymi stawów, neuralgiami czy dyskopatiami mogą długo żyć, jeśli będą dobrze leczeni przeciwbólowo, więc będą dużo kosztować – mówi cytowana już kierowniczka poradni. System jest nie tylko okrutny, ale i nieracjonalny ekonomicznie: osoby, których nie stać na opłacenie z własnych środków terapii przeciwbólowej, nierzadko kosztującej nawet 2000 zł miesięcznie, nie są w stanie pracować i trafiają na renty.
Inny przykład marnowania publicznych i prywatnych pieniędzy: niektóre niezwykle skuteczne, a jednocześnie tanie metody, jak zewnątrzoponowe podawanie środków przeciwbólowych, przestały być stosowane ze względu na przepisy, np. ograniczające możliwość przepisywania wykorzystywanych w nich leków. Zarejestrowanie dodatkowego wskazania dla taniego farmaceutyku jest dla jego producenta grą niewartą świeczki, zaś instytucje państwa pozostają bierne.
Jak informuje dr Jarosz, jeden z pionierów polskiego ruchu hospicyjnego, do niedrogich i dających dobre rezultaty metod walki z bólem należy także opieka bezpośrednio w domach chorych. – Nie wymaga sprzętu, tylko lekarza albo pielęgniarki, która się na tym zna. Jednak po co komu się szkolić, brać na siebie ryzyko powikłań itd., skoro można pójść po linii najmniejszego oporu i zapisać leki w tabletkach lub plastrach, które kosztują 10 razy więcej? Jeśli będą nieskuteczne, zapisze się inne, a potem jeszcze kolejne. Proste metody nie są stosowane, bo nikt nie ma w tym interesu, a chorzy nie zdają sobie z tego wszystkiego sprawy.
Dodajmy do tego fakt, że wyceny zabiegów bardziej wynikają z siły przebicia konkretnych osób niż z rzeczywistych kosztów. Dowód stanowią bardzo zróżnicowane stawki za metody, które w praktyce różnią się jedynie nazwą. – Trudno dostrzec oznaki realnego zainteresowania NFZ lub ministerstwa racjonalizacją i rozszerzeniem leczenia przeciwbólowego. Wiedzą, że muszą coś zrobić w tym kierunku, rzucają jakieś pieniądze, aby nie można im było zarzucić, że nic się nie finansuje. Brakuje jednak m.in. rzetelnej analizy potrzeb – podsumowuje dr P.
Droga do ukojenia
W świetle dotychczasowych rozważań zwiększenie środków na medycynę bólu oraz racjonalizacja wydatków, zwłaszcza poprzez przywrócenie rangi metodom skutecznym i tanim, są postulatami oczywistymi. Wśród innych zmian systemowych, które pozwoliłyby skuteczniej pomagać cierpiącym, moja rozmówczyni za absolutnie kluczowy uznaje rozwój obowiązkowej, kompleksowej edukacji na temat leczenia bólu dla wszystkich specjalności lekarskich i pielęgniarskich. Po drugie, przewlekły ból o natężeniu powyżej trzech punktów w skali od 1 do 10 powinien gwarantować dostęp do refundowanych leków bez względu na chorobę i rokowania. Wreszcie, jej zdaniem lekarze powinni być oceniani i rozliczani na podstawie wypełnianego przez pacjentów arkusza satysfakcji z leczenia bólu.
Dr Jarosz dodaje, że muszą istnieć systemy oceny jakości leczenia w szpitalach, ze skutecznym uśmierzaniem bólu jako ważnym elementem. – Prowadzona na bieżąco ocena jakości jest jednym z czynników dyscyplinujących, uniemożliwiających bazowanie na propagandzie sukcesu spod znaku „jesteśmy wspaniali, bo kupiliśmy nowy aparat rentgenowski”. Z drugiej strony, gdyby dana placówka wypadła bardzo źle, to obawiam się, że NFZ dałby jej mniej pieniędzy zamiast pomóc w podniesieniu jakości leczenia – i powstałoby błędne koło. Konieczne jest właściwe wykorzystywanie wyników uzyskiwanych z takiej oceny. Powinno się nie tylko wymagać działań naprawczych od szpitali źle leczących ból, ale także nagradzać te najlepsze. Jarosz zastrzega, że nie chodzi o dodatkowe finansowanie szpitali np. za właściwe postępowanie z bólem pooperacyjnym, które należy do ich niezbywalnych obowiązków. – Należy zacząć egzekwować standardy leczenia przeciwbólowego, których mamy już w Polsce trochę. To zadanie dla Funduszu – przekonuje.
Z kolei prof. Dobrogowski szczególnie akcentuje konieczność wydzielenia medycyny bólu jako odrębnej specjalizacji lekarskiej, albo przynajmniej umiejętności. – Nasze towarzystwo o to występowało, ale na razie wniosek nie spotkał się z poważniejszym odzewem. Powstanie takiej specjalizacji wiązałoby się m.in. z powołaniem konsultanta krajowego oraz konsultantów wojewódzkich, mających możliwość regulowania niektórych kwestii swoimi zarządzeniami. Bez tego wszystko opiera się na apelach ekspertów, nieposiadających żadnej mocy prawnej – tłumaczy.
Odrobina ulgi
Mimo tego wszystkiego proces leczenia bólu doczekał się w ostatnim czasie pewnych pozytywnych zmian. Dr P. wymienia lepsze zabezpieczanie bólu pooperacyjnego i pourazowego w większości szpitali oraz, będące wynikiem m.in. zabiegów towarzystw naukowych, liczne nowelizacje ustaw i rozporządzeń, które poprawiły jakość pracy lekarzy, np. skróciły czas niezbędny na wypisanie recepty Rpw. Również dr Balicki, Szymon Chrostowski i prof. Dobrogowski, mimo licznych zastrzeżeń, niezależnie od siebie stwierdzają, że resort zdrowia i NFZ zaczęły poświęcać problematyce bólu więcej uwagi.
Dr Balicki podaje przykład decyzji o objęciu finansowaniem zwalczania bólu podczas porodu. Za krok w dobrym kierunku uznaje również odejście od różowych recept na leki narkotyczne. – Co prawda recepty Rpw również są trochę inne od zwykłych, ale nie występuje ten sam stopień stygmatyzacji, odstręczającej lekarzy od przepisywania leków opioidowych – mówi. – Leczenie bólu zostało uznane przez Ministerstwo Zdrowia za jeden z priorytetów, co daje wymierne efekty. Wypracowane wraz ze specjalistami standardy leczenia zostały uznane za obowiązujące, przekazane do konsultantów wojewódzkich oraz towarzystw naukowych z rekomendacją ich stosowania przez lekarzy wszystkich specjalności. Ministerstwo zapowiedziało także kontrole placówek medycznych pod kątem skuteczności leczenia bólu zgodnie z aktualnym stanem wiedzy naukowej. Na liście leków refundowanych znajduje się obecnie większość skutecznych środków przeciwbólowych – odnotowuje Chrostowski. Dzięki wysiłkom m.in. jego organizacji zniesiono limity na część procedur opieki paliatywnej w ramach pakietu onkologicznego oraz wprowadzono obowiązkowe zajęcia z zakresu leczenia bólu dla studentów wszystkich specjalności lekarskich.
– Jako przedstawiciele pacjentów możemy zwracać uwagę opinii publicznej i decydentów na poszczególne braki systemu, ale naszym głównym zadaniem jest ogólnospołeczna edukacja. Zmiana systemu to nie tylko dobre leki i świadomi lekarze, lecz także pacjenci znający swoje prawa. Społecznej świadomości nie zmienia się rozporządzeniami, lecz regularną pracą i merytorycznymi, ale prostymi i atrakcyjnymi przekazami kierowanymi do różnych grup odbiorców. Dlatego bardzo cieszy popularność takich kampanii jak „Rak wolny od bólu”, realizowana dzięki zaangażowaniu Polskiego Radia – podkreśla społecznik, który z zawodu jest dziennikarzem i specjalistą od public relations.
Budowanie świadomości społecznej ułatwiają nowe narzędzia upowszechniania wiedzy. Za pośrednictwem prowadzonego przez Koalicję na Rzecz Walki z Bólem serwisu rakwolnyodbolu.pl pacjenci oraz ich bliscy w ciągu kilku godzin otrzymują porady od specjalistów, zaś w miastach wojewódzkich organizuje ona bezpłatne konsultacje. Pomocne praktyczne informacje, np. na temat tego, jak rozmawiać z lekarzem i jak znaleźć pomoc, publikuje również strona pokonajbol.pl, stworzona przez Fundację Medycyny Bólu, założoną w 2003 r. przez prof. Dobrogowskiego i dr. Kazimierza Sedlaka, zajmującą się poszukiwaniem nowych terapii oraz pomaganiem pacjentom.
Prezes Polskiego Towarzystwa Leczenia Bólu upatruje podstaw do ostrożnego optymizmu we wspomnianych już, współprowadzonych przez jego organizację studiach podyplomowych, obejmujących 200 godzin zajęć teoretycznych i praktycznych, niemających odpowiednika nigdzie w Europie. – Mamy już ok. 500 absolwentów – wykwalifikowanych lekarzy, którzy wiedzą, jak stosować w swojej pracy osiągnięcia medycyny bólu – cieszy się. Za równie istotną uznaje popularność programu „Szpital bez bólu”, zainicjowanego przez PTBB wraz z Polskim Towarzystwem Anestezjologii i Intensywnej Terapii, Towarzystwem Chirurgów Polskich, Polskim Towarzystwem Ginekologicznym oraz Polskim Towarzystwem Ortopedycznym i Traumatologicznym. Polega on na certyfikacji placówek, które przestrzegają standardów umożliwiających prawidłowe łagodzenie ostrego bólu w okresie pooperacyjnym i pourazowym. Mowa o prostych zasadach organizacyjnych, takich jak monitorowanie bólu co najmniej dwa razy dziennie, informowanie chorych o możliwościach jego uśmierzania czy obowiązkowe odbywanie przynajmniej dwa razy do roku stosownych szkoleń przez cały personel lekarski i pielęgniarski. – Szpitali posiadających nasz certyfikat jest już ponad 150 – chwali prof. Dobrogowski. Zauważa także rosnące zainteresowanie leczeniem bólu ze strony lekarskich organizacji zawodowych i naukowych, przejawiające się m.in. uwzględnianiem tej tematyki w programach zjazdów i sympozjów.
Znieczulica zamiast znieczulenia
Moi rozmówcy przekonują, że do tego, aby lekarze i decydenci przestali tolerować niepotrzebny ból, musimy dorosnąć jako społeczeństwo. – Na pacjenta trzeba umieć spojrzeć jak na chorego człowieka, ze współczuciem, oraz nauczyć się liczyć z jego zdaniem. Cały czas jesteśmy na etapie medycyny patriarchalnej: lekarz zawsze wie lepiej, a na dodatek wścieka się na podopiecznych, kiedy od czasu do czasu ośmielą się zgłosić jakieś oczekiwania – utyskuje dr Jarosz.
Doskonałą ilustracją tej tezy jest dla niego Onkomapa, inicjatywa Alivii – Fundacji Onkologicznej Osób Młodych, polegająca na zbieraniu opinii pacjentów w celu stworzenia przewodnika po przyjaznych ośrodkach leczących nowotwory. – Największe szpitale onkologiczne zabroniły wpuszczania ankieterów. Lekarze po prostu nie chcą znać opinii chorych. Chcę powiedzieć, że dopóki nie traktuje się pacjenta poważnie, tylko jako źródło dochodów lub strat, leczenie przeciwbólowe nie może być dobre. W USA na oddziałach ratunkowych pierwsze pytanie brzmi „czy jest pan ubezpieczony?”, ale drugie – „czy pana boli, a jeśli tak, to jak bardzo?”. Jeśli zadeklaruje się, że bardzo, jest się obsługiwanym w pierwszej kolejności. A u nas mówi pan, co chce, a i tak siedzi na SOR 10 godzin, niezależnie od tego, czy skarży się pan na ból zawałowy, czy na skaleczenie w palec.
Dlatego ogromnie ważna jest edukacja i samoorganizacja pacjentów, którzy muszą być świadomi swoich praw w zakresie leczenia bólu i gotowi do ich egzekwowania. – Jeśli leki nie działają, chorzy często uważają, że tak jak na raka nie ma lekarstwa, tak ich ból jest nieuleczalny. Są nauczeni, że mają cierpieć. Nie protestują, gdy lekarz wypisuje ich ze szpitala onkologicznego ze słowami „proszę się zgłosić do poradni przeciwbólowej”, po czym daje skierowanie na wizytę, której termin zostaje wyznaczony na za miesiąc. Wielu chorych traktuje oczekiwanie tak, jakby byli już leczeni. Polski pacjent jest przyzwyczajony, że na wszystko musi czekać i czuje się objęty opieką, gdy ma już wyznaczoną datę wizyty. Czeka i wyje z bólu – wzdycha Jerzy Jarosz. Czekanie półtora miesiąca na lek przeciwbólowy czy wypisywanie ze szpitala z bólem jest w naszym kraju patologicznym standardem.
– W polskiej kulturze i w tradycji naszego systemu medycznego leczenie bólu nie było nigdy tak ważne, jak dążenie do wyleczenia, za wszelką cenę. Ten paradygmat jest wciąż aktualny, a wzmacniają go media, które nie patrzą na to, że ulżenie w cierpieniu jest równie ważną częścią misji lekarza, jak samo leczenie. W głównym nurcie debaty publicznej o cierpieniu mówi się zbyt mało – przekonuje Marek Balicki. – Aby społeczna świadomość uległa zmianie, potrzebna jest jednak nie tylko dyskusja, ale również zmiany ustawowe – dodaje.
Poradnie na dnie
Liczba specjalistycznych poradni leczenia bólu zmniejsza się: pod koniec lata 2015 r. funkcjonowało ich 179, podczas gdy jeszcze trzy lata wcześniej było ich 220. Na całym Dolnym Śląsku jest 11 takich placówek, na Pomorzu 7, zaś na Podlasiu – zaledwie 3. Dla wielu pacjentów oznacza to brak możliwości uzyskania pomocy w pobliżu miejsca zamieszkania. Dla wszystkich: długi, nierzadko kilkutygodniowy czas oczekiwania na nią – w przypadku ostatniego z wymienionych regionów nawet kilkumiesięczny.
Wizyta u specjalisty od uśmierzania cierpienia, często obejmująca badanie szczegółowymi kwestionariuszami oceny bólu i jakości życia, trwa nawet godzinę. Tymczasem podstawowa stawka, jaką przyjął dla niej Narodowy Fundusz Zdrowia, wynosi… 26 zł. Jak alarmowała na łamach prasy dr Jadwiga Pyszkowska, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Paliatywnej, anestezjolodzy pracują w poradniach leczenia bólu głównie z pasji, gdyż miesięcznie zarabiają mniej niż za jeden dyżur w szpitalu.
Wartość rocznych kontraktów dla wszystkich poradni w całym kraju to zaledwie 21,5 mln zł. NFZ nie podniesie stawek, dopóki nie otrzyma stosownych zaleceń od Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, która wycenia leczenie według planu taryfikacji, uzgadnianego z ministerstwem i Funduszem. W momencie oddawania tekstu do druku nie było w nim leczenia bólu…
Leczenie ze szczególnym okrucieństwem
Z punktu widzenia organizacji zajmującej się problematyką ochrony praw człowieka dostęp do odpowiedniej opieki medycznej, w tym do terapii przeciwbólowej, jest istotnym elementem realizowania zobowiązań państwa z zakresu podstawowych praw i wolności. Brak zapewnienia efektywnego systemu leczenia bólu oznacza niewywiązanie się przez państwo z ciążących na nim obowiązków wynikających m.in. z Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, w szczególności z art. 3, który zakazuje tortur i nieludzkiego lub poniżającego traktowania – napisała Helsińska Fundacja Praw Człowieka w liście do resortu zdrowia.
Z kolei w komentarzu do postanowienia sygnalizacyjnego Trybunału Konstytucyjnego, w sprawie konieczności uregulowania w polskim prawie medycznego wykorzystania marihuany, HFPC powołuje się na raport sprawozdawcy ONZ ds. tortur i okrutnego, nieludzkiego lub poniżającego traktowania. Juan E. Méndez zwrócił w nim uwagę, że do tej pory złe traktowanie, do którego dochodziło w placówkach ochrony zdrowia, było postrzegane przede wszystkim jako naruszenie prawa do zdrowia, zaliczanego do praw socjalnych. Jego zdaniem należy jednak uznać, że niektóre sytuacje, które mają miejsce w lecznictwie, mogą być czymś więcej i osiągać poziom tortur lub złego traktowania. Zmiana paradygmatu i odwołanie się w przypadku nieleczenia bólu do dyskursu dotyczącego tortur i nieludzkiego traktowania pozwala nadać temu zjawisku odpowiednią rangę. Gwarantuje też skuteczniejsze mechanizmy dochodzenia zadośćuczynienia. Analiza naruszeń z punktu widzenia ram prawnych zakazujących tortur służy nadto podkreśleniu pozytywnych obowiązków państw, polegających na zapobieganiu, ściganiu i usuwaniu skutków naruszeń. Ramy prawne dotyczące tortur gwarantują, że nieadekwatność systemu, brak środków lub dostępu do określonych świadczeń nie będą usprawiedliwieniem złego traktowania – komentują eksperci Fundacji. Precyzują, że chodzi o sytuacje, gdy organy państwa są lub powinny być świadome występowania dotkliwego bólu, lecz mimo to nie zaoferowały odpowiedniego leczenia i nie podjęły wszystkich rozsądnych kroków, aby chronić psychiczną i fizyczną integralność osoby.
Organizacja przywołuje również wyrok wydany 25 stycznia 2011 r. przez Europejski Trybunał Praw Człowieka w sprawie Kupczak przeciwko Polsce. Sprawa dotyczyła osoby pozbawionej wolności, która z powodu chronicznego bólu kręgosłupa korzystała z wszczepionej pompy morfinowej. Podczas pobytu w areszcie osadzonemu nie zagwarantowano jednak skutecznego działania urządzenia, co Trybunał uznał za naruszenie zakazu nieludzkiego oraz poniżającego traktowania.
Fundacja zwraca ponadto uwagę, że ustawa o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta wprost przyznaje prawo do świadczeń zdrowotnych zapewniających łagodzenie bólu jedynie pacjentowi w stanie terminalnym. Przepis art. 20 ust. 2 nie mówi natomiast o innych grupach chorych. Ponadto poziom refundacji leków dla pacjentów cierpiących z powodu przewlekłego bólu jest niejednakowy i zależy od jego przyczyny. W związku z tymi rozbieżnościami uzasadniona wydaje się interwencja ustawodawcy – stwierdzają obrońcy praw człowieka.
przez Michał Sobczyk | poniedziałek 2 lutego 2015 | Zima 2014
W wojnie na rynku usług doręczeniowych warto trzymać kciuki za Pocztę Polską. A przynajmniej mieć świadomość, jakie ukryte koszty łączą się z korzystaniem z tańszej, prywatnej konkurencji.
Pan Brzoska to jeden z najlepszych przedsiębiorców w naszym kraju. Niech wreszcie Poczta Polska, ten beznadziejny moloch utrzymywany z naszych podatków, obniży ceny i poprawi jakość obsługi, bo inaczej źle skończy – pod tym komentarzem młodej internautki prawdopodobnie podpisałaby się spora część opinii publicznej. Właściciel firmy InPost jest kreowany przez media na ikonę rodzimej gospodarki. Przede wszystkim jako twórca innowacyjnej sieci samoobsługowych punktów nadawania i odbioru paczek, funkcjonującej już w 20 krajach, ale także jako ucieleśnienie mitu „od pucybuta do milionera”. Z kolei Pocztę Polską powszechnie postrzega się jako relikt poprzedniej epoki, przyzwyczajony do zdzierstwa i lekceważenia klientów. Ich postępujący odpływ do niepublicznych operatorów wydaje się zatem sprawiedliwą karą wymierzoną niedawnemu monopoliście przez niewidzialną rękę rynku.
Odczuwalne zmiany w ofercie i jakości usług Poczty Polskiej rzeczywiście nastąpiły dopiero wówczas, gdy poczuła na plecach oddech konkurencji. Skoro rosnący udział Polskiej Grupy Pocztowej i InPostu w rynku przesyłek – w tym zlecanych przez instytucje publiczne – napędza rywalizację o względy klientów, powinniśmy chyba się z niego cieszyć? Niestety, rzeczywistość jest bardziej złożona niż liberalne slogany.
Niepolska Grupa Pocztowa
Warto zacząć od przyjrzenia się strukturze własnościowej poszczególnych przedsiębiorstw. Z Pocztą Polską sprawa jest prosta: założycielem i jedynym akcjonariuszem jest Skarb Państwa, reprezentowany przez ministra administracji i cyfryzacji. Oznacza to, że zyski wypracowane przez spółkę pozostają do wyłącznej dyspozycji państwa, a ponadto gwarantuje rzetelne rozliczanie się przez nią z wszelkich danin publicznych. Natomiast pieniądze operatorów prywatnych mają potencjalnie wyjątkowo krętą drogę do publicznej kasy.
InPost Sp. z o.o. jest w 89,93% zależna od InPost Paczkomaty Sp. z o.o. Wraz z operatorem finansowo-ubezpieczeniowym InPost Finanse wchodzą one w skład notowanej na warszawskiej giełdzie Grupy Integer.pl. Założyciel i prezes zarządu Grupy, Rafał Brzoska, kontroluje 29,84% ogólnej liczby akcji poprzez firmę A&R Investments Limited z siedzibą na Malcie. Inny członek zarządu, Krzysztof Kołpa, kontroluje 5,39% akcji za pośrednictwem spółki L.S.S. Holdings Ltd., dla odmiany zarejestrowanej na Cyprze. Współwłaścicielami Grupy są także Otwarte Fundusze Emerytalne: włoskie Generali (8,69%) oraz holenderski AEGON (5,11%); pozostałe 50,96% akcji przypada na inwestorów indywidualnych. InPost twierdzi, że zarówno CIT, jak i VAT płaci w Polsce. Jednak furtka do tzw. optymalizacji podatkowej pozostaje w jego przypadku szeroko otwarta. Może się więc okazać, że kilkadziesiąt groszy oszczędzanych przez nas czy przez budżet państwa na każdym znaczku, biznes Brzoski „odbija” sobie na… budżecie państwa.
Z kolei Polska Grupa Pocztowa stanowi – wbrew nazwie – własność cypryjskiej spółki inwestycyjnej Badenhop Holdings Limited. W 2015 r. PGP zostanie formalnie przejęta przez InPost, z którym od dłuższego czasu prowadzi de facto wspólną działalność, zaś 40% akcji tej ostatniej firmy ma trafić na giełdę. Obraz sytuacji dodatkowo komplikuje fakt, że do 2 czerwca 2014 r. działalność pocztową prowadził tzw. stary InPost, zaś tego dnia przejęła ją inna spółka z tej samej grupy kapitałowej, czyli „nowy InPost” (poprzednio Nowoczesne Usługi Pocztowe). Odpowiedź na pytanie, na kogo naprawdę „głosujemy portfelami”, wybierając drugą co do wielkości grupę pocztową w Polsce, staje się coraz trudniejsza.
Listonoszu, dorzuć do znaczka
Ważnym elementem modelu biznesowego każdej firmy usługowej są standardy zatrudnienia. – Poczta Polska jest chyba jedyną spółką na rynku pocztowym zatrudniającą na umowy o pracę – inne firmy stosują bardziej elastyczne formy, co radykalnie odbija się na kosztach działalności, ale także na jakości świadczonych usług – przekonuje Zbigniew Baranowski, rzecznik prasowy państwowego giganta. Choć w przypadku szeregowych pracowników Poczty spadek realnych wynagrodzeń w toku restrukturyzacji jest odczuwalny, nadal mogą oni liczyć na przewidywalną wysokość wypłat oraz uczciwe odprowadzanie przez pracodawcę składek emerytalnych.
InPost twierdzi, że standardem jest u niego umowa o pracę, podpisywana po trzymiesięcznym okresie próbnym (z wyjątkiem osób pracujących dorywczo, 2–3 dni w tygodniu). Nawet jeśli wierzyć w te zapewnienia – Internet jest bowiem pełen relacji rozżalonych doręczycieli, którzy mimo kilkuletniego stażu w firmie nadal są zatrudnieni na umowy-zlecenia – problemem pozostaje skrajna „motywacyjność” systemu wypłat. Niepubliczny operator deklaruje, że jego listonosze zarabiają do nawet 5 tys. zł netto. Jednak podstawa wynagrodzenia wynosi zaledwie 1,8 tys. zł brutto, a reszta zależy od pracowitości doręczyciela i skuteczności realizowanych przez niego doręczeń. „Dziennik Gazeta Prawna” opublikował treść SMS-a wysyłanego pracownikom Poczty Polskiej przez rekrutującą dla InPostu agencję Work Service: propozycja zatrudnienia za płacę minimalną, tj. 1680 zł brutto, plus 90 groszy za każdy list dostarczony ponad dzienną normę (150 sztuk).
Abstrahując od wysokości stawek oraz normy, na pierwszy rzut oka układ może wydać się uczciwy: dostarczenie listu poleconego bezpośrednio do adresata wymaga przecież więcej pracy niż wrzucenie awizo do skrzynki. Rzecz w tym, że liczba i rodzaje przesyłek różnią się między rejonami oraz w zależności od aktualnego popytu na usługi firmy. Również to, ile osób uda się zastać w domach, jest niezależne od pracowników. „Motywacyjny system wynagrodzeń” w praktyce oznacza przerzucenie na nich części ryzyka biznesowego. – Nasi koledzy z InPostu nigdy nie wiedzą, czy w danym miesiącu zarobią tyle, że wystarczy im na spłatę kolejnej raty kredytu. Ich płace w dużej mierze zależą bowiem od kwestii, na które mają co najwyżej częściowy wpływ – opowiada jeden z „państwowych” listonoszy, któremu zdarza się rozmawiać ze spotykanymi w terenie doręczycielami konkurencji.
Dochodzi do tego spore zróżnicowanie zasad w ramach zdecentralizowanego systemu. Jak traficie na normalnego ajenta, nie szuję i cwaniaczka, co chce się dorobić na ludziach, to i zarobić możecie. W każdej placówce jest inaczej. Każdy ma inne stawki i dodatki czy premie, albo w ogóle nic nie ma. […] Znam ajentów co dają swoim doręczycielom dobrze zarobić, ale znam i takich, co ich grabią za wszystko. Są ludzie i ludziska – komentuje jeden z pracowników w ciekawym wątku pt. „Czy warto zostać listonoszem w InPoście?” na forum.hotmoney.pl. W Sieci można znaleźć także skargi na brak lub zbyt niski ekwiwalent za wykorzystywany w pracy własny środek transportu, rejony niemożliwe do obsłużenia w 8 godzin (zwłaszcza gdy doliczyć „papierkową robotę”), „cięcie” prowizji za skuteczne doręczenia, zaniżanie wypłat, ich opóźnianie lub wręcz niepłacenie za wykonaną pracę…
W Poczcie Polskiej działają dość silne związki zawodowe, w InPoście nie istnieje ani jeden. Ze względu na strukturę całego biznesu trudno sobie wyobrazić skoordynowaną zbiorową akcję na rzecz poprawy standardów zatrudnienia. Pracownikom niełatwo jest nawet bliżej się poznać – InPost nie prowadzi klasycznych „urzędów pocztowych”, jego system tworzą duże centra dystrybucyjne, gdzie listonosze meldują się po przesyłki, oraz Punkty Obsługi Klienta (POK), prowadzone na zasadzie franczyzy przez właścicieli sklepów i punktów usługowych. Gdy pracownicy zgłaszają do centrali nieprawidłowości mające miejsce w POK-ach, jej przedstawiciele umywają ręce: to są sprawy między doręczycielami a ajentami korzystającymi z ich usług.
Na pocztowej wolnoamerykance traci także sektor finansów publicznych. – Jestem ciekawy, kiedy w końcu ZUS weźmie się za tak zwanych agentów zewnętrznych, prowadzących własną działalność gospodarczą i współpracujących z InPostem na zasadach umowy franczyzowej. […] Otóż od początku prowadzenia działalności przez InPost niemal wszyscy agenci zatrudniali swoich pracowników, chodzi głównie o doręczycieli, niezgodnie z przepisami Kodeksu Pracy, mianowicie na umowę o dzieło. Przez kilka lat żaden z nich nie odprowadzał składek ZUS – alarmuje jeden z internetowych komentatorów.
Nie lepiej jest w PGP. Umowa-zlecenie ze stawką 8,47 zł brutto za godzinę pracy jest rekrutowanym osobom podtykana razem z wekslem mającym stanowić zabezpieczenie roszczeń odszkodowawczych pracodawcy względem pracownika (firmy nie zraża fakt, że Sąd Najwyższy uznał podobne praktyki za bezprawne) oraz taryfikatorem kar finansowych, np. za każde błędnie wypisane awizo.
Tanie państwo w praktyce
Prywatni operatorzy oszczędzają nie tylko na pracownikach, ale także na szeroko rozumianym standardzie usług. Nierzadko oznacza to wydatki czy fatygę dla nadawców lub adresatów przesyłek.
W listopadzie 2013 r. Centrum Zakupów dla Sądownictwa rozstrzygnęło przetarg na obsługę korespondencji wymiaru sprawiedliwości w dwóch kolejnych latach. Kontrakt wart 0,5 mld zł otrzymała PGP, której przychody ze sprzedaży usług pocztowych wyniosły w owym roku około… 27 mln zł. Co jeszcze bardziej istotne, firma nie posiada własnej infrastruktury. W ofercie zadeklarowała oparcie się o POK-i InPostu oraz kioski RUCH-u. Jakość i gęstość sieci placówek nie miały jednak istotnego znaczenia, gdyż w warunkach przetargu wprost zapisano, że jedynym kryterium oceny ofert będzie cena brutto za wykonanie zamówienia. Dzięki wyborowi konsorcjum firm prywatnych budżet zaoszczędził 84 mln zł, jednak kosztem dodatkowych wydatków dla obywateli. – Do mojego sądu – w największym mieście kraju! – ciągle przychodzą strony i świadkowie poskarżyć się, że dostali zawiadomienie o przesyłce oczekującej na odebranie np. 8 km od miejsca ich zamieszkania, zamiast w najbliższym urzędzie pocztowym – relacjonuje Barbara Zawisza, sędzia Sądu Rejonowego dla Warszawy Pragi-Północ, a jednocześnie wiceprezes i rzecznik prasowy Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”.
Gdy w wyszukiwarkę placówek wydających awizowane przesyłki, znajdującą się na stronie PGP, wpiszemy losowo wybrane mniejsze miejscowości, szybko okaże się, że dla dużej części Polaków odbiór pisma z sądu oznacza kilkunastokilometrową wyprawę. Sąd Okręgowy w Płocku ogłosił, że jedna z przesyłek czekała na adresata ponad 40 km od jego domu. W tym kontekście odbieranie dokumentów w kioskach, z czym nieraz łączy się stanie w kolejce oraz podpisywanie potwierdzenia odbioru w czasie deszczu lub na mrozie, wydaje się drobną niedogodnością.
Również uchwała Rady Głównej Związku Zawodowego Prokuratorów i Pracowników Prokuratury RP każe się zastanowić nad rzeczywistą ceną „najtańszej oferty”. Związek zwraca w niej uwagę, że współpraca z nowym operatorem wiąże się z dodatkowymi obowiązkami dla pracowników biur podawczych, którzy są zmuszeni m.in. do ważenia każdej wysyłanej paczki (wcześniej zajmował się tym personel Poczty Polskiej). Należy też doliczyć straty wywołane tym, że przez pierwsze miesiące obowiązywania kontraktu PGP i InPost pospiesznie zatrudniały brakujący personel, dopracowywały logistykę i procedury itd. Choć nowa rzeczywistość niesie wiele korzyści, to na dzień dobry odzywa się polski zaścianek – grzmiał na początku stycznia 2014 r. prezes Brzoska. Tak komentował publicznie wyrażane wątpliwości, czy zwycięskie konsorcjum jest przygotowane do przejęcia dotychczasowych obowiązków Poczty, w tym zagwarantowania odpowiedniej terminowości doręczeń i zapewnienia tajemnicy korespondencji awizowanej w kioskach.
Rzeczywistość przerosła nawet najczarniejsze wizje – dość powiedzieć, że w samym Sądzie Okręgowym we Włocławku w okresie od 1 stycznia do 6 marca z powodu niedoręczenia korespondencji odroczono 420 spraw, a zdesperowani przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości zaczęli tworzyć własne służby pocztowe (m.in. Płock) lub wzywać strony telefonicznie (np. Tarnów i Warszawa).
Trzeba oddać prywatnym operatorom, że po kompromitacji na początku realizacji kontraktu – oraz po zdyscyplinowaniu przez państwo porozumieniem wprowadzającym zryczałtowane odszkodowanie za każde opóźnienie – terminowość doręczania korespondencji z sądów i prokuratur odczuwalnie się poprawiła, co potwierdziła kontrola Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Nadal jednak dają o sobie znać problemy wprost wynikające z istoty modelu biznesowego InPostu, który opiera się na dużej rotacji słabo przeszkolonych i wynagradzanych pracowników „z łapanki”.
Przypadki zostawiania listów z sądu dzieciom czy sąsiadom to tylko jedno ze zmartwień. – Bardzo często wracają do nas nieodebrane przesyłki i okazuje się z pieczątek, że były awizowane krócej niż 14 dni, wymagane, by w świetle prawa mogły zostać uznane za doręczone – skarży się Barbara Zawisza. Dochodzą do tego przypadki skreślania adnotacji o awizowaniu danego dnia i wpisywania innej daty – trudno wówczas rozstrzygnąć, jak faktycznie wyglądały próby doręczenia. – Wszystko to może się wydawać mało istotne, ale niech się okaże, że przesyłka była awizowana dzień krócej niż wymaga ustawa i w efekcie np. wyrok zaoczny nie został skutecznie doręczony. Trzeba będzie wówczas cofnąć jego prawomocność, a jeśli został wykonany, np. dana osoba została doprowadzona do zakładu karnego, ma ona prawo wystąpić o odszkodowanie – wyjaśnia sędzia.
Na Berdyczów
– Trzech na czterech obecnych pracowników naszej firmy pracuje w niej 5 lat lub dłużej – podkreśla Zbigniew Baranowski. Tymczasem „prywatni” doręczyciele pojawiają się i znikają, co w połączeniu z przydzielaniem im kilkakrotnie większych rejonów niż obsługują ich koledzy z Poczty Polskiej skutkuje m.in. niewystarczającą znajomością terenu. – Jeżeli adres nie jest jasno opisany lub budynek nie jest w BARDZO czytelny sposób oznaczony lub numeracja nie jest łatwa do odgadnięcia to takiej przesyłki nie chce się im doręczyć, bo szkoda im czasu na myślenie – skarży się jeden z klientów. Zapewne nieświadomy, że w pogoni za wyrobieniem norm doręczyciele nie mają czasu na łamigłówki.
Notoryczne problemy z ginącymi czy spóźniającymi się przesyłkami sprawiły, że wiele firm i klientów indywidualnych ostatecznie wróciło do korzystania z usług Poczty. Zniechęcający jest także system udzielania informacji oraz (nie)rozpatrywania reklamacji. Podczas gdy państwowa poczta jest „uchwytna” – ma stałych pracowników, liczne oddziały, jasną hierarchię służbową – zdecentralizowany InPost przypomina firmę-widmo. Miałem niejasności co do regulaminu. Rzeczywiście można się było skontaktować, ale telefonicznie, a opłaty za minutę droższe niż przewidywał mój budżet. Trudno to zaakceptować i uznać za normalne – relacjonuje jeden z klientów. – Nie ma szans, żeby z infolinii połączyć się z żywym człowiekiem… Już to przerobiłam – ostrzega internautów inna rozczarowana – Niełatwe jest nawet… znalezienie numeru do lokalnego oddziału operatora.
Zamknijmy ten wątek historią spod wywiadu z prezesem Brzoską, który zapowiedział w nim, że „zbuduje polską Nokię w e-handlu”: Mam w domu przesyłki do nieznanych mi osób, które zostawił ktoś z InPostu. Może je Pan odebrać, bo pańska firma ma je w d****. Niepotrzebnie telefonowałem do was, bo jakaś blondynka kazała mi robić za listonosza i dostarczyć je do najbliższego punktu InPost. Nie potrafiła jednak wskazać miejsca, w którym on się znajduje.
Nie taki moloch straszny
Powstaje jednak pytanie, czy wady „prywaciarzy” są wystarczającym powodem, by korzystać z usług Poczty Polskiej, za którą również ciągną się negatywne opinie klientów.
Przedsiębiorstwo broni się, że jeśli zestawić liczbę wpadek ze skalą obsługiwanej korespondencji, państwowy gigant nie ma powodów do wstydu. Poczta Polska osiąga bardzo wysokie wyniki terminowości doręczeń. Przykłady? Terminowość Poczty Polskiej w zakresie korespondencji poleconej (z awizacją i bez awizacji) wynosi 96 proc.; Poczta Polska w 2013 roku dostała nagrodę Światowego Związku Pocztowego za jakość świadczonych usług; według badań Gfk Polonia Poczta Polska ma ponad dwukrotnie lepszą terminowość w zakresie przesyłek poleconych priorytetowych niż InPost – wyliczał na łamach „Forbesa” Zbigniew Baranowski, gdy prywatna konkurencja za pomocą ataków na operatora narodowego usiłowała odwrócić uwagę opinii publicznej od swoich problemów z obsługą sądów. Rzecznik podkreśla również, że w 2013 r. uzasadnione reklamacje dotyczyły w Poczcie zaledwie 0,0042% krajowych przesyłek poleconych.
Poprawa terminowości doręczania przez Pocztę Polską S.A. nierejestrowanych przesyłek listowych oraz paczek pocztowych w obrocie krajowym.
|
Przesyłki listowe
|
Termin doręczenia
|
Cel w zakresie terminowości doręczeń** (%)
|
Wynik badania (%)
|
|
2010
|
2011
|
I kw. 2012
|
II kw. 2012
|
|
priorytetowe
|
D+1
|
82
|
53,4
|
63,4
|
68,5
|
70,8
|
|
D+2
|
90
|
82,6
|
89,4
|
92,0
|
92,9
|
|
D+3
|
85
|
93,2
|
95,7
|
97,0
|
97,9
|
|
ekonomiczne
|
D+3
|
85
|
67,7
|
78,2
|
82,0
|
85,2
|
|
D+5
|
97
|
90,6
|
95,9
|
97,2
|
97,2
|
|
Paczki pocztowe
|
|
|
|
|
|
|
|
priorytetowe
|
D+1
|
80
|
63,5
|
70,6
|
86,3
|
88,2
|
|
ekonomiczne
|
D+3
|
90
|
94,3
|
96,2
|
100,0
|
100,0
|
* „D” oznacza dzień zawarcia umowy o świadczenie usługi polegającej na przyjęciu, przemieszczeniu i doręczeniu przesyłki, „n” oznacza liczbę dni, które upłynęły od dnia nadania do dnia doręczenia przesyłki (przy czym do terminów nie wlicza się dni ustawowo wolnych od pracy oraz sobót).
** Udział liczby przesyłek doręczonych w określonym terminie liczony od dnia nadania do dnia doręczenia (liczba przesyłek doręczonych w określonym terminie i w terminach go poprzedzających) do ogólnej liczby nadanych przesyłek, wyrażony w procentach.
Źródło: Urząd Komunikacji Elektronicznej
Kolejny powód, by nie skreślać publicznej firmy, stanowi coraz śmielsze dostosowywanie jej oferty do oczekiwań klientów oraz wyzwań przyszłości. – Poczta Polska to dziś w coraz większym wymiarze e-poczta, dzięki platformie cyfrowej Envelo, gdzie klienci bez wychodzenia z domu mogą wysłać kartkę lub list, które listonosz doręczy w tradycyjnej formie, czy wydrukować znaczek. Niebawem umożliwimy wysłanie tą drogą listu poleconego – obiecuje Baranowski. Udogodnienia takie jak e-faktura czy powiadomienia SMS przełamują stereotyp „reliktu poprzedniej epoki”, a przygotowywana usługa listu skanowanego zasługuje wręcz na miano małej rewolucji. Gdy na adres klienta, który podpisze stosowną umowę, zostanie wysłany tradycyjny list, drogą elektroniczną otrzyma on skan koperty. Po jego obejrzeniu będzie mógł zadecydować, czy dana przesyłka ma zostać zniszczona, zeskanowana czy doręczona pod wskazany adres bez otwierania.
Odkłamując czarną legendę państwowego doręczyciela, trzeba koniecznie wspomnieć o jego rzekomym finansowaniu z naszych podatków. – Poczta Polska nie korzysta z żadnych dotacji publicznych. Rozwój opiera na własnych środkach i zasobach – zapewnia rzecznik. Narodowy operator jest „na plusie” – i to mocnym. W sprawozdaniu finansowym za rok obrotowy 2013 wykazał 65 mln zł zysku z działalności gospodarczej oraz 29 mln zł zapłaconego podatku dochodowego. Jak przyznaje nawet lider pocztowej „Solidarności”, skonfliktowanej z władzami przedsiębiorstwa na tle wypowiedzianego układu zbiorowego, wszystkie daniny na rzecz państwa są przez Pocztę wyjątkowo rzetelnie odprowadzane, a ewidencja podatków czy składek emerytalnych i chorobowych prowadzona bardzo ściśle. Co więcej, Poczta Polska ma największe przychody spośród wszystkich firm w branży i dlatego jest głównym płatnikiem tzw. funduszu kompensacyjnego, o którym będzie jeszcze mowa.
Inna sprawa to pytanie, czy pomoc z budżetu państwa dla publicznego operatora byłaby czymś złym. Warszawski Instytut Pocztowy, którego celem statutowym jest informowanie o zmianach zachodzących na rynku usług pocztowych, przekonuje, że zostawienie firmy samej sobie jest błędem. Stowarzyszenie podaje przykład rządu niemieckiego, którego inwestycje w rozwój Deutsche Post sprawiły, że państwowe przedsiębiorstwo nie tylko w pełni zaspokaja potrzeby społeczne, ale także przekształciło się w grupę logistyczno-pocztową i podbija rynki zagraniczne.
Urząd nie tylko pocztowy
Silna pozycja państwowego operatora jest wartością samą w sobie ze względu na jego aktualną i potencjalną rolę jako nieformalnego przedłużenia administracji rządowej i samorządowej. Wyjątkowo rozbudowana sieć placówek w połączeniu z publiczną własnością pozwala wykorzystywać Pocztę Polską m.in. do poboru abonamentu RTV, obsługi korespondencyjnego głosowania osób niepełnosprawnych albo do komunikowania się wojska z obywatelami w razie ogłoszenia mobilizacji i w czasie wojny. Warto wspomnieć, że największa firma doręczeniowa posiada także inne, w tym niejawne, zadania ze sfery obronności. Wszystkie te obowiązki mogą rzecz jasna przejąć podmioty prywatne, czy jednak na pewno tego chcemy?
Inspirującego przykładu wykorzystania państwowej poczty do zaspokajania ważnych potrzeb społecznych dostarczają Czechy. Tamtejsze urzędy pocztowe są jednocześnie czymś w rodzaju zdalnych punktów dostępu do systemu administracji publicznej. Obywatele mogą w nich załatwić sprawy urzędowe, takie jak uzyskanie odpisu z księgi wieczystej czy mapy katastralnej bez konieczności wizyty w większym mieście.
Niestety, jak na razie Poczta rozwija działalność w zupełnie innych kierunkach. – „Hitem” ostatniego czasu jest presja na urzędy pocztowe i listonoszy, by sprzedawali słodycze, na dodatek drożej niż można je kupić w sklepie – żali się „Nowemu Obywatelowi” jeden z doręczycieli.
Przetarg inny niż wszystkie
Przed nami moment kluczowy dla kształtu rodzimego rynku pocztowego. W najbliższych miesiącach UKE rozstrzygnie konkurs na tzw. operatora wyznaczonego, czyli przedsiębiorstwo, które w latach 2016–2025 ma w imieniu państwa zagwarantować obywatelom wysokiej jakości usługi pocztowe w przystępnych cenach. Wszystkim obywatelom, co należy podkreślić.
Prywatne firmy pocztowe chętnie konkurują bowiem w dużych miastach, natomiast na obszarach wiejskich utrzymanie placówek oraz częste dostarczanie korespondencji rzadko kiedy jest opłacalne. Straty operatora wyznaczonego ponoszone na świadczeniu nierentownych, ale ważnych społecznie usług, są pokrywane ze specjalnego funduszu kompensacyjnego. Trafia do niego część dochodów wszystkich operatorów z usług komercyjnych, jak przesyłki przyjmowane od masowych nadawców na podstawie indywidualnie negocjowanych kontraktów czy wrzucanie ulotek do skrzynek. To, jaką część straty pokryje każda z firm, określa prezes UKE na podstawie wysokości przychodów, jednak składka nie może przekroczyć 2 proc.
W zamian za wsparcie operator wyznaczony jest zobowiązany do utrzymywania, bez względu na skalę zapotrzebowania na usługi, co najmniej jednej stałej placówki w każdej gminie oraz na każde 6 tys. mieszkańców w miastach i na każde 85 km2 na terenach wiejskich. Zgodnie z unijną dyrektywą pocztową i rozporządzeniem ministra infrastruktury musi także m.in. doręczać przesyłki w każdy dzień roboczy, z zachowaniem określonych prawem wskaźników, kontrolowanych corocznie przez UKE. Przepisy określają również minimalny procentowy udział nadawczych skrzynek pocztowych umieszczanych przez operatora wyznaczonego w sposób umożliwiający korzystanie z nich osobom niepełnosprawnym.
Wbrew mitom Polska ma najbardziej liberalny rynek pocztowy w Unii Europejskiej. Warszawski Instytut Pocztowy podkreśla, że jako pierwszy członek Wspólnoty wybieramy operatora wyznaczonego w drodze konkursu – w innych krajach podpisano wieloletnie umowy z firmami należącymi do państwa. Przykładowo, brytyjska Royal Mail, francuska La Poste i hiszpańska Correos zawarły kontrakty aż na 15 lat. Tymczasem Poczta Polska została wyznaczona do świadczenia tzw. usług powszechnych jedynie na lata 2013–2015. Warto wspomnieć, że związane z tym obowiązki, niespoczywające na operatorach prywatnych, są jedną z przyczyn, dla których mogą oni zaoferować niższe ceny. Jeśli InPost zostanie operatorem wyznaczonym, raczej nie będzie w stanie utrzymać dotychczasowych stawek.
Walka bez wątpienia będzie bardzo ostra. W chwili pisania tego tekstu nadal nie są znane ani kryteria wyboru oferenta, ani waga poszczególnych ocen. W stanowisku wysłanym w listopadzie 2014 r. przez Warszawski Instytut Pocztowy do Departamentu Rynku Pocztowego UKE znalazł się apel, by zwycięzca nie był wyłaniany jedynie na podstawie ceny oferty. Chodzi o to, aby zgodnie z duchem dyrektyw Parlamentu Europejskiego obywatel miał wszędzie równy, pewny i tak samo dostępny poziom usług pocztowych po niewygórowanych cenach. Według Instytutu Pocztowego realizacja tego postulatu wymaga funkcjonowania już na dzień ogłoszenia konkursu sieci stabilnych i dobrze oznaczonych punktów doręczeń i odbioru. Warunki konkursu winny być tak określone, aby obywatel miał pewność odnajdywania placówki przez określony czas. Według nas nie do przyjęcia wydaje się praktyka, w której kolejna korespondencja odbierana jest co miesiąc w innym miejscu. Według nas bezpieczeństwo przesyłki zwiększa się, jeśli jest ona dostarczana przez jednego pracownika na danym obszarze doręczeń przez dłuższy czas. Dzięki temu istnieje możliwość budowy „kapitału zaufania” pomiędzy doręczycielem a jego klientami. Uważamy, że w związku z tym ważnym kryterium konkursowym powinien być sposób zatrudnienia, rekrutacji i stabilność pracy pracowników firm realizujących usługę powszechną – pisze w liście szef organizacji, Przemysław Sypniewski.
Podkreśla on również, że kryterium ceny – stosowane jako jedyne – sprawi, iż standard usług będzie niższy niż założony przez ustawodawcę oraz doprowadzi do wyboru oferenta, który nie zapewni pracownikom (lub podwykonawcom) odpowiedniego zaplecza socjalnego i emerytalnego. Przetarg na operatora wyznaczonego będzie miał duże znaczenie nie tylko ze względu na to, że określi kształt rynku pocztowego na najbliższą dekadę. Przede wszystkim wpłynie na standard infrastruktury i usług pocztowych dla przeciętnego obywatela i rozstrzygnie, czy będą one podlegały logice minimalizacji kosztów, czy polityce dobrych, dostępnych dla wszystkich usług publicznych – podsumowuje Sypniewski. Należy mieć nadzieję, że zostaną uwzględnione także takie czynniki jak możliwości działania danego operatora podczas stanu wyższego zagrożenia kraju oraz standard świadczenia usług osobom niepełnosprawnym.
Poczta Polska przekonuje, że jej zwycięstwo w konkursie leży w interesie publicznym. – Posiadana przez nas sieć około 7,5 tys. placówek pocztowych i liczba zatrudnionych ponad 25 tys. listonoszy może zagwarantować efektywne i bezpieczne usługi pocztowe na terenie całej Polski – akcentuje Baranowski.
Trzeciego awizo nie będzie
Państwowy operator nie jest ideałem. Niektóre działania Poczty niebezpiecznie przypominają filozofię jej konkurentów – np. przypadki zastępowania pracowników Pocztexu usługami zewnętrznymi. Bez wątpienia jest jednak firmą, w odniesieniu do której istnieją pewne mechanizmy kontroli społecznej, związane z publiczną własnością oraz funkcjonowaniem związków zawodowych. Jest też niezaprzeczalnie najlepiej przygotowana do świadczenia na obszarze całego kraju dobrej jakości usług o istotnym znaczeniu dla społeczeństwa, państwa i gospodarki. Utrata przez Pocztę znaczącej pozycji na rynku – do czego mogą się przyczynić polityka instytucji publicznych, poszukujących złudnych oszczędności, ale także nasze prywatne wybory – zaprzepaści ten potencjał.
Na razie jej prywatni rywale rosną w siłę. Po trzech kwartałach 2014 r. przychody z usług pocztowych Grupy Integer.pl wyniosły 357 mln zł, wobec 192,5 mln zł rok wcześniej. Do czerwca 2015 r. InPost planuje osiągnąć 30 proc. udziału w rynku.
Karp przyspiesza Wigilię
– Pańskim zdaniem konkurencja na rynku pocztowym jest sztucznie kreowana.
– Bogumił Nowicki, Przewodniczący Komisji Międzyzakładowej NSZZ „Solidarność” Pracowników Poczty Polskiej: Ma miejsce ewidentne pompowanie publicznych pieniędzy w stronę PGP, która jest „słupem” InPostu. Wspomniana spółka wygrała przetarg na obsługę wymiaru sprawiedliwości, mimo iż nie posiadała odpowiedniej sieci punktów odbiorczych, zresztą do tej pory jej nie zbudowała. Pozostaje także pytanie, dlaczego Poczta nie zaoferowała niższej ceny. Podobno wówczas Urząd Komunikacji Elektronicznej zarzuciłby jej, że stosuje dumping. Tymczasem instytucja publiczna z prawie 100-letnią tradycją powinna świadczyć usługi na rzecz państwa „po kosztach”: nie szukać na nim zysku, lecz dobrze je obsługiwać.
Zamiast skorzystać z tej możliwości, w zadziwiający sposób przekazano pół miliarda złotych podmiotowi o bardzo niejasnej własności, który dopiero teraz zatrudnia odpowiednią liczbę listonoszy. Następnie narodowy operator przegrał dwa kolejne przetargi: na obsługę KRUS oraz rządowego Centrum Usług Wspólnych. Mamy zatem kuriozalną sytuację: nawet Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji, które jest właścicielem Poczty, będzie obsługiwane przez firmę prywatną… Dowiedziałem się, że oferty składane przez Pocztę w tych przetargach były mniej korzystne od stawek przygotowanych przez pracowników merytorycznych dla zarządu. Jeżeli to prawda, należy tutaj szukać znamion działalności przestępczej.
Kolejna rzecz dająca do myślenia: jeśli prześledzić parametry giełdowe InPostu z ostatnich miesięcy, okaże się, że ta firma ma poważne kłopoty. I w takim momencie nagle wygrywa dwa przetargi, dostając ewidentną kroplówkę finansową. Jeżeli wygra także konkurs na operatora wyznaczonego, wówczas w majestacie prawa będzie mogła otrzymywać państwową pomoc.
– Poważne pytania budzi także tempo otwierania rynku dla silnych operatorów narodowych z krajów zachodnich.
– W tej sprawie zmagałem się z parlamentem w pojedynkę, bez jakiegokolwiek wsparcia ze strony instytucji publicznych, a nawet właściciela Poczty. Minister Boni wręcz mnie zbeształ, że prowadzę działalność antyrządową, występując z postulatem, by zagwarantować państwowemu przedsiębiorstwu pocztowemu status operatora wyznaczonego przynajmniej na 10 lat. Tymczasem parlamenty Hiszpanii czy Francji w ogóle nie miały podobnych wątpliwości.
Przyznając Poczcie Polskiej jedynie trzyletni okres ochronny przed rozpisaniem konkursu na nowego operatora wyznaczonego, nasz kraj bardzo ambitnie wyszedł przed szereg w stosunku do unijnych wymogów w zakresie liberalizacji rynku przesyłek. Można powiedzieć, że występując z projektem stosownej ustawy rząd zachował się jak karp, który próbuje przyspieszyć Wigilię. Trudno uważać tych ludzi za durniów, choć być może niektórzy dali się przekonać z naiwności. Dlatego podejrzewam, że w podtekście tych decyzji były konkretne interesy. W końcu polski rynek usług pocztowych jest wart kilka miliardów złotych rocznie.
Przed laty spierałem się z kierownictwem Poczty, że działają na szkodę jej i Polaków, utrudniając funkcjonowanie naszej usługi kurierskiej, czyli Pocztexu. Kiedy złożyłem stosowne zawiadomienie, prokurator zapytał mnie, czy nie dopuszczam ewentualności, że to jest zwykła niezgułowatość dyrektorów. Otóż jestem zdania, że są granice niezgułowatości…
– Celowemu wspieraniu prywatnych operatorów towarzyszy świadome osłabianie ich państwowego konkurenta?
– Poczta Polska nigdy nie była dotowana, przeciwnie – zawsze była płatnikiem do budżetu. Jak zatem wytłumaczyć to, że kolejni ministrowie obecnej koalicji właściwi do spraw łączności niezbyt się nią interesowali?
Za celowe niszczenie Poczty należy uznać brak przepisów regulujących jej instytucjonalną współpracę z administracją. We Francji nikomu by nie przyszło do głowy, że rząd, samorząd i ich agendy mógłby obsługiwać ktoś inny niż państwowa poczta. Podobne zasady funkcjonują w krajach skandynawskich. Ponieważ jest jakiś problem z przygotowaniem aktu prawnego, który stworzyłby ramy dla takiej współpracy, „Solidarność” podjęła się opracowania stosownego projektu. Postawa wobec niego będzie wyznacznikiem faktycznego traktowania Poczty przez stronę rządową.
Mamy za sobą trzy przegrane przetargi, zaś przed sobą konkurs na operatora wyznaczonego. Uważam, że jest realizowany plan osłabienia narodowego operatora. A gdy już będzie osłabiony, a pracownicy pozwalniani, wówczas na nasz rynek wejdzie zewnętrzny kapitał, najprawdopodobniej niemiecki, i przejmie zyski, które do tej pory płynęły do budżetu państwa.
– Silna państwowa poczta może realizować nie tylko cele gospodarcze, ale także społeczne.
– Właściciel jednoosobowej spółki Skarbu Państwa, w tym przypadku minister administracji i cyfryzacji, może jej wyznaczać zadania zgodnie ze swoimi oczekiwaniami. Może np. uznać, że pierwszeństwo ma nie maksymalizacja zysku, ale zapewnienie obywatelom jak najszerszego dostępu do usług. Gdyby nasze państwo myślało o nas w sposób życzliwy, mielibyśmy dzisiaj np. o wiele szybszy i tańszy Internet, także na terenach wiejskich, albo o wiele lepszą i tańszą telefonię. Ponieważ jednak myślało w kategoriach jednorazowego zysku z prywatyzacji, a nie właściwego spożytkowania potencjału Telekomunikacji Polskiej, nadal mamy relatywnie drogi Internet oraz konkurencję na rynku telefonii komórkowej, która nie przynosi tak korzystnych rezultatów, jak choćby w Niemczech. Cywilizacyjna szansa została, mówiąc brutalnie, spieprzona – przez krótkowzroczność, naiwność czy interesowność urzędników wysokiego szczebla.
W przypadku Poczty Polskiej widzę pewnego rodzaju analogię. Otóż mamy odpowiednią bazę, na czele z dobrze rozbudowaną siecią urzędów, żeby zaspokajać rozmaite lokalne potrzeby, np. w imieniu samorządów powiatowych i wojewódzkich. Ten temat był poruszany przez związki zawodowe, jednak nie wiedzieć czemu nie znajduje zainteresowania ze strony właściciela ani zarządzających firmą. Zamiast tego narzuca się jej dziwne działania pseudobiznesowe, w rodzaju sprzedaży słodyczy.
– Już niedługo Poczta Polska będzie miała więcej właścicieli: ma trafić na giełdę jeszcze w 2015 r.
– W 2013 r. portugalski rząd zdecydował się sprywatyzować swoją pocztę przez inwestorów rozproszonych i rzucił na rynek gruby pakiet akcji. Sprzedaż 60% udziałów uznał za sukces, w związku z czym pozbył się następnych 30% – 10%, które pozostało w jego rękach, dawało złudną nadzieję, że kontroluje sytuację. Tymczasem niedawno wyszło na jaw, że 80% akcji portugalskiej poczty kupili Chińczycy. Jeżeli popełnimy podobne błędy, to za kilka lat może się okazać, że polski rynek przesyłek kontrolują Niemcy lub właśnie Chińczycy. Budzi to mój sprzeciw, gdyż uważam, że Polacy zasługują na usługi pocztowe świadczone w interesie społecznym, a pracownicy Poczty na godziwe warunki zatrudnienia. Chodzi też po prostu o to, żebyśmy jako kraj nie byli frajerami.
Rozmawiał Michał Sobczyk
przez Michał Sobczyk | czwartek 27 listopada 2014 | kultura zaangażowana
– z dr. hab. Jerzym Szyłakiem rozmawia Michał Sobczyk
W historii polskiego komiksu zerwana została ciągłość. W dwudziestoleciu międzywojennym był całkiem popularnym gatunkiem, jednak w Polsce Ludowej najpierw zniknął z oficjalnego obiegu, jako element „zgniłej” kultury zachodniej, a następnie zajął się odgórnie narzuconymi tematami. Często zarzuca mu się, że oprócz dobrej rozrywki był jednocześnie narzędzi „miękkiej” indoktrynacji.
Jerzy Szyłak: Komiks w PRL miał wymiar zdecydowanie propagandowy. Sami rysownicy mówią o tym, że robili komiksy tak, aby wykreować odpowiedni typ bohatera. To, że Tytus, Romek i A’tomek są harcerzami, wynikało z chęci promocji harcerstwa. Zresztą jeśli porównamy to, co się ukazywało w odcinkach „Świecie Młodych” z tym, co publikowano w postaci osobnych tomików, widać różne natężenie – jeśli nie propagandy, to przynajmniej dydaktyzmu.
Z kolei Janusz Christa mówił, że kazano mu robić komiks o ludziach pracy, stąd wzięli się Kajtek i Koko – marynarze. Istniało założenie, że produkuje się komiksy, które mają spełniać określone założenia propagandowe. Kiedy Christa zaczął robić Kajka i Kokosza, powiedziano mu, że baśniowość może być, ale żadnych czarów i zabobonów. W pierwszych albumach tej serii pojawia się wiedźma Jaga, która nie jest tak naprawdę wiedźmą – ona po prostu wciska ludziom, że umie czarować. Dopiero potem, kiedy Christa zaczął współpracować ze „Światem Młodych”, czyli rysować dla młodzieżowego odbiorcy, dopuszczalne stało się przesunięcie w stronę fantastyki – pojawiła się Szkoła Latania, a Jaga zaczęła czarować naprawdę. Początkowo nie było takich elementów, bo obowiązywał przecież światopogląd materialistyczny.
Czy ta „propagandowość” komiksów to tylko PRL-owska przypadłość?
J. Sz.: Komiks amerykański jest tak samo nasycony propagandą. Największa popularność tamtejszych superbohaterów przypadła na lata II wojny światowej, kiedy tłukli oni Japończyków i Niemców, odwoływali się do uczuć patriotycznych. Potem był okres, w którym zajęli się polowaniem na komunistów… Po latach unieważniono wręcz cały kilkuletni okres serii Kapitan Ameryka. Po wojnie tropił on w USA komunistów, a potem się okazało, że w ostatnich dniach wojny zaginął gdzieś na Antarktydzie, został zamrożony w bryle lodu i rozmrożono go dopiero w latach 60. Tak więc łapał tych komunistów ktoś inny – może jego „zły brat”, w każdym razie nie on. Tak to się odbywało…
A dziś?
J. Sz.: Atrybut propagandowy ciągle jest w komiksie obecny, zwłaszcza ze względu na łatwość formy. Oznacza ona łatwość przekazywania treści historycznych i politycznych; w ostatnich latach były zresztą próby wykorzystywania komiksów w kampaniach wyborczych. Komiksy o Powstaniu Warszawskim też przecież mają pewien wymiar propagandowy.
Z drugiej strony, łatwość formy to również łatwość stawiania oporu wobec działań propagandowych. Jest wiele komiksów w Polsce i na świecie, które korzystają właśnie z tej łatwości. Są komiksy anarchistyczne, w Polsce są komiksy Prosiacka i Pały, jest undergroundowy komiks amerykański – Robert Crumb, Spain Rodriguez czy Gilbert Shelton, którzy odreagowywali tę całą propagandę, tworząc własne opowieści o tym, że świat wygląda zupełnie inaczej, wręcz nasycając swą twórczość krytyką władzy.
W Polsce kilku pokoleniom komiks kojarzy się jednak przede wszystkim z opowieściami o milicjantach, Orłach Górskiego czy pierwszych Piastach. Jak komiks peerelowski wpłynął na rozwój i recepcję współczesnych polskich historii obrazkowych?
J. Sz.: Oczywiście wspomniana sytuacja bardzo odbiła się na dalszych losach polskiego komiksu, również z tego względu, że lata nasyconej propagandy były jednocześnie latami największej popularności komiksu jako medium. Tamte albumy miały kilkusettysięczne nakłady, dlatego utrwaliły się w pamięci mnóstwa osób. Obecnie komiksy wydaje się natomiast przeciętnie w nakładach nie przekraczających pięciu tysięcy, a jest wiele albumów, zwłaszcza młodych twórców, które ukazują się w kilkuset egzemplarzach. Tak więc to przede wszystkim różnica w stopniu obecności na rynku decyduje, że pamięta się „Tytusa, Romka i A’tomka”, „Kajka i Kokosza” czy „Kapitana Żbika”, a słabo zna dzisiejszy polski komiks.
Wydawałoby się, że komiks jest gatunkiem demokratycznym, poza najbardziej ambitnymi dziełami wręcz plebejskim – tymczasem ma on w Polsce niewielu odbiorców. Co Pan uważa za główne przyczyny tego stanu rzeczy?
J. Sz.: Przy dostępie do Internetu, wielu kanałach telewizyjnych i rozbudowanej sieci kin, komiks traci na atrakcyjności. Bez wątpienia ogromna popularność komiksu na Zachodzie wynika stąd, że ma on tam bardzo długą tradycję. Pewne serie komiksowe wydawane są niemalże „przez zasiedzenie” – Tintina czyta już czwarte czy piąte pokolenie Belgów. To przechodzi z ojca na syna, dlatego wnuk i dziadek mają o czym porozmawiać, bo czytali tę samą historię. U nas takich historii jest niewiele, ale fenomen Koziołka Matołka pokazuje, że gdybyśmy mieli komiksy od dziesięcioleci obecne na rynku, zdecydowanie zmieniłyby obraz recepcji tej formy wyrazu. Brak ciągłości powoduje również, że nie ma się do czego odwołać: polscy wydawcy gazet nie bardzo chcą zamieszczać komiksy, bo to oznacza konieczność lansowania czegoś nowego. Z drugiej strony, polski czytelnik jest dosyć wybredny: kiedy „Wieczór Wybrzeża” po rozstaniu z Christą chciał wprowadzić na łamy inny komiks, okazało się, że czytelnicy nie chcą innego komiksu.
Częste są głosy, że współczesne kino czy literatura nie dają sobie rady z wnikliwym opisem polskiej rzeczywistości. Jak na tym tle wypada komiks, zarówno ten „oficjalny”, jak i drugo- i trzecioobiegowy? Czy w ogóle zajmuje się tematyką bardziej uniwersalną, a zarazem osadzoną w konkretnych realiach?
J. Sz.: Raczej przede wszystkim eskapistyczną; niewiele jest innych komiksów. Są oczywiście jeszcze komiksy satyryczne – myślę tu głównie o tych, które zadomowiły się w prasie. Przykładem może być twórczość Raczkowskiego – u niego możemy znaleźć opis rzeczywistości. Jednak większość polskich rysowników woli szukać tematów poza obszarem współczesności, czyli dotyka ich dokładnie ta sama choroba, co polskich filmowców.
A co z fenomenem serii „Osiedle Swoboda” Michała Śledzińskiego, opisującej codzienne życie dwudziestokilkuletnich mieszkańców blokowiska, czy „Wilq Superbohater” braci Minkiewiczów, która prowadzi flirt zarówno z lokalnymi (opolskimi) realiami, jak i narodowymi cechami Polaków? To jedne z najpopularniejszych polskich komiksów.
J. Sz.: Śledziński jest bardzo wybitnym twórcą, człowiekiem, który ma niezwykłe pomysły fabularne i graficzne; potrafi narysować wszystko. Jednakże sukces „Osiedla Swoboda” związany jest także z dotarciem do określonej grupy ludzi, którzy identyfikują się z bohaterami i z tym rodzajem poczucia humoru, no i rówieśniczo – z rysownikiem. Wilq z kolei to niesamowity fajerwerk poczucia humoru, agresywności, takiej undergroundowej postawy niezgody na całą masę rzeczy. Strasznie mnie na przykład rozbawił epizod, w którym Wilq rozpędza demonstrację antyamerykańską –widać, że autorzy tego komiksu świetnie rozumieją poszczególne elementy rzeczywistości, ale też i mentalności Polaków.

Przykład tych komiksów pokazuje, że jeśli ktoś w odpowiedni sposób uchwyci tę polską rzeczywistość, może liczyć na sukces. Ale w tych przypadkach sukces był wypracowany i jest udziałem wybitnych indywidualności – ludzi, którzy wiedzieli, co i jak chcą opowiedzieć. Większości rysowników i scenarzystów proste naśladownictwo tego, co oni robią, nic by nie dało – trzeba znaleźć właściwy pomysł, który nada temu rys indywidualności.
Od pewnego czasu mamy do czynienia z masowym niemal trendem, by wykorzystywać komiks do opowiadania o polskiej historii najnowszej. Z czego ten nagły wysyp wynika – ze stanu świadomości młodego pokolenia, a może raczej mody lub wręcz konformizmu? Jaka jest Pana zdaniem jakość tych dzieł?
J. Sz.: Źle zrobiony komiks historyczny raczej odstręcza. Na szczęście rzeczywiście pojawiło się kilka ciekawych nowych rzeczy robionych trochę na zasadzie próby dotarcia do takiej grupy odbiorców, która jeszcze sama komiksów nie kupuje, ale komiksem już się nieco interesuje. Wiadomo, że jeżeli rodzice kupują komiks, to wolą kupić opowieść historyczną niż o tym, jak się biją faceci w trykotach.
Poziom wspomnianych dzieł jest różny. Wśród nich znalazło się jednak i takie „Westerplatte”, które jest próbą zrewidowania stereotypów historycznych, bardzo drobiazgowym odtworzeniem autentycznego przebiegu zdarzeń, łącznie z oskarżeniem majora Henryka Sucharskiego o tchórzostwo. Wśród komiksów poświęconych wydarzeniom okolic roku ‘80 („Popiełuszko”, „Solidarność”, „Kopalnia Wujek”) zdecydowanie najlepszy graficznie i najlepiej pomyślany jako dzieło komiksowe, a nie tylko ilustrowany bryk z historii, jest komiks poświęcony górnikom z kopalni Wujek. Tam widać, iż autorzy, zarówno rysownik jak i scenarzysta, osiągnęli taki poziom, że wiedzą, o co im chodzi. W efekcie mamy bardzo dużo udanych pomysłów graficznych, ale i zabiegów fabularnych. Uproszczenie wątków historycznych, wysunięcie na plan pierwszy dziecka, które pewne rzeczy obserwuje, bawi się w wojnę, a zabawa przekłada się dokładnie na to, co dzieje się w kopalni (dziecko buduje sobie z klocków barykadę, w tym czasie taka sama barykada powstaje w Wujku)… Jest w tym wszystkim jakiś komentarz na temat naszej świadomości, tak więc z komiksów wpisujących się w ten nurt jeszcze coś będzie, aczkolwiek na początku nie wyglądały one zbyt obiecująco.
Komiks, ze swoimi korzeniami w m.in. satyrze gazetowej, ma pewien potencjał antysystemowy. Czy z tego oręża próbowała korzystać opozycja w PRL? Nieco szerzej znany jest jedynie komiks Jacka Fedorowicza poświęcony historii „Solidarności”.
J. Sz.: W małym stopniu. Komiks lepiej sprawdza się na płaszczyźnie aluzyjnej. Popularność Mleczki brała się m.in. stąd, że ludzie zauważali w jego komiksach ataki na władzę czy pewne stereotypy związane z propagandą (podobnym przykładem byłby tutaj „Funky Koval”). Jego siła tkwiła jednocześnie w tym, że funkcjonował w prasie oficjalnej, że kusił tą swoją aluzyjnością . Ludzie to czytali i mówili: „O Jeeezu, takie coś mu cenzura puściła?”. Natomiast opozycja nie korzystała z komiksu – ten autorstwa Fedorowicza był chyba jedynym tego typu przedsięwzięciem.
A jaki jest dziś potencjał komiksu, który bardzo ogólnie można określić „antysystemowym”? Czy to medium jest w stanie wnieść do dyskusji publicznej jakieś istotne treści, nie mówiąc już o bardziej wywrotowych efektach? Uważana za radykalną seria „Likwidator” uzyskuje pochlebne recenzje w „Gazecie Wyborczej”, czołowym organie establishmentu…
J. Sz.: Komiks na pewno pomaga skonsolidować pewne grupy tych ludzi, którzy go czytają, jak pokazuje przykład środowisk anarchistycznych i „Zakazanego owocu” oraz fanzinów komiksowych z przełomu lat 80. i 90. Przypadek „Likwidatora” jest podobny: wiemy, kim on jest, sięgają po ten komiks ludzie, którzy chcą odreagować, skupić wokół kategorii myślenia ekologicznego, alternatywnego, antyglobalistycznego. Tak więc jest to możliwe, ale jednocześnie nie jest aż takie oczywiste. Nie musi być tak, że jeśli powstanie ciekawy komiks, ktoś się będzie wokół niego skupiał. Tak jak z innymi rodzajami dzieł, potrzeba zbiegu kilku czynników, przede wszystkim istnienia potencjalnej grupy czytelniczej i artysty, który będzie potrafił do niej dotrzeć. Tego nie można wyprodukować, musi być w tym „to coś”, nieuchwytne i indywidualne.

A komiks masowy – czy miewał realny wpływ na rzeczywistość społeczną?
J. Sz.: Raczej nie, choć np. wymienia się amerykańską serię Doonesbury jako taki komiks polityczny, który nawet prezydent Ford czytał jako jedno z głównych źródeł wiedzy o świecie. Niewątpliwie jednak komiks undergroundowy w Ameryce w pewnej mierze pozwolił zmienić sposób dyskutowania. Komiks adresowany do hipisów, wyrażający ich ideologię, krytykujący System – w pewnym momencie zadziałał; u nas na takiej zasadzie trochę funkcjonował Mleczko.
Dzisiaj jednak nie bardzo mogę sobie wyobrazić komiks, który mógłby wkroczyć i powiedzieć coś, co by zmieniło rzeczywistość. Ale to chyba w dużej mierze dlatego, że sama rzeczywistość jest bardzo mocno rozmydlona. A komiks jest w gruncie rzeczy nośnikiem prostych treści. Jego ograniczeniem jest to, że posługuje się alegorią. Jak długo ona jest możliwa, tak długo może on mieć pewną siłę oddziaływania. W dzisiejszych warunkach zbyt wiele różnych czynników wchodzi w grę i zbyt wiele dyskusji się odbywa, żeby można było się skupić wokół komiksu – tak jak nie ma masy ludzi skupionych wokół jednej wyrazistej idei. Żyjemy bowiem w czasach antyutopijnych – w tym sensie, że nie mamy całościowych projektów zmiany świata, a co najwyżej listy punktów, w których możemy go trochę poprawić. Dlatego też obecnie nie ma raczej naprawdę radykalnych komiksów.
Dziękuję za rozmowę
Łódź, 6 października 2007 r.
przez Michał Sobczyk | czwartek 31 lipca 2014 | Lato 2014
– Znaczący wzrost liczby osób starszych oznacza konieczność daleko idących zmian w systemie społecznym.
– Piotr Szukalski: Radosne tendencje też bywają źródłem kłopotów, nieprawdaż? Żyjemy dłużej i są z tym różne zmartwienia. Niestety, polityki publiczne z dużym opóźnieniem reagują na szybkie zmiany. Świetnie to widać na przykładzie opieki zdrowotnej. W ciągu ostatnich dwudziestu kilku lat liczba urodzeń w naszym kraju zmniejszyła się o około 40 proc., natomiast stale przybywało seniorów. W tym okresie liczba pediatrów i oddziałów położniczych praktycznie nie uległa zmianie, tymczasem geriatria pozostaje silnie niedoinwestowana. Dlaczego tak się stało, pomijając społeczne preferencje wobec dzieci? Ponieważ przy planowaniu budżetów wychodzi się zwykle z założenia, że wszystkie działy powinny otrzymać przynajmniej tyle środków, ile w zeszłym roku, bez uwzględniania zmian w sferze potrzeb. Wszystkie inne problemy są pochodnymi niedostatecznego finansowania. Trzymając się przykładu służby zdrowia: jeśli lekarz wybierze geriatrię, ma nikłe szanse na znalezienie etatu, a w dodatku wie, że w porównaniu do innych specjalności relatywnie mało osób będzie gotowych zapłacić mu prywatnie za wizytę. Który racjonalnie myślący lekarz zdecyduje się kształcić w zakresie medycyny wieku podeszłego?
Dokładnie to samo – niedostrzeganie czy bagatelizowanie problemów, które nabiorą znaczenia za rok, dwa czy pięć lat – jest na rynku pracy. Dotyczy to również pracodawców, którzy nie myślą o tym, jak będzie on wyglądał w bliskiej przyszłości. Tymczasem władze publiczne próbują zmieniać ich mentalność po linii najmniejszego oporu. Bardzo wątpię, aby jakikolwiek skutek odnosiło plakatowanie miast czy emitowanie reklam społecznych o tym, że starszy pracownik też jest dobry. Zamiast tego należałoby docierać do pracodawców z kilkoma konkretnymi informacjami. Po pierwsze – starszy pracownik nie jest – wbrew pozorom – dużo mniej wydajny, zwłaszcza jeśli stanowisko pracy zostanie odpowiednio dostosowane. Po drugie – na rynku już za kilka lat zacznie brakować ludzi z kwalifikacjami i doświadczeniem. Po trzecie – klient, który ma 50 czy więcej lat, z różnych względów woli, aby obsługująca go osoba była w tym samym wieku. Przedsiębiorcy jakoś tego nie dostrzegają, a myślę, że takie informacje w większym stopniu wpłynęłyby na zmianę ich postaw niż najpiękniejsze programy rządowe, które starają się najzwyczajniej w świecie „kupić” pracodawców, oferując im bodźce finansowe. A przecież nie tylko pieniądze decydują o ich zachowaniu. W końcu biznes żyje przyszłością, dlatego trzeba mu pokazać, że mówi ona jasno: pracownik 50–60-letni, a nawet starszy, już niedługo będzie bardzo cenny.
– Działania na rzecz zmiany mentalności są bez wątpienia potrzebne, jednak bez systemowych dostosowań do zmieniającej się sytuacji demograficznej chyba się nie obejdzie.
– W ramach projektu „Wzmocnienie szans osób 50+ na rynku pracy”, realizowanego przez Centrum Rozwoju Zasobów Ludzkich i Uniwersytet Łódzki dla Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, dokonaliśmy analizy rozwiązań z innych krajów europejskich w celu znalezienia takich, które mogłyby zostać wdrożone w Polsce. Zacznijmy od kwestii, która budzi najwięcej kontrowersji, czyli od wieku emerytalnego. Dziś w Europie wszyscy pogodzili się z tym, że nie ma czegoś takiego jak stały wiek przechodzenia na emeryturę. Na przykład w Czechach dla osób urodzonych do 1977 r. wynosi on 67 lat, natomiast każdy kolejny rocznik będzie pracował o 2 miesiące dłużej w stosunku do poprzedniego. W Holandii i Włoszech również mamy do czynienia z automatycznie podnoszącą się granicą, przy zachowaniu ścisłego związku między liczbą lat składkowych a wysokością świadczenia, co ma zachęcać do jak najpóźniejszego wychodzenia z rynku pracy. Formuły służące do wyliczania wieku emerytalnego, weryfikowanego raz na kilka lat, uwzględniają przede wszystkim wzrost średniego trwania życia. Dzięki temu możliwe jest zachowanie równowagi między okresem wpłacania składek i okresem pobierania świadczeń, a więc i stałej relacji pomiędzy wynagrodzeniem a emeryturą. W przeciwnym razie konieczne byłoby jej obniżenie – albo w systemie pojawi się niedobór. Teoretycznie rzecz biorąc, można sobie wyobrazić sytuację, gdy utrzymujemy niższy – od gwarantującego zachowanie równowagi systemu emerytalnego – wiek wychodzenia z rynku pracy. Jednak byłoby to związane albo z koniecznością finansowania niedoboru długiem publicznym, albo z podniesieniem podatków, albo z obniżeniem wysokości świadczeń. Żadnego z tych rozwiązań nie da się utrzymać na dłuższą metę.
Drugą tendencją w dostosowywaniu systemów emerytalnych do procesu starzenia się społeczeństw jest tworzenie zachęt do dłuższego pozostawania na rynku pracy – takich jak instytucja emerytury częściowej. Osobom w pewnym wieku umożliwia się jednoczesne otrzymywanie części świadczenia emerytalnego oraz pracę na niepełny etat. W efekcie część seniorów, którzy nie są już w stanie pracować w pełnym wymiarze, wciąż jest aktywna zawodowo – my zaś płacimy im tylko, dajmy na to, połowę świadczenia, które uzyskiwaliby, gdyby całkowicie zrezygnowali z wykonywania pracy. Polskie prawo również przewiduje taką możliwość, ale jest ona bardzo słabo spopularyzowana i rzadko stosowana.
– Jak dotąd wylicza Pan rozwiązania mające zmusić lub zachęcić seniorów do jak najdłuższego pozostawania na rynku pracy. Ale dla wielu z nich problemem jest raczej znalezienie czy utrzymanie zatrudnienia i „dopracowanie” do wieku emerytalnego…
– Dlatego potrzebne są rozwiązania ukierunkowane także na inne podmioty rynku pracy. W Hiszpanii pracodawcy są zachęcani do utrzymywania miejsc pracy osób w wieku przedemerytalnym poprzez stopniowe obniżanie przypisanych do nich składek na ubezpieczenie społeczne. Przykładowo: jeśli ktoś ma wiek niższy o 4 lata w stosunku do tego uprawniającego do przejścia na emeryturę, zakład pracy zapłaci za niego składkę od wynagrodzenia obniżoną o 20%, w następnym roku już o 40% i tak dalej. A gdy taki ktoś osiągnie wiek emerytalny i nadal będzie pracował (nie pobierając świadczenia), pracodawca w ogóle niech nie płaci składki. Myślę, że warto rozważyć wprowadzenie w Polsce podobnego rozwiązania, bo jest ono korzystne dla pracowników, pracodawców oraz, wbrew pozorom, z punktu widzenia finansów publicznych. Strata związana z niższymi składkami jest przecież mniejsza niż oszczędności związane z niewypłacaniem emerytury, zasiłku dla bezrobotnych czy świadczenia przedemerytalnego, w zależności od sytuacji danej osoby.
Jesteśmy świadkami wyłaniania się nowej polityki rynku pracy, świadomej kilku nieoczywistych kwestii. Po pierwsze – działania powinny być w większym stopniu ukierunkowane na ludzi pracujących, przewidując problemy i starając się im zapobiec. Przyjęło się koncentrować wysiłki na bezrobotnych, zwłaszcza długotrwale, tymczasem gdy się ma 57 czy 60 lat, to bardzo trudno wrócić na rynek pracy – bardziej skuteczne są działania pozwalające z niego nie wypaść. Po drugie – powoli coraz lepiej zdajemy sobie sprawę, że działania na rzecz osób starszych powinny przede wszystkim polegać na działaniach… na rzecz osób młodszych. Bo u ponad 50-letniego pracownika bez aktualnych kompetencji informatycznych „luka technologiczna” raczej nie pojawiła się nagle, lecz narastała przez dekadę lub dwie. Dlatego interwencje zaczynamy lokować coraz wcześniej, wychodząc z założenia, że jeśli nie będziemy w stanie skutecznie działać na rzecz czterdziestolatków, to zapewne nie uda nam się to w odniesieniu do pięćdziesięciolatków.
Kraje skandynawskie, mające najlepsze osiągnięcia w kwestii zatrudnienia osób starszych, swoją pozycję osiągnęły dzięki skutecznym modelom szkoleń dla 40–50-latków. Ich organizowaniem zajmują się związki zawodowe w porozumieniu z pracodawcami. Program jest dostosowany do potrzeb zakładów pracy i kompetencji pracowników, więc znacznie zwiększa szanse na znalezienie zatrudnienia w przypadku jego utraty – na analogicznym lub podobnym stanowisku. Na dodatek temu modelowi kształcenia coraz częściej towarzyszy wprowadzanie bodźców mających zachęcić pracowników do uczestnictwa. Rozwiązanie występujące póki co tylko w Holandii, ale według mnie bardzo ciekawe, polega na obowiązkowych odpisach pracodawcy na fundusz podnoszenia kwalifikacji pracowników. Część środków trafia na indywidualne konta pracownicze, jednak nie można ich wziąć do kieszeni, a jedynie „wydać”, uczestnicząc w szkoleniu – jeśli w określonym czasie nie zrobi się tego, wówczas przepadają. W związku z tym pracownik jest zainteresowany udziałem, bo nic nie boli tak jak świadomość, że tracimy pieniądze, które się nam należą. Podobne działania w długim okresie mają przyczynić się do tego, aby ludzie zostawali dłużej na rynku pracy nie dlatego, że czują się zmuszeni, lecz ponieważ sami czują, iż jeszcze mogą wykonywać swoje obowiązki, a ich pracodawcy mają pewność, że faktycznie tak jest.
Nowoczesna polityka rynku pracy kładzie coraz większy nacisk właśnie na udostępnianie przedsiębiorcom wiedzy na temat tzw. zarządzania wiekiem. Władze publiczne starają się im wyjaśniać, dlaczego starsi pracownicy są cenni, ale także dostarczać praktycznych informacji, jak umożliwiać takim osobom kontynuowanie kariery zawodowej. We Francji niektóre elementy zarządzania wiekiem są obowiązkowe, aczkolwiek pracodawca ma możliwość rezygnacji z tych działań, w zamian przeznaczając równowartość 1 proc. funduszu płac na specjalny fundusz aktywizacji zawodowej seniorów.
– W wielu przypadkach dalszą pracę uniemożliwia nie brak aktualnych kwalifikacji, lecz zły stan zdrowia. Był to jeden z najmocniejszych argumentów przeciwko podniesieniu wieku emerytalnego.
– Dłuższe trwanie życia i wyższy wiek przechodzenia na emeryturę oznaczają konieczność zmian w systemie rehabilitacji zawodowej. Obecnie od momentu pierwszej wizyty poważnie chorej osoby u lekarza do momentu rozpoczęcia rehabilitacji mija z reguły od 10 do 14 miesięcy, tymczasem nierozwiązany problem zdrowotny uniemożliwia wykonywanie pracy zazwyczaj już po pół roku, co prowadzi do konieczności starania się o świadczenie rentowe zamiast chorobowego. Rozwiązanie, jak łatwo się domyślić, jest tylko jedno. Całkiem niedawno Szwedzi mieli podobny kłopot i uporali się z nim, przeznaczając przez dwa lata duże dodatkowe kwoty na zlikwidowanie kolejek, tak by od pojawienia się dolegliwości do przejścia przez komplet specjalistycznych badań mijało maksymalnie kilka tygodni. To był świadomy wybór priorytetów w ramach systemu opieki medycznej.
W krajach wysoko rozwiniętych polityka aktywizacji osób starszych coraz częściej oddziałuje na karierę zawodową za pomocą oddziaływania na inne sfery życia. Dotyczy to zwłaszcza „kariery zdrowotnej”, czyli stanu zdrowia jednostki, oraz „kariery rodzinnej”. Przecież bardzo często dojrzały pracownik jest jednocześnie opiekunem wnuków albo chorego współmałżonka czy rodzica. Próbuje się zatem budować rozwiązania uwzględniające różne role rodzinne i ułatwiające wykonywanie związanych z nimi obowiązków, np. zachęcając pracodawców do wprowadzania schematów zatrudnienia umożliwiających pracę w niepełnym wymiarze czasu czy w nietypowych godzinach.
– Jakie inne rozwiązania mogą uczynić przedsiębiorstwo bardziej przyjaznym dla seniorów?
– Niezwykle istotne jest dostosowywanie stanowisk pracy, co świetnie widać nawet w przypadku zajęć biurowych. Problemy z krążeniem sprawiają, że osoby starsze rzeczywiście bywają trochę mniej wydajne, jednak ta różnica zanika po podniesieniu o 1,5–2 stopnie temperatury w pomieszczeniach, w których pracują. Trzeba zapewnić lepsze oświetlenie, czasami także przystosować siedziska i inne elementy „twardej infrastruktury” do ograniczeń osób cierpiących na określone problemy zdrowotne.
Niezbędne są również rozmowy z pracownikami pomagające im zaplanować karierę. Muszą być świadomi, jakie działania powinni podjąć, jeśli chcą zostać w firmie 7 czy 10 kolejnych lat, oraz jaka będzie wysokość ich świadczeń przy przejściu na emeryturę w wieku 62, 65, 67, 68 lat. Po to, żeby pracownik mógł dokonać samodzielnego, ale przemyślanego wyboru, zaś pracodawca miał pewność, że warto inwestować w daną osobę, np. sfinansować jej dodatkowe szkolenia. Tego rodzaju działania są prowadzone na Zachodzie i uchodzą za skuteczne.
Myślę, że większości czterdziestokilkulatków wciąż brakuje świadomości, iż muszą przygotować się do pracy przez jeszcze 20–30 lat, w zmieniających się realiach zawodowych, zdrowotnych, społecznych itd. Pierwsza rzecz, która mi przychodzi do głowy, to przeprowadzenie akcji uświadamiającej: „Zastanów się, czy nie warto zrobić bilansu swoich kompetencji i stanu zdrowia. Jeśli uznasz, że tak – tutaj masz 15 krótkich pytań, które ci w tym pomogą”. Po to, żeby ludzie zdali sobie sprawę z własnych braków, z tego, że należałoby podnieść pewne kompetencje lub nabyć nowe. Być może części z nich trzeba uzmysłowić, że niestety pracują w branżach schyłkowych albo w zawodach, które za 15 lat na pewno nie dadzą im utrzymania. Bo jak już wcześniej mówiliśmy, najbardziej skuteczne są działania ukierunkowane na pracujących, modyfikujące ich zachowania, dzięki czemu będą mogli zachować ciągłość zatrudnienia. W przypadku osób starszych pracodawcy najbardziej boją się bowiem długiej przerwy w pracy.
Myślę, że taka akcja byłaby relatywnie tania. Narzędzi ułatwiających planowanie kariery zawodowej czy zmianę zawodu jest mnóstwo, przeznaczyliśmy na ich powstanie setki milionów czy nawet miliardy publicznych złotych z Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. Niektóre z nich są sensowne, ale niewykorzystane – kończy się projekt i „umierają”, po to tylko, żeby w następnym projekcie, nieco zmodyfikowane, znów zostały zastosowane na bardzo ograniczoną skalę. Warto wybrać najlepsze rozwiązania, zgromadzić w jednym miejscu (w dwóch pulach: dla starzejących się pracowników oraz dla pracodawców) i zrobić tylko jedną, solidną kampanię – uświadamiania. To, czego nam potrzeba, to zachęcenie ludzi, żeby z nich skorzystali.
Przykładem kraju, który prowadzi świetną politykę informacyjną, jest Francja. Mają wspaniałą stronę internetową o sytuacji osób starszych znajdującą się na portalu tamtejszego ministerstwa pracy. Jeśli ktoś jest, dajmy na to, pracodawcą starającym się o wsparcie w zatrudnieniu pracownika 60+, nie tylko dowie się z niej wszystkiego na ten temat, ale także prosto i szybko załatwi za jej pośrednictwem wszelkie formalności, bez konieczności wizyty w jakimkolwiek urzędzie. Natomiast u nas na stronach urzędów pracy mamy zazwyczaj skopiowany fragment Dziennika Ustaw, więc trzeba wczytywać się w ileś tam rozwiązań i jeszcze znaleźć wyjaśnienie, co to znaczy „zgodnie z definicją z art. 7 ust. 1”. We Francji ludzkim językiem jest napisane, na co można liczyć jako pracodawca lub pracownik, a gdy wypełnimy króciutki formularz i klikniemy na mapce miejscowość, w której mieszkamy, możemy przestać się przejmować: dokument został złożony. Kiedy ludzie wiedzą, że pewne działania są tak łatwe, zachęca to do ich podejmowania. Często wystarczy skonstruować odpowiednie narzędzie i zadbać o czytelne podanie niezbędnych informacji.
– Cały czas podkreśla Pan znaczenie budowania świadomości oraz ułatwiania dostępu do wiedzy. Co jednak z „twardszymi” rozwiązaniami, zapewne nierzadko wymagającymi znacznych nakładów finansowych?
– Istotna oraz niedoceniana wydaje mi się kwestia zwiększania kompetencji technologicznych osób w średnim wieku. Powiedzmy sobie szczerze: Polacy koło pięćdziesiątki, zwłaszcza nieposiadający wyższego wykształcenia i mieszkający poza największymi miastami, są zazwyczaj na bakier z nowymi technologiami. Co więcej, często nie rozumieją ich znaczenia, podobnie zresztą jak władze publiczne. Te ostatnie wydają się nie dostrzegać, że to, co dzisiaj określamy jako wykluczenie cyfrowe, w przyszłości będzie oznaczało daleko idącą marginalizację w podstawowych sferach życia społecznego. Boję się, że w pewnym momencie duży odłam społeczeństwa nie będzie miał – z powodu nieumiejętności posługiwania się nowoczesnymi rozwiązaniami technicznymi – dostępu do wielu informacji i usług, a przynajmniej będzie zmuszony korzystać z nich po wyższym koszcie.
Niezbędne jest także inwestowanie w rozwój instytucji kształcenia przez całe życie. Cechą wspólną dobrych rozwiązań w tej sferze jest to, że zachęcają do uczestnictwa. Jeśli chodzi o osoby aktywne zawodowo, to bardzo mi się podoba model holenderski, o którym wspominałem. Zachętą może być również odpowiednie planowanie szkoleń. Czterdziesto-, pięćdziesięcio- oraz sześćdziesięciolatkowie mają zupełnie inny sposób uczenia się, co wynika m.in. z różnej szybkości reagowania na bodźce. Co więcej, słuchaczom w pewnym wieku wiedzę powinno się przedstawiać bardziej kontekstowo, w powiązaniu z ich życiowym doświadczeniem. Dlatego nauka jest najbardziej efektywna w grupach w miarę jednolitych pod względem wieku. Tym bardziej że dochodzą do tego inne czynniki – zobrazuję je na przykładzie z innej sfery. Moja koleżanka z pracy, która kilka lat temu przeszła na emeryturę, chodziła na zajęcia fitness. Po pewnym czasie jednak zrezygnowała, mimo że bardzo jej na nich zależało. „W mojej grupie były prawie same dwudziesto- i trzydziestolatki. Atmosfera niby była dobra, ale jakoś tak czułam, że jestem nie na miejscu, zwłaszcza kiedy zrobiłam coś wolniej niż one”. Myślę, że w wielu wypadkach szkolenia, jeśli nie są specjalnie zaprojektowane, sprawiają, że człowiek nie ma już ochoty na następne.
Natomiast w przypadku osób, które zakończyły aktywność zawodową, w związku z czym ich edukacja nie ma czysto utylitarnego charakteru, kluczowe jest prowadzenie zajęć w sposób jak najbardziej interesujący i mobilizujący do nabywania nowych umiejętności, niekoniecznie przydatnych w życiu codziennym. W odniesieniu do takich osób edukacja ma bowiem nieco inne cele – przede wszystkim powinna aktywizować do udziału w życiu społecznym. Moje doświadczenia potwierdzają, że studenci Uniwersytetów Trzeciego Wieku często przychodzą pół godziny przed zajęciami. Są one dla nich okazją, żeby wyjść z domu, elegancko się ubrać… Również dla mojego starszego rodzeństwa ciotecznego uczestnictwo w tego typu wykładach dwa razy w tygodniu jest traktowane jak małe święto. Trzeba się przygotować, przemyśleć harmonogram na cały dzień, wcześniej wstać, żeby zdążyć przygotować obiad. Uczestnictwo w instytucjach, w ramach których można jednocześnie trochę poszerzyć horyzonty i spotkać się z innymi, układa seniorom czas, aktywizuje i poprawia samopoczucie.
– Do jakiego stopnia decydenci zdają sobie sprawę z tego, jak ważne są działania na rzecz seniorów? Czy można mówić o kompleksowej i długofalowej strategii w tym zakresie?
– Pod koniec ubiegłego roku rząd przyjął założenia polityki senioralnej, wobec których mam mieszane uczucia. Trudno zresztą, żeby było inaczej, gdyż jestem przeciwnikiem prowadzenia polityki senioralnej jako takiej. To, czego nam potrzeba, to przemyślana polityka wobec całego cyklu życia jednostki. Tym bardziej że gdy prowadzone są jakieś nadzwyczajne działania adresowane do osób starszych, zawsze bardzo się boję, iż wszyscy odczytają je bardzo prosto: „oni muszą być w tragicznej sytuacji, więc najwidoczniej są tacy jacyś inni”. Amerykanie stworzyli na to specjalny termin: compassionate ageism (współczujące dyskryminowanie ze względu na wiek).
Trzeba jednocześnie przyznać, że ostatnie lata przyniosły odczuwalny wzrost zainteresowania instytucji publicznych problemami tej grupy. Wydaje mi się, że pierwszy był śp. Janusz Kochanowski, poprzedni rzecznik praw obywatelskich. Powołał on zespół ekspercki, w którym miałem okazję pracować, w celu przeglądu stanu przestrzegania praw seniorów w różnych sferach. Te działania są kontynuowane przez obecną panią rzecznik, Irenę Lipowicz. Bardzo ważnym wydarzeniem był rok 2012, który Unia Europejska ogłosiła rokiem aktywnego starzenia się oraz solidarności międzypokoleniowej. Z tej okazji zaczęto prowadzić chociażby – z początku pokazowe, żeby nie było niedomówień – działania mające wspierać obywatelskość seniorów. Powstał Rządowy Program na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych (ASOS), którego budżet stopniowo wzrasta, oraz Departament Polityki Senioralnej w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej, odpowiedzialny m.in. za przygotowanie wspomnianych założeń polityki senioralnej.
Jeśli chodzi o sam dokument, to jest on sprzeczny wewnętrznie (np. pojawiają się w nim trzy różne granice wieku senioralnego) i zajmuje się nie do końca wiadomo czym („aktywnym starzeniem się”? osobami starszymi?). Sprawia niestety wrażenie, jakby powstał na podobnej zasadzie jak wiele innych „strategii”: opiszmy w jednym miejscu wszystkie już prowadzone działania w danej sferze i nazwijmy je jakoś ładnie, np. „polityką wobec”, nie przejmując się specjalnie, czy tworzą one razem jakąś spójną całość.
Coś jednak zaczyna się dziać. Do decydentów dotarło wreszcie może nie tyle to, że społeczeństwo się starzeje, ile że starzeją się wyborcy. Bardzo dużą rolę odgrywa też polityka Unii Europejskiej, która jednoznacznie podkreśla choćby to, że umożliwienie aktywności zawodowej po 60. roku życia jest kluczowe dla trwałości rozwoju i długookresowej stabilności finansów publicznych. Patrząc z tej perspektywy, Bruksela odwala dla nas kawał dobrej roboty, zmuszając do przyjmowania rozmaitych dokumentów. Nieraz mają one fasadowy charakter, ale – chcąc nie chcąc – uruchamiają procesy, które prędzej czy później powinny przynieść owoce. Tymczasem musimy zdawać sobie sprawę, że gdyby nie upór i nieformalne kontakty kilkunastu osób, to np. program ASOS czy Kongres Uniwersytetów Trzeciego Wieku nigdy by nie zaistniały…
– Realia stopniowo wymuszają zajęcie się problemami seniorów, a z drugiej strony młodych rodziców czy absolwentów wchodzących na rynek pracy. Tymczasem jakby zniknęły nam z oczu osoby w średnim wieku.
– Przyjmuje się, że pewne grupy mają małe problemy czy wręcz nie mają żadnych. W polskich realiach uchodzą za nią 40–50-latkowie, przede wszystkim relatywnie dobrze wykształceni mężczyźni. Rzeczywiście, osoby w tym wieku są z reguły na szczycie kariery zawodowej, co oznacza również względnie przyzwoite zarobki. Przeważnie pozbyły się większości problemów związanych z wychowaniem własnych dzieci, a nie są jeszcze obarczone pomocą w opiece nad wnukami. Dopiero od niedawna polityki publiczne zaczynają powoli dostrzegać, że w ich przypadku ważnym obciążeniem, zasługującym na wsparcie, jest konieczność udzielania opieki rodzicom, teściom, małżonkom czy starszemu rodzeństwu, którzy mają poważne problemy zdrowotne.
Jest jeszcze jedna praktycznie niedostrzegana grupa: osoby 80+. Nawet w polityce senioralnej specyfika ludzi najstarszych, w zdecydowanej większości wymagających codziennego wsparcia, jest uwzględniona bardzo słabo. A to już nie jest starsza matka, która potrzebuje pomocy przy większych zakupach czy wieszaniu firanek. Trzeba przygotować obiad, zrobić bieżące zakupy (bo ta osoba raczej już nie wychodzi z domu, przynajmniej w niesprzyjającą pogodę) i tak dalej. Za mało myśli się o tym, że liczebność wspomnianej grupy będzie niezwykle dynamicznie rosnąć, zwłaszcza po roku 2025. Boję się, że jeśli zawczasu nie zaczniemy się do tego przygotowywać, nie będziemy w stanie w żaden sposób rozwiązać towarzyszących temu problemów. Co prawda można mieć nadzieję, że z pomocą przyjdzie nam gerontechnologia, czyli różnego rodzaju rozwiązania techniczne wspomagające samodzielność. Tyle że jeśli dzisiaj nie zainwestujemy w sześćdziesięciokilku- i siedemdziesięciokilkulatków, oswajając ich z nowoczesnymi technologiami, to później za żadne skarby nie nauczymy osiemdziesięciokilkulatków, jak z nich korzystać…
W ten sposób wracamy do tego, co wielokrotnie przewijało się przez naszą rozmowę: konieczna jest całościowa polityka wobec człowieka posuwającego się po linii życia.
– Dziękuję za rozmowę.
Łódź, 16 stycznia 2014 r.
przez Michał Sobczyk | czwartek 31 lipca 2014 | Lato 2014
W dyktaturach wola głosujących jest mniej ważna od tego, kto liczy głosy. Jednak również w demokracji „techniczna” strona wyborów ma istotne znaczenie dla ich wyników.
System wyborczy, czyli ordynacja – rozumiany jako zespół reguł pozwalających przekładać preferencje głosujących na skład organu przedstawicielskiego – ma spełniać kilka kryteriów. Musi gwarantować wyłonienie możliwie stabilnej i sprawnie funkcjonującej reprezentacji, zaś zwycięzcom wyborów legitymizację ich władzy. Jednocześnie powinien jak najlepiej odzwierciedlać zróżnicowanie poglądów i interesów wyborców. Żaden ze stosowanych na świecie wariantów, a jest ich bardzo wiele i cały czas powstają nowe, nie spełnia tak samo dobrze wszystkich wymienionych funkcji. Można jednak wyróżnić rozwiązania lepsze i gorsze z punktu widzenia poszczególnych ideałów demokratycznych.
Kto pierwszy, ten lepszy?
Wolność wyboru spośród wszystkich kandydatów bywa zaburzana już przez sposób ich uszeregowania na kartach wyborczych. W obecnie obowiązującym w Polsce systemie teoretycznie kolejność nazwisk ma znaczenie czysto informacyjne: wskazuje wyborcom skalę poparcia danej partii dla poszczególnych osób. Ordynacja mówi bowiem, że mandaty wywalczone przez komitet w okręgu uzyskują kandydaci o największej liczbie głosów. – Oczywiście zdarza się, że ktoś „przeskoczy” kandydata na wyższej pozycji, jednak statystyki pokazują, że zdecydowana większość wybranych to osoby z pierwszych miejsc na listach. Ich ułożenie ma zatem kluczowe znaczenie w procesie wyłaniania posłów – zwraca uwagę dr hab. Bartłomiej Michalak, politolog z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu zajmujący się badaniem systemów wyborczych i partyjnych.
Przekonanie, że realne szanse na wybór mają jedynie liderzy list, tworzy efekt samospełniającej się przepowiedni. – W badanych przeze mnie wyborach samorządowych komitety lokalne bardzo często układały swoje listy alfabetycznie. Było wówczas jasne, że kolejność nie ma nic wspólnego z kompetencjami startujących osób. Skłaniało to, a wręcz wymuszało na wyborcach zapoznanie się z wszystkimi kandydaturami i podjęcie świadomej decyzji, na kogo oddać głos. W takich sytuacjach często zdarzało się, że osoby z dalszych miejsc zdobywały dużo głosów – relacjonuje prof. dr hab. Małgorzata Fuszara, socjolożka z Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego.
Ugruntowana praktyka „automatycznego” głosowania na tzw. jedynki przyczynia się do tego, że w Sejmie od lat oglądamy te same twarze. – Politycy wychodzą z założenia, że większą szansę na zwycięstwo ma ktoś, kto już raz był wybrany, dlatego na najwyższych miejscach list ustawiają osoby już zasiadające w parlamencie. W ten sposób jego skład się samoodtwarza – wyjaśnia prof. Fuszara. Z tego względu warto rozważyć obligatoryjny alfabetyczny układ kandydatów na kartach.
Wśród rozwiązań zgłaszanych w intencji demokratyzacji list należy wymienić także tzw. suwak. Mechanizm ten polega na zakazie obsadzania sąsiednich pozycji osobami tej samej płci. Gwarantuje to naprzemienność zarówno w przypadku miejsc potencjalnie „biorących”, jak i tych najmniej prestiżowych. Obecnie obowiązuje jedynie zasada, iż na liście musi się znaleźć nie mniej niż 35 proc. osób każdej płci. W Hiszpanii obie płcie mają zapewnione co najmniej jedno miejsce w pierwszej trójce oraz minimum dwa w pierwszej piątce. Krytycy tego rodzaju rozwiązań dowodzą, że jeśli wyborcy będą chcieli większej liczby kobiet w Sejmie, mogą je wybrać choćby z ostatnich miejsc. Małgorzata Fuszara, od niedawna pełnomocniczka rządu ds. równego traktowania, kontrargumentuje, że we wszystkich krajach, które zdecydowały się na parytety albo suwak, wzrósł udział kobiet w parlamencie – jeśli nie po pierwszych wyborach, to w jednej z kolejnych kadencji. Zwraca także uwagę na przykład Platformy Obywatelskiej, która dobrowolnie stosuje zasady wzorowane na hiszpańskich. – Dzięki temu w ostatnich wyborach wprowadziła do parlamentów polskiego i europejskiego najwyższy odsetek kobiet, bliski ustawowemu minimum kandydatek na listach. To pokazuje, że ten system działa.
Zwiększenie szans kobiet na liczniejszą reprezentację we władzy ustawodawczej może, choć nie musi, przełożyć się na lepsze wyartykułowanie specyficznych problemów tej grupy. Jednak zwolennicy narzędzi mających służyć temu celowi – podobnie jak rzecznicy innych pomysłów na wyrównywanie szans wyborczych, np. mniej zamożnych kandydatów – muszą się przygotować na zarzuty o ich antydemokratyczny charakter. – W prawie wyborczym czy parlamencie nie ma nic naturalnego. Przywileje dla mniejszości narodowych, pięcioprocentowy próg wyborczy, minimalna liczba podpisów niezbędnych do rejestracji komitetu – wszystko to są konstrukcje społeczno-prawne. Ordynację można skonstruować tak, by uwzględniała konstytucyjne zasady równości szans i równości płci – ripostuje prof. Fuszara.
Za wysokie progi
W większości systemów proporcjonalnych obowiązuje ustawowy próg wyborczy, zwany także klauzulą zaporową. To minimalny procent poparcia uprawniający komitet do uczestnictwa w podziale mandatów. Ma on zapobiegać nadmiernemu rozdrobnieniu parlamentu. W Polsce ustanowiono go na poziomie 5% dla partii politycznych i komitetów wyborczych wyborców oraz 8% dla wielopartyjnych koalicji. Miało to miejsce po wyborach w 1991 r., w wyniku których do Sejmu weszli kandydaci 29 ugrupowań, z których aż 11 uzyskało zaledwie jednoosobową reprezentację. Pamięć o niestabilnym układzie sił politycznych w pierwszych latach demokracji parlamentarnej wydaje się jednym z kluczowych powodów, dla których klauzula na obecnym poziomie została powszechnie uznana za niezbędny element systemu wyborczego. Tymczasem sprawa wcale nie jest oczywista.
Progi deformują wyniki wyborów. Poglądy polityczne wyborców komitetów, które znalazły się „pod kreską”, są ignorowane podczas rozdziału miejsc na ławach poselskich. W ostatnim wyścigu do Sejmu problem dotyczył stosunkowo niewielkiej liczby obywateli (619 293, tj. 4,3% głosujących), ale można sobie wyobrazić powtórkę z 1993 r., gdy w silnie podzielonym społeczeństwie 35% głosów przypadło na partie, które nie zdołały przekroczyć wymaganych 5% poparcia.
Istnienie progów popycha ponadto trudną do oszacowania liczbę wyborców do głosowania niezgodnie z autentycznymi preferencjami. Kilka największych partii nie reprezentuje całego spektrum przekonań i interesów społecznych, jednak obywatele obawiają się oddawać głosy na formacje nieosiągające w sondażach wyniku gwarantującego reprezentację parlamentarną. Zwłaszcza w obliczu ostrego sporu politycznego wolimy postawić na „mniejsze zło” niż ryzykować brak jakiegokolwiek wpływu na skład Sejmu. Wraz z zasadami publicznego finansowania partii – subwencje otrzymują te z nich, które w poprzednich wyborach uzyskały minimum 3% poparcia – tworzy to błędne koło marginalizacji ugrupowań pozaparlamentarnych.
Z wymienionych powodów Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy zaleca, by klauzula zaporowa w wyborach do parlamentu nie była wyższa niż 3%. Kryterium to spełniają choćby systemy wyborcze w Hiszpanii (co więcej, próg obowiązuje tam wyłącznie na szczeblu okręgów, a nie całego kraju), Grecji i Danii, a m.in. w Portugalii i Finlandii w ogóle nie stosuje się takich barier.
Ich obniżenie lub zniesienie nie wyczerpuje jednak katalogu pomysłów na zwiększenie reprezentatywności Sejmu. Zdaniem Bartłomieja Michalaka warte rozważenia są dwa pomysły. Pierwszy to odpowiednio skonstruowany system mieszany, np. podobny do stosowanego w Niemczech (patrz ramka poniżej). – Przyjęcie takiej ordynacji dopuściłoby do władzy ustawodawczej mniejsze partie oraz kandydatów niezależnych, jeśli tylko byliby w stanie zdobyć odpowiednio duże poparcie na poziomie okręgów. Jednocześnie nie doprowadziłoby do fragmentaryzacji parlamentu – przekonuje naukowiec.
Druga droga to selektywne stosowanie progu w ramach obecnie obowiązującego systemu. – Przykładowo, partia, która przekracza 1% głosów, wprowadza do parlamentu jednego reprezentanta, 2% – dwóch, a dopiero ugrupowania, które zdobędą więcej niż 5%, uczestniczą w proporcjonalnym podziale mandatów. W ten sposób postulaty, za którymi opowiada się niemała liczba obywateli, mają możliwość zaistnieć na forum sejmowym bez podnoszenia ryzyka, że nie uda się wygenerować konstruktywnej większości.
Jeszcze inaczej patrzy na sprawę dr Marcin Gerwin, politolog z Sopockiej Inicjatywy Rozwojowej. Przyjmowanie ustaw i uchwał większością głosów pozwala „nie zawracać sobie głowy” propozycjami, których zwolennicy nie są wystarczająco liczni, by móc zaważyć na wyniku głosowania. Z tej perspektywy trwała przewaga w parlamencie, umożliwiająca stanowienie prawa bez oglądania się na opozycję, jest wręcz zagrożeniem dla demokracji. Tymczasem Sejm wcale nie musi podejmować decyzji większością głosów, zwłaszcza że nawet przy dobrej woli stron jest to najmniej precyzyjna metoda określania wspólnej opinii w skomplikowanych kwestiach. – Gdy do wyboru jest kilka propozycji w tej samej sprawie, lepszym rozwiązaniem jest głosowanie preferencyjne, np. zmodyfikowana metoda Bordy, używana m.in. przez radę miejską w Dublinie. Polega ona na szeregowaniu przedstawionych opcji, np. wariantów dyskutowanej ustawy, od najlepszej do najgorszej; wygrywa ta, która uzyska najwyższą średnią ocen. – Natomiast stabilność rządu może zapewniać to, że będą do niego wchodzić przedstawiciele wszystkich klubów, proporcjonalnie do ich wielkości. Te dwa proste mechanizmy całkowicie zmieniłyby sposób uprawiania polityki w Polsce – dodaje Gerwin, od lat zajmujący się popularyzacją pomysłów na demokratyzację życia publicznego.
Ponieważ wynik głosowania preferencyjnego zależy od wszystkich głosów, a nie tylko od większości, po zastosowaniu tej metody stronnictwa negocjują, a nawet współpracują ze sobą. Zależy im, żeby ich projekt był jak najbardziej satysfakcjonujący dla koalicjantów, ale i na tym, by nie został oceniony jako „absolutnie nie do przyjęcia” przez konkurentów. Gdyby Sejm podejmował decyzje w systemie, który zachęca, a wręcz zmusza do poszukiwania kompromisu, wówczas jego skład mógłby odzwierciedlać wszystkie sympatie polityczne Polaków.
Również dr hab. Piotr Uziębło z Katedry Prawa Konstytucyjnego i Instytucji Politycznych Uniwersytetu Gdańskiego apeluje, by nie upatrywać głównego zadania ordynacji w przeciwdziałaniu rozdrobnieniu parlamentu. Przypomina, że system wyborczy ma stabilizować władzę, ale przede wszystkim ją legitymizować, czyli wytwarzać u obywateli przekonanie, że posiada ona prawo do podejmowania decyzji w ich imieniu. – Nie może być mowy o zapewnianiu większości poprzez inżynierię wyborczą. Nie można pozwolić na tworzenie rządu większościowego przez koalicję, która zdobywa mniej niż 30% głosów, jak niedawno we Włoszech, gdyż siła jego mandatu będzie stosunkowo niewielka. Mechanizm zapewniający zwycięzcy wyborów połowę miejsc w parlamencie został zresztą uznany za niezgodny z włoską konstytucją – komentuje naukowiec. Przykładów nie trzeba zresztą szukać za granicą: klauzula zaporowa sprawiła, że w latach 1993–1997 SLD i PSL, które zdobyły łącznie ok. 36% głosów, uzyskały aż 66% miejsc w Sejmie.
Dziel i rządź
W systemach proporcjonalnych niebagatelny wpływ na skład parlamentu ma także algorytm stosowany na poziomie okręgów do przeliczania głosów na mandaty. W 1991 r. użyto tzw. metody Hare’a-Niemeyera. W 1993 r. wykorzystano formułę D’Hondta, w 2001 r. – zmodyfikowaną metodę Sainte-Laguë. W 2002 r. przywrócono metodę D’Hondta, która obowiązuje do dziś (patrz ramka obok).
Metoda D’Hondta
W metodzie tej liczba głosów oddanych na poszczególne komitety jest dzielona przez kolejne liczby naturalne (w metodzie Sainte-Laguë – przez kolejne liczby nieparzyste), a uzyskane wielkości szeregowane od największej do najmniejszej. Mandaty przydziela się zgodnie z określoną w ten sposób kolejnością, aż do wyczerpania puli.
Przykład: komitety X, Y oraz Z otrzymały odpowiednio 900, 540 i 420 głosów w okręgu, w którym do obsadzenia jest 7 mandatów. Obliczamy ilorazy:
|
Dzielnik
|
X
|
Y
|
Z
|
|
1
|
900
|
540
|
420
|
|
2
|
450
|
270
|
210
|
|
3
|
300
|
180
|
140
|
|
4
|
225
|
135
|
105
|
Szeregujemy je w kolejności malejącej:
|
Lp.
|
Iloraz
|
Komitet
|
|
1
|
900
|
X
|
|
2
|
540
|
Y
|
|
3
|
450
|
X
|
|
4
|
420
|
Z
|
|
5
|
300
|
X
|
|
6
|
270
|
Y
|
|
7
|
225
|
X
|
|
8
|
210
|
Z
|
|
9
|
180
|
Y
|
Komitet X (48% głosów) otrzymuje 4 mandaty (57% puli), komitet Y (29%) – 2 mandaty (29%), komitet Z (23%) – 1 mandat (14%).
Za kolejnymi zmianami stały czytelne motywacje. Wprowadzenie algorytmu D’Hondta przeforsowały Unia Demokratyczna i Konfederacja Polski Niepodległej, obie liczące na wyraźne zwycięstwo w następnych wyborach. Z kolei odejście od niego przegłosował obóz postsolidarnościowy, dołujący w sondażach po klęsce „czterech reform”, aby uniemożliwić samodzielne rządy SLD-UP (co zresztą się powiodło). – Wspomniana metoda uprzywilejowuje duże ugrupowania – wyjaśnia Michalak. – Natomiast metodę Sainte-Laguë uważa się za działającą na korzyść małych partii, co nie jest do końca prawdą. Po prostu maksymalizuje ona proporcjonalność podziału, dzięki czemu nie deformuje wyników wyborów. Wpływ wybranej formuły na rozdział miejsc w Sejmie obrazuje tabela.
Tabela. Liczba miejsc w Sejmie uzyskanych przez poszczególne partie w zależności od metody przeliczania głosów. Założono identyczny rozkład poparcia w każdym okręgu, odpowiadający wynikom w skali kraju w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2014 r.
|
PO
|
PIS
|
SLD
|
NP
|
PSL
|
INNE
|
|
%
|
32,13
|
31,78
|
9,44
|
7,15
|
6,80
|
—
|
|
Metoda D’Hondta
|
182
|
181
|
43
|
27
|
26
|
1
|
|
Metoda Sainte-Laguë
|
162
|
165
|
53
|
40
|
39
|
1
|
|
Metoda Hare’a-Niemeyera
|
155
|
156
|
55
|
43
|
49
|
1
|
Źródło: KalkulatorPolityczny.pl
Również sposób podziału kraju na okręgi – obecnie w najmniejszych wybiera się 7, a w największym (warszawskim) 20 posłów – rzutuje na reprezentatywność wyborów. Gdy są zbyt duże, utrudnia to identyfikowanie wszystkich kandydatów, co faworyzuje tych najbardziej rozpoznawalnych. Ale bardziej szkodliwa jest sytuacja, gdy okręgi są niewielkie. – Zwykle przekłada się to na małą liczbę kandydatur do wyboru. Może się więc okazać, że osoba, na którą chcemy zagłosować, startuje w sąsiednim okręgu, a w naszym nie znajdujemy na listach nikogo, kto by nam odpowiadał. Jednak największy problem polega na tym, że gdy w każdym okręgu są do zdobycia tylko trzy czy cztery mandaty, w większości przypadków dzielą się nimi dwie największe partie. Przy dużych okręgach więcej ugrupowań ma szansę wejść do parlamentu – wskazuje Gerwin. W Hiszpanii, gdzie okręgi są jednymi z najmniejszych w Europie, mimo niskiego progu wyborczego od lat utrzymuje się system dwupartyjny. Zdaniem części badaczy sprzyja mu także stosunkowo niewielka liczba deputowanych (350), o czym warto pamiętać w kontekście powracającego postulatu „odchudzenia” Sejmu.
Leczenie grypy dżumą
Coraz więcej zwolenników zyskuje ordynacja większościowa z okręgami jednomandatowymi, stosowana w krajach anglosaskich. Tłumaczą oni, że istnienie list wyborczych i klauzul zaporowych blokuje kandydatom niezależnym drogę do parlamentu oraz utrwala wodzowski charakter partii politycznych. Dr Gerwin zgadza się, że należy wprowadzić możliwość kandydowania bez konieczności bycia członkiem jednego z komitetów wyborczych. Jednocześnie zachęca entuzjastów JOW-ów, by zainteresowali się, ilu niezależnych kandydatów zasiadło po ostatnich wyborach w Wielkiej Brytanii w 650-osobowej Izbie Gmin. Trzech. – W większości okręgów ktokolwiek by nie startował, mandat i tak zdobędzie laburzysta albo torys, w zależności od tego, czy na danym obszarze dominują nastroje lewicowe, czy silnie konserwatywne. Zwiększa to pole do manipulacji partyjnych; liderzy mogą eliminować wewnętrzną opozycję, wystawiając niewygodne osoby w okręgach, w których partia nie ma szans na mandat, jednocześnie obstawiając swoimi zwolennikami okręgi „pewne” – tłumaczy Piotr Uziębło. Jak zwracał uwagę śp. Zbigniew Romaszewski, zagrożenie podobnymi praktykami byłoby w naszych warunkach bardzo duże, a zmniejszyć je mogłaby tylko demokratyzacja partii politycznych, w tym upowszechnienie instytucji prawyborów, wyrażających wolę przyszłych wyborców, a nie aparatu partyjnego.
Marcin Gerwin zaznacza, że w okręgach jednomandatowych komitety wystawiają tylko po jednym kandydacie, by uniknąć rozpraszania głosów sympatyków. Wyborca, który chce wesprzeć daną formację, ma więc mniejszy wybór niż w obecnym systemie.
Jednak główną wadą radykalnie większościowych ordynacji jest to, że w ich przypadku wyniki wyborów w skali państwa nie oddają zróżnicowania politycznego społeczeństwa. Załóżmy, że preferencje wyborcze rozkładałyby się na terenie kraju całkowicie równomiernie, a popularność partii wiodącej przekraczałaby nieco 50%. Wtedy partia ta wygrywałaby wybory we wszystkich okręgach. Powstałby parlament monopartyjny. Opozycja, posiadająca poparcie prawie 50% wyborców, nie zdobyłaby ani jednego mandatu i byłaby całkowicie odsunięta od uczestnictwa w decydowaniu o losach kraju – alarmował Romaszewski na łamach „Rzeczpospolitej”.Dr Paweł Przewłocki, fizyk i socjolog prowadzący stronę internetową na temat ordynacji preferencyjnych, zwraca uwagę, że JOW-y skłaniają wielu obywateli do rezygnacji z udziału w wyborach. Dotyczy to szczególnie różnych mniejszości, które przy systemie większościowym nie mają szans zaistnieć, zawsze przegłosowywane przez dominujące partie – pisze na stv.org.pl. Inni wyborcy oddają głosy nie na rzeczywistych faworytów, ale tak, by zminimalizować ryzyko, że się zmarnują.
Dodajmy do tego fakt, że ordynacje większościowe wzmacniają pokusę manipulowania granicami okręgów. Wykorzystując wiedzę o profilu społeczno-ekonomicznym poszczególnych obszarów można je wytyczyć tak, by znacznie zwiększyć szanse własnych kandydatów (tzw. gerrymandering; zob. ramka poniżej). Przypadki takich praktyk notowane są nawet w krajach o ugruntowanej kulturze demokratycznej.
Przykład ukazujący wpływ przebiegu granic okręgów wyborczych na wyniki głosowania: na lewym diagramie we wszystkich czterech okręgach są one wyrównane, na środkowym w trzech okręgach wygrywają zwolennicy czarnych, na prawym – w trzech okręgach wygrywają zwolennicy białych.

Źródło: Wikipedia.org, autor: RokerHRO
Krytykę JOW-ów zakończmy uwagą, że wprowadzenie ich według modelu brytyjskiego – co dokonało się już w wyborach do Senatu – byłoby „większym złem” niż model francuski. Pierwszy z nich przewiduje głosowanie w jednej turze, bez konieczności przekroczenia przez zwycięzcę 50% głosów. Oznacza to, że reprezentantem okręgu może zostać kandydat, który uzyskał np. 1/5 wskazań. W systemie francuskim w okręgach, gdzie nikt nie zdobył większości bezwzględnej, wszyscy kandydaci z co najmniej 12,5% głosów spotykają się w „dogrywce” i wyborcy mają ponownie okazję wyrazić swoje preferencje.
– Ordynacja większościowa sprzyjałaby powstaniu systemu dwupartyjnego, który nie obrazowałby całości podziałów politycznych – podsumowuje dr hab. Wawrzyniec Konarski, profesor w Instytucie Studiów Międzykulturowych Uniwersytetu Jagiellońskiego, badający m.in. europejskie systemy partyjne. – Jednocześnie zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że ordynacje ekstremalnie proporcjonalne utrudniają rządowi realizację spójnej polityki, a także z postulatem bardziej bezpośredniego wpływu obywateli na skład parlamentu. Chodziłoby więc o znalezienie złotego środka, którym mogłaby być jakaś forma systemu mieszanego albo ordynacja STV.
Każdy głos się liczy
STV jest skrótem od single transferable vote, czyli pojedynczy głos przechodni (względnie „przenoszony”, jak woli prof. Konarski). W systemie tym, zwanym także Brytyjską Reprezentacją Proporcjonalną, głosuje się bezpośrednio na konkretne osoby (reprezentantów regionu), okręgi są wielomandatowe, a kandydaci ułożeni według afiliacji lub alfabetycznie. Przy nazwisku najbardziej popieranego z nich wyborca wpisuje „1”, obok nazwiska osoby, którą chciałby poprzeć w drugiej kolejności pisze „2” itd. W niektórych odmianach tej ordynacji liczba takich dodatkowych preferencji jest dowolna (można się również ograniczyć do wskazania swojej „jedynki”), w innych obligatoryjnie szereguje się wszystkich kandydatów. Do parlamentu wchodzą osoby, które osiągną tzw. kwotę, czyli minimalną liczbę wskazań na pierwszym miejscu rankingu, wyliczoną na podstawie liczby oddanych głosów i liczby mandatów do obsadzenia. Nadwyżka głosów ponad wspomniane minimum jest w przypadku każdego wybranego kandydata dzielona pomiędzy następne osoby na listach preferencji, według określonego algorytmu (szczegółowy opis stosowanych rozwiązań można znaleźć na stv.org.pl). Jeśli nikt nowy nie osiągnie kwoty, kandydat z najmniejszą liczbą głosów zostaje wyeliminowany, a jego głosy dzielone między osoby wskazane przez jego wyborców jako „dwójki”. Kolejne przeliczenia i następujące po nich transfery głosów – od kandydatów, którzy w danej rundzie osiągną kwotę lub odpadną z wyścigu – mają miejsce aż do momentu rozdzielenia wszystkich mandatów. Uproszczony przykład przekazywania głosów w systemie STV przedstawiono w ramce.
Transfer głosów w systemie STV
W okręgu X o 3 mandaty ubiegało się 5 osób. Głosy oddało 284 wyborców, którzy uszeregowali kandydatów w następujący sposób.
|
120 głosów
|
71 głosów
|
55 głosów
|
17 głosów
|
15 głosów
|
6 głosów
|
|
1. Anna Kowalska
|
1. Jan Nowak
|
1. Andrzej Wójcik
|
1. Maria Wiśniewska
|
1. Anna Kowalska
|
1. Jan Nowak
|
|
2. Jan Nowak
|
2. Anna Kowalska
|
2. Piotr Kamiński
|
2. Jan Nowak
|
2. Piotr Kamiński
|
2. Maria Wiśniewska
|
|
3. Maria Wiśniewska
|
3. Maria Wiśniewska
|
3. Maria Wiśniewska
|
3. Piotr Kamiński
|
3. Jan Nowak
|
3. Anna Kowalska
|
|
4. Piotr Kamiński
|
4. Piotr Kamiński
|
4. Jan Nowak
|
4. Anna Kowalska
|
4. Maria Wiśniewska
|
4. Piotr Kamiński
|
|
5. Andrzej Wójcik
|
5. Andrzej Wójcik
|
5. Anna Kowalska
|
5. Andrzej Wójcik
|
4. Andrzej Wójcik
|
5. Andrzej Wójcik
|
Zaczynamy od obliczenia progu, którego przekroczenie zapewnia mandat:

Wynosi on 72, tak więc przekroczyli go jedynie Anna Kowalska i Jan Nowak, jako najbardziej preferowani kandydaci odpowiednio 135 i 77 wyborców. Kowalska otrzymała 63 głosy ponad wymagane minimum, natomiast Nowak 5; aby ustalić zdobywcę trzeciego mandatu, każda nadwyżka jest proporcjonalnie dzielona między osoby wskazane przez wyborców danego zwycięskiego kandydata jako druga preferencja (względnie trzecia, w przypadkach gdy drugi w rankingu jest kandydat, który również otrzymał już mandat). I tak, 56 głosów z puli Kowalskiej przechodzi na Marię Wiśniewską, a 7 na Piotra Kamińskiego, zaś cała nadwyżka Nowaka trafia do Wiśniewskiej. Wraz z otrzymanymi głosami pierwszej preferencji pozwala jej to przekroczyć próg i uzyskać mandat. Uwaga: w celach poglądowych zastosowano uproszczony sposób podziału głosów nadwyżkowych. Realnie stosowane procedury są szczegółowo opisane na stronie stv.org.pl.
Wybory przeprowadzone według innej ordynacji mogłoby w tym samym okręgu dać inne wyniki. Przykładowo, w systemie pojedynczego głosu nieprzechodniego (SNTV), w którym wyborca dysponuje jednym głosem, a mandaty zdobywają kandydaci, którzy otrzymali największą ich liczbę, trzecim zwycięzcą byłby Andrzej Wójcik.
Taka procedura sprawia, że zarówno głosy nadwyżkowe, jak i te oddane na ewidentnych przegranych, nie marnują się, lecz „pozostają w grze” i mogą przesądzić o obsadzie części mandatów. Wyborcy mogą więc śmiało głosować na kandydata, którego uważają za najlepszego. Dzięki temu system STV pozwala na uzyskanie wyniku, który odzwierciedla rzeczywiste preferencje elektoratu. Dr Przewłocki przywołuje analizy empiryczne, które wykazują, że proporcjonalność stosowanych w praktyce wersji tej ordynacji nie odbiega znacznie od proporcjonalności metod, do których się przyzwyczailiśmy. STV jest przy tym proporcjonalna w szerszym sensie niż metody z listami partyjnymi – te bowiem są proporcjonalne tylko ze względu na upodobania partyjne wyborców, STV natomiast jest proporcjonalna ze względu na dowolne cechy kandydatów istotne dla wyborców. Zwykle afiliacje partyjne są najistotniejsze dla większości wyborców; STV pozwala jednak zaistnieć także tym mniejszościom, które uznają inne cechy za bardziej znaczące, a które pozbawione są głosu, gdy stosowane są tradycyjne metody wyborcze – pisze Przewłocki. Dodaje, że ponieważ o zwycięstwie ostatecznie przesądzają grupy mniejszościowe, wyłoniona reprezentacja odzwierciedla ich preferencje. W Irlandii, gdzie system STV obowiązuje od niemal stu lat, ponad 60% wyborców przyznaje się do wskazywania kandydatów więcej niż jednej partii, a ponad 10% – czterech lub więcej ugrupowań. Pozwala to ordynacji opartej na możliwości transferowania głosu na pokazanie swoich unikalnych cech – komentuje. Dla równowagi warto dodać, że gdy podziały polityczne są zbyt głębokie, STV wiele nie pomaga; tak jest na Malcie, gdzie utrzymuje się system dwupartyjny, i tak było w Estonii (szczegóły na stronie naukowca).
Zwolennicy tego systemu podkreślają, że posiada większość zalet zarówno typowej ordynacji proporcjonalnej z zamkniętymi listami partyjnymi, jak i ordynacji większościowej, będąc wolnym od ich największych wad. Sprzyja silnym więziom posłów z regionami, z których zostali wybrani, a także ich uniezależnieniu od hierarchii partyjnych. Za omawianą ordynacją przemawia także cecha obecnego systemu, na którą zwraca uwagę Michalak. Otóż może się w nim zdarzyć, że kandydat, który uzyska w swoim okręgu najwięcej głosów, nie wejdzie do Sejmu, gdyż jego ugrupowanie nie przekroczy progu wyborczego.
Konarski również kładzie akcent na to, że ordynacja oparta na pojedynczym głosie przechodnim, będąca zresztą najstarszym systemem proporcjonalnym na świecie, bo opracowanym w 1819 r., daje możliwość wyboru popularnym przedstawicielom mniej popularnych partii oraz kandydatom niezależnym (w krajach ją stosujących start w wyborach jest możliwy bez dołączania do jakiegokolwiek komitetu). Zwiększa ponadto szanse na wyłanianie się nowych ruchów politycznych, utrudnione w systemach z wysokimi klauzulami zaporowymi. – STV umożliwia grupom obywateli oddolne wykreowanie własnej reprezentacji, a jednocześnie nie stymuluje zmian na tyle gwałtownych, by ci, którzy dotąd rywalizowali o stery władzy, mogli nagle wypaść za burtę – mówi politolog. Stosowanie tego rozwiązania nie prowadzi zatem do zasadniczego osłabienia roli największych partii, choć możliwe są odstępstwa od tej reguły (vide klęska wyborcza Fianna Fáil w irlandzkich wyborach z 2011 r.). Paweł Przewłocki odnotowuje natomiast, że w Irlandii kampanie wyborcze na poziomie lokalnym charakteryzują się względnie łagodnym i merytorycznym przebiegiem. Kandydaci zdają sobie sprawę, że nawet wskazania na dosyć dalekich pozycjach preferencyjnych mogą przesądzić o ich obecności w parlamencie.
– Jest to chyba najbardziej sprawiedliwy system – reasumuje dr Uziębło.– Nawet nasz Trybunał Konstytucyjny w jednym z orzeczeń stwierdził, że ordynacja STV najpełniej oddaje wolę wyborcy. Co ciekawe, aby zastosować ją w wyborach do Sejmu, wystarczyłaby ustawa, podczas gdy do wprowadzenia JOW-ów niezbędna byłaby zmiana Konstytucji.
Trudne wybory
Rzecz jasna wspomniana ordynacja, jak każdy system wyborczy, nie jest wolna od wad. Uziębło zaczyna ich listę od możliwości głosowania taktycznego, które polega na tym, że partia zaleca swoim sympatykom określony sposób uszeregowania jej kandydatów, maksymalizujący szanse na korzystny łączny wynik, zamiast głosowania zgodnie z prawdziwymi preferencjami. Zaraz jednak dodaje, że odpowiednio modyfikując procedurę przeliczania głosów – a jest ich wiele i podobnie jak w przypadku tradycyjnych ordynacji proporcjonalnych nie są one neutralne – można wyeliminować to zagrożenie.
– Druga wada, moim zdaniem najpoważniejsza, to fakt, że jest to system stosunkowo trudny do wytłumaczenia. Kiedy wprowadzono go w wyborach do rady jednego z wydziałów pewnej uczelni wyższej, duża część pracowników naukowych nie była w stanie zrozumieć jego istoty. Tym bardziej mógłby mieć z tym problem tzw. przeciętny obywatel, przynajmniej na początku – wyjaśnia Uziębło. Podobnego zdania jest dr Przewłocki, według którego większość elektoratu musiałaby zadowolić się ogólnikowym opisem STV jako „systemu proporcjonalnego z głosowaniem na ludzi”, co mogłoby podważyć zaufanie do instytucji wyborów. Wyborcy, co zrozumiałe, preferują systemy proste i przejrzyste; wszelkie komplikacje łatwo budzą podejrzenia o podatność na manipulacje wyborcze czy wręcz prowokują do domysłów o manipulacjach ukrytych w samej metodzie, tym łatwiej, że zaufanie do państwa i polityków proponujących i przyjmujących nowe prawo wyborcze jest niskie. Wszelkie wątpliwości mogą zostać wykorzystane przez przeciwników zmiany – często te siły polityczne, dla których nowa ordynacja może okazać się niekorzystna. Właśnie brak akceptacji obywateli oraz niechęć części sceny politycznej doprowadziły do porzucenia ordynacji preferencyjnej przez Estonię, która już ćwierć wieku temu zastosowała ją w wyborach lokalnych oraz do Rady Najwyższej.
Problemem może być nie tylko zrozumienie metody podziału mandatów, ale i prawidłowe wypełnienie karty do głosowania. Piotr Uziębło przypomina, że w wyborach do Senatu, zanim wprowadzono okręgi jednomandatowe, większość wyborców nie wykorzystywała wszystkich przysługujących im głosów. Czy po hipotetycznej zmianie ordynacji mamy się zatem spodziewać dużej liczby kart z jedną tylko preferencją, nieważnych czy wypełnionych niezgodnie z intencjami głosujących? Jest oczywiście niezwykle trudno przewidywać cokolwiek w tej kwestii. Można się tu tylko oprzeć na doświadczeniach estońskich – tam nie zanotowano żadnych problemów przy głosowaniu, a warto podkreślić, że było to nie tylko pierwsze preferencyjne, ale także w ogóle pierwsze wolne głosowanie po odzyskaniu przez Estonię niepodległości – uspokaja dr Przewłocki.
Optymistą jest również Marcin Gerwin. Wylicza, że różne odmiany ordynacji preferencyjnej są od lat stosowane nie tylko w Irlandii i na Malcie, ale także np. w wyborach lokalnych w Szkocji, do Senatu w Australii i w elekcji mera Londynu. Stosują ją partie polityczne, związki zawodowe, przedsiębiorstwa i szkoły wyższe – wszędzie się sprawdza, a głosów nieważnych jest bardzo mało. – Dobrze zorganizowana kampania edukacyjna, wyjaśniająca nowy sposób wypełniania kart wyborczych, powinna wystarczyć, by zdecydowana większość głosujących prawidłowo oznaczała cyframi swoich ulubionych kandydatów.
To, czy nowa ordynacja w pełni ujawniłaby swoje zalety, zależałoby m.in. od tego, czy byłaby w stanie skłonić obywateli do większego zainteresowania polityką. Na razie bowiem, jak konstatował Zbigniew Romaszewski, wybory personalne są w jakiś sposób utopią, gdyż w przygniatającej liczbie przypadków wyborca niewiele, lub w ogóle nic nie wie o kandydatach. W polskiej rzeczywistości głosuje na partię, którą jest w stanie rozpoznać.
Głośniej nad tą urną!
W opinii Bartłomieja Michalaka trudno mówić o lepszych i gorszych systemach wyborczych. – Wszystko zależy od tego, co chcemy osiągnąć. Czy zależy nam na bliskich więziach reprezentantów z elektoratem? Chcemy oddać pełną gamę poglądów politycznych społeczeństwa, czy raczej ułatwić pracę rządu? Dyskusję o reformie prawa wyborczego należałoby zacząć od odpowiedzi na pytanie, jakiego modelu demokracji chcemy. Niestety, już kilka lat po rozpoczęciu transformacji przestaliśmy je sobie zadawać. Trudno o pogłębioną dyskusję, skoro – jak wynika z doświadczeń badacza – każda rozmowa z politykami na temat ewentualnych zmian schodzi na próbę oceny, ile mandatów może stracić ich ugrupowanie. Zwykle kończy się uznaniem, że lepiej nie ryzykować i zostawić wszystko „po staremu”.
– Żaden polityk nie zgodzi się na zmiany, które grożą wyeliminowaniem go z parlamentu – potwierdza Wawrzyniec Konarski. W innych państwach propozycje odnoszące się do ordynacji spotykają się z identyczną reakcją klasy politycznej, a zdaniem Michalaka jedynym krajem, który można w tej kwestii uznać za wzór do naśladowania, jest Nowa Zelandia. – Dyskusja na temat reformy wyborczej trwała tam wiele lat. W jej ramach przeprowadzono szerokie konsultacje społeczne, a ostateczną decyzję zostawiono obywatelom, organizując referendum. Ordynacja większościowa przestała się sprawdzać, m.in. nie zapewniała odpowiedniej reprezentacji mniejszości maoryskiej, dlatego zastąpiono ją mieszaną. Skonstruowano system będący odpowiedzią na słabości tamtejszej demokracji – to jest dopiero racjonalne podejście! Nie wierzę w coś takiego w Polsce, chyba że sytuacja wymusi na elicie politycznej jakieś zmiany.
Nie licząc głośnego sporu wokół JOW-ów, dyskusja na temat optymalnego kształtu ordynacji toczy się głównie w środowisku akademickim. Tymczasem, jak podkreśla Marcin Gerwin, powinna być częścią ogólnospołecznej debaty nad stanem demokracji przedstawicielskiej. Nawet wprowadzenie ordynacji preferencyjnej, choć bardzo wskazane, nie zda się na wiele, jeśli równolegle nie nastąpią zmiany w takich sferach jak choćby sposób finansowania i rozliczania kampanii wyborczych, obecnie sprzyjający największym graczom. Powinien im towarzyszyć rozwój instytucji uzupełniających lub równoważących władzę parlamentu, takich jak panel obywatelski, znany choćby z Kanady, Australii i Nowej Zelandii, czy referendum – w tym weto ludowe, dzięki któremu włoscy obywatele mogą blokować antyspołeczne decyzje posłów. Według aktywisty na rozpatrzenie zasługuje także instytucja referendum odwoławczego (z możliwością skrócenia kadencji muszą się dziś liczyć członkowie parlamentu Kolumbii Brytyjskiej, którzy utracą poparcie społeczne).
W końcu można by znaleźć sporo argumentów na potwierdzenie tezy, że w Wielkiej Brytanii demokracja ma się lepiej niż w Polsce, mimo wad systemu większościowego. Błędem byłoby jednak również zlekceważenie tego aspektu ludowładztwa. Nawet wprowadzenie alfabetycznej kolejności kandydatów na listach wyborczych byłoby krokiem w kierunku zwiększenia wpływu obywateli na władzę ustawodawczą. Jeśli zostawimy ordynację politykom, nie narzekajmy, kiedy znowu przyjdzie nam wybierać mniejsze zło – albo być rządzonym przez koalicję wybraną „mniejszą połową” głosów.
Współpraca Ilona Majewska
Na dwa głosy
W Niemczech 299 posłów jest wybieranych w okręgach jednomandatowych. Kandydować może każdy, kto zgromadzi 200 podpisów poparcia, jednak w praktyce walka toczy się między przedstawicielami największych partii. Drugi głos wyborca oddaje nie na konkretną osobę, lecz na jedną z list partyjnych wystawionych w danym kraju związkowym, będącym w tym przypadku wielomandatowym okręgiem wyborczym. Głosowanie na poziomie landów decyduje o obsadzie pozostałych 299 (lub więcej) miejsc w Bundestagu, a więc i o wielkości klubów poselskich. Każde ugrupowanie wprowadza bowiem do niego tylu przedstawicieli, by po uwzględnieniu posłów wybranych bezpośrednio podział mandatów między partie odzwierciedlał proporcje wynikające z głosowania na listy partyjne. Oznacza to w praktyce, że wbrew rozpowszechnionemu przekonaniu rozdział wszystkich, a nie jedynie połowy miejsc w izbie niższej niemieckiego parlamentu, ma charakter proporcjonalny.
Aby dana formacja polityczna mogła być wzięta pod uwagę podczas dzielenia mandatów w poszczególnych landach, musi uzyskać co najmniej 5% głosów w skali całej federacji. Wyjątek stanowi sytuacja, gdy partia nie przekroczy progu, ale wygra w trzech lub więcej okręgach jednomandatowych. Daje to szanse na uzyskanie adekwatnej reprezentacji mniejszym ugrupowaniom o dużym znaczeniu regionalnym (nieco podobne przywileje posiadają w Polsce komitety wyborcze mniejszości narodowych).
Zwolennicy niemieckiej ordynacji akcentują, że łączy ona możliwość głosowania na indywidualnych przedstawicieli oraz na stronnictwa polityczne, jednak bez rozdrabniania parlamentu. Umożliwia także wsparcie dwóch różnych ugrupowań, preferowanych jako koalicjanci przy ewentualnym formowaniu rządu. Krytycy zwracają uwagę, że połowę posłów de facto wskazują partie, decydujące o składzie list krajowych oraz kolejności kandydatów. Co więcej, osoba ubiegająca się o mandat w wyborach bezpośrednich może również startować z listy partyjnej w innym landzie i dostać się do Bundestagu mimo odrzucenia przez wyborców. Warto przypomnieć, że w Polsce przed 2001 r. podobny mechanizm służył zapewnieniu miejsc w parlamencie liderom największych partii: 69 mandatów było dzielonych pomiędzy kandydatów z list krajowych.
Dzieci i starcy głosu nie mają
Dla zapewnienia powszechności wyborów, a więc i reprezentatywności ich wyników, niezbędne jest zagwarantowanie wszystkim uprawnionym rzeczywistej możliwości udziału w głosowaniu. O tym, jak to wygląda w praktyce, opowiedział nam dr Jarosław Zbieranek – konstytucjonalista nadzorujący w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich m.in. ogół działań związanych z problematyką wyborów i referendów.
***
Przez wiele lat polskie prawo nie było dostosowane do potrzeb obywateli, którzy nie są w stanie osobiście stawić się w lokalu wyborczym. Ostatecznie, po długich staraniach, w przyjętym w 2011 r. Kodeksie wyborczym udało się zawrzeć cały pakiet udogodnień dla osób starszych czy niepełnosprawnych. Nakładki na karty do głosowania dla niedowidzących, możliwość oddania głosu za pośrednictwem pełnomocnika lub korespondencyjnie – wszystko to stanowi nową jakość w zapewnianiu równości w dostępie do wyborów.
Niestety, wciąż nie wypracowano mechanizmów skutecznego informowania wyborców o istniejących ułatwieniach. W efekcie ich wiedza jest niewielka, np. wśród osób, które ukończyły 75 lat, jedynie 17% wie, że ze względu na wiek może głosować przez pełnomocnika. Znacząco wpływa to na skalę korzystania z nowych możliwości. Dlatego Rzecznik Praw Obywatelskich zaproponował m.in. rozwiązanie z powodzeniem stosowane w Niemczech czy Holandii. Tamtejsi wyborcy otrzymują indywidualne zawiadomienia przypominające o terminie głosowania, zawierające adres lokalu wyborczego oraz listę udogodnień – w tym alternatywnych procedur oddania głosu. Wychodzimy bowiem z założenia, że państwo musi aktywnie docierać do obywateli z informacjami o przysługujących im prawach, a nie oczekiwać, że będą sami o nie dopytywać.
Konieczne jest ponadto odpowiednie przygotowanie urzędników gminnych odpowiedzialnych za organizację wyborów, gdyż przeprowadzone wśród nich badania ujawniły bardzo niski poziom wiedzy na temat potrzeb i uprawnień m.in. niepełnosprawnych wyborców. Również członkowie komisji wyborczych często nie potrafią wychodzić naprzeciw problemom takich osób. Naszym zdaniem niezbędne jest podjęcie szeroko zakrojonych działań edukacyjnych, obejmujących m.in. opracowanie podręczników dobrych praktyk. Zgłosiliśmy także postulat, by w ramach Krajowego Biura Wyborczego powołano specjalny zespół, który koordynowałby kampanie informacyjne adresowane bezpośrednio do obywateli. Niestety, z przyczyn finansowych pomysł ten pozostaje jak dotąd niezrealizowany.