Baliśmy się Trumpa – czy powinniśmy obawiać się Bidena?

Wszystko wskazuje na to, że 20 stycznia 2021 roku Joe Biden obejmie obowiązki głowy państwa, kończąc niespokojną erę Donalda Trumpa. Chociaż w poprzednich wyborach triumf tego ostatniego był według doniesień medialnych nieprzyjemnym zaskoczeniem dla polskiego obozu władzy, stawiającego na wygraną Hillary Clinton i pozbawionego kontaktów w środowisku politycznym miliardera, teraz dla odmiany krajowe czynniki dość wyraźnie ociągały się z uznaniem explicite rozstrzygnięcia na korzyść przedstawiciela Partii Demokratycznej, jak gdyby nie odrzucając całkowicie kreślonych przez co większych fantastów scenariuszz, zgodnie z którymi władzę miałby utrzymać Republikanin.

W roku 2016 czynniki polskie, w tym tradycyjnie sympatyzujący z Republikanami obóz PiS, obawiały się Donalda Trumpa z powodu wygłaszanych przezeń w trakcie kampanii i odwzajemnianych przez Kreml pozytywnych sądów na temat Władimira Putina. A także wskutek spekulacji na temat jego pozytywnych rzekomych „niebezpiecznych związków” z Rosją i faktycznych ingerencji Moskwy w przebieg poprzednich wyborów, które według części opinii miały wręcz zapewnić miliarderowi zwycięstwo. Zaniepokojenie budziły zapowiedzi rewizji polityki zagranicznej w duchu izolacjonizmu.

Z perspektywy czasu obawy te nie sprawdziły się. Przy całej kontrowersyjności uprawianej polityki Trump nie tylko nie zniszczył NATO ani nie uznał de iure rosyjskich zdobyczy terytorialnych na Ukrainie, ale wręcz podjął działania mające na celu zwiększenie amerykańskiej obecności wojskowej w Europie Środkowej. Nałożone przez jego administrację sankcje spowodowały również poważne kłopoty dla budowy traktowanego jako strategiczne zagrożenie gazociągu Nord Stream 2. Rosjanie niekorzystnie oceniali również politykę administracji Trumpa w odniesieniu do zbrojeń – wzrost ogólnych wydatków, wycofanie się Waszyngtonu z traktatu INF (o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych pośredniego zasięgu). Kłopotliwe dla Moskwy pozostawały amerykańskie działania wobec jej aliantów (rząd Syrii, Wenezuela, bardziej skomplikowany przypadek Iranu).

Ogólna retoryka obozu Bidena dla odmiany nie dawała polskim władzom asumptu do obaw. Kandydat Demokratów w kampanii wskazywał kategorycznie Rosję jako przeciwnika Stanów Zjednoczonych, zapowiadał też bardziej zdecydowane i ostrzejsze retorsje wobec naruszeń amerykańskich interesów i odtworzenie naruszonej przez politykę Trumpa koordynacji wspólnej państw zachodnich wobec Moskwy. Jednak bardziej szczegółowa analiza deklaracji wskazuje, że zapowiedź zaostrzenia stanowiska wobec Rosji może pozostać pusta (nie towarzyszą jej żadne konkretne koncepcje), a faktyczna polityka będzie bardziej koncyliacyjna, nastawiona na pewną normalizację stosunków między mocarstwami. Biden deklarował, w przeciwieństwie do Trumpa, bezwarunkowe przedłużenie traktatu o redukcji zbrojeń strategicznych New START. Nowa administracja może być też skłonna do redukcji nakładów na zbrojenia, aczkolwiek w świetle globalnej konfrontacji z Chinami pozostaje to spekulacją. Zapowiadany powrót do negocjacji w sprawie programu nuklearnego z Iranem nie musi być z punktu widzenia Moskwy jednoznacznym pozytywem. Wydaje się, że żadna administracja amerykańska w przewidywalnym horyzoncie czasowym nie będzie dążyła do przekroczenia progu wojny z krajem rządzonym przez ajatollahów. Natomiast ostry kurs wobec Teheranu ogranicza jego pole manewru w polityce międzynarodowej i skazuje go na Rosję, chociaż interesy obu krajów nie są bynajmniej tożsame. Trudno jednak mówić o koncepcjach „strategicznego resetu” z relacjach z Rosją, który nastąpił na początku prezydentury Baracka Obamy. Wydaje się, że w polityce amerykańskiej na tym odcinku będzie przeważała kontynuacja, natomiast wielki przewrót w stosunkach, mający na celu rozbicie układu chińsko-rosyjskiego, pozostaje możliwą ewentualnością niezależnie od konkretnej administracji amerykańskiej.

Wstrzemięźliwość obozu PiS wobec Bidena ma zatem prawdopodobnie przyczyny odmienne niż geostrategia sensu stricto. Wydaje się pewne, że polska polityka wewnętrzna będzie przez nową administrację amerykańską postrzegana znacznie gorzej niż za czasów Trumpa i może to stanowić spory problem wizerunkowy dla polskiego rządu. Republikański Waszyngton pozostawał wszak neutralny wobec koncepcji PiS dotyczących porządku prawnego, co pozwalało na arenie wewnętrznej przedstawiać Stany Zjednoczone i stosunki z nimi jako pozytywny kontrast wobec problemów w relacjach z Unią Europejską. Tymczasem Biden w trakcie kampanii wyborczej posunął się do zestawienia Polski i Węgier z Białorusią, co wskazuje na zdecydowanie negatywną ocenę polityki wewnętrznej ekipy PiS. Obawy obecnych władz Polski mogą budzić też wyraźne nadzieje Niemiec na odtworzenie bliskiej współpracy z Ameryką – stosunki między tymi krajami za kadencji Trumpa uległy znacznemu pogorszeniu.

Z drugiej strony należy pamiętać, że rządy Republikanina nie były dla PiS w żadnej mierze idyllą. Amerykanie niechętnie odnosili się do tych samych polskich koncepcji dotyczących polityki historycznej, które spowodowały ostry sprzeciw Izraela. W Waszyngtonie nie znajdowały żadnego zrozumienia formułowane przez krajowe władze stanowiska niechętne mniejszościom seksualnym, co zresztą nie powinno stanowić zaskoczenia dla nikogo, wszak między Republikanami a Demokratami nie ma pod tym względem żadnych różnic. Potencjalna niechęć administracji Bidena wobec Warszawy będzie nie tyle problemem w relacjach polsko-amerykańskich, co kłopotem dla obozu PiS, z jednej strony skrajnie, wręcz bezalternatywnie proamerykańskiego, z drugiej grającego w sferze światopoglądowej na nutach bardzo źle widzianych w Waszyngtonie, co swoją drogą wydaje się być koncepcją mocno osobliwą. Ślepy zaułek, w który wpędziło się PiS może z drugiej strony przełożyć się negatywnie na obiektywne polskie interesy – przy przemożnej orientacji na Stany Zjednoczone w dziedzinie zakupów uzbrojenia (realizowane programy dostaw systemów obrony przeciwlotniczej średniego zasięgu Patriot oraz artylerii rakietowej HIMARS, podpisana umowa na zakup myśliwców wielozadaniowych F-35) zła chemia polityczna może dawać Amerykanom asumpt do traktowania dostaw jako elementu nacisku, tudzież wymuszania przyjęcia stanowiska amerykańskiego przy różnicach zdań w kwestii offsetu i współpracy przemysłowej, pojawiających się choćby w odniesieniu do drugiej fazy dostaw systemów Patriot.

Trudno oczekiwać, aby lobbyści amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego przestali wykorzystywać niezwykle silną i uprzywilejowaną pozycję w polskich sferach rządowych, którą zdobyli za rządów PiS, w szczególności za kadencji Mariusza Błaszczaka jako szefa MON. Tu również słabe notowania rządów partii Jarosława Kaczyńskiego w Waszyngtonie będą im de facto sprzyjać.

Trudno spodziewać się, aby to akurat środowisko było zdolne do głębszej rewizji polityki i postawienia w większej mierze na partnerów europejskich czy dalekowschodnich, potencjalnie znacznie bardziej otwartych na współpracę przemysłową i transfer technologii. Można obawiać się forsowania dobrych technicznie, ale fatalnych z punktu widzenia współpracy i transferu ofert amerykańskich jako elementu obłaskawiania niechętnego Waszyngtonu.

Paradoksalnie „dobrą zmianą”, jaką do relacji amerykańsko-polskich wniesie ekipa Bidena, może być kwestia obsady stanowiska ambasadora. Wystarczy, że Georgette Mosbacher z jej ostentacją przywodzącą na myśl rosyjskich przedstawicieli z epoki schyłku I RP zastąpi ktoś bardziej dyskretny. Oczywiście nie sposób łudzić się, że będzie egzekwował interesy amerykańskie w sposób mniej bezwzględny niż „wiceimperatorowa”, ale może chociaż w lepszym stylu, na co skądinąd może też wpłynąć większy dystans między Warszawą a Waszyngtonem, zapobiegający tak niesłychanym wpadkom proceduralnym jak symboliczne zrównanie pozycji prezydenta RP i pani ambasador Stanów Zjednoczonym. Z kolei spodziewane większe zniuansowanie amerykańskiej polityki bliskowschodniej i jej mniej gorliwa proizraelskość być może zaoszczędzi Polsce powtórek z wątpliwej rozrywki w rodzaju żenującej „organizacji” niesławnej konferencji z lutego 2019.

Na zakończenie należy wspomnieć o perspektywach polityki na najważniejszym dla Stanów Zjednoczonych odcinku, a mianowicie chińskim. W tym aspekcie spodziewana jest kontynuacja strategicznej konfrontacji, pod której znakiem stały rządy Donalda Trumpa. Chińskie zagrożenie jest bowiem postrzegane w Stanach Zjednoczonych na zasadzie powszechnego konsensusu jako największe wyzwanie w polityce globalnej. Spodziewane są zmiany taktyczne w postaci większego dążenia do międzynarodowej koordynacji polityki mającej ma celu powstrzymywanie Chin. Z jednej strony intensyfikacji powinna ulec współpraca z Indiami, Japonią i Australią, z drugiej spodziewany „reset” z Niemcami ma przynieść włączenie tak Berlina, jak i pomniejszanego przez Trumpa NATO do globalnej strategii antychińskiej. Z perspektywy polskiej te zagadnienia mają jednak w obecnej sytuacji znaczenie marginalne, wszak Warszawa zrezygnowała z choćby prób podmiotowego lawirowania między Waszyngtonem a Pekinem, przyjmując stanowisko jednoznacznie proamerykańskie ze skłonnością do wychodzenia przed szereg.

dr Jan Przybylski

Globalny agrobiznes sprzyja pandemii koronawirusa

COVID-19 jest tak groźny dla bezpieczeństwa żywnościowego, ponieważ globalny łańcuch dostaw był zawsze zagrożony. Czy możemy to zmienić?

Globalny system żywnościowy zajmował bardzo ważne miejsce w historii związanej z wybuchem epidemii COVID-19. Wszyscy oczywiście zdają sobie sprawę, że głód uparcie podąża za wirusem, siejąc spustoszenie zarówno na globalnej północy, jak i na globalnym południu. Rzeczywiście, można powiedzieć, że w przeciwieństwie do Azji Wschodniej, Europy i USA, w Azji Południowej katastrofa żywnościowa poprzedziła faktyczną inwazję wirusa, a pod koniec marca 2020 r. w Indiach, Pakistanie i Bangladeszu odnotowano stosunkowo niewiele infekcji. Ale miliony osób już zostały przesiedlone z powodu lockdownów i innych drakońskich środków podjętych przez rządy regionu.

Na przykład w Indiach migranci wewnętrzni stracili pracę w ciągu zaledwie kilku godzin, pozostawiono ich z niewielkimi środkami na jedzenie i czynsz, i zmuszono do wędrówki setki kilometrów do domu, a dziesiątki z nich zostały pobite przez policję próbującą poddać ich kwarantannie, gdy przekraczali granice stanów. Liczbę migrantów wewnętrznych szacuje się na 139 milionów. W większości niewidoczni w normalnych czasach, nagle stali się zauważalni, gdy próbowali dotrzeć do swoich rodzimych stanów. Z powodu nagłej blokady całego kraju zostali pozbawieni transportu publicznego, więc wędrowali pieszo.

Gdy umierali po drodze, w tej ogromnej ludzkiej fali jak refren rozbrzmiewał desperacki okrzyk: „Jeśli koronawirus nas nie zabije, to zrobi to głód!”.

Ale kwestia żywności była kluczowa dla pandemii z dwóch innych powodów. Jednym z nich jest związek wirusa z destabilizacją dzikiej przyrody. Drugą jest fakt, że środki mające na celu powstrzymanie rozprzestrzeniania się wirusa uwydatniły skrajną niewydolność światowego łańcucha dostaw żywności.

Covid-19 i dzika przyroda

Historia o tym, jak nowy koronawirus przeskoczył ze zwierzęcego żywiciela na człowieka na targu w Wuhan wciąż wymaga szczegółowego opowiedzenia – a rządząca w Chinach Partia Komunistyczna jest tak wrażliwa na punkcie swoich pierwszych nieudanych prób powstrzymania choroby, że możemy tej historii nigdy nie usłyszeć.

Jedna z zataczających kręgi hipotez mówi, że pierwotnym żywicielem był nietoperz, podczas gdy żywicielem pośrednim między nietoperzem a ludźmi był łuskowiec lub łuskowaty mrówkojad. Nietoperze były również pierwotnymi żywicielami wirusa powodującego SARS, chorobę, która nawiedziła świat na początku XXI wieku, oraz MERS, czyli „zespół problemów z układem oddechowym na Bliskim Wschodzie”, który pojawił się prawie dekadę później. Jednak żywiciele pośredni różnili się: kot cyweta służył jako żywiciel pośredni dla SARS, a wielbłąd dromader pojawił się w przypadku MERS.

Wirusolodzy i biolodzy wciąż muszą dojść do ostatecznego wniosku co do pośredniego nosiciela nowego koronawirusa, który przeskoczył na ludzi na targu w Wuhan. To, co nas tutaj interesuje, to prawdopodobne tło dla tej historii. To tło prawdopodobnie wiązało się z destabilizacją ekologiczną spowodowaną ekspansją kłusownictwa komercyjnego na dużą skalę, rolnictwem przemysłowym, ekspansją mieszkaniową i innymi formami inwazji ludzi na naturalne siedliska dzikich zwierząt.

Nic dziwnego, że przejście od łuskowców do ludzi nastąpiło w Chinach – zarówno w przypadku nowego koronawirusa, jak i SARS, który rozpoczął się w gminie Foshan w prowincji Guangdong. Chiny są światowym centrum handlu dzikimi zwierzętami, w większości nielegalnego. Jak podkreśla Mahendra Lama, ekspert ds. systemów żywnościowych, w Chinach „znajdują się dziesiątki licencjonowanych i nielegalnych komercyjnych centrów rozmnażania i hodowli, które dostarczają na rynek tygrysy, jeżozwierze, łuskowce, niedźwiedzie, węże i szczury”. Badanie przeprowadzone przez Chińską Akademię Inżynierii wykazało, że w 2016 r. w branży związanej z dziką przyrodą pracowało ponad 14 milionów ludzi i zarobili dla niej 74 miliardy dolarów.

Globalny łańcuch dostaw żywności to słabe ogniwo

Innym wymiarem pandemii COVID-19 związanym z żywnością, a mającym kluczowe znaczenie, jest wrażliwość globalnego łańcucha dostaw żywności. Wraz z przewidywaniami ataku pandemii COVID-19 na Azję Południową i Afrykę, które specjaliści do spraw zdrowia uważali za regiony najbardziej podatne na wirusa, szefowie Światowej Organizacji Handlu, Światowej Organizacji Zdrowia oraz Administracji Wyżywienia i Rolnictwa przyjęli pod koniec marca 2020 wspólną deklarację, mówiącą, że skoro „miliony ludzi na całym świecie są zależne od handlu międzynarodowego w zakresie bezpieczeństwa żywnościowego i środków do życia”, rządy musiały powstrzymać się od podejmowania środków, które „zakłóciłyby łańcuch dostaw żywności”. Szef FAO, Qu Yongdu, ostrzegł: „Nie pozwólcie, aby kryzys COVID-19 stał się igrzyskami śmierci”.

Agencje międzynarodowe obawiały się powtórki kryzysu związanego z cenami żywności z lat 2007–2008, kiedy to zakłócenia w globalnym łańcuchu dostaw żywności wywołane restrykcjami eksportowymi przez kluczowe kraje dostarczające zboże, takie jak Chiny, Argentyna, Wietnam i Indonezja, spowodowały gwałtowny wzrost cen żywności, zapisując dodatkowe 75 milionów ludzi w szeregi głodnych i doprowadzając około 125 milionów ludzi w krajach rozwijających się do skrajnego ubóstwa.

Jednak obecne zagrożenie dla globalnego łańcucha dostaw nie jest tylko potencjalne. Łańcuch już się rozpada w jednym z najbardziej krytycznych ogniw: migrującej sile roboczej.

Pandemia ujawniła stopień, w jakim rolnictwo jest uzależnione od pracowników migrujących: ponad 25% pracy rolnej na świecie jest wykonywane przez robotników wędrownych. W swoim doskonałym badaniu Jean Shaoul pokazuje nam, że około dwie trzecie z tych 800 tysięcy trudnych i wyczerpujących miejsc pracy, których głównymi cechami są niskie wynagrodzenie i długie godziny pracy, jest obsadzonych w okresie żniw w Europie przez pracowników z Afryki Północnej i Europy Środkowo-Wschodniej. Ale strefa Schengen, obejmująca 26 państw europejskich, zakazała na 30 dni wjazdu osób z zewnątrz i zamknęła wiele granic.

„Świat pracy będzie największą z rzeczy, które mogą się załamać”, powiedział „New York Timesowi” Karan Girotra, ekspert ds. łańcuchów dostaw z Cornell University. „Jeśli duża liczba ludzi zachoruje na obszarach wiejskich w Ameryce, wszystko się zmieni”.

Rzeczywiście, należąc do tej niezbędnej branży, pracownicy rolni i pracownicy sektorów przetwórstwa żywności i sprzedaży detalicznej znajdują się na pierwszej linii walki o powstrzymanie COVID-19. Jednak wielu z nich jest pozbawionych najbardziej podstawowego sprzętu ochronnego, takiego jak maski na twarz, i pracuje w warunkach, które są kpiną z zasad dystansu społecznego.

Globalny łańcuch dostaw jest zagrożony nie tylko problemami na etapie produkcji i przetwarzania, ale także wąskimi gardłami w transporcie, zwłaszcza w kluczowych węzłach. Raport FAO obrazowo ukazuje problem rozwijający się w Rosario w Argentynie, największym na świecie miejscu eksportu pasz sojowych dla zwierząt gospodarskich: „Niedawno dziesiątki miejscowości w pobliżu Rosario zablokowały ciężarówkom zbożowym wjazd do ich miast i wyjazd z nich, aby spowolnić rozprzestrzenianie się wirusa. Dlatego soja nie jest transportowana do tłoczni, co wpływa na eksport śruty sojowej dla bydła. Podobnie w Brazylii, która jest kolejnym kluczowym eksporterem podstawowych towarów – pojawiają się tam doniesienia o przeszkodach logistycznych zagrażających łańcuchom dostaw żywności. W skali międzynarodowej zamknięcie dużego portu, takiego jak Santos w Brazylii czy Rosario w Argentynie, oznaczałoby katastrofę dla światowego handlu”.

Nie ma wątpliwości, że staranie, by światowy łańcuch pokarmowy był wolny od zakłóceń, jest krótkoterminowym priorytetem, mającym zapobiec głodowi i zamieszkom. Niepokojące jest jednak, że FAO i inne agencje wielostronne nie potrafią przyjąć do wiadomości, że długi globalny łańcuch dostaw żywności potęguje fiasko walki z COVID-19 – że wyparł on lokalne i regionalne systemy produkcji żywności i sprawił, iż kraje stały się mniej samowystarczalne. Niewystarczająca ilość pożywienia sprawiła, że wiele z nich jest bardziej podatnych na pandemie i inne sytuacje kryzysowe. Co więcej, statki i samoloty załadowane żywnością same stały się jednymi z najskuteczniejszych przekaźników choroby na duże odległości.

Wydłużanie łańcucha

Kryzys żywnościowy z lat 2007–2008 i światowy kryzys finansowy z lat 2008–2009 powinny były jaskrawo ukazać kruchość globalnych łańcuchów dostaw: systemu żywnościowego w przypadku pierwszego i przemysłowego w przypadku drugiego. Kryzys finansowy doprowadził do globalnej recesji, która spowodowała zamknięcie wielu globalnych podwykonawców przemysłowych w Chinach.

Tamte wydarzenia powinny były wywołać poważne pytania dotyczące odporności paradygmatu globalnego łańcucha dostaw, który stał się „modelem biznesowym” dla zachodnich korporacji transnarodowych. Jednak zamiast wycofywać się, łańcuch dostaw żywności rozciągano coraz dalej, a lokalne i regionalne systemy żywnościowe jeszcze bardziej więdły.

FAO szacuje, że światowy handel produktami rolnymi zwiększył się w latach 2000–2016 ponad trzykrotnie, do około 1,6 biliona dolarów. Coraz więcej lokalnych i regionalnych systemów żywnościowych, które obejmowały większość krajowej produkcji i konsumpcji żywności, wycofuje się w obliczu rywalizacji z tymi łańcuchami, które są zdominowane przez duże firmy przetwórcze i supermarkety, dysponują wielkimi środkami finansowymi i mają stosunkowo niskie nakłady pracy w porównaniu z drobnymi rolnikami. Tacy międzynarodowi i regionalni giganci stanowią obecnie około 30 do 50 procent systemów żywnościowych w Chinach, Ameryce Łacińskiej i Azji Południowo-Wschodniej oraz 20 procent systemów żywnościowych w Afryce i Azji Południowej.

Według jednego z badań integracja pionowa i konsolidacja po stronie kupca w łańcuchach eksportowych „wzmacniają siłę przetargową dużych firm rolno-przemysłowych i międzynarodowych koncernów spożywczych, przenosząc uprawnienia decyzyjne z rolników na firmy niższego szczebla oraz zwiększając poziom zwrotu tych firm z obecności w łańcuchu, co działa na niekorzyść drobnych dostawców działających w sieci”.

Do jakich zmian w globalnym systemie produkcji i handlu żywnością zmusza nas obecność koronawirusa?

Powstrzymać niszczenie dzikiej przyrody i siedlisk zwierząt

Przede wszystkim Chiny muszą przestać destabilizować siedliska dzikich zwierząt. Należy podkreślić, że egzotyczne praktyki kulinarne Chin, polegające na nielegalnym handlowym kłusowaniu na dzikie zwierzęta, doprowadziły do dwóch pandemii w ciągu mniej niż dwóch dekad – SARS i COVID-19. Dlatego Pekin ma obowiązek dopilnować, aby Chiny nie stały się źródłem trzeciej.

Uznając istnienie nielegalnego związku Wuhan z dziką przyrodą, najwyższy organ prawny w Chinach, Stały Komitet Narodowego Kongresu Ludowego Komunistycznej Partii Chin, zakazał handlu dzikimi zwierzętami. Pekin jest również sygnatariuszem Konwencji o międzynarodowym handlu dzikimi zwierzętami i roślinami gatunków zagrożonych wyginięciem (CITES) i nałożył kary za przestępstwa przeciwko dzikiej faunie i florze w wysokości 29 441 USD oraz kary dożywocia.

Jednak, jak mówi nam Mahendra Lama, „handel dzikimi zwierzętami trwa nieprzerwanie, a korzystanie z bardziej wyrafinowanych platform e-commerce z wysoce zakodowanymi komunikatami, obchodzi prawo bez trudu”. Poważne egzekwowanie, obejmujące zaawansowane technologicznie metody, a nie tylko ustawodawstwo, musi być priorytetem Pekinu, „aby handlarze dzikimi zwierzętami, menedżerowie łańcucha dostaw i globalne marki byli traktowani jak terroryści, surowo traktowani, gdy zostaną złapani”. Chiny, jak słusznie podkreśla Lama, „muszą zdać sobie sprawę, że ich status globalnego aktora stał się teraz nierozerwalnie powiązany z lokalnymi praktykami kulinarnymi i handlowymi na targach wielu miast”.

Ale jest jeszcze większe wyzwanie, któremu Chiny muszą sprostać, a mianowicie muszą poważnie przemyśleć i być może odłożyć na bok swoją flagową inicjatywę Jeden Pas i Jedna Droga (BRI). To ogromny program budowy dróg i linii kolejowych oraz budowa elektrowni wodnych i węglowych, a także zakładanie przedsięwzięć górniczych, wartych miliardy dolarów. Według Światowej Federacji Przyrody projekty BRI zagrażają ponad 1700 kluczowym miejscom bioróżnorodności i 265 zagrożonym gatunkom.

Jednym z nich są wyżyny leśne Batang Toru na Sumatrze, jeden z najbardziej różnorodnych biologicznie regionów Indonezji, gdzie elektrownia wodna o wartości 1,6 miliarda dolarów stanowi zagrożenie dla rzadkiego orangutana Tanapuli i wysoce zagrożonego tygrysa sumatrzańskiego oraz łuskowca sundajskiego. Na Filipinach przewiduje się, że finansowana przez BRI tama Kaliwa na górzystej wyspie Luzon na wschodzie ma wyprzeć stamtąd około 20 tysięcy rdzennych mieszkańców 230 hektarów lasów, a także stanowić zagrożenie dla rzadkich gatunków flory i fauny na tym obszarze – w tym białoskrzydłego nietoperza, sierściogona kokosowego, cywety, dzików, orła filipińskiego i jelenia filipińskiego.

Wiele z tych dzikich zwierząt jest nosicielami wirusów, takich jak te wywołujące SARS i COVID-19, i podejrzewa się, że przenoszą je z nietoperzy na ludzi. Tym samym wiele projektów związanych z BRI zdestabilizuje lokalną ekologię, grożąc wywołaniem przyszłych pandemii.

Transmisja wirusa nie jest jedynym zagrożeniem, jakie stwarza BRI. Według jednego z badań, sieć dróg, linii kolejowych i rurociągów BRI może wprowadzić ponad 800 obcych gatunków inwazyjnych – w tym 98 płazów, 177 gadów, 391 ptaków i 150 ssaków – do kilku krajów położonych wzdłuż wielu tras, destabilizując ich ekosystemy. Chiński rząd musi poważnie przemyśleć ten projekt i radykalnie go zmodyfikować, jeśli nie całkowicie wyeliminować wiele jego założeń ze względów zdrowotnych i ekologicznych.

Suwerenność żywnościowa jako zasada produkcji żywności

Najważniejszym chyba środkiem, jaki proponujemy, jest przeniesienie produkcji żywności z dala od kruchego, kontrolowanego przez korporacje, zglobalizowanego łańcucha dostaw produktów spożywczych opartego na wąskich założeniach, takich jak redukcja kosztów jednostkowych, do bardziej zrównoważonych lokalnych systemów opartych na małych gospodarstwach. Chociaż w perspektywie krótkoterminowej globalne łańcuchy dostaw muszą działać, aby ludzie nie umierali z głodu, strategicznym celem musi być ich zastąpienie, a niektóre środki można już podjąć, nawet gdy pandemia jest u szczytu.

Istnieją solidne powody, by odwrócić trend globalizacji produkcji żywności i pójść w kierunku większej samowystarczalności żywnościowej. Jednak ich uzasadnienie wykracza poza samo zapewnienie samowystarczalności żywieniowej – oznacza wartości i praktyki, które wzmacniają wspólnotę, solidarność społeczną i demokrację. Ruch w kierunku alternatywnego systemu żywności nabrał rozpędu w ciągu ostatnich kilku dziesięcioleci, dzięki rosnącej świadomości, że sposób, w jaki produkujemy naszą żywność, jest jednym z kluczy do przezwyciężenia alienacji ludzi od siebie nawzajem i wyobcowania społeczności ludzkiej z życia planety.

Ruch ten, kierowany przez chłopów i drobnych rolników, którzy nadal produkują około 70% światowej żywności, proponuje alternatywny paradygmat „suwerenności żywieniowej”. Jego podstawowe zasady brzmią tak:

– lokalna produkcja żywności musi zostać oddzielona od globalnych łańcuchów dostaw zdominowanych przez korporacje, a każdy kraj powinien dążyć do samowystarczalności żywnościowej. Oznacza to, że krajowi rolnicy powinni produkować większość żywności spożywanej w kraju – to koncept, który obala korporacyjną koncepcję „bezpieczeństwa żywnościowego”, mówiącą, że kraj może również zaspokoić dużą część swoich potrzeb żywnościowych poprzez import.

– ludzie powinni mieć prawo do określania swoich wzorców produkcji i konsumpcji żywności, biorąc pod uwagę „wiejską i produkcyjną różnorodność”, i nie pozwalać na podporządkowanie ich nieuregulowanemu handlowi międzynarodowemu.

– lokalność produkcji żywności jest dobra dla klimatu, ponieważ emisje dwutlenku węgla z produkcji lokalnej są znacznie mniejsze niż w przypadku rolnictwa opartego na globalnych łańcuchach dostaw.

– tradycyjne chłopskie i tubylcze technologie rolnicze zawierają wiele mądrości i reprezentują ewolucję łagodnej równowagi między społecznością ludzką a biosferą. Ewolucja agrotechnologii w celu zaspokojenia potrzeb społecznych musi przyjąć tradycyjne praktyki za punkt wyjścia, a nie uważać je za przestarzałe.

Z pewnością istnieje wiele pytań związanych z polityką, gospodarką i technologią suwerenności żywnościowej, które pozostają bez odpowiedzi lub na które jej zwolennicy udzielają zróżnicowanych, a czasem sprzecznych odpowiedzi. Ale nowy paradygmat nie rodzi się doskonałym. Rozpędu nadaje mu nieodwracalny kryzys dawnego paradygmatu i przekonanie masy krytycznej ludzi, że to jedyny sposób na przezwyciężenie problemów starego systemu i otwarcie nowych możliwości dla realizacji wartości, które są bliskie wielu ludziom.

Jak w przypadku każdej nowej formy organizowania relacji społecznych, na pytania bez odpowiedzi można odpowiedzieć tylko przez praktykę, tak samo, jak niejasności i sprzeczności można rozwiązać jedynie poprzez praktykę, ponieważ praktyka zawsze była matką możliwości.

Mawia się, że nie należy pozwolić, aby dobry kryzys poszedł na marne. Pozytywną stroną kryzysu związanego z COVID-19 jest szansa na niezależność żywnościową.

Walden Bello

Tłum. Magdalena Okraska

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w kwietniu 2020 r. na stronie internetowej Foreign Policy in Focus.

Czarna strona seksbiznesu

Czarna strona seksbiznesu

Ostatnimi czasy temat pracy seksualnej dzieli środowisko feministyczne jak nic innego. Mamy dwa mocne obozy: zwolenniczek i przeciwniczek. Obie strony wymiennie przerzucają się argumentami i oszczerstwami, próbując często zdyskredytować swoje oponentki jako te, którym nie warto wierzyć.

Dekryminalizacja, czyli co?

Obóz zwolenniczek jest skupiony wokół nieformalnej grupy pracownic seksualnych Sex Work Polska. Na swojej stronie internetowej piszą: „Tworzymy inicjatywę działająca na rzecz praw pracownic i pracowników seksualnych w Polsce. Sex Work Polska powstało w 2014 roku w odpowiedzi na brak reprezentacji pracownic i pracowników seksualnych w Polsce oraz brak inicjatyw kierujących niestygmatyzujące wsparcie dla osób świadczących usługi seksualne. Realizujemy działania w terenie docierając do miejsc pracy osób świadczących usługi seksualne Oferujemy bezpłatne porady prawne, konsultacje psychologiczne, konsultacje dla migrantek i migrantów z zakresu procedur wizowych i legalizacji pobytu, wsparcie w sytuacjach trudnych i kryzysowych, informacje na temat zdrowia seksualnego i reprodukcyjnego, w tym profilaktykę HIV, organizujemy szkolenia i warsztaty” [1].

Na facebooku śledzi ją ponad cztery tysiące osób, na Instagramie – prawie trzy tysiące. Prowadzą szeroko zakrojone akcje na rzecz wspierania pracownic seksualnych: objęły patronatem Doświadczalnik [2], czyli poradnik od pracownic dla pracownic, który ma pomóc w bezpiecznym i satysfakcjonującym świadczeniu usług seksualnych oraz prowadzą zbiórkę- fundusz kryzysowy [3], gdzie zebrały ponad 28 tysięcy złotych dla osób pracujących seksualnie w Polsce.

Ich głównym postulatem jest zmiana modelu prawnego obowiązującego w naszym kraju. Na swojej stronie piszą o tym, że pomimo braku karalności osoby świadczącej takie usługi, branża seksualna w Polsce jest skryminalizowana – bowiem karane są tzw. osoby trzecie. To znaczy: wszyscy, którzy w jakimś stopniu czerpią korzyści z cudzej pracy seksualnej; mowa tutaj o odpowiedzialności karnej z art. 203 i art. 204 KK [4] – są to zapisy prawne mówiące o sutenerstwie, stręczycielstwie i kuplerstwie. Aktywistki działające na rzecz sexworkingu mówią, że te zapisy mogą być nadinterpretowane, bo karani są np. wynajmujący mieszkanie, ochroniarze, szoferzy.

Pracownica, czyli kto?

Mówią o sobie, że są pracownicami seksualnymi, opowiadają głośno o swojej pracy, udzielają wywiadów, pokazują swoje życie na Instagramie – praca seksualna przeniknęła do mainstreamu. Wywiady z camgirls, czyli dziewczynami z kamerek, przeprowadzały duże portale, takie jak Gazeta Wyborcza czy WP. Opowiadają w nich szczerze o swoim życiu w tym biznesie, pokazują, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Mówią o tym, że w porównaniu do dawnego życia, jako szara pracowniczka sklepu czy korporacji, żyje im się o wiele lepiej, seksbiznes pomógł im się usamodzielnić czy pokonać nałogi. Nalegają na to, żeby słuchać ich, osób, które mają doświadczenie codziennego życia w zawodzie, zamiast szeroko pojętej inteligencji akademickiej, która wypowiada się wszak z uprzywilejowanej pozycji.

Feminizm wykluczający?

Drugą stroną konfliktu są tzw. swerfy. Według słownika UrbanDictionary.com [5] jest to akronim oznaczający „radykalną feministkę wykluczającą pracownice seksualne”. Oznacza osobę, która uznaje się za feministkę, ale nie wierzy w to, że osoba, która zdecydowała się dobrowolnie świadczyć jakiekolwiek usługi seksualne, powinna być włączona w walkę o równość płci – mowa tutaj o wykluczeniu opartym na błędnie rozumowanej moralności.

W Polsce ten temat zaczął być popularyzowany przy okazji sytuacji, która wyniknęła tuż po tym jak jedna z feministycznych aktywistek, Kaya Szulczewska, prowadząca na instagramie konto kayaszu, podzieliła się swoimi wątpliwościami związanymi z feministycznym aspektem pracy seksualnej. Wcześniej byłyśmy, jako feministki, przyzwyczajone do jednej, głównej narracji: seksbiznes jest okej, bo skoro ktoś chce tak pracować, to powinien mieć do tego prawo – a my powinnyśmy walczyć o dekryminalizację, która ma poprawić los pracownic seksualnych. Aktywistka najpierw wstawiła na instastories cytaty z książki „Niewolnice władzy” Lydii Cacho, początkowo bez żadnego swojego komentarza, później zaczęła podawać w wątpliwość dominującą narrację, zastanawiać się, czy droga, którą podążamy, jeśli chodzi o kwestię praw pracownic seksualnych, jest na pewno tą właściwą.

Ta książka jest bardzo ciężka, bo ujawnia taki ogrom cierpienia dzieci i kobiet, że to trudne do zniesienia, ale totalnie wywróciła moje myślenie o prostytucji i różnych formach pracy seksualnej i całym seksbiznesie – przekazywała za pośrednictwem instastories Szulczewska. – Polecam wszystkim przeczytać! Mega ważne, zwłaszcza feministki powinny tę pozycję przeczytać. Ta książka pokazała to wszystko od innej strony, przedstawiła tak ogromny problem z handlem kobietami i dziećmi w celu niewoli seksualnej… A także to, jak bardzo w ten cały biznes zamieszane są rządy, mafia, banki i bogaci ludzie tego świata… Jak ten biznes jest w zasadzie ciężki do zwalczenia, że tak naprawdę nie ma możliwości ochrony kobiet i dzieci przed zniewoleniem, jeśli nie zmienimy naszego podejścia do całego seksbiznesu. Musimy zacząć traktować go jako wielką przestępczą maszynę seksistowskiej, mizoginistycznej władzy nawet jeśli jakiś odsetek kobiet pracuje tam świadomie. Musimy z pokorą przyjąć trudny i bardzo niepokojący fakt, że większość jest zmuszana bezpośrednio lub pośrednio.

Sytuacja, która zadziała się wokół tych refleksji pokazała nam, że nie potrafimy na ten temat rozmawiać bez zbędnych emocji. W krótkim czasie Kaya i nataszkan – druga aktywistka, która postanowiła zabrać głos – stały się obiektami wielkiej nagonki. Ich słowa były przekształcane w taki sposób, żeby udowodnić innym, że chcą one wykluczyć pracownice seksualne z feminizmu i odmawiają im podstawowych praw.

W bardzo osobistym wpisie na Instagramie nataszkan w ten sposób opisywała całą sytuację:

Konkretne tematy, na które się wypowiadałam to: zgoda na seks – czy etyczne jest uprawianie seksu za pieniądze z osobą, która nie przespałaby się z nami za darmo? Czy powszechność SW [sex workingu] nie jest szkodliwa dla społeczeństwa, utrwalając obraz seksu jako czegoś, co kobiety dają mężczyznom, a one same nie otrzymują żadnej przyjemności? Dowiedziałam się, że poszukiwanie odpowiedzi na te pytania jest zakazane w środowisku feministycznym. Jeżeli twoje podejście do SW jest inne niż „blow job is real job”, „to praca jak każda inna”, „praca seksualna to wyzwolenie kobiet, daje ona kobietom siłę”, to prawdopodobnie doświadczysz tego, czego ja doświadczam już od ośmiu miesięcy. A jest to: wciskanie mi do ust słów, których nigdy nie wypowiedziałam, rzucanie w moją stronę wyzwisk, obwinianie mnie za przemoc fizyczną, psychiczną i gwałty doświadczane przez pracownice seksualne podczas ich pracy i poza, tworzenie o mnie fake newsów, porównywanie mnie do najgorszych seksistów. Pomimo tego, że od miesięcy nie wypowiadałam się na temat SW, to ostatnio przez moje poglądy dostałam osobistą groźbę śmierci od kobiety świadczącej usługi seksualne. Sprawą zajmuje się policja. [6]

Dla Kai Szulczewskiej cała ta sytuacja była niezwykle stresująca. – Przeżyłam ogromny szok i traumę w związku z wypowiadaniem się na ten temat – wspomina. – Widzę też, że narracja pełna jest kłamstw i wypaczeń, które mają na celu manipulowanie opinią publiczną i demonizowanie każdego, kto choćby delikatnie podważy dyskurs lobbystek. Jestem tym bardzo zmęczona, ale mam nadzieję, że choć kilka osób przeczyta dzięki mnie książkę Lidii Cacho pt. „Niewolnice władzy” i przekona się, że słuchanie jednej strony nie wystarczy, żeby wyrobić sobie zdanie o tak złożonym i pełnym przemocy procederze, jakim jest szeroko pojęty seks biznes, na którym w największym stopniu korzystają mężczyźni i dosłownie garść uprzywilejowanych względem reszty pracownic.

Warto również zauważyć, bo ta kwestia zdaje nam się umykać, że druga strona, strona tzw. przeciwniczek pracy seksualnej (chociaż tak naprawdę to nie są przeciwniczki pracy seksualnej per se, a raczej – przeciwniczki wyzysku seksualnego), nie ma na celu usunięcia kogokolwiek z feminizmu, a raczej chce pokazać, iż rzeczywistość nie jest tak cudowna, jak przedstawiają to dziewczyny w wywiadach dla liberalnych mediów. Podnosi się temat ryzyka chorób przenoszonych drogą płciową, przestępstw na tle seksualnym, a także ryzyka wystąpienia chorób i zaburzeń psychicznych, w tym PTSD. Te tzw. swerfki odbijają piłeczkę, mówiąc o tym, że praca seksualna nie jest w Polsce kryminalizowana, kryminalizowane jest czerpanie korzyści z cudzej prostytucji, a jako pożądany model wskazują – przeciwny do dekryminalizacji – model nordycki, zwany też neoabolicją. Tam praca seksualna jest legalna, a nielegalne jest kupowanie seksu i czerpanie korzyści materialnych z pracy seksualnej innych osób.

Zrozumiałam, że oni nie mają do nas żadnego szacunku

Kiedyś przypadkiem natrafiłam na wywiad z camgirl zadowoloną ze swojej pracy – mówi Magda, która zdecydowała się ze mną porozmawiać na temat jej doświadczeń. – Chciałam zarobić przez telefon na dominacji. Na czacie znalazłam mężczyznę, podał mi numer, ja zastrzegłam numer i zadzwoniłam. Wszystko bezpiecznie. Pozornie. Słyszałam jak sapał, rozłączyłam się, gdy powiedział mi, że doszedł. Siedziałam w piżamie, a mówiłam mu, że jestem naga i napalona, podczas gdy byłam bardziej obrzydzona. Kazałam mu przelać sobie na paypal 50 zł, nie wiedząc, że wpłatę można cofnąć. Czułam się wtedy nie tylko oszukana, ale i brudna, skalana. To był chyba przełom, zrozumiałam, że oni nie mają do nas żadnego szacunku.

Czułam się ohydnie

W internecie istnieje wiele stron oferujących sprzedaż używanej bielizny. Działalność na takich portalach prezentuje się jako banał, przecież i tak byś wyrzuciła swoją starą i zużytą bieliznę, a tutaj możesz na niej zarobić – mówią.

Wiele kobiet się na nie [usługi w internecie – przyp. aut.] decyduje, bo uważają to za łatwe i dające im możliwość zachowania anonimowości – mówi mi Marta. – Też tak pomyślałam. Ja konkretnie sprzedawałam używaną bieliznę (a raczej miałam sprzedawać, bo żadna paczka nie została przeze mnie wysłana). Zarejestrowałam się jako sprzedająca na stronie, która oferowała sprzedaż używanej bielizny. Musiałam przejść proces weryfikacji, tj. wstawić zdjęcie, na którym trzymam kartkę z loginem i na którym widać, że jestem kobietą. Na szczęście moje usta i kawałek policzka wystarczyły.

Jak można się domyślić, strona potwornie wyzyskuje sprzedające. Nie dość, że pobiera aż 23% ich wszystkich dochodów, to jeszcze obciąża je kosztami wysyłki (które w normalnej sprzedaży internetowej zawsze pokrywa klient). Największą popularnością cieszą się noszone majtki. Płaci się dodatkowo za każdy dzień noszenia, a także takie usługi jak orgazm w majtkach, plucie, oddawanie na nie kału i moczu, krew menstruacyjna czy pominięcie kąpieli. Wybrałam kilka, z którymi czułam się komfortowo.

Mało kto podnosi temat wyzysku przez tzw. pracodawców w branży. Oszukiwanie, narzucanie horrendalnych prowizji, niechęć do płacenia – to wszystko jest pomijane w mainstreamowych tekstach o internetowym sexworkingu, jest za to mowa o leczeniu kompleksów i prawdziwym empowermencie. Nie można też krytykować klientów, bo pojawiają się głosy o kinkshamingu. Z jednej strony jest mowa o tym, że praca seksualna nie wyklucza się z consentem [7], a osoba świadcząca usługi seksualne na pełne prawo do stawiania granic, z drugiej – potępia się ocenianie klientów, nawet kiedy naciskają na usługi, których dana osoba nie wykonuje.

Rzeczywiście, jak obiecano, szybko zaczęłam dostawać masę wiadomości – kontynuuje Marta. – Tylko że one nigdy nie dotyczyły moich ofert. Dostawałam propozycję wspólnej masturbacji, liczne prośby o zdjęcia i filmy, pytanie o odtwarzanie fetyszy kupujących (oczywiście za rzekome pieniądze, chociaż transakcje poza serwerem strony były nielegalne). Nie zgodziłam się na żadną z nich. Po trzech dniach wycofałam się z jakiejkolwiek sprzedaży. Usunęłam wszystkie oferty, a potem całe konto. Czułam się ohydnie. Ohydnie z byciem sprowadzaną do roli obiektu seksualnego. Ohydnie z brakiem poszanowania dla własnych granic (mój profil wyraźnie mówił, że nie sprzedaję erotycznych zdjęć i nagrań), ale przede wszystkim z wyzyskiem, w jaki prawie dałam się wkręcić.

Łatwo jest przesuwać granice, kiedy ma się pieniądze i zdesperowaną dziewczynę przed sobą

Laura – trzecia i zarazem ostatnia z moich rozmówczyń – pracowała z klientami. Na portalach internetowych wyszukiwała konkretne ogłoszenia i umawiała się z mężczyznami. Mówi, że wyróżniała trzy typy klientów: jeden taki bezproblemowy, drugi wredny chuj, trzeci który się zakochuje.

W rozmowie ze mną pokazała czarną stronę pracy seksualnej, taką, której raczej się nie podnosi. Tabu z samego sexworkingu zeszło, natomiast powstało tabu wokół krzywdy kobiet, jakiej doświadczają w związku z wykonywaną profesją.

Ja to sobie uświadomiłam – wspomina moment, w którym zdecydowała, że z tym kończy – kiedy jakiś typ zaczął mnie dusić podczas seksu i po pierwsze, przeraziło mnie to, że nawet nie chciało mi się walczyć, tylko pomyślałam: „okej, no to umrę”. A po drugie –spojrzałam w tamtych kilku sekundach na wszystko z innej perspektywy, zobaczyłam, że jestem w takiej sytuacji, jak to opisują statystyki – uzależniona, w depresji, zagubiona, bezradna, z długami. To było dziwne, bo byłam pewna, że umrę, a jednocześnie wszystko zobaczyłam z innej perspektywy i zrozumiałam że się wciągnęłam w coś, z czego nie potrafię wyjść i że jest tyle innych kobiet w mojej sytuacji. I wyobraziłam sobie, że po mojej śmierci przyjdzie policja i ustalą, że byłam prostytutką i będę dla nich kolejną statystyką, i to mnie jakoś obudziło. No i to był ostatni raz.

Klienci wcale nie są tak idealni, jak przedstawiają to aktywistki mówiące o wzajemnym szacunku i tolerancji w relacji świadcząca usługi-kupujący. Mamy więc niepłacących klientów, o których mówiła Magda, przekraczających granicę, o których wspominała Marta, a także skupionych wyłącznie na własnej przyjemności, traktujących kobiety jak przedmiot, o których opowiada Laura.

Klienci są różni, ale moim zdaniem, łączy ich to, że nie obchodzi ich nic poza własnym orgazmem – wspomina Laura. – Mogą być mili, sympatyczni, kulturalni, to nie ma znaczenia. Ostatecznie i tak jedyne, co się dla nich liczy, to to, że płacą i wymagają, nieważne czy jesteś przestraszona, smutna, zmęczona i w ogóle nie masz nastroju na seks, oni nie zrezygnują. Moim zdaniem to jest absolutnie zwyrodniałe, żeby nie powiedzieć „stop” w momencie, w którym osoba, z którą mamy uprawiać seks, tego nie chce, nie ma nastroju i robi to wyłącznie dlatego, że chce mieć co zjeść. To jest absolutny brak człowieczeństwa i poczucia empatii, nie mieści mi się to w głowie. Raczej nie rozmawiali ze mną o prostytucji, niektórzy robili się zazdrośni i wypytywali, czy spotykam się z innymi. Paru z nich wiedziało, że jestem w głębokiej depresji, ale nigdy nie pytali, dlaczego się zdecydowałam to robić, czy jestem pewna i tym podobne. Uważam, że z pełną premedytacją wykorzystywali fakt, że byłam chora, samotna i w słabej sytuacji materialnej.

To, na co zwraca uwagę wiele przeciwniczek popularyzowania pracy seksualnej jako czegoś fajnego, to właśnie władza, jaka występuje w relacji klient-prostytutka. Wprawdzie ona ma prawo odmówić, ale to on tutaj dysponuje kapitałem, więc ma nad nią panowanie. Łatwo jest przesuwać granice, kiedy ma się pieniądze i zdesperowaną dziewczynę przed sobą: biedną, samotną, z długami i bez perspektyw.

Aktywistki SWP absolutnie nie są moim głosem

Akurat w tym oni mają rację, że prostytutki są strasznie wyalienowane i nie ma z kim pogadać, bo nikomu się nie możesz przyznać – przyznaje Laura. – Ja byłam panicznie przerażona, że ktoś się dowie, w końcu wpadłam w jakaś obsesję, miałam ataki paniki, gdy dzwonił obcy numer, wydawało mi się, że ktoś mnie śledzi. No, a do tego codziennie paliłam trawę, co też nie pomagało. Ale teraz się cieszę że nie udało mi się wtedy znaleźć tych ludzi typu Kitty Tease [jedna z aktywistek seksworkowych – przyp. aut.], bo może siedziałabym w tym do dzisiaj albo już nie żyła.

Nikomu o tym nie mówiłam – mówi Marta. – Kiedy zdecydowałam się rozmawiać za pieniądze, to byłam pijana. Rano obudziłam się z podwójnym kacem: od alkoholu i od wydarzeń poprzedniej nocy. Później się bałam, że niby był to tylko krótki telefon i to z zastrzeżonego numeru, ale i tak zostanę rozpoznana, wytknięta palcem. Byłam w tym wszystkim sama, nie zdradziłam tego nawet na terapii. Kiedy toczą się te wszystkie dyskusje o pracy seksualnej i ktoś rzuca w końcu frazes o tym, żeby słuchać pracownic, to aż mnie trzepie. Wiele z nas nie ma opcji, żeby się ujawnić. Żyjemy w małych miastach, mamy konserwatywne rodziny. Takie coming outy spotkałyby się z ostracyzmem, wykluczeniem. Dużo się ostatnio mówi o przywileju i uważam, że otwarte mówienie o swoim doświadczeniu w seksbiznesie to gigantyczny przywilej. Ja go, niestety, nie mam.

Uważam że popularyzowanie prostytucji jako zwyczajnej pracy – dodaje Laura – to najgorsze, co się przydarzyło kobietom, odkąd powstał feminizm. Widzę, że młode dziewczyny to czytają i w to wierzą, widzę w nich dawną siebie, straumatyzowaną przemocą seksualną, schorowaną, bez konkretnej edukacji seksualnej ani świadomości własnych potrzeb seksualnych, bez seksualności rozwiniętej w oderwaniu od zaspokajania mężczyzn. Jest mi strasznie źle, że kiedykolwiek próbuję się wypowiedzieć na temat prostytucji, to słyszę, że mam dać mówić sexworkerkom. Stawia mnie to w takiej sytuacji, że albo mam się zamknąć, albo ujawnić z tym, że byłam prostytutką, co może mieć dla mnie nieprzyjemne konsekwencje i czego po prostu nie chcę robić publicznie. Uważam, że każda kobieta ma nie tylko prawo, ale też obowiązek rozmawiać o prostytucji, po pierwsze dlatego, że obchodzi nas los innych kobiet, a po drugie dlatego, że większość z nas jest o dwie wypłaty od wpadnięcia w ten syf. Do tego uważam, że osobiste doświadczenia są mniej ważne niż wyniki badań społecznych, ktoś może mieć super doświadczenia z prostytucją, bo miał fart, ale to nie zmienia faktu, że badania jasno wskazują, że większość prostytutek pada ofiarą przemocy, jest uzależniona i chce z tym skończyć. Aktywistki SWP absolutnie nie są moim głosem, wręcz przeciwnie, jestem przez nie uciszana. Prostytutki i byłe prostytutki z zupełnie odmienną opinią niż SWP istnieją, ale nie mogą się nigdzie wypowiedzieć, bo są wyzywane i obrażane. Do tego grupa, która zrzesza kilkadziesiąt osób, nie jest żadnym wyznacznikiem tego, jak wygląda rzeczywistość reszty Polek.

Nic o nas bez nas

W tej całej dyskusji o seksbiznesie zapominamy, że nie każda z byłych pracownic będzie się w stanie ujawnić. Sex Work Polska wprowadza skrajnie neoliberalną narrację – nie można już mówić o problemach systemowych, bo to stygmatyzuje tę mniejszość, której praca seksualna się podoba; musimy patrzeć na to w kryteriach jednostkowych. Urszula Kuczyńska, działaczka i polityczka z Lewicy Razem, w swoim tekście „Seks biznes a sprawa polska” [8] tak wspomina próbę wypracowania stanowiska na temat pracy seksualnej między Lewicą Razem i koalicją Sex Work Polska: w ramach tych około-kobiecych dyskusji i debat, Razem chciało też wypracować stanowisko dotyczące branży usług seksualnych. Działaczki, które podjęły się sformułowania pierwszej wersji dokumentu, zwróciły się o pomoc do koalicji Sex Work Polska, które wskazało swoją ekspertkę w temacie. Nie byłam wówczas w prace programowe zaangażowana bezpośrednio, wciąż była ze mnie bardziej aktywistka niż polityczka i wydarzenia znam z drugiej ręki, ale z tego, co zrozumiałam, wskazana przez SWP ekspertka przedstawiła postulaty koalicji jako wiążące i odmówiła dalszej dyskusji na ich temat. Albo Razem przyjmie je w całości, jak są, bez pytań i kwestionowania, albo no dziękujemy za współpracę. Razem faktycznie za współpracę podziękowało, ale skoro znane było stanowisko koalicji, to poddano je wewnętrznej dyskusji. I rozpętało się piekło, z którego nie zrodził się ostatecznie żaden dokument (co było i do dziś pozostaje w organizacji ewenementem), a jedynie głęboki podział.

Nie ma nic dziwnego w tym, że to gorący temat, który budzi wielkie kontrowersje. Zdecydowanie nie potrafimy o nim rozmawiać. Z jednej strony mamy zdecydowane stanowisko popierające dekryminalizację, które momentami zakłamuje rzeczywistość (mowa o narracji przedstawiającej polski model prawny jako taki, który kryminalizuje pracę seksualną, podczas gdy kryminalizowane jest tylko czerpanie z niej korzyści osób trzecich), z drugiej – równie stanowcze stanowisko przeciwne, postulujące karanie klientów w ramach modelu nordyckiego, często ocierające się o slutshaming. Wydawałoby się, że nie ma nic pomiędzy.

W dyskusji na temat feminizmu problem jest wielowątkowy. Nie możemy udawać, że prostytucja nie jest przedłużeniem patriarchatu. Jest pewien określony męski porządek, który wypełnia. Kobieta (bo osoby świadczące usługi seksualne to głównie kobiety) sprowadzona jest do roli przedmiotu, który ma przynieść zadowolenie mężczyźnie (bo klientami z kolei w większości są mężczyźni); pojawia się natomiast pytanie: w którym miejscu kończy się indywidualna decyzja, a zaczyna realizacja konkretnego przymusu, opierającego się o koncept przemocy symbolicznej w ujęciu Bourdieu, czyli jednostki partycypującej we własnej opresji.

Dziewczyny, z którymi rozmawiałam, podkreślają, żeby wątpiący nie bali się szukać odpowiedzi również u osób, które nie są zwolennikami czy zwolenniczkami modelu proponowanego przez SWP.

Skoro mamy słuchać osób w branży, to powinniśmy słuchać wszystkich osób z podobnymi doświadczeniami – nie tylko tych, których gwiazda świeci najjaśniej, a one mają przez to siłę przebicia w liberalnych mediach.

Rienka Kasperowicz

Imiona w tekście zostały zmienione, by zapewnić moim rozmówczyniom anonimowość.

 

Przypisy:

[1] https://swpkontakt.org

[2] https://sexworkpolska.files.wordpress.com/2019/12/00_doswiadczalnik_digital_b.pdf

[3] https://zrzutka.pl/7k8tga

[4] https://www.prawo.pl/prawo/prostytucja-sutenerstwo-kuplerstwo-seks-biznes-w-polsce-rozwija,479373.html#:~:text=Karane%20jest%20zmuszanie%20do%20uprawiania,od%20roku%20do%2010%20lat

[5] https://www.urbandictionary.com/define.php?term=SWERF

[6] https://www.instagram.com/p/CAyENeEqFIF/?utm_source=ig_web_copy_link

[7] Tutaj warto zauważyć, że consent jako świadoma i nieprzymuszona zgoda mocno rozmija się z przymusem ekonomicznym, który wg badań Z. Izdebskiego jest główną przyczyną zdecydowania się na świadczenie usług seksualnych; zob: https://www.google.com/url?sa=t&rct=j&q=&esrc=s&source=web&cd=&cad=rja&uact=8&ved=2ahUKEwjNltrfjYLtAhUvtYsKHXqvCfAQFjAAegQIBxAC&url=http%3A%2F%2Ftnsglobal.pl%2Farchiv_files%2FTNS-OBOP_dlaczego-prostytucja.doc&usg=AOvVaw2tplMxttrlgRgFV3skrD3G

[8] https://urszulakuczynska.wordpress.com/2020/07/18/seksbiznes-a-sprawa-polska-dyskusja/

Reprywatyzacja to nie tylko Warszawa

Reprywatyzacja to nie tylko Warszawa

Reprywatyzacja to nie tylko Warszawa – z Tomaszem Leśniakiem rozmawia Michał Maleszka

Temat reprywatyzacji omawiany jest publicznie głównie w odniesieniu do spraw warszawskich. Kraków w odróżnieniu od Warszawy nie został zniszczony przez wojnę. Jednocześnie spora część mieszkańców zginęła w czasie wojny lub wyjechała z kraju tuż po niej. Jak wygląda krakowska specyfika reprywatyzacyjna?

Tomasz Leśniak: Rzeczywiście, sytuacja Warszawy jest wyjątkowa z powodu Dekretu Bieruta, który – ze względu na konieczność odbudowy miasta po wojnie – zakładał przejście na własność gminy gruntów w przedwojennych granicach miasta. W Krakowie i innych dużych miastach nieruchomości znacjonalizowane stanowią nieznaczną część wszystkich reprywatyzowanych nieruchomości Takim przypadkiem jest chociażby kamienica przy pl. Wszystkich Świętych, w której od lat mieści się Wydział Kultury Urzędu Miasta Krakowa. Jej właściciele mieli wpisane w księgę wieczystą gigantyczne zaległości podatkowe, jeszcze w PRL-u dostali za nią odszkodowanie, państwo sfinansowało w 1978 r. jej generalny remont, a w ostatnich latach gmina zainwestowała w nią 1,5 miliona złotych. Teraz próbują ją przejąć osoby zaangażowane w biznes reprywatyzacyjny. Gdybyśmy mieli ustawę reprywatyzacyjną, to takie kwestie byłyby już dawno rozwiązane. Ostatnio przyjęta ustawa dotyczy w praktyce tylko Warszawy.

Jaki rodzaj spraw dominuje w Krakowie?

Większość spraw reprywatyzacyjnych w Krakowie dotyczy jednak innego rodzaju nieruchomości – takich, których właściciele zginęli podczas wojny albo wyemigrowali, ale formalnie nigdy nie doszło do ich nacjonalizacji. Te kamienice były zatem przez dziesiątki lat zarządzane przez gminę, lecz nie doszło do zmian w księgach wieczystych i ich sytuacja własnościowa jest teraz przedmiotem sporów sądowych.

Nikt nie zaktualizował ksiąg wieczystych?

Gmina pełniła de facto rolę właściciela tych kamienic, bo pobierała czynsze i przeprowadzała ich remonty. Z drugiej strony, urzędnicy zachowywali się, jakby uznawali prawo własności przedwojennych właścicieli, bo np. koszty remontów wpisywali do hipoteki. Mogło to wynikać, paradoksalnie, z przywiązania do prawa własności albo z przekonania, że PRL będzie trwał wiecznie. Tak czy inaczej, teraz za te zaniedbania płacą lokatorzy i całe społeczeństwo, bo tracimy zainwestowane w nie środki publiczne.

Czy po tylu latach nie powinny one trafić do zasobów gminy przez zasiedzenie?

Część takich kamienic jest przedmiotem postępowań sądowych o zasiedzenie. Problem w tym, że biznes reprywatyzacyjny działa dużo szybciej i sprawniej od gminy, zatrudnia też lepszych prawników. Z kolei w sądach dominuje linia orzecznicza sprzyjająca prywatnym właścicielom. Do tego dochodzi wspomniany już problem zaniedbań w tej kwestii w PRL-u. Efekt jest taki, że samorządy wygrywają niewielką część spraw o zasiedzenie. Sam biznes reprywatyzacyjny przejmuje natomiast dużą część kamienic w ramach postępowań spadkowych. Przedmiotem obrotu stały się też, choć powinny przejść na własność Skarbu Państwa, kamienice objęte tzw. układami indemnizacyjnymi. PRL wypłacił za nie odszkodowania przedwojennym właścicielom, jednak w wyniku różnych zaniedbań Ministerstwa Finansów i samorządu nigdy nie doszło do ich komunalizacji.

Jaka jest skala reprywatyzacji w Krakowie?

Urząd Miasta Krakowa nigdy nie przedstawił oficjalnych danych. Lokalne media mówiły o tysiącu kamienic, ale nie jesteśmy w stanie zweryfikować tej liczby. Ostrożne szacunki mówią z kolei o kilku setkach kamienic. Tak czy inaczej krakowska reprywatyzacja dotknęła bezpośrednio tysiące lokatorów i majątku, który można liczyć w setkach milionów złotych. I, co istotne, mimo zapowiedzi rządzących dalej trwa.

Jakiej terminologii powinniśmy używać: mafia czy biznes?

Jeśli spojrzymy całościowo na biznes reprywatyzacyjny, to okaże się, że jego działalność realizowana jest najczęściej w granicach prawa. Problem w tym, że jest skrajnie nieetyczna i niezgodna z interesem publicznym. Do tego dochodzą rzecz jasna przekręty reprywatyzacyjne, które obnażają niesprawność naszego państwa. W Krakowie od początku lat 90. tylko jedna osoba (sic!) działająca na dużą skalę została skazana prawomocnie, To Piotr Baczkowski ps. Łapa, gangster powiązany z mafią.

Opowiedz o tych sytuacjach z pogranicza legalności.

Trzy podstawowe metody mafii reprywatyzacyjnej to fikcyjni spadkobiercy, fałszowanie testamentów i fałszowanie pełnomocnictw spadkobierców (szczegółowo opisała je Beata Siemieniako w książce „Reprywatyzując Polskę”). Problem w tym, że również w takich kwestiach polskie państwo często okazuje się bezradne, bo prokuraturze brakuje środków na prowadzenie działań zagranicą oraz na ekspertyzy genealogiczne i grafologiczne. Z kolei lokatorom brakuje podstawowej wiedzy prawnej i pieniędzy na prawników, którzy mogliby pomóc choćby przy pisaniu wniosków do prokuratury.

Możesz podać przykład takiej sprawy?

W Krakowie media szeroko opisywały sprawę kamienicy przy ul. Łobzowskiej 6, przy której przejęciu wykorzystano fikcyjnych spadkobierców. Teraz w księdze wieczystej tej kamienicy można znaleźć między innymi sekretarza Okręgowej Rady Adwokackiej.

Czy sąd nie ma obowiązku dokładnego sprawdzania dokumentów?

Sądy w ramach postępowań spadkowych nie badają składu spadku, chyba że sam spadkobierca złoży wniosek o przeprowadzenie spisu inwentarza. Nie dysponują zatem wiedzą, czy spadek obejmuje np. kamienicę z lokatorami. Przejmowanie kamienic metodą na fikcyjnego spadkobiercę ułatwia też fakt, że w księgach wieczystych wpisane są tylko imiona i nazwiska przedwojennych właścicieli oraz ich rodziców (system PESEL wtedy nie działał). Zdarza się jednak, że czasem sami lokatorzy – tak było np. w przypadku Łobzowskiej 6 – skutecznie ustalają tożsamość prawdziwych spadkobierców. Problem w tym, że najczęściej jest już za późno. W biznesie reprywatyzacyjnym od razu po przeprowadzeniu postępowania spadkowego dochodzi do wielokrotnego obrotu udziałami, co w praktyce uniemożliwia ewentualne odzyskanie bezprawnie przejętej kamienicy.

Takie rzeczy uchodzą na sucho?

Akurat sprawa kamienicy przy Łobzowskiej 6 jest od kilku lat badana w prokuraturze. Jednak nawet w tak wydawałoby się oczywistej sprawie trudno jest przewidzieć rozstrzygnięcie, bo prokuraturze trudno jest dowieść, że ktoś celowo posługiwał się fikcyjnymi spadkobiercami. Istota problemu reprywatyzacji, o czym piszą szeroko Joanna Kusiak i Beata Siemieniako, polega jednak przede wszystkim na wyłączeniu tej kwestii ze sfery sporu politycznego i spod demokratycznej kontroli. Sądom i prokuraturom można zarzucać oczywiście niesprawność, opieszałość, sprzyjanie prywatnym właścicielom. Wina leży jednak przede wszystkim po stronie posłów, którzy przez 30 lat nie potrafili tej kwestii rozwiązać za pomocą ustawy reprywatyzacyjnej.

Dlaczego tak się wydarzyło?

W przypadku dużej części elit politycznych to była kwestia przywiązania do prawa własności. Mamy po prostu zwracać wszystko, co możliwe, bo spadkobiercom należy się spadek – nieważne, że w te nieruchomości inwestowaliśmy ze środków publicznych, że zamieszkują w nich lokatorzy czy były obciążone długami, których przedwojenni właściciele nigdy nie spłacili. Mnie bliskie jest z kolei rozwiązanie, które uwzględnia kontekst historyczny, zabezpiecza interes samorządów lokalnych, państwa i lokatorów, ale też uznaje krzywdę przedwojennych właścicieli. Takim rozwiązaniem są symboliczne odszkodowania dla spadkobierców i blokada zwrotów. W takim modelu nie krzywdzimy lokatorów i gmin, a Skarb Państwa jest w stanie udźwignąć odszkodowania. Jednocześnie bierzemy pod uwagę złożoność sytuacji. Po pierwsze, za wywłaszczenia i model polityki mieszkaniowej w PRL-u nie są odpowiedzialni lokatorzy, a dziś to przede wszystkim oni ponoszą koszty reprywatyzacji. Po drugie, trudno mówić o oddawaniu sprawiedliwości właścicielom w dzisiejszym modelu reprywatyzacji, skoro dziś dziedziczą zwykle dalecy spadkobiercy tych osób, którzy zwykle nie mieli żadnego udziału w tworzeniu tego majątku. Mówimy o nieruchomościach, które były wielokrotnie doinwestowane przez Skarb Państwa czy gminę i to są pieniądze, które już przepadły np. w wyniku przeliczeń związanych z denominacją. Nie brano pod uwagę to, że często były to nieruchomości obciążone dużymi długami na ich budowę. Nigdy niespłaconymi. Jest to skrajnie niesprawiedliwy model i bogaci się na nim dziś przede wszystkim biznes reprywatyzacyjny.

Czyli kto?

Prawnicy, notariusze, osoby, które się specjalizują w wyszukiwaniu spadkobierców. Także deweloperzy i osoby działające na rynku mieszkaniowym, które się specjalizują w pozyskiwaniu tego typu nieruchomości i wiedzą też jak doprowadzić do tego, żeby w szybki sposób lokatorzy się z tych nieruchomości wyprowadzili. Są też pojedynczy politycy.

Jan Śpiewak w swojej mapie reprywatyzacji pokazuje powiązania pomiędzy władzami miejskimi, biznesem, prawnikami i – co było głośne w Warszawie – zwykłymi kryminalistami, którzy się specjalizowali w czyszczeniu kamienic. Czy w Krakowie da się zlokalizować takie powiązania?

Gdy robiliśmy Krakowską Mapę Reprywatyzacji, na której przedstawiliśmy kształt biznesu reprywatyzacyjnego w Krakowie, to od początku podkreślaliśmy, że przestępcza reprywatyzacja stanowi mały wycinek zjawiska. Dziś biznes reprywatyzacyjny korzysta przede wszystkim z braku ustawy i słabej ochrony praw lokatorów. To są ludzie, którzy wykorzystują słabość polskiego państwa i prowadzą nieetyczny biznes, na który państwo pozwala.

Cały czas podkreślasz formalną legalność całego procederu.

Jan Śpiewak i zespół stowarzyszenia Miasto Jest Nasze zrobili świetną robotę nagłaśniając w mediach kwestię reprywatyzacji. Nie możemy jednak sprowadzać tego tematu wyłącznie do kwestii patologii i przestępstw, bo wtedy pomijamy całą niesprawiedliwość związaną z legalną reprywatyzacją

Gdy ktoś nabędzie nieruchomość korzystając z systemu spadkowego – ma kamienice z lokatorami. Jeżeli chce się ich pozbyć – jaki jest zgodny z literą prawa wzór postępowania?

Nowi właściciele wypowiadają lokatorom umowy (obowiązuje 3-letni okres wypowiedzenia) albo po prostu zaczynają remont w kamienicy i podwyższają czynsze. Dla starszych osób to często wystarczający powód do wyprowadzki. Niektórzy z kolei oferują lokatorom drobne pieniądze za natychmiastową wyprowadzkę. Z perspektywy nowych właścicieli to niski koszt, bo wartość jednego przejmowanego mieszkania waha się od kilkuset tysięcy do miliona złotych. Natomiast dla lokatorów to czasem całkiem spora kwota, bo to często osoby niezamożne i zadłużone. W Krakowie to wystarczy na wynajęcie mieszkania dwupokojowego na rok.

Jak reagują lokatorzy na takie propozycje?

Większość lokatorów nie ma świadomości swoich praw Często są to osoby w podeszłym wieku i schorowane, więc nie mają siły i boją się wchodzić w spór z nowymi właścicielami czy zarządcami.

Jaka jest socjologiczna charakterystyka mieszkańców reprywatyzowanych kamienic?

Gdy prowadziliśmy porady prawne dla lokatorów, to przychodziły głównie kobiety w wieku 60+. W większości są to osoby na emeryturze, stosunkowo niskiej. Stać je na płacenie czynszu komunalnego, ale rynkowego już nie. Jeśli ktoś ma oszczędności, to zwykle decyduje się wynająć mieszkanie na wolnym rynku, żeby nie przeżywać tego stresu. Nie mieliśmy przypadku, żeby kogoś było stać na zakup mieszkania na wolnym rynku. Oczywiście jest coś skrajnie niesprawiedliwego w sytuacji, że część lokatorów podobnych kamienic miała szczęście i nikt nie zainteresował się przejęciem ich kamienicy, albo po prostu nie było spadkobierców. Byli w stanie wykupić te mieszkania za mały procent ich wartości, podczas gdy inni znaleźli się w skrajnie niekorzystnej sytuacji. To była kwestia losowa.

Tam, gdzie w grę wchodziło wykupienie, miasto musiało wcześniej uregulować status nieruchomości?

Tak, część tych nieruchomości było przejętych przez gminę na podstawie zasiedzenia albo układów indemnizacyjnych.

Czyli ktoś był zwykłym mieszkańcem kamienicy, którą objął układ indemnizacyjny i nie było wątpliwości? Wykupił tam mieszkanie za niewielki procent wartości, a jego wnuczek sprzedaje je za milion.

Zdarzały się takie przypadki. To jest kwestia polityki gminy od lat 90.: pozbywamy się nieruchomości, żeby nie musieć ich remontować i mieć dodatkowe wpływy do budżetu. Efekt jest taki, że bardzo kurczy się zasób komunalny. W latach 90. był nacisk, by sprywatyzować co się da w sektorze mieszkaniowym. A część nieruchomości, które gmina przejęła, jest w całości sprzedawana na rynku. To jest nieodpowiedzialne, bo pozbywamy się narzędzia do prowadzenia polityki przestrzennej. Jako gmina moglibyśmy określać, jakie usługi mają się znajdować w parterze itd. Teraz mamy wolną amerykankę i dzielnice typu Stare Miasto czy Kazimierz, które utraciły funkcje istotne dla mieszkańców i stały się dzielnicami turystycznymi. Coraz mniej jest zwykłych mieszkańców, coraz więcej jest apartamentów Airbnb.

Jednym z projektów stowarzyszenia „Miasto Wspólne” był społeczny audyt reprywatyzacji.

Sprawdzaliśmy nieruchomości objęte układami indemnizacyjnymi – czy gmina podjęła kroki, żeby uregulować stan prawny tych nieruchomości i przejąć je na własność. Problem okazał się leżeć bardziej po stronie Ministerstwa Finansów i jego, delikatnie mówiąc, niefrasobliwości. Do dzisiaj nie została ustalona lista nieruchomości objętych układami indemnizacyjnymi. W ogóle nie znamy wykazów nieruchomości, które były objęte układami indemnizacyjnymi z Grecją, Francją i Austrią. Duża część pozostałych wykazów jest niepełna. Czyli tak naprawdę do dzisiaj nie wiemy, czy np. w Krakowie nie ma kamienic, które już dawno powinny należeć do gminy. W swoim raporcie wskazaliśmy ponad dwadzieścia nieruchomości objętych układami, gdzie albo z winy ministerstwa, albo miasta doszło do tego, że zostały przejęte w ramach postępowań spadkowych. Często jest tak, że po tych postępowaniach podlegają wielokrotnemu obrotowi, w związku z czym ich odzyskanie jest już niemożliwe.

W Krakowie zdarzały się też sytuacje przejmowania ziemi przez reaktywację przedwojennych spółek.

Nie zajmowaliśmy się do tej pory tematem reaktywacji spółek w Krakowie. Bardzo niepokojące są natomiast w tej kwestii ustalenia Siemieniako, która pisze o kilkukrotnym wydłużaniu w Sejmie czasu na reaktywację takich spółek. Tu widać efekt działania jakiegoś lobby, któremu zależało na przejmowaniu nieruchomości należących do tych spółek. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze ustalimy, którzy posłowie do tego doprowadzili.

Głośnym echem odbiło się też przekazywanie ziemi i nieruchomości związkom wyznaniowym.

Komisja majątkowa działała jeszcze sprawniej od biznesu reprywatyzacyjnego… Ta działalność była tak nieprzejrzysta, że jedynym dostępnym źródłem informacji o niej są media. Pierwszym problemem była jej niekonstytucyjność i to, że gminy nie mogły się odwoływać od jej decyzji. Drugim – kwestia wyceny wartości nieruchomości. Nikt tego nie kontrolował i do tej pory nie został upubliczniony raport z działalności komisji majątkowej. Prof. Łętowska uważa, że gminy poszkodowane przez jej decyzje mogą walczyć o odszkodowania. Nie znam jednak prawników, którzy w tej chwili zajmowaliby się tym tematem.

W Warszawie i innych dużych miastach ruch lokatorski jest zorganizowany i związani są z nim znani aktywiści. Czy w Krakowie były jakieś próby organizacji podobnego środowiska?

Tak, działało od lat 90. Polskie Zrzeszenie Lokatorów, które organizowało pomoc prawną. W dalszym ciągu działa też Stowarzyszenie Obrony Praw Lokatorów. Ono ma z kolei przede wszystkim charakter terapeutyczny, bo służy jako przestrzeń spotkań i rozmowy dla lokatorów. Poza tym, działa państwowy system pomocy prawnej, którego wsparcie jest jednak niewystarczające. Lokatorzy potrzebują prawników wyspecjalizowanych w tematyce nieruchomości. A akurat ochrona praw lokatorów to dla prawników działka mało atrakcyjna – bo mało dochodowa.

„Miasto Wspólne” organizowało pogotowie lokatorskie. Jak to działało?

Przez prawie dwa lata prowadziliśmy bezpłatne porady prawne. Początkowo udało się nam uzyskać grant z Funduszu Inicjatyw Obywatelskich, z którego sfinansowaliśmy zatrudnienie prawników. Następnie finansowaliśmy działalność pogotowia ze składek członkowskich albo prawnicy pracowali pro bono. Od stycznia ruszamy z kolejną edycją Pogotowia Lokatorskiego, bo udało nam się pozyskać roczny grant z Fundacji im. Stefana Batorego.

Wracając do działalności pogotowia: mógłbyś opowiedzieć o specyfice tych spraw i czy wasza działalność pomogła lokatorom?

Część tych spraw – najczęściej w przypadku układów indemnizacyjnych – zgłaszaliśmy do prokuratury. Zostało wszczętych kilka postępowań i teraz czekamy na ich efekty. Czasem zdarzało się, że udawało nam się wywalczyć dla lokatorów większe „odszkodowanie” od nowych właścicieli, z którego mogli sfinansować przeprowadzkę w inne miejsce. Byliśmy w stanie wywalczyć lepsze warunki, jeśli chodzi o zamienny lokal na czas remontu, który oferował właściciel. Udawało się czasem przeciągać spór pomiędzy lokatorami a nowymi właścicielami. Trzeba jednak zaznaczyć, że w dłuższej perspektywie lokatorzy stoją na przegranej pozycji i wsparcie prawne w obecnych warunkach może tylko wydłużyć czas do wyprowadzki albo lekko odciążyć ich finansowo.

Krakowska mapa reprywatyzacyjna odbiła się lokalnym echem. Mieliście z tego powodu jakieś problemy?

Tak, mamy kilka procesów o naruszenie dóbr osobistych. Ludzie, którzy nas pozywali, twierdzą, że nigdy nie zajmowali się reprywatyzacją. My mamy odmienne zdanie.

To jest tak, że z jednej strony, jak mówisz, duża część reprywatyzacji odbywa się zgodnie z obowiązującym prawem, a jednocześnie przez media nagłośnione zostały przykłady kryminalnej niesprawiedliwości. Powiązanie z reprywatyzacją – w domyśle dziką – zaczęło parzyć.

Postrzeganie reprywatyzacji mocno zmieniło się po aferze w Warszawie. My z kolei kładziemy nacisk na postrzeganie całej reprywatyzacji jako procesu nieetycznego i niesprawiedliwego społecznie.

W ostatnim czasie pojawiły się widoki na ustawowe uregulowanie choćby części spraw związanych z reprywatyzacją.

Bardzo się cieszyłem, że PiS podnosi sprawę reprywatyzacji i zapowiada ustawę. Ustawy jednak do tej pory nie ma, a dramat lokatorów trwa. Druga kwestia to komisja weryfikacyjna. Jest dla mnie niezrozumiałe, czemu powołuje się podmiot, który do przeanalizowania wszystkich spraw będących na agendzie potrzebowałby ponad stu czy dwustu lat. I czemu zajmuje się tylko Warszawą, skoro jest to problem ogólnopolski? PiS udaje, że reprywatyzacji w innych miastach nie ma. Na szczęście niedługo swój projekt całościowego rozwiązania kwestii reprywatyzacji przedstawi Lewica. Ten projekt, który koordynuje Beata Siemieniako, opiera się na podstawowym założeniu, że w pierwszej kolejności powinniśmy chronić interes lokatorów i samorządów lokalnych. Jedyne, co możemy robić teraz, to symboliczne odszkodowanie dla spadkobierców właścicieli takich nieruchomości i zablokowanie zwrotów nieruchomości. Projekt daje też lokatorom większą podmiotowość, bo będą mogli występować w postępowaniach w charakterze stron. Mam nadzieję, że po kilku ostatnich latach burzliwych dyskusji wokół reprywatyzacji projekt ten uzyska wsparcie wszystkich sił politycznych i w końcu uda się zamknąć ten temat.

Dziękuję za rozmowę.

 

Miasto Wspólne – stowarzyszenie zajmujące się problematyką reprywatyzacji i wsparciem lokatorów na terenie Krakowa. Od 2018 roku organizuje bezpłatne poradnictwo prawne dla lokatorów.

Pracownik czy wolny najmita?

Pracownik czy wolny najmita?

Jarosław Niemiec: Wśród pytań o stan polskiej demokracji działaczowi związkowemu brakuje pytania podstawowego, którego nie słychać w debacie publicznej, a które powinno brzmieć: „Co się stało z 10-milionowym ruchem Solidarności, że dziś mamy uzwiązkowienie na poziomie nieco ponad 10%, to jest trzykrotnie niższe od średniej w krajach Europy?”. Do tego, przy tak małym uzwiązkowieniu, polskie związki zawodowe są znacznie słabsze i mają znacznie mniejszy wpływ na politykę społeczną niż w innych krajach europejskich. Co się stało, że ruch związkowy, który wywalczył dla Polski demokratyczną przemianę, nie ma dziś nic do powiedzenia?

Na te pytania częściowo odpowiedział David Ost w głośnej książce „Klęska Solidarności”, która stanowi cenną diagnozę historyczną, ale stojąc przed faktem dokonanym, nawet z wiedzą, skąd się to wszystko wzięło, trzeba postawić pewną diagnozę funkcjonalną, a mianowicie określić, jakie czynniki utrzymują ten wysoce niepożądany dla losu pracowników i demokracji stan rzeczy. Obserwujemy bowiem pewne zjawiska i postawy wśród pracowników, które klasycy nazywali fałszywą świadomością, ale dziś wypadałoby mówić raczej o zupełnym braku rozpoznania swojej sytuacji społecznej i interesu społecznego. Konkretnie, jest to dość powszechne przekonanie, że nie ma potrzeby się zrzeszać, że pracownik jest samodzielną jednostką na rynku pracy, identyfikowanie swojego interesu z interesem tego, komu świadczy się pracę itp. Te przekonania pozostają w sprzeczności z twardą rzeczywistością i wystarczy pobieżna analiza Kodeksu Pracy, by przekonać się, że ustawodawca z góry zakłada nierówność stron pomiędzy pracownikiem a pracobiorcą, ponieważ bierze pod uwagę rzeczywiste warunki graniczne, tak jak je nazywał John Rawls, po to by w Kodeksie Pracy sprawiedliwość można było wyrazić jako bezstronność. A warunki graniczne są takie, że pracownik jest stroną znacznie słabszą, stąd więc na przykład przeniesienie ciężaru dowodu na pozwanego w sprawach o ustalenie stosunku pracy, kiedy powództwo składa pracownik. Używając kategorii sportowych można założyć, że każdy może wejść do ringu z mistrzem boksu, bo zasady są dla obydwóch te same. Na szczęście dla takich pyszałków są zasady kwalifikacji do podobnych walk i kategorie wagowe, bo niepodobna sobie wyobrazić walki 80-kilogramowego amatora ze 100-kilogramowym czempionem. Podobnie jest w sytuacji, kiedy pracownik wchodzi w spór z dużą firmą. Raczej trudno przypuszczać, by pokonał w pojedynkę sztab najlepszych i bardzo drogich prawników. I to są właśnie te potrzebne warunki graniczne. Mówiąc kolokwialnie, pewne fory dla pracownika w prawie pracy i siła związku zawodowego z prawem do strajku i sporów zbiorowych. Skąd więc niezrozumienie tych podstawowych zasad?

Dziś zagubienie pracownika i jego dezorientację można tłumaczyć funkcjonalnie pewnymi mocno działającymi czynnikami, którymi według mnie są: topos self made mana, oczywiste zabiegi propagandowe korporacyjnych mediów, psychologiczna teoria atrybucji – czyli skłonność do identyfikacji z tzw. ludźmi sukcesu oraz coś, co dla własnego użytku nazywam mechanizmem „król jest nagi”, pojęcie świetnie znane ze słynnej baśni Andersena. Z pewnością nie są to wszystkie czynniki, ale tym chętnie przyjrzałbym się im dokładniej.

Anna Musiała: Wszystko, co mówi Jarek, w zasadzie się zgadza, ale jest jedno kluczowe nieporozumienie w tym, co powyżej stwierdzono, wyrażając krytykę w stosunku do polskiego kodeksu pracy: „wystarczy pobieżna analiza Kodeksu Pracy, by przekonać się, że ustawodawca z góry zakłada nierówność stron pomiędzy pracownikiem, a pracobiorcą, ponieważ bierze pod uwagę rzeczywiste warunki graniczne”. Ja chcę powiedzieć, że ów kodeks, a więc polski kodeks pracy, jest całkiem „niezły”; jego problem współcześnie polega na tym, że dokonuje się jego interpretacji w oderwaniu od aksjologii wypływającej z Konstytucji. Ta aksjologia zakłada istnienie społecznej gospodarki rynkowej, opartej m.in. na zasadzie solidarności, dialogu, a także mowa w niej o zasadzie pomocniczości, którą to zasadę znakomicie przecież wypełnia koncepcja zakładu pracy, tak brutalnie w 1996 r. wykreślona z przepisów, aczkolwiek, właśnie przy prawidłowej interpretacji kodeksu pracy – absolutnie możliwa do odtworzenia. Krótko mówiąc, my chcemy widzieć to kodeksowe prawo pracy tak jak nam „pasuje”, a dziś ów „pasujący”, przeważający nurt myślenia, w zakresie interpretowania przepisów kodeksu pracy – to nurt neoliberalny. W konsekwencji widzimy wyłącznie relację dwóch osób, pracownika i pracodawcy, jakby w oderwaniu od reszty, tzn. od innych osób, które ów pracodawca zatrudnia, ale też od społeczeństwa, na rzecz którego de facto ów pracownik pracuje.

Ta dwustronność relacji ma fatalne konsekwencje dla dalszego humanistycznego myślenia o pracy ludzkiej. Dlaczego? Ano dlatego, że choćby wyklucza rozumienie zakładu pracy jako grupy ludzi pracujących razem, a więc mających ze sobą relacje. Poza tym bardzo utrudnia powstanie ruchu związkowego, bo dla związku zawodowego potrzeba właśnie zakładu pracy, ale nie rozumianego jako urządzenia, maszyny i mury, lecz jako grupa ludzi, która jest blisko siebie, ma relacje i sobie ufa.

Monika Kostera: Doskonale rozpoznaję z mojego poletka – nauk o zarządzaniu – te problemy o których mówicie. Rzeczywiście pokutuje we współczesnej wyobraźni organizacyjnej wizja ludzkiej pojedynczości, czyli że, jak mówisz, Jarku, „pracownik jest samodzielną jednostką na rynku pracy”, a w efekcie brak rozumienia, jak zauważyłaś, Aniu, że „zakładu pracy to grupa ludzi pracujących razem”. Ten deficyt nie tyko ogranicza pole widzenia, ale jest wręcz szkodliwy we współczesnym świecie, bardziej złożonym, niż wszystko, co historycznie znamy.

W naukach społecznych istnieje sposób patrzenia na świat społeczny, który bierze pod uwagę tę złożoność i radzi, jak z nią postępować. Znane jest to jako podejście systemowe. Jedna z systemowych maksym głosi, że nie ma nic tak szkodliwego, jak proste rozwiązania złożonych problemów. Musimy złożone problemy rozwiązywać w sposób odzwierciedlający złożoność. Podejście systemowe mówi dalej, że organizacje świetnie nadają się do rozwiązywania takich problemów, bo są złożonymi systemami społecznymi. Czyli organizowanie się związkowe byłoby super pomysłem na radzenie sobie z problemami rynku pracy – ale i zakład pracy, też organizacja, mógłby całkiem inteligentnie nawigować w burzliwym otoczeniu. Zgodnie z podejściem systemowym, organizacje są złożonymi systemami, czyli całościami, których części pozostają ze sobą w ciągłych relacjach, jak to się często podkreśla – dynamicznych, czyli zmieniających się w czasie, np. w zależności od sytuacji i od działań różnych stron. Inna maksyma systemowa mówi, że system to więcej niż suma jego części. Często działania podejmowane w jednym jego obszarze przynoszą efekty w innych, zdarza się, że całkiem nieprzewidzianych, w sposób, który też trudno przewidzieć. Najważniejsze są rozmaite żywe relacje między elementami, podobnie jak w przypadku żywych organizmów.

I teraz mamy taką sytuację, jak ta, którą opisujecie – we wspólnej wyobraźni nie istnieją systemy, lecz pojedyncze jednostki. Taki zbiór niepowiązanych jednostek nosi w języku systemowym nazwę agregatu. Jego podstawową cechą jest to, że jest martwy. Martwy – a więc niezdolny do tego, by reagować na bodźce z otoczenia, by tworzyć coś nowego i odradzać się, zmieniać i udoskonalać. Ale za to łatwo je kontrolować – bo są deterministyczne, czyli można przewidzieć jak się zachowają w przyszłości, ba, można to łatwo zmierzyć i na różne sposoby sparametryzować.

Jarosław Niemiec: Bardzo słusznie Ania zwróciła uwagę na moje niedopatrzenie tego istotnego faktu, jakim była zamiana w Kodeksie Pracy pojęcia „zakładu pracy” na „pracodawcę”. Czuję się więc wywołany do tablicy i jako związkowiec muszę to przyjąć jako uzasadnione wytknięcie bardzo istotnego błędu w naszej, związkowej, narracji i analizie sytuacji. Tak jest, „myśmy wszystko zapomnieli”. Może w 1996 roku nikt nie podziewał się, jakie skutki to może przynieść. Skutki tej indywidualizacji stosunków pracy i pozbawienie ich społecznego charakteru, tak jak to opisuje Monika, można więc dziś z wysokim prawdopodobieństwem uznać za otwarcie furtki dla psucia stosunków pracy, rozpowszechnienia umów śmieciowych, samozatrudnienia i marginalizacji roli zrzeszeń pracowniczych.

Oczywiście wszelkie racjonalizacje takiego stanu, wymienione przeze mnie na wstępie, mają zatem tym większą siłę w zachowaniu status quo, im większe będzie to modne dziś „personalizowanie” stosunków pracy. Nie muszę dodawać, że zwrócenie na to uwagi zobowiązuje zorganizowany ruch pracowniczy do wyciagnięcia zasadniczych wniosków praktycznych. Z samym słowem „pracodawca” należałoby się osobno i zdecydowanie rozprawić, bo fałszuje ono prawdziwy obraz relacji ekonomicznych i wprowadza element łaskawości i dobrotliwości po stronie zatrudniających, jak nie przymierzając „chlebodawca” czy inny dobrodziej. Co gorsza, z tymi dobrodziejami identyfikuje się wielu pracowników i są oni gotowi bronić ich nienależnych przywilejów jak jakichś nadludzi. Tak to mieszczański liberalizm oświeceniowy zawrócił nas do feudalizmu. Paradoks czy perfidia?

Anna Musiała: To zamierzone działanie, ów zwrot ku czasom feudalizmu. A może jeszcze inaczej, efekt zindywidualizowania relacji pracownika i pracodawcy, co rozważając w kontekście prymitywności i okrucieństwa polskich relacji społecznych, doprowadza do tak wysokiego poziomu zachowań o charakterze mobbingu. Innymi słowy, biorąc pod uwagę dość istotną polską zawziętość nierzadko przechodzącą w agresję, proces zindywidualizowania relacji pracownika i pracodawcy musiał ową zawziętością i agresją nasiąkać. To prowadziło do zachowań patologicznych w relacjach pracownika i pracodawcy, co już zupełnie nie uniemożliwiało budowania tkanki społecznej dla zakładu. Jeszcze mimo wszystko można było myśleć o budowaniu, wbrew tym polskim obciążeniom, o zakładzie pracy, gdyby respektowano zasadę równości w prawie. Tymczasem choćby wynagrodzenie, które było kwestią zupełnie kluczową, zostało poddane pod dwustronne negocjacje. I to właśnie najbardziej niszczyło jedność i zatomizowało jednostki.

Monika Kostera: Struktury są niezbędne do tego, by działać wspólnie. Dzięki nim nie musimy za każdym razem, gdy chcemy coś razem zrobić, uzgadniać każdego detalu, bo wiemy, jaka praca do kogo należy, po kim można (i należy) czego oczekiwać. Struktura społeczna to jedna z podstawowych ram pozwalających nam działać i porozumiewać się społecznie. To jakby niepisana instrukcja obsługi świata społecznego, czyli wzorce postępowania, których uczymy się od dzieciństwa, zawierające role społeczne, które odgrywamy, zasady, które kierują współżyciem społecznym, „nasze miejsce” w świecie. Dzięki nim wiemy, kto gra jaką rolę: kto jest nauczycielem, a kto uczniem, jak rozpoznać lekarza, jak zachować się w przychodni jako pacjent. Gdy zostaniemy tego pozbawieni, np. w wyniku zmian społecznych takich jakie miały miejsce w Polsce po wojnie i w okresie tzw. transformacji, zaczynają się bardzo fundamentalne problemy.

Jak współdziałać, kiedy nie wiadomo, czego po kim oczekiwać, a w dodatku mają miejsce jakieś wielkie przekształcenia społeczne, na których ktoś traci i ktoś korzysta? A skoro tak, to nie można nikomu ufać, samo-organizacja staje się utrudniona. Zanim wykrystalizują się nowe struktury, z jednej strony trwa walka, takie społeczeństwo typu „dog eat dog”, ale z drugiej pojawia się przestrzeń dla różnych odmieńców, w tym psychopatów, ale także twórców, artystów, nonkonformistów. To było szczególnie widoczne w okresie Młodej Polski i po odzyskaniu niepodległości – erozji wielkich struktur towarzyszyła ogromna, żywotna społeczna twórczość. Z naszą ostatnią transformacją systemową mieliśmy pecha o tyle, że miała miejsce w czasie, gdy wielkie struktury społeczne zaczęły globalnie się kruszyć i rozpadać. Czas neoliberalizmu to na całym świecie czas potężnej erozji struktur społecznych. Dlatego takie kruche okazały się nasze nowe pomysły na społeczeństwo przyszłości, budowane na piasku, bez prób poszukiwania głębszych wartości, które jednoczyłyby kogoś więcej, niż tylko elity wygrywające na transformacji. Robotników zostawiono, można powiedzieć – rzucono w kąt historii, a wykształcona (a więc posiadająca „kapitał społeczny”) inteligencja przerobiła się w kilka miesięcy na burżuazję i myślała, że może nadal być autorytetem moralnym, sumieniem narodu. Takie życie ponad moralny stan. Teraz są śmiertelnie obrażeni, że „hołota” nie szanuje ich Potiomkinowskiego etosu.

Jarosław Niemiec: No właśnie! Kazano nam brać udział w ekonomicznej rywalizacji jeden na jednego, bez określenia „kategorii wagowych”, bez „ochraniaczy”, choćby w postaci godziwych zasiłków dla bezrobotnych po nokaucie, jakim jest utrata pracy. W grze, w której reguły ustala tylko jedna ze stron. Kiedy ktoś kwestionuje zasady tej gry, usłużne ośrodki propagandy uruchamiają mechanizmy, które z miejsca dyskredytują tych, którzy ośmielają się kwestionować jedynie słuszną linię dyktatury pieniądza. Po pierwsze postawiono alternatywę: albo jesteś przedsiębiorczy i zaradny, albo głupi, roszczeniowy i leniwy. Część ludzi daje się na to złapać, bo to lepiej wpływa na ich samoocenę, gdy identyfikują się z tymi, którzy są zaradni i przedsiębiorczy. Nie ma znaczenia, że osoba identyfikująca się z przedsiębiorcą jest biednym jak mysz kościelna, poniżanym robotnikiem, który w dodatku uważa, że przecież gdyby nie socjalizm rzucający kłody pod nogi, to byłby człowiekiem sukcesu. To działa. A jak nie działa to trzeba jeszcze wmówić ludziom, że zalety takich stosunków pracy są niewątpliwe i tylko człowiek głupi ich nie widzi. Przecież nikt nie chce wyjść na głupca. Nie kto inny, jak autorytet wielu publicystów – Janina Paradowska – już w latach 90. głosiła tezę, że gdyby ludzie kierowali się rozumem, to Unia Wolności wygrywałaby w cuglach wszystkie wybory. Ta Unia Wolności, która jest kreatorką i matką wszystkich zjawisk, o których tu mówimy. Coś mi się zdaje, że związki zawodowe potrzebują dziś armii psychologów-terapeutów.

Anna Musiała: Pozwólcie, że odniosę się do waszych uwag na przykładzie z otoczenia mi najbliższego, a więc ze środowiska prawniczego. Monika powiedziała, że społeczeństwo ma własne struktury, a ludzie pełnią w tym społeczeństwie swoje funkcje. Naukowiec ma więc też swoją rolę, naukowiec-prawnik także. Tymczasem lata 90. i kolejne, a więc czas po transformacji, to okres, kiedy prawnik zajmujący się nauką był jednak traktowany jako ten drugiej kategorii, a więc ten, który nie poradziłby sobie na „rynku”, nie zbił fortuny w kancelarii. Do dziś pamiętam z lat studiów tę atmosferę specyficznego szacunku, w pewnym sensie wymuszonego na nas, studentach, wobec nauczycieli akademickich, którzy łączyli naukę i praktykę; oni niejako byli „wyżej” od profesora, który nie pracował poza uczelnią. Tak też oto znikała nauka prawa pracy; spotkania dla studentów czy dyskusje naukowe, poza zajęciami dydaktycznymi, nie odbywały się, bo kadra nie miała na to czasu. Prawie nikt się tym nie chciał zajmować. Ta narracja jest w zasadzie do dziś. Ciągle króluje w nauce prawa pracy prawnik-praktyk, który nierzadko tytułu naukowego potrzebuje dla prestiżu, ale nauka niewiele z tego ma, żeby nie powiedzieć nic, albo wręcz szkodę.

I tu, odnosząc się do tego, co powiedział Jarek, chcę dość mocno podkreślić, że nie ma szans na naukę prawa pracy, bo zbyt niewielu osobom na niej zależy. Przytłaczająca większość kadry już absolutnie nie angażuje się w rozwój nauki, co oznacza też organizowanie sensownych wydarzeń naukowych, gdzie włącza się w to studentów, zwłaszcza w mniejszych grupach. Ci pracujący tylko na uczelni też poniechali aktywności, jakby w myśl zasady „po co się wychylać”. To również po prostu „nieopłacalne”, krótko mówiąc, w myśleniu polskiego nauczyciela akademickiego prawa pracy: „z tego nic nie ma”. Prawie nikt zatem, w skali kraju, nie zajmuje się naukowo prawem pracy, kilka osób pracujących w takim układzie jest przecież pomijalnych.

Monika Kostera: Czyli – pracownicy zostali pozostawieni na pastwę rynku pracy i zatrudniającego podmiotu. A to znów nas prowadzi do pytania, zadanego na wstępie przez Jarka – o polski ruch związkowy. Mam tu nie tyle odpowiedź, co podpowiedź. Otóż, skoro część polskiego ruchu związkowego uległa polityzacji i petryfikacji, to może, w duchu syndykalistycznym, przejmujmy oddolnie struktury istniejących związków? Ignorujmy, w miarę możliwości, co robi centrum, ono i tak już się oderwało od pracowniczej ziemi. Twórzmy też oddolnie nowe ogniwa w związkowych sieciach i szukajmy partnerów do współpracy w innych oddolnych związkowych ogniwach, niezależnie od ich odgórnego politycznego programu? Co Ty na to, Jarku?

Jarosław Niemiec: Właściwie to poszczególne organizacje zakładowe już to robią, bo zwyczajnie nie mają innego wyjścia. Wsparcie od central jest bardzo niewielkie. Z drugiej strony ustawa o związkach zawodowych, która miał być wielkim osiągnięciem demokracji, bardzo krepuje ruchy organizacji związkowych, bo wymogi reprezentatywności i bardzo wąsko określony zakres działania powodują, że możliwość zorganizowania sporu zbiorowego, nie mówiąc już o strajku, są mocno ograniczone, czasem musi minąć kilka miesięcy, żeby można było spełnić warunki do strajku. Osobiście jestem zdania, że musimy wrócić do tego nieszczęsnego 1996 roku i próbować odwrócić to, o czym wcześniej wspomniała Ania, a mianowicie przywrócić prawu pracy jego społecznego ducha. To będzie wymagało od związków zawodowych gigantycznej pracy nad przekazem, nie tylko do opinii publicznej, ale także w zakresie wewnętrznej komunikacji związkowej. Nad własnym językiem, umiejętnością formułowania postulatów, porzuceniem przez związkowców wstydu, kiedy ktoś zaczyna mówić o „roszczeniowej hołocie”. Tak jest, mamy roszczenia i tego się nie wstydzimy – muszą mówić związkowcy z podniesionym czołem. My, nie ja. My, cała załoga, cała klasa społeczna, bo mamy w tym wspólny interes. Nie wyobrażam sobie tego jednak bez udziału prospołecznych środowisk akademickich i opiniotwórczych i tę naszą wymianę myśli traktuję jako takie właśnie działanie i dobry prognostyk na przyszłość.

William Morris: O sztukę dla robotników (1885)

William Morris: O sztukę dla robotników (1885)

Już widzę oczyma wyobraźni, jak wielu naszych towarzyszy uśmiecha się gorzko czytając powyższy tytuł – bo cóż może mieć wspólnego ze sztuką czasopismo socjalistyczne? Zacznę więc może od tego, że rozumiem w pełni, jak bardzo „niepraktyczny” jest ten temat w warunkach obecnych, w systemie płac i kapitału. O tym, istotnie, jest ten tekst.

Czym wszakże, zastanówmy się, sztuka właściwie jest? Gdzie ma swe źródła? Otóż sztuka to ucieleśnione w pewien sposób zainteresowanie człowieka własnym życiem; jej źródło stanowi przyjemność z przeżywania tego życia; przyjemność, owszem, tak właśnie musimy ją nazwać, biorąc pod uwagę życie ludzkie jako takie, niezależnie, jakie dołączałyby się do niego konkretne cierpienia i problemy jednostek. Sztuka to właśnie wyraz owej przyjemności – przyjemności, powiadam, z życia w ogóle; z czynów przeszłości, obecnych w pamięci, z czynów przyszłości, obecnych w nadziei, przede wszystkim jednak z czynów teraźniejszości, obecnych tu i teraz; z pracy.

Tak, jakże dziwne musi wydawać się to nam w dzisiejszych czasach! Tym, czego na ogół przecież doświadczamy, jest przyjemność z bezproduktywnego użytkowania ludzkich energii – z trwonienia ich na sportach i rozrywkach; ale zajęcie w sensie produktywnym, praca – ta monotonna praca, którą musimy wykonać codziennie, aby mieć co jeść, którą będziemy musieli wykonać i jutro, i pojutrze, i każdego następnego dnia, dokładnie tak samo aż do naszej śmierci – jakąż, pytamy, przyjemność można czerpać z czegoś podobnego?

A jednak powtórzę: głównym źródłem przyjemności jest dla człowieka codzienna, konieczna dla zachowania życia praca, w której to jednocześnie przyjemność owa znajduje wyraz i ucieleśnienie; nic bowiem innego nie zdoła odcisnąć na powszednich okolicznościach życia charakteru piękna – ilekroć zaś owo piękno jest w życiu obecne, stanowi znak, że człowiek czerpie ze swojej pracy radość, niezależnie, jakie oprócz tego trapiłyby go trudności. To właśnie brak radości z codziennego wysiłku sprawił, że nasze miasta i domy stały się tak niewypowiedzianie szkaradne – afront wobec krajobrazu, którego naturalne piękno kalają; wszystkie zaś utensylia codzienne – nędzne, trywialne, brzydkie, słowem: wulgarne. Straszliwy jest ów stan rzeczy, jaki przychodzi nam znosić – odwagi jednak, przyszłość niesie ze sobą nadzieję; nie może być bowiem ta zewnętrzna szpetota niczym innym, jak tylko owocem nędzy i zniewolenia mas; i zasadnie można spodziewać się, że gdy system nędzy i zniewolenia zostanie obalony, znów zaczniemy organizować otaczającą nas przestrzeń w piękny sposób – co stanowi zresztą, jak powiedziałem, naturalny znak szczęśliwej i wolnej pracy.

Bądźcie pewni, że nic innego nie zdoła wydać z siebie czegokolwiek, co choćby pod pewnym względem przypominałoby sztukę; bo – pomyślcie tylko! – robotnicy, których to ręce przecież muszą stworzyć kiedyś sztukę nową, zmuszani są w warunkach systemu komercjalistycznego pędzić swe życie, nawet gdy powodzi im się relatywnie nieźle, w budynkach tak zatłoczonych i brzydkich, że nikt nie mógłby mieszkać w nich i zachować zdrowe zmysły, nie tracąc jednocześnie do szczętu poczucia piękna i umiejętności cieszenia się swą egzystencją. Pochód „armii przemysłu”, z jej „kapitanami produkcji” [angielskie określenie potentatów przemysłowych – przyp. tłum.] (na litość!…), znaczą, podobnie jak pochód jakichkolwiek innych wojsk, ślady zniszczenia naturalnego piękna i spokoju krajobrazu, nasza natura zaś, nakazująca nam żyć za wszelką cenę, zmusza nas, abyśmy przyzwyczaili się do tej degeneracji, poświęcając swe człowieczeństwo i płodząc dzieci skazane na życie jeszcze bardziej nieludzkie, niż to, które wiedziemy. Żyjący pośród takiej szkarady nie mogą być zdolni dostrzegać piękna – a zatem, także go wyrażać.

Ale nie tylko robotnicy cierpią z powodu tej tragedii (i ja przynajmniej bardzo się z tego cieszę). Sztuka wyższa i bardziej intelektualna przeżywa te same problemy, co sztuki użytkowe. Artyści, których cel życiowy stanowi wytwarzanie przedmiotów pięknych i interesujących, nie odnajdują w realnym świecie żadnego zgoła materiału odpowiedniego dla tego przedsięwzięcia, skoro wszystko, co ich otacza, jest brzydkie i wulgarne. Albo zatem szukają go w wyobraźni wieków minionych, albo zaczynają żyć w kłamstwie, fałszując i sentymentalizując własną epokę; w konsekwencji, wbrew swojemu niekłamanemu talentowi, inteligencji i entuzjazmowi, tworzą dzieła, z których niewiele nie zasługuje wprost na pogardę w porównaniu ze sztuką epok przed-komercjalistycznych. Nie wolno nam też zapominać, że te nieliczne, istotnie wartościowe dzieła, jakie w naszych czasach powstają, stanowią co do jednego owoce pracy ludzi zbuntowanych przeciw swojej epoce – czasem walczących z nią otwarcie, czasem kryjących swój sprzeciw pod maską cynizmu, ale nieodmiennie trawiących życie na sporach z bliźnimi, w znacznej większości wypadków zupełnie bezowocnych, choć powinni je przecież poświęcić rozwojowi owych wyjątkowych talentów, którymi zostali obdarzeni, a z których korzyści mogłaby czerpać cała ludzkość.

Tak też na wysokości i na niskości, panowie i niewolnicy, wszyscy pospołu cierpimy z powodu niedoboru piękna, bądź – innymi słowy – przyjemności godnych człowieka. Całkowita nieobecność przyjemności w życiu to drugi – po niezliczonych zastępach wywłaszczonych proletariuszy – wielki dar, jaki ustrój komercjalistyczny przyniósł światu. Tylko zmiażdżona przez stalowe tryby tej potwornej machiny wartościowa niegdyś cywilizacja mogła stoczyć się w podobną wulgarność. Teoria głosząca, jakoby kryzys sztuki wynikał ze zbiorowego zainteresowania nauką, pozbawiona jest podstaw. Oczywiście, to prawda, że nauce przynajmniej pozwala się dziś istnieć – z tego prostego powodu, że może ona generować zyski. Ludzie zaś, pragnąc jakoś użytkować swe wrodzone energie, zwracają się do niej – dokładnie dlatego, że przynajmniej istnieje, choćby tylko jako niewolnik (choć coraz bardziej niezadowolony i niepokorny niewolnik) kapitału. Sztuka wszakże, gdy wkomponować ją w wielką machinę zysku, natychmiast umiera, i zostaje po niej ledwie widmo, tandeta na usługach wielkich posiadaczy.

Jakkolwiek dziwne może się to zatem wydać niektórym ludziom, zupełną prawdą jest, że socjalizm, powszechnie kojarzony z płytkim utylitaryzmem, stanowi obecnie jedyną nadzieję sztuki. Może być i tak, że do czasu zakończenia rewolucji społecznej, a może i trochę potem, okoliczności życia stawać się będą coraz bardziej nijakie, smutne i bezsensowne. Mówię: może i trochę potem, ponieważ nie da się wykluczyć, że ludzie mogą potrzebować trochę czasu, aby pozbyć się nawyków ukształtowanych przez życie między dwoma biegunami: beznadziejnej nędzy i rozpasanego luksusu, które to życie narzucił im komercjalizm. Nawet w tym jednak jest nadzieja; bo możliwe, że wszystkie obecne przesądy i konwencje muszą przeminąć, aby sztuka mogła narodzić się na nowo; że przed tymi narodzinami, będziemy musieli pogodzić się z utratą wszystkiego, co dziś nazywa się sztuką; że nie pozostanie nam nic innego, niż ledwie materiał sztuki, to znaczy: sam rodzaj ludzki, ze swymi aspiracjami i pasjami, i swoim wspólnym domem: ziemią; który to materiał długo obrabiać będziemy musieli przy użyciu tych dwóch oto narzędzi: pragnienia i odpoczynku.

Ale choć tak być może, nie wydaje mi się, abyśmy mieli szansę zorientować się, kiedy to nastanie; zmiana, jeśli nastąpi, będzie prawdopodobnie tak powolna i stopniowa, że nawet nie zwrócimy na nią uwagi. Ba, możliwe, że już i dziś sztuka choruje śmiertelnie – i to, co z niej widzimy, to półżywe truchło, skazane na zagładę: ale, z drugiej strony, czy nie możemy żywić nadziei na to, że sztuka odrodzi się jeszcze przed osiągnięciem pokoju i ustanowieniem nowego porządku? Czy to niemożliwe, że tym, co zada ostateczny cios otaczającej nas szpetocie będzie sama wielka tragedia Rewolucji Społecznej, i że robotnicy zaczną tworzyć sztukę z tą samą chwilą, w której uświadomią sobie swój prawdziwy cel – równy udział w życiu godnym człowieka – i zaczną dążyć do jego realizacji? Wojna, którą będą toczyć, sama może dodać im skrzydeł – wrogiem nie jest bowiem przecież sztuka, ale niepokój: przytłaczający, plugawy niepokój istoty zmuszonej pracować codziennie dla fizycznego przetrwania za nędzne ochłapy, w sposób wyniszczający tak ciało, jak umysł, tak ze względu na nadmierną intensywność wysiłku, jak i czysto mechaniczny, nieludzki charakter.

Tak czy inaczej, czas wolny, który socjalizm chce zapewnić robotnikom, z konieczności rodzi pragnienie – pragnienie piękna, pragnienie wiedzy, pragnienie, krótko mówiąc, życia bardziej pełnego i sensownego. Powtórzmy zaś: pragnienie i odpoczynek to czynniki naturalnie sprzyjające sztuce – bez nich zaś, odwrotnie, sztuka może być tylko podróbką pozbawioną racji życia i istnienia: dlatego też nie tylko robotnik, ale i cały świat nie doświadczy sztuki realnie tak długo, jak długo obecne społeczeństwo komercyjne nie zostanie zastąpione społeczeństwem prawdziwym – społeczeństwem socjalistycznym. Wiem, że to temat zbyt poważny i trudny, by dało mu się oddać sprawiedliwość w krótkim artykule. Proszę zatem moich czytelników, by potraktowali ów artykuł jako wstęp do własnych rozważań o kwestii związków gospodarki ze sztuką.

William Morris

Przeł. Maciej Sobiech (vel Wąs)

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w magazynie „The Commonweal” w kwietniu 1885 roku. W nagłówku tekstu wykorzystano jedną z prac graficznych autora.

William Morris (1834-1896) – angielski malarz, rysownik, pisarz, poeta, architekt, projektant, tłumacz. Działacz socjalistyczny i korporacjonistyczny. Spiritus movens odrodzenia zainteresowania w Anglii wiekami średnimi. Jego myśl stała się główną inspiracją dla wpływowego Ruchu Sztuk i Rzemiosł (Arts and Crafts Movement), dążącego do odrodzenia rękodzieła. Przeciwnik industrializmu i urbanizacji. Pod koniec życia, wraz z przyjęciem przez większość socjalistyczną poglądów etatystycznych (tzw. socjalizm państwowy), jego relacje – jako anty-etatysty – z ruchem socjalistycznym stały się bardziej napięte. W Polsce znany głównie z napisanej w roku 1890 powieści „Wieści znikąd”.

Zabawa w magazyniera?

Zabawa w magazyniera?

Heike Geissler, niemiecka pisarka i dziennikarka, postanowiła zatrudnić się na miesiąc w centrum logistycznym firmy Amazon i opisać to doświadczenie w 180-stronicowej książce. Od dłuższego czasu da się zaobserwować trend na tego rodzaju reportaże wcieleniowe. Problem w tym, że, w przeciwieństwie do stałych pracowników, autorki i autorzy zawsze mogą po prostu uciec z takich miejsc. Czeka na nich inna praca, a miesiąc czy kwartał w zakładzie czy magazynie ma być tylko „doświadczeniem”. Nie inaczej wygląda proza Geissler, która niespełna miesiąc pracy (minus L4) rozciągnęła na pełnoprawną książkę. Jak jej poszło?

Przede wszystkim punktem wyjścia dla moich rozważań – a i punktem dojścia, o czym później – jest fakt, że warunki pracy, płacy oraz cały okołologistyczny klimat wokół pracy w Amazonie różnią się między Polską a Niemcami, i to znacznie. Nie ma wątpliwości, że praca magazyniera także za naszą zachodnią granicą jest ciężka, uciążliwa i relatywnie nisko płatna, ale nie da się jej warunków na serio porównać z zatrudnieniem się w tej samej sieci w jej polskim wydaniu. Dotyczy to zresztą także innych tego rodzaju miejsc pracy – czy to Lidl, czy Kaufland, czy montaż samochodów znanej marki w ramach specjalnej strefy ekonomicznej – polski (lub bułgarski, rumuński, litewski) pracownik będzie gorzej wynagradzany, będzie miał większe problemy z dojazdem do pracy czy wzięciem wolnego, a standardy BHP w jego zakładzie będą niższe niż na Zachodzie. Tak po prostu jest, można z tym walczyć lub nie, ale negowanie tego faktu i szukanie na siłę podobieństw donikąd nas nie zaprowadzi. Zatem sam fakt, że Heike Geissler w „Pracy sezonowej” przedstawia swoje zatrudnienie w Amazonie jako piekło i pasmo upokorzeń, może tylko wywołać u polskich pracowników pusty śmiech. Co jakiś czas bowiem natykamy się w narracji na (przezroczyste dla autorki) zdobycze niemieckiego systemu świadczenia pracy i ochrony pracowników, o których Polak może tylko pomarzyć.

Są zatem różne Amazony, Lidle i Kauflandy, różne Toyoty i różne sklepy sieci odzieżowych, w zależności od tego, jaki kraj widnieje na okładce naszego paszportu. O doświadczeniach Geissler możemy zatem czytać ze współczuciem, jeśli całe życie spędziliśmy za biurkiem na uniwersytecie, ale jeśli kiedykolwiek na serio pracowaliśmy fizycznie w Polsce – w gastronomii, sklepie, w firmie „u Janusza” – to na wiele przytoczonych przykładów zakrzykniemy „No i co z tego? Wielki mi problem!”. Trzeba było wcześnie wstawać? 90% globu tak wstaje. Nikt nie powiedział, na czym polega zakres obowiązków, ale drugiego dnia zaczął je egzekwować? A to tak nie jest wszędzie? Przełożony był niemiły? Cry me a river. Słowiańskie przyzwyczajenie do zapierdolu za niewielkie pieniądze każe nam mało czemu się dziwić.

Ja osobiście zdziwiłam się podczas lektury tylko raz – gdy przeczytałam, że do centrum logistycznego Amazona, położonego podobno w szczerym polu, autorka może dojechać publicznym tramwajem. Na wszystkie zmiany.

fot. Bartosz Laber

Dobrze, podejdźmy do tego jak do literatury, odłóżmy na chwilę politykę (pewnie i tak się nie uda). „Praca sezonowa” to książka napisana w przedziwnej manierze narratorskiej – ani w pierwszej („ja”), ani w trzeciej („ona”) osobie, lecz w formie zwracania się przez autorkę do opisywanej pracownicy (która niby jest, ale jednocześnie nie jest nią samą) zwrotem „pani”, np. „Przed wyjściem partner życzył pani szczęścia i jeszcze raz podkreślił, że nie musi pani tego robić. Ale to nieprawda, musi pani, musi pani wykorzystać pierwszą okazję do zarobienia pieniędzy”, albo „Nawiasem mówiąc, jest pani córką graczy w lotto, obeznaną z nadzieją na pieniądze, z oczekiwaniem na pieniądze. Wkrótce przybędą, skądś, wierzy pani, choć jednocześnie tę wiarę neguje, próbuje ją sobie wybić z głowy”.

Cala książka napisana jest w identycznej manierze, która chwilami zachwyca, a chwilami bardzo irytuje, jednak jej zamysł konstrukcyjny jest – moim zdaniem – jeden: od początku zdystansować się od opisywanej postaci. To nie Heike tam pracuje, to nie Heike marznie na przystankach i je w śmierdzącej stołówce, to tylko „pani”. Choć blurb na okładce zapewnia nas, że autorka „zwraca się do samej siebie sprzed kilku lat”, to ma się jednak nieodparte wrażenie, że próbuje się od bohaterki-robotnicy (nieświadomie?) oddzielić. A może po prostu chce oryginalnym stylem przykuć uwagę gremiów rozdających nagrody literackie?

Jednocześnie Geissler – ale już w głowie „pani” – poświęca wiele miejsca rozważaniom o fałszywej świadomości klasowej i poczuciu bycia lepszą niż pracownicy fizyczni. Nasza bohaterka wewnętrznie buntuje się, bo skanowanie produktów i pakowanie ich do pudełek nigdy nie było jej ambicją, a jednak wie, że, aby zarobić pieniądze, musi wylądować tam, gdzie oni; tam, gdzie nikogo nie interesuje jej CV, przemyślenia czy wiedza: „Jest pani jedną z nich, nawet jeśli wydaje się pani, że jest inaczej i wiele razy będzie pani podkreślać dystans między sobą a innymi pracownikami i tym większy wobec firmy – nie jest to prawda”.

Podjęta przez bohaterkę praca sezonowa to trzy tygodnie przed Bożym Narodzeniem, gdy centra logistyczne potrzebują każdej pary rąk. „Pani” opowiada nam wszystko po kolei – o odpowiedzi na ogłoszenie, rozmowie kwalifikacyjnej, pierwszym dniu, stroju roboczym, zakresie obowiązków, kolegach. Powtarzalna, ale przykuwająca narracja oscyluje wokół kolejnych bardzo podobnych do siebie dni, gdy każdy z obecnych na hali odlicza minuty do końca zmiany. Narratorka z pobłażaniem, niechęcią (ale czasem także czułością) opisuje osoby, z którymi przychodzi jej pracować i stykać się w częściach wspólnych magazynu. Dąży do samotności, nie podczepia się pod istniejące i nowo powstałe grupki, bo cały czas ma poczucie, że jest „na wylocie”. Oni, inni pracownicy, nie. Oni tam zostaną.

Geissler – a raczej „pani” – uważnie obserwuje swoje ciało, głowę, reakcje. Patrzy, jak biegiem przepracowanych dni jej świat kurczy się, koncentruje wyłącznie na pracy, zmęczeniu, uporczywych myślach o konieczności przetrwania kolejnego dnia w zimnym magazynie, Nienawidzi weekendu czy wieczoru, bo wie, że kolejnego dnia przyjdzie ten sam kierat. Od takiej pracy nie ma ucieczki – z wyjątkiem rezygnacji, na którą jednak chcąca utrzymać się finansowo na powierzchni osoba nie bardzo może sobie pozwolić.

Autorka źle znosi hierarchię, szkolenia, bezsensowny jej zdaniem porządek pracy, jej rutynę i powtarzalność. Trochę z nadmiernie pobudzonej wyobraźni, a trochę dla sabotażu stara się ją zakłócić, wykonując obowiązki niedokładnie lub nie po kolei, i zastanawia się, czy ktoś się zorientuje. Hipnotyzujące opisy magazynu i beznadziejnie nudnej, powtarzalnej pracy byłyby jeszcze lepsze, gdyby narratorka nie dystansowała się cały czas od reszty pracowników, z którymi nie czuje żadnej więzi – a może tylko pragnie pokazać czytelnikom, że czasy pracowniczej solidarności już minęły, że teraz każdy walczy o siebie?

„– Wstawać – woła przejeżdżający operator wózka.

Ignoruje go pani, choć przypomina sobie, że siadanie na paletach jest zabronione, zwłaszcza gdy nie leży na nich płyta MDR. Integralną częścią tej pracy jest przebywanie z ludźmi, których dobrowolnie nie wybrałoby się jako towarzystwa”.

Mimo dyskusyjnych założeń „Praca sezonowa” przedstawia całkiem wiernie warunki zatrudnienia w molochu Amazona, a więc i wszelkich podobnych magazynach – czytniki kart, krótkie przerwy, abstrakcyjne reguły, wyśrubowane normy, idiotyczne rytuały. Te momenty, gdy „pani” jest w pracy, stanowią największą siłę książki. Dzięki zadziorności i wnikliwości narratorki dowiadujemy się sporo o bezsensowności pracy w centrum logistycznym: o tym, że nie jest ważne pogniecione pudełko, lecz „zdrowa” zawartość, o tym, że wiele przyjmowanych i pakowanych przez pracowników towarów objechało cały świat – że filiżanka czy lalka podróżowała więcej niż pakujący je pracownik.

Uwag dotyczących kondycji współczesnego kapitalizmu nie ma w książce aż tak wiele i są mocno rozsiane po narracji, ale jednak autorka stara się co jakiś czas wrzucić informację sugerującą, że pracownicy Amazona nienawidzą swojej ciężkiej, a jednocześnie alienującej pracy, np.:

„Niektóre wypowiedzi pracowników brzmią następująco:

Nie trzeba brać sobie do serca.

Trzeba zacisnąć zęby.

Trzeba brać wszystko pod uwagę.

Nie jesteś z cukru.

To wszystko gówno.

Pięknie to sobie wymyślili, ci na górze.

Jak wygram w lotto, to nikt mnie tu już nie zobaczy”.

Albo: „Kilka tygodni później, gdy odbywał się kolejny strajk, usłyszałam o T-shirtach noszonych przez łamistrajków: We love Amazon. Jasne wyznanie dla pracodawcy, które znaczyło, że tylko ci, którzy nie strajkują, szanują go”.

„Praca sezonowa” powie nam wiele o Amazonie, ale jednak będzie nas jak obuchem w głowę waliła podprogowymi informacjami o warunkach życia w społeczeństwie niemieckim – a to informacje, które, wbrew zamiarom narratorki, w polskich pracownikach nie pogłębią współczucia dla jej sytuacji, lecz wzbudzą niesmak lub zazdrość. W moim egzemplarzu książki wykrzyknikami oznaczone są miejsca, w których wyśmiewany przez autorkę niemiecki system socjalny bierze ją pod opiekę, a ona tego nawet nie zauważa: gdy idzie do lekarki po L4 i okazuje się, że jest ubezpieczona, mimo że praca w Amazonie jest sezonowa, a wcześniej wcale nie pracowała. Gdy jej matka staje na komisji zdrowotnej w sprawie przedłużenia renty, kasa chorych proponuje jej pracę przez dziesięć godzin tygodniowo, bo choroba nie jest aż tak poważna, matka odmawia, po czym uzyskuje bez wielkiej szarpaniny przedłużenie świadczenia na trzy lata. Gdy spotyka sąsiadkę, która od wielu lat nie pracuje, ale nadal otrzymuje zasiłki, przy czym deklarowane przez nią „niewielkie pieniądze” wystarczają na przetrwanie. Polak zgrzyta zębami czytając takie historie, zwłaszcza że nie są one w żaden sposób przedstawione jako coś wyjątkowego, to po prostu część narracji. Autorka nie zna innego życia, nie zna rynku pracy bez tych siatek bezpieczeństwa. W tym kontekście jej utyskiwanie na system traci przynajmniej połowę siły rażenia.

fot. Bartosz Laber

I tu wracamy do naszej klamry – warunki pracy w niemieckim Amazonie, a przede wszystkim ogólny klimat pracy i jej braku panujący w niemieckim społeczeństwie nie mają wiele wspólnego z warunkami polskimi. O zatrudnieniu w polskim Amazonie zgodził się opowiedzieć mi Bartosz Laber, dwudziestopięcioletni były pracownik centrum logistycznego w Sosnowcu:

„Pracę w Amazonie, magazyn KTW1 w Sosnowcu, rozpocząłem od stycznia tego roku. Miałem zacząć pracę od listopada 2019, w okresie tzw. peak time (wzmożony okres realizacji zamówień), łączyło się to z bonusem 1500 brutto, za pracę w tym okresie. Zatrudniono zbyt dużo osób, więc przeniesiono moje zatrudnienie dopiero na 3 stycznia. Należałem do jednego z ostatnich naborów, który został przyjęty bezpośrednio przez Amazon do KTW1. Od stycznia 2020 KTW1 zaczęło już zatrudniać pracowników T1 tylko poprzez agencje pracy tymczasowej Adecco i Randstadt. Na umowach o pracę tymczasową zawieranych na miesiąc, a nawet na dwa tygodnie. Następnie była podejmowana decyzja o przedłużeniu umowy bądź nie. Zasada kija i marchewki. Teoretycznie po 3 miesiącach można było się ubiegać o konwersję, czyli przejście pod Amazon. Jest wiele osób, które pracowały po 6 miesięcy i konwersji nie przeszły. To mały procent pośród agencyjnych. Oni też po konwersji musieli zaczynać od 3-miesięcznej umowy na okres próbny. Dostałem umowę o pracę na 3-miesięczny okres próbny, szczęśliwcy mieli »szansę« po okresie próbnym dostać umowę roczną, a potem na czas nieokreślony. To znikomy procent pracowników. Stawka 20 zł brutto/h, 3-miesięczny okres rozliczeniowy. Nazwa stanowiska – pracownik magazynowy ds. logistycznych, poziom T1. To najniższy poziom zaszeregowania, większość pracowników magazynowych na nim się znajduje. Udało mi się załatwić zmianę studencką poniedziałek – czwartek, była jeszcze zmiana rodzicielska. Studiuję zaocznie, stąd taka możliwość. Podstawowe zmiany FRONT niedziela – środa, BACK środa – sobota, DONUT poniedziałek, wtorek, czwartek, piątek. Była jeszcze zmiana weekendowa dla pracowników na pół etatu.

W organizacji pracy występowała tzw. kohorta. To tryb pracy niespotykany chyba nigdzie indziej, bardzo obciążający. W wielu krajach niestosowny przez Amazon z powodu silnego prawa pracy, układów zbiorowych i związków zawodowych. Między innymi w Niemczech. W Polsce zmiana trwa 10,5h, pracuje się tak przez 4 dni w tygodniu. Czasami było to 5 dni albo 3, obowiązuje 3-miesięczny okres rozliczeniowy, więc HR może sobie przerzucać godziny. Trafiają się też obowiązkowe nadgodziny. Pracuje się przez 4 tygodnie na dzień/nocki, a potem następuje zmiana. Tak więc można mieć cały miesiąc nocek i przez 4 dni w tygodniu domu jest się gościem, bo tyle wolnego czasu zostaje. Przed pandemią dniówka trwała od 6:00 do 16:30, a nocka od 18:30 do 5:00.

Ponieważ Amazon nie jest zbyt konkurencyjny w dużych miastach, a nawet w Zagłębiu i Śląsku, więc dowozi ludzi z małych miejscowości, często bardzo oddalonych. Do KTW1 jeżdżą autobusy z Sosnowca, Katowic, Gliwic, Mysłowic, Będzina, Czeladzi, Dąbrowy Górniczej, Chorzowa, Zabrza, Świętochłowic, Rudy Śląskiej, Siemianowic Śląskich, Piekar Śląskich, Jaworzna, Trzebini, Tarnowskich Gór, Zawiercia, Ciągowic, Olkusza, Sławkowa.

Autobusy powrotne ruszały zawsze 15 minut po zakończeniu zmiany. Starczało mi wtedy czasu na zejście z mojego działu, szybkie wejście do szatni i dostanie się do szafki, a potem szybki papieros i do autobusu. Nie zdążyłbym się umyć i czy cały przebierać. Biorąc pod uwagę 10,5 h zmiany i około godzinę dojazdu nie było mnie w domu prawie 12 h, a mieszkam prawie w centrum Sosnowca. Odliczając te 12 h poza domem, 8 h snu, zostaje max 4 godziny na obiad, prysznic, ubranie się, przygotowanie. Tak przez cztery dni każdego tygodnia.

Stan techniczny autobusów pracowniczych pozostawia wiele do życzenia. Poza autobusami pracowniczymi dojazd pod Amazon był mocno utrudniony. Z centrum Sosnowca jeździł tylko jeden miejski autobus. Tak więc bez auta czy możliwości dojazdu autobusem pracowniczym, nie dało się dojechać, a już szczególnie osobom mieszkając daleko.

W trakcie 10,5-godzinnej zmiany były dwie 15-minutowe płatne przerwy i jedna półgodzinna bezpłatna, którą trzeba było odrobić. Stąd te 10,5 h. Wydaje się, że to dużo, lecz biorąc pod uwagę tempo pracy te przerwy były i tak za krótkie. Jeszcze kwestia bezpłatności długiej przerwy. Dodać do tego należy, że magazyny Amazona zajmują bardzo dużą przestrzeń. Tam wszędzie jest daleko, do toalety, na palarnię, kantynę, stołówkę. To zajmuje czas i mocno skraca te przerwy. Trzeba się jeszcze przy okazji nie zgubić. Mój dział był najdalej na terenie magazynu i na stołówkę czy do szatni szło się prawie 5 minut.

Zmiana zaczynała się stand upem, zbierali się pracownicy i menedżerowie z liderami. Obowiązkowa wskazówka bezpieczeństwa, wskazówka jakościowa, jakieś informacje od HR i ludzie rozchodzili się do pracy na stanowiska. Po długiej przerwie był kolejny stand up.

Zarobki: stawka podstawowa 20 zł/h brutto, możliwość uzyskania premii do 15% wynagrodzenia. O ile dobrze pamiętam, 8% było za obecność. Brak L4, urlopów na żądanie, nieusprawiedliwionych nieobecności, urlopy zaplanowane się nie liczyły. Za nieobecności obcinali premię. Te pozostałe 7% to premia za wyniki magazynu, o niej decydowały już »władze« i premie te bywały różne, często nawet 1%. Poza tym dodatki za nocki wedle kodeksu pracy, jakaś śmieszna kwota jako ekwiwalent za pranie ubrania. Na święta można było się starać o bony z zakładowego funduszu świadczeń socjalnych. Nadgodziny poza dniami z grafiku płatne dodatkowe 100%, tak więc za godzinę wychodziło wtedy 40 zł/h brutto.

Ile się realnie zarabia? To zależy. W grafiku można mieć 16, jak i 19 zmian. Wszystko i tak się musi zgadzać w trzymiesięcznym okresie rozliczeniowym. Do tego kwestia, ile premii się dostało, ile było nocek. Do tego najważniejsze, czy ma się mniej czy więcej niż 26 lat. Stawka netto przed 26. rokiem życie to około 17 zł, a po 26 około 15 zł. Przeciętnie, przy dobrych wiatrach i premii można było wyciągnąć za miesiąc 3000 zł netto. W Amazonie bardzo wielu pracowników decyduje się na nadgodziny. Ich limit na 3 miesiące to podajże 104 h. Tak więc w każdym miesiącu można było zrobić te 3 zmiany więcej. Takie osoby potrafiły zarobić i ze 4000 zł netto, ale przy 200 h pracy w miesiącu, tak więc wiadomo jak to wygląda…

W Amazonie można palić tylko w wyznaczonych palarniach, każda czynność pracownika czy gościa jest uregulowana wewnętrznymi przepisami. Kamery są wszechobecne. Nawet sposób przemieszczania się czy parkowania. Pilnuje tego ochrona i przełożeni. Dwa duże wejścia, przez które przewalają się setki pracowników. Trzeba wejść przez pierwsze drzwi, a potem odbić się na obrotowej bramce. W szafce trzeba zostawić telefon i wszelaką elektronikę, której nie można wnosić na teren magazynu. Typowe szafki pracownicze, smród męskiego potu. Potem przechodzi się przez bramki obok stanowiska ochrony i czeka się przed wejściami na magazyn. Większość pracowników, poza wyjątkami może przebywać na terenie dopiero na 5 minut przed rozpoczęciem zmiany. Wszyscy obowiązkowo odbijają się na zegarze i gnają na swoje działy. Dojście na mój dział zajmuje bardzo szybkim krokiem jakieś 3 minuty.

Amazon udaje najbezpieczniejszy zakład pracy w Polsce, wszechobecne są reguły bezpieczeństwa. Jest pilnowane nawet to, czy pracownicy trzymają się poręczy na schodach. Za wszelkie odstępstwa wyciągane są konsekwencje. Amazon zapewnia darmową wodę, kawę/herbatę z automatów, obiad za 1 zł w kantynie głównej.

Obiad je się zazwyczaj na najdłuższej, darmowej półgodzinnej przerwie. Czasami lepsze, czasami gorsze. Nic specjalnego. Wiele osób po tych obiadach ma niestrawności żołądkowe. Gdybym miał płacić za nie więcej niż 1 zł, to bym ich nie jadł. Jeśli ktoś chce na przerwie odwiedzić toaletę, zjeść obiad, zapalić i jeszcze zabrać z szafki telefon, to musi się nieźle nabiegać. Jest się pod ciągłą kontrolą kamer, przełożonych i przede wszystkim mitycznego systemu. Pracownicy nie mają pojęcia jak on działa, jakie są algorytmy. Można skontrolować wszystko. Konkretny czas pracy, kiedy i ile się robiło”.

„Praca sezonowa” to z jednej strony potrzebna książka, z drugiej jednak pewnego rodzaju cosplay magazyniera, jak, z konieczności, właściwie wszystkie reportaże wcieleniowe. Teoretycznie wiemy, że Heike Geissler podjęła pracę w Amazonie, bo po prostu potrzebowała pieniędzy. W praktyce – jestem przekonana, że bardzo szybko w jej głowie powstała myśl o napisaniu tekstu lub książki na temat przeżytych tam doświadczeń. Cóż, udało się.

Dlatego dużo bardziej chciałabym przeczytać autentyczny głos pracowniczy z biedniejszego kraju, takiego jak Polska czy Rumunia – głos człowieka, dla którego pozostanie w Amazonie (czy innej tego typu firmie) jest być albo nie być. Ale, niespodzianka, pracownicy magazynów nie mają czasu na pisanie książek.

Magdalena Okraska

Heike Geissler, Praca sezonowa, wyd. Czarne, Wołowiec 2020, s. 176.

Czy wiesz kogo wspierasz?

Każdego dnia przekazujemy komuś swoje pieniądze. Podczas codziennych zakupów decydujemy o tym, która firma w sprawozdaniach finansowych wykaże większy zysk. Warto mieć to na uwadze decydując o tym, co wkładamy do koszyka. Zwłaszcza w sytuacji, gdy funkcjonowanie wielu firm jest ograniczone, a ich przyszłość niepewna.

Świadomość konsumencka nie jest nowym zagadnieniem. Od dawna mówi się chociażby o kupowaniu produktów z kodem 590, który ponoć oznacza, że produkt pochodzi z Polski. Niestety nie jest to prawda i taka narracja to wprowadzanie ludzi w błąd. Z kodu 590 może korzystać każda firma zarejestrowana w Polsce. Niemiecko-rosyjska spółka produkująca w Chinach i płacąca podatki na Cyprze również może korzystać z kodu 590. Od kilku lat w Klubie Jagiellońskim zwracamy na to uwagę za pomocą aplikacji Pola. Miejsce rejestracji firmy to tylko jeden z czynników, który należy wziąć pod uwagę, by dokonać świadomego wyboru. Jednym z nich jest kapitał firmy. Dziś, w dobie pandemii, o wiele częściej dokonujemy zakupów za pomocą internetu. Tylko czy świadomie? Do kogo należą najczęściej odwiedzane przez nas sklepy i najpopularniejsze marki?

To nie nasze sklepy

Na co dzień tego nie widać, ale wśród dziesięciu największych sieci handlowych w Polsce… nie ma ani jednej z polskim kapitałem. Lider, czyli Biedronka, należy do portugalskiego koncernu Jeronimo Martins. Lidl to oczywiście niemieckie przedsiębiorstwo. Dalej mamy wiele polsko brzmiących marek: ABC, 1Minute, Delikatesy Centrum, Groszek, Lewiatan czy Mila. Są one zrzeszone w sieci Eurocash, która również należy do Portugalczyków. Dalsze pozycje to Auchan i Tesco, czyli Francuzi i Brytyjczycy. Z Francji wywodzi się również Carrefour, a Kaufland należy do niemieckiej grupy Schwarz. Kolejny na liście Rossmann również ma niemiecki rodowód. Dziewiąte miejsce zajmuje Żabka, która w lutym 2017 roku została przejęta przez CVC Capital Partners, jedną z największych firm private equity i doradztwa inwestycyjnego na świecie. Zestawienie zamyka wywodząca się z Francji Castorama, kontrolowana przez brytyjską sieć Kingfisher.

W internecie nie jest lepiej. Allegro od października 2016 roku należy do funduszy inwestycyjnych Cinven, Permira i Mid Europa Partners. Do tej samej grupy należy Ceneo. Na wolny termin w sklepie Frisco musimy poczekać do stycznia. Warto wiedzieć, że ten popularny sklep został przejęty przez grupę Eurcoash. Zamawiając pizzę czy burgery z Pyszne.pl warto wiedzieć, że portal należy do holenderskiej grupy Takeaway.com. Uber to oczywiście przedsiębiorstwo amerykańskie. PizzaPortal należy do hiszpańskiego Glovo, a wcześniej całość akcji posiadał AmRest Holding, czyli międzynarodowy operator zarządzający markami branży gastronomicznej, np. KFC, Pizza Hut, Burger King czy Starbucks.

Nasza praca, cudzy plon

Dlaczego to ważne? Ponieważ powinniśmy wiedzieć, kto faktycznie zarabia na produktach, które kupujemy. Problem podnoszony był latem, gdy rolnicy zwracali uwagę na diametralne różnice pomiędzy ceną za owoce w hurtowniach a cenami na półkach sklepów. Z analiz rynku wynika, że od 60 do 80 proc. ceny owoców to zysk pośredników. Potwierdzają to badania przeprowadzone przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. „Wyniki w dużej mierze potwierdzają to, o czym od dawna mówią rolnicy – że ich zarobek jest niewielki w porównaniu do ostatecznej ceny. W niektórych przypadkach było to zaledwie kilkanaście procent” – oznajmił prezes UOKiK, Marek Niechciał. W przypadku pośredników, z których korzystamy na co dzień, jest podobnie. Rafał Nowicki, restaurator z Łodzi, zdradził kulisy współpracy z Pyszne.pl: jeśli składamy zamówienie na 30 zł, to restauracji zostaje z tego 15,2 zł, a trzeba z tego opłacić wszelkie koszty, więc do zysku daleko. Wydawać by się mogło, że ceny można po prostu podnieść. Otóż nie. Restaurator przedstawia tabelę ze szczegółowymi wytycznymi oraz fragmenty podpisanej umowy. Stwierdza wprost, że „Pośrednicy zmonopolizowali rynek i dyktują warunki”.

Pan Niechciał przyrównuje platformy pośredniczące do agencji pracy tymczasowej. Restauracja odpowiedzialna jest za wykonanie niezbędnej pracy i ponosi większość kosztów, a za co odpowiedzialny jest pośrednik? Czy dba o prawa pracownicze, ubezpieczenia, świadczenia socjalne, czyli wszystko to, co wypracowaliśmy przez ostatnie dekady, uznając to za podstawę cywilizowanego rynku pracy? Niekoniecznie. Przerabialiśmy to, gdy w Polsce pojawił się Uber, co wywołało protesty taksówkarzy. Prosta i łatwa w obsłudze platforma cofa rynek usług do czasu, gdy zabezpieczenie finansowe i podstawowe prawa były postulatem. Przypomina to franczyzę, narzędzie, które mogłoby działać dobrze, gdyby nie było wykorzystywane w niewłaściwy sposób.

Brzmi to dobrze. Zamiast otwierać własny biznes, korzystasz z już istniejącej marki i nie musisz się martwić o marketing, zatowarowanie i rywalizację o klienta. W praktyce bywa różnie. Franczyza również może służyć do umywania rąk od odpowiedzialności. Przecież biznes prowadzą Adam z Iławy i Marta z Sieradza, zarząd międzynarodowej korporacji tylko zlicza zysk. Większość kosztów może być przerzucana na właścicieli sklepu. Doskonale pokazuje to film „Dzień kobiet” oraz sprawa franczyzobiorców Żabki czy Intermarche, którzy skończyli franczyzową przygodę z długami.

Polska cytryną globalizmu

Nie byłoby problemu w tym, że w dziesiątce największych sieci handlowych w Polsce nie ma ani jednej z polskim kapitałem, gdyby nie fakt, iż niemal żadna z nich nie płaci w Polsce podatków. Dane udostępnione przez Ministerstwo Finansów są jednoznaczne. Wśród 36 firm handlu detalicznego aż dziesięć nie przynosi żadnego dochodu! O finansach Pyszne.pl też wiemy całkiem sporo. „Bezpośrednio 100 proc. udziałów właściciela Pyszne.pl ma holenderska spółka Takeaway.com. Na początku października na walnym zebraniu zdecydowała, że otrzyma cały zysk netto polskiej spółki z ub.r. w formie dywidendy”. Przy zakupach online jest podobnie.

Rynek e-commerce rósł już przed pandemią, a obecnie sprzedaż przez internet jest dla wielu firm jedyną szansą na przetrwanie. Problem w tym, że państwo i jego instytucje często nie nadążają za zmieniającą się rzeczywistością. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców informuje, że skarb państwa traci co roku ponad 2 mld zł za sprawą Aliexpress, na skutek niekontrolowanych zakupów w Chinach. Podsumowując to wszystko, otrzymamy niepokojący obraz.

Ciężka praca wielu Polek i Polaków nie przekłada się na pomnażanie naszego dobrobytu. Owoce naszej pracy konsumują pośrednicy, utrzymujący polskich producentów i usługodawców na granicy opłacalności. Bywa tak, że zyski z naszej ciężkiej pracy często trafiają za granicę, a mali i średni przedsiębiorcy zostają z długami. Zamiast budować silne usługi publiczne, tkwimy w pułapce średniego wzrostu. Kwintesencją tych wszystkich zjawisk jest nowa akcja marketingowa Biedronki, w której Coca-Cola przedstawiana jest jako produkt polski. Taka ma być nasza rola w globalnych łańcuchach dostaw. Zautomatyzowane fabryki ulokowane tu ze względu na niskie koszty pracy mają nam wystarczyć, a podatkami i dywidendami nie powinniśmy się przejmować? Oczywiście, że nie!

Musimy dokonywać świadomych decyzji, zwłaszcza w tak trudnym czasie. Istnieje kilka narzędzi, które mogą nam w tym pomóc. Jeśli zamierzacie kupić odzież, skorzystajcie z Fashion Checker. Warto też wsłuchać się w głos restauratorów i zamawiać bezpośrednio u nich. Szukajmy lokalnych firm i sklepów, które nie wytransferują zysków za granicę. Starajmy się sprawdzać, jaki kapitał stoi za danym produktem. Mając świadomość tego, że wszystko przenosi się do internetu, uruchamiany wyszukiwarkę na stronie Aplikacji Pola. Warto również zwrócić uwagę na inicjatywy takie jak Polskie Marki czy Polski Ślad. Każda złotówka ma wpływ na to, która firma lepiej poradzi sobie z kryzysem. Nietrudno wyobrazić sobie sytuację, że po pandemii międzynarodowe koncerny będą jeszcze silniejsze. Warto zadać sobie pytanie, czy chcemy żyć w takim świecie.

Mateusz Perowicz

Tadeusz Reger: Socjaliści a niepodległość Polski (1919)

Tadeusz Reger: Socjaliści a niepodległość Polski (1919)

Zarzut, że socjaliści są „beznarodowcami”, gorzej, że są „wrogami narodowości”, jest tak stary, jak starym jest socjalizm sam. O ile zarzut ten podnoszą nasi przeciwnicy polityczni w celach agitacyjnych lub ze względów taktycznych wobec bezkrytycznych mas, to popełniają świadome oszustwo i polemizować z nimi lub ich przekonywać byłoby bezpłodną pracą.

O ile zaś powtarzają ten zarzut i wierzą weń ludzie zbałamuceni, to obowiązkiem naszym jest powiedzieć im prawdę. Prawdę tę odsłonić i wskazać drogę do jej bezstronnego zbadania jest celem niniejszej rozprawki.

Zanim jednak przystąpimy do rzeczy, zwrócić chcemy uwagę na znamienny dla agitacyjnych metod naszych „patriotycznych” przeciwników moment, który polega na tym, że np. we Francji wrogami ojczyzny są tylko socjaliści francuscy, podczas gdy socjaliści niemieccy są tam uważani za szowinistów narodowych, oczywiście niemieckich, że w Niemczech znów za wzór patriotów przedstawia się socjalistów francuskich w przeciwieństwie do beznarodowych socjalistów niemieckich i że w Polsce również uznaniem, jako najgorętsi i najkonsekwentniejsi obrońcy interesów swego narodu, cieszą się w oczach „patentowanych patriotów” socjaliści – ale jeno u wrogich nam sąsiadów, podczas gdy socjalistów polskich wciąż jaszcze podejrzewa się jako zdrajców własnego narodu. Metoda ta, jakkolwiek haniebną jest w zastosowaniu i ze względów na cele, dla których bywa stosowaną, to jednak ma ona swoje głębsze, w historii uzasadnione pochodzenie, jak to w dalszym ciągu wykażemy.

Przede wszystkim stwierdzić należy, że wielcy politycy i teoretycy socjalizmu, a w ich rzędzie na pierwszym miejscu twórcy socjalizmu naukowego Karol Marks i Fryderyk Engels, przez całe swe życie, ze znaną i uznaną u tych myślicieli konsekwencją i energią domagali się odbudowania Polski niepodległej i wielkiej. Już w dziewięć miesięcy po napisaniu „Manifestu komunistycznego” Karol Marks w szeregu artykułów programowych i polemicznych, drukowanych w sierpniu i wrześniu roku 1843 w „Nowej Gazecie Nadreńskiej”, dowodził, że Polska nie tylko musi być na powrót do niepodległego bytu państwowego wskrzeszoną, ale, że musi ona odzyskać rozległość co najmniej tę, jaką jej zakreślały granice z roku 1772, to jest przed pierwszym rozbiorem, musi posiadać nie tylko dorzecza, ale także ujścia swoich wielkich rzek, oraz przynajmniej nad Morzem Bałtyckim wielki pas wybrzeża [Reger myli się w tym miejscu i przypisuje Marksowi pogląd sformułowany w niemal dokładnie takim samym brzmieniu przez Engelsa na łamach „Neue Rheinische Zeitung” w wydaniu z dnia 22 sierpnia 1848 roku; nie zmienia to faktu, że Marks formułował podobne wizje – przyp. redakcji „Nowego Obywatela”].

Żądanie to ponawiali Marks i Engels przy każdej nadarzającej się sposobności, uzasadniając je ściśle naukowo koniecznościami rozwoju ekonomicznego Europy Środkowej, Polski i Rosji, który to rozwój uważali znów za konieczny warunek wzmocnienia się klasy robotniczej, mającej być nosicielką przyszłej rewolucji socjalnej na zachodzie i na wschodzie, a popierali to żądanie niestrudzenie przez cały ciąg życia swego nie tylko piórem i słowem, ale także czynem.

Gdy Adam Mickiewicz założył w Paryżu dziennik „Trybuna ludów” dla propagandy idei socjalizmu i niepodległości Polski, Marks stał się współpracownikiem tego pisma i ofiarował swe oszczędność dla jego podtrzymania. Gdy zaś w czasie wojny turecko-rosyjskiej A. Mickiewicz pospieszył do Konstantynopola, aby tam organizować legion polski, Marks popierał go, czym mógł, wydając wspólnie z Engelsem odezwy do „Międzynarodówki” wzywające do walki z Moskalami, a za wolność Polski, posyłając mu ochotników i pieniądze [nieścisłość Regera: Międzynarodówka Socjalistyczna powstała dopiero 8 lat po śmierci Mickiewicza, a Marks i Engels we wzmiankowanej sprawie apelowali nie do Międzynarodówki, lecz do postępowej części międzynarodowej opinii publicznej – przyp. redakcji „Nowego Obywatela”] .

W roku 1863, w czasie powstania polskiego, K. Marks czynił starania, aby nabyć dla powstańców polskich broń od zdetronizowanego księcia Brunszwiku, mieszkającego na wygnaniu w Paryżu. Po ostatecznym upadku powstania polskiego, gdy w Polsce szerzy się biały terror carski i reakcja, współpracownik i przyjaciel Marksa, Engels, w płomiennych artykułach, zamieszczanych w angielskim czasopiśmie „The Commonwealth” („Dobro publiczne”) w roku 1866 ponownie żąda odbudowania Polski, dowodząc, że leży to w interesie klas robotniczych całej Europy. Po upadku Komuny paryskiej w roku 1871, w czasie której rewolucjoniści polscy pod wodzą Jarosława Dąbrowskiego zorganizowali obronę Paryża i nią kierowali, K. Marks oddaje hołd bohaterstwu Polaków i ostro gani Francuzów i Napoleona III za to, że Polskę zdradzili i znów upomina się o odbudowanie Polski. W roku 1874 Engels w niemieckim organie socjalno-demokratycznym „Volksstaet” („Państwo ludowe”) nazywa odbudowanie Polski „koniecznością”. W roku 1884 obydwaj uczeni, K. Marks i F. Engels, odpowiedź swą komunistom-kosmopolitom polskim, wydawcom „Równości” genewskiej, kończą okrzykiem: „Niech żyje Polska!” [znowu ewidentna pomyłka Regera – Marks zmarł w roku 1883 – przyp. redakcji „Nowego Obywatela”]. W roku 1892 w przedmowie do drugiego polskiego wydania „Manifestu komunistycznego” Engels raz jeszcze dowodzi, że „robotnicy całej pozostałej Europy potrzebują niezależności Polski również jak sami polscy robotnicy”.

Znakomity wódz niemieckiej socjalnej demokracji, świetny mówca i wytrawny parlamentarzysta Wilhelm Liebknecht, oprócz szeregu artykułów w obronie sprawy polskiej, napisał doskonałą broszurę pod tytułem „Czy Europa ma skozaczeć?”, w której dowodzi niezbicie, że jeżeli rewolucja socjalna w Europie ma mieć widoki powodzenia, to najpierw musi runąć carat rosyjski, ten „żandarm Europy”, i musi powstać Polska wielka, niepodległa, której historycznym posłannictwem jest stać na straży kultury i cywilizacji zachodu przed barbarzyństwem wschodu. Ten pogląd Liebknechta zyskuje dziś nowe, nieco odmienne znaczenie: oto, jak niegdyś Polska szlachecka przedmurzem była chrześcijaństwa, zasłaniając je piersiami swych pancernych rycerzy przed nawałą Turków i Tatarów, tak dziś jedynie wolna, niepodległa, demokratyczna i socjalistyczna Polska, Polska robotnicza i chłopska, potrafi uratować zdobycze rewolucji europejskiej przed potopem bolszewizmu, który grozi zagładą nie tylko zdobyczy kultury i cywilizacji, ale przede wszystkim zniszczeniem lub znacznym opóźnieniem ostatecznego zwycięstwa dokonywującej się w oczach naszych rewolucji socjalnej.

Poprzestajemy na tych kilku przykładach, albowiem na wołowej skórze nie spisałby samych tylko tytułów dzieł i artykułów licznych wybitnych pisarzy socjalistycznych obcych narodowości, jak np. Kautsky, Bebel, dr Wiktor Adler, Pernerstorfer, Jaurès i wielu, wielu innych, którzy w tej lub inne formie protestowali przeciwko ujarzmieniu narodu polskiego i domagali się odbudowania Polski.

Oczywiście, że nie inne stanowisko zajmowali zawsze i zajmują socjaliści polscy, z wyjątkiem nielicznych grupek i jednostek, których zacofanie myślowe zatrzymało się na pierwotnych poglądach kosmopolitycznych jaskiniowców, a zacietrzewienie partyjne zaprowadziło ich na manowce „ugodowości” i „organicznego wcielenia się” z najeźdźcami. Do takich zacofanych i zacietrzewionych należą niedobitki dawnych partii SDKPiL (czyli Socjalnej Demokracji Królestwa Polskiego i Litwy) oraz tak zwanej lewicy PPS, którzy obecnie utworzyli wspólnie partię komunistyczną jako cześć składową takiej samej partii wszechrosyjskiej.

Polscy socjaliści nieśli zawsze wysoko sztandar walki o niepodległość i zjednoczenie całego narodu. Oto zaraz na pierwszym międzynarodowym Kongresie robotniczym i socjalistycznym w Paryżu w roku 1889 delegaci socjalistów polskich ze wszystkich ówczesnych trzech zaborów ukonstytuowali się jako osobna grupa i oświadczyli, że nie uznają rozdzielających ich granic państw zaborczych, że uważają się za odrębną reprezentację narodową i że dążyć będą do wywalczenia całkowitej niepodległości dla swojego narodu. Kongres to uznał i przyznał Polakom w Międzynarodówce własną stałą reprezentację, chociaż nie przyznał tego prawa np. Czechom, których delegaci na Kongresach międzynarodowych wchodzili w skład delegacji austriackiej, a w biurze międzynarodowym socjalistycznym reprezentowani byli przez delegatów z Austrii.

W kilka lat później, na międzynarodowej konferencji przygotowawczej do nowego Kongresu światowego socjalistów, która się odbywała w tymże samym czasie i w tym samym miejscu (w Hadze), gdzie obradował pierwszy międzyrządowy Kongres pokojowy, zwołany za inicjatywą cara rosyjskiego Mikołaja II, uchwalono na wniosek delegata polskich socjalistów, że „jedynie zniesienie panowania klasy nad klasą, a w pierwszym rzędzie upadek caratu i całkowita niepodległość żywych narodów mogą rozwiązać kwestię pokoju międzynarodowego”.

Uchwała powyższa jest dla nas bardzo ważną, albowiem wskazuje nam ona, że punktem wyjścia musi być dla nas, jako socjalistów i Polaków, w naszej polityce wewnętrznej i zagranicznej żywy naród i interes ludu polskiego, a nie państwo, że nie możemy się zadowolić i nie zadowalamy się jakąś „autonomią” kulturalną czy administracyjną, czy by ona pochodziła z łaski samodzierżawnego cara, czy też wszechrosyjskiego, choćby komunistycznego sowietu, lecz że niepodległość narodu polskiego musi być całkowita, całkowita co do treści i co do obszar, na który się rozciąga, to znaczy, że musi ona obejmować cały zjednoczony naród polski. Tak uchwaliła Międzynarodówka socjalistyczna już lat temu dwadzieścia, a uchwaliła na wniosek delegata polskich socjalistów. Zapamiętajmy to sobie i nie dajmy sobie tego nikomu wydrzeć ani sfałszować.

Zresztą wszelkie fałszerstwo na nic się nie przyda wobec bardzo jasnego brzmienia programu Polskiej Partii Socjalistycznej (zaboru rosyjskiego i pruskiego), który obowiązywał przez cały dotychczasowy ciąg istnienia, z górą lat trzydziestu. Zaraz w pierwszym ustępie tego programu jest powiedziane, że Polska Partia Socjalistyczna, będąc wyrazicielką potrzeb i ideałów klasy robotniczej w Polsce i organizacją polityczną tej klasy, dążąc do wyzwolenia całego ludu z niewoli ekonomicznej, politycznej i narodowej, stawia sobie za cel zasadnicze przekształcenie ustroju społecznego, oparcie społeczeństwa na nowych – socjalistycznych – podstawach, w dziedzinie zaś narodowej „zniesienie wszelkiego ucisku narodowego, zjednoczenie Polski”. Dalej zaś znajdujemy stwierdzenie: „dlatego też PPS, stawiając sobie za cel republikę demokratyczną, łączy ten cel z niepodległością, walczy o niepodległą Republikę Demokratyczną i Ludową”.

Równie wyraźnie i silnie sprawa niepodległości całego zjednoczonego narodu polskiego stawianą była od samego początku przez Polską Partię Socjalno-Demokratyczną Galicji i Śląska (PPSD).

Już na pierwszym ogólnoaustriackim zjeździe socjalistów w Hainfeidzie w r. 1889 socjaliści polscy z Galicji przyłączyli się wprawdzie do nowo powstałej Robotniczej Party Socjalno-Demokratycznej w Austrii, lecz oświadczyli równocześnie, że nie czują się przez to w żaden sposób skrępowani w swym dążeniu do połączenia się z socjalistami polskimi z innych zaborów, ani też w swym dążeniu do odzyskania niepodległości narodowej.

W dziesięć lat później na ogólnym Kongresie socjalistów austriackich w Brnie w 1899 r., przy sposobności uchwalania tak zwanego Programu narodowościowego, który przewidywał przebudowę monarchii Habsburgów na demokratyczne narodowościowe państwo związkowe, składające się z autonomicznych terytoriów poszczególnych narodów zamieszkujących to państwo, delegacja polska złożyła deklarację, w której powiedziano: „polscy socjalni demokraci niezmordowanie dążą do tego, aby w przyszłości naród polski należał do ogólnej rodziny narodów jako wolny i zjednoczony”.

Warto przy tej sposobności przypomnieć, że socjaliści czescy złoży równocześnie (w r. 1899) deklarację, w której oświadczyli, że stojąc na gruncie praw żywych narodów, odrzucają wszelkie prawa historyczne; mieli na myśli osławione „historyczne czeskie prawo państwowe”, którego rodowód, sięgający wstecz poza rok 1335, wywodzi się od średniowiecznych stosunków dynastycznych i lennych, a na podstawie którego młodziutka, bo dopiero 28 października 1918 roku narodzona demokratyczna republika czesko-słowacka nie może rościć sobie żadnych praw do panowania nad polskim Śląskiem lub niemiecką częścią Czech i Moraw, nie mówiąc już o Słowacji i innych nie-czeskich krajach.

Ważniejszą jednak od pisanych programów była cała działalność socjalistów polskich, dążąca wytrwale i nieugięcie do wywalczenia ludowi polskiemu nie tylko praw ludzkich i obywatelskich, ale także narodowej wolności, niepodległości i zjednoczenia. Żadne prześladowani, niszczenie egzystencji, więzienia, ni katorga, ni Sybir, ani nawet szubienice nie potrafiły odstraszyć bojowników proletariatu polskiego, ani złamać ich ofiarnej energii. Stanisław Kunicki, Bardowski. Pietrusiński, Ossowski, Okrzeja, Montwiłł i tylu, tylu innych ginęli na carskich szubienicach z okrzykiem: „Niech żyje socjalizm! Niech żyje Polska!”. Z tym samym okrzykiem na ustach szli w bój z caratem w czasie rewolucji 1905 i 1906 roku robotnicy polscy w byłym Królestwie Polskim, to samo hasło zagrzewało robotników i młodzież socjalistyczną w Galicji i na Śląsku, gdy organizowano Związek Strzelecki, a następnie Legiony Polskie do walki o Niepodległą Polskę.

A co wcisnęło broń do ręki w styczniu 1918 roku górnikom karwińskim i hutnikom trzynieckim, by odeprzeć bohatersko a skutecznie zbrodniczy najazd Czechów na Śląsk Cieszyński, co wywołało powstanie Górnoślązaków przeciwko hordom krzyżackiego Grenzschutzu? Tęsknota do zjednoczenia się z odradzającą się Ojczyzną, tęsknota naturalna dzieci do połączenia się z Macierzą! Ale tęsknotę tę rozbudziło i wzmocniło uświadomienie klasowe, spotęgowała ją zaś i ujawniła dopiero łączność organizacyjna i ideowa z polskim socjalizmem.

A kiedy z pożogi i oparów krwi wielkiej wojny powstała Wolna i Niepodległa Polska, zebrał się w Krakowie zjazd ogromny około 500 delegatów socjalistów z całej Polski, aby utworzyć już jedną wspólną zjednoczoną (z PPS i PPSD) Polską Partię Socjalistyczną, której naczelnym, najważniejszym i najpilniejszym zadaniem jest w myśl uchwalonego na tym zjeździe programu: utrwalić i ugruntować niepodległość, dokonać dzieła zjednoczenia całkowicie rozdartej ongiś Polski.

***

Zapytajmy teraz, czy takie stanowisko PPS zgodne jest z wyznawaną równocześnie przez nią międzynarodową solidarnością? Bo samo powoływanie się na to, że Marks, Engels i inni koryfeusze socjalizmu stanowisko to podzielają, jeszcze niczego nie dowodzi, a może być co najwyżej wymówką, mającą nas ratować z kłopotu.

Na samym początku, kiedy ruch robotniczy był w powijakach, a robotnik, zupełnie jeszcze nieuświadomiony, nie rozumiał ani swego położenia, ani interesu klasowego, kiedy w warsztatach, fabrykach i kopalniach czas pracy trwał po 12 do 16 godzin na dobę, a traktowanie „wolnego najmity” gorszym było, aniżeli niewolników, wówczas trudno było wzywać robotników do walki o niepodległość narodu. Robotnik ciemny, głodny i nagi, ogłupiały z nadmiernego przemęczenia, nieczuły był w swej masie na nic, co nie dotyczyło bezpośrednio polepszenia jego ciężkiej doli. Nie zrozumiałby on nawet takiego wezwania. Musiano więc zrazu w agitacji uwzględniać sprawy i hasła najprostsze i najbardziej dostępne masie robotniczej. W miarę jednakowoż, jak ruch robotniczy rósł i wzmacniał się, a masa robotnicza przychodziła do poznaniu i zrozumienia swego stanowiska klasowego i swej siły, gdy obok najprymitywniejszych żądań polepszenia bytu klasy robotniczej zaczęto wykuwać żądania trwałych ustawowych reform socjalnych w dziedzinie ochrony robotniczej, szkolnictwa itp., a dla ich zdobycia lub zabezpieczenia już zdobytych ulg i reform okazała się konieczność wywalczenia dla klasy robotniczej praw politycznych, samorządu, demokracji, w miarę tego znikał z ruchu proletariackiego polskiego dawny, przez Bakunina głoszony „kosmopolityzm”. Twierdził on, że dla proletariatu, który jest międzynarodowym, jak międzynarodowym jest kapitał, obojętne jest terytorialne ukształtowanie państw. Bakunizm zbankrutował, a miejsce jego zajęło z żywiołową swą świadome i celowe dążenie do uzyskania niepodległości narodowej. Dlaczego? Oto dlatego, że bez demokracji, bez udziału klasy robotnicze w rządach zarówno w państwie, jak i w samorządzie lokalnym, bez prawa wykonywania ze strony robotników kontroli nad dochodami i wydatkami państwa, kraju i gminy, jako też nad wykonywaniem ustaw przez urzędników, nie może być mowy o zdobyciu trwałym, drogą ustawową, najkonieczniejszych reform socjalnych i szkolnych itp. i o ich dotrzymywaniu. Toteż żądanie wprowadzenia powszechnego głosowania i zdemokratyzowania całego życia publicznego w państwie, w kraju i w gminie jest najważniejszą częścią wszystkich programów socjalistycznych. Ale doświadczenie nas nauczyło, że nigdzie na świecie urzeczywistnienie tego podstawowego żądania demokracji i postępu nie napotykało na tyle tak nieprzezwyciężonych trudności, jak w Polsce pod rządami obcych najeźdźców. Tylko w Galicji i na Śląsku Cieszyńskim w ostatnich latach panowania Austriaków udało się nam częściowo przełamać opór rządu i klas panujących, uzyskaliśmy w roku 1907 powszechne i równe prawo wyborcze do centralnego parlamentu wiedeńskiego. Lecz było ono tylko względnie równym, o tyle, że wszystkie głosy w tym samym okręgu wyborczym miały jednakową wartość, ale okręgi nie były równe: gdy w okręgach zamieszkałych przez polskich lub ruskich robotników i chłopów wypada jeden poseł na 20 do 50 tysięcy głosujących „równouprawnionych” obywateli, to w okręgach niemiecko-burżuazyjnych już 2500 lub 3000 wyborców wybierało sobie własnego posła. W ten sposób 9 milionów Niemców w Austrii miało w wiedeńskiej izbie posłów tyleż głosów i władzy, co 20 milionów wyborców sześciu innych narodowości austriackich. W Niemczech było jeszcze gorzej, tam Polakom wprost odmawiano prawa wybierania własnych posłów. W Rosji zaś po wyborach do pierwszej dumy bez ceremonii okrojono ilość mandatów tak, że odtąd robotnicy polscy nie mogli zdobyć ani jednego mandatu. Samorządu ziemskiego, który od dawna istniał w krajach rdzennie rosyjskich, w Królestwie Polskim w ogóle nie zaprowadzono, miasta polskie wydano w całości na łup złodziejskich czynowników carskich, ludowi wiejskiemu pozostawiono tylko z konieczności pozory samorządu.

fot. Remigiusz Okraska

 

Ale bądźmy sprawiedliwi i przyznajmy, że Moskale, Prusacy i Austriacy musieli tak postępować w obronie własnych interesów. Nie ulega bowiem wątpliwość iż ludność polska, uzyskawszy prawo rządzenia sama sobą, w pierwszym rzędzie byłaby wyrzuciła obcych urzędników, byłaby się zabrała do wzmocnienia rodzimego przemysłu i szkolnictwa narodowego i byłaby skorzystała z uzyskanej swobody, aby prędzej czy później zrzucić obce jarzmo, tak, jak to się w części działo w Galicji. Widzimy więc, że rządy demokratyczne nie dadzą się pogodzić z panowaniem najeźdźców. Z tego wynika, że niezbędną częścią składową demokracji jest niepodległość narodowa; nie może być bowiem mowy o demokracji tam, gdzie panują ucisk i niewola narodowa. W interesie każdego najeźdźcy – wszystko jedno, czy to jest Moskal, Niemiec czy Czech – jest skrępowanie rozwoju gospodarczego, oświatowego i politycznego narodu ujarzmionego Przeciwnie zaś, prawdziwie demokratycznym może być tylko naród oświecony, wolny i niepodległy, który sam również nikogo nie uciska ani nad nikim nie panuje.

Rozwijający się kapitalizm państw najezdniczych rozbudził w masach robotniczych i chłopskich polskich, wraz ze świadomością klasową i demokratyczną, także świadomość narodową. Pod szponami kapitalizmu obcego i swojskiego uświadomił sobie proletariusz polski, że jest człowiekiem, dziś i jutro może jeszcze cierpiącym i wyzyskiwanym, ale mającym pewne prawa obywatelskie. W tym samym procesie duchowym uświadomił sobie dość rychło, że ma także pewne prawa narodowościowe. Od tej świadomości do postanowienia walczenia o te prawa był już krok tylko jeden, gdy siła i klasowy charakter polskiego ruchu socjalistycznego i zarazem demokratycznego były już o tyle dojrzałe i świadome swoich dróg celów, że wyrazy „Ojczyzna” i „Niepodległość” nie tylko przestały być dlań wstrętnym straszakiem, lecz stały się częścią tej świadomości. Od tej chwili stały się one programem naszym i hasłem bojowym, ukochanym, dla którego nie poświęciliśmy nigdy i nie poświęcimy naszych ideałów socjalistycznych, ale poświęcamy pracę, siły, pieniądze i życie… Dlatego to z pogardą i politowaniem odrzucamy bez odpowiedzi podstępne i ciasne pytanie: Czy zdążacie przez niepodległą Polskę do socjalizmu, czy też przez socjalizm do niepodległej Polski? Walczymy równocześnie i z równym zapałem o niepodległą Polskę i o socjalizm, albowiem nie ma i być nie może na polskiej ziem wolności, demokratyzmu ani socjalizmu bez niepodległości, albowiem Niepodległa Polska jest jedną ze stron i polskiego i międzynarodowego ideału socjalistycznego i to jedną z najważniejszych.

Niestety utrudniały zrazu ruchowi socjalistycznemu w Polsce „unarodowienie się” – jeżeli to tak nazwać wypada – burżuazja, szlachta i urzędnikieria polska, które nie wahały się każde, choćby najskromniejsze żądanie podwyższenia zarobków lub skrócenia czasu pracy, a zwłaszcza wszelkie żądanie reform demokratycznych, piętnować, jako czyn wysoce „niepatriotyczny”, używając natychmiast przeciwko „zbuntowanym” robotnikom pomocy carskich, pruskich i austriackich żandarmów i prokuratorów. Z drugiej jednak strony codzienne doświadczenia, że rządy najezdnicze utrudniały lub wręcz uniemożliwiały robotnikom organizowanie się i nieraz z góry nie pozwalały przedsiębiorcom na żadne ustępstwa na ich korzyść, umacniało klasę robotniczą w tym przeświadczeniu, że walka z najazdem jest tak samo dla niej ważną, a może nawet pilniejszą, aniżeli walka z wyzyskiwaczami. Jednym słowem robotnicy zrozumieli, że Polska niepodległa jest koniecznym warunkiem swobodnego rozwoju ich klasy. Ruch rewolucyjny narodowy zyskał w ten sposób w ruchu robotniczym socjalistycznym potężnego i pożądanego sojusznika. Dlatego mogliśmy zauważać, że – zwłaszcza pod naborem rosyjskim – socjaliści cieszyli się długo uznaniem i poparciem szczerych patriotów spośród burżuazji – dążących do rewolucji narodowej.

Znamienną jest niezmiernie rzeczą; iż stosunek ten pogorszył się, aż w końcu zepsuł się na dobre, właśnie wtedy, gdy socjaliści polscy wyraźnie wywiesili sztandar walk o niepodległość narodową, a burżuazja polska przestała marzyć o rewolucji narodowej. Nas to nie zadziwia, nie boli ani nie oburza. Stwierdzamy natomiast z dumą, że zasługą polskiego socjalizmu nie tylko wobec polskiej klasy robotniczej, ale wobec całego narodu polskiego i wobec całej międzynarodówki socjalistycznej, pozostanie na zawsze to, iż dokonał on wielkiej i płodnej syntezy, łącząc ideały patriotyzmu z ideałami socjalizmu. Że stworzył nowe pojęcie, tyle razy przez swoich niestety i przez cudzych wyszydzanego: socjalisty-patrioty.

Do istoty kapitalizmu należy, że jest on zawsze zaborczym. Dąży on do coraz większego rozszerzenia kręgu swoich poddanych przez to, że coraz szersze warstwy dawniej samodzielnych przedsiębiorców przemysłowych i drobnych chłopów wywłaszcza z środków produkcji, zakuwając ich, jako robotników najemnych, oficjalistów albo dłużników, w bezpośrednią lub pośrednią zależność od kapitalistów, a równocześnie i przez to, że usiłuje jak najbardziej rozszerzyć koło swoich odbiorców. Kapitalizm, aby mógł się rozwijać, spełnić swoją rolę dziejową – czyli aby mógł przygotować dane społeczeństwo pod względem rozwoju ekonomicznego, to jest względem rozwoju techniki przemysłowej i handlowej ich organizacji za pomocą karteli i trustów, przy równoczesnym sproletaryzowaniu przeważającej większości danego społeczeństwa, oraz podniesieniu stopnia oświaty i kultury w masie narodu, musi mieć, jako naturalną podstawę operacyjną (to jest jako punkt wyjścia, oparcia się, czerpania nowych sił do obrony lub dalszych zaczepnych działań), im szerszą, tym lepiej oczywiście, własny silny rząd narodowy, własny rynek wewnętrzny, oparkaniony cłami handel protegowany przez rząd i przezeń na zewnątrz reprezentowany, a w razie potrzeby lasem bagnetów osłaniany i rozszerzany. Naturalną tedy tendencją rozwoju ekonomicznego jest wytworzenie państw wewnętrznie spoistych i silnych, z dobrą administracją, ładem i spokojem, wolnych od wszelkich tarć wewnętrznych, aby zaspokoić potrzebę kapitalizmu posiadania wolnych i zjednoczonych państw narodowych. Nie jest to wynikiem żadnej przypadkowości, że właśnie w dobie rozkwitu kapitalistycznego powstały państwa narodowe Anglii, Francji, Niemiec, Włoch itd. i że właśnie w tych państwach narodowych kapitalizm doszedł do najwyższych szczytów swej potęgi. Dlatego też nie jest zaprzeczeniem teorii materializmu w dziejach, lecz jest raczej jej potwierdzeniem, zjawisko, iż dawne prowincje Austrii – Wenecja i Lombardia – po wiekach należenia do niej, właśnie w tej dobie oderwały się od monarchii Habsburgów, aby się przyłączyć do swej macierzy, do zjednoczonych Włoch. Dopiero od tej doby Wenecja i Lombardia zakwitły na nowo, a Włochy stały się państwem nowoczesnym, na wskroś kapitalistycznym i zaborczo imperialistycznym. Naturalną tedy i zgodną zupełnie z zasadami naukowego socjalizmu jest nie tylko dążność do utworzenia państw jednolitych pod względem narodowym, do zgromadzenia w jednym państwie narodowym wszystkich współplemieńców, lecz także wynikająca z tego założenia chęć wynarodowienia innoplemieńców, którzy by się w takim państwie znaleźli. Z tego wynika jednakowoż jeszcze dalsza konsekwencja, że nie leży w interesie kapitalistów wzmacniać rynek wewnętrzny, bo to podnosi stopę życiową ludu i podnosi płace zarobkowe. Dlatego kapitaliści w każdym kraju są wrogami ruchu robotniczego u siebie w domu, a natomiast tęsknią i dążą do podbojów, do zagarnięć cudzych krajów, które by im dostarczały tanich materiałów surowych, a równocześnie zabezpieczały im wolny od zagranicznej konkurencji rynek zbytu dla ich własnych towarów. Dlatego to niemieccy kapitaliści w Austrii z takim uporem sprzeciwiali się najpierw przez sto lat uprzemysłowieniu, a następnie wyodrębnieniu Galicji, chociaż wyodrębnienie takie pożądanym było dla panowania Niemców nad Czechami i resztą ludów austriackich.

Tak wyglądają w świetle prawdy tajemnicze źródła, z których bije miłość ojczyzny, patriotyzm gorący i ofiarny burżuazji, krzepiący i zasilający jej apetyty imperialistyczne i aneksjonistyczne… Jeżeli jakaś siła zewnętrzna – np. najazd obcy, jak to było w Polsce – zamąci kryształową toń owych źródeł, wówczas muszą się wydobywać z nich wstrętne opary targowicy, trójzaborowej lojalności narodowo-demokratycznego moskalofilizmu albo organicznego wcielania się w panslawizm lub we wszechruskij-sowieckij komunizm. Nie przeczymy, że mogą istnieć też dla działań patriotycznych inne pobudki idealnej, uczuciowej natury, lecz istnieją one zawsze tylko u jednostek, u bohaterów, nigdy u klas, i nie mogą odegrać wielkiej roli. Względy natury ekonomicznej, materialnej, są silniejsze od ideałów – one tylko rządzą losami świata.

Burżuazja polska nie spełniła niestety swego historycznego zadania, nie zbudowała w swoim czasie niepodległego państwa polskiego. Przeszkodziły jej w tym własny niedorozwój i przemoc zaborczych sąsiadów. Skutkiem tego opóźnił się o znaczny etap rozwój całego naszego życia społecznego, a tym samym opóźnił się w Polsce rozwój klasy robotniczej, która w dobie dokonywującego się przełomu nie jest ani tak liczną w stosunku do reszty społeczeństwa, ani wewnętrznie tak przygotowaną do uskutecznienia już teraz rewolucji socjalnej, jak u naszych sąsiadów niemieckich lub czeskich, chociaż – to musimy stwierdzić – i tam jeszcze nie wybiła godzina socjalizmu. Ale zadanie tworzenia jednolitego państwa narodowego polskiego, zupełnie niepodległego i zjednoczonego ze wszystkich części narodu polskiego, musi być spełnione, tak samo dokonanymi muszą być inne zadania. Spełnienie tego zadania pozostawiły pokolenia poprzednie nam i w pierwszym rzędzie klasie robotniczej. Klasa robotnicza polska stała się spadkobierczynią ideałów i celów dawniejszych warstw pokoleń rewolucyjnych, więc i walkę o niepodległość od nich przejęła. Zanim pójdziemy dalej na drodze do socjalizmu, który uważamy jako wynik musowego, nieodzownie koniecznego rozwoju ekonomicznego w pewnym określonym kierunku, musimy ten dług spłacić, którego sami nie zaciągnęliśmy, musimy odbudować Polskę wolną, niepodległą, zjednoczoną.

Więc nie jest to objaw żadnego wykpiwanego „socjal-patriotyzmu”, lecz naturalny wynik stosunków, mus dziejowy, że o zjednoczenie z niepodległą Polską, która powstała nareszcie z oparów krwi wojny światowej, Śląska Cieszyńskiego i Górnego, Spisza i Orawy, Lwowa i Wilna i zagłębia naftowego borysławskiego oraz reszty ziem polskich, walczyli i walczą w pierwszym szeregu robotnicy socjalistyczni i że w Legionach Polskich” większość, większość świadomą, stanowili robotnicy i inteligencja socjalistyczna, że twórcą tych bohaterskich Legionów nie był nikt inny tylko socjalista, założyciel, długoletni wódz i bojownik Polskiej Partii Socjalistycznej, pierwszy naczelnik Wolnej, Niepodległej Rzeczypospolitej Polskiej – Józef Piłsudski.

Tadeusz Reger

Powyższy tekst Tadeusza Regera to cała broszura, wydana nakładem redakcji tygodnika „Prawo Ludu”, Kraków 1919. Od tamtej pory nie była wznawiana, poprawiono pisownię według obecnych reguł.

Wielki Wielki Post

Wielki Wielki Post

„Odmłodzi się społeczeństwo”. „No żal, ale przecież gospodarka”. „Ten wirus już z nami będzie i musimy się nauczyć z nim żyć”. „Ofiara przyczyni się do polepszenia gene pool”. „Choroby współistniejące, trudno”. To tylko przygarść haseł, pierwszych z brzegu, jakie pojawiają się w związku z epidemią. Może nie z tak wielką intensywnością jak inne rzeczy pojawiały się wcześniej, które oswajały rzeczy nie do przyjęcia: niedożywione dzieci, bezdomność, przejmowanie miast przez deweloperkę. Ale jednak teraz także pojawia się ten typowy dla neoliberalnego kapitalizmu trend – próba normalizacji tego, co głęboko, bulwersująco, odrażająco anormalne.

Ta próba jest wybitnie desperacka, choć widziałam już grubą desperację. W czasie 6 lat, gdy mieszkałam w Sheffield, miasto zapełniało się bezdomnymi. Początkowo ludzie mobilizowali się, by im pomóc. Potem stopniowo sytuacja się normalizowała. Służby porządkowe likwidowały ich miasteczka namiotowe, żeby nie obniżać wartości gruntu i sąsiednich nieruchomości. Ale oni sami byli coraz mocniej obecni, często po dwie osoby wokół każdego bankomatu, przy każdym sklepie. Kiedyś, dawno temu, na ulicach miast pomieszkiwali kloszardzi (raczej na ulicach miast, gdzie jest cieplej niż w Sheffield), z różnych powodów, czasami dlatego, że tak sami chcieli. Teraz jest całkiem inaczej. Wiem, bo rozmawiałam z sheffieldzkimi bezdomnymi. Dan pomieszkiwał po różnych schroniskach, ale ponieważ są one tak zorganizowane, że trzeba wciąż od nowa starać się o miejsce, nie można mieć psa, nie można mieszkać z narzeczoną ani nawet z żoną, ta możliwość jest mocno ograniczona. Dave spędzał dni czytając książkę w przejściu podziemnym i zbierając monety do pudełka. Noc po nocy odprawiano go z kwitkiem ze schroniska. Mówiono, że są bardziej potrzebujący: kobiety, także w ciąży, a on jest młody i silny i radzą mu znalezienie zadaszonego przystanku. Deb i Dylan to młoda para, która szczęśliwie dla siebie znalazła ściśle tajne miejsce (stary magazyn) do nocowania. Stracili mieszkanie, gdy umarł ojciec Dylana, z którym mieszkali. Mieszkanie po prostu zabrano, a jako że nie mieli środków na nowe miejsce pobytu, zabrano również wszystkie ich rzeczy.

Jeszcze kilka lat wcześniej takie traktowanie ludzi budziło spontaniczne akcje i protesty. Jednak ludzie zaczęli powoli normalizować te ludzkie losy poprzez różne wytłumaczenia. Na przykład, że to dlatego, iż bezdomni piją. Tak, ci ludzie piją. Bo jest cieplej. Bo jest przez chwilę mniej beznadziejnie. Bo jest wtedy o czym rozmawiać z innymi. Społeczność zaczęła tłumaczyć sobie, że to przez to że psychicznie chorzy. Ale jeśli są chorzy, to, do cholery, tym bardziej nie powinni być na ulicy. Tak czy owak, ludzie próbują tłumaczyć. Teraz też próbują, ale już wyłącznie poprzez głośne wyrzeczenie się chęci do życia. Akceptacja przez otwarty nihilizm. Czarnia dziura w środku serca.

To jest druga strona tego pociągu dziejów, o którym pisałam kilka miesięcy temu – to telepiące się wagoniki. Pisałam o jadących na lokomotywie zwycięzcach, którzy głoszą, jak będzie, definiują naszą przyszłość – nie dlatego, że umieją ja proroczo lub naukowo przewidzieć, ale dlatego, że wiedzą, dokąd zmierza unosząca ich dynamika. Niezależnie od tego, jak bardzo jest szkodliwa dla planety, dla najbliższych, dla znajomych, dla nieznanych im ludzi, jak bardzo jadowita dla duszy, niszcząca dla jakiejkolwiek radości życia – oni głoszą, że tak będzie i że trzeba się do tego dostosować, bo tak im wygodnie. Bo koniec dziecinady. Bo teraz dojrzałość. Gotowi są walić tą „dojrzałością” w twarz wszystkim, którzy nie chcą się na nią zgodzić, bij zabij, pora przecież zaakceptować. Dla podróżnych w wagonikach „zadaszony przystanek”, a dla nich? Szmal, władza, sukcesy. A przecież dojrzałość nie polega na tym, że poświęca się swoje odczucia i preferencje dla celów ludzi z władzą. Ani dla kariery. Ani dla szmalu. Dojrzałość polega na tym, że poświęca się swoje odczucia i preferencje dla ważnych wartości, które się wyznaje. Jeźdźcy lokomotywy neoliberalizmu nie wyznają żadnych wartości. To wyznawcy radykalnego nihilizmu.

Skąd więc to absolutne oddanie pędzącej w przepaść lokomotywie, skąd determinacja, by zniszczyć i splugawić wszystko, co w nich i w nas ludzkie i kruche? Myślę, że pewnie z nadmiaru ambicji i niedostatku dyscypliny, z chciwości, z braku empatii, z niedojrzałości. Ale nie o tym powinnam tu pisać. Jako naukowczyni od zarządzania powinnam raczej skierować moją uwagę na powtarzające się wzorce, systemy – kontekst. Jest to kontekst zarazem ciekawy, jak i mroczny. Bo w nim wyraźnie czegoś brakuje. To naprawdę jest tak, jakby ludzie na ogół nie wierzyli w istnienie alternatywy, od kilkudziesięciu lat, jakby – mimo wszystko – sentencja premier Thatcher, że there is no alternative – była klątwą z nieodwołalną mocą działania. Gdy czyta się historyczne teksty z czasów plag, epidemii, wojen, nawet ostatniej wielkiej wojny światowej – na ogół było w systemie jakieś przeświadczenie, że to stan przejściowy. Bo potem przyjdzie zbawienie, będzie niebo, będzie Sąd Ostateczny, będzie koniec wojny. W czasie II wojny światowej w niezmienność hitlerowskiego ładu wierzyli chyba tylko naziści i folksdojcze. Inni, nawet jeśli śmiertelnie się bali, że tego się nie da odkręcić, że ta wojna zniszczy świat, nie przyjmowali do wiadomości, że to tak ma być.

A teraz? Co straciliśmy, czego nam brak, co powinno być tam, gdzie jest w sercu wielka czarna dziura? Indywidualnie – pewnie jakieś poczucie ciepła. Ale nie powinnam o tym pisać jako naukowczyni od zarządzania. Powinnam zająć się tym, co na poziomie wyżej, w kontekście, w systemie wokół. Tam też czegoś brakuje, co tworzyło kiedyś ciepło, a teraz łączy ze sobą te czarne dziury – to, co w statystykach wygląda jak wielka postępująca pandemia depresji, jak czarna śmierć ludzkich wartości, jak systemowa niedojrzałość przejawiająca się eksplozją socjopatii w strukturach społecznych i na stanowiskach przywódczych. Dziennikarz Johann Hari tropi te trendy jeżdżąc po świecie, przeprowadza wywiady z fachowcami, szuka w literaturze naukowej. I znajduje wspólny mianownik, wyrażony w tytule jego książki: utracone więzi, lost connections. Czujemy się tak bardzo źle, bo, jako ludzkość, jesteśmy bardzo chorzy. Jesteśmy oderwani od sensownej pracy, od innych ludzi, od sensownych wartości, od świata natury, od nadziei na dobrą przyszłość. Staliśmy się wolni tak jak wolne są drobiny pyłu w kosmosie. W kosmosie nie ma życia; nic dziwnego, że cierpimy – tak się żyć nie da.

Brytyjski socjolog Guy Standing opisuje od już dość dawna nową, wyłaniającą się klasę społeczną, potencjalnie groźną dla ładu społecznego, afirmującego swoją nieuchronność. Nazwał ją prekariatem. To ludzie bez stałego zatrudnienia, bez zabezpieczenia socjalnego, bez możliwości stabilizacji na tymczasowych kontraktach, tak zwanych śmieciówkach, pracownicy sezonowi, bez żadnej gwarancji, jaką dawało kiedyś – i nadal daje mniej licznym pracownikom stałym – zatrudnienie. W odróżnieniu od tradycyjnego proletariatu ta klasa nie ma jednak zbyt oczywistych dróg do samo-organizacji – jest rozproszona, często przeładowana obowiązkami i bez przestrzeni na poszukiwane kontaktu z innymi w podobnej sytuacji i organizowanie się. Co gorsza, politycy odwołujący się do niej nie umieją jej połączyć i wydobyć z nich tej wywrotowej siły, o jakiej pisze Standing. Holenderski profesor zarządzania Hugo Letiche przypuszcza, że dzieje się tak, ponieważ politycy odwołują się do zbiorowości niemających ze sobą związków solidarności, bo to, co oni na ogół nazywają prekariatem, to zarówno pozbawieni jakiejkolwiek kontroli nad swoją pracą i życiem biedacy rodem z filmu Kena Loacha „Sorry we missed you”, jak i zadowoleni z siebie, zamożni wolnozawodowcy bez zatrudnienia, którym nie chce się płacić do wspólnej puli świadczeń społecznych i wolą bujać się na projektach, wiecznych chałturach bardzo często na szaro lub wręcz na czarno. Ich nieszablonowo ufryzowane czachy dymią frazesami, gdy wlewają w siebie kolejne modne płyny w drogich kawiarniach i pogardzają nami wszystkimi pozostałymi, pozbawionymi szyku i humoru. Dopóki ktoś nie wymyśli sposobu na wytrząśnięcie tych Piotrusiów Panów rynku pracy ze zbioru zwanego prekariatem, nie można marzyć o wytworzeniu się więzi solidarności – oni wszystkie je natychmiast wysadzą.

Z kolei tradycyjne grupy oferujące więzi mają problemy w dostosowaniu się do różnorodności i złożoności naszych czasów, więc często starają się je sztucznie wypreparować, inność wyprosić, odciąć, konstytucyjnie zakuć w kajdany. To nie szkodzi, że mamy nowoczesną medycynę – kobiety mają być zdane na łaskę i niełaskę natury i zabobonne brednie jak 500 lat temu. To nieważne, że ludzie są różni: bi-, hetero- homoseksualni. Będziemy udawać, że normalna rodzina to chłopak i dziewczyna. Co tam, że współczesna Europa to strumienie migracji i podróżników, często składające się zresztą z Polaków. Będziemy wrzeszczeć Polska dla Polaków (nie mając bynajmniej na myśli polskich Tatarów ani Polaków-Żydów – tylko jakiś fantazmatyczny naród, którego w tym kraju nigdy nie było, chyba że za czasów Króla Popiela, który jednakowoż nie wsławił się zbyt wielką roztropnością). Nieistotne, że duchowość jest wrażliwością i że ekumenizm, o czym nawet pięknie mówi katolicki papież. Będziemy dukać te same martwe formułki, bez przekonania, bez wiary, krztusić się nimi nawet bez przestrzegania ich we własnym życiu i doznawać agonii na myśl o pomniku przysłoniętym flagą, nie unosząc nawet jednej brwi, gdy publicznie pomiata się dzieciakiem w szkole za to, że jest zbyt mało „męskie”. To są przykłady zjawiska, które socjolog Zygmunt Bauman określał mianem retrotopii – sztuczne i pozbawione wyobraźni i rozwagi wtłaczanie złożonego świata w proste rozwiązania, których czas minął. Tymczasem nie da się cofnąć czasu. Łatwiej polecieć na Księżyc, niż cofnąć czas (w razie potrzeby można też wysłać na Księżyc tych którzy nam czas próbują cofać). Ale te obłędne próby, często podbudowane przemocą państwową i biznesową, nie są szaleństwem ani brakiem „edukacji” czy „kultury”, bo są zbyt globalnie powszechne, to są obecnie prawdziwe megatrendy. To zjawisko systemowe, odpowiedź na utracone więzi. To desperacka próba wymuszenia więzi tam, gdzie kiedyś były, gdzie być powinny, a jest ich coraz mniej (również dlatego, że przywołuje się je przemocą).

Francuski filozof Edgar Morin podpowiada w swojej najnowszej książce, „Changeons de Voie” – wirus zajął miejsce tych nieistniejących więzi. Wypełnił puste miejsca. Zmroził strachem, bezradnością instytucji społecznych, niekompetencją polityki, morderczą agresją wielkiego kapitału, który na tym nieszczęściu skorzystał, beznadziejnością losu drobnych firm, rzemieślników, totalną bezsilnością pracowników i bieda-prekariuszy. Rozlał się jak płyn kontrastowy po organizmie świata. Teraz widać, czego nam brak, wystarczy prześledzić te tropy i wyciągnąć z nich naukę.

Po to, by zmienić, póki jeszcze czas, póki jeszcze żyjemy. Nie po to, by przyzwyczajać się do śmierci ludzkości i całej planety. To byłby ostateczny krok w mroki czarnej dziury. Oczywiście, że możemy to zrobić, to nawet jest prawdopodobne. Ale możliwe też, że tego nie zrobimy. Morin radzi pobieranie lekcji od wirusa, uważne przyglądanie się temu, co on wypełnia, co ujawnia. Nie indywidualnie, lecz politycznie. Ja dodam, że można także organizacyjne. Organizujmy się przeciwko śmierci, nie z nią, nie dla niej. To nie jest stan do kolejnego znormalizowania, ale naprawdę wielki Wielki Post. Nie wmawiajmy sobie, że jest inaczej, nie róbmy z siebie samych idiotów. Nic nie zastąpi obrony magisterskiej twarzą w twarz, czekoladek w dziekanacie, uczniów na szkolnej dyskotece, uścisku dłoni, twarzy przy twarzy drugiego człowieka, żywego teatru, koncertu rocka. To nie znaczy, że musimy to robić za cenę śmierci tysięcy, milionów ludzi. Nośmy maseczki, uczmy zdalnie, zachowujmy dystans. Ale nie wmawiajmy sobie, że tak ma być, że tak musi być, że przyszłość i przetrwają tylko ci, którzy to znormalizują lub zapłacą miliardy za odłączenie się od losu ludzkości. To nie jest normalność i nigdy nie będzie. To wielki, bardzo wielki post, który, jak każdy post, polega na wyrzeczeniu się tego, co najlepsze. Tak, cierpienie jest wartością, zapomnieliśmy o tym, ale jest tak, w wielu religiach i nie tylko. Tak, cierpliwość jest cnotą. Nie pamiętamy o tym, ale łatwo to sobie przypomnieć, gdy stoimy samotni i cholernie smutni pod znów zamknięta kawiarnią po kawę na wynos. Nie, jaruzelski wyrób czekoladopodobny nigdy czekolady nie zastąpił – wręcz przeciwnie – każdy z nim kontakt wzmagał jeszcze bardziej pragnienie czekolady.

A więc post. Ale co będzie dalej? Wszak pości się nie po to by zrobić sobie przerwę i wrócić po więcej tego samego, tylko (w teorii) po to, by się nauczyć i zreflektować. Żeby potem żyć lepiej.

prof. Monika Kostera

Autorem grafiki w nagłówku tekstu jest Javier Muñoz.

Koniec liberalnego świata

Drogie liberałki i szanowni postępowcy – odłóżcie szampana. Wygrana Joe Bidena w wyborach prezydenckich w USA tylko pozornie przypominać może powrót na utarte tory prezydentury Baracka Obamy. Czteroletnia prezydentura Trumpa miała być wzięta w nawias i uznana za niestosowny psikus wyrządzony przez historię naturalnemu porządkowi rzeczy. Ale kolejne cztery lata prawdopodobnie będą w amerykańskiej i światowej polityce bardziej historycznie znaczące niż poprzednie cztery. Przypieczętowany zostanie koniec świata liberalnego.

Jednym z owoców kadencji Bidena będzie powstanie w najsilniejszym państwie świata Zachodu „superestablishmentu” poprzez zrośnięcie się politycznego establishmentu władzy z prywatnym establishmentem cenzury. Platformy technologiczne, media, rząd, instytucje, organizacje pozarządowe, wielkie korporacje, opiniotwórczy intelektualiści, uniwersytety – wszystkie ośrodki władzy grać będą do jednej bramki, odgrywając niewiarygodną scenkę oporu wobec bliskiej faszyzacji. Rosnący sprzeciw wobec superestablishmentu, nie mającego nic wspólnego z politycznym liberalizmem, spowoduje, iż prawicowy populizm zamiast zasłużenie zniknąć, przeżywać będzie renesans.

Joe Biden, w przeciwieństwie do Baracka Obamy i Hillary Clinton, nie jest neoliberałem z przekonań. W swojej pięćdziesięcioletniej karierze politycznej kierował się niemal wyłącznie interesem własnej politycznej przyszłości. Był jako senator w latach 90. współautorem prawicowej ustawy, która doprowadziła do wzrostu liczby osób (szczególnie czarnoskórych) osadzonych w więzieniach. Jako senator ze stanu Delaware (będącego rajem podatkowym) promował interesy sektora finansowego, np. w zakresie niemożności ogłoszenia bankructwa długu studenckiego. Jednak nigdy nie był ideologiem, a pomoc korporacji w finansowaniu własnych kampanii wyborczych traktował transakcyjnie. Pomimo iż wielomilionowe rachunki za leczenie chorego na nowotwór syna niemal doprowadziły rodzinę Bidenów do bankructwa, ten nadal popiera sektor prywatnej służby zdrowia.

W przeciwieństwie jednak do większości polityków Biden nie miałby nic przeciwko prowadzeniu polityki bardziej postępowej – o ile korzyści dla jego kariery byłyby większe niż koszty. Prawa ręka Bidena, Ted Kauffman, nominowany do senatu po objęciu przez Bidena wiceprezydentury, był współautorem projektu ustawy o przywróceniu regulacji Glass-Steagall, czego niestety nie udało się uchwalić. Na tle układającego skład rządu pod dyktando prywatnego banku Baracka Obamy, Biden może się wydawać wręcz neutralnym wyborem.

Zresztą, również lepsza część posunięć zagranicznych Baracka Obamy – umowy z Iranem i Kubą, prawdopodobnie celowe przeciąganie decyzji o ataku na Syrię celem wzmocnienia oporu opinii publicznej wobec interwencji – cieszyła się poparciem Bidena, przy bardziej agresywnej postawie szefów dyplomacji USA.

Dobiegający za kilka lat osiemdziesiątki Biden nie kontroluje jednak procesów, które uruchomiła opozycja względem Donalda Trumpa. Tworzący się superestablishment całkowicie porzucił nawet wyrywkowe traktowanie serio liberalnych wartości. Trump uruchomił w dawniej liberalnej amerykańskiej burżuazji pokłady „religijności” wyrażającej się w świętym oburzeniu wobec „heretyków”. W związku z tym cenzura wypowiedzi Trumpa, jego urzędników i sprzyjających mu gazet przez stacje telewizyjne i media społecznościowe spotkały się nie z oburzeniem wobec ataku na wolność słowa, lecz z wiwatami postliberałów. Nawiasem mówiąc, problem „fake newsów” jest realny i przyczynia się do rozpadu wspólnot. Sposobem na walkę z nim nie jest jednak coraz bardziej prewencyjna cenzura, lecz rozbicie i uregulowanie oligopoli mediów społecznościowych. Należy uniemożliwić sprzedawanie czasu uwagi użytkowników oraz algorytmizowanie ich preferencji.

Amerykańska prawica podczas czteroletniego polowania na czarownice dostanie drugie życie. Niezasłużenie. Kontrolowany przez Partię Republikańską senat będzie się starał torpedować jakiekolwiek progresywne posunięcia Bidena, wpływając na przedłużenie się światowej dekoniunktury. Prawica będzie jednak mogła przedstawić się jako atrakcyjna alternatywa. Jak przewidywano na tych łamach, Trump uzyskał w tych wyborach bezprecedensowo wysokie jak na kandydata prawicy poparcie wśród mniejszości etnicznych. Wszystko dzięki coraz mocniej uwypuklającemu się konfliktowi klasowemu między wykształconą a mniej wykształconą częścią społeczeństwa.

O konflikcie klasowym między górnymi 10-15% najbogatszych (z wyłączeniem multimilionerów i miliarderów) a resztą społeczeństwa pisało w ostatnim czasie wielu autorów. Obyczajowo liberalna burżuazja przeciwstawiana jest klasie ludowej. Konflikt ten ma potencjał ograniczania praw ekonomicznych i obywatelskich klasie ludowej uznanej za „niegodną” pod względem moralnym. W kontekście międzynarodowym warto zauważyć potencjał imperialistyczny takiej narracji. Za oczywiste uznaje się, przykładowo, iż ogólnoświatowe standardy co do właściwego przedstawiania i traktowania osób czarnoskórych wypracowywane są nie na kontynencie afrykańskim, lecz w Stanach Zjednoczonych.

Dawną kolonialną „misję cywilizacyjną” wobec tubylców oraz późniejsze „polityki rozwojowe” pod dyktando technokratów z cywilizacyjnego Centrum, mogą zastąpić sankcje nakładane na kraje i korporacje dowolnie uznane za naruszające imperialny standard w jakimś kulturowym zakresie. Efektem takiej polityki mogłoby być wzmocnienie siły największych ponadnarodowych korporacji, wypracowanie elementów protekcyjnych wobec nich oraz narzędzi dyscyplinowania i unieszkodliwiania potencjalnej nieimperialnej konkurencji.

W istocie test nowego systemu widzieliśmy już podczas głosowania 3 listopada. Równocześnie z wyborami prezydenckimi stan Kalifornia przeprowadził głosowanie nad „propozycją 22”, nadającą prawa kierowcom Ubera i Lyfta. Giganty technologiczne wydały 200 milionów dolarów na kupienie progresywnych organizacji i przedstawienie propozycji jako aktu rasistowskiego i skierowanego przeciw mniejszościom (co jest dokładną odwrotnością samej propozycji). Liberalni Kalifornijczycy zagłosowali zgodnie z umoralniającymi nawoływaniami progresywnych liderów i odrzucili propozycję – co spowodowało wielki oddech ulgi u korporacji. Postliberalne radio NPR nazwało ten rezultat „zwycięstwem sprawiedliwości społecznej”.

Nadejście ery superestablishmentu spowoduje więc ponowne wejście do gry prawicowych populistów, dzięki cenzorskim zapędom postliberałów wiarygodnie przedstawiających się w przebraniu obrońców klasy ludowej. Jednak hegemoniczna ofensywa postliberalnej burżuazji, poza irytującą wyższościową manierą i wzmacnianiem prawicowych ściemniaczy, ma jeszcze jeden istotny minus. Konflikt postliberalnej burżuazji i klasy ludowej zaciemnia kwestię oligarchiczną, to jest istnienie wąziutkiej warstwy beneficjentów hiperakumulacji kapitałowej ze wszystkimi tego zgubnymi skutkami.

Górne 15% społeczeństwa bierze na siebie, chętnie co prawda, odgrywanie roli złych, kierujących się resentymentem autokratów. Sedno sytuacji jest jednak nieco inne. W 2011 roku koncern VW wyemitował telewizyjną reklamę volkswagena passata, która dobrze ilustruje istotę tych relacji. W reklamie kilkuletnie dziecko przebrane za Lorda Vadera z „Gwiezdnych Wojen” próbuje siłą woli przemieszczać przedmioty. W końcu udaje się: VW passat zareagował na komendę małego Vadera. Widz reklamy dowiaduje się, iż wszystko za sprawą mającego kluczyki ojca małego Vadera. Dziecko, niczym postliberalna burżuazja, ma dzięki temu poczucie sprawczości i satysfakcję. W istocie jednak działają tylko te komendy, które aprobuje właściciel. Pozostaje pytanie, czy Amerykanie skupią się na przebranym „Lordzie Vaderze”, czy może zorientują się, kto trzyma kluczyki?

Krzysztof Mroczkowski

O zielony nowy ład – z ludzką twarzą

O zielony nowy ład – z ludzką twarzą

Jeśli transformacja energetyczna ma mieć sens, to musi ona służyć ludziom i klimatowi, a nie zyskom. Jeśli Nowy Zielony Ład ma ocalić ludzkość, to musi on zadziałać w skali globalnej, w sposób zrównoważony i systemowy. Jeśli energetyka węglowa ma być wygaszana, niech odbędzie się to w cywilizowanych warunkach. Nowy Zielony Ład musi się przejawiać w rosnącym dobrostanie ludzkości, a nie w postaci wykresów ekonomicznych.

Wiele jest kwestii z pogranicza energetyki i ekologii, które co dociekliwsi wykorzystują jako argumenty jedni przeciw drugim, ale kiedy na nie popatrzeć i nie oddzielać ekonomii od ekologii, technologii i spraw społecznych, to czasem widać co może się kryć za pięknym hasłem o ochronie klimatu. I nie są to miłe perspektywy.

Dlaczego ekologom powinno zależeć na obronie polskiego górnictwa tak jak górnikom?

Podstawowym problemem, jaki dotknie Polskę w procesie transformacji energetycznej, która już wydaje się przesądzona, niezależnie pod jakimi hasłami przebiegnie, będzie konieczność wygaszenia górnictwa. Tak przynajmniej wynika z celów klimatycznych postawionych przez UE. Wydaje się to dzisiaj dogmatem nie do podważenia i chyba nawet górnicze związki zawodowe przyjęły to wiadomości. Ale nie takie dogmaty obalano, kiedy ktoś podrążył temat. Na pewno jest kilka przesłanek, które każą się zastanowić, czy na pewno trzeba wygaszać polską energetykę węglową tak szybko. Przede wszystkim węgiel nie zniknie z europejskiego miksu energetycznego natychmiast po zamknięciu polskich kopalń. Potrwa to wiele lat i w tym czasie węgiel będzie spalany w polskich i europejskich elektrowniach. Będzie to węgiel spoza Europy. Koszty przyrodnicze i społeczne tego importu są ogromne. Wskazuje je Związek Zawodowy „Przeróbka” w swoim „Manifeście na rzecz sprawiedliwej transformacji energetycznej. Właściwie dość powszechna jest już wiedza, że chodzi o to, aby węgiel był tani, nawet za cenę naruszania praw człowieka, pracownika i dewastacji kolejnych kluczowych obszarów przyrody. Jeśli więc odchodzimy od węgla, niech stanie się to w cywilizowanych warunkach, a takie mimo wszystko jeszcze w polskim górnictwie panują, choć prawie wszystko jest do poprawy. A może ten proces wymaga ściągnięcia cugli, bo likwidatorów chyba konie poniosły.

Do czego ekonomizm sprowadził Nowy Zielony Ład

W powszechnej opinii przyjęła się alternatywa kusząca prostotą: albo klimat, albo węgiel. Podzieliła ona ekologów i górników na dwa przeciwstawne obozy, które mają cele nie do pogodzenia. Ekonomizm Nowego Zielonego Ładu pozostaje tutaj w ukryciu. Wychodzi na jaw dopiero, gdy odrzuci się tę nieprawdziwą alternatywę i postawi pytanie: „jakie jest miejsce węgla w transformacji energetycznej?”. Odpowiedzi są oczywiste, bo powszechnie wiadomo, że w dość długim okresie przejściowym będzie on paliwem zapewniającym stabilność systemów energetycznych. Po tym czasie z pewnością stanie się surowcem przemysłowym i należy przypuszczać, że jego cena, jako surowca, znacznie wzrośnie, gdyż inwestycje w złoża będą musiały się co najmniej zwrócić w cenie, a ponieważ wolumen wydobycia spadnie, to cena jednostkowa wzrośnie. W unijnych planach jest wyznaczenie europejskich rezerw surowców, w czym upatruje się szans dla polskiego górnictwa. Mówił o tym komisarz UE Thierry Breton. Nawiasem mówiąc, złoża węgla koksowego Jastrzębskiej Spółki Węglowej już znalazły się na europejskiej liście surowców strategicznych (za: Rzeczpospolita, Anna Słojewska: „Europejski głód krytycznych surowców”, 4 września 2020). Nie ulega wątpliwości, że ogromną, o ile nie pierwszorzędną rolę gra tu interes ekonomiczny i byłoby głupotą rezygnować zbyt szybko z czegoś, co za jakiś czas okaże się surowcem przemysłowym.

Z drugiej strony przemysł OZE, jeśli jest ukierunkowany głównie na korzyści ekonomiczne i technologiczne, przynosi więcej szkody niż pożytku. Przykład Kalifornii pokazuje, że takie inwestycje podejmowane bez uwzględnienia całego ekosystemu przynoszą skutki katastrofalne. Dziś Kalifornię dręczą susze i pożary m.in. dlatego, że swego czasu stawiano tam bez opamiętania wiatraki, których potężne fundamenty „wycisnęły’ resztki wód gruntowych i zamieniły w pustynię wielkie połacie stanu. To, co się dzisiaj dzieje, to konsekwencje. Drugą konsekwencją jest konieczność czerpania dodatkowej mocy z energetyki konwencjonalnej, pod groźbą blackoutu, gdyż zwiększyło się zapotrzebowanie na moc z powodu coraz większego zapotrzebowania do zasilania urządzeń klimatyzacyjnych. Cel ekologiczny okazał się klapą. Całą inwestycję stanu Kalifornia i buńczuczne zapowiedzi, że będzie to stan w 100% bezemisyjny można byłoby uznać za nadgorliwość tamtejszych władz, gdyby nie to, że rynek energii odnawialnej jest rynkiem innowacji, atrakcyjnym miejscem zarobku i ciągle się rozwija, więc tego aspektu nie sposób pominąć.

Nowy Zielony Ład jest wzniosłym hasłem. Ale pod równie wzniosłymi hasłami wolności i demokracji dokonywano skoku na rynki ropy na Bliskim Wschodzie i nie tylko. Czy nie powinno się najpierw zweryfikować, czy Nowy Zielony Ład nie jest skokiem na kasę w wykonaniu światowych gigantów? Bo gdy się weźmie pod uwagę, że do tej pory nie ma podatku od śladu węglowego oraz systemu globalnej subwencji dla krajów, które będą utrzymywały na swoich terytoriach nienaruszone ekosystemy, to trudno o zaufanie. Przecież na zdrowy rozum od tego powinno się zacząć. Ale podatek od śladu węglowego podniesie ceny towarów i nie będą już tak dobre, bo tanie. A bogata część Europy chce mieć towary dobre, bo tanie i nie ponosić przykrych skutków ubocznych ich produkcji. Żeby było miło, tanio, czysto i zdrowo. Sprawa śladu węglowego odwraca dyskusję.

Nawet ta taniość energii odnawialnej nie przekonuje, bo wypada zapytać, ile skorzystali na niej polscy odbiorcy. Kiedy w styczniu i lutym do polski płynęły nadwyżki energii z krajów UE, podobno prawie za darmo, nie skorzystał na tym ani jeden odbiorca. Nie odczuli tego ci, który mają wielkie trudności z płaceniem słonych rachunków za prąd, nie odczuli ci, którym już prąd wyłączono. A podobno było za darmo? Nie można było dać skorzystać ludziom? No raczej nie, z tego samego powodu, z którego lepiej zniszczyć żywność niż oddać potrzebującym. To jest biznes, a nie filantropia.

Czego nie wolno nam stracić?

Przede wszystkim suwerenności energetycznej i stabilności systemu energetycznego. To są sprawy fachowe, ale wiadomo, że energia z OZE jest kapryśna tak jak żywioły, z których pochodzi. Stabilne źródła są potrzebne. Niektórzy mówią o atomie, inni o gazie, ale pokazały się technologie (m.in. w Japonii) bezemisyjnego spalania węgla, odgazowywania go itd. Póki co Polska dysponuje tylko węglem i byłoby samobójstwem uzależnić się od surowców krajów trzecich, póki nie mamy nic innego. W każdym razie utrata suwerenności energetycznej uczyni gospodarkę Polski jeszcze bardziej peryferyjną, a kraj właściwie bezbronny przed dywersją energetyczną.

Nie wolno utracić tradycji i kulturowego dziedzictwa regionów górniczych, głownie Górnego Śląska. Kultura tego regionu oparta jest na węglu. Nie może dojść do utraty takiej cywilizacji jak nie przymierzając wyginięcia górników-Krasnoludów z ksiąg Tolkiena. Należy tradycje górnicze kultywować, na nich budować region i nie wyrzekać się górnictwa, choćby dało się je utrzymać tylko w niedużej części.

Nie wolno utracić miejsc pracy i dochodu. Choć w polskim górnictwie jest sporo do poprawy, to utrata miejsca pracy o europejskim standardzie stworzy miejsca pracy, gdzie prawa pracownicze i prawa człowieka nie będą w ogóle przestrzegane, a tak dzieje się w większości krajów, z których płynie tani węgiel,

Co powinien nam dać Nowy Zielony Ład?

Celem NZŁ powinny być dobrostan społeczny i bezpieczeństwo, a nie zyski graczy rynkowych. Gwarantowany dostęp do możliwie czystej energii, poprawa stanu klimatu oraz korzyści dla pracowników i polityki społecznej. Brzmi jak sielanka, ale wystarczy podjąć temat wykluczenia energetycznego i jak na dłoni widać, że w Polsce mamy ukryte zapotrzebowanie na energię. Jest to 14% wykluczonych potencjalnych odbiorców, zatem jest dla kogo budować wiatraki i panele bez konieczności drastycznego ograniczania mocy z węgla. To tania energia – nie dość, że zielona, to jeszcze z wymiarem socjalnym. Oczywiście można mnożyć listę życzeń wobec sprawiedliwej transformacji, która chwilowo przyjmie wszystko bez konsekwencji, bo i tak rządzi głownie ekonomia. Gdyby można wybierać, czyją znaną twarz powinien mieć Nowy Zielony Ład, to lepiej, żeby miał łagodne i społeczne oblicze papieża Franciszka, niż złą, bezwzględną i zawziętą twarz Leszka Balcerowicza.

Jarosław Niemiec

Światowy obiekt UNESCO zagrożony budową kopalni!

Światowy obiekt UNESCO zagrożony budową kopalni!

„Uruchomienie wydobycia złóż wapienia „Ruda Kościelna” w miejscowości Ruda Kościelna, gm. Ćmielów, eksploatacją powierzchniową w odległości zaledwie ok. 150 m od granicy obszaru kompleksu kopalń »Krzemionki«, będącego dobrem światowego dziedzictwa, oraz 25 m od kopalni krzemienia pasiastego »Księża Rola«, wpisanej do rejestru zabytków, będzie nie tylko jednoznacznym zaprzepaszczeniem prac kilku pokoleń archeologów, geologów i przyrodników, ale przede wszystkim będzie działaniem niezgodnym ze statutem dobra światowego dziedzictwa. Złamanie tych warunków może w konsekwencji doprowadzić do wykreślenia Krzemionkowskiego Regionu Prehistorycznego Górnictwa Krzemienia Pasiastego z Listy Światowego Dziedzictwa UNESCO” –
Instytut Archeologii i Etnologii Polskiej Akademii Nauk, prof. dr hab. Marian Rębkowski

Pradziejowe kopalnie krzemienia pasiastego koło Ostrowca Świętokrzyskiego, tzw. Krzemionki, są zagrożone planami utworzenia kopalni wapienia pod Rudą Kościelną. Świętokrzyskie Kopalnie Surowców Mineralnych chcą rozpocząć eksploatację złoża zlokalizowanego w otulinie światowego obiektu UNESCO, w bezpośredniej bliskości obszaru Natura 2000 i rezerwatu przyrody. Aby to się stało, muszą odkupić teren od lokalnych biznesmenów. Inwestycja grozi utratą statusu obiektu UNESCO, zniszczeniem cennego zimowiska nietoperzy, zabytkowych kopalń, krajobrazu kulturowego oraz strategicznego zbiornika wód podziemnych. Pomysłowi sprzeciwiają się dyrekcja Krzemionek, mieszkańcy Rudy Kościelnej oraz środowisko naukowe w Polsce.

Dlaczego Krzemionki są unikatem na skalę światową?

W 1922 r. pod Ostrowcem Świętokrzyskim prof. Jan Samsonowicz dokonał niezwykłego odkrycia. W czasie swoich prac pod Krzemionkami natrafił na ślady prehistorycznych kopalń. W ciągu kolejnych lat odnaleziono tu około 4000 kopalń krzemienia pasiastego datowanych na okres ok. 3900–1600 lat p.n.e. Pole eksploatacyjne w Krzemionkach jest umiejscowione na obszarze wychodni wapienia górnojurajskiego. Ma ono kształt paraboli o długości 4,5 km i szerokości 20–200 m, a powierzchnię – ok. 78,5 ha. Większość szybów powstała w wyniku działalności górników w latach 2900–2500 p.n.e. Wytwarzane przez nich krzemienne siekiery były rozprowadzane w promieniu aż 660 km.

Ten niezwykły obiekt szybko stał się miejscem pielgrzymek archeologów kilku pokoleń, a następnie wielu turystów. Świetnie zachowane kopalnie wraz z krajobrazem kulturowym zostały uznane za jeden z najważniejszych tego rodzaju obiektów na świecie.

Walory archeologiczne współwystępują tu z przyrodniczymi. Zostało to docenione poprzez objęcie Krzemionek Opatowskich różnymi formami ochrony: 16 września 1994 r. zarządzeniem Prezydenta RP Krzemionki zostały uznane za Pomnik Historii Polski; powołano rezerwat przyrodniczy „Krzemionki Opatowskie” zarządzeniem Ministra Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa z dnia 27 czerwca 1995 r.; utworzono Obszar Chronionego Krajobrazu Doliny Kamiennej rozporządzeniem wojewody kieleckiego z dnia 29 września 1995 r.; powołano obszar Natura 2000 „Krzemionki Opatowskie” PLH260024 w 2011 r.; wpisano Krzemionkowski Region Prehistorycznego Górnictwa Krzemienia Pasiastego na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO 6 lipca 2019 r.

Obecnie trwa proces powołania parku kulturowego, w którym biorą udział władze gmin Bodzechów, Ćmielów i Ożarów. Podpisały one list intencyjny w tej sprawie.

Niektóre z istniejących, znanych pól górniczych nadal czekają na przebadanie archeologiczne. Zostały rozpoznane przy zastosowaniu skanów laserowych i też są wpisane do rejestru zabytków. Tak właśnie jest w przypadku pól pod Rudą Kościelną.

Starosta Powiatu Ostrowieckiego Marzena Dębniak: „Zachowanie i ochrona dziedzictwa kulturowego, chociażby ze względu na jego znaczenie dla rozwoju cywilizacyjnego, stanowi jedno z podstawowych zadań państwa, co podkreśla Konstytucja RP”.

Splot warunków i światów Górnego i Dolnego

Niemal 100 ha pól pokrytych jest pozostałościami neolitycznej działalności górniczej. Archeolodzy dyrektor dr Andrzej Przychodni i Artur Jedynak z krzemionkowskiego muzeum wskazali mi, w czasie wizji terenowej, fragmenty narzędzi wykonanych przez pradziejowych górników, których pozostałości zwozi się na skraj uprawianych pól. W latach 60 XX wieku w tym miejscu potwierdzono obecność dużych złóż wapieni. Okazuje się jednak, że cała ta powierzchnia znajduje się w zasięgu Głównego Zbiornika Wód Podziemnych GZWP nr 420 Wierzbica-Ostrowiec. Wody podziemne znajdują się tu na głębokości około 30 metrów. Oddalone o niecały kilometr podziemia muzeum archeologicznego sięgają nawet 10 metrów w głąb ziemi, a stabilna i wysoka wilgotność powietrza, niezbędna do zachowania dobrych warunków mikroklimatycznych wewnątrz, zależy również od wód podziemnych. Taka wilgotność i temperatura są niezbędne do zachowania w dobrym stanie podziemnych chodników. Co więcej, podziemia neolityczne stanowią ważne lokalnie zimowisko nietoperzy, w tym gatunków wymienionych w Dyrektywie Siedliskowej. To oznacza, że niejako z automatu zimowisko to jest chronione na mocy prawa unijnego, ale też międzynarodowego porozumienia o ochronie nietoperzy Eurobats, którego sygnatariuszem jest Polska. Zimą 2019 r. zinwentaryzowałem nietoperze na terenie „Krzemionek Opatowskich”.

Uniwersytet Marii Skłodowskiej-Curie w Lublinie, Instytut Archeologii, dr hab. Piotr Łuczkiewicz: „Ten najstarszy, autentyczny, unikatowy w skali światowej obiekt z ziem polskich można porównać w skali rozpoznawalności z francuskim Lascaux czy brytyjskim Stonehenge. (…). Krótkowzroczne cele i zyski ekonomiczne nie mogą przysłonić wartości dumy polskiej archeologii oraz światowej spuścizny kulturowej”.

To, co znajduje się na powierzchni, jest zrozumiałe dla specjalistów albo po wyjaśnieniu. Na pierwszy rzut oka ta okolica to pola i lasy. Jednak kiedy już wiesz, na co patrzeć, zauważasz wszechobecne ślady życia i pracy ludzi z 4000–2000 r. p.n.e. To czasy starożytnego Egiptu, Mezopotamii, pierwszej ekwadorskiej ceramiki, tabliczek glinianych w Babilonii, ale też początek epoki Kalijugi w hinduizmie i buddyzmie, epoki końca znanego nam świata. To również czasy wynalezienia koła, koła garncarskiego, udomowienia konia i… wynalezienia piwa. Krzemionki są rówieśnikami Stonehenge. Ta świadomość pozwala nam zrozumieć, na co patrzymy. Na część globalnej całości wielkich kultur i cywilizacji, które uczyniły z dzikiego łowcy i koczownika człowieka współczesnego – istotę twórczą, religijną, innowacyjną i… w pełni społeczną. Kontakt z kopalniami, z podziemiami w Krzemiankach to doznanie mistyczne. Niby wiemy, że to tylko kopalnia „półdzikich” ludzkich istot, ale kiedy poruszamy się te 7–10 metrów pod ziemią, pamiętamy, że nie było tu światła elektrycznego, że górnicy rozświetlali chodniki ogniem, ozdabiali węglem ściany malując jakieś prawdopodobnie religijne znaki, zaczynamy czuć zapachy, słyszeć dźwięki, rozumieć trud tych istot, determinację i kunszt. Widzimy w białej toni kredowych ścian ławice buł krzemiennych i już sam ten widok kontaktuje nas z obszarami, których normalnie nie dotykamy. Zniszczenie krzemionek to zniszczenie możliwości kontaktowania się z tymi właśnie światami zewnętrznymi i wewnętrznymi. Nieustanne schodzenie do tego podziemnego świata, ciężka praca narzędziami z poroży zwierząt, wydobycie urobku na światło dzienne, transport i produkcja narzędzi. Wielki, wspaniały cykl życia, pracy i śmierci ludzi współczesnych wielkiemu Egiptowi i Babilonii. Gdyby mieli internet, zamówienia byłyby realizowane tą drogą.

Uniwersytet Jagielloński w Krakowie, Instytut Archeologii, prof. dr hab. Paweł Valde-Nowak: „Nie można (…) doprowadzić do naruszenia unikatowej, bezcennej substancji zabytkowej z systemem szybów i podziemnych wyrobisk a także widocznych na powierzchni terenu pozostałości szybów i hałd, kopalnia krzemienia w Krzemionkach Opatowskich jest jednym z nielicznych europejskich obiektów o takich cechach”.

Współczesność nie jest sentymentalna

Miejscowy Plan Zagospodarowania Przestrzennego dla tego terenu został uchwalony 13.03.2003, czyli nie uwzględnia zarówno faktu powołania obiektu UNESCO, planów utworzenia parku kulturowego, jak i uchwalenia ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami z dn. 2.07.2003 r. Zatem plan ten jest anachroniczny i wymaga pilnej aktualizacji. Co więcej, jest niezgodny z obowiązującym obecnie prawem i stanem wiedzy naukowej. Niestety dopuszcza eksploatację złoża wapieni, aczkolwiek nie obliguje do tego.

Jak napisał archeolog Artur Jedynak w opinii zatwierdzonej przez dyrektora Muzeum Ostrowieckiego z siedzibą w Krzemionkach „plan nie wypełnia również wymagań ochrony, które są konsekwencją wpisania Krzemionkowskiego Regionu Prehistorycznego Górnictwa Krzemienia Pasiastego na Listę światowego dziedzictwa UNESCO wraz ze wskazanymi tzw. strefami buforowymi dla objętych tym wpisem zabytków. W strefach tych wg zasad przyjętych w Wytycznych operacyjnych do realizacji Konwencji Światowego Dziedzictwa, par. 103-107 powinno się dążyć do wprowadzenia komplementarnych restrykcji prawnych lub zwyczajowych, nałożonych na sposób użytkowania i rozwoju tego obszaru w celu uzupełnienia ochrony dobra światowego dziedzictwa o dodatkową warstwę. W przypadku KRPGKP strefy buforowe, zgodnie z zasadami określonymi w cytowanych wytycznych, obejmują bezpośrednie otoczenie dobra, ważne widoki i obszary mające funkcjonalne znaczenie dla dobra i jego ochrony. Omawiany obszar jest elementem krajobrazu kulturowego ukształtowanego przez człowieka kilka tysięcy lat temu i zachowanego do dnia dzisiejszego oraz stanowi ważne świadectwo minionej epoki, którego zachowanie leży w interesie społecznym”.

Jak wspomniałem, teren ten podlega rozmaitej ochronie prawnej, zarówno krajowej jak i międzynarodowej, zarówno jako obiekt kultury, jak i przyrody o ponadprzeciętnych wartościach, porównywanych np. do słynnego Stonehenge. Trudno sobie wyobrazić, aby 100, 200 czy 500 metrów od Stonehenge ktoś utworzył kopalnię. W Polsce, w województwie świętokrzyskim, na taki pomysł wpadło dwóch ostrowieckich biznesmenów. Doprowadzili do uchwalenia MPZP dla terenu, którego stali się właścicielami. Wiedząc o istniejącym złożu i zapewne planując jego eksploatację.

Komitet Nauk Pra- i Protohistorycznych Polskiej Akademii Nauk, prof. dr hab. Sylwester Czopek: „Komitet Nauk Pra- i Protohistorycznych Polskiej Akademii Nauk wyraża głębokie zaniepokojenie informacjami na temat planowanej eksploatacji wapieni górnojurajskich w miejscowości Ruda Kościelna, gmina Ćmielów, w bezpośrednim sąsiedztwie rozległego, pradziejowego pola górniczego, na którym od około 4 tys. do 2 tys. lat p.n.e. człowiek prehistoryczny na wielką skalę wydobywał i przerabiał na narzędzia miejscowy krzemień, tzw. pasiasty. Po zapoznaniu się z dokumentacją planowanej inwestycji Komitet wyraża zdecydowany sprzeciw wobec przemysłowej eksploatacji wapienia w bliskim sąsiedztwie zabytkowej kopalni krzemienia”.

Co więcej, swoimi cennymi działkami zainteresowali Świętokrzyskie Kopalnie Surowców Mineralnych, które to przedsiębiorstwo jest spółką Skarbu Państwa. Tego samego państwa, które postanowiło w szczególny sposób chronić Krzemionkowski Region Prehistorycznego Górnictwa Krzemienia Pasiastego światowy obiekt UNESCO, rezerwat przyrody, obszar Natura 2000 i Pomnik Historii. Jest jasne, że zakład górniczy chce kupić te działki, aby eksploatować złoża, a nie żeby chronić pradziejowe świadectwa górnictwa.

Marszałek Województwa Świętokrzyskiego Andrzej Bętkowski: „Samorząd Województwa popiera starania Muzeum o zachowanie i zabezpieczenie w jak najlepszym stanie obszaru będącego pod ochroną konserwatorską i przedmiotem wpisu na Listę UNESCO oraz przychyla się do stanowiska Muzeum. Wszelkie czynności zmierzające do naruszenia obszaru chronionego należy uznać za nieprawidłowe i niepożądane. Dobra Światowego Dziedzictwa podlegają szczególnej ochronie i opiece przed utratą wyjątkowej i oryginalnej wartości”.

Napięcie rośnie

Od około roku rośnie napięcie wokół sprawy. Odbywają się spotkania z mieszkańcami Rudy Kościelnej, którzy protestują przeciwko planom utworzenia zakładu uciążliwego dla zdrowia i przyrody. Mieszkańcy podkreślają, że liczą na zyski z prowadzonej działalności turystycznej i przyrodniczej dzięki niezwykłemu i cennemu sąsiedztwu. Burmistrz Ćmielowa Joanna Suska, zapytana przez nas kilka miesięcy temu o stan procedowania sprawy, odpowiedziała w piśmie, że urząd nie zajmuje się tą sprawą. Oficjalnie nikt niczego nie zgłosił. Natomiast na spotkaniach ze społecznością lokalną przedstawiciele Świętokrzyskich Kopalni Surowców Mineralnych dość szczegółowo opowiadali o założeniach realizacyjnych i planach wydobycia. Szczegółowo, ale nierzetelnie, często dezinformując mieszkańców co do rzeczywistego wpływu tego rodzaju zakładu na zdrowie, mienie, krajobraz, zabytki i środowisko, a także strategiczne zasoby wód podziemnych. Co więcej, dyrekcja Krzemionek koresponduje polemicznie ze Świętokrzyskimi Kopalniami Surowców Mineralnych, które reprezentuje firma zajmująca się wykonywaniem raportów oddziaływania na środowisko (GeoEko Ochrona Środowiska i Planowanie Przestrzenne).

Państwowe Muzeum Archeologiczne w Warszawie, mgr Witold Migal: „Trzeba podkreślić, że wspomniane kopalnie objęte ochroną są dotychczas jedynymi na świecie, gdzie takie struktury odkryto i opisano. (…). W świetle obecnej doktryny konserwatorskiej nie uważa się aby jakiekolwiek czynniki ekonomiczne mogły być wystarczającą przesłanką dla niszczenia otoczenia obiektów o światowym znaczeniu, zarówno naukowym, jak krajobrazowym i turystycznym”.

Już na pierwszy rzut oka widać, że pomimo oczywistych, niepodważalnych wartości kulturowych i przyrodniczych, górnicy chcą rozpocząć eksploatację złoża, co z bardzo dużym prawdopodobieństwem przyniesie niepowetowane, trwałe i długoterminowe szkody w strategicznych zasobach wodnych, w świecie przyrody, w krajobrazie, w zdrowiu i mieniu mieszkańców. Proszę sobie wyobrazić około 80-hektarowy kamieniołom z ciężkim sprzętem i innymi maszynami, z siecią dróg technologicznych. A wszystko to… w otulinie światowego obiektu UNESCO, w bezpośrednim sąsiedztwie obszaru chronionego i kilkaset metrów od zabudowy mieszkaniowej. Taki absurdalny scenariusz wydaje się być niemożliwym. Pani burmistrz Ćmielowa pytana o zdanie odpowiada, że ważne jest dla niej dobro mieszkańców. Nie wiadomo jednak, jak to dobro rozumie i czy dopuszcza eksploatację tego złoża, a w konsekwencji utratę statusu obiektu UNESCO, konflikt i sprawę przed Komisją Europejską (z uwagi na wpływ kopalni na przedmioty ochrony obszaru Natura 2000), zniszczenie pradziejowych kopalni, dewastację unikalnego na skalę światową krajobrazu kulturowego oraz zniszczenie Pomnika Historii ustanowionego przez Prezydenta Polski?

Eksploatacja tych złóż doprowadzi do zakłóceń stosunków wodnych, co może grozić odwodnieniem okolicznych wiosek, zniszczeniem mikroklimatu podziemi, zimowiska nietoperzy, zapyleniem, dewastacją okolicznych, chronionych lasów, emisją spalin i hałasu.

Tak inwazyjna inwestycja naruszy wszystkie trzy filary konstytucyjnej zasady zrównoważonego rozwoju oraz unijną zasadę przezorności wyrażoną w Traktacie Europejskim, Dyrektywie Siedliskowej oraz ustawie z dnia 27 kwietnia 2001 r. Prawo ochrony środowiska Art. 6. (Zasada zapobiegania i przezorności).

Żaden zysk z eksploatacji wapieni nigdy nie będzie w stanie zrekompensować trwałych strat kulturowych, przyrodniczych, społecznych i wizerunkowych dla Polski. Co prawda nie ma w Świętokrzyskiem wielu zakładów przemysłowych, ale zawsze można do nas przyjechać zobaczyć przemysłowe i religijne początki Europy i kupić je sobie, aby je zdewastować.

Łukasz Misiuna

Zdjęcie w nagłówku tekstu: Krzemionki. Pawilon naszybowy „Wojciech” z rekonstrukcją otoczenia wyjścia z szybu 7/610, fot. Krzysztof Pęczalski

Artykuł powstał na podstawie analizy dokumentów będących w posiadaniu Stowarzyszenia MOST, wizji lokalnych, rozmów z osobami zaangażowanymi w sprawę, dostępnej literatury naukowej, doniesień medialnych.

Sekwencjonowanie genomu: nowy wspaniały świat?

Sekwencjonowanie genomu: nowy wspaniały świat?

Kończy się okres, gdy głos opinii publicznej był słyszany. To niebezpieczne.

Wielu ludzi sądzi, że majstrowanie przy ludzkim DNA jest równoznaczne z „zabawą w Boga” i że to granica, której nie można przekroczyć. Ostrożność w obliczu nieznanego doprowadziła do ogólnego zakazu stosowania niektórych technologii z dziedziny genetyki. Niemniej jednak nasze rozumienie genetyki zmienia się w zawrotnym tempie. Doprowadziło to do rozwoju nowych technologii, które umożliwiają bezpośrednie „edytowanie” ludzkiego kodu genetycznego.

Poza międzynarodowym moratorium na modyfikowanie ludzkich komórek rozrodczych, regulacja technologii genetycznych jest o wiele mniej restrykcyjna niż była zaledwie dekadę temu. Wiele krajów na całym świecie konkuruje o pozycję lidera technologii genetycznych i czynione są ogromne postępy. Dziesięć lat temu niewielu wyobrażało sobie, że wkrótce urodzą się pierwsze genetycznie modyfikowane istoty ludzkie, albo że komórki krwi i skóry mogą być przeprogramowane tak, aby udało się stworzyć z nich jakikolwiek inny typ komórek ciał. Ani że nowo urodzone dzieci będą miały swój genom sekwencjonowany w momencie urodzenia.

Nie ma wątpliwości, że jesteśmy świadkami znaczącego momentu w historii ludzkości; te nowe „moce” niosą ze sobą wielką odpowiedzialność. Zaczyna się pojawiać znajomy schemat, który nie wróży zbyt dobrze na przyszłość. Sektor technologii genetycznej stał się oczkiem w głowie polityki ekonomicznej państw. Wielkie decyzje są podejmowane przez małą grupę ludzi, często mających w tym własny interes, włączając w to przedstawicieli rządu, poszczególnych naukowców i tych, którzy pracują w tej branży. Nie unikniemy technologii genetycznych, jednak dopiero przyszłość pokaże, jaki zrobimy z nich użytek. Komercyjnie motywowane podejście do technologii genetycznej stosowane przez rządy pociąga za sobą niebezpieczeństwo utraty przez opinię publiczną szansy na bycie wysłuchaną.

Najbardziej obiecującą ze wszystkich nowych technologii jest CRISPR – Cas9, narzędzie które pozwala na bezpośrednie edytowanie DNA. W przyszłości mogłoby być użyte do leczenia różnych chorób dziedzicznych, od mukowiscydozy po anemię sierpowatą. Jednak niektórzy z naukowców odpowiedzialnych za stworzenie technologii edytowania genów martwią się, że będzie ona użyta do tego, by wybierać lub nawet poprawiać specyficzne cechy, takie jak inteligencja. Doprowadzi to ostatecznie do manipulowania genetyczną konstrukcją dzieci – tak zwane „designer babies” (dzieci na zamówienie) staną się nową normalnością.

Najwybitniejsi intelektualiści, tacy jak nieżyjący już fizyk teoretyczny Stephen Hawking i historyk Yuval Noah Harari, autor książek „Sapiens (krótka historia ludzkości)” i „Homo Deus (krótka historia jutra)”, wyrazili podobne obawy wobec technologii genetycznych. Jak pisze Hawking w „Brief Answers to the Big Questions” („Krótkie odpowiedzi na ważne pytania”), ludzkość wkracza w „nową fazę rozwoju, która może być nazwana samodzielnie zaprojektowaną ewolucją, dającą nam możliwość zmiany i ulepszenia naszego DNA. Zmapowaliśmy DNA, co znaczy, że przeczytaliśmy »księgę życia«, i możemy zacząć nanosić poprawki”.

Hawking był przekonany, że tylko bogaci będą mieli dostęp do technologii edycji genów, co spowoduje „poważne polityczne problemy z niepoprawionymi ludźmi, którzy nie będą w stanie z nimi konkurować”.

Sekwencjonowanie genomu – proces ustalania kompletnej sekwencji DNA znajdującej się w genomie każdego z nas – może stać się kluczem do poprawy naszego rozumienia wielu chorób. Analizowanie czyjegoś genomu może pokazywać prawdopodobieństwo wystąpienia pewnych przewlekłych lub śmiertelnych chorób i pomóc w opracowaniu zindywidualizowanego leczenia opartego na czynnikach genetycznych. W krajach takich jak Irlandia, Wieka Brytania, Francja i Stany Zjednoczone, rządy sekwencjonują i przechowują genomiczne profile własnych obywateli. Firmy zajmujące się genomiką, takie jak 23andMe, również gromadzą ogromne bazy danych z osobistymi informacjami na temat klientów, którzy kupują od nich testy genetyczne – Direct-to-consumer (DTC) (prosto do klienta).

Ludzki genom zawiera bogactwo poufnych informacji, które mogą być wykorzystane na wiele sposobów. Poniższy przykład wskazuje na to, jak dane genomiczne mogą być użyte i jakie decyzje mogą być podjęte. Mylilibyśmy się, zakładając, że największe do tej pory badanie genetyczne, przeprowadzone przez grupę 80 naukowców w 2018 r., zajmuje się wyłącznie wpływem czynników genetycznych na zdrowie; skupiało się ono także na stopniu, w jakim geny określają rezultaty społeczne, takie jak wyniki w nauce. Badacze używali czegoś, co nazywa się polygenic scoring, punktacją wielogenową. To nowy rodzaj analizy genomu, mierzący podatność na choroby i warianty genetyczne powiązane ze złożonymi ludzkimi cechami, takimi jak na przykład inteligencja.

Ten sam rodzaj testu genetycznego będzie wkrótce oferowany ogółowi populacji przez rząd UK. Odkryto, że uczestnicy znajdujący się w górnej jednej piątej wyników punktacji wielogenowej mieli 57% szansy na zdobycie dyplomu ukończenia wyższych studiów, natomiast ci z najniższej jednej piątej mieli tylko 12% szansy.

Uważa się, że punktacja wielogenowa może mierzyć IQ osoby, a zatem przewidzieć jej sukces edukacyjny. Niektórzy uważają, że taka punktacja będzie wkrótce używana w klinikach in vitro, by wybierać embriony na podstawie czy to wzrostu, czy koloru skóry, a w końcu także IQ. Firmy zajmujące się ubezpieczeniami na życie już teraz uczyniły obowiązkowym ujawnianie jakichkolwiek poprzednio wykonanych testów genetycznych. W przyszłości pracodawcy i instytucje edukacyjne mogą uważać, że informacja genetyczna posiada wartość prognostyczną i dlatego wymagać poligenicznej punktacji (polygenic scores) dla potrzeb własnej oceny kandydatów.

Czy system edukacji oparty na genetyce – nowy rodzaj eugeniki – byłby czymś pożądanym? Harari ostrzega, że, mając do dyspozycji algorytmy przyszłości i ogromne ilości danych, które gromadzą, rządy i korporacje będą wiedziały więcej o przyszłej populacji niż obywatele wiedzą o sobie samych. Łatwo odrzucać takie ostrzeżenia, ale nie pozwólmy sobie zapomnieć, co ujawnił Edward Snowden. Niech posłuży to za potężne ostrzeżenie, że nie zawsze możemy ufać rządom, iż używają one technologii w sposób korzystny dla nas.

Zaniepokojenie Hawkinga czy Harariego szerszą perspektywą stoi w wyraźnym kontraście do podejścia „cała naprzód”, jakie cechuje obecnie rządy i wielkie biznesy. Sądzę, że brakuje tu dobrze poinformowanej opinii publicznej, której głos powinien być słyszany, gdy podejmuje się decyzje o dalekosiężnych skutkach. Opinia publiczna mogłaby znaleźć kompromis pomiędzy obawami Hawkinga czy Harariego a technokratycznym optymizmem, karierowiczostwem czy planami komercyjnego wykorzystania sprawy, jakie obecnie dominują. Bez włączenia opinii publicznej ryzykujemy stracenie z oczu kluczowych etycznych i społecznych obaw wywołanych przez technologie genetyczne.

Czy system edukacji oparty na genetyce – nowym rodzaju eugeniki – byłby czymś pożądanym? Istnieją dowody, że już teraz sprawy społeczne i etyczne są zaniedbywane. Po naszym udziale i wkładzie w parlamentarne śledztwo Izby Gmin na temat Edytowanie Genów i Genomiki, Komitet Parlamentarny przyjął do wiadomości, że rządowi Wielkiej Brytanii nie można zaufać, iż poradzi sobie ze społecznymi i etycznymi problemami wynikającymi z użycia technologii genetycznych.

Badania opinii publicznej konsekwentnie potwierdzają, że jest ona zaniepokojona społecznymi skutkami i etycznymi problemami, jakie powstaną wskutek stosowania technologii genetycznych. Głos społeczny prezentuje różnorodne perspektywy i wartości. Ciągły dialog pomiędzy rządem, sektorem nauk biologicznych i opinią publiczną mógłby być bardzo pomocny w zapewnieniu, że technologie genetyczne będą używane w sposób zgodny z szeroko rozumianym interesem społecznym. W jaki sposób sprawić nie tylko to, żeby takie decyzje konsultowano ze społeczeństwem, ale też miało ono bezpośredni wpływ na przepisy dotyczące technologii genetycznych? Należy pamiętać, że technologie genetyczne – czy to w wymiarze naukowym, czy etycznym – są niezwykle skomplikowane. Dlatego, jeśli społeczeństwo ma w tym brać udział, będzie musiało być o wiele lepiej niż obecnie informowane o szczegółach takich kwestii.

Potrzebny jest Nowy Kontrakt Społeczny dla Technologii Genetycznych. Zostałby on zawarty pomiędzy rządami, firmami zajmującymi się technologią genetyczną a społeczeństwem – zapewniając większą równowagę sił i wsłuchanie się w głos opinii publicznej. Co najważniejsze, Nowy Kontrakt Społeczny dla Technologii Genetycznych będzie wymagał od rządów i firm technologii genetycznych, aby przeznaczyły 1% wydatków ponoszonych na prace badawczo-rozwojowe – na opracowywanie nowych sposobów konsultowania, angażowania i edukowania opinii publicznej na temat technologii genetycznych poprzez:

– kampanie informacyjne, włącznie ze skoordynowanym, ciągłym narodowym wysiłkiem, by edukować społeczeństwo, tak, aby było ono odpowiednio poinformowane, kiedy przystępuje do decydowania, w jaki sposób technologie te są używane;

– zajęcia, które ożywią debatę w szkołach, college’ach i na uniwersytetach – bez opłat za wstęp i udostępnione online dla zwiększenia zasięgu;

– telewizyjne i internetowe kampanie informacyjne oraz programy pokazujące niektóre z najwspanialszych umysłów, które pracują w tej dziedzinie i poza nią, a które mają potencjał, aby skupić na sobie uwagę opinii publicznej, zainspirować ją i ostatecznie wyedukować tak, aby mogła ona za nimi nadążyć;

– niezależną organizację, która zajęłaby się społecznymi i etycznymi problemami powstającymi w wyniku sekwencjonowania genów na skalę przewidywaną przez rząd. Ta organizacja musi mieć reprezentantów spośród „niespecjalistów”, a także być niezależna od rządu i sektora prywatnego; powinna być w stanie zapewnić tak bardzo potrzebny niezależny etyczny nadzór nad genomiką i edytowaniem.

To kompromis, który z założenia zapewnia, że każdy – włączając w to tych, którzy mają zastrzeżenia wobec nowych technologii z omawianego zakresu – może brać czynny udział w toczącej się debacie, pomimo że wiele jest już faktów dokonanych.

Impuls do tych działań musi wyjść od organizacji społeczeństwa obywatelskiego i opinii publicznej. Kraje z długą tradycją demokracji muszą odgrywać wiodącą rolę, jednak nie do każdego rządu można mieć w tej sprawie zaufanie. Być może zajdzie potrzeba zmuszenia rządów do udzielenia głosu opinii publicznej, co może ostatecznie doprowadzić do powstania globalnych standardów zarządzania technologiami genetycznymi. My, w EthicsAndGenetics, planujemy zwrócić się do Światowej Organizacji Zdrowia i UNESCO z propozycją Nowego Kontraktu Społecznego. Nasza kampania Nowy Kontrakt Społeczny dla Technologii Genetycznych – zaczyna się od ciebie.

Edward Hockings

Tłum. Magdalena Bieńczak

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej https://www.opendemocracy.net/

Gilbert Keith Chesterton: Czego ludzie chcą, czyli demokracja (1919)

Gilbert Keith Chesterton: Czego ludzie chcą, czyli demokracja (1919)

Powiadają oto, że nasz chodzący paradoks, znany wszystkim gentleman o nieznanym nazwisku, twórca głośnej rubryki „Cichy jak kot” [prawdopodobnie William E. Johnson (1862-1945), amerykański prohibicjonista, policjant i okazjonalnie autor o tym pseudonimie – przyp. tłumacza], poczynił w swoim ostatnim artykule pewne interesujące uwagi. To przez wybraną przez niego metaforę nie mogę powstrzymać się i nie powiedzieć, że pokazał pazur, ale niekoniecznie już kocią przebiegłość. Powiadają otóż, jakoby stwierdził, że nie dba o to, czego ludzie chcą, ponieważ i tak są zbyt niedoskonali, by wiedzieć, co dla nich dobre. Na ile widzę, wychodzi on po prostu z akceptowanego powszechnie dzisiaj aksjomatu, że wolność, obywatelstwo i wszystkie tego typu rzeczy to czyste nonsensy; i że jeśli Ameryka naprawdę jest, jak niektórzy o niej mówią, demokracją, to musi być też domem wariatów. Według przekazów, drugi element jego przesłania stanowi zaś teza, iż nie istnieje i nie może istnieć coś takiego, jak wolność osobista, chyba że w dżungli. Istotnie, prawdziwa wolność osobista zdarza się rzadko – ale szukać jej trzeba w najbardziej zaawansowanych cywilizacjach, a nie w dżungli. Tak czy owak wszakże, obrazy, jakich używa, wyjątkowo nie nadają się do obrony sprawy, której broni. Słysząc bowiem, że wolność może narodzić się tylko w dziczy, automatycznie niemal przypominamy sobie, że ta szczególna forma tyranii, której tak bardzo broni, również narodziła się w dziczy. Tyrania abstynencji ma swoje źródło w fakcie, że nie wolno pić wina na pustyni. Dzikie, wędrowne ludy Arabii postanowiły po prostu w pewnym momencie narzucić swoje mniej lub bardziej konieczne negacje szczęśliwszym ludom, siedzącym pod własną winoroślą i drzewem figowym. Ze swojej strony zauważam zaś, nikomu nie uwłaczając, że nowe restrykcje również pojawiły się w tych rejonach globu, które dopiero niedawno zostały ucywilizowane – w Ameryce, na przykład, oraz angielskich koloniach. Bo w Ameryce prohibicji naprawdę jakoś można bronić. W Europie nie można. Dla prohibicjonisty z nowego świata to Anglia, o całym Starym Kontynencie nie wspominając, będzie nowym światem. I nie chodzi mi bynajmniej o kwestię napojów wyskokowych, których spożycie prohibicjonista w oczywisty sposób zwalcza; ale o samą kwestię wolności, którą to wolność zwalcza dużo bardziej zaciekle. I, powtarzam, muszę przyznać, że jest to walka jakoś tam szlachetna, że cechują naszego przeciwnika przynajmniej typowo amerykańskie cnoty: prostoty i szczerości. Powiedzieć tak otwarcie, krótko i węzłowato: „Wolność to bzdura i ludziom nie wolno dawać tego, czego chcą” – to jest coś. Myśli tak bowiem dzisiaj bardzo wielu średnio rozgarniętych ludzi, nie mają jednak moralnej odwagi wyrazić swoich poglądów w sposób równie przejrzysty. W tym sensie, usprawiedliwiona jest zaiste Ameryka od dzieci swoich. Oto jej nieodrodny syn niszczy demokrację z ludowym zapałem prawdziwego demokraty. I tutaj właśnie dochodzimy do punktu, który naprawdę mnie interesuje; do drugiej tezy, którą ponoć wygłosił – że to, czego ludzie chcą, się nie liczy, bo są zbyt niedoskonali, aby wiedzieć, co dla nich dobre. Otóż z logicznego punktu widzenia ma ten krystalicznie jasny argument ledwie jedną wadę; niedostrzegalną zresztą najwyraźniej, z jakichś tajemniczych przyczyn, dla wszystkich, którzy go używają. Przyjmijmy, jako pierwszą przesłankę sylogizmu, że wszyscy ludzie są niedoskonali. Tym, co trzeba przyjąć następnie, jest bez wątpienia fakt, że wszyscy prohibicjoniści są ludźmi. Wniosek tej dedukcji brzmi zaś tak strasznie, tak szokująco, że omal nie zawahałem się, czy go tutaj wyciągać. Wielu jednak, pozbawionych mojej wrodzonej delikatności, wyciągnie go bez problemu, i na pewno bez wahania. Oto bowiem okazuje się, że amerykańscy prohibicjoniści również są niedoskonali; powiedziałby ktoś pewnie, że w tym sensie, iż mają niedoskonałe mózgi; ja powiem może tyle, że na pewno niedoskonałe argumenty. Najbardziej niedoskonałym zaś z ich argumentów jest ten dotyczący niedoskonałości. Jeśli ludzie nie wiedzą, co dla nich dobre, w oczywisty sposób abstynenci również nie wiedzą, czy abstynencja jest dla nich dobra. Niemniej, błąd ten widać w bardzo wielu różnych kwestiach, nie tylko abstynencji, i ogólnie chodzi o sprawy znacznie większe, niż czy pić czy nie pić. Wielu eugeników twierdzi na przykład, że wszystkie małżeństwa powinny być aranżowane i kontrolowane naukowo. Przygotowują plany, czasami bardzo szczegółowe, i zawierające wszystko, poza listą osób, którzy mieliby zajmować się tym naukowym nadzorem w praktyce. Wiedzą wszystko na temat człowieka i jak kierować jego życiem; ale już chyba mniej na temat nadczłowieka, który miałby być kierownikiem. Jeśli ci panowie naprawdę uważają, że najlepszym możliwym ustrojem jest arystokracja natchnionych swatów, w naturalny sposób powinni umieć powiedzieć nam, kim owi swaci są i dlaczego. Jeśli zaś nie chcą przyznać się do poglądów arystokratycznych i wolą chować się za fasadą demokracji, to mają problem. Oto bowiem wszyscy okazujemy się za głupi, by zajmować się własnymi sprawami; i dość mądrzy, by zajmować się sprawami innych.

Na przykład widziałem niedawno sporządzony przez jakichś urzędników raport, w którym najróżniejsi, żywi i prawdziwi ludzie płci obojga rozbierani byli na czynniki pierwsze i klasyfikowani jako „dobrze przystosowani”, „źle przystosowani”, i tak dalej. Podstawą klasyfikacji były zaś to, jakich odpowiedzi udzielili wypełniając swego rodzaju krótką ankietę dotyczącą ich gustów estetycznych, poglądów na obecne spory partyjne i tak dalej. Otóż mam do podobnych egzaminów, jakie często dzisiaj przeprowadza się wśród warstw uboższych, sporo zastrzeżeń, pierwszym z nich jest zaś to, że nie mamy możliwości przeegzaminować egzaminatorów. Nie wiemy, dlaczego wybrali te akurat, a nie inne pytania; z jakich przyczyn, z dobrej czy złej woli. A przecież oni sami mogą wykazywać spory poziom „nieprzystosowania” w różnych ważnych sprawach; takich jak poczucie humoru i doświadczenie ludzkiej natury. Ani im nie zaświta, na przykład, że kiedy jakiś robotnik na pytanie, jakie kupuje dobra drugiej potrzeby, uznał za stosowne odpowiedzieć krótko: „piwo”, to mógł tak zrobić dokładnie po to, aby odpowiedzieć krótko. Albo że kiedy na pytanie o to, jak spędza czas wolny, odparł: „palę papierosy”, mogło to wynikać z jego przemożnej chęci, by nie spędzać go odpowiadając na osobiste pytania zadawane przez kompletnie obcych ludzi. Nie jest również wykluczone, że odpytywani postanowili, specjalnie dla swych egzaminatorów, ludzi pewnej klasy, miłośników Botticellego i adeptów Londyńskiej Szkoły Ekonomicznej, popisać się wysmakowaną ironią wyższego rodzaju. Poza tym, można wyobrazić sobie przecież całe mnóstwo pytań, na które robotnicy umieliby odpowiedzieć, egzaminatorzy zaś nie; ze względu na co nie zostały one zadane. Gdybyśmy jednak oni i ja, jak również egzaminatorzy i egzaminowani, słowem: my wszyscy, znaleźli się nagle w nowej sytuacji, w innym stosunku tak do siebie jak otaczającego nas świata, to sądzę, że wielu z nas czekałoby nie lada zaskoczenie. Gdybyśmy na przykład obudzili się pewnego dnia na bezludnej wyspie, to wątpię, czy wszyscy egzaminatorzy okazaliby się tak perfekcyjnie przystosowani, wszyscy egzaminowani zaś tak nieprzystosowani, jak się niektórym (zwłaszcza egzaminatorom) wydaje. Przypuszczam, że przekonalibyśmy się, że jest coś takiego jak praktyczne doświadczenie i sposób radzenia sobie z życiem niekoniecznie identyczny z wysublimowaną kulturą klasy średniej. I że nawet indywidua tak żałośnie niezaradne, jak te, które skręcają nam krzesła, wożą nas w taksówkach, czy budują domy, w których mieszkamy, wiedzą o świecie jedną czy dwie rzeczy, których nie ujęto w naukowym kwestionariuszu. I bardzo wątpię, czy uda nam się kiedykolwiek znaleźć egzaminatorów odpowiednich, aby sprawdzić coś takiego, przynajmniej dopóki nie osiągniemy dużo większej niż dzisiaj prostoty ducha – i nauczymy się egzaminować ludzi z pokorą i poczuciem humoru.

Gilbert Keith Chesterton

Tłum. Maciej Sobiech

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w „Illustrated London News” w dniu 27 września 1919 r. Powyższe tłumaczenie opublikowano na stronie Chesterton Polska, a u nas ukazuje się w porozumieniu z tłumaczem.

Świat (po) pandemii

Świat (po) pandemii

Jedną z nielicznych zalet wydawania czasopisma rzadko, w kilkumiesięcznych odstępach między numerami, jest możliwość komentowania wydarzeń z pewnym dystansem. Nie chodzi o dystans często chwalony przez ludzi siedzących okrakiem na barykadzie, będących za, a nawet przeciw, bojących się własnego cienia. Chodzi o ten, który pozwala przemyśleć, sprawdzić, zastanowić się i wyciągnąć wnioski. Poprzedni numer kończyliśmy redagować, gdy do Polski dotarła pandemia. Wiedzieliśmy, że kolejny numer poświęcimy właśnie jej.

Oto jest. I oto są teksty, w których próbujemy przyglądać się sytuacji nie na gorąco. Zgromadziliśmy dla was sporo opinii, analiz i refleksji dotyczących globalnego i lokalnego zagrożenia zdrowotnego i jego skutków społeczno-gospodarczych. Piszemy i rozmawiamy o doraźnych decyzjach i rozwoju sytuacji, o dalekosiężnych wizjach, o zagrożeniach i szansach związanych z perturbacjami ekonomicznymi, a także o tym, jak podczas trudnego okresu radzili sobie najsłabsi oraz gdzie pojawiły się najbardziej sensowne postawy i reakcje na stan zagrożenia. Długa jest lista wątków poruszonych w kontekście pandemii – od sektora finansowego i ekonomii w obliczu masowych zachorowań, pomocy społecznej, zarządzania kryzysowego, przez ekologię i kult wzrostu gospodarczego, a kończąc na sytuacji osób z niepełnosprawnościami w tak niebezpiecznych czasach. Nie ma łatwych i prostych odpowiedzi wobec zaawansowanego wyzwania, stąd różnorodność w tym numerze. A i tak, oczywiście, nie wyczerpaliśmy tematu.

Nie wiadomo, co przyniesie przyszłość. Wiemy natomiast, że oprócz wielu dotychczasowych problemów i wyzwań społecznych, ekonomicznych i ekologicznych, nasz świat wpadł w dodatkowe turbulencje. I że obnażyły one kolejne słabości krótkowzrocznej, szkodliwej i eksploatatorskiej doktryny liberalizmu gospodarczego. To nie jest błąd systemu – ten system ma niemal same błędy. Obyśmy zaczęli je naprawiać zanim będzie za późno w obliczu tej lub kolejnych epidemii czy innych perturbacji.

Oprócz głównego tematu numeru przygotowaliśmy również inne teksty, nie mniej ważne. W czasach trudnych warto starać się nie pogrążyć wyłącznie w doraźnych problemach, bo wszyscy mamy ograniczoną wytrzymałość. Dlatego w numerze także spora dawka tematów odmiennych – idei, literatury, kultury, z wywiadem ze Szczepanem Twardochem na czele. Zapraszam do lektury całości!

PS. Jeśli „Nowy Obywatel” ma się nadal ukazywać i poruszać tematy, jakich wcale lub prawie nie znajdziecie w innych mediach, potrzebne jest Wasze wsparcie – spójrzcie proszę tutaj.

Robota czy praca?

Robota czy praca?

Jarosław Niemiec: Moniko, mam pewien problem. Czasami po pracy czuję się jak Charlie Chaplin w tym filmie, gdzie grał robotnika na taśmie produkcyjnej, który jak automat skręcał dwie śruby przez całą dniówkę. Po wyjściu z fabryki pozostawał mu tik nerwowy i jego ręce mimowolnie wykonywały ten ruch skręcania przez resztę dnia. Wszyscy wiemy, że było to wynikiem utopijnej wiary w automatyzację, podział pracy na proste czynności, wykonywane powtarzalnie przez jednego człowieka, co miało usprawnić produkcję i wydajność. W teorii i praktyce twórców systemu fabrycznego, H. Forda i F. W. Taylora ich idee miały pomóc w stworzeniu pewnego typu idealnego społeczeństwa przemysłowego, świetnie zorganizowanego, sprawnego i racjonalnego. Oczywiście natychmiast zwróciło to uwagę ludzi, którzy dostrzegli dehumanizacyjny i totalitarny charakter tej teorii – pisarzy i dyktatorów. Pisarze, przerażeni tym, co może ludzkości zgotować system fabryczny, tworzyli mrożące krew w żyłach literackie dystopie. Wystarczy wymienić choćby „Nowy wspaniały świat” Huxleya czy „Pianolę” Vonneguta. Wyżej wspomniany film Chaplina był satyrycznym obrazem takiej dystopii. Dyktatorzy wręcz przeciwnie. Zobaczyli w tym szanse na całkowite podporządkowanie sobie społeczeństwa. W gabinecie Hitlera wisiał portret H. Forda nie tylko z powodu antysemickich poglądów amerykańskiego przemysłowca. Hitler widział w Fordzie genialnego inżyniera, również społecznego, dlatego wysyłał swoich inżynierów do USA na praktyki. To samo robił Trocki po rewolucji, gdyż był on pod ogromnym wpływem zimnego modernizmu.

Doprowadziło to do takiego absurdu teoretyczno-praktycznego, że w społeczeństwie komunistycznym, które miało w założeniu pokonać alienację pracy i dać robotnikowi poczucie kontroli i sprawczości, pojawiły się ni stąd, ni zowąd trójki murarskie, w których jeden kładł zaprawę, drugi rozkładał cegłę, a trzeci układał ją pionowo i poziomo. Marzenia o końcu pracy wyalienowanej zakończyło współzawodnictwo pracy socjalistycznej. Nie musimy sięgać do filmu „Człowiek z marmuru”. System korporacyjny działa mniej więcej jak wielki kołchoz. Gdzie tu jest sens, gdzie logika i po co te urojenia o poczuciu sprawczości i kontroli pracownika nad procesem pracy? Przecież w świecie opętanym manią zysku i wydajności, najbardziej pożądane cechy pracownika najemnego to powtarzalność i wydajność, czyli krótko mówiąc stosunek ilości pracy do czasu jej wykonania. Jak to pogodzić z pięknymi teoriami o kreatywności, sprawczości i kontroli?

Monika Kostera: Jarku, dokładnie – tego się nie da pogodzić i na tym polega paradoks pracy w epoce industrializacji, która, tak jak mówisz, zawiera w sobie i kapitalizm, i państwowy komunizm. Jednym z jej fundamentów jest podział procesu pracy. Pomysł, żeby dzielić proces pracy na drobne elementy składowe i każdy z tych elementów przydzielić do wykonania innej osobie, był zalecany jak bardzo efektywny przez Adama Smitha. W „Bogactwie narodów” Smith opisywał małą fabrykę szpilek zatrudniającą dziesięciu robotników, z których każdy wykonywał jedną prostą czynność. Dzięki podziałowi procesu pracy produktywność pracy wzrosła niemal niebotycznie – produkowała czterdzieści osiem tysięcy szpilek dziennie zamiast dwudziestu tysięcy. Później Frederick Taylor i inni przedstawiciele tzw. naukowego zarządzania stworzyli na bazie tej zasady cały system pracy, ogromnie efektywny i bardzo tani. Lenin, który przed rewolucją potępił tayloryzm, po rewolucji propagował zastosowanie systemu Taylora i zalecał wdrożenie akordu opartego o system taylorowski. Podobnie jak w zachodniej wersji, kierownicy wyższego szczebla mieli zapewnić dyscyplinę i zajmować się zarządzaniem rozumianym jako planowanie i kontrolowanie, pozbawione rzemieślniczego wymogu zdobywania „zawodowej dojrzałości”, „wyczucia pracy”. Praca robotnika pozbawiona była nie tylko wyczucia, ale także wszystkich elementów polegających na planowaniu, myśleniu, podejmowaniu decyzji. Stała się pracą bezmyślnie wykonawczą.

Dodajmy, że nie chodzi tu o społeczny podział pracy, który w takiej lub innej formie istniał od zawsze, czyli, mówiąc słowami Juliana Tuwima: „Murarz domy buduje, / Krawiec szyje ubrania, / Ale gdzieżby co uszył, / Gdyby nie miał mieszkania?”. Różne grupy społeczne i zawodowe wykonują różne prace – to jest podział pracy i bywa on mniej lub bardziej tradycjonalistyczny, mniej lub bardziej sprawiedliwy, ale jest w zasadzie wszędzie, we wszystkich kulturach i społecznościach. Tayloryzm to podział procesu pracy – nowatorski wówczas system zarządzania, niewywodzący się z tradycji kulturowych, a będący podstawą epoki opartej na imperatywie wzrostu produktywności i efektywności, nawet kosztem jakości, zadowolenia, wręcz poczucia sensu. W efekcie prace zmieniły się w powtarzane stale, w bardzo szybkim tempie, bezsensowne proste czynności, tak jak Chaplin w filmie, o którym wspominasz, grający robotnika przy taśmie produkcyjnej.

W czasach, gdy film był realizowany, myślano, że taki system dotyczy tylko robotników. Jednak bardzo szybko okazało się, że praca biurowa poddana została dokładnie tym samym reformom – firmy zaczęły zatrudniać w biurach pracowników niewykwalifikowanych, głównie kobiety, do wykonywania pracy równie podzielonej i ściśle określonej czasowo, wprowadzono nawet taśmy produkcyjne w takich biurach. Oczywiście płacono im bardzo niewiele i często praca była akordowa. I tak to sobie dalej postępowało. Dzisiaj z robotnikiem granym przez Chaplina identyfikować się może niemal każdy: robotnik, pracownik obsługi, pielęgniarka, lekarz, nauczyciel, naukowiec. Wszyscy mamy niezłe przykłady tego, jak to działa. Może opowiedz coś ze świata robotników i techników, a ja odwzajemnię się przykładem ze świata administratorów i nauczycieli akademickich.

J. N.: Przykład może anegdotyczny, ale w pewnym momencie zaczynałem przypominać postać graną przez Chaplina. Zresztą nie tylko ja. Pracując przez wiele lat w ruchu ciągłym w trybie zmianowym, często zdarzało mi się nawet w weekendy budzić w środku nocy, w panice, że jest cicho. To na nocnej zmianie zwykle oznaczało kłopoty. Jeśli jest cicho, to zakład stoi, czyli zasnąłem na stanowisku, nie dopilnowałem i jest awaria, a wtedy zaczyna się prawdziwa panika. Zasnąć na zmianie nie było trudno. Robota monotonna, powtarzalna i do tego monotonny odgłos maszyn. Nerwica gwarantowana. Czasami woleliśmy iść do jakichś robót porządkowych czy remontowych, gdzie zajęcia było więcej, ale przynajmniej było to jakieś urozmaicenie. Operatorzy sprzętu ciężkiego, spycharek czy ładowarek, pracujący na hałdach węgla czy kamienia, często zsuwali się z hałd nawet w dzień, bo po prostu zasypiali w maszynach od jazdy w notorycznym trybie pchanie do przodu, cofanie itd. A to nie dotyczy tylko pracowników niewykwalifikowanych, większość operatorów maszyn i urządzeń musi mieć wysokie kwalifikacje. Problem w tym, że wynika to z technologii i w zasadzie nie da się ominąć. Teoria organizacji pracy mówi o rotacjach, przerwach, zmienianiu pracy co jakiś czas, niestety to się zwykle wiąże dla pracownika ze stratami finansowymi albo po prostu nie ma takich możliwości, gdyż są one za drogie dla zatrudniającego. Dawno temu kopalnie i w ogóle duże firmy miały wiele oddziałów pomocniczych i obsługujących, możliwości było więcej. Dzisiaj ze względów ekonomicznych i rachunkowych pozbyły się wszystkiego, co nie wiąże się bezpośrednio z produkcją, a prace pomocnicze i obsługowe zlecają podmiotom zewnętrznym i każdy ma tylko bardzo wąski zakres zadań.

M. K.: Też miałam pracę, w której czułam się jak Charlie i nie mam na myśli pracy na zmywaku podczas studiów, która pomogła mi zrozumieć Marksa lepiej, niż naprawdę świetne zajęcia z socjologii organizacji. W pewnej brytyjskiej uczelni, należącej do Top-100, żeby nie było, że byle dziadostwo – to dokładnie tak ma być, to jest przykład, który inni naśladują, tzw. benchmark – bałam się odbierać e-maile. Wiem, jak to brzmi i uprzedzę uśmieszki stwierdzeniem, że na ogół radzę sobie z pocztą elektroniczną bardzo dobrze, a może nawet troszkę lepiej. Otóż gdy pracowałam na tym „doskonałym” uniwersytecie, przychodziły do mnie e-maile od losowych osób z administracji, nadawcy byli wciąż inni. Gdy odpowiadałam, dostawałam odpowiedź od kogoś całkiem innego, niż osoba, do której wysłałam mojego e-maila. Każdy e-mail nakazywał mi wykonanie jakiejś czynności, która wydawała mi się bezsensowna, w formacie, który wymuszał na mnie ten czy inny algorytm; na ogół była to tabelka online, w którą musiałam wtłoczyć jakąś część mojej skomplikowanej pracy. Wyglądało to mniej więcej tak: przychodzi e-mail, że mam spotkać się z magistrantami, którzy zostali mi losowo przydzieleni, na każdą osobę mam 15 minut, muszę wpierw zabukować pokój na spotkania i ustalić z nimi terminy. Na moje pytanie, jak mam zabukować pokój, odpowiadała inna osoba z administracji, odsyłając mnie do jakiejś strony, gdzie były administracyjnym językiem zapisane niezgłębione zasady bukowania sali oraz ostrzeżenie ostrym tonem, że nie wolno umawiać się nigdzie indziej, a już zwłaszcza w kawiarni lub bibliotece. Następnie od innej osoby przychodził bardzo kategorycznie sformułowany e-mail, że absolutnie nie wolno mi rekomendować moim magistrantom literatury oraz metodologii badań (co kłóci się z moją najbardziej podstawową etyką zawodową – to tak jakby lekarzowi zabronić ratowania życia człowiekowi umierającemu na ulicy). Potem dostawałam wielki plik z przepisami dotyczącymi prowadzenia spotkań, poprzedzony e-mailem od jeszcze innej osoby, w którym wyszczególnione były surowe konsekwencje niestosowania się do zaordynowanych reguł. Te reguły były rzeczywiście egzekwowane, co miałam przykrość kiedyś przetestować. Po każdym takim spotkaniu spędzałam co najmniej pół godziny na księgowaniu każdego spotkania w języku ściśle zdefiniowanym przez algorytm i załączone zasady. Dodam, że pracowałam na tej uczelni jako zatrudniony na stałe profesor, kierownik katedry i osoba z pensją z najwyższego przedziału przewidzianego dla pracowników naukowo-dydaktycznych. W pewnym momencie zauważyłam, że właściwie nie jest mi potrzebny do wykonania tej pracy żaden element mojej wiedzy zdobytej po doktoracie.

Ale to tylko jedna strona opowieści. Rok wcześniej byłam profesorem na innej wzorowej brytyjskiej uczelni i w tej roli nie musiałam nikogo uczyć i utyskiwałam jedynie nad wypełnianiem tabelek dotyczących projektu naukowego. Były koszmarem, ale naprawdę drobiazgiem w porównaniu z tabelkami dydaktycznymi. Wtedy wpadałam często z prośbą o pomoc do zaprzyjaźnionej administratorki, bardzo doświadczonej w swojej roli, która prawie z płaczem opowiadała mi o kolejnych „usprawnieniach”, które dotyczyły jej pracy. Bardzo lubiła swoją pracę, a najbardziej lubiła w niej to, że polega na budowaniu relacji z innymi osobami. Przerażenie w niej budziło to, co się z jej stanowiskiem pracy działo. Najpierw zabrali jej własny zakres obowiązków i wrzucono na tzw. pool, czyli cała administracja dostawała e-maile według algorytmu i nikt nie mógł już odpowiadać osobiście, przychodziły losowe e-maile od losowych osób. Potem przeniesiono administratorów do oddzielnego budynku, do wspólnej sali. Gdy odchodziłam z tamtej uczelni, nie można już było odwiedzić administratorów, bo zostali odcięci elektronicznymi bramkami, do których pozostali pracownicy nie mieli już dostępu. Wszyscy jesteśmy Chaplinami.

Od czasów „naukowego zarządzania” walczyły z takim ubezwłasnowolnieniem pracowników związki zawodowe. Bywały okres, zwłaszcza na Zachodzie w czasach państwa dobrobytu, gdy były one naprawdę skuteczne – np. w Szwecji w latach 70. związki były wielkim motorem ruchu w kierunku reintegracji procesu pracy. Znakomitym przykładem był np. system produkcji gniazdowej w fabryce Volvo, gdzie pracownicy mieli możliwość uczestniczenia w całym procesie pracy. A jak jest teraz?

J. N.: Prawdę mówiąc trochę mnie zamurowało. Nie znam realiów pracy akademickiej, ale tak z boku wygląda to na Panopticon zarządzany przez sztuczną inteligencję. Zresztą przypomina to wszystko, czym straszyli twórcy dystopii. I Matrixem, i Nowym Wspaniałym Światem. I właściwie to prawie gotowy temat na jeden z tych przerażających dystopijnych seriali na Netflixie. Prawdę mówiąc nie rozumiem jak to ma pomóc nauce w docieraniu do prawdy, skoro zamiast poszerzać, drastycznie zawęża perspektywę badacza. Jak dla mnie, naukowiec staje się w tym systemie tylko „nośnikiem” wiedzy. Sprostuj, jeśli się mylę.

W pracy na liniach produkcyjnych, np. wspomnianych przez ciebie fabrykach samochodów, paradoksalnie system fabryczny, polegający na wykonywaniu prostych wystandaryzowanych czynności przez jednego człowieka, zanika. Przyczynił się do tego postęp technologiczny. Po prostu całe linie produkcyjne są automatyzowane i robotyzowane i ogrom czynności wykonują maszyny. Operator linii ma w zasadzie pełną kontrolę nad całością i jako całość widzi swoją pracę. Z drugiej strony wystandaryzowanie widać w zakresie tzw. kompetencji miękkich. Tu dobry będzie przykład serwisantów. Jedna z dużych niemieckich firm elektrycznych montowała swoje systemy sterowania w naszym zakładzie pracy. Serwisant, który przybył na szkolenie dla pracowników obsługujących ten system, przedstawił się jako „kierownik produktu”. Ta dziwna nazwa w pełni oddaje charakter jego pracy, ponieważ zapytany o matematyczny model obliczania pewnego parametru, odpowiedział: „Panie, ja się nie znam na całkach, lecz na tym, jakie funkcje ma spełniać ta szafa sterownicza i jak ją zaprogramować”. Można powiedzieć, że działa tu słynna heglowska teza o chytrości ludzkiego rozumu, który trudne operacje wykonuje za pomocą narzędzi, dziś głównie cyfrowych, ale można też dostrzec tu pewne zawłaszczanie wiedzy i umiejętności, które duże koncerny sprzedają potem jako serwis.

Tak czy inaczej, jest na końcu ekonomiczne drugie dno. Czy to w zakresie wiedzy akademickiej, czy też czysto aplikacyjnej, inżynierskiej. Ale nawet nie wdając się w takie rozważania, chytrość, a wręcz perfidię takiego systemu dostrzeże każdy, kto ma nieprzyjemność załatwiać coś przez telefoniczne biura obsługi. Ile trzeba wybrać opcji, by trafić na właściwego konsultanta np. od faktur. I zazwyczaj nie zdarza się dodzwonić dwa razy do tego samego. W przypadku sytuacji problemowych i niestandardowych zupełnie niemożliwe jest załatwienie czegokolwiek tą drogą. Nikt nie ma kompetencji, żeby problem rozwiązywać całościowo. Wygląda na to, że gdzie postępują automatyzacja i cyfryzacja pracy, tam wąskie wyspecjalizowanie i standaryzacja zaczyna obejmować kompetencje miękkie. Pytanie brzmi: czy to jeszcze są kompetencje miękkie, praca umysłowa, czy już zwykłe, proste posługiwanie się narzędziami według algorytmów, tym razem cyfrowymi? Wyzwania, którym związki zawodowe i świat pracy muszą stawić czoła w epoce cyfrowej właściwie są te same, jakie były w epoce przemysłowej.

M. K.: Dobre pytanie. A jednocześnie jaka trafna ilustracja słynnego wiersza niemieckiego teologa luterańskiego, Martina Niemöllera, zaczynającego się od strofy: „Najpierw przyszli po komunistów, / ale się nie odezwałem, / bo nie byłem komunistą”. Jeden z wersów mówi o związkowcach. Wiersz kończy się „Wreszcie przyszli po mnie, / i nie było już nikogo, kto wstawiłby się za mną”.

Na samym początku liczni intelektualiści, także naukowcy, byli wręcz entuzjastyczni wobec systemu taylorowskiego. Spośród uczonych zajmujących się zarządzaniem wyraźniejszą krytykę wyrażała Mary Parker Follett, może nie była jedyną, ale jej słowa o pierwszoplanowej roli człowieka w pracy zdają się ginąć w strumieniu entuzjazmu dla systemu „nowoczesnego zarządzania”. Polemizowali uczeni z innych dyscyplin, między innymi amerykański filozof John Dewey, który jako jeden z niewielu naukowców z tamtych czasów pojął, jak dużym i bardzo realnym zagrożeniem jest ten system i jak bardzo patologiczne konsekwencje ma podział procesu pracy na „robienie” i „myślenie”. Nie negował przy tym znaczenie efektywności – ale wskazywał na wybitnie negatywne skutki zarządzania na zasadzie one best way, „jedynie słusznego” sposobu. Na tej zasadzie opierał się tayloryzm – konsultant ustala optymalny sposób wykonania pracy, dzieli proces pracy na drobne składniki i normatywnie opisuje każde zadanie, każdą czynność. W ten sposób praca zmienia się, używając określenia Deweya, w „mechaniczną toporność”, staje się działalnością umysłowo martwą, wypaczając życie ludzkie uczuciowe. A przecież, jak podkreślał Dewey, praca może przynosić poczucie spełnienia i zadowolenia.

W tamtych czasach nikt chyba nie przypuszczał, że problem ten może dotyczyć kogokolwiek poza tak zwanymi pracownikami wykonawczymi, czyli robotnikami. Jednak ich grono szybko się powiększało. Dzisiaj wszyscy jesteśmy pracownikami wykonawczymi, tylko termin „robotnik” zniknął z przestrzeni publicznej. Teraz mówi się o kreatywności, sprawczości i kontroli, jak wspomniałeś wcześniej. O empowermencie, o turkusowych organizacjach, o zarządzaniu wiedzą i o klasie średniej. Każdy jest liderem i menedżerem na wizytówce, ale praca, którą wykonuje, coraz bardziej przypomina to, co nakazywał robotnikom robić Taylor. Uczeni też – również uczeni od zarządzania. „I nie było już nikogo, kto wstawiłby się za mną”.

J. N.: Ruchowi związkowemu nie pozostaje nic innego, jak zwrócić się ku tradycyjnym jego wartościom: solidarności, klasowości, czyli jasnemu określeniu, kto jest dawcą, a kto biorcą w społecznym podziale pracy, oraz do tego, co się czasem nazywa kulturą robotniczą, a więc pewnymi umiejętnościami rozpoznawania swojego interesu, sojuszników i przeciwników. Do tej kultury zaliczyłbym też pewien wysoki poziom samooceny, a wręcz dumy z przynależności klasowej. Nie wyklucza to związków chadeckich, jakim jest np. polska „Solidarność”, która mimo że głosi solidaryzm społeczny a nie antagonizm klasowy, nie musi odrzucać istnienia klas w ogóle. Oni mogliby na tym zyskać bez odwoływania się do kontrowersyjnej dla polskiego chrześcijaństwa teologii wyzwolenia. Wystarczy dać klasie robotniczej poczucie własnej wartości. Wtedy nurt odżegnywania się od klasy robotniczej i aspirowania za wszelką cenę do klasy średniej może się odwrócić na korzyść poszerzenia wpływów ruchu związkowego.

Dziś tym wyzwaniem dla związków zawodowych są korporacje. W korporacjach związki zawodowe są czymś zupełnie obcym z zasady, gdyż korporacja funkcjonuje na zasadach całkowitej indywidualizacji i rywalizacji wszystkich z wszystkimi, a de facto większość z nich wykonuje proste czynności, zgodnie algorytmem narzuconym z góry. Związki zawodowe odniosą sukces, jeśli będą umiały pokazać dawców i biorców pracy i to, co odróżnia jednych od drugich.

Ostatnia bitwa o zachowanie w całości Świętokrzyskiego Parku Narodowego?

6 października 2020 roku z funkcji ministra środowiska został odwołany Michał Woś. W ostatnim dniu urzędowania podjął kilka decyzji osłabiających system ochrony przyrody w Polsce. Jedną z nich była decyzja o zmianie granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Wbrew opinii przyrodników i działaczy społecznych opracował projekt rozporządzenia w tej sprawie, zakładający usunięcie z granic ŚPN 1,3 ha na Łyścu oraz włączenie do ŚPN ponad 60 ha izolowanej enklawy leśnej pod Grzegorzowicami.

Manipulacje czy błędy ministra środowiska?

25 czerwca 2020 r. na stronie Rady Ministrów ukazał się projekt rozporządzenia w sprawie zmiany granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego. To już druga próba rządzącej koalicji, mająca na celu usunięcie z granic ŚPN terenu na Łyścu o unikatowych walorach kulturowych i przyrodniczych.

8 września 2020 r ówczesny minister środowiska swoje plany zmniejszenia ŚPN rozesłał w formie projektu rozporządzenia do 9 organizacji pozarządowych. Minister zaprosił również na „konsultacje społeczne” tych dziewięć wybranych przez siebie organizacji pozarządowych. „Konsultacje” miały się odbyć 10 września w ministerstwie środowiska. Strona społeczna i przyrodnicy mieli dwa dni na zapoznanie się z całością sprawy, która swój początek ma w kwietniu 2019 r. O konsultacjach i terminie spotkania oraz pełnym tekście projektu rozporządzenia nie zostało poinformowane Stowarzyszenie MOST, które prowadzi tę sprawę od samego jej początku i koresponduje z ministerstwem. Stowarzyszenie MOST wysłało do ministra środowiska pismo z pytaniem, z jakiego powodu jego przedstawiciele nie zostali zaproszeni na „konsultacje” oraz wysłało zgłoszenie swojego przedstawiciela mimo braku zaproszenia. Do dziś Michał Woś nie odpowiedział na żadne z tych pism.

Stowarzyszenie MOST skierowało do ministra szereg pytań i uwag dotyczących kontrowersyjnej treści projektu. Odpowiedź do dziś nie została udzielona. Natomiast minister Woś napisał w swoim piśmie do stowarzyszenia, że z uwagi na złożony charakter sprawy musi zaangażować w odpowiedź kilka komórek organizacyjnych ministerstwa i potrzebuje więcej czasu niż ustawowe 30 dni.

Co do trybu prowadzenia konsultacji społecznych, to zgodnie z art. 10 ust 2 ustawy o ochronie przyrody, „Określenie i zmiana granic parku narodowego może nastąpić […] po zaopiniowaniu, w terminie 30 dni od dnia przedłożenia tych zmian, przez zainteresowane organizacje pozarządowe”. Nie ma tu mowy o tym, że minister środowiska może sobie dowolnie decydować, z kim się konsultuje. Informacja o konsultacjach społecznych ma być powszechna i dostępna dla wszystkich. Natomiast pozostawienie 2 dni na zajęcie rozsądnego stanowiska to zupełne kuriozum. Tym bardziej, że sobie minister daje mnóstwo czasu na odpowiedzi. Albo nie odpowiada wcale.

Ostatecznie na spotkanie z ministrem Wosiem przybył zgłoszony przez Stowarzyszenie Pracownia na rzecz Wszystkich Istot jeden człowiek. Ja. Reprezentowałem stanowisko Pracowni, ale też… Stowarzyszenia MOST, którego jestem prezesem. Poinformowałem o tym fakcie przedstawicieli ministerstwa. Bo samego ministra nie było. Na piśmie i w wystąpieniu zgłosiłem szereg uwag do projektu rozporządzenia. Pierwszą uwagą była ta o niezgodnym z prawem trybie ogłoszenia konsultacji społecznych w sprawie zmiany granic Świętokrzyskiego Parku Narodowego. W świetle prawa konsultacje nie odbyły się, a spotkanie było okazją do wygłoszenia stanowiska dwóch organizacji pozarządowych w tej sprawie. Cały komentarz dyrektora Departamentu Ochrony Przyrody Ministerstwa Środowiska Łukasza Rejta można skrócić do zdania: teraz muszą się tym zająć nasi prawnicy. Żadne konsultacje więc się nie odbyły.

Swoje uwagi na piśmie złożyły też dwie inne organizacje: Klub Przyrodników i PTOP Salamandra. Interpelacje poselskie w tej sprawie złożyli też posłowie Koalicji Obywatelskiej i Lewicy.

Michał Woś w sierpniu 2020, po wielu miesiącach starań, zezwolił Stowarzyszeniu MOST na prowadzenie badań naukowych na Łyścu, które miały ustalić faktyczny stan przyrody i środowiska. W zespole znaleźli się krajowi i międzynarodowi niezależni eksperci kilku dziedzin. Badania miały trwać do końca 2021 r. Jednocześnie Michał Woś zaplanował zmianę granic na IV kwartał 2020 r., czym wyraźnie dał do zrozumienia, że nie jest zainteresowany wynikami badań.

Rzeczywistość ministra i rzeczywistość

Minister Woś po byłym ministrze Henryku Kowalczyku i dyrektorze ŚPN Janie Reklewskim jest już trzecią osobą publiczną, która uważa, że fragment ŚPN na Łyścu „bezpowrotnie utracił wartości przyrodnicze i kulturowe”. Wprawdzie żaden z nich nie wspomniał w swoich dokumentach i wypowiedziach o wartościach kulturowych, ale tak właśnie, nierozłącznie, należy traktować wartości Łyśca zgodnie z ustawą o ochronie przyrody. Ustawa wprost mówi o trzech warunkach, które muszą zajść łącznie, aby móc planować wyłączenie danego terenu z granic parku narodowego. Jeśli chodzi o „bezpowrotność” utraty wartości, to minister środowiska i dyrektor parku narodowego powinni jednoznacznie udowodnić, że na danym terenie, tu na Łyścu, wartości przyrodniczych nie da się przywrócić. Zgodnie z art. 8.1. ust. 2. „Park narodowy tworzy się w celu zachowania różnorodności biologicznej, zasobów, tworów i składników przyrody nieożywionej i walorów krajobrazowych, przywrócenia właściwego stanu zasobów i składników przyrody oraz odtworzenia zniekształconych siedlisk przyrodniczych, siedlisk roślin, siedlisk zwierząt lub siedlisk grzybów”. To oznacza, że pierwszym krokiem, jaki powinien zostać podjęty w przypadku domniemania utraty wartości jakiejś części parku narodowego, jest podjęcie prób przywrócenia tych wartości. Jeśli jednak faktycznie jest to niemożliwe, to minister powinien podjąć kroki mające na celu ustalenie, co zaszło i kto za to odpowiada. Kiedy w 2019 r. zadałem to pytanie dyrektorowi Reklewskiemu, odpowiedział w piśmie, że nie podjęto kroków w celu ustalenia tego. Natomiast były minister środowiska Kowalczyk w odpowiedzi na interpelację poselską w tej sprawie starał się przekonać społeczeństwo i przyrodników, że już w XIX wieku Austriacy i benedyktyni poddawali Łysiec antropopresji. Tyle że rezerwat przyrody powstał w tym miejscu w 1924 r., a park narodowy w 1950 r. Przez kolejnych 69 lat nikt nie sygnalizował, że dzieje się tu coś złego z przyrodą. Ciekawe też, że po okresie wielowiekowej obecności benedyktynów, a następnie zaborców, którzy mieli tu swoje więzienia, po zburzeniu wierzy klasztornej przez Austriaków, po okresie istnienia na Łyścu sanacyjnego ciężkiego więzienia, po bombardowaniu niemieckim w 1939 roku, kiedy to zniszczeniu uległa część klasztoru oraz po okresie istnienia hitlerowskiego więzienia przez okres wojny, już w 1950 roku powołano tu park narodowy. A przecież pierwszy postulat jego powołania pochodzi z 1908 roku. Mimo tak trudnej historii i stałej, intensywnej i zapewne uciążliwej dla przyrody i klasztoru ludzkiej obecności dopiero w 2019 r. okazało się, że… teren ten utracił swoje wartości. Co więcej, nikt wcześniej tak nie uważał i nikt nie domagał się usunięcia tego terenu z granic parku narodowego. Ani wcześniejsi ministrowie środowiska, ani wcześniejsi dyrektorzy ŚPN. Zadziwiające.

Jeśli chodzi o kontrowersje co do obszaru planowanego do wyłączenia z granic ŚPN, to najpierw mówiono o około 5 ha. Obecnie minister Woś mówi już tylko o około 1,3 ha. Co to za teren? W większości to działki, na których posadowiono fragment klasztoru, obecnie będący w rękach Skarbu Państwa. Wchodzą tu też zadrzewienia strefy ekotonowej oraz trawnik z parkingiem i fragmentem drogi pod Muzeum Przyrodniczym ŚPN. Może się wydawać, że tak mały fragment to mała strata dla ŚPN. Ale na tych działkach od kilkuset lat stoi klasztor, a trawnik i zadrzewienia wyglądały podobnie jak dziś, zanim powołano tu rezerwat i park narodowy. 11 lat po niemieckim bombardowaniu klasztoru, w 1950 r. uznano, że teren ten musi zostać włączony w granice nowo powstającego, trzeciego w historii Polski parku narodowego. Czyżby w latach 2019-2020 na Łyścu stan środowiska był gorszy niż po nalocie bombowym? Ważne jest też to, że ministrowie Woś i Kowalczyk oraz dyrektor Reklewski nigdy nie odpowiedzieli, z jakimi danymi pozwalającymi ocenić zmiany w wartości przyrodniczej porównywali stan obecny. Aby stwierdzić utratę czegoś, trzeba najpierw stwierdzić obecność tego czegoś. Takiej analizy porównawczej nie ma.

Oszustwo i kradzież

Tuż przed wyborami prezydenckimi minister Woś pojawił się na Łyścu w towarzystwie prezydenta Andrzeja Dudy oraz dyrektora ŚPN Jana Reklewskiego. Minister w Radio Kielce ogłosił, że zamierza powiększyć ŚPN o około 60 ha lasu pod Grzegorzowicami. Nie było mowy o planach wycięcia z granic ŚPN Łyśca z klasztorem. Co to za 60 ha pod Grzegorzowicami ? Kto słyszał o tym wyjątkowym kompleksie leśnym, ponoć cenniejszym niż wzgórze Łyśca i wartym włączenia do ŚPN? I z jakiego powodu nigdy wcześniej nikt tego lasu do parku nie włączył? No więc ten las stanowi izolowaną enklawę znacznie oddaloną od zwartego obszaru ŚPN. Włączenie tego lasu w granice parku narodowego niesie ze sobą potencjał konfliktów społecznych oraz problemów przyrodniczych trudnych do rozwiązania. Ponadto zgodnie z istniejącą dokumentacją, obszar ten w najmniejszym stopniu nie nawiązuje wartościami przyrodniczymi i kulturowymi do terenu na Łyścu, który został przeznaczony do usunięcia z granic parku. Las pod Grzegorzowicami wymaga wielospecjalistycznego, długotrwałego przebadania przyrodniczego oraz analizy z punktu widzenia problematyki planowania i zagospodarowania przestrzennego, a także potencjalnych trudności z zachowaniem spójności i integralności parku narodowego oraz skutecznej możliwości ochrony jego przedmiotów ochrony. Stwierdzono tam bobra, wydrę i grąd subkontynentalny. Kiedy przyrodnicy alarmują, że jakiś teren jest cenny, bo są tam bóbr i wydra, leśnicy i urzędnicy kpią z nich, mówiąc, że te zwierzęta są pospolite i czynią rozmaite szkody. Tym razem jednak, z jakiegoś nieodgadnionego powodu, las, na skraju którego są bóbr i wydra, wart jest włączenia w granice parku narodowego.

W Polsce narzeka się, że nie powstają nowe parki narodowe, że nie da się ich utworzyć z uwagi na opór zarządców i właścicieli terenu. Tu okazuje się, że powiększenie parku narodowego to żaden problem. Leśnicy z ochotą oddali ponad 60 ha lasu pod ochronę w ramach parku narodowego. Taki pomysł ogłoszony niemal w przeddzień wyborów prezydenckich to zwykła próba przekupienia Polaków. Przecież nie ma o co się kłócić. O 5 ha albo o 1,3 ha? Dajemy w zamian ponad 60 ha. Kto by na to się nie zgodził dla świętego spokoju?

Zwracam jednak uwagę, że Świętokrzyski Park jest Narodowy, zabudowania na Łyścu należą do Skarbu Państwa, a las pod Grzegorzowicami też jest państwowy. Nie partyjny, nie rządowy, nie kościelny. Narodowy. Minister środowiska Michał Woś chce okraść Polaków z ich własności – i to dwukrotnie: planując przekazanie całego klasztoru i ziemi zakonnikom oraz wyłączając z gospodarki leśnej 60 ha lasu. To podwójna niegospodarność, podwójna strata dla budżetu państwa, podwójna strata dla przyrody i kultury tego kraju.

Skutki

Gdy podejmuje się jakieś działanie, warto się zastanowić nad jego długoterminowymi skutkami. Łysiec, Łysa Góra, Święty Krzyż − to ciągle symbol Świętokrzyskiego Parku Narodowego, jego serce. To także jeden z głównych symboli całego województwa świętokrzyskiego.

Wygląda jednak na to, że nowymi symbolami mają szansę stać się bóbr i wydra.

Jeśli ministrowi środowiska uda się usunąć z granic ŚPN fragment Łyśca, to dojdzie do nieuzasadnionej i bezprawnej ingerencji w polski system ochrony przyrody. W wielu, może we wszystkich parkach narodowych znajdują się tereny prywatne, parkingi, budynki, kościoły. Powstanie precedens, który może spowodować lawinę roszczeń i falę destrukcji. Jeśli nie da się powołać Turnickiego Parku Narodowego, ale da się włączyć las pod Grzegorzowicami do granic parku narodowego, to jest to dowód na to, że prawo traktowane jest instrumentalnie, a argumenty naukowe nic nie oznaczają. Jeśli minister środowiska wybiera sobie, z kim chce rozmawiać, zamiast stosować odpowiednie ustawy i procedury, to nie ma już miejsca na społeczeństwo obywatelskie i żyjemy w kraju o systemie autorytarnym, a nie demokratycznym. Jeśli poseł Mariusz Gosek publicznie twierdzi, że nie musi się tłumaczyć z tego, że lobbuje za zmniejszeniem ŚPN, bo jest Polakiem-katolikiem, to oznacza, że w Polsce nie obowiązuje prawo.

Prawdopodobnie mało kto w rządzie orientuje się w tej sprawie i nikomu by nie przyszło do głowy zajmowanie się jakimś małym parkiem narodowym na polskiej prowincji. Sądzę, że motorem całej operacji jest właśnie Mariusz Gosek z Solidarnej Polski, pupil Zbigniewa Ziobro. Obecny rząd z łatwością przeprowadzał operacje nieporównanie bardziej medialne i kontrowersyjne. Prawdopodobnie nikt nie ma energii ani woli w tym rządzie, aby zajmować się czymś tak brudnym i w zasadzie mało ważnym z punktu widzenia warszawskich pryncypiów. Nawet wśród katolików ten pomysł jest oceniany fatalnie, a poseł Gosek odbierany jak niebezpieczny fanatyk.

To wszystko oznacza także, iż nie ma takiej wartości, której nie byliby w stanie zlekceważyć i zniszczyć politycy z obecnej koalicji rządzącej. A to jest bardzo zła wiadomość dla wszystkich, nie tylko dla przyrodników.

Post scriptum

Organizacjom pozarządowym i wszystkim obywatelom zostało 10 dni na przesłanie swoich uwag do fatalnego projektu rozporządzenia. Termin mija 16 października 2020. Jeśli uwagi nie wpłyną, Świętokrzyski Park Narodowy utraci bezcenny fragment swojego terenu objęty ochroną od 1924 roku.

Tu można znaleźć szczegóły wraz z dokumentami i treścią uwag, które można przesłać na adres ministerstwa środowiska: http://mostedu.pl/byly-minister-michal-wos-w-ostatniej-decyzji-zmniejsza-swietokrzyski-park-narodowy/

Łukasz Misiuna

 

Poprzednie teksty autora na ten temat:

Oblaci w lesie. Rząd zmniejszy Świętokrzyski Park Narodowy na rzecz Kościoła?

Park utraconych wartości (o kulisach planów zmniejszenia Świętokrzyskiego Parku Narodowego)

Kamieni kupa. O utracie wartości kulturowych na Łyścu

Świętokrzyski Park Narodowy zostanie powiększony?

Moczar – reaktywacja? (2008)

Moczar – reaktywacja? (2008)

W 2003 r. znany francuski filozof Alain Finkielkraut wydał książkę „Au nom de l’Autre. Réflexions sur l’antisémitisme qui vient”. Postawił w niej tezę, że dotychczasowy antysemityzm, będący domeną skrajnej prawicy, jest dziś zjawiskiem dużo mniej groźnym niż nowe oblicze antysemityzmu – lewicowe.

Prowadzona z lewicowych pozycji krytyka państwa Izrael staje się bowiem pożywką dla coraz bardziej agresywnych teorii wymierzonych w Żydów. Żydzi w Izraelu i poza nim (np. „lobby syjonistyczne” w USA) są przedstawiani jako wcielony diabeł, który ma na sumieniu wyłącznie liczne zbrodnie. Z kolei świat arabski i ugrupowania islamskie prezentowane są wyłącznie w jasnych barwach, jako ofiary agresji żydowskiej oraz „imperializmu”. Na tym tle wyrasta nowy antysemityzm – znów Żydzi przedstawiani są w czarno-białych barwach, stają się kozłem ofiarnym.

Książka Finkielkrauta ukazała się w polskim przekładzie w 2005 r., pt. „W imię Innego. Antysemicka twarz lewicy”. Wydawać by się mogło, że w naszym kraju jest to problem egzotyczny. Tak jednak nie jest. Coraz bardziej agresywny lewicowy „antysyjonizm” istnieje także w Polsce. Czterdziesta rocznica wydarzeń marcowych jest dobrą okazją, by przyjrzeć się temu zjawisku.

SS – „Spisek Syjonistyczny”

W numerze 14 pisma „Lewą Nogą” (redaktorzy: Stefan Zgliczyński, Przemysław Wielgosz; wydawca: Instytut Wydawniczy Książka i Prasa) można znaleźć opinie, których nie powstydziłyby się periodyki skrajnej prawicy.

Szczególnie wymowny jest tekst Israela Shamira. Nawiązując do antysemickich prześladowań w carskiej Rosji i w Związku Radzieckim, Shamir ocenia, że prezentują się one „bardzo blado” na tle sytuacji w dzisiejszym Izraelu. W tym ostatnim „goje są zamknięci w rezerwatach i obozach koncentracyjnych”. Shamir twierdzi, że „wieki antyżydowskich pogromów spowodowały mniej ofiar niż to do czego jesteśmy zdolni w jeden tydzień”. Swoim bagatelizowaniem antysemityzmu obejmuje również zbrodnie hitlerowskie. Stawia on ciągle znak równości między władzami Izraela i III Rzeszy. Pisze, iż „Palestyńczyk nie może udać się do wioski obok bez ausweisu w żydowskiej wersji”. Propozycje pokojowe, z którymi wobec Palestyńczyków występowali przywódcy izraelscy, porównuje natomiast do nazistowskiej strategii zamykania Żydów w gettach i obozach koncentracyjnych: „/…/ najbardziej liberalny żydowski plan przewiduje stworzenie szeregu gett dla gojów, ogrodzonych drutem kolczastym, otoczonych przez żydowskie czołgi, z żydowskimi fabrykami u wejścia. W nich Arbeit uczyni gojów Frei”.

Kulminacją takich wywodów w tekście Shamira jest jednak stwierdzenie: „Co nas właściwie denerwowało w postępowaniu niemieckich nazistów? Ich rasizm? Nasz rasizm nie jest mniej rozpowszechniony ani mniej śmiercionośny”. Tak oto z łamów rzekomo lewicowego czasopisma możemy się dowiedzieć, że hitlerowski rasizm (mający na koncie ludobójstwo 6 milionów Żydów i milionów przedstawicieli innych narodowości) nie jest bardziej śmiercionośny niż polityka państwa Izrael.

Kim jest autor tych wywodów? Jak ujawniło kilka pism monitorujących skrajną prawicę, m.in. „Expo” i „Monitor”, Israel Shamir współpracował np. z wieloletnim przywódcą Ku Klux Klanu, Davidem Duke’em czy z Martinem Websterem, znanym działaczem neofaszystowskim z Wielkiej Brytanii. Tłumaczem tekstów Shamira na norweski jest Hans Olaf Bendberg, znany z krytyki pamiętników Anny Frank, którym zarzucał, że nie wspomniano w nich „milionów dobrych Niemców”. Jego szwedzki sojusznik, Lars Adelskog, jest autorem książki „argumentującej”, że Holocaust faktycznie nie miał miejsca.

Shamir zarzucał brytyjskiemu dziennikowi „Times”, że stał się częścią „światowej konspiracji syjonistycznej”, zmierzającej do zniszczenia Arabów i muzułmanów. Narzędziem tej konspiracji ma być również administracja prezydencka USA, którą Shamir – wykorzystując terminologię amerykańskich ugrupowań neonazistowskich – określa jako „syjonistyczny rząd okupacyjny” (Zionist Occupation Government). Twierdzi też, że w legendach o popełnianiu przez Żydów tzw. mordów rytualnych mogło być „wiele prawdy”. Uważa ponadto, iż „Protokoły Mędrców Syjonu” należy traktować jako poważne źródło historyczne. Żydzi – twierdzi Shamir – są wrogami ludzkości co najmniej od czasów ukrzyżowania Chrystusa, które popełnili w imię swojego religijnego „kultu mamony”. Niezbędne jest, wobec tego – dodaje, posługując się osławioną formułą nazistów – „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej”. Nastąpi ono, gdy Żydzi, naśladując samego Shamira, nawrócą się na prawosławie, a ich państwo w Palestynie zostanie zlikwidowane.

Zdaniem Shamira, antysemityzm był i pozostaje mitem, który stworzyli sami Żydzi, aby odwrócić uwagę od swoich knowań. Taką funkcję – głosił on na konferencji w Bejrucie, gdzie negacjoniści z całego świata podważali istnienie komór gazowych w Auschwitz – pełni również „mit Holocaustu”. Nic dziwnego, że od poglądów i osoby Israela Shamira publicznie odcięło się wielu zadeklarowanych przeciwników polityki państwa Izrael. Radykalnie lewicowy działacz i publicysta Lenni Brenner określił go mianem „oszczercy i politycznego głupca”. Współpracy z Shamirem odmówili izraelscy aktywiści antywojenni z organizacji Matzpen (m.in. znany izraelsko-brytyjski dysydent i wybitny uczony Moshe Machover).

W Polsce oprócz redakcji „Lewą Nogą” promotorem wywodów Shamira jest jawnie antysemicki portal internetowy www.polonica.net – jego „motto” to „Przeciwko żydokracji! Polska bez żydostwa i żydzizmów!”. Portal ten publikuje teksty Shamira od roku 2001. W Internecie można także znaleźć polski przekład innego z tekstów Shamira, w którym czytamy: „Na początku XX wieku, dziecko z mieszanego małżeństwa prawie zawsze identyfikowałoby się z rdzenną ludnością swojego kraju. Lecz tendencja ta napotkała na przeciwdziałanie historii Holokaustu, ideologicznej konstrukcji wszczepiającej potomkom Żydów fatalistyczne wrażenie »braku ucieczki«. »Nie ma znaczenia czy jesteś Żydem pełnej krwi czy też masz tylko kroplę krwi żydowskiej, czy jesteś ochrzczony czy też nie – mógłbyś tak samo być zamordowany przez hitlerowskich nazistów. Dlatego przyłącz się do Żydów i popieraj Żydów« – oto, w skrócie, idea lansowana przez Żydów w celu utrzymania, w swym dalszym otoczeniu, potomków tychże Żydów. Tak więc Żydzi, reprezentowani przez ideologów Holokaustu, zrobili z Adolfa Hitlera i jego nazistów swoich najlepszych sojuszników”. Tako rzecze „antysyjonista” Israel Shamir, autor lewicowego pisma „Lewą Nogą”…

„Żydzi rządzą Ameryką…”

Na łamach „Lewą Nogą” równie kuriozalne wywody są normą. Dobrym ich przykładem są dwa artykuły amerykańskiego publicysty Jamesa Petrasa.

W artykule „Izrael a Stany Zjednoczone – unikalne stosunki” („Lewą Nogą” nr 14) Petras oskarża swój kraj o „serwilizm wobec Izraela”. Jego zdaniem, Żydzi izraelscy posiadają w Stanach „lobby”, na które składają się „strategicznie usytuowani w systemie gospodarczo-politycznym /…/ kongresmani, media i magnaci z Wall Street”. Petras określa chętnie aktywistów owego „lobby” jako żydowskich „osadników kolonialnych” w USA. „Lobby” kontroluje obie główne partie polityczne, finansując – jak „wyliczył” Petras – Demokratów w 50%, a Republikanów w 35%. „Lobby” zdobyło władzę nad Kongresem, za czego dowód służą Petrasowi przychylne dla Izraela wyniki głosowań w tej izbie. „Lobby” ma na swoich usługach „superbogatych oszustów finansowych /…/ a nawet gangsterów i morderców”, którym zapewnia całkowitą bezkarność.

Nie zadowalając się osiągnięciami swego „lobby”, Izrael ma na dodatek penetrować USA za pośrednictwem „siatki agentów”, oplatającej „bazy wojskowe, Urząd do Walki z Narkotykami, Federalne Biuro Śledcze (FBI), /…/ dziesiątki innych instytucji państwowych, a nawet /…/ tajne biura i mieszkania prywatne personelu policji i wywiadu”. Ta „siatka” działać ma ponoć również „na terenie Pentagonu”. Próby jej zdemaskowania są z góry skazane na niepowodzenie, ponieważ – jak obwieszcza Petras – kontroluje ona policję, kontrwywiad, wymiar sprawiedliwości i media, które mogłyby ją ścigać. To wszystko Petras pisze całkiem serio.

Nic dziwnego, że dysponując prawie nieograniczonymi możliwościami, „izraelscy agenci” na długo przed 11 września zdobyli „informacje o przygotowaniach do zamachów”, którymi jednak „nie podzielili się ze swoim sojusznikiem w Waszyngtonie”. Nie jest jasne, czy Izraelczycy zawinili jedynie tym, że zaniedbali ostrzec Amerykanów o planowanych atakach na World Trade Center. Petras sugeruje bowiem – powołując się tym razem na pogłoski krążące po „całym Wschodzie arabskim” – że same te zamachy „były wynikiem spisku izraelskiego”, który „miał nakłonić Waszyngton do ataku na arabsko-muzułmańskich przeciwników” państwa żydowskiego. Nie wyklucza, że pomogli je zorganizować wywiadowcy Mossadu, którzy „przeniknęli do grupy” zamachowców z Al-Kaidy…

O ile, według Petrasa, Izrael i USA podejmują kroki na rzecz zapewnienia sobie bezpieczeństwa bezpodstawnie i zbrodniczo, to akcje terrorystów uważa on za całkowicie usprawiedliwione. Oceniając sytuację międzynarodową, w artykule „11 września – rok później” („Lewą Nogą” nr 14), przepowiadał „pospieszny schyłek” imperium USA. Jako narzędzie jego przyspieszenia zalecił globalną walkę zbrojną, której terenem są – w jego przekonaniu – „przystanki autobusowe, deptaki, pięciogwiazdkowe hotele, pizzerie i wszystkie granice Izraela”.

Wywody Petrasa o wszechpotężnym lobby żydowskim/syjonistycznym uznał za kompletną bzdurę Noam Chomsky, znany lewicowy intelektualista, od wielu lat krytykujący politykę Izraela i USA wobec Palestyńczyków i krajów arabskich.

Nowotwór, syfilis i bomby

Teorie Petrasa wziął sobie natomiast do serca Zbigniew Marcin Kowalewski, który na łamach pisma „Rewolucja” (z „Lewą Nogą” łączy ją wspólny wydawca i niemal identyczny zestaw autorów, w tym Kowalewski, który jest redaktorem naczelnym „Rewolucji” oraz stałym współpracownikiem redakcji „Lewą Nogą”) z aprobatą przyjmował metody zamachów terrorystycznych, przeprowadzanych przez „islamski ruch oporu” na przypadkowych żydowskich cywilów. W nr 3 „Rewolucji” prezentował bez śladu dezaprobaty takie organizacje islamistyczne, które deklarują: „zastrzegamy sobie prawo do atakowania wszystkiego, co syjonistyczne na terytoriach okupowanych od 1967 r.” oraz „prawo do uderzania w syjonizm w obrębie terytoriów okupowanych od 1948 r.”. Należy tu wyjaśnić, że przywołany rok 1948 oznacza, iż ofiarą zamachów może paść w zasadzie każdy izraelski Żyd-cywil, bowiem to właśnie w tym roku powstał Izrael – państwo syjonistyczne…

Znamienny jest nie tylko dobór metod przywoływanych w „Rewolucji”, ale także używana terminologia. Kowalewski porównuje państwo Izrael do… nowotworu. W nr 2 „Rewolucji” pisał: „Rola Izraela jako »raka« na ciele świata islamu polega na tym, że na wszystkich kierunkach zagraża on otoczeniu arabskiemu i islamskiemu”. W nr 3 tego samego pisma Ibrahim Nadżi Allusz pisze z kolei o „ideologicznym syfilisie »kompromisu z Izraelem«”.

Najmłodszym dzieckiem wydawnictwa Książka i Prasa jest polska edycja międzynarodowego miesięcznika „Le Monde Diplomatique”. O ile jego wersja francuska i angielska znane są z nasilonej krytyki polityki Izraela, o tyle polska redakcja (sami swoi: „dyrektorem publikacji” jest Zgliczyński, redaktorem naczelnym – Wielgosz, a zastępcą redaktora naczelnego – Kowalewski) wniosła tu specyficzny wkład. Np. w numerze 5/2006 jeden z tekstów redakcja pisma zaanonsowała na pierwszej stronie ramką z wymienionymi ugrupowaniami spod znaku „terroryzmu grup i ludów uciskanych”. Wśród różnych ruchów narodowowyzwoleńczych, w tym takich, które walczą z tyrańskimi i autorytarnymi reżimami, wymieniono tam również… Al-Kaidę.

Viva fantasmagorie!

Kolejny element tej układanki to portal internetowy „Viva Palestyna”. Choć deklaruje obronę praw Palestyńczyków i krytykowanie nadużyć polityki izraelskiej, pełen jest teorii z pogranicza absurdu. I bynajmniej nie tylko o Palestynę tu chodzi – można tu znaleźć np. przedruk artykułu o tym, że „młodzi Żydzi rozrabiają w Polsce”. W „Oświadczeniu w szóstą rocznicę powstania Viva Palestyna: Walczymy w światowej intifadzie”, redaktorzy portalu napisali: „W poczynaniach Izraelczyków, którzy jeszcze trzy lata wcześniej doświadczali tragedii holokaustu, a sami dokonali równie skutecznej destrukcji całej społeczności narodowej, rysują się analogie z polityką realizowaną przez Trzecią Rzeszę”.

Jednym z głównych ideologów „Viva Palestyna” jest Paweł Michał Bartolik z Poznania. To on zaprosił do współpracy wspomnianego Kowalewskiego, pisząc doń (list zamieszczono na tym portalu): „Nader interesujące wydawałyby się materiały dotyczące /…/ siatki szpiegowskiej Mossadu, której obecność zbiega się czasoprzestrzennie z obecnością w USA późniejszych zamachowców 11 września 2001 r. /…/ Osobiście uważam, że Mossad prawie na pewno wiedząc co się święci z premedytacją nabrał wody w usta, a z ponad pięćdziesięcioprocentowym prawdopodobieństwem dbał o mylne tropy i inne informacyjne śmieci dla policji, FBI, CIA etc., by udaremnić zapobieżenie zamachom. /…/ Powstaje też pytanie, kto z izraelskiej wierchuszki, jeśli choć część tych podejrzeń miałaby okazać się prawdą, należał do grona osób dobrze poinformowanych”.

Teksty Bartolika roją się od tego typu wywodów. Zacytujmy jeszcze znamienne fragmenty dwóch z nich. „Był tylko jeden holokaust – nigdy więcej! Tak mówi dziś lotnik bombardujący arabskie osiedla. Tak przemawia operator buldożera dostarczonego w ramach intratnego kontraktu armii izraelskiej przez firmę Caterpillar. /…/ Takie przesłanie /…/ niósł pilot izraelskiego F16, dokonujący przelotu nad obszarem hitlerowskiego obozu zagłady w Oświęcimiu. Tyle znaczą słowa scholastycznego pismaka Commentary Magazine i tuby skrajnej prawicy syjonistycznej, Edwarda Alexandra, o »zakumulowanym kapitale moralnym«, jakim pozostaje zagłada Żydów w okresie drugiej wojny światowej. Hienom wyjącym w bankach i na giełdach – takim jak te z Caterpillara – lubią wtórować hieny wyjące w grobach. By bez wstydu i cienia wahania pozbawiać dorobku życia i samego życia mieszkańców współczesnych gett i bantustanów, by – jakby na hitlerowskie zawołanie »Siła poprzez radość« – kolonizować i eksterminować” – przekonuje Bartolik.

A następnie wyciąga „oczywisty” wniosek: „Dlatego właściwym jest całkowicie antysyjonistyczne stanowisko, uznające, że Izrael nie miał prawa powstać, gdyż jego powstania nic nie usprawiedliwia; stanowisko, które uznaje to państwo za niewarte i niegodne przerażającej ceny, jaką przyszło zapłacić regionowi i całemu światu za utrzymywanie tego rasistowskiego reżimu. /…/ gdy David Irving jest /…/ ścigany przez policje dziesiątek krajów i musi mierzyć się z pozwami sądowymi i aresztowaniami, podobni mu w swej istocie negacjoniści syjonistyczni mają co najwyżej problem z tym, że czerwony dywan, który przed nimi rozwinięto na lotnisku, był o zgrozo zakurzony”.

„Antysyjonizm” i jego krytycy

Na początku 2003 r. publicysta Michał Bilewicz, jako bodaj pierwszy, zwrócił uwagę na problem lewicowego „antysyjonizmu” w Polsce. Na łamach pisma „Słowo Żydowskie” (periodyk Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce) opublikował tekst będący analizą artykułów zamieszczanych w „Lewą Nogą” i „Rewolucji”. Pisząc swój tekst z pozycji lewicowych i bynajmniej nie broniąc całokształtu polityki Izraela, dokładnie przeanalizował treści wspomnianych czasopism.

O artykule Stefana Zgliczyńskiego pisał tak: „autor sugeruje, że specjalni wysłannicy Mossadu niebezpiecznie kombinowali przy zamachach na WTC z 11 września, a już na pewno wiedzieli o nich wcześniej i nie poinformowali opinii publicznej. Inny fragment, jak gdyby nigdy nic, informuje nas, że oto zamachy 11 września były na rękę gabinetowi Szarona, który mógł bez obaw rozpocząć swoją kampanię naznaczoną »torturami i mordami z zimną krwią niewinnych starców, kobiet i dzieci«. Aby uwiarygodnić moc swoich słów redaktor Lewej Nogi zaznacza, że w Dżeninie Izraelczycy korzystali z »doświadczeń SS tłumiącego w 1943 roku powstanie w getcie warszawskim«”.

Zrównywania Izraela z III Rzeszą, a konfliktu żydowsko-palestyńskiego z Holocaustem nie zdzierżyło też inne żydowskie pismo, „Midrasz”. W maju 2006 r. na jego łamach ukazał się tekst Michała Otorowskiego, poświęcony wywodom autorów „Lewej Nogi” i „Rewolucji”. Autor pisał: „/…/ już na pierwszy rzut oka widać, że ten nowy przeciwnik polskiego, inteligenckiego filosemityzmu do złudzenia przypomina marcowy antysyjonizm /…/. Wystąpienia polskiej lewicy przeciwko Izraelowi budzą szczególny niesmak. Tak jak antysemicki negacjonizm jest o wiele bardziej naganny tutaj, na ziemi, na której dokonał się Holocaust, tak też skandalicznie brzmią głosy Polaków, którzy odmawiają Żydom w ten czy inny sposób prawa do posiadania państwa /…/”.

Cios z lewej

Do dyskusji wywołanej tekstem Otorowskiego włączyli się dwaj wieloletni działacze lewicy, a przy tym naukowcy zajmujący się zawodowo problematyką rasizmu i antysemityzmu – dr August Grabski z Żydowskiego Instytutu Historycznego oraz dr Piotr Kendziorek, autor cenionej książki „Antysemityzm a społeczeństwo mieszczańskie”.

W numerze „Midrasza” z lipca-sierpnia 2006 r. dokonali oni szczegółowej analizy wywodów Zgliczyńskiego i Kowalewskiego. Kendziorek i Grabski pisali: „W /…/ trąbkę radykalnie antyżydowskiego nacjonalizmu palestyńskiego dmie ile sił w płucach Kowalewski, któremu spędza sen z powiek myśl, że skrajna prawica palestyńska mogłaby organizować mniej zamachów na Żydów, niż czyni to obecnie. Dlatego z dezaprobatą pisał o palestyńskiej petycji z 2003 r., której sygnatariusze wzywali do /…/ zaprzestania zamachów na cywilów”. Zwrócili też oni uwagę, że w „antysyjonizmie” tego rodzaju, jaki propagują redaktorzy „Lewą Nogą” i „Rewolucji”, ma miejsce „przejęcie całego szeregu tez o charakterze bliskim antysemityzmowi”. Wytknęli również, że teksty sławiące „islamski ruch oporu” przeciwko Izraelowi, przedstawiają bardzo wyidealizowany obraz zjawiska –przemilcza się w nich jawnie antysemickie tezy islamistów, w tym twierdzenie w tzw. Karcie Hamasu, że „Protokoły Mędrców Syjonu” są… autentycznym wyrazem „żydowskich knowań”.

Ci sami autorzy zabrali wkrótce głos na łamach lewicowego tygodnika „Przegląd”. Pisali tam: „Tylko w /…/ klimacie intelektualnym, nasyconym demagogią i idealizacją islamistycznej skrajnej prawicy, mógł się zrodzić gest poparcia dla samobójczych zamachów palestyńskich /…/ wobec nie tylko żołnierzy, lecz także cywilów, który otwarcie wyraził redaktor naczelny »Rewolucji« i czołowy publicysta »Lewą nogą« Zbigniew M. Kowalewski. Idea zabijania przypadkowych izraelskich cywilów, ubrana w lewicowy język przez Kowalewskiego, licytuje swoim radykalizmem wiele numerów pism antysemickiej radykalnej prawicy typu »Szczerbiec« /…/. Po poparciu przez pismo »Rewolucja« takich aktów przemocy, »humanitarna« wydaje się nawet antysemicka kampania propagandowa i czystki w aparacie przeprowadzane w Polsce w marcu 1968 r. Nie szokują już również obecne na łamach periodyków wydawnictwa Książka i Prasa teksty usprawiedliwiające typowe dotychczas tylko dla skrajnej prawicy porównywanie realiów izraelskiej okupacji do komór gazowych Auschwitz”.

Po doświadczeniu krytyki „antysyjonistycznych” tekstów w „Lewą Nogą” i „Rewolucji”, redaktorzy polskiej edycji „Le Monde Diplomatique” sięgnęli po zabieg posługiwania się nazwiskami lewicowych i liberalnych intelektualistów typu Zygmunt Bauman i Jerzy Jedlicki w komentarzach na temat antysemityzmu w Polsce. Bynajmniej nie przekreśliło to jednak ich ideologicznego szaleństwa wobec Izraela. W „Le Monde Diplomatique” nr 2/2008 znajdziemy np. laurkę na cześć „prawdziwego rewolucjonisty”, czyli Georga Habasha, przywódcy organizacji terrorystycznej, zabijającej izraelskich cywilów.

Insynuacje dobre na wszystko

Prawdziwą furię środowiska Książki i Prasy wywołała jednak inna publikacja. Wspomniany A. Grabski zredagował i wydał pod szyldem Żydowskiego Instytutu Historycznego pracę zbiorową pt. „Żydzi a lewica”. W książce tej, poruszającej rozmaite tematy, opatrzonej pozytywnymi recenzjami wybitnych naukowców, zamieszczono anglojęzyczną wersję wspomnianego tekstu Grabskiego i Kendziorka z „Midrasza”.

Zgliczyński zareagował na ten fakt bardzo nerwowo. W polskiej edycji „Le Monde Diplomatique” z czerwca 2007 r. w tekście o znamiennym tytule „Publikacja ze skandalem w tle”, napisał, w dobrze już znanym stylu, że Grabski i Kendziorek „wpisują się tym tekstem w szereg publikacji skrajnie prawicowych rasistów, którzy pod pozorem obrony Izraela uprawiają – z morderczym skutkiem – prowojenną politykę szczucia na Irak, Liban, Syrię, czy obecnie Iran”.

Oprócz tego bzdurnego stwierdzenia – wszak Grabski i Kendziorek nie tyle bronili Izraela, ile krytykowali paranoiczny sposób, w jaki np. Kowalewski pozytywnie ocenia zamachy na żydowskich cywilów, a Shamir zrównuje Izrael z III Rzeszą i ludobójstwem w Auschwitz – ze strony Zgliczyńskiego nie pojawiła się żadna merytoryczna odpowiedź na stawiane zarzuty. Natomiast wspomniany Paweł Michał Bartolik z „Viva Palestyna” na portalu Indymedia szczerze oznajmił, co sądzi o krytykach lewicowego antysemityzmu: „nie zamierzamy odpowiadać merytorycznie na jad nędznego doktorzyny, /…/ nie zamierzamy tłumaczyć się z intencji przed ludźmi, którzy są niegodni obmywać nasze stopy. /…/ rezygnujemy z polemiki z wami – nie jesteście bowiem partnerami do dyskusji, lecz, delikatnie mówiąc, gnojem historii”.

Tym jawnym nagonkom na krytyków „antysyjonizmu” towarzyszą mniej cywilizowane próby ich zaszczucia. Pod przedrukami tekstów Kendziorka i Grabskiego, zamieszczanymi na lewicowych portalach internetowych, regularnie pojawiają się anonimowe insynuacje i wulgarne wyzwiska pod adresem autorów.

Jad salonowy

Przywołany na wstępie Finkielkraut zauważył, że nowy, lewicowy antysemityzm jest obecnie znacznie bardziej groźny niż antysemityzm skrajnej prawicy. Ten drugi jest na szczęście, po doświadczeniach Holocaustu, całkowicie skompromitowany i pozostaje zjawiskiem marginalnym, powszechnie potępianym, wegetującym w niszy małych grupek politycznych i niskonakładowych gazetek. Natomiast obsesyjne ataki na Żydów i Izrael w wykonaniu lewicy (które – w takiej formie i treści, jak cytowano wyżej – w żaden sposób nie przyczyniają się do rzetelnego poznania konfliktów bliskowschodnich i ich rozwiązania czy wsparcia dla ofiar), są traktowane znacznie bardziej wyrozumiale, często przenikają do głównego nurtu dyskursu publicznego, na łamy poważnych czasopism i do środowisk uznawanych za wiarygodne. To sprawia, że ich zasięg i oddziaływanie społeczne są znacznie większe, a przez to groźniejsze.

Tak dzieje się właśnie z autorami cytowanych wywodów. Postać publiczna tej rangi, co prof. Karol Modzelewski, publicznie debatuje z Kowalewskim, który bez cienia krytyki prezentuje najbardziej skrajne antyżydowskie ugrupowania terrorystyczne i nie protestuje przeciwko ich zamachom na przypadkowych izraelskich cywilów. Wielgosz, który na łamach „Le Monde Diplomatique” prezentuje Al-Kaidę jako ugrupowanie „ludów i narodów uciskanych”, bierze udział w debatach z Leszkiem Millerem i publikuje na łamach „Dziennika”. „Lewą Nogą” było kilkakrotnie w pozytywny sposób prezentowane przez „Gazetę Wyborczą”, a „Le Monde Diplomatique” jest kolportowany w głównej siedzibie SLD. Tak oto wspierani i legitymizowani są promotorzy teorii o „spiskach syjonistów”, „lobby żydowskim” rządzącym Ameryką, powtórce z Auschwitz w Palestynie, udziale Mossadu w zamachach na World Trade Center itp. Ci sami ludzie, którzy z oburzeniem – skądinąd słusznym – potępiają kserokopiowane biuletyny skrajnie prawicowych antysemitów, wywody księdza Jankowskiego i hasła bazgrane na murach przez małoletnich skinów, ułatwiają przenikanie do głównego nurtu debaty publicznej osób głoszących wyżej cytowane brednie.

Można się zastanawiać nad granicami wolności słowa i uznać, że nawet największe absurdy zasługują na prawo do publikacji. Zgoda – nie zmienia to jednak faktu, że nie należy ich popierać i promować. Problem nie dotyczy krytyki Izraela i jego polityki, lecz tego, w imię czego i jak jest ona prowadzona. Gdy konkretne argumenty zastępowane są przez paranoję i teorie z pogranicza antysemityzmu, jest to moralnie nie do zaakceptowania.

Wiktor Sadłowski

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w „Obywatelu” nr 40, wiosną 2008 r.

Dopisek od redakcji „Nowego Obywatela” z października 2020 roku: wydawnictwo Książka i Prasa, które wydawało periodyki publikujące brednie cytowane w powyższym tekście, jest także wydawcą książek, których autor to „antyfaszysta” Przemysław Witkowski. Jak widać, „tropiciel faszyzmu” przez długie lata nie wytropił szmatławych wywodów – zapewne całkowicie przypadkiem tylko dlatego, że wypisywali je jego koledzy i wydawcy. Do tej postaci i innych jej mało znanych poczynań prawdopodobnie wrócimy w przyszłości.

Teoria skapywania cynizmu

Teoria skapywania cynizmu

Na pewno znacie ten argument przeciwko progresji podatkowej: to nie ma sensu, bo tak naprawdę wyższe kwoty zapłacą ludzie zarabiający dziesięć tysięcy złotych na rękę, czyli marne dwa i pół tysiąca euro, a prawdziwi bogacze i tak się wywiną. Pomińmy na chwilę fakt, że dziesięć tysięcy złotych w Polsce to dużo, a ta chęć do przeliczania złotówek na euro jest stosowana wybiórczo – jakoś mało kto podaje w euro kwoty zasiłków dla bezrobotnych albo pensji dla pielęgniarek, żeby pokazać, jak marne są to pieniądze.

Prawdą jest, że pozwalamy najbogatszym – osobom na poziomie Kulczyków – unikać podatków na najprzeróżniejsze sposoby, a potem jeszcze sławimy ich dobroczynność. Celowo piszę „pozwalamy”, bo to nie jest żadne prawo przyrody, lecz skutek naszych decyzji politycznych. Problem dotyczy nie tylko Polski, o czym najlepiej świadczą ostatnie doniesienia na temat Donalda Trumpa: „New York Times” ujawnił, że amerykański prezydent w dziesięciu z ostatnich piętnastu lat nie płacił żadnych podatków dochodowych.

To zjawisko niebezpieczne nie tylko dlatego, że szkodzi finansom publicznym i potęguje nierówności społeczne, ale również z tego powodu, że prowadzi do skapywania cynizmu. Ludzie wiedzą, że ci na samej górze mają raje podatkowe i armie prawników specjalizujących się w „optymalizacji podatkowej”. No więc jak reagują ci na niższym poziomie? Oczywiście też się nie palą do płacenia podatków i głosują przeciw próbom zwiększenia progresji. A czasami dostają namiastkę raju podatkowego – w Polsce jest to na przykład możliwość fikcyjnego samozatrudnienia. Ci na najniższych poziomach mają znikome narzędzia do przeprowadzania takich sztuczek, mogą co najwyżej zatrudniać się na czarno, choć często jest to nie tyle ich wybór, ile przymus. Pozostaje im zatem złość na cały ten system i poczucie, że są ogrywani przez własne państwo.

W ten sposób otrzymujemy popękane społeczeństwo, z marniejącą służbą zdrowia, niedofinansowanym transportem publicznym i z ludźmi, którzy nawzajem sobie nie ufają.

Emmanuel Saez i Gabriel Zucman w książce „The Triumph of Injustice” przypominają, że gdy Stany Zjednoczone wprowadzały podatki progresywne, a najwyższa stawka podatku dochodowego sięgała tam w pewnym momencie nawet 90%, to jedną z motywacji dla tego rozwiązania było przekonanie społeczeństwa do pomysłu wspólnego składania się na państwo. Progresja podatkowa stanowiła rodzaj deklaracji polityczno-etycznej: tak, wiemy, że wielu z was zarabia mało, ale chcemy, aby wszyscy składali się na dobro wspólne, i zobaczcie, ci na górze hierarchii dołożą się w sposób proporcjonalny do swojej lepszej sytuacji. W ten sposób budowano zaufanie do państwa – nie na wzniosłych nawoływaniach do odpowiedzialności, ale dzięki wprowadzaniu rozwiązań, które większość społeczeństwa mogła odczytać jako działające w ich interesie.

Dziś idziemy inną drogą – drogą cynizmu. Z jednej strony pozwalamy garstce wybrańców grać wedle innych reguł niż reszta z nas, z drugiej – udajemy, że każdy ma równe szanse w tej ustawionej grze. Sztuczki podatkowe bogaczy są tego najjaskrawszym przykładem, ale samo zjawisko sięga dalej.

Porozmawiajcie z ludźmi na temat zdobywania pracy. Wszyscy – od menedżerów po osoby na śmieciówkach – wiedzą, jak dużą rolę odgrywają znajomości, a bogaci mają ich więcej niż biedniejsi. A jednak ten temat niemal nie istnieje w przekazie medialnym. Słyszymy zamiast tego, że wszystko zależy od nas: gdy ktoś jest zaradny i przedsiębiorczy, to świat stoi przed nim otworem, a jeśli sobie nie radzi, to najwyraźniej jest roszczeniową łamagą. Nie tylko karcimy ludzi, którzy nie potrafią wygrać w tej nierównej grze, ale dodatkowo sławimy jako półbogów tych, którzy czerpią największe korzyści z obecnego systemu.

To samo z równością wobec prawa. Wszyscy wiemy, że pieniądze dają dostęp do najlepszych prawników i ta równość działa tylko w teorii, ale już nie w praktyce. Niestety jakoś niewiele się o tym mówi w kontekście praw człowieka, sprawiedliwości, prawa i tym podobnych kwestii. Dopiero przy okazji jakiejś głośnej afery możemy zajrzeć za kulisy całego systemu. Ostatnio wyszła w Polsce książka „Złap i ukręć łeb” o Harveyu Weinsteinie, znanym producencie filmowym, skazanym za gwałt i napaść seksualną. Możemy się z niej dowiedzieć między innymi tego, że Weinstein miał świetne kontakty w świecie prawniczym i wykorzystywał je do uciszania poszkodowanych kobiet. Bogaty i wpływowy facet korzysta ze swojego majątku i wpływów, aby uniknąć konsekwencji swoich czynów? Żadne zaskoczenie, prawda? Wiemy, że tak jest, a jednak często zachowujemy się, jakby nie było problemu.

To rodzi frustrację w ludziach, którzy mają świadomość, że mimo oficjalnych zapewnień o demokracji i równości niektórzy mogą więcej niż inni. Ta frustracja łatwo przekształca się w cynizm. W Polsce powinniśmy wiedzieć najlepiej, jak to działa. Choć mamy w Konstytucji zapis o sprawiedliwości społecznej, to przez lata spora część klasy politycznej i mediów podchodziła do niego cynicznie, na zasadzie „He he, no niby jest coś takiego, ale wiadomo, że to bajka dla dorosłych, a life is brutal”. No więc czy to naprawdę takie dziwne, że w końcu przychodzi ktoś, kto rozszerza ten cynizm na inne zapisy i stwierdza „He he, niby jest coś w Konstytucji o trójpodziale władzy i innych takich pięknych rzeczach, ale wiadomo, że to bajka dla dorosłych, a life is brutal”?

Tak się kończy promowanie i sankcjonowanie cynizmu społecznego przez ludzi, którzy powinni stać na straży demokratycznego i sprawiedliwego społeczeństwa.

dr Tomasz Markiewka