Orlen – wielki sponsor wszystkiego?

Orlen – wielki sponsor wszystkiego?

Drużyna piłkarzy ręcznych, Orlen Wisła Płock, gra w PGNiG Superlidze, a Anwil Włocławek zmaga się w koszykarskiej Energa Basket Lidze. Co łączy ze sobą te wszystkie nazwy? Według ambitnych planów wszystkie wymienione firmy będą stanowić jedną grupę kapitałową, a to tylko ułamek skali działania Mega Orlenu. Multienergetyczny koncern będzie odpowiadał za większość perspektywicznych dyscyplin sportowych.

Monopol na sporty drużynowe

Koszykówka, siatkówka, piłka ręczna i piłka nożna. To najpopularniejsze dyscypliny drużynowe w Polsce. Obecnie każda z nich jest sponsorowana przez inną firmę. PGNiG od lat wspiera szczypiornistów. Na koszulkach kadry koszykarzy widnieje logo Energi. Głównym sponsorem reprezentacji w piłce nożnej jest Lotos, a Orlen towarzyszy siatkarzom. Te cztery firmy mają zostać połączone w jeden multienergetyczny koncern. Do grupy Orlen od dawna należy również spółka Anwil Włocławek. Mega Orlen odpowiadałby więc za wszystkie cztery reprezentacje, a także za niektóre kluby i rozgrywki klubowe. W rozgrywkach, w których sponsorem tytularnym jest jedna firma z tego grona, biorą udział zespoły sponsorowane przez inną firmę z tej grupy. Taka sytuacja ma miejsce w lidze piłki ręcznej i koszykówki.

Sponsorowanie lig, klubów i reprezentacji tak popularnych dyscyplin przez jedną firmę stwarza zagrożenie dla przyszłości tych dyscyplin. Jedna decyzja podjęta w wąskim gronie może całkowicie zmienić politykę sponsorską firmy. Występowanie kilku dużych podmiotów, chętnych do wspierania sportowców gwarantowało stabilność. Gdy jedna firma rezygnowała ze wsparcia, dostępne były alternatywy. W przypadku problemów finansowych Mega Orlenu rozwój wielu dyscyplin może być zagrożony. Taką sytuację obserwujemy obecnie w kolarstwie. Z powodu pandemii firma CCC, wieloletni sponsor profesjonalnego zespołu kolarskiego z Polkowic, wycofała się ze wsparcia drużyny. Decyzja zapadła już w kwietniu ubiegłego roku, ogłosił ją Dariusz Miłek, przewodniczący Rady Nadzorczej CCC. Włodarze zespołu natychmiast ogłosili redukcję kontraktów personelu pomocniczego i zmniejszyli pensje zawodnikom. Nie udało się znaleźć innego sponsora. Ostatecznie jedyna polska grupa zawodowa w historii kolarskiego World Tour przestaje istnieć. CCC Team sprzedało licencję uprawniającą do startów w kolarskiej elicie. To smutny przykład na to, jak niebezpieczne jest uzależnianie sportu od kondycji finansowej jednej firmy.

Orlen sponsoruje również lekkoatletykę, sporty motorowe i kolarstwo. Firma była także sponsorem Polskiego Związku Kolarskiego, jednak wycofała finansowanie ze względu na utratę zaufania do władz Związku. Wciąż jednak wspiera tę dyscyplinę, angażując się w liczne zawody. To nie koniec. Lotos wspiera tenis i sporty narciarskie, a Energa żeglarstwo. Gdyby Mega Orlen miał powstać dziś, wspierałby Polski Związek Piłki Nożnej, Polski Związek Piłki Siatkowej, Polski Związek Koszykówki, Związek Piłki Ręcznej w Polsce, Polski Związek Lekkiej Atletyki, Polski Związek Narciarski i Polski Związek Tenisowy. Do tego dodać należy programy wsparcia indywidualnego. Tak gigantyczna firma będzie mieć na swoich barkach los wielu sportowców, ale także działaczy sportowych, sędziów, trenerów, personelu pomocniczego – oraz kibiców.

Koniec sportowego średniowiecza?

Losy polskich sportowców to często katorga. Koszmarne warunki treningowe, finansowanie występu z własnych pieniędzy i bezpodstawne oczekiwanie sukcesu to norma w wielu dyscyplinach. W 2009 r. Anita Włodarczyk zdobyła złoty medal mistrzostw świata w rzucie młotem. Do zawodów przygotowywała się, trenując pod mostem. Pięć lat później Zbigniew Bródka zdobył złoty medal olimpijski. Trenował za granicą lub na prowizorycznych obiektach. W wielu dyscyplinach sytuacja znacząco się poprawiła. Powstały kompleksowe obiekty służące tenisistom czy biathlonistom, jednak w niektórych dyscyplinach warunki wciąż są amatorskie pomimo imponujących osiągnięć.

„Jak do tej pory nie otrzymałam żadnej nagrody za pierwszy złoty medal Mistrzostw Świata… za ten »historyczny« wynik nie dostałam nawet grosza, kwalifikacje olimpijskie jak na razie opłacam sama, bilety do Paryża, gdzie osiągnęłam kolejny sukces były zakupione tydzień przed wyjazdem z powodu braku środków na koncie… Przykro mi, że tak właśnie wygląda moja walka o Igrzyska Olimpijskie” – pisała w ubiegłym roku Dorota Banaszczyk. Na szczęście mistrzyni znalazła sponsora… Grupę Energa.

Koncentracja tak wielu dyscyplin pod jednym szyldem to zagrożenie w przypadku zmiany polityki sponsoringowej firmy. Wielu sportowców może nagle pozostać bez wsparcia. Jednocześnie stwarza to szansę na kompleksowe podejście do rozwoju sportu w naszym kraju. Dotychczas mieliśmy od czynienia z polityką zagospodarowania sukcesu. Gdy polscy sportowcy dokonują spektakularnych osiągnięć, o których piszą media, warto podpiąć się pod sukces i umieścić obok swoje logo. Jednak w okresie przygotowawczym, obarczonym licznymi wyrzeczeniami, wielu sportowców nie może liczyć na wsparcie.

Koncern wspierający kilkanaście dyscyplin będzie w stanie dostrzec instytucjonalne problemy polskiego sportu i rozwiązywać je w sposób kompleksowy. Na przykład dbając o równomierny rozwój wszystkich klas rozgrywkowych, sekcji męskich i żeńskich oraz wpierając powstanie rozproszonych, wielofunkcyjnych obiektów sportowych, tak aby młodzież w każdym zakątku Polski mogła korzystać z profesjonalnej infrastruktury. Obecne rozproszenie, wynikające z wydzielania każdej dyscypliny do osobnego związku, nie służy temu. Przykładowo w Niemczech funkcjonuje jeden związek dla wszystkich sportów zimowych. W Polsce mamy ich kilka.

Narodowa odpowiedzialność biznesu

Orlen już jest olbrzymią firmą, największą w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Zajmuje pierwsze miejsce w rankingu TOP 500 CEE 2020, a przecież jeszcze urośnie! PGNiG zajmuje w tym rankingu 6. miejsce, Lotos plasuje się na 9. pozycji, a Energa na 48. Tak gigantyczny koncern ma obowiązek brać na siebie odpowiedzialność w rozwiązywaniu niektórych problemów społecznych.

Orlen zadeklarował osiągnięcie neutralności klimatycznej do 2050 r., przystąpił także do Europejskiego Sojuszu na rzecz Czystego Wodoru. Ekologia i ochrona środowiska naturalnego to jedna z dziedzin, w której tak duża firma musi podejmować stosowne działania. Kolejną jest kultura, również fizyczna. Mega Orlen będzie odpowiadał za znaczną część budżetu Polskiej Fundacji Narodowej, na którą składa się 14 spółek skarbu państwa, w tym Orlen, Lotos, PGNiG oraz Energa. To PFN współtworzy program wsparcia dla młodych sportowców pod nazwą „Team 100”. Na liście beneficjentów programu znajdziemy 250 zawodników, w tym będącą niedawno na ustach wszystkich Igę Świątek.

Na barkach Mega Orlenu spoczywać więc będzie olbrzymia odpowiedzialność za energetykę, ekologię, sport, kulturę czy wzrost innowacyjności polskiej gospodarki. Wchodząca w skład koncernu Energa, należała do grona firm współtworzących Electromobility Poland, firmę odpowiedzialną za polski samochód elektryczny, która niedawno ogłosiła powstanie fabryki w Jaworznie.

Biorąc pod uwagę tylko sponsoring sportowców, wyraźnie widać, jak olbrzymią skalę działania uzyska powstające imperium z orłem w logotypie. Jeśli dodać do tego inne dziedziny i aktywa, uzyskamy firmę aspirującą do roli hegemona nie tylko w Polsce, ale w całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

Mateusz Perowicz

Najpierw wsparcie, później oczekiwania

Najpierw wsparcie, później oczekiwania

Sport dostarcza nam licznych emocji. Wiele osób utożsamia się z zawodnikami biorącymi udział w zmaganiach. Czasami można odnieść wrażenie, że cała Polska staje do rywalizacji. Sukces zawsze jest „nasz” wspólny. Natomiast wysiłek, poświęcenie i problemy w przygotowaniach to indywidualne problemy każdego sportowca.

Gdy Iga Świątek w imponującym stylu wygrała French Open wszyscy odnotowali to jako sukces. Czy to uprawniona postawa? Czy możemy utożsamiać się z czyimś osiągnięciem? Czy możemy oczekiwać sukcesu i stawiać wymagania? Tenisista Jerzy Janowicz w jednym z wywiadów wyraził się dość dosadnie: „Co zrobiliście, żeby mieć jakieś oczekiwania wobec nas?”. Zwracał również uwagę na zubożałą infrastrukturę sportową, mówiąc „trenujemy gdzieś po szopach i to nie tylko w tenisie”. W tych ostrych słowach jest przecież sama prawda. Sportowcy w całej swej karierze przeżywają często katorgę.

Temat wraca regularnie. W 2009 Anita Włodarczyk pobiła rekord świata w rzucie młotem i zdobyła złoty medal Mistrzostw Świata. Problem w tym, że przygotowując się do tej imprezy trenowała dosłownie pod mostem. Stadion jej ówczesnego klubu, Skry Warszawa, do dziś bardziej przypomina scenerię horroru niż obiekt treningowy. Na profesjonalne warunki treningowe nie mogli liczyć również złoci medaliści olimpijscy Justyna Kowalczyk i Zbigniew Bródka.

Wiele się w tej kwestii zmienia. Profesjonalnej infrastruktury przybywa. Jednak jeden wielki obiekt nie wystarczy. Co z tego, że w dużym mieście mamy monumentalną budowlę, która przyciągnie największe światowe sławy, skoro młodzież w mniejszych miejscowościach wciąż trenuje „po szopach”. W przypadku tenisa jest podobno inaczej. Mirosław Skrzypczyński, prezes Polskie Związku Tenisa w jednym z wywiadów mówił, że w przypadku tenisa nie jest tak źle, z wyjątkiem Warszawy.

Mamy Narodowy Program Upowszechniania Tenisa „Rakiety Lotosu”. Współfinansuje ten program Grupa Lotos oraz Fundacja ARP. Dzięki temu 100 klubów w Polsce otrzymuje dofinansowanie do prowadzenia „pierwszego kroku” – pierwszych naborów i pierwszych szkółek dla najmłodszych. Mamy więc rozproszone, regionalne wsparcie, niezbędne, aby wyłapać i zmotywować talenty z każdego zakątka kraju. Dzięki rządowemu wsparciu istnieje również profesjonalna infrastruktura na potrzeby kadry narodowej – Akademia Tenisowa w Kozerkach. Taki obiekt pomimo starań związku nie powstał w Warszawie. Jednak dzięki regionalizacji mniejsze miasta zyskują specjalizację, wokół której mogą budować swój rozwój. Lokowanie każdej znaczącej inwestycji w Warszawie to pogłębianie procesu wyludniania mniejszych miejscowości. Rozproszona, regionalna infrastruktura to krok w dobrym kierunku.

Sport to mozolna, systematyczna praca, która często odbywa się w prowizorycznych warunkach. Młodzi sportowcy muszą starać się łączyć trening ze szkołą czy pracą i zmagać z szeregiem napotykanych trudności. Nie zawsze mogą liczyć na pomoc w przełamywaniu ograniczających ich barier. Problem został dostrzeżony na poziomie centralnym. Ministerstwo Sportu wspólnie z Polską Fundacją Narodową stworzyło program „Team 100”. Operatorem i partnerem merytorycznym projektu jest Instytut Sportu – Państwowy Instytut Badawczy. Jest to model bezpośredniego, dodatkowego i pozazwiązkowego wsparcia młodych zawodników będących częścią kadr narodowych indywidualnych dyscyplin olimpijskich. Kwota 40 tys. złotych przyznawana jest bezpośrednio sportowcom, tak aby mogli samodzielnie zarządzać swoimi przygotowaniami. To najlepsze wyjście, biorąc pod uwagę różnorodne trudności stojące na drodze do sukcesu. Elastyczny, indywidualny model pozwala pokonywać problemy często niezauważalne z poziomu centralnego, odmienne dla każdej z dyscyplin.

Środki na ten cel zapewnia Polska Fundacja Narodowa, finansowana przez 17 spółek skarbu państwa z sektora energetycznego, transportowego, paliwowego czy ubezpieczeniowego. Każdy z nas, korzystając z usług tych przedsiębiorstw, przyczynia się do przełamywania barier i realizacji marzeń wielu młodych ludzi chcących dumnie reprezentować nasz kraj na arenie międzynarodowej. Rewolucyjne w tym projekcie jest to, że wsparcia udziela się z pominięciem związków sportowych, które nie zawsze potrafią umiejętnie wspierać rozwój dyscypliny. „Team 100” zrzesza 250 sportowców, również zawodników z niepełnosprawnościami. Beneficjentką tego projektu była również Iga Świątek.

Rozwój sportowców wspierany jest z publicznych środków już na wczesnym etapie ich kariery. Każdy z nas pośrednio dokłada do tego cegiełkę. Zanim jednak zaczniemy domagać się medali, tytułów i pucharów, warto sprawdzić, w jakich warunkach trenują nasi reprezentanci. Sukcesów możemy domagać się tylko wtedy, gdy podjęliśmy wcześniej stosowne inwestycje.

Mateusz Perowicz

Czy wiesz kogo wspierasz?

Każdego dnia przekazujemy komuś swoje pieniądze. Podczas codziennych zakupów decydujemy o tym, która firma w sprawozdaniach finansowych wykaże większy zysk. Warto mieć to na uwadze decydując o tym, co wkładamy do koszyka. Zwłaszcza w sytuacji, gdy funkcjonowanie wielu firm jest ograniczone, a ich przyszłość niepewna.

Świadomość konsumencka nie jest nowym zagadnieniem. Od dawna mówi się chociażby o kupowaniu produktów z kodem 590, który ponoć oznacza, że produkt pochodzi z Polski. Niestety nie jest to prawda i taka narracja to wprowadzanie ludzi w błąd. Z kodu 590 może korzystać każda firma zarejestrowana w Polsce. Niemiecko-rosyjska spółka produkująca w Chinach i płacąca podatki na Cyprze również może korzystać z kodu 590. Od kilku lat w Klubie Jagiellońskim zwracamy na to uwagę za pomocą aplikacji Pola. Miejsce rejestracji firmy to tylko jeden z czynników, który należy wziąć pod uwagę, by dokonać świadomego wyboru. Jednym z nich jest kapitał firmy. Dziś, w dobie pandemii, o wiele częściej dokonujemy zakupów za pomocą internetu. Tylko czy świadomie? Do kogo należą najczęściej odwiedzane przez nas sklepy i najpopularniejsze marki?

To nie nasze sklepy

Na co dzień tego nie widać, ale wśród dziesięciu największych sieci handlowych w Polsce… nie ma ani jednej z polskim kapitałem. Lider, czyli Biedronka, należy do portugalskiego koncernu Jeronimo Martins. Lidl to oczywiście niemieckie przedsiębiorstwo. Dalej mamy wiele polsko brzmiących marek: ABC, 1Minute, Delikatesy Centrum, Groszek, Lewiatan czy Mila. Są one zrzeszone w sieci Eurocash, która również należy do Portugalczyków. Dalsze pozycje to Auchan i Tesco, czyli Francuzi i Brytyjczycy. Z Francji wywodzi się również Carrefour, a Kaufland należy do niemieckiej grupy Schwarz. Kolejny na liście Rossmann również ma niemiecki rodowód. Dziewiąte miejsce zajmuje Żabka, która w lutym 2017 roku została przejęta przez CVC Capital Partners, jedną z największych firm private equity i doradztwa inwestycyjnego na świecie. Zestawienie zamyka wywodząca się z Francji Castorama, kontrolowana przez brytyjską sieć Kingfisher.

W internecie nie jest lepiej. Allegro od października 2016 roku należy do funduszy inwestycyjnych Cinven, Permira i Mid Europa Partners. Do tej samej grupy należy Ceneo. Na wolny termin w sklepie Frisco musimy poczekać do stycznia. Warto wiedzieć, że ten popularny sklep został przejęty przez grupę Eurcoash. Zamawiając pizzę czy burgery z Pyszne.pl warto wiedzieć, że portal należy do holenderskiej grupy Takeaway.com. Uber to oczywiście przedsiębiorstwo amerykańskie. PizzaPortal należy do hiszpańskiego Glovo, a wcześniej całość akcji posiadał AmRest Holding, czyli międzynarodowy operator zarządzający markami branży gastronomicznej, np. KFC, Pizza Hut, Burger King czy Starbucks.

Nasza praca, cudzy plon

Dlaczego to ważne? Ponieważ powinniśmy wiedzieć, kto faktycznie zarabia na produktach, które kupujemy. Problem podnoszony był latem, gdy rolnicy zwracali uwagę na diametralne różnice pomiędzy ceną za owoce w hurtowniach a cenami na półkach sklepów. Z analiz rynku wynika, że od 60 do 80 proc. ceny owoców to zysk pośredników. Potwierdzają to badania przeprowadzone przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. „Wyniki w dużej mierze potwierdzają to, o czym od dawna mówią rolnicy – że ich zarobek jest niewielki w porównaniu do ostatecznej ceny. W niektórych przypadkach było to zaledwie kilkanaście procent” – oznajmił prezes UOKiK, Marek Niechciał. W przypadku pośredników, z których korzystamy na co dzień, jest podobnie. Rafał Nowicki, restaurator z Łodzi, zdradził kulisy współpracy z Pyszne.pl: jeśli składamy zamówienie na 30 zł, to restauracji zostaje z tego 15,2 zł, a trzeba z tego opłacić wszelkie koszty, więc do zysku daleko. Wydawać by się mogło, że ceny można po prostu podnieść. Otóż nie. Restaurator przedstawia tabelę ze szczegółowymi wytycznymi oraz fragmenty podpisanej umowy. Stwierdza wprost, że „Pośrednicy zmonopolizowali rynek i dyktują warunki”.

Pan Niechciał przyrównuje platformy pośredniczące do agencji pracy tymczasowej. Restauracja odpowiedzialna jest za wykonanie niezbędnej pracy i ponosi większość kosztów, a za co odpowiedzialny jest pośrednik? Czy dba o prawa pracownicze, ubezpieczenia, świadczenia socjalne, czyli wszystko to, co wypracowaliśmy przez ostatnie dekady, uznając to za podstawę cywilizowanego rynku pracy? Niekoniecznie. Przerabialiśmy to, gdy w Polsce pojawił się Uber, co wywołało protesty taksówkarzy. Prosta i łatwa w obsłudze platforma cofa rynek usług do czasu, gdy zabezpieczenie finansowe i podstawowe prawa były postulatem. Przypomina to franczyzę, narzędzie, które mogłoby działać dobrze, gdyby nie było wykorzystywane w niewłaściwy sposób.

Brzmi to dobrze. Zamiast otwierać własny biznes, korzystasz z już istniejącej marki i nie musisz się martwić o marketing, zatowarowanie i rywalizację o klienta. W praktyce bywa różnie. Franczyza również może służyć do umywania rąk od odpowiedzialności. Przecież biznes prowadzą Adam z Iławy i Marta z Sieradza, zarząd międzynarodowej korporacji tylko zlicza zysk. Większość kosztów może być przerzucana na właścicieli sklepu. Doskonale pokazuje to film „Dzień kobiet” oraz sprawa franczyzobiorców Żabki czy Intermarche, którzy skończyli franczyzową przygodę z długami.

Polska cytryną globalizmu

Nie byłoby problemu w tym, że w dziesiątce największych sieci handlowych w Polsce nie ma ani jednej z polskim kapitałem, gdyby nie fakt, iż niemal żadna z nich nie płaci w Polsce podatków. Dane udostępnione przez Ministerstwo Finansów są jednoznaczne. Wśród 36 firm handlu detalicznego aż dziesięć nie przynosi żadnego dochodu! O finansach Pyszne.pl też wiemy całkiem sporo. „Bezpośrednio 100 proc. udziałów właściciela Pyszne.pl ma holenderska spółka Takeaway.com. Na początku października na walnym zebraniu zdecydowała, że otrzyma cały zysk netto polskiej spółki z ub.r. w formie dywidendy”. Przy zakupach online jest podobnie.

Rynek e-commerce rósł już przed pandemią, a obecnie sprzedaż przez internet jest dla wielu firm jedyną szansą na przetrwanie. Problem w tym, że państwo i jego instytucje często nie nadążają za zmieniającą się rzeczywistością. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców informuje, że skarb państwa traci co roku ponad 2 mld zł za sprawą Aliexpress, na skutek niekontrolowanych zakupów w Chinach. Podsumowując to wszystko, otrzymamy niepokojący obraz.

Ciężka praca wielu Polek i Polaków nie przekłada się na pomnażanie naszego dobrobytu. Owoce naszej pracy konsumują pośrednicy, utrzymujący polskich producentów i usługodawców na granicy opłacalności. Bywa tak, że zyski z naszej ciężkiej pracy często trafiają za granicę, a mali i średni przedsiębiorcy zostają z długami. Zamiast budować silne usługi publiczne, tkwimy w pułapce średniego wzrostu. Kwintesencją tych wszystkich zjawisk jest nowa akcja marketingowa Biedronki, w której Coca-Cola przedstawiana jest jako produkt polski. Taka ma być nasza rola w globalnych łańcuchach dostaw. Zautomatyzowane fabryki ulokowane tu ze względu na niskie koszty pracy mają nam wystarczyć, a podatkami i dywidendami nie powinniśmy się przejmować? Oczywiście, że nie!

Musimy dokonywać świadomych decyzji, zwłaszcza w tak trudnym czasie. Istnieje kilka narzędzi, które mogą nam w tym pomóc. Jeśli zamierzacie kupić odzież, skorzystajcie z Fashion Checker. Warto też wsłuchać się w głos restauratorów i zamawiać bezpośrednio u nich. Szukajmy lokalnych firm i sklepów, które nie wytransferują zysków za granicę. Starajmy się sprawdzać, jaki kapitał stoi za danym produktem. Mając świadomość tego, że wszystko przenosi się do internetu, uruchamiany wyszukiwarkę na stronie Aplikacji Pola. Warto również zwrócić uwagę na inicjatywy takie jak Polskie Marki czy Polski Ślad. Każda złotówka ma wpływ na to, która firma lepiej poradzi sobie z kryzysem. Nietrudno wyobrazić sobie sytuację, że po pandemii międzynarodowe koncerny będą jeszcze silniejsze. Warto zadać sobie pytanie, czy chcemy żyć w takim świecie.

Mateusz Perowicz

Gorsze oblicza sportu

Gorsze oblicza sportu

Jeżeli sport jest dla ciebie uosobieniem najszlachetniejszych cnót, a idea igrzysk olimpijskich to nieskazitelna, prospołeczna inicjatywa, nie czytaj dalej. Szok może być zbyt silny. Jeżeli natomiast masz wątpliwości wobec różnych aspektów dużych imprez sportowych czy sportu zawodowego, zwłaszcza piłki nożnej, to ten tekst jest w sam raz dla Ciebie.

Książka „Sport nie istnieje” autorstwa Jana Sowy i Krzysztofa Wolańskiego całkowicie zmienia postrzeganie megaimprez sportowych. Znaleźć tam można wiele zdumiewających liczb i oburzających faktów. Po zapoznaniu się z nimi sport nie będzie już taki jak przedtem. Mankamentem książki z pewnością jest to, że autorzy nie stronią od wyrażania swoich poglądów i opinii. „Każdy, kto uważa inaczej, jest cynikiem” pojawia się w książce niepokojąco często. Jednak po odsianiu tej maniery pozostaje nam zderzenie idei i celów wyrażanych przez FIFA i MKOl z brutalną prawdą o skutkach ich działalności.

Piłka jest okrągła, a liczy się zysk

Pierwsze rozdziały poświęcone są najpopularniejszym dyscyplinom sportu, czyli głównie piłce nożnej, która króluje w Europie, ale także popularnym w USA futbolowi amerykańskiemu i wrestlingowi. Autorzy stanowczo umacniają obecną już w debacie publicznej tezę, że zawodowa piłka nożna ma niewiele wspólnego ze sportem. Przywoływane są początki tworzenia profesjonalnych klubów piłkarskich, ich relacje z biznesem i zależność od telewizji. To właśnie rozwój środków masowego przekazu całkowicie zrewolucjonizował sport. Odkąd zmagania ulubionych drużyn zagościły w ramówce, rozpoczął się proces ich systematycznej komercjalizacji. Cyklicznie spotykające się grupy ludzi unifikujące się pod konkretną marką były wymarzonym zjawiskiem dla szukających rozgłosu przedsiębiorców. Sport stał się elementem niepohamowanej konsumpcji. Był zarazem idealnym narzędziem do jej napędzania, jak i doskonałym nośnikiem marketingowym. Kwintesencją tych procesów okazał się Bhutan, który jawił się jako ostatni bastion antyglobalizmu. Do czasu wyemitowania transmisji z mistrzostw świata we Francji w 1998 roku. Przez stulecia Bhutan pozostawał obojętny na zjawiska niesione przez postęp. W kraju dominowały buddyjskie wartości: skromność, uczciwość, brak zainteresowania dobrami doczesnymi i zdolność do czerpania radości z małych, codziennych przeżyć. Władca kraju, chcąc podkreślić odmienność swojego narodu, ogłosił dążenie do pomnażania Narodowego Szczęścia Brutto, przeciwieństwa PKB. Niestety, chcąc owo szczęście pomnażać, popełnił błąd, wystawiając w stolicy kraju telebim, na którym można było podziwiać mundial. Naród ogarnęła euforia, więc władca otworzył granice dla imperium Ruperta Murdocha.

Efekt? Uprawy ryżu gniły na polach, ponieważ pogrążeni w medialnej głębi rolnicy nie chcieli ich zebrać. Cztery lata później przeprowadzono badania, z których wynikało, że około 30% dziewczynek chciało przefarbować się na blond i rozjaśnić skórę. Natomiast 35% rodziców oznajmiło, że wolą oglądać telewizję niż zajmować się swoimi dziećmi. Zatrważające okazały się dane dotyczące przestępczości. W spokojnym jak dotąd społeczeństwie odnotowano zbrodnie, o jakich wcześniej nikt nie słyszał, takie jak gwałt pod wpływem alkoholu czy prostytucja nieletnich. Jedną zmienną, jaka dotknęła w tamtym czasie Bhutan, było pojawienie się telewizji, która stała się wyznacznikiem wartości dyscyplin sportowych.

W 2012 roku w Polsce miały się odbyć zawody w kombinacji norweskiej. Niestety żadna telewizja nie była zainteresowana transmisją. To rodziło problemy ze znalezieniem sponsorów, czyli z osiągnięciem zysku. Cel wśród osób zarządzających sportem jest prosty i nie są nim wyniki czy osiągnięcia. „Przekroczenie miliarda euro rocznego zysku” – oto cel Josepa Maria Bartomeu prezydenta FC Barcelony, jednego z największych klubów sportowych na świecie.

Olimpijski ogień zniszczenia

Co należy zrobić, aby zorganizować największą imprezę sportową na świecie? MKOl, wybierając gospodarza, bierze pod uwagę motywację, pomysł, długoterminowe korzyści, wsparcie polityczne, finansowe, instalacje sportowe, bazę noclegową, transport, bezpieczeństwo, opinię publiczną i doświadczenie. Jednak według autorów książki, aby zorganizować igrzyska olimpijskie należy po prostu wydać nieprzyzwoitą ilość głównie publicznych pieniędzy.

Obrońcy idei igrzysk wskazują na popularyzację kultury fizycznej, rozwój miast, podwyższenie poziomu życia mieszkańców czy korzyści z turystyki nasilającej się po takim wydarzeniu. Autorzy zadają kłam każdej z tych rzekomych zalet olimpizmu. Badania długoterminowych skutków igrzysk wykazały, że „nigdy w żadnym kraju nie przyczyniły się one do popularyzacji jakiekolwiek sportu”. Co więcej, badania przeprowadzone w Wielkiej Brytanii, która organizowała to wydarzenie w 2012 roku, wykazały, że w 29 badanych dyscyplinach aż w 20 zanotowano spadek liczby uprawiających je osób.

Optymizmem nie napawają również dane dotyczące poziomu życia mieszkańców byłych gospodarzy megaimprez. W 2014 roku Billy Greaff zapytał mieszkańców Porto Alegre o to, jak organizowany w Brazylii mundial wpłynął na ich życie i większość ankietowanych wyznała, że jest gorzej. Nic dziwnego. Brazylia w krótkim okresie była gospodarzem igrzysk panamerykańskich, igrzysk olimpijskich i mundialu. Imprezy te wymagały stworzenia potężnej infrastruktury, która pochłonęła gigantyczną ilość publicznych pieniędzy (IO 11 miliardów dolarów, mundial 14 miliardów dolarów). Powstałe obiekty świecą dziś pustkami, a szpitale i szkoły wymagają dofinansowania. Symbolem problemu stały się pola golfowe. Rio dysponowało dwoma kompleksami golfowymi. Czy wykorzystano je w ramach igrzysk? Oczywiście, że nie! Prezydent miasta Eduardo Paes ogłosił, że miliarder Pasqualo Mauro, będący głównym sponsorem jego kampanii wyborczej, wybuduje zupełnie nowy obiekt na terenach chronionego obszaru przyrodniczego tuż przy nowym osiedlu apartamentowców stawianych przez Mauro. Oczywiście odbyły się masowe protesty w związku z inwestycją, ale kogo by to interesowało.

Nie jest to tylko problem Brazylii. W 2015 roku opublikowano badania analizujące wpływ megaimprez na gospodarkę. W 16 przypadkach nie odnotowano wzrostu gospodarczego i zwiększenia zatrudnienia, w 7 zauważono nieznaczny, krótkookresowy progres, a w 3 stwierdzono skutki negatywne. Brak wymiernych korzyści i ewidentne negatywy, takie jak wzrost cen nieruchomości o 150% i przepuszczanie publicznych pieniędzy, sprawiają, że miejscowa ludność wprost zadaje pytanie „dla kogo te Igrzyska”?

W ramach przygotowań do igrzysk w Atlancie w 1996 roku aresztowano 9 tys. bezdomnych, aby ich nędza przypadkiem nie zepsuła sportowego święta. Wielu ludzi przeszkadzało w przygotowaniach do pięknego, pełnego radości festiwalu. Przed igrzyskami w Pekinie wysiedlono 1,5 mln osób. Amnesty International alarmowała o wysiedleniach w związku z olimpiadą w Soczi, oraz o niewolniczej pracy w przygotowaniach rosyjskiego i katarskiego mundialu. W latach 2006-2013 w samym Rio de Janeiro wysiedlono 74 tysiące osób. Symbolem wyższości olimpizmu nad prawami człowieka stała się Vila Autódromo, dzikie osiedle powstałe w pobliżu toru Formuły 1. Brazylijska konstytucja głosi, iż każdy, kto zasiedla dany teren przez 5 lat bez sprzeciwu właściciela, uzyskuje do niego tytuł prawny. W 1994 roku potwierdził to sąd, nadając mieszkańcom osiedla prawo użytkowania na 99 lat. I co z tego! W 2015 roku, po usilnych staraniach burmistrza Paesa, buldożery zrównały Vilę Autódromo z ziemią, by zbudować w tym miejscu park olimpijski.

Wszystkim, którym wydaje się, że to skandal i że takie praktyki nie mogą mieć miejsca u nas, autorzy polecają historię Jarmarku Europa, mieszczącego się na Stadionie X-lecia. Znaleźć można było na nim uciekinierów politycznych z Chin i Wietnamu. Zjawisko inspirowało do tego stopnia, że w 2009 roku czasopismo antropologiczne „Konteksty” poświęciło mu osobny monograficzny numer. Jarmark oczywiście zmieciono z powierzchni ziemi, by postawić w tym miejscu Stadion Narodowy. Euro 2012 to również przykład „upiększania przestrzeni publicznej”. Do bestialskich praktyk dochodziło na Ukrainie, gdzie włodarze miast postanowili pozbyć się bezpańskich psów. Strzelano do nich, truto je i przekazywano spółce zajmującą się utylizacją odpadów. Według doniesień uruchomiono nawet mobilne krematoria, do których trafiały żywe zwierzęta…

Dobro wspólne na wyłączność

Jesteście sobie w stanie wyobrazić, że powstaje Międzynarodowa Federacja Pizzy, która ustala kryteria wyrobu, sprzedaje licencję na produkcję i co najważniejsze wskazuje, z jakich konkretnie produktów można ją wykonać? Brzmi absurdalnie, ale dokładnie tak autorzy książki wyrażają stosunek do MKOl i FIFA. Te niewybierane przez nikogo organizacje zawłaszczyły sobie prawa do powszechnych i nieposiadających właściciela dziedzin naszego życia. Pada porównanie do koncernów farmaceutycznych, które z dostępnych od dekad za darmo receptur tworzą drogie specyfiki będące pod ich ścisłą kontrolą.

Próba unifikacji rozgrywek we wszystkich krajach świata nie wzbudza kontrowersji, o ile międzynarodowa fede(korpo)racja nie zakazuje sprzedaży frytek innych niż te serwowane przez jednego ze sponsorów imprezy. Firmy lokujące swoje logo obok pięciu olimpijskich kół nie uznają konkurencji. Ba! Za korzystanie z dóbr i usług innych firm nakładane są kary, a nad przestrzeganiem narzuconych przepisów czuwają specjalnie powołane sądy. Podczas mundialu w RPA FIFA zażyczyła sobie powstania Fifa World Cup Courts, które działały w 56 miejscach i zatrudniały 1500 osób. Były to superszybkie jednostki wymiaru sprawiedliwości, które miały stać na straży narzuconej wcześniej przez FIFA ustawy i wydawać wyroki w ciągu 24 godzin. Koszty oczywiście po stronie podatników. Zajmowały się na przykład przypadkami przebywania na stadionie w barwach kojarzących się z akcjami marketingowymi firmy innych niż sponsorzy imprezy lub przebywania w wyznaczonej strefie z produktami innym niż wskazane przez FIFA. Wolisz Pepsi od Coca Coli? Uważaj! Według FIFA jest to przestępstwo zasługujące na 6 miesięcy pozbawienia wolności.

MKOl nie jest lepszy. W 2012 roku wyegzekwował zakaz łączenia słów „igrzyska”, „dwa tysiące dwanaście”, „2012”, „dwadzieścia dwanaście” ze słowami „Londyn”, „medale”, „złoto”, „srebro”, „brąz”, „sponsor”. Podsumujmy. Organ, nad którym nie mamy kontroli, uzurpuje prawa do dobra wspólnego i za nasze pieniądze urządzą sobie na nim żniwa dla swoich sponsorów?

Obraz ruchu olimpijskiego został w ostatnim czasie mocno wypaczony przez specyfikę gospodarzy imprez. Brazylia i Rosja borykają się z korupcją i łamaniem praw człowieka, a Wielka Brytania i Korea Południowa przesadziły z przepychem. Brytyjczycy nie musieli wieszać na Tower Bridge gigantycznego loga Igrzysk za 300 tys. dolarów!

Mateusz Perowicz

Pałac Saski – po co i dla kogo?

Pałac Saski – po co i dla kogo?

Temat ciągnie się od 2004 roku. To właśnie wtedy podjęto pierwsze działania związane z odbudową Pałacu Saskiego. Inwestycję przerwano w 2008 roku, jednak jej zwolennicy nie pozwolili, aby ta propozycja zniknęła z debaty publicznej. Stulecie odzyskania niepodległości było okazją do wznowienia dyskusji o odbudowie Pałacu Saskiego. Tylko po co mielibyśmy to robić?

W 2008 roku władze Warszawy zdecydowały o przerwaniu prac nad Pałacem i przekazaniu przeznaczonych na to środków na budowę drugiej linii metra, Mostu Północnego i rozbudowę stadionu Legii. Trudno odmówić tej decyzji racjonalności. Most obecnie nosi nazwę Marii Skłodowskiej-Curie i jest najdalej wysuniętym na północ mostem w stolicy. W 2018 przez most przejeżdżało średnio 65 877 pojazdów na dobę. Trudno wskazać lepszą inwestycję ratusza niż druga linia metra. Po niedawnym otwarciu odcinka Trocka – Dworzec Wileński liczba osób korzystających codziennie z tego środka transportu wzrosła do 180 tys. Planowane jest otwarcie trzech kolejnych stacji, budowane jest 6 kolejnych, a już powstają plany trzeciej nitki, która ma połączyć Gocław i Stadion Narodowy. Liczby wskazują jednoznacznie, że inwestycje te były trafione i pożądane przez mieszkańców Warszawy. W dodatku wpływają one na zmniejszenie korków, co usprawnia komunikację i niweluje zanieczyszczenia powietrza. Stadion Legii również służy mieszkańcom, po przebudowie może pomieścić ponad 31 tys. widzów. Odbywają się tam mecze czołowej warszawskiej drużyny oraz wydarzenia kulturalne. Rozwój infrastruktury sportowej jest konieczny, jeżeli poważnie myślimy o promocji kultury fizycznej i sukcesach sportowych.

Pałac Saski poświęcono więc dla inwestycji istotnych i potrzebnych mieszkańcom. Co najważniejsze, wszystkie wspomniane trzy obiekty, w przeciwieństwie do Pałacu, pełnią ważne funkcje i zostały wybudowane w konkretnym celu.

Jeżeli odbudowa Pałacu ma posiadać sens, powinna nieść ze sobą jakąś ideę. Powinna być symbolem zmiany systemowej. Problemów do rozwiązania jest bez liku. Odbudowany Pałac mógłby stać się symbolem deglomeracji, która jest odpowiedzią na wymieranie małych i średnich miast. Przenieśmy tam senat, ale wcześniej przenieśmy część mieszczących się w Warszawie instytucji do innych miast, a część urzędów wojewódzkich z ich stolic do mniejszych miast regionu. Senat, o którym wspomina się często w rozmowach o odbudowie Pałacu, odpowiada podobno za kontakt z Polonią. Jednak niczego konkretnego w tym zakresie nie osiągnęliśmy, a szkoda. Ludzie o polskich korzeniach, rozsiani po wielu zakątkach świata, to potencjał zarówno kulturowy, jak i gospodarczy.

Natomiast w przypadku Pałacu dominuje odmienne podejście. Najpierw się wybuduje, a potem pomyślimy, co z tym zrobić. Odbudowa nie wpisuje się w żadną strategię usprawnienia funkcjonalności miasta. To fanaberia. Wybudujmy, bo możemy. Oczywiście można bez trudu wymienić instytucje, które da się upchnąć w Pałacu, lecz nie na tym rzecz polega. W ten sposób można argumentować za budową absolutnie każdego budynku. Na przykład stadionu lekkoatletycznego, którego Warszawa nie posiada.

Ten problem wymieniany jest nawet na stronie największych zwolenników tego pomysłu, Stowarzyszenia Saski 2018. Możemy przeczytać tam wywiad z Michałem Borowskim, który mówi: „Budujemy [w Warszawie] tam, gdzie chcemy, a buduje ten, kto ma najlepsze plecy, komu się uda uzyskać odpowiedni plan miejscowy albo warunki zabudowy”. Chaos przestrzenny, według raportu KZPK PAN, kosztuje nas 84,3 mld zł rocznie. Przyczyną takiego stanu rzeczy są między innymi wadliwe plany miejscowe oraz „wuzetki”. Odbudowa tak dużego i znaczącego obiektu mogłaby stać się symbolem zmian, których potrzebujemy. W debacie o Pałacu nawet nie pada propozycja utworzenia Muzeum Odbudowy Warszawy, które przypominałoby tragiczną historię miasta i opowiadało o tytanicznej pracy przy jego odbudowie. Pomysł przywrócenia urzędu głównego architekta Warszawy niestety też się nie pojawia w tych debatach. Propozycje odbudowy Pałacu Saskiego to póki co jedynie wyraz megalomanii, za którym nie stoją żadne racjonalne argumenty usprawiedliwiające wydanie pieniędzy na ten cel.

Pałac Saski to nie jedyny pomysł na zabudowę Placu Piłsudskiego. Jednak inne propozycje są z reguły jeszcze gorsze. Pozostaje mieć nadzieję, że pozostanie on w takiej formie, w jakiej widzimy go obecnie. Pałac będzie kolejnym, wielkim, pięknym budynkiem, jakich pełno na świecie. Ludzie przejdą obok niego, zrobią sobie zdjęcie, ale nie wywoła to żadnej refleksji i nie skłoni do żadnej debaty. Najlepszym na to dowodem jest cała masa budynków w Warszawie odbudowanych po II wojnie światowej. Czy którykolwiek z nich wywołuje taką, dyskusję jak ten kawałek pustej przestrzeni? Czy którekolwiek z miejsc w Warszawie stało się generatorem tak rozlicznych debat o przeszłości i przyszłości? Ta dziura w miejskiej tkance przypomina o gehennie, jaka spadła na to miasto, o tym że coś utraciliśmy i tak powinno pozostać. Po World Trade Center też została dziura w ziemi.

Mateusz Perowicz

Grafika w nagłówku tekstu pochodzi z polskiej Wikipedii i przedstawia Pałac Saski przed zniszczeniem.