O prawo do zasięgu

O prawo do zasięgu

Na fali dyskusji o cenzurze w internecie doszliśmy do arcyciekawego momentu. Najbardziej przypomina on badanie zachowania się cząsteczek – śledzimy zachowanie znanych nam atomów i zaczynamy dostrzegać wyraźnie interesujące procesy, które powoduje jakiś nieznany czynnik. Nie wiemy jeszcze, czym jest, jakie ma właściwości, nie umiemy go wyizolować i zbadać odrębnie, ale wiemy, że tam jest. Jak biała plama, wokół której krążymy coraz bliżej i bliżej.

Tak jest dzisiaj w przypadku dyskusji o social mediach i wszechwładzy cyfrowych korporacji. Dyskusji, która została wywołana zablokowaniem kont Donalda Trumpa i wykasowaniem z popularnych serwisów wielu profili prezentujących skrajnie prawicowe poglądy.

Próbujemy opisać tę sytuację posługując się pojęciem wolności słowa, ale to błąd. To nie wolność słowa. Trump nie został pozbawiony prawa do wypowiedzi ani nie został pociągnięty do odpowiedzialności za żadne ze swoich licznych kłamstw czy obrzydliwości, tak samo jak i miażdżąca większość zablokowanych użytkowników. Coś jednak stracił, coś, co podświadomie chcemy nazwać prawem, ale z braku właściwego pojęcia rozciągamy na to pojęcie „wolność słowa”, próbując wepchnąć drugą głowę w ten sam gumowy czepek. Mówimy o wolności słowa, ale czujemy inne prawo. Prawo, które wyrosło wraz z globalnym, cyfrowym światem. Światem, który pęczniał w tempie, z jakiego nie zdawaliśmy sobie sprawy. Wraz z kolejnymi serwisami i portalami coraz więcej treści zaczęliśmy tworzyć oddolnie, samodzielnie, w sposób niekontrolowany. Cyfrowi giganci udostępniali nam przestrzenie, które pozwalały zagospodarować je tak jak chcemy, przestrzenie, które gwałtownie rosły wraz z kolejnymi użytkowniczkami i użytkownikami dołączającymi do Facebooka, Twittera, Instagrama i innych najróżniejszych forów czy komunikatorów. Przestrzeń, która przerosła nasze pojmowanie. Ale nie pojmowanie ludzi, którzy ją udostępnili.

To oni pierwsi dostrzegli potencjał w kontrolowaniu tego, co zobaczymy zaglądając do „bulionu pierwotnego”, jakim jest internet. Najpierw wyszukiwarki internetowe, a następnie social media. Oddając nam coraz większą przestrzeń i możliwości, sobie pozostawili prawo selekcji. I właśnie widzimy jak autorytarnie to prawo kontrolują. Nazwijmy je, z braku lepszego pojęcia, prawem zasięgu. Mówiąc najprościej, cyfrowi giganci ściśle kontrolują proces, który przesądza o tym, co będzie popularne, a co nie, co pozostanie w sieci, a co zostanie z niej usunięte. Czy za sprawą bezdusznych algorytmów, ustawionych w celu wygenerowania maksymalnego zaangażowania, zaprzęgnięcia naszych nerwów i czasu do nieustannych, coraz ostrzejszych kłótni i awantur, które zatrzymują nas przed komputerami i telefonami, w przestrzeni w której jesteśmy znakowani (profilowani) i karmieni reklamami jak tuczniki. Czy też za sprawą arbitralnych decyzji, które cyfrowi możni podejmują bez konsultacji z nikim, a które przesądzają o tym, czyj głos będzie słyszalny w internecie, a czyj zniknie. Minimalizując zasięgi naszych postów czy blokując nasze konta w serwisach, nie naruszają naszego prawa do wolności słowa, ale schowali przed nami i pozostawili sobie pełną władzę nad tym, co wyrosło na ich oczach, na ich własnych platformach – prawo do bycia słyszanym. Cyfrowi magnaci są jak kelner, który przynosi nam przygotowane potrawy, przy czym arbitralnie decyduje o tym, co znajdzie się w karcie, z której możemy wybierać.

To właśnie o odzyskanie „prawa do zasięgu” powinniśmy walczyć. O prawo do przejrzystych i otwartych reguł, o prawo wglądu do algorytmów i systemów, o prawo do wyznaczania ram dla warunków usług i regulaminów. Powinniśmy walczyć o to, aby w przestrzeni cyfrowej, którą tworzymy, która żyje naszym życiem, którą napędzamy swoją aktywnością – mieć wpływ na reguły rządzące tym światem, tak jak ustanawiamy prawo nad innymi dziedzinami życia społecznego. Jeśli będziemy w stanie odnaleźć, opisać oraz wyznaczyć ramy dla „prawa do zasięgu” (czy prawa do bycia słyszaną/słyszanym), to być może w przestrzeni jego wzajemnego oddziaływania z prawem do wolności słowa odnajdziemy narzędzia, które pozwolą zmierzyć się z plagami cyfrowego świata: dezinformacją, kłamstwem, hejtem i manipulacją.

Bartosz Migas

Prowadź swój pług przez umysły niewinnych

Temat dostępu do pornografii ostatnio powrócił na fali decyzji brytyjskiego rządu o wycofaniu się z pomysłu obowiązkowej weryfikacji wieku przed uzyskaniem dostępu do internetowej pornografii, oraz polskim pomysłem Stowarzyszenia Twoja Sprawa, który opierał się o to samo rozwiązanie. Powszechnie uznano, że idea powstania rządowego rejestru wydającego klucze na dostęp do porno rodzi więcej zagrożeń dla prywatności niż korzyści z punktu widzenia celów regulacji. Polski internet odtrąbił sukces i orzekł „nie da się”. Czy to zamyka sprawę? Bynajmniej.

Because it is 2020

Dlaczego w ogóle temat internetowej pornografii jest istotny? Ponieważ jest 2020 rok. Według różnych badań ponad połowa dzieci w wieku lat 12 ma za sobą pierwszy kontakt z pornografią, natomiast liczba osób po inicjacji seksualnej przekracza połowę dopiero w okolicach 16. roku życia. Możemy podważać wiarygodność i metodę badań, ale trend jest jasny – pornografia dociera do dzieci bardzo wcześnie i znacznie wyprzedza wiek inicjacji seksualnej. Oznacza to, że osoba bez własnych doświadczeń seksualnych pozostaje przez długi okres pod wpływem treści pornograficznych, które nierzadko formatują seksualność młodej osoby i rzutują na jej dalsze życie. Uzupełnimy ten obraz o informację, że ponad połowa dzieci w wieku lat 14-16 ogląda regularnie pornografię oraz o aktualne treści pornograficzne i ich dostępności w sieci. Musimy sobie to uzmysłowić bardzo wyraźnie, że o ile w okolicach 2000 roku kontakt nastolatków z pornografią polegał na czytaniu gazetek znalezionych na dnie szafki w pokoju rodziców lub trzymania płyty cd z kilkoma filmami w tapczanie (gdy komputery już się upowszechniły), to teraz dziecko w podstawówce ma w swoim telefonie drzwi do internetowego hipermarketu wypełnionego po brzegi najróżniejszymi rodzajami porno, którego nigdy nie szukało lub nawet nie zdawało sobie sprawy z jego istnienia, a to wszystko jest dostępne po kilku kliknięciach. Mówimy więc nie o marginalnym problemie, lecz o całym pokoleniu, którego życie seksualne jest od najmłodszych lat inwazyjnie formatowane przez branżę pornograficzną. Przez branżę, nad którą nie ma żadnej kontroli zarówno w kwestii prezentowanych treści, jak i dostępu do nich. I tylko aktualne trendy strony decydują o tym, czy pierwszy filmik obejrzany przez 12-latkę będzie nosił tytuł „teen gangbang party” czy „drunk girl forced to have sex”.

W ślepym zaułku

Problem zbyt szerokiego dostępu do pornografii jest realny i coraz częściej dostrzegany. Zasadnicza większość opinii publicznej zdaje się być zgodna co do tego, że dostęp ten należy ograniczyć, zwłaszcza w przypadku dzieci. Deklaracje te nie przekładają się póki co na działanie, bo wszelkie pomysły rozbijają się o brak technicznych możliwości kontrolowania treści w internecie. Rzecz w tym, że dotychczas patrzymy na problem tylko od jednej strony. Zastanawiamy się, jak rodzice mogą najlepiej zabezpieczyć dzieci przed ekspozycją na pornografię, jak nałożyć blokady rodzicielskie na urządzenia, jak monitorować aktywność dziecka w sieci. Sporadycznie zastanawiamy się, jak blokować dostęp do stron osobom niepełnoletnim. Zupełnie jednak nie bierzemy pod uwagę spojrzenia na problem nie od strony odpowiedzialności odbiorców, lecz producentów i dystrybutorów za treści umieszczane i rozpowszechniane w sieci.

Kiedy my zastanawiamy się, jak ustawić blokady na dziecięcym smartfonie tak, żeby zabezpieczenia nie były banalnie łatwe do obejścia, w tym czasie branża pornograficzna we współpracy z innymi cyfrowymi gigantami gromadzi, przetwarza i wykorzystuje dane osobowe i zachowania w sieci milionów ludzi, przy użyciu nowoczesnych rozwiązań IT poszerzają działania swoich serwisów i grupę odbiorców swoich produktów, monitorują każdą naszą minutę spędzoną na stronie w celu zbudowania profilu, dzięki któremu będą mogli jeszcze lepiej i dokładniej proponować nam kolejne produkty i wiązać nas jeszcze mocniej z pornograficznym biznesem. Wszystko to odbywa się zupełnie poza kontrolą, mimo że branża ta ma gigantyczny zasięg i generuje bardziej niż przyzwoite dochody. Utknęliśmy w martwym punkcie, stojąc na rozdrożu pomiędzy ochroną prywatności osób korzystających z porno a ochroną dzieci przed pornografią, tak jakby zasięg i zakres branży pornograficznej był stałą kosmiczną, której ruszyć nie można. Tymczasem właśnie tutaj tkwi, moim zdaniem, rozwiązanie problemu – w położeniu chociaż części ciężaru społecznej odpowiedzialności za pornografię w sieci na jej producentów i dystrybutorów.

Wielkie pieniądze to wielka odpowiedzialność

Po pierwsze regulacja. Chcesz robić biznes pornograficzny w Polsce? Dobrze, ale na naszych zasadach. Pornografia internetowa jest legalna, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by uzależnić ją od otrzymania licencji, która będzie obwarowana obowiązkami np. w zakresie podjęcia działań zmierzających do ochrony dzieci przed dostępem do treści. Ot choćby weryfikacja wieku, nieużywanie linków, które przenoszą do stron pornograficznych z innych miejsc w internecie, wymóg rejestracji na stronie przed korzystaniem z serwisu (nawet rejestracji bez danych osobowych, tylko po to, aby wymóc dodatkowe działanie, które dziecko musiałoby podjąć), „schowanie” głębiej na stronie najmocniejszych treści, zakaz publikacji i dystrybucji materiałów prezentujących przemoc czy poniżenie, albo zapewnienie na stronach porno rzetelnych ostrzeżeń i pomocy dla osób uzależnionych. Do tego oczywiście regularne kontrole zabezpieczeń danych osobowych, opłata za licencję i uczciwe podatki, z których choć częściowo będzie można pokryć koszty infrastruktury publicznego nadzoru nad branżą. Wraz z prawem do prowadzenia działalności i zarabiania pieniędzy na pornografii zainteresowani otrzymaliby też pakiet obowiązków, które muszą wypełnić na własny koszt. Strony bez licencji należałoby w takim przypadku jak najskuteczniej blokować (np. za pomocą lokalnych dostawców internetu). Należałoby także nałożyć obowiązki zmniejszenia dostępności do pornografii za pośrednictwem popularnych wyszukiwarek czy eliminacji treści pornograficznych z social mediów. Modele biznesowe większości z działających w tej branży spółek opierają się na wykorzystywaniu najnowszych narzędzi IT do budowania skomplikowanych profili i ulepszanie za ich pomocą lepszej dystrybucji i marketingu pornografii, nie powinniśmy więc wierzyć, że spółki te nie są w stanie poradzić sobie z wdrożeniem narzędzi do ograniczania dzieciom dostępu do pornografii.

Oczywiście nie zmienia to faktu, że nadal potrzebujemy powszechnej edukacji seksualnej, kontroli rodzicielskiej i narzędzi technicznych ograniczających dostęp do pornografii od strony użytkownika. Te działania muszą być podejmowane łącznie, aby dziecko miało jednocześnie rzetelną wiedzę na temat seksualności, utrudniony dostęp do pornografii przez blokady urządzeń z których korzysta, a jeśli już nawet trafi na strony pornograficzne, to ich najbardziej niebezpieczna treść będzie głębiej ukryta, a samo korzystanie utrudnione przez np. obowiązek założenia konta czy nawet weryfikację wieku. Nie oszukujmy się – sama edukacja seksualna i czuła opieka rodziców nie wystarczą, jeśli internet będzie nadal oferował pełną gamę pornograficznych produkcji na wyciągnięcie ręki dla każdej osoby zdolnej obsługiwać komputer czy telefon w podstawowym zakresie.

Co z ochroną danych?

Część narzędzi ograniczających dostęp do internetu leżących po stronie producentów i dystrybutorów pornografii nie stanowi zagrożenia dla danych osobowych (np. ograniczenie widoczności w wyszukiwarkach, ograniczenie treści, ograniczenie widoczności treści szczególnie groźnych na stronie). W wielu miejscach jednak ochrona prywatności musi w pewnym zakresie ustąpić ochronie dzieci.

Odnotujmy jednak, że wiele danych o użytkownikach pornografii jest gromadzonych nawet teraz, przed wprowadzeniem ograniczeń. Serwisy monitorują naszą aktywność na ich stronach, zbierają informacje na temat naszego IP, rodzaju urządzenia z jakiego korzystamy, jakie treści wyszukujemy, kiedy, ile czasu, skąd trafiamy na strony porno. Wiele stron oferuje także usługi premium, które wiążą się z opłatami, a te wymagają procesowania płatności w systemach transakcyjnych, które z kolei wiążą się z przetwarzaniem informacji na temat naszego konta bankowego, karty kredytowej czy innego środka płatności. Dane te są zbierane i przechowywane obowiązkowo choćby z uwagi na regulacje AML. Trzeba pamiętać, że bez weryfikacji tożsamości możemy być anonimowi, ale nie jesteśmy niewidoczni.

Weryfikację wieku także da się przeprowadzić technicznie z dużo mniejszym zagrożeniem dla bezpieczeństwa danych osobowych niż proponowany w polskiej regulacji. Słusznie podnosi się, że baza informacji na temat naszej aktywności na stronach porno w połączeniu z danymi osobowymi niezbędnymi do weryfikacji stanowi poważne zagrożenie dla prywatności w przypadku wycieku. Można jednak zaprojektować weryfikację wieku w taki sposób, aby np. po założeniu konta w serwisie i podaniu danych osobowych niezbędnych do weryfikacji np. imię, nazwisko, dokument tożsamości z numerem pesel, wykorzystano te dane to wygenerowania unikalnego klucza (np. druga litera imienia + trzy ostatnie cyfry pesel + druga litera nazwiska + unikalny kod klienta nadany przez serwis + dwie pierwsze cyfry numeru dowodu) przypisanego do konkretnego konta użytkownika, a po wygenerowaniu klucza usunięcie danych osobowych z rejestru. W taki sposób można przeprowadzić weryfikację prowadzącą do uzyskania klucza, który jest wystarczająco unikalny, żeby był osobistym potwierdzeniem wieku danego użytkownika, a jednocześnie na tyle zanonimizowany, że na jego podstawie nie da się zidentyfikować tożsamości osoby. To trochę jak w przypadku uzyskiwania dostępu po użyciu odcisku palca, kiedy na podstawie odcisku system uwierzytelniający generuje unikalny kod złożony z określonej liczby punktów odcisku (nie zapisując pełnego obrazu linii papilarnych), który zapewnia rzetelną weryfikację, a jednocześnie nie da się na jego podstawie odtworzyć danych biometrycznych w postaci pełnego odcisku palca. Dzisiaj taka technologia bez problemów jest w zasięgu technicznym i finansowym dla biznesu pornograficznego.

Olaboga, szara strefa

Oczywiście nie ma idealnych rozwiązań. Zawsze znajdzie się sposób na obejście zabezpieczeń, oszukanie systemu lub jego ominięcie i uzyskanie dostępu do pornografii przez dzieci lub korzystania z szarej strefy, która nie zastosuje się do rynkowych regulacji i nie zostanie skutecznie i w całości zablokowana. To, że szara strefa będzie sporą częścią rynku, jest niemal pewne. Niemniej jednak pomiędzy pełną, niczym nieograniczoną dostępnością do treści pornograficznych, przez nikogo nie kontrolowanych, a zablokowaniem całego internetu i wydawaniem przez rząd kartek na filmy porno, jest całe spectrum działań. Można i należy je podjąć, żeby choć w części przesunąć rynek w kierunku regulacji i ochrony dzieci. Jeśli więc kogoś martwi, że szara strefa i tak będzie istnieć, to warto wziąć pod uwagę, że w świecie bez regulacji nie obowiązują zasady i wszystko jest niejako tą groźną szarą strefą. Jeśli więc na skutek podjętych działań uda się uregulować największych graczy i uporządkować choć 30% rynku, to będzie to zawsze duży sukces, biorąc pod uwagę, że obecne startujemy z poziomu 0%.

Podsumowując: pornografia internetowa istnieje i będzie istnieć. Będzie wpływać nie tylko na psychikę dzieci, ale i całego pokolenia, które wejdzie w dorosłość po edukacji seksualnej serwowanej przez branżę porno. Bez wątpienia będziemy odczuwać skutki społeczne tej sytuacji. Jeden czy drugi pomysł, który upadnie z powodu zbyt dużego ryzyka dla prywatności lub brak technicznych możliwości nie powinien nam zamykać oczu na problem, z którym musimy się jakoś zmierzyć, bo osiągnął rozmiary, których nie da się dłużej ignorować. I to jest odpowiedzialność nas wszystkich, osób korzystających z internetu, osób działających w branży, osób działających w polityce, rodziców i opiekunów, osób działających na rzecz edukacji seksualnej czy środowiska seksuologicznego.

Obowiązkiem nas wszystkich jest działać na rzecz uporządkowania tej sfery, a nie wiecznego rozkładania rąk i poddawania się nieskrępowanemu biznesowi bo podobno „się nie da”.

Bartosz Migas

Tekst jest prywatną opinią autora i nie wyraża stanowiska żadnych partii czy organizacji.

Lewica na wojnie plemion

Lewica na wojnie plemion

Lewico, oczywiście, że odnieśliśmy sukces i zaczynamy wiosenne porządki. Oczywiście, że pójście w wielkiej Koalicji Europejskiej miało sens. Oczywiście, że lewica nie wymięka. Oczywiście, że każdy ma swoją narrację i oczywiste jest, z czego ona wynika. Kiedy jednak wracamy do swoich obozów i patrzymy na mapę, to jesteśmy w tragicznej sytuacji. Odpływy elektoratu, efekty znacznie poniżej oczekiwań, widmo powrotu na kanapę lub w polityczny niebyt. Zieloni praktycznie przestali istnieć jako samodzielny byt, Razem jest w przedsionku powrotu na kanapę, Wiosna ma do wyboru same ryzykowne posunięcia, zagrażające spadkiem pod próg w jesiennych wyborach. Tym, co nas łączy, jest fakt, że nie mamy za bardzo gdzie rosnąć. Ostatnie wybory pokazały, że zwiększenie frekwencji działa na naszą niekorzyść, bo my przez to nie rośniemy, za to rośnie duopol PiS i PO, a my jeszcze bardziej się w nim rozpływamy.

Ile byśmy nie patrzyli na tę mapę i jakich skomplikowanych konstrukcji nie tworzyli, to wszyscy widzimy tę samą opcję, która wydaje się rozsądna – jedna wspólna lista lewicy i centrolewicy.

Gdzie jesteśmy i dokąd idziemy

Wybory do parlamentu są najważniejsze. Nikt nie wie, co się do tego czasu wydarzy, ale pewnie okoliczności można z dużym prawdopodobieństwem założyć już teraz. Wszystko wskazuje na to, że scena polityczna to arena walki plemiennej. Mamy z jednej strony plemię dobrej zmiany, które grupuje ludzi o naprawdę ogromnym rozstrzale poglądów, od fanów wyklętozy, przez konserwatywną inteligencję, po elektorat ludowy i głos sprzeciwu wobec powrotu PO do władzy. Z drugiej strony jest plemię antypisu, w którym znajdziemy fajnopolaków, liberałów, konserwatystów z innego salonu, warszawskie elity, lewicujące środowiska i głos sprzeciwu wobec dalszych rządów PiS. Ostatnie wybory, które według wszystkich uważane są, obok swojego pierwotnego celu, za sondaż i wielkie liczenie szabel przed wyborami do polskiego parlamentu, pokazały, że duopol PiS i PO (z koalicjantami) zbiera 85%, trzecia siła polityczna notuje wynik 6%, a reszta ląduje pod progiem. Na naszych oczach domyka się właśnie duopol, który miażdży wszystko, co staje mu na drodze i jeśli układ list nie zmieni się do jesieni, to możemy spodziewać się nawet wzrostu głosów na duopol do 90%, co w połączeniu z metodą liczenia głosów da nam 100% mandatów dla dwóch tych bloków.

Palec pod budkę, bo za minutkę

Wszyscy zmierzamy do jesiennego starcia i wszystko wskazuje na to, że będzie to także walka tych dwóch plemion. Nawet jeśli chcielibyśmy inaczej ramować dyskurs czy wytyczyć nowe linie sporu, to jest na to za późno i jesteśmy na to jako lewica za słabi. Niewiele też możemy uczynić samą konstrukcją programu, nawet jeśli zostanie on przebudowany i inaczej opowiedziany. Program polityczny nie odgrywa większej roli w takich starciach, nawet w obozie PiS, a różnica jakości w obu obozach widoczna jest tylko dlatego, że KE nie miała żadnego programu i się z tym specjalnie nie kryła. W tak wyglądających warunkach powalczyć można tylko tworząc własne plemię i nie w oparciu o konkretnie wypunktowany program, lecz o wspólnotę wartości, tak samo jak na karczemną bijatykę nie zabiera się szachownicy i kalkulatora, lecz zgraną ekipę, która nie zadaje za dużo pytań.

Nie rozwiążemy w ten sposób własnych problemów, nie udowodnimy, kto jest bardziej lewilny, nie rozstrzygniemy sporów o wiele kwestii, nie uleczymy naszego środowiska. To tylko wybory parlamentarne, a nie deklaracja wiary czy ostateczne rozstrzygnięcie kształtu i przywództwa lewicowego ruchu w Polsce. Na szali tych wyborów nie leży życie lub śmierć lewicy, lecz istnienie lub nieistnienie w kolejnej kadencji lewicowej formacji politycznej w sejmie. Jeśli te wybory znów przegramy jako lewicowe środowisko, to duopol się domknie, a my w ciągu następnych lat będziemy oglądać politykę parlamentarną przez szybkę i pisać sążniste posty w mediach społecznościowych.

Spójrz w lustro i nakrzycz na lewicę

Stworzenie takiej listy to ogromny i niełatwy wysiłek, z pewnością na granicy realności. Jeśli chcemy tego dokonać, to musimy porzucić dotychczasowe myślenie i złamać parę własnych gnatów, żeby je ustawić na nowo. Przede wszystkim ustalmy wreszcie, że nasze organizacje polityczne nie są wiele warte, co raz za razem przypominają nam wybory. W partii politycznej nie chodzi o to, żeby sobie zbudować bunkier do wygodnego oglądania globalnej katastrofy. Powinna ona być natomiast narzędziem realizacji polityki w systemie parlamentarnym. Organizacje polityczne nie muszą pokrywać się z ideowymi środowiskami, nie muszą być jednolite poglądowo i towarzysko, nie muszą wyczerpywać lewicowego środowiska ani się na nim zamykać. Partie muszą być przede wszystkim skuteczne w działaniu, do którego zostały powołane. Jeśli nie są, to należy je zmienić lub przeorganizować, a nie robić z nich kapliczki zadumy nad smutnym losem polskiej lewicy.

Obecnie nasze (lewicowe) organizacje polityczne są podzielone bardziej towarzysko niż ideowo (choć oczywiście nie do końca), a ich układ na scenie politycznej jest podyktowany bardziej strategią niż celem działania. W rzeczywistości w krótkiej perspektywie czasowej, np. jednej czy dwóch kadencji parlamentarnych, mielibyśmy w ogromnej większości zbieżne postulaty i poglądy, lecz z różnych mniej istotnych przyczyn (często zupełnie niezrozumiałych dla nowych osób na politycznej lewicy) nie umiemy dowartościować tego wspólnego mianownika. Nie bez znaczenia jest fakt, że zazwyczaj między nami zachodzą mniejsze różnice w poglądach niż między różnymi grupami wchodzącymi w skład jednego czy drugiego wielkiego plemienia duopolu. Paradoks polega na tym, że nie-lewica gra dzisiaj dużo bardziej zespołowo i inkluzywnie niż lewica, która lubuje się w mnożeniu ekskluzywnych klubików rozpychających się łokciami na małej przestrzeni.

Liderki i liderzy – to wasz sprawdzian

Jeśli już nawet uznamy, że taka koalicja/porozumienie/sojusz/układ ma jakiś sens, to niestety schody dopiero się zaczną. Przede wszystkim jest mało czasu i jeśli coś ma się wydarzyć do jesieni, to trzeba zacząć już teraz, zaraz. Po drugie, szalenie istotne będzie ustalenie, kogo zapraszamy do listy całej lewicy, bo to jest temat, w którym lewica ma wieloletnie doświadczenie autodestrukcji. Moim zdaniem jedynym możliwym rozwiązaniem jest po prostu zaproszenie wszystkich osób i środowisk, które się za lewicowe czy lewicujące uważają – bez wykluczeń i bez warunków wstępnych. Od tego, kto się pojawi i z jakim nastawieniem, będzie zależeć to, czy będziemy mieli sobie coś do powiedzenia, czy nie. Tutaj już jednak będą działać liderki i liderzy organizacji i ruchów na lewicy. Tak samo będą musiały się potężnie napracować przy tworzeniu list, decyzji z jakiej partii startujemy (koalicja jest zbyt dużym ryzykiem powtórzenia klęski Zjednoczonej Lewicy) i jak rozwiążemy kwestie finansowania i ewentualnej subwencji – to nie jest nic wstydliwego ani nic nieczystego. W polityce ogromną rolę odgrywają pieniądze i nie ma co tego ukrywać, lecz po prostu to załatwić.

Mówię tutaj o wielkiej roli liderek i liderów, bo nie mamy czasu na kongresy i wielkie dyskusje, żeby wyrobić się przed wyborami – oczywiście takie powinny nastąpić, ale raczej w celu zatwierdzenia ustaleń niż otwierania coraz to nowych paneli dyskusyjnych. Nie ma też sensu w tym całym procesie rozgrzebywać przeszłości i zastanawiać się, kto komu i kiedy wyjadł dżem z pączka. Rozmowy prowadźmy w takich ramach, jakie one są teraz, a jeśli nasze liderki i nasi liderzy nie będą w stanie wypracować takiego projektu, to być może czas najwyższy przewietrzyć kadry.

Na kanapę zawsze zdążymy

Oczywiście, że mamy co do siebie zastrzeżenia. Mamy całe lata wspólnych doświadczeń, dawnych kłótni i ran, świeżych dosrywek i podszczypajek. Jeśli każdy miałby wymienić, co ma do wszystkich innych na lewicy, to z pewnością zapełnilibyśmy przestronną bibliotekę. Jeśli mamy zamiar sobie to wszystko wypominać, to szkoda czasu i nerwów. Zresztą znamy to na pamięć, obrzucamy się tym codziennie. Pytanie brzmi, czy jesteśmy w stanie wyjść ponad własne ograniczenia. Oczywiście musimy być gotowe i gotowi na pewne ustępstwa i niekomfortowe towarzystwo, ale nie wybieramy się na dyskotekę i biesiadę, lecz do sejmu. Nie jest to też droga dla wszystkich i bez wątpienia w wielu organizacjach posypią się legitymacje. To już każda jednak musi sobie odpowiedzieć, czy bardziej martwi się odpływem aktywu czy odpływem elektoratu. Z pewnością lista nie będzie idealna i dla wielu osób będzie za bardzo „zbyt” – zbyt radykalna, zbyt lewicowa, zbyt obyczajowa, zbyt liberalna, zbyt szeroka, zbyt wąska. Polityka to gra zespołowa, a w pojedynkę można zawojować parkiet na potupajce, a nie scenę polityczną – gdybym chciał być w partii, z którą mam 100% zgodności w poglądach, taktyce i narracji, to musiałbym założyć Ruch Bartosza Migasa, na co się nie zanosi.

Sukces wyborczy możemy odnieść tylko wtedy, jeśli przestaniemy grymasić i wyrobimy w sobie pewne poczucie solidarności z lewicową społecznością – że gdy już jest ta lewica, może nieidealna, może nie taka, jaką sobie wymarzyliśmy, ale jest ona samodzielna, to zamiast rozdzierać szaty głosujmy tak, jak głosują liberałowie czy konserwatyści – na swoich. Nie sądzę żeby przeciętny wyborca PiS czy przeciętny wyborca KE zastanawiali się długo nad oddaniem głosu. Bierzesz listę „swoich”, wybierasz osobę, która ci najbardziej odpowiada, zaznaczasz i wrzucasz do urny – tak musimy to zrobić, bo inaczej wszyscy możemy się znaleźć pod progiem.

Nie jest to szczególnie chwalebne i bohaterskie, nie jest to rozwiązanie idealne ani najbardziej komfortowe. Jest to jednak rozwiązanie, które przynosi szansę na wyrąbanie sobie przestrzeni w duopolu i niedopuszczenie do sytuacji, w której jedyną alternatywą dla dwóch największych bloków jest gabinet faszyzujących osobliwości. Zdecydowanie nie jest to szczyt marzeń politycznej lewicy. Nie ma też co rozdymać balona, że to kres czasów i ostatnie akordy w historii polskiej lewicy, w której poluzowanie ideologicznego gorsetu przekreśli nasze istnienie na zawsze. Alternatywą dla niektórych środowisk jest bohaterska szarża, by zbudować legendę tych, co nigdy nie ugięli kolan. Może są osoby, którym wystarczy poczucie dobrze spełnionego obowiązku, ale ja mam 31 lat i zdecydowanie za wcześnie na bój mój ostatni.

Bartosz Migas

Od redakcji „Nowego Obywatela”: Powyższy tekst wyraża stanowisko autora i nie należy go postrzegać jako stanowiska naszej redakcji.

Za każdym napisanym komentarzem

Za każdym napisanym komentarzem

Wraz z nadejściem letniej pogody obrodziło na lewicy tekstami o tym, czym i jak lewica powinna się zajmować. W centrum zainteresowania znalazła się Partia Razem,  a co za tym idzie w ruch poszły znane i lubiane argumenty, które dobrze leżą pod piórem. W kierunku tzw. nowej lewicy formułuje się więc zazwyczaj ten sam pakiet zarzutów: że hipsterska, że za mało ludowa, że za bardzo radykalna, że osobno, że długi marsz.

Nie jest tajemnicą, że Partia Razem, a także szerzej „młoda/nowa  lewica”, w swojej politycznej działalności natrafia na bardzo silne bariery hamujące jej rozwój. Barierę dostępu do mediów, a co za tym idzie niskiej rozpoznawalności, opisał Hubert Walczyński w tekście „Dlaczego Partia Razem ma 3 procent poparcia”, więc nie ma sensu tego opisu ponownie przytaczać. Nie jest to jednak jedyna przeszkoda, bo możemy zauważyć również bariery pokoleniową, klasową i organizacyjną.

W tekście będę posługiwał się zamiennie określeniami „młoda lewica” i „nowa lewica”, choć bez odrębnego, wielostronicowego tekstu nie mogę zaproponować innego niż intuicyjne rozumienie terminu. Używam tych pojemnych określeń także dlatego, że opisywane cechy dotyczą ogromnej większości środowiska, wykraczając poza ramy jednej organizacji.

Bariera pokoleniowa

Pierwszym problemem, z jakim mierzy się obecnie „nowa lewica”, jest to, że jest młoda zarówno pod względem organizacyjnym, jak i wiekowym, a dyskurs polityczny kreowany jest przez pokolenie dziadków, którzy nierzadko mieszkają w Sejmie od ćwierćwiecza. Część politycznej śmietanki chce rozegrać dogrywkę do okrągłego stołu, część przekonuje do konieczności dokończenia reform Balcerowicza, a jeszcze inni postanowili odkurzyć wyprowadzony sztandar PZPR. Ta perspektywa czasowa ciąży polskiej scenie politycznej jak ogromna kotwica, która utrzymuje zramolałych kapitanów przy sterach statku stojącego w miejscu, a każdy, kto spróbuje podgonić trochę dyskusję o podatkach, państwie, społeczeństwie, energetyce czy sytuacji geopolitycznej bliżej teraźniejszości, natrafi na żelazny opór.

Dodatkowo należy wziąć pod uwagę, że dominujące na „nowej lewicy” pokolenie 20- i 30-latków wychowało się w warunkach zupełnie odmiennych od tych, które panowały w poprzednim i jeszcze wcześniejszym okresie. Choć wszyscy odczuwamy skutki PRL czy transformacji ustrojowej, to jednak początek naszego świadomego udziału w życiu politycznym i społecznym przypada na czas powszechnego dostępu do telefonii komórkowej i Internetu, a śmieszkizm czy memetyka nie jest hipsterską fanaberią, lecz językiem powszechnie używanym i rozumianym wśród rówieśnic i rówieśników (choć oczywiście często śmieszkujemy i memujemy różnie w ramach tego samego pokolenia).

Odmienne cechy pokolenia dominującego na „młodej lewicy” wobec tego panującego w mainstreamowej polityce, mediach i publicystyce, mają niebagatelny wpływ na sposób uprawiania polityki. Od politycznego mainstreamu różnimy się nie tylko progresywnym i społecznym programem, ale także na niemal każdej płaszczyźnie – od budowania struktur i procedur w naszych organizacjach, przez myślenie skierowane ku przyszłości (sprawiedliwy światowy podział dóbr, robotyzacja, nowe źródła energii, demokratyzacja polityki i gospodarki), na ubiorze i języku przekazu kończąc. W ten sposób na konflikt polityczny nakłada się konflikt pokoleniowy, pogłębiając ogólne wrażenie wyobcowania „młodej lewicy” na scenie politycznej.

Bariera klasowa

Analiza społeczeństwa pod kątem klas i relacji pomiędzy nimi zachodzących była intelektualnym paliwem, które najsilniej napędzało społeczną i polityczną siłę lewicy. Dzisiaj jednak jej deficyt hamuje nasz rozwój. Spora część lewicowego aktywu czy lewicowego zaplecza intelektualnego zdaje się czerpać swoją wizję klas z tekstów powstałych na przełomie XIX i XX wieku lub nowszych pozycji, ale powstałych zagranicą. Nierzadko powoduje to, że lewicowe narracje rozjeżdżają się z teraźniejszą rzeczywistością i są albo poważnie przestarzałe, albo zbyt płytko związane z lokalnymi warunkami. Wypadałoby nieco przewietrzyć swoją wiedzę o klasach w polskim społeczeństwie i wyprowadzać polityczne wnioski z ich analizy.

Problem klasowy „nowej lewicy” pojawia się na dwóch płaszczyznach: w kwestii własnej klasowości oraz w kwestii relacji z klasą ludową. W pierwszym przypadku można odnieść wrażenie, że aktyw „młodej lewicy” nie może pogodzić się z faktem, że, podobnie jak swój elektorat, jest częścią klasy średniej/mieszczaństwa/inteligencji. Dominujący w lewicowej świadomości historyczny obraz klasowego społeczeństwa powoduje strach przed zaliczeniem do burżuazji, stąd część osób wybiera ucieczkę w ludomanię, a część jako cel nadrzędny stawia możliwie jak najpełniejsze odcięcie się od swojej klasy w każdym możliwym aspekcie (szczególnie charakterystyczne dla Razem i okolic). Takie podejście jest pożywką dla krytyków „nowej lewicy” jako ostateczny dowód na hipsterskość, a także wzmacnia niekorzystny sojusz klasy średniej z klasą wyższą (o którym szerzej pisze Maciej Gdula w „Nowym autorytaryzmie”), przez ataki „młodej lewicy” na klasę średnią (zwłaszcza rosnące jej niższe warstwy). „Nowa lewica” lubi prezentować się jako grupa działająca w interesie klasy ludowej przeciw własnej klasie. Problem w tym, że bariera dostępu do mediów, a co za tym idzie jej niewielka rozpoznawalność, powoduje, iż przekaz skierowany do klasy ludowej trafia do niej w stopniu minimalnym (jeśli w ogóle), a przekaz, który trafia do klasy średniej – zraża tę klasę.

Odcina to „młodej lewicy” drogę do dialogu z klasą średnią rozczarowaną liberalnymi obietnicami, z którą ma większą wspólnotę języka i środowiska. Utrudnia też rozciągnięcie swoich pobudek i dróg dojścia do lewicowych wartości na całą swoją klasę, opierając się właśnie na wspólnych doświadczeniach. Lewicowy projekt opiekuńczego państwa o społecznym profilu gospodarki jest przecież najlepszym środowiskiem dla realizacji aspiracji i interesów klasy średniej, a „młoda lewica” jest nie tyle podgrupą działającą przeciwko swojej klasie, ale właśnie tą częścią klasy, która rozumie swoje interesy i to, że są one zbieżne z interesami klasy ludowej. Docenienie warstw klasy średniej, szczególnie niższych, nie jest żadną zdradą lewicowych wartości, a wręcz stwarza szansę na oparcie ich w szerszej grupie ludzi. Dobrym przykładem jest tutaj protest lekarzy-rezydentów z jego postulatem podniesienia nakładów budżetowych na ochronę zdrowia do 6,8%. Postulat ten jest korzystny dla klasy średniej (więcej dobrze płatnych i stabilnych miejsc pracy dla kadry lekarskiej i pielęgniarskiej), ale także dla klasy ludowej (większa dostępność do publicznej opieki zdrowotnej o wysokim standardzie). Działa natomiast przeciwko klasie wyższej, która blokuje dofinansowanie ochrony zdrowia przez lobbowanie za niskimi podatkami lub budowanie swoich wielomilionowych interesów w procesie postępującej prywatyzacji służby zdrowia. Układ ten jest nie tylko bardziej korzystny dla lewicy, ale także bardziej odpowiadający rzeczywistości klasowej.

Pogodzenie się z własną sytuacją klasową pozwala także uczciwiej podejść do relacji z klasą ludową, która, podobnie jak klasa średnia, przez ostatnie sto lat przeszła ogromne zmiany. Zrozumienie klasowości może być pierwszym krokiem do wyzbycia się paternalistycznego podejścia wobec klasy ludowej, którą część lewicy wiecznie chce edukować, uświadamiać czy organizować, jednocześnie posługując się własnymi wyobrażeniami na jej temat. Stąd rodzą się takie wizje ludu jako ostoi konserwatywnego modelu społeczeństwa, gdzie rządzą ojciec, mąż i pleban, ludzi nie interesuje nic co poza granicami własnego sołectwa, a radioodbiorniki odbierają wyłącznie Radio Maryja i piosenki Zenka Martyniuka. U niektórych komentatorów rodzi to przekonanie, że lewica musi koniecznie odpuścić część postulatów (zwłaszcza obyczajowych), bo jeśli pleban nie wyrazi zgody lub jakiś prawicowy elitarny salonik nie przybije symbolicznej pieczątki akceptacji programu, to wśród ludu żadnej lewicy nie będzie.

Szczególnie kuriozalne są te głosy, który nawołują do odpuszczenia praw kobiet, bo nie dość, że padając z ust mężczyzn są zaciskaniem pasa na nie swoich spodniach (co zawsze jest tańsze), ale jeszcze ignorują fakt, że to właśnie kwestie dotyczące praw kobiet zmobilizowały jedne z największych protestów antyrządowych, na których wybrzmiały wyraźnie lewicowe postulaty, systematycznie powiększa się dla nich poparcie społeczne, a badania opinii wskazują, że kobiety są bliższe lewicy (i ogólnie są en masse lepszymi ludźmi niż mężczyźni). Nierzadko też „lud” występuje w ogóle poza jakąkolwiek analizą klasową, jako autorska projekcja wyobrażeń publicysty, a służy jako pałka w różnego rodzaju dyskusjach na lewicy. Różne komentatorki lepią więc w swoich tekstach własne koncepcje „ludu”, oparte na mocno historycznych opisach lub zwykłych klasistowskich kliszach, tylko po to, by tym „ludem” przyłożyć innemu środowisku lewicowemu, co kończy się żenującą bójką inteligentów w sukmanach okładających się gazetami.

Prawdziwej organizacji „klasy ludowej” nie będzie tak długo, jak „klasa ludowa” takich organizacji samodzielnych nie stworzy. Nigdy przedstawiciel klasy średniej nie będzie w pełni reprezentował kobiety z klasy ludowej i z tym trzeba się pogodzić. „Młoda lewica” powinna formułować do klasy ludowej przekaz pozbawiony klasowych barier, przekonywać, że lewicowy projekt jest najlepszym gwarantem realizacji ludowych interesów i aspiracji, a także otwierać swoje organizacje dla ludowych działaczek, usuwając niepotrzebne „progi wejścia”, a przy tym wystrzegać się tonu pouczającego, uświadamiającego czy opiekuńczego. Wszelkie inne niż partnerskie relacje z organizacjami ludowymi nie sprzyjają budowaniu wzajemnego zaufania i osłabiają pożądany sojusz klasy średniej i ludowej.

Bariera organizacyjna

Bariera organizacyjna to niezdolność „nowej lewicy” do stworzenia stałych i profesjonalnych struktur organizacyjnych o charakterze politycznym, to splot problemów, które przeszkadzają w przejściu na wyższy poziom zorganizowania. Przyczyną tego stanu rzeczy jest fakt, że „młoda lewica” nie jest spadkobierczynią żadnej poprzedniej struktury czy środowiska (inaczej niż partie post-pzprowskie czy post-solidarnościowe) i poza symbolicznymi nawiązaniami do PPS czy „Solidarności” lat 80. w dużej mierze buduje wszystko od zera, poczynając od programów, przez organizacje, na mediach kończąc. Takie warunki startowe miały i nadal mają ogromny wpływ na powstające wokół niej środowisko, w którym można rozpoznać niepokojące cechy hamujące rozwój.

Przerost wiary w sprawczą moc programów i deklaracji ideowych jest nawet nie tyle świadomą decyzją naiwnych lekkoduchów, co wynikiem wielu lat bytowania poza jakimkolwiek wpływem na sytuację polityczną, braku działających struktur politycznych i zerowego udziału w sprawowaniu władzy. Programy, odezwy i deklaracje stają się w takim zmarginalizowanym środowisku niemalże jedyną aktywnością. Zarówno do treści, jak i języka deklaracji przywiązuje się coraz większą wagę, karmiąc swoje głębokie przekonanie o słuszności własnych poglądów, które nie muszą mierzyć się z otaczającą rzeczywistością i polityczną praktyką. Wszelkie problemy „nowej lewicy” postrzega się przez pryzmat nieodpowiednich programów i niewłaściwego języka, pomijając wszystko inne, stąd większość publicystek wyraża przekonanie, że np. zmiana przez Razem postulatu 75% progu podatkowego na np. 50% lub złagodzenie języka postulatów feministycznych przyniesie niemalże rozprucie worka z dobrymi wynikami sondaży. Z drugiej strony podobny przerost wiary w programy powoduje, że część lewicy ma przekonanie, iż każdy, nawet najdrobniejszy, problem polityczny musi znaleźć miejsce w programowym dokumencie, który powinien w pełni pokrywać wszelkie aspekty życia. Ustawienie programu i ideowej deklaracji w pozycji domyślnego źródła problemów sprawia, że inne tracimy z oczu. Jest to także jedna z przyczyn rozdrobnienia na lewicy. Jeśli bowiem tak ważna dla działalności w określonej organizacji jest całkowita akceptacja wszelkich jej założeń, od fundamentalnych po szczegółowe, to nie dziwi, że trudno o formacje masowe.

Znamiennie jest także to, że szersze projekty polityczne są realizowane za pośrednictwem ludzi łączących organizacje, a nie organizacji łączących ludzi. Częściej na lewicy można spotkać jedną osobę, która należy do wielu organizacji lewicowych o różnych profilach, niż organizację, która swoim szerokim programem łączy różnych ludzi. Prowadzi to do kuriozalnych przypadków, że w trakcie rozmów i dyskusji reprezentowanych jest więcej organizacji niż osób fizycznie siedzących przy stole.

Szczególny fetysz języka i pogłębianie rozważań ideologiczno-programowych może być fascynującym i owocnym działaniem publicystyki i lewicowej nauki, ale w działaniu organizacji politycznej może tworzyć wysoki próg wejścia dla nowych osób, których pozyskiwanie powinno być teraz najważniejszym zadaniem „młodej lewicy”. Osoby funkcjonujące w lewicowym środowisku od niedawna lub na jego obrzeżach, są często skutecznie odstraszane lub wręcz wykluczane z pełnego w nim udziału, właśnie przez to, że bardziej doświadczone działaczki mają za sobą taki zestaw lektur i operują takim językiem, który jest po prostu niezrozumiały lub przeintelektualizowany, a dyskusje sprowadzają się często do przerzucania się cytatami z lektur.

Bezkrytyczne i fundamentalistyczne przywiązanie do swoich poglądów i postulatów z nich wynikających nie ułatwia też tworzenia szerszych formuł organizacyjnych. Jeśli program organizacji jest rozumiany jak idealna całość, w której odstępstwo choćby o pół kroku rujnuje całą ideę, to trudno współpracować czy negocjować jakiekolwiek porozumienia. Wszelkie różnice poglądowe traktowane są wręcz jako personalne ataki na tożsamość, pozornie nieistotne detale stają się przyczyną rozpadów organizacji, a różnice, które można spokojnie usunąć w drodze negocjacji, są przeszkodami nie do pokonania. W tym stanie rzeczy polityka „osobno”, którą często wytyka się partii Razem, nie jest jej autorskim pomysłem lub wkładem w „nową lewicę”, ale raczej objawem cech zaczerpniętych wprost ze środowiska, których nie udało się przezwyciężyć. Która osoba zna wyśrubowane warunki startowe, jakie prezentują lewicowe organizacje przy negocjacjach, ta wie, jak czasem ciężko znaleźć tę wąską szczelinę dopuszczalnych ustępstw. Do pełnego obrazu dodajmy jeszcze wielość mikroorganizacji o bardzo wąskiej specjalizacji tematycznej (np. smog, polityka mieszkaniowa, zieleń miejska, rowery itp.) oraz stowarzyszenia i ruchy, które co prawda prowadzą działalność polityczną, ale poprzez zasadę „no logo” i pełnej apolityczności podnoszą „lewicowy osobnizm” do rangi dogmatu.

Nie oznacza to jednak, że „młoda lewica” musi dążyć do sojuszu z innymi nurtami ideowymi. Wręcz przeciwnie, powinna wyraźnie określić własne rubieże. Jeśli społeczna i demokratyczna lewica ma kiedykolwiek w Polsce powalczyć o władzę i stały wpływ na rzeczywistość, to musi zbudować własną infrastrukturę organizacji, mediów i grup poparcia, zamiast wiecznie oglądać się na pozornie korzystne pożyczki od obozu liberalnego czy konserwatywnego. Idea „długiego marszu”, którą głosi Razem, jest często interpretowana jako wyraz politycznej niedojrzałości i oderwanie od realiów. Ta krytyka byłaby słuszna, jeśli istniałby jakiś „krótki marsz”, dzięki któremu „nowa lewica” mogłaby po kilku strategicznych posunięciach w szybkim okresie czasu uzyskać solidną i niezależną pozycję w polityce.

W obliczu braku własnej infrastruktury wymusza to jednak współpracę z obozem liberalnym lub konserwatywnym i korzystanie z ich zasobów, co oznacza zaciągnięcie sporego zobowiązania, a rachunek z pewnością zostanie szybko wystawiony. Alternatywę dla długiego marszu można więc sprowadzić do przyjęcia roli przystawki jednego lub drugiego obozu. W tym stanie rzeczy koncepcja pracy u podstaw i wolnego, choć niezależnego, budowania struktur i wpływów, nie jest umiłowaną drogą niepoprawnych ideowców, lecz długą i pełną niebezpieczeństw wspinaczką, którą z braku innego rozwiązania godzimy się przejść, by osiągnąć cel. W gruncie rzeczy najistotniejszym warunkiem przetrwania „młodej lewicy” jako projektu politycznego będzie nie tyle wykucie idealnego programu, co utrzymanie ciągłości organizacyjnej. Wzmacnianie/zakładanie struktur partyjnych w województwach, powiatach i gminach będzie miało dużo większe znaczenie niż wydanie kolejnej uchwały programowej i to nie tylko w przypadku Razem, ale także innych organizacji. O przetrwaniu przesądzi nie to, czy uda się wypracować kompleksowe rozwiązanie polityki energetycznej, ale to, czy po trzech kolejnych wyborach uda się partiom „nowej lewicy” ustać na nogach i dalej maszerować, zamiast za każdym cyklem wyborczym demokracji zaczynać od nowa.

Podsumowanie

Przed „nową lewicą” stoją wielkie wyzwania i wielkie przeszkody do pokonania. Budowanie struktur, sieciowanie środowisk i gromadzenie poparcia wymaga ciężkiej pracy u podstaw i uzbrojenia się w cierpliwość.

Długi marsz może się udać tylko wtedy, kiedy będziemy gdzieś iść. Łatwiej będzie tego dokonać razem (czy wspólnie, jak kto woli). „Nowa lewica” musi wreszcie przejść na wyższy poziom zorganizowania i utrzymywać stałą, profesjonalną strukturę, która będzie realizowała cele polityczne. Taka struktura musi stale wzbogacać się o nowe aktywistki i grupy społeczne, a także musi być trwała i systematyczna. Czas zakopać topory wojenne, puścić w niepamięć konflikty oparte na tym, kto komu wyjadł dżem z pączka na jakiejś kanapie pięć lat temu, oprzeć współpracę nie o osobiste relacje, a o uporządkowane formuły współpracy różnych osób w ramach jednej organizacji politycznej. Wspólny projekt polityczny, w którym znajdzie się miejsce dla Razem i Zielonych, Ruchu Sprawiedliwości Społecznej, Dziewuch, lewicowych ruchów miejskich, stowarzyszeń i kooperatyw, jest zapewne jeszcze zbyt nierealny, ale jakiś kompromis i organizacyjna współpraca są bardziej niż pożądane. Warto powalczyć o wzmocnienie i podjęcie stałej współpracy pomiędzy tymi partnerkami na lewicy, które są już teraz. Przecież i tak współpracujemy przez większość czasu, czemu więc nie uczynić z tego reguły? Przypominamy sobie o potrzebie środowiskowej reprezentacji politycznej przy okazji kolejnych wyborów i zazwyczaj tuż po nich boleśnie się rozliczamy, pogłębiając podziały, przez co kolejne wybory rozpoczynamy od tego samego punktu wyjścia.

Szybko zmieniający się świat nie będzie na nas czekał. Mamy takie środowisko, jakie mamy i nikt z zewnątrz nas nie uratuje, żadna kawaleria sprawiedliwości społecznej nie przygalopuje z pomocą. Nie unikniemy ciężkiej pracy u podstaw, naszego własnego wysiłku intelektualnego i organizacyjnego. W Polsce będziemy mieć tylko taką lewicę, jaką sobie zbudujemy i każda musi sobie odpowiedzieć na pytanie, co jest w stanie do tego projektu dorzucić od siebie.

Musimy być gotowe, bo w każdej chwili wiatr historii może zacząć dmuchać w nasze żagle. Musimy być pewni, że uda nam się przyczynić do politycznej zmiany nastrojów i będziemy gotowi na jej przyjście, silne strukturami, uzbrojeni w programy, bogate doświadczonymi ludźmi i sprawdzonymi metodami współpracy.

Bo nawet jeśli dzisiaj jeszcze wyprzedzamy swój czas, to on nas kiedyś dogoni.

Bartosz Migas