przez David Graeber | niedziela 22 sierpnia 2021 | opinie
W pewnym momencie w ciągu najbliższych kilku miesięcy zostanie ogłoszone, że kryzys został przezwyciężony i będziemy mogli wrócić do naszych „nieistotnych” miejsc pracy. Dla wielu będzie to jak przebudzenie z letargu.
Media i klasa polityczna z pewnością będą nas zachęcać do takiego myślenia. Tak już było, po krachu finansowym z 2008 roku. Nastąpił wtedy krótki moment kwestionowania zastanego porządku: czym właściwie są „finanse”? Czy to nie są tylko długi innych ludzi? Czym są pieniądze? Czy to też tylko dług? Czym jest dług? Czy to coś więcej niż tylko obietnica? Jeśli pieniądze i dług to tylko zbiór obietnic, jakie czynimy sobie nawzajem, to czy nie moglibyśmy równie łatwo składać innych? To okno zostało niemal natychmiast zatrzaśnięte przez tych, którzy nalegali, abyśmy się zamknęli, przestali myśleć i wrócili do pracy, a przynajmniej zaczęli jej szukać.
Wtedy większość z nas się na to nabrała. Tym razem bardzo ważne jest, abyśmy na to nie poszli.
Bo w rzeczywistości kryzys, którego właśnie doświadczyliśmy, był przebudzeniem ze snu, konfrontacją z prawdziwą rzeczywistością ludzkiego życia, która polega na tym, że jesteśmy zbiorem kruchych istot opiekujących się sobą nawzajem, a ci/te, którzy wykonują lwią część prac opiekuńczych i utrzymujących nas przy życiu, są nadmiernie opodatkowani, niedopłacani i codziennie upokarzani, tymczasem inna część populacji nie robi nic poza snuciem fantazji, pobieraniem czynszów i przeszkadzaniem tym, którzy produkują, transportują i naprawiają przedmioty, a także zaspokajają potrzeby innych. Niezbędne jest, abyśmy nie popadli z powrotem w rzeczywistość, w której wszystko to ma jakiś niewytłumaczalny sens, tak jak często w snach, gdzie potrafią dziać się bezsensowne rzeczy.
A co powiecie na to: dlaczego nie przestaniemy traktować jako całkowicie normalnego, że im bardziej czyjaś praca przynosi korzyści innym, tym mniej za nią zapłacimy? Dlaczego nie uznamy za idiotyczne upierania się, że rynki finansowe są najlepszym sposobem na ukierunkowanie inwestycji długoterminowych, mimo że napędzają zniszczenie większości życia na Ziemi?
Dlaczego, zamiast tego, gdy tylko obecny stan wyjątkowy zostanie zakończony, nie przypomnieć sobie, czego się nauczyliśmy: że jeśli „gospodarka” cokolwiek znaczy, to jest to sposób, w jaki zapewniamy sobie nawzajem to, czego potrzebujemy do życia (w każdym sensie tego słowa)? Że to, co nazywamy „rynkiem”, jest w dużej mierze tylko zestawieniem zagregowanych pragnień bogatych ludzi, z których większość jest przynajmniej nieco patologiczna, a najpotężniejsi już kończą projekty planowanych przez siebie bunkrów, do których pragną przed nami uciec? Nie bądźmy na tyle głupi, by wierzyć w ich pouczenia, że wszyscy jak jeden mąż jesteśmy pozbawieni zdrowego rozsądku i nie możemy nic zrobić ze zbliżającymi się katastrofami.
Czy tym razem możemy ich po prostu zignorować?
Większość pracy, którą obecnie wykonujemy, to praca wyobrażona (dream work). Istnieje tylko dla samej siebie – albo po to, by bogaci czuli się dobrze ze sobą lub po to, żeby biedni czuli się źle ze sobą. Gdybyśmy po prostu przestali pracować, możliwe byłoby złożenie sobie znacznie rozsądniejszego zestawu obietnic: na przykład stworzenie „gospodarki”, która pozwoli nam faktycznie zaopiekować się tymi ludźmi, którzy opiekują się nami.
David Graeber
tłum. Magdalena Okraska
Tekst pierwotnie ukazał się w internetowym wydaniu magazynu „Jacobin” w marcu 2021 r.
przez David Graeber | wtorek 24 listopada 2015 | opinie
Dlaczego właściwie wszyscy zaakceptowaliśmy podstawową logikę pokryzysowych cięć oszczędnościowych? Ponieważ wszelka solidarność jest od pewnego czasu postrzegana jako zagrożenie.
Nie mogę zrozumieć, czemu ci ludzie nie wzniecają zamieszek na ulicach – słyszę od czasu do czasu od osób o wysokim statusie materialnym i społecznym. Mówią to jakby z niedowierzaniem: Ostatecznie my protestujemy ile sił w płucach, gdy tylko ktokolwiek spróbuje pozbawić nas możliwościom płacenia niższych podatków; gdyby groził nam głód albo bezdomność, to pewnie palilibyśmy banki i obracali w perzynę budynki parlamentu. Co w takim razie jest nie tak z tymi ludźmi?
To dobre pytanie. Można by pomyśleć, że rząd, który narzuca takie „reformy” najsłabszym bez gruntownego uzdrowienia gospodarki, popełnia polityczne samobójstwo. Tak się jednak nie dzieje – rząd dalej rządzi, a ludzie akceptują logikę kryzysu. Dlaczego? Czemu politykom obiecującym tylko kolejne trudności, wyrzeczenia i cierpienie klasa robotnicza odpowiada potakiwaniem i przyzwoleniem, a nawet czynnym wsparciem dla ich pomysłów?
Sądzę, że właśnie owo niedowierzanie, o którym była mowa, stanowi część odpowiedzi. Klasa robotnicza, jak się nam bez końca przypomina, może być mniej skrupulatna pod względem przestrzegania prawa oraz zasad przyzwoitości niż „lepsi od niej”. Jednak nie ma ona na swoim punkcie takiej obsesji, jak klasa wyższa. Jej przedstawiciele bardziej troszczą się o swoje rodziny, przyjaciół i wspólnoty, na ogół są także przynajmniej odrobinę sympatyczniejsi.
Zjawisko to, przynajmniej w pewnym stopniu, wynika z uniwersalnego prawa socjologii. Feministki już dawno zauważyły, że ci, którzy znajdują się na samym dole pełnego nierówności układu społecznego, bardziej przejmują się tymi, którzy są na szczycie, niż ci „z góry” troszczą się o „dół”. Kobiety w każdym zakątku świata przejmują się mężczyznami bardziej (i wiedzą na ich temat więcej) niż mężczyźni nimi; ludzie o czarnym kolorze skóry bardziej wczuwają się w opinie białych, pracownicy – pracodawców, a biedni bogatych.
Ludzie są istotami współodczuwającymi i tym bardziej współczują innym, im więcej o nich wiedzą. Bogaci i sprawujący władzę mogą jednak pozwolić sobie na to, by nie dbać o innych i nic o nich nie wiedzieć. Wiele najnowszych badań psychologicznych wskazuje na to, że ci, którzy urodzili się w rodzinach należących do klasy robotniczej, wypadają w testach mierzących ocenianie cudzych uczuć dużo lepiej niż członkowie bogatych klas. Nic w tym, poniekąd, dziwnego. W końcu w „posiadaniu władzy” chodzi właśnie o brak konieczności zwracania uwagi na to, co ludzie wokoło myślą i czują. Ci, którzy mają władzę, zatrudniają innych, by za nich to robili.
A kogo zatrudniają? Głównie potomków klasy pracującej. Dziś, jak sądzę, tak mocno chcemy kojarzyć ten termin z ludźmi pracującymi w fabryce, że aż zapomnieliśmy, na czym tak naprawdę polega praca większości ludzi.
Nawet w czasach Marksa i Dickensa w społecznościach robotniczych zatrudniano o wiele więcej pokojówek, pucybutów, śmieciarzy, kucharek, pielęgniarek, dorożkarzy, nauczycieli, prostytutek i handlarzy warzywami niż górników, robotników tekstylnych czy pracowników odlewni żeliwa. Dzisiaj tym bardziej robotnicy wykonują pracę postrzeganą jako „kobiecą”, polegającą na dbaniu o innych, doglądaniu ich i zaspokajaniu zachcianek, uspokajaniu, wyprzedzaniu życzeń i myśli przełożonych, a także na opiece i nadzorze nad roślinami, zwierzętami czy przedmiotami. O wiele więcej przedstawicieli klasy robotniczej wykonuje takie czynności, niż pracuje przy pomocy młotka, dźwigu, obrabiarki lub żniwiarki.
Nie chcemy o tym pamiętać nie tylko dlatego, że większość pracowników to kobiety (bo w ogóle większość ludzkości jest płci żeńskiej), ale także dlatego, że mamy wypaczoną wizję tego, czym zajmują się mężczyźni. Całkiem niedawno strajkujący pracownicy londyńskiego metra musieli wyjaśniać oburzonym podróżnym: sprawdzanie biletów to nie jest jedyna aktywność bileterów. Większość czasu w pracy spędzają oni na udzielaniu wyjaśnień, naprawianiu zepsutych przedmiotów, szukaniu zgubionych dzieci i opiece na starymi, chorymi i zagubionymi pasażerami.
Gdy się nad tym zastanowić: czy nie na tym właśnie polega życie? Wzajemność jest istotą człowieczeństwa. Pracujemy najczęściej dla siebie nawzajem, dla wspólnej korzyści, a właśnie klasa robotnicza pracuje najwięcej. Jest więc, i zawsze była, klasą troszczącą się o innych. Ale jej członkom trudno się do tego publicznie przyznać, skoro ci, którzy korzystają z ich pracy opiekuńczej, wciąż deprecjonują wartość wzajemnej troski.
Jako dziecko z rodziny robotniczej mogę zaświadczyć, że to z tej troskliwości jesteśmy dumni. Wciąż słyszeliśmy, że praca jest wartością samą w sobie, kształtuje charakter i inne cnoty, ale nie wierzyliśmy w to. Większość z nas uważała, że lepiej unikać pracy, jeśli inni nie mają z niej jakiejś korzyści. I właśnie z takiej pożytecznej pracy, czy było to budowanie mostów, czy opróżnianie nocników, byliśmy dumni. Byliśmy także dumni z wzajemnej troski o siebie. To właśnie odróżniało nas od bogaczy, którzy, jak widzieliśmy, niechętnie zajmowali się nawet opieką nad własnymi dziećmi.
To właśnie dlatego najważniejszą burżuazyjną cnotą jest oszczędność, podczas gdy najważniejszą cnotą klasy robotniczej jest solidarność. Jednak właśnie dlatego klasa robotnicza jest dzisiaj zagrożona. Były czasy, gdy troska o własną społeczność równała się trosce o całą klasę robotniczą. W tamtych czasach ważny był dla nas „postęp społeczny”. Dziś widzimy rezultaty nieustającej wojny z samą ideą udziału świata pracy w polityce oraz z ideą społeczności robotniczej. Większość ludzi pracy nie wyobraża sobie innego wyrażenia swojej troski, niż poprzez skierowanie jej ku abstrakcyjnym pojęciom, takim jak „nasze wnuki” albo „naród”, tudzież poprzez jingoistyczny patriotyzm, czy też odwoływanie się do idei zbiorowego poświęcenia.
Skutkiem jest odwrócony porządek. Dekady politycznej manipulacji wypaczyły sens solidarności społecznej, którą teraz uważa się za dopust boży. Nasza troska została wykorzystana przeciwko nam. I prawdopodobnie tak już pozostanie, chyba że lewica, która twierdzi, że mówi głosem pracowników, poważnie i na dłuższą metę zastanowi się nad tym, czym dziś właściwie jest praca i co, zdaniem tych, którzy ją wykonują, stanowi jej największą wartość.
David Graeber
Tekst ukazał się 26 marca 2014 r. na stronie internetowej „The Guardian”. Przedruk za zgodą autora.
przez David Graeber | poniedziałek 23 września 2013 | opinie

Ilustracja John Riordan
W 1930 r. John Maynard Keynes przewidywał, że do końca wieku technologia rozwinie się na tyle, że w krajach takich jak Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone nie będzie pracowało się więcej niż 15 godzin tygodniowo. Nie ma podstaw, aby uważać, że Keynes się mylił. Biorąc pod uwagę dostępne technologie, opisana sytuacja jest możliwa; nie ma jednak miejsca, wręcz przeciwnie – „usprawnienia” mają służyć temu, żebyśmy pracowali jeszcze dłużej. Aby to osiągnąć, powstająca w ten sposób praca do wykonania powinna być, i faktycznie jest, bez sensu. Ogromne rzesze ludzi, zarówno w Europie, jak i Ameryce Północnej, spędzają całe swoje pracownicze życie wykonując zadania, które, jak sami po cichu przyznają, nie muszą tak naprawdę być wykonane. Moralne i duchowe zniszczenia wywoływane przez taką pracę są większe, niż mogłoby się wydawać i, choć praktycznie nikt o tym głośno nie mówi, zostawiają bliznę na naszym zbiorowym jestestwie.
Dlaczego przewidziana przez Keynesa utopia – niecierpliwie wyczekiwana jeszcze w latach 60. – nie stała się rzeczywistością? Powszechnie przyjęta wersja jest taka, że nie wziął on pod uwagę ogromnego wzrostu siły konsumpcjonizmu. Mając możliwość wyboru pomiędzy mniejszą liczbą godzin pracy a większą liczbą przedmiotów i przyjemności, zgodnie wybraliśmy to drugie. To zgrabny moralitet, ale wystarczy chwila zastanowienia aby dojść do wniosku, że zawarty w nim obraz nie może być prawdziwy. Od lat 20. XX w. jesteśmy świadkami niewyczerpanej pomysłowości w tworzeniu nowych gałęzi gospodarki i przypisanych do nich etatów, lecz tylko nieliczne z nich mają cokolwiek wspólnego z produkcją czy dystrybucją sushi, iPhone’ów czy modnych butów.
Czym wobec tego są te nowe miejsca pracy? Niedawny raport porównujący zatrudnienie w USA pomiędzy 1910 a 2000 rokiem daje dość jasną odpowiedź na to pytanie (a zarazem na bliźniacze pytanie dotyczące Wielkiej Brytanii). Wraz z mijającym czasem liczba zatrudnionych w przemyśle, na roli, czy jako służba domowa, gwałtownie malała. W tym samym czasie liczba pracowników na stanowiskach specjalistycznych, menedżerskich, biurowych, sprzedażowych i usługowych wzrosła trzykrotnie, zwiększając swój udział z jednej czwartej do trzech czwartych całkowitego zatrudnienia. Innymi słowy, etaty produkcyjne, dokładnie tak jak przewidywano, zostały w dużym stopniu zastąpione pracą maszyn. Liczba tego rodzaju etatów nie stanowi już tak poważnego procentu w skali świata jak kiedyś, nawet jeśli uwzględnić eksploatowane ponad miarę masy w Indiach i Chinach.
Zamiast jednak dopuścić do tego, by czas pracy diametralnie się zmniejszył i uwolnił drzemiący w ludziach potencjał, umożliwiając im realizację własnych projektów, przyjemności, pomysłów i wizji, byliśmy świadkami rozdymania się nie tyle nawet sektora usług, co sektora administracyjnego, włącznie z powstawaniem coraz to nowych dziedzin gospodarki, jak usługi finansowe czy telemarketing, oraz bezprecedensową ekspansją branż takich jak prawo korporacyjne, zarządzanie edukacją, ochroną zdrowia oraz zasobami ludzkimi, public relations. Wspomniane wcześniej liczby nie uwzględniają wszystkich ludzi, których praca polega na zapewnieniu bezpieczeństwa, pomocy administracyjnej bądź technicznej dla wymienionych gałęzi gospodarki, tak samo jak całej masy zawodów pomocniczych (psi fryzjerzy, całonocni dostawcy pizzy), które istnieją tylko dlatego, że wszyscy inni są tak bardzo zajęci jakąś inną pracą.
To są właśnie zawody, które proponuję nazywać gówno wartymi.
Tak jakby ktoś wymyślał bezsensowne zadania tylko po to, aby każdy z nas miał się czym zająć. I właśnie tu pojawia się zagadka: oto ma miejsce dokładnie taka sytuacja, jaka w kapitalizmie nie powinna się wydarzyć. W niewydolnych krajach realnego socjalizmu, gdzie zatrudnienie traktowane było zarówno jako prawo, jak i święty obowiązek, system tworzył tak wiele etatów, jak tylko musiał (to dlatego w ZSRR potrzeba było trzech sprzedawców, aby sprzedać kawałek mięsa). Jest to jednak ten rodzaj problemu, który konkurencja rynkowa powinna była rozwiązać. Zgodnie z teorią ekonomii, ostatnią rzeczą, jaką nastawione na zysk przedsiębiorstwo będzie robić, jest wydawanie pieniędzy na pracowników, których tak naprawdę nie potrzebuje. A jednak, w jakiś dziwny sposób, dzieje się tak cały czas.
Gdy korporacje uruchamiają coraz to nowsze programy bezwzględnych i masowych zwolnień, dotykają one zawsze grupy, które faktycznie odpowiedzialne są za wytwarzanie, przemieszczanie, naprawianie czy choćby podtrzymywanie rzeczy w ruchu. Wskutek tajemniczej alchemii, której nikt nie potrafi przekonująco wytłumaczyć, w tym samym czasie rośnie liczba ludzi opłacanych jedynie za przekładanie papierów; coraz więcej tego typu zatrudnionych, podobnie jak w Związku Radzieckim, formalnie pracuje 40 czy nawet 50 godzin tygodniowo, jednak efektywny czas ich pracy równa się co najwyżej 15 godzinom, dokładnie tak, jak przepowiedział to Keynes. Resztę ich czasu pochłania natomiast uczęszczanie bądź organizowanie seminariów motywacyjnych, aktualizacja profili na Facebooku czy ściąganie seriali.
Źródła problemu nie leżą w sferze ekonomii, lecz polityki i moralności. Klasa rządząca zorientowała się, że ludzie szczęśliwi, produktywni i mający masę wolnego czasu są dla niej śmiertelnym zagrożeniem (przypomnijcie sobie tylko, do czego doprowadziło zbliżenie się do takiego stanu rzeczy w latach 60. ubiegłego wieku). Z drugiej strony, poczucie, że praca jest wartością moralną samą w sobie i że każdy, kto nie chce przez większość czasu być podporządkowanym jakiemuś rodzajowi związanego z nią rygoru, nie zasługuje na cokolwiek – jest wyjątkowo dla owej klasy wygodne.
Gdy zastanawiałem się nad wyraźnie niekończącym się wzrostem liczby obowiązków administracyjnych w brytyjskiej edukacji wyższej, dotarło do mnie, że to może być jedna z urzeczywistnionych wersji piekła. Piekło jako zbiór jednostek, które spędzają większą część swojego czasu w pracy, na zadaniach, które ani lubią, ani są w nich dobre. Powiedzmy, że zostały zatrudnione, bo były świetnymi stolarzami, a po jakimś czasie odkryły, że oczekuje się od nich, aby przez większość czasu smażyły ryby. W dodatku zadanie, którym się zajmują, tak naprawdę nie musi być wykonywane – ostatecznie dość ograniczona liczba ryb musi zostać usmażona. Mimo to, wszyscy ci stolarze zostają tak mocno opętani przez podejrzenie, że niektórzy ich koledzy mogą spędzać trochę więcej czasu na stolarce, zamiast sumiennie obsmażać swój przydział, że zanim ktokolwiek się obejrzy, mamy warsztat wypełniony po brzegi źle przyrządzonymi rybami, ponieważ smażenie ryb to jedyne, czym wszyscy faktycznie się zajmują.
Sądzę, że to całkiem trafny opis dynamiki wartości moralnych w ramach współczesnej gospodarki.
* * *
Zdaję sobie jednocześnie sprawę, że podobne opinie szybko napotkają obiekcje w rodzaju: A kim Ty niby jesteś, by mówić, które zawody czy miejsca pracy są naprawdę potrzebne? Co to w ogóle jest „potrzeba”? Jesteś profesorem antropologii kultury, to ma być potrzebny zawód? I z pewnością wielu czytelników tabloidów uzna etat, który zajmuję, za klasyczny przykład marnowania publicznych pieniędzy. I na pewnym poziomie będą to jak najbardziej trafne spostrzeżenia. Nie istnieje coś takiego, jak obiektywna miara społecznej przydatności.
Nigdy nie ośmieliłbym się powiedzieć komuś przekonanemu, że to, co robi, wnosi do świata istotną wartość, że tak naprawdę wcale tak nie jest. Ale co z ludźmi, którzy sami przekonani są o tym, że ich praca jest pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia? Nie tak dawno temu rozmawiałem z przyjacielem z czasów szkolnych, którego nie widziałem, odkąd skończyliśmy 12 lat. Byłem zdumiony dowiedziawszy się, że w międzyczasie został on wpierw poetą, a potem frontmanem rockowej kapeli. Słyszałem nawet kilkakrotnie jego piosenki w radio, nie mając świadomości, że śpiewa je ktoś, kogo znam. Facet był świetny, a do tego pomysłowy i oryginalny. Jego twórczość niewątpliwie wzbogacała i inspirowała wiele ludzkich istnień na całym świecie. Jednak po kilku gorzej sprzedających się albumach kontrakt został zerwany, a on sam, obciążony zobowiązaniami finansowymi i małym dzieckiem, dokonał jak sam to ujął, wyboru niemal domyślnego dla ludzi żyjących bez celu: zaczął studiować prawo. Dziś jest prawnikiem w jednej z czołowych nowojorskich firm i nie miał najmniejszych oporów, by oświadczyć mi, że uważa swoją pracę za kompletnie bez znaczenia, nie wnoszącą absolutnie niczego oraz że jego zawód tak naprawdę w ogóle nie powinien istnieć.
Jest wiele pytań, które można zadać w takiej sytuacji, zaczynając od tego, co mówi o naszym społeczeństwie fakt, że generuje ono wybitnie niskie zapotrzebowanie na utalentowanych poetów i muzyków, ale za to nieskończone na prawników korporacyjnych? (Odpowiedź: gdy 1% populacji rozporządza większością bogactwa, to co nazywamy „rynkiem” odzwierciedla to, co ów 1%, i nikt inny, uzna za potrzebne czy ważne.) Co więcej, pokazuje nam to, że większość ludzi wykonujących podobne prace jest świadoma ich bezsensowności. To by się zgadzało: nie jestem pewien, czy kiedykolwiek poznałem prawnika korporacyjnego, który nie uważałby swojej pracy za idiotyzm. To samo odnosi się praktycznie do wszystkich wspominanych wcześniej gałęzi gospodarki. Mamy całą klasę opłacanych specjalistów, którzy, jeśli spotkasz ich na przyjęciu i zwierzysz się z wykonywania jakiegoś zawodu, który może uchodzić za interesujący (jak antropolog kultury, dajmy na to) – nie będą chcieli powiedzieć nawet słowa o własnej pracy. Daj im trochę wypić, a dodatkowo zaczną wygłaszać tyrady na temat tego, jak głupi i bez sensu jest w istocie ich zawód.
Mamy tutaj do czynienia z przemocą psychologiczną o głębokich skutkach. Jak człowiek może w ogóle zacząć rozpatrywać kwestię swojej godności jako pracownika, skoro sam wie, że jego posada w ogóle nie powinna istnieć? Jak może nie stworzyć w sobie potężnego ładunku gniewu i rozgoryczenia? Swoisty geniusz naszego społeczeństwa polega między innymi na tym, że jego władcy zorientowali się, że owe negatywne emocje należy odpowiednio ukierunkować. Tak, jak miało to miejsce w przypadku smażących ryby stolarzy, najlepiej wycelować go w ludzi, którzy usiłują wykonywać faktycznie coś znaczącą pracę. Na przykład: panuje generalna zasada, że im bardziej, obiektywnie patrząc, jakaś praca jest pożyteczna dla ogółu, tym mniej należy za nią płacić. Obiektywna miara jest raczej trudna do określenia, lecz dość prostym sposobem na ustalenie, czy dana profesja jest pożyteczna, jest zadanie sobie pytania: co by się stało, gdyby wszyscy ludzie wykonujący dany zawód po prostu zniknęli? Mówcie co chcecie o pielęgniarkach, śmieciarzach czy mechanikach, ale jest sprawą oczywistą, że gdyby oni wszyscy nagle rozpłynęli się w powietrzu, skutki byłyby natychmiastowe i katastrofalne. Świat bez nauczycieli czy magazynierów miałby nie lada kłopoty i nawet bez pisarzy science fiction czy muzyków ska byłby zwyczajnie mniej wartościowym miejscem. Nie jest do końca jasne, jak bardzo ludzkość cierpiałaby w świecie, w którym przestaliby istnieć prezesi funduszy inwestycyjnych, lobbyści, spece od kreowania wizerunku, aktuariusze, telemarketerzy, komornicy czy radcy prawni (wielu podejrzewa, że stan rzecz znacząco by się wówczas poprawił). Mimo tego, nie licząc garstki wyjątków, jak lekarze – cieszący się dobrą opinią, a jednocześnie wysoko wynagradzani – wspomniana zasada ma się zaskakująco dobrze.
Jeszcze bardziej przewrotny wydaje się fakt, że w mniemaniu ogółu najwyraźniej wszystko jest tak, jak być powinno. To jeden z sekretów sukcesu prawicowego populizmu. Możecie to zobaczyć na własne oczy, kiedy tabloidy szczują społeczeństwo na pracowników metra za paraliż Londynu podczas negocjacji płacowych. Fakt, że pracownicy metra mogą sparaliżować miasto, pokazuje wyraźnie, jak bardzo ich praca jest ważna i potrzebna – i właśnie to tak bardzo denerwuje ludzi. Jeszcze wyraźniej widać to w USA, kiedy Republikanie osiągnęli znaczący sukces w upowszechnianiu niechęci wobec nauczycieli i pracowników fabryk motoryzacyjnych (zamiast, co znamienne, administracji oświatowej czy menedżerów przemysłu samochodowego, winnych problemom), jako posiadających rzekomo rozdęte przywileje i płace. To tak, jakby mówiono im: Ale wy uczycie dzieci! Albo robicie auta! Macie PRAWDZIWĄ pracę! I macie jeszcze czelność oczekiwać emerytur czy opieki zdrowotnej na poziomie klasy średniej?!
Jeśli ktoś będzie planował podział pracy idealnie podtrzymujący władzę kapitału finansowego, ciężko mu będzie wymyślić coś jeszcze lepszego. Prawdziwi pracownicy, którzy wytwarzają realne produkty i usługi, są bezlitośnie eksploatowani i uciskani. Reszta natomiast jest podzielona pomiędzy sterroryzowaną warstwę powszechnie wykpiwanych bezrobotnych oraz większą od niej grupę, która zasadniczo otrzymuje wynagrodzenie za nierobienie niczego – na stanowiskach zaprojektowanych w taki sposób, by zajmujące je osoby identyfikowały się z punktem widzenia i wartościami klasy rządzącej (menedżerów, administracji etc.), a zwłaszcza jej emanacji z sektora finansowego, jednocześnie czule pielęgnując niechęć wobec każdego, z którego pracy płyną jasne i niezaprzeczalne korzyści dla społeczeństwa. Oczywistym jest, że system nie został nigdy świadomie zaprojektowany, lecz ukształtował się w ciągu wieku licznych prób i błędów. I to jest jedyne wytłumaczenie, dlaczego – mimo dostępnych możliwości technologicznych – wszyscy nie pracujemy po 3-4 godziny dziennie.
David Graeber
tłum. Michał Michalski
Tekst pierwotnie ukazał się w czasopiśmie STRIKE! (lato 2013). Z pełnymi wydaniami magazynu można się bezpłatnie zapoznać na jego stronie internetowej: http://www.strikemag.org/.