Bez alternatywy socjaldemokratycznej

Znaczenie terminu „Ameryka Łacińska” jest dla wszystkich oczywiste: chodzi o kraje położone na południe od USA, które (poza małymi wyjątkami) łączą język i kultura dwóch dawnych mocarstw kolonialnych Półwyspu Iberyjskiego – Hiszpanii i Portugalii. Tak silna więź nie przeszkadza jednak istnieniu potężnych różnic kulturowych między poszczególnymi narodami i państwami; różnic, które przekładają się także na współczesny ustrój i porządek społeczny. Ograniczywszy się do terenu Ameryki Południowej, stajemy w obliczu dwóch wyrazistych podziałów, z których jeden ma oblicze polityczne, drugi społeczne.

Pierwszy z nich polaryzuje się wokół stosunku do Stanów Zjednoczonych, drugi zaś – do Europy. Podział polityczny dotyczy dziedzin tak kluczowych z punktu widzenia każdego państwa, jak system ekonomiczny i poglądy na suwerenność narodową. W Ameryce Południowej wciąż są państwa, które przyszłość widzą w zacieśnianiu stosunków gospodarczych z Ameryką Północną na zasadach wolnego handlu i przepływu kapitałów w stosunkach zewnętrznych oraz dyscypliny fiskalnej – w wewnętrznych. Do tej grupy zaliczamy Kolumbię Peru, Chile, zaś poza kontynentem południowoamerykańskim także Meksyk. Wkrótce dołączy do niej prawdopodobnie Paragwaj. Drugą stroną tego sporu są kraje dopatrujące się przyczyn złej (czasami wręcz katastrofalnej) sytuacji społecznej właśnie w tej polityce, której głównymi promotorami były Stany Zjednoczone, Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy. Jako alternatywę proponują niezależność od strefy dolarowej, silną (mniej lub bardziej inkluzywną) tożsamość narodową i dążącą do autarkii politykę gospodarczą, opartą o silny przemysł, mniej rozwarstwione społeczeństwo i bogactwa naturalne. Najgłośniejszymi i najbardziej skrajnymi reprezentantami tej grupy są oczywiście Wenezuela, Boliwia i Ekwador (wraz z Kubą tworzące Sojusz Boliwariański dla Ludów naszej Ameryki – ALBA), lecz należą do niej także Argentyna, Brazylia i Urugwaj (współpracujące ze sobą w ramach grupy MERCOSUR).

Podział społeczny dotyczy natomiast stopnia identyfikacji ludności tych krajów z kulturą byłej metropolii – nie chodzi tutaj tylko o Hiszpanię i Portugalię, lecz także o wszystkie inne kierunki, z których napływała tam imigracja: Włochy, Niemcy, Polska… Przebiega ona częściowo zgodnie z granicami państwowymi: bardzo zeuropeizowane Chile i Argentyna obok niezwykle silnie identyfikującej się z kulturą autochtoniczną Boliwii; częściowo zaś z klasowymi: zasadniczo większe ciążenie klasy średniej i wyższej ku kulturze europejskiej versus przywiązanie do kultur indiańskich wśród klas uboższych.

Chciałbym, aby niniejszy artykuł był próbą rozrachunku z moimi własnymi poglądami, które przedstawiłem m.in. w tekście „Notatki iberoamerykańskie”, opublikowanym ponad rok temu na portalu „Nowe Peryferie”. Wyrażałem w nim wówczas entuzjazm w stosunku do nowej fali łagodnego, jak wówczas sądziłem, eksperymentu populistycznego w niektórych, bardziej zeuropeizowanych krajach kontynentu południowoamerykańskiego, zwłaszcza w Argentynie. Wydarzenia ostatnich kilkunastu miesięcy wystawiły mój optymizm na poważną próbę, a w końcu doprowadziły do załamania wiary w sensowność działań podejmowanych przez rządzącą ekipę peronistyczną. Zarysowywanie się natomiast w skali światowej swoistej osi kleptokratycznej, złożonej z państw odrzucających reguły wolnego rynku tam, gdzie ich transparentność utrudnia działania korupcyjne na wielką skalę, zaś nie wyrzekających się dziewiętnastowiecznego wyzysku tam, gdzie chodzi o maksymalizację zysków (Chiny, Rosja, Wenezuela, Argentyna, Iran), sprawiło, że znacznie wzrosła moja nieufność do formułowanych alternatyw wobec kapitalizmu, w tym wobec jego europejskiej wersji socjaldemokratycznej.

Bankructwo argentyńskie pierwszej dekady XXI wieku uznane zostało przez wielu ekonomistów (np. przez Josepha Stiglitza) za najbardziej efektowny przykład porażki neoliberalnej koncepcji ekonomicznej, wdrażanej w wielu krajach tego regionu od początku lat 80. W samej Argentynie widać to było w pełnej krasie dopiero po upadku dyktatury wojskowej, zwłaszcza podczas przypadającej na całą dekadę lat 90. prezydentury Carlosa Saúla Menema. Dokonano wtedy prywatyzacji (i praktycznej likwidacji) większości liczących się gałęzi przemysłu oraz rozczłonkowania infrastruktury energetycznej, kolejowej, drogowej, gazowej itd. Procesy te przebiegały z intensywnością zupełnie nieporównywalną do krytykowanych często – skądinąd słusznie – zjawisk polskich reform po 1989 roku. Powszechnej wyprzedaży majątku narodowego i gwałtownej redukcji obciążeń fiskalnych, mających na celu pobudzenie inicjatywy prywatnej, nie towarzyszyła jednak redukcja dość obfitych – ze względu na silnie zakorzenione w Argentynie tradycje syndykalistyczne – przywilejów socjalnych, głównie w postaci dotacji. Inflację, która była zmorą poprzednich dekad, udało się opanować poprzez wymianę waluty i ścisłe powiązanie nowego peso z dolarem (w parytecie 1:1). Obrona tego kursu wymagała, zwłaszcza w chwili, gdy kryzys dał już o sobie znać, poważnych interwencji na rynku walut, finansowanych przez dług zagraniczny. Ekipa Menema zastała państwo argentyńskie w stanie dość poważnego zadłużenia, którego siłą sprawczą byli przede wszystkim wojskowi oraz pierwsza administracja demokratyczna. W ciągu dziesięciu lat swoich rządów doprowadzili oni jednak dług do sumy 130 miliardów dolarów, zaś jego obsługa przestała być w pewnym momencie możliwa.

Lewicowi krytycy ideologii neoliberalnej mają rację, gdy wskazują na bardzo duże koszty społeczne tego typu systemu. Nie jest jednak tak, że zawsze musi się on skończyć zapaścią w stylu argentyńskim. Jest wręcz przeciwnie. Ośmielę się stwierdzić, że jego popularność w międzynarodowych organizacjach finansowych nie wynika tylko z tego, że umożliwia łatwiejsze instalowanie się kapitału krajów wysoko rozwiniętych w państwach biednych i średnio zamożnych. Wynika ona raczej z jego prostoty i właśnie stabilności, jaką zapewnia. Przykładem może być chociażby graniczące z Argentyną Chile, a także postkomunistyczne kraje Europy Środkowej. Wyjątkowość przypadku argentyńskiego polegała natomiast na tym, że doszło w tym kraju do zetknięcia się dwóch silnych prądów polityczno-ideologicznych, z których jeden, dominujący, był w stanie zabezpieczyć interesy swojej klienteli bez brania jednocześnie pod uwagę globalnej sytuacji ekonomicznej kraju.

Od ponad pół wieku rozwija się w Argentynie silna tradycja populistyczna, której duchowym patronem jest kontrowersyjne małżeństwo Peronów. Choć pierwotnie usadowiona wśród proletariatu i wielkomiejskiej biedoty, skupiająca się na przekształcaniu płynących z Europy idei (głównie socjalistycznych, ale też faszystowsko-korporacjonistycznych), z czasem okrzepła wśród struktur państwa, wytworzyła własną elitę polityczno-oligarchiczną i cieszy się wsparciem części klasy średniej, przede wszystkim z niewielkich miast i odleglejszych prowincji. Przyznawanie się do peronizmu nie wiąże się obecnie z żadnym konkretnym światopoglądem, lecz jest raczej akcesem do korporacji czasami wzajemnie wspierającej się, a czasem zwalczającej się na różnych poziomach. Peronistą był ultraliberał Carlos Menem, jest nim również skrajna interwencjonistka Cristina Fernández de Kirchner, kończąca w tym roku drugą kadencję prezydencką. Tym, co łączy wszystkich peronistów bez wyjątku, jest raczej styl uprawiania polityki, charakteryzujący się konfliktowaniem kolejnych grup społecznych i podporządkowywaniem aparatu urzędniczego potrzebom elity i elektoratu. Jako że pogodzenie tak różnorodnych i często sprzecznych wymagań jest bardzo trudne, prowadzi to do instytucjonalnego i merytorycznego chaosu.

Radykałowie tworzą drugą wielką tradycję polityczną Argentyny. Ma ona nieco starszy rodowód i wywodzi się ze zwycięskich bojów ideologicznych, jakie pod koniec XIX i w pierwszej połowie XX wieku toczyła świecka i liberalna inteligencja z rządzącymi elitami konserwatywnymi, cieszącymi się głównie poparciem posiadaczy ziemskich. Radykałowie, nawiązując do programu podobnych środowisk we Francji i we Włoszech, zdołali dojść do władzy w latach 20. i 30. XX wieku, przeprowadzając wiele śmiałych i postępowych reform, które uczyniły Argentynę wielkim graczem międzynarodowego handlu żywnością. Zreformowali – choć dopiero pod wpływem dramatycznych protestów studenckich – ustrój uniwersytetów, rozpowszechnili edukację i wspierali uprzemysłowienie, bez jednoczesnego sięgania zbyt często po narzędzia interwencji państwowej. Z czasem politycy radykalni stali się ostoją establishmentu i reprezentantami wielkomiejskiej, zeuropeizowanej klasy średniej, ze wszystkimi charakterystycznymi dla niej obciążeniami, które nam mogą się kojarzyć z wizerunkiem nieboszczki Unii Wolności. Nie mieli oni również zbyt wielkiego szczęścia po upadku dyktatury: pierwszym demokratycznym prezydentem został radykał Raúl Alfonsin, powszechnie szanowany w kraju za odbudowę instytucji państwa prawa, lecz jednocześnie lekceważony za miękkość i nieumiejętność radzenia sobie z narastającym kryzysem gospodarczym w latach 80. Postępująca inflacja i narastający dług przekonały Argentyńczyków, że niezbędne są rozwiązania radykalne, które zaoferowali „prawicowi” peroniści Menema. Drugi, o wiele krótszy epizod rządów radykalnych, nastąpił po jego odejściu w 1999 r., gdy urząd prezydenta objął Fernando de la Rúa. Mimo mandatu społecznego de la Rúa nie był w stanie uporać się z „dziedzictwem” poprzednika, postulowane przez niego reformy oszczędnościowe były atakowane przez opozycję, a on sam nie wykazał się – jako kolejny polityk radykalny – wystarczająco silnym charakterem i odszedł ze stanowiska przed końcem kadencji w nie najlepszym stylu. W efekcie, w sposób w dużej mierze niezawiniony, radykałowie utrwalili w głowach Argentyńczyków swój wizerunek jako ci, którzy „nie umieją rządzić”, co trafnie podsumował jeden z publicystów najpoważniejszego argentyńskiego dziennika „La Nación”: żeby zrozumieć współczesną sytuację polityczną w Argentynie, trzeba przyjąć do wiadomości, że ekipie rządzącej od dwudziestu lat udało się wmówić, iż wszystkie nieszczęścia kraju wydarzyły się w ciągu dwóch lat, podczas których nie rządziła.

Stabilność polityczną udało się krajowi odzyskać dopiero w 2003 r., gdy wybory prezydenckie wygrał dość niespodziewanie lewicowy peronista i milioner z Patagonii, Nestor Kirchner. Energicznie przystąpił do renegocjacji długu zagranicznego Argentyny, na którym to polu odniósł poważny sukces: ok. 90% najpoważniejszych wierzycieli (w tym wszystkie państwa, łącznie ze Stanami Zjednoczonymi) zgodziło się na redukcję zadłużenia do zaledwie 25% jego pierwotnej sumy. Do nieprzejednanych należała grupa wierzycieli prywatnych, głównie banków i funduszy inwestycyjnych, które wcześniej wykupiły obligacje od prywatnych właścicieli za bezcen, a następnie domagały się od państwa argentyńskiego całej sumy. W tym właśnie wydarzeniu tkwi zarzewie obecnego kryzysu. Trzeba od razu dodać, że ówczesny emitent obligacji oddał jurysdykcję w ich sprawie sądowi stanu Nowy Jork, wychodząc ze słusznego założenia, że sądownictwo zasadniczo sprzyjające wierzycielowi spowoduje niższe oprocentowanie długu.

Fundusze spekulacyjne wygrały w zeszłym roku proces przed sądem amerykańskim, co wywołało falę zrozumiałego oburzenia w Argentynie. Rząd postanowił jednak wykorzystać okazję do rozpętania kampanii przeciwko Stanom Zjednoczonym w ogóle, zaś ekipie Baracka Obamy w szczególności – tej samej ekipie, która wcześniej umorzyła 75% długu państwowego Argentyny, a następnie opowiedziała się przed sądem – występując jako amicus curiae – przeciwko funduszom spekulacyjnym. Jeden z opozycyjnych publicystów napisał, że Cristina Kirchner nie rozumie lub raczej nie chce zrozumieć, iż sądy w USA nie działają tak samo jak w Argentynie czy Wenezueli i nie są „na telefon”. Przeoczył jednak fakt, że w bardzo podobnej sprawie dotyczącej sprzymierzonego z USA Konga, prezydent George W. Bush uniemożliwił wykonanie wyroku, argumentując, że sąd wkracza w obszar kompetencji władzy wykonawczej, wyrokując w sprawie długów państw.

Kirchner zadowolił się porozumieniem z większością wierzycieli, mając nadzieję, że uda mu się na drodze sądowej unieważnić roszczenia mniejszości lub zmusić ją do przystąpienia do ugody zawartej z większością. Przedsięwziął jednocześnie realizowanie redystrybucyjnych obietnic wyborczych, finansując je w dużej mierze z dochodów eksportowych. Przez długie lata pierwszej dekady XXI w. szczęście dopisywało jego administracji – na rynkach międzynarodowych obowiązywały wysokie ceny eksportowanych przez Argentynę surowców, przede wszystkim soi. Pozbawiony możliwości zadłużania się przez emisję obligacji, kraj związał nadzieje na rozwój z handlem materiałami nieprzetworzonymi, co upodabnia go trochę do Rosji, Wenezueli czy państw Zatoki Perskiej. Patrząc z perspektywy roku 2015, można stwierdzić, że tego rodzaju gospodarki skłonne są do przyjmowania podobnego modelu politycznego. Argentyna, w porównaniu z reżimami Putina, ajatollahów czy Cháveza-Maduro, oczywiście jest wciąż krajem bardzo demokratycznym, lecz metody walki z opozycyjną prasą, traktowanie opozycji przez ekipę rządzącą czy maksymalizowanie zysków z eksportu surowców kosztem praw ludności indiańskiej, zbliżają ją niebezpiecznie do tego modelu. Podobnie jak to możemy zaobserwować w Rosji czy Wenezueli, zakres swobód ograniczany jest wraz z pogarszaniem się sytuacji na rynkach i pozbywaniem się przez elektorat złudzeń co do obranego modelu rozwoju.

Latem 2014 r. w dzienniku „Die Welt” ukazał się obszerny artykuł o kosztach społecznych ciągłego poszerzania obszarów upraw soi w północnej Argentynie w prowincji Formosa. Współpraca właścicieli plantacji – często wielkich koncernów, takich jak Monsanto czy Bayer, których doskonałe stosunki z rządem są kolejnym dowodem na ideową niekonsekwencję tego ostatniego – z lokalną policją prowadzi do brutalnych przesiedleń, a nawet morderstw wśród lokalnej ludności1. Spadek cen soi i ekstensywny charakter rolnictwa w Argentynie wymusza powiększanie obszarów uprawnych w coraz większym tempie, gdyż budżet kraju jest w sporej części uzależniony od zysków z eksportu tej rośliny2. O sytuacji nie informuje także opozycyjna zazwyczaj prasa ogólnokrajowa, co może świadczyć o istnieniu jakiejś ponadfrakcyjnej zmowy milczenia.

Trzeba podkreślić, że propaganda ekipy rządzącej Argentyną, zupełnie jak w Rosji i Wenezueli, wciąż mówi o industrializacji, nowoczesności i postępie, podczas gdy coraz bardziej uzależnia się ona od trzecioświatowych metod pozyskiwania kapitału i towarów. Mam na myśli m.in. wspomniany już eksport surowców oraz długoterminowe umowy importowe z Chinami, przypominające te, które mocarstwo azjatyckie zawiera z krajami afrykańskimi.

Należy jednak przyznać, że reformy socjalne przyniosły również pozytywne efekty. Podróżując przez północno-zachodnie pogranicze kraju dowiedziałem się na przykład, że udało się dokonać elektryfikacji najbardziej oddalonych nawet miejscowości górskich, instalując w nich kolektory słoneczne. Po raz pierwszy w historii obowiązek oświatowy zaczął być konsekwentnie egzekwowany, gdyż państwo zaczęło zapewniać transport dzieci i młodzieży do placówek edukacyjnych. Wśród licznych nacjonalizacji, które przedstawiano jako naprawienie błędów poprzedników, były także te niezbędne dla bezpieczeństwa narodowego lub wynikające z ewidentnej złej woli nowych właścicieli, dążących do zniszczenia przejętych przez siebie przedsiębiorstw. Można tu wymienić przykład argentyńskich linii lotniczych (działających obecnie wyłącznie dzięki ogromnym dotacjom państwowym, lecz jednocześnie uratowanych od likwidacji), koncernu naftowego YPF lub sporej części infrastruktury energetycznej. Nacjonalizacje za czasów rządów Cristiny Kirchner były często dokonywane bez odszkodowania, co naraziło Argentynę na kosztowne i przegrane procesy przed międzynarodowymi organami sądowniczymi i arbitrażowymi. Odszkodowanie dla hiszpańskiego Repsolu, byłego właściciela YPF, ma wynosić 9 miliardów dolarów. Czy zarząd państwowy, składający się często z co ambitniejszych działaczy młodzieżówek peronistycznych, będzie w stanie wyprowadzić przejęte przedsiębiorstwa na prostą i sprawić, by przynosiły zyski? Przykłady Aerolineas Argentinas czy nieskuteczność argentyńskich wysiłków w kierunku eksploatacji złóż gazu i ropy w Patagonii, nie nastrajają optymistycznie.

Poprawa sytuacji nastąpiła jednak głównie w prowincjach słabo zaludnionych i związana była z rozbudową infrastruktury. Sytuacja warstw uboższych w wielkich aglomeracjach jest gorsza niż 15 lat temu, gdyż na skalę dotychczas w Argentynie nienotowaną rozwija się przestępczość i – wspierany przez wysoko postawionych polityków – handel narkotykami. Wciąż niewyjaśniona została afera udzielenia przez państwo zgody na import efedryny będącej składnikiem narkotyków metaamfetaminowych3. Środek ów służył również do produkcji innych leków, lecz w jednym roku sprowadzono go do Argentyny w ilości kilkunastokrotnie przewyższającej zapotrzebowanie. Utrudniane przez władze wykonawczą postępowanie prokuratorskie wykazało, że ślady afery prowadzą do pałacu prezydenckiego. Z raportu agendy ONZ wynika, że Argentyna jest obecnie trzecim światowym eksporterem kokainy4. Ta sama organizacja alarmuje o najwyższej w Ameryce Łacińskiej liczbie napadów rabunkowych – 973,3 napady na 100 tys. mieszkańców w 2013 r.

Szok społeczny, jakim była niewypłacalność 2001 roku, dotknął nie tylko wyborców, ale także polityków. Ekipa Kirchnera była w zasadzie jedyną zdeterminowaną wówczas do objęcia rządów w kraju. Ten stan rzeczy utrzymuje się do dziś. Głównym opozycjonistą wobec Cristiny Kirchner nie jest żadna partia parlamentarna, lecz stołeczna prasa. Zachęca to do naginania zasad demokracji i zacierania podziałów między sferami prywatną, partyjną i państwową.

Warto zadać pytanie, czy ów projekt ideologiczny, który ta ekipa realizuje, ma charakter socjaldemokratyczny lub przynajmniej jest do nich zbliżony. Tak właśnie mogło się wydawać przez pierwszych kilka lat jego funkcjonowania. Wzrost gospodarczy był wysoki lub bardzo wysoki. Bezrobocie spadło z 22 do ok. 7%. Dochody ludności – po zapaści z początku XXI wieku – na powrót zaczęły rosnąć, zagrożenie inflacyjne utrzymywano pod kontrolą do mniej więcej 2011 r. Jednak głębsze spojrzenie na argentyński model społeczny prowadzi do wniosku, że z zachodnioeuropejskim państwem dobrobytu miał on (i ma) niewiele wspólnego. Większa część transferów socjalnych odbywa się poprzez dotacje przypominające system dopłat w realnym socjalizmie (a obecnie w Rosji, do niedawna także w Ukrainie), a nie poprzez świadczenia skierowane do konkretnych grup społecznych. Państwo „na ślepo” dopłaca ogromne sumy do cen energii, ciepła, środków komunikacji publicznej, żywności, wody, mieszkań itd., co sprawia, że zatraca się poczucie realnej wartości produkowanych dóbr i świadczonych usług.

System taki mógł być utrzymywany, gdy Argentyna zarabiała na handlu zagranicznym. Jednak spadek cen surowców zmusił władze do finansowania świadczeń emisją pieniądza, a więc dzieje się to za cenę inflacji. W tej chwili sięga ona ok. 30–35% w skali roku (rząd przez kilka ostatnich lat fałszował dane na tym polu), zaś wzrost płac dawno przestał nadążać za wzrostem cen. Według danych Ministerstwa Pracy pensje między czerwcem 2013 a czerwcem 2014 roku wzrosły o 29,7 procent, podczas gdy minimalny koszt utrzymania (żywność, mieszkanie, edukacja, podstawowa rozrywka) aż o 44,5%5.

Rząd argentyński coraz bardziej ogranicza swobodę działalności gospodarczej na bardzo podstawowym poziomie. Pojawiają się pomysły dyktowania przedsiębiorcom cen, po jakich mają sprzedawać swoje towary, co, pod pretekstem walki z wyzyskiem, jest oczywiście narzędziem mogącym łatwo doprowadzić ich do bankructwa. Coraz bardziej ogranicza się możliwości legalnego handlu dewizami – doprowadziło to do rozkwitu czarnego rynku walutowego, z którego zyski czerpie również świat przestępczy. Mylą się jednak ci, którzy sądzą, że mechanizmy takie mają na celu walkę z kapitalizmem jako takim. Chodzi raczej o pognębienie biznesu spoza peronistycznej rodziny; to praktyka znana nam lepiej z realiów putinowskiej Rosji. O ile zatem kirchneryzm jest odległy od socjaldemokracji, która – mówiąc w największym skrócie – polega na redystrybucji części zysków wysokowydajnej gospodarki kapitalistycznej na cele społeczne, o tyle nie jest on również – tu w kontraście z modelem wenezuelskim – zakwestionowaniem kapitalizmu. Chodzi raczej o stworzenie korzystniejszych warunków rozwoju dla jednych podmiotów kosztem innych. Model ów nie jest całkowicie oryginalny także w kontekście Argentyny, gdyż nawiązuje do systemu stworzonego w tym kraju przez rodzinę Peróna w latach 40. i 50. XX wieku.

Największa iluzja wielu Argentyńczyków zadowolonych z rządów Kirchnerów polegała na przekonaniu, że stwarzają one podstawy trwałego rozwoju kraju. Spadek cen surowców oraz niekorzystny dla Argentyny wyrok amerykańskiego sądu w sprawie niezrestrukturyzowanej części zadłużenia były – jak to określił „The Economist” – momentem, w którym nastąpił odpływ i okazało się, że pływający nie ma kąpielówek. Oczywiście moje spojrzenie na „konieczne reformy” różni się zapewne nieco od spojrzenia redaktorów brytyjskiego tygodnika, jednak faktem jest, że trudno mówić o budowie potęgi przemysłowej w sytuacji, gdy w kraju otwierane są głównie filie wielkich koncernów zagranicznych, zaś podstawowy dochód eksportowy czerpie się ze sprzedaży soi.

Zmiana koniunktury na rynkach światowych skłoniła argentyńską prezydent, podobnie jak jej kolegów z Wenezueli, Rosji, Iranu, Południowej Afryki czy nawet Brazylii, do pomstowania na spisek międzynarodowego kapitalizmu przeciwko ich nowemu modelowi rozwojowemu. Nie zwracają oni przy tym uwagi na to, że przez szereg poprzednich „lat tłustych” bogacili się dzięki temu kapitalizmowi w sposób nieproporcjonalnie wysoki w stosunku do stopnia bezpieczeństwa inwestycyjnego, jaki oferują ich gospodarki6. Ani przez chwilę Argentyna nie miała szansy stać się tygrysem gospodarczym, gdyż jej społeczeństwo było i jest zbyt zamożne, żeby zaakceptować wiążące się z tym ograniczenia charakterystyczne dla społeczeństw azjatyckich „tygrysów” gospodarczych. Ta sama uwaga zresztą dotyczy Chile (neoliberalni piewcy chilijskiego cudu zaklinają rzeczywistość równie umiejętnie), a także – przy wszystkich różnicach wynikających z położenia i faktu przynależności do UE – naszego kraju.

Obecną sytuację należy po prostu traktować jako oczekiwanie posiadaczy kapitałów z krajów rozwiniętych na lepsze dostosowanie gospodarek krajów rozwijających się do ich wymagań. Wymagania te należy oczywiście podzielić na toksyczne i korzystne dla społeczeństw. Niebezpieczeństwa zbytniego konformizmu w stosunku do zewnętrznego otoczenia ekonomicznego nie powinny jednak przysłaniać faktu, że zbyt mało zrobiono dla zmniejszenia poziomu korupcji, uproszczenia regulacji prawnych czy urealnienia cen poprzez zastąpienie dotacji nowoczesnym systemem wsparcia socjalnego. W przypadku Argentyny dochodzi jeszcze notoryczne łamanie prawa międzynarodowego i umów dwustronnych w zakresie regulacji celnych poprzez arbitralne wydawanie zakazów i ograniczeń eksportowych i importowych (działania znane nam również z praktyki rosyjskiej). Z tej perspektywy błędem wydaje się nadmierna łagodność krajów wysoko rozwiniętych, które w ostatnich latach, kierując się chciwością w zdobywaniu nowych rynków, były skłonne przyjmować do swego grona kraje zupełnie lekceważące zasady wolnego handlu, czego symbolem było wstąpienie Chin i Rosji do WTO w ostatnich latach. Założony w latach 90. XX, na wzór europejski, wspólny rynek kilku krajów kontynentu południowoamerykańskiego MERCOSUR (skupiający Argentynę, Brazylię, Paragwaj, Urugwaj i Wenezuelę) stał się instytucją praktycznie martwą ze względu na ostre konflikty interesów poszczególnych członków (zwłaszcza Argentyny i Brazylii oraz Argentyny i Urugwaju), którym oczywista dla tego typu organizacji idea wolnego handlu nie jest w smak.

Moje zbyt optymistyczne spojrzenie na populizm argentyński było skorelowane z nadmiernie surową oceną polityki chilijskiej lewicy. Pod wieloma względami życie w tym zamożniejszym i zdrowszym gospodarczo kraju jest trudniejsze od życia w Argentynie. Każdy krok w lewą stronę (np. wprowadzenie darmowych studiów dziennych) okupiony jest latami drobiazgowych negocjacji, co kończy się zazwyczaj znacznym okrojeniem planowanej reformy. Zaletą tego stanu rzeczy jest fakt, że najważniejsze decyzje podejmowane są w warunkach konsensusu narodowego, co sprawia, że polityka wewnętrzna Chile jest znacznie bardziej stabilna, zaś scena polityczna nie jest areną ciągłej wojny stronnictw. Wbrew moim przewidywaniom druga kadencja socjalistki Michelle Bachelet nie przyniosła bardziej socjalnego kursu w stosunku do lat 2006–2010. O ile jednak poprzednio byłbym w stanie uważać to za wadę tej ostrożnej i doświadczonej polityk, o tyle obecnie – patrząc na degrengoladę społeczno-gospodarczą Argentyny i Wenezueli – zaczynam doceniać zalety tej taktyki. Gospodarka Chile znacznie bardziej niż argentyńska przypomina kraje wysokorozwinięte. Oczywiście, istotną rolę odgrywa w niej wydobycie kopalin (zwłaszcza miedzi; niedawno KGHM otworzył w północnym Chile jedną z największych kopalni tego metalu na świecie), lecz ważne w skali całego kontynentu są również takie branże jak lotnicza (linie LAN są największe w całej Ameryce Łacińskiej) czy telekomunikacyjna.

Otwartość, a nawet pewna ekspansywność kapitału chilijskiego sprawia, że państwo to prowadzi zupełnie odmienną od wschodniej sąsiadki politykę zagraniczną i woli tworzyć podwaliny jedności kontynentalnej wspólnie z Peru i Kolumbią (w ramach tzw. Sojuszu Pacyfiku), niż z tymi krajami, które obrały bardziej protekcjonistyczną drogę rozwoju. Paradoksalnie głównym celem Sojuszu Pacyfiku jest rozwój kontaktów gospodarczych z Chinami, co jest również wielkim marzeniem Argentyny, Brazylii, Boliwii, Kuby i Wenezueli. O ile jednak wymienione przed chwilą kraje są w pewnym sensie klientami ChRL, gdyż, poza Brazylią, posiadają ograniczony dostęp do dewiz, niewielkie możliwości zadłużania się na wolnym rynku, a tym samym nieskrępowanego handlu zagranicznego, o tyle Chiny są dla Chile tylko jednym z wielu partnerów, zaś nadrzędnym celem pozostaje utrzymanie dobrych stosunków ze Stanami Zjednoczonymi, co w obecnych realiach politycznych jest na tym kontynencie rzadką postawą.

Stosunek do Wielkiego Brata z Północy jest bardzo delikatnym, choć silnie zmitologizowanym zagadnieniem. USA popełniły w stosunku do Ameryki Łacińskiej wiele zbrodni i błędów głównie w okresie największego napięcia zimnowojennego, w ramach kissingerowskiej Realpolitik oraz podczas rządów Ronalda Reagana (na ten ostatni okres przypada również największa intensywność promieniowania doktryny neoliberalnej). Problem polega jednak na tym, że głębokie przeżycia społeczeństw latynoamerykańskich z tamtych czasów znajdują odzwierciedlenie w dzisiejszym stosunku do Stanów Zjednoczonych, które są już zupełnie inne. Ich zainteresowanie Ameryką Łacińską jest minimalne, co w przyszłości może mieć dla tego mocarstwa niedobre skutki (ekspansja Chin i zainteresowanie Rosji, rozwój karteli narkotykowych). Odejściu od roli nowego kolonizatora nie towarzyszy żadna inna spójna i pozytywna polityka, co trochę przypomina stosunek dawnych europejskich mocarstw kolonialnych wobec Afryki. Ponieważ nie można już oskarżać Białego Domu o popieranie dyktatur na kontynencie (wszystkie pozostałe mają charakter lewicowy), retoryka antyamerykańska miesza się z ogólnym potępieniem dla kapitalizmu i odwróceniem od atlantyckiego kręgu cywilizacyjnego, będącego przecież naturalnym środowiskiem również dla Ameryki Łacińskiej.

Konkluzja niniejszego artykułu musi być raczej pesymistyczna. Krótka analiza sytuacji społeczno-gospodarczej Argentyny i Chile wykazuje, że obydwa te kraje, mimo dużych kontrastów, łączą dwie cechy: w jednym i drugim rządzi ekipa lewicowa, lecz jednocześnie żaden z nich nie stał się terenem reform w duchu socjaldemokratycznym. Władze Argentyny przyjęły krótkowzroczną politykę ekstensywnego rozwoju w duchu wenezuelsko-rosyjskim, bez jednoczesnej możliwości uruchomienia zasobów drzemiących w tym bogatym kraju. Chile – mimo nastawania po sobie konkurencyjnych ekip partyjnych – nie odeszło od swojej roli wzorca z Sèvres modelu neoliberalnego, zaś poważne turbulencje innych państw regionu, które się na to odejście zdecydowały, sprawią, że Michelle Bachelet z pewnością będzie jeszcze ostrożniejsza. Trudno zresztą mieć do niej o to pretensje. Kraj o dość burzliwej historii najnowszej, wciąż zmagający się ze świeżymi ranami po dyktaturze, zdołał wypracować bardzo wysoki poziom kultury politycznej i konsensualnego rozwiązywania problemów. To prawda, że junta Pinocheta ustawiła punkt wyjścia tego konsensusu bardzo mocno po prawej stronie. Zanosi się jednak na to, że w najbliższych latach Argentyna będzie lizała rany po kolejnym okresie niewypłacalności i w końcu zostanie zmuszona do radykalnego poskromienia inflacji, podczas gdy Chile w sposób nieprzerwany, choć powolny będzie się pięło w górę i zwiększało gospodarczą wiarygodność.

Przypisy:

  1. Por.: http://www.welt.de/wirtschaft/article130331317/Das-ist-ein-programmierter-Genozid.html
  2. Obowiązuje specjalny kurs dolara do peso dla eksportu soi (ok. 6 pesos za dolara, czyli dwukrotnie niższy od rynkowego), co stanowi rodzaj podatku.
  3. Por.: http://www.perfil.com/contenidos/2014/12/12/noticia_0064.html
  4. Por.: http://www.nuevatribuna.es/articulo/america-latina/argentina-renuncio-a-controlar-el-trafico-de-drogas-segun-el-informe-de-la-auditoria-general-de-la-nacion/20130711095927094633.html
  5. http://www.lanacion.com.ar/1712233-la-canasta-basica-se-encarecio-22-en-el-primer-semestre-en-la-capital-federal
  6. Por.: http://www.latribune.fr/opinions/tribunes/20140820trib000845108/ou-vont-les-pays-emergents.html

Aksamitna kolonizacja

W tym roku upływa ćwierć wieku od upadku Muru Berlińskiego – wydarzenia, które w symboliczny sposób wieńczyło dekadę gospodarczego i politycznego gnicia reżimów komunistycznych w Europie Wschodniej. Uchylenie Żelaznej Kurtyny i wprowadzenie 9 listopada 1989 r. swobody podróżowania na Zachód dla obywateli NRD stanowiło jednocześnie początek wewnątrzniemieckiego procesu zjednoczenia, zakończonego 3 października 1990 r. inkorporacją Niemieckiej Republiki Demokratycznej przez Republikę Federalną Niemiec. Można zatem stwierdzić, że upadek systemu komunistycznego w Niemczech Wschodnich dokonał się w sposób najbardziej kompletny z możliwych, gdyż doprowadził do całościowego zaniku tej zależnej od Związku Radzieckiego formy państwowości niemieckiej. Ścieżka politycznego przyłączenia b. NRD do RFN była kręta i uwarunkowania licznymi czynnikami zewnętrznymi oraz wewnętrznymi. Mimo to, dzięki woli politycznej wielkich mocarstw, władz Niemiec Zachodnich, społeczeństw obydwu państw niemieckich, a także braku sprzeciwu państw sąsiednich, udało się przejść przez nią z sukcesem w niecały rok. Znacznie bardziej skomplikowany okazał się proces wchłonięcia obciążonej licznymi wadami gospodarki wschodnioniemieckiej do krwiobiegu ekonomicznego i finansowego Republiki Federalnej. Trwa on – z różnymi rezultatami – do dzisiaj.

Celem niniejszego artykułu będzie analiza tego, w jakim stopniu przemiany gospodarcze w b. NRD posłużyły faktycznej kolonizacji tego obszaru przez kapitał zachodnioniemiecki, a w jakim przyczyniają się do budowy nowoczesnej i autonomicznej gospodarki nowych krajów związkowych. Refleksja ta będzie skorelowana z prześledzeniem zmian nastrojów społecznych i ewolucji poziomu życia mieszkańców b. NRD po 1989 r.

Historia gospodarcza Niemieckiej Republiki Demokratycznej współgra z procesami „dochodzenia do socjalizmu” innych państw RWPG. Na ich tle kształtują się jednak pewne odmienności wynikające z geopolitycznego położenia NRD oraz z wyjściowego poziomu rozwoju społeczno-gospodarczego u schyłku II wojny światowej. Państwo to bezpośrednio graniczyło z wrogim obozem kapitalistycznym, zaś jego obywatele stanowili jeden naród z obywatelami Republiki Federalnej. Prawie każdy mieszkaniec Niemiec Wschodnich miał krewnych lub przyjaciół na Zachodzie. Przez pierwsze 20 powojennych lat istniała swoboda przemieszczania się, a także podejmowania pracy, dzięki otwartemu przejściu do zachodnich stref okupacyjnych w Berlinie. Obydwa te czynniki sprzyjały napływowi dewiz do NRD w znacznie większym stopniu niż do innych państw demokracji ludowej. Państwo komunistyczne skupywało je od obywateli za pośrednictwem sieci sklepów tzw. eksportu wewnętrznego Intershop (odpowiednika polskich Peweksów). Obywatele RFN mieli też możliwość wysyłkowego zamawiania towarów dla swoich bliskich za pośrednictwem filii Intershopów w RFN. Płatność oczywiście dokonywała się w markach zachodnich. Pozwalało to na dość szeroki dostęp do zachodnich technologii oraz towarów konsumpcyjnych, co z kolei przekładało się na bardziej zaawansowany technicznie i cywilizacyjnie kształt państwa wschodnioniemieckiego w porównaniu np. do PRL.

Nie należy również zapominać o dziedzictwie infrastrukturalnym czasów przedwojennych. O ile spora część ocalonego od zniszczeń wojennych przemysłu ciężkiego została skonfiskowana przez ZSRR, o tyle zachowała się rozbudowana sieć autostrad, linii kolejowych, połączeń energetycznych, kanalizacyjnych, wodociągowych i telefonicznych, która znacznie górowała nad tym, czym dysponowały inne kraje Europy Środkowej i Wschodniej – za wyjątkiem Czechosłowacji. Ogólny poziom rozwoju tzw. Niemiec Środkowych (na których utworzona została NRD) w roku 1945 nie odbiegał znacząco od zachodniej części kraju. Istotna była za to dość duża dysproporcja w uprzemysłowieniu południowej i północnej części kraju na niekorzyść tej ostatniej. Zaplanowana i realizowana przez władze Niemiec Wschodnich polityka wyrównywania tej luki spowodowała znaczne niedoinwestowanie gospodarcze Saksonii i Turyngii1.

Cud gospodarczy, jakiego doświadczyły w latach 60. Niemcy Zachodnie, a także utrzymująca się opresyjność enerdowskiego systemu politycznego (faktyczna destalinizacja nastąpiła tu dopiero na początku lat 60.), spowodowały, że z kraju ciągle uciekali ludzie, w tym osoby najlepiej wykształcone i wykwalifikowane. Wynikły stąd „upływ krwi” był niezwykle dotkliwy i nie mogły go zrekompensować zwiększone przychody dewizowe. I właśnie fenomen ciągle zmniejszającej się liczby obywateli był głównym czynnikiem, który zadecydował o uszczelnieniu granicy między dwoma państwami niemieckimi. Budowa Muru (13 sierpnia 1961 r.) oraz zamknięcie granic zahamowało masowe ucieczki, lecz jednocześnie doprowadziło do kumulacji niezadowolenia społecznego. Rozwój gospodarczy NRD w latach 1949–1971 był bowiem – podobnie jak to miało miejsce w PRL tego okresu – zorientowany głównie na przemysł ciężki, co następowało kosztem potrzeb konsumpcyjnych ludności.

Przełom w tej dziedzinie nastąpił wraz z objęciem władzy przez, związanego wcześniej z komunistycznymi ruchami młodzieżowymi, Ericha Honeckera. Był on – podobnie jak jego poprzednik Walter Ulbricht – dogmatycznym komunistą i nie przewidywał żadnego powiększenia swobód politycznych. Uważał jednak, że niezakłócone funkcjonowanie gospodarki musi być okupione zwiększeniem produkcji na cele konsumpcyjne. Gospodarka narodowa miała odtąd pracować na rzecz wzrostu komfortu życia obywateli, terminowego wywiązywania się ze zobowiązań, zwłaszcza wobec zagranicznych wierzycieli, oraz przynosić zyski pozwalające na zintensyfikowanie inwestycji. Spełnienie tych trzech postulatów w ramach gospodarki realnego socjalizmu było bardzo trudne, lecz całkowicie uniemożliwił to kryzys naftowy połowy lat 70. Dotychczasowe plany przewidywały stopniową modernizację systemu energetycznego kraju w oparciu o siłownie olejowe i gazowe. Wzrost cen tych surowców spowodował gorączkowe zmiany – od tej pory NRD miała zaopatrywać się w energię elektryczną pochodzącą z węgla brunatnego (w latach 80. aż 30% światowego wydobycia tego surowca dokonywało się w Niemczech Wschodnich), co doprowadziło następnie do gigantycznych problemów ekologicznych. Tanio importowana ropa z ZSRR była przetwarzana w rafineriach i następnie odsprzedawana światu kapitalistycznemu w postaci zaawansowanych produktów naftowych. To swoiste dotowanie gospodarki NRD zakończyło się na początku lat 80., kiedy ZSRR sam zmuszony był stawić czoła problemom gospodarczym oraz zwiększonej konsumpcji ropy spowodowanej wojną w Afganistanie.

Podmioty gospodarcze zorganizowane były zgodnie z – typową dla krajów realnego socjalizmu – zasadą komasacji. Preferowano wielkie kombinaty przemysłowe lub rolnicze. Dojście do tego modelu przebiegało stopniowo, poprzez następujące po sobie fale nacjonalizacji i łączenia jednostkowych przedsiębiorstw. Ostatnia taka fala miała miejsce na początku lat 70. W chwili upadku Muru prywatna działalność gospodarcza obejmowała jedynie niewielkie zakłady rzemieślnicze i handlowe, zatrudniające mniej niż 10 pracowników. Podstawowym celem, jaki chciano osiągnąć poprzez łączenie zakładów, było utrzymanie maksymalnej kontroli nad realizacją planu gospodarczego. Charakterystyczną cechą gospodarki opartej o wielkie kombinaty (w 1989 r. było ich na terenie NRD 126, a zatrudniały łącznie blisko 80% populacji czynnej zawodowo2) był niezwykle niski poziom outsourcingu i kooperacji międzyzakładowej. Zabronione było utrzymywanie przez przedsiębiorstwa kontaktów handlowych nieprzewidzianych planem. Stosunki z podmiotami zagranicznymi prowadzone były za pośrednictwem ministerstwa handlu zagranicznego. Większość krajów zachodnich wprowadziła embargo na eksport i sprzedaż licencji do krajów socjalistycznych produktów mogących służyć rozwojowi przemysłu zbrojeniowego. Przyczyniło się to w niebagatelny sposób do zapóźnienia gospodarczego tych krajów. NRD nie była wyjątkiem, choć relatywna nowoczesność jej gospodarki na tle sojuszników wynikała także – oprócz wspomnianego już wcześniej większego napływu dewiz – z szeroko rozwiniętego szpiegostwa przemysłowego. Niska konkurencyjność negatywnie wpływała na eksport – pod koniec lat 80. wartość eksportu NRD w przeliczeniu na mieszkańca osiągała tylko 40% tej wartości w RFN. Dogmatyczność socjalistycznej gospodarki planowej odbijała się też na skostnieniu jej struktury sektorowej – w chwili upadku Muru odpowiadała ona strukturze gospodarki Niemiec Zachodnich późnych lat 60.3

Władze NRD nie mogły sobie pozwolić na zaprzestanie obsługi zagranicznych zobowiązań. Również w zakresie zaspokajania potrzeb życiowych ludności pole manewru było bardzo niewielkie, gdyż obawiano się (zwłaszcza po wydarzeniach w Polsce) wybuchu niezadowolenia społecznego. W 1970 r. dotacja państwowa dla podstawowych usług publicznych wynosiła 11,4 mld marek, podczas gdy w 1988 r. już 61,6 mld marek4. Rynek konsumpcyjny opierał się w dużej mierze na imporcie. Łączny deficyt handlowy za lata 1971–1980 wyniósł 38 mld marek zachodnich5. Najbardziej zaniedbanym elementem planu ekipy Honeckera był zatem proces inwestycyjny. Przeciętny wiek parku przemysłowego NRD zawsze był wyższy od tego, który występował w RFN, lecz w latach 80. ta różnica znacznie się pogłębiła. W 1989 r. w przemyśle NRD tylko 27% maszyn miało mniej niż 5 lat (40,2% w RFN), zaś aż 21,4% ponad 20 lat (5,4% w RFN)6. Najważniejszym skutkiem gospodarczym było zwiększenie kosztów produkcji. W roku 1980 wydobycie tony węgla brunatnego kosztowało 7,70 marek, zaś w 1988 r. już 13,20 marek (i to mimo poważnego zwiększenia eksploatacji)7. Nie należy również lekceważyć problemu produktywności, która średnio sytuowała się w NRD na znacznie niższym poziomie niż w RFN. O ile wyniki w przemyśle ciężkim obu krajów były jeszcze ze sobą w jakiś sposób porównywalne, o tyle próby rozwijania np. technologii elektronicznych zakończyły się całkowitą klęską. Koszt wytworzenia jednego chipa produkcji własnej opiewał na 534 marki, przy jednoczesnej zewnętrznej cenie rynkowej 4–5 marek zachodnich8.

Prawdziwą chwilą prawdy dla wschodnioniemieckiej gospodarki okazało się otwarcie granic i rynków w 1990 r. Przez pierwsze miesiące swobodnego przepływu osób i towarów sytuację stabilizowało ciągłe istnienie marki wschodnioniemieckiej, której czarnorynkowy kurs wymiany znacznie ograniczał popyt na towary zachodnie wśród konsumentów z NRD9. Sytuacja uległa diametralnej zmianie wraz z zawarciem unii walutowej, w wyniku której jedynym legalnym środkiem płatniczym na terenie b. NRD stawała się, z dniem 1 lipca 1990 r., marka zachodnia. W wyniku niezwykle silnych nacisków społecznych ustalono, że kurs wymiany będzie wynosił: 1 marka wschodnia = 1 marka zachodnia, co oczywiście nie miało nic wspólnego z realiami gospodarczymi. Z jednej strony spowodowało to jednorazowy, skokowy wzrost siły nabywczej obywateli, których pensje, choć wciąż niższe, mogły być od tej pory przynajmniej jakoś porównywane z zarobkami w RFN. Z drugiej jednak doprowadziło do równie skokowego wzrostu cen towarów produkowanych w b. NRD, co przy ich stosunkowo niższej jakości w stosunku do towarów zachodnich doprowadziło do bankructwa ogromną liczbę przedsiębiorstw. Produkcja przemysłowa w 1991 r. wynosiła tylko 35% produkcji z roku 198910. Dodatkowa komplikacja związana była z brakiem następstwa prawnego RFN po NRD – przestały obowiązywać umowy handlowe z państwami b. RWPG, które do tej pory były głównymi kontrahentami przemysłu Niemiec Wschodnich. Inkorporacja NRD przez RFN niosła za sobą tymczasowe zamknięcie tamtych rynków przy jednoczesnym szokowym włączeniu b. NRD do systemu gospodarczego wysoko rozwiniętej RFN i pozostałych państw EWG. Jeżeli dodać do tego całkowite nieprzygotowanie psychologiczne, prawne, marketingowe i kulturowe kadry zarządzającej przemysłem b. NRD, to przestaje dziwić, że ogromna większość sił wytwórczych gospodarki tego kraju została u progu lat 90. skazana na likwidację lub głębokie przekształcenie pod patronatem wielkich firm zachodnich.

Z tak wysokim przeszacowaniem kursu marki wschodnioniemieckiej związany jest oczywiście pewien paradoks. Ludność b. NRD masowo domagała się parytetu 1 : 1, gdyż słusznie obawiała się, że większa luka w dochodach spowoduje, iż będzie ona musiała we własnym kraju czuć się obywatelami drugiej kategorii w niesłychanie większym stopniu, niż się to realnie stało. Kurs wymiany był również oczywiście korzystny dla kapitału zachodnioniemieckiego, który wskutek rozłożenia gospodarki b. NRD „na łopatki” uzyskał całkowitą swobodę działania w nowych krajach związkowych. W ten oto sposób poczucie ekonomicznej krzywdy społeczeństwa Niemiec Wschodnich i interesy wielkiego kapitału zjednoczyły się przeciwko racji stanu zjednoczonego państwa i perspektywom długofalowego rozwoju terytorium b. NRD.

Ten przykład fałszywej świadomości przypomina trochę sytuację, która występowała w Polsce: zmęczona socrealistyczną gospodarką niedoboru klasa robotnicza miała – według relacji m.in. Ryszarda Bugaja – wręcz domagać się szybszej aplikacji planu Balcerowicza w celu jak najprędszego osiągnięcia zachodniego poziomu życia. Ostateczna decyzja o warunkach unii walutowej zapadła na najwyższych szczeblach władzy, lecz wcześniej była kontestowana przez rozmaite ośrodki kreowania i wykonywania polityki gospodarczej, w tym przez Bundesbank. Sceptyczni eksperci uznawali, że unia walutowa powinna być ostatnim krokiem na długiej drodze zjednoczenia gospodarczego i że może do niej dojść po spełnieniu tzw. kryteriów konwergencji: utrzymywaniu przez dłuższy czas swobodnej wymiany handlowej i nieskrępowanego przepływu czynników produkcji oraz istnieniu wolnorynkowego kursu wymiany. Żaden z tych warunków nie został zachowany. Zwolennicy szybkiego włączenia b. NRD do strefy marki zachodniej twierdzili natomiast, że krok ten zwiększy motywację obywateli Niemiec Wschodnich do pozostania w kraju, spowoduje napływ kapitału zachodniego (brak ryzyka kursowego) i przyspieszy tworzenie ram instytucjonalno-prawnych, niezbędnych do szybkiej odbudowy wschodnioniemieckiej gospodarki11.

Pierwszym efektem unii walutowej był niebotyczny wzrost popytu na towary importowane z RFN przy jednoczesnym załamaniu produkcji wewnętrznej. Nastąpił skokowy wzrost cen podstawowych produktów żywnościowych (wcześniej dotowanych przez państwo), zarazem upowszechnił się dostęp do towarów na rynku dotychczas niedostępnych lub trudno dostępnych (np. kawa potaniała o 80%). Panaceum na drożyznę miała być przyspieszona likwidacja monopolistycznych struktur handlu wewnętrznego, której miejsce praktycznie natychmiast zajęły zachodnioniemieckie i zagraniczne sieci handlowe.

Zachodnioniemieccy planiści gospodarczy spodziewali się efektu tsunami, jaki dotknie gospodarkę NRD po wprowadzeniu marki zachodniej. Już 1 lipca 1990 r. powołano do życia Instytucję Powierniczą (THA), której zadaniem było sprywatyzowanie państwowej własności na terenie Niemiec Wschodnich w taki sposób, aby zysk mógł choć częściowo pokryć koszty Zjednoczenia, zaś sprzedane przedsiębiorstwa mogły kontynuować działalność produkcyjną i zapewniać miejsca pracy. Władze THA postanowiły w pierwszej kolejności dokonać decentralizacji struktury przemysłu poprzez podział kombinatów. Pojedynczym przedsiębiorstwom nadawano formę prawną spółek akcyjnych lub spółek z ograniczoną odpowiedzialnością. Zdecydowana większość tych zakładów nie była w stanie samodzielnie funkcjonować, gdyż sens ich istnienia zawierał się jedynie w produkcji ściśle określonych elementów dla potrzeb kombinatu. Ekonomiści niemieccy oceniają pracę THA jako porażkę. Świadczy o tym fakt, że działalność tego organizmu zakończyła się stratą całkowitą w wysokości 256 mln marek, co oznacza, że zbycie każdego poszczególnego przedsiębiorstwa nie tylko nie przyniosło skarbowi państwa żadnych dochodów, lecz statystycznie kosztowało go 17 mln marek12. Bernd Martens tłumaczy to specyficznym i nieporównywalnym z innymi krajami socjalistycznymi otoczeniem przekształcającej się gospodarki NRD.

W istocie doszło tu – pod względem przekształceń własnościowych – do najbardziej szokowej wersji terapii. Nie zakończyła się ona hekatombą społeczną wyłącznie ze względu na bardzo duże środki osłonowe oraz nieskrępowaną możliwość podjęcia zatrudnienia przez obywateli b. NRD w zachodniej części kraju. W chwili wejścia w życie unii walutowej przedsiębiorstwa wschodnioniemieckie utraciły partnerów eksportowych w krajach RWPG (skoro i tak zmuszeni zostali do kupowania za dewizy, woleli czynić to bezpośrednio u partnerów zachodnich). W latach 1990–1993 eksport niemiecki do Europy Wschodniej wzrósł o 40%, podczas gdy w tym samym czasie eksport przedsiębiorstw b. NRD spadł o 79%. Gdy dodać do tego lawinowy wzrost popytu na towary zachodnie w b. NRD, przestaje dziwić fakt, iż pierwsze lata po Zjednoczeniu – choć niezwykle kosztowne dla budżetu państwa niemieckiego – były jednocześnie okresem boomu przedsiębiorstw z zachodu kraju. W tym samym czasie nagromadzenie wspomnianych czynników (unia walutowa, zerwanie z tradycyjnymi odbiorcami, skutki Zjednoczenia, brak nawyków związanych z działaniem na wolnym rynku, brak konkurencyjności, zniesienie granic celnych, szeroko pojęte dziedzictwo gospodarki realnego socjalizmu) spowodowały bankructwo większości przedsiębiorstw na wschodzie kraju13. Podstawowym zadaniem THA nie było już zatem zbycie masy majątkowej po NRD w sposób przynoszący zysk skarbowi państwa, lecz podtrzymanie przynajmniej częściowej produktywności tych zakładów w celu ochrony miejsc pracy. Łączyło się to z kosztownymi inwestycjami lub sprzedażą majątku kontrahentom zachodnim za symboliczną cenę. Socjolog gospodarki Paul Windolf szacuje, że w latach 1990–1995 aż 80% ludności b. NRD utraciło – tymczasowo lub na dłużej – pracę14.

Pierwsze lata po Zjednoczeniu upłynęły więc pod znakiem dezindustrializacji b. NRD. Wielkie kombinaty przemysłowe ustąpiły miejsca małym przedsiębiorstwom usługowym, które aż do dnia dzisiejszego stanowią podstawowy korpus pracodawców nowych krajów związkowych15. Stało się tak wbrew optymistycznym przewidywaniom części ekonomistów, którzy uważali, że b. NRD przejdzie drogę Bawarii. Na przełomie lat 60. i 70. wystąpił tam dość poważny kryzys tradycyjnego przemysłu, wzrost znaczenia branży usługowej, a następnie ponowna industrializacja, już z uwzględnieniem najnowszych zdobyczy technologicznych. Przemysł Niemieckiej Republiki Demokratycznej – mimo podejmowanych w tym kierunku wysiłków – nie był w stanie dostosować się w latach 80. do warunków tej rewolucji technologicznej i w chwili upadku Muru reprezentował przestarzałą strukturę. Rozwijająca się branża usługowa nie była jednak w stanie zapewnić zatrudnienia na dawnym poziomie: cała gospodarka NRD zatrudniała w 1989 r. ok. 10 mln osób, zaś w 1992 r. we wschodnich Niemczech było tylko 6 mln pracujących. W roku 2006 ta liczba wynosiła 5,6 mln. Zmniejszenie stanu zatrudnienia w przemyśle pociągnęło oczywiście za sobą kryzys zaplecza naukowego, które wcześniej tę branżę obsługiwało. Obecnie proporcja zatrudnionych w zakładach badawczych wynosi 15,6 : 1 na korzyść zachodniej części kraju16. Na tle tego przygnębiającego stanu rzeczy pozytywnie wyróżniają się tylko pojedyncze fabryki, które przetrwały transformację dzięki wykupowi przez koncerny zachodnie: zakłady chemiczne w Leuna, Bitterfeld i Böhlen, samochodowe w Eisenach, Ludwigsfelde i Lipsku, czy inne ośrodki przemysłu lekkiego (produkcja żywności, kolektorów słonecznych, wiatraków itd.). Jedynym dużym przedsiębiorstwem, które ma swą siedzibę we wschodnich Niemczech, jest Jenoptik AG17.

W celu przeciwdziałania bezrobociu, nadmiernym migracjom do zachodniej części Niemiec i dla wzmocnienia konkurencyjności b. NRD władze federalne skierowały na wschód bardzo znaczący strumień inwestycyjny, który doprowadził do szybkiego zniwelowania nierówności infrastrukturalnych. Skorzystała na tym przede wszystkim branża budowlana. Wielkie przedsięwzięcia realizowane były w dużej mierze przez firmy zachodnie, lecz stosunkowo wysokie wynagrodzenia (wynikające z warunków unii walutowej) połączone z niskimi cenami gruntów i nieruchomości doprowadziły do bujnego rozkwitu tego segmentu usług18. Przypomina to nieco fenomen, który znamy ze śródziemnomorskich krajów Unii Europejskiej (Hiszpania, Portugalia, Grecja, w pewnym stopniu Włochy), gdzie w okresie przedkryzysowym obroty branży budowlanej stanowiły swego rodzaju protezę niedostatecznie rozwiniętego przemysłu.

Wysokie bezrobocie i wzmożona emigracja nie były jedynymi skutkami społecznymi upadku przemysłu b. NRD. W gospodarce socjalistycznej zakład pracy nie pełnił bowiem tylko funkcji produkcyjnej, lecz zobowiązany był także do realizacji licznych zadań społecznych, jak polepszenie warunków pracy, wyżywienie pracowników, zapewnienie opieki nad dziećmi, troska o rozwój intelektualno-kulturalny, opieka zdrowotna, ułatwienia dla pracujących kobiet i matek, aktywizacja sportowa pracowników, utrzymywanie zdolności obronnej, kulturalna, sportowa i turystyczna formacja młodzieży, zapewnienie i utrzymanie infrastruktury wypoczynkowej oraz mieszkalnej, opieka nad weteranami, wypłacanie nagród okolicznościowych19. Oznaczało to, że przedsiębiorstwo było dysponentem i szafarzem większości udogodnień socjalnych, co nie było kompatybilne z systemem opieki społecznej RFN, którego świadczenia – owszem – zasadniczo przysługiwały wyłącznie osobom zatrudnionym (a nie obywatelom, jak w modelu skandynawskim), lecz dysponowane były za pośrednictwem wyspecjalizowanych agend samorządu terytorialnego. System panujący w NRD miał być twórczym rozwinięciem tradycyjnych tendencji socjalizmu niemieckiego, nastawionego na silną identyfikację pracownika z jego zakładem pracy. Stopień wywiązywania się zakładów pracy z ról społecznych zależał od ich wielkości. Zakłady Carla Zeissa w Jenie posiadały własną bibliotekę, orkiestrę filharmoniczną, 108 warsztatów pracy twórczej i rozmaitych kół zainteresowań. Przemiany gospodarcze po 1990 r. zakładały „uwolnienie” zakładów pracy od obowiązków socjalnych i przeniesienie ich na jednostki samorządu. Obywatele b. NRD zostali rzeczywiście objęci dość hojną opieką społeczną, lecz ów transfer nie pozostał bez skutków społecznych. Przeprowadzone w połowie lat 90. badania wykazały, że pracownicy bardziej tęsknią za integrującymi funkcjami systemu opieki społecznej w zakładzie pracy niż za premią i „trzynastą pensją”20. Z dzisiejszej perspektywy nie wytrzymuje krytyki pogląd, iż świadczenie tego typu usług przez zakłady pracy jest pozbawione sensu ekonomicznego, gdyż różnorodne pakiety socjalne zapewniają przecież jak najbardziej przejęte swoimi zyskami wielkie korporacje.

Zupełnie inaczej wygląda historia przekształceń wschodnioniemieckiego rolnictwa. Podobnie jak powojenna Polska, sowiecka strefa okupacyjna została już w 1946 r. objęta reformą rolną, na mocy której wywłaszczono wszystkich właścicieli ziemskich powyżej 100 ha ziemi. Grunty podzielono pomiędzy tzw. Neubauern (głównie dawnych pracowników rolnych i uchodźców). Władze Polski Ludowej zrezygnowały jednak ostatecznie z przeprowadzenia przymusowej kolektywizacji, zaś w NRD nastąpiła ona na początku lat 50. W jej wyniku dominującą formą gospodarowania stały się spółdzielcze Towarzystwa Produkcji Rolnej (LPG). Własność gruntu i nieruchomości nie została rolnikom indywidualnym odebrana, lecz zmuszono ich do wspólnego gospodarowania i realizacji państwowych planów ekonomicznych. Pod koniec lat 80. te towarzystwa rolne borykały się z problemami typowymi dla całej gospodarki NRD (niska produktywność, niedoinwestowanie, duże obciążenie dla środowiska). Mimo to większość gospodarstw spółdzielczych przetrwało transformację ustrojową i z powodzeniem dostosowało się do warunków rynkowych. Stało się to niejako wbrew początkowym zamierzeniom władz RFN, które dążyły do ponownego rozparcelowania wschodnioniemieckiego rolnictwa, promując tzw. gospodarstwa rodzinne. Spotkało się to z bardzo żywym oporem spółdzielców, którym ostatecznie udało się utrzymać dotychczasowy model.

Nie obyło się bez poważnych przekształceń. Znacznej redukcji uległo zatrudnienie w tym sektorze: w 1989 r. rolnictwo zatrudniało 10,8% pracującej populacji NRD21, a w kilka lat później już o 90% mniej. LPG przestały również pełnić role społeczno-kulturalne, które były zbliżone do tych zapewnianych przez zakłady przemysłowe, lecz w warunkach wiejskich jeszcze istotniejsze. W sensie ekonomicznym ich utrzymanie okazało się jednak sukcesem: przeciętny dochód dużych (pow. 100 ha) gospodarstw we wschodnich Niemczech jest obecnie dwukrotnie większy od analogicznych gospodarstw w zachodniej części kraju22. Sukces ten, co warto podkreślić, osiągnięto wbrew radom i naciskom zachodnioniemieckiej administracji. Wysokie zyski pozwoliły na poczynienie wysokich inwestycji i uruchomienie w wielu sferach produkcji ekologicznej. Niektórzy badacze tłumaczą sukces LPG ich kompatybilnością z preferowanym modelem gospodarowania na rynku europejskim, gdzie masowa i wielkopowierzchniowa produkcja rolna jest uprzywilejowana nie tylko przez polityki rolne Unii, lecz także przez pierwszeństwo transakcyjne w relacjach z wielkimi sieciami handlu detalicznego23.

Czy teren wschodnich Niemiec stał się po Zjednoczeniu ofiarą kolonizacji ze strony kapitału z zachodniej części kraju? Struktura własnościowa przemysłu, jego praktyczny zanik na początku lat 90., masowa emigracja ludności b. NRD, natychmiastowe wprowadzenie unii walutowej i szokowych zmian własnościowych mogą dowodzić słuszności tego poglądu. Trzeba jednak pamiętać, że alternatywny scenariusz, przewidujący długotrwałe istnienie obok siebie dwóch gospodarek byłby – zwłaszcza na początku – trudny do zaakceptowania politycznie dla spragnionych zachodniego dostatku obywateli komunistycznego państwa. Transformacja gospodarcza – choć najbardziej gwałtowna ze wszystkich byłych „demoludów” – kojarzy się w Niemczech nie tylko ze wszystkimi dobrze znanymi nam cechami negatywnymi, lecz także z ogromną ilością transferów finansowych, które w krótkim czasie znacznie podniosły jakość życia ludności nowych krajów związkowych. Według danych Bundesbanku, tylko w latach 1991–1995, łączna suma środków publicznych przekazanych nowym krajom związkowym wyniosła 615 miliardów marek24, zaś do 2008 roku wzrosła do ok. 1,6 biliona euro25. Przeprowadzane regularnie badania statystyczne udowadniają, że zalet wynikających ze Zjednoczenia wciąż jest więcej niż wad. Produkt wewnętrzny brutto wschodniej części kraju po dwudziestu latach transformacji wzrósł z 50 do 71 procent PWB starych krajów związkowych (wziąwszy pod uwagę kurs wymiany 1 : 1 w przypadku roku 1989). Styl życia, wyposażenie gospodarstw domowych, nawyki wypoczynkowe mieszkańców b. NRD są obecnie takie same jak na Zachodzie. Współczynnik samobójstw na Wschodzie zmniejszył się o połowę w ciągu dwóch dekad (w 2008 roku wynosił 12,6/1000 mieszkańców, podczas gdy w starych krajach związkowych 11,2/1000)26. W tym samym czasie bardzo znacząco wzrosły oczekiwania obywateli, których niezaspokojenie ma wpływ na kultywowanie tzw. Ostalgie (nostalgii za NRD) i poczucia, że mieszkańcy zachodniej części kraju bardziej skorzystali na Zjednoczeniu. W rzeczywistości prawdziwymi beneficjentami tego procesu były wielkie przedsiębiorstwa zachodnie działające w kilku kluczowych branżach, lecz pozytywny efekt dla przeciętnego mieszkańca RFN jest bardzo dyskusyjny.

Nie zmienia to faktu, że te dziedziny, w których mieszkańcy b. NRD czują się wciąż nieusatysfakcjonowani, nie są jedynie efektem ich wygórowanych oczekiwań, lecz realnych patologii wyrosłych w trakcie transformacji. Może udałoby się ich uniknąć – np. nadal wysokiego bezrobocia, niskiego jak na Niemcy poziomu uprzemysłowienia, niezwykle wysokiego poziomu uzależnienia od zewnętrznej pomocy i kontroli – gdyby obrany model transformacji nie był jedynie wypadkową poglądów ekspertów i chwilowych wahań nastrojów, lecz efektem ciągłej i bezpośredniej konsultacji z zainteresowanymi grupami społecznymi. Sukces wschodnioniemieckiego rolnictwa spółdzielczego jest tego dobrym przykładem i jednocześnie wnioskiem na przyszłość. Trudno jednak przewidzieć, czy tradycyjnie zdominowana przez ośrodki kapitałowo-przemysłowe niemiecka władza polityczna będzie zdolna do rzeczywistej demokratyzacji gospodarki.

Przypisy:

  1. K.F. Bohler, T. Franzheld, Langlebige regionale Disparitäten w: Lange Wege der deutschen Einheit, Bonn 2010, s. 4.
  2. Statistisches Jahrbuch der DDR 1988.
  3. M. Fritsch, M. Wyrwich, Vom Plan zum Markt, w: Lange Wege…, s. 1–2.
  4. A. Steiner, Zwischen Konsumversprechen und Innovationszwang. Zum wirtschaftlichen Niedergang der DDR, w: K.H. Jarausch, M Sabrow (red.), Weg in den Untergang. Der innere Zerfall der DDR, Getynga 1999, s. 163.
  5. B. Martens, Die Wirtschaft in der DDR, w: Lange Wege…, Bonn 2010, s. 11.
  6. Ibidem, s. 7.
  7. G. Kusch (red.), Schlußbilanz – DDR. Fazit einer verfehlten Wirtschafts- und Sozialpolitik, Berlin 1991, s. 35.
  8. A. Steiner, op. cit., s. 170.
  9. „Akerlof i in., próbując oszacować kurs wymienny marki, przyjęli założenie, że dobrą aproksymantę stanowią wydatki ponoszone przez wschodnioniemieckie kombinaty na zdobycie jednostki waluty zagranicznej w warunkach wolnego handlu. Koszt »zdobycia« jednej marki zachodnioniemieckiej (»wirtualny kurs wymienny«) autorzy określili na 3,77 marki wschodnioniemieckiej i ta wielkość stanowiła – ich zdaniem – dobrą miarę konkurencyjności podmiotów z NRD na rynku międzynarodowym. Koncepcja ta pomija jednak fakt, iż w gospodarkach socjalistycznych eksport często był w różny sposób subsydiowany, a przedsiębiorstwa starały się osiągnąć narzucone im cele eksportowe. Ponadto rachunek kosztów nie był przecież do końca wiarygodny. Wymiana zagraniczna NRD odbywała się w ramach bilateralnych umów i rozliczeń, często w specjalnie tworzonych jednostkach. Odpowiedzi na pytanie o faktyczny kurs wymienny obu niemieckich walut nie można też udzielić na podstawie analizy cen czarnorynkowych. Wprawdzie cena kształtuje się na nim w relacji popytu i podaży, jednak uczestnicy takiej wymiany często nie mają dobrej informacji o rynku, zwłaszcza jeżeli handel walutą jest zakazany. Średnie ceny w kantorach w Berlinie Zachodnim kształtowały się na poziomie ok. 15 DM za 100 M, podczas gdy kurs oficjalny w NRD, po którym obywatele musieli wymieniać walutę, wynosił 1 : 1”. M. Moszyński, Transformacja systemowa byłej NRD – oczekiwania a rzeczywistość. Oceny procesu w literaturze niemieckiej (Referat przygotowany na seminarium naukowe projektu „Koncepcje stanowionego i spontanicznego ładu gospodarczego w procesie transformacji systemowej gospodarki Polski i byłej NRD” w dniu 16.03.2012 w siedzibie Wyższej Szkoły Zarządzania i Finansów w Białymstoku.), s. 13–14.
  10. M. Fritsch, M. Wyrwich, Wirtschaft im Schock w: Lange Wege…, s. 2.
  11. M. Moszyński, Transformacja…, s. 14.
  12. P. Windolf, Die wirtschaftliche Transformation. Politische und ökonomische Systemrationalitäten, w: W. Schluchter, P.E. Quint (red.), Der Vereinigungsschock, Gotha 1994, s. 399.
  13. B. Martens, Witschaftlicher Zusammenbruch und Neuanfang nach 1990, w: Lange Wege…, s. 3–4.
  14. P. Windolf, Die wirtschaftliche…, s. 411.
  15. „W ciągu dwóch lat wschodnie Niemcy utraciły prawie całą bazę przemysłową i jest rzeczą wątpliwą, aby – w warunkach globalnej konkurencji – mogła ona być kiedykolwiek odbudowana”, Ibidem, s. 398.
  16. Wirtschaftsatlas…
  17. B. Martens, Der entindustrialisierte Osten w: Lange Wege, s. 3–4.
  18. M. Moszyński, Transformacja…, s. 16.
  19. Formular 826 für VEB, Bildung und Verwendung des Kultur- und Sozialfonds, Carl Zeiss Archiv Jena, VA S227.
  20. W. Schmidt, Metamorphosen des Betriebskollektivs, w: Soziale Welt 46/1995, s. 307.
  21. Statistisches Jahrbuch der DDR 1990, s. 125.
  22. Bundesministerium für Landwirtschaft und Verhraucherschutz, landwirtschaftliche Haupterwerbsbetriebe im Witschaftsjahr 2007/08 nach Bundesländern.
  23. B. Martens, Landwirtschaft in Ostdeutschland: der späte Erfolg der DDR, w: Lange Wege…, s. 2.
S. Lessenich, Die Kosten der Einheit, w: Neue Wege…, s. 3.
  24. J. Ragnitz, B. Scharfe, Bestandsaufnahme der wirtschaftlichen Fortschritte im Osten Deutschlands 1989–2008, Drezno 2009.
  25. S. Lessenich, Die Kosten…, s. 3–5.

Ucząc się na polskich błędach

Kryzys gospodarczy dość mocno uderzył w białoruską gospodarkę, co przełożyło się na stabilizację reżimu Aleksandra Łukaszenki. Stabilność ta oparta była zresztą na dość kruchych podstawach, takie jak dostawa tanich surowców energetycznych z Rosji, ograniczona ilość inwestycji finansowych (głównie chińskich) oraz rachityczna wymiana handlowa z takimi państwami jak Wenezuela czy Iran. Handel ze światem zachodnim jest utrudniony ze względu na izolację polityczną oraz dość znaczne zapóźnienie białoruskiego przemysłu. Zacofanie to wynika z braku odpowiedniego zaplecza badawczego i niewystarczających inwestycji w innowacyjność.

Władze Republiki Białoruś starały się utrzymać wysoki stopień kontroli nad sferą produkcyjną. Udział sektora państwowego szacuje się na ok. 80%. Przemysł białoruski wytwarza głównie środki transportu, maszyny budowlane, artykuły petrochemiczne, produkty drzewne, spożywcze, materiały papiernicze. Ważnym rezerwuarem są rozległe obszary lasów państwowych (38% powierzchni kraju) oraz pól uprawnych (44%). Prowadzona jest interwencjonistyczna polityka kredytowa, możliwa dzięki kontroli sprawowanej przez państwo nad częścią sektora bankowego (dzielonej jednak z kapitałem rosyjskim oraz – w małym stopniu – austriackim).

Ograniczone możliwości produkcji przemysłowej i niewielki popyt wewnętrzny składają się na główne przyczyny niskiego poziomu życia obywateli Białorusi. Oficjalne wskaźniki bezrobocia plasują się na dość niskim poziomie, lecz organizacje obrony praw człowieka wskazują na ogromne bezrobocie ukryte, wynikające z przerostów zatrudnienia (głównie w rolnictwie). W 2009 r. około 27% obywateli żyło poniżej progu ubóstwa, przeciętna pensja nie przekracza natomiast 500 USD.

Uderzenie kryzysowe na Białorusi odbywa się w sposób dość podobny do tego, jaki zaobserwować można w krajach wysoko rozwiniętych, to znaczy poprzez gwałtowny wzrost kosztów obsługi zadłużenia zagranicznego. O ile jednak Zachód zadłuża się głównie poprzez emisję obligacji na giełdzie, to Białoruś uzależniona była od kredytów pochodzących z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Euroazjatyckiej Wspólnoty Gospodarczej, Chin, Rosji i Wenezueli. Szacuje się, że w bieżącym roku obsługa długu będzie kosztowała dwa razy więcej niż w 2011 r., a więc wyniesie niewiele mniej, niż wydaje się w tym kraju na ochronę zdrowia. W liczbach bezwzględnych białoruskie zadłużenie może nam się wydawać niewielkie (ok. 35 mld USD), lecz dla tak ubogiego państwa są to sumy niebagatelne, zwłaszcza że ponad połowa to pożyczki krótkoterminowe.

Reżim białoruski zareagował na kryzys w sposób znany Polakom z przełomu lat 70. i 80. XX wieku. Ogłoszono dość drastyczne podwyżki cen (np. transportu publicznego), podwyższono część podatków (głównie akcyzę) oraz dokonano w samym tylko roku 2011 dwukrotnej dewaluacji rubla. Jednocześnie zwiększono świadczenia socjalne, jednak w sposób zdecydowanie nieadekwatny w stosunku do galopującej inflacji. Ministerstwo Gospodarki przewidywało, że jej poziom sięgnie w bieżącym roku 100%. W połowie roku 2011 jeden dolar kosztował 5 tys. rubli białoruskich, zaś według kursu czarnorynkowego 8 tys. W tej chwili kurs oficjalny znacznie już przekroczył ceny realne z ubiegłego roku. W celu ratowania swego wizerunku Aleksander Łukaszenka zaczął przypuszczać werbalne ataki na własny rząd, ostrzegając przed tzw. terapią szokową, której Białorusini już zakosztowali na początku lat 90. Być może skłoniły go do tego strajki ekonomiczne, które wcześniej były w tym kraju zjawiskiem niespotykanym – w październiku 2011 r. protestowała załoga przedsiębiorstwa oczyszczania miasta „Żyłło” w Borysowie.

Wiele wskazuje, że władze białoruskie przygotowują się na możliwość upadku obecnego systemu gospodarczego i zamierzają sprawić, aby jego zmiana nie zakończyła się jednocześnie wymianą elit rządzących oraz grup uprzywilejowanych. Posługując się publicystycznym skrótem myślowym, można zaryzykować stwierdzenie, że chodzi tutaj o powtórzenie scenariusza doskonale znanego z naszych własnych doświadczeń, czyli uwłaszczenia nomenklatury oraz przekształcenia aparatczyków reżimu w kapitalistów.

Podpisana przez Łukaszenkę w grudniu 2010 r. tzw. Dyrektywa o rozwoju przedsiębiorczości przewiduje m.in. zniesienie górnej granicy wynagrodzeń, a także możliwość wykupu akcji przedsiębiorstw państwowych. „Dziennik Gazeta Prawna” z 29 stycznia 2011 r. przedrukował wypowiedź Andreja Lachowicza, eksperta Centrum Edukacji Politycznej w Mińsku, który opisywał mechanizm przechodzenia zaufanych ludzi władzy (oraz ich rodzin) do struktur gospodarczych oraz przejmowania nad nimi kontroli. Zdarzało się, że za pośrednictwem fikcyjnych spółek zakupów dokonywali dotychczasowi dyrektorzy z państwowego nadania. Sprzedaż majątku odbywała się na aukcjach lub – w przypadku wielkich przedsiębiorstw – na podstawie arbitralnej decyzji prezydenta. Przykładem może być dekret z 1 marca 2010 r. o sprzedaży 52% akcji mińskiej fabryki zegarków „Łucz” szwajcarskiej firmie Franck Muller. Dekretowa prywatyzacja jest zjawiskiem w oczywisty sposób patologicznym, gdyż można sobie wyobrazić, że firma Franck Muller została zobowiązana do odwdzięczenia się za ów przywilej odpowiednim zasileniem konta Łukaszenki, np. w Szwajcarii. Jednak nie należy mieć złudzeń, że gwałtowne protesty Międzynarodowego Funduszu Walutowego mają na celu wymuszenie poprawy standardów. Chodzi raczej o dopuszczenie do gry innych uczestników.

Tego typu proceder jest dodatkowo ułatwiany dość dużą skalą korupcji na Białorusi. Zyski z półlegalnych dochodów są odprowadzane za granicę, skąd powracają już jako inwestycje w pełni zgodne z prawem. Przypomina to nieco funkcjonowanie tzw. firm polonijnych, które począwszy od drugiej połowy lat 70. zakładane były na Zachodzie pod „opieką” PRL-owskich służb specjalnych. To właśnie zyski z tych spółek lub inne urzędowe koncesje stanowiły źródła fortun takich rodzimych „ludzi sukcesu” jak Jan Kulczyk, Zygmunt Solorz czy Mariusz Walter.

Tak jak to było w Polsce, również i na Białorusi proces uwłaszczenia nomenklatury przebierany jest w szaty „ułatwiania”, „deregulowania” i „racjonalizowania” przestarzałej gospodarki. Z całą pewnością przygotowywany przez reżim projekt długofalowych zmian systemowych będzie zakładał poluzowanie gorsetu w dostępie do rynku, na czym – podobnie jak w Polsce – skorzystać może także wielu uczciwych przedsiębiorców. Jednak należy powątpiewać, że to chęć polepszenia losu zwykłego Białorusina jest celem władz. Chodzi raczej o odpowiednie zaopatrzenie ludzi stanowiących podporę obecnego reżimu, mających pozostać filarem jego kolejnych mutacji. Jest to zatem reforma o charakterze raczej politycznym niż gospodarczym, a odbywać ma się pod hasłem znanym z powieści Lampedusy: „Wiele musi się zmienić, żeby wszystko pozostało jak dawniej”.

Jednak utrzymanie wpływów przez dotychczasową ekipę to nie jedyne zagrożenie wynikające z takich machinacji. Trzeba pamiętać, że Białoruś nie jest krajem tkwiącym w próżni, lecz położonym w otoczeniu geopolitycznym prawie tak newralgicznym jak polskie. Swoje ogromne wpływy będzie chciała nadal wywierać tutaj Rosja, posługując się zarówno środkami nacisku politycznego i gospodarczego, jak i osobistego (czyli słynnymi „teczkami”). Coraz śmielsze są również zakusy kapitału zachodniego, który chciałby na Białoruś zapukać w poszukiwaniu tego, czego szuka wszędzie indziej, czyli obszernego i mało wymagającego rynku zbytu, taniej siły roboczej, zasobów surowcowych oraz władzy lokalnej – może i niezbyt estetycznej, ale za to niezadającej zbyt wielu pytań np. w kwestiach opieki socjalnej czy praw pracowników. Kryzys gospodarczy, który każe najpierw ratować rodzime miejsca pracy, w chwili obecnej czyni te dążenia mniej intensywnymi, ale niewykluczone, że sytuacja ulegnie zmianie. Wszystko to sprawia, że poddana tak wyreżyserowanej „modernizacji” postsowiecka republika ma wszelkie szanse, aby pogłębić swój status postkolonialny i poddać obywateli bezwzględnemu wyzyskowi. Brak chociażby namiastki demokracji oraz bezwzględne łamanie praw obywatelskich przez ludzi Łukaszenki przyczyniły się do jeszcze głębszej atomizacji społeczeństwa, a więc jego duchowego i godnościowego rozbrojenia.

Wbrew filozofii cynizmu głoszonej przez niektóre środowiska w Polsce nie leży w naszym interesie ani przeciągnięcie Łukaszenki na stronę zachodnią, ani zainstalowanie w sąsiednim kraju ustroju polityczno-gospodarczego na nasze obraz i podobieństwo. Białorusini są narodem o stosunkowo świeżym poczuciu własnej odrębności. Nie istnieją żadne negatywne doświadczenia, analogiczne do historycznych konfliktów z Ukraińcami i Litwinami, które miałyby nasze dwa narody od siebie separować lub utrudniać zgodne sąsiedztwo. Obowiązkiem polskich władz i obywateli jest dążenie do tego, aby wraz z reżimem Łukaszenki upadł paradygmat bezalternatywności modernizacji peryferyjnej, która na trwałe pogrąża kraje naszego regionu w zależności od wielkiego kapitału oraz ościennych mocarstw.

Truizmem jest powtarzanie, że Polska i Unia Europejska nie mogą żałować pieniędzy na wsparcie niezależnych od władzy ośrodków politycznych i gospodarczych na Białorusi. Bezwarunkowej pomocy należy udzielać istniejącym już przedsięwzięciom, takim jak Telewizja Biełsat (która tylko dzięki silnemu protestowi wielu środowisk nie przypadła ostatnio w udziale telewizyjnemu aparatczykowi z epoki późnego Jaruzelskiego) czy resztkom ugrupowań politycznych ocalałych po kolejnych falach represji powyborczych. Przez długie lata III RP nie była w stanie ukształtować własnej, konsekwentnej polityki wobec Białorusi, co było w dużej mierze skutkiem niedostatków naszego państwa – niedostatków o tym samym rodowodzie, co te istniejące po drugiej stronie Bugu. Utrzymywanie postkomunistycznej struktury urzędniczej w aparacie dyplomatycznym, wojskowym i policyjnym negatywnie odbijało się na możliwościach prowadzenia sprawnej gry z reżimem. Przykładem może być casus majora WSI, który utrzymywał zażyłe kontakty z białoruskim przedsiębiorcą, podejrzewanym o współpracę z KGB. Fakt ów w żaden sposób nie przeszkodził w karierze zastępcy attaché wojskowego Ambasady RP w Mińsku (Raport z likwidacji WSI, s. 141).

Niechęć do obecnego ustroju państwa białoruskiego nie jest przestrzenią dla działań wyłącznie ponadpolitycznych. Sądzę, że ruchy lewicowe (czy szerzej – antyliberalne) powinny już teraz zacząć się zastanawiać, w jaki sposób uchronić Białorusinów przed tymi wszystkimi zjawiskami, które spotkały nas i inne narody Europy Środkowo-Wschodniej po roku 1989: atrofią państwa, masową i często przestępczą prywatyzacją, demontażem systemu socjalnego, ustrojem nakierowanym na wzrost nierówności społecznych oraz rządami układu oligarchiczno-bezpieczniackiego.

Potrzeba taka jest tym bardziej paląca, że zarysowuje się pewne zewnętrzne lobby na rzecz „polskiej” wersji transformacji ustrojowej, którego oddziaływanie ma być nakierowane przede wszystkim na białoruskie środowiska opozycyjne. Oto w połowie kwietnia 2012 r. nasze Ministerstwo Spraw Zagranicznych zorganizowało konferencję pt „Prywatyzacja i prywatna przedsiębiorczość na Białorusi. Możliwości międzynarodowego wsparcia”. Współorganizatorami byli Giełda Papierów Wartościowych, założona przez MSZ Fundacja Solidarności Międzynarodowej (w jej Radzie zasiadają m.in. Marek Magierowski, Andrzej Halicki, Jacek Protasiewicz, Henryka Krzywonos, ks. Kazimierz Sowa, Marek Borowski) oraz Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych (CASE), działaniom którego patronuje Ewa Balcerowicz. Zaproszeni zostali zarówno przedstawiciele reżimu, jak i organizacji niezależnych.

O ile ci pierwsi nie dopisali, to pojawili się reprezentanci opozycji, stając się łatwym celem łukaszenkowskiej propagandy. Wśród honorowych gości narady nie mogło zabraknąć Leszka Balcerowicza, który podzielił się z zebranymi swoimi zwyczajowymi mądrościami: macie u siebie socjalizm, a socjalizm jest z gruntu zły oraz własność państwowa zatruwa politykę. Minister Radosław Sikorski dodał od siebie, że nowoczesne państwo nie może działać jak kołchoz, oraz zaoferował Białorusinom możliwość czerpania przykładu z polskich rozwiązań transformacyjnych. Na to wszystko zareagowała białoruska telewizja rządowa, która poinformowała widzów, że w Warszawie dzieli się białoruską własność.

Oczywista hipokryzja tego przekazu nie może jednak przesłaniać faktu, że z udziałem naszych władz szykuje się Białorusinom podobne rozwiązania, jakich mieli doświadczyć z łaski „liberalizującego się” reżimu. Fakt, że w tego typu proceder angażowane są również tamtejsze środowiska opozycyjne, musi budzić wielkie zaniepokojenie. Koncyliacyjna forma spotkania – zaproszenie zarówno tych przedstawicieli „średniego szczebla urzędniczego”, którzy mogliby wykazać się „otwartością”, jak i opozycji – w pełni potwierdza słowa Sikorskiego o dawaniu Białorusi „polskiego przykładu”. Jak widać, reżim w Mińsku nie jest w obecnej chwili zainteresowany podziałem łupów z zagranicą, toteż zareagował w sposób agresywny. Oznacza to, że proces uwłaszczania wewnętrznego wciąż jest w toku i że Białorusini nie mogą w najbliższym czasie spodziewać się znacznej liberalizacji, tak jak i Polacy nie doświadczali jej w latach 1981–1987, choć wiadomo, że dokonało się wtedy mnóstwo procesów gospodarczych, takich jak np. udzielenie spółce ITI licencji na import sprzętu elektronicznego do PRL (1984). Warto przyglądać się, czy tego typu spotkania, jak wyżej wspomniana konferencja, nie będą organizowane również w następnych latach i czy przypadkiem nie spotkają się z cieplejszym oddźwiękiem ze strony kół reżimowych.

Czasowe zamrożenie „kierunku zachodniego” nie oznacza jednak całkowitej rezygnacji z wyprzedaży majątku narodowego zagranicznym koncernom. Zaprezentowany przez władze plan prywatyzacyjny na bieżący rok zakłada dochody rzędu 2,5 mld dolarów z prywatyzacji 134 firm. W planach jest m.in. sprzedaż spółki przetwórstwa ropy „Naftan” jednemu z przedsiębiorstw rosyjskich. Część analityków twierdzi jednak (Kłysiński, Konończuk, 19.06.2012), że Władimir Putin nie będzie obecnie naciskał na przejęcie białoruskiego przemysłu naftowego, gdyż jego głównym celem jest integracja obszaru postsowieckiego, której nie sprzyjałyby zbyt brutalne kroki. Również Łukaszenka nie jest zainteresowany podcinaniem gałęzi, na której siedzi, np. poprzez odsprzedanie rafinerii własnym oligarchom.

Stwarza to pewne nadzieje, że ta strategiczna gałąź gospodarki pozostanie – przynajmniej na razie – w rękach państwowych. Eksport wyrobów ropopochodnych to jeden z głównych czynników przyczyniających się do utrzymania dodatniego salda handlowego Republiki Białoruś. Trzeba jednak pamiętać, że ten zarobek jest w dużej mierze dotowany przez Rosję, która sprzedaje reżimowi paliwo po preferencyjnych cenach. Perspektywa wyprzedaży majątku narodowego firmom z Rosji jest największą troską części białoruskiej opozycji, o czym świadczy chociażby wypowiedź Uładzimira Niaklajeu, byłego kandydata na prezydenta, udzielona dziennikowi „Narodnaja Wola” na początku marca br. Słuszne docenienie aspektu geopolitycznego może jednak przysłaniać negatywne skutki ekspansji kapitału zachodniego, czego Niaklajeu zdaje się nie dostrzegać, apelując o reakcję Unii Europejskiej.

Wydaje się, że podstawowym dobrem, jakie możemy obecnie przekazać Białorusinom, jest rzetelna ocena naszej transformacji ustrojowej, przeprowadzona z punktu widzenia niezależnej i patriotycznej lewicy. Sprawa jest niezwykle skomplikowana, gdyż do typowych ograniczeń w dostępie do informacji na Białorusi dochodzi jeszcze problem naszej rachityczności ekonomicznej i organizacyjnej. Rzeczą niezbędną będzie wykorzystanie zwykłych kontaktów międzyludzkich, energii wolontariuszy (zwłaszcza tłumaczy) oraz możliwości, jakie daje internet. Nieocenioną wartość miałoby zabranie głosu w tej sprawie przez osoby znane z uczciwej analizy procesów transformacyjnych (Andrzej Zybertowicz, Jadwiga Staniszkis, Zdzisław Krasnodębski, Ryszard Bugaj), nawet jeżeli części z nich nie kojarzymy z lewicą.

Oczywiście każde działanie powinno zostać poprzedzone konsultacjami z przedstawicielami tamtejszych środowisk demokratycznych, gdyż nie wolno nam zapominać ani na chwilę o tym, że Białoruś jest oddzielnym państwem i naród białoruski posiada pełne prawa odrębności i samodzielnego decydowania o własnym bycie. Należałoby przede wszystkim uczulić naszych sąsiadów na możliwość grania przez władze kartą emocjonalną. Nagłe ocieplenie wizerunku dyktatora, przedstawianie nowych społecznych „wzorów do naśladowania” (ludzi interesów bogacących się „ciężką pracą” i „pomysłowością”), wprowadzenie selekcji na opozycję „konstruktywną” oraz „destrukcyjną” i wszystkich innych inteligentnych oszustw, które z lubością stosowała na Polakach ekipa późnego Jaruzelskiego oraz – niestety – część opozycji demokratycznej. Nie życzyłbym Białorusinom zaistnienia „wariantu rumuńskiego” (zwłaszcza, że i on mógłby być zręczną przykrywką czegoś zupełnie odwrotnego), ale nie ulega wątpliwości, że brak konsekwentnego rozliczenia osób odpowiedzialnych za newralgiczne punkty funkcjonowania reżimu zemści się okrutnie na całym narodzie.

Jakkolwiek na obecnym etapie Białorusini nie mają żadnego wpływu na decyzje władzy, to trzeba jednak wciąż przekonywać do wystrzegania się nadmiernego minimalizmu. Upadający reżim wykorzysta każdą słabość przeciwnika, aby wytworzyć „przetrwalniki” kadrowe i finansowe, które pozwolą mu w taki czy inny sposób zaistnieć w nowej rzeczywistości. Należy w miarę możliwości dążyć do zamykania wszystkich takich furtek i doprowadzić do pełnego odsunięcia łukaszenkowców od władzy. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można przewidzieć, że takie lub inne czynniki zewnętrzne będą chciały dopomóc obecnej ekipie w krytycznym momencie, co ułatwi stosowanie propagandy „mniejszego zła”. Warto też konsekwentnie podkreślać, że nieskrępowana gra rynkowa nie jest żadnym remedium na istniejące patologie, zaś w pewnych warunkach może się przyczynić do ich petryfikacji.

Z geopolitycznego punktu widzenia powinno nam zależeć na tym, aby Białoruś przyłączyła się do zachodniego krwiobiegu gospodarczego i politycznego. Jednak naszym (lewicowym, chrześcijańskim, humanistycznym, solidarystycznym, socjalistycznym – niepotrzebne skreślić) obowiązkiem jest ukazanie wschodnim sąsiadom zagrożeń i raf, jakich sami nie potrafiliśmy uniknąć w trakcie polskiej transformacji. Nie możemy pozwolić, aby upadek przaśnego tyrana – zapewniającego jednak, przynajmniej do niedawna, podstawowe bezpieczeństwo socjalne białoruskim masom – stał się tryumfem międzynarodowego kapitału, kadr tego samego przaśnego reżimu oraz polskich oligarchów, którzy uprzednio wzbogacili się na krzywdzie i niewiedzy Polaków. Kolejny (tym razem skuteczny – głęboko w to wierzę) wybuch wolności w Mińsku powinien być skonsumowany przez Białorusinów.