Nie płaczemy i nie otwieramy szampana

Nie płaczemy i nie otwieramy szampana

Chcemy się podzielić krótkim podsumowaniem wyników wyborów z punktu widzenia spraw, którymi się zajmujemy w Pacjencie Europa: sprawiedliwej transformacji, Unii Europejskiej, zdrowia publicznego. Nie w perspektywie najbliższych paru miesięcy, tylko lat i dekad.

***

Będziemy mieli teraz test tego, na ile nowy rząd i organizacje pozarządowe będą dbać o społeczną sprawiedliwość zielonej transformacji – gdy zniknie straszak PiS-u przy władzy. My na pewno będziemy pilnować sprawiedliwości społecznej tego procesu. Z powodu przywiązania do zasad – i ze względów pragmatycznych. Prawo i Sprawiedliwość zdobyło (po dwóch kadencjach, pandemii, inflacji i wojnie) 36 procent głosów. Zarazem zdecydowanie wygrało wśród robotników, mieszkańców mniejszych miejscowości i ludzi mniej zamożnych. I najpewniej będąc w opozycji – a więc nie odpowiadając już realnie za rządzenie i negocjacje w Brukseli – jeszcze mocniej pójdzie w retorykę antyunijną i antyzieloną. Z długofalowym wpływem zarówno na poglądy swojego elektoratu, jak i poziom oraz charakter debaty o transformacji energetycznej.

Najbliższe cztery lata, z wysokimi cenami energii, odłożonymi przez zaniedbania kosztami zielonej transformacji, niestabilną sytuacją międzynarodową – mogą być trudne. A widmo Polexitu wcale nie zostało wyegzorcyzmowane. Jak słusznie powiedział komentując wynik wyborów były prezydent Aleksander Kwaśniewski: „Nowa władza musi pokazać, że widzi problemy wyborców PiS-u, zrozumieć ich problemy”.

***

Słychać komentarze, że Polska wróciła na Zachód. Ale Zachód, na który wróciła, nie jest już tym samym Zachodem, do którego dołączaliśmy w 2005. A niestety główne partie i ich intelektualiści w większości posługują się starą mapą Europy. Weźmy naszego najważniejszego sąsiada: Niemcy. Rośnie tam poparcie dla skrajnie nacjonalistycznej – otwartej na retorykę rewizji granic z Polską – partii AfD. Słabnie wokół tej partii kordon sanitarny: koalicja CDU-CSU-AfD już nie jest czystą polityczną fikcją w perspektywie tej dekady. A jeszcze bardziej prawdopodobny jest wyścig między AfD i CDU-CSU do prawej ściany.

Polska prawica żyła ostatnimi laty (często słusznym) punktowaniem hipokryzji Niemiec mówiących o wartościach i handlujących z Putinem. Co będzie, gdy zderzymy się z Niemcami, które będą mówić przede wszystkim o własnym, wąsko rozumianym, niemieckim narodowym interesie? Hipokryzja to hołd, który występek składa cnocie. Jako taka hipokryzja stwarza przestrzeń do rozliczania ludzi, którzy głoszą pewne wartości, z ich niepełnej realizacji. Ludzie, którzy wybierają głoszenie czystej siły egoistycznego interesu – są nierozliczalni. Nie można nic wygrać na punktowaniu ich niespójności między głoszonymi wartościami a praktyką. Podobnie bezradna wydaje się wobec takich przyszłych Niemiec spod znaku „Germany first” dotychczasowa opozycja. Żyje przecież (z niewielkimi wyjątkami) z doganiania Europy. A co będzie doganiać, gdy w Paryżu – po wdrożeniu społeczeństwu reformy emerytalnej pałkami przez Macrona-Napoleona – rządzić będzie formacja Marine Le Pen?

A nawet, jeśli te dwa scenariusze się nie spełnią, co z Polską w Europie w ciągu najbliższej dekady, gdy USA będzie musiało w końcu – a jest to długofalowo niemal nieuniknione – zrezygnować z tak silnej militarnej obecności w naszej części świata, bo zmusi je do tego republikańska większość? Lub po prostu zbyt napięty budżet?

Po kampanii czas na poważną rozmowę – po wszystkich stronach – o naszej roli w Europie i architekturze Europy, w której będziemy czuć się pewnie, podmiotowo i bezpiecznie.

***

Cieszy ugrzęźnięcie na poziomie 6–7 procent przez Konfederację. Pokazuje to, że polskie społeczeństwo wcale tak chętnie nie łyka koktajlu z finansowej autodestrukcji państwa polskiego w czasie wojny i antyludzkich poglądów ws. opieki nad słabszymi, odpowiedzialności za siebie nawzajem. Mamy nadzieję, że skłoni to partie, które do tej pory mniej lub bardziej kopiowały za Konfederacją np. stosunek do zdrowia publicznego (w tym np. przeciwdziałania Long COVID przez zapewnienie dobrej jakości powietrza w budynkach) do słuchania naukowców, organizacji pozarządowych czy rodziców, którzy nie chcą, by ich dzieci były narażone na wysokie ryzyko chorób płuc i układu nerwowego.

***

Na koniec jeszcze jeden powyborczy aspekt, wpływający na wszystkie poprzednie, który nie może umknąć naszej uwadze. Niski poziom debaty publicznej w masowych środkach przekazu za sprawą kampanii wyborczej osiągnął kolejne dno. Problem z tą sytuacją nie polega na jej estetyce. Trudne czasy, w które Polska już jakiś czas temu weszła, wymagają zarówno od elity politycznej, jak i od obywateli znaczącego podniesienia świadomości sytuacji i zagrożeń oraz niespłaszczonej, zniuansowanej dyskusji. W dobrych czasach spłaszczony, karykaturalny, trollerski przekaz na poziomie diagnoz, analiz i propozycji rozwiązań jest zaledwie niedojrzałym podejściem, na które możemy przymknąć oko. Natomiast w czasach zbliżających się wyzwań takie zatruwanie wspólnoty dawkami tożsamościowego chuligaństwa należy stanowczo sekować z przestrzeni publicznej.

Polska potrzebuje dzisiaj zachowania przez obywateli trzeźwego i czujnego osądu, dobrego poinformowania, a także żywej i przede wszystkim głębokiej debaty, nie wykluczającej na wstępie innych punktów widzenia. Chłodnych, trzeźwych i czujnych umysłów wielu Polaków – zaangażowanych w debatę, podnoszących nasze zrozumienie świata i naszej własnej wspólnoty – będziemy bowiem bardzo potrzebować.

Krzysztof Mroczkowski, dr Mateusz Piotrowski

Zdjęcie w nagłówku: fot. Yves Bernardi z Pixabay.

„Pokora jest nieskończona”. Dwie powieści o życiu w miejscu na ludzką miarę

„Pokora jest nieskończona”. Dwie powieści o życiu w miejscu na ludzką miarę

1. Dobrze jest czasem czytać rzeczy trochę nieudane.

„The fight for Manod” (1979) to powieść o (prawie) nieudanej próbie zbudowania nowego miasta. Napisał ją wielki krytyk literacki i myśliciel społeczny Raymond Williams. Takim ludziom rzadko udają się powieści.

Fabuła. Wybory (to trochę political fiction) w Zjednoczonym Królestwie wygrywa rząd co nieco radykalny. Odgrzebany zostaje projekt budowy supernowoczesnego miasta-ogrodu w zapadającej się w sobie, już prawie poprzemysłowej Walii.

Dr Lane, dziś w rządzie, ściąga swoich dawnych kolegów: Waliczyków-radykałów-akademików, którzy opuścili prowincjonalną ojczyznę wiele lat temu. Zleca im zbadanie terenu. Czy projekt ma sens? Co powiedzą na niego miejscowi ludzie?

Intryga przeciska się przez dość gęste sploty relacji: od rodzinno-majątkowych napięć w gospodarstwach przez interesy miejscowych deweloperów, aż do rządu w Londynie, Brukseli i wielki kapitał:

„– Lokalne firmy, – powiedział Peter – wszystkie są pod kontrolą Agencji Rozwoju Społeczności Wiejskich. A Agencja Rozwoju Społeczności Wiejskich pod kontrolą ABARS, która zapewnia cały kapitał.

ABARS jest czym?

Angielsko-Belgijską Agencją Rozwoju Społecznego.

Przejęli wszystkie ładnie brzmiące słowa.

Taaa, są bardzo bystrzy. Ich kapitał jest podzielony sześćdziesiąt do czterdziestu pomiędzy spółkę zależną koncernu naftowego i londyński bank handlowy.

Koncern naftowy?

Tak. Początkowo chcieli kontraktów na olej opałowy. Ale teraz [w chwili pisania powieści trwa kryzys naftowy – przyp. M. P.], oczywiście, pojawiły się nowe problemy na rynku. Znają, lepiej niż ktokolwiek inny, ryzyka i ograniczenia gospodarki opartej na paliwach kopalnych. Więc, ponieważ są prawdziwymi planistami – nie w typie Lane’a, tylko ludźmi, którzy faktycznie rządzą światem – chcieli być pierwsi na rynku alternatyw. […] Ale to, czego potrzebują, dość szybko, to przynajmniej jeden działający model: nowe miasto zbudowane wedle innego modelu energetycznego”.

Dwóch głównych – skontrastowanych – bohaterów, którzy prowadzą ten dialog to Matthew Price i Peter Owen. Peter od początku nieufny, szybciej przejrzał interesy stojące za słowami.

Jego rozczarowanie powtarza echem Dr Lane z rządu, z którym Peter walczy:

„Cała polityka publiczna jest próbą odtworzenia kultury, systemu społecznego, porządku gospodarczego, które osiągnęły swoje granice wzrostu. A ja siedzę tutaj i widzę podwójną nieuchronność: imperialny porządek się kończy i wszystkie jego siły społeczne, wszystkie jego formacje polityczne będą walczyć do końca, aby go zachować – prowadząc nas z jednego kryzysu w drugi. Dwie rzeczy są nieuchronne: że poniosą porażkę i że nie spróbują niczego innego”.

Mathew brzmi w kontraście naiwnie:

„Wciąż żyjesz tym złudzeniem – powiedział Tom, wskazując palcem na Matthew – że raz wygrywasz, raz przegrasz, ale że niesie cię ten proces, ta stara, dobra angielska sieć społeczna, w której dobra wola i zmiana mają jakąś szansę się spotkać. Ciężar porządku społecznego dostaje się do krwiobiegu i sukces albo porażka reformy rozstrzyga się w twoim własnym ciele.

– To nie jest złudzenie – powiedział Matthew. – To zawsze tak się odbywało i odbywa”.

Ale uparta naiwność Matthew jest może mądrzejsza.

Peter od początku chce rozczarowania. Dlaczego? Żeby nie musieć brać odpowiedzialności. Polityczny kontrast między bohaterami-przyjaciółmi najwyraźniej odbija się w ich małżeństwach. Peter-radykał ucieka od żony w ciąży, która chce w końcu gdzieś osiąść. Wyciąga też kluczowe informacje o intrydze przy pomocy romansu z dawną towarzyszką, tłumacząc się czy chwaląc przed matką i przyjacielem: „W końcu jestem przecież mężczyzną” – powtarzając zdanie i zachowanie swojego ojca.

„– Jeden z naszych zdematerializowanych materialistów z tak wielką energią zaangażowany w walkę, że aż fizycznie nieobecny. Wyalienowany analityk alienacji.

– Nie chciałbym być Beth” (czyli żoną niezakorzenionego radykała) – mówią o Peterze-radykale Matthew i jego żona.

Matthew i jego żona starzeją się razem.

Po klęsce projektu rządowego, który zmienia się chyba w zwykłą robioną ponad głowami ludzi deweloperkę, podnoszą się i próbują – tak kończy się książka – jeszcze raz, lepiej, z planem, którego mogą chcieć ludzie mieszkający w okolicy.

W ostatnich scenach patrzą na nową dewoloperkę ze szczytów walijskiej Świętej Góry.

„Budynek przy ruchliwej drogi, z neonem »Show House«, stał na miejscu, dawnego przedszkola i placu zabaw.

»Laborare est orare. Benedicte, omnia opera«.

Praca to modlitwa. Chwalcie [Go] wszystkie [Jego] dzieła” – niemal kończy swoją książkę radykał-Williams (na swoim pogrzebie kazał odśpiewać stare chrześcijańskie, anglikańskie hymny, jak Iwaszkiewicz kładący się do grobu w mundurze od brata-górnika.)

Takie dla Was i dla siebie odgrzebałem z pyłów starocie.

2. Jaką nową polską książkę o życiu w miejscu na ludzką miarę można postawić obok „The Fight for Manod”?

„Pokorę” Szczepana Twardocha. Najmocniejsze są w niej nie, nieźle zrobione, opisy dziecięcych traum i wojenno-seksualnych przygód bohatera, Aloisa Pokory. Nie jego szamotanie się w sado-masochistycznych, niższościowo-wyższościowych związkach z Polakami i Niemkami, polskością i niemieckością. Podobnych książek robi się dzisiaj sporo.

Najmocniejsze jest – dla mnie – kilka ostatnich stron, gdy Alois wraca na Śląsk, żeni się z Emmą, ma dzieci. Fraza Twardocha jeden oddech, zapętlona nieustanna myślówa, na której zrobione są wszystkie jego książki, które czytałem, wprawdzie toczy się jak zwykle dalej na ostatnich stronach „Pokory”, ale przynajmniej deklaruje i obiecuje już coś innego.

Bohater wyrywa się za włosy z kompleksu i chce w kraju nie za małym i nie za dużym, z żoną i dziećmi godnie-pokornie pożyć.

A jeśli potrzeba: za ten kawałek godnego życia walczyć i godnie zginąć.

Mateusz Piotrowski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Willi Heidelbach z Pixabay.

Jaką ofertę mają Zachód i Polska dla światowego Południa?

Jaką ofertę mają Zachód i Polska dla światowego Południa?

Polscy komentatorzy pytają czasami ze zdziwieniem: dlaczego kraje tzw. Globalnego Południa wahają się między Rosją (i wspierającymi ją wciąż Chinami) – a Ukrainą (i Zachodem)?

Najczęściej podawanym wyjaśnieniem jest podatność na rosyjską propagandę. To, jak Rosja i Ukraina próbują opowiedzieć tę wojnę, jest oczywiście istotne dla jej wyniku. Dlatego ukraińskie koleżanki i ukraińscy koledzy, których spotykam na swoich aktywistycznych drogach, przedstawiający walkę Ukrainy jako walkę antyimperialną – mają rację. Podobnie jak Polka, która – zaproszona do Parlamentu Europejskiego na przemówienie Ursuli von der Leyen i wywołana przez Cesarzową Europy w tymże przemówieniu – wystąpiła w koszulce z napisem „decolonise Russia”.

Walka informacyjna jest ważna. Ale nie wystarcza. Jeśli kraje Globalnego Południa mają poważnie potraktować przekaz o konieczności solidarności z Zachodem i Ukrainą, to – po inwazji na Irak i Afganistan, w wyniku których zginęło licząc ostrożnie jakieś 500 000 ludzi i po innych nieprzyjemnych doświadczeniach z Zachodem, chociażby postawie UE wobec patentów na szczepionki – muszą zobaczyć leżący na stole konkretny deal. Także ekonomiczny.

Co mogłoby być elementem takiego dealu? Na początek anulowanie lub restrukturyzacja długu Ukrainy. Za którym poszłaby restrukturyzacja systemowego długu państw Południa wobec ich dawnych kolonialnych wierzycieli. Kościół katolicki wzywa do takiej decyzji co najmniej od czasów Jana Pawła II i 2000 Roku Jubileuszowego.

Innym sposobem na zbliżanie światowego Południa do geopolitycznego Zachodu jest realny transfer zielonych technologii, bo to, co zakłada Europejski Zielony Ład w tej sprawie, stanowi kroplę w morzu. Na marginesie: kto – jak wielu polskich konserwatywnych komentatorów – twierdzi, że Globalnego Południa nie obchodzi kryzys klimatyczny i że walka ze zmianą klimatu to wymysł bogatych dzieciaków z Zachodu, niech obejrzy relacje z niedawnej katastrofalnej powodzi w Pakistanie i posłucha komentarzy ludzi tam mieszkających.

Zaproponowanie przez Zachód realnej oferty światowemu Południu to nie tylko kwestia elementarnej sprawiedliwości. To także pragmatyka w geopolitycznej konfrontacji z blokiem chińsko-rosyjskim. Która to konfrontacja – nie oszukujmy się – nie skończy się wraz z ukraińską kontrofensywą ani nawet wraz z rosyjską klęską. Najprawdopodobniej czeka nas długa zimna wojna.

Konieczność wyłożenia przez Zachód realnej oferty dla Globalnego Południa w konfrontacji z ZSRR widział już „pragmatyk z zasadami”, adwokat niepodległości Ukrainy, najbliższy polityczny przyjaciel Giedroycia – Juliusz Mieroszewski. Jego teksty z lat 60. powinniśmy sobie odkurzyć, jeśli na geopolityczne zmagania, których jesteśmy częścią, chcemy nauczyć się patrzeć z mniej zaściankowej perspektywy. Dziś jest to jeszcze prawdziwsze, niż gdy pisał to Mieroszewski bo zupełnie inna jest rola Chin i inny ekonomiczny i militarny potencjał Indii, RPA, Brazylii i innych krajów tzw. Południa. Byłoby dobrze, gdyby Południe znalazło się na radarze polskich ekspertów doradzających rządom w sprawach polityki zagranicznej. I żeby polscy politycy, eksperci, instytucje, liderzy opinii, a także polska dyplomacja ekonomiczna mieli dla światowego Południa realną ofertę.

Mówiąc krótko, w polskim i ukraińskim interesie jest, aby kraje Globalnego Południa dostały od Zachodu propozycję realnego dealu.

Bo inaczej zapiszą się po prostu na deal rosyjsko-chiński.

dr Mateusz Piotrowski

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Christel from Pixabay.

Zamiast „ostatniej prostej” mamy czwartą i piątą falę

Mija osiem miesięcy, odkąd Kancelaria Prezesa Rady Ministrów przez swoje kanały w mediach społecznościowych oraz spot reklamowy obiecywała Polakom „ostatnią prostą” w walce z pandemią.

Stowarzyszenie Pacjent Europa przestrzegało wtedy przed nieuzasadnionym optymizmem. Pisaliśmy: „To nie jest żadna ostatnia prosta”. Przekonanie to oparliśmy na podstawie nie tylko tempa szczepień, ale również sposobu oraz czasu wprowadzania, utrzymywania i znoszenia innych polityk sanitarnych.

Od zeszłego roku podkreślamy, że – według danych wskazywanych przez ekspertów – polityką najlepiej chroniącą ludzkie życie, zdrowie, ale również wolności obywatelskie i nadzieję na trwały powrót do normalności jest „strategia eliminacji wirusa”. Polega ona na zduszeniu liczby zakażeń (szeregiem działań dotyczących administracyjnych restrykcji, w tym lockdownów i kwarantann) do poziomu bliskiego zera. Zamiast tego mamy do czynienia z polityką reakcji dopiero w momencie gwałtownego wzrostu zakażeń, gdy przepełnienie szpitali skutkuje lawiną zgonów.

Jest to polityka nieefektywnie reagująca na problem oraz skutkująca wieloma możliwymi do uniknięcia zgonami. Wbrew pozorom nie musimy dokonywać wyboru między „normalnym życiem” i ignorowaniem zgonów a długotrwałymi restrykcjami. Aby uniknąć kolejnej, piątej fali zakażeń oraz śmierci wielu osób, konieczna jest zmiana polityki. Po przejściu tej fali musimy ograniczyć liczbę zakażeń w pobliże zera i utrzymywać ten stan lekkimi i czasowymi działaniami przeciwepidemicznymi.

Niski na tle europejskiej średniej poziom zaszczepienia populacji, jak również utrzymująca się w społeczeństwie niechęć do przestrzegania administracyjnych restrykcji sanitarnych oddalają nas od zakończenia pandemii i przyczyniają się do przedłużania obecnego stanu rzeczy. Jednakże, choć niezadowolenie obywateli skierowane jest w niewłaściwym kierunku, Stowarzyszenie Pacjent Europa – w przeciwieństwie do przekazu płynącego z wielu ośrodków medialnych – dostrzega racjonalne podstawy tych lekkomyślnych i antyspołecznych postaw wielu Polaków. Odruchowe zbywanie tych głosów jako irracjonalnych i absurdalnych oddala nas od rozwiązania ważnego problemu społecznego.

Polacy mają prawo być źli na rządzących. Mają prawo podejrzewać, że ochrona interesów społeczeństwa nie zawsze w rządowych gabinetach miała priorytet nad, przykładowo, bieżącą narracją PR-ową czy strategią komunikacyjną. Obywatele mają prawo oczekiwać rzetelnej komunikacji nauki zamiast perswazyjnego hurraoptymizmu polityków i części ekspertów co do skuteczności szczepionek (wspomniana „ostatnia prosta”). Mają też prawo wątpić w to, czy eksperci zawsze dobro pacjentów i populacji stawiają wyżej niż środowiskowe konformistyczne presje i utarte stanowiska. Mają prawo pytać, czy na kształtowanie medialnych przekazów większy wpływ ma troska o życie i zdrowie ich bliskich, czy chęć dopasowania narracji do oczekiwań odbiorców. W obliczu sprzeciwu zarządów wielkich korporacji medycznych wobec zawieszenia patentów – sprzeciwu blokującego możliwości produkcji szczepionek przez kraje ubogie – również nie powinno nas dziwić stawianie przez wielu obywateli pytań o wpływ „Big Pharmy” na dobrostan społeczeństwa.

Sceptycyzm obywateli ma głębokie korzenie, ugruntowane m.in. doświadczeniami postkomunistycznej transformacji ustrojowej w Europie Środkowo-Wschodniej. Regiony i miejscowości „wygrane” bardziej ufają autorytetom i szczepią się chętniej. Regiony i miejscowości „zapomniane” podchodzą do nich z nieufnością. Nieprzypadkowo w Unii Europejskiej najniższe poziomy zaszczepienia mają kraje z populacjami najdotkliwiej dotkniętymi tym problemem, jak np. w Bułgarii. Poczucie „zdradzenia” przez elity i nieufność wobec ich przekazu ma więc racjonalne korzenie, chociaż jawi się jako irracjonalne i wydaje szkodliwe owoce.

Dotychczasowe strategie nie działają. Dlatego Stowarzyszenie Pacjent Europa uważa, iż dla uniknięcia piątej fali powinniśmy wykorzystać nadchodzący po czwartej fali spadek transmisji wirusa do wdrożenia strategii jego eliminacji i utrzymania zakażeń na jak najniższym poziomie dzięki konsekwentnemu korzystaniu z dostępnych mechanizmów minimalizacji wpływu lokalnych ognisk zakażeń, takich jak: śledzenie przypadków zachorowań przez Sanepid, kierowanie na kwarantanny zarówno przyjezdnych, jak i mających kontakt z osobami zakażonymi, izolowanie tych przypadków (najlepiej przez kwarantanny „hotelowe”), a także wprowadzanie lokalnych lockdownów celem zatrzymania krążenia wirusa.

Długotrwałe próby ignorowania problemu są kosztowne i niebezpieczne. Opanowanie problemu w jego łagodnej fazie pozwoli na obniżenie wydatków administracyjnych, ale również – co najważniejsze – pozwoli ochronić wiele ludzkich istnień. Towarzyszyć temu powinny finansowa pomoc dla obywateli oraz transparentna, intelektualnie uczciwa komunikacja, traktująca ludzi podmiotowo, dzięki której poziom zaufania do elit, a także do programu szczepień powinien wzrosnąć. Od początku pandemii populacja Polski obniżyła się o ćwierć miliona – za sprawą czterech fal zakażeń oraz towarzyszącego im przeciążenia służby zdrowia. Uniknięcie śmiertelnej piątej fali jest dzisiaj w rękach polityków.

Krzysztof Mroczkowski, Mateusz Piotrowski

Stowarzyszenie Pacjent Europa

Teologia polityczna Leszka Balcerowicza

Dlaczego Leszek Balcerowicz na Campus Polska Przyszłości podważał naukowy konsensus ws. przyczyn kryzysu klimatycznego?

Oczywiście istnieją powiązania, także finansowe, między negacjonistami klimatycznymi a organizacjami i wydarzeniami, którym patronuje wykonawca „terapii szokowej”. Fundacja FOR (Forum Obywatelskiego Rozwoju) promowała publikacje kluczowych sponsorów negacjonizmu klimatycznego braci Koch, właścicieli konglomeratu przemysłowego obejmującego sektor produkcji ropy naftowej, chemiczny, energetyczny, produkcji asfaltu, gazu ziemnego, nawozów sztucznych, wyrobów spożywczych i tworzyw sztucznych. Także Campus Polska Przyszłości był współfinansowany przez instytucje powiązane z rodziną Kochów. Fundacja Braci Koch w latach 1997–2008 wspomogła sumą prawie 48 milionów dolarów prace różnych ugrupowań, które kwestionują globalne ocieplenie lub jego przyczyny, w 2015 r. zatrudniała za pośrednictwem różnych instytucji trzy razy więcej osób niż Partia Republikańska, a rok później wydała w czasie kampanii wyborczej 800 mln dol.

Ale nie chodzi po prostu o to, że Balcerowicz czy jego think tank działają z prostej inspiracji finansowej. Ani tylko o to, że często (choć nie zawsze) „granice mojego finansowania są granicami mojego świata”.

Sprawa jest nieco głębsza. Pokonanie kryzysu klimatycznego wymaga współdziałania różnych podmiotów: publicznych i prywatnych, samorządowych i spółdzielczych, obywateli i biznesmenów, związkowców i ekologów, młodzieży i Kościołów. Musi to być wysiłek wspólny i celowy. Impuls do tego wysiłku to coś, co ożywia nowoczesną wspólnotę polityczną. Wspólnotę, która, jak pisze Rafał Matyja w swojej nowej pięknej książce „Miejski grunt”, próbując zadbać o zdrowie swoich obywateli, poziom ich wykształcenia czy stan środowiska, w którym żyją, mogłaby niejeden budynek państwowy opatrzyć hasłem: „Tutaj próbujemy zapanować nad swoim losem”.

Nic nie jest bardziej obce sposobowi myślenia, który reprezentuje Balcerowicz niż ta próba wspólnego zapanowania nad swoim losem.

Negacjonizm klimatyczny Balcerowicza nie jest wypadkiem przy pracy czy wynikiem niedoinformowania. Wynika z głębokiej, by nie powiedzieć dogmatycznej wiary w „rynek”, który „sam”, tj. bez udziału wspólnego, celowego i świadomego działania, rzekomo załatwia wszystkie problemy, samemu nie generując żadnych. Nie mogąc zatem także generować problemów z nadmiernymi emisjami gazów cieplarnianych.

„Rynek” wedle tej wizji nie może zagrażać naturze, bo sam jest najbardziej „naturalnym” ładem. Jest samym czystym stanem natury.

Oczywiście w rzeczywistości żaden rynek naprawdę nie działa „sam”, nie działa po prostu „automatycznie”. Jest zawsze wypadkową interakcji zespołów pewnych – politycznych – instytucji. Co na przykładzie „terapii szokowej” Balcerowicza i jej odgórnego, politycznego, centralistycznego wprowadzania, świadomego i celowego „ręcznego” sterowania, państwowego wytwarzania pewnego określonego systemu instytucjonalnego (łącznie z zaplanowanym i skutecznie wdrożonym spadkiem udziału płac pracowników i dochodów rolników w PKB) świetnie pokazał Tadeusz Kowalik, a spośród badaczy zagranicznych Lord Maurice Glasman w niestety wciąż nieprzetłumaczonej na polski fundamentalnej pracy „Unnecessary Suffering: Managing Market Utopia”, słusznie określając Balcerowiczowską inżynierię społeczną mianem „rynkowego leninizmu”.

Ale dla doktryny, którą reprezentuje Balcerowicz, niewidzialny jest ten polityczny, związany z polityczną wolą element tworzenia rynku. Nawet gdy sam polityk-ekonomista wdraża określony model rynku własnymi rękami, to i tak postrzega siebie jedynie jako narzędzie „niewidzialnej ręki”. W ramach tej doktryny „rynek” nie jest traktowany jako pewna pożyteczna, ale niedoskonała, ułomna ludzka instytucja czy zespół instytucji, które mają swoje wady i zalety, swoje potencjały, ale i ograniczenia, ale jako odpowiednik, a właściwie zastępnik Boga i Jego Opatrzności, jako źródło ostatecznych i nieomylnych wyroków.

Dlatego młodzieżówka partii Nowoczesna, Młodzi .Nowocześni, nieświadomie wyraziła dogmat swej doktryny, gdy spotkanie z Leszkiem Balcerowiczem zareklamowała hasłem „za chwilę spotkanie z Panem Bogiem”.

Mateusz Piotrowski