przez Mateusz Batelt | czwartek 31 lipca 2014 | Lato 2014
Spór o kształt systemu wyborczego trwa w Polsce nie od dzisiaj. Chociaż największe siły polityczne już nie zaprzątają sobie tym tematem głowy, zmiana ordynacji do Sejmu – na system głosowania większościowego w jednomandatowych okręgach wyborczych (JOW) – jest ważnym elementem programów wielu mniejszych ruchów i ugrupowań.
Okręgi jednomandatowe w wyborach do Sejmu są szansą na naprawę państwa. Koniecznym warunkiem jakichkolwiek gruntownych zmian jest wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych. Chcemy posłów odpowiedzialnych przed wyborcami – takie i inne wypowiedzi padają od lat m.in. z ust Pawła Kukiza, znanego muzyka i lidera inicjatywy Zmieleni.pl. Wtóruje mu Przemysław Wipler ze Stowarzyszenia Republikanie oraz inni reprezentanci środowisk konserwatywno-liberalnych. Poparcie dla jednomandatowych okręgów wyrażali także znani działacze samorządowi, m.in. prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz.
O ile motywacje zwolenników JOW-ów są często szlachetne, o tyle proponowane przez nich panaceum na bolączki polskiego systemu demokratycznego to wyraz naiwności. Jak bowiem inaczej nazwać ślepą wiarę w to, że ordynacja większościowa i jednomandatowe okręgi wyborcze, czyli system, w którym mandat poselski w każdym okręgu otrzymuje jeden kandydat (zdobywca najwyższej liczby głosów), jest lekiem na całe zło, a ordynacja proporcjonalna jest tego zła bezpośrednim winowajcą?
Orędownicy JOW-ów na poparcie swoich racji przytaczają często fakt, że postulowany przez nich system stosowany jest w najważniejszych państwach Europy (Wielkiej Brytanii i Francji), najpotężniejszym mocarstwie świata (Stanach Zjednoczonych) oraz najludniejszym kraju demokratycznym (Indiach)1. U nich działa, więc u nas też musi. Bardzo słaba argumentacja.
Ruch Zmieleni.pl szczególnie chętnie powołuje się na przykład brytyjski, gdzie stosowany jest system większości względnej: Jednomandatowe okręgi wyborcze takie jak w Wielkiej Brytanii to najstarszy, najprostszy i sprawdzony w ponad dwustuletniej praktyce system wyborczy – czytamy na ich stronie internetowej. Uczciwość wymaga jednak kilku dopowiedzeń. Po pierwsze, system dwupartyjny pojawił się w Zjednoczonym Królestwie wcześniej niż okręgi jednomandatowe. JOW-y zostały ustanowione w większości okręgów w ramach reformy lat 1884–85, a dopiero w roku 1950 utworzono je w całym kraju. Po drugie, coraz częściej podnoszone są głosy, że systemu, z którym mamy do czynienia w tamtym kraju, nie można już nazywać dwupartyjnym, choćby dlatego że ok. 25 proc. społeczeństwa głosuje w wyborach na którąś z partii trzecich. Najbardziej poszkodowani są Liberalni Demokraci. W wyborach w 1983 r. sojusz Partii Liberalnej i Partii Socjaldemokratycznej uzyskał ok. 25 proc. głosów, co dało mu zaledwie 3,5 proc. mandatów. Mniejsze partie opowiadają się z tego względu za systemem proporcjonalnym. Zwolenników reformy brytyjskiego systemu wyborczego przybywa.
Sympatycy JOW-ów pomijają przede wszystkim fakt, że od przyjętych regulacji prawnych często zdecydowanie ważniejszy jest specyficzny kontekst, w jakim funkcjonują. W tym – kultura polityczna państwa. Ten sam system wyborczy może mieć różne konsekwencje w zależności od otoczenia, w którym został wprowadzony.
Aby skuteczniej zmierzyć się z argumentami zwolenników okręgów jednomandatowych, przyjrzyjmy się kwestii systemów wyborczych w całej jej złożoności.
Wybory do Sejmu. Tło historyczne
Wybory do Sejmu I kadencji z 27 października 1991 r. przeprowadzono na podstawie ordynacji proporcjonalnej. 391 posłów wybierano w okręgach wyborczych z zastosowaniem metody Hare-Niemeyera, uznawanej za najbardziej „proporcjonalny” sposób liczenia głosów, a 69 (15%) z list ogólnopolskich zmodyfikowaną metodą Sainte-Laguë2. Listy ogólnopolskie mogły zgłaszać komitety wyborcze, którym udało się zarejestrować listy w co najmniej pięciu okręgach wyborczych.
Na nieuformowanej jeszcze scenie politycznej przyjęta ordynacja wyborcza doprowadziła do dużego rozdrobnienia systemu partyjnego. Spośród 111 zarejestrowanych komitetów wyborczych mandaty do Sejmu uzyskało aż 29. Najwięcej głosów zdobyły: Unia Demokratyczna (62 mandaty), Sojusz Lewicy Demokratycznej (60 mandatów), Wyborcza Akcja Katolicka (49 mandatów), Polskie Stronnictwo Ludowe (48 mandatów), Konfederacja Polski Niepodległej (46 mandatów), Porozumienie Obywatelskie Centrum (44 mandaty), Kongres Liberalno-Demokratyczny (37 mandatów), Porozumienie Ludowe (28 mandatów) oraz NSZZ „Solidarność” (27 mandatów). Tych 9 ugrupowań uzyskało łącznie 409 mandatów. Pozostałe 51 przypadło aż 20 różnym komitetom wyborczym.
Wkrótce do wyborów proporcjonalnych wprowadzono progi, co okazało się efektywne – nastąpiła koncentracja głosów i zmniejszenie rozdrobnienia systemu partyjnego (w Sejmie II kadencji obecnych było już tylko 6 ugrupowań). Spory wokół systemu wyborczego były wyraźne już w toku prac nad nową konstytucją3. Wszystkie projekty stanowiły, że wybory do Sejmu są: powszechne, równe, bezpośrednie i odbywają się w głosowaniu tajnym. Projekty: prezydencki, SLD, PSL i UP oraz KPN jako zasadę prawa wyborczego wymieniały także proporcjonalność. Obywatelski Projekt Konstytucji NSZZ „Solidarność” stanowił natomiast: Co najmniej 2/3 ogólnej liczby posłów jest wybieranych w wyborach większościowych z zastrzeżeniem, że w pierwszej turze głosowań dla wyboru potrzebna jest bezwzględna większość ważnie oddanych głosów (art. 60).
Podczas dyskusji w Komisji Konstytucyjnej kwestia proporcjonalności wzbudzała spore kontrowersje. Michał Drozdek, który reprezentował w pracach konstytucyjnych Mariana Krzaklewskiego, krytykował ów zapis, argumentując, że wybory proporcjonalne podtrzymują stan rozdrobnienia partyjnego i oderwanie partii politycznych od zaplecza społecznego. W trakcie drugiego czytania w Zgromadzeniu Narodowym senator Zbigniew Romaszewski i poseł Wojciech Błasiak (związany do dziś z ruchem na rzecz wprowadzenia JOW-ów) zgłosili poprawkę, która przewidywała skreślenie wyrazu „proporcjonalne” z projektu konstytucji. Zbigniew Romaszewski stwierdził, że ordynacje proporcjonalne: […] odbierają wyborcom bezpośredni wpływ na obsadę kadrową parlamentu. […] Albowiem posłowie, na dobrą sprawę, są nominatami swoich kierownictw partyjnych, a nie są wybierani przez wyborców.
Ostatecznie jednak proporcjonalność wyborów do Sejmu została zawarta w Konstytucji RP.
Zarys systemu wyborczego do Sejmu
Sam zapis o proporcjonalności wyborów do Sejmu RP w art. 96 ust. 2 Konstytucji RP nie daje nam rzecz jasna pełnego obrazu systemu wyborczego. O jego ostatecznym kształcie decyduje bowiem wiele czynników. Bardzo istotna jest m.in. wielkość okręgów wyborczych, metoda podziału mandatów, próg ustawowy (lub jego brak). Nie bez znaczenia jest także np. to, czy listy są zamknięte, czy otwarte, tj. czy wybiera się listę partyjną, czy konkretnego kandydata, oraz czy wyborcy oddają tylko jeden głos, czy więcej.
W Polsce w wyborach do Sejmu mamy do czynienia z systemem proporcjonalnym w nierównych pod względem wielkości wielomandatowych okręgach wyborczych4. Terytorium państwa podzielono na 41 okręgów, których wielkość wynosi od 7 do 20 mandatów5. Próg ustawowy wynosi 5 proc. dla pojedynczych partii, 8 proc. dla koalicji wyborczych i jest ustanowiony na poziomie krajowym6. Do obsadzenia jest łącznie 460 mandatów, a ich przydział odbywa się z zastosowaniem metody d’Hondta (jeden ze sposobów podziału mandatów w systemach proporcjonalnych). Każdy wyborca oddaje jeden głos preferencyjny na półotwartą listę – to znaczy głosuje na listę partyjną, wskazując jednocześnie, który kandydat ma mieć pierwszeństwo do objęcia mandatu.
Warto wspomnieć, że w wyborach do Sejmu dwukrotnie użyta została zmodyfikowana metoda Sainte-Laguë: do podziału miejsc na liście krajowej w roku 1991 oraz w wyborach w 2001 r. Arend Lijphart, wybitny znawca systemów wyborczych, wskazuje, że w porównaniu z metodą d’Hondta, która jest korzystna dla dużych partii7, zmodyfikowana formuła Sainte-Laguë jest bardziej proporcjonalna (najbardziej proporcjonalna jest „czysta” metoda Sainte-Laguë)8. Zmiany ordynacji w 2001 r. dokonał – przed wyborami, które miały przynieść zwycięstwo jego przeciwnikom politycznym – rząd koalicji AWS-UW. Jak się okazało, było to posunięcie skuteczne – zamiast ponad 240 mandatów (w przypadku zastosowania metody d’Hondta) sojusz wyborczy SLD-UP przy 41,04 proc. głosów otrzymał 216 mandatów. W 2002 r. powrócono do metody d’Hondta.
Wybór systemu rozdzielania mandatów ma istotne znaczenie polityczne. Dlatego też większość parlamentarna ulega czasem pokusie zmiany dotychczasowych rozwiązań. W 2006 r. nowelizacja ordynacji wyborczej do rad gmin, rad powiatów i sejmików województw została uchwalona z zaledwie sześciodniowym okresem dostosowawczym. W związku z tymi doświadczeniami Trybunał Konstytucyjny sformułował zasadę, że wszelkie istotne zmiany prawa wyborczego muszą być w przyszłości dokonywane z przynajmniej półrocznym wyprzedzeniem.
System proporcjonalny vs. większościowy
Wszystkie systemy wyborcze można podzielić na dwa podstawowe typy – ordynację większościową i proporcjonalną:
- Wybory większościowe mają miejsce, kiedy zwycięża ten kandydat, który otrzymuje większość (absolutną lub względną).
- Wybory są proporcjonalne wtedy, kiedy polityczna reprezentacja możliwie najdokładniej odzwierciedla podział głosów między partie9.
Powyższe, często przywoływane definicje są poprawne, ale nie ułatwiają porównywania systemu większościowego i proporcjonalnego. Porównując oba systemy, można brać pod uwagę przykładowo wielkość okręgu wyborczego. Często przyjmuje się, że w systemie wyborów większościowych w okręgu wyborczym wybierany jest tylko jeden poseł, a w systemie wyborów proporcjonalnych więcej niż jeden. Należy jednak pamiętać, że w okręgach dwu- lub trzymandatowych mamy raczej do czynienia z wynikami odległymi od proporcjonalności. Dobrym przykładem są tutaj wybory do polskiego Senatu, w których przed wprowadzeniem JOW-ów (w 2011 r.) funkcjonowały właśnie tego typu okręgi – w każdym województwie wybierano 2 lub 3 senatorów według systemu większościowego. Już wówczas gros mandatów przypadało największym ugrupowaniom (prawidłowość ta utrzymała się również po wprowadzeniu JOW).
Można definiować systemy wyborcze poprzez ich następstwa – np. w odniesieniu do pewnego progu proporcjonalności liczby otrzymanych głosów względem liczby otrzymanych mandatów. Należy jednak pamiętać, że stopień proporcjonalności, który uzyskują systemy wyborcze, zależy też od kilku zewnętrznych czynników, np. stopnia sfragmentaryzowania systemu partyjnego i od wzorców zachowań aktorów politycznych10. Wpływ takich czynników może doprowadzić do sytuacji, gdy w wyborach opartych na względnej większości – czyli takich, w których do zdobycia mandatu wystarczy zdobycie najwyższej liczby głosów w okręgu – stopień proporcjonalności będzie wyższy niż w wyborach proporcjonalnych.
Różnice między ordynacją większościową a proporcjonalną są najbardziej dobitne, gdy patrzymy na cele, jakie stawiają przed sobą oba systemy wyborcze. Niemiecki politolog Dieter Nohlen ujął to w bardzo trafny sposób: Zakładanym celem politycznej zasady reprezentacji wyborów większościowych są: rządy jednej partii, niezależnie od tego, czy mogą się one oprzeć na większości głosów. Główną funkcją (i skalą wartościowania) systemu większościowego jest jego zdolność do wyłonienia większości rządowej (partyjnej). […] W systemach wyborów proporcjonalnych wyraża się w zasadzie dążenie do tego, by możliwie najwierniej odzwierciedlić znajdujące się w społeczeństwie siły społeczne i grupy społeczne. Udziały głosów i udziały mandatów powinny sobie mniej więcej odpowiadać11.
Zastanawiając się, który system jest „lepszy”, należałoby więc odpowiedzieć na pytanie, które z powyższych założeń jest dla nas ważniejsze.
Wady i zalety obu systemów
Ostatecznym celem systemu proporcjonalnego jest realizacja postulatu równości głosów. Często twierdzi się wręcz, że jedynie reguła proporcjonalności zapewnia realizację tej zasady, która stanowi przecież jeden z podstawowych definicyjnych wymogów demokratycznego procesu wyborczego. Przy zastosowaniu ordynacji proporcjonalnej znacząco większa część elektoratu zyskuje realny udział w kształtowaniu wyników wyborów. Dla wyniku wyborów liczy się każdy głos, a w związku z tym partie mają silną motywację, aby walczyć o poparcie. To z kolei może prowadzić do wyższej frekwencji wyborczej12.
W systemach proporcjonalnych występuje wiele różnych reguł przeliczania głosów. Niektóre z nich są bardzo skomplikowane. Jest to niewątpliwie wadą systemu proporcjonalnego, gdyż utrudnia wyborcy zrozumienie, co właściwie dzieje się z jego głosem. Argument ten często podnoszony bywa przez przeciwników systemu proporcjonalnego.
Ordynacja proporcjonalna łączona jest zwykle z okręgami wielomandatowymi, a często również z zamkniętymi listami, co może być postrzegane jako wada tego systemu. W Polsce mamy do czynienia z listą półotwartą. Oznacza to, że wyborca przez swój głos wyraża preferencje jednocześnie w stosunku do listy oraz wobec określonego kandydata. Wprowadzenie takiego rozwiązania wynika z chęci większej personalizacji wyborów proporcjonalnych.
Jak podkreśla Dieter Nohlen: Im mniejsze doświadczenie obywateli w zakresie wyborów i demokracji, tym ważniejszy dla integracji narodowej, kształtowania reprezentacji społecznych, dla utrwalania demokracji oraz dla znajdowania adekwatnych rozwiązań problemów politycznych i gospodarczych stał się sposób ukształtowania systemu politycznego oraz same partie polityczne. W takich wypadkach zamknięte listy zdają się mieć więcej zalet i być właściwsze. Im większe natomiast doświadczenie w sferze demokracji, im niższy poziom systemu politycznego (gmina, region), oraz im mniejsza rola partii (na poziomie komunalnym są one zwykle konkurencją dla stowarzyszeń społecznych i inicjatyw obywatelskich), tym bardziej zalecane są listy otwarte lub listy wolne13.
W debacie nad systemem wyborczym często zwraca się uwagę na różnice w roli deputowanego oraz partii w zależności od zastosowania systemu większościowego lub proporcjonalnego. W przypadku systemu większościowego wskazuje się na związanie deputowanego z okręgiem wyborczym, a co za tym idzie – na silniejszy związek wyborców i wybranych. Przyjmuje się często, że deputowany jest ponadto bardziej niezależny od swojej partii, niż ma to miejsce w przypadku systemu proporcjonalnego.Jak czytamy na stronie internetowej inicjatywy Zmieleni.pl: JOW przywróci odpowiedzialność osobistą posła przed wyborcami w jego okręgu. W tzw. ordynacji proporcjonalnej poseł najpierw zależy od szefa partii, który decyduje o listach wyborczych, a dopiero w dalszej kolejności od wyborcy. A od kogo polityk zależy, wobec tego jest lojalny. W rzeczywistości nie jest to jednak reguła powszechnie obowiązująca. Nie można bowiem zapominać, że również przy zastosowaniu systemu większościowego o kandydaturze rozstrzyga zwykle określone gremium partyjne – centralne albo działające na obszarze danego okręgu wyborczego.
Konsekwencje wyboru pomiędzy systemem proporcjonalnym a większościowym są politycznie bardzo znaczące. W wyborach większościowych może się przykładowo zdarzyć, że partia, która zdobywa tylko 35 proc. głosów, uzyskuje absolutną większość mandatów, podczas gdy partia, która regularnie osiąga 15–20 proc. głosów, zdobywa nieliczne mandaty albo wręcz nie otrzymuje ich wcale. W wyborach proporcjonalnych możliwe jest natomiast, że mała partia, która otrzymuje tylko 3 proc. głosów, wchodzi do parlamentu, a wielka partia, której do absolutnej większości głosów brakuje zaledwie kilku punktów procentowych, nie uzyskuje absolutnej większości mandatów.
Implikacje polityczne poszczególnych typów systemów wyborczych są oczywiście różnie oceniane i wartościowane przez odmienne środowiska ideowe i grupy interesu14. Przykładowo dla jednych zaletą ordynacji proporcjonalnej jest to, że w jej następstwie w parlamencie reprezentowana jest szeroka gama poglądów i interesów obecnych w społeczeństwie, a koniecznym elementem dla powstania rządzącej większości są negocjacje, w ramach których różne siły dążą do kompromisów. Inni będą postrzegać to jako wadę, podkreślając, że system większościowy prowadzi do konsolidacji systemu partyjnego oraz łatwiejszego wyłonienia jednopartyjnej większości rządzącej, która może działać bardziej efektywnie niż rząd koalicyjny. Podobnie zwolennicy systemu proporcjonalnego będą chwalić większą elastyczność systemu – czyli fakt, że nowe prądy polityczne mogą w miarę łatwo uzyskać przedstawicielstwo parlamentarne – a ich oponenci będą postrzegać to jaką wadę tej ordynacji. Nierzadko zatem zalety danego systemu w oczach jednych, są dla innych argumentem przeciwko tej ordynacji.
Ordynacja to nie wszystko
Warto pamiętać, że powyższe argumenty, które opanowały debatę o systemach, wyrastają z typowo idealistycznego ujęcia i w konsekwencji nie uwzględniają wielu aspektów społecznego i historycznego kontekstu powstawania poszczególnych systemów wyborczych15.
O wpływie systemu wyborczego na liczbę partii, relacje sił i ideologiczne dystanse między nimi oraz formy interakcji (opozycyjność, bloki, obozy, koalicje) pisało wielu badaczy. W skrajnych przypadkach autorzy uznawali system wyborczy za rozstrzygającą zmienną w kształtowaniu systemu partyjnego (przysłuchując się aktualnej debacie, można odnieść wrażenie, że w Polsce pogląd ten dominuje). Ulubiony przez zwolenników JOW-ów francuski politolog Maurice Duverger znany jest ze sformułowania reguły, że wybory większością względną prowadzą do systemu dwupartyjnego z wymieniającymi się wielkimi i niezależnymi partiami. Zwolennicy JOW-ów nie wiedzą lub nie chcą pamiętać, że ten sam Duverger po wielu latach sprowadził wyniki swych badań do „roboczych hipotez”16 i stwierdził, iż nie należy ich rozumieć jako praw deterministycznych. Nowe badania systemów wyborczych coraz wyraźniej wskazują na znaczenie czynnika kontekstowego dla systemu wyborczego.
Warto spojrzeć w tym miejscu na polską scenę polityczną. Stopniowo, w warunkach ordynacji proporcjonalnej, doszliśmy do sytuacji, gdy w Sejmie mamy dwie dominujące partie. Krajobraz partyjny w naszym kraju po 1989 roku determinowało – oprócz progów wyborczych wprowadzonych w wyborach z 1993 roku i zmian metod przeliczania głosów – wiele różnych czynników.
Często podkreśla się, że w warunkach ordynacji proporcjonalnej rzadko dochodzi do ekstremalnych zwrotów politycznych u sterów państwa. W Polsce, poza ostatnimi wyborami do Sejmu, zawsze dochodziło do tego rodzaju zmian ekipy rządzącej. Szczególnym przykładem tej tendencji są wybory z 1993 roku, w trakcie których duża część społeczeństwa, rozczarowana reformami obozu postsolidarnościowego, opowiedziała się za koalicją Sojusz Lewicy Demokratycznej. To dobitny dowód na wagę czynników kontekstowych, szczególnie w warunkach kształtującego się dopiero systemu demokratycznego.
Istotny wpływ na oblicze systemu partyjnego ma również mechanizm finansowania partii politycznych. W Polsce duże znaczenie mają subwencje z budżetu państwa. Żeby ją otrzymać, partia musi uzyskać w wyborach do Sejmu co najmniej 3 proc. głosów oddanych na jej okręgowe listy kandydatów w skali kraju, gdy tworzy komitet wyborczy samodzielnie, bądź 6 proc., jeśli startuje w koalicji. Progi te stanowią oczywiście barierę wstępu dla nowych sił politycznych. W ostatnim czasie pojawiły się pomysły likwidacji finansowania partii „z kieszeni podatnika”. Jednak konsekwencje takiego kroku byłyby prawdopodobnie jeszcze bardziej zabójcze dla mniejszych ugrupowań. Funkcjonujący od wielu lat w większości państw europejskich system dotowania partii z budżetu państwa pokazuje, że rozwiązanie to na dłuższą metę leży w interesie społeczeństwa i ma korzystny wpływ na poziom demokracji – zapewniając partiom niezależność finansową ogranicza bowiem choćby zachowania korupcyjne. Zniesienie subwencji dla partii politycznych postuluje Platforma Obywatelska. Motywacje Donalda Tuska, który chciałby w ten sposób podciąć skrzydła konkurencji politycznej, są zrozumiałe. Niepokój budzi jednak fakt, że zasłania się on populistycznymi hasłami, które trafiają na podatny grunt w społeczeństwie niechętnym łożeniu na partie z podatków. Wtórujący Platformie Obywatelskiej Paweł Kukiz występuje tu w roli „pożytecznego idioty”.
Frekwencja wyborcza również nie pozostaje bez wpływu na rzeczywistość polityczną, kształtując pośrednio podział mandatów. Brzmi to oczywiście jak banał, ale warto o frekwencji wspomnieć, bowiem jest ona wypadkową wielu skomplikowanych procesów społecznych. Motywacje wyborców, którzy decydują o pójściu lub niepójściu do urn, bywają skrajnie różne. Często można usłyszeć opinie, że niska frekwencja w wyborach parlamentarnych w Polsce jest spowodowana kryzysem demokracji w naszym kraju, brakiem zaufania do partii politycznych czy wreszcie… ordynacją proporcjonalną. Jednocześnie eksperci stawiają hipotezę, że wyborcy po prostu nie widzą sensu zmian i dlatego zostają w domu. Odpowiednia identyfikacja motywacji wyborców mogłaby pomóc w podjęciu decyzji co do ewentualnych zmian w systemie wyborczym i wprowadzeniu mechanizmów zachęcających ludzi do głosowania. Należy jednak pamiętać, że dla ugrupowań o zdyscyplinowanym elektoracie wyższa frekwencja ogólna niekoniecznie jest czymś pożądanym. Warto w tym miejscu przywołać chociażby casus ugrupowania Janusza Korwin-Mikkego, które dzięki niskiej frekwencji w tegorocznych wyborach do Parlamentu Europejskiej zdobyło relatywnie dużo mandatów.
JOW-y nas nie zbawią
Z powyższej analizy systemów proporcjonalnego i większościowego wyraźnie wynika, że nie należy wierzyć tym, którzy na rozwiązanie złożonych problemów proponują proste rozwiązania. Rzeczywistość – również ta wyborcza – jest bowiem zdecydowanie bardziej złożona, niż się niektórym wydaje.
Propagatorzy JOW-ów często rozprawiają o systemach wyborczych jak o pewnych idealnych konstruktach, których wdrożenie pociąga za sobą zawsze pewne określone skutki. Tak jednak nie jest, czego dowodzi ewolucja naszej sceny politycznej.
Ze względu na fakt, że skutki systemów wyborczych zależne są od czynników kontekstowych, Dieter Nohlen postuluje, aby ocena zalet i wad wyborów większościowych i proporcjonalnych nie odbywała się tylko na płaszczyźnie ogólnej. Nie oznacza to jednak, że należy powstrzymywać się od wartościowania tych systemów wyborczych. Zastanawiając się nad tym, który z nich jest pożądany, należy po prostu zawsze mieć na względzie cel, który chcemy osiągnąć.
Jeśli wierzyć orędownikom JOW-ów, chcą oni poprawić jakość polskiej demokracji m.in. poprzez „odpartyjnienie” sceny politycznej. Zanim jednak damy się porwać ich wizji, zastanówmy się, czy proponowany przez nich środek jest rzeczywiście adekwatny dla tak zdefiniowanego celu. Obawiam się, że w polskich warunkach na wprowadzeniu JOW-ów zyskaliby jedynie ci, których Paweł Kukiz i spółka od władzy chcą odsunąć.
Fragmenty artykułu zostały wykorzystane przez autora przy edycji hasła „Ordynacja wyborcza” w polskiej Wikipedii.
Przypisy:
- http://zmieleni.pl/czym-sa-jow-y/
- D. Nohlen, Prawo wyborcze i system partyjny. O teorii systemów wyborczych, Warszawa 2004, s. 15.
- Zob. R. Chruściak, Sejm i Senat w Konstytucji RP z 1997 r. Powstawanie przepisów, Warszawa 2002, ss. 50–53.
- D. Nohlen, dz. cyt., s. 166.
- Wg typologii D. Nohlena (zob. tamże s. 81).
- W wyborach sejmowych istnieje szczególny wyjątek od zasady progów wyborczych. Komitety wyborcze zarejestrowanych organizacji mniejszości narodowych mogą korzystać ze zwolnienia od jednego z tych wymagań. Jeżeli dana mniejszość jest skoncentrowana na terenie jednego lub kilku województw (np. mniejszość niemiecka) i uzyska wystarczająco dużo głosów w jednym lub kilku okręgach, może tam zdobyć mandaty, nawet jeśli nie zdobędzie 5 proc. głosów w całym kraju.
- Zob. J. Haman, Demokracja Decyzje Wybory, Warszawa 2003, s. 143.
- A. Lijphart, The Electoral Systems Researcher as Detective: Probing Rae’s Suspect „Differential Proposition” on List Proportional Representation, w: Electoral Politics, pod red. D. Kavanagh, Oxford 1992, ss. 235 i n.
- D. Nohlen, dz. cyt., s. 120.
- Tamże, s. 122.
- Tamże, ss. 128 i n.
- Tamże, s. 133.
- Tamże, s. 98.
- Tamże, ss. 140 i n.
- Tamże, s. 140.
- Tamże, s. 406.
przez Mateusz Batelt | czwartek 11 kwietnia 2013 | opinie
Triumfalny pochód Facebooka trwa. Według oficjalnych statystyk już ponad miliard ludzi korzysta z tego portalu społecznościowego. Jak uczy historia Internetu, nic nie trwa jednak wiecznie. Kto dziś korzysta jeszcze z popularnego przed kilkoma laty serwisu Myspace czy Nasza Klasa? Co się stało z pionierem wśród polskich portali społecznościowych, którym było Grono.net? Być może, gdy ze sceny zejdzie Facebook, nastanie czas Diaspory.
Za pieniądze społeczności
W lutym 2010 r. Eben Moglen, profesor prawa na Uniwersytecie Columbia, podczas wykładu wygłoszonego w nowojorskim oddziale organizacji Internet Society określił scentralizowane serwisy społecznościowe mianem „szpiegowania za darmo”. To zainspirowało czterech studentów, żeby stworzyć rozwiązanie alternatywne wobec takich portali jak Facebook – zdecentralizowaną sieć społecznościową. Nazwali ją Diasporą.
Ilya Zhitomirskiy, Dan Grippi, Max Salzberg i Raphael Sofaer nie mieli jednak wystarczających funduszy, żeby zrealizować swój pomysł. Postanowili więc sięgnąć do kieszeni internautów. W tym celu 24 kwietnia 2010 r. rozpoczęli w serwisie Kickstarter kampanię mającą na celu pozyskanie odpowiednich środków finansowych.
Kickstarter to anglojęzyczna platforma służąca organizowaniu zbiórek pieniędzy na sfinansowanie różnych projektów (tzw. crowdfunding, czyli finansowanie społecznościowe). Pomysł jest prosty. Każdy internauta może zadeklarować dowolną kwotę – nawet niewielką – którą chce wesprzeć jakieś przedsięwzięcie. Pomysłodawca projektu ustala zaś, jaka kwota jest mu potrzebna na jego sfinalizowanie. W danym czasie (na przykład w miesiąc) cel finansowy musi zostać osiągnięty. Tylko wtedy pomysłodawca otrzymuje pieniądze od osób, które zdecydowały się dołożyć do puli. W przeciwnym wypadku kampania kończy się niepowodzeniem i projekt nie otrzymuje żadnego wsparcia.
Pomysłodawca na wstępie ustala, jakie „wynagrodzenie” otrzymają wpłacający. Przykładowo gdy przedmiotem zbiórki jest wydanie książki, może zaoferować, że każdy, kto zadeklarował kwotę w wysokości co najmniej 5 dolarów, otrzyma – gdy książka zostanie wreszcie wydana – jej elektroniczną wersję, co najmniej 20 dolarów – jej wersję papierową, co najmniej 1000 dolarów – zostanie wymieniony w książce jako współwydawca. Serwis Kickstarter, jako pośrednik w organizacji zbiórek, pilnuje, żeby pomysłodawca, którego kampania zakończy się sukcesem, wypełnił złożone zobowiązania.
Młodzi programiści zadeklarowali, że na stworzenie Diaspory potrzebują 10 tys. dolarów. Cel został osiągnięty już po kilkunastu dniach od rozpoczęcia zbiórki. Ostatecznie prawie 6,5 tys. osób przekazało na Diasporę ponad 200 tys. dolarów. Najwięcej było wpłat w przedziale od 25 do 50 dolarów. Cztery osoby wsparły projekt kwotą powyżej 2 tys. dolarów. Wśród „inwestorów” był nawet założyciel Facebooka Mark Zuckerberg. Twórcy odwdzięczyli się, przekazując darczyńcom różne gadżety związane z Diasporą, a najbardziej szczodrym internautom – komputery, na których mogli oni zainstalować własne wersje Diaspory.
W maju 2010 r. rozpoczęły się prace nad stworzeniem oprogramowania dla portalu, a pod koniec listopada tego samego roku pierwsza grupa użytkowników mogła już korzystać z nowej sieci społecznościowej.
Dla społeczności
Nazwa nie jest przypadkowa. Zgodnie z definicją z Wikipedii „diaspora to słowo pochodzenia greckiego, oznaczające rozproszenie członków danego narodu wśród innych narodów lub też wyznawców danej religii wśród wyznawców innej”. Istotą Diaspory jest właśnie rozproszenie – każdy, kto tylko chce i potrafi, może założyć serwer z własną wersją tego portalu społecznościowego. Ta swoista decentralizacja ważna jest z kilku powodów. Przede wszystkim gwarantuje prywatność i bezpieczeństwo danych – a są to dobra we współczesnym świecie coraz bardziej cenne i coraz częściej w rażący sposób naruszane.
Od strony technicznej owo rozproszenie możliwe jest dzięki temu, że serce Diaspory – oprogramowanie stworzone pierwotnie przez Ilyę, Dana, Maksa i Raphaela – opublikowane zostało na wolnej licencji AGPL, do czego twórcy zobowiązali się już podczas zbiórki pieniędzy w Kickstarterze. Dzięki „uwolnieniu” kodu źródłowego każdy zainteresowany może ściągnąć oprogramowanie za darmo z Internetu, korzystać z niego, rozpowszechniać je, a nawet współtworzyć.
Gdy zainstalujemy Diasporę na własnym serwerze, mamy pełną kontrolę nad danymi udostępnianymi za jej pośrednictwem – są one bowiem przechowywane tylko u nas. Wszystko, co umieszczamy na naszym profilu w Diasporze – zdjęcia, filmy, teksty – należy w dalszym ciągu do nas. To my decydujemy, w jaki sposób i komu treści te będą pokazywane. My pozostajemy ich właścicielami.
Korzystając z takich serwisów jak Facebook, musimy mieć świadomość, że dane, którymi się dzielimy z tym portalem, niekoniecznie należą tylko do nas. „Użytkownik – czytamy w regulaminie Facebooka – przyznaje nam niewyłączną, zbywalną, obejmującą prawo do udzielania sublicencji, bezpłatną, światową licencję zezwalającą na wykorzystanie wszelkich publikowanych przez siebie treści objętych prawem własności intelektualnej w ramach serwisu Facebook lub w związku z nim”. Nie powinniśmy się zatem dziwić, gdy pewnego dnia zobaczymy np. swoje zdjęcie w reklamie na jakiejś stronie internetowej.
W przypadku Diaspory nie tylko żadna firma nie będzie handlowała naszymi danymi – obojętnie czy za naszym przyzwoleniem, czy za naszymi plecami – ale też nikt w łatwy sposób ich nie wykradnie. Pomimo że duże portale społecznościowe wydają przypuszczalnie ogromne sumy na zabezpieczenie infrastruktury informatycznej, od czasu do czasu można usłyszeć o przypadkach włamań do kont użytkowników, i to na masową skalę. Ze względu na zdecentralizowany charakter Diaspory podobne sytuacje są w jej przypadku raczej niemożliwe.
Rozproszenie sieci ma jeszcze jedną zaletę. Dobrze wyjaśnili to sami twórcy Diaspory w jednym z wpisów na blogu z września 2011 r.: „Dzięki rozproszonej strukturze naszej sieci żadna wielka korporacja nigdy nie przejmie kontroli nad Diasporą. Diaspora nigdy nie sprzeda twojej wirtualnej tożsamości reklamodawcom, nikt nigdy nie narzuci ci swojego regulaminu i nie będziesz musiał(a) patrzeć za siebie, zanim coś powiesz”.
Jeśli nie mamy czasu lub nie potrafimy założyć własnego serwera Diaspory, możemy po prostu utworzyć profil na jednym z już istniejących. Decydując się na takie rozwiązanie, musimy pamiętać, że jest ono mniej bezpieczne, gdyż – tak samo jak w przypadku większości serwisów internetowych – nasze dane zapisywane są na obcym urządzeniu i ktoś może je podejrzeć. Pod adresem internetowym http://podupti.me znajduje się lista publicznych serwerów Diaspory wraz z ocenami wystawionymi im przez samych użytkowników. Serwery te często utrzymywane są z dobrowolnych składek. Niemiecki Geraspora publikuje nawet swego rodzaju sprawozdania finansowane, co ma zapewnić transparentność. Oficjalny serwer Diaspory prowadzony przez jej założycieli dostępny jest pod adresem http://joindiaspora.com.
Diaspora oferuje najbardziej przydatne funkcje znane z innych portali społecznościowych – tagi, bezpośrednie wiadomości do innych użytkowników, przycisk „Lubię to”. Jedną z ciekawszych opcji są tak zwane „Aspekty”, czyli grupy znajomych, które najprawdopodobniej były inspiracją dla „Kręgów”, obecnych w Google+. Rejestrując się na jednym z serwerów Diaspory (własnym lub prowadzonym przez kogoś innego), nasze konto tworzone jest tylko na nim. Mimo tego nic nie stoi na przeszkodzie, abyśmy komunikowali się z dowolnym użytkownikiem Diaspory, bez względu na to, gdzie się zarejestrował. Możliwe jest również powiązanie naszego profilu z Diaspory z kontami, które posiadamy w serwisach Facebook, Twitter czy Tumblr. W przyszłości dostępna będzie również możliwość przenosin profilu pomiędzy różnymi serwerami Diaspory.
W rękach społeczności
12 listopada 2011 r. Ilya Zhitomirskiy popełnił samobójstwo. Był to spory cios dla wszystkich zaangażowanych w projekt. Prace nad Diasporą zwolniły. Kwota 200 tys. dolarów zebrana na początku również szybko stopniała – choć jak wynika z opublikowanego sprawozdania finansowego, została wydana oszczędnie. Poza tym jeśli porównać tę sumę z nakładami finansowymi, które przeznaczane są na rozwój takich serwisów jak Facebook czy Google+, wydaje się ona śmiesznie mała.
A jednak Diaspora nie umarła. Jej interfejs przetłumaczony został na wiele języków świata. Oprogramowanie wciąż jest ulepszane przez szerokie grono wolontariuszy. Pojawiają się nowe funkcje. Choć trudno – ze względu na budowę sieci – przytoczyć dokładne statystyki, liczba jej użytkowników zdaje się rosnąć.
27 sierpnia 2012 r. twórcy Diaspory ogłosili na blogu, że zarządzanie projektem powierzone zostaje ogółowi użytkowników tej sieci. Nie oznacza to wcale, że młodzi programiści porzucili swoje dzieło – zdemokratyzowali jedynie proces podejmowania decyzji, co może zdynamizować rozwój Diaspory.
Jej los leży teraz w rękach społeczności użytkowników. Los Internetu – a ten ma w coraz większym stopniu przełożenie na pozostałe fragmenty rzeczywistości – zależy natomiast od nas wszystkich. Monopolizacja kanałów komunikacji stanowi poważne zagrożenie nie tylko dla naszych wirtualnych tożsamości. Pora zdać sobie z tego sprawę.
Diaspora to krok w dobrym kierunku. Nawet jeśli to nie ona pokona Facebooka i jemu podobnych (na horyzoncie już pojawiają się nowe inicjatywy, które mogą tego dokonać – patrz ramka), jej rola jako prekursora jest tu nie do przecenienia. Rozproszona, demokratyczna struktura to konieczny kierunek rozwoju mediów. W przeciwnym razie będziemy skazani na coraz bardziej scentralizowaną – a więc coraz bardziej podatną na cenzurę – komunikację oraz narastający deficyt prywatności. Już teraz korzystają z tego różnego rodzaju służby inwigilujące nas w imię źle pojętego bezpieczeństwa, a także podmioty komercyjne, które wciąż tylko kombinują, jak nam coś wepchnąć.
Mateusz Batelt
Pieniądze leżą… w Internecie
Finansowanie społecznościowe zdobywa popularność również w Polsce. Istnieje już kilka polskich portali internetowych pośredniczących w crowdfundingu:
Diaspora przetarła szlaki
Diaspora to nie jedyna rozproszona sieć społecznościowa. Oto kilka innych ciekawych przedsięwzięć mogących pomóc zdecentralizować internet:
przez Mateusz Batelt | piątek 12 października 2012 | Jesień 2012
Ostatnie miesiące były dla niemieckiej Partii Piratów wyjątkowo udane. Wprowadziła ona przedstawicieli do parlamentów czterech krajów związkowych: jesienią 2011 r. Berlina, a wiosną 2012 r. Saary, Szlezwika-Holsztynu i Nadrenii Północnej-Westfalii. Wybory do Bundestagu przyniosą prawdopodobnie kolejny sukces tej formacji. Wzrostowi popularności PP towarzyszy zainteresowanie jej narzędziami komunikacji wewnątrzpartyjnej.
Jakie są te „pirackie narzędzia”? Prawdopodobnie najchętniej używana jest PiratenPad – internetowa platforma pozwalająca na zbiorowe pisanie tekstów. Oprócz tego członkowie partii na szeroką skalę wykorzystują strony wiki1 i listy mailingowe. Szczególnym zainteresowaniem cieszy się jednak oprogramowanie o nazwie LiquidFeedback2. Służy ono prowadzeniu dyskusji i podejmowaniu decyzji w kwestiach ważnych dla partii, a bazuje na idei demokracji płynnej (ang. liquid democracy).
Pojęcie demokracji płynnej zaczęło pojawiać się w dyskusjach internetowych mniej więcej przed dekadą. Dopiero po pewnym czasie utrwaliło się jako termin. – Demokracja płynna w sposób dynamiczny łączy w sobie elementy demokracji bezpośredniej z przedstawicielską. Opiera się również na propagowanej przez Jürgena Habermasa idei demokracji deliberatywnej, która za centralny aspekt władzy ludu uznaje nie wybory, lecz dyskusję między równymi sobie uczestnikami życia publicznego – wskazuje Simon Brodnicki z Liquid Democracy e.V., stowarzyszenia propagującego i rozwijającego tę koncepcję w Niemczech.
Demokracja płynna rodziła się wraz z rozwojem internetu w wersji 2.0, w erze szybkiej komunikacji między ludźmi. Są to czasy, gdy każdy może w łatwy sposób zostać twórcą – zredagować hasło w internetowej encyklopedii Wikipedia, wrzucić zrobiony przez siebie film na YouTube’a, prowadzić bloga. Na ten okres przypada również wzrost zainteresowania demokracją uczestniczącą. Ponieważ wyraźnie widoczne jest zjawisko przenoszenia nowych obszarów ludzkiej działalności do sieci, można przypuszczać, iż demokracja płynna będzie zyskiwała na popularności.
Jeżeli przyjmiemy, że demokracje bezpośrednia i przedstawicielska leżą na przeciwległych biegunach, to demokracja płynna znajduje się gdzieś pomiędzy nimi. W zależności od sytuacji płynnie przechodzi w stronę jednego z krańców – czasem będzie bardziej bezpośrednia, a niekiedy bardziej przedstawicielska. Z faktu tej „płynności” wzięła się jej nazwa.
Demokracja płynna zachowuje zalety obu systemów, jednocześnie niwelując ich wady. W przypadku demokracji przedstawicielskiej obywatele mają do czynienia z różnymi ograniczeniami dotyczącymi uczestnictwa w procesie decyzyjnym. Głosowanie odbywa się rzadko, np. raz na 4 lata. Głos oddawany jest na konkretną osobę lub partię. Wyborca może opowiedzieć się zatem za ograniczonym zbiorem postulatów (np. programem partyjnym) bez gwarancji ich realizacji po wyborach oraz bez realnej możliwości odwołania reprezentantów, gdy nie wywiązują się z obowiązków. Z kolei w demokracji bezpośredniej obywatel nie ma zazwyczaj wpływu na treść tego, nad czym głosuje – podsuwane są mu gotowe propozycje, które może poprzeć lub nie.
W systemie demokracji płynnej mamy natomiast różne możliwości, jeśli chodzi o czas trwania głosowania. W zależności od potrzeb może być ono ciągłe, trwać przez pewien okres lub do osiągnięcia określonego kworum. Głosowaniu podlegają tu konkretne kwestie – jak w demokracji bezpośredniej – lecz nad treścią propozycji mogą pracować także głosujący.
Szczególną „nowinką” systemu jest to, że każdy dysponuje jednym głosem, ale w dowolnym momencie może go komuś oddać. W jednej sprawie można zatem decydować samemu, a w innej przekazać głos osobie lub organizacji, którą uznamy np. za bardziej kompetentną od nas. Taki podmiot dysponuje wtedy dwoma głosami, chyba że również odda je komuś innemu (zob. ilustracja). W każdej chwili istnieje możliwość odebrania głosu reprezentantowi i głosowania zgodnie z własną wolą. Można przewrotnie rzec, że dzięki temu mechanizmowi mamy prawo nie dysponować wystarczającą wiedzą, nie mieć czasu lub zwyczajnie ochoty, żeby w danej kwestii zająć stanowisko. Elastyczne przekazywanie głosów (delegated voting) to kluczowy element demokracji płynnej.

Pomysł, choć prosty, jest – nie bójmy się użyć tego słowa – rewolucyjny. Nie chodzi o to, żeby wyrzucić urny wyborcze i przenieść całą aktywność obywatelską do internetu – nawet członkowie Partii Piratów nie rezygnują przecież z aktywności w świecie rzeczywistym. Wykorzystując mechanizmy demokracji płynnej można jednak skutecznie zdemokratyzować proces decyzyjny nie tylko w partiach politycznych, ale także w organizacjach obywatelskich oraz takich miejscach, jak np. redakcja czasopisma, komisja parlamentarna czy samorząd lokalny. W ten sposób u zaangażowanych osób powoli tworzy się świadomość demokratyczna. Na tym polega rewolucyjność koncepcji – swoisty efekt kuli śnieżnej może sprawić, że demokratyczne uczestnictwo obywateli stanie się coraz powszechniejsze i będzie się rozlewać na kolejne szczeble decyzyjne w rozmaitych dziedzinach życia.
Oprócz LiquidFeedback istnieją inne platformy bazujące na idei demokracji płynnej. Na szczególną uwagę zasługuje Adhocracy, z którego korzysta coraz więcej osób i organizacji. Adhocracy, podobnie jak LiquidFeedback, zostało udostępnione na wolnej licencji. Oznacza to, że każdy może bezpłatnie korzystać z tej platformy, a także dostosować ją do własnych potrzeb – jej kod źródłowy dostępny jest dla każdego, co zapewnia również przejrzystość i bezpieczeństwo całego systemu. Interfejs Adhocracy nie jest szczególnie skomplikowany, a proces rejestracji przebiega szybko. – Pracujemy nad Adhocracy już kilka lat, ale przed nami jeszcze długa droga. Staramy się, aby oprogramowanie stało się jeszcze bardziej przyjazne dla użytkowników i miało coraz więcej przydatnych opcji – mówi Simon Brodnicki.
Każdy podmiot – zarówno pojedyncza osoba, jak i organizacja społeczna lub partia polityczna – może założyć w ramach Adhocracy grupę użytkowników. Grupy są autonomiczne i zarządzane przez ich członków. Uczestnicy zgłaszają tematy do dyskusji: na przykład debatę wokół statutu przyszłego stowarzyszenia, wprowadzenie zmian do programu partyjnego lub inny dowolny problem, nad którym chcą kolektywnie pracować. Przykładem może tu być przygotowywanie projektu statutu organizacji, który został opublikowany na stronie grupy w Adhocracy i z którym każdy może się zapoznać. Jednemu z członków nie podobają się fragmenty projektu, więc zgłasza propozycję ich zmiany. Od tego momentu rozpoczyna się dyskusja. Inni członkowie grupy mogą oceniać i komentować jego pomysł.
Praca nad treścią propozycji przypomina tworzenie haseł w Wikipedii. Podobnie jak w internetowej encyklopedii, cały proces jest wyjątkowo szybki, poza tym można w łatwy sposób sprawdzić kto, kiedy oraz jakich zmian dokonał. Zapewnia to transparentność i daje możliwość łatwego powrotu do tekstu we wcześniejszym brzmieniu. System pozwala też oceniać komentarze wpisywane przez innych użytkowników, dzięki czemu, podobnie jak w niektórych serwisach internetowych, tworzy się hierarchia wpisów. Ocen można dokonywać osobiście lub przekazując uprawnienia innemu użytkownikowi. Wyobraźmy sobie sytuację, kiedy swoje pomysły zgłasza też inny członek grupy. Od tego momentu użytkownicy mają do dyspozycji dwie propozycje zmian, które mogą oceniać i komentować. Istnieją zatem trzy wersje projektu statutu – oryginalna oraz te zaproponowane przez członków. Po ostatecznym głosowaniu uznana za obowiązującą jest ta wersja, która zdobyła największą liczbę głosów. Użytkownicy mogą głosować osobiście lub przekazać głos komuś innemu. W każdej chwili delegacja ta może zostać odwołana. W głosowaniu decyzje zapadają większością zwykłą lub kwalifikowaną, w zależności od wybranych ustawień. Można również określić ramy czasowe całej dyskusji.
Dostępna dla wszystkich wersja Adhocracy znajduje się pod adresem adhocracy.de. W momencie pisania tego artykułu liczyła ponad 12 tys. zarejestrowanych użytkowników. – Organizacjom, które są zainteresowane oficjalnym wykorzystaniem Adhocracy, oferujemy dwie możliwości. Mogą założyć zweryfikowaną grupę na głównej stronie Adhocracy lub stworzyć spersonalizowaną wersję platformy, dostępną pod wybranym adresem internetowym – wyjaśnia Viola Lebro z Liquid Democracy e.V. Jak dotąd z tej możliwości skorzystało kilka podmiotów.
Pierwszym było stowarzyszenie Mehr Demokratie e.V. Organizacja powstała w 1988 r., a za cel stawia sobie wspieranie i rozwój demokracji bezpośredniej. Mehr Demokratie jest więc idealnym odbiorcą oferty Adhocracy. Stowarzyszenie wykorzystało mechanizmy demokracji płynnej do debaty nad własną strategią. Propozycje, które powstały w internecie, były następnie przedmiotem dyskusji podczas walnego zgromadzenia członków organizacji.
Od października 2010 r. do lipca 2011 r. z kolei władze Monachium przeprowadziły konsultacje społeczne poświęcone takim kwestiom, jak e-administracja, formy partycypacji obywatelskiej przez internet oraz wolny dostęp do informacji. Za pomocą Adhocracy ok. 600 osób pracowało nad pomysłami, które następnie trafiły na biurko burmistrz Monachium, Christine Strobl. Autorom pięciu propozycji dotyczących administracji i partycypacji przez internet przyznano nagrody.
W ubiegłym roku Socjaldemokratyczna Partia Niemiec (SPD) wezwała członków i sympatyków do udziału w dyskusji pod tytułem „Praca i gospodarka w społeczeństwie cyfrowym”. Debata zorganizowana została na specjalnie w tym celu przygotowanej stronie Adhocracy i przyciągnęła 416 obywateli – autorów 77 propozycji, pod którymi znalazło się 287 komentarzy. W jej trakcie opracowano dokument zatytułowany „Wolność, sprawiedliwość i solidarność w społeczeństwie cyfrowym”, który został przyjęty na grudniowym kongresie partii.
Następnie w styczniu 2012 r. frakcja parlamentarna SPD rozpoczęła internetową debatę pod tytułem „Dialog o przyszłości”. Socjaldemokraci ponownie zdecydowali się na użycie mechanizmów demokracji płynnej. Celem projektu jest z jednej strony zachęcenie obywateli do udziału w polityce, a z drugiej zwiększenie transparentności procesu podejmowania decyzji. Debata cieszy się dość dużą popularnością – do tej pory zarejestrowało się ponad 1900 osób, które oddały ponad 7410 głosów.
Kolejnym samodzielnym projektem korzystającym z Adhocracy jest OffeneKommune. Serwis skierowany jest do osób i podmiotów zainteresowanych losami swoich gmin i powiatów: zwykłych obywateli, radnych, urzędników, organizacji społecznych, partii politycznych i przedsiębiorstw. Projekt wystartował w marcu 2012 r., a jego celem jest przyciągnięcie jak największej liczby przedstawicieli samorządów lokalnych z terenu Niemiec. Do tej pory zarejestrowały się w nim 784 osoby, a swoje grupy założyły miasta Stuttgart, Regensburg i Pfaffenhofen an der Ilm oraz powiat Rheingau-Taunus. Łącznie użytkownicy utworzyli 91 propozycji, napisali 308 komentarzy i oddali 4019 głosów.
Interesujący eksperyment z demokracją płynną przeprowadziło również niemieckie czasopismo „ZEITmagazin”. Od początku marca do końca kwietnia 2012 r. wszyscy zainteresowani mogli wziąć udział w dyskusji mającej na celu wyłonienie tematów, które zostaną poruszone w jednym z numerów. W przedsięwzięcie zaangażowało się łącznie 2699 osób, które zgłosiły 452 propozycje. Aby wykluczyć możliwość wykorzystania projektu do działań marketingowych i lobbingowych, redakcja pozostawiła sobie prawo zdecydowania, które z tematów poddawanych głosowaniu trafią do gazety. „ZEITmagazin” zaprosił wszystkie osoby, których pomysły zdobyły największą liczbę głosów, na specjalną konferencję, podczas której wyłoniono ostatecznie cztery propozycje tematów.
W marcu 2010 r. wszystkie frakcje Bundestagu zgłosiły wspólny wniosek powołania komisji mającej na celu zebranie opinii dotyczących internetu i społeczeństwa cyfrowego. Jej zadaniem jest przygotowanie raportu zawierającego wytyczne do dalszych działań. Ma on zostać ukończony do grudnia 2012 r., a następnie stanie się przedmiotem debaty w niemieckim parlamencie. Komisja pragnie włączyć do swoich prac jak największą liczbę obywateli. Informacje dotyczące jej działalności publikowane będą na stronie internetowej Bundestagu regularnie i w sposób jak najbardziej przejrzysty. Znajdą się tam również narzędzia pozwalające wszystkim zainteresowanym wpływać na prace komisji – czytamy na stronie niemieckiego parlamentu. Komisja zaprosiła jako „osiemnastego eksperta” obywateli, którzy dostali możliwość udziału w jej pracach za pośrednictwem platformy Adhocracy. Jak dotąd w systemie zarejestrowało się 2960 osób, które głosowały prawie 14 tys. razy.
Powyższe przykłady są chyba najlepszym dowodem na to, że koncepcja demokracji płynnej jest atrakcyjna nie tylko dla członków Partii Piratów. – Między innymi niemieckie partie polityczne coraz częściej zainteresowane są demokracją płynną. Rzecz jasna słyszymy również wiele krytycznych głosów, ale w przypadku nowych pomysłów jest to zjawisko naturalne. Poza tym krytyczne spojrzenie sprawia, że koncepcja dojrzewa, zarówno pod względem teoretycznym, jak i praktycznym – zauważa Simon Brodnicki. Coraz więcej osób dostrzega, że internet zapewnia infrastrukturę, która może być bardzo dobrym uzupełnieniem klasycznych mechanizmów podejmowania decyzji. – Oczywiście musimy jeszcze trochę poczekać, ale przewiduję, że realna jest partycypacja obywatelska za pośrednictwem takich platform jak Adhocracy na poziomie gmin czy regionów – dodaje Brodnicki.
O ile za naszą zachodnią granicą idea demokracji płynnej od dłuższego czasu gości w mediach i znajduje praktyczne zastosowanie, o tyle w Polsce jest to temat nadal nieobecny. Nadszedł czas, żeby to zmienić. Jeśli bowiem chcemy, aby wiek XXI był wiekiem demokracji, musimy sięgać po wszystkie narzędzia, które pomogą nam w realizacji tego zamierzenia.
Mateusz Batelt
Stowarzyszenie „Obywatele Obywatelom”, wydawca „Nowego Obywatela”, rozpoczęło współpracę z Liquid Democracy e.V. w celu przygotowania polskiej wersji językowej platformy Adhocracy. Strona projektu: www.demokracjaplynna.org.
Przypisy:
Jak możemy przeczytać w Wikipedii, najpopularniejszym portalu wykorzystującym mechanizm wiki, wiki to typ serwisu internetowego, w którym treść tworzona i zmieniana jest w prosty i szybki sposób, z poziomu przeglądarki internetowej.
LiquidFeedback stworzone zostało w 2008 r. Nad jego rozwojem pracuje obecnie niemieckie stowarzyszenie Interaktive Demokratie e.V. Z oprogramowania korzystają, oprócz niemieckiej, również Partie Piratów w Szwajcarii, Austrii i Brazylii. Polskojęzyczna wersja LiquidFeedback dostępna jest pod adresem: http://lf.liquiddemocracy.pl/