przez Ryszard Szarfenberg | czwartek 31 października 2013 | Jesień 2013
Wyobraźmy sobie, że w 2011 r. powstał państwowy bank, w którym wszyscy dorośli obywatele (i stali mieszkańcy) Polski otrzymali indywidualne konta, na które dopisywano kwotę 1000 zł miesięcznie, wolną od podatku i niepodlegającą egzekucji na rzecz wierzycieli. Podkreślam – wszyscy, a nie tylko biedni, bezrobotni czy niepełnosprawni. Pani obsługująca kasę w supermarkecie i menedżer wyższego szczebla w banku, nauczyciel w szkole podstawowej i magazynier w małej firmie, ktoś prowadzący własną działalność i osoba niepracująca ze względu na obowiązki opiekuńcze. Wszyscy obywatele i osoby o statusie stałych mieszkańców, bez żadnych ograniczeń dotyczących ich zamożności i statusu na rynku pracy. Kwota jest dopisywana do kont co miesiąc aż do śmierci czy utraty statusu obywatela lub stałego mieszkańca. Byłaby ona waloryzowana co roku poziomem inflacji, żeby nie traciła realnej wartości. Proces waloryzacji może być zautomatyzowany i mieć również miesięczny lub nawet krótszy cykl.
Przedstawione powyżej rozwiązanie ma trzy ważne cechy. Po pierwsze jest powszechne w tym sensie, że nie wymaga spełnienia kryteriów dochodowych, gotowości do podejmowania zaoferowanej pracy ani też okresu opłacania składek czy zaświadczeń o niepełnosprawności. Po drugie ma zapewnić utrzymanie na poziomie minimum socjalnego, czyli wystarczyć na minimalne zaspokojenie podstawowych potrzeb biologicznych i społecznych – stąd określenie „podstawowy”. Po trzecie jest zindywidualizowane, otrzymuje je każdy, niezależnie od tego, czy żyje samotnie, czy utrzymuje się wspólnie z innymi osobami1.
W tym kontekście możemy postawić cztery zasadnicze pytania. Po pierwsze – dlaczego mielibyśmy zastąpić wszystkie obecne programy świadczeń pieniężnych indywidualnymi kontami obywatelskimi (IKO)? Po drugie – skąd weźmiemy pieniądze na ten program? Po trzecie – jakie konsekwencje dla jednostek i społeczeństwa będzie miało wprowadzenie tego rozwiązania? Po czwarte – jak można określić stopień wykonalności politycznej takiego projektu w Polsce?
Czy program IKO będzie lepszy od dotychczasowych świadczeń z zabezpieczenia społecznego?
W Polsce mamy wiele świadczeń wypłacanych różnym kategoriom osób pod różnymi warunkami związanymi ze stażem pracy, wiekiem, poziomem dochodów itp. Są to m.in. emerytury, renty z tytułu niezdolności do pracy, renty rodzinne, renty socjalne, zasiłki okresowe, zasiłki stałe, zasiłki rodzinne, świadczenia opiekuńcze, zasiłki chorobowe, zasiłki macierzyńskie, zasiłki wychowawcze, zasiłki dla bezrobotnych, świadczenia integracyjne, świadczenia przedemerytalne oraz rozmaite dodatki do przynajmniej niektórych z nich. Istnieją też zasady łączenia ze sobą świadczeń z różnych tytułów oraz łączenia ich z pracą. Regulują ten obszar liczne ustawy i rozporządzenia do nich; do ich realizacji powołano jednostki organizacyjne administracji publicznej, w których zatrudnione są co najmniej dziesiątki tysięcy ludzi.
Pierwsza i najbardziej oczywista zaleta programu IKO jest taka, że bardzo złożony system świadczeń pieniężnych staje się banalnie prosty. Nawet jeżeli niektóre świadczenia pieniężne pozostałyby albo do IKO przysługiwałyby dodatki z różnych tytułów, można przewidywać, że byłoby to coś prostszego w porównaniu z obecnymi rozwiązaniami.
Czy program IKO lepiej zabezpieczałby dochody obywateli niż obecny system świadczeń? Przede wszystkim stały miesięczny dochód, chroniony przed inflacją i egzekucją, dawałby większą pewność w porównaniu z większością obecnych zasiłków, które wypłacane są jednorazowo lub przez pewien okres (np. renta okresowa, zasiłek dla bezrobotnych, świadczenie integracyjne, zasiłek okresowy). Jedyne świadczenia o porównywalnej pewności są obecnie dostępne dla osób, u których tradycyjnie nie przewidywano przywrócenia zdolności do pracy ze względu na wiek lub poważną niepełnosprawność, np. emerytury, renty stałe, zasiłki stałe. Pod względem poziomu nawet minimalna emerytura nie spełnia obecnie standardu minimum socjalnego.
Ponadto w przypadku wszystkich osób czy gospodarstw domowych, które są ubogie w obecnym systemie, a większość z nich utrzymuje się ze źródeł niezarobkowych (poza emeryturami i rentami), przestałyby one być ubogie. Wymaga to założenia, że inne warunki nie zmienią się gwałtownie po wprowadzeniu IKO. Głównie dotyczy to inflacji. Gdyby doszło do hiperinflacji, wówczas założona powyżej waloryzacja IKO mogłaby być nieskuteczna w krótkim okresie, ale jej zautomatyzowanie i uczynienie miesięczną (lub tygodniową) przeciwdziałałoby takiej sytuacji. Podobnie rzecz się ma z podażą dóbr i usług. Gdyby wprowadzenie IKO spowodowało wycofanie się wielu osób z prowadzenia działalności na własny rachunek i z zatrudnienia pełnoetatowego, wówczas mogłyby się pojawić trudności z utrzymaniem podaży na poziomie sprzed wprowadzenia IKO (mniej firm, mniej pracujących), a popyt zasadniczo wzrósłby. Podobne znaczenie miałoby zmniejszenie wydajności pracujących, którzy nie byliby już motywowani widmem ubóstwa (patrz jednak dalej)2.
Można zapytać, czy część osób korzystających z obecnych świadczeń nie zbiedniałaby po wprowadzeniu IKO. Na przykład emeryci mający emerytury wyższe niż 1000 zł. Znacząco zbiednieją tylko ci, którzy nie mają innych źródeł dochodów poza emeryturą. Ogólnie rzecz biorąc, mogą być to przecież osoby zamożne (właściciele mieszkań, dużych oszczędności etc.). Dlatego utrata części emerytury niekoniecznie byłaby dla nich problemem. Poza tym zbiednienie tych uboższych emerytów nie będzie jednak prowadziło do ubóstwa, gdyż przed nim ma właśnie skutecznie chronić dochód powszechny. W ramach zasady praw nabytych trudno byłoby przeprowadzić reformę polegającą na obniżeniu emerytur już wypłacanych. Byłaby też ona bardzo niepopularna, szczególnie w gronie emerytów tracących na reformie relatywnie najwięcej3.
Program IKO będzie więc prostszy i da bardziej stabilne i lepiej chroniące przed ubóstwem zabezpieczenie dochodu w porównaniu z obecnym systemem. Jeżeli już ktoś straci na reformie, to będą to osoby i tak relatywnie zamożniejsze w systemie obecnym.
Czy również pod względem kosztów IKO będą lepsze? Jeżeli chodzi o koszty obsługi, to z pewnością tak, za co odpowiada uproszczenie systemu. Obecny system jest lepszy, gdy weźmiemy pod uwagę tylko koszt świadczeń. Porównajmy wypłacanie wszystkim obywatelom i mieszkańcom kwoty 1000 zł miesięcznie z obecnie wypłacanymi świadczeniami (często przecież niższymi i okresowymi), które trafiają tylko do niektórych: ubogich, bezrobotnych, chorych, niepełnosprawnych, rodziców dzieci, osób starszych, osób na urlopach macierzyńskich czy wychowawczych etc. Gdyby chcieć zrównać łączne koszty IKO (suma wypłat) z obecnymi łącznymi kosztami świadczeń pieniężnych, konieczne byłoby obniżenie podstawowego dochodu. Im będzie on niższy, tym mniejsza będzie ochrona przed ubóstwem i tym mniejsza przewaga pod tym względem nad systemem obecnym.
Jak sfinansować program IKO?
Miesięczne wpłaty na konto każdego dorosłego obywatela i stałego mieszkańca po 1000 zł dają łącznie bardzo wysokie sumy. W Polsce przez rok na wszystkich kontach zapisano by wówczas ponad 376,7 miliardów złotych. Przy objęciu całej populacji (z dziećmi) przekroczyłaby ona 460 mld4. Polski dochód narodowy (PKB) w 2011 r. wynosił 1,5 biliona złotych, a więc kwota przeznaczona na indywidualne konta obywatelskie dla dorosłych stanowiłaby ok. 25% PKB.
W 2011 r. wszystkie publiczne wydatki socjalne Polski (bez edukacji), łącznie z wydatkami na świadczenia w innych formach niż pieniądze (np. usługi zdrowotne, usługi rynku pracy i pomocy społecznej), stanowiły 21% PKB. Same świadczenia pieniężne obejmowały wówczas nieco ponad 14% PKB5. Rozdzielenie tej sumy na IKO dla dorosłych przy innych warunkach stałych dałoby miesięcznie 586 zł, a rocznie nieco ponad 7 tys. zł. Pamiętajmy jednak, że im niższa kwota IKO, tym gorsza ochrona przed ubóstwem i tym więcej osób obecnie korzystających z różnych świadczeń poniesie stratę po przejściu do nowego systemu. Zwiększenie dochodu podstawowego do 1000 zł oznacza więc konieczność znalezienia brakujących 11% PKB.
Klasycznym rozwiązaniem tego problemu są podatki. Mamy ich wiele rodzajów, np. od dochodów osób fizycznych, od dochodów osób prawnych, od wartości dodanej obecny w cenach (VAT) czy podatki akcyzowe, również dodawane do cen określonych produktów. Proponowane są też nowe: od wartości nieruchomości (katastralny), od energii czy wytwarzanych śmieci (i inne nazywane „zielonymi”), od transakcji na rynku finansowym (podatek Tobina). W ramach tej wielości można przewidywać przesunięcia, np. od podatków dochodowych do konsumpcyjnych i majątkowych.
Aby zwiększyć dochody podatkowe, można usunąć wszystkie ulgi i zwolnienia w obecnym systemie, dodać nowe podatki (np. katastralny, ekologiczny, od transakcji na rynkach finansowych) oraz podwyższyć istniejące podatki (w różnych kombinacjach, np. jedne mniej, a drugie bardziej).
Wpływy podatkowe w 2011 r. wynosiły 301,3 mld zł, w tym z podatków pośrednich (VAT) 180 mld. Musiałyby one wzrosnąć o 155 mld zł, żeby pokryć koszty pełnego programu IKO przy uwzględnieniu przeznaczenia całych środków z dotychczasowych świadczeń pieniężnych. Kwota ta może być nieco mniejsza, gdyż (niewielka) część obecnych świadczeń finansowana jest z podatków.
W powyższych rozważaniach chodziło o to, żeby koszt IKO był neutralny dla budżetu, czyli miałby w pełni zostać sfinansowany z oszczędności (tzn. zastąpienia świadczeń obecnych), likwidacji ulg, wzrostu i dodatkowych podatków. Jest to istotne, jeżeli nie chcemy, żeby z powodu wprowadzenia IKO doszło do wzrostu deficytu budżetu i w konsekwencji długu publicznego. Współcześnie bardzo podkreśla się znaczenie kontroli nad tymi parametrami (podobnie jak nad inflacją poprzez manipulowanie stopami procentowymi przez banki centralne) jako warunek zapewnienia stabilnego wzrostu gospodarczego.
Gdybyśmy uznali, że przyjęte progi ostrożnościowe są obecnie zbyt restrykcyjne6, wówczas program IKO mógłby być sfinansowany w części poprzez wzrost długu publicznego. Możemy też przyjąć bardziej radykalne krytyki zasad działania obecnego systemu pieniężnego jako podstawę do myślenia o rozwiązaniu problemu sfinansowania IKO.
Państwo polskie ma monopol na emisję pieniądza (przynajmniej do czasu wejścia do strefy euro), a jedynym ekonomicznym ograniczeniem tej emisji jest inflacja, a ściślej hiperinflacja (zbyt szybka utrata wartości pieniądza). Gdyby więc udało się nam emitować pieniądz, unikając zagrożenia hiperinflacją, wówczas byłoby może mniej problemów z finansowaniem celów publicznych na wyższym poziomie niż obecnie.
Jeżeli rząd chce wprowadzić więcej pieniędzy na rynek, może skupować papiery wartościowe banków albo odkupić własne papiery wartościowe od ich nabywców z poprzednich okresów. Pośredniczy w tym procesie rynek finansowy. Program IKO może być potraktowany nie tylko jako alternatywa dla całej reszty świadczeń pieniężnych z zabezpieczenia społecznego, ale też jako alternatywny lub uzupełniający sposób kreowania pieniądza.
Idea ta pojawiła się w USA, które w czasie ostatniego kryzysu wprowadziły na rynek dużą ilość pieniądza poprzez kupowanie papierów wartościowych banków prywatnych, aby te pożyczały więcej pieniędzy firmom i obywatelom. W ten sposób rząd USA chce stymulować inwestycje i popyt. Zamiast tego te same pieniądze mogłyby być dopisane do IKO – wówczas byłyby stymulatorem dla popytu gospodarstw domowych7. Jest to starszy argument, oparty na keynesizmie, uzasadniający przynajmniej część świadczeń pieniężnych tym, że stabilizują one gospodarkę.
Zakorzenienie dochodu powszechnego w systemie kreacji pieniądza dobrze widać w propozycjach e-walut (Bitcoin i alternatywy, np. Freicoin). W jednym z tekstów na ten temat wyrażono to bardzo bezpośrednio: Najprostszym sposobem na egalitarne kreowanie pieniądza jest emitowanie go w równych sumach dla każdego obywatela8. Autor nawiązał przy tym bezpośrednio do idei dochodu powszechnego i jednego z argumentów na rzecz zasady równego udziału każdego obywatela w zyskach z eksploatacji – z założenia wspólnych – zasobów planety, takich jak ropa, węgiel, oceany etc.
Zasadnicza różnica między państwowym bankiem IKO a propozycjami e-walut jest taka, że intencją tych ostatnich jest decentralizacja kontroli nad pieniądzem i uczynienie jej oddolną. Program dochodu powszechnego w postaci IKO zakłada raczej odgórne podejście. Być może należałoby się zastanowić nad tym, jak w sposób oddolny i lokalnie zapewnić każdemu dochód podstawowy. Tworzenie społeczności e-walut wymaga tylko posiadania sprzętu komputerowego (w przypadku Bitcoin im lepszy, tym większy potencjał do emisji pieniądza) i znajomości zasad działania systemu. Samo oprogramowanie jest bezpłatne.
Należy sobie zdać sprawę, jak wielkie znaczenie uzyskałby państwowy bank obsługujący IKO – po jednym roku jego majątek wynosiłby potencjalnie 25% PKB Polski. Założenie, że wszyscy będą od razu na bieżąco wypłacać swoje pieniądze z IKO, nie wydaje się realistyczne – mniejsza lub większa część będzie pozostawała na kontach. Można sobie wyobrazić, że ten bank mógłby sam prowadzić niezależną politykę kredytową, wskazując tym samym poziom stóp procentowych dla banków prywatnych9. Wówczas mógłby to być też kredyt dla firm czy organizacji obywatelskich. W ten sposób również inwestycje byłyby wspierane dzięki IKO.
Jakie konsekwencje będzie miało wprowadzenie IKO?
To pytanie jest najtrudniejsze, gdyż nie ma dotąd kraju, który by wprowadził program tego typu. Są jednak już lokalne eksperymenty, np. w Indiach10, oraz symulacje za pomocą modeli ekonometrycznych11. Wspomniany eksperyment polegał na wylosowaniu 20 podobnych wsi. Mieszkańcy 8 z nich otrzymali dochód podstawowy w wysokości 200 rupii (dzieci w wieku poniżej 14 lat o połowę mniejszy) miesięcznie, a pozostałe 12 wsi służyło jako grupa kontrolna. Zbadano sytuację wszystkich wsi przed rozpoczęciem eksperymentu, a potem prowadzono systematyczne badania, aby stwierdzić empirycznie, jakie skutki miało wprowadzenie dochodu powszechnego. Na razie nie ma jeszcze opracowania naukowego wyników, ale wstępne rozpoznanie wykazało liczne pozytywne konsekwencje w wielu sferach12.
Czy IKO coś zmienią poza tym, że każdy dodatkowo będzie dysponował miesięcznie 1000 zł? Wówczas (przy innych warunkach stałych) zmniejszy się ubóstwo absolutne i nierówności dochodowe. Dodanie każdemu takiej samej kwoty nie zmienia poziomu nierównomierności rozkładu dochodów, ale IKO to nie tylko dodatkowy stały dochód na koncie, lecz także zwiększone podatki od zarobków. Mogą być one nadal mniej lub bardziej progresywne, działając redystrybucyjnie.
Nie po to jednak wprowadzamy IKO, aby osiągnąć efekty widoczne jedynie w statystyce dochodów. Jest pewne, że ludzie mając do dyspozycji dodatkowy dochód, coś z nim zrobią i dostosują swoje zachowania. Są trzy możliwości w tym względzie. Jedni będą go wydawać na bieżąco w całości (dotyczy uboższych obywateli), inni w części, a jeszcze inni pozostawią go na koncie bez uszczerbku. W przypadkach drugim i trzecim pieniądze pozostawione na IKO będą stanowiły oszczędności. Banki prywatne zapewne będą zabiegać o to, żeby pieniądze te zostały przelane na prowadzone przez nie konta. Musiałyby to robić poprzez zachęty w postaci oprocentowania wyższego niż inflacja (stopa waloryzacji IKO).
Bieżący strumień wydatków przyczyni się do lepszego zaspokojenia potrzeb konsumpcyjnych, w szczególności biedniejszej części ludności. Z kolei oszczędności pozwolą, po krótszym lub dłuższym okresie, na zakup droższych dóbr i usług.
Wszystko to pod warunkiem, że podaż dóbr i usług zwiększy się odpowiednio do zwiększonego popytu. Można założyć, że potencjał produkcyjny gospodarki światowej wciąż rośnie (dzięki postępowi technologicznemu), a popyt, nie nadążając za nim, jest istotną barierą w tym względzie. Automatyzacja, komputeryzacja, globalizacja i osłabienie związków zawodowych sprawiają, że udział płac w dochodzie narodowym zmniejsza się, a wraz z nim również popyt. W takiej sytuacji IKO nie spowodują dodatkowej inflacji lub będzie ona umiarkowana, wypełnią one bowiem powiększającą się lukę popytową13.
Jak IKO mogłyby wpłynąć na stronę podażową rynku pracy? Skoro wszyscy mają stały dochód chroniący przed ubóstwem, to zmniejsza się presja ekonomiczna na podejmowanie pracy wyłącznie dla zapewnienia sobie środków na przeżycie. Przekonanie, że ludzie pracują tylko ze względu na to, wydaje się błędne. Liczne badania pokazują, że praca daje nam wiele niematerialnych korzyści. U podstaw upowszechnienia przekonania, że praca jest zawsze przykrym przymusem, leży popularność założeń czynionych przez ekonomistów dla celów formalnego modelowania zachowań ekonomicznych (model homo economicus, który pracuje tylko wtedy, gdy nie ma za co przeżyć).
Zakładając jednak, że taki efekt występuje, miałby on większe znaczenie głównie dla mało dochodowych przedsięwzięć ekonomicznych i niskopłatnych prac niskiej jakości. Tam, gdzie przed 2011 r. zarabiano o wiele więcej niż minimum, nie należy przewidywać zmniejszenia liczby godzin pracy czy jej wydajności. Biorąc pod uwagę, że prace niskopłatne w przemyśle, ale też w usługach, związane są z wykonywaniem prostych czynności, niedających dużej satysfakcji, dalsze zmniejszenie ich znaczenia można uznać za trend pozytywny. Z kolei presja wzrostu popytu (nie tylko ze względu na zwiększone dochody) może działać proinnowacyjnie – przynosić nowe sposoby zaspokajania prostych potrzeb, ale też stymulować zaspokajanie ich we własnym zakresie lub bez pośrednictwa rynku pracy, np. świadczenie sobie usług nieodpłatnie, deformalizacja najmniej atrakcyjnej części rynku pracy.
Jeżeli nawet ludzie będą mniej pracowali odpłatnie, to nie znaczy, że cała reszta ich czasu spędzona zostanie bezproduktywnie. Działalność społeczna, wolontariat, opieka i wychowanie, edukacja, sztuka etc. są użyteczne i produktywne. Jak wspomniano wyżej, może dotyczyć to w większym stopniu tych, którzy na ogół mają mniejsze szanse na wysokopłatne zajęcia. Zakładając, że te szanse zmniejsza niski poziom kompetencji i/lub ich niedopasowanie do gospodarczego otoczenia, ten uwolniony czas mógłby zostać przeznaczony na poprawianie sytuacji w tym względzie przy pomocy innych.
Jeden z argumentów przeciwko IKO mówi, że pogorszy on sytuację pracowników w segmencie prac niskiej jakości, np. poprzez wzrost wykorzystania umów cywilnoprawnych i obniżkę płac14. Po pierwsze – po zapewnieniu każdemu dochodu na poziomie minimum utrzymania presja ekonomiczna na podejmowanie jakiejkolwiek pracy zmniejszy się, a więc siła przetargowa pracowników wzrośnie. Jeżeli zatrudniający nie da im tyle, ile chcą, i takiej umowy, jakiej chcą, poszukają innego. Po drugie – żeby uniemożliwić zatrudniającym nieproporcjonalne wzbogacenie się kosztem społeczeństwa, można utrzymać w mocy przepisy o płacy minimalnej. Po trzecie – w nowym systemie bezpieczeństwo socjalne zagwarantowane jest każdemu niezależnie od rodzaju umowy (w starym zależy od niego w dużym stopniu), a więc różnica między nimi na tej podstawie traci znaczenie.
Zatrzymajmy się chwilę nad płacą minimalną. Uzasadniana jest ona nie tylko tym, że troszczymy się o poziom dochodów pracowników, ale również tym, aby zatrudniający nie bogacili się kosztem społeczeństwa zapewniającego każdemu dochód podstawowy15. Inaczej mówiąc, instytucja ta utrudnia im decyzję o obniżeniu płac pod wpływem przekonania, że mogą mniej płacić pracownikom i zwiększać tym samym własną korzyść finansową.
Osoby w wieku produkcyjnym nieaktywne zawodowo przed 2011 r. również będą otrzymywały stały dochód. Jak to może wpłynąć na ich zachowania? Przyjmijmy, że są to głównie kobiety zajmujące się dziećmi i osobami niesamodzielnymi oraz mężczyźni z mniejszymi lub większymi problemami zdrowotnymi, niepełnosprawni lub tracący sprawnosć. Pierwsza grupa wykonuje bardzo pożyteczne czynności, więc nie ma powodu, dla którego miałaby z tego względu cierpieć ubóstwo. Z kolei druga grupa to osoby często chorujące, przewlekle chore lub niepełnosprawne, które były wspierane przez tradycyjne świadczenia społeczne. Również w tym przypadku zgoda na to, aby te osoby były ubogie, wydaje się być moralnie trudna do uzasadnienia.
Część osób być może zrezygnuje z pracy na rzecz zajmowania się wyłącznie dziećmi lub innymi osobami niesamodzielnymi. Będą to głównie kobiety ze względu na to, że zarobki mężczyzn są zwykle wyższe. Poziom dezaktywizacji zawodowej kobiet zależy m.in. od poziomu ich zarobków i satysfakcji z pracy, a także od ich preferencji. Tam, gdzie poziom tych czynników jest niski, a zarobki mężczyzn znacząco wyższe niż minimum, bardziej realna jest możliwość rezygnacji z pracy po otrzymaniu stałego dochodu w programie IKO. Co do preferencji, część kobiet z tej grupy może chcieć zajmować się dziećmi, wówczas stały dochód umożliwi im osiągnięcie stanu pożądanego. Z kolei te nastawione na karierę zawodową będą mogły ją kontynuować, mając przy tym świadomość niezależności, którą daje IKO.
Zapewnienie dochodu poprzez opisywany tu program nie jest sprzeczne z prawem kobiet, osób przewlekle chorych i osób niepełnosprawnych do tradycyjnej kariery zawodowej i wspierania ich w tym względzie za pomocą działań publicznych czy świadczeń niepieniężnych, np. działań antydyskryminacyjnych, usług zdrowotnych, rehabilitacyjnych, aktywizacyjnych. Możliwość łączenia dochodu z IKO z dochodem z pracy bez żadnych ograniczeń sprawia, że nie istnieje problem obawy o utratę stałego źródła dochodu na rzecz niepewnego i czasem mniejszego w wymiarze netto. Opodatkowanie dochodu z pracy przy niskich zarobkach mogłoby rosnąć stopniowo, aby zmniejszyć możliwy efekt zniechęcający, gdy każda złotówka zarobiona ponad IKO obłożona jest od razu wysokim podatkiem.
Zmniejszenie presji ekonomicznej może też spowodować, że ludzie nie będą z obawy o utratę dochodu pozostawać w niesatysfakcjonujących ich związkach i rodzinach. Dotyczy to kobiet, które mają obecnie niższe zarobki i częściej przerywaną karierę zawodową ze względu na dzieci. Dotyczy to także pełnoletniej młodzieży, która mając stały dochód, nie musi pozostawać w domu z rodzicami na ich utrzymaniu.
Jakie są szanse na wprowadzenie programu IKO w życie?
Obecnie żadna licząca się na polskiej scenie politycznej partia nie popiera rozwiązań w rodzaju tego przedstawionego wyżej. Może być tak z kilku istotnych powodów. Na pewno brakuje pomysłu na wpisanie IKO w system finansów publicznych. Druga kwestia to radykalizm reform, których wymagałoby wprowadzenie tego rozwiązania (likwidacja obecnego systemu świadczeniowego). Inny problem to liczne obawy o to, jakie konsekwencje będzie miał taki program dla gospodarki, społeczeństwa, kultury i polityki, w tym również społecznej.
Pokazane wyżej kwoty, których uzyskanie wymagałoby zasadniczego zwiększenia podatków i/lub zwiększenia długu publicznego, od razu skazuje propozycje tego rodzaju w najlepszym razie na milczenie i uznanie za w ogóle niewarte dyskusji, a w najgorszym na szyderstwa i wyśmiewanie, oskarżanie o populizm i szkodnictwo oraz wykluczenie ich autorów z dyskusji o poważnych sprawach dobra publicznego.
Obawy o konsekwencje wprowadzenia IKO najlepiej widać, gdy uczyni się analogię do drukowania pieniędzy i pokaże przykłady krajów z hiperinflacją, z sugestią, że była ona spowodowana przez decyzje nieodpowiedzialnych polityków.
Poza tym zlikwidowanie złożonych i rozległych instytucji zabezpieczenia społecznego dochodu (głównie ubezpieczenie społeczne, dominujące w Polsce), które zostały wypracowane w XX wieku, wydaje się być całkowicie poza możliwościami współczesnej polityki partyjnej. Partia, która zaproponowałaby takie rozwiązanie, od razu byłaby oskarżona przez opozycję najpierw o zamach na poziom życia najsłabszych (głównie emerytów), a następnie o chęć zarżnięcia gospodarki wysokimi podatkami i wyhodowanie przy okazji szerokiej rzeszy ludzi „marginesowych”, pozostających przez pokolenia bez pracy.
W społeczeństwie musiałoby dominować przekonanie, że obecny system socjalny jest skrajnie niewydolny, pozostawia w ubóstwie większość swoich klientów, a niewielką mniejszość obdarza niesprawiedliwymi przywilejami. Co prawda neoliberalna propaganda i reformy nią inspirowane przyczyniają się walnie do rozpowszechnienia takich opinii. Jednocześnie umacnia ona jednak w ludziach przekonanie, że podatki powinny być niskie, bo i tak skazani są na rynek w zaspokajaniu potrzeb swoich i rodziny. W rzeczywistości obecny system świadczeniowy (łącznie z emeryturami) zmniejsza poziom hipotetycznego ubóstwa rynkowego z ponad 40% do 17%.
Opisywane wyżej możliwe konsekwencje wprowadzenia IKO są oceniane w zależności od wyznawanej ideologii, hierarchii wartości, a także od tego, jak rozumie się działanie finansów, gospodarki i społeczeństwa. Wyrażane są obawy, że pojawi się więcej osób niepracujących, że pogorszą się warunki pracy i płacy, że wystąpi hiperinflacja, że ze względu na duże koszty ograniczone zostaną bezpłatne usługi społeczne, że kobiety będą częściej zostawały w domu itd. Skojarzenie z rozdawnictwem i prostym egalitaryzmem (każdemu tyle samo) skazuje na polityczny margines. Główne siły polityczne przeszłości (SLD) i teraźniejszości (PO) popierają hasła lepszego adresowania świadczeń, co oznacza selektywność, a nie powszechność. Spory i reformy w kwestii becikowego najlepiej pokazują stosunek polskich elit, socjaldemokratyczno-liberalnych, do uniwersalnych świadczeń w takiej samej wysokości dla wszystkich kobiet (nota bene również 1000 zł, które z powodu braku waloryzacji sporo już straciło na wartości od czasu uruchomienia programu). Najpierw wprowadzono warunkowanie zachowaniami (konieczna wizyta u ginekologa), a następnie odcięto najzamożniejszych, przysparzając problemów dokumentacyjnych całej reszcie.
Podsumowanie
Największym wyzwaniem jest przełamanie negatywnych stereotypów, które przypisano świadczeniom pieniężnym (czynią biernymi, uzależniają, rodzą roszczeniowość, utrwalają biedę itp.), w szczególności tym powszechnym, czyli dla wszystkich, bez kryteriów dochodowych (nie tylko dla ubogich) i wymogów poszukiwania pracy (nie tylko dla pozostających bez pracy).
Drugim wyzwaniem jest takie zaprojektowanie programu IKO, aby nie wyeliminowało go od razu myślenie w kategoriach kondycji finansów publicznych oraz jej wpływu na gospodarkę (w szczególności podaż i wydajność pracy). Można starać się odrzucić konwencjonalne podejście skupione na równowadze budżetowej i kontroli ilości pieniądza w gospodarce oraz modelu homo economicus. Musimy wtedy zaproponować coś alternatywnego i co najmniej równie przekonującego16.
Kolejnym problemem może być konieczność dokonania radykalnej zmiany nie tylko w ramach jednego kraju. Polska jest członkiem UE, aspirujemy do strefy euro (ostatnio mniej gorliwie). Wprowadzenie IKO w takich warunkach może być jeszcze bardziej skomplikowane. Szczególnie jeżeli w strefie euro będą przeważały charakterystyczne dla dzisiejszych czasów poglądyna temat tego, jak funkcjonuje gospodarka, dodatkowo wspierane metodami pomiaru (system rachunków narodowych) i polityką makroekonomiczną (nadzór i dyscyplinowanie polityki fiskalno-transferowej krajów członkowskich). W takim przypadku dochód podstawowy powinien być rozwiązaniem europejskim i mamy już inicjatywę obywatelską zmierzającą w tym kierunku (można ją poprzeć na stronie: basicincome2013.eu)17.
www.dochodpodstawowy.pl
Przypisy:
- Więcej na temat rozwiązań tego rodzaju zob. P. van Parijs, Dochód podstawowy dla wszystkich. Jeżeli rzeczywiście leży nam na sercu wolność, dajmy ludziom bezwarunkowy dochód, „Problemy Polityki Społecznej” nr 11, 2009; R. Szarfenberg, Prawo do podstawowego bezpieczeństwa dochodowego na podstawie artykułów Guy Standinga i nie tylko, 2005; i inne teksty na stronie www.dochodpodstawowy.pl w dziale linki.
- Jedno z pytań, na które trzeba odpowiedzieć, dotyczy reakcji otoczenia kraju, który pierwszy wprowadzi IKO. Jeżeli wzrośnie w nim popyt, ale podaż dóbr i usług spadnie (ze względu na mniejszą podaż pracy), wówczas można przewidywać wzrost importu, tzn. wstępna hipoteza jest taka, że IKO pobudzi gospodarkę bardziej w innych krajach niż w macierzystym. Wymaga to jednak założenia, że nawet w średnim okresie lokalna podaż nie dostosuje się do zwiększonego popytu.
- Zwykle w takich sytuacjach przewiduje się długie okresy przejściowe oraz objęcie reformą tylko młodszych grup wiekowych.
- Dla dzieci konto IKO ma charakter czysto oszczędnościowy, tzn. dopiero po osiągnięciu określonego wieku osoby mogłyby wykorzystać zgromadzone na nim środki. Rodzice mają obowiązek utrzymywania dzieci, dlatego kalkulacja poziomu IKO powinna to uwzględnić. Z tego powodu nie wydaje się być sensownym zapewnianie kont również dla dzieci.
- Zob.: OECD, 2013, http://stats.oecd.org/
- Polski rząd w 2013 uznał, że należy zawiesić jeden z takich progów w ustawie o finansach publicznych.
- G. Standing, Responding to the crisis: economic stabilisation grants, „Policy & Politics”, vol. 39, nr 1, 2011.
- Wpis na blogu fundacji P2P dokonany przez Michela Bauwensa: Charles Eisenstein on the Next Step for Digital Currency, http://blog.p2pfoundation.net/charles-eisenstein-on-the-next-step-for-digital-currency/2013/07/22. Eisenstein znany jest z książki o historii pieniądza od starożytności, pt. Sacred Economics: Money, Gift, and Society in the Age of Transition wydanej w 2011 r., a Bauwens jest teoretykiem P2P, zob. jego i innych, A Synthetic Overview of the Collaborative Economy, Orange Labs and P2P Foundation, 2012.
- Warto zastanowić się, czy nie można by w ten sposób zastąpić obecnego mechanizmu ustalania stóp procentowych przez banki centralne. Taką rolę odrywałaby stopa waloryzacji, gdyż wtedy banki prywatne zainteresowane pieniędzmi IKO musiałyby zaoferować wyższy poziom. Z kolei stopa procentowa pożyczek z banku IKO działałaby tak, że banki prywatne musiałyby dawać ją niższą, aby zachęcać do zadłużania się u siebie.
- G. Standing, The poor are responsible too, „Financial Express”, 6 czerwca 2013, http://www.financialexpress.com/news/column-the-poor-are-responsible-too/1125548. Na podobny temat ten sam autor: Can Basic Income Cash Transfers Transform India?, „Citizen’s Income Newsletter” nr 2, 2013.
- Dla czterech krajów europejskich i kilku alternatywnych rozwiązań zob. U. Colombino et al., Alternative Basic Income Mechanisms: An Evaluation Exercise with a Microeconometric Model, „Basic Income Studies” vol. 5 nr 1, 2010. Porównanie z gender based tax na przykładzie Włoch zob. U. Colombino, E. Narazani, What’s Best for Women: Gender Based Taxation, Wage Subsidies or Basic Income?, „EUROMOD Working Paper” No. EM 10/13, May 2013.
- Lista tych zmian zob. http://binews.org/2013/08/india-basic-income-pilot-project-releases-an-impressive-list-of-findings/.
- Tak argumentuje m.in. K. Lewandowski w artykułach: Dochód podstawowy w dobie informacji oraz Luka, „Gazeta Pozytywna Społecznie” nr 2.
- G. Konat, Dochód obywatelski: liberalna utopia?, „Le Monde Diplomatique” nr 5/87, 2013.
- D. Schroeder użyła tego argumentu w kontekście obecnego systemu kapitalistycznego w krajach rozwiniętych z wbudowanym zabezpieczeniem społecznym, Work Incentives and Welfare Provision: The „pathological theory of unemployment”, 2000, s. 139.
- Przykładowo M. Szlinder proponuje oprzeć ekonomiczną argumentację za dochodem powszechnym na teorii Michała Kaleckiego, jednego z wybitnych polskich ekonomistów.
- Numer nadany w rejestrze Komisji: ECI(2013)000001, data rejestracji: 14/01/2013, termin zbierania podpisów – rok.
przez Ryszard Szarfenberg | środa 16 stycznia 2013 | Zima 2012
Za jakie działy administracji rządowej odpowiadałoby moje ministerstwo? Przyjąłbym wąskie rozumienie rozwoju społecznego, pozostawiając rozwój gospodarczy czy ekologiczny kompetencjom innych ministerstw. Co składałoby się na sprawy rozwoju społecznego? Z grubsza to, co wchodzi w zakres kwestii, którymi zajmuje się obecnie ministerstwo pracy i polityki społecznej, czyli sprawy pracy i zabezpieczenia społecznego, natomiast sprawy rodziny (którymi również zajmuje się MPiPS) oddałbym oddzielnemu ministerstwu ds. rodziny.
Zmiana nazwy „ministerstwo pracy i polityki społecznej” na „ministerstwo rozwoju społecznego i wsparcia socjalnego” zapewne spotkałaby się z dużym oporem. Po pierwsze mógłby pojawić się problem ze sprecyzowaniem pojęcia rozwoju społecznego, po drugie wątpliwości, czy kluczowa dla rozwoju społecznego, z jego główną zasadą sprawiedliwości społecznej, jest praca. Byłbym jednak skłonny przyjąć taki punkt widzenia, gdyż od pozycji członków gospodarstwa domowego w świecie pracy (ogólniej od ich pozycji w strukturze społeczno-ekonomicznej) zależą w dużej mierze ich szanse życiowe oraz mobilność międzypokoleniowa, tzn. szanse dzieci z rodzin z różnych klas społecznych.
Najbardziej dotkliwe problemy społeczne w obszarze rozwoju społecznego rozumianego poprzez pryzmat pracy to: 1. bezskuteczne poszukiwanie zatrudnienia; 2. pozostawanie bez pracy wbrew woli; 3. wyzysk i inne patologie w sferze pracy; 4. niestabilność sytuacji w tej sferze.
Za najbardziej dotkliwy problem społeczny w obszarze wsparcia socjalnego uważam ubóstwo mierzone minimum egzystencji, czyli ubóstwo skrajne, które w Polsce dotyka ponad 2,5 miliona osób, a wśród nich duży odsetek stanowią dzieci. Ubóstwo skrajne wzrosło w 2011 r., co oznacza, że sytuacja się pogarsza.
Inicjatywy koniecznie wymagające dofinansowania w obu tych dziedzinach to: aktywne i pasywne programy rynku pracy, działalność kontrolna Państwowej Inspekcji Pracy, zasiłki okresowe z pomocy społecznej, zasiłki rodzinne i dodatki do nich, opieka instytucjonalna dla dzieci (szczególnie w postaci żłobków i przedszkoli), asystentura rodziny i piecza zastępcza (te ostatnie mogą być jednak w zakresie ministerstwa spraw rodziny).
Mechanizmy, które moim zdaniem obecnie nie działają tak, jak powinny, to: regulacja rynku pracy (nie zapobiega rozprzestrzenianiu się zatrudnienia niskiej jakości), klauzule społeczne w zamówieniach publicznych (nie są dostatecznie często wykorzystywane), pomoc społeczna w postaci zasiłków okresowych (są za niskie i nie trafiają do wszystkich uprawnionych), system waloryzacji kryteriów dochodowych w strukturze pomocy społecznej i świadczeń rodzinnych (zawiódł skandalicznie, kryteria pomocy społecznej były do niedawna niższe niż minimum egzystencji, czyli granica skrajnej biedy), centra integracji społecznej (jest ich za mało, nie powstają nowe), asystentura rodziny i system pieczy zastępczej (problemy z upowszechnieniem i jakością).
Z pewnością moim pierwszym posunięciem byłoby doprowadzenie do ratyfikowania przez Polskę Zrewidowanej Europejskiej Karty Społecznej wraz z protokołem umożliwiającym składanie skarg do Komitetu Praw Społecznych Rady Europy nie tylko przez organizacje europejskie, ale również przez ogólnokrajowe organizacje polskie (wzorem jest tu Finlandia). Karta została podpisana przez Polskę wiele lat temu i już dawno powinna być ratyfikowana. Dałbym też zielone światło pracom dążącym do sprawienia, by polskie ustawodawstwo było w pełni zgodne z Konwencją 102 Międzynarodowej Organizacji Pracy o minimalnych normach zabezpieczenia społecznego.
W obszarze dialogu społecznego wprowadziłbym programy wzmacniające jego aspekty techniczne i merytoryczne, szczególnie po stronie związkowej. Aby dialog społeczny był prowadzony na odpowiednim poziomie, obie strony powinny dysponować podobnymi zasobami. Dodatkowo włączyłbym jako pełnoprawnych członków przedstawicieli ogólnokrajowych federacji organizacji pozarządowych, również wzmocnionych, wówczas dialog społeczny uzyskałby także wymiar obywatelski.
W obszarze pracy priorytet dałbym zmianom ustawowym, które sprawiłyby, że umowy na czas określony nie byłyby nadużywane, a także nie stosowano by umów cywilnoprawnych zamiast umów kodeksowych.
W obszarze zabezpieczenia społecznego osób niepełnosprawnych dałbym zielone światło dla reformy, dzięki której uprawnienia do rent byłyby przyznawane na innej zasadzie niż obecnie – nie jako rekompensata niezdolności do pracy, ale uwzględnienie zwiększonych kosztów utrzymania. Wówczas można byłoby łączyć te renty z pracą bez żadnych ograniczeń.
W obszarze pomocy społecznej doprowadziłbym do tego, że stanie się ona prawem obywatelskim. Byłoby to związane z usunięciem z ustawy tych zapisów, które sprawiają, że takim prawem nie jest. Musiałoby nastąpić: po pierwsze usunięcie klauzuli o możliwościach pomocy społecznej; po drugie zagwarantowanie 100% zasiłku okresowego. Zmieniłbym też zasadę przyznawania świadczeń pieniężnych – wystarczałoby tu spełnienie kryterium ubóstwa. Zgodnie z już ogłoszonymi propozycjami obecnego Ministerstwa Pracy, oddzieliłbym wyraźnie sprawy przyznawania zasiłków od udzielania usług o charakterze pomocowym. W tej dziedzinie zadbałbym o upowszechnienie sprawdzonych naukowo metod pracy socjalnej (np. koncentrowanie pracy na zadaniach, na rozwiązaniach, wywiad motywujący).
W obszarze zatrudnienia socjalnego popierałbym reformy upowszechniające system Centrów Integracji Społecznej, a szerzej idee i praktyki gospodarki społecznej.
W obszarze świadczeń rodzinnych usunąłbym kryteria dochodowe, aby pomoc pieniężna była skierowana do wszystkich dzieci.
W obszarze zamówień publicznych klauzulę społeczną uczyniłbym obowiązkową. Kto chce korzystać ze środków publicznych, ten powinien wykazać się społeczną odpowiedzialnością nie tylko w takim sensie, że płaci podatki i składki na czas. Zatrudnianie osób znajdujących się w sytuacji gorszej niż inne na rynku pracy powinno być jednym z punktowanych kryteriów.
Co do wykorzystania funduszy europejskich w przyszłym okresie finansowania, w interesującym mnie obszarze EFS popieram wyodrębnienie priorytetu przeciwdziałania ubóstwu i wykluczeniu społecznemu od priorytetu prozatrudnieniowego. W ramach tego pierwszego postawiłbym na aktywną integrację i wszechstronne strategie społecznościowe. W programie aktywnej integracji odzwierciedlone byłyby trzy filary tego podejścia: minimalny dochód, inkluzywny rynek pracy, usługi prointegracyjne wysokiej jakości.
Jeżeli chodzi o poparcie dla strategii lokalnych, konieczna byłaby m.in. część związana z sensowną partycypacją obywateli oraz podmiotów ze wszystkich sektorów, a głównym celem tych programów powinno być ograniczenie ubóstwa. Ze względu na daleko idącą decentralizację programów z zakresu rozwoju społecznego i wsparcia socjalnego współpraca z samorządami jest bardzo ważna, więc poszukiwałbym nowej formuły podziału zadań i środków w tym obszarze.
W przypadku organizacji społecznych zainteresowanych projektami EFS, wspierałbym tworzenie sieci i federacji, żeby na poziomie centralnym wyłonić silną reprezentację. Ważne byłoby również zapewnienie w lokalnej implementacji programów EFS większej kontroli ze strony obywateli, w tym tych, którzy mają korzystać z pomocy.
W przypadku środowisk naukowych przemyślałbym usytuowanie trzech instytutów – Centralnego Instytutu Ochrony Pracy, Instytutu Rozwoju Służb Społecznych, Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych – w kontekście działów analitycznych samego ministerstwa. Na pewno wzmocniłbym te podmioty i uruchomiłbym program zwiększenia przekładalności wyników badań naukowych na praktykę.
przez Ryszard Szarfenberg | czwartek 11 października 2012 | Jesień 2012
W 2009 r. na konferencji prasowej premier Donald Tusk ogłosił, że Polska jest zieloną wyspą w Europie. Podstawą tego stwierdzenia był fakt, że tylko u nas odnotowano dodatni wzrost gospodarczy w porównaniu z poprzednim rokiem. W pozostałych państwach UE mieliśmy do czynienia z kryzysem gospodarczym, a w kraju nad Wisłą wystąpiło „jedynie” spowolnienie dynamiki PKB.
Taka sytuacja wzbudziła spore zainteresowanie na świecie. Z tego też powodu dyskurs kryzysowy jest w Polsce do dzisiaj słabo obecny, a zagrożenie kryzysem i losy Grecji są wygodnym straszakiem i uzasadnieniem dla reform polegających na cięciach i ograniczaniu wydatków publicznych. Spowolnieniu gospodarczemu towarzyszą niepokojące trendy, które zaburzają nieco obraz oazy spokoju na wzburzonym oceanie. Ogólny spadek ubóstwa (szczególnie jego skrajnej formy), trwający od kilku lat, zatrzymał się, a w przypadku najsłabszych grup społecznych sytuacja zaczęła się wręcz pogarszać.
Reformy podejmowane przez rząd PO-PSL nie ochroniły najbiedniejszych, co należy uznać za porażkę z perspektywy sprawiedliwości społecznej, nadającej sytuacji najuboższych duże znaczenie w ocenie zmian.
Polska jako gospodarcza zielona wyspa

Porównanie wzrostu PKB rok do roku za 2009 r. dało Polsce unikalne miejsce wśród państw EU. Byliśmy jedynym krajem z dodatnim wzrostem gospodarczym, co pokazuje powyższa mapa.
Fakt ten był dyskontowany przez polityków partii rządzącej, którzy wyjaśniali go swoją roztropną polityką gospodarczą. Niechętni rządowej interpretacji twierdzili, że wynikało to przede wszystkim z niewielkiego udziału polskich banków w handlu najbardziej ryzykownymi papierami wartościowymi. Bardziej rozsądnie jest przyjąć, że na taki wynik Polski złożyło się wiele czynników, w tym inwestycje publiczne, finansowane w dużej części ze środków UE.
W ujęciu dynamicznym porównanie wzrostu realnego PKB na mieszkańca między 2007 r. a szacunkami dla 2011 r., dla krajów nie odbiegających od Polski pod względem zamożności w przeliczeniu na siłę nabywczą (przedział od 10 do 20 tys. dolarów w 2007 r., 32 kraje ze 182), dało Polsce miejsce w pierwszej dziesiątce. Wskaźnik ten wzrósł o 23%, a wśród krajów europejskich, które Polskę wyprzedziły, była w tej grupie tylko Białoruś. Jeżeli porównalibyśmy jedynie kraje centralnej i wschodniej Europy (bez zadbania o porównywalny punkt wyjścia), to pierwsze miejsce zajmowaliśmy ex aequo z Albanią.
Biorąc pod uwagę wszystkie 182 kraje, najlepszy wynik zanotowały Chiny (51%), niedaleko były Indie (36%) oraz Argentyna (wzrost o 30%). Na końcu znaleźli się najwięksi przegrani kryzysu, z ujemnym wzrostem od kilkunastu do kilku procent: Bahrajn, Łotwa, Irlandia, Grecja, Islandia, Estonia, Włochy.
W świetle danych międzynarodowych kondycja gospodarki polskiej wygląda więc bardzo dobrze. Czy podobne wrażenie będziemy mieli, gdy spojrzymy na dynamikę wskaźnika wzrostu polskiego PKB w okresie 1996–2010? Okazuje się, że spowolnienie z lat 2001–2002 było głębsze niż to w latach 2009–2010. A na tle doświadczeń Czech i Słowacji dynamika gospodarcza Polski wydaje się być bardziej zrównoważona. Załamania wzrostu nie były tak głębokie, ale również dynamika nie jest tak spektakularna, jak w przypadku Słowacji w latach 2004–2007.
Ubóstwo i wykluczenie
Opisywanie sytuacji kraju wyłącznie za pomocą wskaźników PKB nie mówi nam wiele o żywotnych kwestiach związanych z zatrudnieniem i zdolnością do utrzymania się czy o nierównościach w tych obszarach między gospodarstwami domowymi. Jak przekonywał już pod koniec lat 60. Dudley Seers, takie informacje są dla oceny rozwoju ważniejsze niż dochód narodowy na mieszkańca1.
Zanim przyjrzymy się danym obiektywnym, zobaczmy najpierw, jak Polacy na tle innych narodów subiektywnie oceniali wpływ kryzysu na sytuację swoich gospodarstw domowych. W drugiej edycji badań Life in Transition Survey z 2010 r. przedstawicielom 39 tys. gospodarstw domowych z 34 krajów zadawano następujące pytanie: Jak Pan/Pani wie, kryzys gospodarczy wpływa na cały świat i na nasz kraj. Jak bardzo, jeżeli w ogóle, kryzys wpłynął na Pana/Pani gospodarstwo domowe w ciągu dwóch ostatnich lat? Połączyłem odpowiedzi „tylko trochę” i „wcale” oraz „bardzo” i „znacznie”, otrzymując w ten sposób subiektywny wskaźnik braku negatywnego wpływu kryzysu oraz subiektywny wskaźnik negatywnego wpływu kryzysu (patrz wykres 1).

Wynik Polski, ze wskaźnikiem braku negatywnego wpływu kryzysu na poziomie 62% i z wynikiem 26% respondentów deklarujących znaczny jego zakres, oznacza przynależność do grupy krajów, w których wpływ kryzysu był umiarkowany. Sytuacja była jeszcze lepsza w Szwecji czy Niemczech, zaś najgorzej wypadły pod tym względem Bułgaria i Węgry, gdzie ponad 60% respondentów twierdziło, że kryzys bardzo pogorszył ich sytuację.
Pomimo tej względnie dobrej pozycji ogólnej, gdy spojrzymy na wpływ kryzysu na gospodarstwa domowe niezamożne i zamożne, uzyskamy bardziej zróżnicowany obraz (patrz wykres 2). Dla tych pierwszych wskaźniki układają się jak te dla Węgier, a dla drugich – jak dla Wielkiej Brytanii.

Niezależnie od tego, że porównania międzynarodowe i zestawienia kolejnych okresów wyglądają korzystnie, spowolnienie gospodarcze ma poważne konsekwencje społeczne. Od poprzedniego gospodarczego tąpnięcia sytuacja w Polsce pod względem różnych wskaźników społecznych szybko się poprawiała. Ten pozytywny trend zatrzymał się, a w przypadku grup, które zawsze w Polsce były bardziej zagrożone ubóstwem, sytuacja wyraźnie się pogorszyła.
Wyraźny spadek stopy ubóstwa oficjalnego jest związany głównie z niewaloryzowaniem progów dochodowych z Ustawy o pomocy społecznej (te progi są właśnie granicą ubóstwa przyjmowaną przy obliczaniu odsetka ubogich oficjalnie). Zatem nawet niewielki wzrost dochodów sprawia, że coraz mniej gospodarstw spełnia to kryterium i nie kwalifikuje się do objęcia pomocą. Spadek jest więc w części zjawiskiem sztucznym, a nie realnym. W 2011 r. doszło do tego, że odsetek ubogich wyznaczony granicą minimum egzystencji (ubóstwo skrajne, nieuwzględniające potrzeb uczestnictwa w społeczeństwie) był wyższy niż ten obliczony według kryteriów stosowanych w praktyce pomocy społecznej.
Najbardziej niepokojący jest trend w zakresie ubóstwa skrajnego, którego granicę stanowi minimum egzystencji, aktualizowane co roku przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych. Jego dynamiczny spadek z lat 2005–2007 zatrzymał się w latach 2008–2010 (na poziomie 5,7%), a w 2011 r. wskaźnik ten wzrósł do 6,7%. Podkreślić należy, że mamy tu do czynienia z ubóstwem, które grozi podstawom egzystencji, a odsetek wydający się niskim oznacza w skali kraju ponad 2,5 miliona ludzi.
O ile trendy dla większości grup są zgodne z ogólną tendencją (spadek, a następnie stagnacja), to w przypadku osób utrzymujących się z niezarobkowych źródeł (co oznacza przede wszystkim klientów pomocy społecznej) mamy wyraźny trend wzrostowy – z 16% do 22%. Oznacza to, że gospodarstwa domowe będące w najgorszej sytuacji, są najbardziej podatne na konsekwencje spowolnienia gospodarczego. A jednym z odpowiedzialnych za tę większą podatność jest system pomocy społecznej.
Sytuacja wygląda podobnie, gdy analizujemy położenie różnych typów rodzin. Najbardziej narażone na skrajne ubóstwo są rodziny wielodzietne. Należy powitać z zadowoleniem prawie dwukrotne obniżenie tego ryzyka od roku 2005, ale w latach 2008–2011 mamy do czynienia z niepokojącym trendem wzrostowym z 18% do 24%. Rodziny wielodzietne okazują się grupą najbardziej podatną na konsekwencje spowolnienia gospodarczego, czyli nie chroni ich dostatecznie system pomocy społecznej i świadczeń rodzinnych (tu progi są nieco wyższe, ale również zostały zamrożone).
Jeżeli weźmiemy pod uwagę dane dotyczące zagrożenia i wykluczenia społecznego według metodologii przyjętej w badaniach panelowych Diagnoza Społeczna (fale 2007, 2009, 2011), to zobaczymy, że sytuacja się pogarsza. O ile pomiędzy rokiem 2007 a 2009 mieliśmy do czynienia ze zmniejszaniem się skali zagrożenia wykluczeniem społecznym, to rok 2011 wyraźnie pokazuje jego wzrost w stosunku do lat 2007 i 2009.
Gdy analizujemy dane dotyczące wykluczenia, sytuacja wydaje się jeszcze łatwiejsza do interpretacji. W latach 2007–2011 nastąpił wyraźny wzrost stopy wykluczenia społecznego. Najbardziej dynamiczny był on w przypadku gospodarstw domowych utrzymujących się z niezarobkowych źródeł, czyli przede wszystkim najuboższych przedstawicieli polskiego społeczeństwa.
Reformy (anty)socjalne
W okresie spowolnienia gospodarczego głównymi problemami polskiego rządu, a szczególnie ministra finansów, są deficyt finansów publicznych i dług publiczny. Ten pierwszy z powodu regulacji UE (próg 3% PKB został przekroczony), a ten drugi ze względu na ustawę o finansach publicznych i Konstytucję (progi 55% i 60% PKB, wskaźnik długu był blisko pierwszego z nich). Plan konsolidacji Ministerstwa Finansów koncentruje się głównie na ograniczaniu wydatków. Według założeń ministerstwa docelowo poziom wydatków publicznych nie powinien przekraczać 40%, a dług publiczny 45% PKB2.
Wśród działań zmniejszających problemy finansów publicznych najgorętsze dyskusje wywołał projekt zmniejszenia poziomu składki odprowadzanej do otwartych funduszy emerytalnych3. Szczytowym punktem sporu była debata telewizyjna między ministrem finansów Jackiem Rostowskim a głównym reformatorem polskiej gospodarki w okresie transformacji, prof. Leszkiem Balcerowiczem. Reforma ta była najłatwiejsza ze względu na szybkie korzyści dla stanu finansów publicznych i oddalone w czasie konsekwencje dla przyszłych emerytów, ale burza medialna (i wśród ekspertów) była potężna.
Innym rozwiązaniem jest tymczasowe podniesienie wszystkich stawek VAT o 1 punkt procentowy, przy obniżeniu stawki na niektóre produkty żywnościowe z 7% do 5%4. Akurat ta reforma została zaprojektowana tak, aby zminimalizować jej większy negatywny wpływ na sytuację osób najbiedniejszych. Bez obniżki VAT na żywność relatywnie dużo większe koszty reformy poniosłaby uboższa część polskiego społeczeństwa5.
Do najbardziej bolesnych dla najuboższych należą cięcia polegające na wspomnianym powstrzymywaniu się od waloryzacji progów uprawniających do świadczeń z pomocy społecznej oraz do świadczeń rodzinnych, a także zamrożenie wysokości samych świadczeń. Rząd zignorował decyzję Komisji Trójstronnej w tej sprawie z 2010 r., a jest przecież jej częścią. Konsekwencją rezygnacji z podwyższania progów dochodowych w pomocy społecznej jest to, że dla większości typów gospodarstw domowych stały się one niższe od minimum egzystencji, np. dla rodziny pięcioosobowej (dwoje dorosłych i troje dzieci) kryterium dochodowe pomocy społecznej było w 2011 r. niższe aż o 438 zł.
Utrzymywanie poziomu progów ubóstwa w pomocy społecznej poniżej minimum egzystencji oznacza, że część gospodarstw domowych, która jest skrajnie uboga, nie nabędzie uprawnień do świadczeń z pomocy społecznej. Trudno nie uznać tego za skandal, ale nie wywołuje to zaciętych debat ministrów z profesorami akademickimi w najlepszym czasie antenowym telewizji publicznej.
Ponadto progi te służą także do obliczania wysokości niektórych świadczeń pieniężnych (zasiłek okresowy6), więc ich niepodwyższanie powoduje też, że nadal uprawnieni do zasiłków otrzymują je niższe. Przypomnijmy, że nasze prawo pomocy społecznej gwarantuje tylko 50% zasiłku okresowego (czyli różnicy między progiem ustawowym a dochodem rodziny). Ma on charakter minimalnego dochodu gwarantowanego dla osób w wieku produkcyjnym – jeżeli już nie mamy prawa do żadnych innych świadczeń, pozostaje nam tylko on.
Zasiłki rodzinne są jednym z instrumentów socjalnej polityki rodzinnej. Mimo że polskie społeczeństwo popiera pomaganie wszystkim rodzinom, a nie tylko biednym7, wciąż są one dostępne tylko dla tych ostatnich. Natomiast spadek realnej wartości kryteriów (obecne 504 zł było warte w 2006 r. niemal 200 zł więcej) sprawia, że zasiłki otrzymują tylko coraz biedniejsi.
Jeżeli świadczenia ustalone są kwotowo (jak większość świadczeń rodzinnych), to zamrożenie ich wysokości oznacza, że realna wartość tych świadczeń ulega zmniejszeniu. Przykładem niech będzie jednorazowa zapomoga z tytułu urodzenia dziecka (tzw. becikowe). Od 2006 r. jego wartość nominalna to 1000 zł, ale gdy weźmiemy pod uwagę ogólny wzrost cen, to wartość realna tej kwoty w 2011 r. była niższa o 189 zł.
Najważniejszą konsekwencją niepodwyższania progów dochodowych jest to, że wraz ze wzrostem ogólnej zamożności i kosztów życia coraz mniej rodzin jest uprawnionych do świadczeń. Od 2005 r. z powodu zamrożenia progu dla świadczeń rodzinnych prawo do nich utraciło ponad 800 tys. dzieci8.
Ogólnie ujmując, reformy systemu podatkowo-transferowego w latach 2007–2011 przyniosły duże korzyści najbogatszym (dochody dziesiątego decyla wzrosły średnio o ponad 6%) i niewielkie lub żadne najuboższym (przeciętny wzrost dochodu pierwszego decyla o nieco ponad 1%, przy niewielkim spadku dochodów drugiego decyla)9.
Rynek pracy
Nie ulega wątpliwości, że przed ubóstwem lepiej chroni dobrze płatna i stabilna praca niż świadczenia pieniężne oferowane przez system pomocy społecznej czy zasiłki dla bezrobotnych. Czy jednak umowy na czas określony są jednoznaczne z pojęciem dobrej (godnej) pracy? Odpowiedź na to pytanie zależy od wielu innych cech pracy, np. poziomu dochodu i zabezpieczenia w razie wystąpienia ryzyk socjalnych – dobra praca jest dobrze opłacana i oparta na umowie gwarantującej odprowadzanie odpowiednio wysokiej składki na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne.
Jednym z posunięć polskiego rządu w przygotowaniach do odparcia uderzenia kryzysu był tzw. pakiet antykryzysowy dla niepublicznych podmiotów gospodarczych10. Głównym jego celem było ograniczenie działania dotychczasowych regulacji rynku pracy, dotyczących czasu pracy, nadgodzin i kodeksowych umów na czas określony. Ponadto przewidziano dla przedsiębiorców mających problemy ekonomiczne możliwość zastosowania ograniczenia czasu pracy i wysokości płac oraz przestoju produkcji/działalności. Praktyczne znaczenie ustawy wydaje się jednak niewielkie, np. przewidywano, że w ciągu dwóch lat 94 tys. pracowników dotknie redukcja płac, a w 2010 r. było to niecałe 2,5 tys.11 Ważne jest jednak to, że uelastycznianie prawa pracy w Polsce posuwa się coraz dalej. W wyniku poprzednich reform Polska stała się liderem UE, jeżeli chodzi o pracujących na podstawie umów na czas określony w stosunku do ogółu zatrudnionych (do 2009 r. najwyższy wskaźnik miała Hiszpania).
Uderzające jest nie tylko objęcie przez Polskę przewodnictwa w tym rankingu, ale również prawie sześciokrotna dynamika przyrostu, gdy porównamy późne lata 90. (5%) z przełomem pierwszej i drugiej dekady XXI wieku (26%). Istotna jest też wyjątkowość tego trendu zarówno na tle krajów zachodnich, jak i postkomunistycznych. Tym razem nie obyło się bez debaty publicznej, dla której hasłem wywoławczym stały się „umowy śmieciowe”. Na razie nie zakończyła się ona konkluzjami ustawodawczymi. Zderzyły się w niej poglądy dużej części ekspertów akademickich ds. polityki rynku pracy, powtarzających, że uelastycznienie i deregulacja są dobre lub stanowią mniejsze zło w dobie walki o międzynarodową konkurencyjność, oraz poglądy tych, którzy od dawna zwracali uwagę na erozję praw pracowniczych i prekaryzację. Oni też zwykle dodają, że są to skutki strategii deregulacyjnej, a ta ma u podstaw głównie ideologiczne przekonanie, że im mniej regulacji na rynku pracy, tym lepiej dla wszystkich.
Zielona wyspa „wdraża” strategię Europa 2020
Co nowego do tego obrazu wnosi nowa dziesięcioletnia strategia UE Europa 2020? Rząd „zielonej wyspy” postanowił, że dokona takich reform, które sprawią, że do 2020 liczba Polaków w gorszym położeniu ekonomicznym zmniejszy się o 1,5 miliona12. Według metodologii przyjętej przez UE, w Polsce było w 2010 r. 10,4 miliona takich osób. Zaplanowano więc, że do 2020 ta liczba zmniejszy się o 14%. Nie tylko wydaje się to mało ambitne, ale również nie wiadomo, w jaki sposób będą dokonywane pomiary postępów na tej drodze. W wyniku lobbingu i kompromisów Komisja Europejska przyjęła, że do pomiaru etapów osiągania tego celu służyć będą trzy różne wskaźniki. Problem w tym, że każdy z nich zakłada inną koncepcję ubóstwa i walki z nim. Ubóstwo relatywne pod względem dochodu wymaga strategii zmniejszania nierówności zasobów. Wspieranie ubogich w zaspokajaniu ich podstawowych potrzeb sugeruje koncepcja wielowymiarowej deprywacji potrzeb materialnych. Niski poziom zatrudnienia w gospodarstwach domowych – tu głównymi problemami są bezrobocie i bierność zawodowa.
Autor tego artykułu jako przedstawiciel jednej z polskich sieci socjalnych organizacji obywatelskich podkreślał na spotkaniu Międzyresortowego Zespołu do spraw Strategii Europa 2020, że w pierwszej wersji oraz w aktualizacji Krajowego Planu Reform nie ma żadnej ścieżki realizacji celu przeciwdziałania ubóstwu i wykluczeniu. Z wypowiedzi przedstawicielki Ministerstwa Gospodarki wynikało, że zrealizuje się on w wyniku osiągnięcia innych celów strategii Europa 2020. Zapewne nie taka była intencja jego wyodrębnienia. Dodatkowy dowód na to, że obecny rząd, a w szczególności MPiPS, nie jest w stanie sprecyzować programu społecznego, to brak opracowania przez Polskę Krajowego Raportu Społecznego (odpowiednik krajowych programów na rzecz zabezpieczenia społecznego i integracji społecznej z okresu Strategii Lizbońskiej), który co prawda obecnie jest dobrowolny, ale zalecał go Komitet Ochrony Socjalnej i został przygotowany do tej pory przez 13 państw UE.
Zajmując stanowiska w trakcie dyskusji nad zagadnieniami ubóstwa i wykluczenia w strategii Europa 2020, eksperci rządowi stanowczo sprzeciwiali się przyjęciu wskaźnika ubóstwa relatywnego i proponowali wielowymiarową deprywację, co oznacza, że bardzo nie odpowiada im strategia ograniczania nierówności. Gdyby byli konsekwentni, powinni przyjąć preferowany wskaźnik jako kluczowy w Krajowym Programie Reform – wówczas ich cel wydawałby się bardzo ambitny, gdyż chodziłoby o ograniczenie skali problemu o połowę. Może nie okazałoby się to trudne, gdyż spadek tego wskaźnika w ostatnich latach w Polsce był bardzo znaczący – z ponad 33% w 2005 do 14,2% w 2009. W krajach rozwiniętych z lepszą polityką społeczną, takich jak Szwecja, skala zjawiska wynosi 1–2%.
Wnioski
Jeżeli uznajemy, że sytuacja osób w najgorszym położeniu jest ważna dla oceny postępu na drodze rozwoju kraju, to niewątpliwie od kilku lat mamy w Polsce wyraźny regres. Można go wyjaśniać spowolnieniem gospodarczym i nieskutecznością rządu, który nie był w stanie tak zareagować na trudności ekonomiczne, aby uchronić najuboższych. Przeciwnie, skutki reform z ostatnich lat poprawiały głównie sytuację najbogatszych. Nie ma w tym niczego zaskakującego, gdyż dominująca siła polityczna, mimo swojej postideologicznej i promodernizacyjnej retoryki, prowadzi typową politykę wspierania bogatych z przekonaniem, że to pomoże pozostałym.
Ostatnie wybory parlamentarne nie zmieniły układu politycznego, więc nie należało oczekiwać głębokich reform z intencją ochrony lub poprawy sytuacji najuboższych. Praktyka dowodzi słuszności takiego sceptycyzmu. Z wielkim trudem i dopiero po stwierdzeniu, że kryteria dochodowe z pomocy społecznej były bardziej restrykcyjne niż minimum egzystencji, Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej, ustami J. Dudy, obiecało działać. Po ponad półtora roku od tej obietnicy pojawiły się konkrety – od października 2012 r. kryteria oraz m.in. zasiłki rodzinne mają wzrosnąć. Tak się składa, że właśnie w tym roku mijają trzy lata i kolej na ustawowo zaplanowaną zwykłą weryfikację progów (pierwsza była w 2006 r., druga w 2009 r. – progów nie podwyższono, trzecia – obecnie). Strona związkowa uznała propozycję rządu za niewystarczająco chroniącą przed kolejną utratą wartości oferowanego wsparcia. Obrazuje to, jak bardzo system weryfikacji progów jest antyspołeczny i łatwy do obejścia13.
Nie wiadomo, jak sytuacja będzie wyglądała w latach 2013–2014. Wzrost gospodarczy w Polsce jest nadal względnie wysoki, ale część komentatorów przewiduje ponowne spowolnienie lub nawet kryzys. Gdyby do tego doszło, zapewne nie zobaczymy nic więcej ponad to, co już zaproponowano, czyli zaciskanie pasa finansom publicznym i ułatwianie życia przedsiębiorcom. Czy to wystarczy, aby zapewnić spokój społeczny na zielonej wyspie?
dr hab. Ryszard Szarfenberg
Artykuł jest skróconą i zaktualizowaną na potrzeby „Nowego Obywatela” wersją tekstu, który ukazał się w pracy zbiorowej: G. Firlit-Fesnak i in. red., „Integracja społeczna jako wyzwanie dla polityki społecznej i pracy socjalnej. Soziale Integration als Herausforderung für die Sozialpolitik und Sozialarbeit”, Wydawnictwo ASPRA-JR, Warszawa 2012.
Przypisy:
- Zob. R. Szarfenberg, Rozwój społeczny, czyli detronizacja PKB, „Nowy Obywatel” nr 2/2011.
- Pierwszy pakiet reform dla konsolidacji finansów publicznych, Ministerstwo Finansów, marzec 2010.
- Ustawa o zmianie niektórych ustaw związanych z funkcjonowaniem systemu ubezpieczeń społecznych weszła w życie 1 maja 2011 r.
- Wieloletni plan finansowy państwa 2010–2013, Rada Ministrów, sierpień 2011.
- M. Myck i in., Raport Przedwyborczy CenEA 2011. Część I: 2006–2011: kto zyskał, a kto stracił?, CenEA 2011, s. 43–44. Informacja prasowa pt. 2006–2011: podatki i ich wpływ na budżet państwa i dochody Polaków, CenEA 13 września 2011 r., s. 2, wykres 2.
- Niedawno na jednym ze spotkań usłyszałem od urzędnika z jednej z warszawskich dzielnic, a potwierdziła to dyrektor ośrodka pomocy społecznej z innej dzielnicy, że zasiłków okresowych w praktyce się nie wypłaca. Bardzo mnie to zdziwiło, gdyż 50% tego zasiłku jest gwarantowane. Jeżeli byłyby to informacje prawdziwe, można by sądzić, że w praktyce prawo pomocy społecznej jest nagminnie obchodzone.
- Polityka państwa wobec rodziny, CBOS, 2012.
- M. Myck i in., op. cit.
- M. Myck i in., Raport Przedwyborczy Cen EA 2011. Część I op. cit., s. 32.
- Ustawa z dnia 1 lipca 2009 r. o łagodzeniu skutków kryzysu ekonomicznego dla pracowników i przedsiębiorców weszła w życie 22 sierpnia 2009 r., a obowiązywała do końca 2011 r.
- Sprawozdanie z wykonania planu finansowego funduszu gwarantowanych świadczeń pracowniczych za 2010 r.
- Krajowy program reform, kwiecień 2011. Ocena aktualizacji tego programu dokonanej w 2012 r. w wymiarze przeciwdziałania ubóstwu i wykluczeniu społecznemu zob. R. Szarfenberg, Strategia Europa 2020 oraz aktualizacja Krajowego Programu Reform 2012/2013 – przeciwdziałanie wykluczeniu społecznemu, http://rszarf.ips.uw.edu.pl/pdf/kpr_akt.pdf
- W Komunikacie Trójstronnej Komisji do Spraw Społeczno-Gospodarczych z posiedzenia w dn. 13 lipca 2009 r. jest wzmianka o tym, że przypominano stronie rządowej o konieczności weryfikacji progów. W 2010 r. Komisja Trójstronna przyjęła uchwałę 37 w sprawie weryfikacji kwot kryteriów dochodowych od 1 października 2010. Szczegóły dotyczące zamierzeń obecnego rządu zob. Komunikat z posiedzenia Trójstronnej Komisji do Spraw Społeczno-Gospodarczych w dniu 14 czerwca 2012 r. Rozporządzenie w tej sprawie ukazało się już w Dzienniku Ustaw nr 823 z 17 lipca. Projekt rozporządzenia w sprawie wysokości dochodu rodziny albo dochodu osoby uczącej się, stanowiących podstawę ubiegania się o zasiłek rodzinny oraz wysokości świadczeń rodzinnych, ukazał się z datą 10 lipca 2012 r. i jest już dostępny na stronach BIP MPiPS.
przez Ryszard Szarfenberg | sobota 30 kwietnia 2011 | nr 2/2011
O zaprzestaniu stosowania produktu krajowego brutto (PKB) jako najważniejszego wskaźnika rozwoju mówiono już na początku lat 70.i Była to reakcja na rozczarowanie, jakie przyniosła poprzednia dekada w krajach rozwijających się.
Ton polityki rozwojowej w latach 60. najlepiej oddaje stwierdzenie W. Arthura Lewisa: przedmiotem naszego zainteresowania powinien być wzrost gospodarczy, a nie redystrybucjaii. Mimo że osiągnięto ten cel, pod wieloma względami sytuacja pogorszyła się – m.in. wzrosło bezrobocie i ubóstwo. Z kolei ducha lat 70. w myśleniu o rozwoju dobrze oddaje słynna wypowiedź Dudleya Seersa: Co się działo z ubóstwem? Co się działo z bezrobociem? Co się działo z nierównością? Jeżeli wszystkie trzy problemy stały się mniej dotkliwe, wtedy bez żadnych wątpliwości możemy powiedzieć, że był to okres rozwoju dla danego kraju. Jeżeli sytuacja pod względem jednego lub dwóch z tych problemów pogorszyła się, a już szczególnie, gdy dotyczy to wszystkich trzech, byłoby dziwne nazywać taki wynik rozwojem, nawet jeżeli dochód na mieszkańca w tym czasie poszybował w góręiii.
Alternatywą dla ujęcia dochodocentrycznego – z PKB na tronie – stało się podejście skoncentrowane na stopniu zaspokojenia podstawowych potrzeb (tzw. Basic Needs Approach). Uzasadniała je prosta konstatacja, że wzrost gospodarczy nie przekłada się automatycznie na większy dostęp ludności do żywności i czystej wody, mieszkań, opieki zdrowotnej, edukacji czy zabezpieczenia społecznego, ani na lepszą realizację praw człowieka. Dosadnie ujęła to Frances Stewart: Wzrost PKB nie uwzględnia tego, jak dochód jest dystrybuowany pomiędzy różne grupy ludności, nie uwzględnia dóbr publicznych, zatrudnienia – czyli tego wszystkiego, co ma fundamentalne znaczenie dla poprawy jakości życiaiv.
Ostatecznym bodźcem, który w latach 90. nadał impet idei rozwoju społecznego (human development), stawiającej w centrum kondycję człowieka, była koncepcja noblisty Amartyi Sena. Pojęcie potrzeb uważał on za nadal zbyt ściśle skojarzone z myśleniem w kategoriach tego, co je zaspokaja (a to właśnie ma mierzyć PKB), a nie tego, jakim życiem możemy żyć i żyjemy (pojęcia capabilities i functionings). Kluczowe było tu powiązanie idei rozwoju i wolności, rozumianej nie tylko jako swoboda działania, ale również możliwość dokonywania autentycznego wyboru sposobu życia.
Od 1990 r. rokrocznie ukazują się raporty dotyczące rozwoju społecznego (Human Development Reports, HDR). W 1993 r. na Światowej Konferencji Praw Człowieka w Wiedniu przyjęto, że uprawnienia te są niepodzielne i współzależne. Oznacza to, że społeczność międzynarodowa nie uznaje teorii i praktyk przeciwstawiających sobie prawa różnych rodzajów (osobiste, polityczne, ekonomiczne, socjalne i kulturowe) czy wyraźnie uznających prawa inne niż osobiste i polityczne za luksus, na który stać tylko najbogatsze kraje. W 1995 r. zorganizowano Światowy Szczyt na rzecz Rozwoju Społecznego w Kopenhadze, który zaowocował obszerną Deklaracją i Programem Działań. Pierwsza dekada XXI w. upłynęła pod znakiem Milenijnych Celów Rozwoju. Monitorowanie ich realizacji opiera się na odpowiadających poszczególnym celom 60 wskaźnikach, wśród których nie znalazł się PKBv.
Obecnie niewystarczalność PKB w polityce rozwojowej i w ocenie sytuacji społeczeństw i zmian społecznych wydaje się oczywistością i daje temu wyraz nawet Komisja Europejskavi. Jednak wskaźnik ten wciąż skupia na sobie nieproporcjonalnie dużo uwagi: Powinno być dla każdego jasne, że żadną pojedynczą liczbą nie da się podsumować czegoś tak złożonego i różnobarwnego jak „społeczeństwo”. Niektóre liczby – w szczególności PKB – znajdują się jednak wciąż w centrum uwagi. Wydajemy miliony na przewidywanie, ile wyniesie ta liczba w przyszłym miesiącu lub w przyszłym rokuvii.
Produkcja i konsumpcja
Jeżeli wytwarzanie dóbr i usług nazwiemy produkcją, a zaspokajanie nimi naszych potrzeb i pragnień – konsumpcją, to otrzymamy dwa procesy podstawowe dla naszego bytowania w świecie. Nie są one ze swej istoty ani dobre, ani złe. Produkować można leki ratujące życie, zachwycające dzieła sztuki oraz środki masowej zagłady; konsumować można na różne sposoby. Oba procesy mają nie tylko zamierzone, ale i uboczne skutki, jak choroby zawodowe, zatrucia po spożyciu skażonej żywności, wypadki podczas korzystania ze środków transportu, wprowadzanie zanieczyszczeń do środowiska czy prześladowanie mniejszości i łamanie praw człowieka.
Przedstawione pojęcie produkcji jest bardzo szerokie. W jego zakres wchodzi wszystko, co przyczynia się do powstawania materialnych i niematerialnych „zaspokajaczy” (dóbr i usług finalnych). Jak zatem mierzyć produkcję i konsumpcję w skali całego społeczeństwa? Najprostszym rozwiązaniem wydaje się policzenie zaspokajaczy. Kłopot jednak już w tym, że nawet w dłuższym okresie liczba tych wyprodukowanych może być nierówna liczbie skonsumowanych. Na dodatek, owe zaspokajacze są mocno zróżnicowane, więc samo liczenie wyprodukowanych lub skonsumowanych bochenków chleba, usług hotelowych itd., bez sprowadzenia tych danych do wspólnego mianownika, da nam tyle liczb, ile zdołamy wyróżnić w miarę jednorodnych kategorii produktów i usług.
Pieniądz bardzo ułatwił rozwiązanie tego problemu. Jeżeli zdobędziemy informacje na temat tego, jakie były w danym okresie wydatki ludności przebywającej na interesującym nas obszarze (np. Polski) na dobra i usługi finalne na nim wyprodukowane, łatwo będzie je zsumować i otrzymamy jedną liczbę. Jest to jeden ze sposobów obliczania PKB. Żeby jednak otrzymać tę upragnioną liczbę, potrzebny jest wiarygodny system rejestracji wydatków. Następnie trzeba odróżnić wydatki różnych kupujących (jednostek, firm, organizacji, państwa) na zaspokajacze od wydatków na to, co tylko posłużyło do ich wyprodukowania. A później jeszcze odróżnić wydatki na dobra i usługi finalne, wyprodukowane na danym obszarze i poza nim. Nie jest to łatwe, w związku z tym oszacowana liczba mniej lub bardziej różnić się będzie od rzeczywistej produkcji i konsumpcji.
Co najmniej dwa inne problemy pogłębiają błędy w pomiarze. Jednym z nich jest to, że ludzie nie wszystko kupują. Jeżeli wytwarzamy na własne potrzeby albo dostajemy coś za darmo, to nie znajdzie to wyrazu w wydatkach. Drugim problemem jest nieuwzględnianie skutków ubocznych działalności gospodarczej w obliczeniach PKB. Jednocześnie część z nich uwidoczni się w wydatkach, np. zgony w wydatkach na usługi pogrzebowe, choroby zawodowe – na leczenie, zanieczyszczenie środowiska – na dobra i usługi jego ochrony itd.
Tym, czego za pomocą PKB w ogóle nie zmierzymy, jest struktura i zróżnicowanie procesów gospodarczych. Wielka jest rozmaitość dóbr i usług. Jeżeli uporządkujemy je według jakiejś klasyfikacji, np. zaspokajacze potrzeb podstawowych i niepodstawowych, materialne i niematerialne, o małych i dużych skutkach ubocznych – to łączny PKB nie będzie nam nic mówił o tym, jaki jest udział tych różnych rodzajów dóbr i usług w całej działalności gospodarczej.
Nie wszyscy w danym okresie są producentami, nie każdy produkuje tak samo intensywnie itd. Wszyscy są konsumentami, ale oczywiście różnią się rodzajem i ilością konsumowanych dóbr i usług. PKB podzielony na liczbę mieszkańców uwzględni możliwe zmiany łącznej konsumpcji, ale nie będzie uwzględniał ani zróżnicowanego udziału ludności w produkcji, ani też nieidentycznego udziału w konsumpcji.
Podsumowując, PKB jako miara szeroko rozumianej działalności gospodarczej (produkcji i konsumpcji) nie uwzględnia wielu jej podstawowych obszarów i cech, zasadniczych dla oceny, czy dobrze zaspokaja ona potrzeby i pragnienia jednostek oraz dobrze służy przetrwaniu i rozwojowi społeczeństw. Należałoby stwierdzić, że jest dobry jedynie do pomiaru skali zarejestrowanej działalności gospodarczej, która manifestuje się w dobrze monitorowanych transakcjach kupna-sprzedaży. Gdyby wszystko, co zaspokaja nasze potrzeby i pragnienia było zarejestrowane i wszystko to musielibyśmy kupić, wówczas PKB byłby dobrą miarą szeroko rozumianej działalności gospodarczej. Nawet jednak wtedy wskaźnik ten nic by nie mówił na temat jej struktury, pomijałby też wiele jej pozytywnych i negatywnych konsekwencji dla dobra obecnych i przyszłych pokoleń.
Rozwój gospodarczy
Jak na tym tle należy rozumieć pojęcie rozwoju gospodarczego? Wyobraźmy sobie naszych przodków sprzed 100 lat i nas samych. Oni i my rodziliśmy się, dorastaliśmy, stawaliśmy się samodzielni, mamy dzieci, zestarzejemy się i umrzemy. Podstawowe fazy ludzkiego życia oraz towarzyszące im podstawowe potrzeby nie uległy zmianie. A co z produkcją i konsumpcją? Gdyby nic się nie zmieniło w ich wielkości i strukturze, musielibyśmy stwierdzić, że nie wystąpił ani rozwój gospodarki, ani też jego przeciwieństwo (regres).
Jakie zmiany mogły więc mieć miejsce, jeżeli chodzi o produkowane i konsumowane zaspokajacze? Najogólniej, w porównaniu z poprzednim okresem poszczególne produkty i usługi mogą być wytwarzane w zwiększonej lub zmniejszonej ilości, ich jakość może ulec polepszeniu lub pogorszeniu, udział jednych może wzrosnąć, a innych zmaleć, wreszcie – mogą być inaczej podzielone między członków danego społeczeństwa. W takim ujęciu i bardzo upraszczając, rozwój gospodarczy można rozumieć m.in. tak, że liczba wszystkich zaspokajaczy potrzeb w przeliczeniu na mieszkańca (żeby wyeliminować możliwość, iż produkcja wzrosła, ale ludność jeszcze bardziej) jest znacząco większa niż uprzednio i/lub że ich jakość istotnie się polepszyła.
Samo przeliczenie na mieszkańca nie mówi jednak nic o tym, dlaczego zmieniła się liczba ludności. Przykładowo, jeżeli mamy 100 osób oraz PKB wynoszący 1000 zł, to na każdą przypada średnio 10 zł. Załóżmy, że w wyniku konsumpcji skażonej żywności lub zastosowania środków masowej zagłady populacja zmniejszyła się o 50%, a łączny PKB pozostał na niezmienionym poziomie. Na mieszkańca przypadać będzie wtedy 20 zł, czyli dwa razy więcej niż poprzednio. Czy nastąpił rozwój gospodarczy? Gdyby go mierzyć wzrostem PKB na mieszkańca – tak. Jak to się jednak ma do idei rozwoju gospodarczego jako procesu służącego przetrwaniu i rozwojowi ludzi?
Same zmiany w liczbie i jakości dóbr i usług finalnych też nie wystarczają, aby stwierdzić, czy miał miejsce rozwój gospodarczy. Załóżmy, że społeczność złożona z 5 osób konsumuje dziennie 10 złowionych ryb. Po stu latach mamy 5 potomków tamtych osób, którzy każdego dnia konsumują łącznie 20 ryb. Jeżeli jednak pierwotnie każdy jadł po 2 ryby, a po stuleciu 3 osoby zjadają w sumie 18 ryb, a 2 po 1, to mimo podwojenia łącznej liczby konsumowanych ryb część ludności zjada ich mniej niż w poprzednim okresie. Może zdarzyć się tak, że wzrostowi łącznej konsumpcji będzie towarzyszyć wzrost nierówności w udziale w niej, ale jej skala dla nikogo nie powinna być niższa niż 100 lat temu, żeby móc mówić o rozwoju gospodarczym zdefiniowanym jak powyżej. Jest to dość konserwatywny warunek – rozwój miałby miejsce nawet wtedy, gdyby 90% ludności konsumowało tyle, ile w przeszłości, a 10% – dziesięć razy więcej. Warunek bardziej rozsądny byłby taki, że aby mówić o rozwoju, konsumpcja każdego powinna wzrosnąć.
Jeżeli ludzie w przeszłości i teraz produkowaliby i konsumowali tyle samo takiej samej jakości zaspokajaczy potrzeb podstawowych, to wówczas można by orzekać o rozwoju gospodarczym w oparciu o porównanie produkcji i konsumpcji zaspokajaczy potrzeb niepodstawowych.
Problem z powyższym rozumowaniem jest taki, że o ile założyliśmy, iż potrzeby podstawowe się nie zmieniają, to już trudniej o tym mówić w przypadku pozostałych. Każdy wynalazek dobra lub usługi finalnej wdrożony do masowej produkcji generuje mniej lub bardziej masowe pragnienia. Jeżeli okresy różnią się pod względem liczby wynalazków oraz możliwości ich upowszechniania, porównywanie zaspokajaczy potrzeb niepodstawowych nie biorące tego pod uwagę – będzie obarczone błędem.
Reasumując, porównywanie PKB pomiędzy okresami i miejscami pomija wiele obszarów i zagadnień istotnych dla orzekania o tym, czy i jak szeroko rozumiany rozwój gospodarczy się dokonał.
Indeks rozwoju społecznego a PKB
W świetle powyższych rozważań powinno być jasne, że całkowicie nieuzasadnione jest posługiwanie się wyłącznie PKB w ocenie sytuacji gospodarczej i jej zmian. Najprostszą odpowiedzią na ten problem jest uwzględnienie także innych wskaźników.
Jedną z głośniejszych propozycji tego rodzaju jest indeks rozwoju społecznego (Human Development Index, HDI), promowany w globalnych raportach o rozwoju społecznym Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP). W uproszczeniu – obok PKB na mieszkańca uwzględniono tam jeszcze dwa aspekty sytuacji ludności: życie (zdrowie) i edukację. Do pomiaru zdrowia populacji służy przeciętna długość dalszego trwania życia dla urodzonych w danym roku, obliczana na podstawie danych o zgonach. W przypadku edukacji wykorzystuje się liczbę lat spędzonych w szkole – średnią i oczekiwaną. Za pomocą prostej procedury matematycznej te trzy wskaźniki cząstkowe są wyrażane jedną liczbą.
Trudno mówić, że HDI jest alternatywą dla PKB, skoro ten ostatni jest jego częścią. Włączenie wskaźników, które nie dotyczą produkcji i konsumpcji, lecz ich konsekwencji, było jednak przełomowe. Produkowanie i konsumowanie może pozytywnie lub negatywnie wpływać na zdrowie i tym samym na długość życia. Krytykowana miara nie mówi nam nic na temat tego, jak długo ludzie żyją. Taki sam PKB na mieszkańca dla dwóch populacji dla roku X może skrywać fakt, że ludzie urodzeni w jednej z nich mają szansę przeżyć średnio 60 lat, a w drugiej – 80 lat. Stwierdzono przy tym, że w państwach o wysokim PKB na mieszkańca ludzie żyją dłużej niż w krajach o niskim poziomie tego wskaźnika. Zasadnym jest jednak pytanie, czy zależy to wyłącznie od niego, czy raczej od struktury wydatków, a ta uzależniona jest m.in. od decyzji publicznych w zakresie polityki społecznej.
Choć długiemu życiu przypisuje się dużą wartość, sama liczba przeżytych lat nie musi odzwierciedlać jego jakości. Niewielu z nas chciałoby żyć długo w niewoli albo w śpiączce. Może życie krótkie, ale za to intensywne, jest lepsze niż długie i nudne? Przewidywana średnia liczba lat życia nie jest więc doskonałym wskaźnikiem jego jakości, pomijając nawet trudności z jej obliczaniem oraz kwestię, czy w przyszłości warunki się radykalnie nie zmienią. Są jednak propozycje uwzględniające przynajmniej część tych informacji, np. liczba lat życia skorygowana jego jakością (Quality Adjusted Life Years).
Pomiar wiedzy i umiejętności wskaźnikami opartymi na liczbie lat w szkole ma kilka wad, choćby dlatego, że szkoły w różnych regionach danego kraju czy w różnych krajach mogą dostarczać usług o bardzo zróżnicowanej jakości. Poza tym ludzie mogą wykorzystywać zdobyte wykształcenie w różnych celach. W praktyce jednak wszystkie szkoły czegoś pożytecznego uczą, lepiej lub gorzej, dlatego liczba lat spędzonych na nauce jest zadowalającym wskaźnikiem wykształcenia populacji.
Ktoś mógłby argumentować, że w PKB jest uwzględniana konsumpcja dóbr i usług zdrowotnych i edukacyjnych, również tych, które państwo kupuje dla swoich obywateli. Możemy na to odpowiedzieć, że PKB nie pokazuje struktury konsumpcji, dlatego posłużenie się wyłącznie tym wskaźnikiem byłoby niewystarczające. Względnie łatwo natomiast obliczyć udział wydatków na edukację i zdrowie w całym PKB. Oczywiście wielkość tych udziałów zależy od tego, ile wynosi łączny PKB i ile wydaje się na inne dobra i usługi finalne. Dlatego też ktoś, kto myśli o sytuacji gospodarczej w kategoriach PKB, prędzej czy później podkreśli, że jego wzrost ma zasadnicze znaczenie – żeby podzielić ciasto trzeba najpierw je mieć, a żeby kawałki mogły być duże, ono samo musi być duże.
Różnica w podejściu HDI polega przede wszystkim na tym, że rezygnujemy z tego rodzaju wskaźników uzupełniających, opartych na PKB – i wybieramy całkowicie inne. Pomiar zdrowia i edukacji jest tu niezależny od obliczonego produktu krajowego, tj. od łącznej wartości wszystkich zaspokajaczy oraz od tego, jaka ich część należy do kategorii zdrowotnych i edukacyjnych. Jest to fundamentalny krok, gdyż pomiar produkcji i konsumpcji za pomocą łącznego PKB na mieszkańca abstrahuje od konsekwencji aktywności gospodarczej dla zdrowia, wiedzy i umiejętności ludzi. Wskazywałem wyżej, że łączny PKB zawiera całą produkcję i konsumpcję, niezależnie od tego, że jej część może być szkodliwa dla zdrowia. Nie wiemy też, jak produkowanie i konsumowanie zobrazowane łącznym PKB przekłada się na stan oświecenia społeczeństwa – np. dzieci zaangażowane w produkcję nie uczą się wiele więcej poza to, czego nauczyły się w domu i w fabryce; rodzice mogą nie chcieć wydawać pieniędzy na edukację dzieci, bo mają inne priorytety.
Jednak czy osiągnięcia w obszarze zaspokojenia potrzeb zdrowotnych oraz edukacyjnych wystarczą, aby orzekać o rozwoju? Wysoki PKB na mieszkańca, długie życie i długie lata w szkole niekoniecznie znaczą, że mamy do czynienia ze społeczeństwem ludzi szczęśliwych. W szczególności im wyższa zamożność ludności mierzona PKB, tym słabszy jest jej związek z subiektywnym dobrostanem społeczeństwaviii.
Ponadto, żaden ze wskaźników w ramach HDI nie uwzględnia nierówności. O PKB już wiemy, że się do tego nie nadaje. A co z liczbą lat życia i liczbą lat spędzonych w szkole? Są one niższe w przypadku dorosłych ze środowisk wiejskich i robotniczych, z ubogich dzielnic i regionów, w porównaniu do tych z klasy średniej i wyższej, mieszkańców zamożnych dzielnic i miast.
HDI ma wiele słabości. Część z nich dzieli z PKB, który jest jego częścią; inne to nowe problemy związane z pytaniem, czy obejmuje wszystkie najważniejsze obszary ludzkiego życia oraz czy dobrze zostały dobrane ich wskaźniki. Zasadniczo jednak wnosi nowy punkt widzenia: uznaje, że PKB nie jest wystarczający, uwzględnia zdrowie oraz wiedzę i umiejętności populacji, które bez większych wątpliwości uznamy za ważne dla oceny rozwoju danego kraju. W pomiarze zaspokojenia potrzeb zdrowotnych i edukacyjnych posługuje się wskaźnikami niezależnymi od PKB.
HDI i jego uzupełnienia
Czego nie uwzględnia HDI? Po pierwsze – o czym wspomniałem – tego, że konsumpcja, zdrowie i edukacja nie są w społeczeństwie równomiernie rozłożone. Po drugie, innych podstawowych potrzeb. Po trzecie, realizacji praw politycznych – wysoką wartość HDI mogą osiągać kraje, w których nie ma demokracji, zakazane są niezależne formy samoorganizacji społecznej. Po czwarte, zagrożeń dla środowiska. Po piąte, dyskryminacji – HDI może być wysoki w krajach, gdzie kobiety lub inne mniej lub bardziej liczne grupy są traktowane jak obywatele gorszej kategorii.
Na część z tych braków w HDR 2010 odpowiedziano poprzez wprowadzenie dodatkowych wskaźników, w części oryginalnych. Nierównomierność rozkładu dochodu i zaspokojeń uwzględnia HDI dostosowany do poziomu nierówności (IHDI). Więcej wymiarów podstawowych potrzeb wprowadzono za pomocą indeksu wielowymiarowego ubóstwa (MPI). Aspekty uczestnictwa politycznego i dyskryminacji kobiet zostały włączone indeksem nierówności ze względu na płeć (GII). Do zobrazowania stanu środowiska wykorzystano wskaźniki opracowane dla potrzeb innych raportów.
Już wcześniej podejmowano próby uwzględnienia w HDI nierówności, ale dotyczyły one tylko dochodu i jedynie niewielkiej liczby krajów. Innowacja w HDR 2010 polega na tym, że przygotowano szacunki IHDI dla większej liczby państw, biorąc pod uwagę nierówności we wszystkich trzech wymiarach, czyli również w odniesieniu do zdrowia i edukacji. Różnice między pozycją w rankingu krajów bez uwzględnienia nierówności i z ich uwzględnieniem dla kilkunastu krajów o wysokim HDI zostały pokazane na wykresie.

Wśród krajów, które zanotowały znaczne przesunięcie w dół, znalazły się tak różne, jak Korea Południowa, Izrael, USA oraz Włochy. Z kolei względnie niski poziom nierówności dochodowych, zdrowotnych i edukacyjnych znacząco poprawił pozycje Czech, Danii, Austrii, Słowenii i Islandii. Względna pozycja Polski, wynikająca z różnicy w pozycjach w obu rankingach, zmieniła się nieznacznie na plus. Kraje najwyżej w rankingu HDI, czyli Norwegia i Australia, są również liderami rankingu IHDI.
Inny sposób przedstawienia, co wnosi informacja o nierównościach, to pokazanie procentowego spadku wysokości wskaźnika HDI po jego przeliczeniu na IHDI. Tym razem Polska nie wypada już tak dobrze – pod względem nierównościowej straty tylko nieznacznie ustępujemy USA.

Kobiety są jedyną kategorią wyróżnioną specjalnym indeksem nierówności. Składa się nań pięć wskaźników cząstkowych w trzech obszarach: zdrowia reprodukcyjnego (umieralność okołoporodowa matek, dzietność nastolatek), udziału w rynku pracy (wskaźnik aktywności zawodowej), upodmiotowienia (udział w parlamencie, wykształcenie średnie lub wyższe).
Najniższy poziom indeksu nierówności ze względu na płeć miała Holandia. Jaka odległość dzieliła różne kraje od tego najbardziej egalitarnego genderowo państwa, pokazuję na kolejnym wykresie.

Na wykresie zostały uwzględnione kraje o wysokim poziomie rozwoju społecznego. Widać wyraźnie, że Katar, Bahrajn i Zjednoczone Emiraty Arabskie, które pod względem HDI nie ustępują znacząco państwom europejskim, już pod względem równości płci pozostają daleko w tyle. My osiągnęliśmy wynik nieco lepszy niż Czesi i Węgrzy, ale nadal odległy od czołówki.
Indeks wielowymiarowego ubóstwa mierzy poziom niezaspokojenia potrzeb przy uwzględnieniu dziesięciu wskaźników o charakterze niedochodowym. W obszarze zdrowia – czy w gospodarstwie domowym umarło jedno lub więcej dzieci, czy jest przynajmniej jedna osoba niedożywiona. W obszarze edukacji – czy wszyscy nie mają ukończonych pięciu klas szkoły podstawowej, czy jest przynajmniej jedno dziecko w wieku szkolnym, które nie uczęszcza do szkoły. W obszarze warunków życia – czy gospodarstwo domowe nie ma elektryczności, dostępu do czystej wody, sanitariatu, nie ma podłogi w mieszkaniu, nie opala czystym paliwem, nie ma samochodu, ale ma co najmniej rower, radio, telewizor. Jeżeli na wszystkie lub część tych pytań odpowiemy „tak,” to mamy do czynienia z wielowymiarowo ubogim gospodarstwem domowym. Autorzy tego wskaźnika przewidzieli wagi dla poszczególnych wymiarów, a także granice wielowymiarowego ubóstwa i zagrożenia nim.
Z przeglądu komponentów MPI wyraźnie widać, że nie dotyczy on krajów o wysokim poziomie rozwoju społecznego. Spośród państw, dla których istniały niezbędne dane, większość populacji została uznana za wielowymiarowo ubogą w 38 przypadkach (ponad 35% wszystkich krajów, dla których zebrano dane). Ponad 80% ludności jest wielowymiarowo ubogie tylko w krajach afrykańskich: Rwandzie, Sierra Leone, Gwinei, Burkina Faso, Liberii, Burundi, Republice Środkowoafrykańskiej, Mali, Etiopii, Nigrze i w Somalii. Wszystkich ludzi biednych jest na świecie według tego wskaźnika 1,75 mld.
Już same wartości złożonych indeksów oraz składających się na nie wskaźników cząstkowych to duża baza danych. Jej informacyjny potencjał jest nieporównanie większy niż to, czego dowiadujemy się o krajach świata, gdy uwzględnimy wyłącznie PKB per capita lub dynamikę jego zmian. W HDR 2010 znajdujemy też wiele innych wskaźników poza omówionymi, które informują o rozmaitych aspektach jakości życia, a także o zagrożeniach ekologicznych.
Porównajmy jeszcze pozycję kilku krajów według wartości różnych wskaźników rozwoju. Będą to USA z najwyższym PKB na mieszkańca oraz Szwecja, Finlandia, Holandia, Niemcy, Wielka Brytania, Kanada, Włochy, Hiszpania i Polska. Pozostałe wskaźniki to: indeks jakości życia według „The Economist” (QoLI E, 2005), IHDI i GII za HDR 2010, wskaźnik subiektywnego powodzenia w życiu według badań Gallupa (GWB), indeks jakości życia według „International Living” (QoLI IL, 2010) oraz wskaźnik dziedziczenia nierówności na podstawie badań PISA 2009 (na ile wyniki uczniów w testach wiedzy i umiejętności zależą od statusu społeczno-ekonomicznego ich rodziców).

USA, przodujące w dziedzinie PKB, jeszcze tylko pod względem jednego wskaźnika znalazły się w pierwszej trójce. Szwecja była raz na 3. miejscu, dwa razy na 1. i dwa razy na 2., w pierwszej trójce znalazła się więc pięć razy. Podobnie Holandia, która 1. miejsce zajęła raz, 2. – dwa razy i 3. także dwa razy. Bycie najbogatszym krajem nie gwarantuje więc „wygranej”, gdy weźmiemy pod uwagę wielowymiarową jakość życia oraz wielowymiarowe i międzypokoleniowe nierówności.
Niedawne wydarzenia w Tunezji i Egipcie również dowiodły, że obserwowanie tylko zmian PKB może być bardzo mylące. W obu krajach wskaźnik ten w ostatnich latach wzrastał, jednak odsetek zadowolonych z życia (liczony według metody Gallupa) – spadał, co zakończyło się protestami i zamieszkamiix.
Niemierzalne wartości
Podstawową tezą artykułu jest nie tylko to, że zbyt wiele uwagi poświęca się PKB przy ocenie poziomu i jakości rozwoju społeczeństw. Zasadnicze jest pytanie, w jakiej mierze stopień zaspokojenia potrzeb ludzi i ich perspektywy na przyszłość dają się w ogóle zobrazować za pomocą jakiejkolwiek pojedynczej liczby.
Być może wielowymiarowej łącznej jakości życia wielu milionów ludzi w ogóle nie da się dobrze zmierzyć. Nie znaczy to jednak, że powinniśmy być szczególnie zadowoleni, gdy PKB na mieszkańca szybko się zwiększa, lub szczególnie zaniepokojeni – gdy zwiększa się wolniej czy nawet zaczyna spadać. Wiele problemów mamy zapewne tylko dlatego, że zbyt dużo ważnych decyzji podejmowanych jest pod wpływem zmian poziomu jednego wskaźnika.
Z tego wszystkiego nie wynika, aby produkcja i konsumpcja tego, co mierzy PKB, były bez znaczenia dla dobrobytu społeczeństw. Przeciwnie, mają one bardzo istotne znaczenie, gdyż chodzi tu o dużą część zaspokajaczy potrzeb i pragnień ludzi. Nie wynika z tego jednak, żeby PKB miał być jedynym czy nawet najważniejszym wskaźnikiem kondycji świata. To, czego on nie mierzy, jest równie ważne, a nawet ważniejsze – wolność, miłość, sprawiedliwość, piękno i wszystkie inne wartości, które nie są środkami do celu, lecz celami życia. Te aspekty powinny skupiać uwagę publiczną w co najmniej takim stopniu, jak PKB.
Przypisy:
i Prospects for employment opportunities in the nineteen seventies: papers and impressions of the Seventh Cambridge Conference on Development Problems, 13th to 24th September 1970 at Jesus College, H.M. Stationery Office 1971, s. 14.
ii W. A. Lewis, 1955, [za:] E. W. Nafziger, Economic Development, Cambridge University Press 2006, s. 15.
iii D. Seers, 1969, [za:] R. Jolly, L. Emmerij, D. Ghai, F. Lapeyre, UN Contributions to Development Thinking and Practice, Indiana University Press 2004, s. 108. O wpływie Seersa i Sena na myślenie o rozwoju zob. E. W. Nafziger, From Seers to Sen: The Meaning of Economic Development, http://www.rrojasdatabank.info/widerconf/Nafziger.pdf.
iv F. Stewart, Human Development as an alternative development paradigm, prezentacja, s. 6, http://hdr.undp.org/en/media/Stewart.pdf.
v Zob. R. Szarfenberg, Globalne strategie rozwoju, [w:] M. Grewiński, A. Karwacki (red.), Strategie w polityce społecznej, Warszawa 2009.
vi Komunikat Komisji do Rady i Parlamentu Europejskiego: Wyjść poza PKB. Pomiar postępu w zmieniającym się świecie, KOM(2009) 433, Bruksela, 20.8.2009 http://eur-lex.europa.eu/Notice.do?checktexts=checkbox&val=499855.
vii A. Sen, J. Stiglitz, J. Fitoussi, The Measurement of Economic Performance and Social Progress Revisited: Reflections and Overview, s. 63, http://www.stiglitz-sen-fitoussi.fr/documents/overview-eng.pdf.
viii Zjawisko nazywane paradoksem Easterlina, jego ostatnie potwierdzenie w długim okresie i również w krajach rozwijających się zob. R. A. Easterlin i in., The happiness-income paradox revisited, „Proceedings of the National Academy of Sciences of the United States of America”, vol. 52, nr 4, 2010.
ix J. Clifton, L. Morales, Egyptians’, Tunisians’ Wellbeing Plummets Despite GDP Gains, Gallup.com, 2.02.2011, http://www.gallup.com/poll/145883/Egyptians-Tunisians-Wellbeing-Plummets-Despite-GDP-Gains.aspx.