przez Joanna Jurkiewicz | czwartek 31 lipca 2014 | Lato 2014
Kapusta i pomidory na skwerach, pietruszka w osiedlowych zieleńcach, truskawki między blokami, a w donicach na balkonach i w skrzynkach zwisających z parapetów zioła – taka wizja miasta jest coraz bardziej popularna w Europie, gdzie prężnie rozwija się ogrodnictwo miejskie. Wisienką na torcie tego przedsięwzięcia są działki, bardzo modne nawet w bogatych krajach – niezwykłą popularnością cieszą się np. w Szwajcarii. Niestety polskie ogródki działkowe nie mogą liczyć na podobne uznanie i traktowanie przez decydentów, media i część opinii publicznej.
Ostatnio przed prywatyzacyjnymi zakusami polityków uratował je bodaj jedynie fakt, że działkowcy tworzą liczny i zmobilizowany elektorat. Poszczególnych działek jest ponad 960 tysięcy, korzysta z nich co najmniej milion osób (w praktyce doliczyć trzeba jeszcze rodzinę i znajomych działkowca), a powierzchnia zajmowana przez działki to niemal 44 tys. hektarów. Według nowej ustawy, podpisanej przez prezydenta w grudniu 2013 r., likwidowane ogródki działkowe można przeznaczyć wyłącznie na cele publiczne, a działkowcom należy się odszkodowanie za altankę i nasadzenia. Trzeba również wyznaczyć ogród działkowy w nowym miejscu. Widmo wykupywania terenów działek przez inwestorów na razie się oddaliło, chociaż Związek Miast Polskich domaga się nowelizacji ustawy, występując przeciwko ograniczaniu prawa własności gmin, które dostrzega w nowej ustawie. Spór pewnie nieprędko się skończy, zwłaszcza że wśród samych włodarzy miast nie ma zgody co do oceny ustawy obowiązującej od niedawna.
Poprzednią ustawę o ogródkach działkowych zakwestionował Trybunał Konstytucyjny, ponieważ czyniła Polski Związek Działkowców jedyną organizacją zarządzającą działkami. Obecnie działkowcy mogą zakładać pomniejsze stowarzyszenia, które zajmą się reprezentowaniem ich interesów. Mogą wiązać się z tym pewne trudności organizacyjne (np. kłopot z zebraniem liczby działkowców odpowiedniej do wystąpienia z PZD i założenia odrębnej organizacji), ale pojawia się przynajmniej teoretyczna możliwość wybrania innego zarządcy działek, której wcześniej brakowało.
Od polityki w ogródkach uciec się nie da. W końcu projekt, by najbiedniejsi, uprawiając w mieście ziemię, zbliżali się do przyrody i siebie nawzajem, przypomina realizację miejskiej utopii. Bardzo długo zresztą idea ogrodu w mieście była realizowana zgodnie z pierwotnymi założeniami, ale dzisiaj coraz częściej odstępuje się od dawnych zasad. Powinniśmy się temu przyglądać, ponieważ działki są dobrem wspólnym wszystkich mieszkańców miast, a nie tylko organizacji działkowców.
Korzenie
Pomysł, by w miastach uprawiać niewielkie ogródki owocowo-warzywne rozwijał się równolegle w kilku krajach. Pierwsze działki powstały już w XVIII w. w Danii, ale dziś ogródki kojarzą się przede wszystkim z Anglią, Francją i Niemcami. W XIX-wiecznej Anglii, zmęczonej intensywnym uprzemysłowieniem i obawiającej się masowych protestów biednej ludności, działki miały uzupełniać bardzo niskie płace robotników i umożliwić im produkcję żywności na własne potrzeby. Gdy w połowie XIX w. w Wielkiej Brytanii zakończył się proces grodzenia, a więc wywłaszczania chłopów z ziemi rolnej, działki w miastach były formą zadośćuczynienia za zniszczenie dotychczasowej struktury społecznej i za przymuszenie mas ludności do pracy w fabrykach.
Podobny zamysł przyświecał twórcom ogródków działkowych we Francji – tu zwykle nazywane były ogródkami robotniczymi albo „polami dla biednych”. W latach 30. XX w. ogródki reklamowano jako miejski odpowiednik „domków na wsi” na kieszeń robotnika. Ogródki robotnicze miały też w zamyśle stanowić element profilaktyki antyalkoholowej – wierzono, że po pracy robotnicy chętniej wybiorą zajęcia na świeżym powietrzu niż upijanie się, jeśli otrzymają taką możliwość.
Ogródki powstawały również w dziewiętnastowiecznych Niemczech. Początkowo miały być ogrodami dla dzieci, w których najmłodsi mogliby zażywać ruchu na świeżym powietrzu. W Szwecji i Szwajcarii celem zakładania działek było wzmacnianie więzi rodzinnych.
Dzisiaj ogródki są bardzo popularne m. in. w Czechach, Hiszpanii, Holandii, Szwajcarii oraz oczywiście w Niemczech i Wielkiej Brytanii. Rozprzestrzeniają się nawet poza Europą – na Filipinach pierwsze działki powstały w 2003 r.
Niewątpliwym atutem działek w krajach spoza dawnego bloku wschodniego jest fakt, że nie są obciążone stereotypami o „złym pochodzeniu”, często spotykanymi w polskim kontekście. W długiej historii istnienia polskich działek okres PRL-u były jednak tylko etapem. Ogródki powstawały w Polsce już od końca XIX w., aby biedni mogli wzbogacić skromny jadłospis o płody z własnych upraw, i długo pełniły tę właśnie funkcję. W II RP tworzono je często na terenach publicznych w okresie wielkiego kryzysu gospodarczego i masowego bezrobocia. Sytuacja zaczęła się zmieniać w okresie transformacji, kiedy wiele osób rezygnowało z uprawy warzyw i owoców na działkach, zdając się na to, co dostępne w sklepach. W latach 90. z pracą na działce nie wiązał się już żaden atrakcyjny społecznie model zachowania.
Działki, lokowane dawniej na obrzeżach miast, wraz z przyrostem liczby mieszkańców i rozrostem zabudowy miejskiej znalazły się niejednokrotnie w ich centrach. Korzystne położenie ogródków jest szczególnie istotne dla tych spośród ich użytkowników, którzy nie mają możliwości wypoczynku poza miejscem zamieszkania. Do tej mało mobilnej grupy zaliczają się osoby starsze, matki z dziećmi oraz osoby o niskim statusie społeczno-ekonomicznym. To dla nich projektowane były ogródki w miastach i z ich powodu składka za korzystanie z działki jest niewygórowana.
Idea ogródka działkowego w wielu krajach Europy ma się bardzo dobrze. Niekiedy, jak np. w Niemczech, określa się powierzchnię działki, która musi być przeznaczona pod uprawę warzyw, owoców i ziół. W Polsce działkowcy coraz chętniej traktują jednak działkę przede wszystkim jako miejsce odpoczynku, sadząc na niej co najwyżej drzewka owocowe. Zamienianie działki w prywatny mini-park z grządkami kwiatów, gdzie można się do woli opalać i grillować, jest jednak niesprawiedliwe względem mieszkańców, którzy na działki „nie załapali się”, a poza tym pozbawia ogród funkcji pożytecznych dla otoczenia społecznego i środowiskowego. Rozwiązania instytucjonalne, podobne do niemieckich, pomogłyby zachować pierwotny cel działki.
Działka dla seniora i młodziaka
Chociaż coraz więcej działkowców poprzestaje na uprawach ozdobnych, wciąż istnieje silna grupa, która na działce pracuje, uprawiając warzywa i owoce. Są to głównie osoby starsze.
Z badania, które zrealizował CBOS w 2012 r., dowiadujemy się, że w sumie ponad połowa emerytów uprawia działkę lub ogród regularnie albo od czasu do czasu. Częściej działką zajmują się mężczyźni niż kobiety i mieszkańcy małych miasteczek niż dużych miast. Bardzo ważne jest również to, że na działce można tanio odpocząć – wiele starszych osób nie wyjeżdża na wakacje ani nawet za miasto, i to na działce spędzają swój wolny czas.
Starsi użytkownicy działek często opowiadają o tym, że w ogrodzie zapominają o swoich chorobach i słabościach: Ja pani powiem tak, jak ja siedzę w domu, to noga mnie gdzieś boli, krzyż mnie boli, tu coś boli. A jak przychodzę na działkę, to nic mnie nie boli. Jak dwie wanny wody napompuję, wyleję i wracam do domu zdrowa, jak nie wiem co! Można traktować ten uzdrowicielski wpływ działki z przymrużeniem oka, jednak naukowcy przekonują, że praca na działce i w ogrodzie (hortiterapia) rzeczywiście ma wysoką wartość terapeutyczną, łagodzi fizyczne i psychiczne dolegliwości, jest pomocna przy resocjalizacji. Aktywność na działce łatwo podlega zróżnicowaniu, można wykonywać zadania mniej wymagające fizycznie, dostosowywać pracę do swoich możliwości. Na działce łatwo dać też upust pomysłowości – wybierając kompozycje roślin, próbując nowych metod ochrony przed szkodnikami albo upiększając teren zgodnie z własną wizją. Poza tym praca na działce nierzadko ma zbawienny wpływ na samoocenę ogrodnika – wyhodowanie własnych pomidorów czy jabłek wzmacnia jego poczucie samodzielności. Najsędziwsi działkowcy wysiewają na działce już tylko trawę i kwiaty, ale nawet krzątanina przy niewymagających roślinach przynosi dobroczynne skutki. Do pracy w ogrodzie trzeba się zresztą mobilizować, ponieważ zarząd działek sprawdza, jak działkowcy dbają o swoje ogródki.
Dla seniorów ważne jest również to, że na działce toczy się życie społeczne. Praca na niej przynosi więcej pozytywnych skutków niż pielenie przydomowego ogródka właśnie ze względu na utrzymywanie kontaktu z innymi działkowcami. Znajomości na działkach zawiązują się wokół wspólnej pasji ogrodniczej. Użytkownicy przekazują sobie informacje o skutecznych metodach uprawy, rozszczepiania, próbują nowych metod zwalczania szkodników. Praktykę uprawiania ogrodu, podobnie jak na przykład praktykę rzemiosła, przekazuje się w działaniu, tzn. demonstrując, co i jak powinno być wykonane.
Osób młodych, do 35. roku życia, jest wśród użytkowników działek ponad 12%. Część z nich ulega modzie na sadzenie wyłącznie trawy i iglaków, ale niektórzy próbują uprawiać prawdziwy ogródek z warzywami i owocami.
Bezcenna działka
To, że wśród działkowców dominują osoby starsze, ma znaczenie dla bioróżnorodności, a więc zachowania dużej liczby różnych odmian roślin, najlepiej przystosowanych do lokalnych warunków. Dojrzałych działkowców cechuje zapobiegliwość, dlatego zbierają nasiona. Nierzadko okazuje się, że ich zasoby są niepowtarzalne, bo nasion tradycyjnych roślin nie da się już kupić. Po fali wycinania starych wiejskich sadów, która przeszła przez Polskę w ostatnich dekadach, działki są również rezerwuarem dawnych odmian drzew owocowych, np. jabłoni i grusz.
Zamiłowanie do uprawiania ziemi wykracza poza zwykłą radość z pracy fizycznej i dorodnych plonów. Działki mają dla swoich użytkowników wartość autoteliczną, której nie da się sprowadzić do prostego połączenia pracy i odpoczynku wśród zieleni. Takie gospodarowanie jest sposobem na życie, a praca w ogrodzie dla setek tysięcy Polaków stanowi główny punkt dnia od wczesnej wiosny do późnej jesieni. Marek Kosmala, badacz działek, szacuje liczbę „codziennych” działkowców na 500 tys. osób, które spędzają na działce kilka godzin dziennie!
Nie da się działki niczym zastąpić, chociaż niektórzy sądzą, że podobne funkcje spełniają parki i inne publiczne tereny zielone. Park jest miejscem, gdzie można przyjść na spacer, ale nie zapewni zajęć na cały dzień: Wie pani… No ja nie będę kłamać, że to jest jakaś oaza ciszy i spokoju, idylla jakaś […] Samochody faktycznie słychać. […] W górach inaczej wypoczywam. Ale tu, w mieście, nie ma innego, równie cudownego miejsca. Park to jest park, jest tam pięknie, można posiedzieć […]. Ale tam można na chwilę usiąść i tyle.
Może jednak zamiana parków w obszary bardziej przyjazne różnym kategoriom mieszkańców sprawi, że działkowicze częściej będą spędzać czas w parku – miejscu publicznym, oraz przychylniej spojrzą na pomysł otwarcia ogrodów działkowych? Wydzielone obszary ogrodów mogłyby przecież, jak często ma to miejsce w Europie, odgrywać rolę terenów zielonych dostępnych wszystkim. Alejki wewnątrz ogrodu byłyby miejscem publicznym, a prywatną część stanowiłaby dopiero pojedyncza działka. W Polsce tylko w szczególnych wypadkach wolno osobie niebędącej działkowiczem wejść na teren ogrodu, chociaż czasami działkowcy wieszają na ogrodzeniach kosze z owocami i warzywami dla przygodnych spacerowiczów – trochę by zyskać ich przychylność, a trochę by zapobiec kradzieżom. Zwykle jednak osobie postronnej nie wolno nawet przejść przez teren ogrodu działkowego, dlatego okoliczni „bezdziałkowi” mieszkańcy nadkładają drogi. Trudno się w tej sytuacji spodziewać, by stali się oni zwolennikami działek – z ich perspektywy postrzeganymi często jako przywilej podarowany nielicznym. Z drugiej strony, im mniej zieleni miejskiej, zwłaszcza takiej, którą mogą wspólnie kształtować mieszkańcy, tym większe prawdopodobieństwo, że wśród samych działkowców będzie się pogłębiał syndrom oblężonej twierdzy, a każda osoba z zewnątrz jawiła jako intruz. Ci szczęśliwcy, którzy posiadają „własne” działki, strzegą ich bowiem tym bardziej zazdrośnie, im mniej możliwości mają pozostali miastowi, by korzystać z odpoczynku na świeżym powietrzu.
Pomysłowi otwarcia ogrodów sprzeciwia się wiele osób – nie tylko działkowców. Takiego rozwiązania nie przewiduje także nowa ustawa. Działkowcy wyjaśniają swój opór kradzieżami i dewastacjami mienia. Już dzisiaj problem ten dotyka właściwie wszystkich działkowców, mimo że ogrody są zamknięte. Co znika z działek? Warzywa i owoce w porze zbiorów, kwiaty w okresie świąt albo popularnych imienin, czasem narzędzia, ale te kradzione są rzadziej, ponieważ kosztują stosunkowo niewiele. Za to coraz częściej złodzieje, korzystając z nieuwagi działkowca pracującego w ogrodzie, kradną zegarki, portfele i telefony komórkowe pozostawione w altankach. Jednak znacznie bardziej niż kradzieży działkowcy obawiają się dewastowania działek, któremu trudno przypisać jakikolwiek sens. Patrole działkowiczów są w stanie kontrolować tylko wybrane fragmenty ogrodu, a profesjonalne systemy monitoringu są drogie. W ciągu dnia na pewno odstraszająco działa obecność sąsiada, a i samą działkę można dość nietypowo zabezpieczyć – dosłownie obrzydzić ją potencjalnym złodziejom.
Kultura odzysku
Charakterystyczne dla działkowców jest urządzanie działek niewielkim kosztem. Do dzisiaj, chociaż w dużo mniejszym stopniu niż 20–30 lat temu, na działkach wykorzystuje się niemal wszystko, co wpadnie ogrodnikom w ręce: rzeczy zużyte, odpady, półprodukty itp. Drugie życie działkowe wiodą rzeczy stare i zniszczone. Postronnych obserwatorów może to razić, bo kłóci się z koncepcją działki jako miejsca estetycznego, dobrego do odpoczynku. Taki oszczędny styl wyposażenia działki wynika czasem z niedostatku materialnego, czasem z chęci wykorzystania wszystkich dóbr do końca. Jednocześnie jest to mimowolna realizacja zasad ograniczonej konsumpcji, która poleca odnajdowanie nowych zastosowań dla przedmiotów wysłużonych.
Poza tym działka, na której widać przedmioty mające czasy świetności dawno za sobą, zniechęca do kradzieży. Ogródek idealny przyciąga złodziei, którzy spodziewają się znaleźć w altance pieniądze czy wartościowe rzeczy, więc działkowcy z rozmysłem „postarzają” swoje działki. Na skłonność działkowców do inwestowania wpływają także zakusy gmin czy inwestorów, żeby ogrody zlikwidować lub przenieść. Często są to plany nierealizowane, ale wśród działkowców w większych miastach krążą pogłoski o tym, dlaczego jakiś ogród zostanie przeniesiony, i co powstanie na jego miejscu.
Dbałość o estetykę działek nie zawsze jest korzystna z punktu widzenia dobra publicznego. Nadmierne uporządkowanie szkodzi zwierzętom i glebie. Zagrabione liście wyglądają schludnie, ale miejsce do żerowania tracą jeże, a rozłożone liście nie użyźnią ziemi. Stosunkowo łatwe w utrzymaniu tuje, świerki i inne modne iglaki mogą być trujące dla pozostałych roślin. Oczko wodne, które nie jest prawidłowo utrzymywane, sprzyja lęgnięciu się komarów. Z powodu stosowania herbicydów i insektycydów coraz rzadziej uświadczyć można na działce pożytecznych gości, takich jak ropuchy czy żaby, a inne, większe zwierzęta, kiedyś masowo odwiedzające czy zamieszkujące ogródki, pojawiają się sporadycznie. Działkowcy nadal dokarmiają jednak dzikich lokatorów, zwłaszcza zimą. Niejednokrotnie pomagają im sadząc konkretne gatunki roślin, np. specjalne odmiany krzewów, w których łatwo ukryją się małe ptaki. Ze względu na obecność dzikich zwierząt, nawet jeśli ich liczba jest dziś dużo mniejsza niż przed laty, ogródki działkowe wymykają się wizji miasta „od linijki”. Dlatego warto spojrzeć z wyrozumiałością na ich charakterystyczną estetykę i nie wymagać równania do katalogowych standardów.
Po co miastu działka?
Działki, wraz z parkami, cmentarzami czy podwórkowymi zieleńcami, współtworzą miejską zieleń. Ta zaś napowietrza miasto, obniża jego temperaturę latem oraz umożliwia spływanie wód opadowych w bezpieczny i tani sposób. Jest bardzo ważna dla mikroklimatu miasta. Z takich funkcji obszarów zielonych – także działek – korzystają wszyscy mieszkańcy. W polskich miastach mamy niestety do czynienia z epidemią „unowocześniania”, które często sprowadza się do zalewania betonem miejsc ładnych, funkcjonalnych i przyjaznych ludziom, i wydzielania na zieleń skromnego terenu w imię tworzenia miasta-salonu. Tymczasem im więcej istnieje szczelin i wyłomów w zabetonowanej strukturze, tym lepiej. Kraje Europy Zachodniej odchodzą od polityki pokrywania betonem każdego skrawka przestrzeni, a mieszkańcy nawet jej największych metropolii z dumą spędzają czas w przydomowych ogródkach, zbierając jajka od własnych kur. Taki widok nie jest niczym wyjątkowym na przykład w Londynie, którego części odróżnia od angielskiej wsi tylko gęsta sieć metra.
Myśląc o przyszłości miejskich działek warto zastanowić się, jak jeszcze mieszkańcy mogliby z nich korzystać. Produkcja żywności wydaje się najbardziej oczywistym pomysłem. Regiony, w których trudno o świeże warzywa i owoce, bo nie ma ich w sklepach, nazywa się food deserts – pustyniami żywnościowymi. W takich miejscach, np. na terenach poprzemysłowych, zaczyna rozwijać się miejska produkcja żywności. Jednak czy, zważywszy na zanieczyszczenia, produkowana w mieście żywność jest bezpieczna? Na przykład gleba w silnie zanieczyszczonej Łodzi spełnia normy dotyczące skażenia metalami ciężkimi. Ponadto rośliny różnią się odpornością na zanieczyszczenia. Na miejskiej glebie nie używa się pestycydów ani nawozów sztucznych, stosowanych powszechnie przy masowej produkcji warzyw i owoców. Kłopotem jednak nie są ani działki, ani ich usytuowanie. Polska jest drugim w Europie krajem, tuż po Bułgarii, jeśli chodzi o zanieczyszczenie powietrza. I to, a nie umiejscowienie działek czy uprawianie warzyw w miejskich parkach, jest problem, z którym powinny zmierzyć się władze. Skoro czystość powietrza i gleby jest tak zła, że nie da się na jakimś terenie uprawiać roślin jadalnych, może w ogóle nie powinni mieszkać tam ludzie?
W czasach PRL-u to działki (a nawet duże tereny zielone między blokami) rekompensowały ciasne, głośne, zbudowane byle jak mieszkania. Zdobywszy upragniony dom za miastem, ludzie nierzadko ograniczają interakcje społeczne do grona rodziny i najbliższych sąsiadów, i skupiają się głównie na odpoczynku w przydomowym ogrodzie. Czy ogródki działkowe spełniają dziś podobnie izolującą funkcję dla tych, których nie stać na wyprowadzkę za miasto? Być może coś jest na rzeczy: Jest to odskocznia od codzienności, taka izolacja od własnej rodziny. Tu człowiek o całym bożym świecie zapomina. Skupia się tylko na tym, co ma zrobić. Jestem tu do około 17.30, a potem, jak wracam do domu, mogę udać zmęczonego. Potem dostaję w zamian obiad, po czym przeglądam prasę. Potem także zastanawiam się wieczorami, co jeszcze można tam zrobić, żeby ten ogród usprawnić jakoś. I tak to życie ucieka. Ale człowiek ma przynajmniej wewnętrzny spokój, że coś zrobił.
Niektórzy działkowcy odsuwają się więc od zgiełku i codziennych problemów, ale i od rodziny, która nie podziela ogrodniczego zacięcia, od innych obowiązków, a czasem nawet od siebie nawzajem. Mają świadomość, że pracując na działce, nie robią czegoś innego. Często spotykane iglaki, sadzone gęsto wzdłuż ogrodzenia, mają zapewnić działkowcom prywatność, lecz są też komunikatem: działka należy tylko do mnie, nie podzielę się nawet jej widokiem. Na drugim biegunie są działkowcy towarzyscy – ci przeważają wśród ogrodników starszych wiekiem.
Przyszłość działek
Wielu działkowców chciałoby zabezpieczenia w postaci prawa własności. Grunty, na których znajdują się działki, należą do Skarbu Państwa albo do jednostek samorządu terytorialnego, które oddają ziemię PZD w wieczyste użytkowanie. Czy prawo własności nie kłóci się z wizją działek jako dobra wspólnego w miastach? Trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie działek, gdyby poszczególni działkowcy zdecydowali się swoje ogródki sprzedać. Dlatego potrzebne jest nie prawo własności, lecz ochronny parasol państwa i polityka miejska korzystna zarówno dla działkowców, jak i dla pozostałych mieszkańców, którzy również czerpią z korzyści z istnienia takich terenów.
W takiej polityce powinno mieścić się dbanie o to, co na działkach rośnie. Kiedyś na polskich działkach zabronione były zarówno monokultury, jak i rośliny ozdobne. Dzisiaj wpadliśmy w drugą skrajność. Działka ma być czysta i zadbana, ale nikt nie stawia wymagań dotyczących roślin i gospodarowania ziemią. Narzucane z góry regulacje mogłyby budzić sprzeciw, ale warto popierać sadzenie roślin charakterystycznych dla regionu, odpornych na choroby i szkodniki, najlepiej dostosowanych do lokalnych możliwości. Konkursy na najpiękniejszą działkę są oczywiście ważne i decydują o „działkowym prestiżu”, ale dlaczego nie poszerzyć ich o wymiar ekologiczny? Promujmy działki przyjazne wszystkim – działkowcom, pozostałym mieszkańcom miasta, roślinom i dzikim zwierzętom. Ostatecznie bowiem należą do nas wszystkich.
Wszystkie przytoczone cytaty z wypowiedzi działkowców pochodzą z: Małgorzata Szczurek, Magdalena Zych (red.), Dzieło-działka, Kraków 2012.
Bibliografia
Małgorzata Szczurek, Magdalena Zych (red.), Dzieło-działka, Kraków 2012.
Współczesne życie działkowca, audycja programu drugiego Polskiego Radia w paśmie „Rozmowy po zmroku”, 29.04.2014., http://www.polskieradio.pl/8/2222/Artykul/1113646,Ogrodki-dzialkowe-mialy-zapelnic-wolny-czas-robotnikom, dostęp 10.05.2014.
Marek Kosmala (red.), Ogrody działkowe w miastach – bariera czy wartość?,Toruń 2013.
Agata Bielska, Miejskie rośliny jadalne, „Magazyn Miasta” nr 3
Komunikat dotyczący wyników przeprowadzonego przez PZD badania pt.: Kim są polscy działkowcy w 2011 roku, publikacja 18.11.2011; http://pzd.pl/artykuly/4329/59/Komunikat-dotyczacy-wynikow-przeprowadzonego-przez-pzd-badania-pt-Kim-sa-polscy-dzialkowcy-w-2011-roku.html, dostęp 10.05.2014.
Informacja o wynikach kontroli zapewnienia warunków dla prawidłowego funkcjonowania rodzinnych ogrodów działkowych, Najwyższa Izba Kontroli, Warszawa wrzesień 2010, http://www.nik.gov.pl/plik/id,2146,vp,2668.pdf, dostęp 10.05.2014.
Komunikat KR PZD w sprawie raportu NIK, http://www.pzd.pl/archiwum/strona.php?2903, dostęp 03.04.2014.
Sposoby spędzania czasu na emeryturze, komunikat z badań CBOS, Warszawa sierpień 2012, BS/106/2012 http://www.cbos.pl/SPISKOM.POL/2012/K_106_12.PDF, dostęp 10.05.2014.
Poradnik TEEB dla miast: usługi ekosystemów w gospodarce miejskiej, Kraków 2011.
Zrównoważony rozwój – zastosowania 1, red. naukowa Tomasz Bergier, Jakub Kronenberg, Wrocław 2010.
Zrównoważony rozwój – zastosowania 2, Kraków 2011.
Zrównoważony rozwój – zastosowania 3, red. naukowa Tomasz Bergier, Jakub Kronenberg, Kraków 2012.
Małgorzata Minta, Jedzenie (rośnie) na mieście, „Gazeta Wyborcza”, Magazyn Świąteczny, 26–27 kwietnia 2014.
Roch Sulima, Antropologia codzienności, Kraków 2000.
Bartłomiej Kozek, Ogródki działkowe, „Magazyn Miasta” nr 2.
Air quality in Europe – 2013 report, EEA Report, no. 9/2013
Katarzyna Kajdanek, Suburbanizacja po polsku, Kraków 2012.
przez Joanna Jurkiewicz | sobota 30 kwietnia 2011 | nr 2/2011
Wydawać by się mogło, że placówki sieci Żabka funkcjonują podobnie jak rodzinne, osiedlowe sklepiki. Faktyczna pozycja ich kierowników (ajentów) jest jednak znacznie bardziej skomplikowana. Ajenci, sami znajdując się w niekorzystnym położeniu, często nie dbają o dobre warunki pracy dla kasjerek. Na tym przykładzie można prześledzić system przenoszenia ryzyka na niższe piętra firmowej hierarchii.
Zyski w górę, ryzyko w dół
Elastyczność kojarzy nam się dziś z cenną umiejętnością nowoczesnego człowieka, który potrafi dopasować się do niemal każdej sytuacji. Również w kontekście rynku pracy postrzega się ją jako coś pożądanego: świadczy o tym, że nie boimy się wyzwań, sterujemy własną karierą w sposób przemyślany i pewny. Jesteśmy w końcu na tyle dobrze wykształceni, mobilni i tak łatwo adaptujemy się do nowych warunków, że zmiana pracodawcy to dla nas fraszka.
Taki wizerunek elastyczności nierzadko wyłania się z przekazów medialnych. Jednak w świetle faktu, iż w 2009 r. aż 27% Polaków (najwięcej w Europie!) pracowało bez stałej umowy, warto zastanowić się, czy elastyczne formy zatrudnienia nie mają także drugiego, groźnego oblicza.
Ułatwiają one wejście na rynek pracy młodym matkom i osobom uczącym się, które nie mogą lub nie chcą pracować na pełen etat. Niestandardowe formy pracy pełnią zatem do pewnego stopnia rolę inkluzywną. Jednak czasem dochodzi do sytuacji kuriozalnych – np. łączenia pracy na kilku częściach etatu. Jest to całkowite zaprzeczenie idei pracy w niepełnym wymiarze, która nie miała zastąpić pracy etatowej, lecz być alternatywą dla osób nie mogących jej podjąć.
Innym problemem jest obciążanie pracowników zatrudnionych na elastycznych warunkach taką samą ilością pracy, jaką wykonują etatowcy, oczywiście za mniejsze pieniądze i bez korzyści związanych z etatem. Pracodawcy próbują wykorzystywać sytuację pracowników pozbawionych przywilejów i narzucać im sposób pracy etatowców, nie ponosząc za nich żadnej odpowiedzialności. O ile status pracownika gwarantuje szereg praw, o tyle bycie jedynie pracującym nie wiąże się z niemal żadnymi. Pracownik to osoba, której pracodawca ma zapewnić pracę zabezpieczającą utrzymanie (stąd płaca minimalna), posiadająca określone uprawnienia wynikające ze stosunku pracy (prawo do urlopu, zwolnienia chorobowego itp.). Pracujący to po prostu osoba, która pracuje; ograniczone są roszczenia, jakie może wysuwać względem „pracodawcy” czy kontrahenta.
Elastyczność często przeradza się w patologię – uporczywą niepewność. Globalna Północ wypracowała określenie, które dobrze oddaje kondycję nowych proletariuszy. Tworzą oni tzw. prekariat – kategorię osób wykonujących słabo płatną pracę bez zabezpieczeń socjalnych, często doświadczających bezrobocia. Nazwa wzięła się od angielskiego słowa precarious, co znaczy „niepewny”, „ryzykowny”, połączonego ze słowem proletariat. Pierwszy raz podobnego określenia użyli socjolodzy we Francji w latach 80., by opisać sytuację pracowników sezonowych.
Na prekariat składają się m.in. osoby zatrudnione na niezbyt korzystnych warunkach przez agencje pracy, pracujący tylko na część etatu – gdyż nie ma dla nich innych propozycji, oraz osoby nie mające pewności, czy pracodawca podpisze z nimi kolejną umowę za miesiąc. Istnienie prekariatu świadczy o tym, że silna dawniej więź między pracodawcą a pracownikiem znacznie osłabła. Korzyści z tej zmiany odnieśli przede wszystkim pracodawcy. Przenieśli bowiem na pracujących ryzyko, które dawniej ponosiły ich firmy.
Większość osób zaliczanych do prekariatu to kobiety – nadal dyskryminowane na rynku pracy, gorzej opłacane i socjalizowane do zawodów nisko płatnych, np. opiekuńczych (pielęgniarka, pracownica socjalna, nauczycielka), w których możliwości awansu są ograniczone. Należy pamiętać, że kobiety stanowią na świecie większość ubogich oraz zagrożonych ubóstwem. Często są zmuszone do akceptowania niestandardowych form zatrudnienia oraz do zmagania się z negatywnymi konsekwencjami elastycznej pracy.
Badania pokazują bowiem, że w krajach Unii Europejskiej, w tym w Polsce, elastyczne formy pracy wiążą się z gorszymi warunkami i niższymi zarobkami. Powoli wdrażana jest tzw. polityka flexicurity, która ma stanowić połączenie elastyczności (flexibility) i bezpieczeństwa (security). Tymczasem jednak kojarzenie elastyczności z dużym ryzykiem jest całkowicie uzasadnione.
Gdy mówimy o prekariacie, istotny oprócz kwestii płci wydaje się problem klasy. Czy niepewną pracę wykonują tylko osoby znajdujące się na dole hierarchii społecznej? Wedle jednej interpretacji niepewna praca dotyczy wyłącznie zatrudnionych w usługach nie wymagających kwalifikacji, którzy niejako „zastąpili” robotników. Wedle innej natomiast, ryzykowna praca staje się doświadczeniem kolejnych kategorii pracowników, poczynając od sprzątaczy i kasjerów, a na grafikach komputerowych, dziennikarzach i wszystkich „wolnych strzelcach” obojga płci kończąc.
Być może hipoteza, że złe warunki pracy rozszerzają się na kolejne, dotąd „bezpieczne” profesje, jest uzasadniona. Moim zdaniem jednak ryzyko ma wciąż wyraźny wymiar klasowy i najdotkliwiej odczuwają je osoby dysponujące skromnym kapitałem społecznym, niewiele znaczące jako wyborcy.
Samozatrudnienie – odmiana pracy niepewnej
Jednym ze sposobów redukowania odpowiedzialności – a do tego można sprowadzić niepewną pracę: do redukowania odpowiedzialności pracodawcy – jest nadawanie faktycznym pracownikom statusu samodzielnych podmiotów gospodarczych. Chociaż w literaturze przedmiotu w zasadzie nie zalicza się „wymuszonego samozatrudnienia” do form pracy niepewnej, moim zdaniem posiada ono wszelkie jej cechy.
W przypadku samozatrudnienia pełna odpowiedzialność za wykonanie usługi czy wyprodukowanie towaru spoczywa na jednoosobowym przedsiębiorcy. Ponosi on również wszystkie koszty prowadzenia biznesu. Niektórzy pracodawcy starają się zatem zmusić pracowników, np. groźbą wyrzucenia z pracy, by ci rejestrowali działalność gospodarczą, a następnie wykonywali tę samą pracę – w tym samym miejscu, w identycznych warunkach, korzystając z tych samych narzędzi. Zmienia się jeden element: pracownik staje się kontrahentem.
Chociaż Kodeks pracy ma przeciwdziałać praktykom wymuszania samozatrudnienia, wydaje się, że ustawodawca nie wykazał się dalekowzrocznością. Rygorystycznie określił, kiedy mamy do czynienia z samozatrudnieniem – wtedy, gdy dany podmiot posiada właściwie wszystkie cechy pracownika, a jednak traktowany jest jak przedsiębiorca. By „obejść” ustawę, zakamuflowany pracodawca może lekko zmodyfikować warunki pracy, a wymuszanie samozatrudnienia przestanie być tak oczywiste i łatwe do udowodnienia np. w sądzie pracy.
Oczywiście pracownik, który nagle został zmuszony do transformacji w „przedsiębiorcę”, natychmiast rozpozna strategię realizowaną przez pracodawcę. Znacznie bardziej wyrafinowane i interesujące jest jednak takie samozatrudnienie, które pozostaje niemal przezroczyste dla osób doświadczających go. Przykładem, na którym postaram się pokazać zjawisko omijania praw pracowniczych przez nadawanie statusu przedsiębiorcy, są sklepy należące do sieci Żabka Polska SA.
W sieci
Pierwsze sklepy Żabka powstały w 1998 r., a zakładał je Mariusz Świtalski, kojarzony z aferą Elektromisu – jedną z największych okresu transformacji. Świtalskiemu nigdy nie postawiono zarzutów – formalnie w Elektromisie był tylko szefem zakładowej straży pożarnej. Świtalski stworzył również sieć dyskontów Biedronka, którą w 1998 r. sprzedał portugalskiemu koncernowi. Żabki czekał podobny los – w 2007 r. zostały sprzedane czesko-słowackiemu funduszowi inwestycyjnemu Penta.
O Żabkach bywało głośno – w 2005 i 2006 r. ukazało się w „Gazecie Wyborczej” kilka artykułów, w których prowadzący sklepy skarżyli się na warunki współpracy ze spółką. W 2005 r. Polsat wyemitował odcinek programu „Interwencja”, poświęcony kontrowersyjnym szkoleniom ajentów. Wcześniej, na początku 2003 r., ich zarzuty wobec spółki przedstawiła dziennikarka „Rzeczpospolitej”, Iwona Trusewicz. W tym czasie odbyła się również emisja programu Elżbiety Jaworowicz „Sprawa dla reportera”, w którym doszło do konfrontacji byłych ajentów z kadrą zarządzającą firmy. Wypadła ona na niekorzyść dawnych kontrahentów sieci, którzy nie byli w stanie jasno wyłożyć swoich racji. W tym samym roku powstało stowarzyszenie byłych ajentów, które jednak okazało się tworem efemerycznym i mało skutecznym.
Również w 2003 r. Andrzej Lepper w interpelacji do ministra sprawiedliwości wzywał do podjęcia problemu ajentów. Nie był odosobniony, bo kilku innych polityków również pisało w tej sprawie do rozmaitych instytucji – bez widocznych efektów. Skargami ajentów zajęła się natomiast prokuratura. Przeciągające się śledztwo w Poznaniu przeniesiono do Krakowa na wniosek ministra Ziobry.
W ciągu kilku lat w Internecie pojawiły się setki komentarzy dotyczących współpracy z firmą Żabka Polska SA. Gros tych opinii – jeśli założyć, że są pisane przez byłych ajentów, a nie np. firmy zajmujące się „czarnym PR-em” – to negatywne wspomnienia związane z prowadzeniem sklepów. Jednak wystarczy spacer po średniej wielkości mieście, by zorientować się, że placówki sieci są wszędzie.
Rozwikłanie fenomenu Żabek, których przybywa mimo złej prasy i fatalnej opinii internautów, wymagałoby więcej miejsca. Postaram się powiedzieć o jednym tylko wymiarze funkcjonowania sieci – mianowicie o wprowadzeniu w niej niezwykle efektywnego z punktu widzenia spółki tzw. systemu agencyjnego. Stanowi on moim zdaniem hybrydę zatrudnienia i samozatrudnienia. Zwrócę uwagę na jego konsekwencje, dotykające nie tylko ajentów, ale i kasjerek.
Na własne życzenie?
W systemie agencyjnym spółki poszczególne Żabki prowadzone są przez tzw. ajentów (nie, jak można by się spodziewać, agentów) – formalnie autonomicznych przedsiębiorców, prowadzących własną działalność gospodarczą. Nie odnoszą się jednak do nich przepisy dotyczące ajencji; „ajent” jest jedynie nazwą własną. Wielość kategorii rzadko stosowanych w potocznym języku (system agencyjny, agent, ajent) nie ułatwia kandydatom na ajentów podjęcia decyzji. Spójrzmy jednak, co dzieje się dalej.
Ajenci podpisują umowę współpracy ze spółką Żabka Polska SA jako samodzielne podmioty gospodarcze. Jednak faktycznie zobowiązują się do takiego podporządkowania, jakiego zwykle wymaga się od pracownika. W umowie istnieje np. wyraźny zapis o tym, że ajentom wolno prowadzić inną działalność gospodarczą wyłącznie za wyraźną, pisemną zgodą centrali (tak nazywana jest poznańska siedziba spółki Żabka Polska SA, w której pracują specjaliści od marketingu, PR-u itd.). Kontrolowani są przez inne samodzielne podmioty gospodarcze – tzw. partnerów ds. sprzedaży – a ci z kolei przez innych jednoosobowych przedsiębiorców, nazywanych szefami makroregionów.
Jeżeli ajent będzie miał zastrzeżenia wobec swego „umownego” zwierzchnika (który jednak pełni obowiązki zwierzchnika faktycznego), może pozwać do sądu danego partnera czy makroregionistę, natomiast raczej nie uda mu się wytoczyć sprawy samej spółce Żabka Polska SA. Chociaż makroregioniści oraz partnerzy kontrolują i nadzorują pracę ajentów na polecenie i w sposób określony przez spółkę, to ponoszą za swoją pracę pełną odpowiedzialność karną. Dlaczego jednak w ogóle mowa o procesach sądowych, skoro spółka reklamuje prowadzenie sklepu sieci jako pewne, rodzinne przedsięwzięcie?
Otóż umowa współpracy między firmą ajenta a firmą Żabka Polska SA jest dla kontrahenta spółki niekorzystna. Potwierdziła to prokuratura w Krakowie. Przez kilka lat badała ona zastrzeżenia ajentów wobec zasad, na jakich prowadzić muszą „swoje” placówki. Wielu z nich kończyło prowadzenie Żabek z długami dochodzącymi nawet do kilkudziesięciu tysięcy złotych. Ajenci próbowali udowodnić przed prokuraturą, że podczas szkolenia zostali zmanipulowani, dlatego podpisali niekorzystną dla siebie umowę; dodatkowo firma miała wykorzystać ich przymusowe położenie. Ta argumentacja miała uchronić ich przed nakazem spłaty weksla – podpisanie weksla in blanco jest warunkiem prowadzenia Żabki. W chwili, gdy ajent ma długi wobec sieci, spółka wpisuje należną kwotę na podpisany weksel i domaga się jego zapłaty.
Oto urywek z postanowienia o umorzeniu śledztwa: Bardzo niekorzystnym dla ajentów rozwiązaniem było także ustalanie z góry przez sieć cen na poszczególne towary, czy też nałożenie obowiązku zakupu co najmniej jednej sztuki artykułu danego rodzaju. Ustalane z góry, w większości stosunkowo wysokie ceny, powodowały, iż sklep sieci w opiniach tak ajentów, jak i klientów odbierany był jako drogi, co zmniejszało jego konkurencyjność. Natomiast ustalane z góry przez centralę marże i niemożność zmian cen poszczególnych towarów przez prowadzących sklepy ajentów powodowało małą elastyczność danego punktu sklepowego i jego niekonkurencyjność.
Prokuratura wymienia też inne niekorzystne dla ajentów warunki współpracy. Należy do nich m.in. fakt, że istotne warunki współpracy określają tzw. Instrukcje i Wytyczne. Ajenci nie znają ich w chwili podpisywania umowy – przesyłane są na bieżąco, zawierają informacje o promocjach, zmianach marży, nowym ustawieniu towarów itd. Prokuratura stwierdza wręcz: […] poddając chłodnej analizie warunki współpracy na jakie godzili się pokrzywdzeni, faktycznie uznać należy je za niekorzystne dla ajentów, a o wiele korzystniejsze (czy też jak chcą pracownicy sieci Żabka – zabezpieczające finansowe interesy sieci), dla firmy Żabka Polska SA.
Dalej czytamy, że w Polsce istnieje swoboda zawierania umów, a prawo nie zabrania kontraktów niekorzystnych dla jednej ze stron, o ile nie wykorzystują one przymusowego położenia któregoś z kontrahentów. Zdaniem prokuratury – i wydaje się, że jest to opinia dość dobrze uargumentowana – do takiej sytuacji w wypadku ajentów nie doszło, ponadto mieli okazję zapoznać się z warunkami współpracy podczas szkolenia przygotowującego do prowadzenia sklepu. Nie mogą zatem zasłaniać się trudną sytuacją życiową czy niewiedzą o zasadach współpracy. Uzasadnienie samo w sobie jest bardzo ciekawe, jednak jego dokładne omówienie wymagałoby dużo miejsca; podstawowa dla nas informacja w nim zawarta jest taka, że żadnego przestępstwa wobec ajentów nie popełniono. Decyzja o umorzeniu śledztwa, która zapadła 31 grudnia 2008 r., oznacza, że system agencyjny stosowany przez spółkę Żabka Polska SA jest zgodny z obowiązującym prawem i de facto kończy prokuratorskie batalie ajentów.
Łańcuch poszkodowanych
Wymieniając kolejne zasady uderzające bezpośrednio w ajentów, zacznijmy od tego, że nie ustalają oni większości asortymentu. Samodzielnie decydują jedynie o tzw. towarach regionalnych: owocach, warzywach, części nabiału, mrożonkach. Nie posiadają też wpływu na ceny, w jakich kupują towar – mają obowiązek zaopatrywać się w hurtowni należącej do centrali sieci. Płacą natomiast podatki za sprzedany towar i sami zatrudniają pracowników, co jest dla nich dużym obciążeniem finansowym. Marża na towary jest niska, średnio ok. 6-8%. Dla porównania – osiedlowe „spożywczaki” narzucają co najmniej 25%.
Na ajentów została zatem przeniesiona odpowiedzialność prawna i skarbowa za prowadzenie sklepów, chociaż ich decyzyjność ogranicza się w zasadzie do wyboru personelu. Pełnią w „swoich” placówkach funkcję quasi-kierowników, ale przez instytucje państwowe traktowani są jak przedsiębiorcy, a przez spółkę Żabka Polska SA – jak pozbawieni przywilejów pracownicy, za których nie trzeba ponosić żadnej odpowiedzialności.
Ajent jest w rzeczywistości właśnie kimś pomiędzy przedsiębiorcą a pracownikiem. Wypełnia obowiązki tego drugiego, natomiast ponosi odpowiedzialność pracodawcy i podmiotu gospodarczego. Trudno określić, po której ze stron umieścić jego zyski. Nie ma żadnej gwarancji, że w danym miesiącu cokolwiek zarobi, różni się zatem od pracownika, który otrzymuje ustalone wynagrodzenie. Jednocześnie nie może, jak przeciętny przedsiębiorca, próbować zwiększyć dochody, gdyż to nie on ustala marże i decyduje o asortymencie. Jedyne, co może zrobić – to obniżyć koszty.
Jak czytamy w materiałach szkoleniowych dla ajentów: Zgodnie z założeniami sklepu Żabka (sklep rodzinny) idealnym rozwiązaniem byłaby praca w sklepie jedynie członków rodziny, oraz uczniów. Pozwoli to na znaczne ograniczenie kosztów funkcjonowania sklepu i znacząco zwiększy rentowność sklepu. […] Niedopuszczalne jest, aby dochód Ajenta był <0. Jeżeli dochód Ajenta jest liczbą ujemną, oznacza to, iż koszty operacyjne funkcjonowania sklepu są wyższe od uzyskiwanych przychodów i w kolejnych miesiącach należy je obniżyć.
Wspomniałam, że niepewne formy pracy opierają się na przerzucaniu ryzyka na pracujących. Transmisja odpowiedzialności odbywa się na kilku poziomach i wydaje się dość typowa dla dzisiejszej gospodarki – jej przykładem jest również ciąg podwykonawców, charakterystyczny dla produkcji odzieżowej. Także w wypadku Żabek przenoszenie odpowiedzialności i ryzyka nie kończy się na poziomie prowadzących sklepy. W kontekście niekorzystnej umowy i obniżania kosztów jako jedynego sposobu na poprawienie sytuacji finansowej ajentów, zasadne wydaje się twierdzenie, że przerzucają oni część ryzyka, które ponoszą, na zatrudniane przez siebie kasjerki.
I tak, jeśli ajent boryka się z kradzieżami – a skoro mowa o sklepach samoobsługowych, problem jest uniwersalny – może obciążać pracowników ich kosztami. Zdarzają się również przypadki, że prowadzący sklepy nie wywiązują się z zobowiązań wobec personelu, np. nie wypłacają pensji lub nie przekazują składek do ZUS, próbując w ten sposób zaoszczędzić. Wielu ajentów nie miało wcześniej żadnych doświadczeń w roli pracodawcy, co można stwierdzić choćby na podstawie przywoływanej decyzji prokuratury, która zarzuciła im brak należytego przygotowania do prowadzenia własnej działalności gospodarczej. Byłe i obecne kasjerki na forach internetowych często odradzają pracę w Żabce, opisując ją jako ciężką, nieadekwatną do niskich i nieregularnych zarobków. Piszą również o nieuczciwych ajentach, którzy dorabiają się ich kosztem. Przytoczę jedną z wypowiedzi na temat pracy w sklepie sieci (zachowano pisownię oryginału):
Ludzie PRACA w Żabce to najwieksze G…Ówno na świecie !!!!! Ajent ajentowi jest nierówny , mają tak zryte berety (zwłaszcza jak wracają z tzw. szkoleń) Są nie wypłacalni ( zasłaniają się tym, że nie mają kasy na wpłate za towar) a w rzeczywistości okradają swoich pracowników jak tylko mogą. Karzą kupować towary po terminie , PRZEBIJAĆ DATY WAŻNOŚCI ( AŻ DZIW ŻE ŻADEN KLIENT NIE ZGŁOSIŁ TEGO FAKTU DO SANEPIDU !!!) Ilość przepracowanych godzin nie jest adekwatne do wypłaty np. 240h w miesiacu za najniższą krajową?? Śmieszne !!! Dni wolne od pracy nie są oddawane tak jak się należy – w zależności od humoru ajenta. Dostawy towaru to istny koszmar , siada kręgosłup od dźwigania dostawcy ani ajenci nie pomagają w rozładunku. Co miesieczne „naloty” tzw. partnerów, którzy nakładają kary dla ajentów to koszmar – odbija sie to na pracownikach Nie masz czasu na śniadanie ani na pójście do toalety. Odradzam wszystkim prace w żabkach jeżeli nie chcesz się nabawić nerwicy. Dla niedowiarków link do oficjalnego artykułu: http://praca.wp.pl/title,Gulag-Zabka,wid,7184812,wiadomosc.html
To dosadny komentarz, jednak można z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, że autorka postu rzeczywiście pracowała w Żabce – wskazują na to specyficzne dla sieci określenia (partnerzy, codzienna wpłata utargu na konto spółki, szkolenia odbywające się dwa razy w roku). Świetnie zna realia pracy, nawet liczba godzin do przepracowania w miesiącu wydaje się prawdopodobna – sklepy sieci otwarte są codziennie oprócz kilku świątecznych dni od 6:00 do 23:00. Pamiętajmy o niekorzystnych warunkach współpracy, które z całą pewnością odbijają się na finansach ajenta – można przypuszczać, że nie mając pieniędzy na bieżące funkcjonowanie sklepu, będzie próbował zaoszczędzić na pracy sprzedawczyń, obciążając je bezpłatnymi nadgodzinami. Kontrole wspomnianych partnerów ds. sprzedaży rzeczywiście odbywają się przynajmniej raz w miesiącu. Mogą oni nakładać na ajentów kary, tak jak podaje nasza autorka, co prawdopodobnie ma wpływ na sposób, w jaki ci ostatni traktują swój personel.
Tajemnicą poliszynela jest zatrudnianie kasjerek „na czarno” lub wypłacanie im najniższej krajowej oraz dopłacanie „pod stołem”. Dla młodych dziewczyn, które zwykle można spotkać za żabkową ladą, to niekorzystne rozwiązanie. Pracując wiele lat bez stałej umowy, pozbawiają się składek i skazują na bardzo niską emeryturę w przyszłości.
Kasjerki w Żabkach to modelowy przykład opisywanego wcześniej prekariatu. Wykonują wiele czynności podczas jednej zmiany, łącznie z rozładowywaniem i układaniem towaru. Często pracujące ponad siły w długo otwartym sklepie młode dziewczyny lub zbliżające się do emerytury panie otrzymują w zamian minimalne wynagrodzenie:
Ja natomiast pracowałam w zabie ponad 2 lata(najgorsze lata!) trzymala mnie tylko fajna ekipa i to ze nie moglam znalezc innej pracy! nie podpisujac odpowiedzialnosci wspolmajatkowej nie wiem jak ajent moze odciagac za straty z wypłaty. Placilismy tez za przeterminowane produkty. Czasami kazano nam sprzedawac cos po terminie. Pracuje sie ok 200 h miesiecznie( moze nie wszyscy pracownicy, ale ktos musi inaczej w zabce musialoby pracowac ok 10 osob.
Przez ten czas nie mialam urlopu, bo nie mialam umowy o prace. Trzeba dzwigac skrzynki z piwem, z wodka ciezkie zgrzewki napoi. Np. 2 dziewczyny na zmianie i 60 zgrzewek 2 litrowej coli- powodzenia!
Bylam wiecznie zmeczona, bolaly mnie nogi, kregoslup.
Nie bylo czasu na imprezy, spotkania, bo nigdy nie bylo na to tez sily. i nie nikt nie pier…li, ze nie wszedzie tak jest!!!w kazdej zabce jest dokladnie to samo. Ciezka, niewdzieczna praca za pol darmo!!
Przerzucanie ryzyka na niższe piętra skutkuje zatem szczególnie złymi warunkami pracy dla osób znajdujących się na samym dole firmowej hierarchii. Żabka Polska SA nie traktuje ajenta jako równorzędnego partnera – co zresztą prokuratura sankcjonuje, pisząc, że ajenci powinni byli spodziewać się podporządkowanej pozycji, nawiązując współpracę ze znacznie od nich bogatszą i potężniejszą firmą – więc ten, pozbawiony w zasadzie pola manewru, skłania się ku wszelkim sposobom ograniczania kosztów, także sprzecznym z prawem.
Niewidzialna armia
Polskie nauki społeczne i prawo „nie widzą” ajentów. Nie ma odpowiednich pojęć, które oddawałyby sytuację osób prowadzących Żabki, posiadających cechy zarówno pracowników, jak i pracujących na własny rachunek. W innych krajach europejskich używa się terminu economically dependent worker, czyli „pracujący ekonomicznie zależny”. Jest to kategoria, która nabierać będzie coraz większego znaczenia, biorąc pod uwagę stopień deregulacji rynku pracy i problemy z jednoznacznym ustaleniem statusu osób pracujących. Chcę podkreślić, że nie chodzi o pracowników, ale właśnie o pracujących. W języku polskim rozróżnienie to jest rzadko stosowane, a szkoda – wielu dzisiejszych pracujących nie ma statusu pracowników.
Mamy zatem około dwa tysiące sklepów – trudno określić, ile dokładnie, ponieważ rotacja ajentów Żabek jest duża i można tylko szacować, ile placówek jest w danym momencie rzeczywiście otwartych. Pracują w nich ajenci i kasjerki; ajenci na niekorzystnych warunkach narzucanych przez spółkę, kasjerki na niekorzystnych zwykle warunkach narzucanych przez ajentów. Poczytne ogólnopolskie dzienniki opisały patologie systemu agencyjnego, a jednak nie powstał żaden ruch działający na rzecz ajentów czy ogólnie – pracujących o niejasnym statusie. Pomijając fakt, że ajenci nie potrafią zawiązać skutecznej współpracy na szerszą skalę, to ich problemami – oraz bolączkami kasjerek w Żabkach – nie zainteresowała się żadna organizacja broniąca praw pracowniczych.
Kupując w Żabce papierosy albo piwo – towary sprzedawane w sklepach sieci chyba najczęściej – pamiętajmy, że nie przyczyniamy się do rozwoju osiedlowego sklepiku, pozwalającego utrzymać się całej rodzinie. Wspieramy ekspansję giganta, który osłabia drobną przedsiębiorczość, a swoich kontrahentów nierzadko czyni bankrutami.
Joanna Jurkiewicz