Pracownicy mają dość!

Z Wojciechem Jasińskim, przewodniczącym związku zawodowego Konfederacja Pracy w firmie Solaris, rozmawia Mateusz Jurewicz

Co się dzieje w Solarisie?

Wojciech Jasiński: W wyniku głosowania pracownicy Solarisa zdecydowali, że rozpoczną strajk, domagając się tym samym wyższych płac. W referendum zagłosowały 1342 osoby, czyli 51,7% uprawnionych do głosowania. Za przeprowadzeniem strajku opowiedziały się aż 1244 osoby, czyli 92,7% wszystkich głosujących. Z uwagi na niespełnienie żądania dotyczącego wzrostu wynagrodzenia pracowników oraz wynik referendum strajkowego, zadecydowaliśmy, że 24 stycznia 2022 r. rozpocznie się strajk generalny pracowników spółki, który potrwa do odwołania.

Media informują, że pracodawca zaoferował wam podwyżki. Uważacie, że są zbyt niskie?

Przede wszystkim domagamy się podwyżek w jednakowej kwocie dla wszystkich pracowników. Wychodzimy z prostego założenia: chcemy podnieść płace w firmie o równą kwotę. Poprzedni właściciele firmy przy podwyżkach postępowali właśnie w ten sposób. W tym roku wyszliśmy, jak zawsze, z taką propozycją, ale spotkała się ona z krytyką ze strony nowych władz firmy. Usłyszeliśmy, że nie wszyscy pracują jednakowo, nie wszyscy mają jednakową wydajność i dlatego podwyżka musi być procentowa, a nie kwotowa. To tłumaczenie nie trzyma się kupy, bo przy takim rozwiązaniu większą podwyżkę dostanie nie ten, kto efektywniej pracuje, lecz ten, kto już teraz otrzymuje wyższe wynagrodzenie.

Spółka zaoferowała 5% podwyżki (nie mniej niż 270), a więc każdy pracownik, który ma wynagrodzenie do kwoty 5400 zł brutto, otrzyma podwyżkę 270 zł brutto. Natomiast menedżer zarabiający powyżej np. 15 tysięcy złotych otrzyma 750 zł podwyżki brutto.

Mając na uwadze aktualny wzrost cen, propozycja zaledwie 270 złotych podwyżki, przede wszystkim dla pracowników produkcyjnych i magazynowych na najniższych szczeblach, spowodowała decyzję o podjęciu strajku.

A jakie są zarobki w firmie przed podwyżkami?

Bolączką jest brak tabeli prac. Od lat zabiegamy o siatkę płac, aby każdy wiedział, że na takim czy innym stanowisku obowiązuje taka płaca, z drobnymi widełkami ustalonymi indywidualnie przez pracodawcę. Domagamy się, zgodnie z kodeksem pracy, żeby za taką samą pracę otrzymywać takie samo wynagrodzenie. Natomiast dochodzą do nas wieści, że różnice pomiędzy podobnymi stanowiskami potrafią przekraczać nawet tysiąc złotych. Byliśmy umówieni z zarządem na przygotowanie tabeli płac. Nasza propozycja wyglądała następująco: najpierw negocjujemy podwyżkę płac, a później wspólnie zajmujemy się tworzeniem wspomnianej tabeli. Domagamy się jasności i transparentności.

Czyli podwyżki zaoferowano wszystkim?

Obecna oferta miała podnieść płace każdemu – od sprzątaczki do menedżera. Każdy otrzymałby podwyżkę o 5%. Z wyjątkiem trzech grup, którym spółka przyznała dodatkowo 80 zł brutto oraz czwartej grupy – brygadzistów – którzy dostaliby 200 zł podwyżki. Ta kwestia mocno bulwersuje załogę, gdyż dla nas jest to dość oczywista próba skłócenia ludzi. Załoga odbiera to jako próbę dzielenia ich na lepszych i gorszych. Sami brygadziści też nie są tym zachwyceni, chcieliby mieć dobre relacje ze swoimi zespołami. Jeżeli władze spółki chcą wyróżnić ich w tak ostentacyjny sposób, to jest to przez nich odbierane z niesmakiem. Wielu brygadzistów brało udział w referendum strajkowym i popierają nasze postulaty.

Chcieli was podzielić?

Propozycja podwyżek dla brygadzistów wyszła od władz firmy w trakcie mediacji, przed pikietą. To wtedy postanowiono dać dodatkową podwyżkę kilku grupom pracowniczym. Nietrudno zgadnąć, że miało to nas podzielić. Zapewne wszyscy ci, którym zaoferowano dodatkowe pieniądze, mieli w zamyśle firmy nie wziąć udziału w pierwszej pikiecie, a później nie przyłączyć się do naszego strajku. Jednak nie widać takich reakcji ani u pracowników, dla których podwyżka 80 zł brutto wydaje się dość marną próbą przekupienia ich przez firmę, ani u brygadzistów, którzy wolą pozostać w dobrej relacji ze swoimi zespołami.

Ten zabieg jest czytelny tym bardziej, że gdy w przeszłości upominaliśmy się o te grupy zawodowe, firma nic z tym nie robiła. Gdy wcześniej zgłaszaliśmy, że pewne grupy pracownicze należy wyróżnić, to ciężko było znaleźć wspólny język z władzami spółki. Natomiast kiedy zaczął się konflikt, szybko przypomnieli sobie o tych pracownikach, o których im wspominaliśmy, wypaczając przy okazji nasze postulaty. Wielkopolski rynek pracy potrzebuje tego typu specjalistów, za ich pracę należy się godna płaca.

Czyli w celu złamania waszej solidarności, zarząd przejął wasze dawne postulaty.

Tak. Ponadto firma wielokrotnie, nie mówiąc wprost, sugerowała pracownikom, że dałaby podwyżki jak najszybciej, natomiast nie mogą tego zrobić przez związki zawodowe, które nie chcą wypracować porozumienia. Gdy nie ma porozumienia płacowego, to nie mogą dać podwyżki, a tego porozumienia nie ma, bo związki nie chcą się zgodzić na zaproponowaną podwyżkę – takie są sugestie zarządu. To wszystko tworzyło wokół nas nieprzyjemną atmosferę i kreowało obraz związków jako podmiotów, które blokują podwyżki. Były też komunikaty, w których spółka wprost zadawała pytanie, dlaczego liderzy związków nie chcą się zgodzić na szybkie podwyżki dla pracowników. W jednym z takich komunikatów pracodawca „z żalem” informuje, że liderzy związkowi nie chcą być stroną w podnoszeniu wynagrodzeń pracownikom spółki. To zwykłe bezczelne kłamstwo i nonsensem jest twierdzić, że związkowcy nie chcą podwyżek dla załogi. Chcemy – ale większych niż oferuje zarząd.

Wygląda to na bardzo nieuczciwe zabiegi pracodawcy.

We wspomnianym komunikacie zarząd stwierdził też, że jego oferta podwyżek jest nadal aktualna, natomiast z każdym kolejnym upływającym dniem coraz mniej realna. Tego typu komunikaty mają wytworzyć obraz, że pracodawca te podwyżki chce dać, ale z powodu związków nie jest w stanie tego zrobić. Po czym 14 stycznia informuje, że jednak podwyżki zostaną wdrożone, niezależnie od związków zawodowych, czym odsłonił się i pokazał, że poprzednie komunikaty były kłamliwe.

A jak w takich realiach wyglądało referendum strajkowe?

Spółka na początku podała, że uprawnionych do głosowania jest 2597 osób. Nie podała ich nazwisk, a jedynie numery ewidencyjne. Byliśmy zaskoczeni, gdyż wiemy, że w spółce pracuje 2480 osób. Skąd wzięła się początkowa liczba? Dodano osoby zatrudnione na umowach cywilnoprawnych. Ustawa o rozwiązywaniu sporów zbiorowych mówi wyraźnie o pracownikach firmy. Natomiast spółka Solaris policzyła też osoby wykonujące na jej rzecz pracę zarobkową w formule innej niż umowa o pracę. O tych osobach mówi ustawa o związkach zawodowych. A zatem zapisy ustawy o związkach zawodowych firma zastosowała do ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych. Nie chcieliśmy już w tym temacie wchodzić ze spółką w dyskusje. Problem rozwiązał się w ten sposób, że skoro podali nam, iż uprawnionych do głosowania jest 2597 osób, to aby referendum było ważne, musiało do głosowania przystąpić co najmniej 1299 osób. Do głosowania przystąpiły 1342 osoby, czyli więcej niż wymaga tego próg wskazany przez ustawę.

Spośród osób, które przystąpiły do głosowania, 1244 osoby były za strajkiem. To daje nam 92,7% wszystkich głosujących. Przeciwko strajkowi było 71 osób, a 27 głosów było nieważnych. Co zrobiła firma? Do 71 głosów na NIE doliczyli 1255 osób nie biorących z różnych przyczyn udziału w głosowaniu i przekazali załodze komunikat, że ponad 51% pracowników opowiedziało się przeciw strajkowi. Przecież to jakaś groteska! Takim komunikatem po raz kolejny władze firmy próbują wprowadzić pracowników w błąd, traktując ich jak idiotów. To jest niesłychane!

Co możesz powiedzieć o pracownikach nie biorących udziału w głosowaniu?

W referendum udział wzięli przede wszystkim pracownicy działów produkcji bezpośredniej, pracownicy magazynowi i pracownicy serwisu. Czyli robotnicy. Dołączyli do nas także koleżanki i koledzy z działów administracyjno-biurowych, natomiast nie głosowali oni tak masowo jak pracownicy produkcji. Na tych stanowiskach praca jest mniej uciążliwa, zdarzają się trochę wyższe stawki, co zmienia podejście do związków zawodowych. W związkach zawodowych są głównie robotnicy. To oni są trzonem organizacji związkowych. Jednak spora część kadry biurowej popiera nasze postulaty, gdyż wielu z nich też nie ma zbyt wysokich wynagrodzeń, a niektórzy zarabiają na poziomie pracowników produkcyjnych.

Druga sprawa jest taka, że większość pracowników biurowych wykonuje pracę zdalną. Z tego powodu robiliśmy głosowania również poza zakładem pracy. Umawialiśmy się z takimi ludźmi i do nich dojeżdżaliśmy. Ale część z nich nie chce się wychylać. Na produkcji ludzie mają mniej do stracenia, jest zapotrzebowanie na fachowców.

Reprezentuje Pan związek zawodowy OPZZ Konfederacja Pracy, ale udział w akcji referendalnej i strajkowej bierze też udział „Solidarność”. Jak układa się współpraca obu związków?

Idziemy wspólnie ramię w ramię. Oczywiście jakaś rywalizacja zawsze jest. Jeśli komuś nie podoba się „Solidarność”, to może dołączyć do nas – i na odwrót. Staramy się, żeby to było naszą siłą napędową. Atutem jest natomiast to, że mając w zakładzie dwa związki zawodowe możemy liczyć na wsparcie ze strony dwóch ogólnopolskich dużych central związkowych – „Solidarności” oraz OPZZ, w którym jesteśmy zrzeszeni my. Co za tym idzie, możemy korzystać np. z rozbudowanej pomocy prawnej.

Jak wyglądała do tej pory pomoc dla waszych działań z zewnątrz?

W ubiegłym roku po raz pierwszy pojawiła się u nas posłanka Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, kiedy spółka chciała zwolnić pięciu pracowników. Daliśmy wtedy informacje do prasy, przyjechała do nas pani Agnieszka i zorganizowała konferencję. Gdy zaczęliśmy działania na rzecz referendum, zaprosiliśmy do nas panią posłankę w roli obserwatora. A teraz zapowiedziała wizytę w firmie w trakcie akcji strajkowej. Swoją pomoc zaoferowali również poseł Adrian Zandberg oraz posłanka Katarzyna Ueberhan. Mamy też stałą pomoc ze strony naszego związkowego prawnika, mecenasa Grzegorza Ilnickiego. Uważam go za jednego z najlepszych prawników związkowych w Polsce.

Jakie ma Pan przeczucia co do strajku?

Nie chcę prorokować. Mottem naszej organizacji są słowa „kto walczy, ten może przegrać, ale kto nie walczy, ten już przegrał”. Dlatego walczymy.

Kiedy rozpocznie się strajk i jak będzie wyglądał?

Pracy odmówimy w poniedziałek 24 stycznia od 6 rano. Strajk generalny będzie trwał do odwołania.

Dziękuję za rozmowę.

22 stycznia 2022 r.

Górnicza walka trwa

z Jarosławem Niemcem, przewodniczącym Związku Zawodowego „Przeróbka” w kopalni Bogdanka na Lubelszczyźnie, rozmawia Mateusz Jurewicz

Jakie działania podejmujecie obecnie jako związek zawodowy?

Jarosław Niemiec: Jesteśmy świeżo po masówkach, czyli spotkaniach, wiecach załogi. Zaczęliśmy już rejestrować pikietę na przyszły tydzień, gdyby rozmowy z zarządem kopalni nie doszły do skutku. Zarząd poinformował nas, że spór zbiorowy jest nieuzasadniony. Twierdzili, że porozumienie zostało już zawarte. Nie wiem z kim, ale twierdzą, że zostało. Uzasadnienie brzmi tak, że związek zawodowy nie może podejmować żadnych sporów zbiorowych, bo nie możemy walczyć o poprawę warunków płacy i pracy. To zabawne, ponieważ to zupełne ograniczenie podstawowego prawa związku zawodowego, prawa do sporu, strajku, do manifestowania niezadowolenia załogi. Krótko mówiąc, jest to ograniczenie prawa do reprezentowania załogi i działania na rzecz poprawy warunków pracy i płacy. O tym powinny decydować inspekcja pracy i sąd, a nie druga strona sporu. Powiadomiliśmy Państwową Inspekcję Pracy o takich działaniach zarządu.

Skoro zarząd nie chce prowadzić rokowań w sposób ustalony przepisami o sporze zbiorowym, będziemy próbowali mówić o tym głośniej. Zorganizujemy pikiety oraz zaczniemy naciskać na zarząd, żeby jednak zaczął z nami poważnie rozmawiać i przestał nas lekceważyć. Nas i nasze związkowe uprawnienia.

Jak wygląda poparcie tego, co robicie jako związek?

Ludzie po prostu popierają nas nogami. Załoga przychodzi z wyrazami poparcia. A także zapisuje się do nas – w ciągu ostatnich kilku tygodni wrzenia pracowniczego zwiększyliśmy liczebność związku o 50%. Mało tego: w sytuacji konfliktowej z innymi związkami ludzie należący do nich podchodzą do nas i mówią, że dobrze robimy, że tak trzymać, co rzadko się zdarza w realiach przynależności pracowników do różnych związków. Przeważnie związkowcy są krytykowani za to, że za mało robią, że są za mało stanowczy. A tutaj okazało się, że jest związek, który dla paru osób jest za bardzo zdecydowany. Padają oczywiście oskarżenia o wichrzycielstwo i inne, cała ta gadka, która ma na celu unieważnienie przeciwnika i jego dyskredytacje.

Kto głównie stosuje wobec Was takie oskarżenia?

Zarząd oraz, co najgorsze, inne związki zawodowe.

Możesz opowiedzieć więcej o sytuacji z innymi organizacjami związkowymi?

Z punktu widzenia taktyki związkowej, kiedy inny związek wchodzi w strajk ja osobiście odczekałbym kilka dni i zobaczył, czy załoga w to idzie czy nie, a jeżeli idzie to trzeba przyłączyć się do akcji. Jeśli nie ma poparcia załogi, to wiadomo, że umrze to śmiercią naturalną i związek przegra.

Myślisz, że przegracie?

W tej chwili nie mam żadnych podstaw do takiego myślenia, tym bardziej, że to, co w tej chwili robimy to jest to, czego ludzie chcą, żebyśmy robili. Załoga chciała uczestniczyć aktywnie w negocjacjach. W zakładzie aktywność oddolna została tak wzbudzona, że gdy jadę gdzieś z ulotkami, to okazuje się, że ludzie już sami je sobie podrukowali i wyłożyli, zanim je tam dowiozłem. Wszystkie komunikatory kopalniane już się grzeją. Ludzie się zbierają, rozmawiają, wymieniają się opiniami. Czegoś takiego u nas jeszcze nie było. Jesteśmy kilka kroków przed zarządem, który mówił nam o partycypacji. My już to robimy – przed zarządem i przed wszystkimi innymi związkami. To, że klasa robotnicza na Bogdance się upodmiotowiła, to już nie nasza wina. Gdy się z ludźmi rozmawia i daje im prawo do stawiania żądań poprawy warunków pracy, to tak to po prostu działa. I tak to powinno działać.

Jakie są wasze żądania?

Najważniejsze dla nas są podwyżki procentowo-kwotowe. Głównie chodzi o podwyższenie płac osobom najniżej zarabiającym plus rekompensaty dla ciężkich prac głównie na tzw. ścianach, gdzie trudno to nazwać pracą, bo bardziej pasuje określenie sport ekstremalny.

Nasze postulaty mają charakter socjalny, chodzi w pierwszej kolejności o zaspokojenie potrzeb płacowych, wynikających z rosnących kosztów życia. Mówimy, że wszyscy muszą odczuć podwyżki netto. Po to, by móc przetrwać przyszły rok z rosnącymi cenami. Nie chodzi nam tu wcale o jakieś kokosy. Niech nikogo nie zwiedzie ta wysoka średnia na kopalni, bo do tej średniej płacy wliczane są nagrody jubileuszowe, czternastka i wszelkie inne świadczenia. Na miesiąc wcale tak kolorowo nie wychodzi, zwłaszcza u pracowników z najniższych grup zaszeregowania. Domagamy się, żeby podwyżka była kwotowa, a nie procentowa. Procentowa działa tak, że kto zarabia dużo, ten zarobi więcej, a kto zarabia mało – temu podwyższą mniej.

Sytuacja chyba wam sprzyja? Mamy niedobór węgla na rynku światowym oraz rosnące zapotrzebowanie na specjalistów na rynku. Jak do tego odnosi się zarząd?

Zarząd mówi, że ma długoterminowe plany strategiczne. Na razie jedynym pomysłem na to, jak poprawić wydajność, jest dodatek motywacyjny, który tak naprawdę sprowadza się do zorganizowania nam wyścigu szczurów. Wtedy wszystko samo się rozwiąże, bo w tym pędzie ludzie sami będą ukrywać problemy, żeby przełożony przyznał premie. Drugi zarzut jest taki, że siadaliśmy do rozmów z trzema punktami, a kiedy dostaliśmy inne propozycje od załogi – wyłoniliśmy ich siedem. Teraz powinniśmy zrobić przerwę, przeprowadzić konsultacje i brnąć dalej w spór zbiorowy. Natomiast pozostałe związki uznały, że to już je satysfakcjonuje i nie uznały za stosowne skonsultować się z załogą. Reszta związków boi się teraz wyjść na zakład, a my organizujemy zarówno zapowiedziane, jak i niezapowiedziane masówki, na które ludzie sami przychodzą.

Widzimy już jako górnicy, że nie musimy dłużej słuchać o byciu nieprzydatnymi, że coś od nas zależy. Choćby to, żeby był prąd w gniazdkach. Zielony ład zielonym ładem ale węgiel nadal będzie potrzebny przez jeszcze sporo czasu. Węgiel ma znaczenie również jako sam surowiec. Paradoksalnie, górnictwo musi istnieć, aby mógł być wprowadzony zielony ład. Ponieważ jest to rezerwa paliwowa, trudno będzie się od niej uwolnić, ale w momencie, kiedy wieje, kiedy jest słońce, to po co ten węgiel wydobywać tylko dla wyników. Jako związek Przeróbka uważamy, że lepiej byłoby wprowadzić coś na zasadzie dopłaty za gotowość lub za zachowanie złóż. Nie musimy sprzedawać węgla nie wiadomo gdzie za marne pieniądze, bo gdy za dwa czy trzy lata przyjdzie koniunktura, on znów będzie potrzebny tutaj. W tym czasie kopalnie jako ośrodki o wysokiej kulturze technicznej mogłyby być liderami transformacji, ośrodkami naukowymi, technicznymi. Wiele można u nas zrobić, zaplecze tutaj jest. Zamiast tego widzimy zmianę gospodarki tylko jako proces rynkowy, a nie społeczny. Mówi nam się, że musimy konkurować cenowo z węglem z tzw. rynku światowego. Ale jak można konkurować na ceny np. z takimi krajami, gdzie nie ma kodeksów pracy czy lekceważy się warunki BHP. Konkurencyjność polskiego węgla to pułapka, która skończy się konkurowaniem o wyniszczenie i koszty pracy z krajami trzeciego świata.

Najbardziej nurtującym mnie pytaniem po wszystkim, co usłyszałem, jest to, w jaki sposób organizować się w miejscu pracy i jak robić to skutecznie?

Recepta jest bardzo prosta, odpowiedzi na to pytanie udzielił mi kiedyś mój mentor związkowy Bogusław Szmuc ze Związku Zawodowego Górników. Powiedział mi on, że związkowiec może być nawet głupi – wystarczy, żeby wiedział w kluczowym momencie, po której stronie stanąć. Przewodniczący związku musi pamiętać, żeby słuchać załogi i dać się jej wypowiadać.

Oczywiście liczy się też autentyczność. Trzeba również być jednym z tych ludzi, a nie tylko wykonywać funkcje w związku.

Jako pierwszy na tej kopalni zacząłem prowadzić profil związku na facebooku z możliwością komentowania, przygotowywać informacje dla załogi, a inni związkowcy zaczęli przychodzić do nas, żeby się czegoś dowiedzieć. Wszyscy się przyzwyczaili do tego, że było spokojnie i cicho, ale to już się zmieniło. Nas od pół roku nazywają szantażystami. Robią o nas ulotki na poziomie „on mówi nieprawdę, bo jest zły”. Myśleli, że będzie jak było, a tutaj okazuje się, że załoga nie dość, że potrafi sama czytać, to jeszcze i pisać.

Dziękuję za rozmowę.

18 stycznia 2022 r. 

Jaka lewica, po co i dla kogo?

Jaka lewica, po co i dla kogo?

Internetowe środowiska lewicy okrążył niedawno sondaż, z którego wynika wprost, że Lewica, a zwłaszcza jej wyborcy, ma gorsze zdanie na temat wpływu zasiłków socjalnych na ludzi niż środowiska prawicowe. Dziwić może to szczególnie, kiedy widzimy, że niektóre środowiska Lewicy nie wstydzą się PRL-u. Przykładowo 6 stycznia na fanpage’u Lewicy opublikowano post upamiętniający Gierka, a młodzieżówka partii napisała spory poemat wychwalający jego postać. Więc jak to jest możliwe, że z jednej strony Lewica jest zafascynowana PRL-em i uwielbia prostego człowieka, któremu Gierek miał pomóc, a z drugiej strony nie cierpi, gdy obecny rząd choćby przez 500+ robi to samo? Chcielibyśmy się zastanowić nad tym paradoksem.

Na pewno na Lewicy są ludzie, którzy chcą dobrze. Jesteśmy o tym przekonani, kilku takich działaczy sami personalnie znamy. Jednak często brakuje im teoretycznego przygotowania i mogą być naprawdę przekonani, że Lewica powinna się skupić na usługach publicznych i być przeciw zasiłkom, i że dzięki takiej polityce ludziom będzie żyło się lepiej. Pomijają choćby to, że naprawa usług publicznych pomoże konkretnym grupom, a innym nie (osobom mieszkającym na wsi nic nie da program budowy tanich mieszkań), a naprawa wielu z tych usług będzie trwała nawet dekadę, podczas gdy ludziom już w tym momencie jest źle. Wtedy, zamiast skupić się na klasowym aspekcie polityki, ulegają złudzeniom serwowanym przez politykę tożsamości. Zaczynają większość swojego czasu poświęcać tematom, które prostych ludzi, do których ponoć chcą trafić, najzwyczajniej w świecie nie interesują albo są do nich wrogo nastawieni. Nie można jednak odmówić im chęci czynienia dobra i poprawy świata.

Charakter klasowy Lewicy

Jesteśmy jednak przekonani, że tak ogromna niechęć elektoratu Lewicy do zasiłków nie bierze się tylko z braków teoretycznych i z chęci czynienia dobra, ale ukierunkowanego w zły sposób. Karol Marks zauważył bardzo trywialną rzecz, która jednak bardzo często umyka – jest nią to, że ludzie mają swoje klasowe interesy i co do zasady głosują zgodnie z nimi. Zastanówmy się w takim razie, kto jest elektoratem Lewicy. Jak możemy zauważyć, według statystyk wyborca Lewicy jest osobą wykształconą, z miasta i to raczej dużego, do tego jest osobą młodą (19-29 lat), przed którą otwiera się świat. Czy taką osobę dotyczy choćby takie 500+, czy może ona coś na tym zyskać?

Typowy wyborca Lewicy nie ma zbyt wielu wspólnych interesów z polskim pracownikiem. Jest zainteresowany przede wszystkim programem obyczajowym, który oferuje mu partia. Moglibyśmy posunąć się do stwierdzenia, że większość aktywistów Lewicy chciałaby, zgodnie z opisem Mouffe, bezklasowego zjednoczenia we wspólnym froncie walki. Gdzie o swoje interesy walczyliby zarówno pracownicy, grupy związane z feminizmem czy wysuwające postulaty ekologiczne. Niestety, jak pokazuje nam dobitnie historia, jest to niemożliwe. Nie da się wprowadzić lewicowego populizmu, który pogodzi interesy ludu „omamionego prawicowym populizmem” (posłowie do polskiego wydania książki Marka Fishera „Realizm kapitalistyczny. Czy nie ma alternatywy?”). Klasyczny elektorat, który kiedyś głosował na partie socjaldemokratyczne, nie jest zainteresowany w zasadzie żadnym z postulatów dotyczących choćby mniejszości seksualnych czy uprzywilejowania Kościoła. Zamiast tego, pozostając przy przykładach z Polski, woli zagłosować na PiS, który co prawda dużo mówi o tematach światopoglądowych, jednak oferuje także zmiany gospodarcze, które poprawią los tego elektoratu. Co równie ważne, sama Zjednoczona Prawica bardzo dobrze zdaje sobie sprawę z tego, że to realne zmiany gospodarcze dają poparcie. Przed wyborami do Europarlamentu na początku próbowali straszyć LGBT i ideologią gender, jednak dało to mierne wyniki w sondażach, a dopiero podwyższenie płacy minimalnej oraz wprowadzenie 500+ na pierwsze dziecko, dało partii Jarosława Kaczyńskiego późniejsze zwycięstwo w wyborach parlamentarnych. Co równie istotne, PiS jest partią, której zwykły pracownik może zaufać. Podczas swoich pierwszych rządów obiecali obniżenie wieku emerytalnego, wprowadzenie zasiłku socjalnego w wysokości 500 zł na drugie dziecko – i tych obietnic dotrzymali. Z kolei elektorat ten nie ma żadnego powodu, aby zaufać Lewicy.

Partia średniej klasy wielkomiejskiej

Patrząc na postulaty, które zostały ustalone na nowym konwencie Lewicy, możemy zauważyć kilka punktów niezwykle ważnych dla tolerancyjnych ludzi z dużego miasta,. Ta właśnie grupa jest niezwykle ważna w elektoracie partii. Ewa Marciniak stwierdza na podstawie badań, że elektorat Lewicy jest jednym z najbardziej proeuropejskich i najbardziej negatywnie nastawionym do Kościoła katolickiego. Popiera liberalizację ustawy antyaborcyjnej oraz zalegalizowanie związków partnerskich. I to są idee, które łączą ten elektorat. Wśród tych idei nie znajduje się chęć zmniejszenia nierówności społecznych, wiara w zbudowanie lepszego i bardziej sprawiedliwego państwa czy też nawet wiara w to, że ubogim należy się pomoc. Nawet postulaty prospołeczne są bardzo mocno skierowane do średnioklasowego miejskiego wyborcy. Mamy np. chęć odejścia od energii wytwarzanej w oparciu o węgiel, nie przejmując się przy tym kosztami społecznymi (jest proponowana zielona energia, nie ma propozycji, jak pomóc pracownikom likwidowanych branż).

Chcielibyśmy zadać pytanie: gdzie są progresywne podatki, gdzie jest lepsza służba zdrowia, gdzie jest lepsza publiczna komunikacja, gdzie jest cokolwiek dla ludzi, którzy nie mieszkają w większych miastach i mają słaby dostęp do dobrej edukacji – czy naprawdę dla nich największym problemem jest religia w szkołach? Czemu z programu Lewicy, który jest umieszczony na stronie Lewicy, postanowiono wybrać akurat te punkty jako najważniejsze?

Lewica radykalna w słowach, nie w działaniu

Można spróbować podważyć nasze argumenty odnośnie do programu, mówiąc, że na stronie Lewicy jest zapisane podniesienie płacy minimalnej, milion tanich mieszkań, dofinansowanie służby zdrowia itd. Co prawda są to raczej hasełka, ale jednak jest to propozycja. Po pierwsze to nie są hasła, ale baśnie. Program wiele obiecuje, ale nie mówi, skąd wziąć na to pieniądze. W programie nie ma nawet jednego zdania o podatkach. Do tego niektóre postulaty są trudne do wykonania z przyczyn technicznych, choćby zwiększenie liczby lekarzy o 50 tysięcy. W Polsce mamy obecnie 140 tysięcy lekarzy, więc oznaczałoby to przyrost liczby lekarzy w ciągu 6 lat o niemal połowę. Realność takiej zmiany jest zerowa. Lewica twierdzi, iż „Zwiększymy liczbę miejsc na kierunku lekarskim docelowo o 50%. Ułatwimy młodym lekarzom kształcenie w deficytowych specjalizacjach. Uprościmy podejmowanie w Polsce pracy lekarzom z zagranicy (prostsza nostryfikacja, zniesienie obowiązku odbywania stażu podyplomowego, wsparcie w nauce języka polskiego)”. Czy naprawdę ta jedna zmiana spowoduje, że przyrost lekarzy zwiększy się parokrotnie w stosunku do stanu obecnego ?

Lewica obecnie protestuje przeciwko podatkowi medialnemu i twierdzi, że ona sama proponowała podatek od globalnych korporacji oraz chwali się, że oni by zrobili więcej i lepiej. Tylko czemu wyborca choćby PiS-u miałbym im wierzyć? Partia ta była w Koalicji z PO do Parlamentu Europejskiego, ba, niedawno okazało się, że Czarzasty otwarcie mówi o prowadzeniu rozmów z PO w sprawie koalicji do najbliższych wyborów parlamentarnych. Z dokładnie tą samą partią, która doprowadziła do rozpadu usług publicznych (za które to zjawisko tak często Lewica krytykuje PiS), obcięła pomoc socjalną najbardziej potrzebującym, partii, której jednym z najważniejszych ekonomistów jest Andrzej Rzońca, najpilniejszy uczeń Balcerowicza. Jak można nie odnieść wrażenia, że postulaty tej partii są jednym, a realna polityka drugim? Nie bez powodu tak ciężko jest przekonać do siebie Lewicy pracowników i grupy wykluczone przez system.

Zderzenie z pracownikami

To, o czym piszemy, najłatwiej zauważyć właśnie podczas rozmów z robotnikami i patrząc na sondaże. Dla większości lewicowców pracownicy przynajmniej w teorii są lub powinni być głównym elektoratem. Elektorat ten w Polsce jest zagospodarowany głównie przez PiS, który wśród robotników nieprzerwanie zwycięża w sondażach. Wystarczy przywołać wyniki ostatnich wyborów parlamentarnych oraz prezydenckich. W tych pierwszych na partię rządzącą oddało głos 57,9%, w prezydenckich natomiast 65,9% robotników.

Widać to chociaż to po tym, że Lewica nie stara się w żaden sposób przyciągnąć do siebie i rozmawiać z ruchami ludzi odrzuconych. Ostatnimi czasy bardzo głośnym ruchem stała się Agrounia, której przewodniczący Michał Kołodziejczak twierdzi, że Lewica nawet nie próbowała porozumieć się z tym ruchem. Co więcej, wśród wielu facebookowych lewaków można było usłyszeć o tym, jak bardzo grubiańskie jest palenie opon w centrum Warszawy albo blokowanie ruchu. Do tego obecnie sam Kołodziejczak bardzo celnie punktuje Lewicę w swoim niedawnym wpisie na Facebooku. Chodzi o temat wolnych mediów, dla których podatek jest ogromnym problemem, ale temat traktowania pracowników najlepiej zamieść pod dywan. Jak ujmuje to Kołodziejczak: „Jeśli to, co pisze były pracownik #TVN jest prawdą, możemy mówić, że potęga telewizji TVN zbudowana jest z desek zakrwawionych przez pracowników”. Lewica, która powinna stawać za słabszymi, nie poruszyła do tej pory tego tematu w żaden sposób – wygodniej jest usiąść w cieple lamp telewizji albo pojawić się w artykule Wyborczej.

Lewica jako Zamek Wampirów

Lewica i jej młodzieżówka stała się w pewien sposób stylem życia. Spędziliśmy sporo czasu na lewicy, którą krytykujemy. Byliśmy członkami zarówno partii Razem, jak i jej młodzieżówki. Mieliśmy również krótki romans z Federacją Młodych Socjaldemokratów, będącą młodzieżówką Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Jako byli członkowie młodzieżówek zauważyliśmy, że młodzieżówki i partie często mają charakter spotkań towarzyskich. To taka forma wspólnych wyjść, tyle że zamiast do pubu – na tęczowy marsz albo na protesty przeciwko niszczeniu wolnych mediów. W grupach tych często ludzie nie przychodzą bronić swojego interesu, ale po prostu spotkać i zawiązać grupę znajomych. Tworzą się kółka znajomych, którzy między poszczególnymi grupkami nie lubią się i wzajemnie rzucają na siebie zarzuty. Dochodzi tutaj do zjawiska, które Mark Fisher w swoim znanym artykule nazwał „Zamkiem wampirów”, czyli do tworzenia się grup, których głównym zadaniem jest moralizowanie i szukanie wśród działaczy „odchyleń prawicowych” i wydawanie osądów wobec tych, którzy rzekomo mają być seksistami, transfobami etc. W partii Razem największą ilość czasu działacze poświęcali na nieistotne kłótnie i szukanie rzekomych „przemocowców”, kiedy mechanizmy, które miały sobie radzić z prawdziwymi przemocowcami, nie działy sprawnie. Skupienie się na kłótniach i szukaniu czarownic było tak ogromne, że po przegraniu wyborów w 2019 roku na kongresie dyskusja nie dotyczyła tego, że trzeba zmienić zarząd krajowy partii, wprowadzić realne zmiany w taktyce, nic z tych rzeczy. Głównym tematem tamtejszego kongresu było zmiana w programie, aby udowodnić wyższość moralną partii Razem – miało dojść do zmiany w programie określenia „kobieta” na „osoba z macicą”. Dzięki temu, że dyskusja wyglądała tak, jak wyglądała, zarząd mógł być spokojny i w następnych wyborach startować z dobrych miejsc i wejść do parlamentu. Mimo sloganów o tym, że inna polityka jest możliwa, partia Razem udowodniła, że takie rzeczy, jak demokratyczne wybieranie osób oraz dobra komunikacja, są niemożliwe. Często zarząd sam podejmował decyzje, przed którymi potem była stawiana Rada Krajowa, która musiała je akceptować, bo inaczej wyszłoby co najmniej niepoważnie, gdyby się okazało, że organy partii nie są w stanie się dogadać. Zarząd był nienaruszalny, żadna siła na niebie i ziemi nie mogła go zmienić ani zmniejszyć wpływu jego członków na partię. Po zniechęceniu się do Razem, postanowiliśmy działać w FMS-ie. Niestety zauważyliśmy, że tutaj schemat działania jest taki sam. Góra dyktuje warunki, doły muszą się podporządkować.

Znamy działaczy ze wszystkich tych środowisk i wiemy, że wielu z nich to świetni ludzie. Niestety pomimo tego nie mają oni żadnego wpływu na to, jak partia wygląda, jak działa i czyich interesów broni. A partie będące w koalicji Lewicy poza mówieniem o sobie, że są partiami pracowników najemnych, mało z tymi pracownikami mają wspólnego.

Globalne wymieranie socjaldemokracji

Kłopoty, z którymi mierzy się nasza Lewica, nie są wyjątkowe na tle świata. W ogromnej liczbie państw dochodzi do osłabienia partii socjaldemokratycznych, tracą one swój naturalny elektorat, a kiedy nawet wygrywają wybory, nie mają bladego pojęcia, co zrobić i nie potrafią się wyrwać z realizmu kapitalistycznego, nie potrafią przełamać myślenia tylko w kontekście wolnorynkowym i na końcu realnie nic nie zmieniają, ponieważ są przekonane, że można trochę ludziom pomóc, ale rynki muszą działać nieskrępowanie. Termin ten profesjonalnie nazywa się Pasokifikacją i wziął nazwę od lewicowej partii PASOK, której przykład świetnie pokazuje obraz obecnej socjaldemokracji. Partia ta w 6 lat spadła w sondażach z 43,9% do 4,7%. Rządziła ona podczas kryzysu związanego z zadłużeniem Grecji i wprowadzała politykę zaciskania pasa, opierającą się na zmniejszaniu wydatków państwa (przez odcinanie socjalnych zasiłków, zmniejszenie wydatków na usługi publiczne etc.). Neoliberalizm jako ideologia nieskrępowanych rynków po upadku ZSRR stał się tak silny, że większość partii lewicowych uległa jego urokom i przekonaniu, że kapitalizm będzie wieczny. O tym, jak ogromny wpływ miało to na partie lewicowe, bardzo dobrze mówi znana wypowiedź Margaret Thatcher, która zapytana o swoje największe osiągniecie odparła: „Tony Blair i Nowa Partia Pracy. Zmusiliśmy oponentów do zmiany ich poglądów”. Rząd New Labour był dla wielu działaczy Partii Pracy klęską i zmuszeniem ich do przyjęcia obcego dla większości lewicy neoliberalizmu. Niestety nie skończyło się tylko na przyjęciu umiarkowanego liberalizmu Blaira. Partia New Labour dalej się radykalizowała, ale niestety w kierunku niepożądanym przez większość społeczeństwa.

Przesiąknięcie neoliberalizmem dało o sobie znać również na gruncie polskiej polityki. SLD podczas swoich rządów zaoferował politykę zaciskania pasa. Patrząc na działaczy i polityków, którzy do tej pory się nie zmienili, trudno odnieść wrażenie, że po przejęciu przez nich władzy miałoby być inaczej. Jednym z haseł maja’68 było „bądźmy realistami, żądajmy niemożliwego!”, natomiast hasłem obecnych partii lewicowych mogłoby być „bądźmy realistami, nie żądajmy niczego!”.

Podsumowanie

W Polsce potrzeba partii lewicowych, które otwarcie będą mówić o tym, że zasiłki są dobre, że potrzebujemy sprawnego państwa, które nie będą potępiać w czambuł PiS-u za każdą jego decyzję, bo mogła być bardziej radykalna (jak w przypadku podatku od mediów) albo bo ma na celu „kupić głosy”, a tak w sumie to „500+ jest na kredyt i w ogóle nie powinno istnieć” (posłanka Joanna Scheuring-Wielgus wielokrotnie tak właśnie krytykowała ten program). Partia lewicowa powinna celować w kierunku większości społeczeństwa i jej realnych problemów, a nie w kierunku wielkomiejskiej klasy średniej, która chce komuś pomóc, bo szlachectwo zobowiązuje, ale najlepiej w taki sposób, aby nic ich to nie kosztowało.

Zamiast mówić o pracownikach na konwencjach, proponowalibyśmy jednak najpierw szersze wyjście do ludzi. Spróbować odrodzić lewicowe partie jako te, które stoją za interesem robotników, inicjują strajki, wspierają negocjowanie korzystnych układów zbiorowych. A także, co wydaje się chyba najważniejsze i lewica powinna od tego zacząć – to próba oderwania się od liberalnych mediów dyktujących jej warunki. Tańczenie do tego, co zagrają Gazeta Wyborcza czy Krytyka Polityczna powoduje niezdolność do odróżnienia się lewicy od liberalnego mainstreamu, a to oznacza śmierć lewicowych projektów. Partie lewicowe muszą na nowo określić się w późnym kapitalizmie. Potrzebujemy zakończenia z marazmem i budowania nowej wizji. Wizji, która sięga daleko poza kapitalizm.

Adam Suraj, Mateusz Jurewicz

Raport z pola walki

Raport z pola walki

Z Maciejem Krzymienieckim rozmawia Mateusz Jurewicz

Jak obecnie wygląda sytuacja w Labour Party i związkach zawodowych w Wielkiej Brytanii? W jaki sposób wpłynęła na nią pandemia COVID? Jakie wyzwania stoją teraz przed brytyjską lewicą? Czego jej brakuje i jakie mogę być rokowania na przyszłość? O tym wszystkim rozmawiamy z działaczem lewicowym i związkowym z Wielkiej Brytanii.

W jaki sposób zaczynałeś swoją przygodę z lewicą w Wielkiej Brytanii?

Maciej Krzymieniecki: Gdy miałem 16 lat, wstąpiłem, nieco przypadkiem, do Socjalistycznej Partii Anglii i Walii. Dużo w niej było dobrych aktywistów. Ale z drugiej strony błędne zrozumienie sytuacji pogrążyło partię w kryzysie oraz, w zeszłym roku, zaowocowało rozłamem. Jedną z ich głównych perspektyw było to, że Partia Pracy i Partia Konserwatywna są partiami burżuazyjnymi, co okazało się powierzchownym zrozumieniem bardziej skomplikowanej sytuacji.

Latem 2015 roku Jeremy Corbyn rozpoczął rewolucję w Partii Pracy. Okazało się, że miliony osób czekało na radykalną, lewicową odpowiedź na politykę establishmentu. Setki tysięcy osób dołączyło do partii, w tym ja. Było to coś, czego nikt się nie spodziewał.

Na pierwszym roku na Uniwersytecie Swansea właśnie we wrześniu 2015 roku natknąłem się na grupę aktywistów skupionych wokół Socialist Appeal, czyli nurtu marksistowskiego, który działa zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz Partii Pracy. Od długiego czasu przekonywali oni, że ze względu na tradycje brytyjskiego ruchu robotniczego, gniew społeczny najprawdopodobniej określi się na początku przez stuletnią Partię Pracy i jeszcze starsze związki zawodowe. Socialist Appeal jest częścią Międzynarodowej Tendencji Marksistowskiej (IMT), która działa na wszystkich kontynentach i od niedawna ma sekcję w Polsce w postaci Czerwonego Frontu.

W latach studenckich byłem członkiem BFAWU, związku zawodowego dla pracowników sektora żywnościowego i gastronomii. Obecnie jestem członkiem związku zawodowego PCS, który organizuje pracowników sektora publicznego.

W Polsce pracownicy sektora żywieniowego są w zasadzie pozbawieni reprezentacji związkowej. Na każdej kolejnej kuchni coraz mocniej przekonuję się o złym wpływie tego zjawiska. Jak u Was wyglądało formowanie się takich zrzeszeń i co możesz podpowiedzieć polskim pracownikom tego sektora?

W Wielkiej Brytanii to jest coś, co dojrzewało przez lata. Sektor ten był ofiarą najgorszych ataków na prawa pracownicze. Wszystko zaczęło się od ruchu inspirowanego przez falę strajków w McDonald’sie w USA, gdzie tamtejsi pracownicy wywalczyli min. płacę minimalną w wysokości 15 dolarów na godzinę w niektórych stanach.

Na Wyspach Brytyjskich zaczęło się od pojedynczych przypadków. W strajku brało udział nie więcej niż 10 restauracji, a zorganizowały się one wokół BFAWU. Chęć strajku bez wątpienia istniała w wielu innych miejscach, ale trudno przezwyciężyć pracownikom bez doświadczenia związkowego groźby ze strony menedżerów. Mimo tego, McDonald’s poddał się strajkowi i podwyższył płacę minimalną. Do przełomowych strajków doszło również w restauracjach Wetherspoons i TGI Fridays.

W Polsce podobne sytuacje są nieuniknione. Kryzys związany z koronawirusem całkowicie zmienia świadomość milionów pracowników. Zadaniem lewicowych pracowników jest cierpliwa budowa fundamentów i związków zawodowych, oraz wyciągnięcie wniosków z walk, jakie miały miejsce w USA i Wielkiej Brytanii.

Czym obecnie zajmujesz się w związkach zawodowych i jakie masz plany w tym zakresie?

Od ponad roku jestem członkiem związku zawodowego dla pracowników sektora publicznego, PCS. Związek jest kontrolowany przez lewicę skupioną wokół frakcji PCS Left Unity. Moja komórka jest jedną z największych komórek związkowych w kraju. DVLA, czyli urząd państwowy zajmujący się rejestracją kierowców i pojazdów, ma trzy oddziały w Swansea, w których mamy ponad 3000 członków, więc potencjał jest ogromny.

Od lutego będę oficjalnie reprezentował członków w sporach z managementem. Będę się również zajmował budową organizacji dla młodych związkowców zarówno w mojej komórce, jak i w reszcie sektora transportowego.

Jak wyglądają teraz działania związków zawodowych i jak wpłynął na nie koronawirus?

W Wielkiej Brytanii z powodu koronawirusa zmarło już ponad 100 tysięcy osób. Mamy jedną z najgorszych sytuacji na świecie. Miliony obecnie walczą z bezrobociem albo z pogorszonymi warunkami pracy. W moim miejscu pracy doszło do wybuchu pandemii – od grudnia mamy około 400 przypadków Covid-19. Ludzie się boją.

Na razie pomimo tego defensywnego nastroju dzieje się dużo. Niedawno zakończył się pięciodniowy strajk pracowników British Gas, największy od lat 70. Związek zawodowy nauczycieli NEU zorganizował największe spotkanie związkowe w historii kraju z frekwencją niemal 100 tysięcy osób przeciwko niebezpiecznym warunkom pracy podczas pandemii, zmuszając rząd do zamknięcia szkół.

Zwycięstwem zakończył się strajk pracowników fabryki Rolls Royce. Studenci w dziesiątkach uniwersytetów planują największy strajk czynszowy w historii. W wyborach w jednym z największych związków Unison, zdominowanym przez prawicę, kandydat lewicy Paul Holmes dostał bardzo wysokie poparcie. Mój związek, PCS, planuje ogólnokrajowy strajk przeciwko zamrożonym płacom. A to dopiero początek.

Szykują się wybory władz w związkach zawodowych. Jak lewe skrzydło Partii Pracy i Socialist Appeal zapatrują się na to?

Właśnie skończyły się wybory w Unison, gdzie z czterech kandydatów, trzech było z lewicy, a jeden z prawicy. Frekwencja była niska, ponieważ członkowie Unison, rządzonego przez prawicową biurokrację, nie mają (jeszcze) poczucia tego, że można wiele zmienić.

Pomimo tego, socjalista, członek Labour i sympatyk Socialist Appeal Paul Holmes zyskał poparcie oficjalnej lewicy Unison i stanął na stanowisku radykalnego programu socjalistycznego i demokracji w związku, który wzbudził duże poparcie. Jednym z postulatów było pobieranie przez szefa związku przeciętnej płacy pracowniczej i zwrot pozostałej części sporej pensji do kasy związku. Niestety, Roger McKenzie, bardziej umiarkowany lewicowiec powiązany z biurokracją Labour, i Hugo Pierre, członek Socialist Party, stanęli do wyborów i w efekcie zapobiegli zwycięstwu Holmesa. Otrzymał on prawie 33% głosów i przegrał z Christiną McAnea (ok. 48%) – nie stałoby się tak, gdyby nie udział w wyborach McKenziego (ok. 11%) i Pierre’a (ok. 8%).

Pomimo porażki, wysoki wynik lewicy pokazuje potencjał w tym związku i jest punktem zwrotnym dla lewicy w jego łonie, która jest teraz o wiele bardziej pewna swojej pozycji.

Na czym polega Wasza propozycja zwołania konferencji ogólnokrajowej Labour Party i co chcecie tak osiągnąć?

Keir Starmer doszedł do władzy w Labour obiecując kontynuację lewicowości Corbyna i jedność partii. Nie dotrzymał obietnicy ani jednego, ani drugiego. Od początku mówiliśmy, że jest to kandydat prawicy finansowany przez korporacje, a w ostatnich miesiącach przekonały się o tym tysiące członków.

Używając fałszywego pretekstu antysemityzmu dziesiątki przewodniczących lokalnych komórek Partii Pracy i setki aktywistów zostało zawieszonych w prawach członkowskich. Zawieszony został sam Corbyn, ale po fali buntu w komórkach partyjnych zawieszenie zostało odwołane. Pokazuje to, że partyjna lewica nie jest skazana na porażkę.

Bez wchodzenia w szczegóły: w odpowiedzi na te zawieszenia, oficjalna lewica partii, skupiona wokół lewicowych posłów, działała wolno i słabo. Nastrój więc jest mieszanką gniewu i demoralizacji.

Corbyn próbował odnieść się do tego, powołując nowy projekt, Peace and Justice. Na pierwsze spotkanie przyszło 10 tysięcy osób, czyli potencjał jest. Ale konkretnie mówiąc, jest to bardzo wątła inicjatywa. W programie nie ma ani słowa o socjalizmie, a organizacja nie ma żadnych efektywnych struktur, co oznacza że jakikolwiek entuzjazm wokół tego najprawdopodobniej szybko się rozpłynie. Wygląda to jak owoc demoralizacji całego ruchu Corbyna od 2015 roku, i nie będzie on niestety grał żadnej poważnej roli w ruchu.

Z racji braku dobrego przewodnictwa na lewicy, jako Socialist Appeal tam, gdzie możemy, jesteśmy w procesie proponowania zwołania konferencji, która może przełamać ten zator pomiędzy prawicą a lewicą. Pomimo tego że nadal jesteśmy mniejsi niż byśmy chcieli, tam, gdzie już zgłosiliśmy wnioski o nową konferencję, np. w Bristolu albo Liverpoolu, napotkaliśmy się na duży entuzjazm ze strony członków.

Nastrój zwykłych członków i sympatyków jest przeciwny temu, co się dzieje. Konferencja, tak jak krajowe konferencje w zeszłych latach, byłaby krokiem naprzód dla lewicy, gdyż daje ona głos zwykłym członkom partii.

Jaki potencjał ma lewica w Labour i w związkach zawodowych? Patrzysz na przyszłość pesymistycznie czy raczej optymistycznie i z lewicową nadzieją?

Koronawirus doprowadził do największego kryzysu gospodarczego w Wielkiej Brytanii od 300 lat. Klasa robotnicza będzie doświadczać niespotykanej skali ataków ze strony klasy panującej. Masowe ruchy, które ostatnio widzieliśmy, są początkiem tego, co zobaczymy w obecnej dekadzie. Nie będzie to wszystko iść w jednym kierunku, będą okresy zarówno zastoju, jak i masowej akcji. Nie ma powodu, aby nie mieć rewolucyjnego optymizmu.

Walka klas zintensyfikuje się bez względu na nas. Wszystko prowadzi w tym kierunku. Ale największym problemem ostatnich lat jest problem przewodnictwa, które jest słabe, bo nie widzi alternatywy poza zreformowanym kapitalizmem, co jest utopią. Kapitalizm naszej ery to kapitalizm kryzysu i męki.

Ten problem należy rozwiązać. Naszym zadaniem jest budowa organizacji gotowej do doprowadzenia walki do samego końca zarówno w Partii Pracy, jaki i w związkach zawodowych, i wszystkich ruchach społecznych, kończąc obaleniem kapitalizmu raz na zawsze. Właśnie o to walczy Socialist Appeal i cała Międzynarodowa Tendencja Marksistowska.

Dziękuję za rozmowę.