przez Konrad Ciesiołkiewicz | niedziela 5 lutego 2023 | Kwartalnik, nr 40/(91)
Kształtowanie się tzw. podmiotowości dziecka, a więc traktowania go jako człowieka i obywatela posiadającego swoje prawa oraz wolności, jest ideą relatywnie nową z historycznego punktu widzenia.
Wiąże się ona z rozwojem cywilizacyjnym, w tym z radykalnie wyższym wskaźnikiem przeżywalności niemowląt i małych dzieci oraz zmianami technologicznymi wpływającymi na kształtowanie się systemów edukacyjnych dopasowanych do rynku pracy. Nie do przecenienia w kształtowaniu się praw jako aksjologii – systemu wartości – oraz jako instytucji mających zagwarantować optymalne warunki życia i rozwoju, są wysiłki wielu pedagogów, lekarzy, społeczników i polityków. Począwszy od przełomu XVIII i XIX wieku wskazywali oni na potrzebę otoczenia dzieci systemem szczególnej ochrony. Podmiotowość, czyli posiadanie mocy sprawczej, ma w przypadku dzieci szczególny charakter. Słynne zdanie Janusza Korczaka: „Nie ma dzieci, są ludzie”, stanowiące najbardziej jaskrawy apel o nadanie dzieciom praw należnych wszystkim ludziom, dookreślane było katalogiem szczególnych potrzeb wynikających z etapów rozwoju dziecka. Korzystanie bowiem ze swoich praw wymaga odpowiedniej świadomości i możliwości dopasowanych do wieku. Z natury rzeczy dzieci stanowią jedną z najbardziej wrażliwych i bezbronnych grup społecznych. Dlatego otoczone powinny zostać szczególną troską. Wbrew wielu deklaracjom, że wszyscy kochamy i troszczymy się o dzieci, doświadczenie codzienności, a nawet polityczny dyskurs, wskazują, że jest zupełnie inaczej.
Niniejszy numer „Nowego Obywatela” jest niemal w całości poświęcony konkretnym problemom dzieciństwa. Skoncentruję się więc na kilku kluczowych aspektach stanowiących ramę do rozważań nad naszym – społeczeństwa – stosunkiem do dzieci i młodzieży. Będzie nią historyczny zarys kształtowania się praw dziecka aż do dzisiejszego dnia oraz próba uchwycenia na tym tle podejścia zauważanego w Polsce.
Idea praw dziecka i jej zastosowanie
Nie ma jednej granicznej daty przyjęcia do świadomości okresu dzieciństwa jako fundamentalnie ważnego dla całego społeczeństwa. Uznaje się jednak, że idea ta związana była z okresem Oświecenia i rewolucji francuskiej. Punktem odniesienia stawały się zazwyczaj historie okrutnego traktowania dzieci, które w XVIII i XIX wieku przebijały się do szerszej świadomości. Tak działo się z procesem 60-letniego Gaetano Franceschiniego, aresztowanego w Wenecji pod zarzutem seksualnego wykorzystania dziewczynki. Najgłośniejszą wydaje się jednak historia Mary Ellen Wilson z amerykańskiego miasta Baltimore w drugiej połowie XIX wieku. Dziewczynka ta po stracie matki i ojca była głodzona i bita przez przybranych rodziców. Sprawa ujrzała światło dzienne dzięki osobistemu zaangażowaniu lidera Towarzystwa Zapobiegania Okrucieństwu wobec Zwierząt. W konsekwencji podjętych działań, w USA powstało pierwsze Towarzystwo Zapobiegania Okrucieństwu Wobec Dzieci. W ten sposób historia Mary Ellen stała się symbolicznym punktem zwrotnym dla wszystkich zajmujących się przeciwdziałaniem krzywdzeniu dzieci.
Dalszy etap rozwoju idei praw dziecka przypada na czas refleksji nad biedą i cierpieniem dzieci wskutek I wojny światowej. W 1924 r. Zgromadzenie Ogólne Ligi Narodów uchwaliło Genewską Deklarację Praw Dziecka – pierwszy dokument wprost odnoszący się do gwarancji prawnych dla dzieci. Jest on bardzo krótki i ogólnikowy, zawiera głównie sugestie odnoszące się do powinności państw. Sformułowanie „powinno” odnaleźć można w nim aż sześć razy. Z tego powodu Deklaracja nie spotkała się z uznaniem Janusza Korczaka – jednego z najwybitniejszych ówczesnych pedagogów. Leda Koursoumba, była przewodnicząca Europejskiej Sieci Rzeczników Praw Dziecka, przyznaje, że „Korczak krytycznie odnosił się do »charytatywnego« charakteru Deklaracji i nacisku, jaki kładła na ochronę i dobrobyt, oskarżając jej autorów o pomylenie obowiązków z prawami”. Według Korczaka idea Deklaracji nie miała związku z prawami dzieci, lecz była „apelem do dobrej woli, prośbą o życzliwość”.
Wkrótce wybuchła II wojna światowa, a trzy lata po jej zakończeniu, w 1948 r., Zgromadzenie Ogólne ONZ uchwaliło Powszechną Deklarację Praw Człowieka (PDPCz), w której jednoznacznie podkreślono, że macierzyństwo i dzieciństwo wymagają szczególnej ochrony ze strony państwa i jego instytucji. Uchwalenie PDPCz przyspieszyło starania na rzecz określenia szczególnych praw dziecka. W 1959 r. przyjęta została Deklaracja Praw Dziecka z dziesięcioma zasadami, pośród których znalazły się:
- Wymóg korzystania z proklamowanych praw przez każde dziecko, bez względu na różnice rasy, koloru skóry, pochodzenia, wyznania, płci i języka.
- Wskazanie, że powinnością państwa jest tworzenie specjalnej ochrony dziecka, a także warunków do zdrowego rozwoju fizycznego, umysłowego, moralnego, duchowego i społecznego.
- Wymóg kierowania się dobrem dziecka, uwzględniający jego godność i wolność przy ustanawianiu praw.
- Uznanie, że do harmonijnego rozwoju osobowości dziecko potrzebuje miłości i zrozumienia, z czego wynika obowiązek szczególnej opieki nad dziećmi pozbawionymi swoich rodzin.
- Zasada pierwszeństwa do korzystania z wszelkich form pomocy i ochrony.
- Obowiązki i prawa edukacyjne, zakaz dyskryminacji oraz ochrona przed zaniedbaniem, okrucieństwem i wyzyskiem.
W tym samym czasie problemem pracy dzieci i obowiązkiem ich ochrony zaczęła zajmować się także Międzynarodowa Organizacja Pracy. Akcentując niektóre z ważnych dla praw dziecka postaci, nie sposób pominąć Henry’ego Kempe, amerykańskiego pediatry, który w 1962 r. zaprezentował tzw. syndrom dziecka maltretowanego. Pokazał światu liczne przykłady zdjęć RTG ukazujących złamania żeber, kości i piszczeli, zniszczonych stawów kolanowych oraz obrażeń kości czaszki, kręgosłupa – uszkodzeń typowych dla dzieci krzywdzonych. Było to następnym etapem szerokiego otwierania oczu na powszechne zjawisko przemocy wobec dzieci, skrzętnie ukrywanej pod płaszczem rzekomej potrzeby ochrony prywatności rodzin.
Kolejna iskra na drodze do uznania obywatelstwa dzieci wychodzi ze strony Polski, która w 1978 r. przedstawiła propozycję Konwencji o Prawach Dziecka. Po wielu latach prac i konsultacji międzynarodowych, w 1989 r. Zgromadzenie Ogólne ONZ uchwaliło tę Konwencję. Dokument ma fundamentalne znaczenie i bezpośrednie przełożenie na społeczny status dzieci we wszystkich krajach, które go ratyfikowały. Stąd nazywany jest pierwszą konstytucją dzieci. Do monitoringu stanu praw dziecka na świecie powstał specjalny organ ONZ – Komitet Praw Dziecka. Dokonuje on analiz regularnych sprawozdań przesyłanych mu przez państwa oraz organizacje międzynarodowe, inicjuje publiczną debatę i doprecyzowuje rozumienie zapisów Konwencji w specyficznych zakresach poprzez ustalanie i publikowanie tzw. Komentarzy Ogólnych. Dobrym przykładem próby przekładania zapisów Konwencji na wyzwania współczesności jest Komentarz Ogólny nr 25 z 2021 r., dotyczący praw dziecka w środowisku cyfrowym. Odnosi się on m.in. do takich zjawisk, jak wykluczenie społeczno-cyfrowe, potrzeba ochrony dziecka przed nieuczciwymi praktykami marketingowymi, przekazywaniem danych osobowych, treściami ekstremistycznymi, fałszywymi narracjami i dezinformacją. Obecnie Komitet konsultuje treść nowego Komentarza z zakresu ochrony środowiska i polityki klimatycznej. To dzięki Konwencji w wielu krajach do ustaw zasadniczych wpisywano prawa dzieci. Powstały też nowe organizacje pozarządowe specjalizujące się w ochronie praw dziecka, systemy opieki i pomocy dla dzieci krzywdzonych oraz nowe organy, w tym Rzecznik Praw Dziecka (RPD).
Konwencja zawiera trzy kluczowe zasady, które powinny znaleźć swoje odzwierciedlenie w prawodawstwie państw:
- Wymóg kierowania się dobrem dziecka i stawiania go ponad dobrem innych grup społecznych (poza sytuacjami nadzwyczajnymi). Choć Konwencja nie definiuje, czym jest dobro dziecka, to Marek Michalak, były polski RPD, w swoim projekcie Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego w 2018 r. wyjaśniał, że chodzi o „stan, w którym dziecko osiąga prawidłowy, całościowy i harmonijny rozwój psychiczny, fizyczny i społeczny, z poszanowaniem jego godności i wynikających z niej naturalnych praw”.
- Zakaz dyskryminacji dziecka, odnoszący się do wszystkich społeczno-ekonomicznych aspektów funkcjonowania państwa i kładący nacisk na potrzebę walki z rozwarstwieniem społecznym. Adam Łopatka, uczestniczący w pracach nad Konwencją z ramienia Polski, podkreślał, że „polityka państwa w dziedzinie oświaty, usług socjalnych, zdrowia, powinna sprzyjać redukcji nierówności, zapobiegać powiększaniu się takiej strefy”.
- Zakaz wyzysku, który jest w pełni komplementarny z zapisami przyjętymi w Konwencji Międzynarodowej Organizacji Pracy.
Konwencja o Prawach Dziecka zawiera także cały katalog praw nadających dzieciom podmiotowość. Wymieniając za Adamem Łopatką, są nimi:
- Prawo do życia i przeżycia, prawo do ochrony przed torturami, okrutnym, nieludzkim lub poniżającym traktowaniem i karaniem, prawo do ochrony przed wszelkimi formami przemocy, prawo do zachowania tożsamości, prawo do szczególnej ochrony i opieki dla dzieci pozbawionych środowiska rodzinnego.
- Prawo do wyrażania własnych poglądów we wszystkich sprawach, które ich dotyczą, prawo do wolności wypowiadania się, prawo do wolności myśli, sumienia i religii, prawo do prywatności, zrzeszania się, uczestniczenia w zgromadzeniach o charakterze pokojowym.
- Prawo dziecka do korzystania z najwyższego możliwego poziomu ochrony zdrowia, leczenia i rehabilitacji, prawo do życia w warunkach odpowiadających jego rozwojowi fizycznemu, psychicznemu, duchowemu, moralnemu i społecznemu, prawo do korzystania z systemu zabezpieczeń społecznych, prawo do nauki, wypoczynku i czasu wolnego.
- Prawo do humanitarnego traktowania dziecka podejrzanego lub skazanego, prawo do rehabilitacji i reintegracji społecznej dzieci skrzywdzonych, prawo dzieci niepełnosprawnych do szczególnej troski, prawa dzieci należących do mniejszości, tych dotkniętych konfliktem zbrojnym i ubiegających się o status uchodźcy, a także prawo dziecka do poznania swoich praw człowieka.
Jak wygląda podmiotowość dziecka w Polsce?
W jaki sposób mierzyć stan podmiotowości dziecka w Polsce? Oczywiście jest to pole do gorącej debaty publicznej. Wydaje się, że poza własną intuicją warto oprzeć się na opiniach renomowanych organizacji specjalizujących się w rzecznictwie praw dziecka oraz na wynikach prowadzonych przez nie badań. Wskaźnikami podmiotowości mogą być także poziom rozwoju instytucji oraz implementacja i ulepszanie zapisów zwiększających ochronę i sprawczość dzieci.
Z badań UNICEF dowiadujemy się, że 25 proc. dzieci w Polsce doznaje w szkole przemocy słownej, najczęściej ze strony rówieśników. Tylko połowa nauczycieli przyznaje, że szkoła jest w stanie zauważać łamanie praw dziecka. Ponad 30 proc. z nich jest przekonana, że prawa dziecka łamane są przez rodziców. Podczas jednej ze wspólnych inicjatyw Fundacji Orange i Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, Monika Sajkowska, prezeska FDDS, z którą wywiad przeczytać można w tym numerze „Nowego Obywatela”, tak odniosła się do kwestii podmiotowości dziecka: „Czy procesy, których jesteśmy świadkami w ostatnich dekadach sprawiają, że jako społeczeństwo, profesjonaliści i rodzice podmiotowo traktujemy dzieci? Nie. […] Niewystarczająco chronimy dzieci i nie przestrzegamy ich praw. Dowodem na to są liczne społeczne diagnozy dotyczące postaw społecznych, statusu dzieci w rodzinie i innych instytucjach”.
Spójrzmy zatem na kilka wniosków z takich właśnie diagnoz: 41 proc. dzieci doświadcza przemocy ze strony bliskich dorosłych, 57 proc. ze strony rówieśników, 7 proc. nie ma wokół siebie żadnej zaufanej osoby, 20 proc. posiada obciążające doświadczenia seksualne, 7 proc. zostało seksualnie wykorzystanych (szeroka kategoria znaczeniowa, obejmująca także obnażanie się, relacje z użyciem technologii itp.), 6 proc. dzieci doświadczyło fizycznego zaniedbania, aż 15 proc. mieszka z rodzicami nadużywającymi alkoholu, 16 proc. się okalecza, a 7 proc. próbowało popełnić samobójstwo (dane FDDS). W ostatnich dwóch latach liczba połączeń z telefonem zaufania 116 111, w tym ratujących życie, zwiększyła się nawet siedmiokrotnie. Związane jest to, z jednej strony, z poszerzeniem działalności telefonu, ale z drugiej – stanowi wskaźnik kondycji psychospołecznej dzieci i młodzieży w Polsce.
Spada liczba akceptujących kary fizyczne wobec dzieci. Jeszcze w 2017 r. prawie połowa Polaków nie popierała prawnego zakazu stosowania kar fizycznych. Wtedy też jedynie 34 proc. wspierało zakaz udzielania tzw. klapsów (zakazanych od 2010 r.). Obecnie 70 proc. badanych to zwolennicy prawnego zakazu karania, a 50 proc. popiera też zakaz klapsów (dane FDDS). CBOS w 2019 r. informował też o tym, że przemoc domowa jest zjawiskiem społecznie nieakceptowalnym. To dobrze, że tego rodzaju sposób myślenia poszerza się. Istnieją jednak w tym zakresie spore rozbieżności ze stanem faktycznym. Aż 22 proc. badanych osobiście zna kobiety, które doświadczają przemocy domowej. 60 proc. z nas zetknęło się z sytuacją krzywdzenia dziecka, 39 proc. było świadkami jego fizycznego dyscyplinowania, a 51 proc. karcenia słownego. Z rozmów z pracownikami zajmującymi się przemocą wynika, że większość z nas wciąż nie reaguje na przemoc. Choć w deklaracjach badanych wygląda to nieco lepiej, to wciąż daleko do optymizmu: 38 proc. świadków karcenia słownego i fizycznego pozostało biernymi, 70 proc. rodziców przyznaje, że karci dzieci, 39 proc. czyni to słowem, 36 proc. karci cieleśnie – tzw. klapsem, a 6 proc. przyznaje, że często dyscyplinuje fizycznie (dane FDDS).
W przypadku statystyk odnoszących się do krzywdzenia dzieci należy uwzględnić dwie kwestie nadające tej sytuacji większego tragizmu. Po pierwsze, zjawisko wszelkich form przemocy wobec dzieci (fizycznej, psychicznej, seksualnej, zaniedbania) jest niedoszacowane, a rzeczywistość uznać należy za bardziej przygnębiającą niż to, co przeczytać można w raportach służb oraz badaniach opartych na autodeklaracjach. Po drugie, dzieci odczuwają przemoc w sposób znacznie bardziej intensywny niż osoby dorosłe.
Zdaję sobie sprawę, że skala przemocy i nasz stosunek do niej nie są jedynymi miernikami podmiotowości dziecka i szanowania jego praw. Są jednak ich najbardziej wyrazistymi przejawami. O konsekwencjach bicia i innych form krzywdzenia dzieci uczyła Alice Miller, słynna psychoanalityczka i badaczka wpływu traumatycznych doświadczeń z dzieciństwa na późniejsze lata życia. Wskazuje ona na ich konsekwencje, którymi są różne sposoby wyładowywania tłumionej złości przez dzieci doświadczające przemocy. Objawiają się one w następujący sposób:
- W dzieciństwie i w wieku młodzieńczym: wyśmiewanie słabszych, bicie koleżanek i kolegów, upokarzanie innych, denerwowanie nauczycieli. Badaczka stwierdziła również, że dzieci bite, później w trakcie grania w gry komputerowe i oglądania telewizji częściej utożsamiają się z negatywnymi postaciami.
- W wieku dorosłym: częstsze stosowanie kar cielesnych i głoszenie skuteczności tej metody wychowawczej, ignorowanie związków między doświadczaną osobiście przemocą i stosowaniem jej we własnym domu, podejmowanie zawodów związanych z używaniem przemocy, naiwna ufność wobec liderów wskazujących na kozły ofiarne jako przyczyny problemów społecznych oraz posłuszeństwo wobec silnych autorytetów.
Osobnym zagrożeniem dla podmiotowości dzieci jest także kwestia biedy, która dotyka dzieci w większym stopniu niż dorosłych. W ostatnich 20 latach skala ubóstwa wśród dzieci wyraźnie spadła, jednak nadal pozostaje na wysokim poziomie – 5,9 proc. dzieci żyje w skrajnym ubóstwie, a 12,6 proc. wychowuje się w rodzinach uprawnionych do otrzymywania świadczeń z pomocy społecznej (dane GUS, 2022). Jak wynika z badań FDDS, bieda niesie nie tylko poważne zagrożenie dla zdrowia dzieci (np. niedożywienie), ale także dla ich prawidłowej socjalizacji. Dzieci w rodzinach doświadczających biedy są często zmuszone do przejmowania znacznej części obowiązków domowych, wychowywania młodszego rodzeństwa czy pracy, w tym z nielegalnych źródeł zarobkowania, co dzieje się kosztem ich funkcjonowania w społeczeństwie i pogłębia wykluczenie.
Wiele ekspertek i ekspertów uznaje, że wciąż mamy do czynienia z tzw. adultystycznym (z ang. adult – dorosły) modelem relacji dziecko–dorosły, który jest formą dyskryminacji osób nieletnich ze względu na ich wiek. W takim sposobie myślenia dorosłość jest utożsamiana ze stanem pewnej doskonałości, do której dążyć mają dzieci. Dziecko jest widziane przez pryzmat swoich niedoskonałości. Paradoksalnie dzieje się tak również w sytuacji, gdy rodzice (w swoim przekonaniu troszcząc się o dziecko) inwestują w jego rozwój ogromne środki. Postrzeganie dziecka jako obszaru inwestycji i ciągłego myślenia o jego przyszłości nierzadko spotyka się z bardzo poważanym zagrożeniem dla jego dobrostanu psychofizycznego. Obrazowo piszą o tym Małgorzata Jacyno i Alina Szulżycka: „Dziecko może w przyszłości być wszystkim i Każdym, dlatego teraz jest Nikim. Tożsamość skonstruowana wokół »braku« przywraca życie, bo daje tożsamość, ale sama pomyślana jako »brak« uśmierca [w przestrzeni społecznej – przyp. K. C.]”.
Podejście to jest sprzeczne zarówno z duchem, jak i z literą praw Konwencji. Ale także ze zdrowym rozsądkiem, który pozwala nam z nieco większą pokorą podchodzić do tej zakładanej przez lata „mądrości” wynikającej z samego tylko faktu bycia starszym. Przykładów patrzenia na dziecko z wyższością i traktowania go instrumentalnie jest aż nadto w przestrzeni publicznej. Wymienię tylko kilka.
Najbardziej rażącym jest samo, do pewnego stopnia, warunkowe ratyfikowanie przez Polskę Konwencji o Prawach Dziecka w 1991 r. W polskiej wersji dokumentu zawarto wtedy taką oto deklarację: „Rzeczpospolita Polska uważa, że wykonania przez dziecko jego praw określonych w konwencji, w szczególności praw określonych w artykułach od 12 do 16, dokonuje się z poszanowaniem władzy rodzicielskiej, zgodnie z polskimi zwyczajami i tradycjami dotyczącymi miejsca dziecka w rodzinie i poza rodziną”. Od 1991 r. zapis ten nie został zlikwidowany, choć podważa on sens całej Konwencji. Artykuły od 12. do 16. dotyczą podmiotowości dziecka, w tym prawa do swobody wypowiedzi i wyrażania własnych poglądów, prawa do swobody myśli, sumienia i wyznania, zrzeszania się, honoru i reputacji dziecka oraz ochrony prawnej przeciwko ingerencjom w tym zakresie. Ze studiów nad dzieciństwem oraz analiz ONZ wiadomo, że zwiększanie sfery poszanowania dla praw dzieci związane jest z odchodzeniem, często jednoznacznym, od zwyczajów i tradycji. Te bowiem stanowią blokadę dla emancypacyjnych starań dzieci i organizacji rzeczniczych.
Podobnie niezrozumiałe wydaje się stanowisko obecnego rządu oraz Rzecznika Praw Dziecka – Mikołaja Pawlaka wobec tzw. III Protokołu Fakultatywnego, przygotowanego z inicjatywy poprzedniego RPD, Marka Michalaka. Protokół ten daje uprawnienia dzieciom i ich pełnomocnikom do występowania ze skargami do Komitetu Praw Dziecka ONZ. Obecnie polskie dzieci pozbawione są takich możliwości. Nadawanie grupom społecznym uprawnień i zwiększanie ich sprawczości jest warunkiem koniecznym uznania ich za równoprawnych obywateli. Argumenty, jakie towarzyszą jednoznacznej odmowie ratyfikowania III Protokołu, sprowadzają się do trzech punktów:
- Polska posiada wystarczające mechanizmy zabezpieczające prawa dzieci.
- Przyjęcie protokołu zwiększałoby możliwość ingerencji organu międzynarodowego (ONZ) w polskie regulacje.
- Protokół mógłby stanowić zagrożenie dla tradycyjnych wartości.
Tę „wystarczającą” ochronę praw dzieci widać wyraźnie przy wprowadzaniu nowej ustawy o wsparciu i resocjalizacji nieletnich. W zasadzie całe środowisko pedagogów, w tym prof. Marek Konopczyński, z którym rozmowę przeczytać można w niniejszym numerze „Nowego Obywatela”, przekonywali, że projekt ten cofa nas o dziesięciolecia, jeśli chodzi o wsparcie dla dzieci wymagających szczególnego podejścia i pochodzących z trudnych środowisk rodzinnych.
Jedno z praw mających zwiększać podmiotowość dziecka to prawo do bycia wysłuchanym. Jest paradoksem, że rozbudowujemy panele badawcze i metody wsłuchiwania się w głosy wyborców, a grupa stanowiąca niemal 20 proc. społeczeństwa, czyli nieletni, nie jest w zakresie polityk publicznych o nie nawet pytana. Nie istnieje też obowiązek ani praktyka oceny wpływu stanowienia prawa na prawa i dobrostan dziecka. Gdyby tak było, to być może raporty UNICEF pokazujące ocenę stanu przyjaznych warunków do życia, przeżycia i rozwoju, brane byłyby pod uwagę przy podejmowaniu kluczowych decyzji i regulacji. Warto wspomnieć, że na 39. badanych krajów Polska zajmuje 30. pozycję w zestawieniu pod nazwą „świat dziecka” (bezpośrednie doświadczenia dzieci: pożywienie, jakość powietrza, wody, ekspozycji na hałas, etc.), 31. w kategorii „świat wokół dziecka” (tereny zielone, szkoła, mieszkania, ruch uliczny, zagrożenia środowiskowe), w zakresie zanieczyszczenia powietrza czwarte miejsca od końca, a w kwestii ekspozycji na pestycydy – przedostatnie.
Na uwagę zasługuje też zjawisko masowego instrumentalizowania dzieci i nadużyć związanych z łamaniem ich prawa do prywatności, udostępnianiem ich danych osobowych, materiałów wideo i zdjęć, które obecne są w przestrzeni publicznej. O ile personalistyczna zasada nakazująca nam traktowanie człowieka zawsze jako celu, nigdy jako środka, jest niezwykle trudna do stosowania, to w przypadku dzieci jest chyba jeszcze trudniej. Dzieje się to często bez świadomości łamania praw i narażania dzieci na zagrożenia oraz komplikacje w ich późniejszych życiu. Przykładem jest oczywiście zaspokajanie potrzeb tożsamościowych i autopromocyjnych rodziców dzielących się szczegółami z życia dzieci w internecie i mediach społecznościowych. Chyba gorsze jest traktowanie dzieci jako rekwizytu, który pomóc ma przede wszystkim w kreowaniu lepszego wizerunku polityków i innych osób publicznych. Podobne działania podejmowane są w różnych miejscach i z różnych okazji, przybierając postać dobrze brzmiących uchwał rad, samorządów itp. Dobrym filtrem do analizowania takich przedsięwzięć jest ośmiostopniowa „Drabina uczestnictwa” autorstwa Rogera Harta. Pierwsze trzy stopnie traktowane są jako całkowite uprzedmiotowienie dzieci i młodzieży. Dzieje się tak, gdy dorośli wykorzystują dzieci do realizacji własnych przedsięwzięć, a najmłodsi wyłącznie pomagają dorosłym w ich planach lub uczestniczą w nich jedynie na pokaz. Dopiero wejście na następne poziomy świadczyć może o upodmiotawianiu dzieci. Są to po kolei: przydzielanie nieletnim zadań przy jednoczesnym informowaniu o powodach ich zaangażowania i celach z tym związanych, konsultowanie z dziećmi decyzji podejmowanych przez dorosłych, inicjowanie decyzji podejmowanych wspólnie przez dorosłych i dzieci, oddawanie inicjatywy i kierownictwa młodym ludziom oraz na ostatnim szczeblu – podejmowanie inicjatyw oraz decyzji przez dzieci i młodzież w partnerstwie z dorosłymi.
Pisząc o tym podejściu, trudno nie odnieść się do wciąż silnie zakorzenionego w polskiej szkole i działaniach ministerstwa myślenia o uczeniu z preferencyjnym traktowaniem metod podawczych, w których nauczyciel jest źródłem największej wiedzy. Wielu wychowawców próbuje zmieniać ten obraz na rzecz metod dialogicznych i aktywizujących, w których nauczyciel jest bardziej facylitatorem wspólnego uczenia się. Przy przeładowanej podstawie programowej i w warunkach chronicznego braku kadr, niskich zarobków oraz obniżającego się statusu społecznego nauczyciela, jest to jednak szalenie trudne do zrobienia.
Powyższa analiza pokazująca stosunek instytucji państwa do dzieci nie pozostawia złudzeń, że daleko nam do faktycznego uznania ich obywatelstwa i traktowania tej grupy społecznej, stanowiącej obecnie 18 proc. społeczeństwa, jako nie tylko równoprawnej, ale także wymagającej podejścia nacechowanego znacznie większą uwagą oraz udostępnienia jej instrumentów kształtujących poczucie sprawczości. Niemożliwe wydaje się jednak nadal przyjęcie założenia, do jakiego przekonywał Janusz Korczak, według którego dziecko jest dla dorosłych niezwykłym źródłem wiedzy, umiejętności oraz inspiracji. We współczesnej pedagogice podejście takie nazywa się uznaniem dziecka za kompetentne. Pojęcie to wyjaśnia Jesper Juul, duński psychoterapeuta, uznawany za bliskiego myśli Korczaka: „Dzieci dają nam informację zwrotną, która umożliwia odzyskanie utraconych umiejętności i pomaga pozbyć się nieskutecznych, nieczułych i destrukcyjnych wzorców zachowania […] Twierdząc, że dzieci są kompetentne, chcę powiedzieć, że mogą nauczyć nas tego, co powinniśmy wiedzieć”.
Bibliografia:
- Jacyno M., Szulżycka A., Dzieciństwo. Doświadczenie bez świata, Warszawa 1999.
- Juul J., Twoje kompetentne dziecko, Kraków 2021.
- Kousoumba L., Janusz Korczak i Konwencja o Prawach Dziecka w: (red. B. Smolińska-Theiss), Rok Janusza Korczaka 2012. Nie ma dzieci – są ludzie, Warszawa 2012
- Łopatka A., Dziecko. Jego prawa człowieka, Warszawa–Poznań 2000.
- Makaruk K., Drabarek K., Postawy wobec kar fizycznych i ich stosowanie. Raport z badań, Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę, Warszawa 2022.
- Miller A., Przeciwko biciu dzieci w: (red. J. Bińczycka), Humaniści o prawach dziecka, Kraków 2000.
- Raport UNICEF, Miejsca i przestrzenie. Wpływ środowiska na dobrostan dzieci, Florencja 2022.
- Sajkowska M., Szredzińska R. (red.), Dzieci się liczą 2022. Raport o zagrożeniach bezpieczeństwa i rozwoju dzieci w Polsce. Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę, Warszawa 2022.
- Włodarczyk J., Makaruk K., Michalski P., Sajkowska M., Ogólnopolska diagnoza skali i uwarunkowań krzywdzenia dzieci. Raport z badań, Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę, Warszawa 2018.
Konrad Ciesiołkiewicz – przewodniczący Komitetu Dialogu Społecznego KIG i prezes Fundacji Orange, zajmującej się edukacją informacyjną, medialną i cyfrową dzieci i młodzieży oraz wspieraniem nauczycielek, nauczycieli oraz liderek i liderów społeczności lokalnych. Od lat związany jest także z Fundacją Dorastaj z Nami udzielającej pomocy psychologicznej, edukacyjnej, prawnej i socjalnej dla dzieci z rodzin, w których rodzic zginął lub utracił zdrowie pełniąc służbę publiczną. Z wykształcenia jest psychologiem, politologiem, doktorem nauk społecznych.
przez Konrad Ciesiołkiewicz | niedziela 16 stycznia 2022 | opinie
Walka ze współczesnym wykluczeniem społeczno-cyfrowym stawia przed nami wyzwania o skali porównywalnej z tymi, które wiązały się z procesem masowej alfabetyzacji w XX wieku.
Dlaczego zjawisko wykluczenia społeczno-cyfrowego jest tak istotne? Odpowiedź na to pytanie można częściowo uzyskać dzięki zdefiniowaniu problemu wykluczenia, a ściślej rzecz ujmując: określeniu jego zakresu. Bardzo rzadko spotykamy się dziś z pojmowaniem tego zjawiska jako jednej z form nierówności społecznych prowadzących do marginalizacji zarówno jednostek, jak i całych grup. W zakresie cyfryzacji dominuje technokratyczny paradygmat myślenia i polityki, który uwzględnia prawie wyłącznie ilościowe wskaźniki infrastrukturalne: zakupy sprzętu i kolejnych rodzajów technologii czy tworzenie aplikacji mobilnych i wdrażanie nowych procesów zarządzania w IT. W wielu liczących się kręgach politycznych i gospodarczych wykluczenie cyfrowe sprowadzane jest do jednego z działów administracji pod nazwą „informatyzacja”. Rezultatem takiego sposobu myślenia i kierowania się wyłącznie wskaźnikami technicznymi jest szkicowanie, w najlepszym razie, niepełnego obrazu sytuacji. Możne to prowadzić nawet do przekonania, że zjawisko wykluczenia nie istnieje, gdyż zasięg sieci internetowej pokrywa dziś niemal całe terytorium Polski. Z doświadczeń i obserwacji, szczególnie wyraźnych w czasie dwóch lat pandemii, wiemy jednak, że w zjawisku wykluczenia społeczno-cyfrowego, nie chodzi wyłącznie o sam dostęp do internetu.
Sprzężenie zwrotne
Kluczowych informacji na temat cyfryzacji, pozyskiwania informacji i współczesnych mediów, udzielają eksperci reprezentujący nurt ekologii mediów. Zajmują się oni badaniem relacji człowieka ze środowiskiem technologii informacyjnych. W ocenie dr hab. Magdaleny Szpunar, socjolożki kierującej Zakładem Nowych Mediów Uniwersytetu Jagiellońskiego, ekologia mediów „koncentruje się na tym, jak media mogą zmieniać nasze postrzeganie, wyznawane wartości, ale także […], jak nasze interakcje z mediami ułatwiają bądź też utrudniają przetrwanie”. „Nowa technologia nic nie dodaje ani niczego nie odejmuje. Nowa technologia wszystko zmienia” – twierdzi badaczka.
Rozpatrywanie wykluczenia cyfrowego wyłącznie jako wyzwania technokratycznego może prowadzić do wzrostu rozwarstwienia społecznego. Wykluczenie ma wiele przyczyn, których nie da się dostrzec za pośrednictwem wskaźników skoncentrowanych wyłącznie na rozwoju technologii. Powody omawianego zjawiska dotyczą bowiem także ludzkiej psychiki, relacji społecznych, zasobów materialnych, edukacji, zdrowia, spraw obywatelskich, kapitałów – społecznego, ludzkiego, moralnego i kulturowego – wprost wpływających również na jakość systemu politycznego.
Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) wyodrębnia dwa typy wykluczenia cyfrowego. Pierwszy dotyczy dostępu do technologii informacyjno-komunikacyjnych, w tym dostępu do urządzeń, oprogramowania, łącza i stabilności usług oraz finansów niezbędnych do ich zakupu. Drugi rodzaj definiuje się ze względu na użytkowanie technologii. Uwzględnia on kompetencje, motywacje związane z korzystaniem z sieci oraz urządzeń, a także funkcje, jakim ono służy (rozrywka, informacja, wiedza, relacje, zaangażowanie obywatelskie etc.).
Bazując na sposobie myślenia promowanym przez OECD i traktując wykluczenie cyfrowe jako jeden z wymiarów społecznych nierówności, jako Fundacja Orange wraz z Fundacją Stocznia stworzyliśmy raport „Wykluczenie społeczno-cyfrowe w Polsce” (autorzy: Aleksandra Pierścińska, Jan Herbst, Anna Bartol). Został w nim naszkicowany zintegrowany model tego zjawiska.
W modelu tym potraktowano wykluczenie jako strukturalne ograniczenie szans życiowych poszczególnych osób i całych społeczności lokalnych. Jest ono wynikiem nakładania się na siebie niekorzystnych uwarunkowań społecznych i ekonomicznych oraz deficytów związanych z możliwością korzystania z usług cyfrowych. Kluczowym mechanizmem jest w tym przypadku sprzężenie zwrotne, w którym infrastrukturalne, dochodowe, kulturowe, mentalne i kompetencyjne uwarunkowania korzystania z technologii powodują i jednocześnie są kształtowane przez nierówności społeczne i ekonomiczne, w tym przez dysproporcje dochodowe, nierówności edukacyjne, różnice w dostępie do oferty i infrastruktury edukacyjnej oraz w kapitale kulturowym.
Skala wykluczenia i zjawisk towarzyszących
Z przeprowadzonych przez nas badań wynika, że prawie 20 proc. Polaków w ogóle nie używa internetu. Ponad połowa osób, które nigdy nie korzystały z sieci, mieszka na terenach wiejskich. W czasie pandemii 25 proc. gospodarstw domowych o najniższych dochodach nie miało dostępu do internetu w swoich domach. Najważniejszą formą wykluczenia – mówiąc językiem używanym przez OECD – jest wykluczenie motywacyjne. Okazuje się, że 66 proc. osób niekorzystających z sieci uzasadnia to brakiem potrzeby, mimo tego, że – w zależności od grupy społecznej – od 20 do 45 proc. z nich ma w domu urządzenia zapewniające dostęp do sieci. Na brak umiejętności w zakresie korzystania z internetu wskazuje 52 proc. badanych.

Polskę charakteryzuje jedna z najwyższych w Europie dysproporcji sposobów użytkowania internetu w zależności od ukończonej edukacji. Osoby gorzej wykształcone znacznie rzadziej niż w innych krajach korzystają z usług publicznych w sieci, poszukują tam wartościowych treści lub traktują ją jako źródło codziennych informacji o świecie.
Ogromne znaczenie ma także to, że wykluczenie społeczno-cyfrowe nie jest związane wyłącznie z brakiem dostępu do internetu lub świadomym niekorzystaniem z nowych technologii. Wiąże się ono także z dysfunkcyjnymi wzorcami korzystania z nich. Grupy wykluczone są narażone w pierwszej kolejności na skutki dezinformacji, cyberprzestępczości, niebezpiecznych zachowań w sieci czy uzależnień behawioralnych.
Ważnych informacji dostarcza nam doświadczenie pandemii, która jeszcze bardziej zwiększyła rozwarstwienie społeczno-cyfrowe. Osoby niekorzystające z sieci przed wybuchem pandemii Covid-19 nadal w 90 proc. twierdzą, że nie mają takiej potrzeby. Z drugiej strony, osoby mające nieograniczony dostęp do technologii i stale ich używające, uciekły wykluczonym o kilka długości. Udział niekorzystających z internetu wśród respondentów o niskim poziomie wykształcenia jest ponad 10-krotnie większy niż wśród osób, które ukończyły uczelnie wyższe. Przepaść ta jest olbrzymia również w przypadku osób mniej i bardziej zamożnych, a różnica między najmłodszymi i osobami po 70. roku życia jest aż 20-krotna.
Darwinizm społeczny czasu pandemii
W społeczeństwie zauważyć można także niepokojące cechy „indywidualistyczno-darwinistyczne”. Problem ten jest przez nas traktowany raczej opisowo niż związany z faktycznymi kosztami społecznymi. Jest on dostrzegany, ale jednocześnie jest na tyle przezroczysty, że ignorujemy wagę jego istnienia. Utrwalony został stereotyp, że wykluczenie cyfrowe związane jest z wiekiem oraz że jest to zjawisko dość naturalne. Uważa tak aż 59 proc. internautów, mimo że wielu wykluczonych to ich bliscy. Wiemy jednak, że obraz sytuacji jest znacznie bardziej złożony. Mentalne bariery leżące u podstaw wykluczenia cyfrowego stanowią obecnie jego główną przyczynę, choć w społecznej świadomości nie są częścią tego problemu. Zaryzykowałbym tezę, że przyczyną takiego stanu rzeczy jest panująca od wielu lat orientacja technokratyczna, która nie uwzględnia procesów społecznych i psychologicznych. Jednak najbardziej niepokojące jest to, że 40 proc. internautów uważa za przyczynę wykluczenia brak chęci niekorzystających z sieci, nie zaś uwarunkowania systemowe czy bariery poznawcze. Spora grupa Polaków przypisuje zatem „winę/odpowiedzialność” za wykluczenie samym wykluczonym.
Ten indywidualistyczny ton brzmi dość znajomo, kiedy uwzględnimy badania 30-lecia Krystyny Skarżyńskiej („My. Portret psychologiczno-społeczny Polaków z polityką w tle”, 2019). Zdiagnozowano w nich mniejszościowy, ale bardzo wyraźny i łatwo rozprzestrzeniający się społeczny zestaw zachowań opisanych przez autorkę jako „społeczny darwinizm”. Jest to zestaw przekonań, na które składa się antagonistyczna wizja świata, brak wiary w istnienie dobra wspólnego i traktowanie życia społecznego jako gry o sumie zerowej, w której wygrywa się tylko wtedy, gdy wykorzystuje się słabe strony innych osób. Nie trzeba dodawać, że integralną częścią tego zbioru jest głęboka nieufność wobec otoczenia oraz instytucji, akceptacja instrumentalizowania otaczających nas osób, a także akceptacja dla „siłowych” i agresywnych zachowań.
W obliczu pandemii opisane wyżej rysy nabierają znacznie groźniejszego charakteru. Pandemia jest bowiem niczym innym jak doświadczeniem społecznej traumy, dobrze opisanej przez badaczy (np. prof. Piotra Sztompkę czy prof. Piotra Długosza) na przykładzie transformacji ustrojowej w Polsce i innych krajach. Społeczne doświadczenie traumy jest całym tsunami kryzysów – zdrowotnych, finansowych, społecznych, psychicznych i wielu innych. Jego konsekwencją jest pogłębianie syndromu nieufności, wzrost agresji i konfliktów społecznych, stanu bierności i wycofania się do własnej prywatności lub podatności na skrajne ideologie proponujące uproszczone wizje świata. Co można zatem robić?
Kompetencje
Przyjęcie paradygmatu społecznego wobec procesów cyfryzacji skutkować powinno zaakceptowaniem tego, że głównym wyzwaniem jest mentalny wymiar wykluczenia, a chcąc być bardziej precyzyjnym – kompetencje, na które składają się postawy (a wśród nich motywacje i systemy wartości), wiedza i umiejętności. Dla zarysowania pełniejszego obrazu kompetencje te nazwę cyfrowymi, informacyjnymi i medialnymi. Traktowane powinny być one jako priorytetowe rozwiązania dla systemowych polityk publicznych państwa i samorządu, dotyczące wszystkich grup społecznych. W zakres tych działań, powinny wchodzić między innymi takie dziedziny wiedzy jak: język mediów, selekcja i korzystanie z informacji oraz umiejętność ustalania ich wiarygodności, tworzenie treści, aspekty prawne i etyczne, bezpieczeństwo w komunikacji, ekonomiczne aspekty funkcjonowania mediów, umiejętności techniczne (np. przechowywanie danych, utrwalanie materiałów, programowanie), rodzaje mediów cyfrowych, organizacja wydarzeń w sieci. Powinny one zawierać także wiedzę o zaangażowaniu obywatelskim z wykorzystaniem narzędzi cyfrowych, relacjach społecznych w internecie oraz spójności zachowań online i offline, a także o najczęstszych zniekształceniach poznawczych i możliwościach radzenia sobie z nimi. Fundamentem tych działań jest nauka krytycznego i refleksyjnego myślenia, które za Johnem Deweyem nazwać można w następujący sposób: „czynnym, wytrwałym i uważnym rozważaniem jakiegoś mniemania lub przypuszczalnej formy wiedzy – w świetle podstaw, na której się wspiera, oraz wniosków do których doprowadza […], rozważać pro i contra, zastanawiać się nad daną kwestią, to znaczy szukać dalszych dowodów, nowych danych, które by pozwoliły rozwinąć nasuwającą się myśl, potwierdzić ją lub wykazać jej bezsensowność i niewłaściwość […] Istotą krytycznego myślenia jest odroczenie sądu; a istotą tego odroczenia jest dociekanie w celu określenia natury problemu przed przystąpieniem do prób jego rozwiązania”.
Inspiracje pedagogiczne
Inspiracja płynie z nauk i praktyk pedagogicznych, szczególnie pedagogiki społecznej. Bada ona warunki środowiskowe, „w jakich przebiegają procesy opiekuńczo-wychowawcze człowieka. Od jego urodzenia do końca życia. W badaniach tych uwzględnia się zwłaszcza warunki społeczne, kulturowe, przyrodnicze i biopsychiczne oraz warunki związane z rozwojem współczesnej cywilizacji”.
Szczególna rola przypisana zostaje tu nie tylko szkole, ale także innym instytucjom, takim jak świetlice środowiskowe, kluby seniora, Domy Pomocy Społecznej, organizacje pozarządowe, biblioteki, muzea, pracownie psychologiczno-pedagogiczne, urzędy pracy, interdyscyplinarne zespoły działające w samorządach i wiele innych. Każda z nich stanowić powinna element systemu składającego się na wzmacnianie potrzeb kształcenia ustawicznego (odbywającego się przez całe życie). Nie jest niczym nowym stwierdzenie, że postęp technologiczny powoduje niespotykane dotąd tempo zmian społecznych i stwarza potrzeby nabywania nowych umiejętności. Oczywiste powinno być ich zdobywanie w sposób znacznie bardziej solidarny i wspólnotowy, a nie zindywidualizowany i sprywatyzowany, którego istotę oddaje powiedzenie „radź sobie sam”. Henry Jenkins, ekspert nowych mediów, przyznaje, że „Prawie wszystkie nowe kompetencje wymagają umiejętności społecznych, które są rozwijane poprzez współpracę i networking”.
Warunkiem koniecznym wprowadzenia tego rodzaju systemowych rozwiązań jest odpowiedzialne zastosowane dialogu. Rozwiązań w tym zakresie szukać można u Paulo Freire, brazylijskiego pedagoga zajmującego się walką z masowym analfabetyzmem milionów dorosłych w XX wieku. Rozróżniał on dwa podejścia. Jedno związane było z nakazywaniem adaptowania się do aktualnych wymogów, technologii i zmian, bez względu na cenę społeczną płaconą za to. Uzupełnieniem tego podejścia był model edukacji bankowej czy też depozytowej, a więc traktowanie uczących się jako biernych odbiorców, u których deponuje się wiedzę i idee płynące wprost z systemu reprezentowanego przez edukatorów. W tym przypadku stosuje się jeden schemat, do którego wszyscy muszą się bezwzględnie dopasować. Podejście to utożsamiane było przez niego jednoznacznie z dehumanizacją i kończyło się wielką skalą wykluczenia oraz traum.
Badacz przeciwstawiał mu metodę integracyjną, której naturalną składową powinien być autentyczny dialog skoncentrowany na poznaniu potrzeb i kontekstu życia grup społecznych i osób uczących się, do których wspierania powołany jest system. Stosowane w nim rozwiązania powinny być „szyte na miarę”. Jego istotą powinna być ochrona godności, tworzenie warunków do wzrostu świadomości i rozwoju dla każdego. Celem wszelkich wysiłków polityk publicznych powinna być nie technicyzacja, a humanizacja warunków życia społecznego.
Przeciwko efektowi św. Mateusza
Kolejnym krokiem do przyjęcia dwóch poprzednich założeń powinien być wybór sposobu realizacji poszczególnych polityk i inicjatyw nastawionych na budowanie kompetencji społecznych i cyfrowych. Istnieje wiele możliwych wariantów. To, co powinno je łączyć, to zrozumienie faktycznych potrzeb i sposobu docierania dopasowanego do lokalnego kontekstu, które są dziś powszechnie ignorowane przez większość decydentów oraz wielkie instytucje koncentrujące się na własnych celach. Wielu z nas ma poczucie, że programy pomocowe, społeczne i edukacyjne – publiczne i prywatne – odmieniające „społeczną inkluzję” przez wszystkie przypadki, w praktyce wcale nie pełnią takiej funkcji. Zjawisko to nazywane jest przez socjologów efektem św. Mateusza. W skrócie rzecz ujmując, wsparcie trafia często do tych osób i miejsc, które posiadają pewne przewagi konkurencyjne i zasoby umożliwiające uzyskanie nowych korzyści, a niekoniecznie tam, gdzie faktycznie jest potrzebne. Przykładem wykorzystania prezentowanego tu modelu jest podejście zastosowane przez zespół Fundacji Orange, prowadzącej ogólnopolskie programy edukacji formalnej i pozaformalnej w zakresie kompetencji cyfrowych i informacyjnych oraz wspierania lokalnych liderek i liderów. Mając na uwadze brak idealnych rozwiązań i potrzebę stałego ulepszania metod dotarcia, przygotowaliśmy analizę z wykorzystaniem tzw. Indeksu Wykluczenia Lokalnego. Uwzględnia ono różne wymiary wykluczenia – społeczny (ubóstwa, bezrobocia, niskiego kapitału ludzkiego), ekonomiczny (różnice w kondycji lokalnej gospodarki, aktywności przedsiębiorstw), infrastrukturalny (dostęp do infrastruktury telekomunikacyjnej i możliwościach z tym związanych), edukacyjny (różnice w wykształceniu rodziców dzieci w wieku szkolnym, wyniki edukacyjne szkół). Z badania wynika, że około 20 proc. polskich gmin spełnia kryteria wykluczenia społeczno-cyfrowego. Wiedzieliśmy też, że szkoły pochodzące z tych terenów są niedoreprezentowane wśród tysięcy innych szkół korzystających z oferty programowej. Dodatkowym aspektem niezbędnym do uwzględnienia były także małe miejscowości i tereny wiejskie. Aby rozpocząć działanie w nowych szkołach, przygotowaliśmy system oceniania wniosków, który przyznawał 10 proc. punktów za lokalizację. Ponadto specjalne centrum informacyjne dzwoniło w pierwszej kolejności do wszystkich szkół z tych terenów, zachęcając do wzięcia udziału w rekrutacji. Każda szkoła w Polsce otrzymała od nas korespondencję, która różniła się jednak akcentami związanymi ze specyfiką danego miejsca. Zintensyfikowaliśmy też komunikację internetową kierowaną do szkół we wspomnianych gminach. W konsekwencji zastosowanych działań, w obecnym roku szkolnym ponad 20 proc. szkół pochodzi bezpośrednio z terenów zagrożonych wykluczeniem cyfrowym w najwyższym stopniu. 80 proc. uczestniczących pochodzi z miejscowości do 40 tysięcy mieszkańców oraz terenów wiejskich. Obecni jesteśmy w 100 nowych gminach, w których nasze programy wcześniej nie funkcjonowały. Podjęliśmy też współpracę pilotażową z Towarzystwem Przyjaciół Dzieci i prowadzonymi przez nie świetlicami środowiskowymi.
Brak woli politycznej
Powyższe działania – z pewnością wymagające dalszego rozwoju – zaprezentowałem w intencji zobrazowania potrzeby przełamania powszechnych schematów myślenia związanych z ograniczającymi przekonaniami instytucji, firm i organizacji lub wynikającymi z innych celów niż deklarowana przez nie walka z nierównościami. Poszukiwanie nowych form dotarcia, opartych na lepszym i głębszym rozumieniu potrzeb społeczności lokalnych wydaje się niezbędne do zasypywania nierówności społecznych wynikających z wykluczenia społeczno-cyfrowego. Także spustoszenie, jakie niesie ze sobą rosnąca skala dezinformacji politycznej i ekonomicznej, przestępczości w sieci, przemocowej radykalizacji, ale także masowych zaburzeń psychicznych, alienacji i polaryzacji społecznej – są kokpitem pełnym czerwonych lampek bijących na alarm i wzywających do całościowego zajęcia się tymi wyzwaniami. Tak jak w przypadku alfabetyzacji w XX wieku, tak samo dzisiaj, wobec alfabetyzacji cyfrowej, informacyjnej i medialnej kluczem jest posiadanie politycznej woli i elementarnego konsensusu społecznego. Wagę edukacji w zakresie kompetencji medialnych i informacyjnych odzwierciedla cytat prof. Lena Mastermana: „[…] to bardzo poważne i znaczące zadanie. Jej celem jest upełnomocnienie [upodmiotowienie – przyp. aut.] większości obywateli oraz wzmocnienie demokratycznych struktur w społeczeństwie”. W obecnych warunkach kryzysu zaufania, obserwując działania rządzących, w tym politykę resortu edukacji i kilku innych ośrodków odpowiedzialnych za sprawy społeczne, zaryzykowałbym twierdzenie, że woli takiej – być może świadomie – po prostu nie ma.
dr Konrad Ciesiołkiewicz
W tekście wykorzystano następujące źródła:
M. Szpunar, Nowa Ekologia Mediów, „Studia Humanistyczne AGH” 2014, vol. 13 (1), s. 135.
K. Skarżyńska, My. Portret psychologiczno-społeczny Polaków z polityką w tle, Scholar, Warszawa 2019, s. 117.
Z. Wiatrowska, Pedagogika społeczna a inne obszary wiedzy naukowej, [w:] red. E. Marynowicz-Hetka, Pedagogika społeczna, t. 2, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2007, s. 189-190, za: M. Cichosz, Pedagogika społeczna. Zarys problematyki. Impuls, Kraków 2020, s. 11-12.
H. Mizerek, Refleksja krytyczna w edukacji i pedagogice. Misja (nie)wykonalna?, Impuls, Kraków 2021, s. 24-25.
P. Freire, Pedagogy of the Opressed, Penguin Books, 2017, s. 49-70.
A. Ogonowska, Współczesna edukacja medialna: teoria i rzeczywistość, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Pedagogicznego, Kraków 2013, s. 26.
przez Konrad Ciesiołkiewicz | wtorek 9 lutego 2021 | opinie
Nawet co trzeci z nas może doświadczać zaburzeń psychicznych. W czasie pandemii to doświadczenie jest jeszcze bardziej intensywne. Niemal każdy z nas doświadcza osobiście jakiejś formy kryzysu psychicznego, albo zna kogoś, kto jej doświadcza.
Statystyki ZUS przeanalizowane przez Łukasza Komudę, kierującego serwisem Rynekpracy.org pokazują, gdzie w tym kryzysie jesteśmy. Liczba dni chorobowych w pracy z powodów depresji, zaburzeń lękowych i stresu nigdy wcześniej nie była większa niż teraz. Pod względem absencji w pracy oraz liczby zaświadczeń lekarskich wzrosty w okresie I-III kwartał 2020 rysowały się w następujący sposób: 40,6 proc. (wzrost absencji) i 28 proc. (wzrost zaświadczeń lekarskich). Depresja była powodem odpowiednio 33 proc. absencji i 23,8 proc. zaświadczeń. Zaburzenia lękowe wzrosły odpowiednio o 68,5 i 56,3 proc.
Powszechność odczuwania nadmiernego stresu powoduje trudności w radzeniu sobie z czynnościami życiowymi, budowaniu więzi, pracy zawodowej. Wszystkie wskaźniki stresu w Polsce od lat tylko rosną. Długotrwałe występowanie stresu może powodować doświadczenie traumy. Prof. Andrzej Cechnicki przekonuje, że najczęstszym współczesnym czynnikiem traumatyzującym są bieda, a także dyskryminacja (rasizm), zaniedbania i nadużycia wobec dzieci, prześladowania, migracje, gwałty i ataki fizyczne, zdrowie i stres matki przed porodem, komplikacje okołoporodowe. Osoby doświadczające trzech z wyżej wskazanych czynników aż 18 razy częściej cechowały się objawami psychotycznymi. Na podstawie tych danych można mówić o tzw. genie ryzyka, który uruchamia się w sytuacjach szczególnie nieprzyjaznych. Nie trzeba mieć bardzo rozwiniętej wyobraźni, żeby w kryzysie pandemicznym widzieć czas przebudzenia wszelkich możliwych traumatycznych doświadczeń, co przyczynia się do masowego wzrostu chorób i dysfunkcji jednostek i całych społeczności.
Wpływ instytucji
Fundamentalne znaczenie dla kondycji psychicznej ma praca. Dzieje się to w dwóch komplementarnych wymiarach. Po pierwsze, praca jest jednym z najskuteczniejszych czynników leczących. Zatem tworzenie warunków dla osób doświadczających trudności, wyrozumiałość i wsparcie w miejscu pracy mogą – nie tylko metaforycznie – ratować życie tysięcy ludzi i dobrostan ich rodzin. Stosunek do osób borykających się z zaburzeniami jest także miarą tego, na ile nasza praca ma faktycznie ludzką twarz.
Drugi wymiar związany jest z tworzeniem takiego środowiska pracy, które zmniejsza ryzyko wpychania ludzi w choroby psychiczne. Mark Fisher, który poświęcił w swojej twórczości dużo miejsca kondycji psychicznej, pokazuje lawinowy wzrost zaburzeń psychiczny, warunkowany przyjętymi rozwiązaniami gospodarczymi. W skrócie rzecz ujmując, można powiedzieć, że im bardziej tworzymy systemy samolubne i redukujące aktywność społeczną do konkurencji i wartości materialnej, tym groźniejszą skalę zaburzeń wytwarzamy. Większość elementów, na jakich osadzony jest system postfordyzmu (elastyczność produkcji i pracy, odchodzenie od postulatów pełnego zatrudnienia, słabnąca siła związków zawodowych i instytucji publicznych, nowe formy przemysłu informacyjnego i wiele innych) nie uwzględnia dobrostanu człowieka. Nie posiada też mechanizmów pozwalających na ukazanie wpływu, jaki rozwiązania społeczno-ekonomiczne wywierają na psychikę i relacje ludzi.
Najwyższa pora na ocknięcie się z pułapki indywidualizowania i prywatyzowania dysfunkcji psychicznych, polegającej na tym, że koszty wpływu rozwiązań systemowych przerzucane są na osoby cierpiące. W praktyce i w dużym uproszczeniu wysyła się je (nas wszystkich) na terapię, coaching, szkolenia lepszego zarządzania sobą i uczenia się radzenia sobie ze stresem. Pomijając to, że wysyłanych nierzadko po prostu nie stać na dość drogie usługi tego typu, dodatkową trudnością, z jaką muszą sobie radzić, jest wciąż duża skala społecznej stygmatyzacji i wpędzanie tysięcy ludzi w poczucie winy, że to „z nimi jest coś nie tak”.
Światełko w tunelu
Nie wszystko, o czym tu mowa zamyka się w postulacie „finansowanie psychiatrii”, ale bez wątpienia jest ona doskonałym papierkiem lakmusowym naszej kondycji. Ze statystyk wynika, że Polska ma jeden z najniższych (drugi od końca) udział wydatków na opiekę psychiatryczną wśród krajów europejskich. Jednocześnie do myślenia powinno dawać, że stanowią one największy koszt ZUS, co przy nieszczęśliwym założeniu ekonomizacji usług publicznych już dawno spowodować powinno podjęcie skutecznych działań systemowych.
Jest jednak światło w tunelu. Dzięki staraniom liderek i liderów ruchu na rzecz zdrowia psychicznego w Polsce, skupionych wokół Kongresu Zdrowia Psychicznego, w 2017 roku powstał Pilotaż Narodowego Programu Zdrowia Psychicznego na lata 2017-2022, kierowany przez dr. Marka Balickiego, pełnomocnika ds. reformy psychiatrii. Okrętem flagowym programu są Centra Zdrowia Psychicznego. Chodzi w nich przede wszystkim o to, żeby każdy borykający się z trudnościami miał ułatwiony dostęp do wsparcia środowiskowego, gdyż taka metoda okazuje się najskuteczniejsza i najtrwalsza. W dłuższym czasie – przy włączeniu w nią pracodawców, związków zawodowych, samorządów i innych organizacji – powoduje też jakościową zmianę społeczną, wrażliwość, tolerancyjne postawy i głębsze więzi.
Największe wyzwania stojące obecnie przed tworzeniem systemowych rozwiązań służących kondycji psychicznej sprowadzają się do czterech zasadniczych postulatów:
1. Zwiększenie finansowania opieki psychiatrycznej z 3,2 proc. do 5 proc. ogółu wydatków państwa na zdrowie.
2. Przedłużenie pilotażu i powstanie Centrów Zdrowia Psychicznego w każdym powiecie na terenie całego kraju.
3. Przygotowanie ustawy o ochronie zdrowia psychicznego, która definiowałaby i wzmacniała zarówno wydatki państwa na ten cel, jak i gwarantowała rozwój nowatorskich metod dbania o zdrowie psychiczne.
4. Powołanie krajowego ośrodka zdrowia psychicznego.

Wyrażając nasza wdzięczność dla liderek i liderów tego ruchu, jako Komitet Dialogu Społecznego KIG wraz z Laboratorium Więzi oraz innymi partnerami, włączamy się w działania zwiększające społeczną świadomość problemu zdrowia psychicznego i wspieramy przedstawione wyżej postulaty. W pierwszej kolejności nasze kroki kierujemy w stronę pracodawców publicznych i prywatnych, związków zawodowych, samorządów oraz liderek i liderów życia publicznego. Nie mamy najmniejszych wątpliwości, że kryzys, w jakim się znaleźliśmy, każe nam wszystkim myśleć o kondycji psychicznej jak o współczesnej racji stanu. Dziękując za życzliwość redakcji „Nowego Obywatela”, zachęcam do zapoznania się ze szczegółami programu i jego poparcia. Przygotowany przez nas dokument pt. „Nowe spojrzenie na zdrowie psychiczne w Polsce i Europie – rekomendacje” znajduje się tutaj, zachęcamy do pobrania i lektury.
Konrad Ciesiołkiewicz
przez Konrad Ciesiołkiewicz | niedziela 10 stycznia 2021 | opinie
Polska jest w światowej czołówce pod względem liczby godzin spędzanych w pracy – przy jednocześnie radykalnie kurczącym się czasie wolnym. Jesteśmy europejskim liderem pod względem odczuwania stresu w miejscu pracy, a przy tym mamy trudności w godzeniu obowiązków służbowych z prywatnymi, w relacjach społecznych i w porozumiewaniu się z przełożonymi. Zmagamy się z poczuciem przytłoczenia i nieskończoności zadań. Co siódma czynna zawodowo osoba w Polsce uznaje swoją pracę za pozbawioną sensu.
Obciążenie psychiczne w miejscu pracy
Przed pandemią (w latach 2011-2017) ZUS odnotował siedemdziesięcioprocentowy wzrost zwolnień lekarskich z powodu zaburzeń psychicznych. Od ubiegłego roku problem znacząco się pogłębił. Pierwsze miesiące trwania pandemii przyniosły ponad dwukrotny wzrost tego typu zwolnień. Zauważamy dużo niespójności w kwestii notowania nadużyć
w środowisku pracy. Statystyki Państwowej Inspekcji Pracy (PIP) dotyczące mobbingu i innych form uznawanych za przemocowe ukazują jedynie ich śladową skalę. Jeszcze mniej można wywnioskować na podstawie statystyk sądowych. Gdy jednak weźmiemy pod uwagę informacje z badań, to okazuje się, że 14 procent z osób pracujących było ofiarami przemocy w miejscu pracy, 46 procent zetknęło się mobbingiem, 39 proc. doświadczało dyskryminacji, a 46 proc. skarży się na poczucie wykluczenia przez innych pracowników (dane za raportem Koalicji Bezpieczni w Pracy 2019). Badania CBOS (2014) pokazują podobne tendencje, np. 24 proc. doświadczyło molestowania i uwag naruszających godność, a 22 proc. niestosownych gestów ze strony przełożonych i wykładowców (9 proc. ze strony współpracowników). Kiedy Centralny Instytut Ochrony Pracy przebadał nauczycieli w jednym z projektów wiele lat temu, 10 proc z nich deklarowało doświadczenie mobbingu. Według PIP zachowania tego typu mogą powodować nawet połowę absencji zawodowej.
Ostatnio przeczytałem książkę Edwarda Karolczuka „»Nagie życie« ofiar wyzysku pracy i wojny”, która jest dla mnie jak ukłucie sumienia wobec współczesnych stosunków pracy. Uważam, że powinna ona zostać lekturą obowiązkową dla osób przyjmujących za normalność zjawiska nazywane – przez Jerzego Kociatkiewicza – zinstytucjonalizowaną nieodpowiedzialnością. Mowa o procedurach, zasadach, skryptach i działaniach, które zaakceptowaliśmy jako naturalne, a które z perspektywy godności człowieka nigdy nie powinny nam spowszednieć. W ogromnej mierze dotyczy to właśnie stosunków pracy i całego katalogu spraw wokół nich, w tym relacji społecznych w środowisku pracy, rosnących wskaźników stresu zawodowego, permanentnego lęku przed utratą pracy, wypalenia zawodowego lub uzależnienia od pracy, mobbingu, dyskryminacji czy molestowania, a także innych nienazwanych form nadużywania władzy w relacjach pracowniczych, stanowiących powszedniejący margines tzw. normalności.
Karolczuk ukazuje szokującą analogię między obozowym syndromem muzułmaństwa, niewolnictwa a wieloma aktualnymi problemami – konsekwencjami współczesnego wyzysku, w tym bezrobocia, migracji i wypalenia zawodowego. Powołując się na definicję Mieczysława Krąpca, autor podkreśla podobieństwa stanów, procesów, zdarzeń i relacji wobec aktualnych zjawisk na rynku pracy. Analogia ta z natury jest niejednoznaczna.
W niektórych przypadkach te porównania traktować można metaforycznie, ale w innych mają one swoje namacalne potwierdzenie.
Przede wszystkim traktuje ona o alienacji pracy i ludzkiej egzystencji, a więc stanie wyobcowania z własnego środowiska społecznego, izolacji, ubezwłasnowolnienia i poddania się realizacji woli innych lub wytworom własnej pracy. Dotyczy to zarówno jednostek jak i systemu społeczno-ekonomicznego, niepoddającego się kontroli instytucjom demokratycznym i nieprzekładającego ducha (a nierzadko także litery) praw człowieka na stosunki pracy.
Współczesne muzułmaństwo pracy
Przypomnijmy, że muzułman obozowy był człowiekiem całkowicie ubezwłasnowolnionym. Więzień nazistowskich obozów koncentracyjnych (oraz sowieckich łagrów) to osoba wycieńczona fizycznie i psychicznie, zdemolowana duchowo, o charakterystycznym mętnym spojrzeniu, bezmiernym smutku rysującym się na twarzy przypominającej maskę. Zanik mięśni powodował coraz bardziej ograniczone i mechaniczne ruchy oraz przygarbioną postawę. Na stronach Muzeum Auschwitz-Birkenau możemy przeczytać, że w początkowej fazie muzułmanie charakteryzowali się nadpobudliwością i silną koncentracją uwagi na zdobywaniu pożywienia. Z czasem stawali się obojętni na jakiekolwiek bodźce zewnętrzne, następnie kierowani byli na śmierć. Ich dola traktowana była jako osiągnięcie „obozowego dna”. Wiemy, z relacji świadków, że także w miejscach sowieckich i nazistowskich kaźni obserwowano całe spektrum zachowań – od muzułmaństwa, stanów lękowych, depresji, po wolę walki przejawiającą się agresją, posłuszeństwem, całkowitym poddaństwem, a nawet idealizowaniem oprawców i identyfikacją z nimi.
W celu biologicznego przetrwania w głęboko nieludzkim systemie, wyłączeniu musiały ulec wszelkie ludzkie odruchy. W wielu przypadkach jedynym środkiem mogącym ratować przed śmiercią był mechanizm odcięcia się od własnego człowieczeństwa. Primo Levi mówił, że „»Ocalali« z obozu wcale nie byli jednostkami najwartościowszymi, czyniącymi wyłącznie dobro, przekazującymi jakieś przesłanie; zgodnie z tym, co widziałem i przeżyłem, było całkiem inaczej. Zachowywali życie najczęściej gorsi, egoistyczni, brutalni, niewrażliwi, kolaboranci »szarej strefy«, donosiciele. Nie było to regułą ścisłą (nie ma w sprawach ludzkich reguł ścisłych), ale jednak było regułą”. Przywołując treści z książki „Co zostaje z Auschwitz” Giorgio Agambena, pisarz referuje problem wiarygodności świadków w powojennych procesach. Z jednej strony poszukiwano „pełnych świadectw”, które mogłyby być przekazane wyłącznie przez tych, którzy osiągnęli „obozowe dno”, jak muzułmanie. Z drugiej strony, żeby być uznanym za właściwego świadka należało utrzymać podstawowe zdolności poznawcze, umiejętność refleksji i analizy, co bezpowrotnie tracone było przez muzułmana w toku grzęźnięcia w obozowym piekle. Agamben uznaje zatem, że muzułman jest „świadkiem całkowitym” – nie musi werbalizować zeznań, sam jest żyjącym „zeznaniem” – świadectwem totalnie zdehumanizowanego systemu.
Jaką analogię dostrzega zatem Karolczuk między muzułmaństwem obozowym a muzułmaństwem pracy? Jest nią przede wszystkim doświadczenie bezrobocia, pracy przymusowej i wypalenia zawodowego. Chciałbym się skupić na tym ostatnim aspekcie, będącym w swojej istocie objawem wielu złożonych zjawisk nazywanych psychospołecznymi uwarunkowaniami miejsca pracy. Przypomnijmy, że wypalenie zawodowe związane jest, najogólniej mówiąc, z długotrwałym stresem, i zawiera zespół przynajmniej trzech składowych: wyczerpania emocjonalnego, depersonalizacji rozumianej jako cyniczny stosunek wobec innych, a także niskiego poczucia osobistych umiejętności. Jego charakterystycznym rysem jest to, że podlegają mu osoby najbardziej zaangażowane, co znajduje swoje odzwierciedlenie w powiedzeniu „żeby się wypalić, najpierw trzeba płonąć”.
Autor opisuje wypalonych zawodowo jako wykonujących swoje obowiązki za wszelką cenę, zabierających pracę do domu, żeby tylko nie narazić się swoich szefom, pracujących bezpłatnie poza formalnymi ramami stosunków pracy. Stan nieustanej presji wywołany jest permanentną rywalizacją, a z czasem przeradza się w samoizolację i samodegradację. Chcąc przetrwać, człowiek taki stopniowo odcina się od swoich emocji, przestaje też być wrażliwy na przeżycia innych. Dalsze trwanie w takim stanie prowadzi do utraty poczucia własnej tożsamości, kończąc się schorzeniami psychicznymi i somatycznymi, kłopotami rodzinnymi, a nawet tragediami życiowymi. Nierzadko towarzyszą mu inne zjawiska – przyjmowanie nowych zadań bez najmniejszego oporu, pełne posłuszeństwo, poddawanie się różnym formom przemocy i nadużyć, także mobbingowi, gdyż funkcjonujący w silnym stresie wypalony „bezrefleksyjnie oddaje swoje wszystkie siły witalne w służbę kapitałowi”. Strach przed utratą pracy i długotrwałym bezrobociem może prowadzić do całkowitej rezygnacji z własnego systemu wartości.
Problem tematyzacji dyskursu o pracy
Z przeprowadzonej przez Komitet Dialogu Społecznego KIG analizy dyskursu medialnego wokół relacji pracowniczych wynika, że w prawie 80 procentach oceniane były jako złe i bardzo złe. To tylko wierzchołek góry lodowej, za którą kryją się nierzadko dramatyczne i traumatyczne doświadczenia tysięcy ludzi. Jednocześnie problemy te nie znajdują odzwierciedlenia w poważnej debacie o metodach zarządzania, stosunkach pracy i instytucjach dialogu społecznego. Można też zauważyć tendencję do przerzucania odpowiedzialności i społecznych kosztów na jednostkę w duchu swoistego „prywatyzowania problemu”. Wyrazem tego są rekomendacje zapisania się na psychoterapię, coaching, treningi uważności, nie wspominając o typowej radzie „wzięcia się w garść”. Wiele z tych kierunków, nawet jeśli słusznych, wymaga radzenia sobie z problemami na własną rękę, a także dodatkowych nakładów finansowych, energii i czasu. Zdziwienie rośnie, kiedy uwzględnimy, że to właśnie zasoby mentalne człowieka znajdują się dzisiaj w centrum eksploatacji, w zasadzie bez względu na rodzaj wykonywanej pracy. Jakbyśmy odwracali się plecami od doświadczanych, opisanych problemów. Jak w niedojrzałym mechanizmie obronnym – nie chcemy widzieć tego, czego sami jesteśmy częścią, a często twórcami.
Karolczuk, powołując się na Jerzego Kochana („Życie codzienne w matriksie”), posługuje się kategorią tematyzacji dyskursu publicznego dokonywanego za pośrednictwem mediów i instytucji władzy. Według Kochana „tematyzacja jest formą określania w świadomości społecznej sposobu mówienia o jakimś wydarzeniu, tworzeniu i zamykaniu pewnego słownika, zamiany narzucających się określeń z języka potocznego na inne, maskujące, przesuwające znaczenie, kryjące niewygodną rzeczywistość pod skrótem, zmieniające pojęciowość na zbiór działań, na pozbawioną niebezpiecznej metafizyki konkretność
i pragmatyczność”. Wydaje się, że jedną z głównych przyczyn ignorowania jakościowej strony relacji pracowniczych jest właśnie tematyzacja dyskursu wokół nich, utożsamianych niemal wyłącznie z aspektami ekonomicznymi. Stąd każda próba rozmowy o sensie pracy sprowadzana zostaje do statystyk i mierzalności „rynku pracy”, a próba podejścia do prawa pracy i praw człowieka – wydawałoby się w duchu personalistycznych zapisów Konstytucji RP (art. 24 o ochronie pracy i jej warunków) – jednoznacznie wskazuje na ograniczanie jej zakresu do prawa prywatnego. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że instytucja zatrudniająca i pracownik negocjują swoje warunki jak równy z równym. Pomijane są również zjawiska, które spełniają kryteria prawa karnego (np. różne formy przemocy, w tym mobbing), choć
w prawie pracy traktowane są jak sprawy cywilne.
Praca – w oczach wybitnego psychiatry Antoniego Kępińskiego – ma fundamentalne znaczenie w kształtowaniu poczucia sprawczości i własnej tożsamości. Jak pisał: „dlatego, choć człowiek niejednokrotnie narzeka na pracę, nie może się bez niej obejść. W niej bowiem realizują się jego transcendentne tendencje”. Odebranie wykonywanej pracy znaczenia metafizycznego i nieuznawanie jej za miejsce odkrywania własnej godności czy sprowadzanie wyłącznie do statystyk – jest działaniem na wskroś antyhumanistycznym. W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” prof. Monika Kostera w następujący sposób ukazuje ten punkt widzenia: „Praca jest częścią kondycji ludzkiej, człowiek ma potrzebę pracy i współpracy z innymi ludźmi, [świadczy to] że człowiek jest homo homo faber, gdyby nie miał takiej potrzeby, nigdy nie wyszlibyśmy z jaskiń. […] Człowiek lubi współpracować, lubi też konkurować. Ale opieranie całego modelu gospodarczego i modelu zarządzania tylko na jednej stronie – tej konkurencyjnej – jest wbrew ludzkiej kondycji […]”.
Karolczuk przytacza też wypowiedzi Karla Poppera wskazujące na stosunek do form rozwoju nazywanych neoliberalnymi. Autor koncepcji „społeczeństwa otwartego”, podkreślając wartość wolnego rynku, nie zgadzał się na czynienie z niej bożka. Za sprawę fundamentalną w końcu swojego życia uznał za to „humanitaryzm w polityce gospodarczej”.
Relacyjny charakter pracy jest jej istotą. Takie stanowisko akcentują przeróżne środowiska: personalista Józef Tischner, nazywający pracę szczególnym rodzajem dialogu społecznego i międzypokoleniowego, Charles Taylor, twórca koncepcji „społecznego imaginarium”, nauczanie społeczne papieży, a także Karol Marks piszący, że praca jest zawsze relacją „z kimś”. Krótko mówiąc, ludzki wymiar pracy łączy różne wrażliwości i światopoglądy. Konstatacja tego rodzaju nie ma jednak wyraźnego odzwierciedlenia w obecnym ładzie instytucjonalnym.
Omawiana pozycja niesie ze sobą grozę. Szczególnie gdy uświadomimy sobie, że system nastawiony na brutalne przetrwanie, a taki związany jest zawsze z przypisaniem konkurencji cech cnoty i traktowaniem go jako najwyższej formy rozwoju społeczno-ekonomicznego, niekoniecznie prowadzi do przetrwania najbardziej wartościowych i tworzenia wspólnotowej mądrości. Przeciwnie, promować może szczególnie egoistyczne, niewrażliwe, brutalne postawy, osoby zdolne do oportunizmu i przepychania się łokciami. Karolczuk nie jest pierwszym szukającym analogii między współczesnymi systemami gospodarczymi a systemem obozowym. Wspomniany już przeze mnie słynny psychiatra, Kępiński, także przestrzegał przed „społeczeństwem maszynowym”, w których technika, wskaźniki wzrostu i efektywności, a także ślepe wypełnianie rozkazów, górują nad godnością człowieka i poczuciem odpowiedzialności za los drugiego. W takich warunkach faktyczny rozwój człowieka „ulega skarłowaceniu”.
Użycie analogii z obozowym muzułmaństwem na pierwszy rzut oka razi. Musi razić. Lektura książki Karolczuka nikogo nie powinna pozostawić w błogim spokoju sumienia. Pozwala otworzyć oczy na to, co chore. Szczególnie wymowna może być dla wszystkich z innych ideowych „baniek” niż jej autor (jak ja sam), pracowników, ale i zarządzających, mających ponadprzeciętny zawodowy wpływ na innych (jak ja sam), wszystkich rodzajów władz publicznych. Życie i doświadczenia tysięcy wypalonych, eksploatowanych duchowo i fizycznie, mierzących się z dysfunkcjami i zaburzeniami psychicznymi – są żywymi dowodami istnienia wad i powinny być lekcją skłaniającą do rozwijania humanistycznych metod zarządzania oraz stosunków pracy „z ludzką twarzą”.
Konrad Ciesiołkiewicz
Edward Karolczuk, „Nagie życie” ofiar wyzysku pracy i wojny, Agencja Wydawnicza CB, Warszawa 2016.
przez Konrad Ciesiołkiewicz | czwartek 19 grudnia 2019 | opinie
Paradoks rozmowy o problematyce pracy polega na tym, że ma ona bezpośredni i ogromny wpływ na nas wszystkich, a mimo to z trudem przebija się do poważnej debaty. Zwykle dyskusja na tematy relacji z pracą kończy się na podaniu kilku liczb i tworzeniu na tej podstawie rzekomych trendów. Trwamy w swoistym letargu w tej kwestii. Tymczasem zapowiadana „czwarta rewolucja przemysłowa”, oparta na cyfryzacji i sztucznej inteligencji, powinna nas z tego letargu obudzić. I to nie dlatego, że zmiana technologiczna jest zła. Ale dlatego, że powinniśmy sobie zdać sprawę z odpowiedzialności, jaka w tej sprawie na nas ciąży. Musimy sobie uświadomić, że źle „zaprojektowana” zmiana związana ze zmianami technologicznymi może nieść całą masę zagrożeń społecznych, przede wszystkim związanych właśnie z pracą i relacjami z pracą. Dla miliardów ludzi na ziemi oznacza ona doświadczanie tempa zmian, jakie nieznane były dotąd w historii. Adaptacja do takich warunków wszystkich i w krótkim czasie jest w zasadzie niemożliwa.
Środek nie jest celem
Dlatego wśród obszarów szans i równocześnie zagrożeń wymienia się rozwój społeczno-ekonomiczny i poziom nierówności społecznych, formy oraz istotę zatrudnienia. Ale także funkcję pracy, modele zarządzania przedsiębiorstwami oraz edukację na każdym właściwie poziomie kształcenia.
O szansach słyszymy wiele. Znacznie rzadziej przyznajemy się do własnego niewłaściwego stosunku do technologii, w którym to ona jest w centrum uwagi i dla wielu staje się celem samym w sobie. Neil Postman do opisu stanu kultury, polegającego na odnajdowaniu jedynego sensu ludzkiej egzystencji w technice, używał sformułowań „technopol” i „technokracja totalna”. Technika, która miała sprawiać, że będziemy szczęśliwsi, wydaje się prowadzić w wielu przypadkach do ludzkich tragedii indywidualnych i masowych oraz do rosnącego poczucia zagrożenia. A także do odwrócenia ról, kto nad kim panuje. Mając świadomość zafundowanego sobie przez nas stanu mentalnego i „ubóstwienia” techniki oraz rozwoju w rozumieniu wskaźnika PKB, warto sięgnąć do analiz Ericha Fromma, będących jednocześnie przestrogą przed bezkrytycznym kultem techniki.
Po pierwsze Fromm twierdził, że tak przyjęta droga rozwoju prowadzi do stanu alienacji, a więc sytuacji, w której osoba doświadcza sam siebie jako obca, „nie doświadcza sama siebie jako ośrodka świata, jako twórcy własnych czynów, lecz jej czyny i jej skutki zaczynają nad nią panować” (E. Fromm, „Zdrowe społeczeństwo”). Po drugie, szedł nawet dalej, przekonując, że „ubóstwienie” techniki, a więc materii nieożywionej, jest formą specyficznej nekrofilii i że istnieje w świecie aż w nadmiarze dowodów, że połączenie ludzkiej destrukcyjności z techniką kończy się zawsze źle dla człowieka. To zaburzenie relacji i mylenia środka, jakim jest technika, z celem, jakim jest służenie człowiekowi, od zawsze było też widoczne w nauczaniu społecznym Kościoła. Prymat pracy człowieka nad techniką i kapitałem wybrzmiał wyraźnie w „Laborem exercens”. Z kolei w dokumencie „Populorium progressio” czytamy: „Rozwój, o którym mówimy, nie ogranicza się jedynie do postępu gospodarczego. Aby był prawdziwy, powinien on być zupełny, to znaczy winien przyczyniać się do rozwoju każdego człowieka i całego człowieka. Dlatego jeden z wybitnych znawców tego przedmiotu z całą słusznością tak pisał: Nie godzimy się na oddzielenie spraw ekonomicznych od tego, co ludzkie, ani też na rozważanie ich odrębnie od cywilizacji, do której należą. Naszym zdaniem wielce trzeba cenić człowieka, każdego człowieka, wszelką ludzką społeczność i całą ludzkość”.
Uwiązanie człowieka do techniki, ale też „techniczne patrzenie” na relacje międzyludzkie (gdzie każdy ma wyznaczone miejsce w procesie produkcji), było też tematem, który interesował jednego z najsłynniejszych polskich psychiatrów, prof. Antoniego Kępińskiego. W pesymistycznej części swojej „Prognozy psychiatrycznej” naświetlił jeden ze scenariuszy w następujący sposób: „Poczucie chaosu, wrogości do otaczającego świata, bezsensu własnego życia i tego, co wokół się dzieje etc., będzie narastać, tak, że wyzwoleniem stanie się możliwość oparcia się o bądź jaką, choćby najbardziej irracjonalną ideologię. W niej bowiem znaleźć będzie można porządek i poczucie sensu, fałszywe wprawdzie, ale lepsza jakakolwiek integracja i jakikolwiek cel życia niż żaden. Wzrośnie zapotrzebowanie na fałszywych proroków, a ci, jak wiadomo, łatwo prowadzą społeczeństwo do katastrofy”.
Każde gruntowne i nagłe zmiany pociągają za sobą ryzyka ulegania „fałszywym prorokom” i fałszywym wizjom. Mając świadomość własnych ograniczeń, wraz z kilkoma zaprzyjaźnionymi osobami i środowiskami, uruchomiliśmy inicjatywę „Praca w dobie czwartej rewolucji przemysłowej”.
Polega ona na stworzeniu przestrzeni do rozmowy ze wszystkimi środowiskami, którym na sercu leży troska o społeczny dobrostan – ekspertami akademickimi, działaczami społecznymi, politykami i związkowcami. Wspólnie wypracować chcemy rekomendacje, które pozwolą przynajmniej w pewnym stopniu „zaprojektować” dziejącą się rewolucje technologiczną z uwzględnieniem najlepiej pojętego interesu społecznego. Dotyczyć one mogą zarówno poziomu mikro – własnej organizacji – czy sektora, samorządu lub państwa. Chodzi nam o zrobienie pierwszego kroku.
Kompleksowa polityka
Fundamentalne znacznie w tym przedsięwzięciu i w przemianach odgrywać będzie kwestia zdrowia psychicznego, a nawet szerzej, psychospołecznych warunków pracy. Na związek kondycji psychicznej z wykonywaną pracą i poczuciem sensu zwraca uwagę prof. Christina Maslach, postulując przełamanie sztucznie wbudowanego w naszą świadomość przekonania, że wartości kluczowe w życiu ludzi, takie jak rodzina, poszukiwanie szczęścia, pokoju i wiara w ogólnoludzkie wartości, nie powinny odnosić się do miejsca pracy. Takie przekonanie powoduje bowiem lawinowy wzrost wskaźników wypalenia zawodowego, chorób psychicznych, rwanie więzi społecznych i wiele innych problemów, z którymi do tej pory nie mieliśmy do czynienia na tak szeroką skalę. Kiedy dodatkowo weźmiemy pod uwagę wprost fatalny – w oczach wielu decydentów od trzydziestu lat – status polskiej psychiatrii i opieki psychologicznej w każdej grupie wiekowej, to trudno nie mieć przekonania, że siedzimy na „bombie atomowej”.
Trafnie diagnozuje istotę tego zjawiska prof. Monika Kostera: „Bardzo często pisze się w prasie na tak zwanym Zachodzie o problemach zdrowia psychicznego w zawodach najbardziej narażonych na takie warunki funkcjonowania, na przykład akademików. Neoliberalizm także ten problem prywatyzuje, często dyskutowany jest jako problem indywidualny takich pracowników. Zaleca się im, na przykład, mniej czasu poświęcać na rozrywki i więcej spać – to oczywiście ich odpowiedzialność, że czują się niedobrze. Często w domyśle raportów medialnych na ten temat jest prosty morał: trzeba zadbać o siebie, brak zdrowia jest kosztowny i ryzykowny, a na miejsce każdego, kto wypadnie z gry, są tłumy wygłodniałych oczekujących”.
Obarczanie jedyną odpowiedzialnością indywidualnych osób jest nieporozumieniem. Nikt rozsądnie dzisiaj myślący nie sądzi, że rozwiązanie polega na alternatywie: albo cała odpowiedzialność po stronie jednostki, albo po stronie systemu. Rzecz w tym, że zdecydowanie za mało miejsca i czasu poświęcamy systemowi, który kształtuje naszą kondycję w długim okresie. Takim systemowym rozwiązaniem, szczególnie w ciągle rosnącym tempie zmian wokół, powinna być kompleksowa polityka zarządzania psychospołecznymi zagrożeniami środowiska pracy, obejmująca bardzo szeroki wachlarz spraw: dobre praktyki w zakresie zarządzania, radzenie sobie ze stresem i wypaleniem, przemocą – a szczególnie dyskryminacją, lobbingiem, molestowaniem, zarządzaniem różnorodnością w miejscu pracy, zdrowiem fizycznym, sprawnością i niepełnosprawnością czy wsparciem społecznym. Punktem wyjścia powinno być założenie, że dobrostan ludzi w pracy i pozytywne relacje pracownicze są wartością bezcenną. Nie powinna się też ograniczać do wielkich zakładów pracy, a być może wyjść także poza teren uznawany za „zawodowy”, bo coraz częściej pracujemy dzisiaj w sposób rozproszony i zdalny. Krótko mówiąc, zbudowanie takich rozwiązań jest przede wszystkim zadaniem instytucji państwa i środowisk zaangażowanych w życie publiczne.
Wiele inspiracji i rozwiązań znajduje się w rekomendacjach wyspecjalizowanych organizacji międzynarodowych, w tym Europejskiej Agencji Bezpieczeństwa i Zdrowia w Pracy (EU-OSHA), OECD, ONZ – MOP i WHO.
Właśnie według analiz UE-OSHA, Polska znajduje się wyraźnie poniżej średniej UE, jeśli chodzi o profilaktykę zagrożeń (szczegóły w grafice poniżej). 
Przeciwdziałanie zagrożeniom w miejscu pracy powiązane jest, między innymi, ze świadomością kadry zarządzającej, istnieniem właściwych przepisów, ale także z zaangażowaniem, świadomością i współpracą pracowników oraz z działaniami podejmowanymi wspólnie z partnerami społecznymi mającymi na celu wdrożenie porozumienia ramowego UE w sprawie stresu związanego z pracą. Przypomnę, że bijemy niechlubne rekordy pod względem wielu wskaźników opisujących jakość stosunków pracy: odczuwanie stresu, liczba przepracowanych godzin, relacje pracownicze, zaufanie w miejscu pracy i związany z tym kapitał społeczny, rotacje zawodowe i inne. „Financial Times” prowadzi akcję zbierania dobrych praktyk dotyczących wspierania zdrowia psychicznego w miejscach pracy, walki ze stresem i wypaleniem. Nazwał ją akcją „Tabu biliona dolarów”, bo na tyle – poza oczywistymi kosztami społecznymi – szacuje się finansowe straty dla światowego PKB rocznie z powodu dysfunkcji psychicznych pracowników. Jak najprędzej powinniśmy pokusić się o takie analizy dla Polski. Choć tu mam pesymistyczną diagnozę: przy dzisiejszym stanie świadomości, rozwiązaniach prawnych i funkcjonowaniu instytucji rynku pracy, a szczególnie niedocenianej politycznie Państwowej Inspekcji Pracy, dojrzałe podjęcie takiego wyzwania wydaje się mało prawdopodobne.
Ta sama UE-OSHA jako nowe zagrożenia diagnozuje między innymi: „technostres” – wynikający z niemożliwego do dopasowania się tempa, zacierania się granic między pracą a życiem prywatnym, rosnącej presji wydajności, stałego nadzoru i ingerowania w życie osobiste. Wskazuje też na rodzące się nowe potrzeby, jak na przykład nowe modele negocjacji zbiorowych, w których pracownicy świadczą pracę dla kilku przedsiębiorców, pracując w różnych miejscach z różnymi warunkami współpracy, zatrudnianie oparte na współpracy przedsiębiorców, pozwalające przełamać problem izolacji zawodowej i jednocześnie zapewnić bardziej stabilne warunki pracy, wydłużanie wieku aktywności, czy potrzebę uczenia się przez całe życie.
Wskazana wyżej lista EU/OSHA, to tylko jedno ze źródeł naszej motywacji. Posiadanie takiej polityki byłoby formą zamontowania społecznego bezpiecznika w dominujące obecnie w Polsce „myślenie przemysłowe”. We wspólnym poszukiwaniu takich bezpieczników nie powinno zabraknąć wrażliwości reprezentowanej przez środowiska i osoby z kręgu „Nowego Obywatela”!
Konrad Ciesiołkiewicz