przez Przemysław Ciupka | wtorek 23 lutego 2021 | opinie
Globalne ocieplenie, topnienie lodowców, podnoszenie poziomu oceanów i postępujące ich zakwaszenie. Każde z tych pojęć odnosi się do katastrofalnych procesów, a przy okazji żadne nie wzbudza większych emocji. Islandczyk Andri Snær Magnason pisząc „O czasie i wodzie” starał się odczarować ten akademicki język. Do opowieści wplótł historię rodzinną, mity od nordyckich po hinduskie, pradawną poezję i twarde dane. W efekcie otrzymujemy bardzo dobrą literaturę. Która nic nie zmieni. Przekonywanie przekonanych, choć w świetnym stylu.
Czy sto lat to dużo? Dla dzieci, które właśnie przychodzą na świat życie w XXII wieku to realna perspektywa. Te same dzieci mają jeszcze szansę poznać pradziadków, którzy na własnych skórach doświadczyli największego horroru XX stulecia – II wojny światowej – a potem zakasali rękawy, by odbudować świat. Napędzana ropą i powojennym skokiem technologicznym planeta szybko stała się globalną wioską z coraz to szybciej wzrastającą liczbą mieszkańców. Od narodzin naszych dziadków – w czasie zaledwie jednego pokolenia – na Ziemi przybyło 5 miliardów ludzi. Wszystko dzięki uwolnieniu skrytych pod ziemią pokładów energii. Ropa, węgiel, gaz ziemny – te surowce dały ludzkości bezprecedensową możliwość rozwoju. Eksploatacja paliw kopalnych przyniosła też jednak efekt uboczny, dziś oczywisty, sto lat temu abstrakcyjny – emisję dwutlenku węgla. Ten gaz w atmosferze stanowi blokadę dla ciepła, które nie może ulecieć w próżnię; w morzach prowadzi do zakwaszenia, co może brzmi niegroźnie, ale skutkuje obumarciem życia w wielkiej wodzie. A to morskie ukwiały produkują 60 proc. tlenu, którym oddychamy.

W historii Ziemi odnotowaliśmy pięć wielkich wymierań gatunków, stoimy u progu szóstego. „W zamian za każdy znikający gatunek pojawia się owacyjnie przez nas witany nowy znak towarowy. Tiger. Apple. Amazon. Czekamy w kolejkach, nocujemy w namiotach przed sklepami, kiedy na rynek ma wejść nowy rodzaj butów Nike” – konkluduje Magnason. Nie pozostawia też wątpliwości co do tego, kto ponosi większą odpowiedzialność, a na kogo spadną koszty. Autor przywołuje raport Oxfam z 2015 r., według którego 10 proc. mieszkańców Ziemi odpowiada za 50 proc. emisji CO2. Te dane jasno wskazują, że o ile przeludnienie może stanowić poważny problem, to największym jest ciągle konsumpcyjne rozpasanie pierwszego świata. Człowiek należący do jednego procenta najbogatszych odpowiada za emisję równą 175 osób należących do najbiedniejszych warstw społecznych. „Skutki zmian klimatycznych skupiają się jednak w największej mierze na najuboższych, których nie stać, aby się bronić, którzy nie mają możliwości zmienić miejsca zamieszkania” – zauważa Islandczyk.
Naukowcy kładą na stół twarde dane płynące z wieloletnich badań, alarmują o skutkach szybszych niż kiedykolwiek zmian klimatycznych. Niektórzy, jak prof. Szymon Malinowski, mówią wprost: można panikować. Paniki jednak nie widać. Dlaczego? Może problem wciąż jest dość abstrakcyjny? Może klimatolodzy i aktywiści używają słów, które ładunku emocjonalnego nabiorą dopiero za 10, 20 lub 50 lat? W XIX wieku rodacy Magnasona, co wtrąca do opowieści pisarz, nie znali pojęcia wolności i niepodległości. Zignorowali więc rewolucjonistę, który obiecywał im wydobycie się spod duńskiego buta. Do opisywania i zrozumienia świata potrzebujemy odpowiedniego języka. Nie walczysz o suwerenność, jeśli nie znasz i nie rozumiesz koncepcji wolności. Nie walczysz z globalnym przegrzaniem, jeśli „katastrofa klimatyczna” pozostaje jedynie zbitką słów nie budzących całej serii skojarzeń i emocji. Z takiego założenia wychodzi Magnason – filolog, poeta, pisarz, aktywistą proekologiczny, były kandydat na prezydenta Islandii – i podąża tym tropem. Sam przyznaje, że przez dekadę głowił się nad tym, jak mówić o ociepleniu klimatu i jego antropogenicznych przyczynach.
Ostatecznie posłużył się esejem, reportażem, historiami najbliższych mu osób, poezją i mitologią. Poznajemy losy jego dziadków, pionierów wypraw badawczych na islandzkie lodowce. Czytamy o drugim dziadku, który zakotwiczył w Ameryce, a jego życiorys nadaje się na osobną książkę. O wuju, który ocalił zagrożony wyginięciem gatunek krokodyla. Wplatanie portretów krewnych pozwala oswoić naukową terminologię. To problem dziadka i wnuczki, to nasza przeszłość i przyszłość naszych dzieci. Pomaga też odpowiedzieć na pytanie postawione na samym początku: czy sto lat to dużo? Zarówno w czasach Chrystusa, jak i 1500 lat później perspektywa upływu wieku nie zwiastowała niczego nadzwyczajnego. Czy jednak dziś jesteśmy sobie w stanie wyobrazić sobie rok 2121? Dziadkowie autora, prawie stulatkowie, twierdzą zgodnie, że największe zmiany w ich życiu obserwują w ostatniej dekadzie. Wskazówki zegara przyspieszyły i nie chcą zwolnić, bo mają więcej energii niż kiedykolwiek. Ta energia ma jednak swoją cenę, bardzo wysoką. Co się stanie, kiedy temperatura na ziemi wzrośnie o 1,5, a co jeśli wzrost przekroczy 2 stopnie Celsjusza? Jak topnienie lodowców zaburzy globalny ekosystem i co mają z tym wspólnego święta krowa czy prawa kobiet? Jak mity nordyckie splatają się z tymi z Dalekiego Wschodu i jakie wnioski mogą wyciągnąć z tego współcześni? Odpowiedzi na te pytania czekają w książce.
Jak przeprowadzić sprawiedliwą transformację energetyczną? Jak zmusić bogatsze państwa do wzięcia na siebie większych kosztów? W jaki sposób skłonić wielki biznes do rzeczywistych zmian, a nie zadowalać się bezczelnym greenwashingiem (pijarowymi zabiegami, które mają pokazać, jacy to jesteśmy eko)? Jak odwrócić logikę globalnej eksploatacji i ciągłego wzrostu? Tego z eseju Islandczyka się nie dowiemy. Czy Magnason odczarował katastroficzny język opowieści o globalnym przegrzaniu? Nie sądzę, choć podjął piękną próbę. Jednak próbę z góry kierowaną do wąskiego grona czytelników. Dlatego ostatecznie trzystustronicowy esej nie ma żadnego znaczenia. Poza literackim, czyta się to świetnie.
Przemysław Ciupka
Andri Snær Magnason, O czasie i wodzie, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2020.
Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Remigiusz Okraska
przez Przemysław Ciupka | czwartek 28 stycznia 2021 | opinie
Uciąć programy socjalne, zderegulować rynki, obalać rządy okolicznych socjalistów, rozpocząć wojnę z narkotykami, a całość okrasić nutką rasizmu i uprzedzeń klasowych. Co może pójść źle? Wszystko. I o tym mówi dokument „Crack. Kokaina, korupcja i konspiracja”, który zagościł ostatnio na Netflixie. Nie zrażajcie się tytułem, to nie kolejna sensacyjna opowiastka na nośny temat.
And everybody know, another kilo
From a corner from a brother to keep another below
Stop illin’ and killing, stop grillin’
Yo, Black, yo (We are willing!) –
tak rymował pod koniec lat 80 Chuck D, ikona rapu zaangażowanego społecznie. Crack był już wtedy integralną częścią amerykańskich gett. Jedni robili na nim fortuny, kupowali cadillaki i obwieszali się złotem, inni za jego sprawą tracili zdrowie, życie lub wolność, jeszcze inni po prostu bywali na haju.
Czym jest crack? To kokaina zmieszana i podgrzewana najczęściej z sodą, co zmienia ją z proszku w zdatne do palenia grudki. Palony w fifce pęka wydając charakterystyczny dźwięk, stąd jego nazwa. Wdychany do płuc dym działa szybciej i mocniej niż wciągany do nosa proch. Crack jest tańszy od kokainy, a to oznacza, że jest dostępny nie tylko dla ludzi od klasy średniej wzwyż, sięgają po niego również, a może przede wszystkim biedni. Kokaina zasypywała salony, crack rozgościł się na ulicach. Choć jedno i drugie to de facto ta sama substancja.
Stanley Nelson, stary wyga filmu dokumentalnego, o cracku opowiada nam ustami byłych dilerów, narkomanów, policjantów, ale również naukowców i ludzi ze świata kultury. Nie ma tu narracji z offu, są za to mocne obrazy Ameryki sprzed trzech dekad, której daleko było do utopijnej krainy wolności i dobrobytu z hollywoodzkiej laurki. Nelson stawia na prostą dokumentalną formę, solidną faktografię, nie dokładając technicznych fajerwerków. Dobrze zmontowane zdjęcia z obfitego archiwum, podlane hip hopem z lat 80. i 90. pozwalają nam wejść do getta, zanurzyć się w jego oparach i lepiej zrozumieć problem – znacznie bardziej złożony, niż wielu z nas mogłoby się wydawać.
Przywrócimy nadzieję tym, którzy ją utracili i zaprosimy ich do wielkiej narodowej krucjaty, by uczynić Amerykę znów wielką. Make America great again.
W 1981 r. Amerykanie wybrali na prezydenta średnio utalentowanego aktora, który kampanię wyborczą zbudował na powyższym haśle. Ronald Reagan rozpoczął neoliberalną epokę zachodniego świata. Od tej pory królować miał wolny rynek, a jego niewidzialna ręka miała rozwiązywać problemy nękające obywateli wolnego świata. Administracja Reagana konsekwentnie likwidowała wszelki socjal. I tutaj zaczyna się historia sukcesu cracku. Z jednej strony ludzie pogrążeni w biedzie poszukujący taniego haju, z drugiej ci sami ludzie bombardowani sloganami o amerykańskim śnie, o „chciwości, która jest dobra”, o braniu losu we własne ręce, a jednak bez perspektyw na legalną karierę. Crack dał odpowiedź jednym i drugim. Pierwsi dostali haj, drudzy śnili swój american dream, zostali ulicznymi kapitalistami w najczystszej wolnorynkowej formie. Sprzedawali bez regulacji, bez hamulców, bogacili się nie zawracając sobie głowy konsekwencjami. Crack rozprzestrzeniał się po USA niczym wirus, a Stanley Nelson w swoim najnowszym dokumencie starannie kreśli społeczno-polityczny kontekst tej zarazy.
„Somoza może jest skurwysynem, ale to nasz skurwysyn” – powiedział o krwawym dyktatorze z Nikaragui przywódca wolnego świata Reagan. Parafrazując: może skurwysyn, ale rynku nam nie zamknie i nie ureguluje. Sandiniści, którzy Anastasio Somozę obalili, mieli poglądy mieli marksistowskie. Poza tym trwała zimna wojna, więc każdy zalążek socjalizmu USA próbowały dławić. Administracja Reagana wspierała nikaraguańską prawicową partyzantkę. Kiedy Kongres zadecydował, że Amerykanie nie będą dłużej opłacać wojny domowej obcego państwa, rząd wraz z CIA wymyślili alternatywę. Do Iranu toczącego wojnę z Irakiem nielegalnie sprzedawano broń, a część pieniędzy transferowano do Nikaragui. Gotówkę CIA dostarczało samolotami. Po wyładowaniu dolarów na pokład awionetek trafiała kokaina, która w ten sposób docierała do USA. Tak partyzanci zarabiali na wojnę. Reagan z kolei wypowiedział już wtedy wojnę narkotykom. Hipokryzja?
Nelson pokazuje, jak wojna z narkotykami sprowadziła problem narkomanii i uzależnień do kwestii kryminalnej, całkowicie pomijając aspekt ochrony zdrowia. Narkomanom, zwłaszcza tym niebiałym i niezamożnym, nie proponowano leczenia, lecz więzienie. Wykluczonym jeszcze większe wykluczenie. Politykę twardej ręki kontynuował zarówno Bush, jak i demokrata Clinton. Dyskusja o sensie lub bezsensie antynarkotykowej krucjaty zaczęła kiełkować dopiero w czasach Obamy, choć nie przyniosła ona zasadniczego zwrotu w polityce. W efekcie za kratami amerykańskich więzień odsiadują dziś wyroki 2 miliony osób – tyle samo, ile zamieszkuje np. Słowenię. Ponad połowa to czarni, ponad połowa za przestępstwa narkotykowe. Popularny wśród biedniejszych Afroamerykanów crack jest obłożony stokrotnie wyższą sankcją niż kojarzona z klasą średnią i elitą kokaina. Echa rasizmu?
I know this crackhead who said she gotta smoke nice rock
And if it’s good, she’ll bring you customers and measuring pots
But yo, you gotta slide on a vacation
Inside information keeps large niggas erasin’ and their wives basin’
– rymował 20-letni Nas.
„Crack” odtwarza medialną histerię, która w latach 80. wybuchła wokół używki. Widzimy dziennikarzy bezrefleksyjnie powtarzających wprowadzające w błąd slogany i przepisujących niesprawdzone statystyki, stygmatyzując całe społeczności. Przyglądamy się politykom prześcigającym się na to, kto będzie twardszy, kto bardziej bezkompromisowy. Brzmi znajomo? Przypomnijmy sobie debatę na temat dopalaczy.
Autor „Cracku” skupia się na swoim podwórku. Stawia pytania o to, jak crack zmienił jego kraj, co doprowadziło do eksplozji popularności narkotyku, czy wojna z narkotykami jest gorsza niż same narkotyki. Stany Zjednoczone jako supermocarstwo miały największy wpływ na kreowanie światowej polityki narkotykowej, dobrze więc spojrzeć na jej korzenie. Potem warto zadawać kolejne pytania. Chyba że wystarczy nam odpowiedź pierwszej damy Nancy Reagan. Co zrobić, kiedy ktoś proponuje ci narkotyki? Just Say No! I po problemie.
Przemysław Ciupka