Pupcia cioci

Pupcia cioci

Gdyby ktoś organizował ranking najmniej prospołecznych kampanii społecznych, to zgłaszam – choć konkurencja mordercza – kandydaturę akcji już dobrze zadomowionej w przestrzeni publicznej: „Nie czytasz? Nie idę z tobą do łóżka!”.

Jej organizatorom pomysł wydaje się prosty i oczywisty. Ponieważ Polacy czytają zatrważająco mało (co potwierdzają kolejne badania czytelnictwa, a także wyniki sprzedaży naszego rynku wydawniczego), a przy tym istnieje negatywny stereotyp osoby czytającej jako nieatrakcyjnego nudziarza, należy działać na rzecz czytelnictwa poprzez przełamanie tego stereotypu. „Kochamy książki – czytamy na stronie internetowej akcji – miłością prawie że fizyczną. Chcemy zachęcać do odkrywania czytania na nowo – tym razem w kontekście nieco erotycznym. Aby ludzie widzieli się w intymnym towarzystwie książek. Żeby stawały się one elementem ich wizerunku. Nie ma nic bardziej sexy niż fajna osoba w fajnym łóżku z odpowiednią lekturą. Dlatego też chcemy pokazać książkę w nowej odsłonie – jako atrybut seksualny, decydujący o naszej atrakcyjności”.

Perfumy i naftalina

Ha! Czytanie jako atrybut seksualny! Czyli coś analogicznego do wydatnego biustu lub szerokiej szczęki, wiotkiej lub mocnej sylwetki, aksamitnego głosu, powłóczystego spojrzenia, a może kompletu złotych kart kredytowych, sportowego samochodu czy wysokiego stanowiska? Pomysł wydaje się nowatorski, a także – trzymając się jego własnej terminologii – bardzo sexy. Jednak gdy przyjrzymy mu się trochę bliżej, a może kiedy nieco uważniej go powąchamy, zauważymy, że spod zapachu zmysłowych perfum wyraźnie zalatuje naftaliną.

Bo przecież z takim wyobrażeniem, że czytanie jest przede wszystkim (tak jak jest to akcentowane w akcji) elementem zewnętrznego wizerunku osoby i że w konsekwencji przyczynia się do jej reprodukcyjnego czy też erotycznego sukcesu, mieliśmy do czynienia już z dawien dawna. Również, dużo silniejszy niż zachęcający, negatywny przekaz kampanii, czyli zawstydzanie nieczytających, sugerowanie im, że niechęć do książek wyklucza ich społecznie i towarzysko, a co za tym idzie, czyni nieatrakcyjnymi seksualnie, ma tylko pozory świeżości.

Ileż to starsi czytelnicy (lub nie-czytelnicy), którym dorastać przyszło w czasach pozbawionych dzisiejszej frywolności, nasłuchali się za młodu od szlachetnych nauczycieli, wychowawców rodzinnych i instytucjonalnych, autorytetów telewizyjnych i papierowych, a przede wszystkim od niepoliczonych zastępów przeróżnych cioć, że czytanie jest bardzo ważne. Że człowiek kulturalny tym się od niekulturalnego odróżnia, iż czyta książki. Że to wstyd nie znać takiej czy innej lektury, którą wszyscy cywilizowani ludzie przeczytali – to wstyd nie móc w towarzystwie porozmawiać o Joyce’ie, Marquezie, Herbercie, nie umieć dorzucić do konwersacji skrzydlatego słowa, cytaciku, ulubionego powiedzonka powieściowego bohatera. Człowiek nieczytający to prostak, zwyczajny cham, z którego prostactwo wyjdzie prędzej czy później – ostrzegała niejedna ciocia, zatroskana o Józia, który wstyd rodzinie przynosił, wyraźnie przedkładając prymitywne ganianie z kolegami nad rozkosze lektury. Dla większej zachęty groziła ciocia (albo pan nauczyciel) palcem, że przecież takiego i takiej, co książek nie czytają, żadna porządna dziewczyna lub żaden porządny chłopak nie zechcą.

Dzisiejsza ciocia zauważyła już, że grożenie palcem nie posiada mocy sprawczej. A ponieważ zauważyła także, iż w dzisiejszych czasach w wielu kwestiach moc sprawczą miewa machanie pupcią, sama postanowiła swoją pupcią zamachać. Niestety nie wzięła pod uwagę takiej okoliczności, że pupcia ta, pośród być może pewnych zalet, posiada ten zasadniczy mankament, iż jest ewidentnie pupcią cioci. Że trzęsie się ta pupcia wśród niezliczonych innych pupć, które pupciami cioci ewidentnie nie są, i że na tle tych pupć wygląda jak wygląda.

Wizerunek i śmieszne koty

Zachęcanie do czytania przez zawstydzanie nieczytania ma w naszym kraju klasowy charakter i jest zakorzenione mocno od czasów, w których inteligencji bardzo zależało na tym, aby się odróżniać od nieinteligenckich mas dążących do awansu społecznego. Żywe jest do dziś, zwłaszcza wśród – mówię, bom smutny i sam pełen winy – nauczycieli polonistów, bezradnych wobec niechęci podopiecznych do książek. Nauczyciele owi z jednej strony poczuwają się do obowiązku krzewienia czytelnictwa, z drugiej pozostawieni zostali z tym zadaniem samym sobie. Jest to jednak, jak się boleśnie poloniści przekonują, sposób nie tylko nieskuteczny, ale wręcz przeciwskuteczny. A to dlatego, że zawstydzanie jest orężem, którego ciosy zadziwiająco łatwo można sparować i odwrócić przeciwko zadającemu. Józio zawstydzany przez ciocię za brak kultury łatwo odpowie wyobrażeniem wszelkiej ciociowatości jako zawstydzającej, a własnego dobrego samopoczucia szukać będzie wśród kolegów nieczytających, ale ganiających i – o zgrozo! – mówiących brzydkie słowa. Nieczytający, zachęcany do czytania erotycznym szantażem, przez chwilę taksującym wzrokiem spojrzy na szantażystów, na książkowych celebrytów w zmysłowych pozach promujących akcję, a potem stwierdzi, że erotyczne walory czytania są stanowczo przereklamowane.

Zachęcanie do czytania przez odwoływanie się do wizerunku również jest nieskuteczne czy wręcz przeciwskuteczne, a przede wszystkim oznacza stawianie sprawy na głowie. Być może rzeczywiście istnieją osoby, które czytają książki, aby dzięki temu poprawić swój publiczny wizerunek, ale jeśli tak jest, to nie rozumiem, dlaczego mielibyśmy wspierać ich w tym kampaniami społecznymi. I nie chodzi tylko o to, że taka motywacja jest nieszczera. Żyjemy w czasach, w których z jednej strony ludzie mają obsesję zewnętrznego wizerunku – tego, jak postrzegani są oni sami i ich społeczny status. Z drugiej strony jednak potrzeba kreowania takiego wizerunku wytworzyła całe mnóstwo mechanizmów, które (momentami dość iluzorycznie) pozwalają zbudować tenże wizerunek niejako na skróty. Mamy więc nie tylko wyspecjalizowane agencje i strategie marketingowe służące budowaniu prezencji osób publicznych, ale także mnóstwo czasami rozpaczliwych działań zwyczajnych ludzi, nękanych lękiem o to, jak są postrzegani.

Kampania społeczna „Nie czytasz? Nie idę z tobą do łóżka!” odwołuje się do tego lęku i podsyca go, przez co – w maleńkim stopniu, wobec wielości podobnych bodźców – przyczynia się do budowania wśród obywateli atmosfery niesprzyjającej spokojnej lekturze i wyciąga z lamusa społeczny antagonizm między deklarującymi się jako miłośnicy czytania a tymi, którzy twierdzą, że nie jest im ono potrzebne. Ale przede wszystkim prowokuje do poszukiwania skrótowych remediów na ów lęk. Widocznym skutkiem kampanii jest rozmnożenie się zachwalających rozkosze czytelnictwa internetowych memów, łańcuszków, obrazków, filmików, złotych myśli, cytatów i statusów umieszczanych na profilach serwisów społecznościowych, rozsyłanych pocztą elektroniczną, wykorzystywanych jako awatary, osobiste motta, sygnały najpełniej komunikujące światu skomplikowaną i bogatą osobowość, a także społeczny status osób, które chcą być postrzegane jako czytające. Również facebookowy profil kampanii jest wymowny. Pełno tu takich memów, surrealistycznych obrazków z motywem książki, fotografii ciągnących się w nieskończoność bibliotecznych regałów, śmiesznych kotów zachęcających do czytania i kociaków prężących się na widok książki. Tylko że cały ten kicz będzie raczej zastępował czytanie, niż do niego zachęcał.

Ludzie dziś częściej komunikują się na portalach społecznościowych, niż spotykają, żeby pogadać, więc ze względów wizerunkowych bardziej opłaca się „polubić” fan club Franza Kafki lub Jonathana Littella tudzież pospamować ściany znajomych klimatyczną fotografią gigantycznego salonu pełnego książek, z dopiskiem „Ach, moje marzenie!”, niż tracić czas na lekturę, a tym bardziej wydawać pieniądze na książki. Jeśli czytanie to kwestia wizerunku, to o wiele prościej załatwić ten problem przy pomocy narzędzi wizerunkowych.

Dlaczego nie czytamy?

W żaden sposób nie chcę tu negować dobrych intencji organizatorów kampanii. Wiem jednak, że dobrymi intencjami wybrukowane jest piekło, a akcja promująca czytelnictwo nie może się udać, jeśli dzisiejszy katastrofalny jego stan nie zostanie poprawnie rozpoznany. Kluczowe jest tutaj pytanie: „dlaczego Polacy nie czytają?”. Twórcy kampanii odpowiadają na to: „Polacy nie czytają, bo zły jest społeczny wizerunek czytającego jako aseksualnego nudziarza, który lekturą rekompensuje sobie brak sukcesów w realnym życiu. Jeśli zmienimy ten wizerunek, pokażemy, że czytelnik to ktoś atrakcyjny, a zawstydzimy jako aseksualnych i nudnych tych, którzy nie czytają, Polacy zaczną czytać”. Nic bardziej błędnego. Jest dokładnie na odwrót. Wizerunek czytającego jest u nas fatalny, bo Polacy nie czytają. Nie czytają i muszą sobie to jakoś uzasadnić. Jeśli Polacy zaczną czytać, wizerunek czytającego się poprawi.

Oczywiście odpowiedź na pytanie „dlaczego Polacy nie czytają?” jest złożona i niełatwa. Ale duże znaczenie ma tutaj wyuczona bezradność czytelnicza. Polacy od maleńkości uczą się w szkole, że czytanie literatury to czynność żmudna, trudna i bezcelowa, skoro niedająca ani satysfakcji, ani zauważalnych korzyści. Przyczynia się do tego prezentowana przez decydentów oświatowych właśnie taka tradycyjna, klasowa wizja czytania jako wyznacznika społecznego statusu, do którego każdy powinien aspirować. Dziecko od samego początku edukacji dostaje więc zadania czytelnicze niby wdrażające je w polski inteligencki kod kulturalny, ale zupełnie przekraczające jego możliwości. I w dodatku niemal od samego początku edukacji literackie lektury, pisane często językiem, którego mały czytelnik nie jest w stanie zrozumieć, są zadawane do domu, co oznacza, że dziecko w zmaganiach z nimi jest zdane albo samo na siebie, albo handicapuje się takie dzieci, które mogą liczyć na kompetentną pomoc inteligenckich rodziców lub profesjonalną obsługę korepetytorów. Czy możemy sobie wyobrazić ośmiolatka, który samodzielnie i z przyjemnością przeczyta poniższy fragmencik?

Widziało, jak Zosia
Z kluczykami chodzi,
Jak liźnie śmietany,
Choć się to nie godzi…

Widziało, jak Kuba
Pługiem w polu orze,
Jak wołki pogania,
Żeby było zboże…

Widziało pod lasem,
Jak się pasą krowy,
Jak tam pokrzykuje
Nasz ciołeczek płowy…

To fragment wiersza „Co słonko widziało?” Marii Konopnickiej, lektury w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Dziecko, które utknie na pługu, na ciołeczku płowym, które nie zauważy związku między poganianiem wołków (o ile będzie wiedziało, co to są wołki – czy ktoś z Państwa widział kiedyś na własne oczy wołka?) a tym, że jest zboże, w końcu całość przeczyta, ale odbierze ją jako bełkot. Później będzie już tylko trudniej, tym trudniej, że każdej kolejnej lekturze towarzyszyć będzie wspomnienie coraz większej liczby poprzednich, którym nie dało się rady. A nauczyciel, choćby najbardziej uczniom oddany, nie może nad tekstem się zatrzymać, wyjaśnić wszystkich miejsc niezrozumiałych, pokazać mieszczuchom na obrazku, jak wygląda pług, bo musi zrealizować program, odpowiednie tematy wpisać w kratki dziennika – rozliczany jest przecież ze sprawozdawczości, a nie z tego, że pomógł coś komuś zrozumieć.

A później dochodzi szajba egzaminacyjna i wpajanie uczniom przekonania, że zrozumienie literatury polega na ujęciu jej w gotowe formułki, zgrabne streszczenia, nie budzące wątpliwości problematyzacje oraz interpretacje zgodne z kluczem. Tymczasem wartość młodzieńczej lektury na tym właśnie polega, że jest chaotyczna, żywiołowa, pozostawia w głowie mętlik, a czasem pustkę, mnóstwo kłębiących się pytań, których nie da się uchwycić, a tym bardziej znaleźć dla nich odpowiedzi. Więc w gimnazjum, w liceum kolejny komunikat: trzeba się trzymać jak najdalej od książki, bo tego nikt nie zrozumie, a jeśli zrozumie, to źle. Bardzo wielu uczniów kończy więc szkołę z idiosynkrazją czytelniczą, której w dorosłym życiu nie ma ani chęci, ani potrzeby przełamywać. Ci ludzie nie będą czytać. Z całą pewnością nie dla przyjemności, nie z potrzeby serca. Jeśli tylko będą mogli, będą próbowali uniknąć czytania większych tekstów fachowych.

A przecież można…

A przecież możemy sobie wyobrazić szkołę, w której czytanie jest nie tyle przykrym obowiązkiem, lecz świetnym sposobem spędzania czasu. Również dla tych dzieci, które nie mogą liczyć na pomoc rodziców, a cały wolny czas spędzają przed komputerem lub telewizorem nastawionym na idiotyczne programy. Szkołę, w której do czytania książek wdraża się ludzi bez gwałtu i rzucania na zbyt głęboką wodę. W której czyta się książki wspólnie i dużo rozmawia o tym, co się przeczytało. Rozmawia się, dopóki są chęci i potrzeba, a nie dopóki nie skończy się przeznaczona na to godzina. W której uczniowie mogą od czasu do czasu sami zaproponować lekturę. Szkołę, która u wybitnych pisarzy zamawia utwory pisane językiem dostępnym dla swoich wychowanków i opowiadające o sprawach, które mogą ich zainteresować (tak! bywało tak i w Polsce przedwojennej, i w powojennej!). Szkołę prowadzoną przez państwo, które na tyle ufa w patriotyzm i potrzebę pogłębiania narodowej tożsamości swoich obywateli, że uwierzy, iż prędzej czy później sami sięgną po naszą najwybitniejszą literaturę, nawet jeśli się ich do tego administracyjnie nie przymusi. Możemy wyobrazić sobie państwo, które nie boi się wykształcić czytelników, których duch dąży kędy chce, a nie ścieżką wystandaryzowaną i wytyczoną przez egzamin. Możemy wyobrazić sobie państwo, które wspiera także czytelnicze aspiracje ludzi dorosłych, w których nagle, choć dotąd tłamszone, wybujały duchowe potrzeby.

Przecież, w końcu, możemy wyobrazić sobie społeczeństwo, w którym z równą radością czyta każdy to, co lubi, każdy w swoim tempie i po swojemu rozumiejąc – uniwersytecka profesorka i kierowca autobusu, lekarz i kasjerka z hipermarketu. Czyta, bo lubi, a nie dlatego, że chce kogoś wypędzić z łóżka czy z towarzystwa.

Na co komu socjaliści?

Na co komu socjaliści?

Mamy za sobą 11-listopadowy marsz Polska Socjalna i 120. rocznicę powstania Polskiej Partii Socjalistycznej. Inicjatywa towarzyszek i towarzyszy z różnych środowisk okazała się przynajmniej medialnym, bo raczej nie frekwencyjnym sukcesem. Co całości inicjatywy nie odbiera ani ducha, ani celowości, ani wartości. Niczego też nie ujmuje zaangażowaniu wielu osób. A okrągła rocznica PPS? Chyba można stwierdzić, z ogromnym smutkiem i żalem, że ten sztandar nader skutecznie wyprowadzono, a wciąż straszy i widmowo powiewa inny, kojarzony z „płatnymi zdrajcami i pachołkami Rosji”, by zacytować klasyka.

Mamy zatem dwa wydarzenia, które zagościły choć na chwilę w świadomości przynajmniej niektórych czytelników „Nowego Obywatela”. O inicjatywie Polska Socjalna pisano w mediach „Marsz socjalistów” albo „marsz PPS-owców”. Marsz socjalistów: nie lewicy, „lewaków” czy antyfaszystów – socjalistów właśnie. To takie „archaiczne” i mało popularne słowo, zohydzane przez dziesięciolecia wspólnymi siłami wielu. I nagle zabrzmiała w nim jakaś ciepła, dobra nuta. Zaistniało jako symbol zacnych społecznych wartości, jako część dumnej i pięknej polskiej tradycji politycznej, rewolucyjnej, niepodległościowej. Wiele rzeczy godnych i zaszczytnych dało się słyszeć w określeniu „marsz PPS-owców”, formalnie nietrafnym, bo towarzysze i towarzyszki nie szli pod auspicjami dzisiejszej PPS. Natomiast że szli w zgodzie z jej historycznym duchem – jestem pewien.

Ale na bok wzruszenia. Kwestia najbardziej istotna brzmi: na co dziś komu socjaliści? Pomijając odpowiedzi dobrze znane, które możemy zwerbalizować na podstawie znajomości poglądów wyrażanych w sferze publicznej czy prywatnie, warto rzecz postawić jako problem osobisty. Nazwijmy to perspektywą zaangażowanego outsidera: każdy z nas, patrząc w lustro, może zadać sobie pytanie, ile procent socjalisty widzi w tym socjaliście, który gapi się na niego ze zwierciadełka. I na cholerę komukolwiek, w tym przede wszystkim społeczeństwu, jest z tym swoim socjalizmem potrzebny. Bardziej lirycznie nastawieni mogą zapytać za obywatelem poetą: „oglądaj co dzień w lustrze swoją błazeńską twarz. Powtarzaj: zostałem powołany, czyż nie było lepszych?”. Bardziej muzykalni mogą zadać pytanie za Różami Europy: „co nam powie zwierciadełko / Kiedy staniemy przed nim z rana / My studenci uniwersytetu / My robotnicy huty »Warszawa«”… Z tym zastrzeżeniem, że łatwiej dziś o socjalistów wśród studentów niż w gronie robotników.

A zatem: na co komu socjaliści? Zacznijmy od kwestii społecznej. Socjalizm to dziś przede wszystkim ruch kontestacji i próba przepracowania i przypomnienia tych tradycji lewicy, których celem było stworzenie bardziej sprawiedliwego, bezpieczniejszego i egalitarnego świata. Stary socjalizm był, owszem, nurtem politycznym, ustrojowym, ale silny jego komponent stanowiła także samoorganizacja i samopomoc społeczna: nie do przecenienia jest tu rola czy to związków zawodowych, czy spółdzielczości albo ruchu emancypacji kobiet. Niebagatelna jest różnorodna działalność przeciw wykluczeniu, biedzie i niesprawiedliwości, przeciw hegemonii kapitału, nacjonalizmu, militaryzmu. To wszystko odnajdziemy w tradycji Polskiej Partii Socjalistycznej.

Ale warto mieć również świadomość, że nurt socjaldemokratyczny, choć także znaczna część prawicy rozsądniejszej niż dzisiejsza, budowały wespół nowy porządek społeczno-polityczny w Europie po II wojnie światowej w tej jej części, którą nie zawładnęła Rosja Radziecka. Czy możliwy był nieco lepszy świat? Oczywiście, choć – jak się okazało – nie był on dany raz na zawsze. A lektura choćby „Źle ma się kraj” Tony’ego Judta pokazuje, w jakim stopniu wygenerował on nowe problemy społeczne i kulturowe, które skazały go na silny wewnętrzny kryzys. Gdy robotnik stał się mieszczaninem, gdy pokolenie dobrobytu znalazło dzięki poprawie warunków życia przestrzeń dla rozrywki, będącej dla ówczesnego społeczeństwa rewolucją, oraz dla rewolucji właśnie, która zaś okazała się rozrywką – stara socjaldemokracja odeszła w cień, a nowe żywioły szybko utorowały sobie drogę do ludzkich serc: miejsce bezpiecznego i statecznego dobrostanu szybko zajęła gorączkowa, radykalna chciwość hiperkonsumpcji.

Rzecz jasna polska perspektywa jest odmienna. Pomimo pewnych podobieństw do Zachodu, takich jak choćby stopniowe pojawianie się „społeczeństwa dobrobytu/konsumpcji” w PRL-owskich dekoracjach, nigdy nie wyszliśmy poza obręb rzeczywistości postkolonialnej, poza ramy społeczeństwa poddanego kontroli za pomocą licznych instrumentów: od milicyjnej pałki po wysokie bezrobocie, konsekwentne ograniczanie praw pracowniczych i kredyty do spłacenia. Społeczna, gospodarcza, a także aksjologiczna cena za małego fiata, M-2 ze ślepą kuchnią, wczasy w Bułgarii, darmowe przedszkola i „pełne zatrudnienie” była w Polsce Ludowej zdecydowanie za wysoka. A w III RP? Tutaj już nawet nie-socjaliści coraz częściej nie mają złudzeń: przejście z orbity radzieckiej do realiów neoliberalnego kapitalizmu, owszem, przyniosło wiele korzyści, z których pierwsza była taka, że „szlag trafił komunę”. Jednak okazało się szybko, że za dobrobyt też trzeba płacić – tyle że inaczej rozkładają się koszta w przypadku poszczególnych grup społecznych. Owszem, świat stał się bardziej kolorowy, choć z palety barw nie ubyło tych najciemniejszych – za dobrobyt po polsku płaci się coraz większą atrofią praw i możliwości uboższej, a nawet średnio zamożnej części społeczeństwa. A w obrębie infrastruktury społecznej zaznacza się coraz wyraźniej rozziew, który nie przeszkadza już tylko ślepym demagogom neoliberalizmu i wąskiej grupie beneficjentów systemu.

Dwie Polski? Naturalnie. Jedna podróżuje coraz bardziej zatłoczonymi kolejami, wyczekuje w coraz dłuższych „ogonkach” w szpitalach, za pieniądze ze śmieciowych umów kupuje coraz bardziej śmieciowe jedzenie i płaci (dobrowolnie!) za coraz bardziej śmieciową, komercyjną rozrywkę, ta druga ma do dyspozycji luksusowe samochody i prywatne kliniki albo znajomości w szpitalach publicznych czy ośrodkach rządowych (bo przecież koszta nie każdej operacji jest sens pokrywać z własnej kieszeni – bogaci wiedzą najlepiej, kiedy korzystać z usług państwa). Ma także wędliny o odpowiedniej zawartości mięsa w mięsie, filharmonie, teatry, albo własne „stajnie” celebrytów, jeśli nie gustuje w takich inteligenckich bzdurach jak opera, balet czy siedemnastowieczna angielska poezja metafizyczna. W końcu furda wiersze, ile kredytu miał John Donne? – to jest dopiero pytanie! – spodziewam się, że wciąż nieobce tutejszym nuworyszom.

To są te dwie Polski, o których zawsze powinni myśleć socjaliści: o pierwszej z troską, o drugiej bez taryfy ulgowej. Tu ważna uwaga: trzeba z całą pokorą przyznać, że dziś socjaliści powinni faktycznie dużo czasu poświęcić na myślenie, także o tym, jakie warunki trzeba spełnić, by myśl społeczno-gospodarcza, którą proponują, zaczęła się cieszyć poważniejszym odzewem. Niezależnie od tego, jak się objawi recepcja tej myśli, jaką formę przyjmie, kto ostatecznie okaże się jej reprezentantem na gruncie społecznym czy politycznym – to już w niewielkim stopniu zależy od nas. Historyczna sytuacja już się nie powtórzy. Możemy sycić się melodią i słowami „Czerwonego sztandaru”, ale w dawny nurt tej melodii i słów już nie wrócimy. I niewykluczone, że ci, co przyjdą po nas, za chwilę albo za lat wiele, znajdą własne słowa i pieśni, w których z trudem się rozpoznamy. Ale znów: oprócz słów jest jeszcze duch. I po nim da się rozpoznać, kto swój, a kto nie.

Poza kwestią społeczną jest jeszcze jeden czynnik, którego czasem się nie docenia. Nazwę go tutaj, z braku lepszego określenia, egzystencjalnym. Racja, socjaliści powinni myśleć przede wszystkim systemowo i strukturalnie, nie tracić z oczu wieloaspektowości realiów społecznych, ekonomicznych, a także historycznych. Socjalizm to nie czytanka z panieńskiego pokoju – nadmiar sentymentalizmu czyni z niego doktrynę niegroźną i mało brzemienną w treści. Powiedzmy jednak, że socjalizm bez etyki i bez odniesienia do człowieka, bez uznania faktu, że ma on prawo nie tylko do ładu społecznego, sprawnie funkcjonującej gospodarki itp., ale także do sumienia, do dobra i zła, do własnej intymności – łatwo może zamienić się jedynie w narzędzie manipulacji, indoktrynacji i wyjałowienia kultur, które przenika.

Mówiąc pewnym skrótem: owszem, człowiek ma prawo do ośmiu godzin pracy, ośmiu godzin odpoczynku i ośmiu godzin snu, należą mu się godziwa płaca, korzystanie z praw pracowniczych, dobrej służby zdrowia, sprawnej sieci komunikacji publicznej i kilku innych cudów, które pod tą szerokością geograficzną dziś są często niedostępne.Ale człowiek to także istota, która nawet mimo wszelkich ułatwień społecznych będzie pragnęła miłości, lękała się cierpienia, mierzyła się z własną i innych śmiertelnością.Człowiek milczy, krzyczy, płacze, śmieje się, nienawidzi, popełnia błędy, naprawia je, chce być wolny (albo poddaje się zniewoleniu), chce albo nie chce szukać Boga, chce ranić innych albo leczyć ich rany, chce pisać wiersze, być samotny, budować, niszczyć, patrzeć na księżyc albo tylko na stan konta, całować deszcz, kwiaty, drugiego człowieka, chce pytać: „cóż jest piękno?”. I wobec tego wszystkiego socjalizm także musi się odnaleźć, bez tej pychy i poczucia znajomości odpowiedzi na wszystkie pytania i kwestie – taką pychą socjalizm już zgrzeszył, z bardzo tragicznymi dla siebie i ludzi skutkami.

Wszystko to jednak piszę na wyrost, bo przecież socjalistów jest garstka, a myśl, którą piastujemy – zapomniana. Proszę zatem traktować ten felieton jak list do przyjaciół, towarzyszek i towarzyszy. List, który jest tylko drobnym przypisem i napomknieniem, ale także znakiem pewnej wspólnoty i toczonych w jej obrębie sporów. A reszta? „Co złe, to w gruzy się rozleci, co dobre, wiecznie będzie żyć!”…

Krzysztof Wołodźko

Wiatr zmian

Wiatr zmian

Wszystkie znaki na polskim i europejskim niebie wskazują, iż początek przyszłego roku będzie niestety okresem dalszego spowolnienia gospodarczego. Ze wszystkimi tego konsekwencjami społecznymi w postaci wzrostu bezrobocia i spadku siły nabywczej przeciętnego portfela. Rząd roztacza przed nami obraz nadchodzącej tuż-tuż wichury, przy sile której moc sprawcza naszych wysiłków jest niewielka. Mimo to, niczym kolarz czujący za plecami groźne podmuchy trąby powietrznej, decydenci obiecują wytężyć wszystkie siły, aby polska gospodarka uniknęła wpadnięcia w ciemny wir.

Zacznijmy od dobrych wieści: w miejsce kończących się środków z europejskiej perspektywy finansowej uruchomione zostaną nowe mechanizmy stymulacji inwestycyjnej. Ich głównym elementem ma być spółka „Inwestycje Polskie”. Podczas prezentacji tego pomysłu minister Budzanowski stwierdził, iż „jedna złotówka będzie mieć siłę kilku złotych”, zaś wydatki państwa nie zwiększą się.Z grzeszną przyjemnością obserwowałem zdumienie komentatorów – przyzwyczajonych do dogmatu wyrzeczeń budżetowych i „braku pieniędzy” – na wieść o możliwości dokonania wielkich wydatków inwestycyjnych bez konieczności powiększania deficytu, dzięki magii dźwigni finansowej z użyciem państwowego Banku Gospodarstwa Krajowego.

Konfuzja komentatorów wynika najpewniej stąd, iż pieniądz jest mylnie rozumiany jako swego rodzaju „dobro”, ograniczony towar, co przyczynia się do (nie tylko polskiej) hiperwrażliwości na poziom długu publicznego. W istocie pieniądz i inne środki płatnicze, takie jak obligacje, są tylko instrumentem i jako instrument mogą być wykorzystywane do celów uznanych za ważne. Paradoksem jest, że ta sama zadłużeniowa psychoza zmusza rządy państw do wykorzystywania ich jako narzędzia do osiągania dość mylnie zdefiniowanych celów – czyli zmniejszenia zadłużenia. Przykładem może być niedawne przekazanie przez Bank Anglii 35 mld funtów do Skarbu Wielkiej Brytanii na rzecz zmniejszenia deficytu. Podobny celmiał w tym roku transfer 8 mld zł zysku NBP do polskiego budżetu.

Sama propozycja rządu nie jest idealna, zaś dokonanie początkowego wkładu na „rozmnożenie” poprzez prywatyzację, mimo zapewnień o sprzedaży tylko niewielkich pakietów akcji w spółkach niestrategicznych, budzi zastrzeżenia. Takie rozwiązanie zapewnia co prawda neutralny stosunek do pomysłu ze strony apostołów wycofywania państwa z gospodarki, technicznie jednak byłoby do uniknięcia. Nie tylko poprzez niesprzedawanie akcji, lecz użycie ich pod zastaw dźwigni finansowej, ale także poprzez wykup emisji papierów inwestycyjnych przez bank centralny, co do niedawna było uważane przez kapłanów ekonomicznej ortodoksji za herezję. Mimo tych niedoskonałości użycie BGK i spółki celowej zmniejszy zależność finansowania rozwoju od prywatnych instytucji finansowych i odciąży budżet.

Przełamanie tabu jest niezwykle ważne, gdyż to właśnie od zastosowania takich mechanizmów będzie zależało wyjście z ogólnoeuropejskiego kryzysu. Potrzebny jest mechanizm kredytowy, pozwalający zmienić – strukturalnie i jakościowo – zacofane gospodarki o złym bilansie handlowym. Jak to zrobić?

Zdrowy, prorozwojowy system kredytowy powinien zależeć nie od np. poziomu oszczędności, lecz od potrzeb pożyczkowych, określanych przez przewidywany długookresowy, dynamiczny potencjał rozwojowy kraju. Priorytetem jest zatem zapewnienie właśnie takiego finansowania. Oznacza to skupowanie przez odpowiednie organy – np. Europejski Bank Inwestycyjny, zasilony arbitralną emisją pieniądza przez Europejski Bank Centralny – za najniższy możliwy procent kilkudziesięcioletnich obligacji emitowanych przez przedsiębiorstwa państwowe i samorządowe, dedykowanych wykonaniu projektów transformujących gospodarkę (pisałem o tym więcej w „Nowym Obywatelu).

Powołanie państwowej spółki wspierającej inwestycje przy wykorzystaniu Banku Gospodarstwa Krajowego i udzielanie kredytów „bez zysku”, co zapowiadają ministrowie, było rekomendacją marcowego raportu Polskiego Lobby Przemysłowego (można go pobrać tutaj), podobnie jak odpisy inwestycyjne i kredyty obrotowe. Dobrze się stało, że coraz mniej zostaje z dogmatu nieingerencji w procesy gospodarcze przez państwo. Stymulacja inwestycyjna powinna już w połowie roku spowodować ożywienie gospodarcze.

Niestety, póki co szansa może zostać wykorzystana tylko w małej części. Uciekając przed wichurą, rząd jedzie na monocyklu, zapominając o drugim kole, w średniej i długiej perspektywie równie ważnym jak impuls inwestycyjny. Konsolidacja fiskalna i „zwijanie państwa” na prowincji będą skutkowały wzmacnianiem tendencji kryzysowych. W krótkim okresie mniejsze wydatki z budżetu zmniejszą popyt krajowy. Przede wszystkim jednak cięcia są wyrazem niedocenienia fundamentu dobrobytu gospodarczego, jakim jest kondycja ogólnospołeczna.

Przykładem pierwszym z brzegu są zagrożenia demograficzne. Brak perspektyw rozwoju młodego pokolenia, szczególnie dotkliwy w mniejszych miejscowościach, oznacza odkładanie decyzji o założeniu rodziny, co jeszcze wzmacnia tendencję spadku liczby ludności. Nie jest to jednak, wbrew częstym sposobom prezentacji tematu, wyłącznie matematyczny problem spod znaku obaw „kto będzie pracował na nasze emerytury?”.

Kluczowa rola ludzkiej kreatywności w procesie rozwoju gospodarczego sprawia, że spadek ludności oznacza nieproporcjonalnie większy spadek bogactwa i potencjału twórczego. Jak wykazał harwardzki ekonomista prof. Michael Kremer na podstawie badań relacji wzrostu populacji i zmian technologicznych w okresie od 1 miliona lat p.n.e. do roku 1990, duża liczba ludności wzmaga proces rozwoju. Co więcej, zauważa Kremer, „badania empiryczne wskazują, iż historycznie między społecznościami bez żadnej możliwości technologicznego kontaktu te o większej początkowej liczbie ludności mają szybszą zmianę technologiczną i wzrost populacji”. Innymi słowy to człowiek jest prawdziwym gospodarczym bogactwem – tym większym, im większej społeczności stanowi część. Dlatego też wydatki na człowieka powinny być priorytetem nie tylko społecznym, ale i ekonomicznym.

Niezwykle ważne w tym kontekście są wydatki na oświatę i kulturę, wciąż mylnie uważane za niezyskowne. Prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz stwierdził w ostatnim czasie, iż „nie jest tajemnicą silna korelacja między kulturą a innowacyjnością”. Wydaje się jednak, że do niedawna było wprost przeciwnie – włodarze państwa i wielu miast nie rozumieli tej zależności. Chyba możemy zatem mówić o procesie dorastania polskich elit.

Środowisko dawnych „gdańskich liberałów” zaczyna rozumieć potrzebę – przynajmniej szczątkowej – aktywnej polityki państwa, zaś jeden z nich, szef wolnorynkowego think-tanku, w zdumiewająco trafny sposób pisze o społecznych zagrożeniach wynikających z kultury egoizmu, o potrzebie gospodarczej podmiotowości i nawołuje do „wielkiego przewartościowania” w oparciu o kulturę. Nie mamy już w tej perspektywie apologii dzikiej, zielonej wyspy, na której zaradni Robinsonowie podporządkowują się siłom natury. Rynek i konkurencyjność nie są już doktryną, lecz lekko zarysowanym jednym z instrumentów społeczeństwa.

A zatem coś się powoli kończy. Jeżeli nie prymat oligarchicznego, antycywilizacyjnego prądu zmian społeczno-gospodarczych, to na pewno dominacja ideologicznego fundamentu, na którym tenże prymat rozkwitnął. Chociaż wytarte slogany leseferyzmu tracą swój urok, to wciąż siłą inercji i egoizmu mają wielki wpływ na wektor zmian w naszym kraju. Nie wolno tego dłużej akceptować. Skoro diagnoza była błędna, pora odstawić leki.

Naród polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej

Naród polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej

W podręczniku dla drugiej klasy podano zgodny z konstytucją opis godła narodowego. Podręczniki są obecnie pisane na zasadzie „groch z kapustą”. Dla dzieci ciekawych, jak wygląda orzeł, informację podano dalej. Jest tam opis oraz rysunki orła przedniego i bielika. Czytamy: „Bielik orłem nie jest”. Nie jest, ponieważ jest jastrzębiem. Dlaczego znalazł się przy opisie godła? Od dłuższego czasu pojawia się w różnych miejscach informacja, że bielik lepiej pasuje do wizerunku na godle narodowym. Wprawdzie nikt jeszcze ptaka latającego z koroną na głowie nie widział, ale wszystko wyprostuje się w swoim czasie. Korona nie jest dobrze widziana w Unii Europejskiej. Przeniesienie korony króla Stefana do parlamentu węgierskiego zostało potraktowane jako zamach na demokrację. Ciekawa jestem, co zrobią inne państwa ze swoimi godłami. Orły czarne, a tym bardziej dwugłowe, do żadnego gatunku podobne nie są. Może najbardziej do kondora, sępa padlinożercy.

Obawiam się, że jastrząb, też ptak drapieżny, jest tylko formą przejściową w procesie reformowania polskiego godła. Z kręgów rządowych docierają plotki („Uważam Rze”), iż najstosowniejszym godłem dla Polski jest bocian, też ptak drapieżny, ale pożyteczny. Zżerając żaby, likwiduje źródło konfliktu, przyczynia się do pojednania narodu podzielonego na obrońców żabek (Gwiazdowie i ekolodzy) oraz Europejczyków – obrońców autostrad i innych postępowych inwestycji. Bocian wkłada  dzieci do kapusty, owinięte w becik. To duża oszczędność w budżecie na politykę prorodzinną.

Tyle emocjonujących rewelacji zapewnia nam ostatnio klasa polityczna z rządem na czele, że powinnam codziennie pisać komentarze. Na szczęście nie muszę, ponieważ opinia publiczna jest czujna, wyłapuje kłamstwa i afery. Ludzie się martwią, denerwują i… obojętnieją. Ile można bezsilnie się wściekać? Nasza znajoma znalazła prosty sposób na oszczędzanie nerwów i czasu. „Wolne moce przerobowe” poświęca na wyłapywanie zmian, które uderzają nas po kieszeni lub ograniczają prawa i demokrację, a kiedy problem rozpozna, obmyśla metody przeciwdziałania. Cały szum informacyjny odrzuca. Na pytanie „Co pani sądzi o szansach Sławomira Nowaka na ministerialną tekę”, odpowiedziała: „Sławomir Nowak? Nie znam”. Gdyby na rewelację, że Palikot proponuje zbieranie psich kupek w święto niepodległości, ludzie odpowiadali: „Palikot, a kto to jest? Nie znam” – możliwości manipulacji byłyby mniejsze.

Niestety Zbigniewa Brzezińskiego znam, a nawet znalazłam fragmenty jego wykładu dla naukowców polskich w Montrealu. „Pojęcie państwa narodowego w pełni suwerennego w ogóle się zdezaktualizowało – należy ono do epoki historycznej, która już nie istnieje. Sytuacja Polski jednak nie jest oczywiście współzależnością, ale zależnością. Charakteryzuje ją zależność od zewnętrznej potęgi…”. Za szczyt naszych aspiracji Brzeziński uważał większe otwarcie na Zachód. Zachowaliśmy ten tekst, ponieważ pochodzi z maja 1975 roku, gdy ZSRR i USA już planowały pierestrojkę.

Zasłuchanym w retorykę narodowców przypominam, że w polskiej tradycji historycznej, podobnie jak w amerykańskiej, naród polski są to polscy obywatele. Potwierdza to preambuła konstytucji.

Brzeziński nie jest pierwszym z brzegu Amerykaninem „born in Poland’ (urodzonym w Polsce). W Waszyngtonie pełni on rolę dyżurnego Polaka, który kiedy trzeba, poucza nas, co jest właściwe, a co nie. Tym razem chamstwo bluzgów przekroczyło wszelkie granice. Nazwałabym go Niesiołowskim prezydenta Obamy. Wyciągam z tego wnioski optymistyczne. Widocznie mamy szanse  pokonać „republikę okrągłego stołu” i ustanowić Rzeczpospolitą Polską. Tak sformułowany cel polityczny narodowców w pełni popieram. Mam nadzieję, że zrezygnują z absurdalnego i niemoralnego postulatu czystości etnicznej Polaków. Jeśliby do tego dodać kryterium wyznaniowe i skrupulatność w praktykach kościoła rzymskokatolickiego, a takie postulaty wciąż się pojawiają, to i puchary Adama Małysza należałoby oddać.

Niepokoi mnie renesans endecji. Marksizm, friedmanizm, Rosja, Niemcy, eksponowanie Małych Ojczyzn, tropienie ksenofobii, antysemityzmu, oskarżenia o brak tolerancji, demokracji, o homofobię, o zbrodnie wobec Żydów i Niemców w czasie II wojny światowej, wszystko to realnie zagraża polskiemu państwu. W tej sytuacji tylko tradycje romantyczne, rycerskie, insurekcyjne mogą nas uratować. Dobrze rozumiał to prezydent Lech Kaczyński.

Oglądałam ostatnio film w telewizji Planete pod tytułem „Klub pancernych” o organizowaniu młodzieży zafascynowanej serialem „Czterej pancerni i pies”. Dowiedziałam się o świetnej współpracy z milicją, telewizją, strażą pożarną. W ramach akcji „walka z ogniem” dzieci przeprowadzały tajne rewizje w piwnicach i na strychach, usuwały łatwopalne rupiecie i znajdowały poukrywane papiery. Tego nawet Pawka Morozow by nie wymyślił… Z klubami współpracowały ówczesne autorytety. Częstym gościem bywał Bronisław Geremek. On najlepiej potrafił przekazać młodzieży zasady etosu rycerskiego. Trudno się dziwić, że na bohatera walki z systemami totalitarnymi XX wieku Unia Europejska mianowała czołowego rycerza PRL. Rotmistrz Pilecki nie miał żadnych szans.

Skutecznym sposobem obrzydzania Polski jest utożsamianie państwa z rządem. Premier bije na alarm, podnosi się wrzawa wszystkich autorytetów – PiS atakuje państwo, ponieważ chce zmienić rząd. Król francuski Ludwik XIV powiedział do parlamentu „Państwo to ja”, a także „Naród mieści się w całości w osobie króla”. Ja w osobie Tuska się nie mieszczę, ponieważ uważam, że polskość to normalność.

Państwo stanowią wolni obywatele. W Art. 4 Konstytucji czytamy: Władza zwierzchnia w Rzeczpospolitej Polskiej należy do Narodu. Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio. I tego się trzymajmy.

Joann Duda-Gwiazda

Polskie drogi i bezdroża

Polskie drogi i bezdroża

Ocena realiów III RP wciąż wywołuje spory i emocje, a „propagandzie sukcesu” towarzyszą opinie bardzo krytyczne. O najnowszej historii Polski oraz o jej teraźniejszych i przyszłych problemach rozmawiamy z jedną z prominentnych postaci „obozu prospołecznego”, dr. Jerzym Kropiwnickim – ekonomistą, politykiem, działaczem państwowym i samorządowym, byłym ministrem pracy i polityki socjalnej.

***

Jak z perspektywy kilkudziesięciu lat aktywności publicznej ocenia Pan sytuację pracowników najemnych oraz niezamożnych warstw społeczeństwa w ostatnim dwudziestoleciu? Czy zaznaczają się tu wyraźne trendy, tendencje?

Jerzy Kropiwnicki: Pierwszym, bardzo niepokojącym trendem jest utrzymywanie się wysokich wskaźników bezrobocia. Jeżeli porównamy je z sytuacją w Stanach Zjednoczonych czy w znacznej części krajów Europy, zauważymy, że są znacznie wyższe. Co więcej, nie widać u nas tendencji do spadku tych wskaźników poniżej pięciu procent, który to stan uważałbym za w miarę zadowalający, a przy tym nasileniu emigracji zarobkowej, jaką w Polsce obserwujemy, odsetek ów powinien być nawet niższy. Kolejny proces, który obserwujemy, to dość wyraźne i nadal postępujące rozwarstwienie społeczne – różnice dochodowe między najbogatszymi a najuboższymi Polakami. Oczywiście ubóstwo np. w USA oznacza wyższy standard życiowy niż w Europie Środkowej, w Europie Środkowej z kolei wyższy niż w Afryce, jednak jest ono zawsze rozpatrywane i odczuwane w kontekście społeczeństwa, którego dotyczy. W Polsce w konkretnych sytuacjach społecznych jest ono odczuwalne przez zbyt wiele osób.

Ciekawi mnie również ocena efektów gospodarczych i społecznych polskiej prywatyzacji, wstrzymanej swego czasu przez rząd Jana Olszewskiego, w którego skład Pan wchodził.

J.K.: Sugerując się dyskusjami na posiedzeniach Rady Ministrów, uważam, że prywatyzacja została wstrzymana nie dlatego, że ówczesny rząd był przeciwny temu procesowi, lecz ponieważ chciał takiej prywatyzacji, która byłaby nastawiona na zachowanie miejsc pracy i możliwości produkcyjnych. Chciano uniknąć nasilonego wówczas procesu, który można by nazwać kupowaniem rynku zamiast kupowania miejsc pracy. Chodzi o zjawisko nabywania zakładów po to, żeby je następnie zamykać i w ten sposób otwierać w Polsce rynek dla produktów przywożonych z zagranicy – był to pierwszy problem, który zmuszał do zwiększenia ostrożności przy operacjach prywatyzacyjnych. Drugi problem polegał na konieczności dokładniejszego sprawdzenia rzeczywistej ceny tego, co ulegało sprywatyzowaniu. Do czasów rządu premiera Olszewskiego dominowała doktryna, jakoby sprzedawany towar czy zakład warte były tyle, ile rynek jest w stanie za nie zapłacić. W społeczeństwie rodziło to silne poczucie, iż sprzedaje się przedsiębiorstwa poniżej rzeczywistej ceny – i to poczucie często było uzasadnione. Trzeci problem to nazbyt wówczas częste przypadki uwłaszczania się nomenklatury na majątku publicznym.

Przy tym już wtedy osłabiła się presja ustrojowa – do czasu sformowania rządu Olszewskiego nawet ludzie, którzy byli krytycznie nastawieni wobec takiego tempa i stylu prywatyzacji, doceniali jej znaczenie dla zmiany sił politycznych i gospodarczych w kraju. Krótko mówiąc, wśród części elit, zwłaszcza tych, które miały wykształcenie ekonomiczne, istniała silna obawa, że jeżeli nie złamie się dominacji „partyjnych menedżerów” w sektorze państwowym, to nie uda się przeprowadzić reformy gospodarczej. Oraz że może powrócić dominacja polityczna klasy rządzącej „realnego socjalizmu”, a z nią – uzależnienie od Związku Sowieckiego. W okresie, gdy rząd Olszewskiego objął władzę, panowało przekonanie, że punkt krytyczny został przekroczony i że prywatyzacja za wszelką cenę nie jest już konieczna.

Jakie cele stawiał Pan sobie jako szef resortu pracy w rządzie premiera Olszewskiego? Jak miała wyglądać alternatywa wobec tego, co prezentowały poprzednie gabinety?

J.K.: Polityka walki z bezrobociem, jaka została wtedy wypracowana przy wsparciu i udziale różnych organizacji międzynarodowych i wielu szlachetnych ekspertów, posiadała jedną słabość. Taką mianowicie, że koncentrowano się wyłącznie na przekwalifikowaniu, co było oczywiście zadaniem godnym wsparcia, problem jednak stanowił – i stanowi po dzień dzisiejszy – przede wszystkim rozmiar bezrobocia. Sytuacji tej nie należało więc wiązać wyłącznie z niewłaściwymi kwalifikacjami, gdyż bardziej istotnym czynnikiem był generalny brak miejsc pracy. Proszę zauważyć, że nawet dzisiaj ci sami ludzie, którzy nie mogą w Polsce znaleźć pracy, znajdują ją dość łatwo w Szkocji, Irlandii, Anglii, Belgii, Niemczech, Francji i kilku innych krajach zachodnich. Kwestia tworzenia nowych miejsc pracy dla osób z nowymi kwalifikacjami była zatem drobną cząstką większego problemu, a traktowano ją jak zagadnienie główne, a nawet jako jedyne. Odpowiedź zaś niestety nie leżała po stronnie ministra pracy, raczej po stronie makroekonomii.

Należy jednak podkreślić, że w rządzie Jana Olszewskiego po raz pierwszy zostało przełamane myślenie o gospodarce i jej problemach wyłącznie w kategoriach walki z inflacją. Kwestię walki z kryzysem gospodarczym i bezrobociem potraktowano poważnie, czego odzwierciedlenie można znaleźć we wskaźnikach ekonomicznych – rok 1992 jest pierwszym rokiem, w którym PKB ponownie zaczął rosnąć, bez zwiększania wskaźnika inflacji. Krótko mówiąc, problem hiperinflacji, którego tak bardzo obawiano się w początkach transformacji i który stanowił uzasadnienie tak zwanego planu Balcerowicza, przestał być takim uzasadnieniem w roku 1992.

Kilka lat później pełnił Pan służbę jako szef Rządowego Centrum Studiów Strategicznych. Z tamtego czasu zapamiętano m.in. Pańską ostrą krytykę pod adresem Unii Wolności z Leszkiem Balcerowiczem na czele. Jakie były źródła tego sporu i argumenty wykorzystywane w krytyce poglądów i recept realizowanych przez Balcerowicza?

J.K.: W Unii Wolności znajdowały się osoby, których poglądy były nie tak odległe od moich, lecz które ze względów partyjnych ich nie ujawniały. Sądzę na przykład, że nie tak daleko mój punkt widzenia leżał od punktu widzenia Jerzego Osiatyńskiego, rozumiał on bowiem politykę wspierania wzrostu gospodarczego i walki z recesją. Zresztą Osiatyński, Balcerowicz i ja kończyliśmy studia na Wydziale Handlu Zagranicznego Szkoły Głównej Planowania i Statystyki, w różnym jednak czasie. Balcerowicz kończył je kilka lat później, po roku 1968, czyli w momencie, gdy dokonano już tam bardzo głębokich czystek, a profesorowie, którzy do tego czasu prowadzili zajęcia, zostali od nich odsunięci albo zmuszeni do emigracji. Osiatyński i ja mieliśmy możliwość słuchania wykładów na przykład Michała Kaleckiego, a w naszych programach studiów było to, co pozwolono tam umieścić po roku 1956, kiedy na wydziale otworzono okienko na ekonomię światową. To była bardzo poważna różnica, ponieważ ludzie, którzy byli adeptami ekonomii politycznej socjalizmu, dość łatwo – mówiąc brutalnie – przestawili się na rozumowanie w kategoriach liberalizmu gospodarczego, prosta była też korespondencja pomiędzy ich postrzeganiem problemów gospodarczych a tym, co oferował Konsensus Waszyngtoński. Postawienie walki z inflacją na pierwszym miejscu i brak przywiązywania wagi do popytu efektywnego w gospodarce, jego znaczenia dla wielkości zatrudnienia i dla wzrostu gospodarczego, powodowało, że poglądy moje i Balcerowicza na sytuację gospodarczą i na czynniki wpływające na jej dynamikę były odmienne. Kiedy starliśmy się bezpośrednio, przedstawiając prognozy sytuacji gospodarczej z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, okazało się, że moje były precyzyjne, a jego – nadmiernie optymistyczne. W efekcie, choć potrafił on wymusić na Premierze odesłanie mnie na urlop z perspektywą usunięcia z rządu, to gdy moje prognozy sprawdziły się, wróciłem, jako jedyny minister w całej historii RP, na swoje poprzednie stanowisko.

Skoro mówimy o tym okresie, proszę powiedzieć, co Pan wówczas myślał i co obecnie myśli o społeczno-gospodarczym bilansie rządu AWS i Unii Wolności, którego fundamentalne reformy spotykają się z daleko idącą krytyką.

J.K.: Niewątpliwie dużym osiągnięciem tego rządu była reforma samorządowa – stworzenie ekonomicznych podstaw dla samorządów gminnych, ustanowienie samorządów wojewódzkich i wyposażenie ich w odpowiednie środki. Jednak szczebel powiatowy nie jest dostatecznie dopracowany. Reforma administracyjna z kolei średnio się udała – województw jest za dużo albo za mało, w zależności od sposobu analizy. Prawdopodobnie, z punktu widzenia układu samorządowego, ale przede wszystkim administracyjnego, ustanowienie dwunastu lub może nawet 10 (bo były też takie propozycje) województw i przeobrażenie dawnych czterdziestu dziewięciu województw w powiaty byłoby rozwiązaniem lepszym niż to, które zostało przyjęte.

Nie powiodła się reforma zdrowia, przy czym jednym z głównych problemów był fakt, że ona od samego początku była niedopracowana. Tu znów silny był negatywny wpływ Leszka Balcerowicza, który przyjął zasadę niespotykaną nigdzie indziej na świecie, że reforma ma miejsce wówczas, gdy na jakąś dziedzinę wydaje się mniej środków niż przed jej zreformowaniem. Tego rodzaju zasadę można przyjmować nie w trakcie, lecz po zastosowaniu zmian, ponieważ podczas wdrażania istnieje koszt funkcjonowania według starego układu i koszt funkcjonowania według nowego – reforma na początku zawsze kosztuje więcej niż przed jej wprowadzeniem. Oszczędności występują dopiero, gdy nowa rzeczywistość jest już całkowicie uformowana i kiedy odejście od poprzedniego systemu jest zupełne. W ówczesnym rządzie natomiast od razu założono, że nakłady na ochronę zdrowia mają być mniejsze już w momencie wprowadzania reformy, co spowodowało istniejący po dzień dzisiejszy problem z zadłużaniem się instytucji ochrony zdrowia, i to z zadłużaniem, które jest bardzo trudne do kontrolowania. Nie ulega też wątpliwości, że składka na ochronę zdrowia jest zbyt niska. W swoim czasie eksperci szacowali, iż w Polsce powinna ona wynosić 11%. Efekt jest taki, że ze służby zdrowia nie są zadowoleni ani pacjenci, ani lekarze, ani pielęgniarki, ani władze państwowe.

A co sądzi Pan o reformie ubezpieczeń społecznych?

J.K.: Co do tej reformy istniały wątpliwości już w momencie jej wprowadzania. Rozwiązanie takie jak w Polsce udało się jako tako wprowadzić tylko w Chile, a gdzie indziej emerytalny system kapitałowy nie przynosił zamierzonych efektów. Dlatego w Europie jesteśmy raczej wyjątkiem niż zasadą.

Problem z naszym systemem ubezpieczeń emerytalnych leży przede wszystkim w zmianie dynamiki demograficznej w Polsce, dla którego to zjawiska po prostu nie ma dobrego programu zabezpieczeń społecznych, chyba że przejdziemy na zupełnie niewyobrażalną i niemożliwą do zastosowania zasadę, że ile sobie odłożysz, za tyle będziesz żył na starość. Tak „brutalnej” zasady nie wprowadził żaden kraj na świecie. Jak długo piramida demograficzna ma szeroką podstawę i wąski wierzchołek, tak długo bieżące pokolenie w znacznej mierze będzie pokrywało koszty utrzymania aktualnych emerytów, ponieważ indywidualne składki na to nigdy nie wystarczają. Kiedy jednak piramida zmienia kształt i przeobraża się w rodzaj słupka, a później w piramidę odwróconą, takie rozwiązanie stają się zwyczajnie niemożliwe do kontynuowania. Ci, którzy mówią, że czeka nas rzeczywista katastrofa, mają rację. Rząd Buzka widział ten problem, dlatego chciał uciec w kierunku wprowadzenia elementu kapitałowego, aby pracownicy gromadzili środki, które będą potem wykorzystywane na świadczenia dla nich, a przy okazji będą inwestowane w taki sposób, żeby ich wartość ulegała zwiększeniu. Ta filozofia mogła rodzić jakieś nadzieje, tym bardziej, że jednocześnie przyjęto zasadę tworzenia dodatkowych funduszów, na które miały być przekazywane środki z prywatyzacji, te z kolei miały być wsparciem dla tak zwanej rezerwy demograficznej – nic z tego nie wyszło, jako że po odejściu rządu Buzka zasada była łamana i w efekcie dzisiaj już nawet nikt nie wie, czy ta rezerwa nadal istnieje. Krótko mówiąc, reforma była oparta na wyczerpujących ekspertyzach i stanowiła próbę stawienia czoła procesom demograficznym. Ale przeprowadzona została nie najlepiej.

Problem dotyczył również na serio pojmowanej polityki wspierania rodziny. To, co Tusk uważa za politykę prorodzinną i pronatalistyczną, nie jest nią – jest tylko rozwinięciem polityki socjalnej, z wszystkimi tego ujemnymi konsekwencjami. Nie bez powodu okazuje się, że Polki rodzą dzieci w Anglii i we Francji, natomiast nie rodzą w Polsce. Żaden zaś z rządów nie wyciąga z tego konsekwencji. W szczególności interesująca pod tym względem jest sytuacja francuska, gdzie wskaźnik dzietności (także rodowitych Francuzek, nie tylko ludności napływowej) jest bardzo wysoki i pozwala na reprodukcję pokoleniową. W Polsce nic takiego się nie dzieje, tu reprodukcji pokoleniowej nie ma i podważa to przyszłość systemu zabezpieczeń społecznych, w szczególności ubezpieczenia emerytalnego. Naprawa zaś będzie coraz trudniejsza, ze względu na to, że kolejne echa demograficznego wyżu powojennego są coraz słabsze, a odtworzenia pokoleniowe – coraz bardziej mizerne.

Na koniec chciałbym usłyszeć Pańską opinię na temat polityki gospodarczej obecnego rządu.

J.K.: Stoimy w obliczu dość ciekawej sytuacji, ponieważ liberałowie raptem stali się keynesistami. O ile do tej pory byłem często krytykowany właśnie za keynesizm, to dzisiaj widzę, że radykalnych keynesistów namnożyło się zaskakująco wielu i przekonanie, że państwo może być skuteczne w zwalczaniu złej koniunktury, spływa z ust Donalda Tuska bez najmniejszego zająknięcia. Nie będę tego krytykował, ponieważ uważam, iż błądzą wszyscy ci, którzy sądzą, że da się wyciągnąć z kryzysu Grecję, Hiszpanię czy Włochy, jeżeli narzuci się na nie ostre rygory oszczędnościowe w momencie, gdy te kraje wchodzą w recesję gospodarczą. Recesja gospodarcza w sposób oczywisty, automatyczny rodzi tendencję do zmniejszania wpływów budżetowych i narastania obowiązkowych wydatków. W takim momencie próba doprowadzenia do równowagi budżetowej jest po prostu nieporozumieniem i pogłębianiem recesji poprzez cięcie tego, co decyduje o poziomie gospodarczym, o wielkości dochodu narodowego. Proszę pamiętać, że dochód narodowy to z jednej strony zdolność produkcyjna, a z drugiej – gotowość nabywania. Jeżeli tnie się gotowość nabywania, to sama zdolność produkcyjna nie zapewni odpowiedniego poziomu dochodu narodowego. Za błąd uważam przyjmowanie rozstrzygnięć, które w praktyce będą ograniczały naszą zdolność do walki z recesją i jeszcze większym bezrobociem. Wskaźniki deficytu powinny być uzależniane od stanu gospodarki, a nie od wyobrażeń urzędników unijnych i polskich liberałów. Powinny rosnąć w okresach złej koniunktury i maleć, a nawet znikać w okresach wzrostu gospodarczego i niskiego bezrobocia. Dziś takie stanowisko przyjmuje nawet Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Nie należy się też śpieszyć z rezygnacją z narzędzi polityki pieniężnej. To, na obecnych zasadach, następuje natychmiast po wstąpieniu jakiegoś kraju do „eurozony”.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Michał Sobczyk, 19 listopada 2012 r.

Lisków – wzorowa wieś ks. Wacława Blizińskiego

Spośród licznych polskich kapłanów, którzy poświęcili się pracy na rzecz rozwoju lokalnej społeczności, żaden chyba do dziś nie cieszy się tak powszechnym uznaniem jak ks. Wacław Bliziński z Liskowa. Lisków dzięki inicjatywom ks. Blizińskiego, a przede wszystkim umiejętnemu stymulowaniu przez niego lokalnej społeczności, zyskał miano wsi wzorowej. Do tego stopnia, że stał się w okresie dwudziestolecia międzywojennego miejscem licznych wycieczek z kraju, a nawet z zagranicy, odwiedzających niedużą miejscowość w powiecie kaliskim po to, by zapoznać się z funkcjonowaniem tego fenomenu, podpatrzeć i być może przenieść na własny grunt rozwiązania tam wprowadzane.

Wedle Marii Moczydłowskiej, w XIX w. wieś Lisków przedstawiała sobą stan opłakany, panowała tam bieda, a „kradzieże w okolicy mnożyły się z każdym rokiem, i Lisków mijano, jako gniazdo złodziejskie, na wzór miejsc zapowietrzonych”1. Poprzednik Blizińskiego na stanowisku proboszcza, ks. Hieronim Romanowicz, podsumować miał swoją posługę w Liskowie słowami „źli ludzie, nic tu zrobić nie można”2. Sam ks. Bliziński natomiast tak wspomina swoje pierwsze zetknięcie się z Liskowem: „Wieś nieustannie wadziła się i procesowała, z okazji serwitutów, z dworem. Posiadających sztukę czytania, i to przeważnie na własnej książeczce do nabożeństwa, jak to osobiście w pierwszym roku podczas tzw. kolędy sprawdziłem, było zaledwie 13% /…/ jeśli co w sąsiedztwie zginęło, to mawiano: »Widać, że tędy liskowiak przechodził« /…/ Wieś bardzo ubogo się przedstawiała, bo na 100 lichych chałup jedna tylko była murowana /…/, kryta słomą, reszta drewniana, walące się strzechy, bez płotów, a już najgorszą chałupą była jednoklasowa szkoła powszechna na całą parafię, droga wyboista, pełna kałuż, błota”3.

Bliziński zostaje powołany na parafię w Liskowie w 1900 r. Wedle jego wspomnień, zarówno sam z niechęcią patrzył na to zesłanie na podkaliską wieś, jak i przeciwni jego kandydaturze byli parafianie, uważając, iż jest zbyt młody (30 lat) i zwyczajnie nie poradzi sobie z obowiązkami. Pierwszym etapem w działalności Blizińskiego w Liskowie była oświata. Organizuje naukę dla dzieci i dorosłych na tajnych kompletach odbywających się na plebanii, prenumeruje czasopisma, które następnie rozprowadza wśród miejscowej ludności, od 1905 r. uruchamia natomiast sieć tajnych szkół na terenie parafii.

Wkrótce, pod wrażeniem osiągnięć angielskich tkaczy, którzy w 1844 r. założyli spółdzielnię spożywczą pod nazwą Rochdalskie Stowarzyszenie Sprawiedliwych Pionierów, postanawia przeszczepić tego rodzaju rozwiązania na liskowski grunt. W 1902 r. werbuje ponad 30 osób w celu założenia spółdzielczego sklepu. Idea ta miała również drugie dno – jak wspomina Bliziński, w związku ze zbytnim zainteresowaniem władz zaborczych spotkaniami na plebanii, sklep miał spełniać również rolę sui generis parawanu „/…/ za którym łatwiej kryć robotę społeczno-oświatową przed argusowym okiem moskiewskiego cerbera”4. Tak powstaje też, wraz ze sklepem, „Gospodarz – Spółka Rolniczo-Handlowa”, której celem miała być wzajemna pomoc w ulepszaniu gospodarstw rolnych oraz dostarczanie parafianom taniego i dobrej jakości towaru5. Bliziński właśnie w spółdzielczości widział panaceum na problemy życia społeczno-gospodarczego. „Kto wie – pisał już w latach II wojny światowej – czy nie ona powołana będzie do przekształcenia dzisiejszego ustroju społecznego. Rola spółdzielczości w powojennych warunkach niewątpliwie nabierze dużego znaczenia, będzie to jakby ewolucyjne przeobrażenie systemu dotychczasowego, przejście łagodne, bez wstrząsów, do wyższych form gospodarki, z zachowaniem jednostkom maksimum swobody osobistej inicjatywy, a przy tym bez podważania fundamentalnych zasad złączonych z właściwościami psychicznymi jednostki – własnością prywatna, bez której nie ma postępu, nie ma twórczego rozwoju i życia moralnego”6.

„Gospodarz” jest udaną inwestycją i choć nie ma mowy o jakimś spektakularnym sukcesie, to okazuje się po roku, iż sklep przynosi po prostu zysk. Spółdzielnia zaczyna wkrótce sprowadzać do wsi maszyny rolnicze, nowe gatunki zbóż i ziemniaków, wysyłać ludzi na różnego rodzaju szkolenia (pierwsza, trzyosobowa grupa wyjeżdża w 1904 r. na 10-dniowy kurs organizowany przez Muzeum Pszczelniczo-Ogrodnicze w Warszawie). Przez następne siedem lat działa ona bez legalizacji, dopiero w 1908 r. udało się przełamać opory rosyjskiej administracji i uzyskać jej zatwierdzenie prawne. Od 1902 r. we wsi zaczyna też funkcjonować „Wzajemne ubezpieczenie zboża i słomy na wypadek ognia” – opracowano specjalny statut, wedle którego przystępujący do stowarzyszenia zadeklarowali, iż w razie pożaru u jednego z członków wszyscy pozostali zobowiązują się „/…/ znieść poszkodowanemu w przeciągu tygodnia po jednym cetnarze słomy, po 4 garnce żyta i tyleż owsa”. Jak wspomina ks. Bliziński, mimo iż „egzekutywa była tylko moralna”, w ośmiu tego rodzaju przypadkach jakie zanotowano do 1914 r., nie było żadnych kłopotów z egzekwowaniem warunków umowy7.

W 1904 r. Bliziński uruchamia warsztaty tkackie – chodziło o znalezienie dla ludności zajęcia dającego zarobek na czas miesięcy zimowych, o ograniczenie sezonowej migracji zarobkowej do Prus oraz o zachęcenie „/…/ do gorliwej uprawy lnu i noszenia odzieży z tkanin własnego wyrobu, jak to było przed laty, a co zwalczyłoby kupowanie po jarmarkach tandety żydowskiej, tak bardzo wchodzącej w użycie”8. Sześć lat później w tym samym celu zainicjuje utworzenie zakładu zabawkarskiego. W 1904 r. powstaje pomysł powołania kasy drobnego kredyty dla członków spółdzielni, legalizacja tej instytucji następuje również, z powodu oporu władz rosyjskich, dopiero kilka lat później w 1910 r. Kasa Pożyczkowo-Oszczędnościowa okazała się strzałem w dziesiątkę, liczba jej członków pomiędzy rokiem 1910 a 1914 wzrosła ze 133 do 3282 osób, pożyczek udzielano na 7%, od wkładów płacono natomiast 5%. W 1921 r. zostanie ona przekształcona w Bank Ludowy, a kilka lat później w Kasę Stefczyka. W 1911 r. ks. Bliziński otwiera Mleczarnię Spółdzielczą w Liskowie. Idea początkowo nie porwała mieszkańców, do spółki zapisało się bowiem jedynie 9 osób, w tym ksiądz, organista i kościelny. Obawy przed kompromitacją i wstydem w związku z fiaskiem przygotowywanego długo przedsięwzięcia okazały się jednak nieuzasadnione, po roku spółdzielnia liczyć będzie już 1000 członków, zaś w 1938 r. skupiać 2776 osób, przerabiać 3 mln litrów mleka rocznie i posiadać 17 filii śmietanczarskich w okolicy. Dwa lata później zaś Spółdzielnia „Gospodarz” otwiera własną piekarnię. „Gospodynie – pisze Bliziński ­– przygotowały ciasto w domu, przyniosły je do pieca płacąc bardzo mało od wypieków. Po pewnym czasie przekonały się, że lepiej będzie wybudować piec większy i sprowadzić piekarza. /…/ Kobiety przynosiły tylko mąkę, np. 20 kg i dostawały za spółdzielni kwit do piekarni na 22 kg chleba…”9. Piekarnia prowadziła również działalność charytatywną, rozdając produkty spożywcze najuboższym. Daje ona wkrótce asumpt do założenia Stowarzyszenia Zbożowego, powstałego w celu wyeliminowania pośrednictwa w handlu zbożem, zubożającego producentów. Wszystkie te inicjatywy, a także powstałe w międzyczasie Stowarzyszenie Budowlane, złączone zostaną w 1924 r. w Spółdzielnię Rolniczo-Handlową.

Działalność społeczno-gospodarczą wspierają liczne inicjatywy o charakterze kulturalno-oświatowym. W 1905 r. powstaje w Liskowie pierwsza ochronka. Mimo początkowej nieufności mieszkańców, w 1913 r. już 150 dzieci bierze udział w jej zajęciach. Wówczas ks. Bliziński postanowił otworzyć w parafii kolejne tego rodzaju placówki – w Zakrzynie, Strzałkowie, Koźlątkowie i Józefowie (Olędry Liskowskie), Dębsku i Wygodzie. W 1906 r. utworzono w Liskowie Kółko Rolnicze, mające zadania tylko i wyłącznie oświatowe. W jego ramach organizowano różnego rodzaju odczyty i pogadanki czy konkursy na najlepsze wyniki w plonach, działalność jego miała w znacznym stopniu przyczynić się do „/…/ podniesienia poziomu rolnictwa w Liskowie i okolicy”10. W 1908 r. powstaje Dom Ludowy, w 1910 r. tzw. Kąpiele Ludowe, trzy lata później zaś Szkoła Rolnicza, będąca wówczas piątą placówką tego typu w Królestwie Polskim. Wyposażona została w centralne ogrzewanie, oświetlenie elektryczne, wodociągi, sieć kanalizacyjną, laboratorium mleczarskie, salę wykładową, a także internat dla 40 uczniów. Wkrótce zaś, również dzięki inicjatywie i zaangażowaniu ks. Blizińskiego, zostaje uruchomione Gimnazjum im. ks. Piotra Skargi o profilu humanistyczno-klasycznym11.

Inny trochę segment działalności ks. Blizińskiego to opieka nad sierotami. Już w 1905 r. odpowiada na apel Towarzystwa Opieki nad Dziećmi w Warszawie i tworzy gniazdo dla biednej dziatwy, które funkcjonowało pomyślnie i w 1909 r. objęło swoją opieką 114 dzieci. W 1920 r. zaś, ze względu na działania wojenne na froncie polsko-bolszewickim, do wsi przeniesiono sierociniec z Białegostoku, który po wojnie pozostanie w Liskowie na stałe. Przy sierocińcu św. Wacława powstała wkrótce Szkoła Rzemieślniczo-Przemysłowa, której wychowankowie pobierali naukę w dwóch zawodach: ślusarsko-mechanicznym i zabawkarsko-stolarskim.

Warto wspomnieć też o mniej spektakularnych może inicjatywach w rodzaju Bractwa Trzeźwości (jednego z pierwszych na ziemiach Królestwa Polskiego), ogródka jordanowskiego, boiska sportowego, Klubu Inteligencji Liskowskiej czy też zaprowadzonego od 1902 r. przez Blizińskiego obowiązku sadzenia przez każde dziecko przystępujące do komunii sześciu dzikich drzewek przy drodze i czterech owocowych u siebie w ogródku.

W 1925 r. odbywa się wystawa zatytułowana „Wieś Polska Lisków”, nad którą protektorat objął premier i minister skarbu Władysław Grabski. Odbiła się ona szerokim echem w całym kraju, odwiedził ją nawet ówczesny prezydent Stanisław Wojciechowski. Dorobek 25 lat pracy ks. Blizińskiego i liskowian pokazano w kilku odrębnych działach tematycznych: hodowlanym, rolniczym, ogrodniczo-pszczelarskim, spółdzielczym, oświatowym, opieki społecznej i higieny, etnograficznym i przemysłu ludowego, propagandy, komunikacji, muzycznym i rozrywek, pożarniczym, a także Ligi Obrony Powietrznej Państwa. Wystawę zwiedziło ponad 43 tys. osób, w tym wycieczki z zagranicy.

Swoje doświadczenia usiłował ks. Bliziński wykorzystać również w działalności na niwie państwowej. Angażuje się w politykę, zostając w lutym 1917 r. współtwórcą i prezesem Rady Naczelnej Zjednoczenia Ludowego. W grudniu 1918 r. po pewnych zawirowaniach obejmuje stanowisko prezesa Polskiego Zjednoczenia Ludowego (później Narodowe Zjednoczenie Ludowe), które wyodrębniło się z ZL na skutek niechęci do radykalizacji ruchu – kierowana przez Blizińskiego partia stać będzie na pozycjach centroprawicowych, współpracując w Sejmie Ustawodawczym przede wszystkim z endecją i chadecją. Z jej ramienia zostaje właśnie posłem na wzmiankowany Sejm w 1919 r., biorąc udział w pracach pięciu komisji: Ochrony Pracy, Spółdzielczej, Zdrowia Publicznego, Opieki Społecznej oraz Skarbowo-Budżetowej. W 1923 r. wycofuje się jednak z życia politycznego, mocno rozczarowany oraz zniechęcony do tego rodzaju działalności, i wraca do pracy na terenie Liskowa. Mimo tych nieprzyjemnych doświadczeń oraz krytycznego stosunku do obozu piłsudczykowskiego przyjmuje w kwietniu 1937 r. zaproszenie od pułkownika Adama Koca do pracy w Prezydium Organizacji Wiejskiej Obozu Zjednoczenia Narodowego, a potem w Radzie Głównej OZON-u. Po wybuchu wojny opuszcza swoich wiernych i zaczyna się ukrywać, jako że figuruje na liście osób przeznaczonych do aresztowania. Umiera 17 października 1944 r. w Częstochowie. Zgodnie ze swoją ostatnią wolą, został pochowany na cmentarzu w Liskowie.

Podsumowując tę krótką prezentację inicjatyw i osiągnięć ks. Blizińskiego warto zwrócić jeszcze uwagę na kilka kwestii. W większości opisów dotyczących Liskowa zarysowany zostaje idylliczno-sielankowy obraz wspólnoty wiejskiej, zgodnie, ufnie i równym krokiem podążającej za swoim proboszczem. Bliziński w swoich wspomnieniach przedstawia jednak obraz bardziej realistyczny – widzimy tam również pewien „opór materii”, ludzką nieufność, pieniactwo, warcholstwo, zazdrość i sobkostwo, próby torpedowania niektórych inicjatyw oraz zwykłe trudności dnia codziennego, wzloty i upadki, entuzjazm i zniechęcenie. Oczywiście warunkiem sine qua non powodzenia wzmiankowanych przedsięwzięć musiał być jakiś konsensus i solidarna współpraca większości członków owej wspólnoty, jednak jak pokazuje nam Bliziński, nie stanowiła ona bynajmniej jakiegoś monolitu. Również dzieje poszczególnych instytucji powołanych do życia w Liskowie nie przedstawiają się jako nieustające pasmo sukcesów. Mamy do czynienia, jak to w życiu bywa, ze wzlotami i upadkami implikującymi pewne zniechęcenie, ale właśnie umiejętność radzenia sobie w tego rodzaju sytuacjach, konsekwencja i chłopski upór decydowały o tym, iż były to jedynie chwilowe przesilenia.

Również hagiograficzno-koturnowy wizerunek ks. Blizińskiego zostaje dzięki wspomnieniom zastąpiony przez obraz człowieka z krwi i kości, porywczego, a czasami gwałtownego, potrafiącego postępować twardo ze swoimi parafianami, zwłaszcza w początkowym okresie, po to, aby przeforsować swoje pomysły, uciekającego się do czasami do gróźb, publicznych połajanek czy nawet utarczek i to bynajmniej nie tylko słownych12. Bliziński pisał bez ogródek, iż nie wierzy w inicjatywę i pracę twórczą tłumu, masa ma dla niego siłę wyłącznie destrukcyjną. „Wierzę jednocześnie – podkreślał – że inicjatorem, budzicielem ospałego tłumu może być nie tylko tzw. inteligent, lecz i chłop prosty, kobieta z ludu – owiani duchem miłości, poświęcenia, ofiarnego zapału. Im indywidualność będzie silniejsza, tym bardziej oddziaływać będzie na środowisko, tym to środowisko raczej będzie czerpać z niej tych dodatnich cech, którymi się ona odznacza. /…/ Jest tylko jedno zastrzeżenie, by ta najsilniejsza, najbardziej poświęcająca się jednostka twórcza nie przygniatała słabszych, nie pomijała, nie lekceważyła ich mniejszych może walorów duchowych, wówczas bowiem nie będzie miała współpracowników zdolnych do samodzielnego myślenia, do wspierania swą siłą energii twórczej, a wówczas, niestety, najwspanialsze dzieło, po odejściu jednostki, rozsypie się, nie mając odpowiednio przygotowanych zastępców”13.

Spółdzielczość stanowiła dla Blizińskiego środek służący aktywizowaniu, pobudzaniu i samoorganizacji społeczeństwa. Mamy do czynienia u niego z czymś, co nazwalibyśmy dziś perspektywą komunitariańską, z przekonaniem o niezwykłej wartości inicjatywy oddolnej, obywatelskiej, która nie może być przytłaczana przez państwo; mamy pogląd, że autentyczna wspólnota stanowi najlepszą ochronę ludzkiej godności, lekarstwo na alienację jednostek i implikowane przez nią problemy oraz narzędzie naprawy stosunków społecznych.

Warto zwrócić też uwagę, iż w momencie, kiedy Bliziński wdrażał w życie swoje idee, musiał działać w zasadzie metodą prób i błędów, opierając się na własnych intuicjach, ponieważ nie dość, że w ówczesnej Kongresówce w zasadzie nie istniały analogiczne instytucje, z których mógłby czerpać wzór, to również od strony teoretycznej zagadnienia spółdzielczości w nurcie katolicko-społecznym, z którym przecież ks. Bliziński był związany, nie cieszyły się zbytnim zainteresowaniem (ważniejsze prace na ten temat, ks. Aleksandra Wóycickiego czy ks. Stanisława Adamskiego, pojawią się dopiero w latach międzywojennych). „Spółdzielczość – jak pisał – ma to do siebie, że nie zazębia o życie polityczne, sama z siebie nie stwarza możliwości tarć na tym punkcie, ani na punkcie różnic stanowych. Ma na celu li tylko dobro i obronę człowieka, a więc obejmuje i narodowca, i ludowca, i skrajnego radykała, gotowego utopić w łyżce wody każdego kapłana. Trudna rada, musimy się pogodzić, że jak długo będzie istniał człowiek, tak długo będzie istniało zróżniczkowanie poglądów /…/ W samej Polsce było 12 tys. spółdzielni i około 3,5 mln członków. Pomimo takiego rozwoju, pomimo wielu upadających, większość opierała się skutkom przedwojennego kryzysu gospodarczego znacznie skuteczniej niż prywatne przedsiębiorstwa kapitalistyczne. Mimo że zainteresowanie się jej stanem organizacyjnym, jej rolą, znaczeniem w gospodarce narodowej było na ogół słabe”14.

Ksiądz Bliziński, zamiast narzekać na „ciemnych chłopów”, nie rozumiejących zasad rządzących życiem gospodarczym, piętnować ich niedostosowanie do panujących warunków, zacofanie etc., postanowił wziąć się do mozolnej pracy, nie zgadzając się z tezą, iż „tak to już musi być”. Impuls, zachęta, pozytywny przykład, pomocna dłoń okazały się środkami, które w szybkim tempie doprowadziły do zmian i to nie tylko tych materialnych, ale przede wszystkim mentalnych. Pokazał, że warto poświęcić drugiemu człowiekowi trochę swego czasu i może to przynieść nadspodziewane efekty, że można na różne sposoby organizować w świecie przemijania, niepewności i chaosu owe Elzenbergowskie obszary ładu i sensu. Warunek jest jeden: musi po prostu „chcieć się chcieć”.

dr hab. Rafał Łętocha

____________

Przypisy:

1. M. Moczydłowska, Wieś Lisków na podstawie wiadomości zebranych na miejscu, Kalisz 1913, s. 9.
2. A. Chmielińska, Wieś polska Lisków w ziemi kaliskiej, Lisków 1925, s. 33.
3. W. Bliziński, Wspomnienia z mego życia i pracy, Kalisz 2003, ss. 31-32.
4. Ibid., s. 36.
5. A. Chmielińska, op.cit., 34.
6. W. Bliziński, op.cit., s. 175.
7. Ibid., s. 37-38.
8. Ibid., s. 53.
9. Ibid. s. 72.
10. W. Karczewski, Lisków wieś spółdzielcza, Warszawa 1939, s. 8.
11. S. Kęszka, Inicjatywy społeczno-oświatowe ks. prałata Wacława Blizińskiego w Liskowie w latach 1900-1925, „Kaliskie Studia Teologiczne” 2002, t. 1.
12. W. Bliziński, op. cit., s. 33-34.
13. W. Bliziński, op.cit., ss. 171-172.
14. Ibid., s. 176.

My z Niego wszyscy

My z Niego wszyscy

Adam Mickiewicz. Tej postaci chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. Ale ilu z nas wie, że Wieszcz to nie tylko autor szkolnych lektur i scenariusza dla Wajdy, ale też namiętnie zaangażowany polityk? I to nie tylko żarliwy patriota, nie tylko mistyk błąkający się w kręgu Towiańskiego, lecz również jeden z pierwszych polskich socjalistów.

Mickiewicz oczywiście był przede wszystkim poetą, romantykiem. Uwikłany w polityczne burze swej epoki uczynił wszakże z romantyzmu program polityczny. Wszyscy chyba pamiętamy jego pogardę dla „mędrca szkiełka i oka” tudzież namiętne wezwania do mierzenia „sił na zamiary” i wzlatywania „ponad poziomy”. Konserwatywno-romantyczna krytyka racjonalizmu – paradoksalnie – wiodła Wieszcza w kierunku rewolucyjnym. Historiozofia Mickiewicza zastępowała linearną koncepcję postępu wizją gwałtownych zrywów, przerywających procesy upadku i dźwigających ludzkość na wciąż wyższe poziomy. Z socjalisty Saint-Simona zaczerpnął Mickiewicz przekonanie, że o ile misją Chrystusa było wyzwolenie duchowe człowieka, to teraz nadchodzi czas wyzwolenia społecznego; reakcjonista de Maistre zaszczepił mu koncepcję eschatologicznego sensu historycznych cierpień – ważną dla wyjaśnienia polskich nieszczęść.

Owe idee, skojarzone z wiarą w szczególną rolę Polski, zrodziły Mickiewiczowski mesjanizm, najdobitniej wyrażony w „Księgach narodu i pielgrzymstwa polskiego” (1832). Dzieło to, wyrosłe z klęski powstania listopadowego, wywarło wielki wpływ na twórcę francuskiego socjalizmu chrześcijańskiego, Huguesa Felicite de Lamennais. Wedle „Ksiąg”, Polska ma być „Chrystusem narodów”: jej męczeństwo jest elementem planu Opatrzności, niezbędnym do podniesienia ludów z dna upadku; jej zmartwychwstanie przyniesie odrodzenie wiary i ducha poświęcenia. Jak widzimy, mesjanizm umieszcza zbawienie nie w zaświatach, lecz w świecie doczesnym. Nic dziwnego, że w lipcu 1841 r. poeta przystał do kręgu wyznawców mistyka Andrzeja Towiańskiego. Chrześcijaństwo Mickiewicza nabrało cech wyraźnie heterodoksyjnych – miało pozostawać w takim stosunku do Kościoła katolickiego, jak religia chrześcijańska do judaizmu.

To pod wpływem Towiańskiego – hołubiącego Napoleona, a zarazem postulującego pojednanie z Rosją – Mickiewiczowski mesjanizm wyszedł z ciasnych narodowych opłotków. Faktem jest, że Mistrz od początku nadawał polskiej idei narodowej internacjonalistyczny wymiar, pisząc np. w „Księgach”: „Słyszycie, iż mówią /…/ ludzie z duszą żydowską i cygańską: tam Ojczyzna, gdzie dobrze; a Polak powiada narodom: tam Ojczyzna, gdzie źle; bo gdzie tylko w Europie jest ucisk wolności i walka o nię, tam jest walka o Ojczyznę, i za tę walkę bić się wszyscy powinni” (Ks. XXI). Choć jednak nakazywał polskim emigrantom modlić się „o wojnę powszechną za wolność ludów” – wszystkich ludów – to zarazem podkreślał, że „Gorszy z was jest lepszy niż dobry cudzoziemiec”. Teraz natomiast uznał, że wyzwolenie ludzkości będzie wspólnym dziełem Francuzów (jako nosicieli „ducha napoleońskiego”) oraz Słowian, nieskażonych industrializmem i racjonalizmem – Polska odegrać miała rolę łącznika między tymi mocami. Dlatego też patriotyzm Mickiewicza najdalszy był od egoizmu narodowego: „Polska musi być początkiem nowego świata, inaczej niepotrzebną by była” – powiadał.

W przeciwieństwie do Towiańskiego, zalecającego moralne doskonalenie człowieka i przeciwstawianie się złu wyłącznie siłą ducha, Mickiewicz żądał „ofiary ciała i krwi”. Jego mesjanizm był mesjanizmem czynnym, rewolucyjnym. W 1846 r. zrywa z Towiańskim, tworząc własną frakcję. Dwa lata później rzuca się w wir Wiosny Ludów: w Rzymie organizuje Legion Polski, na audiencji u Piusa IX domaga się papieskiego błogosławieństwa dla rewolucji, w Paryżu współredaguje międzynarodowe pismo rewolucyjne „La Tribune des Peuples”.

Właśnie twórczość z tego okresu wydaje się być najpełniejszym, najbardziej dojrzałym wyrazem poglądów Mickiewicza. Wykracza on tu wyraźnie poza niepodległościowy i republikańsko-demokratyczny program polskiego wychodźstwa. Proklamowany 29 marca 1848 r. „Skład Zasad” tak ocenił historyk polskiej demokracji, Limanowski: „W szacie poetyckiej /…/ głosił on: wolność religijną, wolność słowa, równość powszechną, obieralność urzędów, przyznanie Izraelitom równego prawa obywatelskiego, równouprawnienie kobiety, prawo obywatelstwa zamieszkałym w Polsce Słowianom, gminną własność ziemi, ścisłe przymierze z Czechami i ruskimi ludami i solidarność międzynarodową”.

Obok starego wroga – despotyzmu – pojawia się nowy: kapitalizm. Antykapitalizm Mickiewicza jest żywiołowy, instynktowny, płynący z głębin duszy; wyraża obrzydzenie poety wobec przyziemnego, egoistycznego „kramarskiego ducha”. Namiętnie krytykuje „orleanizm” – będący dlań synonimem burżuazji – za to, że myśli tylko o zysku: „/…/ Giełda to przenajświętszy przybytek egoizmu; codziennie składa się tam w ofierze krew ludów, dyskontując nią zwyżkę!” („Orleanizm”, „Trybuna Ludów” [TL] nr 50). Wieszcz daje wyraz przenikliwości, dostrzegając ponad ideologicznymi podziałami solidarność klasową kapitalistów: „Stronnictwa księży, arystokratów, niedowiarków i ateuszów, od tak dawna rozdzielone, jednoczą się wszystkie po raz pierwszy w uwielbieniu bożka KAPITAŁU” („Miliard”, TL nr 39). Szydzi z owego braterstwa pozornych przeciwników: „Filozofowie wolteriańscy, bankierzy żydowscy, potomkowie rycerzy krzyżowych łączą się we wspólnym interesie. Rozdzieleni dotychczas jedni od drugich uczuciami religijnymi, poróżnieni przekonaniami politycznymi, znajdują wreszcie wspólny dogmat, dogmat interesu [podkr. A. M.] („Socjalizm propagowany przez ulicę de Poitiers”, TL nr 21). W dobie globalizacji wręcz proroczo brzmią sądy Mickiewicza ostrzegającego przed wszechwładzą kapitału: „/…/ giełdę, która jest od dawna jedyną świątynią naszego wieku, należy uważać za jego jedyny arsenał i za siedzibę jedynego prawowitego rządu, rządu ludzi pieniądza. Systemat ten /…/ zawiera w sobie zniesienie Kościoła, armii i parlamentu, skoro państwo jest jedynie towarzystwem akcyjnym wzajemnego wyzysku”(TL nr 121).

Głęboko wierzący poeta w swej krytyce nie oszczędza też „urzędowego” Kościoła. Zarzuca duchowieństwu, że woli ateizm od republiki („Rzym a katolicyzm urzędowy”, TL nr 3). Chłoszcze bezlitośnie za zdradę powołania: „Księża i prałaci, wy oczekujecie ocalenia tylko od złota, od kanonu i od protokołów, a tych środków /…/ domagacie się od potęgi ziemskiej; wy którzy powinni byście dźwignąć i zbawić ziemię, domagacie się od ziemi, aby ona was dźwignęła i zbawiła. Nie mówcie, że ludy was opuszczają, to wyście je porzucili; one was szukają na waszej placówce i nie znajdują tam; chcą się dźwignąć a wy staczacie się w dół. Posiadaliście siłę nieprzezwyciężoną, /…/ która daje życie, a porzuciliście je, te skarby nieba, dla skarbów ziemi, które zabijają ducha” („Świętopietrze”, TL nr 19).

Naprzeciwko potęg starego świata staje Lud – albowiem „duch Boży jest dzisiaj w bluzach paryskiego ludu”. W imieniu tegoż ludu Wieszcz formułuje program: „/…/ Wyzwolisz mnie z nędzy, skruszysz kajdany ludów uciśnionych, nie będziesz paktował z ludźmi przeszłości /…/” („Poatierczycy”, TL nr 62). Jak to osiągnąć? „Zbawienie polityczne Francji jako też bratnich jej narodów leży w połączeniu idei napoleońskiej z ideą socjalistyczną” – rzecze Mickiewicz (TL nr 101).

Przyjrzyjmy się najpierw owej „idei napoleońskiej”, której niezrozumienie czyniło z Mickiewicza w oczach co poniektórych bezkrytycznego apologetę Bonapartych. W rzeczywistości, Mickiewicz odróżniał bonapartyzm – dyktaturę jednostki i dynastii – od idei napoleońskiej, rozumianej jako rewolucyjny nacjonalizm francuski o ogólnoeuropejskim, mesjanistycznym wymiarze. Zastrzegał, iż „nie należy mieszać idei napoleońskiej z bonapartyzmem”, jako że „dynastie przemijają; idea pozostaje” („Bonapartyzm a idea napoleońska”, TL nr 25). Prawdziwa idea napoleońska to „wiara w Wielki Naród”, to „idea socjalna, która się stała rządem”; Napoleon był „zbrojnym krzewicielem rewolucyjnej idei równości”. Później wszakże, zauważa Mickiewicz, „Napoleon zwrócił się przeciwko ideom, które go uczyniły /…/ człowiekiem Rewolucji powszechnej” (TL nr 99).

Bardziej interesujące jest Mickiewiczowskie rozumienie socjalizmu, stawiające go w rzędzie pierwszych socjalistów „utopijnych” Europy. Nie oczekujmy tu pretendujących do naukowości analiz ani sążnistych opisów w najdrobniejszych szczegółach projektujących sprawiedliwe społeczeństwo. Socjalizm Mickiewicza to raczej niejasne wyobrażenie, poetycka wizja. Jego istotą jest kolektywizm – gdy np. pisze, że „Uczucie socjalne jest porywem ducha ku lepszemu bytowi, nie indywidualnemu, lecz wspólnemu i solidarnemu”. I dalej: „Odszczepieńcy i herezjarchowie chcieli bronić swych indywidualności przeciw rozrostowi dogmatu, który zagrażał ich słusznym zresztą prawom osobowości. Socjaliści wzywają wszystkie jednostki, wszystkie państwa do poświęcenia swoich praw uczuciu, które nosi w sobie zaród dogmatu powszechnego” („Socjalizm”, TL nr 33). Socjalizm Mickiewicza – w zgodzie z Marksem – wywyższa pracę, czyniąc z niej fundament społeczeństwa: „/…/ ziemia /…/ i sam kapitał mają tylko wartość względną i zależną; jedynym i prawdziwym bogactwem jest praca” („Posiedzenie Zgromadzenia Narodowego”, TL nr 31).

Socjalizm ten wreszcie opiera się na własności wspólnej, społecznej. Jako uczeń Lelewela, głosił Mickiewicz (np. w pracy „Pierwsze wieki historii Polski”) gminną własność ziemi wśród Słowian: „Ta wspólność dóbr jest starożytnym charakterem Słowiańszczyzny i wynika z ich rolniczego życia i z religijnych wyobrażeń”. W wykładach w College de France w 1843 r. opisywał: „Zasadniczym pojęciem ludów słowiańskich jest, że posiadać ziemię na własność to grzech: oto podstawa całego prawodawstwa słowiańskiego, że człowiekowi nie wolno posiadać ziemi. /…/ Własność wedle pojęcia słowiańskiego należy do /…/ tego zbioru rodzin /…/, które nazywa się gminą. /…/ Po założeniu gminy dzieli się jej grunta na dwie części: grunta przyznane pojedynczym osobom oraz ziemię gromadzką. /…/ Ziemię gromadzką uprawiają wszyscy chłopi wspólnie na użytek publiczny” (Wykład XIX). Ta retrospektywna utopia miała być wzorem dla całej Europy – Mickiewicz krytykował hasło demokratów uwłaszczenia włościan, które nie ograniczało praw własności, poprawiając zarazem sytuację tylko mniejszości ludu. „Sant-simoniści” – pisał – „chcieli /…/ podzielić własność i każdemu dać część według jego zdolności. Znaczyłoby to jeszcze pogorszyć teraźniejszy stan rzeczy, znaczyłoby to wydać własność w ręce garstki spekulantów”. Zapewniał jednak przy tym francuskich chłopów, że rewolucja nie czyha na drobną chłopską własność („Chłopi”, TL nr 49).

Mickiewiczowski socjalizm miał jednakowoż cechy szczególne, stanowiące o jego niepowtarzalnym charakterze. W oczy rzuca nam się przede wszystkim głęboko romantyczny (dziś powiedzielibyśmy – postmaterialistyczny) idealizm, wyrażający się w prymacie Ducha nad sprawami przyziemnymi. Wieszcz z tego powodu krytykował socjalistów: „Materialiści, których nazwiemy niby-socjalistami, w gruncie rzeczy żałują upadku Ludwika Filipa; /…/ cóż ich obchodzą interesy narodowe, oni myślą tylko o polepszeniu miski” („Poatierczycy”, TL nr 59). Zarzucał im, że przekształcili „czysty socjalizm w materializm. /…/ Na nieszczęście /…/ niektórzy demokraci dali orleanizmowi broń do ręki, mówiąc wyłącznie o materialnych potrzebach ludu, a lekceważąc całkowicie ideę narodową, która jest sprężyną wszystkich naszych rewolucji” („Orleanizm”, TL nr 53).

Z jednej strony konsekwencją owego idealizmu było odrzucenie idei walki klas. Mickiewicz pisał: „Nieprawdą jest, jakoby wojna toczyła się jedynie między tymi, co nie posiadają, a tymi, co posiadają. Ta wojna jest szlachetniejsza w swoich założeniach /…/ bo jest to wojna ludzi wolności przeciw ludziom despotyzmu /…/”(„Poatierczycy”, TL nr 59).

Z drugiej wszakże strony idealizm ten nadawał Mickiewiczowskiemu programowi rewolucyjny charakter. Spod pióra Mistrza wychodziło namiętne potępienie reformizmu i filantropii: „Jeśliby robotnicy dali się znęcić obliczonymi na zysk ustępstwami materialistów; jeśliby zadowalając się nieznaczną choćby poprawą położenia odłączyli się od powszechnej sprawy proletariatu, /…/ byliby podobni do owych ludzi z opozycji, co stawszy się płatnymi urzędnikami /…/ wypierają się uczuć i przekonań. /…/ los osiedli robotniczych zależy od samych robotników. /…/ Niech nie zapominają, że właśnie chwytając za broń dla położenia kresu powszechnemu cierpieniu i nędzy /…/ zdobyli prawo do życia w osiedlach” (TL nr 41). Dlatego też zarzuca socjalistom teoretyzowanie i oderwanie od rzeczywistości, brak ducha rewolucyjnego: „Starają się nawracać zamiast pobudzać do działania. Czynią się apostołami miast czynić się prawodawcami i ludźmi czynu /…/. Trawią swoje siły krasomówcze chcąc nawracać bankierów, hurtowników i maltuzjanów /…/” („Socjalizm”, TL nr 36).

Trudno jednak nie dostrzec, że Mickiewicz wydaje się być rewolucjonistą także z pobudek patriotycznych. Nie sposób otrząsnąć się z wrażenia, że agitował tak żarliwie za bezkompromisową Rewolucją, gdyż tylko w niej tkwiła nadzieja na wyzwolenie Ojczyzny i Europy. Nie było w tym bynajmniej hipokryzji, poeta nie widział bowiem sprzeczności między patriotyzmem a socjalizmem. „Socjalizm, aby się kiedyś stać ogólnoludzkim, musi najpierw stać się narodowym /…/” (TL nr 101). Szedł jeszcze dalej: „Uczucia religijne i patriotyczne są podstawą socjalizmu” („Socjalizm”, TL nr 36). Mickiewicz rozumiał, że socjalizm jako forma solidarności społecznej nie jest konkurencyjny, lecz komplementarny dla solidarności religijnej i narodowej, że nawzajem się one wzmacniają.

Nie zdziwi nas więc, że pierwsze punkty „Składu Zasad” obwieszczały: „Duch chrześcijański, w wierze świętej katolickiej rzymskiej, jawiony czynami wolnymi… Słowo boże w ewangelii zwiastowane – prawem narodów, ojczystym i społecznym… Kościół – stróż słowa…”. W „Trybunie Ludów” (nr 13) poeta pisał: „Dziennik nasz /…/ pokłada nadzieję /…/ jedynie w Bogu, w Bogu, którego królestwa ludy codziennie wzywają”. Zdaniem Mickiewicza, „Prawdziwy socjalizm /…/ nie był nigdy wrogiem autorytetu. Wykazuje tylko, że w starym społeczeństwie nie istnieje już żadna zasada, na której by można oprzeć autorytet prawowity, to znaczy zgodny z obecnymi potrzebami ludzkości” („Socjalizm”, TL nr 31).

Ale powtórzmy: patriotyzm Mickiewicza jak najdalszy był od szowinizmu. Stale podkreślał konieczność współpracy ludów. Konieczna była ona z powodów taktycznych, gdyż „Wojna, która od pół wieku nie przestaje zakłócać Europy, jest wojną rodzin: wojną między wielką rodziną królewską, jedną i niepodzielną, a ludami, rozproszonymi członkami wielkiej rodziny europejskiej” (TL nr 93). Ale nie tylko: „Położenie Europy jest tego rodzaju, że odtąd staje się niepodobieństwem, aby jakiś lud kroczył w odosobnieniu na drodze postępu, bo zagubi się sam i tym sposobem narazi sprawę wspólną” („Nasz program”, TL nr 1). Zdecydowanie sprzeciwiał się też Wieszcz antysemityzmowi, np. krytykując Krasińskiego za to, że „Dopuścił się /…/ występku narodowego, zniesławiając charakter Izraelitów /…/. W usta przedstawicieli Izraela włożył słowa najbardziej nienawistne i okrutne. /…/ Nie należy też lekkomyślnie tłumaczyć wyroków Opatrzności, bo nie jest to bez przyczyny opatrznościowej, że /…/ ich [Izraelitów – J.T.] los jest ściśle związany z losem narodu polskiego” (wykład IX).

Ostatni wreszcie – jakże aktualny! – element Mickiewiczowskiej ideologii. Otóż okazuje się on być prekursorem na ziemiach polskich nie tylko feminizmu (punkt 11 „Składu Zasad”), ale i ekologizmu. W „Wykładzie XIX” przeczytać możemy: „Powszechnie budzi się przeczucie, że zachodzi ściślejszy, niż dotąd przypuszczano, związek między człowiekiem a tym, co nazywamy naturą. /…/ Saint-simoniści mieli niejakie przeczucie prawdy, kiedy mówili, że człowiek winien wejść w przymierze z globem, a nie tylko użytkować go na swą wyłączną korzyść. /…/ Dawne prawo, /…/ prawo Mojżeszowe, przykazuje otoczyć staraniem roślinę, bydlę, a nawet naznacza ziemi dnie wypoczynku. /…/ myśl nieograniczonej władzy nad zwierzętami, drzewami, nad ziemią, nad całą naturą, ta myśl, że człowiek jest /…/ nieograniczonym despotą, to /…/ niebezpieczeństwo, które przynosi z sobą własność”.

„Wszystkie nadzieje tegoczesnych socjalistów skupiają się w idei stworzenia nowej syntezy” – napisał Mickiewicz. Próbą stworzenia takowej był jego system, łączący idee sprawiedliwości, wolności, patriotyzmu, religii. Idee, których krwawe zmagania znaczyły kolejne 150 lat. Żałować może więc warto, że synteza ta nie zyskała uznania potomnych, że jej składniki rozeszły się w różne strony.

Nie umniejsza to jednak wielkości Mistrza. To po prostu Mickiewicz: patriota – ale internacjonalista; chrześcijanin – ale antyklerykał; socjalista – ale wolnościowiec. My z Niego wszyscy.

Jarosław Tomasiewicz

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w „Obywatelu” nr 32 w roku 2006.

 

Niepodległość i Socjalizm. 120 lat Polskiej Partii Socjalistycznej

Są rzeczy, które pomimo zmiany pokoleń, ustrojów, systemów nadal są aktualne. Historia podobno jest nauczycielką życia. Historia PPS jest właśnie takim przykładem. I ona właśnie pokazuje nam, że dzięki tradycjom i wartościom niesionym przez pokolenia słowo „socjalizm” może ponownie odzyskać swój blask. Nie jesteśmy znikąd, nasza tradycja i nasza historia pokazują, że socjaliści jako jedyni umieli połączyć marzenie o wolności, o własnym państwie z dążeniem do sprawiedliwości i równości.

Program wciąż aktualny

Gdy w listopadzie 1892 roku na przedmieściach Paryża w Montrouge spotkało się osiemnastu polskich emigrantów nikt jeszcze nie przypuszczał, że rodzi się jedna z najbardziej istotnych partii politycznych, która odegra znaczącą rolę w historii Polski. Pomimo iż wywodzili się z grup i organizacji socjalistycznych, w tym Polskiej Socjalno-Rewolucyjnej Partii „Proletariat”, czy Polskiej Gminy Narodowo-Socjalistycznej, w istocie nie byli delegatami, lecz grupą ludzi uważających, że potrzebna jest nowa jakość programowa i organizacyjna dla polskich robotników przede wszystkim pod zaborem rosyjskim. Przyjęty wówczas „Szkic programu Polskiej Partii Socjalistycznej”łączył w sobie wszystko to, co stało się nośnikiem idei PPS przez następne sto lat. Zadeklarowano bowiem, że PPS „walczyć będzie o niepodległą Rzeczpospolitą demokratyczną”, która będzie zarazem musi spełniać warunki:

  • praw człowieka (zupełna wolność słowa, druku zebrań i stowarzyszeń; całkowite równouprawnienie narodowości wchodzących w skład Rzeczypospolitej, równość wszystkich obywateli w kraju bez różnicy płci, rasy, narodowości i wyznania),
  • praw obywatela (bezpośrednie, powszechne i tajne głosowanie, samorząd gminny i prowincjonalny z wybieralnością urzędników administracyjnych, bezpłatna procedura sądowa, wybieralność sędziów i sądowa odpowiedzialność urzędników),
  • praw pracownika (8-godzinny dzień roboczy; stała 36-godzinna przerwa co tydzień; ustalenie minimalnej płacy roboczej; równa płaca dla kobiet i mężczyzn przy równej pracy),
  • praw społecznych (bezpłatne, przymusowe, powszechne, całkowite nauczanie; dostarczanie uczącym się środków utrzymania przez państwo; zabezpieczenie państwowe w razie wypadków, braku pracy, choroby i starości, postępowy podatek do dochodu i od majątku, i taki podatek od spadków; zniesienie podatków od artykułów spożywczych oraz pierwszej potrzeby).

Gdybyśmy przytaczali następne programy PPS w jej 120-letniej historii, to i tak w istocie powracamy do źródeł przyjętych w 1892 roku. Warto pamiętać, jacy ludzie znaleźli się wśród autorów najbardziej polskiego i socjalistycznego programu. Byli to m.in. Aleksander Dębski, z ziemiańskiej rodziny, bojownik robotniczej partii Proletariat (kierował nią po aresztowaniu L. Waryńskiego), który próbował zorganizować zamach na cara, pod koniec życia senator. Edward Abramowski, prekursor spółdzielczości i jak się dziś wspomina, ideowy patron programu „Samorządnej Rzeczpospolitej” z 1981 roku, Stanisław Wojciechowski, późniejszy Prezydent RP, niestrudzony spółdzielca ze „Społem”. Feliks Perl, ze zasymilowanej rodziny żydowskiej, którego ojciec uczestniczył w powstaniu 1863, legendarny redaktor „Robotnika”. Aleksander Sulkiewicz, a właściwie Iskander Mirza Duzman Beg Sulkiewicz, polski Tatar, który był organizatorem przerzutów bibuły, poległ jako sierżant Legionów. I wreszcie Bolesław Limanowski, zesłaniec z 1861 roku, któremu nie udało się uciec z Syberii na powstanie, również senator do 1935. Warto pamiętać, że działacze rodzącego się ruchu narodowego również uważali się za niepodległościowych socjalistów. Jednym z działaczy Związku Zagranicznego Socjalistów Polskich był m.in. Zygmunt Balicki z Ligi Narodowej.

Idea PPS przeniosła się do kraju. Emisariusze idei i bibuły utworzyli pierwsze kółka partii. Doszło wówczas do podziału. Jedni uważali, że walka o niepodległość krępuje wyzwolenie społeczne, ale w istocie działali na rzecz utrzymania status quo – to oni utworzyli Socjaldemokrację Królestwa Polskiego i Litwy. Drudzy to ci, którzy na wiecu w Częstochowie mówili „pamiętamy, że najpierw urodziliśmy się Polakami, a następnie z rozmysłem staliśmy się socjalistami”. Pierwszy zjazd podziemnej PPS odbył się w czerwcu 1893 r. w lesie pod Wilnem. Uczestniczyło w nim pięć osób: emisariusze Wojciechowski i Sulkiewicz, młody adwokat Ludwik Zajkowski, polski tatar Stefan Bielak i młody zesłaniec z Zułowa – Józef Piłsudski, który nieprzerwanie działał w PPS do 1914 roku.

Podstawowym orężem było wówczas słowo. W 1894 r. powstał legendarny „Robotnik”, kierowany początkowo przez Jana Stróżeckiego, a po jego aresztowaniu od siódmego numeru redaktorem był Piłsudski. Wydawano i przemycano coraz więcej. Powstawały kolejne okręgowe komitety robotnicze: w Warszawie, Radomiu, Zagłębiu. W tym też czasie powstała PPS zaboru pruskiego działająca we współpracy z SPD, zaś w Galicji Polska Partia Socjalno-Demokratyczna Galicji i Śląska Cieszyńskiego.

Działalność PPS w zaborze rosyjskim budziła coraz większą wściekłość rosyjskiej policji i tajnej Ochrany. W końcu udało im się w lutym 1900 r. zlikwidować w Łodzi przy ulicy Wschodniej 19 drukarnię „Robotnika” i aresztować Piłsudskiego, który jednak zbiegł z więzienia rok później.

Zaczęło się na Placu Grzybowskim

Nie przeszkodziło to dalszemu rozwojowi partii. Gdy w 1904 r. wybuchła wojna Rosji z Japonią, pojawiła się nadzieja na odmianę losów Polski. PPS angażuje się w działania przeciwko poborowi. Akcje rozbijane są brutalnie przez wojsko i policję. Na konferencji warszawskiej PPS pod kierunkiem Józefa Kwiatka, postanowiono więc dać im opór z bronią w ręku.

Zdarzyło się to na Placu Grzybowskim 13 listopada 1904 roku. W trakcie blisko stutysięcznej manifestacji, po wyjściu tłumu z kościoła Wszystkich Świętych chorąży Stefan Okrzeja wyciągnął w górę sztandar z napisem „PPS. Precz z wojną i caratem! Niech żyje Wolny Polski Lud!”. Gdy do sztandaru ruszyła policja, Okrzeja wraz z innymi otworzył ogień, co rozpoczęło strzelaninę. W 1929 odsłonięto tam kamień pamiątkowy, który został zniszczony w latach stalinowskich. Ponownie odsłonięto go w 1992 r. i dziś przypomina o tych wydarzeniach, choć dwa lata temu, ktoś zamalował go napisem „lepszy martwy niż czerwony”, co nie świadczy dobrze o nauczycielach historii autora.

Informacje o wydarzeniach na Placu Grzybowskim obudziły wyobraźnię Polaków. Było to pierwsze starcie zbrojne z zaborcą od 1863 roku. Po niej przyszły kolejne manifestacje: w Radomiu, gdzie w obronie sztandaru poległ Wiktor Cymerys-Kwiatkowski, i w Łodzi, gdzie poległ Tomasz Księżczyk. Wszyscy oni zostali odznaczeni po latach pośmiertnie przez Prezydenta RP Ignacego Mościckiego Krzyżem Niepodległości z Mieczami.

Był to również początek słynnej Organizacji Bojowej PPS, kierowanej przez Piłsudskiego, Walerego Sławka, Tomasza Arciszewskiego, Bolesława Bergera (jego bratanek kilkadziesiąt lat później organizował pułk Armii Krajowej „Baszta”), Władysława Dehnela (jego syn, Władysław Dehnel „Agrafka”, kapitan AK, walczył w Powstaniu Warszawskim na Żoliborzu, później był działaczem PPS na emigracji). W trakcie walk z zaborcą wykonano ponad 2500 akcji zbrojnych, w trakcie których poległy setki bojowców, niemal 300 skazano na karę śmierci, zaś blisko 300 aresztowano. Na stokach Cytadeli warszawskiej polegli Stefan Okrzeja, Józef Montwiłł-Mirecki, Henryk Baron, w trakcie walki zginęli m.in. Baruch Szulman i Tadeusz Dzierzbicki.

W tym czasie, w trakcie walk rewolucyjnych nastąpił podział na „młodych”, którzy utworzyli PPS-Lewicę, oraz „starych”, którzy powołali PPS Frakcję Rewolucyjną. Według Adama Ciołkosza: „»Młodzi« dostosować chcieli cele walki proletariatu polskiego do potrzeb rosyjskiego ruchu rewolucyjnego. Uważając osiągnięcie niepodległości w ówczesnych warunkach za niemożliwe odsuwali je w daleką przyszłość i poprzestawali na postulacie usamodzielnienia Królestwa Polskiego w ramach republikańskiego i demokratycznego państwa rosyjskiego. Natomiast »starzy« w dalszym ciągu jako cel walki klasy robotniczej stawiali niepodległą polską republikę demokratyczną, w taktyce zaś rewolucyjnej zachowywali samodzielność polskiego ruchu socjalistycznego, chociaż bynajmniej nie wykluczali koordynacji sił w walce ze wspólnym wrogiem – caratem”.

Podział ten zahamował w znacznym stopniu rozwój PPS, ale co ważniejsze dokonał trwałego podziału – na lewicę niepodległościową i późniejszą partię komunistyczną, która powstała z połączenia PPS-Lewicy i SDKPiL.

Upadek walk rewolucyjnych w Królestwie Polskim, terror i aresztowania spowodowały zanik działalności socjalistów. Byli oni również lżeni przez ówczesne środowiska prawicy jako bandyci. Wielkość czynu widzieli tylko ludzie – byli wśród nich Stefan Żeromski czy Gustaw Daniłowski – którzy w tej, nadaremnej zdawałoby się, walce dostrzegali tworzenie nowego społeczeństwa, świadomego narodowo i społecznie, i którzy w wyzwoleniu kulturowym ludu widzieli przyszłość Polski.

Niepodległa Rzeczypospolita

Działalność PPS przeniosła się do Galicji. Tam to właśnie Józef Piłsudski, wykorzystując istniejące możliwości, stworzył najpierw Związek Walki Czynnej, a następnie Związek Strzelecki we Lwowie oraz Towarzystwo „Strzelec” w Krakowie. Z nich powstały oddziały strzeleckie, które w sierpniu 1914 r. ruszyły ponownie walczyć o Polskę: I Brygada Legionów i dywersyjny Oddział Lotny Wojska Polskiego.

Ale socjaliści odbudowywali również swoje struktury, powstało Pogotowie Bojowe PPS, które wspólnie z Polską Organizacją Wojskową przygotowywało się do ostatecznej walki o niepodległość, tocząc jednocześnie walki z niemiecką policją.

7 listopada 1918 roku, nie czekając na rozwój wypadków czy postanowienia Rady Regencyjnej działającej z ramienia Niemiec, PPS i galicyjska PPSD razem z działaczami PSL „Wyzwolenie” powołali w Lublinie Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej, z Ignacym Daszyńskim jako premierem. Po powrocie Piłsudskiego z więzienia w Magdeburgu, Daszyński otrzymał ponownie misję formowania rządu, rezygnując z niej jednak na rzecz innego socjalisty, Jędrzeja Moraczewskiego. Rząd ludowy Moraczewskiego wprowadził dekret o czasie pracy, sankcjonujący normę 8-godzinnego dnia i 46-godzinnego tygodnia pracy. Wprowadził również dekrety o inspekcji pracy, o związkach zawodowych, oraz dekret o obowiązkowym ubezpieczeniu robotników na wypadek choroby. Zadekretowano również moratorium mieszkaniowe dla bezrobotnych, zakaz podwyżki komornego dla mieszkań 1-2-pokojowych ponad poziom z czerwca 1914 r. oraz ograniczenie prawa do eksmisji. Przygotowano także prawo wyborcze przyznające prawa wyborcze kobietom, co nie było normą w ówczesnej Europie. Tak, tak – to działo się w 1918 roku.

Gdy nastał czas obrony ojczyzny w 1920 roku, a bolszewicy znaleźli się pod Warszawą, znów socjaliści stanęli w pierwszym szeregu. Daszyński został wicepremierem w rządzie Obrony Narodowej Wincentego Witosa. Powstały Robotniczy Komitet Obrony Warszawy oraz Robotniczy Pułk Obrony Warszawy. W walkach zginęło wielu działaczy, m.in. poseł PPS Aleksander Napiórkowski z Łodzi.

W II Rzeczypospolitej PPS angażowała się w obronę praw pracowniczych, ale także w obronę demokracji. Działano na forum parlamentu. W 1928 r. na PPS głosowało niemal 1,5 mln wyborców. Aktywne było również związane z PPS-em Zrzeszenie Związków Zawodowych (zrzeszające prawie pół miliona członków), organizacje młodzieżowe, spółdzielcze, Towarzystwo Uniwersytetu Robotniczego i inne.

Rozdźwięk z obozem Piłsudskiego po zamachu majowym w 1926 roku, spowodował zaangażowanie się PPS w walkę o demokracje parlamentarną, brutalnie ograniczaną przez obóz władzy. Przystąpienie do szerokiej koalicji partii demokratycznych Centrolewu, mogących zagrozić ówczesnemu układowi spowodowało represje, aresztowania posłów, fałszowanie wyborów i wreszcie proces brzeski, w którym skazano na więzienie m.in. Adama Ciołkosza, Stanisława Dubois, Adama Pragiera, Mieczysława Mastka, Hermana Liebermana i Norberta Barlickiego. Spowodowało to bojkot następnych wyborów w latach 1935 i 1938 oraz szukanie innych form działań politycznych.

Jednak gdy przyszło zagrożenie wojenne, PPS znów pojawił się w pierwszym szeregu.

Wojna i konspiracja

We wrześniu 1939 r. do legendy przeszły udział Robotniczej Brygady Obrony Warszawy oraz Czerwonych Kosynierów Gdyńskich w walkach obronnych. Zaraz po rozpoczęciu okupacji podjęto działalność konspiracyjną. Przybrano dla organizacji nazwę Wolność, Równość, Niepodległość (WRN).

WRN stanowił jeden z fundamentów Polskiego Państwa Podziemnego oraz rządu polskiego w Londynie. Na czele podziemnego parlamentu Rady Jedności Narodowej stanął Kazimierz Pużak, wieloletni sekretarz generalny PPS, więziony niegdyś przez Rosjan w twierdzy w Szlisselburgu. Członkami zostali Zygmunt Zaremba i Tomasz Arciszewski. Antoni Pajdak wszedł natomiast w skład Krajowej Rady Ministrów jako zastępca Delegata Rządu na Kraj.

W rządzie gen. Sikorskiego członkami byli Lieberman jako minister sprawiedliwości, Jan Stańczyk jako minister opieki społecznej oraz Jan Kwapiński jako minister przemysłu i handlu, zaś w rządzie Stanisława Mikołajczyka – Kwapiński jako wicepremier i minister przemysłu, handlu i żeglugi, Stańczyk jako minister pracy i opieki społecznej oraz Ludwik Grosfeld jako minister skarbu.

W trakcie okupacji PPS wydawała ponad pięćdziesiąt podziemnych tytułów prasowych. Od 1940 r. ukazywało się pismo „WRN”, od 1943 „Robotnik w Walce, zaś w czerwcu 1944 wznowiono „Robotnika”. Tworzono własne oddziały bojowe: Gwardię Ludową WRN (jej nazwę podkradła komunistyczna PPR), które weszły w skład Armii Krajowej jako Organizacja Wojskowa Pogotowia Powstańczego Socjalistów (OW PPS), a także Milicję Robotniczą.

Gdy wybuchło Powstanie Warszawskie, oddziały PPS należały do najbitniejszych oddziałów. Na Żoliborzu IV batalion OW PPS im. Jarosława Dąbrowskiego starł się z Niemcami już o godz. 14.30 w trakcie zbiórki przy ul. Suzina. Stoi tam do dzisiaj pamiątkowa tablica upamiętniająca wówczas poległych. Batalion walczył do ostatnich dni „republiki żoliborskiej”, stanowiąc trzon Zgrupowania „Żyrafa”. III Batalion im. Stefana Okrzei bronił na Woli barykady przy ul. Młynarskiej. Zginął tam dowódca kpt. Karol Kryński „Waga”, odznaczony pośmiertnie Krzyżem Virtuti Militari. Żołnierze PPS weszli w skład i walczyli w Zgrupowaniu „Leśnik” na Starym Mieście i Śródmieściu. Bataliony z Ochoty i Mokotowa zostały kompletnie rozbite 1 sierpnia, zaś część żołnierzy walczyła w szeregach batalionu „Miłosz”. Żołnierze PPS walczyli również w szeregach kompanii 102 Batalionu „Bończa” i VI Batalionu Milicji PPS na Starym Mieście. Pełnili tam również funkcje powstańczej policji. Członkowie PPS pełnili również funkcje administracyjne, m.in. Stefan Zbrożyna był wiceprezydentem powstańczej Warszawy.

W tym czasie wkraczające oddziały Armii Czerwonej zadbały, aby znaleźć swoje „własne” władze polskie, które będą sprzyjały nowemu porządkowi przychodzącemu ze wschodu. Obok komunistycznej PPR utworzono atrapy Stronnictwa Ludowego i Polskiej Partii Socjalistycznej, wywodzącej się z rozłamowej grupy Edwarda Osóbki-Morawskiego z Robotniczej Partii Socjalistów Polskich.

Lubelska – jak ją nazywano – PPS była dla wielu atrakcyjna. Ludzie potrzebowali normalności po przeżyciach wojennych, zaś niektóre reformy społeczne były żywcem wzięte z Deklaracji podziemnej Rady Jedności Narodowej. Nic też dziwnego że przyłączało się do niej wielu. Po nieudanej próbie odbudowy podziemnej PPS poprzez powołanie własnej partii, część działaczy z Zygmuntem Żuławskim – przewodniczącym przedwojennej Rady Naczelnej PPS, przystąpiła do struktur partii lubelskiej.

Jednak wiara w normalność i niezależność okazała się płonna. PPS była potrzebna narodowi polskiemu, jak mówił Józef Cyrankiewicz, ale nie była potrzebna komunistycznej PPR. Przed włączeniem jej do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej wyrzucono z oficjalnej PPS tysiące działaczy jako „niezdolnych do zjednoczenia”. Najbardziej pryncypialnych, którzy do „lubelskiej” nigdy nie wstąpili lub szybko z niej wystąpili, jak Kazimierz Pużak, Ludwik Cohn, Józef Dzięgielewski, Antoni Zdanowski czy Stefan Zbrożyna, po prostu aresztowano i skazano na więzienie. Pużak i Zdanowski już go nie przeżyli. Niektórzy dawni działacze włączyli się do PZPR, co i tak nie przeszkodziło w ich powolnej eliminacji lub zostali trwale zmarginalizowani.

W Londynie 29 listopada 1944 r., po dymisji rządu Stanisława Mikołajczyka, premierem rządu RP został mianowany wybitny działacz PPS, Tomasz Arciszewski (był również ministrem pracy i opieki społecznej). Rząd Arciszewskiego protestował przeciwko decyzjom jałtańskim, wydał m.in. „Oświadczenie”, w którym stwierdził, że „decyzje Konferencji Trzech zostały przygotowane i powzięte nie tylko bez udziału i upoważnienia rządu polskiego, ale i bez jego wiedzy”. Był to ostatni rząd emigracyjny mający pełne międzynarodowe uznanie.

Zacząć od nowa

Na placu boju pozostali emigranci, tworząc struktury Centralnego Komitetu Zagranicznego PPS. Adam i Lidia Ciołkoszowie, Zygmunt Zaremba, Tomasz Arciszewski czy Jan Kwapiński próbowali zachować ideały PPS, organizując działania, które miałyby zainteresować Europę problemami polskich pracowników. Utworzono z emigracyjnych partii socjalistycznych Unię Socjalistyczną Europy Środkowo-Wschodniej (SUCEE).

Nadzieje związane z końcem stalinizmu nie ziściły się. Kraje Zachodu zajęte wydarzeniami w Egipcie, zamknęły oczy na rozstrzelanie Węgier. Próby odbudowania krajowej PPS przez Osóbkę-Morawskiego zostały zduszone w zarodku, zanim tak naprawdę się rozpoczęły.

Socjaliści szukali innych form działania. Był to m.in. Klub Krzywego Koła, a od 1976 r. Komitet Samoobrony Społecznej KOR, w którym działali m.in. Antoni Pajdak, Ludwik Cohn czy Edward Lipiński.

Przełom nastąpił po 1980 roku. Pojawiło się nowe pokolenie, które w PPS szukało odnowienia ideowego. Od połowy lat 80. wokół podziemnego pisma członków Międzyzakładowego Robotniczego Komitetu Solidarności „Robotnik” skupili się młodzi socjaliści zapatrzeni w historię i ideały PPS, m.in. Piotr Ikonowicz, Grzegorz Ilka, Tomasz Truskawa, Krzysztof Markuszewski, Iwona Różewicz i piszący te słowa. W listopadzie 1987 r. odbudowali oni w kraju PPS. Z działaczy opozycji przyłączyli się do nich Jan Józef Lipski oraz działacz „Solidarności” Józef Pinior. Niestety ocena rzeczywistości i sposób postępowania wobec władzy doprowadził do podziałów na kilka odłamów, w tym najbardziej radykalną PPS-Rewolucja Demokratyczna, znaną z demonstracji i strajków.

W 1990 r. doszło do połączenia wszystkich krajowych odłamów PPS (również nieformalnego środowiska skupionego wokół Jana Mulaka) z emigracyjną PPS. Odbył się XXV Kongresu PPS, w trakcie którego Jan Józef Lipski został wybrany przewodniczącym Rady Naczelnej PPS, zaś Lidia Ciołkoszowa dożywotnią honorową przewodniczącą.

Trudne losy niekoncesjonowanej lewicy

Niestety partia socjalistyczna nie wywodząca się z obozu komunistycznego nie miała wówczas wielkich szans. Szukano nowych możliwości i prób przełamania historycznych podziałów. Początkowo w wyborach 1991 r. PPS startowała w ramach Solidarności Pracy Ryszarda Bugaja, nie uzyskując żadnego mandatu. Po śmierci Jana Józefa Lipskiego w 1991 r. przewodnictwo objął Stanisław Wąsik z emigracyjnych struktur PPS, a następnie Piotr Ikonowicz.

Start PPS w ramach Solidarności Pracy – był to pierwszy błąd. Drugi popełniono w 1993 r., startując w ramach Sojuszu Lewicy Demokratycznej, co doprowadziło do utraty zaplecza w środowiskach pracowniczych oraz do poważnego rozłamu. W ramach trzyosobowego Koła Parlamentarnego PPS (1993-97) zgłaszano inicjatywy ustawodawcze o najmie lokali mieszkalnych (zakazujące eksmisji „na bruk”), pomocy społecznej, przeciwdziałania bezrobociu, zakazie stosowania azbestu, głównym inspektoracie celnym, w sprawie zmian w Kodeksie pracy itp. PPS traktowany był jednak jako ciało obce zarówno przez „sojusznicze” SLD, jak i przez opozycyjną Unię Pracy.

Dalsze trwanie w ramach SLD po wyborach 1997 zostało przerwane po decyzji Sojuszu o przekształceniu się z koalicji wyborczej w jednolitą partię. Koło Parlamentarne PPS i Ruchu Ludzi Pracy powstałe w 1999 r. nie miało już dawnej dynamiki koła solidarnościowych socjalistów. Zaś nieprzemyślana do końca decyzja o samodzielnych startach w wyborach prezydenckich i parlamentarnych w 2000 i 2001 wywołała odejście wielu działaczy.

Obecnie PPS w istocie istnieje w formie Komisji Historycznej, kierowana przez prof. Krzysztofa Dunin-Wąsowicza i Krystynę Kulpińską-Całą, która próbuje zainteresować chlubną przeszłością.

Bo i trzeba to przypominać, kultywować, rozdmuchiwać. Etos PPS obecny jeszcze w działaniach opozycji w czasach PRL, dziś już kompletnie zanikł. PPS-owcy, gdy przychodził czas, stawali do walki z zaborcami i okupantami, oddając daninę krwi i życia – i ci bohaterowie pozostali w pamięci. Ale PPS-owcy to również – jak pisał Jan Józef Lipski – „społecznicy”, którzy „największą rolę odegrali w rozlicznych instytucjach samorządu terytorialnego, spółdzielczości, społecznych instytucjach oświatowych itp. Dorobek materialny i społeczny ich pracy – a często dorobek ideowy oraz intelektualny – do dziś jest zauważalny w naszym życiu, co więcej, stanowi nieraz układ odniesienia dla myśli o projektów o reformie i terapii życia społecznego”.

Dzisiaj, gdy polska lewica poszukuje natchnienia w różnych miejscach i koncepcjach, warto oprzeć się na trwałym fundamencie naszych własnych korzeni. Pamiętajmy, że nie wolno sprzeniewierzyć tego dziedzictwa. Nie ramotki historycznej, nie barwnych obrazków, ale tego twardego kręgosłupa moralnego, który wielokrotnie budził nadzieje, a którego efekty przetrwały jako legenda. Ona żyje nadal wśród nas, tak w 1987 r., jak i dzisiaj. I być może nie chce nam się do niej schylić. A może jednak warto?

Cezary Miżejewski

 


Tekst publikujemy w 120. rocznicę rozpoczęcia zjazdu, na którym powołano Polską Partię Socjalistyczną.

Pupcia cioci

Kontusz i kierezyja

Krakusi lubili zadawać szyku. Co z tego, że biedni, upodleni pańszczyzną, że zależni od niezrozumiałych koniunktur na zboże i drewno, którymi administratorzy tłumaczyli kolejne obciążenia, a hurtownicy skupujący jajka i mleko kolejne obniżki cen. Krakusi wiedzieli, że szacunek i godność przynależą się temu, który nosi się dostojnie i ozdobnie. Przynależą się szlachcicowi, którego można zobaczyć w kościele, a czasami nawet przechadzającego się po gościńcu albo na jarmarku w mieście.

Pośmiać się z chama

Zobaczyć oczywiście z pewnej odległości, choć na tyle blisko, aby zauważyć kolorowy kontusz ściśnięty w pasie, z wylotami fantastycznie majtającymi się przy każdym ruchu, rogatą czapkę z piórkiem dla ozdoby, bufiaste spodnie wpuszczone w cholewy żółtych butów. Sylwetkę dzięki temu zawsze dumnie wyprostowaną i majestatyczną. Kiedy więc krakusi kosztem niedojadania zaoszczędzili nieco grosza, kazali sobie szyć kierezyje na wzór pańskich kontuszów. Co z tego, że nie ze wschodniego sukna, ale z brunatnego samodziału, że bez wylotów podbitych jedwabiem, że bez długiego kosztownego pasa? Kolorów można było dodać haftem jeszcze bardziej barwnym, wyloty zastąpić suką z pomponami jeszcze bardziej podnoszącą ramiona, pas zastąpić wcięciem w talii i rozszerzeniem u dołu jeszcze bardziej majtającym się na wietrze. A siwe czaple piórko u czapki? Co tam czaple piórko, niech tam od razu będzie pawie, i to nie jedno, niech będzie cały pęk. Co prawda nie ma jak osadzić go w klejnocie ze srebra i kamieni, ale przecież bukiet kwiatów z bibułki jeszcze bardziej będzie pyszny i ozdobny.

Suki przy chłopskich kierezyjach coraz były barwniejsze, coraz większe miały pompony, a krakowiackie czapki coraz cięższe były od pawich piór i papierowych kwiatków. Szlachta tymczasem już noszenie kontuszów porzuciła, przebrała się w surduty, przeniosła do miast na stosowne czynownicze posady albo założyła gazety i przyjęła umiarkowanie postępowe poglądy, nazwała się równie szlachetnym mianem inteligencji. I w umiarkowanie postępowych gazetach pojawiać się zaczęły pełne rozsądku głosy o tym, jaki to krakus nie dość że zacofany i ciemny, to jeszcze i rozrzutny, żyjący na pokaz. Że w komorze pusto, na modernizację gospodarstwa grosza brak, nie ma też na lekarza dla żony czy szkołę dla dziecka, ale przy święcie chodzi obwieszony jak choinka brzękadełkami, wstążeczkami, piórkami, kwiateczkami, obhaftowany od góry do dołu. A poza tym śmieszny, anachroniczny i groteskowy w nowoczesnym świecie. Długo nie trzeba było czekać na odpowiedź wykształconych obrońców krakusów, oburzonych na szkalowanie ludzi może prostych, ale jednak kochających piękno bardziej niż bogactwo, pielęgnujących odwiecznego słowiańskiego ducha, który przez lata niewoli przechował się w aplikowanych na brunatnym samodziale ornamentach i w dzwonieniu mosiężnych brzękadeł u pasów. Jak można widzieć groteskę i zły smak w tym, co stanowi istotę naszej narodowej estetyki?

Trauma profesorów

Wiele dziś można w naszym kraju przeczytać głosów profesorów oburzonych i przerażonych jakością wykształcenia studentów i ich postawą wobec wiedzy. Studenci są roszczeniowi, prezentują postawę „płacę i wymagam”, zależy im wyłącznie na dyplomie, a nie na uczeniu się czegokolwiek, bywają chamscy, nie pamiętają nic ze szkoły, nie uczestniczą w kulturze, nie mają zainteresowań. Oczywiście, znajdą się wśród nich tacy, którzy chcą pracować i widzą sens nauki, ale to naprawdę wyjątki. Jak mówił w wywiadzie dla „Rzeczypospolitej” pedagog i pedeutolog profesor Aleksander Nalaskowski: „Na każdym roku, na którym wykładam, zawsze znajdzie się jakaś para żywo zainteresowanych oczu, która ustawia mnie emocjonalnie: wydaje mi się, że wszyscy są tacy fajni i słuchający. Potem na egzaminie okazuje się, że spośród reszty wielu nie rozumie najprostszych rzeczy. To jest trochę taki problem niespasowania: my jako profesorowie jesteśmy jeszcze mocno XIX-wieczni, reprezentujemy pewną kindersztubę, tradycję szacunku dla uczelni, autorytetu profesora itd., za to studenci oczekują chyba innej generacji wykładowców. My się z trudem przebijemy ze swoimi kamizelkami, zegarkami na łańcuszku czy punktualnością i poprawną polszczyzną. /…/ Studentów dziwi dziś nawet to, dlaczego zabraniam żuć gumę na zajęciach. Muszę tłumaczyć, że to nieeleganckie, ale dla młodych ludzi to archaiczne pojęcie. Właśnie dlatego powszechnie uważa się, że studenci są coraz gorsi, bo te różnice między nami są coraz większe. Wartości takie jak okazywanie szacunku innym, ustępowanie miejsca starszym, kultura wyrażania się (zwłaszcza w miejscach publicznych) to już relikty przeszłości. Do tego młodzi ludzie nie mają elementarnej wiedzy o literaturze pięknej czy nawet o klasycznym kinie, dlatego też bardziej współczesne dzieła zupełnie inaczej interpretują niż my. Tak samo jest z wartościami estetycznymi – studenci mają problemy z dostrzeganiem tego, co my nazywamy pięknem, bo ukształtowani są na zupełnie innej estetyce” („Rzeczpospolita”, 30 września 2012 r.) Profesor Nalaskowski taki z tego wyciąga wniosek, że „Masowa edukacja degeneruje”, a redakcja gazety z tego wniosku robi tytuł wywiadu.

Albo biedny profesor Jan Hartman, filozof, w blogowym tekście subtelnie zatytułowanym „Gaudeamus idiotes” tak oto biada nad swoim losem akademickiego wykładowcy: „Niechby Zeus Gromowładny przywalił kiedyś w ten cały gimnazjon! Tylko me oczy, wciąż jeszcze bystre, szukają instynktownie, na końcu sali, gdzie chowają się skuleni, w poszukiwaniu resztek prywatności, nieliczni studenci, tej jednej twarzy, na której odmaluje się ślad zainteresowania lub choćby zrozumienia. Jeśli zda się nam, że coś pełga na obliczu efeba, ogarnia nas katharsis. Wokół tej uszczęśliwiającej wizji Inteligentnej Twarzy osnuwamy wielki mit Dobrej Grupy i Sensu Naszej Pracy Mimo Wszystko. Do czasu, aż nadejdzie dzień egzaminu. U kresu bolesnego semestru złudzenia rzucają swe sztandary przed naszym biurkiem. Czwórka za każdy z nich, piątka – za jedno sensowne słowo. Dotkliwie oszukani i zawiedzeni po raz trzydziesty trzeci, szukać będziemy pocieszenia w krótkich wakacjach i w tym cudownym narastaniu wiosny, leczącym traumę drugiego semestru”.

Dziś już także z rządowych sfer docierają głosy, że powszechne kształcenie na poziomie studiów wyższych to mrzonka, że lepiej być dobrym spawaczem niż politologiem bez umiejętności i bez pracy, że młodzi ludzie przesiadując pięć lat na uczelniach, odwlekają tylko trudne wejście w dorosłość.

Uczyć dla uniwersytetu

Tymczasem z tych samych uniwersyteckich kręgów, z których słyszymy o konieczności elitarności wyższego kształcenia, słychać głosy, że szkoła nie przygotowuje do studiów. Cały system edukacji powszechnej –od podstawówki do liceum – zorganizowany jest według akademickiego podziału na dziedziny wiedzy, jest też, a według profesorów powinien być jeszcze bardziej, nastawiony na kształcenie dla potrzeb szkolnictwa wyższego. Oczywiście także z powodu masowości edukacji cały ten system nie działa tak jak powinien, ale czy ktokolwiek zastanowił się, czy on w ogóle ma prawo działać i co by było, gdyby wreszcie zadziałał?

Uczymy wszystkie dzieci i całą młodzież dla uniwersytetu, wpajając im nie tyle konkretną wiedzę czy pożądane umiejętności (bo to jest naprawdę trudne), co miraż społecznego awansu pod warunkiem pokonania kolejnych szczebli edukacji, zdobycia kolejnych stopni edukacji i dyplomów. To, że absolwenci polskich szkół nie umieją niczego, że jakoś po drodze wyparowuje większość tej gigantycznej masy wiedzy, którą w ciągu dwunastu lat obowiązkowej edukacji próbuje im się wciskać, jest dla dumnych nosicieli zegarków z dewizką i straumatyzowanych wrażliwców powodem do refleksji, że świat schodzi na psy, że jest coraz gorzej, że biednym członkom elit źle jest po prostu, kiedy muszą obcować z tępą masą. Ale dlaczego nie spotykamy się z taką refleksją, że jeśli przytłaczająca większość absolwentów naszego systemu edukacji niczego kompletnie nie umie, to znaczy, że coś złego dzieje się nie z tymi absolwentami, ale z systemem? Że to nieprawda, że młodzi ludzie nie chcą się uczyć?

Przecież oni się uczą, przynajmniej na początku swojej szkolnej przygody ruszają z kopyta, chcą być w porządku, wierzą, że skoro nauczyciele każą im jakąś wiedzę przyswajać i ćwiczyć, to musi być w tym jakiś sens, to tak trzeba. Później, kiedy już mija im dziecinne przekonanie, że trzeba być w porządku, chociażby z nudów przeglądają podręczniki i robią notatki. Zaliczają kolejne kartkówki i klasówki, zdają egzaminy semestralne, roczne, podstawówkowe, gimnazjalne i maturalne, często zarywając noce i rezygnując z naprawdę miłych rzeczy, które mogliby robić w tym czasie. Oni uczą się tak, jak umieją.

Nauka na skróty

A na czym ta nauka polega? Dostają oto materiał do opanowania. Z matematyki, fizyki, chemii, historii, języka własnego i obcych, z filozofii nawet. Materiał ten zawiera wiedzę, do jakiej doszli jacyś mądrzy profesorowie, pokolenia mądrych profesorów, przesiadujących latami w laboratoriach, bibliotekach i archiwach. Inni mądrzy profesorowie tę wiedzę zebrali, opisali możliwie prostym językiem, zaopatrzyli w poglądowe ilustracje i materiały multimedialne i umieścili w kolorowych podręcznikach. Jeszcze inni opracowali metodykę jeszcze prostszego opowiadania tego, co ci poprzedni już uprościli, aby przyswoić to mógł nawet niezbyt zdolny uczeń. Już bez przesiadywania w laboratoriach, bez tych wszystkich doświadczeń, nieudanych i udanych eksperymentów, bez miesięcy i lat spędzonych w bibliotece. I bez tego, z czego tak dumni bywają ci staroświeccy panowie profesorowie, nie znoszący studentów żujących gumę, a co nazywa się intelektualną tradycją, inteligenckim pochodzeniem, kapitałem kulturowym. Bez rozległego salonu ze ścianami zastawionymi regałami pełnymi książek, bez regularnych wizyt w filharmonii albo w teatrze, bez pradziadka przedwojennego absolwenta podchorążówki i bez babci czytającej Prousta w oryginale.

Młody człowiek, bez wątpliwości i pytań, ma się rzetelnie i systematycznie wszystkiego wyuczyć, po to, żeby później mógł podjąć naukę na uniwersytecie i żeby panu profesorowi noszącemu zegarek z dewizką było łatwo i miło z nim pracować i do wiedzy już nabytej dodawać kolejną. Ci, którzy z jakichś powodów na uniwersytet się nie dostaną, niech idą do diabła. Przecież tak ma być: wszystkich szkolić na studentów profesora Hartmana, ale odsiać tylko wybitnych, resztę pogonić, żeby wrażliwiec nie musiał się traumatyzować ich oglądaniem. Pozostali niech zapomną o przyzwoitej pracy i jako takim poziomie życia, a przede wszystkim niech zapomną o dobrym samopoczuciu i szacunku innych, do końca życia pozostaną nieukami i nierobami, wykonującymi hańbiące prace, którymi nauczyciele straszą leniwych uczniów.

Nasi uczniowie uczą się więc, nabywają wiedzę i kolekcjonują kolejne certyfikaty, nie zdając sobie sprawy, że tak naprawdę tylko naśladują uczenie się i nabywanie wiedzy. Że ta bardzo mądra wiedza, z której oczywiście nic nie rozumieją, przefiltrowana przez ich umysły nabiera cech groteskowych. Że to, co robią, to podglądanie z daleka pięknego szlachcica w kontuszu przez chłopa-troglodytę, który nie wyobraża sobie innego sposobu na okazanie innym odrobiny własnej godności niż upodobnienie się do tego, któremu trzeba czapkować. Że szyją sobie z samodziału kierezyje, która im bardziej ma być szlachecka, tym bardziej jest chamska, im bardziej obhaftowana od góry do dołu kolorowym kordonkiem, tym właśnie mniej będzie kontuszem z jedwabnym podbiciem i tym bardziej będzie wzbudzała pogardliwe uśmieszki, a może i wzdychania, że świat schodzi na psy.

Kto stworzył ten system?

Od czasu do czasu w prasie pojawiają się odkrywcze stwierdzenia, że „dziś studiują nawet dresiarze”. Oczywiście że studiują, dlaczego nie mieliby studiować, skoro przez cały czas obowiązkowej edukacji celem i punktem odniesienia dla ich wysiłków było dostanie się na studia, a potem ukończenie studiów wyższych i związany z tym awans do społecznej elity. A że dresiarz-krakus w kierezyji marki adidas nie rozumie, że ani społeczeństwo, ani gospodarka nie potrzebują takiej elity? Że elity już istniejące nigdy nie uznają go za swojego, a jego wiedzę – zdobywaną często kosztem ogromnych wyrzeczeń własnych i całej rodziny – odrzucą i wyśmieją? Że tyle wart jego dyplom, co pawie piórka u rogatej czapki? A dlaczego ma to rozumieć, skoro wciąż mu do tej pory powtarzano, że temu właśnie służy jego szkolny wysiłek: studiowaniu, a w konsekwencji przejściu z klasy podrzędnej do wyższej. W szkole na pewno taki dresiarz nie słyszał nigdy, że awansu można dostąpić w jakikolwiek inny sposób. Nie rozumie, że dyplom akademicki zdobywa się pracą i wysiłkiem umysłowym, a nie po prostu odsiadując godziny i kując tępo notatki przepisane od kolegów. A tym bardziej nie wymuszając na wykładowcach zaliczenie przedmiotu. A dlaczego ma to rozumieć, skoro przez wszystkie lata szkolnej nauki uczył się na skróty, gotowej wiedzy, której ani genezy, ani celu nigdy nikt mu nie próbował tłumaczyć?

O tym wszystkim powinni wiedzieć raczej ci, którzy teraz się z groteskowych piórek u czapki podśmiewają, a jednocześnie narzekają, że muszą mieć do czynienia z taką masą w śmiesznych kapotach i powypychanych słomą butach na odwyrtkę. Koryfeusze naszej nauki powinni chyba wiedzieć, że takiego elitarnego systemu kształcenia, z jakim mamy do czynienia, nie da się umasowić, bo nie może istnieć masowa elita. Że jeśli chcemy (a powinniśmy) podnosić poziom edukacji mas, to nie możemy edukacji podporządkowywać uniwersytetowi. Że energia, jaką masy poświęcają na edukację, marnuje się, wyparowuje, że anihiluje. Gigantyczna energia milionów młodych ludzi zgonionych do szkół i ich rodziców wypruwających sobie żyły, aby ich dzieci swoją szkolną naukę mogły zakończyć w jedyny sensowny (jak to się im od małego wciska) sposób. O tym powinni wiedzieć ci, którzy są najlepiej wykształceni, których zawodem i społeczną misją jest przewidywanie i planowanie takich sytuacji. Którzy – co więcej – sami uważają, że to nikt inny, ale oni powinni tworzyć system edukacji, a własny wizerunek stawiać za punkt dojścia wszelkich edukacyjnych wysiłków.

A jak do tej pory wykorzystano dążenie mas do edukacji, te aspiracje krakusów do zadawania szyku szlacheckim kontuszem? Otóż szlachta te aspiracje, owszem, zauważyła i rozpoznała doskonale. I sama zaczęła sprzedawać chamom kierezyje, śmiech budzące, jaskrawe i pokraczne podróbki kontuszów, świetnie na nich zresztą zarabiając. Czy szlachta nie naraziła się tym pospolitym handlem na infamię? Ależ skąd, w końcu to nie żaden poniżający handel, żaden interes, który wymagałby przemyślności i twórczości, inwestycji, ponoszenia ryzyka i wytwarzania czegokolwiek. To odwieczny szlachecki sposób bogacenia się, taki jak kiedyś na żyznych polach Ukrainy czy w nieprzebytych puszczach Litwy: przejęcie bogactwa i jego rabunkowa eksploatacja aż do wyczerpania zasobów albo zapadnięcia się koniunktury. Tym razem zasobem do złupienia okazały się masy Polaków aspirujących do lepszego życia, którym bardzo poważni profesorowie obiecywali, że wyrastające jak grzyby po deszczu pod auspicjami tychże profesorów Wyższe Szkoły Różnych Różności dadzą edukację na najwyższym poziomie i – w domyśle – drogę do awansu, do lepszego życia. To właśnie chciwość, nieodpowiedzialność i pogarda dla aspirującej masy pozwalała na otwieranie kolejnych kierunków marketingu, kulturoznawstwa, socjologii czy pedagogiki, których dyplomami legitymują się dziś młodzi bezrobotni aplikujący o jakiekolwiek stanowisko niewykwalifikowanego pracownika. A chodziło przecież nie o jakiekolwiek kształcenie, lecz o transfer środków od aspirującej masy do uczonych sprzedawców marzeń. Teraz złoża tej kopalni pieniędzy są na wyczerpaniu, więc narzeka się na ich jakość.

Godność bez wstążeczek

Niestety, polscy akademicy zupełnie nie mają pomysłu na edukację. Nie rozumieją po prostu, że uczenie to komunikacja i że aby komunikacji stało się zadość, musi istnieć kod wspólny dla nadawcy i odbiorcy. Casus profesora Hartmana, który na wykładach po prostu mówi swoje i po swojemu, a potem narzeka, że słuchacze go nie rozumieją, jest tutaj bardzo dobrą ilustracją ogólnej tendencji. Tendencji, w której komunikacja jest jednokierunkowa, a przemawiającego nie interesuje, jakim językiem mówią słuchacze, w jakim procesie ten język nabyli, dlaczego próby wpajania im tego języka, który przemawiający uważa za najlepiej nadający się do opisu ważnych problemów, skończyły się fiaskiem. A to właśnie od akademików społeczeństwo mogłoby oczekiwać opracowania takich sposobów komunikacji, które okażą się skuteczne nie tyle w replikacji kolejnych akademików, co w dostarczaniu zwyczajnym członkom tego społeczeństwa wiedzy i umiejętności przydatnych w ich codziennych zmaganiach z rzeczywistością. Stworzenia takiej masowej edukacji, która nie degeneruje, lecz rozszerza horyzonty, nawet takie, które na początku były bardzo wąskie. Od akademików mogłoby także społeczeństwo oczekiwać tworzenia i propagowania idei społecznego awansu i poczucia dumy z własnej społecznej roli dostępnych także dla tych, którzy do profesorskiego zegarka z dewizką nie aspirują. Niech państwo z miasta dostrzegą i głośno przyznają doniosłość codziennego wysiłku krakusa, niech ten wysiłek przyzwoicie wynagrodzą, żeby biedak nie musiał obwieszać się wstążeczkami, kiedy chce się poczuć jak człowiek. Państwo profesorowie, macie jakiś pomysł?

Bezpieczne SKOK-i

Bezpieczne SKOK-i

W związku z aferą Amber Gold prasa przypuściła atak również na Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe. O tym, dlaczego nagonka na SKOK-i jest bezpodstawna, a także o wyróżnikach tych instytucji rozmawiamy z Bogusławem Kaczmarkiem –społecznikiem, posłem na sejm II kadencji, obecnie doradcą Krajowej SKOK.

***

Przy okazji afery Amber Gold SKOK-i stawiane są często w jednym rzędzie z innymi niebankowymi instytucjami finansowymi. Ale SKOK-i wywodzą się przecież z zupełnie innej tradycji i modelu usług.

Bogusław Kaczmarek: Stawianie w jednym szeregu SKOK-ów oraz kanciarzy z Amber Gold to nadużycie. Wynika ono zapewne z braku znajomości rzeczy oraz z lenistwa, dość powszechnego wśród dziennikarzy.

Spółdzielnie kredytowe (SKOK-i) to instytucje wzajemnego kredytu, oparte na modelu nazwanym – od nazwiska twórcy – raiffeisenowskim. Spółdzielczość kredytowa rozkwitła w XIX-wiecznych Niemczech. W połowie wieku na scenę wkracza Hermann Schulze z saksońskiego miasteczka Delitzsch, sędzia z zawodu. Ideę samopomocy realizuje w praktyce, tworząc banki ludowe, wspierające rzemiosło i drobnych kupców. Z kolei Wilhelm Raiffeisen stworzył model kas dla rolników – mieszkańców jednej parafii. Podstawowymi zasadami tych instytucji finansowych były minimalny wkład oszczędnościowy i zasada poręczania zaciągniętych kredytów całym majątkiem (niegraniczona poręka). Wymuszała ona ostrożność i rozsądek przy zaciąganiu zobowiązań. O tym, że pomysł był dobry, świadczy to, że w 1919 r. w niemal 4500 kasach zdeponowano ponad 750 milionów marek. W Polsce Franciszek Stefczyk założył w 1890 r. Spółkową Kasę Oszczędności. Miało to miejsce w Czernichowie pod Krakowem. W 1909 r. powołano Krajową Centralną Kasę Spółek Rolniczych, a Stefczyk został jej dyrektorem. Kasa ta stała się finansową centralą dla prawie 1000 kas modelu raiffeisenowskiego. Franciszek Stefczyk patronuje dziś największej SKOK.

Kasa to spółdzielnia, w której członkowie gromadzą oszczędności, a w razie potrzeby mogą pożyczać pieniądze lub skorzystać z innych usług finansowych, takich jak przelew, opłacanie rachunków itp. Wyróżnikiem SKOK-ów na rynku finansowym jest zasada wzajemności, która polega na tym, że właściciele-członkowie SKOK-ów wzajemnie świadczą sobie finansowe usługi, przy czym – co jest oczywiste – dzieje się to za pośrednictwem kasy. Innymi słowy: kasy świadczą usługi tylko dla swoich członków.

W celu zagwarantowania bezpieczeństwa ulokowanych oszczędności poszczególne SKOK-i (jest ich kilkadziesiąt) założyły Towarzystwo Ubezpieczeń Wzajemnych SKOK, które zajmuje się głównie gwarantowaniem depozytów. Wysokość tej gwarancji odpowiada kwocie 100 000 euro, więc biorąc pod uwagę, że większość lokat w SKOK-ach to niewielkie kwoty, ich bezpieczeństwo jest stu procentowe. Najlepiej o tym świadczy fakt, że od 1995 r. – a zatem od roku, w którym weszła w życie ustawa o spółdzielczych kasach oszczędnościowo-kredytowych – żaden z członków SKOK nie doznał uszczerbku na ulokowanych oszczędnościach. Czyli od 17 lat. Trudno to samo powiedzieć o klientach Amber Gold, prawda?

SKOK-i przedstawiane są w mediach jako instytucje funkcjonujące „na specjalnych prawach”, cieszące się niespotykanymi przywilejami. Przedstawiciele kas zwracają jednak uwagę, że pod wieloma względami przepisy są korzystniejsze dla banków komercyjnych.

B. K: Do pewnego czasu SKOK-i, tak jak cały sektor spółdzielczy, korzystały ze zwolnienia z podatku dochodowego. Dotyczyło to kwot pochodzących z nadwyżki bilansowej, przeznaczonych na fundusz zasobowy. Wielkość tego funduszu wyznacza poziom bezpieczeństwa w działalności. To już jednak historia. Podatkowo SKOK-i są obciążone tak, jak banki komercyjne. Jeżeli SKOK wypracuje dochód (nadwyżka bilansowa), to przeznacza go z reguły na fundusz zasobowy, który zgodnie z zasadami spółdzielczości nie podlega podziałowi.

W kwestii różnic między SKOK-ami a bankami przychodzą mi do głowy dwie sprawy. Po pierwsze, banki dysponują instrumentem prawnym, jakim jest bankowy tytuł wykonawczy, który bez sądowego procesu gwarantuje im egzekucję komorniczą dłużnika. Mimo że Trybunał Konstytucyjny uznał te przepisy prawa za zgodne z konstytucją, uważam, że jest inaczej – to naruszenie prawa obywatela do sądu. Inaczej mówiąc: klient banku ma mniej praw niż członek SKOK.

Drugi przejaw dyskryminacji SKOK-ów to ustawowe ograniczenie okresu kredytowania do 5 lat. Wyklucza to możliwość finansowania przez SKOK-i na przykład potrzeb mieszkaniowych swoich członków. To rozwiązanie szkodzi rozwojowi mieszkalnictwa, a szczególnie dotkliwe stało się po zaostrzeniu przez banki kryteriów dostępności kredytów hipotecznych.

W mediach głównego nurtu rozpowszechniane są mity dotyczące SKOK-ów. Dlaczego niektóre media tak zajadle atakują kasy?

B. K.: Niestety tzw. czarny PR jest dość powszechnie stosowaną metodą nieuczciwej walki konkurencyjnej, w dodatku prawie niemożliwej do udowodnienia. Nieuzasadnione ataki na SKOK-i przypuściły głównie „ Gazeta Wyborcza ” i „ Polityka ” . Początek serii nierzetelnych publikacji zbiegł się w czasie z tym, że liczba członków łącznie we wszystkich SKOK-ach przekroczyła 1 milion, a liczba placówek 1000 (obecnie SKOK-i zrzeszają ponad dwa miliony członków). Właśnie wtedy do świadomości konkurentów dotarło, że system SKOK jest dla nich problemem trwałym i poważnym, bo liczącym się na rynku i przeżywającym ciągły rozwój. W dodatku, w przeciwieństwie do zdominowanego przez kapitał zagraniczny sektora bankowego, kasy są polskie i zawsze będą mobilizować polski kapitał.

W tendencyjnych publikacjach specjalizuje się zwłaszcza jedna z dziennikarek „ Polityki ”, niejaka Bianka Mikołajewska. Niedawno powtórnie skierowała pod moim adresem insynuację, jakobym mandat posła II kadencji sprawował nieuczciwie, bo rzekomo miałem w czasie prac nad ustawą o SKOK-ach stronniczo działać tak, aby SKOK-i były pozbawione państwowego nadzoru. Nic takiego nie miało miejsca, co można sprawdzić w sejmowym archiwum. W dodatku miałem działać na rzecz SKOK-ów motywowany uzyskaniem w nich zatrudnienia. To bzdura – po zakończeniu kadencji w 1997 r. wróciłem do pracy w Gdańskiej Stoczni Remontowej im. J. Piłsudskiego.

Jak wygląda działalność kas oszczędnościowo-kredytowych w innych krajach, jaki mają w nich status?

B. K.: Na świecie tego typu instytucje są powszechnie aprobowane i akceptowane przez władze, również przez władze UE. Spółdzielnie kredytowe działają na wszystkich kontynentach. Zawsze są to instytucje adresujące swoje działania do ludzi niezamożnych, często do emigrantów i mniejszości narodowych. Wiadomo, że emigrantom, szczególnie tym w pierwszy pokoleniu, jest na obcej ziemi trudno. C o jednak ciekawe, rozwój spółdzielczych kas kredytowych w Polsce to światowy fenomen. Od wysokiego szczebla działacza światowej Rady Związków Kredytowych w 2002 r. usłyszałem, że to, co Kanadyjczykom zajęło lat 30, w Polsce zrobiliśmy w zaledwie dekadę .

Planowane zmiany przepisów dotyczące kas mają – wedle deklaracji ich twórców – zwiększyć bezpieczeństwo ulokowanych tam pieniędzy. Na czym polegają założenia „ reformatorów ” i jakie będą miały skutki dla SKOK-ów oraz dla spółdzielców-klientów?

B. K.: Nie mogę oprzeć się wrażeniu, które dobrze ilustruje refren żartobliwej piosenki W. Młynarskiego: „ co by tu jeszcze spieprzyć, panowie, co by tu jeszcze …”. Piosenka z innej epoki, a „ chłopaki – psujaki” mają się dobrze. A poważnie mówiąc: nikt w systemie SKOK nie kwestionuje nadzoru państwowej komisji nad Kasą Krajową SKOK. Kasa Krajowa jest spółdzielnią osób prawnych, zrzeszającą wszystkie SKOK-i, która m.in. sprawuje nadzór finansowy nad poszczególnymi kasami i robi to dobrze. Po co to zmieniać? Nie wiem. Powinno być tak : Kasa Krajowa nadzoruje SKOK-i, a sama jest kontrolowana przez Komisję Nadzoru Finansowego. Każde dalej idące rozwiązanie będzie nieefektywne i kosztowne. Rządzący politycy przez zmiany w prawie chcą zdobyć wpływ na tę część rynku finansowego, której nie kontrolują. Zapominają przy tym, że naruszają prywatne prawa właścicielskie członków SKOK-ów, że o samorządności spółdzielczej nie wspomnę. Przyszła mi do głowy ogólna refleksja: od 20 lat stada reformatorów dorywają się do władzy i reformują, reformują…, a po nieudanych reformach posprzątać nie ma komu. Jeżeli coś działa dobrze, to po co zmieniać?

Krytyka SKOK-ów pochodzi również ze środowiska spółdzielczego. Podnoszona jest kwestia rzeczywistego wpływu członków na SKOK-i oraz łączenia poszczególnych kas, co kojarzy się z fuzjami dużych firm.

B. K.: Każdy medal ma dwie strony. SKOK-i urosły liczebnie, a jak wiadomo, przy dużej liczbie członków wpływ jednostki na całokształt działań organizacji jest minimalny. Czyli demokracja członkowska staje się słabsza, mimo zachowania zasad spółdzielczych i statutowych. Nie znam jednak przypadku naruszeń w SKOK-ach zasad spółdzielczej demokracji. Jest w nich t yle wpływu, ile jest aktywności członków – dokładnie tak, jak w innych formach spółdzielczości. Aktywność ta jest sprzężona z aktywnością obywatelską, a tę ciągle budujemy.

Z drugiej strony, liczebność to siła, również kapitałowa. Można wtedy konkurować z bankowymi gigantami, oferując podobną paletę usług. Co do łączenia kas, to w większości miały one charakter naprawczy i dobrowolny. Było też kilka o charakterze komisarycznym, by chronić członków przed nieudolnością i czasem nieuczciwością zarządów – co może być przyczynkiem do oceny aktywności szeregowych członków.

Opowiem na koniec o własnym doświadczeniu w tej kwestii. Po wejściu w życie ustawy o SKOK założyliśmy z przyjaciółmi kasę pod nazwą SKO „Merkury”, w której społecznie pełniłem funkcję przewodniczącego rady nadzorczej. Zrzeszała ona głównie drobnych kupców z Gdańska. Niestety trafiliśmy na barierę w postaci liczby członków. Do kasy przystąpiło około tysiąca osób. Okazało się, że to za mało, aby opłacić wszystkie koszty i generować choć niewielki zysk. W polskich warunkach SKOK może przekroczyć próg rentowności przy liczebności członków powyżej 2500 osób. Mieliśmy do wyboru: wegetować bez możliwości rozwoju lub połączyć się z większym SKOK-iem. Dobrowolnie wybraliśmy drugie rozwiązanie. Członkowie SKOK „Merkury” nie ponieśli żadnej szkody czy straty – wręcz przeciwnie: uzyskali szerszą ofertę usług finansowych.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Konrad Malec, 30 października 2012 r.

Winne są media!

„Z powodu medialnych kłamstw i oszczerstw przegrywamy wybory” – co i rusz huczą zwolennicy największej parlamentarnej partii opozycyjnej. Nacjonaliści stawiają sprawę dosadniej: „Jesteśmy tylko potulnymi patriotami, to »Wyborcza« robi z nas faszystów!”. Nieco zawilej rzecz rysuje się wśród części środowisk lewicowych. Tutaj antymedialne utyskiwania dotyczą raczej odwracania uwagi Kowalskiego od spraw rzeczywiście istotnych. „Mamy kryzys gospodarczy, biedę i rozwarstwienie społeczne, a media wciąż trąbią o Janie Pawle II i katastrofie smoleńskiej” – częstokroć lamentują publicyści i komentatorzy z lewej flanki. Wygląda więc na to, że jedynie obóz rządzący nie ma medialnego orzecha do zgryzienia.

Nie dziwota – liberalny pragmatyzm, owa „ideowość braku idei”, ściśle koreluje, a wręcz zawdzięcza swe istnienie wszelkim „dobrodziejstwom” społeczeństwa spektaklu. W momencie, gdy Demotywatory mają ponad 2 mln fanów na Facebooku, redaktorzy portali spoza głównego nurtu skaczą z radości, gdy liczba ta sięgnie 10 tys. (wartościowe sieciowe czasopisma rzadko jednak przekraczają barierę czterocyfrowej liczby kliknięć „Lubię to”). Jasne, że trudno wymagać od wspomnianego Kowalskiego, aby po wielu godzinach pracy miał ochotę na coś więcej niż rozrywka najniższego sortu. Póki więc w sklepie na rogu puszka Harnasia kosztuje 2,40 zł, a na Wrzucie czy Smogu można za darmo obejrzeć piersi Igi Wyrwał czy Doroty Rabczewskiej, póty Donald Tusk może spać spokojnie.

Z drugiej jednak strony pastwienie się nad Kowalskim i zarzucanie mu lenistwa intelektualnego byłoby czymś niewłaściwym – i to nawet nie dlatego, że społecznikowi/utopiście zwyczajnie nie wypada obrażać się na lud. Tenże lud – by poszerzyć pole widzenia z jednostki na ogół – po prostu wybiera to, co bardziej atrakcyjne, bliższe obiecanemu, kapitalistycznemu rajowi. Status pracownika fizycznego skłania dzisiaj raczej do kreowania się na „klasę średnią”, a nie do epatowania mityczną robotniczą dumą. Proletariusze nie łączą się, lecz za wszelką cenę próbują wejść o szczebel wyżej w drabinie społecznej, paląc jednocześnie za sobą mosty. Każdy, kto na przystanku autobusowym słyszał utyskiwania pasażerów na „nierobów żyjących z zasiłków”, wie, o czym mowa.

Tym samym zagadnienia społeczne, które w praktyce są dużej części owych pasażerów najbliższe, zepchnięte zostały do wąskiej niszy lewicowych intelektualistów. Pół biedy, jeśli są to postaci pokroju Małgorzaty Maciejewskiej. Ta doktorantka, niczym rosyjscy narodnicy, postanowiła „pójść w lud” – zatrudniła się w specjalnej strefie ekonomicznej pod Wrocławiem, a następnie pomogła pracownikom firmy Chung Hong w powołaniu związku zawodowego, walnie przyczyniając się do strajku tamtejszego prekariatu. Za to działanie zresztą dziennikarz „Gazety Wyborczej” określił ją mianem „kreta”.

Takich pozytywnych przykładów jest jednak niewiele. Zazwyczaj prospołeczny przekaz lewicy ginie w natłoku problematyki kulturowej, która oczywiście jest istotna, ale poprzez odwrócenie prymatu bazy ekonomicznej nad jej kulturowo-seksualno-płciowymi pochodnymi te ostatnie stają się w istocie tematem bądź to zastępczym, bądź wręcz odstręczającym. Lewicowe media, owszem, wielokrotnie częściej od tych wysokonakładowych donoszą o strajkach, walkach pracowniczych, blokadach eksmisji, nadużyciach służb mundurowych i szeregu innych istotnych kwestii. Jednocześnie jednak z lewostronnych portali wyciekają – często będące w przewadze – treści dotyczące dekonstrukcji roli kobiet w amerykańskich serialach, poliamorii, problemów transseksualistów czy wreszcie  coraz bardziej jałowy i nudny antyklerykalizm.

Warto w tym miejscu unieść publicystyczną gardę: krytyka antyklerykalizmu nie jest bynajmniej pochwałą katolickiej bigoterii czy obskurantyzmu, lecz jedynie spostrzeżeniem, że antyreligijna furia w wykonaniu np. Ruchu Palikota niesie ze sobą przynajmniej dwa zagrożenia. Po pierwsze w miejscu rozbitej wspólnoty (nb. słowo to jest tytułem wielu gazetek parafialnych) religijnej często powstaje typowo liberalna pustynia, a nie – jak chcieliby tego lewicowi marzyciele – socjalistyczna wrażliwość. Oznacza to ni mniej ni więcej, że naiwna promocja ateizmu może w niektórych przypadkach oznaczać pójście w sukurs indywidualistycznemu, liberalnemu egoizmowi. Po drugie – i chyba jeszcze bardziej niebezpieczne – całokształt problematyki związanej z zagadnieniami czysto światopoglądowymi może zostać z powodzeniem przechwycony przez środowiska nastawione wobec wolnego rynku bynajmniej nie krytycznie. Znamienne, że jeden z koryfeuszy współczesnego libertarianizmu, Murray Rothbard, był zwolennikiem prawa do aborcji, a jeden z kandydatów na prezydenta USA – Gary Johnson – łączy w swym programie skrajny liberalizm w kwestiach podatkowych z aprobatą dla wszelkich swobód obyczajowych.

Obok tematyki poruszanej przez gros lewicowych mediów zastrzeżenia musi budzić także sposób prezentowania informacji. Trudno oczywiście wymagać nienaganności warsztatowej od prowadzonych zazwyczaj społecznie czasopism czy portali, skoro wpadki zdarzają się nawet medialnym gigantom i profesjonalistom. Jednak ciągłe opowiadanie o tym, że w Polsce setki tysięcy dzieci głodują, a kilkadziesiąt procent mieszkańców obszaru między Odrą i Bugiem żyje poniżej minimum socjalnego, może przekonać naprawdę nielicznych. Rzecz jasna III RP obfituje w haniebnie duże obszary biedy, ale taki sposób jej prezentacji czy krytyki niewiele wnosi do sprawy.

Nie należy jednak wyciągać stąd wniosku, że – jak stwierdziła czołowa salonowa antyfaszystka i feministka Kazimiera Szczuka – bieda jest passé. Z całą natomiast pewnością jest to temat trudny, wymagający i nierzadko odpychający. Chwalenie się zamożnością to wszak dowód życiowej operatywności, pracowitości i cnót wszelakich, a obśmiewanie nowobogackich – którego przykładem był choćby zabawny serial „Tygrysy Europy” – wciąż jest nieproporcjonalnie rzadkie w stosunku do lżenia ubogich, wykluczonych czy mniej zaradnych.

Taka – by pozostać przy zastosowanym przymiotniku – niezaradność lewicowych mediów w mówieniu o biedzie, rozwarstwieniu i wykluczeniu społecznym jest tym bardziej zaskakująca, że środowiska prospołeczne posiadają – wypracowane przez dziesiątki lat – język, terminologię i narzędzia analityczne do ukazywania tego wszystkiego, co ukryte za zasłoną kapitalistycznej rzeczywistości. Tymczasem już sama prezentacja badań społecznych często budzi zastrzeżenia i wystawia je na krytykę ze strony sympatyków opcji wolnorynkowej. Choć socjologia jest wśród prawicowców nierzadko uznawana za naukę z gruntu lewicową, to ta właśnie lewica niejednokrotnie ją dyskredytuje.

Przykładowo przy prezentacji szacunków niedożywienia wśród dzieci w Polsce wypadałoby przynajmniej zdefiniować, czym to niedożywienie jest – czy polega ono na tym, że siedmiolatek przyjmuje jedynie 50% zalecanej dla jego wieku porcji kalorii, czy też na tym, że z powodu tanich i niepełnowartościowych posiłków otrzymuje on o 10% za mało wapnia i żelaza, niezbędnych do prawidłowego rozwoju? Nieco podobnie rzecz ma się z krytyką stopy bezrobocia w Polsce: definicja samego zjawiska jest prezentowana zbyt rzadko, przez co często ustawia lewicowego publicystę na z gruntu spalonej pozycji. Łatwo bowiem – nie wiedząc, że bezrobocie to stan aktywnego poszukiwania pracy przy jednoczesnej niemożności jej znalezienia z powodu niewydolności systemu – uznać, że te setki tysięcy to albo nieroby, którym się zwyczajnie nie chce, albo też cwaniaki, pobierające zasiłki i pracujące w szarej strefie. Przykładów podobnych niedociągnięć czy niestaranności w przedstawianiu danych statystycznych jest dużo, dużo więcej.

Wypada także wspomnieć, że problemy społeczne są pożywką dla ekstremy. Trudno o wiarygodność i atrakcyjność lewicowej krytyki kapitalizmu, która – nawet jeśli nienaganna merytorycznie – jest jednocześnie narzędziem grup niedemokratycznych. Jeśli piętnowanie wysokiej stopy bezrobocia i zdjęcie osoby szukającej żywności czy puszek w śmietniku wylądują na stronie internetowej, która na swej winiecie ma fotografię Lenina czy innego czerwonego dyktatora, to w kraju tak silnie obciążonym komunistyczną przeszłością przynieść musi opłakane skutki dla budowania społecznej świadomości w temacie problemów natury ekonomicznej.

I choć wiele lewicowych mediów swą nieudolnością potęguje jedynie dominujący przekaz liberalny, nie brak przecież i pozytywnych przykładów w tej sferze. Niejeden niszowy serwis, zamiast standardowego utyskiwania na niski poziom debaty publicznej w Polsce, zainicjował ciekawą dyskusję na swych łamach, przyciągając do niej publicystów spoza salonu. Poza kreacją intymnego przekazu tekstowego w dobie „zmierzchu ery Gutenberga” docenić należy także wszelkie próby ujmowania zagadnień społecznych w ramy przekazu audiowizualnego. Szereg popularnych portali, których użytkownicy wymieniają się grafikami skłaniającymi do śmiechu lub namysłu, otwiera przecież olbrzymie pole działalności propagandowej dla opcji prospołecznej. Należy stwierdzić z satysfakcją, że w Internecie krąży już sporo ciekawych rysunków i zdjęć krytycznych wobec rynkowej rzeczywistości.

Przede wszystkim jednak godnymi dostrzeżenia i poparcia są wszelkie happeningi i akcje bezpośrednie. Lewicy co prawda rzadko udaje się zmobilizować duży tłum do manifestowania, ale jej przedstawicielom nie brak przecież ciekawych pomysłów, możliwych do zrealizowania stosunkowo niewielkim nakładem sił i środków. Poznański Marsz Żebraków, wymierzony w elitarystyczną politykę prezydenta Ryszarda Grobelnego, czy happeningowe omdlenie kilkunastu osób w warszawskiej strefie kibica podczas Euro 2012 przemawiają do wyobraźni dużo lepiej niż najbardziej rozbudowana i profesjonalna analiza.

Stara łacińska maksyma głosi, że kropla drąży skałę nie siłą, lecz częstym spadaniem. Dokładnie tak rzecz ma się z budzeniem świadomości społecznej. Własne media i własny język są oczywiście niezmiernie istotne, ale najistotniejsze jest pozostanie częścią zbiorowości. Piękny przykład dają tu poznańskie środowiska lokatorskie i anarchistyczne, które od kilku miesięcy aktywnie działa w obronie lokatorów kamienicy przy ul. Stolarskiej. Ludzie ci, prześladowani przez ekipę kamienicznika, przy wsparciu uczestników Federacji Anarchistycznej zdołali stworzyć przestrzeń inicjatyw społecznych, których uczestnicy pełnią zarazem straż obywatelską, patrząc na ręce właścicielom kamienic i policji oraz przechodząc automatycznie szkołę demokracji bezpośredniej. A że stawianie oporu wobec niesprawiedliwości to stara polska tradycja, to i powiewające tam biało-czerwone flagi w żaden sposób nie kolidują z hasłami środowiska anarchistycznego.

Piotr Kuligowski

Idę poboczem

Jechałem busem, teraz idę poboczem drogi. Wtedy była późna zima albo bardzo wczesna wiosna, teraz pięknie dogasa lato, rozkwita jesień. Tam była Małopolska, tu jest Wielkopolska. Tu nie ma busów, nie ma też właściwie autobusów, poza szkolnymi od poniedziałku do piątku, pomijając czas wakacji. Nie jeżdżą również pociągi, ku radości chwastów, ziół i zbóż, bujnie rozkwitających i zarastających tory. Jesteśmy jakieś czterdzieści kilometrów od Poznania, ponad dwadzieścia lat po Polsce Ludowej, sprawiedliwość dziejowa i społeczna zachichotały się tutaj na śmierć i spoczywają pod przydrożnym krzyżem, obok małej flaszki po żubrówce i kartonika po soku pełnym witamin i utrwalaczy oraz – reklamowanych w telewizji – szczęścia, samospełnienia i relaksu. Trzeba jednak przyznać, że jest tu bardzo ładnie i umierające ze śmiechu dwie damy wybrały miejsce zgonu wedle najlepszych wzorów malarstwa rodzajowego. Sam mógłbym tu kiedyś umrzeć, na tym rozgrzanym poboczu szosy, obok drzew, które kojarzę z dzieciństwa, i obok tutejszego nieba, które chyba mnie jeszcze pamięta.

Idę niespiesznie i na podstawie obserwacji pobocza analizuję wybory konsumpcyjne rodaków: od papierosów, przez przekąski, po alkohole. Choć może lepiej byłoby mówić o tym, jakie preferencje konsumpcyjne narzucili nam specjaliści od marketingu. Jest ciepło, idę w stronę Manieczek, „osady im. Józefa Wybickiego”, jak informował w zamierzchłych czasach wielki napis wjazdowy do wsi. Rytmicznie wybijam krok, marsz, marsz, Wołodźko. Marsz, marsz, idą ze mną cień i pamięć o czasach, gdy tutejszymi drogami przejeżdżały nyski, żuki, maluchy, duże fiaty, polonezy, wołgi, bizony, ursusy i przerośnięte, wielkie radzieckie traktory, nie wiedząc, że niebawem zardzewieją w zapomnieniu, że traktorzyści przejdą na rentę, a ludzie dobrej, partyjnej roboty przesiądą się do mercedesów. Marsz, marsz, Wołodźko, uff, jak gorąco, puff jak gorąco, stoi na stacji lokomotywa, ciężka, ogromna i pot z niej spływa – tłusta oliwa. Stoi i sapie, dyszy i dmucha. Stop, stop – nie ma lokomotywy, zamknięte na cztery spusty dworce kolejowe, zamknięte szkoły podstawowe, jedna, druga, trzecia. Jest autobus, zbiera wiejskie dzieci na blaszanych, podniszczonych przystankach; jesień, zima, wiosna, autobus wyrzuca dzieci przed szkołą, lekcje zaczną się za półtorej godziny. Deszcz, mróz, ciemno, blaszana wiata, czekanie na szkolnym korytarzu – uczą życia. Tu jest Polska, nie Norwegia. Pisma do dyrekcji PKS w Śremie nic nie dały – mówi mama, emerytowana polonistka. Patrz, Wybicki, na syf, z nieba.

Idę. Nad brzegiem Warty mężczyzna sika w nurt rzeki. Piszę. Choć na dobrą sprawę lepiej będzie zapalić papierosa, żeby dać odpocząć pamięci. Słucham „Zesłania studentów” Kaczmarskiego, ale myślę o strajku dzieci we Wrześni w roku 1901. Czytam nowy „Kontakt” z obszernym działem na temat polskiej edukacji. I informację o rekordowej liczbie szkół zamkniętych w tym roku: „Samorządy twierdzą, że likwidacja szkół jest dla nich jedynym sposobem, żeby chronić własne budżety. Zamykają placówki nawet wbrew negatywnym opiniom kuratorów. W woj. lubelskim w tym roku zniknęło 126 placówek (planowano zlikwidować 135), w Małopolsce 135 (z planowanych 143), a w Wielkopolsce aż 151 (o 21 mniej niż planowano)”. Słucham – „pędzimy przez polską dzicz / Wertepy chaszcze błota / Patrz w tył tam nie ma nic / Żałoba i sromota”…

Idę pieszo, ze spuszczoną głową, powoli, Ziemia, planeta ludzi, toczy się leniwie pod stopami, coraz dłuższy cień, coraz szybciej zapada zmrok, senne dzieci będą czekać pod blaszaną wiatą, coraz dalej i dalej od domu – tyle jeszcze szkół do zamknięcia, trochę tu jeszcze cywilizacji do rozbiórki, władza nie ustaje przecież w wysiłkach. Żałoba i sromota, polska dzicz. Idę w kierunku Manieczek. Marsz, marsz Dąbrowski? Jaka to melodia dogorywa w tym byle jakim państwie? Jeszcze Polska nie zginęła… Jeszcze nie? W rowie leży butelka po popularnym napoju energetycznym. Pytanie konkursowe: jaki spot reklamowy nadaje się najlepiej na nasz nowy hymn? Jaki tekst? Ale urwał, ale urwał, ale urwał! – póki my żyjemy?

We wzmiankowanym „Kontakcie” wywiad z profesorem Tomaszem Szkudlarkiem, zatytułowany „Walka klas”. Profesor mówi: „Powinniśmy uniemożliwiać elitom ucieczkę w kierunku enklaw uprzywilejowania. Utrudniajmy budowę zamkniętych osiedli i zapobiegajmy powstawaniu bardzo selekcyjnych szkół. Nie robiąc tego, doprowadzamy do zaistnienia lawinowego rozwarstwienia społecznego”. I jeszcze: „Szeroka koalicja ciężko pracuje dziś na to, by uczniowie uzyskiwali jak najlepsze wyniki w wystandaryzowanych testach. Szkoły są tym zainteresowane ze względu na miejsca rankingowe, rodzice – w trosce o kariery swoich dzieci, same zaś dzieci – z myślą o przejściu do następnego etapu edukacji. /…/ Ta sytuacja zaczyna wywierać wpływ na kulturę pokoleniową. Możemy wręcz mówić o instytucjonalnym spacyfikowaniu najmłodszej generacji. Jej przedstawiciele kompletnie stracili zainteresowanie buntem, nie mają wyobrażenia, że mogliby kolektywnie działać na rzecz jakiejś zmiany. Szkoła uczy młodych ludzi rywalizacji i daje im nadzieję wyłącznie na indywidualną emancypację: każdy może coś dla siebie znaleźć, pod warunkiem, że wypadnie lepiej od swoich rówieśników. Sprywatyzowana wizja wolności i zindywidualizowana wizja sukcesu nie są podpięte pod żaden interes pokoleniowy, społeczny czy klasowy. Te kategorie zostały zatarte”. Ale choć zakamuflowany, interes klasowy wciąż istnieje: „My po prostu chcemy [do segregacji] doprowadzić. My – to znaczy dominujące grupy społeczne. /…/ W rezultacie rodzice wybierają takie szkoły, w których ich dzieci mogą spotkać się wyłącznie z dziećmi z rodzin o podobnym statusie społecznym”.

Na najbardziej podstawowym zatem poziomie, bo dzisiejsze dzieci to będzie za 20-30 lat polska teraźniejszość, dochodzi do coraz ostrzejszej segregacji kulturowo-ekonomicznej. Za segregacją idzie petryfikacja społeczeństwa, które wciąż nie stworzyło odpowiednio szerokiej klasy średniej ani nie ma elit w większości innych niż nowobogackie. Klasy niższe będą zatem stopniowo pozbawiane kultury wyższej jako elementu własnej tożsamości, ale także identyfikacji ogólnospołecznej czy narodowej. Mówiąc wprost: dzisiejsza antyedukacja jest nie tylko drogą do dziedziczenia biedy, ale i katalizatorem wynarodowienia. Nie jestem szczególnie zdziwiony, że nie dostrzega tego część prawicy, tak chętnie szermującej patriotycznymi hasłami. Jest ona dość skutecznie otępiona neoliberalnymi sloganami, które przyjmuje jako jedyne antidotum na rzeczywistość. Popularność home schoolingu, (katolickie) prywatne szkoły dla bogatych i bogobojnych – rodzina jest najważniejsza, społeczeństwo nie istnieje, albo istnieje mimochodem, jak uliczne przedstawienie rozgrywane za oknami nieco lepszego świata. Ale któregoś dnia w społeczeństwie spauperyzowanym i pozbawionym wspólnych kodów kulturowych i uniwersalnych intuicji etycznych obróci się to przeciw piewcom uciekającej we wsobność rodziny. I wtedy klasy (nieco) wyższe odczują ze zdumieniem, że nie ma sensu wołać „do braci Polaków”, jak nie miało to sensu, gdy szlachta nagle ku swej zgryzocie odkryła, że nic nie obchodzi pańszczyźnianego, nieustannie poniewieranego chłopstwa; więcej: że budzi jego gniew i resentymenty.

Tak, wiem, prawica walczy dziś o lekcje historii. Jest to jednak walka Polski „milusińskiej” i cokolwiek zapyziałej w myśleniu o świecie – ze skutkami, nie z przyczynami zjawiska. Podobnie z instytucjami kultury – większość znanych mi przedstawicieli prawicy ma jakiś ulubiony teatr, operę czy polonijną rozgłośnię radiową na obczyźnie, na które raptem „nie ma pieniędzy”. Wtedy podnosi się larum i lament – finis Poloniae! Koniec świata! Nie wiedzą, zatroskani milusińscy, że „innego końca świata już nie będzie”, że rzecz już dawno przesądzono i teraz powoli dogasa tu cywilizacja – „i tak się właśnie kończy świat, nie hukiem, ale skomleniem”. A przecież lepiej im nie mówić o polityce społecznej rozumianej inaczej niż „socjal”, o obowiązkach państwa wobec kultury – wiadomo, PRL i socjalizm. Chcieliście taniej Polski? „No to ją macie, skumbrie w tomacie, pstrąg”… A będzie jeszcze tańsza, zaś wy będziecie gardłować za zmniejszeniem podatków, a równocześnie płakać po swoich ulubionych filiżankach, rozjeżdżanych gąsienicami czołgu toczącego się pod wolnorynkowym sztandarem.

Idę wielkopolską drogą. Ja idę. Ty idziesz. On, ona, ono idzie. My stoimy w osobnej kolejce po darmowy obiad w przyszkolnej, sprywatyzowanej stołówce, wy czekacie po lekcjach na szpetnym, śmierdzącym dworcu na przepełniony pociąg, oni jeżdżą do prywatnego liceum samochodami rodziców. Ala ma kota, ale nie ma na tornister. Ola ma Asa, As ma kły, pilnuje posesji rodziców. Taką Polskę zapamiętają z młodości, taka ich ukształtuje, takie będą Rzeczpospolite, jak tej młodzieży na zasyfionych dworcach, w przepełnionych klasach czekanie i chowanie. Taka będzie elita, jaka jej obcość i odrębność od niżej stojących klas.

Idę poboczem, pilnując stóp przed koleinami, mijam nadajnik telefonii komórkowej, drewniany smukły krzyż, rdzewiejącą wiatę PKS, mijam wschody i zachody słońca lata i jesieni. Słucham barda: „A nas tych kilka małych miejsc wciąż boli”.

Krzysztof Wołodźko

Inne drogi rozwoju

Czy istnieje tylko jeden – zachodni i neoliberalny – pomysł na dynamiczny rozwój gospodarczy? Czy państwo sprzyja wzrostowi dobrobytu, czy gwarantuje go rzekomo jedynie „niewidzialna ręka rynku”? Czy istnieje ekonomia bez wartości, poza kulturą i tożsamością społeczeństw? Dlaczego edukacja sprzyja społeczno-gospodarczej prosperity? Czy transformacja ustrojowa musi oznaczać antyspołeczne „reformy”? Czego Polacy mogliby się nauczyć od Azjatów? Książka Haesung Lee „Kapitalizm konfucjański. Koreańska droga rozwoju” pozwala przemyśleć te i podobne kwestie.

Publikacja zaspokoi ciekawość każdego, kto interesuje się problemem gospodarek lokalnych i globalnej, wpływem kultury i religii na kwestie społeczne, analizuje różne modele ekonomiczne, możliwe rodzaje transformacji, kryzysów oraz rozwoju rynków i państw. Jest to zarazem książka z pogranicza filozofii społeczeństwa i historii idei, umożliwia wgląd we wciąż aktualne spory dotyczące przechodzenia od jednych typów ustrojowych do innych. Stanowi dobrze uargumentowany głos w dyskusji, czy istnieje jeden globalny, neoliberalny model rozwoju i reform, który działa efektywnie zawsze i wszędzie na mocy uniwersalnych zasad ekonomicznych. Jest to zatem – choć mówi o odległym państwie – książka również o ustroju gospodarczym, który w oczach wielu Polaków zajmuje dziś miejsce, jakie niegdyś piastowała sowiecka wersja marksizmu ze swoimi doktrynerskimi poglądami na temat „konieczności historycznych”.

Jak zauważa w recenzji książki prof. Tadeusz Paleczny, jest to pierwsze w socjologii polskiej studium historyczno-porównawcze odnoszące się do dwóch wielkich tradycji filozoficznych, społecznych i ekonomicznych. Z jednej strony autor odnosi się do analizy znaczenia weberowskiego racjonalizmu, etyki protestanckiej i ducha kapitalizmu liberalnego (indywidualistycznego), z drugiej prezentuje model konfucjański, kolektywistyczny, wspólnotowy, w pewnym sensie konserwatywny.

Rozdział pierwszy omawia konfucjanizm i wartości konfucjańskie, drugi wprowadza w zagadnienie „konfucjanizm a system gospodarczy”. Część trzecia to analiza teoretyczna rozwoju gospodarczego krajów Azji Wschodniej. Czwarta z kolei daje wgląd w historyczne realia rozwoju gospodarczego Korei. Obejmuje lata od 1876 do okresu rozwoju gospodarczego Republiki Korei w ramach kapitalizmu światowego. W ostatnim rozdziale przyglądamy się relacjom między etyką konfucjańską a „duchem (zachodniego) kapitalizmu”. W zakończeniu autor kreśli możliwości i ograniczenia kapitalizmu konfucjańskiego.

System konfucjański opiera się na życiu rodziny jako pierwotnym elemencie ładu społecznego. Stąd wniosek, że jeśli ktoś nie odczuwa miłości i szacunku wobec własnych rodziców, nie można oczekiwać, że będzie okazywał miłość i zainteresowanie wobec innych osób. Klimat moralny społeczeństwa wynika z więzi pierwotnych, z wychowania. Powie ktoś, że znamy dobrze ten rys pedagogiczny i etyczny z rodzimych realiów. Jednak w kulturze konfucjańskiej idzie on dalej: Jednostka nabywa swoją tożsamość w grupie społecznej, a nie dzięki własnym cechom. Dlatego następną pożądaną cechą relacji między osobą a otoczeniem jest w konfucjanizmie użyteczność, która rozgrywa się na płaszczyźnie obowiązku: Konfucjusz uważał, że jeśli każdy wypełnia swoje obowiązki wynikające z zajmowanej pozycji społecznej, to społeczeństwo jako całość cieszyć się będzie porządkiem.

Jak zauważa Lee, konfucjanizm poprzez swoisty system wartości znacząco wpływa na różne obszary życia jednostkowego i społecznego. Stąd najważniejsza kwestia, stanowiąca sedno książki, wyraża się w pytaniach: Czy wpływ ten da się także zaobserwować na płaszczyźnie gospodarczej? Czy konfucjanizm odcisnął swoje piętno na systemach gospodarczych krajów Azji Wschodniej, a jeśli tak, to jakie są konsekwencje tego wpływu? I odpowiada: Długotrwała, bo licząca sobie ponad dwa tysiące lat obecność konfucjanizmu w kulturze społeczeństw wschodnioazjatyckich nie mogła pozostać bez wpływu na życie gospodarcze. Tu pojawia się pytanie, jaki charakter miał ten długofalowy, wieloaspektowy wpływ: pozytywny czy negatywny?

Haesung Lee omawia przeciwne sobie teorie dotyczące tej kwestii. Pierwsza stwierdza negatywne oddziaływanie konfucjanizmu na realia społeczno-gospodarcze i ustrojowe. Pochodzi ona od Maxa Webera, który dowodził, że system ten wpływał negatywnie na innowacyjne procesy gospodarcze, gdyż uzależniał je od tradycji, lokalnych obyczajów czy woli urzędnika. Konfucjanizm miał być zatem ekonomicznie nieracjonalny. Dysponował inną racjonalnością, ukierunkowaną na rodzinę i społeczeństwo hierarchiczne. Tymczasem istotne dla rozwoju kapitalizmu na Zachodzie było zastąpienie lojalności opartej na stosunkach osobistych przez bezosobowe zobowiązania. Odejście od personalizmu było dla Webera jednym z haseł zarówno nowoczesnej ekonomii, jak i nowoczesnego państwa – przypomina Lee. Świat fundamentalnie hierarchiczny, osadzony głęboko w relacjach interpersonalnych, jest tutaj skostniały, nieelastyczny. Znamienna jest pewna historiozoficzna, eurocentryczna kalka, jaką posłużył się Weber, stwierdzając, że dopóki Chiny będą społeczeństwem rolniczym, żyjącym wedle zasad konfucjanizmu, „żyć będą w średniowieczu”.

Odmienne spojrzenie przynoszą teorie współczesnych myślicieli wywodzących się z Azji. Zdaniem chińskiego analityka Ying-Shi Yu w pierwszej kolejności należy dokonać wyczerpującej analizy chińskiej ekonomii i historii idei, w celu stworzenia solidnej podstawy empirycznej do dalszej dyskusji i odrzucenia dotychczasowych wysoce spekulatywnych studiów. Uczony dowodzi, że u podstaw tej konieczności stoi zrozumienie specyfiki i odrębności cywilizacyjnej Azji, a zatem uchwycenie odrębności procesu rozwojowego, który nie jest i nie może być kalką świata zachodniego. Tymczasem zarówno poglądy Webera, jak i azjatycka recepcja marksizmu podkreślały zależność (a tym samym wtórność) rozwoju cywilizacyjnego Azji od Zachodu. Panowało przekonanie, krytykowane przez Ying-Shi Yu, że model studiów rozwoju historycznego zaproponowany przez Marksa dla warunków europejskich posiada uniwersalną ważność, to znaczy, że stanowi on model rozwoju społecznego stosowalny do wszystkich społeczeństw ludzkich. Ale ten właśnie pogląd ma być kardynalnym błędem, ważącym także na ocenie konfucjanizmu.

Haesung Lee analizuje następnie poglądy innej szkoły uczonych, twierdzących, że Azja Południowa, Wschodnia i Południowa, Ameryka Łacińska i świat islamu oraz Afryka także będą mogły uczestniczyć w procesie modernizacji, nie pozbywając się swojej odrębności kulturowej (z całą pewnością należałoby tutaj dodać także kraje postkomunistyczne Europy). Jako najwybitniejszego przedstawiciela tego środowiska autor „Kapitalizmu konfucjańskiego” wskazuje pochodzącego z Chin profesora Harvardu, Tu Wei-Minga. Uczony ten twierdzi, że w „krajach konfucjańskich” (Chiny, Japonia, Korea) w różnych okresach następowała modernizacja bez równoczesnej westernizacji regionu.

Jakie mogą być dobroczynne skutki takiej sytuacji? Zdaniem Tu Wei-Minga przywódcza rola rządu w gospodarce rynkowej jest konieczna. Liberalnej doktrynie Zachodu, jakoby rząd był „złem koniecznym”, a rynek sam mógł stanowić „niewidzialną rękę” kierującą społeczeństwem, sprzeciwiają się doświadczenia wielu krajów usiłujących budować gospodarkę kapitalistyczną w oparciu o tę ideologię i danie pierwszeństwa żywiołowym procesom ekonomicznym. W krajach tych obserwuje się daleko posuniętą polaryzację społeczeństwa, poważne zjawiska patologiczne (narkomania, alkoholizm, przemoc) oraz poczucie osamotnienia jednostki, anonimowość. […] Dla tworzenia i utrzymania ładu społecznego niezbędne jest funkcjonowanie rządu wrażliwego na potrzeby obywateli, odpowiedzialnego za ich dobrobyt i odpowiadającego przed ogółem społeczeństwa.Ten właśnie model „wrażliwego rządu” zawierać ma tradycyjne elementy konfucjańskie, stanowiące naturalną część tożsamości niektórych państw azjatyckich.

W ostatniej części drugiego rozdziału Haesung Lee bada zawartość samego pojęcia „kapitalizm konfucjański”, związanego z sukcesem gospodarek azjatyckich w latach 70. i 80. XX wieku. Jego częściami składowymi miały być m.in. silne przywództwo, szacunek dla ciężkiej pracy, poświęcenie się edukacji, oparcie relacji międzyludzkich na rodzinie. Co interesujące, sam termin „kapitalizm konfucjański” wymyślili Europejczycy, przejęto go jednak najpierw w Japonii, później w Korei Południowej. Jego integralną część stanowi następujący pogląd: Teza, że interwencja rządu to – nawet w najlepszym przypadku – zło konieczne, nie znajduje potwierdzenia w odniesieniu do systemów ekonomicznych Azji Wschodniej […]. Interwencja rządowa przyjmuje tam bardzo zróżnicowane formy i często przynosi pozytywne efekty gospodarcze w początkowych fazach rozwoju. Widzimy tu jednak znamienny kompromis na rzecz doktryny neoliberalnej, skoro „interwencjonizm” czy „etatyzm” traktowane są jako pewien rozwojowy etap peryferyjnego kapitalizmu, nieustannie odnoszonego do ekonomicznego i symbolicznego „centrum” – ekonomii Zachodu.

Jak zauważa Lee, w okresie ostatnich pięciu tysięcy lat na terenie Azji Wschodniej funkcjonował najsilniejszy system gospodarczy na świecie. Dopiero dziewiętnastowieczna rewolucja przemysłowa w Europie zmieniła tę sytuację […]. Nowoczesny kapitalizm nie rozwinął się w Azji Wschodniej samoistnie, lecz pod wpływem zachodniego imperializmu. Przez Azję Wschodnią autor „Kapitalizmu konfucjańskiego” rozumie tzw. Większą Azję Wschodnią, czyli poza Chinami, Japonią, Koreą Południową obejmuje nią kraje grupy ANIC (Asian Newly Industrializing Countries), czyli Tajwan, Hong Kong i Singapur. Dla rozwoju kapitalizmu na tym obszarze kluczowe okazały się w przypadku Japonii lata 1950–1953 (nakręcenie koniunktury w czasie wojny koreańskiej), w przypadku Korei Południowej i państw ANIC lata 60. i 70., zaś lata 70. dla Chin. Według analiz Banku Światowego – komentuje Lee – rozwój krajów tego regionu cechowały w tym okresie nie tylko niezwykle wysokie wskaźniki wzrostu ogólnej działalności gospodarczej i produkcji na głowę mieszkańca, ale także skuteczne przeciwdziałanie długotrwałej nędzy.

Warto zwrócić uwagę, na przykładzie Korei Południowej, jak zmieniały się struktury gospodarcza i eksportowa oraz jak kształtował się dochód narodowy w epoce powojennej. Możemy tu mówić o rzeczywistych rewolucjach przemysłowej i społecznej. I tak w roku 1953 rolnictwo, leśnictwo, rybołówstwo obejmowały 47,3% całego dochodu narodowego Korei. W roku 1980 już tylko 14,7%, a w 1997 niecałe 6%. Z kolei budownictwo, zaopatrywanie w energię elektryczną, gaz i wodę to w roku 1953 tylko 2,6% całego dochodu narodowego, w 1980 r. już 10,1%, a w 1997 r. – 16,9%. Działalność produkcyjna to w roku 1953 jedynie 9,0%, a w 1997 r. już 25,7%. Udział administracji publicznej, edukacji, ochrony zdrowia, opieki socjalnej, pozostałej działalności usługowej, komunalnej i socjalnej w dochodzie narodowym badano w Republice Korei dopiero od 1970 r. Wówczas wynosił on 9,4%. Do roku 1997 wzrósł dość nieznacznie, do 11,2%.

Warte odnotowania są także zmiany w strukturze eksportu, gdyż to on przez lata windował wzrost gospodarczy tego kraju: na początku uprzemysłowienia, w 1964 r., surowce stanowiły 45,3% eksportu, zaś wyroby przemysłu lekkiego – 45,3%. Później udział przemysłu ciężkiego i chemicznego wzrósł do 72,3%, a przemysłu lekkiego zmalał do 20,4%, surowców – do 7,3%.

Haesung Lee analizuje także sytuację ruchu związkowego w Korei Południowej, dotykając w ten sposób ciemnych stron rozwoju. Polityka władzy wobec związków była represyjna – zarówno rząd, jak i pracodawcy wspólnie dbali, żeby płace utrzymywały się na dość niskim poziomie, obydwie strony były bowiem zainteresowane konkurencyjnością koreańskich produktów na światowych rynkach, a właściciele przedsiębiorstw dodatkowo wyższymi zyskami. […] W sytuacji niskich płac, złych warunków pracy i represyjnego prawa pracy, w połowie lat 80. zaczął się rozwijać ruch związkowy. Znacząco wzrosła liczba strajków i lokautów, zwiększając się z 276 przypadków w 1986 r. do 3617 w 1987 r. Można tu zaryzykować nieco ironiczną tezę, że tak oto Korea Południowa stała się drugą Polską Ludową, zrewoltowaną przez „Solidarność”.

Znaczny wpływ na rozwój ruchu związkowego miało powstanie klasy wysoko i średnio wykwalifikowanych robotników, zatrudnionych w dużych zakładach przemysłu ciężkiego. Co ciekawe, ważna dla rozwoju ruchu związkowego była rola studentów i organizacji religijnych: według nieoficjalnych danych, ponad 3000 studentów zostało robotnikami w latach 80., ukrywając swe wykształcenie po to, aby zatrudniono ich na stanowisku niewymagającym wykształcenia średniego, aby móc bezpośrednio inicjować protesty robotnicze.

Zaistniałe zmiany społeczno-gospodarcze musiały wzbudzić zainteresowanie specjalistów. Autor książki omawia zatem różne analizy przemian w Azji Wschodniej. Przedstawia m.in. klasyczną teorię rozwoju, wedle której pojęcie modernizacji jest równoznaczne z westernizacją, a Zachód postrzegany jest jako nośnik kompleksu cech będących synonimem nowoczesności, przewyższający cały świat […] we wszystkich wymiarach – społecznym, politycznym, gospodarczym. Jednak ta skrajnie imitacyjna koncepcja nie mogła wyjaśnić całej złożoności kapitalizmu konfucjańskiego. Inne wytłumaczenie daje tzw. model afektywny, w którym kluczową rolę odgrywają emocjonalne więzi i zorientowanie na grupę. Ma to prowadzić do szeregu istotnych różnic między gospodarkami Azji Wschodniej a Zachodu. Hung-Chao Tai, profesor nauk politycznych i międzynarodowej ekonomii politycznej na uniwersytecie w Detroit, twierdzi, że firmy wschodnioazjatyckie nie tylko mają przynosić zysk, ale także pełnić rolę twórcy więzi między pracownikami. Ponadto w modelu wschodnioazjatyckim najważniejsza jest lojalność i wiara w firmę oraz w interes narodowy. Poza tym narody należące do tradycji konfucjańskiej są bardziej zorientowane na przyszłość, mieszkańcy Azji Wschodniej są cierpliwi, nastawieni raczej na długoterminowe myślenie strategiczne niż na natychmiastowe zyski. Tai podkreśla także bardzo duże znaczenie edukacji w kapitalizmie konfucjańskim, traktowanej niemal jako „religia narodowa”. Ostatecznie, zdaniem tego naukowca, ekonomiczny sukces krajów ANIC był możliwy dzięki połączeniu uprzemysłowienia z kulturą zorientowaną na człowieka (innymi słowy, wartościami konfucjańskimi).

W czwartej części książki Lee opisuje kwestie rozwoju gospodarczego Republiki Korei: od kraju peryferyjnego, zależnego od Japonii, do państwa, które po II wojnie światowej dzięki wejściu w orbitę wpływów Stanów Zjednoczonych miało szansę znaleźć się w „centrum” światowego systemu gospo­darki. Po pierwsze jednak, jak podkreśla autor, sukces gospodarczy Korei Południowej był możliwy dzięki czynnikom zewnętrznym (za wzrostem gospodarczym krył się wysoki stopień uzależnienia od handlu zagranicznego). Po drugie, nawet stopniowa zmiana struktury gospodarki Republiki Korei nie uchroniła tego państwa od problemów gospodarczych pod koniec XX wieku, w tym kryzysu walutowego z roku 1997. Stąd konkluzja autora „Kapitalizmu konfucjańskiego” brzmi: o ile nie zmienią się warunki pozaekonomiczne, Korea Południowa nadal będzie odgrywać rolę semiperyferyjną, tylko sąsiadując w światowym rankingu z państwami wysokorozwiniętymi. Zwracam uwagę na tę kwestię, eufemistycznie określoną jako „warunki pozaekonomiczne”, ponieważ pokazuje ona, wbrew dobrze znanym wolnorynkowym sloganom, jak bardzo geopolityka i interesy mocarstw determinują procesy ekonomiczne i społeczno-gospodarcze. Nawiązując do pewnej znanej myśli: rynek może mieć zawsze rację, o ile pozwolą mu na to kanonierki Wielkiego Brata.

W ostatniej części pracy Haesung Lee uszczegóławia kwestie związane z instytucjonalizacją wartości konfucjańskich na gruncie kapitalizmu wschodnioazjatyckiego. Są to kwestie nader pouczające także z polskiej perspektywy. Lee stwierdza: Mimo tego, że Korea realizowała zasady kapitalistycznego ustroju gospodarczego, większość Koreańczyków zdecydowanie uważała, że sektor prywatny powinien być podporządkowany instytucjom państwowym. To przekonanie, wywodzące się z konfucjanizmu, miało poważne skutki dla polityki państwa wobec przedsiębiorstw, w tym także wobec wielkich konglomeratów. I tak w latach 70., mimo nie najłatwiejszej sytuacji gospodarczej, rząd przeznaczył duże środki na rozwój kilku gałęzi przemysłu ciężkiego (stalowego, maszynowego, stoczniowego). Była to konieczność ze względu na uprzemysłowienie i obronność kraju, jednak same przedsiębiorstwa nie były zainteresowane strategią rządową. Władze zatem narzuciły swoją politykę gospodarczą: W ten sposób państwo południowokoreańskie nie tylko promowało wzrost gospodarczy, ale także stworzyło klasę kapitalistów, klasę średnią i wykwalifikowaną siłę roboczą.

Autor „Kapitalizmu konfucjańskiego” przedstawia także powstanie i rozwój południowokoreańskich korporacji, czyli chaeboli (czeboli). Termin ten oznacza duże przedsiębiorstwo prywatne/gospodarcze, a wedle bardziej wnikliwych definicji grupę składającą się z dużych firm należących do członków rodziny lub ich krewnych i przez nich zarządzanych, działającą w wielu różnych dziedzinach gospodarki. Chaebole datują swój znaczny rozwój na lata 70., choć ich korzenie sięgają epoki okupacji japońskiej. W latach 80. osiągnęły tak wysoki stopień rozwoju, że stały się właściwie suwerennymi bytami, rozszerzyły swą działalność w sposób niezwykle ekspansywny i zaborczy. Ten sposób zachowania się na rynku określano terminem „macek ośmiornicy”.

Narastające patologie i kryzys wymusiły konieczność reform. Geneza, rozwój i patologie południowokoreańskich korporacji świetnie ukazują, zdaniem Lee, blaski i cienie konfucjańskiej kultury i kapitalizmu konfucjańskiego. W tradycyjnym społeczeństwie konfucjańskim więzy rodzinne, klanowe i państwowe są najistotniejsze, i w związku z tym odgrywają znaczącą rolę w tworzeniu i funkcjonowaniu chaeboli. W takich warunkach dały o sobie znać na dużą skalę także negatywne strony zjawiska: znaczny lobbing, powstawanie układów koleżeńskich i wzajemnego protekcjonizmu między lobbystami a organami wykonawczymi, pomiędzy grupami chaeboli a biurokracją państwową. Doszło do nakładania się sfery publicznej na prywatną.

Haesung Lee analizuje także wpływ instytucjonalizacji wartości konfucjańskich na płaszczyźnie edukacyjnej. Edukacja nie jest tu traktowana tylko jako zdobywanie informacji i wiedzy. Jest drogą do uczynienia człowieka lepszym, bardziej społecznym. Jak podkreśla autor „Kapitalizmu konfucjańskiego”, w powojennej Korei edukacja stała się fundamentem awansu społecznego oraz głównym czynnikiem rozwoju gospodarczego. Rodzice poświęcają wiele czasu i środków finansowych na edukację swych dzieci. Dobrze wykształceni Koreańczycy odegrali kluczową rolę w absorpcji zaawansowanych technologii z krajów rozwiniętych i dzięki nim Korea osiągnęła wysoki stopień postępu technologicznego. Sukcesy edukacyjne wynikły przede wszystkim z przyjętej strategii, która miała swoje zaplecze w wartościach kulturotwórczych konfucjanizmu. Rząd koreański, stawiając czoła globalnej konkurencji, aktywnie wspierał edukację i kształcenie swoich pracowników.

Raz jeszcze chciałbym podkreślić wagę tej książki dla polskiego czytelnika. Haesung Lee stwierdza: Kraje Europy Wschodniej i Środkowej oraz Bliskiego Wschodu, w których dominuje chrześcijański lub islamski model system wartości i porządek społeczny […] powinny rozwinąć własny model kapitalizmu, w zgodzie ze swoim historycznym doświadczeniem i warunkami lokalnymi. Być może budujemy taki model, jednak nieświadomie i z najgorszych cech naszej tożsamości kulturowej. Ale do świadomie tworzonych strategii rozwoju bardzo nam daleko. Dlatego warto wczytać się w „Kapitalizm konfucjański”. Jest to bowiem opowieść o kapitalizmie zdolnym wytyczać nowe drogi rozwoju społecznego, które nie będą się sprowadzać do kopiowania obcych wzorów ani nie będą polegały na zerwaniu z własną tradycją, lecz umożliwią twórcze połączenie tych dwóch źródeł rozwoju społecznego.

Krzysztof Wołodźko

Haesung Lee, Kapitalizm konfucjański. Koreańska droga rozwoju, Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 2011.

Książkę można nabyć w sprzedaży wysyłkowej:
tel./fax 56 648 50 70, e-mail: marketing@marszalek.com.pl

Myśl i sumienie Partii

Wieloletni redaktor „Robotnika”, współtwórca programowego oblicza Polskiej Partii Socjalistycznej, znakomity publicysta i przez wiele lat jeden z przywódców partii. Mimo tak bogatego politycznego życiorysu, Res – bo tak brzmiał jego najpopularniejszy pseudonim – jest postacią zupełnie zapomnianą, znaną bliżej jedynie zawodowym historykom. Tymczasem wiele słuszności jest w słowach jego wieloletniego współpracownika, Jana Libkinda: Nie tylko więc historia socjalizmu w Polsce, lecz i historia ruchu niepodległościowego, a nawet myśli politycznej polskiej w końcu ubiegłego i na początku bieżącego stulecia nie może być dobrze zrozumiana bez dokładnego poznania działalności Feliksa Perla. Przyjrzyjmy się wobec tego bliżej losom i ideowej sylwetce tego, którego przez wiele lat polscy socjaliści z szacunkiem nazywali myślą i sumieniem partii.

***

Feliks Rafał Perl przyszedł na świat 26 kwietnia 1871 r. Pochodził ze zasymilowanej żydowskiej rodziny warszawskich kupców. Jego ojciec wziął czynny udział w powstaniu styczniowym, za co zresztą spędził jakiś czas w więzieniu. Wszystko to nie było bez znaczenia. Finansowe wsparcie, na jakie mógł liczyć ze strony rodziców, niejednokrotnie pozwalało rewolucjoniście przetrwać „chude” miesiące. Pod wpływem atmosfery rodzinnego domu Perl nabrał także głębokiego przywiązania do kultury polskiej.

Droga asymilacji, poparta lekturami ówczesnych prac marksistowskich myślicieli na ten temat, określiła poglądy Perla na kwestię żydowską. W jego opinii, Żydzi nie stanowili narodu w nowoczesnym znaczeniu tego słowa. Nie tylko nie posiadali odrębnego, wydzielonego terytorium, będącego miejscem osiedlenia większości członków narodowości, ale nie stanowili także wspólnoty pod względem kulturalnym. Nie mogła ona powstać, bowiem język jidysz, zdaniem Perla, nie nadawał się do spełnienia kulturotwórczej roli. Z kolei odrębność rasowo-wyznaniowa oraz specyficzna struktura społeczna czyniły z Żydów kastę, będącą reliktem średniowiecza. Żydzi to, jego zdaniem, mgławica, pełna wewnętrznych sprzeczności, z którą praktycznie dziś nic zrobić się nie da.

Konsekwencją tych dość kontrowersyjnych poglądów była formułowana przez Perla alternatywa stojąca przed ludnością żydowską – albo asymilacja, albo dalsze odgradzanie się od świata murem dobrowolnego getta i konserwowanie kastowości. Występował przeciwko aktom antysemityzmu, ale w wielu artykułach bardzo nieprzychylnie traktował ortodoksyjnych Żydów. Tradycyjna społeczność żydowska stanowiła dla niego synonim ciemnoty, zacofania i gospodarczego anachronizmu. Ostateczna emancypacja i całkowite zniesienie antysemityzmu nastąpić miały, zdaniem Perla, wraz ze zwycięstwem idei społecznej sprawiedliwości – socjalizmu.

***

Jego droga do ruchu socjalistycznego była bardzo podobna do tej, którą pokonali inni członkowie „pokolenia niepokornych”. Jako uczeń gimnazjum został członkiem tajnych kółek samokształceniowych, których zadaniem było uzupełnienie – okrojonego i nastawionego na rusyfikację – oficjalnego programu szkolnego. Oprócz historii walk narodowowyzwoleńczych i dziejów polskiego romantyzmu zapoznawano się wówczas także z bieżącą publicystyką polityczną, pracami z zakresu socjologii, ekonomii, filozofii. Wtedy właśnie nastoletni Perl po raz pierwszy zetknął się z marksizmem.

W 1888 r. rozpoczął studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim. Szybko włączył się w życie polityczne środowiska studenckiego. Został członkiem tzw. marksówki – nielegalnego koła zrzeszającego studentów-marksistów – a także II Proletariatu. W tej ostatniej organizacji Perl uchodził za radykała – był zwolennikiem stosowania metod terrorystycznych, a centralny punkt jego światopoglądu stanowiła idea rewolucji społecznej, znoszącej wszelki ucisk i wyzysk; kwestia walki o niepodległość Polski nie poruszała wówczas umysłów młodych rewolucjonistów.

W maju 1892 r., zagrożony aresztowaniem, musiał opuścić Królestwo. Na emigracji, najpierw w Zurychu, a później w Berlinie i Paryżu, przystąpił do rewizji swego światopoglądu. Po latach wspominał: Byłem gorliwym zwolennikiem ówczesnej partii socjalno-rewolucyjnej „Proletariat”, zdawałem sobie jednak sprawę z tego, że świetne dni „Proletariatu” bezpowrotnie minęły i trzeba czegoś nowego w ruchu. Nie bez oporu jednak przyjąłem nowy program, którego głównym rzecznikiem był S. Mendelson. Rychło więc, zastanawiając się dokładniej, szczególnie pod wpływem przyjaciela, B. A. Jędrzejowskiego, przekonałem się, iż hasło „rewolucji socjalnej” nie może zastąpić programu politycznego, a żywotny program polityczny musi się oprzeć na walce z najazdem i uwzględnić należycie sprawę polską.

***

Tym przełomem w ruchu socjalistycznym, którego potrzebę odczuwali ówcześni działacze, był Zjazd Paryski, rozpoczęty 17 listopada 1892 r. W obradach wzięli udział przywódcy różnych grup i nurtów polskiego ruchu socjalistycznego, a jego celem było wypracowanie platformy programowej dla jednolitej partii socjalistycznej, która obejmie wpływami wszystkie najważniejsze ośrodki Królestwa. Tak powstała Polska Partia Socjalistyczna i jej program socjalizmu niepodległościowego.

W dyskusjach nad programem paryskim Perl, mimo stosunkowo niewielkiego stażu w II Proletariacie, odegrał rolę bardzo znaczącą. Stał na stanowisku, że pierwszym zadaniem socjalistów powinna być walka o odbudowę niepodległej Polski i nadanie jej demokratycznego charakteru. We własnym państwie, korzystając ze swobód politycznych i wolności agitacji, polski proletariat miał już walczyć o realizację ideału socjalistycznego. Odpowiadając na zarzuty części dyskutantów, że realniejsza jest wewnętrzna demokratyzacja Rosji, którą należy traktować jako etap na drodze do niepodległości, mówił: W Rosji [tak] trudno zdobyć minimum swobód, jak niepodległość. Wszystko w Rosji musi być zdobyte drogą rewolucyjną. A skoro tak, po co mówić o etapach rozwoju i ustępstwach. Nie rozumiem także liczenia na jakieś kombinacje polityczne, musimy iść wprost do celu i w Rosji, ponieważ wszystko się zdobywa rewolucją, a więc możemy osiągnąć swój cel w rewolucyjnym agitowaniu. Podobny pogląd podzielała większość delegatów – w programie nowej partii w sposób organiczny spleciona została idea walki o niepodległość z pracą na rzecz realizacji ustroju socjalistycznego. Na straży czystości tych zasad w PPS przez wiele lat stał właśnie ich orędownik na paryskim zjeździe, czyli Feliks Perl.

Należał on do tych, którym, żeby użyć sformułowania K. Pietkiewicza, Marks już nie wystarczał, niezbędny był Limanowski. Perl traktował patriotyzm jako naturalne i uzasadnione uczucie miłości do ojczyzny. To nie tylko sentymentalne przywiązanie do „ziemi ojców”, ale również poczucie łączności z całą kulturą narodową oraz wspólnoty z przedstawicielami tej samej narodowości. Celem socjalistów nie może być więc negowanie naturalnego uczucia, ale raczej praca na rzecz nadania kulturze narodowej możliwie demokratycznego i ludowego charakteru. W warunkach ucisku narodowościowego, patriotyzm, zdaniem Perla, jest bardziej żarliwy, a przez to łatwiej o polityczną mobilizację opartą na uczuciu przywiązania do ojczyzny. Jednak nie był to jedyny powód, dla którego postulował wprowadzenie hasła odbudowy niepodległej Polski do programu PPS.

Postulat niepodległości uzasadniał dwoma wzajemnie powiązanymi argumentami. Pierwszy odwoływał się do „naturalnego” prawa do samostanowienia 20-milionowego narodu o bogatej kulturze i kilkusetletniej tradycji państwowej. Drugi argument bezpośrednio odwoływał się zaś do interesów ruchu socjalistycznego. Odbudowa niepodległej Polski musiała oznaczać wyrwanie części ziem spod władzy cara rosyjskiego – najbardziej reakcyjnego monarchy ówczesnej Europy. Ponadto, niepodległa Polska (Perl myślał głównie o zaborze rosyjskim) będzie państwem bardziej rozwiniętym gospodarczo i społecznie od Rosji, a tym samym, zgodnie z ówczesnym kanonem marksizmu, bliższym ostatecznemu zwycięstwu socjalizmu. Wreszcie, niepodległa Polska, jak wierzył Perl i jego towarzysze, będzie państwem demokratycznym, otwierającym przed socjalistami możliwości legalnego działania, nieosiągalne w caracie. W tej sytuacji polski ruch socjalistyczny byłby w stanie, zdaniem Perla, szybko pomnożyć szeregi i dorównać liczebnością ugrupowaniom z zachodu Europy.

***

Od Zjazdu Paryskiego z żelazną konsekwencją przypominał w swojej publicystyce o konieczności walki o niepodległość jako warunku przyszłego zwycięstwa socjalizmu w Polsce. Nic więc dziwnego, że jednym z najczęściej wracających w jego tekstach wątków była krytyka Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy, postulującej walkę o zniesienie kapitalizmu, równoznaczne z likwidacją wszelkiego ucisku narodowościowego. Socjaldemokratom zarzucał, że pomimo szermowania cytatami z Marksa, Engelsa i Kautsky’ego w kwestii niepodległości Polski zajmują stanowisko… niesocjalistyczne. Koronnym argumentem było dla niego poparcie dla odbudowy niepodległej Polski, które w toku swojej politycznej działalności wielokrotnie powtarzał Marks.

Odrzucał też poglądy głoszone przez Różę Luksemburg na temat braku ekonomicznych przesłanek odbudowy państwa polskiego. Zarzucał jej, że w tendencyjny sposób dobiera argumenty i nie dostrzega narastających konfliktów pomiędzy przemysłem centralnych guberni rosyjskich a przedsiębiorcami z Królestwa. Jego zdaniem odbudowa niepodległej Polski, wbrew przewidywaniom autorki „Akumulacji kapitału”, prowadzić miała do przyspieszenia rozwoju gospodarczego kraju. Stworzony zostałby bowiem chłonny rynek wewnętrzny, a rodzimy przemysł mógłby korzystać z opieki i protekcji własnego rządu, nie zaś rozwijać się tylko w takich ramach, jakie wyznaczał dotychczas polityczny interes imperium carów. Polemizując z Luksemburg, pisał: Po pierwsze, żadna tendencja rozwoju kapitalistycznego nie może Polski przerobić na bezwłasnowolną część Rosji, po drugie, związki ekonomiczne nie są dostateczną podstawą spojenia państwowego, o ile temu przeczą interesy kulturalne, narodowe i polityczne (nie mówiąc już o tym, że właśnie na tle związków ekonomicznych powstają i antagonizmy ekonomiczne) […] po trzecie, tendencja rozwoju ekonomicznego sprowadzająca się do tego, że kapitał musi mieć rynki zbytu, wcale niekoniecznie i nie zawsze wymaga utrzymania dotychczasowych związków politycznych, tym bardziej zaś – przymusowych.

Tak więc nie uznanie „organicznego wcielenia” i walka o demokratyzację Rosji powinny stanowić program polskich socjalistów, lecz konsekwentna praca na rzecz odzyskania niepodległości. Proletariat już dziś musi do niej dążyć – pisał – musi się starać zbliżyć do tego ideału, musi walczyć o to wszystko, co odrębności narodowej i społecznej Polski nadaje, choć częściowo, polityczny wyraz.

***

Od momentu zakończenia Zjazdu Paryskiego, mimo młodego wieku i niedużego doświadczenia, Perl stał się jednym z czołowych działaczy polskiego ruchu socjalistycznego i jednym z najważniejszych publicystów pism wydawanych na emigracji: „Przedświtu” i „Światła”.

Ciekawe były podejmowane przez niego próby wykazania łączności idei socjalistycznej z tradycjami kultury polskiej. Przeciwnicy socjalistów, jak choćby narodowi demokraci czy księża, starali się przedstawić ich jako kosmopolitów, wojujących ateistów i burzycieli porządku społecznego, całkowicie obcych polskości. Z tymi zarzutami, choć nie brzmiały one szczególnie poważnie, socjaliści musieli podjąć polemikę, o ile chcieli uzyskać szeroki wpływ społeczny. Feliks Perl w popularnej broszurze „Komunizm w pierwotnym chrześcijaństwie” pokazywał socjalistów jako spadkobierców idei przyświecających Jezusowi i pierwszym chrześcijanom.

Przeciwstawiał współczesny mu Kościół, cieszący się materialnym dostatkiem, zhierarchizowany i nastawiony na podtrzymywanie społecznego status quo, Kościołowi pierwszych chrześcijan, wyrzekających się bogactw i doczesnych przyjemności. Wobec ludowego charakteru chrześcijaństwa w pierwszej jego dobie – pisał – nic dziwnego, że znajdziemy w nim wyraźne i niewątpliwe dążenia komunistyczne. Jeżeli ludzie są sobie braćmi, jeżeli bliźniego należy kochać jak siebie samego, to czyż podobna odróżnić „moje” od „twego”? Własność prywatna jest wyrazem samolubstwa i oschłości serca; kto pragnie miłości powszechnej i „Królestwa Bożego na ziemi”, ten powinien wyznawać zasadę wspólności i czynem ją stwierdzać. Jednak z biegiem czasu Kościół, którego zadaniem było głosić idee wolności, równości i sprawiedliwości, zdradził historyczne posłannictwo i stał się instytucją opresyjną, czerpiącą korzyści z wyzysku mas. Walkę o realizację idei powszechnego szczęścia, odrzuconej przez Kościół, podjęli wobec tego socjaliści. […] naturalnie, szczęścia bezwzględnego, doskonałego nie ma tu na ziemi i rozkosze „tysiącletniego królestwa”, które malowała wyobraźnia pierwszych chrześcijan, nigdy nie będą udziałem śmiertelnych. Lecz nam wystarczy to szczęście, które zdobędziemy sobie w społeczeństwie bez klas i bez wyzysku, bez nędzy i ciemięstwa. Oto nasz „gruby materializm”. Oto nasza prawdziwa idea Chrystusa naszych czasów.

„Sojusznikiem” socjalistów, zdaniem Perla, był również Mickiewicz. Jan Cynarski wspominał, że Perl potrafił […] cytować z pamięci bardzo długo ustępy wybitnych poetów-romantyków, niektórzy nawet byli przekonani, że Perl zna na pamięć całego „Pana Tadeusza”. Twórczość jego autora interpretował w duchu niepodległościowym i radykalnym. Mickiewicz był dla niego niezrównanym poetą buntu, sprzeciwu wobec gwałtu i orędownikiem przyszłej Polski Ludowej. Perl pisał: chociaż socjalizm nasz dzisiejszy różnić się musi od mickiewiczowskiego, to wszakże dla nas jest najważniejszym, że Adam był socjalistą. Jego poezja miała zwiastować nadejście lepszych dni i stanowiła nieocenione narzędzie w rękach socjalistycznych agitatorów. W popularnej i szeroko kolportowanej broszurze pisał: Wielkiemu poecie, gorącemu rewolucjoniście i szlachetnemu człowiekowi postawiono w Warszawie pomnik. Teraz wiecie, czytelnicy, co nam Mickiewicz mówi z wysokości swego pomnika. On nam wciąż przypomina potrzebę walki z wrogiem, nieubłaganej walki o wolność. On nas uczy ofiarności dla wielkiej sprawy, budzi w nas nienawiść do ucisku i miłość do ludu i do ludzkości. On nam mówi też o przyszłych lepszych czasach, zdobytych krwią naszą i poświęceniem, kiedy słońce wolności zajaśnieje nad ziemią polską i lud nasz nieszczęsny zrzuci wreszcie kajdany nędzy, ciemnoty, ucisku…

***

Wybuch rewolucji w 1905 r. i związany z tym spór w łonie PPS o wybór odpowiedniej taktyki przyspieszyły rozwój konfliktu w partii. Dwie antagonistyczne grupy – „starzy” z Piłsudskim i dawnymi liderami na czele oraz „młodzi” – rozpoczęły walkę o przywództwo w partii.

W sporze tym Perl był nastawiony raczej kompromisowo i dążył do utrzymania jedności. Osobiście jednak sympatyzował ze „starymi”, z którymi dzielił silne przywiązanie do postulatu odbudowy niepodległej Polski i niewiarę w możliwość rzeczywistej demokratyzacji Rosji. Dostrzegał oczywiście zależność polskiej rewolucji od wydarzeń zachodzących w centralnych ośrodkach Cesarstwa, przestrzegał jednak przed bliższym wiązaniem walk polskiego proletariatu z polityką rosyjskich stronnictw socjalistycznych. Jego zdaniem, dzięki specyficznemu położeniu polskich robotników, rewolucja w Królestwie miała szansę osiągnąć cele znacznie poważniejsze niż ruch rewolucyjny w Rosji. Na pytanie „koordynacja czy utożsamienie?”, zawarte w tytule broszury nastawionej na polemikę z „młodymi”, jednoznacznie odpowiadał: koordynacja. Zbliżenie organizacyjne i utożsamienie taktyki polskich i rosyjskich socjalistów uważał za krok szkodliwy dla dalszego rozwoju walki rewolucyjnej. Zamiast tego nawoływał, aby dążyć do utrzymania stałych stosunków z obozem socjalistycznym w Rosji w celu porozumiewania się i wzajemnego na siebie oddziaływania.

Nie dziwi więc, że gdy w PPS doszło do ostatecznego przesilenia i rozłamu na dwa odrębne ugrupowania, Perl wybrał tworzoną przez „starych” Frakcję Rewolucyjną. W trakcie pierwszego zjazdu nowej partii, odbytego w 1907 r., Perl występował obok W. Jodko-Narkiewicza jako główny mówca w sprawach programowych i to właśnie projekt przygotowany przez niego stał się podstawą nowego programu partyjnego. Jako jeden z najlepszych publicystów Frakcji uzasadniał na łamach prasy, że to „fracy” są prawdziwymi spadkobiercami tradycji PPS, która w imię i z punktu widzenia socjalizmu powiązała interesy społeczno-polityczne i narodowe proletariatu Polski, wytworzyła syntezę tych interesów, w której miejsce właściwe zajęły dążenia proletariatu jako klasy ekonomicznie wyzyskiwanej, społecznie upośledzonej, jak i potrzeby polityczno-narodowe proletariatu, jako klasy rewolucyjnej w narodzie ujarzmionym, w kraju podległym obcemu panowaniu.

Decyzja Perla o przystąpieniu do PPS-Frakcji Rewolucyjnej była motywowana nie tylko kwestiami programowymi, ale również poczuciem przywiązania do „starych”, z którymi od lat wspólnie znosił trudy życia emigranckiego i konspiracyjnego. O tym, jak ważną był częścią tego środowiska, świadczy fakt, że to właśnie do niego Piłsudski pisał przed akcją pod Bezdanami słynny list z prośbą o ewentualny nekrolog i wyjaśnieniem przyczyn, które zadecydowały o wyborze drogi rewolucjonisty, kończący się słowami: A teraz buzi, chłopcze. Tobie i wszystkim Wam, starzy druhowie, z którymi się przemarzyło tyle, przeżyło jeszcze więcej i kochało się dobrze. Twój i ich Ziuk.

***

Z czasem jednak Piłsudski coraz mniej był Ziukiem, coraz bardziej zaś stawał się Komendantem. Wiązało się to ze zmianą taktyki i przejściem do szkolenia kadr wojskowych przyszłego powstania antyrosyjskiego. Kierunek polityki PPS-Frakcji Rewolucyjnej ulegał coraz poważniejszym zmianom. Zacierały się akcenty socjalistyczne w agitacji, ciężar działalności partii zaczął coraz bardziej przenosić się do Galicji, a głównym zajęciem części jej przywódców stawała się praca na rzecz Związku Walki Czynnej i formacji strzeleckich.

Perl obserwował te zmiany z niepokojem – obawiał się utraty przez partię robotniczego oblicza i zawarcia sojuszu z prawicą w imię realizacji powstańczych planów. Na łamach „Przedświtu” przestrzegał swoich partyjnych kolegów, pisząc: Odrzucamy koordynację z burżuazyjną niemocą wszelkiego gatunku, z polityczną kołowacizną i nacjonalistyczną frazeologią klas posiadających. Efektem narastającego konfliktu był rozłam w 1912 r. i utworzenie nowej partii – PPS-Opozycja, której niekwestionowanym przywódcą został Perl.

„Opozycjoniści” stawiali sobie za cel obronę programowych tradycji PPS oraz utrzymanie ścisłej syntezy haseł niepodległościowych i socjalistycznych. Zdaniem Perla doktryna „militaryzmu rewolucyjnego”, realizowana przez Piłsudskiego i jego najbliższych współpracowników, była błędna, bowiem odrywała powstańcze wysiłki od emancypacyjnych dążeń mas ludowych. Szkolenie wojskowe, pozbawione wyraźnego związku z ideologią socjalistyczną, niewiele różniło się, jego zdaniem, od pozbawionych szans realizacji inteligenckich mrzonek irredentystycznych. Fałszywym jest i szkodliwym – pisał – gdy się „uświadomienie wojskowo-rewolucyjne” wyodrębnia jako osobny, udzielny świat, w którym nie obowiązuje metoda socjalistycznego myślenia, który wytwarza własną ideę i własną politykę poza kontrolą socjalistycznych zasad. Dodawał też, że partia socjalistyczna opiera się na proletariacie i na tych odłamach innych warstw społecznych, które na stanowisku proletariackim stoją. […] Przecież ruch zbrojny rewolucyjny opierać się będzie na masach ludowych, głównie na proletariacie miejskim, a mas tych nie poruszy, spójni moralnej im nie da, interesów i ideałów ich nie wyrazi „tęsknota do zupełnej z Ducha i z Woli solidarności w narodzie”, ani „koordynacja”, ani od socjalizmu starannie odseparowany „militaryzm rewolucyjny”, ani inne pomysły inteligenckie – lecz walka z najazdem pod sztandarem socjalistycznym.

PPS-Opozycja, w której oprócz Perla znaleźli się m.in. Tomasz Arciszewski i Kazimierz Pużak, okazała się jednak efemerydą, która przestała istnieć wraz z wybuchem I wojny światowej. „Opozycjoniści” w liście wysłanym do władz PPS oznajmiali: W chwili walki orężnej z najazdem rosyjskim zniknąć muszą wszelkie różnice, które nas dotychczas dzieliły. PPS-Opozycja rozwiązuje swoją organizację i przystępuje do PPS, wzywając jednocześnie wszystkich socjalistów polskich do walki o niepodległość kraju i interesy ludu pracującego we wspólnych szeregach.

Perl na fali patriotycznego uniesienia wstąpił do Legionów, jednak jako człowiek już nie najmłodszy, obdarzony kiepskim zdrowiem i kondycją, szybko został zwolniony ze służby przez komisję lekarską. Skupił się wobec tego na odbudowie struktur PPS w Królestwie, która była zadaniem kluczowym, jeśli socjaliści chcieli odegrać rolę w przyszłej walce o ustrojowy kształt niepodległej Polski. Powodzenie procesu odbudowy PPS było w dużej mierze zasługą Perla, przez cały okres wojny będącego niekwestionowanym przywódcą partii.

***

Wybuch wojny zmusił socjalistów do przejścia od abstrakcyjnych rozważań o drogach wiodących do odbudowy niepodległej i demokratycznej Polski do konkretnej działalności na rzecz realizacji tego hasła. Stanowisko, które w sporach wokół taktyki PPS zajmował Perl, było jednoznaczne. Postulował, aby partia prowadziła samodzielną, wyraźnie klasową politykę i unikała porozumień z ugrupowaniami burżuazyjnymi oraz rządami mocarstw centralnych. Był przekonany, że o sile partii nie będą stanowić gabinetowe porozumienia, ale rzeczywiste poparcie mas społecznych. Dlatego też znacznie bardziej cenił pracę organizacyjną na najniższym szczeblu, niż konwentykle i jałowe negocjacje z przedstawicielami ugrupowań burżuazyjnych.

Odrzucał ideę „konsolidacji narodowej”, czyli ponadpartyjnego porozumienia różnych sił politycznych w imię wspólnych wysiłków na rzecz odbudowy państwa polskiego. Podsumowując wojenną politykę różnych stronnictw inteligenckich, często tworzonych przez dawnych członków Frakcji Rewolucyjnej i lojalnych współpracowników Piłsudskiego, pisał: widzieliśmy ustępliwość nadzwyczajną wobec konserwatyzmu, stałe uganianie za kompromisem i żywiołami prawicy, kosztem zasad politycznych i wpływów społecznych, widzieliśmy po prostu jak pracowało się nad tym, by wypchnąć na czoło różne konserwatywne wielkości, zazwyczaj zupełne miernoty, a nawet zera.

Podobne poglądy zdobyły sobie wkrótce poparcie większości liderów PPS. Radykalizacji partii i emancypacji spod wpływów Piłsudskiego sprzyjały także wydarzenia w Rosji. Rewolucja lutowa, której efektem było obalenie caratu, w opinii Perla stanowiła zapowiedź zmiany nastrojów w całej Europie. Długotrwała i krwawa wojna doprowadziła wreszcie, jego zdaniem, do politycznego rozbudzenia społeczeństw europejskich. Rewolucja rosyjska była tego najlepszym dowodem, jednak wszystko wskazywało na to, że to jedynie pierwszy krok, a fala radykalizmu i dążeń demokratyzacyjnych wkrótce zaleje cały kontynent.

Celem socjalistów w Polsce powinno być wyzyskanie tych nastrojów już nie tylko dla odbudowy niepodległego państwa, ale również dla możliwe najszerszego zdemokratyzowania jego ustroju. Rewolucja jest smutną koniecznością – mówił podczas jednej z narad polityków obozu niepodległościowego. Ta rewolucja jest to szereg ruchów w całej Europie. Nie ma tu mowy o robieniu rewolucji. Ale trzeba ją opanować, jak przyjdzie żywiołowo. Rzeczą stronnictw demokratycznych i ludowych pokierować nią. […] Nie bądźmy bierni, gdy ona wybuchnie, aby nie opanowały jej żywioły anarchiczne […]. Owe żywioły anarchiczne to w pierwszej kolejności SDKPiL – pewne wpływy tej partii wyjaśniał politycznym niewyrobieniem pracowników i obecnością anarchistycznych „przeżytków” w ruchu robotniczym, stanowiących dziedzictwo okresu, gdy masowa walka proletariatu nie była możliwa, a dominowały poglądy spiskowe. […] esdectwo może czerpać swoje znaczenie tylko z niewyrobienia robotników. A jeżeli prawi o swojej „naukowości” to dlatego, że do esdectwa mają pociąg umysły talmudyczne spośród inteligencji, a raczej półinteligencji – ludzie nie zżyci głębiej z Polską i uważający tę swoją talmudyczność i brak głębszych uczuć za – naukowość.

***

Wojenna taktyka PPS, której architektem był Perl, przyniosła pożądane skutki. W listopadzie 1918 r. powstało suwerenne państwo polskie, a na jego czele stanęły rządy współtworzone przez ugrupowania postępowe. Wkrótce jednak lewicowy gabinet został zmuszony do dymisji, wyraźnie widoczne było też, że państwo polskie, wbrew dążeniom Perla i jego towarzyszy, raczej nie będzie „ludowe”. Jednocześnie coraz szerszym strumieniem napływały wieści z Rosji, gdzie umacniały się władze bolszewickie, zachęcające do pójścia w swoje ślady socjalistów z innych państw. Zachęty te trafiały na podatny grunt – w PPS rosła w siłę partyjna lewica, zarzucająca kierownictwu partii zbyt łatwe oddanie władzy i odrzucenie postulatu dyktatury proletariatu. W ten sposób rozpoczynała się jedna z najgorętszych dyskusji programowych w dziejach PPS, a jej efekt miał zadecydować na długie lata o ideowym obliczu partii i jej politycznej taktyce.

Perl był wówczas zwolennikiem parlamentarnej i ewolucyjnej drogi do socjalizmu. Nadejście ustroju społecznej sprawiedliwości uważał za konieczne, chciał jednak, aby dokonało się bez rozlewu krwi i wojny domowej. Jednocześnie był przekonany, że sytuacja po temu jeszcze nie dojrzała, a rewolucyjna niecierpliwość utoruje drogę kontrrewolucji. Był autorem określenia „rewolucja w majestacie prawa”, które na trwałe weszło do kanonu polskiej myśli socjalistycznej. W trakcie sejmowej debaty mówił: Użyję tu porównania Lassalle’a, który mówił, że rewolucja, rozumiana jako wielka przemiana społeczna, może się odbyć w różnych formach; w znacznym stopniu zależy to od czynników dzierżących władzę czy przyjdzie rewolucja z rozwianym włosem, z mieczem w dłoni, czy przyjdzie w majestacie prawa. My zasiadamy tutaj w Sejmie, my socjaliści, którzy agitowaliśmy za wyborami do tego Sejmu, którzy przyczyniliśmy się do powstania tego Sejmu, […] dołożymy wszelkich starań, ażeby rewolucja, która jest nieunikniona jako wielka przemiana społeczna, odbyła się u nas w całym majestacie prawa. I chodzi o to, ażeby i reakcja rozumiała to, że to jest konieczność historyczna. Jeśli nie zrozumie tego, to rewolucja przejdzie po nich z ich własną szkodą.

Koncepcja „rewolucji w majestacie prawa” była ostro krytykowana przez wewnątrzpartyjną lewicę. Postulowała ona przesunięcie głównego ciężaru polityki socjalistów z burżuazyjnego parlamentu do rad delegatów robotniczych, a także radykalizację taktyki partii i rozpoczęcie przygotowań do ewentualnego przejęcia władzy siłą. Do konfrontacji różnych koncepcji programowych doszło na kongresach PPS w 1919 i 1920 r. Feliksowi Perlowi, głównemu mówcy z ramienia kierownictwa partii, przyszło odpierać zarzuty radykałów. Do zwolenników dyktatury proletariatu mówił: Pomiędzy krańcowymi pojęciami Polska burżuazyjna i Polska socjalistyczna mieści się jeszcze pośrednie: okres demokracji. Socjalizm jest twórczością, która oprzeć się musi na demokracji. Zanim dojdziemy do socjalizmu, musimy przejść przez ten konieczny szczebel, którym jest sejm.

Dyktaturze proletariatu w wydaniu bolszewickim zarzucał, że oznacza ona nie tylko zniesienie wolności burżuazyjnej, ale zniesienie wolności jako takiej. Zdaniem Perla samo pojęcie „dyktatura proletariatu” jest mylące – proletariat jako wielomilionowa klasa nie jest w stanie sprawować dyktatury, władza pozostaje w rękach wąskiej grupy i zamienia się w dyktaturę nad proletariatem, skutecznie ograniczającą spontaniczny rozwój ruchu robotniczego. Przekonywał partyjnych towarzyszy, że należy odrzucić pojęcie „dyktatury proletariatu” jako prowadzące do zaniku wolności i ustanawiające rządy arystokratyczno-demagogiczne.

Ostatecznie Perl zdołał przekonać większość członków partii i to właśnie przygotowany przez niego projekt został przyjęty w 1920 r. jako oficjalny program PPS, tym samym określając na całe dwudziestolecie główne zasady ideowe polskiego ruchu socjalistycznego.

***

W niepodległej Polsce, już po ustabilizowaniu granic i rozładowaniu rewolucyjnych nastrojów, Perl znalazł się nieco na uboczu życia politycznego. Posiadał co prawda mandat poselski, był też członkiem najwyższych władz PPS, jednak ze względu na pogarszający się stan zdrowia starał się ograniczać aktywność na tych polach. Większość energii poświęcał na redagowanie „Robotnika”, który po latach konspiracyjnego wydawania mógł w końcu stać się legalnym, wysokonakładowym dziennikiem. W redakcji Perl panował niepodzielnie, budząc u młodszych współpracowników mieszaninę podziwu i lęku. Traktowano go jak cudem zachowany relikt z poprzedniego, bohaterskiego pokolenia ofiarników i ludzi podziemnych walk o niepodległość i socjalizm. Józef Mieszkowski, wówczas korektor w „Robotniku”, wspominał, że gdy na sali pojawiał się Perl, wszyscy pochylali się pilnie nad robotą. Perl bowiem sam pracował aż do zapomnienia, ale i od innych wymagał, by rzetelnie pracowali. Mówiono o nim, że jest wprawdzie osobą ludzką, ale bez ludzkich potrzeb. Gdy utonie w robocie, zapomina o wszystkim. Może nie jeść, nie pić, nie spać. Nie znosi jedynie, gdy mu przeszkadzają, kiedy pisze. „Robotnik” był pismem poważnym i niezwykle rzetelnym, Perl nie publikował tekstów anonimowych i niesprawdzonych informacji, nie gonił za sensacją i plotkami. Gdy niektórzy proponowali, aby redagować dziennik w sposób bardziej przystępny, miał w zwyczaju odpowiadać: Musimy wychowywać masy, a nie zniżać się do ich poziomu.

Mimo że nieco wycofany, Perl zabierał głos zawsze, gdy przychodziło socjalistom rozstrzygać poważne kontrowersje taktyczne. Gdy sytuacja polityczna w kraju zaczęła się coraz bardziej komplikować, a na prawicy i lewicy pojawiły się głosy nawołujące do zastąpienia demokracji parlamentarnej rządami „silnej ręki”, Perl przestrzegał licznych w PPS zwolenników powrotu do władzy Piłsudskiego: Broniliśmy go przed zarzutami, chcemy go widzieć na wysokich odpowiednich stanowiskach – ale stwierdzić musimy, że Piłsudski nie jest naszym człowiekiem. Nie wolno z niego robić lewicowego Mussoliniego. Będącego następstwem zamachu majowego procesu demontażu demokracji i budowy systemu rządów autorytarnych nie dane było mu już jednak widzieć. Zmarł, po ciężkiej dziesięciomiesięcznej chorobie, 15 kwietnia 1927 r.

Feliks Perl nie był pozbawiony wad – wedle współpracowników był apodyktyczny, oschły, chimeryczny. Głoszone przez niego poglądy miały wielu przeciwników, a ironiczny sposób prowadzenia przez niego polemiki często irytował i złościł. Mimo to otoczony był powszechnym szacunkiem. Jego nieprzeciętny intelekt, całkowite oddanie sprawie i zupełna bezinteresowność sprawiały, że nad trumną Perla z szacunkiem pochylili głowę nawet polityczni przeciwnicy. Jego wieloletni współpracownik, Jan Libkind, pisał: Postać Feliksa Perla, jak nić czerwona snuje się przez trzydziestopięcioletnią historię Polskiej Partii Socjalistycznej. Stał u jej kolebki, stworzył program, uzasadniał i bronił od ataków z lewej i prawej strony, bronił czystości jego zasad, był sumieniem partii. Natomiast Ignacy Daszyński u stóp trumny przykrytej czerwonym sztandarem i ostatnim numerem „Robotnika” mówił o nim: Poświęcił wszystko, nie żądał niczego. Te słowa stanowią chyba najlepszą puentę życia i pracy Feliksa Perla.

Korczak, jakiego znać nie chcemy

Życie widziane przez śmierć

Niestety, Rok Korczakowski ogłoszono w naszym kraju w związku z najmniej odpowiednią rocznicą. Bo oto śmierć Janusza Korczaka, oczywiście śmierć heroiczna, śmierć z miłości, śmierć będąca sprawdzianem idei, staje się nie tylko najważniejszym wydarzeniem z jego twórczego życia, ale także najważniejszym tego życia i tej twórczości przesłaniem. W tysiącach polskich szkół odbywają się, wymagane przez program i kuratoria, akademie i uroczyste lekcje pod takimi hasłami, jak „Wierność silniejsza niż śmierć”, „Miłość życiem płacona”, „Śmierć w imię dziecka”. Recytuje się wiersze o Korczaku, zawsze opowiadające o śmierci:

Ukochał dzieci, które świat dorosłych obdarzył chłodem, głodem i przekleństwem, co ciężko przeszły swą króciutką drogę od urodzenia do śmierci męczeńskiej.

(Stefania Grodzieńska, „O Januszu Korczaku”)

Idzie cień. Janusz Korczak, ten lekarz warszawski. Prowadzi poprzez getto dzieci z sierocińca, Dwoje ich wziął na ręce i wyszedł z dziedzińca. Jak ten, co na Golgotę krzyż dźwigał mozolnie, Idzie na miejsce kaźni. Idzie dobrowolnie.

(Antoni Słonimski, „Pieśń o Januszu Korczaku”)

Któryś zmyślał baśnie, sam stałeś się legendą,
Któryś oszukał dzieci, że śmierć je rychła nie czeka,
Tobie dobroć i męstwo śmiertelną koszulę przędą
I pamięć o Tobie wzbiera jak rozlewista rzeka.
Idziesz z dziećmi i idziesz, idziesz bardzo daleko,
Tam, gdzie Giordano Bruno, tam, gdzie Ukrzyżowany

(Włodzimierz Słobodnik, „Tren ku czci Janusza Korczaka”)

W latach 80. i 90. XX wieku, niejako przy okazji beatyfikacji i kanonizacji Edyty Stein, w niektórych środowiskach katolickich pojawił się postulat, aby beatyfikować także Korczaka. Postulat ten na szczęście nie doczekał się formalnej realizacji, jednak na naszych oczach spełnia się nieformalnie, ludowo. Oto polska, katolicka wyobraźnia zbiorowa anektuje niezwykle skomplikowaną i niejednoznaczną postać po to, aby przykrawać ją do bezpiecznego i oswojonego modelu świętego męczennika. W chrześcijańskiej martyrologii męczeńska śmierć ma tę zaletę, że z jednej strony może potwierdzać, a z drugiej – przekreślać uczynki i poglądy żyjącego świętego. W przypadku nawróconego łajdaka, niedowiarka czy poganina męczeńska śmierć będzie dowodem prawdziwości jego nawrócenia i unieważni wszystko, co miało miejsce przed nawróceniem. W przypadku postaci cnotliwej od narodzin, męczeńska śmierć będzie naturalną konsekwencją, ale także ostatecznym dowodem trwałości cnoty. W przypadku postaci skomplikowanych męczeńska śmierć będzie ich ostatecznym uproszczeniem, bo przecież nie powinno się szukać dziury w całym, a w życiu zwieńczonym męczeńską śmiercią niejasności, przesłań i momentów, nad którymi trzeba by się zbyt długo zastanawiać i konfrontować je z naszym wyobrażeniem o tym, co dobre, a co złe.

I tak oto w postaci Janusza Korczaka, człowieka, który kochał dzieci tak bardzo, że oddał za nie życie, ważne są zwłaszcza dwa elementy: miłość do dzieci i męczeńska śmierć. Co to znaczy kochać dziecko, to każdy, z wyjątkiem może psychopatów i skończonych cyników, jakoś sobie wyobraża, każdy też zdaje sobie sprawę z tego, że dzieci trzeba kochać, więc wszyscy mamy prawo widzieć w Korczaku patrona własnych wyobrażeń. Oczywiście wyobrażenia te wzmacniane są przez publikowane wielokrotnie fotografie Korczaka, ukazujące twarz zatroskaną i pełną miłości, może niepokoju o dzieci. Fotografie osób, bardziej niż dokumentalną, mają wartość testu projekcyjnego, można w nich ujrzeć to, co komu w duszy gra. Fotografie zmarłych mają także tę wartość, że są całkowicie statyczne, nie zmienią się już, nie zaskoczą odbiorcy. A kiedy na podstawie tych zdjęć tworzy się pomniki, wtedy odbiór zastyga razem ze spiżem lub betonem, z których monumenty te ulano.

Nie chcę tych pomników obalać, nie chcę też bagatelizować bohaterskiej śmierci Korczaka. Chcę tylko napisać, że skupianie się na tym jedynym epizodzie z życia Korczaka służy często zasłonieniu pozostałych. Poglądy Korczaka – i te na wychowanie, i te dotyczące życia społecznego w ogóle – są wciąż na tyle rewolucyjne, na tyle sprzeczne z powszechnie panującymi poglądami i przesądami wychowawczymi, z rodzinną i instytucjonalną praktyką wychowawczą, że nie chcemy się z nimi konfrontować, nie chcemy ich znać. Wpasowanie jednego z najciekawszych myślicieli i praktyków społecznych w odwieczny frazes o miłości aż po śmierć pozwala pozbyć się problemu z jego koncepcją i doświadczeniem1. Pozwolę sobie przytoczyć tu anegdotkę. Kilka lat temu zostałem poproszony, aby opowiedzieć o Korczaku i Domu Sierot w małej warszawskiej podstawówce. Dzieci bardzo chętnie słuchały o pomysłach Starego Doktora, o tym ekstrawaganckim domu dziecka, o gazecie, którą tworzyły dzieci dla dzieci, o sądzie, który zazwyczaj wybaczał, ale miał kompetencje osądzić, a nawet wyrzucić samego Korczaka; o zakładach ze złośnikami i o obieraniu kartofli. Pogadanka była więc udana, a gdy się skończyła, dzieci zaczęły zadawać pytania. Nie pamiętam wszystkich, ale w mojej głowie zachowało się szczególnie to ostatnie, które zadał chłopak może dziewięcioletni, taki, który wiercił się przez całe spotkanie i coś tam śmiesznego dogadywał sąsiadom:

– Proszę pana, a czy Korczak bił dzieci?

Sytuacja nieco niezręczna, ale wydawało mi się, że wybrnąłem:

– Był temu absolutnie przeciwny – mówiłem – bo uważał, że to okropne, że dorośli wykorzystują to, że są więksi od dzieci, aby siłą narzucać im własną wolę. Mówiłem wam już, że w Domu Sierot nie było kar, a kar fizycznych w szczególności. Ale Korczak, chociaż dzieci świetnie rozumiał, chociaż bardzo starał się nad sobą panować, był nerwusem. Zdarzało się, że kiedy jakiś dzieciak zalazł mu mocno za skórę, wytargał go za uszy, zlał po łapach, zdarzyło mu się jednego szczególnego łobuziaka chwycić za fraki i rzucić o drzwi. Korczak wstydził się tego. Jak się coś takiego zdarzyło, podawał sam siebie do sądu. Umiał przeprosić. Im był starszy, tym rzadziej mu się zdarzało. Sami wiecie najlepiej, jak dzieci potrafią wkurzyć, prawda? Zresztą, to były inne czasy, teraz już nawet największy nerwus wie…

Dzieci kiwały głowami ze zrozumieniem, one wiedziały. Ale dwie nauczycielki spoglądały na mnie takim wzrokiem, jakim pewnie patrzyła Meduza, gdy zamieniała ludzi w kamień. Jedna z nich ogłosiła koniec spotkania, a kiedy dzieci wyszły z sali, podeszła z pretensjami. Oskarżyła mnie nawet nie o przekazywanie treści nieodpowiednich dla dzieci, ale wprost o kłamstwo. Na nic były moje wyjaśnienia, na nic propozycje wspólnego przeczytania fragmentów „Jak kochać dziecko”, którego tekst miałem zresztą pod ręką. „Korczak kochał dzieci i nigdy, ale to przenigdy nie uderzył dziecka i nie ma potrzeby czytać czegokolwiek, skoro wiadomo…”.

Ach, muszę się teraz mocno wytłumaczyć, że choć podziwiam nie tylko myśl, twórczość i działanie, ale i samą postać Korczaka, a bicie dzieci uważam za barbarzyństwo, absolutnie nie napisałem tego, co powyżej, by Korczaka kompromitować, a tym bardziej jakkolwiek usprawiedliwiać czy relatywizować przemoc wobec dzieci. Korczak sam opisywał sytuacje, kiedy nerwy mu puszczały, ponieważ jego projekt wychowawczy był stworzony nie przez kamienny pomnik, nie przez statyczną fotografię i nie do pomników był adresowany. Korczak – neurotyk i choleryk, roztrzepany do granic możliwości, często humorzasty – pomimo tych cech podjął się pracy wychowawczej i kierował swoje pomysły do ludzi nie doskonalszych niż on sam. Wychowawców o stalowych nerwach nie ma (może byli w czasach, gdy nieznośnych wychowanków zsyłano na galery albo do karnych kompanii), a tam, gdzie się od wychowawcy wymaga perfekcyjnego opanowania, tam w miejsce zabronionych zachowań wejdą takie, których się nie da zabronić, a które dla dzieci są nie mniej, a często nawet bardziej krzywdzące. I właśnie dlatego – taki pogląd przebija z wszystkich prac Korczaka – dzieciom potrzebny jest nie tyle święty, co system, który biorąc pod uwagę naturę dziecka, weźmie w karby niedoskonałego wychowawcę. System, który zresztą życie – kluczowe pojęcie w poglądach Korczaka – będzie weryfikowało i zmuszało do zmiany.

Wychowanie przez śmierć

To właśnie opozycja życie – śmierć jest osią korczakowskiego rozumienia wychowania, a także jego rozumienia kwestii społecznych w ogóle. Wychowanie dotychczasowe, a więc przyznajmy, także to, którego doświadczają dzieci czasów nam współczesnych, w dużej mierze polega na zarażaniu dziecka śmiercią. Dziecko nie ma doświadczenia śmierci, mimo że czasami się z nią styka i wyobraża ją sobie (a szczególnie dotyczyło to przecież sierot, z którymi Korczak pracował), a życie, którego przeżyło tak mało, widzi jako niemal nieskończenie długie. W swojej wyobraźni jest więc nieśmiertelne, a może lepiej powiedzieć, wyłącznie żywe, bo kategorią śmierci się po prostu nie posługuje. Żyje instynktownie i życia nie trzeba go uczyć. Dorosły nie tylko zdaje sobie sprawę z kruchości i ulotności życia, nie tylko przeżył już tyle, że wie, iż wcale tak wiele mu nie zostało, a więc życie wcale nie jest długie. Dorosły wręcz myśli o życiu w perspektywie śmierci, poświęcając większość czasu, energii, troski na jej odwleczenie, odsunięcie nieco w czasie, zapobieżenie, o ile to tylko możliwe, jej nagłemu czy nierychłemu, ale i nieuchronnemu zjawieniu się. W pewnym momencie zabiegi mające na celu odsunięcie śmierci są już tak intensywne, że w ogóle całe życie zaczyna być postrzegane w tym kontekście.

Śmiercią zaraża dziecko taki rodzic, którego miłość i troska nieustannie podsuwają wyobrażenie, że dziecko może zginąć, że może stać mu się krzywda. Zarażają dziecko instytucje wychowawcze – przedszkole, szkoła, dom dziecka – w których najważniejszym kryterium działania jest uchronienie dziecka przed fizyczną szkodą, zapobieżenie wszelkim możliwym wypadkom. Zaraża śmiercią powszechne wyobrażenie o tym, że jeśli dziecku coś się stanie, jeśli poniesie ono jakikolwiek uszczerbek na zdrowiu, zawsze winny jest jego opiekun. Wychowawca największą odpowiedzialność – prawną i moralną – ponosi za zapewnienie dziecku fizycznego bezpieczeństwa i wszystkie inne swoje zadania może postrzegać jako drugorzędne. Czy rodzic, czy instytucjonalny wychowawca, będzie więc przede wszystkim zainteresowany tym, aby wpoić w dziecko obawę przed jakimkolwiek zachowaniem niosącym ryzyko fizycznej śmierci lub krzywdy. A że to właśnie wszelkie przejawy życia niosą największe ryzyko śmierci, staramy się, by dziecko żyło jak najmniej: nie biło się, nie biegało, nie brało do ust niczego, co nie zostało zweryfikowane przez wychowawcę, siedziało cicho i spokojnie w widocznym miejscu, aby się nie przewiało, nie zakrztusiło, nie przewróciło, nie zgubiło, aby nie zostało porwane, zgwałcone, zamordowane. To, że dziecko, którego życie jest przytłumione, cierpi, że – tak jak kwiat, któremu odebrano dostęp do słońca – nie ma szans na prawidłowy rozwój, nie interesuje nas wcale, skoro nasze zarażone śmiercią sumienie jest spokojne.

Korczak to cierpienie dostrzegł i oburzyło go ono wcale nie mniej niż cierpienie dziecka, któremu w ogóle odmawia się opieki, które się głodzi, zmusza do pracy ponad możliwości, wykorzystuje seksualnie czy krzywdzi fizyczną przemocą. To cierpienie tym większe, że sprawcy motywują je własną troską, miłością, poświęceniem, a więc pobudkami tak wzniosłymi i szlachetnymi, że zbuntować się przeciw niemu, choćby tylko w głębi serca, wydaje się dziecku niegodziwością. Wychowawca, który chce z dzieckiem żyć, a nie zarażać je śmiercią, powinien najpierw umieć to cierpienie dostrzec, a później uznać, że śmierć jest nieodłączną częścią i konsekwencją życia. Że dziecko powierzone jego opiece może zostać kaleką czy nawet umrzeć. Aby dać dziecku prawo do życia, należy dać mu prawo do śmierci. I właśnie prawo do śmierci Korczak uznał za pierwsze, najważniejsze z projektowanych praw dziecka2. Niech ma prawo umrzeć, aby mogło żyć. A wychowawca, aby pozwolił dziecku żyć, musi mieć, musi umieć dać sobie prawo do pomyłki, do tego, aby dziecko powierzone jego opiece umarło.

Praca i śmierć

Człowiek dorosły pracuje najczęściej nie po to, aby realizować potrzebę twórczości, ekspresji, kontaktu ze światem i innymi ludźmi. Pracuje po to, żeby zarobić na jedzenie, dach nad głową, ubrania, lekarstwa, które dopiero pozwolą mu żyć i odsunąć nieco śmierć.

O tych jedzeniu, dachu nad głową, ubraniach czy lekarstwach rzadko myśli jako o czymś, co przynosi mu beztroską radość, ale najczęściej jako o uciążliwej konieczności, dzięki której może odsunąć śmierć lub zapobiec społecznej degradacji. Pracuje, żeby odłożyć coś na starość, żeby uniknąć poniżenia umierania w nędzy i poniewierce. Pracuje, aby zyskać wyższy społeczny status, który pozwoli mu przestać pracować lub zmienić pracę na mniej upokarzającą, co ma też ten efekt, że sama praca jest przez niego postrzegana jako nużąca, podła konieczność, sama w sobie nie będąca życiem, choć życie to warunkująca3.

Istotny jest tu również fakt, że klasy postrzegane jako wyższe, a więc te, które zawłaszczyły nie tylko bogactwo i władzę, ale także narzuciły niższym klasom swoje poczucia estetyki, godności i honoru, albo nie pracują, albo wykonywane przez siebie zajęcia przedstawiają jako lepsze, piękniejsze, bardziej godne. W końcu więc dorosły całą swoją pracę, całą społecznie pożyteczną aktywność życiową zaczyna postrzegać przez pryzmat śmierci, każdą pracę postrzega jako poniżającą i wysysającą życiowe siły. Jedyną wypracowaną przez wieki kategorią pozwalającą człowiekowi pracującemu zachować nieco godności jest poświęcenie. Człowiek, wykonując zajęcia ciężkie, wyniszczające, zabierające życie i postrzegane jako niegodne, może poczuć się lepiej, jeśli wyjaśni sobie ich konieczność nie własnym dobrem, lecz dobrem bliskich, zwłaszcza dzieci, czy w ogóle innych ludzi. Tym samym jednak przerzuca własne upokorzenie na tych, wobec których się poświęca, obarczając ich odpowiedzialnością za własne cierpienie, nawet jeśli znoszone dzielnie. Mówi o tym narrator utopijnej powieści „Szkoła życia”, będącej artystycznym wykładem poglądów samego młodego Korczaka: Mus, przyzwyczajenie czy „stępienie” – wreszcie poświęcenie – niewoliły ludzi do wykonywania czynności, które przesąd i nieświadomość uważały za poniżające i niegodne człowieka4.

Takim, skażonym śmiercią, postrzeganiem pracy dorośli usiłują na wiele sposobów zarazić dzieci.

Jedni – to jest przykład zarażania śmiercią najmniej skomplikowany, choć najbardziej nas dziś oburzający – wykorzystują władzę nad dziećmi, aby je do pracy przymusić, jej efekty po prostu złupić i zaprząc do własnych celów, choć często tak czy inaczej uświęconych. Każą więc dzieciom – czy to z czystego cynizmu i łajdactwa, czy dla dobra rodziny albo instytucji opiekuńczej lub wychowawczej – pracować zarobkowo, przy czym zagarniają owoce tej pracy według własnego uznania, uważając, że dziecko jest na tyle dorosłe, aby pracować, ale nie na tyle, by decydować, na co spożytkuje owoce swej pracy.

Mamy tu do czynienia z niewolnictwem sensu stricto, i to nawet gdy wiejski dzieciak zaganiany jest przez ojca do pasania rodzinnych gęsi, miejski syn rzemieślnika do pomocy przy pilnej robocie, a córka do cerowania. Nie mówiąc już o takich przypadkach, o których nawet w Europie do dzisiaj się słyszy – przypomnijmy choćby niedawne doniesienia o prowadzonych przez Kościół sierocińcach w Irlandii – gdy domy dziecka lub ich personel utrzymują się z pracy podopiecznych. A gdy spojrzymy poza nasz kontynent, to zobaczymy szanowane korporacje, w których fabrykach zatrudnia się dzieci za głodowe wynagrodzenie. Jak pisał Korczak: Praca dziecka ubogiego jest utylitarna, nie wychowawcza, nie liczy się z jego siłami ani cechami indywidualnymi5. Dziecko w takich przypadkach wykonuje pracę niechcianą, przymuszoną, z której efektów jest okradane i której głębszego sensu nie rozumie. Uczy się więc pracy martwej, może nawet nie zdawać sobie sprawy, że mogłaby ona dawać radość.

Inni – zwłaszcza rodzice zamożni, ale także, i to wcale nierzadko, instytucje oświatowe, wychowawcze i opiekuńcze – izolują dzieci od pracy. Opiekunowie, dla których własna praca jest koszmarem, daniną złożoną śmierci przez życie, są przekonani, że praca jako taka jest czymś podobnym. Chcą więc jak najdłużej chronić podopiecznych przed tak strasznym doświadczeniem, przekonani, że szczęśliwe dzieciństwo zapewnią tylko trzymając dziecko jak najdalej od wysiłku i obowiązku, tudzież aplikując wysiłek i obowiązek, ale wyłącznie „rozwojowy”, a więc taki, który będzie procentować w dalekiej przyszłości, gdy dziecko już dorośnie (najróżniejsze szkoły, kursy i lekcje). Przychodzą im w sukurs różne ideologie wychowawcze, a także gotowe przekonania (jak Korczak konsekwentnie je nazywa: przesądy) klas wyższych, przenikające także do klas niższych, że dziecko powinno się bawić i uczyć, że taka właśnie aktywność jest zgodna z dziecięcą naturą i służy rozwojowi, a pracować, tym bardziej zarobkowo, nie powinno w żadnym wypadku. Kochający opiekunowie dbają zwłaszcza o to, aby dzieci im powierzone nie miały najmniejszego kontaktu z pracą uważaną za poniżającą, brudną, wstrętną, a więc taką, jaką zazwyczaj wykonują ludzie z klas najuboższych. W ten sposób dziecku tym bardziej narzuca się przekonanie, że pracy powinno się wystrzegać za wszelką cenę, a jeśli już życie je do niej zmusi, to będzie to poniżające. Że pracując nie żyje się, a co najwyżej zarabia na życie, na odwleczenie w czasie śmierci.

Jeśli wychowawca – wszystko jedno: rodzic czy pracownik stosownej instytucji – izoluje dziecko od pracy, twierdząc, że chce mu zapewnić lepsze lub dłuższe dzieciństwo, podarować szczęście, którego samemu nie było mu dane doświadczyć, dać czas i możliwości nieskrępowanej zabawy itp., wtedy zaraża dziecko śmiercią, którą sam został kiedyś zarażony. Czyni dziecku krzywdę wcale nie mniejszą niż łajdak, który dla własnej korzyści zmusza dzieci do pracy ponad ich siły i możliwości. A w dodatku ma dla tej krzywdy mnóstwo usprawiedliwień, oczekuje wręcz za nią wdzięczności i od samego dziecka, i od społeczeństwa. Niejednokrotnie Korczak pisze o dzieciach, których potrzeba pracy była przez dorosłych tłumiona i które przez to więdły jak kwiaty, kiedy się im odbierze dostęp do słońca i wody. Janek, bohater „Dziecka salonu”, w tym właśnie widzi przyczynę swoich niedających się opanować neurastenii i smutku, które z koszmarnego, sytego dzieciństwa przenoszą go w pozbawioną celów dorosłość. Król Maciuś I z zazdrością patrzy na gazeciarzy i pomocników rzemieślniczych – swoich rówieśników, którym wolno w biegu i z wrzaskiem zarabiać na chleb.

Praca jako życie

A przecież praca, czynność – to synonim życia – życia zdrowego, normalnego, jędrnego6 – pisze Korczak i konsekwentnie w swoich tekstach utożsamia pracę z życiem. Praca jest życiem, naturalnym i błogosławionym stanem ludzkiej aktywności, dającym człowiekowi radość, możliwość nie tylko podporządkowywania sobie świata przyrody (jak postrzegał ją np. mentor młodego Korczaka, Stanisław Brzozowski), ale także poczucia się częścią tego świata. Korczak uważa, że to właśnie praca powinna być i środkiem, i celem wychowania, tak jak środkiem i celem wychowania powinno być życie. Oczywiście nie taka praca, której owoce ktoś – czy to rodzinny, czy instytucjonalny wychowawca, a później feudał, kapitalista, państwo – przechwyci i wykorzysta według własnej woli. Oczywiście również nie taka praca, która będzie służyła podporządkowaniu sobie innych ludzi i ich życiowej aktywności.

Wychowuje się dziecko przez pracę i dla pracy, czyli przez życie i dla życia. I tym właśnie różni się najgłębsza, aksjologiczna podstawa korczakowskiego systemu wychowania od podstaw systemów współczesnych mu reformatorów pedagogiki, takich jak Georg Kerschensteiner, John Dewey, Maria Montessori czy Anton Makarenko. Korczak – inaczej niż oni – uważa, że wychowuje się nie dla państwa, nie dla pracodawcy czy rynku, nie dla społeczeństwa, nie dla zbawienia, ale po prostu dla życia. Owszem, z takiego wychowania państwo czy społeczeństwo (a może i Niebiosa) mogą odnieść korzyści, ale niejako przy okazji. To właśnie życie, każde inne, każde odmienne, jest celem samym w sobie. Wychowanie to nie tylko przygotowywanie do życia, ale właśnie życie, i nie da się lepiej człowieka do życia wychować, niż po prostu żyjąc z nim i pozwalając mu żyć.

Według Korczaka wcale nie jest tak, że życie dziecka realizuje się przede wszystkim w bezcelowej i beztroskiej zabawie. Zabawa jest nie tyle żywiołem dziecka, ile jedyną dziedziną, gdzie mu zezwalamy na inicjatywę w węższym lub szerszym zakresie. W zabawie dziecko czuje się do pewnego stopnia niezależnym. Wszystko inne jest przelotną łaską, chwilową koncesją, do zabawy dziecko ma prawo. […] Kijek nie jest dla dziecka koniem, ono w braku prawdziwego musi pogodzić się z drewnianym. Jeśli na przewróconym krześle płyną po pokoju, to nie jest to przejażdżka łódką po stawie7. To nieprawda, że dziecko nie lubi pracy. Liczne zabawy dzieci są pracą. Jeśli we czworo budują szałas, kopią skrawkiem blachy, szkłem, gwoździem, wbijają kołki, wiążą, pokrywają dachem z gałęzi, mchem wyścielając, pracując na przemian z wysiłkiem i milcząco, to ospale, ale projektując ulepszenia, rozwijając dalsze plany, dzieląc się wynikami zdobytych spostrzeżeń – to nie zabawa, a nieumiejętna praca niedoskonałymi narzędziami, niedostatecznym materiałem, więc mało owocna, ale zorganizowana tak, że każde, zależnie od wieku, sił, kompetencji, wkłada tyle wysiłku, na ile je stać8.

Tym bardziej dzieci lubią pracę celową, taką, która przynosi widoczne efekty. Czyli dzieci nie różnią się tu specjalnie od dorosłych, poza tym, że żyjąc krótko, mają inną perspektywę tego, kiedy praca przynosi efekty. Dorosły może czekać na efekt swojej pracy kilka lat, dziecko porzuci aktywność, gdy zorientuje się, że nie jest w stanie ogarnąć wyobraźnią czasu potrzebnego na uzyskanie owoców, przez co straci poczucie jej sensowności. Ale jeśli tylko będzie mogło sobie wyobrazić, że praca osiągnie cel, powróci do niej z zapałem. Oczywiście dzieci, tak jak i dorośli, mają w zwyczaju migać się od niechcianego obowiązku, unikać zmęczenia czy znużenia, oszukiwać przy pracy, spychać niechcianą robotę na innych itp. Ale nie można przyjmować, że jest to skłonność wyłącznie dziecięca i z tego powodu dzieciom pracy szczędzić.

Wychowawca nie powinien obawiać się także dziecięcych łez i fochów służących wyłganiu się od obowiązku niechcianego w danym momencie. System korczakowski w żadnym wypadku nie był wolny od przymusu, tak jak i życie człowiekowi przymusu nie szczędzi. Dzieci powinny znać pojęcie przykrego obowiązku, oczywiście niektórych obowiązkowych prac nie znoszą, i to należy uszanować, choć nie ulegać. Należy za to starać się je przekonać, że nie ma obowiązku upokarzającego czy poniżającego. Mycie klozetu po maluchu, który jeszcze nie potrafi sam tego zrobić, czy pilnowanie, aby dokładnie się podtarł, to tak samo szczytne czynności, jak dające poczucie satysfakcji pilnowanie, aby po załatwieniu się dokładnie umył ręce. Są pracą szczytną i przede wszystkim celową, bo jej efekt może dziecko zauważyć od razu lub bardzo szybko: a więc w zrozumiałej dla siebie perspektywie.

Wychowanie przez pracę i dla pracy, przez życie i dla życia

I właśnie taka praca obecna była w praktyce instytucji wychowawczych Korczaka: na koloniach, w Domu Sierot i w Naszym Domu. W każdym momencie podkreślano oraz pozwalano dzieciom doświadczyć użyteczności i celowości ich pracy. Dzieci wykonywały wszystkie te działania, które nie wymagały umiejętności bardzo fachowych, takich, na których nauczenie się potrzeba czasu przekraczającego możliwości dziecka. Dorośli fachowcy naprawiali więc instalację elektryczną czy hydrauliczną, ale to dzieci wymieniały przepalone żarówki lub przygotowywały kolegom kąpiel. Zdiagnozowanie i opatrzenie bolącego ucha wymagało interwencji dorosłego lekarza, ale dziecięce kompetencje były wystarczające do obcinania kolegom paznokci lub przeglądania, czy w ich włosach nie zagnieździły się wszy. Dorosła, doświadczona kucharka przyrządzała smaczne potrawy, ale dzieciom wystarczyło wprawy i umiejętności do obierania ziemniaków, przynoszenia wody i węgla, zmywania po śniadaniu czy obiedzie. I co więcej: umiejętności tych doświadczeni wychowankowie uczyli nowych, nadzór nad pracą dzieci także powierzony był dzieciom, a dorośli starali się, o ile to tylko możliwe, nie ingerować w konsekwencje zaniedbań lub złej pracy dziecięcych pracowników. Jeśli dyżurni, którym powierzono obranie kosza ziemniaków, po obraniu kilkunastu porzucili obowiązek, wtenczas wszyscy – dzieci i wychowawcy – jedli rzadką zupę. Jak najmniej ingerowano także – to bardzo istotne – w sposób wykonania pracy. Praca miała być zrobiona na czas, a jeśli ktoś poradził sobie z nią szybciej, było jego sprawą, czy pomoże mniej sprawnym kolegom, czy będzie się obijał.

Praca dzieci na rzecz Domu Sierot była w dużej mierze płatna9, a honoraria za jej wykonanie młodzi pracownicy mogli wykorzystać zgodnie ze swoją wolą. Tak wyjaśniał to sam Korczak: Jakkolwiek w Domu Sierot tylko część dyżurów jest płatna, jestem zdania, że wszystkie powinny być płatne. Chcąc wytworzyć dobrych obywateli, nie mamy potrzeby tworzyć idealistów. Dom Sierot nie robi łaski, opiekując się dziećmi, które nie mają rodziców, a zastępując w materialnej opiece zmarłych rodziców, nie ma prawa nic żądać od dzieci. Dlaczego nie mamy możliwie wcześniej nauczyć dziecka, czym jest pieniądz, wynagrodzenie za pracę; aby czuło wartość niezależności, którą daje zarobek; aby poznało dobre i złe strony posiadania. Nie wychowa żaden wychowawca stu ideowców ze stu dzieci, samorodnie wyłoni się ich kilkoro, a biada im, jeśli nie będą umiały liczyć. Bo pieniądz daje wszystko prócz szczęścia; daje nawet szczęście i rozum, i zdrowie, i moralność. Naucz dziecko, że daje i nieszczęście, i chorobę, że rozum odbiera. Niech za zarobione pieniądze naje się lodów i niech je brzuch rozboli; niech przez dziesiątkę pokłóci się z przyjacielem; niech przegra, zgubi, niech mu ukradną; niech i pożałuje, że kupił, niech połakomi się na dochodowy dyżur i przekona, że nie było warto, niech zapłaci za wyrządzoną szkodę10.

Wychowankowie Domu Sierot – dziesięcio-, dwunastolatki – pracowali często także na zewnątrz: jako gazeciarze (praca gazeciarza fascynowała Korczaka jako jakby stworzona dla dziecka: dużo ganiania, krzyku, ale odpocząć można, kiedy się chce, a nie kiedy każą, im więcej się zrobi, tym więcej zarobi, efekt w postaci monety widoczny natychmiast), u rzemieślników, pomagając w handlu itp. Były wśród nich i takie, które swoim zarobkiem znacząco pomagały rodzinie, ale był to ich własny wybór. Każdy człowiek, niezależnie od wieku, ma prawo rozporządzać swoim zarobkiem. Skoro może pracować, może wydawać, choćby i głupio. Ale zawsze lepiej, jeśli dziecko (i w ogóle człowiek) pieniądze zarobi, niżby miało, np. wykorzystując swoją umiejętność manipulowania uczuciami opiekunów, zagarnąć je i stać się małym wyzyskiwaczem. Bo powtórzmy: praca i zdobywanie środków do życia są życiem samym w sobie, a wszelkie próby chronienia dziecka przed życiem wynikają z dorosłego zarażenia śmiercią.

Dajmy im żyć

Dziś nie chcemy pamiętać, że nożyk do obierania ziemniaków, ścierka i szczotka do klozetu były nie mniej istotnymi emblematami korczakowskiego systemu wychowawczego niż sąd, gazeta czy pełna zrozumienia rozmowa z wychowawcą. Że potłuczone kolana, rozbite nosy i blizny na buziach mogły być świadectwem nie złego, ale dobrego wykonywania obowiązków przez wychowawcę. Że były świadectwem życia, czyli – to może warto powtórzyć – jedynego korczakowskiego środka i celu wychowania.

Wyobrażamy sobie Korczaka jako zawsze otoczonego gromadką dzieciaków (jak na jego znanych fotografiach), które zawsze do niego lgnęły, mimo że on sam, z konsekwencją godną zauważenia, pisał o takich, które go nie znosiły, które odliczały dni dzielące je od opuszczenia Domu Sierot. Może warto o tym przypominać? Nie po to, aby Korczaka zrzucać z pomnika, nie po to przecież, żeby dowodzić, że był złym wychowawcą. Ale właśnie po to, aby podkreślić, że dzisiejszy powszechny wizerunek Starego Doktora nie ma nic wspólnego z jego życiem (ani w ogóle z życiem), działaniem, systemem wychowawczym. Wielu jest nauczycieli, którzy chcieliby Korczaka – tego współczesnego świętego – naśladować, a że nie wiedzą jak, idą za wyobrażeniem mężczyzny o szlachetnej, zatroskanej twarzy, do którego dzieci się garną. I tę swoją szlachetność, wyraz zatroskania na twarzy, to garnięcie się dzieci biorą za sprawdzian własnych pedagogicznych kwalifikacji. Może nawet rozważają w wyobraźni, czy w sytuacji ostatecznej dokonaliby korczakowskiego wyboru.

Ale czemu to służy? Jak wielokrotnie pisał sam Korczak, wyrazy miłości i wdzięczności dzieci można kupić za fałszywą monetę, oszukując w ten sposób i je, i siebie samego. Przystroiliśmy dzieci w uniform dziecięctwa i wierzymy, że nas kochają, szanują, ufają, że są niewinne, łatwowierne, wdzięczne. Gramy bez zarzutu rolę bezinteresownych opiekunów, rozrzewniamy się myślą o ponoszonych ofiarach i, rzec można, dobrze nam z nimi do czasu11. Zatroskanie i miłość do dzieci mogą być objawami zarażenia śmiercią. A rozważanie tego, jak zachowalibyśmy się w sytuacji, w której moglibyśmy się znaleźć, ale się nie znaleźliśmy, nie ma chyba większego sensu.

A może właśnie warto by zapomnieć choć na chwilę o świętym Starym Doktorze, który zginął męczeńską śmiercią, zerknąć w przyżółcone książki Janusza Korczaka i zastanowić się nad tym, jak dzisiejszym dzieciom oszczędzić zarażania śmiercią. Jak dzisiejszym dzieciom, dzisiejszym wychowawcom, dzisiejszym ludziom – pozwolić żyć.

Jarosław Górski

Przypisy:

  1. Ciekawe jest to, że z okazji Roku Korczakowskiego kilka polskich wydawnictw zdecydowało się wznowić książki Korczaka dla dzieci, wydana została świetna biografia Joanny Olczak-Ronikier oraz kilka biografii popularnych i książek wspomnieniowych, ale „Jak kochać dziecko” wydano ostatnio w niewielkim nakładzie 10 lat temu. Rynek się nasycił.
  2. Wzywam o magna charta libertatis, o prawa dziecka. Może jest ich więcej, ja odszukałem trzy zasadnicze:
    Prawo dziecka do śmierci.
    Prawo dziecka do dnia dzisiejszego.
    Prawo dziecka, by było tym, czym jest
    (Janusz Korczak, Jak kochać dziecko [w:] tegoż, Dzieła, t. 7, Warszawa 1993, s. 43).
  3. Widzimy tu wyraźne echo poglądów Marksa i jego koncepcji alienacji pracy. Korczak jednak widzi objawy tej alienacji nie tak jak Marks najsilniej w pracy robotników najemnych, dla których praca jest obca również dlatego, że nie jest ich własnością, ale w równym stopniu także np. w pracy rzemieślników i handlowców utrzymujących się z pracy własnej, czy członków elit, którzy muszą pracować, aby utrzymać status, bo oni, choć pracują dla siebie, również są niewolnikami pracy, ponieważ oddają jej swoje życie, pracują, aby żyć, a nie pracują – żyjąc.
  4. Janusz Korczak, Szkoła życia [w:] tegoż, Dzieła, t. 4, Warszawa 1998, s. 65.
  5. Janusz Korczak, Jak kochać dziecko [w:] tegoż, Dzieła, t. 7, Warszawa 1993, s. 84.
  6. Szkoła życia, s. 33.
  7. Jak kochać dziecko, ss. 83–84.
  8. Tamże, ss. 84–85.
  9. W różnych czasach było z tym różnie, w zależności od tego, jakimi środkami dysponowało Towarzystwo „Pomoc dla sierot”. Nie jest celem niniejszego artykułu historyczna rekonstrukcja zmieniających się warunków Domu Sierot (ciekawym można polecić książkę Idy Merżan Aby nie uległo zapomnieniu. Rzecz o Domu Sierot, Warszawa 1987. Sporo o tym pisze też sam Korczak w Jak kochać dziecko, a cytowane wydanie tej książki zawiera obszerne przypisy i wyjaśnienia), lecz wskazanie na korczakowskie utożsamienie pracy i życia oraz na doniosłe znaczenie pracy w poglądach pedagogicznych Korczaka.
  10. Tamże, s. 289.
  11. Tamże, ss. 92–93.

„Latarnia”

Nowe, powojenne życie z jego zgiełkliwym przemysłem i zabiegliwym handlem, z młodzieńczym upajaniem się pięknem istnienia i beztroską zabawą rozbiło swoje namioty na cieniach padających po ziemi od mogił bohaterów zabitych przez ślepe pociski lub nie mniej ślepe ciosy ręki człowieczej.

Świat nowy chętnie i szybko zapomina o tym, komu zawdzięcza swą wolność, swobodę wszelkich poczynań i nic o tym nie chce wiedzieć, iż tańczy w upojeniu na cieniach padających od mogił. Lecz obok straganów i siedlisk życia nowego stoją świadkowie żywi, posępni wygnańcy ze świata, który już odszedł i minął, a niemający możności wmieszania się w tłum pracy i zabawy: to ślepi, którym wojna miniona wypaliła oczy. Spojrzenie ich niewidzących źrenic przesuwa się, jak czarne skrzydło śmierci, po obszarach pracy, przenika zabiegi powojennego gromadzenia bogactw, zgiełk kłótni i radość zabawy. Ślepi słyszą z wyrazistością podwójną, potrójną wszystko, cokolwiek się dzieje w ciemności, która u stóp ich zaległa. Ślepi mają dusze pełne goryczy i zgrozy. Przebywając w okręgach bezprzykładnego cierpienia, przykuci do miejsca niedoli, na bezczynność skazani, mają serca napełnione jadem. Najgłębszym bodaj nieszczęściem istoty żyjącej, której zadaniem jest zdobywanie żywności, odzieży i schroniska, oraz obrona przed wrogiem, jest brak najniezbędniejszego ze zmysłów, brak wzroku. Lecz utrata siły widzenia w kwiecie wieku męskiego, gdy się ją posiadało od dzieciństwa, jest nieszczęściem, którego nikt z widzących nawet wyobraźnią najwyższą zmierzyć i zgruntować nie zdoła. A jednak tę to właśnie otchłań należy mierzyć i badać, o ile społeczeństwo ludzkie nie ma być tłumem egoistów.

Jest właśnie możność ulżenia ciężaru jarzma niedoli ślepych żołnierzy, wydobyć z ich serca, skoro nie można światła ich źrenicom przywrócić, kolca żalu i rozpaczy, który je przebija. Jest możność dania im w ręce kija podpory, wsparcia ramieniem ich kroków w ciemności, dania im do rąk pracy odpowiedniej, która by im zapewniła życie wśród ludzi, jako braci wśród braci.

Zaledwie część niewidomych żołnierzy, w liczbie siedmiuset jednostek, jest zarejestrowana, mieści się częścią w zakładach w Warszawie, Lwowie, Bydgoszczy i Płocku. To ci, którzy mają schronienie nad głową i dolę osłodzoną pieczołowitością rodaków. Lecz są ślepi żołnierze, w nędzy i zapomnieniu błąkający się po drogach życia, potrącani przez biedę i odepchnięci od pociechy za to, iż oczy dla wolności ojczyzny stracili.

Ucywilizowane społeczeństwa od dawna pracują nad ulżeniem niedoli ociemniałych rodaków. Od szesnastu lat poświęca się tej pracy Miss Winifred Holt w Ameryce, tworząc ogniska pod nazwą Phare (Latarnia), których celem jest zapobieganie zupełnej ślepocie i stała dla ociemniałych pomoc. Już dwanaście lat temu została otwarta w Nowym Jorku przez prezydenta Stanów Zjednoczonych pierwsza z tych instytucji, a dziś posiada, oprócz siedziby głównej, prowincjonalne oddziały. W roku 1916 przez prezydenta Rzeczypospolitej Francuskiej został otwarty instytut Phare w Paryżu, z którego wyłoniły się cztery prowincjonalne placówki. W roku 1920 powstała Phare w Rzymie. Wszystkie te instytucje i ogniska pochodzą duchowo od amerykańskiego pierwowzoru i zachowują z nim serdeczne stosunki.

„Latarnia” polska powstała w grudniu 1921 roku z inicjatywy Miss Winifred Holt, która przybyła do Polski w celu zbadania stanu ociemniałych na powojennym terenie. „Latarnia” polska ogranicza się na razie do rejestracji ociemniałych, niesienia pomocy tym ofiarom wojny przez reedukację, pomoc materialną, udzielanie informacji i wskazówek.

Pierwszą jej czynnością było urządzenie gwiazdki dla ociemniałych żołnierzy w szpitalu przy ulicy Zakroczymskiej. Zamierzeniem „Latarni” polskiej jest spisanie wszystkich ociemniałych na wojnie polskich żołnierzy, wydobycie ich z ciemności, wyszkolenie w zawodach dla nich dostępnych, danie im możności zarobkowania, nauka czytania i pisania według systemu Braille’a. W zakładzie reedukacyjnym, jaki ma powstać, urządzane będą dla ociemniałych odczyty, koncerty, dostarczy się im możności gimnastyki, pływania, sportów, jak ślizgawka, taniec, jazda, na rowerze, boksowanie się, jazda konno itd., co się praktykuje w Phare’ach francuskich i amerykańskich. Pensjonarze tamecznych instytucji dla ociemniałych mają swe zespoły muzyczne i zebrania towarzyskie z widzącymi. Dwa z Phare’ów francuskich już zwinięto, gdyż ociemniali, nauczywszy się zarabiać na życie, pożenili się i założyli własne warsztaty pracy zarobkowej.

Miss Winifred Holt, zwiedzając polskie zakłady, spotkała dwu dzielnych oficerów ociemniałych na wojnie, zaprosiła ich do Phare w Paryżu w celu wyszkolenia się na przyszłych instruktorów „Latarni”. „Latarnia” z funduszów dotychczas zebranych umożliwiła im podróż, a misja francuska w Warszawie eskortowała tych dwu oficerów do Paryża, zdobywając sobie jeden więcej tytuł wdzięczności całego naszego narodu. Ci dwaj oficerowie, wyrwani z objęć wiecznego smutku, uczą się dziś wszelkich możliwych zajęć, odpowiednich dla niewidomych, by z czasem, powróciwszy do kraju, wyszkolić rodaków w zakładzie reedukacyjnym. Na stworzenie tej placówki potrzeba środków ogromnych, tysięcy i milionów, o które zwraca się „Latarnia” do całego społeczeństwa. Niech płyną zapisy i dary dla ociemniałych żołnierzy! „Latarnia” będzie organem wdzięczności rodaków dla tych, którzy najwyższy skarb człowieka i radość życia poświęcili dla umiłowanej ojczyzny.

Protektorat nad „Latarnią” objął łaskawie Naczelnik Państwa, honorowym prezesem komitetu jest generał Haller, członkami zarządu tymczasowego są pp. St. Staniszewski, księżna Eustachowa Sapieżyna, hrabina Róża Tyszkiewiczowa, Fr. Lilpopowa, dr Jarecki, dr Kępiński, dr Kamocki.

Siedziba tymczasowa „Latarni” mieści się przy ulicy Czackiego nr 9.

=====

Powyższy tekst pierwotnie ukazał się jako odezwa do społeczeństwa w „Tygodniku Ilustrowanym” nr 16, 15 kwietnia 1922 r. W ślad za tym pismem opublikowały ją inne ówczesne dzienniki i tygodniki. Przedruk za: Stefan Żeromski – „Elegie i inne pisma literackie i społeczne”, Wydawnictwo J. Mortkowicza, Warszawa–Kraków 1928. Poprawiono pisownię wedle obecnych reguł.

Ziemia dla chłopów

Zwolennicy wielkiej własności ziemskiej usiłują tedy przekonać opinię publiczną, że chłopi gospodarują gorzej od ziemian i że uprawa na małych parcelach jest mniej wydajną niż na wielkich obszarach. Czy byliby jednak w stanie dowieść, że ta zła gospodarka chłopska musi trwać wiecznie? Że nie będzie mogła nigdy stać się dobrą, a nawet świetną i podnieść swej wydajności do największych możliwych granic? Bo tylko w takim wypadku niski poziom gospodarki chłopskiej mógłby decydować o zmianie kierunku naszej polityki rolnej, o zaniechaniu parcelacji, a nawet o uchwaleniu nowej ustawy rolnej, mającej na widoku ochronę i tworzenie jak największych warsztatów rolniczych. Niestety, zapał, z jakim udowadnia się słabą wydajność gospodarstw chłopskich, zdaje się świadczyć o takim właśnie głębokim przeświadczeniu ziemian, że ta słaba wydajność jest rzeczą nie do usunięcia. Że chłop nigdy nie będzie mógł dorównać wysokością plonu wielkim folwarkom, że zatem przesuwanie stanu posiadania na jego korzyść grozi zubożeniem kraju, ogłodzeniem miast, niemożnością wyżywienia armii, a także wyżywienia społeczeństwa na wypadek wojny.

Wyobraźmy sobie jednak, że pewnego pięknego poranka reforma rolna okazuje się snem. Parcelacji więcej się nie prowadzi. Stosunki zarówno własnościowe, jak ludnościowe na wsi ustalają się według stanu rzeczy z czasów, dajmy na to, od 1921 do 1931 roku. Cóż by się wtedy okazało?

Według Małego Rocznika Statystycznego Polska liczyła w r. 1921, okrągło biorąc – 3 miliony 200 tysięcy drobnych gospodarstw chłopskich i… 19 tysięcy gospodarstw folwarcznych. Na każde 100 gospodarstw mieliśmy wtedy 99,4% gospodarstw drobnych i średnich, a 0,6% gospodarstw wielkich. Stosunek powierzchni użytków rolnych, posiadanych przez te gospodarstwa był, oczywiście, zupełnie inny niż wzajemny stosunek ich liczby. Trzy miliony gospodarstw chłopskich posiadało 19 000 000 ha użytków rolnych, zaś 19 tysięcy wielkich majątków posiadało ich około 6 000 000 ha (bez lasów, których wielka własność posiadała wg tego samego źródła w r. 1921 około 4 000 000 ha). Ale nawet i przy tym stosunku już wtedy większość ziemi ornej należała w Polsce do chłopów. W ciągu następnych dziesięciu lat, tj. w okresie wykonywania reformy rolnej, stosunek ten zmienił się jeszcze bardziej na korzyść gospodarstw włościańskich. Prof. Wł. Grabski oblicza, że w r. 1931 wielka własność posiadała 4 547 700 ha, zaś drobna – 21 046 000 ha użytków rolnych. Jesteśmy zatem już dziś – tak jak zresztą w pewnym sensie byliśmy zawsze – krajem nie tylko rolniczym, ale i w znacznej mierze chłopskim, pomimo żeśmy się przez wieki rządzili tak, jakby chłopa między nami nie było, i do dziś rządzimy się tak, jakby on był niewygodną pozycją, której wartość trzeba koniecznie pomniejszać i lekceważyć.

A teraz ludność. Mały Rocznik Statystyczny podaje, że w r. 1931 było w Polsce 23 119 000 ludności wiejskiej. Po odliczeniu znikomej liczby ziemian i kilku milionów Ukraińców i Białorusinów, i jeśli zważymy, że ludność miejska jest w znacznej części niepolska, możemy śmiało powiedzieć, że z górą dwie trzecie Polaków – to chłopi, właściciele drobnych gospodarstw oraz proletariat i półproletariat rolny. Jesteśmy więc nie tylko krajem, ale w jeszcze większym stopniu narodem chłopskim.

Kto zatem powiada, że chłop nie jest w stanie wyżywić Polski, ten mówi, że Polska w ogóle nie jest w stanie wyżywić się – więc istnieć.

Kto powiada, że chłop nie jest w stanie sprostać zadaniom obrony państwa, ten mówi, że naród polski nie jest w stanie obronić się przed napaścią.

Kto twierdzi, że zamożność, aprowizacja i bezpieczeństwo kraju winny zależeć głównie od stanu i obszaru wielkich majątków ziemskich, ten mówi, że byt narodu i państwa powinien się wspierać na świetności kilkunastu tysięcy rodzin, posiadających zaledwie piątą część użytków rolnych i stanowiących znikomy ułamek odsetka obywateli. Byłoby to niby wsparcie olbrzymiego gmachu na wątłej zapałce, choćby ta zapałka i ze szczerego była złota. Rzecz możliwa dziś już tylko w majaczeniach gorączki.

Szerzenie więc tak namiętne poglądu o nieodwołalnej niższości gospodarstw chłopskich jest najbardziej defetystyczną koncepcją, jaką Polska od swego zmartwychwstania wydała. Jest zaszczepianiem największej niewiary w Polskę i naród polski, jaka kiedykolwiek zrodziła się w naszej łatwej do poddawania się złym natręctwom umysłowości. Pogląd ów jest również jedną jeszcze niekonsekwencją myśli ziemiańskiej, gdyż prowadzi nieuchronnie do idei zniesienia w ogóle indywidualnej gospodarki rolnej. Toteż znajduje on, nieoczekiwane zapewne przez ziemian, poparcie w tych sferach lewicowych, które w kolektywizacji drobnych gospodarstw widzą jedyny sposób dźwignięcia naszego rolnictwa na wyższy szczebel rozwoju. […]

W Czechosłowacji stosunek ilości wielkich gospodarstw (ponad 100 ha) do małych i średnich jest jeszcze bardziej niż u nas na niekorzyść wielkiej własności, zwłaszcza pod względem powierzchni folwarków, znacznie przez tamtejszą reformę rolną okrojonej. Przy tym ilość gospodarstw najmniejszych, tj. liczących do 5 ha, jest w Czechosłowacji cokolwiek wyższa niż u nas i wynosi 72% ogólnej liczby gospodarstw, gdy u nas 71%.

W Niemczech stosunki własnościowe są mniej więcej takie jak w Polsce, z tą różnicą, że gospodarstwa najmniejsze (do 5 ha) wynoszą tam aż 77% ogólnej liczby gospodarstw.

Holandia pod względem własności rolnej nie posiada stosunków całkiem zdrowych, ponieważ część jej drobnych rolników uprawia grunty dzierżawione od wielkich właścicieli. Jednakże jako typ gospodarki wszechwładnie panujący mamy tam bardziej niż gdziekolwiek indziej gospodarstwo drobne. Folwarków o typie pracy właściwym wielkiej własności mamy w Holandii tylko 0,1%, a zajmują one zaledwie 1,5% ogólnej powierzchni gruntów (u nas 27% gruntów ornych, w Niemczech 20%, w Czechach 13%). Przy czym gospodarstwa najmniejsze również przeważają tam nad innymi rodzajami drobnych gospodarstw (66% ogólnej liczby).

Szwajcaria jest krajem prawie wyłącznie drobnej chłopskiej własności. W Szwecji, Finlandii, Danii proces rozdrobnienia wielkiej własności na korzyść chłopskich gospodarstw (z przewagą średnich) jest znacznie dalej posunięty niż u nas.

A czyż możemy o wszystkich wymienionych tu krajach powiedzieć, że są zacofane lub upadające pod względem kultury rolniczej? Całkiem przeciwnie. Są to kraje najwyższej ze znanych dotąd i wciąż wzmagającej się wydajności wszystkich ziemiopłodów, najwyższej też kultury i chłopskiej, i ogólnej. Bez przesady można powiedzieć, że im bardziej który z nich jest chłopski, tym jest zamożniejszy i kulturalniejszy. Holandia osiągnęła w dodatku przepiękne rezultaty pracy chłopskiej na gruntach sławnych ze swej wyjątkowej nieurodzajności. Nie od rzeczy też będzie zauważyć, że są to wszystko, jak dotąd, kraje najmocniej ugruntowanego pokoju społecznego. I nie bez głębszego znaczenia jest fakt, że właśnie typowy kraj wielkiej własności i przysłowiowej nędzy chłopa, jakim była zawsze Hiszpania, stał się widownią najokrutniejszej wojny domowej.

Jeśli na wysoki poziom rolnictwa chłopskich krajów zachodniej Europy miały wpływ uboczne, pozarolnicze warunki, to byłoby również wielkim pesymizmem i wielką rezygnacją z naszych społecznych i gospodarczych uzdolnień, gdybyśmy twierdzili, że te odpowiednie warunki u nas w żaden sposób nie mogą się pojawić, czy też zostać stworzone. Zwłaszcza gdy jednym z tych warunków jest spółdzielczość rolnicza, dla której rozwoju brak tylko większego rozpowszechnienia się oświaty wśród włościan. Spółdzielczość – o której mówiliśmy już pod kątem zatrudnienia nadmiaru ludności wiejskiej – jest prócz tego konieczną nadbudową, bez której drobne gospodarstwa nie mogą należycie prosperować, przy której natomiast, zachowując wszystkie właściwe sobie zalety, zyskują ponadto wszystkie atuty wielkiego przedsięwzięcia aż do możności stosowania motoryzacji włącznie. Nasze sfery ziemiańskie, a tym bardziej sympatyzująca z nimi prasa, mają słabe i mocno zaściankowe pojęcie o spółdzielczości rolniczej, nic więc dziwnego, że nie dostrzegają przewrotowego znaczenia tej potężnej dźwigni gospodarczo-społecznej, która gdzie indziej w stosunkowo niedługim czasie postawiła drobną własność na świetnym poziomie i wyprowadziła jej produkty na rynki światowe. Znaczenia tego ziemiaństwo nie dostrzega nawet wtedy, kiedy tu i ówdzie bierze w przedsięwzięciach spółdzielczych udział. Jeszcze większą niewiedzę pod tym względem przejawia ogół inteligencji miejskiej, która o spółdzielczości ledwie coś niecoś mętnie słyszała i, powtarzając na wiarę twierdzenie o niższości chłopskich gospodarstw, nie zdaje sobie sprawy, jak wiele już istnieje na świecie sposobów przeobrażenia tej niższości w najdoskonalszą wyższość. […]

Wróćmy jednak do tych słabych plonów na gospodarstwach włościańskich. I zobaczmy z jakimi to plonami, z jaką wydajnością porównywa się je tak namiętnie. Czyż wydajność naszych wielkich folwarków może w istocie komu zaimponować? Zdaje mi się, że w porównaniu z krajami dobrze gospodarującymi nasze plony rolnicze są tak samo zbyt niskie u wielkiej własności, jak u małej. Można bez obawy pomyłki zaryzykować twierdzenie, że wydajność naszych wielkich folwarków jest niższa niż wydajność gospodarstw chłopskich w tych krajach, gdzie rolnictwo stoi na właściwym poziomie. Weźmy dla przykładu buraki cukrowe jako produkt stanowiący u nas (na skutek cukrowniczej polityki uprzywilejowań) prawie monopol większej własności. Buraki chłopskie tak dalece nie wpływają tu na cyfry statystyki, że Mały Rocznik Statystyczny podaje jako przeciętny zbiór z hektara większej własności 215 kwintali z hektara i jako przeciętny zbiór ze wszystkich gospodarstw Polski tę samą cyfrę 215 kwintali z hektara. Otóż Niemcy mają zbiór z hektara 292 kwintali, Belgia – 306 q, Dania – 310 q, Szwecja – 337 q, Szwajcaria – 349 q, Holandia – 372 q z hektara. Co do Holandii zwłaszcza i Szwajcarii możemy na pewno powiedzieć, że nie wielkie, lecz drobne gospodarstwa przyczyniają się tam do tak wysokiego zbioru buraków z hektara. Pszenicy wielka własność produkuje u nas 13 q z hektara, zaś Holandia 28,8 q. […] Gdybyśmy rozporządzali odpowiednimi cyframi, zapewne powiedziałyby nam one to samo i o innych ziemiopłodach. Toteż drobni rolnicy wymienionych tu krajów przysłuchiwaliby się z największym zdziwieniem niepojętej dla nich obronie tezy o niższości małych gospodarstw. Nie mogliby zrozumieć ani celu, ani pobudek upierania się przy tej tezie i doszliby w końcu do bardzo zasmucających wniosków o naszym zdrowym rozsądku.

Ziemianie nasi potrafią się czasem przyznawać do niskiego stanu swej gospodarki w porównaniu z innymi krajami. Ale to tylko wtedy, gdy może to im posłużyć jako dowód, że jeśli oni źle stoją, to gospodarka chłopska tym bardziej nie może nigdy osiągnąć świetnych wyników. Trudno sobie wyobrazić – pisze na ten temat jeden z publicystów „Gazety Rolniczej” – aby małorolny, a nawet 10-hektarowy gospodarz mógł swemu inwentarzowi dać te warunki, jakie z wielkim wysiłkiem daje mu większa własność – z miernym, jak świadczą rynki zagraniczne, wynikiem. Otóż w wielu krajach nie tylko sobie te doskonałe warunki hodowli i uprawy chłopskiej wyobrażano, ale je w całej pełni urzeczywistniano.

Laik, czytający gazety i słyszący ciągle o większej wydajności folwarków i o słabym plonie gospodarstw chłopskich, wyobraża sobie zapewne jakieś niebotyczne różnice, myśli, że skoro się taki alarm o to podnosi, to wydajność chłopska jest może, kto wie, o połowę mniejsza niż dworska. Tymczasem niezawodny Rocznik Statystyczny powiada nam, że różnice te są dość znikome. W r. 1935 gospodarstwa drobne i średnie (do 50 ha) produkowały z hektara 11,1 q pszenicy, zaś gospodarstwa wielkie – 13 q. Żyta: małe – 11,2 q, wielkie – 13,1 q. Jęczmienia: małe – 11,6 q, wielkie 14,1 q. Owsa: małe – 11,4 q, wielkie – 12,8 q. Ziemniaków: małe – 114 q, wielkie – 118 q. Buraków: małe – 195 q, wielkie – 215 q. Różnice więc wynoszą dla zbóż 1,9 do 2,5 kwintala, dla okopowych – 4 do 20 kwintali z hektara.

A teraz chciejmy zauważyć, jaki, mówiąc dzisiejszym językiem, start mają ci dwaj „zawodnicy”, tak mało stosunkowo różniący się między sobą plonami z hektara. Z jednej strony ziemianie, rozporządzający wiedzą rolniczą, znacznymi środkami, udoskonalonymi narzędziami i maszynami, mający możność stosować najwłaściwsze nawozy sztuczne i w ogóle najlepsze sposoby uprawy. Posiadający też na ogół ziemie zmeliorowane i wyższej klasy, ponieważ mieli zawsze, jak wiemy, nieograniczoną prawie swobodę wybierania sobie gruntów. Z drugiej strony chłop – w przeważającej większości niedostatecznie oświecony, prawie nieużywający nawozów sztucznych, rzadko stosujący nowsze metody upraw, niemający kapitału nakładowego, posługujący się często prymitywnymi narzędziami, mający zazwyczaj ziemie gorsze i niezmeliorowane. Jeśli będąc postawionym w o tyle gorsze warunki, chłop różni się tak niewiele wydajnością z hektara od ziemianina, to jakże nie dojść do przekonania, że przy jakim takim rozwoju oświaty i organizacji z łatwością dogoniłby i prześcignął dzisiejsze plony wielkiej własności.

Że w odpowiednich i sprzyjających warunkach (do których należy i życzliwość społeczeństwa dla tej sprawy) ten wzrost wydajności nie daje na siebie czekać, to widać snadnie po gospodarce krajów, gdzie reforma rolna była nie chroniczną chorobą, ale szybką i skuteczną operacją. Należą do nich między innymi Łotwa, Estonia i Litwa. Inż. Zygmunt Chmielewski w „Czasopiśmie Spółdzielni Rolniczych”, nr 20/1936 r., powiada między innymi, że na Litwie po przeprowadzeniu reformy rolnej wydajność gruntów chłopskich wzrosła od 12 do 52%. Jeszcze bardziej podniosła się hodowla.

W ostatnich czasach prof. Wł. Grabski („Parcelacja wobec struktury, koniunktury i chwili dziejowej Polski”) podważył mocno ów i bez tego problematyczny „dogmat” o niższości drobnych gospodarstw, stwierdzanej na podstawie plonów z hektara. Dowodzi on, że dla oceny gospodarczego znaczenia większej i mniejszej własności należy badać, który typ własności potrafi więcej wygospodarować nie z obsiewanej, ale z posiadanej przestrzeni. Przyjąwszy to założenie prof. Grabski zastosował nową metodę statystyczną, za pomocą której wykazał przejrzyście, że wielka własność daje we wszystkich głównych ziemiopłodach, oprócz buraków i jęczmienia, plony niższe z hektara niż własność chłopska. Inaczej mówiąc, że na jednostkę posiadanych obszarów drobna własność obsiewa i obsadza większy procent powierzchni, a folwarki – mniejszy. Stąd wniosek, że jeśliby nawet, po przeprowadzeniu daleko idącej parcelacji, wydajność z chłopskiego hektara nie podniosła się od razu wydatnie, to bardziej drobiazgowe i pełne wykorzystanie nabytej przestrzeni nadrobiłoby z nawiązką niedobór, mogący powstać z cokolwiek mniejszej na razie plenności. […]

Wyższość gospodarstwa chłopskiego w wywodach prof. Wł. Grabskiego uderza jeszcze bardziej, gdy zestawia on cyfry dotyczące hodowli. Te cyfry mówią zresztą same za siebie i przy użyciu jakichkolwiek metod statystycznych nikt nigdy nie kwestionował rozległych możliwości, jakimi drobna własność góruje w tej dziedzinie nad wielką. […] Prof. Wł. Grabskiemu starano się odpowiadać i rzeczowo, a przynajmniej z pozorami rzeczowości. Pisano więc, że choć odsetek niebranej pod uprawę zbóż głównych i okopowych przestrzeni jest u ziemian większy, to w zamian zużywają oni wszystkie pozostałe obszary na kultury specjalnie cenne, takie jak sady, ogrody, rośliny oleiste czy nasienne. Zaś co do hodowli zauważano, że choć chłop góruje liczbą inwentarza nad ziemianinem, ale jakość tej hodowli jest niska. Podkreślano między innymi, że chłop nigdy nie sprosta zadaniom dostarczenia państwu konia remontowego (wojskowego).

Jeśli jednak weźmiemy do rąk to prawdziwe enfant terrible – Mały Rocznik Statystyczny, zobaczymy w nim rzeczy następujące. Sady i ogrody zajmują w Polsce 552 000 hektarów obszaru. Żadnych innych danych Rocznik Statystyczny co do tej gałęzi gospodarstwa narodowego nie podaje. Musimy sobie pomóc tym, co wiadomo „z życia”. Sad i ogród istnieją przy każdym polskim dworze, niekiedy mają wcale pokaźne rozmiary. U chłopów do niedawna tylko w województwach południowo-wschodnich i zachodnich można było zauważyć sadki przy każdej prawie chacie. Na olbrzymiej części pozostałych obszarów, z wyjątkiem śliwkowego pobrzeża Wisły, sławna dzika grusza była prawie jedyną przedstawicielką wiejskiego „sadownictwa”. Hodowla jarzyn i warzyw jeszcze mniej była wśród włościan rozpowszechniona.

Możliwe zatem, że w tej dziedzinie ziemiaństwo górowało niepomiernie nad chłopem i że stosunkowy obszar wziętych pod sady i ogrody gruntów był na jednostkę posiadanej powierzchni większy u ziemian niż u chłopów. Cóż z tego jednak wynika? Że nasze ziemiaństwo znało się wybornie na smakach warzyw i owoców, co nawet już Rej ślicznie przekazał literaturze. Poza tym jednak ta część wytwórczości rolnej nie była nigdy należycie wciągnięta w ogólny obrót naszego gospodarstwa. Dziś jest już lepiej pod tym względem. Znam nawet piękny majątek, w którym znaczna część obszaru zamieniona została na iście amerykańskie plantacje jabłek, prowadzone według wszelkich zasad nauki ogrodniczej. Ileż jednak mamy w Polsce takich wyjątków? Na ogół pod względem roli, jaką w handlu może odgrywać warzywnictwo i owocarstwo, stoimy bodaj czy nie na ostatnim miejscu w świecie. Brak danych statystycznych z tej dziedziny jest chyba dość wymownym wskaźnikiem znikomości tych kultur. I choć ziemianie mogą i powinni wiele tu jeszcze zrobić, zdaje się, że zmienić radykalnie taki stan rzeczy będzie mógł tylko chłop. W moich ostatnich wędrówkach po wsi mazowieckiej zdumiewał mnie pęd, z jakim chłopi masowo rzucają się dziś do sadownictwa. W każdej z chat, w których zdarzyło mi się gościć, można już było swobodnie mówić o renetach, landsberskich i kronselskich, o pięknej z Boskop, antonówkach, kosztelach i nawet koksach. Warzywnictwo też już zaczyna między włościaństwem kiełkować. […]

Co do jakości hodowli chłopskiej, to w samej rzeczy pozostawia ona niemal wszystko do życzenia. Zarówno pod względem samego inwentarza, jak i produktów od niego pochodzących. Ale czyż z tego może wypływać co innego, jak tylko wniosek o konieczności wielkiej ofiarnej pracy i państwa, i całego społeczeństwa, nie wyłączając ziemian, aby zmienić ten opłakany stan rzeczy? Że ogólne polepszenie bytu chłopskiego, spółdzielczość i oświata mogą tu cudów dokonać, to, powtarzam raz jeszcze, rzecz więcej niźli pewna. Wszak już przed wojną angielskie miasta nie chciały spożywać innych jaj, bekonów i masła niż pochodzące z chłopskich kooperatyw duńskich – a pisząca te słowa kupowała wówczas w Brukseli jaja z kooperatyw fińskich i… syberyjskich. […]

Przejdźmy z kolei do kwestii gospodarstwa chłopskiego wobec zadań wyżywienia miast i zaopatrzenia armii. Niestety, nie znam statystyki, która by wyliczała, ile produktów spożywają nasze miasta z większej, a ile z mniejszej własności. Nikogo to może nigdy nie interesowało, bo wartością małych gospodarstw zaczęliśmy się poważnie zajmować dopiero w najostatniejszych czasach. Na podstawie jednak tego, co już wiemy, trudno przypuszczać, aby drobna własność, produkująca w cyfrach absolutnych przeważającą ilość artykułów pierwszej potrzeby, nie miała sporego znaczenia w aprowizacji miast, nawet jeżeli odrzucimy te gospodarstwa, które na razie zaledwie same ze swych płodów mogą wyżyć i nic prawie na rynku nie sprzedają. Pomijając dostawy z dalszych stron przez pośredników, każdy mieszkaniec miast wie dobrze, jaką rolę odgrywają chłopi podmiejscy w dostawie mnóstwa produktów bezpośrednio do domów. Oczywiście, że i organizacja tego zbytu jest żadna i jakość tych produktów najczęściej kiepska. Wybredniejsze podniebienia, bardziej wymagające żołądki i lepiej zaopatrzone kieszenie poszukują też specjalnie produktów z wielkiej własności. Ale i takiej ludności w miastach, i takich produktów na rynku jest chyba (poza zbożem) szczupła mniejszość. Ta wyborowa ziemiańska produkcja to luksus, który nie może być miarą sądów o wyżywieniu miast, chociaż u nas właśnie takie rzeczy bywają miarą sądów.

A teraz armia. Bardzo możliwe, że to wojsko właśnie przede wszystkim pochłania produkcję wielkiej własności i że jest mu wygodniej aprowizować się w dużych majątkach. Lecz armia jest dla narodu, a nie naród dla armii. Armia, mimo jej bezwarunkowej konieczności, szczytnych zadań, wspaniałych zalet i miłości, jaką budzi, nie może być wyłącznym ideałem życia narodu w tym znaczeniu, aby dla niej wolno było rezygnować z reform wymaganych przez nieodparte konieczności gospodarczo-społeczne. Jeżeli dobro, a nawet byt narodu i państwa żądają oparcia gospodarki rolnej o drobną własność, to armia, ta – jak się ciągle podkreśla – najlepiej obywatelsko wychowana część społeczeństwa, niewątpliwie dostosowuje swoje metody aprowizacyjne do tych wymagań dobra narodowego.

Armia bowiem nie jest stworzona do tego, żeby bronić samej siebie, ani żeby bronić pomyślności kilkudziesięciu tysięcy rodzin, lecz aby bronić dobra całego narodu. Gdy o to dobro nie zadbamy, to i bronić w końcu nie będzie czego.

Posługiwanie się rzekomym interesem armii w walce z reformą rolną uchybia zarówno poczuciu obywatelskiemu wojska, jak rozumowi jego władz gospodarczych. Intendentura wojskowa stoi bez wątpienia daleko bardziej na wysokości swych zadań, niż przypuszczają sfery chcące w nią wmówić to, co dla nich byłoby wygodniejsze. Potrafi ona wypracować takie metody zaopatrywania, które mogą być pogodzone ze stopniowym przeobrażeniem się polskiego ustroju rolnego. Naturalnie – znów to trzeba powtórzyć – najszerszy rozwój spółdzielczości (w danym wypadku spółdzielni zbytu ziemiopłodów) jest i tu koniecznym warunkiem rozwiązania nastręczających się trudności. Dla ułatwienia wojsku aprowizacji z gruntów chłopskich kraj musi pokryć się organizacjami wspólnej sprzedaży płodów rolnictwa. I wojsko może tu bardzo pomóc, bo właśnie pewność otrzymania dostaw do armii mogłaby być doraźnym życiowym bodźcem i dla podniesienia gatunkowości produktów, i dla organizowania ich zbytu.

Ciekawe, że płk. Dżugay, wygłaszając w czerwcu roku ubiegłego przed audytorium ziemiańskim odczyt o rolnictwie w Czechosłowacji, podkreślił bardzo wyraźnie łatwość aprowizacji armii czechosłowackiej właśnie wskutek istnienia spółdzielczości zbytu, zorganizowanej, jak wiadomo, głównie przez włościan tego kraju. Szkoda, że ziemiaństwo nie zapamiętało sobie tego szczegółu o aprowizacji wojska czechosłowackiego, nim zaczęto wdrażać w naszej armii myśli kierowania zainteresowań aprowizacyjnych tylko w stronę wielkiej własności. […]

Zapominamy i o tym, że armia to nie szczupłe grono świetnych oficerów, skoligaconych rodzinnie lub towarzysko ze sferą ziemiańską. Że armia – to siłą rzeczy nade wszystko chłopi, wypełniający już dziś nie tylko szeregi, ale – coraz częściej – i kadry oficerskie. Trudno przypuścić, żeby ta już dziś na wskroś ludowa siła zbrojna nie znalazła w sobie dostatecznego zrozumienia dla najżywotniejszej sprawy narodu, jaką jest wciągnięcie w orbitę ogólnego życia gospodarczego masy chłopskiej. Tej masy chłopskiej, której symboliczną nazwą, zawołaniem, herbem zbiorowym niejako są przecież od dawna dwa słowa: żywią i bronią.

Na ratunek!

Coraz częściej przychodzili do mnie znajomi robotnicy i urzędnicy ze stereotypową prośbą o napisanie po francusku albo po niemiecku listu do dyrekcji zakładów żyrardowskich, a przeważnie do dyrektora generalnego, pana Koehlera. Robotnicy pamiętali jeszcze czasy, gdy dawny właściciel Żyrardowa, Karol Dittrich, uprzejmie odpowiadał na listy skierowane do niego, kazał badać wynikłe spory, udzielał pomocy, radził potrzebującym rady. Teraz więc, gdy starzy urzędnicy i robotnicy tracili pracę, a nie otrzymywali odpowiedniej emerytury, każdy z nich był przekonany, że byle donieść o tym dyrektorowi generalnemu, to wszystko zmieni się od razu. Ale należało napisać do niego po niemiecku albo po francusku. Korespondencja ta stała się bardzo jednostronna, bo na listy i podania wysłane do pana Koehlera nikt nigdy nie otrzymywał odpowiedzi, bez względu na to, czy pisał urzędnik mający za sobą trzydzieści lat pracy na wysokim stanowisku fabrycznym i społecznym, czy też robotnik, który po półwiekowej pracy został „zredukowany”. Pan dyrektor po prostu nie odpowiadał, dostępu do niego nie było i sprawy likwidowały się jakoś same przez się, ulegały przedawnieniu, zapomnieniu, radykalnemu zlekceważeniu.

Biura fabryczne zostały przeniesione do Warszawy i dyrektor Koehler nakazał urzędnikom, aby się przeprowadzili do stolicy. Ni mniej, ni więcej. Że istniał bezprzykładny głód mieszkaniowy i że nawet za liche mieszkanko trzeba było płacić wysokie odstępne, tego nie przyjmował po prostu do wiadomości. Niektórym urzędnikom udzielano pożyczki na nabycie mieszkania w Warszawie, a pożyczkę odbierano potrąceniami z pensji. W Żyrardowie opustoszał wielki, kosztowny gmach kantoru głównego, a mnóstwo ładnych i wygodnych mieszkań w domach i willach fabrycznych stało pustkami. Oczywiście, nie brakło amatorów na te mieszkania, ale urzędnicy przenosili się do Warszawy, a osobom prywatnym fabryka mieszkań wynajmować nie chciała. Była to polityka w wielkopańskim stylu: przepadał dla fabryki czynsz mieszkaniowy za tyle pustych mieszkań po wysiedlonych urzędnikach, a w dodatku za pomieszczenia na biura w Warszawie musiały zakłady żyrardowskie płacić 80 tysięcy rocznie. Dla fabryki były to drobiazgi pozbawione większego znaczenia, ale jednocześnie zaprowadzono oszczędności, bardzo podobne do dokuczliwego i złośliwego sknerstwa, którego skutkami obarczano wyłącznie ubogiego robotnika, drobnego urzędnika, rzemieślnika i kupca. Gdzie się dało zaoszczędzić złotówkę kosztem najuboższej ludności żyrardowskiej, zaoszczędzano ją jak najskwapliwiej, ale nie żałowano setek tysięcy, gdy chodziło o dogodzenie kaprysom dyrekcji.

Od roku 1927 coraz częściej powtarzano imiona dwóch nowych władców Żyrardowa: Koehlera i Waśkiewicza. Dwa te imiona zrosły się z sobą tak ściśle, że gdy się powiedziało Koehler, to echo niby myśl natrętna dopowiadało: Waśkiewicz. To kazał zrobić Koehler, tamto zarządził Waśkiewicz. […] Sprowadzano z zagranicy nowych urzędników, tak zwanych asów przemysłowej i handlowej reorganizacji i racjonalizacji. Przyjeżdżał taki pan Pfau. Sześć tysięcy miesięcznie, wspaniała willa, świadczenia wszelkiego rodzaju. Kontrakt na trzy lata. Posiedzieli zacni ludzie trzy lata, wzięli z tytułu umowy 240 tysięcy, wydali z tej sumy na swoje utrzymanie jakie 10 tysięcy najwyżej i wyjechali śmiejąc się zapewne w kułak, że tak łatwo można w Polsce zarobić gruby grosz. Łatwo oczywiście, bo pan Pfau nie miał najmniejszego pojęcia o fabrykacji, a cała jego racjonalizacja pracy i handlu polegała na sztuce wypatrywania, komu by tak jeszcze można urwać coś niecoś z zarobku.

Siedział sobie w biurze tkalni pan Ulrich, specjalista od jedwabiu, chociaż z jedwabiem Żyrardów nie miał nic wspólnego. Likwidowano nawet len, aby tym wydatniej przerabiać bawełnę, jako że główny akcjonariusz pan Boussac był królem bawełny i na bawełnie zbijał majątek. Pobierał ten pan Ulrich 4500 złotych miesięcznie i nie robił literalnie nic, bo jedwabiu w Żyrardowie nie przerabiano. Robotnicy śmieli się z niego, że za całe zajęcie miał ten dyrektor wywabianie plam z tkanin. Kontrakt także na parę lat i na to rady nie było. Posiedział, powywabiał trochę plam i wyjechał wywożąc grube pieniądze. Ilu było w Żyrardowie takich racjonalizatorów i reorganizatorów pracy i jakie pieniądze powywozili, o tym społeczeństwo polskie nigdy nie dowie się całej prawdy, bo to są sekrety „handlowe”. Te właśnie sekrety podlegały bezpośrednio władzy dyrektora generalnego, Koehlera. Angażował inżynierów i dyrektorów specjalistów, ale żadnemu z nich nie pozwolił nic robić samodzielnie. Duża pensja, wysokie stanowisko i wywabianie plam. Dyrektor Koehler sam za wszystko odpowiadał i sam znał się na wszystkim najlepiej. Kazał np. poprzesuwać ciężkie maszyny w przędzalni lnu i to w taki sposób, że cienka posadzka żelazobetonowa groziła załamaniem się i nieobliczalną w skutkach katastrofą, ale nikt nie byłby się odważył zwrócić mu na to uwagę, bo każdy mógł wylecieć z fabryki na poczekaniu. Dopiero po jego śmierci z największym pośpiechem zdemontowano maszyny i poustawiano je na dawnych miejscach. Gdy pończoszarnia szła nieosobliwie i gdy fachowcy mówili, że trzeba koniecznie podnieść gatunek wyrobów pończoszniczych i obniżyć ceny, pan dyrektor generalny kazał przenieść maszyny do innego gmachu. Oczywiście, że te kosztowne przenosiny nic nie pomogły.

Taki był pan Koehler. A pan Waśkiewicz? Pewnego dnia pojawił się w Żyrardowie pan w rogowych okularach i „zajął stanowisko”. Miał poprzedników, ale poprzednicy ci jeden po drugim opuszczali Żyrardów, nie chcąc być narzędziem polityki fabrycznej, jawnie przeciwspołecznej. Pan Waśkiewicz zaprezentował się od razu wszystkim i każdemu. Obchód narodowy? Oczywiście, on na pierwszym miejscu. Zebranie towarzyskie w resursie? Naturalnie za jego specjalnym zezwoleniem. Zabawa sylwestrowa? Pod protektorem jaśnie wielmożnego pana dyrektora Jana Waśkiewicza. Urzędnicy mówili między sobą o nowych porządkach, ale tylko szeptem, bo nowy dyrektor bywał nie tylko protektorem zabaw sylwestrowych, lecz i groźnym władcą. Był wprawdzie tylko pomocnikiem dyrektora Koehlera, ale obowiązki swoje traktował z wielką sumiennością i interesy fabryki ucieleśnił w sobie. Gdy trzeba było wyszorować podłogę, dawny zarząd dawał szczotki na kijach, ścierki, szare mydło, sodę i kazał szorować. Pan Waśkiewicz przystępował do takich rzeczy obrzędowo: ile szarego mydła trzeba na metr kwadratowy podłogi? Na jak długo wystarczy ścierka? Ile zużywa się szczotki? Racjonalizacja gruntowna. W biurze stawał nad pracownikiem: „Co pan teraz robi? Czy nie można by trochę prędzej? Czy umie pan robić to a to?”. Pracę trzech zgarniało się na kupę, dzieliło się ją między dwóch, a trzeci mógł sobie iść. Reorganizacja na całego. […]

Pan Waśkiewicz rozejrzał się w sytuacji i z całą swą gorliwą wiernością zabrał się do służenia swojemu Koehlerowi. Przede wszystkim odmłodzenie zakładów żyrardowskich! […] Zaczęto sobie opowiadać, że na miejsce starych i niestarych robotników przyjmuje się dzieci, ale te dzieci muszą terminować. […] Pomysł był kuszący: rodziców na bruk, a ich dzieci pracować będą darmo, w zamian za perspektywę otrzymania później pracy stałej. Pan Waśkiewicz zabrał się do zrealizowania tej pięknej myśli z gorliwością wprost niezrównaną. Bywają tacy służbiści, którzy dla przypodobania się swemu panu gotowi wyleźć ze skóry. Pojawiły się „Kontrakty oddania chłopca na naukę rzemiosła”. W kontraktach tych pan Waśkiewicz dyskontował dla fabryki i dla własnej kariery braki ustawodawstwa społecznego, bierność społeczeństwa, a przede wszystkim nędzę wyzyskiwanych. Wszyscy wiedzą przecie, że fabryka rozbiła rzemiosła na szereg rękoczynów przy maszynach i że w żadnej fabryce robotnik, choćby pracował trzydzieści czy czterdzieści lat, nie wyuczy się rzemiosła. A więc fikcja i podstęp, czyli chytry wyzysk.

Nauka rzemiosła u pana Waśkiewicza miała być zrazu bezpłatna, czyli że ani on nie płacił terminatorowi, ani rodzice terminatora nie płacili jemu. Ale w warunkach straszliwej nędzy, jakie razem z Koehlerem wytworzył, sama nadzieja otrzymania pracy była już sowitą zapłatą, więc dzieci rodziców wygnanych z fabryki garnęły się tłumnie do terminu, aby pracować darmo tam, gdzie rodzice ich pracowali za jakie takie wynagrodzenie. Terminowanie miało trwać aż trzy lata, podczas gdy naprawdę wystarczają cztery tygodnie, aby się wyuczyć sekretów pilnowania maszyny. Dawniej terminator fabryczny otrzymywał od razu wynagrodzenie jako dniówka, a po czterech czy sześciu tygodniach nauki własne krosna czy własny przydział przy maszynie. A tu trzy lata! Majster dawnego typu zobowiązywał się, że terminatora czegoś naprawdę nauczy, ale pan Waśkiewicz nie myślał brać na siebie takiego obowiązku i pozostawiał sobie wolną rękę. […] Taki kontrakt wiązał ucznia i jego rodziców, ale do niczego nie zobowiązywał pana Waśkiewicza. Terminator pracował, oczywiście, jak stary robotnik, niekiedy jeszcze wydajniej, bo wiadomo, że siły młodociane uskrzydla wrażenie nowości i pociąga zaciekawienie, wzbudzając gorliwość, jakiej w starych robotnikach być nie może. I takich właśnie „terminatorów” można było wyzyskiwać jako robotników darmowych, aby ich następnie wyrzucić i zastąpić nowymi darmowymi terminatorami. Gdy opinia zaczęła sarkać na to bezpłatne terminowanie, pan Waśkiewicz raczył płacić po 80 groszy dziennie, ale rzecz osobliwa, że terminator od razu otrzymywał książeczkę robotniczą, a kierownik oddziału nie troszcząc się o to, że ma do czynienia z terminatorem pana Waśkiewicza, który ma pobierać po 80 groszy dziennie, wyznaczał mu wynagrodzenie od sztuki. W rezultacie takich dziwnych manewrów młodociany po parotygodniowej darmowej robocie otrzymywał wreszcie pierwsze wypłaty, wynoszące jakie trzy złote z groszami za tydzień pracy. Ale co najważniejsze, to fakt, że na kontrakty oddania chłopca na naukę rzemiosła przyjmowano nie chłopców, ale dziewczyny. Chłopców do fabryki nie przyjmowano. Popracowały takie młode robotnice, pozarabiały po trzy-cztery złote na tydzień i zgodnie z umową zostawały zwolnione w chwili, gdy trzeba było przyznać im większy zarobek, a na ich miejsce przyjmowano terminatorki nowe. Obrót młodocianymi siłami robotniczymi był żywy, praktyczny, cyniczny. […]

Mniejsza o majstersztyki takich panów, ale obojętność społeczeństwa, bierność wyzyskiwanych i brak jakiegoś głębszego zainteresowania dla spraw tak ważnych ze strony prasy – to zagadka po prostu tragiczna. Zainteresowanie się Żyrardowem miało przyjść dopiero później, gdy już było tylko prostym stwierdzaniem smutnych faktów, nie dających się odrobić. Na razie pojawiały się w prasie tylko luźne uwagi, notatki, artykuliki, z których ani jeden nie próbował sięgnąć głębiej. Jedyną konsekwentną akcję prowadził Magistrat. Prezydent miasta, p. Edmund Orlik, krzątał się, jeździł do Warszawy, informował władze, organizował pomoc dla bezrobotnych, szukał rozwiązania sprawy żyrardowskiej, gdzie tylko mógł, zalecając Żyrardów jako pierwszorzędny ośrodek przemysłowy. Inicjował akcję prasową w obronie Żyrardowa, zdobywał ciekawy materiał dowodowy, dotyczący gospodarki nowego zarządu, polecał układać memoriały dla władz rządowych, sejmu, prasy. Lecz trudności żyrardowskie nie były odosobnione i wyłącznie nasze. Robotnik żyrardowski, pozbawiony pracy w fabryce, nie miał dokąd odpłynąć i dlatego dzień w dzień przed Magistratem i przed biurem Funduszu bezrobotnych tworzyły się zatory unieruchomionej energii robotniczej. Trzeba było radzić. Ale jak? Roboty publiczne wymagały dużych pieniędzy, a o kredyty nie było łatwo. Magistrat i Rada Miejska wyzyskały wszystkie możliwości dopomożenia bezrobotnym, ale te możliwości były ogromnie ograniczone w stosunku do bezmiaru nędzy, jaka się w Żyrardowie zagnieżdżała. […]

Tymczasem pan Koehler sprowadza nowe kosztowne maszyny-automaty, przy których obsługa ludzka jest niemal zbędna, a pan Waśkiewicz przesiewa przez sito swoich kombinacji imiona tych, którzy mają być niebawem „zredukowani”. Z ust do ust idzie smutna wieść, że lista nowych redukcji już jest gotowa, że czterystu osiemdziesięciu robotników pójdzie na bruk. Ale na to nie ma rady. To jest racjonalizacja i reorganizacja pracy. Reorganizacja w imię czego? Dla kogo? Czy to naprawdę nikogo nie obchodzi, że tysiące ludzi musi głodować, ulegać straszliwej degradacji społecznej w rozpaczy i nędzy? Czy jedyną odpowiedzią na te pytania jest i będzie zawsze to jedno nic nie mówiące słowo: kryzys? Co to jest kryzys? Kto jest sprawcą kryzysu? Kiedy się skończy ten wielopostaciowy kryzys? […]

W Żyrardowie było coraz gorzej. Związki zawodowe zostały rozbite albo wegetowały żałośnie, w fabryce pracowało zaledwie tysiąc dwieście robotników, pan Waśkiewicz zwalniał bezustannie robotników i urzędników, niektórych namawiał usilnie do opuszczenia Żyrardowa. Jednocześnie likwidował w Żyrardowie bogate życie towarzyskie i kulturalne, otaczając się ludźmi prawie wyłącznie obcymi. Swoją gorliwość w służeniu Boussakom posuwał coraz dalej, wynajdował różne sposoby i chwyty, odebrał robotnikom Dom Ludowy, zbudowany dla nich przez Karola Dittricha, zamknął też szkołę tkacką, jedyną w województwie warszawskim, i zabierał się do opanowania miasta. Przed letnimi urlopami wymawiał wszystkim robotnikom pracę, wobec czego owe dwa tygodnie wypoczynkowe, które prawodawca chciał uczynić źródłem radości i porą wytchnienia dla spracowanego robotnika, stawały się dla wszystkich istnym piekłem niepokoju i zgryzoty, bo nikt nie wiedział, czy po urlopie letnim znajdzie jeszcze pracę w fabryce. Zarazem obrót siłami młodocianymi, czyli terminatorami fabrycznymi, był coraz bystrzejszy, według plastycznego wyrażenia p. Haliny Krahelskiej, byłej inspektorki fabrycznej. […]

Chodziło o złamanie człowieka pracy, o pognębienie go i zatriumfowanie nad jego bezradnością. I na to wszystko rady nie było. Koehler miał siłę po swojej stronie i z całym cynizmem wyzyskiwał to prawo silniejszego. Zaś pan Waśkiewicz odsłaniał mu usłużnie wszystkie braki naszego ustawodawstwa robotniczego i społecznego i doradzał, w jaki sposób można wyzyskać każdy z tych braków. Ogarniała nas rozpacz, ale cóż było robić? Podczas gdy w Paryżu i Berlinie ukazywały się książki o przesileniu demokracji i kryzysie parlamentaryzmu, w Żyrardowie widzieliśmy najistotniejsze przyczyny tych zjawisk. Ludzie pracy, ta podwalina najgłębsza gmachu cywilizacji, poczuli nagle, że dźwigają ciężar nad siły, obcy i wrogi. Wszystko, co dawniej tworzyło właściwą treść istnienia, polityka, wiedza, sprawy społeczne, lepsza przyszłość, znikło wobec zagadnienia elementarnego instynktu życia. Demokracja, faszyzm, dyktatura, socjalizm, oświata, komunizm, klerykalizm, antyklerykalizm – wszystko to stało się nagle nieistotne, obojętne, dalekie i obce. Jeszcze w nowelkach Gorkiego ubogi zecer wolał utracić pracę niż sprzeniewierzyć się swoim przekonaniom. Degradował się wprawdzie na robotnika niższej kategorii, musiał malować płoty, ale nie skazywał się na śmierć. Miał jeszcze rozległy wybór między dobrym a gorszym. Taki wybór znikł teraz zupełnie: najlichsza, najmarniej płacona praca albo głód, poniewierka, cierpienie i może nawet śmierć głodowa. Nie to było ważne, czy pracę da demokrata, czy komunista, klerykał i wstecznik, ale to, czy się ją w ogóle dostanie. Koniunktura gospodarcza pociągnęła za sobą koniunkturę polityczno-społeczną. […] Roztrząsanie spraw demokracji czy dyktatury to sprawa sytych, głodni nie mieli ani ojczyzny, ani przyszłości, ani przekonań polityczno-społecznych. Tragiczny popyt na chleb zmniejszył z natury rzeczy popyt na ideologie społeczno-polityczne. […]

Redukcje postępowały, obrót siłami młodocianymi był coraz szybszy. Poszczególne oddziały fabryki szły po trzy-cztery dni w tygodniu, a przy tym w całej wielkiej fabryce pracowało już nie 9 tysięcy robotników jak dawniej, ale niewiele ponad tysiąc. Jednocześnie wszakże administracja była taka kosztowna, jak bodaj nigdy dotąd. Sam Koehler pobierał kilkaset tysięcy rocznie, a tacy reorganizatorzy, jak Pfau, Ulrich i wielu innych otrzymywali po kilka tysięcy miesięcznie. W biurach warszawskich siedzieli różni dygnitarze zagraniczni, mający bardzo wysokie pensje, a techniczny personel fabryki był liczny. Na tę kosztowną administrację, która była nie mniejsza od administracji dawnej, gdy w fabryce pracowało 9000 ludzi, lecz raczej większa, musiało zapracować nieco ponad tysiąc robotników. Chodziło, oczywiście, nie tylko o administrację, ale i o akcjonariuszy, więc robotnik żyrardowski miał co dźwigać na swoich barkach. W dodatku musiał wziąć na siebie sprawę bezrobotnych towarzyszy, bo nowy zarząd fabryki z zasady nie dawał na cele społeczne ani grosza. Gdy opinia publiczna zaczęła się dopominać od fabryki pomocy dla bezrobotnych, zarząd nałożył na swoich urzędników 2-procentowy podatek od pensji, co w razie najlepszym mogło dać kilka tysięcy miesięcznie, czyli po kilkadziesiąt groszy na bezrobotnego. Była to „akcja ratunkowa” na odczepne.

Inteligentni robotnicy zdawali sobie sprawę z tego, że nie chodzi już o jedno z dawnych bezroboci, ale o wielkie zasadnicze przemiany, które setki tysięcy i miliony robotników wyrzucają poza nawias systematu pracy. Kierownicy tkalni nie troszczyli się teraz o to, czy tkacze zechcą pracować na trzech albo czterech krosnach, bo doszło tymczasem do tego, że jeden tkacz obsługiwał 10–12 krosien-automatów, a miejsce 200 cewiarek zajęły maszyny obsługiwane przez kilka młodych dziewczyn. Podczas gdy dawna cewiarka zarabiała 20–30 złotych tygodniowo, co przy 200 pracownicach cewiarskich dawało od 4 do 6 tysięcy złotych tygodniowo, po zracjonalizowaniu cewiarni maszyny przy obsłudze kilku dziewczyn pracowały za 60–80 złotych tygodniowo. W przędzalni pozsuwano maszyny i pracę porozdzielano w ten sposób, że gdzie dawniej pracowały trzy prządki, tam postawiono jedną. Gdy w oddziałach pomocniczych, w których robotnicy pracowali na dniówkę, powstawały zaległości, Koehler nie pozwolił przyjmować nowych robotników, ale domagał się od kierowników tych oddziałów, aby całą pracę wykonywali przy pomocy personelu posiadanego. Oczywiście, że nie można było dokonać tego inaczej, niż przez wymuszanie na robotnikach pracy nad siły i nad normę. Dzień roboczy przedłużano o kilka godzin, za które jednak nikomu nie płacono. Bezkarność takich nadużyć była zapewniona, bo żaden robotnik nie byłby się odważył zaprotestować lub udać się ze skargą do inspektora. Skutek protestu lub skargi mógł być tylko jeden: utrata pracy. A tego żaden robotnik ryzykować nie chciał.

Racjonalizacja pracy i „odmładzanie” fabryki prowadziły do tego, że robotników starszych zastępowano siłami młodymi. Od dziesięcioleci istniał w Żyrardowie zwyczaj, że starym robotnikom, którzy przestawali pracować, wypłacano emeryturę w wysokości od kilku do kilkunastu rubli miesięcznie. Do tej fabrycznej emerytury były właściciel Żyrardowa, Karol Dittrich, dodawał od siebie od dwóch do pięciu rubli miesięcznie. Jeśli dodamy, że każdy robotnik starszy miał znaczne oszczędności w Fundacji Karola Augusta Dittricha, założonej i utrzymywanej przez Karola Dittricha, to zrozumiemy, że żaden emeryt po opuszczeniu fabryki nie doznawał skutków jakiejś nędzy. Nowy zarząd spoglądał na emerytury jak na trwałe fatalne zło, którego trzeba było pozbyć się jak najprędzej razem z wszystkimi świadczeniami społecznymi. Redukowano tedy emerytury razem z płacą, a ta stawała się coraz mniejsza. Tkacz, który pracował na dwunastu krosnach, nie zarabiał oczywiście tyle, ile zarobiłoby w normalnych warunkach pięciu lub sześciu tkaczy, ale dostawał za swoją wytężoną pracę o 50 do 100% więcej, niż dostawał dawny tkacz, pracujący na dwu krosnach. […]

Skutki racjonalizacji są olbrzymie. Tu nie chodzi o jakieś drobne ulepszenia produkcji i zbytu, ale o rewolucję w wielkim stylu. Dotychczas rewolucje gospodarcze i społeczne były dziełem zrozpaczonych mas i zwracały się przeciwko posiadaczom zbyt wielkich bogactw i zbyt wielkiej władzy. Teraz posiadacze wielkich bogactw i absolutnej władzy dokonywali rewolucji przeciw bezbronnym i bezradnym masom. Rozmiary tej rewolucji wyraziły się w Żyrardowie liczbami tragicznymi: z 9000 dawnych robotników pozostało przy pracy 1200–1500, a więc siódma czy szósta część. Gdyby racjonalizacja pozbawiała chleba tylko siódmą część robotników, można by mniemać, że się ta część bezrobotnych ostatecznie gdzieś podzieje, rozpłynie po całym organizmie społecznym i nie rzuci się w oczy postacią klęski. Zmniejszy się liczba małżeństw, obniży się liczba urodzin i na tym koniec, jeśli jeszcze dodać odpowiednie zmniejszenie się dochodu społecznego i powiększenie się zysków kapitalistów. A tu taka katastrofa! Dla nas sprawa nieobojętna, bo robotnik jest nasz i trzeba go żywić, kapitał jest obcy i zyski wywozi za granicę. Racjonalizacja więc, taka, jaka odbywa się w Żyrardowie, oznacza obniżenie dochodu społecznego, a tym samym obniżenie stopy życiowej i wszystkie tego skutki.

Rodziło się pytanie: kiedy i na czym skończy się racjonalizacja i co stanie się z bezrobotnymi? Pytanie takie nie istniało dla kapitalisty, ale narzucało się nam. Kapitaliści prześcigali się wzajemnie: w Żyrardowie jeden tkacz pracował na dwunastu krosnach, u Ettingona w Łodzi jeden tkacz pracował już na 32 krosnach. Kto może więcej i taniej produkować, ten bije słabszego przeciwnika i zwycięża. Ale pobity przeciwnik nie ginął z głodu. Jak w wojnach orężnych królowie i cesarze bili się swoimi poddanymi, tak w walce kapitalistycznej wielcy bogacze załatwiali swoje rozrachunki kapitalistyczne na skórze ubogich robotników, nie troszcząc się o los bezrobotnych, o ich życie i śmierć. Trudno było zgodzić się z myślą, że ostatecznym celem racjonalizacji przemysłu jest anarchia gospodarcza i społeczna. […] Taka jest rzeczywistość gospodarcza. W Australii hodowcy zabijają i niszczą 800 000 owiec, w Brazylii niszczy się setki tysięcy worków kawy, w Argentynie, Stanach Zjednoczonych i Kanadzie palą masy zboża, w Meksyku wojsko niszczy miliony bananów, w Ameryce Południowej i w Egipcie palą olbrzymie masy bawełny, nawet w Czechosłowacji topią w Dunaju mnóstwo sławnych czeskich ogórków, a w Holandii hodowcy tulipanów płacą specjalnym robotnikom za niszczenie milionów cebulek kwiatów, które dotychczas rozchodziły się po całym świecie. To są rzeczy, których prosty ludzki rozum, nie wypaczony nałogami myśli kapitalistycznej, zrozumieć nie jest w stanie. […]

Napisałem artykuł o rzeczywistości gospodarczej widzianej w perspektywie Żyrardowa i posłałem go do „Gazety Polskiej” jako głos dyskusyjny, z góry licząc się z tym, że redakcja może go nie wydrukować. Zresztą nie przywiązywałem żadnej specjalnej wagi do tego artykułu, bo widziałem przecie na własne oczy, że paroletnia kampania prasowa przeciwko zarządowi Żyrardowa nie dała w wyniku ostatecznym literalnie nic. Dawniejszy zarząd na każdy najdrobniejszy artykulik odpowiadał natychmiast, chociaż mógł się był z rynkiem polskim nie liczyć, ile że rynkiem właściwym Żyrardowa była cała Rosja aż po Samarkandę i Port Artur. Obecnie zarząd fabryki kpił sobie z prasy i nawet nie raczył zwrócić uwagi na jej głosy. Byłem przekonany, że i tym razem będzie tak samo. […] Stała się rzecz nieoczekiwana. Nie tylko że prasa polska żywo zainteresowała się artykułem moim, przedrukowując wyjątki z niego i komentując je życzliwie, ale co najważniejsze, zarząd Zakładów żyrardowskich zdecydował się nareszcie odpowiedzieć na stawiane mu zarzuty, chociaż w artykule swoim nie wymieniłem nazwy miejscowości i nazwisk fatalnych działaczy. Lecz odpowiedź dana mi piórem p. senatora G., członka rady Zakładów żyrardowskich, była w duchu nowego kursu. Pan senator G. jako urzędnik przedsiębiorstwa musiał stanąć po jego stronie, jednakże cały jego artykuł był tak stylizowany, iż tylko potwierdzał moje zarzuty. Autor tego artykułu poza ogólniki wyjść nie umiał. Rozpisał się o przyjaźni polsko-francuskiej, jak gdyby miała ona w tym wypadku cokolwiek do rzeczy, rozwiódł się szeroko nad szlachetnością pana Koehlera, dodał coś niecoś o trudnościach, o kapitale, o popieraniu rządu i zrobił ze mnie szkodnika społecznego, który w dodatku mieszka w domu fabrycznym, czyli że już z tej racji powinien dąć w dudkę pana Koehlera. Artykuł pana senatora G. ukazał się w wolnej trybunie „Gazety Handlowej” i wywarł na mnie wrażenie przygnębiające. Odpowiedziałem mu w „Gazecie Polskiej”, co myślę o tej odpowiedzi, wezwałem go, aby zaprzeczył faktom przeze mnie podanym o terrorze panującym w Żyrardowie, o szykanowaniu polskich urzędników i robotników, o sprzedawaniu w kraju francuskich tkanin ze stemplem fabryki żyrardowskiej. Pan G. odpowiedział znowu komunałami w „Gazecie Handlowej”, że tego-owego, że „słowami robotników bezrobotnych nie nakarmimy”. Było to przykre uchylanie się od odpowiedzialności. […]

Tymczasem po ukazaniu się moich artykułów w „Gazecie Polskiej” Żyrardów stał się nagle tematem wysoce aktualnym dla całej prasy polskiej. Dzień w dzień „Informacja Prasowa” posyłała mi wycinki różnych gazet piszących o Żyrardowie a jednocześnie dostawałem listy z całego kraju z informacjami o stosunkach przemysłowych w Łodzi, na Śląsku i indziej. […]

Do ogarnięcia całokształtu życia społeczno-gospodarczego brakło mi zainteresowania, a może zdolności. Marks był dla mnie lekturą trudną i niezrozumiałą. Ale nagle ujrzałem hierarchię kapitalistyczną tuż przed oczami: Waśkiewicz, Koehler, Boussac… Pakiet akcji przechodzi z rąk do rąk i nagle człowiek, który przy pomocy machinacji giełdowych i fałszywej przysięgi zdobywa miliony, staje się panem losów ludności żyrardowskiej. Apartament za milion, urządzenie mieszkania za pięć milionów, trzy Rolls-Royce’y, wspaniałe zbiory, diva opery paryskiej jako przyjaciółka… Takie to dziwne: do roku 1914 nie miał nic, o Żyrardowie może nigdy nawet nie słyszał, na dostawach wojennych „dorobił się majątku”, kupił sobie akcji… A tymczasem ludzie, którzy z dziada-pradziada siedzieli w tym mieście, budowali je na fundamentach swej nędzy i wyrzeczeń, na gruźlicach, rupturach, na tysiącu nieszczęśliwych wypadków i nagłych śmierci w trybach maszyn, stają się niczym, dodatkiem do maszyn, budynków, wielkich placów, domów mieszkalnych, pałaców, will, parków…

Kierowniczka jednej ze szkół opowiada nam, że dzieci zasypiają przy lekcjach, bo są chronicznie głodne. Sami widzimy, że dzieci zaczynają żyć na własną rękę: sprzedają gazety, grają o pieniądze, spekulują, na czym się da, aby zarobić kilkadziesiąt groszy. Wieczorem widuje się na ulicach sporo młodych kobiet. Chodzą, jakby na kogo wyczekiwały, zwalniają kroku, spoglądają na przechodnia… Wprost się wyczuwa, że mają okropne bicie serca, że nie wiedzą, jak się zachować, aby mieć sposobność upragnioną do zarobienia kilku złotych. Ale zabiegi ich nie zdają się na nic. Tyle ich jest, a tak mało w Żyrardowie ludzi zarobkujących, którzy mogliby wyrzucić zgoła niepotrzebnie kilka złotych. Przecie za trzy złote wegetuje nieraz cała rodzina przez tydzień.

Racjonalizacja, kultura chrześcijańska, wolność, równość, braterstwo, prawo do pracy, prawo do życia, do oświaty, do szczęścia… Człowiek chce żyć. Najprzód wyprzedaje się ze wszystkiego, czego bezpośrednio do utrzymania życia nie potrzebuje, potem sprzedaje ostatnie graty, ubranie, bieliznę, buty, jednym słowem wszystko, co można wymienić na chleb. Wreszcie sprzedaje swoją moralność, obyczaje, wierzenia, wstyd, godność ludzką… Za kawałek chleba. […] Z takimi smutnymi myślami wyszedłem po obiedzie 26 kwietnia na ulicę, aby odetchnąć po pracy. Snuli się obdarci robotnicy, ze szkoły wychodziły dzieci, po wyboistym bruku terkotał wózek chłopski. Było słoneczno i smutno w pustce ulic konającego miasta. Z bramy szkolnej wyszła blada i wzburzona znajoma, sąsiadka z trzeciego domu, pani Blachowska, higienistka. Podeszła i głosem ochrypłym mówiła coś, co było fantastycznie nieprawdopodobne. Że w tej chwili ktoś słyszał wiadomość podaną przez radio, iż mąż jej zabił Koehlera. Niemożliwe! Gdzie? W Warszawie! W biurze? Nie wiadomo. Nie, to chyba nieprawda. […] Taka pewno pogłoska… Nie, to wiadomość urzędowa, przez radio podana… Blada pani Blachowska stoi chwilę bezradna, potem żegna się i idzie do domu, a niebawem widzimy ją idącą wolno ku dworcowi kolejowemu.

Ludzie przystają z sobą i rozmawiają szeptem, wskazują za siebie wyprostowanym kciukiem, że tam, w Warszawie… Nikt nie wierzy. […] Czy pan już słyszał? Chyba nieprawda… W biurze policji mówili, że prawda. Idę ulicą i myślę o tym, co właśnie słyszałem. […] W lutym pisałem w „Gazecie Polskiej”, że jeśli polityka dyrekcji trwać będzie dalej, to krwawa tragedia nie każe czekać na siebie. Przychodziło zdziwienie, że ten zabity człowiek nie rozumiał tak prostej rzeczy, iż ludzi kopać nie można, że nawet racjonalizacja winna odbywać się jakoś po ludzku. […]

Pierwsza połowa sierpnia. Co słychać? Nic dobrego. Redukcje, racjonalizacja, bieda. […] Minął październik, przyszedł łagodny i słoneczny listopad, a potem równie łagodny grudzień. Bieda wzmagała się, komitety pomocy bezrobotnym wznowiły działalność i zaczęły zbierać składki. Ale cóż znaczyło kilkaset złotych miesięcznie na tylu bezrobotnych? Tymczasem w dalszym ciągu zwalniano starszych robotników i urzędników, zaś od pracowników biurowych żądano pracy za trzech. Każdy podporządkowywał się wymagającym zwierzchnikom, bo sama myśl o utracie pracy pełna była ponurej grozy. Gdzież były te czasy, gdy organizacje zawodowe miały głos w sprawach płacy, przyjmowania, zwalniania i zaopatrywania starych robotników? Fabryka może się procesować przez wszystkie instancje, robotnik pozbawiony środków do życia nie może się prawować bez końca. Tymczasem upływają dni, miesiące i lata, starzy emeryci wymierają, nowi mają za sobą mniej lat pracy, a sprawiedliwość działa powoli i z wielką rozwagą. Tylko głodnym i nagim pilno. Świat ma czas. […]

Pracodawca? Chlebodawca? Miły Boże, byliśmy przecie w ciągu wieków chlebodawcami wszelkiego draństwa i wszelkich nędznych a tępych pasożytów i byliśmy ich pracodawcami, dając im pot, i krew, i zdrowie, i wszelki sens swojego ludzkiego życia na tej ziemi. Oni brali pracę naszą i nasz chleb, oni byli pracobiorcami i chlebobiorcami naszymi, a my byliśmy dawcami, żal się Boże, dobrowolnymi i ciemnymi. […]

Czytuję dużo pisarzy polskich i zagranicznych i ku wielkiej radości swojej przekonywam się, że najlepsi i najszlachetniejsi spośród nich przestali być rezydentami kapitalizmu. Galsworthy pokazał na przykładzie z życia, czym jest forsytyzm, który jedyny cel życia widzi w gromadzeniu pieniędzy. Kaden-Bandrowski robi u nas to samo, obnażając tendencje różnych partyjników zmierzających do spieniężania haseł polityczno-społecznych. Stary Andre Gide z uniesieniem mówi o człowieku budującym nowy świat i całą duszą pragnie doczekać się zwycięstwa tego człowieka. Młodzież francuska tworzy front antykapitalistyczny od prawicy katolickiej aż po lewicę marksowską. […] Na jednym biegunie życia widzimy drapieżny i nigdy nienasycony kapitalizm, który do celów swoich idzie po trupach, a na drugim biegunie staje do służby szlachetne i piękne człowieczeństwo. Proza angielska zwalcza energicznie obłudę urzędowej moralności, proza polska służy wysokim ideałom społecznym i wszechludzkim. I zdaje się, że już wiemy, co będzie dalej: pozostawimy Morganom ich złoto, Rockefellerom ich źródła nafty, a Vickersom ich armaty. Niech sobie to wszystko mają. Ludzkość świadoma wartości życia i pracy pójdzie własnymi drogami. Kapitalizm to ciemnota mas; gdy się ta ciemnota rozwieje, kapitalizm zniknąć musi.

W perspektywie ulicy żyrardowskiej ukazuje się nowy piękniejszy świat, w którym ideałem najwyższym nie będzie już zysk i wyzysk. Wnuki nasze z niedowierzaniem pytać będą, czy to prawda, iż różni ograniczeni carowie skazywali na więzienie i na śmierć ludzi, którzy nie taili swej wiary, że istnieje doskonalszy i sprawiedliwszy sposób wytwarzania i podziału towarów, niż ten, jaki zaprowadził i utrwalił kapitalizm. Patrzę na dziedziniec szkolny przed mymi oknami i wierzę niezłomnie, że tłum dzieci bawiących się tam w tej chwili, to przyszli obywatele lepszego i sprawiedliwszego świata.

W tym świecie, nad którym nie będzie już panował anarchiczny i drapieżny kapitalista, znajdzie miejsce także mój Żyrardów. Budowały go razem z innymi ręce moich dziadów i rodziców, pracowałem przy jego budowie przez dziesiątek lat i ja, pracuję przy innym warsztacie i dzisiaj. Lecz oto przyszedł człowiek obcy, który jeszcze wczoraj nic nie wiedział o nas i naszej pracy, i na mocy jakichś nędznych papierków położył na nas łapę i zaczął nam wyznaczać skromniutkie racje chleba, ograniczać nasze prawo do życia. Spadła na nas fala straszliwej nędzy, zgryzot, niepokoju. Ale już wielu z nas rozumie, że to jest komiczne. Gdy komizm tej sytuacji zrozumiemy wszyscy i parskniemy wesołym śmiechem, gmach kapitalizmu, więzienie ludzkości i zmora świata, runie. […]

Jednocześnie otrzymałem kwestionariusz ankiety na temat wzmożonej przestępczości na gruncie Żyrardowa. Znam swoje miasto rodzinne i wiem, że było ono zawsze bardzo spokojne, od razu tedy przyszło mi na myśl, że ta wzmożona przestępczość ma pewien przyczynowy związek z „gospodarczą” działalnością Boussaków i ich, żal się Boże, polskich naganiaczy. Stałe redukcje ery Koehlera i Waśkiewicza musiały doprowadzić do wzmożonej nędzy i co za tym idzie do wzmożonej przestępczości. Jeśli Boussac w krótkim czasie wyciąga z Żyrardowa kilkadziesiąt milionów „czystych” zysków, to nam pozostawia odpowiednie straty i gospodarcze, i moralne.

Udaję się z tymi myślami do prezydenta miasta, p. Edmunda Orlika. Czy to prawda, że tak zatrważająco wzmogła się przestępczość? Niestety, tak. W ostatnich latach kroniki policyjne zanotowały kilkadziesiąt morderstw i zabójstw, kilkaset krwawych bójek, kilka tysięcy kradzieży większych i mniejszych. Nędza jest straszliwa. Zdaniem lekarzy 60% młodzieży żyrardowskiej to kandydaci gruźlicy płuc. Panoszą się straszliwie choroby weneryczne. Od kiedy wzmogła się tak bardzo przestępczość? Od roku 1926 – brzmi odpowiedź. A więc od czasu wielkiego lokautu i tych stałych redukcji, które cechowały rządy Koehlera i Waśkiewicza. […] Przypomina mi się pewien szczegół z memoriału wydanego w roku 1927 staraniem prezydenta Orlika dla informowania władz i opinii publicznej o przyczynach i skutkach upadku Żyrardowa. Jest w tym memoriale mowa o tym, że zarząd Boussaków sprzedawał na złom dobre maszyny żyrardowskie. Teraz czytamy w „Gazecie Polskiej” z 5 II 1934, że te maszyny powędrowały do francuskich fabryk p. Boussaka i tam ten „złom”, sprzedany mu za bezcen, pracuje normalnie dalej. Istna otchłań brudów moralnych i chamskie, cyniczne deptanie ludzkich praw robotnika żyrardowskiego. Ale to cuchnące bagno oszustw i złodziejstw już jest odsłonięte i musi zostać zlikwidowane. Inaczej być nie może.

Słowa mogą być bronią

Na czym polegają dzisiaj wrażliwość społeczna i takież zaangażowanie najwybitniejszych polskich ludzi kultury? Odpowiedź jest oczywista: na potępianiu rodzimego Ciemnogrodu oraz na dbaniu o środowiskowe interesy. Przez ponad 20 lat istnienia III RP do wyjątków należały sytuacje, gdy twórcy o głośnych nazwiskach zabrali głos w sprawie istotnych problemów społecznych.

Jasne, istnieje i regularnie przypomina nam o sobie instytucja tzw. listów otwartych, sygnowanych przez postacie znane i uznane, nagradzane, wychwalane, z samych szczytów zasług i splendoru. A to potępią Rydzyka, a to oburzą się na prowincjonalny przypadek antysemityzmu, a to zachęcają, abyśmy byli bardziej europejscy niż czołowe kraje Europy. Ich autorzy są niezwykle pomysłowi i odważni, skoro z otwartą przyłbicą wygłaszają opinie wygłaszane przez… wszystkie wielkie i wpływowe media.

W efekcie zamiast głosu narodowego sumienia mamy głos środowiskowego kołtuna. I co z tego, że ów kołtun jest nowoczesny, wykształcony, obyty i bywały, skoro jego opinie są tak samo konformistyczne i bezrefleksyjne, jak poglądy najciemniejszego tłumu? Pani Dulska pozostaje sobą także wtedy, gdy posiada profesorski tytuł lub jest laureatem/-ką prestiżowej nagrody. Inna rzecz, że co drugi z tych „listów otwartych” nawet nie udaje głosu w sprawie na serio publicznej – jest obroną którejś z kolesiowskich instytucji, uznaniowo stworzonej posady czy dotacji przeznaczonej dla „samych swoich”.

Próbuję sobie przypomnieć przypadek, gdy nazwiska z górnej półki zabrały głos w obronie słabszych i pogardzanych, a przy tym niemodnych środowisk. Czy upomniały się, dajmy na to, o rolników żyjących na skraju biedy, o ich dzieci pozbawione perspektyw, o wielkomiejskich bezrobotnych, o kolejne grupy zawodowe tracące „przywileje” w postaci stałej umowy o pracę czy pensji ciut wykraczającej ponad poziom przetrwania, o likwidowane prowincjonalne biblioteki i szkoły, o brakujące przedszkola i bankrutujące szpitale? Bieda, bezrobocie, zapaść cywilizacyjna całych rzesz i regionów, jawnie szkodliwe decyzje wymierzone w najsłabszych, cynizm i pogarda okazywane im przez elity władzy i biznesu – to wszystko przechodzi bez reakcji luminarzy literatury i sztuki. Syci i zadowoleni mają syte i zadowolone poglądy. W końcu byt określa świadomość, jak zauważył pewien niemodny dziś myśliciel.

Podobnie jest z twórczością takich person. Polska ostatnich dekad – gdyby sądzić na podstawie rodzimego dorobku kulturowego tuzów tego światka – jest krajem szczęśliwym, nieomal kwitnącym. Jeśli coś tu odbiega od ideału, to jedynie dlatego, że ktoś indywidualnie zbłądził czy zgrzeszył, tak samo przypadkowo, jak przypadkowo trąba powietrzna powstaje niekiedy nad zamieszkałą okolicą, nie zaś w szczerym polu. Czasem w ich filmach czy książkach ktoś pije, bije żonę lub stracił pracę albo wolność, bo pił lub bił żonę. Problemy społeczne, a tym bardziej ich systemowe uwarunkowania niemal nie istnieją w twórczości sławnych i znanych.

Ktoś powie, że kultura, sztuka i literatura nic nie muszą, że twórca to człowiek wolny, więc w duszy mu gra to, co chce. Nie zmuszajmy nikogo do pisania, wyśpiewywania, fotografowania czy malowania biedy, bo to się skończy źle. Wolna myśl i talent umrą śmiercią naturalną, gdy spróbujemy wtłoczyć je na siłę w „tematykę społeczną”. Czeka nas wówczas powtórka z socrealizmu, polityka zabije sztukę, będzie nudno, szaroburo i ponuro, widz lub czytelnik zacznie ziewać lub przeklinać złe ulokowanie gotówki w takim nieporadnym dziele sztuki. Oczywiście te obawy odchodzą w niepamięć jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, gdy trzeba schlebiać silnym i możnym. Wtedy pani Dulska płci obojga popiera, protestuje, apeluje, tworzy komitety honorowe, oburza się i ostrzega. Kiedyś artystyczne wolne duchy mówiły non serviam – nie będę służył. Dzisiaj powtarzają za politycznymi kołtunami sprzed ponad stulecia, że przy Tobie Najjaśniejszy Panie stoimy i stać chcemy. I nieważne, czy Najjaśniejszymi Panami są premier i minister finansów, czy znany biznesmen lub organizacja „pracodawców”, czy wpływowa gazeta, której nie jest wszystko jedno.

Można by ciągnąć ten lament jeszcze długo, ale bardziej wymowne jest skonfrontowanie postaw dzisiejszych Pań Dulskich z ich poprzednikami po fachu. Z ludźmi, którym talent i szerokie horyzonty nie tylko nie przeszkadzały oprócz uprawiania „czystej sztuki” interesować się problemami społecznymi, ale wręcz przeciwnie – uważali oni, że właśnie ów talent i związane z nim pozycja i autorytet zobowiązują ich do ukazania problemów trudnych, niewygodnych i zamiatanych pod dywan.

Przypominamy w dziale „Nasze Tradycje” bardzo drobny wycinek takich postaw. Pierwszy z tekstów to fragmenty książki Pawła Hulki-Laskowskiego. Dziś to postać raczej zapomniana, jeśli kojarzona przez szersze rzesze, to jako pierwszy polski tłumacz „Przygód dobrego wojaka Szwejka”, za życia należał jednak do literackiego mainstreamu. Oprócz książki Haška przełożył na nasz język dzieła m.in. Jonathana Swifta, Karela Čapka, J. F. Coopera, wydał kilka książek własnych, publikował liczne teksty w najważniejszych czasopismach literackich międzywojnia. Wśród jego znajomych byli nie tylko liczni ludzie kultury czy wpływowe postacie rodzimej polityki, ale i np. prezydent Czechosłowacji, T. G. Masaryk. Mógł do woli brylować na salonach, walczyć z „ciemnogrodem”, uprawiać „czystą sztukę” itd. Zrobił jednak coś zgoła przeciwnego.

Przez 8 lat prowadził wytężoną kampanię publicystyczną, próbując zwrócić uwagę opinii publicznej na to, co dzieje się w jego rodzinnym mieście – Żyrardowie. A działo się bardzo źle. Wielkie zakłady włókiennicze, niegdyś znane w całej Europie i stanowiące jeden z symboli przemysłu na ziemiach polskich, były stopniowo doprowadzane do ruiny przez – jak byśmy to dziś nazwali – „inwestora zagranicznego”, konkretnie zaś francuskiego, który przejął fabrykę na początku lat 20. Prowadzono tam rabunkową gospodarkę, nie licząc się z nikim i niczym – ani z pracownikami, ani z lokalną społecznością, dla której zakłady były niegdyś głównym żywicielem, ani z interesami państwa polskiego i z jego regulacjami prawnymi. Było tam wszystko, co najgorsze: i straszliwy wyzysk, i wyrzucanie setek ludzi na bruk, i zrujnowanie budżetu miasta, i oszustwa podatkowe, i fałszowanie wyrobów, i nielegalny transfer zysków zagranicę itd., itp.

Hulka-Laskowski poruszył niebo i ziemię, żeby temu przeciwdziałać – napisał wiele artykułów w prasie wszelkiego rodzaju, przygotował liczne apele do władz różnego szczebla, dwoił się i troił, żeby ratować swoją „małą ojczyznę”, choć mógł wyjechać gdziekolwiek i tam się beztrosko urządzić. Zwieńczeniem jego wysiłków była książka „Mój Żyrardów”, wydana w roku 1934. Otwierała ją wymowna dedykacja: Robotnikom żyrardowskim, towarzyszom walk i porażek, z wyrazem niezłomnej wiary w ostateczne zwycięstwo.

Książka to przeplatana wątkami autobiograficznymi swoista kronika upadku miasta pod jarzmem bezwzględnego kapitału. Pełna emocji, osobistych refleksji, ale i bardzo rzetelna pod względem dokumentacyjnym – fakty, daty, nazwiska i liczby są tu zebrane pieczołowicie, brzmiąc jak fachowa mowa oskarżycielska. Przypominamy niewielki fragment „Mojego Żyrardowa”, które mówią same za siebie w kwestii postawy pisarza. Warto wszakże zwrócić uwagę na jedno – otóż Hulka-Laskowski nie tylko dokumentuje lokalny przypadek, bliski mu z racji pochodzenia (jego rodzice – i on sam w młodości – byli pracownikami zakładów żyrardowskich, zanim rozpoczęła się tam gospodarka rabunkowa) i zamieszkania. Jego refleksje wykraczają poza Żyrardów i jedną fabrykę – obserwując ich losy, pisarz nabiera świadomości społecznej, dostrzegają, że choć sytuacja lokalna jest w swej brutalności może wyjątkowa, to stanowi przejaw szerszej tendencji. Tak oto z literackiego pięknoducha rodzi się człowiek dostrzegający strukturalne wady ówczesnego porządku ekonomicznego i dający w książce świadectwo owej przemiany.

Warto dodać jeszcze jedno, żeby opowieść była pełna. Otóż 8-letnia kampania Hulki-Laskowskiego przyniosła efekt. W ślad za jego artykułami i apelami poszły w końcu działania wymiaru sprawiedliwości i władz publicznych. W 1934 r., kilka miesięcy po wydaniu „Mojego Żyrardowa”, państwo polskie angażuje się w rozwiązanie problemu – dzieje się to na szczeblu międzynarodowym i owocuje konfliktem dyplomatycznym z Francją, nie obywa się bez procesów sądowych, ale po dwóch latach właścicielem fabryki zostaje Państwowy Bank Rolny. Od 1936 r. zakłady dźwigają się z upadku, rosną produkcja i zatrudnienie, miasto ożywa.

Kolejny przypomniany przez nas tekst to fragment „Rozdroża” Marii Dąbrowskiej. Autorki przedstawiać nie trzeba, natomiast o książce nieco mówi jej podtytuł – „Studium na temat zagadnień wiejskich”. Praca ta to fachowy, pełen skrupulatnie zebranych informacji niemal 200-stronicowy apel o rozwiązanie palącego problemu, jakim była w ówczesnej Polsce sytuacja chłopów i mieszkańców wsi. Mówiąc krótko, były to realia przeraźliwej biedy, zacofania i braku perspektyw. Dąbrowska stała się głosem tych ludzi, wołając o wielkie reformy społeczne, które pozwolą im wydobyć się z dna otchłani. W kwestii doraźnej był to także apel o przeprowadzenie wreszcie autentycznej reformy rolnej, która wskutek oporu warstw posiadających była przez niemal cały okres II RP realizowana w formie szczątkowej. W książce tej, wydanej w roku 1937, pisarka upomina się jednak nie tylko o chłopów czy wieś. Wskazuje ona, że poprawa kondycji tych terenów i warstw społecznych jest kluczem do rozwoju i umocnienia państwa polskiego jako takiego. Można powiedzieć, że to modelowy przykład obywatelskiej troski o dobro publiczne, o rzeczpospolitą.

Fragmenty „Rozdroża” wybraliśmy nieprzypadkowo. Maria Dąbrowska była od młodości związana z inicjatywami społecznymi. W wieku niespełna 20 lat weszła w krąg lewicowo-ludowego pisma „Zaranie”, wkrótce potem stała się entuzjastką i propagatorką ruchu spółdzielczego, była wszędzie tam, gdzie powinna być zaangażowana inteligencja, czyli wśród słabych i wykluczonych, oraz tam, gdzie powstają inicjatywy mające ich zorganizować, by poprawić ich los. Wśród jej publikacji nieliterackich są broszury takie jak np. „Finlandia – wzorowy kraj kooperacji”, „Kooperatyzm we wsi belgijskiej” (obie napisała w wieku zaledwie 24 lat) czy „Spółdzielczość zwyciężająca”, a jej broszura „O wykonaniu reformy rolnej” została wydana w roku 1921, czyli w początkach odrodzonej Polski.

„Rozdroże” jest jednak warte szczególnej uwagi. Powstało, gdy jego autorka była już znaną i cenioną pisarką – momentem kluczowym była tu edycja „Nocy i dni” w latach 1932–34. Również ona, podobnie jak Hulka-Laskowski, nie musiała już zajmować się żadnymi kwestiami społecznymi, a tym bardziej takimi i w taki sposób, które z punktu widzenia możnych i wpływowych były bardzo niewygodne. Tymczasem pisarka uważała, że nadal ma zobowiązania społeczne, nie mniej ważne niż kariera literacka. Jej książka wywołała wielką dyskusję na temat problemów wsi i rolnictwa, nierzadko były to głosy oburzenia i potępienia albo polemiki dalekie od rzetelności, za to napastliwe wobec autorki. Ona nie tylko nie wycofała się ze swego stanowiska, ale w dodatku rok później opublikowała kolejną książkę – „Moja odpowiedź. Refleksje nad polemiką z »Rozdrożem«”, w której jeszcze dobitniej sformułowała swoje stanowisko. Nie była to zresztą ostatnia tego rodzaju publikacja Dąbrowskiej – już kilka miesięcy później na księgarskie półki trafił jej książkowy reportaż „Ręce w uścisku. Rzecz o spółdzielczości”. To jedna z najlepszych publikacji dokumentujących rozwój polskiego ruchu spółdzielczego oraz biorących go w obronę przed zarzutami warstw posiadających.

W tekstach Hulki-Laskowskiego i Dąbrowskiej warto zwrócić uwagę na pewną kwestię. Otóż to nie są li tylko apele do sumień, napisane pod wpływem emocji w obronie słusznej sprawy. Oboje poświęcili omawianym problemom wiele wysiłku. Ich książki zawierają mnóstwo informacji wymagających wgryzienia się w temat i wytrwałości, powstawały miesiącami, które można było poświęcić na cokolwiek innego. To coś więcej niż odruch serca oburzonego na taki czy inny problem – to przemyślany, poważny wysiłek ludzi przekonanych o tym, że jego podjęcie stanowi społeczny obowiązek.

Trzeci z prezentowanych tekstów ma charakter nieco inny niż poprzednie. Autora, Stefana Żeromskiego, również nie trzeba przedstawiać. Jego zaangażowanie społeczne jest podobnie wieloletnie i imponujące jak w przypadku Dąbrowskiej. Był m.in. współzałożycielem „uniwersytetu ludowego” w Nałęczowie, wymyślił dla spółdzielczości spożywców nazwę organu prasowego (która później stała się nazwą całego ruchu) – „Społem”, u zarania II RP brał udział w powołaniu Towarzystwa Przyjaciół Pomorza, apelował o obronę polskości Spisza, był inicjatorem utworzenia związku zawodowego literatów itd.

Prezentowany tekst poświęcony jest jednak grupie stosunkowo niewielkiej, ale wyjątkowej – żołnierzom, którzy stracili wzrok w czasie wojny. Są to zarazem osoby wymagające pomocy, słabsze i niesamodzielne, a jednocześnie ludzie, którzy zdrowie narażali w celu szlachetnym, jakim jest walka o niepodległość. Dlaczego ów tekst jest szczególny? Stefan Żeromski poparł „Latarnię” – towarzystwo pomocy ociemniałym – nie tylko słowem, ale i czynem. Był członkiem owej inicjatywy, a nawet pełnił w niej społecznie, do czasu znacznego pogorszenia stanu swego zdrowia, funkcję skarbnika. Zbierał składki, drobiazgowo je notował i rozliczał wydatkowanie, wszystko to robiąc już w czasach, gdy był bodaj najbardziej szanowanym żyjącym polskim pisarzem, postacią nieomal pomnikową. Gdy zmarł, niewidomi nazwali jego imieniem swą świetlicę terapeutyczno-integracyjną w Warszawie.

Cóż można dodać na temat postaw trojga literatów, których teksty prezentujemy w niniejszym numerze? Wystarczy jedynie tyle, że na ich tle bardzo kiepsko wypadają dzisiejsze „wielkie nazwiska” polskiej literatury. Pani Dulska zatriumfowała – oby nie na zawsze.

Ekonomia optymizmu

Polityki gospodarcze wielu państw europejskich ukazują w czasie kryzysu (a często także i przed nim) swoje ideologiczne oblicze, napędzane irracjonalnymi doktrynami ekonomicznymi. Coraz bardziej widoczna nieskuteczność strategii „zaciskania pasa” przyczynia się do narastającej krytyki dominującej ideologii neoliberalnej i jej praktycznych zastosowań. Nie bez słuszności pojawia się w tym kontekście zarzut „zapominania o człowieku”, o bezdusznej, technokratycznej realizacji cięć oszczędnościowych, bez zważania na społeczne efekty tych działań.

Dehumanizacja ekonomii jest rzeczywiście największą bolączką i głównym wyzwaniem dla teoretyków i praktyków polityki gospodarczej. Dzieje się tak nie tylko – i nie przede wszystkim – z powodu braku wrażliwości na realne ludzkie problemy, której często brakuje przy spisywaniu na papierze „odważnych” tzw. reform budżetowych, drastycznie ograniczających usługi publiczne i skutkujących materialną degradacją szerokich rzesz. Dzisiejsza ekonomia jest martwa i niekompetentna przede wszystkim ze względu na niezrozumienie roli kluczowego czynnika tworzącego bogactwo: człowieka. Właśnie na zrozumieniu ducha Postępu, rozwojowej misji ludzkości opiera się – bardziej niż na jednostkowych doświadczeniach sukcesów poszczególnych państw – sedno bogacenia się społeczeństw i poprawy ich warunków życia.

Doświadczenia historyczne dość jednoznacznie wskazują na absurdalność leseferystycznej, antypaństwowej teorii tworzenia bogactwa narodów. Kraj po kraju, państwo po państwie, od USA, przez Niemcy, po Koreę Południową i Japonię, historie gospodarczego sukcesu nieodzownie związane były z rozumną, intencjonalną polityką państwową1. Jednak poleganie na doświadczeniach historycznych nie do końca spełnia rolę przekonującego dowodu na słuszność tego prądu myśli ekonomicznej, który zostanie opisany. Po pierwsze, dlatego, że zastępy fanatycznych zwolenników zwodniczych ideologii przeciwstawiają twardym faktom historycznym „eksperymenty myślowe”, udowadniające rzekomo nadrzędną wartość wolnego rynku, bądź też zapewniają o nieuchronności znacznie szybszego rozwoju, jeśli historia potoczyłaby się inaczej, „gdyby państwo nie przeszkadzało”. Brak jakiejkolwiek możliwości empirycznej weryfikacji radykalnego liberalizmu został zresztą wprost przyznany przez Ludwiga von Misesa, „papieża” libertarianizmu2.

Bardziej istotny jednak niż przekonanie naiwnych pomocników oligarchii jest drugi powód. Otóż pozytywne doświadczenia ludzkości, choć są niezwykle cenne jako poszerzające wiedzę i rozumienie świata, nie mogą być imitowane. Potrzebne jest zrozumienie intencji, ducha kierującego tymi procesami. Jak zauważymy, studiując historię postępu, proces ten charakteryzuje zmiana, często rewolucyjna, transformująca ludzkość i jej otoczenie. Właśnie ta obserwacja powinna być punktem wyjścia dla generalnej teorii rozwoju oraz kompetentnej krytyki teorii aspirujących do prymatu w polityce gospodarczej, tak leseferystycznych, jak i np. marksizmu i keynesizmu.

Ekonomia, czyli rozwój

Podkreślenie niestatyczności procesów gospodarczych, jako dążących w kierunku wzrostu, powinno nastąpić już przy definiowaniu ekonomii kategoriach nauki o poprawianiu warunków życia ludzi, alternatywnej wobec często proponowanej „nauki o gospodarowaniu ograniczonymi zasobami”. Chociaż ta druga definicja jest dosłownie prawdziwa, a ludzkość natrafia na problemy różnego rodzaju deficytów, to jednak proces rozwojowy charakteryzuje się pokonywaniem owych trudności, wbrew pesymistycznym zapowiedziom teoretyków pokroju Thomasa Malthusa. Jasno zdefiniowany humanistyczny cel nauki ekonomii wyklucza to, co obserwujemy np. w Grecji, gdzie realny dobrobyt ludzi poświęcany jest w imię wirtualnych zobowiązań finansowych. Rok po roku realna grecka gospodarka kurczy się, zabijana przez „odczłowieczenie” mające wszystkie znamiona szaleństwa. Spadające aktywność gospodarcza, produkcja, płace i poziom życia, co stanowi rezultat „reform” w postaci brutalnych deflacyjnych cięć oszczędnościowych, odzwierciedlają nie tylko wielkie wpływy instytucji finansowych, uspołeczniających straty i prywatyzujących zyski, ale przede wszystkim kryzys wynikający z braku humanistycznego myślenia o świadomym, wspartym nauką kształtowaniu lepszego przyszłego losu zbiorowości.

W istocie, człowiek jest motorem i celem procesu rozwojowego. Poprawa warunków życia historycznie przejawia się w możliwości prowadzenia bardziej bezpiecznej, zdrowszej, mniej uciążliwej egzystencji, dzięki zwiększeniu ilości i poprawie jakości dóbr wytworzonych wskutek ludzkiej pracy. Wytwórczość dóbr na głowę zwiększa się w efekcie przełomu naukowo-technicznego lub ulepszeń i ich zastosowania w procesie produkcji, dzięki czemu jest ona wydajniejsza. Tym samym źródło bogactwa narodów może zostać zlokalizowane w postępie naukowo-technicznym, skutkującym poprawą produktywności pracy. Jedynym zaś źródłem przełomów naukowo-technicznych, wynalazków i ulepszeń jest świadome, intencjonalne użycie unikalnych, tylko człowiekowi dostępnych, świadomie twórczych możliwości umysłu. Te pozornie niepowiązane ze sobą wydarzenia „przełomów” tworzą historyczny proces, który – mimo regresywnych etapów, powodowanych oligarchicznym wirusem pesymizmu – charakteryzuje się jednoznacznym wektorem w stronę materialnie i społecznie bardziej „ludzkich” form życia. Postęp w osiąganiu coraz lepszych warunków bytowania, odrywający jednostki od materialnych zmartwień, pozwala uwolnić na rzecz humanistycznych procesów rozwojowych coraz większą część potencjału człowieka.

Każda jednostka zdolna jest do uczestnictwa w tym procesie nie tylko przez wyjątkowe odkrycia, ale również poprzez przyswajanie już odkrytej wiedzy oraz uczenie jej innych, powiększając twórczy i wytwórczy potencjał ludzkości. Tym samym każda jednostka niesie w sobie twórczą iskrę, która może przyczyniać się do społecznego rozwoju, choćby poprzez inspirowanie pozytywnych zachowań. Ogólniejszą konkluzją jest stwierdzenie pozytywnego wpływu wzrostu liczebności populacji na procesy rozwojowe i zdolność pokonywania zagrożeń dla ekosystemu, w tym ludzkości. To stwierdzenie zdaje się potwierdzać zarówno historia, w której zwiększeniu liczby ziemskiej populacji towarzyszył wzrost procesów rozwojowych, jak i intuicja, wskazująca, że rozpowszechnienie potencjału wiedzy dostępnej w danym okresie wśród jak największej liczby ludności zwiększa szanse na dokonanie przełomów naukowych czy zbiorowego wysiłku rozwojowego, przezwyciężającego wyzwania danej epoki3.

Bezdroża pseudoekonomii

Fałszywe teorie ekonomiczne z zaskakującym uporem omijają te spostrzeżenia, nie wiążąc poprawy warunków życia ludzi z postępem naukowo-technicznym. Leseferyzm, oparty na opiniach rzekomego „ojca ekonomii” Adama Smitha, stworzył wypaczoną interpretację procesów gospodarczych. Wyklucza ona pozytywne intencjonalne działanie na rzecz dobra wspólnego.

Leseferyzm był od samego początku oparty na pesymistycznej interpretacji ludzkiej natury, mającej uzasadnić hegemonię egoizmu w stosunkach gospodarczych. Historycy myśli ekonomicznej wiedzą, że prace Adama Smitha bazowały na miernej wartości publikacji Bernarda Mandeville’a pt. „Bajka o Pszczołach, czyli prywatne wady jako publiczne zyski”. W pracy tej Mandeville stwierdza, iż każde działanie podejmowane z intencją zwiększenia publicznego dobra w rezultacie temu dobru szkodzi. Tylko całkowicie egoistyczne działania, podejmowane przez jednostki we własnym interesie, przyczyniają się do powiększania całkowitego dobrobytu. Tym samym powstała teoria „sumy egoizmów” jako źródła społecznego dobrobytu, wykluczająca możliwość intencjonalnego wpływu ludzkości na procesy, które jej dotyczą. Według tej teorii ludzkość – tak w swej masie, jak i indywidualnie – kieruje się wyłącznie zwierzęcymi instynktami strachu i pożądania, co akcentował Smith.

Jak wskazuje badacz historii gospodarczej i krytyk gospodarczego liberalizmu, Jan Koziar, tego typu myślenie zostało zakwestionowane przez polskiego myśliciela, Stanisława Szczepanowskiego. Ten ostatni zauważył: Nie ma pospolitszej i grubszej myłki jak ta, która przypuszcza, że rozwój sił ekonomicznych jest wyłącznie wpływem egoizmu, łakomstwa i chciwości. […] Chciwość i łakomstwo mogą prowadzić do lichwy, do gry giełdowej, do stolika z kartami, do polowania za posagami, za synekurami, do sprzedawania nazwiska na parawan brudnych interesów, ale przenigdy do rozwoju ekonomicznego […]. Rozwój ekonomiczny nigdzie na świecie jeszcze się nie pojawił bez współudziału przynajmniej rzetelności, uczciwości, pracowitości i umiejętności4.

To stwierdzenie jest niemal dosłownym zaprzeczeniem wywodów Mandeville’a, oznajmiającego, że matactwo, luksus i pycha bowiem darzą nas czymś, co jest jak zdrowie [dla gospodarki – przyp. K.M.] i z grzechu korzyść też wyniknie, zaś splendorem nie jest cnota goła5.

Również marksowskie rozumienie procesów gospodarczych, utożsamiające źródła bogactwa (surplus value) niemal z samą pracą robotnika, pozostawia wiele do życzenia. Materialistyczne rozumienie procesów gospodarczych czyni u marksistów kluczową kwestię z „zagarnięcia” przez kapitalistów nadwyżki wypracowanej przez robotników. Tym samym naczelną staje się kwestia podziału już istniejących zasobów i potencjałów produkcyjnych, bez stosownego nacisku na tworzenie nowych. Tymczasem procesy rozwojowe, chociaż objawiają się w fizycznej postaci nowych dóbr, mają źródła niematerialne – postęp najpierw tworzy się w umyśle człowieka, jego twórczy akt nie daje się uchwycić, w przeciwieństwie do materialnych rezultatów tego aktu. Postęp w marksistowskiej tradycji po prostu „jest”, gdyż przemysł „staje się” coraz bardziej zmechanizowany. Udział człowieka w tym procesie ogranicza się do zajęcia w stosunkach przemysłowych pozycji wyzyskiwacza lub wyzyskiwanego.

Dzisiejsza degeneracja ekonomii, na czele z absurdalnym traktowaniem papierów wartościowych jako „wartości”, skłania wielu do spojrzenia przyjaznym okiem na keynesowską tradycję ekonomiczną. Rzeczywiście, fiskalna stymulacja gospodarki, nawet bez kompetentnego poszukiwania synergii wydatków infrastrukturalnych, naukowo-badawczych i przemysłowych (jako najefektywniej stymulującej wzrost wartości dodanej), może, szczególnie w warunkach kryzysu, pomóc gospodarce, a z pewnością jakościowo przewyższa destrukcyjną logikę cięć oszczędnościowych.

Jednak również keynesizm popełnia błąd, przyjmując implicite statyczne rozumienie procesów gospodarczych. Rozumowanie w kategoriach popytu/podaży nie tylko prowadzi do akceptacji absurdalnych interpretacji, takich jak „kryzysy nadprodukcji”, ale również zawęża rozumienie rozwoju gospodarczego jako takiego. W tej logice nie mieściłyby się takie przełomowe, postępowe projekty jak np. amerykański program kosmiczny NASA, na który, co oczywiste, nie było popytu. Nie stymulacja popytu stanowiła cel amerykańskich wizjonerów inicjujących program NASA – były nim zmiana rzeczywistości i wyniesienie ludzkości na kolejny, wyższy poziom rozwoju poprzez powiększenie zasobu ludzkiej wiedzy i wypracowanie nowych rozwiązań naukowo-technicznych, czyniących ludzkie życie łatwiejszym. Ten państwowy program, według wyliczeń magazynu „Chase Econometrics”, zwrócił społeczeństwu w ciągu niecałych dwóch dekad aż czternastokrotność każdego dolara wydanego na jego realizację. Humanistycznego efektu tego programu nie da się jednak policzyć monetarnie, zmieniona została bowiem nie tylko ilość bogactwa, ale także jego jakość. Do dziś korzyści uboczne z programu kosmicznego, które bez jego podjęcia nigdy by nie powstały, oferują ludzkości wiele praktycznych ułatwień (oraz ciekawych gadżetów) zwiększających komfort życia.

Tym samym keynesowska metoda ożywienia gospodarczego (stymulacja fiskalna), nie dostrzegając kluczowej cechy procesów rozwojowych, jaką jest zmiana zastanych warunków, nieuchronnie wpada w pułapkę niedocenienia zasadniczej roli postępu naukowo-technicznego: szukania sposobów wzrostu wartości dodanej. Nie kładąc wystarczającego nacisku na produktywne wykorzystanie wzrostu ilości pieniądza w obiegu, gospodarka może wpaść w inflacyjną pułapkę, którą wrogowie aktywności gospodarczej państwa przedstawiają jako dowód na bezużyteczność jakiejkolwiek interwencji w procesy gospodarcze. Alternatywnym rozwiązaniem, przedstawianym przez wielu kompetentnych ekonomistów, jest stymulacja kredytowa, dokonywana za pomocą banku państwowego. Taka celowa stymulacja, ukierunkowana na przedsięwzięcia wytwórcze, powodowałaby sytuację, w której dość duży wzrost ilości środków płatniczych w obiegu nie groziłby skokiem inflacji dzięki szybkiemu przyrostowi dóbr i mocy energetycznych6.

Nietajna misja ludzkości: Postęp

Poprawne rozumienie ekonomii, także w kontekście adaptacji odpowiednich metod, by podołać nadchodzącym wyzwaniom gospodarczym i ekologicznym, winno być osadzone w humanistycznej tradycji epistemologicznej.

Olbrzymi wkład w rozwój tej tradycji miał niemiecki filozof i naukowiec, Gottfried Wilhelm Leibniz (1646–1716). Swoim rozumieniem procesów ekonomicznych wyrastał on z pnia niemieckiej nauki o nazwie kameralizm, będącej lokalną wersją merkantylizmu i traktującą z wielką emfazą rolę państwa w stymulowaniu procesów gospodarczych. Jeden z czołowych kameralistów, Philipp von Hörnigk, wskazywał na kluczową rolę tego, co dziś nazwalibyśmy produkcją wysokiej wartości dodanej, czyli wdrażania wysoko zaawansowanych metod wytwarzania oraz promowania nowoczesnych gałęzi produkcyjnych, przynoszących najwyższy zwrot kapitału na jednostkę pracy. Leibniz podzielał ten pogląd, a jego koncepcję „taniego ognia” zastosował pierwszy Sekretarz Skarbu Stanów Zjednoczonych, promując poprawę za pomocą metod ochrzczonych później mianem „systemu amerykańskiego”, a polegającymi, mówiąc skrótowo, na wspieraniu infrastruktury i przemysłu.

Leibniz wskazywał na kluczową rolę przemysłu, zauważając, że handel jest jedynie pochodną potencjału wytwórczego, gdyż bazuje na sprzedaży produktów wytworzonych w manufakturach7. Wpływ Leibniza, zarówno jako naukowca-matematyka, jak i filozofa, na rozumienie kwestii rozwoju ludzkości przekracza jakiekolwiek osiągnięcia merkantylistów. Filozof ten był pionierem myślenia o wzroście potencjału energetycznego jako kluczowego dla rozbudowy potencjałów produkcyjnych, tym samym przewidując zarówno postępy w coraz efektywniejszym „tworzeniu” energii z zasobów do tej pory nie wykorzystywanych lub wykorzystywanych nieefektywnie, jak i rolę zwiększania tego potencjału w opanowywaniu i upowszechnianiu energochłonnych metod wytwórczych o znacznie wyższej efektywności produkcyjnej. Cel prac Leibniza nad ekonomią wyjaśnia najlepiej on sam: Dlaczego tak wielu ludzi ma być biednymi i nieszczęśliwymi dla korzyści takiej małej garstki ludzi? Czyż nie jest całym celem Społeczeństwa uwolnić robotnika z jego nędzy? […] Każdy kraj powinien móc samodzielnie wytwarzać niezbędne surowce i towary przemysłowe, które wcześniej sprowadzał z zagranicy, tak że nie będzie musiał pozyskiwać od innych tego, co może mieć sam dla siebie; każdemu krajowi należy wskazać, jak prawidłowo używać własnych zasobów krajowych […]. Produkcja dlatego powinna zawsze odbywać się w punkcie pochodzenia surowców8.

Analiza myśli Leibniza pokazuje, że dążenie do osiągnięcia jak najwyższej stopy zwrotu nie oznacza prymitywnego ekonomizmu i nie kłóci się z tym, co neoliberałowie traktują jako zbędne, „nierentowne” zajęcia, czyli z promocją edukacji, kultury i sztuki. Wręcz przeciwnie: jak wykazują Leibniz i inni humaniści, promowanie tych dziedzin jest absolutną koniecznością dla stymulowania tego, co stanowi prawdziwe źródło postępu: kreatywnych, twórczych zdolności człowieka. Tak samo jak konieczne są nieprzynoszące natychmiastowego zysku wydatki na prace badawczo-rozwojowe, tak samo ważna, a nawet ważniejsza, jest inwestycja w człowieka, rozwijająca jego potencjał. Rozwój sztuki czy, ogólniej, kształtowanie człowieka ma wręcz kluczowe znaczenie dla rozwoju tych zdolności. Jak zauważa jeden z najwybitniejszych ekonomistów naszych czasów, prof. Erik S. Reinert, wzrost gospodarczy był efektem nie czego innego, lecz właśnie zmiany paradygmatów myślowych, wypływających z neoplatońskiej tradycji humanistycznej Renesansu, rozwijanej m.in. przez Leibniza9.

Reinert przekonująco ukazuje, że źródłem postępu naukowo-technicznego i poprawy warunków życia ludzi były takie procesy jak uprzemysłowienie oraz upowszechnienie nowego podejścia do uczenia się i twórczości, propagowanego przez kręgi neoplatońskie10. W takim ujęciu to idee mają prymat nad materią i to idee, jako ostateczna siła organizująca, są zdolne do transformacji świata. W tej tradycji postęp staje się misją ludzkości, jako obdarzonej wyjątkowymi twórczymi możliwościami, różniącej się, wbrew opiniom Mandeville’a i Smitha, od świata zwierząt. Podczas gdy tradycja leseferyzmu wywodzi od pesymistycznego opisu człowieka niewiarę w jego zdolności kolektywnego działania na rzecz dobra wspólnego, tak tradycja humanistyczna wskazuje na odwrotny związek.

Państwo narodowe jest tą formą organizującą impuls rozwojowy społeczeństw, która w ramach danych kultur językowych ukształtowała stymulujące postęp instytucje i wartości, sprzeciwiając się oligarchicznemu naciskowi partykularnych interesów. Myśliciele nurtu neoplatońskiego aktywnie zachęcali kierujących państwem do intencjonalnej zmiany warunków życia mas społecznych. Pozytywne czyny o szerszym zakresie przynoszą bowiem większą chwałę ich sprawcy. Podczas gdy dla pojedynczej osoby chwalebne jest za pomocą aktu woli skierować swe myśli i czyny ku realizacji szczytnych idei, uczynienie tego na wielką skalę, za pomocą aparatu państwa, jest jeszcze szczytniejsze: efekt czynienia dobra jest większy. Państwo nie jest zatem ze swej natury tworem nieprzyjaznym, przeszkadzającym pożytecznej aktywności jednostek, lecz wyrazem woli czynienia dobra przez te jednostki. Właśnie działalność państwa, poprzez kreowanie instytucji, stymulowanie wzrostu i upowszechnianie dobrobytu, jest koniecznym elementem procesów rozwojowych, dla których rola kapitału i mechanizmy rynkowe nie są wystarczające11.

Z tej właśnie tradycji, przede wszystkim Leibniza, ale również Condorceta, Vattela i innych, wyrosła amerykańska szkoła polityki gospodarczej, praktykowana przez takich mężów stanu jak Alexander Hamilton, John Quincy Adams czy Abraham Lincoln. Z ich prac i czynów przebija optymistyczny duch zmiany, Postępu, o którym pisał Condorcet. Humanistyczna ekonomia święciła wiele triumfów, często jednak napotykając na opór ideologii oligarchicznych. Właśnie dziś ludzkość znajduje się na takim etapie.

Humanistyczna ekonomia stosowana

Postępowa ekonomia przechodzi jednak ostatnimi czasy do ofensywy. Widoczne jest to m.in. w tym, że pomimo medialnej dezinformacji i słabości prospołecznych środowisk akademickich, dobre rozwiązania, np. w sprawie regulacji rynków finansowych, coraz mocniej przebijają się do debaty publicznej. W krótkiej perspektywie państwa narodowe powinny bronić się przed narzucanym globalnym dyktatem neoliberalnej ideologii. Niektóre kraje, jak np. Argentyna, z powodzeniem to robią, używając, ku przerażeniu międzynarodowych instytucji finansowych, narzędzi protekcjonizmu gospodarczego.

W dłuższej perspektywie odrzucenie oligarchizmu i globalna współpraca na rzecz dobra wspólnego są absolutnie niezbędne. Jak wskazuje polski cybernetyk rozwoju, Lesław Michnowski, niedostateczne tempo postępu może doprowadzić do katastrofy społeczno-gospodarczej lub ekologicznej. Ten pesymistyczny scenariusz może zostać odwrócony tylko przez dramatyczny zwrot w polityce światowej, powodujący rozprzestrzenienie potencjału intelektualnego na szersze masy ludzkości, w znacznej mierze niewyedukowane lub wyedukowane na niedostatecznym poziomie. To właśnie człowiek, zauważa Michnowski, jest odpowiedzią na zagrożenia związane z relatywnymi czasowymi niedoborami zasobów12.

Warto zauważyć, iż polityka proponowana przez oligarchię, czyli cięcia wydatków i usług publicznych, jest w dłuższej perspektywie samobójcza, bezbronna wobec nowych zagrożeń geofizycznych czy nadchodzących z kosmosu; zagrożeń, które postęp naukowo-techniczny, kierowany rozumem człowieka, mógłby oddalić. Tym samym konieczne jest upowszechnianie wiedzy. Jednym z pomysłów, propagowanych tak przez Michnowskiego, jak i np. prof. Włodzimierza Bojarskiego, jest zmiana systemu patentowego. Jak zauważa ten ostatni, wiedza jest dobrem wspólnym, wszyscy korzystamy z udogodnień wypracowanych przez poprzednie pokolenia w ciągłym dziele Postępu: Sumaryczny koszt osiągniętego sukcesu jest jednak zawsze znikomy w porównaniu do kosztu poniesionego wcześniej, niekiedy w ciągu wieków, dla zdobycia wiedzy i doświadczeń, dostępnych dziś za darmo, a niezbędnych i wykorzystanych do konkretnego, nowego sukcesu […]. Humanistyczna i cywilizacyjna misja rozwoju nauki i pomnażania wiedzy od stuleci łączy się z jej upowszechnianiem dla rozwoju i postępu ludzkości, bez żadnych ograniczeń i dyskryminacji13.

Przed ludzkością stoi zatem wielkie wyzwanie zmiany złego porządku na przyjaźniejszy, lepiej wpisujący się w naturalną misję dziejową, jaką od wieków spełnia ludzkość, tworząc świat i na niego oddziałując, wciąż przesuwając granice wiedzy. Nie uda się jednak sprostać temu wyzwaniu bez „uczłowieczenia” na nowo nauki ekonomii, przywrócenia godności i poczucia wartości każdemu ludzkiemu życiu. Nie jest to kwestia wyłącznie poczucia społecznej sprawiedliwości i empatii, tak tępionej przez egoistyczny neoliberalizm, ale także chłodnego rozumu, dostrzegającego narastające zagrożenie dla ludzkości.

Krzysztof Mroczkowski

Przypisy:

  1. Zob.: Jan Koziar, Nie ma gospodarki bez polityki gospodarczej państwa. Na marginesie sztafety Melchiora Wańkowicza, Wydanie cyfrowe, Wrocław, 2009.
  2. Mises w ten sposób chroni swą błędną prakseologię ludzkiego działania przed zderzeniem ze światem rzeczywistym: Historia nie może ani udowodnić, ani podważyć żadnego ogólnego stwierdzenia w taki sposób, w jaki nauki przyrodnicze przyjmują lub odrzucają hipotezę na podstawie eksperymentów laboratoryjnych. Nie jest możliwa ani eksperymentalna weryfikacja, ani eksperymentalna falsyfikacja ogólnego twierdzenia z dziedziny historii. […] Poznanie prakseologiczne ma charakter czysto formalny i ogólny, nie dotyczy treści ani specyficznych cech określonego przypadku. Prakseologia dąży do poznania ważnego we wszystkich tych przypadkach, w których warunki odpowiadają dokładnie warunkom podanym w jej założeniach i wnioskowaniach. Jej twierdzenia i ustalenia nie wynikają z doświadczenia. Podobnie jak twierdzenia logiczne i matematyczne, są one zdaniami apriorycznymi. Nie podlegają weryfikacji ani falsyfikacji na gruncie doświadczenia i faktów. Ludwig von Mises, Ludzkie działanie, Warszawa 2007, ss. 33–34.
  3. Zob. prace Lesława Michnowskiego, dostępne na www.kte.psl.pl
  4. Jan Koziar, op. cit.
  5. Bernard Mandeville, Bajka o Pszczołach, czyli Prywatne Wady jako Publiczne Zyski, http://coin.wne.uw.edu.pl/lhardt/MandevilleUl.pdf
  6. Zob. Krzysztof Mroczkowski, Kredyty dla rozwoju – nie dla zysku, „Nowy Obywatel” nr 4/2011.
  7. Zob. Gottfried Wilhelm Leibniz, Society and Economy, Fidelio, vol. 1, no. 3, Fall 1992, p. 54.
  8. Ibidem.
  9. Ówczesne prace wskazujące na konieczność podejmowania przez państwo działań edukacji kulturowej i wspierania sztuki jako kluczowych dla rozwoju społecznego to, oprócz Leibniza, m.in. Emerich de Vattel, Droit des gens (Prawo Narodów, wyd. 1759, http://www.constitution.org/vattel/vattel.htm), Nicolas de Condorcet, Esquisse d’un tableau historique des progres de l’esprit humain (Szkic obrazu postępu ducha ludzkiego, wyd. 1795, http://oll.libertyfund.org/index.php?option=com_staticxt&staticfile=show.php%3Ftitle=1669&Itemid=27)
  10. Erik S. Reinert, Arno Mong Daastol, Exploring the Genesis of Economic Innovations: The religious gestalt-switch and the „duty to invent” as preconditions for economic growth, European Journal of Law and Economics, 1997/4, pp. 233–283. Dostępne na: http://www.arno.daastol.com/artprof/96wolff.html
  11. Erik S. Reinert, The Role of the State in Economic Growth, „Journal of Economic Studies”, Vol. 26, No. 4/5, 1999, pp. 268–326. Dostępne na: http://www.othercanon.org/papers/
  12. Zob. Lesław Michnowski, Społeczeństwo przyszłości a trwały rozwój, Komitet Prognoz PAN „Polska 2000 Plus”,Warszawa 2006, ss. 54–55.
  13. Włodzimierz Bojarski, Wiedza – dobro wspólne czy monopol komercyjny?, EkonomiaPolityczna.pl