Amerykański sen, amerykański horror

Reportażowy zapis upadku miasta-kolebki północnoamerykańskiego przemysłu samochodowego czyta się gorzko, ale świetnie. Tak najkrócej można zarekomendować książkę „Detroit. Sekcja zwłok Ameryki” Charliego LeDuffa.

Lektura ta może być zaskoczeniem dla polskiego czytelnika. Oto dziennikarz prasy głównego nurtu, który z nizin społecznych awansował do klasy średniej, staje po stronie zapracowanych, ale nierzadko wciąż biednych ludzi, a także po stronie bezdomnych, pozostawionych samym sobie starych kobiet, drobnych złodziejaszków. Po stronie strażaków – pracujących z przestarzałym sprzętem gaśniczym, ratujących miasto pełne pożarów wzniecanych przez wyłudzaczy ubezpieczeń. Po stronie szeregowych działaczy związkowych, z którymi nikt już nie chce i nie musi niczego negocjować. Zwraca się przeciw własnemu, bardziej zasobnemu światu, żeby pokazać, co dzieje się z jego rodzinnym miastem i z całym krajem.

LeDuff to amerykański pisarz, dziennikarz, publicysta, zdobywca nagrody Pulitzera. Ma na koncie m.in. współpracę z „The New York Times”, „The Times”, „The Detroit News”, telewizją Fox. Jest autorem książek „US Guys: The True and Twisted Mind of the American Man” i „Work and Others Sins: Life in New York City and Thereabouts”. Zanim zajął się dziennikarstwem, był pomocnikiem w fabryce konserw, stolarzem, rybakiem na niedużym statku do połowów dalekomorskich. Dlaczego został „pismakiem”? Jak stwierdza: jawiło mi się to jako jedyna – poza domokrążnym sprzedawaniem Biblii – praca, w której płacą ci za to, byś podróżował.

Warto pamiętać o tej ironicznej definicji, bo takiemu rozumieniu dziennikarstwa zawdzięczamy m.in. arcydzieło sztuki reportażu, czyli „Drogę na molo w Wigan” George’a Orwella. Pragnienie wędrówki wiąże się z ciekawością świata, chęcią zajrzenia pod jego podszewkę, z uznaniem jego złożoności sięgającej poza liczne sztampy i schematy. Autor „Detroit” jest spadkobiercą najlepszych, rzadko dziś pielęgnowanych, tradycji gazetowego dziennikarstwa.

Do rodzinnego Detroit wrócił LeDuff po dwudziestu latach wędrowania po Stanach i kontynentach. Nie zachował sielankowych wspomnień z rodzinnych stron: starsi ludzie lubią opowiadać mi o dawnych latach świetności, latach saturatorów, eleganckich sklepów i leniwych sobotnich nocnych przejażdżek. Ale prawda jest taka, że Detroit zaczęło umierać czterdzieści lat temu, gdy Japończycy doszli do tego, jak zrobić lepszy samochód. Gdy miasto zaczęło przegrywać, jego mieszkańcy w znacznej mierze stali się loserami, ludźmi klęski. To interesujący motyw, który niepokojąco przypomina opisy pierwszych lat polskiej transformacji: cały kraj z nas się śmiał. Z bandy leniwych, niewykształconych i niekompetentnych robotników. Pas rdzy zmienił się w zardzewiały klozet.

„Pas rdzy” (Rust Belt) to określenie z początku lat 80. XX w., opisujące rejon upadających przemysłowych miast na północnym wschodzie Stanów Zjednoczonych. Były wśród nich Cleveland, Toledo, Akron, Buffalo, Pittsburgh, Chicago, Youngstown. I Detroit – Miasto Silników. To ośrodek, w którym, zdaniem LeDuffa, narodził się amerykański styl życia: produkcja masowa, dobrze płatne posady robotnicze, kupowanie na własność domów i zaciąganie kredytów na masową skalę. W tym właśnie mieście robotnicy, biali i kolorowi, którzy przez kilka dekad cieszyli się dobrobytem (i mieli apetyt na więcej), ponownie doświadczyli upadku. Ameryka, ta wciąż lepiej sytuowana, a nierzadko ostentacyjnie coraz bogatsza, nie wybaczyła im niezawinionej klęski i przeklęła jako nieudaczników. A miasto z największą w USA liczbą posiadaczy domów własnościowych zamieniło się w stolicę nieruchomości zajętych przez komorników.

W 2008 roku mocno spadł indeks Dow Jones. Szefowie Wielkiej Trójki z Detroit, czyli Forda, General Motors i Chryslera, którym mocno dało się to we znaki, ruszyli do Waszyngtonu negocjować warunki państwowego wsparcia. Zapomniane i wyszydzone miasto urosło do rangi symbolu zachodzących w USA negatywnych przemian społeczno-gospodarczych. Stało się znakiem rozpoznawczym kraju, w którym supermarkety Wal-Mart były zatłoczone, a fabryki puste. I tak miejsce, w którym amerykański sen zamienił się w amerykański horror, zaczęło budzić zainteresowanie wielkich, opiniotwórczych mediów o zasięgu światowym.

LeDuff wspomina: Moje materiały z „Detroit News” – choć podpisane innymi nazwiskami – zaczęły pojawiać się w „Rolling Stone” i „Wall Street Journal”, na antenach NPR, PBS CNN. Reporterzy bardzo rzadko, jeśli w ogóle, zawracali sobie głowę tym, by jakoś wycieniować i uszczegółowić swoją wizję naszego miasta i jego miejsca w amerykańskim krajobrazie. Po prostu robili rundkę po ruinach, zrzynali nasze nagłówki, orzekali o okropieństwie sytuacji i wyjeżdżali. Z niezgody na tak obelżywe traktowanie narodziła się książka o Mieście Silników.

Skąd wzięło się Detroit – dosłownie i w przenośni – na mapie Stanów Zjednoczonych? Powstało w 1701 roku. Początkowo był to należący do Francuzów Fort Pontchartrain u wejścia do cieśniny, która łączy jeziora Erie i Huron oraz stanowi naturalną bramę do Wielkich Jezior. A cieśnina to po francusku détroit… Pierwotnym źródłem zysków miasta-strażnicy były bobry i handel ich skórami. Francuzi zazdrośnie strzegli przed Anglikami monopolu na intratny biznes.

W XIX wieku Detroit dzięki okolicznym lasom i złożom żelaza stało się ogólnokrajowym centrum produkcji kół i pieców. Najpierw produkowano tam powozy, a gdy mechanizacja poszła dalej – auta: Farmer Henry Ford zbudował swój pierwszy warsztat samochodowy w Highland Park w 1899 roku. Pierwsze ćwierćwiecze XX wieku przyniosło miastu skokowy wzrost ludności: z 300 tys. do 1,3 mln. W 1909 r. powstały zakłady General Motors. A następnie Chrysler, Packard, Studebaker, Hudson, Olds, Dodge. W 1930 r. w Detroit było już 1,6 mln mieszkańców, w tym 120 tys. „czarnych z Południa”.

I nagle pojawił się kredyt. W 1919 r. General Motors postawiło na nowy sposób walki z konkurencją, przede wszystkim z imperium Forda. Henry Ford był przeciwnikiem ratalnej sprzedaży samochodów. Proponował plan depozytowy, w ramach którego potencjalny nabywca każdego miesiąca wpłacałby określoną sumę, dzięki czemu po pięciu latach mógłby nabyć pojazd. General Motors zaproponowało konkurencyjny model. Zakup dokonywał się wraz z pierwszą zaliczką, a w następnych miesiącach nabywca spłacał raty powiększone o odsetki.

Amerykanie łyknęli ten sposób na zakupy – nie tylko samochodów, ale także pralek czy lodówek. Angielski historyk, liberalny polityk i myśliciel Ramsay Muir tak z zachwytem opisywał miasto w 1925 r.: to siedlisko produkcji masowej, bardzo wysokich zarobków i kolosalnych zysków; lekkomyślnych zakupów na raty i nadmiaru siły roboczej. Detroit postrzega samo siebie jako świątynię nowej ewangelii postępu, ewangelii, którą chciałbym nazwać wprost: detroizmem. Taka miała być cała Ameryka. W 1950 r. wydano pierwszą kartę kredytową – Diner’s Club, a General Motors strącił Forda z pozycji lidera światowej produkcji samochodów. I tak, według LeDuffa, amerykańska dominacja, konsumeryzm i tendencja do zadłużania się weszły w fazę pełnego rozkwitu.

Na początku XXI wieku Miasto Silników miało już za sobą najlepsze czasy. Określenie „detroizm”, gdyby użyć go do opisania nowych realiów, zdecydowanie zaprzeczyłoby swemu pierwotnemu znaczeniu. Detroit znalazło się na czele niechlubnych statystyk opisujących kondycję Stanów Zjednoczonych. Połowa dorosłej populacji miasta została bez stałej pracy. Fatalny los stolicy amerykańskiego przemysłu samochodowego świetnie wpisał się w nowe trendy społeczno-gospodarcze USA: W miastach i miasteczkach naszego kraju na aukcjach sprzedaje się całe fabryki. Faceci w ciężarówkach wywożą maszyny ślusarskie, aluminiowy siding, dźwigi i wodotryski z wodą pitną. Na naszych oczach żywcem wyrywa się mechaniczne serce kraju.

Jest w tym wszystkim jeszcze jedna szczególna rzecz, którą znamy nie tylko z Ameryki. W świecie, w którym usługi i służby publiczne są tragicznie niedoinwestowanie, zawsze znajdą się pieniądze na show, czy ściślej: show biznes. James Barren, były szef policji z Detroit, stwierdzał w rozmowie z LeDuffem, że środki, jakimi dysponuje policja, zredukowane są już do absolutnego minimum. Ale tydzień po ich rozmowie wydział policji wysłał na cmentarz dwa karawany w asyście czterech radiowozów. Skąd ten splendor? W karawanach jechały maskotki, które do Muzeum Historycznego Wytwórni Motown przynieśli fani Michaela Jacksona. Reportażysta podsumowuje: w miejskiej kostnicy wciąż mogło sobie spoczywać dwustu pięćdziesięciu nieodebranych nieboszczyków, ale przynajmniej zabawki były już bezpiecznie i godnie pochowane. Maskotki złożono na wieczny spoczynek na cmentarzu Woodlawn, tuż obok mauzoleum upamiętniającego symbol walki o prawa obywatelskie – Rosy Parks. A skąd tylu nieodebranych nieboszczyków w kostnicach? Nierzadko stąd, że rodziny nie miały pieniędzy na pogrzeb…

Prawie trzystustronicowy reportaż LeDuffa to szereg dość ściśle powiązanych ze sobą opowieści. Przedstawienie ich treści byłoby jak zdradzenie fabuły filmu. Jednak naszkicuję jedną z książkowych historii: losy Billa Alforda, przewodniczącego lokalnych związków w American Axle, wyłonionej z General Motors jeszcze w latach 90. XX w. spółce zależnej, oraz losy Dicka Dautcha, dyrektora generalnego i prezesa Axle.

Zakłady Axle leżały na granicy Detroit i Hamtramck, miasteczka, które najpierw należało do Polaków, a później do klasy robotniczej. Produkowano w nich osie do pick-upów. Dzięki przeprowadzonej restrukturyzacji GM nie musiało przejmować się związkowcami – negocjacje z nimi spoczywały na kierownictwie Axle. Stopniowo wygaszano produkcję w Hamtramck, co prowadziło do pauperyzacji osady robotniczej. Wreszcie na jednej z ulic otwarto ośrodek opieki społecznej.

Kolejny ze strajków doprowadził do tego, że mocno przetrzebione związki, niegdyś liczące dwa tysiące pracowników, zgodziły się na redukcję płac, a te w niektórych przypadkach spadły z 28 do 14 dolarów na godzinę. Dick Dautch w zamian zapewnił strajkujących, że zakłady nie będą zamknięte, a produkcja zostanie utrzymana. Po strajku zarząd Axle przyznał swojemu człowiekowi premię w wysokości 8,5 mln dolarów. A fabryka i tak została zlikwidowana: ponad pięciuset robotników otrzymało przesłany kurierem list, w którym zawiadamiano ich, że w najbliższym czasie zostaną zwolnieni.

Bill Alford był jednym z ostatnich, którzy opuścili miejsce pracy. Miał podpisaną umowę z firmą, musiał zawiadywać wywozem maszyn do Teksasu i Meksyku. Gorzko zwierzał się LeDuffowi: oni nie chcą tu już mieć klasy średniej. Dziennikarz opisał tę historię na łamach „Detroit News”. Co było dalej? W redakcji mój artykuł został odczytany jako głos dotyczący grupy społecznej, która zajmuje się biznesem; grupy, do której należeli także moi szefowie. Jeden z przełożonych odwiedził mnie przy moim redakcyjnym biurku. Powiedział: „Dick wierzył w to, że w amerykańskiej produkcji panuje duch konkurencyjności, i starał się, by ten duch zadziałał. Jednak nie udało mu się. Nie było to możliwe z winy robotników ze stanu Michigan”. Na tym nie koniec. Gdy Hamtramck upadało, a bezrobocie w stanie Michigan sięgnęło 15 proc., cena akcji American Axle wzrosła trzykrotnie. A Dick Dautch, który wierzył w ducha konkurencyjności i masowo pozbawiał ludzi roboty, otrzymał milion dolarów podwyżki.

LeDuff nie opatruje tej (i pozostałych) historii socjologiczną czy społeczno-gospodarczą analizą ani systemowym dociekaniem przyczyn sytuacji. Stąd jego „sekcja zwłok Ameryki” przypomina nieco malownicze grzebanie w bebechach rodem z thrillera, a nie naukowe zajęcie patomorfologa. LeDuff po prostu opowiada historie. Można to uznać za mankament książki. Może to ograniczenie nakłada reportaż jako gatunek dziennikarski, i to pisany w bardzo amerykańskim stylu, z dynamiczną i wciągającą narracją, nadającą się nieledwie na serialową adaptację. A może to skutek kulturowego dziedzictwa amerykańskiego autora, który wierzy, że klasa robotnicza nie potrzebuje walki klas, lecz dobrej współpracy z zatroskanym o gospodarkę narodową wielkim biznesem, a ostra krytyka społeczna nie musi się wykluczać z libertariańskim światopoglądem, który on sam publicznie deklaruje.

Nie mam tu pewności. Wiem tyle, że LeDuff wyraziście odmalowuje kolejne zjawiska stanowiące o specyfice współczesnych Stanów, jasno wskazując, po czyjej opowiada się stronie. I nie wierzy w dobrą wolę i kompetencje wielkiego biznesu ani polityków.

Pauperyzacja. To zjawisko spowodowało, że obraz Detroit, jaki wyłania się z książki, to obraz nędzy i rozpaczy: latarnie uliczne były zepsute albo z niewiadomych powodów powyłączane. Nie wywożono śmieci. Ścieki cofały się do domów, zalewając wszelkim paskudztwem całe ulice. Karetki były totalnie zajeżdżone i czasami nie pojawiały się przez kilka godzin od momentu wezwania. Znakiem rozpoznawczym miasta była plaga podpaleń, z którą bezskutecznie próbowała walczyć niedoinwestowana straż pożarna. Ale władze miasta wciąż szukały oszczędności, obierając znaną skądinąd strategię uzasadnień dla swoich decyzji, czyli publiczne sugestie, że ciężka praca strażaków to rzecz przynajmniej wątpliwa, a większość czasu zajmuje im „spanie i wcinanie steków”. Działo się to w tym samym czasie, gdy burmistrz Kilpatrick z żoną wozili się kosztownym cadillakiem escalade, kupionym za pieniądze podatników najbiedniejszego miasta w kraju.

LeDuff w nowojorskich czasach, już po 11 września 2001 roku, pracował w Strefie Zero. Wtedy, jak mówi, wiele nauczył się o strażakach, szorstkich i twardych ludziach, którzy kierowani poczuciem obowiązku i wolą niesienia pomocy wbiegają do płonących budynków: mają ograniczone horyzonty kulturowe i kiepski styl wypowiadania się, ale także masę historii, którymi niemal nikt nie ma ochoty się zajmować; aż do momentu, gdy nadejdzie katastrofa. Amerykańscy strażacy są jednym z głównych zbiorowych pozytywnych bohaterów jego reportażu.

I nie tylko zbiorowych. Na kartach „Detroit” LeDuff przedstawia bliżej zawodowe i życiowe perypetie strażaków z East Side, z drużyny trzeciej, pracującej w rejonie nr 23. Ich remiza mieści się obok opustoszałych zakładów samochodowych Packarda, czyli 250 hektarów ruiny przemysłowej: w poszukiwaniu metalu, który można by sprzedać na złom, często zapuszczają się tu śmieciarze. Czasami podpalają część budynków. Gdy tylko strażacy sumiennie ugaszą pożar, śmieciarze wracają, by zabrać ślicznie oczyszczone przez ogień dźwigary. Dziennikarz opisuje swoje pierwsze wrażenia: gdy popatrzyłem na wyposażenie oddziału – nadtopione hełmy, dziurawe buty i kurtki pokryte tak grubą warstwą sadzy, że ubrani w nie mężczyźni wyglądali jak wielkie zapałki – ci faceci wydali mi się garstką steranych żołnierzy, rzuconych na jakiś zapomniany przez Boga i ludzi front. Ekipa właśnie kończyła gaszenie pożaru. Mike Nevin, szef drużyny, podsumował: udało nam się uratować dom tej staruszki. Prawdopodobnie uratowaliśmy ją przed schroniskiem dla bezdomnych. Ta pani zaprasza nas na obiad.

Zwracam uwagę na tego rodzaju opisy, aż podejrzanie i ckliwie dobroduszne, bo pokazują one styl dziennikarstwa LeDuffa, ale i coś znacznie większego – wartość społeczną jego pisania. Strażacy to „wąsaci Janusze” Ameryki, w której standardy piękna wyznacza Hollywood: Nevin miał nos jak kartofel i okropną fryzurę na czeskiego piłkarza – z przodu krótką, a z tyłu długą. Ale to oni są Supermanami. I nie tylko oni. Reportażysta konsekwentnie buduje pozytywny obraz „ostatnich sprawiedliwych” Detroit. Jest wśród nich sędzia, który wydaje słuszny wyrok, jest menedżer niższego szczebla General Motors, którzy nie może pogodzić się z polityką firmy likwidującej lokalne miejsca pracy, są klnący, wiecznie zapracowani policjanci z wydziału kryminalnego, są robotnicy, którzy wciąż kochają swoją pracę, kochają umierający amerykański przemysł i umierający amerykański sen. Są wśród tych ostatnich sprawiedliwych samotne stare kobiety wychowujące wnuki i liczące swoich zmarłych, którzy zginęli w przypadkowych strzelaninach, kobiety, które tyrały całe życie, a na starość grozi im wysiedlenie do slumsów, ponieważ zapomoga z opieki społecznej nie wystarcza na czynsz.

Ale to właśnie opowieści o strażakach stanowią wciąż powracający motyw reportażu. Dlaczego? W jakiejś mierze wynika to z przyczyn niemal mitycznych: LeDuff widzi w nich ostatnich strażników dobra; ludzi, którzy próbują ocalić ład w świecie poddającym się chaosowi. A po części bierze się to stąd, że dostrzega w nich dziedziców amerykańskiej klasy pracującej, jej etosu i marzeń, wspólnot, jakie ona tworzyła w najlepszych i zbyt krótkich latach. I tak dziadek Mike’a Nevina, litewski emigrant, klepał zderzaki samochodowe w zakładach Packarda. Ojciec Nevina urodził się parę przecznic obok remizy i po trzydziestu latach służby w straży pożarnej przeszedł na emeryturę. A teraz pracował tam Nevin, wraz z innymi chłopakami starając się ochronić tę dzielnicę odpadów i zamieszkujących ją ludzi przed wypalaniem do gołej ziemi.

Pauperyzacja jednych stwarza niezwykłe wręcz możliwości wzbogacenia dla innych. LeDuff pokazuje mechanizmy korupcyjne, jakie rządziły miastem, i ludzi odpowiedzialnych za polityczne zepsucie i defraudację środków publicznych. W trakcie pracy dla „The Detroit News” dziennikarz natrafił na siedem milionów dolarów przeznaczonych na potrzeby miejscowej straży pożarnej, które nigdy tam nie trafiły. Te pieniądze miały być wydane na najbardziej podstawowe rzeczy dla niszczejących remiz, ale gdzieś podczas przerzucania się papierkami forsa po prostu wyparowała. Zgodnie z papierami w jednej z takich placówek dokonano gruntownego remontu. W rzeczywistości wciąż straszyły tam popękane podłogi, nie działało ogrzewanie i zapomniano o instalacji rur, które doprowadzałyby wodę dla wozów strażackich. Inne placówki, na które przeznaczano środki, w ogóle… nie istniały: miałem dokumentację dotyczącą remizy numer dwadzieścia dwa, której na nową podłogę przyznano pół miliona dolarów. Problem polegał na tym, że pod adresem, gdzie owa remiza miała się mieścić, dziesięć lat temu znajdowała się meksykańska restauracja. Później budynek zabito deskami i zostawiono, by powoli zapadał się pod ziemię. Z kolei Szkole Służby Pożarniczej przyznano półtora miliona dolarów na budowę wieży treningowej. Tyle że pieniądze rozpłynęły się w wielkomiejskiej mgle, a wieża nigdy nie uświetniła swoim widokiem krajobrazu Detroit.

Jeśli spojrzeć szerzej na reportaż LeDuffa, jest to swoisty moralitet. Scenariusz i scenerię dla niego stworzyła nagła transformacja społeczno-gospodarcza, która zmiotła z powierzchni ziemi dużą część amerykańskiego dobrobytu dostępnego dla ludzi pracujących ciężko i fizycznie. Dla LeDuffa to także opowieść rodzinna o miejscach, których już nie ma. To, co szczegółowe i to, co oddaje tendencje ogólne dopełnia się w miejscach, gdzie przenikają się przestrzeń materialna i symboliczna: zaparkowałem samochód i nie zamknąłem go na klucz. Nie wydało mi się, żeby było to konieczne. Okolica była zupełnie opuszczona, pełna wypatroszonych skorup domów, które kiedyś zamieszkiwała klasa średnia. Ostatnim razem, gdy byłem tu z matką, te domy były jeszcze zamieszkane. Upadek nadszedł bardzo szybko. […] Czy chodziło o to, że skończyła się praca przy samochodach, czy o to, że Wall Street wyruchało klasę średnią? A może po prostu ludzie się poddali? Nie wiem.

Gdy przyjrzymy się „Detroit”/Detroit jeszcze szerzej, to zobaczymy historię o zwykłych ludziach, którzy toczą nierówną walkę z otaczających ich światem. Opowieść, którą dałoby się napisać także w Polsce, gdyby rodzime dziennikarstwo nie straciło pazura i elementarnej wrażliwości na sprawy znacznej części społeczeństwa. LeDuff ocala swoich bohaterów, ocala ich godność, ukazuje sens ich starań. I to jest dobre.

Charlie LeDuff, Detroit. Sekcja zwłok Ameryki, tłum. Iga Noszczyk, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015.

Koniec American dream?

W czasach wielkiego kryzysu gospodarczego lat 30. powstała monumentalna książka jednego z najwybitniejszych przedstawicieli tzw. lost generation, Johna Dos Passosa. Na publikację zatytułowaną „USA” składają się trzy części: „42 równoleżnik”, „1919” i „Ciężkie pieniądze”. Książka zyskała sławę i popularność zarówno za sprawą treści, która stanowiła wnikliwą analizę USA czasów kryzysu, jak i formy. Dos Passos zastosował bowiem nowatorską w tamtych czasach narrację polifoniczną, opierając ją na czterech elementach kompozycji powieści. Są to: oko kamery rejestrujące osobiste spostrzeżenia i wrażenia autora; kronika filmowa będąca zapisem zdarzeń bieżących, ujętych w formie tytułów z gazet, fragmentów artykułów, reklam czy piosenek; biografie polityków, finansistów, uczonych, aktorów odpowiedzialnych za kształt rzeczywistości amerykańskiej; narracja fabularna opowiadająca losy autentycznych i fikcyjnych postaci reprezentujących kategorię tzw. zwykłych Amerykanów. Najobszerniejszą część książki tworzą historie dwanaściorga głównych bohaterów, które łączą się i przeplatają w całej trylogii.

Podobnego zabiegu użył amerykański dziennikarz George Packer w swojej głośnej, nagradzanej książce, wydanej w Polsce pod tytułem „Kryzys wolnego rynku? Ameryki portret wewnętrzny”. Odwołanie do trylogii Dos Passosa jest aż nadto czytelne. Mamy tu do czynienia z podobną konstrukcją: książka przedstawia zarówno historie zwykłych Amerykanów, jak i demiurgów amerykańskiego życia politycznego, gospodarczego czy kulturalnego ostatnich kilkudziesięciu lat, wreszcie zaś – odnajdujemy sekcje, które składają się z fragmentów piosenek, programów telewizyjnych i wycinków z gazet z lat 1978–2012. Zasadnicza różnica w porównaniu z dziełem Dos Passosa jest taka, że Packer opisuje tylko historie prawdziwe, a losy bohaterów nie splatają się w jego książce na podobieństwo tych z „USA”. Ze względu na podjętą tematykę można go też bez wątpienia nazwać dłużnikiem Johna Steinbecka czy George’a Orwella, by przypomnieć choćby „Grona gniewu” czy „Drogę na molo w Wigan”.

Osią książki Packera są historie trzech postaci. Pierwszą z nich jest Dean Price, pochodzący z Karoliny Północnej wielbiciel książki prekursora „literatury osobistego sukcesu” Napoleona Hilla pt. „Think and Grow Rich” oraz przedsiębiorca tworzący sieci sklepów, stacji benzynowych, fast foodów, wreszcie zaś zapaleniec poświęcający się kwestii biopaliwa, która staje się jego prawdziwą idée fixe. Druga to Jeff Conaughton, lobbysta, prawnik, były doradca obecnego wiceprezydenta Joe Bidena, autor książki „The Payoff: Why Wall Street Always Wins”. Trzecią jest Tammy Thomas, mieszkanka miasta Youngstown w Ohio, wieloletnia pracownica przemysłu stalowego w tym mieście oraz działaczka na rzecz lokalnej społeczności. Za czwartego bohatera książki możemy uznać Petera Thiela, mimo że rozdziały mu poświęcone nie zostały zatytułowane jego nazwiskiem, a występują pod ogólnym tytułem „Dolina Krzemowa”. Jest to zresztą postać dość symptomatyczna: twórca serwisu PayPal i jeden z głównych udziałowców Facebooka, miliarder, libertarianin, dziecko boomu w Dolinie Krzemowej, wizjoner, człowiek mający świadomość, że ze światem współczesnym coś jest nie tak, zatroskany jednak cały czas o ludzkość w wymiarze globalnym, chcący zmieniać świat kompleksowo i radykalnie, snujący marzenia o nieśmiertelności i hojnie wspierający badania nad wydłużeniem ludzkiego życia, niezainteresowany natomiast zupełnie „tu i teraz”, które zdaje się dla wizjonera jego pokroju czymś zbyt trywialnym i mało pociągającym. Obok nich w książce przewijają się historie innych zwykłych Amerykanów (rodzina Hartzellów), a także wpływowych postaci amerykańskiego establishmentu czy celebrytów, jak np. Newt Gingrich, Colin Powell, Robert Rubin, Elizabeth Warren, Oprah Winfery, Jay Z, Raymond Carver, Sam Walton czy Andrew Breitbart.

Opowieść Packera rozpoczyna się w 1978 r., w momencie, gdy amerykańskie wartości zostały, jego zdaniem, podważone i zaczęły być sukcesywnie niszczone przez turbokapitalizm nastawiony na jak największy zysk. Proces ten zapoczątkował powiększające się w oszałamiającym tempie dysproporcje między garstką nieprzyzwoicie bogatych a masami wpędzanymi w coraz większe ubóstwo. Opisywane czasy to lata zamrożenia płac klasy średniej, coraz szybciej rosnących nierówności oraz zerwania niepisanej umowy obowiązującej w krajach wysokorozwiniętych po II wojnie światowej, w myśl której każdy obywatel tych społeczeństw winien mieć godną płacę pozwalająca na utrzymanie. Ameryka upodabniała się wówczas do Wal-Martu: Zrobiła się oszczędna. Ceny i płace były niższe. Zmalała liczba miejsc pracy w fabrykach, w których działały związki zawodowe, a wzrosła – niepełnych etatów na takich stanowiskach jak witający gości. Małe miasteczka, które wyniosły pana Sama, stawały się coraz uboższe, co oznaczało, że konsumenci byli coraz bardziej uzależnieni od „codziennie niskich cen”, robili wszystkie zakupy w Wal-Marcie, a może nawet musieli w nim pracować. A w tych częściach Ameryki, które się bogaciły, na wybrzeżach i w niektórych wielkich miastach, wielu klientów z przerażeniem patrzyło na Wal-Mart oraz jego wielkie regały pełne tandetnych, jeśli nawet nie niebezpiecznych towarów „made in China”, i kupowało buty oraz mięso w drogich sklepach, jakby to, że przepłacają, mogło zaszczepić ich przed rozprzestrzeniającą się taniochą.

Packer kreśli portret Ameryki ostatnich kilkudziesięciu lat w sposób mistrzowski. Trzeba przyznać, że nie ucieka się do tanich sztuczek, które co rusz chwytałyby czytelnika za serce, nie znajdziemy u niego śladów – charakterystycznej zwłaszcza dla amerykańskiej produkcji filmowej – cukierkowatości, egzaltacji i sentymentalizmu. Brak również w tych historiach happy endu czy krzepiących przykładów, autor nie próbuje też wprawić czytelnika w lepszy humor poprzez dawanie nadziei, że idzie ku lepszemu, że pierwsze jaskółki przemian zaczynają być widoczne. Zarysowuje przykłady działań przynoszących określone efekty, pokazuje, że przeciwstawienie się tym negatywnym zjawiskom, które opisuje i piętnuje, bywa czasami możliwe, ale nie wyciąga z tego żadnych ogólnych optymistycznych wniosków. Nie stawia ich za wzór uniwersalnej metody, która sprawdza się i w związku z tym winna być powszechnie stosowana. Stara się też nie ferować wyroków. Z dystansem, niejako z zewnątrz i chłodnym okiem portretuje swoich bohaterów, w dużej mierze pozostawiając czytelnika z zadaniem wyciągnięcia samodzielnych wniosków i dając tylko pewne sugestie co do tego, jakie są przyczyny kryzysu i co z USA jest nie tak. Nie spina też książki i historii w niej przedstawionych bardziej ogólnymi refleksjami, co w moim odczuciu stanowi akurat pewną słabość, choć zdaję sobie sprawę, że dla niektórych może być to atutem. Jednostkowe historie mogą stanowić egzemplifikację szerszych zjawisk, ale nie zawsze wiemy, na ile są one wynikiem uwarunkowań systemowych, na ile zaś jedynie indywidualnych decyzji poszczególnych jednostek, ich błędów i słabości.

Czytelnikowi nie do końca wyrobionemu trudno jednoznacznie stwierdzić, czy osoby, o których pisze Packer, to niewinne ofiary, czy też ludzie, których uwiodła bajka o możliwości nieustannego i przybierającego monstrualne rozmiary konsumowania. W książce pojawiają się bowiem ludzie, którzy przyjęli pewien styl życia oparty na hiperkonsumpcji, ale poczuli się oszukani, gdy okazało się, że jego kontynuowanie nie jest możliwe, że obietnice, którymi ich zwodzono, nie zostaną spełnione. Czy jednak prowadzi ich to do refleksji nad fałszem paradygmatu, któremu pozwolili się omamić? Czy też raczej ich rozgoryczenie to konsekwencja wyłącznie tego, że życie ponad stan okazało się nazbyt kosztowne i nie jest już dłużej możliwe? Czytelnik w pewnym momencie orientuje się, że trudno jednoznacznie współczuć ludziom, których historie zostały opisane przez Packera – dorabiającym post factum pokrętną ideologię do wcześniejszych działań, głosującym ewidentnie wbrew własnym interesom, wegetującym w jakimś makabrycznym stuporze – z którego wyrywa ich dopiero groźba odcięcia kablówki, utraty Internetu lub odebrania kuponów na żywność – czy tracącym dorobek życia na spekulacjach nieruchomościami i za sprawą inwestycji w piramidy finansowe obiecujące natychmiastowy zysk itp.

Z drugiej strony nie można zapominać, że w dużej mierze są to ludzie wykluczeni, stłamszeni, złamani, zbędni i zrezygnowani, niemający już sił. Wykluczenie zaś, jak wiemy, utrudnia jednostce pełnienie określonych ról społecznych, korzystanie z dóbr publicznych, infrastruktury społecznej (rynku konsumpcji, pracy, szkolnictwa, pomocy społecznej, służby zdrowia, wymiaru sprawiedliwości itp.), praw politycznych czy gromadzenie zasobów. W literaturze naukowej używane jest pojęcie underclass wprowadzone przez szwedzkiego ekonomistę Gunnara Myrdala, który zaliczył do niej jednostki żyjące w bardzo złej sytuacji materialnej i zarazem dotknięte marginalizacją w ramach struktury społecznej. Ralf Dahrendorf wyodrębnił cechy charakterystyczne członków underclass: niskie zarobki, bezrobocie, brak kwalifikacji, zależność od opieki społecznej, dezorganizacja rodziny, skłonności do zachowań aberracyjnych. Zjawisko to ma swoje skutki długotrwałe, przekładające się na pozycję i status przyszłych pokoleń. Mamy więc do czynienia z utrwalaniem i dziedziczeniem wykluczenia społecznego – kolejne pokolenia mają zazwyczaj minimalne szanse poprawy swojej sytuacji i jej przezwyciężenia. Prawie każda z postaci przedstawionych przez Packera jest poniekąd tragiczna. Wszystkie zostały wciągnięte przez bezosobowe procesy gospodarcze, których zazwyczaj nie mogą zrozumieć, więc popadają w stan coraz większej dezorientacji i zagubienia w otaczającym świecie. Są to bez wyjątku osoby odczuwające tragiczny dysonans między otaczającą je rzeczywistością a hasłami, zaklęciami, ideami, które nieustannie są im podawane jako immanentny składnik amerykańskiej mitologii. Packer pokazuje, że ludzie ci zostali całkowicie zostawieni sami sobie – nie tylko nie mogą liczyć na jakąkolwiek pomoc, ale w dodatku wszelkie podejmowane przez nich próby wydobycia się z tragicznej sytuacji napotykają na przeszkody, a oni sami na powrót są spychani przez bezduszną machinę finansowo-urzędniczą na pozycje outsiderów.

Chciwość jest dobra – mówił Gordon Gekko, bohater filmu „Wall Street” Olivera Stone’a. Packer kwestionuje tę opinię, pokazując do jakiego spustoszenia prowadzą nieokiełznana żądza zysku i niepohamowana zachłanność. Autor unika taniej agitacji, książka nie jest bowiem oskarżeniem pod adresem tej czy innej partii, polityków, menedżerów czy przedsiębiorców. Nie ucieka się do łatwych, acz powierzchownych konstatacji, wskazując raczej na chorobę Ameryki jako takiej. USA jawią się jako kraj bez nadziei, pełen ludzi przegranych i wypalonych. Nawet ci, którzy dorobili się miliardowych fortun, sprawiają wrażenie niezaspokojonych, sfrustrowanych lub pełnych lęku. Obraz ten przywodzi na myśl społeczeństwo Dobuańczyków opisane przez Ruth Benedict we „Wzorach kultury”: społeczność, w której lęk i poczucie zagrożenia były zasadą przenikającą wszystkie sfery życia. Benedict pisała o istniejącej pomiędzy mieszkańcami Dobu nieustannej podstępnej i ukrytej rywalizacji. Cała ich egzystencja była wręcz walką na noże, każdą korzyść uzyskiwało się kosztem pokonanego rywala, a za człowieka dobrego, takiego, któremu się powiodło, uważany był ten, który cichcem wysadził drugiego z siodła. Packer, opisując jedną z postaci, podkreśla: Matta najbardziej przygnębiało to, że w Ameryce zapanowała żądza pieniądza, że chodziło o osiągnięcie jak najwyższych zysków za jak najniższą cenę. Każdy myślał tylko o sobie i nie chciał nikomu pomóc. Lobbyści, politycy – wszyscy byli skorumpowani, żerowali na tych, którzy mieli najmniej. Ta erozja myślenia wspólnotowego, rozpad społeczeństwa, atrofia więzi międzyludzkich – wynikające z lansowania myślenia w kategoriach egoistycznych, nakierowania na jednostkowy prywatny, indywidualny sukces bez oglądania się na innych – to kolejny leitmotiv recenzowanej książki.

Za pewien mankament „Kryzysu wolnego rynku?” można uznać fakt, że zbyt mało wyraźnie uwypukla zmiany systemowe, które dokonały się w USA na przestrzeni ostatnich dekad. Szkoda, że autor nie próbuje jasno i wyraźnie wskazać na wydarzenia i przemiany, które w największym stopniu przyczyniły się do katastrofalnego stanu rzeczy, wyłaniającego się z kart jego dzieła. Wydaje się, że książce nie zaszkodziłyby krótkie rozdziały dotyczące kwestii bardziej ogólnych, zarysowujące tło dla tych jednostkowych historii, wskazujące na tendencje dominujące w kolejnych okresach opisywanych przez autora. Co prawda nie jest ona pozbawiona całkowicie tego rodzaju informacji i odniesień, są one jednak dość rozproszone.

Kilkakrotnie jako przykład rozmontowywania amerykańskiego systemu podaje Packer choćby zniesienie ustawy Glassa-Steagalla, wprowadzonej w 1933 r. przez Franklina D. Roosevelta w celu stworzenia bariery między bankami inwestycyjnymi a komercyjnymi i uniemożliwienia im angażowania się w praktyki spekulacyjne. Na skutek lobbingu m.in. Alana Greenspana czy Roberta Rubina, bohatera jednego z rozdziałów książki Packera, w 1999 r. Glass-Steagall Act został uchylony. Deregulacja systemu finansowego, która dokonała się w tamtym czasie, spowodowała, że zyski sektora finansowego zaczęły błyskawicznie rosnąć, przewyższając w szybkim tempie te osiągane przez pozostałe sektory gospodarki. Nawet tego rodzaju amerykańskie firmy-symbole, jak General Electric, General Motors czy Ford osiągały na początku XXI w. większość swoich zysków z aktywności na rynkach finansowych, a nie dzięki działalności produkcyjnej, która była systematycznie ograniczana. W książce zarysowano proces rosnących lawinowo nierówności, jednak trudno zorientować się co do skali, jaką począwszy od lat 70. przybiera to zjawisko. Tymczasem, jak podaje Ha-Joon Chang, o ile wynagrodzenie dyrektora generalnego w USA w latach 60. i 70. było 30–40 razy wyższe niż dochody pracownika, o tyle na początku XXI w. już 300–400 razy wyższe. Jednocześnie przeciętne wynagrodzenie za godzinę pracy pomiędzy 1973 r. a 2007 zwiększyło się z 18,9 do 21,34 dolarów, co oznacza zaledwie 13-procentowy wzrost w ciągu 33 lat.

W rezultacie znakomita większość amerykańskiego społeczeństwa mogła stać się beneficjentami tego rzekomego dobrobytu i pozornie niekończącego boomu jedynie dzięki zadłużaniu się na niespotykaną dotąd skalę. Thomas Piketty podkreśla, że po najbardziej egalitarnej epoce w USA, którą był okres od lat 50. do 70. XX w., mamy do czynienia z eksplozją nierówności dochodów na bezprecedensową skalę, a jej efektem jest zwiększenie udziału najwyższego decyla z poziomu 30–35% dochodu narodowego na początku lat 70. do 45–50% na początku XXI w., przy czym udział najbogatszego 1% populacji wzrósł z 9% dochodu narodowego do 20%. Jeśli zaś skumulujemy całkowity wzrost gospodarki amerykańskiej z lat 1977–2007, to okazuje się, że 10% najbogatszych przejęło trzy czwarte tego wzrostu, w tym 1% najbogatszych – aż 60%. Ta bezprecedensowa zwyżka nierówności płac, pojawienie się superwynagrodzeń na szczycie hierarchii płacowej to, jego zdaniem, jedna z przyczyn kryzysu finansowego z 2008 r., o czym świadczy chociażby fakt, iż udział najwyższego decyla w amerykańskim dochodzie narodowym osiągnął dwa absolutne szczyty w 1928 r. oraz w 2007, co nie może być przypadkiem. Co więcej, Piketty wskazuje, że pomimo kryzysu tendencje te nie uległy odwróceniu i zwyżka ta trwa. Nie dość, że menedżerowie zarabiają nieproporcjonalnie dużo, to nie ponoszą oni praktycznie żadnej odpowiedzialności za podejmowane decyzje i nie są karani za złe zarządzanie.

Przykład Roberta Rubina, przedstawiony w książce Packera, jest tutaj aż nadto wymowny. Rubin, pełniący do 1999 r. obowiązki Sekretarza Skarbu w gabinecie Billa Clintona, następnie zaś stojący na czele Citigroup, jedynego banku, którego nacjonalizację rząd USA brał poważnie pod uwagę w związku ze stratami wynoszącymi w momencie rozpoczęcia kryzysu finansowego 65 mld dolarów, nie miał sobie nic do zarzucenia. Okazało się, że wbrew opinii przewodniczącego Komisji Śledczej do Spraw Kryzysu Finansowego, Philipa Angelidesa, przed którą Rubin zeznawał, pobierane przez niego wynagrodzenie w wysokości 15 mln dolarów rocznie nie musi wiązać się z jakąkolwiek odpowiedzialnością. Gdy więc coś idzie nie tak – jak w przypadku kryzysu z 2008 r. – to podatnicy zostają zmuszeni do wykupienia czy wspomożenia upadających firm, podczas gdy menedżerowie, którzy doprowadzili do ich upadku, nie ponoszą żadnych konsekwencji. Wszystko to w myśl spiżowego prawa współczesnego neoliberalizmu, nakazującego prywatyzowanie zysków i uspołecznianie strat.

Na przykładzie miasta Tampa na Florydzie możemy też obserwować spustoszenie wywołane za sprawą masowego udzielania tzw. kredytów subprime (wysokiego ryzyka). Trzeba jednak jasno powiedzieć, że wśród ofiar tej polityki kredytowej odnajdujemy różne osoby. Jedni, jak Usha Patel, chcąc zrealizować swoją American way of life, inwestują oszczędności całego życia i zapożyczają się w celu uruchomienia własnego interesu, inni to niewątpliwie ludzie zwiedzeni przez szaleńczy konsumpcjonizm, pragnący większego, bardziej komfortowego domu, choć ewidentnie ich na to nie stać. Jeszcze inni to spekulanci przekonani, że odnaleźli Świętego Graala biznesu i w związku z tym nastawieni na szybkie i krociowe zyski z handlu nieruchomościami, których ceny w tamtym czasie gwałtownie rosły: U szczytu szaleństwa, czyli w 2005 roku, 29 grudnia w Fort Mayers sprzedano dom za trzysta dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy sześćset, a 30 grudnia – za pięćset osiemdziesiąt dziewięć tysięcy dziewięćset dolarów. Liczba kredytów subprime lawinowo zwiększała się: o ile na początku lat 90. stanowiły one 10% rynku kredytów hipotecznych, to 10 lat później – już 80%. Wpływ na to miały zarówno zielone światło, które tego typu kredyty uzyskały od rządu (hasło Clintona: „Własny dom dla każdego Amerykanina”), jak i rozwój pośrednictwa finansowego. Pośrednicy finansowi, wynagradzani prowizyjnie od liczby sprzedanych kredytów, byli zainteresowani ich mnożeniem, a nie jakością. Wkrótce jednak, gdy stopy procentowe – wcześniej sztucznie utrzymywane na niskim poziomie – poszły w górę, okazało się, że większość dłużników ma problemy ze spłacaniem kredytów. W tym samym czasie ceny domów zaczęły spadać, natomiast banki rozpoczęły przejmowanie obciążonych nieruchomości i wystawianie ich na sprzedaż.

W ten sposób wiele osób zostało z dnia na dzień wepchniętych w spiralę zadłużenia, z którym nie mogły sobie poradzić. Co więcej, stało się jasne, że nikt oprócz nich nie jest zainteresowany tym, czy sprostają problemowi. Wyjątkowo perfidna okazało się polityka banków i instytucji finansowych, które z premedytacją niszczyły ludzi, aby odzyskać zainwestowane pieniądze. Tyle było tych spraw, a Sąd Najwyższy wywierał tak silną presję, aby szybko je rozpatrywać, że jeden starszy sędzia, mniej więcej siedemdziesięciopięcioletni, prowadził ich jednocześnie trzy tysiące. Pewnego grudniowego przedpołudnia na wokandzie sądu hrabstwa Hillsborough było sześćdziesiąt rozpraw; zaczynały się o dziewiątej rano od sprawy National City Mortgage przeciwko Christopherowi Meierowi, a kończyły się o dwunastej sprawą Chase Home Finance przeciwko Wiliamowi Martensowi. Na każdą z nich przypadały trzy minuty, a często sprawiedliwość wymierzano w jeszcze krótszym czasie. Po lunchu, zaczynając o pierwszej trzydzieści od sprawy Wells Fargo Bank przeciwko Stephanie Besser, a kończąc o piątej sprawą Deutsche Bank przeciwko Raymondowi Lucasowi, sędzia rozpatrywał sześćdziesiąt pozwów. Jeśli pani Besser albo pan Lucas byli reprezentowani przez adwokata, „szybka wokanda” – tak to nazywano – zwalniała i nie realizowano planu. Ale najgorzej, jeśli pani Besser albo pan Lucas stawiali się osobiście, bo wtedy sąd stykał się z ludzkim aspektem sprawy, widział zniekształconą niepokojem twarz wobec groźby utraty domu i całej procedurze towarzyszyło zakłopotanie, jakby na salę, w której lekarze omawiali przypadek śmiertelnie chorej pacjentki, weszła ona sama. Wtedy sędzia mógł zadać ostrzejsze pytanie przedstawicielowi powoda, ale na szczęście takie sytuacje nie zdarzały się prawie nigdy. Większość spraw przebiegała bez sprzeciwu, wyłącznie z udziałem prawnika reprezentującego bank. Banki permanentnie zwodziły i zastraszały klientów, nie odpowiadały na telefony, okłamywały ich tak, że gdy przychodził czas rozprawy, większość pozwanych nie miała już siły walczyć, poddawała się i sprawa odbywała się błyskawicznie pod ich nieobecność. Jak zauważyła jedna z bohaterek książki Packera, Sylvia Landis: Więcej czasu, niż dostali ci ludzie, którzy przecież tracili domy, spędzam przy okienku w McDonaldzie dla zmotoryzowanych.

Jedną z ulubionych książek miliardera z Doliny Krzemowej, Petera Thiela, jest wydana w 1967 r. „Le Défi Américain” francuskiego dziennikarza i polityka Jeana-Jacquesa Servana-Schreibera. Została w niej zarysowana wizja postindustrialnej utopii istniejącej w USA około 2000 r. Servan-Schreiber uważał, że dysproporcje między dochodami ludzi zaczną się wyrównywać, a komputery wyzwolą ludzi, którym wystarczy praca 4 dni w tygodniu po 7 godzin dziennie. Można zapytać, co potoczyło się nie tak: era informatyczna, przewidywana przez francuskiego dziennikarza, faktycznie nastała. Ale utopia, która wraz z nią miała zostać zrealizowana – nie zaistniała. W jakim kierunku poszedł rozwój gospodarek i w ogóle świata Zachodu w ostatnich kilkudziesięciu latach? Czy mieliśmy do czynienia ze spojrzeniem na gospodarkę z założeniem, że człowiek cokolwiek znaczy? Czy rewolucja teleinformatyczna stanowiła rzeczywiście taki przełom, że możemy mówić o erze postindustrialnej? Coraz więcej ekonomistów podważa dziś paradygmat świata postindustrialnego, podkreślając, że lekceważenie sektora wytwórczego było jedną z przyczyn współczesnego kryzysu gospodarczego i per saldo nie wyszło na dobre państwom wysoko rozwiniętym. Ha-Joon Chang ukuł słynny przykład, mówiący, że o wiele większą rewolucją niż Internet była pralka, która – redukując ilość wysiłku potrzebnego do utrzymania domu – pozwoliła kobietom wejść na rynek pracy.

Motyw ten przewija się również w książce Packera. Samochody, pociągi i samoloty nie były teraz wiele lepsze niż w 1973 roku. Rosnące ceny paliwa i żywności świadczyły o całkowitej porażce w rozwoju technologii energetycznej i rolniczej. Komputeryzacja nie stworzyła wystarczająco dużo miejsc pracy, żeby utrzymać klasę średnią, nie spowodowała rewolucyjnych zmian w produkcji i wydajności ani nie przyczyniła się do podniesienia poziomu życia we wszystkich klasach. Wszystko to spowodowało, jak konstatował Thiel, że Amerykanie przestali już po prostu wierzyć w przyszłość i liczyć, że coś dobrego może im ona przynieść.

Trudno powiedzieć, czy Packer wierzy w przyszłość, nie daje bowiem żadnych gotowych recept, nie wskazuje dróg wyjścia z sytuacji, w jakiej znalazła się Ameryka, nie przesądza, za sprawą jakich działań mogłoby się dokonać uzdrowienie kraju. Wydaje się jednak, że mimo wszystko wierzy w Amerykanów i stara się odnajdywać wśród nich postaci, które – nie bacząc na piętrzące się przeciwności losu – zachowały i kultywują w sobie niemodne już ideały, jakie kiedyś dominowały w tym kraju. Mówi nam, że Ameryka to nie tylko Wall Street, celebryci i politycy z pierwszych stron gazet, że życie jest gdzie indziej, że tzw. amerykańskie wartości, sukcesywnie spychane na margines lub groteskowo wykoślawiane, ciągle jednak tlą się tu i ówdzie, mają nadal wyznawców i apostołów oraz ogromną siłę oddziaływania, a ich odrodzenie jest warunkiem wstępnym uzdrowienia amerykańskich realiów.

Uwagi, obserwacje i ostrzeżenia Packera, o czym warto pamiętać, nie odnoszą się jednak tylko do Ameryki. Nie można udawać, że problemy przez niego opisane nie dotyczą społeczeństw Starego Świata. Również i Europa boryka się z podobnymi trudnościami, na które jak na razie nie potrafi znaleźć skutecznego remedium. W Starym Testamencie opisana została instytucja roku jubileuszowego, obchodzonego przez Żydów co 50 lat. Za jego sprawą była przywracana naturalna homeostaza: długi umarzano, ziemia wracała do pierwotnych właścicieli, niewolników uwalniano. Można powiedzieć, że było to ówczesne prawo antymonopolowe zapobiegające procesom koncentracji majątku i władzy. W czasach współczesnych nie znamy tego rodzaju instytucji – a szkoda. Jednak fakt, że okres od końca II wojny światowej do lat 70. uznawany jest za czas względnego egalitaryzmu, świadczyć może o tym, iż taką rolę jak starotestamentowy rok jubileuszowy spełniła poniekąd wojna. Miejmy nadzieję, że nie będą potrzebne podobne wydarzenia, aby współczesne dysproporcje majątkowe zostały zniwelowane.

George Packer, Kryzys wolnego rynku? Ameryki portret wewnętrzny, tłum. Magdalena Słysz, Świat Książki, Warszawa 2015.

Zobaczyć cały świat

– 28 grudnia 1895 r. w Salonie Indyjskim Grand Café w Paryżu bracia Lumière pokazali publiczności „Wyjście robotników z fabryki”. To początek kina, także filmu dokumentalnego. Zaczęło się od 48-sekundowego obrazu. 110 lat później na ekrany wszedł ponad dwugodzinny obraz „Śmierć człowieka pracy” Michaela Glawoggera, do którego zdjęcia autor kręcił w Ukrainie, Niemczech, Indonezji, Nigerii. Film dokumentalny ma się w naszych czasach o wiele lepiej niż klasa robotnicza.

Artur Liebhart: Nie tylko bracia Lumière w tamtym czasie nagrywali pierwsze filmy. Byli też inni pionierzy kina, z Niemiec i Belgii, korzystający z własnych technologii, którzy na bohatera zbiorowego wybrali klasę robotniczą, ludzi wychodzących z fabryk. Glawogger po latach stwierdzał, że w naszym kręgu kulturowo-ekonomicznym klasa robotnicza zanika. Dla kontrastu: w 2005 roku film dokumentalny nabierał rozpędu. Twórcy byli w stanie, mówiąc językiem rachunku finansowego, od którego nie da się uciec także w tej branży, zdobyć znaczne fundusze na duże projekty z instytutów filmowych czy od różnych organizacji finansujących szeroko rozumianą sztukę.

Te czasy już minęły. Nawet największym twórcom kina dokumentalnego nie jest łatwo zdobyć pieniądze na projekty tworzone z rozmachem. A ci, którzy wciąż je dostają, muszą płacić cenę niezależności. Podam dwa przykłady. Wybitni twórcy, Werner Herzog i Wiktor Kossakowski, pracują obecnie nad wielkimi projektami filmowymi, które są na miarę ich ego i ambicji artystycznych. Otrzymali potrzebne pieniądze od olbrzymich organizacji medialnych, które postawiły warunek, że to one będą całkowicie kontrolować dystrybucję filmów na całym świecie. To oznacza, że tych obrazów najprawdopodobniej w ogóle nie zobaczymy w kinach. Zwykłemu widzowi pozostanie ekran laptopa, ewentualnie monitor telewizora.

Możni medialnego świata dostrzegli potencjał w filmie dokumentalnym, tym robionym z rozmachem przez głośne nazwiska. Próbują go zagarniać do swoich celów marketingowych, zrobić produkt ekskluzywny, na wyłączność, rozpowszechniany tylko za pośrednictwem VOD, czyli płatnego udostępniania treści multimedialnych. To bardzo zła praktyka. Niestety, w tę stronę ewoluuje cały świat medialny. To powoduje, że producenci nie chcą pokazywać filmów dokumentalnych na festiwalach czy publiczności w kinie. Liczą się abonament i zarobek.

– Czytałem niedawno wywiad z Joe NeCastro, dyrektorem do spraw rozwoju w Scripps Networks Interactive, zrobiony tuż po tym, jak ta firma sfinalizowała przejęcie TVN. Uderzał skrajnie zekonomizowany język opisu mediów.

– Nie ma dziś „przestrzeni mentalnej” na mówienie o czym innym. A nawet gdyby ktoś zaryzykował opis tego biznesu w innym świetle, najprawdopodobniej osoby odpowiedzialne w zarządzie choćby za kwestie PR-u uznałyby go za szaleńca.

– Gdy w 2012 r. po raz pierwszy byłem na festiwalu Planete+ Doc Film Festival, postrzegałem film dokumentalny jako rzecz nieco archaiczną. Po kilku dniach wyszedłem z Kinoteki zachwycony. Zobaczyłem m.in. „Projekt NIM” Jamesa Marsha, „Niech żyją Antypody!” Wiktora Kossakowskiego, „Chwała dziwkom” Michela Glawoggera, „Wodne dzieci” Aliony van der Horst. Miałem przed sobą cały świat. Potrafisz ująć różnorodność filmu dokumentalnego w kategorie, pokazać trendy jego rozwoju?

– Można się o to pokusić, choć film dokumentalny bardzo szybko się zmienia. Co kilka lat pojawia się obraz, który bardzo trudno zaklasyfikować. Filmoznawcy próbują oczywiście ująć ten świat w kategorie.

Moim zdaniem w naszych czasach na dalsze kierunki rozwoju filmu dokumentalnego ma wpływ rzecz tak trywialna, jak jego format. Albo film jest robiony dla telewizji i ma 55–60 minut, albo jego autor ma środki i zaufanie osób finansujących produkcję i wtedy to rzecz pełnometrażowa. To bardzo ważna sprawa, bo pozwala wykroczyć choćby poza zawężającą perspektywę ukazywania świata: krótkie pytanie, krótka odpowiedź. Wtedy dopiero widzimy film dokumentalny w jego bogactwie.

– I co się na nie składa?

– Mamy cinéma vérité, czyli film obserwacyjny. To „czysty dokument”, który polega na rejestracji rzeczywistości: reżyser stawia kamerę i idzie na piwo [śmiech].

Herzog jest krytykiem tego stylu, mówi: „bądźcie reżyserami, a nie muchami na ścianie”. Jego zdaniem twórcy muszą współtworzyć filmowe sytuacje, żeby „zagęszczać rzeczywistość”, odsuwać kotarę banalnej codzienności i ukazywać prawdziwe energie, które tworzą świat, rządzą nim lub na niego istotnie wpływają. Herzogowski styl powoli wygrywa w tej dziedzinie.

Inne filmy, w których lubują się głównie reżyserzy z krajów germanofońskich, to travelogi. To produkcje które pokazują jakiś temat, widziany z perspektywy różnych części świata, „filmy globalne”. Bardzo często opierają się one na zanegowaniu pozornych oczywistości funkcjonujących w danej kulturze. Można je traktować jako wyzwanie intelektualne i emocjonalne dla nieco bardziej wymagającej widowni. Za przykład niech posłużą obrazy Glawoggera. Jego „Megamiasta” z 1998 r. to jeden z pierwszych dużych, pełnometrażowych filmów dokumentalnych zrobionych jak fabuła, mocno zagęszczających rzeczywistość. Glawogger pokazał w nim Moskwę, Meksyk, Mumbaj, Nowy Jork. Na identycznym schemacie oparte są jego „Śmierć człowieka pracy” czy „Chwała dziwkom”, rzecz pokazująca realia prostytucji w różnych kręgach kulturowych współczesnego świata.

Są też filmy, które nazywam intymnymi. To długie dokumenty, które najczęściej są kręcone na bardzo długich planach, chcą nam pokazać prywatność bohaterów w sposób niemal namacalny.

I są filmy dokumentalne, które „chcą coś załatwić”, realizowane zarówno w formacie telewizyjnym, jak i pełnometrażowym. Bardzo rzadko są udane, często – przeciętne. Najczęściej to produkcje pokazujące różne zjawiska społeczne w sposób bardzo dydaktyczny. Najlepsze kino tego gatunku to takie, które pozwala nam myśleć i oglądać świat.

– Nie lubisz dydaktyki w filmie dokumentalnym?

– Problem raczej w tym, że ludzie przesiąknięci neoliberalnymi sposobami opisu świata odbierają kino z mocną tezą jako propagandę. Nie radzą sobie z mocno postawionymi tezami odmiennymi od poglądów, które uznają za oczywiste.

To wyraźny problem polskiego filmu dokumentalnego. U nas nie powstaje szerzej rozumiane kino polityczne. Owszem, doszliśmy do takiego etapu, że powstają w Polsce filmy o komunizmie. Robi się je dobrze, czasem nawet bardzo dobrze. To filmy naprawdę głębokie, które nie zestarzeją się i za sto lat. Na uwagę zasługuje kino Macieja Drygasa, który z absolutną konsekwencją tworzył oparte o archiwa filmy poświęcone czasom PRL. Ale niemal wszystko, co powstało w polskim dokumencie po 1989 r. i odnosiło się do nowych realiów, jest silnie naznaczone cenzurą wewnętrzną. Owszem, są wyjątki, np. „Balcerowicz. Gra o wszystko” Andrzeja Fidyka. To dobrze zrobiony film–pamflet. Z kolei „Bar na Wiktorii” Leszka Dawida to chyba jedyny znany mi film dokumentalny, który był na tyle delikatny, że mógł powstać, a dziś jego ranga rośnie. To tytuł, który pokazuje pierwszą falę emigracji Polaków do Anglii po akcesji do Unii Europejskiej. Stawia pytanie choćby o to, kim byli ludzie wyjeżdżający wówczas z kraju.

– Czy problem polega na tym, że nie stworzono u nas odpowiedniego języka filmowego do analizowania rzeczywistości czasów transformacji?

– Odwołam się do konkretnego przykładu. W 1997 r. ukazał się film dokumentalny Ewy Borzęckiej „Arizona”. To bardzo mocny film o końcu PGR-ów. Autorka weszła w tamten świat, ale nie spojrzała na niego szerzej. Pokazała widzom pijanych chłoporobotników, ale nie pokazała przyczyn ich demoralizacji i rozpaczy. Miała wielką szansę na zrobienie filmu wybitnego. Zrobiła film, który zdeterminował opis rzeczywistości. Mało kto od tamtej pory odważył się na pokazanie Polski-w-procesie: mam wrażenie, że przestraszyli się i twórcy, i potencjalni dysponenci środków finansowych.

Owszem, mamy filmy o nędzy, pokazujące biedne podwórka, szpitalne historie schorowanych ludzi. To jednak są obrazy o wykluczonych, lecz nie o tym, dlaczego ludzie są wykluczeni. Na to pierwsze ewentualnie można u nas zdobyć pieniądze. Ale brak nam sztuki kręcenia filmu dokumentalnego, który pomógłby Polakom zrozumieć, co się dzieje dookoła.

– W jednym z wywiadu wspominałeś, że film dokumentalny stał ci się bardzo bliski w czasie studiów na Wydziale Nauk Politycznych i Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. Jakie obrazy oglądałeś? Jacy twórcy cię interesowali?

– Byłem wtedy pod wielkim wrażeniem kina dokumentalnego Krzysztofa Kieślowskiego, „czarnej serii polskiego dokumentu”, twórczości Wojciecha Wiszniewskiego. To były filmy, które mnie poraziły. Zacząłem szukać także zagranicznego filmu dokumentalnego. W wakacje jeździłem do Francji na winobranie, to były lata 80. XX w. Zacząłem tam szperać po księgarniach, bibliotekach, kupować filmy na kasetach VHS. Bardzo słabo znałem francuski, ale naprawdę byłem zafascynowany. Wtedy po raz pierwszy oglądałem filmy Raymonda Depardona. Na festiwalu, który mam zaszczyt prowadzić, pierwszą pokazaną przez nas retrospektywą były jego filmy… Depardon był nieledwie moim przewodnikiem po tym, czym może być film dokumentalny, jakim może być obrazem świata, relacji społecznych. Pamiętam bardzo dobrze jego filmy o rozprawie sądowej czy pogotowiu ratunkowym.

Wrócę jeszcze do Kieślowskiego. Rozczarował mnie, gdy odszedł od filmu dokumentalnego, podając powody niby-etyczne: że nie chce pokazywać czyjegoś cierpienia. Stwierdził, że film dokumentalny wyczerpał możliwości pokazywania świata. Uważam, że nasz wielki mistrz był w błędzie. To, co dotyczyło jego własnej drogi, podał jako uniwersalną prawdę.

– Gdy trzy lata temu przeprowadzałem z Tobą wywiad, mówiłeś: „polscy dokumentaliści lat 80. i 90. stracili strasznie dużo tematów. Nie powstał film dokumentalny o Kwaśniewskim. Nie powstał dokument o Lepperze. Nie powstał choćby duży, kręcony cztery, pięć lat film o Stadionie Dziesięciolecia, w którym można by pokazać nową klasę ekonomiczną w Polsce, która od łóżek polowych przez szczęki weszła do większego biznesu. To by mogły być filmy, do których pokolenia by nawiązywały”. Coś się w tym względzie zmieniło/zmienia na lepsze?

– Moim zdaniem nic się nie zmieniło. Doszły za to kolejne tematy. Można by nakręcić interesujący film dokumentalny pod tytułem „Polskie drogi”, którego bohaterem mógłby być mały podwykonawca jednej z polskich dróg ekspresowych czy autostrad, jego życie, praca, bankructwo. To się aż prosi o pokazanie. Tym bardziej, że trudno pojąć, dlaczego kilometr polskiej drogi jest droższy niż kilometr szwajcarskiej, gdy Szwajcaria ma bardzo górzysty teren i zdecydowanie trudniej wybudować tam autostrady. I nieco podobny temat: jak to jest, że kraje zachodnie wciąż inwestują w lokalne sieci kolejowe, w powszechny i dostępny transport pasażerski, a nasze władze nie są tym zainteresowane. Ten temat ściśle wiąże się z innymi: oszczędzaniem energii, mobilnością społeczną. Komunikacja zbiorowa jest przecież priorytetem innych krajów Unii Europejskiej – u nas to kompletnie leży.

To się wiąże z jeszcze jedną sprawą: brakuje nam filmów, które pokazywałyby procesy związane z transformacją, zachodzącymi w ciągu dekad przemianami kulturowymi, obyczajowymi, rynkowymi. Dla kontrastu, Helena Třeštíková, czeska dokumentalistka, ponad dwadzieścia lat temu zaczęła pracę nad kilkoma filmami równocześnie. Co dwa, trzy lata kończy któryś z projektów i pokazuje efekty. Zrobiła choćby film „René” o narkomanie, który zaczęła kręcić jeszcze pod koniec lat 80. XX w. A ostatnio pokazała film „Prywatny wszechświat” o małej, zwykłej czeskiej rodzinie. Obraz zaczyna się od historii kobiety i mężczyzny, którzy pobrali się pod koniec lat 80. i doprowadzony jest do 2013 roku, gdy ich syn wyjeżdża do Hiszpanii, żeni się tam, układa sobie życie. Třeštíková pokazała ludzki wszechświat jak w soczewce: zaczęła od małej czeskiej stabilizacji, która rozpadła się z początkiem lat 90., pokazała załamywanie się więzi rodzinnych po 1990 roku, perypetie zwykłego życia… Znakomity film, pokazujemy go w ramach Akademii Dokumentalnej.

W tym roku pokazywaliśmy na festiwalu obraz Nicolasa Geyrhaltera kręcony przez piętnaście lat, opowiadający o niewielkiej miejscowości na pograniczu Austrii i Czech. Punktem odniesienia jest tamtejsza mała fabryczka, zakład tekstylny, który funkcjonował od XIX w. i został zamknięty na początku XXI wieku. Takiego filmu brakuje mi w Polsce, takiej szerokiej perspektywy.

Zupełnie zgubiliśmy w sobie chęć pamiętania. Przelecieliśmy przez te ostatnich 25 lat jako społeczeństwo, zupełnie nie zdając sobie sprawy, ile rzeczy się w tym czasie zmieniło. A przecież, żeby wiedzieć, dokąd idziemy, musimy wiedzieć, skąd przyszliśmy. Skupiamy się na chwili obecnej, patrzymy w przyszłości, ale przestajemy rozumieć siebie. Sztuka filmowa całkowicie tutaj poległa.

Świat zmieniał się tak szybko, że nie wiadomo było, co zostanie, a co jest tylko chwilowe. Twórcy filmów dokumentalnych należeli do ówczesnej elity kraju – obracali się w „pewnych kręgach kulturowych”. Rok 1989 przyniósł zupełną deprecjację tego, co możemy nazwać dotychczasową elitą intelektualną. Zaczął się zmieniać kodeks wartości i spraw ważnych w życiu publicznym czy prywatnym. Nie bez znaczenia była też szersza zmiana trendów kulturowych. Ludzie, którzy uważali, że mają prawo obejrzeć w Telewizji Polskiej ambitny film dokumentalny rodzimego twórcy, nagle uznali, że ich prawem jako obywateli wolnego kraju jest stwierdzić, że to nudne i bez sensu. Twórcy filmów dokumentalnych zostali w jakiś sposób odrzuceni przez media młodego kapitalizmu i sami – moim zdaniem – uprzedzili się do niego.

– Lepiej się czuli w realnym socjalizmie?

– Nie rozumieli na ogół, co się dzieje. Nie pamiętam żadnego porządnego filmu dokumentalnego o polskich przemianach ekonomicznych. Mówię o solidnym filmie, zrobionym nie z dystansu i na podstawie materiału archiwalnego, ale wtedy nakręconym. Jest tylko „Arizona” Borzęckiej, znajdą się w archiwach telewizji krótkie reportaże o tamtych czasach. Ale generalnie dokumentaliści nie chcieli o tym mówić – zwyciężyło przekonanie, że to jest niewarte wyższej sztuki. Bardzo dobrze pamiętam, jak wyglądała ulica Marszałkowska w 1989/1990 r. zastawiona łóżkami polowymi. Gdybym wtedy był trochę starszy, sam robiłbym filmy o ludziach, którzy zdobywali pieniądze, żeby kupić towary, filmy o tym, jak zmieniało się wtedy ich życie.

– Pytanie, czy nie mieliśmy do czynienia z czymś w rodzaju cenzury.

– Sądzę, że tak. Wtedy nie było jeszcze Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, a około 70 proc. pieniędzy na dokumenty dawała Telewizja Polska, która wybierała, jakie filmy chce. A w Ministerstwie Kultury debiutant, i to jeszcze dokumentalista, nie miał niemal żadnych szans na zdobycie środków. Trzeba było odbyć ścieżkę czeladnictwa, to znaczy najpierw zrobić kilka reportaży na zlecenie TVP, być grzecznym i posłusznym, żeby ewentualnie później zdobyć pieniądze na film dokumentalny.

Pamiętajmy, że w Polsce w ogóle nie robiło się pełnometrażowych filmów dokumentalnych, a jedynie krótkometrażowe na potrzeby telewizji. Mało kto wyobrażał sobie, że może zrobić pełny metraż dokumentalny.

– Znasz instytucję „półkowników”, czyli filmów dokumentalnych, które kończą w archiwach, bo wpływowi ludzie lub instytucje uznali je za nieodpowiednie dla widzów. Dobrym przykładem jest „Witajcie w życiu” Henryka Dederki z 1997 r., który pokazuje kulisy działalności firmy Amway. Dopiero w 2012 r. Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł, że TVP może wyświetlić film na swojej antenie „pod warunkiem usunięcia z niego nieprawdziwych danych o strukturze dochodów korporacji”.

– Dederkę spotkało prawdziwe inferno. To był wyraźny sygnał dla dokumentalistów: proszę się nie tykać spraw transformacji społecznej, w której istotną rolę odgrywa wielki biznes – w przeciwnym razie skończycie w sądzie. Nie jest to cenzura polityczna ani tematyczna. To jest wprost cenzura cywilna, która uruchamia w twórcach cenzurę wewnętrzną: nie będę się wychylał, mam rodzinę, chorą matkę, lepiej robić „fajne filmy”.

Jedna rzecz mnie uderza. To mianowicie, że wtedy nie zawiązała się żadna konfederacja twórców w obronie „Witajcie w życiu”. Mówię o różnych artystach, od malarzy czy rzeźbiarzy, przez pisarzy, po filmowców i radiowców. Atomizacja społeczna była już wówczas tak wielka, że ludzie w pojedynkę gryźli trawę na stadionie młodego kapitalizmu. Na ogół nikt nie chciał robić sobie problemów. Uznano powszechnie, że Dederko poszedł za daleko, więc za to zapłacił. Przypominano mu, że złamał prawo. W ten sposób prawo, rozumiane wbrew interesowi publicznemu, okazało się straszakiem i kagańcem. Los jego filmu naprawdę dobrze pokazuje zmiany świadomościowe, społeczne i etyczne w Polsce.

– W krajach zachodnioeuropejskich wolność dokumentalisty jest/była większa?

– Jeżeli twórcy dotykają zagadnień, które godzą w czyjeś interesy ekonomiczne, to w budżecie filmu są prawnicy. Ich zadaniem jest ocenianie ryzyka na bieżąco. Przygotowują się także do ewentualnej obrony i składają odpowiednią deklarację producentom i wszelkim podmiotom finansującym film, że podjęty temat jest ważki społecznie. Jeśli waga społecznego znaczenia filmu dokumentalnego jest uznana przez prawników, przez producentów i przez decydentów finansowych, to rzecz nabiera pewnego ciężaru, z którym bardzo, naprawdę bardzo trudno jest później wygrać. A to dlatego, że – w takim przypadku – interweniują ciała, które stoją na straży wolności obywatelskiej i wolności słowa.

– Dodajmy do tego znaczny mecenat państwowy w przypadku zachodniego filmu dokumentalnego. Na „Ambasadora” Madsa Bruggera wielkie środki wyłożył duński Totalizator Sportowy.

– Totalizator Sportowy jako instytucja-mecenas o wiele większe znaczenie niż w Skandynawii ma w Wielkiej Brytanii. Nie dają tych pieniędzy bezinteresownie. Redystrybucja środków finansowych za pośrednictwem kultury jest tam bardzo dobrze widziana. Totalizatory brytyjskie wręcz szukają twórców i pomysłów, sposobów na to, by pokazać się jako instytucje świadome społecznie.

– Kim są wielcy współczesnego dokumentu? Co decyduje o ich wielkości?

– Bezkompromisowość. Podam przykład Joshuy Oppenheimera, absolwenta Harvardu, reżysera „Sceny zbrodni” z 2014 r. Jeszcze kilka lat temu był on mało znanym twórcą, próbował kręcić filmy fabularne. „Scena zbrodni” to obraz o ludobójstwie dokonanym przez prawicowy reżim w Indonezji w latach 1965–1966. Oppenheimer „poczuł krew”, zobaczył, że temat tego ludobójstwa jest zupełnie przemilczany, a ludzie, którzy dopuścili się zbrodni, występują w tok-szołach jako bohaterowie. Wpadł na niesamowity pomysł: zaprosił tych ludzi rzekomo do zagrania w filmie fabularnym, który miał pokazywać ich glorię. Ukazał, jak pysznili się tym, że „uratowali Indonezję przed komunizmem”. Jego trzyletnia praca, konsekwencja i odwaga przyniosły niesamowity efekt.

Film dokumentalny wymaga od twórców wielkich poświęceń. Oczywiście istnieją takie przypadki także w fabule, ale jeśli porównamy te dwa gatunki, to dokument wymaga nierzadko absolutnego oddania się swojemu tematowi, swoim bohaterom. Tego trzeba, by ukończyć wiele filmów.

– Wspomniany już „Ambasador” Bruggera to właściwie dziennikarstwo śledcze.

– I nie tylko ten film. Na mnie olbrzymie wrażenie zrobił Erik Gandini, pół-Szwed, pół-Włoch, który w 2006 roku nakręcił pierwszy, moim zdaniem najlepszy, film o Guantanamo. Przeprowadził także – po wielu latach – niesamowite śledztwo dziennikarskie dotyczące tego, kto naprawdę wydał i zamordował Che Guevarę.

Praca dokumentalisty jest bardzo ciężka, niekiedy granicząca wręcz z obsesją, z poświęceniem swojego życia prywatnego. To powoduje, że film dokumentalny potrafi w odbiorcy wywołać bardzo silne emocje, które trudno porównać z tym, jak działa kino fabularne. A to dlatego, że są to emocje związane z tak deficytowym obecnie dobrem jak empatia, one rozbudzają chęć dowiedzenia się czegoś więcej o świecie, chęć działania.

– Chciałbym uniknąć dydaktycznej nuty, ale mam wrażenie, że festiwal filmu dokumentalnego, który stworzyłeś, pełni nieledwie rolę edukacyjną, wychowawczą.

– Nie boję się takich stwierdzeń. Ale ważne jest, że to dzieje się zupełnie nienachalnie. Film dokumentalny, nie tylko dla widowni naszego festiwalu, stał się dziełem pełnowartościowym. Ludzie, którzy zobaczyli kilka wartościowych, bardzo dobrych artystycznie dokumentów, nie mają oporów, żeby pójść do kina wieczorem „na dokument”. Nie mam problemu, żeby powiedzieć, że to również forma dobrej rozrywki. To jest dla mnie najważniejsze: film dokumentalny staje się równorzędnym, ważnym elementem konsumpcji kultury.

– Kilka lat temu wasz festiwal otrzymał nagrodę Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej w kategorii „Najważniejsze międzynarodowe wydarzenie filmowe roku”. W naszym kraju panuje dość powszechna nieufność względem instytucji publicznych. Cenisz tę nagrodę?

– PISF przyznał nam tę nagrodę za festiwal w 2008 roku. To była wówczas duża sensacja – jako młody festiwal zostaliśmy docenieni wcześniej niż warszawski czy krakowski festiwal filmowy i wcześniej niż Festiwal Nowe Horyzonty. Byłem wtedy w siódmym niebie, to była druga lub trzecia edycja nagród PISF.

Samo powstanie PISF dość powszechnie krytykowano w mediach, narzekano, że to kolejna biurokratyczna instytucja, na którą trzeba będzie płacić podatki. W rzeczywistości PISF nawiązuje do najlepszych wzorów zachodnich instytucji tego typu, które działają od lat i dają większą niezależność sztuce filmowej. Obecnie jesteśmy jedynym krajem w Europie Środowo-Wschodniej, który ma taką instytucję. Z perspektywy blisko dekady jej funkcjonowania widać tego efekty. Kilka lat temu, gdy PISF nabierał rozpędu, kino czeskie czy węgierskie było absolutnie rozpoznawalne, jeśli chodzi o naszą część Europy. A polskie kino było wówczas w najmniejszym poważaniu. Teraz sytuacja się zmieniła, z pomocą PISF udało się choćby znacznie wzmocnić prace nad rodzimym scenariuszem, który długo był najsłabszym elementem polskich filmów fabularnych. Do dziś nie jest z tym dobrze, ale już nie tak źle, jak kiedyś.

Na instytucjonalne wsparcie dla filmu warto spojrzeć szerzej. Mamy taki fenomen jak kino rumuńskie, które jest nieprawdopodobnie cenione na świecie, co rok ma „nowego proroka”, który dostaje nagrody czy to na Berlinale, czy to w Cannes, czy w Wenecji. To kino pokazywane jest na całym świecie, wszędzie – tylko nie w Rumunii.

– Kręcą filmy na eksport? To brzmi nieco groteskowo.

– Tym bardziej, że Rumuni specjalizują się w kinie społecznym. Dwukrotnie byłem członkiem jury na rumuńskich festiwalach filmowych. Okazało się, że tamtejsze sławy europejskiego kina nie mają u siebie nawet żadnego medium, które nagłaśniałoby ich produkcje, organizowało wokół nich dyskusje.

Cristian Mungiu, który w 2007 roku zdobył w Cannes Złotą Palmę za film „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni”, pokazywał ten film w Rumunii za pośrednictwem kina objazdowego, które sam stworzył. Jeździł z filmem od Bukowiny po Timiszoarę. Od tego czasu sytuacja nie zmieniła się na lepsze. Zagadywałem Rumunów dwa lata temu: macie przecież jedną z najlepszych kinematografii w Europie. Odpowiadali, że nikt nie chce tego oglądać, że multipleksy nie chcą tego pokazywać, że w ogóle nie ma pomysłu na to, by zainteresować kinowych potentatów tą produkcją. A moim zdaniem widownia by się znalazła.

– Nie mają kin studyjnych?

– Nie, nie mają. Tymczasem z moich rozmów z filmowcami z całego świata wynika, że Polska jest uznawana za kraj kina. To, że u nas utrzymały się kina studyjne, jest wielką wartością. Pod tym względem jesteśmy w lepszej sytuacji niż Węgry, Słowacja czy Czechy, które mają wysoką kulturę kinową.

– I u nas znikają „małe kina”.

– Oczywiście, nie da się naszych realiów porównać ze znacznie lepszą sytuacją w wielu zachodnich krajach, w których istnieją znakomite kina art-house’owe z pięknymi salami. Nasze kina studyjne nie mają na ogół lekko, ale funkcjonują, kultura kinowa jest podtrzymywana, dzięki temu istnieje filmowy świat poza multipleksem.

– Od tego roku wasz festiwal zmienił nazwę na Docs Against Gravity Film Festival. Dlaczego tak się stało?

– Zakończyliśmy współpracę z kanałem tematycznym Planete, bo przestał interesować się filmem dokumentalnym zaangażowanym społecznie, który jest ważnym elementem naszego festiwalu. Pewne zmiany kapitałowe doprowadziły do tego, że Canal+, wraz ze swoim wspaniałym „ogrodem sztuk”, którego wiele krajów nam zazdrościło, został kupiony przez ITI. I tak powstała platforma NC+. Planete szuka obecnie innego widza, więc ani my nie czuliśmy się dobrze z nimi, ani oni z nami. Po dziewięciu latach współpracy rozstaliśmy się w zgodzie.

Przy okazji okazało się, że na dokument jednak jest zapotrzebowanie – Discovery zostało zaproszone przez NC+ do stworzenia dla nich nowego kanału. I tak powstał Discovery Canal+. To mnie cieszy, bo pokazuje, że film dokumentalny stał się na tyle ważny dla widza, iż nie sposób go pominąć w ofercie.

Bardzo się dziwię, że telewizja publiczna wciąż nie znalazła pieniędzy na otwarcie kanału dokumentalnego, bo byłby to pewny sukces. Taki kanał, nazwijmy go roboczo TVP Dokument, miałby od razu największą widownię ze wszystkich istniejących w Polsce kanałów dokumentalnych. A tym samym mógłby mieć od razu największy budżet reklamowy. Pewny sukces! Mówiłem o tym nie raz decydentom z telewizji publicznej, widzieli pełne sale na festiwalu… I pewnie kolejny raz spróbuję przekonać ich do tego projektu.

– A może to się u nas jednak szeroko nie sprzeda?

– Film dokumentalny może mieć olbrzymią wartość komercyjną. Najlepszym na to dowodem jest działalność HBO. Oni wydają na produkcję polskich filmów dokumentalnych bardzo duże pieniądze. Przyjmują strategię, o której wspominałem na początku rozmowy, tzn. traktują film dokumentalny bardzo ekskluzywnie: premierowo pokazują obrazy przede wszystkim u siebie, żeby na tym zarobić. Czasami robią wyjątek, jak w tym roku, dla wspaniałego filmu Hani Polak „Nadejdą lepsze czasy”, który już zdobył 18 nagród na świecie, w tym główną na naszym festiwalu.

Ten tytuł to zapis czternastu lat z życia głównej bohaterki, Julii, która wraz z matką żyje na największym w Europie wysypisku śmieci pod Moskwą. Gdy Polak zaczynała kręcić materiał, jej bohaterka miała jedenaście lat. Ten film ma duże szanse na nominację Oskarową, dlatego HBO pozwoliło pokazywać go wcześniej na festiwalach.

– Wasz festiwal odbywa się każdego roku w kilku miastach Polski. Czy rozstanie z Planete oznaczało dla Ciebie problemy ze zdobywaniem środków na to spore wydarzenie?

– Nie, nie mieliśmy takich problemów. I rzeczywiście, w tym samym czasie, co w Warszawie, jesteśmy od trzech lat z festiwalem także we Wrocławiu, z pięćdziesięcioma filmami. Od dwóch lat jesteśmy w Bydgoszczy, z około dwudziestoma pięcioma filmami. Oprócz tego w ciągu tych dziesięciu festiwalowych dni animujemy Weekend z festiwalem Docs AG, w ramach którego sześć filmów pokazujemy w dwudziestu innych miastach. Jest to ogromna operacja logistyczna, ale dzięki temu możemy wykorzystać synergię mediów w tym okresie, ich zainteresowanie. Tworzymy święto filmu dokumentalnego.

– Bydgoszcz to mniejszy ośrodek. To wasz ukłon w stronę prowincjonalnej Polski?

– Na to składa się kilka rzeczy. Po pierwsze, w Bydgoszczy, w Miejskim Domu Kultury i kinie „Orzeł” pracują światli ludzie, którzy kochają film dokumentalny i którzy chcieli się w taki projekt zaangażować. To jest najważniejsze. Zresztą Bydgoszcz ma bardzo duże tradycje filmu dokumentalnego, stamtąd pochodzi nestor polskiej dokumentalistyki Kazimierz Karabasz. Stamtąd pochodzą też młodzi dokumentaliści, jak Maciek Cuske. Nie jest to miejsce przypadkowe.

Ale jesteśmy także w większych ośrodkach, jak Wrocław, który jest bardzo filmowy, ma dwa wspaniałe kina studyjne, jedno jest prowadzone przez Stowarzyszenie Nowe Horyzonty, a drugie przez instytucję wojewódzką, należy do Odra Film, jest czterosalowym, wspaniałym kinem art-house’owym, w którym odbywają się wrocławskie edycje naszego festiwalu.

– A gdyby ktoś wam zaproponował sprowadzenie festiwalu do Rzeszowa lub do wielkopolskiego Śremu?

– Bardzo chętnie. To jak zawsze zależy od ludzi. Nie traktujemy swojej działalności komercyjnie, lecz w kategoriach promocji kina dokumentalnego, myślenia o świecie filmem dokumentalnym.

– Musicie jakoś zdobywać środki na festiwal.

– Swoją działalność prowadzimy cały rok. Nie jesteśmy festiwalem, który w czerwcu się zamyka, a my kończymy pracę. Zajmujemy się dystrybucją zarówno filmów dokumentalnych, jak i fabularnych do kin, do telewizji, na portale VOD.

Mamy też własny projekt edukacyjny, Akademię Dokumentalną, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Jesteśmy na czterech uniwersytetach w Polsce z fakultetem z filmu dokumentalnego, za który studenci otrzymują punkty w ramach Europejskiego Systemu Transferu Punktów (ECTS). Zaczynaliśmy trzy lata temu na Uniwersytecie Warszawskim. W pierwszym roku zajęło nam jeden dzień, żeby zapełnić 400-osobową salę w kinie „Luna”, w następnym – godzinę, w kolejnym – minutę. To jest płatny fakultet, studenci płacą 150 złotych za piętnaście spotkań, a później piszą pracę.

Dzięki temu wszystkiemu nasz bardzo mały zespół jest w stanie się utrzymać. Festiwal jest czubkiem góry lodowej: działamy przez cały rok, często w tych samych miejscach (i z ludźmi stamtąd), w których robimy festiwalowe odsłony. Poza tym mamy przedstawicieli w Trójmieście, Poznaniu, Krakowie, Wrocławiu, którzy promują nasze filmy, przygotowują pokazy połączone z debatami, zaciekawiają lokalną publiczność tym, co oferujemy.

– Kino komercyjne i film dokumentalny to dziś całkowicie różne światy. Multipleksy nie potrzebują tego drugiego. Ale produkcje w rodzaju „Czy Noam Chomsky jest wysoki czy szczęśliwy?” Michela Gondry’ego przyciągają nie tylko na festiwalu znaczną widownię.

– Są takie tytuły jak „Pina” Wima Wendersa, pełnometrażowy dokument poświęcony niemieckiej tancerce Pinie Bausch, nakręcony w technice 3D, który w Polsce „zrobił” 80 tys. widzów. Przypomnijmy sobie też film sprzed dwóch lat, czyli „Sugar Man” Malika Bendjelloul, historię muzyka z USA, Sixto Rodrigueza, który dopiero po dekadach dowiedział się, jak wielką zrobił karierę… w RPA. I jak wielkie pieniądze przeszły mu koło nosa, gdy całe życie żył bardzo skromnie. „Sugar Mana” obejrzało w kinach 120 tys. widzów, absolutny rekord w naszych czasach. Filmowi z pewnością pomogła ścieżka dźwiękowa puszczana niemal wszędzie, nostalgiczny soul z lat 60. Ten film odniósł wspaniały sukces, choć jest fatalnie zmontowany, widać na przykład, że reżyserowi zabrakło materiału, więc powtarza niektóre ujęcia, żeby zrobić „most” między poszczególnymi epizodami. Ale to nie ma znaczenia, bo sama historia głównego bohatera, okraszona muzyką, jest niesamowicie mocna i trafiła ludziom do serca.

Przy okazji: przypomnijmy sobie, że w 1988 r. na polski dokument pt. „Nienormalni” naszego klasyka Jacka Bławuta poszło do kin 800 tys. ludzi! Dziś to niewyobrażalne.

– Szukacie każdego roku dokumentów, które okażą się także komercyjnymi hitami?

– Zaraz po zakończeniu naszego festiwalu wsiadam w samolot i lecę do Cannes. Jestem tam przez tydzień i zaczynam selekcję filmów na przyszły rok. Z dużym wyprzedzeniem wiemy też od producentów, znajomych reżyserów, jakie będą filmy w przyszłym roku, gdzie będą miały światowe premiery, czy publiczność zobaczy je wcześniej na Berlinale, w Rotterdamie, w Amsterdamie. Jesteśmy festiwalem nastawionym głównie na publiczność i robionym dla publiczności. Celowo i świadomie nie mamy tzw. marketu, do nas przyjeżdżają goście na spotkanie z publicznością, a nie po to, żeby jednego dnia jeść wspólną kolację, a następnego konkurować o te same pieniądze na produkcję następnego filmu.

– Wspominałeś o Akademii Dokumentalnej, waszym projekcie edukacyjnym skierowanym do studentów. A co z młodszymi widzami – docieracie do nich?

– Akademia jest skierowana także do szkół podstawowych, gimnazjalnych, ponadgimnazjalnych. Zaczęliśmy ten projekt sami, bez żadnego wsparcia. Po dwóch latach, gdy okrzepliśmy, a szkoły regularnie zamawiały u nas pokazy, wystąpiliśmy o wsparcie do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego i je dostaliśmy. W szkołach podstawowych pokazujemy filmy, których u nas jeszcze się nie kręci, to głównie produkcje holenderskie, belgijskie, skandynawskie. To filmy dokumentalne produkowane z myślą o widzu, który ma 10–12 lat. Te filmy trwają 10–30 minut, ale są fantastyczne. Pokazują, jak radzić sobie z problemami rodzinnymi, jak akceptować czyjąś inność, jak rozumieć problemy innych ludzi. Jeden z tych filmów opowiada o chłopaku ze szkoły w Rotterdamie, który bardzo chciał należeć do baletu wodnego, przeznaczonego dla dziewczynek. Bez żadnych dwuznaczności: chciał przekonać swoje koleżanki, że może występować w takiej grupie, z zasady sfeminizowanej. No i udało mu się, pokazał im, że znajdzie się dla niego rola i miejsce w balecie wodnym. Zdobywali później nagrody.

– W jednym z wywiadów mówiłeś, że w Polsce obok młodych twórców ze zdwojonym wysiłkiem pracują także ci ze średniego i starszego pokolenia. Szukają tematów nie tylko na naszym podwórku, ale wychodzą dalej, w świat. Przyznam szczerze, że w tym roku z polskich filmów największe wrażenie zrobił na mnie bardzo prowincjonalny film dokumentalny, czyli „Biało-czerwoni z Chrząstawy” Krystiana Kamińskiego. A w ubiegłym „Sieniawka” Marcina Malaszczaka, młodego niemieckiego twórcy polskiego pochodzenia, rzecz także mocno prowincjonalna. Z drugiej strony bardzo rozczarował mnie „wychodzący w świat” „Fuck for Forest” Michała Marczaka.

– W przypadku ostatniego tytułu – zainwestowaliśmy w reżysera. Jego wcześniejszy film, „Koniec Rosji”, był naprawdę wybitny. Pokazał wielką odwagę młodego reżysera, który na dalekiej Syberii, w bazie wojskowej położonej na Przylądku Czeluskin, najdalej na północ wysuniętym punkcie obszaru euroazjatyckiego, nakręcił film o 19-letnim rosyjskim rekrucie. To był bardzo głośny obraz, Marczakiem zainteresowali się producenci na całym świecie. Młodemu reżyserowi udało się zdobyć zaufanie Rosjan z tej bazy wojskowej tak dalece, że pożyczyli mu helikopter do kręcenia zdjęć. Marczak pokazał świat zupełnie hermetyczny, nikomu niemal nieznany. To było naprawdę totalne kino dokumentalne.

„Fuck for Forest” to był bardzo ambitny, w swojej idei zdecydowanie herzogowski pomysł. Marczak chciał pokazać outsiderów, młodych Europejczyków, którzy chcą pomóc plemionom Amazonii. Puenta jest mocna: te światy zupełnie do siebie nie przystają, dobre chęci nie wystarczą dla zrozumienia „tych innych”, którzy nie są zainteresowani rolą tubylców, nad którymi biały człowiek pochyla się z troską. Oczywiście wielu widzów gubi się w tym filmie, on jest bardzo kontrowersyjny, ale i tak był to jeden z najgłośniejszych polskich filmów za granicą w ostatnich latach.

„Biało-czerwoni…” to z kolei obraz o Polsce C. To debiut reżysera, w dodatku rzecz robiona „hobbystycznie”, bo Kamiński musiał normalnie zarabiać na utrzymanie, a równocześnie kręcił swój film. Ten film to dla mnie jeszcze jeden dowód, że najmłodsze pokolenie dokumentalistów wydobędzie się z pułapki autocenzury i stworzy dzieła wybitne.

– Kino dokumentalne to także eksperyment. Dobrze to widać, jeśli porównamy filmy „Mundial. Gra o wszystko” Michała Bielawskiego oraz zdecydowanie eksperymentalny „Zagrajmy to jeszcze raz” Corneliu Porumboiu. Oba są znakomite, oba opowiadają o piłce nożnej i polityce, ale poza tym różni je niemal wszystko…

– Corneliu Porumboiu jest wielkim artystą, kręci przede wszystkim filmy fabularne. Miał w tym roku swój film na festiwalu w Cannes w konkursie głównym. Należy do reprezentantów rumuńskiej szkoły filmowej, o której mówiliśmy. Pomysł na „Zagrajmy…” wydaje się bardzo prosty. Reżyser wraz ze swoim ojcem, Adrianem Porumboiu, niegdyś sędzią piłkarskim, ogląda zapis telewizyjny meczu z grudnia 1988 r. między Dinamo Bukareszt a Steauą Bukareszt. Co ważne, Porumboiu–ojciec był głównym arbitrem tamtego spotkania. Pierwsza z drużyn była pupilem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, druga – rumuńskiej armii. Od początku do końca oglądamy tylko mecz sprzed kilku dekad, słuchamy rozmowy ojca z synem, jesteśmy świadkami opowieści o charakterze nie tylko politycznym.

Ten film wykraczał poza ekran. Z pozoru skupia uwagę na tym, co widać „w telewizorze”, ale w rzeczywistości daje wgląd w realia epoki. Drobny szczegół – w niektórych momentach kamery zamiast akcji na murawie pokazywały widownię albo obsypane śniegiem nagie drzewa. Adrian Porumboiu wyjaśnia, że nie wolno było w transmisji z wydarzeń sportowych pokazywać takich zachowań, jak sprzeczka zawodników czy kłótnia z sędzią. W socjalizmie takie rzeczy nie mogły się dziać. I wtedy kamerzyści kierowali swój sprzęt na drzewa…

Gdybyśmy samotnie musieli oglądać taki mecz, widzielibyśmy tylko (bardzo dobry) pojedynek toczony w śniegu. Ale Porumboiu, ojciec i syn, wyjaśniają nam tamten świat, z jego zapomnianymi kodami kulturowymi, obyczajowymi, drobnymi niuansami, które zmiótł czas. To także film o oglądaniu, o tym, że obrazy z przeszłości, rejestrujące świat, same w sobie są niewystarczające – coraz mniej widzimy, czyli rozumiemy, jeśli nie towarzyszy im ludzka opowieść, czyjeś wyjaśnienie. To dokument bardzo „meta-dokumentalny”: uświadamia, że nie wystarcza mieć dostępu do zdjęć czy nagrań, żeby rozumieć świat. To film o sztuce patrzenia, który może być dla widza okazją do skupienia uwagi i refleksji nad procesami poznawczymi, nad specyfiką świata audiowizualnego.

– Against Gravity, któremu szefujesz, wprowadziło na polski rynek wiele świetnych produkcji fabularnych. Choćby głośnego „Lewiatana” Andrieja Zwiagincewa i jego wcześniejszy film, „Elenę”. Choć i one, podobnie jak obrazoburcza „Trylogia” Ulricha Seidla, stanowią swoisty dokument epoki. To właśnie klucz do waszego zainteresowania tymi produkcjami?

– Staramy się wprowadzać te filmy fabularne, które poruszają ważne tematy, liczą się ze względu na sztukę filmową, wartości artystyczne. W tym roku wprowadziliśmy naprawdę wybitny film „Turysta” w reżyserii Rubena Östlunda. Rzecz opowiada historię Tomasa i Ebby, szwedzkiego małżeństwa, które spędza czas z dwójką dzieci w Alpach Francuskich. Mieszkają w luksusowym hotelu, życie jak w bajce. Gdy jedzą lunch na tarasie restauracji, z gór schodzi na nich lawina. Ebba chroni dzieci, Tomas ucieka. Nie dzieje się nic złego, mężczyzna wraca. Ale nie jest już bohaterem rodziny. Östlund kilka lat wcześniej zrobił też bardzo niepoprawny politycznie dokument o afrykańskich imigrantach w Göteborgu, którzy „grają siebie” wedle stereotypów przypisanych im przez lokalne społeczności: że są złodziejami, że dopuszczają się aktów przemocy i terroryzują białych.

Co do Andrieja Zwiagincewa, trzeba wyjaśnić, że producentem „Lewiatana” był człowiek wpływowy w Rosji, który dzięki licznym koneksjom mógł złożyć do tamtejszego Ministerstwa Kultury bardzo niepełny, pobieżny scenariusz filmu i dostał na niego pieniądze. Później ministerstwo chciało się z tego projektu wycofać, ale gdy okazało się, że „Lewiatan” został zakwalifikowany do konkursu głównego w Cannes, ktoś łebski – tak go sobie nazwijmy – uznał, że ze względów wizerunkowych lepiej pokazać światu, jak bardzo Rosja jest liberalna i jak bardzo nie boi się trudnych, własnych tematów. Sądzę jednak, że wymowa obrazu jest na tyle mocna, tak twarda, że przesłania fakt, iż w napisach pojawia się informacja, że film sfinansowało Ministerstwo Kultury. Do Oscarów „Lewiatan” rzeczywiście był zakazany w Rosji. Gdy już pozwolono na projekcje, Zwiagincew musiał wyciąć wszystkie przekleństwa. Zrobił to w ten sposób, że gdy bohaterowie na ekranie przeklinają, wtedy nie ma dźwięku. W tak okrojonej wersji film pojawił się w kinach. O dziwo, zobaczyło go 200 tysięcy osób. To dużo, bo film był przez kremlowskie media odsądzany od czci i wiary. To dla mnie drobny znak nadziei dotyczący rosyjskiego społeczeństwa. Kupiłem ten film z myślą o dystrybucji w Polsce, znając tylko scenariusz, czytałem go na festiwalu w Wenecji w 2013 roku, a film miał premierę w 2014 roku w maju, w Cannes. Wierzyłem, że to będzie arcydzieło.

– Dzięki wam polski widz mógł zobaczyć także „Szczęście ty moje” i „We mgle” Siergieja Łoźnicy. To reżyser fabularny, który ma w dorobku głośny dokument z 2014 roku – „Majdan. Rewolucja godności”.

– Pozwolę sobie na anegdotę. Łoźnica od jakiegoś czasu pracuje nad filmem o Babim Jarze, który obecnie leży w obrębie Kijowa. Projekt będzie koprodukcją kilku krajów z dużym budżetem, ok. 5–6 milionów euro. Pod koniec września 1941 r. Niemcy dopuścili się w Babim Jarze masowego zabójstwa na Żydach, a miejsce to już w latach 30. XX wieku wykorzystywało NKWD, by potajemnie chować swoje ofiary. To będzie trudny film także dla Ukraińców, bo ludność ukraińska pomagała niemieckim jednostkom wojskowym.

Łoźnica przyjechał do Kijowa pod koniec października 2013 r., żeby kręcić materiał. Wszedł na wzniesienie, które leży na wprost Kreszczatik, głównej ulicy Kijowa, ze specjalistą Larsa von Triera od dużego obrazu. Problem był następujący: jak kamerą cyfrową zrobić odpowiednio efektowną scenę otwierającą film, która miała pokazać wjazd Wehrmachtu na Kreszczatik. I olbrzymią eksplozję, bo wojska sowieckie zaminowały prawie całe centrum Kijowa. Reżyser wcześniej kręcił tylko z użyciem taśmy 35mm, to miał być jego pierwszy film cyfrowy. Stał ze specjalistą na wzgórzu, planowali ujęcia, a na dole zaczął się gromadzić tłum. Łoźnica zawiesił dotychczasowe plany. I taki był początek jego filmu o Majdanie.

– Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 9 lipca 2015 r.

Wąska strużka feminizmu

Wąska strużka feminizmu

Jeśli czytujecie prasę powszechnie uznawaną za feministyczną, zauważycie z pewnością jej skupienie na tzw. szklanym suficie, czyli barierach awansu zawodowego kobiet. Łatwo zaobserwować, jak feministyczne pisarki celebrują osiągnięcia Sheryl Sandberg, dyrektor generalnej Facebooka, cieszą się z posady, którą Christine Lagarde zdobyła w Międzynarodowym Funduszu Walutowym, załamują ręce nad faktem, że dyrektor generalna Yahoo, Marissa Mayer, odmówiła nazywania siebie feministką albo zastanawiają się – jak to robiła Anne-Marie Slaughter na łamach „The Atlantic” – czy kobiety (białe, dobrze sytuowane, wykształcone) mogą „spełniać się pod każdym względem” [„to have it all” – wyrażenie to w tym kontekście nie oznacza „mieć wszystko”, ale „połączyć jedno i drugie”, czyli karierę zawodową i prowadzenie domu – przyp. tłum.].

Podczas gdy debatujemy nad sytuacją niektórych z najbardziej uprzywilejowanych kobiet świata, większość przedstawicielek naszej płci jest postawiona pod ścianą. Według badań Sargent Shiver National Center dotyczących Poverty Law [instytucji, która zajmuje się prawami osób o niskich dochodach do świadczeń socjalnych – przyp. tłum.] kobiety stanowią prawie połowę krajowej siły roboczej, ale już około 60 proc. pracujących za minimalne wynagrodzenie i 73 proc. pracowników utrzymujących się głównie z napiwków. W regionie Nowego Jorku aż 95 proc. pracowników sektora opieki to kobiety. Zdominowane przez nie sektory zatrudnienia, takie jak sprzedaż detaliczna, usługi gastronomiczne i domowa opieka nad chorymi, to jedne z najszybciej rozwijających się obszarów nowej gospodarki, ale nawet tam kobiety zarabiają mniej – np. w gastronomii otrzymują średnio 83 centy w stosunku do dolara zarabianego przez mężczyznę.

To właśnie w takich warunkach, a nie na najwyższych piętrach Googleplex [siedziba firmy Google – przyp. tłum.] żyje większość kobiet. I wraz z nimi, w takich a nie innych realiach, powinny spędzać swój czas feministki.

Stawka jest wysoka. Pracownice domowe, opiekunki osób chorych, pielęgniarki i inne zdominowane głównie przez kobiety segmenty rynku pracy muszą zorganizować się jako siła robocza – albo praca, którą wykonują, nadal będzie niedoceniana, świadczona na praktycznie nieuregulowanych zasadach i prekaryjna. „Odzwiązkowienie”, które sprawiło, że aż 88 proc. Amerykanów nie należy do związków zawodowych, odbije się na nas wszystkich. Jednak większości przedstawicielek feminizmu głównego nurtu sprawa jawi się tak, jakby nic się nie stało – jakby gospodarka nie uległa zmianom i jakby w całym tym zjawisku nie było nic wartego uwagi czy zbadania z perspektywy płci. I chociaż w Wisconsin i Ohio miały miejsce poruszające cały kraj wystąpienia związkowe dotyczące praw pracowniczych, chociaż ruch na rzecz sprawiedliwości społecznej wyszedł na ulice na całym świecie, feministyczne dziennikarki nie poświęciły tematowi wiele uwagi, a jedynie zbiorczo wzruszają ramionami. Jest tak, jak Laurie Penny napisała w „New Statesman”: Kiedy my wszystkie martwimy się kwestią szklanego sufitu, miliony kobiet stoją w piwnicy i to zalewanej przez wodę.

Nowa, „wspaniała” gospodarka, która jest obecnie odbudowywana w następstwie krachu finansowego, bazuje na nisko płatnej pracy świadczonej w sektorze usług, jako że rola przemysłu jest coraz mniejsza, a sektor budownictwa tkwi w zastoju. Na początku Wielkiej Recesji, jak zauważyła w „Slate” ekonomistka Heather Boushey, liczba miejsc pracy w sektorach wytwórczym i budowlanym spadła dokładnie o połowę, tak samo jak w branży finansowo-biznesowej. Dziennikarze ogłaszali wtedy „męską recesję” (mancession) lub nawet, jak głosił tytuł popularnej książki Hanny Rosin, „koniec mężczyzny”. Ale, jak wskazywali inni, podczas gdy recesja trwała, to właśnie kobiety doświadczyły największych strat nie tylko wskutek bezpośrednich ataków na sektor publiczny, który był przez nie zdominowany pod względem zatrudnienia, lecz także w efekcie rosnącej konieczności konkurowania z mężczyznami, którzy zostali pozbawieni dotychczasowych etatów. Jak wykazały badania Institute of Women’s Policy Research, około 60 proc. miejsc pracy, które zostały zlikwidowane w sektorze publicznym, wcześniej zajmowały kobiety. Odzyskały one jednak tylko 12 proc. z nich, podczas gdy mężczyźni – aż 63 proc. utraconych posad.

Być może kobiety są nadreprezentowane w rozwijających się sektorach gospodarki, ale sektory te zapewniają im głodowe pensje. Cięcia zatrudnienia w sektorze publicznym, najbardziej ciążące na tym, że stopa bezrobocia zatrzymała się na 8 procent, dotknęły kobiet w nieproporcjonalnie dużym stopniu (a w kobiety o innym niż biały kolorze skóry zjawisko to uderzyło najmocniej). Dobre, otoczone związkową opieką miejsca pracy zniknęły, a zastąpiły je praca w Wal-Marcie za płacę minimalną – zresztą nawet w handlu detalicznym kobiety zarabiają tylko 90 proc. tego, co mężczyźni.

– Każda praca jest różnicowana płciowo. A nasza gospodarka, bazując na tym, przypisuje jej różne poziomy wartości – mówi Ai-Jen Poo, dyrektorka generalna National Domestic Workers Alliance. Poo trafiła do działalności związkowej dzięki ruchowi feministycznemu. Jak wyjaśnia, jako wolontariuszka w schronisku dla kobiet z Azji – ofiar przemocy domowej, zdała sobie sprawę, że to właśnie te kobiety, które miały możliwość pracy zawodowej, mogły wydostać się z błędnego koła przemocy. Poo do walki o szacunek dla pracowników i ich lepsze traktowanie wnosi ostrą perspektywę genderową – i upomina się przede wszystkim o szacunek dla kobiet, które „sprawiają, że każda inna praca jest możliwa” [chodzi o pracę najemną i reprodukcyjną – dzięki reprodukcyjnej pracy kobiet, czyli prowadzeniu gospodarstwa domowego, mężczyźni mogą łatwiej wykonywać pracę zawodową – przyp. tłum.]. – Z czasem społeczeństwo przestało cenić tę pracę – mówi o wszelkich czynnościach związanych ze sprzątaniem, opieką, gotowaniem i innymi zajęciami domowymi, głównie tymi niewidocznymi dla publicznego oka. – I myślę, że ma to wiele wspólnego z tym, kto ją wykonuje.

Ten argument był podstawą do walki o dostęp kobiet do zatrudnienia poza sektorem „różowych kołnierzyków” [„pink-collar workers” – pracownicy sektora usług – opieki, nauczycielskiego, drobnego handlu, obsługi restauracyjnej; głównie kobiety – przyp. tłum]. Być uwięzioną w „kobiecej pracy” oznacza być na zawsze złapaną w pułapkę pewnej określonej wizji kobiecości. Wyłamanie się z zawodów tego rodzaju było więc formą ucieczki od „mistyki kobiecości”, którą potępiła Betty Friedan. Ale sama praca nadal musi być wykonywana i, jak zauważa Poo, warunki, które od dawna cechowały obowiązki domowe i panowały w sektorze usług – brak stabilności, szkoleń i możliwości rozwoju zawodowego oraz niskie płace – stają się codziennością wszystkich amerykańskich pracowników, nie tylko kobiet. Gdy koncentrujemy się na równościowym dostępie do pracy i rozwoju „na górze”, przegapiamy prawdziwą historię, którą opisuje Bethany Moreton: Nie chodzi już o: „Och, kobiety są prawniczkami”, ale o to, że ludzie zostają zdegradowani do roli zwykłych popychadeł.

Pracodawcy nauczyli się nie tylko korzystać z możliwości płacenia kobietom mniej, lecz także bazować na specjalnych umiejętnościach i cechach tej płci. W swojej książce „To Serve God and Wal-Mart” Moreton szczegółowo opisuje, jak ten potwór handlu eksploatuje  szczególne umiejętności białych kobiet – pochodzących z Południa USA chrześcijanek, które po raz pierwszy idą do pracy poza domem i godzą się pracować za niskie wynagrodzenie, ponieważ nigdy wcześniej za nic im nie płacono. Tradycja „usługiwania”, w której zostały wychowane, sprawiła, że pragnęły utrzymać nawet tę nisko płatną pracę, a także utrudniała im dostrzeżenie dyskryminacji płciowej, dziejącej się przecież na ich oczach – przynajmniej do momentu złożenia przez kilka z nich pozwu sądowego.

Warunki, w jakich znajdują się kobiety z samego dołu drabiny społecznej, mają wpływ na każdego z pracowników, jako że środkowe jej szczeble rozchwiały się lub zniknęły. Używanie wymówki, że chodzi o „opiekę”, aby płacić kobietom mniej, jeszcze bardziej ściągnęło płace w dół, gdyż „różowe” zawody stanowią obecnie coraz większą część gospodarki, określając warunki życia rosnącej rzeszy pracowników. Gdy najszybciej rozwijające się gałęzie gospodarki to te, w których praca jest najgorzej płatna, nie jest to w żadnym razie „zwycięstwo kobiet”, chociaż, jak zauważa Poo, daje to możliwość przewartościowania sposobu, w jaki postrzegamy pracę w usługach, tak by stała się ona mniej prekaryjna i by udało się stworzyć realną ochronę dla jej wykonawców. Innymi słowy, nie chodzi tylko o deklaracje, że nadchodzi „koniec prymatu mężczyzn”, ale także o przydanie pracy kobiet prawdziwej wartości i znaczenia.

To oczywiście prawica używa argumentu, że kobiety dobrowolnie wybierają nisko opłacane formy zatrudnienia, ponieważ wolą wykonywać prace związane z opieką albo potrzebują dużo wolnego czasu dla swoich dzieci. – Nie istnieje żaden powód, aby przypuszczać, że przeciętne kobiety kiedykolwiek będą miały takie same preferencje jak mężczyźni w kwestii pogodzenia zatrudnienia z rodzicielstwem, albo że kiedykolwiek nadejdzie moment, gdy będą chciały zostać bibliotekarzami lub kierowcami ciężarówek na taką skalę jak oni – napisał Ramesh Ponnuru, felietonista magazynu „Bloomberg”, „wyjaśniając”, dlaczego nie powinniśmy chcieć, aby nierówności płacowe ze względu na płeć odeszły w przeszłość. Jeśli dany zawód jest od dekad uznawany za jedną z akceptowalnych profesji dla kobiety (zarówno przez kobiety, jak i przez mężczyzn), to czy jest niespodzianką, że kobiety go „wybierają”? A gdy pracownice wykonujące tę profesję organizują się, by wywalczyć dla siebie szacunek, ich walki są postrzegane przez zbyt wielu teoretyków jako znajdujące się poza sferą zainteresowania lub wpływu feminizmu.

Nauczyciele z Chicago rozpoczęli strajk we wrześniu 2013 r. The Chicago Teachers Union (CTU) składa się w 87 proc. z kobiet. Związek dowodzony jest przez Karen Lewis, reformatorkę, która była jedyną Afroamerykanką w swoim roczniku w college’u Dartmouth. Prominentni dziennikarze płci męskiej natychmiast stanęli po stronie burmistrza z ramienia Demokratów, Rhama Emanuela, w jego walce ze związkiem, powtarzając jak echo anyzwiązkową retorykę na temat przepłacanych pracowników sektora publicznego. Nicholas Kristof na łamach „New York Times” nazwał żądania strajkujących nauczycieli „horrendalnymi i bez sumienia” i wzywał ich, aby „odważyli się” zrezygnować z części standardów dotyczących swojego zawodu. Dana Goldstein, dziennikarka feministyczna pisząca o edukacji, zamieściła na swoim blogu wpis, w którym wskazuje na feministyczną historię związków zawodowych nauczycieli i wyjaśnia, że decyzja o zatrudnieniu kobiet na stanowiskach nauczycielskich została podjęta, gdy państwo zdecydowało się zapewnić obywatelom publiczną edukację, ponieważ kobiety były tańszymi pracownikami – a politycy i publicznie wypowiadający się intelektualiści postarali się ukryć ten tok rozumowania, prezentując kobiety jako te, które są „naturalnymi opiekunami”.

Gdy tylko nauczycielki rozpoczęły pikiety, ta zdominowana przez kobiety profesja natychmiast zaczęła być demonizowana. Obie główne partie polityczne żądały cięć wynagrodzeń oraz „rentowności”, co przybrać miało formę wprowadzenia standaryzowanych testów dla uczniów i mniejszej ochrony pracownic. Nie było żadnej fali publicznego oburzenia, takiej jak choćby wtedy, gdy Susan G. Komen wycofała finansowanie należne Planned Parenthood. I to wszystko pomimo faktu, że 81 proc. nauczycieli w szkołach podstawowych i gimnazjach stanowią kobiety. Gloria Steinem wystosowała gorące poparcie dla strajku jako współzałożycielka Coalition of Labor Union Women (Koalicji Związków Pracowniczych Kobiet), ale inne znane feministki poświęciły problemom strajku mało uwagi lub wcale.

30 września 2013 r. gubernator stanu Kalifornia, Jerry Brown, zawetował historyczną ustawę, która dałaby pracującym w domu ochronę podobną do tej, jaką cieszy się większość pozostałych pracowników – drugą po nowojorskiej ustawę tego typu w kraju. Praca domowa jest od dawna przedmiotem zainteresowania twórców analiz feministycznych, a także tematem, wokół którego podejmowane są próby organizowania się. Jednak nawet w 2012 roku, w czasie trwania „wojny wypowiedzianej kobietom” – jak politycy Demokratów nazywali ten okres w e-mailach wysyłanych w celu zbierania finansów na kampanię wyborczą – gubernator-Demokrata czuł się na tyle pewnie, żeby zawetować ochronę obejmującą głównie pracowników-kobiety. – Jaki będzie to miało ekonomiczny i ludzki wpływ na niepełnosprawnych czy osoby starsze i ich rodziny, gdy personel, który zapewnia im całodobową opiekę, zażąda nadgodzin, odpoczynku i przerw na posiłki? – pytał Brown w swoim stanowisku po tym, jak pochwalił „szlachetność ich działań”. – Jakie będą dodatkowe koszty i jaka jest zdolność finansowa tych, którzy zajmują się swoimi ukochanymi członkami rodziny w ostatnich latach ich życia? Pracujący w domu, wydaje się mówić Brown, są zatem mniej ważni, niż ludzie, o których dbają.

Feministki znają tę argumentację już zbyt dobrze. Historia walki o uznanie pracy domowej ciągnie się od dawna. W latach 60. i 70. ruch Wages for Housework (Pensje za Pracę Domową) stał się gruntem, na którym kobiety kolektywnie domagały się uznania dla swoich zajęć. Selma James argumentowała: Organizujemy walkę o pensje za pracę, którą wykonujemy w domu. Żądamy, by uznana została ona za obowiązek, który, jak każdy w społeczeństwie kapitalistycznym, wykonujemy pod przymusem i którego nie kochamy, ale, jak wszyscy inni pracownicy, musimy go wykonywać, bo my i nasze dzieci umarlibyśmy z głodu, gdybyśmy go zaniechały.

Kobiety z ruchu Wages For Housework jawnie mówiły, że żądanie płac za ten rodzaj pracy jest częścią ich strategii odmowy pracy. Domagać się płacy, jak udowadniały, to odrzucić założenie, że praca domowa/opiekuńcza jest naturalnym elementem życia kobiet. The National Domestic Workers Alliance nie popiera do końca rezygnacji z pracy w domu, ale – wzywając do nadania jej uczciwych standardów i do wypłacania wyższych płac – członkowie tej organizacji mówią, że praca, którą wykonują, jest tak samo wartościowa jak każda inna, i że sprzątanie po innych nie jest „naturalnym” zajęciem dla kobiet, głównie tych o innym niż biały kolorze skóry oraz imigrantek.

Podczas gdy takie kobiety jak James walczyły o uznanie zajęć domowych za prawdziwą pracę, główny nurt feminizmu walczył o porzucenie jej na rzecz „kariery”. Jak wskazała Barbara Ehrenreich w książce „Global woman”, bohaterka drugiej fali feminizmu Betty Friedan szalała z gniewu wymierzonego przeciwko społeczeństwu, które przypisało wykształconym kobietom obowiązki, które ona postrzegała jako właściwe sprzątaczkom, a więc poniżej możliwości kobiet o przeciętnej inteligencji, a także, według cytowanych przez nią niezidentyfikowanych badań, szczególnie pasujące do dziewcząt ociężałych umysłowo.

Jednym z fundamentalnych założeń ruchu robotniczego było zawsze to, że każda praca zasługuje na szacunek – nie ma degradujących zawodów, są tylko poniżające warunki ich wykonywania. Nie chodzi o to, jak przekonuje Ehrenreich, że praca w domu była pracą fizyczną, i to, według Friedan, sprawiło, że wydawała się poniżająca, ale raczej o to, iż została osadzona w poniżających relacjach i nieuchronnie służyła ich wzmocnieniu. Robienie bałaganu, z którym inna osoba będzie musiała się uporać – rozrzucone skarpetki, pasta do zębów rozpryśnięta na łazienkowym lustrze, brudne naczynia pozostawione po nocnej przekąsce – służy pokazywaniu dominacji w jednej z najcichszych i najbardziej intymnych form.

Jak pisze Ehrenreich, National Organization for Women walczyła o objęcie pracy w domu ustawą Fair Labor Standards Act (Ustawa o Uczciwych Standardach Pracy), ale w sposób, który wydawał się zakładać, że płatna praca w domu jest koniecznością dla „pewnych kobiet”, tak by pozostałe mogły spełniać się w innych, bardziej satysfakcjonujących zawodach. Pod pewnym względem, jak się wydaje, walczyła ona więc o prawo do rzucania skarpetek czy pozostawiania brudnych naczyń i chociaż działaczki z NOW chciałyby, żeby inne kobiety, te wykonujące „brudną robotę”, miały zapewnione bezpieczeństwo pracy, to nadal wydawały się ją postrzegać jako profesję, do której one same są w pewnym sensie „zbyt dobre”.

Ehrenreich sugerowała, że fakt, iż walka o pracę w domu wciąż wydaje się niezakończona, ma prostą przyczynę – ludzie, którzy podtrzymywali to zagadnienie przy życiu, to w dużej mierze dobrze sytuowane osoby z klasy wysoko wykwalifikowanych pracowników, dziennikarze, teoretycy, politycy, profesorowie, a więc opiniotwórcza elita. To oni właśnie pozwolili, by kwestia pracy znikła z widoku, zastąpiona przez wizerunek „zajętej, pracującej zawodowo profesjonalistki, która w pośpiechu wybiega rano z domu”.

To klasa społeczna stworzyła i podtrzymuje podział między feministkami-profesjonalistkami a kobietami, które szukają pomocy w związkach zawodowych, a nie w ruchu feministycznym. Nie znajdziemy samozwańczej feministki, która przynajmniej deklaratywnie nie skłania się ku idei równej płacy za równą pracę, ale nie widać wielkiego związku między deklaracjami dostrzegania problemu a działaniami, które mogłyby zostać podjęte, żeby naprawić tę krzywdę. Ustawa Paycheck Fairness Act, dotycząca transparentności wynagrodzeń, która pozwala pracownikom dyskutować między sobą o otrzymywanych płacach, by mogli odkryć ich rozbieżności, była reklamowana jako część rozwiązania problemu rozziewu płac wynikającego z różnic płci. Ale już idea organizowania się pracowników w związki zawodowe, z pomocą których wchodziliby w układy zbiorowe dotyczące lepszej płacy i warunków pracy, wydaje się na tym etapie dawno zapomniana.

Gdy mówimy jedynie o kwestii równej płacy za równą pracę, koncentrujemy się tylko na indywidualnych stawkach płacowych konkretnych kobiet w porównaniu ze stawkami konkretnych mężczyzn. Zakładamy również, że ta praca ma miejsce w pewnego rodzaju środowisku „białych kołnierzyków”, gdzie czyjaś pensja może być negocjowana raczej indywidualnie niż zbiorowo. Marilyn Sneiderman, przez całe życie zawodowe angażująca się w działalność związkową jako liderka Jewish Service Corps, zauważa, że starania prawniczki, by zostać partnerką w kancelarii to walka indywidualna, ale już kelnerka, sprzątaczka czy pokojówka hotelowa to nie są zawody, w których pracownice karmią się nadzieją na zdobycie lepszej pracy w przyszłości za pomocą awansu zawodowego. Chodzi im raczej o płatny urlop zdrowotny, o bezpieczeństwo, o podwyżkę – a to są rzeczy, które można zdobyć tylko organizując się wraz ze współpracownicami.

Kobiety działają w ruchu pracowniczym od początku jego istnienia, poczynając od podżegającej lud do walki Mary Harris „Mother” Jones po anarchistki takie jak Lucy Parsons czy Emma Goldman. Poo wskazuje, że pierwszy odnotowany strajk pracownic domowych w kraju miał miejsce już w 1881 r. Kobiety te musiały w dodatku walczyć o swoje miejsce wewnątrz ruchu robotniczego. Daniel Katz, dziekan National Labor College, napisał, że w 1909 r., gdy miał w Nowym Jorku miejsce słynny strajk pracownic fabryk odzieżowych, a 20 tysięcy kobiet wyszło na ulice, by protestować przeciwko warunkom w fabrykach, nie walczyły one tylko przeciwko swoim szefom: Kobiety powstały przeciwko fabrykom odzieżowym, ale to było powstanie również przeciw mężczyznom. Domagały się równych praw także w związku zawodowym.

W tym samym czasie, gdy złożony głównie z imigrantek ruch pracownic fabryk odzieżowych walczył o swoje prawa, również ruch sufrażystek był w pełnym rozkwicie. Sufrażystki pochodziły głównie z klasy średniej i były częścią większego ówczesnego ruchu postępowego, który starał się „ciągnąć w górę” ubogich. Katz zauważa, że postrzegały to jako walkę dwutorową, której jedna część dotyczyła powstania przeciwko potężnym, a druga – przeciwko „kulturze ubogich”. Ubodzy mieli zatem zostać „uratowani”, a nie pytani o jakąkolwiek opinię.

Podczas gdy kobiety z fabryk odzieżowych prowadziły strajk, mężczyźni ze związków zawodowych zostawili je w dużej mierze same sobie, ale przyłączyły się do nich niektóre z sufrażystek, łącznie ze znanymi i dobrze sytuowanymi kobietami, takimi jak Nancy Astor czy Alva Vanderbilt Belmont, które, jak opisuje to Katz, miały znacznie więcej pieniędzy niż właściciele fabryk. Ale z biegiem lat pracownice fizyczne zaczęły wahać się, czy pozwolić bogatym kobietom z klasy średniej dyktować im zasady, na jakich miały działać związki zawodowe w przemyśle.

Dorothy Sue Cobble w swojej książce „The Other Women’s Movement” („Ruch Innych Kobiet”) przygląda się „związkowym feministkom”, których aktywność pomiędzy erą sufrażystek a drugą falą feminizmu uczyniła wiele dla kobiet w miejscach ich zatrudnienia. Argumentuje ona, że nie da się zrozumieć batalii między „równościowymi” feministkami a feministkami prospołecznymi, które organizowały się poprzez ruch pracowniczy, bez przyjrzenia się kwestiom klasowym.

W dzisiejszym ruchu feministycznym kwestia ta wcale nie wygląda inaczej. Znane twarze są w większości białe i dobrze wykształcone, to autorki książek i felietonistki, dyrektorki generalne w organizacjach zajmujących się jednym wybranym celem. Ale dzisiejsze feministki mają już większe pojęcie o tych kwestiach, a przynajmniej powinny je mieć. Cecile Richards, dyrektorka Planned Parenthood, zaczęła najpierw działać w Justice for Janitors (Sprawiedliwość dla Sprzątaczy), rewolucyjnej kampanii z lat 90., mającej na celu sprawienie, by pracodawcy i cały świat zaczęli dostrzegać godność i człowieczeństwo pracowników, którzy sprzątają nie tylko w domach, ale także na skalę przemysłową. Większość sprzątaczy stanowiły kobiety, najczęściej imigrantki o kolorze skóry innym niż biały.

Podział jednak nadal trwa. Kiedy Narodowa Liga Piłki Nożnej zastosowała w roku 2013 lokaut wobec związku zawodowego sędziów, wydawało się, że jej członkowie rozkoszują się wykorzystywaniem znanego antagonizmu „kobiety kontra praca”, posyłając je po raz pierwszy na boisko jako zastępstwo dla szykanowanych sędziów. Feministki wiwatowały, mężczyźni ze związku narzekali, a część ludzi lewicy schowała twarze w dłoniach, zagniewana tym cynicznym ruchem. Chcieliśmy cieszyć się z nowego pola wywalczonego dla kobiet, ale zamiast tego musieliśmy odebrać nową, trudną lekcję, mówiącą, że nie wszystkie pierwsze kroki uczynione przez kobiety oznaczają dla nich postęp. Czy chodzi o rzeczniczkę Rady Miasta Nowy Jork Christine Quinn, blokującą płacę za dni urlopu zdrowotnego, Marissę Meyer, obejmującą stery nad Yahoo, czy też Shannon Eastin, przejmującą za mniejsze wynagrodzenie obowiązki pracownika objętego lokautem – musimy zdawać sobie sprawę z faktu, że niektóre zmiany w sytuacji kobiet na rynku pracy dokonują się kosztem innych pracowników, wśród których nie brakuje także kobiet.

Dziś wiele feministek postrzega „ratowanie” pracownic seks-biznesu jako odpowiednią dla siebie działalność, ale nie uczestniczą już w strajkach i pikietach nauczycielek, pielęgniarek i pokojówek hotelowych. Gdy Dominique Strauss-Kahn został oskarżony o zgwałcenie Nafissatou Diallo, pokojówki hotelowej, feministki pospieszyły w jej obronie, ale to wsparcie nie doprowadziło do wzrostu poparcia dla związków zawodowych działających w hotelach, mimo że pracownicy hoteli Hyatt zaangażowali się w ogólnokrajowy bojkot, a UNITE HERE, związek zawodowy pracowników hotelowych, wspierał Diallo i nadal broni pracownic przed zwolnieniem z pracy za głośny sprzeciw wobec wykorzystywania seksualnego. Natomiast bardzo emocjonalne reakcje feministek skupiły się w tamtym czasie wokół Christine Lagarde, która zajęła miejsce Strauss-Kahna w Międzynarodowym Funduszu Walutowym.

Tak długo jak kobiety wychwalają własne awanse na stanowiska członkiń rad nadzorczych i innych ciał decyzyjnych ze względu na cele równościowe i nie kwestionują tego, co dzieje się w owych radach i ciałach, do prawdziwego wyzwolenia droga jest wciąż daleka.

W lipcu 2013 r. grupa kobiet-działaczek, przywódczyń lokalnych społeczności, aktywistek oraz pracownic restauracji i punktów handlowych zgromadziła się przy frontowych schodach ratusza w Nowym Jorku, aby otwarcie zabrać głos w sprawie płatnych zwolnień chorobowych. Gloria Steinem, znana feministka, nie walczyła na pierwszej linii ognia, ale stała się częścią wydarzenia, dzięki temu, że tego samego ranka opublikowała na stronach „New York Times” tekst popierający ustawę o płatnych zwolnieniach i wywarła presję na rzeczniczkę Rady Miejskiej Christine Quinn – która miała nadzieję zostać pierwszą kobietą-burmistrzem Nowego Jorku – by poparła poddanie ustawy pod głosowanie.

Quinn bez wątpienia liczyła, że podczas kampanii wyborczej poprą ją „twarde” feministki. Ale Steinem, Ai-Jen Poo, a także około dwustu innych wpływowych kobiet podpisało list mówiący, że ich poparcie dla jej kandydatury zależne jest od tego, czy pozwoli na głosowanie nad ustawą o płatnym urlopie chorobowym. Tak długo, jak kobiety będą głównymi opiekunami dla swoich rodzin, a także stanowić będą większość nisko opłacanych, pozbawionych zasiłków pracowników w mieście, walka o zmianę ich sytuacji pozostanie zadaniem dla feministek. Nie da się ukryć tego faktu za apelami o przebicie szklanego sufitu w gabinecie burmistrza.

Zorganizowanie publicznej kampanii nacisku na Quinn, by ujęła się za wszystkimi kobietami, pokazuje, jak liderki ruchu praw kobiet walczą na rzecz jego celów – jednak to stanowczo zbyt rzadki widok. Quinn nie zmieniła zdania w wyniku nacisków. Ale kampania w sprawie płatnych zwolnień jest znakiem niosącym nadzieję, znakiem, że być może ruch feministyczny na nowo rozpatruje swoje miejsce w pierwszej linii walk pracowniczych. Wąska strużka, jaką feminizm sączy się z góry ku kobietom znajdującym się niżej w strukturze społecznej – nie wystarczy.

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w amerykańskim lewicowym czasopiśmie „Dissent” w numerze z zimy 2013.

tłum. Magda Komuda

Mam białego penisa, więc chyba coś mi się należy

Charleston w Karolinie Południowej jest najpiękniejszym miastem, w jakim byłam. Spędziłam tam tylko kilka godzin, w tym część przespałam z nogami na kierownicy w wynajętym samochodzie. Podczas spacerów między wielkimi rezydencjami w kolonialnym stylu wetknęłam sobie za ucho kolorowy kwiatek, jeden z milionów kolorowych kwiatków, rosnących szybciej, niż meksykańscy ogrodnicy nadążają z przycinaniem ich do gustownej nienachalności. Odkryłam w sobie wtedy wstydliwą empatię wobec żołnierzy oraz żon i córek Konfederacji. Zrozumiałam, że bronili nie tylko niewolnictwa, tej „dziwnej instytucji” (peculiar institution – popularny eufemizm okresu przedwojennego), która wykorzystała drobną fizyczną odmienność, by stworzyć rasę. Przede wszystkim bronili stylu życia, swojego komfortu psychicznego, swojego spokojnego snu, swoich białych dłoni. Walczyli o poczucie słuszności, o to, że mają rację, że mają święte i niezbywalne prawo do czucia się lepszymi i postrzegania innych jako gorszych i takiegoż ich traktowania. Koncepcja supremacji rasowej (white supremacy) dawała poczucie ważności, lepszości, poczucie bycia wartościowym, nawet gdy nie miało się nic i nie osiągnęło się nic, i nie było się nikim więcej niż istotą ludzką.

Dylann Storm Roof chciał się poczuć kimś, ale nie miał żadnej właściwości (property) poza białym kolorem skóry. Ale nawet ta właściwość może stać się cenną własnością (property), gdy daje ci miejsce w wygodniejszym wagonie kolejowym (patrz: sprawa Plessy vs. Ferguson1) lub zapewnia przeżycie, gdy inni giną.

Dylann Roof ma 21 lat i fryzurę „na garnek”, modną wśród polskich chłopów pańszczyźnianych w XV wieku. W środę 17 czerwca 2015 r. włożył swojego Glocka kaliber 45 mm, kupionego za pieniądze z prezentu urodzinowego od rodziców, do saszetki i poszedł na zebranie kółka biblijnego. Do tego momentu jest żałośnie i może nawet trochę śmiesznie, potem robi się strasznie. Roof wybrał grupę edukacji biblijnej, zbierającą się w Emanuel African Methodist Church w najpiękniejszym mieście, w którym w życiu byłam, nazywanym też Holy City, bo jest w nim tak wiele kościołów…

Charleston może nie jest oficjalnie najbardziej rasistowskim i „skonfederowanym” miastem w Stanach Zjednoczonych, jednak miałby do tego tytułu spore prawa. Po pierwsze, był głównym portem dla przypływających z Afryki statków z niewolnikami (nawet dla 70 procent z nich Charleston to pierwszy przystanek na amerykańskiej ziemi). Kiedy w 1808 roku zakazano wreszcie zamorskiego importu niewolników (Jezu, nie wierzę, że użyłam wobec ludzi słowa „import”, ale to przecież prawda, wstrętna prawda), Charleston zmienił się w krajowe centrum handlu wiadomo-kim. To w Charleston w grudniu 1860 roku przyjęto „rozporządzenie o secesji”. Karolina Południowa była pierwszym stanem, który opuścił Unię, a pierwsze strzały wojny secesyjnej padły z Fortu Sumter, czyli de facto z miasta-portu Charleston. Roof w swoim manifeście wyjaśnia, że wybrał Charleston, ponieważ jest najbardziej „historycznym” miastem w stanie i niegdyś miało najwyższą proporcję Czarnych wobec Białych w całym kraju.

Dziś Charleston jest w trzech czwartych biały (dane z 2010 r). Jeszcze w latach 80. proporcja ta wynosiła pół na pół. Ciekawe, czy pisząc o demograficznej przewadze Czarnych w okresie przedwojennym Roof, zadał sobie trud, by pomnożyć ich liczbę przez trzy piąte. Bo tym właśnie, według pierwszej konstytucji amerykańskiej, był Afrykanin mieszkający w Ameryce lub Amerykanin afrykańskiego pochodzenia – trzema piątymi człowieka.

Swój manifest Roof opublikował na prymitywnej stronie internetowej, która wypaliła mi dziurę w mózgu. Jest tam część fotograficzna, przedstawiająca Roofa w przydomowym ogródku, w wędkarskim kapelusiku i ciemnych okularach zsuniętych na koniec nosa jak u aktorki z Beverly Hills 90210. Do wizerunku najbardziej wyśmiewanego chłopaka w szkole dodane są, niczym okrutne nieporozumienie, atrybuty twardogłowego południowca: flaga Konfederacji, płonąca flaga USA (wydaje się, jakby była podpalona od grilla, który stoi w tle), pistolet (prawdziwy! choć w tej scenerii trudno w to uwierzyć) i tablica rejestracyjna z napisem „Skonfederowane Stany Ameryki”. Do tego, jak w albumie każdego licealisty, kilka zdjęć z wycieczek: tu cmentarz walecznych białych przodków, tam pomnik tychże, jeszcze dalej muzeum niezmiennie monotematyczne. I wypisana patykiem na piasku liczba 1488 – 14 oznacza w neonazistowskim slangu czternastowyrazowy slogan w typie „white power”, a 88 to „Heil Hitler”. Ogólnie: żałość. Ale też trochę strach ściska za gardło.

Hitem Internetu jest zdjęcie Roofa w czarnej kurtce z przyszytymi flagami RPA czasów apartheidu i Rodezji – państwa istniejącego w latach 1964–1979, zamieszkanego w większości przez Czarnych, a rządzonego wyłącznie przez Białych. Czarni przejęli władzę na drodze wyborów i w 1980 r. zmienili nazwę Rodezji na Zimbabwe. Roof najwyraźniej bolał nad tą przemianą, ponieważ swoje przesłanie zamieścił pod adresem lastrhodesian.com („Ostatni Rodezyjczyk”).

Pozostała część strony to manifest, który byłby pewniakiem w konkursie na największą liczbę nienawistnych bzdur na jednostkę objętości tekstu. Pierwszym, co zakłuło mnie w oczy, było użycie wielkiej litery, gdy mowa jest o „Białych” i małej w słowie „czarni”. Niewielka to rzecz, a boleśnie znacząca. Roof w dość nietypowy sposób dzieli ludzi na „rasy” (Żydzi jego zdaniem są rasą, wschodni Azjaci też stanowią rasę) i opisuje każdą, najwięcej miejsca poświęcając Czarnym (używam tego słowa jako politycznie neutralnego oraz w tym kontekście potrzebnego). Czarnuchy są głupie i okrutne – wnikliwie zauważa autor, który kilka godzin później zamorduje dziewięć osób. Porównuje Afroamerykanów do psów i twierdzi, że stąd bierze się współczucie dla ich krzywdy – tak jak współczuć będziemy psu bitemu przez człowieka, gdyż pies jest niższym gatunkiem. Roof chwali się, że przeczytał „setki niewolniczych wspomnień” i że większość z nich jest pozytywna. Niektórzy panowie NAWET nie zezwalali na biczowanie niewolników na swoich plantacjach. Och, co za łaska! Błąd tkwi w tym, że niewolniczych wspomnień jest naprawdę niewiele, chyba nawet jedna setka się nie uzbiera. Poza tym styl autora Roofa sugeruje, że nie przeczytał w życiu nic ponad „jakąkolwiek lekturę w drugiej klasie amerykańskiej podstawówki”. Zdaniem zamykającym ten myślowy rynsztok jest „wybaczcie błędy, nie miałem czasu tego sprawdzić”. Błędy w pisowni (typos) oczywiście, bo przecież nie błędy merytoryczne.

Jako początek swoich zainteresowań problematyką rasy i opresji wywieranej przez Czarnych na Białych (tak, w tej kolejności) Roof wskazuje sprawę zabójstwa Trayvona Martina w lutym 2012 roku. Martin – nieuzbrojony czarny 17-latek – został zastrzelony przez szefa straży sąsiedzkiej (neighbour watch) George’a Zimmermana w Stanford na Florydzie. Policja nawet nie aresztowała sprawcy, ponieważ uznała zamordowanie chłopca za działanie podjęte w obronie własnej – między Zimmermanem a Martinem doszło do sprzeczki popartej argumentem pięści. Po tym jak przez cały kraj przetoczyła się fala protestów, Zimmerman został oskarżony o morderstwo, ale ława przysięgłych uznała go za niewinnego. Departament Sprawiedliwości ogłosił, że nie ma wystarczających dowodów, by wszcząć śledztwo federalne w sprawie przestępstwa motywowanego nienawiścią (hate crime).

Roof uważał za oczywiste, że słuszność leżała po stronie Zimmermana. Wiedziony ciekawością zapytał wujka Google’a o „przestępstwa popełniane przez Czarnych na Białych” (black on white crime). Pierwszym wynikiem była – i dziś również jest – strona Rady Konserwatywnych Obywateli (Council of Conservative Citizens), której angielska nazwa skraca się do CCC, co chyba nie tylko mnie kojarzy się z KKK (Ku Klux Klan). Prezesem tej szacownej organizacji jest Earl Holt – 62-latek udostępniający najbiedniejszym z biednych mieszkania na wynajem o standardzie urągającym przyzwoitości (jego zawód to slumlord). W ten w-ogóle-nie-obrzydliwy sposób zarabia na dostatnie życie i swój konserwatywny aktywizm. Rada wspiera swoimi funduszami polityków partii republikańskiej co bardziej zaangażowanych w walkę o świętą Nierówność i upragnioną Nietolerancję. Zaraz po masakrze wszyscy wsparci zaczęli na wyścigi zwracać dotacje lub przeznaczać je na cele charytatywne. CCC powstało w latach 50. w znanym z szalejącego rasizmu stanie Mississippi. Jego głównym celem było zapobieganie integracji rasowej w szkołach po wyroku Sądu Najwyższego w sprawie Brown vs. Board of Education. Gdy konserwatywni obywatele odnieśli porażkę w bronieniu swoich dzieci przed krzywdą przebywania w jednej klasie z Afroamerykanami, przerzucili się na zwalczanie międzyrasowych małżeństw i lobbowanie przeciwko imigrantom. Monitorują również sytuację Białych zamordowanych przez Czarnych. Według statystyk FBI stanowią oni niewielki procent wszystkich ofiar, bo najwyraźniej Biali najbardziej lubią zabijać się nawzajem. Entuzjaści tematu mogą śledzić te 13,6% morderstw, których ofiary były białe, a sprawcy czarni, za pomocą wygodnych i łatwych w obsłudze mediów społecznościowych, np. wpisując na Twitterze #whitegenocide.

Zamachowiec nie przypadkiem wybrał za cel ataku Emanuel African Methodist Church. Jest on bowiem najstarszym czarnym kościołem na południe od Baltimore. Założony w 1816 roku, był miejscem, gdzie niewolnicy mogli poczuć się jak pełnoprawne jednostki ludzkie – w oczach Boga równe innym ludziom. W myśl zasady, że wiedza równa się władzy, sztukę czytania i pisania skrywano przed niewolnikami, więc kościoły były jedynymi instytucjami edukującymi społeczność niewolniczą. Denmark Vesey – jeden z założycieli kościoła – przewodził słynnemu powstaniu niewolników. Skala powstania była niewielka, zostało szybko stłumione, a wszyscy jego uczestnicy straceni. Ale zjednoczeni, zbuntowani niewolnicy byli najgorszym koszmarem dla białych plantatorów, tak przerażonych rebelią, że nawet kościół spalili do gołej ziemi.

Proboszczem tej ważnej parafii był wielebny Clementa C. Pinckney. Po wejściu do kościoła zamachowiec poprosił o wskazanie mu pastora Pinckney’a i usiadł obok niego, co może sugerować, że to on był głównym celem ataku. Wielebny Pinckney był znaną osobą publiczną, aktywnym działaczem społecznym, zasiadał w senacie stanowym Karoliny Południowej. Zawodowe obowiązki senatora wymagały od niego codziennego przebywania w budynku władz stanowych w Columbii, nad którym, zupełnie niezawstydzona swoim niemoralnym dziedzictwem, powiewa flaga Konfederacji (flaga wojenna, przypomina drugą „państwową” flagę Skonfederowanych Stanów Ameryki). Po masakrze, decyzją gubernatorki stanu Nikki Haley, flagi USA Karoliny Południowej zostały opuszczone do połowy masztu na dziewięć dni – po jednym dniu za każdą z ofiar zamachu. Jednak flaga Konfederacji – najbardziej kontrowersyjna, ponieważ bardzo często wykorzystywana jako symbol białej supremacji – pozostała na szczycie masztu. Gubernatorka ubolewa nad tym faktem, ale decyzja nie należy do niej – nad tą konkretną flagą władzę sprawuje senat stanu. Gdy piszę te słowa, senat debatuje nad usunięciem flagi: izba niższa już przychyliła się do tego wniosku.

Ale co flaga właścicieli niewolników i przeciwników Unii w ogóle robi na terenie należącym do władz stanu? Otóż umieszczono ją nad Kapitolem w Columbii w 1962 r. na znak SPRZECIWU wobec ruchu na rzecz praw obywatelskich (Civil Rights Movement), a dokładnie na rzecz równości praw obywatelskich dla wszystkich obywateli niezależnie od koloru skóry. W roku 2000, pod naciskiem protestów obywatelskich, flagę Konfederacji zdjęto z budynku senatu stanowego i umieszczono przed budynkiem. Nieważne, czy z dachu, czy z trawnika, flaga Konfederacji codziennie przypomina czarnym urzędnikom i mieszkańcom, kim ich stan chciał, by byli – niewolnikami. Czarne dzieci chodzą do szkół nazwanych imionami konfederackich generałów – ludzi, którzy oddali życie za to, by owe dzieci nie mogły się uczyć. Liczne ulice w miastach Południa noszą imiona bohaterów Konfederacji. Nawet Emanuel African Methodist Church stoi przy ulicy Johna C. Calhouna – gorącego zwolennika niewolnictwa (z nurtu: niewolnictwo to jest dobra, dobra rzecz) i jednego z najgorliwszych orędowników secesji.

Z całej dyskusji użytek dla siebie, jak zawsze, zrobią marketingowcy: największe sieci sklepów w Ameryce, w tym np. Amazon, wycofały ze sprzedaży wszystkie gadżety przedstawiające flagę konfederacji. Zapowiada się powstanie czarnego rynku ręczników plażowych, foteli rybackich i kubków termicznych.

Gdy grupa biblijna rozpoczęła dyskusję nad wybranym fragmentem Pisma, Roof najpierw słuchał, potem rozzłoszczony zabrał głos, a następnie wstał, wyjął pistolet i zaczął strzelać. Musiał pięciokrotnie przeładować magazynek, by uśmiercić wszystkich.

Cynthia Marie Graham Hurd (54 lata) – członkini grupy biblijnej i kierowniczka biblioteki publicznej hrabstwa Charleston.

Susie Jackson (87 lat) – członkini grupy biblijnej i chóru kościelnego.

Ethel Lee Lance (70 lat) – kościelny w Emanuel African Methodist Church.

Depayne Middleton-Doctor (49 lat) – pastor oraz administrator i koordynator działu rekrutacji w Southern Wesleyan University.

Clementa C. Pinckney (41 lat) – proboszcz Emanuel African Methodist Church i senator stanu Karoliny Południowej.

Tywanza Sanders (26 lat) – członek grupy biblijnej.

Daniel Simmons (74 lata) – pastor pracujący w Greater Zion AME Church w Awendaw.

Sharonda Coleman-Singleton (45 lat) – pastorka oraz logopeda i trenerka bieania w Goose Creek High School.

Myra Thompson (59 lat) – nauczycielka grupy biblijnej.

Wypisałam te nieraz trudne do wymówienia nazwiska ofiar, ponieważ ważne jest, abyśmy o nich pamiętali. Byśmy wiedzieli, kim byli, jak wyglądali, jak istotni byli dla swojej społeczności. Zbyt często zapamiętuje się tylko nazwisko i obmierzłą twarz mordercy, stającego się medialnym celebrytą. Przypomina się o nim wciąż na nowo, przy okazji procesu, potem apelacji, potem, gdy wyda swoją biografię, później zrobią o nim film dokumentalny i nawet jego śmierć na krześle elektrycznym będzie pokazana w full HD i oglądana przez miliony. A po ofiarach nie pozostanie nic poza wspomnieniami. Mamy obowiązek je pielęgnować.

Roof pozostawił przy życiu jedną osobę. Kolejne dwie, w tym dziecko, uratowały się, udając martwych. Kobiecie, która przeżyła, zamachowiec nakazał poinformowanie opinii publicznej o przebiegu zamachu i jego motywach. On sam planował prawdopodobnie popełnić samobójstwo, jednak gdy udało mu się bez problemów opuścić kościół, wsiadł w samochód i odjechał. Aresztowano go następnego dnia, 250 mil od miejsca zbrodni, już za granicą stanu – w Shelby w Karolinie Północnej. Na Dylanna Roofa jako potencjalnego mordercę wskazali jego ojciec, wuj i najbliższy przyjaciel, którzy po obejrzeniu doniesień w telewizji zawiadomili policję. Roof poprosił o ekstradycję i został przetransportowany do Karoliny Południowej. Podczas pierwszej rozprawy, która ma na celu przedstawienie zarzutów i wyznaczenie kaucji, rodziny ofiar przekazały zamachowcowi słowa przebaczenia w duchu chrześcijańskim. Roof nie wydawał się ani wzruszony, ani w ogóle… żaden. Nie był nawet przejęty tym, że grozi mu dziewięciokrotna kara śmierci.

Kobieta, mająca być posłanniczką wiadomości Roofa, jest w stanie głębokiego szoku i znajduje się pod opieką lekarzy. Jej krewna, której udało się z nią porozmawiać, przekazała, że zanim Roof zaczął strzelać, Tywanza Sanders próbował przemówić mu do rozsądku. „Nie musisz tego robić” – przekonywał. Odpowiedzią było: „Tak [muszę]. Gwałcicie nasze kobiety i przejmujecie nasz kraj”. Argument o „gwałceniu naszych (białych) kobiet” jest stary jak historia konfliktu rasowego w Ameryce. Był on podnoszony jeszcze przed zniesieniem niewolnictwa: wtedy usprawiedliwiał ten haniebny proceder jako „konieczną obronę Białych przed Czarnymi”. Potem był fałszywym pretekstem do niemal wszystkich linczów, działalności Ku Klux Klanu i praw Jima Crowa, czyniących rasową dyskryminację legalną. Entuzjaści tego wyssanego z palca konceptu, w tym morderca Roof, najwyraźniej za nic mają sobie statystki wykazujące, że w przytłaczającej większości gwałtów sprawca i ofiara mają ten sam kolor skóry.

Załóżmy jednak na chwilę, w ramach eksperymentu myślowego, że Roof naprawdę jest przekonany o tym, że czarni mężczyźni nie robią nic innego, tylko gwałcą białe kobiety. I chciał ich z tego powodu zabić. Zabić czarnych mężczyzn, by chronić białe kobiety. Na liście najlepszych miejsc i pór do zrealizowania tego celu „kościół w środowy wieczór” z pewnością zająłby jedną z ostatnich pozycji. Kobiety, niezależnie od pochodzenia etnicznego, są o wiele bardziej religijne niż mężczyźni, nie powinno więc dziwić, że na spotkanie poświęcone dyskusjom o Biblii przyszły głównie one. I to w większości kobiety poniosły śmierć – stanowiły sześć z dziewięciu ofiar.

A może właśnie to kobiety były celem od początku, nawet jeśli morderca nie zdawał sobie z tego sprawy? Nie byłby to pierwszy przypadek połączenia rasizmu z seksizmem. Gdy przedstawiciele grup niegdyś nadrzędnych (w tym przypadku biali mężczyźni), dziś zmuszeni do wykazania się czymś więcej niż posiadaniem białej skóry i penisa, by zyskać pozycję w społeczeństwie, nie są w stanie osiągnąć upragnionego prestiżu, zwracają frustrację przeciwko grupom historycznie dyskryminowanym. Ten przerośnięty maltuzjanizm traktuje prawa i wolności obywatelskie jako dobra, których zasób jest skończony, więc jeśli ktoś je uzyskuje, to automatycznie ja je tracę. Na szczęście druga poprawka do konstytucji umożliwia mi obronę tego, co moje. Obronę zbrojną.

Barack Obama stworzył całkowicie nowy gatunek krasomówstwa – przemówienie postmasakrowe. Oficjalna wypowiedź po zamachu w Charleston była jego czternastym oświadczeniem wydanym po masowym morderstwie dokonanym przy użyciu broni palnej. Obama wygłosił kilka zużytych frazesów o tym, że niewinni ludzie zginęli po części dlatego, że ten, kto chciał wyrządzić im krzywdę, nie miał problemu z pozyskaniem broni oraz że on, prezydent, odmawia udawania, że wystarczy pogrążyć się w żałobie, a każda próba działania będzie upolitycznianiem problemu. Nic nowego. Zacytował też przemówienie Martina Luthera Kinga sprzed 52 lat, wygłoszone po śmierci trzech czarnych dziewczynek w zamachu bombowym na kościół w Birmingham w Alabamie. Z tego, że ów cytat jest wciąż aktualny, płynie jeden wniosek – przez pół wieku nic się nie zmieniło.

W Stanach Zjednoczonych działają 784 „grupy nienawiści” (hate groups). Monitorowaniem ich działalności zajmuje się Southern Poverty Law Center, które prowadzi bardzo profesjonalną stronę internetową i wykonuje ogrom dobrej, merytorycznej pracy. Grupy nienawiści podzielone są na kategorie pod względem przedmiotu nienawiści: występują zatem stowarzyszenia neonazistowskie, anty-LGBT, neokonfederackie oraz, moje ulubione, stowarzyszenia „ogólnej nienawiści” (general hate). Ich istnienie jest jak najbardziej legalne, bo pierwsza poprawka gwarantuje wolność słowa. Mogą się zbroić i tworzyć własne armie, bo druga poprawka zapewnia prawo do posiadania broni. A dzięki bezkrytyczności opinii publicznej mogą przedstawiać szaleństwo nienawiści jako poglądy racjonalne, logiczne, „prawdziwie amerykańskie” i, zupełnie bez zażenowania, jako prawowitą agendę polityczną. Łącznie z tym, że stowarzyszenia potomków i potomkiń prominentnych konfederatów wciąż planują secesję od Unii.

Dlaczego masakry w Charleston nie nazywa się atakiem terrorystycznym? – pytają komentatorzy. Dlaczego nawet określenie „przestępstwo motywowane nienawiścią” (hate crime) jest używane nader ostrożnie? Czyżby dlatego, że przeczyłoby to lansowanej przez władze koncepcji terroryzmu jako działań złych muzułmanów przeciwko dobrym Amerykanom? Koncepcji, w której to „Inni”, „Obcy” żywią nienawiść do nas, a my tylko nadstawiamy drugi policzek, bo „tak zrobiłby Jezus”. „What would Jesus do?” (co zrobiłby Jezus?) jest popularnym sloganem chrześcijańskiej prawicy, często drukowanym na koszulkach, naklejkach itp. Prawicowe media energicznie grzebią w przeszłości Roofa, by znaleźć dowody nadużywania narkotyków lub historię problemów psychicznych. Tak, w marcu 2015 aresztowano go za posiadanie narkotyków. Tak, pod koniec lat 90. Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne debatowało nad wpisaniem rasizmu na listę chorób psychicznych, czego ostatecznie nie zrobiono. Nie, działanie mózgu Dylanna Roofa nie było w chwili popełnienia dziewięciu morderstw ani upośledzone przez chorobę, ani zmienione przez substancje psychoaktywne. Było napędzane zwykłą, nagą nienawiścią.

Czytam w ostatnich dniach nowo wydane po polsku eseje Emmy Goldman. Tekst „Psychologia terroryzmu” przypomniał mi o tym, że zwykłam empatyzować z więźniami i zamachowcami, gdyż wychodzę z założenia, że większość aktów przemocy ma swoją przyczynę w poczuciu krzywdy i ostatecznej bezsilności. I taka była, moim zdaniem, przyczyna tragicznych wydarzeń w Charleston. Dylann Roof czuł się ofiarą, czuł, że coś mu niesprawiedliwie odebrano. Wierzył, że za sam fakt bycia białym mężczyzną należą się prestiż społeczny, pieniądze i wygodne życie. Gdy zorientował się, że współczesny świat nie rządzi się tymi samymi regułami, co przedwojenne Południe, poczuł się skrzywdzony, a potem wściekły. Biali mężczyźni naprawdę stracili na równości praw obywatelskich. Jako biała kobieta powiem: i bardzo dobrze!

PS. Mam nadzieję, że czytelnik/-czka nie czuje się urażony/-a nieco prześmiewczym tonem artykułu. Sarkazm, ironia i złośliwość były dla mnie terapeutycznymi narzędziami zastosowanymi, by zło i ludzkie nieszczęście, z którymi obcowałam w trakcie zbierania materiałów, nie doprowadziły mnie do apopleksji. Czuję przeogromny smutek i współczucie dla ofiar i ich rodzin, a także najwyższe obrzydzenie wobec sprawcy.

Przypis:

  1. Homer Plessy był osobą o mieszanym „pochodzeniu rasowym” i został z tego powodu wyproszony z wagonu pierwszej klasy „tylko dla białych”. Wyrok Sądu Najwyższego z 1896 roku w sprawie Plessy vs. Ferguson uznawał doktrynę „oddzielne, ale równe” (separate but equal) za zgodną z konstytucją. W praktyce oznaczało to przyzwolenie na segregację rasową w miejscach publicznych. Wyrok pozostał w mocy do roku 1954, kiedy został uchylony decyzją Sądu Najwyższego w sprawie Brown vs. Board of Education.

Czas wolny nas wyzwoli

Skrócenie czasu pracy to coś więcej niż ścieżka do pełnego zatrudnienia. Mogłoby ono pomóc milionom ludzi prowadzić bardziej satysfakcjonujące życie.

Wprowadzenie

35-godzinny ustawowy tydzień pracy jest we Francji źródłem nieustannych kontrowersji od momentu jego wprowadzenia pod koniec lat 90. Początkowo planowany był przez nowo wybrany, „pluralistycznie lewicowy” rząd Lionela Jospina jako recepta na powstawanie nowych miejsc zatrudnienia. Jednak propozycja obowiązkowych cięć czasu pracy w sektorze prywatnym wywołała tak wściekłą reakcję ze strony biznesu, że wprowadzenie ich (za pomocą dwóch Praw Aubry, nazwanych tak od nazwiska minister pracy Martine Aubry) spowodowało całościowe przegrupowanie francuskiego lobby największych pracodawców.

Gdy po wyborach w roku 2002 władzę objęła prawica, spadkobiercy konserwatywnej administracji poczęli znęcać się nad 35-godzinnym tygodniem pracy poprzez wdrożenie całego wachlarza reform, które rozluźniały restrykcje związane z nadgodzinami i ograniczały stosowanie prawa. Tylko pomiędzy 2002 a 2008 rokiem wcielono w życie siedem znaczących rozwiązań dotyczących czasu pracy.

A jednak nawet oddani sprawie neoliberałowie, tacy jak Nicolas Sarkozy, częściowo ograniczani przez powszechny pogląd głoszący, iż 35-godzinny tydzień pracy jest „nabytym prawem socjalnym” (jak to kiedyś określił były prezydent Jacques Chirac), nie byli w stanie całkowicie uchylić status quo.

Chęć odesłania tego prawa w przeszłość stała się centralnym elementem agendy politycznej najgłośniejszych przedstawicieli francuskiego świata biznesu. W zeszłym roku Pierre Gattaz, dyrektor MEDEF, potężnej narodowej organizacji pracodawców, wezwał do większej elastyczności w określaniu czasu pracy zatrudnionych. Obecnie jednolicie stosowany 35-godzinny tydzień pracy nie jest już trafnym pomysłem – powiedział Gattaz, dodając: Nie mówię, że musicie pracować 40 godzin tygodniowo. Ale jeśli firmy potrzebują niektórych pracowników na 40 godzin, a innych na 32, to muszą mieć możliwość zorganizowania tego w odpowiadający im sposób.

Postawy wśród francuskiej lewicy są bardziej ambiwalentne. Dla socjal-liberałów, którzy dominują w rządzącej Partii Socjalistycznej, zreformowanie prawa o czasie pracy idealnie wpasowuje się w ich większy projekt restrukturyzacji francuskiego rynku pracy w zgodzie z założeniami neoliberalizmu. Stąd minister finansów Emmanuel Macron – były bankier inwestycyjny i ideolog wolnego rynku, mocno znienawidzony przez radykalną lewicę – powtarzał jak echo za Gattazem wezwanie do większej dowolności i swobody, argumentując, że prawne ograniczenia 35-godzinnego tygodnia pracy są nadmierne, jako że pracownicy i firmy potrzebują więcej elastyczności. Dopiero w obliczu znaczącego oporu związków zawodowych rząd najbardziej niepopularnego prezydenta kraju Francoisa Hollande’a oraz premiera Manuela Vallsa (ulubieńca prawego skrzydła Partii Socjalistycznej) zgodził się wycofać ze zmian – przynajmniej tymczasowo.

To podejście obrazuje znaczącą zmianę poglądu przeważającego w mniej radykalnej sekcji francuskiej lewicy, który obowiązywał przed wprowadzeniem Praw Aubry. Początkowo propozycja przyjęcia decyzji o zmniejszeniu tygodniowej liczby godzin pracy na korzyść pracowników zatrudnionych w pełnym wymiarze została zasugerowana Jospinowi przez, mającego niewiele wspólnego z radykalizmem, Dominique’a Strauss-Kahna, przyszłego dyrektora Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który obecnie wypadł z łask z powodu molestowania seksualnego.

Tradycyjnie najsilniejszego wsparcia planowi udzieliła CFDT (Confédération française démocratique du travail – Francuska Demokratyczna Konfederacja Pracy), bardziej konserwatywna i zarazem mniej bojowa z dwóch największych francuskich central związkowych. Nie pojawiło się ono natomiast ze strony zwyczajowo łączonej z komunistami CGT (Confédération générale du travail – Powszechna Konfederacja Pracy). A zatem idea zastosowania redukcji czasu pracy jako środka na wytworzenie wzrostu zatrudnienia nie była w latach 90. jedynie domeną lewicy. Nawet na prawicy, która nigdy nie zaakceptowała pomysłu, by krótszy tydzień pracy uczynić obowiązkowym, szeroko popierano pomysły używania ulg finansowych w celu zachęcenia przedsiębiorców do skrócenia czasu pracy pracownikom pełnoetatowym. Na przykład w 1996 roku prawo Robiena oferowało subsydia w kwocie aż do 50 proc. składek pracodawcy na ubezpieczenie społeczne, jeśli tylko osiągnie on porozumienie z reprezentantami pracowników w sprawie zmniejszenia liczby godzin ich pracy.

Brak niechęci wobec tej kwestii po stronie prawicy spowodował, że radykalna lewica zaczęła wahać się, czy wesprzeć taką legislację. Ambiwalencję tę zaostrzały Prawa Aubry, które postrzegano jako wzmocnienie długotrwałego trendu większej elastyczności w relacjach pracodawca-pracownik i jako zdecentralizowanie negocjacji płacowych. Radykalna lewica sprzeciwiała się na przykład zmianom w przepisach, które miałyby wprowadzić szacowanie czasu pracy na bazie rozliczeń rocznych, nie tygodniowych, obawiała się bowiem, że te zabiegi skutecznie podważą istniejące już prawa regulujące warunki pracy. Część tych obaw potwierdziła się: prawo o tygodniu pracy przyznało pracodawcom więcej swobody kosztem pracownika, szczególnie po wdrożeniu serii reform następujących po pierwszym pakiecie ustaw Aubry.

Ale to wszystko nie powinno sprawiać, że lewicowi obserwatorzy ślepną na radykalne obietnice i możliwości idące w parze z obowiązkowym skróceniem czasu pracy. Polityka ta pod wieloma ważnymi względami oferuje autentycznie egalitarną i zrównoważoną drogę do stworzenia dużej liczby pełnoetatowych stanowisk nie poprzez deregulację rynku pracy czy spadek wynagrodzeń, lecz za pomocą redystrybucji przepracowanych godzin. To narzędzie generujące wzrost zatrudnienia, które zarówno wzmocniłoby świat pracy kosztem Kapitału, jak i zmniejszyłoby wewnątrzklasowe dysproporcje bazujące na płci i wykonywanym zawodzie.

W tym sensie istotność krótszego tygodnia pracy wykracza daleko poza granice Francji.

***

Postulat redukcji czasu pracy jest centralną kwestią w historii kapitalistycznego wyzysku i oporu pracowniczego. Obecnie, jak wskazuje choćby treść wstępniaka Denisa Kesslera w wydaniu „Le Monde” z października 2012, pracodawcy doskonale rozumieją, że to batalia o kluczowym znaczeniu.

Największa francuska federacja pracodawców MEDEF naciska na ponowne rozważenie zasadności 35-godzinnego tygodnia pracy, a nawet pragnie porzucenia wszelkich nawiązań do grupowego, zagwarantowanego prawnie limitu czasu pracy. Narodowy układ zbiorowy w sprawie wynagrodzeń, uchwalony głosami rządzącej większości, otwiera im tę możliwość, zawiera bowiem „zgodę na konkurencyjność”.

Nawet jeśli bitwa o skrócenie czasu pracy była historycznie znaczącą walką ruchu pracowniczego i głównym żądaniem lewicy przez większą część XX wieku, to dziś stanęła w martwym punkcie. Mamy problemy z osiągnięciem masowej skali działań, ze wznowieniem ofensywy i odpowiedzią na ataki pracodawców. Bój ten nie był toczony przez część lewicy i ruchu związkowego w czasach Praw Aubry, co miało negatywny wpływ na sporą liczbę pracowników najemnych (wzrost elastyczności, brak zatrudnienia wyrównawczego).

Wrażenie, że prawdziwa redukcja czasu pracy wymaga równowagi sił, która jest obecnie poza naszym zasięgiem (gdy bezrobocie nadal rośnie i mnożą się plany redukcji zatrudnienia, walka o prawa pracownicze prowadzona jest w defensywie), wzmaga poczucie beznadziei. W dodatku doświadczamy ideologicznej zniewagi, kolportowanej także w obrębie części lewicy – wmawia się nam, że musimy wybierać pomiędzy zatrudnieniem a pensjami, oraz że obecny sposób podziału wartości dodanej nie podlega żadnej negocjacji. Kluczowe jest więc znalezienie sposobów na przezwyciężenie tej sytuacji i wznowienie walki, również ideologicznej, na rzecz skrócenia czasu pracy. Wbrew powszechnym opiniom naprawdę pełne zatrudnienie jest możliwe. Wymaga ono jednak konfrontacji z pracodawcami.

Żadne stwierdzenie nie jest dalsze od prawdy niż to, że znaczne zwiększenie wydajności stanowi przyczynę bezrobocia. Jest to powszechny błąd w rozumowaniu, właściwy zwłaszcza tym, którzy wspierają tezy o „końcu pracy”, oparte na twierdzeniu, że produktywność wzrasta tak szybko, iż pełne zatrudnienie to miraż znikający już za horyzontem. Zgodnie z tymi tezami powinniśmy zastąpić prawo do pracy prawem do powszechnego dochodu. To właściwie pożegnanie z jakąkolwiek walką i niebezpieczna iluzja (szczególnie zaś niebezpieczna dla kobiet).

To nie tak. Porównajmy dwa okresy: „Trente Glorieuses” z lat 1945–1975 [okres trzydziestu lat po zakończeniu II wojny światowej, podczas którego gospodarka Francji i innych krajów Zachodu rozwijała się wyjątkowo szybko – przyp. tłum.], gdy stopa bezrobocia była niska i wynosiła 2%, z fazą neoliberalną w połowie lat 80., kiedy szacuje się ją na około 10%. Ten pierwszy okres charakteryzował się wielkim wzrostem wydajności pracy (ok. 5%), który potem spadł ostro do poziomu pomiędzy 1 a 2%. Innymi słowy: gdy następuje spowolnienie wzrostu wydajności, eksploduje bezrobocie.

Paradoks ten znika, gdy przypomnimy sobie, że zatrudnienie zależy nie tylko od ogólnego poziomu produkcji i wydajności pracy, lecz także od czasu jej poświęconego. W uśrednionym czasie – i okazuje się to prawdą dla obu wymienionych okresów – wydajność wzrasta w takim samym tempie jak produkcja, a więc przyrost nowych miejsc pracy netto zależy głównie od skrócenia czasu pracy.

Można zilustrować ten proces, rozszerzając perspektywę na cały XX wiek: w tym okresie godzinowa wydajność pracy wzrosła o współczynnik 13,6. Jak te zwyżki wydajności zostały rozdystrybuowane? Poprzez podniesienie poziomu życia (PKB pomnożone przez 9,7) i zredukowanie godzin pracy, których liczba zmniejszyła się o 44%. Zatrudnienie w międzyczasie wzrosło jedynie o 26%, a całkowita liczba przepracowanych godzin spadła o 30%. Krótko mówiąc – w porównaniu z naszymi pradziadami pracujemy tylko na część etatu i gdyby nie to, bezrobocie wzrosłoby do niewyobrażalnych rozmiarów. Jednak nie dzieje się to w sposób „naturalny”: walki pracownicze i ich efekty przekonują, że nadwyżki wydajności są dystrybuowane także w formie mniejszej liczby godzin do przepracowania, a nie tylko wzrostu wynagrodzeń. Historia ruchów społecznych i ich zmagań przeniknięta jest konfliktami na tle kwestii czasu pracy.

Drugi przykład to nasze doświadczenia związane z 35-godzinnym tygodniem pracy we Francji. Jego założenia rozwinęły się w niesatysfakcjonujących społecznie warunkach, ale byłoby absurdem zrezygnować z niego jako z „wroga gospodarki”. Prawdą jest, że na przestrzeni ostatnich dwóch dekad przyrost nowych miejsc pracy netto w sektorze prywatnym odbywał się w warunkach przechodzenia z dłuższego tygodnia pracy na tydzień 35-godzinny. Obala to powszechne przekonania na temat dynamiki zatrudnienia.

Przez dwie dekady poprzedzające wprowadzenie 35-godzinnego tygodnia pracy dobre i złe gospodarczo lata równoważyły się: zatrudnienie w roku 1997 było na tym samym poziomie, co w 1978. Pomiędzy 1997 a 2002 możemy zaobserwować spektakularną zwyżkę – powstają prawie 2 mln nowych miejsc pracy. Potem zatrudnienie osiąga swój pułap, odrobinę się wznosi i opada wraz z kryzysem. Oto rezultaty: w drugim kwartale 2013 roku w prywatnym sektorze było zatrudnionych 15,93 mln osób, podczas gdy w tym samym okresie roku 2002 – 15,9 mln. Gdyby nie wprowadzono 35-godzinnego tygodnia pracy, to po kryzysie ekonomicznym zatrudnionych byłoby dużo mniej osób, a tak różnicy prawie nie ma.

Przez trzydzieści lat, wyłączając tę przerwę, praca była dystrybuowana „liberalnie” i nierówno, głównie jako zatrudnienie na część etatu, którego podjęcie było wymuszane na kobietach. Przypomnijmy, że we Francji kobiety weszły na rynek pracy jako pracownice pełnoetatowe, praca na część etatu nigdy zaś nie była bramą do pełnego zatrudnienia, tak jak w niektórych krajach Europy Północnej. Przed latami 80. prawie nie istniała jako opcja zatrudnieniowa, a znaczenie zyskała jako bezpośredni wynik polityki publicznej (głównie dzięki zwalnianiu pracodawców ze składek na ubezpieczenie społeczne). Obecnie 30% kobiet pracuje na część etatu, większość z nich wbrew własnym chęciom, a 80% posad niepełnoetatowych obsadzonych jest właśnie przez nie. W niektórych sektorach gospodarki (handel detaliczny, gastronomia, sprzątanie) wszystkie nowo tworzone miejsca pracy obejmują część etatu i charakteryzują się ekstremalnie elastycznymi godzinami pracy oraz bardzo niskimi płacami. „Część etatu” oznacza w efekcie tylko część wypłaty (nawet jeśli większość z pracowników tych zawodów jest już wynagradzanych pensją minimalną) oraz część składki emerytalnej. Jak wykażemy, wzrost sektora pracy na część etatu wzmacnia podział zatrudnienia ze względu na płeć.

Najważniejszym zagadnieniem nie jest to, czy zmniejszy się liczba godzin pracy, ale jak tego dokonać. Redukcja może być ogólna, z zachowaniem miesięcznego wynagrodzenia lub bez niego oraz z zatrudnieniem wyrównawczym lub bez niego; może być także ukierunkowana (na prace prekaryjne i niepełnoetatowe) lub ekstremalna (bezrobocie). Kolektywna i wprowadzona przez prawo redukcja czasu pracy jest alternatywą dla ekspansji zatrudnienia na część etatu, ponieważ nawzajem się one wykluczają.

Między ograniczeniem czasu pracy a dystrybucją dochodu istnieje bliski związek. Jest wiele sposobów na skrócenie pracy, a każdy z nich ma w sposób oczywisty inny wpływ na podział bogactwa. 35-godzinny tydzień pracy pozostawił wynagrodzenia na niezmienionym poziomie, pomimo narzekań pracodawców, którzy obawiali się wzrostu kosztów pracy. Rezultat ten osiągnięto dwiema drogami: redukując składki na ubezpieczenie społeczne oraz zwiększając intensywność pracy, co doprowadziło do zmniejszenia potencjału tej polityki w kwestii tworzenia nowych miejsc pracy.

Innymi słowy – pracodawcy nigdy nie zaprzestali zbierać śmietanki ze wzrostu wydajności, a skutkiem było utrzymanie lub nawet podniesienie ich marż. Dochody z tego źródła nie były używane jako podstawa nowych inwestycji, lecz wypłacano z ich pomocą większe dywidendy. W 2012 r. pracownik średnio przepracowywał na rzecz akcjonariuszy 26 dni w roku, podczas gdy w 1980 – 9. To, co nie zostanie wypłacone pracownikom w formie wzrostu wynagrodzeń lub nie posłuży stworzeniu nowych miejsc pracy za pomocą redukcji jej czasu, jest bezpośrednio przywłaszczane przez akcjonariuszy. Dlatego właśnie wzrost i umocnienie się masowego bezrobocia oraz taka forma przejęcia zysku przez akcjonariuszy (dobry wskaźnik finansjeryzacji) to dwie strony tego samego medalu. Z tego też powodu każda propozycja redukcji bezrobocia bez dotknięcia kwestii dystrybucji dochodu jest iluzją. To tutaj kryzys odsłania przemoc w relacjach społecznych: podczas gdy pracownicy są zwalniani, a 90% nowo zatrudnionych ma ściśle ograniczone czasowo umowy na mniej niż miesiąc, wzrost dywidendy, zakłócony w 2010 r. u szczytu kryzysu, powraca, by dokonać zemsty.

Neoliberalne czy socjalno-liberalne założenia na temat tego, czym jest pełne zatrudnienie, nie pokrywają się z naszymi – bronimy właściwie pewnego typu pełnego zatrudnienia, połączonego z niską inflacją, któremu towarzyszy cykliczny brak zatrudnienia (zwany w dominującej teorii „bezrobociem w stanie naturalnym”). Oto słynne NAIRU [Non-Accelerating Inflation Rate of Unemployment – dop. red. NO], czyli stopa bezrobocia stabilizująca poziom inflacji. Produktem takiej rzeczywistości jest cała rezerwowa armia pracy, która w dzisiejszych czasach istnieje nie tylko jako niezatrudniona siła robocza, lecz także ma udział w bezrobociu cyklicznym: pracach dorywczych, zatrudnieniu prekaryjnym itp. Takie wyobrażenie „pełnego zatrudnienia” jest przyczyną tak zwanej polityki „workfare” [„welfare”, czyli obligatoryjna opieka, pomoc społeczna dla bezrobotnych zastąpiona przez „workfare” – wymaganie, by pobierający zasiłki wykonywali pracę od czasu do czasu lub brali udział w szkoleniach zawodowych – przyp. tłum.], zmuszającej bezrobotnych do zaakceptowania każdej oferty pracy, w każdych warunkach i za każdą kwotę. Musimy zdystansować się od takiego pojmowania pełnego zatrudnienia, by uniknąć nieporozumień oraz stworzyć sojusz między niezatrudnionymi, prekariuszami i pracującymi.

Jak wykazano, Prawa Aubry stworzyły możliwość stałego zatrudnienia, ale prawie nikt, przynajmniej w Partii Socjalistycznej, nie broni tych zapisów. W dodatku zasady wtedy przyjęte pogorszyły warunki bytowe szerokich rzesz klasy robotniczej.

Kluczowy jest fakt, że obniżeniu składek na ubezpieczenie społeczne nie towarzyszył żaden postulat zatrudnienia wyrównawczego. Prawo Robiena żądało go na zasadzie: „Skrócenie czasu pracy o 10% = 10% nowych zatrudnionych”, choć na jego mocy było to opcjonalne, a nie obowiązkowe; I Prawo Aubry żądało tylko 6%, a II Prawo Aubry – niczego.

Krytycy skrócenia czasu pracy mówią, że to uproszczona arytmetyka, ale łatwo wykazać, że obliczenia się sprawdziły – i że pracodawcy potrafią użyć kalkulatora. Przejście ze 100 pracowników pracujących po 39 godzin (3900 godzin) do 106 pracowników po 35 godzin (3710 godzin) skraca całościową liczbę godzin o 5,1%. Aby uniknąć zatrudnienia większej liczby pracowników, „wystarczające” jest zintensyfikowanie tempa pracy i podniesienie godzinowej wydajności. I dokładnie tak się stało: godzinowa wydajność wzrosła o 5,1%. Ale ponieważ pensja miesięczna była ustabilizowana na jednym poziomie, łączna lista płac wciąż rosła. W zamian więc pracodawcy zamrozili płace względne i otrzymali zwolnienia z płacenia składek.

Diabeł często tkwi w szczegółach. Można podawać przykłady innych mechanizmów, które obniżyły wpływ 35-godzinnego tygodnia pracy na siłę roboczą, szczególnie zwolnienia z różnych opłat dla małych przedsiębiorstw oraz nadgodziny. Wiemy, że gdy prawica powróciła do władzy, nie udało jej się „odkręcić” istnienia 35-godzinnego tygodnia pracy, który – pomimo wszystko – większość Francuzów przyjmuje za coś ustanowionego na stałe – zaczęła więc podejmować próby obejścia samego pojęcia ustawowego czasu pracy.

Powyższa analiza pozwala nam lepiej zdefiniować warunki konieczne do spełnienia, by skrócenie czasu pracy mogło w pełni ujawnić swój potencjał. Stabilizacja pensji miesięcznej jest oczywista, ale istotne jest także tworzenie nowych miejsc pracy proporcjonalnie do spadku liczby jej godzin. Taka sytuacja w sposób ewidentny zwiększy całkowite wydatki płacowe.

Reakcją na taki stan nie powinny być jednak nowe ograniczenia „obciążeń”, które stopniowo zduszą budżet przeznaczony na bezpieczeństwo socjalne, lecz proporcjonalna redukcja kosztów kapitału, np. wypłat dywidendowych i odsetek. Oznacza to dwutorową realokację zysków: po pierwsze, z sektorów kapitałochłonnych do tych, gdzie ważniejszą składową jest sama praca, a po drugie – z wielkich korporacji do małych i średnich przedsiębiorstw.

Ograniczenie czasu pracy otwiera przed człowiekiem i społeczeństwem rozmaite perspektywy emancypacyjne. Możliwość wyzwolenia się spod jarzma pracy przymusowej nie może być oddzielana od możliwości zmniejszenia wyzysku. Taki jest właśnie sens cytatu z Simone Weil: Nikt nie zaakceptowałby bycia niewolnikiem przez dwie godziny dziennie; codzienne niewolnictwo, aby zostało zaakceptowane, musi trwać tak długo, by złamało coś w człowieku.

Presja bezrobocia gwarantuje również to, że pracodawcy zintensyfikują wymagania do tego stopnia, że niemożliwe wyda się ich zakwestionowanie. Tymczasem prawdziwe ograniczenie czasu pracy można osiągnąć tylko pod kontrolą wykonujących ją pracowników. Należy zweryfikować, czy tworzone posady naprawdę istnieją – musi zostać ustanowiony nowy plan zatrudniania, który będzie nie tylko zwykłą kopią liczby wyjściowych miejsc pracy, ale weźmie też pod uwagę realne potrzeby, relatywne trudności i konieczność ograniczenia zatrudnienia o charakterze prekaryjnym.

Praca na część etatu wzmacnia nierówny podział obowiązków domowych i rodzicielskich oraz społeczne wrażenie, że pensje kobiet są dla finansów rodziny tylko dodatkowym dochodem. Badania socjologiczne wykazały, że kobiety przechodzące z całego etatu na jego część zmniejszają tym samym (już niski) udział mężczyzn w prowadzeniu gospodarstwa domowego. Nawet jeśli nazwiemy to „wyborem”, praca na część etatu pozostaje decyzją wymuszoną przez niedostateczną liczbę placówek opiekujących się dziećmi i publiczne piętnowanie pracujących kobiet. Cel, któremu rzekomo służy (więcej czasu na odpoczynek, inne aktywności, spędzanie czasu z rodziną), może i powinien zostać osiągnięty za pomocą zbiorowego skrócenia czasu pracy – dla każdego i bez redukcji poziomu płac.

Ale nawet jeśli takie zbiorowe skrócenie pracy jest warunkiem rzucenia wyzwania społecznym rolom i podziałowi pracy ze względu na płeć (a także zapewnienia kobietom możliwości większej aktywności politycznej), to oczywiście nie daje ono żadnej gwarancji, że te zmiany nastąpią. Nawyki i zbiorowa percepcja społeczna nie znikają w sposób automatyczny: w przypadkach, gdy pracownicy najemni mają trochę więcej wolnego czasu, podział w ramach 35-godzinnego tygodnia pracy wygląda tak, że jest on dzielony wzdłuż linii płciowych. Mężczyźni spędzają więcej czasu na odpoczynku lub „zabawowym” i edukacyjnym rodzicielstwie, podczas gdy kobiety poświęcają go obowiązkom domowym i pracy reprodukcyjnej [praca reprodukcyjna dotyczy prowadzenia gospodarstwa domowego, co zapewnia mężczyznom łatwiejsze wykonywanie ich pracy zawodowej – przyp. tłum.]. Zatem, aby nasze działania odniosły jakikolwiek skutek, musimy rzucić wyzwanie szkolnictwu dyskryminującemu ze względu na płeć oraz rozwinąć usługi publiczne. Egalitarna redukcja czasu pracy wraz z zakazem wymuszania pracy na część etatu to tylko warunki wstępne.

Wbrew temu, co twierdzą niektóre środowiska, szczególnie ruch de-growth [polityczny, ekonomiczny i społeczny ruch oparty na gospodarce proekologicznej oraz hasłach antykonsumerystycznych – przyp. tłum.], mówienie o wzroście wydajności nie oznacza posłuszeństwa produktywizmowi, lecz jego porzucenie. Są ku temu dwa powody: po pierwsze, wzrost wydajności nie powinien być mylony ze zwiększeniem intensywności pracy. W perspektywie historycznej ten pierwszy, umożliwiony przez innowacje techniczne, ma na celu wyzwolenie ludzi od obciążeń, podczas gdy drugi oznacza cięższą i potencjalnie dłuższą pracę. Oba w praktyce często się na siebie nakładają: innowacjom technologicznym towarzyszą reorganizacja i intensyfikacja pracy. Postęp techniczny służy także zwiększeniu wartości dodanej, a nie wyzwoleniu ludzi od pracy – jak mógłby czynić, gdyby jego celem była redukcja czasu pracy.

Po drugie, oprócz tej kwestii politycznej istnieje także zagadnienie teoretyczne: pogląd mówiący, że praca ludzka jako jedyna wytwarza wartość i jest ona jedynym źródłem zysku dla kapitalisty (pracodawcy nigdy tego nie pomijają w swoich kampaniach na rzecz wydłużenia czasu pracy). Ani kapitał, ani natura jako taka nie są wytwórcami wartości, choć poglądy takie wysnuwają zarówno ekonomia głównego nurtu, jak i niektóre nurty radykalnej ekologii.

Skrócenie czasu pracy jest środkiem do uzyskania masowego zatrudnienia i spełnienia potrzeb społecznych bez konieczności dalszego wzrostu PKB. W każdym przypadku jest ono warunkiem kontroli nad dobrami i usługami, których rozwój jest konieczny (placówki opieki nad dziećmi, szkoły, szpitale, budownictwo socjalne, transport publiczny, energia odnawialna itp.) oraz tymi, które powinny być ograniczane (reklama, produkcja opakowań, broni), czyli kontroli nad jakością tego wzrostu. Dla walki o emancypację w wielu jej aspektach jest to kluczowe.