przez Filip Białek | czwartek 24 października 2013 | opinie
Polskość dla wielu jawi się jako problem. Oczywiście moglibyśmy uznać, że jest to ich problem, że nam nic do tego. To oni nie wiedzą, jak znakomitą mamy tradycję, jakich bohaterów narodowych, jaką wspaniałą kulturę wytworzyli Polacy na przestrzeni wieków. Sam nie odczuwam w żaden sposób mojej narodowości jako obciążenia, jednak wydaje się, że jeśli znaczna część społeczeństwa posiada problemy z własną tożsamością narodową, to siłą rzeczy mamy do czynienia z zagadnieniem, które należałoby jakoś rozwiązać.
Chciałbym w tym tekście – w szkicowy sposób – wskazać, skąd biorą się problemy z polskością oraz jak można się ich pozbyć. Proces ów powinien polegać na dojściu do momentu, w którym nasza tożsamość mogłaby być kształtowana przez nas samych, w zgodzie z naszymi potrzebami. Wymagałoby to odrzucenia pewnego sposobu debatowania o polskości. Przyjmuję tutaj perspektywę czysto teoretyczną, nie zajmując się w ogóle tzw. bazą. Jestem świadomy, że niektóre zagadnienia związane z tym, jak siebie postrzegamy, biorą się z pewnych faktów, które zasługują na miano obiektywnych. Dla czystości obrazu wolę jednak pozostać w sferze ideologii. Oznaczać to będzie, że rozwiązania tu proponowane będą zawsze niepełne. Jednak jasne jest, że nikt nigdy nie napisze tekstu, który ostatecznie i ze wszystkich perspektyw opisze dany problem. Warto czasem więc ograniczyć się do pewnego wycinka rzeczywistości, gdyż dzięki temu można zobaczyć pewne rzeczy wyraźniej.
Zacznijmy od ustaleń, które – choć niezbyt odkrywcze – pomogą nam wprowadzić do tekstu pewien porządek. Tożsamości powstają dzięki wychwyceniu różnicy (jest to – rzecz jasna – kwestia bardzo skomplikowana; warto by zastanowić się, co sprawia, że pewne różnice są pomijane, a inne brane pod uwagę) między definiującym się podmiotem a innymi. Gdyby – dla przykładu – wszyscy ludzie posiadali ten sam kolor skóry, to oczywiste jest, że nikt nie czyniłby z koloru skóry czynnika istotnego dla tożsamości. Oznacza to, że koniecznym warunkiem autoidentyfikacji jest spotkanie z innym. Co więcej, to właśnie kwestia tego, kim jest ów inny, jest zasadnicza dla procesu kształtowania tożsamości. Proces ten bowiem nie polega na możliwie najdokładniejszym opisie określanego bytu, ale na podaniu cech, które w danej chwili wydają się najistotniejsze. Poczucie istotności danej cechy lub jej braku zależy właśnie od tego, w jaki sposób postrzegamy innego – co nas najbardziej różni od niego.
Afrykańskie plemię sprzed kolonizacji, które miało kontakt tylko z ościennymi ludami, mogło wytwarzać własną tożsamość jedynie w oparciu o różnice zachodzące między nimi a sąsiadami. Natomiast po kolonizacji częścią ich tożsamości musiały stać się te cechy, które odróżniały ich od kolonizatorów. Jako wniosek możemy więc stwierdzić, że to, w jaki sposób postrzegamy samych siebie, zależy nie tylko od tego, jacy „obiektywnie” jesteśmy, ale również (a może przede wszystkim) od tego, z kim się porównujemy.
Zatem jeśli chcemy rozprawiać o polskości, musimy w pierwszym rzędzie rozpoznać naszego „innego” – punkt odniesienia, który pozwala nam określić siebie samych. Odpowiedź jest dość prosta: tym punktem odniesienia jest Zachód. Jednak zanim przejdziemy do omawiania stosunku wobec Zachodu, warto poświęcić kilka zdań Wschodowi. Jeszcze do niedawna polska tożsamość była również określana przez relację do Rosji. Mówiło się o Polsce jako o mieszaninie pierwiastków łacińskich i słowiańskich, swego rodzaju syntezie. Wskazywano na nasze niejasne położenie. Pytano: czy Polska jest wschodem Zachodu, czy zachodem Wschodu? Czasem taką sytuację afirmowano, twierdząc, że dzięki melanżowi różnych elementów powstała na naszych ziemiach nowa jakość, być może wręcz nowa cywilizacja. Innym razem krytykowano ten stan rzeczy, uznając, że prowadzi on jedynie do chaosu i w gruncie rzeczy uniemożliwia jasne samookreślenie.
Wydaje się jednak, że od upadku ZSRR Wschód przestał zajmować poważne miejsce w debatach tożsamościowych. Jest tak dlatego, gdyż wcześniej pełnił on rolę prawie wyłącznie negatywną. Polacy „od zawsze” uważali się za stojących cywilizacyjnie wyżej od swoich wschodnich sąsiadów. Wschód nigdy nie był potencjalnym punktem dojścia. Służył głównie temu, aby utwierdzić się w opowieści o wyjątkowych wartościach, które posiada nasz naród. Po 1989 roku Polacy całą uwagę skierowali na Zachód, gdyż główny powód definiowania się względem Wschodu – czyli polityczno-militarna dominacja Moskwy w naszym regionie – odchodził w niebyt.
Dominującą narracją Polski transformacyjnej było „doganianie Europy”. Za europejskie wartości, które mieliśmy przyswoić, a których to według ideologów rządzących medialnym przekazem nie posiadaliśmy, uznano wolny rynek (na nasze nieszczęście owa gonitwa za Europą rozpoczęła się, gdy rozkwitał tam neoliberalizm), demokrację, obywatelskość, tolerancję, przedsiębiorczość czy szacunek wobec prawa. Zachód jawił się jako niemal bajkowa kraina, gdzie coca-cola leje się z kranów, na ulicach zawsze jest czysto, a wszystkie konflikty rozwiązywane są zgodnie z Habermasowskim ideałem demokracji deliberatywnej. Tam raj – u nas nędza.
Jaką rolę odgrywała polskość w tej opowieści? Z grubsza rzecz biorąc, była ona balastem. Co prawda wskazywano czasem na dobre cechy Polaków. Przecież w sierpniu ‘80 dzięki światłemu przywództwu Tadeusza Mazowieckiego i Bronisława Geremka stoczniowcy gdańscy potrafili zachować się odpowiedzialnie i strajk zakończył się pokojowo. Również Okrągły Stół świadczył o tym, że z Polakami nie jest tak źle. Transformacja nie zakończyła się przecież krwawą masakrą komunistów, lecz wielkim narodowym pojednaniem. Lech Wałęsa i Wojciech Jaruzelski – człowiek z nadziei i człowiek honoru – mimo wszelkich różnic podali sobie ręce i zaprowadzili w Polsce demokrację.
Jednak samo hasło „doganiania Zachodu” jasno wskazywało, że naszemu społeczeństwu daleko jeszcze do ideału. Nie chodziło przecież jedynie o wskaźniki gospodarcze. Polacy nie różnili się od Niemców czy Anglików wyłącznie zarobkami. Problemem miały być szalejące ksenofobia, antysemityzm, postawy roszczeniowe, rozpowszechniona mentalność człowieka sowieckiego, niezaradność, umiłowanie w męczeństwie czy swego rodzaju antypaństwowość. Zatem mimo tego, że formalnie po 1989 r. nastała w Polsce demokracja, to w znacznej mierze polskość do niej nie dorosła. Polskość jako forma musiała zostać zmieniona (o ile nie: zniesiona), by kraj ten zaczął przypominać mityczny Zachód.
Dość szybko okazało się, że rodzimi okcydentaliści używają powyższej narracji jako formy sprawowania władzy. Europejskość stała się pałką, którą z większą lub mniejszą gracją okładano politycznych przeciwników. Reakcja była łatwa do przewidzenia. Szybko powstała kontropowieść, zgodnie z którą Zachód jest zagrożeniem dla polskości. Polacy wcale nie muszą się zmieniać, aby stawić czoła wyzwaniom współczesnego świata. Wręcz przeciwnie: muszą oni konserwować odwieczne cechy narodowe (umiłowanie wolności, bezgraniczny patriotyzm, katolicyzm etc.), żeby przetrwać. Problemem, z którym polskość powinna się zmierzyć, są wraże (wewnętrzne i zewnętrzne) siły. Wyplenienie różnych zakłóceń tożsamościowych sprawi, że będzie u nas sielsko / (jak choćby nad Zatoką Perską).
Te dwie opowieści dość szybko ukonstytuowały coś, co można nazwać współczesnym sporem o polskość. Spór ten – jak się wydaje – ma zasadniczy wpływ na polską politykę i od ponad 20 lat wyznacza główne linie podziału sceny politycznej. Czy uznajemy, że Polska – wspaniale – lecz trzeba po trochu / ją ucywilizować – niech klęczy na grochu? Czy raczej twierdzimy, że polskość jest formą prawie doskonałą, którą trzeba jedynie odrobinę oczyścić z niepotrzebnych naleciałości? (Oczywiście w czystej polityce obie postawy występują w formie złagodzonej).
Należy zauważyć, że oba stanowiska w sporze o polskość z pozoru traktują ją jako coś autonomicznego. To znaczy: obie strony twierdzą, że nasza tożsamość posiada pewne immanentne cechy, które są niezależne od tego, co wobec niej zewnętrzne. Oczywiście nie chodzi o to, że cechy te wzięły się z powietrza. Idzie raczej o to, że w sporze o polskość brakuje rozpoznania, iż to, jak sami siebie postrzegamy, oraz to, jak określamy naszą tożsamość – jest efektem tego, z kim się porównujemy. I okcydentaliści, i obrońcy tradycji sądzą, że polskość jest nam dana jako przedmiot badań, którego istotę można odkryć poprzez uważne przyglądanie się Polakom: ich zachowaniom, wzorcom postępowania, kulturze czy historii. Można nawet zaryzykować tezę, że obie strony w wielu punktach zasadniczo zgadzają się co do tego, czym jest polskość – różnice powstają dopiero wtedy, gdy przychodzi do jej oceny. Spór ten nie jest więc dyskusją nad tym, jaka jest istota naszej tożsamości. Jest raczej konfliktem o to, jak należy polskość wartościować.
Polskość zatem jest w tym sporze pewną stałą, czymś o określonej naturze, formą, którą można przyjąć lub odrzucić. My, Polacy, możemy o naszej tożsamości debatować, możemy się do niej odnosić, możemy ją oceniać, ale nie bardzo wiemy, jak ją kształtować. Skoro polskość jest już dana, to w jaki sposób mielibyśmy aktywnie wytwarzać narodowe wzorce? Z jednej strony można ją jedynie kontemplować, z drugiej po prostu odrzucić. Bynajmniej więc żadna z powyżej naszkicowanych wizji polskości nie może być narzędziem jakiejkolwiek zmiany. W obu przypadkach jest ona jedynie przedmiotem estetycznej lub etycznej oceny.
Debaty o polskości w ich obecnej formie nie mogą nas w takim razie posunąć ani odrobinę do przodu, gdyż uprzednio zakładają, czym polskość jest. Po co są więc prowadzone? Może właśnie po to, aby uwolnić się od odpowiedzialności za zmiany? Łatwiej pójść na spektakl teatralny, a po jego zakończeniu wyrazić swoją opinię na temat obejrzanego przedstawienia, niż samemu wystąpić na scenie. Polacy nie chcą „występować”, nie chcą działać, wolą prowadzić spór, w którym wciąż powtarzają te same retoryczne gesty. Gdybym miał odpowiedzieć na pytanie, jaką funkcję pełni polskość w owych debatach, to powiedziałbym, że jest to jedynie przedmiot pozwalający na trwanie w sytuacji konfliktu. Jeśli tak jest, to jasno widać, że polskość nie może być dla nas narzędziem zmiany. Nie będzie ona służyła temu, aby naród ten wytworzył solidarną i inkluzywną wspólnotę, dzięki której Polakom będzie żyć się owocniej.
Zanim spróbujemy sobie powiedzieć, w jaki sposób moglibyśmy „zaprząc” polskość do tego rodzaju pracy, postawmy pomocnicze pytanie. Mianowicie – czy jeśli uznajemy, że polskość powinna służyć pewnemu celowi, a jednocześnie stwierdzamy, że tak się nie dzieje, to czy automatycznie nie zajmujemy pewnego stanowiska w opisywanym sporze? Czy nie implikuje to opowiedzenia się za tezą, że nasza obecna tożsamość jest w swej istocie bezużyteczna? Nie do końca, gdyż aby twierdzić, że pewne pojęcie mogłoby być bardziej użyteczne dla wzrastania społeczeństwa, nie potrzebujemy w ogóle go wyraźnie waloryzować. Co więcej, zdrowo jest założyć o każdej idei czy zjawisku społecznym, że wciąż istnieje pole do pracy nad nimi, że nie są (i nigdy nie będą) skończonymi dziełami. Zatem również o polskości możemy swobodnie sądzić, że należałoby uczynić ją bardziej użyteczną – i zarazem sądzić tak bez jednoczesnego spoglądania na nią z obrzydzeniem.
Jak więc sprawić, aby nasza tożsamość była dla społeczeństwa siłą, nie balastem? Przede wszystkim należałoby wyjść z bezużytecznej logiki sporu, która każe przyjmować polskość jako coś z góry danego, jako przedmiot pozbawiony wszelkiej dynamiki. Potrzebujemy przestać traktować naszą tożsamość jako coś, co podlega jedynie ocenie. Musimy mieć świadomość, że polskość jest czymś, co się raczej wydarza, niż po prostu jest. A sposób, w jaki się ona dzieje, jest zależny od naszej woli. Już samo myślenie o polskości w kategoriach narzędzia, które daje nam różne możliwości użycia, powinno działać terapeutycznie. Takie podejście ustawia nas bowiem w roli czynnych podmiotów, a nie jedynie obserwatorów, którzy mogą co najwyżej wyrazić podziw lub wzgardę. Aktywne kształtowanie tożsamości jest oczywiście procesem trudnym i długotrwałym, ale cóż nam pozostaje? W innym przypadku oddajemy te pojęcie – tak bardzo ważne dla kształtowania się wspólnoty – siłom, które mogą mieć interesy odmienne od naszych. Zamiast więc pytać o to, czym jest polskość, czy jest formą użyteczną, czy nie, zapytajmy: jakiej polskości byśmy chcieli?
Zanim jednak będziemy mogli szczerze zadawać tego rodzaju pytania, tj. zanim nasze pytania będą miały jakąkolwiek moc sprawczą, musimy zneutralizować spór o polskość w jego obecnej formie. Jak wcześniej stwierdzono, polskość jest obecnie definiowana przez odwołanie do Zachodu. Jest to w pewnym sensie jedyny możliwy wybór. Nie będziemy przecież określać się względem Orientu, Ameryki Łacińskiej czy Chin. Jasne jest, że to Zachód stanowi nasz punkt odniesienia. Warto jednak zauważyć, że w dotychczasowych debatach Europa Zachodnia przedstawiana jest zawsze jako swego rodzaju monolit. Jedni po prostu twierdzą, że we wszystkim powinniśmy Zachód naśladować, a inni uważają, że jest to siedlisko wszelkiego zła i „cywilizacji śmierci”. Oba obrazy są oczywiście dalekie od prawdy. Brak jakiegokolwiek zniuansowania zakłamuje również to, jak postrzegamy samych siebie. Jeśli porównujemy się do fałszywego obrazu, to automatycznie nasz własny obraz zostaje wypaczony. Gdybyśmy potrafili zobaczyć Zachód w sposób bardziej zbliżony do prawdy – razem z jego słabościami i zaletami, to myślenie o polskości nie byłoby ani przeżyciem traumatycznym, ani nadto ekstatycznym. Skupilibyśmy się raczej na zwykłych, codziennych cechach, które sprawiają, że różnimy się od Niemców, Francuzów czy Hiszpanów. Inaczej się odżywiamy, inaczej traktujemy gości, odnosimy się do siebie w inny sposób. Polskość nie musi być niczym dramatycznym. Zamiast szukać jednej wielkiej różnicy (np. Polacy żywią gorący popęd do śmierci, a na Zachodzie ludzie kultywują życie), lepiej i zdrowiej jest poszukać wielu małych różnic, które sprawiają, że nasz naród jest różny od narodów położonych na zachód od Odry.
W ten sposób wytworzona zostałaby polskość codzienna, która nie kazałaby nam dokonywać patetycznych deklaracji. Zresztą proces ów już się rozpoczął. Polacy po wstąpieniu do UE, dzięki ułatwieniom w przekraczaniu granic, mogli bez nabożnego lęku obserwować, jak naprawdę wygląda Zachód. Dość łatwo można było zobaczyć, że ten ideał wcale taki idealny nie jest. Powstała więc odrobinę dziwna sytuacja, w której obraz „innego” się rozsypał. Problemem jednak pozostaje to, że ciągle przyzwyczajeni jesteśmy do mówienia o polskości w kategoriach zbyt dramatycznych, aby przekuć owe spostrzeżenia na zmianę tego, jak postrzegamy siebie samych.
Oczyszczenie debat o polskości z momentów wskazujących na nieprzekraczalny rozdźwięk między nami a Zachodem pozbawiłoby głównego paliwa obie strony naszego sporu. Nasza tożsamość stałaby się czymś normalnym, niekłopotliwym, czymś, z czym nie trzeba się zmagać. Byłby to postęp w stosunku do tego, z czym spotykamy się obecnie, gdzie polskość jest jakimś metafizycznym piętnem, z którym można się albo pogodzić, albo je brutalnie odrzucić. Nie to powinno być jednak naszym punktem dojścia. Potrzebujemy polskości, która będzie przez nas aktywnie kształtowana. Potrzebujemy polskości, która jest marzeniem o lepszej przyszłości. Marzenia realizuje się poprzez ciężką pracę, jak jednak zmusić się do ciężkiej pracy, gdy nie mamy marzeń?
Walt Whitman we wstępie do „Źdźbeł trawy” stwierdził, że same Stany Zjednoczone są największym poematem. Wychwalał Amerykę jako krainę wolności, równości, obywatelskiej miłości. Czy wierzył w swoje słowa? Czy nie widział ogromu niesprawiedliwości, cierpienia i zwykłej biedy? Oczywiście, że widział. Trzeba by więc uznać, że jego pieśni o Stanach Zjednoczonych były raczej śpiewem o tym, czym Ameryka może i powinna się stać. Były to pieśni przyszłości, które wyznaczały zadanie obecnym i przyszłym pokoleniom. Takiej formy tożsamości potrzebujemy również i my. Polskość nie musi być jedynie patrzeniem w przeszłość. Polskość może być również tym, co kryje przed nami przyszłość.
przez Filip Białek | poniedziałek 15 kwietnia 2013 | Wiosna 2013
W latach 60. minionego wieku dwóch naukowców – Arno Penzias i Robert W. Wilson – pracujących na bardzo czułym radioteleskopie spostrzegło dziwny rodzaj szumów radiowych towarzyszących wszystkim odczytom. Początkowo podejrzewali, że odpowiedzialność za to zjawisko spada na bliskie sąsiedztwo radioteleskopu z Nowym Jorkiem, jednak udało im się obalić tę hipotezę. Kolejnym „podejrzanym” były gołębie, a raczej ich odchody, które znaleziono na urządzeniu. Wyczyszczenie odbiornika nic jednak nie dało – szumy nie zniknęły. Jak rzekł Ivan Kaminow, inny wybitny naukowiec: Penzias i Wilson szukali łajna, a znaleźli złoto. Tym złotem, a jednocześnie źródłem niespodziewanych zakłóceń, było mikrofalowe promieniowanie tła, ślad po Wielkim Wybuchu. Odkrycie Penziasa i Wilsona potwierdziło tę teorię powstania wszechświata, dzięki czemu w roku 1978 otrzymali oni nagrodę Nobla.
Naukowcy zatrudnieni byli w Bell Labs. O Bell Labs mówi się, iż były one najwspanialszym instytutem badawczym w dziejach świata. Naukowcy tam pracujący zdobyli siedem nagród Nobla z dziedziny fizyki, a lista wynalazków, które w nim powstały, przyprawia o zawrót głowy. Przede wszystkim był to tranzystor, bez którego nie sposób sobie wyobrazić większości otaczających nas urządzeń elektronicznych. W laboratoriach Bella wymyślono lub wyprodukowano po raz pierwszy: laser, radioastronomię, telefon komórkowy, satelitarny system telekomunikacyjny, krzemowe ogniwo słoneczne umożliwiające zamianę energii słonecznej na elektryczną, światłowód, system operacyjny UNIX, języki programistyczne C i C++ i tak dalej – wymieniać można niemal bez końca.
Z dzisiejszej perspektywy zadziwiające jest to, że Bell Labs należały do całkowicie prywatnej firmy – amerykańskiego monopolisty telefonicznego AT&T. Jak to możliwe, że w ramach prywatnego przedsięwzięcia prowadzono badania nad początkiem wszechświata lub nad falową naturą cząsteczek (kolejna nagroda Nobla)? Pomyślmy nad osiągnięciami Apple, Google czy Microsoftu – nawet gdyby wziąć je wszystkie razem, to i tak nie mogłyby się one równać z jednym tylko wynalazkiem pochodzącym z Bell Labs – z tranzystorem. Gdzie więc leżała przewaga AT&T? Co sprawiło, że w ich ośrodku badawczym powstawały technologie, z których korzystamy po dziś dzień?
Oczywiście odpowiedź na takie pytanie musi być złożona. Wskażę tylko na jeden aspekt AT&T, który umożliwił im finansowanie takiej instytucji jak Bell Labs. Otóż amerykański telekom był do 1982 roku monopolem regulowanym przez państwo – gdy rozbito firmę na wiele różnych spółek, Bell Labs zaczęły powoli tracić na znaczeniu. Na początku XX wieku rynek usług telekomunikacyjnych w USA dzielił się na ogromne AT&T i setki niewielkich firm, które próbowały konkurować z nim na rynkach lokalnych. Taki układ był nieefektywny, gdyż w wielu miejscach kraju infrastruktura była niepotrzebnie dublowana. Z drugiej strony AT&T nie mogło sobie pozwolić na bezpardonowe niszczenie konkurencji, gdyż gdyby uznano firmę za monopolistę, to istniała realna groźba nacjonalizacji, a do tego zarząd korporacji nie chciał dopuścić ze zrozumiałych względów.
Wyjście z patowej sytuacji wymyślił Theodore N. Vail, który zaczął kierować telekomem w 1907 r. Uznał on, że AT&T musi w swoich działaniach być całkowicie transparentne i wprost zakomunikował opinii publicznej i rządowi, że prowadzona przez niego firma powinna stać się monopolem, tyle że – dodawał – tam, gdzie nie ma konkurencji, powinna pojawić się kontrola publiczna. Układ więc był taki: rząd pozwala, żeby AT&T osiągnęło pozycję monopolisty (w tym przypadku mówiono o „naturalnym monopolu”), a firma godzi się na to, że będzie podlegać stałej kontroli organów państwa. Vail czynił również wysiłki, by firma zmieniła strukturę właścicielską. Udziały kompanii miały być atrakcyjne dla „zwykłych obywateli” zainteresowanych długoterminową, pewną inwestycją. Doprowadziło to do sytuacji, że np. w roku 1964 liczba udziałowców telekomunikacyjnego giganta wynosiła ponad 2,3 mln osób, a największy indywidualny inwestor nie posiadał nawet promila akcji spółki (aż 3 spośród wszystkich akcjonariuszy miało mniej niż sto akcji firmy). Mateczka Bell, jak powszechnie nazywali firmę ludzie związani z nią, była rzeczywistym dobrem narodowym.
Pozycja monopolisty pozwalała AT&T na stosowanie praktyk, które mogły uchodzić za nieracjonalne z ekonomicznego punktu widzenia, lecz były motywowane poczuciem dobra wspólnego. Na przykład ceny połączeń międzymiastowych były celowo zawyżane, aby móc utrzymać niskie opłaty za rozmowy lokalne. Oznaczało to, że klienci biznesowi i bogatsi ludzie, którzy znacznie częściej korzystali z międzymiastowych, dokładali się do rachunków przeciętnego Amerykanina. Jednak najbardziej spektakularna korzyść płynąca z faktu bycia monopolem, to zdolność do długoterminowego planowania. Zarząd AT&T nie myślał w perspektywie wyników kwartalnych czy rocznych. Strategie ustalane były na wiele lat do przodu. To dzięki takiemu podejściu możliwe było funkcjonowanie instytucji w rodzaju Bell Labs.
W laboratoriach Bella w najlepszym okresie zatrudnionych było kilkadziesiąt tysięcy naukowców i inżynierów, którzy cieszyli się olbrzymią wolnością badawczą. Założenie było takie, żeby w jedynym miejscu zgrupować jak najwięcej wybitnych umysłów, które mają poświęcać się temu, co je naprawdę interesuje. Wyniki osiągane przez badaczy nie musiały mieć żadnego praktycznego zastosowania. Gdy Steven Chu – fizyk i przyszły noblista – zaczynał pracę w Bell Labs, usłyszał od swojego szefa: Steve, możesz tutaj robić, co tylko zechcesz, to nawet nie musi być fizyka. Nie rób niczego zbyt szybko. Pierwsze sześć miesięcy spędź na rozmawianiu z innymi pracownikami i na uważnym przyglądaniu się wszystkiemu. Żadnej presji, żadnych konkretnych wymagań co do wyników. Szefowie Bell Labs wiedzieli, że Chu jest wybitnym naukowcem i jeśli da mu się czas i warunki, to może stworzyć coś wielkiego. Nie interesowało ich, co konkretnie stworzy, gdyż celem instytucji nie było po prostu wymyślanie urządzeń, na których można zarobić, ale raczej stawianie i rozwiązywanie problemów naukowych. Dzięki takiemu podejściu możliwy był postęp naukowy, którego efektem był postęp technologiczny.
Należy też wspomnieć, że na mocy porozumienia z rządem z roku 1956 AT&T musiało dzielić się każdą technologią wyprodukowaną w Bell Labs z innymi podmiotami po opłaceniu przez nie relatywnie niewielkiej kwoty. Co więcej, w Bell Labs organizowano warsztaty, które miały szkolić inne firmy, jak wdrażać wynalazki stworzone w laboratoriach – tak między innymi rozpoczęła się historia potęgi japońskiego koncernu Sony.
Fakty te pokazują, iż pozycja monopolisty kontrolowanego przez państwo umożliwiła AT&T spokojny i długofalowy rozwój, który działał na korzyść całego społeczeństwa. Rząd zapewniał firmie takie warunki, że nie musiała się trapić konkurencją, ale wymagał, aby tworzyła ona wartość dodaną w postaci postępu naukowego, lepszej jakości usług, odpowiednich cen połączeń oraz pomocy państwu, gdy znajdowało się w zagrożeniu (AT&T zostało znacjonalizowane na rok przed końcem I wojny światowej, a w czasie II wojny w zasadzie wszystkie moce przerobowe zostały nakierowane na rozwój technologii służących wojsku).
Innowacyjność AT&T miała swoje źródło w tym, że firma w pewnym stopniu została wyłączona z logiki „czystego kapitalizmu”. Oczywiście była ona wciąż podmiotem rynkowym, a nie instytucją publiczną, jednak to nie szybki i zmaksymalizowany zysk był motywem, którym kierowano się przy podejmowaniu decyzji. Obiegowa mądrość głosi, że współczesny kapitalizm, nieograniczona konkurencja i dążenie do zysku same z siebie przynoszą pozytywne rezultaty dla całych społeczeństw. Konkurujące firmy mają dążyć do wytworzenia najlepszych i najtańszych produktów, gdyż tylko dzięki takiej działalności będą mogły przetrwać swoistą „selekcję naturalną”. Problem z takim podejściem tkwi już na poziomie podstawowych założeń. Jeśli jedynym celem firmy ma być zysk, to będą one tworzyć zysk, a nie innowacje, rozwój technologiczny czy dobrostan społeczeństw. Wartości te mogą oczywiście powstawać przypadkowo w ramach działalności kapitalistycznej, ale są to poboczności, a nie istota. „Czysty kapitalizm” nie zastąpi wielkich instytutów badawczych, gdyż nie są one konieczne do zarabiania pieniędzy. Aby zarabiać pieniądze, wystarczy wytwarzać potrzeby. Jest to o wiele łatwiejsze, tańsze i mniej czasochłonne niż rozwiązywanie problemów naukowych.
Powszechne jest przekonanie, że nigdy wcześniej ludzkość nie była tak innowacyjna jak obecnie. W zasadzie co tydzień media podają, że właśnie odbywa się kolejna rewolucja technologiczna, która poprawi jakość życia. Nowe urządzenia elektroniczne przedstawiane są jako wynalazki na miarę koła czy druku. Nowoczesny smartfon rzeczywiście potrafi więcej niż telefon sprzed 10 lat, jednak czy zmiany, które nastąpiły, naprawdę sprawiają, że ludziom żyje się łatwiej? Czy nie jest raczej tak, że współczesne technologie – jak w starym bon mocie o realsocjalizmie – bohatersko walczą z problemami, które same stworzyły? Z całą pewnością coś takiego jak Facebook wymagało sporej dozy kreatywności, jednak warto zapytać, czy rzeczywiście Facebook dał światu tak wiele, by w ogóle uważać go za przejaw innowacyjności. Jakie problemy, z którymi dotychczas zmagała się ludzkość rozwiązało powstanie iPada? Czy żyjemy dzięki temu dłużej? Przemieszczamy się szybciej? Mniej chorujemy? Nie. iPad, Instagram czy Twitter to zabawki, których siła polega na tym, że kreują w ludziach nawyki, którym ci skłonni są folgować.
Dolina Krzemowa – technologiczne centrum świata – nie skupia się na tworzeniu rozwiązań, które rzeczywiście poprawią jakość życia, lecz wytwarza produkty, które przy niskimi koszcie produkcji przyniosą krociowe zyski inwestorom. Założenie startupu to koszt opłacenia biura i kilku programistów. Ludzie ci w relatywnie krótkim czasie mogą stworzyć usługę, która zostanie sprzedana za setki milionów dolarów. Po co więc prowadzić badania nad lekiem na raka czy alternatywnymi źródłami energii? Koszt takich badań jest ogromny, a prawdopodobieństwo, że firma je prowadząca uzyska szybko taką wartość jak popularna usługa internetowa – niewielkie.
Widać tutaj problem z tezą, że konkurencja w ramach kapitalizmu musi prowadzić do innowacyjności. Pieniądz sam z siebie nie płynie tam, gdzie kryją się wielkie problemy technologiczne, których rozwiązanie mogłoby poprawić dobrobyt społeczeństw. Pieniądz – zgodnie z tą logiką – płynie natomiast tam, gdzie będzie mógł zostać szybko pomnożony. Dostrzegają to nawet kapitaliści z Doliny Krzemowej. Mówię tu przede wszystkim o grupie skupionej wokół Petera Thiela, współzałożyciela PayPala. Thiel w 2005 r. powołał do życia Founders Fund, firmę inwestycyjną, która w założeniu ma inwestować tylko w przedsięwzięcia zmagające się z rzeczywistymi problemami technologicznymi. Założenie to należy traktować z przymrużeniem oka, choćby dlatego, że jedną z głównych inwestycji funduszu jest Facebook. Warto jednak przyjrzeć się manifestowi opublikowanemu na stronach firmy, gdyż w ciekawy sposób definiuje problem pogodzenia współczesnego kapitalizmu z innowacyjnością. Oczywiście należy pamiętać, że tekst ów ma przede wszystkim cele biznesowe, tj. jego autorom chodzi o skłonienie inwestorów do powierzenia pieniędzy Founders Fund.
Manifest, autorstwa Bruce’a Gibneya, nosi chwytliwy tytuł „Co stało się z przyszłością?”, a jego podtytuł brzmi „Chcieliśmy latających samochodów, w zamian mamy 140-znakowe wiadomości”. To porównanie Twittera do marzeń o przyszłości, żywych w latach 60., dość dobrze oddaje przesłanie tekstu.
Gibney rozpoczyna od krytyki współczesnego modelu venture capital (dalej: VC) i kultury startupów, tak bardzo popularnej w Dolinie Krzemowej. VC to sposób inwestowania w ryzykowne przedsięwzięcia, polegający na tym, że inwestor zostaje współwłaścicielem firmy rozpoczynającej dopiero działalność, ale rokującej duże nadzieje na przyszłość. Gibney stwierdza, że do końca XX wieku VC potrafił zarabiać duże pieniądze i jednocześnie był motorem postępu technologicznego, jednak później coś się popsuło. W latach 60. VC pomogło w rozwoju przemysłu półprzewodników (przykładem jest Intel, o którym Gibney mówi, że to jedna z najlepszych inwestycji venture capital w historii), w latach 70. nacisk kładziony był na komputerowy hardware i software, w latach 80. VC zaczął inwestować m.in. w biotechnologie, a ostatnia dekada XX wieku to oczywiście rozwój internetu. Chociaż – pisze Gibney – sukces tych technologii sprawia, że inwestowanie w nie wydaje się z dzisiejszej perspektywy całkowicie racjonalne i oczywiste, to przemysły i firmy wspierane przez VC były w swoim czasie niesłychanie ambitnymi przedsięwzięciami. Mimo iż żadna z nich nawet wtedy nie wydawała się niemożliwością, to jednak nie było żadnej gwarancji, że jakakolwiek z tych technologii zostanie rozwinięta z sukcesem lub zamieniona w wysoce zyskowny biznes. Zdaniem Gibneya w tamtych czasach VC służyło do inwestowania w firmy, których wartość nie zależała od baniek spekulacyjnych. Wartość tych przedsiębiorstw miała solidny fundament, gdyż rozwiązywały one realne problemy technologiczne i produkowały rzeczy, który ułatwiały ludziom życie.
Wiele zmieniło się pod koniec lat 90., gdy giełdowa bańka internetowa windowała ceny dotkomów do rozmiarów niebotycznych i niczym nie uzasadnionych. Inwestorzy VC dosłownie rzucili się na startupy, które tworzyły nawet najgłupsze usługi internetowe, gdyż liczyli, że w krótkim czasie uda im się zarobić olbrzymią ilość pieniędzy. Niektórym udało się zarobić, gdyż zrealizowali swoje zyski wcześniej, niż bańka pękła. Większość jednak straciła. Powód wg Gibneya jest oczywisty: firmy, w które inwestowano pieniądze, nie były nastawione na długotrwały rozwój, jedynie sprawiały wrażenie innowacyjnych, podczas gdy tak naprawdę wtórnie używały technologii wytworzonych dużo wcześniej.
Wnioski, jakie wyciąga Gibney, są dla nas mniej interesujące, chyba że chcemy powierzyć swoje pieniądze Founders Fund. Zauważmy tutaj tylko, że Gibney zdaje się sądzić, iż mimo że bazowanie na VC jako motorze innowacyjności jest słuszne, to w ostatnim czasie mieliśmy do czynienia z pewnego rodzaju wypaczeniami. Gdy przezwyciężymy owe wypaczenia (dokładnie mówiąc: skłonność do inwestowania w nierozwojowe technologie), to wybitne umysły znów zaczną rozwiązywać wielkie problemy naukowe, zamiast tworzyć kolejne klony Facebooka. Wydaje się jednak, że przekonanie takie jest mylne. Sądzę, że błąd tkwi w samym systemie, nie zaś w niedoskonałych ludzkich decyzjach. Co prawda nie potrafię konkluzywnie udowodnić takiej tezy, postaram się jednak podać parę argumentów, które ją uprawdopodabniają.
Przekonanie, że finansowanie innowacji za pomocą VC – czyli w istocie powierzenie rozwoju technologicznego nowoczesnemu kapitalizmowi, nastawionemu na konkurencję – może przynieść dobre rezultaty, wydaje się błędne z kilku powodów. Po pierwsze jasne jest, że kapitał dąży do jak największych zysków w jak najkrótszym czasie. Inwestorzy będą zatem zawsze wybierać te projekty, które bliższe są temu warunkowi. Kryterium wyboru nie polega więc na tym, który startup będzie bardziej innowacyjny, ale na tym, gdzie można zarobić szybciej i więcej. Inwestowanie w skomplikowane badania wymagające licznego zespołu naukowców i dużych ilości czasu może być nieefektywne w porównaniu z wyłożeniem pieniędzy na małe przedsiębiorstwo z Doliny Krzemowej, które w krótkim czasie może stworzyć usługę typu Instagram. Nawet jeśli pierwszy przypadek daje większe prawdopodobieństwo osiągnięcia sukcesu, to ta przewaga szybko znika, jeśli zauważymy, że ktoś może zainwestować w wiele małych firm programistycznych.
Po drugie niezależnie od efektywności różnych strategii inwestycyjnych częstokroć może okazać się, że prywatny kapitał jest zbyt mały, aby finansować wielkie projekty badawcze. Licząc wedle dzisiejszej siły nabywczej, program Apollo kosztował 180 mld dolarów. Tylko silne państwo (czy też grupy państw) może pozwolić sobie na wydatki tego rzędu. Oczywiście lot na Księżyc nie był czymś, co rozwiązało problemy ludzkości, jednak jasne jest, że wielkie problemy wymagają wielkich nakładów pracy i pieniędzy.
Tutaj dochodzimy do trzeciego powodu. Przypomnijmy sobie Bell Labs i fakt, że zatrudniano tam olbrzymią liczbę najwybitniejszych naukowców i inżynierów o różnych zainteresowaniach i specjalnościach. Nie był to przypadek czy niegospodarność zarządu AT&T. Zgrupowanie tak dużej ilości wybitnych umysłów w jednym miejscu powodowało, że idee rodziły się łatwiej. Badacze nie pracowali w izolacji, lecz byli w stałym i bezpośrednim kontakcie, dzięki czemu mogli na siebie wzajemnie oddziaływać. Współczesny model nie może tego zapewnić. Skoro pieniądze inwestowane są w niewielkie, konkurujące ze sobą firmy, to nie ma mowy o owocnej współpracy naukowców, do jakiej dochodziło w Bell Labs.
Po czwarte wreszcie nie każda innowacja musi przynosić zysk inwestorowi. Rozwiązanie problemu malarii w Afryce byłoby wspaniałym osiągnięciem, a jednak z punktu widzenia zysku nie jest to najlepszy biznes, jakiego można dokonać. Potencjalni klienci są biedni, a zatem trudno będzie zarabiać tam krocie. Lepiej więc inwestować pieniądze w rozwiązywanie tzw. problemów pierwszego świata, a więc wydumanych i nic nie znaczących zagadnień, które jednak można całkiem nieźle spieniężyć. Jak sprawić, by smartfon z czterocalowym wyświetlaczem wytrzymywał bez ładowania kilka dni? Jak przyśpieszyć proces rezerwowania biletów lotniczych o 10 sekund? Jak robić ładne zdjęcia bez profesjonalnego aparatu? Oto tematy, na których można zarobić dziesiątki czy nawet setki milionów dolarów.
Nie twierdzę, że współczesny model kapitalizmu nie jest zdolny do wytwarzania innowacji. One oczywiście powstają. Jednak ich ilość i – przede wszystkim – jakość są wysoce niezadowalające. Powtórzę za tekstem Gibneya tyko dwie rzeczy. Po pierwsze od końca lat 70. czas potrzebny na pokonanie Atlantyku rośnie, zamiast spadać. Po drugie nie da się zaobserwować żadnej korelacji między wzrostem mocy obliczeniowej komputerów a produktywnością ludzi.
Przyczyna, jak się wydaje, tkwi głównie w fakcie, iż państwo ustąpiło pola kapitalizmowi. Niegdyś to państwa były głównym rozgrywającym na polu rozwoju technologicznego. Czasem same stawiały sobie wyzwania i je realizowały, tak jak miało to miejsce w przypadku wspomnianego programu Apollo, a czasem wpływały w określony sposób na prywatne firmy, aby te miały motywację i możliwości samodzielnego rozwiązywania skomplikowanych zagadnień. Jeśli państwa narodowe całkowicie uznają, że najlepszym rozwiązaniem problemu innowacyjności jest powierzenie go dzikiemu kapitalizmowi, to zamiast wynalazków na miarę tranzystora powstawać będą tylko kolejne niezbyt użyteczne aplikacje na urządzenia mobilne. Rzecz jasna w przypadku wielu zagadnień pojedyncze kraje mogą być zbyt biedne, aby je samodzielnie rozwiązywać. Potrzebna więc jest kooperacja państw na rzecz rozwoju nauki, który będzie służył całej ludzkości.
Innowacyjność i rozwój technologiczny nie są dziełem przypadku. W pewnych warunkach mają się lepiej niż w innych. W Bell Labs miały wręcz cieplarniane warunki. Było to możliwe, gdyż amerykańskie państwo pozwoliło AT&T na zdobycie pozycji monopolistycznej i jednocześnie wymagało, by monopol ów działał z korzyścią dla całego społeczeństwa. Współczesne firmy, które dążą jedynie do zysku, nie mogą być podstawą dla innowacyjności. Nie starają się one zmagać z wielkimi problemami, które stoją przed światem. Bo dlaczego miałyby to czynić? Ich celem jest robienie pieniędzy – nie rozwiązywanie problemów. Nie ma sensu wymagać od prywatnych firm, żeby pełniły funkcję motoru napędowego rozwoju nauki. Nie możemy jednak zapomnieć, że mamy pełne prawo wymagać tego od naszych państw.
przez Filip Białek | środa 16 stycznia 2013 | Zima 2012
Powiedzmy to raz jeszcze: lewica jest w kryzysie. Na prawicy zresztą nie jest lepiej. Żadna ze stron nie ma odpowiedzi na coś, co potocznie zwie się „kryzysem kapitalizmu”. My – ludzie lewicy (nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zwrot ten może być tylko ironiczny) – zajęci jesteśmy ciągłym powtarzaniem tych samych gestów, które absolutnie do niczego nie prowadzą. „Źli kapitaliści okradają biednych ludzi, należy się zorganizować i obalić ten obrzydliwy kapitalizm!” – krzyczymy na demonstracjach, podniesionym głosem przekonujemy znajomych, piszemy na blogach, w gazetach czy periodykach naukowych. Na prawicy jest jeszcze gorzej, bo jeśli rzeczywiście lekiem na współczesne problemy miałaby być jeszcze większa deregulacja, to może od razu zlikwidujmy struktury polityczne i ze zwieszoną głową módlmy się o łaskę do świętych derywatów i błogosławionych funduszy hedgingowych. Kryzys lewicy i prawicy to tak naprawdę kryzys polityczności w ogóle. Jeśli żadna ze stron nie jest w stanie wypracować rozwiązań, które mogłyby zmierzyć się z obecnym stanem rynków (czyli czymś, co najbardziej determinuje dobrostan społeczeństw), to znaczy, że polityka przestała po prostu odpowiadać na problemy świata, w którym żyjemy.
Mogłoby się zatem wydawać, że mamy do czynienia z dwoma powiązanymi kryzysami: polityczności i kapitalizmu. Mniemanie takie jest błędne, gdyż kapitalizm nie znajduje się w kryzysie. Należałoby raczej powiedzieć, że żyje on pełnią życia, rozwija się bez większych przeszkód, biorąc we władanie coraz większe obszary. Upadek Grecji, bankructwa banków, niespłacalne kredyty, stagnacja gospodarcza – są problemami dla społeczeństw, ale w żaden sposób nie nadwątlają samego systemu kapitalistycznego. Kapitał staje się tak wszechobecny, że gdyby starożytni Grecy mieli dziś formułować listę żywiołów, to do powietrza, ognia, wody i ziemi dodaliby pieniądz.
Jeśli z kapitalizmem wszystko jest w porządku, oznacza to, że jedynie polityczność znajduje się w kryzysie. Kryzys ten spowodowany jest właśnie rosnącą siłą kapitału. Kapitał stał się niejako potężniejszy i większy od społeczeństw, które utraciły możliwości kontroli. Paul Krugman stwierdził, że nawet gdyby ludzie na początku obecnego wieku wiedzieli, że w 2008 r. dojdzie do krachu na rynkach finansowych, nie zachowaliby się inaczej, gdyż i tak nie byliby w stanie wyzwolić się z kapitalistycznego sposobu myślenia. Jak bowiem można myśleć inaczej, skoro kapitał jest podobny do powietrza: naturalny i wszechobecny. Różnica jest tylko taka, że wiemy, czym jest powietrze, natomiast o kapitalizmie nie można tego powiedzieć.
Przestaliśmy rozumieć kapitalizm. Oczywiście pomijam tzw. korwinowców, bo trudno zaufać gimnazjalistom. Mówię zatem w pierwszym rzędzie o zwykłych ludziach, o nas. Jasne, przyzwyczailiśmy się do tego, że fabryki muszą być przenoszone tam, gdzie praca jest tańsza, że makler z Wall Street zarabia 1000 razy więcej od kucharki, że gospodarka kraju może upaść, ponieważ bankierzy podejmowali ryzykowne decyzje. Jesteśmy do tego przyzwyczajeni, ale czy rozumiemy przyczyny takich faktów? Czy wiemy, dlaczego w USA od 1978 r. dochody najbogatszej grupy społeczeństwa wzrosły o 277%, a tylko o 18% zwiększyły się zarobki najbiedniejszych 20% obywateli1? Albo: jak to się stało, że w 1987 r. obrót instrumentami pochodnymi wynosił 10% globalnego PKB, a już w 2005 r. stanowił 570%2?
Nie powinniśmy się jednak specjalnie martwić, jeśli nie znamy odpowiedzi na takie pytania. Bez cienia wątpliwości można przecież stwierdzić, że nawet politycy, tj. osoby, które powinny się jakoś w tym wszystkim orientować, również raczej nie potrafiliby udzielić spójnej odpowiedzi. Choć to może już trochę martwić. Jeszcze bardziej niepokojący jest jednak fakt, że nawet ludzie, którzy zawodowo zajmują się finansami, niezbyt dobrze rozumieją, na czym polega obecnie kapitalizm. Prof. Geoffrey Ingham, socjolog z Cambridge, w książce „Kapitalizm” stwierdza bez ogródek: Ekspansji sektora finansowego towarzyszyła zdumiewająca złożoność zjawisk. Nawet ich uczestnicy mają problemy ze zrozumieniem zaskakującego rozprzestrzeniania się wyspecjalizowanych rynków, które przemieniają pieniądz – w ramach czegoś, co jest znane pod nazwą „inżynierii finansowej” – w rozbudowany szereg ciągle zmieniających się zbywalnych papierów i instrumentów finansowych.
Odnośnie do stanu świadomości osób znajdujących się w samym centrum sterowania światowym kapitalizmem, pouczająca była anonimowa wypowiedź3 programisty pracującego w firmie tradingowej w Londynie. Zanim ją przytoczę – kilka słów o tym, czym zajmuje się ów człowiek. Otóż odpowiada on za program komputerowy, który handluje aktywami w ramach HFT (High-frequency trading). Czym jest HFT? Chodzi o to, że skomplikowane algorytmy (dostające na wejściu informacje o tym, jak wcześniej zachowywał się dany obiekt finansowy) i bardzo szybkie komputery dokonują dziennie dziesiątek tysięcy transakcji, pozycje inwestycyjne zajmowane są na bardzo krótki okres (od sekundy do kilku godzin), a zyski osiągane nawet dzięki minimalnym wahaniom w kursie. Na początku tego wieku czas wykonania transakcji HFT wynosił kilka sekund, później liczony był już w milisekundach, a obecnie w skali mikro. Choć brzmi to absurdalnie, im szybszy masz komputer, im lepszy program i im bliżej jesteś serwerów giełdy (czas przesyłu danych!), tym więcej zarabiasz. Wróćmy jednak do naszego programisty. Został on zapytany przez dziennikarza o tzw. Flash Crash z 6 maja 2010 r., gdy Dow Jones w 5 minut stracił 1000 pkt., czyli prawie 10% (był to najbardziej gwałtowny spadek w historii indeksu), po czym po kilkunastu minutach odrobił straty. Anonimowy programista na pytanie, czy to nie HFT było przyczyną krachu, odpowiada: Ciągle nie rozumiemy, co było przyczyną. Mogło to być HFT, ale możliwe też, że to właśnie HFT złagodziło efekty. Nie istnieją tu żadne przekonujące dowody. Dziennikarz rozsądnie dopytuje: Można by powiedzieć, że to dobry powód, by zakazać HFT. Nie używaj czegoś, czego nie rozumiesz. Człowiek z City rezolutnie odpowiada: Zwykłe zakazywanie czegoś, czego nie do końca rozumiesz, jest głupotą. Cóż tu rzec?
Nie, nie chodzi mi o to, że HFT jest niebezpieczne, więc powinno zostać zakazane. Całkiem prawdopodobne, że handel na wysokich częstotliwościach transakcji nie wpływa znacząco na rynek finansowy. Chcę tylko pokazać, jak bardzo jest to abstrakcyjne; jak bardzo kapitalizm oderwał się od świata ludzi – żyje on własnym życiem, karmiąc się czystymi liczbami. 70% transakcji w USA odbywa się za pomocą wielce skomplikowanych algorytmów komputerowych. Pytam więc: w jaki sposób to, co dzieje się w świecie finansów, może zostać pojęte przez człowieka? Nie może – a przecież to wszystko decyduje o losie całych społeczeństw. A jeśli nie jesteśmy w stanie tego zrozumieć, to z pewnością nie możemy umieścić kapitalizmu w centrum politycznych sporów. Jak debatować nad czymś, czego nie rozumiemy?
Co więc robić? Oczywiście kuszącą strategią jest zwracanie uwagi na problem. Krzyczmy więc: „kapitalizm jest zły, nieludzki i niepotrzebny, odrzućmy go i wtedy będzie dobrze”. Krzyczmy tak, a później z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku pójdźmy do bankomatu, wypłaćmy 50 zł, kupmy kilka piw i papierosy, po czym w domu włączmy jakiś hollywoodzki film od czasu do czasu przerywany ładnymi reklamami. Jak widać, kapitalizmu nie da się zanegować. Działa tu dokładnie ten sam mechanizm, jak w przypadku semantyki. Zdanie „nieparzyste krzesła mają nadzieję na symfoniczny obiad” jest nonsensowne. Jednak negacja zdania pozbawionego sensu jest tak samo bezsensowna jak to zdanie. I nic się z tym nie da zrobić. Trzeba przemilczeć, nie negować.
Współczesnym sposobem negowania kapitalizmu są ruchy typu Occupy Wall Street. W świetle tego, co dotychczas tutaj stwierdzono, wydaje się jasne, dlaczego Occupy Wall Street i jemu podobne ruchy wstrzymywały się z artykułowaniem programu, pozytywnych tez, które miałyby wskazywać kierunek dalszych działań. Większość publicystów przychylnych tym ruchom argumentowała, że brak programu był pewną strategią: „nie mówimy, co trzeba zrobić, gdyż najpierw chcemy stworzyć przestrzeń dla wolnej dyskusji, chcemy przywrócić polityczność, to jest naszym celem”. Jednak nie da się stworzyć żadnej przestrzeni dla dyskusji, gdyż jej przedmiot w ogóle nie może być dyskutowany. Nie było więc żadnej strategii. To, że Occupy Wall Street pozostało nieme, spowodowane było faktem, iż nie istniał sposób, na który potrafili się oni odnieść do kapitalizmu. Poza – oczywiście – emocjami, ale z takiej mąki chleba nie będzie.
W październiku 2011 r. McKenzie Wark opublikował tekst „Jak okupować abstrakcję”4. Tytułową abstrakcją jest oczywiście kapitalizm, symbolizowany przez Wall Street. Wark stawia pytanie o strategię walki z kapitalizmem. Odpowiedź – wyrażona nie do końca wprost – była następująca: „Jak? Dokładnie tak, jak zrobiło to Occupy Wall Street!”.Sama okupacja Zuccotti Park była abstrakcją, gdyż na abstrakcję, jaką jest kapitalizm, należało zareagować za pomocą innej abstrakcji. Wydaje się, że – przynajmniej w teorii – równanie się zgadza. Jednak gdy przyjrzymy się rezultatom OWS, trudno stwierdzić, że ich strategia okazała się skuteczna. Jak się zdaje, Wark dostrzegł te problemy, gdyż w wywiadzie5 udzielonym na początku sierpnia 2012 r. ponownie spróbował odpowiedzieć na pytanie postawione we wcześniejszym tekście: Problem jest taki: jak możesz okupować abstrakcję? Władza stała się wektorowa. Może przemieszczać pieniądze i zasoby z niespotykaną szybkością w dowolne miejsce na Ziemi. Możesz zablokować konkretne miejsce, ale wektory władzy po prostu ominą blokadę.
Tezę Warka doprowadza do końca Levi Bryant, amerykański filozof, jeden z twórców nowego i coraz bardziej wpływowego nurtu filozoficznego o nazwie object-oriented ontology. Bryant swój wywód6 rozpoczyna od stwierdzenia, że kapitalizm nie tyle jest abstrakcją, co raczej hiperobiektem (termin Tima Mortona). Przykładem tego, czym są hiperobiekty, jest klimat. Hiperobiekty nie znajdują się w żadnym konkretnym miejscu: są wszędzie i nigdzie. Zawsze mają wpływ na ludzi, nie jest możliwe trzymanie się od nich na dystans. Z drugiej jednak strony nigdy nie stykamy się z nimi w ich totalności. Możemy doświadczyć jedynie poszczególnych manifestacji, lokalnych wydarzeń i konkretnych rezultatów działań hiperobiektów. Jeśli kapitalizm jest takim hiperobiektem, to Bryant musi powtórzyć pytanie Warka: jak walczyć z przedmiotem, którego nawet nie możemy doświadczyć?
Odpowiedź jest złożona i warto się jej przyjrzeć. Bryant stwierdza, że współcześni teoretycy polityki zbyt wielką wagę przykładają do semiosfery, tj. do ideologii, narracji, praw czy tekstów, za pomocą których władzautwierdza swoje panowanie. Jako materialista stwierdza, że kapitalizm przede wszystkim potrzebuje infrastruktury, dzięki której może działać. Drogi, lotniska, sieci komputerowe, programy, satelity, fabryki, porty itd. – gdyby to wszystko zniknęło, znikłby również kapitalizm, gdybyśmy jednak pozbyli się tylko ideologii, to kapitał ciągle pozostałby nienaruszony. Czym były protesty w ramach ruchów Occupy? Wyłącznie aktami mowy. Bryant pyta zatem: Czy kapitalizm oparty jest na indywidualnych decyzjach bankierów i prezesów, czy raczej system ten ma swoje własne formy świadomości, własny sposób działania, w którym ludzie zostali uwięzieni? […] Wartość [OWS] polega na tym, że tworzone są kolektywy chcące walczyć z tymi nieludzkimi bytami, które funkcjonują pośród nas (rynki, korporacje, etc.), ale protesty nie wpływają na owe byty, gdyż te nawet nie rozpoznają faktu istnienia protestujących. Protestowanie przeciw kapitalistom czy politykom jest więc nieskuteczne, gdyż ci są jedynie prostymi robotnikami (choć z bardzo wysokimi zarobkami) w wielkiej fabryce kapitalizmu.
Akty mowy protestujących z Wall Street są z perspektywy, którą przyjmują Bryant czy Wark, strategią nieadekwatną wobec przedmiotu ich protestów. Nie szkodzą one kapitalizmowi, albowiem ten nie jest ufundowany na sferze dyskursu. Recepta Bryanta jest następująca: Nie stój na Wall Street, narzekając na bankierów i brokerów – okupuj autostradę. Zhakuj satelitę i zamknij komunikację. Zablokuj port. Usuń dane trzymane przez banki itd. Blokuj arterie, dzięki którym hiperobiekt utrzymuje się przy życiu. Tylko w ten sposób wstrząśniesz władzą i zyskasz siłę, z którą będą musiały się liczyć rządowe organy kapitalizmu i korporacji.
Levi Bryant ma rację, twierdząc, że dyskursywne strategie walki z rynkami są skazane na porażkę. System kapitalistyczny pochyli się nad nimi – jasne – ale tylko po to, by sprawdzić, czy przez przypadek nie da się tutaj czegoś zarobić (słynna sprawa z maskami Guya Fawkesa, na których zarabia gigant medialny Time Warner). Wróćmy do HFT i faktu, że 70% transakcji na rynku finansowym zawieranych jest za pomocą algorytmów komputerowych. Algorytmy te dostają liczbowe dane o różnych aktywach i na tej podstawie kupują i sprzedają. Oznacza to, że w ich ontologii nie istnieją takie rzeczy jak wyzysk, prawo pracy, strajk, bieda itd. W przemysłowym kapitalizmie właściciel fabryki traktował robotnika jako środek produkcji, jako rzecz, musiał jednak mieć do niego jakiś stosunek, robotnik znajdował się w jego polu widzenia. Dla współczesnych kapitalistów z Wall Street czy londyńskiego City robotnik nie jest nawet rzeczą – wiedza o istnieniu klasy nieposiadającej środków produkcji nie jest im do niczego potrzebna. Przypomnijmy sobie słynne zdjęcia, na których finansjera Wall St. z kieliszkami szampana w dłoniach i uśmiechami na ustach przyglądała się protestom. Co znaczy ten obrazek? Stwierdzenie, że jest to jedynie dowód demoralizacji elity współczesnego kapitalizmu, pomija istotę sprawy. Zdjęcia te w rzeczywistości pokazują, że owa elita, żyjąc w świecie do samego końca przesiąkniętym kapitałem, nie ma możliwości zrozumienia, skąd biorą się protesty. Nie chodzi zatem o degenerację finansistów, ale o ich niezdolność do operowania tymi samymi pojęciami, których używa OWS. Oznacza to, że nie ma żadnego punktu styku – miejsca, od którego można by zacząć rozmowę.
Niemiecki socjolog Wolfgang Streeck w bardzo ciekawym tekście opisującym napięcia kryjące się w zachodnim modelu demokracji kapitalistycznej7, formułuje następującą myśl: W ciągu trzech lat od 2008 r. konflikt dystrybucji w ramach demokratycznego kapitalizmu zmienił się w skomplikowane przeciąganie liny między globalnymi inwestorami a państwami narodowymi. Podczas gdy w przeszłości pracownicy zmagali się z pracodawcami, obywatele z ministrami finansów, a prywatni dłużnicy z prywatnymi bankami, obecnie instytucje finansowe siłują się z państwami. Oznacza to, że rynki finansowe nie są w sporze z okupującymi Wall Street. Zresztą dlaczego miałyby być? W jaki sposób protestujący mogliby zagrozić światu finansów? Nie jest to przecież sytuacja, w której strajkujący robotnicy zatrzymują produkcję w fabryce, przez co właściciel ponosi straty. Główna linia sporu nie przebiega już między tymi, którzy dysponują środkami produkcji, a tymi, którzy ich nie posiadają. Obecnie protesty osób, które nie mają (prawie) nic, nie są żadnym zagrożeniem dla kapitału.
Przywołałem tekst Bryanta, ponieważ uważam, że jest to zasadniczo logiczna odpowiedź na pytanie, jak walczyć z kapitalizmem. Wiemy jednak przecież, że jest to zarazem odpowiedź błędna i nierealistyczna. Błąd nie leży w odpowiedzi, lecz w samym pytaniu. Nie powinno się zaczynać rozważań politycznych od tego zagadnienia, gdyż obecnie z kapitalizmem nie da się zwyciężyć. Nie da się wprowadzić kapitalizmu jako kwestii, od której można rozpocząć polityczność. Oddaję jeszcze raz głos Streeckowi: Krajowe rynki pracy w latach 70. wyposażone w różnorakie możliwości politycznej mobilizacji i międzyklasowych sojuszy czy też polityka publicznych wydatków lat 80. nie były z konieczności czymś, czego nie zrozumiałby „człowiek z ulicy”. Od tego czasu bitwy, w ramach których rozgrywają się sprzeczności demokratycznego kapitalizmu, stały się czymś dużo bardziej złożonym, co sprawiało, że dla kogoś spoza elity finansowej lub politycznej rozpoznawanie ukrytych interesów i identyfikowanie własnych stało się niezmiernie trudne.
Wszechpotęga kapitalizmu – ograny manewr lewicowych intelektualistów. Jego popularność bierze się głównie stąd, że łatwiej tworzyć spektakularne teorie, gdy za punkt wyjścia weźmie się jakiś potężny byt, który odpowiada za całe zło. Niech to będą władza, patriarchat, dyskurs kolonialny czy właśnie kapitalizm – coś, co w założeniu przenika wszystkie sfery ludzkiej działalności, co determinuje każdą aktywność człowieka – dysponując takim przedmiotem teoretycznym, można napisać co najmniej kilka bardzo ciekawych książek, które dogłębnie wskażą, na czym polega potęga tego wroga ludzkości. Problem w tym, że wniosek z podobnych rozważań jest zawsze jeden: nic nie da się zrobić. Pasuje tu bon mot Rorty’ego, zgodnie z którym po przeczytaniu „Kapitalizmu lub kulturowej logiki późnego kapitalizmu” Jamesona wiemy wszystko – z wyjątkiem tego, co trzeba robić. Wydaje się, że w niniejszym tekście również próbowałem w taki sposób przedstawić kapitalizm, aby jego moc przede wszystkim zniechęcała do działania. Nie do końca. Twierdzę jedynie, że siła systemu kapitalistycznego powoduje, iż rozważania nad strategią nie mogą zaczynać się od zawołania: „obalmy kapitalizm!”. Jeśli jesteśmy wystarczająco bystrzy, to zaczynając w taki sposób, dość szybko dojdziemy do wniosku, że jednak nie potrafimy osiągnąć takiego celu, więc rewolucyjny zapał osłabnie. Skoro zatem nie da się działać globalnie, działajmy lokalnie. To znaczy: może nie przezwyciężymy systemu kapitalistycznego, ale próbujmy walczyć o podwyższenie płacy minimalnej. Najpewniej nie uda się nam na dobre zlikwidować wyzysku, ale można sprawić, że ludzie będą pracować odrobinę krócej. Oto pierwszy wniosek z poczynionych tu uwag: wróćmy do projektu socjaldemokratycznego.
Chciałbym zaproponować jeszcze jeden wniosek, który być może na pierwszy rzut oka stoi w sprzeczności z pierwszym. Sądzę jednak, że jest raczej jego uzupełnieniem. Socjaldemokracja narodziła się jako reakcja na rewolucyjny marksizm. Marksizm był marzeniem, bez którego pragmatyczni socjaldemokraci najpewniej nie byliby w stanie odnieść sukcesu. Oznacza to, że teraz również potrzebujemy nowego marzenia, nowej idei, które będą w stanie poruszyć masy. Pozwólmy sobie na formułowanie postulatów, które będą daleko przekraczały obecną sytuację. Na najbardziej podstawowym poziomie siłą kapitalizmu jest jego nieubłagana logika: lepiej posiadać dziesięć milionów niż dwa tysiące. Mamy tu najzwyklejszy matematyczny znak nierówności, bezproblemowo przyswajalny w prawie każdej kulturze. Należy zatem próbować formułować teorie, które będą w stanie przekonać ludzi, że owa kapitalistyczna logika jest szkodliwa. Potrzebujemy zatem koncepcji operujących na przynajmniej odrobinę bardziej skomplikowanych wartościach niż matematyczna nierówność.
Takie teorie i wartości nie mogą być jednak zwykłą negacją kapitalizmu. Negacja wymaga operowania w tej samej logice, co negowana teza, a z kapitalizmem nie da się wygrać na jego podwórku. Ogólnie mówiąc: spór polityczny nie polega na dwóch tezach – A i nie-A – które rywalizują ze sobą na podstawie pewnej określonej logiki. Gdyby tak było, to każdy spór byłby łatwo rozstrzygalny. Polityczność rodzi się dopiero, gdy przeciwstawiane są sobie dwa porządki wartości, których nie da się po prostu rozsądzić. Dlatego też współczesny kapitalizm nie wymaga zwykłej negacji (a więc wpisania się w jego logikę), ale raczej stworzenia nowej myśli, która go przezwycięży. Próbujmy więc odbudować polityczność za pomocą nowych idei, które dźwigną społeczeństwa z letargu, i zarazem starajmy się sukcesywnie rozwiązywać kłopoty ekonomiczne na sposób socjaldemokratyczny. Obie strategie powinny się uzupełniać.
Filip Białek
Przypisy:
- Dane za: http://www.trystero.pl/archives/11743
- Zob. P. Dembinski, Finansjalizacja – klęska urodzaju w gospodarce, 24.01.2012, http://www.obserwatorfinansowy.pl/forma/debata/finansjalizacja-kleska-urodzaju-w-gospodarce/
- Zob.: http://www.guardian.co.uk/commentisfree/joris-luyendijk-banking-blog/2011/sep/26/capitalism-banking-blog-computer-programmer
- Zob. McKenzie Wark, How to Occupy an Abstraction, 3.10.2011, http://www.versobooks.com/blogs/728
- Zob.: http://theoccupiedtimes.co.uk/?p=6451
- Zob.: http://larvalsubjects.wordpress.com/2012/08/04/mckenzie-wark-how-do-you-occupy-an-abstraction/
- W. Streeck, The Crises of Democratic Capitalism, „New Left Review”, September-October 2011, dostępne na stronie internetowej: http://newleftreview.org/II/71/wolfgang-streeck-the-crises-of-democratic-capitalism#_edn21
przez Filip Białek | piątek 12 października 2012 | Jesień 2012
W wielu krajach rządy i instytucje publiczne prowadzą zaawansowane działania na rzecz budowy społeczeństwa informacyjnego. W Polsce społeczeństwo informacyjne tworzy się bez pomocy gabinetu Donalda Tuska, a bardzo często wbrew niemu. Władze nie mają bowiem żadnej wizji tego, jak z pomocą nowych technologii ułatwić obywatelom samoorganizację, zwiększyć ich udział w podejmowaniu decyzji politycznych oraz wzmocnić postawy obywatelskie poprzez korzystanie z internetu.
Termin „społeczeństwo informacyjne” może być rozumiany wielorako. Najczęściej określa on pewne specyficzne stosunki gospodarcze i przeciwstawiany jest społeczeństwu przemysłowemu. W społeczeństwie informacyjnym główną siłą gospodarki mają być przedsiębiorstwa oparte na wiedzy, których głównym zadaniem jest produkowanie informacji. Interesujący jest jednak inny, znacznie węższy aspekt społeczeństwa informacyjnego, odnoszący się do obywatelskości, aktywności i partycypacji społecznej w kształtowaniu sfery publicznej. Mówiąc o społeczeństwie informacyjnym, będę miał na myśli takie zjawiska, które dzięki nowym technologiom, internetowi i szybkości wymiany informacji sprawiają, że obywatele uzyskują większy wpływ na państwo i instytucje publiczne.
Badacze takich zjawisk nierzadko wiążą wielkie nadzieje z potencjałem wpływu, jaki na stan współczesnych społeczeństw mogą wywrzeć nowe technologie informacyjno-komunikacyjne (ICT).
Demokracja przedstawicielska od dłuższego czasu znajduje się w kryzysie. W starych demokracjach Zachodu kryzys ten objawia się w spadku frekwencji wyborczej, niestabilności poparcia politycznego dla partii, odpływie elektoratu do tzw. partii protestu, coraz niższym zaufaniu do polityków, czy też w niskim poziomie wiedzy o procesach politycznych. Można rzec, że współczesny model demokracji staje się w oczach obywateli zbyt skomplikowany, a struktury władzy i państwa są postrzegane jako oddalone od spraw codziennego życia i trudno dostępne. Lekiem na te problemy mogłyby być właśnie ITC, które znacząco ułatwiają dzielenie się informacjami. Z jednej strony ITC umożliwiają rządom niemal całkowitą transparentność wszystkich procesów administracyjnych i politycznych, a z drugiej pozwalają obywatelom na większą partycypację w decyzjach podejmowanych przez władze publiczne. Ograniczeniami są tutaj w zasadzie jedynie wola i sprawność decydentów.
Różne modele e-partycypacji wymagają odpowiedniego stanu infrastruktury państwowej i informatycznej. Innymi słowy, dopuszczenie obywateli do wpływania na losy kraju za pomocą narzędzi informatycznych możliwe jest tylko wtedy, gdy sam aparat państwowy zostanie poddany spójnemu modelowi informatyzacji. W Polsce z niczym takim nie mamy do czynienia. W ostatnim raporcie ONZ „E-Government Survey 2012. E-Government for the People” wysiłki naszego kraju na rzecz informatyzacji państwa zostały ocenione bardzo nisko. Polska, zajmując 47. miejsce, została sklasyfikowana m.in. za Rosją, Kazachstanem, Chorwacją, Czechami czy Węgrami. Warto wspomnieć, że w podobnym rankingu z 2008 r. nasze państwo zajmowało pozycję 33. W kwestii informatyzacji państwa jesteśmy więc niewątpliwie zacofani i, co gorsza, taki stan się pogłębia.
Sam rząd doskonale zdaje sobie sprawę ze skali problemu. Raport przygotowany przez Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji pt. „Państwo 2.0 – Nowy start dla e-administracji” pozbawia wszelkich złudzeń. Dokument jasno pokazuje, że dotychczasowe projekty informatyzacji prowadzone były niezależnie od siebie, bez współpracy międzyresortowej, co najczęściej prowadziło raczej do zwiększania administracyjnego chaosu niż do zapanowania nad nim. Ministerstwo wspomina m.in., że równocześnie rozwijano tzw. podpis elektroniczny oraz profil zaufany, a także wiele alternatywnych sposobów potwierdzania identyfikacji [sic!] obywateli w systemach poszczególnych resortów i samorządów. Oznacza to, że zamiast stworzyć jeden uniwersalny model weryfikacji tożsamości obywatela, który pozwalałby na logowanie się do wszystkich możliwych usług e-państwa, kreowano kolejne „zapory”, które właściwie utrudniały korzystanie z dostępnych usług. W zakończeniu raportu czytamy: Źródłem słabości jest sama koncepcja informatyzacji albo w ogóle jej brak. Chaotycznie i „silosowo” prowadzone działania, brak współpracy w celu uniknięcia powielania się rozwiązań, swoisty prymat nastawienia typu „hardware” nad modelem zorientowanym na przyjazne dla użytkowników aplikacje – generowały patologie w decyzjach oraz słabości w osiąganiu rezultatów.
Oprócz problemów natury „koncepcyjnej” rozwój polskiej e-administracji zmaga się również ze zwyczajowymi kłopotami, które dosięgają większości przedsięwzięć naszego państwa. Mowa tu o korupcji i marnotrawieniu środków publicznych. W grudniu 2011 r. dziennikarze „Dziennika Gazety Prawnej” dotarli do protokołu z zakończonych kontroli NIK ws. wdrażania projektów informatyzacyjnych w latach 2007–2010. Wnioski były zatrważające. Na 28 realizowanych zadań tylko 5 funkcjonowało w miarę sprawnie. Zgodnie z wcześniejszym planem, w trakcie badanego okresu rząd miał wydać na e-państwo 2,5 mld złotych, jednak w związku z brakiem gospodarności (często natury kryminalnej) konieczne będzie zwiększenie tej kwoty o prawie 6,5 mld złotych albo zaplanowane projekty nie zostaną ukończone. Z kolei pod koniec kwietnia 2012 r., po tym jak CBA i prokuratura wszczęły śledztwo w sprawie korupcji w Centrum Projektów Informatycznych przy MSWiA (zatrzymano m.in. dyrektora tej instytucji, któremu zarzucano przyjęcie 5 mln złotych łapówki), Komisja Europejska zamroziła środki – w wysokości 1,2 mld złotych – przeznaczone na rozwój e-administracji w Polsce. W związku z powyższymi faktami nawet najlepsze chęci i koncepcje ministra Boniego mogą pozostać bez większego związku z rzeczywistością.
Jak widać, warunek sine qua non rozwijania modeli partycypacyjnych – tj. sprawna informatyzacja administracji – nie został dotychczas w Polsce spełniony. Oznacza to, że dopuszczenie obywateli do podejmowania decyzji za pomocą ICT stanowi u nas pieśń przyszłości. Brak prostych narzędzi umożliwiających weryfikację tożsamości obywateli, zaniedbania w tworzeniu spójnego i przyjaznego użytkownikom systemu e-administracji, kłopoty z uzyskiwaniem informacji od instytucji publicznych via internet itp. uniemożliwiają wdrażanie jakichkolwiek poważnych projektów, które mogłyby przybliżyć państwo obywatelom. Trudno oczywiście oczekiwać, że rząd Donalda Tuska będzie podejmował działalność mogącą pomóc w rozwijaniu e-partycypacji. Stosunek obecnego rządu do partycypacji obywatelskiej w ogóle zamanifestował się aż nadto wyraźnie w związku z wieloma decyzjami, co do których społeczeństwo wydawało się mieć opinie odmienne od pomysłów władz. Do pewnego stopnia widać to zresztą we wspomnianym raporcie Boniego. Obywatel jest tam traktowany jedynie jak klient, który ma być dobrze obsłużony przez administrację. Nie oczekuje się od niego ani udziału w podejmowaniu decyzji, ani opinii odnośnie do decyzji już podjętych. W całym tekście znajdujemy zresztą tylko jedno dość mgliste zdanie odwołujące się do pojęcia „e-demokracji”.
Tymczasem w innych krajach ICT są nie tylko skutecznie wykorzystywane do stworzenia sprawniejszej administracji, lecz służą również zwiększeniu możliwości wpływania obywateli na losy państwa. Nie dotyczy to bynajmniej tylko krajów zamożnych i wysokorozwiniętych. Na przykład maleńka Estonia dokonała w ciągu kilkunastu lat niezwykłego wręcz skoku rozwojowego we wdrażaniu rozwiązań informatycznych. We wszelkich rankingach obrazujących rozwój e-państwa, e-rządu czy e-partycypacji kraj ten plasuje się najczęściej w pierwszej dwudziestce. Na obszarze pokomunistycznym w zasadzie nie ma on konkurencji, dlatego np. we wspominanym raporcie ONZ Estonia porównywana jest nie do krajów Europy Środkowowschodniej, lecz do państw nordyckich.
Odsetek gospodarstw domowych z komputerem podłączonym do internetu, liczba użytkowników Sieci, korzystanie z elektronicznej bankowości, dostęp do darmowego wi-fi – we wszystkich tych wskaźnikach Estonia sytuuje się ponad średnią unijną. Czynniki te stanowią infrastrukturę, na której można tworzyć e-państwo z prawdziwego zdarzenia. Już w 2002 r. wprowadzono w tym kraju cyfrowy dowód osobisty, który wraz ze specjalnym czytnikiem podłączanym do komputera stanowi, po wpisaniu kodu PIN, narzędzie identyfikacji obywatela via internet. Dzięki temu Estończycy mogą w prosty sposób załatwiać większość spraw urzędowych bez wychodzenia z domu. Cyfrowy dowód umożliwia również dokonywanie przelewów bankowych, realizowanie recept, może też zastąpić bilet w komunikacji publicznej.
Takie narzędzie – mógłby ktoś stwierdzić – może służyć do inwigilacji i spowodować utratę prywatności, ponieważ wszystkie dane gromadzone są w jednym miejscu. Jest jednak inaczej, gdyż system przekazuje obywatelowi informacje o tym, kto przeglądał jego dane. Oznacza to, że urzędnik nie może już bez wyraźnej potrzeby sprawdzać informacji o obywatelach, ponieważ każde takie zachowanie jest rejestrowane.
Z pozoru najbardziej widowiskowym osiągnięciem estońskiego e-państwa było umożliwienie społeczeństwu głosowania w wyborach powszechnych za pośrednictwem internetu. Był to pierwszy taki przypadek na świecie. Już w 2005 r. Estończycy mogli głosować elektronicznie w wyborach samorządowych. Wtedy 1,9% wszystkich oddanych głosów stanowiły wysłane przez Sieć. Odsetek ten szybko się powiększał – w wyborach parlamentarnych w 2011 r. wzrósł do 24,3%. Głównym celem wprowadzenia e-głosowania było zwiększenie frekwencji. Czy się udało? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć, gdyż nie sposób założyć, że jedyną przyczyną zmian jest głosowanie elektroniczne. Jednak frekwencja w estońskich wyborach systematycznie rośnie. W wyborach parlamentarnych od 1999 r. wynosiła ona kolejno: 57%, 58%, 62% (2007 r. – pierwsze wybory parlamentarne z możliwością głosowania przez internet), 63,5%. Bardzo wysoki wzrost frekwencji odnotowano w przypadku wyborów do Europarlamentu. W 2004 r. wynosiła ona 24% (bez e-głosowania), by w 2009 wzrosnąć do prawie 44% (e-głosowanie). Zupełnie rekordowe były wybory samorządowe w roku 2009, które cieszyły się frekwencją 60,5% w porównaniu z 47% w roku 2005.
Jakkolwiek oddawanie głosów przez internet może jawić się z naszej perspektywy jako rewolucyjna zmiana, to należy pamiętać, że w swojej istocie jest to jedynie technologiczna nowinka, która nie ma większego wpływu (prócz – być może – wzrostu frekwencji) na przebieg procesu demokratycznego. E-głosowanie nie wyposaża obywateli w nowe narzędzia wpływu na proces demokratycznego podejmowania decyzji. W Estonii powstały jednak także systemy, które miały umożliwić społeczeństwu większą partycypację. Już w 2001 r. uruchomiono portal TOM – skrót od estońskiej frazy: „dziś ja decyduję”. Pozwala on decydentom na umieszczanie projektów ustaw, które miały być oceniane i komentowane przez użytkowników. Dodatkowo obywatele mieli możliwość przedstawiania własnych pomysłów, które, o ile zyskały odpowiednie poparcie, trafiały do urzędników. Ci zaś mieli miesiąc, aby odnieść się do proponowanych zmian. Co prawda administracja nie była zobligowana do wprowadzania zgłoszonych pomysłów w życie, ale w przypadku negatywnej odpowiedzi obywatele musieli otrzymać uzasadnienie takiej decyzji. W 2007 r. TOM został zastąpiony przez serwis osale.ee, który oferował podobne możliwości.
Niestety oba portale cieszyły się nikłym zainteresowaniem. TOM w 2007 r. miał jedynie 6742 zarejestrowanych użytkowników, spośród których tylko niewielka część była aktywna. Podobnie rzecz miała się z osale.ee. Około ? zamieszczonych tam projektów nie uzyskało żadnego komentarza, a odsetek propozycji zmian prawa, które wywołały dłuższą dyskusję, jest bardzo niski. Należy też zauważyć, że nie wszystkie ministerstwa publikowały tam swoje materiały. Dodatkowe problemy, z którymi zmagają się estońskie systemy partycypacji, to mało konstruktywne głosy obywateli, zbyt formalne odpowiedzi urzędników mogące zniechęcać ludzi do zabierania głosu, brak realnego dialogu z przedstawicielami władzy oraz nikłe zainteresowanie mediów propozycjami obywatelskimi. Meelis Kitsing, badacz z University of Massachusetts, stwierdza nawet, że najsłabszym punktem estońskiego e-rządu jest dostarczenie obywatelom usług, które mogłyby zachęcać do partycypacji i demokracji. Jako przyczynę wymienia przede wszystkim fakt, iż estońskie inicjatywy są w głównej mierze reakcją na potrzeby sektora prywatnego oraz opinii publicznej. Zdaniem autora, Estonii brakuje spójnej wizji wdrażania narzędzi partycypacyjnych.
Jak widać, samo oddanie w ręce społeczeństwa narzędzi umożliwiających partycypację nie gwarantuje, że ono z nich skorzysta. Nierozsądne byłyby jednak opinie, że estońskie projekty zakończyły się porażką, a sama idea e-partycypacji była niewiele warta. Opisane tu narzędzia są raczej w fazie prób i testów – nie ma zatem mowy o skończonym przedsięwzięciu. Jeśli Estończycy zdiagnozują popełnione błędy i będą systematycznie je naprawiać, to z czasem zaangażowanie obywateli powinno się zwiększyć.
Co ciekawe, rozwiązania wprowadzane przez Estonię są ogólnodostępne i inne kraje mogą z nich korzystać. Przykładem jest Słowenia, która w 2009 r. wdrożyła platformę TID+ (Today I Decide), powstałą jako projekt na bazie estońskiego TOM. Wydaje się, że w Słowenii narzędzie to cieszy się nieco większą popularnością. Przez dwa lata funkcjonowania portalu pojawiło się tam ponad 2000 obywatelskich sugestii zmian prawa, z czego każda opatrzona została średnio 6 komentarzami. 460 pomysłów zyskało wystarczające poparcie, aby zostać przekazane decydentom, z tej liczby zaś ponad połowa dostała pozytywne odpowiedzi, zgodnie z którymi albo pomysł był już wdrażany w życie niezależnie od inicjatywy obywatelskiej, albo był jedną z opcji branych pod uwagę. Aż 13 sugestii zostało zrealizowanych wyłącznie dzięki TID+.
Jednym z głównych problemów, z którymi stykają się opisane tu narzędzia umożliwiające e-partycypację, jest fakt, że obywatele często czują się niekompetentni, by merytorycznie komentować skomplikowane dokumenty tworzone przez administrację. Język urzędników jest niezbyt przystępny, a sprawy, o których piszą, wydają się obywatelom zbyt trudne. Udostępnienie w Sieci wielkiej ilości takich dokumentów jest często przeciwskuteczne, gdyż raczej przytłaczają one informacjami, których odbiorcy nie są w stanie przetrawić. Dlatego nasuwają się tutaj dwa rozwiązania. Zgodnie z pierwszym serwisy takie jak osale.ee powinny zostać „wyposażone” w urzędników, którzy asystowaliby obywatelom przy formułowaniu postulatów. Chodzi o to, aby człowiek mógł sformułować propozycję czy komentarz „własnymi słowami”, nie bacząc na to, że forma jego wypowiedzi nie koresponduje z technicznym językiem administracji. Dopiero później, dzięki pomocy kompetentnego urzędnika, obywatelska sugestia zostałaby „przetłumaczona” na administracyjny żargon. Taką strategię realizuje brazylijski serwis edemocracia.gov.br, który niestety z braku miejsca nie może zostać tu szczegółowo opisany. Warto zauważyć, że bez podobnych rozwiązań partycypacyjne narzędzia mogą zostać łatwo zawłaszczone przez różnego rodzaju lobbystów. Bez wsparcia dla „zwykłych obywateli” użytkownikami takich serwisów pozostaną jedynie osoby, które potrafią sprawnie poruszać się w urzędniczym gąszczu przepisów, procedur i kruczków prawnych.
Inne rozwiązanie zostało wprowadzone w Wielkiej Brytanii. W sierpniu 2011 r. uruchomiono portal epetitions.direct.gov.uk, na którym każdy obywatel może zamieścić petycję. Jeśli pod wnioskiem zostanie zebranych co najmniej 100 000 podpisów, to tekst trafia do komisji, ta zaś może skierować go do parlamentu, gdzie będzie on ostatecznie dyskutowany. Portal cieszy się dużą popularnością, notując dziennie odwiedziny 52 tys. użytkowników. Kilkakrotnie udało się już przekroczyć próg 100 000 podpisów oraz wpłynąć na obowiązujące prawo. Trzeba jednak zaznaczyć, że w kilku przypadkach inicjatywy, które zgromadziły odpowiednie poparcie, nie trafiły do parlamentu, ponieważ nie zyskały wsparcia wspomnianej komisji. Fakty te sprawiły, że brytyjski dziennikarz i autor bloga edemocracyblog.com, Richard Parsons, skonstatował: Parlament przeżywa obecnie łagodniejszą wersję zamętu, którego doświadczyły wcześniej muzyka i prasa w związku z pojawieniem się internetu. Fakt istnienia e-petycji skłania do stawiania pytań o sposób funkcjonowania brytyjskiego systemu politycznego oraz tego, czy jest on przygotowany na spełnienie oczekiwań społeczeństwa.
Sama procedura jest przedmiotem wzmożonej debaty. Przede wszystkim nie jest do końca jasne, jak wielką wagę parlamentarzyści powinni przykładać do e-petycji. Z jednej strony należy pamiętać, że 100 000 popierających to niewiele w stosunku do ogólnej liczby dorosłych obywateli, zatem nie można traktować tych inicjatyw jako „woli ludu”. Z drugiej jednak strony, arbitralne decyzje komisji, zgodnie z którymi nie wszystkie petycje poparte 100 000 podpisów są poddawane debacie, mogą odbierać ludziom wiarę w to, że ich głos się liczy. Problemem jest również sposób, w jaki administracja komunikuje się z obywatelami. Teoretycznie możliwe jest, że autor petycji, która zbierze 99 999 głosów, może nie doczekać się żadnego odzewu ze strony decydentów. Postuluje się więc stworzenie mechanizmów, które umożliwią większy dialog sygnatariuszy z władzami. Warto nadmienić, że do takiego dialogu dochodzi stosunkowo często, gdyż politycy chętnie kontaktują się z autorami petycji, które co prawda nie przekroczyły wymaganego progu, ale mimo to zgromadziły pokaźne poparcie. Problem jest jednak taki, że są to kontakty nieformalne i do niczego polityków nie zobowiązują. Jak widać, również tutaj narzędzie partycypacyjne jest w fazie testów. Wydaje się jednak, że już teraz cieszy się dużym zainteresowaniem obywateli, a przedstawicielom władzy zależy na jego usprawnieniu.
Porównując rozwiązanie brytyjskie do estońskiego, można stwierdzić pewną przewagę tego pierwszego. Jednym z argumentów są nagie liczby. E-petycje cieszą się dużo większym zainteresowaniem obywateli niż komentowanie rządowych dokumentów. Dlaczego tak jest? Wydaje się, że brytyjski model partycypacji jest bardziej przyjazny obywatelom i łatwiejszy w obsłudze. Napisanie petycji nie jest tak skomplikowane jak próby wpływania na już istniejące projekty. Nie trzeba być ekspertem, żeby móc opisać problem, który dostrzegamy. Powoduje to, że e-petycje są znacznie mniej elitarne niż osale.ee. Warto zauważyć, że e-petycje są dostosowane do obecnego modelu Sieci, tj. Web 2.0 – gdy tylko zbieranie podpisów zostanie uruchomione, linki do odpowiedniej petycji są rozsyłane po najróżniejszych serwisach społecznościowych. Jeśli idea rzeczywiście cieszy się popularnością, to w miarę szybko można zgromadzić odpowiednią liczbę sygnatariuszy.
Można wskazać jeszcze jedną różnicę między oboma rozwiązaniami. Otóż wydaje się, że e-petycje są w miarę spójnym uzupełnieniem systemu demokracji przedstawicielskiej, dzięki któremu kontakt między rządzącymi a społeczeństwem jest trochę lepszy. Natomiast narzędzia takie jak osale.ee zbliżają się w teorii do demokracji bezpośredniej, w której społeczeństwo przygotowuje i głosuje nad odpowiednimi projektami. Na dobrą sprawę można by pokusić się o stwierdzenie, że w Estonii istnieją już zalążki infrastruktury niezbędnej do wprowadzenia demokracji bezpośredniej. Widać więc tutaj pewien problem, z którym będą musieli poradzić sobie orędownicy tej formy ludowładztwa. Jeśli różne narzędzia podejmowania decyzji bez udziału wybieralnych przedstawicieli pozostawią w zaniedbaniu problem niskiego zainteresowania społeczeństwa trudnymi technicznymi zagadnieniami, które są obecne w każdym punkcie ścieżki legislacyjnej, to może się okazać, że proces decyzyjny zostanie bezwolnie przekazany niewybieralnym profesjonalistom, którzy jako jedyni będą dostatecznie kompetentni i zdeterminowani, aby stanowić prawo. Pytanie, na czyją korzyść będą działali ci ludzie.
Podałem przykłady form e-partycypacji, które umożliwiają obywatelom wpływanie na losy całego kraju. Wydaje się jednak, że znacznie prościej wprowadzić takie rozwiązania w skali lokalnej. Po pierwsze, ludzie zazwyczaj są bardziej zainteresowani tym, co dzieje się w ich bezpośredniej bliskości. Po drugie, rezultaty decyzji podejmowanych na poziomie lokalnym są łatwiejsze do zrozumienia przez obywateli, a więc można oczekiwać większego zaangażowania. Po trzecie, łatwiej deliberować w mniejszym gronie. Tezy te potwierdza praktyka, gdyż projektów wprowadzających e-partycypację na szczeblu lokalnym jest zdecydowanie więcej niż tych, które operują w skali państwa. Ciekawym przykładem są wysiłki na rzecz lokalnej e-demokracji w Brazylii, podejmowane m.in. przy tworzeniu budżetu partycypacyjnego w Belo Horizonte. Jak stwierdził Tiago Peixoto, badacz zajmujący się elektroniczną demokracją, żaden z krajów mających doświadczenia z e-demokracją nie zbliżył się nawet do tego, co udało się dokonać w Belo Horizonte, zarówno pod względem partycypacji obywateli, jak i pozytywnego wpływu na podejmowane decyzje.
Brazylijskie doświadczenia z budżetem partycypacyjnym sięgają 1989 r. [więcej na ten temat pisaliśmy w poprzednim numerze „Nowego Obywatela” – przyp. redakcji] Natomiast pierwszy eksperyment, polegający na umożliwieniu obywatelom decydowania o lokalnym budżecie przez internet, pojawił się w 2006 r. w Belo Horizonte. Środki, o których mogli decydować mieszkańcy, wyniosły 11 mln dolarów. W tym samym czasie w ramach partycypacji nieelektronicznej mieszkańcy mieli do dyspozycji 43 mln dol. W każdym z dziewięciu dystryktów miasta obywatele mogli wybierać spośród czterech różnych projektów. Ten, który zyskiwał największe poparcie, był realizowany. Jak podaje Tiago Peixoto, mieszkańcy jednego z mniejszych dystryktów wybierali między budową nowego kompleksu sportowego, biblioteki, remontem głównej ulicy albo rewitalizacją głównego targowiska. Koszt każdego z projektów szacowany był na 1,2 mln dol., a najwięcej głosów zdobyło centrum sportowe. Mieszkańcom, prócz oddawania głosów, umożliwiono prowadzenie dyskusji między sobą oraz z władzami. Co jakiś czas dochodziło również do czatów z urzędnikami odpowiedzialnymi za poszczególne projekty. Warto też nadmienić, że miasto, aby przeciwdziałać cyfrowemu wykluczeniu, zbudowało około 170 e-kiosków umożliwiających głosowanie tym, którzy nie posiadają w domu komputera podłączonego do internetu.
Jak wyglądało zaangażowanie obywateli? W 2006 r. głosy oddało prawie 173 tys. mieszkańców (ponad 10% uprawnionych!). Dwa lata później, gdy cyfrowy partycypacyjny budżet został podwyższony do 22 mln dolarów, głosowało ok. 124 tys. osób, a w 2011 r. liczba ludzi oddających głosy przez internet zmniejszyła się do 97 tys. Oczywiście trend spadkowy jest zauważalny, ale i tak liczby te przyprawiają o zawrót głowy i kilkakrotnie przewyższają zaangażowanie obywateli w prace nad budżetem partycypacyjnym off-line. Należy jednak zauważyć, że możliwości deliberacyjne, które oferował serwis partycypacyjny, nie są zbyt ochoczo wykorzystywane przez mieszkańców. Stosunkowo niewiele osób korzystało z możliwości dyskutowania o projektach proponowanych przez miasto.
Peixoto, omawiając badania, których tematem był budżet e-partycypacyjny, zauważa, że dane wskazują, iż mieszkańcy oddawali swoje głosy tylko w kwestiach, w których czuli się kompetentni. Przypadki, w których głosowano tylko po to, aby oddać głos, były rzadkie. Dodatkowo, nie zaobserwowano żadnych znaczących odchyleń spowodowanych stopniem zamożności. Badacz zauważa też, że ok. ? głosów oddawana była spoza miejsca zamieszkania, co może oznaczać, iż bez pośrednictwa internetu ludzie ci nie braliby udziału w procesie podejmowania decyzji.
Jakie są przyczyny tak wysokiego zaangażowania mieszkańców Belo Horizonte? Przede wszystkim należy stwierdzić, że projekty poddane głosowaniu były dużymi inwestycjami, a zatem rezultaty partycypacji są bez trudu dostrzegalne. Mieszkańcy widzą, że ich głosy mają realny wpływ na wygląd i charakter miasta. Ponadto sam mechanizm jest bardzo prosty i nie wymaga specjalistycznej wiedzy. Każdy obywatel może w miarę szybko wyrobić sobie zdanie, czy woli, aby w okolicy stanęła biblioteka czy też hala sportowa. Uważam, że to właśnie tego rodzaju e-partycypacja ma lepszą przyszłość niż narzędzia typu osale.ee. Historia obu projektów pokazuje, że ludzie mają niską motywację do zabierania głosu w skomplikowanych, technicznych sprawach, szczególnie gdy nie są pewni, że ich głos rzeczywiście coś zmieni. Gdy jednak dajemy obywatelom możliwość decydowania w kwestiach konkretnych i mających realne przełożenie na warunki ich życia, zainteresowanie jest dość duże. Sądzę więc, że modele e-partycypacji powinny iść w kierunku dostarczania obywatelom kilku opcji do wyboru, które to opcje mogą cieszyć się rzeczywistym zainteresowaniem.
Przed wielkim wyzwaniem stoją te systemy e-partycypacyjne, które oferują obywatelom podejmowanie decyzji w sprawach niemających bezpośredniego przełożenia na ich los albo te, które są zbyt nudne dla przeciętnego człowieka. Problem ów polega na tym, że z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością można założyć ich nikłą popularność. Skoro tak, to trudno będzie zgodzić się, aby decyzje podejmowane w ten sposób były wiążące dla administracji. To z kolei spowoduje jeszcze mniejsze zaangażowanie społeczeństwa.
A gdzie w tym wszystkim Polska? Szukając materiałów do tekstu, rozglądałem się za przykładami e-partycypacji w naszym kraju. Trafiłem na link, zgodnie z którym w jednym ze średnich polskich miast odbywają się „e-konsultacje”. Ta szumna nazwa kryła jednak za sobą szarą rzeczywistość. Oto „e-konsultacje” oznaczały formularz na stronie WWW, który umożliwiał przesłanie wiadomości do prezydenta miasta…