Pimpuś, czyli koszmary edukacji

O tym jak po ukończeniu mądrej „Szkoły pod Batogiem” (przemianowanej zgodnie z nowoczesnymi trendami w pedagogice na „Pod Pierogiem”) Pimpuś z braku lepszych propozycji został taktycznym nihilistą (i nie tylko). Sztuka na jeden łyk.

***

Scena przedstawia salon w burżuazyjnym domu. Rolety spuszczone, na scenie ciemno. Gdy zasłona się podnosi, zegar w jadalni wybija godzinę szóstą. Powoli się rozwidnia.

A.: Pimpusiu, znowu jesteś pijany. Czy wiesz, że alkohol szkodzi zdrowiu, a zwłaszcza wódka? Mało tego, powoduje ona szereg negatywnych skutków społecznych, takich jak zatargi z prawem, rozpad rodziny czy powodowanie wypadków drogowych?

P.: Co masz na myśli, mówiąc „alkohol”? Zapewne używasz tej nazwy nie wiedząc do końca, o czym mówisz, a twoja niechęć do pluralizmu nazewniczego skorelowana jest z wrogością wobec demokracji. Zaryzykuję twierdzenie, że ty i całe to twoje towarzystwo czepiacie się przedwojennych, co tam przedwojennych, przedpotopowych, określeń, jak pijany płotu. Nalegacie, aby błędnie nazywać alkoholem pewne specyficzne związki organiczne występujące w przyrodzie, pochodne węglowodorów, proszę, możesz sprawdzić wzory chemiczne. W literaturze naukowej obszernie na temat węglowodorów pisze profesor Izopropyl Trifenylokarbinol w swojej pracy „Długa i zawiła rozprawa o przyłączaniu wody do alkenów”, cytuję: „Na temat tak zwanych »alkoholi« narosło wiele mitów i nieporozumień, to samo zresztą dotyczy tłuszczów. Wśród najwybitniejszych naukowców istnieje jednak niepodważalny, szeroki konsensus co do tego, że alkohole nie istnieją, a raczej że ich istnienia nie da się udowodnić żadnymi znanymi metodami naukowymi, stanowczo nie możemy jednak powiedzieć tego samego o węglowodorach”. Więc mówimy tu jakby o szczególnej postaci węglowodorów, nie masz pojęcia o chemii, przyznaj się. Zobacz także, co na ten temat pisze antropolog kultury Adam Cizliścia w pracy „Z dziejów gorzałki w Polsce – wypisy węglowodorowe”: „Cała nasza historia i literatura pełne są odniesień to tego mitycznego alkoholu, tej przeklętej gorzałki, zwanej okowitą, tego źródła wszystkiego, co złe, które jednak okazuje się nie istnieć poza chorą wyobraźnią pospólstwa, »przypadkowego społeczeństwa« i »strasznych mieszczan«, a służy jedynie jako proteza do usprawiedliwienia ich własnych braków osiągnięć i cywilizacyjnego zapóźnienia wobec krajów, które wydały więcej noblistów. Toksyczność, którą ludowe opowieści przypisały tak zwanemu alkoholowi, jest w istocie psychologiczną grą samousprawiedliwień i ucieczką przed naszymi własnymi narodowymi wadami. Naszym obowiązkiem, jako ludzi nauki i Polaków, jest drobiazgowo zdekonstruować pojęcie alkoholu, i usunąć z języka polskiego, jako ugruntowane w zacofaniu i nieracjonalnym oporze większości polskiego społeczeństwa wobec stosowania właściwego, przyjętego przez światowe autorytety naukowe nazewnictwa pewnych pochodnych, podkreślam jeszcze raz – pochodnych węglowodorów”.

A.: Mówię o pijaństwie. Widziałeś się dziś w lusterku?

P.: A ja ci naukowo i z cytatami udowadniam, że nie wiesz, o czym mówisz. Używaj chociaż trochę logiki i zaufaj nowoczesnej nauce. Jakie ty masz właściwie wykształcenie? Widzisz, nie masz żadnych dowodów na poparcie swoich hipotez, do tego w ogóle nie tolerujesz odmiennego zdania.

A.: Pimpusiu, martwisz mnie, wyglądasz strasznie, może ci ziółek naparzyć?

P.: Nalej mi piwa, idiotko.

 

Magdalena Bieńczak

Narcyz i pryszcze

Narcyz i pryszcze

Czyli powiastka o poszukiwaniu naszego miejsca w kulturze zachodniej, pokazanym poprzez przypadki Piętaszka reprezentującego diasporę i prekariat w jednej skromnej osobie.

Wspołczesna kultura globalnego Zachodu – rozumiana jako wytwór zdominowany przez kraje anglojęzyczne – przypomina dziś Narcyza pochylonego nad sadzawką (czy też, jeśli wolicie, the pond), zakochanego w sobie i szukającego pryszczy. Tak, Narcyz ma nowe hobby. Wokoło niego stoi kilku paziów, którzy mu pomagają krzycząc – o tu tu, i pokazując coraz to nowy, prawdziwy czy wyobrażony, różowy punkcik na czole. Narcyz daje im za to cukierki. Co jakiś czas któryś z paziów, rozczarowany zapłatą, wysadza Narcyzowi kopa w rear end, powodując w ten sposób u ofiary salwy śmiechu. Tak się mianowicie składa, że Narcyz rozwinął w sobie poważny masochizm.

Obok Narcyza kręci się Piętaszek. Chociaż zdarzają się Piętaszki miejscowe, ten akurat Piętaszek jest przyjezdny, 15 lat temu wpadł na pół roku, żeby zarobić trochę w służbie u Narcyza, a pomimo kilku prób awans na pazia nie wchodzi w grę – jeszcze długo, długo nie. „Piętaszku, pyta Narcyz, nie odrywając wzroku od swego odbicia – czy ty należysz do jakiejś mniejszości? Hmmm, nie, powiadasz? Wypełnij ten oto kwestionariusz. Zajrzyj w głąb swej duszy, no już, no? Nazwijmy rzeczy po imieniu Piętaszku: beze mnie nie będziesz nawet wiedział, co przeżyłeś” (nawiązuję do tytułu książki Marii Janion „Czy będziesz wiedział co przeżyłeś”). „Dalej nic? To może idź sobie zbadaj DNA? Może akurat…”.

Narcyz jest odziany w koszulkę z Che Guevarą, trzyma na widoku relikwie: portret Marksa, egzemplarz „Kapitału”, a także pudełeczko Commie mints – taki z niego intelektualista. Narcyz posiada też dwa Land Rovery, które smoczą po 16 litrów każdy, jednak, ponieważ obsesyjnie wręcz dba o ekologię – nakazuje Piętaszkowi myć wielkie ucho ekologicznym płynem z etycznego sklepu. Płyn jest dziadowski, więc Piętaszek wysila mózg i wymyśla przekręt stulecia – przelewa do ładnych butelek zwykły płyn, który działa.

Piętaszek wielbi Narcyza i uważa, że Narcyz jest the best. Podczas urlopu stara się zaszczepiać w Piętaszkowicach różne narcyzowe mody. Sceptycyzm tubylców niezwykle go wkurza: „A to prymityw” mruczy, czując się niezwykle wyrafinowany. Jednak kiedy w ucho wpadnie mu „Przez twe oczy zielone”, ze zgrozą przyłapuje swoją prawą nogę na rytmicznych podrygach i musi się wewnętrznie zbesztać, po czym traci humor na resztę dnia.

Służba u Narcyza to nie miód. Powiedzmy tylko tyle, że Piętaszek nauczył się trzymać język za zębami, nie zadawać pytań, na które jeszcze nie ma odpowiedzi – i niczemu się nie dziwić.

Jako zakonspirowany nonkonformista (a co!) Piętaszek oburza się na algorytmy, przechytrza je więc rozpoczynając poszukiwania od piątej strony popularnej wyszukiwarki. W ten oto sposób, pewnego ponurego jak covid dnia, podczas wycieczki w króliczą norę internetu, Piętaszek dowiaduje się, że wyraźnie przyspieszyło wymieranie piętaszkokultury „i proces ten można w zasadzie już uznać za nieodwołalny”, jak przeczytał. Niebo wali mu się na głowę. Reewaluuje życiowe wybory. Reewaluuje – o nie, co to jest? Skąd wzięło się takie słowo! Stało się, Piętaszek zapomniał własny język (własnego języka?) i wyrabia nowe słowa z języka Narcyza. Piętaszek zachwyca się Lee Child, ale przegapił Szczepana Twardocha, ma ambicję, aby stać się częścią globalnej kultury, ogarnia go jednak niepokój na myśl, że zatraca własną, że zapomni nie tylko własnego, ale i jakiegokolwiek języka w gębie, żeby o niej wystarczająco dobrze opowiedzieć światu. Zastanawia się, czy wniesie do rozmowy coś oryginalnego czy zupełnie się w niej rozpuści. Jeśli już ma być tak, że w tej historiii przypada mu wiecznie rola sługi, to Piętaszek wolałby być Rzędzianem niż Piętaszkiem – i to nie tylko dlatego, że w następnej części każdej z tych historii Rzędzian się bogaci, a Piętaszek ginie…

Narcyz prędzej pęknie niż wydusi z siebie „Rzędzian, sam tu”, bo Narcyz nie chce i nie musi uczyć się piętaszkojęzyków ani rozumieć piętaszkoepiki. Narcyz nie poszukuje „nowego” poza sobą, lecz tylko w sobie. W globalnej sadzawce Narcyz widzi wyłącznie własne odbicie. Może więc, drogi Piętaszku, „waćpanu trzeba porzucić tę służbę”?

Magdalena Bieńczak