Analitycy i Poeci

Gdyby przed stuleciem najbardziej bystre umysły tamtych czasów (zastanawiam się, kto by to był: Chesterton, Shaw, Belloc, Jo Chamberlain?) spierały się o przyszłość infrastruktury i energii, jak wyglądałaby ta debata? Jeśli, powiedzmy, wszyscy byliby zgodni co do tego, jak ważne jest wprowadzenie zakrojonego na dziesięciolecia globalnego planu, opartego na wiecznie dyskutowanych „faktach” naukowych, w istocie opartych na politycznych, kulturalnych i społecznych założeniach leżących u podstaw funkcjonowania dzisiejszego świata, o co by się spierali? Ilu dokładnie stajennych byłoby potrzebnych do 1950 roku? O to, jak ważne jest wprowadzenie na dużą skalę procesu czyszczenia z końskiego łajna ulic głównych miast? O rozwój i udoskonalanie programu badań nad wiarygodnością wehikułu czasu? O pozyskiwanie funduszy na wprowadzenie na rynek stacji ładowania sterowców?

Podobne myśli przepływały przez moją głowę od kilku tygodni, gdy obserwowałem zaciekłe sprzeczki o Fukushimę i przyszłość energii atomowej, które miały miejsce wewnątrz ruchu ekologicznego, a później także w mediach. Można śmiało powiedzieć, że żaden ze mnie naukowiec (co łączy mnie z większością tych, którzy wygłaszają stanowcze opinie na temat energii atomowej, oparte wyłącznie na pozorach) i nie mam pojęcia, co dzieje się teraz z japońskimi reaktorami, a także czy największa katastrofa atomowa od czasów Czarnobyla okaże się punktem zwrotnym dla globalnego przemysłu atomowego. W zależności od tego, którego eksperta posłuchamy, okaże się, że był to sukces lub katastrofa.

Zastanawiam się jednak, czy to punkt zwrotny dla ekologów. Od dłuższego czasu ruch ekologiczny był w odwrocie, a obecnie wręcz wydaje się zagrożony upadkiem. Od kiedy cztery dekady temu rozpoczął działalność, udało mu się rozpropagować część swoich idei w kulturze i polityce (przede wszystkim te, które dotyczyły używania bogactw naturalnych w sposób zrównoważony). Niestety idee te nieuchronnie się rozmyły. Poruszałem ten temat już wcześniej i nie mam zamiaru robić tego ponownie, ale być może warto przyjrzeć się obecnym założeniom ruchu Zielonych.

Wiemy już, jak wielka i nie do zatrzymania jest machina globalnej industrializacji. Wiemy też, że światowa gospodarka opiera się na korzystaniu z bogactw naturalnych i łączy się z wciąż przyspieszającym postępem technicznym, rosnącą populacją ludzką, rozprzestrzeniającym się konsumpcjonizmem, masowym wymieraniem gatunków, zmianami klimatu i wyczerpywaniem zasobów (co bywa kwestionowane). Efekty tych procesów nie wyglądają dobrze. Jeśli chcemy być wobec siebie uczciwi, musimy przyznać, że nie jesteśmy w stanie skutecznie zapobiec nadchodzącym kłopotom. I tu pojawia się problem. Jeśli jesteśmy mocno zaangażowani politycznie, a nasze wartości i obraz samych siebie opierają się na fakcie bycia aktywistami, czyli walce z tymi wszystkimi okropnymi rzeczami, po prostu niekiedy nie możemy sobie pozwolić na uczciwość. To zrozumiałe. Wiem, jakie to uczucie, bo sam dość długo tak postępowałem. W tym momencie musimy się oszukiwać, zaprzeczać sobie w imię naszego zdrowia psychicznego. Możemy się okłamywać, że „jeszcze jedna próba” być może załatwi sprawę. Możemy wmawiać sobie, że Ludzie są ignorantami, są nieświadomi Faktów i że jeśli ich oświecimy, to będą Działać. Możemy wierzyć, że musi jeszcze zostać podpisana właściwa umowa, że potrzebna technologia zostanie dopiero wynaleziona, że problemem nie jest zbyt duży, lecz zbyt mały rozwój nauki. Możemy też przekonywać się, że Ruch jest potrzebny, aby ujawnić kłamstwa głoszone przez Tych Złych Sprawujących Władzę, którzy uniemożliwiają Ludziom buntowanie się przeciw ich woli, do czego doszłoby, gdyby Ludzie poznali Prawdę. Obojętnie który scenariusz wybierzemy, będziemy pragnęli efektów, a te mogą zostać osiągnięte jedynie dzięki większym nakładom sił. W takim przypadku możemy tylko wmawiać sobie, że jedyną właściwą rzeczą jest wciąż robić to, co robiliśmy do tej pory. Bo alternatywa wobec tego „robienia” to poddać się i patrzeć, jak świat się wali.

W tym miejscu jest dziś ruch ekologiczny. To trudny moment, zwłaszcza ze względu na obsesję na punkcie zmian klimatycznych, która opanowała myślenie o ochronie środowiska w ostatniej dekadzie. Obawa przed dwutlenkiem węgla zdominowała wszystko inne tak bardzo, że idee Zielonych są teraz najczęściej widziane przez pryzmat haseł o jego emisji. Pozostałe kwestie zeszły na dalszy plan. Teraz liczy się tylko redukcja emisji dwutlenku węgla.

To właśnie w tym kontekście doszło do atomowego rabanu. Trzęsienie ziemi i tsunami w Japonii rozerwały elektrownię jądrową, a eksperci zrobili nalot na miejsce zdarzenia już następnego dnia. Większość z nich zdawała się widzieć w tej tragedii jedynie możliwość przeforsowania istniejących już stanowisk w sprawie energetyki jądrowej. Wołali „To nas zabije!” lub „To nas uratuje!”, choć pręty paliwowe w reaktorach wciąż jeszcze topniały. Niektórzy ludzie, jak choćby George Monbiot, wykorzystali wypadek z Fukushimy nie do tego, by powtórnie wyrazić swoje racje, ale do zmiany zdania. Nieważne, jakie były argumenty, desperacja wciąż rosła i stawała się coraz bardziej zrozumiała.

Zieloni są w ślepej uliczce. Jeśli wierzysz w to, że zmiana klimatu będzie niszczyć Ziemię i że jedynym sposobem uniknięcia tego jest ograniczenie emisji dwutlenku węgla w bardzo krótkim czasie, to jest to bardzo ryzykowny sposób myślenia. Nie chodzi o to, że argument jest błędny, bo z pewnością nie jest – choć warto podkreślić, że istnieje cień niepewności. To, co uważa się za Konieczne Do Zrobienia, by zatrzymać zmiany, jest jednak po prostu niewykonalne. Zatem pozostaną nam jedynie poczucie bezsilności i brak jakiejkolwiek nadziei.

Mam wrażenie, że ruch Zielonych z własnej winy tonie w morzu statystyk, które prezentuje. Obsesja dotycząca zmian klimatycznych i nacisk, by widzieć to jako wyzwanie dla inżynierii, któremu należy podołać za pomocą rozwiązań technologicznych stworzonych przez Naukę, wpędziły ruch w zaułek, z którego być może nigdy nie wyjdzie. Większość ekologów głównego nurtu spędza teraz czas, spierając się, czy wolą farmy wiatrowe od elektrowni wodnych, energii jądrowej czy sekwestracji dwutlenku węgla. Przytaczają przy tym niezwykle pewne przewidywania co do tego, co się stanie, jeśli zrobimy lub nie zrobimy tego czy tamtego. Wszystkie te prognozy opierają się na seriach odmóżdżających wyliczeń, wyciągniętych z tych czy innych naukowych opracowań – jakby świat był jednym wielkim arkuszem kalkulacyjnym, w którym wystarczy jedynie wszystko poprawnie obliczyć.

Tym sposobem ekolodzy głównego nurtu żerują na istniejących trendach społecznych. Żyjemy w kulturze wyjątkowo redukcjonistycznej i pozbawionej polotu. Podczas słuchania lub czytania wiadomości dociera do mnie, że nic nie jest postrzegane jako „prawdziwe”, jeżeli nie jest usankcjonowane i pobłogosławione przez Naukę lub Biznes, a najlepiej przez jedno i drugie. Kultura, w której Richard Dawkins i Ian McEwan postrzegani są jako intelektualne wzory do naśladowania, to kultura, która powoduje, że ruch na rzecz ochrony środowiska składa się ze sfrustrowanych pasjonatów, którzy czują się zobowiązani do powtarzania jak katarynki określonych haseł, byleby tylko ich usłyszano.

Jeśli chcemy pokonać poczucie bezsilności i brak nadziei nałożone przez ciasnotę tego światopoglądu, gdzie mamy szukać wyjścia? Brakuje nam opowieści i zrozumienia, jak ważne są one, by dotrzeć do sedna tego, co się naprawdę dzieje. U podstaw całej tej światopoglądowej sprzeczki nie leżą bowiem liczby, lecz właśnie narracje.

Walka pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami energii atomowej jest tu przykładem klasycznym. Choć obie strony udają, że informacje i argumenty, którymi się posługują, są prawdziwe i poparte dowodami naukowymi, to zwykle bazują one głównie na uprzedzeniach. To, czy lubisz energię atomową czy nie, jest tak naprawdę odzwierciedleniem twojego światopoglądu: albo jesteś zdecydowanym zwolennikiem zachodniego modelu postępu, albo cię on przeraża lub niepokoi; uważasz, że można zaufać nauce albo masz przeciwne zdanie; jesteś ostrożny albo lekkomyślny; „postępowy” albo „konserwatywny”. Tak właśnie wygląda „zielona debata”, obojętnie, czy dotyczy roślin modyfikowanych genetycznie, czy kapitalizmu. Dla uwiarygodnienia argumentów używanych w takich dyskusjach wybiera się wygodne dla nas fakty, co w czasach Wikipedii jest bardzo proste. Tarapaty, w które Zieloni sami się wpakowali, po części wynikają z tego, że skupiają się oni bardziej na liczbach niż na narracjach. Zielona polityka w swoim wczesnym wydaniu była radykalna, stawiała wyzwania otaczającej rzeczywistości. Chodziło o jej stosunek do historii, które opowiadamy sobie o świecie; opowieści o postępie, przemyśle, podboju natury. Pierwsi Zieloni zakwestionowali te historie, konfrontując je niekiedy z utopijnymi wyobrażeniami o lepszej przyszłości w zgodzie z naturą, ale częściej z historiami o faktycznie istniejących nieuprzemysłowionych społecznościach, np. Buszmenach z pustyni Kalahari, którzy przez 35 tysięcy lat żyli w niezwykłej harmonii z naturą, nie robiąc sobie nic nawet z lwów grasujących w okolicy ich chat. To dopiero jest „zrównoważony rozwój”, nieprawdaż? Buszmeni byli najdłużej istniejącą ludzką cywilizacją. Istnieli dłużej, niż możemy sobie wyobrazić. Społeczeństwo przemysłowe w końcu i ich dopadło, podobnie jak dopada wszystko. Mimo to ich przykład wciąż jest aktualny.

Zielonych było wtedy oczywiście łatwo atakować jako romantyków i prymitywistów (część z nich rzeczywiście taka była i nadal jest). W odpowiedzi na te zarzuty ekolodzy zmienili strategię – postanowili stać się „poważni”, aby słuchano ich tam, gdzie zapadają decyzje polityczne. Zaczęli nosić garnitury, udawać ekonomistów i mówić językiem biznesu i nauki. Pod wieloma względami było to całkiem rozsądne podejście i przyniosło wiele korzyści.

W dłuższej perspektywie strategia ta może być brzemienna w skutkach – Zieloni już stali się zakładnikami narracji tworzonych przez innych ludzi. Niemal przez przypadek Zieloni głównego nurtu odrzucili większość alternatywnych opowieści, na których wyrośli – tak jak dziecko wyrzuca swoje stare misie: kiedyś były ważne, ale teraz jesteśmy dorośli i mamy inne problemy. Takie podejście doprowadziło ekologię do miejsca, gdzie jej zwolennicy mogą tylko spierać się o to, jakich technologii użyć, by nie zabrakło energii dla stale rozwijającej się gospodarki przemysłowej. Jakiekolwiek wyjście poza to getto naraża ich bowiem na ataki ze wszystkich stron – pojawiają się oskarżenia o myślenie życzeniowe, gdy mówią o zerowym wzroście gospodarczym; nazywani są snobami i hipokrytami, gdy krytykują konsumpcjonizm; określani mianem ekoterrorystów, gdy angażują się w bezpośrednie działania na rzecz ochrony dzikiej przyrody; nazywani naiwnymi idealistami, gdy pytają, czy dobrym pomysłem jest planowanie przyszłości według współczesnych standardów.

Takie głosy krytyki nie są oczywiście niczym nowym, ale teraz Zieloni obecni są też na salonach władzy, a i stawka jest znacznie wyższa. Globalny ruch antyekologiczny rośnie w siłę i ma coraz większe wpływy. Jednocześnie Zieloni zostali od wewnątrz zdominowani przez wygadanych orędowników prowadzenia business-as-usual, tylko że tym razem z wyłączeniem węgla. Przesłanie jest jasne: należy poprzestać na sporach o technologię i skończyć z innymi bzdurami. Inaczej nie ma czego szukać w wielkiej polityce. Tak właśnie umierają radykalne ruchy społeczne.

Próbuję zrozumieć, jak doszło do obecnego kryzysu ekonomicznego, i w związku z tym czytam książkę Johna Lanchestera „Whoops!”. Autor wyjaśnia wszystko w sposób zrozumiały nawet dla ludzi takich jak ja. Tego wieczoru czytałem, jak w ciągu kilku ostatnich dekad zmieniły się banki. Kiedy ojciec autora pracował w bankowości, był to „stateczny” biznes, którym zajmowali się głównie ludzie bez wykształcenia. Dziś, jeśli nie masz dyplomu z matematyki z Oxfordu lub Cambridge, będzie ci w tej branży bardzo trudno. To jest, zdaniem Lanchestera, jedna z przyczyn problemów, które nas trapią – bankowość stała się na tyle specjalistyczna i skomplikowana, że większość ludzi – w tym wielu bankowców – po prostu nie rozumie, jak ona działa. Ludzie, którzy obecnie zarządzają transakcjami terminowymi i operacjami w bankowości – tęgie matematyczne umysły – są określani mianem „analityków”. Jeden ze studentów cytowany w książce powiedział, że w trakcie zajęć, na które uczęszczał, studenci musieli zadeklarować się jako „analitycy” lub „poeci”. Mieli zdecydować, czy wolą zajmować się liczbami, czy też słowami.

Współczesny ruch Zielonych przejmują analitycy. Łatwo zrozumieć, dlaczego tak się dzieje. Analitycy posługują się prostymi, uporządkowanymi argumentami. Być może ich zrozumienie wymaga czasem posiadania dyplomu z matematyki, ale nie wymaga za to zrewidowania własnego światopoglądu i zmiany narracji. Zielony analityk może przekonywać cię do zmiany typu żarówki lub do brania udziału w demonstracjach na rzecz elektrowni atomowej lub farmy wiatrowej, ale nie będzie wymagał, abyś przemyślał swój system wartości i mity stanowiące fundament społeczeństwa, w którym żyjesz. A jeśli sam będziesz chciał z nim o tym porozmawiać, możliwe, że wybuchnie śmiechem i górnolotnie stwierdzi, że wszystko, o czym mówisz, jest bardzo piękne, ale w porównaniu z ratowaniem świata i ograniczaniem emisji dwutlenku węgla nie jest niczym istotnym.

Właśnie tak wygląda cały ten atomowy spór. W artykule „Wind and wave farms could affect Earth’s energy balance” Mark Buchanan twierdzi, że źródła odnawialne nie zaspokoją naszych potrzeb energetycznych. Ale o jakie potrzeby chodzi? O ekspresy do kawy i szerokopasmowy internet czy czystą wodę pitną i funkcjonujący ekosystem? Czy chodzi o zaspokojenie konsumpcjonistycznych potrzeb klasy średniej czy o zapewnienie warunków pozwalających żyć na przyzwoitym poziomie? A może teraz to już dla nas to samo? Jeśli chcesz zobaczyć prawdziwą twarz tego analityka, poproś go o określenie, czym jest według niego „potrzeba”. Zobaczysz, jak plącze się w swojej odpowiedzi.

Jako poeta mam oczywiście własne powody, by sprzeciwiać się takiemu stanowi rzeczy, i często to robię – lecz nie bez empatii czy pewnych wątpliwości. Wiem, dlaczego ruch Zielonych wybrał strategię analityka. Podejście to miało przynosić konkretne efekty, co jest niewątpliwie przydatne w epoce katastrofy ekologicznej. Zadajmy sobie jednak pytanie, w ramach jakiej narracji ma przynosić efekty? Bo to ostatecznie ta narracja zdecyduje, dokąd nas to wszystko zaprowadzi.

Być może wśród Zielonych zbyt wielu jest analityków, a za mało poetów? Myślę, że tak. A raczej chodzi o to, że poeci zostali zmuszeni do milczenia, bo dominuje narracja analityków. Prawdopodobnie kluczowe pytanie brzmi w tym momencie, jak przywrócić należne miejsce opowieściom. Zieloni poeci powinni najpierw dostrzec, że świata nie uratują te same historie, które go zabijają. Być może powinni także zwrócić uwagę na fakt, że świata w sumie nie da się uratować, a wszelkie próby mogą zapędzić ich w ślepy zaułek. Mogą też spróbować odkryć, co sprawia, że widzimy siebie tylko przez pryzmat walki o postęp techniczny, zamiast zastanawiać się, co on nam daje, a co zabiera.

Tarcia pomiędzy „analitykiem” i „poetą” można postrzegać jako sprzeczkę między jednostkami. Można też widzieć w nich konflikt między Dwiema Kulturami w obrębie ruchu Zielonych. Najbliższe prawdy jest chyba jednak, że takie napięcia powstają absolutnie wszędzie. Żaden z nas nie jest wyłącznie czy głównie racjonalistą i analitykiem. Nikt z nas całkiem nie wyzbył się też poezji. Ten podział zresztą także odzwierciedla nasz sposób myślenia o zachowaniach ludzi. Zarówno analitycy, jak i poeci są potrzebni, ale zaryzykowałbym stwierdzenie, że w tym momencie to poeci powinni przejąć inicjatywę – jeśli w ogóle czują się na siłach, by to zrobić. Nie brak nam argumentów opartych na liczbach, ale mamy ogromny niedobór sensownych opowieści. To znaczy: historii, które nie tylko mają szczęśliwe zakończenie, ale i przekonującą fabułę.

Paul Kingsnorth

Tłum. Marta Kasztelan

Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej autora www.paulkingsnorth.net

Biura kariery czy iluzji?

Uczelnie wyższe powszechnie powołały komórki pod nazwami „Promocja absolwentów” lub „Biuro kariery”. Dotyczy to zarówno dużych i renomowanych państwowych uczelni, jak i szkół prywatnych. Przeznaczyły na to sporo pieniędzy i nadają temu znaczną rangę. Zaczyna się to już na etapie rekrutacji studentów, wabionych informacjami o superperspektywach po skończeniu niemal dowolnego kierunku. A gdyby były problemy, to my już mamy na to pomysł – biuro kariery, które każdemu pomoże.

W trakcie studiów ta niefrasobliwa atmosfera jest podtrzymywana, bo w przypadku uczelni prywatnej test wiarygodności przeprowadzany jest co semestr, czyli z częstotliwością wpłacania czesnego. I tu również student nie może mieć wątpliwości, że studiuje to, co daje mu dobrą perspektywę znalezienia pracy. A gdyby jednak coś nie wyszło, to my tu mamy biuro kariery… itd. Niewiele inaczej jest na uczelniach państwowych. Nie ma tam co prawda „głosowania portfelem”, ale jest biurokratyczna statystyka, wyrażana hasłem „pieniądze idą za studentem”, czyli tam również nie jest obojętne, ilu przyjęto na początku, ilu realnie studiuje i ilu kończy studia.

Zatem niezależnie od statusu szkoły wyższej, biuro kariery jest jej stałym elementem. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że te komórki są wyrazem pewnej powszechnej iluzji, jaka została wytworzona wokół zatrudniania absolwentów uczelni, a która – jak każda iluzja – ma właściwości ukrywania realnych problemów.

Jaka jest bowiem logika funkcjonowania tych instytucji? Nie tworzą one nowych miejsc pracy, nie uczą przedsiębiorczości, nie ułatwiają startu w samodzielnej działalności gospodarczej. One uczą autopromocji, pisania „dobrych” listów motywacyjnych i życiorysów, prowadzenia inteligentnych i skutecznych „interwju”. Ale co to oznacza w praktyce? Uczą się po prostu zestawu technik przepychania się po dobro rzadkie, jakim dla licznych absolwentów są miejsca pracy. Nie piszę „atrakcyjne” miejsca pracy, bo w wielu przypadkach chodzi o jakąkolwiek pracę, szczęśliwie, gdy zgodną z wyuczonym zawodem. I na jakimś poziomie kultury, płacy, szans rozwoju. Bo po coś przecież kończyliśmy szkołę wyższą.

A na czym polega wspomniana iluzja? Brak pracy nie powinien być problemem absolwenta (pojedynczego może tak, ale nie 30% rocznika). To przede wszystkim problem rektorów i właścicieli szkół wyższych, w tym państwa jako właściciela szkół publicznych. Bo pierwszym problemem systemowym jest liczba miejsc pracy. Tu jest rola dla państwa jako tworzącego regulacyjne ramy dla wzrostu zatrudnienia, a także rola sektorów prywatnego i państwowego jako tych, które tworzą przeważającą liczbę nowych miejsc pracy. Ale drugim, równie ważnym problemem, jest struktura kształcenia. Tu już nie ma innych „winnych” niż same uczelnie. Nie znam badań ani inicjatyw uczelni, a także Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego, które zmierzałyby do dostosowania struktury kształcenia do struktury aktualnych, a co najważniejsze przyszłych potrzeb gospodarki. Zamiast realizować badania rynku, prowadzić konsultacje i negocjacje z organami państwa i reprezentacjami pracodawców, dużo łatwiej powołać biuro promocji absolwentów lub biuro kariery.

Efekty widoczne są gołym okiem. Pomimo że każdy student poszukujący pracy zgodnej ze swoim wykształceniem miał kontakt z różnymi formami aktywności tych komórek, znalezienie pracy dla 30%, a bywa w przypadku niektórych uczelni i kierunków nawet powyżej 50% absolwentów, jest niemożliwe. Gdy student przestaje być studentem i staje się absolwentem, biuro kariery traci swoją jurysdykcję (ono wspiera tylko studentów), a bezrobotnym absolwentem zajmuje się urząd pracy.

Obiecywali jak nigdy, nie dotrzymali słowa jak zawsze, czyli społeczna odpowiedzialność biznesu po polsku

Obiecywali jak nigdy, nie dotrzymali słowa jak zawsze, czyli społeczna odpowiedzialność biznesu po polsku

Od kilku lat obserwujemy w Polsce modę na społeczną odpowiedzialność biznesu (SOB lub z ang. CSR – corporate social responsibility). Ogromną popularnością cieszą się oferty konkursowe i certyfikaty dla etycznie działających firm, przedsiębiorcy tworzą strony internetowe i działy zajmujące się pozaekonomicznymi aspektami aktywności gospodarczej. Jednocześnie SOB zmienia oblicze – nie ma być już jedynie filantropią i PR-ową zagrywką, lecz istotnym elementem zarządzania organizacją. Apologeci dzikiego kapitalizmu widzą w tych trendach dowód efektywności niewidzialnej ręki rynku, która uzgadnia interesy przedsiębiorców z oczekiwaniami konsumentów, lokalnych społeczności, pracowników i dbałością o środowisko naturalne. Czy jednak faktycznie stoimy w obliczu przełomu, który znacząco podniesie jakość naszego życia? Strategie polskich przedsiębiorców rozwiewają złudzenia.

Jak to się robi za zachodnią miedzą?

Niektóre zachodnie doświadczenia mogły dawać nadzieję, że polska moda na SOB przyniesie korzyści. Działania założonej przez Raya Andersona (1934–2011) korporacji Interface Inc. stanowią przykład, że SOB może być strategią, która opłaca się zarówno firmom, jak i społeczeństwu. Ten niekwestionowany potentat w produkcji i sprzedaży wykładzin dąży do tego, by zniwelować oddziaływanie środowiskowe. Anderson rozpoczął swój plan, który nazwał „misją 0”, w 1994 r. pod wpływem lektury „The ecology of commerce” Paula Hawkena. Autor książki dowodził, że tylko korporacje posiadają wystarczające środki finansowe i techniczne, by poradzić sobie z globalnymi problemami ekologicznymi.

„Misja 0” ma być ukończona do roku 2020 i jak na razie przebiega sprawnie: w 2009 r. Anderson deklarował, że Interface znajduje się w połowie drogi do celu, mimo że do produkcji wykładzin potrzebne są paliwa kopalniane (np. ropa naftowa), a więc surowce powodujące silne zanieczyszczenia środowiska. Firma Andersona zastosowała strategię cradle and return to cradle (od kołyski z powrotem do kołyski), która polega na zamknięciu cyklu produkcyjnego wykładzin. Intercom na każdym etapie produkcji dąży do wprowadzenia innowacji technologicznych, dzięki którym w trakcie recyklingu będzie mógł odzyskać cały uprzednio wykorzystany nylon i użyć go do następnych produkcji. Zasada cradle and return to cradle wiąże się również z odpowiedzialnością za losy własnego towaru – firma Andersona nie sprzedaje wykładzin, lecz oddaje je w leasing, odzyskując od klientów produkt, gdy ten jest już przeznaczony do utylizacji.

Jak przyznają przedstawiciele korporacji, strategia SOB jest jednym z najważniejszych czynników, które przyczyniły się do rynkowego sukcesu firmy i sprawiły, że stała się odporna na kryzysy gospodarcze.

Innym ciekawym przykładem jest historia powstania rynku lodówek LPG w Niemczech. W 1987 r. ONZ podpisała tzw. Protokół Montrealski, wzywający do redukcji emisji substancji zubażających warstwę ozonową. W 1991 r. Greenpeace rozpoczął rozmowy z niemiecką firmą DKK Scharfenstein, namawiając jej właścicieli do zastąpienia lodówek wykorzystujących chlorofluorowęglowodory sprzętem opartym na technologii LPG, która jest znacznie korzystniejsza dla środowiska. Producent wprowadził innowację. Społeczeństwo niemieckie w krótkim czasie zrezygnowało z zakupów lodówek starej generacji. Aby nadążyć za nowym trendem konsumpcyjnym i konkurencją, już w 1994 r. swoje strategie musieli zmienić dwaj potentaci na rynku AGD – firmy Bosch i Liebherr. Ostatecznie nowy rynek lodówek LPG całkowicie wyparł dawny, redukując tym samym środowiskowe koszty zewnętrzne.

Gdy przyjrzymy się finansowym i pozaekonomicznym skutkom działalności Interface i DKK Scharfenstein, to nie może dziwić, że – jak wykazują badania PricewaterhouseCoopers i MillwardBrown SMG/KRC z 2012 r. – przedsiębiorcy coraz częściej traktują SOB już nie jako filantropię czy PR, lecz jako długofalową politykę zarządzania ryzykiem i wartością własnych organizacji. Takie stanowisko jest widoczne zwłaszcza wśród dużych firm, gdyż to one najszybciej reagują na nowe trendy i innowacje. Strategie zarządzania ryzykiem i wartością organizacji to oczywiście metody powiększenia zysków przynoszonych przez firmy. Zysk przekłada się natomiast na wynagrodzenia kierownictwa, stanowiąc bodziec motywujący przedsiębiorców do podjęcia odpowiednich działań. Zgodnie ze wspomnianymi badaniami, już teraz przedsiębiorcy wymieniają korzyści finansowe jako drugie w kolejności zalety SOB. Gdy zsumujemy odpowiedzi nr 3 („przychody”) i 5 („oszczędności”), to otrzymamy 65 proc. głosów (tylko 9 proc. mniej niż w przypadku odpowiedzi „pozytywny wizerunek”).

Ponadto piewcy nowych strategii podkreślają, że firma, która nie dba o swój interes, nie może uchodzić za społecznie odpowiedzialną. Przedsiębiorcy, którzy zlekceważyliby reguły ekonomii i doprowadzili organizację do upadku, pozbawiliby pracowników źródła utrzymania. Tym samym nie wywiązaliby się ze swego najważniejszego zobowiązania społecznego. Bankructwo organizacji może również odbić się na jej otoczeniu, wywołując falę dalszych niekorzystnych wydarzeń. Te przypadki stanowią mocny argument na rzecz nowej definicji SOB: interesy przedsiębiorców i reszty społeczeństwa tworzą w takich okolicznościach harmonijną całość. Przewaga nowego ujęcia SOB bierze się również stąd, że jej strategie nie są tylko dodatkiem do właściwych działań przedsiębiorstwa. Skoro społeczna odpowiedzialność jest istotnym elementem zarządzania wartością organizacji, to wydatki na nią nie są obcinane nawet wtedy, gdy firma zmaga się z trudnościami finansowymi. Inaczej sytuacja wygląda w przypadku filantropii: w kryzysowych sytuacjach przedsiębiorstwa w pierwszej kolejności rezygnują z działalności dobroczynnej.

Z punktu widzenia społeczeństwa nie wszystkie praktyczne konsekwencje takiego rozumienia SOB są jednak korzystne. Nie sposób bowiem z góry przesądzać, że interesy firmy i jej społecznego otoczenia zawsze można ze sobą pogodzić. SOB jako strategia generuje bardzo zróżnicowane modele biznesowe. Niektóre z nich – jak w przypadku Interface i DKK Scharfenstein – spełniają bardzo wysokie normy etyczne, inne stanowią karykaturę odpowiedzialności.

Co z ciebie wyrośnie?

Niestety najnowsze inicjatywy SOB w naszym kraju pokazują, że nie powinniśmy oczekiwać znaczącej poprawy w standardach prowadzenia biznesu, mimo że polscy przedsiębiorcy deklarują, iż są tym zainteresowani. Czekają nas raczej wyrafinowane kampanie PR-owe, skrywające niemoralne praktyki.

Na przykład na konferencji poświęconej SOB prezes bardzo dużej firmy konsultingowej i znany specjalista od zarządzania ryzykiem przekonywał słuchaczy, w zdecydowanej większości menedżerów wysokiego szczebla, że społeczna odpowiedzialność może polegać na… wyzysku. Mówiąc o tzw. ryzykach reputacyjnych firmy, związanych z outsourcingiem, stwierdził on, że ochroniarze i sprzątaczki zatrudnieni przez agencje pośrednictwa pracy są wyzyskiwani. Zwrócił następnie uwagę, że protesty tych grup społecznych mogą odbić się niekorzystnie na wizerunku firmy, która korzysta z usług agencji. Prelegent radził zatem, by przedsiębiorcy wywierali presję na dostawcach usług i podwykonawcach, którzy mieliby dążyć do poprawy warunków pracy i wynagrodzeń zatrudnionych przez nie osób. Nie sugerował on jednak żadnej istotnej zmiany: poprawa powinna być taka, żeby załagodziła krytykę, ale nie podniosła kosztów pracy. Na SOB pracownicy agencji skorzystaliby niewiele – nadal byliby wyzyskiwani.

Zwolennikiem prowadzenia takich prowizorycznych działań spod znaku SOB jest np. firma Provident Polska SA. W 2010 r. zorganizowała okrągły stół, przy którym spotkało się 31 reprezentantów jej otoczenia biznesowego – tzw. interesariuszy. Tego rodzaju spotkania mają pomóc firmom poznać oczekiwania grup społecznych, które posiadają wpływ na wartość organizacji, i tym samym uniknąć zagrożeń lub wykorzystać nowe szanse na rozwój. Na Zachodzie od kilkunastu lat regularnie prowadzi je np. koncern Shell, który konsultuje wszystkie nowe projekty z rzecznikami różnych grup interesariuszy, by uniknąć protestów podobnych do tych, jakie w 1995 r. wywołał szkodliwy dla środowiska plan zatopienia na Atlantyku platformy wiertnicznej Brent Spar. W Polsce inicjatywa Providenta była zupełną nowością. Efektem okrągłego stołu była lista 32 oczekiwań. Jak zapewnia zarząd przedsiębiorstwa, wszystkie postulaty z wyjątkiem trzech, których nie można było zrealizować ze względów prawnych, zostały wprowadzone w życie. Na spotkaniu zabrakło jednak grupy kluczowej – zadłużonych „przedstawicieli” firmy. Jak tłumaczyło kierownictwo Providenta, instytucja nie zaprosiła dłużników, gdyż ci już wcześniej unikali z nimi kontaktu. Takie wyjaśnienia wydają się być jednak niewystarczające, gdy weźmie się pod uwagę, że to właśnie oni stanowią największą, po klientach spłacających długi terminowo, grupę interesariuszy firmy (są kilka razy liczniejsi od pracowników). Brak wystosowanych zaproszeń do kluczowych partnerów świadczy o tym, że instytucja finansowa nie chce prowadzić poważnych rozmów na temat swojej działalności i wprowadza tylko takie zmiany, które nie naruszają najbardziej kontrowersyjnych zasad jej funkcjonowania.

Innym niewygodnym dla polskich firm zagadnieniem jest brak systematycznych i całościowych strategii SOB. Opinie audytorów, specjalistów od BHP i prawników są gromiące: SOB zajmuje peryferyjną pozycję w zarządzaniu firmą i bardzo często towarzyszą jej skandaliczne praktyki. Odpowiedzialne działania przedsiębiorców kończą się zazwyczaj na stworzeniu osobnego działu w firmie, który zajmuje się problemami społecznymi i ekologicznymi. Pracownicy tych działów są faktycznie dobrymi specjalistami od SOB, jednak ich decyzyjność jest niewielka. Audytorzy podkreślają, że znajomość pozaekonomicznych aspektów biznesowej działalności powinna być udziałem nie tylko niewielkiej grupy zatrudnionych, ale wszystkich pracowników. W Polsce nagminnie powtarzają się sytuacje, gdy firmy, które chcą uchodzić za odpowiedzialne, nie szkolą zatrudnionych w zakresie praw pracowniczych. Nie powinno to dziwić, skoro wiele z nich świadomie łamie uprawnienia swoich pracowników. Znany jest przypadek, gdy przedsiębiorstwo prowadziło dział SOB, a jednocześnie nie pozwalało pracownikom na korzystanie z przysługujących im przerw w pracy, nakazując załatwianie potrzeb fizjologicznych w pieluchy.

Opinie audytorów mają swoje odbicie w statystykach. Zgodnie z rejestrem Social Accountability Accreditation Services (SAAS) w Polsce tylko osiem firm ma certyfikat SA 8000, kolejnych kilka prowadzi starania, by wdrożyć jego zasady (na świecie ten certyfikat posiada łącznie prawie 3000 firm). Trzeba dodać, że SA 8000 jest najbardziej podstawowym standardem, którego reguły powinny być oczywiste. Mowa tu bowiem o takich zasadach jak np. zakaz pracy przymusowej, stosowania przemocy fizycznej i psychicznej, dyskryminacji, zatrudniania dzieci, opłacania pracowników poniżej ustawowego minimum, a także przestrzeganie zasad BHP, uprawnień do zrzeszania się, zbiorowych negocjacji itd. Aż dziw, że trzeba to audytować.

Czym więc zajmują się pracownicy działów SOB w Polsce? Największą popularnością cieszy się organizowanie akcyjnego wolontariatu, w którym udział biorą pracownicy (wolontariat pracowniczy) lub członkowie lokalnych społeczności. Takie działania rzeczywiście dobrze realizują założenia nowych strategii SOB, gdyż akcyjny wolontariat zwiększa motywację i lojalność pracowników, przyczyniając się tym samym do poprawy wyników finansowych firm. Zarazem jest on łatwy do przeprowadzenia: wolontariusze angażują się bowiem tylko jednorazowo, np. odnawiają budynki domów dziecka. W Polsce tę taktykę SOB szczególnie mocno rozwinęła korporacja DB Schenker – jedno z największych przedsiębiorstw logistycznych na świecie – która dysponuje osobnym budżetem na wolontariat pracowniczy i sformułowała złożony system oceny projektów nadsyłanych przez samych pracowników. Z punktu widzenia społecznych korzyści działania DB Schenker i innych firm korzystających z tej formy SOB nie są jednak żadną rewolucją – nie różnią się one przecież znacząco od filantropii.

Inną często stosowaną w Polsce strategią SOB są akcje edukacyjne z wiedzy o ekonomii i finansowości. Firmy uczą najuboższych, jak powinni racjonalnie zarządzać pieniędzmi, których, nawiasem mówiąc, nie mają. Osoby prowadzące takie szkolenia i wykłady wychodzą z założenia, że rolą przedsiębiorstw nie jest płacenie pracownikom przyzwoitych pensji, ale dawanie im „wędki zamiast ryb”. Metafora wędki jest zresztą jedną z ulubionych przenośni stosowanych przez przedsiębiorców. Kiedy takiej retoryki używają organizacje pozarządowe, zajmujące się np. problemami rozwoju globalnego Południa, bywa ona uzasadniona. W ustach kierowników firm brzmi natomiast jak szyderstwo: przecież miejscem połowu miały być właśnie przedsiębiorstwa. Poza tym nie wolno zapominać, że niskie pensje są spowodowane „wyścigiem na dno”, który prowadzą przedsiębiorstwa, by zmniejszyć koszty pracy. Gdy już swój cel osiągają, wówczas sięgają po SOB i uczą najuboższych, jak przeżyć za głodowe wynagrodzenia. Jak widać, kapitalizm to system heroicznie walczący z problemami, które sam stwarza.

Co robić?

Nietrudno się domyślić, dlaczego SOB rozumiana jako strategia zarządzania stwarza taką rozbieżność standardów. Społeczna odpowiedzialność stanowi tu niejako tylko efekt uboczny działań zmierzających do wzrostu wartości firmy. Gdyby ktoś niezbicie dowiódł, że wyzysk, niesprawiedliwość, korupcja, przestępczość i degradacja środowiska są najlepszymi metodami prowadzenia biznesu, to w myśl nowego ujęcia SOB kierownictwo firmy byłoby zwolnione z jakiejkolwiek odpowiedzialności przed ogółem społeczeństwa. Co prawda nie musimy obawiać się, że ktoś obroni kiedyś taką tezę, ale dotychczas nie powstały też żadne badania, które wykazywałyby coś przeciwnego: powszechną opłacalność SOB. W tej sytuacji możemy rozsądnie przyjąć, że odpowiedzialność opłaca się przedsiębiorcom tylko okazyjnie.

Z całą pewnością obniżanie standardów etycznych strategii biznesowych bierze się stąd, że firmy dostrzegają szanse w nieuczciwych praktykach. Z tego powodu Wayne Visser – założyciel organizacji CSR International – określił SOB mianem martwej idei. Po działalności zorientowanej na zysk – argumentuje Visser – nie należy oczekiwać, że stanie się ona zarzewiem poważnej zmiany systemowej. Faktycznie, choć początków nowoczesnego SOB na Zachodzie można doszukiwać się już w połowie lat 50. XX w., to nie rozwiązała ona dotąd żadnego globalnego problemu. Visser pisze: Praktycznie każdy dostępny sposób mierzenia czynników społecznych, środowiskowych i etycznych w działalności biznesu wskazuje na totalną katastrofę, której CSR nie był w stanie nawet częściowo zapobiec. Jeśli więc wiążemy z SOB duże nadzieje, stanowi to tylko przejaw półperyferyjnego usytuowania Polski: oto kolejna importowana idea, którą zaczynamy dyskutować w czasie, gdy Zachód przestaje w nią wierzyć.

Niemniej nie można zaprzeczyć, że nowe strategie SOB niosą pewien potencjał, który warto wykorzystać tam, gdzie jest to rzeczywiście możliwe. Czy moda na etyczny biznes może przyczynić się do tego, że nasze życie choćby pod paroma względami będzie lepsze, a przynajmniej – znośniejsze? Mimo wszystko SOB wydaje się jedynym rozwiązaniem, które jest teraz na wyciągnięcie naszych rąk. W najbliższym czasie nie powinniśmy oczekiwać systemowej zmiany: gospodarka kapitalistyczna nie zostanie wyparta przez np. spółdzielczą, a prywatna struktura własności środków produkcji będzie nadal stanowiła przyczynę tego, że nieliczne finansowe elity pasożytują na społeczeństwie i środowisku. W tej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak skorzystać z zachodnich doświadczeń. Płynie z nich jedna istotna lekcja dotycząca etycznego biznesu, która bardziej zainteresuje obywateli i konsumentów niż samych przedsiębiorców: SOB wymaga społecznej kontroli. Jeśli chcemy społecznie odpowiedzialnego biznesu, to musimy sprawić, by się opłacał – powinniśmy szukać środków, za pomocą których będziemy mogli karać i nagradzać za pozafinansowe skutki działalności przedsiębiorców.

Aby zrozumieć, w jaki sposób można wymóc na firmach stosowanie SOB, musimy przyjrzeć się, skąd bierze się wartość organizacji. W wyniku bardzo dynamicznych przemian w ciągu ostatnich dziesięcioleci doszło do znaczącej zmiany w strukturze aktywów dużych przedsiębiorstw. W 1980 r. udział aktywów niematerialnych stanowił tylko 40 proc. całej wartości rynkowej organizacji. W 2000 r. ten odsetek wynosił już 86 proc. Stosując uogólnienie, można zatem powiedzieć, że wartość nowoczesnego przedsiębiorstwa to aktywa niematerialne. Mówiąc najkrócej, są one zaufaniem: właścicieli i akcjonariuszy wobec tego, że organizacja będzie się dalej rozwijać, przynosząc zyski i dywidendy; klientów do jakości produktów; kontrahentów, że przedsiębiorstwo wywiąże się ze zobowiązań finansowych; pracowników, że otrzymają należne im wypłaty.

Źródłem zaufania są natomiast oczekiwania różnorodnych grup nazywanych interesariuszami, które tworzą otoczenie przedsiębiorstwa. Choć w każdej branży wygląda to nieco inaczej, to można przedstawić pewną uogólnioną klasyfikację interesariuszy, która odpowiada sile, z jaką oczekiwania poszczególnych grup wpływają na wartość organizacji. Najwyższa kadra kierownicza dużych polskich firm do kategorii najważniejszych interesariuszy zalicza właścicieli, konsumentów i pracowników. Za nimi plasują się rządy, instytucje regulujące, podwykonawcy i dostawcy, a dalej – banki, ubezpieczyciele, konkurencja, media i analitycy, lokalne społeczności, organizacje pozarządowe oraz lokalne i globalne środowisko. Oprócz nich można wyróżnić również takie grupy interesariuszy, które pozostają poza świadomością polskich przedsiębiorców. Wymienić tu należy zwłaszcza obywateli, środowiska akademickie, różne kategorie samozatrudnionych, osoby pracujące na „umowach śmieciowych” i zatrudnione przez agencje pracy.

Chcąc dobrze zrozumieć wpływ oczekiwań interesariuszy na wartość organizacji, możemy zastosować analogię odnoszącą się do teorii doboru naturalnego (tym porównaniem posługują się sami przedsiębiorcy, gdy wyjaśniają funkcjonowanie własnych firm). Interesariusze, ich oczekiwania i zaufanie tworzą środowisko, w którym „żyje” i rozwija się organizacja. Strategia biznesowa, która skutecznie realizuje oczekiwania różnych grup i buduje ich zaufanie, przekłada się na wzrost przedsiębiorstwa. Jednak zmiana środowiskowa – czyli zmiana oczekiwań – wymaga od organizacji powtórnej adaptacji do wymagań stawianych przez otoczenie. Jeśli podmiot gospodarczy nie potrafi dostosować swojej strategii do nowych warunków dyktowanych przez oczekiwania interesariuszy, to traci ich zaufanie – w konsekwencji kurczy się jego wartość. Dalsza inercja prowadzi do załamania się zaufania i „śmierci” organizacji. Znaczenie oczekiwań interesariuszy potwierdza poniższy wykres przedstawiający przyczyny zmian strategii największych polskich przedsiębiorstw: do interesariuszy odnosi się 5 z 11 najważniejszych czynników.

Przedstawioną dynamikę interakcji między przedsiębiorstwami a interesariuszami można potraktować także jako model generowania przemocy strukturalnej. Przemoc o charakterze strukturalnym charakteryzuje się tym, że nie mieści się ona w ramach jakiegoś systemu, ale odwrotnie – niejako z zewnątrz wpływa na układ, zmieniając zasady gry, których muszą przestrzegać różni aktorzy życia społecznego. Zazwyczaj to duże przedsiębiorstwa generują przemoc strukturalną. Tworzą one nowe normy np. za pośrednictwem lobbingu. Jednak świadomi swojego znaczenia interesariusze mogą w wielu sytuacjach odwrócić tę relację – to ich oczekiwania stanowią bowiem reguły, których firmy muszą przestrzegać. Struktura wartości, która opiera się na aktywach niematerialnych, daje interesariuszom możliwość skutecznego kontestowania nieodpowiedzialnych przedsiębiorstw.

Ciekawym przykładem jest historia oporu przeciwko działaniom Coca-Coli w Indiach. Koncern był w tym kraju oskarżany o spowodowanie zanieczyszczeń wód gruntowych i gleby, spadek poziomu wód oraz stosowanie w produktach substancji, które zagrażały zdrowiu konsumentów. Akcję rozpoczął Amit Srivastava z organizacji pozarządowej Global Resistance, który odwiedził wiele amerykańskich kampusów i założył stronę internetową www.indiaresource.org, aby przedstawić różnym środowiskom, w jaki sposób Coca-Cola niszczy zasoby naturalne i szkodzi lokalnym społecznościom w Indiach. Już w początkowym okresie działań Global Resistance protest poparły trzy amerykańskie kampusy, zakazując sprzedaży na swoim terenie produktów koncernu i prowadząc kampanię informacyjną. Później do konsumenckiego bojkotu przyłączały się kolejne uczelnie ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Kanady. W tym samym czasie wyzwanie Coca-Coli rzucił sąd w stanie Radżastan, nakazując firmie umieszczać na produktach etykietę informującą o zagrożeniach dla zdrowia, jakie stwarzają pestycydy używane w procesie produkcji napojów. Polityce firmy sprzeciwiło się także indyjskie Ministerstwo ds. Zasobów Wodnych, pracownicy zakładów Coca-Coli oraz lokalne społeczności, gdy rządowe badania wykazały, że fabryki koncernu, pobierając na potrzeby produkcji zbyt dużą ilość wody, przyczyniły się do niedoboru wody w 50 wioskach leżących w rejonie Kala Dera. Lokalnym społecznościom przyszedł z pomocą ruch Sarvodaya, Armia Śiwy oraz Sangharsh Samiti (komitet walki), pomagając mieszkańcom w przeprowadzeniu bandh – protestu, który polega na zaprzestaniu pracy i wymiany handlowej. Natomiast lokalne władze innego regionu, Kerali, kierując się podobnymi pobudkami, zamknęły w marcu 2004 r. rozlewnię koncernu wartą 16 mln dolarów. Nie były to jedyne straty Coca-Coli: w wyniku działań różnych grup interesariuszy odnotowała ona w 2006 r. 12-procentowy spadek sprzedaży swoich produktów.

Reakcja kierownictwa i właścicieli była natychmiastowa. Coca-Cola już w 2007 r. zaangażowała się w projekty mające na celu poprawę dostępu do wody pitnej, m.in. zamontowała w Indiach 270 urządzeń służących do poławiania wody deszczowej, obiecując montaż kolejnych instalacji w następnych latach, i zobowiązała się przywracać do systemu wód podziemnych ? wody wykorzystanej w produkcji. Koncern zaczął także wywierać presję na dostawcach, aby również oni wdrożyli zasady SOB. Najbardziej wymiernym efektem działań koncernu było zmniejszenie zużycia wody potrzebnej do wyprodukowania jednego litra napoju – z 3,14 do 2,54 litra.

Historia tych protestów stanowi szczególnie interesujące studium przypadku. Skuteczne bojkoty zwykle kojarzą nam się z bogatymi krajami Zachodu, gdzie już od lat 60. i 70. istniały silne ekologiczne i konsumenckie ruchy społeczne, a zasobność portfeli mieszkańców pozwala im na swobodny wybór produktów. Tymczasem przykład Indii pokazuje, że kontestacja biznesu jest możliwa również w biednych regionach świata i mogą ją przeprowadzić interesariusze, którzy uchodzą za słabe podmioty, jeśli tylko potrafią odpowiednio skoordynować swoje działania. Skuteczny nacisk na Coca-Colę został zapoczątkowany przez organizację pozarządową, czyli – stosując klasyfikację polskich przedsiębiorców – interesariusza trzeciej kategorii. Włączyła ona następnie do działań liczne uczelnie wyższe – podmioty rzekomo pozbawione siły sprawczej – które skutecznie kreowały oczekiwania konsumentów. Od tej pory protesty rozwijały się na zasadzie kuli śnieżnej: łącznie w akcji wzięło udział aż osiem różnych kategorii interesariuszy z całego świata. Zdaje się, że to właśnie ta międzygrupowa solidarność przesądziła o sukcesie. Gdyby naprzeciwko koncernu stanęła tylko jedna grupa interesariuszy, to prawdopodobnie nie wytworzyłaby ona masy krytycznej potrzebnej do obniżenia wartości przedsiębiorstwa.

Warto też zwrócić uwagę, że formy oporu skierowane przeciwko działaniom Coca-Coli były bardzo zróżnicowane. Kontestacja odbywała się na każdym dostępnym poziomie: konsumenckim, prawnym i politycznym. Oczywiście włączanie się do akcji różnych interesariuszy sprzyja różnicowaniu strategii, gdyż każda ich grupa dysponuje innymi środkami wywierania presji. Nie należy przy tym zapominać, że poszczególne osoby wchodzą w krąg wielu grup interesariuszy i mogą jednocześnie stosować kilka strategii buntu – w końcu wszyscy jesteśmy zarazem konsumentami i obywatelami.

Interesariuszom najłatwiej jest wyegzekwować wprowadzenie strategii SOB od tych przedsiębiorstw, które zbliżają się do ideału ekonomicznej racjonalności. Mamy tu do czynienia ze zjawiskiem analogicznym, dostrzeżonym już w okresie nowożytnym przez politycznych teoretyków: aby proponować racjonalne rozwiązania problemów politycznych, należy założyć, że członkowie zrzeszeń politycznych potrafią rozpoznawać własne interesy i dobierać do ich realizacji odpowiednie środki. W wypadku podmiotów ekonomicznych „rozumem” są narzędzia szacowania ryzyka. Nawet najbardziej zmobilizowane społeczeństwo musiałoby nieustannie wchodzić w otwarte konflikty z przedsiębiorstwami, jeśli te nie potrafiłyby wykorzystać metod szacowania społecznych i środowiskowych skutków swojej działalności.

Problem ten zapewne dotyczyłby polskiego społeczeństwa, gdyby chciało wyegzekwować na organizacjach stosowanie strategii SOB. Jak pokazują opracowania stworzone na potrzeby wewnętrzne polskiej firmy doradczej Abadon Consulting, przedsiębiorstwa wciąż uczą się wykorzystywać instrumenty oceny ryzyka. Wśród audytowanych przez Abadon Consulting firm tylko 16 proc. prowadziło kompleksową strategię SOB (60 proc. nie miało żadnej), przy czym zaledwie 5,9 proc. szczegółowo raportowało ryzyka ESG (environment – środowisko, social responsibility – społeczna odpowiedzialność, corporate governance – ład korporacyjny), w oparciu o które sporządza się pozaekonomiczną ocenę przedsiębiorstw. Niski odsetek organizacji raportujących ryzyka ESG stawia pod znakiem zapytania skuteczność kompleksowych strategii SOB wprowadzanych przez pozostałe 10,1 proc. firm. Firmy zmuszone przez społeczeństwa do stosowania nowych narzędzi biznesowych będą szybciej uczyć się szacowania ryzyka, gdyż wymaga tego ekonomiczna racjonalność. Dzięki temu w przyszłości będą sprawniej odpowiadać na oczekiwania interesariuszy.

Tak, tak, tam w lustrze to niestety ja

Etyczne standardy prowadzenia biznesu są w dużym stopniu odbiciem społecznej solidarności i mobilizacji mieszkańców do walki o własne interesy. To nie zasługa niewidzialnej ręki rynku, że SOB rozwija się najszybciej tam, gdzie obywatele są gotowi kontestować nieodpowiedzialnych przedsiębiorców. Skoro biznesmeni zainteresowani są tylko zyskiem, to powinniśmy dążyć do tego, by działalność o niskim standardzie przestała się opłacać. W ten właśnie sposób skłonimy polskie firmy do wprowadzenia innowacyjnych strategii SOB, które zmniejszą negatywne konsekwencje przedsięwzięć ekonomicznych. Przykład Indii pokazuje, że kraje dużo biedniejsze niż Polska potrafią wymóc na największych koncernach zmianę polityki, a rzekomo najsłabsi interesariusze są niezwykle skuteczni. Trzeba więc jasno stawiać swoje oczekiwania i konsekwentnie domagać się ich spełnienia. Bodziec do przemian musimy dać sami, bo przyglądając się dotychczasowym działaniom przedstawicieli polskiego biznesu możemy być pewni, że mimo szczytnych deklaracji, są oni zainteresowani wyłącznie robieniem PR-owego cyrku.

Dotacja na godne życie

Ta odnosząca sukces w Europie koncepcja może uczynić opiekę nad osobami starszymi bardziej przystępną, a także stworzyć solidnie opłacane miejsca pracy – z uwagi na fakt, że osoby urodzone w okresie wyżu demograficznego osiągają właśnie wiek emerytalny.

W następstwie wielkiego kryzysu Stany Zjednoczone mogą być w najbliższych latach narażone na wysoką stopę bezrobocia. To wyzwanie potęguje dodatkowo fakt, że znaczna liczba miejsc pracy w wielu sektorach nie zostanie przywrócona – ze względu na brak tak dużego zapotrzebowania na te stanowiska, jakie obserwowano w obliczu zbyt łagodnej polityki kredytowej w czasie formowania się bańki spekulacyjnej, m.in. w sektorach finansowym, nieruchomości i budownictwa. Kolejne powody nieprzywrócenia owych miejsc pracy to – w perspektywie długoterminowej – przeniesienie ich za granicę w ramach outsourcingu lub poddanie automatyzacji.

W tym samym czasie społeczeństwo amerykańskie, starzejące się, będzie wymagało coraz większej opieki osobistej, w tym wsparcia medycznego. Według szacunków w roku 2050 co dwudziesty obywatel USA przekroczy 65. rok życia. Z tego powodu przewiduje się, że usługi związane z opieką społeczną oraz zdrowotną będą najszybciej rozwijającymi się sektorami naszej gospodarki w najbliższym dziesięcioleciu.

Gdyby rynki pracy działały idealnie – jak zakłada to ideologia fundamentalizmu rynkowego – miejsca pracy oferowałyby takie branże jak w rzeczywistości niestabilny sektor budownictwa czy np. sektor opieki nad osobami starszymi, na którą jest ogromne zapotrzebowanie. W rzeczywistości jest jednak inaczej. Aby pokierować zmianami, przyspieszyć je oraz nadać im łagodniejszy bieg , potrzebna jest przemyślana polityka społeczna.

W dzisiejszej Ameryce, pełnej podziałów i nierówności, gdzie nieznaczna liczba obywateli może cieszyć się korzyściami wzrostu ekonomicznego ostatnich dekad, brak proporcji w podziale tworzonych miejsc pracy sektora usługowego może sprawić, że usługi te będą luksusem dostępnym jedynie garstce bogaczy. Po stronie podaży zwiększa się zatem m.in. liczba sprzątaczek, opiekunek do dziecka, obsługi basenów. Jednocześnie po stronie popytu rosnąca liczba Amerykanów ubogich oraz z klasy średniej może znaleźć się w trudnej sytuacji, nie mając możliwości opłacenia osobistej pomocy, która pozwoliłaby im w podeszłym wieku pozostać w swoich domach oraz normalnie funkcjonować tak długo, jak to możliwe.

Ekonomiści przez długi czas wyróżniali kategorię „dóbr interesu publicznego” – takich, których zgodnie z powszechnie wyznawanymi koncepcjami godności potrzebują do życia obywatele każdego społeczeństwa, a które nie są zaspokajane przez wolny rynek. Co prawda programy takie jak Medicare czy Medicaid [amerykańskie programy pomocy medycznej dla osób o niskich dochodach, starszych lub niepełnosprawnych, administrowane przez władze federalne i stanowe – przyp. redakcji „Nowego Obywatela”] już teraz oferują w przystępnej cenie usługi z zakresu opieki zdrowotnej dla osób starszych oraz biednych, jednak definicję dobra interesu publicznego należałoby poszerzyć także o niemedyczną opiekę osobistą. Osoby starsze potrzebują pomocy podczas wykonywania codziennych czynności, takich jak kąpiel, ubieranie się, jedzenie, siadanie oraz wstawanie z krzesła, chodzenie, korzystanie z toalety, wykonywanie telefonów, przygotowywanie posiłków, robienie zakupów, zarządzanie pieniędzmi itp. Obecnie za te potrzeby w znacznym stopniu odpowiada nieformalny rynek usług – szacuje się, że 43,5 miliona dorosłych Amerykanów pełni rolę nieopłacanych opiekunów, pracujących na część lub pełen etat. Owa szara strefa oznacza miliony potencjalnych miejsc pracy, rezygnację z płacenia składek na ubezpieczenie społeczne lub program ubezpieczeń społecznych Medicare, a także niezliczone straty dla władz lokalnych oraz federalnych z tytułu niepłaconych podatków. Opieka nad osobami starszymi przyczynia się również do strat, szacowanych na 33,6 miliarda dolarów rocznie, ponoszonych przez przedsiębiorstwa na skutek obniżonej produktywności pracowników. Dzieje się tak z powodu pośpiechu, w jakim osoby wykonują obowiązki zawodowe, by móc wcześniej wyjść z pracy i zaopiekować się rodzicami. Kolejne 13,4 miliarda dolarów to efekt zwiększonych wydatków na opiekę zdrowotną zestresowanych pracowników-opiekunów.

Polityka sektora publicznego ma za zadanie również naprawę kolejnej dysfunkcji wolnego rynku – niewystarczającego wynagrodzenia. Rzadko zwraca się uwagę na fakt, że stworzenie w ostatnich latach ogromnej grupy „pracujących ubogich”, wykonujących zawody niewymagające pełnych kwalifikacji, pośrednio zainicjowane zostało dzięki programom państwa opiekuńczego, takim jak np. kupony żywnościowe [program pomocy federalnej oferujący pomoc finansową na zakup żywności osobom o niskich zarobkach lub bezrobotnym – przyp. redakcji „Nowego Obywatela”] lub wsparcie finansowe w postaci odroczenia płatności podatku dochodowego. Korzystanie z takich programów oznacza w domyśle zgodę pracowników na wynagrodzenie, które nie jest w stanie pokryć ich podstawowych potrzeb i musi być uzupełniane wsparciem socjalnym. W praktyce zarówno konserwatyści, jak i partie centrowe przez długi czas akceptowali rolę rządu w „uzupełnianiu” niskich wynagrodzeń poprzez różnego rodzaju „wynagrodzenia socjalne”. Dlaczego nie można stawić czoła wyzwaniom takim jak bezrobocie lub starzejące się społeczeństwo poprzez dotowanie miejsc pracy sektora prywatnego – tak aby pracownicy specjalizujący się w opiece nad osobami starszymi otrzymywali godne pensje? Rząd posiada możliwość zapewnienia takich dotacji, co jednocześnie pozwoliłoby niezamożnym ludziom w podeszłym wieku zapewnić niemedyczną pomoc osobistą. Proponujemy tym samym zmianę w polityce sektora publicznego, która doskonale sprawdziła się w innych krajach demokratycznych: bony usługowe.

Bony usługowe: sprawdzony sukces

Jak działa bon usługowy? Osoby kwalifikujące się do objęcia pomocą otrzymują od rządu bony (za darmo lub niewielką opłatą), których mogą użyć w celu wynajęcia pracowników do takich zadań jak zakupy czy pomoc w prowadzeniu domu. Pracownicy muszą być zatrudnieni przez firmę, która uzyskała akredytację. Rząd udziela dotacji zatrudniającemu, aby pracownik otrzymał godne wynagrodzenie, będące sumą opłaty za bon oraz dotacji publicznej.

Na skalę ogólnokrajową programy oparte na bonach usługowych zostały wprowadzone z sukcesem w wielu państwach europejskich, m.in. w Belgii, Francji i Szwecji. Programy te stworzono z myślą o stymulacji wzrostu zatrudnienia w formalnym sektorze opiekuńczym oraz w celu pomocy w pracach domowych i opiece osobistej, zorientowanej na osoby starsze i inne. Osoby opiekujące się członkami rodziny mają zatem możliwość wyboru pełnoetatowej pracy lub dalszego wspierania krewnych – lecz tylko jako pracownicy sektora formalnego. Przykładowo Belgia w 2004 r. wprowadziła federalny program, który oferuje dotowane bony (titres services) na usługi wykonywane w gospodarstwie domowym, nabywane w firmach akredytowanych przez rząd. Mieszkańcy Belgii mogą w ciągu roku kalendarzowego zakupić 750 bonów podlegających odliczeniu podatkowemu (każdy jest wart jedną godzinę usług) lub 2000 bonów, jeśli są niepełnosprawni, mają niepełnosprawne dziecko, są w podeszłym wieku lub samotnie wychowują dzieci. Koszt usług podzielony jest między odbiorcę usługi (który kupując bon, płaci za usługę około ? jej wartości netto) oraz rząd, który pokrywa ok. ? kosztu usługi poprzez ulgi podatkowe dla odbiorcy usługi i bezpośredni zwrot kosztów dla usługodawcy.

Belgijscy pracownicy usługowi biorący udział w programie otrzymują umowę o pracę, dzięki czemu nabywają prawa z tytułu ubezpieczenia społecznego oraz wszelkich innych świadczeń, takich jak odszkodowanie pracownicze. Jest to bardzo istotne, ponieważ ? pracowników belgijskiego programu wskazało chęć udziału w tym programie jako motywację do wyjścia z szarej strefy. Ewaluacja belgijskiego programu zdradza pewne szczegóły dotyczące kosztów przedsięwzięcia. Około 40% kosztów programu ponoszonych przez rząd zostaje zrekompensowane dzięki niższym wydatkom na zasiłek dla bezrobotnych oraz inne dopłaty państwowe, a także dzięki dodatkowemu dochodowi ze składek na ubezpieczenie społeczne oraz wpływom z podatku dochodowego. Powyższe wyliczenie nie uwzględnia jednak wartości innych zalet programu, takich jak zwiększona produktywność i lepszy stan zdrowia pracowników, wynikające z mniejszego stresu oraz zachowania równowagi między życiem prywatnym a zawodowym, społeczne korzyści będące efektem formalizacji szarej strefy, a także lepsze samopoczucie i wyższa samoocena – jako rezultat zatrudnienia w godnych warunkach.

We Francji obowiązuje program społeczny CESU Social (Cheque Emploi Service Universel), ogólnokrajowy system oparty na bonach, wprowadzony przez władze lokalne i regionalne. CESU Social został stworzony w roku 2005 w celu promowania formalizacji sektora usług osobistych we Francji, które według szacunków w 60% świadczone są „na czarno”. Bony wykorzystuje się do zapłaty – opiekunom „bezpośrednim” lub pracownikom zatrudnionym przez firmę zewnętrzną – za opiekę, pomoc w pracach domowych, nauce, utrzymaniu domu lub ogrodu, pomoc osobom starszym, niepełnosprawnym lub podopiecznym (w tym dzieciom).

Odbiorcy programu społecznego (w tym osoby starsze) otrzymują osobistą, przedpłaconą kartę CESU o ustalonej wartości (CESU préfinancé), którą można wykorzystać wyłącznie na wybrane usługi. Odbiorca używa karty w celu zapłaty za usługi, pracownik usługowy otrzymuje wyrównanie od lokalnej jednostki administracyjnej (często za pośrednictwem prywatnej firmy), która następnie opłaca składki na ubezpieczenie społeczne pracownika, jeśli ten jest osobą prywatną. Do czynników motywujących do udziału w programie należą: niższe stawki podatku VAT oraz dotowane przez państwo składki na ubezpieczenie społeczne (w przypadku usług świadczonych osobom starszym) dla firm świadczących usługi CESU Social, 50% ulgi podatkowej dla osób prywatnych świadczących usługi CESU Social, a dla samozatrudnionych pracowników usługowych – zwolnienia z państwowych składek emerytalnych, które zostałyby odprowadzone z dochodu za wykonane usługi.

W 1993 r. wprowadzono system bonów w Szwecji, gdzie szacunkowo ponad 70% usług związanych z opieką osób starszych wykonywano „na czarno”. Przed rozpoczęciem programu urzędy miejskie przeprowadzają ankietę, aby ustalić rodzaj usług, na które byłoby zapotrzebowanie wśród osób starszych. Następnie odbiorcy usług otrzymują wirtualne bony, za które mogą wykupić określone usługi od akredytowanych podmiotów – publicznych lub prywatnych. W rezultacie odbiorcy usług w ramach opieki nad osobami starszymi ponoszą jedynie 4% kosztów, podczas gdy 80% pokrywane jest z lokalnych podatków, a brakujące 16% pochodzi z budżetu państwa. W ten sposób lokalne władze cieszą się znaczną niezależnością w sposobie świadczenia usług. Jednak władze państwowe nakładają pewne ograniczenia na maksymalne kwoty, jakie odbiorcy zapłacą za usługi, a w przypadku niewywiązania się z należytego świadczenia usług przewidziano kary finansowe.

Zapotrzebowanie w Ameryce

Obecnie w Stanach Zjednoczonych nie istnieje żaden program oparty na bonach usługowych. Ustawa o wsparciu oraz świadczeniu usług w ramach opieki społecznej (Community Living Assistance Services and Support Act – CLASS), początkowo stanowiąca część ustawy o przystępnej opiece z 2010 r. (Affordable Care Act), miała regulować pomoc w czynnościach domowych takich jak ubieranie się czy kąpiel, lecz uprawniała do korzystania z takiej opieki jedynie osoby niepełnosprawne. W przeciwieństwie do programów opartych na bonach usługowych program CLASS był dobrowolnym programem ubezpieczeniowym, opłacanym ze składek beneficjentów. Być może ze względu na opinie, że taki plan byłby niestabilny, administracja Obamy ogłosiła w październiku zeszłego roku zaniechanie inicjatywy CLASS z powodu obaw o zbyt wysokie koszty dla korzystających z programu.

Na poziomie stanowym programem najbardziej zbliżonym do systemu bonów usługowych byłby Oklahoma’s ADvantage Program, który zapewnia medyczną i niemedyczną pomoc osobom starszym, kwalifikującym się do korzystania z programu ubezpieczeń społecznych Medicaid. Pozwala on odbiorcom wybrać usługodawcę z listy firm prywatnych, akredytowanych przez stan i opłacanych z jego budżetu.

W miejsce bonów usługowych Stany Zjednoczone wprowadziły tzw. programy dla wytchnienia (respite care programs), których misją jest pomoc osobom opiekującym się członkami rodziny, a które finansowane są z ogólnokrajowego programu wsparcia dla osób świadczących opiekę krewnym (National Family Caregiver Support Program NFCSP) zgodnie z nowelizacją ustawy o ochronie seniorów (Older Americans Act) z 2000 r. Programy te oferują bony dla osób opiekujących się członkami rodziny, dając im możliwość wynajęcia innego opiekuna, aby sami mogli w tym czasie odpocząć. W stanie Kalifornia istnieje program oferujący bony w wysokości do 3600 dolarów rocznie, który pozwala rodzinom na wybranie usługodawcy.

Mimo że „programy dla wytchnienia” są bardzo dobrym pomysłem ze względu na wsparcie osób opiekujących się członkami swoich rodzin, niestety nie uwzględniają one rosnącej liczby bezdzietnych Amerykanów w podeszłym wieku, osób starszych, których rodzina i krewni mieszkają zbyt daleko, by móc się nimi zaopiekować, czy wreszcie dorosłych Amerykanów, którzy muszą pracować, zamiast pomagać swoim rodzicom. Programy bonów usługowych byłyby natomiast dopasowane do potrzeb wszystkich seniorów, bez względu na posiadanie rodziny.

Jeśli już staramy się zwiększyć zaangażowanie rządu w zapewnianie niemedycznej opieki osobom starszym, dlaczego nie zatrudnić bezpośrednio pracowników państwowych, zamiast wprowadzać system państwowych dopłat dla pracowników sektora prywatnego? W teorii państwowi pracownicy oczywiście wywiązaliby się z zadania. Jednak zaletą systemu bonów usługowych jest to, że pozwala on pozostać ludziom we własnych domach, bez konieczności korzystania z pomocy instytucji. Ponadto sprawowanie opieki domowej w ramach sektora publicznego spotkałoby się z niewielką akceptacją. Nawet socjaldemokratyczne państwa Europy opowiadały się za państwowymi dopłatami do opieki domowej w ramach sektora prywatnego zamiast tworzenia zastępów państwowych pracowników – osób sprzątających czy ogrodników – przypisanych do poszczególnych gospodarstw domowych.

Bony usługowe przyniosłyby jeszcze jedną korzyść gospodarczą. Wprowadzone w Stanach Zjednoczonych wyposażyłyby decydentów w cenne i elastyczne narzędzie do zwiększenia – nie zastąpienia – ulgi podatkowej dla osób o niskich dochodach (earned income tax credit – EITC). Rozwiązałoby to kilka problemów. Jednym z nich jest zbyt duża zależność amerykańskiej polityki sektora publicznego od ulg podatkowych dla osób o niskich dochodach jako narzędzia do podnoszenia przychodu najbiedniejszych Amerykanów. EITC jest federalną ulgą podatkową dla osób o niskich i średnich zarobkach. Ulga podatkowa jest bezzwrotna, jako że rząd uzupełnia pensje pracowników, których przychód jest tak mały, że nie płaciliby podatku dochodowego. Większość ekonomistów zgodnie twierdzi, że EITC sprawdza się najlepiej w wyrównywaniu przychodu pracowników z ograniczoną lub przerywaną obecnością na rynku pracy. Ze wsparciem Republikanów i Demokratów EITC zostało jednak w znacznym stopniu rozpowszechnione jako substytut świadczeń rzeczowych – tak niepopularnych wśród amerykańskiego elektoratu – a także wyższej płacy minimalnej, której sprzeciwiają się konserwatyści oraz wiele przedsiębiorstw. Zbyt duża zależność od EITC może być dobrym rozwiązaniem politycznym, jest jednak zła ze społecznego punktu widzenia.

System EITC został zaprojektowany błędnie, co widać szczególnie w sytuacjach, gdy zamiast w celu pomocy pracownikom w ich przejściowych problemach z zatrudnieniem, wykorzystuje się go jako uniwersalne narzędzie zwiększania dochodu w najgorzej opłacanych miejscach pracy. Tak jak w przypadku dopłat do pensji, w tym bonów usługowych, EITC pośrednio dotuje firmy oferujące pracownikom niskie zarobki, mimo że bezpośrednią dopłatę otrzymuje właśnie taki pracownik. Obecny projekt EITC nie przewiduje żadnych ograniczeń co do tego, którzy pracodawcy mogą otrzymać dotacje. System EITC może dotować pracowników pomagających osobom starszym zrobić zakupy lub posprzątać dom. Może on jednak dotować także osoby pracujące w przedsiębiorstwach wyzyskujących pracowników lub kiepsko opłacanych służących w willach miliarderów. Program bonów usługowych likwiduje ten problem, precyzyjnie definiując rodzaje pracy uprawnione do dotacji. Pomoc w zakupach osobie starszej – tak, czyszczenie basenu – nie. Bony usługowe mają jeszcze jedną przewagę nad systemem EITC i nad innymi programami oferującymi dopłaty do wynagrodzenia. Podczas gdy oba programy – EITC oraz program bonów usługowych – stwarzają ograniczone możliwości redystrybucji dochodu, dzięki bonom usługowym niezamożne osoby w podeszłym wieku mogą pozwolić sobie na usługi, na które nie byłoby ich normalnie stać.

Bon Godnego Życia

W celu zaspokojenia potrzeb seniorów, przy jednoczesnym tworzeniu miejsc pracy dla osób o niepełnych kwalifikacjach, proponujemy amerykańską wersję programu bonów usługowych, zwaną Programem Bonów Godnego Życia (Dignity Voucher Program) – innowacyjny system bonów dla zapewnienia opieki osobom starszym. Posiadający zalety innych programów oraz uzupełniający już istniejące „programy dla wytchnienia” – ograniczone jedynie do pomocy osobom opiekującym się członkami rodziny – Program Bonów Godnego Życia zwiększyłby zatrudnienie wśród osób o niepełnych kwalifikacjach poprzez stymulację popytu, zwiększając dochód państwa z podatków i podwyższając pensje pracowników opuszczających szarą strefę w celu podjęcia zatrudnienia na formalnym rynku pracy.

Rząd federalny przekazywałby władzom stanowym fundusze na opiekę dla osób starszych w formie Bonów Godnego Życia. Kwalifikujący się seniorzy mogliby wykorzystać bony do zakupu ograniczonej liczby godzin niemedycznej pomocy osobistej – w czynnościach takich jak sprzątanie domu lub transport. Bony oferowałyby firmy akredytowane przez władze federalne oraz stanowe, świadczące opiekę osobistą. Dzięki Bonom Godnego Życia seniorzy mogliby płacić pracownikom usługowym kwoty mniejsze niż minimalne wynagrodzenie. Firmy natomiast byłyby zobowiązane wypłacić swoim pracownikom kwoty powyżej minimum. Rząd następnie wypłacałby firmom różnicę pomiędzy wartością bonu a wynagrodzeniem pracownika. Kongres lub poszczególne stany miałyby prawo żądać od pracodawców płacenia określonych świadczeń pracownikom (opieka zdrowotna, emerytura/renta) lub ograniczenia kosztów ogólnych, ponoszonych w określonym stosunku procentowym do wartości świadczonych usług.

W celu zminimalizowania ryzyka potencjalnych nadużyć podczas zwiększania efektywności należy uważnie zaprojektować testową wersję programu.

Dopłaty muszą być przekazywane akredytowanym przez rząd firmom zatrudniającym pracowników usługowych (opiekunów), a nie w sposób bezpośredni odbiorcom usług lub pracownikom. Zagwarantuje to, że pieniądze nie zostaną wykorzystane do płatności „pod stołem”. Wymusiłoby to na pracodawcach również przestrzeganie federalnych i stanowych regulacji prawa pracy, szacunek dla praw obywatelskich oraz przepisów dotyczących minimalnego wynagrodzenia. Pracodawcami kwalifikującymi się do udziału w systemie byłyby firmy świadczące usługi osobom starszym, akredytowane przez władze stanowe, a także spełniające wszelkie regulacje lokalne, stanowe oraz federalne. Firmy te, zarówno prywatne, jak i publiczne, powinny być poddawane regularnym kontrolom w celu ograniczenia ryzyka nadużywania systemu.

Przykład zdecentralizowanego systemu szwedzkiego mógłby służyć za dobry model dla Programu Bonów Godnego Życia, ponieważ podnosi wydajność konkurencyjnego sektora prywatnego oraz tworzy nowe miejsca pracy, jednocześnie nie dopuszczając do eskalacji kosztów, obserwowanej w służbie zdrowia Stanów Zjednoczonych. Ponieważ USA dysponują większą niż w Szwecji pulą firm świadczących usługi osobom starszym, system bonów może w bardzo szybkim tempie napędzić konkurencję oraz rozwój sektora, stanowiąc atrakcyjną możliwość utworzenia nowych miejsc pracy.

Tak jak w przypadku modeli opisanych wcześniej, niemedyczne czynności kwalifikujące się do dotacji w ramach Programu Bonów Godnego Życia byłyby określone przez prawo krajowe i stanowe. Czynności te obejmowałyby osobistą pomoc w pracach domowych, transporcie, gotowaniu i innych obowiązkach. Opieka medyczna powinna być wyłączona z Programu Bonów Godnego Życia, ponieważ pokrywałyby ją programy Medicare i Medicaid.

Odbiorcami usług w ramach programu powinny być osoby starsze o niskich lub średnich dochodach, przy czym w celu wykluczenia osób zamożnych możliwe byłoby przeprowadzenie kontroli środków finansowych. Program Bonów Godnego Życia obejmowałby także osoby niepełnosprawne w każdym wieku. Ponieważ zapotrzebowanie na takie usługi o wiele łatwiej stwierdzić na poziomie lokalnym, kwalifikacja odpowiednich odbiorców mogłaby zostać powierzona władzom stanowym lub lokalnym (tak jak w przypadku ewaluacji dokonywanej przez urzędy miejskie w Szwecji), pomimo że dotacje pochodziłyby od rządu federalnego. Jednak indywidualna ewaluacja odbiorców oraz kontrole ich finansów mogłyby zmniejszyć wsparcie polityczne programu oraz znacznie zwiększyć jego koszty administracyjne. Do kwalifikujących się odbiorców można by kierować kampanie podnoszące świadomość, których organizacja jest obowiązkiem władz lokalnych.

Aby poprawnie funkcjonował, Program Bonów Godnego Życia musi być prowadzony w sektorze formalnym. Przykład Belgii pokazuje, że włączenie pracowników usługowych w system państwa opiekuńczego (ubezpieczenie społeczne, program Medicaid, ubezpieczenie od bezrobocia itp.) jest kluczowe dla ich wyjścia z szarej strefy i ochrony przed wyzyskiem. Pracownicy usługowi Programu Bonów Godnego Życia muszą się zatem do niego kwalifikować – podlegać wszelkim stanowym standardom, jak również prawom i obowiązkom pracownika, określonym przez prawo federalne. Ponadto usługodawcami lub pracownikami usługowymi mogliby zostać wyłącznie obywatele Stanów Zjednoczonych lub legalni imigranci. W fazie wstępnej pierwszeństwo miałyby osoby, które na skutek ostatniej recesji przez długi czas pozostawały bezrobotne.

Korzyści z wprowadzenia Programu Bonów Godnego Życia lub innych podobnych programów w Stanach Zjednoczonych nie ograniczyłyby się tylko do stworzenia nowych, godnie opłacanych miejsc pracy dla osób świadczących pomoc domową oraz sprawowania tak potrzebnej opieki nad ludźmi starszymi. W Europie programy bonów odniosły sukces w redukcji zjawiska pracy „na czarno” poprzez zmniejszenie zainteresowania nielegalnym zatrudnieniem. Oceny belgijskiego modelu wykazują, że znacząca część kosztów programu poniesiona przez rząd – co najmniej 40% – może być bezpośrednio wyrównana przez zwiększony ogólny dochód państwa oraz zmniejszone wydatki z tytułu podatków. Wyrównania te w znacznej mierze zależą od tego, z jakim sukcesem udało się sformalizować opiekę osób starszych wykonywaną w ramach szarej strefy, a więc w jakim stopniu udało się zwiększyć wpływy z podatku dochodowego oraz zmniejszyć liczbę świadczeń wypłacanych osobom bezrobotnym lub zatrudnionym w niepełnym wymiarze godzin.

Program Bonów Godnego Życia mógłby także, poprzez ograniczenie możliwości pracy „na czarno”, zredukować do pewnego stopnia nielegalną imigrację. Dzięki takiemu programowi seniorzy mogliby płacić kwoty mniejsze niż minimalne wynagrodzenie obywatelom USA oraz legalnym imigrantom, którzy z kolei dzięki dotacjom państwa udzielanym pracodawcom otrzymywaliby wynagrodzenie przekraczające płacę minimalną. Płacenie pracownikom usługowym skromnej państwowej pensji utwierdziłoby w przekonaniu, że rządowe dotacje nie służą tworzeniu konkurencji dla obecnych pracowników czy doprowadzeniu do sytuacji, w której pracownicy usługowi nie będą mogli się utrzymać i staną się zależni od pomocy państwa.

Automatyzacja wyboru odbiorców (być może przy pomocy organu ubezpieczeń społecznych) oraz wprowadzenie programu zredukowałoby także koszty administracyjne. Model francuski zdaje się obniżać koszty sektora formalnego – zarówno w przypadku pracowników, jak i odbiorców usług. Po stronie podaży składki na ubezpieczenie społeczne francuskich pracowników są wyliczane automatycznie dzięki przedpłaconej karcie CESU, natomiast po stronie popytu system propaguje bezpośrednie zatrudnienie i zapłatę pracownikom, co ma potencjalnie zmniejszyć koszty oraz zredukować zamieszanie w przypadku odbiorców mających dowolność w zakupie usług.

Sprawdzony za granicą, potrzebny tutaj

Stany Zjednoczone powinny wziąć przykład z sukcesu innych państw, które wprowadziły program bonów usługowych. Tak jak uczyniły to inne kraje, USA muszą stawić czoła zarówno bezrobociu, jak i wyzwaniom starzejącego się społeczeństwa. Opinia polityków, ekspertów i analityków, że propozycja polityki „dwa w jednym” może rozwiązać jednocześnie dwie problematyczne kwestie, powinna zostać poddana krytycznej analizie.

Wierzymy, że nasza propozycja przetrwałaby taką próbę. Z czasem nasza gospodarka zostanie zdominowana przez usługi pomocy osobistej, które nie mogą ulec automatyzacji lub przeniesieniu za granicę, a ogromna część sektora usługowego będzie napędzana przez pomoc świadczoną osobom urodzonym w okresie wyżu demograficznego, wchodzącym obecnie w wiek emerytalny. Owo zapotrzebowanie jest jak do tej pory zaspokajane przez członków rodziny oraz pracowników szarej strefy. Amerykańskie przedsiębiorstwa tracą w ten sposób wydajność zatrudnionych i ponoszą wyższe koszty związane z opieką zdrowotną dla zajmujących się swoimi krewnymi, podczas gdy szara strefa obniża dochód podatkowy na płaszczyźnie lokalnej, stanowej i krajowej. Istniejące już „programy dla wytchnienia” są niewystarczające i mogłyby zostać uzupełnione lub zastąpione przez program bonów usługowych.

Proponowany Program Bonów Godnego Życia powinien zostać przetestowany jako program pilotażowy. Gdyby odniósł sukces, Kongres powinien rozważyć rozszerzenie zakresu programu i uczynić go stałą częścią amerykańskiego systemu ubezpieczeń społecznych, wychodząc naprzeciw dotychczas niezaspokojonym potrzebom wielu amerykańskich seniorów, wymagających opieki finansowanej z państwowych dotacji oraz pomocy udzielanej prywatnie. Koszty programu byłyby zależne od jego skali. Niektóre koszty – jeśli nie wszystkie – mogłyby być wyrównywane z budżetu państwa dzięki oszczędnościom z wypłat zasiłków dla osób bezrobotnych lub redukcji wydatków podatkowych na odliczenia z tytułu składek odprowadzanych na ubezpieczenie zdrowotne. Koszty amerykańskiego programu bonów usługowych mogłyby zostać pokryte z podatku od wynagrodzeń lub innego podatku, np. z części odprowadzonej z federalnego podatku VAT, czy też pokrywane z ogólnego dochodu państwa.

Sprawdzony za granicą oraz tak potrzebny tutaj program bonów usługowych może rozpocząć nowy rozdział amerykańskiej polityki sektora publicznego. System tego rodzaju osiągnąłby sukces na wielu płaszczyznach. Między innymi zwiększyłby zapotrzebowanie na pracowników sektora usługowego o niskich dochodach. Jednocześnie zapewniłby pośrednie wsparcie finansowe amerykańskim seniorom, którzy są w stanie żyć i funkcjonować we własnych domach, jednak w określonych sytuacjach potrzebują osobistej pomocy, której nie mogą sobie zapewnić na własną rękę. Dzięki temu amerykańskie rodziny zostałyby odciążone w udzielaniu pomocy krewnym w podeszłym wieku. Wreszcie, program zwiększyłby dochód podatkowy, jako że nieformalna i nieadekwatnie opłacana tania siła robocza zostałaby zastąpiona przez godnie zarabiających pracowników formalnego rynku pracy. Odważny pomysł wykorzystania bonów usługowych do stworzenia nowych miejsc pracy, przy jednoczesnym świadczeniu pomocy osobom starszym, jest dokładnie tym, czego w dzisiejszych czasach Ameryka tak rozpaczliwie potrzebuje.

Michael Lind, Lauren Damme

New America Foundation

Tłum. Anna Bednarska

Tekst pierwotnie ukazał się na stronie internetowej czasopisma „Democracy: A Journal of Ideas” (14.03.2012).

Zdolni do wszystkiego

Spółdzielnie socjalne osób niepełnosprawnych dają nie tylko możliwość zarobkowania. Są także miejscem samorealizacji i reintegracji społecznej.

Impuls do założenia wielu takich spółdzielni wyszedł od organizacji pozarządowych. Członkowie stołecznej Spółdzielni Socjalnej PETRIO trafili tam z Warszawsko-Praskiego Stowarzyszenia Osób Niepełnosprawnych. Zespół konińskiej Spółdzielni Socjalnej „Otwarci” współtworzą wolontariusze i podopieczni Fundacji na Rzecz Rozwoju Dzieci i Młodzieży „Otwarcie”, która merytorycznie wspiera młodą inicjatywę. Cieszyński „Nowy Horyzont” ma korzenie w Stowarzyszeniu Pomocy Wzajemnej „Być Razem” i Cieszyńskim Stowarzyszeniu Ochrony Zdrowia Psychicznego „Więź”. Z kolei Spółdzielnię Socjalną „Republika Marzeń” powołali niepełnosprawni, bezrobotny i Fundacja Anny Dymnej „Mimo Wszystko”. Infrastruktura oraz praktyczna wiedza organizacji społecznych na temat możliwości i ograniczeń osób niepełnosprawnych są tutaj bezcennym wsparciem.

Niektóre organizacje idą jeszcze dalej. Doświadczenia zdobyte w toku prowadzenia centrów integracji społecznej oraz środowiskowych domów samopomocy umożliwiły Stowarzyszeniu na Rzecz Zrównoważonego Rozwoju Społeczno-Gospodarczego KLUCZ i Chrześcijańskiemu Stowarzyszeniu Dobroczynnemu powołanie w Kluczach (woj. małopolskie) OPOKI – pierwszej w Polsce spółdzielni socjalnej założonej i prowadzonej przez stowarzyszenia.

Inicjatorem bywa także samorząd. Wyszkowska Wielobranżowa Spółdzielnia Socjalna SzRON nie powstałaby, gdyby nie burmistrz Grzegorz Nowosielski i jego pełnomocnik Artur Laskowski. Obiecali oni niepełnosprawnym zlecenia, jeśli tylko ci zorganizują się w formie kooperatywy. Zdarzają się także godne naśladowania spółdzielnie powstające zupełnie oddolnie, będące dowodem na to, że trudne doświadczenia osobiste można wspólnie przekuć w coś konstruktywnego. Dobre przykłady stanowią tutaj Spółdzielnia Socjalna „50+”, założona przez grupę gdyńskich „amazonek” (kobiet po amputacji piersi), a także Wielobranżowa Spółdzielnia Socjalna „Supermediafon” z Wrocławia – efekt samoorganizacji grupy niewidomych.

Czasami stworzenie przestrzeni samorealizacji jest nawet ważniejsze niż umożliwienie zarobkowania. – Spółdzielnia powstała, aby osoby niepełnosprawne mogły realizować swoje pasje, przy okazji zarabiając – mówi Paulina Łysiak, wiceprezes zarządu „Republiki Marzeń”.

Z czym do ludzi?

Choć spółdzielnia socjalna jest czymś więcej niż przedsiębiorstwem, ostatecznie o jej przetrwaniu i rozwoju decyduje satysfakcja klientów. Dobrze działające spółdzielnie wygrywają na rynku ceną, jakością lub unikatowymi produktami i usługami, a najczęściej kombinacją tych cech.

To, że jesteśmy socjalni, nie oznacza, że nie stajemy w szranki z normalnymi podmiotami. Wygrywamy przetargi na obsługę szkoleń i dostarczanie cateringu dla dużych firm, nawet w Krakowie – chwali się Agnieszka Ścigaj, wiceprezes OPOKI. – Pierwsze zamówienie zrobiliśmy z przekonania, że powinniśmy wspierać ekonomię społeczną. Dziś już nie korzystamy z usług innych firm, a mamy w regionie kilka naprawdę dobrych. Zamawiamy w OPOCE, bo nikt nie zapewni nam równie wysokiej jakości w takiej cenie – zachwala Kazimierz Ściążko, wójt gminy Klucze. Podobnie było ze SzRON-em. – Już nie musimy się nawet reklamować, klienci sami przychodzą, bo wiedzą, że można się po nas spodziewać solidności – wyjaśnia wiceprezes Iwona Kowalewska.

Na dłuższą metę „branie na litość” raczej nie sprawdza się jako pomysł na biznes. Poza tym spółdzielcy mają większe ambicje.Nie chcemy zleceń na zasadzie „dajmy im, bo to spółdzielnia socjalna”. Nasze produkty mają być dobre i konkurencyjne – deklaruje wiceszefowa „Republiki Marzeń”, producenta m.in. okolicznościowych kartek ilustrowanych pracami artystów współpracujących ze spółdzielnią. Wtóruje jej Angelika Chrapkiewicz-Gądek, druga wiceprezes: Z rysunków, które otrzymujemy, staramy się wybrać najlepsze i najciekawsze. Liczy się wartość artystyczna, a nie sam fakt, że są to prace osób niepełnosprawnych. Bywa, że wzory trafiające na kartki, kubki, koszulki i torby powstają na specjalne zamówienie firm czy instytucji.

Przystępna cena i wysoka jakość mogą nie wystarczyć, jeśli na dany produkt czy usługę nie ma zapotrzebowania. Dlatego starcie z rynkiem przetrwały głównie te spółdzielnie, które bardzo świadomie wybrały sferę swojej działalności. Świetnym przykładem jest „Nowy Horyzont”. Początkowy pomysł opierał się na przerobie odpadów z tworzyw sztucznych, jednak kryzys uczynił go nieopłacalnym. Spółdzielcy zareago­wali zmianą profilu działalności, wykazując się niezbędną w biznesie elastycznością. Obecnie oferują usługi porządkowe o charakterze odróżniającym ich od całej lokalnej konkurencji. – Jako jedyni świadczymy usługi kompleksowo, tzn. nie tylko posprzątamy biuro, ale jeżeli jest w nim krzesło ze złamanym oparciem czy wisząca klamka, to je naprawimy. Oczywiście sprzątamy również na zewnątrz – wyjaśnia prezes spółdzielni, Paweł Przybyło, dodając, że jego ekipę odróżnia od konkurencji także dokładność.

Świetny przykład trafnej identyfikacji niezaspokojonych potrzeb lokalnego otoczenia stanowi „50+”. Spółdzielczynie świadczą usługi jako opiekunki środowiskowe lub asystentki osób schorowanych i samotnych. Bezpośrednią inspiracją była historia jednej z koleżanek, która poprosiła o towarzyszenie jej w męczących dojazdach na zabiegi w innym województwie. – Nie wymagała stałej opieki, a tylko pomocy jednego dnia w tygodniu – wspomina Grażyna Skorupka, liderka spółdzielni. Wówczas panie zdały sobie sprawę, że wokół nich jest więcej osób potrzebujących wsparcia czy wyręki w części życiowych czynności, a jednocześnie chcących i mających możliwość za to zapłacić.

Nierzadko identyfikację niszy rynkowej umożliwiają własne doświadczenia członków spółdzielni. „Supermediafon” posiada w ofercie m.in. innowacyjne produkty, jakimi są etykietki i wizytówki pisane alfabetem Braille’a. – Jako niewidomi najlepiej rozumiemy potrzeby osób takich jak my. Przykładowo, nie każdy materiał w równym stopniu nadaje się do zapisu brajlem – zauważa prezes spółdzielni, Paweł Bogdała. Ofertę uzupełniają m.in. szkolenia informatyczne dla niewidomych: mając za prowadzącego osobę im podobną, łatwiej uwierzyć, że nauczenie się obsługi komputera leży w zasięgu możliwości.

Na doświadczeniu swoich członków bazuje także spółdzielnia z Konina, szyjąca odzież adaptacyjną dla niepełnosprawnych ruchowo, w zasadzie nieobecną na polskim rynku. Osoby w pełni sprawne nie zdają sobie sprawy, że dodatkowy suwak może przesądzić o możliwości samodzielnego ubrania się, a nieco zmodyfikowany krój – ułatwić poruszanie na wózku. – Nasze produkty mają być nie tylko wygodne, ale także atrakcyjne i modne – podkreśla Andżelika Smorawska, szefowa „Otwartych”, specjalistka w zakresie projektowania odzieży.

Są jednak i antyprzykłady. – Niestety, spotkaliśmy się z postawami: „weźmiemy dotację, a potem będziemy myśleć” lub ze świetnymi pomysłami, jednak bez rozpoznania rynku. Ten drugi przypadek dotyczył naszych znajomych, niepełnosprawnych matematyków i informatyków. Przykro było patrzeć, jak bankrutowali – wzdycha I. Kowalewska. Paulina Łysiak zwraca uwagę na jeszcze jedną kwestię: Trzeba intensywnie działać, np. pozyskiwać zlecenia już na pół roku przed rejestracją spółdzielni. Startujemy mając 0 zł na koncie, a po miesiącu trzeba wypłacić pierwsze pensje…

Dla każdego coś potrzebnego

O ile chwytanie zbyt wielu srok za ogon nie jest w biznesie zalecane, mądre poszerzanie zakresu działalności zwykle wychodzi na zdrowie. Tym tropem poszła spółdzielnia z Wyszkowa, której jeszcze przed rejestracją burmistrz obiecał powierzyć obsługę lokalnej sieci wideomonitoringu. Kooperatywa zauważyła również, że w pobliżu budynku Urzędu Miasta brakuje punktu ksero. – Dzięki uprzejmości burmistrza udało nam się uzyskać powierzchnię w samym urzędzie, wykrojoną z jego własnej kancelarii – wspomina Kowalewska. To nie koniec dywersyfikacji źródeł dochodów: w dalszej kolejności SzRON otworzył wypożyczalnię rowerów, której ofertę z czasem poszerzył o kajaki.

Pracownice spółdzielni z Klucz, pięć kobiet po trzymiesięcznym kursie przygotowawczym, rozpoczęły od gotowania dań jednogarnkowych. Rozwój oferty był możliwy dzięki zaradności ich szefowych – sprowadziły do spółdzielni mistrza kucharskiego, który spędził z podopiecznymi OPOKI kilka dni. Od tamtej pory podobne zaproszenia są co jakiś czas wysyłane do specjalistów z zakresu gastronomii, jednak kuchmistrzynie również same wyszukują i testują nowe przepisy. Zwieńczeniem rozwoju „działu kulinarnego” było otwarcie pierwszej w gminie restauracji. Przewidziany na nią lokal wymagał kapitalnego remontu, który wykonali… wyszkoleni przez spółdzielnię budowlańcy, mający już za sobą także pierwsze zlecenia zewnętrzne. W dalszej perspektywie OPOKA ma zamiar m.in. prowadzić usługi opiekuńcze dla seniorów oraz stworzyć zakład rehabilitacyjny.

Dla gdyńskich amazonek, które poza usługami opiekuńczymi zajmowały się dystrybucją miejskich materiałów promocyjnych, dodatkowym polem działalności stało się rękodzieło. Wytwarzają m.in. korale oraz kapelusze z filcu. – Rozwijamy swoje pasje i przy okazji zarabiamy – podsumowuje p. Grażyna.

Korzyści ze współpracy

Choć dobry biznesplan to podstawa, nie sposób przecenić wagi przyjaznego otoczenia instytucjonalnego. Wsparcie samorządu dla spółdzielni może mieć postać m.in. nieodpłatnego przekazywania budynków (tak było choćby w przypadku OPOKI), ale przede wszystkim – zleceń. Dla Spółdzielni Socjalnej Józefowskie Centrum Rehabilitacji Zawodowej i Społecznej z Józefowa (woj. lubelskie) stanowią one wręcz podstawę funkcjonowania. – Oparliśmy się na pracach, które może wykonać każdy. Głównym filarem naszej działalności jest szeroko rozumiane sprzątanie: zbieranie śmieci z koszy miejskich, ich segregacja, dbanie o czystość w szkołach oraz innych instytucjach publicznych. Obsługujemy stadion miejski (oddelegowana osoba m.in. kosi tam trawę), szalet publiczny oraz dworzec autobusowy. Latem dbamy o tereny zielone, zimą o odśnieżanie – relacjonuje wiceprezes Jarosław Dziura. Burmistrz był tak zadowolony z jakości i cen usług świadczonych na rzecz społeczności miasteczka, że zainicjował powstanie kolejnej spółdzielni socjalnej.

Rozwój „firm społecznych” będzie w istotnym stopniu zależeć od zrozumienia idei spółdzielczości socjalnej przez samorządowców. Coraz więcej z nich dostrzega, że wspierając spółdzielnie socjalne, mogą nie tylko obniżyć koszty realizacji zadań publicznych, ale również rozwiązywać problemy społeczne, zwłaszcza związane z długotrwałym bezrobociem.

Znakomitym instrumentem wsparcia spółdzielni są, a raczej mogłyby być, tzw. klauzule społeczne. – Startujemy w przetargach, ale nieczęsto udaje nam się wygrać. Bardzo pomogłyby nam zapisy przyznające dodatkowe punkty podmiotom ekonomii społecznej lub firmom, które zobowiążą się część pracy zlecić spółdzielni socjalnej – wyjaśnia Tomasz Knepka, prawnik z bydgoskiej Spółdzielni Socjalnej „Kreatywni”. – Braliśmy udział w dwóch przetargach, oba przegraliśmy. Ustawodawca nałożył na nas obowiązki społeczne, które chętnie spełnimy, ale władze Warszawy nie widzą różnicy między raczkującym przedsiębiorstwem społecznym a potężną, międzynarodową korporacją i zmuszają nas do konkurowania z gigantami – mówi Cezary Tomasz Bykowski, szef PETRIO.

Klucze do pracy

„Kreatywni” zatrudniają ponad 30 osób, w większości niepełnosprawnych w stopniu umiarkowanym lub znacznym. – Są wśród nas osoby dotknięte wszelkimi typami dysfunkcji, od ruchowej po upośledzenia umysłowe – informuje T. Knepka. SzRON daje pracę 9 osobom, z czego 6 posiada orzeczenie o znacznej lub umiarkowanej niepełnosprawności. PETRIO liczy 7 osób (w tym jedną pełnosprawną, długotrwale bezrobotną), 5 z 6 członków „Supermediafonu” jest niewidomych, z kolei „Nowy Horyzont” skupia przede wszystkim osoby po kryzysach psychicznych. – W większości są to osoby, które pracowały zawodowo, jednak w wyniku zdiagnozowania lub pogłębienia się choroby straciły tę pracę – wyjaśnia p. Paweł. Wyjątkowo dużym pracodawcą jest OPOKA – zatrudnia 40 osób, z których większość posiada orzeczenia o niepełnosprawności. Oprócz nich w spółdzielni pracuje pięć osób mających za sobą długotrwałe bezrobocie.

Kluczem do sukcesu jest dostosowanie pracy do rodzaju niepełnosprawności i odpowiednie kierowanie nią. – Przykładowo, nasz niesłyszący pracownik budowlany wykonuje większość prac, nie jest jedynie dopuszczany do tych maszyn, których obsługa wymaga sprawnego słuchu – wyjaśnia A. Ścigaj. – Nowoczesne kserokopiarki są bardzo wysokie, mają wielkie pojemniki na papier, przystawki do bindowania itp. Aby mogła je obsługiwać osoba na wózku, musieliśmy poczekać trzy miesiące, aż w fabryce ucięto spód maszyny, a jej przystawki funkcjonują osobno – informuje wiceprezes SzRON-u. W krakowskim budynku Fundacji „Mimo Wszystko”, z którego korzysta „Republika Marzeń”, udogodnienia dla każdego rodzaju niepełnosprawności widać na każdym kroku. – Duże korporacje często nie respektują konieczności dostosowania miejsca do możliwości swoich niepełnosprawnych pracowników. Nasza firma pamięta, kogo zatrudnia – zapewnia p. Paulina. Od początku cały pomysł na spółdzielnię opierał się na możliwościach osób z dysfunkcjami. – Oczywiście są rzeczy, których nie wykonają, ale po to zatrudniamy także osoby zdrowe.

Również organizacja pracy w tego rodzaju kooperatywach musi uwzględniać potrzeby wszystkich pracowników. – Działamy na dwie zmiany, ale jeśli ktoś nie może pracować popołudniami, np. z powodu rehabilitacji, wówczas pracuje od rana. Do potrzeb naszych podopiecznych podchodzimy indywidualnie – deklaruje p. Agnieszka.

Przyjęta formuła i zakres świadczonych usług dobrze współgrają z potrzebami kooperatystek z „50+”. – Zawsze mogę na przykład umówić się z podopiecznym, że przyjdę na 10?:?00, dzięki czemu między 8?:?00 a 9?:?00 będę mogła uczestniczyć w zajęciach rehabilitacyjnych – precyzuje G. Skorupka. Z kolei np. prowadzenie księgowości w spółdzielni – a więc „na własnym” – można sobie rozłożyć na więcej godzin, wykonując tę pracę spokojniej.

Większość spółdzielni socjalnych osób niepełnosprawnych podkreśla, że tworzone miejsca pracy mają unikalny charakter. – Naszym szwaczkom niepełnosprawność umysłowa lub fizyczna uniemożliwia znalezienie zatrudnienia na otwartym rynku – podkreśla prezes Smorawska. Zanim trafili do „Otwartych”, zajęcia nie mogli znaleźć także informatycy, gdyż pracodawców odstraszała ich „inność”, będąca efektem np. mózgowego porażenia dziecięcego. W przypadku członkiń spółdzielni „50+”, których szanse na rynku pracy ograniczają dodatkowo wiek oraz płeć, ważną motywacją do założenia kooperatywy była stosunkowo niewielka liczba przepracowanych lat w związku z perturbacjami wywołanymi chorobą. Podjęcie przez nie pracy wydłuża emerytalny okres składkowy i daje lepsze zabezpieczenie na przyszłość.

Sobie i innym

Spółdzielnie socjalne mają misję społeczną, tak jak stowarzyszenia i fundacje, a jednocześnie są podmiotami biznesowymi. Ta dwoistość daje ciekawe możliwości poprawiania jakości życia osób, dla których zostały powołane – zauważa Paweł Bogdała.

Szczególnie dobry przykład stanowi tutaj „50+”. – Jedna osoba to mało, a w kupie jest siła – podkreśla z przekonaniem prezes Skorupka. Spółdzielczyniom udało się m.in. zorganizować turnus rehabilitacyjny, z którego skorzystały także inne kobiety po mastektomii. Z kolei dzięki udanemu startowi w miejskim konkursie na organizację czasu wolnego osób w wieku 55+ członkinie kooperatywy oraz ich sąsiadki z osiedla Karwiny mogą uczęszczać na zajęcia fitness, których cena i intensywność są dopasowane do ich możliwości. Podobnie dzięki uczestnictwu „Nowego Horyzontu” w jednym z unijnych projektów cieszyńscy spółdzielcy mają stały dostęp do prawnika i psychologa, na których usługi na rynku komercyjnym nie byłoby ich stać. Samoorganizacja w formie spółdzielni ułatwia także realizowanie pasji. – Wspólnie jeździmy na zawody sportowe i mamy sporo sukcesów na koncie – nie kryje dumy wiceprezes SzRON-u.

Spółdzielczość to wreszcie możliwość samorealizacji poprzez działania na rzecz innych. I tak SzRON stał się nieformalnym pośrednikiem pracy. – Nie chcemy wyręczać urzędników, ale często przychodzą do nas ludzie poszukujący zatrudnienia, szczególnie niepełnosprawni. Nie mamy tyle pracy, by dać ją wszystkim, ale często wiemy, kto szuka pracowników, co umożliwia nam skomunikowanie zainteresowanych – opowiada p. Iwona. Spółdzielcy z Odrzańskiej Spółdzielni Socjalnej z Krosna Odrzańskiego (woj. lubuskie) aktywnie współpracują z miejscowymi stowarzyszeniami, razem organizując szkolenia i warsztaty, zaś kooperatyści z „Republiki Marzeń” społecznie wspomagają przedszkole dla niepełnosprawnych, m.in. organizując imprezy okolicznościowe. – Te dzieci widzą, że jesteśmy do nich podobni, a mimo to pracujemy i funkcjonujemy jak każdy inny. To im pokazuje, że kiedy dorosną, też będą mogły normalnie żyć – przekonuje p. Angelika.

„Republika Marzeń” uzyskała dofinansowanie na warsztaty fotograficzne dla niepełnosprawnych umysłowo, ale już ogólnopolski konkurs poetycki zamierza animować „o własnych siłach”. – Naszym celem jest promocja sztuki osób niepełnosprawnych – podkreśla P. Łysiak. – Znam wiele niesamowicie zdolnych osób, które swoje prace chowały do szuflady, wstydziły się.

Więcej niż praca

Dla niepełnosprawnych praca ma jeszcze większe znaczenie psychologiczne niż dla zdrowych. – Pozwala przełamać nawyk siedzenia w domu, w najlepszym razie w towarzystwie najbliższych. Wielokrotnie widziałam osoby mające problem w kontakcie z ludźmi, cierpiące na silne natręctwa. Dzięki pracy udawało im się przełamać ograniczenia, a nawet zmniejszyć wiele objawów chorobowych, a w konsekwencji poprawić codzienne funkcjonowanie i zwiększyć samodzielność – mówi Beata Kurczewska z łódzkiego Towarzystwa Przyjaciół Niepełnosprawnych. Przy jego wsparciu powstała Spółdzielnia Socjalna „Ksero Zawisza”, zrzeszająca osoby mające problemy ze zdrowiem psychicznym. Spostrzeżenia psycholożki podziela p. Grażyna: Gdybyśmy nie założyły spółdzielni, to, tłumacząc się chorobą, mogłybyśmy do godziny 13?:?00 chodzić w szlafroku, bo to mnie boli, tamto mnie boli… Odkąd podjęłyśmy pracę, nie mamy takiej możliwości i już nic nas nie boli.

To, że w spółdzielniach osób niepełnosprawnych zazwyczaj pracują również osoby zdrowe, sprzyja integracji społecznej. – Po paru miesiącach zaobserwowaliśmy, że wszyscy traktują się partnersko i z szacunkiem – wspomina psycholog. – Dla osób z dysfunkcjami ważne jest samo wyjście z domu, praca i kontakt z innymi osobami – potwierdza p. Tomasz, opowiadając, jak między pracownikami rodzą się przyjaźnie, które owocują świetną atmosferą w spółdzielni.

Panie z „50+” nieustannie podkreślają, że dzięki swojej działalności miały okazję poznać tyle wspaniałych osób z całej Polski. Co więcej, praca opiekunek pozwala im częściowo zaspokoić potrzeby rodzinne. – Jesteśmy w takim wieku, że część z nas straciła już rodziców. Jak się ma 60 lat, to fajnie jest, kiedy pani mająca 80 nas przytuli – mówi p. Grażyna.

Również liderka „Otwartych” przekonuje, że spółdzielnia to dla jej podopiecznych nie tylko miejsce pracy. – To możliwość urzeczywistnienia swoich pasji. Tym, co do tej pory robili „po kątach”, mogą się obecnie zajmować zawodowo, a efekty ich pracy są widoczne. Na dodatek dają coś innym, co jest dla nich bardzo ważne.

Dotknąć zarządzania

Spółdzielcze ideały zakładają partycypację w zarządzaniu wspólnym przedsięwzięciem. Z kooperatywami niepełnosprawnych, zwłaszcza zakładanymi przez osoby prawne, bywa nieco inaczej. Bardzo często pracują w nich osoby, które nie są w stanie kierować nawet własnymi losami. „Ideowe” spółdzielnie dokładają jednak starań, by na miarę ograniczeń wszyscy pracownicy brali współodpowiedzialność za siebie oraz firmę.Chcemy, aby każdy, kto jest do tego zdolny, „dotknął” zarządzania. Dlatego niemal wszyscy nasi pracownicy rotacyjnie pełnią funkcje kierowników, np. kuchni czy zaopatrzenia. I to działa: kiedy mnie ani Agnieszki nie ma, a często wyjeżdżamy, wszystko tutaj funkcjonuje normalnie – cieszy się prezes OPOKI, Agata Swędzioł.

Umiejętne włączanie pracowników w życie spółdzielni przekłada się na jej sukces. – Na początku byliśmy „my” i „oni”; każde pięć minut dłużej było przez pracowników liczone do nadgodzin. Dziś mówią: nasza OPOKA, a odkąd zaciągnęliśmy kredyt, pracują jeszcze ciężej, by go spłacić. Poczuli, że OPOKA należy do nich, że są jej częścią – mówi p. Agnieszka.

Mury i bariery

Kluczewska spółdzielnia podjęła starania o utworzenie zakładu aktywizacji zawodowej – miejsca, w którym niepełnosprawni przechodziliby rehabilitację zawodową i społeczną. Zgodnie z prawem ZAZ-y mogą być zakładane przez gminy, powiaty, fundacje, stowarzyszenia i inne organizacje społeczne. Początkowo urzędnicy uznali OPOKĘ za zwykłą firmę i odmówili zgody na prowadzenie ZAZ-u; pokazuje to, jakim problemem bywa niezrozumienie idei przedsiębiorczości społecznej, spotykane nawet na wysokich szczeblach administracji. Szefowe spółdzielni nie złożyły jednak broni i zaczęły lobbować u wojewody oraz w samorządzie województwa. Efekt: od 15 czerwca 2012 r. przy OPOCE działa zakład aktywizacji.

Z kolei bariery, jakie napotkał SzRON, miały przede wszystkim charakter mentalny. – Komendant chciał, by monitoring obsługiwali emerytowani policjanci. Nie wyobrażał sobie, jak to będzie, kiedy do komendy wjadą osoby na wózkach, obawiał się ponadto wycieku informacji, które nie powinny wyjść poza jej mury. Po dłuższym „przeciąganiu liny” zaprosiliśmy go na kawę. Po rozmowie lody puściły – relacjonuje I. Kowalewska.

Sporo spółdzielni narzeka na powiatowe urzędy pracy. – Chcieliśmy nawiązać współpracę i wysłać niepełnosprawnych na szkolenia, po których mieliby rzeczywiste szanse na zatrudnienie na otwartym rynku. Niestety, urząd woli trzymać ich u siebie, aby w kółko organizować nieprzydatne szkolenia, dzięki czemu może pobierać pieniądze na aktywizację wykluczonych z rynku pracy – mówi wiceszefowa SzRON-u. – PUP-y mogą dawać pieniądze na tworzenie w spółdzielniach miejsc pracy dla niepełnosprawnych; mogą, ale nie muszą. I nie dają: żadna znana mi spółdzielnia socjalna nie otrzymała takich środków.

O wszelkich trudnościach spółdzielcy na ogół mówią niechętnie. Wolą koncentrować się na osiągnięciach. – Jeśli jest dobry zespół, można przejść przez wszystkie problemy – deklaruje p. Justyna Kiwert, prezes Odrzańskiej Spółdzielni Socjalnej. – Wiele osób, które były u nas na wizytach studyjnych, przekonało się, że to możliwe. Z większością mamy żywy kontakt, dzięki czemu wiemy, że im też się udało – mówi z dumą Grażyna Skorupka.

Konrad Malec

współpraca Michał Sobczyk

Tekst jest skróconą i zaktualizowaną wersją rozdziału książki „Spółdzielnia socjalna osób niepełnosprawnych. Poradnik”, wyd. Krajowy Związek Spółdzielni Inwalidów i Spółdzielni Niewidomych, 2011.

Związki pracujących inaczej

Media głównego nurtu przedstawiają związki zawodowe jako organizacje, które reprezentują tylko niewielką część klasy pracującej: czterdziestoletnich mężczyzn zatrudnionych na umowę o pracę, ubranych w koszule z niebieskimi kołnierzykami. Choć etatowi pracownicy fizyczni stanowią grupę społeczną, w której poziom uzwiązkowienia jest relatywnie wysoki, to związki zawodowe rozwijają się również w branżach nieznających fordowskiego reżimu produkcji.

Przynajmniej od lat 20. XX wieku do związków wstępowały osoby zatrudnione niestandardowo – byli wśród nich także pracownicy z „szarej strefy”. Dzisiaj ta tendencja się wzmaga. Związkowcami stają się zarówno przedstawiciele nowych kategorii pracujących, które wyłoniły się wraz z nadejściem zglobalizowanego systemu produkcji, jak i osoby zatrudnione dotychczas w obrębie nieoficjalnego sektora gospodarki. Związki zawodowe, które dążą do tego, by reprezentować i walczyć o prawa wszystkich pracujących, rozszerzają zakres działalności, tym samym zachęcając do wstąpienia w ich szeregi osoby zatrudnione na umowach cywilnoprawnych, „nielegalnych” pracowników, kobiety, ludzi młodych i imigrantów.

Związki w czasach postfordyzmu

Ostatnie dekady to okres kryzysu związków zawodowych. Tracą zdolność do reprezentowania klasy pracowniczej, pogarsza się ich pozycja negocjacyjna. Najlepszą miarą siły i pozycji tych organizacji jest poziom uzwiązkowienia, czyli stosunek liczby faktycznych członków do potencjalnych. W zdecydowanej większości państw należących do OECD i Unii Europejskiej doszło do znaczącego spadku tego wskaźnika. W stosunku do złotego okresu w latach 60. poziom uzwiązkowienia zmalał w niektórych przypadkach nawet kilkakrotnie. Na przykład w Portugalii między 1978 a 2010 rokiem wskaźnik ten spadł z 61 do 19 proc. Negatywna tendencja dotknęła jednak przede wszystkim kraje byłego bloku wschodniego. W większości z nich gęstość uzwiązkowienia na początku lat 90. oscylowała w przedziale 70–80 proc., by w wyniku przemian gospodarczych spaść do poziomu kilkunastu, maksymalnie dwudziestu paru procent, co plasuje cały region na szarym końcu europejskiej stawki (wyjątkami są tylko Rumunia i Słowenia). Polska niestety jest jednym z państw, które wiodą prym w tej niechlubnej klasyfikacji, odnotowując spadek poziomu uzwiązkowienia z 55 proc. w 1989 r. do 15 proc. w roku 2010.

Głównymi przyczynami tego negatywnego trendu były w krajach Zachodu zmiany gospodarcze, dokonujące się latach 70. i 80. XX wieku. Coraz większego znaczenia nabierał sektor prywatny, jednocześnie w wyniku neoliberalnej polityki kurczył się sektor publiczny, w którym zwykle poziom uzwiązkowienia jest najwyższy. Swoje zrobiły także przemiany strukturalne – trudniej zorganizować się w małych firmach niż w wielkich halach produkcyjnych, typowych dla gospodarek powojennych. Co więcej, procesy globalizacyjne i restrukturyzacja zakładów pracy w latach 80., która miała pozwolić przedsiębiorstwom na szybsze reagowanie na fluktuacje i kryzysy, przyczyniły się do spadku stabilności pracy i upowszechnienia nowych norm zatrudnienia. Jednocześnie na zachodnich rynkach pracy pojawiało się coraz więcej kobiet, które wcześniej wykonywały nieodpłatną pracę w domu lub pracowały tylko na część etatu. Wraz z rozwojem usług i specjalistycznych technologii przybywało wysoko wyspecjalizowanych pracowników i freelancerów, którzy nie identyfikowali się z robotnikami.

Wszystkie te zjawiska odbiły się negatywnie na kondycji związków zawodowych, ponieważ etatowi pracownicy wielkich przedsiębiorstw stanowili trzon tych organizacji. Na niskie uzwiązkowienie w naszym kraju niewątpliwie wpływa fakt, że około 80 proc. aktywnych zawodowo Polaków pracuje w mikroprzedsiębiorstwach, które zatrudniają mniej niż 10 pracowników – tymczasem jest to minimalna liczba osób potrzebnych do założenia związku zawodowego.

Na zachodzie Europy potrzeba rewitalizacji związków zawodowych została zauważona i wyartykułowana już w połowie lat 90. Wówczas działacze, politycy i publicyści zwrócili uwagę, że związki muszą przedefiniować tożsamość i zmienić formy działalności, aby niekorzystne trendy ekonomiczne obrócić na swoją korzyść i przyciągnąć nowe kategorie pracujących. Organizacje pracownicze wraz ze zmierzchem fordyzmu nie stały się bowiem zbędne. Przeciwnie, osoby pracujące, lecz pozbawione praw i zabezpieczeń socjalnych, potrzebują reprezentacji jeszcze bardziej niż pracownicy chronieni stosunkiem pracy. Zmieniająca się rzeczywistość ekonomiczna postawiła więc przed związkami zawodowymi, których celem jest walka o cały świat pracy, nowe wyzwania, ale jednocześnie dała im szansę na powiększenie szeregów, jeśli tylko potrafią odpowiedzieć na potrzeby nowych pracujących.

Razem na odległość

W niektórych krajach Europy Zachodniej związki zawodowe już w latach 90. XX wieku zmieniły strategie, aby zdobyć poparcie nowych kategorii pracujących. W Szwecji w 1996 r. władze SIF (Svenska Industritjänstemannaförbundet – Szwedzki Związek Pracowników Przemysłu) rozpoczęły debatę nad włączeniem osób samozatrudnionych w szeregi organizacji. Zwolennicy takiego rozwiązania argumentowali, że to naturalna reakcja na zachodzące zmiany, których wynikiem był wzrost liczby „kontrahentów”. W 1998 r. SIF otworzył się na nowych członków i do 2003 r. wstąpiło do niego ok. 2100 samozatrudnionych.

Związek zawodowy, starając się dotrzeć do tych rozproszonych grup, nie obawia się sięgać po nowoczesne techniki marketingowe. SIF prowadzi na przykład kampanie telefoniczne, próbując pozyskać kolejnych członków podczas rozmowy telefonicznej. W czasie rozmów związkowcy oferują potencjalnym członkom m.in. świadczenia prawne. SIF każdemu samozatrudnionemu członkowi zapewnia w ciągu roku do dziesięciu godzin indywidualnych konsultacji w zakresie prawa biznesowego i kontraktowego. Efektywność tej metody rekrutacji jest dość duża: od 5 do 8 proc. osób, z którymi SIF prowadził rozmowy telefoniczne, przyłączyło się do związku. Dla porównania: w komercyjnych działach sprzedaży skuteczność w telefonicznym pozyskiwaniu nowych klientów uznaje się za wysoką już na poziomie 3 proc.

W Holandii w 1999 r. podobne działania zainicjowała FNV Bondgenoten (Federatie Nederlandse Vakbeweging Bondgenoten – Holenderska Federacja Związków Zawodowych „Sojusznik”), przyjmując na okres próbny samozatrudnionych przewoźników. Chcąc uniknąć potencjalnych konfliktów między „etatowymi” członkami a domniemanymi przedsiębiorcami oraz rozłamu wewnątrz związku, władze federacji zdecydowały się powołać osobną, ale blisko współpracującą ze związkiem-matką strukturę, która zrzesza wyłącznie samozatrudnionych – FNV Zelfstandige Bondgenoten. Podobnie jak SIF, nowo powstała organizacja rozpoczęła kampanie mailingowe i telefoniczne, dzięki którym zdobywała rocznie średnio 2000 nowych członków.

Obecnie nietypowe związki zawodowe w Holandii rozwijają się szybciej niż tradycyjne, których baza stopniowo się kurczy. Kluczem do sukcesu federacji były pakiety nowych usług, stworzonych z myślą o samozatrudnionych. Holenderscy samozatrudnieni nie mogą brać udziału w zbiorowych negocjacjach płacowych, gdyż w świetle prawa stanowiłoby to zmowę cenową. Dlatego FNV Zelfstandige Bondgenoten stworzyła ze składek członkowskich specjalne fundusze, z którego pokrywana jest pomoc prawna i socjalna. Związkowcy mogą liczyć na wsparcie prawników w sprawach dotyczących podatków i nieuregulowanych wynagrodzeń, a także podczas rozpraw sądowych. Ponadto związek uprawnia samozatrudnionych do korzystania z funduszu emerytalnego. Pakiet usług okazał się zachęcający, a w ramach FNV zaczęły wyłaniać się kolejne związki zawodowe dla „przedsiębiorców”. W 2007 r. skupiały one łącznie 25 000 członków. Za przykładem FNV poszły kolejne organizacje – AVV (Alternatief voor Vakbond – Alternatywny Związek Zawodowy) i CNV (Christelijk Nationaal Vakverbond – Narodowa Federacja Chrześcijańskich Związków Zawodowych). Oferują one nowym członkom po preferencyjnych cenach m.in. ubezpieczenia od chorób i niezdolności do pracy.

Korzyści płynące ze wstąpienia do związków zawodowych doceniają również freelancerzy. We Francji w 2002 r. organizacja CFDT-Cadres (Confédération Française Démocratique du Travail Cadres – Francuska Demokratyczna Konfederacja Pracy „Kadra”) stworzyła Réseau des Professionnels Autonomes. Jest to sieć zrzeszająca menedżerów i wysoko wykwalifikowanych specjalistów, m.in. grafików, doradców, designerów, programistów i dziennikarzy. Jej członkowie mogą w ramach składek korzystać z profesjonalnych informacji i pomocy prawnej, a za dodatkową opłatą uzyskują uprawnienia do funduszu emerytalnego oraz ubezpieczenie zdrowotne. Związek stworzył też stronę internetową, która skupia geograficznie rozproszoną społeczność.

CFDT-Cadres nie jest zresztą jedyną strukturą, która do zorganizowania freelancerów korzysta z możliwości internetu. W Danii na przykład funkcjonuje „wirtualny” związek zawodowy – HK (Handels- og Kontorfunktionarernes Forbund – Związek Handlowców i Pracowników Biurowych). Prowadzona przez organizację strona www.freelance.dk oferuje indywidualną pomoc. Witryny mogą używać również zwykłe osoby, przedstawiając swoje oferty współpracy. Z tej publicznej przestrzeni na stronie internetowej korzysta również związek, który na podstawie zebranych informacji tworzy bazę potencjalnych członków.

Jeszcze ciekawszy przykład wykorzystania nowoczesnych technologii to inicjatywa powstała w Niemczech. Ver.di (Vereinte Dienstleistungsgewerkschaft – Zjednoczony Związek Pracowników Usług) – największy związek zawodowy u naszych zachodnich sąsiadów – stworzył uzupełniające się call center i stronę internetową. Dzięki nim pracownicy branży medialnej, w tym wolni strzelcy, korzystają z usługi nazwanej Mediafonem. Umożliwia ona freelancerom, również tym niezrzeszonym, konsultowanie skomplikowanych zagadnień prawnych z doświadczonymi doradcami. Około 15 proc. wszystkich nieuzwiązkowionych użytkowników usługi przyłącza się do ver.di. Przy okazji Mediafon spełnia rolę systemu wczesnego ostrzegania – dzięki niemu związek na bieżąco monitoruje problemy na rynku pracy i zdobywa wiedzę potrzebną do ich rozwiązywania.

Jak duże jest zapotrzebowanie samozatrudnionych na nowe formy świadczeń, pokazuje kontrowersyjna inicjatywa Finansforbundet – Związku Zawodowego Pracowników Sektora Finansowego w Norwegii. W 2002 r. stworzył on Rom, organizację wspierającą prawników i samozatrudnionych, którzy zajmują się szeroko rozumianym kapitałem ludzkim. Rom działa podobnie do innych nietypowych związków zawodowych, służąc poradą prawną i oferując preferencyjne ubezpieczenia zdrowotne. Oprócz tego organizuje projekty szkoleń i tworzy sieć mentorów i trenerów – z ich usług członkowie Rom mogą korzystać w czasie indywidualnych sesji. Jednak Rom nie jest strukturą związkową. Działania organizacji, funkcjonującej oficjalnie non-profit, przypominają płatny serwis, a jej członkowie – raczej klientów-subskrybentów niż tradycyjnych związkowców, gdyż dołączenie do Rom nie pociąga za sobą żadnych dodatkowych zobowiązań. Norweski przykład może stanowić przestrogę: jeśli związki zawodowe nie zwrócą się w stronę nowych kategorii pracujących, wówczas zrobią to komercyjne podmioty, co w przyszłości może osłabić cały ruch pracowniczy.

… i że cię nie opuszczę aż do wyjazdu

W nieco inny sposób związki zawodowe starają się pozyskiwać osoby zatrudnione na umowy na czas określony oraz przez agencje pośrednictwa pracy. W czasie zbiorowych negocjacji organizacje z różnych krajów zaczęły upominać się o prawa również tych grup pracowniczych, postulując podniesienie im płac. W ten sposób pokazywały, że na zbiorowych sporach z pracodawcami zyskują nie tylko pracownicy zatrudnieni na czas nieokreślony.

Tę strategię szczególnie rozwinęły łotewskie związki zawodowe, które w obronie praw pracowników tymczasowych dążyły do zmiany krajowej polityki i objęcia ich systemem zabezpieczeń socjalnych. W tym celu starały się one o rozpisanie referendum, które miało wprowadzić odpowiednie poprawki do konstytucji. Podobne działania podejmowały także niemieckie i hiszpańskie związki zawodowe, starając się, by problemy pracowników tymczasowych stały się istotnym zagadnieniem debat publicznych, a w dalszej perspektywie – nowych regulacji prawnych.

Popularną metodą podnoszenia świadomości społecznej są nie tylko protesty i działania polityczne, ale także konsekwentnie prowadzone kampanie społeczne. Dobrym przykładem takich przedsięwzięć jest inicjatywa IG Metall (Industriegewerkschaft Metall – Niemiecki Związek Pracowników Branży Metalurgicznej), który w swoich kampaniach nawoływał do wyrównania płac pracowników tymczasowych i stałych. Związki zawodowe liczą też na to, że uwzględnianie interesów i praw „atypowych” pracowników w czasie zbiorowych negocjacji lub okazyjnych przedsięwzięć pośrednio przyczyni się do napływu nowych członków, rekrutujących się z zaniedbanych grup klasy pracującej.

Mówiąc o pracy tymczasowej, nie należy zapominać o wyjątkowym położeniu imigrantów, którzy na obczyźnie wykonują gros sezonowych zajęć i są przedmiotem szczególnego zainteresowania agencji pracy. Rekrutacja członków tej grupy wymaga od związków zawodowych wytężonego wysiłku, gdyż imigranci często nie znają krajowego prawa, nie potrafią posługiwać się miejscowym językiem i nie wiedzą, gdzie mogą zgłaszać się po pomoc. Izolacja obcokrajowców jest czasami tak duża, że tworzą oni enklawy funkcjonujące na marginesie społeczeństwa. Często cudzoziemcy nie widzą też potrzeby zrzeszania się, wychodząc z założenia, że „przyjechali tu przecież na krótko”. Dlatego niektóre związki zawodowe, chcąc zdobyć wśród imigrantów nowych sojuszników, blisko współpracują z instytucjami i organizacjami pozarządowymi, które pomagają cudzoziemcom. Taką strategię obrali działacze m.in. z Grecji, Malty, Włoch i Norwegii. Funkcjonujące w tych państwach organizacje pozarządowe zachęcają imigrantów do wstępowania do związków i pomagają w przeprowadzaniu kampanii społecznych.

Na rekrutacji związków zawodowych korzystają zarówno „goście”, jak i „gospodarze”. W lipcu 2012 r. media donosiły o polskich budowlańcach w Danii, którzy za wykonaną pracę nie otrzymali od pracodawców w sumie około 760 tys. złotych. Pieniądze pomógł im odzyskać duński związek zawodowy 3F, który zorganizował protesty. Należy dodać, że 3F prowadzi polskojęzyczną wersję swojej strony internetowej oraz infolinię „Halo, Kolego”. Angażowanie imigrantów w aktywność związkową chroni lokalne rynki pracy przed nagłym spadkiem płac, który odbiłby się negatywnie przede wszystkim na miejscowych pracownikach. Otwarcie granic stworzyło zachodnioeuropejskim firmom szansę podniesienia konkurencyjności poprzez zmniejszenie kosztów pracy – wystarczyło sprowadzić tanią siłę roboczą z Europy Środkowo-Wschodniej. Związki zawodowe, dbając, by miejscowi i obcokrajowcy otrzymywali równe wynagrodzenia, nie pozwalają przedsiębiorcom brać udziału w „wyścigu na dno”.

Poszukiwany atrakcyjny pracodawca

Bardzo ciekawa jest inna tendencja. Niektóre związki przedefiniowały swoją rolę i przekształciły się w agencje pośrednictwa pracy. Z tą jednak różnicą, że nie poszukują taniej siły roboczej, lecz pracodawców, którzy zatrudnią związkowców. Tego rodzaju inicjatywy powoli rozprzestrzeniają się po całym świecie, obejmując bardzo zróżnicowane obszary gospodarki i grupy pracownicze.

Australijski związek zawodowy APESMA oprócz zwykłych pracowników zrzesza wolnych strzelców – inżynierów, naukowców i menedżerów. Podobnie jak inne związki dla freelancerów, APESMA zapewnia swoim członkom dostęp do niedrogich, dodatkowych ubezpieczeń. Te świadczenia przyciągnęły wielu samozatrudnionych, którzy w pewnym momencie zaczęli stanowić większość członków organizacji. Skłoniło to władze związku do stworzenia osobnego działu rekrutacji – ETM Recruitment – szukającego firm, które chcą zatrudnić nowych pracowników lub zlecić wykonanie usługi. Pośrednictwo związku zawodowego stanowi gwarancję, że warunki pracy i zawieranych umów są znacznie korzystniejsze niż w przypadku tradycyjnego outsourcingu.

APESMA działa w sferze rynku pracy, który oferuje pracującym zwykle dobre warunki. Jednak większość związkowych agencji pracy wspomaga osoby znajdujące się w nieporównywalnie gorszym położeniu, np. pracowników domowych – gosposie, sprzątaczki, opiekunów, szoferów czy ogrodników. Międzynarodowa Organizacja Pracy ocenia, że na całym świecie jest około 100 milionów pracowników domowych, w zdecydowanej większości (83 proc.) kobiet, przy czym tylko połowa zatrudniona legalnie i często na podstawie umów o dzieło lub umów zleceń, które nie dają gwarancji socjalnych. Jest to bardzo liczna grupa, stanowiąca w krajach rozwijających od 4 do 12 proc. wszystkich pracowników, która dotychczas w zasadzie nie była reprezentowana przez związki.

Pozostawieni sami sobie pracownicy tej branży często spotykają się z barbarzyńskim traktowaniem. Anna Kordasiewicz, socjolożka zajmująca się tematem pomocy domowej w Polsce i Włoszech, zauważa, że niektórzy pracodawcy nie rozumieją na przykład, iż osobom, które opiekują się chorymi, należą się urlopy oraz przynajmniej jeden dzień w tygodniu wolny od pracy. Ponadto pracownikom domowym nagminnie nie wypłaca się rekompensaty za odwołane godziny pracy. Trudności z wyegzekwowaniem swoich praw mają szczególnie imigranci i nielegalni pracownicy, którzy stanowią znaczny odsetek domowego personelu.

Naprzeciw potrzebom tej specyficznej grupy zawodowej zaczęły wychodzić już niektóre związki zawodowe w Europie. Najciekawszy projekt jest dziełem już wspomnianej holenderskiej federacji związków zawodowych FNV, prowadzącej od 2010 r. kampanię mająca na celu zjednoczenie pracodawców zatrudniających pomoc domową. Dzięki tej inicjatywie wiele osób pracujących w branży wydostaje się z szarej strefy, otrzymuje godne wynagrodzenia i świadczenia socjalne. Działania FNV przynoszą korzyści również pracodawcom. Na przykład gdy zatrudniana przez nich pomoc domowa zachoruje, to mogą liczyć na zastępstwo zorganizowane przez związek. Prawdopodobnie holenderski projekt doczeka się niedługo naśladowców, dzięki działaniom MOP, która rok temu przyjęła konwencję dotyczącą godnej pracy osób zatrudnionych w gospodarstwach domowych. Dokument stawia pomoc domową na równi z innymi zawodami i domaga się, by przyznać pracownikom tej branży wszystkie prerogatywy wynikające z Kodeksu pracy, łącznie z prawem do zrzeszania się i zakładania związków zawodowych.

Czymże jest związek bez młodości?

Zmiany zachodzące w ostatnich dekadach – feminizacja rynku pracy, zmierzch fordowskiego systemu produkcji, globalizacja, dominacja sektora prywatnego – przyczyniły się do znacznego osłabienia związków zawodowych w krajach Zachodu. Nie znaczy to jednak, że obserwujemy zmierzch ruchu związkowego, który zostanie trwale zmarginalizowany. Powodzenie niektórych inicjatyw może napawać umiarkowanym optymizmem – najbardziej innowacyjne projekty na przekór dominującej tendencji przyciągają do organizacji wielu nowych członków.

Ani wiek, ani płeć nie są przyczynami niskiej aktywności związkowej. Większe znaczenie ma na przykład zatrudnienie w niewielkiej firmie czy praca w oparciu o umowę cywilnoprawną. Coroczne raporty „8 March Survey” pokazują, że stopień uzwiązkowienia ma niewiele wspólnego z płcią pracowników, lecz zależy głównie od branży. Co więcej, z przywoływanych badań wynika, że w wielu europejskich krajach udział kobiet w związkach zawodowych wzrasta, mimo ogólnego spadku liczby członków. Podobnie zaskakujące wnioski można sformułować wobec młodych osób, które w powszechnej opinii uchodzą za indywidualistów nieangażujących się społecznie. Młodzież chętnie wstępuje do związków zawodowych tam, gdzie posiadają one obowiązek dystrybuowania funduszy na pomoc socjalną (tzw. system Ghent) – na przykład w Belgii stopień uzwiązkowienia najmłodszych pracowników nie różni się od krajowej średniej.

Jak podają Julia Kubisa i Piotr Ostrowski, socjologowie zajmujący się związkami zawodowymi, w Polsce do związków należy bardzo niewielki odsetek młodych ludzi (w przedziale wiekowym 18–24 lata – 0,4 proc.; 25–34 lata – 8 proc.), gdyż niemal w ogóle nie istnieją one w sektorze prywatnym, w którym osoby wchodzące na rynek pracy zwykle znajdują zatrudnienie. Poważne przeszkody stawia przed młodzieżą również państwo, które nie przestrzega konwencji Międzynarodowej Organizacji Pracy dotyczących prawa do zrzeszania się w związkach zawodowych. Nasze krajowe ustawodawstwo, odbierając samozatrudnionym i osobom pracującym na umowach cywilnoprawnych możliwość zakładania związków i wstępowania w ich szeregi, stoi w sprzeczności z ratyfikowanymi międzynarodowymi regulacjami. W ten sposób państwo nielegalnie pozbawia praw pracowniczych 60 proc. młodych Polaków, zatrudnionych w oparciu o umowy cywilnoprawne. Jednocześnie badania przeprowadzone przez CBOS w lutym 2012 r. pokazują, że spośród wszystkich grup wiekowych to właśnie młodzież wyraża największe poparcie dla związków zawodowych.

Badania i sukcesy innowacyjnych inicjatyw świadczą, że istnieją spore szanse na odnowienie siły związków zawodowych i zaangażowanie w ich działalność kolejnych pokoleń wchodzących na rynek pracy. Związki zawodowe muszą jednak przystosować swoje strategie do kształtu nowej gospodarki, aby odpowiedzieć na potrzeby nowych kategorii pracujących. Miejmy więc nadzieję, że nietypowe organizacje spowszednieją w niedługiej przyszłości i zaczną reprezentować prawa i interesy nowej klasy pracującej.

Uwaga na jednorękich ekonomistów!

Jaki jest przeciętny poziom wiedzy ekonomicznej Polaków?

Elżbieta Mączyńska: Niestety kiepski. Jednak życie coraz częściej zmusza nas, by zacząć interesować się ekonomią. Niekiedy odbywa się to bardzo boleśnie: wiele osób straciło na giełdzie, zaciągnęło kredyty, z którymi sobie teraz nie mogą poradzić, albo powierzyło pieniądze funduszom inwestycyjnym i nie uzyskało spodziewanych zysków. Uczenie się poprzez takie „ekonomiczne kopniaki” zamiast na błędach innych ma swoje źródło jeszcze w poprzednim ustroju. Gdy nie było gospodarki rynkowej, lecz nakazowa, zwykli obywatele czuli się zwolnieni z głębszych rozważań na temat sensu ekonomicznego poszczególnych rozwiązań i decyzji. Problematyka ta była również zaniedbywana w programach kształcenia, co jest problemem także dziś.

Niedoścignionym na razie wzorem może być dla nas system edukacyjny w Niemczech. Już na szczeblu nauczania początkowego zamiast „Ala ma Asa” uczy się dzieci „Ala miała 2 euro i kupiła zabawkę”. Następnie maluchy dyskutują na temat gospodarowania budżetem domowym, a przy okazji tych prostych lekcji przemyca się bardzo poważne kategorie ekonomiczne. Na wyższych szczeblach kształcenia bardzo dużo miejsca zajmuje tematyka gospodarcza, wykładana w ramach innych przedmiotów, np. kiedy młodzież uczy się angielskiego, przekazuje się jej informacje ekonomiczne na temat różnych krajów w języku angielskim. Podczas nauki o procentach matematyk wyjaśnia, co to znaczy oprocentowanie konta, jak można oszczędzać itp. To dość proste metody, jednak dzięki nim Niemcy lepiej rozumieją powiązania między ekonomią a innymi sferami rzeczywistości.

Oczywiście nie twierdzę, że każdy musi być wielkim znawcą ekonomii, ale jej elementarz powinni znać wszyscy. Jeśli jest inaczej, to znaczy, że system edukacyjny zawodzi. Nieprawidłowości jest tutaj mnóstwo, np. prawnicy otrzymują podczas studiów za mało wiedzy ekonomicznej.

Wiedzę i opinie Polaków na tematy ekonomiczne kształtuje nie tylko szkoła, ale przede wszystkim media.

Prowadzono badania, ile przeciętny obywatel rozumie z informacji przekazywanych w telewizji. Okazało się, że bardzo niewielki procent. Dużo w tym winy samych mediów.

Ktoś, kto zdaje sobie sprawę z własnych niedostatków wiedzy ekonomicznej, nadal może być świetnym dziennikarzem, bo będzie ciągle zadawał pytania. Tymczasem większość dziennikarzy, gdy im jakiś ekspert powie „tu nastąpiło przelewarowanie”, mówi „aha” i nikt nie wie, o co chodzi – choć to dość proste do wyjaśnienia. Myślę, że boją się zadawać pytania, mając świadomość swojej niewiedzy, a to błąd. Powinni jak najczęściej stawać po stronie widza, który może nic nie rozumieć z tego żargonu. Rolą mediów jest informować ogół społeczeństwa, nie tylko ekonomistów. Ekonomista będzie szukał informacji w swoich, profesjonalnych źródłach, a tu chodzi o to, żeby podać je w sposób prawidłowy, ale prosty. Oczywiście są obszary bardzo złożone, jak modelowanie matematyczne, ale podstawy ekonomii można wyjaśnić tak, że przeciętny obywatel je rozumie.

Czytając lub słuchając niektórych dziennikarzy można wręcz odnieść wrażenie, że nie ma nic prostszego niż zarządzanie gospodarką. Przykładowo, jeśli coś ma być efektywne, wystarczy to sprywatyzować.

Tylko w filmach mamy czarny i biały charakter. Ekonomia to nie western. Czy obniżenie podatków jest dobre? Każdy, kto je płaci, powie, że tak. Z drugiej strony, czy wysoki poziom nauki, oświaty, służby zdrowia leży w polu naszego zainteresowania? No tak. W takim razie trzeba wysokich podatków, żeby to wszystko sfinansować. Dlatego nie podoba mi się, gdy dziennikarz przypiera rozmówcę-eksperta do muru, by na jakieś fundamentalne pytanie odpowiedział mu „tak” lub „nie”. W większości przypadków odpowiedź brzmi bowiem „tak, ale pod warunkiem…” lub „nie, chyba że…”.

Jest w języku angielskim taki dowcip. Dyrektor bardzo źle funkcjonującego przedsiębiorstwa zażyczył sobie, żeby umówiono go na rozmowę z doradcą wyspecjalizowanym w wyciąganiu firm z kłopotów. Pyta go, czy zredukować zatrudnienie. – „Z jednej strony (on the one hand) nie potrzeba nam tak wielu pracowników. Z drugiej strony (on the other hand) jeśli część z nich zwolnimy, to mogą pójść do konkurencji, i za chwilę, gdy zwiększy się popyt i będziemy szukali dodatkowych rąk do pracy, najlepszych z nich będzie trudno pozyskać z powrotem” – odpowiada doradca. Następnie dyrektor chce wiedzieć, czy firma ma zainwestować w nowe linie technologiczne. – „Z jednej strony gdy będziemy inwestować, to nam się pogorszy płynność, ale z drugiej strony jeśli nie będziemy inwestować, możemy stracić konkurencyjność”. Po kilku kolejnych odpowiedziach zdenerwowany dyrektor otwiera drzwi do sekretariatu i woła: „Proszę mi tu przysłać jednorękiego ekonomistę!”. Otóż nie ma nic gorszego niż jednoręki ekonomista. Mamy dość jednorękich polityków, którzy ciągle komuś coś obiecują, tylko nie mają drugiej ręki, z której mogliby to dać. Nie należy wierzyć takim obietnicom.

Im niższy poziom wiedzy ekonomicznej w społeczeństwie, tym łatwiej o populizm. Ludzie, którzy wiedzą, jak złożona jest gospodarka, mają świadomość, że nie tak łatwo jednym zabrać, a drugim dodać, albo poprawić sytuację jedną decyzją.

Nie sposób nie zauważyć, że pula ekonomistów, których opinie są nagłaśniane, jest dość ograniczona. Tacy np. eksperci Centrum im. Adama Smitha – wiecznie te same dwie czy trzy osoby – chętnie wypowiadają się w dowolnych kwestiach. Z kolei przedstawiciele stanowiska propaństwowego rzadko otrzymują możliwość publicznej wypowiedzi.

To problem nie tylko mediów, ale w ogóle zdoktrynalizowania dyskusji o gospodarce. Tymczasem w klasycznym liberalizmie Adama Smitha były istotne obszary zarezerwowane dla państwa. Również historia gospodarcza pokazuje, jak ważne jest dostosowywanie rozwiązań ekonomicznych do sytuacji. Bikini nadaje się na plażę, ale nie nadaje się na ulicę, zwłaszcza zimą; tak samo jest z teoriami ekonomicznymi. Gdy w 2008 r. w Stanach Zjednoczonych wybuchł kryzys, w Davos rzucono hasło, że „wszyscy jesteśmy keynesistami”. Teoria Keynesa, do której nagle wrócono po kilku dekadach przerwy, też nie jest idealna (nie ma takiej), natomiast postulowane przez nią pobudzanie produkcji jest dobre w sytuacji, gdy gospodarka „przysypia”. Pobudzanie produkcji, nie banków – Keynes przewraca się w grobie w obliczu tego, co się obecnie dzieje.

Trwającej przez dziesięciolecia dominacji doktryny neoliberalnej towarzyszyło etykietowanie: jeśli nie jesteś liberałem (niesłusznie używano tego pojęcia, gdyż liberalizm ma wiele odmian), to znaczy, że jesteś „beton”, komunista albo przynajmniej etatysta. A jeżeli zastanawiasz się nad sprawiedliwością społeczną, to jesteś utopistą, tak jak o zmarłym niedawno prof. Tadeuszu Kowaliku mówiono, że to świetny człowiek, uczciwy, ale oderwany od rzeczywistości. To jest właśnie etykietowanie zamiast poważnej dyskusji. Gdyby nie to zjawisko, prawdopodobnie Fukuyama nie pozwoliłby sobie na napisanie „Końca historii”, gdzie stwierdza, że forma kapitalizmu bazująca na neoliberalizmie jest najlepszym, ostatecznym modelem społeczno-gospodarczym, i już niczego więcej wymyślać nie trzeba. Jego przypadek pokazuje, jak groźne bywa doktrynalizowanie. Na marginesie: dlaczego kraje skandynawskie nie zostały tak bardzo dotknięte kryzysem finansowym? Bo wcześniej jedynie w niewielkim stopniu poddały się doktrynie neoliberalnej.

Zarówno teoria, jak i system gospodarczy muszą być jak garnitury szyte na miarę, a nie jednakowe dla wszystkich. Każdy kraj ma inną sytuację, inne doświadczenia historyczne i tradycje kulturowe. Chociaż uważam, że system niemiecki jest w miarę rozsądny, pozwalający dostosowywać się do różnych przełomów i zagrożeń w gospodarce, to jednak nie wszystko z niego dałoby się przenieść do Polski. Mentalność Polaka jest bowiem inna niż mentalność Niemca, nawet jeśli globalizacja powoduje, że różnice się zacierają.

Jak ocenia Pani rzetelność argumentów ekonomicznych wykorzystywanych jako uzasadnienia realizowanych polityk publicznych?

Niestety, polityka rządzi się swoimi prawami. Występuje w niej syndrom cyklu wyborczego i bardzo często nawet naukowiec, gdy wchodzi w ten świat, ulega gwałtownej przemianie. Musi podporządkować się partyjnym regułom, wśród których najważniejsza jest walka o wyborcę. W związku z tym bardzo często argumenty populistyczne wypierają merytoryczne. Przykładowo: jeśli powiemy, że trzeba podwyższyć podatki, aby podnieść jakość edukacji, przeciętny obywatel będzie przeciw i zagłosuje na partię, która obieca nic nie zmieniać. Politycy myślą od wyborów do wyborów, a cztery lata to za krótko, żeby móc podejmować decyzje strategiczne i wcielać je w życie. Dlatego tak ważne jest wprowadzenie budżetu zadaniowego. Budżet zadaniowy oznacza, że jeżeli mamy zadanie polegające np. na wybudowaniu autostrady, to żadna następna ekipa nie ma prawa skreślić środków przewidzianych właśnie na ten cel.

W wielu przypadkach politycy kierują się jednak nie tylko kalkulacjami wyborczymi, ale także rachunkiem ekonomicznym. Problem polega na tym, jakiego rodzaju jest to rachunek – krótkoterminowy czy tzw. ciągniony, uwzględniający pełne następstwa danego posunięcia. Tego drugiego przeważnie brakuje. Nagle dowiadujemy się, że minister Rostowski zdecydował o zawieszeniu dopłat do staży dla bezrobotnych. Brakuje bowiem środków w budżecie, a musimy dbać o poziom deficytu, bo zdrowa gospodarka nie może być zanadto zadłużona. Potrzeba oszczędności jest mocnym argumentem, nawet przy zastrzeżeniu, że jesteśmy zadłużeni znacznie mniej niż pozostałe państwa Unii, a zwłaszcza kraje strefy euro. Ale to tak jak w gospodarstwie domowym. Można powiedzieć: „Nie będę w tym roku płacił za angielski moich dzieci, bo nie mam pieniędzy, a nie pożyczę, bo nie chcę się zadłużać”. Tylko że w następnym roku dzieci będą chciały zdawać do szkoły, która wymaga dobrej znajomości angielskiego – i w ten sposób oszczędności zamkną im do niej drogę.

Jeżeli pierwszą rzeczą, z którą zderza się w życiu człowiek kończący studia, jest bezrobocie, oznacza to dla niego stopniową utratę kwalifikacji oraz brak odpowiednich „zapisów w życiorysie”. Wobec tego w przyszłości będzie mu trudniej znaleźć pracę i w ten sposób powstaje błędne koło. Co więcej, z frustracji może popaść w patologie – alkoholizm, narkotyki, działalność przestępczą – lub ucierpieć na zdrowiu, tak się nierzadko dzieje. Budżet będzie wówczas do niego dopłacał, bo będzie finansował jego pobyt w więzieniu lub szpitalu. Jest również bardzo prawdopodobne, że ten człowiek nie weźmie ślubu i nie będzie miał dzieci, co dla finansów publicznych też jest fatalne. Wszystko to będą konsekwencje decyzji o zlikwidowaniu dopłat do staży absolwenckich.

W Stanach Zjednoczonych objęto badaniami dwie ponad stuosobowe grupy dzieci afroamerykańskich. Pierwsza z nich została wytypowana do bardzo solidnej opieki przedszkolnej, przy czym dzieci te nadal mieszkały ze swoimi rodzinami, czasami bardzo źle funkcjonującymi, na pograniczu patologii lub skrajnej biedy. Druga grupa – z tego samego, mówiąc umownie, podwórka – nie została objęta taką formą opieki. Następnie co kilka lat badano dalsze losy dzieci z obu grup. Wyniki były porażające. Osoby zadbane w przedszkolu w większości zdobyły wykształcenie, nie weszły na drogę przestępstwa, ich stan zdrowia był niezły, pozakładały rodziny. Z kolei z tej drugiej grupy mnóstwo osób trafiło do więzienia, przedwcześnie zmarło, ciężko chorowało itd. Inwestycja trwała przez krótki czas, a przyniosła wielokrotny zwrot nakładów…

Jakie są ograniczenia współczesnej teorii ekonomii w wyjaśnianiu świata, w tym w przewidywaniu dalszego rozwoju wydarzeń?

Ekonomia jest nauką społeczną, a w naukach społecznych nie ma ostatecznych rozstrzygnięć i prawd obowiązujących bezwzględnie. Zresztą nie ma ich nawet w tak ścisłych dyscyplinach jak fizyka. Wielu fizyków podkreśla, że ogrom naszej niewiedzy o wszechświecie jest tak wielki, że być może obecne prawdy generalne staną się wkrótce nieprawdami, nawet jeśli wydaje się to niemożliwe. Podobnie jest w ekonomii.

Na paradygmat, czyli wzorzec, składa się to, czym dana nauka się zajmuje, wykorzystywane narzędzia oraz zastosowanie praktyczne. W odniesieniu do wszystkich tych elementów popełniliśmy błędy. Przedmiot ekonomii stanowią ludzie w procesie gospodarowania, a mimo to zapomnieliśmy, że ekonomia jest dla człowieka. Jeśli występują tak skrajne nierówności i masowe bezrobocie, to znaczy, że człowiek pozostał na uboczu. Joseph E. Stiglitz w książce „Freefall. Jazda bez trzymanki” pisze, że w warunkach doktryny neoliberalnej ekonomia stała się najbardziej zajadłą cheerleaderką współczesnego kapitalizmu. Ekonomia pozostaje na usługach polityków i ludzi zamożnych – zarzuca jej Stiglitz. Z kolei w książce „Cena nierówności” stawia inny, moim zdaniem bardzo ważny, problem. Obecnie mamy prymat polityki monetarnej, tj. ważniejsza jest niska inflacja niż niskie bezrobocie. Co by jednak było, gdybyśmy przyznali prymat rynkowi pracy? Gdyby ludzie zawsze mieli pracę, mieliby także pieniądze, a gdyby mieli pieniądze, to by kupowali. Gospodarka mogłaby się wówczas lepiej rozwijać, nie mówiąc o tym, że wiedza ludzi by nie zanikała, że oni by się rozwijali, bo praca uczy.

Jeżeli chodzi o metody, to punktem wyjścia jest dla nich obserwacja doświadczeń ludzi w procesie gospodarowania. Ekonomia je uogólnia i na tej podstawie tworzy teorię, którą można zastosować do przyszłych działań. Cele były tutaj szlachetne, bo próbowaliśmy przybliżyć ekonomię do królowej nauk, ujmując wszystko w modele matematyczne. Życie jest jednak bardziej skomplikowane. Sama jestem po ekonometrii i naprawdę doceniam narzędzia ilościowe, ale to są właśnie tylko narzędzia, a te nie mogą być stosowane bezkrytycznie. Poza tym jeżeli błędne są założenia, to błędne będą także wyniki modelowania.

Z powyższych powodów rozwijają się nowe nurty ekonomii, na przykład tzw. ekonomia behawioralna, w ramach której więcej uwagi poświęca się człowiekowi i jego zachowaniom, kwestionując jednocześnie zasadę charakterystyczną dla nurtu neoliberalnego, mówiącą, że człowiek zawsze działa racjonalnie. Ekonomia nie może ignorować doświadczeń innych dyscyplin: psychologii, filozofii, historii gospodarczej. Mogą one jej służyć, stąd kolejny nowy nurt – ekonomia złożoności, według której nie wystarczy zastosować model, lecz niezbędne są badania holistyczne. Z kolei Jeffrey Sachs, były doradca Leszka Balcerowicza – ciągle powtarzający, że przynajmniej w drugim etapie transformacji odradzał mu tak ostre, pełne ofiar rozwiązania, jakie zastosowano – mówi, iż jest zwolennikiem „ekonomii klinicznej”. Tłumaczy, że żona-lekarka uzmysłowiła mu, jak ważne jest całościowe podejście do organizmu. Pozwala ono wyeliminować „syndrom hepatologa”, który co prawda wyleczy pacjenta, ale leki, które zastosuje, zaatakują inne organy i wyleczony pacjent, ze zdrową wątrobą, wkrótce umrze np. na chorobę nerek.

Grzechem zarówno medycyny, jak i ekonomii jest zajmowanie się wąskimi dziedzinami, bez uwzględniania relacji z innymi. Ekonomia kliniczna pokazuje, jak bardzo skomplikowany jest „organizm” gospodarczy – tym bardziej, im bardziej gospodarka się globalizuje.

Jednak najbardziej niebezpieczne dla ekonomisty jest prognozowanie, bo o prognozach można powiedzieć tyle, że nigdy się nie sprawdzają. Zresztą czarne prognozy właśnie po to są snute, mają charakter ostrzegawczy. Robert Lucas – noblista! – powiedział dosłownie kilka lat przed kryzysem globalnym, że problem kryzysu w gospodarce mamy już rozwiązany: żaden kolejny już nie wybuchnie, tak świetny jest panujący ustrój…

W obliczu kryzysu nawet prominentni zachodni ekonomiści neoliberalni wycofywali się przynajmniej z części swoich wcześniejszych poglądów. W tym samym czasie Uniwersytet Łódzki przyznał honorowy doktorat Margaret Thatcher, symbolowi praktycznej realizacji tej doktryny. Jak wygląda sytuacja na innych polskich uczelniach – czy pod wpływem wydarzeń ostatnich lat nastąpiły tam istotne przewartościowania?

Podobnie jak na Zachodzie, również na polskich uczelniach neoliberalizm był przez wiele lat bardzo popularny, a ci, którzy zgłaszali pod jego adresem jakąkolwiek krytykę, byli uważani za osoby albo niedouczone, albo za „komunę”. Problem w tym, że jak pisze John K. Galbraith w książce „Ekonomia w perspektywie”, bardzo trudno zmienić sytuację w nauczaniu, dopóki na uniwersytetach są ludzie, którzy byli przywiązani do danej doktryny. Szkoła chicagowska – oni się tak łatwo nie wyrzekną swoich poglądów, nawet gdy fakty przeczą ich racjom. Tak samo jest na polskich uczelniach. Są profesorowie, którzy zmienili poglądy i kierują studentów do różnych, bardzo refleksyjnych lektur, ale i tacy, którzy nieustannie wskazują na wyłączną rację monetaryzmu. Według niego kluczem do gospodarki jest ilość pieniądza – wszystko da się wyregulować jego podażą. Główny guru monetaryzmu, Milton Friedman, mówił, że powinna być ona proporcjonalna do obrotów handlowych, a odwrotnie proporcjonalna do szybkości obiegu pieniądza. Problem polega na tym, że współcześnie oprócz obrotów handlowych jest cała masa pieniądza i parapieniądza w bankach i instytucjach finansowych – są kredyty, papiery hipoteczne, derywaty itd. Nie umiemy tego wszystkiego nawet policzyć…

Przede wszystkim jednak, co Galbraith zarzucał Friedmanowi, życie jest bardziej skomplikowane niż tylko pieniądz. Zresztą Friedman pod koniec życia nie był już tak jednostronny w ocenach. Stwierdził np., że Polska nie powinna bezkrytycznie przyjmować rozwiązań funkcjonujących w wysoko rozwiniętych państwach zachodnich, np. Konsensusu Waszyngtońskiego, lecz zastanowić się, co robiły te kraje, gdy były na jej poziomie rozwoju.

Gdy mowa o bilansie transformacji, najlepiej słyszalne są głosy publicystów, polityków oraz ekonomistów bezpośrednio zaangażowanych w politykę lub biznes. Ciekawi mnie, jak na wspomniane zagadnienie patrzą ekonomiści uniwersyteccy.

Niewątpliwie z transformacją wiązały się znaczące sukcesy, ale też mnóstwo porażek. Sukcesem, widocznym od początku, było ożywienie się przedsiębiorczości. Liczne grzechy popełniono natomiast w polityce społecznej, np. prawie całkowicie zaniechano profilaktyki zdrowotnej w szkołach. W moich czasach szkolnych ciągle nas badano; traktowaliśmy to nawet jako rodzaj prześladowania. Wszystkie dzieci, bez względu na to, czy pochodziły z bogatej, czy z biednej rodziny, były pod tym względem zadbane. W szkołach były pielęgniarki, dentystki. Mało tego, obowiązkowo musiałam z klasą chodzić do teatru. To też traktowaliśmy na początku jako dolegliwość, jednak z perspektywy czasu widać, że to bardzo procentowało. Teraz tego wszystkiego nie ma, dlatego pogłębiają się dysproporcje społeczne, tzn. mamy dzieci bardzo zadbane, a nawet „przeinwestowane” przez bogatych rodziców, i dzieci kompletnie zaniedbane. Myślę, że nikt nas nie rozgrzeszy z tego, co się stało z takimi dziećmi i ich rodzinami.

Do negatywów należy na pewno zaliczyć również zaniedbanie refleksji strategicznej. Dotyczy to np. prywatyzacji, na którą patrzy się prawie wyłącznie przez pryzmat jednorazowych wpływów budżetowych ze sprzedaży przedsiębiorstw. Brak natomiast kompleksowych analiz – przed, w trakcie i po prywatyzacji – uwzględniających m.in. ubytki dla budżetu z powodu utraconej dywidendy. Mimo że minęło ponad dwadzieścia lat od rozpoczęcia transformacji, nigdzie nie został pokazany pełny obraz prywatyzacji: oto sprzedaliśmy tyle i tyle przedsiębiorstw, mieliśmy z nich takie dywidendy albo takie straty, a teraz mamy takie dochody ze sprzedaży i takie dodatkowe wpływy podatkowe z tytułu wzrostu zysków. Moim zdaniem tego rodzaju analiza powinna towarzyszyć każdej planowanej prywatyzacji, nawet najmniejszego przedsiębiorstwa. Jeżeli w wyniku jego sprzedaży wzrosną długofalowe wpływy do budżetu, to proszę bardzo. Jeżeli zaś nie, to powstaje pytanie, czy jedynie w imię doktryny warto było sprywatyzować firmę przynoszącą zyski. Żadna teoria nie udowodniła jak dotąd, że prywatyzacja jest zawsze najlepszym rozwiązaniem. Mało tego, ukazuje się coraz więcej książek, które pokazują dysfunkcje sprzedaży mienia publicznego. W „Korporacji” kanadyjski profesor Joel Bakan na podstawie dokumentów wykazuje, jak wiele szkód przyniosła nieprzemyślana prywatyzacja w energetyce czy wodociągach, np. jak negatywnie wpłynęła na budżety gospodarstw domowych.

Pęd do prywatyzacji kolejnych sfer życia społecznego, motywowany m.in. przekonaniem o bezwzględnej wyższości „prywatnego”, nadal jest w Polsce bardzo silny. Ideologiczne podstawy ma także niechęć wobec polityki socjalnej.

Warto wspomnieć, że nawet Friedman, uważany za bezwzględnego neoliberała, brał kwestie socjalne pod uwagę. Co zaskakujące i bardzo rzadko podkreślane, był on autorem koncepcji tzw. ujemnego podatku dochodowego. Był zdania, że do pewnego poziomu dochodów podatek powinien być zerowy, a jeżeli człowiek osiąga zarobki uniemożliwiające godną egzystencję, powinno się dawać mu pieniądze. Tymczasem neoliberałowie, nieustannie powołujący się na Friedmana, do niedawna uważali, że państwo nie posiada żadnych obowiązków w sprawach socjalnych.

Powtórzę: nie ma nic gorszego niż jednoręki ekonomista.

Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 2 sierpnia 2012 r.

Podzielmy się

Carpooling, swap, couchsurfing, turystyka społecznościowa – to tylko kilka trendów, które w ostatnich latach zmieniają oblicze globalnej konsumpcji. Eksperci widzą w tym zmianę nawyków konsumpcyjnych, która pozwala zmniejszyć stopień eksploatacji cennych zasobów. Tymczasem dla większości osób uczestniczących w tej „nowej konsumpcji” jest to po prostu wielka oszczędność. Choć nie tylko – w świecie ekonomii dzielenia się chodzi również o relacje między ludźmi.

W filmie „The Story of Stuff” amerykańska aktywistka Annie Leonard prezentuje pewien „system”. Jak wyjaśnia, obecnie znajduje się on w kryzysie. Ten system to sekwencja opisująca działania współczesnych gospodarek: od eksploatacji zasobów, poprzez produkcję, konsumpcję, po wyrzucenie. System powinien być zamknięty, uwzględniając w możliwie największym stopniu recykling i inne formy utylizacji odpadów. Tak jednak nie jest. Annie wyjaśnia: każdego roku produkujemy, konsumujemy i wyrzucamy miliony ton rzeczy (tytułowe „stuff”). Przez ostatnie 50 lat zużyliśmy więcej zasobów niż wszystkie poprzednie pokolenia. Jakże często kupujemy coś, co nie jest nam w zasadzie potrzebne, i wyrzucamy rzeczy, które nie są wcale zużyte, a jedynie postrzegamy je jako nieprzydatne lub niemodne (co innego jeśli zostały, jak to określa Annie, „zaprogramowane na śmietnik”, czyli skonstruowane tak, aby szybko się zepsuły i konsument musiał zakupić kolejne). Czy jest sposób, aby temu zapobiec? Sharing economy – ekonomia dzielenia się – wydaje się jednym z kół ratunkowych dla „systemu w kryzysie”. Na dodatek zbliża do siebie ludzi żyjących w zatomizowanych społeczeństwach.

Kup dziurę zamiast wiertarki

Upowszechnienie internetu diametralnie zmieniło sposób, w jaki funkcjonujemy jako jednostki i społeczności, a także jako konsumenci. Nie od razu jednak nauczyliśmy się z niego korzystać w ten sposób. File sharing, peer2peer i inne elementy wirtualnego dzielenia się były z początku domeną fachowych informatyków i pasjonatów nowych technologii – tak powstawało oprogramowanie typu open source. Dopiero później analogiczne mechanizmy zastosowano do sprzedaży, wymiany i kontaktów (media społecznościowe).

Im bardziej internet stawał się „społecznościowy”, tym bardziej sprzedaż za jego pośrednictwem odchodziła od klasycznych schematów. W internecie standardowa relacja klient – producent, w której to producent rozdaje karty, została zastąpiona relacją równorzędną, jeśli nie wręcz odwróconą. Ponadto, w momencie, gdy nauczyliśmy się wykorzystywać internet do wymiany dóbr, a nie tylko do ich kupna, rola producenta zmalała. Zaczął on stawać się w coraz większym stopniu pośrednikiem, a niekiedy jest wręcz z transakcji eliminowany.

W 2010 r. Rachel Bootsman i Roo Rogers wydali książkę o tytule, który z czasem wszedł do użytku jako określenie nowego typu konsumpcji – „Collaborative Consumption”, czyli konsumpcja „współpracująca” lub oparta na współdziałaniu. Publikacja jest błyskotliwą syntezą trendów, które pojawiały się od kilku lat na Zachodzie, a obecnie przybrały globalny charakter. Collaborative consumption (CC) to konsumpcja oparta na systemie redystrybucji. „System w kryzysie” przestaje więc mieć charakter linearny, staje się systemem zamkniętym, o jakim marzy wspomniana Annie Leonard. Zamiast stale kupować i wyrzucać lub kupować i składować (w USA ogromne powierzchnie wynajmowane są wyłącznie w celu magazynowania nieużywanych dóbr), zaczynamy dzielić się tym, co posiadamy, najczęściej wykorzystując internet jako pośrednika w „transakcji”.

Wymianie czy redystrybucji podlegają nie tylko konkretne przedmioty, ale również czas i przestrzeń. Transakcje nierzadko odbywają się bezgotówkowo, na zasadzie barteru, w którym wartość dla „sprzedającego” może mieć charakter pozamaterialny. Na przykład osoby udostępniające miejsce w swoim samochodzie w ramach systemu carpooling nie zawsze oczekują zapłaty. Niekiedy wystarczy im, że podczas drogi do pracy lub w inne miejsce mają towarzystwo – pasażera, z którym można porozmawiać. CC rozwiązuje też problem nadmiaru kupowanych towarów. W USA powstały serwisy umożliwiające „wynajmowanie” narzędzi domowych – jeżeli, dajmy na to, chcemy zawiesić w domu półkę i potrzebna jest nam wiertarka, ale wiemy zarazem, że nie będziemy z niej częściej korzystać, to zamiast kupić, możemy ją wypożyczyć od kogoś z okolicy na godzinę lub dobę…

Dzielenie się w praktyce

Niektóre trendy zaliczane do collaborative consumption znane są w Polsce już od jakiegoś czasu. Jest to np. couchsurfing – oferowanie „wolnej kanapy” przyjezdnym z różnych stron świata jako alternatywa dla hotelu, co przy okazji skutkować może nawiązaniem ciekawej znajomości. Inny przykład to carpooling, system łączący kierowców posiadających wolne miejsca w samochodzie oraz osoby szukające taniej podwózki. Istniejące na świecie serwisy społecznościowe umożliwiają dziś prawie wszystko – udostępnianie przestrzeni samochodu, garażu, własnego ogródka (jeżeli ktoś nie posiada działki, a chciałby od czasu do czasu zająć się ogrodnictwem), narzędzi… A nawet… ludzi – od niedawna działa w Polsce serwis Babcie do Wynajęcia, kontaktujący osoby szukające niani z „babciami”, starszymi kobietami, które chciałyby spędzać czas, zajmując się dziećmi.

Oprócz prostej wymiany taka forma konsumpcji może też zapewniać określone przeżycia. Ciekawym przykładem jest serwis Vayable, wpisujący się w nurt tzw. turystyki społecznościowej. Osoby szukające niestandardowych sposobów na spędzenie wakacji mogą za pośrednictwem Vayable skorzystać z oferty nieprofesjonalnych przewodników – mieszkańców różnych miejsc na świecie. Oferują oni nietypowe wycieczki. Artysta street art za niewielką opłatą pokaże najlepsze dzieła „gatunku” w swojej okolicy, pewien bezdomny z San Francisco za 100 dolarów oprowadza po „podziemiach” miasta, ktoś inny zorganizuje dla turystów improwizowany obiad albo zaprosi na warsztaty malarskie połączone z przejażdżką rowerami po artystycznych zakątkach miasta. Taka forma spędzania wolnego czasu nie tylko umożliwia nawiązanie ciekawych znajomości i zaoszczędzenie części środków przewidzianych na wyprawę (oferty profesjonalnych biur podróży są znacznie droższe), ale też rozwija kreatywność i pozwala spojrzeć na dane miejsce oczami „tubylców”.

Dla osób, które lubią konsumować stadnie, a do tego kochają jedzenie, powstał serwis Eat With Me. Dzięki tej platformie każdy może zorganizować wspólne gotowanie lub wyjście do restauracji i zaprosić osoby o podobnych upodobaniach kulinarnych, oczywiście przebywające w tej samej okolicy. Z serwisem związany jest także trend pop-up restaurants – improwizowanych na szybko jednorazowych spotkań kulinarnych. Dzięki takiemu systemowi można oszczędzić na przygotowywaniu posiłków (uczestnicy wspólnego konsumowania kupują składniki na spółkę) i dodatkowo spędzić czas z nowo poznanymi osobami, które lubią ten sam typ posiłków.

Ważne cele projektów z nurtu collaborative consumption to m.in. ominięcie komercyjnych pośredników i stworzenie lokalnej alternatywy dla wielkiego biznesu. Serwisy, które umożliwiają bezpośredni kontakt między kupującymi a sprzedającymi czy też „dzielącymi się”, to często dobry sposób na ograniczenie kosztów transakcji. Portale umożliwiają organizowanie się lokalnych społeczności – jak np. amerykański ShareMyStorage.com, dzięki któremu mieszkańcy różnych miejscowości mogą udostępniać sobie nawzajem przestrzeń magazynową (w formie piwnic, strychów, garaży), wykorzystując nieużywane przestrzenie swoich posesji, zamiast korzystać z hal magazynowych wynajmowanych odpłatnie przez specjalistyczne firmy, pobierające za to wysoką opłatę i sytuujące magazyny daleko za miastem.

W kwestii dzielenia miejsc i współużytkowania przestrzeni istotnym trendem, zarówno w Polsce, jak i za granicą, jest coworking – wynajmowanie miejsca we wspólnej, otwartej przestrzeni biurowej. Dzięki współpracy w jednym miejscu można zaoszczędzić na kosztach prowadzeniu biura, pracować komfortowo, współużytkując drukarki czy komputery, a także poznawać nowe osoby, niejednokrotnie przedsiębiorców czy freelancerów o podobnych upodobaniach, co skutkować może wspólnymi projektami. Przestrzenie coworkingowe funkcjonują w prawie wszystkich większych miastach w Polsce, jak np. Komin73 na warszawskiej Pradze.

Popularne stały się również najprostsze formy wymiany i wyprzedaży. Są to swapy – organizowane w różnych miastach w Polsce akcje wymiany nieużywanych ubrań – oraz, od niedawna, wyprzedaże garażowe, wzorowane na amerykańskich spontanicznych lokalnych targowiskach, na których mieszkańcy okolicy mogą sprzedać nieużywane przedmioty dowolnego rodzaju. Wymiany i wyprzedaże mogą mieć też charakter tematyczny – popularne są np. swapy odzieży dla dzieci – dla doświadczonych matek niby nic nowego, bo często przekazuje się ubranka rodzinie lub znajomym, jednak swap pozwala na zwiększenie liczby odbiorców i oferty. Na „garażówkach” i swapach określenie wartości czy też równowartości przedmiotów jest kwestią negocjacji, a dzięki temu systemowi nieużywane ubrania, meble, książki i inne rzeczy wchodzą do systemu redystrybucji. To, czego nie chcemy lub nie możemy (w obliczu nadmiaru) wykorzystać, zostaje zagospodarowane przez innych, a następnie może być znowu przekazane, wymienione i tak na okrągło…

Wymianie podlegają nie tylko przedmioty, ale też wiedza, doświadczenie, przeżycia i czas. Dostęp do nich staje się coraz częściej naturalny. Szczególnie w dziedzinie wiedzy postęp ten niesie kolosalne przemiany – nurt tzw. otwartych innowacji (Open Innovation) pokazuje, że dzielenie się wiedzą może być bardziej kreatywne i efektywne niż jej żelazna ochrona. Rozumieją to coraz bardziej także przedsiębiorcy, oswajając się stopniowo z zaletami wolnych licencji (Creative Commons). W Polsce póki co jest ich jeszcze mniej niż garstka. Wybijającym się przykładem jest marka Hedoco – pierwsza w naszym regionie, która produkuje i sprzedaje w formule open design. Klient może być dzięki temu jednocześnie projektantem, nabywcą, a nawet producentem. Marka przygotowała ideowy manifest: Wierzymy, że projektowanie i produkowanie to współtworzenie świata, nie tylko materialnego – świata potrzeb, rozwiązań i nowych wyzwań. Chcemy, by ten świat był lepszy, mniej zaśmiecony i dostępny dla wszystkich. Tworzymy markę społecznie odpowiedzialnego designu, której projekty dostępne są dla wszystkich użytkowników. Każdy ma możliwość samodzielnie wykonać projekt Hedoco z własnych materiałów, według założeń przez nas udostępnionych. Może wykorzystać własny, nadmiarowy materiał, użyć materiałów z recyclingu. […]Wierzymy w swobodę korzystania z przedmiotu zamiast bycia niewolnikiem jego funkcji.

Na progu rewolucji

System collaborative consumption wydaje się w swoich założeniach banalny – dzielimy się i wypożyczamy zamiast kupować. Do tego, jeśli prześledzić genezę CC, można dojść do wniosku, że nie jest to trend zupełnie nowy, lecz raczej odrodzenie zapomnianej wspólnotowości w nowym, współczesnym wydaniu. Polakom ów system wydaje się podejrzanie znajomy – czyż nie tak właśnie radziliśmy sobie w czasach PRL-owskich niedoborów? Zdaniem Botsman i Rogers za tym prostym schematem kryje się jednak wielka rewolucja.

Po pierwsze: dostęp staje się ważniejszy niż posiadanie. Przez ostatnie dwie dekady byliśmy wychowywani w przekonaniu, że jedynie posiadanie czegoś na własność daje gwarancję materialnej stabilności. Mieszkania, samochody i wszelkie inne przedmioty (a w ostatnim czasie także dobra intelektualne) stały się totemami niezależności. Świat ogarnięty jest zresztą manią patentowania – wiedza także stała się towarem, który ludzie chcą posiadać na własność czy wręcz na wyłączność. Collaborative consumption zmienia nasze podejście do tej kwestii. Pokazuje, jak stwierdzają wspomniani autorzy, że dla współczesnego człowieka dostęp jest przywilejem, a własność ciężarem.

Po drugie: dzięki społecznościowemu charakterowi wymiany uczymy się na nowo zaufania w relacjach o charakterze wymiany handlowej. Uczestnictwo w tym systemie wymaga wzajemnej ufności stron, bo transakcje w serwisach pod tym szyldem nie polegają na zawieraniu wielostronicowych umów z zapisami o zabezpieczeniach i karach. Oczywiście, różne rozwiązania technologiczne stosowane przez portale wymiany pomagają w pewnym stopniu weryfikować użytkowników (konieczność logowania, oceny kontrahentów, weryfikacja przez serwis pośredniczący itp.), z reguły jednak serwisy przyciągają ludzi bardziej otwartych na relacje z innymi. Technologia przywraca dawne formy zaufania – tłumaczą Botsman i Rogers. Aby konsumenci uwolnili się od kulturowo zakodowanego kultu posiadania, musimy pokazać im, że dzielenie się jest wygodniejsze i tańsze od konsumpcji.

Po trzecie: collaborative consumptionratuje społeczeństwa od atomizacji i skrajnego indywidualizmu. Niewątpliwie wyróżniającą cechą nowego typu konsumpcji (ale też komunikacji) jest to, że oprócz satysfakcji z wymiany, oszczędności i zaradności mamy też satysfakcję z przynależenia do wspólnoty.Ludzie uświadamiają sobie, że posiadanie wyłącznie po to, aby mieć coś na wyłączność, jest mniej istotne niż przynależenie.

Po czwarte: nowy styl konsumpcji wpisuje się w koncepcję zrównoważonego rozwoju. Nie jest to dla większości użytkowników cel sam w sobie, a raczej efekt uboczny nowego systemu. Więcej – zdaniem Botsman i Rogers, większość osób korzystających z systemu wymiany w żaden sposób nie popiera idei zrównoważonego rozwoju. Przeciwnie, są to zwolennicy kapitalizmu „w starym stylu”, a jednak dostrzegają w nowym systemie ogromne zalety, przede wszystkim oszczędność i tzw. dobrą okazję. Dzięki rosnącej modzie na dzielenie się coraz więcej ludzi dokonuje akcesu do cyklu wymiany, a tym samym nieświadomie przyczynia się też do ochrony zasobów i surowców. Pokazywanie, że „inni też tak robią”, jest często dużo bardziej skuteczne niż odwoływanie się do czyjegoś poczucia społecznej odpowiedzialności czy apelowanie o zachowanie zasobów dla przyszłych pokoleń.

Ile idei, ile kalkulacji?

Nie bez przyczyny ekonomia dzielenia się zaczęła rozkwitać w czasach kryzysu i to w kraju, w którym przybrał on najbardziej spektakularne oblicze. Idee dzielenia się, wspólnotowości i ochrony środowiska są oczywiście urzekające, ale nie oszukujmy się – wartości te nie są (i może nigdy nie będą) kluczowe dla większości konsumentów na świecie. Kwestia ceny i wygody pozostaje kluczowa.

Collaborative consumption wydaje się doskonałą ofertą w czasie gospodarczego osłabienia, ponieważ pozwala ominąć tradycyjnych komercyjnych pośredników i zaoszczędzić spore środki. Dla osób udostępniających miejsce w samochodzie w systemie carpooling jest to niezły sposób na zmniejszenie kosztów benzyny. Polska strona serwisu w ten sposób zachęca potencjalnych użytkowników: Obserwowane od kilku tygodni wzrosty cen paliw uszczuplają zawartość portfela niejednego kierowcy. Jednym z najprostszych sposobów na oszczędności jest znalezienie pasażerów i podzielenie się z nimi kosztami przejazdu. Podział kosztów dotyczyć może nie tylko wydatków na paliwo, ale także opłat za przejazd autostradą czy postój na parkingu. […] Carpooling to oszczędność pieniędzy nie tylko po stronie kierowcy, ale także pasażera. Z Krakowa do Katowic można pojechać już za 7 zł, z Wrocławia do Drezna – za jedyne 60 zł. To zdecydowanie taniej niż pociągiem, a przy tym o wiele wygodniej.

Jaka jest zatem wartość ekonomii dzielenia się? Rachel Bootsman ocenia, że wartość rynku CC wynosi ok. 110 miliardów dolarów. Sam rynek zaś rozwija się w zawrotnym tempie, a serwisy umożliwiające społecznościowe finansowanie (crowdfunding – w Polsce niestety niewykonalny ze względu na brak odpowiednich przepisów!), reprezentowane przez takie znane światowe serwisy, jak Kickstarter czy Indiegogo, umożliwiają opłacenie innowacyjnych przedsięwzięć i uniezależniają od kredytów bankowych. Umair Haque, ekspert ds. ekonomii, uważa, że collaborative consumption to potężna zmiana i poważne zagrożenie dla tradycyjnego biznesu. Jeśli ludzie, dawniej określani jako konsumenci, zaczną konsumować o 10% mniej, a dzielić się o 10% bardziej, skutki ekonomiczne dla tradycyjnych korporacji będą nieproporcjonalnie większe, co oznacza, że niektóre branże będą musiały się przekształcić albo przygotować do zatonięcia w ruchomych piaskach przeszłości.

Obiecywali jak nigdy, nie dotrzymali słowa jak zawsze, czyli społeczna odpowiedzialność biznesu po polsku

Nowa demokracja?

Ostatnie miesiące były dla niemieckiej Partii Piratów wyjątkowo udane. Wprowadziła ona przedstawicieli do parlamentów czterech krajów związkowych: jesienią 2011 r. Berlina, a wiosną 2012 r. Saary, Szlezwika-Holsztynu i Nadrenii Północnej-Westfalii. Wybory do Bundestagu przyniosą prawdopodobnie kolejny sukces tej formacji. Wzrostowi popularności PP towarzyszy zainteresowanie jej narzędziami komunikacji wewnątrzpartyjnej.

Jakie są te „pirackie narzędzia”? Prawdopodobnie najchętniej używana jest PiratenPad – internetowa platforma pozwalająca na zbiorowe pisanie tekstów. Oprócz tego członkowie partii na szeroką skalę wykorzystują strony wiki1 i listy mailingowe. Szczególnym zainteresowaniem cieszy się jednak oprogramowanie o nazwie LiquidFeedback2. Służy ono prowadzeniu dyskusji i podejmowaniu decyzji w kwestiach ważnych dla partii, a bazuje na idei demokracji płynnej (ang. liquid democracy).

Pojęcie demokracji płynnej zaczęło pojawiać się w dyskusjach internetowych mniej więcej przed dekadą. Dopiero po pewnym czasie utrwaliło się jako termin. – Demokracja płynna w sposób dynamiczny łączy w sobie elementy demokracji bezpośredniej z przedstawicielską. Opiera się również na propagowanej przez Jürgena Habermasa idei demokracji deliberatywnej, która za centralny aspekt władzy ludu uznaje nie wybory, lecz dyskusję między równymi sobie uczestnikami życia publicznego – wskazuje Simon Brodnicki z Liquid Democracy e.V., stowarzyszenia propagującego i rozwijającego tę koncepcję w Niemczech.

Demokracja płynna rodziła się wraz z rozwojem internetu w wersji 2.0, w erze szybkiej komunikacji między ludźmi. Są to czasy, gdy każdy może w łatwy sposób zostać twórcą – zredagować hasło w internetowej encyklopedii Wikipedia, wrzucić zrobiony przez siebie film na YouTube’a, prowadzić bloga. Na ten okres przypada również wzrost zainteresowania demokracją uczestniczącą. Ponieważ wyraźnie widoczne jest zjawisko przenoszenia nowych obszarów ludzkiej działalności do sieci, można przypuszczać, iż demokracja płynna będzie zyskiwała na popularności.

Jeżeli przyjmiemy, że demokracje bezpośrednia i przedstawicielska leżą na przeciwległych biegunach, to demokracja płynna znajduje się gdzieś pomiędzy nimi. W zależności od sytuacji płynnie przechodzi w stronę jednego z krańców – czasem będzie bardziej bezpośrednia, a niekiedy bardziej przedstawicielska. Z faktu tej „płynności” wzięła się jej nazwa.

Demokracja płynna zachowuje zalety obu systemów, jednocześnie niwelując ich wady. W przypadku demokracji przedstawicielskiej obywatele mają do czynienia z różnymi ograniczeniami dotyczącymi uczestnictwa w procesie decyzyjnym. Głosowanie odbywa się rzadko, np. raz na 4 lata. Głos oddawany jest na konkretną osobę lub partię. Wyborca może opowiedzieć się zatem za ograniczonym zbiorem postulatów (np. programem partyjnym) bez gwarancji ich realizacji po wyborach oraz bez realnej możliwości odwołania reprezentantów, gdy nie wywiązują się z obowiązków. Z kolei w demokracji bezpośredniej obywatel nie ma zazwyczaj wpływu na treść tego, nad czym głosuje – podsuwane są mu gotowe propozycje, które może poprzeć lub nie.

W systemie demokracji płynnej mamy natomiast różne możliwości, jeśli chodzi o czas trwania głosowania. W zależności od potrzeb może być ono ciągłe, trwać przez pewien okres lub do osiągnięcia określonego kworum. Głosowaniu podlegają tu konkretne kwestie – jak w demokracji bezpośredniej – lecz nad treścią propozycji mogą pracować także głosujący.

Szczególną „nowinką” systemu jest to, że każdy dysponuje jednym głosem, ale w dowolnym momencie może go komuś oddać. W jednej sprawie można zatem decydować samemu, a w innej przekazać głos osobie lub organizacji, którą uznamy np. za bardziej kompetentną od nas. Taki podmiot dysponuje wtedy dwoma głosami, chyba że również odda je komuś innemu (zob. ilustracja). W każdej chwili istnieje możliwość odebrania głosu reprezentantowi i głosowania zgodnie z własną wolą. Można przewrotnie rzec, że dzięki temu mechanizmowi mamy prawo nie dysponować wystarczającą wiedzą, nie mieć czasu lub zwyczajnie ochoty, żeby w danej kwestii zająć stanowisko. Elastyczne przekazywanie głosów (delegated voting) to kluczowy element demokracji płynnej.

Pomysł, choć prosty, jest – nie bójmy się użyć tego słowa – rewolucyjny. Nie chodzi o to, żeby wyrzucić urny wyborcze i przenieść całą aktywność obywatelską do internetu – nawet członkowie Partii Piratów nie rezygnują przecież z aktywności w świecie rzeczywistym. Wykorzystując mechanizmy demokracji płynnej można jednak skutecznie zdemokratyzować proces decyzyjny nie tylko w partiach politycznych, ale także w organizacjach obywatelskich oraz takich miejscach, jak np. redakcja czasopisma, komisja parlamentarna czy samorząd lokalny. W ten sposób u zaangażowanych osób powoli tworzy się świadomość demokratyczna. Na tym polega rewolucyjność koncepcji – swoisty efekt kuli śnieżnej może sprawić, że demokratyczne uczestnictwo obywateli stanie się coraz powszechniejsze i będzie się rozlewać na kolejne szczeble decyzyjne w rozmaitych dziedzinach życia.

Oprócz LiquidFeedback istnieją inne platformy bazujące na idei demokracji płynnej. Na szczególną uwagę zasługuje Adhocracy, z którego korzysta coraz więcej osób i organizacji. Adhocracy, podobnie jak LiquidFeedback, zostało udostępnione na wolnej licencji. Oznacza to, że każdy może bezpłatnie korzystać z tej platformy, a także dostosować ją do własnych potrzeb – jej kod źródłowy dostępny jest dla każdego, co zapewnia również przejrzystość i bezpieczeństwo całego systemu. Interfejs Adhocracy nie jest szczególnie skomplikowany, a proces rejestracji przebiega szybko. – Pracujemy nad Adhocracy już kilka lat, ale przed nami jeszcze długa droga. Staramy się, aby oprogramowanie stało się jeszcze bardziej przyjazne dla użytkowników i miało coraz więcej przydatnych opcji – mówi Simon Brodnicki.

Każdy podmiot – zarówno pojedyncza osoba, jak i organizacja społeczna lub partia polityczna – może założyć w ramach Adhocracy grupę użytkowników. Grupy są autonomiczne i zarządzane przez ich członków. Uczestnicy zgłaszają tematy do dyskusji: na przykład debatę wokół statutu przyszłego stowarzyszenia, wprowadzenie zmian do programu partyjnego lub inny dowolny problem, nad którym chcą kolektywnie pracować. Przykładem może tu być przygotowywanie projektu statutu organizacji, który został opublikowany na stronie grupy w Adhocracy i z którym każdy może się zapoznać. Jednemu z członków nie podobają się fragmenty projektu, więc zgłasza propozycję ich zmiany. Od tego momentu rozpoczyna się dyskusja. Inni członkowie grupy mogą oceniać i komentować jego pomysł.

Praca nad treścią propozycji przypomina tworzenie haseł w Wikipedii. Podobnie jak w internetowej encyklopedii, cały proces jest wyjątkowo szybki, poza tym można w łatwy sposób sprawdzić kto, kiedy oraz jakich zmian dokonał. Zapewnia to transparentność i daje możliwość łatwego powrotu do tekstu we wcześniejszym brzmieniu. System pozwala też oceniać komentarze wpisywane przez innych użytkowników, dzięki czemu, podobnie jak w niektórych serwisach internetowych, tworzy się hierarchia wpisów. Ocen można dokonywać osobiście lub przekazując uprawnienia innemu użytkownikowi. Wyobraźmy sobie sytuację, kiedy swoje pomysły zgłasza też inny członek grupy. Od tego momentu użytkownicy mają do dyspozycji dwie propozycje zmian, które mogą oceniać i komentować. Istnieją zatem trzy wersje projektu statutu – oryginalna oraz te zaproponowane przez członków. Po ostatecznym głosowaniu uznana za obowiązującą jest ta wersja, która zdobyła największą liczbę głosów. Użytkownicy mogą głosować osobiście lub przekazać głos komuś innemu. W każdej chwili delegacja ta może zostać odwołana. W głosowaniu decyzje zapadają większością zwykłą lub kwalifikowaną, w zależności od wybranych ustawień. Można również określić ramy czasowe całej dyskusji.

Dostępna dla wszystkich wersja Adhocracy znajduje się pod adresem adhocracy.de. W momencie pisania tego artykułu liczyła ponad 12 tys. zarejestrowanych użytkowników. – Organizacjom, które są zainteresowane oficjalnym wykorzystaniem Adhocracy, oferujemy dwie możliwości. Mogą założyć zweryfikowaną grupę na głównej stronie Adhocracy lub stworzyć spersonalizowaną wersję platformy, dostępną pod wybranym adresem internetowym – wyjaśnia Viola Lebro z Liquid Democracy e.V. Jak dotąd z tej możliwości skorzystało kilka podmiotów.

Pierwszym było stowarzyszenie Mehr Demokratie e.V. Organizacja powstała w 1988 r., a za cel stawia sobie wspieranie i rozwój demokracji bezpośredniej. Mehr Demokratie jest więc idealnym odbiorcą oferty Adhocracy. Stowarzyszenie wykorzystało mechanizmy demokracji płynnej do debaty nad własną strategią. Propozycje, które powstały w internecie, były następnie przedmiotem dyskusji podczas walnego zgromadzenia członków organizacji.

Od października 2010 r. do lipca 2011 r. z kolei władze Monachium przeprowadziły konsultacje społeczne poświęcone takim kwestiom, jak e-administracja, formy partycypacji obywatelskiej przez internet oraz wolny dostęp do informacji. Za pomocą Adhocracy ok. 600 osób pracowało nad pomysłami, które następnie trafiły na biurko burmistrz Monachium, Christine Strobl. Autorom pięciu propozycji dotyczących administracji i partycypacji przez internet przyznano nagrody.

W ubiegłym roku Socjaldemokratyczna Partia Niemiec (SPD) wezwała członków i sympatyków do udziału w dyskusji pod tytułem „Praca i gospodarka w społeczeństwie cyfrowym”. Debata zorganizowana została na specjalnie w tym celu przygotowanej stronie Adhocracy i przyciągnęła 416 obywateli – autorów 77 propozycji, pod którymi znalazło się 287 komentarzy. W jej trakcie opracowano dokument zatytułowany „Wolność, sprawiedliwość i solidarność w społeczeństwie cyfrowym”, który został przyjęty na grudniowym kongresie partii.

Następnie w styczniu 2012 r. frakcja parlamentarna SPD rozpoczęła internetową debatę pod tytułem „Dialog o przyszłości”. Socjaldemokraci ponownie zdecydowali się na użycie mechanizmów demokracji płynnej. Celem projektu jest z jednej strony zachęcenie obywateli do udziału w polityce, a z drugiej zwiększenie transparentności procesu podejmowania decyzji. Debata cieszy się dość dużą popularnością – do tej pory zarejestrowało się ponad 1900 osób, które oddały ponad 7410 głosów.

Kolejnym samodzielnym projektem korzystającym z Adhocracy jest OffeneKommune. Serwis skierowany jest do osób i podmiotów zainteresowanych losami swoich gmin i powiatów: zwykłych obywateli, radnych, urzędników, organizacji społecznych, partii politycznych i przedsiębiorstw. Projekt wystartował w marcu 2012 r., a jego celem jest przyciągnięcie jak największej liczby przedstawicieli samorządów lokalnych z terenu Niemiec. Do tej pory zarejestrowały się w nim 784 osoby, a swoje grupy założyły miasta Stuttgart, Regensburg i Pfaffenhofen an der Ilm oraz powiat Rheingau-Taunus. Łącznie użytkownicy utworzyli 91 propozycji, napisali 308 komentarzy i oddali 4019 głosów.

Interesujący eksperyment z demokracją płynną przeprowadziło również niemieckie czasopismo „ZEITmagazin”. Od początku marca do końca kwietnia 2012 r. wszyscy zainteresowani mogli wziąć udział w dyskusji mającej na celu wyłonienie tematów, które zostaną poruszone w jednym z numerów. W przedsięwzięcie zaangażowało się łącznie 2699 osób, które zgłosiły 452 propozycje. Aby wykluczyć możliwość wykorzystania projektu do działań marketingowych i lobbingowych, redakcja pozostawiła sobie prawo zdecydowania, które z tematów poddawanych głosowaniu trafią do gazety. „ZEITmagazin” zaprosił wszystkie osoby, których pomysły zdobyły największą liczbę głosów, na specjalną konferencję, podczas której wyłoniono ostatecznie cztery propozycje tematów.

W marcu 2010 r. wszystkie frakcje Bundestagu zgłosiły wspólny wniosek powołania komisji mającej na celu zebranie opinii dotyczących internetu i społeczeństwa cyfrowego. Jej zadaniem jest przygotowanie raportu zawierającego wytyczne do dalszych działań. Ma on zostać ukończony do grudnia 2012 r., a następnie stanie się przedmiotem debaty w niemieckim parlamencie. Komisja pragnie włączyć do swoich prac jak największą liczbę obywateli. Informacje dotyczące jej działalności publikowane będą na stronie internetowej Bundestagu regularnie i w sposób jak najbardziej przejrzysty. Znajdą się tam również narzędzia pozwalające wszystkim zainteresowanym wpływać na prace komisji – czytamy na stronie niemieckiego parlamentu. Komisja zaprosiła jako „osiemnastego eksperta” obywateli, którzy dostali możliwość udziału w jej pracach za pośrednictwem platformy Adhocracy. Jak dotąd w systemie zarejestrowało się 2960 osób, które głosowały prawie 14 tys. razy.

Powyższe przykłady są chyba najlepszym dowodem na to, że koncepcja demokracji płynnej jest atrakcyjna nie tylko dla członków Partii Piratów. – Między innymi niemieckie partie polityczne coraz częściej zainteresowane są demokracją płynną. Rzecz jasna słyszymy również wiele krytycznych głosów, ale w przypadku nowych pomysłów jest to zjawisko naturalne. Poza tym krytyczne spojrzenie sprawia, że koncepcja dojrzewa, zarówno pod względem teoretycznym, jak i praktycznym – zauważa Simon Brodnicki. Coraz więcej osób dostrzega, że internet zapewnia infrastrukturę, która może być bardzo dobrym uzupełnieniem klasycznych mechanizmów podejmowania decyzji. – Oczywiście musimy jeszcze trochę poczekać, ale przewiduję, że realna jest partycypacja obywatelska za pośrednictwem takich platform jak Adhocracy na poziomie gmin czy regionów – dodaje Brodnicki.

O ile za naszą zachodnią granicą idea demokracji płynnej od dłuższego czasu gości w mediach i znajduje praktyczne zastosowanie, o tyle w Polsce jest to temat nadal nieobecny. Nadszedł czas, żeby to zmienić. Jeśli bowiem chcemy, aby wiek XXI był wiekiem demokracji, musimy sięgać po wszystkie narzędzia, które pomogą nam w realizacji tego zamierzenia.

Mateusz Batelt

Stowarzyszenie „Obywatele Obywatelom”, wydawca „Nowego Obywatela”, rozpoczęło współpracę z Liquid Democracy e.V. w celu przygotowania polskiej wersji językowej platformy Adhocracy. Strona projektu: www.demokracjaplynna.org.

Przypisy:

Jak możemy przeczytać w Wikipedii, najpopularniejszym portalu wykorzystującym mechanizm wiki, wiki to typ serwisu internetowego, w którym treść tworzona i zmieniana jest w prosty i szybki sposób, z poziomu przeglądarki internetowej.

LiquidFeedback stworzone zostało w 2008 r. Nad jego rozwojem pracuje obecnie niemieckie stowarzyszenie Interaktive Demokratie e.V. Z oprogramowania korzystają, oprócz niemieckiej, również Partie Piratów w Szwajcarii, Austrii i Brazylii. Polskojęzyczna wersja LiquidFeedback dostępna jest pod adresem: http://lf.liquiddemocracy.pl/

My, Obyw@tele

W wielu krajach rządy i instytucje publiczne prowadzą zaawansowane działania na rzecz budowy społeczeństwa informacyjnego. W Polsce społeczeństwo informacyjne tworzy się bez pomocy gabinetu Donalda Tuska, a bardzo często wbrew niemu. Władze nie mają bowiem żadnej wizji tego, jak z pomocą nowych technologii ułatwić obywatelom samoorganizację, zwiększyć ich udział w podejmowaniu decyzji politycznych oraz wzmocnić postawy obywatelskie poprzez korzystanie z internetu.

Termin „społeczeństwo informacyjne” może być rozumiany wielorako. Najczęściej określa on pewne specyficzne stosunki gospodarcze i przeciwstawiany jest społeczeństwu przemysłowemu. W społeczeństwie informacyjnym główną siłą gospodarki mają być przedsiębiorstwa oparte na wiedzy, których głównym zadaniem jest produkowanie informacji. Interesujący jest jednak inny, znacznie węższy aspekt społeczeństwa informacyjnego, odnoszący się do obywatelskości, aktywności i partycypacji społecznej w kształtowaniu sfery publicznej. Mówiąc o społeczeństwie informacyjnym, będę miał na myśli takie zjawiska, które dzięki nowym technologiom, internetowi i szybkości wymiany informacji sprawiają, że obywatele uzyskują większy wpływ na państwo i instytucje publiczne.

Badacze takich zjawisk nierzadko wiążą wielkie nadzieje z potencjałem wpływu, jaki na stan współczesnych społeczeństw mogą wywrzeć nowe technologie informacyjno-komunikacyjne (ICT).

Demokracja przedstawicielska od dłuższego czasu znajduje się w kryzysie. W starych demokracjach Zachodu kryzys ten objawia się w spadku frekwencji wyborczej, niestabilności poparcia politycznego dla partii, odpływie elektoratu do tzw. partii protestu, coraz niższym zaufaniu do polityków, czy też w niskim poziomie wiedzy o procesach politycznych. Można rzec, że współczesny model demokracji staje się w oczach obywateli zbyt skomplikowany, a struktury władzy i państwa są postrzegane jako oddalone od spraw codziennego życia i trudno dostępne. Lekiem na te problemy mogłyby być właśnie ITC, które znacząco ułatwiają dzielenie się informacjami. Z jednej strony ITC umożliwiają rządom niemal całkowitą transparentność wszystkich procesów administracyjnych i politycznych, a z drugiej pozwalają obywatelom na większą partycypację w decyzjach podejmowanych przez władze publiczne. Ograniczeniami są tutaj w zasadzie jedynie wola i sprawność decydentów.

Różne modele e-partycypacji wymagają odpowiedniego stanu infrastruktury państwowej i informatycznej. Innymi słowy, dopuszczenie obywateli do wpływania na losy kraju za pomocą narzędzi informatycznych możliwe jest tylko wtedy, gdy sam aparat państwowy zostanie poddany spójnemu modelowi informatyzacji. W Polsce z niczym takim nie mamy do czynienia. W ostatnim raporcie ONZ „E-Government Survey 2012. E-Government for the People” wysiłki naszego kraju na rzecz informatyzacji państwa zostały ocenione bardzo nisko. Polska, zajmując 47. miejsce, została sklasyfikowana m.in. za Rosją, Kazachstanem, Chorwacją, Czechami czy Węgrami. Warto wspomnieć, że w podobnym rankingu z 2008 r. nasze państwo zajmowało pozycję 33. W kwestii informatyzacji państwa jesteśmy więc niewątpliwie zacofani i, co gorsza, taki stan się pogłębia.

Sam rząd doskonale zdaje sobie sprawę ze skali problemu. Raport przygotowany przez Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji pt. „Państwo 2.0 – Nowy start dla e-administracji” pozbawia wszelkich złudzeń. Dokument jasno pokazuje, że dotychczasowe projekty informatyzacji prowadzone były niezależnie od siebie, bez współpracy międzyresortowej, co najczęściej prowadziło raczej do zwiększania administracyjnego chaosu niż do zapanowania nad nim. Ministerstwo wspomina m.in., że równocześnie rozwijano tzw. podpis elektroniczny oraz profil zaufany, a także wiele alternatywnych sposobów potwierdzania identyfikacji [sic!] obywateli w systemach poszczególnych resortów i samorządów. Oznacza to, że zamiast stworzyć jeden uniwersalny model weryfikacji tożsamości obywatela, który pozwalałby na logowanie się do wszystkich możliwych usług e-państwa, kreowano kolejne „zapory”, które właściwie utrudniały korzystanie z dostępnych usług. W zakończeniu raportu czytamy: Źródłem słabości jest sama koncepcja informatyzacji albo w ogóle jej brak. Chaotycznie i „silosowo” prowadzone działania, brak współpracy w celu uniknięcia powielania się rozwiązań, swoisty prymat nastawienia typu „hardware” nad modelem zorientowanym na przyjazne dla użytkowników aplikacje – generowały patologie w decyzjach oraz słabości w osiąganiu rezultatów.

Oprócz problemów natury „koncepcyjnej” rozwój polskiej e-administracji zmaga się również ze zwyczajowymi kłopotami, które dosięgają większości przedsięwzięć naszego państwa. Mowa tu o korupcji i marnotrawieniu środków publicznych. W grudniu 2011 r. dziennikarze „Dziennika Gazety Prawnej” dotarli do protokołu z zakończonych kontroli NIK ws. wdrażania projektów informatyzacyjnych w latach 2007–2010. Wnioski były zatrważające. Na 28 realizowanych zadań tylko 5 funkcjonowało w miarę sprawnie. Zgodnie z wcześniejszym planem, w trakcie badanego okresu rząd miał wydać na e-państwo 2,5 mld złotych, jednak w związku z brakiem gospodarności (często natury kryminalnej) konieczne będzie zwiększenie tej kwoty o prawie 6,5 mld złotych albo zaplanowane projekty nie zostaną ukończone. Z kolei pod koniec kwietnia 2012 r., po tym jak CBA i prokuratura wszczęły śledztwo w sprawie korupcji w Centrum Projektów Informatycznych przy MSWiA (zatrzymano m.in. dyrektora tej instytucji, któremu zarzucano przyjęcie 5 mln złotych łapówki), Komisja Europejska zamroziła środki – w wysokości 1,2 mld złotych – przeznaczone na rozwój e-administracji w Polsce. W związku z powyższymi faktami nawet najlepsze chęci i koncepcje ministra Boniego mogą pozostać bez większego związku z rzeczywistością.

Jak widać, warunek sine qua non rozwijania modeli partycypacyjnych – tj. sprawna informatyzacja administracji – nie został dotychczas w Polsce spełniony. Oznacza to, że dopuszczenie obywateli do podejmowania decyzji za pomocą ICT stanowi u nas pieśń przyszłości. Brak prostych narzędzi umożliwiających weryfikację tożsamości obywateli, zaniedbania w tworzeniu spójnego i przyjaznego użytkownikom systemu e-administracji, kłopoty z uzyskiwaniem informacji od instytucji publicznych via internet itp. uniemożliwiają wdrażanie jakichkolwiek poważnych projektów, które mogłyby przybliżyć państwo obywatelom. Trudno oczywiście oczekiwać, że rząd Donalda Tuska będzie podejmował działalność mogącą pomóc w rozwijaniu e-partycypacji. Stosunek obecnego rządu do partycypacji obywatelskiej w ogóle zamanifestował się aż nadto wyraźnie w związku z wieloma decyzjami, co do których społeczeństwo wydawało się mieć opinie odmienne od pomysłów władz. Do pewnego stopnia widać to zresztą we wspomnianym raporcie Boniego. Obywatel jest tam traktowany jedynie jak klient, który ma być dobrze obsłużony przez administrację. Nie oczekuje się od niego ani udziału w podejmowaniu decyzji, ani opinii odnośnie do decyzji już podjętych. W całym tekście znajdujemy zresztą tylko jedno dość mgliste zdanie odwołujące się do pojęcia „e-demokracji”.

Tymczasem w innych krajach ICT są nie tylko skutecznie wykorzystywane do stworzenia sprawniejszej administracji, lecz służą również zwiększeniu możliwości wpływania obywateli na losy państwa. Nie dotyczy to bynajmniej tylko krajów zamożnych i wysokorozwiniętych. Na przykład maleńka Estonia dokonała w ciągu kilkunastu lat niezwykłego wręcz skoku rozwojowego we wdrażaniu rozwiązań informatycznych. We wszelkich rankingach obrazujących rozwój e-państwa, e-rządu czy e-partycypacji kraj ten plasuje się najczęściej w pierwszej dwudziestce. Na obszarze pokomunistycznym w zasadzie nie ma on konkurencji, dlatego np. we wspominanym raporcie ONZ Estonia porównywana jest nie do krajów Europy Środkowowschodniej, lecz do państw nordyckich.

Odsetek gospodarstw domowych z komputerem podłączonym do internetu, liczba użytkowników Sieci, korzystanie z elektronicznej bankowości, dostęp do darmowego wi-fi – we wszystkich tych wskaźnikach Estonia sytuuje się ponad średnią unijną. Czynniki te stanowią infrastrukturę, na której można tworzyć e-państwo z prawdziwego zdarzenia. Już w 2002 r. wprowadzono w tym kraju cyfrowy dowód osobisty, który wraz ze specjalnym czytnikiem podłączanym do komputera stanowi, po wpisaniu kodu PIN, narzędzie identyfikacji obywatela via internet. Dzięki temu Estończycy mogą w prosty sposób załatwiać większość spraw urzędowych bez wychodzenia z domu. Cyfrowy dowód umożliwia również dokonywanie przelewów bankowych, realizowanie recept, może też zastąpić bilet w komunikacji publicznej.

Takie narzędzie – mógłby ktoś stwierdzić – może służyć do inwigilacji i spowodować utratę prywatności, ponieważ wszystkie dane gromadzone są w jednym miejscu. Jest jednak inaczej, gdyż system przekazuje obywatelowi informacje o tym, kto przeglądał jego dane. Oznacza to, że urzędnik nie może już bez wyraźnej potrzeby sprawdzać informacji o obywatelach, ponieważ każde takie zachowanie jest rejestrowane.

Z pozoru najbardziej widowiskowym osiągnięciem estońskiego e-państwa było umożliwienie społeczeństwu głosowania w wyborach powszechnych za pośrednictwem internetu. Był to pierwszy taki przypadek na świecie. Już w 2005 r. Estończycy mogli głosować elektronicznie w wyborach samorządowych. Wtedy 1,9% wszystkich oddanych głosów stanowiły wysłane przez Sieć. Odsetek ten szybko się powiększał – w wyborach parlamentarnych w 2011 r. wzrósł do 24,3%. Głównym celem wprowadzenia e-głosowania było zwiększenie frekwencji. Czy się udało? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć, gdyż nie sposób założyć, że jedyną przyczyną zmian jest głosowanie elektroniczne. Jednak frekwencja w estońskich wyborach systematycznie rośnie. W wyborach parlamentarnych od 1999 r. wynosiła ona kolejno: 57%, 58%, 62% (2007 r. – pierwsze wybory parlamentarne z możliwością głosowania przez internet), 63,5%. Bardzo wysoki wzrost frekwencji odnotowano w przypadku wyborów do Europarlamentu. W 2004 r. wynosiła ona 24% (bez e-głosowania), by w 2009 wzrosnąć do prawie 44% (e-głosowanie). Zupełnie rekordowe były wybory samorządowe w roku 2009, które cieszyły się frekwencją 60,5% w porównaniu z 47% w roku 2005.

Jakkolwiek oddawanie głosów przez internet może jawić się z naszej perspektywy jako rewolucyjna zmiana, to należy pamiętać, że w swojej istocie jest to jedynie technologiczna nowinka, która nie ma większego wpływu (prócz – być może – wzrostu frekwencji) na przebieg procesu demokratycznego. E-głosowanie nie wyposaża obywateli w nowe narzędzia wpływu na proces demokratycznego podejmowania decyzji. W Estonii powstały jednak także systemy, które miały umożliwić społeczeństwu większą partycypację. Już w 2001 r. uruchomiono portal TOM – skrót od estońskiej frazy: „dziś ja decyduję”. Pozwala on decydentom na umieszczanie projektów ustaw, które miały być oceniane i komentowane przez użytkowników. Dodatkowo obywatele mieli możliwość przedstawiania własnych pomysłów, które, o ile zyskały odpowiednie poparcie, trafiały do urzędników. Ci zaś mieli miesiąc, aby odnieść się do proponowanych zmian. Co prawda administracja nie była zobligowana do wprowadzania zgłoszonych pomysłów w życie, ale w przypadku negatywnej odpowiedzi obywatele musieli otrzymać uzasadnienie takiej decyzji. W 2007 r. TOM został zastąpiony przez serwis osale.ee, który oferował podobne możliwości.

Niestety oba portale cieszyły się nikłym zainteresowaniem. TOM w 2007 r. miał jedynie 6742 zarejestrowanych użytkowników, spośród których tylko niewielka część była aktywna. Podobnie rzecz miała się z osale.ee. Około ? zamieszczonych tam projektów nie uzyskało żadnego komentarza, a odsetek propozycji zmian prawa, które wywołały dłuższą dyskusję, jest bardzo niski. Należy też zauważyć, że nie wszystkie ministerstwa publikowały tam swoje materiały. Dodatkowe problemy, z którymi zmagają się estońskie systemy partycypacji, to mało konstruktywne głosy obywateli, zbyt formalne odpowiedzi urzędników mogące zniechęcać ludzi do zabierania głosu, brak realnego dialogu z przedstawicielami władzy oraz nikłe zainteresowanie mediów propozycjami obywatelskimi. Meelis Kitsing, badacz z University of Massachusetts, stwierdza nawet, że najsłabszym punktem estońskiego e-rządu jest dostarczenie obywatelom usług, które mogłyby zachęcać do partycypacji i demokracji. Jako przyczynę wymienia przede wszystkim fakt, iż estońskie inicjatywy są w głównej mierze reakcją na potrzeby sektora prywatnego oraz opinii publicznej. Zdaniem autora, Estonii brakuje spójnej wizji wdrażania narzędzi partycypacyjnych.

Jak widać, samo oddanie w ręce społeczeństwa narzędzi umożliwiających partycypację nie gwarantuje, że ono z nich skorzysta. Nierozsądne byłyby jednak opinie, że estońskie projekty zakończyły się porażką, a sama idea e-partycypacji była niewiele warta. Opisane tu narzędzia są raczej w fazie prób i testów – nie ma zatem mowy o skończonym przedsięwzięciu. Jeśli Estończycy zdiagnozują popełnione błędy i będą systematycznie je naprawiać, to z czasem zaangażowanie obywateli powinno się zwiększyć.

Co ciekawe, rozwiązania wprowadzane przez Estonię są ogólnodostępne i inne kraje mogą z nich korzystać. Przykładem jest Słowenia, która w 2009 r. wdrożyła platformę TID+ (Today I Decide), powstałą jako projekt na bazie estońskiego TOM. Wydaje się, że w Słowenii narzędzie to cieszy się nieco większą popularnością. Przez dwa lata funkcjonowania portalu pojawiło się tam ponad 2000 obywatelskich sugestii zmian prawa, z czego każda opatrzona została średnio 6 komentarzami. 460 pomysłów zyskało wystarczające poparcie, aby zostać przekazane decydentom, z tej liczby zaś ponad połowa dostała pozytywne odpowiedzi, zgodnie z którymi albo pomysł był już wdrażany w życie niezależnie od inicjatywy obywatelskiej, albo był jedną z opcji branych pod uwagę. Aż 13 sugestii zostało zrealizowanych wyłącznie dzięki TID+.

Jednym z głównych problemów, z którymi stykają się opisane tu narzędzia umożliwiające e-partycypację, jest fakt, że obywatele często czują się niekompetentni, by merytorycznie komentować skomplikowane dokumenty tworzone przez administrację. Język urzędników jest niezbyt przystępny, a sprawy, o których piszą, wydają się obywatelom zbyt trudne. Udostępnienie w Sieci wielkiej ilości takich dokumentów jest często przeciwskuteczne, gdyż raczej przytłaczają one informacjami, których odbiorcy nie są w stanie przetrawić. Dlatego nasuwają się tutaj dwa rozwiązania. Zgodnie z pierwszym serwisy takie jak osale.ee powinny zostać „wyposażone” w urzędników, którzy asystowaliby obywatelom przy formułowaniu postulatów. Chodzi o to, aby człowiek mógł sformułować propozycję czy komentarz „własnymi słowami”, nie bacząc na to, że forma jego wypowiedzi nie koresponduje z technicznym językiem administracji. Dopiero później, dzięki pomocy kompetentnego urzędnika, obywatelska sugestia zostałaby „przetłumaczona” na administracyjny żargon. Taką strategię realizuje brazylijski serwis edemocracia.gov.br, który niestety z braku miejsca nie może zostać tu szczegółowo opisany. Warto zauważyć, że bez podobnych rozwiązań partycypacyjne narzędzia mogą zostać łatwo zawłaszczone przez różnego rodzaju lobbystów. Bez wsparcia dla „zwykłych obywateli” użytkownikami takich serwisów pozostaną jedynie osoby, które potrafią sprawnie poruszać się w urzędniczym gąszczu przepisów, procedur i kruczków prawnych.

Inne rozwiązanie zostało wprowadzone w Wielkiej Brytanii. W sierpniu 2011 r. uruchomiono portal epetitions.direct.gov.uk, na którym każdy obywatel może zamieścić petycję. Jeśli pod wnioskiem zostanie zebranych co najmniej 100 000 podpisów, to tekst trafia do komisji, ta zaś może skierować go do parlamentu, gdzie będzie on ostatecznie dyskutowany. Portal cieszy się dużą popularnością, notując dziennie odwiedziny 52 tys. użytkowników. Kilkakrotnie udało się już przekroczyć próg 100 000 podpisów oraz wpłynąć na obowiązujące prawo. Trzeba jednak zaznaczyć, że w kilku przypadkach inicjatywy, które zgromadziły odpowiednie poparcie, nie trafiły do parlamentu, ponieważ nie zyskały wsparcia wspomnianej ko­misji. Fakty te sprawiły, że brytyjski dziennikarz i autor bloga edemocracyblog.com, Richard Parsons, skonstatował: Parlament przeżywa obecnie łagodniejszą wersję zamętu, którego doświadczyły wcześniej muzyka i prasa w związku z pojawieniem się internetu. Fakt istnienia e-petycji skłania do stawiania pytań o sposób funkcjonowania brytyjskiego systemu politycznego oraz tego, czy jest on przygotowany na spełnienie oczekiwań społeczeństwa.

Sama procedura jest przedmiotem wzmożonej debaty. Przede wszystkim nie jest do końca jasne, jak wielką wagę parlamentarzyści powinni przykładać do e-petycji. Z jednej strony należy pamiętać, że 100 000 popierających to niewiele w stosunku do ogólnej liczby dorosłych obywateli, zatem nie można traktować tych inicjatyw jako „woli ludu”. Z drugiej jednak strony, arbitralne decyzje komisji, zgodnie z którymi nie wszystkie petycje poparte 100 000 podpisów są poddawane debacie, mogą odbierać ludziom wiarę w to, że ich głos się liczy. Problemem jest również sposób, w jaki administracja komunikuje się z obywatelami. Teoretycznie możliwe jest, że autor petycji, która zbierze 99 999 głosów, może nie doczekać się żadnego odzewu ze strony decydentów. Postuluje się więc stworzenie mechanizmów, które umożliwią większy dialog sygnatariuszy z władzami. Warto nadmienić, że do takiego dialogu dochodzi stosunkowo często, gdyż politycy chętnie kontaktują się z autorami petycji, które co prawda nie przekroczyły wymaganego progu, ale mimo to zgromadziły pokaźne poparcie. Problem jest jednak taki, że są to kontakty nieformalne i do niczego polityków nie zobowiązują. Jak widać, również tutaj narzędzie partycypacyjne jest w fazie testów. Wydaje się jednak, że już teraz cieszy się dużym zainteresowaniem obywateli, a przedstawicielom władzy zależy na jego usprawnieniu.

Porównując rozwiązanie brytyjskie do estońskiego, można stwierdzić pewną przewagę tego pierwszego. Jednym z argumentów są nagie liczby. E-petycje cieszą się dużo większym zainteresowaniem obywateli niż komentowanie rządowych dokumentów. Dlaczego tak jest? Wydaje się, że brytyjski model partycypacji jest bardziej przyjazny obywatelom i łatwiejszy w obsłudze. Napisanie petycji nie jest tak skomplikowane jak próby wpływania na już istniejące projekty. Nie trzeba być ekspertem, żeby móc opisać problem, który dostrzegamy. Powoduje to, że e-petycje są znacznie mniej elitarne niż osale.ee. Warto zauważyć, że e-petycje są dostosowane do obecnego modelu Sieci, tj. Web 2.0 – gdy tylko zbieranie podpisów zostanie uruchomione, linki do odpowiedniej petycji są rozsyłane po najróżniejszych serwisach społecznościowych. Jeśli idea rzeczywiście cieszy się popularnością, to w miarę szybko można zgromadzić odpowiednią liczbę sygnatariuszy.

Można wskazać jeszcze jedną różnicę między oboma rozwiązaniami. Otóż wydaje się, że e-petycje są w miarę spójnym uzupełnieniem systemu demokracji przedstawicielskiej, dzięki któremu kontakt między rządzącymi a społeczeństwem jest trochę lepszy. Natomiast narzędzia takie jak osale.ee zbliżają się w teorii do demokracji bezpośredniej, w której społeczeństwo przygotowuje i głosuje nad odpowiednimi projektami. Na dobrą sprawę można by pokusić się o stwierdzenie, że w Estonii istnieją już zalążki infrastruktury niezbędnej do wprowadzenia demokracji bezpośredniej. Widać więc tutaj pewien problem, z którym będą musieli poradzić sobie orędownicy tej formy ludowładztwa. Jeśli różne narzędzia podejmowania decyzji bez udziału wybieralnych przedstawicieli pozostawią w zaniedbaniu problem niskiego zainteresowania społeczeństwa trudnymi technicznymi zagadnieniami, które są obecne w każdym punkcie ścieżki legislacyjnej, to może się okazać, że proces decyzyjny zostanie bezwolnie przekazany niewybieralnym profesjonalistom, którzy jako jedyni będą dostatecznie kompetentni i zdeterminowani, aby stanowić prawo. Pytanie, na czyją korzyść będą działali ci ludzie.

Podałem przykłady form e-partycypacji, które umożliwiają obywatelom wpływanie na losy całego kraju. Wydaje się jednak, że znacznie prościej wprowadzić takie rozwiązania w skali lokalnej. Po pierwsze, ludzie zazwyczaj są bardziej zainteresowani tym, co dzieje się w ich bezpośredniej bliskości. Po drugie, rezultaty decyzji podejmowanych na poziomie lokalnym są łatwiejsze do zrozumienia przez obywateli, a więc można oczekiwać większego zaangażowania. Po trzecie, łatwiej deliberować w mniejszym gronie. Tezy te potwierdza praktyka, gdyż projektów wprowadzających e-partycypację na szczeblu lokalnym jest zdecydowanie więcej niż tych, które operują w skali państwa. Ciekawym przykładem są wysiłki na rzecz lokalnej e-demokracji w Brazylii, podejmowane m.in. przy tworzeniu budżetu partycypacyjnego w Belo Horizonte. Jak stwierdził Tiago Peixoto, badacz zajmujący się elektroniczną demokracją, żaden z krajów mających doświadczenia z e-demokracją nie zbliżył się nawet do tego, co udało się dokonać w Belo Horizonte, zarówno pod względem partycypacji obywateli, jak i pozytywnego wpływu na podejmowane decyzje.

Brazylijskie doświadczenia z budżetem partycypacyjnym sięgają 1989 r. [więcej na ten temat pisaliśmy w poprzednim numerze „Nowego Obywatela” – przyp. redakcji] Natomiast pierwszy eksperyment, polegający na umożliwieniu obywatelom decydowania o lokalnym budżecie przez internet, pojawił się w 2006 r. w Belo Horizonte. Środki, o których mogli decydować mieszkańcy, wyniosły 11 mln dolarów. W tym samym czasie w ramach partycypacji nieelektronicznej mieszkańcy mieli do dyspozycji 43 mln dol. W każdym z dziewięciu dystryktów miasta obywatele mogli wybierać spośród czterech różnych projektów. Ten, który zyskiwał największe poparcie, był realizowany. Jak podaje Tiago Peixoto, mieszkańcy jednego z mniejszych dystryktów wybierali między budową nowego kompleksu sportowego, biblioteki, remontem głównej ulicy albo rewitalizacją głównego targowiska. Koszt każdego z projektów szacowany był na 1,2 mln dol., a najwięcej głosów zdobyło centrum sportowe. Mieszkańcom, prócz oddawania głosów, umożliwiono prowadzenie dyskusji między sobą oraz z władzami. Co jakiś czas dochodziło również do czatów z urzędnikami odpowiedzialnymi za poszczególne projekty. Warto też nadmienić, że miasto, aby przeciwdziałać cyfrowemu wykluczeniu, zbudowało około 170 e-kiosków umożliwiających głosowanie tym, którzy nie posiadają w domu komputera podłączonego do internetu.

Jak wyglądało zaangażowanie obywateli? W 2006 r. głosy oddało prawie 173 tys. mieszkańców (ponad 10% uprawnionych!). Dwa lata później, gdy cyfrowy partycypacyjny budżet został podwyższony do 22 mln dolarów, głosowało ok. 124 tys. osób, a w 2011 r. liczba ludzi oddających głosy przez internet zmniejszyła się do 97 tys. Oczywiście trend spadkowy jest zauważalny, ale i tak liczby te przyprawiają o zawrót głowy i kilkakrotnie przewyższają zaangażowanie obywateli w prace nad budżetem partycypacyjnym off-line. Należy jednak zauważyć, że możliwości deliberacyjne, które oferował serwis partycypacyjny, nie są zbyt ochoczo wykorzystywane przez mieszkańców. Stosunkowo niewiele osób korzystało z możliwości dyskutowania o projektach proponowanych przez miasto.

Peixoto, omawiając badania, których tematem był budżet e-partycypacyjny, zauważa, że dane wskazują, iż mieszkańcy oddawali swoje głosy tylko w kwestiach, w których czuli się kompetentni. Przypadki, w których głosowano tylko po to, aby oddać głos, były rzadkie. Dodatkowo, nie zaobserwowano żadnych znaczących odchyleń spowodowanych stopniem zamożności. Badacz zauważa też, że ok. ? głosów oddawana była spoza miejsca zamieszkania, co może oznaczać, iż bez pośrednictwa internetu ludzie ci nie braliby udziału w procesie podejmowania decyzji.

Jakie są przyczyny tak wysokiego zaangażowania mieszkańców Belo Horizonte? Przede wszystkim należy stwierdzić, że projekty poddane głosowaniu były dużymi inwestycjami, a zatem rezultaty partycypacji są bez trudu dostrzegalne. Mieszkańcy widzą, że ich głosy mają realny wpływ na wygląd i charakter miasta. Ponadto sam mechanizm jest bardzo prosty i nie wymaga specjalistycznej wiedzy. Każdy obywatel może w miarę szybko wyrobić sobie zdanie, czy woli, aby w okolicy stanęła biblioteka czy też hala sportowa. Uważam, że to właśnie tego rodzaju e-partycypacja ma lepszą przyszłość niż narzędzia typu osale.ee. Historia obu projektów pokazuje, że ludzie mają niską motywację do zabierania głosu w skomplikowanych, technicznych sprawach, szczególnie gdy nie są pewni, że ich głos rzeczywiście coś zmieni. Gdy jednak dajemy obywatelom możliwość decydowania w kwestiach konkretnych i mających realne przełożenie na warunki ich życia, zainteresowanie jest dość duże. Sądzę więc, że modele e-partycypacji powinny iść w kierunku dostarczania obywatelom kilku opcji do wyboru, które to opcje mogą cieszyć się rzeczywistym zainteresowaniem.

Przed wielkim wyzwaniem stoją te systemy e-partycypacyjne, które oferują obywatelom podejmowanie decyzji w sprawach niemających bezpośredniego przełożenia na ich los albo te, które są zbyt nudne dla przeciętnego człowieka. Problem ów polega na tym, że z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością można założyć ich nikłą popularność. Skoro tak, to trudno będzie zgodzić się, aby decyzje podejmowane w ten sposób były wiążące dla administracji. To z kolei spowoduje jeszcze mniejsze zaangażowanie społeczeństwa.

A gdzie w tym wszystkim Polska? Szukając materiałów do tekstu, rozglądałem się za przykładami e-partycypacji w naszym kraju. Trafiłem na link, zgodnie z którym w jednym ze średnich polskich miast odbywają się „e-konsultacje”. Ta szumna nazwa kryła jednak za sobą szarą rzeczywistość. Oto „e-kon­sultacje” oznaczały formularz na stronie WWW, który umożliwiał przesłanie wiadomości do prezydenta miasta…

Wielka Orkiestra Codziennej Samopomocy

Gdy napotykamy na kilkumiesięczną kolejkę do ortopedy, hepatologa czy okulisty, stajemy przed wyborem: czekać i cierpieć albo zapłacić za wizytę w prywatnym gabinecie. Przykład z Inowrocławia pokazuje, że samoorganizacja pacjentów może stanowić pożyteczny „plaster” na niedomagania polskiego lecznictwa.

Dzięki działalności gospodarczej non profit, pozyskiwanym dotacjom, a także zaangażowaniu społecznemu, Stowarzyszenie Wzajemnej Pomocy „Flandria” jest w stanie zaoferować swoim członkom m.in. bezpłatną opiekę w trudnych sytuacjach życiowych, wsparcie w „poruszaniu się” po systemie służby zdrowia oraz znaczne rabaty na płatne artykuły i usługi medyczne.

Początki były trudne

Do niedawna lecznictwu przypisywano funkcję służebną wobec obywateli, stąd nazywano je „służbą zdrowia”. Wraz z postępującą komercjalizacją tej sfery, w publicystyce i języku potocznym coraz częściej używa się określenia „usługi medyczne”. Usługę można kupić, zarówno w ramach ubezpieczenia w NFZ, jak i indywidualnie. W tym pierwszym przypadku dostęp do lekarzy ograniczają limity kontraktów zawieranych z Funduszem. W tym drugim – zasobność portfeli pacjentów.

Warto pamiętać, że również przed sławetnymi „reformami” sytuacja w polskim lecznictwie nie wyglądała różowo. – Kiedy człowiek szykował się do operacji, musiał przynieść niezbędny sprzęt, łącznie z rękawiczkami chirurgicznymi czy strzykawkami, bo nawet tego brakowało – wspomina początek lat 90. Ineza Skrzypiec-Sikorska, dyrektor „Flandrii”. Pani Ineza – z zawodu lekarz anestezjolog, a z powołania społecznik – była wówczas przewodniczącą komisji zdrowia w Radzie Miejskiej Inowrocławia, borykającego się z ogromnym bezrobociem. Zastanawiała się, w jaki sposób można pomóc ubożejącym mieszkańcom, których dostęp do usług zdrowotnych dobrej jakości był coraz bardziej utrudniony. – Myślałam o założeniu fundacji, która pomagałaby w dotarciu do lekarzy i środków medycznych. Punktem zwrotnym stała się wizyta belgijskich samorządowców w 1994 r. w celu wymiany doświadczeń. – Najbardziej interesowało mnie, dlaczego u nich tak dobrze funkcjonuje służba zdrowia – wspomina p. Skrzypiec-Sikorska. Goście, widząc duże zainteresowanie tematyką medyczną, obiecali wrócić i szerzej opowiedzieć tylko o tych kwestiach.

Zainteresowanie kolejną wizytą było ogromne – w 70-tysięcznym mieście sala została wypełniona po brzegi, a wielu chętnych w ogóle się na nią nie dostało. Zrobiło to na Belgach ogromne wrażenie. – Powiedzieli, że dostaniemy pieniądze na realizację projektu, a my nie mieliśmy pojęcia, czym jest projekt i dlaczego ktoś chce nam coś dawać – relacjonuje p. Ineza, której powierzono nadanie kształtu planowanym działaniom wspólnie z przedstawicielem Federacji Chrześcijańskich Stowarzyszeń Wzajemnościowych, odpowiedzialnym za pomoc biedniejszym krajom. Tworzenie projektu zajęło aż dwa lata. – Belgowie nie mogli zrozumieć naszej specyfiki i usiłowali przenieść do Inowrocławia doświadczenia z Afryki i Ameryki Łacińskiej, gdzie zazwyczaj trafiali na zupełne „pustkowie” medyczne i musieli budować wszystko od podstaw. W końcu jednak współpracownicy z Flamandii przyjechali i zobaczyli, jak to wszystko u nas wygląda. W trakcie odwiedzin zrozumieli, że polskiej służbie zdrowia brakuje nie tyle systemu organizacyjnego, co pieniędzy oraz usług odpowiedniej jakości. Po namyśle postanowiono stworzyć ofertę, która uzupełniałaby braki miejscowego systemu.

Zaczęto od sklepów medycznych dla niepełnosprawnych. Pomysł częściowo pochodził od pani Inezy, która w Niemczech zwróciła uwagę na zaskakująco dużą liczbę takich osób w przestrzeni publicznej. – Zastanawiałam się, skąd u nich tylu niepełnosprawnych, przecież wojna już dawno się skończyła. Dopiero gdy wróciłam do Polski i przypomniałam sobie obfitość sklepów zaspokajających potrzeby niemieckich inwalidów, pomyślałam, że u nas jest podobnie, lecz ci ludzie nie mają warunków, żeby wyjść na ulice. Zaczęła szukać niepełnosprawnych w domach. I znalazła.

We współpracy z Belgami udało się otworzyć pierwszy sklep zaopatrzenia medycznego m.in. dla osób niepełnosprawnych. W „pakiecie” znalazła się również wypożyczalnia sprzętu ortopedycznego, gdyż większości niepełnosprawnych nie było stać na zakup własnego. Wtedy też wspólnie z organizacjami zrzeszającymi pielęgniarki rozpoczęto działania na rzecz stworzenia systemu opieki domowej. – To były czasy, gdy wszystkich chorych przetrzymywano w szpitalach, ponieważ nie wierzono, że poza nimi znajdą właściwą opiekę – wspomina pani dyrektor SWP „Flandria”. Iwona Przybyła, odpowiedzialna za marketing i reklamę, przytacza fragment spisanej Misji organizacji: Chcemy wypełniać lukę między publiczną i prywatną służbą zdrowia, dostarczając produkty i usługi, dzięki którym potrzebującym będzie się żyło lepiej.

Każdemu według potrzeb

Z kolei w Wizji, określającej wartości przyświecające działaniom Stowarzyszenia, zapisano szerzenie idei wzajemnej pomocy, solidarności międzyludzkiej, równości, życzliwości, rzetelności i otwartości. Pierwszy z jego sklepów istnieje już 15 lat. – Staramy się, żeby osoby potrzebujące rehabilitacji mogły u nas otrzymać wszelkie potrzebne produkty, od wkładek ortopedycznych i kul, przez balkoniki, wózki, po stabilizatory i poduszki ortopedyczne itp. Można u nas też nabyć prosty sprzęt do codziennych badań, jak glukometry czy ciśnieniomierze – wylicza Danuta Dajczer, sprzedawczyni w najstarszej placówce handlowej Stowarzyszenia. – Średnio odwiedza nas ok. 50 osób dziennie, co pokazuje skalę potrzeb. Często ludzie przychodzą po informacje, np. jak obsługiwać jakieś urządzenie czy jak zająć się chorym, ale też by zasięgnąć porady, jak otrzymać refundację czy dofinansowanie do sprzętu.Personel sklepów medycznych to rehabilitanci lub osoby specjalnie szkolone, którzy starają się każdemu pomóc, nawet gdy jest jasne, że dana osoba niczego w sklepie nie kupi. Udzielają również porad telefonicznych. – Dzwonią do nas z instytucji, np. z MOPS-u, a nawet NFZ-u, by skonsultować się w sprawie własnych możliwości – nie kryje dumy Ewelina Gapska, jedna z prowadzących placówkę.

Mniej więcej 1/3 stałych klientów stanowią członkowie Stowarzyszenia, którym na produkty nierefundowane przysługuje do 10% zniżki. – Jeżeli ktoś kupuje łóżko kosztujące 2750 zł, to zniżka daje mu znaczącą oszczędność. Tak samo jest przy stałym zaopatrywaniu się w określone produkty – mówi p. Gapska. Zaś p. Danuta dodaje: Rabaty dotyczą również sprzętu wypożyczanego. Podobnie funkcjonuje apteka. – Nasi członkowie otrzymują rabaty na wszystkie leki nierefundowane z NFZ i kosmetyki – wyjaśnia kierownik placówki, Zofia Łęk. Podkreśla jednocześnie, że na nowej liście refundowanych farmaceutyków zabrakło wielu dotychczasowych pozycji. – Ponadto, by dostać receptę z refundacją na leki specjalistyczne, trzeba najpierw otrzymać zaświadczenie od specjalisty, że dla danej osoby taki lek jest konieczny. Spowodowało to wydłużenie i tak już długich kolejek do specjalistów, wielu chorych musi więc za leki płacić pełną cenę. To sprawia, że ludzie chodzą po aptekach i szukają, gdzie jest taniej. W takiej sytuacji członkostwo we „Flandrii” staje się szczególnie atrakcyjne. Jej teza znajduje potwierdzenie w fakcie, że większość osób kupujących w aptece „Flandrii” leki nierefundowane stanowią członkowie organizacji.

Dbałość o pacjenta przejawia się także w tym, że jeszcze przed wprowadzeniem obowiązku informowania o tańszych zamiennikach leków farmaceuci z „Flandrii” z własnej inicjatywy wskazywali je klientom. – Ponadto zawsze staramy się znaleźć czas, by porozmawiać z chorym i udzielić mu pomocy. Farmaceuci chętnie informują pacjentów także o ubocznym działaniu leków, ich synergizmie i antagonizmie, często proponując badania profilaktyczne, organizowane przez Stowarzyszenie. Zresztą uczestnicząc w którejkolwiek formie pomocy czy zajęć we „Flandrii”, można usłyszeć o możliwościach zaangażowania się w inne inicjatywy.

Przed szeregiem

Działania podejmowane przez p. Inezę wraz z zagranicznymi partnerami zostały sformalizowane w 1996 r. w ramach Stowarzyszenia Wzajemnej Pomocy „Flandria”. Na jego powstanie środki wyłożyli rząd flamandzki oraz wspomniana Federacja Chrześcijańskich Stowarzyszeń Wzajemnościowych, pełniących w Belgii rolę oficjalnych kas chorych. Później powstała Fundacja Wzajemnej Pomocy, której celem jest pozyskiwanie środków na działalność Stowarzyszenia oraz propagowanie myśli wzajemnościowej, a niedawno także Spółdzielnia Europejska „Flandria”, do której przeniesiono całą działalność gospodarczą. – Pobieramy symboliczne składki, dzięki którym nasi członkowie mogą korzystać ze zniżek w naszych sklepach czy aptece. Dzięki temu już dawno zyskaliśmy miano pierwszej kasy chorych, nim jeszcze taki twór zaistniał w naszej rzeczywistości – wyjaśnia Skrzypiec-Sikorska, która została prezeską spółdzielni.

Stowarzyszenie nie prowadzi działalności charytatywnej, lecz samopomocową – akcentuje liderka „Flandrii”. To oznacza, że jeśli przychodzi do niego ktoś, kto nie ma środków na leki, nie otrzyma ich za darmo, lecz zostanie pokierowany do organizacji lub urzędu, które zajmują się pomocą takim osobom.

Podobnie jak w przypadku belgijskich stowarzyszeń wzajemnościowych, członkowie sami wybierają władze i mają wpływ na funkcjonowanie organizacji, co odróżnia ją od NFZ. Współdecydowanie upodabnia natomiast Flandrię do kas chorych w Polsce międzywojennej. Zdaniem działaczy Stowarzyszenia taka struktura uczy odpowiedzialności i aktywizuje społecznie (punkt 7. Misji Stowarzyszenia: Świadome i aktywne członkostwo nadrzędnym elementem budowy organizacji).

W związku z kolejkami do lekarzy specjalistów czy na zabiegi fizjoterapeutyczne silnie rozwinęła się działalność gabinetów prywatnych. „Flandrii” udało się wynegocjować w nich zniżki do 30% dla członków Stowarzyszenia. Z czasem jednak wiele gabinetów wycofało się ze współpracy, np. stomatolodzy, którzy cieszyli się największą popularnością. – Wówczas otworzyliśmy Niepubliczny Zakład Opieki Zdrowotnej „Flandria”, starając się dostarczyć brakujące usługi – wspomina p. Ineza. Obecnie prowadzi on tylko dwie specjalizacje, o które najtrudniej w Inowrocławiu: poradnię leczenia bólu i pielęgniarską opiekę domową, obie finansowane w ramach kontraktu z NFZ. Do niedawna funkcjonował też gabinet dentystyczny, niestety stomatolog wyprowadziła się. – To była świetna specjalistka, a my nie chcieliśmy robić „podmiany” na kogoś, kto byłby dużo słabszy. Niestety, pozostali dobrzy stomatolodzy wolą prowadzić własne gabinety, więc nie mamy obecnie w ofercie tej gałęzi medycyny – wyjaśnia pani Ineza.

Przy prowadzeniu lecznicy poważnym kłopotem są niewystarczające limity przyjęć, określane w kontraktach z NFZ. We „Flandrii” jednak po wyczerpaniu limitów pacjenci nadal są przyjmowani zgodnie z ich potrzebami. Oczywiście dyrekcja lecznicy próbuje później z Funduszu otrzymać dodatkowe środki, jednak zwykle udaje się to tylko w części. Przykładowo w 2011 r. za ponadnormatywne wizyty w poradni leczenia bólu – a było ich sporo – nie udało się odzyskać pieniędzy.

W 1999 r. utworzono kasy chorych, co uświadomiło Polakom, że służba zdrowia kosztuje i pozwoliło im poznać mechanizmy jej finansowania. – Był to krok w dobrym kierunku, istnienie kas pozwalało np. ograniczać nadmierne wypisywanie zwolnień lekarskich, recept. Później wrócono do centralizacji, co znacznie ograniczyło możliwości działań lokalnych – wspomina pani prezes. Dzięki decentralizacji przedstawiciele „Flandrii” bez problemu dotarli do szefa regionalnej kasy chorych. Po rozmowie z urzędnikiem udało się zorganizować finansowanie wypożyczalni sprzętu medycznego. – W NFZ musiałam pukać od drzwi do drzwi, by w Warszawie usłyszeć, że cała Polska nie będzie dokładała do jakiejś wypożyczalni w Inowrocławiu. Tymczasem wówczas, po podliczeniu kosztów w skali całego województwa, stwierdzono, że kasę stać na finansowanie takiej działalności. Potem inne kasy brały przykład z naszego regionu. Bogata w te i inne doświadczenia „Flandria” szykuje się do przeprowadzenia dużej akcji społecznej w trzech województwach, w których działa organizacja. Chcą w ten sposób pokazać, jak zdaniem działaczy z Inowrocławia powinna wyglądać polityka państwa w zakresie ochrony zdrowia (punkt 5. Misji: Wywieranie wpływu na politykę zdrowotną i socjalną państwa i władz lokalnych).

W służbie zdrowia zawsze istnieją jakieś niedobory i „Flandria” stara się je minimalizować. – Interweniujemy np. tam, gdzie są długie kolejki. Pomagamy też poruszać się w gąszczu niezrozumiałych procedur, szczególnie tym, którzy są naszymi podopiecznymi, czyli niepełnosprawnym i ogólnie słabszym społecznie – wyjaśnia Ineza Skrzypiec-Sikorska. Poza sztandarowymi przykładami, jak sklepy medyczne czy apteka społeczna, Stowarzyszenie obejmuje opieką np. opuszczających szpital i wymagających długotrwałej opieki pielęgniarskiej, rehabilitacji czy wsparcia w codziennym funkcjonowaniu. – Zespół naszych pielęgniarek spieszy z pomocą ludziom, którzy mają wskazania medyczne do takiej opieki, np. odleżyny, owrzodzenia czy cewnikowanie – mówi Monika Konopa-Dudek, koordynatorka długoterminowej opieki pielęgniarskiej. Rodziny takich osób często nie są w stanie się nimi zająć, bo dorośli chodzą do pracy, pilnują dzieci czy nie potrafią wykonać bardziej skomplikowanych czynności. W Inowrocławiu we „Flandrii” pracuje pięć pielęgniarek, z których każda co dzień opiekuje się sześcioma pacjentami. Usługa ta jako zakontraktowana przez NFZ jest bezpłatna dla pacjentów.

Oczywiście na taką działalność potrzebne są środki. – Nie liczymy na sponsorów, zwłaszcza teraz, w dobie kryzysu. Zresztą nigdy o takie środki nie było łatwo i nie były one pewne – wyjaśnia szefowa inicjatywy. Nieodpłatne usługi Stowarzyszenie finansuje z działalności gospodarczej, czyli z dochodów sklepów medycznych i aptek. Ta część aktywności, dla większej przejrzystości oraz sprawniejszego funkcjonowania, została wydzielona i przeniesiona do pierwszej w Polsce spółdzielni europejskiej – formy demokratycznego przedsiębiorstwa społecznego, przewidzianej przez prawo europejskie dla podmiotów mających swoje siedziby w różnych państwach. SCE „Flandria” Spółdzielnia Europejska z o.o. jest kooperatywą Stowarzyszenia Wzajemnej Pomocy „Flandria”, Fundacji Wzajemnej Pomocy i trójki belgijskich partnerów, działającą zgodnie z zasadą „jeden podmiot – jeden głos”. – Naszym celem jest sytuacja, w której działalność gospodarcza będzie pokrywała całość kosztów działalności społecznej – obecnie dostarcza ok. 30% potrzebnej kwoty – roztacza plany p. Skrzypiec-Sikorska. Aktualnie znaczna część środków pochodzi od belgijskich partnerów oraz z konkursów dotacyjnych. Niestety, podobnie jak w wielu innych organizacjach, nie można liczyć na ofiarność członków. – Ludzie dają więcej z siebie, tzn. chętniej podejmują pracę społeczną, ale mam wrażenie, że coraz mniej chętnie przekazują środki finansowe – mówi p. Ineza.

Pączkowanie

Z czasem działalność Stowarzyszenia objęła znaczne obszary woj. kujawsko-pomorskiego, a nawet Poznań i Trójmiasto. Członkowie „Flandrii” starają się trafiać na prowincję, organizując w małych miejscowościach punkty apteczne czy ośrodki wolontaryjne (punkt 4. Misji: Wolontariat jako ważny element realizowania idei wzajemnej pomocy). Na przykład w Jaksicach, oddalonych od Inowrocławia o 10 km, co prawda istniała poradnia, ale już po leki pacjenci musieli jeździć do miasta. Dlatego „Flandria” otworzyła tam placówkę z podstawowymi medykamentami – Punkt Apteczny z Sercem.

Do każdego miasta przypisany jest koordynator, zajmujący się nie tylko organizacją wspomnianej działalności, lecz także miejscowym sztabem wolontariuszy. W samym Inowrocławiu jest ich ponad 120, a we wszystkich placówkach ok. pół tysiąca. Przechodzą profesjonalne szkolenia z zakresu psychologii, socjologii, pedagogiki, medycyny, pierwszej pomocy itp. Koordynator dba także o organizowanie zajęć dla dzieci, osób starszych (np. w klubach 55+) czy niepełnosprawnych.

Mimo niezaprzeczalnych sukcesów zarząd nie spoczywa na laurach. – Daleka jestem od satysfakcji w kwestii liczby członków. Pokutuje niechęć do zapisywania się, wyniesiona z czasów komunistycznych – stwierdza p. Ineza. Taka opinia może budzić zdziwienie, skoro Stowarzyszenie liczy ok. 7 tys. członków – to bardzo duża liczba jak na polskie realia. Jednak belgijski partner „Flandrii” – Federacja Chrześcijańskich Stowarzyszeń Wzajemnościowych – ma ich aż 4,5 mln, co stanowi ok. 45% obywateli Belgii. Tak jak w przypadku wielu organizacji pozarządowych, do „Flandrii” przychodzą ludzie i chcą, by podjęła taki czy inny temat. –Mówię im: zostańcie naszymi członkami, wówczas będziemy reprezentować Wasze interesy, a jeszcze lepiej będzie, jeśli sami się zaangażujecie w rozwiązanie problemu – opowiada liderka. Stowarzyszenie ma ambicje reprezentować pacjentów, a duża liczba członków dawałaby do tego legitymację.

Przeszkodą w członkostwie nie powinny być finanse, gdyż składki są niewysokie. Zaledwie 2 zł rocznie upoważnia do uczestnictwa w zebraniach i imprezach organizowanych przez Stowarzyszenie. Natomiast do korzystania z rabatów w sklepie, aptece czy podczas nabywania usług medycznych czy sanatoryjnych wystarczy składka w wysokości 10–15 zł za każdą z tych sfer (progi są różne w poszczególnych miastach). – Składki mają znaczenie symboliczne, ale w ten sposób podkreślamy, że każdy jest odpowiedzialny za nasze funkcjonowanie. Chcemy, żeby członkowie wiedzieli, jak wiele od nich zależy. To pozytywnie wpływa na ich aktywność: chętniej przychodzą na zebrania i włączają się w sprawy stowarzyszenia, np. informując, że brakuje takich czy innych usług – wyjaśnia p. Skrzypiec-Sikorska.

Lepiej zapobiegać, niż sprzedawać

Wiele wagi przykłada się we „Flandrii” do reintegracji społecznej osób niepełnosprawnych, np. poprzez organizowanie Międzynarodowej Spartakiady Osób Niepełnosprawnych, których pod szyldem Stowarzyszenia odbyło się już 10, a w każdej brało udział 400–500 zawodników oraz pokaźne grono osób towarzyszących. – Nie chodzi o olimpijskie wyniki, ale o wspólną zabawę, na którą przyjeżdżają uczestnicy nawet z Belgii, Niemiec czy Rumunii – mówi z dumą szefowa organizacji (punkt 1. Misji: Integracja ze społeczeństwem osób zagrożonych wykluczeniem społecznym i osamotnionych).

Ważną rolę w działaniach odgrywa także profilaktyka zdrowotna. Przynajmniej raz w miesiącu działacze Stowarzyszenia organizują dużą akcję z tego zakresu. Podczas mojej wizyty w Inowrocławiu przygotowy­wali cykl bezpłatnych badań tarczycy, a wcześniej miało miejsce m.in. edukowanie obywateli w zakresie higieny snu, zdrowych stóp i kręgosłupa. – Wolimy, żeby ludzie zapobiegali chorobom, niż przychodzili kupować u nas sprzęt – wyjaśnia p. Ineza. W dziedzinie profilaktyki „flandryjczycy” współpracują z innymi organizacjami, wyspecjalizowanymi w danej tematyce.

Choć takie akcje są bez wątpienia niezwykle potrzebne, pani prezes narzeka na ich oddźwięk społeczny. – Przychodzi mało osób. Kiedy już przyjdą, ludzie są zachwyceni, że oferujemy im rzetelne informacje, nie wciskając przy okazji masy produktów „w atrakcyjnych cenach”. Problem bierze się stąd, że wiele firm pod płaszczykiem spotkań profilaktycznych organizuje promocję i sprzedaż własnych leków czy sprzętu medycznego. Ludzie tego nie lubią i przykładają do nas tę samą miarę. Zaś Iwona Przybyła dziwi się: Wiemy, że nasze akcje są śledzone przez mieszkańców zarówno na naszej stronie, jak i na profilu na Facebooku, a mimo to frekwencja jest niska. A szkoda, bo Polacy wciąż wolą „inwestować” w leki, niż zapobiegać chorobom. Pod tym względem jesteśmy w europejskiej czołówce: statystyczny Polak spożywa 4,5 tabletki dziennie.

Poza wspomnianymi działaniami w sferze medycznej „Flandria” organizuje w małych miejscowościach kolonie dla dzieci z niezamożnych rodzin, by miały okazję poznać coś oprócz najbliższej okolicy. Z kolei Klub „Flandryjka”, animowany głównie przez starszych nastolatków i studentów, organizuje zajęcia pozaszkolne, w ramach których pomagają młodszym koleżankom i kolegom w uzupełnianiu wiedzy i rozwijaniu zainteresowań. Natomiast najstarsi organizują się głównie w celu wspólnego aktywnego spędzania czasu. Klub 55+ składa się przede wszystkim z kobiet, które stowarzyszyły się w strukturę z własnym zarządem, koordynując działania na rzecz seniorów. – Zapisując się do „Flandrii”, można też poprosić, by wolontariusz odwiedzał osobę samotną w domu i np. chodził z nią na spacery – mówi Magdalena Czajkowska, obsługująca sekretariat.

Obecne plany „Flandrii” to zorganizowanie ruchu pacjentów i pracowników służby zdrowia w celu ciągłego usprawniania i lepszego funkcjonowania opieki zdrowotnej w Polsce.

Siedzibę „Flandrii” odwiedziłem w piątek, gdy pacjentów było w niej niewielu właśnie z powodu mojej umówionej wizyty. Mimo to podczas rozmowy do gabinetu p. Inezy zastukała pacjentka – tylko po to, by powiedzieć: Dzień dobry, chciałam się przywitać. W powietrzu czuć już weekend, mimo to pani Magda ledwie znalazła dla mnie chwilę. Podczas wywiadu miałem wrażenie, że wyłoniła się z gąszczu papierów pokrywających biurko. Siedząca obok księgowa odpowiadała znad tabel. Pani Monika cały czas kątem oka zerkała na telefon (niechcący przeszkodziłem jej w rozmowie z jedną z pielęgniarek wizytujących podopiecznego „Flandrii”), zaś pani Iwonie przerwałem redagowanie informacji prasowej.

Oczywiście co jakiś czas ktoś odchodzi, przede wszystkim z uwagi na niewysokie zarobki, jakie może zaproponować pracownikom organizacja społeczna. Wyraźnie jednak czuć, że dla tych, którzy zostają, wielkie słowa z cytowanych w tekście Misji i Wizji znaczą naprawdę dużo – na serio dbają o dobro innych i wzajemną pomoc.

Reklama dźwignią ładu?

W Polsce nie mamy na szczęście do czynienia z dyktaturą polityczną. W większości naszych miast możemy jednak zaobserwować tyranię innego rodzaju: dyktaturę reklam w przestrzeni miejskiej. Coraz częściej buntują się przeciwko temu obywatele i władze lokalne.

Mimo krótkotrwałego załamania związanego z kryzysem finansowym w 2008 r. rynek reklamy nazywanej out of home (dosłownie: „poza domem”) ma się bardzo dobrze. Według raportu Izby Gospodarczej Reklamy Zewnętrznej kwota uzyskana ze sprzedaży tego typu reklam w 2011 r. to prawie 600 mln zł, czyli w przybliżeniu tyle samo co rok wcześniej. W końcu 2011 r. było w Polsce 92 646 systemowych nośników reklamy zewnętrznej – 76% z nich znajduje się w 16 największych miastach i aglomeracjach. Jednocześnie w ciągu czterech lat liczba nośników reklamy zmniejszyła się o ok. 12%. Z czego to wynika? Firmy doszły do wniosku, że nie ma sensu tworzenie dodatkowych miejsc ekspozycyjnych, które nie są atrakcyjne, a są kosztowne – wyjaśnia prezes Izby Gospodarczej Reklamy Zewnętrznej, Lech Kaczoń. Wiele z nich umieszcza reklamy na słupach, przystankach komunikacji miejskiej czy ścianach budynków. Nie wszystkie są uwzględniane w raportach takich jak ten przywołany powyżej, co oznacza, że faktyczna liczba reklam „outdoorowych” jest jeszcze wyższa niż ta podana w oficjalnie.

Nadużycia, jakich dopuszczają się reklamodawcy, są możliwe dzięki wadliwości obowiązujących w Polsce przepisów regulujących kształtowanie przestrzeni miejskiej i eksponowanie reklam. Chociaż zapewnienie „ładu przestrzennego” jest wymienione na pierwszym miejscu zadań własnych gminy (art. 7.1 Ustawy o samorządzie gminnym), to zarówno w teorii, jak i w praktyce system prawny w Polsce nie zabezpiecza miast i ich mieszkańców przed inwazją reklam. Niedostatecznie przeciwdziała również nadużyciom w wykonaniu firm z branży reklamowej. – Mamy do czynienia z niedoskonałymi przepisami czy raczej niemal z brakiem przepisów natury ogólnej, z próbami stanowienia przepisów narzędziami prawa miejscowego, a jednocześnie z ewidentnym brakiem egzekucji tych przepisów – komentuje Grzegorz Buczek, wiceprezes Towarzystwa Urbanistów Polskich, wykładowca Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej.

Miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego, będące aktami prawa miejscowego dotyczącymi przestrzeni, mogłyby stanowić rozwiązanie problemu reklam zewnętrznych. Jednak rzadko kiedy obejmują choć połowę obszaru miejskiego i zazwyczaj ustalane są w wąskim gronie, często z niewystarczającym udziałem mieszkańców. Kształtowanie tego, co publiczne dokonuje się zwykle w drodze wewnętrznych ustaleń między sektorem prywatnym a urzędnikami i planistami. Ponadto, na co zwraca uwagę Elżbieta Dymna, do niedawna prezes stowarzyszenia Miasto Moje a w Nim, zajmującego się działaniami na rzecz uporządkowania przestrzeni publicznej pod kątem reklamy zewnętrznej, plany miejscowe uchwalane są przede wszystkim dla nowych dzielnic i obszarów nowo urbanizowanych, nie zaś dla ukształtowanych centrów, gdzie w wielu miastach jest najwięcej reklam.

Lech Kaczoń wskazuje także na niespójność tych regulacji: Plany są przygotowywane przez różne grupy osób, różne pracownie architektoniczne. Czasami są to ludzie bezpośrednio zatrudniani w samorządzie, czasami zleca się prace na zewnątrz. Ci, którzy przygotowują plany, nie mają pełnej wizji lub kierują się założeniami narzuconymi z góry. Uważa się, że najlepiej załatwić sprawę jak najprościej, więc albo w ogóle nie dotyka się spraw reklamy, albo wpisuje zakaz reklamy – bo niektórzy wychodzą z założenia, że każda reklama jest zła i zaśmieca miasto, co nie jest prawdą. Jeżeli tak traktuje się reklamę, to powstają luki w prawie, które są wykorzystywane przez reklamodawców. Umieszczają oni reklamy przede wszystkim na gruntach prywatnych, wobec których trudno cokolwiek wyegzekwować. Tworzy się bałagan estetyczny i decyzyjny.

Uchwalanie miejscowych planów sprzyja nie tylko obywatelom, lecz także przedstawicielom branży reklamowej. Natłok i chaos reklamowy powodują, że istniejące reklamy nie spełniają swojej funkcji, gdyż przekroczona zostaje granica maksymalnej ich ilości możliwej do przyswojenia przez konsumentów. Potwierdza to Elżbieta Dymna: Branża reklamowa poparła nasze postulaty zmierzające do ograniczenia liczby reklam zewnętrznych, ponieważ dla niej to też jest korzystne. Kiedyś do kampanii reklamowej wystarczyło zamówić 500 billboardów i była ona widoczna w mieście. Teraz, gdy kampania obejmuje ich 1500, to znika w chaosie innych reklam. Dlatego też Międzynarodowe Stowarzyszenie Reklamy IAA oraz Izba Gospodarcza Reklamy Zewnętrznej rozpoczęły w lipcu działania polegające na udostępnianiu danych o nielegalnych powierzchniach reklamowych, a także zamierzają włączyć zagadnienia zmian prawnych w tym zakresie do tematyki konferencji branżowych, którym patronują. Organizacje te tłumaczą, iż jest to konieczne ze względu na nagminne łamanie przez branżę reklamową obecnie obowiązujących przepisów. Warto dodać, że sama IGRZ już od kilku lat zabiega o poprawę funkcjonowania nośników reklamowych w przestrzeni publicznej, przede wszystkim zachęcając władze do tworzenia spójnych i całościowych koncepcji lokalizacji reklam zewnętrznych zamiast mnożenia kolejnych nakazów i zakazów.

Ze względu na konkurencję większość firm reklamowych niestety wciąż traktuje przestrzeń miejską w kategoriach „Dzikiego Zachodu”, gdzie istniejące prawo można naginać, a jego luki i nieścisłości wykorzystywać do swoich celów. Sprzyjają temu rozproszenie i brak spójności unormowań w wielu aktach prawnych, które egzekwowane są przez różne instytucje publiczne, stąd też nikt nie bierze pełnej odpowiedzialności za ład przestrzenny. Na tle innych państw jest to sytuacja wyjątkowa. Przykładowo Paryż ograniczył wielkość nośników reklamowych (do 8 m2 w strefie centralnej i 12 m2 poza nią). Nawet w Stanach Zjednoczonych, stereotypowo uznawanych za kraj najbardziej „zalany” reklamami zewnętrznymi, istnieją miasta z restrykcyjnymi ograniczeniami stawiania przydrożnych billboardów.

Trudno jednak oczekiwać w Polsce poprawy sytuacji, gdy nawet instytucje publiczne dają zły przykład, jeśli chodzi o przestrzeń publiczną. Odpowiedniej kultury brakuje podmiotom reklamowym, ale i podmiotom właścicielskim. Bardzo często mamy do czynienia z następującym paradoksem: na ekspansję reklam skarżą się wójtowie, burmistrzowie czy prezydenci miast, a jednocześnie podległe im jednostki organizacyjne, które władają fragmentami przestrzeni wszędzie tam, gdzie miasto ma majątek komunalny – budynki i nieruchomości gruntowe – podpisują umowy dopuszczające umieszczanie w tych przestrzeniach czy na tych budynkach reklam wielkogabarytowych. Tu nie trzeba przepisów, tu wystarczy wprowadzić wewnętrzną regulację – zauważa Grzegorz Buczek.

Przykładem wykorzystywania niejasności prawa są olbrzymie reklamy zasłaniające okna w wielorodzinnych budynkach mieszkalnych. Długi czas kwestia ta była marginalizowana, dziesiątki mieszkań odcięto od naturalnego światła, a nie dla wszystkich adekwatną rekompensatą tej sytuacji były pieniądze, które administrator przeznaczyć mógł np. na remonty. Jeszcze we wrześniu 2009 r., po wniesieniu sprawy przez mieszkankę stolicy, Sąd Apelacyjny w Warszawie uznał, iż billboard zawieszony na budynku nie jest naruszeniem dóbr prywatnych, miru domowego i że ograniczenie praw jednostki w imię dobra wspólnoty w tego typu sytuacjach jest zgodne z prawem. Jednak w tym samym roku z inicjatywy wojewody mazowieckiego, Jacka Kozłowskiego, po rosnącej liczbie skarg mieszkańców rząd wprowadził zakaz wieszania reklam zasłaniających okna w wielorodzinnych budynkach mieszkalnych. Firmy i właściciele budynków mieli półtora roku na wypełnienie umów do końca i dostosowanie się do nowego prawa. W przypadku, gdyby reklam nie zdjęto, interweniować mógł Powiatowy Inspektorat Nadzoru Budowlanego, wystawiając mandat za nieprzestrzeganie prawa budowlanego. Mandat w wysokości maksimum 500 zł, co stanowi ułamek dochodów z tytułu reklamy. Wyższe kary – 10 tys. zł (dla zarządcy budynku) lub 50 tys. zł (dla spółdzielni mieszkaniowej) – mogą zostać nałożone, gdy wyczerpane zostaną wszystkie środki administracyjne. Wiąże się z tym oczywiście ryzyko, że właściciele reklam będą odwoływali się do sądów i urzędów, a tym samym odwlekali podejmowanie jakichkolwiek decyzji – podczas gdy reklama będzie nadal wisiała. Już po miesiącu od wprowadzenia nowego przepisu Warszawski Powiatowy Inspektorat Nadzoru Budowlanego prowadził w samej tylko stolicy 15 postępowań w celu usunięcia płacht zasłaniających okna i trudno było te przypadki uznać za efekt niewiedzy, a raczej za świadomą kalkulację zysków i strat z tytułu łamania prawa. Kampanie reklamowe rzadko kiedy zaplanowane są na czas dłuższy niż przeciętny czas postępowania sądowego. Dlatego też Jacek Kozłowski proponuje uproszczenie procedur egzekucyjnych, a także podwyższenie wysokości jednorazowej grzywny do 200 tysięcy złotych, a sumy grzywien do 1 miliona złotych.

Ponadto, choć nowe prawo w tej kwestii wydaje się być restrykcyjne, to jednak nie jest w zupełności szczelne. Ustawodawca zezwolił bowiem na wieszanie reklam na remontowanych elewacjach, a także budynkach o charakterze handlowym, usługowym i takich, w których mieszka tylko jedna rodzina. Stwarza to problematyczne sytuacje, gdy na rusztowaniu wisi reklama, a remont się przedłuża i trudno jednoznacznie stwierdzić, czy dzieje się tak wskutek faktycznych problemów, czy też z powodu chęci uzyskania zysku z reklamy.

Wątpliwość budzi także zawarty w ustawodawstwie dotyczącym zakazu przysłaniania okien reklamami wyjątek wobec budynków zamieszkania zbiorowego. Szczelnie przysłonić okna można w przypadku akademików, internatów lub hoteli, z wyłączeniem sytuacji, gdy budynek objęty jest ochroną konserwatora zabytków.

Problemy z reklamą „za oknem” były bezpośrednim powodem działań rozpoczętych przez Antoniego Hryniewieckiego. – Zaczęło się od reklamy wiszącej na moich oknach. Wisiała 5 lat, od 2007 r. Na głosowaniu wspólnoty mieszkaniowej postanowiono, że reklama zawiśnie. Oczywiście większość mieszkańców nie miała zasłoniętych okien, choć czerpali z tego korzyści. Wspólnota otrzymywała duże pieniądze, ok. 10 tys. zł miesięcznie, i nie musiano płacić na fundusz remontowy. Ja jednak mieszkałem za tą reklamą, co mnie strasznie wkurzało, nie mogłem się jej pozbyć, a ze wspólnotą mieszkaniową nie mogłem się dogadać. Na początku obecnego roku reklama została zdjęta, po miesiącu pojawiła się ponownie. Antoni Hryniewiecki, sfrustrowany jej powrotem, na Facebooku umieścił post na stronie reklamodawcy, Toyota Banku. – Napisałem, że to nie jest fajne, że się na to nie zgadzam, a poza tym reklama jest nielegalna, ponieważ istnieje rozporządzenie Ministra Infrastruktury zabraniające wieszania takich reklam na budynkach mieszkalnych. Jedynym wyjątkiem jest remont. Poza tym reklama wychodziła na teren parku, który jest zabytkiem, a więc wymagała dodatkowego zezwolenia, którego nie było. Firma przez pięć lat się odwoływała i wymieniała papierkami z urzędnikami – wspomina p. Hryniewiecki.

Temat został podchwycony przez „Gazetę Wyborczą” oraz zainteresował znajomych autora protestu, którzy podzielali oburzenie w sprawie reklamy. Założył on więc tematyczną stronę na Facebooku, a po artykule prasowym w „Gazecie Wyborczej” i zainteresowaniu w cyberprzestrzeni sporej liczby osób, a także po wiadomościach pisanych do Toyota Banku, reklama została zdjęta. Po tym sukcesie, choć jego własna sprawa została załatwiona pomyślnie, p. Antoni zaangażował się w walkę z reklamowym chaosem. Założył na Facebooku nową stronę „Co ja pacze? Korporacjo, mam prawo do widoku za oknem!”, wokół której zebrała się spora liczba indywidualnych osób oraz grup i organizacji wspierających akcję. Dzielą się oni informacjami dotyczącymi nielegalnych czy nieestetycznych reklam, a także przedstawiają pomysły na poprawę sytuacji oraz dobre wzorce z różnych miejsc Polski. Przede wszystkim jednak zasypują reklamodawców skargami, gdy ci swoimi reklamami psują estetykę miasta lub szkodzą jego mieszkańcom.

Pojawił się też pomysł, żeby oprócz aktywności w internecie działać „na żywo”. Postanowiono założyć stowarzyszenie. – Naszym celem będzie uświadomienie opinii publicznej, że nadmiar reklam to błąd oraz istotny problem, który dotyczy każdego z nas. Kiedy się o tym nie myśli, to nie zauważamy tych reklam. Naszym pierwszym celem jest pokazanie ludziom, jak może wyglądać miasto bez tylu reklam, natomiast kolejnym będzie przekonywanie urzędników i polityków do zmiany prawa na takie, które reguluje rynek reklamy zewnętrznej w sposób bardziej jasny, precyzyjny i skuteczny. Tak, aby dać urzędnikom skuteczne narzędzia do egzekwowania prawa. W tym momencie firmy mogą odwoływać się w nieskończoność, tak jak było w moim przypadku – wyjaśnia p. Hryniewiecki.

Problemem są nie tylko wielkoformatowe reklamy zawieszane na fasadach budynków. Równie szkodliwe są niewielkie reklamy umieszczane gdzie się da. Celują w tych działaniach małe firmy usługowe oraz… politycy w czasie kampanii wyborczych. Często właśnie osoby aspirujące do rządzenia na poziomie samorządowym lub krajowym wykazują się zupełnym brakiem szacunku wobec przestrzeni, czego dowodem są plakaty wyborcze umieszczane dosłownie wszędzie. Powtarzanie się tego procederu wskazuje na bezkarność, dzięki której tego typu reklamowa partyzantka jest dla zleceniodawców opłacalna i bezkarna. Kara dotyka najczęściej jedynie osobę naklejającą plakat – często bezrobotnego lub studenta.

Spora część reklamodawców pomysłowo balansuje na granicy prawa. Chodzi tu o pojazdy na kółkach – głównie samochody, czasem przyczepy lub rowery – oklejone reklamami lub z przymocowanymi tablicami reklamowymi, zaparkowane nieraz miesiącami w jednym miejscu. Pojazd taki, formalnie dopuszczony do ruchu drogowego, w praktyce jednak nie służy do transportu, lecz do reklamowania. Ze względu na swoją mobilność i status prawny (nie jest obiektem budowlanym) może „atakować oczy” w miejscu, gdzie billboardy są z różnych względów zabronione lub kosztowne.

Problem ten nadal występuje, choć jest już rzadziej spotykany niż kilka lat temu. To efekt zmiany prawa z 2007 r., która przyczyniła się do tego, iż zajmowanie pasa ruchu przez lawetę wiąże się z koniecznością uregulowania opłaty. Dzięki temu Zarząd Dróg Miejskich w Poznaniu musiał w zeszłym roku wszcząć postępowanie w takich sprawach jedynie kilkakrotnie. Nadal jednak trudno właścicielowi auta udowodnić, iż spełnia ono funkcję reklamy, a nie środka transportu. Wymaga to ze strony straży miejskiej lub urzędników odrobiny sprytu, wytrwałości i „czepiania się” szczegółów. Na przykład gdy właściciel twierdzi, że ciągły postój auta jest spowodowany awarią, urzędnicy z Miejskiego Zarządu Dróg w Toruniu pytają o awaryjne oznakowanie, którego zazwyczaj brak.

Przede wszystkim jednak reklamy na lawetach, rowerach czy starych samochodach przeniosły się na tereny prywatne, na których, choć szpecą przestrzeń równie mocno jak przedtem, są nie do ruszenia. Chyba że dojdzie do takiej sytuacji jak w stolicy Wielkopolski, gdzie mieszkaniec zniszczył jeden z billboardów stojących na lawecie, pisząc na nim sprayem „Wara z Poznania”.Niszcząc billboard, chciałem wsadzić kij w mrowisko. Irytuje mnie skala zjawiska i bezczelność firm, które specjalizują się w mocowaniu reklam do przyczep i stawianiu ich w niedozwolonych miejscach – wypowiadał się bohater akcji na łamach „Gazety Wyborczej”. – Zdaję sobie sprawę, że to akt wandalizmu, ale jeszcze większym jest wandalizm estetyczny, czyli robienie sobie dobrze kosztem miasta i ich mieszkańców – twierdzi Damian Wojna, który, co ciekawe, nie ukrywa swojej tożsamości. Dodać również należy, iż akcja przyniosła pozytywny skutek. Hotel reklamujący się na zniszczonym billboardzie po pojawieniu się głosów aprobaty dla działania pana Damiana ze strony mieszkańców wycofał się z tej formy reklamy, równocześnie przepraszając za nią na swoim profilu na Facebooku.

Obywatelskie działania cieszą, jednak nie byłyby potrzebne w przypadku dokładnie skonstruowanego prawa i zdrowego rozsądku reklamodawców. Próby ograniczenia samowoli firm są konieczne. Podjęto je np. w Krakowie, gdzie uchwałą krakowskiej Rady Miasta wprowadzono Park Kulturowy w obrębie Plant. Ma to stworzyć ład w przestrzeni miejskiej, w najbardziej urokliwych i reprezentatywnych częściach dawnej stolicy Polski. Właściciele i zarządcy nieruchomości mieli sześć miesięcy, by wprowadzić odpowiednie zmiany. Szyldy znajdujące się na budynkach oceniać będą urzędnicy, dyskwalifikując te najbardziej agresywne i jaskrawe, niepasujące do otoczenia i estetyki miejskiej. Ponadto wielkoformatowe reklamy umieszczone na rusztowaniach na czas remontu elewacji będą mogły wisieć na budynku nie dłużej niż rok, a na dachach budynków frontowych oraz w miejscach widocznych z poziomu przechodnia od strony ulicy zakazano ustawiania anten i masztów. Ubiegłej jesieni wyliczono, że na terenie Parku Kulturowego zainstalowanych jest ok. 1,2 tys. szyldów na elewacjach, 800 szyldów na wysięgnikach, prawie 600 różnych tablic i tabliczek, 250 gablot, 100 bannerów, a na chodniki wystawianych jest ok. 350 rozmaitych nośników reklamowych. Spora ich część powinna być zmieniona, część całkowicie usunięta. Oczywiście tego typu rozwiązania mogą budzić kontrowersje, jednak ze względu na natłok reklam wydają się koniecznym działaniem w celu zachowania pamięci o historii i tradycji tych miejsc. Na szczęście zdają sobie z tego sprawę przedsiębiorcy z terenu Parku Kulturowego, którzy – jak informuje Filip Szatanik, zastępca dyrektora Wydziału Informacji w Urzędzie Miasta Krakowa – coraz częściej składają wnioski o uzgodnienie wyglądu swoich szyldów i reklam.

Warto również podkreślić, że problemy z reklamą zewnętrzną nie ograniczają się do największych miast. Grzegorz Buczek zauważa, iż poza metropoliami ekspansja reklamy jest szczególnie agresywna w miejscowościach rekreacyjno-wypoczynkowych, jak choćby Zakopane czy miasteczka nadmorskie, a nawet w krajobrazie otwartym, szczególnie w okolicach głównych dróg. Jest prawdą, że w małych miejscowościach reklam wielkogabarytowych znajdziemy mało albo prawie wcale, lecz mamy tam zwykle do czynienia z chaosem reklamy drobnej. Bardzo często niesłychanie prymitywnej, ręcznie malowanej, z tandetnymi szyldami, stojaczkami – twierdzi Grzegorz Buczek. – Pewną pociechą może być to, że w miejscach historycznych sporo do powiedzenia ma konserwator zabytków, a jego władza – jeżeli czyni z niej użytek – jest dosyć skuteczna.

Sopot jest przykładem miasta, do którego w sezonie letnim przybywa wielu turystów. Staje się w ten sposób łakomym kąskiem dla reklamodawców. Jednak w przeciwieństwie do wielu innych nadmorskich miejscowości postanowiono tam, aby turyści mogli oglądać coś więcej niż wszechobecne reklamy. Władze miejskie zamierzają w specyficzny sposób ograniczyć liczbę reklam w najbardziej reprezentatywnych miejscach (m.in. popularnym Monciaku). Zaproponowano powrót do tradycyjnych form promocji, czyli ręcznie malowanych szyldów, liter przestrzennych oraz neonów. Miasto chce m.in. cofać zgodę na wystawianie ogródków, jeśli któryś z przedsiębiorców nie będzie stosował się do zakazu. Właściciele nośników reklamowych przy głównych ulicach Sopotu dostali już od konserwatora informację o wszczęciu postępowania w sprawie samowolnego montażu reklam.

Warto przyjrzeć się pozytywnemu przykładowi z Krosna. Również tam, jak w większości polskich miast, dominował chaos reklamowy. Postanowiono temu zaradzić, w pierwszej kolejności na terenie starówki. W tym celu władze Krosna wystąpiły do wojewódzkiego konserwatora zabytków oraz wojewody o przekazanie większych kompetencji w sprawie nadzoru nad witrynami, elewacjami, opiniowaniem projektów i uzgodnień remontowych w obszarze staromiejskim. – Dopóki pełniłam funkcję pełnomocnika prezydenta ds. ochrony zabytków, mogłam jedynie doradzić, co trzeba zmienić, jakie działania wprowadzić, żeby poprawić estetykę miasta, ale dotyczyło to działań tylko w przestrzeni należącej do gminy Krosno. Całą resztą, wszystkimi obiektami wpisanymi do rejestru zabytków, zajmował się wojewódzki konserwator zabytków, ponieważ my jako urząd miasta nie mieliśmy takiego narzędzia prawnego. Mogliśmy jedynie mówić, co możemy zmienić, lecz nie zawsze odnosiło to pożądany skutek – tłumaczy Marta Rymar, aktualnie miejski konserwator zabytków w Krośnie. Wyjaśnia także, iż brak odpowiednich działań nie był związany ze złą wolą wojewódzkiego konserwatora zabytków. Problemem była m.in. ograniczona liczba pracowników – mając pod nadzorem całe województwo, nie mogli skupić się na tym jednym konkretnym mieście. My w tym momencie mamy pod nadzorem tylko nasze miasto. Mogę raz czy kilka razy w tygodniu przejść się po zespole staromiejskim, zobaczyć, gdzie powstała nowa reklama, i od razu interweniować. Konserwator wojewódzki nie miał takich możliwości, musiałby codziennie wysyłać do Krosna swoich pracowników – tłumaczy p. Rymar.

Do porozumienia i przekazania odpowiednich kompetencji doszło w lutym 2012 r. – W praktyce 90% reklam w Krośnie nie posiada zezwolenia wojewódzkiego konserwatora zabytków. W tym momencie możemy do właściciela wystosować nakaz zmiany reklamy lub jej zdjęcia, jeżeli faktycznie jest ona bardzo nieestetyczna. Takie nakazy stosujemy i wówczas w ciągu 30 dni reklama musi zostać zdjęta lub też uzgodniona z miejskim konserwatorem zabytków – tłumaczy Marta Rymar. Podkreśla ona, że takie działania nie zawsze zyskują natychmiastowe zrozumienie właścicieli firm. Konieczne bywa ich przekonanie, przede wszystkim poprzez spotkania, dyskusje i edukowanie. Przed wprowadzaniem jakichkolwiek sankcji i nakazów zawsze jest czas na porozumienie się w tej sprawie i pomoc ze strony urzędu. – Część osób już przekonałam, a inni od razu nastawili się do tego pomysłu pozytywnie, ponieważ sami wiedzą, że nie mają pomysłu na to, jak dobrać reklamę do najstarszej części zabudowy – czy można zasłonić gzyms, czy nie, jak udekorować witrynę itd. – wyjaśnia Marta Rymar. Dlatego urzędnicy na początku rozmawiają, ustalają wzajemne oczekiwania wobec reklamy, a później oferują fachową pomoc plastyczną.

Reklama w przestrzeni publicznej kojarzy się przede wszystkim z tym, co widoczne. Problemem jest jednak również to, co słyszalne. Reklama dźwiękowa atakuje nas m.in. ze sklepów i restauracji. W Lublinie walkę z takim procederem podjął Józef Szopiński jr., dziennikarz i działacz społeczny. – Od pewnego czasu w lokalu, który mieści się na lubelskim deptaku, zaczęła się pojawiać reklama dźwiękowa – właściciel restauracji wywiesił głośnik i emitował zapętloną reklamę, która zachęcała do tego, żeby wejść do środka. Parokrotnie przechodząc obok, wstępowałem do lokalu i prosiłem, żeby ściszyć uciążliwą dla przechodniów reklamę – opowiada p. Józef. Menedżer powiedział, że jest innego zdania i nie słyszał od nikogo uwag, jakoby ta reklama miała być uciążliwa. Wtedy wyszedłem i zarejestrowałem tę reklamę na nośnik, po czym wrzuciłem ją do sieci z apelem do internautów: jeśli przeszkadza ci ta reklama, to zgraj ją na swój telefon komórkowy lub odtwarzacz, spotkajmy się określonego dnia, wejdźmy do restauracji i na umówione hasło wyemitujmy reklamę. Niech menedżer czy właściciel lokalu, którzy siedzą w cichym wnętrzu, doświadczą tego, czego doświadczają przechodnie, bombardowani wciąż tym samym, zapętlonym przekazem. Ponadto p. Szopiński jr. dodaje: Przechodzę obok i nikt mnie nie pyta, czy chcę słuchać tej reklamy. To agresja dźwiękowa.

Ostatecznie do happeningu nie doszło, co nie oznacza, iż sprawa zakończyła się porażką. W wyniku akcji facebookowej, podczas której mieszkańcy deklarowali uczestnictwo w happeningu, i w wyniku odwiedzin straży miejskiej, która wypisała mandat właścicielowi lokalu, właściciel postanowił wycofać się z tej reklamy – opowiada p. Józef. – Ta akcja miała na mikroprzykładzie pokazać, że dźwięk może zanieczyszczać, a także iż prostymi metodami, jak bojkot konsumencki albo zbiorowe wyrażenie sprzeciwu poprzez happening, można zmusić właściciela lokalu do rezygnacji z takich zachowań.

Po sukcesie pomysłodawca akcji otrzymał wiele słów podziękowań, ale i próśb o pomoc w innych, podobnych sytuacjach. Józef Szopiński jr. przypomina, że istnieją narzędzia prawne pozwalające zaradzić tego typu problemom, lecz o nich najczęściej nie wiemy. – Straż miejska na początku nie interweniowała, dopiero pod wpływem dyskusji wyszukała konkretny paragraf, który daje możliwość reagowania w takich przypadkach. Zapowiedziała, że sięgnie po jeden z artykułów prawa ochrony środowiska. Przewiduje on karę grzywny za używanie instalacji nagłośnieniowych w miejscach publicznych na terenie miast, z wyjątkiem różnych imprez czy demonstracji. To kwestia dobrej woli i chęci przeciwdziałania takim problemom. Oczywiście druga rzecz to problem właścicieli lokali, którzy są nastawieni wyłącznie na zysk i kierują się tym, co im w krótkim terminie przyniesie korzyść. Nie widzą, że są częścią społeczeństwa, że są zakorzenieni w jakiejś społeczności – komentuje p. Józef.

Obywatelska aktywność jest istotna, gdyż zwraca uwagę na istnienie problemu. Może ona jednak wpłynąć wyłącznie na pojedynczych reklamodawców. Kompleksowe rozwiązanie problemu leży w kompetencjach instytucji publicznych, które powinny opierać się na dobrze funkcjonującym prawie. Rozwiązania muszą być skuteczne i zgodne ze zdrowym rozsądkiem, aby umożliwiały ochronę ładu przestrzennego przy zachowaniu prawa do reklamowania produktów i usług.

Stowarzyszenie Miasto Moje a w Nim postuluje, aby zacząć od podstaw i zdefiniować, czym są przestrzeń publiczna oraz reklama. – Jesteśmy sto lat do tyłu. Pierwsze prawo w USA było spisywane na początku XX w. i już wtedy wprowadzono zasady, na jakich można eksponować reklamy w przestrzeni publicznej. U nas natomiast do dzisiaj trwa chaos reklamowy i prawny, więc można manewrować pomiędzy różnymi ustawami. Nie zostało przede wszystkim dobrze określone i spisane, czym jest przestrzeń publiczna. Dzisiaj przestrzeń publiczna nie najduje się w posiadaniu miasta, lecz jest podzielona na kilkadziesiąt kawałków i każdy z nich należy do kogoś innego. Burmistrz czy prezydent nie jest stanie decydować o przestrzeni swojego miasta – jednoznacznie stwierdza Elżbieta Dymna. – Na początku należy rozszerzyć definicję przestrzeni publicznej, którą stanowi, kolokwialnie mówiąc, wszystko, co jest widoczne z ulicy. Wiele osób zarzuca nam, że „wchodzimy” z naszymi postulatami na teren prywatny. Jednak na terenie prywatnym nie wszystko wolno. Nie możemy np. wieczorem głośno puszczać muzyki albo spalać odpadów w ognisku. Zanieczyszczenie wizualne to poważny problem i jego rozwiązanie powinno dotyczyć także terenów prywatnych.

Druga rzecz to zdefiniowanie reklamy – kontynuuje pani Dymna. – W dzisiejszym prawie reklama zewnętrzna jest określona jako konkretny, fizyczny obiekt i w zależności od tego, jak ten obiekt wygląda, stosuje się do niego różne normy. Weźmy na przykład billboard na słupie. Jeśli ten słup ma fundament wkopany w ziemię, trzeba uzyskać pozwolenie na budowę. Jeśli ten sam fundament to klocek betonu stojący na trawniku, to już takiego pozwolenia nie potrzeba. Jeśli do billboardu doczepi się kółka, staje się on pojazdem i można parkować go tam, gdzie billboardów stawiać nie można. Takich tricków są dziesiątki. Oderwijmy reklamę od jej fizycznego nośnika, a zdefiniujmy ją przez funkcję, czyli przekaz. Wówczas będzie nią wszystko, co się pojawia w przestrzeni publicznej i ma charakter promocyjno-komercyjny, niezależnie czy to reklama puszczana z głośników, billboard czy ulotka. Nie powinniśmy reklamy definiować jako konkretnego przedmiotu, bo firmy wymyślą coś nowego.

Jeśli kwestia reklam będzie nadal pozostawiona samowoli firm wykorzystujących luki prawne i opieszałość urzędników, reklamy będą jeszcze mocniej ingerować w przestrzeń publiczną. Sprzyja temu – niestety – swoista akceptacja tej sytuacji przez sporą część społeczeństwa, na co wskazują badania opinii publicznej. – Wiele osób uznaje, że reklamy dodają uroku, kolorytu, że są świadectwem naszej przynależności do kultury Zachodu. To oczywiste nieporozumienie – sfera reklam w miastach zachodnich jest znacznie bardziej uregulowana pod względem ilościowym, jakościowym i tematycznym. W naszym kraju istnieje przyzwolenie społeczne na reklamę, a przez większość mieszkańców np. reklama wielkogabarytowa nie jest postrzegana jako rodzaj plagi czy coś niestosownego. Co prawda wiele osób ma poczucie chaosu i bałaganu, ale pragmatycy mówią: „lepsza taka reklama niż łuszczący się tynk” – podkreśla Grzegorz Buczek.

Również Lech Kaczoń, Prezes Izby Gospodarczej Reklamy Zewnętrznej, uważa, że porównania z krajami Europy Zachodniej wypadają na naszą niekorzyść: Społeczeństwa tych państw są nauczone szacunku do własnego otoczenia i architektury. Rzadko się zdarza, że ktoś wpadnie na pomysł, aby na własnym balkonie wywiesić transparent „sprzedam albo wynajmę mieszkanie” lub budować własne sieci nośników, często byle jak ustawionych, czy obklejać np. pawilon handlowy różnego rodzaju przekazami informacyjnymi i reklamami handlowymi, bez ładu i składu. U nas cała masa właścicieli różnych instytucji, np. banków, obwiesza i zakleja całe okna fasadowe reklamami, co jest zupełnie bez sensu nawet z komercyjnego punktu widzenia, gdyż powstaje dezinformacyjny miszmasz.

Władze brazylijskiego miasta Sao Paulo, nie mogąc sobie poradzić z chaosem w przestrzeni publicznej, wprowadziły całkowity zakaz reklamy. Zniknęły wszystkie billboardy, szyldy i wywieszki. Ten radykalny krok był przesadą, przyniósł wiele niedogodności również mieszkańcom oraz spowodował wypłaty wielomilionowych odszkodowań przez miasto. Umożliwił jednak urzędnikom unormowanie relacji zarówno z wielkimi agencjami reklamowymi, jak i z drobnymi przedsiębiorcami w kwestii reklam „outdoorowych”. Wypada mieć nadzieję, że cel ten również w Polsce uda się osiągnąć – bez sięgania do tak radykalnych i kosztownych rozwiązań.

Ucząc się na polskich błędach

Kryzys gospodarczy dość mocno uderzył w białoruską gospodarkę, co przełożyło się na stabilizację reżimu Aleksandra Łukaszenki. Stabilność ta oparta była zresztą na dość kruchych podstawach, takie jak dostawa tanich surowców energetycznych z Rosji, ograniczona ilość inwestycji finansowych (głównie chińskich) oraz rachityczna wymiana handlowa z takimi państwami jak Wenezuela czy Iran. Handel ze światem zachodnim jest utrudniony ze względu na izolację polityczną oraz dość znaczne zapóźnienie białoruskiego przemysłu. Zacofanie to wynika z braku odpowiedniego zaplecza badawczego i niewystarczających inwestycji w innowacyjność.

Władze Republiki Białoruś starały się utrzymać wysoki stopień kontroli nad sferą produkcyjną. Udział sektora państwowego szacuje się na ok. 80%. Przemysł białoruski wytwarza głównie środki transportu, maszyny budowlane, artykuły petrochemiczne, produkty drzewne, spożywcze, materiały papiernicze. Ważnym rezerwuarem są rozległe obszary lasów państwowych (38% powierzchni kraju) oraz pól uprawnych (44%). Prowadzona jest interwencjonistyczna polityka kredytowa, możliwa dzięki kontroli sprawowanej przez państwo nad częścią sektora bankowego (dzielonej jednak z kapitałem rosyjskim oraz – w małym stopniu – austriackim).

Ograniczone możliwości produkcji przemysłowej i niewielki popyt wewnętrzny składają się na główne przyczyny niskiego poziomu życia obywateli Białorusi. Oficjalne wskaźniki bezrobocia plasują się na dość niskim poziomie, lecz organizacje obrony praw człowieka wskazują na ogromne bezrobocie ukryte, wynikające z przerostów zatrudnienia (głównie w rolnictwie). W 2009 r. około 27% obywateli żyło poniżej progu ubóstwa, przeciętna pensja nie przekracza natomiast 500 USD.

Uderzenie kryzysowe na Białorusi odbywa się w sposób dość podobny do tego, jaki zaobserwować można w krajach wysoko rozwiniętych, to znaczy poprzez gwałtowny wzrost kosztów obsługi zadłużenia zagranicznego. O ile jednak Zachód zadłuża się głównie poprzez emisję obligacji na giełdzie, to Białoruś uzależniona była od kredytów pochodzących z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Euroazjatyckiej Wspólnoty Gospodarczej, Chin, Rosji i Wenezueli. Szacuje się, że w bieżącym roku obsługa długu będzie kosztowała dwa razy więcej niż w 2011 r., a więc wyniesie niewiele mniej, niż wydaje się w tym kraju na ochronę zdrowia. W liczbach bezwzględnych białoruskie zadłużenie może nam się wydawać niewielkie (ok. 35 mld USD), lecz dla tak ubogiego państwa są to sumy niebagatelne, zwłaszcza że ponad połowa to pożyczki krótkoterminowe.

Reżim białoruski zareagował na kryzys w sposób znany Polakom z przełomu lat 70. i 80. XX wieku. Ogłoszono dość drastyczne podwyżki cen (np. transportu publicznego), podwyższono część podatków (głównie akcyzę) oraz dokonano w samym tylko roku 2011 dwukrotnej dewaluacji rubla. Jednocześnie zwiększono świadczenia socjalne, jednak w sposób zdecydowanie nieadekwatny w stosunku do galopującej inflacji. Ministerstwo Gospodarki przewidywało, że jej poziom sięgnie w bieżącym roku 100%. W połowie roku 2011 jeden dolar kosztował 5 tys. rubli białoruskich, zaś według kursu czarnorynkowego 8 tys. W tej chwili kurs oficjalny znacznie już przekroczył ceny realne z ubiegłego roku. W celu ratowania swego wizerunku Aleksander Łukaszenka zaczął przypuszczać werbalne ataki na własny rząd, ostrzegając przed tzw. terapią szokową, której Białorusini już zakosztowali na początku lat 90. Być może skłoniły go do tego strajki ekonomiczne, które wcześniej były w tym kraju zjawiskiem niespotykanym – w październiku 2011 r. protestowała załoga przedsiębiorstwa oczyszczania miasta „Żyłło” w Borysowie.

Wiele wskazuje, że władze białoruskie przygotowują się na możliwość upadku obecnego systemu gospodarczego i zamierzają sprawić, aby jego zmiana nie zakończyła się jednocześnie wymianą elit rządzących oraz grup uprzywilejowanych. Posługując się publicystycznym skrótem myślowym, można zaryzykować stwierdzenie, że chodzi tutaj o powtórzenie scenariusza doskonale znanego z naszych własnych doświadczeń, czyli uwłaszczenia nomenklatury oraz przekształcenia aparatczyków reżimu w kapitalistów.

Podpisana przez Łukaszenkę w grudniu 2010 r. tzw. Dyrektywa o rozwoju przedsiębiorczości przewiduje m.in. zniesienie górnej granicy wynagrodzeń, a także możliwość wykupu akcji przedsiębiorstw państwowych. „Dziennik Gazeta Prawna” z 29 stycznia 2011 r. przedrukował wypowiedź Andreja Lachowicza, eksperta Centrum Edukacji Politycznej w Mińsku, który opisywał mechanizm przechodzenia zaufanych ludzi władzy (oraz ich rodzin) do struktur gospodarczych oraz przejmowania nad nimi kontroli. Zdarzało się, że za pośrednictwem fikcyjnych spółek zakupów dokonywali dotychczasowi dyrektorzy z państwowego nadania. Sprzedaż majątku odbywała się na aukcjach lub – w przypadku wielkich przedsiębiorstw – na podstawie arbitralnej decyzji prezydenta. Przykładem może być dekret z 1 marca 2010 r. o sprzedaży 52% akcji mińskiej fabryki zegarków „Łucz” szwajcarskiej firmie Franck Muller. Dekretowa prywatyzacja jest zjawiskiem w oczywisty sposób patologicznym, gdyż można sobie wyobrazić, że firma Franck Muller została zobowiązana do odwdzięczenia się za ów przywilej odpowiednim zasileniem konta Łukaszenki, np. w Szwajcarii. Jednak nie należy mieć złudzeń, że gwałtowne protesty Międzynarodowego Funduszu Walutowego mają na celu wymuszenie poprawy standardów. Chodzi raczej o dopuszczenie do gry innych uczestników.

Tego typu proceder jest dodatkowo ułatwiany dość dużą skalą korupcji na Białorusi. Zyski z półlegalnych dochodów są odprowadzane za granicę, skąd powracają już jako inwestycje w pełni zgodne z prawem. Przypomina to nieco funkcjonowanie tzw. firm polonijnych, które począwszy od drugiej połowy lat 70. zakładane były na Zachodzie pod „opieką” PRL-owskich służb specjalnych. To właśnie zyski z tych spółek lub inne urzędowe koncesje stanowiły źródła fortun takich rodzimych „ludzi sukcesu” jak Jan Kulczyk, Zygmunt Solorz czy Mariusz Walter.

Tak jak to było w Polsce, również i na Białorusi proces uwłaszczenia nomenklatury przebierany jest w szaty „ułatwiania”, „deregulowania” i „racjonalizowania” przestarzałej gospodarki. Z całą pewnością przygotowywany przez reżim projekt długofalowych zmian systemowych będzie zakładał poluzowanie gorsetu w dostępie do rynku, na czym – podobnie jak w Polsce – skorzystać może także wielu uczciwych przedsiębiorców. Jednak należy powątpiewać, że to chęć polepszenia losu zwykłego Białorusina jest celem władz. Chodzi raczej o odpowiednie zaopatrzenie ludzi stanowiących podporę obecnego reżimu, mających pozostać filarem jego kolejnych mutacji. Jest to zatem reforma o charakterze raczej politycznym niż gospodarczym, a odbywać ma się pod hasłem znanym z powieści Lampedusy: „Wiele musi się zmienić, żeby wszystko pozostało jak dawniej”.

Jednak utrzymanie wpływów przez dotychczasową ekipę to nie jedyne zagrożenie wynikające z takich machinacji. Trzeba pamiętać, że Białoruś nie jest krajem tkwiącym w próżni, lecz położonym w otoczeniu geopolitycznym prawie tak newralgicznym jak polskie. Swoje ogromne wpływy będzie chciała nadal wywierać tutaj Rosja, posługując się zarówno środkami nacisku politycznego i gospodarczego, jak i osobistego (czyli słynnymi „teczkami”). Coraz śmielsze są również zakusy kapitału zachodniego, który chciałby na Białoruś zapukać w poszukiwaniu tego, czego szuka wszędzie indziej, czyli obszernego i mało wymagającego rynku zbytu, taniej siły roboczej, zasobów surowcowych oraz władzy lokalnej – może i niezbyt estetycznej, ale za to niezadającej zbyt wielu pytań np. w kwestiach opieki socjalnej czy praw pracowników. Kryzys gospodarczy, który każe najpierw ratować rodzime miejsca pracy, w chwili obecnej czyni te dążenia mniej intensywnymi, ale niewykluczone, że sytuacja ulegnie zmianie. Wszystko to sprawia, że poddana tak wyreżyserowanej „modernizacji” postsowiecka republika ma wszelkie szanse, aby pogłębić swój status postkolonialny i poddać obywateli bezwzględnemu wyzyskowi. Brak chociażby namiastki demokracji oraz bezwzględne łamanie praw obywatelskich przez ludzi Łukaszenki przyczyniły się do jeszcze głębszej atomizacji społeczeństwa, a więc jego duchowego i godnościowego rozbrojenia.

Wbrew filozofii cynizmu głoszonej przez niektóre środowiska w Polsce nie leży w naszym interesie ani przeciągnięcie Łukaszenki na stronę zachodnią, ani zainstalowanie w sąsiednim kraju ustroju polityczno-gospodarczego na nasze obraz i podobieństwo. Białorusini są narodem o stosunkowo świeżym poczuciu własnej odrębności. Nie istnieją żadne negatywne doświadczenia, analogiczne do historycznych konfliktów z Ukraińcami i Litwinami, które miałyby nasze dwa narody od siebie separować lub utrudniać zgodne sąsiedztwo. Obowiązkiem polskich władz i obywateli jest dążenie do tego, aby wraz z reżimem Łukaszenki upadł paradygmat bezalternatywności modernizacji peryferyjnej, która na trwałe pogrąża kraje naszego regionu w zależności od wielkiego kapitału oraz ościennych mocarstw.

Truizmem jest powtarzanie, że Polska i Unia Europejska nie mogą żałować pieniędzy na wsparcie niezależnych od władzy ośrodków politycznych i gospodarczych na Białorusi. Bezwarunkowej pomocy należy udzielać istniejącym już przedsięwzięciom, takim jak Telewizja Biełsat (która tylko dzięki silnemu protestowi wielu środowisk nie przypadła ostatnio w udziale telewizyjnemu aparatczykowi z epoki późnego Jaruzelskiego) czy resztkom ugrupowań politycznych ocalałych po kolejnych falach represji powyborczych. Przez długie lata III RP nie była w stanie ukształtować własnej, konsekwentnej polityki wobec Białorusi, co było w dużej mierze skutkiem niedostatków naszego państwa – niedostatków o tym samym rodowodzie, co te istniejące po drugiej stronie Bugu. Utrzymywanie postkomunistycznej struktury urzędniczej w aparacie dyplomatycznym, wojskowym i policyjnym negatywnie odbijało się na możliwościach prowadzenia sprawnej gry z reżimem. Przykładem może być casus majora WSI, który utrzymywał zażyłe kontakty z białoruskim przedsiębiorcą, podejrzewanym o współpracę z KGB. Fakt ów w żaden sposób nie przeszkodził w karierze zastępcy attaché wojskowego Ambasady RP w Mińsku (Raport z likwidacji WSI, s. 141).

Niechęć do obecnego ustroju państwa białoruskiego nie jest przestrzenią dla działań wyłącznie ponadpolitycznych. Sądzę, że ruchy lewicowe (czy szerzej – antyliberalne) powinny już teraz zacząć się zastanawiać, w jaki sposób uchronić Białorusinów przed tymi wszystkimi zjawiskami, które spotkały nas i inne narody Europy Środkowo-Wschodniej po roku 1989: atrofią państwa, masową i często przestępczą prywatyzacją, demontażem systemu socjalnego, ustrojem nakierowanym na wzrost nierówności społecznych oraz rządami układu oligarchiczno-bezpieczniackiego.

Potrzeba taka jest tym bardziej paląca, że zarysowuje się pewne zewnętrzne lobby na rzecz „polskiej” wersji transformacji ustrojowej, którego oddziaływanie ma być nakierowane przede wszystkim na białoruskie środowiska opozycyjne. Oto w połowie kwietnia 2012 r. nasze Ministerstwo Spraw Zagranicznych zorganizowało konferencję pt „Prywatyzacja i prywatna przedsiębiorczość na Białorusi. Możliwości międzynarodowego wsparcia”. Współorganizatorami byli Giełda Papierów Wartościowych, założona przez MSZ Fundacja Solidarności Międzynarodowej (w jej Radzie zasiadają m.in. Marek Magierowski, Andrzej Halicki, Jacek Protasiewicz, Henryka Krzywonos, ks. Kazimierz Sowa, Marek Borowski) oraz Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych (CASE), działaniom którego patronuje Ewa Balcerowicz. Zaproszeni zostali zarówno przedstawiciele reżimu, jak i organizacji niezależnych.

O ile ci pierwsi nie dopisali, to pojawili się reprezentanci opozycji, stając się łatwym celem łukaszenkowskiej propagandy. Wśród honorowych gości narady nie mogło zabraknąć Leszka Balcerowicza, który podzielił się z zebranymi swoimi zwyczajowymi mądrościami: macie u siebie socjalizm, a socjalizm jest z gruntu zły oraz własność państwowa zatruwa politykę. Minister Radosław Sikorski dodał od siebie, że nowoczesne państwo nie może działać jak kołchoz, oraz zaoferował Białorusinom możliwość czerpania przykładu z polskich rozwiązań transformacyjnych. Na to wszystko zareagowała białoruska telewizja rządowa, która poinformowała widzów, że w Warszawie dzieli się białoruską własność.

Oczywista hipokryzja tego przekazu nie może jednak przesłaniać faktu, że z udziałem naszych władz szykuje się Białorusinom podobne rozwiązania, jakich mieli doświadczyć z łaski „liberalizującego się” reżimu. Fakt, że w tego typu proceder angażowane są również tamtejsze środowiska opozycyjne, musi budzić wielkie zaniepokojenie. Koncyliacyjna forma spotkania – zaproszenie zarówno tych przedstawicieli „średniego szczebla urzędniczego”, którzy mogliby wykazać się „otwartością”, jak i opozycji – w pełni potwierdza słowa Sikorskiego o dawaniu Białorusi „polskiego przykładu”. Jak widać, reżim w Mińsku nie jest w obecnej chwili zainteresowany podziałem łupów z zagranicą, toteż zareagował w sposób agresywny. Oznacza to, że proces uwłaszczania wewnętrznego wciąż jest w toku i że Białorusini nie mogą w najbliższym czasie spodziewać się znacznej liberalizacji, tak jak i Polacy nie doświadczali jej w latach 1981–1987, choć wiadomo, że dokonało się wtedy mnóstwo procesów gospodarczych, takich jak np. udzielenie spółce ITI licencji na import sprzętu elektronicznego do PRL (1984). Warto przyglądać się, czy tego typu spotkania, jak wyżej wspomniana konferencja, nie będą organizowane również w następnych latach i czy przypadkiem nie spotkają się z cieplejszym oddźwiękiem ze strony kół reżimowych.

Czasowe zamrożenie „kierunku zachodniego” nie oznacza jednak całkowitej rezygnacji z wyprzedaży majątku narodowego zagranicznym koncernom. Zaprezentowany przez władze plan prywatyzacyjny na bieżący rok zakłada dochody rzędu 2,5 mld dolarów z prywatyzacji 134 firm. W planach jest m.in. sprzedaż spółki przetwórstwa ropy „Naftan” jednemu z przedsiębiorstw rosyjskich. Część analityków twierdzi jednak (Kłysiński, Konończuk, 19.06.2012), że Władimir Putin nie będzie obecnie naciskał na przejęcie białoruskiego przemysłu naftowego, gdyż jego głównym celem jest integracja obszaru postsowieckiego, której nie sprzyjałyby zbyt brutalne kroki. Również Łukaszenka nie jest zainteresowany podcinaniem gałęzi, na której siedzi, np. poprzez odsprzedanie rafinerii własnym oligarchom.

Stwarza to pewne nadzieje, że ta strategiczna gałąź gospodarki pozostanie – przynajmniej na razie – w rękach państwowych. Eksport wyrobów ropopochodnych to jeden z głównych czynników przyczyniających się do utrzymania dodatniego salda handlowego Republiki Białoruś. Trzeba jednak pamiętać, że ten zarobek jest w dużej mierze dotowany przez Rosję, która sprzedaje reżimowi paliwo po preferencyjnych cenach. Perspektywa wyprzedaży majątku narodowego firmom z Rosji jest największą troską części białoruskiej opozycji, o czym świadczy chociażby wypowiedź Uładzimira Niaklajeu, byłego kandydata na prezydenta, udzielona dziennikowi „Narodnaja Wola” na początku marca br. Słuszne docenienie aspektu geopolitycznego może jednak przysłaniać negatywne skutki ekspansji kapitału zachodniego, czego Niaklajeu zdaje się nie dostrzegać, apelując o reakcję Unii Europejskiej.

Wydaje się, że podstawowym dobrem, jakie możemy obecnie przekazać Białorusinom, jest rzetelna ocena naszej transformacji ustrojowej, przeprowadzona z punktu widzenia niezależnej i patriotycznej lewicy. Sprawa jest niezwykle skomplikowana, gdyż do typowych ograniczeń w dostępie do informacji na Białorusi dochodzi jeszcze problem naszej rachityczności ekonomicznej i organizacyjnej. Rzeczą niezbędną będzie wykorzystanie zwykłych kontaktów międzyludzkich, energii wolontariuszy (zwłaszcza tłumaczy) oraz możliwości, jakie daje internet. Nieocenioną wartość miałoby zabranie głosu w tej sprawie przez osoby znane z uczciwej analizy procesów transformacyjnych (Andrzej Zybertowicz, Jadwiga Staniszkis, Zdzisław Krasnodębski, Ryszard Bugaj), nawet jeżeli części z nich nie kojarzymy z lewicą.

Oczywiście każde działanie powinno zostać poprzedzone konsultacjami z przedstawicielami tamtejszych środowisk demokratycznych, gdyż nie wolno nam zapominać ani na chwilę o tym, że Białoruś jest oddzielnym państwem i naród białoruski posiada pełne prawa odrębności i samodzielnego decydowania o własnym bycie. Należałoby przede wszystkim uczulić naszych sąsiadów na możliwość grania przez władze kartą emocjonalną. Nagłe ocieplenie wizerunku dyktatora, przedstawianie nowych społecznych „wzorów do naśladowania” (ludzi interesów bogacących się „ciężką pracą” i „pomysłowością”), wprowadzenie selekcji na opozycję „konstruktywną” oraz „destrukcyjną” i wszystkich innych inteligentnych oszustw, które z lubością stosowała na Polakach ekipa późnego Jaruzelskiego oraz – niestety – część opozycji demokratycznej. Nie życzyłbym Białorusinom zaistnienia „wariantu rumuńskiego” (zwłaszcza, że i on mógłby być zręczną przykrywką czegoś zupełnie odwrotnego), ale nie ulega wątpliwości, że brak konsekwentnego rozliczenia osób odpowiedzialnych za newralgiczne punkty funkcjonowania reżimu zemści się okrutnie na całym narodzie.

Jakkolwiek na obecnym etapie Białorusini nie mają żadnego wpływu na decyzje władzy, to trzeba jednak wciąż przekonywać do wystrzegania się nadmiernego minimalizmu. Upadający reżim wykorzysta każdą słabość przeciwnika, aby wytworzyć „przetrwalniki” kadrowe i finansowe, które pozwolą mu w taki czy inny sposób zaistnieć w nowej rzeczywistości. Należy w miarę możliwości dążyć do zamykania wszystkich takich furtek i doprowadzić do pełnego odsunięcia łukaszenkowców od władzy. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można przewidzieć, że takie lub inne czynniki zewnętrzne będą chciały dopomóc obecnej ekipie w krytycznym momencie, co ułatwi stosowanie propagandy „mniejszego zła”. Warto też konsekwentnie podkreślać, że nieskrępowana gra rynkowa nie jest żadnym remedium na istniejące patologie, zaś w pewnych warunkach może się przyczynić do ich petryfikacji.

Z geopolitycznego punktu widzenia powinno nam zależeć na tym, aby Białoruś przyłączyła się do zachodniego krwiobiegu gospodarczego i politycznego. Jednak naszym (lewicowym, chrześcijańskim, humanistycznym, solidarystycznym, socjalistycznym – niepotrzebne skreślić) obowiązkiem jest ukazanie wschodnim sąsiadom zagrożeń i raf, jakich sami nie potrafiliśmy uniknąć w trakcie polskiej transformacji. Nie możemy pozwolić, aby upadek przaśnego tyrana – zapewniającego jednak, przynajmniej do niedawna, podstawowe bezpieczeństwo socjalne białoruskim masom – stał się tryumfem międzynarodowego kapitału, kadr tego samego przaśnego reżimu oraz polskich oligarchów, którzy uprzednio wzbogacili się na krzywdzie i niewiedzy Polaków. Kolejny (tym razem skuteczny – głęboko w to wierzę) wybuch wolności w Mińsku powinien być skonsumowany przez Białorusinów.

Witajcie na pustyni po transformacji! Postkomunizm, Unia Europejska i nowa lewica na Bałkanach

Uwaga świata jest dzisiaj skupiona na politycznych zmianach zachodzących na Bliskim Wschodzie, na fali protestów rozciągających się od Tel Awiwu przez Madryt po Wall Street, na kryzysie w Grecji. W obliczu tych wydarzeń nie dostrzega się coraz większego napięcia politycznego i społecznego na Bałkanach, w regionie obejmującym liczne państwa postkomunistyczne. W ciągu 2011 r. protesty, których główne postulaty miały charakter socjalny, wybuchały i trwały w Rumunii, Albanii, Serbii, Macedonii oraz – co warto szczególnie podkreślić – w Chorwacji.

W tym ostatnim kraju, po pierwszych demonstracjach, minister spraw wewnętrznych Tomislav Karamarko określił grupy protestujące mianem „Indian”, co miało w lekceważący sposób opisywać protesty jako pseudopolityczne wygłupy nieistotnych grupek i stowarzyszeń. Ta arogancja nie tylko obróciła się przeciwko ministrowi – demonstranci odpowiedzieli pięknym za nadobne i wykorzystali określenie użyte przez ministra do nazwania protestów „Indiańską Rewolucją” – ale także ukazała w pełni sytuację społeczno-polityczną, w jakiej znalazła się Europa Wschodnia, a szczególnie Bałkany.

Pomimo obietnic składanych hojnie na fali przemian, do których doszło w 1989 r., obywatele żyjący w krajach postkomunistycznych – ci „Indianie Dzikiego Wschodu” – czują się w ogromnym stopniu wyrzuceni poza nawias i są przekonani, że nie mają żadnego wpływu na podejmowane decyzje. W większości tych państw wybory okazały się być jedynie powierzchownym liftingiem, który nie zmienia rządzącej politycznej oligarchii i nie jest w stanie stymulować jakościowych zmian w programach politycznych czy nawet tylko w retoryce. W wyniku zakrojonej na szeroką skalę prywatyzacji wiele osób straciło pracę, w znacznej mierze pogorszyły się płace i warunki zatrudnienia, olbrzymiej redukcji uległy oszczędności w krajowych systemach emerytalnych, zlikwidowano lub ograniczono liczne przywileje socjalne, takie jak dostęp do bezpłatnej edukacji czy opieki zdrowotnej. Ponadto znaczący procent społeczeństwa jest zadłużony w zagranicznych bankach i instytucjach finansowych, które szybko rozprzestrzeniły się na Bałkanach i obecnie kontrolują cały sektor finansowy w regionie. Do zubożenia ludności przyczyniły się także niszczycielskie wojny, które przetoczyły się w latach 90. XX wieku przez terytorium byłej Jugosławii, pochłaniając ponad 130 tysięcy ofiar. Dzisiaj proces pauperyzacji związany jest przede wszystkim z „eurokompatybilnymi” elitami, których głównym zadaniem było i jest wprowadzanie w życie neoliberalnych reform, przedstawianych jako niezbędny krok na drodze ku integracji z Unią Europejską.

„Transformacja” to pojęcie opisujące przekształcanie byłych państw socjalistycznych w liberalne demokracje, w których obowiązuje wolnorynkowy model gospodarki (najwyraźniej jedno bez drugiego istnieć w dzisiejszym świecie nie może, tworząc nierozerwalną polityczno-gospodarczą hybrydę). Nazwa ta została wprowadzona do sfery publicznej i dyskursu politycznego z silnymi konotacjami biblijnymi jako odpowiednik „krainy obfitości”. Ale nawet dzisiaj, 20 lat po zmianie systemu, wciąż słyszymy, że proces „transformacji” jeszcze się nie zakończył. Społeczeństwa wciąż błąkają się po pustyni i nie widać końca tej wędrówki. Pomimo retoryki opartej na założeniu wciąż niedokończonej transformacji widać wyraźnie, że model gospodarki opartej na wolnym rynku zdominował kraje postsocjalistyczne i jego pozycja wydaje się zupełnie niezagrożona. Kraje Europy Wschodniej w pełni podporządkowały się regułom świata kapitalistycznego, odgrywając w nim jednak rolę raczej peryferyjną.

W praktyce oznacza to nieograniczony dostęp do taniej i wysoko wykwalifikowanej siły roboczej, żyjącej w pobliżu kapitalistycznych potęg. Oznacza też niemal całkowitą zależność gospodarczą od krajów wysokorozwiniętych i pochodzących z nich ponadnarodowych banków i korporacji. I wreszcie – rosnące zadłużenie.

Z punktu widzenia systemu politycznego poszczególne kraje wykształciły procedury funkcjonujące w ustroju liberalno-demokratycznym. Pomimo tego mantra o niedokończonej transformacji wciąż jest obecna w mediach i dyskursie akademickim, a elity polityczne wykorzystują ją do uzasadnienia kolejnych prywatyzacji. Wygląda to tak, jakby nikt nie miał odwagi powiedzieć głośno, że transformacja oznacza zaprzedanie krajów i społeczeństw ideologii systemu kapitalistycznego. Z tego punktu widzenia transformacja już dawno się zakończyła – nie ma czego przekształcać, system zakorzenił się na dobre.

Stosowanie retoryki niedokończonej transformacji można tłumaczyć na dwa sposoby. Po pierwsze wynika ono z dążenia do uniknięcia konfrontacji z twardymi konsekwencjami przemian społeczno-gospodarczych, do których doszło w wyniku transformacji. Po drugie – z chęci zachowania użytecznego odniesienia do warunków panujących w ówczesnych systemach socjalistycznych. Jednym z podstawowych założeń tej niekończącej się transformacji jest konieczność ciągłego prowadzenia za rękę oraz nadzoru nad planowym wprowadzaniem nowego porządku.

Wielu obserwatorów przemian zachodzących w tych krajach wskazuje na występowanie „nostalgii za komunizmem”. Apolityczna tęsknota za owym okresem, podobna do przedstawionej w niemieckim filmie „Good Bye Lenin!”, spotyka się często z sympatią i zrozumieniem, podczas gdy na wyniki sondażu przeprowadzonego w Rumunii, wskazujące, że 61 proc. społeczeństwa żyło się lepiej za rządów Ceauşescu, komentatorzy polityczni reagują oburzeniem i niedowierzaniem. Zagorzali liberałowie mogą interpretować wyniki tych badań jako podręcznikowy przykład teorii „zadowolonego niewolnika”. Opiera się ona na założeniu, że ludzie żyjący w zniewoleniu wciąż odczuwają silną nostalgię za tyranią, nawet pomimo odzyskania wolności i poczucia bliskości „ziemi obiecanej”, tylko dlatego, że poprzedni system zapewniał im realizację podstawowych potrzeb życiowych.

Odczytywanie „nostalgii” jako ekspresji dążenia do powrotu do krainy szczęśliwości realnego socjalizmu – jakby ktokolwiek w ogóle brał taką ewentualność pod uwagę – oznacza zupełne pomijanie pytań o przyczyny takiego sentymentu. Dlaczego ludzie mają poczucie braku wpływu na decyzje podejmowane przez polityków, zarówno w sferze ustrojowej, jak i gospodarczej? Dlaczego znowu czują się zniewoleni? Dlaczego i kiedy liberalna demokracja okraszona wolnym rynkiem nie spełnia oczekiwań obywateli? Czy istnieje alternatywa dla obecnego porządku społeczno-politycznego? Dlaczego ludziom nie żyje się lepiej po transformacji?

Ponieważ nostalgia za komunizmem nie jest związana z jakimiś konkretnymi ruchami czy programami politycznymi; odpowiedzi na te pytania należy szukać w powszechnym poczuciu, że zmiany zachodzące w krajach postkomunistycznych nie przyniosły i nie przyniosą powszechnego dobrobytu. Dlatego jedyną drogą ucieczki jest powrót do idei związanych ze szczodrym systemem przywilejów i pomocy społecznej, funkcjonującym w tych krajach w przeszłości. Mitja Velikonja, słoweński socjolog, który prowadzi badania dotyczące „Titostalgii”, wskazuje na istnienie dwóch nurtów nostalgii za systemem komunistycznym. Pierwszy z nich, pasywny, dotyczy wychwalania symbolicznych elementów poprzedniego systemu; drugi, bardziej aktywny, skupia się na krytyce obecnej rzeczywistości przez pryzmat niepodlegających dyskusji osiągnięć systemu socjalistycznego, takich jak gospodarcza i społeczna emancypacja szerokich grup społecznych. Ci, którzy albo nie chcą, albo nie są w stanie uznać słuszności tych odczuć, zbywają milczeniem rosnące niezadowolenie społeczne i oddolne podważanie zasadności transformacji zarówno w odniesieniu do reform, jak i do związanej z nią ideologicznej konstrukcji opartej o dominację.

Bałkanpolitik Unii Europejskiej

Unia Europejska jest najważniejszym protagonistą transformacji zachodzącej w krajach Europy Wschodniej. Zgodnie z dyrektywą przyjętą w 1993 r. w Kopenhadze zadaniem UE jest szkolenie, dyscyplinowanie oraz karanie państw w zamian za obietnicę przyjęcia – po przebyciu drogi trudnej i pełnej zagrożeń – do grona krajów wspólnoty, gdzie czeka nagroda w postaci pełnej demokracji i poprawy poziomu życia.

Rzeczywistość jednak nie sprostała nadziejom: nawet po spełnieniu wszystkich warunków akcesji i przyjęciu do UE obietnice składane przez państwa „starej” Unii nie zostały dotrzymane. Wszystkie, poza trzema krajami „starej” Europy, natychmiast wprowadziły silne ograniczenia dotyczące zatrudniania obywateli „nowej” Unii, łamiąc przy tym obietnicę równości obywateli państw tworzących Unię Europejską. Co gorsza, wciąż prowadzony jest monitoring emigrantów ze wschodnich Bałkanów, którzy są także obywatelami UE. Traktuje się ich często jako obywateli trzeciej kategorii. Przykładem może być niedawna akcja wydalenia z Francji, jako nielegalnych imigrantów, obywateli Rumunii (głównie Romów). W następstwie przyjęcia do Unii Europejskiej nie doszło do obiecanej poprawy sytuacji ekonomicznej gospodarstw domowych, trudno też powiedzieć, że w nowo przyjętych krajach rozwija się wzorowy model demokracji.

Unia Europejska była i wciąż pozostaje najsilniejszym graczem na postkomunistycznych Bałkanach zarówno w sferze politycznej, jak i gospodarczej. Jest to najbardziej zróżnicowany krajobraz polityczny w dzisiejszej Europie. Jak nigdzie indziej, misja cywilizacyjna prowadzona przez Unię Europejską widoczna jest tutaj na pierwszy rzut oka. Chociaż UE doprowadziła do pełnej integracji ze Słowenią, Bruksela „monitoruje” Rumunię i Bułgarię – kraje, które są najmocniej krytykowane i karane za opieszałość i niemożność „szybkiego odrabiania strat” (Bułgaria straciła wiele milionów euro w ramach funduszy strukturalnych). Pięć lat po integracji z UE w kraje te bardzo mocno uderzył kryzys gospodarczy. Unia Europejska nie tylko nadzoruje państwa kandydujące – słowo „negocjacje” używane jest jako eufemizm na opisanie jednostronnego przepływu nakazów i żądań – ale wręcz zarządza dwoma quasi-protektoratami, Bośnią i Kosowem. Urzędnicy UE stosują rozmaite sposoby oddziaływania na politykę państw bałkańskich: dyscyplinowanie i karanie (Rumunia, Bułgaria), dwustronne negocjacje akcesyjne (Chorwacja, Czarnogóra), karanie i nagradzanie (Serbia, Albania), sterowanie (Bośnia), bezpośrednie rządzenie (Kosowo) i wreszcie ignorowanie (Macedonia). Dzisiaj można znaleźć jeden wspólny mianownik dla tych wszystkich sposobów oddziaływania – kryzys.

Nad Bałkanami rozciągają się depresja i zniechęcenie społeczne. Dotyczy to zwłaszcza tzw. Zachodnich Bałkanów, kolejnego geopolitycznego tworu będącego dziełem Brukseli, w skład którego wchodzą republiki tworzące byłą Jugosławię „bez Słowenii, a z Albanią”. Ta struktura jest bardzo złożona, tworzą ją regiony nie tylko mające za sobą komunistyczną przeszłość, ale także doświadczenia rozpadu państwowości i wojny domowej. Poza tym obszar Zachodnich Bałkanów jest w pełni otoczony krajami wchodzącymi w skład Unii Europejskiej, co czyni z niego swoiste „getto”. Pierwsze skrzypce grają tutaj Słowenia, Węgry oraz Grecja, a Rumunia i Bułgaria przygotowują się do nowych ról, póki co bezskutecznie. Stopniowe, lecz konsekwentne powiększanie strefy Schengen (w większym stopniu niż poszerzanie Unii Europejskiej) można odbierać jako kontynuację polityki prowadzonej w latach 90., której głównym celem było przeciwdziałanie rozszerzeniu się wojny w byłej Jugosławii na kraje ościenne. Z tego punktu widzenia – pomijając wyłączenie Słowenii, która mimo wszystko jest wciąż silnie związana z południowymi sąsiadami, i przyłączenie Albanii, również mającej silne wpływy w Kosowie – Jugosławia nie została wymazana z mapy Europy. Przekonanie o jedności istniejącej w regionie, pomimo konfliktów i wojen, doprowadziło Tima Judaha do stworzenia nowego określenia „Jugosfera”, które bardzo szybko zyskało dużą popularność. Tego typu pojęcia nie do końca wyjaśniają rzeczywistość, gdyż formowanie się tych sfer nie było napędzane siłami odśrodkowymi w poszczególnych krajach, lecz wynikało raczej z istnienia granic, powodujących silną izolację regionu.

Unia Europejska traktuje Bałkany w sposób szczególny, podejmując zdecydowane i bezpośrednie interwencje, jeżeli uzna takie działania za uzasadnione. W szczególności Kosowo jest w zasadzie bezpośrednio zarządzane przez UE poprzez narzucenie porządku prawnego i systemu kontroli polityki prowadzonej w tym regionie. W misji tej uczestniczy pięć krajów europejskich, które do tej pory nie uznały odrębności państwowej Kosowa. Pokazuje to dobitnie niepowodzenie narzuconego przez Stany Zjednoczone i wspieranego w większości przez Unię Europejską planu zmierzającego do niepodległości Kosowa. Obecnie Kosowo jest terytorium jedynie częściowo uznanym przez inne kraje, w związku z tym nie może przystąpić do żadnej organizacji międzynarodowej. Poza Kosowem i Bośnią siły UE pod przywództwem Włoch przeprowadziły w 1997 r. interwencję w Albanii, żołnierze UE byli obecni w Macedonii, wreszcie wiele państw europejskich uczestniczyło w bombardowaniach ówczesnej Federalnej Republiki Jugosławii. Rola Unii Europejskiej w stosunku do Bałkanów nie polega zatem jedynie na testowaniu potencjalnych kandydatów chcących przystąpić do tego elitarnego klubu. UE jest niezwykle aktywnym graczem na scenie regionu, oddziałując na jego życie polityczne, gospodarcze i społeczne. Ten krótki przegląd europejskiej Bałkanpolitik prowadzi do odpowiedzi na pytanie, dlaczego w przypadku Bałkanów polityka stabilizacji i integracji zakończyła się niepowodzeniem.

Bałkański kryzys Imperium

Unia Europejska i Stany Zjednoczone maskują swą dominację nad regionem za pomocą retoryki „budowania państwowości”, „tworzenia potencjału” czy wspierania „lokalnego rozwoju”. Zachowanie takie doskonale opisuje wprowadzone przez Davida Chandlera pojęcie „zakulisowego imperium,” czyli neokolonializmu pod przykrywką górnolotnych frazesów o budowaniu państwowości. Przez jakiś czas przykładami takiej strategii były Kosowo i Bośnia, dzisiaj procesy te zachodzą w Iraku i Afganistanie, a także Libii, niedługo możemy mieć z nimi do czynienia w Syrii czy Iranie. W praktyce „lokalny rozwój” oznacza niewiele więcej niż implementację reform narzucanych przez instytucje zewnętrzne, przy przypisywaniu odpowiedzialności za ich wprowadzanie miejscowym elitom polityczno-gospodarczym. Imperium pozostaje w cieniu, nie rządzi krajem bezpośrednio – z powodu wysokiego kosztu i braku poparcia społecznego dla tego modelu dominacji, lecz poprzez marionetkowe reżimy, które odpowiadają za wprowadzanie (lub też nie) strategii członkostwa w Unii Europejskiej czy za tworzenie państwowości.

Problemy pojawiają się, gdy wybrane demokratycznie lokalne elity odmawiają współpracy w niektórych obszarach, szczególnie w sądownictwie i policji, obawiając się utraty wpływu na sfery kluczowe dla utrzymania władzy. Problemy te nasilają się często z powodu niemożności podważenia mandatu wybranych demokratycznie liderów przez zewnętrzne ośrodki władzy, i to pomimo tego, że sam proces wyborczy jest podatny na wszelakie manipulacje ze strony lokalnych oligarchicznych elit zarówno przed, jak i po samych wyborach. Sytuacja taka wspiera politykę narzucania neoliberalnych reform, które muszą być realizowane przez przedstawicieli dokładnie tych samych „demokratycznie wybranych”, przeżartych korupcją elit, które jako jedyne osiągają korzyści z ich wprowadzania.

Turkes i Gokgoz wskazują, że podstawową strategią Komisji Europejskiej jest prowadzenie „neoliberalnej restrukturyzacji”, która w praktyce polega na zredukowaniu roli społeczeństwa demokratycznego (jednego ze sztandarowych celów UE) na rzecz modelu autokratycznego. Z tego punktu widzenia łączenie neoliberalnych przemian gospodarczych z promocją demokracji staje się często jedynie pustym sloganem. Te dwa podstawowe elementy strategii Unii Europejskiej w odniesieniu do zachodnich Bałkanów, co podkreślają Turkes i Gokgoz, nie wynikają z siebie wzajemnie i wzajemnie się nie napędzają. Wręcz, jak przekonują, ostateczny efekt jest zupełnie odwrotny do założonego. Wydaje się, że w następstwie konfliktów zbrojnych zrodziły się silne więzi pomiędzy biznesem, organizacjami przestępczymi, państwowym aparatem bezpieczeństwa i elitami politycznymi. Wszystko to skutecznie zmniejsza możliwość realizacji jednych z głównych celów UE, czyli stabilizacji i demokratyzacji państw w regionie.

Niestety sytuacji nie poprawia fakt, że neoliberalne reformy wprowadzane pod dyktando UE i międzynarodowych instytucji finansowych stwarzają dodatkowe możliwości korupcji i zaborczej, nastawionej na własne korzyści polityki lokalnych elit, czego Chorwacja jest doskonałym przykładem. Prywatyzacja dużych zakładów przemysłowych, bogactw naturalnych takich jak woda, środków masowego przekazu, infrastruktury telekomunikacyjnej czy sektora usług publicznych, w połączeniu z inwestycjami zagranicznych banków i złodziejskimi pożyczkami i kredytami stanowią pierwsze i najważniejsze elementy „możliwości” stwarzanych przez neoliberalną restrukturyzację niezbędną do wprowadzenia kraju w euro-sferę. Ivo Sanader, expremier rządu Chorwacji, który był wychwalany przez władze Unii Europejskiej, a obecnie odbywa karę pozbawienia wolności w związku z oskarżeniem o korupcję, jest jednym z wielu przykładów uwłaszczenia się elit w wyniku procesów restrukturyzacji.

Zima chorwackiego niepokoju

„Zagrzeb = Maghreb”. To hasło wydawało się zbyt daleko posuniętym porównaniem stosowanym przez lewicowe media, jednak, jak się okazało, w niedługim czasie po upadku reżimów w Tunezji i Egipcie „Facebookowe protesty” rozpoczęły się także i w Chorwacji. Nie istnieją proste analogie pomiędzy buntem na Bałkanach a rewolucjami, które dokonały się w północnej Afryce. Doszukiwanie się ich byłoby zadaniem karkołomnym i ryzykownym. Tym niemniej sytuacja na Bałkanach w pewnym stopniu przypomina tę, z którą mieliśmy do czynienia w krajach Bliskiego Wschodu, chociaż znacznie więcej podobieństw można znaleźć w odniesieniu do Grecji. Zjawiska zachodzące w Chorwacji stanowią doskonały punkt wyjścia dla analizy przyczyn i skutków rozszerzających się nastrojów niezadowolenia i desperacji na rubieżach świata zachodniego.

Od 1990 r. Chorwacja była sceną wielu transformacji, obejmujących brutalną wojnę domową, rządy nacjonalistów, a także „eurokompatybilną” politykę prowadzoną przez elity, które doszły do władzy po Tudżmanie i które bardzo opieszale zabierają się za uporządkowanie państwa po dekadzie chaosu. Polityka ta doprowadziła Chorwację do bram Unii Europejskiej. Jak prezentuje się państwo chorwackie, stojąc przed drzwiami UE? Dług zagraniczny, który w momencie odziedziczenia go po byłej Jugosławii opiewał na 3 miliardy dolarów, wynosi obecnie ok. 60 miliardów dolarów, co odpowiada rocznemu produktowi krajowemu brutto (który w 2009 r. zmniejszył się o 5,6 proc., a w 2010 r. o kolejne 1,5 proc.). Kiedyś jedna z najbardziej rozwiniętych i dobrze prosperujących republik byłej Jugosławii, dzisiaj praktycznie nie ma żadnego przemysłu. Drapieżna prywatyzacja z lat 90. i wojna domowa, po której nastąpił okres permanentnych neoliberalnych reform gospodarczych, doprowadziły do ogromnego rozwarstwienia społecznego, którego wynikiem jest 19-procentowe bezrobocie.

W kwietniu 2010 r. rząd Chorwacji przyjął i rozpoczął realizację „Programu Ożywienia Gospodarczego”, który był przedłużeniem surowych neoliberalnych reform. Obniżył zatrudnienie w sektorze publicznym o 5 proc., zmniejszając jednocześnie nakłady na niego o 10 proc. Program ten zakładał również prywatyzację przedsiębiorstw państwowych sektora energetycznego, przemysłu drzewnego i wodnego, a także kolejnictwa. Już wcześniej sprywatyzowano dochodowe firmy państwowe, takie jak Croatian Telecom, znaną firmę farmaceutyczną Pliva czy przedsiębiorstwo naftowe Ina. Słynne wybrzeża Chorwacji, będące rajem dla turystów, kryją tajemnicę o unicestwieniu chorwackiego przemysłu stoczniowego, jednego z najlepiej rozwiniętych w Europie, posiadającego ok. 1,5 proc. rynku światowego. Przemysł stoczniowy w tym kraju zatrudnia 12 tysięcy pracowników, a dodatkowe 35 tysięcy w firmach okołosektorowych. Chorwacja jest obecnie poddawana silnym naciskom ze strony Unii Europejskiej, by obcięła dotacje dla stoczni. Dostosowanie się do tych żądań z pewnością doprowadzi do znaczącej redukcji mocy produkcyjnych, jeśli nie do likwidacji jednej z najlepszych gałęzi gospodarki narodowej.

Widoczne są tu wszystkie wewnętrzne sprzeczności występujące w modelu neoliberalnym: od szoku finansowego, rozpasanej konsumpcji, dominacji wielkich koncernów medialnych, przez politykę nakierowaną na dobrobyt elit, deficyt rzeczywistej demokracji, po komercjalizację sektora publicznego. Łączy się to z wieloma problemami politycznymi, społecznymi i gospodarczymi, wynikającymi z minionego ustroju, rozpadu federacji i wyniszczającej wojny domowej, co nadaje regionowi peryferyjny i podrzędny charakter wobec Unii Europejskiej. Chorwacja jest w ogromnym stopniu zależna od sił zewnętrznych w sprawach dotyczących polityki finansowej (zachodnie banki posiadają 90 proc. udziałów w sektorze finansowym), gospodarczej (zagraniczny kapitał dominuje jako właściciel firm i przedsiębiorstw) czy wojskowej (Chorwacja przystąpiła do NATO w 2008 r.). Neoliberalna hegemonia w połączeniu z konserwatywnym nacjonalizmem doprowadziły do powstania w Chorwacji osobliwego sojuszu struktur państwowych, wielkiego biznesu i mafii. Do niedawna istnienie tego sojuszu nie budziło sprzeciwu w społeczeństwie, ale z nadejściem zimy okrzyki niezadowolenia i wściekłości, które wybuchły w Libii i Egipcie, znalazły zdeterminowanych naśladowców również na drugim brzegu Morza Śródziemnego. Ulice miast stały się areną burzliwych protestów.

Wiosna nowej lewicy?

Wszystko rozpoczęło się jako „ruch facebookowy”, stworzony przez młodych, politycznie nieokreślonych ludzi, niezadowolonych z polityki prowadzonej przez rząd. Punktem wyjścia tych wydarzeń był prawdopodobnie protest, do którego doszło 26 lutego 2011 r. w Zagrzebiu, gdzie na centralnym placu miasta członkowie grup prawicowych oraz weterani wojenni zgromadzili się w proteście przeciwko ekstradycji jednego z byłych żołnierzy chorwackich do Serbii. Manifestacja zakończyła się brutalną bitwą między policją a tłumem złożonym głównie z kibiców piłkarskich.

Jednak już w dwa dni po tych wydarzeniach bunt przybrał zupełnie inny charakter. „Protesty facebookowe” zaczynały coraz wyraźniej artykułować przyczyny niezadowolenia społecznego, związanego z beznadziejną sytuacją socjalną, brakiem zaufania do instytucji państwa i systemu politycznego, przesiąkniętych korupcją i pogłębiających nierówności społeczne. Dużym zaskoczeniem był fakt, że w protestach tych uczestniczyli przedstawiciele wielu odcieni i ugrupowań politycznych. Co więcej, z biegiem czasu coraz częściej pojawiały się transparenty wymierzone w Unię Europejską i kapitalizm jako taki, a także podważające partyjny system polityczny, idące krok dalej i wzywające do wprowadzenia demokracji bezpośredniej.

Korzenie tego nieoczekiwanego pojawienia się nowej, zorganizowanej i oryginalnej lewicy, która w aktywny sposób bierze udział, a często także nadaje kształt i kierunek trwającym obecnie w Chorwacji protestom, sięgają roku 2009. Wówczas to niezależne ruchy studenckie bardzo silnie sprzeciwiły się prywatyzacji i komercjalizacji szkolnictwa wyższego. Ich sprzeciw wymierzony w neoliberalne reformy systemu edukacji był prawdopodobnie pierwszym znaczącym buntem politycznym nie tylko wobec rządu, ale także całego systemu polityczno-społecznego. Protesty te trwały przez 35 dni wiosną i 14 dni jesienią 2009 r. W ich trakcie ponad 20 chorwackich uniwersytetów było okupowanych przez stowarzyszenia studenckie, które faktycznie nimi zarządzały. Na pierwszy rzut oka wydarzenia te nie były niczym nowym, jednak sama forma protestu oraz sposób jego prowadzenia zasługują na uznanie, nie tylko w kontekście podobnych zjawisk na Bałkanach czy w krajach Europy Wschodniej.

Protestujący powołali do życia zgromadzenie – nazwane plenum – w którym mogli uczestniczyć nie tylko studenci, ale wszyscy obywatele. Przedmiotem plenum nie była jedynie debata publiczna na społecznie istotne tematy, takie jak system edukacji, ale także dyskusja dotycząca dalszych form prowadzenia rebelii. Największe plenum, na Wydziale Nauk Humanistycznych i Społecznych w Zagrzebiu, gromadziło każdego wieczora ok. 1000 osób, które dyskutowały o dalszej strategii akcji protestacyjnej. Wydarzenia te przyczyniły się do powstania ruchu na rzecz demokracji bezpośredniej jako antidotum (a może prawdziwej alternatywy) dla demokracji przedstawicielskiej i partiokracji. Ta nowa chorwacka lewica, której idee i postulaty bardzo szybko rozprzestrzeniły się w krajach byłej Jugosławii, nie akceptuje ograniczenia demokracji bezpośredniej jedynie do instytucji referendum – jej celem jest organizacja obywateli od poziomu lokalnych społeczności aż do ogólnonarodowego.

Dowodami dążenia do urzeczywistnienia tych idei były wydarzenia, do których doszło po studenckich okupacjach uniwersytetów. W latach 2009–2011 Chorwacja stała się areną potężnego ruchu społecznego, nazwanego „Prawo do Miasta”, którego celem było zachowanie dotychczasowego charakteru śródmieścia Zagrzebia, wówczas sprzedawanego przez władze miasta wielkim inwestorom. Protesty te zbiegły się w czasie z falą strajków w zakładach przemysłów włókienniczego, stoczniowego i rolnego. Niektóre z tych protestów wykorzystały instytucję plenum, wprowadzoną w trakcie strajku studenckiego, czy też analogiczną strukturę pozwalającą w prawdziwie demokratyczny sposób podejmować kluczowe decyzje. Wszystko to było ogromnym zaskoczeniem dla elit politycznych oraz mediów.

To nie jest kolorowa rewolucja!

Chociaż nowa lewica odegrała kluczową rolę w zdefiniowaniu wymowy i głównych postulatów protestów, nie przekształciły się one w jednoznacznie lewicowe demonstracje, pozostając oddolnymi inicjatywami obywatelskimi. Od lutego do kwietnia 2011 r. każdego wieczora około 10 tys. osób zbierało się na głównym placu Zagrzebia. Kilkutysięczne zgromadzenia miały też miejsce w innych chorwackich miastach. Poza silną retoryką antykapitalistyczną, nieznaną do tej pory nie tylko w Chorwacji, ale także w innych bałkańskich państwach, jednym z głównych wyznaczników było odrzucenie koncepcji lidera/przywódcy. Dało to oddolnemu ruchowi możliwość decydowania o formie i celach protestów.

„Indiańska rewolucja” ograniczała się pierwotnie do zgromadzeń na dużych miejskich placach Zagrzebia, ale szybko przybrała formę wielotysięcznych demonstracji i przemarszów ulicami miast. Stanowiła przykład przekształcenia protestów skierowanych przez władzę i policję do ściśle wyznaczonych miejsc w spontaniczny ruch obywatelski, który wypracował swoje metody i rozlał się na nowe obszary, a w imię słuszności głoszonych postulatów kwestionował zasadność i legalność granic ustanowionych przez aparat władzy.

Nie były to już klasyczne, statyczne demonstracje i – w przeciwieństwie do słynnych marszów belgradzkich z lat 1996–1997 – nie zostały wymierzone jedynie w rząd czy przywódców partii rządzącej. Przyjęły one silne zabarwienie antysystemowe, wzmocnione częstymi „wizytami” protestujących obywateli, składanymi w kluczowych ośrodkach politycznego, społecznego i gospodarczego porządku panującego w Chorwacji (siedziby partii politycznych, budynki rządowe, ale także siedziby związków zawodowych, funduszy prywatyzacyjnych i środków masowego przekazu). Protestujący palili flagi rządzącej krajem konserwatywnej Chorwackiej Unii Demokratycznej, opozycyjnej Partii Socjaldemokratycznej (oskarżanej o brak sprzeciwu wobec neoliberalnych reform), a także Unii Europejskiej (odbieranej jako współodpowiedzialna za politykę krajowych elit). „Odwiedzili” także rezydencje polityków rządzących krajem, wskazując wyraźnie, że ich bogactwo nie było niczym innym, jak tylko zalegalizowaną grabieżą.

Właśnie na tym polega unikalny charakter tych protestów. Nie są one jeszcze jedną z „kolorowych rewolucji”, które wywoływały i nadal wywołują niekłamany entuzjazm zachodnich mediów i ośrodków opiniotwórczych, niewykazujących jednak zainteresowania tym, że w wielu przypadkach „fala demokratycznych przemian” prowadzi jedynie do wymiany jednego autokraty na innego, który okazuje się bardziej chętny do współpracy z Zachodem. Te sponsorowane przez Stany Zjednoczone „kolorowe rewolucje” nigdy nie kwestionowały systemów politycznego i gospodarczego jako takich. Odpowiadały one jedynie na szczere żądania społeczne dotyczące usunięcia autorytarnych i skorumpowanych elit, które uformowały się w latach 90. ubiegłego wieku. Przykład chorwacki wskazuje jednoznacznie, że po raz pierwszy protesty nie są wystąpieniem przeciwko rządowi per se, lecz stanowią efekt prawdziwego buntu przeciwko panującemu reżimowi. Nie tylko państwo samo w sobie, ale cały aparat, w którym umocowana jest dzisiejsza oligarchia, są poddane miażdżącej krytyce ze strony może nieco chaotycznie zorganizowanych obywateli.

Taki rodzaj rewolucji nie potrzebuje żadnego „koloru”, co istotnie zmniejsza szanse na uzyskanie pomocy z zewnątrz czy zainteresowanie międzynarodowych środków masowego przekazu. Wyrazem rewolucji jest to, co ludzie wykluczeni przez system mogą zrobić: maszerować ulicami miast i wskazywać fundamentalne wady systemu oraz elit rządzących, cementowanych przez ponad dwie dekady, jednak wciąż podatnych na zniszczenie w obliczu wewnętrznych sprzeczności reżimu, takich jak rosnące zubożenie. Narodziny i przebieg chorwackich protestów zmuszają nas także do ponownej ewaluacji kategorii używanych do opisu i wyjaśnienia społecznej, politycznej i gospodarczej sytuacji Bałkanów, a także wielu innych krajów postkomunistycznej Europy Wschodniej.

Bałkański nowy świt?

Powyższa analiza pokazuje, że transformacja – ideologiczny konstrukt dominacji wynikającej z dążenia do integracji państw dawnego Bloku Wschodniego z Europą Zachodnią – kryje w sobie zakrojony na szeroką skalę proces neokolonizacji, czyli podporządkowania całego regionu jednemu, narzuconemu z góry porządkowi polityczno-gospodarczemu. W tym modelu „słabe państwo” lub „upadłe państwo” nie stanowią anomalii związanej z transformacją, ale – co próbuje się skrzętnie ukryć – są jej głównym efektem.

Znany wszystkim i powszechny problem korupcji stanowi nie lada problem dla obserwatorów i badaczy zmian zachodzących w krajach transformacji ustrojowej. Wielu z nich – przyjmując bezkrytyczną ocenę liberalnego systemu gospodarczego – próbuje uzasadnić korupcję jako pochodną historii i kultury „Wschodu”. Rzeczywistość jest jednak inna. Korupcja, obejmująca wszystkie szczeble władzy, jest wynikiem zamętu, jaki nastąpił po upadku komunizmu w 1989 r., poza tym Unia Europejska sama nie jest wolna od korupcji. Aby zrozumieć zjawisko „niekończącej się transformacji” w byłych krajach realnego socjalizmu, a zwłaszcza obecną polityczną i społeczną sytuację na Bałkanach, konieczne jest wyjście poza uproszczony model upadku i słabości państwa jako takiego. Należy wprowadzić nowy koncept reżimu jako swoistego konglomeratu elit politycznych, powiązanego z nimi biznesu i partnerów z Europy Zachodniej, korporacji medialnych i organizacji pozarządowych, wspólnie popierających „święte przymierze” demokracji parlamentarnej, neoliberalnej gospodarki, przestępczości zorganizowanej (często związanej silnie z elitami politycznymi i gospodarczymi), drapieżnego międzynarodowego sektora finansowego, skorumpowanego sądownictwa i biurokratycznych związków zawodowych. Cały ten aparat ideologiczny pozwala reżimowi wprowadzać w życie i cementować zdobycze wielkiej neoliberalnej transformacji.

Można z łatwością znaleźć wspólny mianownik dla dzisiejszej sytuacji na Bałkanach i Arabskiej Wiosny: wszystkie te protesty pomimo wielu znaczących różnic mają charakter silnie antyreżimowy. Buntowanie się przeciwko reżimom postkomunistycznym jest jednak trudniejsze, gdyż te zwykle nie mają jednej, dobrze znanej twarzy: nie ma tutaj dyktatora, rodziny sprawującej rządy czy monarchii. Brak jest także jawnych aparatów represji i cenzury. Ale wściekłość wobec systemu jest dokładnie taka sama.

Logiczną konsekwencją tych rozważań jest pytanie, czy fala protestów przetaczająca się przez Bałkany oznacza nowy początek w polityce krajów Europy Wschodniej. Nie trzeba być ekspertem z dziedziny historii Bałkanów, by realnie rozważać możliwość odnowienia silnych tendencji nacjonalistycznych. Jednak z drugiej strony potępienie tego nowego ruchu społecznego jedynie dlatego, że jest on tworzony przez wiele rozmaitych ugrupowań i stowarzyszeń, nie tylko oznacza porzucenie idei „woli społeczeństwa”, ale także przywiązanie do mrzonki o dobrze zdefiniowanych, dojrzałych rewolucjach. Przykład krajów arabskich wskazuje, że sytuacja może pozostać otwarta nawet po zadaniu przez społeczeństwo silnego, choć nie ostatecznego ciosu reżimowi. Przykład Chorwacji wskazuje natomiast, jak protesty zainicjowane przez organizacje prawicowe mogą się przeistoczyć w ruch, w którym siłą wiodącą staną się stworzone na nowo, z potrzeby chwili, inicjatywy postępowe. W ten właśnie sposób do polityki wchodzi nowa generacja, wykorzystując akcję bezpośrednią i ulicę, a nie kanały polityczne oparte na wyborach i polityce partyjnej.

Nowa lewica, którą daje się dostrzec w tym ruchu społecznym, odcina się stanowczo zarówno od państwa socjalistycznego znanego z przeszłości, jak i od tradycji partii socjaldemokratycznej. Wydarzenia dokonujące się czy to na Bliskim Wschodzie, czy w Chorwacji mogą być wybuchem autentycznego, pierwotnego radykalizmu. Obywatele Zachodu, zbyt wygodni i zanurzeni w strukturach liberalnej „opresyjnej tolerancji”, obserwujący te zdarzenia z nieskrywanym zdziwieniem, mogą się wiele nauczyć o metodach i formach społecznego sprzeciwu w XXI wieku.

Srećko Horvat, Igor Štiks

Tłum. Sebastian Maćkowski

Artykuł pierwotnie ukazał się w periodyku „Monthly Review” w numerze z marca 2012 r. Przedruk za zgodą autorów. Poczyniono drobne skróty i opuszczono przypisy.

Obiecywali jak nigdy, nie dotrzymali słowa jak zawsze, czyli społeczna odpowiedzialność biznesu po polsku

Szarość zielonej wyspy

W 2009 r. na konferencji prasowej premier Donald Tusk ogłosił, że Polska jest zieloną wyspą w Europie. Podstawą tego stwierdzenia był fakt, że tylko u nas odnotowano dodatni wzrost gospodarczy w porównaniu z poprzednim rokiem. W pozostałych państwach UE mieliśmy do czynienia z kryzysem gospodarczym, a w kraju nad Wisłą wystąpiło „jedynie” spowolnienie dynamiki PKB.

Taka sytuacja wzbudziła spore zainteresowanie na świecie. Z tego też powodu dyskurs kryzysowy jest w Polsce do dzisiaj słabo obecny, a zagrożenie kryzysem i losy Grecji są wygodnym straszakiem i uzasadnieniem dla reform polegających na cięciach i ograniczaniu wydatków publicznych. Spowolnieniu gospodarczemu towarzyszą niepokojące trendy, które zaburzają nieco obraz oazy spokoju na wzburzonym oceanie. Ogólny spadek ubóstwa (szczególnie jego skrajnej formy), trwający od kilku lat, zatrzymał się, a w przypadku najsłabszych grup społecznych sytuacja zaczęła się wręcz pogarszać.

Reformy podejmowane przez rząd PO-PSL nie ochroniły najbiedniejszych, co należy uznać za porażkę z perspektywy sprawiedliwości społecznej, nadającej sytuacji najuboższych duże znaczenie w ocenie zmian.

Polska jako gospodarcza zielona wyspa

Porównanie wzrostu PKB rok do roku za 2009 r. dało Polsce unikalne miejsce wśród państw EU. Byliśmy jedynym krajem z dodatnim wzrostem gospodarczym, co pokazuje powyższa mapa.

Fakt ten był dyskontowany przez polityków partii rządzącej, którzy wyjaśniali go swoją roztropną polityką gospodarczą. Niechętni rządowej interpretacji twierdzili, że wynikało to przede wszystkim z niewielkiego udziału polskich banków w handlu najbardziej ryzykownymi papierami wartościowymi. Bardziej rozsądnie jest przyjąć, że na taki wynik Polski złożyło się wiele czynników, w tym inwestycje publiczne, finansowane w dużej części ze środków UE.

W ujęciu dynamicznym porównanie wzrostu realnego PKB na mieszkańca między 2007 r. a szacunkami dla 2011 r., dla krajów nie odbiegających od Polski pod względem zamożności w przeliczeniu na siłę nabywczą (przedział od 10 do 20 tys. dolarów w 2007 r., 32 kraje ze 182), dało Polsce miejsce w pierwszej dziesiątce. Wskaźnik ten wzrósł o 23%, a wśród krajów europejskich, które Polskę wyprzedziły, była w tej grupie tylko Białoruś. Jeżeli porównalibyśmy jedynie kraje centralnej i wschodniej Europy (bez zadbania o porównywalny punkt wyjścia), to pierwsze miejsce zajmowaliśmy ex aequo z Albanią.

Biorąc pod uwagę wszystkie 182 kraje, najlepszy wynik zanotowały Chiny (51%), niedaleko były Indie (36%) oraz Argentyna (wzrost o 30%). Na końcu znaleźli się najwięksi przegrani kryzysu, z ujemnym wzrostem od kilkunastu do kilku procent: Bahrajn, Łotwa, Irlandia, Grecja, Islandia, Estonia, Włochy.

W świetle danych międzynarodowych kondycja gospodarki polskiej wygląda więc bardzo dobrze. Czy podobne wrażenie będziemy mieli, gdy spojrzymy na dynamikę wskaźnika wzrostu polskiego PKB w okresie 1996–2010? Okazuje się, że spowolnienie z lat 2001–2002 było głębsze niż to w latach 2009–2010. A na tle doświadczeń Czech i Słowacji dynamika gospodarcza Polski wydaje się być bardziej zrównoważona. Załamania wzrostu nie były tak głębokie, ale również dynamika nie jest tak spektakularna, jak w przypadku Słowacji w latach 2004–2007.

Ubóstwo i wykluczenie

Opisywanie sytuacji kraju wyłącznie za pomocą wskaźników PKB nie mówi nam wiele o żywotnych kwestiach związanych z zatrudnieniem i zdolnością do utrzymania się czy o nierównościach w tych obszarach między gospodarstwami domowymi. Jak przekonywał już pod koniec lat 60. Dudley Seers, takie informacje są dla oceny rozwoju ważniejsze niż dochód narodowy na mieszkańca1.

Zanim przyjrzymy się danym obiektywnym, zobaczmy najpierw, jak Polacy na tle innych narodów subiektywnie oceniali wpływ kryzysu na sytuację swoich gospodarstw domowych. W drugiej edycji badań Life in Transition Survey z 2010 r. przedstawicielom 39 tys. gospodarstw domowych z 34 krajów zadawano następujące pytanie: Jak Pan/Pani wie, kryzys gospodarczy wpływa na cały świat i na nasz kraj. Jak bardzo, jeżeli w ogóle, kryzys wpłynął na Pana/Pani gospodarstwo domowe w ciągu dwóch ostatnich lat? Połączyłem odpowiedzi „tylko trochę” i „wcale” oraz „bardzo” i „znacznie”, otrzymując w ten sposób subiektywny wskaźnik braku negatywnego wpływu kryzysu oraz subiektywny wskaźnik negatywnego wpływu kryzysu (patrz wykres 1).

Wynik Polski, ze wskaźnikiem braku negatywnego wpływu kryzysu na poziomie 62% i z wynikiem 26% respondentów deklarujących znaczny jego zakres, oznacza przynależność do grupy krajów, w których wpływ kryzysu był umiarkowany. Sytuacja była jeszcze lepsza w Szwecji czy Niemczech, zaś najgorzej wypadły pod tym względem Bułgaria i Węgry, gdzie ponad 60% respondentów twierdziło, że kryzys bardzo pogorszył ich sytuację.

Pomimo tej względnie dobrej pozycji ogólnej, gdy spojrzymy na wpływ kryzysu na gospodarstwa domowe niezamożne i zamożne, uzyskamy bardziej zróżnicowany obraz (patrz wykres 2). Dla tych pierwszych wskaźniki układają się jak te dla Węgier, a dla drugich – jak dla Wielkiej Brytanii.

Niezależnie od tego, że porównania międzynarodowe i zestawienia kolejnych okresów wyglądają korzystnie, spowolnienie gospodarcze ma poważne konsekwencje społeczne. Od poprzedniego gospodarczego tąpnięcia sytuacja w Polsce pod względem różnych wskaźników społecznych szybko się poprawiała. Ten pozytywny trend zatrzymał się, a w przypadku grup, które zawsze w Polsce były bardziej zagrożone ubóstwem, sytuacja wyraźnie się pogorszyła.

Wyraźny spadek stopy ubóstwa oficjalnego jest związany głównie z niewaloryzowaniem progów dochodowych z Ustawy o pomocy społecznej (te progi są właśnie granicą ubóstwa przyjmowaną przy obliczaniu odsetka ubogich oficjalnie). Zatem nawet nie­wielki wzrost dochodów sprawia, że coraz mniej gospodarstw spełnia to kryterium i nie kwalifikuje się do objęcia pomocą. Spadek jest więc w części zjawiskiem sztucznym, a nie realnym. W 2011 r. doszło do tego, że odsetek ubogich wyznaczony granicą minimum egzystencji (ubóstwo skrajne, nieuwzględniające potrzeb uczestnictwa w społeczeństwie) był wyższy niż ten obliczony według kryteriów stosowanych w praktyce pomocy społecznej.

Najbardziej niepokojący jest trend w zakresie ubóstwa skrajnego, którego granicę stanowi minimum egzystencji, aktualizowane co roku przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych. Jego dynamiczny spadek z lat 2005–2007 zatrzymał się w latach 2008–2010 (na poziomie 5,7%), a w 2011 r. wskaźnik ten wzrósł do 6,7%. Podkreślić należy, że mamy tu do czynienia z ubóstwem, które grozi podstawom egzystencji, a odsetek wydający się niskim oznacza w skali kraju ponad 2,5 miliona ludzi.

O ile trendy dla większości grup są zgodne z ogólną tendencją (spadek, a następnie stagnacja), to w przypadku osób utrzymujących się z niezarobkowych źródeł (co oznacza przede wszystkim klientów pomocy społecznej) mamy wyraźny trend wzrostowy – z 16% do 22%. Oznacza to, że gospodarstwa domowe będące w najgorszej sytuacji, są najbardziej podatne na konsekwencje spowolnienia gospodarczego. A jednym z odpowiedzialnych za tę większą podatność jest system pomocy społecznej.

Sytuacja wygląda podobnie, gdy analizujemy położenie różnych typów rodzin. Najbardziej narażone na skrajne ubóstwo są rodziny wielodzietne. Należy powitać z zadowoleniem prawie dwukrotne obniżenie tego ryzyka od roku 2005, ale w latach 2008–2011 mamy do czynienia z niepokojącym trendem wzrostowym z 18% do 24%. Rodziny wielodzietne okazują się grupą najbardziej podatną na konsekwencje spowolnienia gospodarczego, czyli nie chroni ich dostatecznie system pomocy społecznej i świadczeń rodzinnych (tu progi są nieco wyższe, ale również zostały zamrożone).

Jeżeli weźmiemy pod uwagę dane dotyczące zagrożenia i wykluczenia społecznego według metodologii przyjętej w badaniach panelowych Diagnoza Społeczna (fale 2007, 2009, 2011), to zobaczymy, że sytuacja się pogarsza. O ile pomiędzy rokiem 2007 a 2009 mieliśmy do czynienia ze zmniejszaniem się skali zagrożenia wykluczeniem społecznym, to rok 2011 wyraźnie pokazuje jego wzrost w stosunku do lat 2007 i 2009.

Gdy analizujemy dane dotyczące wykluczenia, sytuacja wydaje się jeszcze łatwiejsza do interpretacji. W latach 2007–2011 nastąpił wyraźny wzrost stopy wykluczenia społecznego. Najbardziej dynamiczny był on w przypadku gospodarstw domowych utrzymujących się z niezarobkowych źródeł, czyli przede wszystkim najuboższych przedstawicieli polskiego społeczeństwa.

Reformy (anty)socjalne

W okresie spowolnienia gospodarczego głównymi problemami polskiego rządu, a szczególnie ministra finansów, są deficyt finansów publicznych i dług publiczny. Ten pierwszy z powodu regulacji UE (próg 3% PKB został przekroczony), a ten drugi ze względu na ustawę o finansach publicznych i Konstytucję (progi 55% i 60% PKB, wskaźnik długu był blisko pierwszego z nich). Plan konsolidacji Ministerstwa Finansów koncentruje się głównie na ograniczaniu wydatków. Według założeń ministerstwa docelowo poziom wydatków publicznych nie powinien przekraczać 40%, a dług publiczny 45% PKB2.

Wśród działań zmniejszających problemy finansów publicznych najgorętsze dyskusje wywołał projekt zmniejszenia poziomu składki odprowadzanej do otwartych funduszy emerytalnych3. Szczytowym punktem sporu była debata telewizyjna między ministrem finansów Jackiem Rostowskim a głównym reformatorem polskiej gospodarki w okresie transformacji, prof. Leszkiem Balcerowiczem. Reforma ta była najłatwiejsza ze względu na szybkie korzyści dla stanu finansów publicznych i oddalone w czasie konsekwencje dla przyszłych emerytów, ale burza medialna (i wśród ekspertów) była potężna.

Innym rozwiązaniem jest tymczasowe podniesienie wszystkich stawek VAT o 1 punkt procentowy, przy obniżeniu stawki na niektóre produkty żywnościowe z 7% do 5%4. Akurat ta reforma została zaprojektowana tak, aby zminimalizować jej większy negatywny wpływ na sytuację osób najbiedniejszych. Bez obniżki VAT na żywność relatywnie dużo większe koszty reformy poniosłaby uboższa część polskiego społeczeństwa5.

Do najbardziej bolesnych dla najuboższych należą cięcia polegające na wspomnianym powstrzymywaniu się od waloryzacji progów uprawniających do świadczeń z pomocy społecznej oraz do świadczeń rodzinnych, a także zamrożenie wysokości samych świadczeń. Rząd zignorował decyzję Komisji Trójstronnej w tej sprawie z 2010 r., a jest przecież jej częścią. Konsekwencją rezygnacji z podwyższania progów dochodowych w pomocy społecznej jest to, że dla większości typów gospodarstw domowych stały się one niższe od minimum egzystencji, np. dla rodziny pięcioosobowej (dwoje dorosłych i troje dzieci) kryterium dochodowe pomocy społecznej było w 2011 r. niższe aż o 438 zł.

Utrzymywanie poziomu progów ubóstwa w pomocy społecznej poniżej minimum egzystencji oznacza, że część gospodarstw domowych, która jest skrajnie uboga, nie nabędzie uprawnień do świadczeń z pomocy społecznej. Trudno nie uznać tego za skandal, ale nie wywołuje to zaciętych debat ministrów z profesorami akademickimi w najlepszym czasie antenowym telewizji publicznej.

Ponadto progi te służą także do obliczania wysokości niektórych świadczeń pieniężnych (zasiłek okresowy6), więc ich niepodwyższanie powoduje też, że nadal uprawnieni do zasiłków otrzymują je niższe. Przypomnijmy, że nasze prawo pomocy społecznej gwarantuje tylko 50% zasiłku okresowego (czyli różnicy między progiem ustawowym a dochodem rodziny). Ma on charakter minimalnego dochodu gwarantowanego dla osób w wieku produkcyjnym – jeżeli już nie mamy prawa do żadnych innych świadczeń, pozostaje nam tylko on.

Zasiłki rodzinne są jednym z instrumentów socjalnej polityki rodzinnej. Mimo że polskie społeczeństwo popiera pomaganie wszystkim rodzinom, a nie tylko biednym7, wciąż są one dostępne tylko dla tych ostatnich. Natomiast spadek realnej wartości kryteriów (obecne 504 zł było warte w 2006 r. niemal 200 zł więcej) sprawia, że zasiłki otrzymują tylko coraz biedniejsi.

Jeżeli świadczenia ustalone są kwotowo (jak większość świadczeń rodzinnych), to zamrożenie ich wysokości oznacza, że realna wartość tych świadczeń ulega zmniejszeniu. Przykładem niech będzie jednorazowa zapomoga z tytułu urodzenia dziecka (tzw. becikowe). Od 2006 r. jego wartość nominalna to 1000 zł, ale gdy weźmiemy pod uwagę ogólny wzrost cen, to wartość realna tej kwoty w 2011 r. była niższa o 189 zł.

Najważniejszą konsekwencją niepodwyższania progów dochodowych jest to, że wraz ze wzrostem ogólnej zamożności i kosztów życia coraz mniej rodzin jest uprawnionych do świadczeń. Od 2005 r. z powodu zamrożenia progu dla świadczeń rodzinnych prawo do nich utraciło ponad 800 tys. dzieci8.

Ogólnie ujmując, reformy systemu podatkowo-transferowego w latach 2007–2011 przyniosły duże korzyści najbogatszym (dochody dziesiątego decyla wzrosły średnio o ponad 6%) i niewielkie lub żadne najuboższym (przeciętny wzrost dochodu pierwszego decyla o nieco ponad 1%, przy niewielkim spadku dochodów drugiego decyla)9.

Rynek pracy

Nie ulega wątpliwości, że przed ubóstwem lepiej chroni dobrze płatna i stabilna praca niż świadczenia pieniężne oferowane przez system pomocy społecznej czy zasiłki dla bezrobotnych. Czy jednak umowy na czas określony są jednoznaczne z pojęciem dobrej (godnej) pracy? Odpowiedź na to pytanie zależy od wielu innych cech pracy, np. poziomu dochodu i zabezpieczenia w razie wystąpienia ryzyk socjalnych – dobra praca jest dobrze opłacana i oparta na umowie gwarantującej odprowadzanie odpowiednio wysokiej składki na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne.

Jednym z posunięć polskiego rządu w przygotowaniach do odparcia uderzenia kryzysu był tzw. pakiet antykryzysowy dla niepublicznych podmiotów gospodarczych10. Głównym jego celem było ograniczenie działania dotychczasowych regulacji rynku pracy, dotyczących czasu pracy, nadgodzin i kodeksowych umów na czas określony. Ponadto przewidziano dla przedsiębiorców mających problemy ekonomiczne możliwość zastosowania ograniczenia czasu pracy i wysokości płac oraz przestoju produkcji/działalności. Praktyczne znaczenie ustawy wydaje się jednak niewielkie, np. przewidywano, że w ciągu dwóch lat 94 tys. pracowników dotknie redukcja płac, a w 2010 r. było to niecałe 2,5 tys.11 Ważne jest jednak to, że uelastycznianie prawa pracy w Polsce posuwa się coraz dalej. W wyniku poprzednich reform Polska stała się liderem UE, jeżeli chodzi o pracujących na podstawie umów na czas określony w stosunku do ogółu zatrudnionych (do 2009 r. najwyższy wskaźnik miała Hiszpania).

Uderzające jest nie tylko objęcie przez Polskę przewodnictwa w tym rankingu, ale również prawie sześciokrotna dynamika przyrostu, gdy porównamy późne lata 90. (5%) z przełomem pierwszej i drugiej dekady XXI wieku (26%). Istotna jest też wyjątkowość tego trendu zarówno na tle krajów zachodnich, jak i postkomunistycznych. Tym razem nie obyło się bez debaty publicznej, dla której hasłem wywoławczym stały się „umowy śmieciowe”. Na razie nie zakończyła się ona konkluzjami ustawodawczymi. Zderzyły się w niej poglądy dużej części ekspertów akademickich ds. polityki rynku pracy, powtarzających, że uelastycznienie i deregulacja są dobre lub stanowią mniejsze zło w dobie walki o międzynarodową konkurencyjność, oraz poglądy tych, którzy od dawna zwracali uwagę na erozję praw pracowniczych i prekaryzację. Oni też zwykle dodają, że są to skutki strategii deregulacyjnej, a ta ma u podstaw głównie ideologiczne przekonanie, że im mniej regulacji na rynku pracy, tym lepiej dla wszystkich.

Zielona wyspa „wdraża” strategię Europa 2020

Co nowego do tego obrazu wnosi nowa dziesięcioletnia strategia UE Europa 2020? Rząd „zielonej wyspy” postanowił, że dokona takich reform, które sprawią, że do 2020 liczba Polaków w gorszym położeniu ekonomicznym zmniejszy się o 1,5 miliona12. Według metodologii przyjętej przez UE, w Polsce było w 2010 r. 10,4 miliona takich osób. Zaplanowano więc, że do 2020 ta liczba zmniejszy się o 14%. Nie tylko wydaje się to mało ambitne, ale również nie wiadomo, w jaki sposób będą dokonywane pomiary postępów na tej drodze. W wyniku lobbingu i kompromisów Komisja Europejska przyjęła, że do pomiaru etapów osiągania tego celu służyć będą trzy różne wskaźniki. Problem w tym, że każdy z nich zakłada inną koncepcję ubóstwa i walki z nim. Ubóstwo relatywne pod względem dochodu wymaga strategii zmniejszania nierówności zasobów. Wspieranie ubogich w zaspokajaniu ich podstawowych potrzeb sugeruje koncepcja wielowymiarowej deprywacji potrzeb materialnych. Niski poziom zatrudnienia w gospodarstwach domowych – tu głównymi problemami są bezrobocie i bierność zawodowa.

Autor tego artykułu jako przedstawiciel jednej z polskich sieci socjalnych organizacji obywatelskich podkreślał na spotkaniu Międzyresortowego Zespołu do spraw Strategii Europa 2020, że w pierwszej wersji oraz w aktualizacji Krajowego Planu Reform nie ma żadnej ścieżki realizacji celu przeciwdziałania ubóstwu i wykluczeniu. Z wypowiedzi przedstawicielki Ministerstwa Gospodarki wynikało, że zrealizuje się on w wyniku osiągnięcia innych celów strategii Europa 2020. Zapewne nie taka była intencja jego wyodrębnienia. Dodatkowy dowód na to, że obecny rząd, a w szczególności MPiPS, nie jest w stanie sprecyzować programu społecznego, to brak opracowania przez Polskę Krajowego Raportu Społecznego (odpowiednik krajowych programów na rzecz zabezpieczenia społecznego i integracji społecznej z okresu Strategii Lizbońskiej), który co prawda obecnie jest dobrowolny, ale zalecał go Komitet Ochrony Socjalnej i został przygotowany do tej pory przez 13 państw UE.

Zajmując stanowiska w trakcie dyskusji nad zagadnieniami ubóstwa i wykluczenia w strategii Europa 2020, eksperci rządowi stanowczo sprzeciwiali się przyjęciu wskaźnika ubóstwa relatywnego i proponowali wielowymiarową deprywację, co oznacza, że bardzo nie odpowiada im strategia ograniczania nierówności. Gdyby byli konsekwentni, powinni przyjąć preferowany wskaźnik jako kluczowy w Krajowym Programie Reform – wówczas ich cel wydawałby się bardzo ambitny, gdyż chodziłoby o ograniczenie skali problemu o połowę. Może nie okazałoby się to trudne, gdyż spadek tego wskaźnika w ostatnich latach w Polsce był bardzo znaczący – z ponad 33% w 2005 do 14,2% w 2009. W krajach rozwiniętych z lepszą polityką społeczną, takich jak Szwecja, skala zjawiska wynosi 1–2%.

Wnioski

Jeżeli uznajemy, że sytuacja osób w najgorszym położeniu jest ważna dla oceny postępu na drodze rozwoju kraju, to niewątpliwie od kilku lat mamy w Polsce wyraźny regres. Można go wyjaśniać spowolnieniem gospodarczym i nieskutecznością rządu, który nie był w stanie tak zareagować na trudności ekonomiczne, aby uchronić najuboższych. Przeciwnie, skutki reform z ostatnich lat poprawiały głównie sytuację najbogatszych. Nie ma w tym niczego zaskakującego, gdyż dominująca siła polityczna, mimo swojej postideologicznej i promodernizacyjnej retoryki, prowadzi typową politykę wspierania bogatych z przekonaniem, że to pomoże pozostałym.

Ostatnie wybory parlamentarne nie zmieniły układu politycznego, więc nie należało oczekiwać głębokich reform z intencją ochrony lub poprawy sytuacji najuboższych. Praktyka dowodzi słuszności takiego sceptycyzmu. Z wielkim trudem i dopiero po stwierdzeniu, że kryteria dochodowe z pomocy społecznej były bardziej restrykcyjne niż minimum egzystencji, Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej, ustami J. Dudy, obiecało działać. Po ponad półtora roku od tej obietnicy pojawiły się konkrety – od października 2012 r. kryteria oraz m.in. zasiłki rodzinne mają wzrosnąć. Tak się składa, że właśnie w tym roku mijają trzy lata i kolej na ustawowo zaplanowaną zwykłą weryfikację progów (pierwsza była w 2006 r., druga w 2009 r. – progów nie podwyższono, trzecia – obecnie). Strona związkowa uznała propozycję rządu za niewystarczająco chroniącą przed kolejną utratą wartości oferowanego wsparcia. Obrazuje to, jak bardzo system weryfikacji progów jest antyspołeczny i łatwy do obejścia13.

Nie wiadomo, jak sytuacja będzie wyglądała w latach 2013–2014. Wzrost gospodarczy w Polsce jest nadal względnie wysoki, ale część komentatorów przewiduje ponowne spowolnienie lub nawet kryzys. Gdyby do tego doszło, zapewne nie zobaczymy nic więcej ponad to, co już zaproponowano, czyli zaciskanie pasa finansom publicznym i ułatwianie życia przedsiębiorcom. Czy to wystarczy, aby zapewnić spokój społeczny na zielonej wyspie?

dr hab. Ryszard Szarfenberg

Artykuł jest skróconą i zaktualizowaną na potrzeby „Nowego Obywatela” wersją tekstu, który ukazał się w pracy zbiorowej: G. Firlit-Fesnak i in. red., „Integracja społeczna jako wyzwanie dla polityki społecznej i pracy socjalnej. Soziale Integration als Herausforderung für die Sozialpolitik und Sozialarbeit”, Wydawnictwo ASPRA-JR, Warszawa 2012.

Przypisy:

  1. Zob. R. Szarfenberg, Rozwój społeczny, czyli detronizacja PKB, „Nowy Obywatel” nr 2/2011.
  2. Pierwszy pakiet reform dla konsolidacji finansów publicznych, Ministerstwo Finansów, marzec 2010.
  3. Ustawa o zmianie niektórych ustaw związanych z funkcjonowaniem systemu ubezpieczeń społecznych weszła w życie 1 maja 2011 r.
  4. Wieloletni plan finansowy państwa 2010–2013, Rada Ministrów, sierpień 2011.
  5. M. Myck i in., Raport Przedwyborczy CenEA 2011. Część I: 2006–2011: kto zyskał, a kto stracił?, CenEA 2011, s. 43–44. Informacja prasowa pt. 2006–2011: podatki i ich wpływ na budżet państwa i dochody Polaków, CenEA 13 września 2011 r., s. 2, wykres 2.
  6. Niedawno na jednym ze spotkań usłyszałem od urzędnika z jednej z warszawskich dzielnic, a potwierdziła to dyrektor ośrodka pomocy społecznej z innej dzielnicy, że zasiłków okresowych w praktyce się nie wypłaca. Bardzo mnie to zdziwiło, gdyż 50% tego zasiłku jest gwarantowane. Jeżeli byłyby to informacje prawdziwe, można by sądzić, że w praktyce prawo pomocy społecznej jest nagminnie obchodzone.
  7. Polityka państwa wobec rodziny, CBOS, 2012.
  8. M. Myck i in., op. cit.
  9. M. Myck i in., Raport Przedwyborczy Cen EA 2011. Część I op. cit., s. 32.
  10. Ustawa z dnia 1 lipca 2009 r. o łagodzeniu skutków kryzysu ekonomicznego dla pracowników i przedsiębiorców weszła w życie 22 sierpnia 2009 r., a obowiązywała do końca 2011 r.
  11. Sprawozdanie z wykonania planu finansowego funduszu gwarantowanych świadczeń pracowniczych za 2010 r.
  12. Krajowy program reform, kwiecień 2011. Ocena aktualizacji tego programu dokonanej w 2012 r. w wymiarze przeciwdziałania ubóstwu i wykluczeniu społecznemu zob. R. Szarfenberg, Strategia Europa 2020 oraz aktualizacja Krajowego Programu Reform 2012/2013 – przeciwdziałanie wykluczeniu społecznemu, http://rszarf.ips.uw.edu.pl/pdf/kpr_akt.pdf
  13. W Komunikacie Trójstronnej Komisji do Spraw Społeczno-Gospodarczych z posiedzenia w dn. 13 lipca 2009 r. jest wzmianka o tym, że przypominano stronie rządowej o konieczności weryfikacji progów. W 2010 r. Komisja Trójstronna przyjęła uchwałę 37 w sprawie weryfikacji kwot kryteriów dochodowych od 1 października 2010. Szczegóły dotyczące zamierzeń obecnego rządu zob. Komunikat z posiedzenia Trójstronnej Komisji do Spraw Społeczno-Gospodarczych w dniu 14 czerwca 2012 r. Rozporządzenie w tej sprawie ukazało się już w Dzienniku Ustaw nr 823 z 17 lipca. Projekt rozporządzenia w sprawie wysokości dochodu rodziny albo dochodu osoby uczącej się, stanowiących podstawę ubiegania się o zasiłek rodzinny oraz wysokości świadczeń rodzinnych, ukazał się z datą 10 lipca 2012 r. i jest już dostępny na stronach BIP MPiPS.
Obiecywali jak nigdy, nie dotrzymali słowa jak zawsze, czyli społeczna odpowiedzialność biznesu po polsku

Cywilizowany Zachód, czyli reformy emerytalne nie po polsku

Reforma emerytalna mająca na celu podwyższenie wieku uprawniającego do przejścia na emeryturę stała się faktem. Rząd podczas forsowania nowych rozwiązań powoływał się na trendy z innych krajów, w tym europejskich. Zobaczmy zatem, jak naprawdę wyglądały reformy systemów emerytalnych i czy Polska faktycznie uczyniła coś podobnego.

Zmiany przyjęte przez koalicję PO-PSL przy poparciu większości posłów Ruchu Palikota zakładają stopniowe podwyższanie wieku emerytalnego dla kobiet i mężczyzn od 1 stycznia 2013 r. o 1 miesiąc co cztery miesiące. Poziom 67 lat zostanie osiągnięty dla mężczyzn w 2020 r., dla kobiet w 2040 r. Nowe regulacje obejmą kobiety urodzone po 31 grudnia 1952 r. oraz mężczyzn urodzonych po 31 grudnia 1947 r.

Tykająca bomba demograficzna

Nie ulega wątpliwości, że społeczeństwo europejskie się starzeje. Ludzie żyją dłużej, a dzieci rodzi się coraz mniej. W efekcie wzrasta średni wiek Europejczyków, co potwierdzają wszystkie statystyki krajowe i międzynarodowe. Według danych Eurostatu, w 2010 r. w krajach UE, Europejskiego Obszaru Gospodarczego i Szwajcarii osoby w wieku 65 lat i więcej stanowiły 16% populacji, a według prognoz liczba ta będzie rosnąć i w 2060 r. osiągnie 29,3% – niemal co trzeci Europejczyk będzie miał powyżej 65 lat. W Polsce obecnie osoby 65+ stanowią 13,5% ludności, a do 2060 r. liczba ta wzrośnie aż do 34,5% i będzie to najwyższy wskaźnik w Europie1. Stale rośnie współczynnik obciążenia demograficznego, czyli stosunek liczby mieszkańców w wieku nieprodukcyjnym do liczby osób w wieku produkcyjnym. Obecnie kształtuje się on na poziomie 23,6%, a do 2060 r. wzrośnie aż do 52,4%. W naszym kraju ten wzrost będzie jeszcze większy – z 19 do 64,6%2.

W zaistniałej sytuacji demograficznej i gospodarczej zarówno systemy oparte na repartycji, a więc takie, w których pokolenie pracujące finansuje emerytów, jak i kapitałowe, w których nasze składki są odkładane na nasze przyszłe emerytury – wymagają reform. Należy jednak mieć świadomość, że nie wystarczy podniesienie wieku emerytalnego. Takie działanie będzie miało sens wyłącznie wówczas, gdy zapewnione zostaną miejsca pracy dla osób starszych, nikt nie będzie ich dyskryminował na rynku pracy i osoby te będą w takim stanie zdrowia, który umożliwi aktywność zawodową. Potrzebne są zatem reformy wieloaspektowe, obejmujące nie tylko zabezpieczenie społeczne, ale i politykę rynku pracy, politykę zdrowotną, a nawet edukacyjną.

Kto przeprowadził reformę?

Reformy systemów emerytalnych zmierzające do zmiany wieku uprawniającego do świadczeń przeprowadzono w ostatnich latach już w 15 państwach Unii Europejskiej. Najdłużej będą pracować Irlandczycy – do 68. roku życia. Do 67 lat podwyższony będzie wiek uprawniający do uzyskania świadczenia emerytalnego w Holandii, Danii, Hiszpanii, Czechach i Niemczech. Z kolei w Estonii, na Litwie, Łotwie, Węgrzech, w Chorwacji i Grecji wiek emerytalny ma docelowo wynieść 65 lat, a w Wielkiej Brytanii – 66 lat. Fran­cuzi, aby przejść na emeryturę, będą musieli osiągnąć wiek 62 lat lub 67, aby uzyskać pełne świadczenie, jeśli nie mają wymaganych okresów składkowych. W dwóch państwach wiek zostanie podniesiony przy zachowaniu zróżnicowania między kobietami i mężczyznami: w Bułgarii z obecnych 60 lat dla kobiet i 63 dla mężczyzn wiek emerytalny będzie podnoszony co roku o 4 miesiące i w efekcie wyniesie on 63 lata dla kobiet i 65 dla mężczyzn w 2021 r. Natomiast w Rumunii planuje się podniesienie wieku emerytalnego do 63 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn do roku 20303. Obecnie toczą się też dyskusje na temat reform m.in. w Austrii i Portugalii oraz na Malcie i Słowacji.

Reformy rynku pracy

Jak wspomniano, system emerytalny jest jednym z elementów w układzie naczyń połączonych. Opóźnienie wieku uprawniającego do przejścia na emeryturę wymaga zwiększenia aktywności zawodowej osób starszych (powyżej 50. roku życia), która wciąż w wielu państwach europejskich, w tym w Polsce, jest bardzo niska. Teoretycznie jednym z celów Strategii Lizbońskiej było zwiększenie uczestnictwa ludzi starszych w rynku pracy, aby w 2010 r. wskaźnik zatrudnienia osób w wieku 15–64 lata osiągnął 70%, a dla osób z przedziału 55–64 lata wyniósł 50%. Celów Strategii nie udało się jednak osiągnąć.

Z kolei unijna strategia wzrostu na najbliższe dziesięciolecie „Europa 2020 – Strategia na rzecz inteligentnego i zrównoważonego rozwoju sprzyjającego włączeniu społecznemu” stawia nie mniej ambitne cele. Do 2020 r. planowane jest utrzymanie stopy zatrudnienia osób w wieku 20–65 na poziomie 75%. Realizacji tego celu służyć ma zwłaszcza wprowadzanie na rynek pracy grup o niskiej zatrudnialności, a więc kobiet, młodzieży, osób niewykwalifikowanych, legalnych imigrantów i – z punktu widzenia reform emerytalnych najważniejszych – osób starszych4.

Tymczasem według danych Europejskiego Urzędu Statystycznego Eurostat stopa zatrudnienia osób w wieku 55–64 w Unii Europejskiej wynosi 46,3%. W Polsce jest to 34%, czyli pracuje tylko co trzecia osoba w tym wieku. Niższa jest jedynie na Malcie (30,2%). Z kolei państwo, w którym stopa zatrudnienia osób w wieku przedemerytalnym jest najwyższa, to Szwecja – 70,5%. Wysoki jest także współczynnik zatrudnienia osób starszych w Niemczech (57,7%), Danii (57,6%) i Holandii (53,7%), przy czym w tym ostatnim kraju dominuje zatrudnienie w niepełnym wymiarze czasu pracy5.

W celu zwiększenia poziomu aktywności zawodowej osób powyżej 50. roku życia należy przeprowadzać wiele równoległych działań. Są to m.in. kampanie świadomościowe, mające przyczynić się do walki z dyskryminacją ze względu na wiek oraz do wzmocnienia woli samych osób starszych do pozostania zatrudnionym. Innym bardzo ważnym elementem jest dbałość o odpowiednią profilaktykę i służbę zdrowia, aby osoby starsze jak najdłużej pozostawały w kondycji umożliwiającej pracę. Olbrzymie znaczenie odgrywa również dialog ze społeczeństwem, które powinno mieć podstawową wiedzę o funkcjonowaniu systemu i rozeznanie we własnej, indywidualnej sytuacji emerytalnej. Przede wszystkim jednak takim działaniom muszą towarzyszyć zmiany w polityce rynku pracy, ponieważ największą barierą zatrudnienia osób starszych jest bezrobocie.

Dobre, bo duńskie

Przyglądając się państwom, w których stopa zatrudnienia osób powyżej 55. roku życia jest wysoka, można dostrzec, że zawdzięczają to w dużej mierze reformom rynku pracy, przeprowadzonym w odpowiednim momencie i dostosowanym do możliwości danego państwa oraz jego pracowników i pracodawców.

Jednym z takich państw jest Dania. Udało się tam osiągnąć wszystkie wskaźniki, które wyznaczono w Strategii Lizbońskiej. W 2010 r. stopa zatrudnienia osób w wieku 15–64 wynosiła 73,4%, a ponad 70-procentowe zatrudnienie udało się osiągnąć także kobietom – 71,1% to najwyższy wskaźnik zatrudnienia kobiet w Unii Europejskiej. Stopa zatrudnienia osób w wieku 55–64 lata wynosi w Danii 57,6% (i znów 50-procentowy wskaźnik udało się przekroczyć także kobietom, z których 52,4% w tym wieku pracuje)6.

Duński rynek pracy wyróżnia fakt, że nie ma w tym państwie jednolitego kodeksu pracy, a wszelkie kwestie związane z zatrudnieniem regulowane są na podstawie umów zbiorowych pracy. Większość zagadnień w stosunkach pracodawca – pracownik, takich jak wymiar czasu pracy, minimalny czas urlopu, maksymalny wiek emerytalny, okres wypowiedzenia czy prawa do urlopów macierzyńskich, przyjętych zostało w umowie głównej między Duńską Federacją Związków Zawodowych a Duńską Konfederacją Pracodawców. Umowa ta podlega negocjacjom co cztery lata, natomiast w odniesieniu do warunków płacowych, tj. poziomu wzrostu wynagrodzeń – co dwa lata. Pozwala to na dostosowywanie na bieżąco rynku pracy do zmieniających się warunków społeczno-gospodarczych. Dialog społeczny odgrywa ogromną rolę, a należy podkreślić, że pozycja związków zawodowych jest w tym państwie bardzo silna, ponieważ należy do nich ponad 80% osób aktywnych zawodowo7.

W Danii już w 1999 r. dostrzeżono wyzwanie, jakim jest starzejące się społeczeństwo. Wprowadzono wówczas „dobrowolną wcześniejszą emeryturę”, która jednak była tym niższa, im wcześniej dana osoba decydowała się na nią przejść, a staż pracy uprawniający do tego świadczenia zwiększono z 20 do 25 lat. Jednocześnie w tym samym czasie wprowadzono wolny od podatku bonus w wysokości 122 tys. duńskich koron, przeznaczony dla osób, które pozostawały na rynku pracy po ukończeniu 62 lat. Do tej kwoty wynagrodzenia pracownik był zwolniony z podatku. W Danii wprowadzono również zachęty do pozostawania na rynku pracy po osiągnięciu wieku emerytalnego. W ciągu roku dodatkowej pracy emerytura może wzrosnąć nawet o 7%, jednak pod warunkiem przepracowania 1500 godzin, czyli więcej niż średnia godzin rocznie duńskiego pracownika8.

Wprowadzono także dodatkowe programy zachęcające do pozostania aktywnym zawodowo. Promuje się pracę na pół etatu lub z elastycznym czasem pracy dla starszych pracowników, np. urzędnicy państwowi powyżej 62. roku życia mogą korzystać z dodatkowych dni wolnych. Z kolei „Porozumienie w sprawie dobrobytu, opieki społecznej i inwestycji w przyszłości” zawiera interesujące rozwiązania. Są wśród nich dotacje dla pracodawców, którzy zatrudniają osoby powyżej 55. roku życia – wypłaca się je przez 6 miesięcy od momentu zatrudnienia. Inna regulacja to „praca dla seniora” w sektorze publicznym, oferowana bezrobotnym powyżej 55. roku życia bez prawa do zasiłku. Początkowo rozwiązanie to było przewidziane dla 1500 osób (liczba bezrobotnych 55+ w okresie wprowadzania tego prawa wynosiła 20 tys.), następnie zakres ten rozszerzono. Pozwoliło to na znalezienie pracy osobom w szczególnie trudnej sytuacji, a więc długotrwale bezrobotnym w starszym wieku. W ramach porozumienia stworzono także specjalny fundusz, z którego dofinansowuje się projekty zmierzające do poprawy zdrowia i ułatwienia powrotu do pracy osób niepełnosprawnych. Zniesiono także górną granicę wieku uprawniającą do pracy w służbie cywilnej (przed 2008 r. osoba, która skończyła 70 lat, musiała odejść na emeryturę). Zgodnie z prawem wiek przestał też być powodem do zwolnienia.

W takich okolicznościach – przy licznych zachętach dla pracodawców i pracowników do pozostawania w zatrudnieniu po osiągnięciu określonego wieku i osiągnięciu wysokich wskaźników zatrudnienia – wprowadzono reformę emerytalną. W pierwszej połowie 2011 r. zawarto porozumienie rządowe dotyczące wydłużenia wieku emerytalnego z 65 do 67 lat w okresie między 2019 a 2022 r. Ponadto nastąpi również podniesienie wieku uprawniającego do wcześniejszych emerytur: z 60 do 64 lat między 2014 a 2023 r.

Niemiecka jakość

Również Niemcy charakteryzują się wysoką stopą zatrudnienia osób w wieku 55–64 lata – 57,7%, w tym 65% dla mężczyzn i 50,5% dla kobiet9. Niemcy zasługują na szczególne zainteresowanie także ze względu na fakt, że nastąpił tam duży wzrost zatrudnienia osób starszych w ciągu ledwie kilku lat – jeszcze w 2005 r. stopa zatrudnienia osób w wieku 55–64 wynosiła tylko 44,9%, w tym 52,7% dla mężczyzn i 37,3% dla kobiet10.

Niemcy, tak jak Dania, są krajem, w którym dużą rolę odgrywa dialog społeczny. Kwestie związane z zatrudnieniem regulują Kodeks cywilny (Bürgerliches Gesetzbuch), ustawy z zakresu prawa pracy oraz układy zbiorowe pracy wyznaczające szczegółowo wysokość płac, godziny pracy, liczbę dni wolnych, terminy wypowiedzeń itp. Układy zbiorowe mogą być indywidualnie negocjowane z pracodawcą.

Niemiecki parlament już w 2007 r. przyjął ustawę o podwyższeniu wieku emerytalnego, decydując się na stopniowe podnoszenie granicy wieku uprawniającej do świadczeń zarówno kobietom, jak i mężczyznom – z 65 do 67 lat. Reforma rozłożona jest na wiele lat, rozpoczęła się w 2012 r., ale dopiero w 2029 r. będzie trzeba mieć 67 lat, by przestać pracować, czyli pierwszym rocznikiem w pełni objętym nowym systemem będzie 1964. Wyjątkiem są osoby, które przez 45 lat opłacały składki (wliczając w to opiekę nad dzieckiem do 10. roku życia) – nadal będą mogły opuścić rynek pracy w wieku 65 lat.

U naszych zachodnich sąsiadów obok podnoszenia wieku emerytalnego prowadzono równolegle, podobnie jak w Danii, liczne działania aktywizujące starszych pracowników.

Aby zachęcić pracodawców do zatrudniania osób starszych, w 2003 r. wprowadzono hojne subsydia dla zatrudniających pracowników powyżej 50. roku życia. Dotacje te sięgają nawet 50% wynagrodzenia przez 3 lata. Z drugiej strony, by zwiększyć partycypację osób starszych na rynku pracy i ich atrakcyjność w oczach pracodawców, duży nacisk kładziono na kształcenie ustawiczne – osoby z małych i średnich przedsiębiorstw (do 100 pracowników), które podejmują szkolenia poza firmą, mogą otrzymać zwrot kosztów szkolenia od Federalnej Agencji Zatrudnienia. Innym programem realizowanym przez rząd jest „Erfahrung ist Zukunft” (Doświadczenie to przyszłość). Jego celem jest wypracowanie nowego wizerunku osób starszych. Jednym z elementów tego programu są również szkolenia, które pozwalają osobom starszym dłużej pozostawać na rynku pracy.

Poza tym w Niemczech od 2000 r. prowadzona była społeczna kampania „50plus – they can do it”. Miała ona na celu sprzyjanie reintegracji starszych, wykwalifikowanych bezrobotnych. Federalna agencja zatrudnienia dostrzegła bowiem niewykorzystany potencjał osób w wieku 50–55 lat i chciała uzupełnić braki na niemieckim rynku pracy, zwłaszcza w branżach inżynieryjnych i IT. Dla osób bezrobotnych zorganizowano szkolenia, a każdy bezrobotny, do którego kierowany był program, miał też własnego doradcę zawodowego. Program odniósł połowiczny sukces: udało się zatrudnić wielu inżynierów, ale branża IT okazała się niedostępna dla poszukujących pracy specjalistów w wieku 50–55 lat11.

Ponieważ znaczną przeszkodą, uniemożliwiającą osobom starszym pozostawanie na rynku pracy, są stereotypy, w Niemczech prowadzono działania antydyskryminacyjne. Przykładem takich działań jest portal altersdiskriminierung.de, na którym znajdują się informacje prawne i opisy aktualnych wydarzeń związanych z walką z dyskryminacją osób starszych. Na portalu znajdują się także orzeczenia sądów w sprawach o dyskryminację ze względu na wiek (kary sięgają nawet 10 tys. euro).

Na rynku pracy szczególnie zagrożone są kobiety, które dotyka podwójna dyskryminacja: ze względu na wiek oraz z uwagi na płeć. Dlatego w latach 2005–2008 Niemcy wraz z Danią, Finlandią, Litwą i Słowacją brały udział w projekcie „Plus for women 45+”, realizowanym w ramach programu „European Gender Equality and Diversity Network”. Jego celem było zwalczanie stereotypowych poglądów na temat kobiet po 45. roku życia i ogólna poprawa wizerunku tej grupy. Oprócz reklam telewizyjnych, radiowych i informacji w prasie odbywały się liczne konferencje na ten temat12.

Emerytura po szwedzku

Na szczególną uwagę zasługują szwedzki system emerytalny oraz tamtejsze reformy zabezpieczenia społecznego. System ów, dość często porównywany do modelu polskiego po 1999 r., przy bliższej analizie okazuje się jednak zupełnie inny.

Po reformach przeprowadzanych w połowie lat 90. XX wieku szwedzki system emerytalny opiera się na konstrukcji trójfilarowej. Pierwszy filar, publiczny (ålderspension), jest zdywersyfikowany i składa się z trzech podsystemów: emerytury bazowej, kapitałowej i gwarantowanej.

Emerytura bazowa (Inkomstpension) opiera się na metodzie repartycyjnej, czyli osoby obecnie pracujące opłacają składkę (16%), z której finansowane są emerytury dzisiejszych świadczeniobiorców. Tak samo jak w Polsce, system ten jest oparty na zasadzie zdefiniowanej składki (NDC – national defined contribution). Oznacza to, że każdy członek systemu ma indywidualne konto, na którym liczony jest jego wkład, będący podstawą do określenia wysokości świadczenia w momencie przejścia na emeryturę. Do zalet systemu NDC można zaliczyć utrzymanie równowagi między wydatkami na emerytury a wpływami ze składek, ułatwienie reakcji na zmiany demograficzne i trendy rynku pracy oraz zachętę do jak najpóźniejszego przechodzenia na emeryturę. Krytycy tego podejścia wskazują, że może ono zwiększyć rozwarstwienie ekonomiczne pomiędzy emerytami. Szwedzki rząd stara się jednak spłaszczać dochody emerytalne poprzez stosowanie specjalnych skal w opodatkowaniu.

Drugi podsystem pierwszego filaru to emerytury kapitałowe (Premiepension) – odpowiednik polskiego OFE. W Szwecji jest to jednak tylko element pierwszego filaru. Składka w wysokości 2,5% transferowana jest do maksymalnie pięciu funduszy emerytalnych, które ubezpieczony może wybrać z prawie 800 istniejących. Fundusze są bardzo różne, jedne inwestują agresywnie, inne bezpiecznie; są także specjalne fundusze dla starszych ubezpieczonych, nienarażające osób w wieku przedemerytalnym na wysokie straty, które mogą być efektem inwestycji w akcje kapitałowe. W każdej chwili można zmienić fundusz, nie ponosząc żadnych kosztów.

Trzeci podsystem I filaru zabezpieczenia emerytalnego to tzw. emerytura gwarantowana (Garantipension). Jest finansowana z budżetu państwa oraz funduszu rezerwowego. Aby otrzymać emeryturę gwarantowaną, należy mieć skończone 65 lat, od co najmniej 40 lat mieszkać w Szwecji i albo nie mieć prawa do emerytury składkowej, albo otrzymywać ją na poziomie poniżej minimum. Maksymalna wysokość emerytury gwarantowanej w 2012 dla osoby samotnej wynosi 116 298 SEK, a dla osoby pozostającej w związku 103 749 SEK rocznie. Jeżeli osoba uprawniona do emerytury gwarantowanej nie mieszkała w Szwecji od 40 lat, wówczas jej emerytura będzie proporcjonalnie zmniejszona.

Należy jeszcze dodać, że koszt zmiany systemu, a więc przejścia z całkowicie repartycyjnego na repartycyjno-kapitałowy, pokrywany jest z pieniędzy zgromadzonych w Funduszu Rezerwowym ATP, który został utworzony w 1960 r. Do funduszu tego wpływają nadwyżki ze składek opłacanych przez ubezpieczonych w starym systemie. Pozwala to finansować dziurę w starym systemie, która powstała przy przejściu do systemu kapitałowego, gdy część składek nie finansuje już obecnych emerytur, lecz jest inwestowana na zasadzie kapitałowej13.

Drugi filar zabezpieczenia emerytalnego w Szwecji stanowią zakładowe systemy emerytalne, odpowiednik naszych Pracowniczych Programów Emerytalnych. W Szwecji w II filarze ubezpieczonych jest 90% osób zatrudnionych, podczas gdy w Polsce (gdzie, przypomnijmy, PPE stanowią tylko element III filaru) ledwie 2,13% zatrudnionych14. Zakładowe systemy emerytalne są bardzo ważną częścią zabezpieczenia dochodu na starość i stanowią około 15% przyszłej emerytury. W przypadku tworzenia takich systemów bardzo ważna jest odpowiedzialność pracodawcy za pracowników i zapewnienie im wyższego dochodu na starość.

Trzeci filar zabezpieczenia emerytalnego w Szwecji stanowią indywidualne ubezpieczenia emerytalne. Są to oszczędności gromadzone w bankach, zakładach ubezpieczeń na życie i w funduszach inwestycyjnych.

W Szwecji wiek uprawniający do przejścia na emeryturę jest elastyczny. Przed reformą wynosił 65 lat zarówno dla mężczyzn, jak i dla kobiet. Obecnie można przestać pracować już między 61. a 67. rokiem życia, przy czym wcześniejsze przejście na emeryturę sprawia, że świadczenie jest proporcjonalnie niższe. Szacuje się, że za każdy rok pracy świadczenie wzrasta o około 9%, natomiast osoby ubiegające się o emeryturę gwarantowaną muszą mieć ukończone 65 lat. Czynnikiem zachęcającym do pozostawania na rynku pracy są wysyłane do każdego pracownika co roku „pomarańczowe koperty” z informacją o przyszłej emeryturze i szacunkową wysokością świadczenia, gdy dana osoba przejdzie na emeryturę w wieku 61, 65 lub 67 lat.

Przeprowadzając reformy, szwedzki rząd działał wieloaspektowo, realizując programy mające zwiększyć stopę zatrudnienia osób starszych – dzięki temu, jak wspomniano, zatrudnionych jest ponad 70% osób w wieku 55–64 lata, co jest najwyższym wskaźnikiem w Europie.

W 2000 r. Narodowy Instytut Pracy (Arbetslivsinstitutet – ALI) prowadził projekt badawczy „Długie życie zawodowe dla wszystkich grup wiekowych”. Rozpoczęto wówczas wdrażanie programów antydyskryminacyjnych, które miały przekonać pracodawców, że zatrudnianie starszych pracowników przynosi wiele korzyści. Kładzie się nacisk przede wszystkim na efektywność wynikającą z większego doświadczenia tych osób. Ponieważ jednak wciąż wielu starszych pracowników rezygnuje z pracy ze względu na niekorzystne warunki i presję ze strony młodszych, a jednocześnie pracodawcy chętniej zatrudniają osoby w niższym wieku – 1 stycznia 2009 r. wprowadzono nową ustawę antydyskryminacyjną. Zabrania ona jakichkolwiek ograniczeń wiekowych w dostępie do edukacji, życia zawodowego i organizacyjnego oraz innych form aktywności społecznej15.

Podnoszeniu kwalifikacji i wartości starszego pracownika w oczach pracodawcy służy publiczny system edukacji dla dorosłych, prowadzony przez samorządy i szkoły dla dorosłych. Zaawansowane kształcenie zawodowe, szkolenia oraz dodatkowe programy edukacyjne są w przeważającej mierze opłacane ze środków publicznych, a korzystać z nich mogą wszyscy niezależnie od wieku.

Zatrudnianie osób starszych wymaga czasami stworzenia specjalnych, korzystniejszych warunków. Dlatego państwo wprowadziło zachęty finansowe dla firm, które inwestują w poprawę warunków pracy. Istnieją też specjalne dotacje i ulgi podatkowe dla firm zatrudniających starszych pracowników16. Z kolei ci, którzy nabyli prawa do emerytury i nadal pracują, korzystają z ulg podatkowych. Ich pracodawca nie musi także odprowadzać do Skarbu Państwa podatku obciążającego płace (16,2%), a po osiągnięciu przez nich wieku 72 lat – także składki emerytalnej (10,21%). Zlikwidowano dodatkowe opłaty fiskalne obciążające pracujących emerytów. W Szwecji nie ma barier utrudniających ponowne zatrudnienie osób otrzymujących emerytury. Warto podkreślić, że mimo możliwości łączenia dochodów z emeryturą część osób decyduje się wyłącznie na pensję z pracy. Rezygnacja ze świadczenia oznacza bowiem, że kapitał emerytalny nie jest uszczuplany, lecz nadal rośnie i w przyszłości świadczenie będzie jeszcze wyższe.

W lutym 2012 r. w Szwecji ponownie rozgorzała debata na temat wieku emerytalnego, gdy premier Fredrik Reinfeldt zapowiedział, że biorąc pod uwagę uwarunkowania ekonomiczne i demograficzne oraz fakt, że co drugi Szwed urodzony w 2012 r. dożyje 100 lat, wiek emerytalny powinno się podnieść do 75 lat. Najprawdopodobniej w najbliższych latach wiek emerytalny nie zostanie podniesiony, a premier zaznaczył, że nie byłaby to obowiązkowa granica, lecz umożliwienie dalszej pracy osobom, które chcą ją kontynuować po 67. roku życia. Obecnie istnieje taka możliwość, gdy pracownik umówi się z pracodawcą, jednak okres wypowiedzenia wynosi wówczas tylko miesiąc.

Korzystne rozwiązania dla pracodawców i starszych pracowników, aktywizująca polityka rynku pracy, szeroko propagowana profilaktyka zdrowotna oraz zachęta do stałego dokształcania się sprawiają, że starsi pracownicy w Szwecji czują się potrzebni i mimo możliwości przejścia na emeryturę już w wieku 61 lat, najczęściej decydują się na kontynuowanie pracy.

Czy to konieczne?

Wydłużanie się ludzkiego życia, w tym również funkcjonowania w dobrym zdrowiu, sprawia, że systemy emerytalne narażone są na coraz większe problemy finansowe. W obecnej sytuacji konieczne wydaje się powiązanie wieku emerytalnego z dłuższym średnim trwaniem życia. Pomoże to zarówno w utrzymaniu równowagi między czasem aktywności zawodowej a latami spędzonymi na emeryturze, jak i zmniejszy problemy fiskalne i budżetowe systemów emerytalnych.

Przeprowadzanie tak trudnych zmian, narażonych na szczególny brak akceptacji, wymaga dialogu społecznego. Tylko system emerytalny wdrażany w oparciu o powszechne uznanie przesłanek leżących u podstaw takiej decyzji może stać się narzędziem, które obok zapewniania podstawowego dochodu osobom nieaktywnym zawodowo, poprzez budowę kapitału społecznego wspiera wzrost gospodarczy i rozwój społeczny.

Przeprowadzając reformy emerytalne, trzeba zadbać o działania na różnych płaszczyznach życia społecznego i gospodarczego. Dobre przykłady państw, które dokonują takich zmian, pokazują, że dostosowywanie rynku pracy do osób starszych, promowanie jak najdłuższej aktywności zawodowej, propagowanie profilaktyki zdrowotnej i walka z dyskryminacją ze względu na wiek sprawiają, że seniorzy będą nie tylko musieli, ale także chcieli dłużej pracować. Należy mieć przy tym jednak na uwadze różne sytuacje indywidualne, zachowując furtkę w postaci możliwości wcześniejszego przejścia na emeryturę lub – jak w Szwecji – pozostawiając wybór samym zainteresowanym poprzez wprowadzenie elastycznego wieku uprawniającego do świadczeń.

Zmiany demograficzne, którymi straszą media, mogą być nie tylko zagrożeniem i wyzwaniem, ale także szansą. Należy dbać o odpowiednie wykorzystanie potencjału i dążyć do zwiększania uczestnictwa w społeczeństwie wszystkich jego członków. Sprawa wymaga szczególnego zainteresowania właśnie teraz, nim katastrofa demograficzna stanie się faktem.

Janina Petelczyc

Przypisy:

  1. Dane z Europejskiego Urzędu Statystycznego Eurostat pt. Population projections, http://epp.eurostat.ec.europa.eu/statistics_explained/index.php/Population_projections, dostęp: 26.06.2012 r.
  2. Ibidem.
  3. Obowiązujący wiek emerytalny w 26 państwach członkowskich UE i Chorwacji oraz ew. zapowiedzi zmian w tym zakresie, Ministerstwo Spraw Zagranicznych, Departament Komitetu ds. Europejskich, 13.02.2012 r., http://www.myslowice.znp.edu.pl/ZNP/News/Zestawienie_wiek_emerytalny.pdf, dostęp: 13.05.2012 r.
  4. Europa 2020. Strategia na rzecz inteligentnego i zrównoważonego rozwoju sprzyjającego włączeniu społecznemu, Bruksela 2010, s. 12.
  5. Eurostat, Employment rates for selected population groups, 2000–2010, http://epp.eurostat.ec.europa.eu/statistics_explained/images/7/7e/Employment_rates_for_selected_population_groups%2C_2000–2010_%28%25%29.png, dostęp: 19.07.2012 r.
  6. European Union Labour Force Survey Annual results 2010, http://epp.eurostat.ec.europa.eu/cache/ITY_OFFPUB/KS-SF-11–030/EN/KS-SF-11–030-EN.PDF, 19.07.2012 r.
  7. G. Uścińska, J. Petelczyc, P. Roicka, Diagnoza osób w wieku 45+ na rynku pracy i w wybranych krajach UE na podstawie danych zastanych, ekspertyza wykonana w ramach projektu E. Kryńska, „Elastyczne formy zatrudnienia i organizacji pracy i ich wpływ na aktywność zawodową zasobów pracy w wieku 45+”, IPiSS, Warszawa, 2011, s. 51.
  8. Ageing and Employment Policies, Denmark, OECD 2005,
    http://www.oecd.org/dataoecd/38/48/35706830.pdf, dostęp: 19.07.2012 r.
  9. Eurostat, op. cit.
  10. The employment of seniors in the European Union, http://epp.eurostat.ec.europa.eu/cache/ITY_OFFPUB/KS-NK-06–015/EN/KS-NK-06–015-EN.PDF, dostęp: 19.07.2012 r.
  11. G. Uścińska, J. Petelczyc, P. Roicka, Diagnoza…, op. cit., s. 66.
  12. Ibidem, s. 66.
  13. J. Petelczyc, System emerytalny w Szwecji, Analizy Norden Centrum, 2012 , nr 2 (7), s. 8
  14. Pracownicze programy emerytalne w 2011 r., Urząd Komisji Nadzoru Finansowego, Warszawa, maj 2012 r.
  15. E. Advokatbyrå, Age Discrimination Internationally. Sweden, http://www.agediscrimination.info/international/Pages/Sweden.aspx, dostęp: 28.03.2012 r.
  16. G. Uścińska (red.), J. Petelczyc, P. Roicka, Diagnoza osób w wieku 45+ na rynku pracy i w wybranych krajach UE na podstawie danych zastanych, aspekt prawny, IPiSS: Warszawa 2011, s. 72.

Finis Poloniae?

Niedawne zmiany w systemie emerytalnym przedstawiane są jako niezbędna odpowiedź na obecny, a zwłaszcza nadchodzący kryzys finansów publicznych, który ma wywołać zmiana struktury demograficznej. Wiele z nich uzasadnia się także dbałością o wysokość przyszłych świadczeń.

Cezary Mech: Niewątpliwie wprowadzane rozwiązania są swoistą „antyreformą” wobec tego, co zaproponowano 15 lat temu. Obiecano wówczas, że odtąd wszyscy zbieramy na własne emerytury: składki są liczone, pomnażane i w przyszłości będziemy z tego wszystkiego korzystać. Nagle okazuje się, że jeśli w ogóle będziemy mogli z tych składek skorzystać, to tylko w połowie wysokości. Obecna „reforma” służy jedynie ratowaniu finansów publicznych poprzez odbieranie ludziom tego, co odłożyli.

Jeśli sytuacja jest tak tragiczna, że niezbędne było podwyższenie wieku emerytalnego, to należałoby potraktować wszystkich dłużników tak samo. Trudno jednak wyobrazić sobie, że rząd zaproponuje inwestorom zagranicznym: „Wprawdzie obiecaliśmy wam wykup długów w momencie zapadalności obligacji, ale zrobimy to kilka lat później – przecież oprocentowanie jest dość wysokie, więcej skorzystacie na swoich inwestycjach. Oczywiście jeśli nadal będziecie żyć, bo w przeciwnym razie my te pieniądze przejmiemy…”. Inwestorów zagranicznych nie dałoby się w ten sposób potraktować, ponieważ następnego dnia moglibyśmy mieć narzuconego przez Unię Europejską Generalnego Gubernatora/komisarza, który udowodniłby nam, że jednak można te środki wypłacić. A gdyby nawet jakimś cudem udało się rządowi przekonać Unię, że znajdujemy się w tak dramatycznej sytuacji, iż konieczne jest zawieszenie spłaty długu, to przy kolejnej emisji obligacji po prostu nikt nie chciałby ich od nas kupić. To samo będzie, jeśli chodzi o zmiany w systemie emerytalnym: obywatele będą postrzegali składki na ubezpieczenie społeczne nie jako pewne zabezpieczenie dochodów na starość, lecz jako dodatkowy podatek, a więc będą się starali ich unikać.

Co więcej, wystąpi olbrzymi nacisk ze strony wszystkich grup zawodowych, aby uzyskać specjalne traktowanie. Uwidoczniło się to już podczas konsultacji społecznych ustawy emerytalnej, gdy nagle okazało się, że ministerstwo rolnictwa i urzędy z nim związane zabezpieczają korzystniejsze zasady dla rolników. Również pracownicy wymiaru sprawiedliwości twierdzili, że reforma stanowi zamach na ich prawa i starali się zapewnić sobie zasady lepsze niż mające obowiązywać inne grupy. Charakterystyczne, że minister zdrowia stwierdził, iż pracownicy powyżej określonego wieku najprawdopodobniej nie będą w stanie efektywnie pracować, jednak zdanie to dotyczyło wyłącznie grupy zawodowej, nad którą ma pieczę – pielęgniarek.

Podwyższenie wieku emerytalnego sprawi, że młode pokolenie, zamiast pracować na ten dodatkowy podatek, będzie wybierało kraje, w których płace i świadczenia są wyższe. Nierespektowanie oszczędności emerytalnych będzie miało zatem dewastujący wpływ na finanse publiczne i kondycję gospodarczą Polski.

Paradoksalny efekt, biorąc pod uwagę deklarowane intencje autorów reformy…

Żeby była jasność: zmiany, o których mowa, są tak naprawdę skokiem na nasze pieniądze zgromadzone w ZUS-ie. Posiada on na rachunkach ok. dwóch bilionów złotych, a wspomniana kwota będzie rosła. Perpetuum mobile, które wymyślono, polega na tym, żeby tych środków, do których mamy prawo, nie wypłacać nam. Każdy następny rząd będzie miał do dyspozycji łatwy sposób na oszczędności: po prostu będzie podwyższał wiek emerytalny. Jeśli dojdzie do tego, że któryś z rządów podwyższy go do 100 lat, w praktyce będzie to oznaczało, że bilionowe długi państwa względem emerytów przestaną istnieć. Ale to przecież nie oznacza, że seniorzy będą w stanie pracować przed osiągnięciem setnego roku życia. To jedna wielka fikcja, sprowadzająca się w rzeczywistości do dodatkowych obciążeń dla bliskich tych osób, co przy małej liczbie dzieci oznacza koszmarną sytuację finansową i bytową całych rodzin. Forsowane reformy oznaczają również konieczność stałego podwyższania składki rentowej i nieprzyznawania świadczeń osobom w ewidentnej sytuacji chorobowej – tylko w ten sposób będzie można sfinansować jakiekolwiek świadczenia dla rosnącej rzeszy osób coraz starszych i schorowanych na tyle, że nie będą w stanie pracować przed osiągnięciem wieku emerytalnego.

Kolejne zmiany dotyczą zasad waloryzacji świadczeń.

Wszystkie korekty w systemie emerytalnym wydają się bardzo spójnym projektem. Do tej pory zasadą było, że to, co mamy zaoszczędzone na emeryturę, nie powinno przynajmniej tracić na wartości. Wprowadzenie waloryzacji kwotowej w miejsce procentowej, powiązanej z inflacją, oczywiście na początku robi dobre wrażenie na tych, którzy mają najniższe świadczenia, gdyż oni są beneficjentami netto takich zmian. Jednak wszyscy pozostali tracą. Przy czym gorszy jest sam wyłom systemowy, ponieważ uniezależnienie emerytur od inflacji oznacza w praktyce, że jeśli sytuacja finansów publicznych okaże się trudna, rząd będzie mógł przeznaczyć na wzrost świadczeń już nie 71 zł na każdego emeryta, jak w tym roku, ale np. złotówkę. Ma to olbrzymie, dewastujące skutki społeczne i jest trudne do wyobrażenia w aspekcie prawnym – respektowania praw nabytych.

Pokazuje to również bardzo dużą ułomność wymiaru sprawiedliwości w ramach Unii Europejskiej. Interesy inwestorów są respektowane bardzo starannie, nawet jeśli ktoś nie jest w stanie spłacać zobowiązań zaciągniętych wobec nich. Natomiast prawa emerytalne obywateli – już niekoniecznie. Nie dziwmy się, że mogą występować takie absurdy jak w Grecji, gdzie Komisja Europejska wymusiła na państwie redukcję emerytur. Emeryci, którzy posiadali kredyty przyznane im na podstawie wysokości otrzymywanych świadczeń, po ich zmniejszeniu musieli spłacać raty w dotychczasowej wysokości, i nagle się okazywało, że nie mają środków do życia…

Dla odmiany, przesunięcie części środków z Otwartych Funduszy Emerytalnych do ZUS wydaje się korzystne dla świadczeniobiorców, skoro podmioty komercyjne, przy wysokich kosztach funkcjonowania, osiągają kiepskie wyniki finansowe.

Takie posunięcie oznacza przeniesienie naszych pieniędzy z instytucji finansowych, które lokują je w różnego typu aktywa i wartości materialne, do instytucji, która nie posiada żadnego majątku. ZUS opiera się na składkach przyszłych pokoleń, a jego sytuacja jest zdecydowanie zła, skoro liczba beneficjentów świadczeń rośnie, natomiast liczba przyszłych podatników – maleje.

Reforma sprzed piętnastu lat, obok postulowanej polityki prorodzinnej, miała być właśnie odpowiedzią na problem ze świadczeniami emerytalnymi z systemu ZUS-owskiego. Założenie było następujące: zabezpieczmy się przed jego załamaniem w ten sposób, że część odkładanej składki będzie inwestowana za pośrednictwem OFE w realne aktywa. Zróbmy z emerytów kapitalistów, a więc tych, którzy żyją z procentów i dywidendy, z tego, że posiadają akcje przedsiębiorstw. Mniej więcej ⅓ wytwarzanego PKB w krajach wysoko rozwiniętych jest przeznaczana na obsługę kapitału. Wyprzedając majątek w ramach prywatyzacji powodujemy, że te środki wypływają do zagranicznych inwestorów, a wykupując od nich akcje i obligacje polskie, tworzymy z emerytów warstwę posiadaczy. Zaś ograniczając OFE, powodujemy, że wypływają one za granicę lub do najbogatszych obywateli. Jeśli emeryci nie będą korzystać z dochodów z kapitału, wzrost środków oraz zobowiązań ZUS-u będzie wymuszał ciągłe podnoszenie wysokości składki i podatków.

W niczym nie zmienia to faktu, na który zresztą wielokrotnie zwracałem uwagę jeszcze będąc prezesem Urzędu Nadzoru nad Funduszami Emerytalnymi, że trzeba działać w tym kierunku, aby system finansowy był systemem tanim, a więc takim, w którym panuje duża konkurencja, dzięki której opłaty i obciążenia są jak najniższe. Wymusza ona ponadto u zarządzających aktywami zainteresowanie osiąganiem jak najlepszych wyników inwestycji. Nawet w dzisiejszym świecie kryzysu zaufania likwidacja instytucji finansowych nie jest bowiem żadnym rozwiązaniem. Można ją porównać do dążenia do amputacji schorowanego narządu zamiast jego leczenia. Zresztą pamiętajmy, że OFE są tanie w porównaniu z funduszami inwestycyjnymi czy działalnością bankową.

Przejdźmy do Pańskich postulatów zmian w systemie emerytalnym.

Na pewno należałoby zacząć od wycofania się z podwyższenia wieku emerytalnego. Po drugie, należy odejść od waloryzacji kwotowej. Jeśli państwo stać będzie na dodatkowe świadczenia dla osób w gorszej sytuacji finansowej, to bardzo dobrze – jednak wysokość wszystkich emerytur powinna co najmniej nadążać za inflacją.

Gdy w wyniku jakiegoś nieszczęścia nie będziemy mogli dalej pracować, składki emerytalne, które zgromadziliśmy, powinny być przelewane do funduszu rentowego i stanowić uzupełnienie środków ze składki rentowej, decydujących o wysokości świadczenia rentowego. Nie może być tak, że kiedy ktoś umiera, beneficjentem renty jest rodzina, natomiast kwota, którą odłożył na koncie emerytalnym, nagle wyparowuje. Zgodnie z logiką reformy sprzed półtorej dekady, każdy miał pobierać świadczenie w wysokości zgromadzonych składek, a renta jest dodatkowym ubezpieczeniem przysługującym tym, którzy utracą zdolność do wykonywania pracy. Gdy pracownik przechodzi na rentę, środki na jego koncie emerytalnym „czekają”, aż uzyska on prawo do emerytury. Otóż takich odłożonych i niewykorzystywanych środków emerytalnych osób, które nabyły prawa do renty, w roku 2010 było w ZUS aż 9,3 mld zł. Było w nim również 8,4 mld zł składek emerytalnych, których właściciele zmarli, nie doczekawszy świadczenia. Powyższe środki, zgodnie z solidarnościowym mechanizmem właściwym ubezpieczeniom społecznym, powinny zasilić fundusz rentowy. Niestety, podczas debaty nad podniesieniem składki rentowej nie zaliczono ich do funduszu rentowego, a nawet w ogóle o nich nie wspomniano. I nagle się okazało, że o tych wielomiliardowych kwotach wszyscy zapomnieli! Dyskutowano jedynie o 17-miliardowym deficycie funduszu rentowego, jako różnicy między wysokością wydatków na renty a przychodami ze składki, bez uwzględnienia środków zgromadzonych na rachunkach. Tymczasem „znikająca” kwota, łącznie 17,7 mld zł, jest i tak zaniżona, z uwagi na to, że część osób posiada rachunki prowadzone dopiero od momentu reformy emerytalnej, ponieważ nie dopełniła formalności związanych z wyliczeniem kapitału początkowego albo nie była jeszcze objęta tym obowiązkiem. O ile nieuwzględnienie środków rencistów może mieć pewne uzasadnienie, o tyle „przeoczenie” kwoty 8,4 mld zł ma daleko idące konsekwencje finansowe, gdyż zmienia motywacje odprowadzających składki do ZUS-u, nieekwiwalentne uzyskiwanym świadczeniom.

Wymyślono mechanizm umarzania środków odłożonych w ZUS, polegający na tym, że fundusze, które powinny być przeznaczone na renty, znikają na kontach. Dla jego zobrazowania załóżmy przesunięcie wieku emerytalnego do 100 lat, których nikt nie dożyje, a wtedy ponad 2 bln zł długów emerytalnych państwa zwyczajnie nie będzie wymagało spłacenia.

Co do wszelkich przywilejów emerytalnych, musi być przestrzegana zasada, że są one finansowane przez beneficjentów, a nie z podatków. Zarówno państwo, jak i pracodawcy muszą dokładnie wiedzieć, ile dany przywilej kosztuje – i musi on być odpowiednio opłacony w postaci wyższej składki. Możliwe, że beneficjenci będą wówczas woleli otrzymywać wyższe wynagrodzenia, a niższe świadczenia emerytalne, ale z możliwością wcześniejszego rozpoczęcia ich wypłacania, czyli pobierania emerytur przez dłuższy okres.

Jeśli chodzi o świadczenia kapitałowe, należy dążyć do realnej konkurencji między funduszami. Przykładowo, należy się zabezpieczyć przed tym, by ich pomysłem na prowadzenie biznesu było wzajemne kopiowanie struktury inwestycji – nawet jeśli odbędzie się to kosztem ograniczenia zakresu publicznie dostępnych informacji na ten temat. Niewątpliwie w przypadku OFE kluczowe znaczenie ma także obniżanie różnego rodzaju kosztów transakcyjnych oraz ściślejszy nadzór nad transakcjami na rynku kapitałowym, aby nie było pokusy transferowania środków, np. poprzez sprzedaż aktywów po zaniżonych cenach. Trzeba też ograniczać możliwość inwestycji zagranicznych, wiążących się ze zwiększonym ryzykiem i ograniczeniem nakładów na tworzenie miejsc pracy w kraju.

Wreszcie, powinno się pilnie umożliwić tanie i efektywne dodatkowe ubezpieczanie się. To niewyobrażalne, dlaczego do tej pory nie istnieje możliwość płacenia wyższej składki do OFE dla tych, którzy chcą mieć wyższe emerytury. Ponadto powszechne powinny być pracownicze programy emerytalne.

Jaką widzi Pan tutaj rolę państwa?

Wiedząc, że świadczenia będą niskie, powinno się zabezpieczyć własnych pracowników. Tymczasem państwo doprowadziło do absurdalnej sytuacji, że tym, którzy chcieliby w sektorze publicznym uruchomić jakiś dodatkowy program emerytalny, prawo tego nie umożliwia.

Dodatkowe świadczenia na rzecz pracowników sfery publicznej byłyby wyraźnym sygnałem, że emerytury będą niskie i że należy o nie zadbać. Niewątpliwie odbiłoby się to głośnym echem i spowodowało parcie w sektorze prywatnym, żeby tworzyć pracownicze programy emerytalne. My jednak wszystko robimy na odwrót. Poddajemy się lobbingowi instytucji finansowych i nie kształtujemy dla nich konkurencyjnego rynku, kosztem świadczeniobiorców i rozwoju kraju. Ulegamy różnym grupom interesów, przyznając im przywileje emerytalne bez żadnego pokrycia w aktywach, a więc stanowiące zobowiązania podatkowe przyszłych pokoleń. Nie dbamy o wysokość świadczeń emerytalnych, utrzymując ludzi w przekonaniu, że będą one wyższe, niż wiemy, że będą – a na koniec jeszcze odbieramy im środki, które zgromadzili. A na to wszystko nakłada się niefrasobliwość, jeśli chodzi o to, aby w przyszłości mieć jakichkolwiek podatników. W świecie swobody przepływu pracowników młodzi ludzie będą uciekali do bardziej przyjaznych systemów podatkowych i lepiej funkcjonujących organizacji gospodarczych.

Podkreślał Pan wielokrotnie, że bardzo poważnie zakłócony jest proces wyboru funduszy.

Po pierwsze, nastąpiło daleko idące ograniczenie konkurencji, na co złożyły się m.in. procesy konsolidacyjne oraz wzrost kosztów funkcjonowania tych instytucji wskutek błędnej decyzji o prywatyzacji giełdy, mającej monopol na bycie płaszczyzną sprzedaży i zakupu aktywów. Po drugie, w przeciwieństwie do innych segmentów rynku finansowego, występują istotne utrudnienia w przenoszeniu się z jednego OFE do drugiego. Można to zrobić jedynie drogą elektroniczną, co w połączeniu z zakazem akwizycji oraz opłatą karną za zmianę funduszu petryfikuje strukturę rynku. Utrudnione jest także porównywanie wyników finansowych poszczególnych funduszy. Powinny być one prezentowane częściej i nie za cały okres pobierania składek, lecz w sposób ukazujący rentowność w ujęciu rocznym, tak jak w przypadku naszych inwestycji w systemie bankowym. Jedynie do pewnego stopnia zrealizowano wielokrotnie zgłaszany postulat, aby ludzie, którzy nie zdecydowali się na żaden fundusz, byli lokowani w tych osiągających najlepsze wyniki.

Uderza fakt, że specjaliści bardzo różnie odpowiadają na pytanie o wysokość przyszłych emerytur, choć wysokość odprowadzanych składek jest przecież znana. Czy w ramach systemu kapitałowego tego rodzaju niepewność jest „złem koniecznym”, czy też można ją znacząco zredukować bez szkody dla świadczeniobiorców?

Wiarygodne szacunki nie są nagłaśniane, z przyczyn politycznych – i jest to skandal! Uwidoczniło się to bardzo wyraźnie już dziesięć lat temu, przy okazji likwidacji Urzędu Nadzoru nad Funduszami Emerytalnymi. Zaprezentowaliśmy wtedy opinii publicznej niski wymiar przyszłych świadczeń w porównaniu z ostatnią płacą. Chcieliśmy w ten sposób pokazać, jak istotna jest większa efektywność części kapitałowej, ale także zwrócić uwagę na konieczność dodatkowego zabezpieczenia, czy to w postaci pracowniczych programów emerytalnych, czy też indywidualnych oszczędności. Reakcją nie było zrozumienie, lecz krzyczące nagłówki gazet. Na drugiej stronie „Gazety Wyborczej” znalazło się wytłuszczone „Nie straszyć” – stwierdzenie ówczesnego wicepremiera Hausnera, który powiedział wprost, że gdyby mógł mnie odwołać, to już by to zrobił. Tymczasem brak ukazania, jaką wysokość mogą mieć emerytury, jest poważnym błędem, ponieważ uniemożliwia, a na pewno utrudnia ludziom podejmowanie racjonalnych decyzji co do wydatków i oszczędności na przyszłość.

Drugim aspektem jest kwestia zabezpieczeń dających zwiększoną pewność co do wysokości emerytur. W systemach typu pay-as-you-go świadczenia są proporcjonalne do ostatniej płacy lub średnich płac z jakiegoś okresu. Systemy takie, jako nieskapitalizowane, załamują się w sytuacji, gdy świadczeniobiorców przybywa, a podatników ubywa – mają wówczas miejsce bolesne dostosowania. W ramach systemów kapitałowych również można wprowadzić zdefiniowane świadczenie, jednak musi być ono okupione zwiększonymi kosztami. W praktyce oznaczałoby to świadczenia bardziej pewne, ale o niższej wysokości, ponieważ fundusze pobierałyby dodatkowe prowizje o charakterze ubezpieczeniowym.

Oczywiście w systemach kapitałowych istnieje naturalna tendencja do odchodzenia od zdefiniowanego świadczenia na rzecz zdefiniowanej składki. Jest to spowodowane tym, że podmioty, które gwarantowały wysokość świadczeń, odpowiadały za nie całym swoim majątkiem. W efekcie w sytuacji, gdy rentowność ich inwestycji na rynku kapitałowym spadała, np. wskutek przeszacowania wartości aktywów, musiały z własnych środków pokrywać różnicę.

Bez wątpienia państwo powinno w jakiś sposób gwarantować obywatelom pewien minimalny dochód. Zresztą jeśli chodzi o emerytury, to pierwotnie zaproponowane rozwiązania uważam za dobre. Należy dbać, żeby ludzie wiedzieli, ile mniej więcej będą wynosić ich świadczenia, a przede wszystkim nie odbierać im praw i oszczędności, które już mają. Jeśli zaś chodzi o system finansowy, należy dążyć do tego, żeby ci, którzy zarządzają naszymi pieniędzmi, byli pod dużą presją, by jak najefektywniej je inwestować – z korzyścią zarówno dla wysokości emerytur, jak i dla samych siebie.

Wśród krytyków obecnego systemu stosunkowo głośni są zwolennicy „systemu kanadyjskiego”, opartego o ideę tzw. emerytury obywatelskiej.

Uważam, że cała sekwencja zmian w systemie emerytalnym – przerzucenie pieniędzy z OFE do ZUS-u (a więc z miejsca, gdzie posiadają pokrycie w aktywach, do instytucji opartej na podatkach), podniesienie składek rentowych bez uwzględnienia, że renciści mają także środki na kontach emerytalnych, wprowadzenie waloryzacji kwotowej, podwyższenie wieku emerytalnego – prowadzi ostatecznie do jakiejś formy emerytury obywatelskiej, o wysokości w znacznej mierze uzależnionej od aktualnej kondycji finansowej państwa. A ona będzie się pogarszać (ze względów demograficznych) i zawsze będzie się okazywało, że środków w budżecie jest za mało. W efekcie będziemy dostawali coraz niższe świadczenia, aż w końcu politycy dojdą do wniosku, że najlepiej dać wszystkim po równo. Na początku będzie to korzystne dla najbiedniejszych, niemniej po kolejnych obniżkach wszyscy będą biedakami. Ludzie niezależnie od tego, ile odłożyli na emerytury, będą żyli w bardzo złych warunkach, a nieliczne młode pokolenia i tak nie będą chciały ponosić wydatków związanych z ich utrzymaniem i wybiorą emigrację.

Wspomniane rozwiązanie jest szalenie niesprawiedliwe także dlatego, że premiuje tych, którzy uciekają od wszelkich składek. Zauważmy, że 98% przedsiębiorców płaci je w minimalnej wysokości. Pracownicy najemni są opodatkowani wyżej, a dostaną takie same świadczenia jak ci, którzy w ogóle nie odkładają na przyszłe emerytury.

Nie porównujmy się do Kanady. Gdybyśmy byli na ich poziomie rozwoju, wówczas moglibyśmy rozmawiać o emeryturze obywatelskiej, jako dodatku do oszczędności odłożonych na starość.

Jest Pan zwolennikiem emerytur rodzinnych. Jakie są argumenty za wprowadzeniem tego rozwiązania i na czym w praktyce miałoby ono polegać?

Ze względu na poprawność polityczną, która chce zaprzeczyć faktowi, że mężczyźni żyją krócej, forsuje się tablice długości życia uśrednione dla obu płci. Instytucje emerytalne, zmuszone do funkcjonowania w tym wirtualnym świecie, zaczynają dyskryminować kobiety, np. utrudniając im rejestrację. Chcą mieć w portfelach jak najwięcej mężczyzn, gdyż wówczas oszczędzają: emerytury o określonej wysokości wypłacają przeciętnie o kilka lat krócej. Co więcej, znacznie rosną koszty systemowe, ponieważ ubezpieczyciele muszą wziąć pod uwagę ryzyko, że w swoim portfelu będą jednak mieli więcej kobiet. Wszelkiego typu upolitycznione transfery, jakie są proponowane, poza kosztami systemowymi są także podatkiem, który ma płacić tylko jedna płeć, mężczyźni – co jest dodatkowym absurdem.

W przypadku emerytury rodzinnej stosuje się tablice realnej długości życia obu płci, pozwalając jednocześnie, żeby w sytuacji, gdy jedno z małżonków umrze, a drugie jest w wieku emerytalnym, świadczenie podlegało dziedziczeniu. Gdy instytucja finansowa zabezpiecza świadczenie dla obojga małżonków, nie ma możliwości dyskryminowania kobiety.

Emerytura rodzinna jest rozwiązaniem, które nie tworzy sztuczności na rynku kapitałowym, a więc jest tańsze. Jest ono również o tyle sprawiedliwe i logiczne, że przecież wiadomo, iż dochody małżonków służą zaspokajaniu potrzeb całej rodziny.

Jakie inne rozwiązania o charakterze prorodzinnym mógłby uwzględniać system emerytalny?

Zacznijmy od tego, że od działań prorodzinnych uzależnione jest to, czy w ogóle przetrwamy jako naród i społeczeństwo, oraz jaka będzie przyszła kondycja finansowa naszego państwa. Mówimy dużo o emeryturach, ale przecież główne problemy w przypadku starzenia się społeczeństwa to lawinowy wzrost kosztów i pogorszenie dostępu do służby zdrowia, co w zderzeniu z niskimi świadczeniami grozi katastrofą społeczną. Dlatego nie powinno się opodatkowywać wydatków na dzieci, bo to tak, jakbyśmy postanowili opodatkować nakłady inwestycyjne przedsiębiorstw. Płacimy co miesiąc ok. tysiąca złotych różnego typu podatków i składek na osobę, niezależnie od wieku – z czego wynika, że mniej więcej tyle wynosi niepotrzebne, antyrodzinne opodatkowanie dzieci. Póki jeszcze młodzież z wyżu czasów „Solidarności” może je mieć – bo za chwilę się okaże, że z przyczyn biologicznych już nie może – powinniśmy na każde z nich wypłacać co najmniej pięćset złotych ryczałtowego, miesięcznego zwrotu podatkowego.

Powinna zostać zbudowana cała sfera przywilejów dla rodzin, wśród których rzeczą naturalną byłaby jakaś forma becikowego dla matki. Zaproponowałem, żeby był to zapis ZUS-owski w wysokości 10 tysięcy złotych (waloryzowanych), dokonywany przy urodzeniu każdego dziecka. W przyszłości przecież swoimi podatkami i składkami sfinansuje ono wypłatę tego świadczenia, a możliwe, że samo także będzie miało dzieci. Byłoby to zatem swego rodzaju perpetuum mobile, a jednocześnie sposób na zrekompensowanie matkom okresowej przerwy w pracy.

Wspomniane 10 tys. zł mogłoby być również wykorzystywane wcześniej, np. na wkłady mieszkaniowe lub wydatki związane z kształceniem, aby jednak nie były to pieniądze bez pokrycia, musiałyby być wypłacane z konta w OFE. Kluczowe jest nie tylko, żeby te dzieci w ogóle były, ale również, aby otrzymały jak najlepsze wykształcenie, gdyż jeśli uzyskają w przyszłości wyższe płace, to będą odprowadzały wyższe składki.

Innym rozwiązaniem ukazującym zależność wysokości świadczeń zdrowotnych i emerytalnych od tego, czy mamy dzieci, mogłoby być przekazywanie części składki, którą odprowadzamy do ZUS, na konta emerytalne naszych dziadków, może także pradziadków czy rodziców, w równej wysokości. Dostawaliby pod­wyżki, kiedy nam by się lepiej powodziło, a jednocześnie dla tych, którzy nie mieliby dzieci, byłoby jasne, że muszą dodatkowo oszczędzać. Mechanizm ten stanowiłby ponadto przypomnienie, że tak naprawdę całość wspomnianej składki jest świadczeniem na rzecz starszego pokolenia.

Powinien zostać zbudowany kompleksowy program prorodzinny, który jednocześnie na konkretnych przykładach ukazywałby, że jeśli nie będziemy mieli dzieci, to nie liczmy na to, że kraj będzie się rozwijał, a nam będzie się lepiej żyło.

Jakie kwestie poza polityką prorodzinną obejmuje odpowiedzialne myślenie o przyszłości kraju?

Polityka gospodarcza powinna być budowana na solidnym fundamencie zasad etycznych, ponieważ bez tego żadnej naprawy nie będzie. Musi opierać się na trzech filarach: polityce prorodzinnej, tworzeniu miejsc pracy i budżecie zadaniowym, czyli optymalizacji wydatków publicznych.

Musimy wiedzieć, w którym miejscu chcemy być, oraz co powoduje powstawanie miejsc pracy o dużej wartości dodanej – w te dziedziny trzeba zainwestować. Ale żeby to zrobić, musimy posiadać budżet zadaniowy, w ramach którego patrzy się na wydatki z punktu widzenia tego, czy w przyszłości zwrócą się w postaci większej bazy podatkowej i wpływów z podatków.

W przypadku państwa powinniśmy działać analogicznie do racjonalnych przedsiębiorstw: nie patrzeć na to, czy w każdym momencie bilansuje nam się budżet, lecz przyjmować te projekty, które zaowocują większymi dochodami. Inaczej nie zbudujemy infrastruktury wzrostu, jaką mają kraje wysoko rozwinięte. Problem polega na tym, że niezbędne inwestycje można sfinansować jedynie na dwa sposoby: z dochodów podatkowych lub pożyczając pieniądze. Jeśli z tej drugiej opcji zrezygnujemy – bo gdy pożyczymy pieniądze, to wyjdzie nam deficyt budżetowy, który jest zakazany – to pozostanie tylko wzrost wymiaru podatków. W sytuacji swobody przepływu osób wyższe podatki nasilą ucieczkę pracowników z naszego kraju.

Obecnie mamy bardzo nieefektywny system budżetowy. W krótkiej perspektywie „nie opłaca się” mieć dzieci, więc ich nie mamy – do prostej zastępowalności pokoleń brakuje nam ich 3,5 miliona – mimo że to one są zabezpieczeniem naszej przyszłości finansowej w wymiarze indywidualnym oraz całego państwa. Powoli rezygnujemy z publicznej służby zdrowia, ponieważ nas na nią „nie stać”, tymczasem możliwe, że nakłady na zdrowie obywateli mogłyby z czasem się zwrócić, o ile dotyczyłyby dzieci i osób aktywnych zawodowo. Nie znajduje się pieniędzy na odpowiednie kształcenie młodego pokolenia, mimo że w przypadku osób lepiej wykształconych wpływy z podatków są wyższe.

Powinniśmy wrócić do niezrealizowanego programu gospodarczego Prawa i Sprawiedliwości z 2005 r. Poszliśmy bardziej liberalną drogą i już widać tego konsekwencje: wyż „solidarnościowy” nie ma dzieci. Jeśli w ciągu najbliższych dwóch lat nic nie zostanie zrobione, to późniejsze naprawy będą nas kosztowały więcej wyrzeczeń.

Może jednak poważne wyrzeczenia są nieuniknione? Zasada, by w starzejącym się społeczeństwie wzrastały obciążenia na rzecz solidarnościowego komponentu systemu emerytalnego, wydaje się słuszna z punktu widzenia sprawiedliwości społecznej.

Koncentrowanie debaty na aspekcie solidarnościowym zamiast na polityce prorodzinnej, powoduje niestety, że wspólnym mianownikiem staje się dążenie do obniżenia świadczeń emerytalnych – najpierw tych najwyższych, a z czasem wszystkich.

Działania określane jako naprawcze omijają główny problem, jakim jest brak osób młodych, które będą pracować na świadczenia rodziców i dziadków. Tej kwestii kolejne rządy w ogóle nie podejmowały, a obecnie podchodzą do systemu emerytalnego z punktu widzenia syndyka masy upadłościowej: po prostu rozdają to, co zostało. Gdyby wspierano rodziny, mogliby tę „firmę” naprawić, tymczasem z bankruta niewiele można wycisnąć, nawet pod hasłami solidarnościowymi.

Odpowiedź na pytanie, jak wyjść z tego pata, została opracowana ponad 10 lat temu w raportach UNFE: „Bezpieczeństwo dzięki konkurencji”, „Bezpieczeństwo dzięki zapobiegliwości” i „Bezpieczeństwo dzięki emeryturze”. Niestety, nie było i nie ma woli politycznej do implementacji proponowanych rozwiązań. Dlatego pozostaje nam jedynie przyglądanie się, jak kasandryczne przewidywania co do głodowych warunków życia spełniają się punkt po punkcie…

W krajach kojarzonych z welfare state spotkać można zarówno aktywną politykę prorodzinną (tu np. Francja), jak i odpowiedniki naszych OFE (Szwecja). Czy jakaś forma tradycyjnego państwa opiekuńczego, uzupełnionego o wszystkie te elementy, o których Pan wspominał, może być trwałym modelem na dzisiejsze czasy – alternatywą wobec kolejnych reform w duchu liberalnym?

Proponowane rozwiązania są modelem mieszanym. Nam jednak grozi, że zestarzejemy się, zanim wzbogacimy. I zamiast welfare state pozostanie liberalno-solidarnościowe „klepanie biedy”. Wiadomo, że wzrost gospodarczy i innowacyjność generują dwudziesto- i trzydziestolatkowie; czterdziesto- i pięćdziesięciolatkowie mogą co najwyżej zachowywać aktywność gospodarczą. A pozostali? Sześćdziesięciolatkowie i starsi nie będą generować wzrostu, tego możemy być pewni. Zmuszając przedsiębiorców, żeby zatrudniali 60-latków, a nawet 67-latków, wymuszamy tym samym ogromne nakłady na stanowiska pracy, których utrzymywanie się nie opłaca. Nie łudźmy się! Globalizacja ma to do siebie, że jeśli przedsiębiorcy będą mieli do wyboru zatrudnianie starszych ludzi w Europie lub młodych w innych częściach świata, to wybiorą tę drugą opcję. Przeniosą działalność np. do Indii i żadne akcje na rzecz „niedyskryminowania starszych pracowników” nic tutaj nie pomogą. Te procesy są znane, a jednak rząd nie wyciąga z nich żadnych wniosków.

Nie widać też spójności w jego działaniach. Z jednej strony podnosi wiek emerytalny, z drugiej – nic nie wspomina o zwiększeniu nakładów na służbę zdrowia, aby 60-latkowie rzeczywiście mogli pracować. Tymczasem Unia wymaga uelastycznienia rynku pracy, aby przedsiębiorstwa były bardziej konkurencyjne, ale za to pracownicy łatwiej zwalniani. Wyobraźmy sobie tę armię starych, chorych ludzi, bezrobotnych i bez świadczeń emerytalnych! Wszyscy oni znajdą się na utrzymaniu swoich nielicznych dzieci.

Na polską rodzinę przypada obecnie nieco ponad jedno dziecko. Następne pokolenie, o połowę mniej liczne, musiałoby mieć po czwórce dzieci, aby to nadrobić. To nierealne. W praktyce z Polski zostanie tylko nazwa, jak została nazwa Burgundii, chociaż narodu już nie ma. Proces europeizacji zagłuszył w nas instynkt narodowy. Protestujemy przeciwko podwyższeniu wieku emerytalnego, co i tak nic nie da, bo arytmetyka procesów demograficznych jest nieubłagana, a jednocześnie godzimy się na antyrodzinną, antyurodzeniową i proemigracyjną politykę kolejnych rządów. W efekcie starsze pokolenie, coraz bardziej dominujące liczebnie, będzie przejadać środki młodych rodzin na utrzymanie dzieci. To starsze pokolenie to właśnie my, którzy dziś decydujemy w Polsce i zachowujemy się jak hulaka, który przepija majątek, zadłuża się za granicą, oszczędza na posiadaniu dzieci i kradnie pieniądze na renty i emerytury młodych. A potem poprosi, żeby go utrzymywać. Tylko kogo?

Kiedy 30 lat temu wprowadzano w Polsce stan wojenny, rosyjski opozycjonista Władimir Bukowski nazwał go „samookupacją”. Stwierdził, że wyrządził on nam wielką szkodę ekonomiczną i demograficzną, gdyż w jego następstwie olbrzymia liczba Polaków na zawsze opuściła swój kraj. Prowadzimy samookupację, osłabiamy się. Własną polityką spowodowaliśmy, że 2 miliony Polaków wyemigrowały, 3,5 miliona dzieci nie urodziło się, a na koniec podpisaliśmy Traktat Lizboński, który uzależnia siłę głosu danego kraju w Unii od liczby ludności. To proces samolikwidacji.

Dziękuję za rozmowę.

Warszawa, 5 czerwca 2012 r.

Nic nie jest takie, jakim się wydaje

Gdyby zapytać kogokolwiek spośród osób tworzących debatę publiczną o chęć zmierzenia się z niewygodnymi faktami, o zdolność do zmiany opinii pod wpływem nieznanych wcześniej informacji, o umiejętność rewizji dotychczasowego światopoglądu, sądzę, że niemal wszyscy odpowiedzą podobnie: tak, jestem do tego gotów. Nikt nie chce być – i we własnym mniemaniu nie jest – dogmatykiem i „betonem”, nikt nie ma skostniałego umysłu i takich poglądów. Ba, wiele osób obraziłoby się na samą wątpliwość, czy tak właśnie jest.

W praktyce wynika z tego jednak zazwyczaj niewiele. Niemal każdy taki nie-dogmatyk „wie lepiej”, jak jest „naprawdę”, a poglądy odmienne są niemądre, fałszywe, nieprzemyślane, szkodliwe i „oszołomskie”. Nie dotyczy to bynajmniej tylko gadających i piszących głów z mainstreamu. Swoją „polityczną poprawność” mają też grupki różnych „dysydentów”, kontestujących dominujący światopogląd. Oni też „wiedzą lepiej”. Skrajna lewica ma swoje dogmaty, skrajna prawica swoje, jednakowo ukochane i ugruntowane. Bywa i tak, że im bardziej marginalna jest dana grupa, tym mocniej trzyma się swoich poglądów, bo bez nich nie istnieje. Z kolei mainstreamowy dyspozycyjny dziennikarz, polityk czy „ekspert” powie czasami coś zaskakującego, gdy w jego środowisku trwa wojenka o wpływy i podział łupów lub gdy po prostu spłaci ostatni kredyt i na chwilę przypomni sobie, że potrafi oddychać pełną piersią.

Cytując klasyka: piszę bom smutny i sam pełen winy. Wszyscy bywamy zakładnikami własnych poglądów i środowisk głoszących je wraz z nami. Umysły nas wszystkich mają skłonność do kostnienia. Wszyscy czasami wolimy ugryźć się w język czy nacisnąć klawisz backspace na klawiaturze. Nie rzucę pierwszy kamieniem, bo w tej kwestii zbyt wiele ich już jest w powietrzu.

Bieżący numer „Nowego Obywatela” przynosi sporą dawkę tekstów przeznaczonych dla osób, które zamiast utwierdzać się w swoich zawsze słusznych poglądach chciałyby się czasami zmierzyć z czymś, co niekoniecznie idealnie pasuje jako kolejny element układanki. Są wśród nich m.in. tezy idące pod prąd również tego, co my sami głosimy na co dzień. Na przykład, że choć podnoszenie wieku emerytalnego wymaga wielu działań osłonowych, to jednak dokonuje się w wielu krajach Europy. Że oprócz publicznej służby zdrowia istnieją ciekawe przykłady samoorganizacji pacjentów. Że są państwa, w których związki zawodowe najszybciej rozwijają się wśród pracowników z „dziwnych” profesji i branż. Że w ekonomii ważne są nie tylko rozwiązania prospołeczne, ale także wiara w człowieczą moc oraz duża dawka optymizmu, który potrafi góry przenosić.

Oczywiście są wśród tych tekstów również i wymierzone w mity i komunały głównego nurtu. Jeden z autorów wykazuje, że Polska nie jest gospodarczą „zieloną wyspą”, lecz obszarem zapaści cywilizacyjnej w kilku istotnych dziedzinach. Inny artykuł przekonuje, że nasz białoruski sąsiad nie musi i nie powinien wybierać między ponurym satrapą a „wolnością” w postaci banków i wielkich koncernów. Kolejny z tekstów wskazuje, że kraje Europy Środkowo-Wschodniej nie stały się – wbrew legendzie o transformacji zakończonej sukcesem – ani demokratyczne, ani suwerenne, ani „przyjazne” obywatelom. Nasza rozmówczyni-
-naukowiec obnaża mit, jakoby ekonomia stanowiła coś w rodzaju zbioru wzorów matematycznych, w które wystarczy wstawić ten sam zestaw cyfr, aby zawsze i wszędzie otrzymać spodziewany wynik.

Jednak szczególnym wyzwaniem dla Czytelników przyzwyczajonych do poglądów i rozwiązań, które propagujemy, będzie, jak sądzę, wywiad otwierający niniejszy numer. Cezary Mech dzieli się z nami przemyśleniami stawiającymi na głowie wiele przekonań na temat systemu emerytalnego, finansów państwa, rozwiązań socjalnych, polityki prorodzinnej, a szerzej – tego, jak wyobrażamy sobie kondycję Polski i jej możliwe scenariusze rozwojowe. Nie ukrywam, że cała redakcja miała i ma nadal ciężki orzech do zgryzienia po przeczytaniu zapisu tej rozmowy.

Otwarte umysły? Brak dogmatów? Niezależne poglądy? Zapraszam do lektury. Nikt nie obiecywał, że będzie lekko.


Warning: Undefined array key "extension" in /home/klient.dhosting.pl/macmas/obywatel3.macmas.pl/public_html/wp-content/themes/Divi/epanel/custom_functions.php on line 1479
O gospodarce Polaków rozmowy

O gospodarce Polaków rozmowy

Niedawna debata ekonomiczna w Polskiej Akademii Nauk, zorganizowana przez Prawo i Sprawiedliwość, jest dobrym znakiem dla osób nawołujących do reformy w myśleniu o polityce gospodarczej (pisałem o tym tutaj). Nawet najmniejszy konkret czyni więcej dobrego niż najgorętsza retoryka. Doceniając ten gest jako początek poważnego myślenia o wyzwaniach współczesnego państwa, konieczne jest dotarcie do sedna problemu, przed którym stoimy.

Nie jest sednem problemu reforma podatkowa, próbująca zatrzymać drenowanie polskiego budżetu przez większych i sprytniejszych graczy. Nie jest nim również prawo – skomplikowane i premiujące nielicznych „zorientowanych”. Oba te zjawiska są jedynie objawem spętanego potencjału gospodarczego Polski, nie zaś przyczyną zjawiska.

Jak wspomniano podczas debaty, wydajność polskich pracowników (wytwarzanie bogactwa na dzień pracy) jest najniższe w Europie. Nie jest to winą jakoby restrykcyjnych przepisów prawa pracy, mimo iż dla części przedsiębiorców są one autentycznie uciążliwe i ich poluzowanie (kosztem i tak niskich standardów pracowniczych) zapewne ułatwiłoby działanie i konkurencyjność polskim przedsiębiorcom.

Ważne jest coś zupełnie innego: polski pracownik nie wytworzy w tym samym czasie tyle samo bogactwa, co jego zachodni odpowiednik, ponieważ produktywność „budek z kebabem” zawsze będzie niższa od tej, którą gwarantuje załoga fabryki BMW. Tu trafiamy w sedno problemu, który doskonale rozumieją zarówno polscy pracownicy (mała ilość dobrze płatnej pracy), jak i pracodawcy (niska, mało konkurencyjna wartość dodana).

Długookresowe wyzwania polskiej polityki gospodarczej nie są zatem abstrakcyjne, lecz zrozumiałe dla wielu Polaków, a ich rozwiązanie należy oprzeć na intencjonalnej polityce gospodarczej. Powinna być ona oparta na trzech, jednocześnie wdrażanych, fundamentach.

Po pierwsze: poruszyć ręce

Jest to fundament zrozumiały w warunkach wysokiego bezrobocia. Zwiększenie liczby miejsc pracy nie jest samo w sobie wyzwaniem ponad siły współczesnej teorii ekonomicznej. Tak w przeszłości (Keynes, Kalecki), jak i dziś (nowoczesna teoria pieniądza – MMT) wielu ekonomistów wskazuje na możliwość zwiększenia krajowej konsumpcji i produkcji dzięki wydatkom państwowym, kierowanym przez rząd. Monopol państwa na emisję pieniądza czyni groźbę niewypłacalności niebyłą, przynajmniej w przypadku suwerennego państwa. Inwestycje i wydatki państwa stymulują zarówno konsumpcję, jak i produkcję, przy czym krajowa konsumpcja podnosi poziom krajowej produkcji.

Niestety, model ten zawiera błędy, które sprawiają, że samo zwiększenie ilości pieniądza przez państwo nie jest wystarczającym gwarantem długookresowego rozwoju. Pierwszy, często przytaczany przez krytyków, to nieco przesadzona groźba inflacji. Mimo iż jest ona poniekąd „bajką o żelaznym wilku”, to zwraca uwagę na konieczność przełożenia agregatów monetarnych na wzrost mocy produkcyjnych, energetycznych, wiedzy i usług. Wynikający z tej obserwacji drugi, cięższy zarzut, to pokusa przyjęcia antyrozwojowej optyki popytu i podaży. Ta właśnie zdejmuje z pola widzenia potencjał rozwojowy, zarówno ten istniejący dzisiaj, możliwy do wykorzystania przy wydatkach dających duże pośrednie i bezpośrednie stopy zwrotu, jak i czysto hipotetyczny, wyrażany w wydatkach na badania i rozwój.

Dlatego właśnie polityka gospodarcza państwa powinna być wielotorowa, uwzględniająca główne aspekty społeczno-gospodarczej rzeczywistości kraju oraz długookresowe wyzwania i szanse leżące przed państwem.

Po drugie: poruszyć głowy

„Mgr = magazynier”, „studia = papierek”, „trzy fakultety i bezrobocie” – to kolejny symptom tego samego problemu braku perspektyw na polepszenie swojego życia, szczególnie dotkliwie zderzającego oczekiwania obywateli (przede wszystkim młodych) z rzeczywistością. W przestrzeni publicznej ten problem adresowany jest błędnie. Główny sposób dyskusji o nim to „zimny prysznic” serwowany absolwentom przez „realistów”, uznających ciężką rzeczywistość za nienaruszalną stałą, do której młodzi powinni się jak najlepiej dostosować poprzez elastyczność, przebojowość i zaciskanie zębów.

Praktycznym rozwiązaniem oferowanym przez realistów jest dopasowanie systemu edukacji do wymogów rynku. Poważne potraktowanie tego postulatu oznaczałoby przyjęcie absurdalnej, w istocie statycznej, optyki procesów gospodarczych. Skoro praca oferowana absolwentom to call-center, sprzedawca lub roznosiciel ulotek, dostosowanie edukacji do wymagań rynku pracy oznaczałoby w praktyce ograniczanie krajowego potencjału intelektualnego, a w efekcie także gospodarczego.

Problem nie leży w braku zasobów intelektualnych, lecz w ich słabym wykorzystaniu. Przy wszystkich zastrzeżeniach wobec niedostatków szkolnictwa wyższego w naszym kraju, nie ulega wątpliwości, iż potencjał intelektualny ludności uległ w ciągu ostatnich dwóch dekad dużej poprawie. Dlatego wykorzystanie istniejących potencjałów wiedzy i przekucie ich we wzrost produkcji bogactwa jest najrozsądniejszym rozwiązaniem, wymagającym intencjonalnej ingerencji w zmianę struktury gospodarki, na tę rzeczywiście opartą o wiedzę, premiującą branże wymagające wysokiej wartości dodanej, co wiąże się z większym stopniem używanej wiedzy.

Rozwiązaniem sprzyjającym temu kierunkowi, jednocześnie nadającym dynamiki stymulacji popytowej z punktu pierwszego, jest premiowanie niższym kredytem działalności faktycznie wytwórczej (zwiększającej produkcję na głowę, podnoszącej wydajność pracy), a także projektów synergicznych, wymagających koordynowania działań w trzech obszarach jednocześnie: infrastruktury, produkcji i wydatków badawczo-rozwojowych.

Nie jest niczym nagannym również – wielokrotnie praktykowana przez inne państwa – celowa inicjatywa w obszarach o szczególnej roli, oznaczająca wydatkowanie państwowych środków na gałęzie i projekty dające długoterminowe korzyści społeczeństwu, z uwzględnieniem potrzeb środowiska i lokalnych społeczności. W praktyce oznacza to podejmowanie inicjatywy zarówno na rzecz wspierania wydatków badawczo-rozwojowych, jak również infrastruktury produkcyjnej, edukacyjnej, służby zdrowia czy budownictwa mieszkaniowego. Stopień i tryb państwowego zaangażowania mogłyby być różne, jednak konieczne jest zadeklarowanie przez państwo intencji polepszania użytecznych dla rozwoju kraju aspektów życia. Co z kolei prowadzi nas do uznania potrzeby istnienia ostatniego filaru budowy polskiego nowego ładu.

Po trzecie: poruszyć serca

Trzeci aspekt to odwrócenie pesymistycznego przekonania o niemocy zbiorowego wysiłku na rzecz lepszej przyszłości. Przy poruszeniu bezrobotnych rąk polityką fiskalną, przy inwestycyjnym przyspieszeniu projektów o państwowym i ponadpaństwowym znaczeniu, wykorzystującym bezrobotne głowy, nie może się obyć bez optymistycznej wizji przyszłości, będącej swego rodzaju kontraktem wobec obecnych i zobowiązaniem wobec przyszłych pokoleń.

Taka wizja nie jest mrzonką, lecz ma swoje uzasadnienie w historii rozwoju gospodarczego. Odrzuca ona brak wiary w lepsze jutro, wyrażany przez obecne polityki ekonomiczne państw jako nienaukowy, nieuzasadniony przesąd, oferując w zamian plan pokonywania czasowych i materiałowych ograniczeń postępu dzięki intencjonalnej, twórczej działalności człowieka jako jednostki i części czegoś większego. Wyrażenie tej kreatywności we wspólnym działaniu nie jest, jak chcieliby głosiciele leseferyzmu, ograniczeniem jednostki, lecz najlepszym dowodem na jej wyjątkowość i moc sprawczą. Skoro człowiek zdolny jest do dokonywania mądrych wyborów jako jednostka, tym większa jest jego moc poprzez inspirowanie i kierowanie wspólnymi działaniami większej całości. Jest wyrazem jego ambicji oraz odpowiedzialności za przyszłe pokolenia, troski o dobre wykorzystanie talentów danych nam przez przodków.

Dobrze się stało, że debata o gospodarce ma szanse zagościć w przestrzeni publicznej. Należy się ona społeczeństwu, którego polityka gospodarcza dotyka w wielu przyziemnych aspektach. Warto postulować, aby wyszła ona poza schemat pracy nad kilkoma szczegółowymi aspektami, lecz była zorientowaną na przyszłość wizją rozwoju państwa i jego obywateli.

Krzysztof Mroczkowski

Czas na rewolucję społeczną – w systemie podatkowym

Dyskusja na temat zmian w podatku od wartości dodanej (VAT) zwykle toczy się na powierzchownym poziomie i dotyczy kwestii technicznych, takich jak sposób rozliczania, albo dotyczy kosmetycznych zmian w jego wysokości. Tymczasem ten instrument, stanowiący znaczną część przychodów budżetowych, zasługuje na dyskusję o wiele bardziej zasadniczą, sięgającą fundamentów polityki publicznej i ładu społecznego.

Świat biznesu odpowiedział nieprzychylnie na złożony przez ministerstwo finansów projekt zmian w VAT – informowała swego czasu „Rzeczpospolita”. To, co miało ułatwić ewidencję fiskalną, w opinii indagowanych przedsiębiorców przysporzy im jedynie biurokratycznych uciążliwości. Sama sprawa wydaje się nieco rozdmuchana i wpisuje się, podobnie jak słynna kwestia „jednego okienka”, w dyskurs biznesowego malkontenctwa. Odwraca to uwagę opinii publicznej od realnych problemów polskiej gospodarki, którymi są chociażby niska innowacyjność czy bariera popytowa, wynikająca z niskich dochodów dużej części ludności.

Żeby była jasność: nie mam nic przeciwko temu, aby państwo ułatwiało prowadzenie biznesu wszędzie tam, gdzie nie odbija się to na kondycji pracowników, środowiska naturalnego czy innych wymiarach dobra publicznego. Co więcej, myślę, że takie ułatwienia są potrzebne, by owo dobro publiczne realizować. W tym sensie negatywna opinia pracodawców na temat VAT powinna być brana pod uwagę. Bardziej jednak martwi mnie to, że reformy proponowane lub wprowadzane przez rząd nie stają się asumptem do poważniejszej dyskusji, jaką rolę powinien odgrywać ten rodzaj podatków w systemie polityki publicznej.

Jeśli chodzi o kształtowanie tego rodzaju podatku, wystawiłbym polityce władz ocenę mierną. Jednak nie ze względu na utrudnienia w jego ewidencji, a dlatego, że w Polsce VAT stanowi zdecydowanie zbyt dużą część przychodów systemu finansów publicznych w porównaniu z podatkami bezpośrednimi. Utrwala to strukturę rozłożenia ciężarów za finansowanie domeny publicznej daleką od pożądanej.

Z czynionego systematycznie przez Eurostat przeglądu trendów w systemach podatkowych wynika, że Polska jest jednym w tych krajów, gdzie podatki pośrednie mają duży udział w łącznej puli przychodów państwa. Jak pokazuje najnowsza edycja raportu, w Polsce podatki pośrednie stanowią 43,5% ogólnego opodatkowania. Średnia unijna to 38,6%. Na 27 krajów UE większy udział podatków pośrednich mają jedynie Bułgaria, Węgry, Rumunia, Litwa i Cypr.

Warto zastanowić się nad tym fenomenem w szerszym kontekście społeczno-gospodarczym. Przystępując do tego zadania uzmysłowimy sobie od razu defekt polskiej refleksji nad budowaniem gospodarki dobrobytu. Polega on na wyłączeniu polityki podatkowej z domeny polityki społecznej. Próby przełamania tego trendu pojawiają się wprawdzie na łamach prasy specjalistycznej, np. wielokrotnie w kwartalniku „Problemy Polityki Społecznej”, ale nie przedostają się one do szerszej debaty.

Społeczny wymiar polityki podatkowej

Gdy mówimy o potrzebie reform systemu dobrobytu, najczęściej słyszymy o konieczności redukcji (lub w wersji soft: realokacji) wydatków socjalnych. Rzadko natomiast o zmianie wysokości i wewnętrznej struktury przychodów budżetowych, z których będzie można finansować m.in. sferę socjalną. Tymczasem, jak przekonuje badacz państwa dobrobytu, prof. Joakim Palme, zagrożeniem dla systemu dobrobytu nie są rosnące wydatki, lecz malejące przychody i to ta strona budżetowego bilansu powinna spędzać nam sen z powiek. Choć prof. Palme miał na myśli malejące przychody z np. opodatkowania pracy, której będzie coraz mniej lub coraz częściej będzie świadczona w formach nieoskładkowanych (Polskę ów syndrom dotyka szczególnie silnie), wydaje się, że problem dotyczy także VAT-u.

Jest to bowiem podatek, który w ostatecznej instancji obciąża konsumentów. Wśród nich coraz więcej jest natomiast osób ubogich, mających niewielkie możliwości zakupu dóbr i usług. Wysoki VAT w relacji do siły nabywczej dochodu obywateli stanowi dodatkową barierę popytową, co może spowalniać koniunkturę, a tym samym zwiększać bezrobocie (i co za tym idzie: ubóstwo i wykluczenie) oraz pogłębiać problem niemożności zakupienia dóbr i usług – często nawet tych podstawowych – na rynku.

Zauważmy, że jest to podatek degresywny. Choć ubodzy nominalnie płacą go mniej (gdyż statystycznie mniej konsumują), to procentowo wydatki konsumpcyjne stanowią większą część ich dochodu rozporządzalnego niż w przypadku osób bogatych. Wysoki podatek pośredni i niskie, mało progresywne podatki dochodowe odtwarzają wizję ładu, w którym ciężar utrzymania państwa jest przesunięty z bogatych na biednych zdecydowanie bardziej, niż to ma miejsce np. w Skandynawii. Nie jest to więc wyłącznie kwestia techniczna, ale społeczna.

Względnie skutecznie, niezbyt sprawiedliwie

Co ciekawe, niezamożna większość nie buntuje się przeciw temu stanowi rzeczy. Może mieć to głębsze źródła, związane z ograniczoną skłonnością współczesnych Polaków do zorganizowanej kontestacji na skalę masową, ale po części wynika też z pośredniego charakteru podatku VAT. Ludzie po prostu go nie widzą, więc skłonność do protestu z tego powodu spada. Zwiększa się natomiast potencjalna ściągalność tego rodzaju publicznej daniny.

W polskim społeczeństwie, o określonych doświadczeniach historycznych, skłonność do dzielenia się własnymi zasobami z domeną publiczną jest niewielka. Dlatego taki model wydaje się korzystny z punktu widzenia budżetu. Gdyby zaproponować społeczeństwu zwiększenie podatku dochodowego (nawet ograniczając zmianę do zasobniejszych grup), podniosłoby się larum, a jeśli nawet rząd takie zmiany przeforsowałby, to część osób na różne sposoby kombinowałaby, jak ich uniknąć. Zaznaczmy jednak, że choć taki scenariusz jest możliwy, jego ewentualność nie powinna nas powstrzymywać przed zgłaszaniem postulatu zwiększenia progresji podatkowej, w wyniku realizacji którego łączne przychody państwa raczej by wzrosły, a nie zmalały. Tym niemniej, inaczej niż w przypadku podniesienia stawki VAT, potencjalny społeczny i medialny opór oraz indywidualne strategie wymigiwania się od jego uiszczania są wielce prawdopodobne.

Mamy więc nieco patową sytuację. Polski system fiskalny nie jest zadowalający z punktu widzenia sprawiedliwości dystrybutywnej, ale jednocześnie zachowuje pewną skuteczność pod względem ściągalności podatków, dzięki czemu staje się możliwe prowadzenie owej redystrybucji.

Prospołeczny reformator powinien mieć świadomość owego dylematu, z którego trudno znaleźć wyjście. Z punktu widzenia normatywnego zasadne byłoby zmniejszenie VAT przy jednoczesnym podjęciu działań na rzecz zwiększenia przychodów z podatków bezpośrednich (poprzez zwiększoną progresję podatkową, przywrócenie składki rentowej i podatku spadkowego itp.), ale pojawia się problem praktyczny w postaci oporu silnych grup interesu, mających sojusznika w mainstreamowych mediach, a za ich pośrednictwem także w opinii publicznej. W tym również tych osób, które skorzystałyby na takim rozwiązaniu.

Wydaje się, że propozycje zmian należałoby zgłaszać, tworząc dla tego pomysłu „dyskursywną otoczkę” wyjaśniającą społeczeństwu, dlaczego status quo jest społecznie niesprawiedliwy i w jaki sposób spowalnia on rozwój gospodarczy.

Duże obciążenie ubogich i niewiele w zamian

Istnieje jeszcze jeden aspekt problemu, który warto wspomnieć. Skoro osoby niezamożne ponoszą relatywnie dużą (na tle innych krajów europejskich) część łącznego ciężaru finansowania państwa, to państwo powinno im to rekompensować hojną i przyjazną polityką społeczną. Tymczasem mamy sytuację odwrotną. W Polsce świadczenia socjalne są niewysokie i selektywne. Wydatki na rzecz walki z wykluczeniem społecznym i mieszkalnictwem stanowią niemal najniższy (przebijają nas jedynie Włochy) procent PKB w całej Unii Europejskiej. Również wiele usług publicznych w Polsce jest niedoinwestowanych. Usługi te wprawdzie są adresowane do wszystkich, ale korzyści z ich istnienia na wysokim poziomie mają szczególne znaczenie właśnie dla osób ubogich. To bowiem ich nie stać na uzupełnienie swoich potrzeb poza sektorem publicznym.

Sytuacja jest odmienna od tego, z czym mamy do czynienia w socjaldemokratycznej Danii, która może stanowić dla nas wzór, jeśli chodzi o efektywne osiąganie sprawiedliwości dystrybutywnej. Tam ciężary podatkowe są zdecydowanie przesunięte z biednych na bogatych za sprawą wysokich, progresywnych podatków dochodowych. Jednocześnie ci pierwsi mogą liczyć na hojne wsparcie państwa w zakresie amortyzowania nie tylko najbardziej dotkliwych form ryzyka socjalnego, lecz także zaspokajania szerokiego zestawu potrzeb powstających w różnych fazach życia (np. związanych z rodzicielstwem i wychowaniem dzieci czy opieką nad osobami starszymi).

Ku nowej umowie społeczno-fiskalnej

Można próbować uczynić polski system bardziej sprawiedliwym, odwołując się do dwóch krańcowych scenariuszy.

Pierwszy oznacza zostawienie struktury podatkowej na zbliżonym poziomie, ale wyciągnięcie z niej radykalnych wniosków, jeśli chodzi o uprawnienia socjalne, jakie powinny przysługiwać obywatelom. Skoro wszyscy oni poprzez VAT składają się na funkcjonowanie państwa, to należą im się podstawowe  uprawnieniasocjalne jedynie w oparciu o samo kryterium obywatelstwa, bez dodatkowych kryteriów selekcji. Skoro grupy niezamożne ponoszą tak duże (w relacji do skromniutkich budżetów domowych) ciężary fiskalne, to – między innymi – z tego tytułu państwo w znacznie większym stopniu powinno im to „odpłacić” inkluzyjną polityką wsparcia społecznego i szerokim dostępem do usług publicznych.

Jest to jednak trudne bez zmiany ogólnej puli środków, jakie państwo pozyskuje z podatków. Łączne przychody podatkowe nie są w Polsce wysokie. Z tego względu domena publiczna jest relatywnie szczupła i trudno z niej pokryć wydatki na rozbudowaną politykę społeczną, łączącą powszechne usługi publiczne ze specjalnymi programami wsparcia grup w trudnej sytuacji.

Druga strategia oznacza przeobrażenie struktury przychodów państwa. Z jednej strony poprzez zwiększenie w nich udziału (oraz progresji) podatków bezpośrednich. Zwiększy to obciążenie bogatszych, którzy jednak nadal będą mogli żyć na godziwym, choć nieco skromniejszym, poziomie. Towarzyszyć temu powinno zmniejszenie udziału VAT, w tym w ogóle zmniejszenie jego wysokości. Szczególnie dotkliwie, choć nie zawsze w sposób jawny i uświadomiony, daje się on we znaki grupom mniej zamożnym. Ten wariant z kolei może napotykać zasygnalizowane wyżej bariery w postaci społecznego oporu i indywidualnych strategii omijania postanowień owej „społecznej umowy”.

Wydaje się, że po jednoczesnym uwzględnieniu zasad sprawiedliwości społecznej i prawideł ekonomii politycznej jesteśmy zmuszeni szukać złotego środka. Należy uruchomić dryf struktury podatkowej (wedle strategii nr 2), a także stopniowo zwiększać ogólne przychody podatkowe. Należy to jednak czynić ewolucyjnie, a jednocześnie – po stronie wydatkowej – reformować politykę publiczną w kierunku rozbudowy działań na rzecz grup słabszych oraz budowania powszechnie dostępnych usług publicznych (zwłaszcza w sferach takich jak zdrowie, edukacja, opieka), z których korzystaliby nie tylko ubodzy, ale i klasa średnia (wedle strategii nr 1). Zintegrowanie tych mniej lub bardziej wyodrębnionych warstw w ramach jednego systemu usług może być kluczem do pozyskania legitymizacji nowej umowy społecznej, opartej na bardziej sprawiedliwym rozłożeniu ciężarów fiskalnych i dostępie do świadczeń społecznych według starej socjalistycznej zasady „od każdego według możliwości i każdemu według potrzeb”. Nie trzeba „bolszewickiej” rewolucji, by się do niej zbliżyć, wystarczą mądre reformy fiskalno-socjalne.

Rafał Bakalarczyk