Mapa polskiej zapaści

Kolejne rządy lubią mówić o sukcesach. Głosiciele wizji zielonej wyspy przegrywają z głosicielami wizji Polski w ruinie, a następnie zaczynają głosić wizję Polski w ruinie przeciwko wizji zielonej wyspy obozu rządzącego. I tak mniej więcej w kółko. Sęk w tym, że rządy się zmieniają, a problemy pozostają.

Polska klasa polityczna lubi nas przekonywać o dwóch rzeczach. Że jest doświadczona i wiele już dokonała – oraz że ma czyste ręce, niesplamione sumienie i nic złego na koncie. A przecież, gdy się przyjrzeć temu wszystkiemu nieco uważniej, są to od lat wciąż ci sami ludzie w rozmaitych konfiguracjach, mający spory wkład w kondycję współczesnej Polski. Dokonali tego myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Nie jest oczywiście tak, że wszyscy są tak samo winni i wszyscy zrobili tyle samo dobrego. Jednak o sukcesach lubią mówić, a błędy chcieliby przemilczeć. Nas partyjne przepychanki interesują bardzo umiarkowanie, a po 16 latach edycji pisma możemy powiedzieć, że to wszystko już przerabialiśmy – i opcje polityczne, i partie, i idee, i slogany, i wizje, i obietnice, i nadzieje, i rozczarowania. Znamy to na pamięć. I znamy jałowość partyjnych przepychanek i pyskówek, w których cieniu pozostają wciąż nierozwiązane problemy.

W niniejszym numerze „Nowego Obywatela” sporo piszemy właśnie o problemach systemowych. Wywiad z Adrianą Porowską ukazuje nam straszną rzeczywistość osób bezdomnych oraz sposobów pomagania im, sposobów nierzadko rozbijających się o brak sensownej polityki państwa. Piotr Wójcik porusza temat pokrewny i opisuje niedobory – bardzo poważne – polskiej polityki mieszkaniowej oraz ich skutki. Rafał Bakalarczyk omawia problemy seniorów w naszym kraju, a także rosnącą skalę tego zjawiska. Z rozmowy z dr. Michałem Wolańskim dowiemy się natomiast sporo o tym, jak wygląda rozkład transportu zbiorowego na polskiej prowincji. Z kolei wywiad z Martą Dzido i Piotrem Śliwowskim obnaża słabości polskiego kultywowania pamięci o bohaterach niedawnej przeszłości oraz mielizny polityki kulturalnej. Wszystkie te materiały prowadzą do smutnych wniosków na temat stanu państwa. Staramy się jednak nie tylko „narzekać”. Z artykułu Karola Trammera dowiecie się, jak wygląda odrodzenie tramwajów w polskich miastach, a Olga Drenda opisuje oddolne przywracanie pamięci o kulturze ludowej.

W tym numerze sporo miejsca poświęciliśmy także zagranicy i problemom globalnym. Rozmowa z Flávio Eiró szczegółowo omawia program, dzięki któremu w Brazylii miliony ludzi udało się wyrwać z nędzy i marginalizacji. Przed wyborami w USA pokazujemy, że elektorat prawicowego demagoga składa się w pewnej mierze z ludzi, którzy są, a raczej mogliby być naturalnym elektoratem rozsądnej lewicy. Inny z tekstów omawia rzecz w Stanach Zjednoczonych niesłychaną – identyfikację wykształconego młodego pokolenia z klasą robotniczą oraz przyczyny tego stanu rzeczy. Z kolei Krzysztof Wołodźko recenzuje książkę, która pokazuje, że coraz bardziej zarysowuje się nam wybór między prospołeczną i ekologiczną gospodarką a barbarzyństwem i krachem dzikiego kapitalizmu.

A oprócz tego, poza wszelkimi blokami tematycznymi, choć nie bez znaczenia dla odpowiedzi na pytanie, kto jest winny obecnemu stanowi Polski, mamy dla Was wywiad z dr. hab. Tomaszem Zaryckim. Stawia on kontrowersyjną tezę, że Polską rządzą inteligenci…

To oczywiście nie wszystkie materiały, które przygotowaliśmy. Zapraszam do lektury!

Lewy do prawego?

Ryzyko ponownego przejęcia władzy w Polsce przez neoliberałów spod znaku PO, Nowoczesnej czy „Gazety Wyborczej” powinno polskim środowiskom propaństwowym i prospołecznym spędzać sen z powiek w stopniu nie mniejszym niż ryzyko zwiększenia wpływów politycznych przez nacjonalistów z ONR czy Młodzieży Wszechpolskiej. Rządowi PiS można zarzucić sporo. Warto jednak pamiętać, że partia ta ma solidną, demokratyczną legitymację 30-40% społeczeństwa i że PiS-owski konserwatywny antyneoliberalizm jest bardziej propaństwowy od antyspołecznego neoliberalizmu Nowoczesnej oraz izolacjonistycznego nacjonalizmu ONR.

Z obawą obserwujemy destabilizujący się świat. Wojny w Iraku, Syrii, Libii i na Ukrainie, zamachy terrorystyczne w Niemczech, Belgii czy Francji. Masowa imigracja do Europy. Brexit, Erdogan i Trump. Zbliżające się wybory we Francji, których wynik będzie miał kluczowy wpływ na przyszłość UE. Zmiany klimatyczne. Rosnące znaczenie potężnych globalnych korporacji, funduszy inwestycyjnych czy pojedynczych, bajecznie bogatych osób, walczących ramię w ramię o globalne przywileje w postaci odrębnego sądownictwa, niepłacenia podatków, dążących do przejmowania kontroli nad zasobami naturalnymi i dochodowymi rynkami. Wszystkie te procesy ulegają przyspieszeniu z powodu postępu technologicznego ułatwiającego globalną komunikację, czego symbolem jest m.in. Facebook.

Martwi płytkość debaty w Polsce. Martwi również systematyczny wzrost znaczenia nacjonalistów i wciąż spore znaczenie neoliberałów. Równocześnie nie dziwi dezorientacja społeczeństwa zarzucanego medialną papką pospołu przez rozgoryczone grupy odsuniętych od dostępu do żłobu neoliberalnych janczarów oligarchicznej globalizacji, zwycięzców ostatnich wyborów oraz uskrzydlonych internetową komunikacją i masowymi marszami nacjonalistów. Głos społecznej lewicy brzmi tu słabo i cicho. Oznacza to, że realny spór w Polsce toczy się między propaństwowymi konserwatystami, antyspołecznymi neoliberałami i preferującymi izolację nacjonalistami.

Warto stosować gradację oceny istniejących opcji politycznych: nacjonaliści i neoliberałowie to zagrożenie dla społeczeństwa. Jedni, bo chcą uciec przed globalizującym się światem w izolację i państwo narodowe. Nie rozumieją, że jeśli tak samo postąpią na przykład Niemcy – wróci stare. Dlatego nie widzą zalet UE, którą do pewnego stopnia pętają narodowe egoizmy i duchy przeszłości. Drudzy, podkarmiani przez zagranicznych sponsorów, zwyczajnie gardzą konserwatywnymi i biedniejszymi Polakami z prowincji, niedorastającymi do ich wysmakowanych, „nowoczesnych” standardów. Ślepo wierzą w ponadnarodową równość i braterstwo, bez refleksji, skąd bierze się np. negatywny bilans płatniczy Polski albo czemu Niemcy nie sprzedają zagranicznemu kapitałowi swoich banków i prasy.

Konserwatyści natomiast mają pełną demokratyczną legitymację konserwatywnych Polaków. Niekonserwatywni i prospołeczni Polacy powinni się z nimi zarówno spierać, jak i współpracować. Współpracować na przykład w kwestiach Planu Morawieckiego, społecznych inicjatyw rządu, jak 500+ czy Mieszkanie+. Spierać natomiast z fatalną polityką ochrony środowiska, kwestią relacji z UE czy prawa aborcyjnego. Roztropna polityka to umiejętność współpracy i niezgadzania się równocześnie.

Do powyższych wniosków można dojść patrząc przez pryzmat poniższych kryteriów, ważnych dla interesu społecznego.

Odpowiedzialność za skutki wdrażania ekonomicznej doktryny neoliberalnej, takie jak: niekorzystna prywatyzacja strategicznych sektorów gospodarki, fatalny stan usług publicznych, zadłużenie państwa, regresywne podatki czy malejący udział pensji w Produkcie Krajowym Brutto.

Rozumna i celowa polityka historyczna. Nie da się myśleć o przyszłości, nie rozumiejąc przeszłości. Tym samym przestępstwa komunistyczne z lat 1944-1989 na działaczach PPS oraz antysowiecka postawa PPS w czasach II RP powinny być ważnym elementem polityki historycznej lewicy społecznej. Może to mieć dwa efekty: demokratyzację obecnie przywłaszczonego przez prawicę dyskursu historycznego oraz nakreślenie wyraźnej bariery wobec środowisk wywodzących się z komunistycznych elit politycznych. Bariera ta jest ważna, ponieważ środowiska takie od lat aktywnie blokują otwartą dyskusję na temat odpowiedzialności za zbrodnie komunistyczne. Powoduje to liczne patologie. Na przykład celebrowanie lojalnych współpracowników radzieckich służb jako czcigodnych ojców-założycieli III RP czy niepozbawienie żadnego SB-eka emerytury za zbrodnie komunistyczne, które chyba popełniły się same.

Ochrona dobrego imienia Polski. Od Sejmu Niemego w 1717 r., z przerwą na dwadzieścia kilka lat, do 1989 r. Polska była państwem zależnym i kolonizowanym. Nie miała wpływu na politykę agresywnych państw np. w Kongo, na Ukrainie, w Polsce, Madagaskarze, Kenii, Namibii, Afryce Południowej czy Filipinach. Polska ponosi odpowiedzialność polityczną wyłącznie za lata 1919-1939 i 1990-2016.

Państwo świeckie i niewyznaniowe. Jednym z kluczowych pól konfliktu jest stosunek do prawa aborcyjnego. Dotychczas obszar ten był zdominowany przez prawicę. Nie wchodząc w etyczne i społeczne oceny samej aborcji, prawo do aborcji do 12. tygodnia powinno być oczywistym postulatem.

Respektowanie polskich norm kulturowych i społecznych. Polska jest krajem bardziej konserwatywnym niż na przykład Niemcy, Dania czy Szwecja. W konsekwencji bezrefleksyjne kopiowanie kwestii szczególnie wrażliwych kulturowo, jak np. LGBT czy agresywnego antyklerykalizmu, jest drogą do kontynuacji modelu, w którym lewica zamyka się w getcie 3-procentowego elektoratu złożonego z wielkomiejskiej inteligencji, a także oddawaniem politycznego pola neoliberałom, narodowcom i konserwatystom. Żeby wyjść z kręgu 3% poparcia, należy rozsądnie odpowiadać na potrzeby i lęki Polaków z mniejszych miejscowości. Co nie oznacza, że osoby homoseksualne nie powinny mieć solidnej ochrony prawnej, a Kościół Katolicki – być mniej szczodrze finansowy z budżetu państwa.

Stosunek do UE. UE nie jest idealna, ale jest lepsza od braku UE, gdyż gwarantuje pokój w Europie. Tym samym powoduje to ostry, konieczny konflikt ze środowiskami narodowców, dążącymi do rozbicia Unii i zachwycającymi się takimi pomyłkami politycznymi, jak Farage czy Le Pen. Polska lewica powinna wspierać UE wspólnotową, a nie międzyrządową, promowaną przez obecny rząd polski. Polska jest za słaba instytucjonalnie na skorzystanie z Unii międzyrządowej, którą siła rzeczy zdominują największe państwa europejskie w stopniu większym niż obecnie.

Ochrona środowiska, zmiany klimatyczne, bioróżnorodność i prawa zwierząt. Tu ponownie konieczny jest pewien szpagat. Z jednej strony proste kopiowanie szwedzkich czy duńskich Zielonych jest niemożliwe ze względów ekonomicznych i socjalnych, gdyż wyklucza polskie społeczności zależne od górnictwa oraz spycha sporą część obywateli w ubóstwo energetyczne. Zmiany klimatyczne zresztą nie biorą się raczej z polskiego węgla (brak efektu skali), lecz z węgla spalonego np. w Azji na potrzeby produkcji dóbr oraz usług konsumowanych przez zamożniejszych ludzi z całego świata, zwłaszcza z dużych, bogatych krajów, jak USA, Japonia, Niemcy, Arabia Saudyjska czy Francja. Z drugiej strony stosunek prawicy do zarządzania zasobami naturalnymi, obszarami Natura 2000, do przywilejów myśliwych, przemysłowej hodowli zwierząt, praw zwierząt itp., jest nieakceptowalny w XXI wieku.

Stosunek do sprawiedliwości społecznej. Podstawą sprawiedliwości społecznej jest odpowiednia ilość pieniędzy w budżecie: na publiczną służbę zdrowia, budownictwo komunalne, emerytury, renty, edukację, ubezpieczenie od bezrobocia itd. Tego się nie da sfinansować podatkami liniowymi. Stąd podatki powinny być rozsądnie progresywne, bez pomijania progresywnego podatku spadkowego.

Stosunek do armii. Oczywiście pacyfizm to piękna idea, ale Polska ma takie położenie geopolityczne, jakie ma, czyli podobne do Izraela, Finlandii czy Korei Południowej, a nie Danii, Holandii czy Luksemburga. Nakładem 2% PKB na armię to naprawdę minimum, a Obrona Terytorialna jest standardem w wielu krajach. To, że coś firmuje minister nielubiany na lewicy, nie oznacza, że jest to złe z zasady.

Kwestia uchodźców. To temat trudny etycznie. Polskie społeczeństwo i państwo nie są gotowe na masowe, niekontrolowane migracje i można albo ten fakt potępiać i tym samym marginalizować się względem elektoratu, albo mądrze się odnieść do tych lęków, np. sprzeciwiając się unijnemu uwspólnotowieniu kwestii imigracji, ale już nie idei pomocy przerażonym ludziom uciekającym przed wojnami. Jest wiele dróg, by pomóc potrzebującym, respektując obiekcje społeczeństwa. Warto też dobrze rozumieć polityczną odpowiedzialność za migracje, poczynając od wpływu na zmiany klimatyczne, przez wpływ kolonializmu kilku krajów na stabilność w obecnie zapalnych regionach świata i tym samych ich współczesną współodpowiedzialność, a kończąc na zidentyfikowaniu faktycznych prowodyrów wojennych.

Zdolność do wymanewrowania Polski z materializujących się konfliktów międzynarodowych, zwłaszcza związanych z Rosją. Art. 5 NATO, kraje bałtyckie i Przesmyk Suwalski są jednym z wiszących nad Polską mieczów Damoklesa. Należy publicznie dyskutować, czy w Polsce powinny stacjonować obce wojska i czy Polska powinna wysyłać swoich żołnierzy do krajów bałtyckich.

Istnieją na pewno inne liczne kryteria sensownej polityki, ale powyższe pozwalają ocenić, że wpływowe środowiska w Polsce ich nie spełniają. Brak dobrze przemyślanej odpowiedzi na problemy i lęki społeczne, udzielonej z respektem dla polskiej specyfiki kulturowej, zostawia potencjalne 10-20% społeczeństwa skrajnej prawicy, jak we Francji czy USA – ponieważ umie ona zarządzać lękami społecznymi. Kolejne 20% potencjalnych wyborców społecznej lewicy idzie w ręce periodycznie przefarbowujących się postsolidarnościowych lub postkomunistycznych neoliberałów. Warto? Może lepiej uznać, że społeczeństwa zmieniają się powoli, uszanować to – i tym samym postawić tamę odradzającym się w Polsce ruchom nacjonalistycznym i izolacjonistycznym oraz ograniczyć elektorat neoliberałów do świadomych neoliberałów? A przy okazji wykorzystać szansę na dialog i współpracę z częścią społeczeństwa pozbawioną reprezentacji politycznej?

Środowiska odpowiedzialne za skutki neoliberalnej polityki gospodarczo-społecznej w Polsce powinny pozostać przeszłością, natomiast narodowcy nie mogą stać się przyszłością.

Wiktorianie XXI wieku

Dziewiętnastowieczna burżuazja używała moralności do utwierdzania własnej dominacji klasowej – a dzisiejsze elity robią to nadal.

Słowo wiktorianin budzi skojarzenia ze staroświeckością: kobiety skrępowane gorsetami, ściśle określone role płciowe, pruderia okazywana w sprawach dotyczących seksu. W świecie, którym rządzą rażący konsumeryzm i autoekspresja, te dziewiętnastowieczne pojęcia samokontroli i samozaparcia wydają się beznadziejnie przestarzałe.

Jednak wiktoriański etos bynajmniej nie umarł. Żyje nadal i znajduje wyraz we współczesnym zachowaniu wyższej klasy średniej. Mimo że niektóre z jego aspektów stały się niemodne i odeszły w niebyt wraz z kamizelkami, pozostało przekonanie, że burżuazja posiada moralną przewagę nad innymi klasami.

Niedzielne przechadzki, wieczorne wykłady i cotygodniowe spotkania salonowe zostały zastąpione przez spinning w siłowniach, zdrową żywność i składanie wniosków o przyjęcie do college’u. Nie pozwólcie się jednak zmylić. Powyższe zjawiska mają do spełnienia tę samą rolę: przekształcenie przywilejów klasowych w indywidualne cnoty, a tym samym – podtrzymanie dominacji klasowej.

Wartości wiktoriańskie

Historyk Peter Gay używał słowa wiktorianin w szerokim rozumieniu – do opisu kultury wykształconych wyższych klas średnich Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych w dziewiętnastym stuleciu. Oczywiście, klasy te miały o wiele bardziej skomplikowane poglądy na temat seksu, płci i rodziny, niż może się nam wydawać.

Wiktorianie egzekwowali, trzeba to przyznać, surowy kodeks moralny, jednak rozmawiali o seksie na okrągło, co graniczyło niemal z obsesją. Jak zauważa Gay, bogate pary często pisały do siebie listy miłosne, których treść nawet u współczesnych czytelników wywołałaby wypieki. I pomimo stereotypu surowych, autorytarnych ojców, to w tym okresie szukać można źródeł współczesnych postaw w stosunku do dzieci. Prawdziwy mężczyzna nie tylko zarabiał na utrzymanie rodziny, ale też aktywnie interesował się emocjonalnym „dobrostanem” swojego potomstwa.

Mimo że dziewiętnastowieczne wyższe klasy średnie nie były tak pruderyjne i surowe, jak to sobie wyobrażamy, rzeczywiście przestrzegały ścisłych reguł zachowania. Zasady te odzwierciedlały zmieniające się struktury klasowe tego okresu, jak i chęć rosnącej w siłę burżuazji, by utwierdzić swoją moralną wyższość nad arystokracją. Orężem używanym do podważenia miejsca starej arystokracji w centrum życia politycznego, społecznego i kulturalnego, była cnota. Podczas gdy synowie arystokratów polowali i biesiadowali, synowie bankierów i prawników pracowali, zakładali rodziny i kształcili się.

Słowo-klucz tego okresu jest niemal nieprzetłumaczalne i brzmi Bildung, co oznacza edukację w formie doskonalenia się i ulepszania. To pojęcie, wyrażane w różnych językach i w różnych narodach, połączyło tę rosnącą klasę, podzieloną dotąd granicami. Samoulepszanie odróżniało jej przedstawicieli od dekadenckiego jednego procenta. Dla przykładu, słuchanie muzyki stało się kształcącym – a nie rozrywkowym – doświadczeniem. Osiemnastowieczna kameralna muzyka klasyczna funkcjonowała jako przyjemne tło na arystokratycznych wieczorkach. W halach koncertowych arystokraci obściskiwali się w lożach, poświęcając tylko zdawkową uwagę wykonawcom. Gdy z kolei rosnąca w siłę klasa kapitalistyczna zaczęła uczęszczać na koncerty, nie spędzała ich na pogawędkach: jej członkowie siedzieli bez ruchu i żądali ciszy, żeby móc skoncentrować się na muzyce. Niemieccy wiktorianie ukuli termin Sitzfleisch – obecnie oznaczający wytrwałość – do opisania kontroli nad mięśniami, niezbędnej do siedzenia zupełnie bez ruchu w czasie koncertu. Nawet kaszlnięcia i kichnięcia musiały być tłumione, żeby nie rozproszyć niczyjej uwagi i tym samym nie przeszkodzić w procesie samodoskonalenia.

Pogoń za Bildung przenikała też do życia codziennego. Bogate młode kobiety, które nie mogły liczyć na lepszą karierę niż ta żony i matki, uczyły się co najmniej jednego języka obcego oraz brały lekcje gry na pianinie i śpiewu. Mężczyźni często spędzali wieczory uczęszczając na wykłady lub biorąc udział w inicjatywach organizacji obywatelskich. Żeby jednak poświęcenie się opłaciło, ubogaceni w ten sposób wiktorianie musieli się z nim obnosić, sprawiając, że to, co różniło ich od biedniejszych i od bogatszych, stawało się dla wszystkich oczywiste.

Wydawali lwią część zarobków na elementy dekoracyjne domu, które demonstrowały jednocześnie zamożność, dobry gust i skromność. Wiedzieli, że odnieśli sukces, kiedy stać ich było na posiadanie salonu – pokoju przeznaczonego wyłącznie do przyjmowania gości, do którego domownicy nigdy nie wchodzili sami. W niedziele całą rodziną przechadzali się po parku. Co za tym idzie, w całej Europie i Stanach Zjednoczonych bogate rodziny walczyły o tworzenie coraz większej liczby nowych parków. Jednak zgodnie z ich wartościami, miejsca te nie miały być ogólnodostępne w dowolnym celu, lecz służyć za wybiegi, na których można było pochwalić się najlepszym niedzielnym ubiorem.

W Central Parku w Nowym Jorku, na przykład, obowiązywał zakaz deptania trawy i uprawiania sportu. Dzieci musiały przedstawić „zaświadczenie o dobrym zachowaniu” ze szkoły, żeby móc bawić się na placach zabaw. Sprzedaż piwa była w niedziele zakazana. Park ten nie miał służyć rekreacji klasy robotniczej, ale jej dyscyplinowaniu. Robotnicy uczyli się właściwego sposobu korzystania z terenu: spacerowania. Ów wczesny projekt Fredericka Law Olmsteda pełnił rolę ogromnego pomnika wiktoriańskiego rozumienia przyrody jako miejsca doskonalenia.

Moralność fitnessu

Chociaż nie widujemy już w nich mężczyzn w cylindrach i kobiet w sukniach, paradujących co niedziela z dziećmi, parki pozostają wciąż miejscami prezentacji cnoty i dyscypliny: współczesna kultura fitnessu idealnie wprowadza w życie dziewiętnastowieczny etos ulepszania. Wiktorianie słynęli z niechęci do wysiłku fizycznego – który pozostawiali proletariatowi – i uznawali dodatkowe kilogramy za oznakę przynależności do swojej klasy i przysługującego jej poważania. Fitness i sport zaczęły przenikać do życia klas średnich w dwudziestym wieku, a obecnie pełnią taką samą funkcję, jaką wcześniej przechadzki.

Po raz pierwszy dotarło to do mnie dziewięć lat temu. Mieszkałem w Grand Rapids w stanie Michigan i lubiłem przejażdżki rowerowe. Był to sposób na eksplorację nieznanych mi miejsc. Pewnego dnia postanowiłem odwiedzić East Grand Rapids, bardzo zamożną dzielnicę, ponieważ mieli tam ścieżkę rowerową prowadzącą dookoła jeziora Reeds. Gdy już tam dotarłem, od razu zauważyłem, że jestem jedyną osobą, która nie ma na sobie ubioru sportowego. Nie znaczy to, że wszyscy uprawiali sport – większość ludzi przechadzała się tak, jak ich poprzednicy – ale byli ubrani, jakby wybierali się na siłownię. Inni rowerzyści mieli na sobie obcisłe stroje ze spandexu, jak gdyby czekali na linii startu Tour de France. Te ubrania wysyłały wiadomość: „Nie myśl sobie, że idziemy lub jedziemy rowerem, żeby dokądś dotrzeć. My uprawiamy sport”. Zamożni rezydenci East Grand Rapids przekształcili przechadzkę po parku w fitnessowy reżim; ich stroje sportowo-rekreacyjne ogłaszały, że to działanie ma na celu samodoskonalenie.

Obecne trendy aktywności fizycznej, takie jak hot joga, spin i CrossFit, demonstrują poświęcenie się samozaparciu i samodyscyplinie, wartościom chwalonym przez wiktorian. Bieganie maratonów stało się najlepszym dowodem ich wyznawania: biegacze mogą publikować zdjęcia w mediach społecznościowych, żeby udowodnić wszystkim, iż torturowali swoje ciała w wysoce cnotliwy – i wcale nie perwersyjny – sposób.

Te postawy przejawiają się także w życiu codziennym. Sklepy sieci Trader Joe’s i Whole Foods [amerykańskie sklepy ze zdrową i importowaną żywnością – przyp. tłum.], są wypełnione ludźmi w strojach sportowych, bez śladów potu. Taki ubiór opisuje ich posiadacza jako kogoś, kto dba o swoje ciało, nawet jeśli akurat nie oddaje się aktywności fizycznej. Dresy do jogi i buty do biegania ukazują cnotę tak wyraźnie, jak ukazywały ją gorsety dziewiętnastowiecznych żon. Bycie w formie jest teraz wyrazem przynależności klasowej, która przesyca kulturę fitnessu i jedzenia. Ponieważ kalorie potaniały, otyłość ze znaku zamożności stała się znakiem upadku moralnego. W dzisiejszych czasach bycie chorowitym jest postrzegane jako przejaw zachłanności biedoty, podobnie jak w dziewiętnastym wieku postrzegane były zwyczaje seksualne klasy robotniczej.

Poglądy te stanowią mocny przekaz, że niższe klasy nie umieją się kontrolować, więc dostają dokładnie to, na co zasługują. Nie ma w takim razie potrzeby wprowadzać wyższych pensji ani dofinansowywać opieki zdrowotnej. Biedni przecież i tak zmarnują je na papierosy i cheeseburgery.

Zarówno wtedy, jak i teraz, te domniemane różnice zdrowotne ukazywały zjawisko obrzydzenia ciałami klasy robotniczej. W „Drodze na molo w Wigan” George Orwell pisał o swoim dzieciństwie przypadającym na schyłek epoki wiktoriańskiej, twierdząc, że nauczono go, iż „w ciele robotnika jest coś lekko odpychającego”. W czasach Orwella, mydło – a nie kondycja fizyczna – wiązało się z tym podziałem; wpojono mu przekonanie, że, jego własnymi słowami, „niższe klasy śmierdzą”.

W dzisiejszych czasach wyrazy przerażenia różnicami klasowymi znajdujemy w internecie, na stronach takich jak „People of Walmart”. Zamiast czuć odrazę do „brudasów”, współcześni wiktorianie mdleją na widok „żarłoków”. Mimo że dziewiętnastowieczna burżuazja postrzegała korpulentną sylwetkę nie jako powód do wstydu, ale przyjemną oznakę zamożności, jej duchowi spadkobiercy maja obsesję na punkcie zdrowego jedzenia. W ciągu ostatnich 15 lat żywność organiczna z niszowego zjawiska przeistoczyła się w coś niezbędnego do przeżycia.

Przyjrzyjmy się ruchowi bezglutenowemu – tym, którzy z wyboru eliminują gluten ze swojej diety, nie zaś chorym na celiakię, którym nie wolno go spożywać. Kilka lat temu żartowałem, że znalezienie kogoś na diecie bezglutenowej w moim rolniczym miasteczku w stanie Nebraska byłoby wyczynem podobnym do znalezienia dzieł zebranych Piotra Kropotkina w lokalnej bibliotece. Dziś żywność „bezglutenową” można znaleźć na półce niemal każdego okolicznego supermarketu. Ta dyscyplina żywieniowa jest formą cnotliwego samozaparcia, które napełniłoby wiktorian dumą. Gdyby tylko moi dziadkowie mogli dożyć momentu, w którym zrozumieliby, że uprawianie własnych ziemniaków i ogórków czyni z nich klasę wyższą, a nie kmiotów…

Wojny mamusiek i podania do college’u

Podobna dynamika zatruwa dziś życie rodzinne. Tak jak ich przodkowie, dzisiejsze wyższe klasy średnie przykładają wielką wagę do rodziny. Chociaż dziewiętnastowieczny autorytaryzm osłabł, w tym właśnie wieku zaczęto postrzegać dzieciństwo jako odrębny, szczególny okres życia. Rodzice działali zgodnie z tym przekonaniem, urządzając w domach pokoje dziecinne. Metody wychowawcze z każdym rokiem stają się coraz bardziej uciążliwe, wymagając od rodziców ekstremalnej dyscypliny i samozaparcia. Tytuł wydanej ostatnio książki „Sama radość, żadnej zabawy” [All joy and no fun] – brzmiałby jak muzyka dla uszu wiktorian. Czy jest coś bardziej frywolnego i mniej kształcącego niż zabawa? Nie ma na nią miejsca we współczesnym rodzicielstwie, z wszystkimi jego wymogami. Matki muszą karmić piersią przez dłuższy niż kiedyś czas, kupować dzieciom wyłącznie żywność organiczną i ograniczyć do zera czas spędzany przez maluchy przed ekranem. Potknięcia oznaczają porażkę. Ukazuje to prawdopodobnie najoczywistsze powiązanie między wartościami wiktoriańskimi dawniej i dziś: w obu przypadkach ograniczają one kobiety i umacniają hierarchię płciową.

Nie jest przypadkowe, że te nowe oczekiwania wymagają pieniędzy i czasu. Pracująca matka, która stara się utrzymać rodzinę z kilku prac w sektorze usług, będzie miała mniej okazji do odciągnięcia mleka z piersi niż kobieta pracująca w biurze (nie wspominając o różnicach w urlopach macierzyńskich między pracownicami fizycznymi a pracownicami biur). Moralistyczne imperatywy wiązane dziś z karmieniem piersią sprawiają, że kobiety z klasy robotniczej – które rzadziej karmią w taki sposób – są osądzane jako gorsze moralnie. Co więcej, w publicznych debatach związanych z ograniczeniami w karmieniu piersią rzadko podnosi się żądania lepszego dostępu do tego rodzaju karmienia przez matki z tej klasy.

Wygórowane oczekiwania wobec rodziców nie kończą się wraz z okresem niemowlęctwa. Małe dzieci zachęca się do udziału w zajęciach w kosztownych klubach sportowych, a rodzice rezygnują z czasu wolnego, żeby je w tym wspierać. Takie aktywności wymagają czasu i pieniędzy, dwóch zasobów, których brakuje ludziom z klasy robotniczej. Rozpowszechnienie zajęć zorganizowanych jest rodzajem ulepszania: czas dziecka zostaje całkowicie poddany zjawisku Bildung. Natomiast zdolność do zapewnienia dzieciom takich możliwości jest przedstawiana jako wyraz moralnej wyższości rodziny, nie zaś jej sytuacji ekonomicznej. Tak jak wiktoriańskie kobiety musiały uczyć się grać na pianinie i mówić po włosku – demonstrując wyrafinowanie niedostępne dla innych warstw społecznych – tak współczesne dzieci grają w piłkę nożną, uczą się mandaryńskiego i odbywają wolontariat w okolicznych organizacjach charytatywnych.

Jednak uwieńczeniem współczesnej pogoni za Bildung jest zdecydowanie proces składania podań do college’u. Nie ma dziewiętnastowiecznego odpowiednika tego niedorzecznego nowego rytuału, mimo że Dickens mógłby napisać świetną satyrę na jego przyrodzony absurd: miliony zachowują się tak, jakby system mocno oparty na uprzywilejowaniu był naprawdę rodzajem merytokracji i jakby wartość człowieka mogła być oceniona na podstawie szkoły, do której został przyjęty. Większość Amerykanów, którzy wybierają się do college’u, składa podania tylko do kilku szkół. Natomiast dzieci z wyższych klas chodzą na standaryzowane zajęcia przygotowujące do egzaminów, pracują jako stażyści lub podróżują w czasie wakacji letnich, żeby zdobyć materiał do esejów wstępnych. Często składają podania do kilku szkół na raz, wszystko po to, żeby zmaksymalizować szanse dostania się do tej o najlepszej reputacji. Rodzice – niezależnie od zdolności intelektualnych swoich dzieci – mogą następnie spocząć w przekonaniu, że ulepione są z lepszej gliny niż plebs wybierający się na dofinansowywane uniwersytety stanowe.

Bildung dla wszystkich!

Dzisiejsza klasa średnia podtrzymuje iluzję merytokratycznego społeczeństwa, tak jak robili to wiktorianie. Taka wizja rzeczywistości pozwala im na umocnienie swojej pozycji ekonomicznej za plecami robotników, których uczy się, że problemy zdrowotne i beznadziejne perspektywy zawodowe są ich indywidualną winą, nie dysfunkcjami systemowymi.

Oczywiście ćwiczenia fizyczne, jedzenie żywności organicznej i zachęcanie dzieci do pożytecznego spędzania wolnego czasu nie są same w sobie złe. Jednak stają się oznakami burżuazyjnych wartości, kiedy używa się ich do utwierdzenia wyższości jednych klas nad innymi lub do usprawiedliwiania nierówności społecznych. Było to tak samo obrzydliwe w dziewiętnastym wieku, jak obrzydliwe jest teraz.

Powinny nas obchodzić nasze zdrowie, żywienie i wykształcenie. Jednak zamiast postrzegać je jako sposoby na wsparcie dominacji klasowej, należałoby ulepszać je dla wszystkich po równo. Wyobraźcie sobie, co by było, gdyby energia poświęcana na pomoc w dostaniu się do prestiżowych college’ów przeciętnym dzieciom z klas wyższych została przekierowana na uczynienie wykształcenia bardziej dostępnym i tańszym dla każdego. Wyobraźcie sobie sytuację, w której dostęp do zdrowej żywności dla wszystkich stałby się większym priorytetem, niż uzyskiwanie pożądanego statusu społecznego przez kupowanie najbardziej „pełnych zalet” produktów. Krótko mówiąc, wyobraźcie sobie świat, w którym dominowałyby wartości socjalistyczne, a nie wiktoriańskie.

tłumaczenie Kamila Zubala
Tekst ukazał się w internetowej wersji magazynu „Jacobin” w październiku 2016 r.

Kogo obawiać się bardziej: Trumpa czy Greya?

Kandydatura Donalda Trumpa, jego wypowiedzi w trakcie kampanii prezydenckiej oraz ostateczne zwycięstwo (wciąż in spe, pamiętajmy o specyfice amerykańskiego systemu wyborczego) wywoływały w Polsce bardzo mieszane uczucia. Stopień ich pomieszania był i jest w sporej mierze zależny od pozycji na scenie politycznej. O ile dla centrum i lewicy Trump pozostaje postacią raczej jednoznacznie negatywną, o tyle główny nurt prawicy niepokoi się dwuznacznymi deklaracjami przyszłego prezydenta w sprawach polityki zagranicznej oraz powiązaniami personalnymi samego Trumpa i jego środowiska. Pokłada jednak jednocześnie pewne nadzieje w zapowiadanym odejściu od liberalno-lewicowych pryncypiów w sferze światopoglądowej oraz widocznym konflikcie elekta z większością środowisk opiniotwórczych, postrzeganym przez prawicę jako zbliżony do sytuacji, w jakiej znajduje się nieprzerwanie polski obóz władzy. Ten drugi obszar pozostaje oczywiście istotny: nie sposób nie zauważyć, że podmiotem bieżącej polityki jest konkretna Polska z konkretnymi władzami, a ich sukcesy i porażki, wiążące się również ze stosunkami na poziomie soft, przekładają się na bieżącą i przyszłą sytuację całego kraju i społeczeństwa.

Istotniejszy jednak pozostaje poziom hard. Oczywisty niepokój budzi tu polemizowanie przez Donalda Trumpa z postanowieniami artykułu 5. Traktatu Północnoatlantyckiego, pojawiające się w wypowiedziach ogólne tendencje izolacjonistyczne oraz pozytywne oceny prezydentów Putina i Erdogana. O ile powiązania samego Trumpa z kapitałem rosyjskim trudno uznać za dostatecznie udowodnione, o tyle przyszły doradca ds. bezpieczeństwa narodowego, generał Michael T. Flynn, na pewno bywał gościem Władimira Putina i komentatorem rosyjskiej telewizji, a jego przyszły zastępca K. T. MacFarland głosił, że rosyjskiemu przywódcy należałoby przyznać Nagrodę Nobla. Z drugiej strony, na szefa Departamentu Obrony został wyznaczony generał James Mattis, zwolennik znaczącej roli NATO i zaangażowania w Europie, krytyk polityki resetu i ostatnich ekspansywnych działań Rosji. Ponadto w ekipie Trumpa można znaleźć kilku znaczących przedstawicieli obozu neokonserwatywnego, takich jak John Bolton i James Woolsey, wskazywanych jako potencjalni kandydaci do objęcia wysokich stanowisk. Wydaje się zatem, że próby wyciągania daleko idących wniosków z personaliów pozostają na obecnym etapie wróżeniem z fusów (oraz kampanijnych deklaracji), a uczciwość intelektualna nakazuje pamiętać, że obraz środowiska Trumpa pozostaje niejednorodny i nie należy entuzjazmować się Mattisem zapominając o Flynnie – ale i vice versa.

W kwestii kampanijnych deklaracji trzeba w jednym Trumpowi przyznać rację: Europa wydaje na obronność zdecydowanie za mało. Tyle że adresatami tych uwag nie powinny być akurat kraje bałtyckie, które zaczęły na swoją miarę intensywnie zbroić się w następstwie kryzysu krymskiego, znacznie zwiększając wydatki na przestrzeni ostatnich kilku lat. Jednak stałe cięcia, dokonywane w budżetach obronnych krajów starej UE nieprzerwanie od końca Zimnej Wojny, które zaczęto w jakiejś mierze korygować dopiero teraz, spowodowały militarne skarlenie tej organizacji i odbiły się bardzo negatywnie na unijnych programach zbrojeniowych. Przykładem niech będzie budowa wielozadaniowych samolotów bojowych V generacji: służą one od początku XXI wieku w Stanach Zjednoczonych, prototypy latają w Rosji i Chinach, programy budowy, samodzielnie lub w kooperacji, prowadzą Japonia, Korea Południowa i Indie. Europa, z wyjątkiem krajów uczestniczących w budowie F-35, pozostaje na poziomie generacji IV. Trzy programy zostały z uwagi na cięcia znacznie ograniczone i opóźnione w stosunku do zamierzeń, a zbudowania następcy najbliżej wydaje się być… Szwecja, dysponująca przecież najmniejszymi możliwościami. Ponadto brak sojuszniczego programu pomocy sprzętowej, analogicznego do stosowanego niegdyś w stosunku do Grecji i Turcji, przyczynił się do powstania swoistej próżni militarnej na południowej flance NATO. Słabe gospodarki Rumunii, Bułgarii i Chorwacji nie były w stanie zapewnić odpowiedniego finansowania obronności, co obecnie, w obliczu politycznej wolty erdoganowskiej Turcji, staje się sporym problemem.

Wracając do generaliów, należy oczekiwać, że zasadniczym wyzwaniem dla Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa, zarówno obiektywnie, jak i subiektywnie, pozostanie nieustanny wzrost potęgi Chin. Wymusi on kontynuowanie polityki zwrotu ku Pacyfikowi i przenoszenie tam punktu ciężkości potęgi wojskowej USA. Administracja Obamy pozostawi następcy niejako na odchodne problem Filipin i prezydenta Dutertego, którego działania mogą zagrozić odtworzeniu baz amerykańskich w tym kraju, zaś jego deklaracje dotyczące przesunięcia punktu ciężkości polityki zagranicznej ze stosunków z Waszyngtonem na Moskwę i Pekin muszą budzić konsternację, a w perspektywie skłaniać do jakichś działań. Wydaje się, że całokształt polityki Stanów Zjednoczonych nie będzie zależał od nastawienia samego prezydenta, lecz stanowił, jak dotychczas, wyraz rozumienia narodowego interesu przez kręgi wojskowe, gospodarcze oraz służby specjalne. Warto przytoczyć anegdotę dotyczącą prezydenta Obamy, który zamierzał wycofać wojska z Afganistanu. Ostatecznie musiał jednak dokonać wyboru między dwiema koncepcjami będącymi emanacją poglądów wspomnianych kręgów: wysłać więcej wojsk czy wysłać jeszcze więcej wojsk. Czyni to gwałtowne przesunięcia mało prawdopodobnymi, a nawet jeżeli wystąpią, nie będą wyrazem widzimisię, lecz przewartościowań w obrębie amerykańskich elit.

Oczywiście takie przewartościowania są możliwe. Warto przywołać w tym miejscu opublikowany przez Zbigniewa Brzezińskiego w dwumiesięczniku „The American Interest” artykuł „Toward a Global Realignment”, w którym autor stwierdza, że koszty unilateralizmu przerastają możliwości Stanów Zjednoczonych. Postuluje zawarcie globalnego kompromisu z Chinami oraz Rosją w celu stworzenia architektury wspólnego zarządzania światem. Ewentualne zmiany będą miały oczywiście ogromny wpływ na sytuację Polski, niemniej, powtórzmy, osoba Donalda Trumpa nie wydaje się bynajmniej dla ich zajścia pierwszoplanowa. Kreatorzy naszej polityki zagranicznej muszą jednak bezwzględnie pamiętać o możliwej chwiejności polityki amerykańskiej, rywalizacji między wyrażającymi różne stanowiska w najważniejszych sprawach frakcjami w elicie władzy – i zachowywać szczególną ostrożność.

W kontekście tego ostatniego warto przeanalizować niedawną dymisję Roberta Greya, piastującego od końca września 2016 r. stanowisko podsekretarza stanu odpowiedzialnego za dyplomację ekonomiczną oraz politykę amerykańską i azjatycką, dziedziny par excellence kluczowe. Nieoficjalnym powodem, potwierdzonym tak przez wiarygodne źródła, jak i przez zupełnie niewiarygodne tłumaczenia ministra Waszczykowskiego, było zatajenie przezeń wcześniejszej współpracy z amerykańskimi służbami specjalnymi (jeżeli nie wręcz bycia ich kadrowym pracownikiem). Sytuacja ta wydaje się być w dwójnasób trudna do pojęcia. Po pierwsze, nawet pobieżna znajomość przebiegu kariery Roberta Greya nasuwała podejrzenie występowania związków dyskwalifikujących na takim – i jakimkolwiek innym w polskich władzach – stanowisku. Trudno zatem uwierzyć, że nie przeprowadzono odpowiedniej lustracji. Po drugie – odkrycie współpracownika lub pracownika zagranicznych służb w resorcie powinno wstrząsnąć ich kierownictwem, doprowadzając do dymisji co najmniej samego ministra Waszczykowskiego. W obecnej sytuacji można mieć uzasadnione podejrzenie, że polska dyplomacja będzie traktowana z dużym przymrużeniem oka i straciła dla istotnych zagranicznych partnerów (tak przyjaznych, jak i nieprzyjaznych) wiarygodność na długi czas. A nie da się uciec od konstatacji, że przy położeniu Polski wymagana jest w tej dziedzinie najwyższa sprawność. Dobrzy dyplomaci mogą wszak walnie przyczynić się do ograniczenia zagrożeń. Natomiast źli lub realizujący obce interesy – doprowadzić do katastrofy lub uniemożliwić jej uniknięcie. Wydaje się zatem, że bardziej niż ewentualnych problemów, które może nieść ze sobą prezydentura Donalda Trumpa, powinniśmy bać się dziwacznych porządków panujących na własnym podwórku.

Co z tą konstytucją? – część 1

Co z tą konstytucją? – część 1

Od kilku lat głośny jest temat zmian Konstytucji RP z 1997 r. W kilku tekstach zatem przeanalizuję jej artykuły z punktu widzenia zagadnień opisywanych przeze mnie w kwartalniku „Nowy Obywatel”, takich jak konkurencyjność gospodarki, zrównoważony rozwój, ochrona społeczeństwa przed negatywnymi konsekwencjami globalizacji, konieczne zmiany instytucjonalne, ochrona środowiska czy zmniejszanie nierówności społecznych. Dotychczas unikałem kwestii światopoglądowych i zamierzam się tego trzymać.

Konstytucja to temat nie tylko dla prawników. Język prawniczy powinien służyć do sformułowania w postaci aktów prawnych specyficznych celów interesu społecznego, publicznego i narodowego obywateli Polski. Natomiast moje sugestie to tylko skromna i niedoskonała wskazówka, w jakich punktach obecna Konstytucja się nie sprawdziła. Omówione kwestie nie wyczerpią wszystkich ważnych zagadnień, gdyż ograniczam rozważania do tematów, które znam ze swojego życia zawodowego.

Poniższy tekst jest poświęcony Rozdziałowi I Konstytucji (art. 1-29). Artykuły, których nie wspominam, nie wydają mi się kontrowersyjne. Pogrubioną czcionką dopisane są moje sugestie uzupełnienia tej ustawy. Zapewne wiele stwierdzeń powinno zostać przeanalizowanych przez prawników i innych specjalistów w celu możliwie precyzyjnego sformułowania.

Art. 2

1. Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej.

Warto dopisać:

2. Sprawiedliwość społeczna jest urzeczywistniana poprzez sprawiedliwie progresywne opodatkowanie dochodów z kapitału i pracy oraz poprzez wystarczające wydatki publiczne na ważne cele społeczne. Załącznik I zawiera wskazówki w tym zakresie. Rząd corocznie raportuje przed Sejmem, w jaki sposób wdraża zalecenia z załącznika I.

Nie trzeba być przenikliwym, aby zauważyć, że przez ostatnie 27 lat nie urzeczywistniano zasad sprawiedliwości społecznej, co widzimy choćby patrząc na ciągle zmniejszający się udział pensji w PKB, malejące wydatki publiczne na służbę zdrowia i postępującą jej prywatyzację, przedkładanie prywatnej własności nad inne jej formy (takie jak spółdzielcza czy komunalna), nadużycia w ramach procesu reprywatyzacyjnego, niski udział wydatków socjalnych w PKB, regresywne podatki czy zniesienie podatku spadkowego, nie wspominając o uprzywilejowanej pozycji korporacji ponadnarodowych. Trudno tu winić Trybunał Konstytucyjny, gdyż zajmuje się on oceną pojedynczych aktów prawnych, a nie ich całościowym wpływem na sprawiedliwość społeczną. Brak również kryteriów oceny i właściwego zaplecza analitycznego.

Nie da się realizować sprawiedliwości społecznej przy małych nakładach na te cele, finansowanych przez podatki regresywne czy liniowe. Warto więc, aby nowa Konstytucja uściśliła tę kwestię, na przykład przez wprowadzenie aneksu ze wskaźnikami określającymi jej zalecenia:

1. Udział wydatków socjalnych w PKB: min. 22%, optymalnie >25% (obecnie jest około 18%, przy 20,8% w Czechach, 29,5% w Niemczech, 31,2% w Finlandii, 34,6% w Danii);

2. Udział pensji w PKB: minimum 50%, optymalnie >60%. Dlaczego? Wystarczy popatrzeć na poniższy diagram 1.

3. Udział publicznych wydatków na służbę zdrowia w PKB: min. 7%, optymalnie >8% (obecnie około 4,6%, podczas gdy w Czechach mamy 6,5%, w Finlandii 6,8%, w Niemczech 8,6%, w Danii 9,5%);

4. Udział wydatków publicznych na budownictwo komunalne i socjalne: minimum 1% (obecnie to około 0,09%, podczas gdy w Wielkiej Brytanii aż 1,5% PKB).

udzial-pensji-w-pkb-w-wybranych-krajach

Diagram 1. Udział pensji w PKB w wybranych krajach.

Konstytucja mogłaby też nadmienić, że sprawiedliwość społeczna jest z punktu widzenia całokształtu dochodów finansowana z progresywnych podatków. Inaczej mówiąc, obecne regresywne podatki, liczone jako suma wszystkich obciążeń podatkowych dochodów i konsumpcji, powinny być niekonstytucyjne. Jak to ująć, żeby było jasne, że chodzi o podatki dochodowe pracy i kapitału, a w mniejszym stopniu o podatki pośrednie? Podobnie: jak ująć kwestię podatku spadkowego od dużych majątków czy podatku od sprzedaży np. nieruchomości, jak ma to miejsce w Belgii?

Rząd powinien corocznie raportować rozwój takich wskaźników w Sejmie, przedstawiając trend od 1990 r. poczynając. Uniemożliwi to neoliberalne ograniczone ocenianie gospodarki przez pryzmat wzrostu PKB, inflacji, deficytu budżetowego i długu publicznego. Z Konstytucji powinno też wynikać, jaka jest metodologia wyliczania tych wskaźników, aby partie nie mogły nimi manipulować, jak miało to miejsce w obliczaniu długu publicznego przy okazji OFE. Zapewne metodologia Eurostatu byłaby dobrym wyborem, co również ułatwiłoby porównania z innymi państwami w Europie.

Art. 5

1. Rzeczpospolita Polska strzeże niepodległości i nienaruszalności swojego terytorium, zapewnia wolności i prawa człowieka i obywatela oraz bezpieczeństwo obywateli, strzeże dziedzictwa narodowego oraz zapewnia ochronę środowiska, kierując się zasadą zrównoważonego i odpowiedzialnego rozwoju, w tym zrównoważonej i odpowiedzialnej konsumpcji, produkcji, zaopatrzenia oraz planowania przestrzennego.

2. Rzeczpospolita Polska kieruje się zasadą zrównoważonego i odpowiedzialnego zarządzania zasobami naturalnymi, strategiczną infrastrukturą transportową, energetyczną, informatyczną i komunalną (chodzi o wodociągi itp.), finansami publicznymi i systemem finansowo-bankowym.

Obecna zasada zrównoważonego rozwoju jest oczywiście słusznym celem, ale jakoś nie widać w Polsce właściwego jej wdrożenia. Spójrzmy np. na bezmyślną prywatyzację mienia publicznego, problemy demograficzne, oligopole zagranicznego kapitału w ważnych sektorach polskiej gospodarki, rosnące zadłużenie publiczne, zanieczyszczenie powietrza w miastach. Mówiąc inaczej, obecny rozwój Polski nie jest zrównoważony. Neoliberalna doktryna rozumie zrównoważony rozwój na swój sposób, dlatego Konstytucja powinna te zagadnienia uściślić

Warunkami koniecznymi dla zrównoważonego rozwoju są zrównoważona produkcja, konsumpcja, zarządzanie zasobami naturalnymi, planowanie przestrzenne, kontrola państwa nad systemem bankowym czy strategiczną infrastrukturą transportową, energetyczną, informatyczną, zaopatrzeniem itd. Konstytucja mogłaby też nawiązać do Zrównoważonych Celów Rozwojowych ONZ z 2015 r. (Sustainable Development Goals) czy Human Development Index. Istnieją także inne dokumenty stworzone przez międzynarodowe instytucje, których członkiem jest Polska, odnoszące się np. do kwestii praw korporacji i praw państw do wdrażania swoich polityk, np. te z OECD. Być może warto się do nich odnieść.

Co do ochrony środowiska, to oczywiście ważna jest też bioróżnorodność, dążenie do poprawy jakości wody, gleb czy powietrza. Jak to wyrazić w Konstytucji, aby Trybunał Konstytucyjny mógł uniemożliwić niszczenie przyrody komuś, kto np. nie wierzy w zmiany klimatyczne? Czy ustawa powinna bezpośrednio nawiązać do Konwencji o różnorodności biologicznej czy Konwencji Berneńskiej i Bońskiej? Jak Konstytucja mogłaby wymusić na władzach zajęcie się zanieczyszczeniem powietrza w miastach? Powinna wymienić referencyjne wskaźniki dla PM10, PM2.5, NO czy NO2, jak sugeruję w art. 2? To osobny, trudny, ale bardzo ważny temat. Zanieczyszczenie powietrza w miastach powoduje masowe schorzenia dróg oddechowych, powstawanie nowotworów i obciąża budżet publicznej służby zdrowia.

Art. 9

1. Rzeczpospolita Polska przestrzega wiążącego ją prawa międzynarodowego.

2. Rzeczpospolita Polska podpisuje zobowiązania międzynarodowe zgodne z zasadami zrównoważonego i odpowiedzialnego rozwoju oraz zgodnie z interesem publicznym, narodowym i społecznym.

O ile nie ma co polemizować z art. 9, o tyle warto się zastanowić, czy nie dodać paragrafu o tym, jakie zobowiązanie można podpisywać, zwłaszcza z punktu widzenia zasad zrównoważonego rozwoju, wpływu na wolność uprawiania polityki gospodarczej, uniemożliwienia potężnym korporacjom zdominowania Polski, kwestii arbitrażu itd. Jakie wnioski wyciągnąć z ACTA czy TTIP?

Art. 10

1. Ustrój Rzeczypospolitej Polskiej opiera się na podziale i równowadze władzy ustawodawczej, władzy wykonawczej i władzy sądowniczej.

2. Władzę ustawodawczą sprawują Sejm i Senat, władzę wykonawczą Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej i Rada Ministrów, a władzę sądowniczą sądy i trybunały.

Paragraf 2 dotyka bardzo trudnego zagadnienia: czy system polityczny powinien być prezydencki, czy kanclerski, czy mieszany (jak obecnie)? Wynik wyborów prezydenckich w USA skłania mnie do preferowania systemu kanclerskiego. Mianowicie wybory parlamentarne dają większą szansę na reprezentatywność władzy wykonawczej, zmniejszając wykluczenie dużych grup społecznych. System mieszany moim zdaniem nie sprawdza się w takim zapalnym geopolitycznie obszarze, jak Polska. Podobnie jestem absolutnie przeciwko większościowej ordynacji wyborczej w wyborach do Sejmu. Proporcjonalne wybory są dużo bezpieczniejsze z punktu widzenia reprezentatywności różnorodnego społeczeństwa.

Art. 11

1. Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność tworzenia i działania partii politycznych. Partie polityczne zrzeszają na zasadach dobrowolności i równości obywateli polskich w celu wpływania metodami demokratycznymi na kształtowanie polityki państwa.

2. Finansowanie partii politycznych jest jawne.

3. Finansowanie partii politycznych jest dozwolone tylko przez polskich obywateli z dochodów opodatkowanych w Polsce.

4. Finansowanie partii politycznych promuje egalitarny charakter Rzeczpospolitej Polskiej.

Zwłaszcza paragraf 2 jest ważny z perspektywy unikania finansowego uzależnienia partii od zagranicznego czy polskiego kapitału. Wystarczy popatrzeć na skutki uzależnienia partii w USA czy Ukrainie od multimilionerów i korporacji. Rozwiązaniem jest konstytucyjne uniemożliwienie stworzenia systemu oligarchicznego. Warto też się zastanowić, jak konstytucyjnie wymusić na władzy, aby partie, które mają mniej niż 3% poparcia w wyborach do Sejmu, dostawały dofinansowanie. Obecne ograniczenie jest niedemokratyczne, gdyż odcina mniejsze ruchy od możliwości rozwoju. Próg 1% mógłby być właściwy.

Art. 12

1. Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność tworzenia i działania związków zawodowych, organizacji społeczno-zawodowych rolników, stowarzyszeń, ruchów obywatelskich, innych dobrowolnych zrzeszeń oraz fundacji.

2. Finansowanie powyższych organizacji jest jawne.

3. Finansowanie z zagranicznych źródeł nie może dominować polskiego sektora pozarządowego. Szczegóły reguluje ustawa.

4. Żaden darczyńca nie może być anonimowy.

To bardzo trudny temat, zwłaszcza jeśli chodzi o zagraniczne finansowanie, które może mieć potężny wpływ na wyniki wyborów. Jest np. tajemnicą poliszynela, że Federacja Rosyjska wspierała finansowo Front Narodowy we Francji czy Trumpa w wyborach prezydenckich. Podobnie jeden zagraniczny multimilioner czy korporacja mogą zainwestować miliony w siatkę fundacji i media, dzięki czemu zyskają zupełnie niedemokratyczny wpływ na polską politykę i osiągają własne cele, niemające demokratycznej legitymacji. Równocześnie organizacje społeczeństwa obywatelskiego starające się reprezentować polski interes, nie mogą znaleźć istotnego dofinansowania. Temat aktywności społeczeństwa obywatelskiego jest na tyle ważny dla polskiej demokracji, że powinna się do niego odnieść Konstytucja.

Art. 13

Zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu, a także tych, których program lub działalność zakłada, promuje lub dopuszcza nienawiść rasową i narodowościową, niezrównoważony rozwój, niesprawiedliwość społeczną, stosowanie przemocy w celu zdobycia władzy lub wpływu na politykę państwa albo przewiduje utajnienie struktur lub członkostwa.

Ten artykuł jest słuszny. Czego mi tu brakuje, to ograniczenia działalności organizacji, które promują niezrównoważony rozwój czy de facto system neokolonialny, dewastujący naturę, lub przeciwstawiają się art. 2 Konstytucji mówiącemu o sprawiedliwości społecznej. To temat trudny do ugryzienia, ale bardzo ważny. Przecież doktryna neoliberalna promuje ubóstwo i jest niezgodna z konstytucyjną zasadą sprawiedliwości społecznej.

Art. 14

1. Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność prasy i innych środków społecznego przekazu.

2. Tylko polskim publicznym mediom wolno mieć większy niż 5-procentowy udział w całym polskim rynku medialnym i 10% w poszczególnych sektorach medialnych.

3. Udział w polskim rynku medialnym jest wyliczany przez zsumowany udział wszystkich powiązanych kapitałowo w Polsce i poza Polską spółek medialnych.

To niezwykle ważny i bardzo nieprecyzyjny artykuł. Gdy obserwujemy obecną strukturę mediów w Polsce, przypominamy sobie aferę Rywina związaną z kształtem rynku medialnego oraz analizujemy de facto otwartą wojnę między zagranicznym koncernem medialnym a polskim, nie przez każdego lubianym, ale jednak demokratycznie wybranym rządem. Leży w interesie społecznym i publicznym, aby Konstytucja uniemożliwiła przejęcie rynku medialnego przez zagraniczny kapitał oraz utrudniała tworzenie oligopoli lub monopoli przez prywatny, zwłaszcza zagraniczny, kapitał medialny. Inną kwestią jest to, jak zdefiniować sektory medialne, takie jak radio, telewizja, lokalna prasa, jakie są bezpieczne udziału w rynku? Jak wziąć pod uwagę internet?

Art. 20

1. Społeczna gospodarka rynkowa oparta na wolności działalności gospodarczej, własności prywatnej, spółdzielczej, społecznej i komunalnej oraz solidarności, dialogu i współpracy partnerów społecznych stanowi podstawę ustroju gospodarczego Rzeczypospolitej Polskiej.

2. Zasoby naturalne, będące własnością Rzeczpospolitej Polskiej, nie podlegają przekształceniom własnościowym. Interes społeczny i zrównoważona i odpowiedzialna eksploatacja, w szczególności wody pitnej, lasów i kopalin, mają priorytet przy wydawaniu licencji na ich eksploatację. Ich dzierżawę na ważne cele publiczne i społeczne reguluje osobna ustawa.

3. Strategiczna infrastruktura transportowa, energetyczna, informatyczna i komunalna znajduje się pod kontrolą Rzeczpospolitej Polskiej.

Gdy spojrzymy na diagram 1 czy na lata ignorowania Komisji Trójstronnej, raczej trudno mówić o solidarności czy o dialogu partnerów społecznych. Podobnie aktywne zwalczanie związków zawodowych przez kapitał trudno nazwać dialogiem. Tym samym art. 20. był przez ostatnie 27 lat gwałcony przez rządzące partie i przez Trybunał Konstytucyjny.

Widać także, iż własność prywatna jest wymieniona w Konstytucji, w przeciwieństwie do własności spółdzielczej, komunalnej czy państwowej. Konstytucja powinna wesprzeć rozwój własności spółdzielczej i komunalnej, gdyż pełnią one ważne funkcje społeczne. To natomiast oznacza zmniejszenie niektórych rynków zdominowanych przez prywatne firmy – czyli w efekcie ich opór.

Infrastruktura energetyczna, transportowa i telekomunikacyjna (w tym internet) mają strategiczne znaczenie i jako takie powinny podlegać ochronie konstytucyjnej, jak dzieje się np. w Niemczech. Tamtejsza Konstytucja w artykule 87e stwierdza, że koleje żelazne, wraz z opisem chronionych funkcji, są własnością państwa. Również inne strategiczne usługi, takie jak poczta, transport powietrzny i telekomunikacja, są chronione odpowiednio, w artykułach 87d i 87f. Tym samym skandaliczna i lekkomyślna prywatyzacja PKP Energetyka nie mogłaby się tam zdarzyć. Nie warto nawet wspominać o „prywatyzacji” Telekomunikacji Polskiej przez sprzedanie jej państwowej telekomunikacyjnej spółce francuskiej.

Zakaz przekształcenia własnościowego państwowych zasobów naturalnych byłby bardzo ważnym uzupełnieniem Konstytucji. Dlaczego? Wystarczy popatrzeć na przykład bankrutującej Grecji. Pomoc w spłacie długu publicznego jest uzależniona od prywatyzacji zasobów naturalnych i strategicznej infrastruktury. Powinno się konstytucyjnie uniemożliwić prywatyzację wody pitnej, ziemi rolnej, rzek, dróg czy portów – oraz zapewnić ich prospołeczne, zrównoważone i odpowiedzialne wykorzystanie w harmonii z ekosystemami.

Art. 22

1. Ograniczenie wolności działalności gospodarczej jest dopuszczalne tylko w drodze ustawy i tylko ze względu na ważny interes publiczny i społeczny oraz bezpieczeństwo ekonomiczne Rzeczpospolitej Polskiej.

2. Rzeczpospolita Polska wspiera konkurencyjność polskiej gospodarki oraz zrównoważony i odpowiedzialny rozwój gospodarki opartej na wiedzy.

3. Rzeczpospolita Polska współkształtuje polskie rynki, uniemożliwiając powstawanie prywatnych i prywatno-publicznych monopoli, oligopoli i zmów kartelowych.

4. W interesie społecznym i publicznym Rzeczpospolita Polska dąży do kontroli nad naturalnymi monopolami na szczeblach lokalnym, regionalnym i krajowym.

Warto sprecyzować kwestie związane z kartelami, monopolami, oligopolami czy dumpingiem. Globalne korporacje mają tak wielki efekt skali, że mogą przez lata dusić polską konkurencję dumpingowymi cenami i zajmować dominującą pozycję na rynku (np. Velux kontra Fakro na rynku okien dachowych).

Innym problemem jest to, że globalna korporacja może mieć w Polsce np. 5% globalnego dochodu, ale cała jej siła może być wykorzystywana do zdominowania polskiego rynku. Tym samym np. kary za nadużywanie dominującej pozycji, jeśli to prawnie możliwe, powinny być wyliczane od globalnego procenta obrotu całej korporacji, a nie tylko jej polskiej gałęzi. Innym problem są oligopole ukryte, np. wielkie globalne fundusze inwestycyjne kontrolują setki marek, które formalnie nie są od siebie w Polsce zależne, ale mają ogromny potencjał zdominowania rynków i zaistnienia zmów kartelowych. Warto spojrzeć na poniższy diagram:

diagram-korporacje

Kolejna sprawa to oligopole w łańcuchach dostawczych, kontrolujące polskie małe i średnie firmy, np. w handlu detalicznym. To kluczowe zagadnienia dla mozolnego odkręcania neokolonialnej postaci polskiej ekonomii. Aby zrozumieć skalę ryzyka, warto poczytać np. o funduszu inwestycyjnym Blackrock i rzucić okiem na jego wpływy.

wplywy-blackrock

Czy wpływy w niemieckiej gospodarce:

Twitter: w styczniu 2013 – 80 mln dolarów.
Telekom: 3,34%
Thyssen-Krupp: 4,96%
Siemens: 5,01%
Deutsche Post: 5,01%

Warto też zdawać sobie sprawę, że BlackRock to nie wyjątek wśród funduszy inwestycyjnych. Roczny PKB Polski to zaledwie około 20% aktywów BlackRock.

Nie zrobiłem tego w art. 22, ale warto się zastanowić, czy nie dodać punktu, że jedna firma, fundusz, holding czy firmy powiązane kapitałowo mogą posiadać np. maksymalnie 1% polskiej gospodarki, 2% stu największych polskich przedsiębiorstw, 3% tysiąca największych polskich przedsiębiorstw. Zminimalizowałoby to ryzyko przejęcia kontroli przez globalnych gigantów zbyt dużej części polskiej gospodarki. To trudny temat do wyliczenia i sformułowania. Ale taka konstytucyjna podstawa prawa antymonopolowego, antykartelowego i antyoligopolowego byłaby na pewno w interesie społecznym i publicznym.

Art. 23

1. Podstawą ustroju rolnego państwa jest gospodarstwo rodzinne. Zasada ta nie narusza postanowień art. 21 i art. 22.

2. Władze publiczne wspierają rozwój rolnictwa ekologicznego, odpowiedzialnego i zrównoważonego oraz spółdzielczy handel takimi produktami rolnymi. Szczegóły określa ustawa.

To bardzo ważny artykuł, który powinien być podstawą uniemożliwienia spekulacji ziemią rolną i przejmowania rolnictwa przez wielki kapitał i cudzoziemców. Liczne wyspecjalizowane mniejsze i średnie gospodarstwa są podstawą polskiego bezpieczeństwa żywnościowego.

Problem wspierania produkcji zdrowej żywności w czasach ekspansji GMO, ogromnej ilości chemii w rolnictwie i braku efektywności wykorzystywania zasobów (np. zużycie wody na jednostkę produkcji czy emisja metanu) warty jest punktu w Konstytucji. Jesteśmy tym, co jemy. I dlaczego nie wesprzeć handlu spółdzielczego takimi ekologicznymi produktami?

Art. 24

1. Praca znajduje się pod ochroną Rzeczypospolitej Polskiej. Państwo sprawuje nadzór nad warunkami wykonywania pracy.

2. Kary za łamanie prawa pracy, w tym ograniczanie prawa do organizowanie się w związki zawodowe i rady pracownicze, są proporcjonalne do globalnego obrotu pracodawcy.

3. Przedstawiciele pracowników mają prawo do zasiadania w radzie nadzorczej przedsiębiorstw. Szczegółowe przepisy reguluje ustawa.

4. Rzeczpospolita Polska zapewnia urzędowi zajmującemu się kontrolą warunków pracy odpowiednie środki na skuteczne funkcjonowanie.

Patrząc na diagram 1 można ocenić, że rządzące partie nie za bardzo się postarały. Zdecydowanie artykuł ten powinien być rozbudowany. Pracodawcy powinni się bać łamać kodeks pracy, a strach mogą spowodować tylko odpowiednie kary finansowe, proporcjonalne do globalnego obrotu. Czemu wielki fundusz inwestycyjny ma móc się chować za łańcuszkiem firm i inwestycji? Warto też wspomnieć, że w Niemczech przedstawiciele pracowników mają prawo do zasiadania w radzie nadzorczej. Państwowa Inspekcja Pracy była do tej pory chronicznie niedofinansowana i bezzębna. Jest to tak ważny instrument sprawiedliwości społecznej, że być może zasługuje na wzmiankę w Konstytucji.

Art. 26

1. Siły Zbrojne Rzeczypospolitej Polskiej służą ochronie niepodległości państwa i niepodzielności jego terytorium oraz zapewnieniu bezpieczeństwa i nienaruszalności jego granic.

2. Siły Zbrojne zachowują neutralność w sprawach politycznych oraz podlegają cywilnej i demokratycznej kontroli.

3. Roczny budżet Sił Zbrojnych wynosi przynajmniej 2% PKB, a od 2025 2,5% PKB.

W polskiej sytuacji geopolitycznej armia musi być dofinansowana i chodzić jak w zegarku. Dlatego Konstytucja powinna gwarantować minimum wydatków na obronę.

Ciąg dalszy nastąpi.

A nie mówiłem?

Miało być o czymś innym. Ale w międzyczasie doszło do politycznego trzęsienia ziemi w skali globu: Donald Trump wygrał wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych.

Nie zaskoczyło mnie to. Żeby było jasne: nie należę do niezliczonych obecnie osób twierdzących, że „wiedziały”, iż Trump wygra, bo „od początku to było pewne”. Jedynym, który jasno i jednoznacznie przepowiadał zwycięstwo Trumpa był, jak pamiętam, Sławomir Sierakowski. Ja uważałem, że jest to możliwe i że szanse Trumpa wraz z upływem czasu rosną: informacje z wyciekających e-maili Demokratów stopniowo przesiąkały do opinii publicznej przez warstwę sensacyjnych newsów o kolejnych brzydkich postępkach Republikanina, analiza sondaży agregowanych przez RealClearPolitics wykazywała tendencję wzrostową popularności Trumpa. Należało też brać pod uwagę „nieśmiałych” trumpistów. Pamiętając wszakże powtarzane aż do „prawidłowego” skutku referenda w Danii i Irlandii, będąc świadom prawie nieograniczonych możliwości manipulacji medialnych i socjotechnicznych, wynik uważałem do końca za niepewny. Z drugiej strony referendum w sprawie Brexitu sugerowało, że wszystko jest możliwe.

I stało się. Kolejna – która już? – klęska lewicy (czy też raczej, jak to określa „Krytyka Polityczna”, „nieprawicy”). Na razie na „lewicy” przeważa wyparcie tego faktu. To nieprawda, że Clinton przegrała wybory, przecież dostała więcej głosów, winna jest ta zła, głupia, przestarzała ordynacja. Problem w tym, że ta sama ordynacja obowiązywała cztery i osiem lat temu, gdy wygrywał Obama. Nikomu wtedy nie przeszkadzała, a Demokraci w cuglach odnosili sukcesy. Ci, do których dotarło już, że przegrali, upierają się, że może i doszło do porażki, ale najważniejsze, że masy ludowe murem stoją za Demokratami: to bogacze zagłosowali na Trumpa! Ignorują przy tym fakt, że Trump po prostu odziedziczył większość elektoratu republikańskiego, który z natury jest zamożniejszy od Demokratów. Gdy jednak porównamy wyborców Trumpa z wyborcami choćby Romneya, dostrzeżemy wyraźny przypływ głosów plebejskich1.

I tu jest pies pogrzebany.

Podobno amerykańska „lewica” ubolewa, że zaniedbała białą klasę robotniczą na rzecz koalicji kobiet (de facto: feministek), mniejszości i milenialsów2. „Krytyka Polityczna” cytuje „New York Timesa” (Jedną z wielu lekcji niedawnych wyborów prezydenckich […] jest to, że należy skończyć z tożsamościowym liberalizmem), „Harvard Business Review” (Męska godność jest poważną sprawą dla mężczyzn z klasy pracującej, a oni nie czują, żeby dalej ją mieli. […] Płace białych mężczyzn z klasy pracującej zatrzymały się w latach 70. i dostały jeszcze cios pod postacią kryzysu z 2008 roku. […] A co proponują Demokraci? New York Times sugeruje, żeby mężczyźni po szkole średniej poszukali sobie pracy w sektorze różowych kołnierzyków) i innych (Pas Rdzy zbuntował się przeciwko neoliberalnej Nowej Ekonomii i wielokulturowemu społeczeństwu)3. Radykalna lewica woli powoływać się na World Socialist Web Site: Duże, uprzemysłowione stany, które zostały zdewastowane przez likwidacje fabryk […], które głosowały na Obamę w 2012 roku, przeszły teraz na stronę Partii Republikańskiej […]. Stało się to głównie dzięki głosom ludzi pracy, z których większość to akurat biali – wybrali oni Trumpa w swoim proteście przeciwko prokorporacyjnej i antyrobotniczej polityce, którą kontynuował i nasilił wręcz Obama4.

Niesamowite! Co za odkrycia! Więc Obama jednak nie był mesjaszem amerykańskiej i światowej lewicy, tylko reprezentantem korporacji? Więc istnieje coś takiego, jak biała (!) klasa robotnicza (!), i klasa ta ma świadomość marginalizacji? Więc lewicowości nie da się zredukować do „tęczowej koalicji” opartej na kwestiach kulturowych? Szok.

Tak się składa, że w czasach, kiedy jeszcze aktywnie zajmowałem się publicystyką (czyli 10-20 lat temu), z uporem maniaka wołałem na lewicowej puszczy: nie odrywać się od ludu, słuchać ludu, być z ludem na dobre i na złe. Starać się artykułować interesy większości, a nie mniejszości. Postrzegać rzeczywistość przez pryzmat interesów ekonomicznych, a nie ideologicznych zbieżności. Wystrzegać się jakiejkolwiek kolaboracji czy bodaj faktycznego pomocnictwa w stosunku do globalnego kapitału, nawet wtedy, gdy występuje pozorna zbieżność interesów, gdyż sojusze między nierównorzędnymi stronami kończą się z reguły wykorzystaniem słabszego partnera jako „pożytecznego idioty”5. Niestety, sytuacja przyśpieszającej globalizacji nie sprzyjała takiemu staroświeckiemu zrzędzeniu. Stałem pod prąd „strumienia historii”…

W tym momencie pojawia się konieczność poczynienia dygresji natury historycznej. Istotą lewicowości było kiedyś to, co dziś nazywa się „populizmem”: lewica wypowiadała się w imieniu ludu, starała się artykułować interesy zwykłych ludzi, próbowała reprezentować plebejską większość. Zarazem socjalizm rodził się w konfrontacji z nacjonalizmem i religią, które proponowały alternatywne wobec klasowej formuły solidarności i tym samym były instrumentami pacyfikowania proletariatu przez rodzime klasy panujące. W poprzedniej epoce kapitalizm zamykał się w zasadzie w ramach narodowych, dlatego narodowa solidarność była mu na rękę; opierał się na produkcji, więc sprzyjał ascetycznemu etosowi pracy i tradycyjnej moralności legitymizującej rodzinę nuklearną. Tymczasem w dobie globalizacji wyrosła w pełni kosmopolityczna burżuazja, ponadnarodowe koncerny, którym jakiekolwiek bariery polityczne i kulturowe na globalnym rynku utrudniają maksymalizację zysków. Nowy kapitalizm wymaga maksymalnej mobilności jednostki, dlatego chce usunąć wszystko, co to utrudnia, unieważnić struktury społeczne takie jak rodzina, sąsiedztwo, naród. Postindustrialny casino capitalism rozwija się dzięki nieograniczonej, rozpasanej, marnotrawnej konsumpcji, więc wszelkie etyczno-religijne ograniczenia i tabu stanowią dla niego zawadę. To wszystko sprawiło, że w latach 90. kapitalizm rozszedł się z nacjonalizmem i religią, kapitał odrzucił niepotrzebne mu już protezy.

Lewica tego nie zauważyła, a jeśli nawet – to źle zinterpretowała. Nie dostrzegła, że w nowych warunkach nacjonalizm i religia mogą być instrumentami mobilizowania ludu. Zamiast tego postanowiła wykorzystać koniunkturę do załatwienia starych porachunków z nacjonalistami i kościołami. O ile wcześniej uważała, że zniesienie kapitalizmu przyniesie pożądane zmiany kulturowe, to teraz – w obliczu ekonomicznej zapaści „systemu socjalistycznego” – uznała, że lepiej skoncentrować się właśnie na odcinku „nadbudowy”. Skoro nie można frontalnym atakiem obalić kapitalizmu, to trzeba pod jego osłoną przeforsować przemiany obyczajowe, a dopiero gdy przedpole zostanie oczyszczone – budować globalny socjalizm. Ponieważ nacjonalizm i religia stały się przeciwnikiem zarówno lewicy, jak i kapitalizmu, sukcesy na tym froncie były znaczące. Problem w tym, że te „zwycięstwa” przypominały bajkę o słoniu i mrówce idących przez most. Mrówka mówi do słonia: „Ale my tupiemy!”. Goszyści stanowili tylko pomocniczy oddział turbokapitalizmu pacyfikujący niedobitki reakcji. Co więcej, okazało się, że przemiany kulturowe bardziej wzmacniają kapitalizm niż lewicę – tyleż rozładowując opór niektórych peryferyjnych sektorów, co dezintegrując tradycyjną ludową bazę lewicy.

W ramach globalizacji klasa robotnicza została wyeksportowana z Zachodu na peryferie, jej resztki nie nadążały za „postępem”. Robotnicy stali się – jak prorokował to Marcuse czy Negri – passé. Niczym w kiepskim horrorze Duch Wieczny Rewolucjonista opuścił ten zewłok przenosząc się w bardziej atrakcyjne ciała. W praktyce najwierniejszym zapleczem przeistoczonej „lewicy” stali się zblazowani BoBo (bourgeois bohemian) i wystylizowani na „prekariuszy” hipsterzy. Pod wpływem nowego środowiska, preferującego wygodę i rozrywkę ponad wysiłek i poświęcenie, „lewica” zatraciła swą kolektywistyczną tożsamość stawiającą dobro zbiorowości ponad interes jednostki („Jednostka – zerem, jednostka – bzdurą”… pamięta to ktoś jeszcze?). W to miejsce przetransplantowano liberalne ideały indywidualizmu i hedonizmu: dokonała się Wielka Podmiana. Dziś nowa lewica walczy w imię tych samych wartości, co kapitalistyczny establishment, zarzucając mu tylko niekonsekwencję i hipokryzję (to my jesteśmy prawdziwymi obrońcami jednostki!). Rozmieniła Wielką Utopię na drobne udogodnienia lub ekscentryczne fantasmagorie (obowiązkowo w ramach liberalnej narracji), przekształciła się w „Partię Umiarkowanego Postępu w Granicach Prawa” z frakcją „Ekscentrycznych Ekstremistów”.

W ten sposób dochodzimy do sedna: goszyści odnaleźli swe miejsc w Systemie. Status „Opozycji Jego Królewskiej Mości” okazał się całkiem wygodny. Większość lewicy mogła się grzać w słoneczku późnego kapitalizmu, pławić się w przychylności mediów, korzystać z grantów i dotacji, w razie potrzeby sięgać nawet po karzącą rękę burżuazyjnej sprawiedliwości w walce z przeciwnikami ideologicznymi6. W rezultacie „lewica” zrosła się z establishmentem tysięcznymi nićmi powiązań towarzyskich, ideowych, instytucjonalnych, finansowych. Żyje w symbiozie z wysokorozwiniętym kapitalizmem, nie wyobraża już sobie życia poza Systemem. Oczywiście zmiany w „postępowym” kierunku tak, jak najbardziej, ale – na Oświecenie! – nie próbujmy wywrócić łodzi, którą płyniemy, na ciemnych odmętach populizmu, fundamentalizmu, faszyzmu! I mamy do czynienia z żałosnym spektaklem, gdy zdezorientowani lewicowcy z mniejszym lub większym zapałem bronią status quo (Brexit) i solidaryzują się z establishmentem (Clinton) jako „mniejszym złem”, a prawicowcy stają na czele osieroconego ludu w walce o zmianę.

Dlatego niech wolno mi będzie to powiedzieć: nie płakałem po Clinton7. Wystarczy popatrzeć na wyborczą mapę USA, by zauważyć, że triumf Trumpa to bunt peryferii przeciw Centrum. Oczywiście to, że wygrał Trump nie oznacza, że wygrały peryferie. Taki naiwny nie jestem.

I muszę wyznać jeszcze jedno: tak naprawdę nie lubię mówić „A nie mówiłem?”. To gorzka satysfakcja. Nie sądzę, by Kassandra była uradowana spełnianiem się jej przepowiedni.

Przypisy

  1. Moją intuicję potwierdziła empiria: http://www.krytykapolityczna.pl/artykuly/stany-zjednoczone/20161115/lekcja-orbana-lekcja-trumpa
  2. http://www.tvn24.pl/ameryka-wybiera-wybory-prezydenckie-2016,145,m/trwaja-poszukiwania-przyczyn-porazki-clinton,691371.html
  3. http://www.krytykapolityczna.pl/artykuly/stany-zjednoczone/20161122/wscieklosc-prowincji-klasy-sredniej-czy-przesyt-politycznej-popr
  4. http://www.socjalizmteraz.pl/pl/Artykuly/?id=1042/Rasa,_klasa_i_wybor_Trumpa
  5. Aby nie być gołosłownym: Wyznania nonkonformisty (Mat’ Pariadka 8), Wokół nacjonalizmu (Magazyn Antyrządowy 24/25), Ideologie czy ludzie? (Inny Świat 15), Tezy o populizmie (Dyktatura.info), Jaki populizm? (Obywatel 6) i wiele innych temu podobnych populistycznych manifestów. A do pewnego lewicowego aktywisty pisałem we wrześniu 2005 r.: „mniej więcej (data symboliczna) od rewolty 1968 r. […] klasa robotnicza na Zachodzie zburżuazyjniała i rewolucyjna lewica utraciła swą tradycyjną bazę. Skoro dłużej nie można było trzymać się koncepcji większościowego bloku klas ludowych, lewica […] zaczęła zwracać się do rozmaitych niezadowolonych mniejszości, próbując sklecić z nich koalicję antysystemową. […] obecnie, w warunkach demontażu państwa opiekuńczego i pogłębiającego się rozwarstwienia społecznego […] pojawią się przesłanki do odbudowania większościowego bloku ludowego”.
  6. Na wszelki wypadek wyjaśniam, że nie opisuję tu współczesnej Polski, tylko wysokorozwinięte państwa Zachodu. Polska neolewica takiego statusu nie ma, ale za takim statusem tęskni, uważa, że należy jej się jak psu miska.
  7. Nie tylko ja – również nieposzlakowani lewicowcy jak https://jaroslawpietrzak.com/2016/11/24/trump-i-clinton-burzuazyjna-demokracja-umiera-brzydka-smiercia/ czy http://www.aljazeera.com/programmes/upfront/2016/11/zizek-electing-trump-shake-system-161116062713933.html=

Trump, Clinton i walki klasowe w USA

Zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w USA to wydarzenie, które potrafili przewidzieć nieliczni, ale które każdy próbuje sobie jakoś wyjaśnić. Już następnego dnia internet wypełnił się komentarzami, których autorzy i autorki próbują odpowiedzieć na pytanie, jak do tego doszło i kto tak naprawdę wybrał ekscentrycznego miliardera na jedno z najważniejszych stanowisk politycznych na świecie. Udzielane na gorąco odpowiedzi często wpisują się w gotową narrację. To rewanż białych mężczyzn z klasy pracującej, broniących świata opartego na męskiej dominacji i pogardzie dla „kolorowych” – mówią jedni, pokazując na poparcie tych słów odpowiedni wykres. To wkurzeni biedni stracili cierpliwość do Demokratów i zagłosowali na Trumpa, uznawszy, że lepsza taka zmiana niż żadna – mówią inni, z innymi wykresami na podorędziu. Trumpa wybrali nie wykluczeni, lecz bogaci i uprzywilejowani – wskazują jeszcze inni, przywołując jeszcze inne dane. A może to amerykańska prowincja zbuntowała się przeciw wielkomiejskim elitom z ich tyranią „politycznej poprawności”? Oczywiście z taką oceną też można się spotkać – i tutaj znajdą się wykres lub tabelka na potwierdzenie.

Kłamstwa, wierutne kłamstwa i statystyka

Zważywszy na to, jak epokowym wydarzeniem wydaje się zwycięstwo Trumpa, zadziwiająco niewielu ludziom zaburza ono utrwalony obraz świata. A przecież, jak przestrzegał dawno temu Mark Twain, są trzy rodzaje kłamstw: kłamstwa, wierutne kłamstwa i statystyka. W tym przypadku powyborcza statystyka używana jest często do okłamywania samych siebie. Tymczasem wygrana Trumpa to jeden z tych momentów, gdy naprawdę warto porzucić przywiązanie do utrwalonych narracji – czy to „pocieszających”, czy „przerażających” – i cierpliwie pochylić się nad danymi, aby bez uprzedzeń spróbować zrozumieć, co takiego się wydarzyło.

Poniżej przyglądam się temu, czego możemy dowiedzieć się o amerykańskich wyborach, analizując je w kategoriach relacji klasowych. Chciałbym podkreślić, że wnioski, które tu przedstawiam, mają charakter prowizoryczny, a ich pełne potwierdzenie lub odrzucenie wymagałoby uwzględnienia bardziej kompletnych danych. Odczytywanie procesów politycznych przez pryzmat stosunków klasowych nie oznacza ponadto, że wszystko „redukuje się” do klasy. Relacje klasowe zawsze odgrywają swoją rolę – i dlatego nie można ich ignorować – ale nigdy nie odgrywają jej w izolacji od innych podziałów (np. rasowych czy płciowych) lub instytucji regulujących polityczną artykulację zbiorowych interesów (jak scena partyjna czy system wyborczy). Odnotowuję te oczywistości, bo dotychczasowa dyskusja nie daje pewności, że dla wszystkich są one jasne.

W powyborczych komentarzach o „klasach społecznych” mówi się zaskakująco – jak na Polskę – często. Natomiast zaskakująco rzadko, zwłaszcza w kontekście tych wyborów, wspomina się o „klasie średniej”. Jednak na ogół nie jest to precyzyjny język analizy klasowej. „Klasa” najczęściej kojarzona bywa niezbyt precyzyjnie z „biedą” lub „wykluczeniem” bądź utożsamiana jest z „dochodem”.

Owszem, dochód to jeden z ważniejszych wyznaczników pozycji klasowej wyborców, a czasami jedyny, na temat którego mamy w miarę dokładne dane. Aby jednak zrozumieć, jak zróżnicowanie klasowe przekłada się na decyzje wyborcze, informacje o preferencjach osób z poszczególnych kategorii dochodowych trzeba powiązać z analizą w kategoriach walki klasowej. Analiza geografii zmian w stanowych regulacjach wyborczych czy poziom frekwencji w regionie dotkniętym dezindustrializacją mogą nam o klasowym znaczeniu tych wyborów powiedzieć więcej niż mechaniczne zliczanie głosów „biednych” i „bogatych”.

Gospodarka, głupcze?

Jeśli spojrzymy na rozkład głosów w poszczególnych kategoriach, widzimy, że wraz z zamożnością rosło prawdopodobieństwo oddania głosu na kandydata Republikanów. Biedni częściej głosowali na Clinton, a bogaci na Trumpa. Ta zależność utrzymuje się, jeśli uwzględnimy rasę: również wśród białych w przypadku najmniej zamożnych wyborców Clinton wygrywała z Trumpem. Co więcej, prawidłowość ta utrzymuje się także przy uwzględnieniu wykształcenia. Wielu komentatorów traktuje poziom wykształcenia jako wskaźnik pozycji klasowej, ale nie jest to do końca trafne. Owszem, wyborcy bez żadnego dyplomu częściej głosowali na Trumpa, zaś absolwenci college’ów na Clinton. Brak ukończonych studiów nie znaczy jednak, że mamy do czynienia z osobami biedniejszymi: wielu osobom w tej kategorii powodzi się nieźle, bo prowadzą własne biznesy i mają dobre dochody. Jeśli „złamiemy” poziom wykształcenia przez dochód, to okazuje się, że na każdym poziomie edukacji ludzie o wyższych dochodach częściej głosowali na Trumpa.

Zagadka wyjaśniona – zamożniejsi przegłosowali biednych? Nie do końca. Inny obraz odsłania się, gdy spojrzymy, jak zmieniło się poparcie dla kandydatów Demokratów i Republikanów od czasu poprzednich wyborów prezydenckich. Różnica ta (określana angielskim terminem „swing”) pozwala uwzględnić nie tylko rozkład wyborczego poparcia, lecz również jego dynamikę. Otóż, jak pokazują wykresy na stronie „New York Timesa”, swing na rzecz Trumpa wśród białych wyborców był minimalny – wyniósł ok. 1%. Znacznie wyraźniejszy był natomiast wśród wyborców latynoskich, afroamerykańskich i azjatyckich. Jeśli spojrzymy na kategorie dochodowe, okaże się, że biedni wprawdzie częściej głosowali na Clinton, ale w tej ostatniej grupie swing przechylał się na stronę Trumpa. Odwrotnie z bogatymi: częściej głosowali na Trumpa, ale swing był wyraźnie w stronę Clinton.

Co istotne, najprawdopodobniej chodzi tu nie tyle o przepływy głosów, ile o spadek frekwencji – za ten efekt odpowiada nie tyle zmiana preferencji głosujących z Demokratów na Republikanów, co rezygnacja części demokratycznego elektoratu z udziału w wyborach.

Wyglądałoby więc na to, że Trumpa pośrednio wybrali biedni nie-biali wyborcy. Nie dlatego, że na niego postawili, lecz dlatego, że nie stawili się gremialnie przy urnach, by wybrać Clinton.

Dlaczego tak się stało? Niektórym odpowiedź wyda się oczywista: „Jak taka antypatyczna, siedząca w kieszeni Wall Street, establishmentowa kandydatka jak Hillary Clinton mogłaby w ogóle kogoś do siebie przekonać?”. Słabości kandydatury Clinton są dobrze znane, ale to jednak w najlepszym razie tylko część wyjaśnienia.

Spojrzenie na stan amerykańskiej gospodarki będzie pomocne w zrozumieniu zniechęcenia demokratycznych wyborców. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda dobrze. Po wstrząsie 2008 roku udało się szybko przywrócić wzrost gospodarczy. Zręczne zabiegi Obamy uratowały przed krachem amerykański przemysł samochodowy. Ekspansywna polityka pieniężna Rezerwy Federalnej zmniejszyła ciężar nadmiernego zadłużenia gospodarstw domowych. Od 2011 roku, gdy bezrobocie osiągnęło szczytowy poziom, udało się stworzyć 12 milionów nowych miejsc pracy. Jednak uważniejsze spojrzenie ujawnia poważne rysy, które pojawiają się na tym obrazie. 85% wzrostu gospodarczego w latach 2009-2015 trafiło do kieszeni 1% najbogatszych, podczas gdy przytłaczająca większość Amerykanów i Amerykanek nie odczuła poprawy. Mediana dochodów amerykańskiego gospodarstwa domowego wyniosła w 2015 roku 56 516 dolarów – w porównaniu z 57 423 dol. w roku 2007. Od roku 2011 spadło bezrobocie, ale spadła też aktywność zawodowa – co oznacza, że rosnąca liczba osób traci jakąkolwiek nadzieję na znalezienie pracy. Ponad 43 miliony Amerykanów i Amerykanek zmuszonych jest do korzystania z bonów na żywność.

Niską mobilizację mniej zamożnych wyborczyń i wyborców w sprawie głosowania na Clinton można więc również tłumaczyć ogólnym rozczarowaniem spuścizną polityki gospodarczej czasów Obamy. I nie ma wielkiego znaczenia, że sam Obama niewiele tu zawinił, będąc przez sześć z ośmiu lat swej prezydentury zmuszony do współpracy z republikańską większością w Kongresie. Większością zajadle nieprzyjazną jakimkolwiek programom społecznym i dostatecznie zdeterminowaną, by zaryzykować niewypłacalność rządu federalnego, byle postawić na swoim. W przeciwieństwie do Billa Clintona, który aktywnie prowadził ramię w ramię z Republikanami antypracowniczą politykę – czego symbolem stała się osławiona ustawa Personal Responsibility Act (1996), która stworzyła całą kategorię „pracujących biednych” – Obama miał raczej dobre propozycje, przynajmniej w krajowej polityce gospodarczej. To Republikanie wykorzystywali swoje przewagi, by prowadzić w Waszyngtonie walkę klasową przeciw biednym. Tyle że z punktu widzenia ludzi, którzy w 2008 roku głosowali z nadzieją, a potem nie dostrzegli widocznej poprawy, wniosek może być taki, że wybór Demokraty na prezydenta niewiele zmienia.

Czy potencjalni wyborcy Clinton nie zmobilizowali się do głosowania dlatego, że im nie zależało, czy raczej dlatego, że nie mogli? Pewnych wskazówek może dostarczać mapa frekwencji wyborczej. Spadek frekwencji w takich bastionach Demokratów, jak Kalifornia, Maryland czy Waszyngton (który przyjął niedawno prawo ułatwiające udział w wyborach, więc teoretycznie frekwencja powinna być tu wyższa), sugerowałby, że wyborcy Clinton chętniej mobilizowali się tam, gdzie ich głos mógł zaważyć na wyniku niż tam, gdzie sytuacja zdawała się rozstrzygnięta.

Jednak w miejscach takich jak Ohio, Michigan czy Wisconsin – dotąd głosujących w wyborach prezydenckich na Demokratów, a tym razem nieoczekiwanie zdobytych przez Trumpa – demobilizacja wyborców niekoniecznie musiała być dobrowolna. W stanach tych, podobnie jak w „wahającej się” Karolinie Północnej czy na Florydzie, ale także w bezpiecznych republikańskich bastionach jak Teksas czy Arizona, w ostatnich latach zaostrzyło się zjawisko voter suppression – manipulacji prawem wyborczym w celu pozbawienia faktycznej możliwości głosowania określonych kategorii obywatelek i obywateli. Dlatego wyniku tegorocznych wyborów w USA nie sposób zrozumieć bez uwzględnienia klasowej geografii politycznej.

Pozycyjna i manewrowa wojna klas

Ostatecznie Trump wygrał dlatego, że oprócz tradycyjnie „wahających się” stanów zdobył również stany tradycyjnie demokratyczne, które miały stanowić „niebieski mur” gwarantujący Clinton zwycięstwo. Chodzi o Michigan, Wisconsin, Pensylwanię i inne stany tworzące obszar „pasa rdzy” („rust belt”), jak określa się region dotknięty przez dezindustrializację wskutek liberalnej polityki handlowej, której symbolem stało się porozumienie NAFTA – wynegocjowane przez Busha seniora, a wdrażane przez Billa Clintona. Zdobycie stanów wahających się i „pasa rdzy” stało się możliwe dzięki połączeniu przez Trumpa pozycyjnej i manewrowej walki klasowej.

W amerykańskim systemie wyborczym walka w wyborach prezydenckich toczy się o głosy elektorskie, które zdobywane są w poszczególnych stanach. Clinton zdobyła o ponad 2 miliony głosów więcej w głosowaniu powszechnym, lecz mimo to przegrała walkę o prezydenturę, ponieważ w decydujących stanach Trump zdobył od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy głosów więcej. Jak udało mu się to osiągnąć?

Wielu komentatorów zdumiewało się, że – szczególnie w ostatnich tygodniach kampanii – Trump skupiał uwagę na tradycyjnie demokratycznych stanach (po)przemysłowego Środkowego Zachodu, zamiast zgodnie z regułami sztuki intensyfikować obecność w stanach wahających się. Zarówno Trump, jak i Pence odwiedzali w kampanii wyborczej „pas rdzy” znacznie częściej niż Clinton i Kaine, a ponadto wychodzili poza większe ośrodki. Nie chodzi jednak tylko o to, że Trump dowartościował zapomniane regiony, lecz także o to, że do nich dopasował swój przekaz. Zwracając się w stronę protekcjonizmu, kandydat Republikanów zerwał z republikańską tradycją poparcia dla „wolnego handlu”. I to właśnie ta strategia przyniosła Trumpowi sukces. Jak sugerują analizy wyników na poziomie hrabstw, Trumpowi udało się przejąć demokratycznych wyborców w tych obszarach „pasa rdzy”, gdzie wciąż dominują stare przemysły. Okazał się skutecznym politycznym innowatorem, w konfrontacji „nowej” i „starej gospodarki” stawiając na tych, którymi prawie nikt się już nie interesował.

Nawet to jednak nie zagwarantowałoby Trumpowi zwycięstwa, gdyby nie prowadzona od dawna przez Republikanów pozycyjna walka klasowa nastawiona na wyeliminowanie z udziału w wyborach grup tradycyjnie głosujących na Demokratów. Zjawisko voter suppression przybrało na sile po orzeczeniu Sądu Najwyższego z czerwca 2013 roku (w sprawie Shelby kontra Holder). Sąd Najwyższy odesłał do lamusa kluczową część ustawy Voting Rights Act z 1965 roku, pozbawiając rząd federalny kontroli nad zmianami w stanowych regulacjach wyborczych. W efekcie nastąpił wysyp nowych regulacji, mających ograniczyć dostęp do urny afroamerykańskiej klasie ludowej. Zmniejszanie liczby lokali wyborczych, ograniczanie możliwości wcześniejszego głosowania, nowe wymogi dotyczące dowodów tożsamości, wykreślanie z rejestru tych wyborców, którzy ostatnio nie brali udziału w głosowaniu – to tylko kilka z najbardziej popularnych rozwiązań.

Zmiany w prawie wyborczym można oczywiście kwestionować na drodze sądowej, trwa to jednak dłużej i nie gwarantuje sukcesu. Tuż przed wyborami federalny sąd apelacyjny pozbawił mocy zmiany w prawie wyborczym w Karolinie Północnej. W orzeczeniu sędziowie stwierdzili, że zakwestionowane regulacje (m.in. skrócenie czasu na wcześniejsze głosowanie czy nowe wymogi dotyczące dokumentów tożsamości) „z chirurgiczną precyzją” wymierzone są w czarnych wyborców, a przy tym nie odpowiadają na żaden realny problem. Władze stanowe uzasadniały reformę prawa wyborczego potrzebą ochrony przed oszustwami wyborczymi, nie potrafiły jednak wskazać przypadków oszustw, które uzasadniałyby wprowadzane zmiany. Co ciekawe, w Północnej Karolinie znane są przypadki oszustw związanych z głosowaniem korespondencyjnym, jednak stan nie zamierzał ograniczyć możliwości takiego głosowania (korespondencyjnie częściej głosują biali). Wyrok sądu apelacyjnego nie został zresztą odrzucony przez Sąd Najwyższy jedynie dlatego, że chwilowo nie ma w nim republikańskiej większości i głosy sędziów rozłożyły się po równo (4 do 4).

Równie ciekawy był przypadek Ohio – „wahającego się” stanu w „pasie rdzy”. Władze stanowe postanowiły wykreślić z rejestru wyborców wszystkich, którzy nie głosowali od 2008 roku. Czystka objęła 200 tysięcy osób. Znowu w ostatniej niemal chwili sąd nakazał ponowne wpisanie tych osób do rejestru, a także umożliwienie oddania głosu tym, których nie zdążono już ponownie wpisać. Nie udało się natomiast przywrócić w drodze sądowej instytucji „złotego tygodnia” – kilkudniowego okresu, gdy można było tego samego dnia zarejestrować się w spisie wyborców i oddać wcześniejszy głos.

Zarówno Północna Karolina, jak i Ohio były w tegorocznych wyborach traktowane jako stany, o które toczy się walka. Jednak największy wpływ praktyki zniechęcania wyborców mogły mieć w tradycyjnie demokratycznym stanie Wisconsin. Początkowo informowano, że Trump wygrał w nim przewagą 27 tys. głosów (świeższe dane mówią o 22 tys.). Według szacunków stanowej komisji wyborczej, voter suppression mogło wyeliminować z udziału w wyborach nawet 41 tys. wyborców.

Zniechęcanie wyborców to oczywiście element międzypartyjnej rywalizacji – praktyki te mają na celu takie zniekształcenie reguł wyborczych, by zwiększyć szanse wyborcze Republikanów kosztem Demokratów. Rozpoznanie grup, które należy wykluczyć, by osiągnąć sukces, opiera się na kryteriach rasowych. Biali wyborcy chętniej głosują korespondencyjnie, czarni chętniej korzystają z możliwości wcześniejszego głosowania po niedzielnym nabożeństwie („souls to the polls”). Interpretacja tej polityki w kategoriach rasowych jest o tyle istotna, że to właśnie z tego względu manipulacje prawem wyborczym mogą być kwestionowane przez sądy. Jednak to, co pomaga wygrywać batalie prawne, niekoniecznie musi pomagać w walce politycznej. Zniechęcanie wyborców legitymizuje się pośrednio za pomocą rasizmu, ale jest również narzędziem polityki klasowej: uderza we frekwencję wyborczą w klasie ludowej (choć zdefiniowanej według kryteriów rasowych). Sprzeciw wobec tych manipulacji powinien nie tylko demaskować ledwie zawoalowany rasizm takich rozwiązań, lecz również ich głębszą klasową treść. Tylko ponowne opowiedzenie w języku klasowym o manipulacjach w prawie wyborczym pozwoliłoby przesunąć pole bitwy z polityki tożsamości na politykę równości.

Z tego punktu widzenia reakcje Demokratów na wynik wyborów mocno rozczarowują. Zarówno Hillary Clinton, jak i Bernie Sanders pogratulowali zwycięzcy, zamiast wytknąć, że wybory nie były do końca uczciwe i już od pierwszego dnia mobilizować własnych zwolenników do walki z jaskrawą niesprawiedliwością klasową. Równocześnie zaczęły oddolnie powstawać „ruchy kontroli wyborów”, zaś kandydatka Zielonych Jill Stein zebrała w ciągu paru dni kilka milionów dolarów na sfinansowanie wniosków o ponowne przeliczenie głosów w decydujących stanach – Wisconsin, Michigan i Pensylwanii. W przypadku Wisconsin sama zapowiedź kontroli sprawiła, że wynik Trumpa został skorygowany w dół o prawie 5 tys. przypisanych mu „omyłkowo” głosów. Przeliczanie głosów raczej nie wpłynie na ostateczny wynik wyborów, może jednak osłabić legitymację nowego prezydenta. „Ruchy kontroli wyborów” wskazują raczej na ryzyko błędów w głosowaniu elektronicznym i możliwą ingerencję rosyjskich hakerów niż na manipulacje prawem wyborczym w interesie klasy panującej. Ich wpływ na przyszły układ w wojnie klasowej pozostaje więc kwestią otwartą i zależy od dwóch czynników: gotowości lewicowych polityków głównego nurtu do trwalszego związania się z tymi inicjatywami oraz umiejętności powiązania (niebezpodstawnych) podejrzeń o ingerencję Putina ze sprzeciwem wobec polityki voter suppression. Dziś trudno powiedzieć, czy (przynajmniej niektórzy) Demokraci podejmą to wyzwanie.

Pod innym względem jednak strategia Demokratów wydaje się rozsądna. Zamiast wyczekiwać na porażkę Trumpa i odliczać dni do kolejnych wyborów w oczekiwaniu na rewanż, postanowili wspierać prezydenta w tych obszarach, gdzie odchodzi on od republikańskiej ortodoksji w stronę tradycyjnie lewicowego programu. Decyzja zapadła niemal pierwszego dnia po wyborach. W sprawach dotyczących praw kobiet i mniejszości czy ochrony środowiska Demokraci chcą być opozycją zdecydowaną i wyrazistą. Natomiast w kwestiach takich jak inwestycje w infrastrukturę, ulgi podatkowe na dziecko, płatne urlopy rodzicielskie czy rewizja porozumień handlowych może okazać się, że Trump będzie mógł prędzej liczyć na poparcie Demokratów niż Republikanów. Przynajmniej pod tym względem amerykańska opozycja jest mądrzejsza od polskiej.

Bydłowozy i Gombrowicz – podróż przez wschód Polski

Scena pierwsza. Podróż do małego świata

Sobota rano. Dowolna. Opisywany scenariusz powtarza się cyklicznie. Na zrujnowany plac dawnego Dworca Południowego PKS w Lublinie podjeżdża biały volkswagen. Wygląda równie dostojnie, jak hala dworcowa, w której zamiast poczekalni rozgościł się ciuchland i mała piekarenka. Bus ma zawieźć pasażerów na Roztocze. Już dawno nazwałem go „bydłowozem”, bo tylko takie skojarzenie przychodzi mi do głowy, gdy zajmuję miejsce na rozregulowanym fotelu, a potem podskakuję na każdym wyboju. Dość powiedzieć, że w zasadzie nie cierpię na chorobę lokomocyjną, ale podróż tym środkiem transportu potrafi przyprawić mnie o jej objawy. Dodajmy do tego szczyptę tłoku, szczególnie w okolicach większych świąt – i już mamy obraz nędzy i rozpaczy. Mamy pocztówkę z kraju, który cofnął się do połowy ubiegłego wieku. Przejazdy powinny być reklamowane sloganem: „Tylko my zabierzemy cię w podróż w czasie”.

Sama jazda bardziej przypomina doświadczenia z krajów byłego Związku Radzieckiego niż zachodnie standardy. To zresztą nie tylko wina taboru. O ile droga wojewódzka nr 835 jeszcze spełnia jakieś kryteria jakościowe (i jest właśnie modernizowana), to trudno o takich mówić, gdy w miejscowości Tarnawa Mała skręci się w lewo. Miejscowi się śmieją, że gdzieniegdzie wójt zwinął asfalt na zimę i zapomniał rozłożyć z powrotem.

Alternatywa? Kiepski wybór. Sporo busów jedzie do Biłgoraja. Można ewentualnie dojechać do Tarnawy i prosić rodzinę o podwózkę do docelowej miejscowości – oddalonej o 17 kilometrów. Jest jeszcze popołudniowy bus, zapewniający większy komfort podróży. PKS? Kiedyś jeździło kilka. Dziś to już tylko przeszłość.

Scena druga. Podróż do wielkiego świata

Człowiek, który nie jechał pociągiem „Gombrowicz” relacji Przemyśl – Szczecin Główny przez Lublin, Warszawę Centralną, Kutno, Poznań, nie poznał prawdziwego oblicza transportu kolejowego w Polsce. Sam jeżdżę od kilku lat fragmentem tej trasy z Lublina do Poznania i z powrotem. Powtarzalność, z jaką dopadają mnie w tym pociągu wszelkie patologie polskiego transportu publicznego, jest wręcz tragiczna. Zanim wsiądę, wiem, czego mogę się spodziewać.

Przykład pierwszy z brzegu. Koniec września tego roku. Jak zwykle pociąg wtacza się do Poznania od strony stacji Garbary, by następnie zmienić kierunek jazdy. Na peronie mrowie ludzi. Setki pasażerów, którzy nerwowo wypatrują swoich wagonów. Pociąg objęty jest całkowitą rezerwacją miejsc. Spora część ludzi wysiada w stolicy Wielkopolski, znacznie więcej jedzie do Warszawy. Kupienie biletu z miejscówką w dniu podróży jest mało prawdopodobne. Żeby siedzieć, trzeba go nabyć co najmniej kilka dni wcześniej. Co dostajemy w standardzie oprócz pełnego przedziału? Ostatnio była to niezamykająca się toaleta, kurz unoszący się przy byle dotknięciu firanki i warstwy brudu. Mówiąc bez ogródek: smród i ubóstwo.

Zaledwie kilka dni przed opisywaną podróżą jechałem pojazdem tego samego przewoźnika z Gdyni do Poznania. Klimatyzowany wagon z roletą zamiast śmierdzącej firanki, ekran prezentujący prędkość i temperaturę, sześć miejsc, choć to druga klasa. I ta cisza, bo wagon jest wyciszony do tego stopnia, że ledwo słychać charakterystyczny stukot kół o szyny. Inny świat. Cywilizacja. Czy to jeszcze Polska, zastanawiałem się moszcząc się na siedzeniu?

Z koleją mam do czynienia każdego dnia. Mogę tylko potwierdzić. Co więcej, właśnie wracam pociągiem z Lublina… normą jest, że wschodnią ścianę obsługuje tabor trzeciej albo i gorszej kategorii… – tak opis podróży „Gombrowiczem” skomentował mój znajomy kolejarz. Bez dodatków potrawa bywa niesmaczna, dlatego na koniec dorzucę jeszcze słowo o czasie przejazdu. Rekord spóźnienia, którego doświadczyłem? 180 minut. Aby nie być gołosłownym, dodam, że ten sam pociąg „Gombrowicz” miał wczoraj w Poznaniu 120 minut opóźnienia. Zgodnie z rozkładem udało mi się dojechać w ostatnich sześciu latach może trzy razy. Oczywiście nie jeżdżę codziennie, ale kilka razy w roku. Rachunek prawdopodobieństwa wskazuje jednak, że nie są to odosobnione przypadki.

Gdy czasami opisuję na Facebooku swoje „przygody” z podróży, spotykam się z niedowierzającą reakcją znajomych z innych części Polski. „Ale przecież jest pendolino, darty, flirty”. Niestety, nie udało mi się załapać na te cuda techniki na trasach, które pokonuję.

Te, zaledwie dwie, choć niestety powtarzalne sceny, ogniskują w sobie obraz transportu publicznego na wschodzie Polski. Tutaj, jeżeli nie masz samochodu, jesteś skazany na przemieszczanie się w warunkach, które są nie tylko dalekie od komfortu, ale i od godności. Tak, nie żartuję. Mówię to z pełną stanowczością. Uważam, że jestem zmuszony podróżować w warunkach, które uwłaczają ludzkiej godności. W XXI wieku. W Polsce z autostradami, ze szklanymi domami górującymi nad stolicą.

CETA – diabelski pakt

CETA – diabelski pakt

– z Marią Świetlik, antropolożką, ekspertką z Akcji Demokracji, rozmawiamy o skutkach społecznych i gospodarczych wprowadzenia umowy handlowej CETA oraz innych porozumień międzynarodowych.

***

Zacznijmy od najprostszej rzeczy, czyli od wyjaśnienia, czym jest umowa CETA i jakie konsekwencje niesie dla gospodarek europejskich i polskiej. Często czytujemy skomplikowane wywody i analizy dotyczące tej umowy, ale nie mamy świadomości, czym ona tak naprawdę jest, jak jest zbudowana, co przypomina.

Maria Świetlik: CETA to umowa o wolnym handlu i ochronie inwestycji tak zwanej nowej generacji. Nie jest to typowe porozumienie handlowe, ale coś znacznie głębiej zmieniającego demokrację i sposób stanowienia prawa. Ma ona wpływ nie tylko na gospodarkę, na to, jak wygląda wymiana handlowa między Unią Europejską a Kanadą, ale także ma tworzyć nowe ramy do stanowienia prawa, które wpływa na stosunki handlowe. Oznacza to bardzo szeroki zakres tematów. Warto również o niej wiedzieć, że wraz z drugą umową, o której się także wiele w Polsce mówi, tj. TTIP między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi, mają stworzyć transatlantycką strefę wolnego handlu, czyli przyłączyć Unię do istniejącej od 25 lat północnoatlantyckiej strefy wolnego handlu, która obejmuje Kanadę, Stany Zjednoczone i Meksyk (umowa NAFTA).

Strefy wolnego handlu to konstrukty, które dążą do zniesienia granic dla przepływu towarów, i to znacznie głębiej niż typowe umowy handlowe, które dotyczą zwykle tego, jakie będą stawki celne. Strefy mają także znosić bariery dla wymiany handlowej, wynikające z tego, że w różnych krajach istnieją odmienne przepisy. Jeśli spojrzymy na kwestię handlu żywnością, takimi przepisami są te, które regulują bezpieczeństwo żywności, czyli mówią na przykład, jakich substancji nie wolno do niej dodawać (np. pewnych sztucznych barwników, które są w UE zakazane, a w Kanadzie dozwolone). Mówią też, jak powinna wyglądać produkcja żywności – że np. nie wolno podczas niej stosować pestycydów niebezpiecznych dla zdrowia lub środowiska (i znów, w UE zakazanych jest o wiele więcej niż w Kanadzie czy USA). Dotyczy to także kwestii nowych technologii, takich jak GMO.

Te wszystkie zmiany, które chce wprowadzić umowa o wolnym handlu, będą miały konkretny wpływ na gospodarkę obu organizmów – i Kanady, i Unii Europejskiej. Wpływ ten będzie różnoraki i nie jest go wcale łatwo wymierzyć. Najłatwiej oszacować, jaki wpływ będzie miało zniesienie ceł, bo to da dość przewidywalne skutki. Trudniej rozmawiać o tym, co będzie z harmonizacją przepisów, ponieważ nie wiemy, do jakiego stopnia zostaną one ujednolicone. Umowy takie jak CETA nie postanawiają w swoim tekście dokładnie, która bariera zostanie zniesiona, a która zachowana – one tworzą mechanizm przyszłej harmonizacji. Mechanizm wpisany w CETA nazywa się „współpraca regulacyjna” i dopiero po paru latach będziemy mogli powiedzieć, co tak naprawdę te umowy zmieniły.

Dzisiejsze analizy prognozujące skutki tej umowy operują na wielu możliwych scenariuszach. Jeśli chodzi o najbardziej „optymistyczne” prognozy, tzn. takie, które zakładają najbardziej pozytywny wpływ na wyniki ekonomiczne, to dla Europy mówi się o wzroście gospodarczym rzędu 0,08 proc., a więc bardzo, bardzo znikomym. Kiedy mówimy o korzyściach ekonomicznych, mamy do czynienia z wieloma obietnicami, ale nawet najbardziej życzliwe badania ekonomiczne nie pokazują znaczącego pozytywnego wpływu na gospodarkę. Natomiast jeśli mówimy o skutkach negatywnych, mamy do czynienia z bardzo nieprzyjemnymi przewidywaniami. Są badania, które mówią, że wskutek tej umowy ma zniknąć 230 tysięcy miejsc pracy po obu stronach Atlantyku, a dodatkowo jeszcze 80 tysięcy w krajach trzecich, czyli w tych, z którymi dziś UE czy Kanada mają wymianę handlową. Po przyjęciu CETA większość tej wymiany przeniesienie się do wewnątrz strefy wolnego handlu. Nie mamy szczegółowych wyliczeń dla Polski, ale z tych 230 tysięcy utraconych miejsc pracy 200 tysięcy przypada na Europę. Możemy przypuszczać, że kraje o słabszej pozycji gospodarczej, takie jak Polska, prawdopodobnie ucierpią bardziej niż silniejsze.

To są konsekwencje społeczne podpisania umowy.

M. Ś.: To konsekwencje, o których Komisja Europejska czy polski rząd w ogóle nie chcą rozmawiać. Ten temat, mimo że był często przez nas podnoszony, nigdy nie spotkał się z żadnym komentarzem czy reakcją. Na nasze pytanie skierowane do rządu, co zamierza zrobić z ludźmi, którzy stracą pracę, jakie programy wsparcia są przygotowane – nigdy nie dostaliśmy odpowiedzi. To przygnębiający obraz stosunku władz do społecznych skutków umów zawieranych w modelu neoliberalnym. Po trzydziestu latach istnienia gospodarek nastawionych na globalizację w tym modelu, mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że prowadzą one do pogorszenia warunków pracy i zwiększania nierówności społecznych. Nadal nikt nie chce rozmawiać o tym, jak można temu zapobiegać i – jeśli już nie da się zapobiec – zminimalizować skutki tej umowy. Jestem bardzo przygnębiona tym, że umowa jednak została poparta przez wszystkie rządy unijne. Pomimo ogromnego sprzeciwu społecznego nadal jesteśmy w sytuacji, kiedy decydują nie wartości społeczne, nie wartości demokratyczne, lecz interes naprawdę wąskiej grupy wielkiego biznesu.

Poszczególne kraje miały możliwość zgłaszania zastrzeżeń i swoich poprawek do poszczególnych elementów umowy, robiła to m.in. Walonia. Czy Polska również zgłaszała jakieś zastrzeżenia?

M. Ś.: To nie były jakieś wielkie możliwości. Istniały na etapie negocjacji. Nic nam nie wiadomo na ten temat, ponieważ negocjacje były tajne, jak i wszystkie związane z nimi dokumenty. Dwa lata temu wystąpiłam do Ministerstwa Gospodarki – wtedy to jeszcze był rząd PO – i chciałam się dowiedzieć, jakie miał zastrzeżenia, o co prosił, na co się nie zgadzał. Mimo że przeszłam przez trzy instancje odwoławcze, przegrałam sprawę w wojewódzkim sądzie administracyjnym, ponieważ zapadła decyzja, że to są dokumenty utajnione i nie zobaczymy ich przez, z tego co pamiętam, okres trzydziestu lat po zamknięciu negocjacji. Już to samo w sobie jest więc absurdalne – nie wiemy, jak się zachowywał polski rząd, czy czegoś chciał, czy się na wszystko zgadzał, może miał jakieś ważne zastrzeżenia, lecz nie zostały one wysłuchane?

Jeśli chodzi o następny etap, czyli ten, w którym umowa została przygotowana i opublikowana, wiemy, że zarówno poprzedni rząd, jak i obecny, zamawiały jakieś studia oceniające jej wpływ, zwłaszcza na rolnictwo. Ale znowu – nie wszystkie studia były publikowane. Możemy tylko spekulować, co rząd zrobił, a co mógł zrobić.

Na ostatnim etapie, gdy umowa trafiła już do Rady Unii Europejskiej, tam, gdzie zasiadają ministrowie krajów członkowskich, reprezentant Polski też mógł wnosić zastrzeżenia, ale znów – nadal nie wiemy, czy jakiekolwiek wnosił, ponieważ jego stanowisko nawet nie zostało opublikowane w sposób otwarty. Możemy się tylko dowiedzieć ze stenogramów posiedzeń komisji sejmowej, że rząd już przyjął jakieś stanowisko i że sejm się na nie zgadza. Jesteśmy niedoinformowani. Na samym końcu zabrakło informacji skierowanej do polskiej opinii publicznej. Zostało nagrane krótkie wystąpienie wiceministra rozwoju z posiedzenia Rady EU, z którego dowiedzieliśmy się, że rząd złożył jakąś jednostronną deklarację interpretującą część zapisów umowy. Tego tekstu też wówczas nie udostępniono. W dodatku jednostronna deklaracja jest… jednostronna, w związku z czym nie działa ona wiążąco dla drugiej strony. Czy było tak, że polski rząd chciał wywalczyć coś więcej, ale mu się nie udało, czy nawet nie próbował – o tym też nic nie wiemy.

Czyli wszystko jest supertajne i obywatel nie ma do tego żadnego dostępu.

M. Ś.: Tak. Ale to nie tylko kwestia tajności – to również kwestia polityki informacyjnej rządu. Mógłby nas informować o takich rzeczach, ale tego nie robi.

Umowa przeszła. Jaka jest dalsza procedura? Kiedy odczujemy konsekwencje, co nas czeka?

M. Ś.: W tej chwili czeka nas ostatni etap, to znaczy głosowanie w Parlamencie Europejskim. Zanim nastąpiło to zamieszanie z przyjęciem przez Radę UE, terminarz był już ustalony. Wygląda to tak, że na pracę nad umową jest teoretycznie czas do połowy lutego. Ale już ustalono, że wszystko ma się odbyć jak najszybciej i wygląda na to, że ostateczne głosowanie będzie 14 grudnia. Parlament może CETA przyjąć w całości albo w całości odrzucić. Nie ma możliwości wnoszenia do niej poprawek. De facto jest to półtora miesiąca, czyli bardzo krótki okres jak na prace nad tak skomplikowanym systemem prawnym, jakim są umowy o wolnym handlu. Bardzo również niepokoi to, że Parlament zdecydował się na tak szybkie procedowanie. Znowu nie będzie otwartej debaty, tak jak zabrakło jej na każdym poprzednim etapie tworzenia umowy. W polskim parlamencie też nie prowadzono takiej debaty, komisja po prostu przyjęła stanowisko rządu i na tym dyskusja się skończyła. W związku z tym nikłe są szanse, że europarlamentarzyści będą mieli dość czasu na to, by podzielić się swoimi opiniami, wysłuchać różnych stron i głębiej zapoznać się z argumentami dotyczącymi poszczególnych rozwiązań – bo to naprawdę trudne i złożone rzeczy, nie jest tak, że można sobie wyrobić opinię w pięć minut. Tego czasu po prostu zabraknie. A czas w takich debatach działa na korzyść społeczeństwa. Czyli brak czasu działa na naszą niekorzyść.

Będziemy jednak oczywiście starali się rozmawiać z naszymi europosłami – to 51 osób, a więc całkiem sporo jak na 751-osobowy Europarlament. Natomiast po tej decyzji, jeżeli będzie pozytywna, a niestety istnieje takie ryzyko, umowa wejdzie w życie. Nazywa się to „tymczasowe wprowadzenie”, ale de facto ono umowę wprowadza. Wyłączony z tymczasowego wprowadzenia miałby być tylko system przywilejów dla inwestorów, czyli arbitraż do rozstrzygania sporów inwestor przeciw państwu. Cała reszta umowy wchodziłaby w życie już pewnie w marcu. Wtedy miałby się rozpocząć wieloletni proces ratyfikacji w krajach członkowskich, ale do czasu przeprowadzenia tych ratyfikacji umowa i tak by działała. To takie ratyfikacje post factum.

Gdyby doszło do tego, że jednak w procesie ratyfikacji umowa zostałaby odrzucona, nie wiemy, co się wtedy wydarzy, nie mamy na ten temat żadnych szczegółowych informacji, mimo że o nie prosiliśmy. Z tego, co wiemy, natomiast wynika, że ścieżka od decyzji jakiegoś parlamentu krajowego do formalnego wstrzymania umowy międzynarodowej wiedzie przez rząd i Radę Unii Europejskiej i może być pod drodze blokowana (są precedensy).

Wiemy, że po tych kilku latach zaistnieje na przykład poważne zagrożenie dla rolnictwa w całej Unii i w Polsce, zagrożenie dla lokalnej produkcji rolnej. I tego się po prostu nie da odwrócić. Nawet jeśli po, powiedzmy, pięciu latach polski parlament odrzuci tę umowę, to nikt nie pokryje nam strat, które ona przyniosła. Jeśli np. w wyniku tej współpracy regulacyjnej dojdzie do obniżenia standardów bezpieczeństwa żywności czy zostaną wprowadzone nowe odmiany GMO, to odrzucenie tej umowy nie cofnie wszystkich regulacji i zmian, które się w ciągu paru lat pojawią. Dla zniszczenia jakiegoś sektora rolnictwa naprawdę wystarczy parę lat, bo rolnicy nie mają pieniędzy, żeby kredytować swoje straty przez lata. I tak już wielu z nich działa na krawędzi opłacalności.

Tu pojawia się kolejna kwestia – związek umowy CETA z ochroną środowiska naturalnego. Czy istnieją bezpośrednie skutki?

M. Ś.: To bardzo ciekawy aspekt, o którym też niewiele się mówi. To, jak mechanizmy, które powodują umowy o wolnym handlu, czyli właśnie współpraca regulacyjna i system ochrony inwestorów poprzez arbitraż, wpływają na ochronę środowiska, świetnie widać na przykładzie północnoatlantyckiej strefy wolnego handlu, czyli umowy NAFTA. Ma ona już 25 lat, więc można z dużą szczegółowością ocenić skutki jej wprowadzenia. I widać, że zwłaszcza polityki związane z ochroną środowiska czy zasobów naturalnych, zostały przez nią naruszone. Kanadyjczycy dzisiaj są bardzo zaangażowani w ostrzeganie UE i Europejczyków przed przyjęciem takich rozwiązań, podając wiele przykładów na to, jak ochrona inwestorów zagranicznych była ważniejsza niż ochrona środowiska. Chodziło o lokalne czy regionalne decyzje administracyjne, np. związane z zakazem stosowania jakichś substancji szkodliwych (dodatków do paliwa, które razem ze spalinami uwalniają się do środowiska) czy o zakaz szczelinowania, czyli metody pozyskiwania paliw kopalnych, która jest szczególnie niebezpieczna dla zasobów wody (na mocy referendum w Quebecu mieszkańcy zdecydowali, że chcą zakazu) oraz inne uznane za niebezpieczne środki stosowane w rolnictwie. Istnieją zapisy konstytucyjne chroniące zasób wody jako dobro, które powinno być zarządzane wyłącznie przez społeczność, a nie może być oddane w ręce jednej firmy. Wszystkie te decyzje – a to autentyczne przykłady z Kanady – są podważane przez system przywilejów dla inwestorów, zwany ISDS.

Skutki istnienia tych przepisów są takie, że, po pierwsze, jeżeli władze zdecydują się na ochronę przyrody, to potem są pozywane i muszą wypłacać gigantyczne odszkodowania prywatnym firmom, zwłaszcza bardzo bogatym, które stać na takie procesy. Po drugie – często zamiast odszkodowania albo łącznie z odszkodowaniem dochodziło do ugody, której skutkiem było zniesienie przepisów chroniących ekosystem. A trzecim efektem, który widzimy, jest to, że po paru latach istnienia takiego systemu decydenci przestają podejmować śmiałe decyzje na rzecz ochrony środowiska, zdrowia publicznego czy zasobów naturalnych, bo wiedzą, że w konsekwencji zostaną pozwani i że sam proces będzie kosztował ich rząd miliony dolarów – i kolejne dziesiątki albo i setki milionów, jeśli ten proces przegrają. A nigdy nie mogą liczyć na to, że wygrają i że te koszty się zwrócą.

Stoi to w całkowitej sprzeczności z celami ruchów społecznych na całym świecie. Dziś o wiele bardziej niż 25 lat temu jesteśmy świadomi, że mamy do czynienia z galopującymi zmianami klimatu. Wtedy mogły się one wydawać odległą perspektywą. Jeszcze 10 lat temu trwała debata, czy w ogóle zmiany klimatu wywołane przez człowieka istnieją, czy nie istnieją. Dzisiaj widzimy, że nie ma co do tego wątpliwości i że postępują one znacznie szybciej, niż ktokolwiek przewidywał.

Umowy, o których mówimy, utrudniają wprowadzenie jakichkolwiek regulacji chroniących środowisko. Po drugie, dają ogromny zastrzyk finansowy wielkim firmom, które działają w sposób szkodzący środowisku. To właśnie firmy wydobywcze są głównymi beneficjentkami tego systemu arbitrażu. Zamiast takie podmioty osłabiać, jeszcze je dodatkowo wzmacniamy. Poza tym sama idea intensyfikacji handlu globalnego oznacza coraz więcej produkcji szkodliwej dla środowiska i, co gorsza, transportu. I znowu jest to aspekt, o którym się prawie w tej debacie nie wspomina. Jeżeli ktoś cieszy się, że wzrosną import i eksport, to powinien też przyjrzeć się, co to dokładnie oznacza. Oznacza to, że jeszcze więcej towarów będzie przewożonych przez oceany i pozostawi bardzo konkretny tzw. ślad węglowy. Bo im intensywniejszy handel, tym musimy produkować więcej brudnej energii, zatruwać atmosferę i oceany. Stoi to w całkowitej sprzeczności z naszą obecną wiedzą na temat tego, w jakim kierunku powinniśmy podejmować decyzje na skalę globalną.

Każdy może napisać w tej sprawie list do europosła/nki ze swojego okręgu i poprosić, by głosowali przeciw CETA. Formularz z podpowiedziami: http://bit.ly/2fkRQOf

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Magdalena Okraska, listopad 2016 r.

Misiewicze kontra Morawiecki

Każda zmiana władzy politycznej niesie ze sobą głębsze lub płytsze, lecz nieuchronne zmiany kadrowe w spółkach kontrolowanych przez Skarb Państwa. Kolejne ekipy rządzące starają się, by obsada stanowisk w tych przedsiębiorstwach odpowiadała ich zapatrywaniom co do profilu pożądanego menedżera i specjalisty. Część komentatorów dopatruje się w tym zwykłej chęci „obdarowania swoich”, inni wskazują na konieczność budowania lojalnego zaplecza dla zapewnienia sprawności wykonawczej. Faktem jest jednak, że przypadki, w których nominowani na nowe posady nie przeszli testu przydatności na podobnych stanowiskach w sektorze prywatnym, budzą powszechną niechęć, podzielaną również przez znaczną część zwolenników rządzącego od roku układu politycznego.

Zjawisko nie jest nowe. Obejmowanie stanowisk w państwowych firmach przez osoby o kompetencjach ograniczających się do obszaru polityki jest tradycją podtrzymywaną przez kolejne rządy. Pamiętne zdanie, że „Staszek chce się sprawdzić w biznesie”, było komentarzem do nominowania polityka z ministerialnym stażem na stanowisko prezesa dużego państwowego przedsiębiorstwa. Jednak stopień upolitycznienia firm nigdy nie był totalny. „Polityczni” menedżerowie swoje braki kompetencyjne uzupełniali kadrami menedżerów i specjalistów z doświadczeniem z sektora prywatnego. Często dochodził do tego proces nauki przez praktykę. To wszystko razem sprawiało, że nie można uznać ostatniego ćwierćwiecza funkcjonowania tego typu spółek za jednoznacznie stracone. Co więcej, da się wskazać wiele przykładów spółek kontrolowanych bezpośrednio lub pośrednio przez Skarb Państwa, które w III RP wykorzystały swoje szanse i przewagi, rosnąc i modernizując się – i nie pasowały do karykaturalnego wizerunku przedsiębiorstwa państwowego jako archaicznego skansenu.

Pomimo niealarmujących doświadczeń historycznych, dzisiejszy brak troski rządzących o jakość kadr w spółkach Skarbu Państwa powinien być powodem do zmartwienia. W perspektywie kilku lat symboliczne niezręczności rządzących, takie jak awansowanie kadr przysłowiowej „Apteki w Łomiankach” na wysokie funkcje w gospodarce, mogą stać się idiomem zastępującym dyskusję o aktywności państwa w gospodarce. W połączeniu z nieuchronnymi niepowodzeniami niektórych aspektów „planu Morawieckiego” powstać może zbitka pojęciowa ośmieszająca nie-neoliberalne podejście do polityki gospodarczej. PiS, zapewne wbrew swoim intencjom, może uczynić prowadzenie wieloaspektowej polityki gospodarczej w przyszłości znacznie trudniejszym.

Taki obrót spraw byłby wielką szkodą, gdyż rządowa „Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju” (SOR), pomimo niedoskonałości, dostrzega wagę potencjalnych korzyści z odgrywania przez państwo aktywnej roli w stymulowaniu procesów rozwojowych. Strategia wskazuje na istotny problem braku koordynacji aktorów sceny gospodarczej, diagnozuje istotne źródła potencjalnego wzrostu gospodarczego oraz oferuje szeroki wachlarz instrumentów stymulujących rozwój. Istotnym kamieniem milowym w polskiej debacie o polityce gospodarczej jest wyraźne sformułowanie chęci stymulowania prac sektorowych oraz horyzontalnych – produktowych. Innymi słowy, rząd w SOR uznaje, że bogacenie się krajów zależy nie tylko od polityki makroekonomicznej, lecz również od wsparcia na poziomie „meta”, czyli rozwijania konkretnych, coraz bardziej wiedzochłonnych sektorów, ale także na poziomie wręcz „mikro”, czyli konkurencyjności czołowych produktów eksportowych o globalnym zasięgu rynkowym.

To ujęcie rzeczywistości wsparte jest w SOR również postawieniem sobie przez rząd, poza celami makroekonomicznymi, konkretnych celów w zakresie sukcesu polskich branż i produktów. Mają być one osiągnięte za pomocą programów strategicznych oraz projektów flagowych. To cele często zbyt precyzyjne przy obecnej dynamice i stopniu skomplikowania niektórych rynków. Ta bardzo wysoko zawieszona poprzeczka może natomiast zmusić Ministerstwo Rozwoju do tworzenia bodźców organizujących usprawnienie koordynacji między polskimi instytucjami, sektorem finansów, spółkami Skarbu Państwa i sektorem prywatnych przedsiębiorstw.

Przy tych zaletach Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju nie trafia w sedno w swoim rozumieniu niezbędnych źródeł sukcesu gospodarczego Polski. Zbyt dużą wagę przypisuje oszczędnościom jako źródłu inwestycji oraz zadaniu mobilizowania zasobów kapitałowych jako kluczowym barierom, których przełamanie przyniesie wzrost. W istocie takie postawienie sprawy może prowadzić m.in. do chęci wzmocnienia sektora finansowego oszczędnościami Polaków, ale już niekoniecznie do wzmocnienia międzynarodowej pozycji konkurencyjnej Polski. Dzisiejszą barierą rozwoju gospodarczego nie jest bowiem brak oszczędności prywatnych i przedsiębiorstw, które mogłyby finansować inwestycje rozwojowe. Jest nią brak możliwości inwestycyjnych. Akumulacja kapitału jest istotnym czynnikiem rozwojowym, ale w tym momencie nie najistotniejszym.

Dla rozwoju Polski najbardziej decydującym, sprawczym czynnikiem jest i będzie w najbliższym czasie know-how (umiejętności, wiedza, wzorce), gdyż jego deficyt jest „trwalszy” niż brak kapitału do zainwestowania. Fundamentalna bariera to bowiem brak zdolności do organizowania przedsięwzięć o wyższej wartości dodanej – a brak ów wynika z niedostatków organizacji i zarządzania w polskich firmach. To w dużej mierze kwestie warunkowane kulturowo, zaś ich zmiana (czyli rozpowszechnienie dobrych wzorców, w tym postaw sumienności, uczciwości, aktywności) jest niełatwa. Obecny, patriarchalny i nieoparty na wiedzy model organizacji i zarządzania podmiotów polskiej gospodarki, jest największą przeszkodą w organizowaniu tych trudniejszych projektów. Projekty wprowadzające zmianę jakościową mają bowiem skalę, dynamikę i wymagania rynku, do których polskie życie gospodarcze nie przywykło.

Rola szybszego przyswajania wiedzy podczas procesów, które musimy przejść, aby osiągnąć wyznaczone cele, jest znacznie większa niż dotychczasowe wyzwania, zatem nie powinno dziwić, że, wbrew optymistycznym zapowiedziom rządu, instytucje międzynarodowe prognozują powolny spadek tempa wzrostu gospodarczego Polski. Nowemu wyzwaniu nie można podołać bez troski o wzrost umiejętności – zarówno indywidualnych, jak i przede wszystkim odnoszących się do pracy zbiorowej, organizacji i zarządzania. Polska musi się stać, mówiąc najbardziej generalnie, bardziej „wielkopolska”, opierając swoje nadzieje na przyszłość na sportowej rywalizacji z zachodnim rywalem. Rywalizacji na podstawie umiejętności indywidualnych i współdziałania, wytrwałości i rzetelności.

Waga zarządzania i organizacji tym bardziej jeszcze wzrasta, o im większej skali trudności przedsięwzięć mówimy. W przypadku niepodejmowanych do tej pory inicjatyw, trudniejszych, lecz generujących potencjalnie wyższą wartość dodaną, potrzebne umiejętności (od rzadkich kompetencji sektorowych, przez zaawansowane finansowanie projektowe, po nadzór i koordynację) są bardzo rzadkie i warto wręcz postawić otwarcie kwestię uzupełniania braków zachodnimi specjalistami. Tym bardziej martwi w niektórych przypadkach polityka kadrowa rządowego zaplecza, gdzie i tak rzadkie, trudno dostępne krajowe kompetencje, nie są komasowane przez kluczowe podmioty wyzwania SOR, jakimi są spółki Skarbu Państwa. Ich pozycja rynkowa, zgromadzone zasoby finansowe, możliwości oddziaływania są bardzo duże i mogłyby odegrać potencjalnie pozytywną rolę w realizowaniu planu Morawieckiego i w bieżącej pracy.

O kompromitację tych wysiłków jest dużo łatwiej, gdyż wyzwania są jakościowo trudniejsze. Te wyzwania wiążą się nie tylko z programami rozwojowymi SOR (choć te są dobrym przykładem), ale również z przyspieszającym tempem rozwoju gospodarek i nowymi modelami biznesowymi. Brak należytych starań o wzrost kompetencji kadry w tej sytuacji, wymagającej uwagi i wyobraźni, skończyć się może spektakularnymi wydarzeniami, w tym np. upadłością spółki Skarbu Państwa, brakiem przejścia do fazy wdrożenia projektu flagowego lub poważną porażką rynkową któregoś przedsięwzięcia.

Nie znaczy to, że niepowodzenie SOR zależeć będzie wyłącznie od polityki kadrowej. Już na starcie poprzeczka postawiona została przez Ministerstwo Rozwoju dość wysoko. Możliwe „wpadki” w zarządzaniu będą więc w pewnej mierze spowodowane wysokim poziomem trudności, lecz zła polityka kadrowa nada temu dodatkowy wymiar – niszczący zaufanie do możliwości pozytywnego wpływania przez państwo na procesy gospodarcze. Bez wątpienia część opiniotwórców o nastawieniu sceptycznym wobec obecności państwa w gospodarce wykorzysta tę okazję do wieszczenia klęski „projektu państwowego”. Największym przeciwnikiem Morawieckiego mogą się okazać jego właśni „sprzymierzeńcy”.

Można jednak projekty, instytucje i inicjatywy wychodzące z Ministerstwa Rozwoju potraktować jako istotne i przede wszystkim potrzebne ćwiczenie z zakresu koordynacji polityki gospodarczej. Ćwiczenie angażujące przez kilka lat zasoby i instytucje. Warto podejść do niego poważnie i zmobilizować wszystkie siły w celu dobrego wykonania projektowanych przedsięwzięć. Jednak SOR nie jest celem samym w sobie, a może stać się ważnym krokiem na drodze do zbudowania inteligentnego systemu wsparcia rozwoju i konkurencyjności kraju. Potencjalne nauki płynące z realizacji planu Morawieckiego – tak sukcesów, jak i porażek – są nie do przecenienia i warto nie marnować tej okazji do nauki poprzez zanegowanie całego dorobku obecnego rządu w obszarze gospodarki.

Koncepcja bardziej zaawansowanej aktywności państwa we wsparciu rozwoju gospodarczego jest bowiem kierunkiem nieuchronnym, jeżeli chcemy nadrobić dystans do krajów zaawansowanych, które takich instrumentów używały bądź używają. Fakt, że brakuje nam społecznej dojrzałości do wytworzenia instytucji i organizacji mogących w łatwy sposób sprostać temu zadaniu, nie oznacza, że nie powinniśmy się starać.

Trump a sprawa polska

Nie od dziś wiadomo, że polski dyskurs publiczny jest wyjątkowo zideologizowany i/lub upartyjniony. Jeśli ktoś jest prawicowcem, najczęściej przyjmuje prawicowość z całym dobrodziejstwem inwentarza, z urzędu broniąc wszystkich, nawet najgłupszych, prawicowych pomysłów. Gdy ktoś jest lewicowcem, zwykle nie zastanawia się, czy na pewno wszystkie postępowe postulaty są uzasadnione i odpowiadają polskim warunkom – są według niego uzasadnione, bo tak już ustalono gdzieś na Zachodzie, a jeśli polskie społeczeństwo krzywo na nie patrzy, to tym gorzej dla społeczeństwa. Nieszablonowe koncepcje są z gruntu uznawane za podejrzane, a komentatorzy i myśliciele wymykający się tradycyjnym podziałom –  uważani za odszczepieńców i outsiderów. Jeśli nie jest się hard pisowcem lub bezkrytycznym platformersem, można zapomnieć o błyskotliwej karierze w jednej z tych partii – i mieć co najwyżej nadzieję na zostanie szeregowym posłem z szóstego miejsca na liście.

Przez długi czas podziały te nie przenosiły się bezpośrednio na debatę na temat stosunków międzynarodowych. Istniał nad Wisłą konsensus co do ogólnych kierunków polityki zagranicznej, takich jak integracja ze strukturami UE i NATO, a przy poszukiwaniu potencjalnych sojuszników za granicą mało komu przychodziło do głowy, żeby szczegółowo analizować ich poglądy na aborcję. Niestety, druga dekada XXI wieku przyniosła w tej materii wyraźną zmianę na gorsze. Ideologiczne podziały zaczęły być wprost przenoszone na dyskusje o polityce zagranicznej Polski, a ideologiczne argumenty – odgrywać w tej debacie pierwszorzędną rolę. Prym pod tym względem wiedzie prawa strona, która przez lata chciała uchodzić za pragmatyczną zwolenniczkę realpolitik, w odróżnieniu od lewicowych idealistów. Tymczasem od pewnego momentu zaczęła gremialnie kibicować niebezpiecznym dla polskiego interesu prorosyjskim politykom z zagranicy, takim jak Le Pen we Francji, Hofer w Austrii czy ugrupowanie Alternatywa dla Niemiec, tylko dlatego, że przyjmują bliską jej konserwatywną optykę. Zaczęła też fetować zdarzenia i procesy groźne dla Polski, takie jak Brexit czy dezintegracja UE, tylko dlatego, że przy okazji utarto nosa nielubianemu przez nią europejskiemu i krajowemu establishmentowi. Kulminację tego absurdalnego procesu przyniosło zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w USA.

Chłodna analiza postulatów, z którymi Trump szedł do władzy, odeszła w cień – ważniejsze, że przegrała kandydatka, która popiera aborcję do 9. miesiąca ciąży. Fakt, że nowym POTUS (President Of The United States) został kandydat jawnie prorosyjski oraz podważający bezwarunkowość Paktu Północnoatlantyckiego, będącego fundamentem polskiej architektury bezpieczeństwa, przestał mieć większe znaczenie – istotniejsze, że „liberalne elity” dostały po głowie. Tak, jakby szczęście lub nieszczęście CNN albo „New York Timesa” miało dla Polski większą wagę niż zgodnie działające NATO.

Tymczasem z punktu widzenia interesu naszej wspólnoty politycznej Donald Trump był najgorszym z kandydatów na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Największym obecnym zagrożeniem polskiego bezpieczeństwa jest agresywna polityka Moskwy. Do czego zdolna jest Rosja Putina, mogliśmy się przekonać po aneksji Krymu, zupełnej destabilizacji jednego z bardziej rozwiniętych terytoriów Ukrainy, jakim był Donbas, a przede wszystkim po rzezi ludności cywilnej w syryjskim Aleppo, przeprowadzonej byle tylko utrzymać przy władzy wygodnego Baszara al-Asada.

Najważniejszym strategicznym celem Polski jest obecnie dokończenie włączania terytorium naszego kraju w infrastrukturę zachodniej sieci bezpieczeństwa. Czyli skończenie z sytuacją, gdy nasz kraj jest w NATO członkiem drugiej kategorii. To oczywiście zupełnie nie na rękę Rosji. Podejmowanie działań w tym kierunku spowoduje bez wątpienia napięcia na linii NATO-Rosja. Trudno oczekiwać, że taką linię przyjmie POTUS, który nie tylko wypowiada się o Putinie ciepło, ale nawet wykorzystał rosyjskie ataki hakerów w kampanii wyborczej w USA –  zdarzenie zupełnie bez precedensu. Trudno oczekiwać, że wbrew interesom Putina zacznie działać polityk, który co rusz zapewnia, że się z nim „dogada”, chwali się otrzymanym od niego „pięknym listem” oraz zdradza niezdrową fascynację rosyjskim przywódcą i powtarza, że tamten jest „prawdziwym, silnym liderem”. Który w pierwszych etapach kampanii otoczył się takimi ludźmi, jak związany z Gazpromem Carter Page oraz były doradca Janukowycza Paul Manafort.

Oczywiście możemy być pewni, że Trump potrafiłby się rzeczywiście dogadać z Putinem. Jednak będzie to czysto biznesowa transakcja – „coś za coś”. Trump nie jest szalony, jak twierdzą niektórzy komentatorzy. To cyniczny biznesmen, który może bez mrugnięcia okiem przehandlować marzenia Europy Środkowo-Wschodniej o większej obecności NATO na wschodniej flance, za ustępstwa Rosji w regionach bardziej interesujących USA – np. na Bliskim albo Dalekim Wschodzie.

Polscy zwolennicy Trumpa podkreślają, że administracja Demokratów, której Clinton byłaby kontynuatorką, jest winna „resetu z Rosją” oraz anulowania planów zainstalowania tarczy antyrakietowej m.in. w Polsce. Zapominają jednak, że „reset z Rosją” miał miejsce jeszcze przed inwazją na Ukrainę. Od tamtej pory kurs USA wobec Rosji wyraźnie się zaostrzył, czego przykładem jest chociażby ostatni szczyt NATO i decyzja o rozmieszczeniu w naszym regionie 4 rotacyjnych brygad. Oraz amerykańskie sankcje na Rosję, które Moskwie bardziej odbijają się bokiem, niż sankcje UE. Oczywiście chcielibyśmy zapewne nieco więcej niż rotacyjne brygady, ale możemy być raczej pewni, że od Trumpa nie uzyskalibyśmy nawet tego.

Kolejnym niebezpiecznym wątkiem w narracji Trumpa jest podważanie bezwarunkowej solidarności w ramach NATO. Mowa była nie tylko o możliwym braku pomocy dla sojuszników, którzy nie wypełniają swoich zobowiązań (chodzi głównie o wydatki na armię na poziomie 2 proc. PKB), ale nawet o konieczności „płacenia więcej” za amerykańskie zaangażowanie. Takie biznesowe podejście to zabójstwo każdego sojuszu. Możemy sobie wyobrazić sytuację, w której zaatakowany członek NATO najpierw musi wynegocjować odpowiednią cenę za pomoc USA, zanim otrzyma wsparcie z tej strony. Bezwarunkowość zaangażowania całego sojuszu w konflikt z jednym z członków jest najważniejszym argumentem przeciw inwazji na najsłabszych uczestników. W sytuacji, gdy ta bezwarunkowość jest podważana przez najsilniejszego z sojuszników, straszak przestaje działać.

Oczywiście można bagatelizować powyższe uwagi, twierdząc, że to tylko słowa wypowiadane w kampanii, by zdobyć głosy wyborców. Tyle że pierwsze doniesienia pokazują, iż prorosyjskość Trumpa nie jest wydumana, a jego tezy dotyczące NATO znajdują zrozumienie w najbliższym otoczeniu, które będzie tworzyć jego gabinet. Prawdopodobnym Sekretarzem Obrony lub Doradcą ds. Bezpieczeństwa Narodowego (istotna funkcja, którą w gabinecie Cartera pełnił Brzeziński) jest emerytowany generał Michael Flynn. Jego związki z Rosją są więcej niż dwuznaczne. Jest regularnym analitykiem… stacji telewizyjnej Russia Today, czyli anglojęzycznej tuby propagandowej Kremla. Już po inwazji na Ukrainę pojawił się m.in. na uroczystym obiedzie z okazji 10-lecia RT, gdzie siedział przy jednym stole z samym Putinem. Michael Crowley z „Politico” stwierdził wręcz, że Flynn „darzy Rosję uczuciem”. Sekretarzem Stanu będzie prawdopodobnie Newt Gingrich, który w jednym z wywiadów powtórzył tezy Trumpa podważające bezwarunkową solidarność w ramach NATO, a Estonię nazwał… przedmieściami Petersburga, o które Rosja nie zaryzykuje wojny nuklearnej. Sprowadzanie suwerennego państwa do przedmieść byłej rosyjskiej stolicy, która leży 160 km od granic Estonii, doskonale obrazuje sposób myślenia otoczenia Trumpa o wschodniej flance NATO.

Niektórzy amerykaniści zwracają uwagę, że w polityce zagranicznej Trump zainspirowany jest Richardem Nixonem. Dla państw naszego regionu musi to być dzwonek alarmowy. Nixon stawiał na powrót do koncepcji „koncertu mocarstw”, w której na temat porządku światowego ponad głowami maluczkich będzie negocjować pięć głównych sił globalnych – USA, ZSRR, Chiny, Europa i Japonia. W ramach tej polityki Nixon doprowadził zarówno do odwilży z Chinami, jak i z ZSRR. Oczywiście jesteśmy członkiem UE, a więc jednego z tych mocarstw w koncepcji Nixona, jednak w sytuacji postępującej dezintegracji Unii, której zresztą ochoczo przyklaskują polscy zwolennicy Trumpa, łatwo sobie można wyobrazić, że Europę w tym zestawieniu zastąpi najbliższy europejski sojusznik USA i najsilniejszy gracz na kontynencie, czyli Niemcy. Perspektywa ustalania swoich interesów przez USA, Niemcy i Rosję ponad głowami mniejszych państw naszego regionu musi jeżyć włos na głowie, nie zaś być powodem do fety.

Polscy zwolennicy Trumpa robią sobie nadzieje, że nowy POTUS, zgodnie ze obietnicą, doprowadzi do zniesienia wiz dla Polaków. Wydają się one jednak płonne. Zdecydowanie najważniejszym argumentem dla wyborców Trumpa za tym, by udać się do urn, był sprzeciw wobec imigracji (było to ważne aż dla 64 proc. jego zwolenników). Trudno przypuszczać, że Trump podejmie działania, które będą nie do przyjęcia dla 2/3 głosujących.

Niepoważne wydają się także nadzieje na zmianę gospodarczego paradygmatu rządzącego światem oraz poskromienie globalnych elit biznesowych. Twierdzenie, że Trump był kandydatem antyestablishmentowym, jest zupełnie niepoważne. To właśnie on wygrał w czterech najwyższych grupach dochodowych, nawet wśród osób zarabiających ćwierć miliona dolarów rocznie lub więcej. Tymczasem w najniższych grupach dochodowych dostał od Clinton lanie. Najlepszym dowodem na to, że elity biznesowe nie muszą się Trumpa obawiać, była reakcja giełdy nowojorskiej po wyborach, której indeksy zanotowały grubo ponad jednoprocentowe wzrosty – Dow Jones wzrósł nawet o 1,5 proc. Inaczej mówiąc, po wyborze Trumpa na Wall Street zapanował entuzjazm. Nic dziwnego, skoro zapowiedział on m.in. obniżkę podatku korporacyjnego z 35 proc. na 15 proc., co ma według niego skłonić firmy w USA do zatrudniania ludzi, choć firmy te już teraz mają zakumulowane rekordowe ilości kapitału, a więc nic nie stoi na przeszkodzie, by zwiększały zatrudnienie. Nie robią tego chociażby dlatego, że łatwiejszy zarobek mogą uzyskiwać dzięki inwestycjom na zderegulowanych rynkach finansowych w USA. Tymczasem trudno mieć nadzieję, że były spekulant na rynku nieruchomości zamachnie się akurat na tę świętość.

Jedyne czego możemy oczekiwać, to zwiększenia barier handlowych, czego efektem może być np. odejście od koncepcji TTIP. Jednak umowy handlowe to nie całość otoczenia gospodarczego. Jeśli USA rzeczywiście znacznie obniżą podatki korporacyjne, to tylko przyspieszą „wyścig do dna” państw na całym świecie, które już teraz ścigają się w przyciąganiu kapitału preferencyjnymi stawkami podatkowymi. Pogłębi to tylko negatywne tendencje w globalnej gospodarce. Gdyby USA stały się czymś na kształt gigantycznego raju podatkowego, co w czasach rządów Trumpa jest całkiem możliwe, to o skutecznej walce z optymalizacją podatkową moglibyśmy zapomnieć na lata.

Bez wątpienia niektóre diagnozy Trumpa były celne. Globalny zliberalizowany handel oraz przepływ kapitału doprowadziły do stagnacji płac i pogorszenia się sytuacji mas pracujących Amerykanów. Jednak recepty, które stawia Trump, są najgorszymi z możliwych. Rozwiązaniem problemów zliberalizowanej światowej gospodarki nie jest zahamowanie integracji politycznej krajów Zachodu w połączeniu z jeszcze większymi preferencjami podatkowymi dla amerykańskich korporacji. A wprowadzanie antyimigranckich rozwiązań tylko jeszcze zwiększy napięcia wewnątrz społeczeństw.

W zwycięstwie Trumpa najgorsza jest jednak feta, jaka ma miejsce w Polsce. Tania satysfakcja z rzekomego „dokopania establishmentowi” (a w rzeczywistości tylko części liberalnego establishmentu polityczno-medialnego) przesłania interesy naszego kraju, które w wyniku wyboru Trumpa mogą ucierpieć. Silna wspólnota bez wątpienia przetrwałaby Trumpa, Brexit, Le Pen, Hofera i Alternatywę dla Niemiec razem wzięte. Jednak wspólnota, w której debata o polityce zagranicznej jest zdominowana nie przez argumenty dotyczące dobra państwa, lecz przez ideologiczne spory, bez wątpienia poniesie porażkę. I to nie w efekcie takiego a nie innego wyniku wyborów w USA, lecz z powodu samej siebie.

Świńska sprawa

Podstawowa dziedzina polskiej gospodarki rolnej, tj. hodowla trzody chlewnej i bydła, od około 20 lat podlega ekspansji kapitału zagranicznego o charakterze kolonialnym. Do tej pory nie padło publicznie tak radykalne określenie, jednak poszczególne aspekty tego zjawiska są coraz częściej ujawniane i poddawane krytyce, np. podczas obrad Sejmowej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi czy też w artykułach w prasie specjalistycznej. Ekspansja ta odpowiada podręcznikowej definicji i jest bliska klasycznym wzorcom opisującym rozmaite wersje gospodarki kolonialnej. W przypadku polskiego sektora hodowli występują dwa podstawowe elementy konieczne do zaistnienia gospodarki typu kolonialnego:

1. wielki obcy kapitał

2. polityka państwa nastawiona na:

a) promocję tegoż kapitału i uzyskanie przez niego monopolistycznej pozycji na rynku kosztem rodzimych producentów,

b) maksymalną redukcję rodzimej hodowli,

c) degradację środowiska społecznego, tj. zniszczenie rodzinnej gospodarki wiejskiej.

Oryginalnym rysem polskiego modelu gospodarki kolonialnej w dziedzinie hodowli jest jego połowiczność i niekonsekwencja. Polski ustawodawca nie zdobył się tu na całkowite podporządkowanie ustawodawstwa podatkowego interesom wielkiego zagranicznego kapitału. Obie strony poprzestały na stosowaniu oszukańczej praktyki (fałszywe faktury), a więc na systemowym łamaniu przepisów podatkowych, bądź co bądź formalnie obowiązujących. Zatem można powiedzieć, że funkcjonowanie wielkiego sektora polskiej gospodarki oparte jest na systemowym łamaniu polskiego prawa podatkowego.

Mechanizm tej quasikolonialnej ekspansji obcego kapitału jest następujący: pod koniec XX wieku na terenie Polski nastąpiła inwazja amerykańskiego koncernu Smithfield Foods. Rozpoczęła się od wykupu, po radykalnie zaniżonych cenach, świeżo zmodernizowanych zakładów mięsnych Animex. Następnym etapem była budowa olbrzymich ferm tuczu przemysłowego na terenach popegeerowskich, w zasadzie eksterytorialnych i często nawet nierejestrowanych przez administrację wojewódzką (co wykazała kontrola NIK z 2006 r.). Towarzyszyły temu duże konflikty na tle nieliczenia się koncernu z przepisami ochrony środowiska i zatruwania okolicznych mieszkańców.

Głównym narzędziem ekspansji obcego kapitału w obszarze hodowli i eliminacji przez niego polskiej rodzimej gospodarki hodowlanej nie są jednak gigantyczne fermy tuczu przemysłowego, lecz wprowadzony ok. 2003-2004 roku system tuczu nakładczego (zwanego też tuczem kontraktowym). Polega on na tym, że do zbankrutowanego polskiego rolnika-hodowcy zgłasza się zagraniczna firma, która oferuje kredyt na rozbudowę chlewni. Następnie podpisywana jest umowa przewidująca dostarczanie do owej chlewni zakupionych zagranicą (najczęściej w Danii) warchlaków. Zadaniem polskiego hodowcy jest tucz warchlaków paszą dostarczoną przez zagraniczną firmę. Warchlaki i pasza są własnością tej zagranicznej firmy. Mimo iż pasza jest jej własnością, co zresztą precyzuje umowa, hodowca dokonuje fikcyjnego zakupu na podstawie fałszywej faktury wystawionej przez tę firmę. Jest ona podstawą do ubiegania się o nienależny zwrot VAT.

Zatem polskie państwo w dużym stopniu finansuje obcemu kapitałowi koszty osobowe hodowli w formie dodatkowego dochodu dla najętego polskiego hodowcy. Oprócz tego poszczególni uczestnicy obrad Sejmowej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi w grudniu 2015 r. wystąpili z twierdzeniem, że utuczone świnie, mimo iż są własnością zagranicznej firmy, w ubojniach są wystawiane jako własność polskiego hodowcy. Wynikałoby z tego, że ta operacja, wykorzystująca przepis zwalniający polskich rolników z PIT, służy omijaniu płatności podatku dochodowego przez wielki obcy kapitał.

Polski ustawodawca wyszedł naprzeciw interesom zagranicznych firm mięsno-hodowlanych. W 2004 r. w pośpiechu, tuż przed wstąpieniem do UE, przyjęto ustawę o podatku VAT, w której dla potrzeb zagranicznych firm zakwalifikowano usługi rolnicze, w tym tucz hodowlany, jako działalność rolniczą, wbrew postanowieniom istniejącej już ustawy o PIT. Ustawa o PIT zwolnienie rolników z podatku dochodowego ogranicza do działania wyłącznie na własny użytek, a więc wyklucza działania usługowe ze zwolnień od podatku dochodowego. Zatem od 2004 r. w interesie kapitału zagranicznego mamy potworka prawnego – współistnienie dwóch sprzecznych ze sobą ustaw, a nawet sprzecznych wykładni prawnych dotyczących zasad opodatkowania rolników.

Zatem, oprócz dopłat do produkcji na terenie własnego państwa, wielki kapitał otrzymuje unijne dopłaty rolnicze na terenie Polski, osobne premie preferujące wielkie gospodarstwa, premie eksportowe, i jeszcze nienależny zwrot VAT oraz prawdopodobnie zwolnienie z podatku dochodowego. Straty dla budżetu państwa z tytułu nienależnego zwrotu VAT w tuczu nakładczym trudno oszacować. Muszą być jednak olbrzymie.

W tej sytuacji polska hodowla nie ma żadnych szans konkurować z quasikolonialnym systemem, stworzonym przy współudziale polskiego państwa. Zwłaszcza że pojawiają się informacje o nękaniu i prześladowaniu skrajnie rygorystycznymi i zarazem absurdalnymi kontrolami (ok. 70 w ciągu roku!) wspólnotowych inicjatyw gospodarczych polskich rolników zrzeszających się w grupach producenckich.

Trzeba dodać, że nad całością przepływu stada i nad losem każdej pojedynczej sztuki sprawuje kontrolę Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Informacje o patologiach i przestępstwach podatkowych były za rządów Platformy Obywatelskiej dostarczane przez niektórych rolników miejscowym izbom skarbowym, a nawet wysyłane do Ministerstwa Finansów – bezskutecznie.

System tuczu nakładczego, będący podstawą systemu integracji pionowej (tj. sieć opiera się na własnej hodowli, własnych zakładach mięsnych i własnej dystrybucji) umożliwia obcemu kapitałowi dyktat cenowy i zmowę cenową (drastyczne zaniżanie cen) w punktach skupu, skutecznie eliminujące polską rozproszoną konkurencję. System ten jest prowadzony przez potężną grupę Animex (Animex, Morliny, Krakus, Yano i in.), przejętą w 2014 r. przez Chińczyków od Amerykanów. Grupa Sokołów to kapitał duński i fiński. Firma Poldanor – kapitał duński.

Innym czynnikiem, uderzającym wyjątkowo boleśnie w polską wieś, nie tylko w polską produkcję hodowlaną, lecz w ogół jej mieszkańców, jest zarzucenie przez poprzednie władze starań o sfinalizowanie prac nad ustawą normującą szkodliwe trujące wyziewy (tzw. ustawą odorową), spowodowane różnego rodzaju hodowlami (trzoda chlewna, hodowla drobiu, zwierząt futerkowych). Szczególnie dotkliwa i szkodliwa dla jakości życia na wsi jest przede wszystkim hodowla trzody chlewnej.

Z powodu braku rygorów określających i normujących jakość powietrza na wsi, Polska północna, a częściowo także środkowa, staje się ściekiem hodowlanym dla hodowli duńskiej, masowo przenoszonej na teren naszego kraju. Brak przepisów ochrony środowiska jest jeszcze jedną wydatną formą pomocy i wspierania zagranicznych firm, ponieważ zwalnia uczestników tuczu nakładczego z wydatków na te kwestie oraz z kłopotliwych działań o charakterze organizacyjnym.

Trzeba dodać, że umowa na prowadzenie tuczu nakładczego, zawarta między zagraniczną firmą a polskim hodowcą, obowiązkiem utylizacji ogromnych mas gnojowicy i ochrony środowiska obciąża wyłącznie polskiego hodowcę, który nie ma możliwości sprostania tym obowiązkom. Natomiast służby ochrony środowiska, niewyposażone przez ustawodawcę (celowo?) w skuteczne narzędzia prawne, chociażby w ograniczonym zakresie nie starają się dyscyplinować hodowców prowadzących tucz nakładczy i nie angażują się w ochronę środowiska.

System tuczu nakładczego może stać się ogromnym zagrożeniem dla polskiej własności ziemi z powodu uzależnienia od kredytów na budowę chlewni, zaciągniętych od zagranicznych firm mięsno-hodowlanych.

Zaniedbując rozliczenie i zdemaskowanie działań liberalnych władz, łamiących na olbrzymią skalę prawo finansowe w interesie obcego kapitału (i swoim własnym) w dążeniu do skolonizowania polskiej wsi przy udziale i pomocy tegoż kapitału, PiS rezygnuje ze swojego podstawowego atutu propagandowego. Warto by też postawić pytania: do jakiego modelu gospodarki rolnej dąży w rzeczywistości PiS, skoro tak bardzo nie spieszy mu się do położenia kresu neokolonialnemu procederowi w sektorze hodowli? I jak się ma ta inercja PiS do deklarowanej wierności konstytucyjnemu zapisowi o prymacie gospodarki rodzinnej w polskim rolnictwie?

Pańska Polska (w ciągłej budowie)

Droga Chaławy-Piotrowo, okolice wielkopolskiej Brodnicy, gdzie za neogotyckim kościołem mieści się pusty grób Józefa Wybickiego, wrzesień 2016 r. Droga – to brzmi dumnie. I już mocno na wyrost. Asfalt jest zryty i solidnie podniszczony na długich odcinkach. Tak wygląda mnóstwo lokalnych wąskich dróg w tej okolicy. Korzystają z nich nie tylko mieszkańcy coraz bardziej wyludnionych miejscowości, ale w znacznej mierze intensywnie użytkuje je także lokalny latyfundysta, właściciel sporej części dawnego PGR Manieczki. A zatem po tym dogorywającym asfalcie, położonym pewnie jeszcze w latach 60. XX wieku, przemieszczają się potężne ciągniki, siewniki, pługi zagonowe jednobelkowe, przyczepy ciężarowe, agregaty uprawowo-siewne, agregaty ścierniskowe podorywkowe, transportery do zbioru kapusty, brony talerzowe, rozrzutniki obornika, szuflo-krokodyle, zęby robocze, wały posiewne uprawowe, ładowacze czołowe i wiele, wiele innego sprzętu, o którym nie musimy nic wiedzieć, gdy w większym lub mniejszym mieście na straganie albo między sklepowymi półkami przebieramy między pieczywem, nabiałem, owocami, wędlinami, warzywami i dietami oferującymi lepsze życie, dobry metabolizm i prawidłowe wypróżnienie. Albo po prostu gwarantując sobie dalsze trwanie w ramach codziennej egzystencji.

Jest początek września, nigdzie się nie spieszę, obserwuję znój i odpoczynek wsi w czas babiego lata. W gieesie, który dawno przestał być gieesem, bo został sprywatyzowany i daje solidny dochód żyjącym z kilku takich sklepów właścicielom, ściskamy sobie ręce z lokalnym bywalcem, który patrzy na świat przez wielkie okulary z grubymi szkłami korekcyjnymi i chucha pogodnym piwnym śniadaniowym chuchem. Nigdzie się nie spieszy, zna wszystkie lokalne sprawki, żyje w symbiozie ze sprzedawczyniami i sklepowym zeszytem, a uśmiech ma tak życzliwy, że nawet czarne pieńki zębów w rozdziawionych ustach przekonują, iż żyjemy na najlepszym ze światów. I ma to potwierdzenie nawet w tym sklepiku. Niegdyś wszystkie towary oddzielały tam od klienta godne PRL-owskie lady: ta zwykła i ta chłodnicza. A za chlebem, gorącym, niekrojonym, sycącym i smacznym stać trzeba było w długiej kolejce – aż przywiozą, aż wydadzą, kto ile zamówił. Dziś w sklepie jest samoobsługa, chipsy o wielu nie-smakach i kapitalizm.

Wrzesień, polski wrzesień. Nie spadają bomby, nie nurkują Sztukasy – lichwiarze oferują pieniądze na publiczną, ponoć darmową szkołę. W całej okolicy jest dużo reklam chwilówek, jakieś lokalne firmy, do tego chyba Provident, jakaś szmata reklamowa Bociana na ceglanym pruskim murze zabudowań dawnego dworca kolejowego. Ludzie kupują za lichwę przyszłość swoich dzieci: dzieci chcą mieć nie tylko książki, chcą mieć buty i gadżety, są przystosowane do życia w realnym liberalizmie i jego konsumpcji, wiedzą, że prestiż buduje się na posiadaniu, że być to mieć, a kto sądzi inaczej, temu się stawia brzydkie pomniki, zaklina się go rondami, by nie wygrażał z zaświatów, i sprawa załatwiona. Zatem lichwa zabiera rodzicom ich marny zarobek, ich czas na sen i odpoczynek, ich ludzkie życie. By nawiązać do Szekspira: co odkroić od kości? Skąd wziąć funt ciała? Skąd dokąd do krwi ciąć żywe mięso? Ile kilogramów człowieka? Ile procent duszy? Jest piękne babie lato, lichwiarze oznaczyli okolicę, ludzie szukają pieniędzy – a przecież wiele rodzin i tak dostaje kasę od swoich bliskich, którzy wyjechali za granicę. A jednak nie wystarcza, bo zarabia się mało, bo dzieci chcą więcej, bo stare auto żre, a autobusy i pociąg prawie nie jeżdżą.

Na tej drodze wszystko widać. Rowerzyści w kufajkach, z pracy i do pracy. Kobiety z siatkami na rdzewiejących damkach. Dużo sprowadzonego z Niemiec szrotu. A raz po raz, najrzadziej, duże drogie samochody na bocznych, poniszczonych do cna publicznych drogach polskiej rzeczywistości. Wszystko, wszystko na wsi dobrze widać. Jak w miniaturze widać, jak rośnie pańska Polska, jaką nicością jest prowincjonalne państwo, jaki dystans dzieli tych, co odrywają karteczki od chwilówkowych ulotek od tych, co mieszkają w pobudowanych niedawno w okolicy naprawdę wielkich domach; widać, jaki dystans dzieli tych, co choćby u diabła kupią złotówkę, by oddać dwa złote, od menedżerów i prezesów, co bawią się czasem w dworkach odrestaurowanych jako hotele.

A że rodzime archetypy są oparte na magnacko-szlacheckiej mitologii, to pańska Polska w ciągłej budowie, z jej rozwarstwieniem, przyzwoleniem na cywilizacyjną atrofię rejonów, w których żyją ludzie eksploatowani przez bogatszych, właściwie nie dziwi. Przepoczwarzenie polskości, jakie się wydarza wskutek zderzenia realnego kapitalizmu ostatnich dekad z narodową obyczajowością, dość chyba jednak naskórkowo zmienioną przez realny socjalizm, nie pozostawia złudzeń: budujemy kraj oparty na silnej hierarchizacji powstałej w wyniku rozwarstwienia. O ile 500+ stanowi pewnego rodzaju korektę, czy może nawet wentyl bezpieczeństwa dla systemu pańskiej Polski, to daleko stąd jeszcze do zmiany samoświadomości społeczeństwa i jego wizji porządku społeczno-gospodarczego. Publicystycznym skrótem: dopóki Polki i Polacy nie odkryją na nowo pożytków płynących z egalitaryzmu i etatyzmu, dopóki będą się samozatruwać ksenofobią, to nie wydarzy się żadna dobra zmiana jako głęboki proces społeczny i państwowy. Chore jest także to, że znaczna część elit współczesnej Polski uwielbia własny dobrobyt, ale nienawidzi państwa, choć nie śmierdzą im pieniądze podatnika. Ba, im bardziej chwalą liberalizm, tym łatwiej w sytuacji politycznej koniunktury znajdują ścieżki do państwowych wodopojów.

Wiem, to, co powyżej, to znów dość ogólna konstrukcja. Tylko że to wszystko ma przełożenie na życie milionów konkretnych ludzi, na tak banalne życiorysy, że prawie nigdy ich nie widać. Przypominam sobie jak dwa, trzy lata temu, w rodzinnej wsi razem z sąsiadką wsiedliśmy do jednego z niewielu autobusów, który stamtąd wyjeżdżał. Sąsiadka jest po sześćdziesiątce, musiała coś załatwić w miejskim urzędzie oddalonym o kilkanaście kilometrów. Było około ósmej rano. Na miejscu byliśmy może pół godziny później. Autobus powrotny był po piętnastej. Spacerowałem po miasteczku, wpadłem do znajomych, do księgarni, wypiłem kawę, spacerowałem nad rzeką, poszedłem do lokalnej biblioteki z dostępem do internetu. Gdy wróciłem na dworzec autobusowy, sąsiadka już tam siedziała. Ponad sześćdziesięcioletnia kobieta spędziła na tym dworcu około pięciu godzin, czekając na powrotną komunikację. Na szczęście latem, na szczęście w bezpiecznej okolicy, na szczęście o własnych siłach. Dodam jeszcze, choć to niewiarygodne: tych parę lat temu komunikacja publiczna była tam nieco mniej zwinięta niż obecnie…

Oto miara cywilizacji, miara realiów w państwie, w którym elity a to bronią wartości, a to demokracji – ale w swoim egoizmie warstwy uprzywilejowanej już dawno odwróciły się najmniej przyzwoitym otworem ciała do sporej części Polski. I co najwyżej potrafią się między sobą licytować, kto bardziej winien, kto zorganizował te urocze zawody w zwijaniu ładu instytucjonalnego i infrastruktury publicznej w ich różnych wymiarach. Ale przecież łatwo sprawdzić, choćby w Wikipedii, kto rządził pańską Polską w poszczególnych latach; łatwo sprawdzić, kto kiedy w jakiej był partii, na jakie hasła się powoływał i jakie to skutki miało w praktyce; łatwo też sprawdzić, jak opisywali rodzimą rzeczywistość i jakie podsuwali recepty wpływowi redaktorzy, publicyści, osoby opiniotwórcze, przeróżne autorytety, specjaliści od katolickich wartości i od europejskich standardów demokratycznych.

Konsekwentnie pokazuję tylko pewien wycinek rodzimej rzeczywistości. A przecież należałoby to uzupełnić o wielkomiejską tragedię ludzką, związaną choćby z reprywatyzacją. Wszystkie te namiętności, podłość, obojętność, strach, zaszczucie, stresy wpędzające w chorobę, samobójstwa eksmitowanych, splendor władzy i pieniądza dla tych, którym wolno było w majestacie prawa krzywdzić słabych. Tym wszystkim czuć pańską Polskę – od zadaszeń, przez salony, po jej suteryny. Wiele można by również opowiadać o większych i mniejszych miasteczkach, w których także każdy dobrze już zna swoje miejsce w szeregu i wie, ile ma rąk do uściśnięcia, a ile dup do wycałowania, żeby dostać/utrzymać pracę. Nie spodziewam się fali powrotów do Polski, choć prezydent Duda – jak rozumiem, była to raczej głęboko zakamuflowana smutna ironia – mówił coś w Anglii o szansach, jakie dają młodym start upy. I nie chodzi wcale o PiS. Po prostu mało kto wróci do państwa, które co do zasady czyni z uboższych nawóz pod dobrobyt dość nielicznych. Niezależnie od tego, kto będzie rządził pańską Polską, żadnych realnie znaczących powrotów nie będzie: dopóki nie zacznie się odbudowa cywilizacji na szeroką skalę, dopóty emigracja będzie dramatyczną koniecznością – także dla tych, którzy w krajach, gdzie uciekają od realnej polskości wcielonej w III Rzeczpospolitą, najbardziej nienawidzą innych migrantów ekonomicznych.

Egalitaryzm i etatyzm – albo dalsze zdziczenie, które nie przestanie śmierdzieć bezwzględnością nielicznych i krzywdą znacznie liczniejszych, nawet pokropione kropidłem, nawet polukrowane wielkomiejską paplaniną o liberalnej demokracji. Egalitaryzm i dobrze pojęty etatyzm – albo przeklęta pańska Polska, jej wieczne sobkostwo, sobie-pańskość, „wzbogacone gburostwo” i wsobność.

dr hab. Andrzej Zybertowicz

dr hab. Andrzej Zybertowicz

Bez „Nowego Obywatela” trudno będzie postawić Polskę na nogi. Masz dosyć stania na głowie? Postaw na „Nowego Obywatela” – prenumerata dla Ojczyzny!

Marian Zagórny

Marian Zagórny

Bardzo pozytywnie oceniam „Nowego Obywatela”. To jedno z niewielu pism, które rzetelnie przedstawiają sytuację w Polsce.

Rafał Woś

Rafał Woś

Dla mnie „Nowy Obywatel” ma same plusy. Umieją pisać, są krytyczni wobec tego, co wokoło i jeszcze ładnie to wszystko wydają. Taki projekt warto czytać.

dr Krzysztof Więckiewicz

dr Krzysztof Więckiewicz

„Nowy Obywatel” to unikalna na polskim rynku wydawniczym inicjatywa, której jednym z głównych celów jest krytyczna refleksja nad społecznym wymiarem rozmaitych systemów ekonomicznych oraz form gospodarowania. To także jedyne forum, na którym w tak szerokim zakresie dyskutowane są historyczne, kulturowe oraz etyczne fundamenty, na których oprzeć można budowę polskiego modelu przedsiębiorczości społecznej.

Misza Tomaszewski

Misza Tomaszewski

„Nowy Obywatel” nie idzie na łatwiznę. Jego środowisko samookreślało się jako lewica społeczna na długo zanim stało się to modne. Kolejne numery kwartalnika utrzymywane są (i dobrze!) z dala od kuszącej, lecz nazbyt chyba lekkiej poetyki manifestu. Teksty, wywiady i reportaże dotyczą bardzo konkretnych problemów i w jednoznaczny sposób przyjmują perspektywę tych, których społeczna nauka Kościoła nazywa „ubogimi”. Gdy w zasadzie milczy o nich polski Kościół, głos środowisk takich jak „Nowy Obywatel” staje się głosem sumienia – niezależnie od tego, czy miałoby ono być chrześcijańskie, czy też nie.

dr hab. Paweł Soroka

dr hab. Paweł Soroka

Gorąco zachęcam do prenumeraty pisma „Nowy Obywatel”. Na jego łamach publikują autorzy wyróżniający się niezależnością sądów i krytycznym spojrzeniem na rzeczywistość. Pismo przedstawia alternatywne koncepcje ekonomiczne i rozwiązania społeczno-polityczne, będące odpowiedzią na kryzys zapoczątkowany w 2008 roku w Stanach Zjednoczonych i do dnia dzisiejszego nierozwiązany. Promuje idee sprawiedliwości i wrażliwości społecznej oraz innowacyjne myślenie. Godne podkreślenia jest to, iż autorami wielu tekstów są przedstawiciele młodej generacji. „Nowego Obywatela” warto zaprenumerować i polecić znajomym!