Raport z pola walki

Raport z pola walki

Z Maciejem Krzymienieckim rozmawia Mateusz Jurewicz

Jak obecnie wygląda sytuacja w Labour Party i związkach zawodowych w Wielkiej Brytanii? W jaki sposób wpłynęła na nią pandemia COVID? Jakie wyzwania stoją teraz przed brytyjską lewicą? Czego jej brakuje i jakie mogę być rokowania na przyszłość? O tym wszystkim rozmawiamy z działaczem lewicowym i związkowym z Wielkiej Brytanii.

W jaki sposób zaczynałeś swoją przygodę z lewicą w Wielkiej Brytanii?

Maciej Krzymieniecki: Gdy miałem 16 lat, wstąpiłem, nieco przypadkiem, do Socjalistycznej Partii Anglii i Walii. Dużo w niej było dobrych aktywistów. Ale z drugiej strony błędne zrozumienie sytuacji pogrążyło partię w kryzysie oraz, w zeszłym roku, zaowocowało rozłamem. Jedną z ich głównych perspektyw było to, że Partia Pracy i Partia Konserwatywna są partiami burżuazyjnymi, co okazało się powierzchownym zrozumieniem bardziej skomplikowanej sytuacji.

Latem 2015 roku Jeremy Corbyn rozpoczął rewolucję w Partii Pracy. Okazało się, że miliony osób czekało na radykalną, lewicową odpowiedź na politykę establishmentu. Setki tysięcy osób dołączyło do partii, w tym ja. Było to coś, czego nikt się nie spodziewał.

Na pierwszym roku na Uniwersytecie Swansea właśnie we wrześniu 2015 roku natknąłem się na grupę aktywistów skupionych wokół Socialist Appeal, czyli nurtu marksistowskiego, który działa zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz Partii Pracy. Od długiego czasu przekonywali oni, że ze względu na tradycje brytyjskiego ruchu robotniczego, gniew społeczny najprawdopodobniej określi się na początku przez stuletnią Partię Pracy i jeszcze starsze związki zawodowe. Socialist Appeal jest częścią Międzynarodowej Tendencji Marksistowskiej (IMT), która działa na wszystkich kontynentach i od niedawna ma sekcję w Polsce w postaci Czerwonego Frontu.

W latach studenckich byłem członkiem BFAWU, związku zawodowego dla pracowników sektora żywnościowego i gastronomii. Obecnie jestem członkiem związku zawodowego PCS, który organizuje pracowników sektora publicznego.

W Polsce pracownicy sektora żywieniowego są w zasadzie pozbawieni reprezentacji związkowej. Na każdej kolejnej kuchni coraz mocniej przekonuję się o złym wpływie tego zjawiska. Jak u Was wyglądało formowanie się takich zrzeszeń i co możesz podpowiedzieć polskim pracownikom tego sektora?

W Wielkiej Brytanii to jest coś, co dojrzewało przez lata. Sektor ten był ofiarą najgorszych ataków na prawa pracownicze. Wszystko zaczęło się od ruchu inspirowanego przez falę strajków w McDonald’sie w USA, gdzie tamtejsi pracownicy wywalczyli min. płacę minimalną w wysokości 15 dolarów na godzinę w niektórych stanach.

Na Wyspach Brytyjskich zaczęło się od pojedynczych przypadków. W strajku brało udział nie więcej niż 10 restauracji, a zorganizowały się one wokół BFAWU. Chęć strajku bez wątpienia istniała w wielu innych miejscach, ale trudno przezwyciężyć pracownikom bez doświadczenia związkowego groźby ze strony menedżerów. Mimo tego, McDonald’s poddał się strajkowi i podwyższył płacę minimalną. Do przełomowych strajków doszło również w restauracjach Wetherspoons i TGI Fridays.

W Polsce podobne sytuacje są nieuniknione. Kryzys związany z koronawirusem całkowicie zmienia świadomość milionów pracowników. Zadaniem lewicowych pracowników jest cierpliwa budowa fundamentów i związków zawodowych, oraz wyciągnięcie wniosków z walk, jakie miały miejsce w USA i Wielkiej Brytanii.

Czym obecnie zajmujesz się w związkach zawodowych i jakie masz plany w tym zakresie?

Od ponad roku jestem członkiem związku zawodowego dla pracowników sektora publicznego, PCS. Związek jest kontrolowany przez lewicę skupioną wokół frakcji PCS Left Unity. Moja komórka jest jedną z największych komórek związkowych w kraju. DVLA, czyli urząd państwowy zajmujący się rejestracją kierowców i pojazdów, ma trzy oddziały w Swansea, w których mamy ponad 3000 członków, więc potencjał jest ogromny.

Od lutego będę oficjalnie reprezentował członków w sporach z managementem. Będę się również zajmował budową organizacji dla młodych związkowców zarówno w mojej komórce, jak i w reszcie sektora transportowego.

Jak wyglądają teraz działania związków zawodowych i jak wpłynął na nie koronawirus?

W Wielkiej Brytanii z powodu koronawirusa zmarło już ponad 100 tysięcy osób. Mamy jedną z najgorszych sytuacji na świecie. Miliony obecnie walczą z bezrobociem albo z pogorszonymi warunkami pracy. W moim miejscu pracy doszło do wybuchu pandemii – od grudnia mamy około 400 przypadków Covid-19. Ludzie się boją.

Na razie pomimo tego defensywnego nastroju dzieje się dużo. Niedawno zakończył się pięciodniowy strajk pracowników British Gas, największy od lat 70. Związek zawodowy nauczycieli NEU zorganizował największe spotkanie związkowe w historii kraju z frekwencją niemal 100 tysięcy osób przeciwko niebezpiecznym warunkom pracy podczas pandemii, zmuszając rząd do zamknięcia szkół.

Zwycięstwem zakończył się strajk pracowników fabryki Rolls Royce. Studenci w dziesiątkach uniwersytetów planują największy strajk czynszowy w historii. W wyborach w jednym z największych związków Unison, zdominowanym przez prawicę, kandydat lewicy Paul Holmes dostał bardzo wysokie poparcie. Mój związek, PCS, planuje ogólnokrajowy strajk przeciwko zamrożonym płacom. A to dopiero początek.

Szykują się wybory władz w związkach zawodowych. Jak lewe skrzydło Partii Pracy i Socialist Appeal zapatrują się na to?

Właśnie skończyły się wybory w Unison, gdzie z czterech kandydatów, trzech było z lewicy, a jeden z prawicy. Frekwencja była niska, ponieważ członkowie Unison, rządzonego przez prawicową biurokrację, nie mają (jeszcze) poczucia tego, że można wiele zmienić.

Pomimo tego, socjalista, członek Labour i sympatyk Socialist Appeal Paul Holmes zyskał poparcie oficjalnej lewicy Unison i stanął na stanowisku radykalnego programu socjalistycznego i demokracji w związku, który wzbudził duże poparcie. Jednym z postulatów było pobieranie przez szefa związku przeciętnej płacy pracowniczej i zwrot pozostałej części sporej pensji do kasy związku. Niestety, Roger McKenzie, bardziej umiarkowany lewicowiec powiązany z biurokracją Labour, i Hugo Pierre, członek Socialist Party, stanęli do wyborów i w efekcie zapobiegli zwycięstwu Holmesa. Otrzymał on prawie 33% głosów i przegrał z Christiną McAnea (ok. 48%) – nie stałoby się tak, gdyby nie udział w wyborach McKenziego (ok. 11%) i Pierre’a (ok. 8%).

Pomimo porażki, wysoki wynik lewicy pokazuje potencjał w tym związku i jest punktem zwrotnym dla lewicy w jego łonie, która jest teraz o wiele bardziej pewna swojej pozycji.

Na czym polega Wasza propozycja zwołania konferencji ogólnokrajowej Labour Party i co chcecie tak osiągnąć?

Keir Starmer doszedł do władzy w Labour obiecując kontynuację lewicowości Corbyna i jedność partii. Nie dotrzymał obietnicy ani jednego, ani drugiego. Od początku mówiliśmy, że jest to kandydat prawicy finansowany przez korporacje, a w ostatnich miesiącach przekonały się o tym tysiące członków.

Używając fałszywego pretekstu antysemityzmu dziesiątki przewodniczących lokalnych komórek Partii Pracy i setki aktywistów zostało zawieszonych w prawach członkowskich. Zawieszony został sam Corbyn, ale po fali buntu w komórkach partyjnych zawieszenie zostało odwołane. Pokazuje to, że partyjna lewica nie jest skazana na porażkę.

Bez wchodzenia w szczegóły: w odpowiedzi na te zawieszenia, oficjalna lewica partii, skupiona wokół lewicowych posłów, działała wolno i słabo. Nastrój więc jest mieszanką gniewu i demoralizacji.

Corbyn próbował odnieść się do tego, powołując nowy projekt, Peace and Justice. Na pierwsze spotkanie przyszło 10 tysięcy osób, czyli potencjał jest. Ale konkretnie mówiąc, jest to bardzo wątła inicjatywa. W programie nie ma ani słowa o socjalizmie, a organizacja nie ma żadnych efektywnych struktur, co oznacza że jakikolwiek entuzjazm wokół tego najprawdopodobniej szybko się rozpłynie. Wygląda to jak owoc demoralizacji całego ruchu Corbyna od 2015 roku, i nie będzie on niestety grał żadnej poważnej roli w ruchu.

Z racji braku dobrego przewodnictwa na lewicy, jako Socialist Appeal tam, gdzie możemy, jesteśmy w procesie proponowania zwołania konferencji, która może przełamać ten zator pomiędzy prawicą a lewicą. Pomimo tego że nadal jesteśmy mniejsi niż byśmy chcieli, tam, gdzie już zgłosiliśmy wnioski o nową konferencję, np. w Bristolu albo Liverpoolu, napotkaliśmy się na duży entuzjazm ze strony członków.

Nastrój zwykłych członków i sympatyków jest przeciwny temu, co się dzieje. Konferencja, tak jak krajowe konferencje w zeszłych latach, byłaby krokiem naprzód dla lewicy, gdyż daje ona głos zwykłym członkom partii.

Jaki potencjał ma lewica w Labour i w związkach zawodowych? Patrzysz na przyszłość pesymistycznie czy raczej optymistycznie i z lewicową nadzieją?

Koronawirus doprowadził do największego kryzysu gospodarczego w Wielkiej Brytanii od 300 lat. Klasa robotnicza będzie doświadczać niespotykanej skali ataków ze strony klasy panującej. Masowe ruchy, które ostatnio widzieliśmy, są początkiem tego, co zobaczymy w obecnej dekadzie. Nie będzie to wszystko iść w jednym kierunku, będą okresy zarówno zastoju, jak i masowej akcji. Nie ma powodu, aby nie mieć rewolucyjnego optymizmu.

Walka klas zintensyfikuje się bez względu na nas. Wszystko prowadzi w tym kierunku. Ale największym problemem ostatnich lat jest problem przewodnictwa, które jest słabe, bo nie widzi alternatywy poza zreformowanym kapitalizmem, co jest utopią. Kapitalizm naszej ery to kapitalizm kryzysu i męki.

Ten problem należy rozwiązać. Naszym zadaniem jest budowa organizacji gotowej do doprowadzenia walki do samego końca zarówno w Partii Pracy, jaki i w związkach zawodowych, i wszystkich ruchach społecznych, kończąc obaleniem kapitalizmu raz na zawsze. Właśnie o to walczy Socialist Appeal i cała Międzynarodowa Tendencja Marksistowska.

Dziękuję za rozmowę.

Orlen – wielki sponsor wszystkiego?

Orlen – wielki sponsor wszystkiego?

Drużyna piłkarzy ręcznych, Orlen Wisła Płock, gra w PGNiG Superlidze, a Anwil Włocławek zmaga się w koszykarskiej Energa Basket Lidze. Co łączy ze sobą te wszystkie nazwy? Według ambitnych planów wszystkie wymienione firmy będą stanowić jedną grupę kapitałową, a to tylko ułamek skali działania Mega Orlenu. Multienergetyczny koncern będzie odpowiadał za większość perspektywicznych dyscyplin sportowych.

Monopol na sporty drużynowe

Koszykówka, siatkówka, piłka ręczna i piłka nożna. To najpopularniejsze dyscypliny drużynowe w Polsce. Obecnie każda z nich jest sponsorowana przez inną firmę. PGNiG od lat wspiera szczypiornistów. Na koszulkach kadry koszykarzy widnieje logo Energi. Głównym sponsorem reprezentacji w piłce nożnej jest Lotos, a Orlen towarzyszy siatkarzom. Te cztery firmy mają zostać połączone w jeden multienergetyczny koncern. Do grupy Orlen od dawna należy również spółka Anwil Włocławek. Mega Orlen odpowiadałby więc za wszystkie cztery reprezentacje, a także za niektóre kluby i rozgrywki klubowe. W rozgrywkach, w których sponsorem tytularnym jest jedna firma z tego grona, biorą udział zespoły sponsorowane przez inną firmę z tej grupy. Taka sytuacja ma miejsce w lidze piłki ręcznej i koszykówki.

Sponsorowanie lig, klubów i reprezentacji tak popularnych dyscyplin przez jedną firmę stwarza zagrożenie dla przyszłości tych dyscyplin. Jedna decyzja podjęta w wąskim gronie może całkowicie zmienić politykę sponsorską firmy. Występowanie kilku dużych podmiotów, chętnych do wspierania sportowców gwarantowało stabilność. Gdy jedna firma rezygnowała ze wsparcia, dostępne były alternatywy. W przypadku problemów finansowych Mega Orlenu rozwój wielu dyscyplin może być zagrożony. Taką sytuację obserwujemy obecnie w kolarstwie. Z powodu pandemii firma CCC, wieloletni sponsor profesjonalnego zespołu kolarskiego z Polkowic, wycofała się ze wsparcia drużyny. Decyzja zapadła już w kwietniu ubiegłego roku, ogłosił ją Dariusz Miłek, przewodniczący Rady Nadzorczej CCC. Włodarze zespołu natychmiast ogłosili redukcję kontraktów personelu pomocniczego i zmniejszyli pensje zawodnikom. Nie udało się znaleźć innego sponsora. Ostatecznie jedyna polska grupa zawodowa w historii kolarskiego World Tour przestaje istnieć. CCC Team sprzedało licencję uprawniającą do startów w kolarskiej elicie. To smutny przykład na to, jak niebezpieczne jest uzależnianie sportu od kondycji finansowej jednej firmy.

Orlen sponsoruje również lekkoatletykę, sporty motorowe i kolarstwo. Firma była także sponsorem Polskiego Związku Kolarskiego, jednak wycofała finansowanie ze względu na utratę zaufania do władz Związku. Wciąż jednak wspiera tę dyscyplinę, angażując się w liczne zawody. To nie koniec. Lotos wspiera tenis i sporty narciarskie, a Energa żeglarstwo. Gdyby Mega Orlen miał powstać dziś, wspierałby Polski Związek Piłki Nożnej, Polski Związek Piłki Siatkowej, Polski Związek Koszykówki, Związek Piłki Ręcznej w Polsce, Polski Związek Lekkiej Atletyki, Polski Związek Narciarski i Polski Związek Tenisowy. Do tego dodać należy programy wsparcia indywidualnego. Tak gigantyczna firma będzie mieć na swoich barkach los wielu sportowców, ale także działaczy sportowych, sędziów, trenerów, personelu pomocniczego – oraz kibiców.

Koniec sportowego średniowiecza?

Losy polskich sportowców to często katorga. Koszmarne warunki treningowe, finansowanie występu z własnych pieniędzy i bezpodstawne oczekiwanie sukcesu to norma w wielu dyscyplinach. W 2009 r. Anita Włodarczyk zdobyła złoty medal mistrzostw świata w rzucie młotem. Do zawodów przygotowywała się, trenując pod mostem. Pięć lat później Zbigniew Bródka zdobył złoty medal olimpijski. Trenował za granicą lub na prowizorycznych obiektach. W wielu dyscyplinach sytuacja znacząco się poprawiła. Powstały kompleksowe obiekty służące tenisistom czy biathlonistom, jednak w niektórych dyscyplinach warunki wciąż są amatorskie pomimo imponujących osiągnięć.

„Jak do tej pory nie otrzymałam żadnej nagrody za pierwszy złoty medal Mistrzostw Świata… za ten »historyczny« wynik nie dostałam nawet grosza, kwalifikacje olimpijskie jak na razie opłacam sama, bilety do Paryża, gdzie osiągnęłam kolejny sukces były zakupione tydzień przed wyjazdem z powodu braku środków na koncie… Przykro mi, że tak właśnie wygląda moja walka o Igrzyska Olimpijskie” – pisała w ubiegłym roku Dorota Banaszczyk. Na szczęście mistrzyni znalazła sponsora… Grupę Energa.

Koncentracja tak wielu dyscyplin pod jednym szyldem to zagrożenie w przypadku zmiany polityki sponsoringowej firmy. Wielu sportowców może nagle pozostać bez wsparcia. Jednocześnie stwarza to szansę na kompleksowe podejście do rozwoju sportu w naszym kraju. Dotychczas mieliśmy od czynienia z polityką zagospodarowania sukcesu. Gdy polscy sportowcy dokonują spektakularnych osiągnięć, o których piszą media, warto podpiąć się pod sukces i umieścić obok swoje logo. Jednak w okresie przygotowawczym, obarczonym licznymi wyrzeczeniami, wielu sportowców nie może liczyć na wsparcie.

Koncern wspierający kilkanaście dyscyplin będzie w stanie dostrzec instytucjonalne problemy polskiego sportu i rozwiązywać je w sposób kompleksowy. Na przykład dbając o równomierny rozwój wszystkich klas rozgrywkowych, sekcji męskich i żeńskich oraz wpierając powstanie rozproszonych, wielofunkcyjnych obiektów sportowych, tak aby młodzież w każdym zakątku Polski mogła korzystać z profesjonalnej infrastruktury. Obecne rozproszenie, wynikające z wydzielania każdej dyscypliny do osobnego związku, nie służy temu. Przykładowo w Niemczech funkcjonuje jeden związek dla wszystkich sportów zimowych. W Polsce mamy ich kilka.

Narodowa odpowiedzialność biznesu

Orlen już jest olbrzymią firmą, największą w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Zajmuje pierwsze miejsce w rankingu TOP 500 CEE 2020, a przecież jeszcze urośnie! PGNiG zajmuje w tym rankingu 6. miejsce, Lotos plasuje się na 9. pozycji, a Energa na 48. Tak gigantyczny koncern ma obowiązek brać na siebie odpowiedzialność w rozwiązywaniu niektórych problemów społecznych.

Orlen zadeklarował osiągnięcie neutralności klimatycznej do 2050 r., przystąpił także do Europejskiego Sojuszu na rzecz Czystego Wodoru. Ekologia i ochrona środowiska naturalnego to jedna z dziedzin, w której tak duża firma musi podejmować stosowne działania. Kolejną jest kultura, również fizyczna. Mega Orlen będzie odpowiadał za znaczną część budżetu Polskiej Fundacji Narodowej, na którą składa się 14 spółek skarbu państwa, w tym Orlen, Lotos, PGNiG oraz Energa. To PFN współtworzy program wsparcia dla młodych sportowców pod nazwą „Team 100”. Na liście beneficjentów programu znajdziemy 250 zawodników, w tym będącą niedawno na ustach wszystkich Igę Świątek.

Na barkach Mega Orlenu spoczywać więc będzie olbrzymia odpowiedzialność za energetykę, ekologię, sport, kulturę czy wzrost innowacyjności polskiej gospodarki. Wchodząca w skład koncernu Energa, należała do grona firm współtworzących Electromobility Poland, firmę odpowiedzialną za polski samochód elektryczny, która niedawno ogłosiła powstanie fabryki w Jaworznie.

Biorąc pod uwagę tylko sponsoring sportowców, wyraźnie widać, jak olbrzymią skalę działania uzyska powstające imperium z orłem w logotypie. Jeśli dodać do tego inne dziedziny i aktywa, uzyskamy firmę aspirującą do roli hegemona nie tylko w Polsce, ale w całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

Mateusz Perowicz

Peter Maurin: Państwo pluralistyczne (1949)

Peter Maurin: Państwo pluralistyczne (1949)

Sekularyzm jest przekleństwem

„Największym problemem społeczeństwa współczesnego jest oddzielenie tego, co duchowe, od tego, co materialne”, pisze Glenn Frank [1]. Separację duchowego i materialnego wymiaru życia nazywamy sekularyzmem. „Sekularyzm jest plagą współczesności”, poucza ojciec święty Pius XI. Edukacja bez religii to nie edukacja, a informacja. Polityka bez religii to nie polityka, a partyjniactwo. Gospodarka bez religii to nie gospodarka, a komercjalizm. Religia pomoże na wiele, na co dzień i na niedzielę.

Utylitaryzm

Gdy filozofowie angielscy „wyzwolili” się już zupełnie z więzów filozofii średniowiecznej, stworzyli coś, co nazywa się dziś utylitaryzmem. Utylitarystyczni myśliciele: Lock, Hobbes i Hume, wychowali uczniów – (f)utylitarystycznych [2] ekonomistów szkoły manchesterskiej. Od czasu powstania szkoły manchesterskiej, szkoły leseferyzmu, religia straciła związek z ekonomią polityczną – ponieważ ekonomia polityczna straciła związek z etyką społeczną.

Ekonomia futylitarystyczna

Futylitarystyczni ekonomiści szkoły manchesterskiej twierdzili, że realizacja materialnych interesów jednostek w czarodziejski sposób doprowadzi do realizacji powszechnego interesu ludzkości. Futylitarystyczni ekonomiści szkoły manchesterskiej definiowali dobrobyt jako stan społeczny, w którym wszyscy obywatele dorabiają na boku. Futylitarystyczni ekonomiści szkoły manchesterskiej wierzyli w prawo popytu i podaży i nie potrafili wyobrazić sobie sytuacji, w której byłoby za dużo podaży i za mało popytu.

Państwa futylitarystyczne

Futylitarystyczni ekonomiści szkoły manchesterskiej uważali, że biznes to biznes i państwu nie wolno mieszać się do gospodarki. Według futylitarystycznych ekonomistów szkoły manchesterskiej państwo to wielki windykator na usługach bogaczy. Wojna roku 1914 i pokój roku 1919 to ledwie logiczne konsekwencje głupich przekonań manchesterskich futylitarystów. Anglia, Francja i Ameryka, państwa futylitarystyczne, większość czasu i energii poświęcają obecnie na rozwiązywanie problemów spowodowanych przez ekonomiczną ignorancję futylitarystycznych ekonomistów z Manchesteru.

Państwa totalitarne

Anglia, Francja i Ameryka wierzą, że przetrwają obecny kryzys nie zmieniając znacząco swej polityki z osiemnastego wieku. Rosja, Włochy i Niemcy odrzuciły system dwu- czy trójpartyjny i wprowadziły monopartyjny. Motto państwa futylitarystycznego brzmi: „Pilnuj swego interesu”. Motto państwa totalitarnego: „Rób, co ci każę, bo inaczej wylądujesz w obozie koncentracyjnym”.

Pluralizm

Humaniści wierzą, wespół z Robertem Burnsem [3], że „człowiek to człowiek, mimo wszystko”. Teiści wierzą, że Bóg stworzył świat, że jest ojcem wszystkich ludzi, ludzie zaś są braćmi wszystkich ludzi. Protestanci wierzą, że Bóg-Ojciec posłał swego Syna jednorodzonego, aby zadośćuczynił za grzechy świata. Katolicy wierzą, że ten Syn, Jezus Chrystus, założył Kościół – Kościół Katolicki. Humaniści to humaniści. Teiści to humaniści plus teiści. Protestanci to humaniści plus teiści plus chrześcijanie. Katolicy to humaniści plus teiści plus chrześcijanie plus katolicy.

Państwo pluralistyczne

Wszyscy – humaniści, teiści, protestanci i katolicy – wierzą w to, że człowiek jest osobą. Na tej wierze łatwo mogliby zbudować razem państwo pluralistyczne. Państwa futylitarystyczne i totalitarne nie opierają się na cywilizacyjnych tradycjach Zachodu. Państwo pluralistyczne to takie, w którym humaniści starają się być ludźmi, ortodoksyjni Żydzi – Żydami, protestanci – chrześcijanami, a katolicy – katolikami.

Wspólnymi siłami

Państwo pluralistyczne nie jest zagrożeniem dla ruchów społecznych opartych na osobistej odpowiedzialności. Kooperatyzm, korporacjonizm, agraryzm, komunitaryzm są w państwie pluralistycznym u siebie. Państwo pluralistyczne nie rozwiązuje problemów poprzez legislację czy tworzenie nowych urzędów, ale właśnie usuwając ze swych kodeksów wszelkie przepisy krępujące działalność społeczną opartą na osobistej odpowiedzialności. Państwo pluralistyczne opiera się na autorytecie, a więc jest wolne od autorytaryzmu.

Peter Maurin

Tłum. Maciej Sobiech

Powyższy tekst pochodzi z książki „Catholic Radicalism” (1949).

Przypisy tłumacza:

1. Prawdopodobnie chodzi tu o Glenna Franka (1887-1940), dziennikarza, wykładowcę i rektora Uniwersytetu Wisconsin-Madison w latach 1925-37, agrarystę i krytyka prezydenta Roosevelta.

2. Gra słów od łacińskiego futil – daremny, bezsensowny.

3. Robert Burns (1759-96) – poeta szkocki chłopskiego pochodzenia, prekursor romantyzmu, popularyzator szkockiej sztuki ludowej i przedstawiciel pogodnego „liberalizmu agrarnego” XVIII stulecia.

Peter Maurin (1877-1949) był francuskim rolnikiem, jednym z 24 rodzeństwa. Początkowo związany z ruchem Sillion, w latach 20. wyemigrował do USA, gdzie pracując w slumsach Nowego Jorku przeżył nawrócenie religijne i postanowiwszy rozpocząć prawdziwie katolicką akcję społeczną założył Katolicki Ruch Robotniczy i czasopismo „The Catholic Worker”, a także stał się mentorem wielu młodszych pisarzy, np. eks-komunistki Dorothy Day. Ze względu na swoje nastawienie prospołeczne, pacyfistyczne i antyfaszystowskie, był bardzo zwalczany przez konserwatywną hierarchię. Deklarował się jako „katolicki anarchista” bądź „katolicki radykał”. Często posądzany o ignorancję, był świetnym samoukiem i erudytą (czerpał głównie z filozofii personalistycznej Jacques’a Maritaina i dystrybucjonizmu Gilberta Keitha Chestertona). Charakterystycznym narzędziem literackim, którym się posługiwał, były tak zwane „proste eseje”, szczególny gatunek prozy wierszowanej, którego celem jest przekazanie trudnych i ważnych prawd w przystępnej, często dowcipnej, formie, z szerokim wykorzystaniem kalamburów, powtórzeń, żartów, paradoksów, zaskakujących metafor czy porównań.

Syrizy droga do zatracenia

Syrizy droga do zatracenia

Gdy 25 stycznia 2015 r. ogłoszono wyniki wyborów parlamentarnych, wszystkie oczy skierowane były na Grecję. Po raz pierwszy partia radykalnej lewicy – poza socjaldemokratami, którzy od lat dzielą z prawicą program neoliberalny – miała szansę na dojście do władzy w kraju europejskim. Dla większości wyborców centrolewica i centroprawica stały się niemal nie do odróżnienia, opowiadając się za zaciskaniem pasa i traktując dyscyplinę fiskalną i konkurencyjność jak ewangelię. Zwycięstwo Syrizy wydawało się rewolucją w Unii Europejskiej, bo ta oferowała warunki cieplarniane dla polityki prorynkowej.

Sama Syriza przewodziła przez pięć lat masowym protestom w całym kraju. Jej platforma wyborcza w 2015 r., czyli program z Salonik, obiecywała zniesienie surowych obostrzeń Trojki, które pogrążyły kraj. Partia utrzymywała w swoim haśle, że „euro nie jest fetyszem” i wydawała się gotową do przeciwstawienia się elitom rządzącym na kontynencie.

Cztery filary programu Syrizy okazały się bardzo popularne: stawienie czoła greckiemu kryzysowi humanitarnemu, ponowne uruchomienie gospodarki i promowanie sprawiedliwości podatkowej, przywracanie utraconego zatrudnienia oraz pogłębienie demokracji poprzez transformację systemu politycznego. Oczekiwano, że środki te mogą zapobiec exodusowi całego pokolenia, ponieważ z Grecji wyjechało ponad 600 tysięcy młodych ludzi, gdy kraj pogrążył się w kryzysie finansowym.

Grecy mieli dość. W ciągu poprzednich pięciu lat doszło do katastrofy społecznej i gospodarczej: Grecja straciła około 25% swojego PKB, bezrobocie wzrosło do 28%, płace realne straciły jedną trzecią wartości, a parlament stał się maszynką do przypieczętowania europejskich napomnień, które obiecywały jeszcze więcej tego samego. Potrzeba zmian politycznych była wielka.

Po wyniku wyborczym Syrizy (36,3 proc. głosów) po raz pierwszy od wielu lat pojawiła się nadzieja. Wreszcie podjęta zostanie prawdziwa walka z establishmentem, baronami medialnymi i grecką oligarchią! My też w to wierzyliśmy, jako nowi posłowie tego ruchu powstańczego. Niestety, jak teraz wiemy, opór ten okazał się krótkotrwały.

Pierwsze miesiące

Syriza weszła do rządu z oficjalnym stanowiskiem „koniec z wyrzeczeniami dla euro”, co zostało zinterpretowane w partii jako znak, że będziemy gotowi do realizacji planu B w naszych negocjacjach z władzami europejskimi w sprawie zadłużenia – łącznie z potencjalnym wyjściem z Unii. Jednak od wczesnych etapów stało się jasne, że tak naprawdę nie to było strategią Alexisa Tsiprasa i grupy przywódczej. Byli oni zdecydowani prowadzić negocjacje w taki sposób, aby nie zagrozić członkostwu Grecji w strefie euro czy sojuszowi z NATO. Oprócz zmniejszenia jakiegokolwiek wpływu, jaki mogliśmy mieć, oznaczało to gwarancję, że nie nastąpi rzeczywiste przeniesienie władzy z oligarchii do parlamentu i do innych organów decyzyjnych obywateli.

Potem nastąpiła trwająca sześć miesięcy powolna klęska ruchów, które doprowadziły Syrizę do władzy. Dzień po dniu rozchodziły się wieści o prowadzonych gdzieś daleko negocjacjach, a ludzie, którzy mieli nadzieję zostać ich głównymi bohaterami, stopniowo stawali się tylko widzami. Oczywiście dla grupy przywódców musiało być jasne już od samego początku, że obietnice, dla realizacji których zostaliśmy wybrani, nie mogą zostać osiągnięte w toku tego typu negocjacji. Ale one nadal trwały – a Europa i świat zostały poddane przedłużającemu się i daremnemu dramatowi.

Trojka była zdeterminowana, by uczynić Grecję przykładem dla innych krajów i narodów, które odważyły przeciwstawić się stworzonej przez nią dyktaturze finansowej. Zdawała sobie sprawę, że Grecja symbolizuje walkę więcej niż jednego kraju – była w tej walce zjednoczona z Hiszpanią, Portugalią, Włochami i Irlandią, a poza tym odzwierciedlała aspiracje milionów ludzi co do nowego i bardziej sprawiedliwego porządku społecznego.

To właśnie przeciwko tej groźbie Trojka się zmobilizowała. I ten kontekst sprawił, że podejście Alexisa Tsiprasa i jego sojuszników – wiara w ustępstwa Trojki – było oczywistym błędem. Jednak potem, latem 2015 r., żar niezadowolenia ludu, który wypalił ziemię starego greckiego systemu politycznego i stworzył Syrizę, został ponownie rozniecony przez kampanię referendalną.

W lipcu, po zakończonych na niczym negocjacjach, rząd zwrócił się do obywateli z pytaniem o kwestię przestrzegania przez Grecję obostrzeń. Wbrew wszelkim założeniom, 61,3 procent z nich zagłosowało za odrzuceniem żądań Trojki w sprawie dalszych oszczędności i popadania w niewolę zadłużenia. Ludzie powiedzieli „nie”.

To „nie” było ważnym momentem patriotycznej i internacjonalistycznej dumy, przypominającej o jednoczących zdolnościach greckiej lewicy w czasie okupacji hitlerowskiej (i rzeczywiście, w przypadku eurodeputowanego Syrizy i byłego bojownika ruchu oporu Manolisa Glezosa, istnieje tu prawdziwa historyczna ciągłość). Był to również wyraz sprzeciwu wobec szerszego międzynarodowego porządku finansowego zakorzenionego w amerykańskiej hegemonii, który narzucił programy dostosowania strukturalnego tak wielu krajom.

Lud wybrał. Zainwestował w bezinteresowność i zbiorową odpowiedzialność. Przez całą kampanię oligarchowie i baronowie medialni przestrzegali go przed konsekwencjami, ale był przygotowany na poniesienie ofiary i na wielkie koszty. Walczono o bezcenną wartość greckiego społeczeństwa, o jego odchodzącą młodość i o jego przyszłość. Niestety, odwaga naszego rządu nie dorównała odwadze ludu.

Porażka

W ciągu kilku godzin stało się jasne, że kierownictwo partii pod wodzą Alexisa Tsiprasa nie jest przygotowane do podążania za duchem referendum. Wybrali polityczny oportunizm i władzę, aby być administratorami „obostrzeń z ludzką twarzą”. Dokonali wyboru, z pominięciem procedur własnej partii i jej organów doradczych.

Porażka i związane z nią upokorzenie stały się jasne i widoczne. Trojka nie tylko nie chciała zaakceptować uczciwego kompromisu po wyniku referendum, ale, rozwścieczona ujawnieniem swojego systemu politycznego i gospodarczego, zażądała bezwarunkowej kapitulacji i natychmiastowego głosowania nad memorandum w sprawie trzeciego pakietu. Wkrótce lewica, której byłem częścią i która odmówiła przyjęcia kapitulacji, została usunięta. Niemieccy i amerykańscy przywódcy polityczni z wielką ulgą odnieśli się do tego sygnału odpowiedzialności ze strony niegdyś radykalnej partii lewicowej.

Chociaż grecka prawica przegrała w referendum, w rzeczywistości wygrała bitwę ideologiczną. Program oszczędnościowy i przywiązanie do europejskiej ortodoksji zaczęły być akceptowane. Przywództwo Syrizy, którego umiarkowane poglądy polityczne zostały zrekompensowane doskonałymi umiejętnościami komunikacyjnymi, przegrało ideologiczną bitwę, na bazie której wyewoluowało, ale zdobyło władzę, by prowadzić politykę, z którą niegdyś walczyło.

Głęboka rana powstała po tym referendum i jego następstwach jest nadal otwarta. Nie goi się. Zwłaszcza u greckiej lewicy, która wygrywała i przegrywała bitwy, ale zawsze zachowywała moralną legitymację i przywództwo polityczne. Od czasu greckiej wojny domowej miała w swoich szeregach niezliczonych męczenników, ale także zgromadziła w pamięci historycznej Greków wielkie i ponadczasowe dziedzictwo, które utrzymywało ich przy życiu jak czerwona nić historii naszego narodu [czerwona nić przeznaczenia z mitu o Tezeuszu – przyp. tłum.].

W chwili referendum naród grecki zażądał jej zerwania. Domagał się historycznego punktu zwrotnego, uczciwego porozumienia dla Grecji, zakończenia obsługi zadłużenia – nawet jeśli oznaczało to opuszczenie strefy euro w celu uzyskania niezależności gospodarczej. Ale rząd zmienił to wydarzenie w ruch taktyczny. Czyniąc to, złamał przymierze z ludem, szkodząc lewicy w stopniu, który nie został jeszcze nawet w pełni zrozumiany.

Klika skupiona wokół Tsiprasa twierdziła, że referendum było narzędziem do wzmocnienia ich karty przetargowej w negocjacjach z Trojką. Ten argument został obalony w ciągu kilku minut. Inni bez wątpienia liczyli na bardziej zbliżony wynik obu opcji lub na porażkę, aby legitymizować wycofanie naszego programu politycznego. Ostatecznie nie otrzymali żadnej legitymacji – i chociaż wygrali wybory, które odbyły się na gruzach tamtego lata, nigdy później nie byli już prawdziwą siłą w społeczeństwie. Syriza stała się czymś zupełnie innym.

Od oporu do cynizmu

W tym momencie pojawiło się coś, czego do tej pory nie widzieliśmy u Alexisa Tsiprasa: swoisty cynizm, całkiem obcy tradycyjnej lewicy. Skapitulowawszy przed wierzycielami, Tsipras po raz kolejny przywołał ducha referendum i oporu, aby wygrać wybory. Udawał, że stoi na straży jego słuszności – nawet wtedy, gdy unieważnił jego wynik.

W istocie Tsiprasowi udało się zakomunikować, że jego własna kapitulacja nie była wynikiem odwrotu lub braku przygotowania. Zamiast tego twierdził, iż była nieunikniona. Opór wobec dyktatury rynkowej i zamachu stanu dokonanego przeciwko narodowi greckiemu był niemożliwy. Polityka ponownie stała się bytem, w którym nadzieje mogły tylko umrzeć.

W następnych trzech latach Alexis Tsipras i jego rząd zdołali osiągnąć to, czego nie potrafiły nawet poprzednie rządy popierające obostrzenia europejskie. W pełni wdrożyli trzeci „program naprawczy”, zakończyli duże prywatyzacje, zdemontowali instytucjonalne ramy zabezpieczenia społecznego i upowszechnili elastyczną, niepewną i niedostatecznie płatną pracę – wszystko to przy minimalnym oporze społecznym. Duch zaplecza ruchu został złamany.

Osiągnęli to, świadomie zakładając, że wyczerpane społeczeństwo nie da rady przeciwstawić się w takim stopniu, jak to robiło w latach 2010-2012. Ale wiedzieli również, że przemiana Syrizy stworzyła polityczny scenariusz, który dostarczył ostatecznego dowodu na skuteczność doktryny TINA (Nie ma alternatywy), z którą wszyscy walczyliśmy.

Wyznaczając jako swój główny cel wyjście ze zobowiązań wobec Unii Europejskiej przed końcem kadencji, bez względu na koszty społeczne, Syriza nie tylko zaakceptowała wszystkie warunki wstępne, których żądała Trojka, ale także zobowiązała się do nieustannego zaciskania pasa, a nawet zgody na unijny nadzór nad grecką gospodarką aż do 2060 r.

Najpierw poświęcono jedną zasadę, potem drugą, i wkrótce nie było już współrzędnych. To nie przypadek, że Syriza nie przyjmuje już nawet tożsamości lewicy, mimo że nawet sama jej nazwa oznacza po grecku „Koalicja Radykalnej Lewicy”. Obecnie określa się jako „postępowa” i przyjmuje stanowisko centrolewicy – ledwo odróżnialne pod względem politycznym od centroprawicy.

Urok władzy okazał się nieodparty dla wielu długoletnich kadr lewicy. Ważną lekcją płynącą z tego doświadczenia jest to, że urzędnicy partyjni – przeniesieni w tryby państwa jako doradcy i biurokraci – mogą dość łatwo nawrócić się na wiarę w system.

W ubiegłym roku podczas wyborów Alexis Tsipras zrobił sprawę ze zignorowania zaproszenia greckich przemysłowców do zabrania głosu na ich zjeździe. Ale w tym roku, gdy wybory dobiegły końca, mógł w nim uczestniczyć i mówić, co myśli. „Dobrze jest pamiętać, że często, aby znaleźć się po właściwej stronie historii, trzeba wyjść poza siebie i swoje ograniczenia” – powiedział podczas zjazdu.

Alexis Tsipras i Syriza rzeczywiście wykroczyli poza siebie, wykrzywiając cały projekt polityczny i przechodząc od pomysłu, który służył ludowi, do takiego, który służył władzy. Musimy pamiętać, że wygrywanie wyborów to nie to samo, co kształtowanie i przekształcanie społeczeństwa w interesie ludzi. Ważne jest, abyśmy wyciągali wnioski z tych błędów, tak samo, jak wyciągamy je z naszych wielkich momentów.

Jeśli doświadczenie greckie udowadnia choć jedną kwestię, to taką, że ludzie są zdolni do wielkiej odporności, gdy zostaną poddani poniżaniu i szantażowi. Walka o socjalizm powinna zachęcać nas do wyciągania do nich ręki, zamiast podporządkowywać sobie ich rolę i udział w decydujących momentach historii. Jeśli nam się to uda, razem dotrzemy do Itaki.

Konstantinos (Costas) Isychos

tłum. Magdalena Okraska

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na tronie internetowej pisma „Tribune” (https://tribunemag.co.uk/).

„Crack”, czyli hipokryzja, rasizm i klasizm

„Crack”, czyli hipokryzja, rasizm i klasizm

Uciąć programy socjalne, zderegulować rynki, obalać rządy okolicznych socjalistów, rozpocząć wojnę z narkotykami, a całość okrasić nutką rasizmu i uprzedzeń klasowych. Co może pójść źle? Wszystko. I o tym mówi dokument „Crack. Kokaina, korupcja i konspiracja”, który zagościł ostatnio na Netflixie. Nie zrażajcie się tytułem, to nie kolejna sensacyjna opowiastka na nośny temat.

And everybody know, another kilo
From a corner from a brother to keep another below
Stop illin’ and killing, stop grillin’
Yo, Black, yo (We are willing!) – 

tak rymował pod koniec lat 80 Chuck D, ikona rapu zaangażowanego społecznie. Crack był już wtedy integralną częścią amerykańskich gett. Jedni robili na nim fortuny, kupowali cadillaki i obwieszali się złotem, inni za jego sprawą tracili zdrowie, życie lub wolność, jeszcze inni po prostu bywali na haju.

Czym jest crack? To kokaina zmieszana i podgrzewana najczęściej z sodą, co zmienia ją z proszku w zdatne do palenia grudki. Palony w fifce pęka wydając charakterystyczny dźwięk, stąd jego nazwa. Wdychany do płuc dym działa szybciej i mocniej niż wciągany do nosa proch. Crack jest tańszy od kokainy, a to oznacza, że jest dostępny nie tylko dla ludzi od klasy średniej wzwyż, sięgają po niego również, a może przede wszystkim biedni. Kokaina zasypywała salony, crack rozgościł się na ulicach. Choć jedno i drugie to de facto ta sama substancja.

Stanley Nelson, stary wyga filmu dokumentalnego, o cracku opowiada nam ustami byłych dilerów, narkomanów, policjantów, ale również naukowców i ludzi ze świata kultury. Nie ma tu narracji z offu, są za to mocne obrazy Ameryki sprzed trzech dekad, której daleko było do utopijnej krainy wolności i dobrobytu z hollywoodzkiej laurki. Nelson stawia na prostą dokumentalną formę, solidną faktografię, nie dokładając technicznych fajerwerków. Dobrze zmontowane zdjęcia z obfitego archiwum, podlane hip hopem z lat 80. i 90. pozwalają nam wejść do getta, zanurzyć się w jego oparach i lepiej zrozumieć problem – znacznie bardziej złożony, niż wielu z nas mogłoby się wydawać.

Przywrócimy nadzieję tym, którzy ją utracili i zaprosimy ich do wielkiej narodowej krucjaty, by uczynić Amerykę znów wielką. Make America great again.

W 1981 r. Amerykanie wybrali na prezydenta średnio utalentowanego aktora, który kampanię wyborczą zbudował na powyższym haśle. Ronald Reagan rozpoczął neoliberalną epokę zachodniego świata. Od tej pory królować miał wolny rynek, a jego niewidzialna ręka miała rozwiązywać problemy nękające obywateli wolnego świata. Administracja Reagana konsekwentnie likwidowała wszelki socjal. I tutaj zaczyna się historia sukcesu cracku. Z jednej strony ludzie pogrążeni w biedzie poszukujący taniego haju, z drugiej ci sami ludzie bombardowani sloganami o amerykańskim śnie, o „chciwości, która jest dobra”, o braniu losu we własne ręce, a jednak bez perspektyw na legalną karierę. Crack dał odpowiedź jednym i drugim. Pierwsi dostali haj, drudzy śnili swój american dream, zostali ulicznymi kapitalistami w najczystszej wolnorynkowej formie. Sprzedawali bez regulacji, bez hamulców, bogacili się nie zawracając sobie głowy konsekwencjami. Crack rozprzestrzeniał się po USA niczym wirus, a Stanley Nelson w swoim najnowszym dokumencie starannie kreśli społeczno-polityczny kontekst tej zarazy.

„Somoza może jest skurwysynem, ale to nasz skurwysyn” – powiedział o krwawym dyktatorze z Nikaragui przywódca wolnego świata Reagan. Parafrazując: może skurwysyn, ale rynku nam nie zamknie i nie ureguluje. Sandiniści, którzy Anastasio Somozę obalili, mieli poglądy mieli marksistowskie. Poza tym trwała zimna wojna, więc każdy zalążek socjalizmu USA próbowały dławić. Administracja Reagana wspierała nikaraguańską prawicową partyzantkę. Kiedy Kongres zadecydował, że Amerykanie nie będą dłużej opłacać wojny domowej obcego państwa, rząd wraz z CIA wymyślili alternatywę. Do Iranu toczącego wojnę z Irakiem nielegalnie sprzedawano broń, a część pieniędzy transferowano do Nikaragui. Gotówkę CIA dostarczało samolotami. Po wyładowaniu dolarów na pokład awionetek trafiała kokaina, która w ten sposób docierała do USA. Tak partyzanci zarabiali na wojnę. Reagan z kolei wypowiedział już wtedy wojnę narkotykom. Hipokryzja?

Nelson pokazuje, jak wojna z narkotykami sprowadziła problem narkomanii i uzależnień do kwestii kryminalnej, całkowicie pomijając aspekt ochrony zdrowia. Narkomanom, zwłaszcza tym niebiałym i niezamożnym, nie proponowano leczenia, lecz więzienie. Wykluczonym jeszcze większe wykluczenie. Politykę twardej ręki kontynuował zarówno Bush, jak i demokrata Clinton. Dyskusja o sensie lub bezsensie antynarkotykowej krucjaty zaczęła kiełkować dopiero w czasach Obamy, choć nie przyniosła ona zasadniczego zwrotu w polityce. W efekcie za kratami amerykańskich więzień odsiadują dziś wyroki 2 miliony osób – tyle samo, ile zamieszkuje np. Słowenię. Ponad połowa to czarni, ponad połowa za przestępstwa narkotykowe. Popularny wśród biedniejszych Afroamerykanów crack jest obłożony stokrotnie wyższą sankcją niż kojarzona z klasą średnią i elitą kokaina. Echa rasizmu?

I know this crackhead who said she gotta smoke nice rock
And if it’s good, she’ll bring you customers and measuring pots
But yo, you gotta slide on a vacation
Inside information keeps large niggas erasin’ and their wives basin’

– rymował 20-letni Nas.

 

„Crack” odtwarza medialną histerię, która w latach 80. wybuchła wokół używki. Widzimy dziennikarzy bezrefleksyjnie powtarzających wprowadzające w błąd slogany i przepisujących niesprawdzone statystyki, stygmatyzując całe społeczności. Przyglądamy się politykom prześcigającym się na to, kto będzie twardszy, kto bardziej bezkompromisowy. Brzmi znajomo? Przypomnijmy sobie debatę na temat dopalaczy.

Autor „Cracku” skupia się na swoim podwórku. Stawia pytania o to, jak crack zmienił jego kraj, co doprowadziło do eksplozji popularności narkotyku, czy wojna z narkotykami jest gorsza niż same narkotyki. Stany Zjednoczone jako supermocarstwo miały największy wpływ na kreowanie światowej polityki narkotykowej, dobrze więc spojrzeć na jej korzenie. Potem warto zadawać kolejne pytania. Chyba że wystarczy nam odpowiedź pierwszej damy Nancy Reagan. Co zrobić, kiedy ktoś proponuje ci narkotyki? Just Say No! I po problemie.

Przemysław Ciupka

Betonoza – Polski groza – rozmowa z Janem Mencwelem

Betonoza – Polski groza – rozmowa z Janem Mencwelem

Z Janem Mencwelem, aktywistą miejskim i autorem książki „Betonoza”, rozmawia Jakub Krzyżanowski.

 

Porozmawiajmy o Pańskiej książce, która ukazała się kilka miesięcy temu. Czym jest betonoza z jej tytułu?

Jan Mencwel: Jest to tendencja do pozbywania się przyrody z miast i zastępowania jej, uważanymi za nowoczesne, przestrzeniami utwardzonymi, pozbawionymi drzew i wszelkich dzikich elementów. Zjawisko to rozwinęło się w Polsce w ostatnich latach. Spotkałem na tyle dużą ilość jego przykładów, by uznać je już nie tylko za wypadek przy pracy, lecz za głębiej zakorzeniony wzór, powielany w kolejnych miastach. Z tego też powodu zdecydowałem się o tym napisać.

www.RafalNowak.com

 

Przypadki pozbywania się zieleni, które Pan opisał, dotyczą zarówno małych, jak i dużych miast. Także tych, gdzie działają prężne organizacje zajmujące się ochroną przyrody czy ruchy miejskie, a mimo to betonoza tam postępuje. Dlaczego tak jest?

Stawiam w książce tezę, która może wydać się kontrowersyjna. Ryba psuje się od głowy, co znaczy, że winę ponoszą elity, które w Polsce odwróciły się od przyrody. Widać to zwłaszcza w tak zwanych reprezentatywnych przestrzeniach miejskich, ale także w innych obszarach. Bardzo często słyszałem opinię, że winne wycinkom drzew są ludowa, chłopska mentalność oraz to, że nie wykształciły się w Polsce mieszczańska tożsamość i świadomość. Stawiam tezę, że jest dokładnie odwrotnie. Odwrócenie się od przyrody w miastach, także największych, wydarzyło się w ciągu ostatnich trzydziestu lat, a najbardziej nasiliło po roku dwutysięcznym, kiedy do głosu doszła wielkomiejska wyższa klasa średnia, która zaczęła kształtować wzorzec miejskości. Gdy popatrzymy, co zrobiono z placami miejskimi w Warszawie przez ostatnie dwadzieścia, trzydzieści lat, to zobaczymy, że zamieniono je w wielkie parkingi. Jeżeli w największym mieście w Polsce, w którym żyją ludzie kształtujący debatę publiczną, miejskie place wyglądają tak jak Plac Teatralny czy Plac Bankowy przed siedzibą ratusza, gdzie dominują beton i miejsca parkingowe, to nic dziwnego, że ten wzorzec się upowszechnił. To nie jest wzorzec podejścia do przyrody wyjęty z jakiejś rzekomej ludowej mentalności, ale, moim zdaniem, rozpowszechniony przez elity fałszywy wzorzec miejskości.

Czyli to elity kształtują wzorzec nowoczesności, który jest później rozpowszechniany?

Tak, to jest jedna z myśli, którą staram się przemycić w książce. Chciałem też uniknąć stawiania bardzo jasnych odpowiedzi, bo uważam, że zjawisko, o którym piszę, nie ma jednego prostego wyjaśnienia. Natomiast ten trop, który podsuwam, według mnie jest widoczny. Piszę na przykład o tym, dlaczego w ostatnich dwudziestu latach w Polsce nie wyznaczono żadnego nowego parku narodowego ani nawet nie powiększono żadnego już istniejącego. Warto tu dodać, że w okresie przedwojennym czy na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku, a więc właśnie wtedy, kiedy być może ta chłopska mentalność była szerzej zakorzeniona w idei eksploatacji przyrody, co jest oczywiście zrozumiałe, ale właśnie wtedy elity, inteligenckie czy mieszczańskie, wyszły z ideą ochrony przyrody. Powstał wtedy, na przykład, ruch naukowców wspierających zakładanie parków narodowych, a Polska była jednym z pierwszych krajów, przynajmniej w naszej części Europy, w których podejmowano decyzje o obejmowaniu obszarów cennych przyrodniczo ochroną w postaci parków narodowych. Obecnie tezę o chłopskiej mentalności trudno obronić w kontekście tego, że coraz większa jest liczba mieszkańców miast i nawet jeżeli mają chłopskie pochodzenie, to jest ono w drugim czy trzecim pokoleniu wstecz. Z kolei na wsi podejmowane są aktywności, które idą w stronę przeciwną do modelu betonowania i regulowania przyrody. Na przykład dosadza się drzewa, które wspomagają naturalną retencję wody, właśnie taki przypadek, rolników z Wielkopolski, opisuję w książce. Wynika to być może z faktu, że na wsi zmiany klimatu są zdecydowanie bardziej odczuwane i to, że mamy kolejny rok suszy, to fakt, z którym nikt nie dyskutuje. Ten sposób myślenia o przyrodzie ciągle nie dotarł do umysłów elit, przede wszystkim tych wielkomiejskich. Między innymi dlatego, że w miastach, w których żyją, przyrody ubywa, a wciąż przybywa nowych dróg, estakad, miejsc parkingowych albo sterylnych centrów handlowych. Jeśli w naszym najbliższym otoczeniu przyroda znika, to może prowadzić do tego, że mniej chętnie będziemy jej bronić w skali makro, czyli na przykład w skali całego kraju.

Skoro jest to dominujący wzorzec nowoczesności, to czy od betonozy jest możliwy odwrót?

Wydaje mi się, że jest, że ta zmiany świadomości już się zaczęła i to oddolnie, również w miastach, nie tylko w tych największych, a może właśnie bardziej w tych mniejszych. Opisuję wiele przykładów z takich miast, w których ludzie zorganizowali się przeciwko decyzjom o wycince drzew, na przykład we Włodawie czy Świdnicy, lecz także w dużo mniejszych. W małych miastach protest przeciwko władzy wymaga dużej odwagi, bo jej wpływy sięgają dużo dalej niż w takiej Warszawie czy Lublinie, a jednak ludzie tam protestują i nie są to jednostkowe przypadki, lecz jest ich wiele. Te protesty odbywają się coraz częściej, co pokazuje, że wzbiera oddolna fala w polskich miastach, która, moim zdaniem, będzie miała wpływ na decyzje polityków, na zmianę ich świadomości. Politycy będą musieli zmierzyć się z niezadowolonymi wyborcami, także własnymi, którzy powiedzą im, że nie zgadzają się z takim sposobem myślenia. Stanie się tak nawet jeżeli ci politycy tego nie rozumieją i zostali wychowani w poczuciu, że przyroda to jest coś, co trzeba eksploatować, a jej niszczenie to konieczny element rozwoju. Być może przełoży się to na jakąś zmianę, chociaż nie mam wielkiej nadziei co do takich samorządowych dinozaurów, czyli prezydentów miast, którzy od wielu kadencji siedzą na stołkach, bo oni już po prostu, moim zdaniem, nie zmienią swojego podejścia, dla nich już jest za późno.

Zastanawiam się jakie działania może przynieść nacisk wyborców na władze i przychodzą mi do głowy działania, które miały miejsce w Warszawie, a które rozwiązują problem jedynie pozornie. Na przykład słynna reorganizacja ulicy Świętokrzyskiej, na której za poprzedniej prezydent ustawiono doniczki z roślinkami, czy instalacja, zwana „Strefą relaksu”, postawiona przez prezydenta Trzaskowskiego przed ratuszem, zbudowana z palet i elementów zielonych w doniczkach. Prezydent Trzaskowski potrzebował aż dwóch lat, żeby otworzyć przejścia dla pieszych w ścisłym centrum Warszawy. Zastanawiam się, czy nie mamy tu do czynienia z greenwashingiem, pozorowaną ekologią. Czy odpowiedź władzy nie będzie się ograniczała do takich właśnie, czysto symbolicznych działań?

Na pewno tak będzie. Już to przerabialiśmy w przypadku innych kilku tematów, na przykład smogu. Kilka lat temu smog stał się skandalem, którego politycy nie mogli już dłużej ignorować. Więc co zaczęli robić? Na przykład kupować czujniki czy oczyszczacze powietrza do przedszkoli. Albo, w Warszawie, przy rondzie ONZ, powstało dwieście metrów tak zwanego chodnika antysmogowego, który kosztował mnóstwo pieniędzy i, oczywiście, nic de facto nie zmienia. Tak według mnie wygląda trajektoria zmiany w przypadku wielu tego typu problemów w Polsce. Ważniejsze jest pytanie, czy mieszkańcy, którzy zorientowali się, że mają prawo do przyrody w mieście, będą się nabierali na takie gesty. Na przykładzie Warszawy wydaje mi się, że chyba jednak nie. Na ulicy Świętokrzyskiej, po tym, jak postawiono tam doniczki, poprzednia pani prezydent została wyśmiana. Ostatecznie, pomimo że początkowo słyszeliśmy, że się nie da, to zasadzono drzewa w gruncie. To naprawdę wygląda teraz super, bo jest po prostu szpaler platanów i trudno skrytykować ostatecznie jak ta ulica została zorganizowana, przynajmniej jeśli chodzi o zieleń. Jeśli chodzi o Plac Bankowy, to reakcje były ciekawe: krytykowano nie zabranie miejsc parkingowych, ale to, że zieleni jest… zbyt mało i jest ona „udawana”! Intencje były słuszne, ale forma, w jakiej to zrealizowano, pokazuje, że prezydent Trzaskowski traktuje tego typu działania jako kwiatek do kożucha. Chociaż generalnie lepiej, gdyby była tam nawet strefa relaksu z palet, niż parking, który też jest wykorzystywany bardzo rzadko i głównie przez urzędników. Niestety, prezydent nie rozumie, że zieleń miejska nie powinna pełnić funkcji ozdoby, lecz funkcje biologiczne, ekosystemowe, bo gdyby to rozumiał, to na Placu Bankowym skułby beton i zasadził drzewa w gruncie, przywracając zresztą w ten sposób historyczny kształt placu, który w dziewiętnastym wieku, kiedy powstał, był zielonym skwerem z drzewami na środku.

Jest więc ryzyko, że to się sprowadzi do wizerunkowych zagrywek, ale wydaje mi się, że świadomość mieszkańców rośnie szybciej niż sądzą niektórzy prezydenci, i mogą się zwyczajnie na to nie nabrać i jeśli zrobi im się mały skwereczek z doniczkami, to wcale nie przestaną się awanturować o to, że ktoś wycina stuletnie drzewo w ich okolicy.

Łatwo zauważyć, że nasze elity są w nurcie przeliczającym wszystko na pieniądze, w nurcie ekonomii neoliberalnej. Proponuje Pan przemówienie do nich tym językiem. W książce jest bardzo ciekawy fragment na temat wyceny drzew w miastach i tego typu działań, które są prowadzone na świecie.

To jest, być może, najbardziej kontrowersyjny fragment, spotkał się z krytyką ze strony działaczy zajmujących się ochroną przyrody. Może nie powinno się rozciągać tego podejścia na całą przyrodę, ale w przypadku przyrody miejskiej, według mnie, ma to więcej zalet niż wad. Chodzi o to, że drzewa i tereny zielone w mieście pełnią określone funkcje, generując na przykład oszczędności. Na placu czy ulicy miejskiej, gdzie są zasadzone drzewa, jest dużo zieleni, także zieleń niska, krzewy, trawniki, itd., retencja wody w przypadku nawalnych deszczy, które się zdarzają coraz częściej, będzie dużo lepsza niż w miejscu, które jest całe zabetonowane. Jeśli spadnie nam nagle tyle deszczu, ile pada w miesiąc, a to się zdarza często, to ulica zabetonowana zostanie zalana i będziemy mieli zniszczenia infrastruktury i konieczność jej wymiany. Jeśli mamy drzewa zamiast przestrzeni zabetonowanej, to te drzewa za nas wykonują robotę, przechwytują wodę, grunt wchłania wodę. Tego typu korzyści przywołuję w książce przynajmniej kilka, wzorując się na tym, co wypracowano między innymi w USA.

Można by na to odpowiedzieć, że przyrody nie należy przeliczać na pieniądze, bo ona mieści się w innym porządku wartości, nie podlega tym kalkulacjom. Poza tym w ogóle niedobrze jest, kiedy wszystko przeliczamy na pieniądze, to jest właśnie wpisywanie się w ten neoliberalny model. Tylko że dziś żyjemy w warunkach, w których tereny miejskie są poddawane ciągłej presji ze strony wielkiego kapitału, teren miejski to dla niego superinwestycja. Przyroda przegra i już przegrywa z presją tego kapitału właśnie dlatego, że wszyscy patrzą na to w taki sposób, że gdy urząd miasta sprzeda teren zielony gdzieś tam w Warszawie, to będzie miał z tego wiele milionów złotych. No i wydaje mi się, że w przypadku terenów miejskich ten aspekt kalkulacji oszczędności czy wartości tzw. usług ekosystemowych w obecnych warunkach nam pomaga. Przyświeca mi tu przekonanie, że przyroda jest czymś bardzo wrażliwym, i że ona znika dzisiaj z miast w bardzo szybkim tempie, więc możemy czekać na to, iż kiedyś zapanuje inny sposób myślenia, ale ja mam obawy, że gdy doczekamy tego momentu, to nie będzie już żadnych drzew w naszych miastach. Trzeba mówić takim językiem, który jest w stanie ten negatywny trend betonowania zatrzymać.

Ten język może trafić do elit, które nie są zbyt refleksyjne i nie wymagałbym od nich za wiele. Poza samorządowcami problemem jest też kapitał, o którym Pan wspomniał. Masowa deweloperka zabudowuje miejsca, których nie powinna, czego przykładem jest tu Marina Mokotów w Warszawie, czyli wielkie, grodzone osiedle, którym zabudowano i zniszczono klin napowietrzający miasto. Na osiedlu mieszkają przedstawiciele elit, z premierem Morawieckim na czele. Z jednej strony mamy więc dewelopera, który niszczy ekosystem miasta, z drugiej władzę, która sankcjonuje to swoim zachowaniem.

W książce cytuję słowa urbanisty Grzegorza Piątka, który mówi, że w Polsce w urbanistyce cofnęliśmy się do przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku, czyli do czasów, gdy miasto było sumą działek budowlanych i ich wartości. Wydaje mi się, że dziś mamy do czynienia z podobną sytuacją, ale różnica jest taka, że mamy gigantyczną siłę w postaci firm deweloperskich, często z ogromnym kapitałem, które od lat czerpią gigantyczne zyski z przejęcia jakiegoś terenu miejskiego, co jest dla tych zysków kluczowe. Grunt miejski stał się superatrakcyjnym sposobem na zarobienie bardzo dużej ilości pieniędzy w krótkim czasie. Z drugiej strony nie mamy przeciwwagi, czyli na przykład władz samorządowych, które potrafią spojrzeć na sytuację w kategoriach misji publicznej i swojej podmiotowości jako władzy publicznej, której celem jest ochrona pewnych dóbr przed zakusami wielkiego kapitału. Dzisiaj prezydenci miast ciągle powtarzają, że potrzebne są inwestycje, i że jeśli oni potrafią przyciągać inwestycje, to znaczy, że są dobrymi włodarzami. W przypadku Warszawy prezydent miasta nie musi wiele robić, by przyciągnąć inwestorów, bo oni i tak tu będą, ponieważ robią świetne pieniądze na budowaniu mieszkań w stolicy. Spółki deweloperskie wypłacają rekordowe dywidendy, za zeszły rok bodajże połowa pierwszej dziesiątki to były firmy deweloperskie. A mimo to władze publiczne stoją na stanowisku, że muszą ułatwić działania inwestorom. W tym sensie jest nawet gorzej niż było sto lat temu, bo mamy niezwykle silny, pazerny, łapczywy podmiot, jakim jest branża deweloperska, dysponująca ogromnymi pieniędzmi. Mamy też słabe władze publiczne, które nie chcą korzystać z narzędzi, którymi dysponują, bo wydaje im się, że wtedy nagle inwestorzy się od nich odwrócą i zaczną budować mieszkania gdzie indziej. Na pewno w przypadku Warszawy to jest kompletna fikcja, i choćby nie wiem co taki prezydent Trzaskowski zrobił, to i tak będą budować te mieszkania, bo po prostu będą się one sprzedawać.

Nasze władze sprzyjają więc krótkoterminowym zyskom prywatnych firm kosztem jakości życia mieszkańców, kosztem także ich zdrowia.

Mogę podać przykład z Warszawy, którym się ostatnio zajmujemy w stowarzyszeniu Miasto Jest Nasze. Na Pradze Południe sprzedano deweloperowi bardzo atrakcyjną działkę, de facto fragment parku. Jest to park wpisany do rejestru zabytków, to są Kamionkowskie Błonia Elekcyjne, czyli miejsce, gdzie wybierano królów. Sprzedano park bez zgody konserwatora, naszym zdaniem nielegalnie, bo jego zgoda jest wymagana. Następnie, po sprzedaży działki, ukryto wszystkie dokumenty związane z tą sprzedażą, nie chciano nam ich ujawnić, musieliśmy dochodzić tego sądownie. W międzyczasie deweloper, który kupił tę działkę, sprzedał ją innemu deweloperowi i rozpoczęła się budowa na terenie, który de facto był parkiem. Tam mieszkańcy Grochowa i Kamionka chodzili na spacery z psami. Nagle wyrósł płot i tego fragmentu parku już nie ma, wjechał tam ciężki sprzęt budowlany. Mało tego, że miasto sprzedało deweloperowi teren nie pytając o zgodę konserwatora, mało tego, że sprzedało park, to jeszcze na dodatek nie naliczyło deweloperowi koniecznych opłat: z tytułu zajęcia pasa drogowego oraz tzw. opłaty adiacenckiej. To wszystko zaczęło się za Hanny Gronkiewicz-Waltz, ale kontynuacja ma miejsce za Rafała Trzaskowskiego. Jest to skrajny przykład prywatyzacji zysków i uspołeczniania kosztów do tego stopnia, że wielka firma, jaką jest Dom Development, nie musi płacić za zajęcie pasa drogowego, i milion czy półtora miliona złotych zostaje w ich kieszeni, mimo iż jest to gigantyczna firma o ogromnych zyskach. To wszystko dzieje się za przyzwoleniem władz.

Jest to jaskrawy przykład współpracy władz z biznesem ze szkodą dla mieszkańców. A co może zrobić ktoś, zwykła osoba, w której okolicy jest na przykład wycinana zieleń, i która pada ofiarą opisanych przez Pana praktyk i ma przeciw sobie władzę zblatowaną z biznesem?

Sam indywidualny mieszkaniec, który odkrywa na przykład, że ktoś sprzedał teren zielony, który ma za oknem, albo że ktoś za chwilę wjedzie tam z piłami i wytnie mu drzewa, niestety, moim zdaniem, nie może zrobić zbyt wiele. Co nie znaczy, że zachęcam do składania broni w takiej sytuacji, absolutnie nie. Natomiast system prawny, jaki stworzyliśmy, działa na korzyść inwestorów czy urzędników, którzy wydają takie decyzje. Nawet taka organizacja jak nasza, która ma dużą rozpoznawalność i zaplecze kadrowe (sporo osób w naszym gronie to prawnicy z dobrych warszawskich kancelarii, którzy po godzinach piszą społecznie różne pisma) – jest często bezradna.

W przypadku działki na Polach Elekcyjnych, mimo że poszliśmy do sądu, mimo że udało nam się ujawnić dokumenty, mimo że złożyliśmy pismo do prokuratury, która zdecydowała o wszczęciu postępowania, to deweloper dalej buduje. Zorganizowaliśmy protest, na który przyszło kilkaset osób, ale mimo to walec jedzie dalej. Tak to często wygląda w wielu miejscach – walca szeroko pojętej betonozy nie da się tak łatwo zatrzymać, panuje bezkarność. Nawet jeśli w przypadku Kamionkowskich Błoni Elekcyjnych okaże się, że mamy rację i działka nie powinna być przez miasto sprzedana, to cóż z tego, skoro deweloper będzie miał już dawno zbudowane mieszkania, a poza tym już dawno kupiła to inna firma i ręka rękę umyła. Tak wyglądają realia walki z lokalnymi wykwitami tej choroby.

Zdarzają się też jednak historie sukcesu, kiedy udało się skutecznie odwrócić te decyzje, ale niestety rzadko ma to miejsce, gdy mamy do czynienia ze współpracą samorządu z biznesem. Łatwiej jest, kiedy to tylko władze lokalne podejmują decyzje o wycince drzew – wtedy zdarza im się wystraszyć, jeśli sprzeciwią się wyborcy. Ale gdy wchodzi w to biznes, który wliczył już miliony w przyszłoroczny zysk, to robi się o wiele trudniej.

Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, styczeń 2021 r.

Nie jesteś tym, co jesz

Nie jesteś tym, co jesz

Popularny slogan mówi, że jesteś tym, co jesz. Jego użytkownicy często mają dobre zamiary. Chcą zwrócić uwagę, że jakość, rodzaj i dobór pożywienia są ważne. Dla zdrowia, samopoczucia, kondycji, ale także dla innych ludzi, zwierząt, środowiska naturalnego itp. Jednak slogan ten jest często fałszywy. Albo służy jako pałka do okładania najsłabszych.

Liberalna ideologia fałszywie przekonuje, że każdy może wszystko. Że od pucybuta do milionera. Że wystarczy tylko chcieć. Że każdy kowalem swojego losu. Że zmień pracę i weź kredyt. Jednym słowem: jeśli coś jest w twoim życiu nie tak, to odpowiadasz za to wyłącznie samemu. Nie ma miejsca na refleksję, że ludzie startują z przeróżnych pozycji, bardzo nierównych. Nie ma też miejsca na oczekiwania wobec społeczeństwa, instytucji, państwa itd. – radź sobie samemu i tyle.

Wiara w takie mity jest wygodna dla elit. Nikogo poza „samymi swoimi” nie muszą wspierać, za nic nie ponoszą odpowiedzialności, a skoro jej członkowie są na szczytach władzy i pieniądza, to widocznie w pełni zasłużenie i tylko dzięki sobie.

Tak samo jest z jedzeniem. Wmówienie ludziom, że każdy jest kowalem swojej łyżki oraz panem własnego żołądka, pozwala nie zadawać wielu pytań. Jaki ktoś posiada budżet na wyżywienie siebie i rodziny. Jaką ma pracę i realia życia. Jaka żywność jest łatwo dostępna. Co wyprawiają koncerny spożywcze i czego od nich (nie) wymaga władza publiczna. Co robią instytucje. Zamiast tego słyszymy, że ktoś jest „grubasem”, „nie dba o siebie”, „zapuścił się”. Masz pilnować każdej kalorii, każdego opakowania produktu spożywczego, każdego kęsa. Za biznes i władzę wykonać kawał roboty. W nagrodę usłyszeć, że nie dość mocno dbałeś/-aś o swój wygląd, zdrowie, życie, o własne dzieci, rodzinę itp. – i że to właśnie przez ciebie cierpią orangutany na Borneo.

W tym numerze pokazujemy, że często nie masz wyboru, aby jeść dobrze, zdrowo, jakościowo. Bo masz chudy portfel. Bo nie masz czasu. Bo edukacja żywieniowa kuleje. Bo masowy handel oferuje byle co. Bo przemysłowe rolnictwo przedkłada zysk ponad jakość. Bo mimo reklamowego szumu o swojskości, ekologiczności, produktach babuni i dziadunia – coraz trudniej zdobyć żywność zdrową, wartościową, lokalną i wytwarzaną bez niszczenia środowiska. Że w efekcie jesz to, co możesz, a nie to, co chciał(a)byś.

Żywność jest kluczowa nie tylko z punktu widzenia nakarmienia jednostek i społeczeństwa. Także gdy patrzymy na społeczne i ekologiczne skutki jej wytwarzania. Tym bardziej warto o niej rozmawiać na serio. Odrzucić liberalne mity. Zajrzeć pod podszewkę sloganów biznesu. Wypiąć się na moralistów z grubym portfelem i mnóstwem innych zasobów. Tym wszystkim w bieżącym numerze zajmuje się wiele osób – spotkali się w nim rolnicy-praktycy, aktywiści ekologiczni i eko-rolniczy, lider rolniczych protestów, dziennikarze kulinarni, popularna autorka książek kucharskich, kucharka i blogerka, kucharz, naukowcy, literat-rolnik itd.

Remigiusz Okraska

PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie – spójrzcie proszę tutaj.

Zdjęcie w nagłówku tekstu fot. Magdalena Okraska.

Narcyz i pryszcze

Narcyz i pryszcze

Czyli powiastka o poszukiwaniu naszego miejsca w kulturze zachodniej, pokazanym poprzez przypadki Piętaszka reprezentującego diasporę i prekariat w jednej skromnej osobie.

Wspołczesna kultura globalnego Zachodu – rozumiana jako wytwór zdominowany przez kraje anglojęzyczne – przypomina dziś Narcyza pochylonego nad sadzawką (czy też, jeśli wolicie, the pond), zakochanego w sobie i szukającego pryszczy. Tak, Narcyz ma nowe hobby. Wokoło niego stoi kilku paziów, którzy mu pomagają krzycząc – o tu tu, i pokazując coraz to nowy, prawdziwy czy wyobrażony, różowy punkcik na czole. Narcyz daje im za to cukierki. Co jakiś czas któryś z paziów, rozczarowany zapłatą, wysadza Narcyzowi kopa w rear end, powodując w ten sposób u ofiary salwy śmiechu. Tak się mianowicie składa, że Narcyz rozwinął w sobie poważny masochizm.

Obok Narcyza kręci się Piętaszek. Chociaż zdarzają się Piętaszki miejscowe, ten akurat Piętaszek jest przyjezdny, 15 lat temu wpadł na pół roku, żeby zarobić trochę w służbie u Narcyza, a pomimo kilku prób awans na pazia nie wchodzi w grę – jeszcze długo, długo nie. „Piętaszku, pyta Narcyz, nie odrywając wzroku od swego odbicia – czy ty należysz do jakiejś mniejszości? Hmmm, nie, powiadasz? Wypełnij ten oto kwestionariusz. Zajrzyj w głąb swej duszy, no już, no? Nazwijmy rzeczy po imieniu Piętaszku: beze mnie nie będziesz nawet wiedział, co przeżyłeś” (nawiązuję do tytułu książki Marii Janion „Czy będziesz wiedział co przeżyłeś”). „Dalej nic? To może idź sobie zbadaj DNA? Może akurat…”.

Narcyz jest odziany w koszulkę z Che Guevarą, trzyma na widoku relikwie: portret Marksa, egzemplarz „Kapitału”, a także pudełeczko Commie mints – taki z niego intelektualista. Narcyz posiada też dwa Land Rovery, które smoczą po 16 litrów każdy, jednak, ponieważ obsesyjnie wręcz dba o ekologię – nakazuje Piętaszkowi myć wielkie ucho ekologicznym płynem z etycznego sklepu. Płyn jest dziadowski, więc Piętaszek wysila mózg i wymyśla przekręt stulecia – przelewa do ładnych butelek zwykły płyn, który działa.

Piętaszek wielbi Narcyza i uważa, że Narcyz jest the best. Podczas urlopu stara się zaszczepiać w Piętaszkowicach różne narcyzowe mody. Sceptycyzm tubylców niezwykle go wkurza: „A to prymityw” mruczy, czując się niezwykle wyrafinowany. Jednak kiedy w ucho wpadnie mu „Przez twe oczy zielone”, ze zgrozą przyłapuje swoją prawą nogę na rytmicznych podrygach i musi się wewnętrznie zbesztać, po czym traci humor na resztę dnia.

Służba u Narcyza to nie miód. Powiedzmy tylko tyle, że Piętaszek nauczył się trzymać język za zębami, nie zadawać pytań, na które jeszcze nie ma odpowiedzi – i niczemu się nie dziwić.

Jako zakonspirowany nonkonformista (a co!) Piętaszek oburza się na algorytmy, przechytrza je więc rozpoczynając poszukiwania od piątej strony popularnej wyszukiwarki. W ten oto sposób, pewnego ponurego jak covid dnia, podczas wycieczki w króliczą norę internetu, Piętaszek dowiaduje się, że wyraźnie przyspieszyło wymieranie piętaszkokultury „i proces ten można w zasadzie już uznać za nieodwołalny”, jak przeczytał. Niebo wali mu się na głowę. Reewaluuje życiowe wybory. Reewaluuje – o nie, co to jest? Skąd wzięło się takie słowo! Stało się, Piętaszek zapomniał własny język (własnego języka?) i wyrabia nowe słowa z języka Narcyza. Piętaszek zachwyca się Lee Child, ale przegapił Szczepana Twardocha, ma ambicję, aby stać się częścią globalnej kultury, ogarnia go jednak niepokój na myśl, że zatraca własną, że zapomni nie tylko własnego, ale i jakiegokolwiek języka w gębie, żeby o niej wystarczająco dobrze opowiedzieć światu. Zastanawia się, czy wniesie do rozmowy coś oryginalnego czy zupełnie się w niej rozpuści. Jeśli już ma być tak, że w tej historiii przypada mu wiecznie rola sługi, to Piętaszek wolałby być Rzędzianem niż Piętaszkiem – i to nie tylko dlatego, że w następnej części każdej z tych historii Rzędzian się bogaci, a Piętaszek ginie…

Narcyz prędzej pęknie niż wydusi z siebie „Rzędzian, sam tu”, bo Narcyz nie chce i nie musi uczyć się piętaszkojęzyków ani rozumieć piętaszkoepiki. Narcyz nie poszukuje „nowego” poza sobą, lecz tylko w sobie. W globalnej sadzawce Narcyz widzi wyłącznie własne odbicie. Może więc, drogi Piętaszku, „waćpanu trzeba porzucić tę służbę”?

Magdalena Bieńczak

Epidemia cięć

Epidemia cięć

Rządząca województwem kujawsko-pomorskim koalicja Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego dokonała masowych cięć połączeń kolejowych.

Mroczne czasy

Niecały miesiąc przed zmianą rozkładu jazdy okazało się, że samorząd województwa kujawsko-pomorskiego podjął decyzję o likwidacji ruchu na dwóch liniach w Borach Tucholskich: Wierzchucin – Szlachta i Laskowice Pomorskie – Czersk.

Z linii Laskowice Pomorskie – Osie – Śliwice – Czersk pociągi zniknęły dokładnie w momencie podniesienia przez spółkę PKP Polskie Linie Kolejowe prędkości z 80 km/h do 100 km/h na jednej trzeciej długości trasy.

Przez ostatnie miesiące poprzedzające likwidację połączeń rozkłady jazdy ułożone były w sposób przypominający mroczne czasy wygaszania popytu na podróże koleją. Na przykład popołudniowy pociąg z Czerska przyjeżdżał do Laskowic Pomorskich o 17:54 – kilka minut po opuszczeniu tej stacji przez pociągi do Bydgoszczy (odjazd o 17:49) i do Grudziądza (odjazd o 17:50). Nie starano się też dopasować godzin kursowania pociągów do godzin pracy w zlokalizowanych tuż przy stacji kolejowej w Osiu zakładach mięsnych Gzella, które zatrudniają ponad 500 osób.

Część pasażerów linia Laskowice – Czersk straciła przez to, że na prawie trzy miesiące, od połowy marca do końca maja 2020 r., zawieszono tu ruch pociągów.

Wygaszanie popytu

W marcu 2020 r., co samorząd tłumaczył epidemią koronawirusa, ruch zawieszono na czterech ciągach. O ile na linie Laskowice – Czersk i Wierzchucin – Szlachta pociągi wróciły w połowie 2020 r., o tyle linie Toruń – Lipno – Sierpc i Laskowice – Wierzchucin nadal pozostają bez ruchu. W ich przypadku epidemię wykorzystano jako pretekst do ostatecznego wycięcia połączeń. Na obydwu liniach bowiem już od kilku lat funkcjonowały kuriozalne rozkłady jazdy. Przed wstrzymaniem ruchu w marcu 2020 r. pociągi w kierunku Torunia odjeżdżały z powiatowego Lipna o 4:21 i 18:13, zaś z Torunia pociągi wyruszały o 2:59 (!) i 15:49. Trudno było spodziewać się, aby taka oferta – i to na linii wybiegającej wprost z miasta wojewódzkiego – przyciągnęła pasażerów. Mimo to decyzję o likwidacji połączeń samorząd województwa bezczelnie tłumaczył małą liczbą podróżnych.

Znów przypomniały się mroczne czasy, gdy najpierw liczbę pociągów ograniczano poniżej akceptowalnego minimum, by potem stwierdzić, że niewielkie potoki pasażerskie uzasadniają likwidację połączeń. Gdy tory są puste, na równoległej drodze krajowej 10 na wlocie do Torunia tworzą się korki.

Linii nijak nie pomogło to, że w gminie Lipno mieszka Aneta Jędrzejewska z PSL, członkini zarządu województwa kujawsko-pomorskiego, której podlega departament transportu. W listopadzie 2018 r. portal lipno.naszemiasto.pl zapytał Jędrzejewską o zamierzenia na kolejną kadencję, które odczują mieszkańcy jej małej ojczyzny. Członkini zarządu szczegółowo omówiła planowane remonty dróg, a kwestię biegnącej przez powiat lipnowski linii kolejowej kompletnie przemilczała.

Zabrakło rozwoju

W ostatnich dniach przed zmianą rozkładu jazdy zapadła decyzja o likwidacji połączeń na kolejnej linii: Chełmża – Bydgoszcz. Ruch na tej trasie został reaktywowany w 2008 r. Przywrócenie zlikwidowanych w 2000 r. połączeń było możliwe po pierwszym w Polsce przetargu na wykonywanie połączeń kolejowych. W ogłoszonym w 2007 r. przetargu zwyciężyła Arriva, oferując dużo niższe stawki niż PKP Przewozy Regionalne. Uzyskane oszczędności zdyskontowano na uruchomienie połączeń między Bydgoszczą ą Chełmżą.

– „Kiedy w 2007 r. przełamano monopol państwowego przewoźnika PKP Przewozy Regionalne, można było odnieść wrażenie, iż samorząd dąży do rozwoju kolei. Przybyło autobusów szynowych, zwiększyła się liczba połączeń” – mówi Rafał Wąsowicz ze Stowarzyszenia na rzecz Rozwoju Transportu Publicznego w Koronowie. – „Później zabrakło już rozwoju siatki połączeń, pojawiły się drastyczne ograniczenia na liniach Toruń – Lipno – Sierpc i Laskowice Pomorskie – Wierzchucin”.

Cichy plan

Pierwszy niepokojący sygnał miał miejsce w 2014 r., gdy kujawsko-pomorski sejmik uchwalał „Plan zrównoważonego rozwoju publicznego transportu zbiorowego”. Pierwszy zaprezentowany projekt dokumentu zakładał ograniczenie roli kolei: po 2020 r. miały zniknąć połączenia z aż sześciu linii: Grudziądz – Brodnica, Laskowice Pomorskie – Czersk, Wierzchucin – Szlachta, Toruń – Sierpc, Grudziądz – Kwidzyn i Bydgoszcz – Chełmża.

A przecież na przełomie XX i XXI wieku nad regionem przeszło kilka fal cięć, które nie ominęły nawet stolic powiatów: Rypina, Golubia-Dobrzynia i Żnina. W 2011 r. pociągi zniknęły z Ciechocinka. Zakładający kolejne cięcia projekt planu transportowego wywołał więc duże kontrowersje: wpłynęło prawie 600 uwag. W tej sytuacji samorząd województwa ostatecznie przyjął plan transportowy, który co prawda nie zakładał reaktywacji, ale przewidywał zwiększenie liczby pociągów na czynnych liniach.

Tak się jednak składa, że cięcia przeprowadzone w marcu i grudniu 2020 r. w dużej mierze pokrywają się z czarną listą z nieuchwalonej wersji planu transportowego.

Przynajmniej na jakiś czas

– „Niektóre połączenia musiały zostać, przynajmniej na jakiś czas, zawieszone” – mówi rzeczniczka samorządu województwa kujawsko-pomorskiego Beata Krzemińska. – „Samorząd po wielomiesięcznych trudnych negocjacjach został zmuszony do podpisania niesatysfakcjonujących umów z operatorami kolejowymi”.

W grudniu 2020 r. kończyły się umowy samorządu z przewoźnikami: dziesięcioletnia z Arrivą i pięcioletnia z Polregio. Nowe kontrakty z przewoźnikami samorząd zawarł tuż przed zmianą rozkładu jazdy. Umowę z Arrivą podpisano 11 grudnia 2020 r. Z kolei 12 grudnia 2020 r. – zaledwie kilka godzin przed wejściem w życie nowego rozkładu jazdy – została podpisana umowa z Polregio. – „Przedstawiciele tej spółki usiedli do stołu z żądaniem stawek dwukrotnie wyższych” – mówi Krzemińska. – „Zostaliśmy postawieni w sytuacji, w której nie stać nas na opłacenie siatki połączeń w takim kształcie, w jakim funkcjonowała ona w ubiegłym roku”.

Polregio – które w 2020 r. dostawało dopłatę 13,06 zł za pociągokilometr – na 2021 r. zażyczyło sobie dopłaty wynoszącej 24,12 zł. Podczas negocjacji samorządowi udało się wytargować kwotę 23,75 zł. Oczekiwania Arrivy też wzrosły. Sytuacja była o tyle podbramkowa, że w budżecie województwa zmniejszono wydatki na połączenia kolejowe: z 99,2 mln zł w 2020 r. do 82,6 mln zł w 2021 r.

Negocjacje wyglądały więc tak, że z przygotowanego rozkładu jazdy, by zmieścić się w finansowych żądaniach przewoźników, wykreślano kolejne połączenia spółek Arriva i Polregio. Nie ma linii, której nie dotknęłyby cięcia. Na koniec pertraktacji zdecydowano o wycięciu wszystkich pociągów regionalnych z kolejnego odcinka: Włocławek – Kutno.

Ponadpartyjne protesty

Cięcia połączeń spotkały się z bardzo dużą krytyką. Do marszałka województwa Piotra Całbeckiego z PO trafiły dziesiątki protestów od samorządów lokalnych, radnych sejmiku, organizacji pozarządowych, administracji rządowej oraz parlamentarzystów. Na konferencji prasowej przeciwko cięciom połączeń wspólnie wystąpili posłowie z odległych politycznie ugrupowań: Paulina Matysiak z Lewicy, Mariusz Kałużny z Solidarnej Polski i Paweł Szramka z Kukiz’15.

Media regularnie donoszą o codziennych problemach mieszkańców Kujaw i Pomorza z dojazdami, a społeczności lokalne zbierają podpisy pod petycjami na rzecz przywrócenia połączeń. – „Społeczeństwo jest coraz bardziej świadome jak powinien wyglądać transport regionalny, i kolej jest tu na pierwszym miejscu” – mówi Rafał Wąsowicz.

Co istotne, rządzącą województwem koalicję spotkała krytyka płynącą również od polityków reprezentujących te same barwy partyjne: od prezydenta Włocławka Marka Wojtkowskiego z PO czy od radnej sejmiku Agnieszki Kłopotek z PSL. Władze regionu szybko przekonały się, że to już nie te czasy, gdy można było likwidować pociągi bez większego sprzeciwu.

Bez możliwości dojazdu

Samorząd województwa podjął próby ratowania sytuacji. Z początkiem stycznia 2021 r. na zlecenie samorządu uruchomiono autobusy mające zastąpić kolej na liniach, na których zniknęły wszystkie połączenia – „Nikt nie zostanie bez możliwości dojazdu” – zapewnił marszałek Piotr Całbecki, dodając przy tym, że koszt przejazdu kilometra przez autobus to tylko 3,50 zł.

Autobusów – mimo znacznie niższej stawki – wprowadzono jednak mniej niż było pociągów. Ponadto podróż autobusem trwa dużo dłużej niż przejazd pociągiem. Na przykład trasę z Włocławka do Kutna autobus pokonuje w 1 godz. 55 min., a pociągi regionalne przejeżdżały tę relację w 45-62 min. Autobusy muszą kluczyć, by obsłużyć wszystkie stacje i przystanki kolejowe. Ponadto autobusy nie zaspokajają nawet podstawowych potrzeb. Przykładowo pierwszy autobus z kierunku Kutna przyjeżdża do Włocławka dopiero na 8:35 (pociągi umożliwiały dojazd na 6:00 i 8:00). Do Osia – największej w Borach Tucholskich miejscowości pozbawionej pociągów – autobusy wcale nie dotarły.

W końcu samorząd zapewnił, że na linie Laskowice Pomorskie – Czersk i Chełmża – Bydgoszcz niewielka liczba pociągów wróci 18 stycznia 2021 r. Przywrócony ma też być ruch na odcinku Włocławek – Kutno, ale tylko do leżącej przed granicą województwa stacji Kaliska Kujawskie.

Przetarg, którego nie było

Jak w województwie kujawsko-pomorskim doszło do kolejowego kryzysu, który obecnie władze regionu nieudolnie próbują zażegnać?

Samorządy, zgodnie z regulacjami Unii Europejskiej, tylko do końca 2020 r. mogły powierzyć realizację przewozów kolejowych bez organizowania przetargu – maksymalnie na 10 lat. Większość regionów zawarła umowy z Polregio na całą dekadę. Nie wszystkie dobrze na tym wyszły. Stawki dopłat w różnych regionach zaskakująco się bowiem różnią. Najniższą wynegocjował Dolny Śląsk (13,60 zł za pociągokilometr), zaś na najwyższą przystało województwo lubelskie (38,20 zł za pociągokilometr).

Brak przetargów dał spółce Polregio zielone światło do dowolnego windowania stawek. Kujawsko-pomorski samorząd nie tylko nie chciał się na to zgodzić, ale przede wszystkim nie był na to przygotowany.

Cofnijmy się do stycznia 2019 r., kiedy to kujawsko-pomorski samorząd ogłosił zamiar rozpisania przetargu na wykonywanie przewozów kolejowych. Zamówienie miało dotyczyć dalszej obsługi wszystkich linii czynnych w ruchu regionalnym. Zwycięzca przetargu miał przystąpić do realizacji przewozów w grudniu 2020 r. i wykonywać je przez 15 lat. Zapowiedziany długi okres realizacji kontraktu dawał nadzieję na to, że do przetargu stanie większa liczba oferentów, którym będzie opłacało się zainwestować w tabor i inne zasoby, a konkurencyjny tryb wyboru pozwoli uzyskać atrakcyjne ceny.

Przetarg miał być ogłoszony na początku 2020 r., ale ostatecznie nawet nie został rozpisany. Odstąpienie od przetargu zbiegło się z powołaniem w styczniu 2020 r. Tomasza Moraczewskiego na stanowisko szefa departamentu transportu samorządu województwa kujawsko-pomorskiego.

Dwa gabinety Moraczewskiego

Nieoficjalnie dowiadujemy się, że Moraczewski po objęciu funkcji dyrektora departamentu transportu za główny cel postawił obniżenie kosztów funkcjonowania połączeń kolejowych. Do współpracy przy tworzeniu oferty przewozowej Moraczewski zaprosił Stanisława Biegę, eksperta związanego z pozarządowym Centrum Zrównoważonego Transportu. Obaj panowie współpracowali między innymi przy tworzeniu połączeń InterRegio w latach 2009-2010, gdy Moraczewski był prezesem Przewozów Regionalnych. Po odejściu z tej spółki w 2010 r. został szefem bydgoskiego portu lotniczego, którego większościowym akcjonariuszem jest samorząd województwa kujawsko-pomorskiego.

Od stycznia 2020 r. Moraczewski funkcję prezesa bydgoskiego lotniska łączy z posadą dyrektora departamentu transportu w siedzibie kujawsko-pomorskiego samorządu przy Placu Teatralnym w Toruniu. Dwa gabinety Moraczewskiego dzieli 50 km. Wiąże się to z konfliktem interesów: większe pieniądze na kolej mogą skutkować ograniczeniem funduszy na lotnisko.

Na ostatnią chwilę

Umowę ze Stanisławem Biegą samorząd województwa kujawsko-pomorskiego zawarł w kwietniu 2020 r. – po tym, gdy samorząd zrezygnował z przetargu. Zadaniem Biegi było opracowanie rozkładu jazdy obowiązującego od grudnia 2020 r. do grudnia 2021 r. wraz z ułożeniem obiegów taboru i drużyn pociągowych, zapewnieniem cykliczności kursowania pociągów oraz skomunikowań. Kolejna umowa – dotyczącą wdrożenia rozkładu jazdy – została zawarta z Biegą w listopadzie 2020 r.

Plan Biegi opierał się na rozbudowie oferty na ciągach między największymi miastami kosztem pewnych redukcji na bocznych liniach, co miało poprawić ekonomikę kolei w regionie. Plan ten nie brał jednak pod uwagę wzrostu oczekiwań finansowych przewoźników.

Gdyby rozpisano zapowiadany przetarg, to przewoźnicy prawdopodobnie zaoferowaliby niższe stawki niż przy powierzeniu im realizacji przewozów z wolnej ręki. Pozycję negocjacyjną samorządu pogorszyło to, że pertraktacje z Polregio i Arrivą prowadzono na ostatnią chwilę. Obaj przewoźnicy uznali, że samorząd będzie chciał w pełni realizować zaplanowany rozkład jazdy i przystanie na zwiększenie dopłat.

Czarny koń

Jako że samorząd województwa kujawsko-pomorskiego zawarł zarówno z Polregio, jak i z Arrivą umowy tylko na jeden rok, to – w myśl unijnych regulacji – przewoźnika, który będzie obsługiwał połączenia od grudnia 2021 r., nie będzie można wybrać inaczej aniżeli w przetargu.

Czarnym koniem przetargu może okazać się Stowarzyszenie Kolejowych Przewozów Lokalnych. Tym bardziej, że ten niewielki przewoźnik aktualnie sprowadza z Holandii 32 używane składy spalinowe typu DM90. Jak poinformował SKPL, negocjacje z Nederlandse Spoorwegen trwały od grudnia 2019 r. Może więc kujawsko-pomorski samorząd zrezygnował z przetargu zapowiadanego na 2020 r., żeby poczekać aż SKPL będzie gotowy na złożenie oferty. Dodajmy, że na początku grudnia 2020 r. Piotr Całbecki oznajmił, iż pojawił się trzeci gracz, sugerując, że może on przynieść rozwiązanie problemów. Władze regionu liczą też na udział w przetargu przewoźników Leo Express czy RegioJet z Czech.

Pytanie, czy samorząd zdoła w niecały rok przeprowadzić i rozstrzygnąć nowy przetarg, a startujący w nim nowi przewoźnicy będą w stanie w tak krótkim czasie przygotować się do realizacji przewozów. Najważniejszym pytaniem jest jednak to, jak najszybciej odbudować zaufanie mieszkańców Kujaw i Pomorza do transportu kolejowego.

Karol Trammer

Tekst pochodzi z dwumiesięcznika „Z Biegiem Szyn” (nr 1/111, styczeń-luty 2021).

O demokracji w Ameryce i europejskim 500+

O demokracji w Ameryce i europejskim 500+

Kiedyś nie chciałem interesować się Stanami Zjednoczonymi, bo uważałem je – niemądrze – za kraj bez historii. Jak wiele osób z mojego pokolenia wchodziłem w świadome życie polityczne w czasach amerykańskich „wojen z terroryzmem”. Wojen, do których głośno i zgodnym chórem zachęcały polskie elity od prawa do lewa – inaczej brzmiał tylko głos Jana Pawła II i niektórych lewicowych radykałów. W tej sytuacji, i nie mówię tu chyba tylko za siebie, ale prawdopodobnie również za sporą część mojego pokolenia, któremu Ameryka kojarzyła się przede wszystkim z samozadowolonym imperializmem i płaskim komercjalizmem – nie spodziewałem się, żeby coś mogło wyjść z Ameryki (z wyjątkiem może niektórych książek osamotnionych i wyobcowanych akademickich radykałów).

Odkąd, kilka lat temu, zacząłem pracować z Amerykanami (głównie katolikami lub „liberalnymi” protestantami głosującymi na Demokratów) i poznawać Amerykanów prywatnie (głównie charyzmatycznych protestantów głosujących na Republikanów), i odkąd zacząłem się zagłębiać w tradycję amerykańską, zwłaszcza w paradoksalną, równocześnie popularną i intelektualną, tradycję amerykańskiego „progresywnego populizmu”, mocno zmieniłem zdanie. Bardzo przywiązałem się do Ameryki i Amerykanów i wciągam się w dawne i obecne dzieje tego wielkiego kraju coraz bardziej.

O tym, co się niedawno działo i wciąż dzieje w USA mógłbym i chciałbym napisać dużo.

Chciałbym napisać chrześcijanom, żeby nie wchodzili w to, co w charyzmatycznym slangu nazywamy „mentalnością ofiary”; a co zawsze wiąże się z przerzucaniem odpowiedzialności za nasze porażki i nasze grzechy na innych. Tutaj: z przerzucaniem winy za zamieszki na Kapitolu na Antifę, Black Lives Matters, Bidena itd. Nie. Trzeba wziąć odpowiedzialność. I trzeba powiedzieć „OK, nie udało się. Nie będziemy rozwalać wspólnych instytucji, dlatego że tym razem przegraliśmy. Nauczymy się przegrywać i spróbujemy za cztery lata”. Tak jak powiedzieli Demokraci po przegranych Ala Gore’a czy Johna Kerry’ego, kiedy to wielu z nich uważało, że G. W. Bush został prezydentem USA tylko dzięki oszustwom i nieprawidłowościom przy liczeniu głosów.

Chciałbym, żeby chrześcijanie dwa razy zastanowili się, zanim prześlą dalej kolejny film promujący kolejną teorię spiskową; bo za wiarę w takie teorie spiskowe – a nie za wiarę w Jezusa – zginęło na Kapitolu kilkoro ludzi. I ci ludzie, którzy niepotrzebnie zginęli, byli dla kogoś siostrą, mężem albo córką, a teraz naprawdę nie żyją.

Chciałbym też napisać tym znajomym lewicowcom, którzy cieszą się, że Twitter zablokował bezterminowo konto Prezydenta Trumpa i tym lewicowym znajomym, którzy krytykują Facebooka co najwyżej za to, że bierze się za cenzurę za późno, żeby nie wierzyli w to, że niedemokratyczne, przed nikim nie muszące tłumaczyć się ze swoich decyzji gigantyczne monopole zbudują nam dzięki cenzurze lepszy świat. Nie zbudują. Wyrzucenie Donalda Trumpa i jego zwolenników z Twittera czy Facebooka może pomóc odreagować, zaspokoić lewicowe pragnienie zemsty, ale w żaden sposób nie deeskaluje konfliktu ani nie ułatwia radzenia sobie z treściami rzeczywiście nawołującymi do przemocy. [1]

OK, może ktoś powiedzieć, ale co właściwie mamy zrobić w tej sytuacji – jeśli po jednej stronie nakręcają się teorie spiskowe, a po drugiej tężeje wola ich prewencyjnego wyduszenia z użyciem maszyny monopolistycznej?

Myślę, że odpowiedź, jedną z wielu, można znaleźć uważnie przyglądając się przyczynom dobrego wyniku Prezydenta Trumpa w ostatnich wyborach. Dlaczego Donald J. Trump mimo katastrofalnych efektów pandemii w USA (aż 19% procent zmarłych na COVID to mieszkańcy USA, mimo że ludność USA stanowi tylko 4% światowej populacji) zdobył tak wiele głosów? Odpowiedzi, jak zwykle w przypadku złożonych problemów społecznych, jest wiele, ja chciałbym wskazać na jedną – przez większość polskich komentatorów raczej pomijaną.

Drugą najważniejszą sprawą dla amerykańskich wyborców był – zaraz po pandemii – stan gospodarki. I do samego końca pozostała to jedyna kwestia, w której większość respondentów wskazywała Donalda Trumpa, a nie Joe Bidena, jako kandydata, który ich zdaniem lepiej poradzi sobie z gospodarką. Co więcej, Trump prowadził też w sondażach wśród tych wyborców, którzy właśnie stan gospodarki uważali za najważniejszą sprawę decydującą o ich decyzjach wyborczych. Dlaczego tak było, mimo bezrobocia najwyższego od czasów Wielkiego Kryzysu?

I dlaczego Trump był pierwszym republikańskim kandydatem na prezydenta od lat 60., któremu udało się zdobyć nowe głosy wśród nie-białych – czarnych, latynoskich i azjatyckich – wyborców?

Ktoś mógłby powiedzieć, że radykalnie wolnorynkowych wyborców przyciągnęły ulgi podatkowe, które Trump ofiarował najbogatszym. Takie rozwiązanie mogło się spodobać beneficjentom „socjalizmu dla bogatych”, którzy skorzystali na ulgach, ale wśród szerszych mas republikańskich wyborców była to jedna z najmniej popularnych decyzji prawie-już-byłego Prezydenta USA. Wydaje się, że znacznie większy wpływ na rosnącą popularność prezydenta wśród amerykańskiej klasy pracującej, w tym, przypominam, nie-białej klasy pracującej, mogło mieć niskie bezrobocie, które np. wśród czarnych mężczyzn było przed pandemią najniższe od wielu lat. [2]

No i sprawa by może najciekawsza. Otóż za prezydentury Donalda Trumpa faktem stał się postulat bardzo podobny do postulatu, o który dla naszego kontynentu walczy inicjatywa, w którą jestem zaangażowany – Pacjent Europa – i który wśród większości europejskich decydentów wciąż uznawany jest za niemożliwy do realizacji: Tymczasowy Dochód Podstawowy. Bo „Stimulus Check”, który latem przegłosował amerykański Kongres, to rozwiązanie bliskie dochodowi podstawowemu (choć bynajmniej z nim nietożsame)[3] w wysokości miesięcznej federalnej pensji minimalnej trafiające do każdego bezrobotnego dorosłego Amerykanina.

Do każdego czeku dołączony był list z podpisem Prezydenta.

To, jak twierdzą osoby na co dzień pracujące z Amerykanami latynoskiego pochodzenia, mogło być jednym z powodów, dla których tak wielu niezamożnych Amerykanów różnych ras zagłosowało na prezydenta, który bezpośrednio im pomógł wysyłając podpisany przez siebie czek w sytuacji, gdy oni mieli do zapłacenia ratę kredytu, czynsz za mieszkanie lub musieli kupić jedzenie dla siebie i rodziny.

Co powinna zrobić Unia Europejska – w sytuacji, w której właśnie być może rozsypuje się rząd włoski – jeśli chce odzyskać zaufanie Europejczyków? Wysłać im taki czek, podpisany przez UE. Europejskie 500+.

To konieczne nie tylko z przyczyn ekonomicznych, jeśli chcemy naprawdę rozruszać gospodarkę i jeśli chcemy szybko i skutecznie pomóc ludziom, którzy tracą pracę, pracują na część etatu lub muszą zamykać swoje małe i średnie firmy.

To także konieczne do odbudowy zaufania. Bo to zaufanie jest walutą, którą płaci się za wyjście z kryzysu. Bez odbudowy podstawowego zaufania do władz publicznych nie pomogą ani szczepionka ani lockdowny. Odbudowa zaufania – zwłaszcza w sytuacjach trudnych, kiedy wymaga się od obywateli rzeczy trudnych, takich jak zamknięcie się w domu z dziećmi, takich jak czasowa rezygnacja z wielu wolności – jest możliwa, jeśli władze publiczne umieją pokazać, że biorą sprawę poważnie. A trudno uwierzyć, że biorą sprawę całkiem poważnie, jeśli nie są skłonne wydać na tę ważną sprawę pieniędzy, pomagając swoim obywatelom.

Sytuacja, w której my będziemy udawać, że stosujemy się do restrykcji, a władze będą udawać, że nam pomagają – jest nie do utrzymania i nie wyprowadzi nas z pandemii.

Do Dochodu Podstawowego można mieć zastrzeżenia. Sam nie byłem jego zwolennikiem w „normalnych”, przedpandemicznych czasach, mając więcej sympatii do takich narzędzi, jak Gwarancja Zatrudnienia. [4] Ale czasy nie są normalne i Tymczasowy Bezwarunkowy Dochód Podstawowy jest niezbędny w sytuacji, gdy wielu ludzi nie może i nie powinno chodzić do pracy.

W USA są już – po wszystkich politycznych stronach – politycy, którzy to rozumieją. Od twardego konserwatysty, nowo narodzonego chrześcijanina Marco Rubio, który zadeklarował, że zagłosuje za ambitniejszą wersją zimowego pakietu „Stimulus Check”, po progresywnego przedsiębiorcę i kandydata na burmistrza Nowego Jorku Andrew Yanga. Kiedy przed kilku laty Andrew Yang zaczynał kampanię na rzecz Bezwarunkowego Dochodu Podstawowego, idea była niepopularna i niezrozumiała. Dziś to jedno z najpopularniejszych rozwiązań wśród wyborców w USA po obu stronach barykady.

Mam nadzieję, że europejscy politycy, z którymi będziemy się spotykać jako Pacjent Europa w najbliższych tygodniach, też to zrozumieją.

Zanim ktoś zacznie szturmować ich Kapitol.

dr Mateusz Piotrowski

 

Przypisy:

1. Deeskalację ułatwiłoby chociażby realne wsparcie mniej spolaryzowanych mediów lokalnych, które to media zostały przez monopole – napędzane przez promonopolistyczne ustawodawstwo – pożarte w ostatnich latach. O pożeraniu mediów lokalnych przez medialne monopole piszą jedni z ciekawszych amerykańskich analityków gospodarczych, Matt Stoller i Sarah Miller, związani z American Economic Liberties Project. Donald Trump being banned from social media is a dangerous distraction.

W polskim kontekście o medialnym niemieckim prywatnym monopolu przejętym niedawno sprawnie za pomocą jednej transakcji przez monopol państwowy mówili i pisali Krzysztof Mroczkowski oraz Filip Konopoczyński. Zobacz: Repolonizacja mediów. Przejęcie Polska Press przez Orlen – Krzysztof Mroczkowski; Filip Konopczyński, Digital Empire in the Making. Law and Justice Party’s Conquest of Polish Traditional and Digital Media.

2. „[…] stopa bezrobocia wśród czarnych mężczyzn w wieku od 25 do 54 lat wzrosła do 19,7 procent w marcu 2010, co stanowiło wskaźnik o niemal 9 punktów wyższy niż stopa bezrobocia wśród wszystkich mężczyzn w tym wieku. Do października 2019 wskaźnik ten obniżył się do 4,2 procent, był więc tylko o niecałe 2 punkty wyższy niż stopa bezrobocia wśród wszystkich mężczyzn”. Przyczyny tego stanu rzeczy stara się zbadać tekst Orena Cassa, dyrektora republikańskiego i sceptycznego wobec wolnorynkowego fundamentalizmu think tanku The American Compass. Zobacz: Oren Cass, Some Like it Hot.

3. Andrew Yang stwierdził, że „Zasadniczo idea Stimulus Check jest niemalże identyczna z ideą Powszechnego Dochodu Podstawowego”. Główna różnica polega na tym, że jak pisze na stronach Tax Policy Center Leonard E. Burman, Stimuls Check „to jednorazowe, a nie comiesięczne świadczenie. Simulus Check nie jest także świadczeniem uniwersalnym”. Leonard E. Burman, Is The Stimulus Rebate A Universal Basic Income?

4. Jan J. Zygmuntowski, Work for All.

Monsieur Hulot w świecie Premium

Monsieur Hulot w świecie Premium

W roku ZOZO nie było tradycyjnej firmowej imprezy świątecznej. Było świąteczne zebranie online, tak drętwe, że pracownicy zatęsknili za niezbyt lubianym korpopijaństwem. Część z nich umówiła się na nieformalnego śledzika na zoomie. Też żadna rewelacja, ale przynajmniej miało się wrażenie, że jakiś rytuał został dopełniony. Popijali i gawędzili, wymieniając się plotkami, w tym roku mniej licznymi niż zazwyczaj, i smętkami, na które był w 2020 szczególny urodzaj. W pewnym momencie temat rozmowy zszedł na mało lubianego szefa, człowieka nieustającego sukcesu, Przywita. Znów miał awansować, tym razem już za granicę. Troszkę się z tego pośmiali, troszkę nad tym poubolewali. Ten facet zdawał się mieć kupon na złotą karierę.

„Ale słuchajcie: czy ktoś wie, dlaczego on właściwie tak awansuje? Czy on ma wuja w zarządzie? Czy gra z kimś ważnym w golfa? Z kimś śpi? Ten facet nic nie umie, on nawet nie jest psychopatą” – powiedział ktoś.

„Fakt. On jest zerem” – zgodzili się pozostali. Nikt nic nie wiedział o żadnym wuju w zarządzie ani o wpływowej protektorce. Bo też nikogo takiego nie było. Przywit był zerem pod każdym względem. I dzięki temu właśnie szybował na prądach powietrznych Zeitgeistu. Zawsze mówił cokolwiek. Najczęściej powtarzał i lekko przetwarzał cokolwiek wcześniej wypowiedziane przez kogoś oczko ważniejszego. Starał się zachowywać i wyglądać jakkolwiek, najchętniej względnie podobnie do kogoś o oczko ważniejszego. Pytany o strategiczne kierunki rozwoju firmy, zawsze wygłaszał jakiś powszechnie znany najgorszy scenariusz i orzekał, że należy się doń dostosować, bo teraz tak będzie i trzeba się z tym pogodzić. I to wszystko. Skąd ta szczęśliwa gwiazda? I skąd wrażenie, że (nieskutecznie) konkurująca z nim o wyższe stanowisko Przemysława była osobą przegraną? W odróżnieniu od Przywita, miała ona pomysł na strategię w tych trudnych czasach. Prezentowała jakieś możliwe scenariusze, argumentowała, że należy przyjąć bardziej optymistyczny z nich i działać proaktywnie, gubiąc po drodze konkurencję. Głosiła konieczność dbania o pracowników, zapewnienia im bezpieczeństwa zatrudnienia, przeciwdziałania wysokiej rotacji personelu i wskazywała na szkodliwość outsourcingu. Niby wszyscy wiedzieli, że to są sensowne i ważne propozycje. A jednak towarzyszyła jej ta chmura porażki…

Czym to wytłumaczyć? Tego nie uczą podręczniki do zarządzania – ani te stare, chwalące namysł i wizję strategiczną, ani te nowe, promujące autentyczne przywództwo. To bystra Przemysława miała wizję i strategię, nie masłomózgi Przywit. To energiczna Przemysława wyglądała na przywódczynię, a nie mdły i nijaki Przywit. Nie powinno nas jednak za bardzo dziwić, że podręczniki budujące kompetencje zarządzania nie przewidują zwycięstw Przywitów nad Przemysławami. Bo też niezbyt dobre to przykłady kompetencji zarządczej – raczej pewien rodzaj oportunizmu naszych czasów, do którego nie są potrzebne wiedza ani nawet umiejętność gry w golfa czy spania z właściwymi osobami. Wynika on z tego, że w naszej schyłkowej epoce neoliberalnego kapitalizmu pęd zdarzeń wiedzie ku coraz większemu rozpadowi i deterioracji. To, co wczoraj było mroczną wizją, dzisiaj jest faktem, jutro staje się normalnością.

Jak się wyraził jeden z moich studentów, ledwie przyzwyczaimy się do czegoś, co jest naprawdę bardzo słabe, a już to się kończy i zmienia na coś, co jest jeszcze gorsze i przy czym to słabe wydaje się rewelacją. Ten stan rzeczy polski socjolog Zygmunt Bauman opisywał, za Antonio Gramscim, jako interregnum – czas pomiędzy działającymi systemami, gdy stare struktury niekiedy jeszcze działają siła bezwładu, ale generalnie zasady i wzorce życia społecznego ulegają dezintegracji i zniszczeniu. Nie wiadomo jak długo to będzie trwało, ale wiadomo, że samo z siebie się nie naprawi, nie zmieni na lepsze – dopóki nie wypracujemy nowego systemu, który będzie można budować i rozwijać. W obecnych czasach sprawczość społeczna jest mało prawdopodobna. Dzieje się tak, dlatego, że zbiorową sprawczość zapewniają funkcjonujące struktury, czyli właśnie i dokładnie to, co na naszych oczach rozsypuje się w pył. Taka sytuacja znana jest w ujęciu systemowym jako rosnąca entropia – wzrastająca miara nieuporządkowania systemu. Dla złożonych systemów żywych: biologicznych, społecznych, wzrost entropii prowadzi do śmierci.

W czasach interregnum pozory sprawczości miewają Przywitowie – postaci, które współdziałają z rozpadem i wzrostem entropii. W odróżnieniu od energicznej Przemysławy, Przywit zawsze przewiduje, że będzie gorzej, i tak faktycznie sytuacja się rozwija. Jego propozycje reakcji na nią są w istocie deklaracją kapitulacji, moralnym złożeniem broni – „skoro będzie gorzej, to znaczy, że gorzej jest normalnie a nawet dobrze; nie ma nic złego, by na tym korzystać”. Kluczowe dla jego kariery są pomysły, jak skorzystać na wszechobecnym rozpadzie. To nie strateg, to nie przywódca tak postępuje. Tak działa hiena epoki interregnum.

Gdy ktoś, tak jak Przemysława, zakłada, że może być lepiej, przestrzela ze swoimi przewidywaniami, nie trafia. Jej wizje są śmiałe i wartościowe według niemal dowolnego podręcznika zarządzania, ale w oczach zarządu firmy, gdzie pracowała – dyskwalifikujące, bo się (same z siebie) nie sprawdzają. Jej proponowane decyzje wymagają zaangażowania zasobów właściwie w ciemno, wbrew dowodom empirii. (Przemysława odeszła z korpo i założyła z koleżanką firmę rzemieślniczą, tworzącą gry uczące współpracy; czują, że kiedyś bardzo się przydadzą wspólnemu dobru.)

Do tych ogólnoświatowych trendów zbiorowej bezsilności epoki interregnum dołącza jeszcze, intensyfikująca ją, polska specyfika. Świat Zachodu wpłynął w neoliberalizm z zupełnie innych pozycji, niż byłe kraje bloku wschodniego. Ten pierwszy na ogół miał co roztrwonić i przetracić, miał za sobą powojenne prosperity państwa dobrobytu, ogromne nagromadzone dobro wspólne, a do tego obietnice demokratyzacji i włączania obywateli w ogólny dostatek. Polska potransformacyjna jest czymś zupełne innym. Jeśli już ma być do czegoś podobna, to raczej do Polski późnego Gierka (choć transformację i modernizację Gierkowską więcej różni niż łączy). Została zbudowana z nieadekwatnych elementów według niemożliwego do zrealizowania wzoru. W czasach późnego Gierka ujawniła się fasadowość i pozorność polskiego dobrobytu – był to sen o dobrobycie, dostępny dla nielicznych w sklepach za żółtymi firankami, w Peweksach i w całej wewnętrznej szaro-czarnej strefie dolarowej. Był to styl życia podobny do zachodniego, na którym był wzorowany, ale – inaczej niż obiecywano – dostępny był tylko dla wybranych i tylko pod warunkiem, że byli w stanie przymknąć oczy na kruchą i niesprawiedliwą podwalinę, na jakiej został zbudowany. Był to piękny, kuszący i kolorowy sen, ale nawet ci, którzy mogli i potrafili go śnić, lądowali w zupełne innej rzeczywistości, gdy życie mówiło sprawdzam. Te same problemy z dostawą prądu, ta sama zapaść służby zdrowia – mimo to, że kliniki dla prominentów były na lepszym poziomie, ale jednak nie był to Zachód. Nie mówiąc już o tym, że w decydującej chwili okazywało się, że jednak większość uprzywilejowanych grup społecznych nie zalicza się do coraz węższej warstwy prominentów. Zamek z zachodnich kart budowany był na biedzie i niedostatku.

Tak samo rzecz się ma teraz i dokładnie to samo zaczyna być widoczne między szparami lukrowanego świata z donicami na chodnikach jak w Niujorku i z produktami premium na galeriowych półkach. Pomalowano trawniki i wypucowano fasady, by przypominały to, co prominenci naszych czasów zapamiętali z okien taksówki wiozącej ich przez Nowy Jork, gdy w latach 90. zaprosił ich ten czy inny instytut, a także to, co zwykły obywatel pamiętał z wyjazdów na zbieranie truskawek pod El Dorado. Polska zaczęła przypominać fantazmat Zachodu oglądany z zewnątrz. A pod spodem – surowa bieda, która staje się coraz bardziej głośna i którą coraz trudniej jest ignorować. Ona obrzydza, burzy porządek, zakłóca cukierkowy sen. Do tego dochodzą pandemia i kryzysy kolejnych instytucji społecznych, do których mieliśmy jako naród zaufanie. Coraz trudniej tego nie widzieć, choć wielu moich ziomków dokonuje cudów w dziedzinie ignorowania dysonansów poznawczych. Pomagają im w tym kolejni decydenci, starając się zakrzyczeć, zaklajstrować, zakitować to, co widzą a raczej wyczuwają na peryferyjnej wizji, gdy suną limuzyną przez świat, wskazać winnych – raz hołota, raz LGBT, raz zacofane polactwo, raz Żydzi i Unia Europejska. To dzielenie, wydalanie, wypraszanie. To jest skutek naszej wschodniej „transformacji”.

Właśnie tu widać, czemu Polska Gierkowska i transformacyjna były różne. Bo ta pierwsza tworzona była w intencji dla wszystkich. Ta druga – dla tych, którzy są jej godni, a więc można z niej wykluczać pewne kategorie obywateli. Była dla przedsiębiorczych, dynamicznych, nie była dla roszczeniowców i komuchów. Ta pierwsza skończyła się bolesnym przypomnieniem, co to znaczy „wszyscy”, które obudziło ducha społeczeństwa. Czym kończy się ta druga? Obawiam się, że nie ma już poczucia „wszyscy”, bo ono nie zostało nam w tej fazie dane. Gdy nic nas nie łączy, pozostaje tylko rosnąca entropia.

Ale jednak… Ludzki chaos to nie to samo, co entropia. Genialny francuski reżyser Jacques Tati nakręcił w 1967 roku piękny i profetyczny firm „Playtime”, rozgrywający się w supernowoczesnej dzielnicy miasta pełnej idealnie proporcjonalnych, doskonale czystych, szklanych wieżowców, błyszczących od pustki korytarzy, sterylnych ulic, siedzib firm i mieszkań. Wszystko jest absolutnie nowoczesne, przezroczyste, triumfujące swą racjonalnością nad niedoskonałością ludzkiej natury. Przestrzeń miejska jest idealnie gładka, zaplanowana, domknięta w każdym detalu. Jeden z bohaterów – Monsieur Hulot, postać grana przez samego reżysera, szuka w tej przestrzeni kogoś z kim się umówił, ale dziwnym trafem rozmija się z nim, za to wpada na inne, znane i nieznane mu osoby. Podobnie błądzą i znajdują się inni bohaterowie, przede wszystkim fale turystów, wpompowywane i przepompowywane przez system komunikacji z pobliskiego nowoczesnego lotniska. Przestrzeń ma tu własną dynamikę i jest to dynamika władcza. Pod jej kierunkiem Monsieur Hulot, turyści i mnóstwo innych osób trafiają wieczorem do lokalu, idealnie wydesignowanego i zorganizowanego, gdzie każdy gość ma swój wyznaczony stolik, obsługiwany przez superefektywnych kelnerów. Na podium gra zespół muzyczny. Wszystko przebiega zgodnie z planem, aż do momentu, gdy fragment dekoracji wnętrza urywa się i spada na salę. Psują się kolejne elementy instalacji, zawodzą jednak nie do końca nieskazitelne architektoniczne rozwiązania. Ujawnia się niedoskonałość tej twierdzy doskonałości, jaką jest uosobiona w dzielnicy miasta nowoczesność, rozpada się idealny porządek. Na podium wchodzi spontaniczna pianistka – jedna z gości, która jednak całkiem nieźle gra. Ludzie zaczynają chaotycznie tańczyć, rozmawiać ze sobą „ponad” przypisanymi stolikami, pić więcej, niż proponuje menu. Nawet kelnerzy wyglądają coraz mniej perfekcyjnie. W pewnym momencie pojawia się, wśród wrażenia powszechnej entropii, coś, czego wcześniej nigdzie w nowoczesnej dzielnicy nie było i co przejmuje całkowicie definicję miejsca i czasu – cudowne, chaotyczne ludzkie bycie razem. Jest po prostu zajebiście. Absolutnie nie ma znaczenia, że zabawa ma miejsce w szklanym nowoczesnym wieżowcu z gigantycznymi oknami, przez które przypadkowy przechodzień może obserwować życie dzielnicy we wszelkich szczegółach. Nie ma znaczenia, że przestrzeń jest idealnie zaplanowana, ale całkiem prozaicznie się rozsypuje. Bawiąc się, ludzie tworzą własną przestrzeń na wskroś, w poprzek, obok zadanego porządku – i intensyfikującego się nieporządku rozpadu. Nie minął rok od produkcji filmu i przez Paryż przepłynął wielki playtime 1968.

Co to wszystko znaczy, co ma do powiedzenia Polakom AD 2021 Monsieur Hulot z 1967 roku? Czy teraz stworzymy coś takiego jak chaotyczna ludzka wspólnota, mimo że przez 30 lat musieliśmy się raczej obejść bez poczucia jedności, siostrzeństwa i braterstwa? Kto wie! Gdy skończy się pandemia i gdy wylegniemy na ulice bez maseczek, bez strachu, bez wirusa. Kto wie, co wtedy może się stać. Mieliśmy zapowiedź tego podczas protestów kobiet: mocna niemieszczańska poezja połączonego solidarnością tłumu, muzyka do rewolucji i do tańca, żywy teatr romantyków na warszawskiej ulicy, spontaniczna sztuka i odwaga cywilna, która przenosi góry. Do przedefiniowania przestrzeni à la Tati brakowało tylko jednej, ale za to bardzo ważnej rzeczy – swobody ludzkiego ciała, by poddać się grawitacji wspólnoty – najpotężniejszemu antidotum na rosnącą entropię.

prof. Monika Kostera

O prawo do zasięgu

O prawo do zasięgu

Na fali dyskusji o cenzurze w internecie doszliśmy do arcyciekawego momentu. Najbardziej przypomina on badanie zachowania się cząsteczek – śledzimy zachowanie znanych nam atomów i zaczynamy dostrzegać wyraźnie interesujące procesy, które powoduje jakiś nieznany czynnik. Nie wiemy jeszcze, czym jest, jakie ma właściwości, nie umiemy go wyizolować i zbadać odrębnie, ale wiemy, że tam jest. Jak biała plama, wokół której krążymy coraz bliżej i bliżej.

Tak jest dzisiaj w przypadku dyskusji o social mediach i wszechwładzy cyfrowych korporacji. Dyskusji, która została wywołana zablokowaniem kont Donalda Trumpa i wykasowaniem z popularnych serwisów wielu profili prezentujących skrajnie prawicowe poglądy.

Próbujemy opisać tę sytuację posługując się pojęciem wolności słowa, ale to błąd. To nie wolność słowa. Trump nie został pozbawiony prawa do wypowiedzi ani nie został pociągnięty do odpowiedzialności za żadne ze swoich licznych kłamstw czy obrzydliwości, tak samo jak i miażdżąca większość zablokowanych użytkowników. Coś jednak stracił, coś, co podświadomie chcemy nazwać prawem, ale z braku właściwego pojęcia rozciągamy na to pojęcie „wolność słowa”, próbując wepchnąć drugą głowę w ten sam gumowy czepek. Mówimy o wolności słowa, ale czujemy inne prawo. Prawo, które wyrosło wraz z globalnym, cyfrowym światem. Światem, który pęczniał w tempie, z jakiego nie zdawaliśmy sobie sprawy. Wraz z kolejnymi serwisami i portalami coraz więcej treści zaczęliśmy tworzyć oddolnie, samodzielnie, w sposób niekontrolowany. Cyfrowi giganci udostępniali nam przestrzenie, które pozwalały zagospodarować je tak jak chcemy, przestrzenie, które gwałtownie rosły wraz z kolejnymi użytkowniczkami i użytkownikami dołączającymi do Facebooka, Twittera, Instagrama i innych najróżniejszych forów czy komunikatorów. Przestrzeń, która przerosła nasze pojmowanie. Ale nie pojmowanie ludzi, którzy ją udostępnili.

To oni pierwsi dostrzegli potencjał w kontrolowaniu tego, co zobaczymy zaglądając do „bulionu pierwotnego”, jakim jest internet. Najpierw wyszukiwarki internetowe, a następnie social media. Oddając nam coraz większą przestrzeń i możliwości, sobie pozostawili prawo selekcji. I właśnie widzimy jak autorytarnie to prawo kontrolują. Nazwijmy je, z braku lepszego pojęcia, prawem zasięgu. Mówiąc najprościej, cyfrowi giganci ściśle kontrolują proces, który przesądza o tym, co będzie popularne, a co nie, co pozostanie w sieci, a co zostanie z niej usunięte. Czy za sprawą bezdusznych algorytmów, ustawionych w celu wygenerowania maksymalnego zaangażowania, zaprzęgnięcia naszych nerwów i czasu do nieustannych, coraz ostrzejszych kłótni i awantur, które zatrzymują nas przed komputerami i telefonami, w przestrzeni w której jesteśmy znakowani (profilowani) i karmieni reklamami jak tuczniki. Czy też za sprawą arbitralnych decyzji, które cyfrowi możni podejmują bez konsultacji z nikim, a które przesądzają o tym, czyj głos będzie słyszalny w internecie, a czyj zniknie. Minimalizując zasięgi naszych postów czy blokując nasze konta w serwisach, nie naruszają naszego prawa do wolności słowa, ale schowali przed nami i pozostawili sobie pełną władzę nad tym, co wyrosło na ich oczach, na ich własnych platformach – prawo do bycia słyszanym. Cyfrowi magnaci są jak kelner, który przynosi nam przygotowane potrawy, przy czym arbitralnie decyduje o tym, co znajdzie się w karcie, z której możemy wybierać.

To właśnie o odzyskanie „prawa do zasięgu” powinniśmy walczyć. O prawo do przejrzystych i otwartych reguł, o prawo wglądu do algorytmów i systemów, o prawo do wyznaczania ram dla warunków usług i regulaminów. Powinniśmy walczyć o to, aby w przestrzeni cyfrowej, którą tworzymy, która żyje naszym życiem, którą napędzamy swoją aktywnością – mieć wpływ na reguły rządzące tym światem, tak jak ustanawiamy prawo nad innymi dziedzinami życia społecznego. Jeśli będziemy w stanie odnaleźć, opisać oraz wyznaczyć ramy dla „prawa do zasięgu” (czy prawa do bycia słyszaną/słyszanym), to być może w przestrzeni jego wzajemnego oddziaływania z prawem do wolności słowa odnajdziemy narzędzia, które pozwolą zmierzyć się z plagami cyfrowego świata: dezinformacją, kłamstwem, hejtem i manipulacją.

Bartosz Migas

Praca jako wyrzut sumienia

Praca jako wyrzut sumienia

Polska jest w światowej czołówce pod względem liczby godzin spędzanych w pracy – przy jednocześnie radykalnie kurczącym się czasie wolnym. Jesteśmy europejskim liderem pod względem odczuwania stresu w miejscu pracy, a przy tym mamy trudności w godzeniu obowiązków służbowych z prywatnymi, w relacjach społecznych i w porozumiewaniu się z przełożonymi. Zmagamy się z poczuciem przytłoczenia i nieskończoności zadań. Co siódma czynna zawodowo osoba w Polsce uznaje swoją pracę za pozbawioną sensu.

Obciążenie psychiczne w miejscu pracy

Przed pandemią (w latach 2011-2017) ZUS odnotował siedemdziesięcioprocentowy wzrost zwolnień lekarskich z powodu zaburzeń psychicznych. Od ubiegłego roku problem znacząco się pogłębił. Pierwsze miesiące trwania pandemii przyniosły ponad dwukrotny wzrost tego typu zwolnień. Zauważamy dużo niespójności w kwestii notowania nadużyć
w środowisku pracy. Statystyki Państwowej Inspekcji Pracy (PIP) dotyczące mobbingu i innych form uznawanych za przemocowe ukazują jedynie ich śladową skalę. Jeszcze mniej można wywnioskować na podstawie statystyk sądowych. Gdy jednak weźmiemy pod uwagę informacje z badań, to okazuje się, że 14 procent z osób pracujących było ofiarami przemocy w miejscu pracy, 46 procent zetknęło się mobbingiem, 39 proc. doświadczało dyskryminacji, a 46 proc. skarży się na poczucie wykluczenia przez innych pracowników (dane za raportem Koalicji Bezpieczni w Pracy 2019). Badania CBOS (2014) pokazują podobne tendencje, np. 24 proc. doświadczyło molestowania i uwag naruszających godność, a 22 proc. niestosownych gestów ze strony przełożonych i wykładowców (9 proc. ze strony współpracowników). Kiedy Centralny Instytut Ochrony Pracy przebadał nauczycieli w jednym z projektów wiele lat temu, 10 proc z nich deklarowało doświadczenie mobbingu. Według PIP zachowania tego typu mogą powodować nawet połowę absencji zawodowej.

Ostatnio przeczytałem książkę Edwarda Karolczuka „»Nagie życie« ofiar wyzysku pracy i wojny”, która jest dla mnie jak ukłucie sumienia wobec współczesnych stosunków pracy. Uważam, że powinna ona zostać lekturą obowiązkową dla osób przyjmujących za normalność zjawiska nazywane – przez Jerzego Kociatkiewicza – zinstytucjonalizowaną nieodpowiedzialnością. Mowa o procedurach, zasadach, skryptach i działaniach, które zaakceptowaliśmy jako naturalne, a które z perspektywy godności człowieka nigdy nie powinny nam spowszednieć. W ogromnej mierze dotyczy to właśnie stosunków pracy i całego katalogu spraw wokół nich, w tym relacji społecznych w środowisku pracy, rosnących wskaźników stresu zawodowego, permanentnego lęku przed utratą pracy, wypalenia zawodowego lub uzależnienia od pracy, mobbingu, dyskryminacji czy molestowania, a także innych nienazwanych form nadużywania władzy w relacjach pracowniczych, stanowiących powszedniejący margines tzw. normalności.

Karolczuk ukazuje szokującą analogię między obozowym syndromem muzułmaństwa, niewolnictwa a wieloma aktualnymi problemami – konsekwencjami współczesnego wyzysku, w tym bezrobocia, migracji i wypalenia zawodowego. Powołując się na definicję Mieczysława Krąpca, autor podkreśla podobieństwa stanów, procesów, zdarzeń i relacji wobec aktualnych zjawisk na rynku pracy. Analogia ta z natury jest niejednoznaczna.
W niektórych przypadkach te porównania traktować można metaforycznie, ale w innych mają one swoje namacalne potwierdzenie.

Przede wszystkim traktuje ona o alienacji pracy i ludzkiej egzystencji, a więc stanie wyobcowania z własnego środowiska społecznego, izolacji, ubezwłasnowolnienia i poddania się realizacji woli innych lub wytworom własnej pracy. Dotyczy to zarówno jednostek jak i systemu społeczno-ekonomicznego, niepoddającego się kontroli instytucjom demokratycznym i nieprzekładającego ducha (a nierzadko także litery) praw człowieka na stosunki pracy.

Współczesne muzułmaństwo pracy

Przypomnijmy, że muzułman obozowy był człowiekiem całkowicie ubezwłasnowolnionym. Więzień nazistowskich obozów koncentracyjnych (oraz sowieckich łagrów) to osoba wycieńczona fizycznie i psychicznie, zdemolowana duchowo, o charakterystycznym mętnym spojrzeniu, bezmiernym smutku rysującym się na twarzy przypominającej maskę. Zanik mięśni powodował coraz bardziej ograniczone i mechaniczne ruchy oraz przygarbioną postawę. Na stronach Muzeum Auschwitz-Birkenau możemy przeczytać, że w początkowej fazie muzułmanie charakteryzowali się nadpobudliwością i silną koncentracją uwagi na zdobywaniu pożywienia. Z czasem stawali się obojętni na jakiekolwiek bodźce zewnętrzne, następnie kierowani byli na śmierć. Ich dola traktowana była jako osiągnięcie „obozowego dna”. Wiemy, z relacji świadków, że także w miejscach sowieckich i nazistowskich kaźni obserwowano całe spektrum zachowań – od muzułmaństwa, stanów lękowych, depresji, po wolę walki przejawiającą się agresją, posłuszeństwem, całkowitym poddaństwem, a nawet idealizowaniem oprawców i identyfikacją z nimi.

W celu biologicznego przetrwania w głęboko nieludzkim systemie, wyłączeniu musiały ulec wszelkie ludzkie odruchy. W wielu przypadkach jedynym środkiem mogącym ratować przed śmiercią był mechanizm odcięcia się od własnego człowieczeństwa. Primo Levi mówił, że „»Ocalali« z obozu wcale nie byli jednostkami najwartościowszymi, czyniącymi wyłącznie dobro, przekazującymi jakieś przesłanie; zgodnie z tym, co widziałem i przeżyłem, było całkiem inaczej. Zachowywali życie najczęściej gorsi, egoistyczni, brutalni, niewrażliwi, kolaboranci »szarej strefy«, donosiciele. Nie było to regułą ścisłą (nie ma w sprawach ludzkich reguł ścisłych), ale jednak było regułą”. Przywołując treści z książki „Co zostaje z Auschwitz” Giorgio Agambena, pisarz referuje problem wiarygodności świadków w powojennych procesach. Z jednej strony poszukiwano „pełnych świadectw”, które mogłyby być przekazane wyłącznie przez tych, którzy osiągnęli „obozowe dno”, jak muzułmanie. Z drugiej strony, żeby być uznanym za właściwego świadka należało utrzymać podstawowe zdolności poznawcze, umiejętność refleksji i analizy, co bezpowrotnie tracone było przez muzułmana w toku grzęźnięcia w obozowym piekle. Agamben uznaje zatem, że muzułman jest „świadkiem całkowitym” – nie musi werbalizować zeznań, sam jest żyjącym „zeznaniem” – świadectwem totalnie zdehumanizowanego systemu.

Jaką analogię dostrzega zatem Karolczuk między muzułmaństwem obozowym a muzułmaństwem pracy? Jest nią przede wszystkim doświadczenie bezrobocia, pracy przymusowej i wypalenia zawodowego. Chciałbym się skupić na tym ostatnim aspekcie, będącym w swojej istocie objawem wielu złożonych zjawisk nazywanych psychospołecznymi uwarunkowaniami miejsca pracy. Przypomnijmy, że wypalenie zawodowe związane jest, najogólniej mówiąc, z długotrwałym stresem, i zawiera zespół przynajmniej trzech składowych: wyczerpania emocjonalnego, depersonalizacji rozumianej jako cyniczny stosunek wobec innych, a także niskiego poczucia osobistych umiejętności. Jego charakterystycznym rysem jest to, że podlegają mu osoby najbardziej zaangażowane, co znajduje swoje odzwierciedlenie w powiedzeniu „żeby się wypalić, najpierw trzeba płonąć”.

Autor opisuje wypalonych zawodowo jako wykonujących swoje obowiązki za wszelką cenę, zabierających pracę do domu, żeby tylko nie narazić się swoich szefom, pracujących bezpłatnie poza formalnymi ramami stosunków pracy. Stan nieustanej presji wywołany jest permanentną rywalizacją, a z czasem przeradza się w samoizolację i samodegradację. Chcąc przetrwać, człowiek taki stopniowo odcina się od swoich emocji, przestaje też być wrażliwy na przeżycia innych. Dalsze trwanie w takim stanie prowadzi do utraty poczucia własnej tożsamości, kończąc się schorzeniami psychicznymi i somatycznymi, kłopotami rodzinnymi, a nawet tragediami życiowymi. Nierzadko towarzyszą mu inne zjawiska – przyjmowanie nowych zadań bez najmniejszego oporu, pełne posłuszeństwo, poddawanie się różnym formom przemocy i nadużyć, także mobbingowi, gdyż funkcjonujący w silnym stresie wypalony „bezrefleksyjnie oddaje swoje wszystkie siły witalne w służbę kapitałowi”. Strach przed utratą pracy i długotrwałym bezrobociem może prowadzić do całkowitej rezygnacji z własnego systemu wartości.

Problem tematyzacji dyskursu o pracy

Z przeprowadzonej przez Komitet Dialogu Społecznego KIG analizy dyskursu medialnego wokół relacji pracowniczych wynika, że w prawie 80 procentach oceniane były jako złe i bardzo złe. To tylko wierzchołek góry lodowej, za którą kryją się nierzadko dramatyczne i traumatyczne doświadczenia tysięcy ludzi. Jednocześnie problemy te nie znajdują odzwierciedlenia w poważnej debacie o metodach zarządzania, stosunkach pracy i instytucjach dialogu społecznego. Można też zauważyć tendencję do przerzucania odpowiedzialności i społecznych kosztów na jednostkę w duchu swoistego „prywatyzowania problemu”. Wyrazem tego są rekomendacje zapisania się na psychoterapię, coaching, treningi uważności, nie wspominając o typowej radzie „wzięcia się w garść”. Wiele z tych kierunków, nawet jeśli słusznych, wymaga radzenia sobie z problemami na własną rękę, a także dodatkowych nakładów finansowych, energii i czasu. Zdziwienie rośnie, kiedy uwzględnimy, że to właśnie zasoby mentalne człowieka znajdują się dzisiaj w centrum eksploatacji, w zasadzie bez względu na rodzaj wykonywanej pracy. Jakbyśmy odwracali się plecami od doświadczanych, opisanych problemów. Jak w niedojrzałym mechanizmie obronnym – nie chcemy widzieć tego, czego sami jesteśmy częścią, a często twórcami.

Karolczuk, powołując się na Jerzego Kochana („Życie codzienne w matriksie”), posługuje się kategorią tematyzacji dyskursu publicznego dokonywanego za pośrednictwem mediów i instytucji władzy. Według Kochana „tematyzacja jest formą określania w świadomości społecznej sposobu mówienia o jakimś wydarzeniu, tworzeniu i zamykaniu pewnego słownika, zamiany narzucających się określeń z języka potocznego na inne, maskujące, przesuwające znaczenie, kryjące niewygodną rzeczywistość pod skrótem, zmieniające pojęciowość na zbiór działań, na pozbawioną niebezpiecznej metafizyki konkretność
i pragmatyczność”. Wydaje się, że jedną z głównych przyczyn ignorowania jakościowej strony relacji pracowniczych jest właśnie tematyzacja dyskursu wokół nich, utożsamianych niemal wyłącznie z aspektami ekonomicznymi. Stąd każda próba rozmowy o sensie pracy sprowadzana zostaje do statystyk i mierzalności „rynku pracy”, a próba podejścia do prawa pracy i praw człowieka – wydawałoby się w duchu personalistycznych zapisów Konstytucji RP (art. 24 o ochronie pracy i jej warunków) – jednoznacznie wskazuje na ograniczanie jej zakresu do prawa prywatnego. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że instytucja zatrudniająca i pracownik negocjują swoje warunki jak równy z równym. Pomijane są również zjawiska, które spełniają kryteria prawa karnego (np. różne formy przemocy, w tym mobbing), choć
w prawie pracy traktowane są jak sprawy cywilne.

Praca – w oczach wybitnego psychiatry Antoniego Kępińskiego – ma fundamentalne znaczenie w kształtowaniu poczucia sprawczości i własnej tożsamości. Jak pisał: „dlatego, choć człowiek niejednokrotnie narzeka na pracę, nie może się bez niej obejść. W niej bowiem realizują się jego transcendentne tendencje”. Odebranie wykonywanej pracy znaczenia metafizycznego i nieuznawanie jej za miejsce odkrywania własnej godności czy sprowadzanie wyłącznie do statystyk – jest działaniem na wskroś antyhumanistycznym. W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” prof. Monika Kostera w następujący sposób ukazuje ten punkt widzenia: „Praca jest częścią kondycji ludzkiej, człowiek ma potrzebę pracy i współpracy z innymi ludźmi, [świadczy to] że człowiek jest homo homo faber, gdyby nie miał takiej potrzeby, nigdy nie wyszlibyśmy z jaskiń. […] Człowiek lubi współpracować, lubi też konkurować. Ale opieranie całego modelu gospodarczego i modelu zarządzania tylko na jednej stronie – tej konkurencyjnej – jest wbrew ludzkiej kondycji […]”.

Karolczuk przytacza też wypowiedzi Karla Poppera wskazujące na stosunek do form rozwoju nazywanych neoliberalnymi. Autor koncepcji „społeczeństwa otwartego”, podkreślając wartość wolnego rynku, nie zgadzał się na czynienie z niej bożka. Za sprawę fundamentalną w końcu swojego życia uznał za to „humanitaryzm w polityce gospodarczej”.

Relacyjny charakter pracy jest jej istotą. Takie stanowisko akcentują przeróżne środowiska: personalista Józef Tischner, nazywający pracę szczególnym rodzajem dialogu społecznego i międzypokoleniowego, Charles Taylor, twórca koncepcji „społecznego imaginarium”, nauczanie społeczne papieży, a także Karol Marks piszący, że praca jest zawsze relacją „z kimś”. Krótko mówiąc, ludzki wymiar pracy łączy różne wrażliwości i światopoglądy. Konstatacja tego rodzaju nie ma jednak wyraźnego odzwierciedlenia w obecnym ładzie instytucjonalnym.

Omawiana pozycja niesie ze sobą grozę. Szczególnie gdy uświadomimy sobie, że system nastawiony na brutalne przetrwanie, a taki związany jest zawsze z przypisaniem konkurencji cech cnoty i traktowaniem go jako najwyższej formy rozwoju społeczno-ekonomicznego, niekoniecznie prowadzi do przetrwania najbardziej wartościowych i tworzenia wspólnotowej mądrości. Przeciwnie, promować może szczególnie egoistyczne, niewrażliwe, brutalne postawy, osoby zdolne do oportunizmu i przepychania się łokciami. Karolczuk nie jest pierwszym szukającym analogii między współczesnymi systemami gospodarczymi a systemem obozowym. Wspomniany już przeze mnie słynny psychiatra, Kępiński, także przestrzegał przed „społeczeństwem maszynowym”, w których technika, wskaźniki wzrostu i efektywności, a także ślepe wypełnianie rozkazów, górują nad godnością człowieka i poczuciem odpowiedzialności za los drugiego. W takich warunkach faktyczny rozwój człowieka „ulega skarłowaceniu”.

Użycie analogii z obozowym muzułmaństwem na pierwszy rzut oka razi. Musi razić. Lektura książki Karolczuka nikogo nie powinna pozostawić w błogim spokoju sumienia. Pozwala otworzyć oczy na to, co chore. Szczególnie wymowna może być dla wszystkich z innych ideowych „baniek” niż jej autor (jak ja sam), pracowników, ale i zarządzających, mających ponadprzeciętny zawodowy wpływ na innych (jak ja sam), wszystkich rodzajów władz publicznych. Życie i doświadczenia tysięcy wypalonych, eksploatowanych duchowo i fizycznie, mierzących się z dysfunkcjami i zaburzeniami psychicznymi – są żywymi dowodami istnienia wad i powinny być lekcją skłaniającą do rozwijania humanistycznych metod zarządzania oraz stosunków pracy „z ludzką twarzą”.

Konrad Ciesiołkiewicz

Edward Karolczuk, „Nagie życie” ofiar wyzysku pracy i wojny, Agencja Wydawnicza CB, Warszawa 2016.

Białe czepki w czasie pandemii – rozmowa z Katarzyną Kowalską

Białe czepki w czasie pandemii – rozmowa z Katarzyną Kowalską

Z mgr Katarzyną Kowalską, specjalistką pielęgniarstwa operacyjnego, założycielką Stowarzyszenia „Pielęgniarki Cyfrowe”, rozmawia Kamila Kuryło.

Na początku pozwolę sobie przytoczyć fragment książki „Bunt białych czepków” autorstwa dr hab. Julii Kubisy, socjolożki i badaczki działalności Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych: Pielęgniarki i położne stanowią najliczniejszą grupę wśród pracowników i pracownic sektora ochrony zdrowia. Jednak, mimo swojej liczebności, zwykle traktowane są anonimowo. Wynika to z charakteru ich pracy, doskonale opisanego przez Edith Lentz (1954). Jeśli skonfrontować pracę pielęgniarek ze zindywidualizowaną pracą lekarzy, dokonujących spektakularnych wyleczeń, prowadzących długie i wyczerpujące operacje, kwalifikujących za pomocą „medycznego spojrzenia” (Foucault 1999) do statusu „chorego” bądź „zdrowego”, okazuje się, że praca pielęgniarek jest po prostu niewidoczna. Jest powtarzalna, żmudna, składa się z wielu drobnych czynności, z których każdą z osobna trudno jest traktować jako znaczącą dla zdrowienia pacjenta. W przypadku pielęgnacji trudno mówić o spektakularnych ozdrowieniach, zwrotach akcji w procesie dochodzenia do zdrowia. Czy Pani zdaniem pielęgniarka wciąż funkcjonuje społecznie jako figura anonimowa, niewidoczna, o charakterze wyłącznie pomocniczym? 

Katarzyna Kowalska, prezeska Stowarzyszenia „Pielęgniarki Cyfrowe”: Nasza „niewidzialna” praca jest wynikiem, jak sądzę, braku informacji w przestrzeni publicznej o znaczeniu i rodzaju profesjonalnych zadań, a także stałego redukowania działań profesjonalnych ograniczających się do wykonania zleceń lekarskich, czego nie można nazwać właściwym wykonywaniem zawodu.

Odnosząc się do przytoczonego fragmentu książki odpowiem za Marią Kowalską, współautorką procesu pielęgnowania: w dawnym modelu pielęgnowania tradycyjnego, utrwalonym w świadomości społecznej, pielęgniarka i lekarz pracują dla uzyskania jak najlepszych wyników leczenia. Pielęgniarka występuje w charakterze pomocnika lekarza – osoby, która w pracy z pacjentem jest całkowicie zależna od zleceń lekarskich i przede wszystkim z ich wykonania jest rozliczana, oceniana i nagradzana.

W nowym, wdrażanym od wielu już lat modelu, pielęgniarka rzeczywiście pielęgnuje, jej pielęgnowanie jest uzasadnione, a interwencje, jakie podejmuje, nie pomagają lekarzowi, lecz pacjentowi. W tej nowej metodzie pracy pielęgniarka odchodzi od rutynowych, intuicyjnych, często przypadkowych działań pielęgnacyjnych realizowanych przy okazji wykonywania zleceń lekarskich. Pielęgniarka wyposażona w szeroką wiedzę medyczną, opierając się na doświadczeniu zawodowym oraz wymaganiach, jakie niesie proces pielęgnowania, samodzielnie podejmuje celową i planową pracę z pacjentem niezależnie od innych profesjonalistów. To ona odpowiada indywidualnie za realizowaną przez nią opiekę, bo to ona jest twórcą programu pielęgnowania, tak jak lekarz programu leczenia.

Niewiele badań z zakresu praktyki pielęgniarskiej w naszym kraju odnajdziemy w powszechnie dostępnych publikacjach, bo też niewiele środków przeznacza się na badania naukowe. Być może planowane w przyjętej przez rząd polityce rozwoju pielęgniarstwa powstanie instytut badań zmieni tę sytuację. Trzeba podkreślić, że dostępne wyniki badań pochodzące z innych krajów wskazują na istotną rolę opieki pielęgniarskiej – na redukowanie powikłań w przebiegu chorób i ograniczenie śmiertelności. Jesteśmy przekonane, że potrafimy pomóc osobom zdrowym w utrzymywaniu dobrego stanu zdrowia, uczyć chorego i rodzinę skutecznie radzić sobie z trudnościami występującymi podczas choroby oraz wspierać potrzebujących w sytuacjach trudnych.

To jak wygląda taki standardowy tryb pracy w nowym modelu na oddziale niecovidowym?

Przybliżając tryb pracy pielęgniarek w systemie lecznictwa zamkniętego, często dewastującym zdrowie biologiczne, społeczne i emocjonalne należy zaznaczyć, że pracujemy w systemie zmianowym w dyżurach 12-godzinnych, 24-godzinnych, a nawet dłuższych. Zasady świadczenia usług zakładają, że pielęgniarka czy położna nie mają prawa opuścić dyżuru bez zmiennika, więc niezależnie od okoliczności osobistych trwa na stanowisku do czasu zastąpienia przez inną osobę. Pewien odsetek pielęgniarek i położnych pracuje w trybie jednozmianowym, w godzinach rannych. Do tej grupy należą osoby zatrudnione na stanowiskach kierowniczych, w ambulatoryjnej opiece zdrowotnej, czyli w POZ i w poradniach specjalistycznych – w tych przypadkach pielęgniarki i położne zwykle pracują w trybie dwuzmianowym – rano i popołudniu.

Do momentu wybuchu pandemii nasza praca była i tak bardzo trudna. Dysponuję badaniami sondażowymi z lat 2017-2018 przeprowadzonymi przez Stowarzyszenie Pielęgniarki Cyfrowe. Pokazują one, że w zasadzie co druga pielęgniarka pracuje ponad 1 etat, a spory odsetek nawet na dwa. Obecnie jestem w trakcie realizacji dużego badania sondażowego prowadzonego na grupie 1225 respondentów, z którego wynika, że ponad połowa medyków (65,4 proc.) pracuje więcej niż na 1 etat. Mówię tu nie tylko o pielęgniarkach, są to również lekarze, diagności, ratownicy medyczni, położne i fizjoterapeuci. Trudny do zaakceptowania jest fakt, jak pokazało badanie, że aż 65% respondentek i respondentów odpowiada twierdząco na pytanie, czy praca odbywa się w ograniczonym składzie zespołu interdyscyplinarnego. Z badania jasno wynika, że medycy w ogóle pracują więcej, niż powinni. Dzieje się tak wskutek braków kadrowych i potrzeby przejmowania obowiązków osób nieobecnych w pracy z różnych przyczyn. Medycy pracują w kilku miejscach pracy, zmotywowani ratowaniem tzw. luk grafikowych, by system się nie załamał, a pacjent nie został bez dostępu do świadczeń zdrowotnych, ale też i z powodu potrzeby dorobienia do niskich uposażeń.

Wszystkie nasze organizacje pielęgniarskie (Naczelna Rada Pielęgniarek i Położnych, Ogólnopolski Związek Zawodowy Pielęgniarek i Położnych, Polskie Towarzystwo Pielęgniarskie czy nasze Stowarzyszenie „Pielęgniarki Cyfrowe) przez ostatnie lata w swoich wystąpieniach do władz postulowały, aby „nie marnować potencjału przygotowanych specjalistycznie pielęgniarek i położnych” z korzyścią dla skrócenia dostępu do świadczeń i obniżenia ich kosztów. Z udziałem wielu ekspertów stworzono dokument „Polityka Wieloletnia Państwa na rzecz Pielęgniarstwa i Położnictwa w Polsce”, która kompleksowo określa kierunki działań Ministerstwa Zdrowia, jakie należy podjąć, aby zapewnić wysoką jakość świadczeń, bezpieczeństwo i dostęp do opieki pielęgniarskiej dla pacjentów.

Jakie są Pani zdaniem najbardziej aktualne problemy sektora ochrony zdrowia w zakresie opieki pielęgniarskiej? Które obszary wymagają najpilniejszej interwencji rządu?

Chodzi w szczególności o zwiększenie liczby pielęgniarek i położnych, powstrzymanie emigracji zarobkowej, wykorzystanie nowych umiejętności zawodowych, zapewnienie chorym poczucia bezpieczeństwa w opiece szpitalnej poprzez wdrożenie minimalnych obsad pielęgniarskich i przypisanie kompetencji zawodowych specjalistom, zmotywowanie absolwentów do podejmowania pracy w zawodzie oraz utrzymanie na rynku pracy pielęgniarek i położnych, w tym nabywających uprawnienia emerytalne. Niestety ta transformacja, o którą walczyło środowisko, w momencie pandemii została odłożona na bok.

Przed pandemią można było w miarę spokojnie czekać na decyzje rządu odnośnie do rozszerzania uprawnień pielęgniarek, oferujące dodatkowe świadczenia pacjentom, np. w postaci już funkcjonujących w przestrzeni możliwość kontynuacji terapii i wypisania recept. Teraz, w dobie pandemii, z mojej osobistej perspektywy uprawnienia pielęgniarek powinny zostać niezwłocznie rozszerzone, z uwagi na wymóg sytuacji. A wraz z rozszerzeniem powinno wzrosnąć niskie wynagrodzenia za pracę… Niestety, przygotowywane regulacje, w tym wycena porady pielęgniarki w POZ, utknęły. Mamy wrażenie, że w roku 2020, który Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) ogłosiła rokiem pielęgniarek i położnych, w Polsce jesteśmy pomijane.

Ponad miesiąc temu weszły w życie przepisy pozwalające na pominięcie obowiązujących, minimalnych norm zatrudnienia pielęgniarek i położnych w oddziałach szpitalnych…

Tak, teraz to dyrektor placówki ponosi odpowiedzialność za organizację, a przez to ma wpływ na jakość pracy w oddziale szpitalnym – pacjenci powinni mieć tego świadomość.

Czy może Pani podać jakiś obrazowy przykład?

Jeżeli przygotowuję lek we wlewie ciągłym (potocznie: pompie) dla pacjenta, co zajmuje mi statystycznie 15 minut – muszę podejść do tego pacjenta, dokładnie sprawdzić i przygotować go zgodnie z zaleceniem, podłączyć wlew z tym lekiem i odnotować w dokumentacji, i nie mówię o innej czynności, która może mnie oderwać. Proszę sobie wyobrazić lub policzyć, ile czasu dyżurowego pochłania tylko ta jedna czynność polegająca na przygotowaniu leków, gdy mam pod opieką 20 pacjentów. Gdzie w tym momencie inne czynności zapewniające poczucie bezpieczeństwa pozostałym chorym? Innych czynności nie będzie, jest to fizycznie niemożliwe.

Inne, czyli jakie?

Na przykład obserwacja zmieniającego się stanu pacjenta, bieżące reagowanie na potrzeby chorych, rejestrowanie zmian w samopoczuciu, udzielenie informacji redukujących niepokój powstały z różnych przyczyn, np. wynikający z faktu hospitalizacji, planowanych badań, przebiegu choroby, pomoc w czynnościach dnia codziennego i wiele innych. Bez dodatkowej osoby nie da się zmienić pozycji chorego zgodnie z zasadami BHP – chociaż pielęgniarki, narażając swoje zdrowie, często podejmują te czynności. W tym miejscu należy zauważyć, że na rynku usług zdrowotnych funkcjonują przedstawiciele zawodu opiekun medyczny, którzy znakomicie mogliby wesprzeć działania pielęgniarek w zakresie opiekuńczym.

Polskie pielęgniarstwo i położnictwo dopiero raczkuje w systemie ochrony zdrowia, jeżeli chodzi o raportowanie. Klasyfikacja ICNP jest dopiero wdrażana w formie pilotażu i ona pozwoli nam na ujednolicenie systemu języka pielęgniarskiego, terminologii stosowanej w praktyce pielęgniarskiej. Ułatwiając porównywanie pojęć stosowanych w konkretnych placówkach z istniejącymi systemami terminologicznymi liczymy, że ułatwi to raportowanie procedur wykonywanych przez pielęgniarki. Do tej pory jest to „niepoliczone”.

A jeżeli chodzi o Pani miejsce pracy?

Mam szczęście, że pracuję w takiej placówce, w której dba się o jakość opieki i ta jakość jest zapewniona m.in. tym, że nie redukuje się etatów pielęgniarskich. Pracuję w miejscu o ogromnym potencjale. Tutaj w centrum zainteresowania i wysiłku całej kadry znajduje się człowiek wymagający pomocy – pacjent i jego bezpieczeństwo. Niestety, nie wszędzie jest tak dobrze. Jak wykazał prowadzony przez nas sondaż i doniesienia pielęgniarek i położnych, w wielu placówkach dyrekcje, pozbawione nakazu zachowania minimalnych norm zatrudnienia, tną koszty redukując kadry.

Pierwszym kosztem zawsze od dekad był personel i tutaj nie ma żadnego novum. Pracodawcy pozwalają sobie na takie sytuacje, że w 40-osobowym oddziale dyżuruje jedna lub dwie pielęgniarki. Nierealne, by pacjent był prawidłowo zaopiekowany.

Jak wyglądał zwykły poranek na Pani oddziale przed pandemią?

Pracę zawodową rozpoczynałam w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym, a obecnie udzielam świadczeń pielęgniarskich w oddziale kardiologii inwazyjnej, w trybie dyżurowym 12-godzinnym do 24 godzin. Niestety, od ogłoszenia pandemii nie mogę sobie pozwolić na pracę tylko w zakresie godzinowym jednego etatu… Pracuję ponad normę z uwagi na potrzeby pracodawcy i pacjentów.

Zwykły dzień pracy rozpoczynał się o godzinie 7.00 od zdania raportu i przyjęcia informacji o stanie pacjentów, potem następowało przygotowanie stanowiska pracy i przydzielenie zadań – koleżanka rozkłada leki, ja rozpoczynałam pracę z dokumentacją medyczną, następnie upewniałam się, że pacjenci są właściwie przygotowani do planowanych zabiegów. W tym momencie niezwykle ważna jest kontrola samopoczucia chorego i w miarę potrzeby jego edukacja, aby zminimalizować ryzyko powikłań.

W tzw. międzyczasie, w godz. 9.00-10.00. zwykle odbywała się wizyta lekarska (obchód) wraz z pielęgniarkami. Ustalaliśmy w zespole plan zabiegów, przyjęć, wypisów badań diagnostycznych, przeniesień na inne oddziały. Nowi pacjenci zgłaszali się do przyjęcia na oddział ok. godz. 10.00 i tradycyjnie zaczynały się dopytywania – „a czy ja będę już wypisany, czy nie będę wypisany?” (uśmiech), a my tymczasem miałyśmy już mnóstwo czynności do wykonania.

Jakiś przykład?

Na przykład związanych właśnie z wypisami chorych, którzy wymagają różnego typu postępowania. Inaczej przygotowuje się do opuszczenia oddziału chorego chodzącego bez deficytów, a inaczej, gdy następuje przekazanie pacjenta na inny oddział jako chorego wymagającego reżimu łóżkowego (leżącego). Wykonujemy ogrom drobnych czynności medycznych i niemedycznych, by pacjent był bezpieczny, takich jak transport chorych do diagnostyki, przygotowanie i asysta przy badaniach diagnostycznych typu testy wysiłkowe, EKG przezprzełykowe, echo serca, badania radiologiczne, próby dobutaminowe (inaczej zwane echokardiograficznymi próbami obciążeniowymi lub stres echo), realizacja zleceń lekarskich, wykonywanie badań EKG, badanie poziomu glikemii, uzupełnienie dokumentacji medycznej, analiza i odnotowywanie pomiarów parametrów życiowych, wydanie magazynów… a jest dopiero godzina 12.00.

A jak praca wygląda teraz w okresie pandemii? Co się zmieniło?

W momencie pandemii, kiedy są „zdjęte” minimalne normy zatrudnienia, jakość opieki spada. Nie czarujmy się: jeżeli biorę udział w reanimacji czy postępowaniu wynikającym ze stanu zagrożenia zdrowia pacjenta w jednej sali, to nie jestem w stanie w tym samym momencie podejść i karmić pacjenta w innej sali i zupa choremu stygnie. Trzeba pamiętać, że jeżeli muszę się przez 30 minut przebierać w strój ochronny, bo ta czynność tyle trwa – 15 min, żeby założyć strój ochronny i 15 minut, żeby zgodnie z procedurami zdjąć kombinezon, to w tym czasie nie zajmuję się pacjentami.

Mimo tego, że jesteśmy na tzw. zakładkę, że mamy monitoring w wielu placówkach jako standard, to bariery, podwójne śluzy, kombinezon, stwarzają potężne utrudnienie, by do pacjenta podejść szybko. To też jest miernik jakości opieki – jak szybko pielęgniarka podchodzi na zgłoszenie pacjenta. Dla bezpieczeństwa pacjenta i naszego, procedury muszą być zachowane. Nie da się nic pominąć.

Ministerstwo Zdrowia miało 9 miesięcy na to, żeby przygotować personel medyczny pod kątem psychicznym, fizycznym i jakościowym do tej sytuacji, którą mamy teraz w placówkach szpitalnych. Uważam, że minione 9 miesięcy zostało po prostu zmarnowane. Pielęgniarka anestezjologiczna, żeby się wykształcić w swojej specjalizacji, potrzebuje dwóch lat. Kurs kwalifikacyjny trwa trzy miesiące. Będąc specjalistką pielęgniarstwa operacyjnego oraz osobą nabywającą wiedzę i umiejętności praktyczne z zakresu kardiologii, wiem, że przechodząc z placówki jednego oddziału kardiologii inwazyjnej na inny oddział kardiologii inwazyjnej przez pewien czas (w moim przypadku był to ok. miesiąc), musiałam wdrażać się w zupełnie inny system pracy.

To znaczy?

Każdy oddział ma inną specyfikę i organizację pracy, nie znamy zespołu interdyscyplinarnego, metod pracy, nie znamy sprzętu, gdyż producenci mają różne technologie. Nie pracujemy w fabryce śrubek, u nas każdy najmniejszy błąd może skończyć się tragicznie dla pacjenta. I dla mnie niedopuszczalna jest sytuacja, w której pielęgniarki są przerzucane z oddziałów geriatrycznych, z oddziałów, powiedzmy dermatologicznych, na oddziały COVID-owe, gdzie pacjenci leżą wspomagani respiratorami i wymagają wysoce specjalistycznej terapii.

Ogromne obciążenie psychiczne.

Tak, taka pielęgniarka odczuwa ogromny stres, wynikający z odpowiedzialności za człowieka powierzonego jej opiece, a jak się wydaje szkolenia były nikłe. Pielęgniarki chcą się rozwijać i niektóre mogłyby – w maju, w czerwcu, przejść kształcenie i pozyskać kompetencje pielęgniarki anestezjologicznej. Nasze stowarzyszenie dysponuje wynikami badania z początku listopada br., w których na pytanie „Czy w twojej placówce pracodawca zabezpieczył Panią/Pana w szkolenie stanowiskowe dotyczące sytuacji epidemiologicznej” – uzyskano odpowiedzi, że tylko około 40 procent pracowników zostało przeszkolonych.

Kolejne pytanie brzmiało „Czy szkolenie spełniło Pani/Pana oczekiwania?”. Około połowa pracowników niestety nie była zadowolona. W związku z tym, poczucie bezpieczeństwa dramatycznie spada, a pracownik, który czuje się zagrożony i obowiązki wykonuje z poczuciem lęku, nie jest efektywnym pracownikiem. On po prostu będzie dodatkowo obciążony. Mam tu na myśli kondycję psychiczną. To jest jeden z przykładów, w których Ministerstwo Zdrowia mogło pojąć działania i przeszkolić dużo personelu w trybie trzymiesięcznych kursów finansowanych z budżetu państwa, takich, które funkcjonują w kształceniu podyplomowym jako kurs kwalifikacyjny. W sytuacji, kiedy mamy pandemię, nie posiadamy tak naprawdę zabezpieczonych ilości miejsc oraz sił roboczych w oddziałach, gdzie powinny być miejsca zabezpieczone dla pacjentów, którzy są zakażeni koronawirusem i dla tych o innych schorzeniach.

Uważam, że jesteśmy na pierwszej linii frontu i odczuwamy ogromny dysonans, jeżeli chodzi o organizację pracy, ponieważ mówi się nam, że mamy pracować w warunkach, powiedzmy, normalnego funkcjonowania, a jutro już jesteśmy „covidowi”. I do takich sytuacji dochodzi w naszym kraju.

Do tego dochodzą nowe wytyczne dla szpitali i idąca za nimi potrzeba szybkiej adaptacji do zmian w warunkach izolacji.

Jeżeli chodzi o warunki fizyczne, to w kombinezonie mamy ograniczony odpływ pary wodnej, co za tym idzie niesamowicie podnosi się temperatura, my „płyniemy”, podwójne maski, podwójne gogle, przyłbice, potrójne rękawiczki – to wszystko sprawia, że już po trzech godzinach pracy w takich warunkach czujemy się po prostu zmęczeni i niedotlenieni, bowiem kombinezon nie przepuszcza powietrza. W takich warunkach założenie np. kaniuli dożylnej jest ogromnym wyzwaniem. Trzeba poczuć naczynie pod palcem w tych kilku parach rękawiczek. W wielu przypadkach nasi pacjenci są z wielochorobowością i w podeszłym wieku. Ich naczynia krwionośne bywają bardzo kruche i słabo wyczuwalne. Założenie kaniuli dożylnej w warunkach pełnego umundurowania, w kombinezonie, bez możliwości zdjęcia nawet standardowej pary rękawiczek w związku z procedurą, powoduje, że tracimy zdolność wyczucia naczynia pod palcem, wtedy musimy polegać na doświadczeniu i intuicji. A co za tym idzie? Takie warunki pracy doprowadzają często do skrajnego zmęczenia, spada nam odporność i my również się zarażamy.

Czy Pani zdaniem pandemia zmieni postrzeganie pracy personelu pielęgniarskiego?

Mam wrażenie, że społeczeństwo i rządzący zapominają o tym, że pielęgniarki i położne są również ludźmi. Mamy rodziny, mamy dzieci i funkcjonujemy w społeczeństwie, jak każdy inny człowiek. Praca ponad siły, która odbija się w postaci spadku odporności i zakażaniem, powoduje absencję chorobową i „wypadamy” z grafiku dyżurów. Zatem ktoś musi za nas przyjść na dyżur i tę pracę wykonać. A jeżeli tej pracy nie wykona, to pojawiają się w mediach relacje problemów chorych, często w bardzo krępujących, intymnych sytuacjach, co nawiasem mówiąc, uwłacza godności pacjenta i jest niedopuszczalnym publicznym obnażaniem. Istnieją inne formy interwencji.

Warto wspomnieć, jakie oburzenie w społeczeństwie budzi sama myśl, że „pielęgniarki odejdą od łóżek”. „Przecież to ich obowiązek!”. Dokonując pobieżnej analizy języka tytułów artykułów prasowych, zauważyć można, że to symboliczne odejście od łóżek jest chętnie akcentowane, gdy mowa o zapowiadanych strajkach. Zapomina się przy tym, że obowiązkiem pracodawcy jest godziwe wynagrodzenie za ciężką pracę pielęgniarek.

Jako Stowarzyszenie opublikowaliśmy prośbę do społeczeństwa i również do dziennikarzy, że publikowanie wyciętych z kontekstu sytuacji jest po prostu krzywdzące. Szanowni Państwo, jeżeli my, pielęgniarki nie będziemy protestować w imieniu pacjenta, to pacjent sam tego nie zrobi. Nasi pacjenci to są chorzy ludzie, często w podeszłym wieku, którzy marzą o tym, by wyzdrowieć i wrócić do domu. Jak oni mają walczyć z rządem o lepsze standardy? Dla naszego rządu najlepiej byłoby, gdyby pacjent przyszedł z osobistym lekarzem i pielęgniarką do oddziału szpitalnego.

Dlaczego tak mówię? Bo w mediach, nawet teraz, podczas pandemii, mówi się o tym, że jest dostępność łóżek. A czy łóżko jest wystarczające, by wyleczyć? Żaden dyrektor, widząc ogromne możliwości oszczędzenia na personelu pielęgniarskim, nie będzie tego personelu zatrudniać, bo oni są od tego, żeby ciąć koszty. Zarządzający placówkami, a jest taka narracja w naszym kraju, dążą do tego, żeby wykazywać straty. Jest tylko garstka dyrektorów w placówkach medycznych, które dbają o jakość, a nie o to, aby było jak najwięcej zysku.

Nawet obecnie, gdy mamy możliwość wykazania odpowiedniej ilości personelu do wypłaty tzw. dodatku covidowego, już są sytuacje, w których zarządzający interpretują prawo w sposób nieetyczny, by wypłacić za wykonaną pracę w warunkach heroizmu, w sposób nieuczciwy, szukając możliwości, jak okroić ten dodatek. Dla mnie to jest kuriozalna sytuacja, bo skoro NFZ i Ministerstwo Zdrowia przekazują pieniądze na uposażenia w formie dodatku dla osób, które walczą z pandemią, to dlaczego dyrektor placówki, w wygodny dla siebie sposób, miałby decydować o podziale tych środków. Jeśli tak się dzieje, to w mojej ocenie jest to świadome działanie na szkodę pacjenta – pośrednie, ale jednak działanie na szkodę pacjenta.

Podsumowując, chciałabym, aby wszyscy zajmujący się organizacją systemu opieki zdrowotnej zauważyli, że pielęgniarstwo to potencjał i możliwość zwiększenia dostępu do świadczeń zdrowotnych o najwyższej jakości.

Dziękuję za rozmowę.

Henryk Nienajadło: Chłop jest twardy

Chłop jest twardy – z Henrykiem Nienajadło, sołtysem wsi Gorajec, rozmawia Szymon Majewski

Jest Pan rolnikiem ze wsi Gorajec w województwie podkarpackim. Jak się to zaczęło?

Henryk Nienajadło: Rolnictwem zajmuję się amatorsko; z zawodu byłem kierowcą, ale miałem gospodarstwo. Żona odziedziczyła gospodarstwo, a ja też pochodzę z rolniczej rodziny, tata też miał gospodarstwo. 50 lat temu one nie były duże, na Podkarpaciu miało się po 7 hektarów i z tego tata się utrzymywał. Potem poszedłem do pracy, przeprowadziłem się do Gorajca, poznałem żonę i ona miała takie małe gospodarstwo, 3-4 hektary.

Co tam było uprawiane?

Jak przyszedłem, to co tam można było uprawiać na tym areale trzyhektarowym? Troszkę ziemniaczka, troszkę buraczka i tyle. Jak poznałem żonę, to trochę pracowałem, a później w czasach kryzysu, to były lata dziewięćdziesiąte, jak wszystko poupadało, gospodarka zaczęła się psuć, wziąłem się za to gospodarstwo, bo nie miałem pracy, zostałem zwolniony. W byłym PGR-ze kupiłem 10 krów i zacząłem hodowlę bydła mlecznego.

Najczęściej słyszy się, że zlikwidowano PGR-y i na takich terenach wydarzył się dramat. A jak transformacja odbiła się na gospodarstwach indywidualnych?

To była kwestia Balcerowicza, który zaczął wprowadzać te swoje metody. Jako kierowca pracowałem trochę w PGR-ze i właśnie te PGR-y zaczęły upadać, syndyk to dzielił, sprzedawał, a wtedy były takie czasy, że ziemia się nie opłacała i mało kto chciał ją uprawiać. To leżało i po jakimś czasie dopiero jeden próbował, drugi rzucał, inny próbował, ktoś rzucał… Zaczęło być lepiej dopiero przed wejściem do Unii, 2-3 lata przed akcesją już zaczęło się dziać trochę lepiej, już nie było takiego kryzysu; jeszcze trochę był, ale nie taki straszny jak wcześniej, kiedy nic się nie opłacało. Ale jednak chłop poświęcił się tej ziemi i uprawiał ją. I tak było ze mną: gdy kupiłem te krowy, zacząłem produkować mleko i z czasem nawet nie było najgorzej, bo po tym kryzysie mogło być tylko coraz lepiej. Nie mogę powiedzieć, że byłem producentem mleka, bo to było raptem 10 krówek i to były takie tereny, że one się tu pasły całe lato, za bardzo nie doglądałem tak niewielkiego stada, tylko wypuszczałem, one się pasły, wydoiłem, wymyłem i to mleko sprzedałem. I tak to wyglądało, że to nie było tak najgorzej. A później Unia już nałożyła limity – na mleko, na buraki, na wszystko, wszystko było limitowane. Jeśli wyprodukowało się za dużo, to mogło się nie udać sprzedać, bo nikt nie chciał tego wziąć. Ja miałem limit 70 tys. litrów, a gdy była nadprodukcja, to trzeba było płacić kary.

Czemu miały służyć te limity?

Każdy kraj członkowski dostawał limit, my dostaliśmy bodajże 11 milionów litrów mleka i mieliśmy się w tym zmieścić. Przed wejściem do Unii produkowałem tyle i tyle, więc po wejściu do Unii dostałem właśnie taki limit – tyle będę mógł sprzedać i zagwarantują mi, że to mleko odbiorą, a jeżeli będę miał nadprodukcję, to będę płacił karę.

Czy dla Pana i dla innych rolników było to uciążliwe?

Dla takiego producenta jak ja nie tak bardzo, dawałem sobie radę bo nie byłem aż takim dużym producentem. Ale ci więksi producenci inwestowali, systematycznie zwiększali produkcję, a limit im się nie zwiększał, więc mieli nadprodukcję i mieli z tym problem. Oni mogli to sprzedać, ale później, w marcu, gdy rok kwotowy się kończył, bo to było od marca do marca. Na początku kary były małe, ale na samym końcu bardzo duże. Tak więc duzi rolnicy zostali z dużymi karami, ci duzi producenci jeszcze do dzisiaj te kary spłacają. Limity zniesiono kilka lat temu. Miałem też limit na buraki cukrowe. Dostałem 130 ton limitu. Co roku siałem te buraki i sprzedawałem. Jeżeli miałem więcej, ponad plan, to cukrownia płaciła za to marne grosze.

Mówiliśmy o niedawnej historii – a czy obecnie niewielkie rodzinne gospodarstwa rolne mogą jeszcze w ogóle być źródłem utrzymania? Dla Pana rolnictwo jest dodatkowym zajęciem, ale czy dzisiaj rolnik z niedużą produkcją jest w stanie wyżyć z tego jako głównej pracy?

Wiele zależy od tego, co produkuje, bo jeżeli są to zboża czy jakieś rośliny okopowe, to na pewno się nie utrzyma, ale jeżeli by uprawiał warzywa czy jakieś inne rzeczy, np. zioła, to może np. wejść w produkcję ekologiczną. Tylko wiadomo, że to jest pracochłonne, chwasty muszą być czyszczone, wszystko mechanicznie i wszystko zgodnie z literą prawa, zgodnie z wymogami. Ja swoje gospodarstwo systematycznie powiększałem i doszedłem do takiego stanu, że mam ok. 20 hektarów. U nas raczej nie ma dobrych ziem, to są czwarte i piąte klasy gleby, więc nie możemy liczyć na produkcję zbóż. Ale produkuję mleka w granicach 100 tys. litrów, niedawno przekazałem to zięciowi – i z tego da się wyżyć przy starannej gospodarce. Dla takiej rodziny średniej, nie wielopokoleniowej, ale takiej 2+2, to myślę, że tak. Jest to pracochłonne, bo to nie jest zbyt zmechanizowana gospodarka, to nie są nowoczesne obory, tylko pozostałość po dawnych czasach, ale idzie wyżyć.

Czy drobny rolnik ma jakiekolwiek szanse w starciu z rolnictwem wielkoobszarowym? Czy to mleko albo buraki można w ogóle sprzedać, jeśli konkurencją jest wielka korporacja, która może np. zrobić to taniej?

O takim, co ma po 5 tys. czy po 10 tys. hektarów to nie mówimy już, że jest rolnikiem, on jest przedsiębiorca. On ma doradców, on ma swoich ludzi, tylko tym zarządza. A na takim gospodarstwie jak u mnie to samemu muszę być dyrektorem, mechanikiem, robotnikiem, wszystko muszę robić sam, nie pozwolę sobie na wezwanie jakiegoś mechanika, bo to jest gospodarstwo typowo rodzinne. Syn może pomóc, żona troszkę i tak, tym sposobem, można to pociągnąć, ale nie tak z tą konkurencją… Może wytrzymamy. Muszę powiedzieć, że my nie stosujemy chemii, nie stosujemy środków dopingujących dla krów, żeby dawały jak najwięcej mleka, tylko u nas zwierzę pasie się na trawie, dostaje później swoje siano i buraki – ale w efekcie wydajność jest mniejsza. Nie ma mowy o dużej wydajności, ale to mleko jest zdrowe, czyste, ekologiczne, a więc dużo lepsze; ci producenci, którzy mają farmy krów po 200-300 krów to tam wszystko jest uwiązane przy oborze i to zwierzę jest karmione kiszonkami, tymi wszystkimi dodatkami, samą chemią, Ono daje dużo litrów, ale co to za mleko, proszę pana. To nie jest zdrowe.

Pewnie też warunki, w których przebywają zwierzęta, są dużo gorsze.

Oczywiście, bo krowa dostaje tylko to paszowe jedzenie, ona ma tylko zjeść, poleżeć i się doić, zjeść, poleżeć i się doić, i tak w kółko. Taka krowa wytrzymuje 3-4 lata i ją trzeba zabić, bo ona jest tak wyeksploatowana: da dużo mleka, ale krótko żyje. A nasze krowy żyją nawet po 15-20 lat.

A czy to znaczy, że dla małych rolników dobrą strategią może być pójście właśnie w rolnictwo ekologiczne, pozyskanie certyfikatów i sprzedawanie swoich produktów właśnie pod takim szyldem? Czy to może być sposób na to, żeby jakoś się utrzymać na rynku?

Tak, na pewno to jest sposób i przy takim gospodarstwie, jakbym miał certyfikat i produkcję mleka ekologicznego, jakbym szedł w produkty typu sery i inne, to na pewno zwiększa się znacznie dochód. Tylko że żyjemy tutaj w takim otoczeniu, że nas jest w Gorajcu 40 ludzi, 7 czy 8 rodzin. I to jest cała wieś, niedaleko jeszcze jest tu miasto Cieszanów, dość chłopskie, a na ościenne wsie to chyba nie można się nastawić, bo jakby było tylu ludzi jak w aglomeracji miejskiej, to nie ma sprawy, to by wszystko szło jak świeże bułeczki i byłoby dużo lepiej.

Czy jest jakiś poziom, od którego rolnictwo zaczyna być opłacalne, w takim liczbowym sensie?

Gdy ma się ok. 50 hektarów pola, to idzie dobrze wyżyć. Jak jest dobrze gospodarowane i jest wszystko rodzinne, wszystko jest swoje i siła robocza jest swoja. Dzisiaj gospodarstwa są zmechanizowane i nie ma o czym mówić. Kiedyś było ciężko konikami pracować lub były małe traktory. Dzisiaj jest sprzęt nowoczesny, powiedzmy sobie szczerze, że Unia nam tutaj trochę pomogła, bo te pierwsze początki dofinansowań i wymiana sprzętów były bardzo pomocne. Ja dostałem dosyć dobre dofinansowanie i zakupiłem cały nowy sprzęt do produkcji mleka, do pozyskania pasz, siana, kosiarki, te wszystkie rozrzutniki, ciągnik, prasy, prasy rolujące; na to wszystko dostałem dofinansowanie i to był bardzo dobry pomysł, bez tego bym nie ruszył.

O rolnikach i rolnictwie w społeczeństwie krążą różne mity. Czasami zakłada się, że rolnicy są bogaci i żyją na bardzo wysokim poziomie, czasami wręcz przeciwnie – że są bardzo ubodzy i ledwo wiążą koniec z końcem. Jak jest naprawdę, jaka jest rzeczywista sytuacja majątkowa, czy dochodowa rolników?

Muszę powiedzieć jedno: to, co miasto mówi na temat rolnictwa, to bardzo często jest nieprawda. Ten chłop, taki jak ja, gdyby nie wstał rano o piątej i nie pracował w lecie do godziny dziewiątej wieczorem, albo i do dziesiątej jeśli trzeba, bo to pozyskać trzeba paszę, pozyskać siano, opryski zrobić… Muszę zrobić to sam. Na pewno ten, co ma 5-10 tys. hektarów, jest przedsiębiorcą i jemu się powodzi bardzo dobrze, to jasne. Ale tacy jak my, rolnicy, bo tu mówimy o takich rolnikach jak ja? Nie można sobie pozwolić na duże kredyty, bo przecież wiadomo, że to jest takie gospodarstwo, które nie jest rozwojowe. Nie mogę powiedzieć, że kupiłem to wszystko bez kredytu, bo bym skłamał, było małe kredytowanie, ale starałem się to od razu spłacić, tak, żeby nie trzymać w niepewności siebie i banku. Pospłacałem i żyję sobie tak, jak żyję, bez stresu. Są lata tłuste i lata chude, poprzedni rok był taki suchy, a dzisiaj co mamy? Dzisiaj mamy wszystko mokre, całe lato było mokre, siana kompletnie suchego nie zebrało się prawie nic, bo nie dało rady, wszystko mokło.

A co z wyzyskiem rolników przez pośredników, przez sieci handlowe, które skupują produkty po bardzo niskich cenach i rolnik nie jest w stanie nic na tym zarobić, jeszcze przy konkurencji jedzenia importowanego z zagranicy?

Rolnik produkuje, może przez jakiś czas utrzymać zboże, ziemniaki, ale nie warzywa czy owoce miękkie – on tego nie zatrzyma, musi szybko sprzedać i nie ma znaczenia, czy dostanie 30 groszy czy złotówkę, musi się tego pozbyć, bo jeśli się nie pozbędzie, to mu to całkiem przepadnie. Rolnik zarabia najmniej, bo najwięcej zarabia pośrednik. Jeżeli ktoś ma gospodarstwo 5-10 tys. hektarów, to on ma swoich doradców, ma swoje umowy i z tego żyje. Ale taki rolnik, co ma 5, 10, 15 hektarów – nie da rady, bo on sobie nie pozwoli na chłodnie, na taki magazyn, żeby mógł to trzymać, musi to w pewnym momencie oddać, bo jak nie, to mu się zmarnuje i straci jeszcze bardziej.

Ceny są zawsze dyktowane przez pośredników?

Wiadomo, że nie ma inaczej. Muszę powiedzieć, że są też firmy uczciwe. Sieję trawy nasienne i jest taka firma w Krotoszynie i ona gdy podpisuje umowę ze mną, to daje minimalną cenę, przykładowo 3,20 zł i poniżej tego nie zjedzie, a jak będzie dobra koniunktura, to dadzą więcej. I w tym roku było więcej, więc są firmy, które współpracują z rolnikami, bo potrzebują czegoś i my też coś z tego mamy. Taki mały rolnik skosi zboże, zawiezie prosto do magazynu, on mu taką cenę zaoferuje i jak chcesz, to sprzedaj, a jak nie, to nie. Gdzie on się z tym podzieje? Więc sprzedaje za 50 zł za metr i tyle. Wiadomo, że gdy rolnik ma 100-200 hektarów, posiada swój magazyn, ma swoje elewatory i on to zboże może przetrzymać do grudnia, a nawet do marca. Ale taki rolnik, który ma 5 czy 10 hektarów, hektar czy półtora hektara tej pszeniczki czy tego jęczmienia, on to skosi, na przyczepę wsypie i gdzie będzie wysypywał? Więc wiezie do magazynu i oni mu wezmą to zboże, ale za marne grosze. On nic nie może powiedzieć, on nie może stawiać warunków, bo jak chcesz to sprzedasz, a nie chcesz, to zabieraj. I on to sprzedaje – za marne pieniądze.

A co rolnicy mogliby zrobić, żeby jakoś wzmocnić swoją pozycję? W przeszłości istniały np. spółdzielnie…

Gdyby były spółdzielnie i stowarzyszenia, byłoby na pewno inaczej. Im większy jest na przykład tonaż zboża u producenta, tym bardziej możemy stawiać warunki, ale do tego musimy się zjednoczyć, założyć stowarzyszenie, koło czy jakąś grupę producencką, i wtedy możemy ceny negocjować. Bo sam co zrobisz? Nic. Ale to wszystko musi być zgrane, że zakładamy grupę producencką, jest nas 50 rolników, mamy tyle i tyle, taki areał zasianego zboża i jakiś przedstawiciel tej grupy, oczywiście nie za darmo, tylko za jakieś pieniądze, negocjuje te ceny. Mamy przykładowo 200 ton jęczmienia, wynegocjowałem takie i takie ceny, ale ten jęczmień będzie sprzedany dopiero w grudniu.

Czyli, krótko mówiąc, warto się jednoczyć?

Oczywiście. W kupie siła.

Chciałem zapytać tak trochę szerzej, już nie tylko o rolnictwo, ale w ogóle o wieś. Są statystyki pokazujące, że współcześnie tylko ok. 10% mieszkańców wsi zajmuje się rolnictwem. Czy rolnictwo zanika? Czy jest zajęciem dodatkowym, czy może tak naprawdę te liczby wyglądają trochę inaczej? Gdzie pracują ludzie na wsi?

Dzisiaj gospodarstwa są nowoczesne, zmechanizowane i przez to nie trzeba tyle siły roboczej. 40 lat temu to ja te krowy doiłem z żoną rękami, a dzisiaj mam to zmechanizowane i da radę, żebym te 15 krów obsłużył, wydoił i schłodził to mleko. To jest wszystko nowoczesne, zmechanizowane i nie trzeba nam tyle ludzi, co przedtem. 40 czy 50 lat temu połowa ludzi mieszkała na wsi i utrzymywała się z rolnictwa, ale to było męczące. Dzisiaj rolnictwo jest zmechanizowane, sprzęt nowoczesny i rolnik daje sobie radę. Pracowałem w PGR-ach do 1990 roku. Jak przychodziło się rano na zbiórkę, to było z 60-70 osób. Dzisiaj właściciel kupił ten PGR i jest tych ludzi sześcioro i dają radę wszystko utrzymać, obsiać i wyprodukować. Sprzęt jest nowoczesny, wydajny.

Skoro więc rolnictwo już nie dominuje na wsi, gdzie pracują jej mieszkańcy?

Mogę powiedzieć o naszej wsi. Tu jest dwóch rolników – taki młody i jeszcze jeden kolega, który ma z 60 hektarów. Jest mało młodych ludzi; wie pan, dzisiaj z pracą nie jest aż tak bardzo ciężko, kiedyś było ciężko, ale dzisiaj pracę można dostać w Cieszanowie czy w Lubaczowie. A po drugie musimy powiedzieć, że infrastruktura, drogi, to wszystko zostało tak zmodernizowane, tak zrobione, że nie ma dróg kamiennych, wszystkie drogi wiejskie są wyasfaltowane, wszędzie dojedziesz, masz dostęp do samochodu, więc dzisiaj nie ma problemu z pracą.

Czyli wsie stają się trochę sypialniami dla miast, też mniejszych, gdzie ludzie jeżdżą pracować w usługach albo przy produkcji?

Oczywiście, jeżeli jest duża wieś i dużo ludzi, tak to wygląda. Tutaj u nas jest tak, że jest wieś starzejących się ludzi, prawie połowa emerytów, a młodzież wyjechała wcześniej, bo były ciężkie warunki, nie było pracy, nie było niczego, więc wszystko wyjechało trochę za granicę, trochę gdzie indziej. I tak to zostało. Ten, kto został i dzisiaj chce pracować, dojeżdża do miast.

A bywa też tak, że czasem, podobnie jak u Pana, ma się jakąś pracę na etacie czy działalność gospodarczą i z tego się przede wszystkim żyje, ale jednak poza tym cały czas ma się to gospodarstwo i trochę się w nim nadal pracuje, choćby na własne potrzeby?

To jest dziedziczone z dziada pradziada i szkoda to zniszczyć, bo człowiek, czy lubi, czy nie lubi, ale będzie pracował i będzie obsiewał gospodarstwo. Z takimi gospodarstwami do 10 hektarów to nie bardzo się można utrzymać, jest ciężko. Ale jak jesteś zaradny, to i dasz radę gospodarstwo utrzymać, i pójść do pracy, i zawsze dochody się zwiększą; tak jest bezpieczniej i lepiej.

Coraz częściej na wieś wyprowadza się wiele ludzi z miasta. Niedawno krążyła anegdota o letniczce, która chciała wezwać policję przeciw kombajnowi pracującemu przy żniwach po godzinie 22…

To jest, proszę pana, sytuacja absurdalna. Jestem sołtysem wsi i wiem, jak to jest – dzisiaj jeśli chcesz się budować, zrobić daczę czy postawić sobie jakiś domek letniskowy, to uświadamia się kogoś takiego, że dzisiaj ziemia jest taka, że nie będzie się w dzień pryskać ani zboża, ani rzepaku, ani innych traw, tylko musisz to robić wieczorami, bo jeżeli chodzi o pszczoły, owady zapylające, to je zniszczysz. Są takie wymogi i nie można. I się uświadamia – słuchaj, możesz, my się zgadzamy, że ty tutaj przyjeżdżasz, możesz tu sobie coś wybudować, ale musisz wiedzieć jedno, że jeśli ja będę musiał wozić obornik czy gnojowicę i będę miał na to zezwolenie, to ja to będę woził. To może czasem śmierdzieć, ale ty nie będziesz wołał i nie będziesz mieć z tym problemu. Z nami jako rolnikami musisz żyć w zgodzie, bo jeżeli nie, to się nie zgodzimy. Gdzieś może tak się zdarza, ale u nas się nie zdarza. Kombajn kosi to kosi, ja wożę nawozy to wożę i nie ma problemu.

To są ludzie z dużych miast, oni nie wiedzą, co to jest gospodarstwo, co to jest rolnictwo i często są takie sytuacje. Jeżeli jest informacja, że ktoś się chce osiedlić, zamieszkać, to niech wie, że jest taka sytuacja, taka produkcja, że tak to będzie czasami wyglądało. Myślę, że jak się zdecyduje i zrozumie, to nie będzie konfliktu. Najgorzej, jak ktoś taki przyjedzie z dużego miasta, nie wie, co to jest rolnictwo i jak ktoś o dziesiątej wieczorem będzie pryskał rzepak, bo to trzeba o tej porze, to będzie miał problem. Jak ktoś przyjeżdża z dużego miasta i myśli, że wieś to tylko spokój i cisza, może się czasem trochę zdziwić. Na wsi jest różnie, szczekają psy, wylewa się obornik, pryska i to jest normalne życie, chociaż oczywiście nie trwa to cały czas.

Czy w skali całego kraju wieś i rolnictwo są jakoś istotnie zróżnicowane, gdyby porównać np. Podkarpacie i Lubuskie?

Wiadomo, że Podkarpacie to są małe, rozdrobnione gospodarstwa, jak się spojrzy w statystyki, to takich gospodarstw wielohektarowych jest u nas mało. Zwykle to są 2-3 hektary, tutaj na ścianie wschodniej zawsze było raczej biednie; miało się dwa czy trzy morgi pola i z tego się utrzymywało, uprawiało się trochę zboża, mama upiekła z tego chleb, zjadło się ziemniaki z kapustą i było dobrze. A w Wielkopolsce zawsze była tradycja dużego rolnictwa, poza tym tam są też inne ziemie. Gospodarstwa są duże, zmechanizowane i nie ma czego porównywać. Tam zawsze to stało na wysokim poziomie, jak jeździłem, to podziwiałem duże plantacje zboża czy buraków. A u nas jak jest jedno pole szerokie na cztery metry i długie na pięćset, to co tu można zrobić? Nie za bardzo da się to unowocześnić. Są też tu takie miejscowości, że ktoś ma dziewięć działek i najszersza ma sześć metrów, a długa jest na siedemset, no to co to jest za gospodarstwo? Tu nie ma o czym mówić.

Czego życzyłby Pan polskiej wsi – najogólniej?

Żeby politycy się nie wtrącali, żeby nikt nam nie przeszkadzał, a my sobie damy radę. Najgorzej jak politycy chcą decydować za nas. Chłop jest twardy, jest zżyty z ziemią i wie, co ma robić. Jak idą wybory, to każdy chce się zajmować rolnikiem, ale dzisiaj rolnik jest wyszkolony, nie jest już tak jak kiedyś, że nie umie czytać i pisać, często ma wyższe wykształcenie i inaczej myśli.

Dziękuję za rozmowę.

Lato 2020 r.

Zdjęcie w nagłówku tekstu fot. Tomasz Chmielewski

Królestwo Barbarzyńcy. O planach zniszczeń kolejnych zabytków w Świętokrzyskim Parku Narodowym

Królestwo Barbarzyńcy. O planach zniszczeń kolejnych zabytków w Świętokrzyskim Parku Narodowym

Dyrektor Świętokrzyskiego Parku Narodowego Jan Reklewski najpierw uznał, że klasztor z początków Państwa Polskiego nie jest wartościowy i należy go usunąć z granic parku narodowego, a teraz, że można zniszczyć rezerwat archeologiczny z czasów Imperium Rzymskiego…

Dyrektor ŚPN ciężko pracuje na opinię człowieka, który nie widzi żadnej wartości w unikalnych zabytkach objętych ochroną konserwatorską. Mówimy o zabytkach, które znajdują się również pod jego prawną opieką. Na marginesie dodam, że nie widzi też wartości przyrodniczych tych miejsc, które tam bez wątpienia występują. Mogło się wydawać, że wojna wytoczona Świętokrzyskiemu Parkowi Narodowemu i jego unikalnym wartościom kulturowym, historycznym i przyrodniczym toczy się tylko na jednym, ciężkim froncie na Łyścu, o czym pisałem w „Nowym Obywatelu” już kilkakrotnie. W listopadzie 2020 r. Jan Reklewski otworzył jednak drugi front.

24 listopada 2020 w „Gazecie Wyborczej Kielce” redaktor Grzegorz Walczak poinformował [1], że dyrektor Świętokrzyskiego Parku Narodowego Jan Reklewski ogłosił przetarg na 25-letnią dzierżawę działki z przeznaczeniem pod budowę farmy fotowoltaicznej. Do przetargu nikt się nie zgłosił.

Działka przeznaczona przez Reklewskiego do zabudowy infrastrukturą solarną jest własnością skarbu państwa w wieczystym użytkowaniu Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Jak informuje „Gazeta Wyborcza”, „w sporządzonym operacie ewidencji gruntów do Planu Ochrony Świętokrzyskiego Parku Narodowego przy działce 654/4 (a zatem tej wystawionej w przetargu) jest informacja, że »proponuje się korektę polegającą na objęciu granicą ŚPN« m.in. tego terenu. Dokument przygotował Krzysztof Haczek z warszawskiego oddziału Biura Urządzania Lasu i Geodezji Leśnej” [2].

Od kwietnia 2019 roku trwają prace ministerstwa klimatu i środowiska, a wcześniej ministerstwa środowiska, nad zmianami granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego [3]. Rządowy plan rewizji granic pierwotnie przewidywał wycięcie z granic ŚPN ponad 5 ha unikalnego przyrodniczo i kulturowo terenu na Łyścu. Na skutek działań Stowarzyszenia MOST, obywateli, polityków opozycji oraz innych organizacji pozarządowych obecnie procedowany jest projekt rozporządzenia mający wyciąć z Łyśca 1,3 ha oraz włączyć do parku ponad 60 ha lasu pod Grzegorzowicami [4, 5]. Ani dyrektor Reklewski, ani ministrowie Henryk Kowalczyk, Michał Woś i Michał Kurtyka nie skorzystali z możliwości włączenia do ŚPN tej 4-hektarowej działki, o której obecnie mowa w związku z fotowoltaiką.

Nie jest to zwykła działka. Jan Reklewski co prawda wypowiada się o niej tak: „To dawne wyrobisko po kopalni w Rudkach. Taki grunt poprzemysłowy, który do niczego innego się nie nadaje. Leży poza granicami parku” [6]. Warto przypomnieć, co dyrektor ŚPN mówił „Gazecie Wyborczej” o wartościach przyrodniczych na Łyścu: „Te wyłączone grunty od setek lat i tak podlegają urbanizacji. Nie przedstawiają istotnej przyrodniczej wartości, nie ma tam przedmiotów ochrony cennych dla parku” [7]. Tymczasem na działce o powierzchni 4 ha o numerze ewidencyjnym 654/4 obręb Rudki znajduje się… rezerwat archeologiczny „Rudki” zlokalizowany w gminie Nowa Słupia w pobliżu miejscowości Rudki nad rzeką Pokrzywianką. Jest to najstarsza i zarazem jedyna znana w Europie poza granicami Imperium Rzymskiego głębinowa kopalnia rud żelaza. Kopalnia działała od I/II w. n.e. do 2. poł. III w. n.e. Złoże było też eksploatowane w czasach nowożytnych (XVIII i XIX w.).

Na pytania w tej sprawie sekretariat ŚPN odpowiedział w e-mailu z dn. 14.11.2020 między innymi: „Inwentaryzacja przyrodnicza wykonana na potrzeby Planu Ochrony ŚPN nie wykazała na tej działce gatunków cennych przyrodniczo”. Wygląda na to, że dyrekcji ŚPN umknęło, że jest to rezerwat archeologiczny chroniony prawem…

Stowarzyszenie MOST zapytało Świętokrzyskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków o to, czy wydawał zgodę dyrekcji SPN na budowę farmy solarnej na tej właśnie działce. W odpowiedzi z dn. 14.12.2020 czytamy: „[…] informuję, że Świętokrzyski Park Narodowy nie zwracał się z wnioskiem do Świętokrzyskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Kielcach o zezwolenie na budowę farmy fotowoltaicznej na wskazanej działce”.

Dyrektor Świętokrzyskiego Parku Narodowego nie dość, że nie zna wartości obiektów, którymi administruje, to jeszcze z łatwością i nonszalancją działa na rzecz ich zniszczenia i usunięcia z granic parku. To wszystko brzmi jak absurd, ale to się dzieje.

Łukasz Misiuna

Tekst powstał w ramach prowadzonego przez stowarzyszenie Most, z którym autor jest związany, projektu o nazwie „Korzenie. Projekt ochrony dziedzictwa przyrody i kultury Gór Świętokrzyskich” dofinansowanego w ramach Programu Aktywni Obywatele-Fundusz Krajowy.

Przypisy:

1. https://kielce.wyborcza.pl/kielce/7,47262,26541820,nie-ma-chetnych-do-budowy-farmy-fotowoltaicznej-w-poblizu-parku.html (dostęp:14.12.2020)
2. https://kielce.wyborcza.pl/kielce/7,47262,26541820,nie-ma-chetnych-do-budowy-farmy-fotowoltaicznej-w-poblizu-parku.html (dostęp: 14.12.2020)
3. https://dzikiezycie.pl/archiwum/2019/lipiec-i-sierpien-2019/zawal-w-sercu-lysogor (dostęp: 14.12.2020)
4. https://oko.press/minister-lasem-chce-placic-za-oddanie-zakonowi-cennej-czesci-swietokrzyskiego-parku-narodowego/ (dostęp: 14.12.2020)
5. https://obywatel3.macmas.pl/2020/10/11/ostatnia-bitwa-o-zachowanie-w-calosci-swietokrzyskiego-parku-narodowego/ (dostęp: 14.12.2020)
6. https://kielce.wyborcza.pl/kielce/7,47262,26541820,nie-ma-chetnych-do-budowy-farmy-fotowoltaicznej-w-poblizu-parku.html (dostęp: 14.12.2020)
7. https://kielce.wyborcza.pl/kielce/7,47262,24819600,rzad-skurczy-park-narodowy-aby-dac-zakonnikom-zabudowania.html (dostęp: 14.12.2020)

Ernst Friedrich Schumacher: Pomyślmy o gruntach i nieruchomościach (1973)

Ernst Friedrich Schumacher: Pomyślmy o gruntach i nieruchomościach (1973)

Istnienie gigantycznych problemów mieszkaniowych w społeczeństwie tak zamożnym jak nasze, to niewątpliwie wielki i oburzający paradoks. Wiele lat temu, jak wszyscy pewnie pamiętamy, usłyszeliśmy z ust największego autorytetu politycznego, że nigdy nie było nam tak dobrze [1]. Od tamtego czasu, według statystyk, gospodarka znacząco urosła. Ale problem mieszkaniowy czy raczej problem bezdomności, zamiast zmaleć – zwiększył się. Dziwne, prawda? W dzisiejszych czasach budowa domu zajmuje mniej czasu i wysiłku, niż kiedykolwiek wcześniej. Co w takim razie stoi na przeszkodzie? Czy niedobór gruntów? Na pewno nie. Brak pieniędzy? Mamy ich obecnie w obiegu więcej, niż śniłoby się to poprzednim pokoleniom – i ciągle ich przybywa. Mówią nam przecież, że dochód narodowy rośnie o 5% w skali roku.

Te dodatkowe 5% dochodu narodowego rocznie to dwa miliardy funtów. Cóż, tak na pierwszy rzut oka, powinno starczyć na wiele domów. Tylko że to tak nie działa. Wszystkie pieniądze generowane przez tzw. postęp są już „zaklepane” i nie idą na mieszkalnictwo. Idą – sami zresztą Państwo wiedzą, na co idą – na najprzeróżniejsze rzeczy, na przemysł samochodowy, transport lotniczy, podbijanie wskaźnika rocznych przepraw przez Kanał La Manche. A niedobór mieszkań jak był, tak jest. Potrafiliśmy skonstruować Concorde’a. Kosztowało nas to znacznie więcej, niż pierwotnie sądziliśmy, ale się udało. Planujemy budowę lotniska Maplin i tunelu pod Kanałem La Manche [2]. I oczywiście obydwa te projekty leżą w zasięgu naszych możliwości. Co to jest miliard? Jak to możliwe, że potrafimy dokonać takich rzeczy, a nie potrafimy rozwiązać problemu mieszkaniowego?

Powiedzą nam: „Tamto się robi, bo jest na to popyt”. Popyt? Skąd wiemy, że „jest popyt”? Maplin i tunel to projekty obliczone na wiele lat do przodu. Jak możemy przewidzieć, na co będzie popyt wiele lat do przodu? Ach, oczywiście, możemy, bo możemy, drodzy Państwo, mamy metody, mamy obliczenia. Obecne trendy wskazują, że liczba ludzi przekraczających rocznie Kanał La Manche wzrośnie nieomylnie z 23,7 miliona w roku 1970 do 49,7 miliona w 1980 i 97,7 miliona w 90. Naprawdę nie znali Państwo tych oczywistych faktów?

Mogę również podać Państwu liczbę przekraczających rocznie Kanał podróżnych-zmotoryzowanych: 1970 – 4,1 mln, 1980 – 9,6 mln, 90 – 20,1 mln. I istotnie, wobec tych szacunków jedyną racjonalną reakcją jest ta, na którą się zdecydowaliśmy. Jeśli chcemy być konsekwentni w naszej zabawie w „wiedzę”, zwyczajnie musimy zbudować nowe lotnisko i kanał podmorski. Nie musimy jednak, jak wszystko na to wskazuje, budować domów. Czy znajdzie się ekonomista, który narysowałby nam wykres pokazujący, ilu ludzi w Wielkiej Brytanii nie będzie miało dachu nad głową w 1980 i 1990?

Ilu ludzi bezdomnych będzie żyć w naszym kraju, gdy kolejni turyści przyjdą i odejdą? Nikt nie zaprzeczy, że istnieje popyt na mieszkania – na domy. W znacznej swojej części wszakże nie jest on, jak to się mówi w ekonomii, „efektywny”, ponieważ tych, którzy mieszkań najbardziej potrzebują, zwyczajnie nie stać na nie.

Na to możemy powiedzieć, że społeczeństwa nie interesuje popyt, który nie może zostać zaspokojony. Ale czy to faktycznie kwestia społeczeństwa? Ludzie nie pozostają obojętni – spójrzcie choćby na ustawodawstwo ostatnich dekad. Jak wiele wydano ustaw mających ulżyć bezdomnym i poprawić warunki bytowe w slumsach. Ale żadna nie rozwiązała problemu. Niemal bez wyjątku dzięki nim bogaci stali się jeszcze bogatsi, a biedni jeszcze bardziej zdesperowani, choćby ich liczba jako taka się zmniejszyła. Mówiąc wprost: większość legislacji, zamiast rozwiązaniem problemu, okazała się częścią problemu; w związku z czym jasne stało się, że ten problem istnieje i ma jakieś źródła, i dopóki do tych źródeł nie dotrzemy, reszta na nic się nie przyda.

Co leży jednak u źródeł problemu? Cóż, nie zgrywam bynajmniej eksperta z dziedziny polityki mieszkaniowej, ale poświęciłem sprawie sporo namysłu; przeczytałem te wszystkie niezliczone raporty, jakie o niej napisano; i doszedłem do wniosku, że kwestią zasadniczą jest tutaj system prywatnego posiadania ziemi.

To, rzecz jasna, mało oryginalna konkluzja. W ciągu wieków wielu ludzi domagało się zniesienia indywidualnej własności ziemskiej – nie tylko Karol Marks – i nic z tego nie wynikało. Bo jedynym możliwym rozwiązaniem wydawała się nacjonalizacja.

Według jednej teorii, jedyną możliwą metodą nacjonalizacji ziemi jest wykup. Ale jak uzasadnić ogólnonarodową kampanię wykupu prywatnych nieruchomości? Inni, oczywiście, powiedzą na to: „Właśnie – dlatego potrzeba rozwiązań radykalnych: zakwestionowania istniejącego porządku i dokonania konfiskaty”.

Ale, pytajmy dalej, kto mógłby na serio bronić konfiskaty? Wracając zaś do wykupu: skąd rząd miałby wyczarować tak ogromną sumę pieniędzy, jaka byłaby potrzebna do jego przeprowadzenia? W tym martwym punkcie debata o nacjonalizacji ziemi się zatrzymuje. Po pierwsze, abolicja indywidualnej własności ziemi jest możliwa wyłącznie na drodze wykupu (tak się uważa), co wymagałoby gigantycznych funduszy, których nie ma skąd wziąć; po drugie wszakże, i ważniejsze, publiczna własność ziemi wiązałaby się, jak nam mówią, w sposób konieczny z jakąś formą centralnego planowania – i obydwie te perspektywy są nieakceptowalne i niebezpieczne.

Pytanie zasadnicze brzmi jednak: dlaczego w ogóle chcemy zmienić system własności ziemskiej? Odpowiedź zaś mnie przynajmniej wydaje się oczywista: aby zakończyć proceder spekulacji gruntem, proceder wykorzystywania dla prywatnych zysków tak znacznego w przypadku ziemi czynnika wartości dóbr rzadkich, zatrzymać, jak moglibyśmy powiedzieć, „cornering” rynku gruntowego – wiedzą Państwo, co to znaczy „cornering”, to praktyka polegająca na wykupie, na przykład, całego zasobu jakiegoś dobra, którego ludzie potrzebują niezbędnie do życia i którego podaż nie może zwiększać się w miarę wzrostu cen. To właśnie „cornering”. I grunty stanowią idealny wprost przedmiot „corneringu”. Pewna „baza” gruntowa to rzecz niezbędna do życia. Wraz ze wzrostem wskaźników – wzrostem mobilności, produkcji, wymiany – wartość gruntów (niezależnie od inflacji) to, że tak powiem, ulica jednokierunkowa. Posiadacz monopolu ziemskiego musi tylko chwilę poczekać, aby stał się zawrotnie bogaty. Stawiam następującą tezę: że ten typ własności indywidualnej, który może być dobrym rozwiązaniem w wypadku dóbr wytworzonych przez człowieka – bo podaż ich może zwiększać się względnie swobodnie dzięki ludzkiej pracy i inwencji – kompletnie nie sprawdza się w przypadku dobra takiego, jak grunt.

Jakie mamy zatem alternatywy, skoro nacjonalizacja, jak się ją zazwyczaj rozumie, nie wchodzi w grę? Poszukajmy drogi środka, jakiegoś nowego rozwiązania, które pozwoliłoby nam uniknąć pułapek zarówno indywidualnej własności ziemi, jak i jej nacjonalizacji. Czy uda nam się opracować model własności gruntów (a być może i innych nieruchomości), który po pierwsze i przede wszystkim wyeliminuje element spekulacyjny; po drugie – położy tamę nieproporcjonalnym, niesprawiedliwym zyskom, jakie przynosi w naszych czasach posiadanie ziemi i jakie wzrastają jeszcze w przypadkach zastosowania „corneringu”; rozwiązanie, po trzecie, które nie spowoduje strat obecnych posiadaczy, a zatem nie będzie oznaczać konieczności ich wynagradzania; które, po czwarte, nie przysporzy obecnym właścicielom ziemskim trudności, pod warunkiem, rzecz jasna, że ich działania mieszczą się w granicach prawa?

Powiedzą pewnie Państwo, że to jakieś szaleństwo, ale zastanówmy się chwilę. Dotrzymajcie mi towarzystwa na ścieżkach mego rozumowania. Każdy dziś skrawek ziemi w Wielkiej Brytanii, możemy śmiało powiedzieć, ma jakąś konkretną wartość czy cenę. Każdy właściciel, gdyby chciał sprzedać, co jego, mógłby zyskać przynajmniej ogólne pojęcie, być może po konsultacjach z profesjonalistą, ile może zarobić. Przyjmijmy więc, że udało nam się określić wartość ogółu gruntów Wielkiej Brytanii – zadanie trudne, ale nie niewykonalne. Oczywiście, wartość ta uwzględniałyby choćby obecne plany gospodarowania przestrzennego oraz inne podobne czynniki. Wartości w ten sposób uzyskane nazywam wartościami rejestrowymi gruntów brytyjskich na lipiec 1973. Szacowano by je w funtach szterlingach według obecnej mocy nabywczej tej waluty. Aby uprzedzić problem inflacji, rząd mógłby opublikować specjalny aneks określający zasady przeliczania funta z 1973 do funta z dowolnego momentu w przyszłości. Dzięki temu naszą wartość rejestrową można by z łatwością dostosować do warunków, gdyby zachodziła taka konieczność. Zmierzam do tego, że właściciel danej działki, gdyby chciał ją sprzedać, powinien dostać za nią nie więcej niż wynosi wartość rejestrowa wyrażona w funtach szterlingach z uwzględnieniem inflacji. Transakcja musiałaby być zapośredniczona przez samorząd lokalny, odgrywający w całym przedsięwzięciu rolę czysto bierną, o ile rzecz jasna sam nie zamierzałby wejść w rolę nabywcy. Jeśli nie, prywatny – jak powiadam – kupiec mógłby zapłacić prywatnemu sprzedawcy najwyżej równowartość ceny rejestrowej – i ani pensa więcej.

Ale co jeśli, na przykład ze względu na zmiany w gospodarowaniu przestrzennym, wartość tych lub innych gruntów znacząco wzrosła? W takim przypadku będzie wielu potencjalnych nabywców – zorganizuje się aukcję i wygra ten, kto da najwięcej, ale – uwaga – właściciel otrzyma tylko wartość rejestrową, nadwyżka zaś trafi na, jak to nazywam, lokalny fundusz gruntowy. Co zaś z wartością rejestrową? Jeśli w sposób opisany wyżej cena działki faktycznie została podbita, ta nowa najwyższa cena staje się zarazem nową wartością rejestrową. A co jeśli działka jest na sprzedaż, ale nie znajdzie się nikt, kto zaoferowałby za nią przynajmniej cenę równą wartości rejestrowej? Właściciel może sprzedać ją za mniej – i wartość rejestrowa spadnie do poziomu tej nowej, niższej ceny.

Krótko mówiąc: koniec niesprawiedliwych zysków z ziemi teraz i w przyszłości. Nadwyżki trafiają nie do prywatnej, a publicznej kieszeni – zasilają lokalny fundusz gruntowy. W tych wyjątkowych przypadkach, w których cena jakiejś działki spadła, właściciel faktycznie może nie odzyskać włożonych w nią pieniędzy, ale to przecież ryzyko, które ponosi każdy, kto kupuje kawałek gruntu, albo – jak kto woli – cena, jaką płaci się za ów nadzwyczajny przywilej, jakim jest bycie właścicielem ziemskim.

Zachęcam Państwa do zastanowienia się nad tą propozycją. Uważam, że stanowiłaby ona rzeczywiście złoty środek, „złote” rozwiązanie problemu własności ziemskiej. Nie utrudni w żaden sposób legalnej aktywności obecnych właścicieli. Ich sytuacja pozostanie jak obecnie, nie doświadczą żadnych kłopotów. Obecność nowych regulacji odczują dopiero, jeśli zdecydują się swoją działkę sprzedać – w przypadku, gdy jakiś właściciel ziemski zapragnie przestać być właścicielem ziemskim.

Uważam, że mój plan znacząco ułatwiłby władzom lokalnym kupowanie gruntów na cele publiczne po uczciwych cenach i pozwolił przekierowywać do wspólnej puli niesprawiedliwe nadwyżki generowane przez stale rosnące zapotrzebowanie na ziemię; ale tylko, jeśli pochodziłyby one z dobrowolnej transakcji między kupującym i sprzedającym. Krótko mówiąc, pozwalamy prawom rynku działać swobodnie, jeśli chodzi o wolną wymianę między prywatnymi obywatelami; niemniej, upewniamy się także, by ta wolna wymiana nie prowadziła do kumulacji fortun; sfera publiczna zaś, w tym wypadku samorząd lokalny, zyskuje dobre zabezpieczenie przed spekulacją.

Nie będę wdawał się tutaj w szczegóły; wszystkie je można ustalić już po wprowadzeniu mojego planu w życie. Nie twierdzę również wcale, że wraz z rozwiązaniem problemu własności gruntów problem mieszkaniowy rozwiąże się samoczynnie. Wydaje mi się jednak, że poszłoby nam z nim znacznie łatwiej.

Pozwolą teraz Państwo, że przejdę do innej myśli. Od dość długiego czasu interesuje mnie kwestia właściwych rozmiarów, właściwej miary rzeczy. Wydaje mi się, że to temat bodaj najbardziej zaniedbany we współczesnym społeczeństwie. „Państwo”, napisał Arystoteles dwadzieścia trzy wieki temu, „nie powinno być większe lub mniejsze ponad pewną miarę, podobnie jak inne rzeczy: rośliny, zwierzęta, czy narzędzia, bo żadne z tych nie może działać właściwie, jeśli jest za duże lub za małe, ale traci swoją naturę albo ulega zepsuciu”. Trudno doścignąć język starożytnych. Wyobraźmy sobie małą wyspę z – powiedzmy – dwoma tysiącami mieszkańców. Pewnego dnia do brzegów naszej wyspy przybija łódka i wysiada z niej człowiek, którego właśnie zwolniono z więzienia na kontynencie. Były więzień wraca do domu. Czy ta hipotetyczna wspólnota doświadczy jakichkolwiek trudności, aby się nim zająć, zapewnić mu minimum ludzkich kontaktów, znaleźć dla niego pracę i rozpocząć proces ponownego włączenia go do społeczeństwa? Nie sądzę. A teraz wyobraźmy sobie wyspę z populacją dwadzieścia pięć tysięcy razy większą, wynoszącą jakieś pięćdziesiąt milionów ludzi; i że co roku wraca na nią nie jeden, a dwadzieścia pięć tysięcy więźniów. Automatycznie jak gdyby, wdrożenie tych tysięcy do normalnego życia staje się zadaniem ogromnie trudnym, zadaniem, do rozwiązania którego potrzeba armii ministrów i przepracowanych, zestresowanych kuratorów sądowych. Jakiż gigantyczny problem! Problem, istotnie, którego nikt nie zdołał jeszcze w satysfakcjonujący sposób rozwiązać.

Mniemam, że już coś, jak to mówią, „dzwoni”, że mamy przynajmniej sporo materiału do przemyśleń. Albo wyobraźmy sobie na przykład, że zamiast jednego więźnia pojawia się na naszej małej wyspie z dwutysięczną populacją bezdomna rodzina licząca pięć osób, a nawet dwie takie rodziny (razem dziesięć osób). Dach nad głową dla dziesięciu osób znajdzie się od ręki. Ale zwiększmy skalę razy dwadzieścia pięć tysięcy i wyobraźmy sobie, że wspólnota licząca pięć milionów ludzi ma coś zrobić z dwustu pięćdziesięcioma tysiącami bezdomnych. Udręka. Znów: ministerstwa, urzędy, prawa, regulacje, przesyły finansowe, ogromne trudności i ogromne wysiłki – i znów (na ile nam doświadczenie podpowiada) żadnych realnych rozwiązań.

Opublikowałem dopiero co niewielką rozprawę zatytułowaną „Małe jest piękne” i otrzymałem list od czytelnika, w którym wyjaśnia on ów dziwny i wymagający problem skali z matematycznego punktu widzenia. Cytuję: „Kluczowe znaczenie ma fakt, że gdy jakaś jednolita organizacja zwiększa swój rozmiar, ilość problemów komunikacyjnych zachodzących między jej częściami składowymi rośnie wykładniczo. Generalnie przyjmuje się, że maksymalna liczebność produktywnej grupy badawczej wynosi dwanaście. Jeśli się ją przekroczy, badacze, zamiast badać, tracą czas na ustalaniu, co kto powiedział i co robi reszta”.

Przed około dwudziestu laty, pracując dla National Coal Board [3] zainteresowałem się kwestią bezpieczeństwa pracy w kopalniach. W tamtym czasie mieliśmy dwieście pięćdziesiąt tysięcy wypadków rocznie. Ktoś zwrócił wtedy moją uwagę na inną kopalnię, nie węgla, ale jakiegoś chyba minerału, w każdym razie korzystającą z dokładnie takich samych metod wydobycia, jak my. Wskaźnik wypadków był początkowo w owej kopalni taki sam, jak w „naszych”. Pewnego dnia jednak zarząd postanowił podjąć kroki – i wypadki zupełnie niemal się skończyły. Przyjrzeliśmy się tamtym rozwiązaniom, bardzo zresztą logicznym, i powiedzieliśmy sobie: „Udało się im, uda się i nam!”. Co prawda to była jedna kopalnia, a naszych było sześćset, ale przecież jeśli chodzi o ilość zaopatrzenia, pracowników i tak dalej musiały zachodzić tutaj podobne proporcje. NBC powiedziało sobie: „Ochrona życia i zdrowia ludzkiego to kwestia niecierpiąca zwłoki. Zastosujmy te metody we wszystkich sześciuset kopalniach od razu”. I – nic. Żadnych efektów. Choć, rzecz jasna, przez te dwadzieścia lat, jakie minęły od tamtego czasu, poziom bezpieczeństwa w kopalniach podniósł się niepomiernie. W tamtym jednak wypadku to, co udało się w tej jednej kopalni, w „naszych” sześciuset się nie udało.

Wiele czasu zajęło mi zrozumienie tych osobliwych i paradoksalnych wydarzeń. Jeśli jeden kompetentny inspektor bezpieczeństwa z zespołem potrafi zrobić porządek w jednej kopalni, dlaczego sześciuset inspektorów w sześciuset kopalniach – nie? Odpowiedź brzmi: ponieważ jeden inspektor nie potrzebuje do wykonywania swojej pracy potężnej „nadbudowy” o charakterze administracyjnym; on sam, jako szef zespołu, jest tą „nadbudową”. Ale sześciuset szefów sześciuset zespołów już takiej „nadbudowy”, takiego koordynującego nadzoru wymaga (a przynajmniej wszyscy myślą, że tak jest).

Pozwolą Państwo, że zwrócę teraz uwagę na jedną rzecz: administracja, jeśli ma być skuteczna, to przedsięwzięcie nadzwyczajnie trudne, wymagające nieprzeciętnej inteligencji. Znacznie trudniejsze, niż zapobieganie wypadkom pod ziemią. Wynika stąd, że do pracy w administracji nadają się tylko ludzie wyjątkowo utalentowani; i jeśli chcemy stworzyć administracyjną superstrukturę odpowiednią do skali przedsięwzięcia (sześćset kopalni, przypominam), to wtedy naturalnym biegiem rzeczy najlepsi pracownicy muszą wziąć na siebie właśnie funkcje administracyjne, wykonanie właściwych zadań powierzyć trzeba zaś pracownikom drugiego i trzeciego rzędu.

Podkreślam to tutaj bardzo mocno, bo zawsze znajdą się tacy, którzy powiedzą: „Owszem, potrzebujemy rozbudowanych struktur, ale przecież nie biurokracji!”. Tylko że jeśli nie chcemy, aby nasza administracja była biurokratyczna, musimy – powtarzam – przekierować do niej naszych najlepszych ludzi. A i to nie wszystko. Bo jeśli w ogóle zachodzi potrzeba wytworzenia dla jakiejś operacji „nadbudowy” administracyjnej, w naturalny sposób pion wykonawczy (bez niczyjej winy) nie może rozwinąć skrzydeł, podlegając nadzorowi urzędników, z którymi nie ma (choćby ze względu na dystans przestrzenny) bezpośredniego kontaktu i których nigdy ani nawet nie spotkał, chyba że na krótkich, oficjalnych „konferencjach”.

To doświadczenie, wespół z wieloma innymi, jakie uzbierały się przez te dziwne dwadzieścia lat, przekonało mnie ostatecznie, że małe jest piękne – przy czym mówiąc „małe” mam na myśli nie coś groteskowo czy nieskończenie małego, ale miarę, którą można w pełni objąć umysłem – i że najlepiej radzić sobie bez rozbudowanych struktur administracyjnych.

Dobra administracja, powtórzę, wymaga nieprzeciętnego talentu i inteligencji; zła administracja zaś to chyba najgorsza rzecz, jaka może istnieć. Dlatego też, jak powiedziałem, kwestię miary, rozmiaru, uważam za naraz najważniejszą i najbardziej zaniedbaną w obecnej debacie publicznej. Cytowałem już Arystotelesa i zacytuję go jeszcze raz: „Gdy rzeczy stają się za duże lub za małe, tracą swoją naturę lub ulegają zepsuciu” albo, jak mawiała moja babcia: „Wszystko, co »za« jest, od złego pochodzi”.

Na koniec, pozwólcie, że podsunę Państwu jeszcze inną myśl. Zacząłem od tego, że to istotnie bardzo dziwne, że my, żyjący w społeczeństwie tak bardzo bogatym, nie umiemy poradzić sobie z rozwiązaniem problemu mieszkaniowego. I istotnie, nie da się naszych niepowodzeń w tej materii nijak usprawiedliwić, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że wobec nich cała nasza gadanina o sprawiedliwości społecznej zaczyna brzmieć po prostu śmiesznie. Podobnie jak i wszelkie nasze pretensje do ekonomicznej racjonalności, bo kosztów społecznych niedoboru mieszkań – takich jak na przykład rosnący wskaźnik przestępczości, problemy ze zdrowiem fizycznym i psychicznym, trwałe bezrobocie – tych kosztów społecznych zwyczajnie nie da się zrekompensować; i nie mam żadnych wątpliwości, że są one dużo większe, niż potencjalne koszty realnej polityki mieszkaniowej.

Jak by z tym jednak było, nie chcę zostawiać Państwa z przekonaniem, że obecne bogactwo Wielkiej Brytanii, czy całej w ogóle Europy Zachodniej, to osiągnięcie trwałe, niezagrożone z wewnątrz czy zewnątrz. Owo tak zwane „osiągnięcie” stanowi bowiem skutek pewnych konkretnych i przygodnych praktyk oraz okoliczności, będących dzisiaj – by to ująć kolokwialnie, ale prawdziwie – „na końcówce”. Gdy mówię „praktyki”, mam na myśli życie z kapitału raczej, niż z pracy. Dzisiaj bowiem znaczną część naszego kapitału stanowi ropa – surowiec nieodnawialny, nad wydobyciem i dystrybucją którego my tutaj w Europie Zachodniej nie mamy właściwie żadnej kontroli. „Okoliczności” zaś to po prostu system pozwalający nam swobodnie ową ropę kupować – układ sił, który dynamicznie się zmienia. Gospodarka światowa (termin ten oznacza rzecz jasna przede wszystkim zamożne dwadzieścia procent ludzkości) potrzebuje siedmioprocentowego wzrostu dostaw ropy w skali roku, podczas gdy znaczna liczba producentów tego surowca, myśląc w perspektywie długoterminowej stabilności, podjęła decyzję o utrzymaniu produkcji na poziomie z roku 1971. Uczyniły to już Wenezuela, Libia i Kuwejt; i te trzy kraje odpowiadają za wydobycie więcej niż jednej trzeciej (trzydziestu pięciu procent, dokładnie) zapasów ropy naftowej trafiającej na rynek międzynarodowy. Czym okazują się wszystkie owe projekty, o których mówiłem, projekty mające rozkręcić transport zmotoryzowanych i niezmotoryzowanych turystów przez Kanał La Manche, w perspektywie realnych trudności – zaburzeń dostaw czy nagłego wzrostu cen, na przykład – na rynku ropy naftowej?

Jeżeli dalej będziemy żyć w przeświadczeniu, że możemy jeść, pić i popuszczać pasa, bo nasze dzieci i tak będą bogatsze od nas, to – może powiem w ten sposób: jeśli ktoś tak myśli, to najwyraźniej nie zapytał o zdanie ludzi, dzięki którym tak ogromny wzrost poziomu bogactwa, jaki miał miejsce w Europie Zachodniej, w ogóle stał się możliwy. Czy to wszystko nie wskazuje na konieczność fundamentalnej przemiany tego, co zwykło nazywać się naszym „sposobem bycia”? Ta zaś implikuje coś, co wielu z moich politycznych przyjaciół określa mianem „reformy systemowej” – zwrot w kierunku daleko posuniętej decentralizacji i samowystarczalności małych wspólnot oraz, przede wszystkim, znacznie bardziej elastycznego, sprawiedliwego i racjonalnego systemu własności ziemi, oprócz – rzecz jasna – wielu innych rzeczy.

Ernst Friedrich Schumacher

Przeł. Maciej Sobiech

Powyższy tekst to zapis wykładu wygłoszonego na spotkaniu Katolickiego Towarzystwa Pomocy Mieszkaniowej w 1973 roku, a następnie opublikowany przez tę organizację.

Przypisy:

1. Chodzi o wypowiedź premiera Harolda Macmillana (1894-1986), konserwatysty, z 1957 roku. W tym samym przemówieniu zaatakował także „doktrynerstwo” socjaldemokratów i przestrzegał przed zbyt dynamicznym wzrostem pensji.

2. Lotnisko Maplin, właściwie lotnisko Ujście Tamizy czy u ujścia Tamizy. Obydwa przedsięwzięcia stanowiły ówcześnie „oczko w głowie” rządów brytyjskich. Tunel powstał w latach 90. jako tzw. Eurotunel, lotnisko do dziś pozostaje w fazie projektu.

3. Krajowa Rada Węglowa, instytucja powołana w 1946 do nadzoru nad znacjonalizowanym przemysłem węglowym Wielkiej Brytanii.

Ernst Friedrich Schumacher (1911-1977) – niemieckiego pochodzenia ekonomista i statystyk, który już w okresie studiów związał się z kulturą anglojęzyczną. Studiował w Wielkiej Brytanii i USA, gdzie następnie pracował w biznesie. Po objęciu władzy przez nazistów pozostał w Wielkiej Brytanii. W czasie II wojny był jako obywatel niemiecki internowany, został uwolniony po interwencji Johna Maynarda Keynesa. Po wojnie brał udział w pracach związanych z planem Marshalla. Od roku 1950 do 1970 związany zawodowo z publicznym sektorem górniczym w Wielkiej Brytanii. Brał także udział w pracach organizacji i instytucji pomocowych dla krajów rozwijających się. Pod wpływem wizyt w Birmie i Indiach związał się z inicjatywami ekologicznymi, m.in. był szefem Soil Association – brytyjskiej organizacji działającej na rzecz rolnictwa ekologicznego, drobnego, nieprzemysłowego. W roku 1973 ukazał się zbiór jego esejów – książka „Małe jest piękne”, która przyniosła mu światową sławę i stała się „biblią” ruchu ekologicznego. W swoich poglądach łączył wątki socjalizmu (szczególnie nieetatystycznego). niemieckiego ordoliberalizmu, dystrybucjonizmu, katolickiej nauki społecznej i refleksji ekologicznej. Publikowaliśmy już jego inny tekst: Koniec balu 

Szkoła wśród-nas-biorczości

Szkoła wśród-nas-biorczości

Od siedmiu lat badam organizacje alternatywne wytwarzające wartość ekonomiczną, między innymi spółdzielnie. Bardzo często wraca w moim materiale badawczym wątek współpracy, w pewien mocny i szczególny sposób. Bardzo trafnie oddaje ten sposób wypowiedź warszawskiego spółdzielcy, nazwijmy go Świętopełkiem: „Im więcej ludzie działają razem, tym bardziej widzą, że mogą zrobić dużo więcej. […] Nie uczą nas tego w szkole, na uniwersytecie; cały czas jest tylko o przedsiębiorczości, konkurencji, ale nie ma o współpracy. A potem mówią, że ludzie nie współpracują i że konkurencja jest naturalna. Musimy się wszystkiego uczyć sami”.

W Polsce działa ogromna ilość uczelni wyższych posiadających przedsiębiorczość w nazwie lub oferujących pełną edukację na poziomie wyższym w zakresie przedsiębiorczości. Oferowane są kursy przedsiębiorczości dla studentów różnych niezwiązanych z biznesem kierunków, od szkół teatralnych po medyków. Przedsiębiorczość pojawia się w podstawach programowych polskich liceów i techników. Uczą się przedsiębiorczości także uczniowie zasadniczych szkół zawodowych.

Niektóre szkoły podstawowe oferują lekcje przedsiębiorczości, a wśród celów edukacji na poziomie klas IV-VII wymienia się „rozwijanie kompetencji takich jak kreatywność, innowacyjność i przedsiębiorczość”. Ba, nawet niektóre przedszkola uczą przedsiębiorczości. Uczniowie mają do dyspozycji podręczniki i zeszyty do ćwiczeń z przedsiębiorczości, a przedszkolaki – bajki o przedsiębiorcach. Dzieci i młodzież uczą się podejmowania decyzji finansowych, projektowania działań przedsiębiorstwa, nabywają „podstawowe umiejętności konkurencyjnych zachowań”. Wśród celów zajęć z przedsiębiorczości dla liceów i szkół zawodowych występuje „Docenianie roli przedsiębiorców budujących w sposób odpowiedzialny konkurencyjną gospodarkę oraz dostrzeganie znaczenia wolności gospodarczej i własności prywatnej jako filarów gospodarki rynkowej”. Uczeń szkoły zawodowej, między innymi, „rozpoznaje mocne i słabe strony własnej osobowości”; odnosi je do cech osoby przedsiębiorczej; „zna korzyści wynikające z planowania własnych działań i inwestowania w siebie” oraz „sporządza projekt własnego przedsiębiorstwa oparty na biznesplanie”. Konieczność nabywania takiej wiedzy uzasadniana jest w następujący sposób:

[Uczniowie] powinni więc posiadać podstawową wiedzę nie tylko z zakresu nauk ścisłych, przyrodniczych i humanistycznych, ale także społecznych, a zwłaszcza ekonomicznych. Wiedza ta daje podstawy do kształtowania umiejętności oraz postaw przedsiębiorczych potrzebnych do funkcjonowania we współczesnej, globalnie uwarunkowanej gospodarce.

Nie ma natomiast nigdzie mowy o konieczności kształtowania postaw współdziałania i współpracy ani o tym, że są one potrzebne we współczesnej gospodarce. Przedmiot współpraca nie istnieje. Nie ma programów z wzajemności (mimo że istnieje taki obszar badawczy, m.in. w naukach zarządzania, i ma się bardzo dobrze). Nie ma wyższych szkół współpracy i współodpowiedzialności. Nie ma wśród celów edukacyjnych rozwijania umiejętności współdecydowania ani działania na rzecz dobra wspólnego.

Jakie to ma skutki? Ano takie, że Świętopełk i jego koleżanki i koledzy muszą uczyć się wszystkiego od nowa, wielkim nakładem energii, wysiłku i zdrowia, a zdolność ich ciężko zdobytej wiedzy do akumulacji systemowej jest niewielka. Do akumulacji wiedzy potrzebne są struktury szkoły i akademii. Wszyscy kolejni Świętopełkowie muszą wypracowywać tę wiedzę od nowa, albo prawie od nowa (na szczęście wzajemność jest silnym impulsem działania człowieka, więc uczą się, jak się dzielić wiedzą z „konkurencją” – używając języka obowiązującego w naszych czasach). Ale ma to także skutki dla zwykłych ludzi, w zwykłych korporacjach. Następująca historia Ścibory i Świętomiry jest, niestety, dość typowa.

Ścibora kierowała zespołem jakości od wielu lat. Była bardzo energiczna – podejmowała dziesiątki inicjatyw jednocześnie, zawsze miała w toku więcej projektów, niż mieściło się w opisie działań zespołu na stronie firmy. Chroniła swój zespół przed zakusami władz, które wciąż szukały „wolnych mocy przerobowych”. Jednak nie umiała delegować. Wszystkie te projekty robiła sama, a właściwie – sama przy pomocy wyrobników z zespołu, którzy dostawali do wykonania jakiś fragment, ale bez przynależnej odpowiedzialności i mocy decyzyjnej. Była jedyną osobą znającą całokształt tych projektów i gdy zlecała innym kawałki zadań, nigdy nie opowiadała o ich znaczeniu dla całości. W jej zespole pracowało kilka naprawdę kompetentnych osób, w tym Świętomira, która widziała dokładnie, co się dzieje, ponieważ miała naprawdę duże doświadczenie w branży i niejeden taki projekt z powodzeniem prowadziła. Ścibora zorientowała się w pewnym momencie, jak bardzo kompetentną osobą jest Świętomira i wówczas coś się zmieniło, ale nie tak, jak, zgodnie z zasadami dobrego zarządzania, powinno. Wręcz przeciwnie. Ścibora zaczęła ukrywać przed Świętomirą co bardziej interesujące projekty, zaczęła jej podbierać kontakty, bez jej wiedzy i zgody przejęła jej sztandarowy projekt, w którym współpracowała z wieloma partnerami, którzy bardzo ją cenili i znali od wielu lat. Za to zaczęła mikrozarządzać Świętomirą, de facto utrudniając jej wykonanie nawet prostych zadań. Tak jakby starała się ją powstrzymać przed wykonaniem dobrej pracy. Świętomira, osoba naprawdę zaangażowana w swoją pracę, poprosiła szefową, by po prostu wyznaczyła jej jakąś rolę, a sama zarządzała całością. Nie miała ambicji gwiazdorzenia, chciała móc pracować w spokoju. Ścibora jakby wówczas się opamiętała i przez jakiś czas współpraca była niezła. Szefowa brylowała, Świętomira pracowała. Jednak nie interesowała się w ogóle tym, co jej pracowniczka robi i nie odpowiadała na e-maile, jakby po prostu odpuściła sobie cały obszar projektu, nad którym Świętomira pracowała – sama, bo pozostałymi członkami zespołu Ścibora zarządzała dokładnie tak samo, jak od początku, to znaczy mikrokontrolując wszystko, przepytując za plecami jednych z tego, co robią drudzy, podsycając plotki, siejąc niedomówienia.

Sama tyrała jak nieprzytomna. Organizm nie dawał już rady na zakrętach, zażywała anydepresanty i piła coraz więcej alkoholu po godzinach. W pewnym momencie rodzina odmówiła współpracy i została sama – mąż nie chciał rozwodu po wieloletnim małżeństwie, ale stwierdził, że nie daje rady funkcjonować w związku i wyprowadził się „na próbę” z domu. Ścibora zareagowała na to wzmożoną aktywnością zawodową. Przyjęła dodatkowy projekt gigant, który miał być sztandarowy dla polskiego oddziału korporacji. Wszyscy spodziewali się, że tym razem zmobilizuje do pracy zespół, który przygotował się do boju. Jednak nic takiego nie miało miejsca. Wyglądało na to, że Ścibora idzie na samotne zderzenie czołowe z największym projektem firmy. Projekt był widoczny i modny, więc naczelny w końcu uszczęśliwił ją na siłę pomocnikiem, który biegał między gabinetami jej i szefa z coraz bardziej sztucznym i zestresowanym uśmiechem. Ścibora nie miała na ten projekt zasobów, nie miała kompetencji, nie miała czasu. Miała zespół, który był gotowy zmobilizować swoje kompetencje i zawalczyć o zasoby. Ale nie skorzystała z tej możliwości. Nie zatrudniła też nowych osób, co sugerował jej (o dziwo) naczelny. Coraz bardziej widać było, że spóźnia się z innymi, zwykłymi projektami. Coraz bardziej widać było, że przestała się w ogóle zajmować zespołem, skończyły się nawet plotki za plecami i mikrosterowanie. Przez dwa miesiące pracowała na 3 etaty z niedającym się zrealizować projektem polegającym na wymyślaniu dziesiątek procesów, wdrożeniu nowych technologii, zorganizowaniu nowych sieci działania. Wszystkie te procesy po wdrożeniu wymagają nadzoru. To też zdawała się próbować robić sama. Świętomira próbowała z nią porozmawiać, zaproponowała pomoc i radę. Ścibora nawet już się nie denerwowała, miała pusty wzrok, patrzyła przez nią na ścianę naprzeciwko. Następnego dnia wysłała do wszystkich pracowników e-mail, że bardzo im dziękuje, że ich ceni i szanuje, ale że musi zrezygnować, bo doznała wypalenia zawodowego. Po prostu nie przyszła do pracy. Wszystkie projekty leżały rozgrzebane tu i ówdzie, właściwie w czasach, gdy wszystko jest online nie bardzo było nawet wiadomo, gdzie kawałków szukać. A może ich nie było w ogóle. W dokumentacji panował nieprawdopodobny chaos. Zespół w końcu dostał projekty do pracy, ale w postaci stajni Augiasza, nie do ogarnięcia, wielkiej piramidy nieprzystających do siebie bezsensownych kawałków, z których nie da się nic sensownego złożyć. Zamiast wykorzystać swoje doświadczenie, Świętomira została czymś w rodzaju śmieciarki lub grabarki skądinąd bardzo ciekawych projektów, które z przyjemnością by w normalnych warunkach z koleżankami i kolegami porealizowała. Ścibora leczy się psychiatrycznie i jest po rozwodzie.

Wracając do pytania o skutki jednostronnej edukacji – wypalenie Ścibory jest jednym z nich. Ścibora byłaby pewnie energiczną i zdolną szefową w bardziej zespołowym systemie pracy. Rażące niewykorzystanie umiejętności i doświadczenia Świętomiry, to karygodne marnotrawstwo potencjału społecznego i kolejny typowy skutek nierównowagi systemu. Każdy szanujący się zespół przyjąłby ją z otwartymi ramionami. Ba, Świętomira ma tyle lat, że pamięta taką pracę zespołową i wspomina ją bardzo dobrze. Mogłaby przekazać wiedzę młodszym od siebie, bo wie, jak to robić. Ale młodsi nie mają na to czasu, nie mają do tego głowy, nie wiedzą na ogół, że jest im to potrzebne. W mediach trwa kampania o „nieblokowanie etatu przez starych młodym zdolnym”. Wyzwala to w ludziach uczucia wręcz przeciwne do chęci dzielenia się tym, co mają i umiejętności przyjmowania dobrych rzeczy od innych. To też skutek tej nierównowagi – w ludziach utrwala się przekonanie, że muszą poradzić sobie ze wszystkim sami, bo inni są ich konkurentami, naturalnymi wrogami. Gdy im się to nie udaje, to poszukują rozwiązań, które nie są dla nikogo pożyteczne, takich jak fasadowość i wyuczony narcyzm, jak pokonywanie w sobie ludzkich odczuć, jak poczucie permanentnej porażki, jak ciągła, jątrząca się zazdrość. Bo inni coś mają, a ja nie.

To czasami zdaje się być podobne do poczucia sprawiedliwości, ale jest czymś radykalnie od niego odmiennym. Aby odróżnić zazdrość od poczucia sprawiedliwości trzeba mieć kompetencje we współpracy i współodpowiedzialności. Bez tego nawet próby działania razem w dobrym celu w końcu się fragmentaryzują, przychodzi czas lansu jednych i marginalizacji drugich. Te dynamiki sprawiają, że święte protesty i społeczne bunty nie przerodzą się w konstruktywne budowanie lepszego świata, ale łatwo je rozładować nienawiścią, poczuciem własnej wyższości moralnej, agresją, obwinianiem drugiego (aczkolwiek zgodnie z moją najlepszą wiedzą, kobiety współpracują znacznie lepiej, niż mężczyźni, nawet w naszych czasach). Ale może o to właśnie chodzi władcom naszego świata? Może to jest zgodne z dynamiką sprawowania władzy na zasadzie „dziel i rządź”? Może to permanentny dzień bardzo wkurzonego i potwornie samotnego świstaka?

Więc jeśli identyfikujemy się ze Świętomirą, i pewnie troszkę ze Ściborą, jeśli kibicujemy Świętopełkowi i jego współspółdzielcom, to może znaczy, że pora przestać wszystko przed się brać (niczym pewien słynny egipski żuczek) i stać się znów człowiekiem? W końcu ludzie nie dlatego awansowali w ewolucji, że potrafili toczyć przed sobą kule większe od samych siebie, ale dlatego, że umieli współpracować. Może pora domagać się nowych programów edukacyjnych. I nowych sposobów wyrażania tego, co w nas – i wśród nas – ludzkie.

prof. Monika Kostera

Czas na Wielki Reset

Czas na Wielki Reset

Możemy wyjść z tego kryzysu jako lepszy świat, jeśli będziemy działać szybko i wspólnie. Zmiany, które już zaobserwowaliśmy w odpowiedzi na COVID-19, udowadniają, że możliwy jest reset podstaw naszej gospodarki i społeczeństwa. To nasza najlepsza szansa, aby zainicjować kapitalizm interesariuszy – oto, jak możemy go osiągnąć.

Zakazy związane z COVID-19 mogą się stopniowo rozluźniać, lecz niepokój o społeczną i ekonomiczną przyszłość ciągle się zwiększa. Niepokój ten ma uzasadnienie: gwałtowne załamanie koniunktury gospodarczej już się zaczęło, możemy stać w obliczu najgorszej depresji od lat 30. ubiegłego wieku. Jednak, nawet jeśli taki rozwój wypadków jest prawdopodobny, to nie jest on nieunikniony.

Aby osiągnąć lepsze realia, świat musi działać wspólnie i szybko w celu przebudowy wszystkich aspektów naszych społeczeństw i gospodarki, począwszy od edukacji, po kontrakty społeczne i warunki pracy. Każdy kraj, od Stanów Zjednoczonych po Chiny, musi brać w tym udział, każdy rodzaj przemysłu, od ropy i gazu po sektor technologiczny musi zostać zmieniony. Krótko mówiąc, potrzebujemy „Wielkiego Resetu” kapitalizmu.

Jest wiele powodów, by przeprowadzić „Wielki Reset”, lecz najważniejszym z nich jest COVID-19. Pandemia stanowi jeden z najgorszych w najnowszej historii kryzysów zdrowia publicznego. Doprowadziła już do setek tysięcy zgonów. Co więcej, daleko jeszcze do końca, ponieważ w wielu częściach świata liczba ofiar wzrasta.

Wszystko to będzie miało poważne długofalowe konsekwencje dla wzrostu gospodarczego, długu publicznego, zatrudnienia i ludzkiego samopoczucia. Według „Financial Times” globalny dług rządów osiągnął już poziom najwyższy w czasach pokoju. Co więcej, bezrobocie w wielu krajach astronomicznie wzrasta: dla przykładu USA, od połowy marca jeden na czterech pracowników zaczął ubiegać się o zasiłek dla bezrobotnych, a nowe zgłoszenia co tydzień przekraczają historyczne rekordy. Międzynarodowy Fundusz Walutowy przewiduje, że światowa gospodarka skurczy się o 3% – to spadek o 6,3 punktów procentowych w ciągu zaledwie czterech miesięcy.

Wszystko to dodatkowo zaostrzy kryzys klimatyczny i trwające już kryzysy społeczne. Niektóre kraje użyły już COVID-19 jako wymówki, by osłabić ochronę środowiska i jej egzekwowanie. Nasila się też frustracja spowodowana przez problemy takie, jak pogłębiająca się nierówność społeczna – zsumowany majątek miliarderów z USA zwiększył się w czasie kryzysu.

Pozostawione bez odpowiedzi, kryzysy te, w połączeniu z COVID-19, jeszcze się pogłębią i spowodują, że świat będzie coraz mniej zrównoważony i bardziej niestabilny, a ludzie mniej równi. Wprowadzanie stopniowych zmian i napraw ad hoc nie będzie wystarczające, aby zapobiec spełnieniu się tego scenariusza. Musimy zbudować całkowicie nowe podstawy dla naszych systemów ekonomicznych i społecznych.

Oznacza to bezprecedensowy poziom współpracy i ambicji. Nie jest to jednak marzenie niemożliwe do spełnienia. W rzeczywistości jedną z dobrych stron pandemii okazało się być to, iż pokazała ona, jak szybko możemy poczynić radykalne zmiany w naszym stylu życia. Prawie natychmiastowo kryzys zmusił biznesy i jednostki do porzucenia praktyk, które długo wydawały się nieodzowne, od częstych podróży lotniczych po pracę w biurze.

Podobnie ludność wykazała w przeważającej części gotowość do poniesienia ofiar dla dobra pracowników opieki zdrowotnej i innych kluczowych pracowników, jak również wrażliwych członków populacji, takich jak ludzie starsi. Wiele firm poczyniło kroki, by wspierać swych pracowników, klientów i społeczności lokalne, zwracając się tym samym czynnie w stronę kapitalizmu interesariuszy (stakeholder capitalism), o którym poprzednio tylko dużo mówiły.

Wola, aby zbudować lepsze społeczeństwo, wyraźnie istnieje. Musimy użyć jej, by przeprowadzić „Wielki Reset”, który jest tak bardzo potrzebny. Będzie to wymagało zaistnienia w państwach silniejszych i bardziej skutecznych rządów, jakkolwiek nie oznacza to ideologicznego nacisku na rozbudowę tychże rządów. Dodatkowo będzie to wymagało ciągłego zaangażowania ze strony sektora prywatnego.

Cele „Wielkiego Resetu” miałyby trzy główne elementy. Pierwszy z nich skierowałby rynek w stronę bardziej sprawiedliwych rezultatów. Aby to osiągnąć, rządy powinny poprawić koordynację (na przykład w polityce podatkowej, regulacjach i polityce fiskalnej), ulepszyć umowy handlowe i stworzyć warunki dla powstania „gospodarki interesariuszy” (stakeholder economy). W czasie, gdy podstawy opodatkowania zmniejszają się, a dług publiczny rośnie, rządy mają silne zachęty do podjęcia takiego właśnie działania.

Co więcej, rządy powinny wdrożyć od dawna potrzebne reformy, które będą sprzyjać bardziej sprawiedliwym rezultatom społecznym. W zależności od kraju mogą one obejmować zmiany w podatkach majątkowych, wycofanie dopłat do paliw kopalnych i nowe zasady rządzące własnością intelektualną, handlem i konkurencją.

Drugi element „Wielkiego Resetu” miałaby zapewnić, że inwestycje wspierają cele wspólne, takie jak równouprawnienie i zrównoważony rozwój. Tu właśnie ogromne programy wydatków wprowadzane obecnie przez wiele rządów pokazują wielką szansę na postęp. Dla przykładu, Komisja Europejska zaprezentowała plany dotyczące przeznaczenia 750 miliardów euro (826 miliardów dolarów) na fundusz odbudowy po pandemii. USA, Chiny i Japonia również planują wprowadzenie ambitnych stymulantów ekonomicznych.

Zamiast używać tych funduszy i podatku od inwestycji od podmiotów prywatnych i funduszy emerytalnych, aby łatać pęknięcia w starym systemie, powinniśmy użyć ich do tego, by stworzyć nowy system – taki, który będzie bardziej odporny, sprawiedliwy i zrównoważony w perspektywie długoterminowej. Oznacza to np. budowanie „zielonej” infrastruktury miejskiej i stwarzanie zachęt dla różnych branż, by poprawiały swoje wyniki w dziedzinach ochrony środowiska, społecznej odpowiedzialności i ładu korporacyjnego.

Trzecim i ostatecznym spośród głównych celów „Wielkiego Resetu” jest wykorzystanie osiągnięć Czwartej Rewolucji Przemysłowej, by wspierać dobro publiczne, szczególnie poprzez zajęcie się wyzwaniami zdrowotnymi i społecznymi. Podczas kryzysu COVID-19 firmy, uniwersytety i inne podmioty połączyły siły, aby wypracować diagnostykę, terapię i możliwe szczepionki, założyć ośrodki testowania, stworzyć mechanizmy do śledzenia zainfekowanych i umożliwić działanie telemedycyny. Wyobraźmy sobie, co byłoby możliwe, gdyby podobny wspólny wysiłek został poczyniony we wszystkich sektorach.

Kryzys związany z COVID-19 dotyka każdego aspektu ludzkiego życia w każdym zakątku świata. Nie ma konieczności, aby jedynym skutkiem tego kryzysu była tragedia. Wręcz przeciwnie, pandemia prezentuje rzadko nadarzającą się i szybko przemijającą okazję, by coś przemyśleć, zmienić i przestawić nasz świat tak, aby wypracować zdrowszą, bardziej sprawiedliwą i dostatnią przyszłość.

Klaus Schwab

Tłum. Magdalena Bieńczak

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej Światowego Forum Ekonomicznego www.weforum.org

Najpierw wsparcie, później oczekiwania

Najpierw wsparcie, później oczekiwania

Sport dostarcza nam licznych emocji. Wiele osób utożsamia się z zawodnikami biorącymi udział w zmaganiach. Czasami można odnieść wrażenie, że cała Polska staje do rywalizacji. Sukces zawsze jest „nasz” wspólny. Natomiast wysiłek, poświęcenie i problemy w przygotowaniach to indywidualne problemy każdego sportowca.

Gdy Iga Świątek w imponującym stylu wygrała French Open wszyscy odnotowali to jako sukces. Czy to uprawniona postawa? Czy możemy utożsamiać się z czyimś osiągnięciem? Czy możemy oczekiwać sukcesu i stawiać wymagania? Tenisista Jerzy Janowicz w jednym z wywiadów wyraził się dość dosadnie: „Co zrobiliście, żeby mieć jakieś oczekiwania wobec nas?”. Zwracał również uwagę na zubożałą infrastrukturę sportową, mówiąc „trenujemy gdzieś po szopach i to nie tylko w tenisie”. W tych ostrych słowach jest przecież sama prawda. Sportowcy w całej swej karierze przeżywają często katorgę.

Temat wraca regularnie. W 2009 Anita Włodarczyk pobiła rekord świata w rzucie młotem i zdobyła złoty medal Mistrzostw Świata. Problem w tym, że przygotowując się do tej imprezy trenowała dosłownie pod mostem. Stadion jej ówczesnego klubu, Skry Warszawa, do dziś bardziej przypomina scenerię horroru niż obiekt treningowy. Na profesjonalne warunki treningowe nie mogli liczyć również złoci medaliści olimpijscy Justyna Kowalczyk i Zbigniew Bródka.

Wiele się w tej kwestii zmienia. Profesjonalnej infrastruktury przybywa. Jednak jeden wielki obiekt nie wystarczy. Co z tego, że w dużym mieście mamy monumentalną budowlę, która przyciągnie największe światowe sławy, skoro młodzież w mniejszych miejscowościach wciąż trenuje „po szopach”. W przypadku tenisa jest podobno inaczej. Mirosław Skrzypczyński, prezes Polskie Związku Tenisa w jednym z wywiadów mówił, że w przypadku tenisa nie jest tak źle, z wyjątkiem Warszawy.

Mamy Narodowy Program Upowszechniania Tenisa „Rakiety Lotosu”. Współfinansuje ten program Grupa Lotos oraz Fundacja ARP. Dzięki temu 100 klubów w Polsce otrzymuje dofinansowanie do prowadzenia „pierwszego kroku” – pierwszych naborów i pierwszych szkółek dla najmłodszych. Mamy więc rozproszone, regionalne wsparcie, niezbędne, aby wyłapać i zmotywować talenty z każdego zakątka kraju. Dzięki rządowemu wsparciu istnieje również profesjonalna infrastruktura na potrzeby kadry narodowej – Akademia Tenisowa w Kozerkach. Taki obiekt pomimo starań związku nie powstał w Warszawie. Jednak dzięki regionalizacji mniejsze miasta zyskują specjalizację, wokół której mogą budować swój rozwój. Lokowanie każdej znaczącej inwestycji w Warszawie to pogłębianie procesu wyludniania mniejszych miejscowości. Rozproszona, regionalna infrastruktura to krok w dobrym kierunku.

Sport to mozolna, systematyczna praca, która często odbywa się w prowizorycznych warunkach. Młodzi sportowcy muszą starać się łączyć trening ze szkołą czy pracą i zmagać z szeregiem napotykanych trudności. Nie zawsze mogą liczyć na pomoc w przełamywaniu ograniczających ich barier. Problem został dostrzeżony na poziomie centralnym. Ministerstwo Sportu wspólnie z Polską Fundacją Narodową stworzyło program „Team 100”. Operatorem i partnerem merytorycznym projektu jest Instytut Sportu – Państwowy Instytut Badawczy. Jest to model bezpośredniego, dodatkowego i pozazwiązkowego wsparcia młodych zawodników będących częścią kadr narodowych indywidualnych dyscyplin olimpijskich. Kwota 40 tys. złotych przyznawana jest bezpośrednio sportowcom, tak aby mogli samodzielnie zarządzać swoimi przygotowaniami. To najlepsze wyjście, biorąc pod uwagę różnorodne trudności stojące na drodze do sukcesu. Elastyczny, indywidualny model pozwala pokonywać problemy często niezauważalne z poziomu centralnego, odmienne dla każdej z dyscyplin.

Środki na ten cel zapewnia Polska Fundacja Narodowa, finansowana przez 17 spółek skarbu państwa z sektora energetycznego, transportowego, paliwowego czy ubezpieczeniowego. Każdy z nas, korzystając z usług tych przedsiębiorstw, przyczynia się do przełamywania barier i realizacji marzeń wielu młodych ludzi chcących dumnie reprezentować nasz kraj na arenie międzynarodowej. Rewolucyjne w tym projekcie jest to, że wsparcia udziela się z pominięciem związków sportowych, które nie zawsze potrafią umiejętnie wspierać rozwój dyscypliny. „Team 100” zrzesza 250 sportowców, również zawodników z niepełnosprawnościami. Beneficjentką tego projektu była również Iga Świątek.

Rozwój sportowców wspierany jest z publicznych środków już na wczesnym etapie ich kariery. Każdy z nas pośrednio dokłada do tego cegiełkę. Zanim jednak zaczniemy domagać się medali, tytułów i pucharów, warto sprawdzić, w jakich warunkach trenują nasi reprezentanci. Sukcesów możemy domagać się tylko wtedy, gdy podjęliśmy wcześniej stosowne inwestycje.

Mateusz Perowicz