przez Monika Kostera | niedziela 17 grudnia 2023 | opinie
Przez tych kretynów Mira i Wilka, przez których spłonął dom ich gospodarza w terenie badawczym [zobacz poprzedni odcinek cyklu: Rajd po Romie], rozkręciła się histeria wokół etyki badań i nie pozwolono nam wyruszyć w teren zgodnie z planem. Zaczęliśmy z rocznym opóźnieniem, bo trzeba było pozaliczać wszystkie te szkolenia i dokształty. Wreszcie spojrzano na nas, nasze twarze były okrągłe i życzliwe, a mieliśmy na nich wypisane sympatycznym atramentem: Nie podpalimy Londynu, obiecujemy! My, czyli doktoranci: Luba i Biezrząd. Nie sfajczymy średniowiecznego Londynu, bo wybierzemy się do wiktoriańskiego – dopowiedzieliśmy. – Do Londynu Oscara Wilde’a, Kuby Rozpruwacza i Sherlocka Holmesa.
Wyższa instancja zgodziła się, lecz też nie od razu zaczęliśmy nasze badania. Najpierw polecieliśmy razem z profesorem Drogodziejem, który miał nas moralnie przysposobić. Wiecie, lepiej nie rzucać się w oczy w obcej dla nas rzeczywistości. Nie mogą nas przesadnie zdziwić handlarze sztucznymi nosami dla syfilityków, ani kukiełkowe przedstawienia pokazujące małżeńskie mordobicie, ani „freak show” z udziałem nieszczęsnego Człowieka Słonia, ani wystawy „dzikusów” z dalekich krajów pokazywanych w zaimprowizowanych egzotycznych wioskach. Grunt to zachować flegmę, umiar i zimny osąd badacza. Cóż tam fryzjerzy, w ramach dodatkowej działalności wyrywający klientom zęby. Cóż tam Armia Zbawienia, pożyczająca bezdomnym „łóżka” wyglądające jak trumny. Cóż tam błagające o parę groszy bose sieroty w dzielnicach biedy. Nie możemy zmienić ich historii, to jak predestynacja. Etyka, etyka przede wszystkim!
Zwłaszcza w etycznym Londynie królowej Wiktorii, pani jednej czwartej Ziemi. Niestety, Luba zachowywała się może etycznie, ale jak furiatka. Chociaż…. Gdyby spojrzeć na to z innej perspektywy, to może raczej zachowywała się adekwatnie – bo ciekawe, jak by się czuł szanowny współdoktorant Dudu, gdyby musiał się codziennie pętać koszmarnym gorsetem i wbijać stopy we wnyki zwane w wiktoriańskich czasach trzewikami dla kobiet. I jeszcze łatwopalne krynoliny i ten arszenik, używany na policzki zamiast pudru! Dudu przyznaje, że czułby się miseravelmente.
Dlatego już po kilku próbnych dniach Drożek zabrał nas z powrotem, zarządzono naradę i ustalono, że mamy wrócić w innych rolach. Biezrząd jako artysta malarz i Luba jako jego muza. Muza może sobie chodzić bez gorsetu, ale pod warunkiem, że nie bez stanika po ulicy. Zaś artysta malarz nie musi przesiadywać na arcynudnych wieczorkach dobroczynnych dla bezgranicznie nudnej wiktoriańskiej burżuazji. Oboje odżyliśmy w naszych nowych wcieleniach. Dudu maluje okropnie, ale nikt nie zagląda mu w sztalugi, więc wystarczy natchniona poza i szalik zarzucony niedbale przez ramię. Pod pretekstem wchodzenia w rolę Luba natychmiast nauczyła się palić papierosy (ciekawe, jak szybko się oduczy). A kiedy spróbowaliśmy też absyntu i poszwendaliśmy się po ulicach ze znajomym artystą opiumistą Johnem Loverem, wpadliśmy na szalony pomysł, by równolegle do badań spróbować wytropić Kubę Rozpruwacza.
Prasa wciąż rozpisywała się o atakach przypominającym zbrodnie nieuchwytnego mordercy sprzed kilku lat. Groteskowy (i nieetyczny) pomysł pewnie wyparowałby nam z głów razem z używkami, ale nim do tego doszło, nabawiliśmy się kłopotów. W jakimś zaułku artysta John opiumista zniknął, a my, czyli Dudu i Luba, zgubiliśmy drogę. Nie trzeba było dużo, żebyśmy zaczęli się wyzywać używając sformułowań rodem z leciwego Monty Pythona. Dudu pohukiwał okrutnie, jakby miał zmienić się w doktora Hyde’a. Luba zaś, jakby chcąc na dobre wydobyć się z wiktoriańskiego konwenansu, zamarkowała kilka uderzeń starożytnego jiu-jitsu, które ćwiczyła na zajęciach z wuefu.
– Proszę się nie bać, droga pani, ten łotr nikogo już nie skrzywdzi – usłyszeliśmy głos za plecami – Holmesie, mam na muszce naszego ptaszka!
– Watsonie, nie rozpraszaj się, to elementarne. Pilnuj zbója! – odparł rzeczony Holmes.
– Tak, nikogo już nie skrzywdzisz, Rozpruwaczu – potwierdził Watson, grożąc Dudu rewolwerem.
– Ja Kubą Rozpruwaczem? – zdziwił się Dudu.
– Widzieliśmy, jak grubiańsko zaatakował pan tę damę, a ona nieporadnie próbowała się bronić – odparł Watson. – Nas pan nie zmyli.
– Na żartach się nie znacie czy co? Co z angielskim poczuciem humoru? – oburzył się Dudu.
– Ja damą wymagającą pomocy? – rozdrażniła się Luba. – I niby nieporadnie się broniłam? Mam biało-czerwony pas z sześcioma złotymi pagonami w jiu-jitsu, ty stary pierniku!
– Dżitsu? – wyszedł z mroku Sherlock Holmes. – Ja znam tylko baritsu, miła pani. Faktycznie nie wygląda pani na damę. Skłonny jestem jednak pomóc pani, jeśli wyrazi pani chęć zostania w przyszłości guwernantką albo chociaż pomocą w jakimś szanowanym domu.
– Żebyś się, k…a, nie zdziwił – odparła hardo Luba. Dudu szturchnął ją łokciem w bok. Typek zwany Watsonem szturchnął go kolbą pod żebro. Energia spadała nam drastycznie, czuliśmy jak spływa jednocześnie smętnie i gracko, niczym londyński deszcz po ulicznych kamieniach.
– Jak widzę, woli pani zostać w przyszłości awanturnicą? – łypnął Holmes.
– Już nią jestem – odpowiedziała Luba.
– Nie mamy zatem czego tu szukać, drogi doktorze – rzucił Holmes do Watsona – wracajmy na Braker Street zająć się sprawą Błękitnego Karakułu.
– Zaraz, zaraz – wtrącił Dudu – A nie na Baker Street? I nie w sprawie Błękitnego Karbunkułu?
– A, zawsze się mylę, przepraszam – zmieszał się Holmes.
– Ale przecież Holmes i Watson to postacie literackie. Wy nie istniejecie – rzuciła Luba.
– I nigdy się nie mylicie. Mimo że nie istniejecie. – dodał posępnie Dudu, rozcierając obolałe żebra.
– Ech, kolejni nie dali się nabrać – westchnął z rezygnacją Watson. – Nawet do tego się nie nadajemy, Sherlocku. Trzeba wracać do starego fachu, choć nie ma już przed nim przyszłości.
– O, to ciekawe – podchwycił Dudu – Macie panowie fach bez przyszłości? Nawet nie wiecie, jakie to powszechne w pewnych… hm… kręgach. Poprosimy o kilka szczegółów.
– Tak, bardzo chętnie posłuchamy waszej historii – podchwyciła Luba – Co takiego robiliście, zanim staliście się parą nieistniejących detektywów?
– Okropnie leje. Może chodźmy do mojego studia, mam tureckie papierosy, dostaliśmy od naszego przyjaciela Oscara. I nalewkę od przecudnej Constance… – rozmarzył się Dudu. Należy mieć na uwadze, że niby kolegował się z boskim Oscarem, ale bezczelnie podrywał jego żonę. Z drugiej strony należy też mieć na uwadze, że Oscar aniołem małżeńskim bynajmniej nie był. Co racja, to racja.
Studio było małe, jak na ówczesne standardy wręcz spartańskie. Ale było ciepło i sucho. Goście nieco się zdziwili, że gospodarz sam podaje im trunki, a jego bezczelna muza tymczasem rozpiera się w największym pluszowym fotelu z papierosem. Po służbie nie ma śladów. Wyjaśniliśmy im, że teraz w Paryżu taka moda.
Opowiedzieli nam, że pracowali w rezydencji pewnego Lorda mieszkającego na obrzeżach Londynu. Obaj zatrudnieni zostali w dużym parku. Obowiązki Watsona ograniczały się do płoszenia włóczęgów oraz dokarmiania żołędziami wiewiórek, które uwielbiały córeczki Lorda. Holmes miał bardziej prominentną posadę. Zatrudniony został jako pustelnik mieszkający w grocie na terenie parku. Musiał zapuścić długie włosy, wąsy, brodę i paznokcie. Jako odzienie dostał zgrzebny wór, zabrano mu też buty. Tak miał się prezentować, przynajmniej w godzinach wizyt gości w parku. Właściwie dopiero do snu mógł włożyć ciepłe pantofle. Dostał za to od Lorda wysłużoną Biblię, pęknięte okulary i starożytną klepsydrę. Plus tyle chleba i kości z pańskiego stołu, ile zdoła schrupać. Miał też obowiązkowo dokształcać się w chrześcijańskiej doktrynie, by udzielać gościom porad moralnych. Siedział za pniem przerobionym na stół i opowiadał kocopoły, które goście chcieli usłyszeć. Dwa weekendy w miesiącu miał wychodne – wtedy zastępował go „Watson”, aczkolwiek nie jako pobożny pustelnik, lecz mnich mający za sobą straszną historię rodem z gotyckiej powieści, który złożył śluby milczenia.
– To były całkiem godne warunki, jak na dzisiejsze czasy – stwierdził Holmes smutnym tonem. – Ale po kilku wizytach półgłówków z wyższych sfer, którzy za moje bieda-rady wciskali mi w ręce po kilkadziesiąt funtów, nabrałem ochoty na inne życie. A że do snu lubiłem czytać opowiadania o Sherlocku Holmesie, to pomyślałem, że mógłbym z moim druhem stworzyć taką trupę, grupę, jakby to nazwać…
– Aktorską? – podpowiedział Dudu.
– Raczej rekonstrukcyjną – westchnął Watson.
– Ale nie wyszło? – spytała Luba, zaciągając się papierosem, jak na paryską muzę przystało.
– Nie. Bo na co komu detektyw, który nie rozwiąże żadnej sprawy? Tułamy się po ulicach, czasem ktoś tak się uśmieje, że w zamian za naszą interwencję dostaniemy parę pensów. Ale przyjdzie mi chyba wrócić do groty pustelnika – smutno pokiwał głową Holmes. – Przynajmniej nauczyłem się fragmentów Biblii i mam przekonujący głos.
– Miałem nadzieję, że gdyby udało nam się schwytać Rozpruwacza, coś by to zmieniło, dało nam rozpoznawalność, popularność i pieniądze. Wiecie, prasa napisałaby o nas, że oto pojawili się prawdziwi Holmes i Watson. Sensacja! Ale nic z tego – głos Watsona załamał się. – A ja już mam dość tych cholernych wiewiórek. Jadły lepiej ode mnie…
– A może wasz Lord zatrudniłby was jako ogrodowych Holmesa i Watsona? – rzucił Dudu z błyskiem w oku i miną człowieka, który wpadł na genialny pomysł.
– I jakich życiowych porad mielibyśmy udzielać? Jak rozpoznawać typy błota z całej Anglii? – rozdrażnił się Holmes.
– Może goście opowiadaliby wam zmyślone zbrodnie, a wy byście je rozwiązywali? – rzucił Dudu.
– Albo chociaż dzieci Lorda lubiłyby się z wami bawić? – dodała Luba. – Lubią wiewiórki, to pewnie są miłe i ekologicznie świadome.
– Taaaaa, świadome. Ech…. Ej, a może porwiemy dzieci Lorda i potem je uwolnimy jako Holmes i Watson? – ożywił się Watson. – Nawet jak nas złapią, zdobędziemy sławę.
– To nie jest takie głupie, Watsonie – Holmes zmrużył figlarnie oko. – Zgarniemy okup jako porywacze, a potem jako bohaterowie uwolnimy dziewczęta i dostaniemy kolejną nagrodę. Po takim numerze na pewno już nie zginiemy!
Dudu i Luba dyskretnie zmienili temat na pogodę, co, jak wiadomo, zawsze wszystkich Anglików zajmuje najbardziej, czy to w archaicznych czasach królowej Wiktorii, Monty Pythona czy we współczesnej Ludowej Republice Brytyjskiej.
Lepiej w raporcie nie wspominać, jak sprowadzili na złą drogę dwóch biedaków, w tym jednego pobożnego pustelnika. Z drugiej strony taki sam był on pobożny, jak pustelnik, jak Holmes, więc nie czujemy, że zrobiliśmy coś złego. Właściwie tylko wyrównaliśmy szanse. Czyli dokonaliśmy natychmiastowej redystrybucji, na tej samej zasadzie co inny wielki Brytyjczyk, romantyczny poeta John Lennon nazywał instant karma. My tylko pojawiliśmy się na drodze życiowej tych osób jak zwierciadło redystrybucji czy karmy, i hop! część majątku bezsensownie zawłaszczanego przez Lorda z wiewiórkami przeskoczyło do poszarpanych chlebaków dwóch biedaków z ludu. Na nasze oko, biedacy chętnie rozdystrybuowali dalej co im tam wpadło, ochoczo zostawiając grosz w pubach i w kieszeniach londynianek, które nie chciały być guwernantkami.
Spędzaliśmy dalej pożytecznie i nie całkiem niemiło czas przeznaczony na projekt Londyn. Poznaliśmy troszkę obyczaje środowiska przegranych artystów i kabaretów za trzy grosze (i dla poprawienia bilansu energetycznego czasami też spotykaliśmy prawdziwych ludzi kultury). Luba nieraz miała pożytek ze swojego jiu-jitsu, bo nie były to często środowiska najlepiej wychowane ani też anty-patriarchalne. Aż, pewnego razu, wracając razem z pubu Lamb and the Flag, słabo oświetlonymi uliczkami w strugach nieuchronnego deszczu, natrafiliśmy na pościg.
– Co tu się dzieje? – spytał Dudu jednego z gapiów zgromadzonych jak zwykle tam, gdzie policja krzyczy, żeby się nie gromadzić.
– Gonią Kubę. Teraz już im nie ucieknie – z zadowoleniem pokiwał głową zaczepiony jegomość.
– O ja cię… – powiedział Dudu – ale historia. Widziałem jakąś uciekającą postać – Widzieliśmy, prawda Luba?
– Tak, pędził tam. I gadał sam do siebie.
– Ale co? Co mówił? – zainteresował się jegomość. – Trzeba powiedzieć o tym policjantom!
Luba milczała. – Chyba nie pamiętam.
Dopiero w domu zdradziła Dudu, że skłamała. Dobrze słyszała, co gadał „Kuba Rozpruwacz”.
– Co takiego? – Dudu aż podskoczył.
– Halo, katedra profesora Drogodzieja? Czy ta kontrola badań terenowych jest potrzebna? Podróże w czasie są dobre dla ambitnych świrniętych doktorantów, nie, cholera, dla recenzentów!
prof. Monika Kostera, Adam Węgłowski
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Kev z Pixabay
przez Monika Kostera | niedziela 26 listopada 2023 | opinie
W podróż do starożytnego Rzymu przygotowaliśmy się – my, czyli doktoranci Będzimir i Wilkomir – bardzo solidnie. Tak przynajmniej sądziliśmy. Wkuwaliśmy łacinę i ćwiczyliśmy wymowę, wcielając się a to w Cezara, a to Cycerona, a to w Piłata. Bazowaliśmy na wymowie podsłuchanej przez pierwsze tempochody jeszcze z początków chrononautyki. Mimo to w przeddzień podroży wstecz nasza opiekunka z Akademii zdecydowała o opóźnieniu misji. Postanowiła zapobiegliwie najpierw wrzucić w chronoport roboty lingwistyczne najnowszej generacji, aby zarejestrowały wszelkie możliwe odmiany łaciny w Wielkim Mieście i nas dokształciły, abyśmy nie wrócili na tarczy po jednym dniu badań. Co, zważywszy do czego służą tarcze tam, gdzie się wybieraliśmy, mogłoby być dla nas doświadczenie naprawdę chudym, żeby nie powiedzieć mizernym.
Efekt robozwiadu był porażający. Od wielości wariantów, w zależności od miejsca i klasy społecznej, zagotowały się robosom twarde dyski. Sztuczna Inteligencja wciąż nie radziła sobie z wmieszanymi wedle uznania niegramatycznymi wstawkami, wtrętami z greki, rozmaitych języków italskich, bliskowschodnich, celtyckich i Jowisz jeden wie, jakich jeszcze. Im bardziej chciała, tym bardziej się nagrzewała. Aby dojść z tym do ładu, musielibyśmy opóźnić misję o rok. Tu wstaw: stres, stres, każdy dzionek z energometrami zaciśniętymi w garści, obaj czujemy jak zmieniamy się w meduzy, co z naszym doktoratem, z latającym seminarium, z zaplanowanymi konferencjami? Wyglądało więc na to, że polecimy z podręcznymi translatorami zakamuflowanymi jako naszyjniki (bo przecież nie możemy się obnosić z rzeczami z przyszłości). Mówić językiem literackim jeszcze mogliśmy, trudno było się jednak spodziewać, że usłyszymy odpowiedzi w tak czystej łacinie, że bez problemu ją zrozumiemy.
Plan wypalił. Przynajmniej w tej mierze. Wylądowaliśmy jako przybysze z jakiegoś tam wschodu, cali w tanich paciorkach i naszyjnikach, dzięki którym od razu było widać, że nie mówimy uliczną łaciną. Nie przewidzieliśmy jednak kolejnych trudności. Pierwszego dnia w okolicach Forum Romanum dostaliśmy mdłości, czując smród ofiar składanych ze zwierząt. Reszta dnia minęła nam na spacerach po lasku, żeby uzupełnić energię. Niestety, mdlejący Będzimir zaraz padł ofiarą małego ulicznika, który ukradł mu nieodzowny naszyjnik. Nie zaryzykowałem pogoni: w pobliżu kręciło się jeszcze kilka osób, które dziwnie nam się przyglądały. Ani chybi kolejni rabusie. Pod wieczór zabrałem nadal słabującego kolegę do naszego wehikułu, kryjącego się pod postacią poczciwego osiołka. Potem daliśmy z kopyta i wróciliśmy w nasz alegre, tłusty wiek XXI.
Śledząc nagranie z naszej misji profesor stwierdziła, że wie już, dlaczego tyle osób dziwnie nam się przyglądało. Nasze dalekowschodnie rysy i prawie dwa metry wzrostu, a przy tym tandetny strój, nie mogły pozostać niezauważone w basenie Morza Śródziemnego w czasach Spartakusa – i to niekoniecznie w wyrozumiały sposób, w jaki patrzysz na turystę z pipidówka, niemającego pojęcia, że jeśli jesteś w Rzymie, to powinien zachowywać się jak Rzymianin. Byliśmy po prostu podejrzani. Mogli nas nawet wziąć za jakichś uciekinierów ze szkoły gladiatorów i kłopoty gotowe. Nie chcielibyśmy skończyć, walcząc przeciw sobie z siecią, trójzębem i innym żelastwem. Musieliśmy więc zmodyfikować plany. Mirek dostał nowy naszyjnik i wróciliśmy do późnorepublikańskiego Rzymu, siedemdziesiąt lat przed Chrystusem, ucharakteryzowani na zamożnych, ale nudnych podróżnych.
Wynajęliśmy pokój w wysokim budynku nieopodal Palatynu. Świetna lokalizacja, blisko do łaźni i do nie całkiem ohydnej toalety publicznej. Nasz gospodarz, niejaki Caius, okazał się tak towarzyskim człekiem, że nie musieliśmy się za bardzo wysilać, żeby znaleźć lokalne osoby służące nam za informantów. Właził prawie bez pukania, a już na pewno bez skrępowania rano, po południu i wieczorem. Po czym zaczynał rozmowy – a właściwie monologi, z których dowiedzieliśmy się wszystkiego o jego życiu seksualnym, prawdziwym lub wyobrażonym. A przy okazji też trochę o rzeczach, które nas interesowały, czyli o obyczajach wtedybylców i tubylców. Kto w sąsiedztwie robi najlepsze garum, gdzie można dostać za bezcen szparagi, gdzie pod cmentarzem można spotkać całkiem zacne kurtyzany albo u kogo najlepiej obstawiać walki gladiatorów. Wilkomir próbował traktować poważnie wszystko, co Caius nam opowiadał, tak jak uczyliśmy się na seminarium z etnografii. Jednak gdy pojawiły się w opowieściach uganiające się po ulicach za naszym gawędziarzem oszalałe z miłości nimfy wieczornice, to postanowił jednak troszkę odpuścić. Caius nie wyglądał bynajmniej jak Apollo ani nie wysławiał się jak takowy. Jak widać, niepotrzebna nowoczesna technologia i mass media, żeby ludzie byli wprawnymi mitomanami.
Cały czas mieliśmy problemy z poziomem energii. Trudno nam było nie tracić rezonu i spokojnie chadzać po ulicach, na których tyle było osób otwarcie się prostytuujących lub ewidentnie cierpiących na rozmaite choroby, a pozbawionych jakiejkolwiek opieki zdrowotnej. Na szczęście łatwo było się doenergetyzować – nie brakło zakątków uroczych przyrodniczo, poza tym całkiem korzystnie działały na nas termy i wieczorki poetyckie. Niestety, kiedy zbyt często kierowaliśmy kroki do łaźni, to od nadmiaru pary i skoków temperatur zaczęły szwankować nasze naszyjniki. Musieliśmy więc mocno podkreślać naszą cudoziemskość z jednej strony, a z drugiej wytężać uwagę, żeby zrozumieć, o czym się mówi. Warto było, bo tu ludzie rozmawiali naprawdę o ciekawych rzeczach. Udało nam się w łaźni zaprzyjaźnić z kilkoma amigami, którzy nas zabierali w ciekawe miejsca, między innymi właśnie na spotkania z niespełnionymi literatami. Z poezji, mimo naszyjników, rozumieliśmy zero z wykrzyknikiem, ale to było cudne zero. Jeszcze cudniejsze były wino i muzyka. Jeden taki wieczór i zapas energii na tydzień. Nawet z Caiusem w środku, budzącym nas o śmierdzącym świcie, żeby poopowiadać o tym, jak łapała go lubieżnie za poślad Salacia. Nic to. Zdobywaliśmy wiedzę i układaliśmy nasze mapy społecznych sensów.
Wilku zaczął zakochiwać się w jakiejś Egipcjance, która układała naprawdę mało ambitne rymy (nieprawda, to była ciekawa aliteracja). Miru odróżniał już bez pudła kilka rodzajów cienkiego wina, mimo że rozwodnione smakuje głównie, jak wiadomo, wodą (są różne zdania na ten temat). I wtedy z nieba spadł nam pożar miasta. Zobaczyliśmy w akcji osławioną „straż pożarną” Marka Licyniusza Krassusa. Tego pogromcę Spartakusa i członka triumwiratu, który zachwiał republiką i którego moglibyśmy nazwać – wedle dawnej przestarzałej nomenklatury – milionerem. Zainteresował nas przede wszystkim jego biznesowy modus operandi. Okazało się, że faktycznie po wybuchu pożaru do płonących domów przyjeżdżali jego strażacy, aczkolwiek w nieodłącznym towarzystwie skryby. Ów szybko sporządzał akt sprzedaży płonącego budynku – nieszczęśnicy dotknięci pożarem godzili się sprzedać ją za bezcen Krassusowi – a dopiero wtedy straż pożarna przystępowała do działania.
W toku naszych badań ustaliliśmy jednak, że niektóre pożary były także wywoływane na zlecenie Krassusa. Organizacja owej „straży pożarnej” bardzo nas zainteresowała. Ciekawe, jakie przemiany przeszła po roku 53 p.n.e., gdy Krassus zginął podczas wyprawy wojennej przeciw Partom, gdy schwytali go i wlali mu do gardła płynne złoto, którego tak pożądał. Czy jakiś utalentowany przedsiębiorca go zastąpił? Radzi bylibyśmy sprawdzić, tyle że nie to było celem naszych badań. My chcieliśmy poznać proces nadawania sensu – i naprawdę fascynująca okazała się dla nas reakcja ludzi na to, co się działo. Skoncentrowaliśmy się na tym, jak doszło do tego, że ludzie zaakceptowali Krassusową „straż pożarną” na długo przed zorganizowaniem prawdziwych rzymskich brygad strażackich (czyli wigilów, powołanych do pomp za cesarza Augusta, którzy faktycznie walczyli z ogniem, a nie na nim zarabiali).
Przez lata badacze myśleli, że Rzymianie akceptowali strażaków-piromanów Krassusa właśnie dlatego, że nie było takich służb wcześniej. Jednak dziś już wiemy, że to nieprawda: w starożytnym Egipcie istniały zorganizowane grupy strażackie z prawdziwego zdarzenia, gaszące pożary. Możliwe było jednak, że ludność Wiecznego Miasta nie wiedziała o tym, bo gdzie Rzym, gdzie Egipt. I to właśnie nas interesowało, a także: jak na to wszystko reagowali zwykli ludzie.
Na samym początku miejscowi byli oburzeni działaniami Krassusa. Caius wparadował nam do pokoju cały spieniony i perorował długo o upadku Rzymu i smutnym końcu cnoty. Gdzie wyznaczanie granic i umiaru pragnieniom? Pytał retorycznie zarzucając nieistniejący róg nieistniejącej togi na bardzo istniejące pulchne ramię. Tak samo w łaźni – wszyscy potępiali działania niegodne rzymskiego męża. Gdzie virtus, gdzie fides? Ale potem reakcje łagodniały, zmieniły się w lekkie narzekanie. I pewnego dnia po pożarze już nikt nie dziwił się temu, że straż pożarna zajmuje się napychaniem portfela swojemu szefowi – i tak już zostało. Gdy pytaliśmy o to ludzi, reagowali nerwowo, ale w stosunku do nas, nie do Krassusa. „Człowiek sukcesu, dba o porządek, organizuje igrzyska, a wy się czepiacie?!”. Czy człowiek naprawdę jest w stanie znormalizować wszystko? Tak, widzieliśmy na własne oczy, jak to się odbywało. Czy jest to nieuchronne? Tego nie wiemy, nie umieliśmy bowiem zaobserwować tego momentu, gdy z niedopuszczalnego zmieniło się w normalne. Nie wiemy, kiedy dokładnie to się stało. Nie wiemy, czy coś mogło to powstrzymać, zmienić. Na pewno nie nasze pytania.
Zaczęliśmy bowiem włóczyć się po nocy i zaczepiać ludzi na ulicy. W sumie niezbyt mądrze, ale myśleliśmy, że czegoś się w ten sposób dowiemy, złapiemy jakiś ważny moment. Złapaliśmy jednak głównie guzy i siniaki. Wyglądaliśmy na zamożnych, a poruszaliśmy się bez choćby jednego człowieka obstawy i bez żadnego niewolnika. Sama myśl o niewolniku zbijała nam energię do poziomu meduzy, więc radziliśmy sobie, jak umieliśmy. I tak, nasze intensywne rozpytywanie na ulicach Wiecznego Miasta zakończyło się w efekcie kilkoma srogimi laniami. „Wiecie, co, Wilkomirze i Będzimirze – powiedziała nasza profesor – cieszmy się, że skończyło się tylko na guzach. Mogli wziąć was za szpiegów, torturować albo zakopać żywcem”. Cóż, praca antropologa ma swoje blaski i cienie.
Ostatnim naszym wspomnieniem z Rzymu był widok płonącego budynku, w którym mieszkaliśmy u Caiusa. Czasem zastanawiamy się, czy to nie my węszeniem dookoła sprowadziliśmy nieszczęście na erotomana gawędziarza i jego sąsiadów. Lecz to musi przebadać już kto inny, w ramach innego grantu.
prof. Monika Kostera, Adam Węgłowski
Poprzedni odcinek cyklu można przeczytać tutaj: Etnografia przeszłości w przyszłości: Pierwsze spotkanie
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Николай Егошин z Pixabay
przez Monika Kostera | wtorek 6 grudnia 2022 | opinie
To mój pierwszy raport z badań terenowych na zajęciach z etnografii historycznej. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to będą następne – zobowiązałam się pisać i wysyłać regularnie krótkie sprawozdania z moich badań. To jest troszkę dłuższe, bo jest pierwsze. Dostaliśmy za zadanie publikować etnoreportaże w mediach szerokiego zasięgu; ja wybrałam „Supernowego Obywatela”, bo ma mnóstwo czytelników, ale i wyraźny profil i zawsze stara się mówić nowe, niebanalne rzeczy. Właśnie takie chciałabym umieć powiedzieć o epoce, którą badam – coś więcej niż to, co wszyscy o niej myślą i czują, czyli właściwie nic specjalnego, byle nie musieć się na niej zbyt długo koncentrować, zbyć banalną etykietką i móc zająć się ciekawszymi momentami w historii planety. Dla mnie ta epoka ma nabrać życia, energii i znaczenia. I chcę przekazać moim współczesnym ziomkom to, co zobaczę.
Nie zdziwi nikogo, gdy dodam, że byłam jedyną osobą, która zapisała się na tę epokę. Nasza profesor, Ania Lawendowska, po namyśle zgodziła się, żebym wybrała się na samodzielne badania. Powiedziała: „Ty, Dobromiło, zawsze jesteś taka Zosia Samosia, dasz sobie radę. I ta epoka właściwie pasuje do takiego indywidualnego podejścia. Tylko musisz być bardzo czujna i wrażliwa, żeby nie stracić energii”.
Wyjaśniła mi, że mam sprawdzać poziom energometrem codziennie, a w razie potrzeby nawet za każdym razem, gdy czuję, że coś jest nie bardzo w porządku. Jeśli zjedzie mi pod kreskę, to mam zostawić absolutnie wszystko, nie wracać po nic, tylko nastawić chronoport z powrotem na rok 2083 i fru. Notatki będę zawsze nosić przy sobie, bo nie wyobrażam sobie, żebym umiała je zostawić i wyskoczyć z powrotem do domu bez nich. Wszystko inne mogę zostawić, ale mojej pracy nie. Nie ma w tym chyba nic dziwnego; wiadomo, że utrata pracy powoduje dramatyczny spadek energii. Będę bardzo uważać, bo wiemy z historii, że ludzie wtedy to były chodzące czarne dziury (i jakie to miało skutki). Zresztą nasza Ania pamięta sama tamte czasy, studiowała wtedy socjologię, i dobrze potrafiła mi poradzić, jak mam się zabezpieczać przez zjazdem.
Najpierw było mnóstwo szkoleń BHP i z obsługi chronoportu. Zakazano nam ujawniania w jakikolwiek sposób, że pochodzimy z ich przyszłości. Słusznie – chociaż wiemy przecież, że tamci ludzie po prostu nie widzą niczego, co pochodzi z przyszłości; żyją w czasach sprzed chronoportacji i nie mają nawet specjalistów od postrzegania przybyszów z przyszłości. Widzą nas tylko o tyle, o ile odgrywamy role i zasady z ich czasów. Na dobrą sprawę można im powiewać sztandarem rewolucji 2032 roku i nie zobaczą dokładnie nic. Ale rozumiem, że muszą nam takie rzeczy dokładnie wyjaśnić, bo takie badania przeszłości to nie żadna turystyka, lecz poważne podejście i trzeba brać odpowiedzialność za to, co się robi i za to, co się myśli. Nie wiadomo jeszcze, jaki ślad tam zostawiamy, nawet jeśli nikt nas nie widzi. Nie można robić byle czego w przeszłości tylko dlatego, że oni robili byle co. Tych przygotowań i szkoleń było mnóstwo, zdążyły nas zmęczyć i znudzić. Jednak, mimo wszystko, nic nie przygotowało mnie na faktyczne stanięcie twarzą w twarz z rokiem 2022. Żadne opowieści, żadne symkursy, żadne pilotaże nie mogą się równać z bezpośrednim wrażeniem zanurzenia w zupełnie innym kosmosie. Tak jak nam wyjaśniono, najpierw jest pierwszy haust euforii, nagłe wyrównanie energii, ma się wrażenie unoszenia w powietrzu. Ale potem się zaczyna czuć przestrzeń wokół.
W moim przypadku – nie bardzo. Pierwsze uczucie: no dobrze, pojmuję, czemu ten czas nazywa się La Moche Époque. Tego wrażenia nie oddają w pełni stare klipy ani obrazy, to jest coś, co się czuje całą skórą. Jest naprawdę brzydko, wszystko jest strasznie brzydkie. Myślę sobie está bem, dawaj od razu energometr. I słusznie – wskaźnik spadał, chyba z jakiegoś zawyżonego pułapu od tego pierwszego haustu, więc nie było tragicznie – ale przestraszyłam się, bo jeszcze nigdy czegoś takiego nie miałam, tak silnego zjazdu. Wszystko wokół było jakieś jałowe, wysuszone, ale jednocześnie wiotkie, zwiędłe. Ludzie niby ubrani kolorowo, ale wszyscy tacy sami, przynajmniej wtedy takimi mi się wydali. Gesty, rytm wokół jednostajny. Na pewno też zawiniła troszkę nawigacja, bo zamiast bezpiecznie w mieszkaniu, znalazłam się w środku domu handlowego. Muszę to zgłosić, pewnie błąd w mapach programu, ale i tak dobrze, że mnie nie wylądowało na środku ulicy.
W każdym razie wrażenie było mocne i postanowiłam od razu skorzystać z rad anty-entropowych. Obrałam kurs na najbliższy park, czyli w tym przypadku Saski. To fizyczne uczucie ulgi, kiedy spotkałam pierwsze drzewo! Kochany, cudowny klon. I potem już coraz lepiej. Lipy, kasztanowce białe, inne klony. Nawet nie musiałam mierzyć energii, czułam się z każdą minutą coraz lepiej. Jak spragniony człowiek w upale, chłonęłam kontakt z jesiennymi liśćmi, cienie, jakie rzucały na alejki, cudne aromatyczne zapachy jesieni, ptaki, które czuły moje zaniepokojenie i starały się nakarmić mnie dawką dobrego konsonansu. Está bem, está bem. Było dość ciepło, usiadłam na ławce. Po jakimś czasie zaczęłam znów zwracać uwagę na ludzi. Patrzyłam na nich troszkę jakby z ukrycia, nieśmiało, gotowa, by odwrócić w każdej chwili wzrok. Już nie wydawali mi się tacy groźni, jak na samym początku. Nawet mieli swój wdzięk. Mieli jakiś taki rytm smutku, nie uśmiechali się do siebie, nie mówili przechodzącym ani dzień dobry, ani olá. Większość sunęła z łagodną melancholią, jakby nie do końca świadomie chłonąc i czerpiąc energię z drzew. Niektórzy patrzyli pod nogi, inni jakby w próżnię. Tak jak nas uczono, sporo osób chodziło z tymi ich modelami komórek, które są absolutnie identyczne i przypominają listewki do prądu. Albo trzymają to przy głowie, albo mają lokalną zdalność, ale wtedy też są na tych komórkach skoncentrowani, ich uwaga jest wyraźnie gdzieś indziej. Widziałam też osoby siedzące na ławkach z komórkami albo z książkami, takimi z papieru drzewnego, te białe kartki mocno zwracają uwagę, jest w nich coś smutnego i bardzo pięknego. Pomyśleć, że oni mogą z takimi cudami siedzieć byle gdzie i dotykać brudnymi łapami. Choć w jakiś sposób to mi pasowało, poczułam wielkie piękno tej scenki – człowiek z drzewną książką pod jesiennym kasztanowcem, drzewem…
Poczułam też, że cieszę się i jestem głęboko wdzięczna za nasz algowy papier, w tym drzewnym jest, oprócz głębokiego piękna, też głęboka przemoc, tak samo jak z pergaminem. Patrzyłam w Saskim na ówczesne dzieci, też takie odrębne, ale przynajmniej rozglądały się na boki i jedno pokazało mi ozór. Odpowiedziałam tym samym. Poczułam, że jest está bem i że mogę już iść, poszukać mojego lokum i spróbować się z nim zaprzyjaźnić. Przede mną, jak dobrze pójdzie, cały semestr w tym burym świecie.
Inaczej niż większości, mnie załatwiono indywidualne mieszkanie, bo ważniejsze niż zsocjalizowanie się z epoką jest przeżycie badania, a na higienie energetycznej mieszkańców, nawet najbardziej podstawowej, nie ma tu co polegać. Nie mogę więc obserwować, co robią rano studenci w akademiku ani jak się zachowuje rodzina gospodarzy wieczorem, czego troszkę żałuję. Z drugiej strony jednak nie zamierzam szaleć, bo nikt nie chce się obudzić pewnego dnia jako pieprzony implo.
Mieszkam na Żoliborzu, bo tam jest dużo drzew, sporo niekoszonych trawników, ptaki i inne zwierzęta. Dom jest zbudowany ze zdrowego materiału, sporo cegły, jest zachowana taka jakby intuicyjna higiena mieszkalna. Wyjaśniono mi, że to troszkę sztuczna społeczność, bo głównie bogaci ludzie, żebym się nie spodziewała organicznego życia sąsiedzkiego, i żeby, jeśli coś będzie ze mną nie tak, jednak najpierw sięgać po chronoport, a nie liczyć na pomoc sąsiada. Tu jednak moje pierwsze wrażenia były bardzo przyjemne. Dom przywitał mnie ciszą i zapachem starych murów. Wszędzie są zamki i zamknięcia, ale przynajmniej nie ma tu ogrodzeń, a wiem, że w innych osiedlach bywają.
Wnętrze cudownie velha guarda, z drewnianą klepką, która trzeszczy pod stopami, umeblowane też po staremu, bo ktoś zostawił meble i wynajął. Szafki w kuchni pełne talerzy ręcznie malowanych przez starych mistrzów z Włocławka. Gdybym była gorszym człowiekiem, to zabrałabym kilka do domu na koniec badań. (Ale nie jestem, bądźcie spokojne, drodzy Czytelnicy!) Coś przecudnego, i można jeść z tego jajecznicę i chleb z masłem. Co oczywiście robię i wcale mi się nie nudzi, czuję tę zebraną w talerzu pracę ludzką, staranność, wiedzę całych załóg zmaterializowaną w tych obiektach – i jestem ostrożna, pełna szacunku. W ogóle mieszkanie nastraja mnie w ten sposób. Nie czuję się tu sama, wszędzie są ślady czyjejś staranności i pracy. Nie zawsze jest to dobre uczucie – właściciel zostawił mi na powitanie różne rzeczy, między innymi tabliczkę czekolady, której jedzenie sprawiło mi fizyczną przyjemność, ale jednocześnie napełniło smutkiem. Mnóstwo rzeczy w tym świecie powstaje z pracy tak głęboko wyalienowanej, że ściska w dołku. Czasami zupełnie nie jest się na to przygotowanym, bo nigdzie nie ma ostrzeżeń. Nie bardzo.
Na początek postanowiłam się zmierzyć z młodzieżą jako tematem badawczym. Przeprowadziłam analizę tekstu, obserwację nieuczestniczącą i jedną rozmowę z tubylczynią. Analizowałam głównie teksty z tutejszego internetu – to rzeczywiście gąszcz pełen wnyków i miejscami zaminowany, można się wrąbać w byle co bez żadnego uprzedzenia – nikt tego nie moderuje ani nie ma ostrzeżeń dla użytkowników. Ma rację Zapatero, że to była prawdziwa machina chaosu i nic dziwnego, że poszło tak, jak poszło. Obserwację prowadziłam w wybranych miejscach pracy studentów i uczniów. Pracują też często jako gońcy, tak zwani copywriterzy, czyli pisarze reklam, opiekują się dziećmi (głównie kobiety), pracują w magazynach i jako piloci wycieczek.
Wybrałam gastronomię, bo wydała mi się najłatwiejsza do obserwowania z zewnątrz. Siedziałam w kawiarniach, gdzie pracowała młodzież i patrzyłam uważnie na to, co się dzieje. Wreszcie porozmawiałam z jedną osobą. Tu nie jest tak łatwo zacząć rozmowę z nieznajomą osobą na mieście – za to super łatwo z nieznajomym w internecie, ale na tym mi na razie nie bardzo zależy, te wymiany są strasznie płytkie i często agresywne, a chciałam mieć głębszy kontakt z tubylcem. Nie ma klubów osiedlowym, ale są pierwsze kooperatywy. Zapisałam się do jednej i tam bez żadnych problemów nawiązałam takie znajomości, na jakich mi zależało. Osoba, z którą porozmawiałam o jej sytuacji, ma na imię Karolina i pracowała razem ze mną na dyżurze. Wygląda to w zasadzie tak samo jak u nas, chociaż tu jest o wiele rzadziej spotykane – te kooperatywy to prawdziwi pionierzy spółdzielczości i trzeba poważnie poszukać, żeby na jakąś trafić.
Potem będę naprawdę spotykać się z różnymi ludźmi, rozmawiać i uczyć się, jak żyją. Będę o tym, czego się tu nauczę, pisać i wysyłać kolejne raporty. Teraz kilka słów o wstępnych badaniach młodych ludzi z brzydkiej epoki. Nie będą to miłe słowa, bo sytuacja młodych zdaje się tu być niezbyt miła. Z jednej strony teksty tych czasów pełne są komplementów wobec młodzieży. Młodzież to „przyszłość”, „jest najlepszym pokoleniem w historii” (w ogóle wymyśla się tu ciągle nowe pokolenia, to bardzo ciekawe, bo między nimi nie ma odstępu w czasie, który wystarczyłby na rodzicielstwo, no, chyba że rodzicami miałyby być dziesięcioletnie dzieci…), jest „ambitna”, „wie, czego chce”, „jest mądra, nie da się indoktrynować”. Często też spotyka się frazę „trzeba dać młodzieży szansę” albo „teraz czas na młodych”. Nie ma tu instytucji starszyzny w strukturach zarządzających organizacjami czy społecznościami.
Z jednej strony można odnieść wrażenie, że ta epoka jest przynajmniej ideowo przyjazna dla młodych. Ale z drugiej – nigdy nie słyszałam o czasach tak niesprzyjających młodym ludziom. Młodzi niby rządzą się sami, nikogo nie pytając – ale też nie mają kogo spytać. Bardzo trudno o pracę zgodną z umiejętnościami i wykształceniem. Niby deklaratywnie wpiera się osoby, które chcą się kształcić, ale nie udało mi się dowiedzieć, na czym to wsparcie konkretnie polega. Studenci zaoczni nie dostają płatnych urlopów z miejsc pracy, nawet na czas pisania prac dyplomowych. Nie dostają też nagród, gdy takie studia ukończą. Za to wisi nad nimi ciągła groźba utraty pracy i bardzo wiele osób szuka studiów niezgodnych ze swoimi zainteresowaniami, ze strachu, że zostaną bez pracy po ukończeniu nauki! W naszych czasach wydaje się śmieszne, że takie ogromne masy osób studiują zarządzanie – tylko w tym roku były w Polsce dziesiątki tysięcy kandydatów na takie studia! Czym oni potem zarządzają? Wydaje mi się, że oni wiedzą, że nie będą szefami korporacji, ale mają nadzieję, że miejsca pracy będą przychylnie patrzeć na ich dyplomy – nic innego nie odgrywa tu większej roli.
Co gorsza, młodzi nie mają gdzie mieszkać i wszyscy sprawiają wrażenie, jakby to było normalne. Prawie wszystkie mieszkania są prywatne i naprawdę strasznie drogie. Gdyby młoda osoba nawet nie wydała nic na życie przez cały rok, to taka całkowicie odłożona pensja wystarczyłaby na jakieś 3 metry kwadratowe mieszkania, może 4. Tylko młodzi z bogatymi rodzicami mają szansę na własne mieszkanie. Ale to też ma swoją cenę – rodzina mówi im, co mają studiować, w jaki sposób brać ślub, a nawet z kim i kiedy. Stosunki własności paraliżują tutaj życie. Trudno się dziwić, że nie ma bogatej kultury żywego teatru, żadnego fermentu, bezkompromisowego buntu. Naszym łatwo jest mówić – spróbowaliby tu pożyć moi koledzy kurwa wyklęci bardowie z wielkim dylematem życiowym, czy mieszkać w cichej kawalerce, czy kolektywnie.
Młodzi ludzie pracują w warunkach kompletnej alienacji pracy. Są cały czas obserwowani i nagrywani przez kamery, zazwyczaj nie mają umowy o pracę ani nawet wzajemnych zobowiązań świadczenia z zakładem pracy. W ich miejscach pracy bardzo często nie ma w ogóle związków zawodowych. Widziałam szefów besztających pracowników na oczach całej sali pełnej klientów – nikt nie reagował (miałam wielki problem, żeby powstrzymać się przed wstaniem i strzeleniem we wrzeszczący pysk). Widziałam, jak pracownik musiał robić za kilka osób, dwoił się i troił, bez przerw, bez możliwości pogadania z innymi ludźmi. Widziałam, jak pracownicy gastro zmuszeni byli do recytowania odrażających formułek marketingowych i wpychania klientom jakichś rzeczy, których oni wcale nie chcieli – to skutecznie zabijało jakiekolwiek możliwości nawiązania więzi między nimi, rzecz jasna, bo klient myślał tylko o tym, żeby jak najszybciej odejść od lady, a pracownik nie widział w kliencie w ogóle człowieka, lecz obiekt do molestowania tymi ofertami. Dowiedziałam się, że młodzi pracują na zmianach po 10 godzin w cateringu – a bywa, że dłużej. Nie mają do kogo iść na skargę, bo jest to uważane za normalne, jeszcze usłyszeliby od przełożonych i rodziców, że mają za dobrze. Podobno to normalna odzywka w tej epoce, muszę kiedyś spróbować zrozumieć, skąd się bierze – sprawia wrażenie okrutnego absurdu. Natomiast fakt, że polscy studenci i tak mają nieskończenie lepiej, niż rówieśnicy z Anglii czy USA (którym wszyscy zdają się zazdrościć), bo przynajmniej nie muszą na ogół płacić za naukę ani zadłużać się na dziesięciolecia do przodu.
Te obserwacje pochłonęły sporo czasu i energii, zabierałam zawsze ze sobą awaryjny tomik poezji, Nâzım Hikmet uratował mnie przed niejednym zjazdem. Czułam, że zaczynam widzieć problem, ale patrzyłam ze zbyt wielkiego dystansu, aby naprawdę go rozumieć. Wtedy właśnie zapisałam się do kooperatywy i zaczęłam regularnie przychodzić na dyżury. Zaprzyjaźniłam się z Karoliną i zadawałam jej wiele pytań, a ona odpowiadała i czasami też mnie pytała. Staram się zawsze odpowiadać szczerze, ale bez przyszłościowych rewelacji, więc siłą rzeczy to, co o sobie mówię, jest skrótowe i zniekształcone. Czasami tłumaczę, że jestem introwertyczką, co jest po części prawdziwe. W każdym razie dzięki Karo zobaczyłam ten świat troszkę bardziej od środka. Opowiedziała mi, jak wcześniej pracowała w gastro, potwierdzając z naddatkiem moje ponure obserwacje. Nadal musi zasuwać, bo jej kooperatywa nie płaci, tylko daje możliwość kupowania warzyw i owoców ze zniżką. Ja mam zresztą tak samo, też nie dostaję wypłaty i nie jestem pracowniczką. Mnie to nie robi problemu, bo mam stypendium i mogę się skoncentrować na studiowaniu. Tego oczywiście Karo nie powiedziałam, bo to zupełnie przyszłościowy kosmos. Ale bardzo nam się dobrze pracuje razem, Karo też mówi, że w kooperatywie jest cudownie. Dostosowujemy się do siebie z tempem, pomagamy sobie wzajemnie nosić kraty z warzywami. Siedzimy, przebieramy marchewkę razem i rozmawiamy.
„Ty, dlaczego nikt nie wpadł na to, że taka praca jak tu jest sensowniejsza i lepsza niż to, co na ogół?” – spytała mnie Karo, a ja nie wiedziałam, co powiedzieć, więc tylko kiwałam głową. „W gastro jest spinka, wszyscy z agresją, często nienawidzi się tych klientów, bo to jedyne, co daje moc, żeby przetrwać jeszcze kilka godzin. I się bierze, co się da, bo nie wolno, szef każe wyrzucać do śmieci dobre jedzenie. Więc jak się trafi okazja, to bierze się, co się da. A przecież tu – nigdy, za nic. Tu jest inaczej. Nie wiem, jak to wytłumaczyć”.
Ja wiem, ale nie mogę jej tego powiedzieć. Pocieszam się, że już za 10 lat oni też to będą wiedzieć i że dzięki temu tacy jak ja będą mogli sobie odgrywać święty teatr po nocach i mieć bezkompromisowe zdanie o świecie i o czasie odkupienia. Na widok wrzeszczącego w miejscu pracy sadysty świerzbi nas ręka, a nie zaokrąglają się ramiona. Własne mieszkanie kojarzy nam się z introwertyzmem i ekstrawertyzmem, a nie z długiem do końca życia. Dziękuję, Karo. Nie mogę ci tego powiedzieć tam w świecie, który badam, ale powiem tu, w moim reportażu.
Karo powiedziała mi, że mieszka „za miastem” i dodała, że w Konstancinie. Zaciekawiło mnie, jakie mają przedmieścia w tych czasach, więc bezczelnie się do niej wprosiłam. Chyba była troszkę zdziwiona, zdaje się, że nie jest to normalnie praktykowane, żeby tak szybko i tak bezstresowo się wpraszać do znajomych. Przywitała mnie jakimś fajnym warzywnym daniem, nie spodziewałam się, że zada sobie trud gotowania dla mnie obiadu i zrobiło mi się głupio. Wynajmuje pokój u jakiejś rodziny, ma własny kąt kuchenny i całkiem przyjemny widok z okna na piękne jesiony i olchy. Zdziwiła się, że tak dużo wiem o drzewach i ptakach, a ja zdziwiłam się, że oni mówią po prostu „drzewo”. To tak jakby mówić „zwierzę” zamiast kot, pies, dzik. Ale – co kraj to obyczaj i co epoka w sumie też. Ciekawe, kiedy zaczną powstawać nowe przysłowia, gdy chronoporty się staną bardziej powszechne. Oczywiście nic z tego nie powiedziałam Karolinie, tylko pomogłam jej zmywać i ucieszyłyśmy się obie, że się niedługo znów zobaczymy.
W drodze powrotnej miałam zabawną przygodę w tramwaju. Automat biletowy pożarł mi monetę i nie chciał wydać biletu. Spojrzałam na niego i powiedziałam wyraźnym i spokojnym tonem: oddaj, ty skurwysynu. Oczywiście wiem, że tutejsze biletomaty nie reagują na zaczepki, ale nie mogłam się powstrzymać. Pomyślałam nawet „nie zauważą i już”. Nieoczekiwanie dla mnie stały się dwie rzeczy. Automat pomielił i wypluł bilet. Odchodząc natrafiłam na wpatrzone we mnie z zachwytem oczy chyba dziesięcioletniego chłopca. „Szacunek” powiedział, gdy zobaczył, że na niego patrzę. Wzajemnie, nieznajomy chłopaku, wzajemnie.
Śniłam dzisiaj, że w moim tutejszym mieszkaniu zamknięte były koty, wychudzone, smutne. Wypuściłam je na wolność – z taką niesamowitą ulgą wybiegły. Myślę, że będzie dobrze. Ta epoka jest brzydka, ale nie może być aż tak zła, skoro już niedługo wybuchnie tu najpiękniejsza rewolucja 2032 roku i bardzo duża część osób, które teraz obserwuję, weźmie w niej udział, walcząc o piękniejszy, pełen życia świat. Está bem.
prof. dr hab. Monika Kostera
Zdjęcie w nagłówku tekstu: Silvia from Pixabay.
przez Monika Kostera | środa 16 lutego 2022 | opinie
Trzydzieści kilka lat temu stałam na peronie ze spakowanym plecaczkiem, blaskiem w oczach i czekałam na pociąg, który zawiezie nas do pięknej transformacji w kierunku socjaldemokracji. Nie byłam żadnym dziwolągiem – moja wiara była podzielana przez otaczających mnie ludzi, w większości niezbyt radykalnych w żadnym kierunku. Moje zróżnicowane społecznie i regionalnie otoczenie w większości zdawało się oczekiwać jakiegoś modelu samorządowego lub społecznego kapitalizmu. Może wyróżniałam się w nim szczególną sympatią dla modelu szwedzkiego. Napisałam o tym doktorat – czego możemy my, w Polsce, nauczyć się ze szwedzkich doświadczeń zarządzania. Kiedy go broniłam na wiosnę 1990 roku, zostało to przyjęte bardzo dobrze, przede wszystkim ze względu na walory praktyczne. Teoretycznie mój doktorat nie był odkrywczy. Z radością patrzyłam w przyszłość, ku konstruktywnemu profesjonalnemu życiu, pełnego ciężkiej, ale sensownej pracy polegającej na wcielaniu w życie tego, o czym pisali profesor Tadeusz Kowalik czy profesor Karol Modzelewski. Wkrótce zapisałam się do Unii Pracy. Stałam na peronie z biletem w ręku. Jednak przyjechał inny pociąg, wielki, ciężki ekspres z napisem „Koniec historii” na szybie.
Nie minęły dwa lata i nikt już nie chciał ze mną rozmawiać o modelu skandynawskim. Nikt też nie był zainteresowany etnograficznymi badaniami polskich szefów, które prowadziłam i które ukazywały zestaw cholernie kompetentnych i doświadczonych osób. Ale ta wizjonerska, niepokalana konformizmem polska inteligencja – uczeni, dziennikarze, ludzie kultury – nie mieli już czasu na pogawędki o różnych alternatywnych ideach. I to nie tylko dlatego, że zajęli się robieniem pieniędzy. Tak, część robiła pieniądze, jedni wielkie, inni mniejsze. Jedni – dlatego, bo lubili, inni (może większość) dlatego, bo strasznie bali się tego, co działo się za wschodnimi granicami. Ale nie mieli na pogawędki czasu głównie ze względu na dysonans poznawczy. O nim za chwilkę. Teraz o tym, co się działo za tymi wschodnimi i południowymi granicami, czego wszyscy się obawiali, ale o czym zawsze mówiło się w jakichś krwawych fragmentach: ruska mafia, biedna Ukraina, nieszczęsna Rumunia, Bałkany.
Niedawno ukazała się książka, która pokazuje cały obraz, od byłego NRD po Rosję, od Estonii po Bałkany. Książka amerykańskich badaczy Kristen Ghodsee i Mitchella Orensteina „Taking stock of shock: Social consequences of the 1989 revolutions” ma potencjał, by zostać wypowiedzią przełomową, jakie czasami zdarzają się w historii, podobnie jak kiedyś było słynne przemówienie Chruszczowa. Też nie od razu jego treść została podchwycona w refleksjach i dyskusjach, bo takie wypowiedzi wymagają skupienia. Po nich już żadna rozmowa nie jest taka sama jak wcześniej. A jest nad czym się skupiać. Czytajmy więc:
„Przyczyny postsocjalistycznej śmiertelności są wciąż gorąco dyskutowane […] W 1999 roku Program Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP) szacował, że w dwudziestu siedmiu krajach transformacji badanych w raporcie »Ludzkie koszty transformacji« brakowało 9,7 milionów mężczyzn, podczas gdy w 2001 roku UNICEF donosił o 3,26 milionów nadmiarowych zgonów w pierwszych dziewięciu latach transformacji”.
Radykalne obniżenie średniego wieku życia, wzrost uzależnień, kryzys ekonomiczny znacznie głębszy i bardziej długotrwały niż Wielka Depresja w USA, dramatyczny i gwałtowny rozpad struktur społecznych – a co za tym idzie załamanie zaufania społecznego. Wszystko to wykazane jest na podstawie wyjątkowo rzetelnych i rozległych badań naukowych: ilościowych badań statystycznych i jakościowych, etnograficznych.
Z tej zapaści wiele krajów byłego Bloku Wschodniego nie wydobyło się dotąd. Przypomnijmy, że amerykańscy doradcy z czasów wczesnej transformacji obiecywali nam „J-curve”, czyli chwilowe (trwające kilka lat, raczej 2 aniżeli 5) obniżenie dochodu per capita a następnie wykładniczy wzrost. To zjawisko nie miało miejsca nigdzie. W wielu krajach zwyżka nie nastąpiła. Polska jest ukazana w książce jako sukces transformacji. Inne kraje tzw. Grupy Wyszehradzkiej też poradziły sobie znacząco lepiej, niż pozostałe. Węgry, Polska – wyszły zasadniczo na plus, choć dopiero stosunkowo niedawno, kilkanaście lat temu. Czyli co, radość i duma? Brawo my? Jeśli poradziliśmy sobie – jak kto woli to nazwać: świetnie, nieźle, jakoś – to – pomyślmy przez chwilę: co by było, gdybyśmy wybrali inną drogę, gdyby pociąg skandynawski przyjechał wtedy na stację?
Mówiono nam wówczas – i mówi się do tej pory – że nie istniała alternatywa.
No właśnie, miało być o dysonansie poznawczym. On był, jest i rośnie w siłę. Rządzi krajem, stał się główną zasadą społecznej ontologii. Właściwie wszystko, co się w post-transformacyjnej Polsce działo, co dzieje się nadal w polityce, sztuce, nauce – opiera się na intensywnym wysiłku zniszczenia, wymazania, zaklajstrowania dysonansu poznawczego. Najchętniej nie mówi się o tym wcale, media głównego nurtu starają się nie przyjmować alternatywnych wypowiedzi, choćby były nie wiem jak dobrze podbudowane naukowo. Niektóre dyscypliny nauki też. Coraz ostrzejsze podziały polityczne skonstruowane wokół podziału, o którym nie wolno mówić. Mnóstwo energii wkłada się w czynienie pewnych tematów nieistniejącymi. Tych zasadniczych tematów. Zamiast tego mówi się, że nie było alternatywy. Mówi się, że w przeciwnym razie byłoby u nas jak na Ukrainie – ale czemu? Czy graniczymy z Rosją (z obwodem Kaliningradzkim tak, ale potencjalny problem jest raczej dalej na wschód)? Mówi się, że Zachód kazał – fakt, ale jednak Sachs po latach twierdzi, że spodziewał się, iż Polska będzie się upierać przy jakiejś formie socjaldemokracji. Ile w tym wyrzutów sumienia samego Sachsa, a ile rzeczywistości – nie wiem. Mówi się, że inaczej nie darowano by nam długów. Trudno powiedzieć, ale czy próbowaliśmy porządnie negocjować? Czy poprosiliśmy o wsparcie w tej sprawie np. kraje skandynawskie? I wreszcie, jak pokazują Ghodsee i Orensetin, dwa kraje wybrały inną drogę transformacji – Chiny i Wietnam. Może nam się ta droga nie podobać, ale jest wszak inna. A skoro tak, to my mogliśmy powędrować jeszcze inaczej. Za mały kraj? A czy musieliśmy sami? Czy próbowaliśmy dogadać się z Czechosłowacją (wtedy jeszcze), Węgrami?
Alternatywa była, o czym wiem, bo byłam jej częścią. Była wizja: Kowalik, Modzelewski, Bugaj. Była praktyka: szefowie, których badałam. Ale nikt nas nie spytał wtedy, ani mnie, ani moich mądrych kolegów i mistrzów, ani tych doświadczonych szefów, ani załóg pracowniczych, które badaliśmy z kolegami w trakcie projektów doradztwa organizacyjnego (prowadzonych przez spółdzielnię konsultingową – sic! – przy Uniwersytecie Warszawskim). Po tych wszystkich „nocnych Polaków rozmowach” nie padło ani jedno pytanie. Tylko wielkie, właściwie boskie ogłoszenie: Nie istnieje alternatywa. I szkolenia, szkolenia, szkolenia, które sama przeszłam w 1990 roku i troszkę później badałam etnograficznie (powstał na podstawie tych badań artykuł pod tytułem „The Modern Crusade”, który to tytuł oddaje charakter tego, co tam się działo). Na to szły gigantyczne zasoby. Co by było, gdyby poszły na wykorzystanie wiedzy, która istniała w systemie, na recykling idei i praktyk, na konsultacje z innymi doświadczeniami? Na wzmocnienie naszego własnego zarządzania, naszego przemysłu, nauki, edukacji? Co by było, gdyby nie prywatyzować wszystkiego na hurra, lecz podejść refleksyjnie i stopniowo do procesu przekształceń własnościowych? Co by było, gdyby wspierać związki zawodowe i upatrywać w nich fundament nowego systemu – to one wszak wówczas nie tak dawno temu go wywalczyły, to one były jednym z motorów generowania idei struktur nowego zarządzania.
W jakimś równoległym kosmosie ten pociąg, na który czekałam wtedy, przyjechał. Przez 30 lat z groszami zajmowałam się trudną i odpowiedzialną, ale pożyteczną dla ogółu pracą. Wokół rósł kraj, gdzie nie jest idealnie, jest mnóstwo problemów, bo jednak na świecie dominuje neoliberalizm i czuje się schyłek jakiejś wielkiej epoki. Jednak nie jest źle. Ludziom w moim kraju żyje się na ogół dostatniej. Publiczna służba zdrowia działa. Jurek Owsiak gra z Wielką Orkiestrą Świątecznej Radości, zbierają środki na tworzenie domów kultury w większych i mniejszych miastach, i rzecz jasna na wsiach. Uniwersytety są bardzo różne, rządzą się kolegialne a polska szkoła filozofii ekonomicznej podbija kraje frankofońskie. Żaden Polak ani żadna Polka nie figuruje na liście najbogatszych ludzi świata. Ale za to nie ma bezdomności, budowane są całkiem nieźle zaprojektowane osiedla, gdzie ludzie mogą wynajmować mieszkanie od gminy lub spółdzielni. Konstytucyjne prawo do mieszkania traktowane jest bardzo poważnie. Drogami i autostradami nie możemy się za bardzo pochwalić w Europie, ale za to mamy świetną sieć kolejową, można dojechać dosłownie wszędzie. Jeffrey Sachs kupił domek na Mazurach i ufundował centrum animacji kultury regionalnej jako swego rodzaju zadośćuczynienie za tamte, dawne czasy. Grają amerykańskiego bluesa i alt-folk. Nikt zresztą tamtych czasów nie pamięta – są inne, nowe sprawy i problemy.
Wysyłam samej sobie kartki z tamtego kosmosu. Ostatnio wysłałam sobie gustowny kosz na śmieci w stylu skandynawskim, żebym miała gdzie wyrzucić te trzydzieści-parę lat mojej pracy w tym kosmosie, tutaj.
prof. Monika Kostera
przez Monika Kostera | środa 19 stycznia 2022 | opinie
Z wielu powodów, prywatnych i zawodowych, zastanawiam się często nad tym, czemu od czasów transformacji stale słyszy się tyle kłamstw na temat PRL-u. Nieprawdy, półprawdy, gównoprawdy, ale przede wszystkim wielkie przemilczenia, jak o zmarłym krewnym, który był czarną owcą rodziny i wszyscy chcą już o nim zapomnieć, ale jakoś jego duch stale nawiedza rodzinne spotkania. Jest to bardzo ważne, może nawet definiujące kondycję naszych czasów zjawisko, więc będę do niego wracać. Dzisiaj o jednym wątku – o awansie społecznym.
Bo wszak PRL dał ludziom z niższych klas potężne pchnięcie w górę. Potem w okresie transformacji to się zatrzymało i dla wielu grup społecznych – odwróciło, a dla innych zintensyfikowało, przyspieszyło. Jednak bez PRL-owskiej windy w górę bylibyśmy w innym miejscu. Ja również byłabym kimś innym, na pewno nie profesorem zwyczajnym – jestem inteligentką w drugim pokoleniu i moje korzenie są robotniczo-chłopskie. Po moich robotniczo-chłopskich rodzinach odziedziczyłam nie kapitał kulturowy, lecz ciekawość poznawczą, upartą odwagę i optymizm kogoś ostro mobilnego w górę. Słabą orientację w tym, co wypada, z kim, jakie wrażenie należy zrobić na kim. Silne przekonanie, że edukacja rozwiąże jeśli nie wszystkie problemy świata, to raczej większość, a na pewno moje własne. Wiem też, że to wszystko mało by mi pomogło, gdybym szykowała się do lotu w potransformacyjnych czasach. Te cechy są teraz obciążeniem. Były znakami rozpoznawczymi w społeczeństwach awansu społecznego. Jako sygnały wychwytywane są przez innych w podobnej sytuacji. Nie zabrnęłabym pewnie zbyt daleko, gdyby osoby o podobnych stygmatach, bez związków pokrewieństwa, znajomości, wzajemnych zobowiązań – tylko dla tego podobieństwa – po drodze mnie nie dostrzegły i w kluczowych momentach nie podały mi ręki.
Dla zestabliszowanych elit wyglądamy niedobrze: arrivistes; zawsze coś kłuje w oczy, wystaje nam słoma z butów, brak nam ogłady, nie umiemy się zachować, nie mamy taktu. A przede wszystkim nie mamy tej całej sieci wujków, stryjków, zblazowanych koleżanek cioci babci z prywatnej szkoły, tych gwarantów, mentorów, odźwiernych czy po prostu zdolnych do wskazania drogi.
Herbert biadolił swego czasu, że PRL kusił go zbyt mało przekonująco. Mnie tam kusił o wiele bardziej niż to, co po nim nastąpiło. PRL miewał przyjemną mieszankę kultury ludowo-inteligenckiej, z różnymi falami wzrostu i upadku. Ta mieszanka bywała momentami ciekawa, niebanalna, zaskakująca. Właśnie ci wszyscy arrivistes wyglądający w każdym ubraniu jak wymięci po długiej, męczącej podróży, miewają w oczach czar i blask jak nikt inny. Bywa, że wiedzą o tym stare kulturowe klasy, szlachetna inteligencja, la grande bourgeoisie wie, że bez nas by się skalcyfikowała – i dlatego miewamy nadal swoje miejsce w społeczeństwach, gdzie są one aktywne. Nie w neoliberalizmie.
Neoliberalizm to jeden wielki pochód triumfalny klasy średniej. Od czasów prorokini drobnomieszczaństwa Thatcher trwa totalna kolonizacja świata przez tę warstwę: jej moralność, jej estetykę, jej zasady, ambicje i dążenia. Wciskają się wszędzie, nie ma już takiego miejsca, gdzie nie dyktują wszystkim swoich zasad. Są jako klasa pełni zazdrości, asertywnego przekonania o własnej doskonałości. Generalnie pogardzają klasami niższymi od siebie i powierzchownie naśladują klasy wyższe, nie dbając o żadną głębię ani o wartości. Tylko pozory są ważne, tylko powierzchnia. Zdobyć „pieniążki” i zachwycić się sobą. To nie są czasy ani warunki dla arrivistes. A szkoda. Jesteśmy nie tylko czarujący, ale i potrzebni.
Wszędzie tam, gdzie otwiera się blokada klasowa i można awansować, od rewolucji francuskiej poprzez Napoleona i jego wojaków, a na angielskim romansie z socjaldemokracją w latach od II wojny do połowy lat 70. – wszędzie tam wyzwala to nieprawdopodobną energię, tryskają nowe idee, geniusze rodzą się na kamieniu, pojawia się ten wiatr odnowy, który potem w historii sztuki zapisuje się jako okres szczególnie inspirujący, a w nauce jako lata nowych prądów i odkryć. Pojawiają się nowe pytania, nowe trendy, zdarzają się ciekawe próby odpowiedzi. A czasem tylko szalone mody. I też dobrze.
Francuska filozofka Chantal Jaquet, pisze o transclasses, transklasach – osobach znajdujących się w ruchu pomiędzy klasami społecznymi. Klasa jest dla niej nie tożsamością, lecz dynamiczną relacją. Przejście pomiędzy klasami wymaga pokonywania wielu niespójności, co jest trudne i energochłonne. Stąd wiąże się to z zestawem afektów i aspiracji, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. Polega na używaniu kodów kulturowych wywodzących się z różnych środowisk, często twórczym. Na przykład obecnie gwiazdy sportu dokonują przekraczania granic, co kreuje interesujące postaci, ale za cenę dysonansów, np. bycia postrzeganymi jako „nieokrzesani”.
Otóż myślę, że cały PRL był jedną wielką transklasą. Dlatego wstydzimy się go, bo on mówi o tym, kim jesteśmy i skąd przybywamy, zdradza coś, co jest pod powierzchnią – w świecie, gdzie powierzchnia jest najważniejsza, bo dająca moc definiowania świata na zasadzie tożsamościowych ukazów. Staramy się wyprzeć to coś pod powierzchnią, tę kolektywną słomę wystającą z butów. W popularnych telewizyjnych serialach opowiadana jest nasza kulturowa historia, jakby to nie istniało, tyle że puste półki (kiedy? w latach 80. czy 70.? w Polsce czy w Rumunii? mniejsza o to…) i ubecja śledząca każdego kierownika działu zaopatrzenia i każdą uczennicę szkoły podstawowej (w rzeczywistości czy na szpiegowskim filmie? mniejsza o to…). Był Bareja i łyżki na łańcuchach (fikcja, dla śmiechu? mniejsza o to…). I szare bloki. Nic więcej. Nic, co by nas osobiście dotyczyło czy definiowało. Definiuje nas kultura szlachecka przedwojnia, ewentualnie Skamandryci. Ewentualnie – ewentualnie! – jakiś pradziad kosynier, który pod Kościuszką walczył o niepodległość. No bo jednak gdzieś jakiś chłop musiał nam się w społecznym rodowodzie trafić. Ale nie ma tego całego arrivistowskiego kontekstu, który tak dobrze pamiętam: wiotkie dziewczyny w niemodnych bluzkach recytujące Stachurę na dworcu w Szklarskiej, nierówno ostrzyżonych panów na prestiżowym zachodnim kongresie, będących wszak nieprawdopodobnie zdolnymi szefami, poetów „walających się w przedpokoju” (cytat z przyjaciółki, która miała taki przedpokój). I hasło, które towarzyszyło nam wtedy w naszych nieraz alarmująco pretensjonalnych wieczorach przy węgierskim winie: bądźmy oryginalni za każdą cenę, zesrajmy się, a bądźmy oryginalni. Tak było. OK, zoomer, deal with it.
prof. Monika Kostera