przez Szymon Majewski | niedziela 6 sierpnia 2023 | opinie
Z pracą platformową – jednym z bardziej popularnych pojęć-wytrychów, których używa się przy próbach opisu przemian zachodzących w nowoczesnej gospodarce oraz na rynku pracy – jest trochę jak ze znanym memem z kreskówki „Scooby-Doo”. Pojmany przez Freda Jonesa złoczyńca ukrywa swoją tożsamość pod maską, którą zdobią atrakcyjne i pociągające hasła o elastyczności, swobodnym dorabianiu do pensji czy zarobkowaniu na własnych warunkach. Po ściągnięciu zasłony okazuje się jednak, że w ogromnej liczbie przypadków mamy tak naprawdę do czynienia z niepewnością, erozją bezpieczeństwa socjalnego oraz wszechwładzą niezwykle wpływowych korporacji.
Po latach konsumenckiej fascynacji możliwościami oferowanymi przez modne „appki”, bierności ustawodawców i odosobnionych prób ostrzegania przed narastającymi problemami, coś wreszcie zaczyna zmieniać się na lepsze. Elity rządzące w Europie przebudzają się z apatii, inicjując pierwsze kompleksowe akty prawne dotyczące gig economy, a presję wywiera na nie zorganizowany świat pracy. Jednym z jego przedstawicieli jest organizacja związkowa OPZZ Konfederacji Pracy, zrzeszająca kurierów z Pyszne.pl. W związku z przygotowywaną dyrektywą UE opublikowała ona niedawno manifest wzywający do pilnego uregulowania pracy platformowej.
Ziarnko do ziarnka – jak rozrastają się platformy
Dostępny praktycznie na zawołanie samochód z kierowcą odbierającym nas z nocnej imprezy, jedzenie z ulubionej knajpki dostarczone do drzwi przez poruszającego się na rowerze kuriera, fachowiec od drobnych napraw, którego wizytę zamawia się jednym kliknięciem – praca platformowa, kojarzona również z takimi terminami jak gig economy („ekonomia fuch”), zdążyła się już wpisać w krajobraz i styl życia rozwiniętych społeczeństw, w tym polskiego. Rozwiązanie wydaje się niezwykle proste: platformy internetowe kojarzą ze sobą usługodawców i klientów, a do szybkiego wyboru odpowiedniej oferty wystarczy kilka ruchów na smartfonie. Według oficjalnych danych przytaczanych przez organy Unii Europejskiej, w 2022 roku w państwach Wspólnoty za pośrednictwem platform zarobkowało już ponad 28 mln osób, których liczba w ciągu dwóch najbliższych lat ma wzrosnąć do 43 mln.
Ilościowa skala zjawiska nie jest jednak łatwa do precyzyjnego oszacowania, a zajmujący się tym tematem badacze i badaczki mierzą się z poznawczymi i metodologicznymi problemami. – „Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie o skalę pracy platformowej” – mówi Zuzanna Kowalik, ekspertka Instytutu Badań Strukturalnych i współautorka badania „Job quality gaps between migrant and native workers: evidence from Poland” (Różnice w jakości pracy pomiędzy pracownikami platformowymi pochodzącymi z Polski i migrantami). – „Nie wiemy przede wszystkim, dla ilu z osób przywoływanych w oficjalnych źródłach jest to jedyne bądź główne źródło utrzymania, a ile traktuje to jako dodatkowe lub dorywcze zajęcie. Dokładniejszej wiedzy mogłoby dostarczyć dodanie pytania o pracę platformową do badania aktywności ekonomicznej ludności (BAEL), które obejmuje dużą próbę populacji. Dopóki się go nie przeprowadzi, musimy polegać na cząstkowych i niepełnych danych. Wiemy na przykład, że w zeszłym roku liczba osób wykonujących usługi taksówkarskie oraz zajmujących się dostawami jedzenia, a więc zasilających dwie największe gałęzie pracy platformowej, w dziewięciu największych miastach w Polsce wynosiła od 0,5 do 2% ogółu zatrudnionych”.
Badania prowadzone m.in. przez dr. Macieja Beręsewicza z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu pokazują, że w czerwcu 2021 r. z aplikacji dla kierowców Ubera korzystało niespełna 47 tys. osób, z kolei z podobnej aplikacji Bolta – niecałe 39 tys., z czego część wyników prawdopodobnie się ze sobą pokrywała. Same te liczby mogą nie robić większego wrażenia. Liczą się jednak trendy oraz konsekwencje dla całego rynku pracy. Ekonomiczne znaczenie platform takich jak Uber, Deliveroo, Bolt czy Glovo rośnie. Między 2016 a 2020 rokiem dochody sektora w całej UE wzrosły z ok. 3 mld do ok. 14 mld euro.
Platformy zarabiają przede wszystkim na prowizjach płaconych przez klientów i pracujących, ale nie boją się „długiego marszu” i są cierpliwe. Stanisław Kierwiak, lider związku kurierów w zarządzającej marką Pyszne.pl spółce Takeaway, zwraca uwagę na powolne i konsekwentne budowanie przez platformy coraz silniejszej pozycji rynkowej, która w przyszłości ma umożliwić pełne dyktowanie warunków zarówno pracownikom, jak i konsumentom oraz kontrahentom takim jak restauracje. – „Platformy są uważane za bardzo przyszłościowy biznes i łatwo pozyskują od inwestorów venture capital na rozwój swojej działalności” – mówi Kierwiak. – „To strategia obliczona na dłuższy okres. Z punktu widzenia wielu pracowników, poszczególne marki mogą dzisiaj oferować całkiem przyzwoite zarobki, wiemy jednak, że dla platform to tylko etap przejściowy umacniania się na rynku. Nie mamy absolutnie żadnej gwarancji, że gdy poczują się pewniej, płace nie pójdą w dół. Zgodnie z tym samym mechanizmem mogą wzrosnąć obecnie niskie ceny dla klientów albo prowizje pobierane od współpracujących z platformami niewielkich firm”.
Wolność i swoboda czy innowacyjny wampiryzm?
Z prospołecznej perspektywy jeden z głównych problemów z platformami polega na tym, że nie chcą one wziąć odpowiedzialności za swoją rolę pracodawcy. Wraz ze wszystkimi obowiązkami, jakie XX-wieczne umowy społeczne nałożyły na kapitał.
Wykorzystanie nowoczesnych rozwiązań opartych na danych i algorytmach miało stworzyć wrażenie, że dzięki innowacyjności cyfrowych wizjonerów otrzymaliśmy neutralną – a może nawet demokratyczną – infrastrukturę, która pozwoli łatwo kojarzyć ze sobą przedsiębiorcze jednostki i z niespotykaną dotąd wygodą dostarczać tanie usługi. Jak zauważa Zuzanna Kowalik, w opowieści platform nawet praca ma się stać doświadczeniem ekscytującym i uwalniającym od etatowego kieratu. Kampanie rekrutacyjne Ubera zachwalają takie atuty prowadzenia taksówki, jak różnorodność i poznawanie wielu nowych ludzi. Nic, tylko usiąść za kierownicą. Albo dla innej formy wsiąść na rower i ruszać ku wzbogacającym przygodom. Co jednak wtedy, gdy będziemy potrzebować L4, zechcemy pójść na urlop albo po prostu wiedzieć, ile pieniędzy zarobimy w danym miesiącu?
Rozmaite triki prawne i technologiczne umożliwiają platformom gładkie omijanie przepisów prawa pracy, gwarantujących zatrudnionym socjalne zdobycze ubiegłego stulecia. Stanisław Kierwiak opowiada o popularnym mechanizmie służącym do takich celów: „Większość platform funkcjonuje w modelu, w którym nie ma żadnej więzi prawnej między marką a osobą wykonującą pracę. Służą do tego pośrednicy tzw. flotowi, czyli firmy zatrudniające chętnych do pracy np. w Uberze, Wolcie czy Glovo na umowach zlecenie. W zamian za prowizję oferują obsługę księgową, wypłacają pieniądze, czasem mogą jeszcze wynajmować sprzęt i na tym właściwie ich rola się kończy. Z formalnego punktu widzenia to zupełnie niezależne podmioty, które nie mają nic wspólnego z platformami – te mogą się od nich w każdej chwili odciąć i powiedzieć, że to przecież nie ich sprawa, gdy np. pośrednik ogłosi upadłość i nie wypłaci ludziom wynagrodzeń. Takie przypadki już się zdarzały i jest to najzupełniej legalne. Platforma nie ma żadnych zobowiązań wobec tych, którzy dla niej pracują”.
Umowy podpisywane z pośrednikami, ale i klasyczne samozatrudnienie, niosą jeszcze inne groźne konsekwencje. Pracownicy platformowi są często pozbawieni prawa do minimalnego wynagrodzenia. Zuzanna Kowalik zwraca uwagę na podobieństwo przyjętych formuł prawnych do tzw. zero hour contracts, czyli umów, w których pracodawca nie jest zobowiązany do zapewnienia pracownikowi minimalnej ilości pracy, a więc i minimalnej pensji. Kurier czy kierowca otrzymuje pieniądze wyłącznie za wykonane zlecenie, licząc na to, że w danym momencie pojawi się zapotrzebowanie na jego usługi. Jak mówi Kierwiak, w skrajnych przypadkach skutkuje to sytuacjami, w których pracujący spędza w terenie cały dzień, zarabiając za to około 20 zł.
Stawki są niejasne i oparte na zupełnie nieprzejrzystych decyzjach algorytmów. Umowa zawarta z pośrednikiem nie chroni w żaden sposób również przed czysto arbitralnymi decyzjami platformy. Może ona w dowolnej chwili odciąć zatrudnionych od podstawowego narzędzia pracy, a więc mobilnej aplikacji służącej do wyłapywania zleceń. Pewnym medialnym echem odbiły się wydarzenia z wiosny 2021 r., gdy Glovo postanowiło ukarać w ten sposób kurierów strajkujących z powodu obniżki płac. Stanisław Kierwiak informuje, że poza tego rodzaju „cyfrowym lokautem” nagłe blokady stosuje się jednak także w bardziej prozaicznych przypadkach. – „To nie dotyczy tylko strajków czy działalności związków zawodowych. Platformy odcinają od aplikacji każdego, kto z dowolnych przyczyn się im nie spodoba, nie przedstawiając przy tym żadnego uzasadnienia” – mówi mój rozmówca. – „Taka osoba nie może wtedy zarabiać i nie ma nawet pojęcia, dlaczego. Po prostu usuwa się jej konto i nikt nie musi się z tego choćby szczątkowo wytłumaczyć”.
Stare dobre śmieciówki
Przykłady można mnożyć. Po zdjęciu marketingowej fasady rzeczywistość pracy platformowej dzisiaj to w ogromnej mierze niestabilne warunki zatrudnienia, niepewne i szybko zmieniające się zarobki, długie godziny pracy, brak urlopu i chorobowego, niższe składki emerytalne, utrudnienia dla aktywności związkowej i skrajnie niekorzystne położenie wobec rzeczywistego pracodawcy, którego samowoli nie krępują żadne ograniczenia. Niestety w Polsce to wszystko może brzmieć aż zbyt znajomo. Opisywany stan rzeczy to bowiem w istocie nic innego niż kolejna odsłona uśmieciowienia i prekaryzacji, z którymi w różnych fazach borykamy się od co najmniej dwudziestu lat. Z taką diagnozą zgadza się Michał Lewandowski, przewodniczący międzybranżowego związku zawodowego OPZZ Konfederacja Pracy: „W naszym odczuciu jako związkowców to wszystko nie jest nic specjalnie nowego – myśląc o pracy platformowej, warto zdać sobie sprawę, że tak naprawdę mamy do czynienia z dobrze znanymi umowami śmieciowymi w nieco ładniejszych ozdobach”.
Samo pojawienie się platform wraz z przyjętym przez nie modelem biznesowym można traktować jako przejaw długofalowych tendencji rozwojowych współczesnego kapitalizmu. Takie spojrzenie proponuje m.in. kanadyjski ekonomista Nick Srnicek, którego zdaniem kapitał wciąż poszukuje nowych, jeszcze skuteczniejszych technologii oraz form organizacji. W XXI wieku zapewniają je przede wszystkim dane – w przypadku np. Ubera wykorzystywane do analizy ruchu i aktywności klientów oraz pracowników. Zbiega się to z jeszcze starszymi, bo zachodzącymi już od kilku dekad przekształceniami gospodarki, która odchodzi od dawnej fordowskiej organizacji produkcji i w coraz większym stopniu opiera się na tzw. nowych formach pracy oraz atypowych formach zatrudnienia. Jak w oparciu o klasyfikację Eurofound w wydanej jeszcze w 2019 r. publikacji „Nowe formy pracy w Polsce” pisze ekspert Instytutu Spraw Publicznych, Dominik Owczarek, należy do nich m.in. praca platformowa.
Podobnego zdania jest Zuzanna Kowalik: „Platformy wpisują się w dawno już rozpoznany trend postępującego uelastycznienia rynku pracy oraz neoliberalizmu. Wcześniej widzieliśmy np. umowy zero hour contracts, a teraz to zjawisko jest technologicznie oraz ideologicznie zasilane właśnie przez platformy” – mówi mi ekspertka. I dodaje, że trwająca przez lata w Polsce plaga kiepskiego i niestabilnego zatrudnienia w pewnym sensie znieczuliła nas na sytuację pracowników platformowych: „Być może jako społeczeństwo pozostajemy wobec tego raczej obojętni, ponieważ po prostu przyzwyczailiśmy się do pracy na śmieciowych warunkach. Na Zachodzie szok był większy, bo u nas już wcześniej przygotowano pod to grunt”.
Stanisław Kierwiak jednego z większych niebezpieczeństw dla pracownic i pracowników upatruje w możliwym rozlewaniu się modelu pracy platformowej na pozostałe branże. Te dzisiaj jeszcze objęte tradycyjnymi zabezpieczeniami. Jak zauważa związkowiec, może się tak stać, ponieważ przyjęta przez platformy formuła jest niezwykle atrakcyjna dla biznesu. W końcu jaki prawdziwy kapitalista nie marzy o doskonale elastycznej i dyspozycyjnej sile roboczej, na którą można przerzucić większość ryzyka i nie martwić się takimi uciążliwościami, jak stabilność zatrudnienia czy zabezpieczenia społeczne? – „Problem z platformami jest taki, że to model bardzo uniwersalny” – mówi Kierwiak. – „Przy braku regulacji będzie się więc rozprzestrzeniał, bo wiele firm i sektorów zechce skorzystać z tak kuszącej okazji. Jeżeli można niemal dowolnie ciąć koszty, przerzucając ryzyko na pracownika, to po prostu będzie się to robić”.
To zresztą już się dzieje. Manifest organizacji związkowej kurierów z Pyszne.pl wspomina o aplikacji Tikrow. To stosunkowo świeży wynalazek, który został szybko ochrzczony „Uberem dla pracowników”. Pomysł stojący za polskim start-upem sprowadza się do jak największej optymalizacji pozyskiwania pracowników przez firmy. Za pomocą nowego narzędzia zyskują one błyskawiczny dostęp do osób przyjmowanych na krótkie, często zaledwie jednodniowe zlecenia. Większość ofert dotyczy pracy fizycznej, związanej m.in. z układaniem towaru w magazynach czy sprzątaniem. Będący oficjalnie agencją pracy tymczasowej Tikrow, w swoim materiale promocyjnym zapewnia o szeregu korzyści dla wszystkich stron zawieranych transakcji. Pracodawca nie traci już czasu na długie i kosztowne procesy rekrutacyjne, a pracownik łapie fuchę poprawiającą stan portfela. New day. New job – czytamy na stronie marki, która roztacza sielankową wizję szybkich i dobrowolnych kontraktów zawieranych dla wspólnego dobra między równymi partnerami.
W dorabianiu nie ma niczego złego, a formalności bywają dokuczliwe. Ale czy w przypadku strukturalnego pogorszenia się sytuacji pracowników to wspaniałe urządzenie nie zamieni się w cyfrowy odpowiednik placu przed XIX-wieczną fabryką, na którym zdesperowani robotnicy każdego ranka rywalizują o to, który z nich dostanie zatrudnienie na chociaż jeden dzień?
Coś zaczęło się ruszać – manifest i dyrektywa
Poparty przez prezydium OPZZ manifest pracowników platformowych z Pyszne.pl, którzy mają już za sobą pierwsze akcje strajkowe i podjęcie dialogu z pracodawcą, ukazał się w nieprzypadkowym momencie. Po raz pierwszy bowiem istnieją obecnie realne polityczne szanse na uregulowanie gig economy oraz zatrzymanie groźnych trendów potencjalnie zdolnych do podminowania całości stosunków pracy oraz związanego z nimi ładu instytucjonalnego.
W grudniu 2021 r. Komisja Europejska przedstawiła projekt dyrektywy, która ma stworzyć ramy prawne dla pracy platformowej oraz objąć ochroną zarabiających w ten sposób ludzi. Prace nad dyrektywą toczą się w tzw. trialogu – 12 czerwca swoją opinię wydała gromadząca ministrów państw członkowskich Rada UE, wkrótce natomiast odbędą się konsultacje z europarlamentem. Najważniejsze postanowienia dokumentu mówią o warunkach, których spełnienie oznacza domniemanie istnienia stosunku pracy. Są wśród nich ograniczona swoboda wyboru godzin, nadzór platformy czy górny limit wynagrodzenia. Mowa także o zapewnieniu wglądu w decyzje algorytmów wraz z prawem do ich zakwestionowania.
Dlaczego UE w ogóle zainteresowała się tym obszarem i podejmuje działania, które mogą uderzyć w ekonomiczne interesy platform? Stanisław Kierwiak uważa, że w dużej mierze chodzi tu o kwestię suwerenności i samosterowności silnego międzynarodowego gracza, który nie może pozwolić sobie na to, żeby wielki kapitał całkowicie wszedł mu na głowę. – „Unia to nie jest instytucja szczególnie znana z jakiegoś bardzo propracowniczego nastawienia” – mówi lider Konfederacji Pracy w Pyszne.pl. – „Tam po prostu zdano sobie sprawę, że nie można pozwolić na to, aby jakaś grupa korporacji zaczęła dyktować państwom warunki dotyczące standardów pracy i zatrudnienia. Europejski system stosunków społecznych jest jednak bardziej solidarystyczny niż amerykański i nadeszła chwila, w której należy go zbiorowo bronić”.
Moi rozmówcy są zgodni: do kluczowej próby sił, w której rozstrzygnie się przyszłość pracy platformowej, dojdzie przy implementacji unijnych przepisów do systemów prawnych poszczególnych państw członkowskich. Dokładny kształt przyjętych rozwiązań ma zależeć od specyfiki istniejących tradycji i ustawodawstwa, poszczególne warianty mogą się więc od siebie różnić. Zuzanna Kowalik zauważa, że do pewnego rozwodnienia pierwotnego projektu doszło już na etapie przygotowań w instytucjach unijnych, które początkowo proponowały mniej warunków niezbędnych do stwierdzenia stosunku pracy. Lobbing platform zatem działa i można się spodziewać jego intensyfikacji.
Stanisław Kierwiak podkreśla, że właśnie teraz szczególnie ważny i potrzebny jest głos strony pracowniczej, która zawalczy o przyjęcie korzystnych dla siebie zapisów. W przestrzeni publicznej zdominowanej przez optymistyczną opowieść platform, postulaty związkowe wybrzmiewają jako zupełna nowość. – „Jako reprezentanci związku zawodowego wzięliśmy udział w zebraniu sejmowego zespołu ds. przyszłości pracy – mówi Kierwiak – na którym były również przedstawicielki Ministerstwa Rodziny i Polityki Społecznej. Po usłyszeniu naszej agendy te panie powiedziały, że bardzo ciekawie było usłyszeć stanowisko drugiej strony, bo cały czas słychać tylko to, co mówią platformy”.
„Mamy prawo obawiać się, że firmy takie jak Uber, Glovo, Wolt stanowić będą awangardę uśmieciowienia rynku pracy […] Model platformowy oznacza brak prawa do uzwiązkowienia, płatnego urlopu, stałej stawki godzinowej, stałej liczby godzin pracy czy przewidywalności wynagrodzenia, a także niższą emeryturę w przyszłości, brak prawa do urlopu macierzyńskiego i chorobowego” – tymi słowami związkowcy z Konfederacji Pracy otwierają swój manifest, który zawiera diagnozę obecnej sytuacji oraz kluczowe propozycje jej rozwiązania. Modus operandi platform szkodzi przede wszystkim pracownikom oraz ich prawom socjalnym i związkowym. Zagraża jednak również tracącemu wpływy podatkowo-składkowe państwu i pozostałym rynkowym podmiotom, które muszą się mierzyć z nieuczciwą konkurencją. Wykorzystywanie pośredników flotowych pozwala na kreatywną księgowość. Platformy poza tym przerzucają na instytucje publiczne rozmaite koszty uboczne, takie jak leczenie wypadków przy pracy czy zdrowotnych skutków chronicznego przepracowania.
Opowiadając o problemie nieuczciwej konkurencji, Kierwiak stwierdza, że oferowanie przez platformy niskich cen dzięki obchodzeniu zobowiązań wobec pracowników to psucie rynku. Dlatego na uregulowaniu tej sfery powinno zależeć również „konwencjonalnym” przedsiębiorcom. – „Z dużym zdziwieniem obserwuję, że takie organizacje pracodawców jak Konfederacja Lewiatan cały czas trzymają stronę platform” – opowiada związkowiec. – „Nietrudno przecież zauważyć, że model ich działania jest nie fair nie tylko wobec zatrudnionych, ale i pozostałych firm, które chciałyby prowadzić działalność w zgodzie z przepisami prawa i oferować normalny model zatrudnienia. Nie da się konkurować z kimś, kto całe koszty i ryzyko swojej działalności może przerzucić na pracowników”.
Minimum, którego domagają się związkowcy i które powinno znaleźć swoje odbicie w zapisach polskiego prawa po wdrożeniu unijnej dyrektywy, składa się z pięciu postulatów. Pierwszy z nich to zapewnienie stabilności zarobków, których wysokość – nawet przy gwarantowanej stawce godzinowej – waha się dzisiaj w zależności od liczby dostępnych kurierów czy kierowców albo od warunków atmosferycznych.
Nigdy do końca nie wiedząc jakich pieniędzy mogą się spodziewać, kurierzy i kierowcy chętniej korzystają z oferowanych przez platformy premii za większą liczbę zleceń, wzmagając przez to czysto fizyczną eksploatację. Stąd właśnie wynika kolejny punkt manifestu, czyli zakończenie promocji pracy ponad siły, stosowaną obecnie poprzez platformy w ramach systemu zachęt.
Następny postulat mówi o kolejnej fundamentalnej sprawie, bez której na dłuższą metę trudno wyobrazić sobie jakąkolwiek skuteczną walkę o prawa zatrudnionych. Jest to zagwarantowanie praw związkowych. Michał Lewandowski z OPZZ Konfederacja Pracy – organizacji, która stawia sobie za cel docieranie do pracowników z różnych, często słabo uzwiązkowionych branż – stawia sprawę jasno. Nikt nie żyje w próżni, a czasy się zmieniają, więc również związki zawodowe muszą za tym nadążać, nie przeoczając takich nieobecnych wcześniej na rynku pracy tworów jak platformy. – „Musimy starać się uczestniczyć w tych formułach, które nas otaczają” – mówi Lewandowski i dodaje, że udało się już powołać organizację w Pyszne.pl, co zapewnia związkowcom nowe możliwości działania, takie jak rozmowy ze stroną pracodawców czy kontakty z politykami i urzędnikami. Organizowanie kurierów czy kierowców nie jest jednak łatwe i napotyka na problemy wynikające m.in. z czysto przestrzennych czy logistycznych uwarunkowań. – „W wielu firmach pracownicy w ogóle nie mają ze sobą kontaktu; to praca wykonywana raczej indywidualnie. Trudniej wtedy myśleć o założeniu związku”.
Przeszkodą w zakładaniu i rozwijaniu działalności związków jest oczywiście śmieciowe zatrudnienie, które utrudnia m.in. ochronę działaczy – można się ich pozbyć, po prostu nie przedłużając umowy zlecenia. Mówiąc o teoretycznej możliwości powołania organizacji u jednego z formalnie zatrudniających pośredników, Stanisław Kierwiak powraca do problemu pełnej kontroli platform nad aplikacjami umożliwiającymi pracę. W ramach antyzwiązkowych retorsji pracownicy mogą zostać od nich zwyczajnie odcięci. Jak mówi związkowiec, stało się tak m.in. podczas niedawnego protestu kurierów Glovo w Wałbrzychu. – „Jakiś czas temu rozmawialiśmy z niezadowolonymi kurierami z Wolta. Byli dobrze zorganizowani i spokojnie mogliby założyć organizację związkową u pośredników flotowych. Ostatecznie jednak się na to nie zdecydowali, ponieważ nie było absolutnie najmniejszej gwarancji, że pierwszą reakcją platformy na wiadomość o powstaniu związku nie będzie usunięcie im kont. Były to osoby, dla których praca platformowa stanowiła główne albo jedyne źródło zarobkowania. Z tą wolnoamerykanką trzeba po prostu skończyć”.
Niepewność zarobków, przepracowanie – eksploatowanym pracownikom należy się work-life balance i zwyczajne wolne. Dlatego też czwarty punkt manifestu mówi o zagwarantowaniu prawa do płatnego urlopu.
Piąty i ostatni z kluczowych postulatów odnosi się do kwestii uwzględnionej w projekcie unijnej dyrektywy, która wykracza zresztą poza problematykę pracy platformowej, dotykając również innych sektorów. Mowa o wprowadzeniu rozwiązań gwarantujących przejrzystość algorytmów stosowanych przez platformy. Wydaje się, że w realiach coraz silniej „udanowionej”, mediowanej przez narzędzia cyfrowe gospodarki, jest to jeden z fundamentalnych kierunków walk całego świata pracy. Jego sprawczość i samostanowienie zależą m.in. od znajomości obowiązujących zasad i możliwości otwartej polemiki z decyzjami ocenianymi jako niesprawiedliwe.
W poszukiwaniu optymalnej formuły
Co dalej? Prace nad dyrektywą trwają i minie pewnie jeszcze sporo czasu, zanim krajowi ustawodawcy przełożą je na konkretny język obowiązującego prawa. Wiadomo, że określenie satysfakcjonujących zapisów będzie trudne – także z powodu skomplikowanej czy chwilami niejednoznacznej natury samych platform. Nie ulega wątpliwości, że należy położyć kres zupełnie bezwstydnemu wyzyskowi i składkowo-podatkowemu cwaniactwu, uprawianemu przez korporacje pod płaszczykiem nowoczesności i innowacyjności.
Moi rozmówcy dodają jednak, że oferowana elastyczność w pewnych wypadkach rzeczywiście bywa atrakcyjna i nie należy z niej w pełni rezygnować. Niełatwym, ale możliwym do realizacji wyzwaniem będzie zatem ochrona możliwości swobodnego dorabiania czy preferencyjnego wyboru godzin pracy przy równoczesnym zagwarantowaniu minimum bezpieczeństwa socjalnego i praw pracowniczych. – „Platformy żerują na tym, że jako społeczeństwo faktycznie chcemy nieco większej elastyczności” – mówi Stanisław Kierwiak. – „Widać to m.in. w popularności pracy zdalnej po pandemii. Wiemy, że rynek będzie się zmieniał w tym kierunku, bo coraz mniej podoba nam się przywiązanie do jednego miejsca i zadań. Chodzi jednak o to, żeby to nie wielkie korporacje dyktowały nam, jak ta elastyczność ma wyglądać”. Z kolei Zuzanna Kowalik dodaje: „Pewną zaletą platform jest to, że mogą stanowić bufor pomiędzy »normalnymi« pracami w okresach bezrobocia. W zasadzie bez większych barier wejścia możemy wtedy znaleźć jakieś zlecenia, które stanowią pewną poduszkę bezpieczeństwa”.
Dorabianie czy freelancing mają swoje miejsce, dlatego regulatorzy będą musieli pamiętać o zróżnicowanej sytuacji różnych grup zarobkujących na platformach. Chodzi tu zarówno o tych z kurierów i kierowców, którzy np. łączą pracę z nauką, jak i o ludzi wykonujących różnego rodzaju fizyczne bądź zdalne zadania dla kilku zleceniodawców. Przejrzystość algorytmów oraz zarobków dotyczy chyba jednak wszystkich bez względu na konkretną specyfikę wykonywanej pracy. – „Jako związkowcy wiemy, że nie wszyscy pracownicy potrzebują dokładnie tego samego” – mówi Michał Lewandowski. – „Przyjęte przepisy powinny mieć to na uwadze. Mimo to, elementarne zabezpieczenia socjalne i wpływ na warunki pracy należą się każdemu”.
Przed nami ważne i nieoczywiste rozstrzygnięcia. Walka o jak najbardziej korzystny dla pracowników i pracownic kształt nowych przepisów będzie trwała zarówno na poziomie europejskim, jak i polskim. Warto więc trzymać rękę na pulsie i śledzić kolejne wydarzenia. Głośne afery ostatnich lat, takie jak Uber Files, pokazują, że platformy potrafią agresywnie i z naruszeniem prawa bronić swoich interesów. Dlatego w ramach przeciwwagi tym bardziej potrzebujemy silnego prospołecznego i propracowniczego głosu. Lepiej, żeby słowa takie jak „elastyczność”, „wolność” czy „różnorodność” zachowały swoje pozytywne znaczenie, zamiast służyć jako wytworne opakowanie dla praktyk związanych z wyzyskiem, stresem i wyczerpaniem.
Szymon Majewski
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Mike Ramírez Mx z Pixabay
przez Szymon Majewski | niedziela 29 stycznia 2023 | nasze rozmowy
Z dr. Janem Czarzastym rozmawia Szymon Majewski
Będziemy rozmawiać o młodych pracownikach i pracownicach – czyli do jakiej granicy wiekowej? Czy badacze stosują jakieś zobiektywizowane kryteria, które pomagają wyodrębnić tę grupę, np. w ramach poświęconego prekaryzacji w Polsce i Niemczech projektu PREWORK, który realizowaliście?
Dr Jan Czarzasty: Gdy w jakichkolwiek badaniach społeczno-ekonomicznych, takich jak nasze, wyodrębnia się tę populację, to bardzo często obowiązują kryteria statystyki dotyczące poszczególnych przedziałów wiekowych, jakich używa np. GUS. Natomiast oczywiście badacz ma zawsze pewną swobodę w tych ramach wyznaczonych przez progi; to jest kwestia tego, na którym progu się zatrzymamy i jest w tym trochę arbitralności. Gdy mówimy o młodych pracownikach, czasami przyjmuje się górną granicę 24 lat. Nie jest to jednak szczęśliwe, bo jest to czas, gdy spora część ludzi dopiero stawia pierwsze kroki na rynku pracy – ale można przyjąć, i często się tak robi, że tę granicę stawia się na 29 latach, czyli młody jest każdy do trzydziestki. Czasem nawet używa się kolejnego przedziału wiekowego, czyli do 34. roku życia. My natomiast przyjęliśmy granicę 30 lat. Badania trwały kilka lat, bo zaczęliśmy realizować projekt w 2016 r., a skończony został cztery lata później, przed samą pandemią, wydaniem książki „Oswajanie niepewności”. Ostatnio symbolicznie go zamknęliśmy kolejną publikacją „Niepewność, czyli normalność”, gdzie analizujemy i komentujemy wyniki sondażu zrealizowanego w 2018 r. na terenie Mazowsza. Tam z kolei stwierdziliśmy, że górną granicę podniesiemy do 32 lat, bo chcieliśmy iść z biegiem czasu. Nasi badani po prostu się zestarzeli.
Czy prekarność i umowy śmieciowe to zjawiska pokoleniowe, które pojawiły się w Polsce w ciągu ostatnich dwóch-trzech dekad i zostały już na stałe, niezależnie od wieku pracowników?
Tak naprawdę mówimy nie o prekarności, lecz o prekaryjności. To jest trochę skomplikowane, bo wszystkie te pojęcia są nie do końca jednoznaczne, a u nas jeszcze pojawił się problem, że gdy po raz pierwszy zaczęto tłumaczyć literaturę na temat prekariatu i procesu prekaryzacji pracy, to niezbyt szczęśliwie przyjęło się pojęcie prekarności. Prekarność dotyczy ograniczeń i słabości, które są fizycznie i emocjonalnie wpisane w ludzką kondycję; prekarność to chociażby choroba czy starzenie się. Natomiast prekaryjność dotyczy właśnie braku bezpieczeństwa socjalnego i ekonomicznego, i o tym mówimy.
Czy to się pojawiło w ciągu ostatnich trzech dekad? Dr Mateusz Karolak opisuje, opierając się na danych statystycznych, fale prekaryzacji, które przechodziły przez polski rynek pracy od lat dziewięćdziesiątych. Prekaryzacja i prekaryjność pojawiły się wraz z powrotem kapitalizmu do Polski. Moim zdaniem, gdyby pomyśleć o historii najnowszej, cofając się jeszcze do PRL-u po II wojnie światowej, to tej prekaryjności było dużo, jeśli zastanowimy się na przykład nad ubezpieczeniami społecznymi, których rolnicy byli pozbawieni do 1977 r. Były różne grupy zawodowe, takie jak rzemieślnicy, które niby miały osobne systemy zabezpieczeń, ale w gruncie rzeczy tego prawie nie było. W efekcie mnóstwo ludzi nie miało prawa do emerytury. Oczywiście było to łatane rentami i tak dalej, o co było wtedy łatwiej, bo państwowa kasa była jedna.
Klaus Doerre stwierdził, że prekariat jest tak stary jak kapitalizm. O tych zjawiskach moglibyśmy mówić, cofając się do XVIII wieku, gdy zaczęły się tworzyć zalążki tego, co potem stało się klasą robotniczą, również na ziemiach polskich. Na pewno jednak turbodoładowanie nastąpiło w latach dziewięćdziesiątych. Kolejne gruntowne zmiany, reformy prawa pracy, których intencją było uelastycznienie rynku, przyczyniły się do poszerzania skali prekaryzacji. To przebiegało trochę po cichu i problem prekaryzacji zatrudnienia był schowany za problemem bezrobocia w ogóle. W pewnym momencie przed wejściem do Unii Europejskiej osiągnęło ono psychologiczną barierę 20%, więc wszystko kryło się w cieniu tego problemu. Potem mieliśmy wielką falę emigracji poakcesyjnej i przynajmniej dwa miliony osób miało epizod migracyjny, a grubo ponad milion opuściło Polskę na stałe. To zmieniło układ sił na rynku pracy, ale paradoksalnie skala prekaryjności się nie zmniejszyła, a wręcz można powiedzieć, że uległa nasileniu. Nie zadziałał mechanizm, że jeśli podaż pracy się zmniejsza (a wyjeżdżali ludzie w wieku produkcyjnym i z perspektywy gospodarki to była wielka strata, jeśli chodzi o kapitał ludzki, który po prostu zniknął i tylko częściowo skompensowała to imigracja), to polepszają się warunki zatrudnienia. Do mediów i świadomości społecznej zaczęło przebijać się pojęcie umów śmieciowych.
Między innymi dzięki związkom zawodowym, które propagowały to pojęcie.
Oczywiście. Próbowano przełożyć na polski pojęcie junk job i faktycznie to się przyjęło na określenie umów cywilnoprawnych i samozatrudnienia. Jeszcze większym problemem bywało nierzadko także wymuszone samozatrudnienie.
Jeśli chodzi o ludzi młodych, to problem był złożony i istnieje do tej pory, bo to kwestia tego, że młody człowiek z legitymacją studencką ma ubezpieczenie, i zwłaszcza w sektorze usług, czyli tam, gdzie mamy do czynienia z niewielką wartością dodaną i przedsiębiorcy tną wszelkie koszty, w tym koszty pracy, zawsze było bardzo popularne tego typu zatrudnienie niepracownicze. Chodzi głównie o gastronomię, ale nie tylko. Wymuszone samozatrudnienie to nadal problem, chociaż oczywiście znacznie się zmniejszył, tak samo jak zatrudnianie na umowy cywilnoprawne, co ma związek z oskładkowaniem i również bardzo mocnym przykręceniem śruby, jeśli chodzi o umowy o dzieło i należne w ich przypadku 50% kosztów uzyskania przychodu. Samozatrudnienie nie jest problemem generacyjnym i dotyczy właściwie wszystkich w wieku produkcyjnym, aczkolwiek występowała jakaś korelacja, bo ludzie młodsi na krzywej kariery zawodowej znajdowali się na etapie, gdy ich pozycja przetargowa na rynku pracy była słabsza i łatwiej było na nich wymusić samozatrudnienie nawet w sytuacjach tak ewidentnego zachodzenia stosunku pracy, że można byłoby to udowodnić w sądzie. To zjawisko zaczęło się na pewno zmniejszać, gdy zaczęliśmy realizować projekt PREWORK, bo nasze badania zbiegły się w czasie z oskładkowaniem umów-zleceń. Sporym osiągnięciem było też na pewno wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej.
Ile mniej więcej młodych osób pracuje dzisiaj w sprekaryzowanych warunkach i jak się to objawia? Mamy umowy-zlecenie, które, jak już mówiliśmy, trochę się „odśmieciowiły”, mamy umowy o dzieło, samozatrudnienie i umowy czasowe.
Trudno to dokładnie określić. Nie wiemy, jaka część samozatrudnionych znajduje się w tej sytuacji wbrew własnej woli. Dyskusyjne jest traktowanie umów na czas określony jako zatrudnienia prekaryjnego, to jest mimo wszystko umowa o pracę, z całą właściwą dla niej obudową. Pamiętajmy też, że praca platformowa, która odbywa się często na styku różnych trybów zatrudnienia niepracowniczego, jest pracą sprekaryzowaną. Mamy dzięki GUS dane o liczbie umów zlecenia. Osób pracujących na umowie zlecenia było na koniec pierwszego półrocza 2022 r. prawie 370 tys. To wyraźny wzrost w stosunku do końca 2021 r., gdy liczba ta wynosiła trochę ponad 250 tys. W całym ubiegłym roku naliczono takich osób z kolei łącznie 880 tys. Należy to rozumieć tak, że od 1 stycznia do 31 grudnia każda z tych osób, wyłapanych w Badaniu Aktywności Ekonomicznej Ludności (BAEL), miała przez pewien czas podpisaną umowę zlecenia i równocześnie żadnego innego stałego źródła dochodu z pracy. To tłumaczy różnicę w podanych tu wielkościach.
Punktem odniesienia wciąż jest standard tradycyjnej pracy na bezterminowej umowie z zapewnionymi ubezpieczeniami społecznymi i prawami pracowniczymi takimi, jak urlop czy okres wypowiedzenia – wywodzi się on jeszcze z fordowskiego modelu gospodarki. Czy wszystkie te prawa były zabierane pracownikom krok po kroku?
Praca fordowska jako taka już prawie nie istnieje, bo świat fordowski się definitywnie skończył. Są jeszcze w dalszym ciągu jego enklawy i nie mówię o sektorze publicznym, bo bezpieczna i stabilna praca w nim, dająca może niewygórowane, ale pewne zarobki i osłony socjalne, to mit. Sfera budżetowa teraz bardzo mocno cierpi. Jeżeli jednak pojedziemy do wielkiego zakładu przemysłowego typu fabryka Volkswagena, to tam jeszcze istnieje świat fordowski. Natomiast co do zasady jego już nie ma, w związku z czym nie ma typowo fordowskich miejsc pracy lub jest ich bardzo niewiele. To powoduje oczywiście, że pozycja przetargowa pracowników słabnie.
To zjawisko ma u nas miejsce od lat dziewięćdziesiątych, ale gdzie indziej na świecie pojawiło się znacznie wcześniej, bo fordyzm zaczął się kruszyć po kryzysie naftowym lat 70. Prekaryjność jest oswajana, czyli normalizowana. To wybrzmiewa wyraźnie w naszych badaniach. Fordowska wizja pracy (wraz z jej podstawowym atrybutem, czyli stabilnością) wcale nie przestaje być atrakcyjna, tyle że staje się w zasadzie niedostępna. Fordyzm ma swoje nieliczne, kurczące się enklawy, typu wspomniane zakłady Volkswagena czy inne wielkie korporacje, które są zorientowane nie tylko na kontrolę kosztów, ale i utrzymywanie kapitału ludzkiego na wysokim poziomie. Dostać się do nich jest jednak trudno, czego świadomość jest powszechna. W miejsce fordyzmu wchodzą coraz większa elastyczność, tymczasowość, niestabilność, a także presja maszyn: automatyzacja, digitalizacja, robotyzacja. To nie jest optymistyczna wizja dla ludzi utrzymujących się z pracy, a więc ogromnej większości, ale nie widać dla niej póki co realnej alternatywy. Zaczęła się serwicyzacja zatrudnienia, co rozbiło bastiony związków zawodowych. Nie stało się to z dnia na dzień, ale po dwóch dekadach skutki były już bardzo wyraźne. Teraz to nie jest nawet postfordyzm; mamy do czynienia po prostu z gospodarką cyfrową, silnie zserwicyzowaną. Nie ma wielkich zakładów przemysłowych, w których było kilkuset albo nawet kilka tysięcy pracowników w bardzo podobnym położeniu, przez co ich siła przetargowa czy to przy negocjowaniu umów zbiorowych, czy strajków, była realnym instrumentem nacisku. To były duże skupiska pracowników o względnie podobnych interesach, które łatwo było zdefiniować. Łatwiej było występować z grupowymi postulatami czy roszczeniami, nie obawiajmy się tego słowa, do którego przykleiło się pewne odium, ale taka rewindykacja jest jak najbardziej uzasadniona i to jest prawo pracownicze. Zaczęła rosnąć rola małych i średnich przedsiębiorstw, takich, w których elastyczność na wewnętrznym rynku pracy była wymuszona elastyczną organizacją produkcji.
To był pierwszy proces, do którego doszedł fenomen XXI wieku, czyli coraz większy zanik fizycznego miejsca pracy. Pandemia bardzo dobrze to unaoczniła wraz z pracą zdalną i hybrydową, ale to przecież istniało wcześniej. Praca zdalna nie ma wyraźnego bezpośredniego przełożenia na prekaryzację. Jednak wzrost jej popularności, a dokładniej rzecz biorąc, preferencji dla niej oraz dla pracy hybrydowej daje pożywkę do dalszej ekspansji pracy platformowej. A ta jest sferą, w której prekaryjność to nie wyjątek, lecz reguła. To ogromne wyzwanie: jak zabezpieczyć podstawowe prawa pracownicze i socjalne, a nawet obywatelskie tych ludzi, bo są narażone na poważne naruszanie. Dochodzi do tego neoliberalizm jako pewien silnie zakorzeniony światopogląd.
Gdy popatrzymy na badania opinii publicznej i świadomości ekonomicznej młodych pracowników – również w naszych badaniach to wyszło – to istnieje swoista schizofreniczność przekonań. Chcielibyśmy mieć bezpłatną ochronę zdrowia, a z drugiej strony istnieje bardzo duże poparcie dla obniżania podatków i likwidacji powszechnego systemu emerytalnego. Takie opinie nie są wyrażane tylko przez młodych sprekaryzowanych, ale przez młodych (18–30 lat) w ogóle. Takie są poglądy młodych Polaków na gospodarkę. Jest w tym pewnie jakaś racjonalna indywidualność, skoro ludzie są bombardowani komunikatami, że system emerytalny oparty na zasadach repartycyjnych i solidarności pokoleniowej nie ma prawa się utrzymać z powodu demografii. Logika i racjonalność indywidualna podpowiadają, że trzeba zadbać o siebie i lepiej nie oddawać pieniędzy do „państwowego molocha”, bo i tak ich nie odzyskamy. Neoliberalizm cały czas się świetnie trzyma, jeśli chodzi o pewną ideologię zakorzenioną w świadomości zbiorowej. Przetrwał serię kryzysów po 2008 r., co było niespodzianką, bo wydawało się, że zadziała tzw. wahadło Polany’iego, które wskutek rozczarowania rynkiem wychyli się w drugą stronę, czyli zacznie wzrastać popularność poglądów lewicowych. To się nie stało, w zamian mamy falę populizmu, który ma bardzo różne barwy. Jest silny populizm narodowo-konserwatywny, słabszy populizm lewicowy, ale jest też widoczny populizm liberalny, który mocno rezonuje wśród części młodych ludzi. To ten odłam społeczeństwa, który próbuje zagospodarować Konfederacja, z poglądami na skrzyżowaniu anarchokapitalizmu i darwinizmu społecznego. I to się politycznie sprzedaje, choć nie na masową skalę.
To kwestie dotyczące świadomości i wyborów politycznych – a na czym jeszcze polega sama prekaryzacja? Co traci pracownik poddany temu procesowi?
Poczucie bezpieczeństwa socjoekonomicznego, czyli dokładnie to, o czym pisał Guy Standing w swoich głośnych książkach o prekariacie. Jego poglądy są oczywiście kontrowersyjne, łącznie z tezą, że prekariat wyłania się jako odrębna klasa społeczna. Z naszych badań ewidentnie wynika, że nie mamy prawa mówić o tym, iż to jakakolwiek klasa czy warstwa, która byłaby połączoną choćby i słabą wspólnotą świadomości. To, co pisał Standing na temat bezpieczeństwa socjoekonomicznego związanego ze stabilnością zatrudnienia i dochodu, prawem do mieszkania, prawem do urlopu, to wszystko są elementy, które składają się na prekaryzację. Jeśli jesteśmy pozbawieni tych poduszek bezpieczeństwa, to podlegamy prekaryzacji. Sytuacja taka, jak w Stanach Zjednoczonych, gdzie około 60 mln ludzi nie ma ubezpieczenia zdrowotnego albo ma takie umowy o pracę, które nie obejmują prawa do płatnego urlopu, to przykład masowej prekaryzacji.
Czy kiedykolwiek zbliżyliśmy się do takiego przerażającego standardu, jeśli chodzi o podstawowe uprawnienia socjalne, np. związane z dostępem do ochrony zdrowia? Na szczęście umowy-zlecenie są już oskładkowane na NFZ. Może u nas w takim razie mamy do czynienia z pewną deprekaryzacją?
Faktycznie nastąpiło coś takiego, jak umiarkowana „deprekaryzacja”, bo polskie państwo w pewnym momencie powiedziało „stop”. Oskładkowanie umów śmieciowych było krokiem w dobrą stronę, zwiększyło poziom bezpieczeństwa socjoekonomicznego ludzi wykonujących prace niestabilne, które nie są świadczone w oparciu o umowę o pracę. Jesteśmy w trochę lepszej sytuacji niż byliśmy w szczycie prekaryzacji, czyli w latach 2009–2014. Nie było u nas wtedy wprawdzie recesji, ale wyraźne spowolnienie gospodarcze, nadal spore bezrobocie i znaczna skala zarówno umów cywilnoprawnych, jak i samozatrudnienia.
Deprekaryzacja dotknęła w większym stopniu ludzi posiadających wykształcenie i kwalifikacje pożądane na rynku pracy przy niskiej stopie bezrobocia. Jeżeli pracownik stał się, mówiąc tym brzydkim językiem utowarowienia, dobrem rzadkim i pożądanym, to pracodawcy zaczęli zabiegać o to, by go do siebie przywiązać. To się oczywiście przełożyło na o wiele większą skłonność do oferowania umów o pracę i to często od razu, po umowie na czas próbny.
To czynnik rynkowy, który deprekaryzacji sprzyjał, ale koniunktura, co zresztą wychodzi nam z aktualnych, postpandemicznych badań, zmienia się. W książce naszego zespołu w projekcie COV-WORK zatytułowanej „Polacy pracujący w czasie COVID-19”, zauważamy, że „lepiej już było”. Chodzi o oddanie pewnego stanu zbiorowej świadomości – było fajnie, ale to się kończy. Ta świadomość jest coraz wyraźniejsza i silniejsza, a sondaż zrobiliśmy w zeszłym roku, jeszcze przed – co warto podkreślić – wybuchem wojny i wszystkich problemów, które się z nią wiążą. Już wtedy było wyraźnie wyczuwalne obniżenie się nastrojów społecznych dotyczących najbliższej przyszłości. Ludzie spodziewają się chudych lat. W życiu społecznym bardzo dużą rolę odgrywają samospełniające się przepowiednie. Jeżeli pesymistycznie patrzymy w przyszłość, to ona faktycznie może taka być, bo na tym założeniu budujemy swoje strategie życiowe. Uważam, że mówienie o rynku pracownika jest nadużyciem, ze względu na segmentację rynku pracy, związaną z wykształceniem, kwalifikacjami, wiekiem, płcią, ale także regionalną, bo nadal są takie części Polski, oddalone od głównych centrów rozwoju gospodarczego, gdzie sytuacja na rynku pracy pozostaje bardzo trudna.
A czy coś zmieniła pandemia?
W czasie pandemii liczba umów-zleceń zaczęła znowu rosnąć. Hipotezy mówiły, że były to oczekiwania wyprzedzające ze strony pracodawców, którzy spodziewali się załamania gospodarczego i nie chcieli wiązać sobie rąk umowami o pracę, bo relatywnie trudniej jest je zerwać. Potem okazało się, że spowolnienie jest krótkie, miało miejsce w drugim kwartale 2020 r., a potem cała dynamika wzrostu gospodarczego i produkcja przemysłowa zaczęły rosnąć.
Było bardzo niewiele instrumentów skierowanych bezpośrednio do pracowników. Świadczenia dostali zleceniobiorcy; z kolei bezzwrotne pożyczki i mikrodotacje były zachętą do podjęcia samozatrudnienia, można było bodajże wziąć pięć razy po pięć tysięcy. Początkowo była to pożyczka do umorzenia, a później zmieniono status tego na dotację, czyli nie było już żadnego zobowiązania. To ciekawe, bo takie krótkoterminowe korzyści mogły się w dłuższej perspektywie obrócić przeciwko osobom, które z nich skorzystały – ludziom, którzy na przykład rezygnowali z etatu na rzecz prowadzenia działalności gospodarczej. Generalnie jednak wszystko było ukierunkowane na wsparcie pracodawcy – nawet postojowe, które było instrumentem pomocy przedsiębiorstwom, a pracownikom tylko pośrednio. Wiele nam to mówi o tym, że wciąż nie ma trwałych instytucjonalnych zabezpieczeń, które miałyby redukować ryzyko prekaryzacji. Słabość instytucjonalnych zabezpieczeń to jest jedna rzecz, a druga to słabość szeroko rozumianego pracownika, nie tylko prekariuszy, ale także osób z umowami o pracę. Słabość pracujących, brak silnej zbiorowej reprezentacji, brak układów zbiorowych, to wszystko utrwala indywidualizację stosunków pracy, a w tego typu układzie pracodawca zawsze jest stroną silniejszą.
Teraz stoimy wobec znacznie gorszych perspektyw gospodarczych, bo jeszcze nie odczuliśmy skutków wzrostu cen energii, i to może mieć naprawdę dewastujący wpływ na rynek pracy i na wzrost nie tylko prekaryzacji, ale i tej prekarności, o której mówiliśmy na początku, gdy się okaże, że ludzi nie stać na mieszkania i opłaty czynszów.
Dla części młodych pracowników prekaryjny status może być tylko wczesnym etapem w rozwoju kariery zawodowej, która potem jakoś się wyprostuje, ale nie we wszystkich przypadkach. Dochodzimy tutaj do problematyki dualnego rynku pracy. Jak prekaryjność objawia się w przypadku non-career jobs, a jak w career jobs – pracach rozwojowych, związanych z większym prestiżem i autonomią oraz kojarzonych z klasą średnią albo wyższą?
Bardzo ciekawych danych i ustaleń dostarczyła jakościowa część naszego projektu, oparta na wywiadach biograficznych. Jest tam mowa właśnie o trajektorii, czyli zapadaniu się, grzęźnięciu w prekaryjności. Proszę spojrzeć na ukazane tam historie ludzi wykonujących prace wymagające kwalifikacji, takie, które cieszą się stosunkowo wysokim prestiżem, na przykład młodego architekta. Wydawałoby się, że jest to osoba posiadająca silny kapitał kulturowy w postaci wykształcenia i zawodu, który powinien ochronić ją przed prekaryjnością i spowodować, że faktycznie byłaby ona etapem przejściowym, natomiast ten człowiek na nim utkwił. Oczywiście był nadal młody i jego perspektywy nie były jednoznacznie złe na tyle, aby popychało go to do myśli o rezygnacji z tego zawodu. Jednak istnieje taka zależność, że im bardziej mamy do czynienia z pracami nierozwojowymi, prostymi, niewymagającymi kwalifikacji lub kwalifikacji tylko w ograniczonym zakresie, tym zagrożenie trwałą prekaryzacją jest silniejsze.
Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, grudzień 2022 r.
Grafika w nagłówku tekstu: Mohamed Hassan from Pixabay.

Jan Czarzasty – doktor nauk ekonomicznych, absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, adiunkt w Zakładzie Socjologii Ekonomicznej (Instytut Filozofii, Socjologii i Socjologii Ekonomicznej). Sekretarz redakcji „Warsaw Forum of Economic Sociology”, członek Rady Naukowej periodyku „Dialog. Pismo dialogu społecznego”. Współpracuje z Instytutem Spraw Publicznych, Europejską Fundacją na rzecz Poprawy Warunków Życia i Pracy (Eurofound), Fundacją im. Friedricha Eberta.
przez Szymon Majewski | czwartek 6 maja 2021 | Bez kategorii, nasze rozmowy
z Wiolą Krysiak i Damianem Duszczenką z nowej inicjatywy Łódź dla Ludzi rozmawia Szymon Majewski
Co takiego dzieje się w Łodzi w szkołach? Gdzie mają się odbyć zapowiadane zwolnienia i dlaczego, jak to jest uzasadniane przez miasto?
Wiola Krysiak: Zwolnienia mają dotyczyć pracowników niepedagogicznych w szkołach. Miasto mówi o redukcji 12% etatów, ale w praktyce w wielu szkołach oznacza to na przykład pozbycie się połowy sprzątaczek, co spowoduje, że praca, która przypada na obecną liczbę personelu, nie będzie wykonywana. Sprzątaczki i woźne szczególnie mówią o dzieciach, pierwszakach, które przychodząc do szkół, potrzebują pomocy w takich czynnościach jak zawiązywanie butów; zwłaszcza teraz kiedy do szkół nie mogą przychodzić rodzice. Sześcio-siedmiolatki potrzebują pomocy i do tej pory woźne i sprzątaczki im pomagały. Miasto oszczędza, i mówi, że subwencja jest za niska. Ona jest wszędzie taka sama, tyle tylko, że miasto nie chce dokładać do edukacji i zamiast tego woli wydawać gazetę za dwa miliony albo finansować takie rzeczy jak Orientarium i stadiony.
Damian Duszczenko: Mamy teraz informację z „Solidarności”, że miasto już trochę się cofnęło i zamiast 500 osób chcą zwolnić 200. Może dzięki naszym protestom.
Czy te zwolnienia nie uderzą szczególnie w pracownice? Mówimy o zawodach najczęściej wykonywanych przez kobiety.
W. K.: Oczywiście – to są woźne, sprzątaczki, kucharki, sekretarki. Te prace wykonują kobiety, często starsze, w wieku przedemerytalnym. Gdyby te kobiety dosięgły zwolnienia, wiadomo, że nie znalazłyby kolejnej pracy i sytuacja takich pracownic jest chyba najgorsza, bo niezbyt mogą liczyć na inne świadczenia i nie za bardzo są w stanie znaleźć kolejną pracę. Gdy byliśmy na proteście, były tam przedstawicielki tych szkół, jeśli miałabym oceniać, mniej więcej po pięćdziesiątce. W nie to najbardziej uderza – starsze kobiety, czyli osoby najbardziej poszkodowane na rynku pracy.
Jeżeli zwolnienia dojdą do skutku, pozostała część personelu będzie musiała nadal wykonywać pracę wcześniej rozłożoną na większą liczbę osób. Czy miasto w ogóle bierze to pod uwagę?
D. D.: Jedna z dyrektorek mówiła wprost, że te zwolnienia doprowadzą do tego, że sama będzie musiała latać ze ścierką. Jeśli będą np. dwie sprzątaczki, a jedna zachoruje, to co wtedy?
W. K.: Zadbanie o odpowiednie warunki sanitarne jest obecnie szczególnie ważne. Co prawda dzięki szczepieniom sytuacja jest coraz lepsza, ale zagrożenie nie zniknie z dnia na dzień i oszczędności na higienie mogą doprowadzić do tragedii.
Rok temu miasto Łódź próbowało wypowiedzieć układ zbiorowy dla pracowników niepedagogicznych w szkołach. To się udało jakoś zatrzymać i układ został zachowany?
D. D.: Tak, został zachowany, ale związki zawodowe zgodziły się na obniżkę premii z 20% do 10% i na takie rzeczy jak odebranie mydła albo różnych dodatków. Oczywiście tłumaczono to tym, że skoro w pandemii nie chodzą do pracy, to dlaczego mają dostawać premię. Teraz wszystko wraca do normy i zwolnienia są nadal, mimo że władze miasta twierdziły, iż dzięki obniżce premii to nie nastąpi.
Jakie związki zawodowe działają w łódzkiej oświacie?
D. D.: Wiem, że działa ZNP jako większościowy związek, który, powiedzmy sobie szczerze, jest mniej skory do protestów, bo są zblatowani z Lewicą współrządzącą Łodzią. Jest jeszcze bardziej rzutka mniejszościowa „Solidarność”.
Wiola wspominała o demonstracji; ona była zorganizowana właśnie przez organizacje związkowe? Od nich wychodzi ten impuls, a Wy się do niego dołączacie?
W. K.: Ta demonstracja, na której my byliśmy, została zorganizowana przez organizacje Łódzkie Społeczne, nas, czyli Łódź dla Ludzi, łódzkie Dziewuchy Dziewuchom i Tak dla Łodzi. Dobre było to, że pojawiły się tam pracownice tych szkół – protest dzięki temu był większy i łączył te środowiska. Poza tym był chyba protest „Solidarności”.
D. D.: Bałem się, że skończy się na tym, że przyjdą ruchy miejskie, czyli jak zwykle wszyscy ci, którzy już się znają, ale 3/4 to były jednak pracownice szkół.
Jak zwolnienia mają być rozłożone w czasie – kiedy ma do nich dojść i czy jest np. możliwość wejścia w spór zbiorowy, zorganizowania referendum i podjęcia strajku? Czy taka forma oporu jest rozważana?
D. D.: Nie słyszałem, ale to jest już w gestii związków, a nie naszych, my możemy jedynie to wspierać. Wiem, że negocjacje trwają, niedawno powiedziano, że jednak zwolnią 200 zamiast 500, i tak się będą bawić ludźmi.
W. K.: Zastanawiam się na ile to jest kwestia tego, że w związkach dominuje nauczycielskie ZNP, a wśród zagrożonych zwolnieniami dominują zawody niepedagogiczne.
Myślicie, że ze strony nauczycieli i nauczycielek występuje pracownicza solidarność z pracownicami i pracownikami niepedagogicznymi?
W. K.: Jest pewnie tak, że dyrektorzy i dyrektorki szkół się sprzeciwiają, przedstawiciele nauczycieli i nauczycielek będą mówili, że są przeciw. To jest dość logiczne, ale nie wiem, na ile oznacza to walkę po jednej stronie i chęć tego, żeby np. solidarnie strajkować.
Mocno podkreślacie fakt, że Łodzią współrządzi Lewica. Jak wygląda polityczna odpowiedzialność za zwolnienia? Jaki jest rozkład obowiązków w koalicji PO-SLD i kto za to odpowiada?
W. K.: Wiceprezydentka z Lewicy, Małgorzata Moskwa-Wodnicka, jest odpowiedzialna właśnie za edukację. Nie widzę ze strony Lewicy żadnej troski o to, żeby szkoły działały dobrze i żeby chronić pracownice. W Łodzi było tak zawsze. SLD dostawało stanowiska i nie uwzględniało lewicowej perspektywy. To jest najgorsze.
Próbowaliście się jakoś kontaktować z parlamentarnymi przedstawicielami Lewicy? Czy ktokolwiek z posłów i posłanek jakoś się do tego odniósł?
W. K.: Nie próbowaliśmy. Być może inne strony próbowały się kontaktować, bo to nie jest tylko nasz protest i nie tylko my się sprzeciwiamy, również inne organizacje jak Tak dla Łodzi albo łódzkie Dziewuchy Dziewuchom. Być może był taki kontakt, ale my akurat tego nie robiliśmy. Lewicowym posłem z Łodzi obecnie jest tylko Tomasz Trela, który zawsze był w tym miejskim układzie jako poprzedni wiceprezydent z SLD i też układał się z prezydent Hanną Zdanowską z PO. Tak naprawdę nie bardzo więc widziałam jakiekolwiek szanse na skuteczność takiej interwencji…
Sprawa jest takiej wagi, że teoretycznie nie tylko osoby stamtąd powinny się jakoś określić. Pisałeś, Damian, o tym, że koalicjanci z SLD chowają głowę w piasek.
D. D.: Nie słyszałem, żeby osoby z Wiosny lub Razem zabierały w tej sprawie głos.
W. K.: Marcelina Zawisza pisała coś pod zeszłorocznym stanowiskiem sprzeciwu Razem, które trochę z nich wyciągnęliśmy, być może złośliwie im dogadując (śmiech). Kiedy organizowałam protest, mogli go zauważyć, obecność zaznaczyła Martyna Urbańczyk z miejscowego zarządu okręgu Razem. Widzieli, że coś takiego się dzieje, ale tak jak zazwyczaj partia pyta, czy może razem z organizatorami zabrać głos, tak tym razem w ogóle tego nie było, ani ze strony Razem, ani ze strony Wiosny, ani oczywiście SLD. Nie było ich flag, czyli oficjalnie się nie pojawili. To było przykre, że nie dostaliśmy żadnego formalnego poparcia, dopiero potem powstało stanowisko łódzkiego okręgu Razem, że sprzeciwiają się tym zwolnieniom.
Rozumiem, że Waszą receptą jest to, że tych oszczędności, jeśli już muszą być dokonane, trzeba szukać gdzie indziej i jest to już kwestia woli politycznej?
W. K.: Dokładnie tak. Łódź od dawna ma duży problem z priorytetami. Kiedyś byłam na konsultacjach w sprawie zielonego Expo. Odbywały się w tym miejscu, gdzie to miało powstawać, prezydent Zdanowska mówiła o tym, jak to będą wydawali miliardy, żeby to zielone Expo było właśnie w naszym mieście. Niedaleko stamtąd znajduje się takie osiedle Grembach – bardzo stare, poniemieckie, ze starymi domkami. Ludzie z tego osiedla byli na konsultacjach i zgłosili się właśnie po to, żeby zapytać, czy w końcu naprawi się im dachy, bo woda im cieknie, boją się, że zaczną się urywać i spadać im na głowy. Zdanowska, która dopiero co mówiła o miliardach wydawanych na wielką, niepotrzebną inwestycję, powiedziała, że teraz nie mamy na to pieniędzy i w najbliższych budżetach ich nie będzie. Tak właśnie wygląda polityka Łodzi – są środki na wielkie inwestycje, którymi można się chwalić, jak zielone Expo albo Orientarium, wydaje się miliardy na średnio tu potrzebne lotnisko, nie ma za to środków na potrzeby zwykłych ludzi. Nie ma pieniędzy na zapewnienie ludziom łazienek, łatanie dachom czy nawet remontowanie chodników tak, żeby były przyjazne dla osób z niepełnosprawnościami.
Jako Łódź dla Łodzi istniejecie od niedawna. Jakie są Wasze cele i obszar działania?
D. D.: Dopiero startujemy, będziemy na pewno robić też debaty, ale przede wszystkim takie rzeczy jak pomoc osobom w kryzysie bezdomności i lokatorom; to, co w Warszawie robi Kancelaria Sprawiedliwości Społecznej.
Do tego trzeba wynająć jakiś lokal, opłacić w nim rachunki…
D. D.: W tej chwili mamy ze zbiórki 10 tysięcy złotych. To jest już coś na początek, a potem się zobaczy, jak to na lewicy (śmiech).
Określacie się jednoznacznie jako socjaliści – w takim razie nie ma to chyba być tylko czysta charytatywa, ale coś z konkretnym politycznym wydźwiękiem.
W. K.: Z jednej strony chcemy działać doraźnie, pomagając ludziom, ale wiemy, że to nie jest wyjście na dłuższą metę, dlatego chcemy zmieniać system, na ile to będzie możliwe. Chcielibyśmy działać nie tylko w Łodzi, ale w całym województwie.
Z jakimi największymi problemami mierzy się Łódź? W jakich tematach zamierzacie działać?
W. K.: Łódź mierzy się z chyba wszystkimi możliwymi problemami. Jeśli chodzi o kwestie lokatorskie, o których być może się nie mówi, jest ich naprawdę dużo. Ostatnio wypłynęła sprawa kamienicy, która jest prywatyzowana. Bezdomność…
D. D.: Problemy lokatorskie są mniej więcej takie jak w Warszawie 10 lat temu, tylko na sterydach. Możesz to sobie wyobrazić – oprócz oczywiście reprywatyzacji, która tutaj troszkę inaczej wyglądała.
W Łodzi także występuje reprywatyzacja?
D. D.: Tak, chociaż tutaj akurat miasto troszkę działa. Większy problem jest z wyprzedażą kamienic; miasto bardzo często ma w nich udziały, kilka lokali, i je wyprzedaje. Ostatnio nawet wprowadzono zasadę, że jeśli udziały są o wartości poniżej miliona złotych, prezydentka może je wyprzedawać bez zgody rady miasta; tak żeby działo się to po cichu i dopiero jeśli będą jakieś protesty (a najczęściej ich nie będzie), to ewentualnie wtedy się z tego wycofają.
Czy po sprzedaży lokali dochodzi np. do drastycznych podwyżek czynszów?
D. D.: Oczywiście. Mamy teraz taką sytuację na ulicy Piasecznej – właściciel, szef znanej sieci aptek, kosmicznie podwyższa czynsze i miasto oczywiście umywa ręce, bo teoretycznie nic nie może zrobić, mimo że umowy najmu były przez lokatorów podpisywane częściowo z miastem. Zostali jednak sprzedani. W tym sensie przypomina to warszawską reprywatyzację.
Czy w Łodzi występuje presja deweloperów np. na to, żeby wyburzać stare budynki i stawiać na nich własne?
W. K.: Jeśli chodzi o bieżące sprawy, sprzeciwialiśmy się tym razem nie wyburzeniu budynków, ale planom zabudowania otuliny Lasu Łagiewnickiego – terenu zielonego i rekreacyjnego. Miał on zostać przeznaczony na osiedle domków jednorodzinnych.
W Warszawie mnóstwo kamienic komunalnych, zwłaszcza po prawej stronie Wisły, ciągle nie jest podłączonych do sieci centralnego ogrzewania. Organizacje lokatorskie domagają się załatwienia tego problemu. Czy u Was też to występuje?
D. D.: W Łodzi problem jest jeszcze większy.
W. K.: Problem jest zdecydowanie większy – ludzie muszą ogrzewać się prądem, płacą wielkie rachunki lub siedzą w zimnie, jeśli mają liczniki przedpłacone. Brakuje łazienek, w starych kamienicach są wspólne, znajdują się na zewnątrz, a czasami w ogóle ich nie ma. Niektóre kamienice nie są podłączone do wodociągów, a nawet nie mają dostępu do wody. Jeśli chodzi o infrastrukturę, jest strasznie. Problemy są większe niż w Warszawie.
D. D.: Cały program rewitalizacji centrum, czyli tego, że śródmieście Łodzi ma być wspaniałe, pozbawione ruder i tak dalej, kończy się oczywiście wysiedleniami, bo najpierw trzeba wyrzucić ludzi. Oni często nie wracają, bo przy jakimkolwiek zadłużeniu nie można wrócić.
Nowego budownictwa komunalnego pewnie też brakuje?
W. K.: Oczywiście, że tak. Nie ma budownictwa komunalnego, nie ma mieszkań socjalnych…
D. D.: Łódź wchodzi teraz w program partnerstwa publiczno-prywatnego z deweloperem; mają wybudować 500 mieszkań, które miasto będzie wynajmować lokatorom właśnie z tych rewitalizowanych budynków. To prawdopodobnie jednak też się skończy tak, że ludzie nie będą wracali do centrum.
Na koniec chciałbym zapytać o Waszą współpracę ze społecznym Rzecznikiem Praw Obywatelskich. Jak wygląda ta relacja? Ty, Damian, byłeś jednym z pomysłodawców kandydatury Piotra Ikonowicza na to stanowisko.
D. D.: Nieoficjalnie już podjęliśmy taką współpracę. Ludzie z Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej będą prowadzili swoje dyżury u nas w biurze, prawdopodobnie już jako biuro rzecznika. Ta współpraca będzie na pewno.
Wskazany przez Lewicę rzecznik będzie musiał postawić się także jej tam, gdzie działa antyspołecznie, czyli właśnie w Łodzi.
D. D.: Oby.
Dziękuję za rozmowę.
przez Szymon Majewski | środa 10 lutego 2021 | nasze rozmowy
z Janem J. Zygmuntowskim rozmawia Szymon Majewski
Kim byli technooptymiści i co takiego nam obiecali? Dlaczego te obietnice się nie spełniły?
Jan J. Zygmuntowski: Ta obietnica dotyczyła przede wszystkim nowych możliwości uzyskania wolności, swobody, wyzwolenia się ze starych, opresyjnych systemów, czy to państwowych czy korporacyjnych. W ujęciu pionierów internetu miał on być totalnie nowym, niezbadanym oceanem; w pierwszych manifestach pojawiają się treści mówiące, że tutaj nie sięgają żadne państwowe regulacje, nie sięgają żadne firmy, że jest to przestrzeń, której nikt nie może uchwycić, która jest globalna i uniwersalna. Powiedzmy, że to było tłumaczenie z języka pierwszych geeków na język pierwszych technooptymistów, którzy szli i mówili, że internet jest dobry, że wszystko, co on przynosi, jest wspaniałe, a gospodarka cyfrowa to wyłącznie postęp. Oni to przekładali już na konkretne, mierzalne korzyści. Mówili, że każdy z nas będzie miał prawo być przedsiębiorcą i otwierać sklep w internecie. Każdy z nas będzie miał swobodę pisania, blogowania, artystycznej ekspresji, każdy będzie wydawcą, twórcą i tak dalej. W związku z tym wyzwolimy się z fabryk, wyzwolimy się w ogóle z pracy, ponieważ będzie ją wykonywał ktoś inny – domyślnie jakieś roboty – a my będziemy przedsiębiorcami samych siebie. To była oczywiście obietnica nie do spełnienia, czysto ideologiczna. Opierała się na skrajnie neoliberalnym czy libertariańskim podejściu, w którym każdy z nas automatycznie w tej przestrzeni miałby być równy, a skoro równy, to miałby takie same szanse realizowania się zgodnie ze swoim najlepszym potencjałem. Jest to więc bardzo indywidualistyczny paradygmat. I ta obietnica technooptymistów w pewnym sensie zabiła też jakąkolwiek lewicową krytykę, ponieważ w swojej hasłowości była bardzo emancypacyjna; mówiła właśnie o tym, że jeśli ktoś cię prześladuje, jeśli w tym świecie jesteś biedny, to w tamtym świecie nie ma dla ciebie żadnych barier.

A czy technologie same w sobie można w jakiś sposób wartościować? Czy poza kontekstem społecznym można powiedzieć, że są dobre albo złe, z jakichś swoich immanentnych przyczyn prowadzą do takich, a nie innych skutków, czy raczej są neutralne i dopiero społeczny kontekst, jaki by on nie był, decyduje o następstwach ich rozpowszechnienia?
Dyskusja toczyła się przez bardzo długi czas i wcale nie mam wrażenia, że którakolwiek z odpowiedzi, jakie przytoczyłeś, jest ostatecznie poprawna. Technologia sama w sobie jako koncept – czy to będzie silnik parowy, komputer czy szczepionka – nie jest dobra ani zła, ale też żadna konkretna technologia nie jest neutralna. Kiedy ona już powstaje, to powstaje, tak jak powiedziałeś, w pewnym kompleksowym systemie. Ktoś konkretny ją sfinansował, ktoś konkretny ma do niej prawa własności, posiada ona jakiś konkretny interfejs. Technologie cyfrowe są tego najlepszym przykładem. Są z nami ciągle otwarte protokoły, takie jak e-mail czy http, w związku z czym każdy z nas ma prawo wejść na taką stronę internetową, na jaką chce, każdy ma prawo założyć sobie skrzynkę internetową, może też postawić własny serwer e-mailowy. Gdy do tego zbioru wiedzy, zbioru technologii, dokładali się ludzie, którzy mieli w tle jakąś myśl wolnościową albo wspólnotową, to oni robili to w sposób wspólnotowy i powstawały technologie, które mają charakter wspólnotowy, takie jak na przykład Wikipedia. Ale z kolei jeśli mamy już na przykład kapitalistyczne fundusze venture capital, wielkie platformy z Doliny Krzemowej, to one rozwijają technologie tak, żeby były z definicji dominacyjne. Mamy przykłady bardzo skrajne jak Amazon, który równocześnie i prowadzi market place, i sam sprzedaje w tym sklepie, więc może obchodzić wszystkie zasady uczciwej gry – właśnie dlatego, że tak zaprojektowali tę technologię. Powiedziałbym tu za Lawrencem Lessigiem, że kod stał się w tym momencie prawem. Tak jak technooptymiści myśleli, że żadne regulacje nie sięgają do sfery cyfrowej, tak okazuje się, że w tej sferze zamiast prawa istnieje coś takiego jak architektura tego, co jest możliwe lub nie jest możliwe. Z nią nie za bardzo można w ogóle negocjować; tak jak z systemem prawnym jakoś można, bo on się składa z jakichś ludzi, sędziów i tak dalej. Tu mamy jednak system, o którym czasami się mówi nawet, że to nowy sposób rządzenia ludźmi za pomocą algorytmów. Od tego nie ma się jak odwoływać, często spojrzenie w bebechy takiego systemu jest zakazane, więc rządzenie algorytmami jest jeszcze doskonalszą, surowszą formą biurokracji niż poprzednie. Dlatego technologia, ta konkretna, która powstaje, nie jest neutralna, natomiast technologia jako zbiór wszystkiego jest właśnie taka, jaki sami nadajemy jej sens. Właśnie dlatego tak ważna jest obrona publicznych i społecznych interesów – inaczej kapitał zaprojektuje je w sposób, który jest najbardziej korzystny dla niego.
Czasem mówi się, że same właściwości techniczne mogą prowadzić do różnych negatywnych następstw. Na przykład zdrowotnych, takich jak uzależnienie się od niektórych aplikacji, czy stricte społecznych. Pytanie, czy te złe skutki zawsze muszą być następstwem konkretnych, określonych decyzji i interesów, jakie za nimi stoją, czy być może jednak w każdym możliwym systemie, nawet najbardziej sprawiedliwym społecznie, pewne rzeczy i tak byłyby niebezpieczne? Czy da się to jakoś rozsądzić?
Nie ma żadnego systemu, który jest zupełnie bezpieczny, chociażby dlatego, tu wtręt z zupełnie innego kierunku, ale jeśli żyjemy na planecie o ograniczonych zasobach, a prawa fizyki prowadzą generalnie do entropii, to mierzymy się z rzeczywistością fizyczną świata, która jest w pewnym sensie brutalna i działająca przeciwko życiu. Każdy system życia, ludzi, zbiorowości, społeczeństwa, nawet gdyby z jakiegoś powodu wewnętrznie zawsze się idealnie harmonizował, to i tak przynajmniej z zewnątrz będzie miał ogromną presję warunków natury; i to nie natury rozumianej jako pszczółki i drzewa, ale natury niemalże kosmicznej. Myślę, że masz tutaj rację sugerując, iż zawsze będą jakieś minusy rozwoju technicznego czy cywilizacyjnego, natomiast nie jest tak, że my te technologie projektujemy na ślepo. Problem polega na tym, że bardzo wiele zastosowań technologii możemy przewidzieć i oczywiście jeśli projektuje się algorytm, przykładowo, w mediach społecznościowych, który sprawia, że klika się to, co jest najbardziej polaryzujące, wywołujące negatywne emocje, co wpędza ludzi na przykład w depresję czy pogłębia podziały społeczne, to możemy powiedzieć, że twórca tego algorytmu jedyne, co miał w swoim interesie to tyle, żeby było więcej kliknięć. Ale jeśli już wiemy, że technologia tak działa, to trochę jakbyśmy pozwalali, aby ktoś wypuścił nowy model auta, nie zrobił do niego żadnego atestu, nie sprawdził w nim niczego, nie zamontował pasów bezpieczeństwa, a potem wyjechał na ulice, i wtedy jesteśmy wielce zaskoczeni, że pół autostrady zderzyło się w jakimś karambolu. To jest bardzo ideologiczny, świadomy, neoliberalny wybór, który spowodował, iż technologie nie były testowane, nie było żadnej dyskusji, w jakich ramach pozwalamy im wzrastać, a gospodarka cyfrowa rosła sobie w sposób w ogóle nienakierowany na społeczne potrzeby, lecz tak i tam, gdzie zysk był największy. No i w rezultacie mamy negatywne konsekwencje. Czy gdybyśmy zrobili to inaczej, kierując się na przykład chęcią wyrównywania szans, włączania ludzi, większej partycypacji albo na przykład bardziej sprawiedliwego wynagradzania, gdybyśmy takimi zasadami kierowali się przy wyborze interfejsów, algorytmów i tak dalej, czy też mielibyśmy negatywne konsekwencje? Jakieś zapewne tak, ale na pewno nie na takim poziomie katastrofy, z jakim się mierzymy w tym momencie.
Wspomniałeś o presji rzeczywistości fizycznej, w ramach której to wszystko siłą rzeczy musi się odbywać. W książce „Kapitalizm sieci” stawiasz tezę, że żyjemy obecnie w erze gospodarki informacyjnej, która jest kolejnym stadium rozwoju historycznego. Przywołam tu jeden obrazek – w stanie Oklahoma znajduje się ogromna serwerownia Google’a, która zatrudnia ponad 400 pracowników. Mówiąc obrazowo, jest to po prostu kupa skomplikowanego żelastwa, złożona z wydobytych gdzieś surowców, jacyś inżynierowie musieli je zaprojektować, a robotnicy złożyć, ktoś musi ją konserwować i chłodzić, no i oczywiście zużywa dużo energii powodującej emisje dwutlenku węgla. To wszystko kosztuje, ktoś na tym zarabia, jest to cały czas realna gospodarka, a oczywiście takich miejsc na świecie jest dużo więcej; chmura Microsoftu, Azure, ma na przykład osiem serwerowni w Europie. Na czym w takim razie polega ta jakościowa zmiana oblicza współczesnej gospodarki? Czym jest jej nowy, cyfrowy charakter i na czym polega odejście od przemysłowego kapitalizmu? Czy ono rzeczywiście się wydarzyło, skoro jednak koniec końców ta era informacji również nie może się obyć bez materialnego podłoża?
Jak sam mogłeś zauważyć, chętnie podejmuję tę krytykę na kartach mojej książki, szczególnie przywołując Ursulę Huws i jej krytykę spojrzenia „wszystko się zdematerializowało, wszyscy jesteśmy pracownikami internetu i umysłowymi, którzy siedzą w swoich biurowcach, coś klikają i tym klikaniem dzieje się cała rzeczywistość”. Jej krytyka była jednak pisana w latach 90.; od tamtego czasu populacja użytkowników internetu to już nie jest 5%, lecz już dawno ponad 50% ludzkości. Technologie fundamentalnie weszły w każdy obszar naszej rzeczywistości. Gdybyśmy mieli mówić nie ilościowo, ale jakościowo, to różnica polega na tym, co sam kapitał wyznacza jako wartościowe. To jest perspektywa, którą tutaj przyjmuję raczej za szkołą regulacyjną. Regulacyjną nie w rozumieniu „regulujmy internet”, lecz tego, jakich regulacji używa reżim akumulacji kapitału do wyznaczania tego, co jest wartościowe, co należy do kogo i jaki mamy podział pracy. Ten reżim akumulacji sam w sobie jest reżimem regulacji rzeczywistości, mówi nam, co jest wartościowe, a co nie, w jakiej pracy zarobisz bardzo dobrze, a jaka praca z jego punktu widzenia nie służy przywłaszczaniu majątku, więc wyznacza ją jako niskopłatną, jak na przykład pielęgniarki czy nauczycieli, którzy są przecież kluczowi dla odnowy i reprodukcji systemu. Kapitalistów to jednak nie interesuje. Ta perspektywa jest dużo łatwiejsza do obronienia, ale wydaje mi się, że historycznie też jest o tyle słuszniejsza, że kiedy mieliśmy do czynienia z rozrostem kapitalizmu przemysłowego, nie sprawiło to, że rolnictwo jakoś magicznie zniknęło z powierzchni ziemi. Wprost przeciwnie – były takie części świata, jak zresztą na przykład Polska, które właśnie na tym dualizmie europejskim, że tam rozwijają się już pewne manufaktury, a później kapitalizm przemysłowy, a u nas zostaje gospodarka feudalna i agrarna, budowały dobrobyt swoich elit i model gospodarczy. Dziś jest podobnie, gdy kapitalistyczne centrum wyznacza, że nowym sposobem regulowania rzeczywistości jest cyfryzacja wszystkiego, są platformy, staje się taką warstwą, której my możemy doświadczać: dóbr, usług, komunikacji, wszystko jest mediowane przez nasze prywatne smartfony i laptopy, to one są głównym narzędziem pracy. Zarazem sprawia to, że najwyżej wyznaczana jest wartość tych spółek, które najlepiej akumulują dane, a programiści i te osoby, które zajmują się wiedzą, czyli ci wszyscy specjaliści, menedżerowie, stają się najlepiej opłacani w tym systemie, ale to nie znaczy, że gdzieś znika przemysł. Dalej cała ta gospodarka cyfrowa opiera się o serwerownie, przetwarzanie w chmurze, o kable. Prywatne firmy, takie jak chociażby Google, nie tylko korzystają z tych serwerowni, ale zaczynają budować własne sieci kabli, którymi oplatają całe kontynenty, na przykład Afrykę, żeby móc jeszcze szybciej dostarczać swoje usługi. Tu jest bardzo mocna baza surowcowa i przemysłowa, tylko że system wypycha taki element przemysłu poza swoje centrum, traktuje go jako coś gorszego w całym łańcuchu produkcji. Taka perspektywa nie służy temu, aby powiedzieć, że ci, którzy zajmują się przemysłem czy tym bardziej rolnictwem nie mają żadnego znaczenia i można ich zautomatyzować; jest przeciwną perspektywą zorientowania się w tym, że to centrum zignorowało już miejsca, gdzie realnie cały czas pracują ludzie w krajach globalnego Południa, ponieważ wyznaczyło sobie, że teraz rzeczywistość będzie mediowana technologiami i to technologie będą najwyżej wyceniane w całym tym systemie. Gdziekolwiek jesteś na świecie, jeśli pomagasz budować technologie Facebooka, Google’a czy Amazona, to natychmiast jesteś brany i windowany do statutu lokalnej elity, a jeśli nie, to nie masz dla nich żadnego znaczenia. No i wtedy też te kraje, które nie są dziś tak podmiotowe, myślę tu również o krajach półperyferyjnych takich jak niestety Polska, muszą sobie zdać sprawę, że wyjściem z tej sytuacji dzisiejszej gospodarki zależnej nie jest wyłącznie np. budowa własnej marki samochodów, bo to jest uczestnictwo w wyścigu, który już się dawno zakończył. To jest ten poprzedni wyścig przemysłowy. Teraz, jeśli chcemy mieć rzeczywiście cyfrową suwerenność, czy tak jak inne kraje globalnego Południa chcemy wyjść z tej pułapki, to wyjście z niej odbywa się przez przyjęcie perspektywy wielkiego kapitału i wykrojenie sobie takiej technologii, takiej infrastruktury publicznej, która będzie nasza. Rzeczywiście jest to zmiana jakościowa i ona jednak obejmuje cały glob, bo cały glob jest dzisiaj jednym systemem gospodarczym.
Powiedziałeś, że z perspektywy kapitału nowe zawody, jak nazywasz je w książce, należące do nowej grupy – kognitariatu, stają się warte, żeby je nieźle wynagradzać, bo opierają się wciąż na jakichś rzadkich umiejętnościach. To jest zjawisko, które wszyscy widzimy na co dzień, obserwując na przykład wciąż niegasnącą popularność kariery programisty. Czy w związku z cyfryzacją gospodarki grozi nam bardzo daleko posunięta polaryzacja społeczna, prowadząca do niemal dualnego podziału klasowego? Kurt Vonnegut napisał powieść „Pianola”, dystopię science fiction, w której dokonała się automatyzacja, a w efekcie usankcjonowany prawnie został podział klasowy na inżynierów obsługujących maszyny oraz na ciemny plebs… Czy nie zmierzamy trochę w takim kierunku?
Tak, to jest problem, na który też patrzę w dłuższej perspektywie; tak jak kapitalizm kognitywny nie narodził się razem z początkiem Internetu i to jest perspektywa, którą chciałbym bardzo ostro postawić, w przeciwieństwie chociażby do popularnej teraz książki Shoshany Zuboff, która jednak wskazuje na bańkę internetową i nowe internetowe giganty jak na jakąś fundamentalną zmianę rzeczywistości. Nie wydaje mi się. Kapitalizm kognitywny wyrastał raczej przez dłuższy czas w toku tego, co pierwsi marksiści obserwowali jako formowanie się klasy menedżerów, inżynierów, mediów, nowych specjalistów, całej tej pracy biurowej. De facto więc możemy to śledzić od okresu rozwoju gospodarki usługowej. W tej perspektywie Daniel Bell, który pisał o tym już w latach siedemdziesiątych, jako pierwszy zaczął rysować taki podział i rysował go jako różnicę między profesjonalistami a populistami. Jest to oczywiście trochę zabawne w kontekście tych wszystkich dzisiejszych sporów, gdzie populiści to są wszyscy ci naznaczeni, ci wszyscy kaczyści, trumpiści i tak dalej, odżegnuje się ich od czci i rozumu. Z drugiej strony jest, wydawałoby się, klasa tych wszystkich mądrych ekspertów, specjalistów, ludzi, którzy przeczytali stosy raportów i książek, i oni teraz mogą z katedry oznajmiać, jak powinno być. I ten podział do jakiegoś stopnia widać nawet w zarobkach; mówimy cały czas o rosnących nierównościach i te nierówności w dużej mierze manifestują się, co zresztą wprost mówi Piketty w odniesieniu np. do USA, jako nierówności dochodowe. Wynikają przede wszystkim z płac tej klasy super menedżerów, super specjalistów czy nawet, jak nazywa się ich w niektórych pozycjach, super stars. Ich się kupuje, ponieważ jest pewność, że ci ludzie wiedzą, co się będzie działo, wiedzą, jak to zrobić i kwota nie ma znaczenia. Bell jednak zauważał – i wydaje mi się, że tu trzeba trochę podrążyć – jak fałszywy jest ten podział. To nie jest tak, że ci ludzie, ci profesjonaliści i programiści, sami są właścicielami kapitału, palą cygara i nie muszą się nad niczym zastanawiać, żyją sobie tylko z kolejnych inwestowanych środków. Oni dalej pracują, są swego rodzaju arystokracją pracy, ale w dalszym ciągu to oni wykonują polecenia góry. Jeśli jest kryzys, to na nich również spadają cięcia i oni również podlegają jakiejś presji. W przypadku pracy zdalnej, co teraz badamy, w Polsce, ale nie tylko tutaj, również na nich rozciągane są narzędzia cyfrowego tayloryzmu, które mierzą czas pracy, mierzą ich zachowania, wszystko sprawdzają. To nadal są pracownicy, czy tego chcą, czy nie chcą. Świetnie pokazuje to teraz chociażby zawiązanie się pierwszego związku zawodowego w Alphabet, czyli spółce-matce Google’a, gdzie pracownicy, których nieco dotknął kryzys, zrozumieli, że bardzo wiele produktów i projektów, które tworzy Google, to rzeczy, z którymi oni się w ogóle nie utożsamiają, nie chcą ich robić, uważają je za złe etycznie, widzą, że ich kolegów za wyrażenie sprzeciwu od razu spotyka wyrzucenie z pracy albo inne represje i sami się uzwiązkowiają. W tym sensie moim zdaniem kategoria kognitariatu to nie jest tylko kategoria „specjalistów gospodarki opartej na wiedzy”, a raczej kategoria, która rozciąga się od osoby pracującej przez aplikację na smartfonie, ponieważ obsługuje tę aplikację, ma z nią kontakt, wysyła w niej jakieś dane, po wszystkich programistów, którzy nadal są pracownikami najemnymi i oni również cały czas obcują ze światem cyfrowym. Kategoria kognitariatu jest dużo szersza i im szybciej góra tej klasy zorientuje się, że w sumie tak naprawdę współdzieli bardzo wiele problemów, bolączek i pozycję klasową z tym dołem, tym szybciej będziemy mieli do czynienia z jakimś sojuszem, który sądzę, że pozwoli nam przełamać istniejącą rzeczywistość.
To już w zasadzie recepta stricte polityczna, z którą oczywiście się zgadzam. Wracając jeszcze do samej istoty systemu, który opisujesz, chciałbym zapytać o rolę wiedzy i informacji jako kluczowych obecnie środków i czynników produkcji. One istniały zawsze i zawsze były niezbędnymi składnikami rozwoju cywilizacyjnego. Trzeba było wiedzieć, jak zbudować piramidy, jak zbudować katedry, jak zbudować okręty, żeby przepłynąć przez ocean, i tak dalej. Dlaczego dzisiaj one są ważniejsze? Co to oznacza, że, jak piszesz powołując się na Karla Polany’iego, informacja to towar fikcyjny?
Wydaje mi się, że w tej perspektywie Polany’iego tkwi cała różnica. Informacje były zawsze, wiedza była zawsze, tak samo jak przed kapitalizmem również istniały kapitał i bogactwo, natomiast w całym tym systemie różnych zależności, tego, że można sobie kupić pracę jakiegoś biedaka, tego, że można zbudować fabrykę, a kapitał bardzo łatwo zamienić na kolejny kapitał przez sprzedaż dóbr, te elementy były w tym systemie, ale one nie funkcjonowały jako kluczowe koła zamachowe gospodarki. Informacje też istniały i były produkowane, wiedza była produkowana, ale to najczęściej działo się przez system cechowy czy, chociażby w Europie, kościelny. Mieliśmy takie instytucje kościelne, uniwersyteckie, cechowe, które zrzeszały swoich członków, była tam bardzo hierarchiczna struktura przekazywania wiedzy, instytucja czeladnika, mistrza, uczenia się przez długie lata; w dużej mierze ta wiedza była bardzo osadzona w danej, konkretnej osobie i nie była w żadnym sensie towarem, nie można było jej wyabstrahować poza człowieka, wziąć sobie, przemieścić na drugi koniec globu i tam sprzedać innej osobie. A nawet jeśli można było to zrobić w formie książki, to było to bardzo trudne i ta informacja była często czymś bardzo złożonym, czyli właśnie książka, później chociażby patent. Różnica polega na tym, że jednak w toku wytworzenia najpierw komputerów, a później jeszcze sieci, która połączyła te komputery, udało nam się jako cywilizacji zejść coraz głębiej w strukturę tych informacji, do poziomu coraz bardziej mikro, ale także poziomu coraz bardziej dynamicznego. Panami sytuacji nie są już ci, którzy mają jeden patent, nad którym naukowcy pracowali przez dwadzieścia lat i który jest jakoś objęty prawami własności intelektualnej, systemem sądownictwa itp. Są dziś nimi ci, którzy posiadają aparat będący w stanie zgarniać dane z każdego naszego zachowania, kliknięcia, przejazdu czy korzystania z jakiegoś sprzętu w każdej dostępnej sekundzie. Ten dynamiczny charakter całkowitego oddzielenia danych od ich źródła wydaje mi się kluczowy. W tym sensie jest to towar fikcyjny, że wiemy jednak, iż informacja sama w sobie nie jest w żadnym sensie towarem; mogła być wyprodukowana poza rynkiem, niekoniecznie na sprzedaż, a poza tym, jeśli ja teraz wszystkim czytelnikom i czytelniczkom przekażę jakąś ciekawą informację, to nic nie stracę na tym, że ta informacja została zreplikowana. Żeby to stał się towar i miał jakąś wartość, musi stać się dobrem ograniczonym, rzadkim. Trzeba więc sztucznie, fikcyjnie ograniczyć dostępność tego towaru i stąd też rozciąganie praw własności intelektualnej na różne algorytmy, na bazy danych, stąd pilne strzeżenie dostępu do danych i uniemożliwianie na przykład ich powtórnego wykorzystania. To jest oczywiście perspektywa danych, informacji. Ale mamy drugą perspektywę, pracy. Kiedyś to, że ja coś powiem, albo że obserwuję reklamę, nie było traktowane jako praca per se. Ale stopniowo, i to znowu są poprzednie dekady, najpierw pojawili się badacze, którzy zaczęli zwracać uwagę, że telewizja to nie jest, tak jak myślała szkoła frankfurcka, tylko jednostronny aparat do serwowania nam propagandy, ponieważ my poprzez oglądanie też wykonujemy jakąś pracę. To jest relacja dwustronna. My, oglądając, dostarczamy tę pracę tłumu przez uczenie się marek, zapamiętywanie ich, dajemy jakąś informację zwrotną, ponieważ nie przełączamy kanału, więc już na przykład telewizja wie, iż tego typu reklama działa lub nie działa. Dzięki temu ta praca tłumu także niosła ze sobą jakąś wiedzę. A pojawienie się Internetu i reklam w Internecie przeniosło to na jeszcze nowy, wyższy poziom, sprawiając, że de facto teraz każdy odruch, czy coś, co Shoshana Zuboff nazywa nadwyżką behawioralną, każde nasze zachowanie, jest jakimś elementem pracy. Staram się podkreślać tę perspektywę, że to nie jest tak, iż ta nadwyżka behawioralna to jest coś, co bierze się przypadkiem z tego, że my jakoś sobie żyjemy, przypadkiem pojawia się ta informacja i ona jest wykorzystywana. Z punktu widzenia ekonomicznego, jeśli wykonuję jakąś czynność, klikam, pracuję, operuję maszyną, na której jest sensor zbierający, jak ta maszyna wibruje, więc dostarczam komuś te dane i tak dalej, jeśli coś takiego się dzieje, to wykonuję pracę, bo to jest moja aktywna czynność. Taka perspektywa pokazuje, że to jest stary proces zamiany różnych rzeczy, różnych zjawisk, w towary, tak jak właśnie informacji, i zamiany kolejnych elementów aktywności, czyli pracy człowieka, również w takie fikcyjne towary. Więc wciąż jest to kapitalizm, który przez dłuższy czas ewoluował i teraz przyjął formę pasożytowania właśnie na nowych towarach fikcyjnych.
Model maksymalizacji zysku przez cyfrowe platformy i gigantów technologicznych to chyba nie jest taka sytuacja, do której wszyscy jesteśmy zdroworozsądkowo przyzwyczajeni; dana firma sprzedaje swoje produkty na jakichś rynkach zbytu i zarabia na tym, bo po prostu konsumenci jej za nie płacą. Czym jest praca tłumu, z której kapitalizm kognitywny ekstraktuje wartość dodaną? Jak należy rozumieć pojęcia fabryki sieci i fabryki społecznej? Piszesz, że w tym momencie każdy przejaw naszych, początkowo zupełnie nierynkowych odruchów, składających się po prostu na życie społeczne, to, że chcemy dyskutować z ludźmi na przykład o jakimś gatunku muzycznym, od razu jest zamieniany w jakiś rodzaj towaru.
W dużej mierze tym, co te platformy zrobiły, co im umożliwiliśmy, jest m.in. to, że weszły i skolonizowały przestrzeń, sferę publiczną, sferę cyfrowej agory, w której możemy dyskutować. Wchodzą w przestrzeń typu mobilność i transport, wchodzą w edukację, wchodzą w bardzo wiele takich podstawowych sfer publicznych i w tych miejscach lokują się jako kluczowe węzły, tak naprawdę rentierzy. Stają się rentierami sieci, korzystając z tego, że każdy musi skorzystać z ich usługi, żeby gdzieś ostatecznie trafić i tam rzeczywiście skorzystać z jakichś produktów albo usług. W dużej mierze ta cyfrowa rzeczywistość, przez to, że nie została dla niej stworzona jakaś wspólna infrastruktura, została w ten sposób przejęta i skolonizowana. Mario Tronti wskazywał, że gdy fabryka była tylko w miejscu fabryki, to wiedzieliśmy, w których momentach pracujemy, a w których nie. Możliwe było zdanie sobie w ogóle z tego sprawy, możliwe były różne formy oporu, bo istniała też jasna granica między momentem, kiedy pracuję, a momentem, kiedy jestem sam dla siebie, wolny, odpracowałem swoje. I oczywiście trwał spór o to, czy mamy pracować osiem godzin dziennie, czy bez ograniczeń, występowały problemy biedy i tak dalej, natomiast wyznaczyliśmy sobie, że jednak w krajach, gdzie są przestrzegane prawa pracy, gdzie są silne związki zawodowe, są pewne ramy, ile wolno pracować, a potem człowiek jest już swobodny. Tronti zaczął analizować w powojennych Włoszech sytuację ludzi, którzy są pracownikami umysłowymi i nie jest tak, że ktoś mocno ich zmusza do tej pracy, ale oni sami zaczynają ze sobą konkurować, ponieważ informacja jest wszędzie i oni w pewnym sensie cały czas, chodząc wieczorami na kolacje ze swoimi znajomymi, czytając w wolnym czasie – są w jakimś sensie w pracy. Patrząc na to Tronti stwierdził, że jeśli fabryka kiedyś rozciągnie się na społeczeństwo, to przestaniemy w ogóle zauważać te jasne, burżuazyjne stosunki społeczne, że to jest praca, a nie po prostu nasze zachowanie, że ktoś ekstraktuje z nas tę wartość, realizuje ją, zdobywając tak naprawdę oligarchiczną władzę. Wydaje mi się, że czytając te słowa Trontiego i tę jego analizę z czasów, kiedy pierwsze komputery miały jeszcze wielkość pokoju, możemy znaleźć łatwą analogię do współczesności i do tego, że dziś fabryka rozciągnęła się na prawie każdą naszą czynność. Weszła do naszych domów, niemal dosłownie; są takie produkty czy usługi, jak chociażby Alexa od Amazona czy Google Echo, niektórzy we własnych domach stosują monitoring, inteligentne lodówki i inne takie urządzenia. Dosłownie cała rzeczywistość wokół nas zaczyna być coraz silniej spenetrowana przez urządzenia i cyfrowe sieci, które cały czas wyciągają z naszej aktywności i z naszej pracy informacyjnej jakąś wiedzę o nas, a przez to, i tutaj akurat Zuboff słusznie mówi, są w stanie stworzyć nowy behawioralny rynek finansowy, na którym handlują czy spekulują jakimiś naszymi zachowaniami. I teraz, co wydaje mi się bardzo ważne, jeśli pozwala się na stworzenie takiego rynku zachowań ludzi, to jest jasne, że chce się cały czas dbać o to, aby klient, czyli cała reszta gospodarki, przychodził i kupował reklamy i korzystał z profili, to trzeba dbać w takim razie o jakąś ich przewidywalność, stabilność, żeby te zwroty, które ktoś chce mieć z wykupionych reklam, były jasne. A skoro tak, to w takim razie tworzenie baniek i podsuwanie ludziom różnych treści tak, żeby uspójnić ich poglądy do jednej ramy, to nie jest wypadek przy pracy. To bezpośredni cel i bezpośrednie działanie tych platform. Nawet jeśli nie jest to głośno wyartykułowane, to właśnie taka strategia najlepiej maksymalizuje zysk. Fabryka sieci ostatecznie więc, przez sprawowanie nadzoru nad nami wszystkimi, zapewnia każdemu z nas rzekomo spersonalizowane usługi, natomiast tak naprawdę to jest ostatecznie spersonalizowany bilet do tej samej zagrody, w której jesteśmy, ponieważ taki profil jest profilem zakupowym, którego domaga się dany reklamodawca.
Fabryka sieci czy fabryka społeczna to w takim razie rodzaj totalizującej rzeczywistości, w której zacierają się wszystkie granice i w zasadzie cała poddaje się władzy kapitału, który wyciska z niej wartość. Co do pracy tłumu – czy to pojęcie nie odsyła nas trochę do kolektywnego charakteru wytwarzania informacji, tego, że często nie da się wskazać jednego twórcy danej myśli, danego mema, mody i tak dalej, tylko to wszystko pochodzi z niezliczonej ilości interakcji, które dopiero później są utowarowiane?
Tak właśnie jest. Jeśli weźmiemy przykłady bardziej namacalne, na przykład usługi zdrowotne, to wiedza na temat tego, jaki jest przebieg choroby, jakiegoś przewlekłego zapalenia u jednej osoby, nie daje absolutnie żadnych podstaw, aby stworzyć jakieś narzędzie algorytmiczne. Ale jeśli wiemy, jak przebiegła u 100 milionów ludzi, to jesteśmy w stanie spojrzeć na te czynniki, które do tej pory mogliśmy zupełnie ignorować: genetyczne, epigenetyczne, towarzyszące choroby, obrazy ze zdjęć, jakieś deformacje. Możemy spojrzeć na całe mnóstwo danych i znaleźć w tym rzeczywiście nową wartość. W pewnym sensie dzieje się to automatycznie; informacje mają w ogóle kumulatywny charakter, czyli ich przyrastanie nie jest po prostu dodawaniem jeden do jednego, to nie jest jak produkcja dwóch samochodów, która pozwala na to, żeby obok siebie stanęły dwa samochody, ale nie jedziemy przez to dwa razy szybciej. Informacja ma kumulatywny charakter. Jeśli wezmę algorytm przetrenowany na 10 milionach ludzi, a potem na 20, to jest bardzo spora szansa, że jednak te kolejne 10 usprawniło mi w ogóle możliwość predykcji w dramatyczny sposób, który nie jest w ogóle liniowy. Nawet jeśli to jest indywidualna jednostka, która coś robi, to prawdziwa wartość, ten rzeczywiście emancypacyjny potencjał automatyzacji nowych usług publicznych, leży nie w jednostce, lecz w agregacji danych, siły sieciowej tych wszystkich osób. I oczywiście to jest wtedy wybór, czy tę sieciową siłę wykorzystują rentierzy, którzy, po tym jak już podłączą nas wszystkich do swojej jednej sieci, robią z niej taki zamknięty ogród, zamknięty ekosystem, wykupują wszystkich rywali, Facebook jest tu świetnym przykładem, wykupują Instagramy, Whatsupy, przekazują wszystkie dane, tworzą z tego jeden potężny konglomerat, z którego nie ma żadnego wyjścia, nie można wymienić elementów tej usługi, nie można wyjąć fotela i wstawić innego, który się bardziej podoba, tylko jest się w tym ekosystemie i tyle, albo tę samą sieciową siłę można wykorzystać do celów publicznych. Natomiast wydaje mi się, że ta perspektywa, o której mówisz, jest bardzo ważna; nie ma żadnego indywidualnego zbawienia w kapitalizmie kognitywnym, z fabryki sieci wychodzimy albo przejmując w pewnym sensie kontrolę nad tym, do czego ta sieć służy, albo każdy indywidualnie krąży cały czas po tej spirali przekazywania danych i biegania za własnym ogonem nowych reklam.
W ostatnich tygodniach doszło do bardzo głośnego wydarzenia – zbanowania odchodzącego prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa na Facebooku i Twitterze. Można chyba powiedzieć, że trochę wpisało się to w zjawisko, że platformy takie jak Facebook, Twitter i Youtube często są postrzegane jako aktywni uczestnicy wojen kulturowych z wyraźnie progresywistyczną orientacją. Strona przeciwna, mówiąc najogólniej konserwatywna, próbuje odpowiadać na przewagę przeciwnika zakładaniem własnych mediów społecznościowych, takich jak Parler czy ostatnio w Polsce Albicla. To są zwykle rzeczy nieudolne, wyszydzane i tak dalej. Skąd w ogóle taki wybór w korporacyjnej agendzie i jakie ta sytuacja może mieć konsekwencje dla debaty demokratycznej, podziałów i sympatii społecznych? Czy sam model biznesowy zaognia sytuację, bo antagonizujące tematy lepiej się klikają?
Tak, zdecydowanie – model biznesowy większości tych platform, czy to będzie google’owski Youtube, Facebook, Instagram czy Twitter, to celowe antagonizowanie ludzi. Robią to nawet widząc i słysząc od swoich byłych pracowników, którzy wskazywali, że to prowadzi na przykład do wzrostu samobójstw wśród dzieci, do depresji, do uzależnień wśród mnóstwa ludzi i przede wszystkim do polaryzacji, ale ta wiedza nijak nie wpłynęła na politykę tych platform. Co jakiś czas odbywały się jakieś pojedyncze ruchy pozorowane, jeśli była bardzo silna presja społeczna, zdarzało się kogoś zbanować, ale nie miejmy żadnych wątpliwości; to tylko strona konserwatywna i prawicowa ma w zwyczaju ciągłe wołanie, że są ofiarami, podczas gdy nie są nimi w jakimś dużym stopniu. W Polsce jedyna sprawa, jaka się toczy przed sądem, to sprawa Społecznej Inicjatywy Narkopolityki, która została ocenzurowana i usunięta przez Facebooka, a nie są to raczej środowiska konserwatywne. Takie przegięcie, jeśli jest widoczne, szczególnie w ostatnim czasie, wynikało raczej z tego, że po latach zapewniania np. Trumpowi ogromnej platformy, niereagowania na wezwania, żeby może coś zrobić z jego niektórymi treściami, raczej zawieszania regulaminu dla takich osób, jak właśnie Trump czy inni autokratyczni liderzy, po tak długim czasie zorientowali się teraz i dopiero, kiedy realnie wydarzył się ten pucz waszyngtoński, że wygrała już inna administracja, która prawdopodobnie będzie regulowała big-techy i która chce coś zmienić, w związku z czym pora po prostu przemalować barwy, pora zrobić jakiś ruch, choćby symboliczny. Oberwało się Trumpowi, pojawiło się dużo deklaracji progresywnych, bo zresztą kapitalistyczne korporacje bardzo chętnie wykorzystują progresywne barwy czy na przykład ruchy LGBT. Nieprzypadkowo też jednak dlatego, że ich celem jest przede wszystkim rekrutacja jak największej liczby inteligentnych ludzi. Jeśli wśród tych inteligentnych ludzi są często też osoby nieneurotypowe, osoby LGBT i tak dalej, to muszą wobec tych osób wytworzyć pozytywną atmosferę różnorodności. To się zbiega; jednocześnie różnorodność jest rzeczywiście pewnym motorem postępu, w tym gospodarczego, i zarazem te korporacje chcą z niej skorzystać, więc malują sobie takie barwy. Moim zdaniem to jest ogromne fałszerstwo i próba udawania w drugą stronę. Na Twitterze została też niedawno pokasowana cała masa profili Antify i działaczy komunistycznych z całego świata, nie tylko w USA. Za chwilę zacznie się wyłaniać system technoimperializmu. Tym krajom, które chcą regulować czy mają swoje własne technologie, jak Chiny, czy krajom takie jak USA, które mają je prywatnie, korporacje będą się trochę wkupywały w łaski, będą zawierały jakieś dziwne sojusze i na przykład stosowały ideologiczną cenzurę. Cenzurę nie jednostronną przeciwko prawicy, jak często o sobie myślą, ale raczej udoskonalenie taktyki stalinistów. Mam na myśli taktykę salami, jeśli ktoś ją pamięta. Tyle że tutaj będzie to taktyka salami obustronnego – w środku mamy przekaz skrajnie centrowy, pozbawiony jakiejkolwiek głębokiej treści krytycznej, przekaz czysto komercyjny. I z obu stron tniemy naraz to salami, aż po środku pozostaje tylko taki najbardziej komercyjny, codzienny przekaz, reklamy albo codzienne informacje, codzienna rutyna, na pewno żaden przekaz podważający system czy kwestionujący pewne obiegowe opinie.
Mam wrażenie, że jesteśmy w takim impasie, że ciągle pyta się o suwerenność. Kto jest suwerenny, czy chcemy, żeby tę suwerenność cyfrową nadal miały korporacje, żeby miały państwa, czy w jakiś sposób włączamy użytkowników? W moim odczuciu kierunek inspirowany spółdzielczością, demokracją jest najlepszy. Nie taki, w którym tworzymy system sądów 24-godzinnych i mamy jednego sędziego wyznaczonego przez Ziobrę, Erdogana czy kogokolwiek innego, kto siedzi i wyklikuje sprawy, bo możliwość kontroli politycznej jest bardzo duża. Oczywiście nie do utrzymania jest obecny system, w którym platforma nie ponosi odpowiedzialności, umywa ręce i mówi, że to jej prywatna sprawa, gdy tak naprawdę przejęła sferę publiczną. Trzeba stworzyć system oparty na architekturze partycypacji. To oczywiście brzmi bardzo górnolotnie, ale gdybyśmy próbowali robić to sensownie, to moglibyśmy np. powołać instytucję, którą moglibyśmy nazwać Radą Cyfrowych Ławników i mógłby w niej zasiadać każdy obywatel, który spełni pewne niewygórowane standardy. Każdy obywatel może się tam zarejestrować i jeśli jest jakaś sprawa, która budzi wątpliwość, to jest losowana próba obywateli, wystarczy nawet trzech, którzy podejmują decyzje. Dzięki temu prawdopodobnie, jeśli to będą przypadkowe osoby, nie będzie aż tak dużo cenzury i nie będzie ona aż tak sterowana, ponieważ będzie bardzo zdecentralizowana. Jest to taka optyka, że jeśli sieć z definicji jest połączeniem masy ludzi, jest zdecentralizowana, to odpowiedzią na problemy, które wyrastają w takiej strukturze, musi być również system zdecentralizowany. To nie tylko kwestia demokracji, ale zarządzania procesami. Dzisiaj próba jednoznacznego przypisania odpowiedzialności, powiedzenia, że ten podmiot będzie robił to za wszystkich, jest po prostu niemożliwa i prowadzi znowu do centralizacji i obaw, które uważam za słuszne.
Współczesny big-tech tak naprawdę nie ma już wiele wspólnego z żadną grą rynkową – to są ogromne monopole bez realnej konkurencji, korzystające z efektu skali, stosujące planowanie, nie da się ich opuścić bez samowykluczenia z pewnej przestrzeni życia społecznego. Postępuje daleko posunięta koncentracja kapitału, firmy takie jak Facebook skupują mniejsze. Czy to nie jest rodzaj jakiegoś sprywatyzowanego socjalizmu, który już zaistniał i teraz tylko musimy dokonać rzeczywistego uspołecznienia i demokratyzacji czegoś, co i tak już trochę się wydarzyło?
Dokładnie tak jest. Istnieje technoprzemysłowy kompleks, który planuje, jak Amazon, który bierze dane dosłownie zewsząd, planuje sobie całą logistykę. To, co powiedziałeś, jest trochę leninowskie w treści. Lenin w pracy „Imperializm jako najwyższe stadium kapitalizmu” bardzo ciekawie to ujmował i to mnie właśnie skłania do tej refleksji na temat technoimperializmu. Ostatecznie rola tych największych kapitalistów do tego zmierza, kiedy kończy się gra rynkowa, ponieważ, gdy uruchamiamy rynek, to on dąży do autodestrukcji, to jest jasne, to są wewnętrzne sprzeczności w kapitalizmie, które prowadzą do jego końca. Kiedy kończy się okres tych wszystkich rund, zmniejsza się rynek i następuje konsolidacja, wówczas dochodzimy do punktu, w którym te firmy same się uspołeczniają – w tym sensie, że stają się pewnym społecznym, publicznym tworem, który ogarnia całe społeczeństwo, który produkuje dla wszystkich albo oferuje usługi wszystkim. Jeśli tak się dzieje, to zasadniczo podstawowy charakter platformy cyfrowej już jest całkowicie społeczny, czy, tak jak powiedziałeś, jest pewnym prywatnym socjalizmem. Problemem jest tylko to, że nadal ma miejsce prywatyzacja zysków i uspołecznianie strat. Naszym zadaniem jest w jakimś sensie chociaż wyrównanie tego balansu i dlatego nie sądzę, że propozycja jakiegoś cyfrowego socjalizmu to jest radykalizm i wywrócenie stolika. Absolutnie nie – to jest właśnie znalezienie równowagi. Jeśli uspołeczniamy straty, bo my wszyscy bierzemy je na klatę, to musimy też uspołeczniać zyski, tak na serio, a nie na pół gwizdka. Wydaje mi się, że ten imperializm, o którym mówisz, warto jednak geograficznie lokalizować, mówić też o tym, że w przypadku krajów takich, jak Polska, siedziby firm i kontrola nad nimi jest całkowicie poza naszym zasięgiem. W tym sensie jesteśmy całkowicie skolonizowanym krajem i dlatego jakaś próba odzyskania tego musi się dziać przez miks budowy własnej infrastruktury i własnych rozwiązań. Nie sądzę, że Albicla jest dobrym kierunkiem, to raczej wygląda jak próba zrobienia tego samego, ale to „my” będziemy teraz cenzurować. Jeśli w ogóle z takim podejściem podchodzi się do rzeczywistości, to przepraszam, ale konserwatyści są tylko dużo bardziej zamordystyczną wersją kapitalistów, nie wiem, kto chciałby optować za czymś takim. Musimy raczej naprawdę wywrócić podstawową logikę tego systemu, postawić na jakąś jego demokratyczną wersję. Być może nie będzie się dało tego zrobić tylko budując alternatywy; jeśli tak, to raczej osiągniemy to przez bardzo ostre, bardzo surowe regulacje i takie chyba w naszej przynajmniej sytuacji możemy wywalczyć negocjując jako blok handlowy, jakim jest Unia Europejska.
Powiedzmy jeszcze coś o tym, jak dokładnie mogą przebiegać to uspołecznienie i ta transformacja. O jakich receptach możemy myśleć? Wspomniałeś już o cyfrowym kooperatyzmie, w książce piszesz też o wspólnicach danych, czasami półżartobliwie rzuca się hasło nacjonalizacji Facebooka. Podejrzewam, że możliwych rozwiązań jest wiele i mogą one współwystępować na różnych poziomach. Co można o tym powiedzieć?
Nie ma jednej odpowiedzi, można je wymienić, jak i tych aktorów, którzy powinni na nie grać. To podobne do tego, co Polanyi mówił o podwójnym ruchu – kiedy następuje ekspansja kapitału, z drugiej strony następuje społeczny ruch sprzeciwu, który często jest pluralistyczny i wielowątkowy. Jedni chcą regulować, drudzy budują alternatywy, a im silniej jest dokręcona śruba, tym więcej różnych grup ma poczucie „cholera, coś musimy zrobić” i próbują to robić na swój sposób. Można wymienić kilka takich elementów. Najbardziej oddolne są oczywiście cyfrowe spółdzielnie – jeśli mamy dziś Ubera czy Uber Eatsa, który płaci marnie pracownikom i dociska jeszcze w dodatku restauratorów, to tworzymy takie same rozwiązania technologiczne, ale sterowane przez nas, z lepszymi warunkami, szanujące lokalną wspólnotę. To jest taki lokalny, samorządowy, spółdzielczy ruch. Z innej strony mamy właśnie wspólnice danych, czyli próbę odzyskania kontroli nad danymi i tu sądzę, że sfera publiczna ma wiele do rozegrania. Nawet niekoniecznie na poziomie europejskim, być może nawet na poziomie narodowym albo jako dyskusja między różnymi krajami, które będą chciały te dane odzyskiwać dla dobra interesu publicznego, choć Unia Europejska też próbuje to robić. Mamy oczywiście wysiłki regulacyjne. Tutaj nie ma się co łudzić: jeśli chcielibyśmy pójść naprawdę daleko i rozwiązać te problemy naprawdę na dobre, podstawą byłaby nacjonalizacja Facebooka. Mówiąc bardziej serio – niestety, ale w dużej mierze taki Facebook jest po prostu infrastrukturą publiczną, tak samo jak kolej, wodociągi, operatorzy transmisji energii. Tak jak wszystkie te systemy, z automatu ma tendencję do bycia monopolem naturalnym. Jeśli tak, to ani nie mówił tego Karol Marks, ani Róża Luksemburg, ani przytoczony Lenin, tylko Adam Smith mówił o tym, że monopol naturalny nigdy nie może być sprywatyzowany. Już więc poszliśmy w dużo gorszą wersję libertarianizmu niż to, co sobie wyobrażał ojciec podejścia wolnorynkowego. Naprawdę dobrze napisane regulacje unijne powinny wymóc wytworzenie infrastruktury publicznej. Nawet jeśli Facebook czy Google nie zechcą tego oddać, bo to są amerykańskie firmy, więc nie możemy im powiedzieć nawet z Brukseli „macie natychmiast się podzielić i w ogóle najlepiej jakbyście przenieśli tę infrastrukturalną część do Genewy, bo tam będziemy pilnować tego jako ONZ”; to się raczej nie wydarzy. Można to zrobić po pierwsze biorąc dane i przenosząc je do europejskich czy narodowych wspólnic, mówiąc, że tutaj są bezpieczne, a jeśli chcecie świadczyć usługi reklamowe, to przychodzicie do nas, bo to my bezpiecznie przechowujemy te dane. Drugim wariantem jest parcie na to, żeby stosowali mocną interoperacyjność, czyli jeśli ja chcę teraz zbudować własny algorytm, który wyświetla ścianę i robi posty, to mogę sobie wziąć całą bazę mojego profilu, moich znajomych, ale wyrzucić całą część reklamową i wsadzić własną część usługową. To rozdzielenie usług od infrastruktury bazodanowej. To się zasadniczo tyczy wszystkich platform cyfrowych; jeśli mają część infrastrukturalną, to ona powinna być świadczona na otwartych protokołach, w otwartym dostępie. Sami w ten sposób powstali, bo pierwsza generacja Internetu powstała właśnie na infrastrukturze publicznej; publicznych protokołach, czyli http i e-mail. I już rozdzielenie tej infrastruktury zrobi bardzo dużo, a jest krokiem trudnym do wykonania. W dalszym ciągu powinna postępować demokratyzacja Internetu, przez włączanie użytkowników, żeby mieli więcej do powiedzenia. To też jest kluczowe, ale myślę, że to akurat wydarzy się raczej oddolnie.
Dzięki wspólnicom danych będziemy mogli poczuć się mniej uprzedmiotowieni jako nieustanny target reklam? Co się zmieni?
To nie tylko pojedyncze reklamy, które się nam wyświetlają, ale chociażby firmy ubezpieczeniowe, które w coraz większym stopniu korzystają z tego do rozpoznawania, czy przypadkiem ktoś nie jest biedny albo ze zmarginalizowanego tła, na przykład z małej miejscowości. No i każdy powód, żeby w jakiś sposób wartościować ludzi, polaryzować i pogłębiać nierówności będzie stosowany i już jest stosowany w wielu krajach. Szczególnie myślę tu o Europie Zachodniej, gdzie często mówi się o algorytmizacji welfare state; państwo opiekuńcze, ponieważ kurczy się przez neoliberalną politykę, stawia algorytmiczne zasieki. Coraz częściej analizuje się dane o ludziach, szukając powodu, żeby konkretną osobę wykopać z systemu, nie dać świadczenia i tak dalej. Nawet jeśli jeszcze tego nie widzimy, to w rosnącym stopniu będzie to wykorzystywane przeciwko nam. Natomiast to się może też zmienić w drugą stronę – jeśli uda nam się w jakiś sposób odzyskać kontrolę chociażby nad danymi dotyczącymi transportu w Uberze, FreeNow i innych usługach, to będziemy dokładnie widzieli, w jakich godzinach i gdzie być może brakuje sensownych połączeń, na przykład transportu publicznego. Będziemy więc mogli jeszcze lepiej najpierw planować systemy, które już mamy, a później planować nowe usługi, wspomniane już chociażby usługi zdrowotne, algorytmy, które są w stanie szybciej wychwycić, czy u kogoś niedługo może rozwijać się chociażby rak. Takie systemy pozwolą zoptymalizować koszty usług publicznych, przez co w pewnym sensie wygramy wojnę z neoliberalizmem. Będziemy w stanie powiedzieć, że te inwestycje sprawią, że system będzie lepszy jakościowo i jeszcze w dodatku tańszy. Kapitalizm, który domaga się, aby usługi publiczne były tańsze, bo podobno są niewydajne, zarazem musiałby wreszcie uspołecznić dane i umożliwić te inwestycje, uspołecznienie tych platform, żeby modernizacja usług publicznych miała miejsce. Jesteśmy więc w takim impasie i wyjście z tego impasu musi się moim zdaniem odbyć przez tworzenie instytucji. To nie jest nawet specjalnie radykalna teza, jest tak naprawdę dość umiarkowana, myślę, że tacy liberalni ekonomiści jak np. Daron Acemoğlu podpisaliby się obiema rękami pod tym, że potrzeba włączających instytucji, które będą podstawą tworzenia dobrobytu w gospodarce. Uważam, że w wieku informacji taką podstawą są właśnie wspólnice danych.
Jakie działania już są podejmowane? Co już się dzieje na poziomie państw narodowych, UE, ONZ?
Niestety takie międzynarodowe organizacje, jak ONZ i OECD w tym momencie trochę zacięły się w miejscu. ONZ skupiał się bardziej na wymianie danych covidowych, OECD dawno walczyło o reformę całego systemu podatkowego, która utknęła wywrócona przez ludzi Trumpa. Jesteśmy na takim etapie, że z dużych podmiotów zasadniczo tylko Unia Europejska staje do tej walki. Rozumiem i szanuję potrzebę suwerenności narodowej, w tym cyfrowej suwerenności, i myślę, że do jakiegoś stopnia można ją zrealizować, także w Polsce. Silniejszy Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, jakieś narzędzia, nawet lokalnie wdrożony podatek cyfrowy do czego przychyla się po części minister Kościński w propozycji podatku od reklam, ochrona praw pracowniczych pracowników platform – to wszystko są rzeczy do zrobienia na poziomie krajowym, ale pewne rzeczy, jak chociażby właśnie wymuszenie zmiany architektury największych platform, jak odzyskanie kontroli nad danymi, jakaś bardzo daleko idąca ingerencja w ich działanie, są możliwe tylko na poziomie unijnym. Tutaj powstaje Kodeks Usług Cyfrowych i Kodeks Rynków Cyfrowych. Wydaje mi się, że rok 2021 będzie rokiem ogromnego sporu o to, jak te regulacje mają wyglądać. W pewnym sensie moim zdaniem będą dowodem na to, czy jednolita Unia Europejska, która tworzy prawo w modelu scentralizowanym, jest rzeczywiście lepsza niż rządy narodowe, czy nie. Do tej pory trudno było jeszcze pokazać taki jednolity przykład, teraz prawdopodobnie wydarzy się on w momencie, gdy jesteśmy wciśnięci między blok amerykański i blok chiński, które technologicznie są dużo lepiej rozwinięte, mają swoich czempionów i robią nimi ekspansję na cały świat, wchodzą do różnych krajów, w tym europejskich, negocjują z nimi warunki wejścia i szukają różnych sposobów utrzymania tej kolonialnej zależności. Sytuacja się totalnie obróciła: teraz cały kontynent europejski jest w pewnej sytuacji bycia kolonizowanym i próbuje znaleźć podmiotowość. Wydaje mi się, że z tego powodu powinniśmy optować za jak najsilniejszymi regulacjami europejskimi. Niestety, gdy próbowałem prowadzić dialog z ludźmi z Ministerstwa Finansów, Ministerstwa Rozwoju czy z kancelarią premiera, za każdym razem ci ludzie takie trudne tematy, bo tak oni je postrzegają, ponieważ jesteśmy całkowicie zależni od USA, cedują totalnie na Brukselę – nie chcą ich podejmować, mimo że są fundamentalne dla rozwoju naszego kraju. Mimo tego, że dużo bardziej liczyłem na polską suwerenność, dzisiaj mam wrażenie, że musimy trzymać kciuki, aby te najbardziej ambitne warianty udało się przepchnąć w Brukseli – i regulacji usługowych, które dotyczą moderacji w Internecie, wolności słowa, niedyskryminacji, i te czysto rynkowe, które dotyczą konkurencji i działań antymonopolowych.
Na co możemy liczyć w związku z Kodeksami Usług Cyfrowych (Digital Services Act) i Rynków Cyfrowych (Digital Markets Act)?
Zostały one podzielone tak, że pierwszy dotyczy właśnie moderacji reklam, treści i prywatności, w dalszym ciągu z takiej, powiedziałbym, społecznościowo-prawnoczłowieczej perspektywy i trochę też kwestii dotyczących w pewnym sensie praw pracowniczych, natomiast Digital Markets Act obejmuje bardziej kwestie konkurencji, faworyzowania własnych produktów, wykorzystywania danych przeciwko komuś, zamkniętych ekosystemów, i tak dalej. Co ciekawe, gdy procedowano te dokumenty, Kodeks Usług Cyfrowych został wręczony w Parlamencie Europejskim do zaopiniowania grupie Socjalistów i Demokratów, i to do tej grupy należy główny sprawozdawca tego projektu, a Kodeks Rynków Cyfrowych został wręczony do sprawozdania Europejskiej Partii Ludowej. Nie wiem, czy to jest najlepsze rozwiązanie – zasadniczo wiadomo, że socjaliści i demokraci będą mieli przegięcie w stronę na przykład mocniejszego banowania ludzi za jakieś nieprawomyślne treści, a niekoniecznie, powiedzmy, jak tę odpowiedzialność platform wyważyć, żeby one jednak nie miały dużej władzy algorytmicznej. Z kolei mam wrażenie, że przekazanie kwestii antymonopolowych ludowcom doprowadzi do jakiegoś przegięcia w stronę „przede wszystkim ważne, żeby była konkurencyjność i żeby małe start-upy mogły rywalizować”, a jednak celem Digital Markets Act powinno być przede wszystkim wytworzenie pewnej infrastruktury publicznej i pootwieranie platform. Nawet nie tyle zwiększyć konkurencyjność, co stworzyć większą przestrzeń dobra wspólnego, gdzie konkurencji w ogóle z definicji nie ma. Trzeba się bardzo przyglądać tym dokumentom – to są często nudne rzeczy, ale największe firmy, Google, Amazon, Facebook, od dawna już zapowiadają, jak ostro będą walczyć przeciwko tym regulacjom. W zeszłym roku na przykład Google rozdawał granty polskim niszowym mediom regionalnym, więc już starał się w jakimś sensie związywać z nimi finansowo, żeby one też czuły, że jest pewna linia, której powinny bronić. To ma też związek chociażby z koniecznością płacenia za treści wydawcom medialnym, co się już w niektórych krajach dzieje; we Francji Google się dogadał, ile będzie płacił lokalnym wydawcom gazet, bo to przez niego głównie te gazety tracą swoje źródła dochodu. Ciekawe rzeczy się dzieją i musimy bardzo pilnować tego, żeby nie nastąpiło zmiękczenie tych regulacji.
Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, styczeń 2021 r.
przez Szymon Majewski | niedziela 3 stycznia 2021 | nasze rozmowy
Chłop jest twardy – z Henrykiem Nienajadło, sołtysem wsi Gorajec, rozmawia Szymon Majewski
Jest Pan rolnikiem ze wsi Gorajec w województwie podkarpackim. Jak się to zaczęło?
Henryk Nienajadło: Rolnictwem zajmuję się amatorsko; z zawodu byłem kierowcą, ale miałem gospodarstwo. Żona odziedziczyła gospodarstwo, a ja też pochodzę z rolniczej rodziny, tata też miał gospodarstwo. 50 lat temu one nie były duże, na Podkarpaciu miało się po 7 hektarów i z tego tata się utrzymywał. Potem poszedłem do pracy, przeprowadziłem się do Gorajca, poznałem żonę i ona miała takie małe gospodarstwo, 3-4 hektary.
Co tam było uprawiane?
Jak przyszedłem, to co tam można było uprawiać na tym areale trzyhektarowym? Troszkę ziemniaczka, troszkę buraczka i tyle. Jak poznałem żonę, to trochę pracowałem, a później w czasach kryzysu, to były lata dziewięćdziesiąte, jak wszystko poupadało, gospodarka zaczęła się psuć, wziąłem się za to gospodarstwo, bo nie miałem pracy, zostałem zwolniony. W byłym PGR-ze kupiłem 10 krów i zacząłem hodowlę bydła mlecznego.
Najczęściej słyszy się, że zlikwidowano PGR-y i na takich terenach wydarzył się dramat. A jak transformacja odbiła się na gospodarstwach indywidualnych?
To była kwestia Balcerowicza, który zaczął wprowadzać te swoje metody. Jako kierowca pracowałem trochę w PGR-ze i właśnie te PGR-y zaczęły upadać, syndyk to dzielił, sprzedawał, a wtedy były takie czasy, że ziemia się nie opłacała i mało kto chciał ją uprawiać. To leżało i po jakimś czasie dopiero jeden próbował, drugi rzucał, inny próbował, ktoś rzucał… Zaczęło być lepiej dopiero przed wejściem do Unii, 2-3 lata przed akcesją już zaczęło się dziać trochę lepiej, już nie było takiego kryzysu; jeszcze trochę był, ale nie taki straszny jak wcześniej, kiedy nic się nie opłacało. Ale jednak chłop poświęcił się tej ziemi i uprawiał ją. I tak było ze mną: gdy kupiłem te krowy, zacząłem produkować mleko i z czasem nawet nie było najgorzej, bo po tym kryzysie mogło być tylko coraz lepiej. Nie mogę powiedzieć, że byłem producentem mleka, bo to było raptem 10 krówek i to były takie tereny, że one się tu pasły całe lato, za bardzo nie doglądałem tak niewielkiego stada, tylko wypuszczałem, one się pasły, wydoiłem, wymyłem i to mleko sprzedałem. I tak to wyglądało, że to nie było tak najgorzej. A później Unia już nałożyła limity – na mleko, na buraki, na wszystko, wszystko było limitowane. Jeśli wyprodukowało się za dużo, to mogło się nie udać sprzedać, bo nikt nie chciał tego wziąć. Ja miałem limit 70 tys. litrów, a gdy była nadprodukcja, to trzeba było płacić kary.
Czemu miały służyć te limity?
Każdy kraj członkowski dostawał limit, my dostaliśmy bodajże 11 milionów litrów mleka i mieliśmy się w tym zmieścić. Przed wejściem do Unii produkowałem tyle i tyle, więc po wejściu do Unii dostałem właśnie taki limit – tyle będę mógł sprzedać i zagwarantują mi, że to mleko odbiorą, a jeżeli będę miał nadprodukcję, to będę płacił karę.
Czy dla Pana i dla innych rolników było to uciążliwe?
Dla takiego producenta jak ja nie tak bardzo, dawałem sobie radę bo nie byłem aż takim dużym producentem. Ale ci więksi producenci inwestowali, systematycznie zwiększali produkcję, a limit im się nie zwiększał, więc mieli nadprodukcję i mieli z tym problem. Oni mogli to sprzedać, ale później, w marcu, gdy rok kwotowy się kończył, bo to było od marca do marca. Na początku kary były małe, ale na samym końcu bardzo duże. Tak więc duzi rolnicy zostali z dużymi karami, ci duzi producenci jeszcze do dzisiaj te kary spłacają. Limity zniesiono kilka lat temu. Miałem też limit na buraki cukrowe. Dostałem 130 ton limitu. Co roku siałem te buraki i sprzedawałem. Jeżeli miałem więcej, ponad plan, to cukrownia płaciła za to marne grosze.
Mówiliśmy o niedawnej historii – a czy obecnie niewielkie rodzinne gospodarstwa rolne mogą jeszcze w ogóle być źródłem utrzymania? Dla Pana rolnictwo jest dodatkowym zajęciem, ale czy dzisiaj rolnik z niedużą produkcją jest w stanie wyżyć z tego jako głównej pracy?
Wiele zależy od tego, co produkuje, bo jeżeli są to zboża czy jakieś rośliny okopowe, to na pewno się nie utrzyma, ale jeżeli by uprawiał warzywa czy jakieś inne rzeczy, np. zioła, to może np. wejść w produkcję ekologiczną. Tylko wiadomo, że to jest pracochłonne, chwasty muszą być czyszczone, wszystko mechanicznie i wszystko zgodnie z literą prawa, zgodnie z wymogami. Ja swoje gospodarstwo systematycznie powiększałem i doszedłem do takiego stanu, że mam ok. 20 hektarów. U nas raczej nie ma dobrych ziem, to są czwarte i piąte klasy gleby, więc nie możemy liczyć na produkcję zbóż. Ale produkuję mleka w granicach 100 tys. litrów, niedawno przekazałem to zięciowi – i z tego da się wyżyć przy starannej gospodarce. Dla takiej rodziny średniej, nie wielopokoleniowej, ale takiej 2+2, to myślę, że tak. Jest to pracochłonne, bo to nie jest zbyt zmechanizowana gospodarka, to nie są nowoczesne obory, tylko pozostałość po dawnych czasach, ale idzie wyżyć.
Czy drobny rolnik ma jakiekolwiek szanse w starciu z rolnictwem wielkoobszarowym? Czy to mleko albo buraki można w ogóle sprzedać, jeśli konkurencją jest wielka korporacja, która może np. zrobić to taniej?
O takim, co ma po 5 tys. czy po 10 tys. hektarów to nie mówimy już, że jest rolnikiem, on jest przedsiębiorca. On ma doradców, on ma swoich ludzi, tylko tym zarządza. A na takim gospodarstwie jak u mnie to samemu muszę być dyrektorem, mechanikiem, robotnikiem, wszystko muszę robić sam, nie pozwolę sobie na wezwanie jakiegoś mechanika, bo to jest gospodarstwo typowo rodzinne. Syn może pomóc, żona troszkę i tak, tym sposobem, można to pociągnąć, ale nie tak z tą konkurencją… Może wytrzymamy. Muszę powiedzieć, że my nie stosujemy chemii, nie stosujemy środków dopingujących dla krów, żeby dawały jak najwięcej mleka, tylko u nas zwierzę pasie się na trawie, dostaje później swoje siano i buraki – ale w efekcie wydajność jest mniejsza. Nie ma mowy o dużej wydajności, ale to mleko jest zdrowe, czyste, ekologiczne, a więc dużo lepsze; ci producenci, którzy mają farmy krów po 200-300 krów to tam wszystko jest uwiązane przy oborze i to zwierzę jest karmione kiszonkami, tymi wszystkimi dodatkami, samą chemią, Ono daje dużo litrów, ale co to za mleko, proszę pana. To nie jest zdrowe.
Pewnie też warunki, w których przebywają zwierzęta, są dużo gorsze.
Oczywiście, bo krowa dostaje tylko to paszowe jedzenie, ona ma tylko zjeść, poleżeć i się doić, zjeść, poleżeć i się doić, i tak w kółko. Taka krowa wytrzymuje 3-4 lata i ją trzeba zabić, bo ona jest tak wyeksploatowana: da dużo mleka, ale krótko żyje. A nasze krowy żyją nawet po 15-20 lat.
A czy to znaczy, że dla małych rolników dobrą strategią może być pójście właśnie w rolnictwo ekologiczne, pozyskanie certyfikatów i sprzedawanie swoich produktów właśnie pod takim szyldem? Czy to może być sposób na to, żeby jakoś się utrzymać na rynku?
Tak, na pewno to jest sposób i przy takim gospodarstwie, jakbym miał certyfikat i produkcję mleka ekologicznego, jakbym szedł w produkty typu sery i inne, to na pewno zwiększa się znacznie dochód. Tylko że żyjemy tutaj w takim otoczeniu, że nas jest w Gorajcu 40 ludzi, 7 czy 8 rodzin. I to jest cała wieś, niedaleko jeszcze jest tu miasto Cieszanów, dość chłopskie, a na ościenne wsie to chyba nie można się nastawić, bo jakby było tylu ludzi jak w aglomeracji miejskiej, to nie ma sprawy, to by wszystko szło jak świeże bułeczki i byłoby dużo lepiej.
Czy jest jakiś poziom, od którego rolnictwo zaczyna być opłacalne, w takim liczbowym sensie?
Gdy ma się ok. 50 hektarów pola, to idzie dobrze wyżyć. Jak jest dobrze gospodarowane i jest wszystko rodzinne, wszystko jest swoje i siła robocza jest swoja. Dzisiaj gospodarstwa są zmechanizowane i nie ma o czym mówić. Kiedyś było ciężko konikami pracować lub były małe traktory. Dzisiaj jest sprzęt nowoczesny, powiedzmy sobie szczerze, że Unia nam tutaj trochę pomogła, bo te pierwsze początki dofinansowań i wymiana sprzętów były bardzo pomocne. Ja dostałem dosyć dobre dofinansowanie i zakupiłem cały nowy sprzęt do produkcji mleka, do pozyskania pasz, siana, kosiarki, te wszystkie rozrzutniki, ciągnik, prasy, prasy rolujące; na to wszystko dostałem dofinansowanie i to był bardzo dobry pomysł, bez tego bym nie ruszył.
O rolnikach i rolnictwie w społeczeństwie krążą różne mity. Czasami zakłada się, że rolnicy są bogaci i żyją na bardzo wysokim poziomie, czasami wręcz przeciwnie – że są bardzo ubodzy i ledwo wiążą koniec z końcem. Jak jest naprawdę, jaka jest rzeczywista sytuacja majątkowa, czy dochodowa rolników?
Muszę powiedzieć jedno: to, co miasto mówi na temat rolnictwa, to bardzo często jest nieprawda. Ten chłop, taki jak ja, gdyby nie wstał rano o piątej i nie pracował w lecie do godziny dziewiątej wieczorem, albo i do dziesiątej jeśli trzeba, bo to pozyskać trzeba paszę, pozyskać siano, opryski zrobić… Muszę zrobić to sam. Na pewno ten, co ma 5-10 tys. hektarów, jest przedsiębiorcą i jemu się powodzi bardzo dobrze, to jasne. Ale tacy jak my, rolnicy, bo tu mówimy o takich rolnikach jak ja? Nie można sobie pozwolić na duże kredyty, bo przecież wiadomo, że to jest takie gospodarstwo, które nie jest rozwojowe. Nie mogę powiedzieć, że kupiłem to wszystko bez kredytu, bo bym skłamał, było małe kredytowanie, ale starałem się to od razu spłacić, tak, żeby nie trzymać w niepewności siebie i banku. Pospłacałem i żyję sobie tak, jak żyję, bez stresu. Są lata tłuste i lata chude, poprzedni rok był taki suchy, a dzisiaj co mamy? Dzisiaj mamy wszystko mokre, całe lato było mokre, siana kompletnie suchego nie zebrało się prawie nic, bo nie dało rady, wszystko mokło.
A co z wyzyskiem rolników przez pośredników, przez sieci handlowe, które skupują produkty po bardzo niskich cenach i rolnik nie jest w stanie nic na tym zarobić, jeszcze przy konkurencji jedzenia importowanego z zagranicy?
Rolnik produkuje, może przez jakiś czas utrzymać zboże, ziemniaki, ale nie warzywa czy owoce miękkie – on tego nie zatrzyma, musi szybko sprzedać i nie ma znaczenia, czy dostanie 30 groszy czy złotówkę, musi się tego pozbyć, bo jeśli się nie pozbędzie, to mu to całkiem przepadnie. Rolnik zarabia najmniej, bo najwięcej zarabia pośrednik. Jeżeli ktoś ma gospodarstwo 5-10 tys. hektarów, to on ma swoich doradców, ma swoje umowy i z tego żyje. Ale taki rolnik, co ma 5, 10, 15 hektarów – nie da rady, bo on sobie nie pozwoli na chłodnie, na taki magazyn, żeby mógł to trzymać, musi to w pewnym momencie oddać, bo jak nie, to mu się zmarnuje i straci jeszcze bardziej.
Ceny są zawsze dyktowane przez pośredników?
Wiadomo, że nie ma inaczej. Muszę powiedzieć, że są też firmy uczciwe. Sieję trawy nasienne i jest taka firma w Krotoszynie i ona gdy podpisuje umowę ze mną, to daje minimalną cenę, przykładowo 3,20 zł i poniżej tego nie zjedzie, a jak będzie dobra koniunktura, to dadzą więcej. I w tym roku było więcej, więc są firmy, które współpracują z rolnikami, bo potrzebują czegoś i my też coś z tego mamy. Taki mały rolnik skosi zboże, zawiezie prosto do magazynu, on mu taką cenę zaoferuje i jak chcesz, to sprzedaj, a jak nie, to nie. Gdzie on się z tym podzieje? Więc sprzedaje za 50 zł za metr i tyle. Wiadomo, że gdy rolnik ma 100-200 hektarów, posiada swój magazyn, ma swoje elewatory i on to zboże może przetrzymać do grudnia, a nawet do marca. Ale taki rolnik, który ma 5 czy 10 hektarów, hektar czy półtora hektara tej pszeniczki czy tego jęczmienia, on to skosi, na przyczepę wsypie i gdzie będzie wysypywał? Więc wiezie do magazynu i oni mu wezmą to zboże, ale za marne grosze. On nic nie może powiedzieć, on nie może stawiać warunków, bo jak chcesz to sprzedasz, a nie chcesz, to zabieraj. I on to sprzedaje – za marne pieniądze.
A co rolnicy mogliby zrobić, żeby jakoś wzmocnić swoją pozycję? W przeszłości istniały np. spółdzielnie…
Gdyby były spółdzielnie i stowarzyszenia, byłoby na pewno inaczej. Im większy jest na przykład tonaż zboża u producenta, tym bardziej możemy stawiać warunki, ale do tego musimy się zjednoczyć, założyć stowarzyszenie, koło czy jakąś grupę producencką, i wtedy możemy ceny negocjować. Bo sam co zrobisz? Nic. Ale to wszystko musi być zgrane, że zakładamy grupę producencką, jest nas 50 rolników, mamy tyle i tyle, taki areał zasianego zboża i jakiś przedstawiciel tej grupy, oczywiście nie za darmo, tylko za jakieś pieniądze, negocjuje te ceny. Mamy przykładowo 200 ton jęczmienia, wynegocjowałem takie i takie ceny, ale ten jęczmień będzie sprzedany dopiero w grudniu.
Czyli, krótko mówiąc, warto się jednoczyć?
Oczywiście. W kupie siła.
Chciałem zapytać tak trochę szerzej, już nie tylko o rolnictwo, ale w ogóle o wieś. Są statystyki pokazujące, że współcześnie tylko ok. 10% mieszkańców wsi zajmuje się rolnictwem. Czy rolnictwo zanika? Czy jest zajęciem dodatkowym, czy może tak naprawdę te liczby wyglądają trochę inaczej? Gdzie pracują ludzie na wsi?
Dzisiaj gospodarstwa są nowoczesne, zmechanizowane i przez to nie trzeba tyle siły roboczej. 40 lat temu to ja te krowy doiłem z żoną rękami, a dzisiaj mam to zmechanizowane i da radę, żebym te 15 krów obsłużył, wydoił i schłodził to mleko. To jest wszystko nowoczesne, zmechanizowane i nie trzeba nam tyle ludzi, co przedtem. 40 czy 50 lat temu połowa ludzi mieszkała na wsi i utrzymywała się z rolnictwa, ale to było męczące. Dzisiaj rolnictwo jest zmechanizowane, sprzęt nowoczesny i rolnik daje sobie radę. Pracowałem w PGR-ach do 1990 roku. Jak przychodziło się rano na zbiórkę, to było z 60-70 osób. Dzisiaj właściciel kupił ten PGR i jest tych ludzi sześcioro i dają radę wszystko utrzymać, obsiać i wyprodukować. Sprzęt jest nowoczesny, wydajny.
Skoro więc rolnictwo już nie dominuje na wsi, gdzie pracują jej mieszkańcy?
Mogę powiedzieć o naszej wsi. Tu jest dwóch rolników – taki młody i jeszcze jeden kolega, który ma z 60 hektarów. Jest mało młodych ludzi; wie pan, dzisiaj z pracą nie jest aż tak bardzo ciężko, kiedyś było ciężko, ale dzisiaj pracę można dostać w Cieszanowie czy w Lubaczowie. A po drugie musimy powiedzieć, że infrastruktura, drogi, to wszystko zostało tak zmodernizowane, tak zrobione, że nie ma dróg kamiennych, wszystkie drogi wiejskie są wyasfaltowane, wszędzie dojedziesz, masz dostęp do samochodu, więc dzisiaj nie ma problemu z pracą.
Czyli wsie stają się trochę sypialniami dla miast, też mniejszych, gdzie ludzie jeżdżą pracować w usługach albo przy produkcji?
Oczywiście, jeżeli jest duża wieś i dużo ludzi, tak to wygląda. Tutaj u nas jest tak, że jest wieś starzejących się ludzi, prawie połowa emerytów, a młodzież wyjechała wcześniej, bo były ciężkie warunki, nie było pracy, nie było niczego, więc wszystko wyjechało trochę za granicę, trochę gdzie indziej. I tak to zostało. Ten, kto został i dzisiaj chce pracować, dojeżdża do miast.
A bywa też tak, że czasem, podobnie jak u Pana, ma się jakąś pracę na etacie czy działalność gospodarczą i z tego się przede wszystkim żyje, ale jednak poza tym cały czas ma się to gospodarstwo i trochę się w nim nadal pracuje, choćby na własne potrzeby?
To jest dziedziczone z dziada pradziada i szkoda to zniszczyć, bo człowiek, czy lubi, czy nie lubi, ale będzie pracował i będzie obsiewał gospodarstwo. Z takimi gospodarstwami do 10 hektarów to nie bardzo się można utrzymać, jest ciężko. Ale jak jesteś zaradny, to i dasz radę gospodarstwo utrzymać, i pójść do pracy, i zawsze dochody się zwiększą; tak jest bezpieczniej i lepiej.
Coraz częściej na wieś wyprowadza się wiele ludzi z miasta. Niedawno krążyła anegdota o letniczce, która chciała wezwać policję przeciw kombajnowi pracującemu przy żniwach po godzinie 22…
To jest, proszę pana, sytuacja absurdalna. Jestem sołtysem wsi i wiem, jak to jest – dzisiaj jeśli chcesz się budować, zrobić daczę czy postawić sobie jakiś domek letniskowy, to uświadamia się kogoś takiego, że dzisiaj ziemia jest taka, że nie będzie się w dzień pryskać ani zboża, ani rzepaku, ani innych traw, tylko musisz to robić wieczorami, bo jeżeli chodzi o pszczoły, owady zapylające, to je zniszczysz. Są takie wymogi i nie można. I się uświadamia – słuchaj, możesz, my się zgadzamy, że ty tutaj przyjeżdżasz, możesz tu sobie coś wybudować, ale musisz wiedzieć jedno, że jeśli ja będę musiał wozić obornik czy gnojowicę i będę miał na to zezwolenie, to ja to będę woził. To może czasem śmierdzieć, ale ty nie będziesz wołał i nie będziesz mieć z tym problemu. Z nami jako rolnikami musisz żyć w zgodzie, bo jeżeli nie, to się nie zgodzimy. Gdzieś może tak się zdarza, ale u nas się nie zdarza. Kombajn kosi to kosi, ja wożę nawozy to wożę i nie ma problemu.
To są ludzie z dużych miast, oni nie wiedzą, co to jest gospodarstwo, co to jest rolnictwo i często są takie sytuacje. Jeżeli jest informacja, że ktoś się chce osiedlić, zamieszkać, to niech wie, że jest taka sytuacja, taka produkcja, że tak to będzie czasami wyglądało. Myślę, że jak się zdecyduje i zrozumie, to nie będzie konfliktu. Najgorzej, jak ktoś taki przyjedzie z dużego miasta, nie wie, co to jest rolnictwo i jak ktoś o dziesiątej wieczorem będzie pryskał rzepak, bo to trzeba o tej porze, to będzie miał problem. Jak ktoś przyjeżdża z dużego miasta i myśli, że wieś to tylko spokój i cisza, może się czasem trochę zdziwić. Na wsi jest różnie, szczekają psy, wylewa się obornik, pryska i to jest normalne życie, chociaż oczywiście nie trwa to cały czas.
Czy w skali całego kraju wieś i rolnictwo są jakoś istotnie zróżnicowane, gdyby porównać np. Podkarpacie i Lubuskie?
Wiadomo, że Podkarpacie to są małe, rozdrobnione gospodarstwa, jak się spojrzy w statystyki, to takich gospodarstw wielohektarowych jest u nas mało. Zwykle to są 2-3 hektary, tutaj na ścianie wschodniej zawsze było raczej biednie; miało się dwa czy trzy morgi pola i z tego się utrzymywało, uprawiało się trochę zboża, mama upiekła z tego chleb, zjadło się ziemniaki z kapustą i było dobrze. A w Wielkopolsce zawsze była tradycja dużego rolnictwa, poza tym tam są też inne ziemie. Gospodarstwa są duże, zmechanizowane i nie ma czego porównywać. Tam zawsze to stało na wysokim poziomie, jak jeździłem, to podziwiałem duże plantacje zboża czy buraków. A u nas jak jest jedno pole szerokie na cztery metry i długie na pięćset, to co tu można zrobić? Nie za bardzo da się to unowocześnić. Są też tu takie miejscowości, że ktoś ma dziewięć działek i najszersza ma sześć metrów, a długa jest na siedemset, no to co to jest za gospodarstwo? Tu nie ma o czym mówić.
Czego życzyłby Pan polskiej wsi – najogólniej?
Żeby politycy się nie wtrącali, żeby nikt nam nie przeszkadzał, a my sobie damy radę. Najgorzej jak politycy chcą decydować za nas. Chłop jest twardy, jest zżyty z ziemią i wie, co ma robić. Jak idą wybory, to każdy chce się zajmować rolnikiem, ale dzisiaj rolnik jest wyszkolony, nie jest już tak jak kiedyś, że nie umie czytać i pisać, często ma wyższe wykształcenie i inaczej myśli.
Dziękuję za rozmowę.
Lato 2020 r.
Zdjęcie w nagłówku tekstu fot. Tomasz Chmielewski