Normalizacja nienormalnego

Normalizacja nienormalnego

Jutrowoj spędza dni w pracy, gdzie szef tyran ma zwyczaj skłócania ze sobą pracowników z każdej okazji. Wyniki pracy Jutrowoja bywają często doceniane – ale idą na konto szefa, który absolutnie bez wstydu przywłaszcza je sobie. Wszyscy niby wiedzą, co się dzieje, ale wszyscy sprawiają wrażenie, jakby wierzyli w ten świat pozorów. Jutrowoj też. Za to wieczory Jutrowoj spędza na facebooku, rugając znajomych i nieznajomych – a to za niewystarczająco postępowe słownictwo, a to za zbyt mały idealizm. Jutrowoj uzdrawia świat. Jutrowoj wypisuje na wallach kolegów i koleżanek trafne definicje każdej sytuacji i gani ich za brak logiki. Trzeba przyznać, że może brakuje mu empatii i radości życia, ale zdania kategoryzujące rzeczywistość buduje logicznie i spójnie.

Człowiek to istota, która do przeżycia potrzebuje sensu tak samo, jak pożywienia. Nie potrafi żyć tak bez jednego, jak bez drugiego. Długotrwały brak sensu nie przynosi może śmierci głodowej, ale powoduje odczłowieczenie, przerażający obłęd. Chaos nie jest właściwym środowiskiem do życia ludzkiego. Dlatego za każdą cenę szukamy sensu, tworzymy go – on jest zaprzeczeniem chaosu, zbawienną negentropią. Sprzyjają jej zwłaszcza takie działania jak kojarzenie, kategoryzowanie, postrzeganie wzorów, a także takie cechy jak poczucie równowagi i spójność. Jednak, jak powiada mój przyjaciel, mnich augustyniański z dalekiej Szkocji, spójność to jeszcze nie to samo, co prawda. Wszak jesteśmy gotowi o prawdzie zapomnieć, poświęcić ją, gdy zachodzi pilna potrzeba znalezienia sensu. Lub gdy myślimy, że zachodzi. Ze strachu przed bezdechem uspójniamy czasami to, co jest od prawdy bardzo odległe.

W imię spójności gatunek ludzki potrafi znormalizować wszystko. Absolutnie wszystko. Nie sądziłam, że z taką łatwością znormalizujemy codzienność śmierci, blisko, wokół nas. Myślałam rok temu, że pandemia wykolei system, który kilkadziesiąt lat temu wpadł w wir śmiertelnych błędnych kół: rosnących nierówności społecznych, rosnącej niesprawiedliwości, zmniejszającej się ludzkiej sprawczości, tragicznego wyniszczania środowiska naturalnego, wreszcie – pandemii, która wywróciła i rozbiła naszą codzienność, zniszczyła więzi międzyludzkie, zabiła radość. A jednak zrobiliśmy to, znormalizowaliśmy kolejną potworność, tym razem blisko, coraz bliżej naszego spokojnego domu. Tak jak znormalizowaliśmy ludzi tonących wciąż na Morzu Śródziemnym. Wyniszczające wojny bez końca, koszmar mieszkańców Syrii, takich samych ludzi jak my. Widok bezdomnych na ulicach nowoczesnych miast Wielkiej Brytanii – początkowo nieakceptowalny, niemożliwy, teraz nikt się nie dziwi namiotowym miasteczkom pod mostami, osobom żebrzącym na ulicy, coraz młodszym, po dwie przy bankomacie, każda z jednej strony. Gdy w płomieniach ginęły dziesiątki biednych mieszkańców londyńskiego wieżowca Grenfell z powodu, któremu łatwo można było zaradzić – przyczyną pożaru było łatwopalne (bo tak taniej) pokrycie budynku – ludzi ogarnęła zgroza. Organizowano akcje pomocowe, wzywano rząd do działań. Gdy potem jednak jedynym działaniem władz były „właściwe” deklaracje, stopniowo ta bezsensowna śmierć w płomieniach znormalizowała się, wrosła w krajobraz o wiele bardziej skutecznie niż pogorzelisko, które uprzątnięto. Ci, którzy przeżyli, do tej pory nie doczekali zadośćuczynienia. Tak, człowiek wszystko znormalizuje.

Obecne społeczeństwo, jak mawiał Zygmunt Bauman, społeczeństwo płynnej nowoczesności, pozbawione stabilnych struktur, jest pozbawione zbiorowej sprawczości. Ciężko jest podejmować jakiekolwiek kolektywne działanie, gdy nie ma struktur usprawniających wspólny wysiłek, dający zbiorową sprawczość. I tak można jednak nim kierować – pod warunkiem, że jednostki przyjmą na siebie moralny koszt władzy. To taki outsourcing – władza centralizowana jest w górę, która powoduje jednostronnie działania dołu, a moralne koszty decyzji spadają na pojedyncze osoby, których dotyczą. Władza nie ma żadnej moralnej odpowiedzialności: za bezrobocie, za nieszczęście podwładnych, za choroby spowodowane wypaleniem, za własne kłamstwa (pod warunkiem, że mówi „właściwie rzeczy”). Bauman nazywał ten stan rzeczy adiaforyzacją. To taka kondycja społeczna, gdy pewne stałe funkcje społeczne nie podlegają osądowi moralnemu, są wyjęte poza nawias moralności. Zniszczenie środowiska? To zależy od ciebie, obywatelko, bo używasz plastikowych słomek do picia soku. Faszyzm pasie się czerpiąc korzyści z firm, w które inwestują jego krzewiciele? To twoja wina, obywatelu, bo robisz zakupy w sklepach, które przynoszą dochód faszystom. Jesteś chory z przemęczenia? To twoja wina, pracowniku, nie dbasz o właściwy work-life balance. Słyszymy to na co dzień, codziennie tego doświadczamy. W ten sposób bierzemy na siebie moralną odpowiedzialność naszych przełożonych, władz naszych regionów, naszych państw. Władza natomiast podejmuje decyzje, jakie są dla niej dogodne i wypowiada okrągłe zdania pełne dobrych intencji i szlachetnych wartości.

Koszt adiaforyzacji dla jednostki jest potworny. Gdy łamiemy w sobie naszą ludzką kruchość, przezwyciężamy moralne opory, perswadujemy siebie, że coś, co jest głęboko nie-okej, jest całkowicie w porządku, ba, gdy akceptujemy patologiczną definicję „dorosłości” mającej niby polegać na tym, że własną moralną niewinność trzeba w sobie zgwałcić i zabić – wtedy dopuszczamy do władzy nad nami nasze wewnętrzne demony. Nasze dalsze zdrowie psychiczne zaczyna zależeć od tego, czy uda nam się zdehumanizować Drugiego, tego, którego opuściliśmy w potrzebie, obok którego zaczęliśmy przechodzić obojętnie, gdy żebrał przy bankomacie, gdy tonął na Morzu Śródziemnym. Ta, przeciwko zwolnieniu z pracy której nie protestowaliśmy, mimo że wiedzieliśmy, iż jest przewlekle chora. Ci chorzy pod respiratorem w szpitalu, których przecież nie ma, bo pandemia jest fikcją. Posiadający władzę i zasoby stają się zależni od swojej zdolności do znienawidzenia tych, których krzywdzą, spotworywozania ich, do pogardy. Im większą komuś wyrządzili krzywdę, tym bardziej tego kogoś muszą nienawidzić i nim pogardzać, bo tylko to zapewnia im moralną czystość, daje spójność ich opowieściom.

Coraz bardziej spójne muszą być historie o tym, że inne klasy społeczne to ciemna tłuszcza, że Arabowie to pośledniejszy naród, że kobiety to chodzące inkubatory, których trzeba pilnować, by nie zamordowały swoich niewinnych dziatek. Podwładni i rządzeni przyłączają się do tych epopei pogardy, bo spójność i klarowność jest im potrzebna do tego, by przetrwać w chaotycznym świecie. Dogmatyczne systemy wartości są czymś, na czym można się oprzeć. Niektórzy zwracają się z całą tą siłą nienawiści przeciwko samym sobie, muszą ciągle coś pić, coś wciągać, niszczyć w sobie wszystkie przejawy niewinności i tłuc w pysk wewnętrzne dziecko, które czasami próbuje się uśmiechnąć w niebo bez powodu. Jeszcze inni wbijają się w krwawe szaty permanentnej ofiary i czerpią z niej pogardliwe poczucie wyższości. Kat lub ofiara – przemoc płynie stale w krwioobiegu społecznym.

Nic dziwnego, że ta, która z jakiegoś powodu wyłamuje się z tego schematu, musi zostać wypchnięta poza margines, unicestwiona. Stąd ostracyzm, którego w ostatnich latach doświadczają osoby inne, niepasujące do zdefiniowanych ról kata i ofiary. Takie osoby trzeba usunąć z widoku – w imię spójności. To nic, że takie działanie zamyka i betonuje systemową adiaforyzację, sprawia, że zamykają się wszystkie możliwe drzwi wyjścia. Bo inność to często potencjalność znalezienia nowych drzwi, otwarcia nowych okien. Ale płynne społeczeństwo woli udusić się w swojej desperacji. Bo lepsza powolna śmierć z rozpaczy, niż szybkie szaleństwo z powodu braku sensu.

Na tę pierwszą szuka się leków, a właściwie szybkiego znieczulenia w chemicznych substancjach oferujących upragniony stupor lub w gotowych egzoszkieletach dogmatycznych systemów moralnych – im bardziej pustych w środku, tym lepiej: w kościołach bez miłości, w liberalizmach bez wolności myśli, w postępowości bez nadziei, we wspólnotowości bez ciepła. Tylu mamy świętych: obrońców uciśnionych, fajnościowców, pro-tolerantów, cały facebook pełen. Tylko czemu jest tak źle? Lewica ze swoimi zasadami buduje Zamek Wampirów. Kościół z nazwy powszechny, ze swoimi pustymi acz lodowatymi formułkami tworzy Pałac Wykluczenia. A pojedynczy człowiek bierze na siebie winy i coraz bardziej jawne świństwa władzy. Czyni to niemal chętnie, choć na ogół nieświadomie – wpuszcza te trucizny w swoją niczym niechronioną nieświadomość.

Wybiło szambo sumienia.

Dziennikarka Grace Blakeley pisze w swojej najnowszej książce o tym, jak bardzo pomyliła się anglosaska lewica sądząc, że przyciągnie do siebie ludzi obietnicami zniesienia polityki brutalnej oszczędności – austerity. To była piękna lewicowa idea, humanistyczna w najlepszym tego słowa znaczeniu, jednak ludzie zdają się aprobować austerity, wręcz pragnąć jej – za karę. To tak jakby przez zaostrzający się reżim ludzie, świadomie lub nie, pragnęli kary za rozpasanie polegające na pogłębiającym zadłużeniu gospodarstw domowych, pisze Blakeley, to ciągłe życie ponad stan wszystkich i wszędzie, za pożyczone na wieczne nieoddanie, na kredyt. Dodałabym do tego wątek adiaforyzacji. Żądamy dla siebie kary za zbiorową winę. Za tonących na morzu. Za bezdomnych w namiotach. Za sąsiada pod respiratorem. Za niepełnosprawną, na której wywalenie z pracy pozwoliliśmy. Czujemy, że ta kara nam się należy.

Futurologiczna książka Petera Frase’a przedstawia cztery możliwe scenariusze przyszłości – dwa pozytywne: komunizm powszechnej obfitości i socjalizm zrównoważonej sprawiedliwości. I dwa negatywne: rentyzm, czyli dostatek dla elit i dystopijny eksterminizm, będący ostatecznym rozstaniem z człowieczeństwem – decywilizacja, akceptacja śmierci, świat ekstremalnych nierówności. Mamy niewiele czasu na to, by uchronić ludzkość przez eksterminizmem. Trzeba koniecznie w jakimś ważnym instytucjonalnie miejscu, na przykład w Unii Europejskiej, wprowadzić reformy poluzowujące neoliberalne zadłużenie gospodarstw domowych, niwelujące uzależnienie jednostki od pracy coraz bardziej niegodnej człowieka. Ludzie we Francji doskonale wiedzą, że Macron ma znikome poparcie, że głosowano na niego wyłącznie dlatego, by zapobiec rządom Le Pen. Jeśli nic się nie zmieni, dokładnie wszyscy zobaczymy, czemu było to „mniejsze zło”. Wszyscy, którzy chorują i których nie będzie stać na coraz bardziej sprywatyzowaną służbę zdrowia (prywatyzacja radykalnie przyspieszy w eksterminizmie, bo zdrowie i życie przestaną być powszechnym prawem człowieka) będą po prostu umierać. To już obecnie jest normalizowane: „umarł, bo miał choroby towarzyszące”, „był stary to umarł” – wypowiadane coraz bardziej automatycznie w sytuacjach, gdy ewidentnie można było zapobiec śmierci nie indywidualnej, lecz masowej, zbiorowej. Pod rządami typu Le Pen stanie się to oczywiste. Tak samo jak Grenfell jest normalne, i bezdomni wokół bankomatu są normalni, i topielcy u wybrzeży Włoch są normalni.

Jest rozwiązanie i jest wyjście. Pisze o tym między innymi David Graeber – o konieczności powszechnego darowania długów. Piszą ekonomiści, socjologowie. Dochód podstawowy dla każdego pozwoli w dalszej kolejności oddalić groźbę odczłowieczenia i pomoże wspierać politykę przywrócenia dobra wspólnego jako ważnej kategorii ekonomicznej, argumentuje Guy Standing. To dwa pierwsze kroki, które pomogą ludzkości zawrócić z drogi moralnego koszmaru, na której się znajdujemy. Te dwa kroki musimy wykonać wspólnie, systemowo.

A w międzyczasie – dla tych z nas, którzy dadzą radę i chcą próbować działać we właściwą stronę, polecam działanie, które francuski profesor zarządzania Ghislain Deslandes nazywa słabym zarządzaniem. Jest o praktyka oparta na umiejętności, którą romantyczny poeta John Keats określił swego czasu jako zdolność negatywna – czyli dar niekategoryzowania od razu tego, co wokół się dzieje, pozostawiania przestrzeni na to, co jest niepojęte, miejsca na tajemnicę, na to, co niezrozumiałe. Dar przyznania się, że czegoś się nie wie lub nie umie, powstrzymanie się choćby na chwilę przed wydawaniem osądów. Keats twierdził, że tak czynią wielcy poeci. Deslandes mówi, że taka praktyka uczyni nam wszystkim dobrze. O ile możemy, o ile jesteśmy w stanie – przyznać, zatrzymać się, zawahać. Nie ocenić, choć raz, nie zmierzyć, nie zadecydować. Powstrzymać się od działania i mieć odwagę największą ze wszystkich – odwagę wątpienia.

Rzeczywistość jest nieskończona. Stąd zagrożenie chaosem aż tak realne. Jeśli otworzymy okna i drzwi – wiemy, czujemy, że otacza nas chaos. Ale nie musimy od razu pakować się w próżnię, lecz zamiast tego przyznać, że nie wiemy. Szambo, w którym się dusimy, wypłynie i użyźni pola, a na nich może wyrośnie coś nowego.

Skoro tak dużo potrafimy znormalizować, to przecież znaczy, że stać nas na wiele, jeśli udałoby się odzyskać, wypracować na nowo zbiorową sprawczość – cała ta w końcu przecież potężna twórczość mogłaby zostać zwrócona ku szczytnym celom. Moglibyśmy wtedy zacząć normalizować: współczucie, troskę o planetę, lekkość wyobraźni, niewinną ufność, radość, wiarę w lepsze jutro. Na tym polega negentropia.

Potrzebujemy poetów jak powietrza, dosłownie. Czas uwolnić poetów w każdej, w każdym z nas.

prof. Monika Kostera

Thomas Spence: Prawa dzieci (1796)

„Otwórz usta dla niemych” (Prz 31,8)

„A cóż to są, na Boga, prawa dzieci?”, zapytali wyniośli ARYSTOKRACI, uśmiechając się pogardliwie.

Kobieta: Zapytajcie niedźwiedzicę i matkę wilcząt polującą w borach – one powiedzą wam, czym są naturalne prawa młodych każdego gatunku pod słońcem. Słowem będzie je chwalić, czynem da o nich świadectwo.

Są to prawa do sprawiedliwego udziału w owocach ziemi.

Czy gdy sama rzeczywistość przemówiła, dalej pytać się nas będziecie, co to są prawa dzieci, jak gdyby one żadnych praw nie miały, jak gdyby to były wyrośla, poronione płody Natury? Jak gdyby nie przysługiwało im prawo ssać mleko naszych piersi? Nam zaś – czerpać swobodnie z darów przyrody, której zrządzeniem i siebie, i dzieci nasze możemy wyżywić? Jak gdyby nie należały im się sprawiedliwie opieka, czyste otoczenie, ubrania i dach nad głową? Niegodziwcy! Jak macie czelność zadawać takie pytanie? Lisy mają nory i ptaki powietrzne gniazda, a dzieci człowiecze nie znajdą miejsca, gdzie mogłyby głowę położyć? I wszystkie samice wszystkich gatunków mogą pożywać trawę z naszych pastwisk i łąk, aby mieć pokarm dla swoich młodych – czy nam odmawia się prawa nawet i do tego? Czy ziemia nie należy do nas wszystkich, skoro nawet bydlęta mogą według potrzeb korzystać z jej owoców? Czy jesteśmy niżej od nich, by nie wolno nam było jeść ziół, jagód i orzechów, gdy jesteśmy głodne? Niżej niż wilki, by zabroniono nam polowania? Niżej niż wydry, byśmy nie mogły posilać się mięsem ryb naszych jezior i rzek? Czy nie wolno nam ścinać drzew i kopać węgla na opał? Czyżby Natura przygotowała swą wspaniałą ucztę dla wszystkich swych dzieci poza człowiekiem? Czy po to tylko nasze potomstwo przychodzi na świat, byśmy mogli płakać jedni nad losem drugich, żyć i umierać w nędzy i rozpaczy?

Arystokraci (z pogardą): A czyż niewieścia to rzecz pouczać mężczyzn o prawach i obowiązkach?

Kobieta: Tak, Molochy! Wiedźcie, że my, kobiety, bronimy praw ludzkich od początku. I choć mężczyźni, podobnie jak w ogóle samce wszystkich gatunków, łatwo poddają się apatii i obojętnieją na los swego potomstwa, w nas ogień Natury nie gaśnie nigdy. Przekonacie się o tym prędko. Na własne oczy ujrzycie, że nie tylko znamy swoje prawa, ale także umiemy się o nie upomnieć, na zgubę waszą i wszystkich tyranów. I skoro nasi mężczyźni, jak zmęczone osły, pozwalają nakładać na siebie jarzmo czynszów, dziesięcin i innych podatków, na nas, kobiety, spada obowiązek upomnienia się o godność naszego rodzaju. To ród niewieści złamie wasze jarzmo i podepcze je w proch!

Arystokraci: Czyli chcecie w swych małych rozumach cywilizację na powrót w dzicz przemienić, jeść jagódki i polować jak barbarzyńcy, nieokrzesani Indianie?

Kobieta: Nie, sofiści, nie chcemy żyć jak Indianie. Ale skoro dary Natury stanowią niezaprzeczalnie własność wszystkich ludzi, mamy do nich niezbywalne prawo, i nie pozwolimy dłużej, by odbierano je nam, nie dając stosownej rekompensaty.

Arystokraci: Słusznie. I czyż nie otrzymujecie zamiast nich chleba, mięsa baraniego i wołowego, owoców pól i ogrodów, nadto wszelkich luksusów sztuki i przemysłu? Jakie powody macie, by narzekać?

Kobieta: Raczycie żartować, dostojni panowie. Naprawdę wierzycie, że nie mamy na co narzekać? Że te wszystkie dobra to rekompensata za naturalne bogactwa, z których nas odzieracie? Nikt nam nic nie dał – kupujemy je same, pracując w pocie czoła!

Arystokraci: Ależ niewiasto, z pewnością nie spodziewasz się otrzymać dzieł ludzkiej pracy i geniuszu za darmo! Czy gospodarze nie muszą płacić znacznych czynszów? Czy uprawa roli i doglądanie bydła to nie zajęcia trudne, wymagające dużych wydatków i jeszcze większego wysiłku? Nie możecie oczekiwać, że ci ludzie oddadzą wam owoce swego trudu bez żadnego zadośćuczynienia z waszej strony, to wbrew sprawiedliwości!

Kobieta: A któż, zacni panowie, mówił o czymś takim? Tylko klasy uprzywilejowane i ich wierni naśladowcy grasujący na gościńcach mają ten obyczaj, by zabierać innym co ich, nie dając nic w zamian. Dla nas to rzecz obca. Nie, nie – to nie rolnicy są tutaj problemem; tylko wy. Odpowiadajcie zatem, kto pobiera owe czynsze, które tak bardzo obciążają angielskich gospodarzy?

Arystokraci: Oczywiście my.

Kobieta: Oczywiście wy! A kimże wy, u diabła, jesteście, kto wam dał prawo pobierać podatki od wspólnej własności?!

Arystokraci: Miarkuj się, kobieto! Ojcowie nasi zapłacili za swą ziemię krwią albo pieniądzem!

Kobieta: Dobrze powiedziane, łotry! Według słów waszych sądzić was będę, Molochy, dzieciobójcy! A więc przyznajecie, że jesteście dziedzicami bandytów, którzy ogniem i mieczem przywłaszczyli sobie naszą wspólną ziemię, na płacz i nieszczęście dzieci i ich matek? Albo, w najlepszym wypadku, tych, którzy kupili te już wcześniej mordem opłacone grunta? Potwory! Niech krew tysięcy niewinnych dziatek, które umarły przez waszą chciwość, spadnie na wasze głowy! Pozbawiliście nas, matki, dostępu do darów Natury i zastrzegliście go dla tych, którzy mają dość, by wam zań zapłacić, jak sami zresztą bezczelnie to przyznajecie. Niegodziwcy! Skarbem waszym nie złoto, ale łzy i jęki umierających dzieci! Krwawi zdziercy! Bando rozbójników! Czemu nazywacie siebie mianem panów i pań, po co wam, bestie, te wszystkie tytuły? Wasze miękkie stroje i piękne ozdoby wołają pod niebiosa o waszych początkach, rodzie barbarzyńców! Niedługo jeszcze jednak owe gotyckie symbole rzezi i rozbojów, herby wyzyskiwaczy wśród wyzyskiwanych, będą razić oczy oświeconego ludu! Czy trzeba, abyście to wy pobierali czynsze od pracy na roli? Czy nie lepiej, by gospodarze płacili je nam, którzy jesteśmy naturalnymi i prawowitymi dziedzicami całej ziemi świata? Jeśli zgadzamy się odstąpić im pod uprawę nasze pierwotne dziedzictwo, nasze tereny łowieckie, łąki, sady i łowiska, nasz węgiel kopalniom i lasy tartakom, czyż nie mamy prawa domagać się zwrotu? Jeśli nie, jak inaczej ktokolwiek miałby czelność sprzedawać nam coś, co i tak do nas należy!

Wyzyskiwacze, usłyszcie mój głos! Wy, którzy każdy dzień zamieniacie w orgię luksusu! Wy, dla których, zda się, słońce wschodzi i zmieniają się pory roku, dla których pracują wszyscy ludzie i zwierzęta, wzdychając – na próżno! – choćby o okruszyny spadłe z waszych uginających się pod ciężarem jadła stołów! Wy, dla których tłustość ziemi i nieba! Wy, nienasyceni niby otchłań grobu! Wy, którzy byście każde serce zatruli i pogrążyli w rozpaczy, byle tylko wasz duch się weselił, powiadam: słuchajcie! Oto nadchodzi kres waszej tyranii, waszego dzieciobójstwa! Jęki niesprawiedliwie więzionych, jęki żołnierzy gnanych batogami, jęki chłopów zgiętych do ziemi pod ciężarem jarzma, które nałożyliście na ich plecy, niedługo jeszcze będą wołać o pomstę do nieba, bo oto cała ziemia śpiewać zaczyna pieśń nową, pieśń nowego stworzenia, pieśń na złamanie żelaznej rózgi arystokratycznego ucisku i wschód wiecznego słońca sprawiedliwości!

Czyście naprawdę mniemali się filarami i podporą świata? Czyście naprawdę sądzili, że nigdy nie zdobędziemy dosyć rozumu, aby się was pozbyć? Że nie umiemy bez waszego dozoru piec chleba, peklować mięsa, rąbać drew na opał? Biedni! Wasze zaklęcia zostały przełamane! Wasza magia, wasze czarnoksięstwo, rytuały waszej ciemnej religii, wszystkie owe sztuki oszustwa i iluzji przeminęły, ich czas się zakończył! I oto jaśnieje nad światem promieniste Słońce Wolności w tę południową godzinę, która rozprasza mgły barbarzyński epok, odsłaniając oczom ludzkich córek i synów cudowny błękit niezmąconej pogody rozumu.

Skoro zatem wy sami, nakładając na nas ciężary nie do uniesienia, zmuszacie nas do walki o wolność, o nasze prawa, rychło zaczniemy radzić sobie bez was i sami dogadamy się z gospodarzami, jak człowiek z człowiekiem. Za jedno im to przecież, komu będą płacić czynsze, nam czy wam, ba! – nam zapłacą je chętniej, bo są spośród nas! Jeśli zaś nasi mężowie okażą się zbyt głupi i gnuśni, by upomnieć się o dziedzictwo swych dziatek i żon, to my, kobiety, weźmiemy sprawy w swoje ręce – i zobaczymy, czy którykolwiek mężczyzna ośmieli nam się sprzeciwić! W naszych rękach gospodarka kraju rozkwitnie jak nigdy dotąd. Śmiejcie się, tyrani, śmiejcie się, dalejże, choć lepiej byłoby wam płakać! Bo wody wielkie nie zdołają ugasić owej miłości, którą sama Natura złożyła w piersi niewieściej: czystej i doskonałej miłości matki do dziecka. Miłości, której nie można kupić. Miłości, która nie boi się niczego. Bądźcie pewni, że staniemy w obronie naszego potomstwa bez względu na niebezpieczeństwo – a hańba, cierpienie i rozpacz staną się udziałem tych, którzy spróbują stanąć nam na drodze. Tak! Dla nich właśnie weźmiemy sprawy w swoje ręce i wywalczymy życie, które się nam należy. Jeśli odstępujemy innym naszą wspólną ziemię, aby mogli ją uprawiać, oczekujemy za to sprawiedliwej zapłaty, która pozwoliłaby nam wyżywić siebie i tych, za których jesteśmy odpowiedzialne. Czy to oznacza, że nie chcemy pracować? Ależ nie! Taki czynsz nie wystarczyłby na prawdziwie godną egzystencję dla nas i naszych dzieci, wiemy to – dlatego nie boimy się spróbować sił w różnych zawodach, które pozwoliłyby nam rozwinąć nasze liczne talenty i nadać życiu sens i smak. Nie chcemy świata bez pracy. Jedyne, co chcemy, to aby służyła ona nam, a nie nienasyconym w swej chciwości tyranom.

Aby przekonać was, że nasz plan jest dobrze przemyślany, pokrótce go tutaj przedstawię. Wyda się wam bardzo prosty, ale prostota to znak doskonałości. Jak powiedziałam, my, kobiety (na mężczyznach bowiem nie można polegać) powołamy do istnienia w każdej gminie specjalny komitet złożony tylko z przedstawicielek naszej płci (ufamy, że nasi szarmanccy i inteligentni oblubieńcy nie będą nam w tym przeszkadzać), którego zadaniem będzie pobieranie czynszu od gruntów i gospodarstw już dzierżawionych, a także organizowanie przetargów na siedmioletnią dzierżawę tych, które nie będą akurat użytkowane. Z tego czynszu, określony procent (w zależności od potrzeb) będzie odprowadzany jako składka na potrzeby rządu centralnego. Składka ta zastąpiłaby wszystkie istniejące podatki – w ten sposób pozbędziemy się konieczności utrzymywania urzędów podatkowych. Pozostała część posłuży w pierwszy rzędzie do sfinansowania budowy i naprawy domów; budowy, czyszczenia i oświetlenia ulic; a także pensji urzędników publicznych. Czynsz ów będziemy, my, kobiety, pobierać co kwartał, bez pośrednictwa banków, w pieniądzu realnym, nie papierowym, dzięki czemu ani państwo, ani gminy nie popadną w długi. Jeśli zaś po sfinansowaniu wszystkich niezbędnych wydatków pozostanie nadwyżka, zostanie ona sprawiedliwie podzielona między mieszkańców gminy, czy to płci męskiej, czy kobiecej, czy to pozostających w związku małżeńskim, czy nie, z prawego i nieprawego łoża, ledwo co urodzonych i matuzalemów, oddających gminie wiele, jak rolnicy czy kupcy, i symboliczny wdowi grosz, jak rzemieślnicy i najemni robociarze – głowa każdej rodziny dostanie tyle, ile będzie potrzeba na utrzymanie jej i wszystkim jej domownikom.

Ponieważ narodziny dziecka, pogrzeby i choroba to wszystko sytuacje generujące duże koszty, wydaje się właściwe, wypłacać tę rentę także na każde nowo narodzone dziecko, choćby urodziło się ostatniego dnia danego kwartału, jak i na każdą osobę starszą, choćby i ta dzień po rozpoczęciu tegoż zmarła.

Nadwyżka ta, rozdzielana kwartalnie między wszystkich mieszkańców gminy, wynosić będzie najprawdopodobniej około dwóch trzecich łącznych wpływów czynszowych. Niezależnie wszakże od jej wysokości, renta gruntowa, o której mówimy, to niezbywalne prawo każdego człowieka żyjącego w stanie cywilizowanym – jako sprawiedliwa rekompensata za utratę możliwości swobodnego korzystania z darów ziemi dzierżawionej na potrzeby rolnictwa lub przemysłu.

Widzicie zatem, drodzy panowie, że nasza chwalebna praca została wykonana, a prawa gatunku ludzkiego znalazły fundament tak mocny, że nawet największy paroksyzm waszej niegodziwości nie zdoła go wywrócić. Co więcej, gdy się już za was zabierzemy, wasza potęga runie cała naraz. Nie zamierzamy drażnić lwa, wyrywać mu zębów jeden po drugim, jak to nam radzą niektórzy, byśmy wasze przywileje znosiły powoli, co przecież naraz rozjuszyłoby was tylko i dało możliwości zorganizowania oporu. Nie; zaczniemy tam, gdzie chcemy skończyć – pozbawimy was za jednym zamachem wszystkich zysków z czynszów i danin, które w całości zasilać zaczną budżety gmin, aby służyły realnej korzyści ich mieszkańców, jak się już wcześniej powiedziało.

Nie obawiajcie się jednak, cios nie będzie za silny. Chodzi o to, by zbudować system, nie o zemstę. Nie zmienimy was w żebraków, przeciwnie: pozwolimy zachować wam wszystkie ruchomości i oszczędności, złoto i srebro, drogie ubrania i meble, zapasy zboża i bydło, i ten majątek nieruchomy, którego nie można zakwalifikować jako infrastruktury rolnej, bo ta w całości (co sami rozumiecie przecież) musi przejść na własność samorządu gminnego. Widzicie zatem, że nadal będziecie najbogatszą warstwą społeczeństwa, jeśli zaś radośnie i ze szczerym sercem włączycie się w nasze dzieło, wasze życie stanie się znacznie szczęśliwsze, niż jest teraz, w naszym opłakanym systemie powszechnej niesprawiedliwości. Gdybyście jednak w pysze i głupocie swojej próbowali stawiać opór, nie pozostanie nam nic innego, jak – w obronie własnej – skonfiskować i wasze bogactwa ruchome, a może nawet pozbawić was życia: wtedy jednak krew wasza spadnie na wasze głowy, nie nasze! Dobrze będzie więc dla was podporządkować się chętnie i złączyć się z ludem węzłem prawdziwego braterstwa. Zważcie bowiem, że to gminy będą dysponować tym bogactwem, które teraz pozwala wam zachować status państwa w państwie – państwa zdolnego prowadzić wojnę przeciwko całemu społeczeństwu. Jeżeli zaś chodzi o wasz majątek ruchomy, to szybko stopnieje on podczas zmagań z ludem – silnym, bo wyzwolonym spod ciężaru czynszów i dziesięcin. Przygotujcie się zatem szybko do nowego życia, bo bliskie jest jego nadejście. I gdy rozbrzmieją w waszych uszach owe błogosławione słowa, ogłaszające wszystkim, że oto cała ziemia Anglii staje się odtąd własnością gmin, przyłączcie się do śpiewu waszych braci i sióstr, wejdźcie do radości całego narodu!

Złoty wiek, przez poetów sławion w świecie całem,

przestanie być legendą, a stanie się ciałem.

Tygrys groźny przy wołu cicho się położy,

dziecko rączkę do leża wściekłej żmii włoży,

grzywę lwa pośród pląsów radosnych rozburzy –

i nie zmącą pogody serca wichry burzy!

Spełni się proroctw wielkich starodawne słowo,

pieśni wieków minionych rozbrzmieją na nowo,

szczęście z ziemi wyrośnie, to wiecznie zielone

drzewo, i ponad Anglią rozłoży koronę.

Chwalmy zatem Natury myśl, co jasno świeci:

nie tylko prawa ludzi, ale – prawa dzieci!

Refren (na melodię „Sally in the Alley”)

Chodźmy więc wszyscy, ręka w rękę,

z wyżyn i nizin, miast i wsi,

każdego wieku oraz stanu

i obydwojga płci.

Chodźmy przez Anglii piękny kraj,

przez góry, łąki, gaje –

chodźmy, by wieść radosną nieść,

że Złoty Wiek nastaje.

Zakończenie

Chwila jednak, spokojnie. Nie wypada wszak rozmawiać pod nieobecność gospodarza! Pan Thomas Paine zruga nas niechybnie za pomysł podobnie sprawiedliwej dystrybucji dochodu narodowego. Czyż nie pisze on, w swojej „Sprawiedliwości agrarnej”, że lud może domagać się nie więcej, niż jednej dziesiątej obecnej wartości gruntów i całej gigantycznie rozwiniętej infrastruktury rolniczej? Dlaczego jednak mielibyśmy zadowolić się takim ochłapem? Ponieważ, odpowiada pan Paine, w procesie kultywacji wartość ziemi wzrosła dziesięciokrotnie w porównaniu do stanu naturalnego. No dobrze, ale czyja praca, zapytajmy, napędzała ten proces? Obszarników? Czyżbyśmy my, robotnicy, oraz nasi ojcowie stali z boku i biernie patrzyli, jak jaśnie pan w pocie czoła uprawia niewdzięczną rolę, dająca mu tylko osty i ciernie? Nie sądzę. Przeciwnie – każdy uczciwy człowiek przyzna, że ta przemiana to w głównej mierze zasługa klas pracujących.

To wysiłek robotników tworzy dobra materialne, a potrzeby ich rodzin – rynek, na którym można je zbyć. Logicznie zatem, to wytwarzane przez rolników i rzemieślników rynki stanowią właściwą przyczynę procesu kultywacji. Zlikwidujmy je, albo pozwólmy klasom pracującym na podobieństwo Izraelitów wyjść z kraju swego wygnania, a przekonamy się, w czym tkwiło źródło naszego rozwoju i jak zbudowano nasze piękne miasta.

Możecie wmawiać sobie, że po emigracji tej rzeszy nędzarzy życie toczyłoby się dawnym torem: rolnik orałby, a obszarnik budował, jak dotychczas. Ale powiadam wam: nie. Bo bez biedaków gospodarze nie mieliby rąk do pracy w polu ani nabywców na swoje zboże i bydło. Podobnie wyglądałoby to w przypadku arystokratów, którzy również nie mieliby nikogo, kogo mogliby nająć do pracy, a przy okazji stracili dochody z czynszów.

Patrzcie na swych szlachciców, waszych dumnych możnych, jak wobec braku robotników znów muszą zamienić się w barbarzyńskich myśliwych, jakimi byli ich ojcowie. Patrzcie, jak ich pałace, świątynie i miasta w proch się obracają, a zadbane ogrody i łąki zamieniają się w dzicz.

Widzimy zatem, że nie tylko ręce klasy robotniczej są narzędziami postępu, ale przede wszystkim jej plecy – i żołądki! I że to daniny, które ona płaci, buduje miasta – nie okrutni obszarnicy w swych pałacach za murem. Nie dajmy się przeto w chwili słabości zwieść udawanej dobrej woli bogaczy i nigdy nie rezygnujmy ze swych naturalnych praw. I jeśli kraj faktycznie rozwinął się pod panowaniem tych chciwców, niech idą do diabła – działali bowiem w swoim interesie, nie w naszym, my zaś nie spoczniemy, dopóki nasze prawa nie będą na powrót szanowane!

Thomas Spence

Tłum. Maciej Sobiech

Powyższy tekst to pierwsze polskie tłumaczenie tekstu Spence’a „The Rights of Infants”, napisanego w roku 1796, a wydanego rok później. Pominięto apendyks.

Polecamy inny tekst Thomasa Spence’a: Prawdziwe prawa człowieka

Thomas Spence (1750-1814) – angielski radykał, komunista, reformator, filozof i działacz społeczny i pedagogiczny. Pochodził z ubogiej i licznej rodziny rzemieślniczej (był jednym z dziewiętnaściorga rodzeństwa). Zwolennik głębokiej przemiany społecznej, uniwersalnego prawa wyborczego (również dla kobiet), a także… reformy ortograficznej, która uczyniłaby literaturę bardziej przystępną klasom nieposiadającym (sam Spence był wybitnym samoukiem). Inwigilowany przez służby brytyjskie i wielokrotnie więziony w dobie antyjakobińskiego terroru rządów premiera Pitta Młodszego. Zmarł w nędzy.

Nowy ład i stare metafory

Nowy ład i stare metafory

Rządowa zapowiedź Nowego Polskiego Ładu zrywa z wizją państwa jako nocnego stróża, w której to sektor prywatny i mechanizmy rynkowe są jedynymi motorami zmian.

Nie znamy jeszcze szczegółów programu, ale jego autorzy deklarują, że ma być odpowiedzią na wyzwania post-pandemicznej rzeczywistości gospodarczej. Ostatni rok boleśnie udowodnił, że pogląd, wedle którego instytucje państwowe mają stać z boku – nie działa. Pandemia COVID-19 uwydatniła słabość neoliberalnego spojrzenia na gospodarkę. Przywiązanie do starego konsensusu oznaczałoby większą zapaść gospodarczą i więcej zgonów. Reakcja rządu Mateusza Morawieckiego pokazała, że odczytuje on zmiany i wyciąga wnioski dotyczące polityki gospodarczej. Dlatego jest szansa, że Nowy Polski Ład wyrazi ducha amerykańskiego New Deal.

Dotychczas opinii publicznej przedstawiono kilka elementów programowych: zwiększenie finansowania służby zdrowia, wzrost kwoty wolnej od podatku, zmniejszenie opodatkowania emerytur czy nowe inwestycje publiczne. Program natychmiast skrytykowała liberalna opozycja. Ma on być wedle niej populistyczny, zorientowany na „rozdawanie pieniędzy podatników” i zbudowany kosztem klasy średniej. Z drugiej strony lewica, uznając zasadność przynajmniej niektórych celów NPŁ, skupiła się na niemożności jego sfinansowania. Powodem tego ma być brak reform systemu podatkowego.

Stare idee, nowe wyzwania

Globalny kryzys finansowy z 2008 roku i recesja będąca jego następstwem podważyły neoliberalny kapitalizm jako jedyną możliwą opcję rozwoju. Masowe protesty społeczne umożliwiły ruchom sprzeciwu wobec tego modelu gospodarczego uzyskanie poparcia politycznego, a czasem nawet przejęcie władzy. W praktyce niewiele to zmieniło. Ponad 10 lat po kryzysie żadne reformy, które miałyby doprowadzić do ściślejszej regulacji świata finansów, nie zostały podjęte, zaś ryzyko kolejnego kryzysu finansowego rośnie. W przypadku pandemii COVID-19 jest odwrotnie. Prawdziwa zmiana dokonała się w obszarze praktyki. Covidowy rok umożliwił weryfikację tez, u podstaw których leży neoliberalne założenie, że państwo należy postrzegać jako gospodarstwo domowe w skali makro. Zweryfikowano dwa naczelne założenia głównonurtowej ekonomii.

Pierwszym z nich jest prymat polityki pieniężnej nad fiskalną. Zacznijmy od definicji. W ekonomii przez politykę pieniężną rozumiemy działania podejmowane przez bank centralny w celu kontroli podaży pieniądza w gospodarce. Z kolei polityka fiskalna dotyczy wydatków państwowych i poziomu opodatkowania. Ekonomiści neoklasyczni negatywnie zapatrują się na tę drugą, gdyż wpływa ona na rynek w dużo silniejszym stopniu. Właściwym narzędziem jest polityka pieniężna realizowana przez niezależny bank centralny. Poprzez oddziaływanie na stopy procentowe jest on w stanie doprowadzić gospodarkę do optymalnego stanu. Tyle w teorii. W praktyce rządy wielu państw podjęły szeroko zakrojone działania fiskalne w postaci transferów finansowych, pożyczek czy zwolnień podatkowych w reakcji na ekonomiczne spustoszenie poczynione przez pandemię. Zaś na okres popandemiczny przewidywane są pakiety stymulacyjne, które mają umożliwić powrót na tory wzrostu gospodarczego.

Drugie z założeń obejmowało rzekome zło deficytu publicznego i wynikające z niego ryzyko inflacji. Obsesja braku deficytu i niszczących skutków zadłużenia publicznego okazała się być najbardziej bezprzedmiotowa spośród wszystkich tez ekonomii neoklasycznej. Rządy sfinansowały wydatki właśnie poprzez zwiększenie długu publicznego bez konieczności podwyższania podatków, cięć wydatków publicznych czy zadłużania się u zagranicznych pożyczkodawców. Tarcze dla przedsiębiorców nie potrzebowały alternatywnych źródeł finansowania – wystarczyła większość parlamentarna i podpis prezydenta. Złudne okazało się również ryzyko inflacji. Globalnie rządy państw mają do czynienia z deflacją, a więc spadkiem cen ze względu na zmniejszony poziom aktywności gospodarczej. W przypadku Polski poziom inflacji nie budzi żadnych zastrzeżeń – mieści się w celu inflacyjnym banku centralnego – i kształtuje się poniżej mediany dla okresu po 1989 roku.

Wnioski są jednoznaczne. Żadne z zagrożeń głoszonych przez ortodoksyjnych ekonomistów nie spełniło się. Rządy zareagowały, by ograniczyć konsekwencje pandemii. Wymusiło to odrzucenie rekomendacji płynących z paradygmatu neoklasycznego.

Lewicowa nieporadność

Politycznie największą ofiarę takiego obrotu spraw stanowi lewica. Prominentnym przykładem jest postępowanie brytyjskiej Partii Pracy. Po nieudanym eksperymencie z Jeremym Corbynem jako liderem i przegranych wyborach parlamentarnych, przywództwo w partii objął mniej radykalny Keir Starmer. Dziś labourzyści są orędownikami konserwatyzmu fiskalnego. Atakują Torysów za rzekomo nierozsądną politykę finansów publicznych, która nomen omen służy zmniejszeniu nierówności międzyregionalnych, szczególnie w obszarze tzw. czerwonego muru, który do ostatnich wyborów stanowił elektoralne zaplecze Partii Pracy.

Na krajowym podwórku podobne zachowania ujawniają się przy ocenie polityki społecznej Prawa i Sprawiedliwości. Uprzywilejowane klasy społeczne oceniały program 500+ czy wydatki socjalne, takie jak dodatkowe świadczenia emerytalne, jako prowadzące do zadłużania się państwa i scenariusza drugiej Wenezueli (w domyśle hiperinflacji). W tej perspektywie próbowała odnaleźć się lewica, która wskazywała, że bez zmiany systemu podatkowego takie programy społeczne są nie do utrzymania. Żadne z tych opinii nie okazały się prawdziwe. Transfery społeczne wywołały wzrost konsumpcji gospodarstw domowych, a to przełożyło się na mocniejszy wzrost gospodarczy. Z kolei zmiany w obszarze płacy minimalnej pozwoliły równiej rozłożyć zyski z tego wynikające.

Liberalni komentatorzy malują reformy społeczne rządu w barwach rewolucji październikowej. Faktycznie stanowią one socjalną korektę polityki III RP. Nie w tym jednak tkwi ich przełomowość. Narracja rządu na temat 500+ różni się od standardowego opisu tego typu programów społecznych. Nie jest to już transfer socjalny ani pomoc dla potrzebujących. Jest to inwestycja państwa w rodzinę, co wywraca dotychczasową perspektywę. W potocznym myśleniu to, co jest inwestowane, w przyszłości przyniesie zyski. Takie metafory legitymizują działania rządu w obszarze polityki społecznej.

Metaforą w ekonomię polityczną

Dlaczego jest to tak ważne? Lingwistyka kognitywna tłumaczy, że ludzkie myślenie o pojęciach abstrakcyjnych jest silnie zapośredniczone w naszym codziennym doświadczeniu. Nie suche fakty i liczby, ale ramy interpretacyjne, tj. systemy metafor, determinują nasz odbiór koncepcji teoretycznych. Modele ekonomii neoklasycznej są nieefektywne w prognozowaniu zjawisk gospodarczych. Z drugiej strony, metafora gospodarstwa domowego, wedle której powinniśmy więcej oszczędzać i mniej wydawać, by żyć dostatnio, jest zdroworozsądkowa. Odnosi się bowiem do naszego codziennego doświadczenia. Bilansowanie swoich przychodów i wydatków na poziomie indywidualnym ma ogromny sens. Jednak dla państwa jest to przepis na stagnację gospodarczą, destrukcję usług publicznych i rozrost obszarów biedy. Tym właśnie była polityka zaciskania pasa, którą liczne państwa wdrożyły po globalnym kryzysie finansowym.

To nie kolejne książki, raporty czy badania pozwalają przesuwać debatę publiczną w bardziej progresywnym kierunku. Robią to metafory, których używamy do komunikowania tych faktów. Wynikają z tego dwie kwestie. Pierwsza to świadomość, że słowa, którymi się posługujemy, mają znaczenie: albo posłużą do umocnienia hegemonii kulturowej ekonomii ortodoksyjnej, albo będą elementem bardziej sprawiedliwej wizji gospodarki. Druga: alternatywna teoria pozostanie nieskuteczna bez własnego zestawu metafor.

Nowoczesna Teoria Monetarna

Progresywną alternatywą dla polityki opartej o ekonomię neoklasyczną jest Nowoczesna Teoria Monetarna (Modern Monetary Theory). Wskazuje ona na wyjątkową rolę państwa i odróżnia je od sektora prywatnego. Państwo suwerenne monetarnie jest monopolistą w obszarze kreacji pieniądza, a nie jego użytkownikiem, jak gospodarstwa domowe i firmy. Emituje walutę, a następnie ściąga ją z powrotem, domagając się określonych usług lub towarów ze strony sektora niepaństwowego. Pieniądz to twór państwa, a nie rynku. Rodzi to następujące konsekwencje:

1. Państwa suwerenne monetarnie są ograniczone finansowo nie przez podatki czy zdolność do pożyczania, lecz przez realnie istniejące zasoby.

2. Jesteśmy ograniczeni przez inflację, a nie przez dług finansowy.

3. Podatki nie finansują usług publicznych – nie potrzebujemy pieniędzy bogatych, aby budować państwo dobrobytu.

Metaforze gospodarstwa domowego w skali makro przeciwstawiamy metaforę państwa jako zbiorowego zobowiązania na rzecz dobra wspólnego. Pieniądz nie jest towarem, lecz narzędziem, dzięki któremu dostępne zasoby przeznaczane są na projekty służące całej wspólnocie.

Jak to interpretować w kontekście wydatków socjalnych? Osoba patrząca z perspektywy neoklasycznej będzie widziała w nich wyraz społecznej zależności – socjal, który uczy bezradności i wynagradza brak aktywności zawodowej. Dla zwolennika MMT sprawa wygląda inaczej: jako wspólnota troszczymy się o siebie, a państwo powinno wspierać swoje społeczeństwo. Świadczenia społeczne są więc wyrazem troski, zaś ci znajdujący się w gorszej sytuacji powinni otrzymać właściwe wsparcie. Bieda i bezrobocie to nie problem indywidualny, ale wyzwanie dla państwa, aby właściwie zarządzać dostępnymi zasobami. Zmiana językowa pozwala legitymizować politykę, która wcześniej prezentowana jako wyraz marnotrawstwa, teraz jest dowodem dobrego rządzenia.

W tej ramie interpretacyjnej mamy więcej pomocnych metafor:

• Państwo inwestuje w produktywne moce społeczeństwa.

• Wydatki państwa napełniają nasze portfele pieniędzmi.

• Deficyt publiczny to zysk gospodarstw domowych.

• Państwu nie mogą skończyć się pieniądze.

• Prawdziwym ograniczeniem są nasze narodowe zasoby.

Celem jest ugruntowanie progresywnego myślenia o gospodarce w pozytywnie odbieranych skojarzeniach.

Sprawa polska

W kontekście polskim ma to dla nas następujące znaczenie. Polityka fiskalna i pieniężna obecnego rządu odeszła od rekomendacji ekonomistów neoklasycznych. Działania państwa w dobie pandemii pokazały, że nawet konstytucyjny próg 60% długu publicznego do wartości rocznego PKB można łatwo ominąć. W raporcie Instytutu Obywatelskiego (think tanku Platformy Obywatelskiej), o złowieszczo brzmiącym tytule „Stracone cztery lata: polityka makroekonomiczna PiS 2016-2019 i jej konsekwencje dla Polski, ze szczególnym uwzględnieniem czasu pandemii”, punktowane są wszelkie naruszenia neoklasycznej ortodoksji. Autorzy wskazują, że „Rząd i NBP zareagowały zastąpieniem w znacznym stopniu banków komercyjnych w ich roli dostarczyciela finansowania do gospodarki […] Rząd w ramach tarcz antykryzysowych udzielał masowej pomocy – częściowo bezzwrotnej – przedsiębiorstwom. Pomoc tę finansowano, pogłębiając dług publiczny – częściowo poprzez emisję pieniądza polegającą na bezpośrednim zakupie przez NBP obligacji rządowych, a częściowo poprzez sprzedaż obligacji bankom komercyjnym, po cenie de facto wyznaczonej przez cenę, po jakiej NBP bezpośrednio je skupuje”. Co jest herezją w głównym nurcie, w MMT stanowi rekomendowany sposób działania.

Z drugiej strony w wypowiedziach przedstawicieli rządu wciąż silnie obecne są metafory naturalizujące neoliberalną ideologię: marketingowe dążenie do budżetu państwa bez deficytu jako czegoś wartościowego czy tłumaczenie cięć w administracji publicznej wydatkami antypandemicznymi. Tym bardziej wymaga to od nas języka, który ugruntuje prospołeczną agendę i wykaże bezzasadność polityk opartych na założeniach ekonomii neoklasycznej.

Nie znamy jeszcze szczegółów Polskiego Nowego Ładu, ale co wiemy na pewno to fakt, że liberalni politycy niczego się nie nauczyli – ich modele poznawcze pozostają odporne na doświadczenia transformacji ustrojowej, kryzysu finansowego z 2008 i globalnej pandemii. Ideologiczne okulary nie pozwalają dostrzec wyników weryfikacji empirycznej. Czy rząd wyciągnął właściwe wnioski z przebiegu pandemii to okaże się w przyszłości. Ekonomiczne mity mogą osłabić skuteczność programu. Tego, czego więc trzeba się domagać i co podkreślić, to fakt, że państwo suwerenne monetarnie jest w stanie sfinansować każdy wydatek. Podstawowe pytanie brzmi nie „Za co?”, lecz „Na co i dla kogo?”.

Kamil Sawczak

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Tomasz Chmielewski

Otto „Kleiner” Bauer: Chrześcijańska antymarksistowska psychoza (1930)

Otto „Kleiner” Bauer: Chrześcijańska antymarksistowska psychoza (1930)

Chrześcijańscy burżuazyjni politycy Austrii mają pewien cel, dla którego żyją: poskramianie marksizmu. Slogan walki z marksizmem panuje nad tutejszymi umysłami, jest on potrzebny, aby ożywić słabnący entuzjazm. Slogan ten działa niczym czerwona płachta na byka, która jest w stanie podnieść ciśnienie nawet najbardziej flegmatycznego drobnomieszczaństwa. Diabelskość marksizmu jest tutaj malowana wszędzie, stąd nie dostrzegają oni przyczyny swojego tragicznego przeznaczenia, jakim jest proletaryzacja i kapitalizm, dlatego też są gotowi podążać za tzw. politykami chrześcijańskimi, mimo wielkiego zamieszania, w imię zbawienia „zagrożonego społeczeństwa” oraz obrony „wiary przodków”. Faktem jest, że ci drobnomieszczanie – nawiasem mówiąc – nigdy nie nauczyli się niczego od Marksa oraz z dzieł jego życia, co właściwie nie odróżnia ich od większości ich polityków, którzy też nigdy nie byli obciążeni tą wiedzą, co jednak sprawia że polityka „antymarksizmu” jest dla nich tym łatwiejsza.

Psychoza antymarksizmu nie pozostaje tylko sprawą w zakresie chrześcijańskiej polityki, ostatnio zaczęła się rozlewać także na inne wymiary chrześcijaństwa. Mamy tutaj do czynienia ze starymi metodami walki oraz hasłami skierowanymi przeciwko socjalizmowi, które zostały zebrane pod szyldem „Walki z marksizmem”. Marksizm jest tutaj czerwoną płachtą, jednak nie taką, która ma wzbudzić morale do walki politycznej, lecz chrześcijański entuzjazm wiary.

A co teraz się dzieje z antymarksistami z burżuazyjnych i chrześcijańskich odcieni?

Jest kilka grup do rozróżnienia. Jedna z nich bezpośrednio reprezentuje politykę sił kapitalistycznych. Dla tej grupy marksizm jest zawsze niczym innym jak społecznymi oraz politycznymi dążeniami siły robotniczej do samoorganizacji. Ich walka z marksizmem jest walką z prawami ludzi pracy.

Druga grupa to burżuazyjni politycy, którzy jednocześnie są zatrudnieni jako przedstawiciele chrześcijaństwa. Ich celem jest zwalczanie politycznych przeciwników i temu celowi są oddani bez reszty.

Trzecia grupa to ci wśród chrześcijan, którzy w konfrontacji z nami mówią, że nie są „ani identyczni, ani spokrewnieni” z obiema poprzednimi grupami. Chcemy włączyć tę grupę w zasięg naszej dyskusji ponieważ takie zachowanie ujawnia płytką oraz nieskuteczną metodę obrony i utrzymania wartości religijnych i etycznych wobec współczesnego ruchu robotniczego.

Ta grupa, mówiąc o „antymarksizmie” – mówi po prostu o przezwyciężaniu tych tendencji w marksizmie, które wynikają z jego historycznych relacji z ideologicznym materializmem oraz ideami burżuazyjnego oświecenia, które odbijają się echem do dziś.

Takie intencje nie są niczym nowym. Wszystko to istniało na długo przed chrześcijańskim antymarksizmem. Musimy wskazać na religijno-socjalistyczne podejście, które było obecne w lewicowym ruchu robotniczym o wiele wcześniej niż pojawił się marksizm. Co więcej, możemy wskazać na pracę tych grup, które nie tylko z religijnego, ale również z punktu widzenia czysto etycznego i naukowego, przedstawiają swoją krytykę marksizmu w duchu robotniczym.

Jednak tym, co odróżnia te grupy od nowych chrześcijańskich antymarksistów, jest to, że ci pierwsi mając za punkt odniesienia socjalistyczny ruch robotniczy, chcą po prostu przezwyciężyć rzekome lub rzeczywiste błędy w nauce lub w fundamentach socjalizmu. Natomiast chrześcijańscy antymarksiści chcą przezwyciężyć sam socjalistyczny ruch robotniczy. Chcą wylać dziecko z kąpielą.

Czy to nie jest przesadą lub fałszerstwem?

Cóż, nie jest to trudne do udowodnienia. Religijni socjaliści są tymi, którzy chcą wnieść religijne i etyczne wartości do socjalizmu. Czy krytyka chrześcijańskich antymarksistów skierowana w stronę religijnych socjalistów nie koncentruje się właśnie na fakcie, że chcemy wypełniać nasze religijne obowiązki w oparciu o socjalistyczny ruch robotniczy? Jednak takie wytłumaczenie może być zasadne tylko wtedy, gdy krytycy chcą przezwyciężyć istniejące błędy socjalizmu poprzez przezwyciężenie socjalistycznego ruchu robotniczego w całości.

Tutaj ujawnia się fundamentalny błąd, który ma wpływ na stanowisko chrześcijan wobec socjalizmu: socjalistyczny ruch robotniczy jest widziany jako przyczyna, o której fałszywie przypuszcza się, że została zainicjowana przez program Karola Marksa. To, co jest niedostrzegane, to fakt, że socjalistyczny ruch robotniczy istniał na długo przed ogłoszeniem „Manifestu Komunistycznego”, że jego źródłem jest nędza klasowa oraz dziedzictwo religijne i etyczne, które zawsze było blisko klasy robotniczej, a które manifestuje się w jej sposobie życia i cierpieniu. W efekcie ruch ten zrodził się z elementarnej potrzeby swojego czasu, z historii, z Boga; stąd jego siła życiowa i stąd siły życiowe w historii będą większe i silniejsze niż wszelkie teorie, silniejsze niż prześladowania.

Jest to zatem główny punkt i tutaj nasze drogi się rozchodzą: dla chrześcijańskich antymarksistów i chrześcijaństwa jako takiego, socjalistyczny ruch robotniczy jest wytworem fałszywej doktryny. Widzimy tutaj, że głównym zadaniem, jak i celem jest pokonanie antykapitalizmu.

Oprócz tego jest jednak jasne, że pomija się osiągnięcia socjalistycznego ruchu robotniczego w walce społecznej, gospodarczej i politycznej ludu pracującego. Bo czym jest, gdy na przykład kardynał Piffl [1] powiedział niedawno w związku z reportażem dla „Reichspost” [2], że program socjaldemokracji „może wznieść niektórych jej przywódców, ale nie jest wstanie wyrwać mas ludzkich z nędzy ekonomicznej, pomimo wszystkich obietnic”? Rzeczywiste osiągnięcia socjaldemokracji jako przedstawicieli socjalistycznego ruchu robotniczego są tutaj po prostu pomijane, ich walka o najbardziej podstawowe prawa socjalne oraz polityczne w celu podniesienia poziomu życia oraz kultury ludu – także. I dlatego nawet historyczna funkcja socjalistycznego ruchu robotniczego jest tutaj lekceważona. Ponieważ broni się teraz – jak niedawno ustaliliśmy – jako „fałszywa doktryna”, broni się jako wynik swojej rzeczywistej pozycji władzy oraz społeczno-politycznych i państwowo-politycznych osiągnięć ludu pracującego, które zostały uzyskane dzięki niej.

Jeśli chrześcijanie, jak mówią, a nie partyjno-polityczni antymarksiści, byliby skupieni na walce z błędami, musieliby używać odpowiedzialnych metod w taki sposób, aby mogli wykluczyć jakąkolwiek szkodę na rzecz sytuacji robotników. Ale ponieważ nie oddzielają oni domniemanego lub faktycznego błędu od metody, którą stosują – odpowiedzialność ta nie została przez nich przyjęta. W związku z tym, interesy ludzi pracy są zagrożone, ponieważ w obecnych okolicznościach, poza partią socjalistyczną nie ma innego godnego uwagi ruchu robotniczego który stawiałby czoła kapitalizmowi. A tylko kapitalizm zyskuje na osłabionym ruchu robotniczym.

Dla każdego, kto chce walczyć z socjalistycznym ruchem robotniczym nie ma oczywiście innego środka jak polityczna, a nawet polityczno-partyjna walka przeciw niemu. I to właśnie widzimy u chrześcijańskich antymarksistów, którzy zgadzają się z antymarksistowską polityką pseudochrześcijańskich pseudosocjalistów. Jednakże nie mogą wyświadczyć gorszej przysługi chrześcijaństwu, które reprezentują. Nigdy, przenigdy nie możesz uratować wartości religijnych i etycznych, gdy bronisz ich w sojuszu z pseudochrześcijańskimi pseudosocjalistami. Takimi metodami nie można wyostrzyć sumienia socjalistycznego ruchu robotniczego (a więc mas ludzi pracy). Takimi metodami poszerzasz tylko istniejącą przepaść.

Jest to bardzo niebezpieczna i ryzykowna gra ostatnią kartą: antymarksizmem. Niebezpieczna gra o prawa i ostateczne wyzwolenie ludu pracującego tak samo jak o chrześcijaństwo, o samą religię.

Metody i polityka chrześcijańskiego antymarksizmu doprowadzą do tego, że pewnego dnia chrześcijańscy antymarksiści wszystkich odcieni – próbując walczyć o dwie sprawy jednocześnie – mogą zostać w sytuacji bez racjonalnego wyjścia. Socjalistyczny ruch robotniczy ma bowiem wystarczającą witalność, by dać początek odmłodzonemu ruchowi socjalistycznemu, stąd też chrześcijański antymarksizm będzie odgrywał rolę mimowolnego akuszera, co być może jest jego ostatnią rolą przed upadkiem. Socjalistyczny ruch robotniczy sam w sobie ma wystarczającą siłę, by bronić wartości religijnych i etycznych bez wątpliwej pomocy z zewnątrz. I stąd, wbrew fałszywym hasłom chrześcijańskich antymarksistów, stawiamy własne hasło dla chrześcijan, którzy naprawdę poważnie podchodzą do głoszenia wartości religijnych i etycznych oraz do podboju sumienia socjalistycznego ruchu robotniczego, dla nas samych. A brzmi ono: Nie walczyć przeciwko socjalistycznemu ruchowi robotniczemu, ale współdziałać w jego wysiłkach jako ruchu na rzecz obalenia kapitalizmu. Podejmować próby wyrażania w nim wartości religijnych i etycznych.

I wydaje się, że jest to dla nas podstawowa perspektywa chrześcijańska.

Otto „Kleiner” Bauer

tłumaczenie: Artur Matuszkiewicz; poprawki: Barbara Matuszkiewicz, Miłosz Matuszkiewicz.

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w roku 1930 w czasopiśmie „Menschheitskampf”, organu Stowarzyszenia Socjalistów Religijnych (Bund Religiöser Sozialisten).

 

Otto Bauer (1897-1986) – aby odróżnić go od legendarnego lidera austriackiej socjaldemokracji o tym samym imieniu i nazwisku, nazywany był Otto Bauer „Kleiner” – Małym. Pochodził z wiedeńskiej rodziny robotniczej, pracował jako robotnik w przemyśle chemicznym i metalowym, socjalista, katolik. Jako 15-latek wstąpił do Bund der christlichen Arbeiterjugend – Związku Chrześcijańskiej Młodzieży Robotniczej, bliskiego socjal-chadecji. Pod koniec I wojny światowej zaczął sympatyzować z lewicą, a po wojnie wstąpił do Sozialdemokratische Arbeiterpartei – głównej lewicowej partii austriackiej. Łączył katolicyzm i religijność z socjalizmem i marksizmem, odrzucając zarówno antymarksowskie poglądy socjal-chadecji, jak i antyreligijność i antykatolicyzm części lewicy. W roku 1926 należał do założycieli Bund Religiöser Sozialisten i został redaktorem naczelnym organu tego ugrupowania, pisma „Menschheitskämpfer“. Organizacja miała status grupy autonomicznej w łonie partii socjalistycznej i starała się oddziaływać w duchu tonowania w głównym nurcie ruchu socjalistycznego nastrojów antyreligijnych i antykatolickich. Starała się także oddziaływać na kręgi kościelne i tonować w ich łonie postawy antylewicowe oraz przeciwdziałać sojuszowi Kościoła z prawicą polityczną. Był krytykiem austrofaszyzmu, a po objęciu władzy przez skrajną prawicę Bund Religiöser Sozialisten został zdelegalizowany jako pierwsza z autonomicznych organizacji w łonie socjaldemokracji. Po zdławieniu demokracji przez austrofaszystów działał w nielegalnej organizacji Revolutionären Sozialisten Österreichs. Po zajęciu Austrii przez hitlerowców uciekł z rodziną z kraju i przez Zurych i Paryż emigrował w roku 1940 do USA. Od końca II wojny do emerytury pracował na Manhattanie w bibliotece ufundowanej przez jednego z jego przyjaciół.

Przypisy:

[1] Friedrich-Gustav Piffl – arcybiskup Wiednia, duchowny katolicki. Wspierał Chrześcijańską Partię Społeczną (Christlichsoziale Partei) oraz Chrześcijańskie związki zawodowe oraz prasę. 15 maja 1927 miało miejsce podpalenie Pałacu Sprawiedliwości w Wiedniu przez robotników, którzy protestowali przeciw uniewinnieniu dwójki nacjonalistów, którzy byli oskarżeni o zabójstwo dwojga działaczy socjalistycznych. Dodatkowo robotnicy podpalili siedziby gazety „Reichspost”. Chrześcijański ruch robotniczy i jego prasa popierały egzekucje uczestników zamieszek (skazano 84 osoby) oraz nie potępiały nacjonalistycznych morderców. To wydarzenie sprawiło że drogi Chrześcijańskiego ruchu robotniczego oraz socjalistów religijnych rozeszły się ostatecznie. Po zamieszkach chrześcijański ruch robotniczy założył paramilitarne bojówki przeciw socjalistom (Freiheitsbund).

[2] „Reichspost” – wydawana w Wiedniu między 1894 a 1938 gazeta codzienna związana z Chrześcijańską Partią Społeczną.

Rezerwat przyrody zamiast lotniska!

Rezerwat przyrody zamiast lotniska!

W 2008 r. powołano Spółkę Port Lotniczy Kielce S.A. Zadaniem Spółki jest „wybudowanie Regionalnego Portu Lotniczego w miejscowości Obice, gmina Morawica”. Obecnie prezydent miasta Bogdan Wenta zwraca się z prośbą do radnych miejskich o likwidację spółki. Likwidacja ma kosztować około 50 000 zł. Ile kosztuje rocznie funkcjonowanie spółki, która przez 13 lat istniała bez najmniejszego uzasadnienia? Bo lotnisko przecież nie powstało i nie powstanie, o czym wiadomo na pewno przynajmniej od 2013 r., gdy Generalny Dyrektor Ochrony Środowiska w Warszawie uchylił w całości decyzję o środowiskowych uwarunkowaniach budowy Regionalnego Portu Lotniczego Kielce, wydaną przez Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska w Kielcach. Następnie decyzję tę podtrzymał Naczelny Sąd Administracyjny w Warszawie. O sprawie pisałem tutaj.

Dlaczego lotnisko w Kielcach nie powstało?

Pomijając nierealistyczne i nieekonomiczne założenia całego pomysłu, które potwierdziła Komisja Europejska odmawiając finansowania go, podstawą wizji stworzenia lotnika było istnienie bogatego złoża wapieni na tzw. Kamiennej Górze niedaleko Obic. To właśnie eksploatacja tych złóż była głównym celem ówczesnego prezydenta Wojciecha Lubawskiego. Zyski dla miasta i firm miały być zapewnione dzięki zbytowi surowca mineralnego. A budowa lotniska miała zapewnić rynek zbytu.

Raport o środowiskowych oddziaływaniach na środowisko dla lotniskowej inwestycji zakładał, że konieczne jest zdjęcie około 1,6 m warstwy ziemi i torfu na powierzchni kilkuset hektarów. Następnie sprzedaż wapieni miała pozwolić na sfinansowanie budowy portu lotniczego i zapewnić wpływy dla miasta i inwestorów. Wybór lokalizacji koło Obic był powodowany nie racjonalnymi względami, lecz nierealistycznymi koncepcjami Wojciecha Lubawskiego i jego środowiska politycznego, a miejscową społeczność potraktowano całkowicie instrumentalnie. Trzeba dodać, że raport opracowany przez ekipę Lubawskiego był bezprawny, bo łączono w nim analizę dwóch inwestycji: budowę lotniska i właśnie uruchomienie kopalni wapienia. Na takie rozwiązanie nie zezwala prawo, co zostało potwierdzone przez GDOŚ i NSA.

Lubawski i jego ekipa nie interesowali się wartościami przyrodniczymi wybranego przez siebie terenu. Miasto kupiło ziemię za około 30 mln zł, prawdopodobnie po zaniżonej cenie, i wywłaszczyło z niej mieszkańców, a dopiero później zleciło wykonanie raportu oddziaływania na środowisko. Oznacza to, iż z góry założono, że dokumentację się „uszyje” pod plany, a nie plany pod rzeczywistość. Skutki tego sposobu myślenia pokutują w Kielcach do dziś i to nie tylko w sprawie Obic.

4 marca 2021 marszałek województwa świętokrzyskiego wraz z prezydentem Kielc oraz gminami Chmielnik i Morawica podpisali list intencyjny w sprawie Obic. Ma to być krok w celu utworzenia terenów inwestycyjnych na gruntach, na których miało powstać lotnisko. Miasto ma „oddać” marszałkowi Obice, a marszałek miastu – pozostałości po szpitalu na Langiewicza. W ani jednej wypowiedzi urzędników nie pada nawet słowo dotyczące prawa ochrony przyrody i przyrodniczych uwarunkowań lokalizacji pod Obicami.

Obszar „polotniskowy” pod Obicami leży na terenie Chmielnicko-Szydłowskiego Obszaru Chronionego Krajobrazu, gdzie chroni się wyróżniający się krajobraz o zróżnicowanych ekosystemach pełniących funkcję korytarzy ekologicznych.

Stwierdzono tu między innymi 8 siedlisk wymienionych w Dyrektywie Siedliskowej UE (chronionych także prawem Unii Europejskiej) i ponad 70 gatunków grzybów, roślin, ryb, płazów, ssaków i ptaków oraz bezkręgowców zagrożonych wymarciem w skali Polski i Europy. Przyrodnicy dysponują szczegółową dokumentacją z rocznej inwentaryzacji. Podobnymi wynikami badań z wcześniejszego okresu dysponuje Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska w Kielcach. Wystarczy o nie zapytać.

Co teraz?

Skoro Miasto Kielce stać było na zakup 600 ha ziemi, posiadanie jej bez użytkowania przez 13 lat oraz na utrzymywanie za pieniądze kielczan przez 13 lat spółki miejskiej, która nie wykonała żadnej pracy, to z pewnością miasto stać teraz na podjęcie mądrej i odważnej decyzji.

Wydaje się, że jedną z najlepszych i najbardziej roztropnych decyzji, jaką można podjąć, jest decyzja o utworzeniu na tych terenach… rezerwatu przyrody. Wszystko pasuje. Jest porozumienie gmin, właściciela terenu i marszałka województwa. Trzeba zaprosić jeszcze wojewodę i RDOŚ. Badania są przeprowadzone, ale trzeba je uzupełnić i tu deklaruję, że mój zespół przyrodników wykona to dla miasta za darmo. Tak. Miasto nie zapłaci za to ani złotówki i to będzie pierwsza w historii tej sprawy sytuacja, w której kielczanie nie poniosą żadnych kosztów w związku z tym, że ktoś za ich pieniądze zakupił mokradła na wsi.

Ostatni rezerwat przyrody w naszym województwie powstał 10 lat temu. Czas najwyższy powołać nowy. Tereny pod Obicami to idealny kandydat.

Łukasz Misiuna

„Bo musi boleć” – endometrioza, zdrowie reprodukcyjne i polityka długu

„Bo musi boleć” – endometrioza, zdrowie reprodukcyjne i polityka długu

Kilka dni temu na jednej z zamkniętych grup na facebooku, zrzeszającej kobiety chorujące na endometriozę, poprosiłam jej członkinie o podzielenie się doświadczeniami z kontaktów z ginekologami. Chodziło mi konkretnie o sytuacje ignorowania i lekceważenia kobiet, które skarżą się na niepokojące objawy i potworne bóle. Oto niektóre z wypowiedzi lekarzy, przytoczone przez członkinie grupy:

„No, ma to Pani”; „Boli, bo taka Pani uroda”; „To normalne, że boli”; „Pani matkę i babcię też bolało”; „To proszę wziąć tabletkę, jak boli”; „Aż tak znowu nie boli”; „Boli? Bo musi boleć. Taka pani uroda, nie szukać sobie choroby”; „Ja nie jestem od leczenia bólu”; „Jak urodzisz to przestanie boleć”; „Urolog: »co pani za głupoty opowiada, endometrioza nie ma nic wspólnego z pęcherzem«”; „Im bardziej panią boli tym płodniejsza jest pani”; „Wszystkie was boli, wszystkie jęczycie, a nie macie pojęcia o niczym. Inne mają gorzej”; „Ja tutaj widzę, że pani jest straszną histeryczką”; „Ja też się czuję zmęczony”; „Nie rodziła to Pani nic o bólu nie wie! Może to są urojone bóle?!”; „Jajniki bolą, bo pracują”; „Jak boli, to po to są proszki przeciwbólowe, sporo tego reklamują, proszę sobie wybrać”; „No cóż, każdy dźwiga swój krzyż”; „No niechże pani nie przesadza, większych głupot nie słyszałam, żeby taka torbielka w jajniku bolała”; „Kobiety anatomicznie nie są zaprojektowane do seksu. Budowa kobiet nie pozwala na częsty seks, dlatego im więcej seksu, tym bardziej boli”; „Ma pani endometriozę, poczyta pani sobie w internecie na temat tej choroby”; „Niektóre w Pani wieku to już czworo dzieci mają”; „Pani choruje na depresję, a nie na chorobę ginekologiczną”; „Usłyszałam kiedyś od jakiejś lekarki, żebym nie płakała z bólu, bo płakać będę mogła tylko przy porodzie”; „Mówiłam że mnie boli. Lekarz na to: »jak Panią boli, to może usunąć wszystko, zmienić płeć to przestanie boleć«”; „Proszę iść do seksuologa i psychiatry, skoro Panią tak boli, ja nie mogę Pani pomóc, tutaj jest czysto”; „Wymyślasz sobie choroby, może pora abyś odwiedziła psychiatrę”; „Proszę zajść w ciążę, to bóle się skończą”; „Choruje Pani na endometriozę, bo nie lubi Pani mężczyzn. Proszę przepracować swoje problemy z psychologiem, to nie będzie Pani chorować”; „Proszę nie dramatyzować, niech Pani nie przesadza, kobiety muszą swoje wycierpieć, na endometriozę chorują starsze kobiety, nie takie młode jak Pani”; „»Pani choroba tkwi w głowie, powinna pani zgłosić się do psychiatry«. No i mąż w to uwierzył, a ja nikomu nie mogłam udowodnić, że odczuwam potworny ból”.

Statystyki podają, że co dziesiąta kobieta w Polsce choruje na endometriozę, zaliczaną przez National Health Service do dwudziestu najbardziej bolesnych chorób świata. Endometrioza to choroba układu hormonalno-immunologicznego, polegająca na obecności tkanek podobnych do endometrium poza macicą, co powoduje tworzenie się torbieli i zrostów, a w zaawansowanych przypadkach nacieków na okoliczne narządy wewnętrzne (najczęściej na jajnikach, pęcherzu moczowym, w otrzewnej wyściełającej jamę miednicy, wyrostku robaczkowym i w jelitach). Choroba objawia się chronicznym bólem, który uniemożliwia codzienne funkcjonowanie, wywołuje niepłodność, depresję i przewlekłe zmęczenie. Przeciętnie diagnoza pacjentki chorującej na endometriozę trwa od 7 do 10 lat. W praktyce oznacza to, że przez cały ten czas kobiety nie tylko walczą z przewlekłym bólem, ale też zmagają się z niezrozumieniem ze strony lekarzy, współpracowników i osób z najbliższego otoczenia. Duża część z nich nigdy nie zajdzie w ciążę. Większość przejdzie kilka, a nawet kilkanaście wyniszczających operacji.

Szybką i trafną diagnozę oraz odpowiednią profilaktykę uniemożliwiają nie tylko brak środków, wyspecjalizowanej kadry, sprzętu czy niska świadomość lekarzy i pacjentek. Powyższe wypowiedzi lekarzy, z jakimi kobiety mają do czynienia, również mają ogromny wpływ na przebieg dalszego leczenia. Wpływa na to w równym stopniu kulturowe podejście do bólu menstruacyjnego, który uważany jest za zjawisko naturalne, a często nawet wyolbrzymiane przez same pacjentki. Kobieta w gabinecie ginekologicznym wciąż bywa traktowana tak samo, jak przed ponad stu laty „histeryczka” na kozetce psychoanalitycznej – lekarze nie słuchają tego, co mówi, nie dają wiary jej słowom i odczuciom, bagatelizują objawy, na które skarżą się kobiety. Relacje panujące w wielu gabinetach ginekologicznych nadal bazują na absolutnej podległości kobiety wobec lekarza i aktualizują minione formy przemocy, których celem było i jest dyscyplinowanie kobiecego ciała i utrzymanie pełnej kontroli nad procesem reprodukcji.

Jedną z najbardziej utajonych form przemocy wobec kobiet jest wywłaszczenie ich z wiedzy na temat własnej cielesności. Kobiety, na skutek wielowiekowej opresji i wyzysku, jakim poddawane są zwłaszcza od czasów kapitalistycznej akumulacji, zostały w rażący sposób pozbawione dostępu do podstawowej wiedzy medycznej. W licznych wypowiedziach kobiet chorujących na endometriozę uwidacznia się ten sam mechanizm: początkowo jest to głęboka nieumiejętność rozpoznawania prawidłowych i nieprawidłowych reakcji własnego ciała. Wiele z moich rozmówczyń wciąż powtarza, że przez lata żyły w przekonaniu, że ból, jakiego doświadczają, jest czymś normalnym. Remedium na wszelkie dolegliwości bagatelizowane przez lekarzy stanowić ma przemysł farmaceutyczny, oferujący całą gamę środków przeciwbólowych i rozkurczowych, a także nieskutecznych suplementów na wzdęcia, zaparcia, problemy z oddawaniem moczu etc. (te ostatnie są najczęstszymi objawami rozwijającej się choroby). Wszystko to powoduje, że kobiety na własną rękę poszukują informacji na temat choroby i sposobu łagodzenia jej przebiegu. Z czasem ich wiedza na temat endometriozy, zdobywana samodzielnie, ale też dzięki wymianie doświadczeń z innymi kobietami, przewyższa wiedzę i świadomość samych lekarzy.

Leczenie endometriozy jest długie i kosztowne, gdyż wymaga holistycznego podejścia. Trwa ono przez całe życie kobiety, ponieważ choroby nie da się wyleczyć. Do najpowszechniejszych metod zalicza się dziś leczenie metodą laparoskopową, która polega na usunięciu guzów oraz uwolnieniu zrostów, a nawet histerektomię i długą kurację hormonalną, wprowadzającą kobietę w stan sztucznej menopauzy. Nie sposób wymienić skutków ubocznych wszystkich tych metod leczenia, przy czym pierwsza – czyli leczenie operacyjne – jeśli wykonana zostaje w sposób nieodpowiedni przez lekarzy niemających doświadczenia w leczeniu endometriozy, często pogarsza stan pacjentki i przyspiesza rozwój choroby. Wiele kobiet wybudzonych z narkozy nie ma kontaktu z lekarzem, który je operował. Część z nich opuszcza szpitale, nie mając pojęcia, jaka jest diagnoza i co dokładnie zoperowano.

Ta skrócona i pobieżnie opisana historia przebiegu choroby, którą może podzielić się znakomita większość kobiet dotkniętych endometriozą, ma swoje drugie, coraz mroczniejsze oblicze. Na skutek braku specjalistów, całkowitej prywatyzacji usług ginekologicznych, braku refundacji leków, braku świadomości i edukacji seksualnej tworzą się idealne warunki dla powstawania tzw. prywatnych „klinik”, oferujących kobietom kosztowne leczenie operacyjne i obiecujących uzdrowienie. Koszt takiej operacji w jednej z klinik we Wrocławiu waha się od 40 do 70 tys. zł, nie gwarantuje jednak pełnej skuteczności, bowiem endometrioza jest chorobą nieuleczalną, dlatego możliwe jest jedynie złagodzenie jej bolesnego przebiegu.

Przeniesienie diagnostyki i leczenia endometriozy do sektora prywatnego ma poważne konsekwencje dla życia i zdrowia kobiet. Coraz większa liczba zdesperowanych kobiet, chcąc uwolnić się od paraliżującego je bólu uniemożliwiającego codzienne funkcjonowanie, organizuje zrzutki, ale też zaciąga długi i bierze kredyty, by pokryć koszty leczenia operacyjnego. Dzieje się to przy jednoczesnym rezygnowaniu z pracy lub konieczności jej ograniczenia, czego skutki są – jak można się domyślać – opłakane. W warunkach całkowitej prywatyzacji opieki zdrowotnej mamy do czynienia z jedną z najbardziej drastycznych form przemocy, a mianowicie przerzucaniem kosztów związanych ze zdrowiem reprodukcyjnym i codziennym funkcjonowaniem na kobiety chore i pozbawione możliwości leczenia.

Od lat 70. feministki marksistowskie mówią o podwójnym obciążeniu kobiet pracą na dwa, a nawet trzy etaty: chodzi o nieopłaconą pracę w domu, pracę najemną poza domem i pracę emocjonalną. Wyobraźmy sobie, że ten sam ciężar dźwigają kobiety chorujące na endometriozę, tyle że przez kilka, kilkanaście, a często nawet kilkadziesiąt dni w miesiącu towarzyszy im ból, który bywa tak silny, że wywołuje wymioty i omdlenia. Taki poziom odczuwania bólu uniemożliwia wykonywanie jakiejkolwiek pracy, zwłaszcza fizycznej, a tym bardziej emocjonalnej i opiekuńczej.

Całkowita prywatyzacja leczenia chorób takich, jak endometrioza, to nowa odsłona tego samego mechanizmu przemocy, z jakim mamy do czynienia od czasów polowań na czarownice, tępienia akuszerek i zielarek, a także ugospodynniania i udomowiania kobiet. Stawką jest tu przejęcie pełnej kontroli nad całą sferą reprodukcji, począwszy od reprodukcji biologicznej i pokoleniowej, aż po edukację, opiekę zdrowotną, opiekę nad osobami zależnymi i chorymi. Prywatyzacji usług medycznych towarzyszy neokonserwatywny, pronatalistyczny zwrot, który w Polsce skutkuje całkowitym zakazem aborcji przy jednoczesnym usunięciu leczenia niepłodności z listy celów Narodowego Programu Zdrowia na lata 2021-2025. Szacuje się, że ponad połowę pacjentek leczących niepłodność stanowią kobiety chorujące na endometriozę. Ta sprzeczna logika bierze się z mechanicznego podejścia do ciała i seksualności kobiety, które postrzegane są wyłącznie przez pryzmat prokreacji i reprodukcji siły roboczej. W przeciwieństwie do kobiety zdrowej, ciało kobiety chorującej na endometriozę i zmagającej się z niepłodnością postrzegane jest jako nieproduktywne, a tym samym – niewarte leczenia.

Atak na kobiece zdolności reprodukcyjne, jak dowiodły feministki marksistowskie, m.in. Silvia Federici, Mariarosa Dalla Costa czy Maria Mies, bierze się przede wszystkim z tendencji kapitału do niszczenia wszystkiego, co wymyka się bezpośredniej kontroli, a co jest mu najbardziej potrzebne dla jego dalszej reprodukcji. Przyczyną opresji kobiet w patriarchalnym kapitalizmie jest więc nie tyle nieopłacona praca reprodukcyjna, ile strukturalna relacja między kapitałem a społeczną reprodukcją. Relację tę Lise Vogel określiła niezbędną-lecz-konfliktową, opartą na „niechętnej zależności” kapitału od tych ciał, które odpowiadają za reprodukcję i podtrzymywanie życia. Nie trzeba przytaczać bogatej literatury feministycznej zgłębiającej ten temat. Wiadomo bowiem, że ciało kobiety należy do tych obszarów, na których najbardziej odciska się piętno patriarchalno-kapitalistycznej przemocy. Medycyna, jak pisały przed laty Barbara Ehrenreich i Deirdre English, pozostająca w dużej mierze na usługach kapitału, ma swoją mroczną historię, nieodłącznie powiązaną z przemocą wobec kobiet, ubogich, mniejszości etnicznych, rasowych, seksualnych. Nie tylko przestała dążyć do poprawy naszego zdrowia i samopoczucia, ale też przyczyniła się do utowarowienia ludzkiego życia i zdrowia. Poddana całkowitej monopolizacji politycznej i ekonomicznej, stanowi ona dziś realne narzędzie władzy, decydujące o tym, kto ma żyć, a kto nie; kto ma być płodny, a kto wysterylizowany; kto jest niepoczytalny, a kto może odpowiadać za siebie; kto zostanie zaszczepiony, a kto nie.

Należy podkreślić to wyraźnie: brak dostępu do bezpłatnej i bezpiecznej opieki medycznej, a co za tym idzie – prywatyzacja leczenia chorób takich, jak endometrioza, są zamachem na warunki reprodukcji. Uniemożliwiają kobietom, ich dzieciom i społecznościom reprodukcję życia na jego najbardziej podstawowym poziomie. Są bezpośrednim atakiem na ciała kobiet i skazywaniem ich na wieloletnie tortury. Tymczasem zdrowie reprodukcyjne kobiet, obok dostępu do bezpiecznej, legalnej aborcji i opieki okołoporodowej, jest i powinno być jednym z podstawowych postulatów ruchów feministycznych. Po pierwszej fali protestów, będących reakcją na wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji, u wielu rozgoryczonych kobiet, w tym aktywistek i publicystek, można było przeczytać, że od tej pory tylko kobiety bezpłodne mogą czuć się bezpiecznie i być pełnoprawnymi obywatelkami. Trudno o większą ignorancję. Bezpieczna i legalna aborcja jest bowiem nieodłącznie związana ze zdrowiem reprodukcyjnym kobiet. Wiele z nich na co dzień zmaga się z okaleczającym bólem, ze stresem, depresją i brakiem możliwości uzyskania realnej pomocy. Brak dostępu do odpowiedniej diagnostyki i leczenia powoduje, że kobiety skazane są na życie w męczarniach, a to rzutuje na ich bezpośrednie relacje z najbliższym otoczeniem: ma zasadniczy wpływ na utratę pracy, pogorszenie sytuacji ekonomicznej i w efekcie skutkuje wpędzeniem kobiety w długi. Walka o zdrowie reprodukcyjne jest jednym z kluczowych elementów stawiania oporu kapitalistycznej akumulacji, która w warunkach neoliberalnej polityki cięć dąży do obniżania kosztów społecznej reprodukcji przy maksymalizacji wyzysku.

Stawką jest więc odzyskanie dostępu do podstawowej wiedzy medycznej, którą gwarantuje w głównej mierze dostęp do bezpłatnej opieki zdrowotnej. Prywatyzacja ginekologii powoduje, że pacjentki zmagające się z endometriozą – zwłaszcza te, których nie stać na koszty leczenia w prywatnych gabinetach i klinikach – nie tylko będą skazane na życie w męczarniach. Staną się bowiem nosicielkami ucieleśnionego długu, zmuszonymi do ponoszenia eksternalizowanych kosztów, jakie wytwarza neoliberalna polityka cięć i prywatyzacji. Bezpośrednim skutkiem tej polityki jest całkowita entropia ciała kobiety: jego fizyczne wyczerpanie, wyniszczenie i rozpad.

Katarzyna Szopa

Przeciwko cywilizacji śmierci

Przeciwko cywilizacji śmierci

Słyszałem ostatnio od kilku znajomych osób, osób które swoją drogą za różne rzeczy szanuję, że „musimy się nauczyć żyć z wirusem”. Od innej osoby, którą bardzo cenię, słyszałem, że powinniśmy pogodzić się z tym, iż „ludzie umierali, umierają i będą umierać”.

Nauczyć się z tym żyć, to znaczy przede wszystkim nauczyć się żyć ze śmiercią innych. Pogodzić się, to znaczy pogodzić się z kilkudziesięcioma tysiącami dodatkowych zgonów. W Polsce mieliśmy w tym roku najwięcej dodatkowych zgonów od zakończenia II wojny światowej, w 2020 roku zanotowano ich ponad 76 tys. więcej niż w poprzednich latach – 2017, 2018 i 2019. W USA liczba ofiar COVID prześcignęła liczbę amerykańskich ofiar wojny w Wietnamie.

COVID można więc potraktować jako ćwiczenia z przyzwyczajania się do umierania – innych. Ćwiczenia bardzo przydatne władzy, która chce utrzymać się na powierzchni, decydując, o tym, kto ma prawo do życia. Można to widzieć jako ćwiczenia w tym, co Tomasz Kozak nazwał (afirmatywnie i w kontekście dehumanizacji tzw. płodów) eugeniką. Ćwiczenie przed katastrofą klimatyczną i innymi katastrofami.

Widzieć w tym można ćwiczenia z wypisywania z życia, wpisywania w koszty, spisywania na straty określonych grup, w przypadku COVID – przede wszystkim osób starszych. Godzenia się z tym, że „niestety nie wszystkich da się uratować, nie dla wszystkich znajdzie się miejsce na łodzi, z kogoś musimy zrezygnować”.

Niewiele rzeczy budzi mój gniew tak bardzo, jak ta kolaboracja z duchem śmierci.

Niewiele jest też rzeczy bardziej krótkowzrocznych niż taka kolaboracja, o czym dobrze wie Pismo: „Bo śmierci Bóg nie uczynił i nie cieszy się z zagłady żyjących. Ci zaś którzy uważają ją za przyjaciółkę, i zawierają z nią przymierze – stają się jej własnością” (Księga Mądrości).

Dlaczego powiedziałem, że takie myślenie, taka próba zaprzyjaźnienia się ze śmiercią innych, zawarcia z nią sojuszu – jest krótkowzroczna?

Dlatego, że powiedzenie „wszyscy jesteśmy połączeni” lub „jesteśmy członkami/organami jedni drugich”, to nie tylko pewna etyczna wizja, ale w warunkach pandemii to też po prostu opis struktury rzeczywistości. Naprawdę wszyscy jesteśmy „jednym ciałem”.

Wprawdzie bogatym państwom Północy i korporacjom nie zależy na umożliwieniu dostępu do szczepionki biednym krajom Południa, a Izraelczycy nie chcą szczepić Palestyńczyków. Ale wirus nie zwraca uwagi na to, kto jaki ma paszport. Krótkowzroczność takich rozwiązań jest więc nie tylko, mówiąc łagodnie, nieetyczna; jest też samobójcza.

Podobnie powtarzane nam ciągle przeciwstawienie życia ludzi, którzy umierają na COVID – „gospodarce”, życiu ludzi, którzy tracą pracę czy swoje małe firmy, nie bardzo trzyma się kupy. Bo najlepiej z gospodarczą stroną kryzysu radzą sobie nie te kraje, które udawały, że pandemii nie ma (jak Szwecja, notująca dziś równie słabe wyniki gospodarcze, co jej skandynawscy sąsiedzi i przerażająco wysokie wskaźniki śmiertelności wśród ludzi starszych mieszkających w domach opieki), lecz te państwa, które – jak Australia, Singapur czy Korea Południowa – potraktowały i walkę z wirusem, i wsparcie ludzi w kryzysie poważnie i systemowo.

Skoro pozwalanie na panoszenie się wirusa nie ma sensu ani epidemicznego, ani ekonomicznego, to dlaczego się na to pozwala?

Zgadzam się z Marcinem Kędzierskim, że na razie nic się z tym nie robi, bo politykom nie chce się, nie opłaca się działać inaczej. Bo politycy liczą, że obywatele się przyzwyczają i jakoś będą żyć z tymi kilkudziesięcioma tysiącami dodatkowych śmierci.

Wiele osób obawia się dziś wszechmocy władzy. Rozumiem to. Wcale tych lęków nie lekceważę myśląc o tym, co z naszymi danymi już dziś robią firmy i państwa. Ale tym, z czym ja się zetknąłem przyglądając się, jak na COVID i jego ekonomiczne i społeczne skutki reagowała większość (na szczęście nie wszyscy) przedstawicieli władz europejskich i krajowych, było czymś zupełnie innym niż wszechwładza. Spotykałem się przede wszystkim z bezwładem. Z braniem na przeczekanie. Z niechęcią do działania. Z niechęcią do podejmowania nowych i trudnych zadań, które generują ryzyko niepowodzenia – zwłaszcza niepowodzenia medialnego.

Jednym z najgorszych produktów obecnej sytuacji – oprócz tego, że ludzie umierają, tracą bliskich lub zdrowie – jest to, co dzieje się z nami, zdrowymi i żywymi. Bo to nasze „serca” się „zatwardzają”, tracą wrażliwość.

***

Dobrze, ale czy są jakieś alternatywy?

Tak, bo są kraje które mimo błędów i trudności doprowadziły do punktu bliskiego „ZERO COVID”. Kraje które zmobilizowały swój potencjał solidarności i obroniły zarówno gospodarkę, jak i życie i zdrowie swoich obywateli.

Ale co można zrobić konkretnie, w Polsce?

Można zacząć od prostej rzeczy.

Kluczowe w tym momencie jest m.in. wsparcie Sanepidu. Sanepid potrzebuje wsparcia w monitorowaniu zakażeń i przeprowadzaniu wywiadów telefonicznych z osobami, które powinno się kierować na kwarantannę.

Sanepid mogą w tym wesprzeć szybko przeszkoleni ludzie; w pierwszej kolejności studenci odpowiednich kierunków, a w dalszej kolejności odpowiednio przeszkoleni ludzie, którzy stracili pracę.

Wesprzeć nie jako wolontariusze – ale za pieniądze. W ten sposób walka z pandemią zacznie generować nowe miejsca pracy w ramach wdrażanej na niewielką, testową skalę Gwarancji Zatrudnienia.

Jednocześnie osoby kierowane na kwarantannę nie mogą bać się utraty wynagrodzenia. Bo właśnie ten lęk jest jednym z ważnych powodów, który skłania je do niemówienia ankieterom prawdy. Ludzie na kwarantannie muszą mieć zapewnione 100% postojowego, a nie jedynie 80% jak do tej pory (bo to, zwłaszcza przy niskich pensjach, robi realną różnicę, gdy ktoś nagle traci 1/5 wynagrodzenia). Muszą mieć zapewniony dochód (100% miesięcznego świadczenia dla bezrobotnych) także wtedy, gdy byli bezrobotni w momencie, kiedy zachorowali i gdy, jak zdecydowana większość polskich bezrobotnych, nie byli uprawnieni do żadnego świadczenia.

Tak widzę pierwszy prosty i konkretny krok.

***

Wniosek na koniec.

Z pandemiami, ze skutkami kryzysu klimatycznego będą umiały sobie radzić te społeczeństwa, które nie będą naturalizować nienaturalnych katastrof. Społeczeństwa, które nie będą się z pokornie godzić z tym, że „tak już widocznie musi być”. Społeczeństwa, które będą umiały mobilizować, orkiestrować zbiorowy wysiłek i skutecznie nim dowodzić.

Coś z tej intuicji uchwycili doświadczony senator Edward Markey i młoda kongresmenka Alexandria Ocasio-Cortez, pisząc w swojej pierwszej rezolucji o Nowym Zielonym Ładzie, że pokonanie kryzysu klimatycznego będzie wymagało „mobilizacji niewidzianej od czasów II wojny światowej i Rooseveltowskiego Nowego Ładu”.

Takie postawienie sprawy jest ważne – z punktu widzenia zupełnie pragmatycznego, a nie idealistycznego. Hasło „Green New Deal” zażarło także dlatego, że Markey i AOC nie obiecali tylko dobrych i stabilnych miejsc pracy. Nie obiecali tylko lepszych pensji. Nie obiecali tylko bezpieczeństwa, odsunięcia groźby katastrofy. Zaproponowali coś więcej – udział w zbiorowym wysiłku, w czymś, co ma znaczenie.

Zapewniając ludziom stabilną ekonomiczną podstawę, „budując podłogę”, takie rozwiązania antykryzysowe jak Antypandemiczny Dochód Podstawowy czy Gwarancja Zatrudnienia, mają zapewnić, że zbudowany zostanie fundament, zbyt często przywoływanej, „piramidy Maslowa”.

Ale w rzeczywistości piramida Maslowa zawsze stała na głowie. Jednym z powodów, dla których wielu ludzi tak ciężko znosi kwarantannę, jest nie tylko to, że stracili pracę czy rozrywkę. Powodem jest też to, że musieli, że musieliśmy zawiesić wiele naszych wolności i zrezygnować z rzeczy, które czynią nasze życie wartościowym, z bycia razem. Z tego, co jest na szczycie, a nie tylko w podstawie „piramidy”.

Jeśli wojna z COVID-em nie ma zostać przegrana – i przez tych, którzy zupełnie niepotrzebnie umrą, bo spiszemy ich na straty – i przez tych, którzy przeżyją, ale z efektem śmierci innych zapisanym w ciele, z „twardymi sercami” – to trzeba zbudować obie piramidy naraz. Zapewnić podstawę: odszkodowanie za utracone wolności i podstawę utrzymania. I jednocześnie zaproponować udział, chociaż mały, w zbiorowym wysiłku i potencjalnym zwycięstwie nad wirusem.

To znaczy: w małym zwycięstwie ludzi nad śmiercią.

dr Mateusz Piotrowski

Pandemiczna walka o zasoby

Pandemiczna walka o zasoby

Dostrzegalny jedynie w badaniach laboratoryjnych pod mikroskopem wirus SARS-COV-2 od ponad roku paraliżuje życie społeczne i ekonomiczne na całej kuli ziemskiej. Światowa nauka rzuciła wszystkie siły i zasoby na wynalezienie skutecznej szczepionki, chroniącej ludzkość przed tym śmiertelnie groźnym patogenem. I udało się, w iście rekordowym tempie. Samo jednak wykrycie skutecznego antidotum to jedno. Można powiedzieć, że dopiero początek w walce o uzyskanie zbiorowej odporności przez ludzkość.

Mimo że na świecie dostępnych jest już kilkanaście szczepionek przeciwko Covid-19, wciąż zaszczepiony jest niewielki procent światowej populacji. W Afryce, gdzie na szczepienia czeka 1,3 mld ludzi, do tej pory dostarczono szczepionki w ilości, które nie są w stanie nawet zabezpieczyć personelu medycznego. Akcja COVAX Światowej Organizacji Zdrowia, mająca być globalnym programem dostaw szczepionek dla krajów, których nie stać na ich wykupienie od firm farmaceutycznych, rozkręca się bardzo powoli. Teoretycznie do końca roku na Czarny Kontynent ma trafić 2,3 mld szczepionek. Założenie te wydają się jednak nad wyraz optymistyczne. Problemy z dostawami mają też kraje Ameryki Południowej, gdzie przecież zanotowano 15% wszystkich zakażeń koronawirusem na świecie. Takie kraje, jak Brazylia, Argentyna czy Boliwia, nie mając szans na zakup zachodnich szczepionek, próbują ratować się dostawami z Rosji i Chin. Pewne wsparcie zapowiedział też COVAX, ale obietnica dostawy kilkudziesięciu milionów dawek do końca czerwca, jest raczej symbolicznym gestem, biorąc pod uwagę 650 milionów ludzi zamieszkujących tamten kontynent.

Na przeciwnej szali znajdują się państwa, gdzie proces szczepień przebiega w iście imponującym tempie. Niekwestionowanym liderem pozostaje Izrael, gdzie niemal połowa populacji przyjęła dwie dawki szczepionki. Podobnie sytuacja wygląda w Zjednoczonych Emiratach Arabskich czy Bahrajnie. Jeśli chodzi o półkulę zachodnią, to tu palmę pierwszeństwa dzierży Wielka Brytania, a premier Boris Johnson deklaruje, że do Świąt Wielkanocnych zaszczepieni będą wszyscy chętni mieszkańcy, którzy ukończyli 40. rok życia. Szybkie tempo szczepień utrzymuje się też w USA, gdzie liczba podanego preparatu przekroczyła 100 mln, a dziennie podaje się tam ponad dwa miliony dawek.

Nie trzeba wyjątkowej przenikliwości, żeby stwierdzić, iż szczepionki stały się dzisiaj najbardziej pożądanym zasobem. O dostęp do niego toczą bój państwa rozwinięte, bo tylko takie mają szansę na zakup preparatu, a firmy farmaceutyczne w pierwszej kolejności dostarczają dawki tym, którzy są w stanie za nie więcej zapłacić. Doskonale ilustruje to problem z dostawami szczepionek AstryZeneci do krajów Unii Europejskiej. W styczniu koncern poinformował, że dostarczy zaledwie część tego, co obiecał w umowie z Komisją Europejską. Nie jest tajemnicą, że Wielka Brytania i USA zapłaciły więcej za szczepionki, więc prawdopodobnie do tych państw trafiły one w pierwszej kolejności, mimo że oficjalnym powodem opóźnień są niesprecyzowane problemy z produkcją preparatu. Gdy chodzi o zysk, nie ma zatem sentymentów, nawet w tak, wydawałoby się, szczególnych czasach. Komisja Europejska próbuje bronić się przed nieuczciwą praktyką koncernów, wprowadzając mechanizm autoryzacji eksportu szczepionek przeciw Covid-19. Zgodnie z nim firmy, które są zobowiązane dostarczać szczepionkę na teren UE, muszą wnioskować o specjalne zezwolenie na wywóz produktu poza Unię Europejską.

To jednak tylko problem bogatych, którzy, być może z pewnymi opóźnieniami, ale jednak dość szybko otrzymają pożądaną ilość preparatu, co pozwoli ich społeczeństwom uzyskać odporność populacyjną. Tym bardziej, że nowe firmy otrzymują zgodę Europejskiej Agencji Leków na dystrybucję szczepionki. W porównaniu z sytuacją krajów rozwijających się, które skazane są na oczekiwanie, aż coś skapnie im z pańskiego stołu, te chwilowe trudności wyglądają śmiesznie. Tu na marginesie trzeba nadmienić, że Polska znajduje się w dużo lepszej pozycji, będąc członkiem Unii Europejskiej. Samej Unii należy się wiele krytycznych słów za początkową bezradność w walce z pandemią, ale akurat mechanizm wspólnych dostaw jest korzystny, zwłaszcza dla państw naszego regionu. Aby uzmysłowić sobie, jak mogłaby wyglądać nasza sytuacja, gdybyśmy znajdowali się poza UE, spójrzmy na Ukrainę. Pierwsze dawki szczepionek AstraZeneci dotarły tam dopiero pod koniec lutego, a kraj rozpaczliwie próbuje kontraktować szczepionki w Chinach.

Biorąc pod uwagę zapowiadane tempo dostaw, ostrożnie kalkulując, do końca roku każdy chętny obywatel państwa Unii Europejskiej, USA czy Wielkiej Brytanii powinien zostać zaszczepiony. Czy to jednak da nam pełne poczucie bezpieczeństwa i będziemy wolni od zagrożenia śmiercionośnym wirusem? Naiwnością byłoby tak sądzić. Nie stanie się tak, dopóki zdecydowana większość światowej populacji nie otrzyma szczepionki, w tym 70-80% mieszkańców kontynentu afrykańskiego i południowoamerykańskiego. Mutacje południowoafrykańska i nigeryjska SARS-COV-2 dowodzą, że wirus nieustannie próbuje znaleźć skuteczny oręż do walki z ludzkim układem odpornościowym. Znamienne, że nowe odmiany wirusa pojawiły się właśnie na kontynencie afrykańskim. Przy otwartych granicach i nieograniczonej mobilności społeczeństw, jedynie kwestią czasu jest, gdy mutacje powstałe na dalekim lądzie dotrą do Europy. I może okazać się, że szczepionka, którą przyjęliśmy, nie będzie w stanie ochronić nas przed nowym wariantem wirusa. Operację szukania skutecznego antidotum trzeba będzie zacząć od nowa, ale wielce wątpliwe, by gospodarka światowa przeżyła kolejny lockdown.

Im szybciej do rządów krajów rozwiniętych dotrze, że szczepionki nie są takim samym rodzajem zasobów, jak kruszce, ropa czy gaz, dzięki którym ich posiadacze mogą utrzymywać przewagę ekonomiczną nad tymi, którzy są ich pozbawieni, tym lepiej dla ich obywateli. W ich bowiem żywotnym interesie leży, by do tego zasobu był dostęp powszechny, i to w możliwie jak najkrótszym czasie.

Marcin Rezik

O papieskim populizmie

O papieskim populizmie

Kiedy prowadzący „The Late Show” zapytał Joego Bidena tuż przed Bożym Narodzeniem, w jaki sposób drugi katolicki prezydent Stanów Zjednoczonych będzie otrzymywał od papieża wytyczne jak rządzić, Biden nie zrozumiał żartu. „Sam do mnie zadzwonił żeby mi pogratulować”, powiedział skwapliwie Stephenowi Colbertowi, dodając, że właśnie rozmawiał przez telefon z arcybiskupem Waszyngtonu, Wiltonem Gregorym, a ten powiedział mu, że Franciszek złożył autograf na książce, którą chce mu podarować.

Książka, o której mowa, to „Powróćmy do marzeń: droga do lepszej przyszłości”. Pomagałem w jej tworzeniu. Zawiera ona refleksje Franciszka na temat pandemii i możliwości wprowadzenia zmian, jakie kryzys oferuje ludzkości. Kończy ją wizja nowego rodzaju polityki. Wizja ta okazała się być bardzo na czasie przed wyborami w listopadzie 2020 r., w związku z wiecami wyborczymi Trumpa i protestami Black Lives Matter. Teraz, po „marszu jerychońskim” i szturmie zwolenników Trumpa na Kapitol 6 stycznia 2021, mocna krytyka skierowana przez papieża w stronę zjawisk takich, jak chrześcijańsko-narodowy populizm i to, co nazywa on „menedżeryzmem technokratycznym”, nie mogłaby być bardziej aktualna.

Tak samo, jak encyklika „Fratelli tutti”, tak i „Powróćmy do marzeń” otwiera przestrzeń poza obecną polaryzacją zachodniej polityki. Franciszek robi dla naszych czasów to, co Pius XI usiłował osiągnąć swoją encykliką „Quadragesimo anno” w 1931 r. – a ten czas także był okresem autorytarnego populizmu i kryzysu demokracji. Obaj namawiają nas do niezgody na status quo i poszukiwanie nowego sposobu uprawiania polityki, który będzie doceniał godność ludzką każdej jednostki i na tej podstawie budował społeczeństwo i gospodarkę.

Chociaż obydwie te encykliki zwracają się w stronę ludzi, istnieje wielka przepaść pomiędzy przedstawianym w nich „populizmem integracyjnym” (inclusive populism), jak nazywa go w swojej najnowszej książce pod tym samym tytułem Angus Ritchie, a „populizmem wykluczenia” (exclusivist populism) połączonym z nienawiścią i podziałami, do którego podjudzają Trump i inni demagodzy. Zrozumienie tej różnicy, i tego, że angażują się tu przeciwne sobie postawy duchowe, jest kluczowe dla znalezienia drogi wyjścia z obecnego kryzysu politycznego.

Dla Franciszka przyczyną kryzysu liberalnej demokracji jest neodarwinowska ideologia rynkowa, która traktuje ludzi jak towar. W „Powróćmy do marzeń” pokazuje on, że kiedy bezdomni zamarzają na śmierć na tyłach pustego hotelu, nie powoduje to u nikogo większego poruszenia w porównaniu np. z szokiem wywołanym przez nagły spadek na giełdzie. Przywołując interpretację Wieży Babel autorstwa średniowiecznego rabina, wedle której cegły były uważane za bardziej wartościowe niż niewolnicy, Franciszek zauważa, że ekonomia, której obsesjami są wzrost i konsumpcja, jest w zasadzie ekonomią ofiar z ludzi. „Ludzie czy cegły” – mówi Franciszek. – „Pora wybrać”.

Franciszek rozumie ból i rozczarowanie polityką, które doprowadziły do wzrostu populizmu, „kontrast pomiędzy świadomością społecznych praw z jednej strony, a z drugiej – dostępem do prawdziwych możliwości skorzystania z nich”, jak również złość tych „zepchniętych na margines przez bezwzględny taran zglobalizowanej technokracji”. Złość z powodu utraty perspektyw i możliwości skutecznego wpływu na własny los, poczucie wykluczenia, które powoduje, że ludzie kurczowo trzymają się swoich tożsamości – wszystko to zapewnia urodzajny grunt autorytarnym liderom chcącym rozbudzać lęki i wywoływać poczucie bycia ofiarą.

W „Powróćmy do marzeń” Franciszek wyraża żal z powodu „często okrutnej retoryki populistycznych liderów oczerniających »obcego« po to, by bronić narodowej lub grupowej tożsamości”. W oświadczeniu dla włoskiej telewizji z 9 stycznia powiedział, że atak na Kapitol pokazał, iż kiedy ludzie działali „przeciw społeczności, przeciw demokracji, przeciw wspólnemu dobru”, to był to znak, że chodzi tu walkę sił duchowych. „Dzięki Bogu, że to wybuchło i mieliśmy szansę dobrze się temu przyjrzeć” – dodał, „bo teraz można postarać się to załagodzić”.

Duch sprawczy stojący za trumpowskim populizmem jest opisany w części drugiej „Powróćmy do marzeń”. Zawiera ona wspaniałe nauczanie na temat duchowego osądu: jak możemy odkryć, co jest zgodne z boskim prawem, a co przeciwne Bogu, zdemaskować złego ducha, kiedy pojawia się on sub angelo lucis – w przebraniu anioła światłości. Chrześcijański nacjonalizm jest pełen odwołań do dobra i do Boga, do Jezusa i moralności, lecz jego prawdziwy duch jest łatwy do zdemaskowania. Wykorzystuje on lęki i podejrzliwość, obwinia innych i rozdrapuje stare rany. Polaryzuje i dzieli świat na nas (dobrych) i innych (złych), „zamykając nas w naszych własnych zainteresowaniach i punktach widzenia, ograniczonych poprzez podejrzliwość i bezpodstawne uprzedzenia”.

Franciszek opisuje tego ducha opozycji wobec wspólnego dobra i jedności jako „odizolowane sumienie”, pokusę, która prowadzi do poczucia wyobcowanej wyższości od reszty (w tym przypadku od demokratycznego społeczeństwa) i zmienia ludzi w „skarżące się na swój los jednostki z kompleksem oblężonej twierdzy, które gardzą innymi, wierząc, że tylko one znają prawdę”. Trudno o lepszy opis tłumu, który Trump posłał na Kapitol – to ludzie rozgniewani, pełni poczucia moralnej wyższości i wietrzący wszędzie zdradę, powtarzający dziwaczne oskarżenia o skradzionych wyborach i twierdzący że mają boskie przyzwolenie na swoje działania. („kiedy Bóg zsyła ci wizję, nie musisz wiedzieć nic innego” powiedział mistrz ceremonii „marszu jerychońskiego”, Eric Metaxas.)

U podstawy „odizolowanego sumienia”, mówi Franciszek, jest zawsze to, co Św. Ignacy Loyola nazywał „rzeczą nabytą” (cosa adquisita), szczęściem nabytym lub jakimś poczuciem przywileju czy specjalnego uprawnienia do czegoś. Strach przed utratą tego nabytego szczęścia prowadzi ludzi do kurczowego trzymania się go w czasie, gdy „duch podejrzliwości i uprzedzeń podpowiada powody, by się powstrzymywać, ukrywając własne poglądy, a przy tym usprawiedliwiając je poprzez wskazywanie na winy innych ludzi”, pisze Franciszek. Ludzie myślący w tym duchu mogą uwierzyć prawie we wszystko, co mówią ci, którzy podzielają ich poglądy, i nie ufać dowodom lub argumentom wskazywanym przez tych, których uważają za wrogów. Stąd wziął się ruch „stop the steal” (powstrzymać kradzież).

W otwarcie rasistowskim, wypełnionym pretensjami dyskursie Trumpa i jego zwolenników, w broni i flagach Konfederacji, które nieśli, to „szczęście nabyte” jest bardzo zauważalne: to mit Lost Cause (przegranej sprawy), chrześcijański nacjonalistyczny mit Południa jako strażnika amerykańskiej wyjątkowości i wyższości moralnej. Wszystko to jest powiązane z poczuciem krzywdy i zdrady, do którego odwołuje się retoryka Trumpa o „uczynieniu Ameryki ponownie wielką”. Budowa muru, żeby powstrzymać „Meksykanów”, szturm na Kapitol, by unieważnić „skradzione” wybory, które przegrał – Trump podburza do wyrażania pretensji i apeluje do poczucia wyższości „odizolowanych sumień” jak nikt inny, jest przy tym obojętny wobec jakiegokolwiek poczucia wspólnego dobra lub braterstwa.

Jeżeli Jonasz jest biblijnym przykładem „odizolowanego sumienia”, mówi Franciszek, wówczas Zacheusz – poborca podatkowy niskiego wzrostu, odmieniony przez łaskę Boga – jest wspaniałym przykładem człowieka, który porzuca swoją izolację, by służyć ludziom. Powodem tej przemiany jest jego odpowiedź dana Chrystusowi: zamiast oskarżać innych, oskarża on siebie. Pokora, jak mówi Franciszek, jest odtrutką na „odizolowane sumienie”. Poprzez zniżenie samych siebie – nie wobec innych, lecz z bojaźni bożej – robimy miejsce dla dobrego ducha, aby mógł w nas działać. Wówczas „raczej niż szukam win w moim bracie lub siostrze, widzę w nim lub niej kogoś, kto też walczy z trudnościami, kto potrzebuje pomocy i tę pomoc im oferuję”.

Pokora jest podstawą braterstwa przedstawionego we „Fratelli tutti”. Widzimy ją w przypowieści o Dobrym Samarytaninie, którego tożsamość nie jest zagrożona przez bliźniego w potrzebie. Papież wskazuje na konieczność politycznego sumienia, które odzwierciedla troskę o potrzeby innych, bez względu na to, gdzie leży ich lojalność i komu służą, i na chęć organizowania naszej gospodarki w sposób, który umożliwi spełnienie tych potrzeb.

To sposób prowadzenia polityki, który wznosi się ponad gorączkę polaryzacji, mając świadomość, jak zaraźliwe bywają oskarżenia. Zamiast karmić tę bestię, pozwala jej odsłonić prawdziwą naturę, a potem uschnąć samoistnie – tak jak Biden zrobił w odpowiedzi Trumpowi. „Podobnie jak koronawirus, jeśli wirus podziałów nie może przedostać się z jednego organizmu na drugi, to powoli zniknie”, zauważa Franciszek.

Jednak papież nie chce, byśmy uciekali przed konfliktem. Część druga „Powróćmy do marzeń” opisuje dynamiczną, stworzoną przez Boga rzeczywistość wypełnioną przez przeciwstawne siły i napięcia, które domagają się ujścia. Papież nazywa je „żyjącymi przeciwieństwami” lub „antytezami”.

Takimi napięciami – pomiędzy tym, co jest, a tym, co być powinno, pomiędzy różnymi poglądami i interesami – zajmuje się polityka. Ucieczka przed nimi, szukanie spokoju za wszelką cenę, oznacza odmowę zaakceptowania rzeczywistości. Tym, co jest tu diabelskie, jest próba wykorzystania tych napięć poprzez zamianę ich w sprzeczności, redukowanie skomplikowanych rzeczywistości do prostych czarno- białych różnic (na przykład: lud kontra wrogowie ludu), i domaganie się, byśmy wybrali jedną stronę, a walczyli z drugą.

Zamiast tego, Franciszek namawia nas, by „przeczekać” napięcie różnic, stawić mu czoła i otworzyć obie strony na nowy sposób patrzenia na świat, który chroni to, co dobre w każdej ze stron, równocześnie wyrastając ponad obie. Takie przełomy mają miejsce „wtedy, gdy prowadzimy dialog, kiedy ludzie ufają sobie nawzajem i pokornie szukają razem dobra”, mówi Franciszek.

To tylko jeden z wymiarów polityki służby – taki, który nie zajmuje się wyłącznie zarządzaniem aparatem państwa i kampanią wyborczą, lecz promuje dobre postawy i powstawanie więzi społecznych. Ta, jak ją nazywa, „polityka przez duże P”, jest „najważniejszym powołaniem dla wszystkich zaniepokojonych stanem społeczeństwa”, dla tych, którzy „palą się dla sprawy”, chcąc zapewnić swoim ludziom dostęp do ziemi, pracy i mieszkania. Tacy politycy – lub przywódcy społeczności – „niosą ze sobą zapach okolicy, której służą”. To kobiety i mężczyźni zdolni do współczucia, szanujący kulturę i godność tych, których reprezentują.

To właśnie o ten kluczowy składnik odrodzenia polityki zabiega papież. Tak w Laudato si’, jak i w „Powróćmy do marzeń”.

Franciszek ma dużo do powiedzenia na temat potrzeby ustalenia przez rząd nowych celów dla gospodarki, poza nieustanną pogonią za wzrostem gospodarczym, a także o polityce, która zwiększy dostęp do pracy i ochroni planetę. Rząd ma dużo do zrobienia. Jednak radykalizm polityki papieża leży w wierze, którą pokłada on w oddolnych ruchach mających kwestionować i wpływać na to, co robi rząd. „W świecie po covidzie”, jak mówi, „nie wystarczy technokratyczne poleganie na zawodowych menedżerach czy populizm. Tylko polityka zakorzeniona w ludziach, otwarta na samoorganizowanie się, będzie w stanie zmienić przyszłość”.

W 1931 r., w obliczu polaryzacji pomiędzy liberalizmem a kolektywizmem, w czasie demokratycznej zapaści, Pius XI także nawoływał do odrodzenia społeczeństwa obywatelskiego od dołu, do tego, by „instytucje same składające się z ludzi i zwłaszcza instytucje życia społecznego” odbudowywały „porządek prawny i społeczny, który zawsze nadaje formę i kształtuje całe życie ekonomiczne” (Quadragesimo anno). Jednak żaden papież przed Franciszkiem nie podkreślał tak mocno tego, co sam nazywa „ruchami ludowymi” złożonymi z osób spoza głównego nurtu polityki.

W części trzeciej „Powróćmy do marzeń” pisze on o ruchach społecznych zakorzenionych w szkołach i parafiach w biednych dzielnicach, pomagających ludziom organizować się w walce o godne wynagrodzenie, bezpieczne ulice i przyzwoite warunki mieszkaniowe. W Stanach Zjednoczonych nazywa się to organizacją społeczną o szerokiej bazie lub wyznaniową organizacją sąsiedzką. Ten rodzaj organizacji jest promowany i tworzony przez Catholic Campaign for Human Development (CCHD) – Katolicką Akcję na Rzecz Rozwoju Ludności. Papież organizował i zachęcał od spotkań tych „ruchów ludowych” w Rzymie i poza nim, wzywa też Kościół do „otwarcia drzwi” dla nich – nie po to, by je przejąć czy kontrolować, ale aby im towarzyszyć i wspierać je. To, jak mówi, coś zupełnie odwrotnego niż podejście elit, które żartobliwie charakteryzuje jako „wszystko dla ludzi, ale nigdy z ludźmi”.

Wspominając własne zaangażowanie w takie ruchy w Buenos Aires – zwłaszcza cartoneros, zbieraczy tektury – Franciszek opisuje odprawianie w każdy rok ogromnej polowej mszy na jednym z placów miasta, który z biegiem czasu stał się miejscem zgromadzeń tysięcy wykluczonych. Ludzie przyszli, by „prosić Boga o rzeczy, których potrzebowali”, przypominając mu tłum, który szedł za Jezusem i jednoczył się myśląc o Bogu, i „nie była to masa jednostek zahipnotyzowanych przez zręcznego mówcę, lecz ludzie z historią, pielęgnujący w sobie nadzieję”.

W Ewangelii tłum szedł za Jezusem, mówi Franciszek, ponieważ jego nauczanie przywoływało w nich głębokie wewnętrzne przekonanie o bliskości Boga i własnej godności. Franciszek widział tego samego ducha w tłumach na Plaza Constitución i w ruchach ludowych. „W mobilizacji na rzecz zmian, w ich poszukiwaniu godności, widzę źródło moralnej energii, rezerwę obywatelskiej pasji, zdolną do ożywienia naszej demokracji i przeorientowania ekonomii”, pisze. To polityka, która zwraca się w stronę ludzi, nie po to, by posypywać solą rany, ale aby pomóc im odzyskać należną im godność; która widzi osobę wyrzuconą na margines nie jako zagrożenie, ale jako zasób dla pomocy innym, która przychodzi nie po to, by narzucać, ale by służyć; która nie wprowadza odgórnych podziałów, lecz buduje jedność od podstaw. Ten rodzaj polityki jest nam teraz bardzo potrzebny.

Austen Ivereigh

tłum. Magdalena Bieńczak

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej commonwealthmagazine.org 7 lutego 2021 r.

Jaka lewica, po co i dla kogo?

Jaka lewica, po co i dla kogo?

Internetowe środowiska lewicy okrążył niedawno sondaż, z którego wynika wprost, że Lewica, a zwłaszcza jej wyborcy, ma gorsze zdanie na temat wpływu zasiłków socjalnych na ludzi niż środowiska prawicowe. Dziwić może to szczególnie, kiedy widzimy, że niektóre środowiska Lewicy nie wstydzą się PRL-u. Przykładowo 6 stycznia na fanpage’u Lewicy opublikowano post upamiętniający Gierka, a młodzieżówka partii napisała spory poemat wychwalający jego postać. Więc jak to jest możliwe, że z jednej strony Lewica jest zafascynowana PRL-em i uwielbia prostego człowieka, któremu Gierek miał pomóc, a z drugiej strony nie cierpi, gdy obecny rząd choćby przez 500+ robi to samo? Chcielibyśmy się zastanowić nad tym paradoksem.

Na pewno na Lewicy są ludzie, którzy chcą dobrze. Jesteśmy o tym przekonani, kilku takich działaczy sami personalnie znamy. Jednak często brakuje im teoretycznego przygotowania i mogą być naprawdę przekonani, że Lewica powinna się skupić na usługach publicznych i być przeciw zasiłkom, i że dzięki takiej polityce ludziom będzie żyło się lepiej. Pomijają choćby to, że naprawa usług publicznych pomoże konkretnym grupom, a innym nie (osobom mieszkającym na wsi nic nie da program budowy tanich mieszkań), a naprawa wielu z tych usług będzie trwała nawet dekadę, podczas gdy ludziom już w tym momencie jest źle. Wtedy, zamiast skupić się na klasowym aspekcie polityki, ulegają złudzeniom serwowanym przez politykę tożsamości. Zaczynają większość swojego czasu poświęcać tematom, które prostych ludzi, do których ponoć chcą trafić, najzwyczajniej w świecie nie interesują albo są do nich wrogo nastawieni. Nie można jednak odmówić im chęci czynienia dobra i poprawy świata.

Charakter klasowy Lewicy

Jesteśmy jednak przekonani, że tak ogromna niechęć elektoratu Lewicy do zasiłków nie bierze się tylko z braków teoretycznych i z chęci czynienia dobra, ale ukierunkowanego w zły sposób. Karol Marks zauważył bardzo trywialną rzecz, która jednak bardzo często umyka – jest nią to, że ludzie mają swoje klasowe interesy i co do zasady głosują zgodnie z nimi. Zastanówmy się w takim razie, kto jest elektoratem Lewicy. Jak możemy zauważyć, według statystyk wyborca Lewicy jest osobą wykształconą, z miasta i to raczej dużego, do tego jest osobą młodą (19-29 lat), przed którą otwiera się świat. Czy taką osobę dotyczy choćby takie 500+, czy może ona coś na tym zyskać?

Typowy wyborca Lewicy nie ma zbyt wielu wspólnych interesów z polskim pracownikiem. Jest zainteresowany przede wszystkim programem obyczajowym, który oferuje mu partia. Moglibyśmy posunąć się do stwierdzenia, że większość aktywistów Lewicy chciałaby, zgodnie z opisem Mouffe, bezklasowego zjednoczenia we wspólnym froncie walki. Gdzie o swoje interesy walczyliby zarówno pracownicy, grupy związane z feminizmem czy wysuwające postulaty ekologiczne. Niestety, jak pokazuje nam dobitnie historia, jest to niemożliwe. Nie da się wprowadzić lewicowego populizmu, który pogodzi interesy ludu „omamionego prawicowym populizmem” (posłowie do polskiego wydania książki Marka Fishera „Realizm kapitalistyczny. Czy nie ma alternatywy?”). Klasyczny elektorat, który kiedyś głosował na partie socjaldemokratyczne, nie jest zainteresowany w zasadzie żadnym z postulatów dotyczących choćby mniejszości seksualnych czy uprzywilejowania Kościoła. Zamiast tego, pozostając przy przykładach z Polski, woli zagłosować na PiS, który co prawda dużo mówi o tematach światopoglądowych, jednak oferuje także zmiany gospodarcze, które poprawią los tego elektoratu. Co równie ważne, sama Zjednoczona Prawica bardzo dobrze zdaje sobie sprawę z tego, że to realne zmiany gospodarcze dają poparcie. Przed wyborami do Europarlamentu na początku próbowali straszyć LGBT i ideologią gender, jednak dało to mierne wyniki w sondażach, a dopiero podwyższenie płacy minimalnej oraz wprowadzenie 500+ na pierwsze dziecko, dało partii Jarosława Kaczyńskiego późniejsze zwycięstwo w wyborach parlamentarnych. Co równie istotne, PiS jest partią, której zwykły pracownik może zaufać. Podczas swoich pierwszych rządów obiecali obniżenie wieku emerytalnego, wprowadzenie zasiłku socjalnego w wysokości 500 zł na drugie dziecko – i tych obietnic dotrzymali. Z kolei elektorat ten nie ma żadnego powodu, aby zaufać Lewicy.

Partia średniej klasy wielkomiejskiej

Patrząc na postulaty, które zostały ustalone na nowym konwencie Lewicy, możemy zauważyć kilka punktów niezwykle ważnych dla tolerancyjnych ludzi z dużego miasta,. Ta właśnie grupa jest niezwykle ważna w elektoracie partii. Ewa Marciniak stwierdza na podstawie badań, że elektorat Lewicy jest jednym z najbardziej proeuropejskich i najbardziej negatywnie nastawionym do Kościoła katolickiego. Popiera liberalizację ustawy antyaborcyjnej oraz zalegalizowanie związków partnerskich. I to są idee, które łączą ten elektorat. Wśród tych idei nie znajduje się chęć zmniejszenia nierówności społecznych, wiara w zbudowanie lepszego i bardziej sprawiedliwego państwa czy też nawet wiara w to, że ubogim należy się pomoc. Nawet postulaty prospołeczne są bardzo mocno skierowane do średnioklasowego miejskiego wyborcy. Mamy np. chęć odejścia od energii wytwarzanej w oparciu o węgiel, nie przejmując się przy tym kosztami społecznymi (jest proponowana zielona energia, nie ma propozycji, jak pomóc pracownikom likwidowanych branż).

Chcielibyśmy zadać pytanie: gdzie są progresywne podatki, gdzie jest lepsza służba zdrowia, gdzie jest lepsza publiczna komunikacja, gdzie jest cokolwiek dla ludzi, którzy nie mieszkają w większych miastach i mają słaby dostęp do dobrej edukacji – czy naprawdę dla nich największym problemem jest religia w szkołach? Czemu z programu Lewicy, który jest umieszczony na stronie Lewicy, postanowiono wybrać akurat te punkty jako najważniejsze?

Lewica radykalna w słowach, nie w działaniu

Można spróbować podważyć nasze argumenty odnośnie do programu, mówiąc, że na stronie Lewicy jest zapisane podniesienie płacy minimalnej, milion tanich mieszkań, dofinansowanie służby zdrowia itd. Co prawda są to raczej hasełka, ale jednak jest to propozycja. Po pierwsze to nie są hasła, ale baśnie. Program wiele obiecuje, ale nie mówi, skąd wziąć na to pieniądze. W programie nie ma nawet jednego zdania o podatkach. Do tego niektóre postulaty są trudne do wykonania z przyczyn technicznych, choćby zwiększenie liczby lekarzy o 50 tysięcy. W Polsce mamy obecnie 140 tysięcy lekarzy, więc oznaczałoby to przyrost liczby lekarzy w ciągu 6 lat o niemal połowę. Realność takiej zmiany jest zerowa. Lewica twierdzi, iż „Zwiększymy liczbę miejsc na kierunku lekarskim docelowo o 50%. Ułatwimy młodym lekarzom kształcenie w deficytowych specjalizacjach. Uprościmy podejmowanie w Polsce pracy lekarzom z zagranicy (prostsza nostryfikacja, zniesienie obowiązku odbywania stażu podyplomowego, wsparcie w nauce języka polskiego)”. Czy naprawdę ta jedna zmiana spowoduje, że przyrost lekarzy zwiększy się parokrotnie w stosunku do stanu obecnego ?

Lewica obecnie protestuje przeciwko podatkowi medialnemu i twierdzi, że ona sama proponowała podatek od globalnych korporacji oraz chwali się, że oni by zrobili więcej i lepiej. Tylko czemu wyborca choćby PiS-u miałbym im wierzyć? Partia ta była w Koalicji z PO do Parlamentu Europejskiego, ba, niedawno okazało się, że Czarzasty otwarcie mówi o prowadzeniu rozmów z PO w sprawie koalicji do najbliższych wyborów parlamentarnych. Z dokładnie tą samą partią, która doprowadziła do rozpadu usług publicznych (za które to zjawisko tak często Lewica krytykuje PiS), obcięła pomoc socjalną najbardziej potrzebującym, partii, której jednym z najważniejszych ekonomistów jest Andrzej Rzońca, najpilniejszy uczeń Balcerowicza. Jak można nie odnieść wrażenia, że postulaty tej partii są jednym, a realna polityka drugim? Nie bez powodu tak ciężko jest przekonać do siebie Lewicy pracowników i grupy wykluczone przez system.

Zderzenie z pracownikami

To, o czym piszemy, najłatwiej zauważyć właśnie podczas rozmów z robotnikami i patrząc na sondaże. Dla większości lewicowców pracownicy przynajmniej w teorii są lub powinni być głównym elektoratem. Elektorat ten w Polsce jest zagospodarowany głównie przez PiS, który wśród robotników nieprzerwanie zwycięża w sondażach. Wystarczy przywołać wyniki ostatnich wyborów parlamentarnych oraz prezydenckich. W tych pierwszych na partię rządzącą oddało głos 57,9%, w prezydenckich natomiast 65,9% robotników.

Widać to chociaż to po tym, że Lewica nie stara się w żaden sposób przyciągnąć do siebie i rozmawiać z ruchami ludzi odrzuconych. Ostatnimi czasy bardzo głośnym ruchem stała się Agrounia, której przewodniczący Michał Kołodziejczak twierdzi, że Lewica nawet nie próbowała porozumieć się z tym ruchem. Co więcej, wśród wielu facebookowych lewaków można było usłyszeć o tym, jak bardzo grubiańskie jest palenie opon w centrum Warszawy albo blokowanie ruchu. Do tego obecnie sam Kołodziejczak bardzo celnie punktuje Lewicę w swoim niedawnym wpisie na Facebooku. Chodzi o temat wolnych mediów, dla których podatek jest ogromnym problemem, ale temat traktowania pracowników najlepiej zamieść pod dywan. Jak ujmuje to Kołodziejczak: „Jeśli to, co pisze były pracownik #TVN jest prawdą, możemy mówić, że potęga telewizji TVN zbudowana jest z desek zakrwawionych przez pracowników”. Lewica, która powinna stawać za słabszymi, nie poruszyła do tej pory tego tematu w żaden sposób – wygodniej jest usiąść w cieple lamp telewizji albo pojawić się w artykule Wyborczej.

Lewica jako Zamek Wampirów

Lewica i jej młodzieżówka stała się w pewien sposób stylem życia. Spędziliśmy sporo czasu na lewicy, którą krytykujemy. Byliśmy członkami zarówno partii Razem, jak i jej młodzieżówki. Mieliśmy również krótki romans z Federacją Młodych Socjaldemokratów, będącą młodzieżówką Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Jako byli członkowie młodzieżówek zauważyliśmy, że młodzieżówki i partie często mają charakter spotkań towarzyskich. To taka forma wspólnych wyjść, tyle że zamiast do pubu – na tęczowy marsz albo na protesty przeciwko niszczeniu wolnych mediów. W grupach tych często ludzie nie przychodzą bronić swojego interesu, ale po prostu spotkać i zawiązać grupę znajomych. Tworzą się kółka znajomych, którzy między poszczególnymi grupkami nie lubią się i wzajemnie rzucają na siebie zarzuty. Dochodzi tutaj do zjawiska, które Mark Fisher w swoim znanym artykule nazwał „Zamkiem wampirów”, czyli do tworzenia się grup, których głównym zadaniem jest moralizowanie i szukanie wśród działaczy „odchyleń prawicowych” i wydawanie osądów wobec tych, którzy rzekomo mają być seksistami, transfobami etc. W partii Razem największą ilość czasu działacze poświęcali na nieistotne kłótnie i szukanie rzekomych „przemocowców”, kiedy mechanizmy, które miały sobie radzić z prawdziwymi przemocowcami, nie działy sprawnie. Skupienie się na kłótniach i szukaniu czarownic było tak ogromne, że po przegraniu wyborów w 2019 roku na kongresie dyskusja nie dotyczyła tego, że trzeba zmienić zarząd krajowy partii, wprowadzić realne zmiany w taktyce, nic z tych rzeczy. Głównym tematem tamtejszego kongresu było zmiana w programie, aby udowodnić wyższość moralną partii Razem – miało dojść do zmiany w programie określenia „kobieta” na „osoba z macicą”. Dzięki temu, że dyskusja wyglądała tak, jak wyglądała, zarząd mógł być spokojny i w następnych wyborach startować z dobrych miejsc i wejść do parlamentu. Mimo sloganów o tym, że inna polityka jest możliwa, partia Razem udowodniła, że takie rzeczy, jak demokratyczne wybieranie osób oraz dobra komunikacja, są niemożliwe. Często zarząd sam podejmował decyzje, przed którymi potem była stawiana Rada Krajowa, która musiała je akceptować, bo inaczej wyszłoby co najmniej niepoważnie, gdyby się okazało, że organy partii nie są w stanie się dogadać. Zarząd był nienaruszalny, żadna siła na niebie i ziemi nie mogła go zmienić ani zmniejszyć wpływu jego członków na partię. Po zniechęceniu się do Razem, postanowiliśmy działać w FMS-ie. Niestety zauważyliśmy, że tutaj schemat działania jest taki sam. Góra dyktuje warunki, doły muszą się podporządkować.

Znamy działaczy ze wszystkich tych środowisk i wiemy, że wielu z nich to świetni ludzie. Niestety pomimo tego nie mają oni żadnego wpływu na to, jak partia wygląda, jak działa i czyich interesów broni. A partie będące w koalicji Lewicy poza mówieniem o sobie, że są partiami pracowników najemnych, mało z tymi pracownikami mają wspólnego.

Globalne wymieranie socjaldemokracji

Kłopoty, z którymi mierzy się nasza Lewica, nie są wyjątkowe na tle świata. W ogromnej liczbie państw dochodzi do osłabienia partii socjaldemokratycznych, tracą one swój naturalny elektorat, a kiedy nawet wygrywają wybory, nie mają bladego pojęcia, co zrobić i nie potrafią się wyrwać z realizmu kapitalistycznego, nie potrafią przełamać myślenia tylko w kontekście wolnorynkowym i na końcu realnie nic nie zmieniają, ponieważ są przekonane, że można trochę ludziom pomóc, ale rynki muszą działać nieskrępowanie. Termin ten profesjonalnie nazywa się Pasokifikacją i wziął nazwę od lewicowej partii PASOK, której przykład świetnie pokazuje obraz obecnej socjaldemokracji. Partia ta w 6 lat spadła w sondażach z 43,9% do 4,7%. Rządziła ona podczas kryzysu związanego z zadłużeniem Grecji i wprowadzała politykę zaciskania pasa, opierającą się na zmniejszaniu wydatków państwa (przez odcinanie socjalnych zasiłków, zmniejszenie wydatków na usługi publiczne etc.). Neoliberalizm jako ideologia nieskrępowanych rynków po upadku ZSRR stał się tak silny, że większość partii lewicowych uległa jego urokom i przekonaniu, że kapitalizm będzie wieczny. O tym, jak ogromny wpływ miało to na partie lewicowe, bardzo dobrze mówi znana wypowiedź Margaret Thatcher, która zapytana o swoje największe osiągniecie odparła: „Tony Blair i Nowa Partia Pracy. Zmusiliśmy oponentów do zmiany ich poglądów”. Rząd New Labour był dla wielu działaczy Partii Pracy klęską i zmuszeniem ich do przyjęcia obcego dla większości lewicy neoliberalizmu. Niestety nie skończyło się tylko na przyjęciu umiarkowanego liberalizmu Blaira. Partia New Labour dalej się radykalizowała, ale niestety w kierunku niepożądanym przez większość społeczeństwa.

Przesiąknięcie neoliberalizmem dało o sobie znać również na gruncie polskiej polityki. SLD podczas swoich rządów zaoferował politykę zaciskania pasa. Patrząc na działaczy i polityków, którzy do tej pory się nie zmienili, trudno odnieść wrażenie, że po przejęciu przez nich władzy miałoby być inaczej. Jednym z haseł maja’68 było „bądźmy realistami, żądajmy niemożliwego!”, natomiast hasłem obecnych partii lewicowych mogłoby być „bądźmy realistami, nie żądajmy niczego!”.

Podsumowanie

W Polsce potrzeba partii lewicowych, które otwarcie będą mówić o tym, że zasiłki są dobre, że potrzebujemy sprawnego państwa, które nie będą potępiać w czambuł PiS-u za każdą jego decyzję, bo mogła być bardziej radykalna (jak w przypadku podatku od mediów) albo bo ma na celu „kupić głosy”, a tak w sumie to „500+ jest na kredyt i w ogóle nie powinno istnieć” (posłanka Joanna Scheuring-Wielgus wielokrotnie tak właśnie krytykowała ten program). Partia lewicowa powinna celować w kierunku większości społeczeństwa i jej realnych problemów, a nie w kierunku wielkomiejskiej klasy średniej, która chce komuś pomóc, bo szlachectwo zobowiązuje, ale najlepiej w taki sposób, aby nic ich to nie kosztowało.

Zamiast mówić o pracownikach na konwencjach, proponowalibyśmy jednak najpierw szersze wyjście do ludzi. Spróbować odrodzić lewicowe partie jako te, które stoją za interesem robotników, inicjują strajki, wspierają negocjowanie korzystnych układów zbiorowych. A także, co wydaje się chyba najważniejsze i lewica powinna od tego zacząć – to próba oderwania się od liberalnych mediów dyktujących jej warunki. Tańczenie do tego, co zagrają Gazeta Wyborcza czy Krytyka Polityczna powoduje niezdolność do odróżnienia się lewicy od liberalnego mainstreamu, a to oznacza śmierć lewicowych projektów. Partie lewicowe muszą na nowo określić się w późnym kapitalizmie. Potrzebujemy zakończenia z marazmem i budowania nowej wizji. Wizji, która sięga daleko poza kapitalizm.

Adam Suraj, Mateusz Jurewicz

Justyna Budzińska-Tylicka: Nasz program (1929)

Justyna Budzińska-Tylicka: Nasz program (1929)

Przy codziennej walce o każdy kawałek chleba, przy ciągłym niedostatku, szczególniej licznych rodzin po wsiach, jak i w miastach, nie zawsze stroskani rodzice mają czas i chęć, by głębiej zastanowić się nad niesprawiedliwościami wynikającymi z ustroju społecznego.

Jedni znoszą swą niedolę w obojętności i pokorze, przemęczeni pracą i trudem ponad siły, a drudzy, inteligentniejsi szukają poprawy, wytężając wszystkie swe siły, oszczędzając co się tylko da – a tylko uświadomiony człowiek rozumie, że oprócz tego konieczna jest solidarna praca w związkach i ciągłe dopominanie się lepszych praw i ciągłe żądanie spełnienia już wywalczonych praw, bo tylko w ten sposób można i trzeba stale i wytrwale niszczyć wyzysk i niesprawiedliwość społeczną.

Jedne z tych praw obejmują sprawy dotyczące całego państwa – to są prawa polityczne, inne, dotyczące codziennego życia ludu pracującego, jego dobrobytu i zdrowia, to są prawa społeczne.

Choć sprawy polityczne są trudniejsze do zrozumienia, ale jednak trzeba najważniejszymi się interesować, tak samo na wsi, jak i w mieście, tak samo mężczyźni, jak i kobiety; bo wszyscy jesteśmy obywatelami Państwa polskiego, bo wszyscy płacimy podatki na utrzymanie i rozwój naszego państwa, bo wszyscy, przez głosowanie do Sejmu i do rad miejskich i do rad gminnych, głosujemy i wybieramy posłów i radnych.

Toteż, kiedy teraz jest postanowione, że zmieniać ma Sejm prawa, które rządziły dotąd Polską przez te 8 lat, to powinniśmy wszyscy żądać, żeby te prawa, nazwane Konstytucją, nie tylko nie były pogorszone, ale przeciwnie, żeby były polepszone – dla tej najważniejszej części narodu, która daje swą pracę i swój rozum. To znaczy dla ludu pracującego na wsi i w mieście i dla inteligencji pracującej, a dla tych, co nie pracują ani mózgiem, ani rękoma, a tylko żyją kosztem pracy innych i opływają w bogactwa, to takie prawa powinny być zmienione, by wszyscy musieli pracować.

Oprócz niepogorszenia praw musimy dopominać się, by dobre prawa już uchwalone przez Sejm były nareszcie dobrze wykonywane. Jak Ochrona pracy, która ma bronić pracujących od niszczenia swego zdrowia w brudzie i zaduchu i złych wyziewach fabrycznych; jak przestrzeganie 8-godzinnego dnia pracy, żeby nie zamęczać się długą pracą i mieć czas na odpoczynek, na dalszą naukę i na przyjemności kulturalne, jak różne ubezpieczenia społeczne od bezrobocia, od choroby, od kalectwa itp., a oprócz tego powinny być prawa zabezpieczające starość ludziom pracy.

Wiele, wiele jest tych różnych praw, ale tu chcę specjalnie mówić o tych, które są najpilniejsze dla szczęścia rodziny, dla dobra dzieci, dla wyswobodzenia kobiety z jej codziennych cierpień, trosk i straszliwego przemęczenia w pracy.

Chyba na pierwszym punkcie postawić tu trzeba tę straszną klęskę, która po wojnie nastała i do dziś tak trapi biedne i mniej biedne rodziny robotnicze po miastach, miasteczkach i po wsiach – to klęska mieszkaniowa, to ten straszliwy brak dachu nad głową, gdy parę rodzin musi często razem mieszkać, albo rodzice z 4, 5 i 6 dzieci gnieżdżą się w ciasnocie i zaduchu w suterynach, na poddaszach, albo w wilgotnych, ciemnych, nieludzkich norach. A z tej ciasnoty powstają różne kłótnie, demoralizacja i pijaństwo. Mąż ucieka do karczmy, bo nie ma domów ludowych, by odpoczął i poczytał po pracy, a kobieta – matka, gospodyni to męczennica od świtu do nocy, a dzieciska nieszczęśliwe źle chowane. Zdrowe, tanie, wygodne mieszkania to szczęście, zdrowie, i moralność całych rodzin – ludu pracy.

Na drugim miejscu żądać musimy, żeby była dobra, sprawiedliwa uczciwa opieka nad matką i dzieckiem. Przecież taki wyzysk pracy, jaki istnieje dziś dla kobiety, która rodzi dzieci, karmi je, wychowuje, prowadzi całe gospodarstwo, a oprócz tego jeszcze musi zarabiać poza domem, czy jako wyrobnica, czy jako robotnica fabryczna – toż to okropna niesprawiedliwość!

A to dlatego, że mężczyźnie, ojcu rodziny za mało płacą, albo biedaczysko traci zupełnie robotę i jako bezrobotny szuka na próżno lub źle szuka i niedbale. A cały kłopot na barkach biednej matki i żony! Tak być dalej nie może! A jeszcze teraz od panów i pań rozpustnych przyszła do proletariatu moda rzucania swych żon z małymi dziatkami – by z młodymi dziewczętami szukać zadowolenia.

Nieszczęsne te opuszczone rodziny pozostają w nędzy, matka rozpacza – nie może sobie dać rady – a na opuszczającego rodzinę ojca i męża nie ma dotąd żadnego prawa. A jeszcze gorzej ma matka nieślubna z dzieciątkiem przy piersi: nikt jej nie chce wspomóc, wszyscy potępiają, dziecko ginie z głodu.

Trzeba z tą niesprawiedliwością skończyć! Powinno być nareszcie w Polsce takie prawo, jak już w wielu narodach, że ojciec musi płacić część swego zarobku na utrzymanie nieślubnego dziecka, o ile nie chce z tą matką się żenić.

Ot wiele, wiele innych niesprawiedliwości dokucza kobietom, jeszcze więcej jak mężczyznom, a ta najgorsza z nich niesprawiedliwość to taka niska płaca za pracę. Nawet gdy kobieta pracuje tak dobrze, jak mężczyzna, a nawet lepiej – to i tak jej mniej fabrykant płaci. Niemądre są robotnice, że na taką małą płacę się zgadzają, a to dla tego, że są nieuświadomione, że nie należą do związków klasowych, że słuchają różnych rad swoich wrogów, którzy je wyzyskują. Powinny kobiety zawsze i wszędzie żądać równej płacy z mężczyznami, o ile spełniają tę samą pracę.

Trzeba także walczyć, by była prawem ustalona najniższa płaca i mniej nie wolno by było żadnej robotnicy płacić…

Ponieważ kobiety są więcej wyzyskiwane od mężczyzn, to powinny się jeszcze silniej organizować i dodawać sobie otuchy i zachęty, i o wszystkie prawa się dopominać. Patrzcie! Teraz są w Polsce ustanowione Sądy pracy, żeby pilnować sprawiedliwych wyroków, jak wam majster, albo fabrykant zrobi jaką krzywdę, jaki wyzysk, jaką niesprawiedliwość, a wiecie, że choć w Polsce kobieta ma te same wszystkie prawa co i mężczyzna – jednak kobiety w Polsce minister sprawiedliwości nie dopuścił, żeby była ławnikiem przy sądach pracy… Wasi koledzy, i towarzysze mogą być, a my kobiety, obywatelki nie… Żadna kobieta nie będzie pilnować spraw kobiet wyzyskanych, oszukanych, omamionych, skrzywdzonych, zhańbionych; taka to równość, taka to sprawiedliwość.

Tyle, tyle do zrobienia! – program nasz kobiecy duży, ogromny! A jeżeli jeszcze dodać te wszystkie nieszczęścia i hańby, które pchają młode dziewczęta do prostytucji, do sprzedawania swego ciała za pieniądze…

Jeżeli wspomnieć te przeogromne cierpienia kobiet, których szczęście rodzinne ginie z powodu pijaństwa męża, ojca, syna

Jeżeli zakończyć tę listę cierpień wielką śmiertelnością ukochanych dziatek, które matka wydaje na świat w cierpieniach, by trumna za trumienką szła na cmentarz, – to naprawdę każda z kobiet powinna dobrze się zastanowić, czy dla szczęścia własnego i dla dobra Ojczyzny jest lepiej urodzić i wychować dwoje lub troje zdrowych dziatek – móc je dobrze wykształcić na pożytecznych ludzi – niż rodzić i rodzić bezliku w niedostatku, ciasnocie i ciągłych cierpieniach, by nawet połowy nie zostało przy życiu.

Nad tym wszystkim trzeba się dobrze zastanowić, o tych wszystkich brakach i niesprawiedliwościach trzeba mówić teraz, gdy idzie 1 maj – dzień święta robotniczego, a następnie przyjdzie dzień specjalnie przyznany dla wysuwania żądań kobiecych, to „Dzień Kobiet”, w którym wszystkie stańcie w szeregu!

dr Justyna Budzińska-Tylicka

Powyższy tekst Justyny Budzińskiej-Tylickiej pierwotnie ukazał się w piśmie „Głos Kobiet. Wydawnictwo Polskiej Partii Socjalistycznej”, numer 4-5/1929, Warszawa, kwiecień-maj 1929 r. Od tamtej pory nie był wznawiany, poprawiono pisownię według dzisiejszych reguł.

Grafika w nagłówku tekstu: MOM from Pixabay.

Bunt pięknoduchów?

Bunt pięknoduchów?

Dawno, dawno temu, za siedmioma lasami, był sobie uczony Himisław, który myślał inaczej niż wszyscy i był wielkim guru (tak było! pod warunkiem, rzecz jasna, że charakteryzował się właściwą przynależnością klasową, właściwą płcią, właściwą narodowością, religią, orientacją seksualną itd., itp.). Tu i teraz, w naszym świecie, uczony Hodysław myśli inaczej i jest ostracyzowany przez całe swoje środowisko, ale za to może troszeczkę bardziej otwarcie nie należeć do kilku spośród „właściwych” grup. Z kolei uczony Hubysław pamięta tamte obyczaje sprzed wielu lat i zza wielu lasów, ale w życiu się nie przyzna, że coś się nie zgadza, bo nie chce wyjść na nieseksownego dziadersa. Widzicie, drogie Czytelniczki i Czytelnicy, pokolenie oczko wyżej od mojego i częściowo moje też, dorastało wśród Muz i kwiatów polnych, wierzyło w przyszłość i postanowiło sobie, że nigdy, przenigdy nie będzie mówiło, że kiedyś było lepiej. Byliśmy tacy piękni i wolni, zarazem ulotni i racjonalni, przyszłość była naszą pieśnią. Ach, byliśmy wszak całkiem inni niż nasi „starzy”, „wapniacy” i inni nudziarze. Na wszelki wypadek, by nie wykluczać nas samych spośród czytelników tego tekstu, a także dlatego, że nie chcę być uncool, powiedzmy sobie wyraźnie – kiedyś nie było lepiej. Ta płeć, to pochodzenie… Solidne struktury miały zalet wiele, ale i poważne wady – wykluczały wiele grup z pełni uczestnictwa w życiu społecznym. Trzeba było się dostosować albo zniknąć. Ale miało być lepiej. Właśnie, kiedyś przyszłość była była (czas zaprzeszły) lepsza, my marzyliśmy lepiej. Nie dlatego, że byliśmy lepszymi ludźmi, ani nawet nie dlatego, że mieliśmy lepsze perspektywy, niż dzisiejsza młodzież. Dlatego, że mieliśmy z czego splatać marzenia.

Więc Hubysław milczał, mając nadzieję, że może nikt się nie kapnie, że wie, że Novotel Warszawa Centrum nazywał się Forum i był koloru kakaowego. Zresztą, nikt go o nic specjalnie nie dopytywał. Młodzi nie chcą wiedzieć. Nie dlatego nie zadają tylu drążących, egzystencjalistycznych pytań, że są mniej piękni i ulotni, niż my kiedyś byliśmy. Nawet pewnie nie dlatego, że kwietnych łąk i Muz mniej wokół. Dlatego, bo system stracił pamięć, a wraz z nią zdolność uczenia się. Do tego jeszcze wrócę. Pozostańmy na razie przy tym, co łączy wszystkie te postaci: Himisława, Hodysława, Hubysława i niedociekliwych młodych. Otóż – żyjemy w wielkim systemie społecznym, który ma demencję. System to, według jednego z twórców ujęcia systemowego, biologa Ludwiga von Bertalanffy’ego, kompleks elementów i relacji między nimi, który pozostaje otwarty i dokonuje interakcji z otoczeniem. Systemy podlegają ciągłej ewolucji i z biegiem czasu stają się coraz bardziej skomplikowane, zyskując jakościowo nowe właściwości. Teoretyk organizacji Russell Ackoff zaznacza, że system tworzy całość, a próby podziału lub rekonfiguracji siłowej powodują utratę kluczowych aspektów (w przypadku systemów żywych tym aspektem jest życie). Systemy społeczne bywają mniejsze i większe. Wielkie systemy społeczne obejmują całe cywilizacje: struktury społeczne; mechanizmy i dynamiki gospodarcze i polityczne. Działają przez setki, nawet tysiące lat.

Nasz, funkcjonujący od kilku stuleci wielki system społeczny stracił niedawno pamięć krótkookresową, delektuje się wspomnieniami ze swej młodości, które na ogół są mocno podkolorowane lub fałszywe. Wszystko ma wszystkim za złe i stracił zdolność do samoregulacji. W tej sytuacji bardzo potrzebujemy odnowy, od tego zależy przyszłość nie tylko ludzkości, ale i całej planety, coraz bardziej systemowo niszczonej. Jednak odnowa nie przychodzi.

Dzieje się tak, ponieważ system stracił zdolność do regeneracji. Psychologia gestalt uczy, że ludzie tworzą pewne rozpoznawalne kształty, formy, zgodnie z jakimś przyjęty kodem, np. kulturowym. Percepcja kształtowana jest przez relacje między bodźcami percepcyjnymi, które otrzymujemy z otoczenia (czyli tym, co widzimy, słyszymy, czujemy) i formami (czyli tymi właśnie społecznie znaczącymi formami). Bodźce pojawiają się z tego, co odbieramy jako nasze otoczenie. Formy wpisane są w naszą wizję i na ogół nie zauważamy ich istnienia, bo one umożliwiają nam odbiór w ogóle. Taka wpisana forma, czyli gestalt, umożliwia zatem odbiór i wizję, ale jednocześnie powoduje – używając języka teorii systemów – splątanie naszej możliwości, uniemożliwiające widzenie czegoś innego. Zarazem pozwala nam widzieć – jak i widzenie nam uniemożliwia. Rzeczywistość jest wybitnie złożona i bez takiej selekcji odbieralibyśmy wciąż ustawiczny, bezsensowny szum.

Natomiast – co wiemy z doświadczenia i z historii – życie człowieka, społeczeństwa ani ludzkości nie polega na tym, że wszystko pozostaje takie samo. Świat się zmienia. Wszystko płynie. Systemy społeczne, czyli wielkie ponadjednostkowe, ponadgrupowe i ponadgeneracyjne, byty społeczno-ekonomiczno-polityczne także się zmieniają. Zdrowy system ma zdolność odnowy, regeneracji. Energię i inspirację do tego czerpie z różnych źródeł, częściowo wewnętrznych, czyli tego, co wynika z istniejących form. Ale częściowo – i tak jest zwłaszcza z wszelkimi naprawdę nowatorskimi pomysłami – z zewnątrz. Jakaś grupa społeczna, jakiś podsystem, zajmuje się tkwieniem na granicy między tym, co możliwe i istniejące w ramach obecnych form i tym, co nie istnieje, co niemożliwe, co jest czystymi żywymi kosmosami. Można powiedzieć, że chwyta w garść kosmosy i przerabia je na zalążki nowych form. To wymaga kolejnej dygresji.

Istnieją dwa tryby systemowej twórczości. Pierwszy to generowanie, czyli (re)produkcja, polegające na tworzeniu nowych wzorców zgodnie z istniejącym kodem, w ramach obwiązujących form (gestalt). Taka wewnątrzsystemowa kreatywność to umiejętność łączenia kodów w nowy, ciekawy sposób. Drugi tryb to emergencja, wyłanianie się rzeczy absolutnie nowych. W ten sposób pojawiają się powiązania, elementy systemu, który wcześniej nie istniał. Zgodnie z obowiązującymi formami takie elementy są niemożliwe. Nie ma na nie rynku, nie ma zapotrzebowania, nie dadzą się wycenić, ba, nie dadzą się zmierzyć i policzyć. To wszystko można próbować robić, jeśli się ma ochotę, dopiero gdy zostaną „zapakowane” w całkiem nowe formy. Twórczość poza systemem to zdolność do spotkania elementów emergencji.

Brytyjski literaturoznawca Thomas Docherty w swojej książce poświęconej systemowemu atakowi przez neoliberalny kapitalizm na uniwersytety pisze tak: „Uniwersytet można scharakteryzować jako spotkanie, które generuje czas lub które generuje otwartość na przyszłe możliwości, otwartość na różnicę i zmianę, na świat i nasze zaangażowanie z nim i w nim”. W tym pięknym stwierdzeniu chodzi właśnie o tę właściwość, o której pisałam przed chwilą – spotkanie twórcze.

Twórcze spotkanie to gotowość na oryginalność, na przyjęcie inności. Od kilkudziesięciu lat ludzie zdają się obawiać wypowiadać poglądy, które w jakiekolwiek sposób wyróżniają ich z grupy („bańki”), z którą się identyfikują. Nie wolno przekroczyć bańkowych granic w żadnym stopniu, nawet nawołując do wysłuchania drugiej strony. To grozi ostracyzmem i potężną środowiskową agresją. Dziennikarz jest obiektem nienawiści własnej bańki za wypowiadanie nietypowych dla niej poglądów. Wykładowca za to, że wykonuje swoją pracę i mówi studentom o istnieniu alternatywnych form ekonomii, dostaje publiczną reprymendę. Ludzie ze środowiska bliskiego jej ideowo cieszą się z tego, że autorka problemowych książek o tematyce społecznej wyleciała z pracy. Patrzymy na to i widzimy, w zależności od punktu siedzenia: sprawiedliwość, podłość, normalną ludzką reakcję, chamstwo. Może tak jest – oraz dużo, dużo więcej. Natomiast na poziomie mikrosystemów społecznych jest to powtarzający się wzorzec, wynikający z braku czegoś. To brak podstawowej odwagi myślenia i nie jest niczym unikalnym dla współczesnej Polski. Myślę, że to efekt globalnego tąpnięcia uniwersytetu jako instytucji, która na pierwszym miejscu powinna uczyć odwagi myślenia. Czyli umiejętności radzenia sobie z nieistniejącymi, niemożliwymi elementami, z których być może będzie się dało stworzyć nowe formy. Nie istnieje na poziomie systemu nikt, kto strukturalnie hamowałby takie społeczne energie agresji, inb, mobbingu i ostracyzmu skierowane w poszukiwaczy nowych elementów. Nikt, kto strukturalnie odróżniałby ziarno od plew i potrafiłby uspokoić nastroje, wyjaśnić, że im więcej różnych autorek społecznych książek tym wszakże lepiej, że gdyby wszyscy mówili jednym głosem, to doszłoby do skretynienia społeczeństwa, że szukanie nowych form jest cool, jest fajne. Że odwaga intelektualna jest super, a nie zdradą zasady teamplayerstwa i obrazą dla koleżanek i kolegów. Że taka odwaga to psi obowiązek dziennikarza, społecznej pisarki, naukowca. Zwłaszcza naukowca, bo na tym opiera się rola społeczna uniwersytetu.

Więc co się stało z tym uniwersytetem? W Wielkiej Brytanii i innych krajach anglosaskich od kilku dziesięcioleci obowiązuje model szkolnictwa wyższego, do którego Polska dąży. Opiera się on na zasadach biznesu, a więc na mechanizmach popytu i podaży. Uczeni mają produkować naukę (publikować w określonych pismach) i oferować usługę edukacyjną klientom-studentom. Abstrahując od tego, jaki to ma związek z nauką czy edukacją, daje się zauważyć w kontekście tego felietonu szczególnie jedna cecha – popyt występuje wyłącznie na rzeczy istniejące, określone przez dane formy (gestalt). Nie ma popytu na kosmosy. Taki uniwersytet jest konkurencyjny, rynek wymusza konkurowanie: między uczonymi, między uniwersytetami. Przede wszystkim rządzą i porządkują funkcjonowanie uczelni rankingi. Te, na które najczęściej powołujemy się w kontekście oceny polskiej akademii, to narzędzia wypracowane przez firmy konsultingowe i medialne, służące brandingowi, zarządzaniu markami na globalnym rynku studentów. Aspekty akademii nieuwzględniane w rankingach (bądź nisko punktowane) siłą rzeczy zostaną zaniedbane. Dlatego np. warunki pracy naukowców nieszczególnie obchodzą współczesne globalne uniwersytety, nie widziałam takiego rankingu w pismach innych niż związkowe. Tabele rankingowe zwłaszcza nie mierzą niczego nowego – tylko to, co było dostępne od początku i co potem można mnożyć, generować, produkować. Służą jako baza dla podejmowania decyzji konsumenckich przez studentów i decydują o losach konkurujących ze sobą uczelni. To działa, być może, jako mechanizm rynkowy regulujący działalność firm produkcyjnych. W przypadku organizacji mających inną rolę w systemie zmuszanie ich, by funkcjonowały w takim trybie – powoduje głębokie patologie. Abstrahując znów od tego, że nauka wymaga współpracy, konkurencja jest zaprzeczeniem tworzenia, bo ogranicza możliwe formy, zacieśnia je do jądra przynoszącego sukces – ogranicza różnorodność. Taka dynamika systemu prowadzi do systematycznego ignorowania różnorodności, a więc wyklucza poszukiwania nowych elementów na pograniczach systemu. Unikalna rola uniwersytetu w systemie – radykalna twórczość – jest zaniedbywana, a może i blokowana. Mamy współcześnie do czynienia z katastrofą ekologiczną, globalnym kryzysem gospodarczym, pandemią, kryzysami społecznymi i permanentna wojną. Potrzebujemy desperacko nowych form, nie reprodukcji starych. Tymczasem nic nowego na horyzoncie nie świta. Poszukujemy rozwiązań w historycznych modelach, czy to u Hayeka, czy u Keynesa. Ale to nie koniec nieszczęść. Jak wspomniałam wcześniej, system stracił zdolność uczenia się.

Dzieje się tak dlatego, że – jak mówimy wspólnie z Jakubem Brdulakiem – system utracił sterowność, ponieważ z autokorekty na zasadzie sprzężenia zwrotnego ujemnego przeszedł, w epoce neoliberalizmu, na mechanizm sprzężeń zwrotnych dodatnich. Przy sprzężeniu zwrotnym ujemnym, sygnały zwrotne używane jako korekta systemów kontroli, np. tak działa termostat. W systemie społecznym – gdy ludzie protestują przeciwko niskim płacom, po różnych perypetiach płace są podwyższane. Sprzężenie zwrotne dodatnie polega na tym, że sygnały korygujące prowadzą do wzmocnienia istniejących procesów. Wyobraźmy sobie zepsuty grzejnik – jest za gorąco, więc jakiś nieszczęsny szalony mechanizm daje więcej czadu. W systemie społecznym odpowiednikiem jest to, że gdy ludzie protestują przeciwko prekaryzacji zatrudnienia, to prekaryzuje się pracę jeszcze bardziej. To ujednolica władzę i konsoliduje system. Jednocześnie uniemożliwia regenerację, odnowę, dostosowanie do coraz bardziej złożonego otoczenia. Władza w złożonym systemie nie powinna być jednolita, tylko – przeciwnie – odzwierciedlać jego złożoność. Tak głosi systemowe prawo Ashby’ego.

Uczeni zajmujący się systemowym uczeniem się, tacy jak Gregory Bateson, Chris Argyris i Donald Schön, łączyli procesy kolektywnego uczenia się z mechanizmami sprzężenia zwrotnego. Systemowe uczenie się to ujemne sprzężenie zwrotne. Pętla pierwszego stopnia, czyli proste sprzężenie ujemne, to bieżąca korekta, umożliwiająca stabilność niczym termostat. Pętla drugiego stopnia to coś więcej niż reagowanie – owszem, także korekta, ale także poszukiwanie przyczyn, wyciąganie wniosków – to prawdziwe uczenie się. Gdy te mechanizmy nie działają, system przestaje się uczyć, traci pamięć, traci pamięć o tym, że pamięć stracił (piszemy o tym we wspólnym artykule naukowym wraz z Sylwią Ciuk), zostaje dotknięty jakby systemową amnezją. Nic dziwnego, że system jako taki nie domaga się, mając wszakże dostępne jakieś mechanizmy temu służące, rynkowe i administracyjne, by uniwersytety pełniły właściwą sobie rolę. Mechanizmy sprzężenia zwrotnego dodatniego coraz bardziej system ujednolicają, wzmacniają jego patologie (zamiast je eliminować), wywołują błędne koła, konsolidują władzę w jedno coraz węższe i coraz bardziej jednolite centrum, podczas gdy na szeroką społeczną skalę przynoszą coraz większą niemoc i brak sprawczości, odcinają marginesy, które mogły dać nadzieję na odnowę, w wybitnie złożonej rzeczywistości powodują rozpad i fragmentaryzację społeczną, usuwając więzi międzyludzkie, które kiedyś były źródłem zbiorowej sprawczości. Jako ludzkość pędzimy w niebyt.

„Poza niemocą i władzą, poza fragmentacją społeczeństwa na miriady sprzecznych elementów, poza niepewnym frakcjonowaniem pracy, wiedza jest tym wymiarem społecznym, w którym zły sen o kapitalizmie może zostać w końcu rozwiany: nie po prostu odwrócony, mam na myśli całkowicie porzucony jako pusta przestrzeń, zapomniana jak koszmar senny” – pisze Franco Bifo Berardi w swojej książce „Futurability”. I dodaje: następna bitwa będzie dotyczyła autonomii wiedzy, jej wolności od hegemonii istniejących form gestalt, wtłaczających wszystko z coraz większą brutalnością i mocą w ekonomiczne prokrustowe łoża. Nie jest to problem filozoficzny. To kwestia społeczna, oparta na sprawczości aktorów społecznych, pracowników zajmujących się jakąkolwiek produkcją czy tworzeniem znaczeń, wiedzy, wyobrażeń, usług. Robotnicy wiedzy, oderwani od środków produkcji, odarci z możliwości tworzenia, skazani nawet nie na kreatywne przelewanie z pustego w próżne, ale w reprodukowanie rzeczy, w które wierzyć coraz bardziej nie sposób. Kto wie, może to pora na nasz bunt, pięknoduchów i wiecznych gdybaczy? Tylko skąd weźmiemy doń nowe inspirujące treści? W ramach form-klatek (chów klatkowy twórców), w jakich żyjemy, nie ma miejsca na nie; nie ma miejsca na bunt. Czy jesteśmy skazani na uduszenie się w jałowych formach wielkiego systemu społecznego z zaawansowaną demencją?

Na szczęście nie tylko uniwersytet zajmuje się przechwytywaniem kosmosów, niemożliwych elementów, z których być może będzie można stworzyć nowe formy. Innym społecznym podsystemem zajmującym się tym, jest sztuka – to sfera działalności ludzkiej umiejąca sobie radzić ze złożonością. Nasz zjadowaciały demencją system wprawdzie nie kocha artystów i stara się na wszelkie sposoby utrudnić i obrzydzić im życie, ale jednak nie jest to do końca skuteczne. Hubysław może i nie mówi nic swoim studentom o tym, jak to drzewiej bywało, ale nie przyłącza się do ostracyzowania Hodysława, bo po co? Wtedy się nie włączał w takie rzeczy, więc teraz tym bardziej nie musi. Uśmiecha się krzywo pod nosem i zabiera studentów na różne wystawy sztuki mające niewiele wspólnego z „efektami kształcenia”, pokazuje im awangardowe dzieła na zoomie i zadaje do domu układanie playlisty o tekstach, które przeczytali. Nie wiem jak Państwo, ale ja bym tak prędko nie spisywała nas wszystkich na straty.

prof. Monika Kostera

Miasta jako puste skorupy: turystyka miejska w świecie po koronawirusie

Sektor turystyczny zatrudnia w Unii Europejskiej pięciokrotnie więcej osób niż motoryzacyjny. W sporej części południa Europy był jedynym, który przez długie lata stagnacji cieszył się wzrostem. Dla miast takich jak Rzym czy Wenecja, skutkami ubocznymi tego rozwoju były gentryfikacja, zanieczyszczenie środowiska czy upadek tradycyjnego rzemiosła. Pandemia przyczynia się do dodatkowych problemów. Metropolie stoją dziś przed unikalną szansą wypracowania bardziej sensownego podejścia do turystyki – wciąż jednak pozostają pod poważną presją ekonomiczną.

Nowy Jork, Mediolan, Tokio, Barcelona czy Paryż. Globalne ośrodki miejskie były pierwszymi miejscami, które doświadczyły skutków pandemii – począwszy od gwałtownego wzrostu zachorowań. Współczesne centra miast okazały się idealnymi przestrzeniami rozwoju wirusa z powodu dużego zagęszczenia ludności, chronicznego zanieczyszczenia powietrza i dużych przepływów ludzi.

COVID-19 w gwałtowny sposób zmienił opowieść o wielkich metropoliach. Widziane do tej pory jako kluczowe elementy współczesnego społeczeństwa, zaczęły jawić się jako przeludnione, zanieczyszczone, betonowe pustynie. Kiedy czar prysł, okazało się, że zaczęły się wyludniać.

Przepływy migracyjne między wsią a miastem uległy odwróceniu, w wielu zakątkach świata prowadząc wręcz do eksodusu z obszarów miejskich. Podróże turystyczne do najbardziej atrakcyjnych miejsc globu zostały gwałtownie wstrzymane. Tak krajowi, jaki i międzynarodowi turyści – po części z powodu nowych, narodowych i europejskich reguł przemieszczania się, po części zaś z powodu ryzyka infekcji – porzucili kierunki najpopularniejsze do tej pory.

Dane z miast takich jak Barcelona, Praga, Amsterdam czy Rzym prezentują niepokojący stan pogrążonego w kryzysie sektora turystycznego, którego kiepska kondycja zagraża stabilności kluczowych europejskich gospodarek miejskich. Według danych włoskiego urzędu statystycznego ISTAT kraj ten (jeden z kluczowych kierunków podróży na świecie) stracił w 2020 roku 81 milionów gości. Ilość osób odwiedzających miasta takie jak Florencja, Rzym czy Wenecja, spadła w marcu tamtego roku niemal do zera. Biorąc pod uwagę wkład miast w globalne PKB, potencjalne efekty gospodarcze tego stanu rzeczy wyglądają katastrofalnie.

Dotknięte skutkami pandemii, wyludnione z powodu trwającej latami polityki, stawiającej na masową turystykę, teraz zaś zagrożone bezprecedensowym kryzysem sektora, miasta zmuszone są do przemyślenia swej relacji z branżą, która do tej pory stała w samym centrum ich planowania.

Pożarte przez turystykę

W roku 1851 brytyjski przedsiębiorca Thomas Cook, założyciel biura podróży Thomas Cook and Son, zaaranżował przejazd 150 tysięcy osób na Wielką Wystawę odbywającą się w Londynie. Był to największy we współczesnej historii pakiet podróżny. W epoce, kiedy rosły dochody rozporządzalne oraz sieć transportu zbiorowego, model wielkiej wycieczki, zaproponowany przez Thomasa Cooka, szybko się upowszechnił, co skłoniło go do jego powielenia również w innych krajach. Tak właśnie wyglądają początki fenomenu, który dziś określamy mianem turystyki masowej. Wiele też w międzyczasie zmieniło się – turystyczny gigant Thomas Cook we wrześniu 2019 roku zbankrutował, a wizerunek zainspirowanego jego dotychczasowymi sukcesami modelu podróżowania zmienił się z symbolu dwudziestowiecznego dobrobytu w przykład kapitalistycznej branży słynącej z wyzysku.

W raporcie z roku 2016, poświęconym rosnącym wskaźnikom turystów udających się na Islandię, internetowy magazyn Skift określił mroczną stronę demokratyzacji podróżowania mianem „przeturystowania” (ang. overtourism). Skoro możemy przemieszczać się obecnie po świecie coraz szybciej, bardziej komfortowo i taniej niż kiedykolwiek, turystyka przestaje być luksusem. Czy najważniejsze ośrodki turystyczne są jednak gotowe na przyjmowanie coraz większej ilości gości? Co z potencjalnym wpływem tego zjawiska na lokalne gospodarki i ekosystemy tych miejsc?

Sektor turystyczny w znaczący sposób zmienił strukturę i dynamikę społeczno-gospodarczą europejskich miast. Dość wspomnieć o ekosystemie biznesowym, składającym się z bazy noclegowej i gastronomicznej, rozrywki, transportu i zakupów turystycznych. Tak we Włoszech, jak i w całej Europie, coroczne fale odwiedzających przekształciły śródmieścia, przyczyniając się do utowarowienia lokalnego dziedzictwa.

Masowa turystyka często wiąże się dla miast z przepełnionymi ulicami, zwiększoną konsumpcją oraz problemami administracyjnymi. Skutkuje ciągłym obciążeniem dla ograniczonych zasobów, infrastruktury i usług – od zbiórki odpadów po zużycie wody i energii. Skupienie turystów w najbardziej znanych, charakterystycznych częściach miasta dodatkowo pogłębia te problemy.

Paola Minoia, geografka na uniwersytetach w Turynie i w Helsinkach, tłumaczy, w jaki sposób dzisiejsza Wenecja jest efektem deregulacji z przełomu XX i XXI wieku, kiedy to gwałtowne zmiany w polityce samorządowej zniosły ograniczenia handlowe oraz limit 11 tysięcy miejsc noclegowych. Przyczyniła się również do rozpowszechnienia baz noclegowych oraz firm nastawionych bardziej na turystów niż mieszkańców.

Wystarczyło kilka lat, by Wenecja stała się miastem „sklepów z upominkami, takimi jak maski karnawałowe niewiadomego pochodzenia”, w którym niegdysiejsze mieszkania zastąpiły hotele i apartamenty na wynajem. Pojawienie się statków wycieczkowych pogorszyło wpływ turystyki na lokalne środowisko. „Te statki to symbol niezrównoważonej turystyki w Wenecji”, mówi Minoia. „Generowane przez duże motorówki i statki wycieczkowe fale przyczyniają się do erozji brzegu, co z kolei oznacza utratę ziemi oraz destabilizację fundamentów mostów i budynków, którym zaczyna zagrażać zawalenie. Sytuacja ta przyczynia się do zachwiania równowagi w ekosystemie laguny poprzez podmywanie brzegu i wprowadzanie gatunków inwazyjnych”.

Komercjalizacja przestrzeni miejskiej w Rzymie, pobudzająca rozwój niskiej jakości turystyki, sabotuje działania na rzecz rewitalizacji, wprowadzając do niej motyw zysku. W efekcie miasto zmaga się z dużymi problemami przestrzennymi, a „zrewitalizowane” budynki odrywają się od lokalnej tkanki społecznej. W roku 2017 ujawniono, iż budynek „Ex Dogana” – niegdysiejsze centrum wydarzeń kulturalnych i koncertów w różnorodnym studenckim rewirze San Lorenzo – stanie się hotelem, należącym do holenderskiej firmy The Student Hotel. Zamiast oddawać tego typu przestrzenie zamieszkującym daną okolicę, spora część miasta zmienia się w obszary oferujące dostosowane do potrzeb turystów noclegi, sklepy czy ofertę kulturalną.

Masowa turystyka przekształca przestrzeń, strukturę demograficzną i rynki pracy w centrach miast na swój obraz i podobieństwo. Zaczyna się od historycznych starówek. Rosnący popyt turystyczny opróżnia je z dotychczasowych mieszkańców, wypychanych z coraz bardziej nieprzystępnego rynku mieszkaniowego. W ich miejsce pojawiają się luksusowe apartamenty, kuszące spreparowanym doświadczeniem lokalności za wysoką cenę. Trend ten, znany jako „efekt Airbnb”, unaocznia zagrożenia związane ze spekulacją i nieuregulowanym rynkiem mieszkaniowym.

W Wenecji, Rzymie czy Florencji lokalna kultura staje się towarem dla turystów, służącym tworzeniu sztucznego wrażenia obcowania z lokalnym kolorytem. Podmywa to fundamenty miejskiego życia. Słynny rzymski rewir Trastevere stracił swoją tożsamość i lokalną społeczność w wyniku wzrostu cen czynszów oraz zamknięcia warsztatów rzemieślniczych i innych lokalnych biznesów.

Oddech dla miast – katastrofa dla ich gospodarek

Pobłogosławione bogatym dziedzictwem historycznym i artystycznym Włochy przez lata stawiały na zapchanie turystami swych ulic i muzeów. Turystyka, uznawana za bezpieczny kierunek rozwoju nawet w momentach kryzysów, w wyniku braku rozsądnej polityki dywersyfikacji gospodarki naraziła krajową gospodarkę na kłopoty. Obietnica sowitego zwrotu z inwestycji skłoniła do obrania podobnego kursu szereg miast i regionów. Choć na krótką metę był on dochodowy, to na dłuższą przyniósł sporo szkód społeczno-ekonomicznych.

W świetle spadku o 60% ilości zagranicznych gości w roku 2020 najważniejsze włoskie „miasta sztuki” przeżywają wstrząsy gospodarcze i społeczne. Miejskie gospodarki powielają – w lokalnej skali – to samo uzależnienie od turystyki, które oddziałuje na sytuację ekonomiczną całego kraju. Gdy pandemia sprawiła, że najczęściej odwiedzane miejscowości Włoch opustoszały, ich kondycja ekonomiczna zaczęła drastycznie się pogarszać.

Choć imperium Airbnb zdaje się odżywać po pierwszym pandemicznym szoku, to już sam sektor turystyki miejskiej, który wokół niego się kręcił, wciąż ma problemy ze stanięciem na nogi. W trakcie pandemii wszystkie, opanowane przez tego behemota historyczne centra miast świeciły pustkami. Nawet wtedy, gdy kwarantanna w dużej mierze została zniesiona, nie widać w nich wielu znaków życia. Nie brak za to informacji o zamkniętych czy wystawionych na sprzedaż lokalach.

Choć jednak lokalne gospodarki otrzymały potężny cios, to brak turystów przyniósł z kolei ulgę w kwestiach społecznych i ekologicznych. Zdaniem Minoii ilość statków wycieczkowych zawijających do Wenecji sięgnęła szczytu w roku 2019. W trakcie pandemii przestały one zajmować przestrzeń Canal Grande, co umożliwiło spektakularną odbudowę ekosystemu laguny. Gwałtowne zmniejszenie poziomów użytkowania takich środków transportu turystów, jak taksówki wodne czy łodzie, przyczyniło się do poprawy jakości wody, co pozwoliło na własne oczy cieszyć się bogactwem lokalnego ekosystemu wodnego.

Wenecja nie jest tu jedynym przykładem. Poprawę jakości powietrza i wody, związaną ze zmniejszeniem poziomów zanieczyszczeń generowanych przez turystykę, odnotowano w miastach w różnych zakątkach Włoch. Sam Rzym odwiedzony został przez 30 milion osób mniej, co dzięki spadkowi poziomu wygenerowanych ścieków przyniosło ulgę ekosystemom wodnym w otaczającym metropolię regionie Lazio.

Nowe oblicze turystyki miejskiej

Choć wciąż trudno powiedzieć, jak w praktyce wyglądać będą centra największych miast Europy po pandemii – jest jednak pewne, że na ich kształt wpłyną decyzje polityczne, które zostaną podjęte w najbliższych latach. Kluczowym problemem w przemyśleniu na nowo dzielnic śródmiejskich jest fakt, iż stały się one pustymi skorupami.

Głęboki kryzys ekonomiczny oznacza ryzyko, iż Włochy będzie kusić stawianie na krótkowzroczne posunięcia polityczne, które będą podtrzymywać kluczową rolę szkodliwego modelu turystyki w swojej gospodarce. Kryzys egzystencjalny, z jakim mierzą się centra europejskich miast, daje jednak szansę na zaproponowanie nowego, bardziej równościowego i zrównoważonego wzorca turystyki miejskiej.

Czy masową turystykę w ogóle da się pogodzić ze sprawiedliwością społeczną i zrównoważonym rozwojem? W cyklu wywiadów dziennika „The Guardian” burmistrzowie jednych z najczęściej odwiedzanych miast Europy twierdzą, że tak. Zdaniem Xaviera Marcé, barcelońskiego radnego odpowiedzialnego za turystykę, problem tkwi nie w ilości gości, lecz w ich dystrybucji. Ich bardziej równomierne rozłożenie po mieście i porach roku ułatwiłoby radzenie sobie z problemami związanymi z turystyką.

Choć wpływanie na to, dokąd ludzie chcą jechać, nie jest czymś prostym, to rozproszenie kierunków turystycznych mogłoby pomóc rzadziej uczęszczanym terenom w czerpaniu korzyści, które może przynosić ten sektor. Jak jednak wskazuje poświęcony trendom w turystyce raport OECD z roku 2020, bez odpowiednich posunięć politycznych takie działania mogą skończyć się przenoszeniem tych samych problemów w inne miejsca.

Jeszcze przed pandemią ważne europejskie ośrodki turystyczne, takie jak Amsterdam, Barcelona czy Paryż zaprezentowały strategie na rzecz bardziej zrównoważonego charakteru lokalnej turystyki. Miasta te przygotowały plany mające na celu zmierzenie się z problemem gentryfikacji, zanieczyszczeń czy przeludnienia za pomocą regulowania rynku mieszkaniowego oraz ograniczenia ekscesów w sektorze turystycznym i noclegowym.

Najbardziej palącym pytaniem dla wielu miast pozostaje to, w jaki sposób można ponownie zaludnić historyczne centra i umożliwić w nich zgodne współżycie mieszkańców i turystów. Według Minoii miasta muszą zapobiec sytuacji, w której zostaną zdominowane przez turystykę – nawet jeśli oznaczać to będzie wprowadzenie limitów odwiedzin. „Obecny czas przyniósł wytchnienie ludziom i środowisku. Model turystyki miejskiej, który przed nim dominował, oznaczał zawłaszczenie przestrzeni miast – trudno go nawet nazwać turystyką. Musimy dziś bronić miejskiego życia”. Okres pandemii przyniósł nadzieję, że niewynajmowane apartamenty i pustostany w Wenecji zostaną poddane redystrybucji i trafią do osób studiujących, przedsiębiorstw społecznych czy na potrzeby zapewnienia mieszkańcom przystępnego cenowo dachu nad głową.

Bez odpowiednich zachęt i regulacji ze strony rządów, a także planów na odbudowę tkanki miejskiej dzielnic śródmiejskich serca miast pozostaną na łasce masowej turystyki albo – co gorsza – wciąż będą opustoszałe. „Nie wystarczy znaleźć mieszkania i oddać je w ręce ludzi. Musimy sprawić, by miasta znów nadawały się do życia. Oznacza to odbudowę lokalnych sklepów spożywczych, warsztatów rzemieślniczych czy obiektów kulturalnych” – mówi Minoia.

„Historia Wenecji jest mocno powiązana z typem rzemiosła, które właśnie ulega zanikowi. Sytuacja, która panuje od czasu pandemii, może być okazją dla przywrócenia tych tradycji i równocześnie do wypromowania nowych przedsięwzięć generujących zatrudnienie. Wśród młodych ludzi widać zainteresowanie wskrzeszeniem tych rzemiosł, tchnięciem w nie nowego życia”. Odbudowa tkanki społecznej zapobiegnie nawrotowi turystycznej monokultury i promować będzie większe zróżnicowanie, dzięki któremu kryzysy, taki jak ten wygenerowany przez pandemię koronawirusa, odejdą do przeszłości.

Możliwość urzeczywistnienia wizji zrównoważonej turystyki pozostaje dziś jednak na łasce polityków. Podczas gdy miasta pustoszały, debata publiczna we Włoszech skupiała się na nawoływaniu do jak najszybszego sprowadzenia turystów z powrotem. Jako priorytet uznano stymulowanie turystyki krajowej oraz zapewnienie bezpieczeństwa i atrakcyjności centrom miast. We wrześniu roku 2020 włoski minister ds. turystyki i kultury, Dario Franceschini, ogłosił, iż część środków z unijnego Funduszu Odbudowy skierowanych zostanie na „odbudowę turystyki masowej”. Pokazuje to, że wąsko rozumiane, krótkofalowe potrzeby ekonomiczne po raz kolejny kierują polityką publiczną.

„W Wenecji nigdy w oficjalny sposób nie przyglądano się zanieczyszczeniom wody”, mówi Minoia. „Powodem tego stanu rzeczy jest wybór polityczny, będący pochodną gry interesów”. Wobec braku chęci zmian ze strony poziomu centralnego organizacje pozarządowe i ruchy lokalne tworzą bastiony oporu, niezbędne do przesunięcia debaty na temat turystyki miejskiej. „Konflikt interesów stał się jasny, gdy władze miasta zdecydowały się na wydanie zgody na zmiany w planach zagospodarowania przestrzennego, umożliwiające zmianę funkcji budynków z mieszkalnej na turystyczną. Pokazało to, że nie są one zainteresowane troską o zachowanie tkanki miejskiej. Ruchy społeczne, takie jak No Grandi Navi (protestujący przeciwko statkom wycieczkowym) są jedyną wiarygodną opozycją”.

Choć decyzje polityczne mają kluczowy wpływ na przyszłość turystyki to swoją rolę do odegrania mają tu również konsumenci, start-upy czy sektor biznesowy. W tym kruchym momencie, kiedy próbujemy nakreślić wizję przyjaznej dla ludzi i środowiska turystyki miejskiej wyzwaniem staje się uniknięcie wpadnięcia w pułapkę greenwashingu. Jeszcze przed pandemią wiele inicjatyw, realizowanych pod hasłem zrównoważonej turystyki okazało się etycznie wątpliwymi lub trudnymi do wdrożenia. Był nawet czas, gdy to Airbnb uważało siebie za zieloną alternatywę dla tradycyjnego sektora turystycznego. Dziś, próbując wykorzystywać rosnącą świadomość wygenerowaną przez działania współczesnego ruchu ekologicznego, niektóre firmy poprawiają sobie samopoczucie twierdząc, że wspierają ochronę środowiska czy ekonomię społeczną, jednocześnie zalewając rynek niedopracowanymi rozwiązaniami, wprowadzającymi zamęt w głowach konsumentów.

W mgławicy rozwiązań w duchu zielonej konsumpcji daje się jednak znaleźć również innowacyjne rozwiązania z zakresu turystyki miejskiej. W kontrze do modelu Airbnb pojawiła się bardziej lokalna, społecznościowa inicjatywa Fairbnb. Model spółdzielczy sugeruje, iż nie wszystkie aspekty przedpandemicznej turystyki powinny być wyrzucone do kosza. Oddając połowę zysków na potrzeby lokalnych projektów platforma ta stawia sobie za cele dzielenie się korzyściami z turystyki w szerszy i bardziej uczciwy sposób. Choć nie stanowi rozwiązania wszystkich problemów, to zastosowany przez nią model pokazuje, jak mogłaby wyglądać wiarygodna alternatywa, jeśli zostanie wsparta przez odpowiednie posunięcia polityczne.

Zjawiska takie jak korporacyjna ekościema, wyludnianie się historycznych centrów miast czy utowarowienie kultury i przestrzeni publicznej – to tylko niektóre z cech charakterystycznych globalnego modelu turystyki, który rozpada się na naszych oczach. We wzorcu produkcji stawiającym na komodyfikację, hiperkonsumpcjonizm i spekulację, kwestie takie jak ochrona lokalnego ekosystemu społecznego i środowiskowego, odstawiane są na boczny tor.

Obecny czas – choć towarzyszą mu obawy o powrót miejskich „mrocznych wieków” – daje szansę na zmianę reguł dyskusji wokół zrównoważonego (społecznie i ekologicznie) planowania urbanistycznego. Centra miast, wraz z nastaniem ery postpandemicznej, wejdą w okres transformacji, która będzie szansą na przemyślenie relacji między mieszkańcami, turystami i środowiskiem.

Sofia Cherici

Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek

Powyższy artykuł pierwotnie ukazał się na łamach magazynu „Green European Journal”. Dziękujemy redakcji za zgodę na przedruk.

Piękna – i bez znaczenia

Piękna – i bez znaczenia

Globalne ocieplenie, topnienie lodowców, podnoszenie poziomu oceanów i postępujące ich zakwaszenie. Każde z tych pojęć odnosi się do katastrofalnych procesów, a przy okazji żadne nie wzbudza większych emocji. Islandczyk Andri Snær Magnason pisząc „O czasie i wodzie” starał się odczarować ten akademicki język. Do opowieści wplótł historię rodzinną, mity od nordyckich po hinduskie, pradawną poezję i twarde dane. W efekcie otrzymujemy bardzo dobrą literaturę. Która nic nie zmieni. Przekonywanie przekonanych, choć w świetnym stylu.

Czy sto lat to dużo? Dla dzieci, które właśnie przychodzą na świat życie w XXII wieku to realna perspektywa. Te same dzieci mają jeszcze szansę poznać pradziadków, którzy na własnych skórach doświadczyli największego horroru XX stulecia – II wojny światowej – a potem zakasali rękawy, by odbudować świat. Napędzana ropą i powojennym skokiem technologicznym planeta szybko stała się globalną wioską z coraz to szybciej wzrastającą liczbą mieszkańców. Od narodzin naszych dziadków – w czasie zaledwie jednego pokolenia – na Ziemi przybyło 5 miliardów ludzi. Wszystko dzięki uwolnieniu skrytych pod ziemią pokładów energii. Ropa, węgiel, gaz ziemny – te surowce dały ludzkości bezprecedensową możliwość rozwoju. Eksploatacja paliw kopalnych przyniosła też jednak efekt uboczny, dziś oczywisty, sto lat temu abstrakcyjny – emisję dwutlenku węgla. Ten gaz w atmosferze stanowi blokadę dla ciepła, które nie może ulecieć w próżnię; w morzach prowadzi do zakwaszenia, co może brzmi niegroźnie, ale skutkuje obumarciem życia w wielkiej wodzie. A to morskie ukwiały produkują 60 proc. tlenu, którym oddychamy.

W historii Ziemi odnotowaliśmy pięć wielkich wymierań gatunków, stoimy u progu szóstego. „W zamian za każdy znikający gatunek pojawia się owacyjnie przez nas witany nowy znak towarowy. Tiger. Apple. Amazon. Czekamy w kolejkach, nocujemy w namiotach przed sklepami, kiedy na rynek ma wejść nowy rodzaj butów Nike” – konkluduje Magnason. Nie pozostawia też wątpliwości co do tego, kto ponosi większą odpowiedzialność, a na kogo spadną koszty. Autor przywołuje raport Oxfam z 2015 r., według którego 10 proc. mieszkańców Ziemi odpowiada za 50 proc. emisji CO2. Te dane jasno wskazują, że o ile przeludnienie może stanowić poważny problem, to największym jest ciągle konsumpcyjne rozpasanie pierwszego świata. Człowiek należący do jednego procenta najbogatszych odpowiada za emisję równą 175 osób należących do najbiedniejszych warstw społecznych. „Skutki zmian klimatycznych skupiają się jednak w największej mierze na najuboższych, których nie stać, aby się bronić, którzy nie mają możliwości zmienić miejsca zamieszkania” – zauważa Islandczyk.

Naukowcy kładą na stół twarde dane płynące z wieloletnich badań, alarmują o skutkach szybszych niż kiedykolwiek zmian klimatycznych. Niektórzy, jak prof. Szymon Malinowski, mówią wprost: można panikować. Paniki jednak nie widać. Dlaczego? Może problem wciąż jest dość abstrakcyjny? Może klimatolodzy i aktywiści używają słów, które ładunku emocjonalnego nabiorą dopiero za 10, 20 lub 50 lat? W XIX wieku rodacy Magnasona, co wtrąca do opowieści pisarz, nie znali pojęcia wolności i niepodległości. Zignorowali więc rewolucjonistę, który obiecywał im wydobycie się spod duńskiego buta. Do opisywania i zrozumienia świata potrzebujemy odpowiedniego języka. Nie walczysz o suwerenność, jeśli nie znasz i nie rozumiesz koncepcji wolności. Nie walczysz z globalnym przegrzaniem, jeśli „katastrofa klimatyczna” pozostaje jedynie zbitką słów nie budzących całej serii skojarzeń i emocji. Z takiego założenia wychodzi Magnason – filolog, poeta, pisarz, aktywistą proekologiczny, były kandydat na prezydenta Islandii – i podąża tym tropem. Sam przyznaje, że przez dekadę głowił się nad tym, jak mówić o ociepleniu klimatu i jego antropogenicznych przyczynach.

Ostatecznie posłużył się esejem, reportażem, historiami najbliższych mu osób, poezją i mitologią. Poznajemy losy jego dziadków, pionierów wypraw badawczych na islandzkie lodowce. Czytamy o drugim dziadku, który zakotwiczył w Ameryce, a jego życiorys nadaje się na osobną książkę. O wuju, który ocalił zagrożony wyginięciem gatunek krokodyla. Wplatanie portretów krewnych pozwala oswoić naukową terminologię. To problem dziadka i wnuczki, to nasza przeszłość i przyszłość naszych dzieci. Pomaga też odpowiedzieć na pytanie postawione na samym początku: czy sto lat to dużo? Zarówno w czasach Chrystusa, jak i 1500 lat później perspektywa upływu wieku nie zwiastowała niczego nadzwyczajnego. Czy jednak dziś jesteśmy sobie w stanie wyobrazić sobie rok 2121? Dziadkowie autora, prawie stulatkowie, twierdzą zgodnie, że największe zmiany w ich życiu obserwują w ostatniej dekadzie. Wskazówki zegara przyspieszyły i nie chcą zwolnić, bo mają więcej energii niż kiedykolwiek. Ta energia ma jednak swoją cenę, bardzo wysoką. Co się stanie, kiedy temperatura na ziemi wzrośnie o 1,5, a co jeśli wzrost przekroczy 2 stopnie Celsjusza? Jak topnienie lodowców zaburzy globalny ekosystem i co mają z tym wspólnego święta krowa czy prawa kobiet? Jak mity nordyckie splatają się z tymi z Dalekiego Wschodu i jakie wnioski mogą wyciągnąć z tego współcześni? Odpowiedzi na te pytania czekają w książce.

Jak przeprowadzić sprawiedliwą transformację energetyczną? Jak zmusić bogatsze państwa do wzięcia na siebie większych kosztów? W jaki sposób skłonić wielki biznes do rzeczywistych zmian, a nie zadowalać się bezczelnym greenwashingiem (pijarowymi zabiegami, które mają pokazać, jacy to jesteśmy eko)? Jak odwrócić logikę globalnej eksploatacji i ciągłego wzrostu? Tego z eseju Islandczyka się nie dowiemy. Czy Magnason odczarował katastroficzny język opowieści o globalnym przegrzaniu? Nie sądzę, choć podjął piękną próbę. Jednak próbę z góry kierowaną do wąskiego grona czytelników. Dlatego ostatecznie trzystustronicowy esej nie ma żadnego znaczenia. Poza literackim, czyta się to świetnie.

Przemysław Ciupka

Andri Snær Magnason, O czasie i wodzie, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2020.

Zdjęcie w nagłówku tekstu: fot. Remigiusz Okraska

Wilhelm Liebknecht: Muchy i pająki, czyli robotnicy i kapitaliści

Wilhelm Liebknecht: Muchy i pająki, czyli robotnicy i kapitaliści

Znacie tego owada z okrągłym brzuchem i lepkim kosmatym ciałem, co po ciemnych kątach jak najdalej od światła dziennego rozciąga swe mordercze sieci, w których śmierć znajdują biedne, nieopatrzne lub lekkomyślne muchy. Ten wstrętny potwór o okrągłych szklistych oczach, o długich wygiętych nogach, które tak doskonale służą do chwytania i duszenia ofiary, ten potwór – to pająk.

Patrzcie, jak martwo i nieruchomo siedzi w swym kącie, czyhając na zdobycz, która ma dostać się w zakres jego władzy, albo z jaką piekielną zręcznością snuje tę zabójczą tkaninę, która ma chwycić słabą muchę i spętać ją bez litości! Wstrętne zwierzę poświęca dużo, nieraz bardzo dużo czasu na to, by wydoskonalić swe sieci podług wszelkich prawideł sztuki, aby zdobycz w żaden sposób nie umknęła. Oto przeciąga naprzód jedną nitkę, potem drugą, trzecią – coraz więcej. Przerzuca nitki poprzeczne, związuje je nowymi poprzecznymi, ażeby usiłowania ofiary, nawet w najwyższym śmiertelnym strachu czynione, nie mogły rozerwać sieci, tylko ją jeszcze bardziej zacieśniły.

Nareszcie pajęczyna jest gotowa, pułapka zastawiona. umknięcie – prawie niemożliwe. Pająk wraca do swojej nory i czeka, dopóki bujająca w powietrzu mucha, pędzona głodem, nie nadleci, szukając pożywienia.

Nie potrzebuje długo czekać: mucha nadlatuje wkrótce. Wypatrując pożywienia naprawo i na lewo, biedaczka zahacza się raptem o rozciągnięte przed nią sieci i zaplątuje się w nich, przerażona usiłuje wyrwać się i – ginie na wieki.

Zaledwie pająk spostrzeże, że ofiara jest złapana, porzuca swą norę, z krwi żądnym spojrzeniem i wyciągniętymi pazurami, zbliża się z wolna do swej zdobyczy – spieszyć nie ma potrzeby, nędzne zwierzę wie bardzo dobrze, że nieszczęsny owad, który się raz złapał – nie może ujść jego mocy. Coraz bliżej podchodzi, mierzy swą ofiarę zielonkawymi wytrzeszczonymi oczyma i pozbawia ją przytomności. Mucha drży na całym ciele ze strachu, widząc grożące niebezpieczeństwo, chce wyplątać się z więżących ją sieci, chce uciekać i wyczerpuje siły w rozpaczliwym szamotaniu.

Ale próżne wysiłki, daremny trud! Tkanina zaplątuje się coraz bardziej i pająk podchodzi coraz bliżej. Za każdym poruszeniem muchy, pragnącej wyrwać się z pajęczyny, w której drobne i zręczne oka się złapała, coraz więcej nici ją obejmuje, coraz nowe sieci ją oplątują. Nareszcie bezsilna i wyczerpana, niezdolna już do oporu, wpada w ręce swego wroga i zwycięzcy, obrzydliwego pająka!

I oto wstrętny potwór wyciąga kosmate łapy, chwyta ją w śmiertelny uścisk. Po tym zaczyna ssać drżące ciało swej słabej zdobyczy – chłepce krew raz, drugi, trzeci –– zależnie od apetytu i chęci. Zaspokoiwszy na chwilę swe pragnienie krwi, zostawia ją, nie zabijając całkowicie. Potem wraca i ssie na nowo, odchodzi i powraca, aż dopóki nieszczęsnej muchy całkiem nie wyniszczy, póki jej nie pozbawi krwi i soków żywotnych. I długa chwila mija, nieraz bardzo długa, zanim śmierć zakończy te męczarnie.

Dopóki jednak pożądliwa pijawka znajduje jeszcze w ciele lub trupie ofiary najmniejszą cząstkę siły żywotnej do wyssania, nie traci swej zdobyczy z oka. Wchłania w siebie jej życie, wysysa jej siły, chłepcze jej krew i porzuca dopiero wtedy, kiedy nic zgoła już w niej nie ma.

Wtedy biedna mucha, martwa, wyssana, lżejsza od źdźbła słomy, wypada z pajęczyny. Pierwszy powiew wiatru unosi ją z sobą i – wszystko skończone.

Pająk zaś, syty, zadowolony, powraca do nory, kontent z siebie i z całego świata, i dochodzi do przekonania, że porządnym ludziom jednak wcale nieźle dzieje się na tym świecie.

Muchy, które wysysają i zabijają, muchy, które niszczą i których krwią się karmią – to wy, proletariusze po miastach i po wsiach! To wy, uciskane ludy, wy, robotnicy ducha, wy, robotnicy fabryczni i rzemieślnicy, wy, drżące młode dziewczęta i słabe, gnębione kobiety, wszyscy, którzy nie śmiecie żądać swych praw, słowem, wy wszyscy, biedni, wyzyskiwani, których odrzucają precz, kiedy już z waszych żył nic nie można wyssać; to wy, którzy stanowicie całą produkcję, serce, rozum, żywotne siły kraju, i którym jedno tylko prawo przyznają – pokornie i cicho w jakimś kącie nędzny zakończyć żywot, uzbroiwszy w potęgę i upasłszy własną krwią, potem, trudem, myślą, życiem – swoich panów i ciemięzców: obrzydliwe pająki.

Pająki – to panowie, bogaci finansiści, wyzyskiwacze, spekulanci, kapitaliści, uwodziciele, wyższe duchowieństwo, pasożyty wszelkiego rodzaju, twórcy niesprawiedliwych praw, które nas duszą, tyrani, którzy nas ciemiężą. Pająki to ci wszyscy, którzy żyją naszym kosztem, kosztem ludu, którzy nas depczą nogami, którzy szyderczo urągają z naszej nędzy i z naszych daremnych trudów.

Mucha – to biedny robotnik, który się musi poddać wszystkim krwawym przepisom swego pracodawcy, dlatego, że nieszczęsny pozbawiony jest wszelkich środków do życia i musi dla siebie i swoich zdobywać pożywienie. Pająk – to wielki fabrykant, który co dzień zarabia na każdym swoim robotniku 2-3 ruble i raczy płacić mu łaskawie za 10-11-godzinną pracę 1-1,5 rubla dziennie.

Mucha – to górnik, co poświęca swe życie w dusznej kopalni, ażeby wyrwać ziemi skarby, które nie są dla niego przeznaczone; pająk to pan akcjonariusz, którego akcje podnoszą się podwójnie i potrójnie w cenie, i który jednak nigdy nie jest zadowolony i chce zagarniać coraz wyższe dywidendy, który okrada robotników z ich pracy, a kiedy się ważą żądać choćby najmniejszego podwyższenia płacy, woła policję i wojsko na pomoc, aby zmiażdżyło „buntowników”.

Mucha – to dziecię, które już w najmłodszym wieku musi ciężko pracować w fabryce, w warsztacie w rodzicielskim domu, bo praca rodziców nie wystarcza na wyżywienie. Pająk – to nie biedni rodzice, którym nędza każe poświęcać swe dzieci, lecz dzisiejszy przeklęty ustrój społeczny, który z żelazną siłą zmusza ich do gwałcenia naturalnych uczuć, do niszczenia własnej rodziny.

Mucha – to prawe dziewczę ludu, a pająk to nędznik pryncypał lub fabrykant, majster lub dyrektor, którzy czyhają na młode robotnice, korzystając ze swej władzy. Pająk to młody nadęty wietrznik, próżniaczy szlifibruk z „dobrej” rodziny, który ze śmiechem uwodzi młode dziewczęta i wciąga je w błoto, który w tym widzi punkt honoru, aby jak najwięcej kobiet zbezcześcić.

Mucha – to ty, pracowity rolniku, który użyźniasz ziemię dla bogatego dziedzica, siejesz zboże, którego nie zbierzesz, hodujesz owoce, które nie będą twoim pożywieniem. Pająki – to wielcy właściciele ziemscy, którzy zmuszają swych biednych chłopów, swych parobków i najemników do pracy bez chwili spoczynku, aby samym wieść próżniacze życie i opływać w dostatki, którzy z roku na rok podnoszą ciągle dzierżawę i zniżają zapłaty za uczciwą pracę. Muchy to wy, żony robotnicze, które dziś, podczas krwawej zawieruchy wojennej, nie możecie związać końca z końcem i nie wiecie, w jaki sposób wyżywić z nędznego zarobku całą rodzinę. Pająki to spekulanci, kupcy, sklepikarze, obszarnicy, chłopi bogaci, którzy korzystają z wojny i zręcznie tkają sieć drożyzny i spekulacji.

Muchy – to wy wszyscy robotnicy, którzy musicie krew swą przelewać na wojnie, to wdowy i sieroty po żołnierzach. Pająki – to rządy i kapitaliści, którzy przędą sieć intryg i matactw w swym własnym samolubnym interesie, którzy sieciami swej nikczemnej oszukańczej polityki oplątują miliony ludzi, posyłając ich na rzeź, każąc im mordować się wzajemnie niby to dla dobra „ojczyzny”.

Muchy – to my wszyscy, biedni i prości, którzyśmy od wieków drżeli na stopniach ołtarzy, kłonili głowy pod klątwą księży, ku czci i zabawie klechów wzajemnie się pobijali i ciemiężyli, chylili karki i zginali kolana, my, którzy pozwalamy naszym ciemięzcom używać owoców ich nieprawości dlatego, że sparaliżował nas osłabiający wpływ nauki religijnej. Pająki – to te czarne sutanny z obłudnym i zmysłowym spojrzeniem, które oplątują proste dusze swych owieczek poniżającymi naukami i trują je przez ducha poddania i służalstwa, ducha, który, jak temu Polska przykładem, cały naród rujnuje.

Słowem, muchy – to gnębieni, to uciskani, wyzyskiwani; pająki – to haniebni spekulanci i wyzyskiwacze, to samowola i despotyzm we wszelkiej postaci.

Dawniej pająki zarzucały swe sieci z wysokich zamków rycerskich i dworów, dziś obierają sobie z upodobaniem siedlisko w wielkich ośrodkach przemysłu i handlu, w bogatych dzielnicach szczęśliwców naszego wieku. Przeważnie znaleźć ich można po fabrycznych miastach, ale gnieżdżą się też i po wsiach i po małych miasteczkach, ujrzysz ich wszędzie, gdzie istnieje wyzysk, gdzie robotnik, ubogi proletariusz, drobny rzemieślnik, najemnik, zadłużony chłop wystawieni są bez miłosierdzia na bezgraniczną chciwość spekulantów.

W jakimkolwiek miejscu, w mieście i na wsi, wszędzie biedne owady szamocą się daremnie w sieciach swych wrogów, opadają z sił, umierają.

Ileż okropnych tragedii odegrało się w ciągu wieków w tej walce słabych i bojaźliwych much z pożądliwymi i okrutnymi pająkami! Czyż nie widzimy dzisiaj zwłaszcza, jak miliony much-robotników giną na wojnie i jak krwią ich tuczą się pająki – rządy i pijawki kapitalistyczne. Im dłużej trwa rzeź rozpasana, tym więcej trupów zaściela pobojowiska, tym gęściej giną za obcą sprawę bezimienni żołnierze-proletariusze, by sprawcy wojny, cesarzowie, generałowie, urzędnicy, wielcy kapitaliści używali dalej życia w pełni sławy i bogactw, by jeszcze większą stała się potęga tych pająków. Krwawa to i bolesna historia

Przyjrzyjmy się więc bliżej walce, którą dziś muchy z pająkami wiodą, poznajmy warunki, w których się odbywa, oświećmy się, my, muchy, jak urządzone są sieci, które nasi wrogowie na nas zastawiają, starajmy się odkryć ich zasadzki, a przede wszystkim – połączmy się my, którzyśmy pojedynczo za słabi, aby stargać oplątujące nas sieci. Zerwijmy kajdany, które nas pętają, wypędźmy naszych wrogów z ich siedzib, rozszerzmy wszędzie światło, jasne światło wiedzy, aby podłe potwory nie mogły w ciemnościach prowadzić swego zabójczego rzemiosła.

Ach gdybyście tylko chciały, muchy, gdybyście tylko chciały, byłybyście niezwyciężone! Wprawdzie pająki są dziś jeszcze silne, ale ich jest niedużo. Wy zaś, muchy, choć nie macie znaczenia ni wpływu, ale ilość wasza jest olbrzymia. Wy – to życie! Wy – to świat. Gdybyście tylko chciały! Gdybyście chciały się połączyć, za jednym uderzeniem waszych skrzydeł zerwałybyście wszystkie nici, wszystkie sieci, w których was dziś spętano, w których szamocecie się i giniecie z głodu. Koniec byłby wszelkiej nędzy i niewoli – gdybyście tylko chciały!

Nauczcież się chcieć!

Wilhelm Liebknecht

______________________
Powyższy tekst Wilhelma Liebknechta był kilkakrotnie wydawany przez różne polskie ugrupowania socjalistyczne pod koniec XIX i w początkach XX wieku jako krótka i przystępna broszura agitacyjna dla środowisk robotniczych.

Świat po pandemii – debata „Nowego Obywatela”

Świat po pandemii – debata „Nowego Obywatela”

Powyższy tekst to zredagowany zapis debaty poświęconej publikacji „Świat po pandemii. Nowe idee na nowe czasy” – można ją w całości i za darmo pobrać tutaj. Debata odbyła się online 15 grudnia 2020 i została zorganizowana przez „Nowego Obywatela” i Komitet Dialogu Społecznego KIG. W dyskusji udział wzięli: Magdalena i Remigiusz Okraskowie, prof. Monika Kostera, Bartłomiej Kozek oraz Bartosz Bartosik jako prowadzący. W roli gospodarza wystąpił: Konrad Ciesiołkiewicz (Komitet Dialogu Społecznego KIG). Całość spisała i zredagowała Marta Tumidalska.

 

Jak zmieniła nasz świat pandemia?

Remigiusz Okraska: Mówiąc wprost, nasz świat eksplodował. Okazało się, że mamy gigantyczny problem o zasięgu globalnym, który wywraca do góry nogami pewniki na których wszyscy bazowaliśmy, fundamenty gospodarki liberalnej, zglobalizowanej, opartej na intensywnej presji na środowisko naturalne. Pandemia stała się dobitnym potwierdzeniem tego, co od wielu lat staramy się w „Nowym Obywatelu” głośno mówić zarówno w sprawach społecznych jak i gospodarczych, ale w większości przypadków uważano to wcześniej za przesadę, czarnowidztwo, straszenie, szukanie dziury w całym, a w najlepszym razie – za ekscentryczność intelektualną.

Tymczasem rzeczywistość niemal z dnia na dzień potwierdza wiele tych diagnoz. Okazało się na przykład, że gospodarka zglobalizowana ma problem z łańcuchami dostaw. Myślenie typu tego, że będziemy produkować na drugim końcu świata, bo tam jest taniej, nie zdaje egzaminu, bo nagle przywóz tych towarów napotyka na blokadę z powodu problemów sanitarnych, izolacji społecznej, kwestii bezpieczeństwa. A dotkliwym skutkiem są m.in. braki na półkach, w tym braki środków ochronnych, lekarstw itp.

W pandemii coraz głośniejszy jest głos krytyków kapitalizmu.

Magdalena Okraska: Pandemia jasno pokazała, że kapitalizm nie ma odpowiedzi na wszystko. Co więcej, upiera się przy stosowaniu ciągle tych samych rozwiązań. To jest bardzo ważne np. w kontekście tego, jak wygląda obecnie świat pracy i sytuacja pracowników. W 2008 r. na skutek krachu gospodarczego nastąpiło pierwsze otrzeźwienie, pojawiła się świadomość potrzeby zmiany narracji. Tzw. wyczekiwany koniec historii nie nastąpił. Pojawiły się np. ruchy „Occupy”, rozróżnienie na 1 i 99 procent społeczeństwa, a klasowy kontekst sytuacji w świecie pracy zaczął być dostrzegany również przez media liberalne i klasę średnią.

W broszurze „Świat po pandemii. Nowe idee na nowe czasy”, którą napisaliśmy wspólnie z Remigiuszem, przedstawiamy idee odpowiadające na wyzwania dzisiejszych czasów, ale robimy to wbrew tradycyjnym podziałom ideowym. Nie dzielimy ich np. na lewicowe i prawicowe, bo uważamy, że one są niejednorodne środowiskowo. Taka konwencja pozwoliła nam umieścić tam np. tematy związkowe i stricte pracownicze, ale także dotyczące pracy reprodukcyjnej kobiet – niepłatnej pracy domowej, emocjonalnej, fizycznej, niewartościowanej rynkowo i lekceważonej społecznie.

Piszemy też o ideach dotyczących tego, czego jeszcze nie ma, ale już nie ze sfery science fiction. Chodzi o decyzje, które będziemy musieli podejmować w krótkim czasie, np. dotyczące bezwarunkowego dochodu podstawowego, wypłacanego każdemu w równej kwocie tylko za to, że jest obywatelem danego kraju.

Broszura dotyczy globalnych trendów, ale w dotychczasowej publicystyce zajmowaliście się także sprawami lokalnymi, opisując np. sytuację Zawiercia, gdzie mieszkacie. Czy ta zmiana perspektywy była dla was problemem?

R. O.: To, co dzieje się w społecznościach lokalnych, zazwyczaj jest odzwierciedleniem zdarzeń i procesów na poziomie krajowym czy coraz częściej właśnie globalnym. Nie ma już społeczności odizolowanych, nie możemy abstrahować od globalnych procesów, zresztą one często dopiero na lokalnym poziomie są jaskrawo widoczne. Opowieść o globalizacji gospodarczej trafia do odbiorców mniej lub bardziej, ale bardzo wyraźnie przekłada się na społeczność lokalną, bo jeśli powstaje 5 dyskontów to znika 50 małych sklepów, które należały do ludzi związanych z tym miejscem na dobre i złe, i stanowiły część lokalnej tkanki społecznej.

Piszecie o „nowym lokalizmie”. Co to znaczy?

R. O.: To idea, która wybrzmiewa na świecie już od jakiegoś czasu. Bardzo mocno wybrzmiała u początków ruchu antyglobalistycznego, który zwrócił uwagę na fakt, że mimo kulturowego i gospodarczego powiązania, a nawet ujednolicenia wielu miejsc na świecie, wciąż istnieją tradycje i specyfiki lokalne, które są często rezerwuarem pomysłów na rozwiązywanie problemów społecznych. W kosmopolitycznym świecie intelektualnym możemy funkcjonować w ogólnym wymiarze haseł, ale życie ludzi nadal bardzo mocno związane jest z konkretnym miejscem, z jego problemami i wypracowywanymi tam rozwiązaniami. Ruch antyglobalistyczny zwrócił uwagę na lokalną specyfikę problemów, na to, że mimo pewnej wspólnoty doświadczeń w świecie, w którym coraz więcej rzeczywistości się przenika, nie ma uniwersalnej czy uniformizacyjnej recepty na wszelkie problemy. A perspektywa lokalna nie tylko nie przeszkadza w rozmowie o globalnych trendach, ale wręcz przeciwnie, nadaje im dodatkowe zakorzenienie w konkrecie.

Wróćmy jeszcze do wątku krytyki kapitalizmu. Czy pogłoski o jego rychłej śmierci nie są przesadzone? I co nadejdzie po nim?

M. O.: Nie wierzę w to, że kapitalizm podda się bez walki. W euroamerykańskim kręgu ideowym ruchy oddolne dochodzą do pewnych wniosków na temat modyfikowania czy też wręcz obalania kapitalizmu. Ale jest przecież mnóstwo krajów, na których peryferyjności i taniej sile roboczej, problemach zdrowotnych, problemach z wodą itp. kapitalizm korzysta.

Absolutnie nie jestem fanką kapitalizmu, który nawet pomimo pewnych modyfikacji jest moim zdaniem jednym z najgorszych, najbardziej wyzyskowych systemów kontroli człowieka i jego pracy, jaki kiedykolwiek przydarzył się ludzkości. Trzeba mieć świadomość, że on nie jest jedyny, że są alternatywy, ale to wymaga ogromnych zmian i to nie tylko ideowych, bo kapitalizm to potężny przeciwnik. Jednocześnie my znajdujemy się w tej części świata, która może starać się wymóc kierunkowe decyzje np. na wielkich korporacjach.

A kapitalizm w czasie pandemii decyduje m.in. o tym, kto, kiedy i za ile będzie miał dostęp do konkretnych leków. Sam fakt, że szczepionka na COVID-19 będzie darmowa bierze się z tego, że chorują biali ludzie. I ci sami ludzie chcą, żeby szczepionka była szybko. Gdy epidemie uderzały w Afrykę czy w Azję, szczepionki były tworzone wolniej, a więcej osób umierało z powodu braku dostępności, bo koncerny farmaceutyczne kładły łapę na patentach. Zdrowie i życie ludzkie spoza kręgu euroamerykańskiego to są liczby, które w pewien sposób podlegają handlowi, wymianie i wszelkim kapitalistycznym prawom.

R. O.: Zbyt często żyjemy naiwną nadzieją, że system – możemy go nazwać kapitalizmem – zmieni się sam z siebie. To tak nie działa. Mamy do czynienia z brutalną grą interesów, w której ten system pazurami trzyma się swoich stref wpływów i nie odda swojego stanu posiadania bez walki. A zmiany następują albo w wyniku ogromnej presji społecznej, której nie da się zneutralizować, albo wtedy, gdy system staje się dysfunkcjonalny na taką skalę, że nie da się udawać, że jest inaczej.

Tu niezwykle ważna staje się ekologia i ochrona środowiska, które dotyczą samych podstaw bytowania człowieka i innych gatunków. Bo PKB może rosnąć, na rynek mogą wchodzić nowe modele smartfonów czy kolejne udogodnienia cywilizacyjne, ale to wszystko traci znaczenie, gdy w kłopotach pogrąża się fundament przetrwania, czyli odporność naszej planety. Kapitalizm nauczył się sprawnie omijać czy spychać na ubogie obrzeża wiele problemów społecznych, ale wobec wyzwań klimatycznych dochodzi do ściany, bo tu nie da się udawać, że jest inaczej niż jest.

Jestem trochę pesymistą dziejowym, to znaczy uważam, że wiele pozytywnych zmian społecznych wynikało z walki, z determinacji, z upominania się o prawa słabszych, ale wiele innych wprowadzono dopiero po rozmaitych kataklizmach, hekatombach, po wyniszczających wojnach, wśród ruin i zgliszczy.

A gdyby jednak próbować zdążyć przed kolejnym kataklizmem – jak i wokół czego budować skuteczne koalicje na rzecz zmian?

R. O.: Trzeba uświadamiać ludziom, że nie są sami, myśląc, że coś z tym światem jest nie do końca w porządku. Z perspektywy czasu widzę, wyraźnie, że dzisiaj łatwiej już o refleksję, o artykułowanie w sferze publicznej pewnych problemów i nowych idei. To jest duża zdobycz, bo jeszcze 10-20 lat temu propagowanie czegoś, co było w kontrze do neoliberalnego mainstreamu, przypominało walenie głową w mur.

Ale budowanie koalicji to nadal poligon, na którym poruszamy się trochę po omacku, metodą prób i błędów. Nie ma dróg na skróty, trzeba się sprawdzać w boju, a przede wszystkim rozmawiać z bardzo różnymi ludźmi z bardzo różnych środowisk. Metody działania w systemie demokratycznym są tak naprawdę ciągle takie same: mobilizacja społeczna, mobilizacja polityczna. Wiem, że wielu osobom polityka bardzo źle się kojarzy, ale nacisk na decydentów rożnego szczebla jest po prostu niezbędny. Nie wierzę w prezenty od odpowiedzialnych elit władzy czy pieniądza. Musimy się o te reformy społeczne i ekonomiczne ciągle upominać – każdy tak, jak potrafi, w zgodzie z własnym temperamentem i możliwościami. Kluczem jest aktywność, próba osiągnięcia sprawstwa społecznego, a nie oglądanie się na elity.

Co odróżnia presję od skutecznej presji?

M. O.: Żeby wywieranie presji było skuteczne, musi być masowe. Dlatego jeśli ktoś doprowadzi do zmian relacji pracy i kapitału to będzie to prawdopodobnie ruch pracowniczy. Żeby przerazić kapitał, elity, rządzących potrzeba dużych grup ludzi, którzy są w stanie wyjść na ulicę, albo jak w Amazonie blokować wyjazdy ciężarówek. Albo usiąść do stołu negocjacyjnego i tam zabrać głos w imieniu dziesiątek tysięcy osób myślących podobnie.

Druga rzecz to lobbing. Tu dobrym przykładem jest ruch prozwierzęcy. To trochę paradoks, bo obok ruchu ekologicznego należy do tych wyjątków, gdzie beneficjenci nie są w jego stanie zabrać głosu we własnej sprawie. Tu zmianę jakościową wywalczyli nie tyle ludzie, którzy stali na ulicach z transparentami „Macie krew na rękach”, co ci, którzy chodzili do firm, ubierali się w garsonki i szpilki i starali się negocjować jednocześnie z biznesem i z polityką.

I wreszcie to, co zdarza się najrzadziej, ale jednak się zdarza. Tak jak w Polsce przed 5 laty, gdy władza w pewnym sensie odpowiedziała na potrzeby społeczne, mimo że nie były one poparte strajkami czy protestami, a jedynie niezadowoleniem i rezygnacją. To zostało sprawnie wykorzystane przez obecnych rządzących, ale z korzyścią dla wielu słabszych grup społecznych.

Wróćmy do ekologii, o której wspomniano wcześniej jako jednym z kluczowych wyzwań.

Bartłomiej Kozek: Kwestie tego, czy chronić środowisko, przestają być w Europie i w Polsce elementem sporu ideowego lewicy z prawicą. Stają się przestrzenią dyskusji nad sposobami jego ochrony (szczególnie ważnej w obliczu kryzysu klimatycznego), w której odnajdują się siły usytuowane po różnych stronach politycznego spektrum.

Jest to zauważalne również w Polsce, gdzie np. przy okazji ostatnich wyborów parlamentarnych w 2019 r. kwestie środowiskowe pojawiały się w przekazach w zasadzie każdej kandydującej partii, niezależnie od jej nurtu ideowego. Ta sytuacja wpływać będzie pozytywnie również na siły ekopolityczne – odwołujące się przede wszystkim do ekologii, środowiska, zrównoważonego rozwoju – bo zmusza je do zaakceptowania faktu, że nie mają monopolu na kwestie środowiskowe. Pozwala też przekonywać do tych kwestii różnego rodzaju grupy – i to nie tylko te wielkomiejskie, liberalne, kosmopolityczne, ale też te, które łączą kwestie środowiskowe z szeroko pojętą konserwacją, zachowywaniem więzi społecznych i więzi człowieka z przyrodą.

Kto na tym skorzysta?

B. K.: Warto zwrócić uwagę, że już sam fakt konkretyzacji wizji ekologicznej na poziomie Europy – czyli Europejski Zielony Ład – nie wyniknął tylko z dobrej woli, lecz z dość banalnego faktu, że w wielu krajach siły progresywnie patrzące na kwestie ekologiczne zaczęły zyskiwać szersze poparcie. Wywołało to parcie na to, by projekt europejski – jeśli zachować ma swą legitymację społeczną – odpowiadał na trapiące opinię publiczną wyzwania. Czy rzeczywiście odpowiada? W dużej mierze tak. W dokumentach, które towarzyszą temu projektowi, widać wciąż jednak napięcie między starą wizją gospodarki opartej na wzroście a próbą wyjścia poza paradygmat nieograniczonego wzrostu PKB.

W odpowiedzi na kryzys klimatyczny pojawiają się m.in. rozwiązania oparte na mechanizmach rynkowych, jak np. europejski system handlu emisjami, które jednak ich krytykom kojarzą się ze sprowadzaniem przyrody do roli towaru. Są też rozwiązania z obszaru ekologicznej polityki podatkowej, czyli przenoszenia ciężaru opodatkowania z pracy na zanieczyszczenia. Pojawia się pytanie o to, na ile może ona sprzyjać redystrybucji i kto na tej zmianie skorzysta. Czy będzie to np. klasa średnia inwestująca w różnego rodzaju odnawialne źródła energii (co będzie sprzyjać obniżkom ich ceny), czy też raczej skupić się powinno na przeznaczaniu środków na inwestycje publiczne, masowe programy termomodernizacyjne, które mają m.in. zwalczać ubóstwo energetyczne.

Od poprzedniego kryzysu gospodarczego coraz więcej mówi się o tzw. rematerializacji ekopolityki. Upowszechnia się przekonanie, że jest to kwestia bezpośrednio dotykająca tego, w jaki sposób żyjemy: jaki jest poziom naszego życia i jego jakość. W 2008 r. zaczęły upowszechniać się idee takie jak zielony nowy ład czy tworzenie zielonych miejsc pracy. Na forum ONZ w ostatnich latach coraz więcej mówi się o łączeniu sprawiedliwości środowiskowej i sprawiedliwości społecznej. Dane wskazują, że emisje gazów cieplarnianych, wygenerowane przez najbogatszy jeden procent ludzi na świecie, są dwukrotnie większe niż najbiedniejszej połowy ludzkości. W świecie nierówności dużo trudniej troszczyć się o środowisko.

W ostatnich latach zmienia się na lepsze jakość debaty o ochronie środowiska – na bardziej inkluzywną, zarówno pod kątem uwzględniania kwestii społecznych, jak i ideowej różnorodności. Nadal dużym wyzwaniem pozostaje natomiast łączenie kwestii praw środowiskowych z prawami człowieka, oparcie prawdziwie trwałego, zrównoważonego rozwoju na prawie do jakości życia na odpowiednim poziomie, prawie do edukacji, prawie do zdrowia i jego ochrony. A przecież mowa tu o podstawowych dobrach i usługach publicznych niezmiernie istotnych, abyśmy w ogóle mieli siłę myśleć z perspektywy trochę szerszej niż tylko „od pierwszego do pierwszego”.

Czy lokalny kontekst ma znaczenie?

B. K.: W ekologii dużo mówi się o kontekście lokalnym. Problemem jest nie tyle to, że chcemy kopiować 1:1 jakieś rozwiązania ze świata, ale raczej kwestia, że często nie wykonuje się wystarczająco dużego wysiłku intelektualnego, aby się z danym rozwiązaniem zapoznać przed jego wykorzystaniem. Niezwykle ważne jest dostosowywanie rozwiązań środowiskowych do lokalnego kontekstu, specyfiki metropolii, obszarów przemysłowych czy rolniczych. Uwzględnienie kontekstu lokalnych społeczności, nadanie tym rozwiązaniom partycypacyjnego, obywatelskiego, demokratycznego charakteru. Mówienie językiem korzyści o poprawie komfortu życia wynikającej z polityki środowiskowej.

Wracając do kryzysu klimatycznego, mniej boję się apokaliptycznej wizji końca ludzkości niż scenariusza, w którym przez najbliższe dziesięciolecia będziemy stąpać po cienkiej linii na skutek braku ambitnej globalnej polityki klimatycznej, w ekosystemach będzie dochodzić do sprzężeń zwrotnych gwałtownie pogarszających naszą jakość życia, a bardziej tego, że równolegle bogata Północ uzbroi się i okopie, a nasz kontynent stanie się „fortecą Europą” próbującą bronić się przed ludźmi uciekającymi do niej w poszukiwaniu lepszego życia.

Zakończę pozytywnym akcentem z Polski – całkiem niedawno we wschodniej Wielkopolsce powstała strategia sprawiedliwej transformacji tego subregionu, która zakłada dojście do celu neutralności klimatycznej do 2040 r., czyli aż 10 lat wcześniej niż cel europejski. Co ważne, strategia ta została stworzona przy udziale samorządów, organizacji pozarządowych, przedsiębiorców i związków zawodowych. To pokazuje niezwykłą wagę dialogu społecznego, którego istnienie wymaga silnych stabilnych instytucji, również publicznych – kreujących, współtworzących, wspierających ten dialog. Jest on potrzebny do tego, byśmy nie żyli w swoich oddzielnych „bańkach”, lecz przekraczali nasze strefy komfortu. Nagle może się okazać, że właśnie rozmawiając będziemy w stanie stworzyć coś, co realnie odpowiada na wyzwania współczesności. Przykład z Wielkopolski pokazuje jasno, że zmiana jest możliwa. Pozostaje kwestia tego, czy i w jaki sposób naciskać oraz jak najbardziej skutecznie generować sojusze po to, aby ta zmiana faktycznie nastąpiła.

A jak Pani profesor wyobraża sobie przyszły świat? Będzie lepszy niż obecny?

Monika Kostera: Wszyscy zastanawiamy się dzisiaj jak będzie wyglądał świat po pandemii. A ja zaczęłabym od próby odpowiedzi na pytanie, gdzie właściwie znajdujemy się obecnie. W 2012 r. Zygmunt Bauman ponownie zaproponował na dzisiejsze czasy metaforę interregnum autorstwa Antonio Gramsciego jako moment pomiędzy dużymi systemami, kiedy jeden z nich już nie działa, ale nie mamy jeszcze nic nowego na horyzoncie. I teraz mamy do czynienia właśnie z metaforycznie ujmowanym bezkrólewiem. Znajdujemy się bowiem w próżni instytucjonalnej, w próżni socjologicznej – ani tu, ani tu.

Ten okres interregnum jest bardzo nieprzyjemny, z czego zdaję sobie sprawę jako naukowczyni i uczestniczka życia społecznego. Mówimy bowiem o stanie, kiedy wszystko przestało działać i zdaje się być skazane na czarne scenariusze – opisuję to w moich publikacjach jako „apokalipsę socjologiczną”. Obserwujemy rozpad wielkich struktur i instytucji, które latami dźwigały bardzo skomplikowane rozwiązania i mechanizmy społeczne – to wszystko legło w gruzach.

Ale przecież „apokalipsa” oznacza objawienie. Rozpad ujawnia to, co jest pod spodem, to, na czym były zbudowane struktury i instytucje. One powinny być zbudowane na wspólnych wartościach, a okazuje się, że tam pod spodem są przemoc, naga władza, rzeczy, które nas przerażają i odrzucają. To też wprowadza mroczne nastroje społeczne, wywołuje pytania o to, dokąd właściwie zmierzamy.

Uważam, że te wspólne wartości też tam są. Obecnie jest czas na to, aby ich celowo i świadomie szukać, bo one nam się bardzo przydadzą do budowy nowego świata, w którym będzie się nam – ludziom i przyrodzie – lepiej funkcjonowało.

A to dzisiejsze „pomiędzy” przypomina stan, który w antropologii nazywa się liminalność, czyli faza rytuału przejścia pomiędzy odebraniem i nadaniem właściwości, np. roli społecznej. To może być bardzo trudny stan, ale on jednocześnie oferuje też przestrzeń myślenia, potencjał do tego, żeby coś się skrystalizowało, można go wykorzystać do myślenia nad rzeczami, których „nie da się zrobić”. Czyli np. różne anarchistyczne inicjatywy prefiguratywnego zarządzania, kooperatywy, które sobie zresztą ekonomicznie bardzo dobrze radzą, czy też inne alternatywne organizacje gospodarcze, które zarządzają sprawnie, ale za granicą istniejącego systemu – mając na uwadze to, że w przyszłości będzie inaczej, proponując strukturyzację wokół kluczowych wartości.

A co z kapitalizmem?

M. K.: Nigdy zbytnio nie przepadałam za kapitalizmem, ale trzeba uczciwie przyznać, że miał on swoje lepsze czasy, potrafił wchłaniać różnorodność, kraść twórcze rozwiązania socjalistom czy nawet komunistom i na tym budować swoje strategie przetrwania. Ale utracił tę żywotność, stracił sterowność, wpadł w błędne koło oparte na dodatnim sprzężeniu zwrotnym – czyli na zasadzie, że jeśli występuje zakłócenie, to dodaje się więcej do parametru zgodnym z kierunkiem zakłócenia. Czyli, potocznie rzecz ujmując, że jeśli coś nie działa, to stosuje się więcej tego samego. Kapitalizm nie potrafi już w obecnej fazie uczyć się na własnych błędach. Co więcej, w ostatnich czasach zaczyna odcinać marginesy, a jak wiadomo marginesy to są życiodajne peryferia wielkiego systemu. Czyli nie ma skąd czerpać energii dla odnowy.

Jest to jednak wielki system społeczny, więc on może tak umierać przez pięćdziesiąt, albo i sto lat. Popatrzmy na poprzednie systemy – na imperium rzymskie, na feudalizm. A kapitalizm ma nadal bardzo dużą siłę bezwładu i mechanizmy, które w części nadal działają – jak np. mechanizm wzrostu ekonomicznego. Ale bez struktur wspierających i źródeł odnowy to prowadzi do systemów przemocowych, niedemokratycznych i co więcej – do takiego wyniszczenia planety, że dalszego ciągu już nie będzie.

Co mogłoby to zmienić?

Rozmawiamy na przykład o powszechnym dochodzie gwarantowanym. On mógłby być klinem, który możemy wbić kapitalizmowi i pomóc mu umrzeć. Bo gdy ludzie dostaną ten dochód, to mogą się zorientować, że wcale nie muszą pracować w neoliberalnych korporacjach, nie muszą się godzić na hegemoniczne zarządzanie, które już w tej chwili – nikt tego nie ukrywa – opiera się głównie na przymusie. Gdy damy dochód podstawowy, to może ludzie zajmą się np. opieką nad swoimi bliskimi czy nawet po prostu wysypianiem się. Bo trzeba dać się ludziom wyspać. I może zobaczą wówczas, że istnieje dla nich realnie jakaś alternatywa. I to może zrobić dużą różnicę, pomóc temu wielkiemu systemowi umrzeć. A potem możemy próbować na bazie tego coś nowego budować. Ja bym sobie najbardziej wymarzyła jakiś ustrój oddolnego, kooperatywnego socjalizmu. Ale to jest moje prywatne marzenie, nie jestem prorokiem.

Skąd przyjdzie zmiana? Papież Franciszek namawia, abyśmy poszukiwali rozwiązań na obrzeżach, na marginesach. To jest zresztą stara prawda systemowa – zmiana nigdy nie przychodzi z centrum, lecz z marginesu. System je odcina, ale one istnieją – tyle że poza systemem, a więc nie ma ich w mediach, nie są widoczne ani łatwo dostępne. Centrum systemu nie jest źródłem odnowy, bo ono stabilizuje i konserwuje to, co ma. Owszem, bywały takie momenty, był oświecony feudalizm czy też oświecony kapitalizm, ale to były tylko momenty, w których rozwój systemu polegał na umiejętności odnowy, a w tej chwili to absolutnie nie ma miejsca.

Czyli musimy szukać alternatyw?

M. K.: Już w latach 90. profesor zarządzania Heather Höpfl – po słynnej deklaracji brytyjskiej premier Margaret Thatcher „There is no alternative” – powiedziała: musimy szukać alternatyw, bo tam jest przyszłość. Stąd rozwinęło się zresztą zarządzanie organizacjami alternatywnymi, działającymi na obrzeżach systemu czy też poza systemem, bo niektóre z tych organizacji definiują siebie jako funkcjonujące poza systemem kapitalistycznym. Taki totalny margines, choć oczywiście margines jest szeroki, zwłaszcza w złożonym, wielowymiarowym systemie.

Nie mamy pojęcia, skąd przyjdzie ta przyszłość. Może z pięknych kooperatyw, a może z czegoś, co nie jest ani piękne, ani miłe, ani nie gwarantuje przetrwania naszej cywilizacji. Tym bardziej powinniśmy poznawać te obrzeża, te marginesy, te alternatywy, żeby one funkcjonowały w przestrzeni fizycznej, żeby ludzie wiedzieli, że one istnieją.

Jest jeszcze stara dobra rada. Pochodzi z nauk organizacji i zarządzania i brzmi: organizujmy się. Możemy się uczyć od Skandynawów jak organizować się w związki zawodowe. A pamiętajmy, że związki zawodowe zawsze broniły praw pracowniczych, gwarantowały przynajmniej jakieś tam reprezentowanie najsłabszych. A więc zbierzmy się, organizujmy się, róbmy to świadomie. I może będzie dobrze.

Dziwne oblicza antyfaszyzmu

Dziwne oblicza antyfaszyzmu

Jeszcze przed kilkoma laty funkcjonował w zupełnych literackich i politycznych niszach. Całkiem niedawno znalazł sobie specjalizację rezonującą wśród liberalnej opinii publicznej: (anty)faszyzm. „Bada”, „analizuje” i „opisuje” skrajną prawicę i wszystko, co za nią uzna. Opiniuje, poucza, naucza, ocenia, rozlicza, wskazuje, gdzie jest dobro, a gdzie zło oraz kto błądzi. Audytorium ma trochę spod znaku antypisowsko-liberalnej opozycji, a trochę z okolic liberalnej lewicy. Przyjrzyjmy się zatem tej postaci równie wnikliwie jak on sam lubi to robić wobec innych.

Wiemy już z odkrywczych tekstów badacza, że Korwin-Mikke czy Braun mają ponure poglądy, a jakiś marginalny faszol wygadywał bzdury. Mało jednak wiadomo, poza autoreklamą, kim jest, co głosił i porabiał sam badacz. Całkiem niedawno, bo zajmiemy się jego wywodami i zachowaniami nie z odległych czasów, lecz z ostatnich lat, czyli okresu, kiedy bohater tego tekstu, rocznik 1982, przekroczył trzydziestkę i zbliżał się do czterdziestki. Naukowiec, moralista, dziennikarz. Oto Przemysław Witkowski i jego poczynania.

Kilka słów o metodach

Najpierw rzućmy okiem na metody badawcze i dziennikarskie. Bo badacz lubi chwalić się rzetelnością, a tu i ówdzie uchodzi za eksperta.

Gdy na początku roku 2017 zmarł Zygmunt Bauman, na łamach „Vice” Witkowski pożegnał go tekstem pt. „Jak wypaliłem papierosa z Zygmuntem Baumanem”. Opisał tam m.in. swoje relacje z niedawno zmarłym naukowcem. Ex-żona Witkowskiego, poetka Ilona Witkowska, stwierdziła w internecie, że były małżonek przypisał w tym tekście samemu sobie udział w części zdarzeń, w których brał udział nie on, lecz ona, i które znał tylko z jej opowieści.

W marcu 2019 na portalu oko.press Witkowski opublikował tekst poświęcony politycznej przyszłości i sojuszom Agrounii dowodzonej przez Michała Kołodziejczaka. Zastanawiał się, czy Agrounia „skręci w lewo czy w prawo”. Tekst jest w całości poświęcony tematowi bieżącemu. Zawiera wypowiedzi Kołodziejczaka, opatrzone wzmiankami Witkowskiego: „opowiada”, „mówi mi z goryczą w głosie”, „podsumowuje twardo”, „mówi wzburzony”, „odpowiada mi” itd. Niby zwykłe zabiegi dziennikarskie, ale sugerujące, że rozmowa miała miejsce niedawno i została przeprowadzona na potrzeby tego konkretnego tekstu dla oko.press na konkretny temat. Problem w tym, że Witkowski w tym czasie w ogóle nie rozmawiał z Kołodziejczakiem. Odbył z nim rozmowę na potrzeby wywiadu dla „Krytyki Politycznej” znacznie wcześniej, bo w lipcu 2018, czyli dziewięć miesięcy przed powstaniem „bieżącej analizy”. Stamtąd pochodzi część cytatów – bez wzmianki, gdzie były pierwotnie publikowane i jak dawno temu.

Całej sprawie dodaje smaczku fakt, że w tym samym czasie, gdy Witkowski napisał „bieżącą analizę” na podstawie rozmowy sprzed wielu miesięcy, dla oko.press powstał faktycznie bieżący i aktualny wywiad z liderem Agrounii, zamówiony przez redakcję tego portalu. Michał Kołodziejczak udzielił długiego wywiadu dla oko.press innej osobie, po czym ze sporym zdziwieniem zarówno on sam, jak i autorka rozmowy odebrali fakt, że w oko.press nie ukazał się autoryzowany przez niego wywiad, lecz tekst Witkowskiego ze starymi wypowiedziami. Redakcja oko.press, poinformowana o metodach dziennikarskich Witkowskiego, kontynuuje z nim współpracę do dzisiaj, a ówczesny aktualny wywiad z Kołodziejczakiem nie ukazał się nigdy na tamtym portalu (ostatecznie opublikowało go inne medium). Jest to zadziwiające w przypadku redakcji, która publicznie podkreśla swoje standardy dziennikarskie oraz stawianie na fact checking.

Gdy latem roku 2020 ukazała się książka Witkowskiego o Romach, została ona opatrzona rekomendacją autorstwa Lidii Ostałowskiej, znanej reportażystki, autorki tekstów także o tej zbiorowości. Ostałowska zmarła 21 stycznia 2018 roku. Witkowski w rozmowie nagranej z okazji spotkania we Wrocławiu w dniu 22 sierpnia 2018 r., czyli 8 miesięcy po śmierci Ostałowskiej, oznajmiał: „Teraz napisałem książkę […] historię Romów”. Trudno zatem uznać, że autorka rekomendacji miała możliwość przeczytania ostatecznej wersji tego, co rekomenduje. Etyczny wymiar takiego zabiegu oceni każdy samemu.

Na niekompatybilność tych dwóch dat zwróciła uwagę w niedawnej debacie z Witkowskim ekspertka ds. cyganologii dr Emilia Kledzik. Ona oraz prowadząca debatę Katarzyna Czarnota poddały fachowej krytyce wywody Witkowskiego. Poczynając od nieumiejętności sprecyzowania i zdefiniowania tematu, przez dobór przestarzałych, amatorskich i tendencyjnych źródeł oraz pomijanie nowszych, fachowych i demaskujących wiele archaicznych mitów nt. Romów, a także fałszywe informacje („przykro mi to stwierdzić, ale tego typu rzeczowych błędów ta książka jest pełna” – podsumowuje dr Kledzik), a kończąc na tym, że Witkowski w odniesieniu do własnej książki noszącej podtytuł „Polityczna historia Romów” twierdzi, że nie jest to książka romologiczna. Obie uczestniczki debaty wskazują także, iż Witkowski bezkrytycznie operuje archaiczną literaturą pełną mitów, rasistowskich i innych uprzedzeń wobec Romów sporo dekad po wydaniu tych książek i po zdezawuowaniu ich wymowy przez naukowców. Film ten jest w zasadzie miażdżący dla Witkowskiego w roli naukowca. Polecam obejrzeć całość, bo to merytoryczny nokaut.

Alko-agresja

W grudniu 2017 roku, ledwie nieco ponad trzy lata temu, w sobotę nad ranem do pewnego wrocławskiego mieszkania wchodzi pijany osobnik. To Przemysław Witkowski. Od pewnego czasu mieszka w Warszawie. Swoje wrocławskie mieszkanie wynajmuje innym, ale posiada do niego klucze, którymi teraz otwiera lokal. Najemcy to jego kolega Robert z partnerką Karoliną. Są w mieszkaniu, zaskoczeni przybyciem niezapowiadanego gościa, tym bardziej w takim stanie upojenia oraz o takiej porze.

W listopadzie 2019 roku Karolina opisała mi całą historię. Wynajęli mieszkanie od Witkowskiego, oczywiście odpłatnie, ale przez dłuższy czas nie otrzymali umowy najmu. Pomijając ogólny aspekt formalnoprawny tej sprawy (choć przypomnijmy, że Witkowski deklaruje się jako lewicowiec), w pewnym momencie Karolina potrzebowała takiego dokumentu z powodu konieczności udokumentowania kosztów życia w celu ubiegania się o stypendium socjalne na studiach. Zapytała Witkowskiego o umowę. „Potwornie się obruszył i od czasu, kiedy go o tę umowę poprosiłam, zupełnie zmienił swój stosunek do nas – a co ważne, wcześniej się z moim chłopakiem bardzo blisko kumplowali” – relacjonowała mi.

Wspomnianego dnia Witkowski bez zapowiedzi odwiedził lokatorów zupełnie pijany. „Ledwo był w stanie cokolwiek powiedzieć” – wspominała dziewczyna. „Próbowaliśmy go wyprosić, ale też nie chcieliśmy się z nim szarpać przy otwartych drzwiach, żeby nam koty nie pouciekały, on wlazł do środka, położył się w salonie na łóżku i oświadczył, że on tu zostaje i że teraz tak będzie częściej. Znaczy wybełkotał”. Lokatorzy stwierdzili, że wobec tego wrócą do innego pokoju spać, a w międzyczasie Witkowski nieco wytrzeźwieje i zapewne zrozumie niestosowność takich zachowań oraz sobie pójdzie. Po kilku godzinach stwierdzili jednak, że nadal przebywa w mieszkaniu. Po sugestii, iż powinien je opuścić, zaczął, jak relacjonuje Karolina, „robić się agresywny”. Wobec niemożności polubownego załatwienia sprawy najścia, dziewczyna postanowiła wezwać policję: „zadzwoniłam na 112 i jak on usłyszał, że przyjedzie patrol, to natychmiast uciekł”.

Początkowo Witkowski przeprosił lokatorów, więc uznali, że wyciągnął ze swojego zachowania rozsądne wnioski. Szybko okazało się jednak, że niekoniecznie. „Kilka tygodni później od znajomych z Poznania, związanych z Rozbratem [znany skłot i alternatywne centrum kultury Rozbrat – przyp. aut.], słyszę, że Witkowski opowiada o mnie jakieś niestworzone historie – że przyszedł do swojego mieszkania, chciał przenocować, a ja otworzyłam mu drzwi i z miejsca zadzwoniłam po policję, a on musiał uciekać. I Witkowski jeździł po Polsce i opowiadał tę historię, dodając, że jaka ze mnie anarchistka, skoro dzwonię na policję. Poznań nie miał żadnych wątpliwości, które z nas mówi prawdę, a Witkowski zrobił nam niesamowitą awanturę, że jesteśmy wobec niego nielojalni. No i tak się skończyła nasza z nim znajomość” – wspominała w rozmowie ze mną Karolina.

35-letni naukowiec, związany z poważnymi instytucjami dydaktycznymi, mediami i środowiskami politycznymi – m.in. Uniwersytetem Wrocławskim, Collegium Civitas i „Krytyką Polityczną” – bardzo pijany nachodzi lokatorów, urządza awanturę, opuszcza mieszkanie dopiero po wezwaniu policji, a następnie oczernia ofiary najścia w ich środowisku politycznym. I po pewnym czasie blokuje Karolinę na Facebooku.

Do całej sprawy Witkowski przyznał się publicznie pod koniec września 2020 roku, czyli po prawie trzech latach, na swoim profilu facebookowym. W międzyczasie Karolina opisywała pobieżnie całe zdarzenie na kilku lewicowych grupach facebookowych. Rzecz stała się znana w środowiskach niszowej lewicy. Witkowski zabrał głos publicznie po tak długim czasie, stwierdzając o sprawie, że „ostatnio rezonuje ona w komentarzach w internecie i w prywatnych rozmowach”. Na swoim profilu facebookowym przedstawił jednak całość w sposób zupełnie inny. Wedle jego relacji rzeczywiście był pijany, miał problem z nadużywaniem alkoholu, wskutek pijackiej pomyłki nie zapowiedział swojej wizyty w mieszkaniu wynajętym lokatorom. I w zasadzie tyle. Komercyjny wynajem lokalu mieszkalnego deklaratywny lewicowiec nazwał „użyczeniem (za opłatą)”. Nie wspomniał ani słowem o tym, że zachowywał się agresywnie i że właśnie to było przyczyną wezwania policji. Nie wspomniał też ani słowem, że tygodnie po samym wydarzeniu oczerniał lokatorów w ich środowisku politycznym. Że zarzucał im „brak lojalności” po tym, jak odpierali jego fałszywe zarzuty wobec nich.

Cała facebookowa opowieść Witkowskiego o tej sprawie nie tylko była pozbawiona zasadniczych informacji. Szybko także zamieniła się w festiwal masowej publicznej nagonki na Karolinę i Roberta. W mnóstwie komentarzy można było przeczytać wyśmiewające, szydercze lub agresywne opinie, że co to za przyjaciele, którzy zamiast przygarnąć niezapowiedzianego gościa sobotnim wczesnym porankiem do „użyczonego” mieszkania, wezwali bez powodu policję. Witkowski takie komentarze polubiał

lub nie kasował ich (np. takiego o treści: „Ale z nich bufony nadęte”), choć były sprzeczne z prawdą i obraźliwe dla Karoliny i Roberta. Opowieść Witkowskiego stała się okazją do nagonki na ofiary najścia agresywnego pijanego człowieka – nie na jego sprawcę. Zwracała na to uwagę jedna z komentatorek

Po opublikowaniu tamtych wywodów, Karolina napisała na swoim profilu facebookowym o tym, co Witkowski pominął: że był agresywny, że całość trwała kilka godzin, że z powodu jego zachowań „baliśmy się o bezpieczeństwo swoje i naszych zwierząt”. Karolina odnotowała także, iż jest zablokowana i nie może skomentować wersji Witkowskiego, co pod jego wpisem zaczęły podkreślać inne osoby, więc ostatecznie została odblokowana. Napisała wówczas w dyskusji pod postem Witkowskiego: „wezwałam policję, kiedy o piątej rano bez uprzedzenia do mieszkania, w którym mieszkałam od już chyba roku wszedł pijany człowiek. I nie, nie zrobiłam tego dlatego, że tam wszedł i zasnął, tylko dlatego, że po kilku godzinach był wobec mnie i mojego partnera agresywny i zwyczajnie bałam się o swoje bezpieczeństwo. I bardzo chciałabym na tym zakończyć ten ściek, który się tu wylewa pod adresem moim i mojego partnera”.

W zasadzie jedyną osobą rozpoznawalną publicznie, która w dyskusji pod wpisem Witkowskiego zabrała głos krytycznie, była Beata Siemieniako, prawniczka dopominająca się o prawa lokatorów, autorka książki o przekrętach związanych z reprywatyzacją i wynikających stąd ludzkich krzywdach:

Jakie wnioski wyciągnął Witkowski z całej sytuacji? Takie, że pisze per „alkopatola” o ludziach nienadużywających alkoholu lub szydzi z komentatorów z prawicy, którzy jakoby coś napisali pod wpływem alkoholu.

No tak, gdy całkiem niedawno ktoś zupełnie pijany nachodził lokatorów, awanturował się i uciekał dopiero po wezwaniu policji, w sam raz nadaje się do opiniowania tego, że dorośli ludzie sfotografowali się z piwem, a inni napisali coś bełkotliwego na Twitterze.

Mowa nienawiści

Tego typu zachowania i wywody raczej nie zszokują nikogo, kto miał okazję obserwować wypowiedzi Witkowskiego przy różnych okazjach. Wystarczy spojrzeć na przykłady:

Nic dziwnego, że o Witkowskim pierwszy raz zrobiło się publicznie głośniej właśnie z powodu wulgarnego języka. Na początku maja 2018, niespełna trzy lata temu, napisał o „bezmózgu z Anglii”. O kim tak napisał? O podtrzymywanym przy życiu ciężko chorym chłopcu, Alfiem Evansie, którego losy poruszyły miliony ludzi na całym świecie. Napisał to wkrótce po śmierci dziecka. Dołożył do tego spiskowe rojenia o tym, jakoby sprawa głośna i wzbudzająca emocje w wielu krajach miała… „przykryć” jeden z protestów społecznych w Polsce: 

Wypowiedź Witkowskiego odbiła się szerokim echem. Oburzeni komentatorzy domagali się wyciągnięcia konsekwencji m.in. od publicznego pracodawcy Witkowskiego, czyli Uniwersytetu Wrocławskiego. Bo warto pamiętać, że autor tych wszystkich wybryków i wypowiedzi żyje od lat m.in. za nasze, tj. podatników, pieniądze. Po fali krytyki Witkowski ostatecznie przeprosił za swoją wypowiedź i skasował post o zmarłym dziecku.

Bynajmniej nie zaprzestał agresywnych wypowiedzi. Wykładowca uniwersytecki tak oto komunikuje się z odbiorcami swego profilu facebookowego np. w grudniu 2020:

i tak w tym samym czasie pisze o innych

a nawet w podobny sposób opiniuje Slavoja Žižka:

Oczywiście sam jest niezwykle wrażliwy i delikatny w kwestii nieładnych słów pod jego adresem:

Kiedy(ś) szambo wybije?

Pod koniec sierpnia 2020 roku napisał do mnie znajomy lewicowy komentator i naukowiec. Zrobił to à propos jednej z facebookowych dyskusji o innej postaci z tego środowiska – dyskusji na temat niestosownych zachowań wobec kobiet. Stwierdzał: „z kilku źródeł wiem, że na Witkowskiego też są grube kwity. Powstawał już nawet tekst jakiś czas temu. […] o jego wybrykach słyszałem kilkakrotnie we Wrocławiu, tyle że bez szczegółów – wyłącznie, że są to rzeczy »bardzo grube« i mówiły to osoby, które nie są entuzjastkami Me too”.

Mój rozmówca informował, że cała sprawa miała zostać ujawniona przed kilkoma laty, gdy na fali akcji Me too, dokumentującej przemoc seksualną, powstał w listopadzie 2017 głośny tekst opisujący zachowania Jakuba Dymka z „Krytyki Politycznej” oraz Michała Wybieralskiego z „Gazety Wyborczej” (wspomniany Wybieralski regularnie gości na facebookowym profilu Witkowskiego – jak widać, gospodarzowi nie przeszkadzają takie wybryki).

Rozmówca twierdzi, że wówczas zachowania Witkowskiego zamierzała opisać pewna kobieta z Wrocławia. Nie doszło do tego, jak twierdzi mój rozmówca, wskutek niejasnych poczynań osób związanych ze środowiskami feministycznymi. W grę wchodzić miały prywatne znajomości i zależności między tymi osobami a Witkowskim. Mój pierwszy rozmówca zasugerował kontakt z inną osobą, która prawdopodobnie zna sprawę lepiej i z bezpośredniej relacji domniemanej ofiary. To nasz wspólny znajomy, też z kręgów lewicowych i naukowych. Obie te postaci są znane z licznych działań publicznych, długiego stażu na lewicy, nieskłonne do personalnych konfliktów, nagonek, plotkarstwa itp.

Kolejny rozmówca potwierdza, że zna domniemaną ofiarę niewłaściwych zachowań Witkowskiego – kobietę, która chciała na fali Me too opisać całą sprawę, lecz odbiła się od muru obojętności. Zna też jej relację na temat niestosownych zachowań Witkowskiego. Wymieniamy kilka e-maili o tym wszystkim. Dowiaduję się, że od domniemanej ofiary wie on, iż w grę może wchodzić więcej osób doświadczających niestosownych zachowań Witkowskiego: „Jeśli zgodziłaby się z Tobą o tym porozmawiać, to jest szansa, że przekaże kontakt do innych osób, które mają o Witkowskim opowieści – nazwijmy to – nieprowadzące do aż tak ciężkich zarzutów, ale pozostające w temacie. Słyszałem od niej o przynajmniej jednej innej”.

W trakcie wymiany e-maili on także wspomina zablokowanie ujawnienia całości: „już swego czasu miała wszystko opisać, tylko sprawa się gdzieś rozmyła m.in. przez to, że bardzo negatywnie zareagowało środowisko […], któremu zaproponowała tekst o tej sprawie”. W ostatnim tygodniu września 2020, pisze do mnie: „Ta osoba […] nie chce anonimizacji i ponoć dosłownie w ostatnich dniach wreszcie ułożyła sobie oświadczenie w całej sprawie”. Autorka chce przed przesłaniem opisu sprawy porozmawiać. „Jak się z nią widziałem, to ona (bez żadnej presji) powiedziała, że zadzwoni do Ciebie na 100% i na tej podstawie zdecyduje – miała wręcz, na ile to możliwe w takiej sytuacji, trochę entuzjazmu”. Ale domniemana ofiara nie odzywa się nigdy. W krótkim czasie z osoby chętnej publicznie i pod nazwiskiem opisać całość staje się osobą milczącą o całej sprawie i niechętną jej zrelacjonowaniu. Dzieje się to w tych samych dniach, gdy Witkowski nagle po prawie trzech latach opisuje pijackie najście w mieszkaniu, którego „użyczył” Karolinie i Robertowi.

Być może za kolejne lata Witkowski rozliczy się publicznie i z tej kwestii. A może w końcu przemówi domniemana ofiara. A może podzielą się szczegółami ludzie, którzy znają jej opowieść, lecz póki co z szacunku dla jej prywatności nie chcą relacjonować szczegółów publicznie.

Na razie wiemy, że 9 stycznia 2020 r. feministka Maja Staśko opublikowała na Facebooku post o treści: „Wczoraj Joanna Lech opisała seksistowskie zachowanie poety – ale nie wskazała, o kogo chodzi. Po tym poście pisały do niej inne poetki i krytyczki. Okazało się, że wiele z nich rozpoznało go, inne myślały o kimś innym – i w miarę im się zgadzał wzór zachowania i reakcja środowiska. Tylu jest tutaj seksistów, że trudno było rozpoznać. A sposoby ich ochrony i bagatelizacji przemocy są zawsze te same. W komentarzach pojawiło się z kolei oburzenie, że nazwisko seksisty nie zostało ujawnione. Przez całą noc rozmawiałyśmy z dziewczynami z poezji o dyskryminacji i przemocy, której doświadczałyśmy. I postanowiłyśmy postawić POETYCKĄ TABLICĘ SEKSISTÓW. Domagaliście się nazwisk? To macie”. Wśród kilkunastu nazwisk pojawia się Przemysław Witkowski. Kilku mężczyzn wymienionych na tej liście przeprosiło publicznie za swoje niestosowne zachowania. Witkowski nie odniósł się do tego publicznie nigdy.

Forsa z Kremla?

Może chociaż w kwestii ideologicznej jest to człowiek żelaznych zasad i niezwykle konsekwentny? Tak właśnie lubi się prezentować. No to przyjrzyjmy się tej działce w zaledwie ostatnich kilku latach i porównajmy deklaracje z czynami.

Jednym ze stwierdzeń goszczących w wywodach Witkowskiego jest to, jakoby skrajna prawica w Polsce i innych krajach była finansowana przez Kreml, czyli putinowską Rosję, w celach niejasnych, ale niecnych. Wedle tych opinii Kreml ma finansować w Polsce m.in. podsycanie nastrojów antyukraińskich. Być może tak jest faktycznie. Pojawiały się raporty analityków z krajów Zachodu wskazujące na takie właśnie wykorzystanie „kremlowskich pieniędzy”. Tyle że zazwyczaj mówią one także i o tym, że rosyjskie pieniądze trafiają również do antyukraińskiej i prorosyjskiej skrajnej lewicy. Tymczasem Witkowski dziwnym trafem ma na koncie kilkuletnią współpracę z właśnie takimi środowiskami lewicowymi, które swojej opcji prorosyjskiej nie ukrywają.

Portal strajk.eu powstał jesienią 2014. W jego ekipie oprócz kilkorga osób z kręgów postkomunistycznych znaleźć można ludzi z niewielkich środowisk skrajnej lewicy. Już kilkakrotnie pojawiały się wątpliwości, skąd biorą się środki na funkcjonowanie inicjatywy. Niszowy portal produkuje sporo treści, ma stały zespół redakcyjny, zatrudnia kilka osób, inni piszą tam odpłatnie, niczego nie sprzedaje, nie ma komercyjnych reklam, niemal nie zbiera środków od sympatyków, a wszystko to od lat i nie w postaci krótkiego zrywu – jest to zatem ewenement wśród mediów w Polsce. Jego twórcy są powiązani z innymi inicjatywami prorosyjskimi czy wręcz rosyjskimi. Obecny szef portalu Maciej Wiśniowski (wedle oficjalnych deklaracji to pieniądze z jego działalności gospodarczej mają finansować portal) publikuje na polskojęzycznym rosyjskim portalu Sputnik News, mającym główną siedzibę w Moskwie. Zanim powstał strajk.eu, dla kremlowskiego „Głosu Rosji” (to medium zostało rozwiązane po stworzeniu Sputnika i przejęciu przezeń jego funkcji) napisał np. reportaż z okupowanego Krymu, utrzymany w duchu mniej więcej takim, że panuje spokój i porządek, nic się złego nie dzieje. Natomiast na łamach Sputnika ubolewał w 2015, że w Polsce „Raptowny skok rusofobii nie zaczął się od 2014 roku, od Krymu i wojny na Ukrainie. Jej początek można go usytuować w okolicach 2005 r. kiedy wiadomo było, że Rosja rozpoczyna walkę o swoje, przez siebie zdefiniowane interesy. Głównym obiektem ataku stał się Władimir Putin”. Z kolei pierwsza szefowa strajk.eu, Agnieszka Wołk-Łaniewska, dziś bryluje na łamach Sputnik News. Już w 2014 zostali oni opisani przez „Newsweek” jako część środowisk prorosyjskich wpływów w Polsce.

O takim „klimacie” strajk.eu mówiła na początku roku 2016 jedna z liderek partii Razem, a dzisiaj posłanka Lewicy, Marcelina Zawisza, pracująca w strajk.eu w początkach istnienia portalu. Wszystkie te dziwne związki strajk.eu opisał portal ARB Info w obszernym tekście – portal ten powinien być dla Witkowskiego wiarygodny, bo założył go jego znajomy, Tomasz Piątek, a sam Witkowski miał wedle deklaracji twórcy portalu dołączyć do jego współpracowników. Na podobne zjawiska związane ze strajk.eu uczulał także Igor Isajew, regularnie goszczący z komentarzami na facebookowym profilu Witkowskiego.

Tyle osób wie i mówi, tylko sam tropiciel „kremlowskich pieniędzy” niczego nie zauważył. Witkowski regularnie współpracował ze strajk.eu przez długi czas. Jego teksty pojawiły się tam kilka miesięcy po uruchomieniu portalu, pierwszy prawdopodobnie w lipcu 2015. Pisywał tam przez cztery lata.

 

W tym samym czasie na portalu można było regularnie przeczytać m.in. wywody, że na Majdanie być może strzelali do protestujących ich polityczni sojusznicy (opowieści te opublikowano kilka miesięcy po tym, jak Witkowski na strajk.eu zamieścił swój pierwszy tekst), że masakrę urządziły tamże nie siły policyjne prorosyjskich władz, lecz… prozachodnia opozycja (tekst opublikowano rok przed tym, nim Witowski zamieścił tam swój ostatni tekst). I tak dalej. Tego rodzaju wywody na portalu były liczne. Wydawałoby się, że ktoś tak wyczulony na „kremlowskie pieniądze”, knowania Putina i antyukraińskość zauważy to wszystko w miejscu, w którym regularnie publikuje. Ale nie zauważył. Co tak zamgliło wzrok? Przecież chyba nie honoraria? A może chodzi o to, że zanim zaczął być jako tako rozpoznawalny w liberalnym mainstreamie z powodu „antyfaszyzmu”, takie treści wcale mu nie przeszkadzały, a następnie uznał, że mogą jednak przeszkadzać nowym współpracownikom i oferentom honorariów?

Od pewnego czasu jego autorskie teksty nie pojawiają się już na tych łamach, ale regularnie gościł jako ekspert zapraszany przez to medium jeszcze w grudniu 2019.

Rozmawiał wtedy z redaktorką Małgorzatą Kulbaczewską-Figat – zrobiło się o niej głośno latem 2020 roku, gdy wzięła udział w rosyjskiej „konferencji naukowej”, której uczestnicy przyjęli stanowisko, wedle którego ZSRR nie ponosi odpowiedzialności za… mord w Katyniu. Co prawda odcięła się od tego stanowiska, ale sam udział w takim spędzie mówi wiele o powiązaniach i sympatiach. Witkowski, oczywiście, wciąż i wciąż „nie zauważa” w strajk.eu niczego dziwnego w temacie prorosyjskość i antyukraińskość.

„Nie zauważył” też podobnych klimatów u nigdy nie kryjącego sympatii prorosyjskich i takiejże orientacji tygodnika „Przegląd”. Także i tu pisywał, co najmniej w latach 2018-2020.

Produkował tam wywody typu: „Razem to partia z marzeń Jarosława Kaczyńskiego. Jednocześnie antykomunistyczna, patriotyczna, nawiązująca do tradycji Polskiej Partii Socjalistycznej, pronatowska, antyrosyjska, bez kierownictwa rodem z Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej”. Także tym razem „nie zauważył” ani antyukraińskich okładek, ani pogrywania tamże takimi wątkami.

Warto też dodać, że jeden z tekstów Witkowskiego z „Przeglądu” przedrukował za zgodą redakcji pisma wspomniany rosyjsko-kremlowski portal Sputnik News.

Nie mam pojęcia, czy strajk.eu dostaje „kremlowskie pieniądze”, zresztą nawet gdyby dostawał, to przeciętnie rozgarnięty człowiek zrobi to na tyle sprytnie, że nikt go za rękę nie złapie bez pomocy wyspecjalizowanych służb. Nie uważam też, żeby w demokracji nie było miejsca dla poglądów „prorosyjskich” czy „antyukraińskich”, choć sam takich nie podzielam. Groteskowe i dwulicowe są natomiast alarmy „antyfaszysty” w sprawie rzekomych pieniędzy z Kremla i prorosyjskich poglądów w środowiskach prawicowych, skoro on sam latami współpracuje z podobnie zorientowanymi środowiskami lewicowymi.

Fuj i be, chyba że koledzy

Witkowski w ogóle „przeocza” różne sprawy, co musi dziwić w przypadku kogoś, kto reklamuje się jako analityk, tropiciel, drobiazgowy poszukiwacz błędów i wypaczeń, czyli odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego. Tam, gdzie mu wygodniej je „przeoczyć”, robi to.

„Przeoczył” na przykład bardzo ciekawe poczynania swojego kolegi i współpracownika. Chodzi o Piotra Nowaka, związanego z wspomnianym portalem strajk.eu chyba od początku jego istnienia. Obaj regularnie mają kontakt prywatny i zawodowy, sporo „eksperckich” wypowiedzi Witkowskiego dla tego portalu, już po tym, gdy przestał tam pisać, pochodzi właśnie z tekstów Nowaka:

Ten ostatni to postać znana w środowiskach niszowej lewicy od lat z zaawansowanych praktyk tzw. trollingu, czyli produkowania w internecie treści bzdurno-obelżywych. Od pewnego czasu stonował takie zachowania, ale wciąż można się natknąć np. na takie jego przemyślenia i opinie:

Potrafi także postraszyć, gdy ktoś na lewicy ma czelność mieć odmienne zdanie:

Ale jeszcze ciekawsza jest sprawa poczynań Nowaka, który podobnie jak Witkowski reklamuje się jako konsekwentny antyfaszysta, nieskalany żadną prawicowością. Tymczasem Witkowski znowu „przeoczył”, że jego kolega miał, całkiem niedawno, związki ze skrajną prawicą. Po napaści Rosji na Ukrainę środowiska prorosyjskiej skrajnej prawicy w Polsce zorganizowały „manifestację antywojenną” pod… ambasadą Ukrainy w Warszawie. Tak, to nie pomyłka, Ukrainy – nie pod ambasadą Rosji. Akcję opisywał skrajnie prawicowy xportal. Najpierw jednak oddajmy głos samemu Witkowskiemu, który w swoich tekstach pisał: „Bartosz Bekier to prawdziwy obieżyświat. Z biurem podróży »Putin Travel« odwiedził już Syrię, Krym i Donbas. W Rosji był wielokrotnie. Były szef ONR Mazowsze i były wiceprzewodniczący partii Zmiana dziś przewodzi skrajnie prawicowej Falandze. Jego ludzie organizują zamachy terrorystyczne na Ukrainie, podszywając się pod banderowskich nacjonalistów”. Oraz: „Falanga w promocji swoich prorosyjskich stanowisk stawia też na szeroko na działania medialne. Prowadzą Xportal, Xradio, Xportaltv i Wydawnictwo ReVolta. W Xportalu znaleźć można teksty wielu faszystów”. A teraz zacytujmy wspomniany Xportal, który opowie nam o „manifestacji antywojennej” z udziałem Nowaka, kolegi Witkowskiego, w sierpniu 2014:

„23 sierpnia bieżącego roku pod Ambasadą Ukrainy w Warszawie odbyła się manifestacja antywojenna pod hasłem: »Pokój dla Ukrainy«. Punktualnie o godz. 15:00 zebrali się czytelnicy Xportal.pl oraz działacze i sympatycy Samoobrony, żeby zademonstrować swój sprzeciw wobec działań wojennych prowadzonych w ramach tzw. operacji antyterrorystycznej. Obecne też były media z Polski i zza granicy. Nad ponad setką zgromadzonych powiewały flagi Polski, powstańczych republik ludowych, organizacji biorących udział w akcji oraz zakrwawione symbole narodowe Ukrainy. […] Pierwsi głos zabrali uciekinierzy i jednocześnie naoczni świadkowie wojny – krótko opisując tragedię swoich rodzin. Następnym mówcą był dr Mateusz Piskorski, szef międzynarodowej misji obserwacyjnej na Krymie. Dr Piskorski sugerował prawdziwych inspiratorów konfliktu. Wskazał obecnym, że powinni w tym momencie znajdować się pod ambasadą USA, państwa, które jest za obecny chaos odpowiedzialne, które zamiast wysyłać leki i jedzenie, wysyła za pośrednictwem swoich politycznych satelitów kamizelki i hełmy dla ochotników z neobanderowskich organizacji. »Stiepan Bandera – pachołek Hitlera!« – takim okrzykiem rozpoczął swoje przemówienie Bartosz Bekier, redaktor naczelny dziennika »Xportal«, który m.in. przedstawił zgromadzonym relacje ze swego niedawnego wyjazdu do Donbasu oraz opowiedział o panujących tam nastrojach, jednocześnie zaznaczając konieczność zaangażowania Polaków w walkę o prawdę z jednostronnymi przekazami medialnymi. Gdy zgromadzeni zakończyli skandować antykapitalistyczne hasła – m.in. »Na pohybel oligarchom!« – głos zabrał Piotr Nowak, bloger lewica.pl, zwracając uwagę na ekonomiczne i klasowe aspekty oraz skutki tej wojny [podkreślenie moje – R. O.]. W dalszej kolejności Jacek Kamiński odczytał »Manifest Ludowego Frontu Wyzwolenia Ukrainy, Noworosji i Rusi Przykarpackiej«”.

Całość można przeczytać tutaj. Warto dodać, że wspomniany w tekście Jacek Kamiński to były działacz skrajnie prawicowego Narodowego Odrodzenia Polski. Dziś można na jego wywody regularnie natrafić – co za niespodzianka – na portalu strajk.eu.

Witkowski, który w razie potrzeby wypomina innym choćby i po 20 latach jakiekolwiek niewielkie czy taktyczne formy współpracy z prawicą, wybacza to samo swoim kolegom wspaniałomyślnie już po latach zaledwie kilku. Sam zresztą ortodoksem tego typu jest od niedawna. Przy okazji psioczenia na „zmanierowaną i gnuśną” Europę i jej młodzież pisał, powołując się na Mao Tse Tunga: „Nie ma się więc co dziwić, że jak przyszło co do czego i władza razem z kapitałem zamachnęły się na wolność internetu, to musiałem paradować w jednej demonstracji z Robertem Winnickim. Przeciw ACTA stanęli wszyscy młodzi, od skrajnego prawa, po skrajne lewo, tak niewiele zostało rzeczy dla europejskiej młodzieży ważnych. Skręcić lolka, mieć gastro, pozamulać przed serialem czy filmem – to rozrywka naszego pokolenia”.

Wielką wyrozumiałość widać świetnie także wtedy, gdy Witkowski w drobiazgowych „analizach” dziejów skrajnej prawicy w III RP przemilcza współpracę sporej części skrajnej lewicy z ex-sojusznikami skrajnej prawicy. Ponad 13 lat temu opisałem, że liczni ludzie ze środowisk skrajnie lewicowych gremialnie porzucili wybrzydzanie na sojuszników faszystów i w imię kilku miraży i złotówek nagle zapałali miłością do środowiska politycznego, które do Polski zapraszało i podejmowało z honorami zastępcę Le Pena we Froncie Narodowym, zawiązywało koalicje wyborcze z Narodowym Odrodzeniem Polski oraz jednym ze swoich liderów czyniło człowieka bliskiego Radiu Maryja. Odsyłam po szczegóły do tamtego tekstu. Wśród opisanych tam inicjatyw można znaleźć wielu ówczesnych i dzisiejszych kolegów i stronników Witkowskiego. I jego wydawców.

Mój wydawca jest „antysyjonistą”

Wydawcą obu książek Witkowskiego jest oficyna Książka i Prasa (wydała je w 2017 i 2020), środowisko dość specyficzne w swej lewicowości. Kto kliknął w poprzedni link, ten miał okazję poznać m.in. jedną z prominentnych postaci tej ekipy, Zbigniewa Marcina Kowalewskiego – człowieka, który w lewicowych publikacjach bez zbytniego krytycyzmu opisywał takie organizacje, jak… ukraińska nacjonalistyczna formacja UPA czy amerykański Nation of Islam znany m.in. z szalonych teorii antysemickich. Były one wedle niego a to „narodowowyzwoleńcze”, a to pełniły ważne role w dziele politycznego uświadomienia Czarnych w USA. Kowalewski był także jednym z czołowych ideologów wspomnianego wcześniej sojuszu skrajnej lewicy z niedawnymi oficjalnymi współpracownikami skrajnej prawicy.

Ale na tym nie koniec. W publikacjach Książki i Prasy sporo miejsca zajmował „antysyjonizm”. Nie chodzi jednak po prostu o krytykę państwa Izrael i jego polityki, dość częstą w lewicowych publikacjach na całym świecie. Chodzi o tak bzdurne i odrażające wywody i generalizacje na ten temat, że trudno pojąć, co w ogóle robiły one na lewicowych łamach. Gościli tam m.in. autorzy znani ze współpracy z neofaszystami, mający na koncie wywody o „światowej konspiracji syjonistycznej” czy „micie Holocaustu”, publikowani w Polsce także przez skrajną prawicę, głoszący zupełnie odlotowe teorie spiskowe itp. Opisaliśmy to obszernie i z licznymi cytatami już w roku 2008 w tekście „Moczar – reaktywacja?” – zachęcam do jego lektury.

Nie byliśmy wszakże pierwsi – na brednie te zwracali uwagę m.in. naukowcy z Żydowskiego Instytutu Historycznego i zarazem działacze lewicy, a jako bodaj pierwszy pisał o tym Michał Bilewicz w czasopiśmie „Słowo Żydowskie”. Ten ostatni występuje dziś w audycjach radiowych razem z Witkowskim i też zwalcza faszyzm i uprzedzenia, więc wydawałoby się, że Witkowski powinien posłuchać starszego i bardziej doświadczonego kolegi, i trzymać się z dala od Książki i Prasy. No ale znowu dziwnym trafem coś „przeoczył” i znowu akurat wtedy, gdy prywatny interes (publikacja własnych książek) wszedłby w kolizję z czujnością i drobiazgowością „antyfaszystowską”, przejawianymi przy innych okazjach.

Nie tylko zresztą z tymi „antysyjonistami” trzyma się Witkowski. Jednym z bohaterów naszego tekstu z 2008 roku był Paweł Michał Bartolik. Ten z kolei propagował tezę, że Mossad był poinformowany o przygotowaniach do zamachu na World Trade Center, ale nie zapobiegł im. Był także jednym z orędowników wspomnianej współpracy skrajnej lewicy z ex-sojusznikami neofaszystów. Produkował na nieistniejącym już portalu Viva Palestyna wywody typu: „Dlatego właściwym jest całkowicie antysyjonistyczne stanowisko, uznające, że Izrael nie miał prawa powstać, gdyż jego powstania nic nie usprawiedliwia; stanowisko, które uznaje to państwo za niewarte i niegodne przerażającej ceny, jaką przyszło zapłacić regionowi i całemu światu za utrzymywanie tego rasistowskiego reżimu. /…/ gdy David Irving jest /…/ ścigany przez policje dziesiątek krajów i musi mierzyć się z pozwami sądowymi i aresztowaniami, podobni mu w swej istocie negacjoniści syjonistyczni mają co najwyżej problem z tym, że czerwony dywan, który przed nimi rozwinięto na lotnisku, był o zgrozo zakurzony”. Dzisiaj autor tych wywodów gości na facebookowym profilu Witkowskiego:

 

Antyfaszyzm na Bosaka

Od Witkowskiego nie można się doczekać elementarnej spójności nawet w antyfaszyzmie. Przez kilka lat pisze teksty na temat „zwalczania faszyzmu”. Jednym z głównych czarnych charakterów jest w nich nieodmiennie środowisko z okolic dawnego Ruchu Narodowego i inicjatyw Korwin-Mikkego, a następnie, po zjednoczeniu się tychże, Konfederacja. Chyba z połowa antyfaszystowskich wywodów Witkowskiego dotyczy tych środowisk. I co?

Przed drugą turą wyborów prezydenckich w roku 2020 redakcyjny kolega Witkowskiego z „Krytyki Politycznej”, Michał Sutowski, pisze tekst pt. „Prezydencki Paryż wart jest konfederackiej mszy”. Przekonuje w nim, że aby pokonać Dudę, jego kontrkandydat Trzaskowski musi pozyskać wyborców Krzysztofa Bosaka z pierwszej tury, że połowa z nich wedle badań sondażowych może zagłosować „właściwie” i że należy ich do tego zachęcać. Sutowski przekonuje: „Ukłon Trzaskowskiego wobec skrajnej prawicy może pozwolić mu dostawić odważnik 12 lipca i przechylić szalę na korzyść opozycji. A skutki uboczne? Długofalowe? A czy coś szczególnego Trzaskowski skrajnej prawicy obiecał? I komu konkretnie? Bądźmy szczerzy, to naprawdę nie ma nic wspólnego z zapraszaniem sami-wiecie-kogo do rządowej koalicji, żeby pogonił socjalistów i komunistów, jak to kiedyś sobie umyślili nieszczęśni niemieccy konserwatyści”. Wypowiedź ta odbija się szerokim echem w środowiskach lewicowo-postępowo-liberalnych. Takie wywody to zbyt wiele nawet dla sporej liczby osób niecierpiących PiS-u, Dudy itd., to gra zbyt cyniczna, zbyt daleko posunięta i każąca zapytać, jaki ma sens walka z „faszyzmem” pisowskim za pomocą umizgów do konfederatów.

Kto przychodzi Sutowskiemu w sukurs? Otóż Witkowski. Na swoim facebookowym profilu „wyjaśnia” ludziom, którzy wzięli na serio jego antyfaszystowskie wywody o Konfederacji, że tekst Sutowskiego to nic zdrożnego, „zwykła realpolitik”:

Znów pojawia się pytanie, o co chodzi i czy przypadkiem nie o to, że Witkowski zarabia w „Krytyce Politycznej”, a Sutowski jest tam jednych z decydentów redakcyjnych.

W bardzo podobnym czasie Witkowski natomiast gromko potępia. Kogo? Osobę lub ludzi, którzy w Toruniu napisali na kampanijnej furgonetce Bosaka słowo „faszysta”. Witkowski uznał ich/jego za „durnia i sojusznika Konfederacji”:

Brzmi logicznie: Sutowski wzywający do umizgów do elektoratu Konfederacji nie jest jej sojusznikiem, jest to realpolityka, za to ludzie atakujący Bosaka w imię konsekwentnego antyfaszyzmu – są sojusznikami Konfederacji…

Gdy w październiku 2020 kłopoty z wymiarem sprawiedliwości ma Roman Giertych, a część środowisk postępowych reaguje krytycznie na branie go w obronę przez liberalny mainstream, Witkowski zabiera głos. Przyznaje, że Giertych ma ciemne karty w życiorysie, ale zasługuje na „uczciwy proces”. Taki to antyfaszyzm, bardzo czujny na cierpienia ex-lidera skrajnej prawicy, zapewne zupełnie bez związku z jego mocną pozycją w obozie obecnych „demokratów”. Bardzo wiele troski wkłada antyfaszysta w losy obecnych i dawnych skrajnych prawicowców. Oczywiście tylko wybranych. W innych przypadkach za byle bzdurkę jest gotów rozliczać 20 lat wstecz lub przekonywać, że należy wobec takich środowisk trzymać się ortodoksyjnie na ogromny dystans.

We wspomnianym wpisie o ataku na furgonetkę Bosaka, stwierdza Witkowski: „Służby dostają teraz znów pretekst do jeszcze większej inwigilacji lewicy pod pretekstem zagrożenia terrorystycznego i rozwijanie tam siatki agenturalnej”. Chciałoby się zapytać: i kto to mówi? Bowiem to właśnie Witkowski przyznał się do współpracy ze spec-służbami.

Przemysław Wallenrod

11 listopada 2020 Witkowski wprost przyznał się, że należy do „grup eksperckich” współpracujących m.in. z Policją i Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz deklarował chęć dalszej współpracy. Jego wpis facebookowy, pierwotnie publiczny, szybko przestał takim być, ale oto on:

Wcześniej Witkowski chwalił się szkoleniami dla Policji, wspominając przy tym, że interesuje się także „ekstremistami lewicowymi”. Bardzo ciekawe oświadczenie jak na kogoś, kto miał sporo kontaktów w środowiskach radykalnej lewicy.

Współpracę z ABW można oceniać różnie, ale w tym przypadku istotny jest kontekst. Otóż jest to współpraca za rządów PiS. Tymczasem gdyby na serio potraktować wywody Witkowskiego, należałoby uznać, że jakakolwiek współpraca z instytucjami podlegającymi temu rządowi to niespotykana hańba. Regularnie dowiadujemy się z facebookowych wywodów Witkowskiego, że PiS jest fatalny, PiS jest ohydny, PiS odpowiada za wiele strasznych rzeczy. A przecież ABW podlega bezpośrednio premierowi RP. Poczytajmy zatem tylko kilka wybranych spośród wielu podobnych opinii Witkowskiego o tym rządzie i jego okolicach politycznych:

Nie przeszkadza to Witkowskiemu we współpracy z ABW i z policją za rządów PiS. Oczywiście nie przeszkadzało mu też, o czym czytamy w jego oficjalnych biogramach, pobieranie stypendium Ministra Edukacji Narodowej i Sportu w roku 2006, czyli za rządów PiS.

Taka deklaratywna ortodoksja i doskonałość, a tyle od niej odstępstw, przeoczeń, niezauważeń, co za przypadek. Swoją drogą czy Polska to nie jest wspaniały kraj, skoro, jak możemy przeczytać w wywodach Witkowskiego, tyle tu wpływów prawicy, skrajnej prawicy, „faszyzowania”, bezwzględnie rządzi PiS itd., a jednocześnie jak gdyby nigdy nic prominentny antyfaszysta i gromki krytyk PiS-u współpracuje z instytucją bezpośrednio podległą premierowi z PiS.

Antyfaszystowskie teorie spiskowe

Wywody Witkowskiego to wizja niemal wszechobecnego faszyzmu. Terminów typu „faszyzm”, „neofaszyzm”, „postfaszyzm”, „skrajna prawica”, „volkizm” – używa pod adresem mnóstwa osób i środowisk, w tym i takich, które wywodzą się z lewicy czy mają od niego sporo dłuższy staż nieprawicowy. Wystarczy okazjonalna współpraca z prawicą czy wzmianka, że w wybranej dziedzinie – choćby polityce społecznej – PiS wypada lepiej od PO, żeby już być na cenzurowanym u „badacza”, przy czym „badacz” potrafi „przeoczyć” całą niepasującą mu do tej tezy część aktywności danej osoby czy środowiska. Wszystko się u niego łączy, przenika, „kolaboruje”, byle drobiazg wystarczy, aby zostać uznanym częścią „siatki” (krypto)faszystowskiej, w dodatku raz na zawsze. Oczywiście jest to dość zrozumiałe: jeśli chce się robić karierę na antyfaszyzmie, to należy faszyzm odkrywać wszędzie. Pisanie w kółko tekstów o Braunie i Korwinie może na dłuższą metę zanudzić odbiorców. Ale Witkowski ma w ogóle zamiłowanie do teorii spiskowych.

Możemy na jego facebookowym profilu przeczytać np. aprobatę dla wywodów, że ABW (ta sama, z którą Witkowski współpracuje) w głośnej przed laty sprawie zmusiła niejakiego Brunona Kwietnia, ex-działacza Narodowego Odrodzenia Polski, do planowania zamachu na budynek parlamentu za rządów PO:

W tych wywodach wtóruje mu zresztą wspomniany Wybieralski, „bohater” akcji Me too, któremu Witkowski te wywody lajkuje:

Witkowski powtarza tu wywody skrajnej prawicy, która przed laty, po aresztowaniu Kwietnia, ale także później uważała to za prowokację służb i próbę oczernienia środowisk prawicowych. Macierzysta organizacja Kwietnia, NOP, tak napisała po jego śmierci: „Operację przeciwko Kwietniowi, rozpoczętą w roku 2011, od początku inspirowała ABW, poprzez swoich działających pod przykrywka agentów próbując zmusić go wszelkimi sposobami (grożono śmiercią nawet jego najbliższym) do opracowania planów zamachu. Powód był prosty. W tym czasie bowiem krajowe służby specjalne gorączkowo szukały uzasadnienia dla korzystnych dla siebie zmian prawnych, zwiększających ich kompetencje i umożliwiających mocniejsze oplecenie Polski kontrolą bezpieki. Potrzebny był publiczny symbol uzasadniający te zmiany. Padło na Brunona Kwietnia”.

Wedle Witkowskiego spisków jest więcej. Nie tylko Brunon K. ma tajemnicze problemy i umiera w niejasnych okolicznościach. Podobnie dzieje się wedle Witkowskiego z Dawidem „Cyganem” Kosteckim:

Niezależnie od tego, jakie były faktyczne losy Kwietnia czy Kosteckiego oraz ich przyczyny, trudno zrozumieć, czemu ktoś podejrzewający ABW o tak perfidny i podły spisek, nie widzi niczego złego we współpracy z tą samą ABW. I dlaczego człowiek tak krytyczny wobec poczynań rządu współpracuje ze spec-służbami odpowiedzialnymi za ponoć tak straszne rzeczy oraz podległymi premierowi rządu podobno tak koszmarnego.

Co wolno antifa-wojewodzie…

Wszędzie tropi „odchylenie prawicowe”, „kryptofaszyzm”, „przymilanie się” do PiS-u i inne myślozbrodnie, potępia niemal każde odstępstwo od liberalno-mainstreamowego wzorca. Na jego profilu facebookowym notorycznie odbywają się połajanki pod adresem wszelkich takich „heretyków”, np. Rafała Wosia. Co innego sam Witkowski, jemu wolno.

Weźmy fragment o Unii Europejskiej z jednego z tekstów Witkowskiego sprzed kilku lat: „Paradoksalnie na więcej niż polską lewicę krytyki wobec wolnego rynku, Unii Europejskiej czy współczesnego kapitalizmu stać obecnie nacjonalistów. Pod bannerem przedstawiającym »grabarzy Polski« (Jaruzelski, Wałęsa, Balcerowicz, Kwaśniewski, Rostowski, Tusk) sam mógłbym się podpisać. Lewica ciągle boi się być naprawdę krytyczna, boi się problematyzować sfery kapitalistycznych niesprawiedliwości, jakby ciągle tłumaczyła się ze swojego istnienia, ze swojego niesowieckiego charakteru, swojej europejskości, i np. krytyka UE z jej perspektywy, poza mikrogrupą skrajnej lewicy, w zasadzie nie zachodzi. A przecież liberalny charakter tej instytucji zasługuje na krytykę absolutnie – jako skrajnie kapitalistyczna wspólnota oparta przede wszystkim na biznesie i handlu, gdzie inne tematy (gender, walka z rozwarstwieniem, prawa pracownicze, standardy demokratycznych procedur) są jakby poboczną działania tej korporacji, zmienną w czasie, na niezmiennej wolnorynkowej podstawie”.

Albo o disco polo. Po tym, jak politycy i włodarze telewizji publicznej za rządów PiS zaczęli flirtować z częścią wykonawców disco polo, na facebookowym profilu Witkowskiego można znaleźć wywody jego i jego znajomków o tym, jakie to cyniczne, jaka to ludomania, jakie obniżanie standardów itd. Znowu zatem zacytujmy Witkowskiego sprzed kilku lat: „Wprowadzona przez elity hierarchia i porządek ma między innymi na celu łatwą identyfikację, z jakiej grupy społecznej pochodzimy i napiętnowanie słuchaczy o innym, w tym kontinuum, gorszym guście. Guście, który zamiast na kontemplację porządku i harmonii, zamiast zabaw kodami i nawiązaniami ma na celu ukazanie samego nagiego życia: taniec, radość, smutek, miłość i frywolność. Zdjęcie odium z disco polo to zdjęcie odium z klasy plebejskiej; ludu, nie plebsu; to odrzucenie oceny na rzecz badania, pogardy na rzecz wysłuchania, tańca na sali balowej na rzecz wiejskiego wesela. Disco polo to tylko jedna ze ścieżek powstawania nowej muzyki ludowej, o ile taka muzyka może jeszcze powstać, nie będąc tanią podróbką dawnej, protezą. Innymi jej odnogami są płyty Kayah i Goran Bregovića czy popularność Brathanków i braci Golców, choć przecież w ich wypadku mamy do czynienia ze spreparowanym dla współczesnego słuchacza surogatem, nie z żywą kulturą. Zdecydowanie inne jest kreowane oddolnie disco polo, którego fenomen trwa, nie dość, że przy obojętności elit, wytwórni i tzw. opinii publicznej, ale w rzeczy samej jej naprzeciw. Romantyczna rewolucja, która chwilowo wyniosła ludowość na piedestał, musiała być równie szokująca dla ówczesnego establishmentu, jak dziś kilkugodzinna sesja z Disco Polo Live. Niesmak dzisiejszych elit, gdy zmuszone są odnieść się do disco polo, przypomina niesmak klasycystów skonfrontowanych z twórczością romantyków – gdzie inspiracje muzyką ludową były »grzeszne« i »pozbawione dobrego gustu i smaku«, a przemawiać miały instynkt i czucie, zaś sama twórczość nie wymagała od odbiorcy rozległej wiedzy, ale rozwiniętej sfery uczuć. […] Do jakiejkolwiek oceny tej muzyki konieczne jest wyrwanie się na chwilę z narracji »disco polo to kuriozum i żenada« (pod względem ilości kodów, prymitywizmu, wulgarności). Spojrzenie na ten styl jako na twórczość artystyczną to szansa na zrozumienie jego fenomenu. Trzeba wyrwać się z zaklętego kręgu klasistowskiego oraz podszytych wstydem i Selbsthasse potępienia i wzgardy, bo z powyższej wzgardy pozostaje tylko pozycjonowanie tych »partaczy« z założenia skazanych na bycie rozrywką dla »ciemnego ludu«, a nie realizacją szczerej potrzeby kontaktu z muzyką. […] Może warto pogodzić się z Bayer Full i Shazzą, bo to esencja współczesnej polskości – trochę przaśnej, trochę wulgarnej, trochę nieudolnie kopiującej Zachód, ale mimo wszystko to prawda o nasze epoce i jako taka wymaga co najmniej wnikliwego spojrzenia, jeśli nie stać nas na okazanie szacunku. […] Wyklęcie disco polo jako muzyki obciachowej to tylko jeden z wielu wymiarów patologizacji klasy ludowej. Wszystko, co wiąże się z tą grupą, było wulgarne, obciachowe, prymitywne, a biedni w tej narracji to nie tylko grupa roszczeniowa, której realizacja żądań może zagrozić istnieniu wypłacalnego państwa, ale także grupa, której kulturalne potrzeby i gusta mogą zagrozić sztuce wysokiej, jako prymitywne i obniżające standardy. Zamiast traktować disco polo jako to, czym rzeczywiście jest – czyli jako wesołą muzykę do tańca, picia wódki i zabawy na weselu, traktowano ją jak trąd, który dotyka polską muzykę, a słuchających tego gatunku jak zadżumionych, których najlepiej zepchnąć do getta. […] Ten gatunek muzyczny jest dzieckiem swojej epoki, swoich czasów, a Toples, Milano, Boys czy Tomasz Niecik są głosem małych miast i miasteczek, prowincji; prawdziwym. Niezależnie od tego, jak bardzo byśmy chcieli być zachodnioeuropejscy, to tu jest właśnie Polska”.

Aż chciałoby się powiedzieć, że Jacek Kurski byłby zachwycony tymi wywodami. Ale lepiej zapytać, czemu Witkowski porzucił dawne poglądy. Oczywiście tylko krowa nie zmienia zdania i tak dalej, ale tutaj wiele wskazuje, iż dzieje się tak dlatego, ponieważ inne są mody i orientacje w kręgu jego dzisiejszych odbiorców i płatników jego honorariów, więc i trajektoria tych zmian jest dość przewidywalna. Jeszcze ktoś oskarżyłby Witkowskiego za powyższe cytaty o „pisowskość”, „ludomanię”, „populizm” itp. Tak jak Witkowski oskarża bardzo chętnie i bez żadnego umiaru.

Bardzo swój człowiek

Wydawałoby się, że coś takiego powinno być łatwe do zauważenia, tym bardziej że część tych postaw to sprawy znane publicznie lub znane określonym środowiskom. Tymczasem nic z tego. Witkowski jest zatrudniony na Uniwersytecie Wrocławskim oraz w prywatnej uczelni Collegium Civitas, od niedawna wykłada także na Uniwersytecie Warszawskim. Stale współpracuje m.in. z „Krytyką Polityczną”, oko.press, od niedawna pisuje do tygodnika „Polityka”, jest zapraszany do dyskusji w Onecie czy TVN-ie. Wśród jego znajomych można znaleźć liczne osoby z polskiej elity kulturalnej i naukowej.

W świetle powyższego tekstu już nie będą mogli powiedzieć, że nie wiedzieli, z kim i czym mają do czynienia.

Remigiusz Okraska

 

Moi rozmówcy w tekście pozostali anonimowi, natomiast większość ich wypowiedzi w sprawach nieznanych szerszej publiczności ma postać pisemnych relacji pod nazwiskiem, a ich kopie zostały sporządzone i zdeponowane u prawnika współpracującego z naszą redakcją.

Przepis na dobre zarządzanie

Przepis na dobre zarządzanie

Komentatorzy życia społecznego, politycznego i gospodarki w obecnych czasach, reprezentujący różne przekonania, często wyrażają – używając odmiennych terminologii – przekonanie, że żyjemy w czasach schyłku lub rozpadu. Katastrofalne wizje pojawiają się z coraz większą intensywnością w różnych mediach i kontekstach. Z punktu widzenia naukowców zajmujących się zarządzaniem, te dramatyczne, aczkolwiek trudno definiowalne zjawiska wynikają z rzeczywistego rozpadu czegoś, co jest bardzo ważne, a nawet kluczowe dla funkcjonowania społeczeństwa, choć w przeważającej mierze niematerialne – struktur i instytucji społecznych.

Struktury to wzorce działań razem z rolami społecznymi i relacjami między nimi. Są przyjmowane na podstawie mniej lub bardziej świadomych umów i zwyczajów społecznych. Tylko czasami są formalizowane. Dzięki nim wiemy, jako uczestnicy życia społecznego, co do nas należy, czego oczekiwać po interakcjach z innymi uczestnikami społeczeństwa, a czego oni prawdopodobnie oczekują po nas. Przykładem mogą być zasady zachowania się w miejscu pracy czy w przychodni zdrowia. Łatwo rozpoznać lekarza, wiadomo mniej więcej, co robić, jeśli przychodzi się z objawami zapalenia spojówek. Dzięki funkcjonującym strukturom pacjent nie musi za każdym razem uzgadniać od nowa, kto jest kim, ustalać, komu ufać, a komu nie, co robić z receptą itd. Instytucje społeczne to także wzorce, tylko znacznie trwalsze i bardziej fundamentalne. Gdy działają sprawnie, są przyjmowane jako oczywiste, wręcz „naturalne”. Przykładami niech będą nowoczesna rodzina nuklearna czy zgodne z zainteresowaniami powszechnie dostępne studia wyższe.

Od jakiegoś czasu obserwujemy erozję, kruszenie się i upadek wielu spośród tych wzorców nie tylko ułatwiających, ale wręcz umożliwiających współdziałanie. Bez instytucji i struktur nie da się współpracować – zamiast systemów społecznych mielibyśmy raczej coś w rodzaju rojów lub tłumów. Powyższa kwestia wiąże się z zaufaniem. Zaufanie to taki „olej”, bez którego mechanizmy społeczne się zacierają. Więzi ludzkie nie funkcjonują bez nich. Brak elementarnego poziomu zaufania skutkuje brakiem wspólnoty i zbiorowości. Używając metafory gastronomicznej – niewłaściwie przyrządzone najszlachetniejsze nawet składniki nie są smaczne, ba, potrawa może być niejadalna, wręcz trująca, gdy kucharz nie umie łączyć składników we właściwych proporcjach i odpowiednio przygotować.

Z punktu widzenia wielu badaczy społecznych, takich jak Zygmunt Bauman, Guy Standing czy Wolfgang Streeck, obecny rozpad struktur związany jest w nowoczesnych czasach z destabilizacją systemu społeczno-ekonomicznego. Kapitalizm w ubiegłym stuleciu, mimo niekiedy bardzo poważnych kryzysów, zdolny był do samoregulacji, ponieważ, używając języka cybernetyki, sterowany był na zasadzie sprzężenia zwrotnego negatywnego, czyli sygnały zwrotne, takie jak np. protesty pracowników z powodu niestabilnej sytuacji zatrudnienia, używane były (wcześniej lub później) jako korekta systemów kontroli, np. pojawiała się legislacja chroniąca pracownika w relacji z zatrudniającym go zakładem pracy. Kapitalizm neoliberalny od lat 80. sięgnął po inny mechanizm kontroli, oparty na sprzężeniu zwrotnym dodatnim, polegającym w uproszczeniu na tym, że sygnały korygujące prowadzą do wzmocnienia istniejących procesów. Innymi słowy, protesty przeciwko zwolnieniom prowadzą w ostatnich dziesięcioleciach do poluzowania legislacji, by umożliwić osłabienie pozycji związków zawodowych; złe funkcjonowanie sprywatyzowanych instytucji publicznych prowadzi do dalszej prywatyzacji itd. W zarządzaniu takie mechanizmy sprzyjają powstaniu dysfunkcji znanej jako błędne koła – na dłuższą metę prowadzą do utraty równowagi systemu, utraty umiejętności uczenia się i upadku.

Takie właśnie mechanizmy w ostatnich dziesięcioleciach na skalę systemową obserwujemy. Mają one silne i bezpośrednie przełożenie na funkcjonowanie organizacji wszystkich sektorów: przedsiębiorstw, służby zdrowia, administracji publicznej, organizacji kultury i wielu innych. Niewydolny system generuje coraz większe nierówności i powoduje coraz większe patologie, bo działa na zasadzie „więcej tego samego” – to, co spowodowało problemy, jest wykorzystywane jako rozwiązanie, tworząc kolejne problemy itd. Próżno oczekiwać, że system sam się wyreguluje, bo utracił tę właściwość w epoce neoliberalizmu. Dla uważnego obserwatora wygląda to bardzo niebezpiecznie, a gdy weźmiemy pod uwagę także towarzyszący tym błędnym kołom rozpad struktur społecznych, rzeczywiście mamy do czynienia z trudną do powstrzymania katastrofą. W tej sytuacji nie dziwi dążenie, by siłą przejąć kontrolę nad wydarzeniami, uciekając się do przemocy. Stąd coraz większy udział socjopatów w zarządzaniu, nowe badania mówią o odsetku sięgającym 21% – socjopaci nie mają zahamowani, więc sprawiają wrażenie skutecznych, aczkolwiek to wrażenie okupione jest bardzo wysokimi kosztami społecznymi i nieodwracalnymi zniszczeniami. Nie dziwi też pasywna postawa, polegająca na przymykaniu oczy i udawaniu, że wszystko jest „normalnie”, albo że wkrótce znów normalne się stanie.

Kiedyś system społeczny zezwalał na alternatywne „przyszłości”, różne futurabilità, używając języka Franca „Bifo” Berardiego. Później je chętnie zawłaszczał i kooptował do tworzenia swoich kapitalistycznych innowacji, nawet jeśli miały w zamierzeniu sprowadzić nowy ustrój, kapitalizmem niebędący. Więc niestety nie dziwi teraz, że nie ma nowych rozwiązań – ale za to są nowe, coraz poważniejsze problemy – mimo gigantycznego postępu nauki. Społeczeństwa i organizacje są degradowane moralnie przez władze opierające swoją skuteczność na normalizacji wciąż to nowych patologii, takich jak niszczenie środowiska, grabież dobra wspólnego, bezrefleksyjne kształcenie sprzedawane na rynku usług, erozja norm i wartości społecznych, wyparcie wartości wyższych, systemowy brak empatii i szacunku dla drugiego człowieka, rosnące nierówności, bezdomność, śmierć ludzi uciekających z krajów dotkniętych koszmarem wojny, obozy w cywilizowanych krajach dla tych, którym się uciec udało, wreszcie – śmierć wielu obywateli cywilizowanych państw w trakcie obecnej pandemii z powodu niewydolności systemu zdrowotnego.

Nie przypuszczaliśmy, szczerze mówiąc, że to jest możliwe – normalizacja codziennej całkiem niepotrzebnej śmierci setek ludzi we własnym kraju (w innych jest podobnie, często gorzej) wydawała się nam granicą nie do przekroczenia, czymś, na czym system się wreszcie wyłoży.

Co nam w tej sytuacji pozostało? Podobnie jak Henry Mintzberg, jeden z największych myślicieli współczesnego zarządzania, uważamy, że nawet w tej wysoce niesprzyjającej sytuacji można przynajmniej starać się żyć sensownie na własnym podwórku i że może nam w tym pomóc wiedza o dobrym zarządzaniu. Dobre zarządzanie to tak jak dobry kucharz. Nie zmieni świata, nie sprawi, że znikną głód i bieda, ba, nawet w kwestii kulinarnej świata nie poprawi. Jednak dobry kucharz w domu czy w restauracji to skarb – potrafi przygotować smaczne danie z wystarczająco dobrych składników, potrafi te składniki dobrać, ba, umie nawet w razie potrzeby ugotować „zupę na gwoździu”. Nie lubi niczego marnować.

Dobre zarządzanie również polega na dbałości i trosce, i także potrafi zmienić kolosalnie jakość życia w określonym, ograniczonym w czasie i przestrzeni miejscu. Niesie nadzieję na stworzenie lepszych warunków do pracy i do utrzymania życia na naszej planecie, a także dla rozwoju ludzkiej cywilizacji i kultury w zgodzie z wartościami promującymi życie, twórczość i kondycję ludzką. W dłuższym czasie może to oznaczać, że dobrze zarządzane organizacje różnych sektorów mogą przechować wartości, wiedzę wypracowaną przez ludzkość, ciągłość cywilizacji, troszkę jak zakony w czasach tuż po rozpadzie imperium rzymskiego. Może się też okazać, że nowe struktury społeczne wykrystalizują się już niedługo – wówczas dobrze zarządzane organizacje mogą rozwinąć ważne ludzkie wartości i wspierać budowę nowego systemu społecznego, zwłaszcza jeśli będzie on bardziej oddolny i zdecentralizowany, niż obecny. Anarchiści mówią o organizowaniu prefiguratywnym, czyli takim, które odzwierciedla idee przyszłego społeczeństwa, jakiego pragnie grupa ludzi. Takie organizacje mogą pomóc nie tylko nam przetrwać, ale i wyobrazić sobie w działaniu, w jakim świecie właściwie chcielibyśmy żyć. Nie tylko możemy, ale musimy o tym myśleć, jeśli chcemy powstrzymać cywilizację znajdującą się na kursie do upadku i zagłady życia na naszej planecie.

Na chwilę warto się tutaj zatrzymać. Co rozumiemy poprzez „dobre” zarządzanie? Oczywiście, aż się prosi odpowiedzieć „to zależy”, jak to przeważnie w naukach społecznych się odpowiada, gdyż nie wychodzą one na wzory czy algorytmy, jak ma to miejsce w przypadku np. nauk ścisłych. Jednakże chyba powoli brakuje nam – ludzkości – czasu, aby dzielić się tutaj wszystkimi odcieniami szarości. Dla nas obojga „dobre zarządzanie” jest oparte na dwóch fundamentach. Pierwszy to „bycie” – organizacja jest po to, aby w jej ramach mogły znaleźć dla siebie najlepsze miejsce poszczególne jednostki. Nikt nie jest idealny, stąd mogą mieć one różne deficyty zrekompensowane talentami. Tym samym organizacja jest skierowana do wewnątrz, ma tworzyć przestrzeń, w której jej członkowie czują się spełnieni, mają poczucie sensu swoich działań i są po prostu szczęśliwi. Można za Andrzejem Bliklem stwierdzić, że jest to organizacja, która nie opiera się na systemach przemocowych. Drugie fundamentalne założenie to „wartość” – organizacja powinna jako pewna zbiorowość jednostek rozwiązywać problemy. Problemy codzienne, operacyjne, związane ze swoją bezpośrednią działalnością, a więc oferować dobre produkty, gdzie ich transakcja przyczynia się do tego, że obie strony tej transakcji są wygrane. Oraz również odnosić się do problemów wysokopoziomowych, dbając o dobro wspólne, a więc o jednostki nie przynależące do niej, o społeczeństwo na poziomie regionalnym, krajowym i globalnym.

Niestety w naszym kraju popularna w mediach i instytucjach szkolnictwa wersja zarządzania jest niemal całkowicie pozbawiona elementów refleksyjności i humanizmu oraz oderwana od tego, co, zgodnie z naszą najlepszą wiedzą, reprezentują współczesne nauki zarządzania. Erozja zaufania, która jest powszechnie widoczna w naszym kraju zarówno na poziomie polityków zarządzających krajem, jak również na mikropoziomach – w poszczególnych organizacjach/firmach, prowadzi do katastrofy, gdyż błędy są traktowane jako preteksty do pozbycia się aktywnej jednostki, wykluczenia jej ze zbiorowości, a nie jako doświadczenia edukacyjne, z których wyciąga się wnioski i ponownie próbuje wykonać dane działania, mądrzejszym o poprzednie, nieudane doświadczenie. Jest to podejście niemające z nauką zarządzania, taką jaka jest znana nam, piszącym te słowa, wiele wspólnego. W dodatku jest w przykry i szkodliwy sposób oderwane od polskich tradycji refleksji i praktyki w tej dziedzinie. Wielki polski uczony Karol Adamiecki już w latach 30. pisał o potrzebie harmonii ducha i współdziałania w organizacjach i o konieczności odpowiedniego nastawienia zarządzających. W czasach PRL i wczesnej transformacji mieliśmy wielu wybitnych naukowców zajmujących się zarządzaniem, podkreślających znaczenie wartości społecznych i humanistycznych, konieczność myślenia w kategoriach całości, obowiązek rozpatrywania rozwiązań zarządczych w szerszym kontekście. Wymienimy tylko kilka nazwisk, ze świadomością, że jest ich o wiele więcej: Stefan Kwiatkowski, Lech Pasieczny, Krystyna Bolesta-Kukułka, Andrzej Zawiślak. Nawet po transformacji mieliśmy w Polsce oryginalny i ustrukturalizowany nurt zarządzania, wnoszący silny, także międzynarodowy wkład w wiedzę o zarządzaniu humanistycznym, zawdzięczający swą dynamikę przede wszystkim Emilowi Orzechowskiemu i jego interdyscyplinarnej, głęboko wrażliwej idei zarządzania jako tworzenia kultury (nie tylko techniki).

Dyscyplina naukowa zarządzanie w dziedzinie nauk humanistycznych została zlikwidowana w ramach tzw. reformy Gowina. Na szczęście jednak polski dorobek w zakresie alternatywnego zarządzania nie uległ likwidacji. Istnieją (niestety rozproszone) środowiska zajmujące się nim, a także historiografia zarządzania reprezentowana przede wszystkim przez Tomasza Ochinowskiego, troskliwie ten dorobek gromadząca i opisująca dla przyszłych pokoleń. Mimo smutnego tonu naszego felietonu nie chcemy – i nie musimy – zakończyć go nutą ponurą.

Stąd na koniec tekstu, który ukaże się w ostatnich dniach karnawału, chcielibyśmy się podzielić przepisem nie na pączki, lecz właśnie na „dobre zarządzanie”. Nie będzie to przepis na danie główne, a jedynie właśnie na przystawkę, od której warto zacząć posiłek w swoim najbliższym gronie:

1) słuchaj innych – 50% składników

2) ufaj, że to, co inni próbują przekazać, jest dla nich ważne – 30% składników

i pozostałe 20% składników:

3) bądź trochę naiwny – daj drugiej osobie szansę,

4) zadaj sobie pytanie, czy ewentualne rozbieżności nie wynikają z Twojej niedoskonałej komunikacji,

5) ciesz się tym, że ktoś chce z Tobą rozmawiać i dzielić się swoją perspektywą.

Życzymy Państwu i sobie, aby rok 2021 był lepszy, niż 2020, abyśmy doświadczenia z 2020 roku przekuli na mądrzejsze działania, aby pomogły nam one stanąć wobec wyzwań ogólnoludzkich, przed którymi właśnie stanęliśmy. Aby wiosna przyszła piękna i lekka do nas wszystkich, co przy obecnie trwającej pandemii jest wyzwaniem. Aby Wasze dzieci wzbogaciły się w wiedzę na bazie obecnej sytuacji, bo one za chwilę będą odpowiadać za dobre zarządzanie – zarządzanie budujące nasze wspólne dobro.

prof. Monika Kostera, dr hab. Jakub Brdulak

Cyfrowa walka klas trwa

Cyfrowa walka klas trwa

z Janem J. Zygmuntowskim rozmawia Szymon Majewski

Kim byli technooptymiści i co takiego nam obiecali? Dlaczego te obietnice się nie spełniły?

Jan J. Zygmuntowski: Ta obietnica dotyczyła przede wszystkim nowych możliwości uzyskania wolności, swobody, wyzwolenia się ze starych, opresyjnych systemów, czy to państwowych czy korporacyjnych. W ujęciu pionierów internetu miał on być totalnie nowym, niezbadanym oceanem; w pierwszych manifestach pojawiają się treści mówiące, że tutaj nie sięgają żadne państwowe regulacje, nie sięgają żadne firmy, że jest to przestrzeń, której nikt nie może uchwycić, która jest globalna i uniwersalna. Powiedzmy, że to było tłumaczenie z języka pierwszych geeków na język pierwszych technooptymistów, którzy szli i mówili, że internet jest dobry, że wszystko, co on przynosi, jest wspaniałe, a gospodarka cyfrowa to wyłącznie postęp. Oni to przekładali już na konkretne, mierzalne korzyści. Mówili, że każdy z nas będzie miał prawo być przedsiębiorcą i otwierać sklep w internecie. Każdy z nas będzie miał swobodę pisania, blogowania, artystycznej ekspresji, każdy będzie wydawcą, twórcą i tak dalej. W związku z tym wyzwolimy się z fabryk, wyzwolimy się w ogóle z pracy, ponieważ będzie ją wykonywał ktoś inny – domyślnie jakieś roboty – a my będziemy przedsiębiorcami samych siebie. To była oczywiście obietnica nie do spełnienia, czysto ideologiczna. Opierała się na skrajnie neoliberalnym czy libertariańskim podejściu, w którym każdy z nas automatycznie w tej przestrzeni miałby być równy, a skoro równy, to miałby takie same szanse realizowania się zgodnie ze swoim najlepszym potencjałem. Jest to więc bardzo indywidualistyczny paradygmat. I ta obietnica technooptymistów w pewnym sensie zabiła też jakąkolwiek lewicową krytykę, ponieważ w swojej hasłowości była bardzo emancypacyjna; mówiła właśnie o tym, że jeśli ktoś cię prześladuje, jeśli w tym świecie jesteś biedny, to w tamtym świecie nie ma dla ciebie żadnych barier.

A czy technologie same w sobie można w jakiś sposób wartościować? Czy poza kontekstem społecznym można powiedzieć, że są dobre albo złe, z jakichś swoich immanentnych przyczyn prowadzą do takich, a nie innych skutków, czy raczej są neutralne i dopiero społeczny kontekst, jaki by on nie był, decyduje o następstwach ich rozpowszechnienia?

Dyskusja toczyła się przez bardzo długi czas i wcale nie mam wrażenia, że którakolwiek z odpowiedzi, jakie przytoczyłeś, jest ostatecznie poprawna. Technologia sama w sobie jako koncept – czy to będzie silnik parowy, komputer czy szczepionka – nie jest dobra ani zła, ale też żadna konkretna technologia nie jest neutralna. Kiedy ona już powstaje, to powstaje, tak jak powiedziałeś, w pewnym kompleksowym systemie. Ktoś konkretny ją sfinansował, ktoś konkretny ma do niej prawa własności, posiada ona jakiś konkretny interfejs. Technologie cyfrowe są tego najlepszym przykładem. Są z nami ciągle otwarte protokoły, takie jak e-mail czy http, w związku z czym każdy z nas ma prawo wejść na taką stronę internetową, na jaką chce, każdy ma prawo założyć sobie skrzynkę internetową, może też postawić własny serwer e-mailowy. Gdy do tego zbioru wiedzy, zbioru technologii, dokładali się ludzie, którzy mieli w tle jakąś myśl wolnościową albo wspólnotową, to oni robili to w sposób wspólnotowy i powstawały technologie, które mają charakter wspólnotowy, takie jak na przykład Wikipedia. Ale z kolei jeśli mamy już na przykład kapitalistyczne fundusze venture capital, wielkie platformy z Doliny Krzemowej, to one rozwijają technologie tak, żeby były z definicji dominacyjne. Mamy przykłady bardzo skrajne jak Amazon, który równocześnie i prowadzi market place, i sam sprzedaje w tym sklepie, więc może obchodzić wszystkie zasady uczciwej gry – właśnie dlatego, że tak zaprojektowali tę technologię. Powiedziałbym tu za Lawrencem Lessigiem, że kod stał się w tym momencie prawem. Tak jak technooptymiści myśleli, że żadne regulacje nie sięgają do sfery cyfrowej, tak okazuje się, że w tej sferze zamiast prawa istnieje coś takiego jak architektura tego, co jest możliwe lub nie jest możliwe. Z nią nie za bardzo można w ogóle negocjować; tak jak z systemem prawnym jakoś można, bo on się składa z jakichś ludzi, sędziów i tak dalej. Tu mamy jednak system, o którym czasami się mówi nawet, że to nowy sposób rządzenia ludźmi za pomocą algorytmów. Od tego nie ma się jak odwoływać, często spojrzenie w bebechy takiego systemu jest zakazane, więc rządzenie algorytmami jest jeszcze doskonalszą, surowszą formą biurokracji niż poprzednie. Dlatego technologia, ta konkretna, która powstaje, nie jest neutralna, natomiast technologia jako zbiór wszystkiego jest właśnie taka, jaki sami nadajemy jej sens. Właśnie dlatego tak ważna jest obrona publicznych i społecznych interesów – inaczej kapitał zaprojektuje je w sposób, który jest najbardziej korzystny dla niego.

Czasem mówi się, że same właściwości techniczne mogą prowadzić do różnych negatywnych następstw. Na przykład zdrowotnych, takich jak uzależnienie się od niektórych aplikacji, czy stricte społecznych. Pytanie, czy te złe skutki zawsze muszą być następstwem konkretnych, określonych decyzji i interesów, jakie za nimi stoją, czy być może jednak w każdym możliwym systemie, nawet najbardziej sprawiedliwym społecznie, pewne rzeczy i tak byłyby niebezpieczne? Czy da się to jakoś rozsądzić?

Nie ma żadnego systemu, który jest zupełnie bezpieczny, chociażby dlatego, tu wtręt z zupełnie innego kierunku, ale jeśli żyjemy na planecie o ograniczonych zasobach, a prawa fizyki prowadzą generalnie do entropii, to mierzymy się z rzeczywistością fizyczną świata, która jest w pewnym sensie brutalna i działająca przeciwko życiu. Każdy system życia, ludzi, zbiorowości, społeczeństwa, nawet gdyby z jakiegoś powodu wewnętrznie zawsze się idealnie harmonizował, to i tak przynajmniej z zewnątrz będzie miał ogromną presję warunków natury; i to nie natury rozumianej jako pszczółki i drzewa, ale natury niemalże kosmicznej. Myślę, że masz tutaj rację sugerując, iż zawsze będą jakieś minusy rozwoju technicznego czy cywilizacyjnego, natomiast nie jest tak, że my te technologie projektujemy na ślepo. Problem polega na tym, że bardzo wiele zastosowań technologii możemy przewidzieć i oczywiście jeśli projektuje się algorytm, przykładowo, w mediach społecznościowych, który sprawia, że klika się to, co jest najbardziej polaryzujące, wywołujące negatywne emocje, co wpędza ludzi na przykład w depresję czy pogłębia podziały społeczne, to możemy powiedzieć, że twórca tego algorytmu jedyne, co miał w swoim interesie to tyle, żeby było więcej kliknięć. Ale jeśli już wiemy, że technologia tak działa, to trochę jakbyśmy pozwalali, aby ktoś wypuścił nowy model auta, nie zrobił do niego żadnego atestu, nie sprawdził w nim niczego, nie zamontował pasów bezpieczeństwa, a potem wyjechał na ulice, i wtedy jesteśmy wielce zaskoczeni, że pół autostrady zderzyło się w jakimś karambolu. To jest bardzo ideologiczny, świadomy, neoliberalny wybór, który spowodował, iż technologie nie były testowane, nie było żadnej dyskusji, w jakich ramach pozwalamy im wzrastać, a gospodarka cyfrowa rosła sobie w sposób w ogóle nienakierowany na społeczne potrzeby, lecz tak i tam, gdzie zysk był największy. No i w rezultacie mamy negatywne konsekwencje. Czy gdybyśmy zrobili to inaczej, kierując się na przykład chęcią wyrównywania szans, włączania ludzi, większej partycypacji albo na przykład bardziej sprawiedliwego wynagradzania, gdybyśmy takimi zasadami kierowali się przy wyborze interfejsów, algorytmów i tak dalej, czy też mielibyśmy negatywne konsekwencje? Jakieś zapewne tak, ale na pewno nie na takim poziomie katastrofy, z jakim się mierzymy w tym momencie.

Wspomniałeś o presji rzeczywistości fizycznej, w ramach której to wszystko siłą rzeczy musi się odbywać. W książce „Kapitalizm sieci” stawiasz tezę, że żyjemy obecnie w erze gospodarki informacyjnej, która jest kolejnym stadium rozwoju historycznego. Przywołam tu jeden obrazek – w stanie Oklahoma znajduje się ogromna serwerownia Google’a, która zatrudnia ponad 400 pracowników. Mówiąc obrazowo, jest to po prostu kupa skomplikowanego żelastwa, złożona z wydobytych gdzieś surowców, jacyś inżynierowie musieli je zaprojektować, a robotnicy złożyć, ktoś musi ją konserwować i chłodzić, no i oczywiście zużywa dużo energii powodującej emisje dwutlenku węgla. To wszystko kosztuje, ktoś na tym zarabia, jest to cały czas realna gospodarka, a oczywiście takich miejsc na świecie jest dużo więcej; chmura Microsoftu, Azure, ma na przykład osiem serwerowni w Europie. Na czym w takim razie polega ta jakościowa zmiana oblicza współczesnej gospodarki? Czym jest jej nowy, cyfrowy charakter i na czym polega odejście od przemysłowego kapitalizmu? Czy ono rzeczywiście się wydarzyło, skoro jednak koniec końców ta era informacji również nie może się obyć bez materialnego podłoża?

Jak sam mogłeś zauważyć, chętnie podejmuję tę krytykę na kartach mojej książki, szczególnie przywołując Ursulę Huws i jej krytykę spojrzenia „wszystko się zdematerializowało, wszyscy jesteśmy pracownikami internetu i umysłowymi, którzy siedzą w swoich biurowcach, coś klikają i tym klikaniem dzieje się cała rzeczywistość”. Jej krytyka była jednak pisana w latach 90.; od tamtego czasu populacja użytkowników internetu to już nie jest 5%, lecz już dawno ponad 50% ludzkości. Technologie fundamentalnie weszły w każdy obszar naszej rzeczywistości. Gdybyśmy mieli mówić nie ilościowo, ale jakościowo, to różnica polega na tym, co sam kapitał wyznacza jako wartościowe. To jest perspektywa, którą tutaj przyjmuję raczej za szkołą regulacyjną. Regulacyjną nie w rozumieniu „regulujmy internet”, lecz tego, jakich regulacji używa reżim akumulacji kapitału do wyznaczania tego, co jest wartościowe, co należy do kogo i jaki mamy podział pracy. Ten reżim akumulacji sam w sobie jest reżimem regulacji rzeczywistości, mówi nam, co jest wartościowe, a co nie, w jakiej pracy zarobisz bardzo dobrze, a jaka praca z jego punktu widzenia nie służy przywłaszczaniu majątku, więc wyznacza ją jako niskopłatną, jak na przykład pielęgniarki czy nauczycieli, którzy są przecież kluczowi dla odnowy i reprodukcji systemu. Kapitalistów to jednak nie interesuje. Ta perspektywa jest dużo łatwiejsza do obronienia, ale wydaje mi się, że historycznie też jest o tyle słuszniejsza, że kiedy mieliśmy do czynienia z rozrostem kapitalizmu przemysłowego, nie sprawiło to, że rolnictwo jakoś magicznie zniknęło z powierzchni ziemi. Wprost przeciwnie – były takie części świata, jak zresztą na przykład Polska, które właśnie na tym dualizmie europejskim, że tam rozwijają się już pewne manufaktury, a później kapitalizm przemysłowy, a u nas zostaje gospodarka feudalna i agrarna, budowały dobrobyt swoich elit i model gospodarczy. Dziś jest podobnie, gdy kapitalistyczne centrum wyznacza, że nowym sposobem regulowania rzeczywistości jest cyfryzacja wszystkiego, są platformy, staje się taką warstwą, której my możemy doświadczać: dóbr, usług, komunikacji, wszystko jest mediowane przez nasze prywatne smartfony i laptopy, to one są głównym narzędziem pracy. Zarazem sprawia to, że najwyżej wyznaczana jest wartość tych spółek, które najlepiej akumulują dane, a programiści i te osoby, które zajmują się wiedzą, czyli ci wszyscy specjaliści, menedżerowie, stają się najlepiej opłacani w tym systemie, ale to nie znaczy, że gdzieś znika przemysł. Dalej cała ta gospodarka cyfrowa opiera się o serwerownie, przetwarzanie w chmurze, o kable. Prywatne firmy, takie jak chociażby Google, nie tylko korzystają z tych serwerowni, ale zaczynają budować własne sieci kabli, którymi oplatają całe kontynenty, na przykład Afrykę, żeby móc jeszcze szybciej dostarczać swoje usługi. Tu jest bardzo mocna baza surowcowa i przemysłowa, tylko że system wypycha taki element przemysłu poza swoje centrum, traktuje go jako coś gorszego w całym łańcuchu produkcji. Taka perspektywa nie służy temu, aby powiedzieć, że ci, którzy zajmują się przemysłem czy tym bardziej rolnictwem nie mają żadnego znaczenia i można ich zautomatyzować; jest przeciwną perspektywą zorientowania się w tym, że to centrum zignorowało już miejsca, gdzie realnie cały czas pracują ludzie w krajach globalnego Południa, ponieważ wyznaczyło sobie, że teraz rzeczywistość będzie mediowana technologiami i to technologie będą najwyżej wyceniane w całym tym systemie. Gdziekolwiek jesteś na świecie, jeśli pomagasz budować technologie Facebooka, Google’a czy Amazona, to natychmiast jesteś brany i windowany do statutu lokalnej elity, a jeśli nie, to nie masz dla nich żadnego znaczenia. No i wtedy też te kraje, które nie są dziś tak podmiotowe, myślę tu również o krajach półperyferyjnych takich jak niestety Polska, muszą sobie zdać sprawę, że wyjściem z tej sytuacji dzisiejszej gospodarki zależnej nie jest wyłącznie np. budowa własnej marki samochodów, bo to jest uczestnictwo w wyścigu, który już się dawno zakończył. To jest ten poprzedni wyścig przemysłowy. Teraz, jeśli chcemy mieć rzeczywiście cyfrową suwerenność, czy tak jak inne kraje globalnego Południa chcemy wyjść z tej pułapki, to wyjście z niej odbywa się przez przyjęcie perspektywy wielkiego kapitału i wykrojenie sobie takiej technologii, takiej infrastruktury publicznej, która będzie nasza. Rzeczywiście jest to zmiana jakościowa i ona jednak obejmuje cały glob, bo cały glob jest dzisiaj jednym systemem gospodarczym.

Powiedziałeś, że z perspektywy kapitału nowe zawody, jak nazywasz je w książce, należące do nowej grupy – kognitariatu, stają się warte, żeby je nieźle wynagradzać, bo opierają się wciąż na jakichś rzadkich umiejętnościach. To jest zjawisko, które wszyscy widzimy na co dzień, obserwując na przykład wciąż niegasnącą popularność kariery programisty. Czy w związku z cyfryzacją gospodarki grozi nam bardzo daleko posunięta polaryzacja społeczna, prowadząca do niemal dualnego podziału klasowego? Kurt Vonnegut napisał powieść „Pianola”, dystopię science fiction, w której dokonała się automatyzacja, a w efekcie usankcjonowany prawnie został podział klasowy na inżynierów obsługujących maszyny oraz na ciemny plebs… Czy nie zmierzamy trochę w takim kierunku?

Tak, to jest problem, na który też patrzę w dłuższej perspektywie; tak jak kapitalizm kognitywny nie narodził się razem z początkiem Internetu i to jest perspektywa, którą chciałbym bardzo ostro postawić, w przeciwieństwie chociażby do popularnej teraz książki Shoshany Zuboff, która jednak wskazuje na bańkę internetową i nowe internetowe giganty jak na jakąś fundamentalną zmianę rzeczywistości. Nie wydaje mi się. Kapitalizm kognitywny wyrastał raczej przez dłuższy czas w toku tego, co pierwsi marksiści obserwowali jako formowanie się klasy menedżerów, inżynierów, mediów, nowych specjalistów, całej tej pracy biurowej. De facto więc możemy to śledzić od okresu rozwoju gospodarki usługowej. W tej perspektywie Daniel Bell, który pisał o tym już w latach siedemdziesiątych, jako pierwszy zaczął rysować taki podział i rysował go jako różnicę między profesjonalistami a populistami. Jest to oczywiście trochę zabawne w kontekście tych wszystkich dzisiejszych sporów, gdzie populiści to są wszyscy ci naznaczeni, ci wszyscy kaczyści, trumpiści i tak dalej, odżegnuje się ich od czci i rozumu. Z drugiej strony jest, wydawałoby się, klasa tych wszystkich mądrych ekspertów, specjalistów, ludzi, którzy przeczytali stosy raportów i książek, i oni teraz mogą z katedry oznajmiać, jak powinno być. I ten podział do jakiegoś stopnia widać nawet w zarobkach; mówimy cały czas o rosnących nierównościach i te nierówności w dużej mierze manifestują się, co zresztą wprost mówi Piketty w odniesieniu np. do USA, jako nierówności dochodowe. Wynikają przede wszystkim z płac tej klasy super menedżerów, super specjalistów czy nawet, jak nazywa się ich w niektórych pozycjach, super stars. Ich się kupuje, ponieważ jest pewność, że ci ludzie wiedzą, co się będzie działo, wiedzą, jak to zrobić i kwota nie ma znaczenia. Bell jednak zauważał – i wydaje mi się, że tu trzeba trochę podrążyć – jak fałszywy jest ten podział. To nie jest tak, że ci ludzie, ci profesjonaliści i programiści, sami są właścicielami kapitału, palą cygara i nie muszą się nad niczym zastanawiać, żyją sobie tylko z kolejnych inwestowanych środków. Oni dalej pracują, są swego rodzaju arystokracją pracy, ale w dalszym ciągu to oni wykonują polecenia góry. Jeśli jest kryzys, to na nich również spadają cięcia i oni również podlegają jakiejś presji. W przypadku pracy zdalnej, co teraz badamy, w Polsce, ale nie tylko tutaj, również na nich rozciągane są narzędzia cyfrowego tayloryzmu, które mierzą czas pracy, mierzą ich zachowania, wszystko sprawdzają. To nadal są pracownicy, czy tego chcą, czy nie chcą. Świetnie pokazuje to teraz chociażby zawiązanie się pierwszego związku zawodowego w Alphabet, czyli spółce-matce Google’a, gdzie pracownicy, których nieco dotknął kryzys, zrozumieli, że bardzo wiele produktów i projektów, które tworzy Google, to rzeczy, z którymi oni się w ogóle nie utożsamiają, nie chcą ich robić, uważają je za złe etycznie, widzą, że ich kolegów za wyrażenie sprzeciwu od razu spotyka wyrzucenie z pracy albo inne represje i sami się uzwiązkowiają. W tym sensie moim zdaniem kategoria kognitariatu to nie jest tylko kategoria „specjalistów gospodarki opartej na wiedzy”, a raczej kategoria, która rozciąga się od osoby pracującej przez aplikację na smartfonie, ponieważ obsługuje tę aplikację, ma z nią kontakt, wysyła w niej jakieś dane, po wszystkich programistów, którzy nadal są pracownikami najemnymi i oni również cały czas obcują ze światem cyfrowym. Kategoria kognitariatu jest dużo szersza i im szybciej góra tej klasy zorientuje się, że w sumie tak naprawdę współdzieli bardzo wiele problemów, bolączek i pozycję klasową z tym dołem, tym szybciej będziemy mieli do czynienia z jakimś sojuszem, który sądzę, że pozwoli nam przełamać istniejącą rzeczywistość.

To już w zasadzie recepta stricte polityczna, z którą oczywiście się zgadzam. Wracając jeszcze do samej istoty systemu, który opisujesz, chciałbym zapytać o rolę wiedzy i informacji jako kluczowych obecnie środków i czynników produkcji. One istniały zawsze i zawsze były niezbędnymi składnikami rozwoju cywilizacyjnego. Trzeba było wiedzieć, jak zbudować piramidy, jak zbudować katedry, jak zbudować okręty, żeby przepłynąć przez ocean, i tak dalej. Dlaczego dzisiaj one są ważniejsze? Co to oznacza, że, jak piszesz powołując się na Karla Polany’iego, informacja to towar fikcyjny?

Wydaje mi się, że w tej perspektywie Polany’iego tkwi cała różnica. Informacje były zawsze, wiedza była zawsze, tak samo jak przed kapitalizmem również istniały kapitał i bogactwo, natomiast w całym tym systemie różnych zależności, tego, że można sobie kupić pracę jakiegoś biedaka, tego, że można zbudować fabrykę, a kapitał bardzo łatwo zamienić na kolejny kapitał przez sprzedaż dóbr, te elementy były w tym systemie, ale one nie funkcjonowały jako kluczowe koła zamachowe gospodarki. Informacje też istniały i były produkowane, wiedza była produkowana, ale to najczęściej działo się przez system cechowy czy, chociażby w Europie, kościelny. Mieliśmy takie instytucje kościelne, uniwersyteckie, cechowe, które zrzeszały swoich członków, była tam bardzo hierarchiczna struktura przekazywania wiedzy, instytucja czeladnika, mistrza, uczenia się przez długie lata; w dużej mierze ta wiedza była bardzo osadzona w danej, konkretnej osobie i nie była w żadnym sensie towarem, nie można było jej wyabstrahować poza człowieka, wziąć sobie, przemieścić na drugi koniec globu i tam sprzedać innej osobie. A nawet jeśli można było to zrobić w formie książki, to było to bardzo trudne i ta informacja była często czymś bardzo złożonym, czyli właśnie książka, później chociażby patent. Różnica polega na tym, że jednak w toku wytworzenia najpierw komputerów, a później jeszcze sieci, która połączyła te komputery, udało nam się jako cywilizacji zejść coraz głębiej w strukturę tych informacji, do poziomu coraz bardziej mikro, ale także poziomu coraz bardziej dynamicznego. Panami sytuacji nie są już ci, którzy mają jeden patent, nad którym naukowcy pracowali przez dwadzieścia lat i który jest jakoś objęty prawami własności intelektualnej, systemem sądownictwa itp. Są dziś nimi ci, którzy posiadają aparat będący w stanie zgarniać dane z każdego naszego zachowania, kliknięcia, przejazdu czy korzystania z jakiegoś sprzętu w każdej dostępnej sekundzie. Ten dynamiczny charakter całkowitego oddzielenia danych od ich źródła wydaje mi się kluczowy. W tym sensie jest to towar fikcyjny, że wiemy jednak, iż informacja sama w sobie nie jest w żadnym sensie towarem; mogła być wyprodukowana poza rynkiem, niekoniecznie na sprzedaż, a poza tym, jeśli ja teraz wszystkim czytelnikom i czytelniczkom przekażę jakąś ciekawą informację, to nic nie stracę na tym, że ta informacja została zreplikowana. Żeby to stał się towar i miał jakąś wartość, musi stać się dobrem ograniczonym, rzadkim. Trzeba więc sztucznie, fikcyjnie ograniczyć dostępność tego towaru i stąd też rozciąganie praw własności intelektualnej na różne algorytmy, na bazy danych, stąd pilne strzeżenie dostępu do danych i uniemożliwianie na przykład ich powtórnego wykorzystania. To jest oczywiście perspektywa danych, informacji. Ale mamy drugą perspektywę, pracy. Kiedyś to, że ja coś powiem, albo że obserwuję reklamę, nie było traktowane jako praca per se. Ale stopniowo, i to znowu są poprzednie dekady, najpierw pojawili się badacze, którzy zaczęli zwracać uwagę, że telewizja to nie jest, tak jak myślała szkoła frankfurcka, tylko jednostronny aparat do serwowania nam propagandy, ponieważ my poprzez oglądanie też wykonujemy jakąś pracę. To jest relacja dwustronna. My, oglądając, dostarczamy tę pracę tłumu przez uczenie się marek, zapamiętywanie ich, dajemy jakąś informację zwrotną, ponieważ nie przełączamy kanału, więc już na przykład telewizja wie, iż tego typu reklama działa lub nie działa. Dzięki temu ta praca tłumu także niosła ze sobą jakąś wiedzę. A pojawienie się Internetu i reklam w Internecie przeniosło to na jeszcze nowy, wyższy poziom, sprawiając, że de facto teraz każdy odruch, czy coś, co Shoshana Zuboff nazywa nadwyżką behawioralną, każde nasze zachowanie, jest jakimś elementem pracy. Staram się podkreślać tę perspektywę, że to nie jest tak, iż ta nadwyżka behawioralna to jest coś, co bierze się przypadkiem z tego, że my jakoś sobie żyjemy, przypadkiem pojawia się ta informacja i ona jest wykorzystywana. Z punktu widzenia ekonomicznego, jeśli wykonuję jakąś czynność, klikam, pracuję, operuję maszyną, na której jest sensor zbierający, jak ta maszyna wibruje, więc dostarczam komuś te dane i tak dalej, jeśli coś takiego się dzieje, to wykonuję pracę, bo to jest moja aktywna czynność. Taka perspektywa pokazuje, że to jest stary proces zamiany różnych rzeczy, różnych zjawisk, w towary, tak jak właśnie informacji, i zamiany kolejnych elementów aktywności, czyli pracy człowieka, również w takie fikcyjne towary. Więc wciąż jest to kapitalizm, który przez dłuższy czas ewoluował i teraz przyjął formę pasożytowania właśnie na nowych towarach fikcyjnych.

Model maksymalizacji zysku przez cyfrowe platformy i gigantów technologicznych to chyba nie jest taka sytuacja, do której wszyscy jesteśmy zdroworozsądkowo przyzwyczajeni; dana firma sprzedaje swoje produkty na jakichś rynkach zbytu i zarabia na tym, bo po prostu konsumenci jej za nie płacą. Czym jest praca tłumu, z której kapitalizm kognitywny ekstraktuje wartość dodaną? Jak należy rozumieć pojęcia fabryki sieci i fabryki społecznej? Piszesz, że w tym momencie każdy przejaw naszych, początkowo zupełnie nierynkowych odruchów, składających się po prostu na życie społeczne, to, że chcemy dyskutować z ludźmi na przykład o jakimś gatunku muzycznym, od razu jest zamieniany w jakiś rodzaj towaru.

W dużej mierze tym, co te platformy zrobiły, co im umożliwiliśmy, jest m.in. to, że weszły i skolonizowały przestrzeń, sferę publiczną, sferę cyfrowej agory, w której możemy dyskutować. Wchodzą w przestrzeń typu mobilność i transport, wchodzą w edukację, wchodzą w bardzo wiele takich podstawowych sfer publicznych i w tych miejscach lokują się jako kluczowe węzły, tak naprawdę rentierzy. Stają się rentierami sieci, korzystając z tego, że każdy musi skorzystać z ich usługi, żeby gdzieś ostatecznie trafić i tam rzeczywiście skorzystać z jakichś produktów albo usług. W dużej mierze ta cyfrowa rzeczywistość, przez to, że nie została dla niej stworzona jakaś wspólna infrastruktura, została w ten sposób przejęta i skolonizowana. Mario Tronti wskazywał, że gdy fabryka była tylko w miejscu fabryki, to wiedzieliśmy, w których momentach pracujemy, a w których nie. Możliwe było zdanie sobie w ogóle z tego sprawy, możliwe były różne formy oporu, bo istniała też jasna granica między momentem, kiedy pracuję, a momentem, kiedy jestem sam dla siebie, wolny, odpracowałem swoje. I oczywiście trwał spór o to, czy mamy pracować osiem godzin dziennie, czy bez ograniczeń, występowały problemy biedy i tak dalej, natomiast wyznaczyliśmy sobie, że jednak w krajach, gdzie są przestrzegane prawa pracy, gdzie są silne związki zawodowe, są pewne ramy, ile wolno pracować, a potem człowiek jest już swobodny. Tronti zaczął analizować w powojennych Włoszech sytuację ludzi, którzy są pracownikami umysłowymi i nie jest tak, że ktoś mocno ich zmusza do tej pracy, ale oni sami zaczynają ze sobą konkurować, ponieważ informacja jest wszędzie i oni w pewnym sensie cały czas, chodząc wieczorami na kolacje ze swoimi znajomymi, czytając w wolnym czasie – są w jakimś sensie w pracy. Patrząc na to Tronti stwierdził, że jeśli fabryka kiedyś rozciągnie się na społeczeństwo, to przestaniemy w ogóle zauważać te jasne, burżuazyjne stosunki społeczne, że to jest praca, a nie po prostu nasze zachowanie, że ktoś ekstraktuje z nas tę wartość, realizuje ją, zdobywając tak naprawdę oligarchiczną władzę. Wydaje mi się, że czytając te słowa Trontiego i tę jego analizę z czasów, kiedy pierwsze komputery miały jeszcze wielkość pokoju, możemy znaleźć łatwą analogię do współczesności i do tego, że dziś fabryka rozciągnęła się na prawie każdą naszą czynność. Weszła do naszych domów, niemal dosłownie; są takie produkty czy usługi, jak chociażby Alexa od Amazona czy Google Echo, niektórzy we własnych domach stosują monitoring, inteligentne lodówki i inne takie urządzenia. Dosłownie cała rzeczywistość wokół nas zaczyna być coraz silniej spenetrowana przez urządzenia i cyfrowe sieci, które cały czas wyciągają z naszej aktywności i z naszej pracy informacyjnej jakąś wiedzę o nas, a przez to, i tutaj akurat Zuboff słusznie mówi, są w stanie stworzyć nowy behawioralny rynek finansowy, na którym handlują czy spekulują jakimiś naszymi zachowaniami. I teraz, co wydaje mi się bardzo ważne, jeśli pozwala się na stworzenie takiego rynku zachowań ludzi, to jest jasne, że chce się cały czas dbać o to, aby klient, czyli cała reszta gospodarki, przychodził i kupował reklamy i korzystał z profili, to trzeba dbać w takim razie o jakąś ich przewidywalność, stabilność, żeby te zwroty, które ktoś chce mieć z wykupionych reklam, były jasne. A skoro tak, to w takim razie tworzenie baniek i podsuwanie ludziom różnych treści tak, żeby uspójnić ich poglądy do jednej ramy, to nie jest wypadek przy pracy. To bezpośredni cel i bezpośrednie działanie tych platform. Nawet jeśli nie jest to głośno wyartykułowane, to właśnie taka strategia najlepiej maksymalizuje zysk. Fabryka sieci ostatecznie więc, przez sprawowanie nadzoru nad nami wszystkimi, zapewnia każdemu z nas rzekomo spersonalizowane usługi, natomiast tak naprawdę to jest ostatecznie spersonalizowany bilet do tej samej zagrody, w której jesteśmy, ponieważ taki profil jest profilem zakupowym, którego domaga się dany reklamodawca.

Fabryka sieci czy fabryka społeczna to w takim razie rodzaj totalizującej rzeczywistości, w której zacierają się wszystkie granice i w zasadzie cała poddaje się władzy kapitału, który wyciska z niej wartość. Co do pracy tłumu – czy to pojęcie nie odsyła nas trochę do kolektywnego charakteru wytwarzania informacji, tego, że często nie da się wskazać jednego twórcy danej myśli, danego mema, mody i tak dalej, tylko to wszystko pochodzi z niezliczonej ilości interakcji, które dopiero później są utowarowiane?

Tak właśnie jest. Jeśli weźmiemy przykłady bardziej namacalne, na przykład usługi zdrowotne, to wiedza na temat tego, jaki jest przebieg choroby, jakiegoś przewlekłego zapalenia u jednej osoby, nie daje absolutnie żadnych podstaw, aby stworzyć jakieś narzędzie algorytmiczne. Ale jeśli wiemy, jak przebiegła u 100 milionów ludzi, to jesteśmy w stanie spojrzeć na te czynniki, które do tej pory mogliśmy zupełnie ignorować: genetyczne, epigenetyczne, towarzyszące choroby, obrazy ze zdjęć, jakieś deformacje. Możemy spojrzeć na całe mnóstwo danych i znaleźć w tym rzeczywiście nową wartość. W pewnym sensie dzieje się to automatycznie; informacje mają w ogóle kumulatywny charakter, czyli ich przyrastanie nie jest po prostu dodawaniem jeden do jednego, to nie jest jak produkcja dwóch samochodów, która pozwala na to, żeby obok siebie stanęły dwa samochody, ale nie jedziemy przez to dwa razy szybciej. Informacja ma kumulatywny charakter. Jeśli wezmę algorytm przetrenowany na 10 milionach ludzi, a potem na 20, to jest bardzo spora szansa, że jednak te kolejne 10 usprawniło mi w ogóle możliwość predykcji w dramatyczny sposób, który nie jest w ogóle liniowy. Nawet jeśli to jest indywidualna jednostka, która coś robi, to prawdziwa wartość, ten rzeczywiście emancypacyjny potencjał automatyzacji nowych usług publicznych, leży nie w jednostce, lecz w agregacji danych, siły sieciowej tych wszystkich osób. I oczywiście to jest wtedy wybór, czy tę sieciową siłę wykorzystują rentierzy, którzy, po tym jak już podłączą nas wszystkich do swojej jednej sieci, robią z niej taki zamknięty ogród, zamknięty ekosystem, wykupują wszystkich rywali, Facebook jest tu świetnym przykładem, wykupują Instagramy, Whatsupy, przekazują wszystkie dane, tworzą z tego jeden potężny konglomerat, z którego nie ma żadnego wyjścia, nie można wymienić elementów tej usługi, nie można wyjąć fotela i wstawić innego, który się bardziej podoba, tylko jest się w tym ekosystemie i tyle, albo tę samą sieciową siłę można wykorzystać do celów publicznych. Natomiast wydaje mi się, że ta perspektywa, o której mówisz, jest bardzo ważna; nie ma żadnego indywidualnego zbawienia w kapitalizmie kognitywnym, z fabryki sieci wychodzimy albo przejmując w pewnym sensie kontrolę nad tym, do czego ta sieć służy, albo każdy indywidualnie krąży cały czas po tej spirali przekazywania danych i biegania za własnym ogonem nowych reklam.

W ostatnich tygodniach doszło do bardzo głośnego wydarzenia – zbanowania odchodzącego prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa na Facebooku i Twitterze. Można chyba powiedzieć, że trochę wpisało się to w zjawisko, że platformy takie jak Facebook, Twitter i Youtube często są postrzegane jako aktywni uczestnicy wojen kulturowych z wyraźnie progresywistyczną orientacją. Strona przeciwna, mówiąc najogólniej konserwatywna, próbuje odpowiadać na przewagę przeciwnika zakładaniem własnych mediów społecznościowych, takich jak Parler czy ostatnio w Polsce Albicla. To są zwykle rzeczy nieudolne, wyszydzane i tak dalej. Skąd w ogóle taki wybór w korporacyjnej agendzie i jakie ta sytuacja może mieć konsekwencje dla debaty demokratycznej, podziałów i sympatii społecznych? Czy sam model biznesowy zaognia sytuację, bo antagonizujące tematy lepiej się klikają?

Tak, zdecydowanie – model biznesowy większości tych platform, czy to będzie google’owski Youtube, Facebook, Instagram czy Twitter, to celowe antagonizowanie ludzi. Robią to nawet widząc i słysząc od swoich byłych pracowników, którzy wskazywali, że to prowadzi na przykład do wzrostu samobójstw wśród dzieci, do depresji, do uzależnień wśród mnóstwa ludzi i przede wszystkim do polaryzacji, ale ta wiedza nijak nie wpłynęła na politykę tych platform. Co jakiś czas odbywały się jakieś pojedyncze ruchy pozorowane, jeśli była bardzo silna presja społeczna, zdarzało się kogoś zbanować, ale nie miejmy żadnych wątpliwości; to tylko strona konserwatywna i prawicowa ma w zwyczaju ciągłe wołanie, że są ofiarami, podczas gdy nie są nimi w jakimś dużym stopniu. W Polsce jedyna sprawa, jaka się toczy przed sądem, to sprawa Społecznej Inicjatywy Narkopolityki, która została ocenzurowana i usunięta przez Facebooka, a nie są to raczej środowiska konserwatywne. Takie przegięcie, jeśli jest widoczne, szczególnie w ostatnim czasie, wynikało raczej z tego, że po latach zapewniania np. Trumpowi ogromnej platformy, niereagowania na wezwania, żeby może coś zrobić z jego niektórymi treściami, raczej zawieszania regulaminu dla takich osób, jak właśnie Trump czy inni autokratyczni liderzy, po tak długim czasie zorientowali się teraz i dopiero, kiedy realnie wydarzył się ten pucz waszyngtoński, że wygrała już inna administracja, która prawdopodobnie będzie regulowała big-techy i która chce coś zmienić, w związku z czym pora po prostu przemalować barwy, pora zrobić jakiś ruch, choćby symboliczny. Oberwało się Trumpowi, pojawiło się dużo deklaracji progresywnych, bo zresztą kapitalistyczne korporacje bardzo chętnie wykorzystują progresywne barwy czy na przykład ruchy LGBT. Nieprzypadkowo też jednak dlatego, że ich celem jest przede wszystkim rekrutacja jak największej liczby inteligentnych ludzi. Jeśli wśród tych inteligentnych ludzi są często też osoby nieneurotypowe, osoby LGBT i tak dalej, to muszą wobec tych osób wytworzyć pozytywną atmosferę różnorodności. To się zbiega; jednocześnie różnorodność jest rzeczywiście pewnym motorem postępu, w tym gospodarczego, i zarazem te korporacje chcą z niej skorzystać, więc malują sobie takie barwy. Moim zdaniem to jest ogromne fałszerstwo i próba udawania w drugą stronę. Na Twitterze została też niedawno pokasowana cała masa profili Antify i działaczy komunistycznych z całego świata, nie tylko w USA. Za chwilę zacznie się wyłaniać system technoimperializmu. Tym krajom, które chcą regulować czy mają swoje własne technologie, jak Chiny, czy krajom takie jak USA, które mają je prywatnie, korporacje będą się trochę wkupywały w łaski, będą zawierały jakieś dziwne sojusze i na przykład stosowały ideologiczną cenzurę. Cenzurę nie jednostronną przeciwko prawicy, jak często o sobie myślą, ale raczej udoskonalenie taktyki stalinistów. Mam na myśli taktykę salami, jeśli ktoś ją pamięta. Tyle że tutaj będzie to taktyka salami obustronnego – w środku mamy przekaz skrajnie centrowy, pozbawiony jakiejkolwiek głębokiej treści krytycznej, przekaz czysto komercyjny. I z obu stron tniemy naraz to salami, aż po środku pozostaje tylko taki najbardziej komercyjny, codzienny przekaz, reklamy albo codzienne informacje, codzienna rutyna, na pewno żaden przekaz podważający system czy kwestionujący pewne obiegowe opinie.

Mam wrażenie, że jesteśmy w takim impasie, że ciągle pyta się o suwerenność. Kto jest suwerenny, czy chcemy, żeby tę suwerenność cyfrową nadal miały korporacje, żeby miały państwa, czy w jakiś sposób włączamy użytkowników? W moim odczuciu kierunek inspirowany spółdzielczością, demokracją jest najlepszy. Nie taki, w którym tworzymy system sądów 24-godzinnych i mamy jednego sędziego wyznaczonego przez Ziobrę, Erdogana czy kogokolwiek innego, kto siedzi i wyklikuje sprawy, bo możliwość kontroli politycznej jest bardzo duża. Oczywiście nie do utrzymania jest obecny system, w którym platforma nie ponosi odpowiedzialności, umywa ręce i mówi, że to jej prywatna sprawa, gdy tak naprawdę przejęła sferę publiczną. Trzeba stworzyć system oparty na architekturze partycypacji. To oczywiście brzmi bardzo górnolotnie, ale gdybyśmy próbowali robić to sensownie, to moglibyśmy np. powołać instytucję, którą moglibyśmy nazwać Radą Cyfrowych Ławników i mógłby w niej zasiadać każdy obywatel, który spełni pewne niewygórowane standardy. Każdy obywatel może się tam zarejestrować i jeśli jest jakaś sprawa, która budzi wątpliwość, to jest losowana próba obywateli, wystarczy nawet trzech, którzy podejmują decyzje. Dzięki temu prawdopodobnie, jeśli to będą przypadkowe osoby, nie będzie aż tak dużo cenzury i nie będzie ona aż tak sterowana, ponieważ będzie bardzo zdecentralizowana. Jest to taka optyka, że jeśli sieć z definicji jest połączeniem masy ludzi, jest zdecentralizowana, to odpowiedzią na problemy, które wyrastają w takiej strukturze, musi być również system zdecentralizowany. To nie tylko kwestia demokracji, ale zarządzania procesami. Dzisiaj próba jednoznacznego przypisania odpowiedzialności, powiedzenia, że ten podmiot będzie robił to za wszystkich, jest po prostu niemożliwa i prowadzi znowu do centralizacji i obaw, które uważam za słuszne.

Współczesny big-tech tak naprawdę nie ma już wiele wspólnego z żadną grą rynkową – to są ogromne monopole bez realnej konkurencji, korzystające z efektu skali, stosujące planowanie, nie da się ich opuścić bez samowykluczenia z pewnej przestrzeni życia społecznego. Postępuje daleko posunięta koncentracja kapitału, firmy takie jak Facebook skupują mniejsze. Czy to nie jest rodzaj jakiegoś sprywatyzowanego socjalizmu, który już zaistniał i teraz tylko musimy dokonać rzeczywistego uspołecznienia i demokratyzacji czegoś, co i tak już trochę się wydarzyło?

Dokładnie tak jest. Istnieje technoprzemysłowy kompleks, który planuje, jak Amazon, który bierze dane dosłownie zewsząd, planuje sobie całą logistykę. To, co powiedziałeś, jest trochę leninowskie w treści. Lenin w pracy „Imperializm jako najwyższe stadium kapitalizmu” bardzo ciekawie to ujmował i to mnie właśnie skłania do tej refleksji na temat technoimperializmu. Ostatecznie rola tych największych kapitalistów do tego zmierza, kiedy kończy się gra rynkowa, ponieważ, gdy uruchamiamy rynek, to on dąży do autodestrukcji, to jest jasne, to są wewnętrzne sprzeczności w kapitalizmie, które prowadzą do jego końca. Kiedy kończy się okres tych wszystkich rund, zmniejsza się rynek i następuje konsolidacja, wówczas dochodzimy do punktu, w którym te firmy same się uspołeczniają – w tym sensie, że stają się pewnym społecznym, publicznym tworem, który ogarnia całe społeczeństwo, który produkuje dla wszystkich albo oferuje usługi wszystkim. Jeśli tak się dzieje, to zasadniczo podstawowy charakter platformy cyfrowej już jest całkowicie społeczny, czy, tak jak powiedziałeś, jest pewnym prywatnym socjalizmem. Problemem jest tylko to, że nadal ma miejsce prywatyzacja zysków i uspołecznianie strat. Naszym zadaniem jest w jakimś sensie chociaż wyrównanie tego balansu i dlatego nie sądzę, że propozycja jakiegoś cyfrowego socjalizmu to jest radykalizm i wywrócenie stolika. Absolutnie nie – to jest właśnie znalezienie równowagi. Jeśli uspołeczniamy straty, bo my wszyscy bierzemy je na klatę, to musimy też uspołeczniać zyski, tak na serio, a nie na pół gwizdka. Wydaje mi się, że ten imperializm, o którym mówisz, warto jednak geograficznie lokalizować, mówić też o tym, że w przypadku krajów takich, jak Polska, siedziby firm i kontrola nad nimi jest całkowicie poza naszym zasięgiem. W tym sensie jesteśmy całkowicie skolonizowanym krajem i dlatego jakaś próba odzyskania tego musi się dziać przez miks budowy własnej infrastruktury i własnych rozwiązań. Nie sądzę, że Albicla jest dobrym kierunkiem, to raczej wygląda jak próba zrobienia tego samego, ale to „my” będziemy teraz cenzurować. Jeśli w ogóle z takim podejściem podchodzi się do rzeczywistości, to przepraszam, ale konserwatyści są tylko dużo bardziej zamordystyczną wersją kapitalistów, nie wiem, kto chciałby optować za czymś takim. Musimy raczej naprawdę wywrócić podstawową logikę tego systemu, postawić na jakąś jego demokratyczną wersję. Być może nie będzie się dało tego zrobić tylko budując alternatywy; jeśli tak, to raczej osiągniemy to przez bardzo ostre, bardzo surowe regulacje i takie chyba w naszej przynajmniej sytuacji możemy wywalczyć negocjując jako blok handlowy, jakim jest Unia Europejska.

Powiedzmy jeszcze coś o tym, jak dokładnie mogą przebiegać to uspołecznienie i ta transformacja. O jakich receptach możemy myśleć? Wspomniałeś już o cyfrowym kooperatyzmie, w książce piszesz też o wspólnicach danych, czasami półżartobliwie rzuca się hasło nacjonalizacji Facebooka. Podejrzewam, że możliwych rozwiązań jest wiele i mogą one współwystępować na różnych poziomach. Co można o tym powiedzieć?

Nie ma jednej odpowiedzi, można je wymienić, jak i tych aktorów, którzy powinni na nie grać. To podobne do tego, co Polanyi mówił o podwójnym ruchu – kiedy następuje ekspansja kapitału, z drugiej strony następuje społeczny ruch sprzeciwu, który często jest pluralistyczny i wielowątkowy. Jedni chcą regulować, drudzy budują alternatywy, a im silniej jest dokręcona śruba, tym więcej różnych grup ma poczucie „cholera, coś musimy zrobić” i próbują to robić na swój sposób. Można wymienić kilka takich elementów. Najbardziej oddolne są oczywiście cyfrowe spółdzielnie – jeśli mamy dziś Ubera czy Uber Eatsa, który płaci marnie pracownikom i dociska jeszcze w dodatku restauratorów, to tworzymy takie same rozwiązania technologiczne, ale sterowane przez nas, z lepszymi warunkami, szanujące lokalną wspólnotę. To jest taki lokalny, samorządowy, spółdzielczy ruch. Z innej strony mamy właśnie wspólnice danych, czyli próbę odzyskania kontroli nad danymi i tu sądzę, że sfera publiczna ma wiele do rozegrania. Nawet niekoniecznie na poziomie europejskim, być może nawet na poziomie narodowym albo jako dyskusja między różnymi krajami, które będą chciały te dane odzyskiwać dla dobra interesu publicznego, choć Unia Europejska też próbuje to robić. Mamy oczywiście wysiłki regulacyjne. Tutaj nie ma się co łudzić: jeśli chcielibyśmy pójść naprawdę daleko i rozwiązać te problemy naprawdę na dobre, podstawą byłaby nacjonalizacja Facebooka. Mówiąc bardziej serio – niestety, ale w dużej mierze taki Facebook jest po prostu infrastrukturą publiczną, tak samo jak kolej, wodociągi, operatorzy transmisji energii. Tak jak wszystkie te systemy, z automatu ma tendencję do bycia monopolem naturalnym. Jeśli tak, to ani nie mówił tego Karol Marks, ani Róża Luksemburg, ani przytoczony Lenin, tylko Adam Smith mówił o tym, że monopol naturalny nigdy nie może być sprywatyzowany. Już więc poszliśmy w dużo gorszą wersję libertarianizmu niż to, co sobie wyobrażał ojciec podejścia wolnorynkowego. Naprawdę dobrze napisane regulacje unijne powinny wymóc wytworzenie infrastruktury publicznej. Nawet jeśli Facebook czy Google nie zechcą tego oddać, bo to są amerykańskie firmy, więc nie możemy im powiedzieć nawet z Brukseli „macie natychmiast się podzielić i w ogóle najlepiej jakbyście przenieśli tę infrastrukturalną część do Genewy, bo tam będziemy pilnować tego jako ONZ”; to się raczej nie wydarzy. Można to zrobić po pierwsze biorąc dane i przenosząc je do europejskich czy narodowych wspólnic, mówiąc, że tutaj są bezpieczne, a jeśli chcecie świadczyć usługi reklamowe, to przychodzicie do nas, bo to my bezpiecznie przechowujemy te dane. Drugim wariantem jest parcie na to, żeby stosowali mocną interoperacyjność, czyli jeśli ja chcę teraz zbudować własny algorytm, który wyświetla ścianę i robi posty, to mogę sobie wziąć całą bazę mojego profilu, moich znajomych, ale wyrzucić całą część reklamową i wsadzić własną część usługową. To rozdzielenie usług od infrastruktury bazodanowej. To się zasadniczo tyczy wszystkich platform cyfrowych; jeśli mają część infrastrukturalną, to ona powinna być świadczona na otwartych protokołach, w otwartym dostępie. Sami w ten sposób powstali, bo pierwsza generacja Internetu powstała właśnie na infrastrukturze publicznej; publicznych protokołach, czyli http i e-mail. I już rozdzielenie tej infrastruktury zrobi bardzo dużo, a jest krokiem trudnym do wykonania. W dalszym ciągu powinna postępować demokratyzacja Internetu, przez włączanie użytkowników, żeby mieli więcej do powiedzenia. To też jest kluczowe, ale myślę, że to akurat wydarzy się raczej oddolnie.

Dzięki wspólnicom danych będziemy mogli poczuć się mniej uprzedmiotowieni jako nieustanny target reklam? Co się zmieni?

To nie tylko pojedyncze reklamy, które się nam wyświetlają, ale chociażby firmy ubezpieczeniowe, które w coraz większym stopniu korzystają z tego do rozpoznawania, czy przypadkiem ktoś nie jest biedny albo ze zmarginalizowanego tła, na przykład z małej miejscowości. No i każdy powód, żeby w jakiś sposób wartościować ludzi, polaryzować i pogłębiać nierówności będzie stosowany i już jest stosowany w wielu krajach. Szczególnie myślę tu o Europie Zachodniej, gdzie często mówi się o algorytmizacji welfare state; państwo opiekuńcze, ponieważ kurczy się przez neoliberalną politykę, stawia algorytmiczne zasieki. Coraz częściej analizuje się dane o ludziach, szukając powodu, żeby konkretną osobę wykopać z systemu, nie dać świadczenia i tak dalej. Nawet jeśli jeszcze tego nie widzimy, to w rosnącym stopniu będzie to wykorzystywane przeciwko nam. Natomiast to się może też zmienić w drugą stronę – jeśli uda nam się w jakiś sposób odzyskać kontrolę chociażby nad danymi dotyczącymi transportu w Uberze, FreeNow i innych usługach, to będziemy dokładnie widzieli, w jakich godzinach i gdzie być może brakuje sensownych połączeń, na przykład transportu publicznego. Będziemy więc mogli jeszcze lepiej najpierw planować systemy, które już mamy, a później planować nowe usługi, wspomniane już chociażby usługi zdrowotne, algorytmy, które są w stanie szybciej wychwycić, czy u kogoś niedługo może rozwijać się chociażby rak. Takie systemy pozwolą zoptymalizować koszty usług publicznych, przez co w pewnym sensie wygramy wojnę z neoliberalizmem. Będziemy w stanie powiedzieć, że te inwestycje sprawią, że system będzie lepszy jakościowo i jeszcze w dodatku tańszy. Kapitalizm, który domaga się, aby usługi publiczne były tańsze, bo podobno są niewydajne, zarazem musiałby wreszcie uspołecznić dane i umożliwić te inwestycje, uspołecznienie tych platform, żeby modernizacja usług publicznych miała miejsce. Jesteśmy więc w takim impasie i wyjście z tego impasu musi się moim zdaniem odbyć przez tworzenie instytucji. To nie jest nawet specjalnie radykalna teza, jest tak naprawdę dość umiarkowana, myślę, że tacy liberalni ekonomiści jak np. Daron Acemoğlu podpisaliby się obiema rękami pod tym, że potrzeba włączających instytucji, które będą podstawą tworzenia dobrobytu w gospodarce. Uważam, że w wieku informacji taką podstawą są właśnie wspólnice danych.

Jakie działania już są podejmowane? Co już się dzieje na poziomie państw narodowych, UE, ONZ?

Niestety takie międzynarodowe organizacje, jak ONZ i OECD w tym momencie trochę zacięły się w miejscu. ONZ skupiał się bardziej na wymianie danych covidowych, OECD dawno walczyło o reformę całego systemu podatkowego, która utknęła wywrócona przez ludzi Trumpa. Jesteśmy na takim etapie, że z dużych podmiotów zasadniczo tylko Unia Europejska staje do tej walki. Rozumiem i szanuję potrzebę suwerenności narodowej, w tym cyfrowej suwerenności, i myślę, że do jakiegoś stopnia można ją zrealizować, także w Polsce. Silniejszy Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, jakieś narzędzia, nawet lokalnie wdrożony podatek cyfrowy do czego przychyla się po części minister Kościński w propozycji podatku od reklam, ochrona praw pracowniczych pracowników platform – to wszystko są rzeczy do zrobienia na poziomie krajowym, ale pewne rzeczy, jak chociażby właśnie wymuszenie zmiany architektury największych platform, jak odzyskanie kontroli nad danymi, jakaś bardzo daleko idąca ingerencja w ich działanie, są możliwe tylko na poziomie unijnym. Tutaj powstaje Kodeks Usług Cyfrowych i Kodeks Rynków Cyfrowych. Wydaje mi się, że rok 2021 będzie rokiem ogromnego sporu o to, jak te regulacje mają wyglądać. W pewnym sensie moim zdaniem będą dowodem na to, czy jednolita Unia Europejska, która tworzy prawo w modelu scentralizowanym, jest rzeczywiście lepsza niż rządy narodowe, czy nie. Do tej pory trudno było jeszcze pokazać taki jednolity przykład, teraz prawdopodobnie wydarzy się on w momencie, gdy jesteśmy wciśnięci między blok amerykański i blok chiński, które technologicznie są dużo lepiej rozwinięte, mają swoich czempionów i robią nimi ekspansję na cały świat, wchodzą do różnych krajów, w tym europejskich, negocjują z nimi warunki wejścia i szukają różnych sposobów utrzymania tej kolonialnej zależności. Sytuacja się totalnie obróciła: teraz cały kontynent europejski jest w pewnej sytuacji bycia kolonizowanym i próbuje znaleźć podmiotowość. Wydaje mi się, że z tego powodu powinniśmy optować za jak najsilniejszymi regulacjami europejskimi. Niestety, gdy próbowałem prowadzić dialog z ludźmi z Ministerstwa Finansów, Ministerstwa Rozwoju czy z kancelarią premiera, za każdym razem ci ludzie takie trudne tematy, bo tak oni je postrzegają, ponieważ jesteśmy całkowicie zależni od USA, cedują totalnie na Brukselę – nie chcą ich podejmować, mimo że są fundamentalne dla rozwoju naszego kraju. Mimo tego, że dużo bardziej liczyłem na polską suwerenność, dzisiaj mam wrażenie, że musimy trzymać kciuki, aby te najbardziej ambitne warianty udało się przepchnąć w Brukseli – i regulacji usługowych, które dotyczą moderacji w Internecie, wolności słowa, niedyskryminacji, i te czysto rynkowe, które dotyczą konkurencji i działań antymonopolowych.

Na co możemy liczyć w związku z Kodeksami Usług Cyfrowych (Digital Services Act) i Rynków Cyfrowych (Digital Markets Act)?

Zostały one podzielone tak, że pierwszy dotyczy właśnie moderacji reklam, treści i prywatności, w dalszym ciągu z takiej, powiedziałbym, społecznościowo-prawnoczłowieczej perspektywy i trochę też kwestii dotyczących w pewnym sensie praw pracowniczych, natomiast Digital Markets Act obejmuje bardziej kwestie konkurencji, faworyzowania własnych produktów, wykorzystywania danych przeciwko komuś, zamkniętych ekosystemów, i tak dalej. Co ciekawe, gdy procedowano te dokumenty, Kodeks Usług Cyfrowych został wręczony w Parlamencie Europejskim do zaopiniowania grupie Socjalistów i Demokratów, i to do tej grupy należy główny sprawozdawca tego projektu, a Kodeks Rynków Cyfrowych został wręczony do sprawozdania Europejskiej Partii Ludowej. Nie wiem, czy to jest najlepsze rozwiązanie – zasadniczo wiadomo, że socjaliści i demokraci będą mieli przegięcie w stronę na przykład mocniejszego banowania ludzi za jakieś nieprawomyślne treści, a niekoniecznie, powiedzmy, jak tę odpowiedzialność platform wyważyć, żeby one jednak nie miały dużej władzy algorytmicznej. Z kolei mam wrażenie, że przekazanie kwestii antymonopolowych ludowcom doprowadzi do jakiegoś przegięcia w stronę „przede wszystkim ważne, żeby była konkurencyjność i żeby małe start-upy mogły rywalizować”, a jednak celem Digital Markets Act powinno być przede wszystkim wytworzenie pewnej infrastruktury publicznej i pootwieranie platform. Nawet nie tyle zwiększyć konkurencyjność, co stworzyć większą przestrzeń dobra wspólnego, gdzie konkurencji w ogóle z definicji nie ma. Trzeba się bardzo przyglądać tym dokumentom – to są często nudne rzeczy, ale największe firmy, Google, Amazon, Facebook, od dawna już zapowiadają, jak ostro będą walczyć przeciwko tym regulacjom. W zeszłym roku na przykład Google rozdawał granty polskim niszowym mediom regionalnym, więc już starał się w jakimś sensie związywać z nimi finansowo, żeby one też czuły, że jest pewna linia, której powinny bronić. To ma też związek chociażby z koniecznością płacenia za treści wydawcom medialnym, co się już w niektórych krajach dzieje; we Francji Google się dogadał, ile będzie płacił lokalnym wydawcom gazet, bo to przez niego głównie te gazety tracą swoje źródła dochodu. Ciekawe rzeczy się dzieją i musimy bardzo pilnować tego, żeby nie nastąpiło zmiękczenie tych regulacji.

Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, styczeń 2021 r.

Psychowarunki życia i pracy

Psychowarunki życia i pracy

Nawet co trzeci z nas może doświadczać zaburzeń psychicznych. W czasie pandemii to doświadczenie jest jeszcze bardziej intensywne. Niemal każdy z nas doświadcza osobiście jakiejś formy kryzysu psychicznego, albo zna kogoś, kto jej doświadcza.

Statystyki ZUS przeanalizowane przez Łukasza Komudę, kierującego serwisem Rynekpracy.org pokazują, gdzie w tym kryzysie jesteśmy. Liczba dni chorobowych w pracy z powodów depresji, zaburzeń lękowych i stresu nigdy wcześniej nie była większa niż teraz. Pod względem absencji w pracy oraz liczby zaświadczeń lekarskich wzrosty w okresie I-III kwartał 2020 rysowały się w następujący sposób: 40,6 proc. (wzrost absencji) i 28 proc. (wzrost zaświadczeń lekarskich). Depresja była powodem odpowiednio 33 proc. absencji i 23,8 proc. zaświadczeń. Zaburzenia lękowe wzrosły odpowiednio o 68,5 i 56,3 proc.

Powszechność odczuwania nadmiernego stresu powoduje trudności w radzeniu sobie z czynnościami życiowymi, budowaniu więzi, pracy zawodowej. Wszystkie wskaźniki stresu w Polsce od lat tylko rosną. Długotrwałe występowanie stresu może powodować doświadczenie traumy. Prof. Andrzej Cechnicki przekonuje, że najczęstszym współczesnym czynnikiem traumatyzującym są bieda, a także dyskryminacja (rasizm), zaniedbania i nadużycia wobec dzieci, prześladowania, migracje, gwałty i ataki fizyczne, zdrowie i stres matki przed porodem, komplikacje okołoporodowe. Osoby doświadczające trzech z wyżej wskazanych czynników aż 18 razy częściej cechowały się objawami psychotycznymi. Na podstawie tych danych można mówić o tzw. genie ryzyka, który uruchamia się w sytuacjach szczególnie nieprzyjaznych. Nie trzeba mieć bardzo rozwiniętej wyobraźni, żeby w kryzysie pandemicznym widzieć czas przebudzenia wszelkich możliwych traumatycznych doświadczeń, co przyczynia się do masowego wzrostu chorób i dysfunkcji jednostek i całych społeczności.

Wpływ instytucji

Fundamentalne znaczenie dla kondycji psychicznej ma praca. Dzieje się to w dwóch komplementarnych wymiarach. Po pierwsze, praca jest jednym z najskuteczniejszych czynników leczących. Zatem tworzenie warunków dla osób doświadczających trudności, wyrozumiałość i wsparcie w miejscu pracy mogą – nie tylko metaforycznie – ratować życie tysięcy ludzi i dobrostan ich rodzin. Stosunek do osób borykających się z zaburzeniami jest także miarą tego, na ile nasza praca ma faktycznie ludzką twarz.

Drugi wymiar związany jest z tworzeniem takiego środowiska pracy, które zmniejsza ryzyko wpychania ludzi w choroby psychiczne. Mark Fisher, który poświęcił w swojej twórczości dużo miejsca kondycji psychicznej, pokazuje lawinowy wzrost zaburzeń psychiczny, warunkowany przyjętymi rozwiązaniami gospodarczymi. W skrócie rzecz ujmując, można powiedzieć, że im bardziej tworzymy systemy samolubne i redukujące aktywność społeczną do konkurencji i wartości materialnej, tym groźniejszą skalę zaburzeń wytwarzamy. Większość elementów, na jakich osadzony jest system postfordyzmu (elastyczność produkcji i pracy, odchodzenie od postulatów pełnego zatrudnienia, słabnąca siła związków zawodowych i instytucji publicznych, nowe formy przemysłu informacyjnego i wiele innych) nie uwzględnia dobrostanu człowieka. Nie posiada też mechanizmów pozwalających na ukazanie wpływu, jaki rozwiązania społeczno-ekonomiczne wywierają na psychikę i relacje ludzi.

Najwyższa pora na ocknięcie się z pułapki indywidualizowania i prywatyzowania  dysfunkcji psychicznych, polegającej na tym, że koszty wpływu rozwiązań systemowych przerzucane są na osoby cierpiące. W praktyce i w dużym uproszczeniu wysyła się je (nas wszystkich) na terapię, coaching, szkolenia lepszego zarządzania sobą i uczenia się radzenia sobie ze stresem. Pomijając to, że wysyłanych nierzadko po prostu nie stać na dość drogie usługi tego typu, dodatkową trudnością, z jaką muszą sobie radzić, jest wciąż duża skala społecznej stygmatyzacji i wpędzanie tysięcy ludzi w poczucie winy, że to „z nimi jest coś nie tak”.

Światełko w tunelu

Nie wszystko, o czym tu mowa zamyka się w postulacie „finansowanie psychiatrii”, ale bez wątpienia jest ona doskonałym papierkiem lakmusowym naszej kondycji. Ze statystyk wynika, że Polska ma jeden z najniższych (drugi od końca) udział wydatków na opiekę psychiatryczną wśród krajów europejskich. Jednocześnie do myślenia powinno dawać, że stanowią one największy koszt ZUS, co przy nieszczęśliwym założeniu ekonomizacji usług publicznych już dawno spowodować powinno podjęcie skutecznych działań systemowych.

Jest jednak światło w tunelu. Dzięki staraniom liderek i liderów ruchu na rzecz zdrowia psychicznego w Polsce, skupionych wokół Kongresu Zdrowia Psychicznego, w 2017 roku powstał Pilotaż Narodowego Programu Zdrowia Psychicznego na lata 2017-2022, kierowany przez dr. Marka Balickiego, pełnomocnika ds. reformy psychiatrii. Okrętem flagowym programu są Centra Zdrowia Psychicznego. Chodzi w nich przede wszystkim o to, żeby każdy borykający się z trudnościami miał ułatwiony dostęp do wsparcia środowiskowego, gdyż taka metoda okazuje się najskuteczniejsza i najtrwalsza. W dłuższym czasie – przy włączeniu w nią pracodawców, związków zawodowych, samorządów i innych organizacji – powoduje też jakościową zmianę społeczną, wrażliwość, tolerancyjne postawy i głębsze więzi.

Największe wyzwania stojące obecnie przed tworzeniem systemowych rozwiązań służących kondycji psychicznej sprowadzają się do czterech zasadniczych postulatów:

1. Zwiększenie finansowania opieki psychiatrycznej z 3,2 proc. do 5 proc. ogółu wydatków państwa na zdrowie.

2. Przedłużenie pilotażu i powstanie Centrów Zdrowia Psychicznego w każdym powiecie na terenie całego kraju.

3. Przygotowanie ustawy o ochronie zdrowia psychicznego, która definiowałaby i wzmacniała zarówno wydatki państwa na ten cel, jak i gwarantowała rozwój nowatorskich metod dbania o zdrowie psychiczne.

4. Powołanie krajowego ośrodka zdrowia psychicznego.

Wyrażając nasza wdzięczność dla liderek i liderów tego ruchu, jako Komitet Dialogu Społecznego KIG wraz z Laboratorium Więzi oraz innymi partnerami, włączamy się w działania zwiększające społeczną świadomość problemu zdrowia psychicznego i wspieramy przedstawione wyżej postulaty. W pierwszej kolejności nasze kroki kierujemy w stronę pracodawców publicznych i prywatnych, związków zawodowych, samorządów oraz liderek i liderów życia publicznego. Nie mamy najmniejszych wątpliwości, że kryzys, w jakim się znaleźliśmy, każe nam wszystkim myśleć o kondycji psychicznej jak o współczesnej racji stanu. Dziękując za życzliwość redakcji „Nowego Obywatela”, zachęcam do zapoznania się ze szczegółami programu i jego poparcia. Przygotowany przez nas dokument pt. „Nowe spojrzenie na zdrowie psychiczne w Polsce i Europie – rekomendacje” znajduje się tutaj, zachęcamy do pobrania i lektury.

Konrad Ciesiołkiewicz