Otwórzmy przybyszom drzwi polskiej szkoły

Otwórzmy przybyszom drzwi polskiej szkoły

Dwadzieścia lat temu w Cité Scolaire Internationale w Lyonie zaczęła działać w ramach francuskiego szkolnictwa publicznego pierwsza sekcja polska. W kolejnych latach dołączyły do niej analogiczne placówki w Strasburgu i dwie w Paryżu. Miałem szczęście i zaszczyt przez kilka lat pracować w sekcji polskiej w Lyonie i z radością odnotowuję tutaj ten jubileusz. Ale o sekcjach polskich w szkolnictwie francuskim wspominam nie tylko z przyczyn jubileuszowych i osobistych. Myślę, że historia ich powstania i działania zawiera dla nas cenne sugestie jak możemy radzić sobie w Polsce z dwoma równoczesnymi kryzysami migracyjnymi.

W 1995 roku we Francji europejski entuzjazm był jeszcze całkiem żywy, podobnie jak pewna sympatia dla kraju „Solidarności”. Nie brakowało także polskich emigrantów, którzy dbali, by ich dzieci mówiły po polsku i uczestniczyły, nawet na obczyźnie, w rodzimej kulturze. Dzięki zbiegowi tych szczęśliwych okoliczności i wielkiej pracy pani Joanny Bonnard, udało się utworzyć pierwszą lyońską sekcję polską, która funkcjonuje do dziś obok sekcji niemiecko- i anglojęzycznej, a także włoskiej, hiszpańskiej, japońskiej, portugalskiej i chińskiej. Wielokulturowy wachlarz bywa znacznie okazalszy w pozostałych francuskich szkołach międzynarodowych.

Celem działania sekcji międzynarodowych jest dwujęzyczność i dwukulturowość uczniów pobierających w nich naukę. Każdy z nich przechodzi zwykły kurs publicznej szkoły francuskiej, ale w ramach tego samego planu zajęć i w tym samym budynku uczy się w języku sekcji literatury, historii i geografii kraju pochodzenia. Cały cykl, obejmujący szkołę podstawową, gimnazjum i liceum, kończy się międzynarodową maturą uznawaną przez szkoły wyższe na całym świecie.

Dla polskiej emigracji we Francji, a jej pozycja społeczna nie jest tam szczególnie wysoka, istnienie sekcji polskiej było ogromną szansą na zdobycie wykształcenia francuskiego na bardzo wysokim poziomie. Sprzyjało to integracji w nowym kraju, przy jednoczesnym zachowaniu związków z kulturą polską. Myślę też, że przy odpowiednim wsparciu ze strony państwa polskiego zarówno nauczyciele, jak i uczniowie sekcji mieliby szansę odegrać ważną rolę w kształtowaniu wizerunku Polski we Francji, w pewnej perspektywie – być może nawet swoistego lobby. Sam jednak miałem okazję przekonać się, że szansa ta była traktowana przez polskie władze taniego państwa jako kolejne nieznośne obciążenie finansowe.

Tymczasem władze francuskie nie szczędziły, przynajmniej początkowo, środków na szkoły z sekcjami zagranicznymi. Przypadek Lyonu był tu specyficzny, bowiem szkoła międzynarodowa powstała w odpowiedzi na umieszczenie w mieście siedziby Interpolu. Plan władz miasta polegał jednak i na tym, by szkoły międzynarodowe stały się częścią infrastruktury potrzebnej dla ściągania cudzoziemców do jednostek badawczych, laboratoriów, ale również – inwestorów zagranicznych. Posyłając dzieci do międzynarodowej szkoły, wiązali się na dłużej z krajem, do którego przyjeżdżali z biznesem i pieniędzmi. Założyć można, że inny był także ich stosunek do miejscowych pracowników i obowiązków podatkowych, widzieli bowiem, że mają do czynienia z państwem traktowanym serio.

We francuskich szkołach międzynarodowych widzę jednak coś więcej, niż tylko składową projektu rozwoju. Widzę w nich to, co do niedawna mogło uchodzić za ważny składnik polskich autostereotypów. Polska gościnność, państwo bez stosów, wielonarodowa Rzeczpospolita – z satysfakcją się tym wszystkim przez lata łechtaliśmy. Teraz jednak wiemy już z pewnością, że są to autostereotypy niewarte funta kłaków.

Nie pierwszy raz okazało się, że gdy świat naprawdę się zatrzęsie, nasze wirtualne państwo-minimum nie potrafi przedstawić żadnej spójnej odpowiedzi na rzeczywisty kryzys, oddając pole lękom i odruchom ksenofobicznym. Nie powinno to dziwić, skoro brakuje jakiejkolwiek wizji działania.

Dlatego wypada docenić starania Związku Nauczycielstwa Polskiego, Polskiej Akcji Humanitarnej oraz Fundacji na rzecz Różnorodności Społecznej. Organizacje te wystosowały 21 września wspólny, dotyczący kryzysu uchodźczego list otwarty do minister Joanny Kluzik-Rostkowskiej. Sygnatariusze nawołują w nim do podjęcia pilnych działań, które przygotują polską edukację do przyjęcia dzieci uchodźców. Deklarują przy tym uruchomienie na własną rękę stosownych konsultacji i studiów.

To ważny głos, ponieważ nie tylko pozwala wstydzić się trochę mniej. Jednocześnie – wobec powodzi emocjonalnych wypowiedzi – jest to stanowisko, które akcentuje rolę instytucji państwa. Państwa, które wcześniej czy później będzie musiało mierzyć się z tym, co nieuniknione. Bo przecież nie chodzi tu tylko o dzieci z Syrii lub Afryki, ale też o te przybywające z rodzicami zza naszych wschodnich granic oraz te, które w zgoła innych okolicznościach przybywają tu z zachodu Europy. Nieuniknione jest zaś to, że Polska przestanie być wkrótce, posłużmy się tym koszmarnym określeniem, „krajem jednolitym narodowo”. Zasadnicze pytanie brzmi, co zamierzmy z tym zrobić i jak tę wielokulturowość wyzyskać i rozsądnie wprowadzić do naszego systemu edukacyjnego.

Warto przy tym pamiętać, że wszelkie pomysły na to, by umiędzynarodowić naszą edukację zrodzą się w sytuacji nędzy edukacji istniejącej. Być może integrowanie przybyszów będzie tym właśnie impulsem, które wyrwie rządzących z błogiej drzemki o tanim państwie i taniej edukacji. Budujmy więc projekt śmiały, bo potencjalnych zysków można wymienić niemało.

Polska poniosła w ostatnim czasie poważne straty wizerunkowe, zarówno za sprawą rządzących, jak i tych, którzy rozpętali na ulicach i w internetowych kanałach nasze małe piekiełko nienawiści do obcych. Zapłacimy za to wszyscy, bo gęba egoistycznych ksenofobów, raz przyprawiona, pozostanie z nami na dłużej. Tym ważniejsze jest, by również na użytek międzynarodowego wizerunku kraju potraktować edukację wielokulturową jako jeden z priorytetów. Po drugie, nie warto chyba z młodych Ukraińców lub Syryjek robić na siłę Polaków i Polek. O wiele bardziej owocna wydaje mi się metoda zastosowana we Francji. Kształćmy więc dwukulturowych i dwujęzycznych obywateli polskich – to lepsze od przymusowej asymilacji. Po trzecie, stwórzmy na wzór francuski szkoły z sekcjami międzynarodowymi. Ich zalety byłyby z grubsza podobne. W warunkach polskich chodziłoby nie tylko o integrację imigrantów zarobkowych, ale też o ściągnięcie do kraju uczonych i inwestorów. Być może dobra szkoła publiczna z sekcjami międzynarodowymi okaże się lepszą zachętą niż niskie podatki i Specjalne Strefy Ekonomiczne. Istniejące obecnie szkoły międzynarodowe mają charakter prywatny i służą raczej izolacji, nie zaś integracji. Warto stworzyć dla nich alternatywę, która nie będą działała na zasadach enklawy.

Edukacja dwujęzyczna wymaga odpowiednio przygotowanych nauczycieli, zwłaszcza w dziedzinach humanistycznych i społecznych. Zamiast więc zwalniać już zatrudnionych, przygotujmy ich do pracy w szkołach międzynarodowych. Przygotowujmy także programy nauczania i podręczniki. Rychło okaże się, że – wbrew dominującym przekonaniom zarządzających nauką – filologia, antropologia i socjologia mogą się jeszcze do czegoś przydać, podobnie jak uniwersytety. Jednocześnie wśród mieszkających w Polsce obcokrajowców z całą pewnością znajdą się nauczyciele pracujący w innych zawodach, często poniżej kwalifikacji. Włączenie ich w system edukacji polskiej będzie korzystne dla wszystkich. Uczmy się budować takie szkoły, bo najwyższa pora, by aktywnie działać na rzecz budowy takiej polskiej edukacji za granicą, która byłaby włączona w systemy edukacji angielskiej lub niemieckiej. Obecnie ogranicza się ona głównie do szkół sobotnich oraz kursów korespondencyjnych. Przy liczbie dzieci, które wyemigrowały lub przychodzą obecnie na świat w rodzinach polskich i mieszanych, taki szczątkowy model może okazać się niewystarczający dla podtrzymania łączności z językiem i kulturą kraju rodziców. Doprowadzi to niechybnie do utraty tysięcy obywateli, którzy mogliby kiedyś wrócić do kraju, ale w żadnym razie nie zaryzykują powrotu z dzieckiem, które nie mówi po polsku. Chyba że na miejscu w Polsce znajdą szkołę międzynarodową.

Oczywiście, wszystko to wymaga nakładów. Ale to samo dotyczy całej polskiej edukacji i całej sfery publicznej. Można postawić pytanie o sens otwierania się na przybyszów, gdy sami sobie nie potrafimy zapewnić jako takiego państwa, w miarę przyzwoitych usług publicznych i czegoś choćby przypominającego dobrobyt. Rzecz w tym, że wszystkich tych rzeczy nie zabierają nam imigranci. Można nawet przypuszczać, że dobrze przyjęci przez nasze państwo zapłacą u nas podatki chętniej, niż robi to dziś wielu rdzennych Polaków i (niesłusznie) szanowanych inwestorów zagranicznych. Jeśli zostaną oni odpowiednio poinstruowani w dziedzinie obowiązków patriotycznych i podatkowych, będzie nas stać na ambitne projekty edukacyjne dla wszystkich, którzy urodzili się obywatelami Rzeczpospolitej lub zechcą nimi zostać. Możemy przyjąć, że otwierając drzwi szkoły dla przybyszów, spłacimy długi z czasów polskiego wychodźstwa. Można też mieć nadzieję, że uruchomimy na bazie edukacji otwartej na cudzoziemców twór przypominający Polskie Inwestycje Rozwojowe, ale znacznie lepszej jakości.

Biznes szyty grubymi nićmi

Biznes szyty grubymi nićmi

Z dr Anną Paluszek, autorką raportu „Uszyte w Polsce. Raport na temat płacy i warunków pracy w przemyśle odzieżowym w Polsce”, działaczką Clean Clothes Campaign i Fundacji Kupuj Odpowiedzialnie, rozmawiamy o sytuacji polskich szwaczek i mało optymistycznych realiach rodzimego kapitalizmu.

***

Dlaczego powstał wasz raport na temat płacy i warunków pracy w przemyśle odzieżowym w Polsce? Przecież nie jesteśmy w Bangladeszu, lecz w kraju pierwszego świata, i to w dodatku należącym do Unii Europejskiej…

Anna Paluszek: Od lat, jako Fundacja Kupuj Odpowiedzialnie działająca w ramach kampanii Clean Clothes Campaign, zajmowałyśmy się warunkami pracy i płacy w globalnym przemyśle odzieżowym. Nasze pole zainteresowań obejmowało fabryki w Azji, w krajach takich jak Bangladesz i Kambodża. Ale miałyśmy też świadomość, że przemysł odzieżowy ma podobną strategię działania – poszukiwania niskich kosztów produkcji, a więc niskich płac – niezależnie od miejsca, gdzie funkcjonuje. Rok temu powstał raport „Stitched up”, dotyczący płac w Europie. Opisywał on głównie kraje Europy Południowej, Bułgarię, Rumunię, Słowację, Ukrainę, Chorwację, Bośnię i Hercegowinę, Macedonię, Gruzję oraz Turcję. Okazało się, że wiele dużych firm europejskich wciąż zamawia odzież w Europie, szczególnie firmy z tzw. wyższej półki, czyli Hugo Boss, Gucci czy Prada, powstał więc także raport dotyczący Włoch. W ramach kampanii „Godna płaca dla wszystkich” uznałyśmy, że Polska byłaby również ciekawym przypadkiem, bo mamy tu wielu zamawiających.

Drugim powodem były zeszłoroczne strajki, które wybuchły w jednym z zakładów w Myślenicach – w zakładzie Trend Fashion. Wspierałyśmy je poprzez pikietę solidarnościową, a także nawoływałyśmy w mediach społecznościowych do solidarności z pracownicami, które walczyły o wyższe płace, a pracodawca nie był oczywiście chętny, by odpowiedzieć na tę potrzebę. Odzew na kryzys w Myślenicach ze strony związków zawodowych i opinii publicznej był niewielki. Wiedziałyśmy o tym problemie, ale właśnie wtedy ujawnił się szczególnie mocno. Uznałyśmy, że powinnyśmy zbadać warunki pracy także w Polsce, bo często pojawia się stwierdzenie, że „Made in Poland” oznacza „bardzo dobrze i bardzo odpowiedzialnie”. Oczywiście, znamy takie przykłady, ale wiemy, że w pewnych określonych warunkach także w Polsce można produkować z nieposzanowaniem jakichkolwiek praw pracowniczych albo nie wynagradzać godnie pracownic.

W Polsce pod względem prawnym, legislacyjnym standardy są wyższe niż w krajach trzeciego świata. A jednak gdzieś pojawia się problem?

A.P.: Gdybyśmy porównywali poziom rozwoju gospodarczego czy społecznego Polski z np. Bangladeszem, to na pewno Polska wypadnie całkiem nieźle. Według wskaźnika HDI, czyli wskaźnika rozwoju społeczno-gospodarczego, jesteśmy 35. krajem na liście, podczas gdy Bangladesz jest w okolicach 140. miejsca. Jeśli więc porównamy Polskę z takimi krajami bezpośrednio, to wypada dobrze – ale gdy życie polskich szwaczek czy przestrzeganie prawa w przemyśle odzieżowym porównamy z innymi krajami europejskimi, rozwiniętymi gospodarczo, to zauważymy wiele problemów. Być może te problemy dotyczą także innych sektorów, jednak w tym właśnie przemyśle, również dlatego, że to sektor w Polsce tak niewielki, problemy kobiet, bo to są głównie kobiety, są trywializowane, zarówno przez pracodawców, jak i przez media.

Regulacje w Polsce są dość dobre, ale słyszymy także ze strony Inspekcji Pracy, że PIP po ostatnich zmianach i nowelizacjach ustawy o kontrolach w zakładach pracy tak naprawdę ma niewielki wpływ na realną poprawę warunków i przestrzeganie prawa. Nawet jeżeli uznamy, że regulacje i normy mamy w miarę dobre, to kontrole nie do końca spełniają swoją funkcję. Nadal silniejsza od pozycji związków zawodowych jest w przemyśle odzieżowym pozycja organizacji pracodawców. Związki potrafią zawalczyć o pewne strategiczne sektory, takie jak węglowy, pielęgniarki także mówią silnym głosem i są widoczne, natomiast pracownice przemysłu odzieżowego czują, że nie mają do kogo się zwrócić albo są zbyt słabe. Narracja pracodawców głosi, że trzeba obniżać koszty, że zamówienia uciekają z Polski, więc trzeba zacisnąć pasa i starać się, żeby do nas wróciły. My mówimy: dobrze, niech wracają do Polski, ale na warunkach, które sprawią, że godność pracowników będzie poszanowana.

Jak liczna grupa pracownic/pracowników zatrudniona jest w przemyśle odzieżowym w naszym kraju?

A.P.: Dane GUS-u za ostatni rok mówią o 78 tysiącach osób pracujących w przedsiębiorstwach odzieżowych zatrudniających powyżej 9 pracowników. Natomiast jeżeli mówimy o zakładach poniżej 9 pracowników, to musimy doliczyć jeszcze ok. 100 tysięcy. Ten sektor charakteryzuje się dużym rozdrobnieniem. Zakładów zatrudniających powyżej 9 osób jest około 2700, ale istnieje też bardzo wiele malutkich firm. My skupiłyśmy się na tych większych, bo zależało nam na zwróceniu uwagi na zakłady, które nie przestrzegają zasad, a zatrudniają wielu pracowników, np. powyżej 50 czy 100 osób, i wykonują zlecenia dla dużych firm odnotowujących ogromne zyski.

Naszym czołowym przykładem był Hugo Boss – firma, która nadal wiele produkuje w Europie, także w Polsce. Zauważyłyśmy panujące tam niezbyt dobre warunki, pracownice nie były zadowolone z tego, ile zarabiały – zgodnie z prawem wypłacana im była płaca minimalna na umowę o pracę, ale kilka odkrytych przez nas elementów to podważa. Sugerowały, że pracowały także w nadgodzinach, które nie wliczały się do podstawowego czasu pracy, mówiły też o nadgodzinach z zeszłego roku, które nie zostały do tej pory opłacone. Od pracodawcy usłyszały, że gdy zakład osiągnie odpowiedni zysk – wtedy zostaną im zwrócone pieniądze. Związek zawodowy został tak zastraszony, że właściwie przestał działać i pracownice próbowały się same zorganizować. Główna działaczka odeszła z pracy, była przez moment efektywna, a potem zrezygnowała. Tak naprawdę nie wiemy, co się stało, było sporo niedopowiedzeń i pracownice same nie wiedziały, dlaczego odeszła, ale wiązało się to jasno z momentem, gdy związek zawodowy przestał działać i naciskać na pracodawcę. Pracownice same podjęły próbę zorganizowania się, zrzuciły się na prawnika, by wystosował do pracodawcy odpowiedni list z żądaniami zwrotu pieniędzy za zeszłoroczne nadgodziny. List ten został przez pracodawcę zupełnie zignorowany. Podsumował go słowami – tu cytuję to, co usłyszałam od pracownicy: „Jeżeli wam się nie podoba, to nikt nikogo nie zatrzymuje. Ja działam zgodnie z prawem”.

Rozumiem, że te zakłady pracy w większości pracują dla wielkich marek?

A.P.: Czasami zakłady w sposób ciągły dostają zlecenia od jednej marki, bywają to też tzw. przeszycia uszlachetniające, czyli poprawki wykonywane dla dużych firm, które spore partie produktu zamówiły np. w Azji, ale coś nie gra i wtedy poprawiane są w Polsce. Są też tzw. próbne, niewielkie serie, bo możliwości przerobu w naszych warunkach są nieduże. Zostało niewiele zakładów, które mają większe możliwości przerobowe i zatrudniają własnych pracowników i projektantów. Mamy więc zakłady produkujące dla dużych marek europejskich i one wysyłają im wszystko, tak naprawdę w zakładzie odbywa się tylko szycie – to dość dochodowa część sektora. Istnieją też zakłady dostające zlecenia od mniejszych firm polskich albo zagranicznych, takich, którym zależy na lepszym standardzie i warunkach – należących do inicjatywy wielostronnej jak Fair Wear Foundation. Jej członkami są firmy, które umożliwiają w swoich zakładach prowadzenie niezależnych audytów skupionych na kwestii godnej płacy czy warunków pracy, i faktycznie są tam one lepsze. Niektórzy polscy projektanci zwracają uwagę na etyczne aspekty produkcji i starają się szyć w Polsce, by doglądać, jak się to odbywa. Od niektórych z nich słyszymy, że zwracają uwagę na kwestie płacowe, ale w raporcie nie skupiałyśmy się na tego typu inicjatywach.

Wybrałyśmy cztery zakłady, które produkują dla znanych marek – polskiej Vistuli, Hugo Bossa i Levisa. Zwracano nam uwagę, byśmy nie ujednolicały, nie generalizowały, bo nie wszędzie jest tak, jak w dużych zakładach, a małe przedsiębiorstwa potrafią zachować dobre warunki pracy i płacić godnie. Jednak niska płaca jest kluczowym kryterium wyboru zakładu. Dlatego część kontrahentów uciekła z Polski, a jeśli wracają, to nie dlatego, że tu są lepsze warunki pracy, lecz ze względu na szybką dostawę, terminowość, jakość produkcji, przy czym jakość nie zawsze wiąże się z przestrzeganiem praw pracowniczych.

Czy płaca w polskim przemyśle odzieżowym wystarcza na godne życie?

A.P.: Przyjęłyśmy w naszym raporcie definicję godnej płacy, która jest zgodna z wytycznymi Międzynarodowej Organizacji Pracy i wytycznymi ONZ dotyczącymi praw człowieka i biznesu. Ma ona wystarczać na wyżywienie, edukację dzieci, mieszkanie, wypoczynek, a także powinna dawać możliwość odłożenia z niej 10 proc. w ramach oszczędności. Kalkulujemy ją w taki sposób, że powinna wystarczać na utrzymanie czteroosobowego gospodarstwa domowego, złożonego z dwóch jednostek dorosłych i dwójki podległych. Nie zawsze muszą to być dzieci – mogą to być osoby starsze, rodzice czy ktokolwiek zależny. W naszych minimalnych szacunkach bardziej zbliżamy się do tego, jak kalkuluje minimum socjalne Instytut Pracy i Polityki Społecznej, i do jego szacunków za 2014 r. – czyli dochód, który takie gospodarstwo musiałoby osiągnąć, to 3600 zł. Clean Clothes i my mówimy, że tyle powinna wynosić płaca minimalna. Obowiązujące w tym momencie minimalne wynagrodzenie, 1750 zł brutto, czyli około 1300 zł na rękę, nawet jeśli pomnożone przez dwie dorosłe osoby pracujące w gospodarstwie domowym, nadal nie daje tego minimum socjalnego. To ogromny problem.

Nasze standardy niektórzy uznali za zawyżone: „Jak to, jedna osoba ma zarabiać tyle, co całe gospodarstwo domowe? W sytuacji równouprawnienia powinny pracować dwie osoby”. Ale zwracamy uwagę na jeszcze jeden aspekt – istnieje praca niepłatna w domu, którą ktoś musi wykonywać. Jeśli dwie osoby dorosłe idą do pracy poza domem, to albo któraś z nich potem wykonuje niepłatną pracę w domu, a w przypadku Polski są to zazwyczaj kobiety, albo musimy kogoś do prac domowych zatrudnić, a wtedy potrzebna staje się trzecia pensja. Nie chodzi nam o to, że jedna osoba ma pracować, a druga siedzieć w domu, niech pracują obie, ale niech je będzie stać choćby na wysłanie dzieci do przedszkola, jeśli je mają, albo na to, żeby nie musiały wykonywać pracy niepłatnej w domu. Oczywiście to wszystko jest uśrednione i może wyglądać różnie w zależności od przypadku, ale jeśli spojrzymy na kwestię pracy nieodpłatnej, to ważne jest, aby wzrosła płaca minimalna, która w Polsce jak na kraj Unii Europejskiej jest nadal bardzo niska. Ostatnio mieliśmy kilka „skoków” i teraz organizacje pracodawców mówią, że jeśli podniesiemy pensje znowu, to padnie gospodarka, będzie wzrost bezrobocia itd. Bardzo mi się podobała narracja Rafała Hirscha, który stwierdził, że nie możemy traktować pracodawcy jak kogoś, kto zatrudnia ludzi, żeby im „dać pracę”. On zatrudnia ludzi, patrząc na to, ilu ich potrzebuje w kontekście swoich planów biznesowych. Mówienie, że z powodu wzrostu płacy o 200 czy 300 zł on nagle pracowników zwolni, bo go nie stać, jest pozbawione sensu, bo on dostosuje do tego swoje plany biznesowe. Oczywiście organizacje pracodawców nigdy tego nie przyznają.

Wśród związków zawodowych pojawiają się głosy, że jesteśmy jednym z najniżej opłacanych społeczeństw, jeśli chodzi o ilość pracy, jaką wykonujemy. Ten trend powinien się zmienić. W Polsce ogólnie płaci się bardzo mało. Polityka Unii mówi, że trzeba walczyć z ubóstwem – jednym ze sposobów mogłoby być płacenie ludziom tyle, żeby wreszcie mogli godnie żyć, bo na razie nakręca się błędne koło – zarabiają mało, mogą mało zapłacić, więc jako konsumenci nie wspierają innych pracowników, którzy walczą o godne wynagrodzenie, i koło się zamyka. Często mówi się: „W Polsce dostajemy i tak zbyt mało, więc nie możemy płacić więcej innym pracownikom”. Łamie to zupełnie jakąkolwiek solidarność w walce o podniesienie standardów życia.

Podczas lektury raportu miałem wrażenie, że ten biznes nie opiera się na innowacyjności, lecz na pożyczonym sprzęcie i projektach, a jego jedynym atutem jest to, że oferuje dość tanią i dość dobrze wykwalifikowaną siłę roboczą. Opiera się na zasobie ludzkim, który jest słabo opłacany.

A.P.: Przemysł odzieżowy zawsze opiera się na ludziach – jakichkolwiek nie wymyślono by maszyn, musi tam być dość spory element zatrudnienia, dlatego też tak często produkcja przesuwana jest do krajów, gdzie jest „tania siła robocza” – bardzo nie lubię tego stwierdzenia, tak naprawdę chodzi o nisko opłacanych ludzi. Pewne analizy mówią, że polski przemysł powoli się zmienia. Są zakłady, które stawiają na innowacje, zaczynają mieć certyfikaty, standardy ISO, adresują swoje usługi do wymagających przedsiębiorców i firm europejskich. Ale przeglądałam portale business-to-business, gdzie firmy się reklamują na przykład tym, że szyje u nich Prada czy Burberry. Sprawdziłam jedną z nich i okazało się, że Burberry nie szyje tam już od kilku lat. Trzeba też podkreślić, że jeśli firma nie daje jasnej deklaracji, że sporo płaci pracownikom w całym łańcuchu dostaw, to wcale nie możemy mieć pewności, że są oni dobrze opłacani – wysoka cena produktu nie przekłada się na płace pracowników.

Z drugiej strony, wzrost płac pracowników nie musi się wcale przekładać na wzrost ceny końcowej – to kwestia zrównoważenia i podziału zysków pomiędzy różne koszty. To, że obszar płac jest niedofinansowany, to wina narracji pt. „Musi być niski koszt, bo byśmy zbankrutowali”. Słyszę od organizacji pracodawców, że nie stać ich na płace pracowników, nie stać ich nawet na maszyny – to na co ich stać? Ani na innowacje, ani na maszyny, ani na godne wynagrodzenia.

Wspominała Pani, że kobiety z warstw niższych nie mogą sobie pozwolić na to, by zatrudnić kogoś do opieki lub wysłać dziecko do płatnego przedszkola.

P: Można się zastanawiać – skoro płace są tak niskie, to jak one sobie z tym radzą? Istnieją strategie przetrwania w świecie niskich płac. Kiedy tego słuchałam i obserwowałam, widziałam, że to staje się wręcz pewną filozofią życia, która polega na tym, że od siebie wymaga się więcej niż od kogo innego. Kobiety te mówiły na przykład, że „Chciałam dostać urlop w lecie, żeby zrobić więcej przetworów na zimę”, a więc nie w kategoriach wypoczynku. Wolny czas w zasadzie nie istnieje, bo jest poświęcony pracy niepłatnej w domu – opiece nad dzieckiem, dbaniu o gospodarstwo domowe, uprawianiu własnego ogródka czy np. dorabianiu szyciem po pracy, która przecież też jest szyciem. Inna strategia to oszczędzanie na wszystkim – ale głównie w stosunku do siebie samej. Kalkulowałyśmy razem, ile one potrzebowałyby, żeby godnie żyć, więc zapytałam o wydatki na ubrania, żywność itd. dla całego gospodarstwa domowego. Bardzo trudno im było przeskoczyć w kategorię „ile by potrzebowały”, musiały dodawać po kilkaset złotych do każdej kategorii, żeby były w miarę usatysfakcjonowane – ale było to bardzo trudne, bo nawet gdy dałam im przestrzeń na dowolne kwoty, nie chciały myśleć o potrzebach. Było to dla nich albo frustrujące, albo uważały takie działanie za bezsensowne, bo zmiana warunków i tak się nie może wydarzyć. W przypadku ubrań i wypoczynku padało tylko „dla dzieci” – dbały, by kupić wymagane przez szkołę przybory albo żeby dzieci jeździły na klasowe wycieczki i nie czuły się odrzucone, więc jeśli miały jakieś oszczędności, to były one inwestowane właśnie w takie rzeczy, nie we własne ubrania czy wygodę człowieka, który pracuje długie godziny i wykonuje ciężkie zajęcia.

Widać, że to nie są płace wystarczające. Szybkie oszacowanie potrzebnych kosztów wykazało, że kobiety potrzebowałyby ok. 3,5-4 tysięcy na swoje gospodarstwo domowe, liczące zazwyczaj 3 lub 4 osoby, a czasem więcej. Zgadzałoby się to więc także z dotyczącymi minimum socjalnego szacunkami IPiPS. Gdybyśmy za to policzyli, ile przypada na osobę w rodzinie z tych 1300 zł, które realnie dostają, ile osób się za to wyżywi, to okazuje się, że jest to kwota poniżej minimum egzystencji, które wynosi 550 zł na osobę oraz 1500-1800 zł na 3-4-osobową rodzinę.

Znalazłyśmy jeden zakład, produkujący dla Levisa, którego pracownice były z płacy zadowolone. Zależało to też oczywiście od układu osobistego, czyli od tego, czy w gospodarstwie pracuje także inna osoba. Zarabiały np. 2500 zł na rękę, w przemyśle odzieżowym to są bardzo dobre płace, i były z nich zadowolone – a jeśli kwoty tej samej wysokości zarabiał mąż, to po dodaniu tych sum wyjdą nam właśnie te 4 tysiące netto.

A czy badałyście, ile zarabiają partnerzy życiowi/mężowie tych kobiet?

A.P.: Tylko w przypadku tych osób, które mówiły, że są zadowolone ze swoich płac, a te były niskie – wtedy dopytywałyśmy, jak wyglądają zarobki partnera. Pytałyśmy, ile mają na całe gospodarstwo, i zazwyczaj okazywało się, że te, które mówiły „Nie chcę więcej”, miały mężów, którzy zarabiali 1500-2000 zł. Czyli jako cała rodzina potrzebowali 3500 lub 4000 zł, bo „za 2000 nikt by się przecież nie utrzymał”. To średnia płaca w Polsce, i naszym natychmiastowym postulatem, który jeszcze nie został spełniony, jest ustanowienie pensji minimalnej na poziomie 60 proc. średniego wynagrodzenia – byłoby to ok. 2000 zł. O to wnioskowały związki zawodowe. W przyszłym roku płaca minimalna wzrośnie do 1850 zł, czyli o 100 zł. To jeszcze nie jest 60 proc., ale już blisko.

Czy płaca minimalna w zakładach odzieżowych była jakoś „omijana”?

A.P.: W fabryce szyjącej dla Hugo Bossa powiedziano nam – tak, mamy umowę o pracę na kwotę płacy minimalnej, tylko że to nie było 8 godzin dziennie, lecz np. 9 godzin – regularnie, każdego dnia jedna godzina była „gratis”. Według standardów Clean Clothes to nie jest już w takim razie płaca minimalna. Oczywiście bardzo trudno byłoby to udowodnić w sądzie, i nie taki był cel naszego badania – było nim zasygnalizowanie, że istnieje problem. W Polsce mamy ten komfort, że są instytucje, które powinny o te standardy zadbać i mamy do tego narzędzia – sygnalizujemy im, czym powinny się zająć. Inaczej jest np. w Bangladeszu, gdzie takie narzędzia są bardzo słabe, a organizacje pracownicze – szykanowane. Wtedy my wkraczamy jako organizacja strażnicza i solidarnościowa, która robi szum w mediach, bo bez tego szumu się nie uda. W Polsce szum się przyda, ale akcenty inaczej się rozkładają.

Pozwolę sobie przedstawić cytat z waszego raportu: „Przemysł odzieżowy charakteryzuje się silnym rozdrobnieniem, niskimi wynagrodzeniami, trudnymi warunkami pracy, niestabilnością zatrudnienia oraz wyjątkowo słabym uzwiązkowieniem”. Czy mogłaby Pani szerzej przedstawić te systemowe blokady dla podwyżek płac i zapewnienia pracownicom i pracownikom lepszych warunków pracy?

A.P.: Część dotyczącą związków poszerzyłyśmy o kwestię dotyczącą tego, czy pracownice mają do kogo się zwrócić. Z badań wyszło, że nie mają. Pobieżna analiza wskazuje, że jest tylko jeden branżowy związek zawodowy przy OPZZ, w sektorze przemysłu lekkiego. Nie jest on duży i w żadnym z badanych przez nas zakładów nie miał organizacji zakładowej. W kilkunastu zakładach – dane te mamy od związkowców – istnieją organizacje zakładowe „Solidarności”. Jeszcze kilka lat temu „Solidarność” miała odrębny sekretariat branżowy dla tego sektora, ale później został on połączony z przemysłem chemicznym, a w tym momencie nie ma go już wcale.

Gdy zapytałam w rozmowie z przedstawicielem „Solidarności”, dlaczego się tak dzieje, odparł, że to głównie ze względu na słabość i zmniejszanie się przemysłu, ale też na brak zaufania do związku u pracowników – a związki przecież nie powstają odgórnie, to ma być oddolna inicjatywa. Nasze rozmówczynie wyrażały silną niewiarę w to, że związek może „coś zmienić”. W jednym z badanych zakładów w ogóle nie było związku zawodowego – był to niewielki zakład, zatrudniający około 40 osób. Pracownica powiedziała, że „sami dogadują się z pracodawcą”, co wyglądało tak, że wypłacana im była płaca minimalna, a kwoty za nadgodziny „pod stołem”. Dla nich to było rozwiązanie zadowalające, bo chcą mieć więcej pieniędzy, co jest zrozumiałe – ale szara strefa jest ogromna, szczególnie w woj. łódzkim. Organizacje pracodawców mówią, że to my zakłamujemy rzeczywistość, bo szukają szwaczek, a ich „nie ma”. W łódzkim bezrobocie wśród szwaczek jest rzeczywiście wysokie, a jednocześnie istnieje duże zapotrzebowanie na przedstawicielki tej profesji. Nie ma twardych danych i jasnych dowodów, bo wszyscy mówią o tym nieoficjalnie i nie chcą być cytowani, ale sugerujemy, że to przejaw istnienia szarej strefy. Bardzo wiele z tych zakładów zatrudnia bez umowy lub na umowę zlecenie. Gdy rozmawiałam z innymi badaczami, którzy zajmowali się tym tematem, dowiedziałam się, że to, co my wykazałyśmy, czyli istnienie wszędzie umowy o pracę, to wyjątkowa sytuacja. Dlatego pracownice zgodziły się z nami rozmawiać – te, które są zatrudniane na czarno, nie chciały, bo narażałyby także siebie. Zgodnie z naszą umową i zasadą poufności nie mam jednak już dostępu do tych pracownic i nie potrafię wskazać osoby, która powiedziała mi konkretną rzecz. Chodziło o to, by poczuły się bezpiecznie – bo tak naprawdę nie chciały o tym mówić.

Podam przykład z Łodzi: kobieta w średnim wieku, pracowała jeszcze w PRL-u jako szwaczka w dużym zakładzie, zakład upadł, i od tego czasu przez wszystkie te lata pracuje na czarno po znajomości dla jakiegoś człowieka, który prowadzi firmę szwalniczą. I nie widzi wyjścia. Kiedy pojawia się wątek pracy na czarno, w szarej strefie, są to dane trudne do oszacowania. W narracji liberalnej jest to często lekceważone – nie macie twardych danych, nie macie nazwisk, to mogą być konfabulacje.

A.P.: Inna narracja, która sprawia, że te osoby nie są chętne do rozmów, to fakt, że obwinia się pracownice, a nie pracodawcę – mówi się, że to one popełniają przestępstwo. Trzeba popatrzeć na ten obraz szerzej – dlaczego to robią? Nie są to przecież osoby, które chciałyby narażać się na nieprzyjemności. Po prostu nie mają wyjścia. Tam, gdzie pracownice trochę postawiły się pracodawcy, często odeszły z kwitkiem – pokazuje to choćby przykład Myślenic. Lubię patrzeć na to jako na przejaw bardzo dużej odwagi, determinacji i poczucia, że „kobiety mogą”. Gdy kilka miesięcy po zwolnieniu z pracy spotkałam się z nimi, mówiły, że się cieszą i że wygrały. Ale w kontekście całego zakładu, w którym większość kobiet pracuje nadal na starych warunkach, jest to porażka systemowa. Wykrzesały z siebie siłę, by się postawić, zrobiły trochę szumu, upomniały się o swoje prawa, dostały wsparcie z naszej strony, a także ze strony społeczeństwa, odbyły się akcje solidarnościowe – ale to jednak wciąż było za mało, bo gdzieś w tej narracji pracownicy wciąż spadają coraz niżej i są uznawani za tych, którzy żądają zbyt wiele. Równa się ich ciągle do jednego poziomu: „Ciesz się, że masz pracę”. A ci, którzy tych marnych warunków nie chcą przyjąć, nie chcą pracować za pensję minimalną i decydują się na szarą strefę, też się przecież narażają – i swoje bezpieczeństwo emerytalne. Nie mają innego wyjścia, bo legalna oferta nie pozwalałaby im na przeżycie. Płaca minimalna powinna być kusząca przede wszystkim dla pracownika, tak, aby chciał za nią pracować i żeby mu się to opłacało. Mam wrażenie, że w mediach słyszymy ciągle narrację pracodawców, którzy mówią: „Nie możemy podnosić kosztów, bo za chwilę padniemy”.

Jakie są według waszych szacunków zyski tej branży?

A.P.: Branża od kilku lat się stabilizuje. Nie chcemy patrzeć tylko na zyski produkujących w Polsce, chodzi o szerszy obraz. Skoro Hugo Boss zarabia i co roku odnotowuje sukces, a branża odzieżowa była właściwie jedyną, która po kryzysie nie odnotowała wielkiego spadku, – wręcz przeciwnie, odnotowuje wzrost sprzedaży – to coś jest nie tak. Kiedy słyszę narzekania pracodawców, że „nie mogą”, „nie będą w stanie”, to myślę, że to jest chyba jednak ich problem, nie mój.

A może to oni powinni starać się wynegocjować lepsze warunki współpracy z większymi firmami, dla których szyją?

A.P.: To według nich jest niemożliwe. Jestem po rozmowie z przedstawicielem pracodawców, który mówił: „Musielibyśmy zbankrutować”. Stawiają mur, nie ma tu otwartej drogi do negocjacji. Nie jest tak, że mówią: dobrze, mówicie, że jest ciężko, my nie chcemy się do tego przyczyniać, porozmawiajmy o tym, co można zrobić lepiej, zmieńmy koszty pracodawcy tak, by nie cierpiał na tym pracownik. Państwo powinno o to zadbać i włączyć się w tę bardzo nierówną walkę. Słyszymy ciągle tylko głos pracodawców – że koszty produkcji są zbyt wysokie, by ściągnąć do nas dużych zamawiających. Ale to także rola Polski, która jest w gremiach międzynarodowych, gdzie ustala się pewne standardy, ma wpływ na regulacje unijne. Nawołujemy, by nie pozwalać firmom odzieżowym obniżać tych standardów w imię ich zysków. Zakłady produkcyjne, u których zamawiają wielcy gracze, także mogą być poszkodowane w tej całej grze, to kolejny jej poziom. Najwięksi gracze, tacy jak np. H&M i Zara, nie zamawiają już w Polsce, jesteśmy dla nich za drodzy. Zaczęli zlecać szycie w Etiopii czy Tunezji, gdzie instytucje kontrolne są jeszcze słabsze. Pierwszym krokiem powinno być odrzucenie narracji mówiącej, że firmy mają do tego prawo. Mają prawo do zysku, to zawsze będzie ich cel, nie ukrywajmy tego – ale to wszystko powinno mieć jakieś ramy i spełniać standardy. Jeśli państwa nie są w stanie ustalić tych standardów, jeśli organizacje międzynarodowe nie są w stanie pilnować ich przestrzegania, to naprawdę jest bardzo kiepska sytuacja.

Czasami mam wrażenie, że polscy producenci starają się grać tak, jakby byli osobnym rynkiem: „musimy zadbać o nasz rynek, by dać ludziom pracę”. Ale jeśli nie zaczną nas słuchać i brać pod uwagę tego, że gdzie indziej się obniża i dzieje źle, to czegokolwiek nie zrobią, to i tak ten rynek odpłynie. Gdyby ustalili standardy, to może rynek uspokoiłby się w wiecznej pogoni za „niżej, niżej, niżej”.

W raporcie, opartym także na badaniach ankietowych, stwierdzacie: „spotkaliśmy się z ogromną niechęcią i/lub strachem przed wypowiadaniem się, pomimo zapewnienia anonimowości i poufności rozmów”. Jakie są przyczyny takiego stanu rzeczy?

A.P.: Te osoby to niewielka grupa. Brałyśmy pod uwagę przedsiębiorstwa powyżej 9 osób, ale to nadal tylko 78 tysięcy ludzi w 38-milionowym kraju. Kiedy zdefiniowałyśmy cechy firm, które mogą produkować dla większych wytwórców, to wyszło nam kilkanaście zakładów, którym chciałyśmy się przyjrzeć. Mamy jedno założenie metodologiczne – nie kontaktujemy się z pracownicami poprzez kierownictwo. Mówię o tych zakładach dość oględnie, bo nie chcemy wskazywać, które to firmy – to element umowy pomiędzy nami a pracownicami. Jedynie w przypadku Trend Fashion wskazujemy dokładnie firmę, bo sprawa była głośna, pracownice się na to zgodziły i chciały o tym mówić oficjalnie, bo już nie są zagrożone utratą pracy i szykanami. Natomiast te, które jeszcze pracowały, nie chciały podawać swojego imienia i nazwiska, i ja tych imion i nazwisk nie znam. Wiemy z naszych doświadczeń w innych krajach, że pojawia się poczucie zagrożenia – może nie takiego, jak np. w Kambodży, gdzie zagrożone jest życie, ale poczucie, że „wolę się nie narażać, bo ta praca jest dla mnie naprawdę cenna”. Bardzo często jest tak, że to jedyna dostępna praca w regionie. Część osób nie chciała narażać koleżanek, część miała nastawienie „i tak nic się nie zmieni, zostawmy to”. Ale wiele kobiet mówiło: „Może sobie tym nie pomogę, ale warto o tym mówić” i chciało zmienić tę sytuację, widziały jakieś możliwości, więc rozmowa ze mną była szansą na spróbowanie. To nie są osoby z natury bierne, ale postawione w sytuacji, kiedy zamknięta jest większość ścieżek.

Tłem dla naszej rozmowy jest problem bezrobocia w regionach. Tym osobom trudno będzie znaleźć pracę, jeśli zdecydują się na odejście z dotychczasowej.

A.P.: Obecnie część Polski wschodniej, np. województwo warmińsko-mazurskie, promuje się tanią siłą roboczą i tym, że może zostać nową kolebką przemysłu odzieżowego. Takie hasła mnie przerażają, ponieważ łączenie tego przemysłu z tanią siłą roboczą jest przyczyną sytuacji, w jakiej obecnie się znaleźliśmy. Drugą przyczyną niechęci do utraty pracy jest profil tych pracownic – to zazwyczaj kobiety z małych miejscowości, w wieku średnim, które, jeśli zrezygnują teraz z pracy, tuż przed emeryturą (a mają umowy o pracę), będą działały na własną szkodę. Nie zostaną w swoim regionie zatrudnione na lepszych warunkach. Jedna z pracownic powiedziała: „Ja ciągle szukam. Jak tylko znajdę, to zniknę, bo już mam dosyć”. Ale bardzo trudno kobiecie w średnim wieku, mającej dwudziestoletnie doświadczenie w zakładzie odzieżowym, jedynym w tym regionie, znaleźć inną pracę niż dorabianie szyciem. Przekwalifikowanie się wymaga siły.

Z tego, co wiem, większość kobiet, które zrezygnowały z pracy w Trend Fashion, nadal nie znalazła zatrudnienia, a minęło pół roku. Część z nich zdecydowała się na świadczenie przedemerytalne, część miała możliwość założenia swojego małego zakładu szwalniczego, albo rodzinę, która mówiła: „Dosyć tego, odejdź, jakoś damy radę”. Mówiły, że doszły do momentu, w którym powrót pogwałciłby ich godność, było mocno zaangażowane w walkę, więc powrót oznaczałby porażkę. Z pomocą najbliższych i przy własnej kreatywności odnajdują inne wyjścia, ale nie można powiedzieć, że w każdym przypadku się tak dzieje. Nie namawiam, żeby każdy teraz wstał i powiedział: „Już nie pracuję”, bo to bardzo trudne sytuacje.

Pamiętam, że w relacjach medialnych kobiety z Myślenic mówiły, że gdy zwolniły się i zaczęły szukać innej pracy, zorientowały się, jak niskie są stawki i jak marne warunki pracy w regionie.

A.P.: Tak, to właśnie sytuacja, gdy zakład, w którym się pracowało, jest w okolicy największy, albo przekwalifikowanie nie jest możliwe. Łódź obrosła w wiele małych zakładów, które zatrudniają panie bez zabezpieczeń socjalnych. Liczą na rodzinę lub na to, że „jakoś sobie poradzą”. Osoba, która godzi się na niską płacę i brak poszanowania swoich praw, tak naprawdę nie czuje, że ktoś wesprze ją w walce o tę godność.

Czy spotkałyście się z reakcją na wasz raport choćby ze strony instytucji publicznych czy związków zawodowych? A jeśli tak, w czym się wyrażała i czy wykraczała poza strefę werbalnego zainteresowania?

A.P.: Raport spotkał się ze szczególnym zainteresowaniem mediów, szczególnie że Bangladesz w ostatnich latach stał się jako temat bardziej rozpoznawalny wskutek tragedii w fabryce Rana Plaza – media łatwo podchwyciły, że „Polska to nowy Bangladesz”. Mocno z tym walczyłam, bo to bardzo duże uproszczenie – w Polsce też może być kiepsko, ale nie na zasadzie prostych porównań, że jest tu jak w Bangladeszu czy w Kambodży. To są zupełnie inne światy. Mam nadzieję, że ci, którzy wgryźli się w raport, zauważyli, że nie chodzi o to, żeby upraszczać i demonizować, ale aby pokazać problem, który istnieje globalnie w całym przemyśle odzieżowym.

Natomiast ze strony związków zawodowych nie było większego zainteresowania. Wydaje mi się, że dla dużych związków przemysł odzieżowy jest niewielkim sektorem. Ruch musi być oddolny, a więc siła powinna przyjść od pracownic, które jednak są bardzo osłabione. Trudno od nich oczekiwać, żeby się zaczęły organizować, a jednocześnie nie uważam, że to jest wytłumaczenie dla związków zawodowych – w przemyśle istnieje jasny problem, który wszyscy widzą, ale nie wiedzą, co mieliby zrobić. Na pewno największym wsparciem jest podniesienie płacy minimalnej, o które związki walczą. Ale bezpośredniej debaty z nimi na temat raportu nie odbyłyśmy.

Miałyśmy okazję rozmawiać z dużymi firmami polskimi, które produkują w Azji, m.in. w Bangladeszu, i jedna z nich, dość kluczowa dla polskiego przemysłu odzieżowego, zaczęła dostrzegać, że musi coś zrobić w zakresie odpowiedzialnej produkcji. Przyjęłyśmy to z pewną radością, ale i oczekiwaniem – dobrze, mamy plan, jak to będzie kontrolowane, deklarację, że będą płacić godziwe wynagrodzenia, i czekamy, aż obietnice zostaną spełnione. Będziemy się temu przyglądać.

Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 7.10.2015 r.

Rozmawiał Krzysztof Wołodźko, współpraca Magda Komuda.

Cały raport omawiany w wywiadzie można pobrać tutaj.

Towar jak każdy inny i paranoja

Towar jak każdy inny i paranoja

Gdy Martin Shkreli, nowy szef firmy Turing Pharmaceuticals, podjął decyzję o podniesieniu ceny leku Daraprim stosowanego w leczeniu toksoplazmozy m.in. u chorych na AIDS, przez światowe media i internetowe społeczności przetoczyła się potężna burza. Cena wzrosła z 13,5 do 750 dolarów za dawkę. Pan Shkreli, wcześniej zarządzający funduszami hedgingowymi, młodzieniec, jak widać, nie tylko zdolny, ale i prostolinijny, powiedział dziennikarce telewizji Bloomberg, że firma musi zacząć zarabiać na tym leku. Przyznał, że koszt produkcji dawki wynosi ok. 1 dolara. Dodał też co prawda, że producent ponosi koszty dystrybucji, marketingu, badań, ale ponieważ specyfik jest w obiegu już od 60 lat, trudno sądzić, żeby rzeczywiście ponosił jakieś zauważalne wydatki na jego opracowanie. Prawa patentowe obowiązują w USA tylko przez 20 lat, ale wielkie koncerny farmaceutyczne co jakiś czas minimalnie i nieistotnie dla działania specyfików zmieniają ich formułę, aby przedłużyć ochronę patentową o kolejny okres.

Burza wybuchła, jednak pojawiły się także komentarze, że to właściwie problem z zakresu public relations. Gdyby firma pana Shkreliego długo przed ogłoszeniem decyzji o podwyżce cen leku rozpoczęła profesjonalnie przygotowaną kampanię „informacyjną” (he he), z której opinia publiczna dowiedziałaby się o niedostatkach dotychczasowej formuły, o pilnej konieczności wdrożenia niezwykle skomplikowanych i kosztownych badań nad jej udoskonaleniem, gdyby rzutki prezes dużo, dużo wcześniej, a nie dopiero gdy wybuchła awantura, zaczął opowiadać o tym, że firma chciałaby doprowadzić lek do stuprocentowej skuteczności, sprawy mogłoby nie być. Gdyby ładnie – jak to się przecież powszechnie praktykuje w biznesie – ubrać chciwość w kostium troski, firma zarobiłaby krocie, jej prezes zgarnął iście hedgingową premię, a że dla tysięcy ludzi zachorowanie na AIDS i toksoplazmozę oznaczałoby ruinę? C’est la vie!

Po przetoczeniu się gigantycznej, wszechświatowej fali oburzenia (pan Shkreli został nawet okrzyknięty „najbardziej znienawidzonym człowiekiem w Ameryce”) firma ogłosiła, że podwyżka ceny leku nie będzie tak drastyczna, ot, taka tylko, żeby produkt przynosił niewielki zysk. Oczywiście w to, że zysk będzie niewielki, tudzież że dzisiejsze 13,5 dolara za tabletkę zysku nie przynosi, musimy uwierzyć na słowo, bo działające na wolnym rynku firmy nie mają ani obowiązku, ani zwyczaju publikować dokładnych wyliczeń.

Czy panu Shkreliemu należała się taka nienawiść? Przecież próbował po prostu robić swoje. I on sam, i inni akcjonariusze firmy wyobrażali sobie jego misję jako dostarczyciela zysków i wysokich cen akcji, a nie jako kogoś współczującego i do głębi przejętego losem chorych. Mogą przecież sami być bardzo współczujący i większość z nich z pewnością co jakiś czas wpłaca stosowną kwotę na numery kont umieszczone na plakatach ze zdjęciami zapłakanych dziewczynek. Ale przecież żeby na te wpłaty zarobić, potrzebują porządnych dywidend i wzrostu kursów, i po to przecież inwestują w prawa do leków, żeby na tym zyskać. To przecież istota inwestowania: kupić tanio, sprzedać drogo. Czy ktoś z państwa chciałby inwestować inaczej? Shkreli oczywiście zaniedbał te paskudne, ale konieczne w biznesie rytuały mizdrzenia się do opinii publicznej. Dobrze jednak przyswoił nauczane dziś na studiach menedżerskich Ameryki i reszty świata złote zasady: „Celem wszelkiej działalności gospodarczej jest zysk” czy „Lekarstwo to towar jak każdy inny”.

Ja złotemu hedgingowemu dzieciakowi, który zaniedbał lekcje PR-u, chciałbym podziękować za to, że przez swoją bezczelną szczerość pozwolił publiczności dostrzec pewien problem. Obawiam się bowiem, że w przemyśle farmaceutycznym przeważają jednak prezesi, którzy strategiczne decyzje, a zwłaszcza wypowiedzi dla prasy, konsultują z odpowiednimi specjalistami. I nie dałbym sobie uciąć ręki za to, że z podobnymi – tylko świetnie przygotowanymi PR-owo – operacjami na patentach i cenach leków, które chorzy grzecznie przełykają (leki i operacje), nie mamy do czynienia na co dzień.

Nie jestem specjalistą od marketingu, ale myślę, że chorzy – zwłaszcza na choroby śmiertelne, przynoszące ogromne cierpienie, utratę komfortu życia – są idealnymi klientami. Są fantastycznie zmotywowani i gotowi wydać ostatni grosz, aby przedłużyć swoją egzystencję czy pozbyć się – rujnujących życie – bólu i niesprawności. Także ich kochający bliscy, kiedy trzeba będzie kupić lekarstwo, będą gotowi wiele poświęcić, żeby zdobyć pieniądze. Co prawda w wielu krajach – także w naszym – istnieją systemy refundacji cen leków, ale tutaj takim szczególnie zmotywowanym klientem staje się podatnik. Dlatego sądzę, że kalkulacja ich cen nie powinna być pozostawiona wyłącznie działającym w imię maksymalizacji zysku wytwórcom. Mamy wierzyć, że oni zawsze myślą o naszym dobru, a ogromne ceny wynikają wyłącznie z kosmicznych kosztów badań. Ale ja w to jakoś nie wierzę, a sprawa Daraprimu w tej niewierze mnie utwierdza.

A może idzie to jeszcze dalej? Naprawdę trudno mi uwierzyć, aby nastawione na zysk koncerny farmaceutyczne były w jakikolwiek sposób zainteresowane wprowadzaniem na rynek tanich leków rzeczywiście pomagających chorym. Pofantazjujmy trochę, wyobraźmy sobie, że zatrudniony przez prezesa z doświadczeniem w funduszach hedgingowych zespół genialnych uczonych odkrywa nagle superskuteczny specyfik leczący raka, którego masowa produkcja będzie bardzo tania. Jeśli wdroży się jego produkcję, gigantyczne wydatki na badania szybko się zamortyzują dzięki skali zastosowania, a po wygaśnięciu patentu w gabinetach lekarskich odbywać się będą takie rozmowy:

Skarżył się pan na ból brzucha i złe samopoczucie, mam już wyniki pańskich badań i muszę pana uspokoić. To nie żadna nadkwasota, tylko rak trzustki. Proszę bardzo, tu jest recepta, wykupi pan opakowanie tego leku za siedem pięćdziesiąt, proszę łykać tabletkę rano i dwie wieczorem – tylko regularnie! – a za miesiąc przyjdzie pan na kontrolę i będzie po sprawie.

– Ach, rzeczywiście mnie pan uspokoił, bo już się bałem, że będę musiał zrezygnować z piwka i chipsów.

I rozgorączkowani uczeni idą do prezesa z doświadczeniem w funduszach hedgingowych, przedstawiają mu swoje odkrycie, w myślach układając już przemówienie, które wygłoszą w Sztokholmie przed Komitetem Noblowskim.

Jak to może wyglądać dalej? Prezes myśli sobie: „Chory na raka to przecież dzisiaj fantastyczny, zmotywowany klient. I co teraz, pozbyć się żyły złota? Zamienić grube, grube tysiące dolarów zarabiane na każdym chorym przez długie lata na siedem pięćdziesiąt do podziału z aptekarzem za skuteczną kurację?”. Przypuszczam, że taki prezes poprosiłby dzielnych uczonych o zatrzymanie sprawy w tajemnicy, w dźwiękoszczelnym i odpornym na podsłuchy pomieszczeniu odbyłby burzliwą naradę z zarządem, po czym znów zaprosiłby badaczy do swojego gabinetu:

Szanowni państwo. Nagroda Nobla, która się wam bezsprzecznie należy, to coś około miliona dolarów i wieczna sława, proszę bardzo, tu jest czek na dwa miliony dolarów zamiast miliona, a teraz pogadajmy, jaki finansowy ekwiwalent wiecznej sławy by państwa satysfakcjonował. No i oczywiście kolejna kwota za zobowiązanie do milczenia.

A może z góry źle oceniam prezesa z doświadczeniem w funduszach hedgingowych, może i trafiłby się tu taki, który w humanitarnym natchnieniu zrobiłby wszystko, by tanie, proste w użyciu, nieszkodliwe i skuteczne lekarstwo zlikwidowało problem raka raz na zawsze? Nawet kosztem bankructwa firmy? Ale – zostawmy na boku strategicznych inwestorów, którzy zaczęliby mieć kłopoty ze spłacaniem rat za ośmiopokładowe jachty – cóż wtedy stałoby się z dziesiątkami tysięcy emerytów, którzy prezesowi zaufali, przeznaczając oszczędności swego życia na akcje jego firmy, mające przynieść zysk pozwalający na w miarę godne przeżycie starości? Przecież kupowali akcje komercyjnego przedsiębiorstwa nie po to, żeby uwolnić świat od problemu raka, ale po to, żeby na stare lata nie musieć żebrać. „Cóż nam panie prezesie – mogliby powiedzieć – po pańskich narcystycznych filantropijnych uniesieniach, skoro głód nam zagląda w oczy, a komornik już licytuje nasze mieszkania?”. Kapitalistyczne korporacje z definicji nastawione są na zysk, więc ich prezesi właśnie zysk, a nie cokolwiek innego, mają mieć na uwadze. A wniosek z tego potrafię wyciągnąć tylko taki, że między dążeniem do zysku a działaniem dla dobra ludzkości istnieje jednak przepaść nie do zasypania.

I oczywiście od wniosków do paranoi tylko jeden krok. Bo skoro trudna do wyobrażenia jest sytuacja, w której nastawiona na zysk kapitalistyczna korporacja – zajmująca się tu akurat produkcją i sprzedażą leków – rezygnuje z zysku dla zaspokojenia potrzeb ludzi czy w imię wysokich wartości, to wcale nietrudna do wyobrażenia jest taka, w której ta sama korporacja farmaceutyczna kreuje sztuczną potrzebę i wciska swoim klientom coś, co zupełnie nie jest im potrzebne, a wręcz im szkodzi. Niemożliwe? A właśnie czytam, że nasi rodacy wydają gigantyczne pieniądze na produkowane przez te korporacje leki bez recepty i suplementy diety. „Większość lekarzy mówi głośno, że suplementy nic nie dają, a wręcz szkodzą. Ich zakup to więc wyrzucanie pieniędzy w błoto. Pomimo to odbiorcy dają się omamić” – mówi „Dziennikowi Gazecie Prawnej” prof. Zbigniew Fiałek, dyrektor Narodowego Instytutu Leków. Gigantyczne pieniądze idą do mediów (3,1 mld zł w 2014 r.) na reklamę tych szkodliwych, jeśli wierzyć lekarzom przywoływanym przez prof. Fiałka, substancji.

No a jeśli – tu już doprowadźmy paranoję do końca – farmaceutyczne korporacje mogą nam wciskać szkodliwe leki bez recepty, które nie leczą, suplementy diety nieuzupełniające żadnej diety, skoro mogą wciskać nieskuteczne, niepotrzebne i niedostatecznie przebadane szczepionki przeciw ptasiej grypie (pamiętamy sprawę sprzed ponad pięciu lat?), to dlaczego nie miałyby wciskać niepotrzebnych szczepionek na ospę, polio czy gruźlicę? Skoro korporacje wymyślają wciąż nowe sposoby, aby tworzyć popyt na swoje sprzedawane możliwie najdrożej produkty i uzależniać od siebie klientów, to dlaczego nie miałyby tworzyć popytu na niekończące się kuracje różnych postaci autyzmu? Chcą zarobić – w gospodarce rynkowej to przecież ich święty obowiązek. Oczywiście, niby istnieją państwowe procedury kontroli potrzeby i działania szczepionek. Ale czyż poważne korporacje na państwowe procedury, których zadaniem jest ciągłe uprzykrzanie życia przedsiębiorcom, nie mają swoich procedur? Czyż nie finansują kongresów medycznych na Seszelach? Czyż nie przelewają na konta czwartej władzy ponad trzech miliardów złotych tylko w naszym małym biednym kraju? Czyż w razie czego nie stać ich na zatrudnienie stosownych przedstawicieli pierwszej i drugiej władzy w charakterze konsultantów merytorycznych i członków rad nadzorczych?

Ponieważ niejednokrotnie już przekonałem się, że nie wszyscy czytelnicy rozpoznają odautorski dystans, oświadczam wprost, że jestem zwolennikiem bezwzględnych przymusowych szczepień. Administrację strony „Nowego Obywatela” upraszam o wycinanie wszelkich powielających antyszczepionkowe bzdury komentarzy pod tym tekstem Jednak stanowczo nie zgadzam się z tym, aby winne zadziwiającej kariery tych bzdur były wyłącznie odwieczna ciemnota i nie dość szybkie postępy oświecenia. Zazwyczaj irracjonalność ma racjonalne podstawy, a w tej sprawie widać to jak na dłoni. Pan Shkreli i jego koledzy z branży ciężko sobie zapracowali na brak zaufania, a to że ów brak zaufania zaowocował właśnie w taki sposób? Duch wieje, kędy chce.

Niemal równo dwa lata temu pisałem o tym, że biznes zawsze wypuszcza między nas swoje odchody. Zatruwa nas nie tylko wyrzucanym do atmosfery dymem czy wpuszczanymi do rzek ściekami, ale i całym wypuszczanym w przestrzeń mentalnym szlamem: czyni nas coraz bardziej nieufnymi, irracjonalnymi. Myślę, że biznes farmaceutyczny uwalnia tego trującego szlamu szczególnie dużo. I proszę czytelników o jedno: kiedy za kilka lat na naszych ulicach zaczną pokazywać się dzieci powykrzywiane przez polio (obrazek, który starsi czytelnicy pamiętają z dzieciństwa), nie wymyślajcie ich rodzicom od ciemniaków. Pomyślcie o jachtach członków zarządu, a może i o emerytach zażywającym względnie dostatniej starości dzięki udanym inwestycjom w akcje firm farmaceutycznych.

Wyklęta polska lewica

Wyklęta polska lewica

– z Remigiuszem Okraską rozmawia Juliusz Gałkowski

Jeżeli wpiszę do googla słowo „proletariat” to jak Pan myśli, co wyskoczy jako pierwsze, zespół muzyczny czy partia robotnicza? Proszę nie odpowiadać, w pytaniu zawarta jest odpowiedź, ważniejsza od ciekawostek jest kwestia – czy tradycja ruchu robotniczego, rewolucyjnego nie jest już częścią naszej polskiej historii?

Remigiusz Okraska: Odpowiedź jest oczywista, ale akurat z tego nie wyprowadzałbym dowodu na cokolwiek. Podejrzewam, że w niemal każdym kraju po wpisaniu do wyszukiwarki terminu dotyczącego dawnych dziejów najpopularniejsze wyniki będą dotyczyły nie przeszłości, lecz czegoś współczesnego – popkultury, nazw firm czy inicjatyw komercyjnych itd.

Natomiast oczywiście nie zmienia to faktu, że dzieje polskiej lewicy robotniczej, rewolucyjnej czy jak ją nazwiemy, to rzecz dawno zapomniana, nisza interesująca niewielką garstkę naukowców czy hobbystów. Ale sądzę, że nie jest to problemem jedynie tej tradycji. Poza renesansem rozmaitych haseł i idei z dorobku ugrupowań prawicowych – zwykle tych skrajnych i hałaśliwych, bo przecież trudno w internecie znaleźć ślady dzisiejszego zainteresowania i popularności np. Karola Popiela czy ks. Adamskiego – dotyczy to w zasadzie wszystkich dawnych nurtów polskiej myśli politycznej. Wyszukiwarka „wypluje” zapewne nieco współczesnych inspiracji obozem piłsudczykowskim, ale też niezbyt wiele i niezbyt głębokich, ale podobnie jak z ruchem robotniczym obejdzie się z tradycją ludowców, chadeków, spółdzielców, z myślą propaństwową II RP, z ówczesnymi koncepcjami gospodarczymi itd. Sądzę, że ideowopolityczne dziedzictwo dawnej Polski jest mało znane, niszowe i martwe w powszechnej świadomości. Ciągłość została zerwana przez PRL, a później przez dynamiczny nowoczesny kapitalizm, powstanie społeczeństwa konsumpcyjnego, nowe wzorce kulturowe, postawy, style życia itd.

A może Google nie jest miarodajny, jaki jest naprawdę poziom rozpoznawalności takich postaci jak: Ludwik Kulczycki, Ludwik Waryński czy na przykład Ignacy Daszyński?

R.O.: Ten poziom jest oczywiście mizerny, ze względów wspomnianych wyżej. Ale także dlatego, że dawne tradycje czy „idole” z kręgów lewicy są ofiarą wyjątkowo dla nich niekorzystnego zbiegu różnych okoliczności, czy raczej, mówiąc bardziej „po marksistowsku”, tendencji społecznych i ekonomicznych. Znaczna część lewicowych tradycji – z nurtu demokratycznego, niepodległościowego i niekomunistycznego – była przemilczana lub marginalizowana przez cały okres PRL. Weźmy przykład wspomnianego Daszyńskiego. Tak znacząca i wybitna postać polskiej lewicy doczekała się przez 45 lat PRL-u zaledwie trzech poważniejszych publikacji. Na fali popaździernikowej odwilży ukazało się wznowienie jego pamiętników, a wiele lat później, u schyłku tamtego systemu wydano w roku 1986 niewielki i mało reprezentatywny wybór jego tekstów, a w 1988 r. biografię polityczną. Wszystko to w nakładach niewielkich, wręcz kolekcjonerskich jak na 40-milionowy kraj, gdzie ponoć rządzono w imię ideałów ludowładztwa, postępu, socjalizmu itd. Podobnie było z wieloma innymi czołowymi myślicielami i ideologami dawnej lewicy – w jedno- czy dwutysięcznych nakładach ukazywały się zbiory pism Abramowskiego, Brzozowskiego, Krzywickiego, Kelles-Krauza, zwykle opatrzone „ideowo słusznym” komentarzem, który albo korygował ich „błędy i wypaczenia”, albo wręcz przeciwnie, na siłę przykrawał ich myśl i czyn do topornego „marksizmu-leninizmu”. A wielu nie miało nawet tyle szczęścia – przez te 45 lat nie wydano żadnych poważniejszych tekstów takich postaci, jak choćby Mieczysław Niedziałkowski, Feliks Perl, Kazimierz Czapiński, Romuald Mielczarski, Herman Lieberman czy wspomniany Kulczycki, a przecież mowa tu o przywódcach PPS, głośnych publicystach i ideologach, liderach parlamentarnych klubów socjalistycznych czy założycielu spółdzielczości spożywców „Społem”. W niełaskę popadli albo dlatego, że za życia wprost zwalczali komunizm, bolszewizm i ZSRR, albo dlatego, że głosili „herezje” z punktu widzenia sowieckiej wykładni lewicowości.

Był też oczywiście drugi „nurt”. Do niego należeli ci, których PRL wprost hołubił i kreował na swoich prekursorów – oczywiście za cenę wielu przemilczeń i ideowych zafałszowań – jak było np. ze wspomnianym Waryńskim. Byli też tacy, którzy mimo pewnych „pomyłek” zostali uznani za sprzyjających komunistom w II RP i zapisani, znów za cenę licznych i topornych uproszczeń, do filokomunistycznego skrzydła ruchu socjalistycznego – taki los spotkał m.in. Adama Próchnika, Stanisława Dubois czy Norberta Barlickiego. Te postaci były traktowane o wiele lepiej – Waryński miał wręcz oficjalny „kult”, od banknotów, przez znaczki pocztowe, masowe publikacje, po pomniki, akademie czy portrety wywieszane w szkolnych salach. Ale wcale im to nie pomogło, a wręcz przeciwnie. Po pierwsze, cała promocja tych osób i ich dzieł była bardzo drętwa, toporna, odgórna, nieatrakcyjna. Po drugie, gdy zapisano ich do „rodziny” komunistów i ich pobratymców ideowych, to spadło na nich całe odium wspierania systemu, który szybko został znienawidzony przez znaczne odłamy społeczeństwa. Gdy PRL upadł, to natychmiast upadł także ten sztuczny „kult”, a w dodatku wiele postaci i ideałów z dziejów lewicy na trwałe skojarzono z systemem, który zakończył żywot na śmietniku historii. Mało kogo obchodziło – i mało kto był w stanie zrozumieć – iż ten system zbankrutował także dlatego, że pogwałcił ideały głoszone przez ludzi, na których się powoływał…

A później nastała III RP, w której na takie procesy nałożyło się coś jeszcze. Mianowicie zachłyśnięcie się ideologią wolnorynkową, neoficka czołobitność wobec liberalizmu i prawicowości, obłożenie anatemą wszelkiej lewicowości i skojarzenie z sowieckim zamordyzmem także tych postaci i tradycji, które bolszewizm krytykowały nierzadko jako pierwsze. A na domiar złego jedyną lewicowością, jaka zaistniała na szerszą skalę w polityce i debacie publicznej, była postkomuna, czyli ci, których dotyczyły najgorsze skojarzenia i praktyki z przeszłości; z kolei dość silny niegdyś nurt lewicujący i humanistyczny w opozycji antykomunistycznej, odwołujący się wprost m.in. do tradycji lewicy niesowieckiej i niepodległościowej, już u progu III RP porzucił takie ideały i podjął sztandar liberalizmu. Mam na myśli środowisko dawnej „lewicy laickiej”, które niemal w całości szybko porzuciło „obronę robotników” na rzecz uwielbienia Balcerowicza, neoliberalnych „reform” i etykietkowania wszelkich przejawów ideałów egalitarnych jako postawy spod znaku homo sovieticus.

Ten splot czynników sprawił, że nawet taka postać jak Daszyński, czyli człowiek, który w większości krajów byłby powszechnie znany jako jeden z ojców niepodległości i wyraziciel nowoczesnych ideałów, jest w Polsce postacią ledwo kojarzoną wśród zwykłych ludzi. A gdyby młodym Polakom powiedzieć, że był on liderem polskich socjalistów, to zapewne stwierdziliby, że w takim razie tworzył gułagi, prześladował „wyklętych”, wprowadził kartki na mięso i cenzurował gazety… A przecież to nie tylko paradoks, ale i wielka, kolokwialnie mówiąc, ściema faktograficzna – Daszyński był ostrym krytykiem komunizmu już na początku lat 20. oraz ministrem w Rządzie Obrony Narodowej w okresie walk z bolszewikami.

Na portalu histmag.org pisał Pan, że obecna polityka historyczna prowadzona jest w imię warstw posiadających i dlatego wypycha z naszej pamięci tradycję lewicową, rewolucyjną. Nie tylko tę z XIX wieku, ale i z czasów okupacji, czy nawet PRL-u. Chyba dosyć łatwo będzie zarzucić, że to przesada, że jeżeli gdy opisuje się historię antykomunistycznej opozycji to dominuje legenda KOR-owska, a wypycha się ze zbiorowej pamięci nurty niepodległościowe. Może po prostu inaczej rozumie Pan pewne pojęcia, niż większość naszych czytelników. Przykładem może być to, że „lewica” dzisiaj przeważnie kojarzy się ze sfera obyczajową, a nie z walką klas czy klasą robotniczą.

R.O.: Historyczne i politologiczne definiowanie lewicy dotyczy przede wszystkim stosunku wobec warstw posiadających, własności i roli środków produkcji, metod i celów redystrybucji dochodu narodowego, równości społecznej itd. Trudno na serio uznać, że takie ideały i ich prekursorzy dominują w dzisiejszym obrazie przeszłości. Oczywiście sam obraz lewicowości zmienił się z biegiem lat, gdy na kwestie klasowe nałożyły się nurty, nazwijmy to w uproszczeniu, obyczajowo-kulturowe. Ale i one w debacie o przeszłości są marginalne – trudno usłyszeć o polskich lewicowych sufrażystkach, o prekursorach batalii o świeckie państwo, o dawnym antyklerykalizmie itp., bo i dzisiejsi adepci takich postaw niewiele wiedzą o swoich rodzimych poprzednikach, czerpiąc wzorce raczej z Paryża czy Nowego Jorku niż od Daszyńskiej-Golińskiej, Czapińskiego czy Czarnowskiego. Jeśli chodzi o mniej odległe w czasie wzorce z przeszłości, to kto dzisiaj poza garstką historyków zajmuje się KOR-em? Może jedynie starszyzna „Gazety Wyborczej” i jej okolic sięga po te wątki w swoim micie założycielskim i romantycznej legendzie, ale też przecież robi to w sposób daleki od nawiązań do lewicowych tradycji tego środowiska. Ile razy w szerszej debacie pojawiają się odwołania do takich postaci, jak Antoni Pajdak, Aniela Steinsbergowa czy Ludwik Cohn? Komu one coś dzisiaj mówią? Kim dla ogółu Polaków są Lidia i Adam Ciołkoszowie, Adam Pragier, Zygmunt Zaremba, Jan Kwapiński – czyli czołowe postaci emigracyjnego nurtu socjalizmu niepodległościowego? Porównajmy ich popularność z Pileckim, „Łupaszką”, z mitem „żołnierzy wyklętych”, za którymi stoją instytucjonalne i hojnie dotowane wysiłki IPN-u, filmy fabularne, dokumenty, wystawy, publikacje itd. Przecież nawet jeśli gdzieś na marginesie tych debat pojawi się ktoś z „czerwonych”, jak choćby przypominana przez IPN postać Henryk Sławika, który bohatersko ratował Żydów przed zagładą, to zwykle skrzętnie pomija się silne związki takich postaci z ruchem socjalistycznym.

Polskie tradycje lewicowe zostały nie tylko zohydzone, zdeformowane i zmarginalizowane przez PRL. Są podobnie traktowane także dzisiaj, tyle że tym razem czyni to z nimi ktoś inny. Robi to obóz liberalny, który czasami odwołuje się do części tego dziedzictwa w sferze kulturowej, ale przemilcza lub zwalcza jego ekonomiczny, ustrojowy, egalitarny i klasowy aspekt, który dla np. PPS-u był kluczowy, a kwestie pozostałe dopiero z niego wynikały. Robi to także prawica nacjonalistyczna, klerykalna, wzdychająca do Polski „panów i plebanów” – i trudno mieć o to do niej pretensje, bo to przecież ciąg dalszy „odwiecznej” wojny endecji, konserwatystów i warstw posiadających z polskim socjalizmem. Smutny paradoks polega na tym, że ów polski socjalizm został złamany jako ruch i tradycja ideowa przez autorytarne rządy komunistów, a później przez hegemonię kulturową liberałów, a prawica już tylko kopie leżącego.

Kolejnym problemem jest to, że tematyka „rewolucyjna” nie jest w żaden sposób zakazana. Każdy może wydać książkę o PPS-ie czy PZPR. Nie ma cenzury i państwowych przydziałów papieru. Może ludzi z obozu postępu nie interesuje historia, może „wybrali przyszłość”? Tym bardziej, że z całą pewnością historia ruchu rewolucyjnego jest atrakcyjna i może być opowiedziana nie tylko rozprawami ale także fascynującymi filmami czy komiksami. Życie Okrzei, wraz z tragiczną śmiercią, czy wspominanego już Kulczyckiego, to są gotowe scenariusze. A jak ktoś się mnie pyta o takie filmy to mogę co najwyżej wspomnieć „Białego Mazura”, czyli dosyć nudnawy (choć nie najgorszy) film o Waryńskim. Co się dzieje, czemu tak łatwo oddajecie każde możliwe pole pamięci historycznej?

R.O.: Oczywiście, że każdy może wydać książkę na dowolny temat, ale co z tego? Ważne jest jeszcze to, kto wydaje – niszowa lub akademicka inicjatywa, jak książki o lewicy niepodległościowej, czy wielka, bogata instytucja państwowa, z całą machiną promocyjną, jak robi to IPN z książkami o NSZ? W jakich realiach wydaje – w takich, w których niemal nie istnieją lewicowe media mogące promować takie publikacje, czy w takich, w których książki o dziejach prawicy są recenzowane przez kilka wysokonakładowych tygodników i dzienników czy stacje telewizyjne tej opcji? W jakim klimacie się to odbywa – w takim, w którym jest moda na „wyklętych”, „narodowy radykalizm” itp., więc książki o prawicy z tego korzystają, czy w takim, w którym skojarzenia z lewicą dotyczą zbrodni Stalina i octu w sklepach, a sporej części społeczeństwa udało się wmówić, że balcerowiczowcy z „Gazety Wyborczej” czy były KLD-owiec Tusk to „lewacy”, więc nikt o dziejach lewicy nie chce czytać, bo ma same złe skojarzenia? No i o ile książkę może wydać każdy, o tyle już nie każdy może zrobić wystawę obwożoną po dziesiątkach miast w Polsce lub nakręcić profesjonalny film edukacyjny, bo to wymaga zupełnie innych środków. Proszę sprawdzić, ile książek czy wystaw poświęcił IPN narodowemu podziemiu zbrojnemu czy losom Kościoła w PRL, a ile emigracyjnemu socjalizmu niepodległościowemu czy demokratyczno-robotniczemu nurtowi opozycji antykomunistycznej.

Jednak oczywiście muszę się zgodzić także z sugestią, że lewica częściowo oddała ten mecz walkowerem. Trochę już mówiłem o tym, dlaczego tak się stało. Postkomunistów nigdy nie interesowały dzieje obcego im nurtu socjalistyczno-niepodległościowego. Może to i dobrze, bo gdy ich zainteresowały, to dochodziło do takich absurdów jak ten, gdy SLD-owscy postkomuniści utworzyli organizacyjkę imienia antykomunisty Daszyńskiego… Z kolei dawna „lewica laicka” wolała raczej zapomnieć i zatuszować – lub sporadycznie instrumentalnie wykorzystywać – dawne swoje odwołania do Abramowskiego czy Ciołkosza, bo to nawet dla ludzi niezbyt zorientowanych w historii i ideach kiepsko pasowało do popierania Balcerowicza i neofickich wywodów, że „rynek ma zawsze rację”. Ale problem ten dotyczył także mniejszych środowisk intelektualnych i politycznych. Przez długie lata lewicowe partyjki, grupki, stowarzyszenia czy środowiska nieformalne niemal zupełnie lekceważyły – czy może raczej nie miały o nim niemal żadnego pojęcia – ogromny dorobek i tradycje rodzimej lewicy. W Polsce lewicowy plankton obejmował miłośników Trockiego, ludzi zaczytanych w historii hiszpańskiego anarchosyndykalizmu, grupki przekonane, że o prawa kobiet walczono wszędzie na świecie, ale nie u nas; były tu dzieciaki z „Che” na koszulkach, byli intelektualiści znający detale węgierskiej republiki rad czy maoizmu w Peru etc. A zarazem wszyscy oni nie pisnęli słowem o Okrzei, rewolucji 1905, dorobku ideowym czy organizacyjnym PPS, nie wiedzieli, kto to Pużak, kim byli Czerwoni Harcerze, po co i kto stworzył Warszawską Spółdzielnię Mieszkaniową i tysiące sklepów spółdzielczych na całym obszarze II RP, jak działały uniwersytety ludowe i Towarzystwo Uniwersytetu Robotniczego, co to był „polski strajk”, kto zacz Maria Orsetti czy Kazimiera Bujwidowa itd. Jednostki, policzalne chyba na palcach jednej ręki, podejmowały takie zagadnienia, zwykle niezbyt systematycznie, czasami w sposób typowy dla odkrywania tradycji zupełnie zerwanej, czyli wynajdując niszową ciekawostkę, a pomijając zjawiska masowe i zakorzenione społecznie. Wynikało to z niewiedzy, ale także ze swoistego désintéressement – przez lata na tej niszowo-intelektualnej lewicy było w dobrym tonie nie wiedzieć i nie chcieć wiedzieć niczego o poprzednikach ideowych, a wręcz wierzyć i głosić, że „w tym kraju” nie wymyślono nigdy niczego postępowego, że tu zawsze dominowali kler i prawica. Ta mieszanina ignorancji, oikofobii, pogardy dla własnej wspólnoty i zapatrzenia w „cywilizowany świat” była naśladownictwem postaw salonowych liberałów, z którymi mikrolewica zresztą dzieliła wiele innych poglądów i postaw, a także redakcyjnych i knajpianych stolików.

To się częściowo zmieniło w ostatnich latach, m.in. dzięki pracy wykonanej przez nas – książki i teksty w „Nowym Obywatelu”, a przede wszystkim portal Lewicowo.pl uświadomiły środowiskom niszowo-lewicowym, szczególnie ich młodszemu pokoleniu, pozbawionemu ideowych obciążeń starszych koleżanek i kolegów, że mamy w Polsce bogate tradycje lewicy innej niż komunizm i PRL, że te tradycje miały ogromny dorobek praktyczny, że były zakorzenione w masach społecznych, że nie mamy się czego wstydzić, za to mamy kogo naśladować i co przywoływać jako wzorzec. To oczywiście efekt nie tylko naszych starań. Warto zwrócić uwagę, że nawet lewica mocno powiązana z liberalnym salonem i zapatrzona w „Zachód” przejawia w swoim młodszym pokoleniu znacznie większe zainteresowanie rodzimymi tradycjami. Przy całym moim dystansie ideowym i środowiskowym wobec „Krytyki Politycznej” należy im zapisać na plus, że dołożyli cegiełkę do przypominania Brzozowskiego, Ciołkosza, Kelles-Krauza czy Rewolucji 1905 roku. A takich inicjatyw jest więcej. To zjawisko wciąż niszowe, lecz możemy już pomału zacząć mówić o swoistym renesansie zainteresowań polskim socjalizmem niepodległościowym, dziejami rodzimej lewicy różnych nurtów, postępowymi wizjami z lat II RP czy II wojny światowej, dorobkiem polskiej spółdzielczości, etatyzmu, lewicowo-egalitarnymi wątkami w „Solidarności” itd. Co ciekawe, widać to także coraz bardziej w kręgach akademickich i podobnych – o dziejach szeroko pojętego polskiego obozu postępowego ukazuje się dzisiaj tyle ciekawych, solidnych i obszernych książek, że właściwie trudno nadążyć z ich czytaniem. Z jednej strony jest oczywiście za późno, żeby można było odrobić wieloletnie zaniedbanie i odwrócić trendy, ale, z drugiej, lepiej późno niż wcale. Doczekamy się koszulek z Okrzeją, Baronem czy Montwiłł-Mireckim zamiast z „Che”, jestem o to spokojny.

Ale pomówmy o czymś jeszcze, swego czasu w Polsce wielka karierę robiło powiedzenie: „kto za młodu nie był socjalistą, ten na starość będzie świnią”. Czy środowiska lewicowe nie powinny czuć się odpowiedzialne za wychowanie młodzieży, tak aby w roku 2015, gdy Polacy nie zestarzeją się, nasz kraj nie zamienił się w wielki chlew? Jakie długoterminowe skutki w polskiej świadomości społecznej może przynieść wyrugowanie tradycji socjalistycznej?

R.O.: Nie przepadam za tym bon motem, choć jest korzystny dla bliskiej mi tradycji ideowej.Powiedziałbym raczej, że ocalenie tej i innych polskich tradycji ideowych jest korzystne dla Polski, jej społeczeństwa i narodu, bo przypomina nam, skąd przychodzimy, kim byli nasi pradziadowie, o co walczono, spierano się, w imię czego działano, jaki to był kraj; to rezerwuar mnóstwa świetnych idei, postaw, wzorców itd. Wskutek zerwania historycznej ciągłości utraciliśmy świadomość istnienia ogromnej części polskiego dorobku ideowokulturowego. Dotyczy to nie tylko lewicy, ale także ruchu ludowego, chadecji, ruchu spółdzielczego/kooperatywnego, polskiej myśli morskiej czy etatyzmu gospodarczego, idei Międzymorza i wielu, wielu innych spraw. W tej kwestii jestem zresztą pluralistą i oprócz przypominania dziejów i osiągnięć lewicy wielokrotnie starałem się pokazywać, że również inne nurty miały w Polsce ciekawe zdobycze intelektualne czy osiągnięcia praktyczne. Dziś jesteśmy narodem bez korzeni, wspólnotą bez rodzimych wzorców, ślepo zapatrzoną w „Zachód” lub „Wschód”, nierzadko zawstydzonymi rzekomym brakiem tutejszych osiągnięć, pozbawionymi środowiskowej, rodzinnej czy innej kontynuacji tożsamościowej. To przekłada się na wiele spraw, poczynając od obezwładniającego poczucia niższości i bezmyślnego małpowania cudzych pomysłów, przez swoistą pustkę społeczną (świetnie to widać, gdy polskie kampanie wyborcze bazują na banalnych i okazjonalnych hasełkach, a np. w Wielkiej Brytanii całe regiony i grupy społeczne głosują wedle pewnej tożsamości, na którą składa się obcowanie z weteranami postaw politycznych, sztandarami, wspomnieniami, pieśniami czy filmami z przeszłości i o przeszłości – i nie jest to muzeum czy skansen, lecz inspiracja twórczo rozwijana w zmieniającym się świecie), po coraz większą obcość kanonu kulturowego (jak zrozumieć np. „Przedwiośnie”, gdy nie wiemy nic o tym, kim Żeromski był jako człowiek, w co się angażował społecznie i politycznie, jakie idee i postaci – np. Abramowski czy syndykalizm – go inspirowały).

I na zakończenie, w gruncie rzeczy to samo pytanie lecz zadane od „drugiej strony”. Czego uczy historia ruchu socjalistycznego? Że ludzie są równi, że warto być solidarnym? Po co nam taka wiedza i tradycja. Ostatecznie, grunt żebyśmy zdrowi byli…

R.O.: Dla ludzi o poglądach lewicowych znajomość dziejów polskiego ruchu socjalistycznego będzie potwierdzeniem tego, że ideały równości, solidarności, samoorganizacji, walki z uciskiem, wspierania słabych, budowy nowoczesnego państwa i sprawiedliwego społeczeństwa mają na naszej ziemi długie i piękne tradycje. Będzie ich mogła nauczyć tego, co jest sednem tej tradycji – to z kolei jest bardzo ważne w takich czasach, jak dzisiejsze, czasach frazesu i obiecanek, postpolityki, billboardów, uśmiechów i w zasadzie… niczego więcej, gdy mowa o polityce. Będzie ich mogła nauczyć, co to znaczy wierzyć w coś na serio i walczyć o to – bo mówimy o ludziach, którzy za swoje idee i ideały byli zabijani, bici, więzieni w koszmarnych warunkach, zsyłani na Sybir, ukrywali się, tracili zdrowie, przerywali kariery czy wygodne życie. Będzie ich mogła nauczyć, że Polacy nie tylko nikogo nie naśladowali czy „doganiali”, ale że w wielu kwestiach byliśmy na gruncie lewicowości przodownikami czy szliśmy od początku ramię w ramię z przedstawicielami innych narodów. Będzie ich mogła nauczyć także tego, że lewicowość oznacza odwagę myślenia nie tylko wobec świata zastanego, ale także wobec własnej tradycji. W dziejach polskiej lewicy znajdziemy bowiem wiele postaw nowatorskich – ot, choćby Abramowskiego, który postawił na głowie tezę Marksa o prymacie „bazy” nad „nadbudową”, albo Krzywickiego, który wiele lat przed tzw. Szkołą Frankfurcką zaproponował podobne sposoby analizy współczesnej kultury, czy raczej „przemysłu kulturalnego”, albo Kelles-Krauza, który jako pierwszy w skali świata tak całościowo powiązał koncepcyjnie teorię Marksa z poparciem dla „sprawy narodowej”, w tym dla niepodległości Polski (to zresztą właśnie Polacy i „sprawa polska” byli czołową zaporą przed rozrostem popularności „beznarodowego” nurtu w światowym ruchu socjalistycznym, gdy taka postawa zdobywała popularność). Znajdziemy tutaj także sporo postaw nieortodoksyjnych, które, paradoksalnie, dały piękne świadectwo wierności ideałom, gdy inni je porzucali – mam tu na myśli np. konsekwentny polski lewicowy antybolszewizm, który nastał tuż po rewolucji październikowej i trwał przez dekady także wtedy, gdy znaczna część np. zachodniej lewicy stoczyła się na pozycje „użytecznych idiotów” ZSRR za cenę całkowitego porzucenia własnych ideałów, choćby demokratycznych, dotyczących praw obywatelskich czy praw robotników.

Sądzę również, że wiedza o dziejach i ideałach dawnej polskiej lewicy byłaby przydatna także osobom o niekoniecznie lewicowych poglądach. Istnieje relacja z rozmowy Andrzeja Tadeusza Kijowskiego z Jarosławem Markiem Rymkiewiczem, który miał mu powiedzieć tak: „Michnik powie coś, odwraca się i co ma za plecami: całą plejadę szlachetnych socjalistów od Rzewuskiego czy Mickiewicza poprzez Abramowskiego i Nałkowskiego wliczając Brzozowskiego czy Irzykowskiego aż po Wykę bądź Kołakowskiego. Same najzacniejsze głowy. A półka myśli prawicowej? Co ma z niej wartość poza kilkoma książkami Dmowskiego?”. Zostawmy w spokoju Michnika i Rymkiewicza, dzisiejsze spory i orientacje, ale fakt jest faktem: dużą i ważną część nowoczesnej polskiej kultury – tej sprzed PRL lub szybko z nim wchodzącej w spór – stworzyli ludzie zorientowani lewicowo lub lewicująco. Kto ma dzisiaj tego świadomość? Kto wie, że z lewicą była związana Maria Dąbrowska, że emigracyjnym PPS-owcem był Gustaw Herling-Grudziński, że sympatii wobec lewicy nie ukrywał Janusz Korczak, że rodzinny klimat lewicowy był ważną inspiracją dla ratowania Żydów przez Irenę Sendlerową, że znaczna część polskich „spiskowców” antycarskich, a później żołnierzy Legionów wywodziła się ze środowisk postępowych, że ludzie lewicy tworzyli podwaliny nowoczesnego państwa po odzyskaniu niepodległości, jego instytucji, polityki społecznej, że „ojcem” polskiej socjologii był wybitny uczony i zarazem marksista Ludwik Krzywicki? To wszystko nie spadło z nieba, lecz wzięło się tutaj, na polskiej ziemi, z tego, że kiedyś niespokojne, szlachetne, zbuntowane głowy przejęły się lewicowymi ideałami – warto to wiedzieć w kraju, w którym skojarzenia z lewicowością dotyczą głównie dawnych gułagów czy współczesnych liberalnych wygłupów.


Powyższa rozmowa pierwotnie ukazała się 15 października 2015 r. na portalu Historykon.pl. Przedruk za zgodą redakcji, tytuł przedruku pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”.

Przewodnik po Bliskim Wschodzie

Przewodnik po Bliskim Wschodzie

Europejczycy (i szerzej – ludzie tzw. Zachodu) mają zwyczaj postrzegania wszelkich zjawisk, gdziekolwiek by one nie zachodziły, z eurocentrycznej perspektywy. W każdym więc konflikcie politycznym doszukują się „prawicy” i „lewicy”, przy czym oczywiście te pojęcia mają odpowiadać współczesnym zachodnim kryteriom1. Ponieważ jednak świat nie jest powiększoną Europą (czy Ameryką Północną), nieraz prowadzi to do konfuzji2. Podziały ideowopolityczne w innych regionach nieraz przebiegają zgoła odmiennie. Spróbujmy więc te sprawy uporządkować, z zastrzeżeniem, że próba uczynienia tego w krótkim artykule musi wiązać się z nieuniknionymi uproszczeniami. W końcu nie jest to tekst ściśle naukowy.

Obecna sytuacja na Bliskim Wschodzie jest pochodną nałożenia się na siebie co najmniej dwóch konfliktów. Pierwszy to konflikt geopolityczny między blokiem szyickim (Iran, zdominowany przez szyitów Irak, alawicki rząd Syrii, Hezbollah w Libanie) a światem sunnickim, w którym przywódczą rolę próbuje odgrywać Arabia Saudyjska; dodajmy, że pierwszy wspierany jest przez Rosję, podczas gdy Arabia Saudyjska pozostaje najbliższym (poza Izraelem) sojusznikiem USA w tym regionie. Drugi konflikt ma charakter ideologiczny – to zmagania między obozem sekularystycznym (laickim) a islamistycznym. Uwzględniać jednak trzeba oba czynniki, bo inaczej nie zrozumiemy np. sojuszu fundamentalistycznego Hezbollahu z laickim rządem Asada czy wsparcia irackich baasistów Ibrahima al-Duri’ego dla Państwa Islamskiego.

Zacznijmy od scharakteryzowania obozu SEKULARYSTYCZNEGO. Jest łatwiejszy do zrozumienia dla Europejczyka, gdyż na ogół reprezentuje ideologie importowane z Zachodu. Nieraz jednak zachodnie idee zostały znacząco zmodyfikowane. Przede wszystkim trzeba zwrócić uwagę na inne znaczenie pojęcia świeckości: o ile w Europie laicyzm oznacza już walkę o dechrystianizację całej sfery publicznej (nieszczęsne choinki we francuskich szkołach!), to na Bliskim Wschodzie żadna siła polityczna nie walczy z religią jako taką. Wielu przedstawicieli obozu sekularystycznego jest głęboko wierzących i praktykujących, większość proklamuje szacunek dla religii i jej dziedzictwa kulturowego. Sprzeciwiają się jedynie monopolistycznym tendencjom islamu pretendującego do roli jedynego źródła legitymizacji władzy, a jeszcze częściej występują po prostu przeciw szczególnej, rygorystycznej interpretacji islamu. Co więcej, postulatem części ugrupowań świeckich wcale nie jest rozdział religii od państwa a jedynie kontrola państwa nad religią (tak jak uczynił to Naser w Egipcie, podporządkowując sobie słynny uniwersytet Al-Azhar, zwany „muzułmańskim Watykanem”). Gen. Sisi prezentuje się wręcz jako obrońca islamu „wypaczanego” przez Braci Muzułmanów.

Największym odłamem obozu laickiego są nacjonaliści3. Wymyślone w Europie pojęcie narodu pojawiło się na Bliskim Wschodzie stosunkowo późno, w zasadzie dopiero na przełomie XIX i XX w. To sprawiło, że w tym regionie mamy do czynienia z pewną dowolnością wyboru tożsamości i co za tym idzie – nacjonalizmu. Z jednej strony mamy do czynienia z nacjonalizmem panarabskim, dążącym do zjednoczenia wszystkich ludów języka arabskiego (bez względu na wyznanie) w jednym świeckim państwie. Laicyzm i antyimperializm (a co za tym idzie sojusz z ZSRR) nadawał panarabskiemu nacjonalizmowi na ogół lewicujące oblicze: jego zwolennicy postulowali szerokie reformy społeczne (nacjonalizacja przemysłu, gospodarka planowa, reforma rolna), często nazywali się „socjalistami”. Socjalizm ten odróżniać miał się od materialistycznego marksizmu narodowym i idealistycznym charakterem. Socjalizujący panarabski nacjonalizm występował w dwóch głównych odmianach: naseryzmie (zainicjowanym przez Dżamala Abd el-Nasera, od 1952 r. przywódcę Egiptu) i baasizmie (Hizb al-Baas, czyli Socjalistyczna Partia Odrodzenia Arabskiego, założona w 1947 r. w Syrii). Dziś panarabizm czas świetności ma za sobą. Ostatnią redutą baasizmu jest Syria, gdzie Baas opiera się na mniejszości religijnej alawitów. W Egipcie lewicowy naserysta Hamdin Sabahi z Nurtu Ludowego w wyborach prezydenckich 2014 r. uzyskał 3 proc. głosów4. Lewicowi nacjonaliści (Kongres na rzecz Republiki, Nurt Demokratyczny, Ruch Ludowy) znaleźli się natomiast w parlamencie Tunezji. Odnotować należy też aktywność w Iraku baasistowskiego ruchu oporu (Najwyższe Dowództwo Dżihadu i Wyzwolenia) pod wodzą Duri’ego5, jednak ugrupowanie to opiera się na sufickim6 bractwie Nakszbandija i pozostaje w antyszyickim sojuszu z fundamentalistami7.

Obecnie większą rolę odgrywają lokalne nacjonalizmy państwowe. W Egipcie przed II wojną pewną popularność w kręgach intelektualnych zyskał tzw. faraonizm, głoszący istnienie narodu egipskiego zachowującego swą ciągłość od czasów faraonów. Upadł w 1952 r. wraz z monarchią, ale odrodził się faktycznie już po śmierci Nasera – jego następca Anwar Sadat, zawierając w 1979 r. pokój z Izraelem, wykazał jasno, że stawia egipski interes narodowy ponad arabską solidarność. Kolejni prezydenci Egiptu Hosni Mubarak, a zwłaszcza obecny – Abd al-Fattah al-Sisi, pogłębiają tą politykę. W Libanie tamtejsi chrześcijanie-maronici głosili ideologię fenicjanizmu (uważali się za potomków Fenicjan, nie mających nic wspólnego z Arabami), w Syrii z kolei prawosławni chrześcijanie utworzyli Syryjską Partię Ludową dążącą do stworzenia Wielkiej Syrii (wraz z Libanem i terytorium Palestyny). Lokalne nacjonalizmy kultywowali gen. Abd al-Karim Kasim w Iraku, prezydent Habib Burgiba i partia Destur w Tunezji, Front Wyzwolenia Narodowego Huari Bumediena w Algierii. Specyficzny charakter miał nacjonalizm palestyński, wyrażany przez Fatah, ponieważ ze zrozumiałych względów mocno akcentował zarazem solidarność arabską. Oblicze ideowe tych ruchów było bardzo różne. Libańska Falanga miała charakter skrajnie prawicowy. Również SPL (później Syryjska Partia Socjal-Nacjonalistyczna) zaczynała jako ugrupowanie faszyzujące, ale w latach 60. przeszła na pozycje lewicowe. Kasim i algierski FLN współpracowali z komunistami i ZSRR. Obecnie jednak większość sił nacjonalistycznych ma oblicze prawicowo-autorytarne, czego dobitnym przykładem jest Sisi8, albo liberalne, jak post-burgibistowska partia Nidaa (Wezwanie) w Tunezji9.

Na Bliskim Wschodzie mamy do czynienia nie tylko z arabskimi nacjonalistami. Niewątpliwie najsilniejszy pozostaje nacjonalizm turecki – kemalizm, występujący w trzech odmianach: faszyzującej (Partia Ruchu Narodowego, MHP), socjaldemokratycznej (Ludowa Partia Republikańska, CHP) i ultralewicowej (Partia Robotnicza, IP). Nie ma natomiast żadnego znaczenia politycznego świecki nacjonalizm innego wielkiego narodu niearabskiego – Persów. Irańska Narodowo-Socjalistyczna Partia Robotnicza (SUMKA) i Liga Aryjska to drobne grupki emigracyjne, z nienawiścią odnoszące się do wszelkiej lewicy, islamizmu i „niższych rasowo” Arabów10.

Osobno zająć należy się nacjonalizmem najliczniejszego narodu bezpaństwowego – Kurdów. Ucisk tureckich, arabskich i irańskich władz sprawił, że wśród Kurdów uczucia narodowe przeważają nad religijną gorliwością („Kurdystan jest moją religią, Barzani moim prorokiem!”, mówił jeden z kurdyjskich bojowników). Z drugiej jednak strony podziały plemienne i klanowe sprawiają, że Kurdowie nigdy nie stworzyli jednolitego frontu. Najstarszym z kurdyjskich ruchów niepodległościowych jest Kurdyjska Partia Demokratyczna, utworzona (przy wsparciu ZSRR) w 1946 r. w Iranie przez Mustafę Barzaniego. W 1975 r. przeciw Barzaniemu wystąpił Dżelal Talabani, tworząc Patriotyczną Unię Kurdystanu. Do rozłamu doszło pod hasłami lewicowymi, ale miał on podłoże klanowe: KPD grupowała górali z Zagros, mówiących innymi dialektami kurdyjskimi niż mieszkańcy pogórza (region Sulejmaniji) stanowiący zaplecze PUK. Stosunki między dwoma frakcjami irackich Kurdów zawsze pozostawały napięte, w latach 90. przerosły w krwawą wojnę domową, w której PUK wspierane było przez Iran, a KPD przez… Saddama Husajna.

Własne partie posiadają też Kurdowie w innych krajach regionu. W Iranie działała Demokratyczna Partia Kurdystanu Irańskiego o socjaldemokratycznej orientacji oraz maoistowska Komala (właściwie Organizacja Rewolucyjnych Pracowników Irańskiego Kurdystanu); obecnie główną siłą jest Partia Wolnego Życia Kurdystanu (PJAK). Ugrupowanie to, mimo ultralewicowej ideologii i związków z turecką PKK, posądzane jest o współpracę z wywiadem amerykańskim w walce przeciw wspólnemu wrogowi – rządowi Iranu. W Turcji zakazane jest tworzenie partii na platformie etnicznej, jednak przyjmuje się, że interesy mniejszości kurdyjskiej reprezentuje Demokratyczna Partia Regionów (DBP), pozostająca w unii z lewicową Demokratyczną Partią Ludową (HDP). W podziemiu walkę zbrojną prowadzi od 1984 r. Partia Pracujących Kurdystanu (PKK) Abdullaha Őcalana. PKK początkowo wyznawała marksizm-leninizm, ale po aresztowaniu Őcalana w 1999 r. zmienić miała swój program w kierunku wolnościowego socjalizmu i „demokratycznego konfederalizmu”. W Syrii główną partią kurdyjską jest Partia Unii Demokratycznej (PYD), pozostająca w sojuszu z PKK. Syryjski rząd baasistowski przez długie lata wspierał partyzantkę kurdyjską w Turcji, co zaowocowało w czasie wojny domowej życzliwą neutralnością PYD wobec Asada11.

Pamiętajmy wszakże, że Kurdowie nie stanowią wspólnoty jednolitej w swych narodowo-lewicowych poglądach. Wielu zwolenników mają też w tym regionie islamiści – Islamski Ruch Kurdystanu i jego odpryski (Ansar al-Islam, Ansar al-Sunna) w Iraku, Ruch Uciskanych w Turcji. Urodziny Mahometa zorganizowane przez Uciskanych w Diyarbakir w 2010 r. przyciągnęły co najmniej 120 tysięcy (według organizatorów 300 tysięcy) ludzi. Bojówki Hizbullahi Kurd, toczące walkę zarówno z władzami tureckimi, jak i z PKK, liczyć miały nawet 20 tysięcy członków.

Znajdujemy wreszcie na Bliskim Wschodzie mikronacjonalizmy niewielkich grup etnicznych. W północnym Iraku w reakcji na nacjonalizm kurdyjski uaktywniły się partie mniejszości asyryjskiej (Asyryjski Ruch Demokratyczny) i turkmeńskiej (Iracki Front Turkmeński). W Libanie istnieją trzy partie ormiańskie: Dasznak, Hendżak i Ramgavar. Władze Izraela wspierają „aramejską” tożsamość tamtejszych chrześcijan, starając się ich wyodrębnić z ludności arabskiej. Praktycznie martwy jest natomiast obecnie nacjonalizm egipskich Koptów – swe poparcie przenoszą oni na ugrupowania liberalne, takie jak Partia Wolnych Egipcjan12.

Drugą istotną siłę obozu laickiego stanowią liberałowie. To reprezentacja wykształconej klasy średniej, silnej swą pozycją społeczną i poparciem (politycznym i kulturowym, formalnym i nieformalnym) Zachodu. Liberałowie chcą modernizacji swych krajów na wzór zachodni, laicyzacji, swobód politycznych, ale też gospodarki wolnorynkowej (w odróżnieniu od kapitalizmu etatystycznego czy oligarchicznego podtrzymywanego przez nacjonalistów). To liberałowie zainicjowali egipską rewolucję na placu Tahrir (nie tylko symboliczne znaczenie ma fakt, że Wael Ghonim, jeden z przywódców ruchu, był dyrektorem ds. marketingu Google na Bliski Wschód)13. Ich człowiek – Mohammed el-Baradei – wydawał się pewnym kandydatem na stanowisko prezydenta. Potem okazało się jednak, że poparcie społeczne dla nich jest zbyt nikłe: najpierw władzę przejęli islamiści, potem armia i autorytarni nacjonaliści. Większość liberałów zaakceptowała dyktaturę wojskową jako mniejsze zło w obawie przed islamskim „ciemnogrodem” – kandydaturę Sisiego poparły m.in. Partia Wolnych Egipcjan, Nowa Delegacja (Wafd), Partia Kongresowa, oraz głośny w swoim czasie ruch ulicznych aktywistów Tamarod (Rebelia)14. Jeszcze bardziej dramatyczne były losy formacji liberalnej w Syrii (Damasceńska Wiosna, Blok Niezależnych Liberałów) – tu też liberałowie najpierw z entuzjazmem przyłączyli się do antybaasistowskiej rewolucji, a potem zostali zepchnięci na jej margines. Gdy rozpoczęła się wojna domowa, okazało się, że znajomi z Facebooka nie stanowią dobrego materiału na bojowników. Stosunkowo największą siłę reprezentują liberałowie w Tunezji, gdzie oprócz ciążących ku liberalizmowi burgibistów z Nidaa mamy też typowo liberalne partie Wolny Związek Patriotyczny (16 mandatów) i Tunezyjskie Aspiracje (8).

Najsłabszym ogniwem obozu laickiego pozostaje lewica, stanowiąca z reguły dodatek do formacji nacjonalistycznej lub liberalnej. Tworzona jest w większości przez dwie zupełnie różne grupy ludzi: epigonów marksizmu-leninizmu, na ogół starszego pokolenia, oraz młodzież z klasy wyższej i średniej, zafascynowaną płynącymi z internetu zachodnimi modami kontrkulturowymi. W Egipcie sojusz partii lewicowych Rewolucja Trwa (m.in. Socjalistyczna Partia Sojuszu Ludowego i Socjalistyczna Partia Egiptu) uzyskał w 2011 r. niespełna 3 proc., po czym poszedł w rozsypkę. Na jego miejsce powstała Koalicja Sił Socjalistycznych obejmująca też komunistów, trockistów (Rewolucyjni Socjaliści) i opartą na związkowcach Demokratyczną Partię Robotniczą; wszystkie pięć partii Koalicji liczą łącznie ok. 5000 członków. Nadzieje na „drugą (czy nawet trzecią) rewolucję”, przeprowadzoną przez strajkujących robotników, nie spełniły się. W Syrii lewicę podzielił stosunek rządu. Partia komunistyczna pozostała w sojuszu z Baas i naserystami (tzw. Narodowy Front Postępowy). Postkomunistyczna Partia Woli Ludu utworzyła wraz SPSN Ludowy Front na rzecz Zmian, stanowiący tzw. lojalną opozycję. Zdecydowanie przeciw rządowi wystąpił Narodowy Komitet Koordynacyjny na rzecz Demokratycznych Zmian skupiający grupy lewicowe (Arabska Rewolucyjna Partia Robotnicza, Komunistyczna Partia Pracy, Syryjska Ludowa Partia Demokratyczna), lewicowo-nacjonalistyczne (Demokratyczna Arabska Unia Socjalistyczna, Demokratyczna Baas, Arabski Ruch Socjalistyczny) oraz Partię Unii Syriackiej, reprezentującą ludność asyryjską15. W Autonomii Palestyńskiej najsilniejszym ugrupowaniem lewicowym jest post-maoistowski Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny (nieco ponad 4 proc. w wyborach 2006 r.), któremu ustępują bardziej umiarkowany blok Alternatywa (m.in. Demokratyczny Front Wyzwolenia Palestyny i postkomunistyczna Palestyńska Partia Ludowa – niecałe 3 proc.) oraz lewicowo-nacjonalistyczny Palestyński Front Walki Ludowej (niecały 1 proc.). W Libanie jedyny mandat dla lewicy uzyskał Ruch Lewicy Demokratycznej; to socjaldemokratyczne ugrupowanie pozostaje jednak w antysyryjskiej koalicji z takimi partiami jak Narodowa Partia Liberalna czy… libańska Falanga. Także w Iraku lewica (komuniści) uzyskała jeden mandat – z listy chrześcijańskich Asyryjczyków. Silną pozycję ma natomiast radykalna lewica w Tunezji, gdzie Front Ludowy – koalicja grup marksistowsko-leninowskich (głównie hodżaistów) i lewicowo-nacjonalistycznych – stanowi z 15 mandatami czwartą siłę w parlamencie. W Turcji reprezentację parlamentarną ma bodaj jedyna w tym regionie partia lewicowa typu zachodniego (tj. łączącą postulaty socjalne z obyczajowymi) – HDP.

Na marginesie lewicy funkcjonują nieliczne grupki sympatyków anarchizmu. Względnie trwały charakter ma ruch anarchistyczny tylko w Turcji (kiedyś Inicjatywa Anarchistyczno-Komunistyczna, obecnie grupa Czerwono-Czarny Istambuł). Ich rola jest niewielka, poglądy nieraz odbiegają od eurocentrycznych schematów. Na anarchosyndykalistycznym portalu Aitrus.info ukazał się artykuł „Black Bloc Myth”, którego autor ubolewał, że „poglądy młodych egipskich opozycjonistów są wysoce wątpliwe z anarchistycznego punktu widzenia”, gdyż „aktywiści [egipskiego] Czarnego Bloku nie ukrywają swych nacjonalistycznych przekonań”. Konstatował ze smutkiem, że „lewicowcy i młodzi liberałowie po prostu przejmują image anarchizmu […] ale nie jego treść”.

Zanim przejdę do omówienia drugiego antagonistycznego obozu – ISLAMISTYCZNEGO (nie: islamskiego!) poświęcić trzeba trochę uwagi na scharakteryzowanie samego islamu. Jest to bowiem wprawdzie religia tzw. abrahamiczna, a więc pokrewna chrześcijaństwu16, ale jednak wyraźnie odmienna17. Zacznijmy od tego, że islam jest religią opartą na ortopraksji (słusznym postępowaniu) a nie – jak chrześcijaństwo – na ortodoksji (słusznej wierze); muzułmanie skupiają się nie na przekonaniach człowieka, ale na jego uczynkach. W rezultacie kościec myśli islamu stanowi nie teologia, ale prawo (szariat). Drugą różnicą jest brak rozdziału między sferą sacrum i sferą profanum. W chrześcijaństwie już u jego zarania Jezus powiedział: „Oddajcie co cesarskie cesarzowi, a co boskie – Bogu”. W islamie władca był namiestnikiem Boga, dlatego religia obejmuje tu jednolicie całe życie społeczne – szariat odnosi się nawet do przepisów ruchu drogowego! Zarazem jednak ten system prawny jest bardzo zdecentralizowany (przypomina anglosaskie common law) – nie ma jednego centralnego organu tworzącego prawo i dającego jego wykładnię, mamy do czynienie z niezliczonymi autorytetami prawnymi funkcjonującymi w obrębie czterech różnych szkół prawa muzułmańskiego (mazahib): hanafickiej, malikickiej, szafiickiej i hanbalickiej. Względną zgodność orzecznictwa zapewnia jednak zasada taklid (naśladownictwa), nakazująca powoływanie się na dorobek poprzedników, jednak islamscy prawnicy mogą wydawać skrajnie odmienne fatwy (orzeczenia). Wynika to z faktu, że w islamie nie istnieje jednolita organizacja religijna na wzór kościołów chrześcijańskich, a w jej ramach centralny autorytet religijny. Każda wspólnota skupiona wokół meczetu zachowuje autonomię. W zasadzie nie występuje tu również wyodrębniona warstwa duchowieństwa. Prowadzić modlitwy może osoba świecka znająca Koran (imam), która wyznaczana jest przez władze lub wybierana przez wiernych. Wyjątek stanowi szyizm, gdzie wytworzyła się warstwa zawodowych duchownych (nauczycieli i interpretatorów prawa) ze swoją specyficzną hierarchią. Ale nawet ta hierarchia opiera się na wiedzy, autorytecie i konsensusie, przypomina raczej hierarchię naukową niż polityczną. I ostatnia różnica: dla pobożnego muzułmanina zasadnicze znaczenie ma nie państwo, nie naród, ale ponadnarodowa i międzyrasowa społeczność muzułmańska – umma. Bardziej umiarkowane nurty islamizmu (jak Bracia Muzułmanie) próbują wprawdzie pogodzić prymat ummy z lojalnością wobec ojczyzny (watan) ale islamscy radykałowie pokroju Sajjida Kutba byli zawsze konsekwentnymi kosmopolitami.

Oczywiście nie każdy wyznawca islamu jest islamistą. Islamista chce ustroju opartego na szariacie lub przynajmniej legitymizowanego przez religię. Tak jak wiele jest odmian islamu, tak wiele jest również odmian islamizmu.

Najstarszym nurtem w islamizmie – kiedyś dominującym, dziś w defensywie – jest tradycjonalizm. Islamscy tradycjonaliści są klasycznymi konserwatystami religijnymi i społecznymi, uzasadniającymi status quo przy pomocy religii. Co więcej, akceptują zachowaną formę religii także wtedy, gdy w ciągu wieków obrosła tradycjami odbiegającymi od pierwotnego kształtu. Tradycjonaliści rzadko tworzyli własne ruchy polityczne, z reguły ograniczali się do udzielania poparcia panującym. Elastyczność tradycjonalistów jest wręcz przysłowiowa. Do egipskiej telewizji zaproszono kiedyś jednego z ulemów (muzułmańskich uczonych), by przedstawił islamskie stanowisko na temat aborcji; ten zapytał tylko, czy ma się wypowiedzieć za czy przeciw. Bastionem tradycjonalizmu pozostaje religijny establishment (jak uniwersytet Al-Azhar) i podążające za nim masy pobożnych, ale zdepolityzowanych muzułmanów. Do tradycjonalistów zaliczyć możemy zwolenników panujących dynastii18 (w odróżnieniu od cesarskiego Iranu żadna nie zdecydowała się na zerwanie z religią) i przynajmniej niektóre ugrupowania tworzone przez zakony sufickie, takie jak Głos Wolności i Partia Zwycięstwa w Egipcie czy partia Umma, utworzona w Sudanie z inicjatywy zakonu Ansar (spadkobiercy XIX-wiecznych mahdystów)19.

Pod koniec XIX w. rozpoczęło się odrodzenie religijne w świecie islamu, zapoczątkowane przez Sajjida al-Afganiego. Zjawisko to od początku miało dwoistą naturę: z jednej strony chciało dostosować islam do wymogów współczesności, z drugiej – zamierzało tego dokonać poprzez oczyszczenie religii z wypaczających ją naleciałości, poprzez powrót do źródeł. Reformę religii miało umożliwić przywrócenie zarzuconej przed wiekami zasady reinterpretacji prawa (idżtihad), która pozwalała odwoływać się bezpośrednio do źródeł islamu z pominięciem dziedzictwa wypracowanego przez tradycyjne szkoły prawne. Ta reinterpretacja mogła pójść w różnych kierunkach, dlatego – paradoksalnie – zarówno islamski modernizm, jak i fundamentalizm mają wspólne korzenie.

Islamscy moderniści starają się łączyć religię z nowoczesnością, akceptując nie tylko zdobycze nauki i technologii, ale również demokrację, pluralizm i prawa człowieka (przypominają tym samym europejską chadecję). Ta synteza może być dokonywana w różnych proporcjach: czasem ogranicza się do żądania uznania prawa muzułmańskiej większości do islamskiego ustroju, czasem prowadzi tylko do szukania religijnego uzasadnienia dla liberalnej demokracji. Mamy tu szeroki wachlarz propozycji, których wspólnym mianownikiem jest poszukiwanie systemu politycznego, który nie byłby sprzeczny z zasadami islamu.

Najstarszym i najszerzej rozgałęzionym ruchem modernistycznym są utworzeni w 1928 r. Bracia Muzułmanie (Ichwan al-Muslimin). Choć zrodzili się w Egipcie, obecnie mają zasięg ogólnoświatowy. Początkowo ruch miał charakter ekstremistyczny: jego wyznanie wiary brzmiało: „Bóg jest naszym celem, Przewodnik20 jest naszym wodzem, Koran naszą konstytucją, dżihad jest naszą drogą, śmierć na drodze do Boga naszym największym pragnieniem!”; zbrojna gałąź Braci prowadziła terrorystyczne akcje przeciw brytyjskim okupantom i monarchii. Jednym z teoretyków Braci był Kutb, którego dzieła po dziś dzień stanowią inspirację islamskich terrorystów. Stopniowo jednak ruch ewoluował w kierunku umiarkowanym. W rezultacie Bractwo stało się niejako wylęgarnią różnych radykalnych ugrupowań islamistycznych, które zeń pączkowały: w latach 50. oderwała się jordańska Hizb ut-Tahrir (Partia Wyzwolenia), w latach 70. Tanzim al-Dżihad (Organizacja Dżihadu) w Egipcie i Talija Mukatila (Walcząca Awangarda) w Syrii, w latach 80. egipska Dżama al-Islamija (Grupa Islamska). Po odejściu dżihadystów w Ichwan konkurują dwie linie: zwolennicy oddolnej islamizacji społeczeństwa przez działalność misyjną i charytatywną (dawa) oraz zwolennicy akcji politycznej, tj. zdobywania wpływu na państwo przez udział w wyborach21. Czołowym ideologiem (czy raczej autorytetem religijnym) związanym z Bractwem jest Jusuf Karadawi. Współczesny program polityczny BM zasadza się na próbie wypracowania oryginalnego modelu islamskiej demokracji – „republikańskiego, parlamentarnego, konstytucyjnego i demokratycznego porządku politycznego w ramach zasad islamu”. Według Braci ludzie mają prawo powoływać, kontrolować i odwoływać rządzących, ale suwerenność przynależy do Boga i zesłanego przezeń szariatu. W praktyce oznacza to, że wolność opinii ograniczona będzie „moralnymi fundamentami społeczeństwa”, a kobietom i mniejszościom gwarantuje się pewne prawa, ale nie całkowitą równość. Pod względem społeczno-gospodarczym program Ichwan ma charakter liberalny (domaga się deetatyzacji i deregulacji gospodarki), ale zarazem kładzie nacisk na konieczność zapewnienia biednym opieki społecznej. Poparcie dla tego programu Bractwo znajdowało z jednej strony w klasie średniej (inteligencja techniczna i lekarska, drobni przedsiębiorcy), z drugiej – wśród biedoty.

Ichwan uzyskało szerokie poparcie. W Egipcie w wyborach 2011/2012 utworzona przez Braci Partia Wolności i Sprawiedliwości uzyskała pierwsze miejsce z 38 proc. głosów, a kandydat tej partii na prezydenta Mohamed Morsi – 25 proc. w I turze i 52 proc. w II. W Palestynie z inicjatywy Bractwa powstał Islamski Ruch Oporu (Hamas), który w 2006 r. wygrał wybory do władz Autonomii Palestyńskiej zdobywając 76 miejsc w 132-osobowej legislatywie22. W latach 90. Narodowy Front Islamski Hassana al-Turabiego rządził w Sudanie. Polityczne skrzydła Ichwan są największymi partiami parlamentarnymi w Jordanii (Front Akcji Islamskiej) i Maroku (Partia Sprawiedliwości i Rozwoju, PJD). Podobnie było w Tunezji w 2011 r.; trzy lata później Ennahda została zepchnięta na drugie miejsce, utrzymując jednak poparcie 28 proc. W Jemenie partia Islah zdobyła 23 proc. głosów. W skali międzynarodowej protektorem Braci był Katar, rywalizujący z Arabią Saudyjską o przywództwo w świecie sunnickim23.

Stosunkowo niewielkie wpływy Ichwan (występujące jako Ruch na rzecz Społeczeństwa Pokoju) ma w Algierii – tu główną siłą islamizmu był Islamski Front Ocalenia (FIS). W I turze wyborów parlamentarnych 1991 r. FIS uzyskał 48 proc., zanim został zepchnięty do podziemia (Islamska Armia Ocalenia, AIS) przez dyktaturę wojskową. Nie ma też związków z Braćmi wiodący ruch islamistyczny w Turcji. W tym kraju Necmettin Erbakan założył w 1969 r. organizację społeczno-religijną Millî Görüş, która stała się fundamentem szeregu partii islamistycznych: Partii Ładu Narodowego (MNP) 1970-71, Partii Ocalenia Narodowego (MSP) 1972-81, Partii Dobrobytu (Refah) 1983-98, Partii Cnoty (Fazileh) 1998-2001 i wreszcie Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) obecnego premiera Recepa Erdoğana. Kolejne wcielenia ruchu islamistycznego były coraz bardziej umiarkowane (odchodząc od islamizmu ku konserwatyzmowi)24, ale zarazem zyskiwały coraz większe poparcie (w ostatnich wyborach parlamentarnych 2011 r. AKP zyskała 50 proc. głosów). AKP przeciwstawia kemalizmowi i panturkizmowi program neoottomański, tj. odbudowanie pod przywództwem Turcji bloku państw muzułmańskich na Bliskim Wschodzie.

Niektóre ugrupowania islamistyczne jeszcze bardziej zbliżają się do liberalizmu w swych wysiłkach reformowania islamu. Przykładami mogą być np. egipska partia Centrum (Wasat) albo ruch Fethullaha Gülena w Turcji. Wasat deklaruje się jako „partia obywatelska o islamskich korzeniach”, kulturowe dziedzictwo islamu traktuje jedynie jako inspirację, gwarantuje pełnię praw obywatelskich innowierców i kobiet. Gülen krytykuje autorytaryzm Erdoğana i angażuje się w dialog międzyreligijny z chrześcijanami i Żydami.

O ile islamiści głównego nurtu stanowią polityczne centrum, to w islamizmie dostrzeżemy też lewe skrzydło. Zaliczyć można tu „Trzecią Teorię Światową” Muammara Kadafiego, który starał się łączyć heterodoksyjny suficki islam z antyimperialistycznym (arabskim, a potem panafrykańskim) nacjonalizmem, w sferze programowej postulując demokrację bezpośrednią (dżamahiryja) i socjalizm. Konsekwentną lewicę islamską stanowiła Organizacja Mudżahedinów (Bojowników) Ludowych w Iranie, prowadząca walkę partyzancką najpierw przeciw monarchii absolutnej szacha, potem przeciw władzy Chomeiniego. Mudżahedini dokonali syntezy marksizmu (a nawet feminizmu) z rewolucyjnym szyizmem Alego Szariatiego, jednak po klęsce swego protektora Saddama Husajna, zmuszeni szukać oparcia na Zachodzie, przeszli na pozycje liberalne. W Egipcie istnieją lewicujące Islamska Partia Pracy i Młody Egipt; po rewolucji Tahrir grupa działaczy młodzieżówki Bractwa utworzyła partię Egipskiego Nurtu, która znalazła się w lewicowej koalicji Rewolucja Trwa. Nawet w Turcji w niedawnych protestach na placu Taksim uczestniczyli – obok lewicowców, nacjonalistów, liberałów, Kurdów, ekologistów, yuppies i aktywistów LGBT – działacze islamskiej lewicy.

Arabska Wiosna przyniosła kryzys umiarkowanego islamizmu. Nie przegrał on w starciu z demokracją, jak prorokowali niektórzy. W najważniejszym państwie arabskim, Egipcie, islamiści wygrali demokratyczne wybory, ale potem (jak dwadzieścia lat wcześniej w Algierii), zostali obaleni na drodze wojskowego przewrotu. Nowy reżim przy obojętności międzynarodowej opinii publicznej, tak wyczulonej na przypadki łamania praw człowieka, zmasakrował islamistyczną opozycję25. W takich warunkach trudno zachować wiarę w demokratyczne pryncypia. Nic więc dziwnego, że skutkiem Arabskiej Wiosny stał się kolejny renesans dżihadyzmu, którego kres już tyle raz wieszczono26, a któremu ostatecznie grunt spod nóg miały wyrwać demokratyczne reformy.

W odróżnieniu od modernistów, islamscy fundamentaliści nie chcą dostosowywać islamu do współczesności, ale współczesność do wymogów religii. Chcą powrotu do fundamentów islamu, do jego nieskażonej formy z wczesnośredniowiecznego okresu „kalifów sprawiedliwych”. Oznacza to wyłączność stosowania prawa szariackiego i odrzucenie nowoczesnej demokracji, uważanej za „pogaństwo” (dżahilija). Rządom człowieka (zarówno w formie demokratycznej, jak i oligarchicznej czy autokratycznej) przeciwstawione jest „panowanie Boga” (hakimijja, jak nazwał to pakistański islamista Abul Al’a Maududi), choć fundamentaliści różnią się co do sposobów zapewnienia tego panowania. Najogólniej rzecz biorąc islamski ustrój (emirat/kalifat) to jedynowładztwo, ale pod kontrolą islamskiej jurysdykcji (emir/kalif podlega szariatowi, jest tylko jego wykonawcą) i z elementami demokracji bezpośredniej (obowiązek konsultacji społecznych, tzw. szura). Wewnątrz społeczności wiernych panuje internacjonalistyczne braterstwo i ostentacyjny egalitaryzm, wspólnota zobowiązana jest też do opieki nad swoimi członkami27.

Najbardziej rozpowszechnioną odmianą islamskiego fundamentalizmu jest salafizm28. Jego źródeł szukać należy w działalności XVIII-wiecznego reformatora Mohammeda ibn Abd al-Wahaba, który żądał powrotu do wiary przodków poprzez oczyszczenie islamu z innowacji i obcych wpływów. Jednym z istotnych elementów wahabizmu była rewizja stosunku do tzw. ludów Księgi (czyli chrześcijan i judaistów), którym w tradycyjnym islamie przysługiwała opieka (choć nie równouprawnienie) – wahabici uznali ich za politeistów. W XX w. wahabici zjednoczyli swe siły z księciem Abdulazizem Ibn Saudem z Nedżdu, który stworzył królestwo Arabii Saudyjskiej. Od czasu boomu naftowego lat 70. Arabia Saudyjska zaczęła wykorzystywać swe wpływy do propagowania wahabizmu (salafizmu) na całym świecie.

Ruchy salafickie na świecie są zróżnicowane nie mniej od islamizmu umiarkowanego. Salafici dążą w pierwszej kolejności do zapewnienia muzułmanom warunków do życia codziennego zgodnego z rygorystyczną interpretacją szariatu. W drugiej kolejności chcą ustanowienia islamskiego ustroju politycznego – kalifatu. W trzeciej – objęcia kalifatem całej dar-ul-islam, czyli ziemi zamieszkałej przez muzułmanów29. To już rodzi konflikty. O ile Arabia Saudyjska zapewnia możliwość „promowania cnoty i zapobiegania występkom” (tak nazywa się tamtejsza policja religijna), to jej ustrój sprzeczny jest z pryncypiami kalifatu (monarchia nie ma mocnej legitymizacji w islamie). Kontrowersje wśród islamistów budzi też prozachodnia polityka zagraniczna Saudów, która była bezpośrednim powodem wystąpienia Osamy bin Ladena przeciw dynastii. Inną płaszczyzną sporów jest preferowana taktyka. Część salafitów koncentruje się na działalności misyjnej. Inni tworzą swoje partie polityczne (w Egipcie powstało ich… 10, z partią Nur na czele) i startują w wyborach (w Egipcie uzyskali blisko 29 proc.).

Niektórzy wszakże przechodzą do walki zbrojnej, traktując ją jako dżihad. Dżihadyzm jest faktycznie innowacją w stosunku do tradycyjnego islamu: po pierwsze – uznaje dżihad za „szósty filar islamu”30, po drugie – utożsamia dżihad (walkę ze złem) i kital (walkę zbrojną)31. Do pierwszych ugrupowań dżihadystycznych zaliczyć należy aktywne w latach 90. Islamską Grupę Zbrojną (GIA) w Algierii i Grupę Islamską w Egipcie. Potem pałeczkę w tej sztafecie ekstremizmu przejęła Al-Kaida, przenosząc islamski terroryzm na poziom globalny. Od czasu wojny w Iraku mamy do czynienia z „dżihadem 3.0”, czyli ukorzenianiem się dżihadystów w terenie. Owocem tego zjawiska jest m.in. Islamskie Państwo Iraku i Syrii (w skrócie Daisz)32, asz-Szabab w Somalii czy ruch Boko Haram w Nigerii. Dżihadyści nie stanowią monolitu, to nurt wewnętrznie skonfliktowany. W Syrii walczą nie tylko z armią rządową i prorządowymi milicjami, nie tylko z umiarkowaną Wolną Armią Syryjską, ale również między sobą: salafici prosaudyjscy (Front Islamski) z antysaudyjskimi (IPIS). Walki trwają nawet między dwoma syryjskimi odgałęzieniami Al-Kaidy: Dżabhat Al-Nusra i Daisz. Wiąże się to z rozpowszechnioną w tym środowisku praktyką „takfiryzmu”: dżihadyści przyznają sobie prawo okładania przeciwników rodzajem ekskomuniki (takfir); wykluczony staje się wówczas niewiernym, którego można i trzeba bezpardonowo zwalczać33.

Z tego nurtu wywodzi się islamski odpowiednik anarchizmu (choć oczywiście zwolennicy tego nurtu sami za anarchistów się nie uważają) – Takfir wal-Hidżra34, działająca w Egipcie w latach 70. XX w. Jej twórca Szukri Mustafa wierzył, że muzułmanie powinni akceptować tylko wiedzę pochodzącą bezpośrednio od Boga, a za taką uważał jedynie Koran (ortodoksyjni muzułmanie uznają także hadisy35 i sunnę36). Zakwestionował również zasady naśladownictwa, konsensusu (idżma) i analogii (kijas), stosowane przez islamskich prawników, uznając tylko idżtihad (wnioskowanie indywidualne), co prowadziło go do odrzucenia autorytetu ulemów i całego systemu szariatu. Rzecz jasna Szukri negował również wszelką lojalność wobec państwa – ku oburzeniu opinii publicznej twierdził np., że nie widzi różnicy między policją egipską a izraelską. Zwolennicy Szukriego założyli na pustyni wzorcową społeczność muzułmańską, ale po zabiciu ministra do spraw religii w 1977 r. zostali rozbici przez władze.

Odrębnym zjawiskiem jest fundamentalizm szyicki. Szyici, przez wieki stanowiący prześladowaną mniejszość w świecie islamu, w odróżnieniu od sunnitów kontestowali prawowitość muzułmańskich władców, lojalność przelewając na swych duchowych przewodników. Rozwinęli też szczególny kult martyrologii, który początkowo jednak oznaczał bierną akceptację cierpienia. Reinterpretacji szyickiej filozofii dokonał w latach 70. XX w. Ali Szariati. Po pierwsze, zerwał z tradycyjnym szyickim kwietyzmem przeciwstawiając dekadenckiemu „czarnemu szyizmowi” („religii żałoby”) aktywistyczny „czerwony szyizm” („religię męczeństwa”). Po drugie, ustrojowi społeczeństwa islamskiego nadał oblicze socjalistyczne, pisząc, że „kiedy jest powiedziane w Koranie, że własność należy do Boga, znaczy to, że kapitał należy do całego ludu”. Po trzecie, odrzucając taklid na rzecz idżma Szariati dochodził do wniosku, że islamska idea tawhid (jedności) wyklucza pośredników między Bogiem a człowiekiem, a co za tym idzie – postulował islam bez duchownych. Ideologię tę przejął częściowo ajatollach37 Ruhollah Chomeini, w przeciwieństwie jednak do Szariatiego i idących jego śladem Mudżahedinów Ludowych proklamował przywództwo duchowieństwa (welajet e-fakih) w rewolucji islamskiej. Wygrał Chomeini, rozgramiając zarówno lewicowo-islamskich Mudżahedinów, jak i liberalno-islamską Republikańską Partię Ludu Muzułmańskiego ajatollacha Szariatmadariego. W rezultacie w Iranie ukształtował się specyficzny ustrój łączący elementy demokratyczne (powszechne wybory parlamentu i prezydenta, odpowiedzialność rządu przed parlamentem) i teokratyczne (powoływane z duchownych organy: Najwyższy Przywódca, Zgromadzenie Ekspertów, Rada Strażników)38. Poza granice Iranu model ten próbują przenosić takie ugrupowania jak Hezbollah w Libanie czy Najwyższa Rada Rewolucji Islamskiej i Ruch Sadrystowski (Armia Mahdiego) w Iraku.

Na koniec wspomnijmy o ruchach, które trudne są do zaklasyfikowania w powyższym schemacie – o partiach komunalistycznych. Zjawisko to bardziej rozpowszechnione jest w Azji Południowej i Wschodniej (tzw. muzułmański nacjonalizm)39, ale występuje też w przypadku niektórych mniejszości religijnych na Bliskim Wschodzie. Chodzi tu o świeckie ugrupowania starające się reprezentować interesy swoich wspólnot wyznaniowych – np. szyicki Amal, alawicką Arabską Partię Demokratyczną i druzyjską Partię Postępowo-Socjalistyczną w Libanie czy Ruch Jezydów na rzecz Reform i Postępu w Iraku.

Jak widać, sytuacja na Bliskim Wschodzie wyraźnie odbiega od schematów świata Zachodu. Jeśli ktoś chce poznać pozaeuropejską rzeczywistość musi najpierw uczynić jedno: zbić swe europejskie okulary.

dr hab. Jarosław Tomasiewicz

Tekst pierwotnie ukazał się w anarchistycznym piśmie „Inny Świat”. Przedruk za zgodą autora i wydawcy.

Przypisy:

1 A więc np. lewica musi walczyć o prawa mniejszości seksualnych a prawica o wolny rynek.

2 Osobną kwestią są granice wyobraźni politycznej przeciętnego Polaka, który Arabów utożsamia z muzułmanami (choć zaledwie co piąty muzułmanin jest Arabem), muzułmanów z islamistami a islamistów z brodatymi terrorystami obwiązanymi dynamitem.

3 Przez słowo „nacjonalizm” rozumiem ideologię podmiotowości i/lub nadrzędności narodu (niekoniecznie etnicznego) a zarazem ruchy narodowe i narodowowyzwoleńcze. Traktuję to pojęcie jako neutralne a nie pejoratywne.

4 Choć faktem jest, że nastąpiło to przy bardzo niskiej frekwencji i w sytuacji rozbicia elektoratu naserystowskiego (Arabska Demokratyczna Partia Naserystowska i Narodowo-Postępowa Partia Unionistyczna poparły Sisiego). Dwa lata wcześniej Sabahi otrzymał w I turze wyborów 21 proc.

5 Jako ciekawostkę można podać, że iracki baasizm ma swój przyczółek w Polsce w postaci bloga antyimperializm.wordpress.com

6 Mistyczna odmiana islamu, na ogół skonfliktowana z fundamentalistami.

7 Ugrupowania świeckie atrakcyjne były zwłaszcza dla mniejszości wyznaniowych, dlatego w sunnickiej Syrii partia Baas zdominowana została przez alawitów, a szyickim Iraku – przez sunnitów. Wywarło to wpływ na nienawiść dzielącą oba rządzące odłamy baasistów Asada i Saddama Husejna.

8 Reżim Sisiego łączy kult jednostki, autorytarne represje wobec opozycji, nacjonalistyczną retorykę, konserwatyzm obyczajowy i neoliberalne reformy gospodarcze.

9 Zwyciężyła w ostatnich wyborach uzyskując 86 mandatów wobec 69 islamistów.

10 Choć podobno ich poglądy znajdują pewien rezonans w niektórych środowiskach młodzieżowych w Iranie, np. wśród kibiców.

11 Oprócz PYD działa też w Syrii konkurencyjna Kurdyjska Rada Narodowa, skupiająca ugrupowania powiązane z rządem Kurdystanu Irackiego.

12 Wspomnijmy jeszcze – choć to już wykracza poza region Bliskiego Wschodu – o nacjonalizmach ludów berberyjskich (np. Kabylów i Tuaregów) w Maghrebie.

13 Inny – Mohammed Adel – był uczestnikiem Center for Non-Violent Action and Strategies utworzonego przez serbską grupę Otpor, znaną z przeprowadzenia pierwszej „kolorowej rewolucji” w Europie Wschodniej. W tym kontekście warto bliżej przyjrzeć się Alliance of Youth Movements, założonemu z inicjatywy doradcy Hilary Clinton – Jareda Cohena.

14 Byli jednak i tacy (jak opisany przez „Financial Times” Ahmed al-Darawy), którzy dołączyli do dżihadu.

15 W 2014 mogliśmy zaobserwować próbę stworzenia „trzeciej siły” w konflikcie przez porozumienie między Ludowym Frontem i Narodowym Komitetem.

16 Czego nie dostrzegają prostaczkowie uważający, że muzułmanie czczą jakiegoś „Allacha”. „Allach” to po arabsku Bóg (tak jak po angielsku „God” a po francusku „Dieu”), dlatego muzułmanie wierzą po prostu w tego samego monoteistycznego Boga, którego czczą chrześcijanie i judaiści. Szacunkiem muzułmanów cieszy się również Jezus, ale nie jako Syn Boży i Zbawiciel, ale prorok poprzedzający Mahometa (co ma swe konsekwencje w stosunku wobec chrześcijan).

17 Czego uparcie nie dostrzegają inni prostaczkowie wypisujący androny np. o „muzułmańskim klerykalizmie”.

18 W tym ugrupowania monarchistyczne w Afganistanie (Narodowy Front Islamski, Front Ocalenia Afganistanu) w czasie inwazji sowieckiej.

19 Z kolei konkurencyjny zakon Chatmija utworzył świecko-nacjonalistyczną Demokratyczną Partię Unionistów.

20 Przywódca Bractwa.

21 Czasem jednak Bracia, na ogół przymuszeni przez okoliczności, sięgają broń – tak jak obecnie w Syrii, gdzie współtworzą Wolną Armię Syryjską.

22 Zwycięstwa Hamasu nie uznała jednak tzw. wspólnota międzynarodowa, popierająca bardziej umiarkowany Fatah, i islamiści utrzymali władzę tylko w Strefie Gazy.

23 Stąd zaskakujące niektórych poparcie Arabii Saudyjskiej i partii salafickich dla przewrotu wojskowego, który obalił rząd Braci Muzułmańskich w Egipcie.

24 „Twardogłowi” z rozwiązanej Fazilet założyli Partię Szczęścia (Saadet) ale pozostaje ona na marginesie polityki.

25 W jednej tylko masakrze opozycjonistów na placu Raaba w Kairze 14 sierpnia 2013 r. zginęło ok. 1000 osób wg Human Rights Watch (opozycja mówi o 2600, władze przyznają się do 638).

26 Gilles Kepel obwieścił klęskę dżihadyzmu w 2000 r. Rok później Al-Kaida atakiem na Nowy Jork rozpoczęła tzw. Global War On Terror.

27 I jeszcze jedno: mimo antyfeminizmu salafitów na uwagę zasługuje obrazek dostrzeżony przez zachodniego reportera w Państwie Islamskim: kobiety w burkach i z kałasznikowami na plecach, strzegące porządku na ulicy.

28 Innym przykładem może być wywodzący się z Indii ruch Deobandi, z którego wyrosła zarówno międzynarodowa organizacja misyjna Tablighi Dżamaat, jak i pakistańska milicja sunnicka Sipah-e-Sahaba, a pośrednio również afgański Taliban.

29 W skrajnym ujęciu dar-ul-islam to nie tylko obecne kraje muzułmańskie, ale również tereny kiedyś należące do świata islamu, np. Hiszpania czy Bałkany.

30 Klasycznych „pięć filarów” to wyznanie wiary, modlitwa, jałmużna, post i pielgrzymka do Mekki.

31 Tradycyjni muzułmanie kładą nacisk na tzw. wielki dżihad, czyli wewnętrzne zmagania ze złem.

32 Od: ad-Daula al-Islamija fil Irak wa asz-Szam.

33 W myśl islamu muzułmanie nie powinni ze sobą wojować a już na pewno nie mogą prowadzić dżihadu przeciw innym muzułmanom. Jednak w XIII w. ulem Ahmad Ibn Tajmijja, by uzasadnić prowadzenie „świętej wojny” przeciw świeżo nawróconym na islam Mongołom, zdemaskował ich jako „fałszywych muzułmanów”. Po kilku wiekach do jego koncepcji odwołał się (zgodnie z wymogiem taklid) Kutb, znajdując w nich argument przeciw świeckim rządom: formalnie muzułmański władca, jeśli nie stosuje ściśle szariatu, jest faktycznie niewiernym (co więcej, jako odstępca zasługuje na śmierć). Obecnie takfiryści hurtowo zaliczają do niewiernych już nie tylko sekty typu alawitów ale w ogóle wszystkich szyitów, a nawet (jak egipska grupa Takfir wal-Hidżra) całe współczesne społeczeństwa muzułmańskie.

34 Co można przetłumaczyć jako „Ekskomunika przez Emigrację” – hidżra to ucieczka Mahometa i jego zwolenników z Mekki do Medyny, która zapoczątkowała tworzenie islamskiego społeczeństwa.

35 Przypowieści o życiu Mahometa.

36 Tradycję prawną islamu.

37 Tytuł, który można porównać do profesora teologii w naszym kręgu kulturowym.

38 Obywatele wybierają Zgromadzenie Ekspertów spośród duchownych, Zgromadzenie wybiera Najwyższego Przywódcę (faktyczną głowę państwa) spośród wyższych duchownych, Przywódca wyznacza połowę członków Rady Strażników (pełniącej funkcje trybunału konstytucyjnego) – druga połowa wybierana jest przez parlament.

39 W Indiach po I wojnie powstała Liga Muzułmańska, uważająca indyjskich muzułmanów za naród odrębny zarówno od hinduistów jak i muzułmanów z innych krajów. Kryterium odrębności był nie język ale wyznanie, jednak religia nie determinowała wyznaniowego (teokratycznego) charakteru państwa (późniejszego Pakistanu). Obecnie podobne ruchy separatystyczne istnieją m.in. w Tajlandii i na Filipinach.

Populizm – problem i szansa

Populizm – problem i szansa

Jedną z obelg najczęściej używanych w przestrzeni publicznej jest określenie działań oponentów ideowych mianem populizmu. Postulaty popularne wśród społeczeństwa często zostają nim ochrzczone ze względu na swoją sprzeczność z ortodoksją panującą w dziedzinie polityk publicznych. Granice dzielące populizm od rozsądnego działania często bywają przy tym nominalne. Szkodliwe populistyczne rozdawnictwo może z łatwością przerodzić się w odpowiedzialną i dalekowzroczną politykę (np. prorodzinną), w zależności od tego, kto formułuje postulaty i kto je ocenia. Niejednokrotnie szybkie etykietowanie działań jako „populistycznych” zyskiwało w ostatnim 25-leciu komiczny rys, zastępując niejako przymiotnik „popularne”, mający w intencji oceniających odebrać znamiona racjonalności propozycjom lub działaniom nim naznaczonym.

Jednak populizm to nie tylko oręż erystyczny używany przez przeciwników popularnych postulatów. To także realne zjawisko o wielu odcieniach i potencjalnych skutkach. Jako taki powinien być więc również traktowany przez komentatorów narzekających na populizm rozumiany jako „tania zagrywka wyborcza” obliczona na zdobycie głosu naiwnych elektorów. Naiwnym, bowiem milczącym założeniem piętnujących populizm jest nieracjonalność wyborów społeczeństwa. „Uwierzycie populistom, a rachunek przyjdzie za kilka lat” – ostrzegają nas. Warto pochylić się nad tym argumentem, nad faktyczną mocą (lub niemocą) populizmu i założeniami stojącymi za tym poglądem.

Trudno uwierzyć, że faktycznie przy dokonywaniu aktów wyborczych ludzie nie kierują się własnym interesem, lecz są wodzeni na pokuszenie przez marketing polityczny i plemienne lojalności. Czynnik wrażenia ekonomicznej biegłości ekipy rządzącej i takiejże biegłości (lub jej braku) u pretendentów do władzy mógł być jedną ze składowych wyników wyborów choćby w 2011 roku. Powtórka z nich jest mało prawdopodobna. Tutaj również rolę może odgrywać kolejny ważny czynnik motywacji jak najbardziej ekonomicznej – poczucie osobistej wygranej części wyborców w przypadku obniżenia podwyższonego w 2012 roku wieku emerytalnego.

Ale jakie faktyczne wydarzenia będzie za sobą niosła zasmucająca część komentatorów fala populizmu ekonomicznego? W istocie na populizm warto spojrzeć jako na siłę rozciągającą dostępne ramy „rzeczywistości” zdefiniowane przez panujący konsensus dotyczący polityk publicznych. Taki populizm przeciwdziała tendencjom „zapominania” o sprawach ważnych, lecz mało widocznych z punktu widzenia arkuszy kalkulacyjnych ministerstwa finansów. Niech przykładem będzie lokalna infrastruktura, często ratowana dopiero w wyniku społecznych protestów – służba zdrowia, której przeznaczono zadanie utrzymania się z głodowych składek, i której głośny skowyt często ratował utrzymanie cywilizacyjnego minimum; lokalne szkoły i ich uczniowie, reprywatyzowane kamienice i ich lokatorzy. Innymi słowy, populizm może być głosem zwykłych ludzkich spraw, przesuwając granice rzeczywistości tam, gdzie „nie da się”, a już na pewno „nie opłaca”. Tego typu populizm osiągnął sporo małych zwycięstw.

Jednak od populizmu nie można oczekiwać za dużo poza swoistym działaniem grawitacyjnym. Ostatecznie, jakkolwiek mocno nie pomstowałyby zmieniające się (jedna na drugą) kolejne ekipy przy sterach gospodarczych, zarys granic rzeczywistości jest dość mocno wyznaczony – przez ramy traktatu z Maastricht zabraniającego tworzenia ponad 3-procentowych deficytów budżetowych. Są one akceptowane przez wszystkie ugrupowania potencjalnie rządzące Polską, co sprawia, że faktycznym narzędziem bardziej zdecydowanej zmiany polityki społeczno-ekonomicznej pozostaje polityka fiskalna. Kluczowe przy tych założeniach staje się pytanie: jakie zmiany podatkowe nas czekają i czyich portfeli dotkną?

Jak wskazuje w „Dzienniku Gazecie Prawnej” Rafał Woś, program wyborczy Platformy Obywatelskiej jest jej swoistym testamentem i świadectwem krętej 8-letniej drogi. Faktycznemu zmierzeniu się z umowami śmieciowymi i wprowadzeniu godzinowej płacy minimalnej towarzyszy obietnica wprowadzenia regulacji antyzwiązkowych. To wszystko, przy zwiększonej skali progresywności podatkowej, jest zdaniem publicysty „DGP” świadectwem swoistej wewnętrznej wędrówki przebytej przez tę formację.

Warto jednak zauważyć, doceniając zwiększenie progresywności podatkowej, że propozycje te dotykają tylko jednego możliwego wymiaru prospołecznych zmian. Znaczące zmniejszenie indywidualnych obciążeń mniej zarabiających Polaków jest działaniem słusznym i potrzebnym, aby w obliczu problemów demograficznych magnes zachodnich systemów socjalno-gospodarczych przyciągał nieco słabiej. Jednocześnie propozycje partii rządzącej przyjmują milczące założenie o bliskim do optymalnego stanie usług i dóbr publicznych. Jakże inaczej bowiem interpretować fakt, że na zmianach podatkowych mieliby skorzystać nie tylko mniej i średnio zamożni, ale również (choć w nieznacznym stopniu) zamożniejsi podatnicy. Ważne jest oczywiście, aby podatki były proste i jak najbardziej przyjazne mniej zarabiającym, ale ubytek dochodów podatkowych powinien być rekompensowany wyższymi poborami od lepiej zarabiających.

Przedstawiający program stwierdzają, że całościowe zmiany nastąpią dopiero wówczas, gdy będą przekonani o wzroście dochodów (PKB) pozwalającym na obniżkę opodatkowania. Tego typu deklaracje brzmią dobrze, jednak w praktyce oznaczają zmarnowanie dobrej szansy na doinwestowanie usług publicznych i wsparcie strukturalnych przemian gospodarki. Temu podejściu autorów programu jest oczywiście winny populizm – tym razem liberalny, spod znaku „zawsze trzeba obniżać podatki”. Biorąc pod uwagę, że, jak podaje (cytowany na portalu forsal.pl) Global Wealth Databook, w Polsce (23. gospodarce świata) żyje 50 tys. milionerów dolarowych, co daje nam 15. miejsce na świecie (w 2020 r. będzie ich 90 tysięcy) i dodając do tego poważne wątpliwości co do „normalności” rozmiarów nierówności społecznych, warto byłoby się zdobyć na nieco antypopulistycznej odwagi.

Również program PiS-u zdaje się być pod tym względem programem kontynuacji (także w założeniach polityki fiskalnej), pozbawionym postulatów zerwania z obecnymi założeniami systemu podatkowego. Rozmaite obietnice i postulaty będą miały oczywiście pewien wymiar „grawitacyjny”, rozszerzając najbardziej jak to możliwe granice wyznaczane przez rzeczywistość, jednak nie wyjdą poza nie.

Czy zatem już na zawsze definiowana przez ortodoksję rzeczywistość będzie dyktować warunki zamierzeniom? Tak stało się przecież w Grecji, której słuszne i racjonalne zamierzenia wyjścia z kryzysu skończyły się fiaskiem i upokarzającą tresurą głosicieli tego programu. Ale to nie znaczy, że zamierzeń nie można konfrontować z granicami ustalonej rzeczywistości, próbując je przesuwać. W 2020 r. w Wielkiej Brytanii odbędą się wybory, w których Partia Pracy będzie miała szansę pójść po zwycięstwo z liderem głoszącym koncepcję odbudowy gospodarczej za pomocą „luzowania ilościowego dla ludzi” (people’s quantitative easing). Pod tą niefortunną nazwą kryje się niepodnoszona od wielu dekad koncepcja zasilenia gospodarki poprzez bezpośrednie transfery z banku centralnego. Koncepcja ta, zupełnie zakurzona i prawdopodobnie całkowicie nieznana wśród ortodoksyjnych ekonomistów, została wskrzeszona na przełomie lat 2012/2013, gdy przypomnieli o niej ekonomista MFW Michael Kumhof oraz były brytyjski regulator finansowy Adair Turner. Od tego czasu, wraz ze względnym ustabilizowaniem tendencji kryzysowych największych gospodarek transatlantyckich, znów było o niej cicho, do momentu, gdy późnym latem 2015 r. nie okazała się być filarem programu nowego lidera opozycyjnej brytyjskiej Partii Pracy, Jeremy’ego Corbyna. Czy w 2020 r. czeka nas koniec obecnego paradygmatu, wyznaczanego przez ekonomiczną ortodoksję? To się okaże, ale jeśliby tak się stało, etykietki „populizmu” już nigdy nie będą brzmiały tak samo.

Liczby nie kłamią

Liczby nie kłamią

W neoliberalnym systemie ekonomiczno-społecznym aplikowanym Polsce od 26 lat, rozwój mierzy się głównie wybranymi wskaźnikami ekonomicznymi – korzystnymi z punktu widzenia globalnego kapitału, możliwości maksymalizacji zysku wielkich graczy czy zdolności państw do obsługi długu publicznego (czyli jego maksymalizacji). Wskaźniki takie jak wielkość długu publicznego, wzrost PKB czy inflacja nie są złe jako takie, gdyż kierują państwo w stronę stabilności ekonomicznej. Natomiast istnieje wiele innych wskaźników, które leżą w interesie społecznym i narodowym Polski i Polaków, a które są w konflikcie z celem maksymalizacji zysku przez globalny kapitał, za to zbieżne z celem zrównoważonego rozwoju społeczeństwa. Mówiąc inaczej, chodzi o podział dochodów wypracowanych w danym państwie i jakość jego rozwoju. Chodzi o to, mówiąc w skrócie, czy to kraj pełen zagranicznych oddziałów firm unikających płacenia podatków dochodowych, przejmujących krajowe dochodowe rynki i przyczyniających się do wzrostu dobrobytu w kraju swojego pochodzenia, czy kraj prężnego lokalnego kapitału zdolnego konkurować globalnie oraz płacącego wystarczająco dużo podatków na dobrą publiczną edukację, publiczną służbę zdrowia, zabezpieczenia od bezrobocia, solidne pensje. W poniższym tekście skoncentruję się na statystykach, dzięki którym można zrozumieć, na czym polega ten konflikt ekonomiczny.

Tabela 1. Dane statystyczne w miliardach (źródła: Eurostat, GUS, Global Financial Integrity, obliczenia własne).

liczby-nie-klamia-tab1

Tabela 1 pokazuje rozwój kilku istotnych wskaźników ekonomicznych i jest kopalnią informacji o przemilczanych aspektach polskiej „Zielonej Wyspy”. Skoncentrujmy się na kilku z nich:

  1. Widać, że średni wzrost PKB jest niższy od sumy dotacji netto z UE i od wzrostu długu publicznego. Gdyby dodatkowo oczyścić wzrost PKB z inflacji, dodać koszt odsetek długu publicznego oraz nielegalne wypływy finansowe z Polski, mit „Zielonej Wyspy” można wrzucić do kategorii baśni i fantazji. Statystyki pokazują jasno, że realny wzrost – w sensie bogacenia się Polski – nie istnieje od wielu lat i nawet nie pokrywa wzrostu długu i funduszy unijnych. Jeśli w perspektywie finansowej UE 2021-2027 drastycznie zmniejszą się fundusze dla Polski, to biorąc pod uwagę ograniczenia wynikające ze słusznej, konstytucyjnej zasady ograniczenie długu publicznego, okaże się – i widać już dzisiaj – że rozwój Polski jest toksyczną bombą z opóźnionym zapłonem. Po 2020 r., wraz z nałożeniem się problemów demograficznych, musi ona wybuchnąć, jeśli rzecz będzie się toczyć obecnym tokiem. Gdy patrzymy na zadłużoną Grecję i jej fundusz powierniczy, kluczowego znaczenia nabiera wzmocnienie konstytucyjnej ochrony państwowej kontroli nad lasami, zasobami mineralnymi, wodą pitną, ziemią rolną i strategiczną infrastrukturą energetyczną i transportową. Wtedy nie będzie wolno za pomocą zwykłej ustawy sprywatyzować tych aktywów, aby spłacać dług publiczny.
  2. Na czerwono został zaznaczony efekt nacjonalizacji 154 miliardów zł oszczędności emerytalnych Polaków w OFE. Oczywiście realnie żadnych problemów finansowych to nie zmieniło i było zwykłym trikiem księgowym mającym na celu odskoczenie od konstytucyjnego limitu zadłużenia. Samo zadłużenie realnie wzrosło w 2014 r. zapewne o przynajmniej 100 miliardów złotych. Tym samym nasuwa się istotny problem nieszczelności art. 216. Konstytucji RP: Nie wolno zaciągać pożyczek lub udzielać gwarancji i poręczeń finansowych, w następstwie których państwowy dług publiczny przekroczy 3/5 wartości rocznego produktu krajowego brutto. Sposób obliczania wartości rocznego produktu krajowego brutto oraz państwowego długu publicznego określa ustawaa dokładnie pogrubionej części, pozwalającej na manipulacje wyliczaniem wysokości długu za pomocą zmiany ustawy w sejmie przez zwykłą większość.
  3. Warto tu zwrócić uwagę na nielegalne wypływy finansowe z Polski. Zapewne jest to kwota sporo mniejsza, niż drenowanie zysku z Polski przez duże, zagraniczne korporacje celem uniknięcia zapłacenia i tak w sumie niewielkiego podatku CIT. Biorąc pod uwagę omijanie tego problemu przez władze oraz fakt nacjonalizacji OFE, a także np. podatek Belki uderzający w zwykłych obywateli, jasno widać beneficjentów i sponsorów obecnego układu politycznego.
  4. Odsetki za dług zagraniczny są spore i bardzo ryzykowne, patrząc na przykład „frankowiczów”. Dług niezłotówkowy powinien być zamieniony na złotówkowy w pierwszej kolejności.

Tabela 2. Dane statystyczne w % (źródła: Eurostat, GUS, Global Financial Integrity, obliczenia własne).

liczby-nie-klamia-tab2

W tabeli 2 rzuca się w oczy kilka elementów:

  1. Na niebiesko został zaznaczony wzrost zadłużenia publicznego w latach 2008-2011. Zapewne był to efekt przeciwdziałania kryzysowi finansowemu, co kosztowało ekstra, porównując ze średnim przyrostem długu, około 10% PKB.
  2. Na czerwono ponownie widać efekt manipulacji ustawą obliczającą dług publiczny (efekt nacjonalizacji OFE). Biorąc pod uwagę, że Grecja podobnie manipulowała długiem przez lata, widać, jakie to może mieć dramatyczne skutki kilka lat później.
  3. Na szczególną uwagę zasługuje średnio -4,1% PKB rocznego bilansu płatniczego Polski, czyli dwukrotność wydatków na armię. To bardzo ważna informacja i wskaźnik, na którego zmniejszenie należy zwracać baczną uwagę w przyszłości.
  4. Warto być świadomym malejących funduszy UE w relacji do PKB. Zapewne trend ten będzie kontynuowany.
  5. Średnio 2,4% PKB Polska wydaje na odsetki (nie mylić ze spłatą) od długu publicznego. To około 50% kwoty wydawanej na publiczną służbę zdrowia, która, jak pokazuje tabela 3, wynosi zaledwie około 4,7% PKB.
  6. Około 1,1% PKB to zidentyfikowane nielegalne wypływy finansowe z Polski.

Tabela 3. Wybrane dane ekonomiczne z baz danych Banku Światowego i Eurostatu (lata 2011-2013).

liczby-nie-klamia-tab3

W tabeli 3 rzuca się w oczy kilka kwestii:

  1. Widać, że w Polsce przeznacza się około 10% PKB mniej na cele socjalne, niż robią to kraje rozwinięte. Ta brakująca kwota zapewne jest bilansowana przez nielegalne wypływy finansowe, unikanie płacenie podatków przez zagraniczne korporacje, uprzywilejowanie podatkowe polskich superbogaczy itd., czyli istnienie de facto regresywnych, a nie progresywnych podatków, sumując CIT, PIT, VAT, akcyzy, podatki lokalne itd.
  2. Polski rynek pracy charakteryzuje się niskim udziałem pensji w PKB. Tygodnik „Polityka” podawał wartość 35,6%, mówi się też o około 48% – różnice to kwestia metodologii, jednak komunikat jest oczywisty: pensje są za niskie w relacji do PKB o przynajmniej 10%. Widać również strukturalnie za wysokie bezrobocie i za niski udział zatrudnionych w populacji. Mówiąc inaczej, polski rynek pracy jest bardzo niskiej jakości, jako patologiczny rezultat działań tak hołubionej przez neoliberałów „niewidzialnej ręki rynku”.
  3. Zwraca też uwagę, porównując np. z Czechami, zbyt niski odsetek eksportu zaawansowanych technologii. Jest to pośrednio powiązane z poniższym wykresem 1, pokazującym, że Polska na badania i rozwój wydaje dużo mniejsze kwoty niż inne państwa. Produkcja zaawansowanych technologii nie bierze się z „odwiecznych praw rynku”, lecz jej warunkiem koniecznym (choć niewystarczającym) jest zapewnienie odpowiednich publicznych finansów i przemyślanej, długoterminowej polityki przemysłowej.
  4. Spore zagrożenie dla rozwoju Polski stanowi nadmierny udział zagranicznego kapitału w polskiej bankowości. Takie kraje, jak Niemcy czy Dania wiedzą, co robią, utrzymując go na niskim poziomie i warto je naśladować. Pouczający jest poniższy wykres 2.

Wykres 1. Wydatki na badania i rozwój w latach 2002-2012 jako procent Produktu Krajowego Brutto (Źródło: Eurostat).

liczby-nie-klamia-wyk1

Wykres 2. Udział banków kontrolowanych z zagranicy w aktywach największych 10 banków w 2008 r. (za: http://www.sgh.waw.pl/katedry/kzfp/konferencjeseminaria/CS-SGH2012.01.17.pdf/download).

liczby-nie-klamia-wyk2

Poniższe tabela 4 i wykres 3 powinny być memento dla zwolenników nadmiernego zadłużania, zwłaszcza w obcych walutach. Mianowicie widać, jakie ryzyko niesie za sobą przy nadmiernym zadłużeniu skokowy wzrost kosztów obsługi długów, spowodowany utratą wiarygodności na rynkach finansowych czy atakami spekulacyjnymi.

Tabelka 4. Zadłużenie wybranych państw UE i odsetki od długu.

liczby-nie-klamia-tab4

Wykres 3. Koszty obsługi długu publicznego (odsetki) jako % PKB (2012 r.).

liczby-nie-klamia-wyk3

Rosnące nierówności społeczne to poważny problem w Polsce. Za pomocą wskaźnika Giniego można ten problem pokazać. Poniższy wykres 4 pokazuje, jak kształtuje się ten wskaźnik w różnych krajach.

Wykres 4. Wskaźnik Giniego dla wybranych państw (Źródło: Wikipedia).

liczby-nie-klamia-wyk4

Polska nie wypada tu najgorzej, choć gorzej to wygląda patrząc na rozwój wieloletni, co pokazuje poniższy wykres 5. Chile, neoliberalny raj wg licznych polskich „ekspertów”, ma jeden z wyższych poziomów nierówności, a USA idą łeb w łeb z Ukrainą i Rosją, wyprzedzając Chiny.

Wykres 5. Wskaźnik nierówności społecznych Giniego dla wybranych państw w latach 1985-2012 (źródło Bank Światowy).

liczby-nie-klamia-wyk5

Wykres 5 pokazuje kilka ciekawych rzeczy:

  1. Widać, że kraje komunistyczne miały w 1985 r. podobną wartość wskaźnika Giniego, około 0,25. Porównując z Rosją czy Chinami, Polska była nawet pionierem wzrostu nierówności w latach 1992-1997.
  2. Niewielki spadek od 2004r. łączy się ze zmianą metodologii liczenia.
  3. Nierówności społeczne rosną dużo szybciej w Chinach, Rosji czy Ukrainie, niż w Polsce.
  4. Czechy i Węgry nie poddały się neoliberalnej presji i utrzymują niski wskaźnik nierówności.
  5. Boliwia została poddana neoliberalnej kuracji kilka lat przed Polską. Można sobie tylko wyobrazić, jaki to oznaczało dramat dla tego, i tak ubogiego, społeczeństwa. Dopiero około roku 1999 odrzucono założenia Konsensusu Waszyngtońskiego, więc Boliwia, podobnie jak inne kraje Ameryki Łacińskiej, poszły swoją, zdroworozsądkową drogą. Ciekawostką jest, że znany nam dobrze prof. Jeffrey Sachs pełnił podobną rolę w Boliwii, jak potem w Polsce będąc doradcą z ramienia Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

W powyższym tekście pokazałem kilka wskaźników, które, powiedzmy, nie należą do wiedzy i refleksji mainstreamowej w Polsce. Widać z nich, że Polska w wielu obszarach rozwija się w sposób charakterystyczny dla kraju eksploatowanego w sposób niezrównoważony.
W ostatniej, poniższej tabeli 5 zastanowimy się, jak te wskaźniki powinny wyglądać za około 20 lat. Niestety, szybkie zmiany nie są tu możliwe, gdyż sprawy zaszły za daleko. To żmudny proces, który należy bardzo dobrze zaplanować i konsekwentnie wdrożyć.

Tabela 5. Przykładowe cele dla roku 2035 dla Polski jako wyraz wdrażania art. 2 Konstytucji RP o sprawiedliwości społecznej.

liczby-nie-klamia-tab5

Oczywiście, tabela 5 może być rozwinięta o inne wskaźniki, takie jak demografia, imigracja, emigracja, bieda i wykluczenie społeczne, udział wydatków w PKB dla edukacji czy ubezpieczenie od bezrobocia. Zaproponowane cele odzwierciedlają sytuację w krajach, na których powinniśmy się wzorować, takich jak Finlandia, Dania, Niemcy, a w niektórych przypadkach także Czechy i Węgry. Co takie zmiany by oznaczały?

  1. W obszarze finansów widać wyraźnie, że główną ofiarą takich zmian byłaby szeroko pojęta zagranica, obecnie drenująca Polskę z zasobów poprzez niewłaściwy system podatkowy, unikanie płacenia podatku od zysków kapitałowych, nielegalne wypływy kapitałowe oraz spore odsetki od długu publicznego. Straciliby także niektórzy polscy superbogacze, wyprowadzający swoje aktywa do rajów podatkowych. System podatkowy da się uszczelnić w kilka lat, natomiast oddłużanie to proces na 20-30 lat.
  2. Tym samym wywoła to zmasowaną kampanię przeciwko takiemu kierunkowi. W praktyce jej metodologię można zaobserwować już teraz, kiedy się mówi o podatku obrotowym dla dużych sieci handlowych oszukujących na podatku CIT, o przewalutowaniu kredytów we frankach czy o kwestii wzmocnienia konstytucyjnej ochrony lasów państwowych: liczne jednostronne artykuły w mediach, opinie „autorytetów” związanych z zagranicznym kapitałem, grożenie międzynarodowym arbitrażem, zwalczanie sił politycznych popierających ten kierunek czy epatowanie społeczeństwa katastroficznymi wizjami.
  3. Sfera socjalna jest obecnie niedofinansowana na około 10% PKB, co widać w marnych wydatkach na publiczną służbę zdrowia, publiczne nakłady na mieszkania czy – nieujęte w powyższych zestawieniach – niewielkie wydatki na ubezpieczenie od bezrobocia.
  4. Szczególnie zaniedbany jest rynek pracy. Jest on za mały, ze szczególnym wskazaniem na osoby starsze oraz udział pensji w PKB, który powinien wzrosnąć o kolejne przynajmniej 10%. To proces na lata, obarczony dużym ryzykiem konfliktów społecznych.
  5. Dobry rynek pracy to konkurencyjny przemysł, czyli produkcja zaawansowanych technologii. Tu brakuje kolejne 2% PKB rocznie na badania i rozwój, by z czasem polskie technologie zaczęły być globalnie konkurencyjne w masowej skali.
  6. To wszystko oznacza jednak duże wydatki publiczne, których nie wolno finansować przez zaciąganie kolejnych długów. Ich sfinansowanie powinno być dokonane dzięki systematycznej zamianie obecnego regresywnego systemu podatkowego na progresywny, wliczając w to najbogatszych rodaków oraz największe zagraniczne firmy, zwłaszcza w sektorach usług krajowych.
  7. Opodatkowanie zagranicznego kapitału sektorów produkcyjnych jest trudniejsze i powolniejsze, gdyż wiąże się z ryzykiem szybkiej wyprowadzki z Polski. Tym samym zwiększenie obciążeń podatkowych powinno być dostosowane do konkretnych sektorów i ich logiki biznesowej. Dotyczy to również Specjalnych Stref Ekonomicznych, których powolna fiskalizacja jest koniecznością.
  8. System bankowy to krwioobieg gospodarki. Obecnie nadmierny wpływ zagranicznego kapitału jest rażący i średnioterminowo powinien zostać zmniejszony o przynajmniej 50%, również dzięki inteligentnym regulacjom.
  9. Wskaźnik nierówności społecznych Giniego powinien systematycznie się polepszać. Myślę, że poziom Węgier, Czech czy Słowacji nie jest czymś niemożliwym.
  10. Dlaczego Polska nie miałaby stać się za 20 lat zamożniejszym państwem niż Niemcy czy Szwecja? To oczywiście trudny cel, ale czy nierealny, mimo że 20 lat to bardzo mało na wygenerowanie takiego wzrostu? Chodzi jednak o prowokację intelektualną. Dlaczego nie możemy mieć ambitnych celów i je realizować, zwłaszcza biorąc pod uwagę polskie zasoby naturalne, kapitał ludzki, silną tożsamość i kulturę?

Przykłady celów opisanych w tabeli 5 są zgodne z interesem narodowym i społecznym Polski i Polaków oraz z art. 2 Konstytucji RP, który stanowi, że Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej. Moim zdaniem wiele powyższych celów realizuje zapisy tego artykułu, a utrzymanie obecnego, neoliberalnego kierunku jest niekonstytucyjnym zaniechaniem.

Na górze myśliwce, na dole Qachaqbar

Na górze myśliwce, na dole Qachaqbar

1.

Już na ławkach, przed wejściem, ktoś rozpływa się w narkotykowym niebie. Na ziemi, zaraz po przekroczeniu furtki, leżą zużyte strzykawki. A trzydzieści metrów dalej rozłożone przez wolontariuszy namioty dla uchodźców.

Podobno około czterystu. Ostatnia fala to sami Afgańczycy, w większości nastolatki i dzieci. Niektóre bez krewnych. Rodzicom starczyło tylko na jeden przemyt.

Żar leje się z nieba, w połowie sierpnia temperatura dochodzi do trzydziestu ośmiu stopni. Wokół namiotów przechadzają się wolontariusze. Zabiorą dzieci na plac zabaw, zorganizują zajęcia plastyczne i gry zespołowe, puszczą bańki mydlane.

Od święta pojawi się w parku policja na kilkanaście minut. Na odcinek z narkomanami zamknie oczy. Przejdzie do obozowiska uchodźców, przespaceruje się w tę i z powrotem, odmaszeruje.

Fot. David Castro Caso

Fot. David Castro Caso

2.

Park Pedion Areos, „Pole Aresa”, jest ładny i zadbany, ale Ateńczycy nie przychodzą już tutaj na spacery. Pole greckiego boga zniszczenia i wojny to dziś skład żywności i wody. Za współczesną łaźnię grecką robi fontanna przed wejściem, choć niektórzy kąpią dzieci pod strumieniem z węża ogrodowego. Pod pomnikami bohaterów greckiej rewolucji kilku uchodźców ucina sobie drzemkę. Chłopiec z Afganistanu biega przebrany za Napoleona. Inni grają w piłkę.

Są afgańscy lekarze, przedsiębiorcy, studenci, robotnicy, dziennikarz, żołnierz, prawnik, nauczyciel akademicki. Nie ma wśród nich biedaków. Trzeba mieć kilka tysięcy euro, żeby zapłacić przemytnikowi, Qachaqbarowi, jak nazywają go Afgańczycy, który pomaga imigrantom przedostać się do Europy. Uchodźcy zazwyczaj uciekają z mniejszą częścią pieniędzy. Resztę dopłaci rodzina. Oczywiście, jeśli uchodźca dotrze do następnej bazy – w końcu dla nikogo, kto rozpoczyna drogę, nie jest pewne, czy zakończy ją żywy.

Qachaqbar jest katem i wybawcą. Nie da wody i jedzenia, zwyzywa, spoliczkuje przy wszystkich, doprowadzi do płaczu i kopnie leżącego. Przypominając, że ma zapłacić, inaczej droga do lepszego świata skończy się dla niego w miejscu, w którym stoi. Ale jest tym, który pomoże, gdy zjednoczona Europa zamknie oczy i granice na cztery spusty.

3.

Na górze, na niebie, jest Chinook. Produkowany przez Amerykanów wielozadaniowy, wyposażony w trzy karabiny maszynowe śmigłowiec transportowy. Po jego prawej F-coś tam, może F-16?, lub inny myśliwiec. A na dole jest przemytnik na łodzi obok flagi z czaszką – tłumaczy jeden z pedagogów, który organizuje w parku zajęcia dla dzieci. – Obrazek pokazuje sytuację uchodźców: są zawieszeni między wojną a zarabiającą na niej mafią. Między śmiercią od bomb lub z rąk talibów a śmiercią na morzu lub podczas nielegalnego przekraczania granic.

Rozmawiamy o rysunku ośmioletniego chłopca.

Fot. David Castro Caso

Fot. David Castro Caso

4.

Samoloty wojskowe to codzienny widok dla ludzi mieszkających w rejonach konfliktów na Bliskim Wschodzie. Dzieciaki zapamiętują, jak ojcowie opowiadają, co akurat przelatuje nad głową. Afgańczycy więcej wiedzą o posługiwaniu się bronią palną, niż o uprawie roli.

Pytam, jak wyglądało ich życie w ojczyźnie, za czym będą tęsknić, jak pamiętają dzień, w którym postanowili, że muszą się wynieść. Odpowiedź zawsze jednakowa, wypowiedziana zdziwionym głosem wyliczanka kilku słów wyraźnie sygnalizująca, że pytanie było nie na miejscu. – No, wojna jest: bomby, wybuchy, samoloty, śmierć. Jak może wyglądać dzień w Afganistanie?

Zamiast gry w klasy i podchodów strach przed wyjściem z domu. Zamiast ilustrowanej „Encyklopedii samolotów wojskowych” codzienne obserwacje. Dziecięce rymowanki podobne do tych, które pamiętam z własnego dzieciństwa („Na górze róże, na dole fiołki…”, nie przestaje chodzić mi po głowie, kiedy mijam grupki dzieci w wieku przedszkolnym) zastępują doniesienia o kolejnych bombardowaniach.

Fot. David Castro Caso

Fot. David Castro Caso

Człowiek by pomyślał, że taki obrazek z wojny będzie szary, brutalny, nie wiem… – dzielę się refleksją.

Wolontariuszom zależy, aby dzieci miały chociaż kolorowe kredki.

Fot. Angelina Kussy

Fot. Angelina Kussy

5.

Żeby ze stolicy Afganistanu dotrzeć do Pedion Areos, trzeba pokonać ponad pięć i pół tysiąca kilometrów. Dziesięć godzin samolotem, ale prawie tysiąc piechotą. To prawie dwie szerokości Europy. Dwa razy od Lizbony do Warszawy. Przez wielkie państwa, Iran i Turcję, pustynie, morze, wysokie góry.

Do Iranu można dostać się na dwa sposoby: bezpiecznie, legalnie, z wizą. Lub nielegalnie, pod siatką. Ryzykując, przyłapanie przez żołnierza irańskiej Gwardii Rewolucyjnej, Sepāh-e Pāsdārān-e, który powie: „Masz 3 minuty na ucieczkę, potem zaczynam strzelać”. Osoby, które nie biegają wystarczająco szybko, giną na tym odcinku.

Łatwiejsza w przejściu jest granica irańsko-turecka, lecz potem zostaje kilkudniowa droga pod górę, czasem bez jedzenia i picia, jeśli zapasy się skończyły lub były zbyt ciężkie, by ciągnąć je na szczyt. Nie każdy daje radę.

Jak jedenastoletni syn Gofura. Nie miał siły iść kilka dni nieustannie pod górę, sapał i narzekał, nie było już wody dla wszystkich. Ojciec odwrócił się i poszedł sam. Zostawił go w górach po stronie tureckiej.

Gdy dotarli do wybrzeży, Gofur i 20 innych osób w lichych pontonach popłynęli w kierunku greckiej wyspy Lesbos. W tym samym czasie setki innych Afgańczyków, Syryjczyków, Irakijczyków cumowały na pierwszych napotkanych wyspach należących do Unii Europejskiej: Leros, Kos, Chios czy Samos. W prowizorycznym ośrodku dla uchodźców czekali na dokument poświadczający miesięczne pozwolenie na pobyt.

Fot. Angelina Kussy

Fot. Angelina Kussy

Na przeludnionych już wyspach będą przeszkadzać swoją obecnością europejskim turystom, którzy „lubią jeść, opalać się i odpoczywać”. I którzy będą udzielać wywiadów o tym, że „imigranci” (słowo „uchodźca” nie przejdzie im przez gardło) zamienili ich wakacje w koszmar.

Potem uchodźcy skontaktują się z Qachaqbarem w sprawie dalszych kroków.

Gdy szok minie, a głos instynktu przetrwania umilknie, Gofur będzie płakał w ośrodku przez cztery noce z rzędu. Będzie ściskał swoją koszulę między nogami i wył z bólu. Powtarzając, że nie rozumie, dlaczego to zrobił. Dlaczego zostawił syna.

6.

Grupa greckich anarchistów umawia się w południe. Pheobus, 19-letni chłopak z bródką, gra na pianinie, aby zarobić na rachunki, mieszka sam otoczony sporą kolekcją książek. Reszta studiuje na uniwersytecie lub dokształcają się samodzielnie. Wszyscy mają ciemne oczy i ciemne włosy, śmiejemy się, że wpisują się w polski stereotyp Greka. Jest wśród nich wysoka studentka filologii angielskiej. Między pracą w kawiarniach, oczywiście na umowach śmieciowych. Po robocie angażują się w różne struktury alternatywne wobec oficjalnej gospodarki: pomagają w kuchniach społecznych, udzielają korepetycji dzieciom, wymieniają się rzeczami za pośrednictwem różnych portali, tak, żeby jak najmniej pieniędzy było potrzebne do życia.

Idą na targ. Dyskutują, jak prosić o warzywa dla uchodźców i jak w uprzejmy sposób sformułować zdania po grecku, aby przekonać do siebie sprzedawców. Nie ujawniają się ze swoimi poglądami politycznymi; chcą, aby pomoc nie miała żadnego logo. Z takich akcji pochodzą surowce do potraw, które wolontariusze przynoszą do parku.

Jeśli już ktoś coś dawał – to nie mniej, niż pełną siatkę. Na około 50 stoisk, które obeszli, siedmiu sprzedawców odmówiło. Jedna pani oddała cały towar ze swojego stoiska. Niektórzy wybierali warzywa i owoce, które lada dzień się zepsują, takie jak miękkie już pomidory. Jeden sympatyczny sprzedawca podszedł do sprawy profesjonalnie: na pięć minut ich zatrzymał, żeby wymacać wszystkie swoje pomarańcze i wybrać te najlepsze.

W ogarniętej kryzysem ekonomicznym Grecji czasów polityki „zaciskania pasa”, gdy oszczędzać już nie ma na czym, nikogo nie dziwi pytanie o jedzenie. Cała Grecja pokryta jest siecią oddolnie zorganizowanych kuchni społecznych, w których wolontariusze zbierają jedzenie, gotują i rozdają potrzebującym. Organizowanie się, pomaganie i korzystanie z pomocy to codzienne doświadczenie większości współczesnych Greków.

Pozwólcie im zginąć! – krzyczy zgarbiona i ubrana cała na czarno staruszka, która właśnie wkładała do swojego wózeczka zakupione warzywa. – Grecy też są głodni dodaje rozwścieczonym tonem.

Ale my zbieramy warzywa na posiłki w parku, Grecy też czasami przychodzą, nie pytamy o narodowość rozdając jedzenie – tłumaczy jej jedna z anarchistek.

I tak powinni umrzeć – usłyszą w odpowiedzi.

I pójdą dalej. Mają już tyle produktów, że więcej się nie zmieści do wozu.

Fot. David Castro Caso

Fot. David Castro Caso

7.

Warzywa i owoce pojadą do Steki, centrum zarządzania pomocą uchodźcom w dzielnicy Exargia, gdzie w kuchni społecznej wolontariusze przygotują posiłki. Tutaj jest też tablica, na której zapisuje się, czego brakuje w parku, a wolontariusze robią jej zdjęcie i wrzucają na Facebooka. W Steki przechowywane są rzeczy, które przynoszą ludzie, którzy zareagowali na zdjęcie: jedzenie, wodę, ciuchy, lekarstwa.

Jeden z tych, którzy „powinni umrzeć”, to Ata Aliazada, średniego wzrostu nieco krępy mężczyzna o nerwowym uśmiechu. Dotarł do parku po 40 dniach drogi. Był tłumaczem wojska afgańskiego. Rozmawiamy przy górze ciuchów, które przynieśli dziś Grecy.

Plan na przyszłość? Przeżyć.

Miał pieniądze, samochód, duży dom. Pokazuje mi na ekranie komórki zdjęcia posiadłości, braci i sióstr, swoje w wojskowym mundurze.

Wybuch nastąpił tuż obok niego, ledwo przeżył i wtedy stwierdził, że ma dosyć. Skontaktował się z kimś z rodziny, żeby mu przywiózł pieniądze i ze znajomym, który zna przemytnika.

Pytasz mnie, co się dzieje w Afganistanie, ale ja sam tego nie rozumiem. Kiedyś talibowie walczyli przeciwko rządowi i Stanom Zjednoczonym, obecnie talibowie i rząd to jedno i to samo, chociaż niby ci pierwsi mają zwalczać tych drugich. Działania zbrojne finansowane są przez wrogich sąsiadów: Iran i Pakistan. Amerykanie szkolą nasze wojska i dostarczają broń, ich gospodarka oparta jest na wojnie, więc tylko korzystają na tym, co się u nas dzieje. Co mam na myśli? Eksploatują nasze surowce. Media o tym nie mówią. Krytyczne gazety w Afganistanie? Żartujesz?

Od roku, od początku kadencji nowego prezydenta Aszrafa Ghaniego, Afgańczycy boją się wychodzić z domu. Poprzedni, Hamid Karzaj, chciał pracować dla wszystkich: Uzbeków, Turkmenów, Tadżyków, Hazarów i Pasztunów. Tak mówią Afgańczycy z parku. Wraz z nowym prezydentem wrócił Afganistan plemienny, etnicznie podzielony.

8.

Pięć i pół tysiąca kilometrów, żeby dotrzeć do parku, pokonała Narges Hassanzadah z mamą. Pochodzą z Kabulu. Narges ma 18 lat, ciemną chustę na głowie i kontrastującą z jej czarnymi oczami różową szminkę na ustach. Siada bokiem, elegancko łącząc nogi.

Ma dwie siostry, 24 i 21 lat. Obie mężatki. Tylko dla niej nie zdążyli znaleźć mężczyzny. Śmieje się, że udało jej się uciec przed przeznaczeniem.

I przed życiem kobiety w Afganistanie. Do diabła ze wstawaniem o świcie, pieczeniem chleba w przydomowej piekarni, sprzątaniem domu i praniem. Koniec zakazu studiowania. Koniec skierowanych do mężczyzn próśb o pozwolenie na wyjście z domu.

Narges i Mohammadowi, który tłumaczy naszą rozmowę, zrobię zdjęcie telefonem komórkowym, gdy będziemy się żegnać. Ona każe mi je skasować i poprosi o takie, na którym będzie sama. Zapozuje wtedy ze szczerym uśmiechem.

Wkrótce mi wyjaśnią: zdjęcie kobiety z innym mężczyzną, bez ślubu, mogło być dla niej śmiertelnym zagrożeniem. Strach, że ktoś je zobaczy w mediach społecznościowych, był silniejszy od tego, co sama na ten temat myśli. Fotografia w Afganistanie to narzędzie niebezpieczne. Jeśli jest na niej uwieczniona kobieta, ktoś wywoła zdjęcie i zacznie rozdawać, ona nie będzie mogła wyjść za mąż. Rozdano jej wizerunek, od teraz ma „złe imię”.

Narges ma marzenie: chce zostać aktorką. Potrzebuje rozgłosu. Jeśli nie pojawi się na ekranie, nikt nie będzie jej słuchał. A chce mówić o rzeczach ważnych, o tym, co dzieje się w Afganistanie. O sytuacji kobiet.

A tak najbardziej w świecie chce pomóc mamie, która ciężko pracowała po śmierci ojca. Ma cukrzycę. Narges marzy, żeby mogła pójść do szpitala.

9.

Rozejrzyj się po parku, czy ja jestem podobny do Narges? Powiedziałabyś, że jesteśmy z jednego kraju? – pyta Mohammad. W Atenach żyje od 10 lat, pracuje dla Wspólnoty Afgańskiej w Atenach. Uciekł po tym, jak stracił rodziców, kiedy z talibami walczyły jeszcze wojska amerykańskie.

Cztery najliczniejsze w Afganistanie grupy etniczne – Pasztunowie, Tadżycy, Uzbecy i Hazarowie – skupiają się w innych regionach. Mają swoje języki i odrębne lokalne rządy. Nietrudno jest rozpoznać „obcego”. Twarze podobne do europejskich o nieco ciemniejszej karnacji jak u Narges – Tadżycy. Niski wzrost i mongolskie rysy jak Mohammeda – Hazarowie. Jedni drugim są wrogami.

Dlatego uchodźcy docierają do ziemi europejskiej i płaczą ze szczęścia, bo czują ulgę. Myślą, że przemoc i segregację zostawili za sobą.

Mohammad przychodzi do parku ich ostrzec.

Poczekajcie. Nie idźcie dalej w pośpiechu. Grecy wykończeni zagranicznymi długami, praktycznie pozbawieni publicznej służby zdrowia, być może nie pomogą wam tak jak Niemcy. Nie dadzą pracy.

Ale do Niemiec jeszcze daleka droga.

Po drodze Macedonia, Serbia i Węgry.

Porywają i sprzedają ludzi na organy, dzieci do adopcji. Pobiją was służby graniczne i policja – mówi Mohammad, który współpracuje również z organizacją Act Up Drass Helas przeciwko handlowi ludźmi. Uchodźcy nie wiedzą jak przywita ich cywilizowana Europa.

Grecy wyuczeni są solidarności – tłumaczy. – Nawet jeśli sami nie mają, to się podzielą. A lewicowy rząd, choć nie pomaga, nie pozwoli uchodźcom zrobić krzywdy. Nie zamknie ich w ośrodkach o więziennych warunkach. Nie naśle policji, która spali im rzeczy i dokumenty pod parlamentem, jak Syryjczykom za poprzednich rządów.

Kilka dni po tej rozmowie Mohammad wyruszy w podróż po Europie. Jako aktywista będzie działał na rzecz praw ludzi uciekających przed wojną i terrorem.

Kryzys migracyjny to tragedia uchodźców, nie Europejczyków – będzie argumentował. – Dla Zachodu to jest okazja, aby przygotować nową generację, która pokończy europejskie uniwersytety, wróci i stworzy zdrowy kraj, który nie zagraża całemu światu jak rosnące w siłę Państwo Islamskie. Ci młodzi ludzie zasługują na drugą szansę.

10.

Aliakbar Jawahari do Aten dotarł po 45 dniach, a koledzy, z którymi przebył drogę, od trzech dni są już u celu. Mieli 3000 euro na trasę Grecja-Szwecja, więc poczekali na kolegę, który utknął w parku, bo brakuje mu 600 euro.

Był upał, jak to zwykłe w Afganistanie, kiedy zadzwonili talibowie i powiedzieli, że albo przestanie uczyć, albo podetną mu gardło. Potem jeszcze wysłali groźby potwierdzeniem na piśmie.

24-letni Aliakbar uczył informatyki. Jest ateistą. Takich jak on, od technologii i angielskiego, szerzenia zgniłej kultury Zachodu, talibowie nie lubią najbardziej.

Rodzinie nic nie powiedział. Zebrał się z innymi chłopakami, którzy postanowili wyruszyć w drogę i wymknął się w nocy. Wziął rodzinne oszczędności.

Nie było ataków bombowych w jego prowincji Dajkondii, ale talibowie nie odpuścili żadnemu lokalnemu liderowi, a za takich mieli nauczycieli. Najpierw ostrzegali telefonicznie. Potem śledzili i szkalowali.

Będzie tęsknił za krajem. Bardzo lubił uczyć dzieci. Uważa, że nie ma nic ważniejszego, niż bliscy. I nikt nie chciałby jechać do Europy, żeby być z dala od nich.

Wróci, jeśli kiedyś sytuacja w Afganistanie się ustabilizuje.

Boi się zadzwonić do rodziny.

11.

Część rodziny Khaleda Babori zginęła w eksplozji. – Zginą wszyscy, prędzej czy później. Nie może być inaczej przy czterech eksplozjach na prowincję dziennie – mówi ubrany od sześciu dni w niebieską koszulkę i niebieskie krótkie spodenki szesnastolatek. W parku zabrakło ubrań w rozmiarze odpowiednim dla szczupłych chłopaków.

Okropnie bał się wyjechać. Oglądał w wiadomościach informacje o kolejnych uchodźcach, którzy utonęli w drodze. Bił się z myślami aż w końcu w ramadan zadecydował. Przeprawa z Afganistanu do Aten zajęła miesiąc, podróżował w kilkuosobowej grupie. Po drodze pytali lokalnych mieszkańców: „w którą stronę do Europy?”. Nie mieli żadnej mapy.

Przez granicę między Iranem a Turcją przemycili ich w samochodzie Kurdowie. Potem spali na skałach, cztery dni nic nie jedli.

Wieczorem, zanim wypłynęli w stronę greckich wysp, przeszedł się na wzgórze. Popatrzył w dal, w morze. Zobaczył jakąś łódkę lub ponton. Wróciły obrazy, które oglądał wcześniej w telewizji. Ktoś na dużej łodzi z mocnym silnikiem podpłynął i krążył wokół jednego pontonu tak długo, aż poszedł na dno.

Na tyle daleko od lądu, żeby ludzie nie mogli się uratować i na tyle blisko, żeby Khaled mógł obserwować to z góry. W ciągu ostatniego tygodnia utonęło 70 osób. Mówi, że być może zatapiający to irańscy terroryści, ale skąd on może to wiedzieć. Nie ma już gdzie wrócić. Pozostało modlić się do Allaha. I wierzyć. Przecież na pewno nie zatapiają wszystkich pontonów.

12.

Shah Nazari ma ciemne włosy i lekki zarost. Jest Tadżykiem, rozpoznaję bez pytania po twarzach. W obozie na wyspie Lesbos skłamał, że ma 17 lat. O dwa mniej niż w rzeczywistości, „bo z Niemiec nie deportują nieletnich”. Inny Afgańczyk skłamał, że jest Syryjczykiem: „bo ich Niemcy uznają za uchodźców, a nas nie”.

Nie ma tak ciemnej skóry jak większość Afgańczyków, mógłby udawać Włocha. Przez chwilę będzie rozważał, czy nie kupić fałszywego dowodu. Spojrzy na mój, obróci we wszystkie strony i odda śmiejąc się ironicznie, jak bardzo życie zależy od obywatelstwa. – Masz ten plastik, jesteś wielką szczęściarą. Tylko go nie zgub – rzuci na zakończenie w żartach. – Bo do Polski wrócisz z nami przez Macedonię.

Był duszą towarzystwa i troskliwym bratem rozśmieszającym ósemkę rodzeństwa. Niełatwo było je zostawić. Ale plan jest taki – najstarszy syn dociera do Europy, ustatkuje się i sprowadzi rodzinę. Choć nie mają nawet na przemyt, bo zbankrutowali po tym, jak wybuch zniszczył ich sklep z hidżabami.

Pomogła przyjaciółka z Facebooka. Przyjęła jedno z wielu zaproszeń, które wysyłał, żeby porozmawiać z ludźmi o czymś innym, niż wojna; wypytywał o kulturę, zwyczaje, codzienne życie w ich kraju. Tak się poznali.

Daniela jest Rumunką mieszkającą w Belgii. Mąż ją zdradził i chciała rozwodu, zwierzała się Shahowi godzinami na czacie. Potem zaczęła dzwonić. On radził pamiętać o dziecku. Dać temu jeszcze szansę. Wróciła do męża i są szczęśliwi, a Daniela nie zapomniała o przyjacielu. Łącznie wysłała mu już 900 dolarów.

Angielskiego nauczył się zaledwie przez rok, na kursie, na który ciężko pracował jego ojciec. Liceum skończył z najlepszymi wynikami. Odebrał dyplom, spojrzał na niego, usiadł i wybuchnął płaczem dziecka. Zacisnął ręce ze złości, bo pomyślał, że może wyrzucić go do kosza. W kraju terroru talibów to zwykła kartka, która do niczego nie służy.

Zamknął książki, zatrudnił się w innym sklepie z hidżabami za 7 euro dziennie i spłacał powoli długi ojca. Marzy o tym, żeby skończyć w Niemczech studia i zostać lekarzem okulistą. Mówi, że to dlatego, że człowiek jest w stanie żyć pozbawiony wielu rzeczy, nawet ręki i nogi, ale jak się nie widzi tego, co się wokół dzieje, to tak jakby nie żyć.

13.

Gdy zamyka oczy, widzi pożar i ciała. Czasem wahał się, czy wyruszyć w drogę, ale wtedy przywoływał w głowie obraz taliba. – Dzieci nowego prezydenta są w Ameryce. Nie boi się o ich życie, jak nasi rodzice. Nie zna tego strachu – powtarza Shah kilka razy podczas naszej rozmowy. Prosi, żebym zanotowała.

Rodzice nie pozwolili mu przekroczyć granicy afgańsko-irańskiej nielegalnie, czekał dwa tygodnie na wizę. W Iranie przyjął go kuzyn, potem Shah przebił się do Turcji, zatrzymał się u przyjaciela i zadzwonił do ojca. – Sprzedaj dom, potrzebuję pieniędzy. Przyszły, gdy był w Stambule. Rodzice, czterech braci i cztery siostry mieszkają teraz w wynajmowanych czterech pokojach.

Pozostała droga ku idyllicznym greckim wyspom. Łódź miała 9 metrów. Zmieściła 40 osób. Usłyszeli odgłosy podobne do kruszonego lodu. Łódka trzęsła się cała, dzieci płakały, wszyscy zaczęli się modlić. Przetrwali. Rozbili się pod koniec drogi, 40 osób wylądowało w wodzie, ale byli już blisko, ojcowie i młodzi powyciągali małe dzieci na brzeg.

Do ośrodka dla uchodźców szli trzy godziny. Próbowali pojechać autostopem, ale bez skutku. Jedna osoba zwolniła, żeby wskazać drogę do najbliższego posterunku policji. 4 dni spędzili w obozie. Z tego dwa na zewnątrz, bo nie było już miejsca. Nie było nawet elektryczności. Do jedzenia dawali makaron z chlebem.

Wrócili na wodę, pozostało przepłynąć Morze Egejskie i dotrzeć do Grecji lądowej.

Obok nich płynęły 3 łodzie. Były fale, zaczął wiać wiatr, jedna wywróciła się bokiem. – Nie mieliśmy nawet jednego miejsca. Nie mogliśmy nic zrobić. Musieliśmy zamknąć oczy i przepłynąć obok, kiedy oni tonęli.


Niektóre imiona zostały wymyślone przez bohaterów tekstu. Mafia ściga tych, którzy wyjawiają szczegóły dotyczące jej działania.

Uchodźcy z parku Pedion Areos zostali przeniesieniu już do przygotowanego przez rząd grecki otwartego „centrum gościnnego” w Eleonas. W innych miastach Europy (np. w Belgradzie) uchodźcy wciąż mieszkają w tragicznych warunkach w parkach.

Tak niszczono tańsze pociągi

Tak niszczono tańsze pociągi

Wojna sześcioletnia

Jak Grupa PKP zwalczała tanie połączenia InterRegio.

Początek czerwca 2009 r., na dworzec Warszawa Centralna wjeżdża podmiejski skład elektryczny serii ED72. Tłum pasażerów szturmuje pociąg. Szybko zaczyna brakować miejsc siedzących – część osób staje w przejściach między siedzeniami, część siada na podłodze w przedsionkach. Słychać beczenie sygnału zamykania drzwi. Za chwilę ten podmiejski skład pomknie Centralną Magistralą Kolejową do Krakowa. Pokonanie całej trasy zajmie mu 3 godz. 18 min., czyli o 23 min. dłużej niż ekspresowi spółki PKP Intercity.

Wówczas za bilet na pociąg ekspresowy trzeba było zapłacić 97 zł. Podróż składem ED72 – kursującym pod marką InterRegio – kosztowała tymczasem 38,50 zł.

Wojenka podjazdowa

Uruchamiane przez należącą do samorządów wojewódzkich spółkę Przewozy Regionalne pociągi InterRegio na kolejnych trasach zdobywały dużą popularność zazwyczaj w ciągu zaledwie kilku dni po uruchomieniu. Przedstawiciele Grupy PKP nie byli w stanie tego znieść.

Połączeniom InterRegio natychmiast została wypowiedziana wojna. Początkowo była to wojna na słowa. W 2009 r. ówczesny rzecznik prasowy PKP Intercity Paweł Ney nie krył emocji: „To po prostu zwykłe pociągi podmiejskie, puszczone wbrew założeniom konstrukcyjnym na dalekie trasy. Teraz tylko czekać aż relacje międzynarodowe zaczną obsługiwać tramwaje, autobusy miejskie zaczną jeździć za granicę, a przewoźnicy towarowi zaproponują tani transport węglarkami na wakacje”.

W połowie 2009 r. ówczesny prezes PKP S.A. Andrzej Wach rozwój sieci połączeń InterRegio nazwał kanibalizmem na rynku kolejowym. Wkrótce potem spółka PKP Intercity opublikowała informację prasową, w której wejście spółki Przewozy Regionalne w segment połączeń dalekobieżnych określono „snem gęsi o byciu łabędziem”.

Cała sytuacja wywołała jednak w Grupie PKP także odruchy walki konkurencyjnej. W odpowiedzi na niskie ceny biletów InterRegio spółka PKP Intercity zaoferowała ograniczone pule tanich biletów – w przypadku pociągów kursujących w godzinach zbliżonych do kursów InterRegio ceny biletów zaczynały się już od 19 zł. Zmuszony do walki rynkowej państwowy przewoźnik nie czuł się jednak zbyt pewnie – Paweł Ney stwierdził, że to „wojenka podjazdowa, która w dłuższej perspektywie na pewno zaszkodzi kolei”.

Tych pociągów nie lubi minister

W ramach wojenki w okienkach informacyjnych obsługiwanych przez PKP Intercity – choć teoretycznie powinny być w nich udzielane informacje o połączeniach wszystkich przewoźników – nie informowano o pociągach InterRegio. Sprawę ujawniły w połowie 2009 r. „Wydarzenia” telewizji Polsat.

Walkę Grupy PKP z pociągami InterRegio otwarcie wsparł Juliusz Engelhardt, w latach 2008-2010 pełniący funkcję wiceministra infrastruktury odpowiedzialnego za kolej. W sierpniu 2009 r. skierował on pismo do wszystkich marszałków województw: „Z niepokojem obserwuję uruchamianie przez spółkę Przewozy Regionalne dużej liczby połączeń typu InterRegio” – pisał Engelhardt. – „Uruchomienie przez spółkę Przewozy Regionalne połączeń typu InterRegio spowodowało pogorszenie warunków ekonomicznych przewozów dokonywanych przez spółkę PKP Intercity”.

W październiku 2009 r. spółka PKP Intercity, kierując skargę do Urzędu Transportu Kolejowego, oficjalnie nazwała pociągi InterRegio nieuczciwą konkurencją.

Zamach na InterRegio

Do najostrzejszej batalii Grupy PKP przeciw InterRegio doszło na początku maja 2010 r. Wówczas spółka PKP Polskie Linie Kolejowe – mając na względzie zaległości Przewozów Regionalnych we wnoszeniu opłat za korzystanie z torów – zażądała od przewoźnika wycofania 13% realizowanych połączeń. Przewozy Regionalne przedstawiły listę pociągów Regio do wstrzymania. Spółka PKP PLK jej jednak nie zaakceptowała i przygotowała własne zestawienie składające się w całości z pociągów InterRegio.

– „Nie będziemy mieli z czego uregulować długu wobec PKP PLK, jeżeli będą wstrzymane pociągi InterRegio, bo to właśnie one są najbardziej dochodowe” – alarmowała Małgorzata Kuczewska-Łaska z zarządu Przewozów Regionalnych.

4 maja 2010 r. przygotowane do jazdy pociągi InterRegio nie zostały wpuszczone na trasy. Kursowanie połączeń InterRegio zostało przywrócone dopiero z początkiem czerwca 2010 r., po ustaleniu harmonogramu spłaty zadłużenia. Dodajmy, że – mimo tej miesięcznej luki w kursowaniu – 2010 r. był najlepszym w historii InterRegio. Ze składów tej kategorii skorzystało wówczas 18,2 mln pasażerów, co oznaczało zdobycie przez spółkę Przewozy Regionalne 33% rynku kolejowych połączeń dalekobieżnych. Ten wynik oznaczał, że zawieszenie broni między Grupą PKP a Przewozami Regionalnymi nie potrwa zbyt długo.

I rzeczywiście, już pod koniec 2010 r. Urząd Transportu Kolejowego i PKP PLK zarządziły proces uzgodnień oferty przez konkurujące spółki PKP Intercity i Przewozy Regionalne. Te „wzajemne uzgodnienia” w praktyce skończyły się wykreśleniem licznych pociągów InterRegio z rozkładu jazdy – tuż przed jego wejściem w życie.

Kolejny precyzyjny atak nastąpił w połowie grudnia 2013 r., gdy w życie wszedł wprowadzony przez PKP PLK zapis zakazujący wjazdu na Centralną Magistralę Kolejową składów jeżdżących z prędkością mniejszą niż 120 km/h. Był to cios wymierzony w połączenia InterRegio w relacji Warszawa – Kraków obsługiwane zespołami ED72 osiągającymi prędkość 110 km/h. Tak na spółce Przewozy Regionalne wymuszono skierowanie na tę trasę wagonów prowadzonych wynajętymi lokomotywami. Wpłynęło to na utratę rentowności w jednej z kluczowych relacji. I w efekcie po roku – w grudniu 2014 r. – spółka Przewozy Regionalne całkowicie wycofała się z obsługi połączenia z Warszawy do Krakowa.

Optymalizacja, czyli likwidacja

Decyzje o likwidacji połączeń InterRegio podejmowane były w dużym pośpiechu.

– „Przyglądamy się ich ekonomice” – tak na początku kwietnia 2015 r. powiedział o połączeniach InterRegio Tomasz Pasikowski, prezes spółki Przewozy Regionalne. Jego słowa – wypowiedziane sześć lat po wyruszeniu pierwszego pociągu InterRegio – świadczyły o tym, że w spółce oraz w jej otoczeniu zwyciężają zwolennicy ostatecznego wycofania się samorządowego przewoźnika z uruchamiania komercyjnych połączeń dalekobieżnych.

Dwa miesiące później, w połowie czerwca 2015 r., zlikwidowano pociągi InterRegio „Bolko” relacji Lublin – Radom – Kielce – Katowice – Opole – Wrocław oraz „Piast” relacji Warszawa – Katowice – Opole – Wrocław.

Pośpieszna likwidacja

Gdy z torów znikały pociągi InterRegio „Bolko” i „Piast”, w spółce PKP Polskie Linie Kolejowe prowadzone były właśnie prace nad konstrukcją rozkładu jazdy 2015/2016, wchodzącego w życie 13 grudnia 2015 r. Jak nieoficjalnie dowiedział się dwumiesięcznik „Z Biegiem Szyn”, trasy dla pociągów InterRegio jeszcze w połowie czerwca 2015 r. figurowały wśród zamówień spółki Przewozy Regionalne na rozkład 2015/2016. Zamówione były między innymi też trasy dla pociągów InterRegio „Bolko” i „Piast”. To pokazuje pośpiech, w jakim decydowano o przyszłości połączeń InterRegio.

Nieco ponad miesiąc później było już jasne, w jakim kierunku poszły decyzje. Pod koniec lipca 2015 r. spółka Przewozy Regionalne poinformowała bowiem, że na przełomie sierpnia i września zlikwiduje wszystkie komercyjne pociągi dalekobieżne. Wycofanie się z tego segmentu zostało przedstawione jako jeden z elementów prowadzonej restrukturyzacji przewoźnika, co w informacji prasowej opisano rażącą nowomową: „Restrukturyzacja oznacza szeroko pojętą optymalizację”.

TLK zamiast InterRegio

Decyzja o „optymalizacji”, czyli mówiąc po polsku: likwidacji połączeń InterRegio, stanowiła zapowiedź pogorszenia oferty kolei. Zwłaszcza w przypadku tych ciągów, na których składy InterRegio do końca sierpnia 2015 r. istotnie uzupełniały ofertę PKP Intercity. Przykładowo połowa połączeń w relacji Poznań – Toruń – Olsztyn realizowana była pod banderą InterRegio. Na siedem całorocznych pociągów kursujących między Warszawą a Szczecinem, dwa to były składy InterRegio. Na trasie Warszawa – Poznań pociągi kategorii InterRegio każdego dnia wzbogacały kolejowy rozkład jazdy o trzy dodatkowe połączenia. Jedyne bezpośrednie połączenie Bielska-Białej oraz Rybnickiego Okręgu Węglowego z Wrocławiem zapewniane było przez pociąg InterRegio.

Likwidacje tych połączeń nie przeszłyby niezauważone – tym bardziej w momencie powakacyjnego nasilenia się regularnych podróży, a także w gorącym okresie przedwyborczym.

W tej sytuacji w obliczu konieczności szybkiego zastąpienia znikających połączeń stanęła spółka PKP Intercity. O tym, że część likwidowanych połączeń InterRegio zostanie zastąpiona pociągami TLK, spółka PKP Intercity poinformowała dopiero 26 sierpnia 2015 r., a więc zaledwie kilka dni przed wycofaniem połączeń InterRegio.

Pociągi-widmo

Ostatecznie składami TLK zastąpione zostały jedynie trzy zlikwidowane połączenia InterRegio: „Mewa” z Warszawy do Szczecina, „Drwęca” z Poznania do Olsztyna oraz „Szyndzielnia” z Bielska-Białej do Wrocławia. Zastępujące InterRegio pociągi TLK – ponieważ wprowadzane były na wariackich papierach – początkowo funkcjonowały jako pociągi-widmo: choć rozpoczęły kursowanie, to nie występowały ani w internetowej wyszukiwarce połączeń, ani w tabelach z rozkładami jazdy dostępnych na stronie internetowej PKP Intercity.

Skutki trasowania pociągów na ostatnią chwilę najbardziej widoczne są w przypadku pociągu TLK „Mamry” z Olsztyna do Poznania, zastępującego pociąg InterRegio „Drwęca”. Na okres od 1 września do 17 października pociąg ten otrzymał aż osiem różnych wariantów godzin kursowania. Co więcej, w wariancie obowiązującym przez większość tego półtoramiesięcznego okresu pociąg na postoje na trzech kolejnych stacjach mitręży ponad 40 minut – 8 min. w Inowrocławiu, 25 min. w Mogilnie oraz 10 min. w Gnieźnie.

Skazani na ekspres

Jako że większość likwidowanych składów InterRegio nie została zastąpiona pociągami TLK, to na części tras podróżni odczuli nagłe zmniejszenie liczby połączeń – przykładowo liczba połączeń między Olsztynem a Poznaniem spadła z czterech do trzech, z kolei między Warszawą a Poznaniem kursują o dwa pociągi mniej.

Nawet gdy w miejsce wycofanych składów dalekobieżnych spółki Przewozy Regionalne uruchomiono pociągi TLK, to nie otrzymały one postojów we wszystkich miejscowościach dotychczas obsługiwanych przez InterRegio. W efekcie mieszkańcy małych i średnich miast, takich jak Gogolin, Janikowo, Pobiedziska, Swarzędz czy Trzemeszno, utracili dostęp do połączeń dalekobieżnych.

Wraz z likwidacją InterRegio znowu dał o sobie znać proceder skazywania pasażerów na najdroższe połączenia: z Poznania w kierunku Warszawy przez całe popołudnie nie wyrusza żaden pociąg kategorii niższej niż ExpressInterCity – powstała luka między tańszymi pociągami ciągnąca się od godz. 14:43 do godz. 19:35. Do końca sierpnia o godz. 17:22 odjeżdżał pociąg InterRegio.

Powyższy tekst to dokonana na potrzeby „Nowego Obywatela” kompilacja dwóch artykułów z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” nr 5/79 (wrzesień-październik 2015): www.zbs.net.pl.

Świńska klasa

Świńska klasa

Rytuały i wzajemne trzymanie w sekrecie swoich tajemnic to kamień węgielny położony pod jedność brytyjskich elit z Partii Konserwatywnej, wykształconych w prywatnych szkołach.

Prawda to czy nie, Internet podjął chwilowo decyzję, że brytyjski premier włożył swoje genitalia do ust martwej świni, gdy studiował w Oxfordzie. Domniemania te zostały wysnute przez niebywale dobrze ustosunkowane postaci z establishmentu: byłego zastępcę przewodniczącego Partii Konserwatywnej, lorda Michaela Ashcrofta, oraz byłą redaktorkę treści politycznych w „Sunday Times”, Isabel Oakeshott. Historia została opublikowana w „Daily Mail”, co lokuje ją na najwyższym możliwym poziomie „zamachu” na postać w brytyjskiej polityce.

Cel Ashcrofta to, według „Daily Mail”, „zemsta”. W latach poprzedzających przejęcie przez Camerona urzędu (2010) unikający podatków miliarder podarował Partii Konserwatywnej ponad 8 milionów funtów, ratując ją przed popadnięciem w długi po katastrofalnej porażce wyborczej z 2005 roku. Pracował jako skarbnik, a później zastępca przewodniczącego partii, pomagający w odzyskaniu pod rządami Camerona wizerunku, który zachęciłby wyborców do jej popierania. Ashcroft oczekiwał jednak, że w zamian za swój wkład dostanie wyższy urząd, a Cameron nie spłacił tego długu, gdy nadszedł odpowiedni moment.

Wydaje się, że Ashcroft spędził ostatnie pięć lat kompilując swoją nową książkę „Call me Dave”, w której opisuje historię ze świnią oraz wysuwa wobec Camerona inne kompromitujące zarzuty.

Ci, którzy pozostają na obrzeżach brytyjskiego krajobrazu politycznego, skupiać się będą na kluczowym w ich mniemaniu detalu – na fakcie, że przywódca kraju należącego do grupy G8 współżył z martwą świnią – ponieważ ich to bawi. Ale Brytyjczycy pokładają się ze śmiechu z głębszej przyczyny. Nie chodzi tylko o schadenfreude, jakiej doświadczamy, gdy inny człowiek zrobi coś obrzydliwego i zostanie na tym przyłapany – chodzi o kwestie klasowe.

Podczas swoich studiów na Oxfordzie Cameron był członkiem kilku tajnych stowarzyszeń dla młodych, bogatych mężczyzn. Najsławniejszy z nich to Bullingdon Club, na modłę którego został potem ustanowiony Skull and Bones, cieszący się złą sławą klub na uniwersytecie Yale. Pozornie cele, które stawiali sobie członkowie Bullingdon Club, to: ubrać się modnie, upić się z kumplami do nieprzytomności w drogiej restauracji lub prywatnej jadalni i zdemolować to miejsce – a byli w stanie zapłacić za straty nie przepracowując nawet dnia. Innym z ich znanych rytów inicjacyjnych było spalenie 50 funtów na oczach bezdomnej osoby.

Odsłania to przed nami inną stronę stowarzyszeń takich jak Bullingdon Club i to, o co naprawdę w nich chodzi: a chodzi o budowanie i wzmacnianie zespołu wyższej klasy prawego skrzydła sceny politycznej. Przyjaźnie i sojusze, wykute nad wódką w tajnych stowarzyszeniach potężnych bogatych dzieciaków, determinują później ich kariery zawodowe, a owi młodzi ludzie zyskują dostęp do najwyższych szczebli drabiny w społeczeństwie brytyjskim. Trzech spośród członków gabinetu Camerona należało do takich stowarzyszeń, podczas gdy inni prowadzili banki, które spowodowały załamanie gospodarki w 2008 lub imperia medialne, które je chroniły.

Palenie pieniędzy przed nosem bezdomnej osoby to coś więcej niż tylko brzydki żart – służy ono wyszkoleniu zmysłów chłopca z Bullingdon tak, by inni ludzie wydawali mu się w pewien sposób mniej ważni. Robili to zarówno David Cameron, jak i jego stronnicy, George Osborne i Boris Johnson, i nie jest przypadkiem, że wszyscy oni optowali za zamontowaniem konstrukcji z ostrych kolców w Londynie i całej Wielkiej Brytanii w miejscach, gdzie kładą się spać bezdomni. Poseł, który dostarczył Ashcroftowi szczegółów historii ze świnią, poszedł na jedno ze spotkań ekskluzywnego klubu, ale wyszedł zniesmaczony, ponieważ „w tym wszystkim chodziło tylko o pogardę wobec ubogich ludzi”.

Jedną z przyczyn, dla których Brytyjczycy są tak skorzy uwierzyć w historyjkę lorda Ashcrofta, odkładając na bok świadomość, że jest on jedną z postaci z najwyższej establishmentowej półki w państwie, które jest absurdalnie przyjazne oskarżającemu, jest fakt, że społeczeństwo dobrze już zna zaplecze ideologiczne Camerona. W takim zapleczu i środowisku nie ma nic sympatycznego, zwłaszcza jeśli klasa rządząca wypowiada ubogim i niepełnosprawnym wojnę w takim kształcie i natężeniu, że Thatcher by się zaczerwieniła.

Z tego względu usłyszenie pogłoski o tym, że człowiek ze szczytu piramidy był zmuszany przez presję rówieśniczą do wkładania penisa w otwór gębowy martwej świni, a w razie odmowy ryzykowałby wykluczenie z klubu paskudnych, uprzywilejowanych ludzi, powoduje reakcję satysfakcji przyjemniejszej od zwyczajnego śmiechu. Postać siejąca postrach staje się przedmiotem wyśmiania. To jak odwrócenie sceny z „Harry’ego Pottera”, gdzie bogini uosabiający najgłębsze lęki i koszmary ludzkie, mogli zostać odstraszeni poprzez rzucenie na nich zaklęcia, które sprawiało, że wyglądali absurdalnie.

Świński skandal, który rozśmiesza obecnie świat, wydarzył się nie w stowarzyszeniu Bulligdon Club, lecz w Piers Gaverston, mniej popularnym (aż do tego tygodnia) klubie, znanym jednak z dziwacznych rytuałów seksualnych i rytów inicjacyjnych. Podczas gdy chłopcy z Bullingdon Club budowali swoje poczucie braterstwa wokół pogardy dla ubogich, w Piers Gaverston chodziło o seksualne poniżenie i tworzenie wspólnych tajemnic. Strukturalna funkcja takiego działania to umowa wzajemnej gwarancji ich zniszczenia pomiędzy władcami jutra – ja znam twoje sekrety, ty znasz moje, więc po prostu pozostańmy po tej samej stronie, dobrze?

Napędza to jeden z podstawowych mechanizmów brytyjskiej klasy rządzącej – po co zdradzać czyjeś brzydkie sekrety, skoro można siedzieć cicho i kontrolować tę osobę? A to znów wzmacnia podstawy brytyjskiego systemu parlamentarnego, zwanego „whipping system” (biczowanie), gdzie główny „whip” z każdej z liczących się partii ma za zadanie posiadać zamknięty w swoim biurze arsenał kompromitujących kwitów na inne osoby. Zostają one w odpowiednim czasie wyciągnięte na światło dzienne i służą „biczowaniu” członków partii chcących głosować wbrew woli jej lidera. Grozi im się wypłynięciem historii, których naprawdę nie chcieliby ujawniać.

W tej elitarnej kulturze korupcja jest nie tylko finansowa. Jeśli spojrzeć na szczyty brytyjskiej polityki, zauważymy, że prawy charakter i czysta kartoteka nie zbiją nam kapitału. Trudno będzie wspiąć się na te wyżyny i dołączyć do klubu – chyba że jego członkowie upewnią się, że jesteśmy szumowinami, i że nikt o tym nie wie.

Interesującym tego przykładem jest rola, jaką Margaret Thatcher odegrała w podwyższeniu politycznego statusu niektórych członków swojego rządu i ich sprzymierzeńców. Ostatnie domniemania na temat rosnącego skandalu dotyczącego wykorzystywania dzieci przez parlamentarzystów głoszą, że Thatcher „odwracała wzrok” od poczynań awansowanych przez siebie pedofilów, a nawet przyznała tytułu rycerskie dobrze znanym seryjnym sprawcom wykorzystywania dzieci, Jimmy’emu Savile’owi i Cyrilowi Smithowi. Sprawa jej własnego ministra spraw wewnętrznych, obecnie już nieżyjącego Leona Brittana, jest nadal przedmiotem śledztwa.

W każdym z tych przypadków domniemywa się, że Thatcher była informowana przez tajne służby o dewiacjach tych mężczyzn, ale przypuszcza się, że zaciekle ignorowała te informacje. Jeśli chodzi o związki sekretów z polityką, nie ulega wątpliwości, że wiedząc, iż byli oni pedofilami, Thatcher mogła mieć na nich polityczny wpływ, a więc awansowanie ich umocniłoby jej osobistą władzę podczas sprawowania urzędu.

Parlamentarny skandal dotyczący wykorzystywania dzieci jest przerażający sam w sobie, ale podkopał on poza tym ponownie publiczne zaufanie do Westminster, które i tak było już przedmiotem rosnącej pogardy za bycie „poza zasięgiem” i za brak rozliczeń ze społeczeństwem po kryzysie finansowym i skandalach z wydatkami. Wyborcy nie są jednak zadowoleni z liczby skalpów.

W którym miejscu ta cała sprawa łączy się z nieszczęściem Camerona? Opinia publiczna jest już tak zmęczona, że została jej tylko naga antypatia w stosunku do działań władców z Westminster, które jest tylko rynkiem sekretów elit niepoddanych rozliczeniu. Nasi politycy mogą uprawiać seks z dziećmi, a ci, którzy mogliby nam pomóc się o tym dowiedzieć, upewniają się tylko, że historia nie wycieknie. Gdy takie zachowanie staje się normą, nie możemy tak naprawdę dziwić się, że brytyjska opinia publiczna wierzy, iż jej premier włożył penisa w otwór gębowy świni, by dostać się do grona członków tajnego stowarzyszenia. To także jest prawdopodobnie dla tych ludzi normalne.

Wielu członków brytyjskiej klasy rządzącej popełnia poważny błąd niezrozumienia, że nienawiść do archetypu „chłopca z Bullingdon” nie wypływa z czystej zawiści. Większość wykształconych w prywatnych placówkach edukacyjnych mężczyzn, którzy rządzą tym krajem, naprawdę uważa, że każdy chciałby być taki jak oni, a więc – że każda krytyka elit wynika przede wszystkim z zazdrości.

Jednym z fundamentów podejścia do życia wpajanego tym 7 procentom brytyjskich dzieci, które chodzą do „niezależnych szkół prywatnych”, jest przekonanie o merytokracji. I to pomimo świadomości, że większość obywateli nie tylko nie może sobie pozwolić na wysłanie swojego potomstwa do tych płatnych placówek, ale i że ci, którzy je skończą, mają podstawioną drabinę do wyższych klas społecznych. To z nich rekrutuje się jedna trzecia parlamentarzystów, prawie połowa felietonistów wszystkich gazet, większość lordów, dyplomatów i wyższej kadry urzędniczej służby cywilnej oraz ponad 70 proc. sędziów. Powszechnie wiadomo, że sitwa „starych chłopaków” dba przede wszystkim o swoich.

Nie powstrzymuje ich to jednak przed informowaniem opinii publicznej, że system jest uczciwy. Absolwent Eton i były członek Bullingdon Club, Boris Johnson, powiedział w swojej przemowie dla Centrum Studiów Politycznych, że ludzie o najwyższym IQ dostają najlepsze posady, ponieważ są najbardziej inteligentni. Nie chodzi nawet o to, że to oczywista nieprawda, ale i o to, iż Boris zaraz potem oblał na wizji test IQ, co nie przeszkodziło mu upierać się, że dzieci chodzące do szkół płatnych dobrze sobie radzą z powodu swojej błyskotliwości. Pracował w przeszłości na wielu stanowiskach – jako minister rządowego gabinetu, burmistrz Londynu, felietonista, wydawca magazynu – i cieszył się każdą z tych posad ze względu na poparcie udzielane przez ludzi, z którymi chodził do szkoły.

Kanclerz Skarbu Państwa, George Osborne (także z Bullingdon Club) był krytykowany przez organizacje charytatywne reprezentujące ubogich i niepełnosprawnych, których byt ekonomiczny i bezpieczeństwo zostały zrujnowane przez jego reformy. Odrzucił tę krytykę jako „antybiznesową” i przyznał ulgi podatkowe milionerom (z których połowa, oczywiście zupełnym przypadkiem, chodziła do prywatnych szkół) w imię „uczciwości”.

Sam David Cameron lubi często wspominać o domniemanym istnieniu merytokracji w Wielkiej Brytanii. On także uczył się w Eton przed przystąpieniem do Bullingdon Club i Piers Gaverston. Jest jednym z najgłośniejszych konserwatystów, gdy przychodzi do wychwalania idei merytokracji, mówiącym ubogim ludziom i mniejszościom etnicznym, że ich niemożność poruszania się w górę po drabinie ekonomiczno-społecznej wynika z ich braku „aspiracji” oraz że „wolne” rynki (to znaczy – nieregulowalne finansowe bonanzy prowadzone przez jemu posłusznych) „mogą sprawić, że będziecie lepszymi ludźmi”.

Pominąwszy to, co mówi, widzimy także, iż jego rząd znacząco podniósł poziom nierówności, a obniżył społeczną mobilność, sprawiając, że ludziom spoza jego uprzywilejowanego środowiska jeszcze trudniej hołdować merytokratycznym wartościom, które regularnie opiewa.

Rana tej hipokryzji ropiała jeszcze zanim Lord Ashcroft ukarał go w tym tygodniu za złamanie zasad rytuału: będziesz słuchał ludzi, którzy cię stworzyli, albo zostaniesz poniżony. To nie były, jak niektórzy mówią, po prostu głupawe żarty młodych chłopaków. Nie były, bo takie sekrety są trzymane w tajemnicy przez sprawujących władzę ludzi po to, by mieć innych sprawujących władzę ludzi pod kontrolą. Tego typu układ jest antytezą demokracji.

Jest także przeciwieństwem merytokracji, którą głoszą. Nie tylko dlatego, że bogaci chłopcy łatwo wspinają się na szczyt – o tym już wcześniej wiedzieliśmy – ale i dlatego, że brzydki, mały skandal Davida Camerona odpowiada na podejrzenia, jakie żywiło wiele osób: że w brytyjskim społeczeństwie nie zostajesz premierem, ponieważ jesteś utalentowany i ciężko pracujesz. Nie zostajesz nim nawet, ponieważ jesteś bogaty. Dostajesz się na to stanowisko dzięki terroryzowaniu bezdomnych i współżyciu ze świnią, i rytuały te dają ci władzę, bowiem okazałeś swoim koleżkom-oligarchom bezwzględne, żałosne posłuszeństwo.

To dlatego się śmiejemy.

Lawrence Richards
tłum. Magda Komuda

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się 21 września 2015 na portalu theleveller.org. Tytuł przedruku pochodzi od redakcji „Nowego Obywatela”.

Kraj żywych trupów

Kraj żywych trupów

Jest taki kraj, który trochę udaje, że istnieje. To mój kraj. Trochę na niby, ale bardzo wzniosły, jeśli chodzi o odmienianie przez wszystkie przypadki na wysokim diapazonie słów takich jak „ojczyzna”, „patriotyzm”, „naród”. Kraj, który w konstytucji pro forma ma zapisaną „sprawiedliwość społeczną”, ale w realnym, codziennym bycie opiera się na darwinizmie społeczno-gospodarczym, nierównomiernej strategii rozwojowej i instytucjonalnej atrofii. Tu strzeżone osiedla są miarą życiowego sukcesu, linią demarkacyjną „lepszego świata” nawet dla rzekomo lewicowych publicystek w rodzaju Kingi Dunin.

To kraj, w którym własny samochód jest z zasady jedyną szansą na ratunek przed komunikacyjnym i społecznym wykluczeniem. Z transportu masowego zrobiono bowiem albo jego parodię, albo ekskluzywny produkt dla dość nielicznej grupy potencjalnych pasażerów. To kraj, w którym przestrzeń publiczna to przede wszystkim miejsce na pstrokaciznę i szpetotę reklam – i niemal nic ponadto. To kraj, którego społeczeństwo nie jest zdolne do zbudowania sprawnej architektury państwowej. To kraj, który najlepsze, co ma w dziedzinie ładu przestrzennego czy estetyki, zawdzięcza na ogół pokoleniom dawno minionym, a często też – obcym kulturom. To kraj, w którym świadome lub bierne przyzwolenie na lumpenliberalne strategie przystosowania do rzeczywistości kształtują byt kilkudziesięciu milionów ludzi – czyniąc niemożliwą szansę na jakąkolwiek zmianę systemową.

Z okazji niedawnej rocznicy Porozumień Sierpniowych odbyły się w Polsce liczne msze święte. Nie mam nic przeciwko temu, ale uważam, że zaraz po mszach powinny zacząć się strajki i pikiety, jak kraj długi i szeroki. I to by dopiero było pełne i właściwe uczczenie Sierpnia w kraju, w którym każdy kolejny sierpień to więcej władzy wielkiego kapitału, polityczno-biznesowej oligarchii i więcej łamania praw pracowniczych, rozwarstwienia i wciąż więcej przykładów traktowania ludzi słabych, starych i bezbronnych jak śmieci. Ale nic takiego się nie wydarzyło.

Nieco później przytrafiła nam się za to inna historia. Przez kraj przelała się fala buntu przeciw uchodźcom z Afryki. Zawyło coś i zaburczało w narodowych trzewiach, skoczyła temperatura emocji i wyobrażeń społecznych, kebab wypadł Kowalskiemu z rąk przy wieczornej lekturze internetów. Nagle stało się jasne, kto wkrótce zabierze dumnym potomkom husarii rozbijającej Turków pod Wiedniem spokojny byt na ojczyzny (lub obczyzny) łonie. To uchodźca, który ma dostać większe pieniądze niż polski bezrobotny i zasiedli nasze lokale komunalne, a w krajach ościennych – zupełnie inaczej niż cała polska społeczność emigracyjna – chciałby tylko socjalu i spokojnej egzystencji w „równoległych społecznościach”.

Gdy trafiłem niedawno na podaną w alarmistycznym tonie informację zatytułowaną „Nie będzie mieszkań komunalnych dla młodych Polaków: Władze PO przyznają je islamskim imigrantom”, zamieszczoną na portalu wGospodarce, odczułem coś w rodzaju gorzkiego rozbawienia. Po kliknięciu w link było już tylko śmieszniej i straszniej: Wywodzące się z PO władze Gdańska chcą być w awangardzie europejskiego postępu i jak najbardziej udogodnić życie przybyszom z północnej Afryki. Rozszerzenie listy osób mogących ubiegać się o wynajęcie mieszkań komunalnych także o uchodźców to pierwszy krok w budowaniu socjalnego modelu pomocy imigrantom, który doprowadził do społecznej katastrofy w zachodnich państwach Europy.

Pomijam już neoliberalną logikę tego newsa, z której właściwie wynika, że Polacy z kraju-raju masowo emigrują do krajów dotkniętych „społeczną katastrofą”. Rozumiem, że mowa choćby o znajdującej się w totalnej zapaści Skandynawii (która upada odkąd większość mocno dorosłych dziś postkorwinistów zaczęła ząbkować), o Niemczech i Francji. Trudno serio traktować tak grube uogólnienie. Ale jest w nim zawarty o wiele ciekawszy element, jasny i prosty przekaz: przez imigrantów młodzi Polacy nie będą mieli mieszkań komunalnych. I to jest sprawa, wobec której nie można przejść obojętnie.

Polityka mieszkaniowa w Polsce, podobnie jak inne dziedziny polityki społecznej, leży odłogiem od bardzo dawna. Zastąpiły ją znane programy-protezy, korzystne przede wszystkim dla deweloperów i banków. Od początku transformacji wszelkie próby racjonalnej dyskusji o polityce publicznej są ucinane za pomocą kilku sloganów o socjalizmie, roszczeniowości, rozbuchanym socjalu wygodnym „dla nierobów, życiowych nieudaczników i meneli”.

Poza tę logikę nie można wyjść do dziś, nie licząc mini-dyskusji w środowiskach mikrolewicy, nierzadko generowanych przez tytuły modnych akurat książek, z czym mieliśmy do czynienia niedawno przy okazji książki „13 pięter” Filipa Springera. Walka ruchów lokatorskich i części ruchów miejskich o godny i efektywny system mieszkalnictwa komunalnego w całym kraju to bicie głową w mur – mur obojętności polityków, władz samorządowych, opinii publicznej. I co się raptem okazuje? Że imigranci zabiorą młodym Polakom mieszkania komunalne! Napiszę to mocno: trudno takie wzorce „informacji” uznać za coś innego niż goebelsowską propagandę. Na marginesie: krótki przegląd portali internetowych pomógł mi w ustaleniu, że gdańska komunalna pula dla imigrantów nie będzie większa niż 1-2 mieszkania rocznie. Zaiste, rozbuchany to socjal i szeroko otwarta furtka dla narastania imigranckich roszczeń względem polskiego społeczeństwa i państwa.

Gdy byłem nastolatkiem, zdarzało mi się napotykać instytucję starszych panów, mniej lub bardziej dziarsko stwierdzających, że „Hitler by się przydał”. Dziadkowie reagowali tak na spóźniające się autobusy i pociągi, rosnące ceny opału, młodzież, która nie ustępowała w tramwajach miejsca starszym. Reagowali tak na Lecha Wałęsę, na postkomunistów, Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, zimne wiosny i – niewykluczone – starcze problemy z erekcją i demencją. Stwierdzenie „Hitler by się przydał” było uniwersalną odpowiedzią tych panów na każdy doskwierający im w danym momencie dyskomfort.

Jak się okazuje, w ostatnich tygodniach okrzyk „Hitler by się przydał” dobiega przede wszystkim z szeregów ludzi bardzo i wciąż dość młodych, nierzadko wykształconych i z dużych miast, choć część z nich kształciła się przez lata na okołoprawicowych, a część na okołoliberalnych tygodnikach opinii. Część wychowywała się też na haśle „śmierć frajerom” i słyszanym regularnie w domu, w szkole, w telewizji i we własnych subkulturach przekonaniu, że „trzeba się ustawić”. Ustawianie się zaś w polskich realiach polega głównie na próbie zajęcia wyższej pozycji w hierarchii całowania w d…

Sądzę, że właśnie to pokolenie darwinizmu społecznego, aktualnie „walczące z ciapatymi”, zalegalizuje nam za kilka dekad „dobrowolną eutanazję”. Oczywiście, z przyczyn humanitarnych, a przy okazji dlatego, żeby ze starymi, słabymi i zbędnymi nie męczyć się zanadto. W ten sposób skrajny szowinizm pojedna się u nas ze skrajnym postępem kosztem najsłabszych, czyli – idąc za symulacjami wysokości emerytur – całkiem dużej grupy społeczeństwa. Ktoś powie: to tylko gadanina, cały ten przelewający się dziś rynsztok. Ale jest taki moment, gdy to, co stanowi „tylko paplaninę” utrwala się w formie silnych wzorców, przekonań i przyzwoleń społecznych, gdy stopniowo, ale nieubłaganie maleje niezgoda na jawnie okazywaną „cnotę” darwinizmu społecznego.

Nie trzeba do tego uchodźców. Rodzimi bezdomni także świetnie się nadają jako materiał do ćwiczeń z nienawiści. Chcemy przecież żyć w coraz bardziej posegregowanym świecie, na tyle higienicznym i bezpiecznym (od którego momentu ta potrzeba z ludzkiej zamienia się w nieludzką?), by nie wzbudzał w nas odrazy nieoczekiwany smród czy niekonwencjonalne zachowanie. Dobrze to widać w historii opisanej przez mieszkańca Łodzi, Marcina Bogusławskiego. W wywiadzie jakiego udzielił „Gazecie Łódzkiej” wspomina: To było pod koniec maja. Dojeżdżałem nad ranem na Dworzec Kaliski autobusem linii N2. Zauważyłem, że jakiś mężczyzna próbuje wsiąść. Mimo, że naciskał przyciski, drzwi nie otwierały się. Wstałem i nacisnąłem guzik w środku, ale i to okazało się bezskuteczne. Zwróciłem uwagę kierowcy, który poinformował mnie, że mężczyzna jest bezdomny i celowo nie wpuszcza go do autobusu. Pozostałych pasażerów, którzy się pojawili na przystanku, kierowca wpuszczał drzwiami przy „szoferce”.

Bogusławski, filozof z Uniwersytetu Łódzkiego, wysłał w tej sprawie list do Prezesa Zarządu MPK, prezydent miasta Hanny Zdanowskiej i mediów. MPK stanęło po stronie kierowcy, a gdy tylko lokalne środki przekazu podchwyciły temat, na Bogusławskiego wylała się w sieci fala nienawiści. On sam wspomina: Reakcja łodzian mnie zaskoczyła. Nie żyjemy w bogatym mieście. Z biedą spotykam się na każdym kroku. Polska nie daje sobie rady z problemem eksmisji. Polacy miewają też problemy z higieną, i tak dalej. Okazuje się jednak, że bezdomność stała się wygodnym tematem do rozładowywania frustracji, agresji słownej, surowych ocen. Pewnie dzięki temu ludzie czują się lepiej. […] Mam poczucie, że to problem zdecydowanie bardziej „systemowy”. Neoliberalny kult wyścigu szczurów, wartościowanie ludzi przez pryzmat sukcesu materialnego. […] Do tego frustracja i niezmiennie popularny w Polsce sposób budowania grup – przez wskazywanie wrogów, zagrożeń i napiętnowanych odmieńców. To, co opisuje Bogusławski, jest znamienną cechą darwinizmu społecznego: biedniejsi i biedni, słabi i słabsi mają na ogół dość siły, by jawnie wystąpić przeciw jeszcze biedniejszym i słabszym. Nie trzeba też do tego bardziej precyzyjnego instrumentarium opisu rzeczywistości – słaby to wróg, i tyle.

Nie obawiam się nastania faszyzmu jako formy ustrojowej. Bądź co bądź faszyzm, jeśli trzymać się jego naukowych opisów, wymaga silnych struktur i mocnych instytucji publicznych, elementarnej umiejętności zbudowania bardziej wyrafinowanych form samoorganizacji publicznej. A do ich stworzenia współcześni Polacy nie są cywilizacyjnie zdolni: ani starsze pokolenia, ani tym bardziej te młodsze. Część z nich może za to zamknąć się na strzeżonym osiedlu, poruszać się w obrębie ściśle wyznaczonych rewirów bytowania, pracy i konsumpcji, przemieszczać się w „samochodowej banieczce” od punktu A do B i C. I tyle w kwestii struktur, które zdolne są umysłowo i funkcjonalnie ogarnąć.

Widzę inny problem. Mamy do czynienia z lumpenliberalnym szowinizmem, który w razie czego nie stroni nawet od socjalnych hasełek, by poszerzyć pole swojego oddziaływania. Ta specyficzna struktura wyobrażeń i realnych wzorców społecznych, mało logiczna, bazująca na kulcie indywidualnych strategii przetrwania, jest antycywilizacyjna i antyetatystyczna. Jest to swoista negatywna wolnościowość, która spełnia się w przekonaniu, że „sam/sama sobie poradzę najlepiej”. To także wspólnota negacji sfery publicznej. Jej opresyjność wyraża się przede wszystkim w odmowie solidaryzmu społecznego – i jest na ogół niewidoczna dla tych, którym „jakoś się udało”.

A jeśli jest widoczna, to objawia się w ostentacyjnym wyklinaniu instytucji własnego państwa i stygmatyzacji słabszych albo w zrezygnowanym machnięciu ręki. Przecież nikt o zdrowych zmysłach nie będzie czekał na pociąg, który i tak nie przyjedzie – wsiądzie do samochodu. Nikt też nie będzie czekał na mieszkanie komunalne w normalnym standardzie – zapożyczy się raczej na własne mieszkanie, co zresztą podnosi status wizerunkowy jednostek i młodych małżeństw w trakcie niedzielnego obiadku u teściów. A gdy przychodzi do rozładowania gniewu, to na bok idą pytania, czy to na pewno właśnie uchodźcy pozbawiają Polaków pracy, wypychają na emigrację, oszukują na wypłacie, wyzyskują, traktują per noga, śmieją się w twarz i urządzają reformy, po których nie ma czego zbierać po niegdyś działających na prowincji instytucjach i sieciach infrastruktury publicznej. Takie zagadnienia to jak grochem o ścianę – są nudne i łatwo je zamilczeć.

Z wielu przyczyn termin „własne państwo” niewiele w ogóle dziś w Polsce znaczy. I to nie dlatego, że „państwo to znów okupant”, jak głoszą za swoim guru (post)korwiniści. Przede wszystkim dlatego, że nie da się zbudować państwa i szacunku dla niego na lumpenliberalnej, powszechnie obowiązującej ideologii. To się wzajemnie wyklucza. W Polsce wyznawcami lumpenliberalizmu jest nie tylko większość kasty dziennikarskiej, nie tylko znaczna część klasy politycznej czy oligarchii dobrze żyjącej z promowania lumpenliberalizmu. Wierzy weń znaczna część społeczeństwa, sądząc, że przyczyną obecnego stanu rzeczy jest faktycznie niewydolne państwo oraz ciągły deficyt wolnego rynku. Ale jak ma działać państwo oparte na rozbitym społeczeństwie, które raz po raz co najwyżej daje upust frustracji, kierując swój gniew i większość „umysłowego wysiłku” na przykład przeciw „ciapatym”? Być może za sto, dwieście lat historycy opiszą dokładnie ten fenomen – logikę autodestrukcji, która opanowała Polaków w czasie, gdy akurat mieli dość sprzyjające warunki, by wreszcie zbudować efektywne państwo.

Najbardziej bolesne jest to, że nie mówimy o abstrakcjach, że ta „filozofia (anty)państwa” uderza w bardzo konkretnych ludzi. Darwinizm społeczny, jego zdolność do selekcji jednostek, rodzin i społeczności na lepsze i gorsze wedle kryterium dochodowego, ma bardzo realne skutki. Unia polityki realnej, czyli szeroka, zbudowana ponad podziałami i etykietami lumpenliberalna sieć oddziaływań na wyobrażenia społeczne funkcjonuje bez zarzutu, jeśli idzie na przykład o wprowadzone przez Sojusz Lewicy Demokratycznej eksmisje na bruk. Policja, urzędnik, właściciel, komornik – instytucje działają efektywnie. Spójrzmy na zdjęcia z eksmisji: młodzi policjanci mają nieobecne twarze, ale są bardzo sprawni w pilnowaniu, by literze prawa stało się zadość.

Podobno w Polsce chroni się życie ludzkie od poczęcia do naturalnej śmierci. Podobno godnością ludzi Polska stoi, tyle tu przecież ulic i rond Jana Pawła II. Podobno wciąż mamy w parlamencie lewicową reprezentację, strzegącą „tradycyjnych wartości lewicy”. Może to wszystko cyniczny żart, w którym się gubię. Nie wiem na przykład, czy wyrzucona z mieszkania milicjantka z objawami starczej demencji, przed dekadami kierująca ruchem samochodowym w Warszawie, pozostawiona przez funkcjonariuszy policji na klatce schodowej z kotem i reklamówką, podpada pod kategorię „żywy człowiek”, którego elementarne prawa wymagają jakiejś ochrony. Chyba nie. I może w tym problem – że mamy w kraju sporą grupę „żywych trupów”, ludzi nikomu do niczego niepotrzebnych, naprawdę zbędnych, których można się pozbyć z „przestrzeni życiowej” należącej do nowych nadludzi. Może ci wszyscy, którzy przegrywają na polskim modelu transformacji, są ludźmi na niby – i właściwie nie żyją. Tak, to chyba kraj ze sporą populacją żywych trupów, który wciąż nie radzi sobie z ich utylizacją. I najprawdopodobniej długo tak pozostanie.

Finansjeryzacja peryferii

Finansjeryzacja peryferii

Co łączy wprowadzenie systemu OFE oraz kupno PKP Energetyka przez fundusz CVC? Oba wydarzenia to najbardziej symboliczne operacje wejścia na nasz rynek międzynarodowych podmiotów finansowych. Z tego punktu widzenia sprzedaż tej energetycznej spółki jest wydarzeniem przełomowym – dokładnie tak samo jak prywatyzacja naszych emerytur pod koniec XX wieku. I równie niebezpiecznym.

Peryferyjność gospodarek naszego regionu ma jedną niezaprzeczalną zaletę – ominęła nas głęboka finansjeryzacja, która rozpoczęła się w gospodarkach Zachodu już w drugiej połowie lat 70., a w latach 80. nabrała znacznego przyspieszenia. Finansjeryzacja z grubsza oznacza postępujące „puchnięcie” sektora finansowego zarówno w stosunku do całej gospodarki, jak i w liczbach bezwzględnych. Sektor finansowy odrywa się wtedy od realnego życia gospodarczego, czyli wyceny aktywów finansowych nie odzwierciedlają wartości, którą rzekomo aktywa te reprezentują w świecie rzeczywistym. Przestaje on wtedy pełnić swą funkcję platformy dostarczającej kapitału podmiotom gospodarczym, a zaczyna być wehikułem, za pomocą którego dysponujące wystarczającą ilością środków i informacji elity finansowe osiągają niebotyczne zyski. W latach 80. udział usług finansowych w PKB USA wynosił ok. 5%, a 20 lat później już ok. 8,5%. Jednak udział zysków instytucji finansowych notowanych w USA w I dekadzie XXI wieku wzrósł od lat 80. dużo bardziej (ponad trzykrotnie) i wynosił ok. 35% wszystkich zysków generowanych przez podmioty gospodarcze. Jak widać, zyski te były zupełnie nieproporcjonalne do wartości dodanej, którą te instytucje dawały gospodarce (35% udziału we wszystkich zyskach przy 8,5% udziału w PKB).

Postępująca od lat 80. liberalizacja sektora finansowego oraz większe otwarcie na przepływy kapitałowe granic większości państw świata spowodowały inflację aktywów finansowych, czyli gwałtowny wzrost ich wartości. Ma to dwie bardzo negatywne konsekwencje – i nie mówię o tym, że umożliwiło absurdalne wręcz bogacenie się dosyć wąskiej grupie osób, które czynią to de facto nie kalając się pracą i nie przynosząc żadnej korzyści społeczeństwu. Można by to jeszcze jakoś przeboleć, chociaż niewątpliwie to bardzo demoralizujące. Przede wszystkim przynosi to jednak negatywne skutki wszystkim pozostałym, którzy chcą się bogacić normalnym wysiłkiem, a nie spekulacją.

Po pierwsze fakt, że sektor finansowy tak wiele „waży” w stosunku do całej gospodarki, znacznie ją destabilizuje. Kapitał pozbawiony barier oraz regulacji jest niezwykle labilny i chimeryczny, a następujące często zmiany kierunku jego strumienia co rusz powodują załamania koniunktury w różnych częściach globu. Cierpią na nich wcale nie ci zarabiający krocie, lecz ta reszta, która wciąż woli parać się konkretnym fachem. Nic więc dziwnego, że od początku lat 80. przez świat przetoczyła się fala kryzysów: od Ameryki Łacińskiej aż po Azję, a zwieńczeniem tej serii jest jak na razie kryzys, który rozpoczął się w USA w 2007 roku.

Po drugie, firmy wykupywane przez sektor finansowy, a działające w jak najbardziej realnej gospodarce, stają się zakładnikami nowych udziałowców. Niespecjalnie interesuje ich działalność w długim terminie, za to oczekują jak największych zysków w jak najkrótszym czasie. Postawione przed takim dictum zarządy, dodatkowo zmotywowane perspektywą udziału w tych zyskach, zaczynają prowadzić politykę ich maksymalizacji w krótkim terminie. Bez oglądania się na to, że cierpi dobro interesariuszy firmy, czyli np. pracowników (cięcia płac, zwolnienia), lokalnych dostawców (dyktowanie niskich cen) czy klientów (zamykanie mniej rentownych gałęzi działalności).

Peryferyjne kraje naszego regionu ominęła inflacja aktywów finansowych, gdyż w czasach epicentrum liberalizacji sektora finansowego (lata 80. i 90.) najpierw były one poza systemem gospodarek rynkowych, a później ich gospodarki rynkowe dopiero raczkowały. Poza tym niewątpliwie dużą zasługę odegrały tutaj wprowadzone w naszym kraju rozsądne regulacje oraz działalność Komisji Nadzoru Finansowego, która poza pewnymi wpadkami (np. Amber Gold) wykonuje swą pracę całkiem nieźle. Dzięki temu mamy jeden z najzdrowszych systemów bankowych w Europie (chociaż w zbyt dużym stopniu zależny od kapitału zagranicznego), a naszą gospodarkę jak na razie ominęła finansjeryzacja. W 2013 roku suma aktywów krajowego sektora finansowego wyniosła 126% PKB i była na poziomie niższym nawet niż w krajach naszego regionu (Czechy 167%, Węgry 136%). W tym samym roku wskaźnik ten w strefie euro wyniósł, bagatela, 481%. Myli się jednak ten, kto by uznał, że międzynarodowe instytucje finansowe odpuściłyby tak łakomy kąsek, jak mające duży potencjał rynki naszego regionu. Metod wejścia na peryferyjne rynki mają one sporo, a jednym z najbardziej popularnych jest prywatyzacja systemów emerytalnych, która miała miejsce głównie na peryferiach gospodarczego centrum, takich jak Boliwia, Argentyna, Chile, Węgry, Czechy czy wreszcie Polska.

Jednym z głównych warunków redukcji zadłużenia Polski w pierwszych latach transformacji była prywatyzacja systemu emerytalnego, czego dopilnować miał wspierający proces oddłużenia Bank Światowy. Tak więc system OFE de facto został wprost polecony nam przez zagranicznych wierzycieli, którzy wcześniej kredytowali działalność władz PRL. W pewnym momencie doszło nawet do tego, że gdy odpowiedzialny za reformę emerytalną minister pracy Leszek Miller nie wykazywał wystarczającego entuzjazmu dla proponowanych zmian, został zastąpiony w wykonywaniu tego zadania przez ministra finansów Grzegorza Kołodkę, który do prywatyzacji emerytur aż się palił. Inaczej mówiąc, niechętny propozycjom Banku Światowego minister został zastąpiony innym, dużo bardziej przychylnym. Dodatkowo rozpętano wielką akcję medialną, która miała nie tylko skłonić Polaków do korzystania z usług OFE, lecz także zniechęcić ich do publicznego systemu, co do teraz przynosi negatywny skutek w postaci nagminnego omijania płacenia składek przez naszych rodaków. Akcja ta była modelowym przykładem przedmiotowego potraktowania nie tylko instytucji suwerennego państwa, ale też całego społeczeństwa.

Zgodnie z planem, w 1999 roku dokonano w naszym kraju częściowej prywatyzacji systemu emerytalnego przez oddanie części składki otwartym funduszom emerytalnym. Inaczej mówiąc, przekazaliśmy część publicznych pieniędzy prywatnym funduszom inwestycyjnym, by mogły nimi obracać na rynkach kapitałowych. Były to w zdecydowanej większości podmioty o kapitale zagranicznym – w 2013 r. zagraniczne OFE miały w rękach niemal 80% rynku. Zarządzanie składkami emerytalnymi to wyjątkowo lukratywny biznes – w latach 1999-2013 z tytułu należnych im opłat OFE pobrały sobie 19 mld zł. Niestety dla budżetu państwa i systemu ubezpieczeń społecznych był to silny cios – ilość środków w systemie emerytalnym wyraźnie spadła, a emerytury na starych zasadach wciąż należało wypłacać. W związku z tym w okresie 1999-2012 tylko z powodu wprowadzenia OFE dług publiczny wzrósł o 280 mld zł. Oznacza to, że połowa przyrostu długu publicznego w tym okresie była spowodowana wprowadzeniem nowego systemu. Ogromny wyciek publicznych środków z systemu ubezpieczeń społecznych, jaki zaistniał w związku z wprowadzeniem OFE oraz wcześniejsza akcja obrzydzania ZUS, spowodowały, że powstała wielka dziura w systemie, którą rządzący postanowili załatać podnosząc wiek emerytalny. Rozwiązanie to napotkało wielki opór społeczny i ponad 2 mln obywateli podpisało się pod wnioskiem o referendum w tej sprawie, został on jednak odrzucony. Inaczej mówiąc, polska władza wolała wyrzucić do kosza podpisy 2 milionów obywateli, niż złamać słowo dane zagranicznym instytucjom finansowym i zlikwidować system OFE, zamiast podnoszenia wieku emerytalnego. Ostatecznie przygnieciony ciężarem długu polski rząd zdecydował się na częściowy demontaż systemu, jednak wciąż pozostawiał do dyspozycji instytucji finansowych 150 mld zł, które powinny być częścią polskich ubezpieczeń społecznych. A 2,5 miliona Polaków nadal przekazuje im część swojej składki.

Pomimo częściowego odwrócenia skutków reformy, „operacja OFE” niewątpliwie okazała się dla międzynarodowych instytucji finansowych udana. Korzyści z niej już teraz można liczyć w dziesiątkach miliardów złotych, tymczasem dla polskich emerytów mogą one okazać się zupełnie iluzoryczne, gdyż wysokość ich emerytury będzie zależna od koniunktury na rynkach kapitałowych w momencie przechodzenia na nią, a ta bywa zupełnie nieprzewidywalna, szczególnie w czasach globalnej finansjeryzacji. Jeśli przez giełdę przetoczy się akurat krach, to feralni emeryci zostaną z niczym. Doskonale obrazuje to przypadek Chile. W ciągu zaledwie jednego kryzysowego roku 2008 ze sprywatyzowanego chilijskiego systemu emerytalnego wyparowało 60% zysków zakumulowanych przez… 26 lat. Perturbacje na rynkach finansowych doprowadziły do tego, że aż 2/3 chilijskich emerytów musiały pobierać świadczenia od państwa, gdyż AFP (tamtejsze OFE) nie zgromadziły dla nich kapitału wystarczającego nawet na emeryturę minimalną. Jak widać, „oszczędności” zgromadzone w OFE, ulokowane w płynnych papierach czasem wartościowych, są dużo bardziej wirtualne niż zapisy księgowe na subkontach w ZUS.

Kolejną udaną próbą posunięcia polskiej finansjeryzacji do przodu jest kupno PKP Energetyki przez fundusz private equity (inwestujący na niepublicznym rynku kapitałowym) CVC. Kontrowersji związanych z prywatyzacją tej spółki jest mnóstwo (sprzedaż naturalnego monopolu podmiotowi z zagranicy, pozbywanie się spółek związanych z koleją w sytuacji wizji pojawienia się dużych funduszy unijnych w tym obszarze), jednak najbardziej interesujące jest co innego. Sprzedaż ważnej spółki Skarbu Państwa nie inwestorowi strategicznemu, który, chcąc zarabiać na jej działalności, dbałby o jej długoterminowy potencjał, lecz instytucji finansowej, która będzie chciała sprzedać ją z zyskiem, oznacza otwarcie naszych strategicznych obszarów gospodarki na spekulację finansową. Sprzedaż spółki dostarczającej energię funduszowi inwestycyjnemu, który nie kupuje jej, by rozwijać jej funkcjonowanie, lecz aby jak najszybciej zarobić na wzroście jej rynkowej wartości, oznacza, że newralgiczne obszary życia naszego społeczeństwa (komunikacja publiczna i energetyka) przestają być zarezerwowane dla realnych działań, które mają na celu polepszenie ich standardu w długim terminie. Od tego momentu stają się również polem generowania zysków nawet za cenę obniżenia potencjału i jakości, gdyż krótkoterminowym udziałowcom zupełnie nie będzie to przeszkadzać. Niewątpliwie bardzo poszerza to pole działania sektora finansowego, który będzie mógł w Polsce być aktywny zarówno w obszarze ubezpieczeń społecznych, jak i usług publicznych. A to wystawia je na te same zagrożenia, co poddany finansjeryzacji sektor wytwórczy na całym świecie – niezważające na konsekwencje (społeczne i gospodarcze) cięcia kosztów, obniżanie potencjału produkcyjno-usługowego poprzez wyprzedaż majątku czy zamykanie mniej rentownych gałęzi działalności. Mówiąc w skrócie, wpuszczenie sektora finansowego do obszaru usług publicznych oznacza, że standard i powszechność tych usług oraz osiąganie celów społecznych złożymy na ołtarzu krótkoterminowych zysków finansjery. Dla niej polska kolej jest czymś zupełnie abstrakcyjnym i mało interesującym, liczą się za to przede wszystkim salda w księgach, bieżący wynik finansowy oraz kursy akcji.

W interesie światowego sektora finansowego oczywiście leży poszerzanie swego pola działania. Dzięki temu znajduje on nowe możliwości generowania zysków, które zbyt często oderwane są od realnej wartości dodanej. Nasz kraj, którego sektor finansowy wciąż jest stosunkowo niedużych rozmiarów, posiada z tej perspektywy ogromny potencjał rozwojowy. Musimy więc być przygotowani na to, że kolejne obszary naszego życia gospodarczego będą poddawane finansjeryzacji. Niewątpliwie energetyka jest takim obszarem. Oprócz sprzedaży PKP Energetyka bardzo istotnym wydarzeniem na tym polu jest stworzenie przez Towarową Giełdę Energii (należącą do GPW) rynku instrumentów finansowych, mającego ruszyć lada moment. Umożliwi on kupowanie energii na rynku spot, czyli bez jej realnej dostawy. Do tej pory TGE umożliwiało spekulację na energii poprzez „transakcje forward”, czyli zaklepanie sobie danego wolumenu energii po konkretnej cenie i w określonym terminie. Zabezpieczało to kupującego energię przed zbyt dużym wzrostem jej wartości, lecz gdy jej wartość w tym czasie spadła, tracił on, gdyż zgodnie z umową musiał ją kupić po ustalonej cenie. Wszystko kończyło się jednak dostawą zamówionego wolumenu energii, a więc ten swoisty zakład był oparty na jakiejś realnej działalności. Jesienią będzie można zakupić prawa do energii bez jej realnej dostawy. Będzie je można sprzedać lub kupić w najbardziej dogodnym momencie i handlować nimi przez lata, nie odbierając nawet jednej kilowatogodziny. To oczywiście umożliwi podmiotom finansowym zarabianie ogromnych kwot na wahaniach cen na rynku energii, a także spekulacyjne działania, takie jak granie na podwyżki cen poprzez ściąganie z rynku dużych wolumenów, a następnie sprzedaż ich z zyskiem.

Nie ma co się oszukiwać – nasza podpięta pod globalną wymianę gospodarka skazana jest na postępująca finansjeryzację. Jednak wiedząc o tym oraz znając jej zagrożenia, możemy się na to przygotować, chroniąc przed jej wpływem najbardziej newralgiczne obszary życia gospodarczego, takie jak chociażby usługi publiczne. Z tego punktu widzenia decyzję o sprzedaży PKP Energetyka funduszowi spekulacyjnemu należy oceniać jak najgorzej. Jednak ochrony przed finansjeryzacją potrzebują także najważniejsze gałęzie produkcji i nasi narodowi czempioni. Warto pamiętać, że strumienie kapitału przychodzą i odchodzą, a prawdziwe bogactwo i powodzenie może przynieść społeczeństwu jedynie realne wytwórstwo.

Jak ogródki piwne pożarły przestrzeń publiczną

Jak ogródki piwne pożarły przestrzeń publiczną

Na początku 1989 roku plac Santa Ana, serce madryckiej dzielnicy Huertas, znajdujący się zaledwie 200 metrów od Puerta del Sol, nie był tym, czym jest obecnie. Mimo że była to strefa bardziej turystyczna od innych części centrum miasta, to auta blokowały ulice, gdzie dziś ograniczony jest ruch samochodowy, handel haszyszem był na porządku dziennym, a modne lokale, bary i restauracje dla turystów znajdowały się wciąż w zdecydowanej mniejszości. W tamtych miesiącach każdego dnia zbieranina rzemieślników oraz weteranów ery hipisowskiej i Movidy ustawiała swoje stoiska, współtworząc popularny targ.

Ale nie mogło to trwać wiecznie. Już wtedy mówiło się, że socjalistyczne władze miasta mają inne plany wobec placu: wydawać masowe pozwolenia na restauracyjne ogródki. Na domiar złego, w czerwcu 1989 roku, po wspartym przez Partię Ludową wotum nieufności dla socjalisty Juana Barranco, burmistrzem został Agustín Rodríguez Sahagún z partii Unión de Centro Democrático. Około 140 rzemieślników miało pozwolenia na pracę, podpisane przez byłego radnego z dzielnicy Centrum Francisco Herrerę, a wydane jeszcze w 1982 r. Jednak Ratusz postanowił działać i rozpoczęło się nękanie handlarzy. Najpierw były to ciągłe wizyty służb mundurowych, następnie sprawa stała się poważniejsza. 14 października 1989 r. policja miejska rozpoczęła eksmisję handlarzy z placu.

Dzień ten był początkiem trwającej kilka miesięcy „bitwy o plac Santa Ana”. Byli liczni ranni, kilka podpaleń i barykady w dzielnicy, a zakończyło się usunięciem rzemieślników z okolicy. W 1996 r. Sąd Najwyższy uznał, że usunięcie ich było nielegalne. Ale kogo to obchodziło po sześciu latach?

Dziś miejsce to ma podstawowe cechy typowego „placu komercji”, jakich wiele w innych większych miastach Hiszpanii: wypełnione jest przynoszącymi zyski ogródkami restauracyjnymi, zajmującym chodniki i środek placu morzem krzeseł, na których można usiąść, jeśli ma się ochotę – i odpowiednią ilość pieniędzy, żeby kupić wcale nie najtańsze piwo. Na placu zostało zaledwie jedno drzewo, nie ma zieleni, którą trzeba byłoby utrzymywać, i przy której można byłoby przeszkadzać turystom podjadając z dziećmi tortillę. Rzuca się w oczy brak ławek, bo przecież nie do pomyślenia jest, żeby jakaś grupka usiadła i rozmawiała niczego nie konsumując. Od tego są ogródki, bo za wypicie piwa poza nimi, zgodnie z miejskim regulaminem, grozi mandat do 600 euro.

Miasto na sprzedaż

Tradycyjnie miasto było przestrzenią reprodukcji społecznej, gdzie nawiązywały się relacje, a nie tylko stosunki produkcji. Stoi to w sprzeczności z inną wartością: zmiany opartej na przekonaniu, że miasto jest ostatnią z przestrzeni, z których można wyciągnąć zyski, gdy nie mamy już czego prywatyzować. Wielkie firmy przeniosły swoje fabryki, a machina kapitału musi wciąż działać – w takich realiach przestrzeń miejska staje się kolejnym zasobem do wykorzystania. To opinia José Mansilli z Obserwatorium Antropologii Konfliktu Miejskiego (OACU) i Katalońskiego Instytutu Antropologii (ICA). Według niego, ogródki lokali gastronomicznych są wykorzystywane do zajmowania przestrzeni publicznej w ramach realizacji specyficznego sposobu rozumienia miasta, który wprowadzany jest w życie poprzez plany zagospodarowania miejskiego i rozporządzenia władz. To tak zwany model neoliberalny, według którego miasto jest na sprzedaż, podobnie jak jego przestrzenie i infrastruktura: kupując bilet na spektakl w teatrze Calderona w Madrycie i jadąc metrem, wysiądziesz na stacji Vodafone Sol i wejdziesz do teatru Haagen-Dazs Calderon.

Aspołeczne zachowania

W licznych miastach hiszpańskich proces ten wyglądał podobnie. Oczywistym przykładem jest Barcelona. – W pewnym momencie Ratusz doszedł do wniosku, że mają miejsce „zachowania aspołeczne” – opowiada Mansilla. Stało się to wymówką dla zastosowania czegoś, co określa się środkami urbanistyki prewencyjnej. Tradycyjne ławki są wymieniane na jednoosobowe, oddalone jedne od drugich, tak, że można usiąść na chwilę, ale już nie porozmawiać. Likwiduje się pozostałe – i tak już nieliczne – obszary zielone. Ogradza się je, ustanawia godziny otwarcia, lub zmienia się je w betonowe place, gdzie nie można zatrzymać się i pogadać. Są one urządzane tak, żeby później było dużo łatwiej zamienić ławki, na których się siadało, w bary i ich ogródki. Mimo to „zachowania aspołeczne” nie zostają zwalczone, lecz wynoszą się z centrum, ponieważ władze nie zajmują się przyczynami, a tylko skutkami – tłumaczy Mansilla. W ten sposób centrum miasta zamienia się w przestrzeń pozbawioną konfliktów, skrojoną na potrzeby sektora turystycznego.

Jon Aguirre Such, architekt, urbanista i członek stowarzyszenia zajmującego się miejskimi innowacjami Paisaje Transversal, utrzymuje, że: ogródki mogą być częścią miejskiego życia, ale jeśli żywotność przestrzeni publicznej ogranicza się jedynie do nich, zachodzi prywatyzacja przestrzeni publicznej. Według niego, w hiszpańskich miastach ma miejsce „nadużywanie ogródków”, przy jednoczesnym braku równowagi między rozrywką konsumpcyjną a niekonsumpcyjną.

Nie istnieje również polityka sprzyjająca wykorzystywaniu przestrzeni publicznej jako miejsca relacji, zauważa Aguirre. – Mamy do czynienia z projektami ograniczającymi możliwość spotkań. Wystarczy pomyśleć o placach takich jak Callao, Dali czy Sol, wyłożonych granitem pod pretekstem tego, że łatwiej będzie je utrzymywać w czystości – wyjaśnia. Tym sposobem miasto zmaga się z jednej strony z nadmiernym opanowaniem przestrzeni publicznej przez działalność nastawioną na zysk, a z drugiej ma mnóstwo placów i innych przestrzeni, których rola ogranicza się do przemieszczania.

Liczba ogródków i ich powierzchnia na Starym Mieście w Barcelonie dają wyobrażenie o tym, co ma miejsce także w pozostałych miastach. W 2002 roku istniały 192 ogródki, zajmujące 3494 metry kwadratowe. W 2012 roku było ich już 317, a ich powierzchnia uległa prawie potrojeniu – do 9986 m2, jak wynika z badań Adriana Cordero, zatytułowanych „Przestrzeń publiczna: między dominacją a oporem”. W ciągu siedmiu lat liczba wydanych zezwoleń wzrosła o 39%, a powierzchnia ogródków o 65%. W porównaniu z ławkami publicznymi, stosunek wyniósł 1 do 9. To prawdziwy pogrom ze strony prywatnych krzeseł. Liczba publicznych ławek wręcz spadła: między 2006 a 2012 rokiem w dzielnicy zniknęło ich 39. Dane dotyczące całego miasta przynoszą podobne wyniki: między 2012 a 2014 rokiem liczba pozwoleń na ogródki przy lokalach gastronomicznych wzrosła z 2832 do 4574.

Miejskie laboratorium

Barcelona stała się, jak twierdzi Mansilla, „laboratorium miejskich praktyk”. Miejski regulamin z 2005, skopiowany później przez liczne miasta, skupiał się na dostosowaniu miasta do potrzeb turystów, zostawiając im je na wyłączność: Jeśli chcesz miasta-pocztówki dla turystów, musisz usunąć przeciętnych ludzi. Jesteśmy zbędni. Jeśli obchodzę urodziny córki popijając piwo na ulicy – to brzydkie.

Taki model miasta nabiera kształtów od kilku dekad. Mimo tego wciąż pojawia się opór. Przykładami są Campo de la Cebada czy Esto es una Plaza (dosłownie „To jest Plac”) – samorządne przestrzenie w Madrycie. Na razie są jednak to bardzo ograniczone eksperymenty, jak zauważa Aguirre. Alternatywa zaczyna się w samej koncepcji przestrzeni. Należałoby zainicjować serię ulepszeń na placach, tworząc projekty pozwalające na nawiązywanie relacji między ludźmi, począwszy od ustawiania ławek i sadzenia drzew, przemyśleć jakie są potrzeby w przestrzeni publicznej, ale z udziałem społeczności sąsiedzkiej – twierdzi architekt. I dodaje, że musi to być powiązane ze zmianą w sposobie zarządzania przestrzenią publiczną, dotyczącą zasad związanych z ogródkami lokali gastronomicznych, które powinny ograniczać ilość miejsc, gdzie pożerają one ulice i place.

Aguirre podkreśla także znaczenie idei prawa do infrastruktury: Pracowaliśmy nad polityką i wzorcami działania dotyczącymi przestrzeni publicznych w Donostii i widzieliśmy, że trzeba stworzyć sposoby pozwalające na bardziej wspólnotowe zarządzanie, tak aby każda osoba chcąca zorganizować niewielkie wydarzenie, mogła to łatwo zrobić. Jako Paisaje Transveral wyznają ideę, że każdy dba o to, co uznaje za swoje, więc jeśli nie powstanie identyfikacja z przestrzenią i nie zajdzie społeczne zaakceptowanie placów, zarządzanie przestrzenią będzie bardziej kosztowne. Z tego powodu istnienie przestrzeni publicznych, w których lepiej się żyje, zależeć będzie od stworzenia nowych ram zarządzania i współodpowiedzialności za przestrzeń publiczną. Oraz od tego, czy społeczności sąsiedzkie będą miały na nią wpływ.

Pablo Rivas
tłum. Jan Świeczkowski
współpraca: Angelina Kussy

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu Diagonal Periodico w dniu 22.06.2015 r.

W poszukiwaniu demokracji idealnej

W poszukiwaniu demokracji idealnej

Z dr. Marcinem Gerwinem, politologiem, specjalistą ds. partycypacji i zrównoważonego rozwoju, współzałożycielem Sopockiej Inicjatywy Rozwojowej, rozmawiamy o JOW-ach, wrześniowym referendum i polskiej ordynacji wyborczej.

***

Jednomandatowe okręgi wyborcze są dość przewrotnie przedstawiane jako „głosowanie na ludzi, nie na listy”. Teoretycznie miały ułatwiać wygraną kandydatom niezależnym. Okazuje się, że skutki stosowania takiej ordynacji mogą być zupełnie odwrotne. Czy taki model ordynacji to krok w złą stronę? Dlaczego jednomandatowe okręgi nie działają?

Marcin Gerwin: Bo nie mogą działać. Ale wszystko zależy od tego, z czyjej perspektywy patrzymy. Jeśli chodzi o perspektywę dużych partii politycznych, to JOW-y sprawdzają się znakomicie – pozwalają zmniejszyć konkurencję, gdyż ich mechanizm, pomimo tego, że jest prosty, sprawia, że mniejszym partiom jest bardzo trudno znaleźć się w parlamencie. Ich mandaty, wynikające z liczby oddanych głosów, przejmują duże partie. W pewnych sytuacjach może się zdarzyć tak, jak w ostatnich wyborach w Wielkiej Brytanii – gdzie akurat mała partia, Szkocka Partia Narodowa, zdobyła procentowo blisko dwa razy więcej mandatów w Izbie Gmin niż otrzymała głosów. Ale to znów pokazuje pewnego rodzaju wypaczenia, do których prowadzi taki system wyborczy. Moim zdaniem nie do przyjęcia jest także wynik Partii Konserwatywnej, która zdobyła 36,8 procent głosów, ale aż 50,8 procent mandatów. Jeżeli zaś chodzi o perspektywę obywatela, który idzie na wybory i chce mieć swoją reprezentację w parlamencie, to sytuacja wygląda już znacznie gorzej, dlatego że okręgi jednomandatowe nie odzwierciedlają preferencji wyborców, czyli wynik głosowania i liczba głosów oddanych na poszczególne partie nie są odzwierciedlone proporcjonalnie w liczbie mandatów. A wynika to przede wszystkim z tego, że w okręgu wyborczym jest tylko jeden mandat do zdobycia.

Czyli jest to po prostu realne ograniczenie wyboru wyborcom?

M. G.: Tak. Jeżeli chodzi o jakość demokracji, to JOW-y są fatalnym rozwiązaniem. Dodatkowo bardzo mocno polaryzują one wyborców. Jest to związane z tym, że głosując na tylko jedną osobę, mówimy „nie” wszystkim innym, choć wcale nie musimy mieć takiej intencji. Powinniśmy też uściślić, o czym mówimy – dzisiaj przez JOW-y w Polsce rozumie się system wyborczy, który obowiązuje w Wielkiej Brytanii, czyli wybieramy jedną osobę, ale w zwykłym głosowaniu większościowym. Są także jeszcze inne warianty, np. okręg jest jednomandatowy, ale głosowanie preferencyjne, czyli układamy według własnych preferencji – 1, 2, 3, 4 – naszych ulubionych kandydatów i kandydatki. Może to być także głosowanie dwutorowe, tak jak np. dzisiaj wybieramy w Polsce prezydentów miast czy prezydenta państwa. Można to zastosować w okręgu jednomandatowym i w ten sposób wyłaniać kandydatów. Żeby wygrać w głosowaniu dwutorowym, trzeba mieć co najmniej 50 proc., czyli 50 proc. plus jeden głos poparcia. W głosowaniu większościowym w Wielkiej Brytanii takiego wymogu w ogóle nie ma, czyli jeśli ktoś ma 20 czy 30 proc., to wygrywa, bo dostał najwięcej, pomimo tego, że zdecydowana większość wyborców z tego okręgu oddała głos na kogoś innego.

Dyskusja na temat JOW-ów to także dyskusja na temat tego, jak mają funkcjonować parlament i rząd. Czy parlament ma być emanacją społeczeństwa, wyrazem poglądów i preferencji wyborców? Bo inna perspektywa jest taka, że celem systemu wyborczego jest zapewnienie wieloletniego trwania rządu. JOW-y pozwalają bowiem jednej partii w prosty sposób pozyskać samodzielną większość. Tyle że dzieje się to nie na podstawie tego, że obywatele i społeczeństwo tak zadecydowali, lecz na podstawie pewnej manipulacji wynikiem wyborów, która polega na odrzuceniu istotnej części głosów. Mandaty uzyskane przez Partię Konserwatywną w Wielkiej Brytanii w ogóle nie odzwierciedlają poparcia, które ona otrzymała, a to, że mogła samodzielnie utworzyć rząd, wynika wyłącznie z tego, jak została skonstruowana ordynacja.

Czyli wszystkie głosy na kandydatów, którzy uplasują się za tym pierwszym wygranym, idą tak naprawdę na marne?

M. G.: Dokładnie tak. W zasadzie można nawet uznać, że przejmuje je kandydat, który dostał najwięcej głosów. Warto też zauważyć, że wyborcy przede wszystkim głosują na partie i to, że ktoś zagłosuje na kandydata niezależnego, to są wyjątki. Potwierdzają to wyniki głosowania w Wielkiej Brytanii i w wyborach do Senatu w Polsce.

Dlaczego więc w takim razie taka ordynacja promowana jest i zachwalana jako głosowanie na ludzi, nie na partie? To przewrotne.

M. G.: Przede wszystkim wokół JOW-ów narosło wiele mitów, jak to, że po ich wprowadzeniu posłowie staną się niezależni od partyjnych liderów. Nie bardzo jednak tak to działa. JOW-y mają pewną zaletę, w porównaniu z obecną ordynacją – pozwalają one wystartować w wyborach kandydatom i kandydatkom niezależnym. Dzisiaj, gdy ktoś chce kandydować, musi albo dostać się na listę partyjną jednej z dużych partii politycznych, albo na listę jakiegoś społecznego komitetu wyborczego. Czyli od razu musi powstać coś dużego, co może wiązać się z koniecznością kompromisów i ustępstw. Natomiast w JOW-ach, żeby kandydować, wystarczy zebrać odpowiednią liczbę podpisów. To wszystko. Tylko że w praktyce nie oznacza to, że kandydaci niezależni wygrywają, bo cały mechanizm wyborczy działa zupełnie inaczej. Wyborca tak czy inaczej kieruje się przede wszystkim przynależnością partyjną – tak jest również w JOW-ach. Ale możliwość kandydowania indywidualnego mamy także w innych systemach, np. w Irlandii – nazywa się on STV, czyli „Pojedynczy Głos Przechodni”. I co ciekawe, parlamentarzyści niezależni w Irlandii stanowią 10,8 procent, a w Wielkiej Brytanii 0,15 procent.

Jak to wygląda w praktyce? Gdyby w średniej wielkości polskim mieście odbyły się wybory na podstawie JOW-ów, to jak to by się skończyło?

M. G.: Świetnym przykładem tego, jak działają JOW-y, jest sytuacja po wyborach w Kutnie, wyborach właśnie w systemie JOW-ów. Wszystkie miejsca w radzie miasta przejęło tam jedno ugrupowanie, choć poparcie dla niego wyniosło zaledwie 38,66 proc. Ludzie głosowali kierując się przede wszystkim nazwiskiem prezydenta w nazwie komitetu. Nie była to partia, widać jednak, że wyborcy głosowali na pewien szyld, a niekoniecznie na konkretne osoby, bo tych mogli nawet nie znać. Obecnie w większości miast w Polsce wybory odbywają się właśnie w okręgach jednomandatowych. Zdarzają się ogromne dysproporcje pomiędzy tym, ile głosów oddano na jakiś komitet, a tym, ile ma on potem miejsc w radzie miasta. W województwie pomorskim przykładami mogą być Rumia czy Bytów. W Rumi PO zdobyło 27,74 proc. głosów, co przełożyło się na 74,43 procent miejsc w radzie miasta. Z kolei w Bytowie PO otrzymała blisko 40 procent poparcia, co pozwoliło uzyskać 71,43 proc. mandatów. Takie są skutki wprowadzenia okręgów jednomandatowych w Polsce – wypaczają one wyniki głosowania.

Wspominał Pan o Wielkiej Brytanii, zwolennicy JOW-ów przywołują też przykład USA. Założenia takiej ordynacji wyglądają pięknie – mówią, że posłowie będą odpowiedzialni przed wyborcami, że będą to ludzie znani wyborcom, cieszący się autentycznym poparciem obywateli. Jak działa w tych krajach ten typ ordynacji – czy różni się czymś od naszego?

M. G.: Z odpowiedzialnością przed wyborcami może być różnie, gdyż jeżeli główną przesłanką do oddania głosu jest logo partii, wówczas oznacza to, że w obrębie danej partii nie ma możliwości wyboru, na kogo oddać głos, bo na karcie do głosowania widnieje tylko jedno nazwisko kandydata lub kandydatki z danej partii. Ponadto okręgi jednomandatowe pozwalają w bardzo prosty sposób wpływać na wynik głosowania poprzez ustalanie granic okręgów wyborczych. U nas, wiedząc, jak głosują wyborcy w danym obwodzie i czy przewagę mają tam np. zwolennicy Platformy, PiS-u czy SLD, można tak poprowadzić granice, wycinając część wyborców, by wygrała ta partia, na której wygranej zależy osobie układającej kształt okręgu. Ta polityka nazywa się „gerrymandering”. Właśnie w USA zobaczyć można okręgi wyborcze o niezwykłych kształtach – jeden z nich został nazwany „Goofy kopiący Kaczora Donalda”, bo tak wygląda jego kształt. Wynika to wyłącznie z kalkulacji politycznych. I to samo byłoby, gdyby w Polsce miały zostać wyznaczone okręgi wyborcze, a trzeba by ich wyznaczyć 460. Jak zauważył profesor Markowski, wyznaczanie okręgów wyborczych Polsce to pole do ogromnej awantury politycznej, bo wiąże się z tym ryzyko sporych manipulacji. Ktokolwiek będzie to robił, będzie miał ogromną pokusę, by to zrobić po swojemu.

W mojej ocenie ten system po prostu nie ma sensu. Nie pomaga to, że raz na jakiś czas pojawi się w Sejmie niezależny kandydat. Dobrze, pojawi się – np. w Wielkiej Brytanii jest taki jeden na 650 osób w parlamencie. I co on lub ona będzie mogła zrobić? Jak uzyska większość w głosowaniach? Co innego jest np. w Irlandii, gdzie tych kandydatów niezależnych jest większa liczba i rzeczywiście już mogą stanowić jakąś siłę. Aczkolwiek nie jest też tak, że wszyscy parlamentarzyści niezależni mają te same poglądy tylko dlatego, że są niezależni.

Ważny w tym wszystkim jest także aspekt tworzenia rządu. Dzisiaj jest przyjęte, że rząd wybierany jest zwykłą większością głosów. U nas w sejmie jest to 231 głosów poparcia – jeżeli jakieś ugrupowanie lub ugrupowania mają taką większość, to mogą stworzyć rząd, a 229 posłów może iść na czteroletnie wakacje, bo tak to jest skonstruowane, że przez ten czas mogą nic swojego nie uchwalić. Zwolennicy JOW-ów bardzo mocno podkreślają kwestię stabilności rządu – tylko co z tego, że rząd jest stabilny, że przetrwa całą kadencję, skoro nie ma poparcia większości społeczeństwa? Tak jest dziś na przykład w Wielkiej Brytanii – rząd ma sejmową większość, ale nie ma poparcia społeczeństwa. I co z tego, że będzie trwał bez przeszkód przez całą kadencję, skoro może podejmować decyzje wbrew woli większości? Nie widzę w tym zalety.

U nas już obecnie senatorzy są wybierani na zasadzie okręgów jednomandatowych. Jakie to przyniosło skutki?

M. G.: Samodzielną większość w Senacie ma PO, przybyło jej kilka mandatów w stosunku do poprzedniej kadencji, PiS kilka stracił. W praktyce niewiele się zmieniło. Senatorów niezależnych nie za bardzo przybyło – jest ich zaledwie czterech. Senat jest dziś zdominowany przez dwie partie, podobnie było jednak w poprzedniej kadencji. Bardzo trudno wygrać ze znanym kandydatem, który jest popierany przez partię, rozpoznawalny, ma kampanię finansowaną ze środków partyjnych. Z kandydatami partyjnymi mało kto może wygrać. Z założenia wiadomo, na dziś przynajmniej, że w większości okręgów będą wygrywały osoby związane z partiami.

Efekt zastosowania okręgów jednomandatowych jest więc zupełnie inny niż obietnice.

M. G.: Wszystko zależy od tego, o czyjej perspektywie mówimy. Być może PO jest z takiego obrotu sprawy zadowolone. Kto jest dzisiaj za JOW-ami oprócz Pawła Kukiza? Zresztą nawet sam Paweł Kukiz przyznał w rozmowie z Moniką Olejnik, że najbardziej mu się podoba system STV na wzór Irlandii, który działa zupełnie inaczej, jest systemem wielomandatowym i proporcjonalnym, co jest korzystne dla wyborców, w przeciwieństwie do tych nieszczęsnych JOW-ów. Ale z perspektywy Platformy Obywatelskiej JOW-y mogą być korzystne, bo mają w regionach rozpoznawalne twarze – jeśli np. jest tam znany poseł z poprzedniej kadencji, to on wykosi konkurencję. Były ponoć przeprowadzane symulacje dla Gdańska – na szczęście tylko symulacje, bo w dużych miastach JOW-ów nie ma – i wyszło z nich, że Platforma mogłaby mieć nawet wszystkie mandaty w radzie miasta, jak w Kutnie. Z kolei PSL dobrze wie, że dla nich taka ordynacja oznacza zepchnięcie na margines. Może cudem ktoś by wygrał w jakimś okręgu, mieliby jednego albo dwóch posłów, ale politycznie zapewne przestaliby się liczyć, gdyby wprowadzono JOW-y. Partii, która wygra wybory, byłoby wówczas dużo łatwiej samodzielnie tworzyć rząd i PSL nie będzie już odgrywało takiej roli jako koalicjant. Zmienia się wszystko. To, czy JOW-y są dobre czy złe, zależy od tego, z jakiej perspektywy na to patrzymy. Czy mówimy o interesie konkretnej partii politycznej, czy o interesie obywateli. Jeśli chodzi o punkt widzenia obywateli, to JOW-y obniżają jakość demokracji i wypaczają wolę społeczeństwa wyrażaną w głosowaniu.

Decyzja o przeprowadzeniu wrześniowego referendum zapadła w bardzo specyficznych okolicznościach politycznych – gdyby nie wybory prezydenckie, nie byłoby jej na pewno. To trochę kuriozalna sprawa, bo w Polsce rządzący nie mają zwyczaju konsultować decyzji z obywatelami w referendach. W debacie pojawiają się różne głosy – czy iść i głosować przeciw, czy nie iść, by nie podwyższać frekwencji? Jaki wynik referendum Pan przewiduje?

M. G.: Moim zdaniem pytanie w sprawie JOW-ów jest przede wszystkim niezgodne z konstytucją. Pytanie o to, czy wprowadzić w Polsce okręgi jednomandatowe, może na dobrą sprawę oznaczać pytanie, czy wprowadzić system wyborczy na wzór brytyjski, który jest nieproporcjonalny, a więc niezgodny z naszą konstytucją. Można go wprowadzić, ale po jej wcześniejszej zmianie. Tylko że konstytucja nie przewiduje takiego trybu wprowadzania w niej zmian – wykreślenia słowa „proporcjonalne” poprzez referendum. Nie ma takiego trybu, może to zrobić tylko parlament. W konstytucji jest opisana cała procedura tego, jak się ją zmienia.

Co natomiast zrobić? W mojej ocenie – iść i zagłosować. Dlaczego? Próg frekwencji to 50 proc. i osiągnięcie go jest mało realne. Ale moim zdaniem ważne jest, nawet jeśli frekwencja wyniesie tylko 30 czy 20 proc., by społeczeństwo jednoznacznie powiedziało okręgom jednomandatowym „nie”.

Czy jest Pan pewien, że Polacy odrzucą JOW-y?

M. G.: Nie, nie jestem. W przeprowadzanych niedawno sondażach większość społeczeństwa była za JOW-ami. Warto jednak przynajmniej tę przewagę zmniejszyć. A najlepiej byłoby JOW-y odrzucić. Pokazałoby to, że społeczeństwo nie akceptuje takiego sposobu wybierania reprezentantów. Nie chciałbym sytuacji, w której posłowie powiedzą po referendum: „Społeczeństwo mówi, że JOW-y są super, bo za tym opowiedziała się większość. Co prawda nie było wymaganej frekwencji, no ale trudno, my, jako reprezentanci, kierujemy się głosem społeczeństwa wyrażonym w referendum, i chcemy ordynację zmienić”. Choć miejmy nadzieję, że z niskiej frekwencji posłowie wyciągną inny wniosek – że jednak te JOW-y wcale takie popularne nie były. Z tego punktu widzenia niepójście na referendum też jest kuszące.

A czemu Polacy niechętnie chodzą na referenda?

M. G.: Przede wszystkim dlatego, że ich nie ma. Na poziomie ogólnokrajowym ostatnie referendum mieliśmy wiele lat temu, w sprawie przystąpienia do Unii Europejskiej, i wówczas Polacy i Polki poszli głosować. Referendum zadziałało, jesteśmy w Unii. Jeśli zaś chodzi o referenda lokalne, to sprawa jest bardziej skomplikowana. Ludzie są przyzwyczajeni do tego, by chodzić na wybory, wtedy jest ogólnopolska kampania we wszystkich mediach, trąbi się o tym i przynajmniej na kilka dni przed wyborami mieszkańcy i mieszkanki się o nich dowiedzą i idą na kogoś zagłosować. Na ile to jest świadome, to już inna kwestia. Na poziomie lokalnym mamy natomiast co jakiś czas referenda odwoławcze, z których większość jest nieskuteczna ze względu na wysoki próg frekwencji. Ten próg można jednak w ogóle znieść, nie ma go w referendach w Szwajcarii. Wówczas warto pójść na referendum, gdyż od razu wiadomo, że jego wynik będzie wiążący, warto więc zagłosować, by mieć wpływ na jego rozstrzygnięcie.

W przeciwnym razie głosować pójdzie 5 proc., ale spośród nich 95 proc. zagłosuje „za”…

M. G.: Tak. I zagłosują w stronę, która może nam się nie podobać, więc lepiej idźmy i brońmy swojego stanowiska. Próg w referendach lokalnych wynosi obecnie 30 proc. i bywa trudny do osiągnięcia. Jeśli mamy np. referendum merytoryczne i sprawa dotyczy tego, żeby nie wycinać drzew w parku, i jest ono ogólnomiejskie, to na dobrą sprawę nie ma poczucia, że to sprawa wszystkich, że warto się zaangażować. Bodajże w Przemyślu było referendum dotyczące zagospodarowania rynku i kilka wariantów do wyboru. Nie uzyskano wymaganej frekwencji. W Polsce na razie nie ma takiego zwyczaju, żeby chodzić na referenda i się wypowiadać, ale też wiele osób ma poczucie, że sprawa ich nie dotyczy. I tak też może być – i nie ma w tym nic złego.

Druga kwestia to fakt, że być może referenda nie są idealnym sposobem podejmowania decyzji. Partycypacja obywatelska – tak, ale w formie debaty, a nie referendum, ponieważ referendum bardzo często prowadzi do podejmowania decyzji na „chybił-trafił”, bez dogłębnego przemyślenia i przedyskutowania tematu. A przecież nie chodzi o to, żeby podjąć jakąkolwiek decyzję. W demokracji ludzie sami decydują o swoich sprawach, jednak narzędzia powinny być tak dobrane, aby podejmować maksymalnie trafne, świadome decyzje, po gruntownym przeanalizowaniu sprawy. Do tego potrzebujemy zupełnie innego mechanizmu, jakim jest np. panel obywatelski z losowo wyłonioną grupą mieszkańców, której skład odzwierciedla strukturę demograficzną miasta lub kraju. W tę stronę szedłbym, w stronę demokracji deliberacyjnej, a nie plebiscytów.

Czyli głosowanie na „tak” lub „nie” jest ograniczeniem i często nie opiera się na wiedzy?

M. G.: Wydaje mi się, że gdyby przeciętnego Polaka zapytać: „Czy wiesz jak funkcjonują JOW-y w Wielkiej Brytanii?” lub w innych państwach, to zapewne jego wiedza okazałaby się zbyt powierzchowna, by podjąć w pełni świadomą decyzję w referendum. Ktoś może coś przeczytał, wszedł na stronę internetową zwolenników JOW-ów, a tam znalazł informacje o tym, że wszystko jest super, bo gdy będą JOW-y, to będziemy drugą Wielką Brytanią itd. Tam są właśnie tego typu argumenty – w Wielkiej Brytanii są JOW-y i jest tam wzrost gospodarczy, a to stało się dzięki JOW-om. Tak jednak nie jest, ale ktoś może dać się na to złapać. Jeśli nie mamy debaty, w której jedna strona mówi swoje racje, druga swoje, a trzecia swoje, jeśli nie mamy różnych głosów i jesteśmy pozbawieni możliwości przeanalizowania tematu, to jakość naszego głosowania będzie słabsza, niż gdybyśmy głosowali po zapoznaniu się z argumentami wszystkich stron. Na tym właśnie polega ogromna słabość referendum w ogóle jako sposobu podejmowania decyzji.

Dziękuję za rozmowę.

20.08.2015, rozmawiała Magda Komuda.

Otwórzmy przybyszom drzwi polskiej szkoły

Zeszłoroczne wakacje i tegoroczne niepokoje

Krótką, lecz najgłębiej zapadającą w pamięć część zeszłorocznej kanikuły spędziłem, po raz pierwszy od lat, z tatą. Zatrzymaliśmy się w niewielkim hotelu w miasteczku Floss, we wschodniej części Bawarii. Lipiec tamtego roku był, zgodnie ze zwyczajem, upalny. Mieszkańcy położonej w Lesie Czeskim mieścinki również kierują się nakazem dobrego obyczaju, bowiem i siebie nawzajem, i obcych zawsze uprzejmie witają uśmiechem i pozdrawiają grzecznie „Dzień dobry!” lub „Szczęść Boże!”. Dobry społeczny obyczaj zaznacza się i tak, że w niedzielę nie spotka się otwartego sklepu, zaś hotelowa kuchnia wieczorem jest zamknięta, by odpoczywać mogli nie tylko goście. Tak właśnie trafiliśmy z tatą do jedynej otwartej gospody.

Od futbolowego triumfu niemieckiej reprezentacji nie minął wówczas jeszcze tydzień, nic więc dziwnego, że przy jednym ze stolików spowity w narodową flagę mężczyzna co jakiś czas wykrzykiwał „Jesteśmy mistrzami!”. Wszystko jednak w najlepszym patriotyczno-futbolowym guście, z dumą, lecz bez śladu agresji lub nieobyczajnego zachowania. Przy stoliku ze świętującym zasiadali żona i zaprzyjaźnione małżeństwo, które, widząc nieznane twarze, postanowiło zagaić rozmowę. Żałosne podstawy niemczyzny, której nigdy nie zacząłem się porządnie uczyć, oraz inne języki świata pomogły podtrzymać rozmowę. Kolega futbolowego fana okazał się kierowcą autobusów wycieczkowych. Objechał kawał Europy, bardzo podobało mu się w Polsce, szczególnie podczas Euro 2012. Gdy zapytał, czy jesteśmy tu na wakacjach, potwierdziłem. Cóż, nie była to prawda, w każdym razie nie cała. Obawiałem się, że to, co przemilczałem, mogłoby mocno zwarzyć nastrój niezobowiązującej rozmowy, w której wszyscy chcieli być dla wszystkich mili. Myślę, że nasi rozmówcy domyślali się celu naszej wizyty.

Do Floss trafiliśmy z okazji corocznych spotkań byłych więźniów Flossenbürga, na które zapraszane są również rodziny ofiar i ocalonych z całego świata. Nad obozem góruje skaliste wzniesienie z ruinami średniowiecznego zamku, stamtąd także najlepiej widać, że jego część zajęta została przez osiedle domów mieszkalnych. Tym bardziej należy docenić starania na rzecz zachowania historycznego kształtu tego miejsca, jakich dokonały organizacje więźniów, miejscowa ludność oraz badacze. Dziś w obozie funkcjonują muzeum i archiwum historyczne. Wcale nie musiały one powstać i sprawnie udzielać wszelkich dostępnych informacji o losach więźniów. Skoro jednak powstały, stanowią dowód dobrze odrobionej lekcji historii. Nie zmienią tego celowo zatarte anonimową ręką zdania na jednej z tablic informacyjnych przy drodze łączącej obóz z zamkiem.

Wspominam to w kolejną rocznicę Powstania Warszawskiego. Na Pradze, gdzie mieszkała moja rodzina, trwało ono krótko. Rozkaz powrotu do konspiracji – wobec braku jakichkolwiek szans uzyskania łączności z lewym brzegiem – został wydany już w pierwszych dniach sierpnia. Nikt nie wie, co robił wtedy ojciec mojego taty. Babcia nie chciała o tym opowiadać, wiadomo tylko, że pewnego dnia nie wrócił do domu i tak już zostało na zawsze, a najgorsze obawy potwierdził wkrótce po wojnie Czerwony Krzyż. Jedynymi śladami sierpniowych i posierpniowych losów dziadka Kazimierza pozostały numery obozowe z Auschwitz i Flossenbürga oraz zapisy transferu z obozu do obozu, wreszcie pozycja na liście zgonów podczas jednego z „marszów śmierci” z połowy kwietnia roku 1945. Armie alianckie spóźniały się zawsze nieznacznie, a zajmujący Bawarię i wyzwalający obóz we Flossenbürgu Amerykanie – o zaledwie kilka dni. Dopiero po siedemdziesięciu latach udało się nam postawić znicz na symbolicznej zbiorowej mogile.

Wspomnienia ubiegłorocznej wyprawy i uczestnictwa w obchodach nie dają mi spokoju. Wyznaczony przez organizatorów termin przypadł wszak na 70-lecie nieudanego zamachu na Hitlera. Właśnie we Flossenbürgu więziono, sądzono pod zarzutem udziału w spisku i stracono na początku kwietnia 1945 roku m.in. Wilhelma Canarisa, Hansa Ostera i Dietricha Bonhoeffera. Informuje o tym pamiątkowa tablica wmurowana na terenie obozu, ale w ubiegłym roku wspomnienia poświęcone uczestnikom niemieckiego ruchu oporu akcentowano także wyjątkowo mocno podczas oficjalnych przemówień. Miałem przy tym dojmujące wrażenie, że ich wektor skierowany jest wyraźnie ku takiemu upamiętnieniu przeszłości miejsca, które jednocześnie uwydatni skalę niemieckiego cierpienia i wskaże na przyszłość jako szansę na współżycie nieobciążone winami przodków.

Dążenie do tego, by zamknąć mroczny rozdział narodowej historii Niemiec doskonale rozumiem. Nie dziwi mnie też, że do udziału w uroczystościach zaproszono niemiecką młodzież szkolną, wieloetniczną i wielojęzyczną, wypowiadającą się w duchu pojednania i tolerancji. Bo przecież podobne uroczystości nie są tylko narzędziem prowadzenia polityki historycznej. Są także świadectwem trwającej od dziesięcioleci pracy edukacyjnej. Tym dziwniej czułem się, gdy wobec więźniów, także Żydów, występował młodzieniec owinięty w arafatkę, której symboliczna wymowa, czy choćby odległe sugestie, zanadto odsyłały do teraźniejszości w miejscu naznaczonym taką przeszłością. Był to zaledwie zgrzyt, który umknął prawie niezauważony i nie wywołał żadnej reakcji. Niestety, takie „zgrzyty” są dziś chlebem powszednim w moim kraju.

Proroctwa „końca historii” okazują się dziś jedynie pokazem myślenia życzeniowego. Rosyjska napaść na Ukrainę, upokorzenie Grecji i kryzys europejskiego projektu budzą niepokój. Nie tylko jako wyraz rozchwiania równowagi realnego układu sił, ale również jako skutek rozluźniania się więzów, jakie na agresorów sprzed lat nakładały wina i pamięć o popełnionych zbrodniach.

Powinno to budzić w Polsce szczególny niepokój, ale też szczególną, skierowaną do wewnątrz, ostrożność. Tymczasem wydarzenia z ostatnich miesięcy i lat zdają się sugerować, że największym marzeniem Polaków stało się dostarczanie amunicji każdemu, kto w stosownym momencie nasz kraj i nasze społeczeństwo chciałby przedstawić w jak najgorszym świetle.

Świńskie łby pod meczetem oraz inne islamofobiczne ekspresje; małoduszność wobec uchodźców i ich, oparta na religijnym kryterium, selekcja; antysemickie napisy na murach i żenujące werdykty sądów w sprawach o szerzenie nienawiści; antyukraińskie stanowiska dziwnych partyjek – to jedna strona medalu. Jest i druga. Ukazała się w medialnej nagonce na Grecję i Greków, w której uczestniczyły też redakcje i osoby uchodzące za wyjątkowo oświecone. Nawiasem mówiąc, podobnie zdarza się im traktować także rodaków, którzy bywają zanadto „roszczeniowi”. Nic z tego, żaden ksenofobiczny akt i żadne wyparcie się solidarności z będącymi w potrzebie nie zostaną zapomniane, gdy trzeba będzie przeprowadzić kolejną wojnę hybrydową lub inną, choćby prowadzoną orężem ekonomicznym, agresję. Niekoniecznie musi ona nadejść ze wschodu.

Wypada się cieszyć, że obchody rocznicy wybuchu Powstania są dziś w Polsce powszechne do tego stopnia, że 1 sierpnia o 17.00 słyszałem syreny pośrodku lasu nieopodal Wdzydz Tucholskich. Budujący jest też fakt, że pamiętamy już nie tylko o walczących z bronią w ręku, ale także o cywilnej historii Powstania. Jest to dla mnie ważne także z uwagi na małą, rodzinną historię. Ale tym bardziej boję się, byśmy jako zbiorowość nie zapomnieli, by pamięć uparcie konfrontować z tym, co czynimy dzisiaj, gdy licho nie śpi. Nie stać nas dziś na takie wakacje.

Kraj żywych trupów

Lud nam się skruszył

31 października 2005 roku swój urząd złożył premier Marek Belka, stojący na czele ostatniego jak dotąd formalnie lewicowego rządu III Rzeczpospolitej.

Wkrótce minie dekada od tamtego momentu. Z perspektywy długiego trwania to wciąż niewiele. Ale w ludzkim życiu dekada to dość długi okres. W 2005 roku dzisiejsi dwudziestolatkowie byli jeszcze dziećmi, socjalizowanymi do życia w realnym liberalizmie wedle wszelkich jego znanych nam już dobrze kanonów, skupiających się na indywidualnym zapewnieniu sobie sukcesu lub środków do przetrwania. W 2005 roku dzisiejsi trzydziestolatkowie dopiero zaczynali studia, nabywali kompetencji, zawierali i wzmacniali korzystne znajomości, jeśli zapewniały im to odpowiednie uczelnie i koneksje rodzinno-towarzyskie. Ale znaczna część z nich studiowała w Wyższych Szkołach Ulotnej Myśli, Gotowania na Gazie i Wszystkiego Dobrego, domyślając się może, że i tak nie ma większego znaczenia, czego (nie)dowiedzą się na „uczelni”. Bo o ich jednostkowym i zbiorowym losie rozstrzygnie otwarcie zachodnich rynków pracy, względnie ułożenie sobie życia w którejś z lokalnych metropolii.

W 2005 roku dzisiejsi czterdziestolatkowie pocieszali się myślą, że w ciągu kolejnej dekady z pewnością zaczną więcej zarabiać, będą w stanie bez problemów spłacać kredyty (jakże one były wtedy modne!) i zakładać lub powiększać rodziny. Jeszcze starsze pokolenie, które w pierwszych latach III RP dzieliło między sobą schedę po Polsce Ludowej (ach, te wszystkie mniejsze i większe uwłaszczenia i mniej lub bardziej złodziejskie prywatyzacje, o których pamięć stanowi część wstydliwej historii niejednej polskiej rodziny), dekadę temu oswajało się z własnym, na ogół niższym niż wyższym statusem w III RP. I dziwiło się niepomierne, że dzieci tak często zmieniają pracę i coraz rzadziej „łapią etat”, choć umowy śmieciowe nie były wówczas jeszcze tak rozpowszechnione jak dekadę później. A jeszcze starsi często przenosili się na drugą stronę rzeczywistości, co z pewnością napawa ich smutkiem, bo nie doczekali radosnych lat na zielonej wyspie, pełnej szczawiu, mirabelek i unijnych inwestycji, z których część faktycznie się przydaje, a część zostanie jako pomnik megalomanii władz, na ogół samorządowych.

31 października 2005 roku desygnowany na premiera został były członek Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, czyli Kazimierz Marcinkiewicz, o którym wiemy dziś znacznie więcej niż wówczas, a to przede wszystkim dzięki tabloidom śledzącym perypetie uczuciowo-łóżkowe różnego sortu celebrytów. Cała prawoskrętna Polska, którą wkrótce czekał poważny rozłam, nie posiadała się z radości przynajmniej z tego jednego powodu – odsunięto od władzy „komuchów”, którzy wcześniej, niesieni falą społecznego gniewu, znokautowali rząd Jerzego Buzka. Gdy postkomuniści sami znaleźli się w końcu na deskach, wieszczono liberalne reformy gospodarcze i sanację państwa. Głośno mówiono o polskiej korupcji, choć na prawicy zwyczajowo chętniej podkreślano jej postkomunistyczno-okrągłostołowe korzenie, niż fakt, że sprawy zdążyły się przez ostatnich kilkanaście lat skomplikować. I niejeden ważny dawny opozycjonista zamienił ideały Sierpnia na podmiejską willę zdobytą w niezbyt jasnych okolicznościach. Nikt wtedy jeszcze powszechnie nie krytykował panabuzkowej antyreformy systemu emerytalnego ani antyreformy szkolnictwa. Na prawicy radośnie powiewały sztandary prawa, sprawiedliwości i gospodarczego liberalizmu. Jan Maria Rokita jeszcze nie wiedział, że zrzucą go wkrótce z partyjnej furmanki, więc nigdy nie szarpnie za cugle demokracji. Przyjemnie brzmiały opowieści o ciepłej wodzie w kranach, a polski hydraulik wyglądał jak żigolo z mokrego snu naszych prawo-lewych elit – zbędne gęby wreszcie legalnie da się wypchnąć z kraju.

Nikt specjalnie nie zaprzątał sobie głowy faktem, że premier Marcinkiewicz, autor książki „Pracowitość i uczciwość w polityce”, jest tym samym człowiekiem, który współtworzył ustawę rozwalającą nasze szkolnictwo zawodowe. Akcja Wyborcza „Solidarność” zlikwidowała 6 tys. szkół zawodowych, pozbawiając w ten sposób pracy 50 tys. nauczycieli: „relacja absolwentów liceów ogólnokształcących do absolwentów szkół zawodowych miała docelowo wynosić 80:20. Liczba uczniów techników i szkół zawodowych miała się zmniejszyć z 62 proc. (w 2000 r.) do docelowych 20 proc.” (cyt. za artykułem Krzysztofa Świątka „Student – absolwent – bezrobotny” opublikowanym ponad dwa lata temu w „Tygodniku Solidarność”). Uznano je za zbędne w kraju, który nie chciał już własnego przemysłu, własnych innowacyjnych technologii, za to gorąco pożądał kolejnych galerii handlowych i kolejnych zagranicznych inwestycji. O patriotyzmie gospodarczym, repolonizacji banków i reindustrializacji rzadko kto wtedy przebąkiwał, nawet na naszej arcypatriotycznej przecież prawicy. To był inny etap: wraz z wejściem do Unii wreszcie miało być już tylko lepiej.

Na kwestie socjalne, na lewicową perspektywę społeczno-gospodarczą nie zwracała wówczas uwagi nawet większość, nadającej ton w przestrzeni publicznej, lewicy, która na ogół śniła o tym, że wreszcie oświeci obyczajowo i kosmopolitycznie lokalny ciemnogród. Po dziesięciu latach można stwierdzić, że po wielkiej misji zostało nie mniejsze zdziwienie, dziś już wprost wyrażane: jak to się stało, że prawica zawłaszczyła politykę historyczną, wyobrażenia społeczne i polskie insurekcje? Chętnie podpowiem odpowiedź: sami wówczas oddaliście te wielkie mity i pasje, utożsamiając patriotyzm z faszyzmem/nacjonalizmem, a pamięć historyczną z prawicową, już wówczas bardzo świadomie formatowaną martyrologią narodową.

A post-PRL-owska lewica? Zachowała parlamentarny byt w ciągu kolejnych kadencji, ale poza tym niewiele interesującego da się o niej powiedzieć. A wkrótce być może odtrąbi sukces, jeśli uda się jej przybrać parlamentarną formę przetrwalnikową. Choć i to nie jest pewne. Patrząc szerzej: mamy dziś dwie „zjednoczone lewice” plus partię Razem – tyle w ramach oferty dla wyborców. Tylko że dekada wystarczyła, by elektorat gdzieś sobie poszedł. A może zniknął, dotknięty przez Ducha Dziejów czarodziejską różdżką transformacji?

Postawmy robocze pytanie: gdzie rozpłynął się lud, w jakiej dziejowej magmie się roztopił? Gdzie polski lud, podobno naturalny sojusznik lewicy, gwarantujący jej polityczne istnienie w ramach parlamentarnych demokracji? To pytanie warto połączyć z inną kwestią. Otóż, pomimo wyraźnego triumfu lumpenliberalnych sloganów w coraz marniejszej jakości debatach publicznych, przynajmniej część przeprowadzanych badań i ankiet wskazuje, że duża część Polaków chce na przykład bardziej sprawiedliwego/progresywnego rozkładu podatków, czyli chociażby dodatkowego progu podatkowego dla najbogatszych. Do tego wciąż znaczna część społeczeństwa uważa, że instytucje publiczne, centralne i samorządowe powinny odpowiadać za szeroko rozumianą sferę zabezpieczeń socjalnych i nie powinno zamykać się kolejnych szkół.

W dodatku gołym okiem da się zauważyć narastający antagonizm wokół tematyki społeczno-gospodarczej. Owszem, przybywa liberalnych radykałów (a może po części ludzi, którym państwo i „wspólnota odpowiedzialności” są kompletnie obce), co istotne – właśnie w młodszych pokoleniach. Z drugiej jednak strony w pokoleniu trzydziesto- i czterdziestolatków często słychać głosy niezadowolenia z realnego liberalizmu i modelu rodzimej transformacji. Zaznacza się też upadek wiary, że mechanizmy rynkowe są jedynym sposobem na organizację życia kilkudziesięciomilionowego społeczeństwa. Dla tych ludzi mankamenty życia w puszczonym na żywioł kapitalizmie nie są już opowiastkami rodem z PRL-owskiej propagandy – za lekcję rzeczywistości płacą stresem, zmęczeniem, poczuciem niestabilności życia, prowizorką międzyludzkich więzi. Ale doświadczenie na własnej skórze tego stanu rzeczy nie czyni jeszcze nikogo wyborcą lewicy. Nierzadko wręcz przeciwnie i powoduje reakcje: państwo to znów okupant, i to dość nieudolny, chcemy więcej gospodarczego liberalizmu. Oparte na tym przekonaniu wyobrażenia społeczne są na tyle silne i tak popularne dzięki swojemu sloganowemu przekazowi, że stanowią nieledwie „mądrość ludową” społeczeństwa, które niespecjalnie ma ochotę pomyśleć, że może brak mu predyspozycji do budowania cywilizowanej „architektury państwowej”.

Ale ludu w klasycznym tego słowa znaczeniu, ważnym dla lewicowej tradycji, już nie ma. Rzecz nie tylko w zaniku wielkoprzemysłowej klasy robotniczej i słabości rodzimych związków zawodowych. Sedno sprawy w tym, że bardzo nam się przemieszały relacje statusu zawodowego, przynależności klasowej i sytuacji materialnej/społecznej/kulturowej: dziś sztygar z KGHM, facet w średnim wieku, który odchował już dzieci, ma się znacznie lepiej niż spauperyzowany wielkomiejski post-inteligent, który najchętniej zostałby sławnym pisarzem, ale w rzeczywistości żyje z obsługi krótkoterminowych grantów. Który z nich będzie głosował na lewicę? Ktoś powie: oczywiście ten drugi! Ale ten drugi, nazywany dziś modnie prekariuszem, bywa tak „umeblowany” na umyśle, że śni mu się po nocach jeszcze więcej liberalizmu, tyle że w znacznie mniejszej cenie i z ładną melodyjką czasoumilacza w tle – zupełnie gratis. A państwa nie cierpi organicznie, bo państwo to ZUS i kolejki w szpitalach, gdy przecież nasz prekariusz bywa prywatnie u dentysty i tam nie ma kolejek. Podobnie u prywatnego weterynarza, do którego chodzi z pieskiem. A może na lewicę chciałby głosować młody terminujący na śmieciówce dziennikarz z wielkiej redakcji? Owszem, pod warunkiem że ta lewica będzie jadła kiełki, bywała w „Charlotte”, miała zrozumienie dla niskich podatków dla wyższych sfer i przeklnie górników, hutników, pielęgniarki i nauczycieli. Mówiąc w skrócie: nie, prekariat wcale nie jest naturalnym sojusznikiem lewicy politycznej. Bywa nim – tylko i aż tyle.

A sztygar z KGHM? Załóżmy, że w czasach PRL był w „Solidarności”. I nadal w niej jest. Przypuśćmy, że w latach 90. głosował na prawicę, popierał Wałęsę przeciw Kwaśniewskiemu, że poparł parasol ochronny związku nad Akcją Wyborczą „Solidarność”, czyli – oczywiście nie zapominając o ideałach Sierpnia – traktował liberalną politykę prawicy jako słuszną drogę do lepszego bytu polskich rodzin. Później się wkurzył i nie poszedł na wybory, z odrazą patrzył na premiera Millera. A następnie zagłosował, licząc na spokojną koalicję PO i PiS. Potem żył w politycznej rozterce, choć prywatnie całkiem dostatnio. 10 kwietnia 2010 roku szczerze płakał, ale po jakimś czasie uznał, że sentyment to jedno, a ciepła woda w kranach to drugie. Niedawno do cna znienawidził rządy Platformy Obywatelskiej, waha się między antysystemowcami Pawła Kukiza a Prawem i Sprawiedliwością. W drugiej turze wyborów prezydenckich głosował na Andrzeja Dudę. W internecie klnie premier Kopacz, że lekceważy niedożywione polskie dzieci. I narzeka na zniszczenie polskiej gospodarki przez zagraniczny kapitał. Ale już nie pamięta, kto to był Emil Wąsacz ani dlaczego Jan Kulczyk nieźle się dogadywał z ekipą Jerzego Buzka. On z pewnością nie zagłosuje ani na Zjednoczoną Lewicę, ani na jeszcze bardziej Zjednoczoną Lewicę-bis, ani na partię Razem, którą podejrzewa o różne brzydkie rzeczy, bo tak już ma, że nie ufa niczemu, co się rusza i jest lewoskrętne.

Gdzie jest zatem lud, nadzieja lewicy? Aby rzecz skomplikować przypomnę fragment wywiadu, jaki przeprowadziłem dla „Nowego Obywatela” z dr. hab. Rafałem Chwedorukiem. Politolog zapytany, na ile lewicowe jest polskie społeczeństwo i czy możemy wyróżnić warstwy społeczne o naturalnie lewicowych inklinacjach odpowiedział: może zabrzmi to dla wielu lewicowców przykro, ale jeśli przeanalizujemy dokładnie geografię wyborczą i sondaże opinii publicznej, to można wskazać, że najbardziej lewicową grupą wyborczą są byli pracownicy Ministerstwa Obrony Narodowej, w tym żołnierze zawodowi. Tu naukowiec zaśmiał się i dodał: na drugim miejscu musielibyśmy wymienić pracowników Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. I być może to właśnie są korodujące już resztki „żelaznego elektoratu” lewicy po-PRL-owskiej: grupa wciąż malejąca, która nawet wzbogacona o mini-elektoraty Zielonych czy Twojego Ruchu nie wystarczy już, by zagwarantować tak zwanej Zjednoczonej Lewicy miejsca w sejmie następnej kadencji.

Warto przy tej okazji poświęcić kilka słów partii Razem. Rzadko kto zwraca uwagę na pewien interesujący wątek. Otóż mamy do czynienia z formacją, która wyłoniła się wprost z bytu, jaki zwiemy społeczeństwem obywatelskim. Określenie to kojarzymy dziś na ogół już niemal wyłącznie ze sprofesjonalizowanym i ugrantowionym Trzecim Sektorem. Ale jeśli dobrze przyjrzeć się Razem (i przeanalizować to, co ta partia mówi o swoich początkach) to zauważymy, że duża część jej członków to często ludzie, którzy postanowili „wziąć sprawy w swoje ręce” i upolitycznić się/upartyjnić, choć wcześniej nie widzieli po temu sensu. Oczywiście osoby nadające ton w Razem to ludzie często już znani z działalności społecznej, obywatelskiej, lewo-publicystycznej, okołopolitycznej. Ale sama partia zawdzięcza większość swych członków (i skromnych wciąż struktur) tzw. zwykłym ludziom. To wcale nie przesądza o ich szansach na sukces, a może rzecz całą czyni trudniejszą. Ale samo w sobie jest interesujące właśnie jako fenomen polityczny, i to zarówno jeśli spojrzeć na prawą, jak i lewą stronę sceny partyjnej, na której rządzą mechanizmy kooptacji do starych struktur i liderów.

W tym sensie Razem może być zaczynem czegoś nowego w dziejach polskiej lewicy politycznej, a może zapowiedzią jej losu w kolejnych latach czy nawet dekadach. Być może czeka nas – odwołując się do skojarzenia historycznego – swoista lewicowa „kółkowszczyzna”, po części politycznie-partyjna, po części – inteligencko-stowarzyszeniowo-towarzysko-środowiskowa, bazująca na tym odłamie prekariackiego żywiołu, który nie da się nabrać na liberalną propagandę. Konieczne będą oczywiście sojusze z lewym skrzydłem rodzimego ruchu związkowego, o ile nie da się on uśpić, nie popadnie w rezygnację i nie rozbije go komercjalizacja służby zdrowia, prywatyzacja szkolnictwa, wyprzedaż i zamknięcie polskich kopalń. Pozytywem może być to, że realia zmuszą lewicę nie tyle do marszu przez instytucje i już posiadane struktury, co do marszu przez społeczeństwo: od dołu, a nie od góry.

Oczywiście są jeszcze pracujący ubodzy, ludzie na samozatrudnieniu, czyli bieda-przedsiębiorcy, outsourcingowane sprzątaczki w wielkich firmach, miesiącami czekające na wypłatę, są bankowi pracownicy niższego szczebla, którzy mają szczerze dość sprzedawania kredytów, gdy nikt już ich nie chce, żyjący za grosze prowincjonalni urzędnicy, są ludzie, którzy chcieliby płatnych urlopów, są społeczności, które boleśnie doświadczają skutków zniszczenia/uwiądu lokalnego przemysłu i transportu publicznego, są ludzie póki co przede wszystkim z gorzką ironią roztrząsający wysokość swoich przyszłych emerytur. Ale ich społeczna i zawodowa fragmentaryzacja, która kulturową wspólnotę odnajduje nierzadko w narodowo-liberalnej mitologii niczego obecnie lewicy społecznej nie ułatwia.

Lud nam się roztopił? Raczej: lud nam się skruszył. I póki znów nie okrzepnie, nie nabierze formy, dopóty lewicy politycznej – niezależnie od jej własnych błędów i wypaczeń – pozostaje trwać i przetrwać. I pytać samej siebie: jaki z nas wszystkich może być pożytek dla ludu? To najważniejsza sprawa, cała reszta to już konsekwencje udzielonej odpowiedzi.

Prawy umysł na lewicy

Czy nie zawdzięczamy lewicy wielu owoców postępu społecznego i politycznego: jednostkowych wolności, praw politycznych, instytucji państwa opiekuńczego, działań na rzecz światowego pokoju, praw pracowniczych? I czy prawica nie pełniła zazwyczaj roli hamulcowego, który forsował egoistyczne interesy elit i folgował rozmaitym fobiom? Słowem, racja moralna w sporze między lewicą a prawicą leży bezspornie po stronie tej pierwszej – przynajmniej ona sama tak to widzi. Tylko słupki wyborcze z jakiegoś powodu spadają.

Jednego z wyjaśnień rozziewu między moralnym samozadowoleniem lewicy a niskim poparciem społecznym dla jej partii politycznych stara się dostarczyć psychologia moralności. Według niej umysły prawicowych wyborców muszą mieścić w sobie wielkie pokłady nierozumu, skoro głosują oni na siły ciemności. Założenie to jednak otwarcie kwestionuje Jonathan Haidt, autor „Prawego umysłu”. Twierdzi on, że elektorat głosujący na prawicę nie postradał zmysłów, jest tylko… bardziej moralny.

Aby zrozumieć zajadłą krytykę, a z drugiej strony – gorący entuzjazm, z którymi spotkał się w Stanach Zjednoczonych „Prawy umysł”, trzeba zaznaczyć, że Haidt nie jest konserwatywnym moralistą, lecz zdeklarowanym demokratą. To wolnościowiec z dziada pradziada, popierający Baracka Obamę, a jego esej „Dlaczego ludzie głosują na republikanów?” miał w zamyśle pomóc tamtemu w wygraniu wyborów prezydenckich. Uważa on jednak, że lewica nie będzie w stanie zmobilizować wyborców, jeśli nie dokona samokrytyki, i to takiej, która podważy podstawy jej poczucia wyższości. Nieudolność lewicy, zdaniem Haidta, wynika bowiem z tego, że pojmuje ona moralność w sposób karykaturalnie uproszczony – tym samym zamyka sobie drogę do dużej części „prawych” wyborców.

Słoń i jeździec

W „Prawym umyśle” Haidt przedstawia historię swoich badań naukowych, które skończyły się rozbratem z lewicowymi (bo inni w zasadzie nie istnieją) psychologami moralności. Interesowało go, jak ludzie reagują na sytuację łamania tabu, w której nie ma ofiary. Aby poznać reakcje badanych, przedstawiał im zaskakujące opowiastki.

Wyobraźmy sobie, że pewna kobieta znajduje w domu flagę państwową. Flaga nie jest jej potrzebna, więc kobieta tnie ją na kawałki i wykorzystuje szmatki do mycia łazienki. Nikt nie wie, że została pocięta i nikt nie widzi kobiety podczas sprzątania. Czy jest coś złego w takim wykorzystaniu flagi narodowej?

Oprócz kobiety myjącej łazienkę flagą, badani oceniali rodzinę zjadającą psiego ulubieńca, który zginął w wypadku, mężczyznę spółkującego z kurą kupioną na obiad, deklarowali, czy zjedliby sterylnie czystego karalucha itp. Osoby przepytywane przez psychologa nie miały kłopotu z oceną sytuacji, zwykle krytyczną, jednak nie potrafiły uzasadnić swoich opinii. Badani próbowali wskazać, że ktoś ucierpiał w wyniku danego działania – sytuacje jednak były tak skonstruowane, że nikomu nie działa się żadna krzywda. Zanim kapitulowali pod gradem kontrargumentów psychologa, wymyślali nieprawdopodobne scenariusze. W przypadku kobiety tnącej flagę na kawałki jeden z badanych powiedział, że strzępki flagi mogły zatkać toaletę i doprowadzić do zalania domu – wtedy ofiarą swoich działań byłaby sama kobieta. Tego rodzaju tłumaczenia badacz cierpliwie odrzucał. Poczucie, że ktoś postąpił źle, było bardzo silne, a jednak ludzie z trudem znajdowali dla niego uzasadnienie – i to uzasadnienie dziwaczne.

Badania doprowadziły Haidta do twierdzenia, że nasze oceny moralne mają charakter intuicyjny i emocjonalny – oceniamy w mgnieniu oka, a racjonalne uzasadnienia powstają po fakcie. Aby uzmysłowić, jak zachowuje się człowiek postawiony przed dylematem moralnym, autor porównuje go do maleńkiego jeźdźca na wielkim słoniu. Słoń sam decyduje o tym, w którą stronę iść. Jeździec ma poczucie panowania nad zwierzęciem, ale faktycznie ma nikły wpływ na trakt, którym zwierzę podąża, więc zajmuje się przede wszystkim uzasadnianiem wyborów słonia – uważa je za własne niezależne decyzje. Jest biegły w szukaniu uzasadnień, ale tylko takich, które przedstawiają go w dobrym świetle. Jeźdźcem jest nasza racjonalność, poglądy, które umiemy wyartykułować, słoniem – nasze emocje. To słonie decydowały, że flagą państwową nie myje się wanny w łazience. I to one, jak podkreśla Haidt, dyktują nam również wybory polityczne.

Smaki moralne

Kiedy wiemy już, że podejmowanie decyzji moralnych jest związane przede wszystkim z emocjami, Haidt wyjawia, skąd biorą się nasze intuicje moralne, a w konsekwencji preferencje polityczne. Psychologowie ewolucyjni twierdzą, że umysł składa się z licznych modułów, czyli zdolności adaptacji do środowiska, które wywołują w pewnych okolicznościach reakcje emocjonalne, np. widok węża lub krętego przedmiotu w trawie wywołuje lęk. Emocje moralne mają być wywoływane przez takie właśnie moduły: gdy widzimy, że ktoś krzywdzi innego lub jest nielojalny wobec naszej grupy, aktywują się. Haidt woli się jednak posługiwać terminem fundamentów moralnych. Owe fundamenty można porównać do smaków: moralizujący umysł jest niczym język wyposażony w sześć receptorów smaku. W tym porównaniu przypomina kuchnię – jest ona konstruktem kulturowym, ulegającym wpływowi czynników środowiskowych i historycznych, nie jest jednak tak elastyczna, aby wszystko w niej było dozwolone. Nie może powstać kuchnia oparta na korze drzew ani kuchnia oparta przede wszystkim na gorzkich smakach. Kuchnie istotnie się różnią, wszystkie jednak muszą zadowolić języki wyposażone w taki sam zestaw pięciu receptorów smaku.

Troska/krzywda, sprawiedliwość/oszustwo, lojalność/zdrada, autorytet/bunt, świętość/upodlenie, wolność/ucisk – oto wyodrębnione przez Haidta fundamenty moralne. Każdy z nich pierwotnie pomagał ludziom w adaptacji do wyzwań, które pojawiały się w toku ewolucji naszego gatunku. I tak fundament troska/krzywda, który skłaniał ludzi do opiekowania się małymi dziećmi, dzisiaj sprawia, że potępiamy zadawanie cierpienia niewinnym i chcemy ich chronić. Fundament sprawiedliwość/oszustwo miał nauczyć nas współpracować w taki sposób, by zmniejszać ryzyko, że padniemy ofiarą oszusta. Potępianie zdrajców wynika z istnienia fundamentu lojalność/zdrada, a niezgoda na nadużycie swojej pozycji – z fundamentu autorytet/bunt. Fundament świętość/upodlenie wykształcił się w czasach, gdy zanieczyszczone czy trujące pożywienie mogło doprowadzić do śmierci jednostki, a przywleczona przez obcych choroba okazać się zabójcza dla całej grupy. Z czasem to warunkowanie biologiczne, polegające na unikaniu zanieczyszczeń, przeniosło się na poziom moralny. Chociaż dzisiaj biologiczne podstawy dążenia do czystości właściwie zniknęły, fundament przetrwał na poziomie moralności. Jest bardzo silny, na przykład samo tylko przebywanie w pobliżu dozowników z mydłem wpływało na oceny moralne wydawane przez badanych – stawali się na chwilę bardziej konserwatywni.

Wolność/ucisk to fundament, który zachęcał członków grup do przeciwstawiania się próbom zdominowania społeczności przez jednostkę o tyrańskich zapędach. Brak oporu skutkowałby coraz mniejszym dostępem członków grupy do różnych zasobów. Podobną funkcję moduł wolność/ucisk pełni także dzisiaj. Haidt i jego zespół, za pośrednictwem strony yourmorals.org, nadal pracują nad badaniem fundamentów moralnych, dlatego niewykluczone, że za jakiś czas te kategorie będą wyglądały trochę inaczej.

Ludzie różnią się między sobą czułością modułów. Statystyczne badania, które Haidt prowadzi za pomocą wspomnianej strony internetowej, pozwoliły mu pokazać bardzo ważną korelację między czułością smaków moralnych a wyborami politycznymi w Stanach Zjednoczonych. Osoby, które określały swoje poglądy jako „zdecydowanie lewicowe”, były bardzo wrażliwe na problemy krzywdy i sprawiedliwości, za to nie przejawiały prawie żadnego zainteresowania pozostałymi wartościami – autorytetem, świętością, lojalnością. Z kolei wyborcy z drugiego krańca spektrum politycznego mieli dobrze rozwinięte wszystkie sześć smaków (choć sprawiedliwość i troska zaprzątały ich w nieco mniejszym stopniu). Paradoksalnie więc to lewicowcy okazują się mniej moralni.

Redukcja moralności do kwestii związanych ze sprawiedliwością i krzywdą jest charakterystyczna tylko dla świata zachodniego, i to tylko niektórych jego enklaw. Najbardziej postępowa, wykształcona i zamożna część świata, czyli tak zwane WEIRDzi („weird” – ang. „dziwaczny”, od angielskich słów western, educated, industrialised, rich, democratic – zachodni, wykształcony, uprzemysłowiony, bogaty, demokratyczny) zatraciła większość smaków moralnych. Ludzie ci mają wspólne cechy: widzą świat jako zbiór obiektów i myślą analitycznie. Odwołują się wyłącznie do etyki autonomii, w której nadrzędną zasadą jest poszanowanie jednostki, niezgoda na zadawanie jej cierpienia i ograniczania jej wolności. „Dziwność” jest stopniowalna. Amerykańscy WEIRDzi wyprzedzają europejskich, a studenci amerykańskich uczelni to chyba najwięksi „dziwacy” ze wszystkich. Na nieszczęście dla lewicy – mówi Haidt – to z WEIRD-ów rekrutują się lewicowi politycy i intelektualiści.

Nieczułość liderów lewicy na różne smaki moralne jest przeszkodą w mobilizowaniu szerokiego elektoratu, dla którego polityka to znacznie więcej niż sprawiedliwość i troska. Nie mogą pojąć, że kwestia poszanowania flagi – by powrócić do naszego przykładu – może być problem moralnym i politycznym. Są gotowi potępić prawicowców w czambuł, ponieważ uważają, że ci w ogóle nie wiedzą, czym jest moralność. Zdaniem lewicowców ich przeciwnicy ideologiczni posługują się niewłaściwymi przesłankami, biorąc pod uwagę nieistotne dane, gdy dokonują oceny moralnej. W konsekwencji lewica w swoich kampaniach i programach politycznych nie odwołuje się do fundamentów moralnych, które poruszyłyby czułe struny prawego umysłu. Tymczasem liderzy prawicy oddziałują na wszystkie smaki moralne potencjalnych wyborców.

Pszczela polityka

Ostatnia część „Prawego umysłu” rozprawia się z głęboko zakorzenionym u lewicy przekonaniem, że moralność ma charakter indywidualistyczny, i że w konsekwencji polityka ma służyć wyłącznie obronie praw jednostki i jej szczęściu. W celu podważenia tego przekonania Haidt łączy swoją teorię fundamentów moralnych z ewolucyjną teorią doboru grupowego. Według niej selekcja naturalna zachodzi równocześnie na kilku poziomach, w tym na poziomie indywidualnym i grupowym. Grupy, które są bardziej spójne i potrafią współpracować, uzyskują przewagę adaptacyjną nad zbiorowiskiem egoistów.

Autor stwierdza, że jesteśmy w 10% jak pszczoły, a w 90% jak szympansy. Podobieństwo do szympansów nie stawia nas w najlepszym położeniu, ponieważ to zwierzęta niezdolne do współpracy. Z „pszczołowatości” jednak możemy być dumni, bo pozwoliła nam stworzyć duże i dobrze zorganizowane społeczności. Haidt twierdzi, że zarówno pszczoły, jak i ludzie są istotami terytorialnymi, lubią zakładać gniazda możliwe do obrony oraz posiadają bezbronne potomstwo wymagające opieki. I pszczoły, i ludzie tworzą różne grupy, które stanowią zagrożenie dla siebie nawzajem. Umiejętność współdziałania i specjalizacja osobników w konkretnych dziedzinach sprawiły, że ludzkie „gniazda” stały się niezwykle efektywne i osiągały coraz większe rozmiary. Gdyby nie grupolubność ludziom nigdy nie udałoby się współpracować na tak wielką skalę.

Dzisiaj ta dyspozycja do współdziałania (bardzo niewielka w porównaniu z silną skłonnością do egoizmu) wyjaśnia zadziwiające przykłady altruizmu, do którego żaden stuprocentowy szympans nie byłby zdolny. Z kolei ludzka przewaga nad pszczołami polega na tym, że w naszych wspólnotach jesteśmy spokrewnieni zaledwie z kilkoma lub kilkudziesięcioma osobami. Pszczoły budują gigantyczne rodziny bardzo blisko spokrewnionych owadów. Nasza umiejętność tworzenia dużych grup bazuje nie na wspólnych genach, ale na podzielanej kulturze i moralności.

Pszczeli pierwiastek sprawia, jak przypuszcza Haidt, że jesteśmy zdolni zachowywać się jak istotny rojne, to znaczy pod wpływem określonych czynników odrzucić egoistyczny interes i zatracić się w czymś, co nas wielokrotnie przewyższa swoją wielkością i znaczeniem. To ekstatyczne poczucie zjednoczenia się z grupą ludzi można osiągnąć na różne sposoby: w rytualnym tańcu, podczas zażywania narkotyków albo uczestnicząc w dużym grupowym wydarzeniu jak np. mecz sportowy. Jednostka zapomina wtedy o sobie i czuje się elementem wielkiego organizmu. Prawdopodobnie takie odczucie towarzyszy ludziom na wojnie, gotowym poświęcić własne życie, by ratować towarzyszy broni.

Haidt uważa, że moralność to wszystko, co skłania nas do przedłożenia interesu swojej grupy nad interes jednostkowy. Również tak pozornie indywidualistyczne wartości, jak sprawiedliwość i troska mają znaczenie adaptacyjne: pozwalają nam karać „jeźdźców na gapę” i troszczyć się o potomstwo. Fundamenty moralne, zakorzenione w adaptowaniu się do wyzwań ewolucji oraz gotowość do przejścia w tryb roju, to mechanizmy skłaniające nas do przedłożenia dobra grupy nad własne. Wydaje się, że taka definicja moralności jest dziś szczególnie potrzebna, zwłaszcza lewicy, która nie chce myśleć w kategoriach grup, a tylko krzywdzonych jednostek.

Jeśli Haidt ma rację i konserwatyści, jako osoby o bardziej rozwiniętych smakach moralnych i przekonaniach wspólnotowych, są bardziej skłonni pracować dla grupy, to jego przewidywania powinny mieć empiryczne potwierdzenie. I faktycznie mają.

Aby pokazać, że prawicowcy wygrywają z przedstawicielami lewicy, jeśli chodzi o zdolność do współpracy, Haidt przygląda się religii, która jest bardzo dobrym spoiwem grup. Analiza dwustu wspólnot, które powstały w USA w XIX wieku, pokazała, że po 20 latach od założenia funkcjonowało zaledwie 6% komun świeckich – i 30% religijnych. Dzisiaj religia także „robi różnicę”: Amerykanie należący do najmniej religijnych 20% populacji przekazywali na cele dobroczynne zaledwie 1,5% dochodów, z kolei 20% najbardziej religijnych osób – a badano nie deklaracje, lecz uczestnictwo w nabożeństwach – aż 7% swoich dochodów oddaje na cele charytatywne. Nie chodzi jednak tylko o pieniądze. Ludzie religijni poświęcali wiele czasu na pracę na rzecz swoich kościołów i synagog, a na rzecz organizacji obywatelskich i lokalnych stowarzyszeń – więcej czasu niż osoby niereligijne. Wyjątkowość ludzi wierzących nie leży jednak w ich wierze w karę bożą: Jedynym czynnikiem, który okazał się ściśle związany z pożytkami moralnymi płynącymi z religii, był stopień zaangażowania w relacje ze współwyznawcami. To przyjaźnie i działania grupowe prowadzone w obrębie danego matriksu moralnego uwydatniają ludzką bezinteresowność i wielkoduszność. To one wyzwalają w ludziach to, co najlepsze.

Moralność wiąże i zaślepia

Nasza grupolubność, która daje tak wspaniałe efekty, jest dla nas jednocześnie źródłem nieustannych problemów – wprowadza w obrębie społeczeństwa podziały, które ciężko przekroczyć. Różnice w zdolności do odczuwania fundamentów moralnych wytwarzają coś, co Haidt nazywa matriksami moralnymi. Autor nawiązuje rzecz jasna do filmu, w którym główny bohater przekonuje się, że widziana przez niego rzeczywistość jest tylko ułudą. Podobnego oświecenia doznał Haidt: Zacząłem dostrzegać, że w każdym kraju współistnieje wiele matriksów moralnych. Każdy z nich zapewnia kompletny, jednolity i wiarygodny emocjonalnie światopogląd, który można łatwo uzasadnić za pomocą obserwowalnych danych, i który jest niemal całkowicie odporny na kontrargumenty wysuwane przez osoby z zewnątrz.

Aby spojrzeć na własny matriks moralny z dystansem, najlepiej jest zanurzyć się na chwilę w obcej moralności. Dla Haidta takim doświadczeniem był kilkumiesięczny pobyt w Indiach, gdzie mieszkał u tradycyjnej rodziny. Przekonał się, że kwestie zupełnie nieistotne dla człowieka Zachodu – jak dieta wdowy – są dla Hindusów ważnymi zagadnieniami moralnymi. Autor wielokrotnie podkreśla, że „moralność wiąże i zaślepia” – jesteśmy tak przywiązani do naszej wersji moralności, że zawsze stawiamy ją ponad inne matriksy moralne. Lojalność wobec własnej grupy nakazuje nam przedkładanie jej dobra i jej zasad moralnych ponad wszystko inne, dlatego konflikty moralne – mimo istnienia tych samych fundamentów moralnych w każdym społeczeństwie – są nieuniknione.

Wróćmy do działalności charytatywnej osób religijnych – przekazują one na dobroczynność znacznie więcej pieniędzy niż niereligijne, ale tym organizacjom pozarządowym, które są prowadzone przez ich własne Kościoły. Członkowie wspólnot przede wszystkim wspierają swój zespół, choć, nawiasem mówiąc, „resztki”, które ludzie religijni przekazują organizacjom świeckim, przewyższają cały budżet osób niereligijnych na działalność charytatywną. Jako przeciwwagę dla pojęć interesu jednostkowego i klasowego Haidt ukuł termin „interes moralny”: osoby podzielające wspólny matriks moralny są skłonne do żarliwej obrony jego wartości, tak jakby miały osobisty interes w jego zwycięstwie. Interes moralny – jak przekonuje Haidt – jest lepszym predykatorem poglądów i zachowań niż pozostałe kategorie. Badacze, który starali się ustalić stosunek ludzi do służby wojskowej czy państwowej służby zdrowia, zauważyli, że nie ma on nic wspólnego z wiekiem poborowym badanych czy zasobnością ich portfela, za to wiele z ich światopoglądem.

Tarcia między lewicą a prawicą w Stanach Zjednoczonych były niegdyś łagodzone przez instytucje, które łączyły obie grupy. Zanim został zniesiony powszechny pobór, wspólna służba wojskowa pozwalała członkom obu grup zrozumieć się i nabrać do siebie zaufania. Jeszcze nie tak dawno rodziny amerykańskich polityków przeprowadzały się do Waszyngtonu (teraz coraz częściej zostają u siebie), dzięki czemu nawiązywały między sobą relacje przyjacielskie. Te niepozorne szczegóły sprawiały, że w sytuacji konfliktów politycznych obie strony były bardziej gotowe wobec siebie na ustępstwa. Dzisiaj tkwią w zaślepieniu i arogancji.

Haidt zdaje sobie sprawę, że powrót do Ameryki z jej złotego okresu, w którym życie wspólnotowe rozkwitało na dosłownie każdym rogu, jest bardzo trudny lub w zasadzie niemożliwy. Jednocześnie jest bardzo daleki od tego, żeby obwiniać za ten upadek życia wspólnotowego tylko jedną stronę konfliktu, jak mają to w zwyczaju niektórzy autorzy na lewicy. To prawda, że część winy spada na prawicę. Jej często bezkrytyczny stosunek do kapitalizmu otworzył drogę do ogromnych nierówności ekonomicznych, które następnie przełożyły się na niemal ścisłą segregację biednych i bogatych; rynkowa mentalność doprowadziła do degeneracji form współżycia, które opierają się na akceptacji zobowiązań itd. Haidt woli jednak wrzucić kilka kamyczków do ogródka swoich sojuszników: czy lewica nie podmywa fundamentów życia rodziny, która jest jedną z ostatnich staroświeckich instytucji? Czy lewica nie miała udziału w zniesieniu powszechnego poboru? Czy nie wyśmiewa Kościołów i z nimi nie walczy?

W pewnym sensie „Prawy umysł” jest surogatem instytucji wspólnotowych. Skoro dawne instytucje już nie pomagają nam polubić i zrozumieć naszych przeciwników na poziomie intuicyjnym, to pozostaje droga intelektualna. Ostatecznym celem Haidta nie jest bowiem dostarczenie narzędzi, z pomocą których Partia Demokratyczna mogłaby cynicznie nabijać sobie procenty poparcia, lecz odpowiedź na pytanie, które w 1992 r. zadał Rodney King, czarnoskóry mężczyzna niemal skatowany na śmierć przez policjantów w Los Angeles. Po procesie sądowym, który okazał się farsą i uniewinnił oprawców, w Stanach Zjednoczonych doszło do wielodniowych zamieszek. King, by zatrzymać falę przemocy, pytał wówczas: „Czy możemy żyć wszyscy w zgodzie?”. To troska o „wspólny dom” odróżnia pracę Haidta od bardzo podobnej w charakterze publikacji George’a Lakoffa „Nie myśl o słoniu”, która ukazała się kilka lat temu. Obaj autorzy łączą niepowodzenia lewicy z niezrozumieniem emocjonalnej strony ludzkiego życia, obaj chcą zaprząc naukę w służbę obywatelską, Haidt – psychologię moralności, Lakoff – kognitywistykę; ale tylko ten pierwszy traktuje oponentów jak ludzi. Lakoff przypisuje prawicowcom autorytarną osobowość i dlatego uważa, że w dyskusji z Partią Republikańską dozwolone są wszystkie chwyty.

Niestety, lewica wydaje się ograniczona własnym matriksem moralnym dużo bardziej niż prawica, o czym przekonał się sam autor po opublikowaniu eseju wzywającego demokratów, by spróbowali zrozumieć konserwatystów i odwoływali się do ich fundamentów moralnych. Reakcja wielu lewicowych czytelników wskazywała, że argumentacja Haidta do nich nie trafiła. Warto przy tym dodać, że podobnie niechętnie odnieśli się do niego zwolennicy Tea Party, skrajnie libertariańskiej formacji politycznej. Inaczej odpowiedzieli natomiast czytelnicy konserwatywni. Haidt otrzymywał od nich bardzo osobiste i pełne emocji listy, w których pisali, że autor zrozumiał ich troski. Taki odbiór eseju pozwala przypuszczać, że być może główna linia podziału współczesnej polityki wcale nie przebiega między lewicą a prawicą (czy też liberalizmem a konserwatyzmem), ale między grupami, które w amerykańskim dyskursie określa się komunitarystami (polityka nakierowana na wspólnotę) a libertarianami (polityka nakierowana na jednostkę). Sam Haidt przyznał, że wnioski, do których doszedł po wielu latach swoich badań, do złudzenia przypominają klasyczny konserwatyzm à la Edmund Burke.

Słoń a sprawa polska

„Prawy umysł” jest zanurzony w kontekście amerykańskiej polityki, ale podczas jego lektury nie można uciec od wrażenia, że jest to książka bardziej o Polsce niż o Stanach Zjednoczonych. Po 1989 roku nasz kraj znajduje się pod wpływem tych samych procesów ekonomicznych i kulturowych, które niszczą życie wspólnotowe. Konflikty polityczne są u nas równie ostre. Usilnie dążymy do tego, żeby dogonić Amerykanów pod względem nierówności społecznych. Ale „my już są Amerykany”, a może i posunęliśmy się o krok dalej. Obrany przez nas model transformacyjny bazuje na jednowymiarowym obrazie anglosaskiego świata. Wpatrujemy się w Amerykę indywidualistyczną, ale nie dostrzegamy Ameryki, która wspólnie chodziła grać w kręgle. Instytucje, które miałyby potencjał trzymania Polaków razem nigdy nie były tak silne, jak te w Stanach. Dzisiaj są w zaniku. „Prawy umysł” należałoby potraktować jako wezwanie, by ratować to, co z nich zostało, zanim „słonie” rozejdą się – każdy w swoją stronę.

Jonathan Haidt, Prawy umysł. Dlaczego dobrych ludzi dzieli religia i polityka?, przeł. Agnieszka Nowak-Młynikowska, Smak Słowa, Sopot 2014.

Dług – narzędzie dominacji

Prace Graebera na temat teorii antropologicznych są wybitne. Uważam, że w swoim pokoleniu jest dziś najlepszym teoretykiem antropologii na świecie – napisał znany i ceniony antropolog Maurice Bloch w liście wyrażającym sprzeciw wobec nieprzedłużenia Davidowi Graeberowi kontraktu na Yale z powodu – jak twierdzą niektórzy – jego poglądów politycznych.

Graeber to antropolog ekonomii, wykładowca London School of Economics oraz jeden z najbardziej oryginalnych i prowokujących współczesnych intelektualistów. Jest autorem wielu znaczących publikacji naukowych, w których zajmował się m.in. tradycją anarchizmu, antropologiczną teorią wartości czy związkami magii z pozostałościami niewolniczego systemu na Madagaskarze. Ale błyskotliwa kariera akademicka to zaledwie jeden z obszarów jego działalności. Przede wszystkim znany jest jako aktywista społeczny, zagorzały krytyk międzynarodowych instytucji finansowych. Jest także jedną z najważniejszych postaci ruchu Occupy Wall Street. To właśnie Graeber jako pierwszy sformułował (na łamach „Rolling Stone”) tezę, że ruch Oburzonych reprezentuje 99 procent społeczeństwa, które ponosi koszty decyzji nielicznych – przedstawicieli elit polityczno-ekonomicznych. „99 procent to my” (we are the 99%) to hasło używane dziś przez ruchy oburzonych i alterglobalistów na całym świecie.

Po polsku nie ukazała się jeszcze ani jedna książka Graebera. Taki los spotkał nawet światowy bestseller, jakim jest „Debt, The first 5000 years” („Dług – pierwsze 5000 lat historii”). I to pomimo aktualności jego tematyki, związanej z trwającym także u nas kryzysem ekonomicznym, którego źródła tkwią m.in. w spirali zadłużenia. Pojęcie długu pojawia się w najróżniejszych kontekstach naszej debaty publicznej, jest istotnym punktem odniesienia nie tylko dla polityki i ekonomii, ale i dla socjologów badających kondycję zadłużonego społeczeństwa czy psychologów mówiących o spustoszeniu, jakie sieje w ludzkim umyśle perspektywa spędzenia prawie całego życia na spłacaniu kredytu. W Polsce kwestia długów była szeroko omawiana choćby przy okazji tzw. afery frankowej. Przeglądając informacje z ostatnich miesięcy, dowiemy się także, że Grecja domaga się od Niemiec spłaty innego długu – odszkodowania za straty z okresu II wojny światowej, a w tym samym czasie uregulowania rachunków od Aten domaga się wiele innych państw. Nasze rozmowy i decyzje często krążą wokół problematyki długu, jednak niemal nikt nie pyta, co to pojęcie właściwie oznacza.

Zdążyliśmy je bowiem zneutralizować, uznać za oczywiste i nienaruszalne – powiedziałby Graeber, znany m.in. z działań na rzecz anulowania długów krajom Trzeciego Świata. Zdumiony tym, że nikt jeszcze nie spisał historii koncepcji tak istotnej dla współczesnej cywilizacji, a zarazem zjawiska, wokół którego organizują się ludzkie społeczności niemal od zarania dziejów, postanowił sam podjąć się tego zadania.

Jeśli ktoś pożyczył, to (nie) musi oddać

Impreza charytatywna w Katedrze Westminsterskiej. Graeber spotyka pewną prawniczkę, a zarazem działaczkę na rzecz ubogich. Opowiada jej o kryzysie naftowym z lat 70., który sprawił, iż państwa zrzeszone w OPEC ulokowały tak dużo pieniędzy w zachodnich bankach, że te nie wiedziały, w co inwestować. Ich przedstawiciele wysłali więc agentów, by namawiali dyktatorów krajów Trzeciego Świata do zaciągania długów. Początkowo bardzo nisko oprocentowanych, jednak z czasem stopa procentowa wzrosła nawet do 20 proc. Następnie opowiada swojej rozmówczyni o tym, jak w latach 80. i 90. działania te doprowadziły do kryzysu zadłużeniowego państw Trzeciego Świata. I jakie warunki postawił wtedy Międzynarodowy Fundusz Walutowy: w zamian za pomoc i restrukturyzację długu kraje te miały „zacisnąć pasa”, zlikwidować dopłaty do podstawowych produktów żywnościowych, darmową służbę zdrowia i edukację.

– A jakie było twoje stanowisko w tej sprawie? – zapytała prawniczka.

– Międzynarodowego Funduszu Walutowego? Chcieliśmy go zlikwidować.

– Nie. Na temat długu krajów Trzeciego Świata.

– Jego również chcieliśmy zlikwidować. […] Wydawało nam się, że 30 lat przepływu pieniędzy z krajów najbiedniejszych do najbogatszych to już wystarczająco długo.

– Ale – wypowiedziała to słowo tak, jakby to, co powie zaraz po nim, miało być zrozumiałe samo przez się – oni pożyczyli pieniądze! A jeśli ktoś pożyczył, to musi przecież oddać. Zbiło to Graebera z tropu. Mówiłem o biedzie, grabieży zasobów publicznych, upadku społeczeństw, szerzącej się przemocy, niedożywieniu, beznadziei i złamanych życiorysach. Ale „jeśli ktoś pożyczył, to musi oddać” – nie dowierzał odpowiedzi prawniczki-aktywistki.

Mogłem tłumaczyć jej, że te pożyczki zaciągnięte były przez dyktatorów, których nie wybrało społeczeństwo, i że większość z pieniędzy wylądowała na ich szwajcarskich kontach; poprosić ją o zastanowienie się, czy to sprawiedliwe, że długi mają być spłacane nie przez dyktatorów […], ale poprzez odbieranie jedzenia głodnym dzieciom. Albo że niektóre państwa spłaciły trzy albo cztery razy więcej niż pożyczyły, lecz dług, za sprawą magicznego mechanizmu „procentu składanego”, wciąż się odnawia. Mogłem też zwrócić uwagę, że istnieje istotna różnica między spłacaniem długu a wymuszaniem stosowania ortodoksyjnie wolnorynkowych rozwiązań wymyślonych w Waszyngtonie i Zurychu, na które obywatele danego kraju nigdy się nie zgodzili i nigdy by się nie zgodzili; że żądanie przyjęcia przez te kraje demokratycznych konstytucji, a zaraz potem odbieranie każdemu wyłonionemu w wyborach rządowi kontroli nad polityką ekonomiczną państwa, było dość obłudne. Albo że polityka gospodarcza narzucona przez MFW nigdy nie działała dobrze – pisze Graeber. Ale mieliśmy bardziej podstawowy problem: samo założenie, że dług musi zostać spłacony.

Nie spłacić to grzech?

Opinia prawniczki-aktywistki stale pobrzmiewa w głowie autora „Pierwszych 5000 lat historii długu”. Dochodzi on do wniosku, że wyrażane przez nią przekonanie jest sądem moralnym, a nie ekonomicznym, bo według wszelkich standardowych teorii ekonomicznych pożyczkodawca musi zaakceptować pewne ryzyko. W przeciwnym razie co powstrzymywałoby go od udzielania pochopnych pożyczek? Opiera się ono na swoistym rozumieniu odpowiedzialności i konieczności dotrzymania zobowiązań.

Wszyscy jesteśmy dłużnikami – stwierdza Graeber po zapoznaniu się z najstarszymi źródłami, w których wspomina się o długach. Mamy więc dług wobec Boga Ojca, naszego stwórcy, i Jego Syna, o czym mówią nam biblijne przekazy o grzechu pierworodnym. Mamy dług wobec rodziców, bo wydali nas na świat. Mamy dług wobec społeczeństwa. W hebrajskim, aramejskim i wielu innych najstarszych językach „dług”, „wina” i „grzech” to właściwie to samo słowo. Stąd tak silny związek zadłużenia z moralnością. Jedno z pierwszych zarejestrowanych w ludzkiej mowie ujęć słowa „wolność” to sumeryjskie ama-gi, oznaczające „powrót do matki”, „powrót do poprzedniego stanu rzeczy”, ale również „brak długu”.

Graeber pokazuje, że za sprawą owego moralnego zobowiązania wpisanego w pojęcie długu, bywa on wygodnym wytrychem służącym realizacji czyichś interesów, a przede wszystkim narzędziem władzy i podporządkowywania sobie dłużników. Antropolog podaje liczne przykłady ilustrujące niesprawiedliwość myślenia w jednakowy sposób o różnych rodzajach długów. Dziś międzynarodowa opinia publiczna jest zgodna – agresor musi zapłacić reparacje. Tak jak Niemcy po I wojnie światowej czy jak Irak, który do dziś płaci Kuwejtowi za inwazję Saddama Husajna z 1990 r. Jednak już z Madagaskarem, Boliwią czy Filipinami jest dokładnie na odwrót: są to państwa zaatakowane i podbite przez kraje europejskie, często te same, którym są dziś winne spore kwoty. W tych przypadkach opinia publiczna oburza się co najwyżej wtedy, gdy dłużnicy zwlekają ze spłatą.

Graeber przybył na Madagaskar wkrótce po epidemii malarii. Program zwalczania owadów po katastrofie polegał m.in. na regularnych testach weryfikujących, czy znów się nie rozmnażają. Nie były to koszty, których budżet nie mógłby udźwignąć. Jednak rząd, związany polityką „zaciskania pasa” narzuconą przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy, musiał redukować budżet programu monitorującego. W efekcie zmarło 10 tys. osób. Rozdzielając moralne uzasadnienie, które stanowi sedno koncepcji długu, staram się pokazać, że nie powinien on być traktowany inaczej niż jakikolwiek inny rodzaj obietnicy. Niezrealizowanie przedwyborczych obietnic nigdy nie powstrzymywało polityków przed ubieganiem się o drugą kadencję. W przypadku pożyczki zawsze istnieje element ryzyka, który dominująca narracja dotycząca konieczności spłaty długu stara się zręcznie zignorować. Spłata długu państwa nie może odbywać się kosztem zdrowia czy bezpieczeństwa żywnościowego własnych obywateli. Jedynie nieusprawiedliwiony status moralny długu prowadzi do takich ekscesów, jakie widziałem na Madagaskarze, czy do postaw prawników-aktywistów niewidzących w tym nic złego. To właśnie ten nieusprawiedliwiony status moralny długu skłonił mnie do napisania książki. To, co chcę podkreślić, to fakt, że jest on bezprawny, a w jego imię popełniane są czyny zupełnie niemoralne – mówił Graeber w wywiadzie dla „Green European Journal”.

Obecne oburzenie, negatywny wizerunek dłużników oraz przeświadczenie, że niszczą oni ład społeczny, wynikają m.in. z długiej tradycji myślenia o zasadzie wzajemności jako podstawie funkcjonowania człowieka i tego, co go otacza. Przede wszystkim zakładamy, że koncepcja wzajemności i wymiany rządzi wszelkimi relacjami i procesami w świecie społecznym. Gdy dług nie jest spłacany, ta odwieczna zasada zostaje złamana i powstaje rażący dla nas nieład. Graeber chciałby zburzyć to myślenie. Zasada wzajemności i wymiany jest, według niego, tylko jedną z trzech, które leżą u podłoża zależności i praktyk społecznych. Dwie pozostałe to „komunizm” (działacie razem; jeśli naprawiasz coś i prosisz kogoś o podanie klucza francuskiego, to nie czujesz się dłużnikiem, a partner nie uważa, że jesteś mu coś winien) oraz hierarchia (wykonujesz usługi w zamian za inne – np. w relacji feudalnej pracujesz na roli w zamian za ochronę).

Nienaruszalność przeświadczenia, że „jeśli ktoś pożyczył, to musi spłacić”, gdyż w przeciwnym razie postąpi nagannie moralnie, oraz myślenie, że niespłacony dług narusza równowagę społeczną, prowadzą do moralnej katastrofy. Madagaskar to tylko jeden z wielu przykładów. Inne znajdziemy choćby w Nikaragui i Hondurasie. Huragan Mitch pochłonął w tej części Ameryki 9 tys. istnień, a kolejnych 9 tys. osób nigdy nie odnaleziono. Pomimo działań Kampanii Jubileusz 2000 na rzecz odroczenia lub anulowania części długów państwa te wciąż wydają tyle samo na spłatę odsetek od zadłużenia, co na odbudowę kraju i wsparcie dla obywateli. Bank Światowy, Rezerwa Federalna i Międzynarodowy Fundusz Walutowy odmówiły odroczenia spłat. Wielka Brytania przeznaczyła 33 mln dolarów na wsparcie dla Nikaragui i Hondurasu. Połowa tej kwoty, mającej ratować życie i pomóc podnieść się tym, którzy przetrwali kataklizm, powędrowała jednak do bogatych międzynarodowych instytucji i bankierów.

Mit założycielski ekonomii

Jednym z ciekawszych wątków obszernej książki Graebera jest krytyka ekonomistów. Najpierw był barter. Ale, z oczywistych względów, był nieefektywny. Nietrudno sobie bowiem wyobrazić, że gdy masz kurczaka, a chcesz się wymienić na różę, to prawdopodobieństwo, że posiadacz róży będzie potrzebował akurat teraz twojego kurczaka, jest niewielkie. W dodatku wartość tego, co masz na wymianę, i tego, co ma ktoś inny, rzadko będzie podobna – tak w skrócie brzmi według Graebera mit czy bajka opowiadana nam od czasów Adama Smitha i jego „Badań nad naturą i przyczynami bogactwa narodów”. W książce ojca-założyciela ekonomii zmyślona historyjka o tym, jak Indianie wymieniali mięso sarny na skóry bobrów i łosi, funkcjonuje jako ilustracja rzekomo oczywistej diagnozy przyczyn przejścia od barteru do systemu monetarnego. Do dziś ekonomiści wierzą, że historia wyglądała tak, jak przedstawił to Smith: najpierw barter, potem pieniądz, obecnie zaś kredyt.

Autor pyta: gdzie i kiedy istniał ten barter? U jaskiniowców? Na wyspach Pacyfiku? W starożytnej Grecji? Nie istnieją żadne wiarygodne relacje, które potwierdzałyby, że barter był gdziekolwiek podstawowym systemem wymiany dóbr. W rzeczywistości – odpowiada Graeber – był on stosowany dopiero w czasach, gdy pieniądz znano już od dawna, lecz z jakiejś przyczyny nastąpiło załamanie systemu opartego na nim. Tak jak w Argentynie w czasie kryzysu walutowego lat 90. albo w Rosji w roku 1998.

Na początku był dług – twierdzą antropologowie. Pierwsze społeczności były niewielkie. Barter, który jest wygodniejszym sposobem wymiany z nieznajomym, niż z osobą ze wspólnoty, był im więc niepotrzebny. Bo jeśli chcesz krowę swojego sąsiada, wówczas mówisz „O, fajna krowa”, a on odpowiada: „Podoba ci się? Weź ją” – pisze Graeber. I w ten oto sposób jesteś już sąsiadowi coś winien. Nie musisz oddawać w tym samym momencie – to, jak mu się odwdzięczysz, zależy zarówno od ciebie, jak i od niego. Pytaniem, które należałoby zadawać, nie jest więc to, w jaki sposób jednostka wymiany wyłoniła się z barteru, ale w jaki sposób to, że jesteśmy komuś coś winni, zamieniło się w precyzyjny system miary, to znaczy w pieniądz jako jednostkę rozliczeniową.

Proste historyjki oferowane przez klasyczną ekonomię są oderwane od tego, co mówią źródła czy badania terenowe. Ekonomia przez wielu – w tym przez znaczną część środowisk akademickich – postrzegana jest jako niezależna od czynników moralnych, kulturowych i religijnych, traktuje się ją prawie jak matematykę. Z tym podejściem walczą antropologowie ekonomii. Posługując się imponującym materiałem etnograficznym, Graeber obala schemat historii wymiany, a tym samym fundamenty, na których ukonstytuowana została ekonomia jako dziedzina naukowa. I pyta: czy jeśli fundamenty są fałszywe, nie należałoby na nowo przemyśleć wszystkiego, co na nich nabudowano?

Wynalazek pieniądza

Jeśli wiemy, że barter nie poprzedzał systemu monetarnego, pojawia się pytanie: jak i po co naprawdę powstał pieniądz? Jak zasada „jestem ci coś winien” przerodziła się w coś, co może być precyzyjnie wycenione? Jedna z hipotez Graebera mówi o tym, że pieniądze mogły narodzić się z powodu zagrożenia przemocą. Jeśli dajesz komuś świnię, a on w zamian daje ci pięć kurczaków, to pomyślisz zapewne, że jest skąpcem. Możesz z niego drwić, ale nie wyskoczysz z matematyczną formułą, żeby dowodzić, jak bardzo tanie są kurczaki. Ale gdy ktoś podbije ci oko podczas bójki albo zabije twojego brata, to mówisz tak: „Tradycyjna rekompensata to dokładnie 27 młodych krów najlepszej jakości, i jeśli nie będą najlepszej jakości, oznacza to wojnę!”. Pieniądz jako precyzyjna jednostka miary – w świetle tej teorii – miał zapobiegać przemocy i zapewniać ład.

Pojawienie się pieniądza wiązać się mogło również z wojną, grabieżą i niewolnictwem. Na przykład we wczesnośredniowiecznej Irlandii dziewczynki będące niewolnicami stanowiły najwyższą jednostkę waluty. W stosunku do ich wartości (używano ich np. jako formy zapłaty odszkodowania czy dużego długu) można było wycenić wszystko inne. Przede wszystkim jednak początki wymiany pieniężnej związane są z kosztami prowadzenia wojen. Wyżywienie potężnej armii było trudne logistycznie. Wydawano jej zatem pieniądze, które lud miał obowiązek przyjąć w zamian za żywność dla żołnierzy. Wynikałoby stąd, że to nie ekonomiczne zapotrzebowanie i racjonalna chęć zapewnienia bardziej efektywnej wymiany towarów leżą u podstaw wynalazku, jakim jest pieniądz – leży u nich przemoc czyniona przez instytucje państwa. Pieniądz jest więc częścią historii wojen, podbojów i wynika z konkretnych wydarzeń historycznych, a nie częścią ekonomii rozumianej jako nauka odkrywająca prawa niezależne od kontekstów społecznych.

W jednym z wywiadów przeprowadzonych wokół książki o długu Graeber mówi tak: Jeśli zrozumiesz, że podatki i pieniądze w dużej mierze zawdzięczają swój początek wojnie, łatwiej zauważysz, co naprawdę jest na rzeczy. Ostatecznie rozumie to każdy mafioso. Jeśli chcesz brutalne wyłudzenie, czystą siłę, przekształcić w coś moralnego, a przede wszystkim sprawić, żeby ofiary czuły się winne, przekształcasz wymuszenie w relację długu. Mówisz: „Jesteś mi coś winien, ale na razie ci odpuszczę”. Większość dłużników prawdopodobnie usłyszała podobne zdanie od swoich „wierzycieli”. Kluczową sprawą jest to, jak powinniśmy na to zareagować, bo odpowiedź powinna być mniej więcej taka: „Zaraz, zaraz, kto tu komu co jest winien?”.

Wolny rynek – nowe narzędzie państwa

Kolejnym mitem, który obala historyk długu, jest myślenie o wolnym rynku i państwie jako o rozwiązaniach przeciwstawnych sobie. Materiał etnograficzny zgromadzony przez Graebera ilustruje, że w istocie początki rynku mogą mieć miejsce tylko w sytuacji, gdy władza państwowa jest dostatecznie silna i scentralizowana. Rynek stanowi bowiem narzędzie zarządzania społeczeństwem, a państwo tworzy infrastrukturę niezbędną dla jego funkcjonowania. Graeber opisuje ten mechanizm na przykładzie dobrze znanego mu Madagaskaru. Na początku XX w. ówczesny francuski generał-gubernator Madagaskaru, Joseph Gallieni, wydrukował pieniądze i zapłacił nimi swoim żołnierzom. Ci z kolei zaczęli płacić nimi za usługi i towary ludności malgaskiej, a ta zmuszona była do oddania części wynagrodzenia kolonizatorowi w postaci podatków. W punkcie wyjścia część społeczeństwa miała więc pieniądze, podczas gdy druga nabywała je (a musiała, żeby zapłacić narzucony podatek) przez sprzedaż tego, co miała. Rynek się rozprzestrzeniał. Następnie Malgasze przeznaczali uzyskaną nadwyżkę pieniężną na towary importowane z Francji. W ten sposób powstanie rynku w określonych warunkach oznaczało jednocześnie usankcjonowanie relacji kolonialnej i ekspansję gospodarczą metropolii.

Zarówno rynek, jak i pieniądz wydają się zatem konsekwencją tego, że władca postanowił obarczyć lud ciężarami związanymi z utrzymaniem armii. Wprowadzenie systemu pieniężnego powiązane jest z poborem podatków: mieszkańcy muszą wydać żołnierzom zwierzęta, racje żywnościowe i wszystko to, co będzie im potrzebne, w zamian za pieniądze, bo bez nich nie będą mogli opłacić danin nałożonych przez państwo. Pieniądz zasadniczo rodzi się zatem z długu obywateli wobec państwa, a rynek to nie „abstrakcyjne i neutralne miejsce wymiany”, jak zwykliśmy sobie wyobrażać.

Zmierzch historii długu

„Dług – pierwsze 5000 lat historii” to książka kontrowersyjna, a przez antropologów często traktowana z przymrużeniem oka. Pomimo naukowego dorobku Graebera czytają tę rozprawę jako dzieło aktywisty, a nie badacza. I trudno odmówić im pewnej słuszności. Niejednokrotnie nie sposób oprzeć się wrażeniu, że Graeber uprawia coś w rodzaju kolekcjonerstwa – zbiera z różnych zakątków świata historie, które pasują do jego tez. Często kolokwialny język i dosadność, z jaką pisze, wyraźnie demonstrują, że nie jest on neutralnym obserwatorem.

Nie zmienia to jednak faktu, że sprawnie podważa domniemaną neutralność klasycznej ekonomii. Skutecznie i przekonująco rozplątuje supeł, jaki powstał na styku pojęcia długu z moralnością. Spojrzenie z historycznej perspektywy, poparte współczesnymi przykładami z różnych stron świata, oraz zwrócenie uwagi na zapomniane grzechy wierzycieli, pomaga wyrobić w czytelniku bardziej zniuansowane i uważniejsze podejście do dłużników, odkłamując ich „czarny” wizerunek.

Wiele źródeł analizowanych przez Graebera mówi o tym, że od starożytności przewija się w naszej cywilizacji obawa przed tym, że większość społeczeństwa popadnie w zadłużenie. Był to zawsze scenariusz apokaliptyczny, najgorszy z możliwych do wyobrażenia. Z przestrachem wyobrażano sobie perspektywę, w której zadłużenie przybrałoby masowy charakter, zmuszając do sprzedawania w niewolę siebie czy swoich krewnych. A co właśnie dzieje się wokół nas? – mówi Graeber w wywiadzie dla „Naked Capitalism”. – Zamiast tworzyć międzynarodowe instytucje chroniące dłużników, tworzymy Międzynarodowe Fundusze Walutowe czy Standard&Poor’s, żeby ochraniać kredytodawców. Czyli twory, które oficjalnie deklarują (i robią to wbrew tradycyjnej ekonomicznej logice), że żaden dłużnik nie ma prawa ogłosić upadłości. Nie trzeba dodawać, że prowadzi to do katastrofy. Doświadczamy obecnie czegoś, co przynajmniej dla mnie jest dokładnie tym, czego najbardziej obawiali się starożytni: społeczeństwa dłużników balansujących na krawędzi katastrofy.

Graeber zwiastuje jednak koniec niesprawiedliwego podejścia do dłużników. Pierwsze 5000 lat to według niego już historia, a my jesteśmy u progu zmian. „Zdrowy rozsądek” (common sense), czyli jeden z głównych przedmiotów badań antropologii, ulegnie nareszcie przeobrażeniu w duchu moralności i sprawiedliwości, stwarzając szanse rozwoju krajom Trzeciego Świata. To życzeniowe myślenie może wywołać uśmiech, ale zdaniem Graebera wykazanie historycznego partykularyzmu i tymczasowości naszych przekonań ma pokazać, jak łatwo je zmienić.

David Graeber, Debt, The first 5000 years, Melville House Printing 2011.

Pyszna

1

Przez dwadzieścia lat myślałem, że ściemnia. Z ręką na sercu twierdził, że kiedyś widział je z najwyższego wzgórza w naszej wsi. Mało tego, oglądał je przez lornetkę. Posądzałem go o właściwą ludziom, którzy raczej nie opuszczają swojej okolicy, skłonność do przeszczepiania wytworów wyobraźni w prawdziwe życie, albo na odwrót – do przedłużania rzeczywistych scen w głowie, bo ani cyrkiel, ani google nie kłamią – to jak nic ponad sto czterdzieści kilometrów w linii prostej. Tyle że jak on mógłby kłamać? Jak może zmyślać człowiek, który codzienne od piętnastu, a może już dwudziestu lat ogląda „Jeden z dziesięciu”? Który siedzi zawsze w tym samym miejscu przed telewizorem pod pożółkłymi encyklopediami z siedemdziesiątego trzeciego, gdzie sprawdza każdy obcy lub nie do końca klarowny termin? Ostatni sprawdzał przy mnie słowo „łaszt”.

Wujek, to pewne, żyje w duchu „Wielkiej gry”, precyzję i merytoryczną wiedzę ceniąc ponad wszystko. Dlatego uwierzyłem mu, że kiedyś ciepłym latem przed piątą rano, o której przez całe życie wychodził na autobus robotniczy, widział na niebie dziwny obiekt, wyraźny, jasny, zmieniający lokalizację z zaprzeczeniem dobrze mu znanych praw fizyki, który na chwilę znieruchomiał gdzieś ponad szklarniami pana ogrodnika i pocisnął na południe. Niewykluczone, że troska o własny wizerunek nie pozwoliła mu podzielić się tym z nikim dorosłym. Całe życie czekam na taki widok. Kiedyś w górach Hoggar w Algierii leżałem pod pustynnym niebem pół nocy, wpatrzony jak szpak w dziuplę i nic, kompletnie nic. A nie uwierzyłem mu, że widział od nas Tatry.

W ubiegłym roku zwoziłem z dziadkiem siano z pola na tym samym wzgórzu. To był jeden z tych czystych, letnich dni, gdy wiatr zgarnia z powietrza pył i śreżogę, wysysa z przedmiotów pierwotne, żywe odcienie, a po bordowej ściółce lasów, na soczystej lucernie występują żółte plamy salamander. Horyzont idzie wtedy w sukurs wyobraźni spragnionej konkretu i odcina się od nieba wyraźną linią. Zostały nam ze dwie kopki na szczycie wzgórza, wrzuciłem ostatnie widły, odsapnąłem, otarłem pot z czoła, obróciłem się – i aż krzyknąłem. Były, tam na pewno były. Naszkicowane na idealnie gładkim bloku nieba cienką, ale wyraźną kreską, jak dobrze przyciśniętym H3. Dziadek spał na ciągniku z głową na kierownicy.

2

Jak cyrklem rysuję na mapie internetowej półokrąg. Sto czterdzieści kilometrów. Zakreślam okolice Cieszyna, Rybnika, Gliwic, Katowic, Buska-Zdroju, Dębicy, Krosna. A przecież to minimum, bo istnieją dowody, że widać je ze stu sześćdziesięciu albo i dwustu. Kiedyś leciałem samolotem z Gdańska do Krakowa. Nad Łodzią pilot powiedział: „Po lewej widzicie Państwo wieżowce Warszawy, przed nami widoczne Tatry, gdybyśmy mogli zerknąć do tyłu, zobaczylibyśmy wybrzeże”.

A więc musieli widzieć je ci, którzy przed wieloma wiekami, zanim ktokolwiek zaczął notować bieg spraw, znaleźli się na nizinach między Odrą a Wisłą i zmierzali na południe. Zza kolejnego wzgórza musiały się wyłonić jeszcze półrzeczywiste. Któregoś jesiennego świtu, gdy budzili się przy wypalonym żarze i wygrzebywali ze skór, jakiś bystry dzieciak z rozcapierzonymi kudłami mógł przetrzeć oczy i tyrpając jedną ręką kimającą jeszcze matkę, drugą wskazać palcem w tamtą stronę. Ludzie musieli iść w ich kierunku, bo chcemy przylegać do przestrzeni, wypatrujemy na widnokręgu form, w które można się wtulić, a nic nie nadaje się do tego lepiej niż doliny, jaskinie i góry. Za Piastów i wczesnych Jagiellonów na południe od Krakowa rozpościerała się prawdziwa puszcza. Grasowały w niej niezliczone niedźwiedzie i wilki. Była pełna wykrotów i przeszkód. W ciemny las szli tylko ci, którzy mogli odnaleźć w tym jakikolwiek interes. Uciekinierzy, prześladowani, bartnicy, budnicy, drwale, którzy coraz dalej na południe budowali swoje chyże. Dopiero około XV wieku u stóp Tatr stanęły pierwsze chałupy. Zupełnie inaczej niż po południowej, łatwiej dostępnej stronie, gdzie od paru wieków trwała na dobre węgierska kolonizacja. To jest pierwszy obraz, który nie daje mi spokoju – Zakopane, dajmy na to, 1478 rok. Zima na potęgę, zaspy po pas, z czarnego boru wyłania się na koniu oszroniony człowiek. Po drugiej stronie polany widzi parę czarnych chałup, pod którymi pełga mętne światło. Szczyty świecą w świetle księżyca jak łuski zbroi. Mniej więcej wtedy przybyli na tatrzańskie hale Wołosi. Nie wiemy, kto pierwszy stanął na wierzchołku Giewontu, Świnicy czy Rysów, ale na pewno znacznie wcześniej niż nam się wydaje. Ten, kto uczynił to jako pierwszy, najpewniej nie zdawał sobie z tego sprawy. Może i dobrze – nie każdy organizm i psychika wytrzymują ciężar takiej świadomości.

Wszystko zaczęło się na dobre w XIX wieku. Nie jest celem tej opowieści streszczenie rozwoju turystyki tatrzańskiej w XIX wieku, literatura na ten temat jest nieskończona. W każdym razie dekadę później, gdy mały Mickiewicz chłonął aurę litewskiego pejzażu, a po kraju paradowali szwoleżerowie w lampasach, Staszic przemierzył Tatry wzdłuż i wszerz, przeżył burzę życia na Wołoszynie i spędził noc na Łomnicy, skąd zniósł do badań zamknięty pojemnik powietrza. Już w połowie wieku powstały pierwsze przewodniki, pióra ks. Janoty i Ludwika Zejsznera, a dopiero potem ów słynny bedeker Walerego Eljasza Radzikowskiego, którego oryginał chodzi na rynku antykwarycznym po półtora tysiąca złotych. No ale – legenda Tatr, to legenda Tatr. Początkowo pionierzy tatrzańskich wyryp często wespół z Tytusem Chałubińskim podróżowali do Zakopanego z Krakowa dorożką, co trwało bite dwa dni, zwykle z noclegiem w oberży Herza w Nowym Targu. W 1884 roku, gdy otwarto linię kolejową do Chabówki, dorożkami górale wozili śmiałków tylko na tym ostatnim odcinku, i trzeba było się ostro targować. Walizki fruwały w powietrzu, niejeden woźnica dostał od innego po mordzie. Kapitalnie opisuje to Stanisław Witkiewicz w „Na przełęczy”, od furory której zaczęła się kariera Podhala. To drugi obraz, od którego nie mogę się uwolnić. Witkiewicz jedzie z kompanią po raz pierwszy do Zakopanego. Zaczyna piekielnie lać, walą pioruny, na miejsce docierają nocą. Deszcz dzwoni o gonty i wywrócone balie, w poszarpanym mroku migoczą lampki w oknach. Towarzystwo podjeżdża do domu gościnnego u gazdy i pod parasolkami, kwikając butami o głębokie kałuże, wbiegają pod dach. O poranku muskularne sylwetki Tatr lśnią jak naoliwione. Szybko robi się parno. Zakopane jest małe i jasne. Kawałek dalej jest targ. Pod okapem siedzą górale i ćmią fajki, niespecjalnie nagabując chętnych do wyprawy w głuszę, bo wiedzą, że i tak tamci przyjdą do nich pierwsi. Na rogu stoi Sabała. Pójdzie z Witkiewiczem w góry, przez Halę Gąsienicową, Zawrat, do Doliny Koprowej i od południa na Przełęcz pod Chłopkiem, wówczas prawdziwy wyczyn, by przepaścistą percią zejść nad Morskie Oko i spotkać dwóch Brytyjczyków o polskich korzeniach. Parę dni wędrówki, parę noclegów przy ognisku pod gołym niebem i 254 stron, na których jedzie młodopolszczyzną, aż gwizda. Witkiewicz znalazł się w cieniu swojego głośnego syna, ale przecież mamy oficjalnie rok obu Witkiewiczów, więc nie zapominajmy o ojcu. To on dał swoją opowieścią bodziec do przyjazdu młodopolskich artystów do Zakopanego, a w efekcie do całej tatromanii.

Piszę o tym, bo kilka razy miałem okazję być w miejscach, na zupełnie innej szerokości geograficznej, które pachniały nastrojem Zakopca tamtej epoki. Gdy coś się raczej zaczynało, a nie kończyło. Gdy o poranku las lśni jak krucze pióra, a powietrze jest czerstwe tak, że aż wierci w nosie. Jak w Shwebwiyang w północnej Birmie, gdzie wypasionymi dżipami albo na słoniach docierają pierwsi pionierzy turystyki, albo gdzieś na płaskowyżu Ulla Ulla w Boliwii, skąd można obserwować uważnie nienazwane wierchy pasma Apolobamba. Jest tam zaskakująco dużo przestrzeni na myśli, zwłaszcza na swoje. Trudno wtedy oprzeć się wrażeniu, że cywilizacja każdego miejsca zupełnie niedostrzegalnie dla współczesnych osiąga punkt harmonii z własnym tłem. Wcześniej trwa niezbyt przyjemna walka z siłami natury, później wszystko stacza się w chaos, wir, zmultiplikowane zderzenie. Niewykluczone, że czas, gdy człowiek mógł, powtarzam to za Konwickim, „z honorem znieść swoje położenie geograficzne”, mieć jako taki święty spokój, w miarę ciepły dom, aptekę za rogiem lub w pobliskim mieście, dobrą gazetę do poczytania bez terroru szklanego ekranu, który jak eter usypia ducha, już minął. Niewykluczone, że całkiem niedawno. Pewne jest tyle, że trwał bardzo krótko.

Młodopolskim Tatry były przeznaczone. Zaczęli bratać się z chłopami z Bronowic i zapuszczać na północ przez jurajskie wąwozy, Kobylańską albo Półrzeczki, Bolechowicką i Kluczwody, do kolejnych wsi zagnieżdżonych na słonecznych, jurajskich garbach (najwyższe wzniesienie Jury – Grodzisko – ma 513 m n.p.m. i leży wyżej niż Chabówka), wpatrując się z ławek pod chałupami w wyszczerbioną piłkę Tatr. Najlepiej widać je stąd wczesną wiosną, gdy jeszcze przykrywa je kremowa czapa śniegu. Jadąc olkuską, trzeba powściągać ciekawość, by nie rozbić auta. Można odbić do Będkowic, które leżą na wyniosłym wzgórzu, skąd roztacza się widok na Kraków i szmat wyliniałej ziemi. Kiedyś malarze i zachodni podróżnicy zachwycali się tymi wsiami. W kolorze fotografował je już wtedy Tadeusz Rząca. Domy były niebieskie i wtulone w bujne sady. Wokół było zielono i świeżo. Wesela były huczne i trwały parę dni. Zawsze wyobrażam sobie tęscenę – wesele w Będkowicach na powietrzu, 1901. Światło, wóda i święto krwi. I białe Tatry w oddali.

3

W 1915 roku z Krzyżnego zniknął schron. Dlaczego tak nagle? Co się wydarzyło? Ktoś go zburzył? Spalić nie mogli, bo był z kamienia. Co, tak wysoko się naparzali, bo przecież trwała wtedy wojna? Na przełęczy na 2112 n.p.m.? Nie dowiesz się. Źródła internetowe na ten temat milczą, Muzeum Tatrzańskie jest wyjątkowo oporne w dzieleniu się z obywatelami swoimi archiwami. Do dziś na przełęczy stoją fundamenty. Postawili go tam w 1880 roku. A co tam schroniska nad jeziorem, budy dla frajerów, jak górski schron, to górski schron, niech żyje słowiańska ułańskość – od razu ponad chmurami między łbem Wołoszyna a igliczkami Buczynowych Turni. Schron stał się w końcu niezwykle popularny. Odkąd ksiądz Gadowski w jakiejś górsko-eschatologicznej obsesji poprowadził od Krzyżnego przez grań Orlą Perć, spały w nim jego ekipy budowniczych, a po nich tabuny ceprów spragnionych górskiego luftu. Krzyżne ze swoją panoramą miało już markę za sprawą Chałubińskiego. Chciałbym napisać kiedyś powieść, która zaczynałaby się właśnie tam. Jest zima, wieczór i wieje jak nieszczęście. W schronie strzelają szczapki w ogniu. W środku jest dwóch mężczyzn, jeden siedzi, drugi stoi oparty o ścianę i wygląda przez szparę w kierunku Pięciu Stawów. W śnieżnej zamieci wspina się do nich wolno mała czarna postać. Jest to pewien Żyd, który ma im do przekazania kartkę z niezwykle ważną treścią nieznaną póki co ani dla nich, ani dla narratora, ani dla nawet autora. Jest 1914 rok.

Upadek schronu na Krzyżnem wyznacza zbieg epok. W Tatrach idzie nowe, zaczyna się wielka balanga międzywojnia. Tu mamy jasność – dla Rafała Malczewskiego, wziętego wspinacza, malarza i pisarza, autora „Zakopane – pępek świata”, gwiazdy tatrzańskiego międzywojnia, jest już wtedy po wszystkim. Za II Rzeczypospolitej Zakopane jest już miastem z kamienicami, samochodami i niechlujną rozbudową, i dla Malczewskiego jest oczywiste, że ów punkt harmonii z tłem już minął gdzieś przed pierwszą wojną światową.

Jego książka jest lekturą obowiązkową. Pisze już inaczej niż Witkiewicz, jest to już proza bardziej zwarta i zwięzła, ale dalej przebogata językowa, jakaś swobodna i nienapięta, i może dlatego czyta się to nawet za drugim czy trzecim razem jednym tchem. Wyłania się z nich obraz Zakopanego podwójny – mekki narciarzy i osady artystów.

Przezabawna jest poza wielu współczesnych skiturowców, z których wielu żyje w przekonaniu, że otwierają nową epokę. Ze szczytów Tatr zjeżdżano już na początku wieku, wtedy już odbywały się zorganizowane kursy narciarstwa, ale swoje apogeum skitouring przeżywał w międzywojniu. Jeździli wszyscy. Na narty przyjeżdżał w Tatry prezydent Mościcki i szusował po wymarzonym puchu pod krawatem. Wystarczy spojrzeć na inne fotografie. Szyk i elegancja obowiązywały również w sporcie, przynajmniej gdzieś do wysokości górnych regli. Mam dziwne przypuszczenie, przypatrując się przewrotności dzisiejszej mody, że ten trend lada chwila, góra za parę lat, wróci z hukiem. Widzę wyraźnie w wyobraźni te klipy w telewizjach śniadaniowych, które raczą się nowym (tak, na pewno będą podkreślać, że to rzecz bez precedensu) sznytem na stoku, lansiarnią w stylizowanych koszulach i gatkach. Trendsetterzy, czytajcie „Nowego Obywatela”, a będziecie pierwsi!

Wtedy Józef Oppenheim, kumpel Witkacego i naturalnie Malczewskiego, wydaje kultowy przewodnik pt. „Szlaki narciarskie Tatr Polskich”, którym wychowuje kolejne pokolenie zapaleńców. Gdy dziś na Allegro pojawia się ta książka w oryginalnym wydaniu, kupujący rzucają się jak piranie, kwota ostateczna sięga paru stówek, które zawsze gotów jestem wydać, ale zawsze znajduje się ktoś o większej determinacji. Mam bowiem do Józia Oppenheima, jak na niego mawiali, stosunek szczególny. Józio jest moim idolem. Posiadał wybitną niechęć do robienia pieniędzy. Wreszcie raz udało mi się napotkać człowieka, który żył tak, jak pragnął, robił to, co lubił naprawdę, poza tym starał się pracować w miarę, nie był żadnym „stachanowcem”. Przeciwnie, umiał i lubił się wybyczyć w górach czy dolinach, po schroniskach pod wantą, w kolibie czy wreszcie w klubie– pisał o nim we wspomnieniach Malczewski. Na to pozwalają sobie wyłącznie ludzie z natury wielkiego formatu. Oppenheim przybył pod Tatry w 1910 r. z wycieczką krakowskiego AZS-u i po prostu postanowił zostać, a przy okazji został rasowym zakopiańczykiem i człowiekiem gór. Przez lata pełnił funkcję szefa TOPR-u, wyczyniał w górach, głownie zimą, rzeczy nieprawdopodobne. Mieć taką krzepę fizyczną i fest intelekt to jest, bądźmy zgodni, nie lada wyczyn. Jeździł mocarnym Harleyem ze swoją „Rudą”, Wandą Krzeptowską, malarką i artystką, kolejną heroiną tatrzańskiego międzywojnia. Już jesienią, gdy pachniało pierwszym śniegiem, wybywał na Halę Pyszną, gdzie stało regularnie powiększane i wyposażane schronisko na Hali Pysznej, powyżej dzisiejszego schroniska w Dolinie Kościeliskiej, matecznik narciarzy i romantyków. Oppenheim rąbał drewno, przygotowując budynek pod napór gości. Do 1936 roku, gdy schronisko otwarto na cały rok i przydzielono mu gospodarza w osobie narciarza, olimpijczyka i wicemistrza świata w zjazdach narciarskich Stanisława Marusarza, ciągle ktoś włamywał się do środka i kradł. Zwykle byli to przemytnicy i pospolici rabusie. Oppenheim zimą prowadził na Pysznej kursy narciarskie. Wieczorem było picie i harmonia, w gruncie rzeczy dziś jest całkiem podobnie – na pewnym pułapie czas nie ma wpływu na kształt rzeczy, omija góry gdzieś dołem, gdzieś bokiem, subtelnie zakrzywiając czasoprzestrzeń.

Oni wszyscy musieli to czuć. W narciarstwie w tatrzańskiej głuszy idzie o coś znacznie istotniejszego niż adrenalina, bo płynne substancje nie nadążają za opadającymi narządami i wspinają się po ściankach organów w kierunku gardła, przestając pełnić swoje funkcje. Ruszasz w dół, ale czujesz, że to ziemia zapada się albo w najlepszym wypadku otwiera. Szus z Rakoniado Chochołowskiej to pogrzeb idei, kres matematyki euklidesowej. Dla wielu to jedyna szansa, by uwolnić się od myśli i realnie poczuć efekt medytacji. Obraz furkocze i drży, wygląda to jak na tych nagraniach z kabiny pilota, gdy świat zakrzywia się, mimo że grzejemy trawersem wprost na bydlęce cielsko Wołowca. Niewykluczone, że od fizyki i w tym wymiarze nie ma ucieczki i tak zwane poczucie jedności ze światem realizuje się dopiero przy prędkości światła, ponieważ Stwórca uznał, że tyle wystarczy. Taki zjazd pozwala choć ją musnąć, do czego na co dzień nie dopuszcza nas szczelne zbrojenie kości, powięzi i limfy. Zdaje się, że po prostu dusza jest ciut zwinniejsza od ciała pogrążonego w dyfuzji i doświadcza na te chwile wewnętrznej pustki, znając przewrotność fizyki, znoszącej się plus minus z Absolutem.

Co innego artyści.

Ściągali do Zakopanego i w „Morskim Oku” przy Krupówkach oswajali świat, wypijając morze gorzały. Wysuwam wypadkową z licznych wspomnień, pomniejszoną o gadki podejrzanie barwne, i stawiam pi razy oko obiektywną tezę, że międzywojenne Zakopane wyjątkowo sprzyjało piciu wódki. Nie idzie nawet o miłosierne dla kaca powietrze. Pili wszyscy, bo było gdzie, z kim i za co, a po ulicach nie wałęsało się jeszcze zbyt wielu meneli, którzy zawsze przypominają niewygodną prawdę, że picie jednak szkodzi. Było dużo czasu, wiadomości docierały tu umiarkowanie wolno, a przy tym nikt nie żył ze świadomością, że przed czymś ucieka – świadomość ucieczki czyni picie nad wyraz uciążliwym. Józef Oppenheim i jego kompania są na tę opowieść zbyt zaborczy. Między innymi dlatego opowiem o kim innym, o kimś nie tyle zapomnianym, co raczej w ogóle niepoznanym. Otóż do Zakopanego przyjeżdżał wtedy członek Awangardy Krakowskiej, prozaik i krytyk Adam Ważyk. Swoje wspomnienia spisał w potoczystej „Kwestii gustu”. Jest to w zasadzie źródło jedynego opisu człowieka, który miał szansę zapisać się na wieki w dziejach polskiej, a może i światowej literatury. Jego prozę Jan Gondowicz, czołowy współczesny krytyk, zaliczył w magazynie „Książki” w poczet zaginionych arcydzieł obok „Mesjasza” Schulza. Szkoda czasu na poszukiwania jakiejkolwiek fotografii czy listów. Dlatego tym bardziej warto oddać głos w wybranych partiach Ważykowi, z paroma skrótami.

Latem pojechałem do Zakopanego. Znalazłem się w przypadkowo wskazanym pensjonacie. Usadowiono mnie podczas obiadu przy końcu długiego stołu gęsto obsadzonego gośćmi. Naprzeciw mnie siedziała przystojna brunetka o nieregularnych rysach. Nazywałem ją w myślach kurewką portową. Obok niej usiadł mały człowieczek. Górna część jego twarzy przypominała szympansa, ale bardzo sympatycznego, o bystrym i melancholijnym spojrzeniu. Miałem ze sobą powieść Maxa Jacoba. Po drodze na taras zostawiłem ją na stoliku w korytarzu. Kiedy wracałem, zobaczyłem jakiegoś młodego mężczyznę w okularach w grubej rogowej oprawie. Przechodząc, pochylił się nad stolikiem, zawołał zdzwionym głosem „Max Jacob!”, i zniknął w głębi korytarza. W tej scenie było coś teatralnego. Książka porzucona zaskoczyła nieznajomego, mnie jeszcze bardziej zaskoczył jego okrzyk.

Dalej Ważyk opisuje, jak pewien adwokat podsuwa mu lekko zboczone rysunki, pytając o opinię.

Naraz spoza moich pleców wysunął się mały człowieczek o melancholijnym spojrzeniu, to właśnie on rysował te rysunki, nazywał się Bruno Schulz.

Jakiś chłopiec, słysząc nazwisko Ważyka, biegnie na górę i sprowadza na dół drugiego bohatera. Właśnie wtedy Ważyk poznaje Władysława Riffa, dwudziestopięcioletniego prozaika o galaktycznym talencie, tego możemy być pewni – był artystycznym sparingpartnerem Schulza. Idą do pokoju Riffa. Ważyk pyta głupio, czemu Riff wybrał tak chłodny pokój. Riff jest chory na gruźlicę i spędza w Zakopcu okrągły rok. Na ścianie wisi rysunek autorstwa Schulza, oczywiście kobitka i banda samców dokoła. Riff czyta Prousta i Kafkę, którego zachwala. Jest krakowianinem.

Oszołomiony tym spotkaniem, nie pomyślałem, że mam przed sobą człowieka piszącego. Po ochłonięciu, prędzej czy później przyszłoby mi to na myśl, ale Schulz mnie ubiegł, powiedział mi na osobności, że Riff pisze dużą powieść. Zapewnił mnie, że na moją prośbę wyjątkowo zgodzi się odczytać fragment. Później:

Zaskoczyły mnie długie, rozgałęzione zdania, rozumowane, wyzbyte stylistycznych efektów. Była to narracja w pierwszej osobie. Narrator opowiadał o swoim domu z lat szkolnych, o matce, o zjawieniu się sublokatora, któremu matka wynajęła pokój. Obcy człowiek wprowadzony do otoczenia domowego był nową osobowością, z którą narrator oswajał się w przelotnych spotkaniach. Dalej Ważyk rozwodzi się nad tekstem, podsumowując: „Powieść przygód psychicznych” – w ten sposób Riff określał swoje aspiracje. Opisuje ich spotkanie w zakopiańskiej knajpie, podczas którego jako krytyk trochę się mądrzy w odniesieniu do zaprezentowanej prozy. Spostrzegłem, że Riff wylał piwo z kufla, nie mógł opanować drżenia ręki. Zacząłem łagodzić swoją opozycję i żałowałem tej rozmowy.

Przesiadują wieczorami w pokoju Riffa z dwoma znajomymi kobietami, w tym z ową brunetką, panną X, jak nazywa ją Ważyk, częstochowianką, która nie zdradza jakichkolwiek ciągot intelektualnych.Riff ostentacyjnie ją ignoruje. U jej stóp kuli się za to Schulz, parodiując swoje rysunki albo udaje szympansa. Riff zdradza Ważykowi: Kiedyś za protekcją Axentowicza wysłano go do Wiednia z kwotą, która miała mu starczyć na półroczny pobyt, ale Schulz trafił na wymagającą kobietę i wrócił po dwóch tygodniach bez forsy. Któregoś wieczoru Riff zaczepia na korytarzu Ważyka. Poradził mi wesoło, abym zostawił drzwi otwarte, może panna X przyjdzie do mnie na noc. Odpowiedziałem mu tym samym tonem, że na nic podobnego się nie zanosi. To, co usłyszałem od Riffa było do niego niepodobne. Skazany przez chorobę na izolację, traktował nas jak młodych ludzi, którym los pozwolił korzystać z życia. Zauważyłem, że mnie obserwuje. Dokładnie jak sublokator z jego powieści. Człowiek piszący obserwuje ludzi, ale nie powinien się z tym zdradzać. Ważyk prosi Schulza o subtelną interwencję. Miałem wrażenie, że Schulz to dobrze załatwił.

Dalej następuje scena jak z niemego filmu. Ważyk szuka na cmentarzu grobu Mieczysława Szczuki, „genialnego outsidera”, kolejnej gwiazdy międzywojnia, malarza i grafika, grabarz wskazuje mu miejsce na wzgórzu. Riff z panną X zostają na dole. Ważyk idzie pod górę, obraca się i widzi ich w gwałtownej kłótni; schodząc w dół, traci ich z oczu. Gdy spotykają się, tamci zachowują się jakby nigdy nic. Widocznie coś mnie w tym niepokoiło, coś, co się nie zgadzało z moim wyobrażeniem o przypadkowym zetknięciu się tych dwojga ludzi, którzy nie mieli ze sobą nic wspólnego.

Ważyk wyjeżdża i obiecuje Riffowi, że wpadnie w grudniu. Choruje na grypę i rezygnuje z wyjazdu, wysyła mu list. Otrzymuje odpowiedź: List Pana, niestety, nie zastał już Władysława Riffa, który zmarł 25 grudnia.

Czy Riff zdołał przed śmiercią doprowadzić powieść do końca? Wydaje mi się to wątpliwe.

Wiosną myśl o rękopisach Riffa zaczyna Ważyka dręczyć. Jedzie do Zakopanego. Od jednej z kobiet dowiaduje się, że przed śmiercią Riff intensywnie pisał, jakby przeczuwał koniec. Po wigilii upadł w drodze do pokoju, dostał krwotoku, znaleźli go po godzinie, żył jeszcze paręnaście godzin. Polecił przekazać Ważykowi wszystkie rękopisy. Funkcjonariusze wydziału sanitarnego podczas pogrzebu dezynfekują pokój, gdy w domu nie ma bliskich, i palą wszystkie papiery. Po ich spaleniu jego brat Janek popełnia samobójstwo. Chwilę później w Krakowie odwiedza Ważyka Schulz. W południe pojawia się przy bramie, ale wycofuje się. Wieczorem wraca i przyznaje się, że nie miał odwagi wejść i poszedł na pociąg do Drohobycza. Siedzą między świerkami. Schulz mówi, że duchy zmarłych krążą w pobliżu miejsca, gdzie mieszkały. – Teraz, kiedy Riff nie żyje, mogę panu powiedzieć prawdę – odpowiedział Schulz. Panna X stale przyjeżdżała do Riffa, była jego przyjaciółką blisko dwa lata, ukrywała ten związek przed rodziną. Nie mogła przyjeżdżać za często, była młodziutka i lubiła się bawić. Riff wpadał w chorobliwą nieuzasadnioną zazdrość. Chciał z nią zerwać. Podczas pobytu Ważyka dziewczyna próbowała uratować związek. Scena pod cmentarzem była pewnie kluczowa. Panna X nie pojawiła się na pogrzebie.

W kilka miesięcy później miałem sen o Riffie. Spotkałem go na ulicy ni to w Warszawie, ni to w Zakopanem. Cały był owinięty w bandaże, jak człowiek niewidzialny Wellsa. Mówił coś zagadkowego, co powinienem był odszyfrować. – Przecież pan nie żyje – powiedziałem zdziwiony. Potwierdził i bandaż zaczął się rozwijać w powietrzu, ukazując bezcielesną pustkę. Usłyszałem urywany szloch wewnątrz organizmu i obudziłem się zlany potem.

Schulz wysyła mu jeszcze parę listów Riffa z Zakopanego, w których pensjonat przeobraża się w statek, a epistolografia w prawdziwą literaturę.

Parę lat później Schulz przynosi do Ważyka maszynopis. Ważyk namawia go do pokazania „Sklepów cynamonowych” Nałkowskiej. Schulz chorobliwie boi się odrzucenia. W końcu Ważyk wypycha go do Warszawy. Jego proza wysadza w kosmos polską literaturę.

Ten sukces był dla mnie niespodzianką. Sądziłem, że imaginacyjna proza Schulza przejdzie bez echa. Czytając ją w maszynopisie nie mogłem się opędzić od niedorzecznej refleksji, że mam przed sobą namiastkę czegoś, co zaginęło. Pozbyłem się tych natrętnych myśli dopiero przy powtórnej lekturze w wydaniu książkowym.

Czy Schulz odważyłby się pokazać Nałkowskiej „Sklepy”, gdyby nie Ważyk? Gdyby nie Zakopane? Kim była panna X? Gdzie się podziała? Kiedy zmarła? Co pisał Riff? Czy straciliśmy arcydzieło?

Tyle możemy dla tego chłopaka dziś zrobić. Mam dziwne poczucie, że powinien być głównym bohaterem powieści, która zaczynałaby się na Krzyżnem, a ów niesiony w zamieci list miałby wpływ na jego los. Mogłaby nosić tytuł „Pyszna”.

Jak kończy Oppenheim? Czytajcie Malczewskiego albo, wolna wola, Wikipedię.

4

I tak mimowolnie i niepostrzeżenie przeszedłem z dominującego czasu przeszłego dokonanego na regularny teraźniejszy niedokonany, może dlatego że opisuję już wydarzenia za życia naszych dziadków. Ostatnio uczeni dowiedli, że dziedziczymy genetycznie traumy związane z wydarzeniami, w których brali udział nasi przodkowie. Wojna jest wciąż jak cień oddalającego się przedmiotu, którego kraniec zamiast znikać razem z nim, tkwi w tym samym punkcie albo wręcz wydłuża się, bo dzieje się to o zachodzie słońca.

Niemcy wchodzą do Zakopanego 1 września. Trzeba szybko zmienić zawody, funkcje, role. Stanisław Marusarz, szef Pysznej, światowej rangi narciarz, od razu zamienia się w kuriera tatrzańskiego, by przemycać przez góry ludzi i towar. Tworzy się siatka konspiracyjna, szlaki kurierskie i szyfry – pukanie do drzwi w określonym rytmie, obchodzenie budynku po parę razy przed wejściem do środka, hasła. Na przykład to: „Mam do naprawy buty”. Odzew: „Na kiedy?”. Trasa wiedzie przez przełęcze w głównej grani na Słowację, a potem do Budapesztu, gdzie wrze od polskich uchodźców, kopert i walizek z dolcami. Wojna nie zna żadnych kompromisów, długo nie docierało do mnie, że to wszystko działo się też tam, w górze. Skoro kurierzy śmigali przez zbocza Giewontu i Kondratową Przełęcz na południe, to i byli tam Niemcy. Co oni w tych czarnych skórzanych płaszczach chodzili? Trzy błyszczące postacie na upłazie Małołączniaka, które zbliżają się, aż słychać ich wyraźny, nieskrępowany szwargot.

Najwięcej o tym czasie mówi kurierski los Stanisława Marusarza. Był postacią-legendą, człowiekiem-demolką. Przed wojną podczas konkursu skoków kropnął głową w zeskok, złamał obojczyk i poturbował bark, ale nikomu się nie przyznał, bo zbliżały się mistrzostwa świata w Zakopanem. Wbrew kategorycznemu zakazowi lekarza zdjął sobie gips. Na zawodach zajął siódme miejsce w kombinacji norweskiej i piąte miejsce w skokach, co przy okazji dało mu tytuł mistrza Polski. Po wielu udanych akcjach w końcu wpada w ręce gestapo na Słowacji. Jest przesłuchiwany w budynku ich placówki. Po paru dniach decyduje się na coś, na co mógł zdecydować się tylko on. Wartownik stoi przy oknie i bawi się pistoletem. Marusarz ścieli o poranku łóżko. Wartownik każe mu je zostawić. Marusarz odpowiada, że nie lubi bałaganu. Chwyta materac, ile sił w dłoniach, wali go nim w łeb i wyskakuje przez okno. Gdy jego korpus jest już po drugiej stronie, jeden z żołnierzy zdąża jeszcze zadać mu cios nożem w nogę. Załoga rusza w pościg, Marusarz jest już w lesie. Gdy po raz drugi wpada w ręce hitlerowców, od razu zabierają go na tortury do zakopiańskiej willi „Palace” z siedzibą gestapo. Trafia do izby przesłuchań. Naprzeciwko siada wielki Niemiec, Marusarz nie wierzy własnym oczom – naprzeciw niego siedzi kolega z aren sportowych, bokser wagi ciężkiej Paul Nanen, i częstuje go papierosem. Marusarz nie może jednak liczyć na solidarność sportową. Nanen namawia go do kapowania na kolegów, a w końcu leje pięściami i gumowymi pałkami. Marusarz trafia do więzienia przy Montelupich w Krakowie. Nie mięknie i przenoszą go do „celi śmierci”. Gdy Niemcy wywożą kolejne cele na rozstrzelanie, znów postanawia uciec. Całymi nocami wygina nogą od taboretu pręty w oknie, naciągając na okno w ciągu dnia szmaty – Niemcy dla złamania morale podrzucają im zakrwawione ciuchy martwych kolegów. O świcie 2 lipca 1940 roku, gdy dwóch niemieckich wartowników odpala papierosy za rogiem budynku na dziedzińcu, rzuca hasło do ucieczki. W panice rzucają się ci, którzy odmówili z nim współpracy. Robi się bajzel i korek. W oknie utyka człowiek, Marusarz widzi, że blokują go buty schowane w kieszeni, wyjmuje je i przeciska go na drugą stronę. Nie ma czasu już korzystać z uwieszonej liny z prześcieradła. Ląduje prawie jak z telemarkiem. Wspina się przez druty kolczaste i pięciometrowy mur, biegnie ulicą Montelupich, słychać już syreny alarmowe i strzały. Wpada na targ warzywny na Kleparzu, przerażeni ludzie krzyczą, wywracają stragany, dopiero teraz widzi – cały spływa krwią poraniony drutem. Biegnie aleją Słowackiego, nie zna w ogóle Krakowa, więc biegnie, po prostu biegnie, przez Łobzów, na dziedziniec domu oficerskiego, który niestety zajęli gestapowcy, kryje się w parkanie, i biegnie dalej, do Bronowic, do Lasu Wolskiego, aż wypada na łąki pod Kopcem Kościuszki i będąc już na widoku, spostrzega pełno niemieckich żołnierzy. Schyla się i dźwiga leżącą bukową szczapę. Zarzuca ją na plecy i paraduje z nią tuż przed hitlerowcami. Jeden z nich chce go wylegitymować, drugi macha ręką. Marusarz dociera do zabudowań. Jaki silny był to strach, nie potrafi potem opisać. Na drugą stronę Wisły przewozi go wędkarz. Biegnie dalej, na przełaj, nocą, śpi w zbożu i po paru dniach dociera wieczorem do Kościeliska. Obchodzi dom, jest cicho. Wchodzi przez dach do kuchni. Jego ojciec zrywa się z łóżka. „To ja, Staszek” – mówi Marusarz. Ojcu drżą ręce, gdy dotyka jego ran. Zasłaniają okna i zapalają lampę. Matka mdleje.

Gdy Sowieci zapuszczają się w górę Doliny Kościeliskiej (po co, pytam, po co?!), ścigają ich Niemcy i podpalają schronisko na Pysznej. Dziś są tam łąka i las.

5

No i znów kolejny rok nie poszedłem na Pyszną. Na przełęcz Pyszniańską rzecz jasna, na nartach. Od polskiej strony już nie można, to rezerwat ścisły, ale od słowackiej – owszem. Bo praca, bo działka, bo impreza.

Tatry są ciągłym wyrzutem sumienia. Budzą je, gdy nie odwiedzam ich zbyt długo, a zapomnieć o nich nie można, bo tu na Jurze świecą na widnokręgu jak gromnice. W tym sensie jest to relacja czysto międzyludzka, a kto wie, może i coś więcej, bo Tatry przypominają się jakby częściej. Nasilają się, gdy na skrzynce mejlowej torpedują człowieka posty członków KW Kraków. „W piątek po 17 jadę autem do Moka, ktoś się zabiera?”. Poniedziałek: „Dziś na filarze Świnicy dobry warun”. Środa: „W kominie Drege’a sorbet z dużą ilością śniegu”. I tak dalej, bez przerwy, ci sami ludzie, co rusz. Każdą chwilę pielęgnują w Tatrach, które słabo tolerują półśrodki. Albo góry, szanowni państwo, albo rodzina, albo góry, albo życie. Dziś jedynym środowiskiem górskim z prawdziwego zdarzenia są toprowcy, instruktorzy wspinaczki, którzy zresztą już niewiele się wspinają, bo spędzają całe miesiące w schroniskach, ciągnąc po graniach kolejnych kursantów zimowej turystyki wysokogórskiej. Nie ma wśród nich Jan Gwalbert Pawlikowski wielu następców. Na kursie lawinowym podczas wykładu pracowniczki TPN w Moku wywiązała się dyskusja o destrukcji Tatr przez turystykę. Nie wierzyłem, co słyszę. Ani ona, ani instruktorzy nie wierzyli, że można skutecznie limitować ruch w Tatrach, choćby w Morskim Oku. Takich rozwiązań jest na Zachodzie wiele i są niezwykle proste. Niespecjalnie reagowałem, bo było wśród słuchaczy wyjątkowe stężenie wszystkowiedzących, może dlatego, że byli to sami faceci i jedna kobieta – w ciągu dnia paplaniny padło jedyne sensowne pytanie, a jego autorką była właśnie ona.

Od paru lat wychwytuję ten stalowy, szklący wzrok ludzi gór. Jak u R., która stojąc w Dolinie Kobylańskiej na Jurze opowiadała o zawodnym punkcie asekuracyjnym w Dolomitach tak, jakby wspominała upuszczenie łyżki. Jak W., który stojąc w styczniu gdzieś pod Bandziochem Mięgusza opowiadał mi spokojnie i precyzyjnie: „W tamtym tygodniu podchodziliśmy pod niego, napięliśmy śnieg i z drugiej strony wyjechała deska”. Jak najczystszy lód, jak u Witkiewicza, jak u Marusarza, bo od jakiegoś czasu chcę wierzyć, że rzeczywistość odkłada się warstwami na samej tęczówce. Po co tam chodzić? Wspinacze nienawidzą tego pytania, i często odpowiadają „bo są”. Niewzruszone jak sam Stwórca, ale przynajmniej je widać. Dłonie precyzyjnie wiążą prusika i wpinają ekspres, ściana w swym bezgranicznym miłosierdziu przejmuje cały nasz gniew i w którymś momencie dochodzi do ulotnego sojuszu ducha i ciała, w miejsce chaosu wstępuje ład. W tegoroczny styczniowy dzień, po nocy wietrznej i śnieżnej, gdy buda schroniska w Moku skrzypiała jak łódka na falach, wstał suchy i przejrzysty dzień. Słońce nie chciało się wzbić poza precyzyjnie wyrzeźbione szczyty. Można było sobie tylko wyobrażać, jak światło pieści południowe zbocza i spływa nimi na południe, wypełniając równiny Słowacji i Madziarów. Stały niepokojąco ostateczne, symetryczne i szare. Ale na litość, jak wtedy wierzyć, że za Mięguszami są Hińczowe Stawy, czaj z tatranskich bylin i gulasz w Wielickiej? Sprawa staje tu na ostrzu grani – za Mięguszami jest wszystko albo nic.

Górale z innej części świata, górale Rawang spod Himalajów Birmańskich, wierzą, że nie istnieje jedna historia. Edmund Leach, Brytyjczyk, wybitny antropolog i uczeń Bronisława Malinowskiego, zbierał wśród nich relacje z dawnej wojny, w której brało udział kilka klanów. Nie było dziwne to, że każdy z nich przedstawiał swoją, zupełnie inną wersję wydarzeń, lecz to, że nikt nie miał nic przeciwko istnieniu przeciwnej. Jeden z najwyższych statusów miał wśród Rawang bard, którego wynajmowano, żeby za pieniądze przedstawiał wariant opowieści po myśli płacącego. Leach postawił antropologię na głowie – społeczeństw nie można badać jako organizmów statycznych, bo wszystko, co społeczne, też płynie. Szukanie na siłę obiektywnej wersji jest tyleż żmudne, co niepotrzebne, bo to różnice mówią o nas najwięcej. Z Tatrami jest podobnie – pozwalają każdemu wyłuskać dla siebie ich-swoją historię. Zamiast o Oppenheimie mogłem napisać o Zaruskim. Zamiast o Riffie – o Małachowskim. Zamiast o Marusarzu – o jego siostrze Helenie, która miała mniej szczęścia i zginęła z rąk hitlerowców. Są obfite i plastyczne jak islam.

Teraz, gdy to piszę, jest 27 kwietnia 2015 roku. Siedzę w pustym pokoju na Tarasówce ponad Małym Cichem. Spędzałem w nim jako dzieciak całe wakacje, odkąd cokolwiek pamiętam. Rodzice w ramach wczasów pracowniczych dostawali tanie pokoje w miejscowej szkole. Całe dnie siedzieliśmy w lesie na grzybach albo na jagodach. Zawsze po przebudzeniu wychylałem głowę za okno, by sprawdzić, jak je widać. Zanim wszedłem na ich czubki, były rojeniem, ale na wyciagnięcie ręki. Tak zwana prawda spotykała się tam z fikcją i można było na nią nawet wejść okrakiem. Gdzieś już w podróży, gdy niebezpiecznie wyraźniały przed Nowym Targiem, zaczynało walić serducho. Droga do Małego Cichego wiła się jak w kreskówce przez smukły, czarny las. Pachniało drewnem i sieczką. Gdy wracałem, a powietrze koło Pcimia stawało się duszne i ciężkie od spalin, myśli przysłaniała zieleń lasów w Dolinie Tomanowej. Długo, do chwili, gdy zobaczyłem przez lornetkę ludzi na Kościelcu, nie wierzyłem, że można na nie wejść. Dlatego plecak po wakacjach wypełniały nowe albumy i pocztówki, by przygotować nieufny umysł na spotkanie z innym szczepem prawd. Przewodnik Józefa Nyki żółknął pod palcami, aż nauczyłem się go na pamięć, by jako tako zaspokoić wyobraźnię. A może w ogóle nie powinienem iść na Pyszną? Wszak spotkanie z rzeczywistością jest zawsze rozczarowaniem, tylko z tego względu, że obraca się we wspomnienie.

Siedzę na tarasie i patrzę na Tatry. Zbocza nad wsią, kiedyś zalesione, szpecą brązowe placki wyrębów, które podchodzą już pod Gęsią Szyję. Wytną wszystko – czy ktoś to w ogóle kontroluje? Jest cicho i słonecznie. Śnieg na szczytach jest już żółty, jakby nasiąkł światłem. Niżej jest już wiosna, która potrwa z dwa tygodnie, bo zaraz uderzy lato. Od paru lat nie ma zimy, jest sucho i przyroda nie wybucha. Śnieg jest tylko tam, na widnokręgu. W ten sposób Tatry zaspakajają kolejną tęsknotę. Jesienią zawsze przyjeżdżam tu na rydze. Dziesięć kilo w dwie godziny. Na Jurze to już niemożliwe. Tatry poza sezonem są jednym z ostatnich miejsc, które dają szansę na odosobnienie. Czasem, by to uczucie zintensyfikować, rozbijam zimą biwak na grani, najchętniej w dzień powszedni, by delektować się nią, gdy świat u stóp drga w padaczce świateł w jakimś koniecznym strachu przed zwolnieniem. Człowiek przewraca się z boku na bok, śnieg chrupie pod karimatą, para rozbija się o namiot. Wtedy wyraźnie czuć, że pośpiech nie jest w naszym ciele punktem, a wypełnia go, płynie, i człowiek zaczyna wierzyć, że zastrzyk takiej ciszy usypia go na zawsze, kapituluje, ale to tylko złudzenie. O zmierzchu poszarpany upłaz Starorobociańskiego wygląda z grani Ornaka jednoznacznie martwo i z miejsca przywołuje obrazy tych wszystkich odkrywanych egzoplanet i ich górskich pasm, Kepler 62s albo Gliese 163c, jak na wizualizacjach NASA – nic tylko światło, pył i wiatr po horyzont pod obcym niebem, aż myśl o istnieniu świata bez ludzi staje się zwyczajnie nie do zniesienia.

W styczniu szedłem na nartach na Gęsią Szyję, by potem zjechać do schroniska w Roztoce. Śnieg był niebieski, a gdzieś w żlebach Gerlacha wpadał w kobalt, zupełnie zlewając się z niebem. Człowiek wyłącza radio, zamyka auto, rusza w las, zaciąga się tym powietrzem i każdy ludzki umysł znów zaczyna krzesać jak opiłki myśli, które oczywiście wydają mu się genialne. Na szczycie nie było nikogo. Zbocza Waksmundu błyszczały jak cyna. Usłyszałem ludzkie głosy. Zbliżały się od strony Murowańca, to kawał drogi. Nagle zaczęli wyłaniać się z lasu. Ubrani w miejskie, flauszowe płaszcze i skórzane buty za kostkę zebrali się na szczycie jak kruki na dachu. Spoceni, umordowani, para biła od nich jak od wiejskich chłopaków po północy na wiejskim weselu, gdy w zimną jesienną noc wychodzą w koszulach na dwór. Ale ci byli inni, zupełnie niedzisiejsi, jacyś pełni ogłady, bo choć dosyć głośni, to bez tych typowych współczesnym nieskrępowanych bluzgów. Pomyślałem – tak, chłopaki z seminarium. Tym bardziej, że gdzieś z tyłu dokuśtykał do nich ksiądz. Gdy doszedł ostatni z grupy, spóźniony i zziajany, ściśnięci na wierchu odśpiewali mu piosenkę. Pierwszy raz ją słyszałem. Za nic nie potrafię jej odtworzyć w głowie, znaleźć w necie jakiś trop. Ładna była. Coś o powitaniu, a może o pożegnaniu? Serce, na pewno było tam serce. A diabli wiedzą, może i Bóg jakiś? Trzeba było zabrać dyktafon. Chciałem być sam, ale zupełnie mi nie przeszkadzali. Jak twierdzą znacznie mądrzejsi, odosobnienie jest zbawienne o tyle, o ile jest zbawienne dla innych. A może to byli śpiewacy operowi.


Psiklatka1

Ludziom skał

Teraz to już, ojciec, zmierzcha,
A ja wiszę jak gibon na tym czubku,
Który czarny pan w nienawiści do alpinistów
Wysmarował łajnem krów,
Których nie ma.

Teraz to już, ojciec, zmierzcha,
A naskórek horyzontu pruje się w bord,
Odsłaniając pochyłe wnętrze nieba.
Dlatego jeszcze nie zjeżdżam,
Dotykam dłońmi zimnej skały,
I oddaję jej swoje:

Nocą będzie kląć, sapać,
Kopać w pudła, rzucać talerzami,
Cierpieć na bruksizm, ryczeć, wychodzić,
Mocno trzaskać lasem.

Andrzej Muszyński
Krzykawa, 17.07.2014 r.

Przypis

  1. Popularna nazwa jednej z grup skał na Jurze

Komuna Warszawska czy Rzeczpospolita Partycypacyjna? Komitet Obywatelski miasta Warszawy, sierpień 1914 – sierpień 1915

Komuny, komitety, rady

Chodzi o regularne pojawianie się w toku rewolucji nowej formy władzy, która do złudzenia przypomina jeffersonowski system okręgów i bez względu na okoliczności wydaje się powtarzać wzór stowarzyszeń rewolucyjnych i rad municypalnych, które rozprzestrzeniły się w całej Francji po 1789 roku.

Hannah Arendt

Nieprzypadkowo w tytule odwołuję się do Komuny Paryskiej, choć zapewne łatwo będzie udowodnić, że więcej jest różnic niż podobieństw między tymi formami samoorganizacji miast stołecznych. Powstały w innych warunkach, organizowane były przez inne grupy społeczne, odwoływały się do zupełnie innej ideologii, inaczej były tworzone. A jednak jestem głęboko przekonany, że ta paralela ma swoje uzasadnienie. Co więcej, sądzę, że właśnie to porównanie samoorganizacji zrewolucjonizowanego Paryża i antyrewolucyjnej Warszawy wiele mówi o istocie oddolnych działań społecznych. Nie jest moim celem porównywanie tych historii, ale chciałem na to możliwe porównanie zwrócić uwagę. Również ramkay z Hannah Arendt, które pojawiają się przy poszczególnych częściach, mogą do takich zestawień – mam nadzieję – zachęcać. Traktuję tu bowiem komuny, komitety i rady jako różne nazwy tej samej, federalistycznej z natury, formy samoorganizacji, która jest organiczna (tzn. jest emanacją oddolnej aktywności, a nie odgórnych rozwiązań), spontaniczna (tzn. nie jest narzucona) i powstaje jako uzupełnienie – przynajmniej przez pewien czas – oficjalnych struktur (dwuwładza). To formy radykalnej partycypacji, a ci, którzy byli świadkami funkcjonowania rad, często zgadzali się ze sobą przynajmniej co do tego, że rewolucja dała początek odrodzenia demokracji bezpośredniej (Arendt, s. 266).

Zmowa powszechna przeciwko rządowi, czyli prawdziwy samorząd

W przeciwieństwie do rozumu, władza człowieka jest „nieśmiała i ostrożna, gdy pozostaje w osamotnieniu”, lecz po prostu nie istnieje, jeśli nie może się wesprzeć na innych; najpotężniejszy król i pozbawiony jakichkolwiek skrupułów tyran są bezradni, jeśli nikt ich nie słucha, czyli nie wspiera ich przez posłuszeństwo – w polityce bowiem posłuszeństwo i wsparcie to jedno i to samo.

H. Arendt

Ideowych inspiracji działania komitetów obywatelskich szukać trzeba chyba w efektach i echach rewolucji 1905 roku. Dla wielu było to kolejne powstanie, dla wielu jednak było też ostrzeżeniem przed nadchodzącą rewolucją socjalną. Jednak społeczeństwo polskie, stłamszone po powstaniu styczniowym, odżyło, a ustępstwa porewolucyjne dawały szanse na nowe formy organizacyjne. Powstawały różnego rodzaju inicjatywy – towarzystwa, spółdzielnie. Ich tworzenie nabierało nowego znaczenia w kontekście pewnej strategii, która choć nierealizowana w pełni, zdobyła umysły i serca wielu Polaków.

Chodziło o broszurę Edwarda Abramowskiego „Zmowa powszechna przeciw rządowi”, która pokazywała sposób walki: Dopóki nie mamy jeszcze siły, by go wypędzić, musimy pod przymusem płacić podatki i stawać do wojska. Ale dobrowolnie pomiędzy nami i rządem rosyjskim nie powinno być nic wspólnego. Nie będziemy odtąd korzystać z żadnych jego praw ani sądów, ani ze szkół, ani z policji; nie będziemy odtąd przyjmować żadnej służby rządowej ani pomagać przy dostawach dla wojska, ani kupować rządowych papierów i wódki. Żadnej łączności z najeźdźcami, żadnego zbliżenia się! […] Za pomocą zmowy powszechnej uczynimy rządowi carskiemu życie ciężkie, trudne, nieznośne w Polsce; wprowadzać go będziemy w nieustanne kłopoty, w rozprzężenie, w zastój wszystkich robót. Ale to nie jest jedyna korzyść zmowy. Jest jeszcze druga, niemniej ważna. Zerwaliśmy stosunki z rządem – będziemy musieli zacząć sami tworzyć swoje życie społeczne; będziemy musieli uczyć się żyć jako ludzie wolni, którzy obchodzą się bez pomocy rządu. I to będzie korzyść dla nas samych. […] Tym sposobem walka nasza z rządem będzie to walka twórcza; będzie to zarazem tworzenie przez nas nowego życia społecznego, życia ludzi wolnych; będzie to stopniowe, lecz ciągłe budowanie tej Rzeczypospolitej ludowej polskiej, której tak pragniemy, a która przez nikogo nam dana nie będzie, dopóki my jej sami nie stworzymy.

Abramowski wzywał do zakładania m.in. szkół, straży ochronnych, towarzystw wzajemnych, sądów rozjemczych – wszystko to później zrealizują Komitety Obywatelskie. Namawiał do budowania – sięgnijmy po pojęcie z czasów stanu wojennego – społeczeństwa podziemnego, które, o ile może, działa legalnie, ale za tą działalnością kryją się dodatkowe cele, inne znaczenia.

Najbardziej niewinne z punktu widzenia władzy były organizacje kulturalne (np. śpiewacze) czy sportowe, ale i tu pod przykrywką sportu tkwiła myśl głębsza, jeśli ręka w rękę z ćwiczeniami i zawodami fizycznymi szła idea niepodległości i oświaty narodowej (Księga Pamiątkowa, s. 44). Idea bojkotu szkoły – w 1905 r. odbył się długotrwały strajk szkolny – doprowadziła m.in. do powstania Polskiej Macierzy Szkolnej, a wezwanie do samodzielności ekonomicznej spowodowało duże poparcie dla idei spółdzielczości, tak że w przeddzień wojny istniały już 1402 „stowarzyszenia współdzielcze” z ponad 680 tysiącami członków. A mówimy tu tylko o organizacjach jawnych, rejestrowanych przez państwo zaborcze. Tak oto przed rokiem 1914 społeczeństwo przygotowane było mentalnie (potrafiło sobie to wyobrazić jako ideę) i organizacyjnie, żeby sięgnąć po władzę.

Rola organizacji, czyli zorganizowane społeczeństwo

Spośród wszystkich aspektów konfliktu pomiędzy stowarzyszeniami a rządem, decydującym – co ciekawe – okazał się ostatecznie ten, że stowarzyszenia nie miały charakteru partii.

H. Arendt

Różne były sposoby powstawania Komitetów Obywatelskich. Wiele wskazuje na to, że przede wszystkim były to inicjatywy straży obywatelskich. W Warszawie już 28 lipca 1914 r. planowano stworzenie Straży Obywatelskiej, która by na wypadek opuszczenia Warszawy przez Rosjan stała się polską władzą wykonawczą, mogącą zapewnić stolicy spokój i bezpieczeństwo. Dwie były organizacje, przy których pomocy plan powyższy mógł być urzeczywistniony: Koło Prawników Polskich, którego prezesem był Leon Supiński, i związek towarzystw gimnastycznych ze śp. adwokatem Stanisławem Popowskim na czele (Kroński, s. 5).

Z kolei zebrani dnia 30 lipca roku 1914 w Dąbrowie delegaci miejscowych gniazd sokolich postanowili zająć się utworzeniem w każdej miejscowości straży obywatelskiej. […] władze opuściły Zagłębie Dąbrowskie w nocy dnia 31 lipca roku 1914, już rano dnia 1 sierpnia ludność miejscowa w całym Zagłębiu Dąbrowskim ujrzała na ulicach uzbrojonych w rewolwery i broń myśliwską członków straży obywatelskich i straży ogniowych z odznakami w postaci białych przepasek na lewym ramieniu z różnymi naszyciami koloru niebieskiego zależnie od sprawowanej władzy (Srokowski, s. 144). Na tworzenie komitetu – pisali twórcy KO w Płocku – drogą wyborów nie ma czasu, wobec tego niżej podpisani zawiązali Komitet, który zaproszony do współdziałania instytucji Straży Ogniowej i Towarzystwa Wioślarskiego (w celu utworzenia milicji miejskiej) objął przede wszystkim nadzór nad więzieniem, kasą miejską – i czuwać będzie nad utrzymaniem porządku w mieście. W ostatecznym składzie komitetu znaleźli się m.in. dyrektor Wzajemnego Kredytu, dyrektor Syndykatu Rolniczego, prezes Płockiego Związku Towarzystw Drobnego Kredytu, dyrektor Towarzystwa Kredytowego Miejskiego, dyrektor stowarzyszenia „Zgoda”, przewodniczący Zarządu Kasy Chorych. W Milanówku Komitet Obywatelski powstał na zebraniu przedstawicieli miejscowych organizacji społecznych, a mianowicie: Tow. Straży Ogniowej, Tow. Letniczego Milanowskiego, Tow. opieki na rodzinami rezerwistów, Tow. Spółdzielczego „Społem”, Komitetu Budowy Kościoła w Milanówku (Krasnodębski).

Rola organizacji społecznych była więc w tym wypadku ogromna. Podobnie było i w Warszawie. Nie dość, że w skład Komitetu weszli zasłużeni działacze społeczni – przewodniczącym został Zdzisław hr. Lubomirski (m.in. były prezes Warszawskiego Towarzystwa Dobroczynności i prezes Towarzystwa Popierania Pracy Społecznej), a zastępcą Piotr Drzewiecki (prezes Towarzystwa Wyższych Kursów Naukowych) – to wsparcia udzieliły mu wszystkie znaczące organizacje. Były wśród nich m.in. Warszawskie Towarzystwo Wioślarskie – korporacja tak liczna, jak wioślarska, dostarczy kadry gotowe do pracy we wszystkich sekcjach, na które Komitet Obywatelski podzielił swoje prace; Towarzystwo Cyklistów – zaoferowało do dyspozycji sekcji informacyjno-prasowej swoje pogotowie cyklistów; Towarzystwo Literatów i Dziennikarzy, Stowarzyszenie Nauczycielstwa Polskiego, Towarzystwo Ochrony Kobiet i Stowarzyszenie Kobiet Polskich (Achmatowicz, s. 187). Dodajmy jeszcze Warszawskie Towarzystwo Farmaceutyczne, które oddało do dyspozycji lokal przy ul. Długiej 16 na skład środków opatrunkowych i najpotrzebniejszych lekarstw, oraz przyjęło obowiązek zbierania ofiar w zakresie artykułów leczniczych oraz środków materialnych. Członkowie Związku Rzemieślników Chrześcijańskich zaciągnęli się do służby Straży Obywatelskiej lub do Sekcji sanitarnej, której oddziały pracowały na dworcach kolejowych i w Szpitalu Wojskowo-Ujazdowskim, pełniąc dyżury, w przeciągu trzech miesięcy bez przerwy dniem i nocą. Z kolei Dolina Szwajcarska otworzyła szeroko swe podwoje dla bezdomnych zbiegów. Około tysiąca Kaliszan znalazło przytułek i opiekę w gościnnych murach Tow. Łyżwiarskiego (za: Księga 1928).

Dodatkowo całemu ruchowi komitetów obywatelskich patronowało (ale też w pewnym stopniu stanowiło kościec organizacyjny) Centralne Towarzystwo Rolnicze, skupiające całe społecznie czynne ziemiaństwo polskie (około 2000 członków) oraz ogromną większość uspołecznionego włościaństwa (około 20 000 członków kółek) (Grabski, s. 2).

Zarys historii komuny, czyli kilka dat i faktów

Zobaczyli teraz na własne oczy raptowny rozpad starej władzy i nagłą utratę kontroli nad środkami przemocy, połączone z zadziwiającym tworzeniem się nowej struktury władzy zawdzięczającej istnienie niczemu innemu jak organizacyjnym impulsom samego ludu.

H. Arendt

1 sierpnia 1914 r. w mieszkaniu prezesa Towarzystwa Czetwertyńskiego na zebraniu działaczy społecznych i przedstawicieli instytucji (Sprawozdanie, cz. I, s. 7) zapadła decyzja o powołaniu Komitetu Obywatelskiego. Przedstawiony generał-gubernatorowi wniosek zakładał działanie komitetu w porozumieniu z magistratem miasta Warszawy (zarząd miasta nominowany przez administrację carską) w obszarze dowozu i zabezpieczenia prawidłowego rozdziału artykułów pierwszej potrzeby, uruchomienia środków finansowych, wyszukiwania pracy dla osób bez środków do życia oraz organizacji pomocy dla rodzin rezerwistów, a także sprawy bezpieczeństwa publicznego. 3 sierpnia generał-gubernator zatwierdził proponowany skład Komitetu z ks. Lubomirskim na czele, jednak umiejscowił Komitet „przy magistracie” i wykreślił punkt o bezpieczeństwie publicznym.

Organizacje społeczne zgłaszały swój akces do pracy w poszczególnych sekcjach. 4 sierpnia Komitet wydał pierwszy komunikat, w którym określił swoją strukturę i podział na sekcje – ogólną, aprowizacyjną, informacyjną, pomocy rodzinom rezerwistów, finansową, sanitarną, znajdowania pracy dla bezrobotnych i prawną. Komitet szybko rozwijał działalność, np. 6 sierpnia sekcja żywnościowa urządziła własne sklepy dla sprzedaży produktów spożywczych (Dębicki, s. 290). Na spotkaniu obywateli Pragi powstał oddzielny Praski Komitet Obywatelski w przewidywaniu tej ewentualności, że Wisła mogłaby tworzyć linię bojową pomiędzy walczącymi armiami (Grabski, s. 32). 7 sierpnia ustanowiono „opiekunów domowych”, 13 sierpnia – KO zorganizował „wykłady dla sanitariuszek”. 23 sierpnia, w wyniku napływu do Warszawy bezdomnych z Kalisza, Piotrkowa i Płocka oraz konieczności roztoczenia nad nimi specjalnej opieki, powstała odpowiednia Sekcja KO. 13 października w związku z możliwością opuszczenia miasta przez Rosjan uformowała się milicja obywatelska, 2 grudnia powstała pierwsza „herbaciarnia dla inteligencji”, 20 lutego pojawiły się „kuchnie ruchome” (Dębicki, s. 292).

Zwiększenie się liczby Sekcji, wypływające ze zwiększenia i zróżniczkowania objętych przez Komitet Obywatelski prac, postawiło na porządku dziennym sprawę ujednostajnienia, usystematyzowania i skoordynowania działalności poszczególnych Sekcji, które dotąd pozostawały pomiędzy sobą w dość luźnym stosunku (Sprawozdanie, cz. I, s. 9). Nowa struktura, która zaczęła obowiązywać od 1 maja 1915 r., kierowana była przez Prezydium, składające się z przewodniczącego, wiceprzewodniczącego, sekretarza i skarbnika, oraz przewodniczących Wydziałów. Wydziały były cztery (spraw ogólnych, dobroczynności, pomocy dla ludności i finansowo-gospodarczy) i koordynowały prace przypisanych im sekcji i komisji.

Rok po rozpoczęciu wojny front zbliżył się do Warszawy. 26 lipca 1915 r. Komitet Obywatelski m. Warszawy po raz kolejny przystąpił do kompletowania straży obywatelskiej, 27 lipca przejął straż ogniową, utworzył wydział spraw miejskich i mianował kuratorów do roztoczenia opieki nad gmachami mieszczącymi zbiory oraz instytucje naukowe i artystyczne. 5 sierpnia w opuszczonej przez Rosjan Warszawie ukazało się obwieszczenie Komitetu Obywatelskiego. Niemcy usankcjonowali rządy Komitetu, mianując prezydentem m. Warszawy Zdzisława ks. Lubomirskiego, przewodniczącego Komitetu Obywatelskiego m. Warszawy (został on też nowym przewodniczącym Centralnego Komitetu Obywatelskiego). Władza obywatelska przejmowała coraz więcej zadań. Straż Obywatelska pilnowała porządku w mieście, Komisja więzienna uwolniła 40 więźniów politycznych, rozpoczął pracę Trybunał obywatelski, powołano 15 sądów pokoju, powstał Wydział Oświecenia.

Komitet Obywatelski z jednej strony przejął pełną odpowiedzialność za miasto, z drugiej musiał się zmierzyć z problemami uciążliwej okupacji niemieckiej. Przyniosło to wiele sukcesów, od symbolicznych (przywrócenie Syrenki jako godła miasta i uznanie stołeczności Warszawy) do konkretnych (budowa polskiego szkolnictwa z otworzeniem działalności Uniwersytetu Warszawskiego i Politechniki Warszawskiej), ale też powodowało liczne trudności. Wynikały one z naprawdę trudnej (głodowej) sytuacji ekonomicznej oraz z niedogodności okupacji. Przytoczmy ramka dotyczący Straży Obywatelskiej: Niektóre czynności wykonawcze S. O. nie mogły nie wywoływać odrazy w społeczeństwie, jak na przykład dokonywanie rekwizycji z rozkazu i na rzecz wojska niemieckiego. Ile taktu, spokoju i opanowania wymagała chociażby taka rekwizycja koni lub przedmiotów mosiężnych, jako to klamek u drzwi, naczyń kuchennych itp. Ludzie, dotknięci taką rekwizycją, nie zawsze zdawali sobie sprawę, z jak ciężkim sercem członkowie Straży wykonywali polecenia władz okupacyjnych, aby w ten sposób uchronić społeczeństwo od stokroć gorszej rzeczy – od dokonywania rekwizycji bezpośrednio przez Niemców (Kroński, s. 21).

Po rozwiązaniu wszystkich innych Komitetów tylko warszawski przetrwał, powoli przekazując środki i działania Zarządowi Miasta, który organizacyjnie i personalnie z Komitetem był już zespolony. Przygotował też propozycję ordynacji wyborczej do samorządu Warszawy, ale wypracowany projekt nie odpowiadał zamiarom okupantów, którzy uznali go za zbyt radykalny i pod pretekstem niedostarczenia im tego projektu w należnym terminie rozwiązali K.O. m W. dnia 10 maja 1916 roku, a więc przedtem nim powstała Rada Miejska […] Dzięki poprzedniemu przelaniu funkcji wykonawczych na zarząd Miasta, zamknięcie Komitetu nie stanowiło już katastrofy (Grabski, s. 137).

Przytoczmy niektóre z dokonań Komitetu Obywatelskiego miasta Warszawy w pierwszym roku działalności:

  • Sekcja Ogólna (główna władza Komitetu – patrz dalej) – 187 posiedzeń pełnych i 103 zebrania prezydium,
  • Sekcja Finansowa – ogółem wpływy: 1 842 404,52 rubli (w tym prawie 700 000 z darowizn),
  • Sekcja Żywnościowa – 68 sklepów we wszystkich dzielnicach, w których sprzedano ponad 5 tys. ton produktów za ponad 6 mln rubli,
  • Komisja Rozdawnictwa – wydała m.in. 907 247 porcji żywnościowych, 908 165 bochenków chleba, 1 928 891 obiadów i 13 297 bonów na mleko […] Dzięki tak zorganizowanej pomocy nie było, pomimo klęsk i nędzy ogólnej, wypadków śmierci głodowej w Warszawie,
  • Sekcja Bezdomnych Chrześcijan dała przytułek 57 946 osobom, a Sekcja Bezdomnych Żydów udzieliła 636 411 noclegów,
  • Komisja Opieki nad Dziećmi – dzięki jej pracy m.in. w czterdziestu zakładach sekcji znalazło przytułek przeszło 4000 dzieci.

Takich liczb w „Krótkim zarysie działalności Komitetu Obywatelskiego m. Warszawy za czas od 1 sierpnia 1914 r. do 5 sierpnia 1915 r.” znajdziemy znacznie więcej.

Neutralność i apolityczność

Co bowiem było w radach istotne, to oczywiście nie tylko fakt, że przecinały one wszystkie linie partyjne i że zasiadali w nich wspólnie członkowie różnych partii, lecz to, że takie członkostwo partyjne nie odgrywało tam żadnej roli.

H. Arendt

Czy warszawskiemu Komitetowi Obywatelskiemu należy się palma pierwszeństwa? Nie ma w tej kwestii pewności. Można uznać, że wydarzenia w Dąbrowie Górniczej czy Płocku oznaczały wcześniejsze przejęcie władzy przez zorganizowanych obywateli. Jednak, jak twierdzi Aleksander Achmatowicz, były to w pierwszym momencie działania doraźne, natomiast w Warszawie stworzono nową jakość w życiu publicznym Polaków w Królestwie o charakterze politycznym i trwałym – była to regulacja co najmniej na cały okres wojny (Achmatowicz, s. 186).

Jak to się stało, że te oddolnie tworzone organy samorządu, właściwie prawnie nieumocowane (jakieś komitety przy Magistracie), po pierwsze uzyskały akceptację Rosji, a po drugie potrafiły przetrwać zmianę władzy? Co prawda państwa osi zlikwidowały w październiku Centralny Komitet i lokalne komitety obywatelskie (poza Warszawą), co jednak oznacza, że:

  1. na obszarach zajętych w sierpniu 1915 r. sprawowały one swoją funkcję przez dwa kluczowe miesiące (a na terenach zajętych wcześniej nawet ponad rok),
  2. większość członków stała się członkami nowo wybranych rad, a działalność ratunkowa prowadzona była przez rady opiekuńcze (z Radą Główną Opiekuńczą) kontynuujące prace komitetów na terenach zajętych przez Niemców, a na terenach zajętych przez Austro-Węgry – przez komitety ratunkowe (z Głównym Komitetem Ratunkowym w Lublinie).

Można różnie oceniać tę działalność, ale nie powinno się jej nie doceniać. O sukcesie, moim zdaniem, zadecydowały dwie zasady – neutralności i apolityczności. Czy komitety obywatelskie (szczególnie te powstające i działające pod administracją rosyjską) mogły zachować neutralność przy zabieganiu o środki u rządu w Moskwie, uzgadniając swoje decyzje z carskimi urzędnikami? Tu zacytujmy informację Kazimierza Srokowskiego, który organizował straż obywatelską w Zagłębiu Dąbrowskim już 30 lipca i tak definiował niezależność: Na dwa dni przed wejściem do Zagłębia Dąbrowskiego pierwszych patroli pruskich wstrzymany został ruch na miejscowych kolejach żelaznych. Zdążyła jeszcze przybyć do mnie sztafeta sokolska od prezesa naszego Związku z zawiadomieniem, że Sokolstwo w Królestwie Polskim w przewidywanej wojnie stoi na stanowisku neutralnym […] Zawiadomienie powyższe było dla mnie rozkazem (Srokowski, s. 154). Podkreśla on również, na pochwałę wojsk niemieckich, że nie żądały one nigdy ani od miejscowych władz obywatelskich, ani od ludności takich usług, które wkraczały w dziedzinę działań wojskowych (s. 183). Pamiętajmy, że w czasie wojny łatwo było być posądzonym o sprzyjanie wrogowi (Srokowski był o to oskarżony i spędził sporo czasu w więzieniu i na wygnaniu) lub zdradę, a kary były wysokie. Nie dziwią tu zapisane w pamiętniku słowa żony przewodniczącego warszawskiego Komitetu Obywatelskiego, który zdecydował się zostać z Komitetem, a nie wycofać z wojskami rosyjskimi: Już skompromitowany wobec Prusaków Zdziś pozostaje w Warszawie dla sprawy polskiej, poświęca się, […] ale niech mu się tu noga pośliznie […] a będzie wisiał, gdy Rosjanie powrócą (Pamiętnik, s. 206). Tak oto zasada neutralności oznaczała, że wszelka działalność, mająca na celu popieranie lub przeszkadzanie przez straże obywatelskie, jako takie, czy to zarządzeniom władz wojskowym, jako stron wojujących, czy to działalności jakichkolwiek stronnictw politycznych, była surowo wzbroniona (Srokowski, s. 145).

Ostatnia część ramkau dotyczy już apolityczności. Wiele osób wskazuje na ogromny udział osób związanych ze Stronnictwem Narodowo-Demokratycznym i Stronnictwem Polityki Realnej w składzie komitetów. Ale wydaje się, że i w deklaracjach, i w działaniu zachowali oni neutralność polityczną. Tak to później opisywano: [w] myśl jednak założeń zasadniczych, które przyświecały przy tworzeniu C.K.O. [mowa tu o Centralnym Komitecie Obywatelskim, ale dotyczyło to wszystkich komitetów – przyp. P. F.] w kraju, nie mógł się on bynajmniej ograniczać do roli czynnika ratunkowego, lecz miał być i był również czynnikiem konstrukcyjnym w sprawie odbudowy samodzielności państwowej Polski. Z góry wyłączone przy tym było traktowanie przez C.K.O. tej sprawy ze stanowiska politycznego, gdyż C.K.O. nigdy nie sięgał po rolę reprezentacji politycznej. Dlatego też, we wszystkich związanych z państwowością polską sprawach, które, jako sporne ze stanowiska polityki polskiej, wymagały opinii stronnictw politycznych, a często wywoływały wzajemną ich walkę, C.K.O. trzymał się zupełnie na uboczu. Natomiast wszędzie, gdzie sprawy, tyczące się państwowości polskiej, miały cechy bezspornych postulatów interesu narodowego, C.K.O. występował czynnie z własną inicjatywą i pracą (Centralny… 1919, s. 210). Komitet Obywatelski miasta Warszawy obejmował pomocą wszystkich mieszkańców i przyjezdnych – niezależne, choć finansowane przez komitet działania samopomocowe prowadził Robotniczy Komitet Gospodarczy, obok Sekcji Bezdomnych Chrześcijan działała Sekcja Bezdomnych Żydów, zaś skład Komitetu na jesieni 1915 r. powiększono w drodze kooptacji o sześciu przedstawicieli klasy robotniczej i jej ugrupowań, w tym o Ludwika Krzywickiego.

Niezależność, czyli dwuwładza

Albowiem wolność polityczna, mówiąc ogólnie, albo oznacza prawo do „uczestnictwa w rządzeniu”, albo nie oznacza nic.

H. Arendt

Czym więc był Komitet Obywatelski? Jedynie uzupełnieniem biurokratycznego Zarządu Miejskiego o „pierwiastek społeczny”, powołanym do realizacji bardzo ograniczonych celów ratowniczych? Formalnie tak, w rzeczywistości zaś:

  1. ramy kompetencyjne rozszerzane były w praktyce przez pojawiające się potrzeby i celową działalność osób zaangażowanych w prace Komitetu,
  2. ciało doradcze w istocie było ciałem decyzyjnym.

Tak to tłumaczy Grabski: Nadanie przez władze Komitetowi charakteru urzędowego, przez powiązanie go z Magistratem i poddanie pod przewodnictwo prezydenta miasta, miało strony dodatnie, ponieważ ułatwiało zabiegi wymagające współdziałania i sankcji władz, z drugiej jednak strony krępowało poniekąd samodzielność Komitetu, jako organu wyłonionego ze społeczeństwa. Wyjście z tej sytuacji znaleziono analogicznie do tego, z jakiego skorzystał C.K.O. Wytworzono więc Sekcję Ogólną, w skład której weszli wyłącznie członkowie obywatele, a która stanowiła właściwy, chociaż nieurzędowy Komitet, to jest organ naczelny, kierujący całą społeczną robotą organizacji Komitetowych i mający na czele Prezydium […] Oficjalnie zaś, tj. wobec władz, Komitetem było to samo grono osób, zbierające się na tak zwanych Plenarnych Posiedzeniach pod przewodnictwem prezydenta miasta, Rosjanina, z udziałem jeszcze innych osób urzędowych (Grabski, s. 31). Działało to tak, że propozycje uzgodnione w Sekcji Ogólnej były przedstawiane na sesji Plenarnej do akceptacji czynników administracyjnych, a wiele działań odbywało się poza obszarem decyzyjnym Magistratu – to Magistrat dokładał się do budżetu Komitetu Obywatelskiego w działaniach, do których udało się przekonać administrację na Plenarnych Posiedzeniach.

Ta dwuwładza – posiadająca umocowanie prawne, ale brak społecznego poparcia, administracja magistratu oraz aktywna, oparta na społecznym zaangażowaniu administracja Komitetu Obywatelskiego – pozwalała na niezależne działania. Chociażby na emisję własnych pieniędzy zastępczych – w Warszawie do tego nie doszło, ale w wielu miejscowościach brak drobnych powodował konieczność wypuszczania bonów poręczonych przez Komitety. Zdarzały się i takie sytuacje, jak ta, gdy 7 stycznia 1915 r. warszawska izba skarbowa przystąpiła, wbrew decyzji rady ministrów, do egzekwowania zaległych podatków (komitety, choć nie było to zasadą, organizowały zbiórkę podatków, a także różnego rodzaju opłat), a po odejściu Rosjan K.O. m. Warszawy wypuścił, po sprawdzeniu, 40 więźniów politycznych. Po wejściu Niemców Komitet stał się w pełni samodzielny, ale konieczność lawirowania między potrzebami mieszkańców a narzucanymi prze okupanta ciężarami stwarzała problemy i powoli obniżała ogromne poparcie społeczne dla tej formy władzy obywatelskiej.

Partycypacja, czyli demokracja uczestnicząca

Taka zaś auto-selekcja, daleka od arbitralnej dyskryminacji, stworzyłaby w istocie podstawę i urzeczywistnienie jednej z najważniejszych swobód negatywnych, jakimi cieszymy się od schyłku starożytności, a mianowicie – wolności od polityki.

H. Arendt

To, jak powstawały komitety, jest rzeczą ważną. Przytoczyłem wcześniej ramka, gdzie napisano, że w Płocku na wybory czasu nie było. Co więcej, jak czytamy w sprawozdaniu C.K.O., nigdzie Komitety Obywatelskie nie powstawały drogą wyborów, a nigdzie nie było sporu o to, kto ma pełnić obowiązki (za: Achmatowicz, s. 317). Zasada była prosta – do pracy stawały osoby, które swoim doświadczeniem (udział w organizacjach społecznych) gwarantowały umiejętność organizacji zadań, a z drugiej strony miały możliwość poświęcenia się pracy społecznej. W końcu praca była intensywną, wydatną, a przy tym kontentowano się małym wynagrodzeniem, często nawet pracowano darmo (Grabski, s. 22). Dotyczyło to także Straży Obywatelskiej, w której członkowie nie otrzymywali wszakże za swą pracę żadnego wynagrodzenia. Zapomogi, dawane szarżom niższym, i to w wyjątkowych wypadkach, były bardzo niewielkie, nie mogły więc być uważane za wynagrodzenie, które by pociągało do zapisywania się w kadry Straży (Kroński, s. 31). W sytuacji, gdy Komitety powstawały już bardziej systematycznie (wg Regulaminu C.K.O.), odbywało się to w następujący sposób: zwoływane było zebranie osób, cieszących się ogólnym zaufaniem w danej okolicy, i te spomiędzy siebie wybierały ⅔ członków Komitetu; wybrani zaś uzupełniali komplet przez kooptację osób (Grabski, s. 16).

Ciekawą formę przyjęły Komitety Obywatelskie w Zagłębiu Dąbrowskim i warto o nich wspomnieć jako o tych, które – z uwagi na zajęcie terenów Zagłębia już na samym początku wojny – nie podlegały bezpośredniemu oddziaływaniu C.K.O. Tamtejsze rady miejskie, gminne i wiejskie (w nawiasie zawsze pisano „komitety obywatelskie”) były wybierane w dwojaki sposób. Według typu pierwszego zebranie poważniejszych mieszkańców w danej miejscowości wybierało członków rady miejscowej [Komitetu Obywatelskiego – przyp. P. F.], która następnie tworzyła komitety [odpowiadało to Sekcjom w Komitetach po drugiej stronie frontu – przyp. P. F.] w celu czynienia zadość poszczególnym potrzebom życia, ekonomicznego i społecznego w tej miejscowości, ten typ ustalił się w Sosnowcu, Będzinie i Strzemieszycach. Według typu drugiego […] zebranie poważniejszych mieszkańców wybierało członków komitetów [sekcji – przyp. P. F.], a rada miejscowa [komitet – przyp. P. F.] składała się z przedstawicieli wszystkich komitetów po jednym z każdego, wybieranych przez pomienione komitety: ten typ ustalił się w Dąbrowie, Zagórzu, Ząbkowicach, Czeladzi, Gołonogu, Grodźcu i innych miejscowościach (Srokowski, s. 148). Zagłębie dość szybko stworzyło reprezentacje wszystkich komitetów. Pierwsze spotkanie rady okręgowej (czyli komitetu) odbyło się w Dąbrowie 26 września 1914 r.

Podobnie powstał po stronie rosyjskiej Komitet Guberni Lubelskiej. W dniach 16–17 stycznia 1915 r. zorganizowano wyborczy zjazd komitetów lokalnych. Na wiosnę zrzeszał on już 10 komitetów miejskich, 5 powiatowych, 15 okręgowych (działających w kilku gminach) i 16 gminnych. Podobna idea przyświecała również CKO, gdzie przewidywany był udział przedstawicieli wszystkich zawiązujących się głównych Komitetów Obywatelskich, na co nie zgodziły się władze carskie (Achmatowicz, s. 336). Tu podobieństwo do rad opisywanych przez Arendt jest wyraźne – zorganizowani samorzutnie obywatele byli zarazem osobami, które troszczyły się o sprawy publiczne i miały inicjatywę; stanowili oni elitę polityczną ludu wyłonioną przez rewolucję. Następnie z tych elementarnych republik członkowie rad wybierali swoich delegatów do kolejnej, wyższej rady, a ci znowu byli selekcjonowani przez równych sobie (Arendt, s. 281).

Czy taka struktura może być trwała? Czy to, że nigdy się nie udało, oznacza, że to nierealne, czy może tylko tyle, że nie było sprzyjających warunków? Na pewno nie jest to rozwiązanie, które samo w sobie nie niesie niebezpieczeństw. Komitety, szczególnie w końcowej części swej historii, były krytykowane. Pojawiały się np. głosy, że system arystokratyczno-demokratyczny stanowczo nie wytrzymał próby czasu. Polega on na tym, że uznaje się wprawdzie formy demokratyczne ustroju, ale równocześnie mniema się, że jedynie dobrze wprawiają w ruch te formy arystokraci. To zmieszanie sprawia wszelako, że arystokracja nie wprowadza do ustroju swych najlepszych czynników, a natomiast demokracja ujawnia swe najgorsze: po wierzchu służalstwo i pochlebstwo, spodem nadużycia i defraudacje. Arystokraci się nie zdemokratyzowali, a demokraci się nie zarystokratyzowali (Gospodarka…, s. 582). Dalej autor jednak pisze: Tymczasem nie ulega kwestii, że wprawdzie pewna ilość ludzi, gdy Rosjanie ustąpili z Warszawy, chciała rzetelnie służyć ogółowi, ale też i niemała była ilość takich, którzy zmiarkowali, że jest do zrobienia doskonały interes. […] Historia odpowie szczegółowo na to zagadnienie, a jej wyroku się nie uniknie. Dziś trudno powiedzieć, ile w tych zarzutach było prawdy, ile efektów nacisku okupanta, a ile politycznego wyrachowania. Pewne jest natomiast, że ostatnie zdanie się nie sprawdziło.

Złośliwość historii, czyli zapomniany eksperyment

Nawet ci historycy, których sympatie stały wyraźnie po stronie rewolucji i którzy nie mogli w swych kronikach nie wspomnieć o wyłanianiu się rad ludowych, widzieli w nich jedynie tymczasowe organa rewolucyjnej walki o wyzwolenie; nie rozumieli więc, w jak poważnej mierze system rad stawia ich wobec całkowicie nowej formy ustrojowej – wobec nowej, otwartej dla wolności przestrzeni publicznej, którą ustanowiono i zorganizowano podczas samej rewolucji.

H. Arendt

Dlaczego ten fragment naszej historii został zapomniany? Przecież nie sposób dziś mówić o historii polskiej samorządności, policji państwowej, pomocy społecznej, sądownictwa, szkolnictwa (w tym szkolnictwa wyższego), a nawet poczty polskiej czy polskiej statystyki, bez odwołania się do dokonań Komitetów Obywatelskich. W Łodzi i okolicach szacuje się liczebność milicji obywatelskiej na 12 tys. ludzi, czyli – jak stwierdza Achmatowicz – była to liczba nie mniejsza niż Legionów Polskich (Achmatowicz, s. 332). A pamiętajmy, że wspomniane liczby dotyczące efektów działań na terenie Warszawy należy powiększyć o działalność na terenie całego Królestwa Polskiego. Na przykład C.K.O. zorganizował pracownie rzemieślnicze, szewskie, krawieckie, stolarskie i szwalnie, dając pracę 2321 osobom; w te przedsiębiorstwa włożyło 319 000 rub. kapitału obrotowego. […] Schronisk stałych dla osób, zupełnie niezdolnych do utrzymania się o własnych siłach oraz dzieci, pozbawionych opieki, C.K.O. urządził 108, w których znajdowało całkowitą opiekę 10 000 osób dorosłych i dzieci (Grabski, s. 24). Niestety nieczęsto się o tym wspomina.

Równie ciekawe, jak sama historia Komitetów Obywatelskich w Królestwie Polskim lat 1914–1915, jest poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, dlaczego te wydarzenia tak łatwo zostały zapomniane. Wielki społeczny zryw i samoorganizacja na miarę budowania od podstaw nowoczesnego państwa zostały odesłane, właściwie bezrefleksyjnie, do lamusa historii. Myślę, że warto szukać nie tylko faktów, ale także uzasadnienia, dlaczego nie mieszczą się w ogólnie przyjętej „narracji historycznej”.

Moim zdaniem jest kilka powodów, dla których nie pamiętamy o komitetach obywatelskich z tamtych lat. Po pierwsze, to skutek naszego podejścia do historii. W budowaniu opowieści najczęściej szuka się logiki walki i zbrojnych rozstrzygnięć lub intencji politycznych, czyli sekwencji zdarzeń, która powoduje, że ta lub inna opcja osiąga przewagę. Narracja wykraczająca poza wojenne zmagania i polityczne spory wydaje się nieistotna i z tego powodu chętnie jest pomijana lub co najmniej pomniejsza się jej rolę. Historia ludzi z różnych powodów podejmujących działania, których celem są nie spektakularne zwycięstwa, lecz systematyczna praca dla innych, nie wydaje się wystarczająco atrakcyjna. W pamięci zostają nam raczej kłótnie polityczne niż dowody na to, że można, mimo różnic ideologicznych, współpracować.

Po drugie, na działalności komitetów ciąży oskarżenie o współpracę z zaborcą. Oto komitety obywatelskie nie tylko deklarowały współpracę z administracją carską, ale też starały się wydobyć od niej na swoje działania jak najwięcej środków. Pamiętajmy jednak, że w ówczesnej sytuacji żadna szeroka działalność nie była możliwa bez współpracy z którymś z zaborców (aktywiści tworzący legiony również wyciągali rękę do administracji cesarskiej). W każdym razie nie ulega wątpliwości, że była to – i wszyscy uczestniczący w przedsięwzięciu mieli tego świadomość – próba budowania autonomicznych struktur odradzającej się Polski.

Po trzecie, jak wspomniałem, komitety w istocie swej były apolityczne. Co prawda do dziś często zarzuca się im, że główna inicjatywa wyszła od Narodowej Demokracji, ale chociaż ludzie z endecji często stanowili większość w strukturach komitetów, to nie ideologia nadawała ton ich działaniom. Nadmieńmy jednak, że na terenach przygranicznych nie zawsze władzę w komitetach przejmowała endecja, to zarówno sama forma działania (oparcie się na już istniejących, lokalnych organizacjach społecznych – od spółdzielni spożywców i instytucji charytatywnych po stowarzyszenia kulturalne i sportowe), otwartość działań (pomoc dla wszystkich narodowości i wyznań), a także fakt, że w ich ramach tworzyły się i działały nielegalne grupy o różnej ideowej proweniencji (np. POW w strukturach straży obywatelskich), wskazują, że za jednoznacznie polityczne trudno by je uznać.

Podsumowując, odwołanie się do historii Komitetów Obywatelskich nie było w II Rzeczypospolitej (a jeszcze bardziej w PRL) nikomu potrzebne. Dla endecji była to tylko działalność ratownicza (ewentualnie przygotowanie kadr dla nowego państwa), dla piłsudczyków – dowód na to, że nie tylko legiony i POW miały znaczący udział w budowaniu struktur nowego państwa, dla socjalistów – przypomnienie, że ich struktury, przynajmniej w początku wojny światowej, nie były wystarczająco aktywne. Jak opisywane przez Arendt rady rewolucyjne, tak doświadczenia komitetów obywatelskich, z ich wizją szerokiej partycypacji i apolitycznością, czekają na przypomnienie. Bo może i dziś, debatując o partycypacji i aktywności społecznej, wiele moglibyśmy się na tym przykładzie nauczyć.

Bibliografia cytowana:

Arendt H., O rewolucji, Kraków 1991.

Centralny Komitet Obywatelski i Państwowość Polska, w: Materiały i Studia w sprawach odbudowy państwa polskiego, wydawnictwo Centralnego Komitetu Obywatelskiego Królestwa Polskiego, Warszawa 1919.

Dębicki Z., Warszawa czasu wojny, w: Kalendarzyk polityczno-historyczny miasta stołecznego Warszawy na 1916 rok.

Frączak P., W poszukiwaniu tradycji. Dwa dwudziestolecia pozarządowych inspiracji, Warszawa 2013.

Gospodarka obywatelska a krytyka, „Myśl Niepodległa” nr 391, 10 września 1917 r.

Grabski W., Żabko-Potopowicz A., Ratownictwo społeczne w czasie wojny, Warszawa 1932.

Kalbarczyk D., Rozmowy z legendą. O Edwardzie Abramowskim, „Znak” nr 359, 1984.

Kołodziej E., Komitety obywatelskie na Lubelszczyźnie i Podlasiu w latach 1914–1915, „Radzyński Rocznik Humanistyczny”, tom 2, 2002.

Księga Pamiątkowa pracy społecznej 1918–1928, Warszawa 1928.

Mączkowska T., Działalność kobiet w okresie wojny, w: Kalendarzyk polityczno-historyczny miasta stołecznego Warszawy na 1916 rok.

Kroński A., Straż Obywatelska m. st. Warszawy 1915 roku, Warszawa 1934.

Milanówek 11.10.1914 – 25.11.1914 r., Piotr Krasnodębski za: http://wspolnypowiat.pl/publicystyka/historia-1899–1918/id/123 dostęp 7 stycznia 2013 r.

Pamiętnik Księżnej Marii Zdzisławowej Lubomirskiej 1914–1918, Pajewski J., Wydawnictwo Poznańskie.

Papierowski A. J., Komitety obywatelskie i rady opiekuńcze w Płocku i ich wpływ na życie mieszkańców w czasie II wojny światowej, „Notatki Płockie” 2/203, 2005, s. 16.

Srokowski K., Dla moich dzieci. Wspomnienia z lat 1884–1916, masz. pow. z archiwum Muzeum w Dąbrowie Górniczej.